Revolut pozyskał pół miliarda dolarów na dalszy rozwój, wśród inwestorów duże amerykańskie fundusze

  • Revolut uzyskał finansowanie w wysokości 500 milionów dolarów w serii D i wycenę na poziomie 5,5 miliarda dolarów, stał się jedną z najwyżej wycenianych firm fintech na świecie
  • Liderem rundy finansowania był amerykański fundusz inwestycyjny TCV, brało w niej udział wielu dotychczasowych inwestorów
  • Revolut wykorzysta pozyskany kapitał do tworzenia nowych produktów na rynkach gdzie jest już dziś obecny, do rozwinięcia działalności bankowej w Europie i zwiększenia wykorzystania aplikacji do codziennych finansów

Revolut, globalna platforma usług finansowych, z której korzysta 10 milionów klientów, ogłosiła dziś pozyskanie 500 milionów dolarów finansowania serii D, co oznacza, że spółka pozyskała do tej pory na swój rozwój w sumie 836 milionów dolarów.

Liderem nowej rundy finansowania był amerykański fundusz inwestycyjny TCV, brało w niej również udział wielu dotychczasowych inwestorów. Dzięki nowej wycenie na poziomie 5,5 miliarda dolarów, Revolut stał się jedną z najwyżej wycenianych spółek z branży fintech na świecie.

Nie udałoby się pozyskać nowego kapitału, gdyby nie rosnący popyt i zaangażowanie ze strony konsumentów oraz solidne wyniki finansowe za poprzedni rok. W 2019 roku Revolut zwiększył liczbę klientów o 169%, dzienną liczbę użytkowników korzystających z aplikacji o 380%, a w roku 2018 przychody wzrosły o 354%.

Pozyskany kapitał przeznaczony zostanie na dalszą poprawę doświadczeń klienta (customer experience) oraz na wzmocnienie oferty usług i produktów Revolut dla klientów indywidualnych i dla firm, na rynkach gdzie firma już dziś jest obecna. W szczególności na produkty, które zachęcą klientów do korzystania z aplikacji na co dzień. Fintech planuje uruchomienie pożyczek dla firm i klientów indywidualnych, wyjście z ofertą oprocentowanych kont oszczędnościowych poza Wielką Brytanię, poprawę jakości wsparcia i obsługi klienta, a także rozwinięcie działalności bankowej w Europie.

Revolut zamierza dalej zwiększać wartość i użyteczność planów Premium i Metal, które potwierdziły, że są dla biznesu ważnym źródłem przychodów. W 2019 roku przychody z tego tytułu wzrosły o 154%. Konta Premium i Metal oferują szereg benefitów, takich jak nielimitowana wymiana walut, dostęp do saloników lotniskowych, bezprowizyjny handel akcjami czy ubezpieczenie podróżne.

Firma zatrudnia ponad 2000 pracowników i planuje intensywnie zwiększać zatrudnienie w wielu lokalizacjach. Miniony rok był przełomowy pod kątem kluczowych transferów na szczeblu kierowniczym, które umocniły ład korporacyjny w spółce. Do fintechu dołączył Martin Gilbert, były prezes Standard Life Aberdeen, a obecnie szef Rady Dyrektorów Revolut. Jako Dyrektorzy Niewykonawczy dołączyli także Caroline Britton, wcześniej Partner w Deloitte odpowiedzialna za audyt oraz Bruce Wallace, wcześniej COO w Silicon Valley Bank.

Naszym celem jest stworzenie globalnej platformy usług finansowych – jednej aplikacji, z pomocą której klienci mogą zarządzać wszystkimi swoimi potrzebami finansowymi, na co dzień. Nowa runda inwestycyjna potwierdziła, że inwestorzy mają zaufanie do naszego modelu biznesowego. W kolejnym kroku skupimy się na rozwoju działalności bankowej w Europie, zachęceniu klientów do codziennego korzystania z naszej aplikacji i działaniach, dzięki którym osiągniemy rentowność. Fundusz TCV ma wieloletnie doświadczenie we wspieraniu założycieli firm, które zmieniają rynki w skali globalnej, dlatego cieszymy się na myśl o nowym partnerstwie i przygotowujemy wspólnie kolejny etap rozwoju” – powiedział Nik Storonski, współzałożyciel i CEO w Revolut.

Jesteśmy zachwyceni współpracą z Nikiem, Władem i całym zespołem Revolut. Dzięki wykorzystaniu najnowszych technologii i skupieniu całej uwagi na zadowoleniu użytkownika, Revolut tworzy wyjątkowe doświadczenie klienta – wykracza ono daleko poza to, co oferują współczesne banki. Chcemy wspierać zespół Revolut i pomóc uczynić z firmy jedną z największych na świecie platform usług finansowych” – powiedział John Doran, General Partner w TCV.

* * *
O  TCV

Założony w 1995 r. fundusz TCV oferuje kapitał prywatnym i publicznym spółkom technologicznym, na etapie wzrostu. Od momentu powstania, TCV zainwestował ponad 13 miliardów dolarów w wiodące technologiczne firmy, w tym ponad 1,5 miliarda dolarów w branżę fintech. Pomógł też zarządom spółek w ponad 120 debiutach giełdowych i strategicznych przejęciach.

Służba zdrowia może sobie nie poradzić bez wzrostu nakładów społeczeństwa. Konieczna publiczna debata na ten temat

Planowany wzrost nakładów na służbę zdrowia do poziomu 6 proc. PKB w 2025 roku może być niewystarczający i nie przynieść żadnych efektów, bo pieniądze zostaną pochłonięte przez inflację w sektorze medycznym i wzrost wynagrodzeń pracowników ochrony zdrowia. Konieczne jest szybsze zwiększanie finansowania, nie tylko z budżetu. – Czeka nas dyskusja w społeczeństwie o wzroście również naszych nakładów na służbę zdrowia – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka z Uczelni Łazarskiego. W perspektywie kilku lat może być niezbędne wprowadzenie jak w innych państwach dodatkowego, powszechnego ubezpieczenia pielęgnacyjnego, które pozwoli zbudować stabilny system opieki długoterminowej.

Jak ocenia, w Polsce system ochrony zdrowia w perspektywie kilku najbliższych lat stoi przed trzema głównymi wyzwaniami. Jednym z nich jest właśnie finansowanie, które musi odpowiadać na problemy związane z pogarszającą się demografią. Polskie społeczeństwo jest jednym z najszybciej starzejących się na tle Unii Europejskiej. Według GUS w 2020 roku liczba seniorów wzrośnie do prawie 9,9 mln osób i będą oni stanowili 27,5 proc. ogółu populacji. W 2050 roku będzie to odpowiednio 13,7 mln osób oraz 41,4 proc. To pociągnie za sobą większą częstotliwość występowania chorób przewlekłych i większy popyt na świadczenia medyczne.

 Starzejemy się jako społeczeństwo, rośnie ryzyko zachorowania na wiele chorób cywilizacyjnych, a dynamika zachorowań jest naprawdę przerażająca. To oznacza, że systemy ochrony zdrowia będą zgłaszały zapotrzebowanie na coraz większe finansowanie. Racjonalne inwestycje w sektor ochrony zdrowia są absolutnym obowiązkiem. Musimy przyglądać się temu, na co wydajemy pieniądze, ale nie będziemy w stanie zabezpieczyć wielu potrzeb przy wydatkach publicznych na zdrowie rzędu 4,5 proc. PKB, podczas gdy w krajach OECD jest to średnio 6,5 proc. – mówi agencji Newseria Biznes dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego.

Obecnie Polska wydaje ze środków publicznych na służbę zdrowia ok. 4,7 proc. PKB, ale dwa lata temu Sejm przyjął ustawę, zgodnie z którą nakłady na ten cel mają stopniowo wzrastać i do 2025 roku sięgnąć 6 proc. krajowego PKB, zrównując się z państwami OECD.

 Jednak zjawiska makroekonomiczne, czyli wysoka inflacja w sektorze medycznym i wysoka dynamika wzrostu wynagrodzeń pracowników ochrony zdrowia, sprawiają, że siła nabywcza tych pieniędzy topnieje. Trzeba liczyć się z tym, że pomimo 100 mld zł w budżecie Narodowego Funduszu Zdrowia nasze zdolności do zwiększenia dostępności świadczeń zdrowotnych wcale nie będą rosły – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia podkreśla, że sytuacja ta wymaga publicznej, merytorycznej dyskusji o przebudowie systemu ochrony zdrowia i jego finansowaniu. Potrzebne jest uświadomienie społeczeństwu, że bez zwiększania prywatnej daniny na ten cel nie będzie możliwe zabezpieczenie wszystkich potrzeb zdrowotnych.

– Wątków, pomysłów i rozwiązań jest bardzo wiele, więc najważniejsze to zacząć tę dyskusję z przekonaniem, że chcemy realnie zwiększyć finansowanie ochrony zdrowia w szybszej dynamice – mówi ekspertka Uczelni Łazarskiego. – To wymaga konsensusu społecznego, czyli zgody każdego z nas, że warto i trzeba trochę więcej z naszego dochodu przeznaczyć na publiczny system ochrony zdrowia, aby czuć się bezpieczniej.

Możliwości, w jaki sposób miałoby to nastąpić, jest wiele. Może to być stopniowy wzrost składki zdrowotnej, nałożenie podatków na produkty o wysokiej szkodliwości czy rozwijanie systemu prywatnych ubezpieczeń medycznych.

 Być może powinniśmy się zastanowić, wzorem innych państw, nad wprowadzeniem dodatkowego, powszechnego ubezpieczenia pielęgnacyjnego. Wiele chorób ma charakter choroby przewlekłej, wymagającej długotrwałej rehabilitacji i wsparcia społecznego. Opieka długoterminowa zasługuje na uwagę i na pytanie, czy nie warto byłoby w perspektywie kilku lat dodać do 9 proc. naszej bazowej składki ubezpieczenia zdrowotnego jeszcze około 3 proc., żeby zabezpieczyć i zbudować stabilny system opieki długoterminowej – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Kolejnym wyzwaniem dla polskiej służby zdrowia są braki kadrowe. Jak wynika z raportu „Health at a Glance 2018”, przygotowanego przez OECD i Komisję Europejską, Polska ma najmniej lekarzy w Europie. Na 1 tys. mieszkańców przypada 2,4 lekarza przy średniej europejskiej na poziomie 3,8. Dla porównania w sąsiednich Czechach ten wskaźnik wynosi 3,7. Według ubiegłorocznego raportu ManpowerGroup („Niedobór talentów w służbie zdrowia”) już 72 proc. polskich szpitali potrzebuje pielęgniarek wszystkich specjalizacji, 68 proc. szuka lekarzy, a 13 proc. – położnych.

 Żadna cudowna interwencja raczej nie sprawi, żebyśmy w 2020 roku rozwiązali ten problem. Wymaga to konsekwentnego działania na wielu polach: promowania pracy w sektorze ochrony zdrowia, sukcesywnego zwiększania liczby miejsc na uczelniach medycznych, rozwoju nowych zawodów w ochronie zdrowia i delegowania uprawnień tych specjalistów, których nam najbardziej brakuje, czyli lekarzy i pielęgniarek, na zawody niżej ulokowane. Również odciążenie ich od obowiązków czysto administracyjnych i biurokratycznych dzięki wykorzystaniu nowoczesnych technologii to proces, który ciągle jest przed nami – mówi dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia.

Z tym wiąże się także kolejny obszar wyzwań, a mianowicie odpowiednia organizacja – zarówno pracy, jak i ścieżki leczenia. Zdaniem ekspertki najistotniejsze jest zwiększenie roli kompleksowej i koordynowanej opieki zdrowotnej, która będzie ukierunkowana głównie na wysoką efektywność procesu leczenia.

 Wymaga to zaangażowania podstawowej opieki zdrowotnej, specjalistów ulokowanych w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej i szpitali różnego poziomu referencyjności, w zależności od potrzeb pacjenta na ścieżce jego choroby. Tutaj nie ma uniwersalnych schematów, bo każdą chorobę charakteryzuje zupełnie inne zapotrzebowanie na wysokospecjalistyczną wiedzę, technologie czy interwencje. Dlatego też bardzo ważne jest wdrożenie i pilotowanie nowych rozwiązań opieki kompleksowej i koordynowanej, które będą ukierunkowane na efekty leczenia, na relację wyników leczenia do przeznaczanych na nie nakładów – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Firmy w finansowych tarapatach wciąż rzadko korzystają z narzędzi naprawczych. Pomocą dla nich może być ustawa antyzatorowa

Wskaźnik upadłości i restrukturyzacji jest w Polsce dosyć niski, a rodzime przedsiębiorstwa rzadko – w porównaniu z innymi krajami Europy – korzystają z przewidzianych prawem środków naprawczo-oddłużeniowych. Ułatwieniem ma być nowelizacja prawa upadłościowego, która wejdzie w życie 24 marca i uelastyczni oraz przyspieszy procedurę tzw. pre-packu, czyli przygotowanej sprzedaży. Przełoży się to m.in. na krótszy czas i niższe koszty postępowania upadłościowego. Z kolei na zmniejszenie skali problemów z płynnością finansową może wpłynąć działająca od stycznia ustawa zatorowa.

– Polskie przedsiębiorstwa – nawet te zagrożone trudną sytuacją płynnościową – wciąż bardzo rzadko sięgają po przewidziane prawem środki, jak upadłości bądź restrukturyzacje. W ubiegłym roku mieliśmy około tysiąca takich przypadków na 2 mln aktywnie działających w Polsce firm. To pokazuje, że wskaźnik upadłości i restrukturyzacji jest dosyć niski – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

W ubiegłym roku ogłoszono 1019 postanowień o upadłości i restrukturyzacji polskich firm. To o 4,5 proc. więcej niż jeszcze rok wcześniej. Najwięcej z nich to upadłości (574, wzrost o 3 proc.), które stanowią 56 proc. wszystkich postępowań. Liczba postępowań restrukturyzacyjnych wzrosła natomiast o blisko 7 proc. do 445 spraw. Eksperci Coface zwrócili też uwagę na utrzymujący się duży wzrost liczby przyspieszonych postępowań układowych (o 15 proc. r/r). Takie sprawy stanowią już 67 proc. wszystkich postępowań restrukturyzacyjnych. Z drugiej strony zmalała liczba zwykłych postępowań układowych i sanacyjnych.

– W innych krajach – nie tylko Europy Zachodniej, ale także Środkowo-Wschodniej, chociażby w Czechach czy na Węgrzech – te przewidziane prawem środki, czyli postępowania upadłościowe i restrukturyzacyjne, są popularniejsze i znacznie powszechniej stosowane. Wszystkie ułatwienia i procedury, które przyczynią się do tego, że i w Polsce firmy zagrożone trudną sytuacją płynnościową będą mogły sprawniej korzystać z tych środków i powrócić do efektywnej działalności biznesowej, należy ocenić pozytywnie – mówi Grzegorz Sielewicz.

Temu ma właśnie służyć nowelizacja prawa upadłościowego, która wejdzie w życie 24 marca br. i uelastyczni oraz przyspieszy procedurę tzw. pre-packu, czyli przygotowanej sprzedaży. Polega ona na złożeniu wraz z wnioskiem o ogłoszenie upadłości oferty na zakup majątku dłużnika i wskazaniu nabywcy. Może nim być dowolny podmiot (nawet powiązany z dłużnikiem). Zatwierdzenie przez sąd warunków pre-packu otwiera drogę do zawarcia umowy sprzedaży pomiędzy syndykiem a inwestorem w ciągu 30 dni po uprawomocnieniu się wyroku. Zaletami tej procedury są m.in. krótszy czas i niższe koszty postępowania upadłościowego.

– Zmiany w prawie upadłościowym, które zostaną wprowadzone w marcu, dotyczą głównie przyspieszenia postępowań upadłościowych i rzeczywiście należy je ocenić bardzo pozytywnie – mówi Grzegorz Sielewicz. – Takie przygotowane postępowanie nie wymaga już składania całej dokumentacji i przechodzenia przez całą, długą ścieżkę sądową.

Jak podkreśla, część zmian prawnych, które będą miały przełożenie na upadłości firm, weszła w życie z początkiem tego roku. Najważniejszą z nich jest ustawa o przeciwdziałaniu nadmiernym opóźnieniom w transakcjach handlowych, tzw. ustawa antyzatorowa. To rozwiązanie długo wyczekiwane przez przedsiębiorców, zwłaszcza tych mniejszych, dla których nieterminowe płatności stanowią jedno z głównych zagrożeń. Firma, która nie dostaje zapłaty na czas, sama nie ma z czego inwestować ani opłacić pracowników i kontrahentów.

– Na mocy nowych przepisów podmioty publiczne mają 30 dni na realizowanie swoich zobowiązań. Wyjątkiem są tutaj podmioty lecznicze – mówi Grzegorz Sielewicz. – Bardzo istotny jest też 60-dniowy termin zapłaty przy tzw. transakcjach asymetrycznych, kiedy mała bądź średnia firma sprzedaje towar lub świadczy usługę na rzecz dużego przedsiębiorstwa. Rzeczywiście duże firmy wielokrotnie wykorzystywały swoją dominującą pozycję i dyktowały mniejszym kontrahentom dosyć długie terminy zapłaty. Z kolei dla  nich często oznaczało to być albo nie być.

W przypadku gdy zaległość w płatności przekroczy 120 dni, wierzyciel będzie mógł odstąpić od umowy lub ją wypowiedzieć. To właśnie zatory płatnicze stanowią jedną z najpoważniejszych przyczyn problemów finansowych firm. Jak wynika z ubiegłorocznego badania płatności Coface, opóźnień doświadcza dziewięć na dziesięć firm. Średnie zaległości wprawdzie nieco się skróciły, ale i tak firmy czekają na zapłatę z około dwumiesięcznym opóźnieniem.

– Często dotyczy to nie pojedynczych faktur, ale rzeczywiście dość dużej części rocznych przychodów. W ostatnim roku opóźnienia płatności w polskim biznesie sięgały średnio 57 dni. To dość dużo, a w branży transportowej czy budowlanej przekraczają nawet 100 dni. Pytanie, czy sankcje przewidziane w ustawie i ewentualne kary UOKiK rzeczywiście odniosą skutek. W ciągu najbliższego roku i w kolejnych latach okaże się, czy te rozwiązania poprawią sytuację płynnościową polskiego biznesu – mówi główny ekonomista Coface.

Umacnia się pozycja polskich portów morskich. Dzięki nowym inwestycjom znacznie zwiększą się ich zdolności przeładunkowe

Przeładunki w polskich portach morskich w 2019 roku przekroczyły rekordowe 108 mln ton. Do ponad 3 mln TEU wzrosła też liczba kontenerów, które do nich trafiły. Zaplanowane na kolejne lata inwestycje mają przyczynić się do dalszego wzrostu możliwości przeładunkowych i znaczenia krajowych portów w Europie. Prognozy zakładają, że do 2050 roku zapotrzebowanie na przeładunki kontenerowe będzie ponad trzykrotnie większe niż dziś. Przykładem takiej inwestycji jest budowa Portu Zewnętrznego w Gdyni.

 Jesteśmy otwarci na Europę Zachodnią, współpracujemy i jesteśmy połączeni chociażby z portami brytyjskimi. Jednak dzisiaj najważniejszymi partnerami dla całego shippingu są rynki dalekowschodnie. Chcielibyśmy, aby również do Portu Gdynia wpływały kontenerowce z tamtych rynków – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adam Meller, prezes Zarządu Morskiego Portu Gdynia.

W kierunku Morza Bałtyckiego przesuwa się coraz więcej strumieni ładunkowych, a polskie porty stają się istotnym partnerem dla państw Dalekiego Wschodu. Toczą się rozmowy między ich przedstawicielami i azjatyckimi potęgami. Gdański port nawiązał m.in. współpracę z Singapurem, by zbudować dwustronne relacje handlowe, a gdyński port – z Japonią. Na razie Port Gdańsk jest jedynym bałtyckim portem, do którego regularnie przypływają statki z Azji, również największe pływające jednostki świata. Stąd kontenery najszybciej i najtaniej mogą trafić do krajów Europy Środkowo-Wschodniej: Czech, Słowacji, Węgier, Ukrainy i Białorusi.

 Dzisiaj polskie porty, szczególnie te o podstawowym znaczeniu dla gospodarki narodowej, liczą się w Europie coraz bardziej. Osiągamy całkiem niezłe wyniki. W Hamburgu dynamika jest ujemna, u nas cały czas dodatnia. Osiągnęliśmy w pewnym momencie poziom ponad 100 mln przeładowanych ton w trzech polskich portach i utrzymujemy dalej tę tendencję zwyżkową – podkreśla prezes Zarządu Morskiego Portu Gdynia.

Z danych Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej wynika, że w 2019 roku przeładunki w polskich portach morskich wyniosły 108,3 mln ton (wzrost o 2,4 proc. r/r). Po raz drugi w historii przekroczyły barierę 100 mln ton. W Porcie Gdańsk przeładowano 52,2 mln ton, w Porcie Gdynia – 24 mln ton, a w Porcie Szczecin-Świnoujście – 32,2 mln ton. Do polskich portów trafiło łącznie 3,04 mln TEU.

 Mamy nadzieję pobić rekord poprzedniego roku. Myślę, że będzie wzrastał udział obsługi kontenerów w Porcie Gdynia. Pewnie będą tendencje zniżkowe, np. w przeładunku węgla i koksu. Być może za kilkanaście lat węgiel będzie w portach polskich jedynie śladowym towarem, bo taka jest tendencja na rynku, spowodowana dbałością o środowisko, ale będą alternatywne paliwa – wskazuje Adam Meller.

W Porcie Gdynia w 2019 roku przeładowano o 2,2 proc. towarów więcej niż rok wcześniej. Liczba kontenerów wzrosła do ok. 900 tys. TEU. Dane za pierwsze 10 miesięcy ubiegłego roku wskazują, że przeładunki przetworów naftowych wzrosły o 9,4 proc. (134 tys. ton), przeładunki węgla i koksu – o 15,5 proc. (321,7 tys. ton), zboża – o 4,8 proc. (118 tys. ton), drobnicy – o 2,7 proc. (313 tys. ton), a przewóz innych ładunków masowych wzrósł o 11,4 proc. (129,3 tys. ton).

– Gdańsk ze swoim terminalem kontenerowym zaczyna odgrywać w Europie bardzo ważną rolę. Gdynia otwiera drugą dziesiątkę portów, ale przez nasze inwestycje chcielibyśmy zdecydowanie wejść do pierwszej dziesiątki – zapowiada Adam Meller.

Ma w tym pomóc planowana budowa Portu Zewnętrznego, który powstanie na sztucznym lądzie, z wykorzystaniem istniejącego Nabrzeża Śląskiego. Zgodnie z planem ma on zwiększyć powierzchnię portu o 151 ha, a jego możliwości przeładunkowe o 2,5 mln TEU.

Z kolei w Gdańsku powstanie Port Centralny. Projekt zakłada 19 km dodatkowych nabrzeży użytkowych, dziewięć terminali i 8,5 km falochronów. Dzięki inwestycji możliwy będzie wzrost przeładunków do 100 mln ton w ciągu 10 lat. Planowane jest także wybudowanie terminala kontenerowego w Świnoujściu i pogłębienie toru wodnego Świnoujście-Szczecin. Inwestycje te stały się koniecznością w obliczu coraz większej konkurencji i zwiększonego popytu na przeładunki kontenerowe. Prognozy mówią, że w 2050 roku mogą one sięgnąć 9,5 mln TEU.

Polacy coraz chętniej korzystają z usług assistance. Na znaczeniu zyskuje pomoc medyczna i w podróży

Pakiet usług pomocowych ma 42 proc. Polaków, a co trzeci deklaruje, że korzysta z nich w praktyce przynajmniej raz do roku – wynika z badania Europ Assistance. Największą popularnością niezmiennie cieszy się assistance drogowy, w tym m.in. holowanie samochodu czy możliwość wynajęcia auta zastępczego. Szybko rośnie również liczba Polaków, którzy posiadają i wykorzystują assistance podróżny i medyczny. W tych produktach firmy świadczące takie usługi widzą szczególny potencjał wzrostu, zwłaszcza dzięki nowym rozwiązaniom technologicznym, m.in. możliwości odbycia wideokonsultacji z lekarzem.

– Assistance staje się powszechne i popularne. Zakładamy, że ten trend będzie się utrzymywał. Jeszcze dekadę temu tylko 27 proc. osób deklarowało, że posiada usługi pomocowe, pięć lat temu było to 30 proc., a w tej chwili – już 42 proc. Widać więc, że ten odsetek rośnie z roku na rok – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Justyna Niebutkowska-Jończyk, menedżer komunikacji i marketingu w Europ Assistance Polska.

Jak wynika z „IX Ogólnopolskiego Badania Assistance”, przeprowadzonego w styczniu przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Europ Assistance Polska, wśród posiadaczy assistance przeważają osoby w wieku 35–44 lat (52 proc.), więcej jest też mężczyzn (46 proc.) niż kobiet (38 proc.).

– Rosnąca popularność usług pomocowych jest związana głównie z dostępnością na rynku oferty dostarczanej przez takie podmioty jak towarzystwa ubezpieczeniowe, banki, firmy leasingowe czy telekomunikacyjne, które dołączają assistance do swoich podstawowych usług – wskazuje Justyna Niebutkowska-Jończyk. – Assistance samochodowy najczęściej otrzymujemy razem z polisą OC i AC. Medyczny dołączany jest często do polis życiowych lub znajduje się w ofercie bankowej. Assistance domowy możemy znaleźć w ramach ubezpieczenia mieszkania, z kolei podróżny Polacy najczęściej nabywają razem z polisami turystycznymi.

Usługi assistance są niezmiennie kojarzone z pomocą drogową (78 proc.), ale coraz więcej osób łączy je również z pomocą w nagłych sytuacjach (30 proc.) czy w trakcie podróży (29 proc.). Utożsamiają je z określeniami „pomoc”, „bezpieczeństwo”, „opieka” czy „wsparcie”. Zdecydowana większość, bo aż 93 proc. osób, które skorzystały do tej pory z assistance, jest zadowolona z jakości świadczonej pomocy.

– Assistance samochodowy posiada 92 proc. osób. Badani twierdzą, że jest on najbardziej użyteczną usługą – deklaruje tak 98 proc. z nich. Najbardziej pożądane świadczenia w ramach tej usługi to holowanie, usprawnienie pojazdu na miejscu i wynajem pojazdu zastępczego. Polacy cenią również inne rodzaje assistance – medyczny czy podróżny, na których użyteczność wskazuje odpowiednio 53 i 51 proc. osób – mówi Justyna Niebutkowska-Jończyk.

Wyniki tegorocznego badania pokazują, że wzrosła liczba Polaków, którzy posiadają assistance domowy (21 proc.) i podróżny (12 proc.). Z kolei pakiet assistance medycznego ma 15 proc. badanych. W ramach tego ostatniego Polacy najbardziej cenią możliwość zamówienia domowej wizyty lekarskiej, transportu medycznego i pomoc w domu po hospitalizacji. Z kolei w assistance podróżnym najczęściej wykorzystywane są: pomoc w organizacji leczenia w nagłym przypadku podczas podróży, zwrot jego kosztów, ale także pomoc w przypadku problemów z bagażem, opóźnieniem bądź odwołaniem lotu.

Ponad 1/3 badanych posiadaczy assistance przyznaje, że korzysta z usług pomocowych. Dla porównania, jeszcze dekadę temu ich wykorzystanie deklarował tylko co dziesiąty. Po pomoc równie często sięgają mężczyźni i kobiety. Najczęściej wykorzystywaną przez Polaków usługą jest holowanie auta lub pomoc drogowa (81 proc.), ale najwięcej osób (100 proc.) jest zadowolonych z pomocy, jaką uzyskały w ramach assistance podróżnego.

– W najbliższych latach będziemy z pewnością obserwowali wzrost posiadania i wykorzystania tego typu usług. Polacy na co dzień korzystają z assistance w różnych momentach swojego życia, również tych trudnych. Dlatego też oferta assistance będzie ewoluowała, dostosowywała się do ich bieżących potrzeb – mówi menedżer komunikacji i marketingu w Europ Assistance Polska.

Jak podkreśla, szczególnie perspektywiczne wydają się assistance podróżny – wraz ze wzrostem wyjazdów Polaków w coraz bardziej egzotyczne zakątki świata – oraz medyczny, który będzie zyskiwać na znaczeniu dzięki trendom demograficznym.

– Niewątpliwie będziemy też obserwować zmiany związane z nowymi technologiami – mówi Justyna Niebutkowska-Jończyk.

Coraz większym zainteresowaniem cieszy się wideokonsultacja z lekarzem w assistance medycznym. 17 proc. osób deklaruje, że korzystało z tej formy kontaktu, a 91 proc. z nich było zadowolonych z tej usługi. Chęć skorzystania z niej w przyszłości wyraziło aż 2/3 badanych.

Wciąż najpopularniejszą formą kontaktu w sprawie zgłoszenia problemu pozostaje na razie kanał tradycyjny (96 proc.) i tylko 4 proc. klientów kontaktowało się w tej sprawie przy wykorzystaniu kanału online. Jednak z drugiej strony 25 proc. Polaków deklaruje, że najchętniej wykupiłoby assistance przez internet. Na rynek usług pomocowych stopniowo wchodzą też inne technologiczne rozwiązania, takie jak boty, aplikacje webowe czy czaty.

Coraz większe zainteresowanie uprawą i wykorzystaniem konopi. Rozluźnienie przepisów mogłoby przyspieszyć rozwój rynku

W Polsce rynek konopi stopniowo się rozwija. W ubiegłym roku areał upraw zgłoszonych do dopłat z ARiMR zwiększył się prawie dwukrotnie (o 1,5 tys. ha). Konopie są wydajne i można je uprawiać – pod pewnymi warunkami – na niemal każdej glebie, ale co istotne znajdują zastosowanie w wielu branżach przemysłu. Przybywa więc chętnych, by inwestować m.in. w ubrania, kosmetyki czy produkty budowlane z konopi. – Uprawy do celów przemysłowych mogłyby być objęte lżejszymi regulacjami – podkreślają eksperci. Równolegle rozwija się także wykorzystanie konopi w medycynie.

 Mamy możliwość uprawy w Polsce konopi włóknistych, nazywanych też konopiami przemysłowymi, oczywiście po przejściu określonych procedur. Oczywiście są też obostrzenia, które dotyczą składnika psychoaktywnego, który występuje w konopiach. To THC – tetrahydrokannabinol. Jest wymóg, aby uprawa – niezależnie od tego, czy jest na nasiennictwo, czy na włókno, np. dla przemysłu papierniczego albo budowlanego – mieściła się w 0,2 proc. THC w biomasie – mówi agencji Newseria Biznes Patrycja Bartosz-Burdiak, radca prawny w Kancelarii Bartosz-Burdiak, prezes zarządu Orbis Cannabis.

Według przytaczanych przez Orbis Cannabis danych Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (dane upraw deklarowanych do płatności gruntowych dla rolników) w 2017 roku areał upraw konopi włóknistych wynosił 1288 ha, rok później -19 =69 ha, natomiast w ubiegłym roku już 3556 ha. Te dane nie odzwierciedlają jednak całej powierzchni zajętej pod uprawę konopi włóknistych, bo część rolników nie deklaruje jej do przyznania płatności gruntowych.

Konopie włókniste znajdują zastosowanie w takich branżach jak włókiennictwo, papiernictwo, budownictwo czy kosmetyka. Można je uprawiać niemal na każdej glebie i są bardzo wydajne – z hektara konopi można wyprodukować czterokrotnie więcej pulpy (np. do produkcji papieru) niż z hektara lasu. Między innymi dlatego w Polsce coraz więcej przedsiębiorców chce inwestować w produkcję np. ekstraktów CBD, półsurowców z przetworzenia konopi (np. produkcję izolatu CBD, destylatu), produkcję ubrań, kosmetyków z dodatkiem oleju z nasion konopi, produktów spożywczych czy budowlanych. W Polsce budowane są już domy o strukturze wspartej cementem konopnym. Jak ocenia prezes Orbis Cannabis, lekkie rozluźnienie polskiego prawodawstwa pozwoliłoby jeszcze bardziej zdynamizować rynek.

– Każdy akt prawny można udoskonalić, w tym też przepisy dotyczące rynku konopnego. Chodzi np. o inwestorów i producentów konopi włóknistych, którzy chcą prowadzić produkcję na nasiennictwo, cele budowlane, włókiennicze, celulozowe w tym zakresie, gdzie poziom THC jest niższy niż 0,2 proc. Tutaj można zaproponować trochę lżejsze regulacje – wprowadzić możliwość zgłoszenia uprawy bez konieczności przechodzenia wszystkich skomplikowanych procedur. W tym aspekcie konopi niemedycznych faktycznie można by bardziej poluzować system legislacyjny – ocenia Patrycja Bartosz-Burdiak.

Jak ocenia, polskie przepisy nie są w tej kwestii tak liberalne jak np. amerykańskie, ale już bardziej niż francuskie czy niemieckie

– Między polskim prawodawstwem a przepisami innych krajów UE i poza nią istnieją różnice, aczkolwiek w Polsce prawo stopniowo staje się bardziej liberalne. Pierwsze przepisy, które pozwoliły na stosowanie m.in. konopi medycznych, pochodziły z Kanady. To ustawodawstwo nie było doskonałe, zawierało wiele błędów i wiązało się z problemami. Kanadyjczycy uczyli się na własnych błędach, my zaś możemy uczyć się na nich, żeby ich nie powielać – mówi Patrycja Bartosz-Burdiak.

Drugą sferą wykorzystania konopi jest zdrowie. W listopadzie 2017 roku w Polsce weszła w życie ustawa legalizująca marihuanę do celów medycznych. Dzięki temu od ponad dwóch lat kurację konopiami medycznymi może przepisać każdy lekarz. Spółka Spectrum Therapeutics, która zajmuje się importem suszu konopnego, szacuje, że w Polsce jest około 300 tys. osób potrzebujących takiej terapii. Legalne wyroby wydawane są wyłącznie w aptekach na podstawie recepty lekarskiej. Ich skład jakościowy i ilościowy jest ściśle określony oraz kontrolowany na każdym etapie produkcji.

– W tym przypadku uprawa nie jest dozwolona, ale import i dystrybucja konopi medycznych funkcjonują już na polskim rynku. Oczywiście jest to możliwe po przejściu licznych procedur rejestracyjnych, ale to również furtka otwarta dla pacjentów, którzy potrzebują takiej terapii – mówi prezes zarządu Orbis Cannabis.

Konopie mają udowodnioną badaniami klinicznymi skuteczność w przebiegu terapii bólu przewlekłego. Stąd głównymi wskazaniami do stosowania konopi medycznych są chroniczne bóle, łagodzenie objawów wywołanych chemioterapią i radioterapią, stwardnienie rozsiane czy padaczka. Ponadto stosowane są jako wsparcie w procesie leczenia m.in. alzheimera i parkinsona, zespołu stresu pourazowego, stanów lękowych, zespołu Tourette’a, wyniszczenia z powodu AIDS czy choroby Leśniowskiego-Crohna. Badania naukowców z Uniwersytetu w Michigan, przytaczane przez Spectrum Therapeutics, wykazały, że 42 proc. pacjentów korzystających z medycznej marihuany rezygnuje z dotychczas przyjmowanych leków, a kolejne 38 proc. zmniejsza ich dawki.

Z raportu „The Poland Cannabis White Papers” przygotowanego przez Prohibition Partners wynika, że wartość krajowego rynku konopnego za osiem lat sięgnie 2 mld euro. Cały europejski rynek będzie wart ok. 123 mld euro.

Mieszkania Polaków maleją

W 2019 r. po raz kolejny spadła średnia powierzchnia mieszkania ukończonego na terenie Polski. Wyjaśniamy, dlaczego spadki średniego metrażu lokali i domów są widoczne już od dawna

Jeżeli chodzi o wyniki inwestorów mieszkaniowych z minionego roku, to media największą uwagę poświęcają rekordowej liczbie ukończonych mieszkań. Mniejsze zainteresowanie wzbudza natomiast zmiana przeciętnego metrażu wybudowanych lokali i domów. To również jest ważna kwestia. Dane GUS-u wskazują bowiem, że w 2019 r. średnia powierzchnia oddanego do użytku mieszkania znów znacząco spadła. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili wyjaśnić przyczyny ubiegłorocznej zmiany i zaprezentować ją w kontekście wyników z poprzednich 25 lat.

Spadek średniego metrażu trwa już od 2014 roku …

Informacji o średniej powierzchni mieszkań ukończonych w Polsce, trzeba szukać na stronie Głównego Urzędu Statystycznego. Wspomniane informacje mają charakter zbiorczy, ponieważ GUS pod pojęciem mieszkania rozumie zarówno lokal mieszkalny, jak i dom. Taka definicja mieszkania stosowana przez Główny Urząd Statystyczny tłumaczy, dlaczego wyniki widoczne na poniższym wykresie są znacznie wyższe od przeciętnej powierzchni nowego „M”. Wykres przygotowany przez ekspertów RynekPierwotny.pl informuje, jak w latach 1995 – 2019 zmieniała się średnia powierzchnia ukończonych mieszkań. Taki przeciętny metraż od 2003 r. do 2014 r. niemal bez przerwy przekraczał 100,0 mkw. Szczególnie wysokie wyniki odnotowano w latach 2003 – 2004 oraz 2010 – 2011. Wtedy były oddawane do użytku m.in. domy oraz lokale, których budowa rozpoczęła się w czasach dobrej koniunktury gospodarczej z końca lat 90 – tych i podczas poprzedniego boomu mieszkaniowego.

Warto jednak wrócić do czasów nieco nam bliższych i przyjrzeć się spadkowemu trendowi, który dotyczy średniej powierzchni mieszkań ukończonych w ostatnich sześciu latach. Taka średnia powierzchnia zmieniała się następująco:

  • 2013 r. – 104,6 mkw.
  • 2014 r. – 100,9 mkw.
  • 2015 r. – 99,8 mkw.
  • 2016 r. – 94,5 mkw.
  • 2017 r. – 92,7 mkw.
  • 2018 r. – 90,3 mkw.
  • 2019 r. – 88,8 mkw.

Zmiany metrażu mieszkań Polska RP wyk.1

Na poniższym wykresie dobrze widać, że spadki z lat 2017 – 2019 miały niemal identyczne tempo. Jeżeli chodzi o wynik dotyczący 2019 roku, to trzeba podkreślić, że w ciągu poprzedniego ćwierćwiecza niższą wartość odnotowano tylko dwa razy (1999 r. – 87,3 mkw. oraz 2001 r. – 86,0 mkw.).

 

Mieszkania deweloperskie nie skurczyły się mocno

 

Na średnią powierzchnię mieszkań ukończonych w Polsce, wpływa głównie aktywność dwóch różnych typów inwestorów. Chodzi o deweloperów i osoby prywatne budujące mieszkania na własny użytek. W przypadku prywatnych inwestorów, możemy śmiało mówić o budowie tylko domów jednorodzinnych. Deweloperzy budują zarówno lokale mieszkalne, jak i domy stanowiące znacznie mniejszą część ich oferty (ok. 3% – 5%).

Poniższa tabela przedstawia zmiany średniej powierzchni mieszkań (lokali i domów) wybudowanych przez deweloperów oraz osoby prywatne w latach 2013 – 2019. To zestawienie przygotowane przez ekspertów portalu RynekPierwotny.pl, dobrze tłumaczy spadkowy trend na powyższym wykresie (dotyczący lat 2014 – 2019). Informacje z tabeli potwierdzają, że w analizowanym okresie szybko spadała średnia powierzchnia ukończonych domów jednorodzinnych (spadek ze 148,5 mkw. – 2013 r. do 143,5 mkw. – 2019 r.). W przypadku mieszkań wybudowanych przez deweloperów, procentowy spadek średniego metrażu był dwuipółkrotnie mniejszy. To sugeruje, że kurczenie się przeciętnego mieszkania ukończonego w Polsce jest przede wszystkim efektem mniejszej wielkości prywatnych domów.

Średnia powierzchnia wybudowanych domów spada nie tylko z przyczyn demograficznych. Warto również wskazać na bardziej restrykcyjną politykę kredytową banków niż w czasach poprzedniego boomu, a także na wzrost kosztów budowy domów. Trzeba jednak pamiętać, że statystyczne skutki rekordowo szybkich wzrostów kosztu wybudowania domu (widocznych w 2018 roku oraz 2019 roku), zobaczymy dopiero za 3 lata – 4 lata. W Polsce budowa przeciętnego domu trwa bowiem 48 miesięcy (według aktualnych danych GUS).   Zmiany metrażu mieszkań Polska RP tab.1

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Hasła reklamowe układane przez roboty bardziej chwytliwe niż te wymyślone przez człowieka. Marketingowcy sięgają po sztuczną inteligencję

Chatboty zapewniają konsumentom możliwość całodobowego kontaktu z usługodawcą, a algorytmy sztucznej inteligencji już dziś tworzą skuteczniejsze hasła reklamowe niż człowiek. Jednak na razie wdrożenie rozwiązań z zakresu SI wiąże się z wysokim kosztem inwestycyjnym. Na taki mogą sobie pozwolić tylko najbogatsze firmy. Sztuczna inteligencja najprawdopodobniej zrewolucjonizuje w pierwszej kolejności marketing w firmach o profilu finansowym.

– Sztuczna inteligencja sprzyja wprowadzaniu nowych rozwiązań i innowacji do procesu marketingowego. Pomaga tworzyć nowe produkty, rozwiązania, usługi czy procesy. Mimo że nadal jest to nisza na rynku, coraz więcej firm z tego korzysta i robi to efektywnie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Przemysław Tomczyk z Akademii Leona Koźmińskiego.

Algorytmy uczenia maszynowego są w stanie analizować ogromne zbiory danych. Na podstawie informacji o charakterze demograficznym, a także tych związanych z dochodami czy zainteresowaniami sztuczna inteligencja opracowuje profile potencjalnych klientów, co przekłada się na łatwiejsze tworzenie nowych produktów i usług.

– Sztuczna inteligencja to przyszłość marketingu. Dzięki niej można automatyzować procesy, usprawniać obsługę klienta i proces tworzenia innowacji razem z nim. Dzięki temu klienci są bliżej firmy, współtworzą rozwiązania, które są dla nich lepsze, i tracą mniej czasu na sprawy formalne typu realizacja i kontrola zamówień czy obsługa klienta – uważa dr Przemysław Tomczyk.

Algorytm opracowany przez start-up Persado zajmuje się tworzeniem reklam. Hasła reklamowe są budowane na bazie miliona słów oznaczonych tagami. Slogany stworzone przez robota osiągały nawet dwukrotnie większą klikalność niż te, które napisał człowiek. Z uwagi na to amerykański bank JPMorgan Chase podpisał z Persado pięcioletnią umowę na tworzenie kampanii reklamowych przez sztuczną inteligencję.

Sztuczną inteligencję wykorzystuje się też do obsługi klientów, głównie poprzez tzw. chatboty, które prowadzą rozmowy z klientami np. w mediach społecznościowych bądź na stronach internetowych. To jest niezwykle wygodne dla dostawców, natomiast nie jest jeszcze na tyle dopracowane, żeby było traktowane przez klientów jako zupełnie naturalne, i nad tym firmy bardzo mocno pracują – zauważa dr Przemysław Tomczyk.

Na zatrudnienie chatbotów i voicebotów w centrum obsługi klientów zdecydował się m.in. Bank Pocztowy. Tego typu decyzje zwykle podyktowane są preferencjami klientów. Ci oczekują od firm przede wszystkim natychmiastowej reakcji na ich problemy i wątpliwości. Według badań przeprowadzonych przez SAP Customer Experience prawie 75 proc. konsumentów może zrezygnować z kontaktowania się z firmą, jeśli reakcje na pytania są zbyt powolne. Trend popularyzacji kanału komunikacji opartego na sztucznej inteligencji potwierdza się w przewidywaniach analityków. Raport firmy Symetria X wskazuje natomiast, że 25 proc. konsumentów wysoko ocenia firmy dające możliwość całodobowego kontaktu.

Inwestycja w sztuczną inteligencję oznacza dla firm spory wydatek. Roczny abonament za wykorzystanie gotowego chatbota to nawet 40 tys. dol. rocznie. W przypadku rozwiązań tworzonych specjalnie dla danej firmy koszt wdrożenia może sięgać nawet 300 tys. dol. Z uwagi na wysokie koszty implementacji na tego typu rozwiązania decydują się zwykle najwięksi gracze, zwłaszcza ci działający w sektorze bankowym.

Sztuczna inteligencja w marketingu wiąże się z dużym kosztem na początku, bo trzeba stworzyć albo zaadaptować rozwiązanie. Jednak później wraz ze zmianą kształtu krzywej doświadczenia te koszty są coraz mniejsze, bo mamy jedno rozwiązanie, które samo się uczy, dzięki czemu samo dopasowuje się do klientów, jest elastyczne i generuje mniejsze koszty – przekonuje ekspert.

Z raportu „Sztuczna inteligencja w społeczeństwie i gospodarce” opublikowanego przez NASK wynika, że 90 proc. Polaków dostrzega wpływ sztucznej inteligencji na otaczającą rzeczywistość. Prognozy Global Market Insights zakładają, że do 2024 roku rynek chatbotów ma być wyceniany na 1,3 mld dol.

Pociągi przyszłości będą ekologiczne i znacznie szybsze. Najnowsze technologie zadbają o komfort pasażerów, również na dworcach

Kolej przyszłości pozwoli skrócić czas trwania podróży. Jazda koleją ma być konkurencją dla samolotów, przy tym bardziej ekologiczną. Pociągi są już napędzane wodorem, coraz więcej firm wprowadza do taboru elektryki i hybrydy. Zmieniają się także dworce, które wykorzystują sztuczną inteligencję do skanowania twarzy pasażerów i usprawniania ruchu. Maszyniści mogą liczyć z kolei na inteligentne systemy wspomagające ich prace, a systemy badania drgań ostrzegą przed wypadkiem.

– W kolei czeka nas przede wszystkim rewolucja napędów do pojazdów szynowych. To już nie tylko typowe pojazdy elektryczne lub diesle, lecz także hybrydy, pojazdy wodorowe i magazynowanie energii przy napędach pojazdów szynowych. Na rynku pojawiają się także nowe materiały, nowa aerodynamika i większa wygoda – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Zdziarski, prezes PESA Bydgoszcz.

Wodór jest najbardziej rozpowszechnionym pierwiastkiem we wszechświecie, a produktem ubocznym jego spalania nie jest gaz cieplarniany – tylko czysta woda, z której można ekstrahować wodór, aby wytworzyć więcej paliwa. W Europie do taborów są już wprowadzane pociągi ze zbiornikami wodoru na dachu, o zasięgu ok. 1 tys. km. Aby usprawnić podróż, testuje się już mobilne tankowania. Nikogo nie dziwią już pociągi elektryczne czy hybrydy. W Japonii praktycznie odchodzi się od tradycyjnie napędzanych pociągów.

– Wygląd czy konfiguracja pojazdu są ograniczone torami, więc on musi się w tych torach zmieścić i po nich poruszać, ale już jego wygląd, aerodynamika i estetyka mogą być zróżnicowane. Nie tylko kolorystyka, lecz także kształt, szczególnie jeżeli mówimy o pojazdach wysokich prędkości, w których aerodynamika odgrywa fundamentalną rolę. Wewnątrz ważne są przede wszystkim wygoda pasażerów i użyteczne spędzenie czasu – mówi Krzysztof Zdziarski.

Pociągi są coraz lżejsze, a przy tym bezpieczne. Wprowadzane są też pierwsze lewitujące pociągi – rozpędzają się na szynach, a dzięki elektrodynamicznemu układowi zawieszenia i sile magnetycznej można je unieść i wyeliminować tarcie. Takie składy są już testowane w Azji. Polacy pracują natomiast nad pociągami, które będą poruszać się z prędkością ok. 400 km/h po już istniejącej infrastrukturze. Także konwencjonalne pociągi w najbliższych latach będą wspierane innowacjami.

– Innowacje, które za kilka–kilkanaście lat pojawią się, a nad którymi de facto już pracujemy, to są nowe materiały, które muszą bazować na bardzo wysokiej wytrzymałości, parametrach fizycznych, ale również lekkości. Mówimy również o nowego rodzaju napędach i przede wszystkim aerodynamice przy wysokiej prędkości – wskazuje prezes PESA Bydgoszcz.

Już w lotnictwie, gdzie waga samolotu decyduje o zużyciu paliwa, materiały kompozytowe coraz częściej zastępują metal. Dzięki temu  można obniżyć zużycie paliwa. Także kolej może skorzystać na takich rozwiązaniach. Trwają też prace nad zbudowaniem pociągu przyszłości w całości z biodegradowalnych materiałów, choć na razie opracowywana jest sama koncepcja takiego modelu.

Jak podkreśla Krzysztof Zdziarski, nowe technologie zmieniają też samą podróż i wygodę pasażerów. Coraz częściej same dworce są naszpikowane nowymi technologiami, które m.in. skanują twarze podróżnych. W Azji testuje się już ruch bezbiletowy, tylko na podstawie rysów twarzy. Wkrótce takie rozwiązania mogą pojawić się także w Europie. W trakcie jazdy pociągiem podróżni mogą też liczyć na udogodnienia, w tym lepiej zintegrowane połączenia z innymi środkami transportu.

– Za kilkanaście lat przewozy pociągami czy pojazdami szynowymi będą się bardziej integrowały między sobą – ruch tramwajowy z ruchem kolejowym, ruch podmiejski z ruchem dalekobieżnym. Przyszłość to także większy dostęp do lotnisk, w tym Centralnego Portu Komunikacyjnego – zaznacza Krzysztof Zdziarski.

Według analiz MarketsandMarkets rynek inteligentnej kolei do 2024 roku ma osiągnąć wartość 39 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu blisko 14 proc. w najbliższych latach.

Nadchodzą podwyżki cen adresów w domenie .com

Najpopularniejsza na świecie domena .com stanie się na całym świecie wyraźnie droższa. Cena za jej utrzymanie wzrośnie o 7 proc. w drugiej połowie 2020 roku i taka sama podwyżka czeka nas także przez 3 kolejne lata. Niestety na tym się nie skończy. Od 2026 ceny zaczną rosnąć dalej – informuje serwis hostingowy Domeny.pl. Wedle firmy, podwyżka wynika z porozumienia, które jest obecnie finalizowane przez Verisign, globalnego operator domeny .com, oraz ICANN, organizację nadzorującą globalny rynek domen.

Ceny domen .com były zamrożone od 2012 roku na mocy postanowienia wydanego przez amerykańską Narodową Administrację Telekomunikacji i Informacji (US National Telecommunications and Information Administration). Decyzja ta została jednak zniesiona pod koniec 2018 roku w porozumieniu między rządem USA i Versign, na mocy którego przedłużono prawo firmy do administrowania domeną .com.

„W tej umowie Versign uzyskał też zgodę na podnoszenie cen za utrzymanie domeny .com o maksymalnie 7 proc. każdego roku przez cztery kolejne lata, a potem przychodzi dwuletni okres zamrożenia cen. Okres podwyżek rozpoczyna się w 2020 roku i potrwa do 2023 roku. Do 2025 ceny zostaną zamrożone, ale od 2027 przez cztery lata znowu będą rosły o 7 proc. każdego roku. I tak dalej. Wdrożenie tego mechanizmu wymagało zgody ICANN, co praktycznie już się stało” – mówi Elżbieta Kornaś, Brand Manager serwisu Domeny.pl.

Jak wyjaśnia przedstawicielka Domeny.pl, ICANN już w czerwcu minionego roku wyraził zgodę na zniesienie ograniczenia cen dla domen najwyższego poziomu (gTLD), w tym m.in. .org czy .com, motywując to zaostrzającą się konkurencją dla tego typu domen ze strony tzw. domen z nietypowymi rozszerzeniami (new gTLD). Zgoda na podwyżki cen domeny .com jest zatem naturalną konsekwencją wcześniejszej decyzji.

„Smaczku temu nadaje jednak fakt, że za oficjalną zgodę ICANN na wdrożenie mechanizmu podwyżek wynegocjowanego między rządem USA i Verisign, organizacja otrzyma od operatora 20 milionów dolarów, płatne 4 miliony przez kolejne 5 lat. Ma to być formą wsparcia inicjatyw podejmowanych przez  ICANN. Dla Verisgn to kropla w morzu korzyści, jakie osiągnie dzięki uwolnieniu cen na domenę .com” – mówi Elżbieta Kornaś.

Versign w minionym roku miał 1.232 miliardów dolarów przychodu, a w tym roku szacuje, że jego przychody wzrosną do poziomu 1.250-1.265 miliardów dolarów. Szacunki te nie uwzględniają wzrostu cen za utrzymanie domen .com.

Według danych Domeny.pl, obecnie w internecie jest zarejestrowanych ponad 146 milionów domen z rozszerzeniem .com, co czyni ją najpopularniejszą domeną najwyższego poziomu na świecie. Na kolejnych miejscach są: tk (30 mln), .cn (15,3 mln), .de (14,7 mln), .net (13,2 mln), .uk (10.9 mln) oraz org (10,1 mln).

Rynki mierzą się ze skutkami epidemii koronawirusa

Miniony tydzień przyniósł wzrost obaw inwestorów, co odbiło się na cenach aktywów – w tym walut takich jak polski złoty.

W zeszłym tygodniu obserwowaliśmy spadki indeksów giełdowych z całego świata. Niepokój związany z wpływem epidemii koronawirusa na stan światowej gospodarki negatywnie odbił się na bardziej ryzykownych aktywach. Rynki akcji traciły po raz pierwszy od trzech tygodni, a gwałtownej wyprzedaży doświadczały również waluty rynków wschodzących. Umacniały się natomiast, jak zwykle w takich sytuacjach, aktywa uznawane za bezpieczne (tzw. safe haven). W oczy rzucał się jedynie brak aprecjacji jena japońskiego. Tłumaczyć to może fakt, że gospodarka Japonii jest jedną z bardziej narażonych na negatywne skutki epidemii koronawirusa.

W obliczu atmosfery paniki na rynkach finansowych, uwagę zwraca stabilizacja euro w parze z dolarem amerykańskim. Ograniczona zmienność tej pary wspiera tezę, że jej ostatnie spadki wynikały raczej z używania euro do realizacji strategii “carry trade” – polegającej na wykorzystywaniu różnic w stopach procentowych między krajami – aniżeli z gorszych perspektyw ekonomicznych wspólnego bloku walutowego.

Kalendarz ekonomiczny na najbliższe dni nie obfituje w istotne publikacje. Inwestorzy będą zatem obserwować dane dotyczące liczby zainfekowanych koronawirusem w Chinach i innych krajach. Większą zmienność może przynieść jedynie raport o inflacji PCE w USA, w związku z tym, że jest to wskaźnik dynamiki cen preferowany przez Fed.

PLN

Ryzyko związane z koronawirusem miało negatywny wpływ na zachowanie złotego w zeszłym tygodniu, wywołując wyprzedaż polskiej waluty i jej osłabienie w relacji do głównych walut. Informacje z Polski były dość mieszane, jednak napływające w ostatnim czasie dane makroekonomiczne nadal zdają się sugerować utrzymanie względnie wysokiego tempa wzrostu gospodarczego. W minionym tygodniu opublikowane zostały “minutki” ze spotkania RPP, które wskazują na pewne rozbieżności w ocenach decydentów. Pomimo tego, obecnie za najbardziej realistyczny scenariusz uznajemy utrzymanie stabilnych stóp procentowych w kolejnych miesiącach.

GBP

Szereg danych makroekonomicznych z Wielkiej Brytanii – dotyczących zatrudnienia, cen nieruchomości oraz aktywności biznesowej – opublikowanych w ostatnich dniach, nie wsparł brytyjskiej waluty. Jej obecne zachowanie wydaje się zależeć niemal wyłącznie od szczątkowych informacji o stanie negocjacji handlowych z Unią Europejską. W tym tygodniu można spodziewać się kolejnych informacji dotyczących tej kwestii: Wielka Brytania ma przedstawić swoje stanowisko a propos żądań w kontekście negocjacji.

Brak istotnego wpływu odczytów ekonomicznych na funta jest pewnym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że większość wspomnianych danych okazała się zauważalnie lepsza od oczekiwań. Szczególną uwagę warto zwrócić na odczyt inflacji w styczniu, który pokazał wzrost dynamiki cen do najwyższego poziomu od sześciu miesięcy – nieznacznie poniżej 2-procentowego celu inflacyjnego Banku Anglii. Naszym zdaniem oznacza to, że w najbliższym czasie w Wielkiej Brytanii nie należy spodziewać się cięcia stóp procentowych.

EUR

Ubiegły tydzień przyniósł stabilizację sytuacji po gwałtownych i niekiedy zaskakujących zmianach na głównej parze, jakie obserwowaliśmy w poprzednich tygodniach. Wspólna europejska waluta w ostatnich dniach umocniła się w relacji do większości istotnych walut (za wyjątkiem franka szwajcarskiego). Zachowanie euro zdaje się potwierdzać nasz pogląd tłumaczący niedawną deprecjację waluty, który zakłada, że ostatnie spadki euro miały związek przede wszystkim z wykorzystywaniem wspólnej europejskiej waluty w strategiach „carry trade”. W tym przypadku chodzi o pożyczanie przez inwestorów niskooprocentowanego euro w celu inwestycji w waluty wyżej oprocentowane, co pozwala zarobić na różnicy w stopach procentowych między krajami. Wzrost awersji do ryzyka zazwyczaj przekłada się na zamykanie części tego typu pozycji.

Mimo obaw związanych z wpływem epidemii koronawirusa na globalne łańcuchy dostaw, ostatnie odczyty indeksów PMI w strefie euro w ujęciu ogólnym zaskoczyły na plus, wskazując na poprawę w aktywności biznesowej w krajach bloku walutowego. Bardziej wnikliwa analiza danych pokazuje jednak mniej optymistyczny obraz – w kontekście odczytu dla przemysłu zaobserwowano wydłużenie czasu realizacji dostaw od dostawców związane z koronawirusem. Wzrost indeksów PMI jest dobrą informacją, jednak należy mieć na uwadze, że pełen wpływ epidemii nie jest jeszcze odzwierciedlony w tych danych.

USD

Optymistyczne odczyty drugorzędnych publikacji makroekonomicznych dla Stanów Zjednoczonych, które poznaliśmy w ubiegłym tygodniu, musiały ustąpić negatywnej niespodziance, jaką okazała się piątkowa publikacja indeksów PMI. Podczas gdy konsensus oczekiwał, że indeks dla usług znajdzie się powyżej poziomu 53 pkt, odczyt pokazał spadek poniżej progu 50 pkt, który oddziela ekspansję od kurczenia się sektora. Warto jednak zachować pewien dystans do tych danych – historia indeksu w USA jest krótsza, a jego zdolności prognostyczne są niższe w porównaniu z indeksem dla strefy euro.

Najważniejszą publikacją dla USA w tym tygodniu będzie piątkowy odczyt inflacji PCE. Konsensus zakłada, że wskaźnik bazowy w styczniu wzrósł do poziomu 1,7%, powoli kierując się w stronę 2-procentowego celu inflacyjnego Rezerwy Federalnej. Czwartek przyniesie również rewizję danych o PKB w USA w IV kwartale, jednak oczekuje się, że dynamika nie zmieni się względem wstępnego odczytu na poziomie 2,1% w ujęciu zanualizowanym.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Złoto najdroższe od siedmiu lat

Ceny złota w ostatnich tygodniach dość systematycznie rosną. Kontynuowany jest trend z minionego roku.

Jest to istotne dla polskich inwestorów także ze względu na różnice kursowe związane ze wzmacnianiem się dolara wobec złotego. Cena złota to już 1 684 USD za uncję, a dolar podrożał do 3,98 zł.

Cena złota w dolarach jest najwyższa od siedmiu lat. Jednak jest o prawie 200 USD tańsze od historycznego szczytu z października 2011 r.

Złoto drożeje ze względu na różne obawy geopolityczne. A jakie są perspektywy, zwłaszcza że drożeje zarówno złoto i dolar, a kursy akcji na amerykańskich giełdach są na rekordowych poziomach, co może wydawać się sprzeczne?

– Polityka banków centralnych pozostanie bez zmian albo nawet będzie łagodzona, tego spodziewają się inwestorzy oceniając, że atrakcyjność amerykańskich obligacji będzie niska – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Największym zagrożeniem dla tego trendu cen złota byłaby konieczność zaostrzenie polityki przez Fed.

Icos Capital Fund III zainwestuje w sektorach rolno-spożywczym i czystych technologii

Fundusz Icos III będzie inwestować w scale-upy skupiające się na rozwijaniu oprogramowania oraz technologii na potrzeby produkcji w przemyśle rolno-spożywczym, biochemikaliów i nowoczesnych materiałów. Nowy fundusz corporate venture capital (CVC) jest wspierany przez trzech, międzynarodowych, korporacyjnych inwestorów: Nouryon, Bühler Group oraz Royal Cosun.

Myśląc perspektywicznie wspieramy innowacyjne projekty korzystając z różnych mechanizmów, także tych z udziałem funduszy venture capital. Zwiększają one szansę na sukces rodzimych spółek technologicznych, a jednocześnie sprawiają, że Polska staje się coraz bardziej atrakcyjnym krajem dla inwestorów z zagranicy, którzy widzą ogromny potencjał polskich innowatorów. Co istotne, stawiamy przy tym nie tylko na dynamiczny, ale zrównoważony rozwój. Inwestycje w nowe technologie w sektorach rolno-spożywczym i chemicznym to korzyść dla całego społeczeństwa, nie tylko dla inwestorów i twórców rozwiązań – zaznacza wicepremier Jarosław Gowin, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Kapitał dla innowacji

Icos Capital Fund III (ICF III) planuje zainwestować ponad 20 milionów euro w innowacyjne scale-upy działające w sektorach rolno-spożywczym, biochemikaliów i materiałów w Polsce. Fundusz zaangażował trzy europejskie korporacje jako głównych inwestorów i strategicznych partnerów: Nouryon (wcześniej AkzoNobel Specialty Chemicals), Bühler Group oraz Royal Cosun. Finansowanie pochodzi także z Funduszy Europejskich – z zarządzanego przez PFR Ventures Funduszu Funduszy PFR NCBR CVC, który współtworzy Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

Pieniądze unijne wykorzystujemy też do rozwoju sektora venture capital w Polsce, w tym w coraz bardziej liczącej się na świecie formule corporate venture capital. Fundusz ICOS III to około 20 milionów euro, z czego połowa pochodzi z programu Inteligentny Rozwój. Doceniamy, że w polskie innowacyjne spółki chcą inwestować fundusze i inwestorzy korporacyjni z zagranicy. To tylko potwierdza, że w naszym kraju jest wiele ciekawych firm z nowatorskimi pomysłami i dużym potencjałem rozwoju – powiedziała Małgorzata Jarosińska-Jedynak, Minister Funduszy i Polityki Regionalnej.

Europejski fundusz Icos obecny jest w Holandii, Polsce, Szwajcarii i Niemczech. Siedziba zespołu znajduje się w Rotterdamie. Równolegle do polskiego rynku, fundusz czynnie inwestuje w pozostałych regionach Unii Europejskiej. Icos to już trzeci fundusz CVC uruchomiony przez PFR Ventures. Dwa poprzednie to SpeedUp Energy Innovation wspierany przez PGE oraz EEC Magenta, którego inwestorem korporacyjnym jest Tauron. W 2019 roku dokonały one swoich trzech pierwszych inwestycji, o łącznej wartości ok. 13 mln PLN

Cieszymy się, że na naszym rynku pojawiają się pierwsze fundusze CVC zasilane przez prywatne korporacje. Mamy nadzieję, że wpłynie to na lokalnych graczy i dzięki temu, by przyjrzeli się bliżej formule wykorzystywanej przez większość spółek z listy Fortune500 – mówi Maciej Ćwikiewicz, CEO, PFR Ventures.

Stworzyliśmy już sieć funduszy VC, a teraz na polski rynek wprowadzamy kolejny fundusz CVC ukierunkowany na B+R. Dzięki temu spółki technologiczne będą mogły rozwijać się w długim okresie, korzystając z know-how naszych partnerów – mówi Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Icos angażuje korporacje i instytucje finansowe w partnerską współpracę, mającą na celu przyspieszenie wzrostu obiecujących scale-upów. Skuteczna realizacja naszego modelu biznesowego w połączeniu z dobrymi wynikami pomogły nam założyć trzeci taki fundusz z rozpoznawalnymi partnerami. Jesteśmy podekscytowani tym, że dołączył do nas inwestor instytucjonalny w postaci PFR Ventures, ponieważ otwiera nam to szerszy dostęp do polskiego ekosystemu start-upów – mówi Peter van Gelderen, Dyrektor Zarządzający, Icos Capital.

Konsorcjum

Współpraca partnerska ICF III obejmuje trzy wiodące europejskie korporacje: szwajcarską Bühler Group, lidera rynku systemów i rozwiązań dla sektora rolno-spożywczego i samochodowego; Nouryon, znaną wcześniej jako AkzoNobel Specialty Chemicals, z siedzibą w Holandii; oraz Royal Cosun, wiodącą europejską spółdzielnię rolno-spożywczą oraz w obszarze biochemikaliów i materiałów, również posiadającą siedzibę w Holandii.

Konsorcjum zapewnia unikalną wiedzę o rynku, pozwalającą analizować ponad 1000 propozycji rocznie i inwestować w te najlepsze. Już wcześniej, partnerstwo gwarantowało duże zaangażowanie we wspieraniu spółek portfelowych na ich drodze do zwiększania skali działalności na rynkach przemysłowych. Wszystkie korporacje ICF III są obecne w Polsce. Ich łączny przychód za 2019 roku wyniósł ponad 10 miliardów euro w skali światowej.
ICF III dokonał już czterech inwestycji, w cyfryzację przemysłu, rozszerzoną inteligencję (Squirro, Szwajcaria), rolnictwo precyzyjne (Gamaya, Szwajcarcia), analitykę predykcyjną (Reliability Solutions, Polska, finansowana wcześniej także przez NCBR) oraz fermentację beztlenową biochemikaliów (Holiferm, Zjednoczone Królestwo). Niedługo fundusz planuje ogłosić dwie kolejne inwestycje w Polsce.

W ostatnich latach w Polsce obserwujemy stały wzrost obiecujących spółek technologicznych, a obecnie prowadzimy rozmowy z kilkoma start-upami w regionie. W połowie 2019 roku, wspólnie z EEC Magenta, przeprowadziliśmy inwestycję w krakowską spółkę Reliability Solutions. Planujemy ogłosić kilka nowych inwestycji w tym regionie w nadchodzących latach – mówi Nityen Lal, Dyrektor Zarządzający, Icos Capital.

Mamy ambitny plan cyfryzacji, a we współpracy z Icos Capital przyglądamy się bliżej najlepszym spółkom, aby pomóc im odnieść sukces na ich rynkach oraz sprawić, że cyfrowe i zrównoważone rozwiązania przetwarzania żywności będą dostępne na naszych rynkach i dla naszych klientów. Współpracujemy z Reliability Solutions, Squirro oraz Gamaya, które naszym zdaniem oferują najlepsze rozwiązania na niektórych głównych rynkach, na których operujemy – mówi Ian Roberts, CTO Bühler Group, Szwajcaria.

Pracujemy z Icos nad kilkoma innowacjami, w tym nad naszym partnerstwem z Photanol, aby produkować chemikalia ze światła słonecznego i CO2. Icos to skuteczna platforma do wyszukiwania, monitorowania i współpracy z wiodącymi innowacyjnymi spółkami, Icos wspiera także naszą strategię rozwoju bardziej zrównoważonych platform chemicznych dla naszych klientów – mówi Marco Waas, Dyrektor Działu Badań, Rozwoju i Innowacji w Nouryon, Holandia.

Nasz udział w ICF III to inwestycja w poszukiwanie innowacji, które wzmacniają i poszerzają naszą działalność poprzez nawiązywanie nowej współpracy z innowacyjnymi scale-upami zarówno na naszych głównych rynkach, jak również na nowych rynkach, gdzie nasze dotychczasowe możliwości mogą sprawić różnicę. Czynnie współpracujemy z Icos oraz pozostałymi korporacyjnymi partnerami w funduszu prowadzących działalność komplementarną, ale skupiającymi się na podobnych możliwościach cyfryzacji oraz wyzwaniach związanych ze zrównoważonym rozwojem – mówi Albert Markusse, CEO Royal Cosun, Holandia.

Od 2005 roku Icos Capital wsparł 18 ambitnych start-upów oraz scale-upów na pograniczu sektora cyfrowego i zrównoważonego rozwoju. Poprzez wspólne podejmowanie ryzyka Icos Capital wsparł i nadal wspiera spółki o wysokim potencjale transformacji sektorów rolno-spożywczych i (bio)chemikaliów z innowacjami w dziedzinie zrównoważonego rozwoju i cyfryzacji przemysłu. Dzięki ponad 80-letniemu doświadczeniu całego zespołu, nadal zapewnia on finansowanie na najwyższym poziomie, przyciąga wiodące korporacje i stosuje interaktywne podejście, jeśli chodzi o partnerstwo z bardzo innowacyjnymi start-upami w branży.

Kradł sygnał TV i inwestował w kryptowaluty i nieruchomości, grozi mu 10 lat więzienia

600 tys. złotych w Bitcoinie, nieruchomości i pojazd o łącznej wartości 400 tys. złotych zabezpieczyła na poczet przyszłych kar i grzywien Prokuratura Okręgowa w Olsztynie po zatrzymaniu przez Policję 49-latka, mieszkańca powiatu mrągowskiego, podejrzanego o tzw. „sharing”.

Wg ustaleń śledczych mężczyzna od kilku lat nielegalnie udostępniał w internecie programy telewizyjne płatnych platform satelitarnych, a zarobione w ten sposób pieniądze inwestował w zakup kryptowalut i nieruchomości. Zarobione na piractwie środki transferował również przez wirtualne portfele i konta w bankach założone na tzw. słupy w celu ukrycia ich faktycznego pochodzenia.

Przestępstwo sharingu polega na nielegalnym rozdzieleniu uprawnień karty abonenckiej i udostępnieniu tych uprawnień osobom do tego nieuprawnionym przy użyciu urządzeń niedozwolonych, za pośrednictwem Internetu. Jest to proceder pozwalający na odbiór kanałów telewizji satelitarnej w czasie rzeczywistym w wyniku bezprawnego uzyskania uprawnień przysługującym klientom nadawców telewizyjnych. W procederze sharingu biorą udział dawca – oferujący nielegalną usługę i biorca – osoba, której udostępniana jest telewizja. Biorca również popełnia przestępstwo określone w art. 7 ust. 2 Ustawy o ochronie niektórych usług świadczonych drogą elektroniczną opartych lub polegających na dostępie warunkowym. Dawca dysponuje legalnym dostępem do usługi płatnej telewizji kodowanej, ma zawarte legalne umowy o świadczenie usług telewizyjnych z operatorami.

Mężczyzna wpadł w trakcie jednego z kilkunastu przeszukań realizowanych na terenie trzech województw przez funkcjonariuszy i przedstawicieli Stowarzyszenia Sygnał.

Wobec podejrzanego 49-latka zastosowano środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na okres 3 miesięcy. Mężczyźnie grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności. Sprawa ma charakter rozwojowy.

Łączne straty, jakie poniosły firmy z branży mediów, szacowane są na chwilę obecną na kwotę około 6 mln złotych.

Gospodarka hamuje, ale nie tak ostro jak się spodziewano

Jak podaje GUS w opublikowanej dzisiaj informacji sygnalnej, wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury w lutym br. wyniósł 1,6 i był niższy niż w styczniu (3,2), jak i w lutym w ostatnich sześciu latach. Przy czym zróżnicowanie między branżami jest dość znaczne:

  • przetwórstwo przemysłowe (dane wyrównane sezonowo +1,3/dane niewyrównane: +1,6): długookresowy trend spadkowy; po styczniowej korekcie, w lutym obserwujemy dalsze spadki. Ocena obecnego stanu rzeczy wyraźnie lepsza niż oczekiwania na przyszłość (dane niewyrównane: +4,7 vs. -1,6), chociaż należy zauważyć, że przed miesiącem mieliśmy do czynienia z bardziej optymistyczną diagnozą i słabszymi prognozami.
  • budownictwo (+0,9/+0.1): po wyłączeniu silnego czynnika sezonowego notujemy długookresowy trend negatywny. Pesymistyczne prognozy (-4,5) przy relatywnie dobrej ocenie stanu bieżącego (+4,6), silna weryfikacja opinii styczniowych (słabsza diagnoza, lepsza prognoza).
  • handel: w handlu hurtowym sentymenty firm na sporym plusie (+4,6/+4,5), zbliżone w poziomach do tych notowanych w 2016. Systematycznie wysoka ocena stanu zastanego (+12,5), powyżej długookresowych średnich, składowa prognostyczna na minusie (-3,5); w handlu detalicznym (+0,3/-0,8) po tąpnięciu na początku 2019 konsekwentnie zbiegamy w stronę zera; znaczne minusy w ocenie przyszłego popytu (-7,4) – obok stałych wyzwań, związanych ze spadkiem koniunktury, branża czeka na rozwiązanie kwestii podatku cukrowego.
  • transport i logistyka (+0,7/+0,1): także tu wyraźny długookresowy trend spadkowy, który w ostatnich miesiącach ustabilizował się wokół zera; bardzo słabe prognozy (-5,5; chociaż skorygowane in plus po styczniu), u podłoża których leży m.in. niepewność związana z kształtem brexitu.
  • zakwaterowanie i gastronomia (-2,1/-5,6): kontynuacja ostrego trendu spadkowego, dla którego decydująca jest składowa prognostyczna – jeszcze gorsza niż przed miesiącem (-13,2 vs. -9,0). Tu ujawnia się przeciwstawna siła czynników długookresowych, jak bogacenie się społeczeństwa, ze spadającą koniunkturą i efektem czynników administracyjnych, czyli wzrostu płacy minimalnej.
  • informacja i komunikacja (+17,5/+19,0): niezmiennie na wyraźnych plusach w ostatniej dekadzie, zmiany strukturalne w gospodarce premiują tę dziedzinę, przez co zmiany cykliczne właściwie nie są odczuwalne. Słabną prognozy (+5,0), ale nadal znajdują się na poziomach nieosiągalnych dla przemysłu.
  • finanse i ubezpieczenia (niewyrównane sezonowo +23,6): podobnie jak informacja, pozytywne oceny wyraźnie górują nad negatywnymi, ale jednak obserwowany lekki trend spadkowy, który nieco zaostrzył bieg od połowy 2019 – w lutym słabszym diagnozom (+37,2) towarzyszą lepsze prognozy (+10,0).

Komentarz dr Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan

Jak budować relacje z klientami?

Obecne nasycenie rynku sprawia, że koszty reklamy i pozyskiwanie klientów stają się coraz droższe. Firmy ciągle prześcigają się w pomysłach marketingowych. W najtrudniejszych branżach marki są wstanie oferować usługi ze stratą, aby zarobić na obsłudze klienta dopiero za drugim lub trzecim razem. Liczy się ciągłe zwiększanie skali działania i podnoszenie jakości obsługi.

Klienci dziś oczekują coraz lepszego „customer experience”, weryfikują marki, sprawdzają ich działania oraz politykę, chcą zamawiać produkty i usługi w firmach, które niosą za sobą wartość. Sam produkt i dobra cena dziś nie wystarczają – wymaga się, aby marki niosły za sobą określone wartości. Wg. Najnowszych badań wynika, że coraz większa rzesza osób wierzy, że obecny kryzys klimatyczny zostanie rozwiązany przez największe i najbardziej odpowiedzialne marki świata, a nie przez polityków i inne organizacje pozarządowe.

Wszystkie powyższe aspekty powinny skłaniać do wsłuchiwania się w swoich odbiorców i zaangażowanie się w stałe i konsekwentne budowanie relacji z nimi. Ta zasada powinna przyświecać nie tylko największym firmom, ale i tym małym – prowadzącym jednoosobową działalność gospodarczą – które chcą przetrwać na rynku w kolejnych latach,
Jak zatem budować relacje z klientami?

„Dziś pozyskiwanie klientów stanowi dla firm jedno z największych wyzwań. Często taniej i efektywniej jest inwestować w pozyskanych już klientów i budować z nimi szczerą relacje. Niezastąpione są wówczas gadżety reklamowe, które użyte w odpowiedni sposób, dają najwyższy zwrot z inwestycji i potrafią zwiększyć CLV(customer lifetime value – wartość klienta w firmie) o nawet kilkaset procent” – mówi przedstawiciel Artigraf.pl

Gadżety reklamowe dla firm z każdej branży

Wiele firm, błędnie, kojarzy gadżety z logo jako drogą formę promocji. Mimo swojej wysokiej jakości, gadżety reklamowe dla firm, to narzędzie marketingowe, na które będzie stać nawet najmniejsze firmy. Upominki z logo sprawdzą się w każdej branży np.

  • Gadżety reklamowe dla fryzjerów – wymienić możemy takie produkty jak: lusterka z nadrukiem, kosmetyczki reklamowe, pomadki do ust czy gadżety reklamowe z kategorii higieny osobistej
  • Gadżety reklamowe dla branży motoryzacyjnej – produkty znaleźć można już od kilku złotych jak np. latarka LED z magnesem lub zegarek reklamowy w kształcie felgi.
  • Gadżety reklamowe dla branży medycznej – antystresy z nadrukiem lub pendrive z grawerem, skórzane etui na recepty
  • Gadżety reklamowe dla branży budowlanej – kubki reklamowe, kubki termiczne z grawerem lub narzędzia z nadrukiem
  • Gadżety eventowe – plecaki reklamowe, portfele reklamowe, torby z nadrukiem lub smycze reklamowe

Powyższe informacje wyraźnie pokazują, że artykuły reklamowe może dopasować do swoich potrzeb każda firma, niezależnie od branży jak i budżetu. Tanie gadżety reklamowe to sposób na reklamę dla nawet najmniejszych przedsiębiorstw.

Sposób na promocję – tanie gadżety reklamowe

Budżety marketingowe małych firm, oscylują czasem w obrębie kilku tysięcy a nawet kilkuset złotych. Dla tego wybór upominków reklamowych to najlepsza opcja jeśli chcemy w tani sposób zbudować relacje z klientami. Dla przykładu, salon kosmetyczny lub fryzjerski może wybrać atrakcyjne lusterka z grawerem, które będzie wręczać swoim klientom. Nawet przy stosunkowo niewielkim nakładzie zamówienia (100 szt.)  produkt taki nie przekroczy kwoty 4 zł/szt. netto. Jest to bardzo niska kwota, biorąc pod uwagę, że obdarowany odbiorca na pewno poczuje się mocno związany z marką, a ponadto wręczony upominek reklamowy będzie użytkował na co dzień. To z kolei pozwala nam na dodatkową promocje marki za pośrednictwem naszego klienta poprzez codziennie użytkowanie gadżetu reklamowe z logo. Poprawia to również nasz ogólny PR i rozpoznawalność – wszystko to za 4 zł!
Czy rabat do wykonanej usługi zapewniłby aż takie możliwości ?

Jak wybierać upominki reklamowe?

Kluczowym czynnikiem, który wpływa na sukces artykułów reklamowych w procesie budowania relacji z klientami, jest użyteczność. Gadżet reklamowy z nadrukiem musi zostać wybrany w sposób staranny i przemyślany. Dodatkowo powinien korelować z branżą  w której działa firma. To pozwoli na lepsze odnajdowanie marki w głowach klientów. Wybieranie produktów sugerując się jedynie ceną lub własnymi preferencjami jest błędem.
Zawsze należy starać się wczuć w rolę odbiorcy i wybrać produkt taki jaki sami chcielibyśmy otrzymać będąc na miejscu naszych odbiorców.

Dostosowanie się do powyższych wskazówek pozwoli w znacznym stopniu zwiększyć efektywność w utrzymaniu już zdobytych klientów jak i pomóc w promowaniu wizerunku marki. Ważne, aby pamiętać, że gadżety reklamowe to nie tylko utrzymanie już zdobytych klientów, ale sposób na pozyskanie nowych. Upominki można wykorzystywać na setki sposobów jak np. konkursy na facebooku, akcje promocyjne, systemy lojalnościowe eventy.
Kreatywność to podstawa w działaniu jak i ważny czynnik, który może zwiększyć jeszcze bardziej efektywność artykułów reklamowych użytych do reklamy Twojej firmy

Złoty boi się koronawirusa. Euro po 4,30 zł, frank 4,05 zł, dolar zbliża się do 4 zł

Pomimo dobrych danych z głównej gospodarki europejskiej zarówno euro, jak i złoty są w odwrocie. Powodem jest wykrycie kolejnego przypadku śmiertelnego koronawirusa we Włoszech.

Euro znów po 4,30 zł

W ciągu trochę ponad tygodnia złoty stracił na wartości przeszło 6 groszy. Jeszcze w walentynki oglądaliśmy 4,24 zł za jedno euro, dzisiaj to już 4,30 zł. Nie lepiej wygląda sytuacja na innych, ważnych dla Polaków, walutach. Frank kosztuje powyżej 4,05 zł, a dolar zbliża się wyraźnie do 4 zł, funt z kolei odbił się od poziomu 5,15 zł. Niepewność na rynkach wyraźnie szkodzi polskiej walucie. Część komentatorów jako powód wskazuje kolejny przypadek śmiertelny koronawirusa we Włoszech.

Indeks IFO

Kolejne lepsze od oczekiwań dane z Niemiec. Indeks Instytutu IFO to jedne z najważniejszych danych wyprzedzających koniunkturę. Gdy indeks spada poniżej 100 punktów, sugeruje on spowolnienie w gospodarce, gdy jest powyżej należy oczekiwać rozwoju. Wynik 96,1 punktów nie jest zatem dobry, warto jednak przyrównać go do 95 punktów, których oczekiwali analitycy. Dane te zderzyły się jednak z doniesieniami o ofiarach koronawirusa w Europie, przez co euro i tak jest w odwrocie.

Słabsze indeksy koniunktury z USA

W piątek poznaliśmy wstępne odczyty indeksów PMI zarówno dla przemysłu, jak i dla usług. Z dwóch odczytów ten ważniejszy wyniósł 50,8 punktów. Z jednej strony to powyżej granicy 50 punktów oddzielającej rozwój od recesji, z drugiej odczyt był słabszy od oczekiwań – analitycy spodziewali się 51,5 punktów. Gorzej jeszcze wypadł indeks dla usług, do tego jednak inwestorzy przeważnie przykładają mniejszą wagę. Efektem tych danych było pierwsze od niemal miesiąca realne odbicie na parze EURUSD. Dzisiaj od rana jednak widzimy korektę tego ruchu i znów wracamy blisko maksimów dolara. Najwyraźniej czas się pogodzić z marszem zielonego w stronę 4 zł.

Dzisiaj dzień wolny w Japonii, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Emerytura z ZUS może nie wystarczyć – Polacy obawiają się o jakość życia na emeryturze

W przeprowadzonym przez Esaliens TFI badaniu „Barometr emerytalny 2019” ponad połowa respondentów (50,79%) stwierdziła, że emerytura z ZUS będzie zbyt niska, a zaledwie 3,77% uznało, że będzie wystarczająca. Prawie 73% badanych obawia się problemów finansowych na emeryturze. Respondenci w większości spodziewają się na tym etapie życia również rzadszych wyjazdów, mniejszych wydatków konsumpcyjnych i spadku ogólnej jakości życia. Jednocześnie kwotę pozwalającą na godne życie większość lokuje w przedziale od 3 000 do 4 000 PLN na rękę. Wielu z respondentów szanse widzi w prywatnym oszczędzaniu – 51,59% już odkłada w ten sposób pieniądze, a blisko 67% zamierza to robić w przyszłości.

„Polacy z obawą patrzą na jesień życia. Wielu z nich jest świadomych, że z perspektywy wydatków może być to bardzo wymagający czas i trzeba się do niego odpowiednio przygotować, np. dodatkowo odkładając pieniądze. Istnieje tutaj wiele możliwości – IKE, IKZE, PPE albo PPK, które w tym roku otwiera się na pracowników średniej wielkości firm, zatrudniających od 50 do 250 osób. Rozwiązania są zatem dostępne i skrojone bezpośrednio pod gromadzenie kapitału na emeryturę. Wraz ze wzrostem świadomości i postępującymi obawami, powinny one być coraz bardziej popularne. Zwłaszcza, że w każdym z wymienionych produktów kapitał gromadzony prywatnie z celem emerytalnym jest dziedziczony” – wyjaśnia Przemysław Gawlak, dyrektor Rozwoju Planów Emerytalnych z Esaliens TFI.

Polacy mają świadomość, że emerytura ma swoje prawa i może się wiązać z potrzebami wydatkowymi, które mogą okazać się trudne do zaspokojenia ze świadczeń z ZUS. Zaledwie 27,78% pytanych nie obawia się problemów finansowych na emeryturze, przy czym aż 72,22% się ich obawia. Zdecydowana większość respondentów (63,69%) uważa, że jakość ich życia na emeryturze spadnie, a 33,33% jest zdania, że się nie zmieni. Przy tym zaledwie 2,98% liczy w tym względzie na wzrost.

Większość respondentów (62,70%) jest zdania, że będzie rzadziej podróżować na emeryturze. Mniej, bo 30,95% badanych osób, sądzi, że uda im się zachować podobną częstotliwość wyjazdów jak obecnie. Zaledwie 6,35% osób jest przekonanych, że na emeryturze będzie podróżowało częściej niż dotychczas. Ponad połowa badanych (50,60%) uważa, że ich wydatki na konsumpcję spadną na emerytalnym etapie życia. 41,87% jest zaś zdania, że będzie wydawało na konsumpcję tyle ile dotychczas. Najmniej respondentów (7,54%) wskazało, że ich wydatki konsumpcyjne wzrosną.

„Prywatne oszczędzanie na emeryturę ma kilka poważnych zalet, w zależności od rozwiązania, na które się zdecydujemy. Poza samym budowaniem zabezpieczenia finansowego, które jest wartością samą w sobie i może po prostu pozwolić na realizowanie bardziej wysublimowanych potrzeb, takich jak np. podróżowanie, są to przede wszystkim liczne preferencje podatkowe i możliwość dziedziczenia przez bliskich naszych środków. Nie mniej ważne są duże możliwości związane z dysponowaniem zgromadzonymi przez nas środkami. Przykładowo środki odkładane w Pracowniczym Planie Kapitałowym będą dostępne dla uczestnika w każdym czasie, a w razie konieczności wypłaty na cel mieszkaniowy lub choroby, jeśli dzieje się to na warunkach zgodnych z ustawą, oszczędzający zachowuje wszelkie korzyści finansowe” – dodaje Przemysław Gawlak z Esaliens TFI.

Badanie „Barometr emerytalny 2019” zostało przeprowadzone na podstawie kwestionariusza internetowego, tzw. metodą CAWI (ang. Computer-Assisted Web Interview) na próbie 504 respondentów w okresie od czerwca do września 2019 r.

Studia w Wielkiej Brytanii po brexicie. Co dalej?

Mimo brexitu jeszcze kolejny rocznik kandydatów może studiować na brytyjskich uczelniach na dotychczasowych warunkach. Co potem? Zdaniem ekspertów Elab Education Laboratory uniwersytety brytyjskie będą chciały zachować status quo.

Przed brexitem studia w Zjednoczonym Królestwie dla obywateli krajów należących do Unii Europejskiej były marzeniem zupełnie osiągalnym. Przewagą Wielkiej Brytanii nad np. USA była niewielka odległość, a przede wszystkim nieskomplikowane formalności i dzięki pożyczkom rządowym, stosunkowo niskie koszty studiów.

Krótko o obecnej sytuacji:

Czesne za rok studiów dla aplikantów z UE wynosi 9 250 funtów. Można otrzymać pożyczkę rządową na bardzo korzystnych warunkach (takich samych jak dla obywateli UK).
Czesne za rok studiów dla aplikantów spoza UE wynosi od 10 500 do 33 000 funtów (na kierunkach medycznych). Rząd nie oferuje pożyczek pokrywających wysokość czesnego.
Wymagania przedmiotowe są dość podobne, ale np. dla przyszłych studentów spoza UE obowiązkowy jest egzamin językowy IELTS.

Co się zmieniło po 31 stycznia 2020 roku?

Rok akademicki 2019/2020

Obecni studenci uczelni wyższych Zjednoczonego Królestwa ukończą studia na dokładnie takich samych warunkach z jakimi zostali przyjęci. Czyli ich czesne nie wzrośnie a Student Finance England przyzna im pożyczkę na kolejne lata studiów z takimi samymi warunkami spłaty.

Rok akademicki 2020/2021

Osoby rozpoczynające studia w 2020 roku otrzymają takie same warunki rekrutacji i studiowania jak w poprzednich latach. Dotyczy to całego okresu trwania studiów.

Studia w UK po brexicie – Co dalej?

Transition period kończy się 31 grudnia 2020 roku. Osoby, które rozpoczną studia do tego czasu po złożeniu odpowiedniego wniosku w terminie do 30 czerwca 2021 (będąc zarejestrowanymi i mając status osiedlonego) będą mogły kontynuować studia i mieszkać w UK. Wysokość czesnego dla Polskich maturzystów nie jest jeszcze znana. Tak samo jak możliwości finansowania studiów.

– Według statystyk w roku 2017/2018 ponad 6 proc. wszystkich studentów w Wielkiej Brytanii było obywatelami krajów Unii Europejskiej. Zakładając wysokość samej opłaty za studia wynoszącej 9 250 funtów daje to prawie 1,3 miliarda funtów zysku. Łącznie prawie 14 proc. studentów w UK pochodzi z krajów nienależących do Zjednoczonego Królestwa. To prawie 328 tysięcy studentów. Dodajmy do tego pozytywny wpływ studentów z całego świata na różnorodność kulturową na kampusach oraz ich zaangażowanie w rozwój naukowy uniwersytetów, a powstanie obraz najlepszych i nowoczesnych uczelni, z jakiego nie chcą one rezygnować. Prawdopodobnie same zaczną przyznawać pożyczki, zastępując wsparcie rządowe. Taka sytuacja jest znana z uniwersytetów amerykańskich, które wspierają zdolnych studentów, nie będących w stanie samodzielnie opłacić studiów – tłumaczy Przemysław Jeziorowski z firmy doradztwa edukacyjnego Elab Education Laboratory.

Tragedia przedsiębiorcy wkręconego w karuzelę VAT

Walka z mafiami VAT-owskimi ma zapewnić wyższe wpływy do budżetu państwa, ale i dać jego obywatelom poczucie sprawiedliwości społecznej. Tylko że w tej wojnie mafie wkręcają w łańcuch dostaw uczciwych przedsiębiorców, nieświadomych uczestnictwa w oszustwie podatkowym. To z nich potem fiskus ściąga uszczuploną w karuzeli VAT należność, podczas gdy prawdziwi jej twórcy pozostają anonimowi. Czasem ten bezkompromisowy topór sprawiedliwości zabiera nie tylko dorobek życia wkręconych podatników.

Jeden z lidzbarskich przedsiębiorców, trudniący się handlem cukrem, w październiku 2012 r. uczestniczył w transakcji wewnątrzwspólnotowej jego dostawy na rzecz zagranicznych firm. Cztery lata później Naczelnik Urzędu Skarbowego w Bartoszycach stwierdził, że przedsiębiorca nie zachował należytej staranności przy doborze kontrahentów w ramach tej dostawy i określił mu zobowiązanie w podatku od towarów i usług za ww. miesiąc w wysokości 72 373 zł. W ocenie NUS podatnik nie miał prawa zastosować przy przedmiotowej dostawie zerowej stawki VAT. Stwierdził, a za nim powtórzył także Dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Olsztynie, że przedsiębiorca wiedział, lub przy zachowaniu należytej staranności mógł wiedzieć, że uczestniczy w oszustwie mającym na celu wyłudzenie VAT.

Brak należytej staranności przy wewnątrzwspólnotowej dostawie dla innego z zagranicznych kontrahentów NUS stwierdził także w okresach za luty i marzec 2013 r. i również nakazał zwrot kwot VAT ustalonych w obejmujących te miesiące postępowaniach. W sumie zaległość podatkowa przedsiębiorcy w podatku od towarów i usług wynosi obecnie ponad 90 000 zł.

Brak świadomości uczestnictwa w oszustwie

Przedsiębiorca nie zgodził się z ustaleniami organów podatkowych. Wyjaśniał, że nie miał świadomości uczestnictwa w oszustwie podatkowym, a przyszło mu za to ponieść najgorsze z możliwych konsekwencje. Zawsze żył w uczciwy sposób i nie jest w stanie zrozumieć tak krzywdzących dla niego decyzji fiskusa, zwłaszcza że u ich podstaw legły ustalenia niezwiązane bezpośrednio z przepisami prawa podatkowego, a z regułami należytej staranności, stworzonymi i opublikowanymi przez Ministerstwo Finansów dopiero w drugiej połowie 2017 r., czyli po upływie ok. 5 lat od dokonania pierwszej zakwestionowanej przez organ dostawy.

6 lat po pierwszej spornej transakcji

W opublikowanym 30 sierpnia 2019 r. na stronie Ministerstwa informatorem nt. wyłudzeń VAT, wyjaśniającym jak działa karuzela VAT, znalazły się wskazówki „Jak uniknąć oszustwa podatkowego. Co możesz zrobić, by uniknąć wkręcenia w karuzelowy wir?”. Zalecają one, by w tym celu zapoznać się i skorzystać z narzędzi przygotowanych przez Ministerstwo Finansów i Krajową Administrację Skarbową, czyli z:

  • wskazówek należytej staranności,
  • mechanizmu podzielonej płatności.

25 kwietnia 2018 r. Ministerstwo Finansów opublikowało „Metodykę w zakresie oceny dochowania należytej staranności przez nabywców towarów w transakcjach krajowych”. Metodyka, choć stanowiąca zbiór wytycznych i wskazówek dla organów podatkowych, w jaki sposób mają dokonywać oceny zachowanej przez podatników staranności, jest jednocześnie przydatna dla samych podatników. Mechanizm podzielonej płatności (split payment) zaczął obowiązywać od 1 lipca 2018 r.

Wskazywany więc zbiór zasad zachowania należytej staranności Ministerstwo zdołało opracować dopiero 6 lat po tym, jak przedsiębiorca z Lidzbarka Warmińskiego „dał się wkręcić” w karuzelę VAT.

Ważny wyrok TSUE

Wszystkie decyzje organów wobec lidzbarskiego przedsiębiorcy w przedmiocie orzeczenia braku jego należytej staranności i ustalenia jego zobowiązań podatkowych zostały wydane: najwcześniejsza – 29 listopada 2016 r., a ostatnia – 6 sierpnia 2018 r., czyli odpowiednio po upływie 4 i blisko 6 lat od dokonania przez niego pierwszych rzekomych oszustw, jak również po upływie 4 i 6 lat od wydania przez Trybunał Sprawiedliwości UE wyroku w sprawach połączonych Mahagében kft przeciwko Nemzeti Adó- és Vámhivatal Dél-dunántúli Regionális Adó Főigazgatósága (C‑80/11), i Péter Dávid przeciwko Nemzeti Adó- és Vámhivatal Észak-alföldi Regionális Adó Főigazgatósága (C‑142/11). W wyroku tym TSUE stwierdził, że nie można odmawiać podatnikowi prawa do odliczenia podatku: „…z tego powodu, iż podatnik nie upewnił się, że wystawca faktury za towary, których prawo do odliczenia ma dotyczyć, jest podatnikiem (…) że podatnik nie posiada, poza fakturą, innych dokumentów potwierdzających spełnienie powyższych warunków, mimo że spełnione były warunki materialne i formalne powstania prawa do odliczenia określone w dyrektywie 2006/112, a podatnik nie miał przesłanek podejrzewać, że wystawca faktury dopuścił się nieprawidłowości lub przestępstwa” (ECLI:EU:C:2012:373).

Wyrok TSUE został wydany 21 czerwca 2012 r. Kwotę pierwszego z zobowiązań w wysokości głównej 72 373 zł Naczelnik Urzędu Skarbowego w Bartoszycach ustalił decyzją z 29 listopada 2016 r. za październik 2012 r., co oznacza, że stwierdzone oszustwa przedsiębiorcy nastąpiły już po wydaniu wyroku przez TSUE. Nie mając zatem żadnych wiążących w tamtym czasie ogólnie obowiązujących wytycznych co do zachowania należytej staranności w doborze kontrahenta, a jedynie dostęp do wyroku TSUE, przedsiębiorca mógł pozostawać w przekonaniu, że uczestnicząc w zwykłej transakcji handlowej, nie dokonuje malwersacji podatkowej. A jeśli działania te miałby ktoś mimo wszystko uznać za oszustwo, to nie będzie to dotyczyć jego, bo on żadnego oszustwa nie popełnia, czego świadomość w ostateczności w sposób obiektywny zbadają organy. Nie przewidział jednak, że wraz z nastaniem nowych rządów fiskus zintensyfikuje uszczelnienie systemu VAT. Co więcej, że badaniu jego świadomości uczestnictwa w karuzeli VAT niekoniecznie towarzyszyć musi obiektywizm organów.

Organy niezależnie od występujących okoliczności stwierdzają brak należytej staranności

W interpelacji poselskiej nr 11813 z 19 kwietnia 2017 r. poseł Jakub Kulesza, zwracając się do ówczesnego Ministra Finansów z wnioskiem o udzielenie wyjaśnień w zakresie przesłanek należytej staranności, stwierdził:

„Aktualny rząd niewątpliwie podjął szereg kroków mających na celu przeciwdziałać oszustwom przy rozliczaniu VAT-u. Należy jednak pamiętać, że walka z wyłudzeniami podatku VAT nigdy nie może odbywać się kosztem uczciwych przedsiębiorców. (…) Przedstawiciele doktryny i praktyki zwracają uwagę, że zwykle polskie organy niezależnie od występujących okoliczności stwierdzają u podatnika brak należytej staranności. Jest to wbrew powyższym zasadom. Ponadto należy zwrócić uwagę, że pojęcie „należytej staranności” nie zostało w ustawie zdefiniowanie, przez co jego treść jest każdorazowo określana przez właściwe instytucje prowadzące konkretną sprawę. W piśmiennictwie można spotkać pogląd, że taki ustawowy brak definicji narusza art. 199a ust. 2 lit. c dyrektywy 2006/112/WE Rady z dnia 28.11.2006 r. w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej. Co istotniejsze – brak definicji „należytej staranności” czy też określenie jasnych i zrozumiałych kryteriów, według których będzie ona oceniana, utrudnia w tej chwili funkcjonowanie uczciwym przedsiębiorcom. Nie wiedzą oni tak naprawdę, w oparciu o jakie kryteria i czynności mają sprawdzać swoich kontrahentów”.

Wszyscy wiedzą, ale daninę z kogoś ściągnąć trzeba

Zgodnie z aktualnym (data ostatniej modyfikacji: 11.10.2019 r.) komunikatem, zamieszczonym na stronie Ministerstwa Finansów, zatytułowanym: „Wyłudzenia VAT”, Ministerstwo, wyjaśniając, czym jest oszustwo podatkowe, przyznaje, że:

„Za oszustwami najczęściej stoją dobrze zorganizowane grupy przestępcze, które tworzą rozbudowane sieci powiązań gospodarczych i osobowych. Oszustwo na dużą skalę ma najczęściej formę karuzeli podatkowej. Do oszukańczego działania jego organizatorzy zwykle wykorzystują od kilku do nawet kilkudziesięciu firm. Najczęściej w karuzelę wplątywane są uczciwie działający przedsiębiorcy, na ogół osoby nieuważne lub nieświadome konsekwencji, w szczególności zachęcone „łatwym zyskiem” lub atrakcyjnymi okolicznościami transakcji. Poprzez wykorzystanie legalnie działających podmiotów, przestępcy dążą do uwiarygodnienia swojej działalności i utrudniają odkrycie oszustwa. Kiedy osiągną swój cel – wyłudzenie pieniędzy z budżetu państwa – zwykle szybko znikają z rynku. Kiedy przestępstwo podatkowe jest wykrywane – a wykrywalność tego typu oszustw jest bardzo wysoka – okazuje się, że zyski z działalności zabrali przestępcy, natomiast osoba wciągnięta w nielegalną działalność zostaje z długiem wobec Skarbu Państwa, a w skrajnych przypadkach może ponosić odpowiedzialność karną za wyłudzanie podatków. (…) Ofiarą oszustw karuzelowych jest budżet państwa, z którego wyłudzane są ogromne kwoty. Ofiarą są również podmioty wciągnięte w karuzelę” (www.podatki.gov.pl).

Jak pokazują przywołane wyżej przykłady, problem braku jasnego kodeksu dobrych praktyk i właściwego postępowania w transakcjach gospodarczych z zachowaniem należytej staranności, celem ustrzeżenia się przed udziałem w oszustwie podatkowym, nie dotyczył jedynie przedsiębiorcy. Świadomość jego istnienia wyrażali jeszcze kilka lat po dokonanej przez niego dostawie sami przedstawiciele władzy. Co więcej, wyrażali nawet obawę o sprawiedliwość dokonywanej przez organy oceny zachowanej przez przedsiębiorcę staranności.

A przecież wraz z modyfikacją i wyszukiwaniem przez fiskusa i organy ścigania coraz to nowych metod walki z karuzelami VAT, sposoby swojej działalności dostosowują do nich i unowocześniają rozkręcający te karuzele oszuści. Jedną z najpowszechniej znanych przestępczych modyfikacji jest wkręcanie w karuzele uczciwych przedsiębiorców, nieświadomych swego uczestnictwa w nielegalnym procederze.

Dramat przedsiębiorcy

7 lat nieszczęścia – bo taki okres upłynął od czasu dokonania przez przedsiębiorcę z Lidzbarka Warmińskiego dostawy, która skutkowała obciążeniem go ciężarem podatkowym nie do udźwignięcia. Śladu po prowadzonej przez niego firmie dawno już nie ma. Co jednak w całej sprawie najtragiczniejsze, był to ciężar nie do udźwignięcia także dla jego rodziny. We wrześniu 2019 r. 30-letnia córka przedsiębiorcy popełniła samobójstwo, którego powodem były problemy finansowe i sytuacja, w jakiej rodzina znalazła się w związku z ciążącymi zaległościami podatkowymi. Dwa dni później samobójstwo popełnił również jej partner życiowy.

Przedsiębiorca wystąpił o przyznanie mu opieki nad chorym na autyzm wnukiem, synem tragicznie zmarłej córki. Przeciw biologicznemu ojcu dziecka toczy się postępowanie o pozbawienie go władzy rodzicielskiej. Były już przedsiębiorca pozostaje bezrobotny, niezdolny do wykonywania jakichkolwiek prac fizycznych, z nadal ciążącym, ponad 90 000 zł zobowiązaniem podatkowym, niemal bez środków do życia – chyba nie tak wygląda los mafiosa wyłudzającego miliony z budżetu państwa. Na początku stycznia 2020 r. działający w imieniu byłego przedsiębiorcy pro bono radca prawny Robert Nogacki złożył do Naczelnika Urzędu Skarbowego w Bartoszycach wniosek o umorzenie jego zaległości podatkowych. Przedsiębiorca wciąż nie może pogodzić się z tym, że organy uznały, iż był on świadomy uczestnictwa w karuzeli VAT.

Na początku stycznia 2020 r. przedsiębiorca złożył wniosek o umorzenie zaległości podatkowych. Wciąż tłumaczy, że nie miał świadomości uczestnictwa w karuzeli VAT.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Upadłość konsumencka. Od marca 2020 r. nowe zasady

W marcu wejdzie w życie nowelizacja prawa upadłościowego. Upadłość konsumencka to sądowe postępowanie przeznaczone dla tych, którzy stali się niewypłacalni, tj. nie mają m.in. na spłatę kredytów i zaciągniętych pożyczek. Nie ma przy tym znaczenia, o jak duże zobowiązania chodzi ani przez jaki czas dłużnik zwlekał z ich uregulowaniem. Efektem ogłoszenia upadłości konsumenckiej jest przede wszystkim oddłużenie niewypłacalnego konsumenta, czyli umorzenie całości lub części jego długów bądź ich spłata, przy czym tylko w tych dwóch ostatnich sytuacjach można mówić o zaspokojeniu interesu wierzyciela. Co się zmieni?

Z danych resortu sprawiedliwości wynika, że liczba upadłości konsumenckich rośnie z roku na rok. W 2016 roku ogłoszono prawie 4,5 tys. upadłości konsumenckich przy prawie dwukrotnej liczbie wniosków. W 2017 roku było już blisko 5,5 tys. upadłości (na ponad 11 tys. złożonych wniosków), a w 2018 – 6,5 tys. (na prawie 13 tys. podań). W 2018 roku łączna wysokość długu osób, które ogłosiły upadłość wynosiła 732,4 mln zł. Duża część z tych zobowiązań obejmowała kredyty – 679,4 mln zł. Same „mieszkaniówki”, czyli kredyty hipoteczne miało 145 ubiegłorocznych bankrutów. Aż 347 osób spłacało jednocześnie zarówno kredyty konsumpcyjne, jak i mieszkaniowe. Najwięcej, bo 2372 Polaków miało kredyty konsumpcyjne o przeciętnej wartości 81 tys. 826 zł.

Na przestrzeni ostatnich lat liczba upadłości konsumenckich wciąż rośnie. Eksperci rynkowi przestrzegają, że nowelizacja przepisów może spowodować, iż część osób będzie wnioskować do sądu o ogłoszenie upadłości konsumenckiej bez dogłębnej analizy sytuacji oraz bez dostatecznej wiedzy z czym taka upadłość się wiąże – mówi Andrzej Roter, Prezes Zarządu Związku Przedsiębiorstw Finansowych (dawniej KPF), organizacji zrzeszającej m.in. firmy windykacyjne, które wraz z ZPF realizują kampanię edukacyjną „Windykacja? Jasna Sprawa!”.

Czy faktycznie o upadłość będzie łatwiej?

Co zmieni się w prawie upadłościowym wraz z wejściem w życie nowych przepisów? Po pierwsze, zgodnie z nowelizacją, osoby zadłużone prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą będą traktowane w taki sam sposób jak konsumenci. Po drugie: obecnie sąd oddala wniosek o ogłoszenie upadłości, jeżeli dłużnik doprowadził do swojej niewypłacalności umyślnie lub wskutek rażącego niedbalstwa. Po zmianie ustawy będą mogli ogłosić bankructwo również ci, którzy doprowadzili do swojego zadłużenia z premedytacją. Zgodnie z nowymi przepisami, przyczyna niewypłacalności będzie badana dopiero po ogłoszeniu upadłości, czyli na kolejnym etapie postępowania, tj. ustalaniu planu spłaty. Zdaniem Ministerstwa Sprawiedliwości, ma to usprawnić procedurę upadłościową. I usprawni, przy czym osoba zadłużona, która umyślnie doprowadziła do niewypłacalności albo np. przez niedbalstwo, będzie potraktowana inaczej niż ktoś, kto ogłasza upadłość z przyczyn od niego niezależnych (takich jak choroba czy utrata pracy). W pierwszym, opisanym powyżej przypadku, dłużnik będzie zatem spłacał zobowiązania dłużej, tj. od min. 36 miesięcy do siedmiu lat. W drugim z kolei ten czas wyniesie tylko trzy lata.

Czy przy ogłoszeniu upadłości konsumenckiej wchodzi w grę całkowite umorzenie długu? Będzie ono możliwe tylko w przypadku, gdy sąd lub tymczasowy nadzorca sądowy udowodnią, że dłużnik nie posiada majątku, a także, że jest „trwale niezdolny do spłaty zobowiązań”. Chodzi na przykład o sytuacje, w których bankrut jest „trwale niezdolny do jakiejkolwiek pracy zarobkowej”. W większości przypadków zatem upadłość konsumencka nie będzie jednoznaczna z tym, że zadłużenie „automatycznie zniknie”.

Sąd może również ustalić, że niezdolność do spłaty nie ma u dłużnika charakteru permanentnego i podjąć decyzję o warunkowym umorzeniu zobowiązań – wtedy dłużnik pozostaje w pięcioletnim okresie „zawieszenia”, podczas którego może zostać złożony wniosek o ustalenie planu spłaty, a w konsekwencji obowiązek uregulowania, chociażby częściowego, zobowiązań upadłego. Podczas tego okresu, upadły musi np. składać sądowi coroczne sprawozdania dotyczące swojej sytuacji finansowej.

Jednak nie wszystkie zobowiązania dłużników będą mogły zostać umorzone. Co z tej puli wypada? Na przykład alimenty, naprawienie szkody wynikającej z przestępstwa lub wykroczenia, czy też renty odszkodowawcze. Jak wielu Polaków to dotyczy, dowodzą choćby te liczby: w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor figuruje ponad 301,3 tys. winnych własnym dzieciom 11,8 mld zł.

Jest jeszcze jedna istotna zmiana. W myśl nowych przepisów dłużnik nie może zostać skazany na bezdomność. Jego majątek zostanie zlicytowany, ale z pieniędzy ze sprzedaży mieszkania czy domu ma otrzymać równowartość przeciętnego czynszu za okres od roku do dwóch lat.

Upadłość konsumencka – czy warto ogłosić?

Należy pamiętać, że ogłoszenie upadłości powinno być ostatecznością. Po pierwsze dlatego, że na całkowite umorzenie długu mogą liczyć tylko niektórzy, a procedura upadłościowa może okazać się złożona i długotrwała. Poza tym trzeba pamiętać, że w chwili rozpoczęcia postępowania upadłościowego wobec konsumenta, nadzór nad jego majątkiem jest przekazywany syndykowi. Likwidacji przez syndyka podlegają nieruchomości (mieszkanie, dom), jak również ruchomości (np. samochód). Syndyk może być zainteresowany również akcjami, czy udziałami dłużnika w spółkach, jak również wynagrodzeniem pobieranym za pracę w części podlegającej zajęciu. Dodatkowo osoba zadłużona traci możliwość korzystania ze swojego majątku (np. samochodu) i dysponowania swoim majątkiem – pieczę nad tym również sprawuje syndyk. Sama może jedynie kupować produkty niezbędne do funkcjonowania, takie jak np. żywność czy środki czystości.

To jednak nie wszystko. Upadłość konsumencka wiąże się także z innymi konsekwencjami. Jeśli jeden z małżonków ogłosi upadłość, to automatycznie między małżonkami powstaje rozdzielność majątkowa, zaś majątek wspólny wejdzie do masy upadłościowej. Sąd zwykle bada również, czy na sześć miesięcy przed złożeniem wniosku o upadłość konsumencką nie doszło do przeniesienia majątku lub jego części na osoby np. z rodziny dłużnika. Wówczas sąd może podważyć takie umowy. Małżonek upadłego może dochodzić w postępowaniu upadłościowym należności z tytułu udziału w majątku wspólnym, zgłaszając tę wierzytelność sędziemu-komisarzowi. Również niektóre czynności prawne – darowizny, umowy sprzedaży – dokonane przez dłużnika w okresie do roku przed dniem złożenia wniosku o upadłość konsumencką będą bezskuteczne w stosunku do masy upadłościowej.

Ogłoszenie upadłości powinno być traktowane jako jedna z istotniejszych życiowych decyzji. Zanim ją podejmiemy, warto pomyśleć o tym, jak wpłynie ona na naszą sytuację materialną oraz prawną. Nowe przepisy, co prawda, ułatwią sam proces ogłoszenia upadłości, ale nie wpłyną na konsekwencje takiego działania. Zanim podejmiemy kroki zmierzające do ogłoszenia upadłości, zastanówmy się, czy wykorzystaliśmy wszelkie możliwe sposoby, by zapanować nad swoim zadłużeniem. Czy podjęliśmy rozmowy z wierzycielami? Czy chcieliśmy zawrzeć ugodę? Czy negocjowaliśmy jej warunki? Czy próbowaliśmy przesunąć termin spłat lub rozłożyć kwotę należności na raty? To jedne z najważniejszych pytań, które powinniśmy sobie zadać – wskazuje mec. Czugan, Wiceprezes Zarządu Związku Przedsiębiorstw Finansowych.

Producenci aut zapłacą 14,5 mld Euro za przekroczenie unijnych norm emisji CO2

Analitycy brytyjskiej firmy konsultingowej PA Consulting ostrzegają, że 13 największych, obecnych w Europie producentów samochodów nie osiągnie swoich celów emisji CO2 na 2021 rok i zostanie ukaranych grzywnami. Na podstawie corocznych prognoz redukcji emisji CO2 w stosunku do narzuconych w Unii Europejskiej celów, analitycy PA Consulting obliczyli, że samochodowe koncerny zapłacą łącznie ponad 14 mld Euro. Najniższą karę może otrzymać Toyota, najwyższą koncern Volkswagena, a kilkanaście marek znacząco przekroczy w 2021 roku swój limit emisji dwutlenku węgla.

Rosnąca obawa opinii publicznej o zmiany klimatu zwiększyła działania regulacyjne na terenie Unii Europejskiej. Nastały ciężkie czasy dla producentów samochodów, którym coraz trudniej spełnić wygórowane normy. Dla tradycyjnych silników spalinowych widoczna jest już wyraźna bariera technologiczna oraz kosztowa. Zyskać może ten, kto ma w swojej ofercie najbardziej niskoemisyjne hybrydy i będzie wprowadzać nowe modele z napędem elektrycznym.

Już po raz piąty eksperci z PA Consulting ocenili postępy w osiąganiu celów redukcji emisji. Jednakże, po pozytywnie zapowiadających się wynikach z ostatnich lat, wielu producentów… zwiększyło średnie emisje. Aby uniknąć potencjalnych kar, muszą już priorytetowo potraktować niskoemisyjne pojazdy i podjąć bardzo intensywne działania, by zrealizować cele UE w zakresie emisji CO2 w roku 2025 i 2030.

Jak wykazało najnowsze badanie, po czterech latach ciągłego postępu w obniżaniu emisji CO2 koncerny motoryzacyjne zrobiły krok wstecz. Emisje wzrosły, głównie ze względu na klientów kupujących SUV-y, znaczny popyt na samochody o dużej mocy i masie, a także brak odpowiedniej oferty niskoemisyjnych samochodów w salonach oraz zmianę preferencji użytkowników na zakup silników benzynowych po aferze z jednostkami Diesla.

Kto truje najmniej i kto najwięcej straci?

Niektórzy producenci otrzymają rekordowo wysokie kary, które będą mieć wpływ nie tylko na ich reputację, lecz również rentowność. Rekordowo niską karę zapłaci japoński koncern Toyota. Analitycy PA Consulting prognozują, że minimalnie przekroczy swój limit – o 0,2 g/km. Będzie się to wiązało z karą w wysokości 18 mln euro, co stanowi 0,1 proc. zysku EBIT, wypracowanego przez koncern w 2018 roku. Zwycięstwo w rankingu Toyota zawdzięcza pozycji lidera na rynku niskoemisyjnych pojazdów hybrydowych. Eksperci zaznaczają, że jako lider w dziedzinie napędów spalinowo-elektrycznych, który jednocześnie intensywnie rozwija także w pełni elektryczne rozwiązania, japoński koncern ma możliwość dalszego ograniczenia emisji oraz zminimalizowania przyszłych kar.

Według prognoz PA Consulting, rekordową grzywną – nawet 4,5 miliarda euro, ze względu na wysoki wolumen sprzedaży w Europie, może zostać ukarany Volkswagen, przekraczając swój limit o 12,7 g/km. Nawet koncerny, które do niedawna notowały coraz lepsze wyniki na polu ograniczania emisji, jak alians Renault-Nissan-Mitsubishi, Volvo i Jaguar Land Rover, zaczynają mieć problemy z utrzymaniem dobrego wyniku.

Choć rekordową karę może zapłacić Volkswagen i będzie ona stanowić ponad 30 proc. jego zysków EBIT, unijne grzywny najmocniej uderzą w koncern Jaguar Land Rover. Co prawda do zapłaty może mieć znacznie mniej niż niemiecki producent, bo 93 mln euro, lecz kwota ta stanowi ponad 400 proc. wypracowanych przez niego w 2018 roku zysków.

Jak ograniczyć emisje?

Choć oczywistym rozwiązaniem wydaje się być masowe wprowadzenie do sprzedaży samochodów z napędem elektrycznym, nie będzie to proste. Infrastruktura do ładowania tych pojazdów wciąż nie nadąża za restrykcyjnymi ograniczeniami emisji, wprowadzonymi na terenie Unii Europejskiej. Nawet jeśli producenci byliby w stanie przestawić swoją produkcję niemal w całości na auta bezemisyjne, ze względu na ograniczony zasięg i osiągi oraz wysoką cenę, nie znalazłyby dziś na rynku odpowiedniej liczby nabywców.

Zdaniem ekspertów PA Consulting, możliwe rozwiązania powinny obejmować obniżanie cen – zarówno pojazdów elektrycznych, jak również hybrydowych typu plug-in, ograniczając w ten sposób sprzedaż aut z tradycyjnym napędem, emitujących dużo zanieczyszczeń.

Potrzebne jest również wprowadzenie nowych usług z wykorzystaniem niskoemisyjnych pojazdów. Jednym z takich rozwiązań jest np. carsharing. Pomocne mogą być również fuzje pomiędzy koncernami oraz optymalizacja łańcuchów dostaw. Potrzebne jest też opracowanie otwartych platform w celu popularyzacji technologii elektrycznej. By spełnić unijne normy, producenci musieliby je wdrożyć jeszcze w tym roku.

Prognoza emisji CO2 na 2021 rok

Toyota niezmiennie od lat pozostaje najlepiej przygotowanym do zmian producentem, najskuteczniej redukującym emisje dwutlenku węgla nowych samochodów. Na drugim miejscu, awansując z piątej pozycji, znalazł się francuski koncern PSA, który wyprzedził alians Renault-Nissan-Mitsubishi. Natomiast spadki w rankingu PA Consulting odnotowały marki Volvo, Volkswagen, Daimler i BMW. Najwyższą, przewidywaną na 2021 rok emisję CO2 – aż 135 g/km ma Jaguar Land Rover. Najlepsza w rankingu Toyota uzyska w tym czasie w swoich pojazdach średnią emisję ma poziomie 95,1 g/km.

By już za rok uzyskać pożądaną emisję dwutlenku węgla, producenci musieliby sprzedać ponad 2,5 mln pojazdów elektrycznych, co oznaczałoby wzrost do 2021 roku o 1280 proc., a to nie jest możliwe. Jedyną marką, która nie została ujęta w raporcie PA Consulting, ponieważ – ze względu na w pełni zelektryfikowaną gamę modelową – nie będzie płacić żadnych kar, jest Tesla.

Jak dotąd tylko dwa europejskie kraje skutecznie zmniejszyły na swoim terenie emisję CO2 nowych samochodów. Pierwszy to Norwegia, drugi – Holandia. W pozostałych odnotowano pogorszenie wyników. Norwegia zmniejszyła emisję z 83,7 g CO2/km (2017) do 72,4 g CO2/km (2018), a sprzedaż pojazdów elektrycznych w tym kraju stanowiła 31,2 proc. rynku nowych samochodów. Holandia zyskała drugie miejsce z emisją wynoszącą 106 g CO2/km (2018) i sprzedażą w pełni elektrycznych pojazdów na poziomie 6 proc. rynku w 2018 roku.

W Wielkiej Brytanii odnotowano wzrost emisji ze 120,8 CO2/km do 125,1 CO2/km, pomimo wzrostu sprzedaży pojazdów elektrycznych o 0,7 proc. Niemcy również odnotowały wzrost emisji z poziomu 126,2 g CO2/km do 129,1 g CO2/km, przy niewielkim wzroście udziału sprzedaży pojazdów elektrycznych (z 0,7 do 1,1 proc.).

co2_emissions_source_pa_consulting 

Ranking emisji CO2 w 2021 roku według PA Consulting

  1. TOYOTA (95,1 g/km)

Według analiz PA Consulting emisje samochodów tej marki spadną z obecnego poziomu 100,9 g/km do 95,1 g/km w 2021 roku, czyli nieznacznie powyżej wyznaczonego celu 94,9 g/km. Analitycy spodziewają się, że sprzedaż hybryd – w tym hybryd plug-in – będzie stanowić w 2021 roku ponad 71 proc. portfolio japońskiej marki w Europie. Szacowana kara może wynieść 18 mln euro, co stanowi ok. 0,1 proc. przychodu EBIT koncernu.

  1. PSA (95,6 g/km)

Przewidywany jest spadek emisji z poziomu 113,9 g/km do 95,6 g/km. Do realizacji celu w wysokości 91,6 g/km zabraknie więc tylko 4 gramów. Hybrydy plug-in i samochody elektryczne będą stanowić w 2021 roku około 10 proc. sprzedaży. Szacowana kara wyniesie 938 mln euro, stanowiąc 21,3 proc. przychodów koncernu.

  1. RENAULT-NISSAN-MITSUBISHI (97,8 g/km)

Emisje spadną z poziomu 108,2 g/km do 97,8 g/km w 2021 roku, przekraczając cel wyznaczony na poziomie 92,9 g/km. Samochody elektryczne i hybrydy plug-in będą stanowić 11 proc. sprzedaży, a szacowana kara to ponad 1 miliard euro, co stanowi ponad 12 proc. przychodów koncernu.

  1. HYUNDAI-KIA (101,1 g/km)

Koreański producent obniży emisje ze 118,9 g/km do 101,1 g/km w roku 2021, nie osiągając celu w wysokości 93,4 g/km. Spodziewany udział sprzedaży samochodów elektrycznych i hybryd plug-in wyniesie 15 proc. Kary oszacowano na 797 mln euro, co stanowi prawie 29 proc. zysków.

  1. VOLKSWAGEN (109,3 g/km)

Niemiecki producent obniży swoje emisje z poziomu 121,1 g/km do 109,3 g/km, lecz nie zrealizuje celu w wysokości 96,6 g/km. Będzie się to wiązało z najwyższą karą – ponad 4,5 miliarda euro, co stanowi ponad 32 proc. przychodów koncernu.

  1. BMW (110,1 g/km)

Emisje zostaną obniżone z poziomu 123,6 g do 110,1 g/km, przekraczając cel w wysokości 102,5 g/km. To wiąże się z karą w wysokości 754 mln euro, stanowiącą 8,3 proc. przychodów koncernu.

  1. FORD (112,8 g/km)

Emisje zostaną ograniczone z poziomu 122,7 g/km do 112,8 g/km, lecz daleko będzie do realizacji celu w wysokości 96,6 g/km. To wiąże się z karą prawie 1,5 miliarda euro, stanowiącą aż 39 proc. przychodów koncernu.

  1. DAIMLER (114,1 g/km)

Emisje spadną z poziomu 130,4 do 114,1 g/km, lecz sporo zabraknie do celu na poziomie 103,1 g/km. Daimler może spodziewać się kary 997 mln euro, stanowiącej 9 proc. jego przychodów.

  1. HONDA (119,2 g/km)

Nastąpi spadek emisji z poziomu 126,8 do 119,2 g/km, co będzie bardzo odległym wynikiem od planowanych 94 g/km. Hybrydy i samochody elektryczne będą stanowić w 2021 roku około 5 proc. sprzedaży koncernu, a spodziewana kara to 322 mln euro, co stanowi 5,5 proc. przychodów.

  1. FCA (119,8 g/km)

Emisje zostaną obniżone z poziomu 125,4 g/km do 119,8 g/km w 2021, znacznie przekraczając planowany poziom 92,8 g/km. Samochody elektryczne i hybrydowe będą stanowić ponad 6 proc. sprzedaży marki. Kary za przekroczenie emisji mogą sięgnąć okolic 2,5 miliarda euro, stanowiąc prawie połowę przychodów koncernu.

  1. VOLVO (121 g/km)

Emisje zostaną zredukowane z poziomu 129,5 do 121 g/km, przekraczając cel w wysokości 108,5 g/km. Udział zelektryfikowanych pojazdów w ogólnej sprzedaży marki w 2021 roku przekroczy 14 proc. Koncern może spodziewać się kary 382 mln euro, stanowiącej ponad 27 proc. jego przychodów.

  1. MAZDA (123,6 g/km)

W tym przypadku redukcja emisji ma nastąpić z poziomu 134,8 do 123,6 g/km, przekraczając cel 94,9 g/km. Sprzedaż elektryków i hybryd marki oszacowano na 2 proc. w 2021 roku, a wysokość kary na 877 mln euro, co stanowi ponad 115 proc. przychodów koncernu.

  1. JAGUAR LAND ROVER (135 g/km)

Sprzedający w Europie poniżej 300 000 aut rocznie producent prawdopodobnie zredukuje emisje z poziomu 151,5 do 135 g/km, przekraczając wyznaczony cel 130,6 g/km, mimo że samochody hybrydowe i elektryczne mają stanowić w 2021 roku około 13 proc. jego sprzedaży. Spodziewana kara to 93 mln euro, co stanowi 404 proc. przychodów.

Alfa Romeo Racing ORLEN w Warszawie

​​Team Formuły 1, Alfa Romeo Racing ORLEN, zaprezentował dziś w Warszawie bolid w malowaniu na sezon 2020. Biało-czerwony samochód, na którym znalazło się 10 logotypów sponsora tytularnego zespołu, PKN ORLEN, pokazano w warszawskim biurze spółki.


Zaangażowanie PKN ORLEN w sponsoring sportowy, również w Formułę 1 i współpraca z Robertem Kubicą ma przede wszystkim wymiar biznesowy. Już w ubiegłym roku udało nam się znacząco zwiększyć rozpoznawalność marki ORLEN na świecie. Jest to ważne biorąc pod uwagę fakt, że 60 procent przychodów koncernu pochodzi z zagranicy, a nasze produkty są obecne w ponad 100 krajach. W tym roku jesteśmy sponsorem tytularnym Alfa Romeo Racing ORLEN, zespołu, w którym Robert Kubica zdobył swoje pierwsze pole position i wygrał pierwszy wyścig w Formule 1. Ta współpraca  ma również duże znaczenie w kontekście dalszego rozwoju sieci detalicznej za granicą i planów dotyczących rebrandingu naszych stacji w Niemczech, Czechach i na Słowacji – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

PKN ORLEN jako największy mecenas sportu w Polsce wprowadza sponsoring sportowy na nowy, wyższy poziom, również poza granicami kraju. Dzięki temu zaangażowaniu mamy dziś biało-czerwony bolid w najwyższej serii wyścigowej świata, polskiego kierowcę w zespole i polską młodzież w Akademii Kartingowej prowadzonej przez utytułowany zespół Formuły 1. Można śmiało powiedzieć, że PKN ORLEN jest swojego rodzaju ambasadorem Polski i jej produktów na arenie międzynarodowej. Spółka podchodzi do tego przede wszystkim biznesowo, jednak przy okazji daje nam wszystkim wartości niewymierne – dumę i radość kibicowania  – powiedział Jacek Sasin, Wicepremier i Minister Aktywów Państwowych.

C39, tegoroczny bolid Alfa Romeo Racing ORLEN, ma już za sobą pierwszą rundę testów przedsezonowych, który odbyły się w zeszłym tygodniu w Barcelonie. Pierwszego dnia za kierownicą bolidu zasiadł Robert Kubica, który przejechał 59 okrążeń uzyskując czas 1.18.386.

Jestem naprawdę zadowolony z moich pierwszych okrążeń w C39: ten bolid jest naprawdę dobry i od początku dał mi pewność siebie. Cały zespół Alfa Romeo Racing ORLEN powitał mnie życzliwie i przyczynił się do stworzenia tak dobrej atmosfery do pracy. Mamy przed sobą wiele pracy podczas testów i w późniejszym czasie, ale jak na razie wszystko idzie zgodnie z planem. Poznajemy nasz nowy bolid, odkrywamy, co należy poprawić i pracujemy nad tym. Bolidy Formuły 1 będą w tym roku szybsze i powinien to być bardzo ekscytujący sezon  – powiedział Robert Kubica, kierowca rezerwowy Alfa Romeo Racing ORLEN.

PKN ORLEN w tym roku jest  sponsorem tytularnym Alfa Romeo Racing ORLEN, gdzie Robert Kubica został kierowcą rezerwowym. Oznacza to nie tylko jazdę w przedsezonowych testach, ale również w sesjach treningowych przed niektórymi wyścigami, a także pracę nad rozwojem bolidu w symulatorze. Logotypy ORLENU widoczne są m.in. na bolidzie, kombinezonach i kaskach zawodników, strojach członków ekipy, w garażu i motorhome. Dodatkowo kierowcy Alfa Romeo Racing ORLEN będą brali udział  w wybranych organizowanych przez Koncern wydarzeniach.

Nasza współpraca z PKN ORLEN rozpoczęła się w najlepszy możliwy sposób – od udanego uruchomienia nowego bolidu C39 i od dzisiejszej imprezy. Cieszymy się na pracę z nimi – ich podejście cechuje dokładność, metodyczność i profesjonalizm, a to sprawia, że ich sposób pracy jest bardzo podobny do naszego. Robert to również bardzo silny atut zespołu: już od pierwszego testu udzielał cennych informacji zwrotnych naszym inżynierom. To jest rodzaj wkładu, który pomaga nam rozwijać bolid– powiedział Frédéric Vasseur, szef zespołu Alfa Romeo Racing ORLEN.

Tygodnie poprzedzające pierwszy wyścig są zawsze ekscytujące, a w tym roku nawet bardziej niż zwykle. Fakt że jest z nami ORLEN to duży zastrzyk pewności siebie dla wszystkich członków zespołu. Chcemy odwdzięczyć się za okazaną wiarę w nasze możliwości. Jeśli chodzi o Roberta, przez lata jeździłem z nim na wspólnym torze i nie mam wątpliwości, że wniesie duży wkład do naszego zespołu. Ma duże doświadczenie, a jego niesamowity powrót do zdrowia i powrót na tor pokazują, jak wielki jest jeszcze jego apetyt na ten sport– powiedział Kimi Räikkönen, kierowca Alfa Romeo Racing ORLEN oraz mistrz świata Formuły 1 z 2007 roku.

Widok tak wielu kibiców na trybunach, machających polskimi flagami i kibicujących drużynie Roberta, był jednym ze wspaniałych momentów ostatniego sezonu. Polscy kibice z całą swoją pasją przypominają mi bardzo Włochów i mam nadzieję, że w tym sezonie będą także kibicować Kimiemu i mnie. Jesteśmy bardzo podekscytowani rozpoczęciem roku w Melbourne i tym że ORLEN jest z nami – powiedział Antonio Giovinazzi, kierowca Alfa Romeo Racing ORLEN.

Marka ORLEN w Formule 1 pojawiła się w 2019 roku razem z wracającym do padoku Robertem Kubicą, znana jest jednak od dawna kibicom motorsportu na całym świecie. Koncern wspiera polskich i niemieckich zawodników startujących w Rajdzie Dakar i innych seriach wyścigowych. W tym sezonie zespół ORLEN Team ART wystartuje w niemieckiej serii DTM, a za kierownicą zasiądzie Robert Kubica.

PKN ORLEN jest również sponsorem m.in. reprezentacji Polski w siatkówce oraz czołowych polskich lekkoatletów, w tym multimedalistów olimpijskich.

Alfa Romeo Racing ORLEN to jeden z dziesięciu zespołów startujących w tegorocznym sezonie Formuły 1. Team wcześniej nosił nazwę Sauber, w jego bolidzie 6 sierpnia 2006 roku na Węgrzech Robert Kubica debiutował w Formule 1, 5 kwietnia 2008 w Bahrajnie zdobył pierwsze pole position, a 8 czerwca 2008 roku wygrał wyścig – Grand Prix Kanady. Obecna nazwa teamu nawiązuje do słynnej marki, która przyczyniła się do budowy królowej motorsportu. Nino Farina w bolidzie Alfa Romeo wygrał historyczny, pierwszy wyścig Formuły 1 w 1950 roku i został pierwszym mistrzem świata. W kolejnym sezonie jego sukces powtórzył Juan Manuel Fangio, też za kierownicą Alfy Romeo.

Polskie spółki IT głodne pieniędzy na rozwój

Ubiegły rok zakończył się dla firm eksportujących usługi IT przekroczeniem psychologicznej bariery. Jak wskazują dane z GUS suma nadwyżek eksportu nad importem usług IT po raz pierwszy była wyższa niż nadwyżka z usług transportowych[i]. Szybkie tempo wzrostu, niejednokrotnie przekraczające kilkadziesiąt procent rok do roku, wysoka marżowość i duży poziom elastyczności w działaniu zapewniający bezpieczeństwo to charakterystyka polskiej branży małych i średnich spółek IT.

Aktywa  wychodzące

Chęć rozwoju spowodowana globalną koniunkturą na rynkach technologicznych jest jednak hamowana z powodu trudności z finansowaniem w branży. Firmy IT mimo tego, że mają niespotykaną w innych branżach dynamikę wzrostu, nie posiadają jednak aktywów mogących stanowić zabezpieczenie dla kredytodawcy, a w dodatku bazują na kontraktach krótkoterminowych, co de facto eliminuje je z większości form finansowania bankowego. – Grupa Kapitałowa TenderHut jest jedną z najszybciej rozwijających się firm IT w Europie. Mamy jednak pewien problem – nasze aktywa wychodzą co wieczór do domu i wracają rano następnego dnia, a to bankom nie bardzo się podoba – żartuje Robert Strzelecki, prezes zarządu GK TenderHut. – Mimo stałego wzrostu przychodów, gamy skalowalnych produktów własnych i zagranicznej sieci sprzedaży nadal mamy spory problem z finansowaniem wzrostu przy pomocy finansowania bankowego, co zmusza nas do rozważania finansowania się z innych źródeł, takich jak rynek obligacji czy private equity – dodaje Strzelecki.

Ocena ryzyka

Finansowanie jest niezwykle trudne do pozyskania dla spółek IT właśnie z powodu znikomych aktywów trwałych. Tego rodzaju przedsiębiorstwa nie posiadają budynków ani maszyn, które mogłyby być  zabezpieczeniem dla kredytu bankowego. Odpowiedzią na potrzeby branży IT może stać się finasowanie bazujące na użyciu (Usage–Based Financing) uwzględniające w ocenie ryzyka inne zmienne niż aktywa. Dzięki temu wymagania banków dotyczące aktywów mogą być mniejsze, a kluczową rolę w analizie ryzyka odgrywają inne parametry lepiej odzwierciedlające kondycję finansową spółki. – Usage–Based Pricing to ciekawa alternatywa znana od jakiegoś czasu w branży ubezpieczeniowej. Patrząc przez pryzmat polskiego sektora fintech oraz rozwoju polskiej legislacji w postaci piaskownicy finansowej, być może już niedługo rodzime spółki IT będą w awangardzie korzystających z tego typu oceny ryzyka finansowania. Z pewnością w jego prawidłowej ocenie może pomóc sztuczna inteligencja, dzięki której analitycy będą mogli wziąć pod uwagę więcej zmiennych, a co za tym idzie zmniejszyć poziom wymaganych zabezpieczeń w postaci twardych aktywów – mówi Mateusz Maj, CEO VivaDrive Polska.

Technologia doścignęła zapotrzebowanie

Koncepcja oceny ryzyka w zależności od wybranych zmiennych swój początek miała na przełomie lat 60. i 70–tych w branży ubezpieczeniowej, jednak trzeba było poczekać trzy dekady na szeroki dostęp do technologii umożliwiających dobór odpowiednich parametrów i możliwość ich monitorowania. Przełomem okazało się upowszechnienie systemu GPS, pozwalającego śledzić wiele parametrów – np. szybkość jazdy, liczbę przejechanych kilometrów, a nawet styl jazdy. Dzięki telemetrii algorytm może obliczyć odpowiednią składkę ubezpieczeniową będącą wypadkową tych czynników. Dla branży finansowej kluczowe może być natomiast wykorzystanie sztucznej inteligencji w ocenie kondycji spółki i ryzyka finansowania analizującej wiele zmiennych, które tak jak w przypadku ubezpieczeń wcześniej nie mogły być brane pod uwagę. – Myślę, że jesteśmy u progu prawdziwej rewolucji związanej z nowoczesnym finansowaniem spółek takich jak TenderHut – posiadających ogromne tempo wzrostu, której aktywami są ludzie oraz opracowane wysoko skalowalne produkty, a nie maszyny czy budynki. Dzięki temu nasz biznes jest znacznie bardziej elastyczny i szybciej potrafi zaadaptować się do zmian, co czyni go bezpieczniejszym niż w przypadku firm produkcyjnych – przekonuje Robert Strzelecki, prezes zarządu TenderHut.

Tak jak w przypadku branży ubezpieczeniowej, tak i w sektorze bankowym potrzebny jest czas na upowszechnienie się innowacyjnych rozwiązań, jednak warto podkreślić, że klasyczne postrzeganie przez banki aktywów może niedługo znacząco się zmienić.

[i] https://twitter.com/Mr_Czaplicki/status/1212740848670138368

Rekordowy wolumen nowej podaży w regionach – 61 budynków biurowych oddanych do użytku

Rynek biurowy w regionach nie zwalnia tempa. W 2019 roku w ośmiu głównych miastach regionalnych dostarczono rekordowo duży wolumen nowej powierzchni biurowej – 547 tys. m kw., dzięki czemu łączna wielkość podaży przekroczyła 5,6 mln m kw. Sumaryczna wielkość zasobów na ośmiu rynkach regionalnych jest więc po raz pierwszy większa niż w Warszawie. Największym motorem napędowym wzrostów były dwa ośrodki – Kraków i Wrocław, natomiast w Katowicach jest aktualnie najwięcej powierzchni w budowie.

W 2019 r. na ośmiu głównych rynkach regionalnych oddano do użytku aż 61 budynków biurowych o średniej powierzchni prawie 9 tys. m kw. każdy, co przełożyło się na rekordowo wysoki poziom nowej podaży. Jak wynika z raportu przygotowanego przez ekspertów z BNP Paribas Real Estate Poland, liderem pod tym względem pozostaje Kraków (159 tys. m kw.), w którym dostarczono w 2019 r. prawie tyle samo nowej powierzchni biurowej co w stolicy kraju. Tuż za Krakowem, z niewiele niższym wynikiem, plasuje się rynek wrocławski (147 tys. m kw.).

Duże inwestycje w Krakowie i Wrocławiu

Znaczącą część nowej podaży w Krakowie przyniosły trzy inwestycje o powierzchni biurowej ponad 20 tys. m kw. każda. Oddany pod koniec zeszłego roku do użytku Tischnera Office (blisko 33 tys. m kw.) wyróżnia się dużymi, kaskadowymi tarasami od 3. piętra w górę oraz ogromnym patio mającym ponad 1 000 m kw., które będą dostępne dla wszystkich użytkowników biur.

Obiekt ten znalazł się na celowniku Globalworth Poland, jednego z największych inwestorów biurowych w Europie Środkowo-Wschodniej. Drugim obiektem, który w ostatnim czasie istotnie zmienił obraz rynku biurowego w stolicy Małopolski jest Fabryczna Office Park, mający składać się z trzech obiektów biurowych klasy A o łącznej powierzchni 40 tys. m kw. i stanowiący element większego kompleksu Fabryczna City. W zeszłym roku zostały ukończone dwie fazy tego projektu, a najemcy mogli zająć 29 tys. m kw. powierzchni. Trzecią, dużą inwestycję stanowił nowoczesny biurowiec V. Offices (prawie 22 tys. m kw.) – Tomasz Skrzypek, Starszy Konsultant, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych w BNP Paribas Real Estate Poland

Wielkość podaży biurowej Krakowa wynosi 1 416 700 m kw., co czyni to miasto największym z rynków regionalnych. Jedynie w ciągu ostatnich trzech lat rynek powiększył się aż o 56%, stając się największym rynkiem usług dla biznesu w Polsce.

We Wrocławiu niemal połowę całego wolumenu nowej podaży stanowiła druga faza kompleksu Business Garden Wrocław, będącego największą biurową inwestycją zrealizowaną w 2019 r. W ciągu roku oddano do użytku cały kompleks składający się z sześciu budynków o łącznej powierzchni blisko 77 tys. m kw. O skali przedsięwzięcia świadczy liczba osób, które będą mogły pracować na tak dużej powierzchni – nawet do 10 tys.
Wrocław jest drugim największym biurowym rynkiem regionalnym w Polsce o zasobach powyżej miliona metrów kwadratowych. Od początku 2017 r. wolumen podaży biurowej wzrósł niemal o 39%, osiągając poziom 1 188 400 m kw.

Szybki rozwój Poznania, dobre perspektywy dla Katowic i Trójmiasta

W ostatnim roku intensywnie rozwijał się również rynek biurowy w Poznaniu. Wielkość nowej podaży wyniosła 86 tys. m kw., co spowodowało, że w ciągu ostatniego roku powiększył się on o 18%. Czyni to Poznań najszybciej rozwijającym się rejonem w kraju. Niemal całą nową powierzchnię biurową dostarczyły w stolicy Wielkopolski dwa kompleksy. W kwietniu ub.r. oddano do użytku drugi etap Business Garden Poznań składający się z pięciu budynków biurowych o powierzchni 46 tys. m kw. Kompleks ten znajduje się w bliskim sąsiedztwie lotniska Ławica. Drugi ważny projekt ukończony w ubiegłym roku to dwa budynki kompleksu Nowy Rynek Poznań (w sumie prawie 31 tys. m kw.). Rynek biurowy w Poznaniu jest obecnie na stałej wznoszącej, ale według Mikołaja Laskowskiego z BNP Paribas Real Estate Poland najbliższe lata upłyną pod znakiem intensywnego rozwoju dwóch innych rynków regionalnych – Katowic oraz Trójmiasta.

Znajduje się tam ponad 42% powierzchni będącej obecnie w budowie na ośmiu głównych rynkach regionalnych, której łączna wielkość na koniec IV kwartału zeszłego roku wyniosła ponad 772 tys. m kw. Ponad połowa tej powierzchni (456 tys. m kw.) ma być dostarczona na rynek w 2020 roku. Największą realizowaną w tych dwóch regionach inwestycją jest składający się z dwóch biurowców katowicki kompleks Face2Face Business Campus (45 tys. m kw.). Budynki te powstają w dogodnej komunikacyjnie lokalizacji, u zbiegu ulicy Chorzowskiej i Grundmanna, tuż przy wjeździe do centrum miasta – Mikołaj Laskowski, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych w BNP Paribas Real Estate Poland

Kolejnym znaczącym projektem deweloperskim w Katowicach jest. KTW II (42 tys. m kw.) czyli wyższa wieża biurowa kompleksu usytuowanego w centrum regionu, tuż przy Spodku i rondzie Ziętka. Budynek ma mieć 31 kondygnacji naziemnych oraz 133 metry wysokości, dzięki czemu stanie się najwyższym budynkiem nie tylko w mieście, ale również w całym regionie. Listę największych inwestycji na dwóch wspomnianych rynkach uzupełnia gdyński 3T Office Park (38,5 tys. m kw.). Kompleks ten będzie składał się trzech wież – dwóch o 10 kondygnacjach naziemnych i środkowej o 13 kondygnacjach, a także 2-poziomowego podziemnego parkingu z 420 miejscami postojowymi. Projekt zlokalizowany jest w gdyńskim zagłębiu biznesowo-biurowym usytuowanym w okolicach ul. Łużyckiej oraz Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego, skupia około 35% całkowitej powierzchni biurowej istniejącej w Gdyni.

Popyt na poziomie zbliżonym do zeszłorocznego, najpopularniejszy nadal Kraków

W 2019 r. popyt netto w miastach regionalnych wyniósł 463 tys. m kw. co jest wynikiem zbliżonym do rezultatu z roku poprzedniego. Najwyższym popytem cieszył się największy rynek regionalny – Kraków, który odpowiadał za niemal 39% całkowitego popytu netto.

To właśnie tam zostały zawarte cztery z sześciu największych w zeszłym roku umów najmu na powierzchnie biurowe o wielkości ponad 10 tys. m kw. każda. Największa, nie tylko w ubiegłym roku, ale również w ciągu ostatnich dwóch lat, dotyczyła wspomnianego wcześniej kompleksu Fabryczna Office Park, w którym firma UBS wynajęła 19 300 m kw. powierzchni – Joanna Popielarczyk, Starszy Konsultant, Zarządzanie Transakcjami, Dział Powierzchni Biurowych z BNP Paribas Real Estate Poland

Szwajcarskie przedsiębiorstwo finansowe, zatrudniające dotychczas w swoich krakowskich biurach 3600 osób, zamierza przenieść się do nowej lokalizacji w 2021 roku. W 2019 r. około 46% popytu netto stanowiła powierzchnia wynajęta w budynkach będących jeszcze na etapie budowy (tzw. umowy pre-let).

Wysoki poziom nowej podaży przyniósł nieznaczny wzrost pustostanów

W raportowanym okresie nastąpił wzrost wskaźnika pustostanów. Jego poziom w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku wzrósł o 1.2 p. proc. do 9,6%. W opinii ekspertów z BNP Paribas Real Estate Poland taki stan rzeczy to efekt dostarczenia rekordowo dużego wolumenu nowej powierzchni biurowej. Na koniec ubiegłego roku najwyższe wskaźniki powierzchni niewynajętej odnotowano we Wrocławiu (12,7%) i Łodzi (11,2%). Z kolei najniższy udział powierzchni niewynajętej zarejestrowano w Trójmieście (4,9%).Najwyższy wzrost poziomu pustostanów nastąpił w Poznaniu i Wrocławiu, co jest rezultatem dostarczenia dużej ilości nowej powierzchni biurowej na tych rynkach. Na przeciwległym biegunie znajduje się Lublin z największym spadkiem wynikającym z braku nowych inwestycji biurowych w minionym roku. Stan taki umożliwił absorbcję znacznej ilości wolnej powierzchni na tym rynku i przyczynił się do spadku wskaźnika o 6,1 p. proc. do poziomu 9,3% na koniec grudnia 2019 r.

Badanie: Najlepiej raz w miesiącu i przy okazji. Tak Polacy podchodzą do tankowania

Ponad połowa Polaków tankuje tylko raz w miesiącu, najczęściej wracając ze szkoły lub z pracy bądź jadąc na większe zakupy. Zaledwie garstka nie łączy wyjazdu po paliwo z załatwianiem innych spraw. Zdecydowana większość ankietowanych jest gotowa pokonać dodatkowo tylko 500 metrów, aby przy okazji uzupełnić bak. Natomiast niecała połowa z nich może przejechać tyle samo z domu do stacji, żeby specjalnie napełnić zbiornik. Tak wynika z ogólnopolskiego badania, przeprowadzonego przez platformę UCE RESEARCH i firmę technologiczną Proxi.cloud.

Raz na miesiąc

Z badania wynika, że większość Polaków tankuje swoje pojazdy raz w miesiącu – 56%. Dwa razy wskazało 21% respondentów, trzy razy – 11%, a częstsze wizyty na stacjach – 5%. Natomiast rzadziej niż raz na cztery tygodnie zadeklarowało 4% ankietowanych. Dr Jakub Bogucki, analityk rynku paliw z portalu e-petrol.pl, uważa, że częstotliwość uzupełniania baku w osobówkach zależy głównie od sposobu wykorzystywania samochodu. I wbrew pozorom, niekoniecznie ma związek z poziomem cen paliw.

– Fakt, że ponad połowa pytanych posiadaczy samochodów osobowych tankuje swoje auta raz w miesiącu, wynika z typowego wykorzystywania ich do przemieszczania się każdego dnia. Właściciele pojazdów to najczęściej ludzie pracujący, którzy codziennie jeżdżą z domu do firmy i z powrotem. W zdecydowanej większości pojemność baków pozwala im średnio przez miesiąc nie uzupełniać paliwa – komentuje Adam Grochowski, analityk z firmy technologicznej Proxi.cloud.

W opinii Urszuli Cieślak, Dyrektor Marketingu w BM Reflex, to, ile razy w miesiącu kierowca tankuje, wynika zarówno z ilości przejeżdżanych kilometrów, jak i z kwoty pieniędzy przeznaczanej jednorazowo na paliwo. Może być tak, że właściciel pojazdu bywa na stacjach dosyć często, ale jednak nie uzupełnia baku do pełna.

– Natomiast fakt, że raptem 4% właścicieli pojazdów tankuje je rzadziej niż raz na miesiąc, mówi o tym, jak niezwykle potrzebną rzeczą jest samochód osobowy. Można zatem wnioskować, że aż 96% ankietowanych używa pojazdu regularnie. Zdecydowana mniejszość nie korzysta z niego na co dzień – dodaje Adam Grochowski.

Raczej przy okazji

Najwięcej badanych tankuje samochód, wracając ze szkoły lub z pracy – 43%. Mniej osób robi to, jadąc na duże zakupy – 32%. Niewielu ankietowanych zajmuje się tym w drodze do szkoły lub pracy – 8%. Tylko 7% wybiera się specjalnie z domu na stację. Dr Bogucki uważa, że moment wybierany na tankowanie ma ścisły związek ze sposobem organizacji czasu.

– To jest dość logiczne i przewidywalne, że Polacy mają dużo więcej czasu na uzupełnianie paliwa, wracając z pracy lub ze szkoły niż jadąc tam. Rano z reguły panuje pośpiech, co nie sprzyja wykonywaniu dodatkowych czynności, nawet tak prostych jak tankowanie. Świadczą o tym też inne badania, które wykazały, że newralgicznym momentem na stacjach paliw są godziny pomiędzy 14.00 a 16.00, a więc odpowiadające powrotom – stwierdza Krzysztof Zych, analityk z firmy doradczej UCE GROUP LTD.

Z kolei ekspert z portalu e-petrol.pl wyjaśnia, że tankowanie samochodów w drodze na większe zakupy jest związane lokalizacją stacji benzynowych tuż przy centrach handlowych. To zachęca konsumentów do łączenia ww. czynności i pozwala im nie marnować czasu na załatwianie obu spraw oddzielnie.

– Wyraźnie widać, że tankowanie samochodu najczęściej odbywa się przy okazji. Konsumenci nie mają czasu na to, aby specjalnie wychodzić z domu i jechać na stację benzynową. Dlatego tylko 7% to praktykuje. Kolejnym czynnikiem jest ekonomia. Specjalny wyjazd tylko po paliwo zwiększa koszt jego zakupu. A to przestaje być opłacalne – zauważa ekspert z Proxi.cloud.

Góra 500 metrów

Aż 64% badanych jest gotowych pokonać dodatkowo tylko 500 m, aby przy okazji zatankować swój pojazd. Natomiast nieco większą odległość, tj. 500-1000 m, zadeklarowało 11%. Z kolei 1500-2000 m wskazał zaledwie 1%. Właściwie nikt z właścicieli samochodów nie przejechałby więcej niż 2000 m w ww. celu. Tylko 3% nie zwraca na to uwagi, a 17% respondentów nie potrafi tego określić.

– Zakup paliwa to czysta ekonomia. Nie ma sensu jechać po nie dalej niż 1-2 km, bo stacji wokół jest tak dużo, że wcale nie trzeba tego robić. Ponadto koszty tankowania są wszędzie w miarę podobne i sens dłuższego wyjazdu dalej mija się z faktycznym celem, patrząc na to z puntu widzenia opłacalności. Co więcej, dzisiaj kalkuluje się też czas. A dodatkowo przejechane kilometry z pewnością go generują – podkreśla Krzysztof Zych.

W ocenie analityka z Proxi.cloud, badanie ewidentnie wykazało, że Polacy niechętnie nadkładają zbędnej drogi. Nawet krótka odległość jak na samochody osobowe, tj. powyżej 500 m, stanowi dużą barierę. Świadczy to o tym, że właściciele pojazdów niechętnie je tankują na stacjach oddalonych od uczęszczanych dróg i własnych posesji. Nie chcą tracić większej ilości czasu oraz pieniędzy na dojazdy. Wyniki tej ankiety powinny dać mocno do myślenia koncernom paliwowym.

– Warto też zauważyć, że 20% respondentów nie potrafi określić, ile drogi może nadłożyć, aby zatankować swój pojazd. A to oznacza, że jeszcze sporo osób nie zwraca na to uwagi bądź nie uważa tego za istotną kwestię. I są to raczej klienci niezbyt lojalni wobec marek paliwowych. Działają w sposób nieprzemyślany – mówi ekspert z UCE GROUP LTD.

Jak wykazało badanie, 45% respondentów jest gotowych pokonać odcinek 500 m z domu do stacji, żeby specjalnie pojechać i zatankować. 21% wskazało 500-1000 m, 14% – 1000-1500 m, 7% – 1500-2000 m, a tylko 3% – powyżej 2 km. Z kolei 8% nie zwraca na to uwagi, a 2% nie wie, jak określić taką odległość. Jak podkreśla Urszula Cieślak, większy odsetek ankietowanych zwraca uwagę na wygodę i czas, dlatego wybiera tankowanie przy okazji.

– Deklarowane odległości w tym wypadku są już większe niż podczas tankowania przy okazji. I raczej wynika to z tego, że stacje benzynowe zwykle są oddalone od skupisk domów, a znajdują się przy drogach między nimi a centrami miast bądź przy trasach wylotowych. Dodatkowo już od paru lat tego typu placówki są otwierane na przedmieściach. Z tego powodu respondenci deklarują możliwość pokonania większego dystansu, aby specjalnie zatankować – podsumowuje Adam Grochowski.

Badanie zostało wykonane przez UCE RESEARCH (platformę analityczno-badawczą, należącą do brytyjskiej spółki UCE GROUP LTD.) we współpracy z firmą technologiczną Proxi.cloud. Działania były prowadzone od 1 do 15 lutego 2020 roku w najbliższym otoczeniu 86 stacji paliw, znajdujących się w 16 województwach, w tym w 34 dużych miastach oraz 16 średnich i mniejszych miejscowościach. Do ankiety dopuszczono wyłącznie te osoby, które na wstępie rozmowy zadeklarowały, że posiadają własny samochód osobowy i są odpowiedzialne za jego tankowanie. Odpowiedzi udzieliło 1002 respondentów. Wśród nich było 43% kobiet i 57% mężczyzn, w wieku od 18. do 65. roku życia.

Tym razem będzie inaczej?

Aktywa ryzykowne są pod presją na początku tygodnia przy rosnącej liczbie przypadków zachorowań na koronawirusa poza granicami Chin. Co wydawało się opanowane przez władze z Pekinu, teraz ponownie wydaje się poza ich kontrolą, a odpowiedzialność spada na decydentów w Korei Południowej, Włoszech i Kanadzie. Rynki dotychczas nie doszacowywały ryzyka wirusa, ale może być ciężko dalej opierać się faktom.

Czy to była wiara w globalną ekspansję monetarną, czy determinację chiński władz do opanowania epidemii, rynki finansowe nie przejawiały nadmiernego zaniepokojenia wirusem, a indeksy giełdowe w USA i Europie poprawiały historyczne rekordy. W końcu, co gospodarka ucierpi w tygodniach kulminacji epidemii, powinna odrobić w kolejnych miesiącach z pomocą fiskalnego wsparcia. Warunkiem jest jednak krótkotrwały charakter szoku, ale teraz świat stoi w obliczu przedłużającej się epidemii, strachu wychodzenia na ulice i podwyższonej niepewności prowadzenia biznesu. I nie tylko w Chinach, ale po raportach z Korei Płd., Włoch i kanady – w wielu zakątkach świata. To zupełnie nowy rodzaj ryzyka, z którym dotychczas rynki się nie liczyły. Czy teraz będą je w pełni kalkulować? To jest najtrudniejsze pytanie. Nie da się estymować trendów na podstawie liczby chorujących korygowanej o współczynnik śmiertelności. Spirala strachu może z łatwością sprowadzić rynki giełdowe o 5 proc. w dół, wynieść cenę złota ponad 1700 USD za uncję i przynieść pogrom na walutach ryzykownych. Ale równie dobrze inwestorzy mogą zacząć dyskontować przyszłość po epidemii, kiedy gospodarki przejdą w tryb odbudowy. Ceny aktywów z podobnymi szansami mogą teraz odzwierciedlać jakość wskaźników makro z marca (ukazujących apogeum obaw o wirusa) lub z III kw. tego roku (okres pełnego odreagowania szkód). Prawdopodobnie Wall Street da odpowiedź, który pozostałe rynki skopiują.

Na rynku walutowym mamy klasyczny schemat risk-off. Mocno tracą waluty ryzykowne (głównie surowcowe), a silne utrzymują się USD i JPY. Status bezpiecznej przystani uchroni dolara przed negatywną reakcją na fatalne odczyty PMI z USA w piątek. Trzeba zaznaczyć, że osłabienie USD do EUR i JPY po danych miało niewiele wspólnego z pesymistyczną oceną fundamentów, a bardziej z panicznym domykaniem długich pozycji w USD, które narosły na tych crossach w poprzednich dniach. Ten strach przed nieznanym, jaki niesie ten tydzień, może podtrzymać presję na USD na tych parach, ale wcale nie będzie to oznaczać, że nagle inwestorzy postrzegają EUR i JPY jako lepsze. W dalszym ciągu USD jest walutą pierwszego wyboru. Kondycja gospodarek strefy euro i Japonii jest dużo gorsza niż USA i to będzie odgrywać istotną role, kiedy w innych aspektach waluty będą traktowane po równo (skłonność banków centralnych do luzowania, stan rynku akcji). Szok gospodarczy będzie za to kulą u nogi dla walut surowcowych, co widać z resztą dziś po korelacji najgorzej radzącego sobie NOK z ropą naftową.

Niepewność oznacza też światło ostrzegawcze dla inwestycji w ryzykowne aktywa emerging markets. Złoty jest częścią tego zbioru i deprecjacja go nie omija. Mimo to EUR/PLN na 4,30 wkracza w obszar lokalnego wykupienia – w ciągu ostatniego roku były tylko cztery przypadki, kiedy kurs uciekał na wyższe poziomy, z których dość szybko zawracał. Ostatnio polski rynek nie był celem dla masowego napływu zagranicznego kapitału, który teraz mógłby uciekać i skutkować silną przeceną złotego. Globalna awersja do ryzyka jest zagrożeniem, przed którym nic się nie uchroni, ale poza takim scenariuszem potencjał deprecjacji złotego powinien się już wyczerpywać.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce przyciąga inwestorów. W segmencie biurowym spodziewane są spektakularne transakcje

Inwestycje na rynku nieruchomości komercyjnych osiągnęły w 2019 roku rekordową wartość – 7,6 mld euro. Polska pozostaje najbardziej atrakcyjnym rynkiem inwestycyjnym w Europie Środkowo-Wschodniej, a prognozy wskazują, że w tym roku będzie podobnie. Zdaniem analityków Knight Frank 2020 rok będzie kolejnym okresem wzmożonej aktywności inwestorów na polskim rynku. W Warszawie spodziewane są spektakularne transakcje w segmencie biur, ale na atrakcyjności zyskają też nowe formaty – np. mieszkania na wynajem oraz prywatne akademiki.

– Największą dynamiką wzrostu w 2019 roku cechował się segment nieruchomości biurowych, na który przypada około połowa całego wolumenu inwestycji na rynku nieruchomości komercyjnych – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Cipiur, dyrektor Działu Rynków Kapitałowych w Knight Frank. – Najwięcej biurowców powstaje w Warszawie, ale bardzo dobrze rozwijają się także inne miasta, np. Kraków, Wrocław, Gdańsk, Poznań, Łódź i Katowice. Powstają w nich okazałe budynki, którymi interesują się głównie inwestorzy zagraniczni. Popyt inwestycyjny jest także kreowany przez najemców – międzynarodowe firmy, rozpoznawalne i cieszące się stabilną pozycją na rynku.

Jak zauważa Krzysztof Cipiur, miniony rok charakteryzował się kompresją stóp kapitalizacji, czyli rosnącymi cenami, oraz napływem nowego kapitału – pojawiły się fundusze z kapitałem azjatyckim, węgierskim i niemieckim. Z raportu „2019 Review & 2020 Outlook – Aktywa komercyjne i grunty inwestycyjne” wynika, że ubiegły rok obfitował w zakupy przede wszystkim w segmencie biurowym, na którym dokonano transakcji wartych blisko 3,8 mld euro (wzrost o 37 proc. r/r). W stolicy zainwestowano 2,4 mld euro. Wysoką dynamiką charakteryzował się również segment magazynów (wolumen transakcji sięgnął 1,3 mld euro), nieco mniejszą za to rynek handlowy. Centra handlowe, retail parki i mniejsze sklepy w poprzednich latach odpowiadały za około 40 –50 proc. całego wolumenu, a obecnie jest to około 25 proc.

– Myślę, że jest to wynik globalnych tendencji. Sektor handlowy traci na korzyść sektora biurowego i magazynowego. W Stanach Zjednoczonych i Anglii handel przenosi się ze sklepów do magazynów i ciężarówek, bo zakupiony produkt jest dostarczany bezpośrednio klientowi z pominięciem ekspozycji na tradycyjnej półce – wyjaśnia Krzysztof Cipiur.

Eksperci Knight Frank podkreślają, że Polska postrzegana jest jako najbardziej atrakcyjny pod względem inwestycyjnym kraj w Europie Środkowo-Wschodniej i stanowi doskonałą alternatywę dla Europy Zachodniej. Rynek w Polsce oferuje zwrot na poziomie bliskim 4,25–4,50 proc. Dla porównania, w krajach zachodnioeuropejskich rentowność inwestycji sięga 2,50 proc. Niskie stopy kapitalizacji za najlepsze aktywa pozwalają postrzegać Polskę jako rynek umożliwiający dywersyfikację ryzyka oraz oferujący stabilne zyski z inwestycji w dłuższym okresie.

– Wiele transakcji nie zostało zamkniętych w 2019 roku i finalizacji tych umów możemy się spodziewać w bieżącym roku – dodaje Krzysztof Cipiur. – Wszystko wskazuje na to, że będziemy świadkami bardzo spektakularnych transakcji na rynku biurowym, przede wszystkim w Warszawie, a także transakcji portfelowych na rynku magazynowym.

Według ekspertów Knight Frank mimo ograniczonej liczby wysokiej jakości obiektów na sprzedaż aktywność inwestorów na polskim rynku rośnie. Poszukiwane są aktywa we wszystkich sektorach nieruchomości, położone nie tylko w najbardziej prestiżowych lokalizacjach. Coraz większe zainteresowanie widać również w sektorach nieruchomości alternatywnych, do których należą mieszkania na wynajem, projekty mixed-use czy prywatne akademiki.

– W następnych latach będą one miały coraz większy udział w rynku – zakłada Krzysztof Cipiur. – Jest to segment, który dopiero pączkuje, ale obserwujemy ogromny popyt ze strony inwestorów, przede wszystkim europejskich.

W 2020 roku spodziewany jest dalszy napływ kapitału na krajowy rynek, zarówno ze strony podmiotów już obecnych w Polsce, jak również zupełnie nowych graczy. Decydują o tym uwarunkowania ekonomiczne. Polska pozostaje jedną z najszybciej rosnących gospodarek w Europie. Prognozy instytucji finansowych wskazują, że w kolejnych latach wzrost PKB będzie przekraczał 3 proc., a otoczenie makroekonomiczne i kluczowe czynniki wpływające na sektor nieruchomości komercyjnych pozostaną stabilne.

Przestój w chińskiej gospodarce utrzyma niskie ceny ropy. Może to potrwać nawet do połowy roku

0

Początek 2020 roku okazał się niespokojny dla rynku ropy. Najpierw zamach na irańskiego generała Kasema Sulejmaniego pchnął ceny surowca w górę, następnie epidemia koronawirusa w chińskim Wuhanie i prowincji Hubei spowodowała ich gwałtowny spadek. Zdaniem Jakuba Boguckiego z portalu E-petrol.pl nadpodaż ropy spowodowana przestojem w chińskiej gospodarce utrzyma jej niskie ceny nawet do połowy roku.

– Chiny są drugim największym konsumentem ropy na świecie. Paraliż tamtejszej gospodarki z powodu epidemii koronawirusa powoduje, że surowiec reaguje bardzo dynamicznymi spadkami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Jakub Bogucki, analityk rynku paliw E-petrol.pl. – Wszelkie sugestie, że epidemia jest ograniczana, a liczba zachorowań mniejsza, na krótko podbijają ceny ropy. Jednak to cały czas jest zbyt rzadko, by mówić o jakiejkolwiek poprawie. Rokowania co do wpływu sytuacji w Chinach na rynek naftowy w najbliższym czasie nie są najlepsze.

Od kilku tygodni rynki, nie tylko surowcowe, z niepokojem patrzą w stronę Chin, gdzie już w grudniu zaczęła się epidemia koronawirusa, określanego przez WHO mianem COVID-19. Do tej pory odnotowano niemal 76 tys. zachorowań, zmarło ponad 2,1 tys. osób, a prawie 16,5 tys. zostało wyleczonych. Stolica prowincji Hubei i jej okolice zostały odizolowane od świata, dzięki czemu obszar epidemii został ograniczony. Spowodowało to jednak przestoje w działaniu chińskich fabryk, a wraz z nimi spadek zużycia ropy z ok. 14 mln baryłek dziennie do ok. 11 mln. W efekcie pojawiła się jej nadpodaż, co pociągnęło w dół ceny czarnego złota. W związku z tym kraje zrzeszone w OPEC i inni producenci, którzy od 2016 roku współpracują, ograniczając wydobycie, by podbić ceny surowca, rozważają dalsze ograniczenie produkcji.

– Ta polityka jest już dość restrykcyjna. Kolejne ograniczenia, które proponował komitet techniczny OPEC, napotkały umiarkowany entuzjazm, zwłaszcza ze strony decydentów w Rosji – mówi Jakub Bogucki. – Ta decyzja na krótko zapewne byłaby w stanie stymulować rynek, ale jednak nadpodaż jest na tyle duża, że rosyjskie obawy o nikłą skuteczność takiego kroku OPEC wydają się uzasadnione. W dłuższej perspektywie, gdyby te cięcia zbiegły się z poprawą sytuacji w Chinach, wtedy rzeczywiście to byłby istotny element wypychający ceny surowca w górę.

Od przełomu pierwszej i drugiej dekady stycznia do początku lutego cena baryłki teksańskiej WTI spadła z 63 do. do mniej niż 50, a europejskiej ropy Brent – z 70 do. na początku stycznia do mniej niż 54 w połowie lutego. Choć oba rodzaje surowca zaczęły w lutym zyskiwać po informacjach o zahamowaniu tempa rozprzestrzeniania się choroby, od początku roku staniały o 10–11 proc. Na razie nie zanosi się na poważniejsze odbicie.

– Większość instytucji zajmujących się prognozowaniem zmian na rynku naftowym po raz pierwszy od 10 lat obniżyła prognozę popytu na surowiec na rynkach światowych właśnie za sprawą tego, co się dzieje w Chinach. Trudno spodziewać się, żeby w pierwszych dwóch kwartałach roku nastąpiła jakaś zasadnicza zmiana – ocenia analityk rynku paliw.

Kilka dni temu bank Goldman Sachs obniżył swoje projekcje cen ropy w I kwartale o 10 dola. do 53 dol. za baryłkę. Wcześniej Citigroup ogłosił szacunki, zgodnie z którymi cena ropy Brent wyniesie w I kwartale 54 dol. za baryłkę (obniżenie prognoz o 15 dol.), a w II kwartale – 50 dol. (spadek wobec poprzedniej prognozy o 18 dol.).

– Trudno spodziewać się także gwałtownego skoku wydobycia, bo po prostu nie będzie komu tej ropy sprzedać albo będzie ona zbyt tania, a jej wydobywanie zbyt mało opłacalne – podkreśla Jakub Bogucki.

Zdaniem eksperta nie widać też na horyzoncie możliwych wydarzeń, które mogłyby zrównoważyć efekt koronawirusa. Gdy zaraz po Nowym Roku w amerykańskim ostrzale z użyciem dronów zginął w Bagdadzie irański generał Kasim Sulejmani, a Iran odpowiedział atakiem na amerykańskie bazy wojskowe w Iraku, ropa podrożała, ale tylko o 4–5 dol. na baryłce. Informacje o koronawirusie natychmiast pociągnęły je w dół o kilkanaście dolarów.

– W cień po doniesieniach z Chin zeszły waśnie na linii Teheran – Waszyngton czy konflikt saudyjsko-irański, który miał swoje ognisko w Jemenie. Chiny są tak ogromnym konsumentem ropy, że właściwie większość innych czynników zeszła na dalszy plan. Trudno sobie wyobrazić coś, co byłoby w stanie, mówiąc kolokwialnie, przebić to, co dzieje się w Chinach w tej chwili – konkluduje analityk E-petrol.pl.

Pracodawcy obawiają się odpływu ukraińskich pracowników do Niemiec. Apelują o uproszczenie procedur w ich zatrudnianiu

46 proc. firm dostrzega trudności w rekrutacji pracowników ze Wschodu. To rekordowo wysoki odsetek, a w kolejnych miesiącach może być jeszcze trudniej ze względu na otwarcie się zachodnioeuropejskich rynków pracy na obcokrajowców spoza Unii Europejskiej. Co czwarty pracodawca obawia się konkurencji o Ukraińców ze strony innych państw członkowskich, a co siódmy – konkurencji ze strony niemieckich firm. Tymczasem polska polityka migracyjna wciąż stawia wiele barier w dostępie do rynku pracy.

– Polskie firmy coraz bardziej obawiają się odpływu pracowników ukraińskich z rodzimego rynku pracy. Dotyczy to ponad połowy przedsiębiorców – mówi agencji Newseria Biznes Kinga Marczak, dyrektor operacyjny Grupy Personnel Service, która opublikowała „Barometr Imigracji Zarobkowej” za drugie półrocze 2019 roku. – W ostatnich analizach zaobserwowaliśmy wzrost obaw u respondentów o ponad 30 pkt proc. wobec wyniku badania przeprowadzonego pół roku wcześniej.

Obecnie ponad połowa polskich firm podejmuje działania mające na celu zabezpieczenie się na wypadek fluktuacji pracowniczej lub erozji grup, które do tej pory funkcjonują w ramach zakładów pracy. W badaniu Grupy Personnel Service ponad 15 proc. pracodawców przyznało, że obawia się odpływu pracowników do niemieckich firm. Z tego 7 proc. mówi, że ich pracownicy otwarcie deklarują zamiar wyjazdu na Zachód. Z kolei 3 proc. deklaruje, że zamierza oferować kadrze ze Wschodu konkurencyjne warunki, żeby uniknąć ich odpływu na inne rynki.

– Pracownicy jasno deklarują zamiar wyjazdu, a pracodawcy mają tego świadomość – podsumowuje Kinga Marczak. – Do urzędów wojewódzkich wpływa bardzo dużo wniosków o przedłużenie legalnego pobytu pracowników ze Wschodu, ale procedura jest długa i żmudna. W Niemczech i Czechach obowiązują proste i szybkie procedury, a pracownicy z Ukrainy bardzo mocno rozważają ofertę wyjazdu do pracy poza Polskę, szczególnie do naszego zachodniego sąsiada. Cieszą się, że rynek pracy się tam dla nich otworzył.

Jak zaznacza ekspertka Grupy Personnel Service, bezdyskusyjny argument to stawka godzinowa – 10 euro wobec 15 zł jest dla wielu wystarczającą zachętą. Wprawdzie Niemcy oczekują na początek pracowników ze specjalistycznymi kompetencjami i znajomością języka niemieckiego, ale to może się zmienić. Z polskich doświadczeń wiadomo, że pracownicy z Ukrainy po zdobyciu odpowiednich umiejętności będą mogli wypełnić lukę na rynku pracy w kolejnych sektorach. Można przypuszczać, że rynek niemiecki będzie zatrudniał pracowników ze Wschodu w branży budowlanej, przemyśle ciężkim, a przede wszystkim w sektorze usługowym, spożywczym i opieki zdrowotnej.

– Zatrzymanie pracowników z Ukrainy na naszym rynku pracy będzie trudne – przewiduje Kinga Marczak. – Istotnym bodźcem byłaby zmiana polskiej polityki migracyjnej. Obecnie pracownik z Ukrainy ma zalegalizowany pobyt w Polsce na okres do sześciu miesięcy. Inne kraje – takie jak Węgry czy Czechy – umożliwiają legalny pobyt na dwa lata. Należałoby rozważyć zastosowanie takiego rozwiązania również w Polsce. Dobrym pomysłem byłaby także kampania promocyjna w mediach ukraińskich poprawiająca wizerunek naszego kraju.

Polska wciąż jest atrakcyjnym miejscem emigracji zarobkowej dla pracowników ze Wschodu ze względu na bliskość geograficzną, mniejsze koszty podróży, spójność językową, kulturową, łatwiejszą asymilację oraz dobrą ofertę zatrudnienia związaną z licznymi pozapłacowymi formami wynagradzania.

Jak pokazało badanie, Ukraińcy otrzymują bardzo atrakcyjne benefity. Najczęściej pracodawcy decydują się na zapewnienie im pomocy w załatwieniu formalności (49 proc.), świadczeń socjalnych (39 proc.) oraz mieszkania (30 proc.). Zdecydowanie mniejszy odsetek, bo tylko 18 proc., zapewnia kadrze ze Wschodu darmowy transport do miejsca pracy, a 14 proc. – wyżywienie. Co dziesiąty pracownik z Ukrainy otrzymuje bezpłatny dostęp do internetu.

– Jest wiele czynników, które zachęcają do pobytu i pracy w Polsce, np. możliwość pogłębiania kompetencji i rozwoju zawodowego – wymienia Kinga Marczak. – Niestety w przypadku sześciomiesięcznego legalnego pobytu często jest to zbyt krótki czas i konieczność wyjazdu następuje niedługo po ukończeniu kursu pogłębiającego kompetencje. Jednak pracownik z Ukrainy jest ceniony przez pracodawców i firmy podejmują wiele działań, żeby go pozyskać. Gdyby w Polsce udało się usprawnić i przyspieszyć procedury legalizacyjne, moglibyśmy konkurować z rynkiem niemieckim.

Osiągnięcie celów klimatycznych UE wymaga inwestycji rzędu kilkuset miliardów euro rocznie. Duży wkład będą miały firmy prywatne

Inwestycje na poziomie 260 mld euro rocznie będą wymagane, aby zrealizować cele klimatyczne Unii Europejskiej na 2030  rok. Plany na 2050 rok są jeszcze bardziej ambitne, bo wtedy UE chce osiągnąć pełną neutralność klimatyczną. Komisja Europejska proponuje szereg instrumentów finansowych, które mają pobudzić inwestycje, w tym m.in. finansowanie ze strony Europejskiego Banku Inwestycyjnego. – Trzeba myśleć o mobilizowaniu środków prywatnych, bo to prywatne instytucje finansowe będą w dużej mierze zmieniały gospodarkę – przekonuje Mikołaj Dowgielewicz z Europejskiego Banku Inwestycyjnego.

Na liście najważniejszych celów Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Zielonego Ładu są ochrona życia ludzkiego, zwierząt i roślin poprzez ograniczenie zanieczyszczeń oraz wspieranie przedsiębiorstw w dostarczaniu produktów i technologii neutralnych dla środowiska. Działania te mają obejmować w zasadzie wszystkie sektory gospodarki, a w szczególności cztery obszary: obniżenie emisyjności sektora energii, termomodernizację budynków, wspieranie przemysłu w rozwoju innowacyjności na rzecz zielonej gospodarki oraz wprowadzenie tańszych i zdrowszych modeli transportu prywatnego i publicznego.

– To będzie bardzo długi proces obejmujący kilka dekad – przewiduje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mikołaj Dowgielewicz, dyrektor generalny Biura Stałego Przedstawiciela w Brukseli w Europejskim Banku Inwestycyjnym. – Zmieniło się środowisko, a zasoby naturalne były bardzo intensywnie eksploatowane. Teraz trzeba stworzyć warunki do tego, żeby Europa była nadal najlepszym miejscem do życia, a ludziom nie zagrażały dramatyczne zjawiska meteorologiczne.

Jak podkreśla ekspert, powodem podjęcia działań na rzecz zrównoważonego rozwoju są także inne zjawiska o charakterze globalnym: np. migracje ludności i procesy demograficzne. Biuro Analiz Parlamentu Europejskiego ogłosiło, że społeczeństwo Europy starzeje się, a mieszkańcy Unii Europejskiej będą stanowili coraz mniejszą część światowej populacji. Z kolei największy przyrost ludności ma nastąpić w Afryce.

– Unia Europejska chce być liderem w procesie wprowadzania zrównoważonego rozwoju, aby kształtować rzeczywistość, a nie wyłącznie jej się poddawać – dodaje Mikołaj Dowgielewicz. – Zielona rewolucja to przede wszystkim próba znalezienia środków na to, żeby dokonać korzystnych zmian w sposobie życia ludzi i funkcjonowaniu gospodarki. Chodzi o to, żeby finansować inwestycje, które będą wspierały przejście na bardziej zrównoważony rozwój, a w mniejszym stopniu promować te procesy gospodarcze, które prowadzą do zanieczyszczenia środowiska.

Europejski Zielony Ład będzie bardzo ambitnym zadaniem przede wszystkim dla sektora publicznego – samorządów oraz rządów państw członkowskich Unii Europejskiej – bo skala niezbędnych inwestycji jest bardzo duża. Już osiągnięcie znacznie mniej ambitnych celów wyznaczonych na 2030 rok powinno pociągać za sobą inwestycje rzędu 260 mld euro rocznie.

Ogłoszony w styczniu plan inwestycyjny na rzecz Europejskiego Zielonego Ładu zakłada wsparcie w trzech wymiarach. Pierwszym z nich jest wymiar finansowy, w którym główną rolę będzie odgrywać Europejski Bank Inwestycyjny. Zakłada on uruchomienie w kolejnych dziesięcioleciach zrównoważonych inwestycji o wartości co najmniej 1 bln euro. Większy niż dotychczas udział w budżecie UE wydatków przeznaczonych na zielone projekty powinien przyciągnąć również prywatne finansowanie. Pozostałe obszary wsparcia to możliwości, czyli różnego typu zachęty inwestycyjne, uproszczenie procedur dla zielonych inwestycji, oraz pomoc praktyczna – w planowaniu i realizowaniu zrównoważonych projektów.

Aby zrównoważony rozwój stał się procesem stałym, potrzebna jest także mobilizacja środków prywatnych – zaznacza Mikołaj Dowgielewicz. – Prywatne instytucje finansowe będą w dużej mierze zmieniały gospodarkę. Swój udział w tym procesie będą mieli także konsumenci, bo to oni będą z kolei wpływali na kierunek działań tych instytucji. Obecnie modnym i pożądanym kierunkiem jest wspieranie inwestycji zrównoważonych. Jeśli ten trend się utrzyma, będzie miał on duży wpływ na sektor bankowy, szczególnie na obszar inwestycji. Rola Unii Europejskiej polega na tym, aby w odpowiedni sposób prawny sterować tymi procesami.

Polityka EBI ma sprzyjać realizacji celów klimatycznych wytyczonych przez Unię Europejską. W listopadzie 2019 roku bank podjął decyzję o zaprzestaniu finansowania inwestycji związanych z gazem ziemnym z końcem 2021 roku. Firmy nie będą mogły uzyskać kredytów EBI z niskim oprocentowaniem i będą musiały korzystać z oferty banków komercyjnych.

– Europa będzie nadal korzystała z gazu i to jeszcze przez kilka dekad – podsumowuje Mikołaj Dowgielewicz. – Prawdopodobnie dlatego, że w wielu krajach, takich jak Polska, inwestycje gazowe stanowią rozwiązanie przejściowe między gospodarką opartą na węglu a powszechnym wykorzystaniem źródeł odnawialnych w produkcji energii. EBI nie będzie wspierał projektów gazowych, ponieważ koncentruje się na obszarach, w których nie ma innych aktorów finansowych, czyli np. związanych z odnawialnymi źródłami energii. W Polsce jest ich coraz więcej, chociażby związanych z energią wiatrową i słoneczną.

Firmy muszą poddać się cyfrowej transformacji. Rozwiązania chmurowe i rozwój sztucznej inteligencji to kluczowe trendy tego roku

Według Gartnera jednym z najważniejszych trendów w biznesie w 2020 roku będzie migracja do chmury. Za kilka lat firmy, które nie będą przetwarzać w niej swoich danych, będą tak rzadko spotykane jak dziś przedsiębiorstwa niekorzystające z internetu. Kluczowymi przewagami chmury są bezpieczeństwo danych i szybki dostęp do nich. To z kolei umożliwia inwestycje w zaawansowane technologie, jak sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe, oparte głównie na wykorzystaniu danych. W zarządzaniu całym tym procesem pomagają najnowsze systemy ERP. Tymczasem wciąż tylko niespełna 30 proc. firm w Polsce korzysta z takich rozwiązań.

 Musimy bezpiecznie przechowywać coraz więcej danych, dlatego trend przechowywania danych w chmurze będzie najczęściej obserwowanym w 2020 roku. Równolegle zaufanie firm do rozwiązań chmurowych ciągle rośnie. Wcześniej były obawy przed wyciekami, niepożądanym dostępem do danych, a obecnie nie zauważamy już podobnych problemów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Til, menadżer Zespołu Logistyki i Automotive w Hicron.

Migracja do chmury jest dzisiaj kluczowym elementem cyfrowej transformacji firm. Ostatnie prognozy Gartnera zakładają, że globalny rynek usług publicznych w chmurze ma w tym roku wzrosnąć o 17 proc. do poziomu 266,4 mld dol. (w porównaniu do 227,8 mld dol. w ubiegłym). Za kilka lat firmy, które nie korzystają z rozwiązań cloudowych, mają być już równie rzadko spotykane jak te, które dzisiaj nie wykorzystują jeszcze w swojej działalności internetu.

Usługi chmurowe zapewniają firmom cały szereg korzyści: gwarantują bezpieczeństwo, obniżają koszty, ograniczają konieczność utrzymywania infrastruktury IT i usprawniają pracę, bo aplikacje i dane w chmurze są dostępne z każdego urządzenia podłączonego do sieci, niezależnie od lokalizacji. Dzięki temu czas dostępu do danych znacznie się skraca. Kolejną zaletą chmury jest pełna skalowalność, przez co dopasowuje się ona do skali prowadzonego biznesu.

 Wcześniej dostęp do danych był niewygodny i wolny. Dane musiały być przetwarzane w różnych miejscach, żeby obsługiwać bieżące procesy. Obecnie wszystko dzieje się dużo szybciej, dzięki czemu można pracować na większej ilości danych i osiągać o wiele lepsze wyniki w zarządzaniu przedsiębiorstwem – mówi Piotr Til. – Drugim dominującym trendem w światowym biznesie będzie w tym roku wykorzystywanie sztucznej inteligencji w standardowych rozwiązaniach znanych już firmom, w których pracuje się właśnie na dużej ilości danych i które oczekują jeszcze szybszej, efektywniejszej i bardziej wydajnej pracy.

Jak podkreśla, sztuczna inteligencja i machine learning, podobnie jak rozwiązania chmurowe, usprawniają zarządzanie i przetwarzanie danych, przyspieszają uzyskanie do nich dostępu, co w efekcie znacząco usprawnia zarządzanie całym przedsiębiorstwem. Wykorzystanie tych narzędzi pozwala też np. wytypować obszary, w których może nastąpić kryzys albo hossa, i na bieżąco dostosowywać swój biznes do warunków rynkowych.

Trendy, które pomagają w zarządzaniu przedsiębiorstwem, można znaleźć w systemie S/4HANA. Rozwiązania chmurowe to główny obszar, który znajduje w nim zastosowanie – mówi Piotr Til. – Konwersja obecnych systemów SAP-a do najnowszej wersji S/4HANA, która zawiera w sobie zarówno sztuczną inteligencję, jak i rozwiązania chmurowe, to kolejny bardzo popularny trend w światowym biznesie.

SAP S/4HANA to inteligentny system ERP nowej generacji, który wspomaga zarządzanie zasobami przedsiębiorstwa. Systemy ERP (ang. enterprise resources planning) to pakiet zintegrowanych narzędzi, które rejestrują dane z najważniejszych obszarów działalności firmy, np. finansów, księgowości, kadr, produkcji, obsługi klienta czy wsparcia sprzedaży, łącząc je w spójną bazę. W połączeniu z analityką Big Data, uczeniem maszynowym czy rozwiązaniami chmurowymi systemy ERP są obecnie kluczowym narzędziem, które ułatwia podejmowanie strategicznych decyzji.

 Najnowsza wersja systemu S/4HANA używa interfejsu Fiori. Nie różni się on niczym od znanych nam aplikacji w smartfonach, z których codziennie korzystamy. To też odpowiedź na potrzebę ciągłego dostępu do danych firmy – możemy z dowolnego miejsca na świecie wystartować, sprawdzić bądź zatrzymać proces, który odbywa się w naszym przedsiębiorstwie w czasie rzeczywistym – mówi Piotr Til.

Jak podkreśla, systemy SAP – jedne z najchętniej wykorzystywanych przez firmy na całym świecie – ciągle rozwijają się w stronę rozwiązań chmurowych i sztucznej inteligencji. W Polsce korzysta z nich około 1,5 tys. przedsiębiorstw. Starsze wersje będą wymagać aktualizacji, ponieważ od 2025 roku SAP przestanie je wspierać m.in. pod kątem obsługi błędów wynikających ze zmieniającego się ustawodawstwa czy nowych możliwości technologicznych. Firmy, które chcą dalej korzystać z aktualizacji i nowych funkcjonalności, muszą wdrożyć najnowszą wersję oprogramowania przed tym terminem.

To duże wyzwanie organizacyjne, obliczone na kilka miesięcy, ale – jak podkreślają eksperci – również opłacalne. Widać to m.in. na przykładzie niemieckiego rynku, gdzie wdrażanie najnowszej wersji oprogramowania S/4HANA jest już bardzo powszechne wśród przedsiębiorstw.

 Doświadczenie uczy, że jeżeli coś dzieje się w Niemczech, które są ojczyzną SAP-a, to trend ten za chwilę pojawi się w Polsce. Za zachodnią granicą rzeczywiście widzimy konwersję do najnowszej wersji systemu S/4HANA. Ta pozwala osiągnąć te same cele szybciej, taniej, a przede wszystkim przy użyciu sztucznej inteligencji – podkreśla ekspert Hicron.

Jak wynika z danych GUS, w Polsce tylko co trzecia firma (28,5 proc.) korzysta z systemów ERP. Dla porównania, w Stanach Zjednoczonych ten odsetek sięga niemal 100 proc. W wykorzystaniu rozwiązań ERP na polskim rynku przodują duże firmy (powyżej 250 pracowników) – wśród nich odsetek wynosi 87,3 proc. W średnich firmach (powyżej 50 pracowników) jest on dużo niższy – 54 proc. Najniższy jest natomiast w gronie małych przedsiębiorstw (10–49 pracowników), wśród których z systemów ERP wciąż korzysta zaledwie 21 proc.

Rosnąca liczba kosmicznych śmieci na orbicie okołoziemskiej może spowodować utratę sygnału GPS. Niezbędny jest system kontroli wystrzeliwania satelitów

W niedalekiej przyszłości na orbicie okołoziemskiej może krążyć  50 tys. lub więcej małych satelitów. Każde wyniesienie nowego satelity może oznaczać ogromne problemy w przyszłości. Kosmos staje się coraz bardziej zaśmiecony, a wraz ze wzrostem liczby satelitów rośnie ryzyko zderzeń między obiektami. Konieczne jest zorganizowanie kontroli ruchu kosmicznego. Rozwiązaniem mogłoby być także stworzenie sieci statków kosmicznych, które wydłużałyby życie satelitów.

– Przez wynoszenie satelitów na orbitę niską i wyższą generujemy znaczne ilości śmieci, które zagrażają satelitom, których potrzebujemy do funkcjonowania jako cywilizacja. Jeżeli wszystkie plany firm dotyczące wynoszenia satelitów zostaną wykonane do końca lat 20., to będziemy mieli za 10 lat około 50 tys. aktywnych satelitów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje prof. dr hab. Maciej Konacki, astronom z Centrum Astronomicznego im. M. Kopernika PAN w Toruniu.

SpaceX umieścił już na niebie kilkaset małych satelitów. Wiadomo, że firma uzyskała zgodę Federalnej Komisji Łączności na wystrzelenie 12 tys. satelitów, a Elon Musk chce uzyskać zgodę na wystrzelenie 30 tys. kolejnych. Brytyjski OneWeb również planuje wystrzelić 650 satelitów, Amazon kolejnych 3,2 tys. W efekcie w niedalekiej przyszłości Ziemię otaczać może co najmniej 50 tys. satelitów. Wiąże się to nie tylko z korzyściami, lecz także z ogromnym zagrożeniem. Zwłaszcza w połączeniu z już krążącymi wokół naszej planety kosmicznymi śmieciami. Europejska Agencja Kosmiczna szacuje, że na orbicie okołoziemskiej krąży ok. 20 tys. śmieci o masie 8 tys. ton. Łącznie z tymi niewielkimi fragmentami może ich być nawet 750 mln.

– Problem będzie bardzo poważny, ponieważ istnieje coś takiego jak model katastroficzny. Jedna kolizja satelity ze śmieciem albo kolizja dwóch satelitów spowoduje efekt łańcuchowy i liczba śmieci zostanie wygenerowana w sposób lawinowy. To spowoduje, że przestrzeń wokół Ziemi będzie bezużyteczna i zamknie nam to dostęp do używania satelitów do celów takich, jakich obecnie używamy, czyli telekomunikacja, nawigacja i obserwacja Ziemi – ocenia prof. dr hab. Maciej Konacki.

Szacuje się, że dryfujący na niskiej orbicie satelita porusza się z prędkością ponad 7,3 km/s, czyli ponad 16 tys. mil. Ponieważ obiekty na orbicie mogą podróżować we wszystkich kierunkach, zderzenia między satelitami i kosmicznymi obiektami mogą wystąpić przy prędkości ponad 32 tys. mil. Skutki mogą być więc katastrofalne.

– Rozmawia się o wprowadzeniu space traffic management, analogicznego do kontroli ruchu w lotnictwie. Sposób wynoszenia, użytkowania orbit byłby regulowany przez odpowiednie prawo. W tej chwili jest całkowita swoboda, do tego stopnia, że dwukrotnie już w historii mieliśmy przypadki, że kraje testowały broń antysatelitarną i niszczyły obiekty na orbicie, które generowały tysiące śmieci – wskazuje ekspert.

Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny i Indie mają sprzęt, który może fizycznie niszczyć satelity. Potencjalnie może to oznaczać ogromne zagrożenie, zwłaszcza w przypadku konfliktów między państwami. Jednocześnie liczba odpadków krążących w przestrzeni kosmicznej niedaleko Ziemi mogłaby zakłócić funkcjonowanie innych satelitów. W efekcie mogłoby dojść do sytuacji, w której np. stracilibyśmy sygnał GPS. Dlatego rozwiązaniem mogą być statki kosmiczne, które przedłużą życie satelitów. Pierwszy taki statek wystartował pod koniec 2019 roku.

– Naukowcy i inżynierowie pracują nad metodami pozwalającymi przedłużyć życie satelitów na orbicie poprzez ich serwisowanie i dostarczanie im paliwa. Satelity na orbicie geostacjonarnej mają skończony czas życia, potrzebują mieć zapasy paliwa do manewrowania. Jeżeli one się wyczerpią, to taki satelita przestaje być użyteczny. Stosowanie metody autonomicznego serwisowania satelitów będzie pozwalało przedłużać życie satelitów na orbicie, a także usuwać śmieci kosmiczne poprzez ich deorbitację – przekonuje prof. dr hab. Maciej Konacki.

Sztuczna inteligencja ułatwi zasypianie i łagodne wybudzenie. Polski zespół pracuje nad specjalną matą dbającą o jakość snu

Najnowsze technologie zadbają nie tylko o poprawny sen, lecz także o łagodne wybudzenie. Specjalna lampa zastąpi działanie wschodzącego słońca, a inteligentna pościel nie tylko sama się rozłoży, ale także zapewni idealną temperaturę. Tymczasem zaprojektowana przez zespół Polek mata zapewni optymalne warunki dla procesu budzenia i pozwoli użytkownikom uwolnić się od stresu związanego z gwałtownym wyrwaniem z głębokiego snu.

– 45 proc. ludzi na świecie ma problemy ze snem. Na co dzień budzimy się w zupełnie nienaturalny sposób. Stwierdziłyśmy, że weźmiemy wszystkie dostępne badania naukowe, całą wiedzę obecną na rynku, i stworzymy nowy produkt, który będzie budził zgodnie z indywidualnym, naturalnym biorytmem każdej osoby – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Inez Wenta z zespołu pracującego nad projektem Wake Up Guru.

Wake Up Guru to projekt maty, którą wkłada się pomiędzy poduszkę a poszewkę. Za pracę urządzenia odpowiedzialny jest unikalny algorytm, który odpowiada za stworzenie optymalnych warunków dla dobrego wybudzania. Mata łączy więc w sobie symulację otoczenia śpiącej osoby, na które składają się elementy takie jak światło, wibracja i dźwięk.

– Nawet symulacja światła słonecznego powoduje spadek melatoniny w naszym mózgu, co prowadzi do rozpoczęcia pewnej aktywności i procesów wybudzania. Drugi bodziec to wibracja, która zmniejsza szok wybudzeniowy. Przy dźwięku korzystamy z potwierdzonych naukowo właściwości, dzięki czemu budzi się wyłącznie osoba leżąca na naszej macie, nie budzimy partnera obok. Osoba, która się budzi, robi to zgodnie z indywidualnym, naturalnym biorytmem – tłumaczy Inez Wenta.

Na rynku dostępnych jest już kilka urządzeń mających optymalizować proces snu lub wybudzania. Lampa Philips Somneo Sleep & Wake-Up wykorzystuje naturalną reakcję organizmu na światło słoneczne. Symulacja promieni słonecznych pozwala łagodnie przejść przez proces wybudzania, przeciwnie niż ma to miejsce w przypadku budzenia z głębokiego snu przez nieprzyjemny dla ucha dźwięk budzika. Lampka nocna LED SomniLight Red wykorzystuje działanie czerwonego światła, które okazuje się być idealne do stworzenia warunków dobrych dla zasypiania. SmartDuvet Breeze to z kolei inteligentna pościel, która nie tylko sama się ścieli, ale dba także o poziomowanie temperatury. Dzięki niej można dostosować temperaturę osobno dla każdej ze stron łóżka.

– Rynek rozwiązań dla snu jest już znany. Możemy zacząć od zwykłego budzika, poprzez szereg różnych rozwiązań, które się skupiają na budzeniu światłem czy wibracją. Jest na nie bardzo duże zapotrzebowanie. Nadal jednak szukamy czegoś, co pozwoli nam połączyć tę wiedzę w całość – mówi reprezentantka Wake Up Guru.

Pierwszy prototyp produktu oferowanego przez zespół tworzony przez Polki powstał we wrześniu 2019 roku podczas Szkoły Pionierów PFR. Po czterech miesiącach gotowy już jest drugi prototyp. Będzie on przeznaczony do wykorzystania w testach.

– Następnym bardzo istotnym dla nas krokiem będzie pozyskanie finansowania dla tego projektu, tak abyśmy mogły rozpocząć odpowiednie badania na kolejnym poziomie, jak również rozpocząć prace nad wprowadzaniem tego produktu na rynek. Bez finansowania nie ma takiej możliwości – mówi Inez Wenta.

Według raportu Allied Market Research światowy rynek rozwiązań dla snu do 2023 roku ma osiągnąć wartość blisko 80 mld dol.

Jak wygląda rynek e-commerce w Polsce?

Rynek e-commerce w Polsce rozwija się w zawrotnym tempie. Każde 5 lat dla rozwoju tego sektora gospodarki zmienia go prawie nie do poznania. Rosnąca konkurencja sprawia że firmy działające na tym rynku bezustannie, dynamicznie, cały czas muszą się rozwijać po to by nie wypaść z wirującego młyna technologii. Dzięki temu my klienci zyskujemy dostęp do coraz atrakcyjniejszych usług i świadczonych na coraz to wyższym poziomie. Niestety przed przedsiębiorcami planującymi wejść na rynek e-commerce sytuacja ta rzuca spore wyzwanie.

Rynek e-commerce w Polsce rozwija się w zawrotnym tempie. Każde 5 lat dla rozwoju tego sektora gospodarki zmienia go prawie nie do poznania. Rosnąca konkurencja sprawia że firmy działające na tym rynku bezustannie, dynamicznie, cały czas muszą się rozwijać po to by nie wypaść z wirującego młyna technologii. Dzięki temu my klienci zyskujemy dostęp do coraz atrakcyjniejszych usług i świadczonych na coraz to wyższym poziomie. Niestety przed przedsiębiorcami planującymi wejść na rynek e-commerce sytuacja ta rzuca spore wyzwanie.

Dzięki firmie Design Cart do naszej redakcji trafiły dane liczbowe, które w sposób matematyczny świetnie opisują sytuację panującą na rynku. Warto zacząć od sytuacji przedsiębiorców. Tak jak przedsiębiorcy przed rokiem 2010 wchodzili w świat e-commerce bez kapitału na inwestycję ze szczątkową wiedzą, tak rozpoczynający przedsiębiorcy dzisiaj potrzebują przynajmniej 30 000zł kapitału na pierwszy rok, przy założeniu że promocją swych e-biznesów zajmą się sami. To wymusza zdobycie też nie małej ilości wiedzy w zakresie marketingu internetowego.

Zmienia się również budżet przeznaczany na rozwój sklepów internetowych. Tak jak pięć lat temu właściciele sklepów ograniczali się jedynie do bieżących aktualizacji oprogramowania tak dzisiaj zaczynają inwestować co raz bardziej w funkcje zwiększające jakość obsługi, wygodę użytkownika. Obecnie co 5 sklep zamawiany w studio Design Cart to sklep internetowy z dodatkowymi, kluczowymi funkcjonalnościami, na przykład z konfiguratorem produktów. To właśnie dzięki tym inwestycją my użytkownicy sieci, klienci e-commerce możemy składać automatycznie co raz to bardziej złożone, skomplikowane zamówienia.

Liczby opisujące użytkowników są również ciekawe. Rynek e-commerce w Polsce jest bardzo duży jeżeli patrzeć na wartości procentowe to wyprzedzamy w wielu obszarach takie kraje jak Niemcy. Jeżeli zastanawiasz się ilu Polaków korzysta z internetu to obecne liczby są naprawdę imponujące. Z internetu korzysta około 86% procent naszego społeczeństwa. Robi wrażenie? Na pewno.

Oczywiście nie wszyscy internauci robią zakupy w sieci. Wielu z nich korzysta jedynie z mediów społecznościowych, portali informacyjnych. Mimo wszystko spory odsetek to osoby aktywnie robiące zakupy. Jest to prawie 60% internautów. Tak ogromna ilość potencjalnych klientów sprawia że wielu przedsiębiorców próbuje swych sił w e-commerce. Niestety jest kawałek tortu dostępnych już tylko dla tych najbardziej wytrwałych i kreatywnych przedsiębiorców. Na dziesięć otwierających się biznesów internetowych tylko jeden odnosi sukces.

Przepisem na sukces jest być oryginalnym niestety oryginalność kosztuje. Koszt stworzenia dedykowanej platformy stworzonej według naszej wizji na platformie x-cms to około 20 tys. złotych. Większość startujących biznesów nie jest w stanie wyłożyć takiej sumy na start.

Jednak jak zapewnia nasz rozmówca z Design Cart, odniesienie sukcesu dla początkujących sprzedawców jest możliwe. Ważna jest promocja sklepu internetowego, podejście do klienta, to co sprzedajemy. Te cechy opakowane w porządną identyfikację wizualną mogą nas uczynić tym jednym na dziesięciu.

Jaki silnik sklepu internetowego wybrać?

Wybór silnika sklepu internetowego to jedna z najważniejszych decyzji, jaką podjąć musi właściciel biznesu działające w modelu e-commerce. Podpowiadamy, które z dostępnych na rynku oprogramowań najlepiej wybrać.

Szczegółowy ranking platform ecommerce znajdziesz na – https://wojciechmatula.com/platformy-ecommerce/. Na stronie znajdziesz porównanie kilkunastu sklepów internetowych dla Twojej firmy.

Dlaczego wybór odpowiedniego silnika jest ważny?

Każdy sklep internetowy, by mógł zacząć rzeczywiście funkcjonować, potrzebuje specjalistycznego oprogramowania (tzw. silnika) w oparciu, o które będzie działać. Na rynku dostępnych jest kilka rodzajów tego typu rozwiązań:

  • silniki open source,
  • silniki abonamentowe (licencja SaaS),
  • silniki dedykowane.

Każde z nich mają swoje charakterystyczne cechy, a przede wszystkim różnią się ceną. Silniki open source z założenia są bezpłatne, silniki oparte o licencję SaaS wiążą się z płatnością abonamentu, a silniki dedykowane to jednorazowy bardzo duży wydatek, jaki trzeba ponieść, by otrzymać oprogramowanie napisane pod szczegółowe wymagania i indywidualne potrzeby.

Poza ceną, podczas wyboru silnika sklepu internetowego, warto też wziąć pod uwagę możliwość wprowadzania ewentualnych zmian w funkcjonalnościach i zapoznać się ze szczegółowymi możliwościami oprogramowania, jakie oferuje jego dostawca.

Końcowa decyzja powinna być dobrze przemyślana, ponieważ przenoszenie sklepu internetowego na inny silnik podczas jego (zwłaszcza zaawansowanego) działania jest procesem pracochłonnym i czasochłonnym. Dobre oprogramowanie powinno pozwolić nam bez problemu zarządzać własnym e-biznesem.

Silniki open source

PrestaShop, Magento, WooCommerce to tzw. open source’owe silniki sklepów internetowych, występujące w formie gotowych oprogramowań, które po pobraniu i zainstalowaniu na własnym serwerze można od razu używać. Z założenia są darmowe, choć w większości przypadków posiadają też możliwość dokupienia dodatkowych modułów.

Nie bez powodu raport z badania przeprowadzonego w kwietniu 2019 przez Linuxpl.com pokazuje, że najpopularniejszym wśród właścicieli polskich e-commerce’ów silnikiem sklepu internetowego jest PrestaShop. Korzysta z niego już ponad 52 proc. rodzimych sklepów online. Skrypt ten posiada wiele zalet, które ułatwiają codzienne zarządzanie e-biznesem, m.in.:

  • intuicyjny i wygodny panel administracyjny;
  • pomoc techniczna w języku polskim;
  • mnóstwo wbudowanych darmowych funkcjonalności, z którymi poradzą sobie osoby na każdym poziomie – od podstawowego po zaawansowany – i które można rozbudowywać o płatne wtyczki;
  • praktycznie niczym nieograniczone możliwości konfiguracji i wdrażania dedykowanych rozwiązań.

Silniki SaaS

Silniki abonamentowe, bazujące na licencji SaaS to oprogramowania sklepów internetowych, które udostępniane są przez ich właścicieli za opłatą (może być jednorazowa, miesięczna, roczna itp.), która zwykle nie jest zbyt wygórowana. Do najpopularniejszych na polskim rynku rozwiązań w tej dziedzinie należą: Shoper, esklep od home.pl, IdoSell Shop, Sky-Shop, AptusShop, SoteShop, Comarch ERP e-sklep.

Choć posiadają zwykle rozbudowaną funkcjonalność i dostępne są w zasadzie “od ręki”, mają też swoje wady, o których warto pamiętać podczas dokonywania wyboru. Są to m.in.:

  • trudność wdrażania niestandardowych rozwiązań;
  • uzależnienie sklepu internetowego od jednej firmy, która dostarcza silnik;
  • poczucie, że nie do końca jest się właścicielem swojego sklepu internetowego.

Rozwiązania dedykowane

Dedykowane oprogramowanie dla sklepu internetowego jest pisane przez programistę lub zespół programistów, którzy w projekcie odzwierciedlają szczegółowe wymagania klienta. Dzięki takiemu rozwiązaniu silnik jest szyty na miarę i może posiadać wszelkie funkcjonalności, jakie tylko nam się wymarzą. Niestety oprogramowanie indywidualne napisane od podstaw ma jedną dużą wadę, która przekreśla tę opcję w oczach wielu właścicieli biznesów działających w modelu e-commerce. Jest bardzo drogie, a jego cena w zasadzie ograniczona jest wyłącznie wyobraźnią zamawiającego.

Do najpopularniejszych na polskim rynku rozwiązań w tej dziedzinie należą: Shoper, esklep od home.pl, IdoSell Shop, Sky-Shop, AptusShop, SoteShop, Comarch ERP e-sklep.

Pakiet mobilności na finiszu

20-go lutego 2020 r. Rada UE potwierdziła porozumienie polityczne pakietu mobilności. Jednak nie było to oficjalne pierwsze czytanie, na które z niepokojem czeka branża transportowa. Oznacza to, że wciąż przed nami dwa ostatnie kroki do przyjęcia pakietu mobilności. Eksperci Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców i Inelo wskazują, że europejskie regulacje w prawie transportowym niekorzystne dla polskich przewoźników zostaną przyjęte w perspektywie najbliższych czterech miesięcy.

Na ten moment interwencja delegacji ministrów z Polski, Rumunii, Bułgarii, Węgier, Litwy, Łotwy, Estonii, Cypru i Malty sprzed trzech dni w Brukseli i groźby zaskarżenia regulacji do Trybunału Sprawiedliwości UE, nie zablokowały prac nad niekorzystnymi regulacjami dotyczącymi transportu. Jednak Komisja Europejska zobowiązała się sporządzić ocenę skutków najbardziej kontrowersyjnych praw zawartych w pakiecie.

Choć aż dziewięć krajów wyraziło sprzeciw wobec pakietu mobilności, to prace nad dokumentem posuwają się do przodu. Wśród zwolenników regulacji znajdują się silni zachodni gracze, dla których pakiet mobilności jest barierą ochronną ich lokalnych rynków.

Na mocy obecnego kształtu pakietu zmiany obejmą trzy główne grupy przepisów:

  • Wymagań dotyczących dziennego i tygodniowego czasu jazdy, przerw oraz dziennych i tygodniowych okresów odpoczynków, w tym także regulacje dotyczące tachografów.
  • Delegowania pracowników w sektorze transportu drogowego i kontroli drogowych
  • Warunków wykonywania zawodu przewoźnika drogowego i dostępu do międzynarodowego rynku przewozów drogowych.

– Przyjęcie postanowień pakietu mobilności przez Radę UE jest przedostatnim krokiem legislacyjnym. Oficjalne głosowanie jeszcze się nie odbyło. Pomimo, że nieznany jest jeszcze dokładnego terminu tego głosowania, na czerwiec zostało zaplanowane głosowanie w PE, które będzie najprawdopodobniej ostatecznym zatwierdzeniem pakietu mobilności – wyjaśnia Łukasz Włoch, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Już 20 dni po opublikowaniu nowych przepisów, więc być może nawet w czerwcu lub lipcu, zaczną obowiązywać postanowienia określające czas prowadzenia ciężarówek, przerw oraz odpoczynków kierowców. Truckerzy będą musieli spędzać swoje odpoczynki dłuższe niż 45 h w warunkach z wymaganym zapleczem socjalnym. Od tego momentu obowiązkowe staną się także powroty kierowców do domów min. raz na cztery tygodnie.

Następnie, po 18 miesiącach, zostanie wprowadzona nowa zasada – kierowca będzie zobowiązany do dokonywania wpisu do tachografu po przekroczeniu granic. W tym samym czasie wejdą w życie zapisy dotyczące zmian w delegowaniu pracowników i dostępu do zagranicznych rynków. Oznacza to, że samochody będą musiały wracać do kraju siedziby firmy przynajmniej raz na osiem tygodni.  Jeśli przepisy wejdą w życie w obecnym kształcie, to będzie można wykonać trzy operacje kabotażowe w ciągu tygodnia. Następnie zmienią się zasady kabotażu. Nowe reguły będą zezwalać podobnie jak obecne na wykonanie trzech operacji kabotażowych w ciągu 7 dni. Ale pojawi się zaostrzenie – czterodniowy zakaz wykonywania kabotażu w tym samym kraju, tym samym pojazdem

Kolejną zmianą jest wydłużenie kontrolowanego zapisu czasu pracy przez służby kontrolne z 28 do 56 dni, które zostanie wprowadzone do końca 2024 r.

Warto pamiętać, że pakiet mobilności wprowadza także istotną zmianę w przypadku lżejszych pojazdów w ruchu międzynarodowym. Przewoźnicy dysponujący flotą od DMC 2,5 t będą zobowiązani do zainstalowania inteligentnych tachografów. Wymóg ten wejdzie w życie najprawdopodobniej 1 lipca 2026r.

W perspektywie 21 miesięcy od daty publikacji europejskich regulacji przewoźnicy, dysponujący busami, będą mieć obowiązek spełniania wszystkich wymogów dotyczących wykonywania zawodu przewoźnika drogowego, w tym m.in. posiadania licencji oraz zabezpieczenia finansowego na każdy pojazd.

Czy pakiet mobilności może zostać zablokowany?

Największe kontrowersje wśród polskich przewoźników wzbudzają postanowienia dotyczące obowiązkowych powrotów ciężarówek co osiem tygodni, ograniczeń w dostępie do rynków względem możliwości wykonywania kabotaży, objęcia delegowaniem pracowników przewozów typu cross-trade i kabotaży.

Polska obecnie jest liderem europejskiego transportu drogowego, zaś nowe regulacje mogą zdetronizować cenionych przewoźników ze wschodniej części Europy na rzecz lokalnych firm transportowych – mówi Mateusz Włoch z Inelo. – Prowadzenie działań w celu zablokowania pakietu ma sens, gdyż teoretycznie jest jeszcze na to szansa. Wielowymiarowe działania na różnych poziomach – takie jak negocjacje z europosłami, oficjalne zastrzeżenia, skargi do TSUE mogą wpłynąć na ostateczną decyzję rządzących – dodaje.

Coca-Cola podnosi dywidendę i zakłada zrealizowanie rocznego celu

Początek piątkowej sesji na Wall Street rozpoczyna się od bardzo niewielkiej korekty. Na otwarciu Nasdaq stracił 43 punkty, co oznacza spadek o 0,4 proc. S&P 500 zniżkował o 0,1 proc., a Dow Jones Industrial Average cofnął się o 83 pkt, tracąc na otwarciu sesji 0,3 proc. Są to w tym momencie kosmetyczne zmiany głównych amerykańskich indeksów.

Na Wall Street wciąż głośno jest o wynikach Domino’s Pizza i ich wpływie na cenę akcji, która wczoraj zwyżkowała do rekordowo wysokiego poziomu. Szczegóły zostały opisane we wczorajszym komentarzu, a dziś warto wspomnieć o kolejnych rekomendacjach dla sieci pizzerii wartej już ponad 15 mld dolarów. Analityk Wedbush podniósł poziom ceny docelowej dla DPZ do 410 USD za 310 USD poprzednio. Nowy poziom docelowy znajduje się o około 10 proc. od obecnej ceny akcji i jest blisko najwyższej rekomendacji na Wall Street równej 411 USD. Domino’s Pizza, według danych zebranych przez Bloomberga, posiada 13 rekomendacji kupna, 12 trzymaj i 2 sprzedaj. Tylko od początku roku cena akcji wzrosła o ponad 20 proc.

Pozytywną informacją podzieliła się dziś spółka Coca-Cola, której cena akcji w tym tygodniu osiągnęła rekordowy poziom 60,07 USD. Pomimo tego, że spółka zakłada, iż w pierwszym kwartale wpływ epidemii koronawirusa może przełożyć się na wyniki, to w skali całego roku Coca-Cola zamierza zrealizować podany wcześniej “guidance” ten rok. Spółki zakłada, że w pierwszym kwartale tego roku wybuch epidemii i jego skutki może obniżyć zysk na akcję o 1 lub 2 centy. W tym momencie szacuje się zysk na akcję KO na poziomie 49 centów. Warto również pamiętać, że wczoraj, 20 lutego, spółka podniosła kwartalną dywidendę do 41 centów na akcję. Według informacji ze spółki więcej na temat sytuacji związanej z chińską epidemią możemy dowiedzieć się podczas kwietniowego prezentowania wyników.

W szerszej perspektywie inwestorzy wciąż spoglądają na wydarzenia związane z epidemią wirusa w Chinach i tym samym mogą czasami nerwowo reagować na nowe informacje, jeśli te będą niekorzystne. Trzeba jednak pamiętać, że amerykański rynek akcji wciąż wydaje się odporny na wszelkiego rodzaju przeciwności, a korekty mogą pojawić się na każdym rynku, a na amerykańskim są od lat wykorzystywane tylko do zwiększenia posiadanego portfela akcji.

Departament Zarządzania Aktywami, Copernicus Capital TFI S.A

Waluty Azji znajdują się pod coraz wiekszą presją

Juan chiński nie jest jedyną azjatycką walutą, która traci w związku z obawami w kontekście koronowirusa.

Juan chiński w parze z dolarem amerykańskim osłabił się dziś do najniższego poziomu od ponad dwóch miesięcy. Najnowszą „ofiarą” epidemii koronawirusa jest jednak inna azjatycka waluta – won koreański. Na przestrzeni ostatnich pięciu dni won stracił w relacji do dolara blisko 2%, schodząc do najniższego poziomu od września.

Kurs USD/KRW (luty ‘19 – luty ‘20)

Kurs USD
Źródło: Bloomberg Data: 21/02/20

Presja na południowokoreańską walutę w ostatnim czasie uległa zwiększeniu, co można powiązać z informacjami o gwałtownym wzroście zakażeń koronawirusem w Korei Południowej – ich liczba wzrosła dziś o 100, do 204 osób. Informacje te budzą obawy, gdyż jest to pierwszy przypadek tak gwałtownego wzrostu zakażeń poza Chinami (nie licząc japońskiego wycieczkowca Diamond Princess).

Azjatyckim walutom w ostatnim czasie nie sprzyjały też napływające dane. Kilka dni temu okazało się, że japońska gospodarka w końcówce ubiegłego roku doświadczyła spadku PKB o 1,6% w ujęciu kwartalnym. Dziś rano nadeszły informacje o 92-procentowym spadku sprzedaży samochodów w Chinach w pierwszej połowie lutego. Doniesienia o przestojach w chińskich fabrykach i wyraźnie niższej aktywności konsumentów w Państwie Środka również nie pomagają.

W kontekście powyższego, większym zaskoczeniem nie jest również utrzymująca się presja na polską walutę – w ostatnich pięciu dniach złoty w parze z euro stracił 0,8%, zachowując się w podobny sposób, co pozostałe kluczowe waluty regionu.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,27-4,29. Z kolei kurs EUR/USD zakończył dzień lekkim spadkiem, jednak dzisiaj odrobił większość wczorajszych strat. Wczoraj wspólnej europejskiej walucie, mimo względnie optymistycznego tonu, nie pomogło podsumowanie z dyskusji z ostatniego spotkania EBC. W tym kontekście warto zwrócić uwagę, że od czasu spotkania, sytuacja globalna w związku z koronawirusem stała się jeszcze trudniejsza, a kluczowe dane ekonomiczne ze strefy euro, które poznaliśmy, ostatnio często zaskakiwały in minus, wskazując na utrzymujące się problemy wspólnego bloku.

Warto jednak dodać, że dość istotny kontrast na tle innych publikacji stanowią dzisiejsze dane PMI dla strefy euro, które okazały się lepsze od oczekiwań. Na plus szczególnie zaskoczyły dane dla przemysłu, które pokazały wzrost z 47,9 pkt w poprzednim miesiącu do 49,1 pkt w lutym. W konsekwencji powyższego oraz lekkiego wzrostu indeksu dla usług, zbiorczy indeks również skierował się na północ, dochodząc do 51,6 pkt, czyli najwyższego poziomu od sierpnia ubiegłego roku. Dane trudno odbierać inaczej niż pozytywnie – sugerują bowiem, że europejskie firmy radzą sobie nieco lepiej nawet pomimo ostatniego wzrostu obaw związanego z koronawirusem.

Indeksy PMI dla strefy euro (2017 – 2020)

Indeksy PMI dla strefy euro
Źródło: Bloomberg Data: 21/02/20

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 5,08-5,12. W parze ze słabszym złotym brytyjska waluta radzi sobie nieźle. W relacji do głównych walut funt jednak najpewniej zakończy tydzień osłabieniem. Ostatnie wieści z Wielkiej Brytanii są jednak pozytywne. Wczoraj na plus zaskoczyły dane o sprzedaży detalicznej w pierwszym miesiącu roku, dziś natomiast w konsekwencji istotnej poprawy w indeksie dla przemysłu, na plus zaskoczył indeks zbiorczy, który znalazł się na względnie dobrym poziomie 53,3 pkt (tym samym co miesiąc wcześniej). Dane sugerują poprawę sytuacji w brytyjskiej gospodarce po słabej końcówce ubiegłego roku.

Indeksy PMI dla Wielkiej Brytanii (2017 – 2019)

Indeksy PMI dla Wielkiej Brytanii
Źródło: Bloomberg Data: 21/02/20

USD

Kurs USD/PLN w czwartek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,95-3,97. Danych PMI dla Stanów Zjednoczonych za luty jeszcze nie poznaliśmy, jednak w kontekście wieści z USA warto wspomnieć o innej publikacji dotyczącej bieżącego miesiąca: odczycie indeksu przemysłowego Fed z Filadelfii. Wskaźnik ten wczoraj mocno zaskoczył, pokazując najwyższy poziom od trzech lat i sugerując, że w przypadku Stanów Zjednoczonych kluczowe indeksy aktywności w przemyśle (z których jeden poznamy dziś) mogą pokazać wzrosty. Dane nie pomogły jednak amerykańskiej walucie, która po publikacji skierowała się w dół.

Indeksy Philly Fed, PMI i ISM dla przemysłu (2017 – 2020)

 

Indeksy Philly Fed
Źródło: Bloomberg Data: 21/02/20

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

1 marca 2020 r. informatyzacja postępowań przed KRS – usprawnienia i nowe problemy

Z dniem 1 marca 2020 r. wchodzą w życie zmiany w postępowaniu rejestrowym. Od tego dnia wnioski składane przez przedsiębiorców do Krajowego Rejestru Sądowego będą wymagały formy elektronicznej. Nastąpi także pełna informatyzacja postępowań – cała korespondencja z sądem będzie prowadzona elektronicznie. Dzięki temu ma zostać skrócony czas na dokonywanie wpisów. Zmiany mają usprawnić i ułatwić prowadzenie postępowania, jednak dotychczasowe doświadczenia pokazują, że trudno będzie uniknąć także problemów.

Wnioski do KRS tylko drogą elektroniczną

Nowe brzmienie art. 19 ust. 2 ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym przewiduje, że wnioski dotyczące podmiotu podlegającego wpisowi do rejestru przedsiębiorców składa się wyłącznie za pośrednictwem systemu teleinformatycznego. Dotyczy to wszystkich wniosków składanych w postępowaniu rejestrowym przez spółki prawa handlowego ujawniane w KRS.

Dalej przepisy przewidują, że wniosek złożony w innej formie niż za pośrednictwem systemu teleinformatycznego pozostanie bez rozpoznania bez wzywania do uzupełnienia braków. Tym samym przepisy wyłączają inną formę dokonywania wpisów w rejestrze, a więc także dokonywania w nim jakichkolwiek zmian.

Akty notarialne pobierane automatycznie

Także wszystkie dokumenty dostarczane do sądu jako podstawa wpisów będą wymagały formy elektronicznej. Większość z nich będzie podpisana na podobnych zasadach jak wnioski, jednak zostały przewidziane ułatwienia dla aktów notarialnych. W związku z utworzeniem w 2018 r. Centralnego Repozytorium Wypisów Aktów Notarialnych od 1 marca 2020 r., składając wniosek do sądu rejestrowego, wystarczające będzie podanie numeru repozytorium. To zapewni pobranie aktu i włączenie go jako części elektronicznie prowadzonej dokumentacji przedsiębiorcy.

Akty rejestrowe online

Te zmiany wymusiły także przyjęcie nowych regulacji w kodeksie postępowania cywilnego. Wraz z wejściem w życie zmian wszelkie czynności sądu, referendarza sądowego i przewodniczącego będą utrwalane wyłącznie w systemie. Żadne dokumenty nie będą wiec drukowane w celu ich archiwizacji, a tym samym akta przestaną być prowadzone w formie papierowej.

Ma to ułatwić dostęp do akt rejestrowych przedsiębiorców. Formalnie są one w pełni jawne, jednak zapoznanie się z dokumentami nieujawnionymi w KRS (np. z treścią aktów notarialnych czy uchwał będących podstawą wpisów) wymaga udania się do właściwego sądu. Prowadzenie całej dokumentacji w formie elektronicznej zapewni dostęp do wszystkich dokumentów online.

Zmiany działają jednak na przyszłość – dokumenty złożone dotychczas w wersji papierowej nie będą digitalizowane. Aby zatem zapoznać się z pełną historią spółek wpisanych do rejestru na gruncie wcześniejszych regulacji, wciąż konieczna będzie wizyta w sądzie.

Informatyzacja pozwoli uniknąć błędów

Składanie wniosków za pośrednictwem systemu teleinformatycznego ma przyczynić się do ograniczenia wielu popełnianych obecnie błędów. Formularze wypełnione w formie elektronicznej będą od razu weryfikowane w podstawowym zakresie, dzięki czemu nie będzie możliwe np. pominięcie pól obligatoryjnych do wypełnienia.

Błędy nie powinny pojawiać się także przy określaniu osób właściwych do podpisania dokumentów. System, pobierając dane z KRS, będzie wskazywał osoby, które powinny podpisać się pod danym wnioskiem.

Problematyczne podpisy

Nie oznacza to jednak, że podpisy będą prostsze – wręcz przeciwnie. W wielu przypadkach kwestia podpisów może okazać się najbardziej problematyczna. Wskazują na to dotychczasowe doświadczenia związane ze składaniem sprawozdań finansowych w formie elektronicznej.

Wszystkie dokumenty składane do KRS muszą być podpisane przez właściwe osoby kwalifikowanym podpisem elektronicznym lub profilem zaufanym ePUAP. Dla większości przedsiębiorców zwłaszcza ten drugi system jest obecnie dobrze znany, jednak nie dla wszystkich jest on dostępny. Korzystanie z ePUAP-u jest bowiem możliwe jedynie w przypadku osób posiadających polski numer PESEL, którym nie dysponuje większość cudzoziemców niemieszkających na stałe w Polsce, a wchodzących np. w skład zarządu polskich spółek. Dla nich pozostaje podpis elektroniczny, który jednak nie jest systemem darmowym. Poza tym jego założenie wiąże się z załatwieniem pewnych formalności, co może być kolejną uciążliwością.

Poza tym cały system i znajdujące się w nim formularze będą prowadzone w języku polskim. W praktyce oznacza to, że znaczna część zagranicznych przedstawicieli spółek będzie podpisywała się pod formularzami, których samodzielnie nie będzie w stanie zrozumieć.

W końcu problemem może być fakt angażowania poszczególnych osób np. wchodzących w skład zarządów spółek, którzy będą musieli faktycznie uczestniczyć w procesie składania standardowych dokumentów do sądu, gdyż inaczej nie będzie możliwe ich właściwe podpisanie. To oznacza, że nie wystarczy przedstawienie zarządowi wcześniej ustalonych dokumentów w formie papierowej do podpisu, co pozwala znacznie ograniczyć zaangażowanie czasowe kluczowych osób w organizacji, ale konieczne stanie się ich faktyczne uczestniczenie w tym procesie. To zaś może spotkać się z dużym oporem.

Krok w dobrym kierunku, ale pozostają zastrzeżenia

W wielu przypadkach pomocne może okazać się ustanawianie pełnomocników. Jednak także to wymaga podjęcia dodatkowych czynności. I choć problemy mogą wydawać się mało znaczące, praktyka pokazuje, że tego rodzaju usprawnienia skutecznie utrudniają bieżącą działalność niektórym, zwłaszcza największym podmiotom z zagranicznym kapitałem.

Problemem może okazać się także sam system. Dotychczasowe próby zinformatyzowania postępowań wykazały nieprzygotowanie organów państwa, które udostępniają wadliwe i często trudne w obsłudze systemy. Błędów należy spodziewać się głównie na początku obowiązywania regulacji, ale to może wystarczyć do wprowadzenia sporego zamieszania związanego nawet z najbardziej standardowymi wnioskami do KRS.

Obok szeregu zastrzeżeń trzeba jednak podkreślić, że informatyzacja postępowań to krok w dobrym kierunku. Wszechobecny papier już dawno stał się archaizmem, generującym jedynie dodatkowe koszty przy obsłudze postępowań. Nie oznacza to jednak, że w niektórych okolicznościach lepsze okazuje się wrogiem dobrego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.