Grupa EBI i Europejski Fundusz Leasingowy wspierają finansowanie małych i średnich przedsiębiorstw

Sekurytyzacja portfela leasingowego o wartości 2,1 mld PLN umożliwi odblokowanie dodatkowych środków w wysokości 3,1 mld PLN dla polskich firm. Transakcja jest objęta gwarancją Grupy EBI w ramach planu Junckera. Jedna trzecia środków pochodzących z nowych umów leasingowych objętych planem Junckera zostanie przeznaczona na wspieranie przedsiębiorstw prowadzonych przez kobiety.

Grupa Europejskiego Banku Inwestycyjnego (Grupa EBI), utworzona przez Europejski Bank Inwestycyjny (EBI) i Europejski Fundusz Inwestycyjny (EFI), wzięła udział w transakcji sekurytyzacji syntetycznej w Polsce zainicjowanej przez firmę leasingową Europejski Fundusz Leasingowy (EFL), należącą do grupy Crédit Agricole. Celem transakcji jest wsparcie nowego finansowania na rzecz małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP), spółek o średniej kapitalizacji i mikroprzedsiębiorstw w Polsce, a także promowanie przedsiębiorczości kobiet.

Transakcja otrzymała gwarancję Europejskiego Funduszu Inwestycyjnego na rzecz Inwestycji Strategicznych (EFIS), który jest filarem finansowym planu Junckera. Transakcję zaaranżowała dla EFL firma StormHarbour. Jednocześnie, w ramach transakcji, CA CIB pełnił rolę doradcy w Grupie Crédit Agricole.

Grupa EBI przyznała EFL gwarancję w ramach portfela MŚP obejmującego transze senior oraz mezzanine o łącznej wartości 2,1 mld PLN (około 490 mln EUR). Plan Junckera zapewnia wsparcie transzy mezzanine o wartości 314 mln PLN (73 mln EUR) w ramach mandatu udzielonego EBI przez Komisję Europejską. Ryzyko związane z transzą senior o wartości 1,76 mld PLN (410 mln EUR) pokrywane jest w ramach środków własnych EFI.

Transza mezzanine wsparta w ramach planu Junckera będzie promować przedsiębiorczość kobiet w Polsce. Około 33% nowego finansowania udostępnionego przez EFL w ramach gwarancji EBI dla transzy mezzanine ma zostać przeznaczone na rzecz przedsiębiorczości kobiet oraz przedsiębiorstw prowadzonych przez kobiety.

Dyrektor wykonawczy EFI, Pier Luigi Gilibert, powiedział: „Europejski Fundusz Inwestycyjny z zadowoleniem przystępuje w Polsce do umowy syntetycznej sekurytyzacji MŚP w celu wsparcia małych i średnich przedsiębiorstw w tym kraju. Nowa transakcja z zaufanym partnerem, we współpracy z Bankiem i przy wsparciu planu Junckera, stanowi potwierdzenie doświadczenia Funduszu w zakresie uruchamiania inwestycji. Uwolnienie kapitału regulacyjnego w drodze sekurytyzacji umów leasingowych zwiększy zdolność EFL do finansowania MŚP na lepszych warunkach”.

Wiceprezes EIB, Lilyana Pavlova, która nadzoruje operacje w Polsce i w krajach objętych polityką spójności, skomentowała: „Wspieranie małych i średnich przedsiębiorstw będących siłą napędową wzrostu gospodarczego jest głównym celem Grupy EBI. Promowanie firm ze znaczącym udziałem kobiet jest równie ważne w celu wspierania zdrowszego i bardziej dynamicznego środowiska biznesowego. Poprzez zagwarantowanie, aby odpowiednią część nowego finansowania przekazano na rzecz przedsiębiorczości kobiet, EBI i EFL przyczynią się do dalszego rozwoju polskiej gospodarki”.

Członek Zarządu EFL ds. Finansów, Paweł Bojko, powiedział: „Jest to pierwsza syntetyczna transakcja przeprowadzona przez EFL. Jesteśmy bardzo dumni z tego, że po zamknięciu w 2017 roku naszej pierwszej w historii sekurytyzacji typu „true sale”, w tym roku mogliśmy zrealizować kolejny projekt sekurytyzacyjny, tym razem o charakterze syntetycznym. Doceniamy zaufanie, jakim Grupa EBI obdarzyła EFL, i z dumą podejmujemy wspólne działania na rzecz realizacji w Polsce celów społecznych, takich jak wspieranie MŚP i sprzyjanie równości płci w biznesie. Transakcja nie tylko przynosi korzyści dla samej spółki, lecz także umacnia atuty całej grupy Credit Agricole SA, umożliwiając dalszy rozwój działalności grupy w Polsce”.

Komisarz UE do spraw gospodarki, Paolo Gentiloni, powiedział: „W ramach tej współpracy Unia Europejska pomaga mikro- i małym przedsiębiorstwom w Polsce w rozwoju oraz tworzeniu nowych miejsc pracy. Dzięki wsparciu w postaci gwarancji w ramach planu inwestycyjnego dla Europy wartość nowego finansowania w ramach umowy wyniesie 2,1 mld PLN. Cieszy mnie zwłaszcza fakt, że jedna trzecia tych środków zostanie przeznaczona na rzecz firm prowadzonych przez kobiety. Wspaniała inicjatywa na szczeblu krajowym przy wsparciu Unii Europejskiej”.

Słabe dane produkcyjne za listopad mogą osłabić złotego

Środowa sesja nie zmieniła ogólnego obrazu krajowego rynku walutowego. Choć podczas sesji europejskiej notowania EUR/PLN wzrosły powyżej 4,272 w kolejnych godzinach handlu powróciły w okolice otwarcia dnia, do 4,26. Zmiany na euro/złotym wspierało zachowanie rynku głównej pary walutowej, gdzie kurs EUR/USD przez większą część dnia spadał, kierując się do wsparcia na 1,11 po czym również zawrócił.

Wśród inwestorów nadal utrzymują się obawy związane z formą opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię, po ty jak na rynku pojawiło się widmo twardego Brexitu. Premier Boris Johnson nie chce bowiem zgodzić się na wydłużenie okresu przejściowego koniecznego do wynegocjowania nowej umowy handlowej. Na rynku pojawiło się więc nieco strachu, szczególnie, że nadal nie jest zamknięty temat 1. fazy porozumienia handlowego USA-Chiny (szumnie zapowiedziana, wynegocjowana umowa nadal nie jest przez strony podpisana i nie ma nawet wyznaczonego terminu). Swoje robi też stopniowe uciekanie inwestorów na świąteczną przerwę.

W tej sytuacji wspólna waluta pozostawała pod presją pomimo znacznie lepszych od oczekiwanych danych z Niemiec. Jak pokazał Instytut Ifo, indeks oczekiwań przedsiębiorców wzrósł najbardziej od połowy 2018 r. do 93,8 pkt., co może oznaczać, że niemieccy producenci zaczynają dostrzegać sposoby odwrócenia utrzymującego się od roku trendu spadkowego w przemyśle. Wyżej od oczekiwań (na poziomie 96,3 pkt. wobec 95,5) wypadł też indeks nastrojów gospodarczych.

W kraju, po wtorkowych odczytach inflacji bazowej i wyniku na rachunku bieżącym wczoraj rynek poznał nieco mieszane dane z sektora przedsiębiorstw. Wg publikacji GUS zatrudnienie w listopadzie wzrosło o 2,6% r/r (2,5% oczekiwano), zaś przeciętne wynagrodzenie zwiększyło się o 5,3% (5,9% oczekiwano). Wg ekonomistów PKOBP, obserwowany spadek popytu na pracę nie oznacza ryzyka wzrostu bezrobocia ani perspektywy wyraźnego wyhamowania dynamiki wynagrodzeń. Od roku liczba pracujących w gospodarce nie rośnie (BAEL), a wzrost zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw możliwy jest dzięki przesunięciom z mniejszych firm lub innych sektorów (odpływy w rolnictwie i usługach).

W najbliższych dniach poznamy ostatnie ważne dane krajowe. Jak się spodziewamy niektóre z nich mogą ciążyć złotemu, w tym przede wszystkim czwartkowa produkcja przemysłowa, która jak oczekują ekonomiści PKOBP spadła w listopadzie o 2,5% w skali roku, ale też piątkowa sprzedaż detaliczna. Słabsze odczyty za listopad (oczekiwane 4,2% r/r wobec 4,6% miesiąc wcześniej) potwierdzą, że jak na razie impuls fiskalny nie jest wystarczającym stymulatorem dla sprzedaży.

Na rynku stopy procentowej doszło do wzrostu rentowności obligacji, gdzie 10-letni niemiecki Bund notowany jest w okolicach -0,25%. Częściowo wpływ na ruch w górę na niemieckiej krzywej dochodowości miały wspomniane dane Ifo, które mogą sugerować, że perspektywy dla niemieckiej gospodarki przestały ulegać pogorszeniu. Dodatkowo ruch na Bundzie pokrywał się z obserwowanym w ostatnich dniach odbiciem 5-letniego swapa inflacyjnego w euro. Instrument ten zyskał na popularności, od kiedy poprzedni prezes EBC M. Draghi wskazał go jako preferowaną rynkową miarę oczekiwań inflacyjnych.

W Polsce krzywa dochodowości również przesunęła się w górę, a ruch na środku oraz dłuższym końcu był zbliżony do 2 pb. Zaplanowane do końca tego tygodnia wydarzenia powinny ograniczać pole do ruchu w górę rentowności polskich obligacji. Czwartkowa produkcja przemysłowa może pokazać ujemną dynamikę roczną, co mogłoby zwiększać ryzyko utrzymania się tempa wzrostu PKB w okolicach lub nawet poniżej 4% r/r również w czwartym kwartale (po 3,9% w Q3). Z kolei wspomniane minutes z grudniowego posiedzenia RPP mogą pokazać, że w Radzie nadal pojawiają się skrajne opinie, przemawiające zarówno za obniżką jak i podwyżką stóp procentowych. Jednak większość członków RPP nadal zakłada stabilizację stóp, co powinno sprzyjać utrzymywaniu się notowań papierów 2-letnich w przedziale 1,40%-1,50%.

Wykres dnia: Poprawiające się nastroje gospodarcze w Niemczech wspierają euro względem dolara.

Poprawiające się nastroje gospodarcze w Niemczech wspierają euro względem dolara
Źródło: Refinitiv

Autorzy: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / Źródło: PKO Bank Polski

Cukier znowu podrożał. Branża zapowiada: Taniej już nie będzie

Średnie ceny promocyjne białego cukru poszły w górę o prawie 12% w stosunku do ubiegłego roku. Najmocniej podskoczyły w sieciach convenience – o przeszło 32%. Minimalne wartości wzrosły o ponad 8%, najbardziej w cash&carry – o blisko 62%. Natomiast maksymalny koszt zakupu spadł tylko o niecały 1%. Największą obniżkę odnotowano w cash&carry – o niespełna 80%. W analizowanym okresie zmniejszyła się liczba promocji o 34%. Szczególnie widać to po sklepach convenience, gdzie spadek był na poziome 58%. Z kolei branża cukrownicza informuje, że na przyszły rok prognozowane jest obniżenie produkcji cukru w UE o ok. 5%. Do tego wyczerpują się światowe zapasy, co finalnie może doprowadzić do wzrostu cen regularnych.

Analiza łącznie blisko 900 gazetek, wydawanych przez sieci handlowe od stycznia do października ubiegłego i tego roku, wykazała, że najbardziej poszły w górę średnie ceny promocyjne białego cukru, tj. o 11,92%. Zwłaszcza widać to po wynikach sieci convenience, które odnotowały przeciętną podwyżkę na poziomie 32,08%. W hipermarketach wzrost wyniósł nieco mniej, bo 22,35%, a w dyskontach – 21,54%.

– Sklepy convenience mają niewielką powierzchnię i małe zaplecze magazynowe. Często mieszą się w drogich w utrzymaniu lokalach. Przede wszystkim są nastawione na klientów, dla których cena nie jest kluczowym czynnikiem. Dlatego m.in. w tym formacie zanotowano największe podwyżki. Z kolei sam artykuł zdrożał, bo ograniczono jego produkcję – komentuje Katarzyna Grochowska z Hiper-Com Poland.

Patrząc na minimalne ceny promocyjne, zauważalny jest wzrost o 7,71%. Największa podwyżka była w cash&carry – aż o 61,78%. Sieci convenience, hipermarkety i supermarkety nie podniosły i nie zmniejszyły najniższych kosztów zakupu cukru w analizowanym okresie. Obniżkę odnotowały tylko dyskonty – na poziomie 23,26%.

– Do tego ostatniego formatu należy największa sieć w Polsce, czyli Biedronka. Ma ona przewagę negocjacyjną nad dostawcami i duże szanse utrzymywania niskich cen zakupów, nawet przy znacznym wzroście kosztów produkcji. Z kolei sieci cash&carry mogą najłatwiej wprowadzać wysokie podwyżki. Ten kanał jest przeznaczony dla przedsiębiorców, którzy raczej oceniają wartość całego koszyka niż każdego artykułu z osobna – mówi Julita Pryzmont z Hiper-Com Poland.

Z kolei maksymalne ceny promocyjne spadły o 0,80%. Najbardziej było to widoczne w sieciach cash&carry, gdzie te wartości obniżyły się aż o 79,33%. W supermarketach zmniejszyły się o zaledwie 8,35%. W dyskontach poszły w górę o 58,63%, a w hipermarketach – o 25,06%. Sieci convenience nie zmieniły największych kosztów zakupów w promocji.

– Biorąc pod uwagę znaczny wzrost cen minimalnych i ogromny spadek wartości maksymalnych w cash&carry, widać, iż promocje cukru w tym kanale były na bardzo stabilnym poziomie. Wskazuje to, iż ten format zmienił swoją strategię promocyjną i cenową. Z kolei dyskonty działały w odwrotny sposób – dodaje Julita Pryzmont.

Według analizy, ceny cukru poszły w górę, ale sieci handlowe zanotowały jednocześnie spadek liczby promocji na poziomie 34%. Najbardziej widać to po wynikach sieci convenience – 58%, dyskontów – 49%, supermarketów – 37%, a także hipermarketów – 17%. Za to w cash&carry przybyło akcji promocyjnych o 13%.

– Klienci wyrabiają sobie opinię o sieciach m.in. poprzez ceny często nabywanych produktów, które mogą łatwo porównywać między sklepami. Spadek liczby promocji powiązany ze wzrostem cen promocyjnych może świadczyć o tym, że biały cukier przestaje już być artkułem spożywczym budującym wizerunek cenowy sieci – stwierdza dr Paweł Jurowczyk z Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Zdaniem Katarzyny Grochowskiej, zawsze, gdy produkt drożeje, spada liczba jego promocji. Eksponowanie w gazetkach podwyższonych cen, do których klienci nie przywykli, jest stanowczo niekorzystne dla sieci. Biały cukier to jeden z najbardziej podstawowych produktów spożywczych, więc zmniejszenie jego udziału w publikacjach nie obniży znacząco jego sprzedaży. Ci, którzy go spożywają, będą go i tak kupować.

– W 2020 roku regularne ceny cukru prawdopodobnie wzrosną. Wynika to z prognozowanego obniżenia produkcji w całej UE o ok. 5% względem br. Dodatkowo sytuacja na rynkach światowych pokazuje, że wyczerpują się znaczne zapasy towaru. Dorowadzi to do lekkich podwyżek, które nieznacznie odczują konsumenci. Ceny w sklepach już raczej nie spadną, bo obecnie branża cukrowa balansuje na progu opłacalności produkcji – podsumowuje Michał Gawryszczak ze Związku Producentów Cukru w Polsce.

Analizę dokonali eksperci z międzynarodowej firmy Hiper-Com Poland oraz Instytutu Badawczego ABR SESTA. Porównali oni rabatowe ceny opakowań cukru białego w opakowaniach 1-kilogramowych i liczbę promocji w pierwszych dziesięciu miesiącach tego i ub. roku. Do oceny wzięto gazetki wydawane przez wszystkie dyskonty, supermarkety, hipermarkety, sieci convenience i cash&carry.

FedEx: blisko trzy czwarte dorosłych Polaków świąteczne zakupy zrobi w internecie

FedEx Express we współpracy z instytutem badawczym BioStat, przebadała świąteczne plany zakupowe Polaków. Według przeprowadzonego w październiku sondażu, ponad 73% badanych świąteczne zakupy planuje zrobić w sieci.

Wśród najważniejszych powodów takiej decyzji, respondenci wymieniają szeroki asortyment sklepów internetowych (34,8%), bardziej atrakcyjne niż w sklepach stacjonarnych ceny (34,2%) oraz możliwość ominięcia kolejek do kas (27,2%).

„Jako największa firma transportowa świata, z bliska obserwujemy dynamiczny rozwój handlu internetowego zarówno w Polsce, jak i na świecie” – komentuje Łukasz Wróbel, MD Ground Operations, FedEx Express Polska. „Zmiana w nawykach zakupowych konsumentów na całym świecie stanowi silny trend, który wymusza na przedsiębiorcach przystosowanie się do nowych oczekiwań. W FedEx, jesteśmy mocno zaangażowani we wspieranie działających w sieci przedsiębiorców w rozwoju ich biznesów” – dodaje.

Pozytywne dane na temat rozwoju polskiego e-commerce potwierdzają również wyniki cyklicznego badania FedEx European SME Export Report. Tegoroczna edycja ankiety pokazuje, że w polskich małych i średnich firmach, które rozwijają sprzedaż zagraniczną, handel internetowy odpowiada za jedną trzecią generowanych przychodów (34%).

10 głównych ryzyk stojących przed bankami

EY wraz z Instytutem Finansów Międzynarodowych (Institute of International Finance) zidentyfikował 10 kluczowych ryzyk, z którymi w najbliższej dekadzie będą mierzyć się banki na całym świecie. Na agendzie zarządów i CRO (chief risk officer) obok ryzyka związanego ze spodziewanym spowolnieniem gospodarczym, dominują ryzyka niefinansowe, które w ostatnich kilku latach stale zyskiwały na znaczeniu, jak chociażby cyberbezpieczeństwo. 61% zarządzających ryzykiem obawia się uzależnienia podstawowej działalności operacyjnej od usług zewnętrznych dostawców. Jedna na cztery instytucje bankowe jako kluczową identyfikuje kwestię ochrony prywatności. Wysoki priorytet mają ryzyka związane z adoptowaniem przez banki nowych technologii takich jak chmura oraz szerokim wykorzystaniem analityki danych. Identyfikowane są także zagrożenia płynące z niestabilnej sytuacji geopolitycznej i zmian klimatycznych. Wreszcie dziesiątkę kluczowych ryzyk w nadchodzącej dekadzie zamykają zagadnienia związane z ewolucją potrzeb i oczekiwań klientów. 44% ankietowanych uważa, że wyzwaniem w najbliższym czasie będzie odpowiednia wycena oferowanych klientom usług i produktów bankowych.

Zapewnienie bezpiecznego przejścia przez okres spadku aktywności gospodarczej jest pierwszym punktem na liście priorytetów CRO na najbliższe 10 lat – wynika z badania przeprowadzonego przez EY i Instytut Finansów Międzynarodowych. Zarządzający ryzykiem uważają, że ich organizacje są dziś nieźle przygotowane na taką sytuację dzięki reformom wprowadzonym po ostatnim kryzysie finansowym. Ponadto wskazano na stosunkowo dużą elastyczność w zakresie możliwości dostosowania biznesu w odpowiedzi na zmieniające się otoczenie makroekonomiczne, co jednak nie jest tak oczywiste w przypadku działań po stronie bazy kosztowej.

– Przeprowadzane przez nadzorców stress testy pokazują, że przynajmniej niektóre instytucje mogą znaleźć się w trudniejszej sytuacji, jeśli spowolnienie przerodzi się w głęboką recesję. W celu zapewnienia odpowiednio szybkiej reakcji banku na taki negatywny scenariusz, zarządzający ryzykiem powinni określić zestaw wskaźników historycznych i wyprzedzających, które będą podstawą do oceny dynamiki tendencji w gospodarce – mówi Janusz Miszczak, Partner EY, Dział Zarządzania Ryzykiem Finansowym i Analityki.

Kolejnym kluczowym obszarem, na który – jak wynika z badania EY – kierują swoją uwagę CRO to ryzyko stron trzecich. Outsourcing nie jest tendencją nową, instytucje finansowe ściśle współpracują z siecią zewnętrznych partnerów, a skala tego zjawiska będzie w kolejnych latach jeszcze bardziej dynamicznie rosnąć. W tym kontekście dostęp do danych banku jest identyfikowany jako czynnik w największym stopniu wpływający na profil ryzyka – wskazuje na niego 67% ankietowanych. 61% zarządzających ryzykiem obawia się z kolei uzależnienia podstawowej działalności operacyjnej od usług zewnętrznych dostawców. Wysoko na liście potencjalnych źródeł ryzyka związanych ze współpracą ze stronami trzecimi jest także migracja technologii do chmur publicznych lub hybrydowych – na co wskazuje 58% objętych badaniem EY. Kluczowe ryzyka identyfikowane w obszarze outsourcingu dotyczą przede wszystkim bezpieczeństwa technologicznego oraz ciągłości procesów i stabilności operacyjnej.

Ochrona prywatności to kolejne zagadnienie, które w nadchodzących latach będzie wymagało szczególnej uwagi ze strony zespołów zarządzania ryzykiem. To obszar, który jeszcze kilka lat temu nie budził tak wielu emocji, ale wraz ze zwiększającą się ilością przetwarzanych danych o klientach, banki muszą zapewnić ich bezpieczeństwo. Niemal jedna na cztery instytucje bankowe (23%) identyfikuje kwestię ochrony prywatności jako kluczową w najbliższych 12 miesiącach, a dla ponad połowy (53%) będzie to najważniejsze nowe wyzwanie w najbliższych 5 latach.

Z zapewnieniem bezpieczeństwa danych nierozerwalnie wiąże się również kwestia utrzymania zaufania do banku i całego systemu finansowego. Banki mogłyby je łatwo utracić na przykład wskutek ataku hakerskiego. Dlatego właśnie cyberbezpieczeństwo już od kilku lat pozostaje w czołówce istotnych ryzyk dla sektora, niepokojąc CRO i zarządy banków. Czterech na pięciu uczestników badania EY liczy się z możliwością wystąpienia w najbliższych pięciu latach ataku lub zdarzenia operacyjnego dotyczącego systemów informatycznych o charakterze ryzyka systemowego, niemal jedna trzecia (29%) uważa taki scenariusz za bardzo prawdopodobny.

Jednocześnie jest to obszar, który wymaga dalszych istotnych nakładów, a obecnie banki nie zawsze są w stanie ocenić efekty poniesionych już inwestycji.

10 głównych ryzyk stojących przed bankamiZ bezpieczeństwem danych wiąże się również wyzwanie, wynikające z rozpowszechniania w bankach rozwiązań chmurowych. Spośród szerokiego katalogu wątpliwości związanych ze stosowaniem tej technologii, największe obawy budzi właśnie zapewnienie odpowiedniej ochrony danych. Dla 92% ankietowanych największym wyzwaniem jest bezpieczeństwo danych klientów, dla 77% – danych banku.

CRO dostrzegają także potrzebę efektywnej kontroli nad wykorzystaniem zaawansowanej analityki danych w procesach biznesowych.

– Korzystanie z danych na szeroką skalę to nieunikniony kierunek, w którym będą podążać wszystkie instytucje finansowe. Zainteresowanie potencjałem uczenia maszynowego (ML) i sztucznej inteligencji (AI) wynika z coraz częściej obserwowanych, także na krajowym rynku, skutecznych wdrożeń rozwiązań z tego zakresu, które znacząco zwiększają efektywność procesów lub polepszają jakość podejmowanych decyzji. W obszarze ryzyka, ML i AI będą wykorzystywane przede wszystkim do monitorowania procesów, podejmowania decyzji kredytowych, monitorowania transakcji pod kątem przestępczości finansowej, automatyzacji audytów, kontroli jakości danych czy skanowania treści dokumentów. Jednak możliwość pełnego zrealizowania tych korzyści wymaga transformacji funkcji ryzyka obejmującej m.in zapewnienie adekwatnego podejścia do kontroli nowych zagrożeń (na taką konieczność wskazuje 64% badanych) oraz pozyskania odpowiednio wykwalifikowanych pracowników (na co wskazuje 59% badanych) – mówi Janusz Miszczak, Partner EY, Dział Zarządzania Ryzykiem Finansowym i Analityki.

Wyzwaniem jest też kwestia braku historycznych danych o zachowaniu algorytmów w różnych warunkach rynkowych (na tę kwestię zwraca uwagę 54% ankietowanych), niejasnych oczekiwań regulatorów (wskazuje na to 47% badanych), czy kwestii etycznych związanych z podejmowaniem decyzji na bazie sztucznej inteligencji. Prawie połowa ankietowanych (48%) wskazała dodatkowo na braki w zakresie zarządzania ryzykiem modeli, które muszą zostać przezwyciężone zanim zaawansowana analityka danych na dobre rozpowszechni się w procesach bankowych.

W najbliższych dziesięciu latach banki będą musiały zmierzyć się również z wyzwaniem, polegającym na stworzeniu modelu operacyjnego zapewniającego ciągłość działania nie tylko w sytuacji kryzysu na rynkach finansowych, ale także w przypadku poważnego zakłócenia przebiegu wewnętrznych procesów biznesowych instytucji – na przykład na skutek zagrożeń cyber (takie ryzyko identyfikuje 94% ankietowanych), problemów z dostępem do danych (67%), awarii IT (takie ryzyko identyfikuje 60% ankietowanych), długu technologicznego (59%), czy zniszczenia danych (34%), itp.

Dla 60% banków, w czołówce ryzyk na najbliższe 10 lat znalazły się również wyzwania geopolityczne. Wśród nich na pierwszy plan wysuwają się napięcia na linii USA-Chiny (47%), eskalacja cyberwojny (47%), napięcia na światowej mapie wymiany handlowej (42%) oraz wzrost nastrojów populistycznych (36%).

Banki będą musiały również zmierzyć się z wyzwaniami dotyczącymi zmian klimatycznych. Ten punkt podnosi już 52% ankietowanych – rok temu wskazywało na to 37%. Jest to zadanie, któremu banki będą musiały sprostać zarówno na poziomie swojej działalności operacyjnej, ale również mając na uwadze relacje z klientami (np. podejmując decyzje o finansowaniu zrównoważonych środowiskowo inwestycji).

Dziesiątkę kluczowych ryzyk w nadchodzącej dekadzie zamykają kwestie związane ze zmieniającymi się potrzebami i oczekiwaniami klientów. Tutaj zarządzający ryzykiem muszą zwrócić uwagę na konsekwencje zmian zachodzących po stronie produktów (płatności, kredytowanie nieruchomości, produkty depozytowe i oszczędnościowe) w powiązaniu z modelami ich oferowania (subskrypcja), a także operacji (digitalizacja i wykorzystanie technologii).

– Zespoły zarządzania ryzykiem stoją przed wyzwaniami nowego rodzaju, wynikającymi z ewolucji bankowych modeli biznesowych i operacyjnych, napędzanej przez technologię, analitykę danych i współpracę w ramach ekosystemów biznesowych. Priorytetowego znaczenia nabierają niefinansowe ryzyka decydujące o zaufaniu do banków, które koncentrują się wokół stabilności i ciągłości operacyjnej, cyberbezpieczeństwa, ochrony prywatności danych czy zarządzania produktami. Ponadto rośnie potrzeba zarządzania ryzykiem wynikającym z braku przewidywalności otoczenia geopolitycznego czy też wpływu zmian klimatycznych na działalność banku, sytuację klienta i szerzej społeczeństwo. Zmiany w sektorze wynikające z digitalizacji, wykorzystania danych i zmienności otoczenia otwierają nowe fronty, które CRO muszą opanować, aby ochronić zaufanie i zapewnić długoterminową stabilność biznesu. Będzie to wymagać od nich uzupełnienia brakujących kompetencji i transformacji obecnej infrastruktury zarządzania ryzykiem w banku. Jakby tego było mało, wszystkie te inicjatywy dzieją się dziś w cieniu spodziewanego spowolnienia gospodarczego – mówi Janusz Miszczak, Partner EY, Dział Zarządzania Ryzykiem Finansowym i Analityki.

W badaniu EY i Instytutu Finansów Międzynarodowych (Institute of International Finance) wzięło udział 115 zarządzających ryzykiem w 94 bankach z 43 krajów z całego świata. Badanie prowadzone było w okresie od lipca 2019 roku do września 2019 roku.

Pełen raport dostępny jest pod linkiem: ey.com/bankingrisk

W grudniu biznes zamiera na dwa tyg., wiele firm nie poprawi bilansu

  • Grudzień to dla firm czas poprawiania wyników, śrubowania sprzedaży, finalizowania umów, po to, żeby z dobrym wynikiem zamknąć cały rok.
  • W tym roku kalendarz im nie sprzyja – od soboty 21 grudnia biznes zamiera na ponad dwa tygodnie.
  • Świąteczne dni mogą też wydłużyć czas oczekiwania na przelew. W wolne dni standardowe przelewy nie są przez banki wykonywane, dlatego w IV kwartale zainteresowanie finansowaniem faktoringiem rośnie o ponad 11%.

Przedsiębiorcy starają się zamknąć rok z jak najlepszym wynikiem, dlatego grudzień bywa czasem gorączkowych wysiłków do tego zmierzających. W tym okresie na porządku dziennym (a nawet nocnym) jest wydłużanie godzin pracy. Wielu firmom się to opłaca nawet jeśli wiąże się to z koniecznością płacenia nadgodzin. Dobry bilans roczny pomaga w przyszłości w trakcie starania się o finansowanie czy podczas podpisywania ważnych umów.

W tym roku takich działań nie ułatwia kalendarz – od soboty 21 grudnia biznes zamiera na ponad dwa tygodnie. Z 17 dni które zostają od 21.12 do 06.01 aż 10 jest wolnych. Święta Bożego Narodzenia są co roku, więc tego typu przestoje są oczywiste. W tym roku kalendarz układa się jednak specyficznie, bo pomiędzy dniami świątecznymi są pojedyncze, ew. podwójne dni robocze (teoretycznie). Wielu pracowników na pewno zrobi wszystko, żeby mieć wolne w poniedziałek przed Wigilią czy Sylwestrem.

Przedsiębiorcy zapłacą za nasze święta

Wg ekspertów Konfederacji Lewiatan, każdy dzień ustawowo wolny to 4 mld zł strat dla całej gospodarki. Dużą część kosztów ponoszą firmy.

 

– Oczywiście nie można tej kwoty przemnożyć przez liczbę wolnych dni pozostałych do końca roku, bo grudniowe święta są uwzględniane we wcześniejszych planach produkcji. Z drugiej strony firmom nie uda się przez tak dużą liczbę dodatkowych wolnych dni nadgonić spóźnionych prac czy produkcji. To może oznaczać dla nich opóźnienia we wpływie środków za wystawione faktury. Co roku widzimy wzmożenie zainteresowania faktoringiem pod koniec roku, bo to pozwala firmom skrócić te terminy przelewów nawet do jednej doby. W tym roku jest to jeszcze bardziej widoczne, można powiedzieć, że otrzymujemy około 11% wniosków więcej w IV kwartale – mówi Anna Konecka – Pająk – Dyrektor Makroregionu Mazowieckiego w eFaktor.

Opóźnienia w płatnościach to od lat duży problem w polskim obrocie handlowym. Na koniec III kwartału tego roku zaległości przedsiębiorstw sięgnęły 31,5 mld zł. To gigantyczna kwota, nie da się jej „ukryć” w księgach rachunkowych. Z powodu opóźnień cierpią przedsiębiorcy. Ci którzy nie zabezpieczyli dla swoich firm zastępczych środków mogą być mocno zagrożeni bankructwem. Tym bardziej, że oczekiwanie na przelew może przedłużać się w nieskończoność. Według danych Związku Przedsiębiorców Finansowych w Polsce i Krajowego Rejestru Długów, obecnie co siódma niezapłacona faktura jest przeterminowana od więcej niż roku.

250 miliardów złotych jest przelewane szybciej

Takie realia wpływają na wzrost popularności faktoringu, który powstał jako remedium na opóźnienia w płatnościach. Według Polskiego Związku Faktorów, wartość faktur finansowanych przez faktorów przekroczyła już ponad ćwierć biliona złotych. To blisko 20-proc. wzrost w stosunku do 2017 r.

– Spodziewamy się, że w tym roku z faktoringu skorzysta jeszcze więcej firm niż robiło to w poprzednich latach. Z jednej strony wpływ na to ma kalendarz i duża liczba dni wolnych, kiedy przelewy nie dotrą do odbiorcy, dodatkowo wydłużając czas oczekiwania na pieniądze. Z drugiej strony z roku na rok coraz więcej przedsiębiorców zna to narzędzie i korzysta z niego upatrując w nim skutecznej metody na utrzymywanie ciągłości finansowej na bezpiecznym poziomie. Tym bardziej, że koszty faktoringu systematycznie spadają – mówi Anna Konecka-Pająk – z eFaktor.

Wg danych po trzech miesiącach oczekiwania na zapłatę wierzyciel ma nawet 80 procent szans na otrzymanie własnych pieniędzy od niesolidnego partnera. Po 12 miesiącach ściągalność długu spada do 10 procent. W takim przypadku, może pomóc odpowiednio wcześnie podpisana umowa faktoringu pełnego.

Pracownicy z Ukrainy wyjadą z Polski w 2020 roku – alternatywy brak!

Rynek pracy w Niemczech dla pracowników spoza Unii Europejskiej otwiera się już 1 marca 2020. I choć w przypadku głębszego spowolnienia tamtejszej gospodarki chęć do zatrudnienia imigrantów może być mniejsza niż zakładana, szacunki wskazują na to, że spora część Ukraińców pracujących w Polsce może nas opuścić. Ilu ich będzie? Jak przedsiębiorcy mogą sobie radzić w takiej sytuacji? Na te pytania odpowiada Mariusz Hoszowski, Prezes Agencji Pracy Smart Work.

Nie tak, jak pierwotnie zapowiadano, tylko dwa miesiące później, czyli 1 marca 2020 roku wchodzą w życie przepisy otwierające niemiecki rynek pracy dla pracowników z państw trzecich. Jak prognozuje Mariusz Hoszowski ze Smart Work: „Mając na uwadze około czteromiesięczny okres uzyskania pozwolenia na pracę w Niemczech, możemy się spodziewać, że już w lipcu 2020 roku pierwsi Ukraińcy będą mogli pracować u naszych zachodnich sąsiadów. Zakładamy, że będą to przede wszystkim wykwalifikowani specjaliści znający język niemiecki, ale przepisy wykonawcze odnośnie nowego prawa nie są jeszcze w pełni dostępne. W zależności od tego, jak zostaną skonstruowane i jak będą później egzekwowane, może się okazać, że pozwolą na szerszy dostęp do rynku pracy niż zakładają zapowiedzi niemieckiego rządu.”

Ilu Ukraińców wyjedzie?

Pożądani w Niemczech pracownicy powinni posiadać kwalifikacje oraz udokumentowane doświadczenie. I choć rynek pracy w Niemczech będzie otwarty – to barierą może być znajomość języka niemieckiego. Jest to jeden z wymogów dotyczących legalnej pracy w Niemczech, a z obserwacji firmy Smart Work wynika, że odsetek osób pochodzenia wschodniego znających język niemiecki jest bardzo mały. Stąd w ostatnim czasie Ukraińcy intensywnie uczą się tego języka – i na Ukrainie, i w Polsce – aby zmaksymalizować swoje szanse na tamtejszym rynku pracy.

Pracodawcy już teraz obawiają się sytuacji, w której szeroka grupa Ukraińców pracujących w Polsce znajdzie zatrudnienie w Niemczech. Jak szeroka będzie to grupa? Jak mówi Mariusz Hoszowski ze Smart Work: „Wstępne szacunki rządu niemieckiego mówią o liczbie ponad 400 000 pracowników już  w 2020 roku. Bierzemy pod uwagę to, że pierwszą grupą, która skorzysta z nowego prawa będą Ukraińcy pracujący w Polsce – ze względu chociażby na fakt, że wyjechali oni już ze swojej ojczyzny w poszukiwaniu lepszych zarobków. Jeśli policzymy, że w Polsce pracuje prawie 1,5 miliona Ukraińców, a 400 000 miałoby wyjechać – uzyskujemy bardzo poważne uszczuplenie kadrowe, które na pewno nie zostanie niezauważone na rynku pracy.”

Branża budowlana bez głównego filaru?

Według szacunków firmy Smart Work Polskę opuszczą przede wszystkim specjaliści. Skutki odczuje w pierwszej kolejności rynek budowlany. „Z naszych danych wynika, że Ukraińcy, którzy stanowią w tej chwili podstawę działalności większości firm budowlanych czekają na możliwość podjęcia pracy w Niemczech – oczywiście za znacznie wyższe stawki niż w Polsce. Te osoby również intensywnie uczą się języka niemieckiego – tak, aby przygotować się do wyjazdu.” Oprócz tego najprawdopodobniej opuszczą nas spawacze i kierowcy. Są oni bowiem przedmiotowo zwolnieni ze znajomości języka niemieckiego w ramach wchodzących w życie 1 marca 2020 roku regulacji prawnych.

Wyjadą – ale wrócą do Polski?

Część pracowników, skuszonych wyższym wynagrodzeniem, wyjedzie do Niemiec do pracy w szarej strefie. W przypadku pracowników wyspecjalizowanych agencji pracy takich jak Smart Work może się okazać, że po jakimś czasie podejmą decyzję o powrocie do naszego kraju. Tu bowiem mają zapewniona legalną pracę, zakwaterowanie, pozwolenie na pobyt i opiekę koordynatora. Nie bez znaczenia pozostaje również brak bariery językowej. Jak prognozuje Mariusz Hoszowski ze Smart Work: „Oczekiwania części ukraińskich migrantów mogą zostać zweryfikowane przez realia niemieckiego rynku. Niemcy są dobrym kierunkiem migracyjnym dla całego świata – w związku z czym część specjalistów o wysokich kwalifikacjach na pewno znajdzie tam pracę. Z punktu widzenia obywatela Ukrainy istnieje jednak cały szereg czynników – począwszy od kulturowych, poprzez językowe, mieszkaniowe i te, dotyczące poziomu kosztów życia – które mogą skłonić ukraińskich pracowników do powrotu do Polski. Stawki wynagrodzeń w Polsce rosną, poziom życia również, co w zestawieniu z mniejszą ilością negatywnych uwarunkowań może spowodować powrót części tych pracowników do naszego kraju. Powiem więcej – uważam, że Polska jest najlepszym miejscem pracy dla Ukraińców.”

Alternatywy brak!

Czy istnieje realna alternatywa dla pracowników z Ukrainy? Zdaniem Smart Work takiej alternatywy nie ma. Jak mówi Prezes firmy Smart Work: „Można się oczywiście posiłkować pracownikami z innych krajów, ale w związku z aktualnymi procedurami ich dostępność nie jest przewidywalna – nie ma możliwości zaplanowania czasu przybycia określonej grupy. Stąd na dzień dzisiejszy zastąpienie Ukraińców innymi imigrantami jest praktycznie niemożliwe”.

Co zatem mogą zrobić przedsiębiorcy, którzy już teraz obawiają się, że ich pracownicy wyjadą za naszą zachodnią granicę? Niezależnie od branży mogą skorzystać z usług wyspecjalizowanej agencji pracy – takiej jak Smart Work. Dzięki posiadaniu własnego przedstawicielstwa, struktur, pracowników i partnerów biznesowych w różnych punktach za granicą, ma ona stałe źródło wszelkiego rodzaju pracowników – bez względu na zmiany na niemieckim rynku pracy.

Sprzedaż kredytów w Polsce – listopad 2019 r.

W listopadzie 2019 r., w porównaniu do listopada 2018 r., w ujęciu wartościowym, banki i SKOK-i udzieliły na wyższą kwotę jedynie kredytów mieszkaniowych (+9,8%). Najwyższy spadek odnotowały kredyty konsumpcyjne (-5,0%) oraz karty kredytowe (-1,4%). W ujęciu liczbowym, w stosunku do listopada 2018 r. odnotowano wzrost sprzedaży kart kredytowych (+5,4%) oraz kredytów mieszkaniowych (+0,7%), spadek dotyczył limitów kredytowych (-21,3%) oraz kredytów konsumpcyjnych (-3,4%).

W listopadzie 2019 r. banki i SKOK-i udzieliły kredytów konsumpcyjnych na kwotę 6,781 mld zł, zaś mieszkaniowych na kwotę 4,996 mld zł. W porównaniu do października 2019 r. wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych spadła o (-17%), limitów kredytowych (-13,5%), kredytów konsumpcyjnych (-8,9%), a kart kredytowych o (-4,8%).

W okresie styczeń – listopad 2019 r. banki udzieliły o (+3,2%) więcej kredytów mieszkaniowych oraz na wartość wyższą o (+14,3%) niż w analogicznym okresie zeszłego roku. W przypadku kredytów konsumpcyjnych spadek liczby udzielonych kredytów wyniósł (-0,9%), jednak w ujęciu wartościowym zanotowano wzrost (+5,5%). Bardzo wysoka dodatnia dynamika zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym wystąpiła w kartach kredytowych: odpowiednio (+20,3%) oraz (+17,0%).

Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne)

Narastająco od początku roku udzielono 6 693,6 mln kredytów konsumpcyjnych na wartość 81,702 mld zł. W porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku ubyło (-0,9%) kredytów, ale o (+5,5%) zwiększyła się ich wartość.

– W okresie styczeń – listopad 2019 r. dodatnie dynamiki liczby oraz wartości udzielonych kredytów konsumpcyjnych dotyczyły jedynie kredytów średnio i wysokokwotowych. W przypadku kredytów konsumpcyjnych do 3,5 tys. zł dynamika była ujemna. Najwyższa ujemna dynamika występowała w kredytach konsumpcyjnych do 1 tys. zł: liczbowo (-14,2%) oraz (-13,8%) wartościowo, a najwyższa dodatnia dynamika wzrostu dotyczyła kredytów wysokokwotowych powyżej 20 tys. zł: (+7,4%) w ujęciu liczbowym i (+7,1%) w wartościowym.

– W pierwszych jedenastu miesiącach 2019 r., 34% udzielanych przez banki i SKOK-i kredytów konsumpcyjnych stanowiły kredyty średniokwotowe (7 – 20 tys. zł) oraz wysokokwotowe (powyżej 20 tys. zł). W ujęciu wartościowym stanowiły one już 85,6% wartości wszystkich udzielanych kredytów konsumpcyjnych. Dzięki wydłużaniu okresu kredytowania, przy rekordowo niskich stopach procentowych, przy wzroście dochodów gospodarstw domowych, banki mogły udzielać kredytów na wyższe kwoty. Zjawisko to dotyczy głównie kredytów gotówkowych. Należy jednak pamiętać, że rzeczywisty okres spłaty kredytów gotówkowych jest istotnie krótszy od umownego, nawet o połowę, co w związku z „małym TSUE” może zniechęcić banki do wydłużania okresu kredytowania, a tym samym banki mogą ograniczyć udzielanie wysokokwotowych kredytów gotówkowych – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Dynamika kredytów gotówkowych wysokokwotowych (powyżej 50 tys. zł) udzielonych w okresie styczeń – listopad 2019 r. w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku w ujęciu liczbowym wynosi (+6,4%), a w wartościowym, ok. (+5%). Średnia wartość udzielonego kredytu konsumpcyjnego w listopadzie 2019 r. wyniosła 10 645 zł i była niższa o (-1,6%) od średniej wartości udzielonego kredytu konsumpcyjnego w listopadzie zeszłego roku. Dla kredytów gotówkowych średnia wartość udzielonego kredytu to 17 505 zł – spadek o (-3,7%). Średnia wartość kredytu ratalnego to 4580 zł i jest ona wyższa niż rok temu o (+13,2%).

– Poziom ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych jest przez BIK cyklicznie co miesiąc monitorowany w oparciu o Indeks jakości, który pełni funkcję systemu wczesnego ostrzegania. Jakość portfela dla kredytów konsumpcyjnych już od kilku lat utrzymuje się na niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają właśnie miesięczne odczyty Indeksu Jakości portfela kredytów konsumpcyjnych. Jego bieżący (listopadowy) odczyt wynosi 5,62%. W porównaniu do listopada 2018 r. wartość indeksu wzrosła o (+0,26). Podtrzymuję już wcześniej wyrażaną opinię, że podstawowe ryzyko związane z kredytami konsumpcyjnymi, w szczególności gotówkowymi, determinowane jest przez wysokokwotowe kredyty, które są obarczone wyższym ryzykiem kredytowym od kredytów niskokwotowych i wydłużanie okresu kredytowania przy najczęściej zmiennej stopie procentowej – dodaje prof. Rogowski.

Kredyty mieszkaniowe

W okresie styczeń – listopad 2019 r. banki udzieliły 219,8 tys. kredytów mieszkaniowych na kwotę 59,846 mld zł. Wzrost w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku dotyczył zarówno liczby (+3,2%), jak i wartości udzielonych kredytów mieszkaniowych (+14,3%).

– W listopadzie br. na rynku kredytów mieszkaniowych odnotowaliśmy dodatnie dynamiki zarówno wartości udzielonych kredytów, jak i ich liczby w porównaniu z listopadem 2018 r., co już sygnalizował wrześniowy i październikowy odczyt Indeksu popytu na kredyty mieszkaniowe. Dodatnia dynamika wartościowa wynika głównie ze struktury udzielanych kredytów. W okresie styczeń – listopad 2019, już 69% wartości udzielonych kredytów dotyczyło przedziału kwotowego powyżej 250 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych, określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego, nadal obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu ilościowym, jak i wartościowym dotyczą głównie kredytów powyżej 250 tys. zł, w tym w szczególności kredytów powyżej 350 tys. zł, których w okresie styczeń – listopad 2019 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. w ujęciu liczbowym udzielono więcej o (+36,4%), a wartościowym o (+36,6%).

– Wyniki listopada potwierdzają, że hossa na rynku kredytów wysokokwotowych ma się dobrze. Natomiast spadki obejmują kredyty poniżej 200 tys. zł. Ujemne dynamiki dotyczyły zarówno liczby, jak i wartości udzielanych kredytów. Kredytów do 100 tys. zł banki udzieliły o (-21,9%) mniej, a w przedziale 100 – 150 tys. zł mniej o (-16,7%) niż w analogicznym okresie 2018 r.

Listopadowy odczyt Indeksu Popytu na kredyty mieszkaniowe 21,9% również sygnalizuje, że kolejne miesiące powinny być dobre dla rynku kredytów mieszkaniowych. W styczniu 2019 r. prognozowaliśmy wzrost wartości udzielonych kredytów mieszkaniowych na poziomie (+5-8%). W rzeczywistości dynamika jedenastu pierwszych miesięcy 2019 r. do analogicznego okresu 2018 r. wynosi już (+14,3%). Uważam, że 2019 rok będzie już kolejnym rekordowym rokiem ze sprzedażą około 62-64 mld zł, uwzględniając niższą aktywność kredytową z uwagi na święta – wyjaśnia prof. Rogowski z BIK.

Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych w listopadzie 2019 r. wyniósł 0,75%, co potwierdza wieloletnią już stałą obserwację dotyczącą niskiego poziomu ryzyka kredytowego związanego z udzielaniem kredytów mieszkaniowych.

W ostatnich 12 miesiącach (listopad 2019 do listopada 2018) jakość portfela nieznacznie się pogorszyła, o czym świadczy lekka zmiana Indeksu o (+0,03).

– Obecnie nie widać istotnych zagrożeń, które w krótkim horyzoncie czasowym mogłyby wpłynąć na wzrost poziomu szkodowości kredytów mieszkaniowych, a tym samym na wzrost poziomu ryzyka kredytowego – zaznacza główny analityk BIK.

Karty kredytowe

W listopadzie 2019 r. banki wydały 101,7 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 544 mln zł. Stanowi to wzrost o (+5,4%) w ujęciu liczbowym, ale spadek o (-1,4%) w ujęciu wartościowym, w porównaniu do listopada 2018 r. W pierwszych jedenastu miesiącach banki wydały łącznie 1108,3 tys. kart kredytowych – wzrost o (+20,3%) w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. W tym okresie banki przyznały 6,402 mld zł limitów na kartach kredytowych, co oznacza wzrost w porównaniu do pierwszych jedenastu miesięcy 2018 r. o (+17,0%).

– W listopadzie 2019 r., podobnie jak w poprzednich miesiącach, obserwujemy wysokie dynamiki sprzedaży kart kredytowych. Najwyższą dodatnią dynamikę przyznawanych limitów na kartach kredytowych w okresie styczeń – listopad 2019 r. w porównaniu do pierwszych jedenastu miesięcy 2018 r. zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym, odnotowały karty o limitach w przedziale 1-2 tys. zł, odpowiednio (+41,3%) oraz (+36,8%) oraz 2 do 3,5 tys. zł (+32,7%) oraz (+31,0%), co w dużej części wynika z zaangażowania niektórych banków w finansowanie zakupów w sklepach i na platformach internetowych w formie przyznawania limitów w kartach kredytowych. Należy jednak podkreślić, że dodatnie dynamiki w ujęciu liczbowym i wartościowym dotyczyły większości przedziałów kwotowych.

O (+0,19) polepszyła się wartość Indeksu Jakości kart kredytowych w porównaniu do października 2019 r., średnia wartość Indeksu ponownie obniżyła się poniżej 4% i wyniosła 3,83%. Jest to bezpieczny poziom – mówi główny analityk BIK.

Limity kredytowe w kontach osobistych

W okresie jedenastu miesięcy 2019 r. liczba przyznanych limitów wyniosła 603,3 tys. sztuk, a wartość przyznanych limitów 2,965 mld zł. Oznacza to spadek o (-6,8%) w ujęciu liczbowym i wzrost o (+4,8%) w ujęciu wartościowym w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r.

– W przypadku limitów dodatnią dynamikę w ujęciu liczbowym odnotowaliśmy jedynie dla limitów wysokokwotowych – pow. 7 tys. zł (+0,6%). W ujęciu wartościowym dodatnią dynamiką charakteryzował się przedział limitów niskokwotowych do 0,5 tys. zł (+0,9%) oraz przedział pow. 7 tys. zł (+11,2%) – zauważa prof. Rogowski z BIK. – Jakość limitów kredytowych jest dobra – indeks jakości wynosi 3,1%.

Euvic planuje pozyskać nawet 50 nowych klientów w regionie DACH

Euvic, jeden z wiodących dostawców IT na polskim rynku, zawarł w listopadzie 2019 roku strategiczną umowę o współpracy z BID Equity, doradcą inwestycyjnym z siedzibą w Hamburgu, koncentrującym się na wykupach spółek zajmujących się tworzeniem oprogramowania z regionu DACH.

Strategią Bid Equity  jest wynajdywanie i inwestowanie w stosunkowo małe, ale dochodowe firmy z ciekawymi produktami software’owymi w starannie wytypowanych branżach. Firmy takie, pomimo stabilnej pozycji rynkowej, nie osiągnęły znaczącej skali, a tym samym borykają się z długiem technologicznym i wyzwaniami związanymi ze stale rosnącymi kosztami rozwoju i utrzymania oprogramowania.

Bid Equity, działając w myśl zasady “smart money”, jako pierwszy w Europie oferuje spółkom portfelowym gotowy zestaw usług profesjonalnych obejmujących:

  • mapowanie kompetencji i odpowiedzialności zespołów technicznych,
  • audyty pod kątem praw autorskich,
  • wsparcie przygotowania i migrację do chmury,
  • utrzymanie i rozwój oprogramowania w oparciu o profesjonalne zarządzane zespoły,
  • outsourcing w zakresie infrastruktury IT.

Kompleksowe wsparcie dla spółek portfelowych zostało zbudowane w oparciu o starannie wyselekcjonowanych partnerów. Oprócz Euvic, świadczą je również niemiecka firma consultingowa TZ Consulting oraz holenderska spółka Cloud Nation, specjalizująca się w budowie i utrzymaniu środowisk chmurowych. Ta ostatnia współpracowała już z Euvic na rynku szwedzkim.

„Naszą ambicją jest nie tylko otwieranie nowych możliwości współpracy ze sprawdzonymi partnerami, ale również efektywne uruchamianiu usług w konkretnych obszarach, które będą wspierane przez: standardowe kontrakty, wspólny  onboarding, dedykowanego menedżera odpowiedzialnego za cały program oraz coroczne konferencje i wymianę doświadczeń pomiędzy poszczególnymi podmiotami” – wskazuje zespół BID Equity.

Wojciech Wolny, prezes Euvic, podkreśla, iż umowa z Bid Equity w pełni wpisuje się w strategię spółki, która zakłada umocnienie działalności w regionie DACH przez rozpoczęcie współpracy z nawet 50 nowymi klientami w ciągu najbliższych 3 lat. Planowany szeroki charakter współpracy może być podstawą do dalszych wspólnych inwestycji w podmioty usługowe na terenie Niemiec, Austrii lub Szwajcarii.

No-code – najgorętszy trend technologiczny na 2020 rok

Deficyt programistów, kosztowność i czasochłonność tradycyjnego developmentu sprawiają, że firmy poszukują alternatywy. Z pomocą przychodzi technologia no-code, która pozwala ludziom biznesu tworzyć niestandardowe rozwiązania i aplikacje, bez programowania. Jesteśmy świadkami ogromnej zmiany i dynamicznie rosnącego trendu, jakim jest demokratyzacja IT.

Cyfrowa transformacja jest odmieniana w mediach przez wszystkie przypadki. Firmy wydają niebotyczne sumy na inwestycje w IT. Wciąż jednak wiele z nich ma spore zaległości. Jednym z czynników utrudniających pełną digitalizację jest deficyt programistów na rynku. Według CompTIA nieobsadzonych pozostaje prawie milion stanowisk IT w amerykańskich firmach. Niewiele lepiej jest w Europie, gdzie deficyt programistów w przyszłym roku może wynieść nawet pół miliona deweloperów. Drugim silnie odczuwalnym zjawiskiem jest globalne spowolnienie gospodarcze. To w takich warunkach z pomocą może przyjść – i przychodzi – technologia.

To technologia wyzwala ludzi z ograniczeń, stwarzając przestrzeń dla innowacji i kreatywności, które pozwalają budować przewagę konkurencyjną. Jednak jak wdrażać technologię, gdy brakuje ekspertów? I tak dochodzimy do jednego z najdynamiczniejszych trendów, pojawiającego się w większości prognoz na 2020 rok, jakim jest demokratyzacja IT. Demokratyzacja IT odnosi się do zjawiska, dzięki któremu dostęp do technologii zyskują osoby bez umiejętności technicznych. Firmy przechodzą z modelu zamkniętego systemu IT (walled garden), w stronę samoobsługowej technologii, zrozumiałej dla wszystkich pracowników. Według autorów raportu IDC FutureSpace: Worldwide CIO Agenda 2020 Predictions do 2024 r. taką transformację przejdzie 80% cyfrowo zaawansowanych organizacji. Czym jest ta samoobsługowa technologia? To właśnie no-code.

Przedsiębiorcy poszukują sposobu, aby skierować zasoby ludzkie tam, gdzie widzą możliwości rozwoju firm. Przeniesieniu ciężaru odpowiedzialności z IT na pozostałych specjalistów pomaga jednym poszerzać ich cyfrowe kompetencje, zyskać realny wpływ na kierunek zmian, a drugim pozwala angażować się w bardziej specjalistyczne projekty. – Narzędziem, które umożliwia tę zmianę są platformy no-code – mówi Krzysztof Kowal, CEO polskiego start-upu Qalcwise. – Qalcwise, podobnie jak inne platformy do budowy aplikacji, pomija sferę techniczną, pozwalając w ciągu kilku dni zbudować cały system. 

Jak to możliwe, że technologia no-code pozwala tworzyć nawet zaawansowane rozwiązania osobom bez wiedzy na temat programowania? Platformy wykorzystujące no-code są niezwykle proste – użytkownicy po prostu przeciągają i upuszczają komponenty wizualne, aby złożyć aplikację. Takie rozwiązania mają też swoje ograniczenia, jednak Qalcwise znalazł na nie sposób. Co wyróżnia polskie rozwiązanie? – Większość narzędzi oferuje proste szablony, gotowe moduły i widgety – wyjaśnia Krzysztof Kowal. – Jako pierwsi i do tej pory jedyni zaproponowaliśmy interfejs korzystający z funkcjonalności podobnych do tych z powszechnie znanego Excela. Do funkcjonalności arkuszy kalkulacyjnych dodaliśmy możliwości integracji z istniejącymi bazami danych i systemami informatycznymi oraz funkcje śledzenia obiegu dokumentów i komunikowania decyzji, tworząc tym samym zupełnie nową jakość w obszarze rozwiązań IT dla biznesu – dodaje.

Takie aplikacje pozwalają zautomatyzować procesy (analityczne, planistyczne, administracyjne itp.) tym, którzy najlepiej je znają. Bez długotrwałych analiz, absorbowania dodatkowych zasobów i kosztownych, złożonych projektów deweloperskich. I chociaż no-code’owe platformy programistyczne nie oznaczają końca tradycyjnego kodowania, to na pewno zyskają na znaczeniu w nadchodzących latach. Szczególnie wśród przedsiębiorstw, których budżety niekoniecznie pozwalają na outsourcing usług.

Według IDC FutureSpace do 2024 r. powstanie generacja specjalistów korzystających tylko i wyłącznie z rozwiązań no-code. Będzie ich ponad cztery razy więcej niż tradycyjnych deweloperów! Ci z kolei skupią się na rozwijaniu bardziej zaawansowanych rozwiązań. No-code pozwoli firmom szybko reagować na zmieniający się rynek bez konieczności angażowania IT, ale z gwarancją, że te rozwiązania są bezpieczne i kompatybilne z cyfrowym ekosystemem przedsiębiorstwa.

Źródła:

Gartner: Top 10 strategic technology trends for 2020

G2: Mobile App development trends

Towards Data Science: 20 predictions about software development trends in 2020

CIO: 10 future trends and how CIOs can keep ahead in 2020

The Wall Street Journal: America’s Got Talent, Just Not Enough in IT

Raport Komisji Europejskiej: High-Tech Leadership Skills for Europe

Wyszukiwarka prawdę Ci powie, czyli co Google wie o naszych świątecznych zwyczajach

Polak przed świętami szuka w internecie oryginalnego pomysłu na życzenia, świerka i kalendarza adwentowego. Szwedzi i Rosjanie wyszukują hasło „grzane wino”, a Kanadyjczycy – „syrop klonowy”. W Ameryce Południowej i Europie Centralnej sporym zainteresowaniem cieszą się kolędy. Trzy postaci królujące w grudniowych wyszukiwaniach to Jezus, Święty Mikołaj i …Grinch. Specjaliści Data Science z ITMAGINATION przeanalizowali tysiące zapytań zadanych wyszukiwarce przez internautów z 50 krajów, w tym Polski. Badali zależności pomiędzy wyszukiwanymi hasłami a tradycjami i sposobem obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia w różnych częściach świata.

Celem badania była identyfikacja skojarzeń ludzi z różnych krajów ze świętami Bożego Narodzenia i wykazanie nieoczywistych różnic między narodami. Analiza uwzględniła częstotliwość wyszukiwania poszczególnych słów kojarzących się z Bożym Narodzeniem na podstawie wyszukiwań w przeglądarce Google w okresie przedświątecznym.[1] W osiągnięciu tego celu pomogła analiza języka naturalnego, a dokładniej wektoryzacja słów oraz wyszukiwanie ich najbliższych semantycznie sąsiadów.

– Jako firma specjalizująca się w innowacjach przede wszystkim opartych o Data Science chcemy pokazać, jak można wykorzystać najnowszą technologię do zrozumienia świątecznych zainteresowań i tradycji. Można śmiało powiedzieć, że wyszukiwarka internetowa nie kłamie i hasła, które jej podajemy są najlepszym świadectwem tego, w jaki sposób przeżywamy Święta Bożego Narodzenia. Ciekawym doświadczeniem jest porównanie wyników w różnych krajach, podobieństw między nami i obserwowanie, gdzie rodzą się nowe tradycje – mówi Łukasz Dylewski, Data Science Team Manager w ITMAGINATION.

W większości krajów słowo “xmas” jest wyszukiwane częściej niż “christmas”. Najpopularniejszymi postaciami w wyszukiwarkach są Jezus, Święty Mikołaj i …Grinch. Poszczególne kraje znacząco różnią się pod względem najczęściej wyszukiwanych haseł. Szwedzi intensywnie wyszukują przed świętami prezentów w postaci voucherów i kart podarunkowych. Często „googluje” się też „gingerbread house” (domek z piernika) i „christmas town” (miasteczko świąteczne). Analogicznie jak Rosjanie szukają też hasła „grzane wino”. W Kanadzie jako jedynym kraju na świecie przed świętami w wyszukiwarce wysoko pojawia się haslo “maple” – które jest związane z dobrze znanym syropem klonowym. W Brazylii w czołowej 30. wyszukiwań są kartki z życzeniami, podczas gdy w innych krajach nie występują one nawet w pierwszej 100.

Jak pokazuje analiza ITMAGINATION, Polacy częściej niż inne narody szukają w internecie pomysłów na życzenia świąteczne, kalendarzy adwentowych i …dzwonków. Świerk to drzewko, które jest najcześciej wyszukiwane jako przyszła choinka w Polsce, Szwecji, Kanadzie i Rosji podczas gdy w innych krajach internauci szukają po prostu hasła “choinka” lub “drzewo bożonarodzeniowe”. Wyjątkiem są Amerykanie, którzy wyszukują cedru. Polacy, Ukraińcy, Kolumbijczycy, Meksykanie i Hiszpanie najcześciej szukają kolęd. Wyniki Google wyraźnie wskazują na podobieństwa kulturowe i religijne krajów Ameryki Południowej i Europy Środkowo-Wschodniej. To tu poszukuje się więcej niż w innych regionach informacji o kolędach i Jezusie Chrystusie.

– Do badania wykorzystaliśmy technologię Natural Language Processing. Proces rozpoczął się od wybrania kilku słów w języku angielskim kojarzących się ze Świętami. Następnie zastosowano model NLP CBOW (The Continuous Bag of Words) oraz Skip-Ngram do znalezienia 1 tys. wyrazów najbliższych znaczeniowo. Uwzględniono również frazy świąteczne np. tytuły piosenek lub nazwy potraw. Istotne było przetłumaczenie wygenerowanych słów na języki narodowe, tak aby trend każdego kraju został zbadany w ojczystym języku. Na koniec zebrano dane z Google Trends z 5. ostatnich lat, na które złożyło się ok. 10 tys. zapytań z 50 krajów. Mieliśmy szansę „odwiedzić” w ten sposób tak oddalone miejsca jak Wenezuela, Japonia, Indie czy Nowa Zelandia – mówi Dawid Kowalczyk, Data Scientist w ITMAGINATION.

[1] Badanie przeprowadzone w grudniu w latach 2014-2018

Handel obrał kurs na cyfryzację

Detaliści znaleźli się pod dużą presją, dlatego wdrażają nowe strategie adresowane głównie do młodszych klientów. Świąteczny szał zakupów traktują jako okazję do wypróbowania pomysłów usprawniających handel. Stawiają na różnorodność kanałów sprzedaży. Kuszą szybką obsługą i technologicznym hitem ostatnich miesięcy – sprzedażą głosową ze wsparciem asystentów Amazona, Apple’a, Microsoftu i Google’a.

Im bliżej Gwiazdki, tym większy ruch w sklepach. W przedświątecznych zakupach prym wiodą osoby w wieku 18-34 lata, spośród których aż 40 proc. chce na prezenty, żywność i wyjazdy wydać więcej niż w roku ubiegłym. Dla porównania: we wszystkich grupach wiekowych podobne deklaracje składa tylko 28 proc. konsumentów – wynika z raportu o okołoświątecznych zakupach, który został opracowany przez firmę Capgemini.

O tym, co ląduje w koszykach kupujących, tradycyjnie decydują według ankietowanych takie czynniki, jak jakość i cena produktów oraz wygoda robienia sprawunków. Nie sposób jednak zignorować demograficznych aspektów grudniowej gorączki w handlu – skoro tak dużą rolę odgrywają osoby młode, detaliści powinni postawić na nowe strategie, które przypadną do gustu szczególnie tej grupie klientów. Szczególnie ceni ona omnichannel, czyli połączenie zwykłych sklepów, marketów, salonów i galerii handlowych z platformami online. Ostatnim krzykiem technologicznej mody są zakupy głosowe (ang. voice-based shopping – VBS).

Jakość, wygoda, zrównoważony rozwój

Mówimy o cyfrowych tubylcach, czyli pokoleniu wychowanym wśród nowinek cyfrowych, dla którego świat wirtualny jest równie realny, jak ten fizyczny. Przedstawiciele tej generacji oczekują różnorodności kanałów sprzedaży, zarówno w Internecie, jak i w placówkach stacjonarnych. Poza tym bardziej niż ich rodzice wyczuleni są na ekologię i komfort zakupów, który zależy także od wykorzystania nowych technologii. -Daniel Jarzęcki, Transformation Director w Capgemini

Bez względu na wiek, konsumenci coraz częściej biorą pod uwagę zrównoważony rozwój, głównie to, czy produkty i opakowania powstają z uwzględnieniem wyśrubowanych norm środowiskowych. Czym jeszcze ludzie kierują się przy podejmowaniu decyzji zakupowych? Jeśli problemem nie jest cena, do najważniejszych kryteriów należą szeroki asortyment wyrobów (34 proc.) i lokalizacja placówki (21 proc.). A jakie są trzy najważniejsze czynniki, które mają wpływ na wybór prezentów dla rodziny i przyjaciół? Respondenci najczęściej wymieniali: jakość produktów, możliwość zaoszczędzenia na zakupach np. dzięki promocjom (po 54 proc.), a także różnorodność dostępnych produktów (50 proc.).

Konsumencki szał ogarnia społeczeństwo już miesiąc przed Wigilią – właśnie wtedy 30 proc. badanych przez Capgemini zaczyna zaopatrywać się na święta. Nie inaczej jest w Polsce.

Czym lipiec i sierpień są dla rolnictwa, tym końcówka roku jest dla handlu detalicznego: okresem wzmożonej aktywności, czasem żniw. Zakupowy szczyt zaczął się Czarnym Piątkiem i będzie trwał przez cały grudzień, napędzany przez obniżki i superokazje. Obroty w sklepach zwiększają się również przez to, że miliony Kowalskich chcą ze świąt Bożego Narodzenia i sylwestrowej zabawy uczynić wydarzenia magiczne i nadać im odpowiednią oprawę. -Daniel Jarzęcki, Transformation Director w Capgemini

Wreszcie klient ma głos

W niektórych dziedzinach klienci dostają nawet więcej niż się spodziewają. Przykład: gdy niektóre sklepy internetowe oferują szybkie dostawy (np. przesyłka na drugi dzień), konsumentom często wystarczy odbiór zamówienia w ciągu trzech dni roboczych (33 proc.).

W branży e-commerce co rusz pojawiają się kolejne udogodnienia. Na Zachodzie można już robić zakupy głosowe. Ma to związek z rozpowszechnianiem się asystentów osobistych (ang. digital voice assistant), do których należą m.in.: Alexa, Google Assistant, Siri i Cortana, choć nie wszyscy zdążyli się przekonać do transakcji VBS.

Według badania Capgemini konsumenci częściej korzystaliby z tych systemów, gdyby mieli poczucie bezpieczeństwa (25 proc.), dostawali unikalne rabaty na usługi głosowe (23 proc.) oraz uważali te operacje za proste (20 proc.). W przypadku młodszych osób (18-24 lata) spełnienia powyższych warunków oczekuje odpowiednio 29, 33 i 27 proc.

W Polsce takie rozwiązania to śpiew przyszłości? Raczej niedalekiej. W awangardzie zmian znajduje się platforma e-grocery Frisco.pl, która pod koniec października uruchomiła testową wersję integracji Asystenta Google ze swoim sklepem internetowym, dzięki czemu można składać zamówienie produktów spożywczych przy użyciu głosu.

Prawdopodobnie nie jest przypadkiem, że wdrożenie zainicjowano dwa miesiące przed świętami. Obroty odnotowywane w obecnym okresie decydują o tym, jakie wyniki finansowe ten czy inny sklep osiągnie na przestrzeni całego roku.
-Daniel Jarzęcki, Transformation Director w Capgemini

Jeśli więc wystartować z określoną innowacją w handlu, to teraz.

Raport „Capgemini’s 2019 Festive Shopping Trends” jest dostępny tutaj: https://www.capgemini.com/news/capgemini-festive-shopping-trends/

Jak zmienia się oprogramowanie biznesowe? Trendy na 2020 na rynku ERP

Transformacja cyfrowa jest faktem i wpłynęła już niemalże na wszystkie branże, ale nadal to właśnie ona jest głównym trendem wpływającym na biznesową rzeczywistość firm i organizacji. Wiele zostało już powiedziane o rosnącej ilości danych, które każda firma musi zbierać, przechowywać, przetwarzać. Rola i skuteczność tego procesu będą miały jednak coraz większy wpływ na sukces biznesowy i możliwość pozostania konkurencyjnym na zmieniającym się rynku. Postępująca cyfryzacja wpływa również na oprogramowanie dla biznesu.

Systemy ERP przeszły już długą drogę ewolucji z prostych programów z dostępem dla wybranych użytkowników, do platform, które nie tylko przetwarzają ogromne ilości danych, ale także ułatwiają pracę wszystkich pracowników firmy – ich zresztą stawiając na pierwszym miejscu. Choć w najbliższych latach nikt nie spodziewa się rewolucji, postępować będą dalsze zmiany. Jakie wśród nich można wskazać trendy na nadchodzący rok?

  1. ERP w chmurze

Koszty utrzymania własnej infrastruktury rosną i będą rosły wraz z m.in. podwyżkami cen prądu. Jednocześnie, firmy borykają się z brakiem odpowiednio wykwalifikowanej kadry do zarządzania taką infrastrukturą wewnętrznie. Alternatywą, po którą sięga coraz więcej organizacji, jest chmura. Systemy ERP wdrożone w tym modelu pozwalają na korzystanie z elastycznych opcji subskrypcji oraz zapewniają bezpieczną i niezawodną pracę. Istotne jest to, że dostęp do platformy jest wówczas zapewniony użytkownikom w dowolnym miejscu i czasie – co może mieć kluczowe znaczenie w przypadku pracy zdalnej, częstych podróży służbowych czy elastycznych godzin pracy. Odpowiada więc trendom w zakresie organizacji pracy, pozwala na jeszcze lepsze funkcjonowanie w dużych firmach, a także umożliwia lepszą kontrolę.

To dobre rozwiązanie dla firm każdej wielkości, zwłaszcza, że nie wiąże się z dużym początkowym kosztem zakupu serwerów, a następnie – z ich obsługą, do której potrzeba zatrudnić specjalistów – mówi Filip Fludra, Sales Manager Exact Software Poland.

  1. Łatwo dostępne rozwiązania mobilne

Dawniej systemy dawały dostęp wyłącznie wybranej grupie pracowników. Dzisiaj nie tylko są platformą, które obejmuje już całą firmę, ale także są dostępne mobilnie. Specjalne moduły, które umożliwiają logowanie się poprzez przeglądarkę czy aplikację, sprawiają, że procesy mogą być jeszcze bardziej zautomatyzowane i zoptymalizowane. Systemy ERP już teraz stawiają doświadczenie użytkownika na pierwszym miejscu, a ten trend w najbliższych latach będzie tylko rósł. Oprogramowanie ma być łatwe w obsłudze, niewymagające posiadania skomplikowanych kompetencji cyfrowych czy szkoleń. Nowoczesne systemy ERP pokazują dane w przejrzystej formie, mają przede wszystkim realnie ułatwiać codzienną pracę. Systemy są wciąż udoskonalane o nowe funkcjonalności czy cechy, które pozwalają na dostosowanie do bieżących potrzeb ich użytkowników i automatyzację kolejnych procesów.

  1. Sztuczna inteligencja

Algorytmy sztucznej inteligencji już teraz wykorzystywane są w systemach ERP. Ich znaczenie będzie coraz większe, wraz z przyrostem danych i koniecznością ich efektywnego przetwarzania i wykorzystywania. Analiza danych za pomocą SI odbywa się na dwóch poziomach. Jest stosowana przez producentów, którzy dzięki niej są w stanie dostarczać coraz lepsze rozwiązania, dopasowane do realnych potrzeb swoich klientów. Algorytmy wykorzystuje się również bezpośrednio w systemach, co umożliwia przedsiębiorstwom jeszcze lepsze przetwarzanie informacji i wyciąganie wniosków na podstawie zebranych danych. Proces ten obejmuje coraz bardziej skomplikowane procesy, jest dokładniejszy, szybszy i pozwala na efektywną automatyzację jeszcze większej liczby zadań. Skrócenie czasu wykonywania pewnych czynności oznacza znaczne oszczędności kosztowe. Dane zgromadzone w systemach ERP pozwalają na działania prewencyjne, m.in. związane z dokładną kontrolą kosztów czy elastycznością i efektywnością. ”Różnice w automatyzacji, która wykorzystuje sztuczną inteligencję widać przede wszystkim w sytuacjach nieplanowanych i nieoczekiwanych. O ile wcześniej systemy pozwalały na automatyzację rutynowych i powtarzalnych czynności, coraz częściej będą także radziły sobie z sytuacjami mniej oczywistymi. W niektórych przypadkach system będzie jedynie informował pracownika o nietypowych wynikach – ale to właśnie takie informacje, pozwalają niemal natychmiastowo reagować na potencjalne problemy, nadmierne koszty czy awarie – mówi Filip Fludra, Sales Manager Exact Software Poland.

  1. Klient na pierwszym planie

Stawianie potrzeb klientów na pierwszym planie jest raczej obecną rzeczywistością niż trendem. Obecnie ta idea jest jednak realizowana za pomocą innych narzędzi i w dzisiejszej cyfrowej rzeczywistości oznacza coś innego niż jeszcze kilka lat temu. Oczekiwania klientów rosną i firmy muszą im sprostać, aby pozostać konkurencyjnymi. Cykl życia produktu znacząco się skrócił, klienci oczekują większej różnorodności, łatwej i szybkiej możliwości skorzystania z oferty. Jednocześnie przedsiębiorstwa posiadają ogromne zasoby danych i informacji, które wspierają ich w tym procesie, a tym samym umożliwiają spełnienie potrzeb. W kolejnych latach integracja między systemami ERP i CRM dodatkowo się pogłębi, w obsłudze klienta jeszcze większą rolę będzie pełniła wspomniana wyżej sztuczna inteligencja, a także możliwość zautomatyzowanej personalizacji. Dostęp do danych poszczególnych klientów, w tym także informacji nieformalnych, umożliwia niemalże natychmiastowe reagowanie na konkretne sytuacje, w których pracownicy mogą dopasować ofertę i rabaty każdorazowo na potrzeby danej transakcji.

Co wspólnego mają Europejski Urząd ds. Pracy i pakiet mobilności?

Ponad 17 mln Europejczyków mieszka lub pracuje za granicą. Moda i zapotrzebowanie na delegowanie pracowników rośnie z roku na rok. Unia Europejska już dawno przymierzała się do sprawowania większej kontroli nad tym zjawiskiem. Wreszcie się udało. Swoją działalność rozpoczął urząd, który ma stać na straży przestrzegania europejskiego prawa w zakresie pracowników delegowanych, których liczba jest dwa razy większa niż 10 lat temu. Co polscy przedsiębiorcy powinni wiedzieć o nowej unijnej instytucji?

Dwa lata temu ówczesny przewodniczący KE Jean Claude Juncker zainicjował powstanie urzędu, którego celem miało być czuwanie nad poprawą europejskich przepisów dotyczących mobilności pracowników w granicach Wspólnoty w myśl poprawy warunków ich pracy i życia.

Czym jest ELA?

Na mocy rozporządzenia UE 2019/1149 pomysł Junckera został przyjęty, dając początek pracą nad powstaniem Europejskiego Urzędu ds. Pracy (ELA z ang. European Labour Authority). Instytucja rozpoczęła swoją działalność  16 października 2019 r. Aktualnie jest na etapie organizowania własnych struktur administracyjnych, ale pierwsze działania operacyjne rozpocznie najprawdopodobniej w połowie 2020 r. Obecnie siedzibą ELA są pomieszczenia w budynku KE w Brukseli, jednak już wiadomo, że miejscem docelowym Urzędu będzie Bratysława.

Przewodniczącym Urzędu ds. Pracy został Belg, Tom Bevers, zaś vice przewodniczącą Agnieszka Wołoszyn, która dotychczas pełniła funkcję zastępcy dyrektora w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w Polsce. W zarządzie ELA, zgodnie z założeniami, mają zasiadać przedstawiciele państw członkowskich UE, dwóch reprezentantów KE, niezależny ekspert, którego wyznaczy PE oraz partnerzy społeczni UE. Przewidziane jest także stanowisko dyrektora wykonawczego, który jest odpowiedzialny za zarządzanie pracą Urzędu, będąc równocześnie jego przedstawicielem prawnym. W strukturach urzędu przewidziana jest również Grupa Zainteresowanych Stron, w skład której mają wchodzić dwaj przedstawiciele KE oraz 10 przedstawicieli społecznych, których obowiązkiem jest zapewnienie specjalistycznej wiedzy doradczej.

Europejski Urząd ds. Pracy – możliwości i kompetencje

Przy ścisłej współpracy pomiędzy urzędnikami ELA pracującymi w siedzibie instytucji, a „łącznikami” znajdującymi się w każdym kraju należącym do struktur UE – urząd będzie zapewniał wsparcie, przepływ informacji i koordynował przeprowadzane kontrole.

Wśród zadań ELA można wyróżnić:

  • Koordynacja sieci EURES (Europejski Portal Mobilności Zawodowej), co ma  poprawić dostępność i jakość informacji dla osób fizycznych, pracodawców i organizacji partnerów społecznych.
  • Współpraca i wymiana informacji między państwami członkowskimi.
  • Koordynacja wspólnych inspekcji.
  • Analiza i ocena ryzyka wynikającego z mobilności siły roboczej, w tym między innymi koordynacja zabezpieczenia społecznego na terenie Wspólnoty.
  • Budowanie potencjału w zakresie skutecznego stosowania i egzekwowania przepisów UE.
  • Wspieranie współpracy, mającej na celu wyeliminowanie tzw. szarej strefy.
  • Mediacje między państwami UE.

Zakres działań nowo powstałej instytucji można zamknąć w trzech głównych obszarach: kontrola, informacja, mediacja. Genezą powstania ELA jest chęć stworzenia wyspecjalizowanego organu ponadpaństwowego, który będzie czuwał nad przestrzeganiem praw pracowniczych w obrębie struktur UE – podsumowuje Adam Kapuściński, ekspert Grupy Inelo.

Pierwszy obszar działań ELA– Kontrola

Z perspektywy polskich przewoźników  istotnym elementem, w obrębie którego unijny urząd będzie funkcjonować, są kontrole. Nic więc dziwnego, że powstanie tej komórki może budzić obawy. Jednak sam Urząd ds. Pracy nie będzie miał uprawnień do inicjowania inspekcji. W kompetencjach ELA będzie raczej koordynowanie takich działań kontrolnych, które będą przeprowadzane w europejskich krajach przez różne wewnętrzne jednostki mówi ekspert Inelo. – ELA ma tutaj stanowić wsparcie dla krajowych służb kontrolnych. W kompetencjach jego pracowników jest także sugerowanie uprawnionym organom konieczności przeprowadzenia w danym obszarze działań kontrolnych, jak również rozpatrywanie takich zgłoszeń odebranych od organizacji partnerów społecznych. Mamy informacje, że pierwsze takie sugestie już się pojawiły.

Temat kontroli i samego powstania ELA wiążę się ze zmianami legislacyjnymi dotyczącymi delegowania pracowników. Szczególnie w przypadku kierowców największe znaczenie mają kwestie dotyczące pakietu mobilności, który jeżeli zostanie przyjęty, nakłada na pracodawcę obowiązek rozliczania pracowników delegowanych – kierowców według minimalnego wynagrodzenia obowiązującego w danym kraju. W ramach tego systemu rozliczeń, kierującym ciężarówkami po drogach Europy będą przysługiwały także wszystkie dodatki, wynikające z układów zbiorowych w poszczególnych krajach.

Mnogość i różnorodność przepisów, wobec których przewoźnicy będą musieli się stosować, może wprowadzić chaos legislacyjny i sprawić, że przedsiębiorcy będą mieć wiele wątpliwości związanych z prawidłowością naliczonego wynagrodzenia. Możliwe więc, że Europejski Urząd ds. Pracy będzie miał w tym zakresie bardzo dużo pracy – komentuje sytuację Adam Kapuściński.

Ważny aspekt – Informacja

ELA ma przejąć pieczę nad EURES, którego zadaniem jest wpieranie i udzielanie informacji na temat pracy poszukiwanej poza krajem zamieszkania.

Ten aspekt nieszczególnie zmienia sytuację w branży transportowej. Obecnie na rynku dużo mówi się o deficycie wykwalifikowanych kierowców, więc ci, którzy poszukują pracy, nie mają większego problemu ze znalezieniem dla siebie wakatu – zauważa ekspert Inelo. – Możliwe jednak, że w obrębie informacji ELA będzie miał za zadanie szerzyć rzetelne informacje dotyczące przepisów związanych z zatrudnieniem i wynagrodzeniem minimalnym. Czy faktycznie Urząd będzie takim wsparciem dla przedsiębiorców i kierowców? Tego niestety jeszcze nie wiadomo, jednak widoczne jest położenie nacisku na poprawienie współpracy pomiędzy poszczególnymi instytucjami UE – dodaje.

Trzeci obszar działań ELA – Mediacja

W przypadku ewentualnego sporu pomiędzy krajami  UE zadaniem Urzędu będzie zapewnienie mediatora i w razie konieczności ekspertów, którzy pomogą dojść do porozumienia stronom konfliktu. Uwaga – warunkiem jest obopólna zgoda stron sporu na uczestnictwo w mediacjach oraz, co istotne, mediacje nie będą prowadzone pomiędzy osobami fizycznymi czy też pracodawcami, lecz na poziomie poszczególnych państw zaangażowanych w konflikt.

Jeśli działania mediacyjne nie osiągnął oczekiwanego skutku istnieje jeszcze drugi etap – udział w tzw. Komisji Pojednawczej. W jej skład mieliby wchodzić eksperci z państw członkowskich z wykluczeniem krajów biorących udziału w konflikcie. Ważne w tym przypadku jest, aby strony nie toczyły ze sobą postępowań sądowych, żeby nie powielać kompetencji TSUE.

Działalność Europejskiego Urzędu ds. Pracy będzie szczególnie dotyczyła pracowników delegowanych – w tym kierowców i nikt nie ma co do tego wątpliwości. Niezależnie od tego czy, kiedy i w jakiej formie pakiet mobilności zostanie przyjęty Urząd będzie prowadził swoją działalność. Z zainteresowaniem będziemy śledzić pierwsze efekty jego pracy, które przynajmniej według  założeń mają koncentrować się na ochronie, egzekwowaniu i regulowaniu praw pracowników na terenie UE – podsumowuje Adam Kapuściński, Inelo.

Faktoring cichy

Nawet niewielkie opóźnienia w zapłacie faktur mogą spowodować problemy finansowe zwłaszcza małej firmy, a także zablokować możliwość rozwoju. Firma, która będzie stała w miejscu, skazana jest na bankructwo, bo konkurencja nie śpi. Czekanie tygodniami aż kontrahent wywiąże się z umowy i dokona wpłaty, może przesądzić o losie firmy, dlatego warto ustabilizować kwestię finansową i korzystać z faktoringu, który oferowany jest nie tylko dużym podmiotom gospodarczym, lecz także niewielkim firmom. Ważne, by rozsądnie podejść do tego tematu.

Faktoring – z czym to się wiąże?

Nie każdy zna tę definicję a faktoring w prostym tłumaczeniu to nic innego jak zamiana nieopłaconych faktur na gotówkę. Oczywiście należy pamiętać, że korzystając faktoringu, każdy przedsiębiorca ma obowiązek wystawić fakturę oraz przesłać do klienta, a także do banku bądź firmy, z którą podpisał usługę faktoringu. Dalsze etapy są proste, bo każda faktura ma swój termin zapłaty i osoba zobowiązana musi zapłacić należność zgodnie z wytycznymi. Terminy zapłacenia faktury przez kontrahentów zazwyczaj wynoszą nawet kilka tygodni, co niestety może burzyć finanse firmy, a korzystając z usługi faktoringu, pieniądze otrzymuje się nawet w ciągu kilku godzin, co jest dużym uproszczeniem. By wybrać najlepszego faktora, warto wcześniej sprawdzić faktoring ranking, gdzie bez trudu uda się znaleźć najlepsze firmy faktoringowe i zawrzeć korzystne umowy.

Jakie są rodzaje faktoringu?

Znajomość samej definicji faktoringu nie wystarczy, trzeba też wiedzieć, jakie są jego rodzaje, by wybrać ten, który będzie dopasowany do faktycznych potrzeb firmy. Należy wyróżnić:

– faktoring pełny. Występuje wtedy, gdy faktor przejmuje pełną odpowiedzialność za opłacenie faktury, czyli firma otrzymuje pieniądze w krótkim czasie i nie musi się interesować dalszym postępowaniem w tej sprawie. Klient po otrzymaniu informacji musi zapłacić należną gotówkę firmie faktoringowej, (tutaj warto sprawdzić faktoring ranking), która w przypadku opóźnień może wystąpić na drogę windykacji, oczywiście już bez udziału firmy, która swoje pieniądze dostała

– faktoring niepełny. W praktyce oznacza to, że firma wystawiająca fakturę musi dopilnować, by klient zapłacił zobowiązanie w terminie. Należy pamiętać, iż w tym przypadku kontrahent nie płaci pieniędzy faktorowi, lecz przedsiębiorcy, który wydał fakturę. Ten z kolei ma obowiązek zwrócić tę sumę faktorowi, który opłacił ją wcześniej. Takie działania to regres i ważne jest, by przestrzegać terminów. Decydując się na taki rodzaj faktoringu, warto najpierw sprawdzić poziom ryzyka, gdyż może okazać się, że kontrahent nie zapłaci faktury i firma będzie stratna

Faktoring cichy

Nie tylko rodzaje faktoringu mają tak naprawdę znaczenie, lecz także jego formy. Jeśli już udało się wybrać faktora, to teraz czas przeanalizować jaka forma faktoringu sprawdzi się w firmie. Faktoring cichy polega na tym, że klient nie zostaje poinformowany, że wystawiona faktura znajduje się w faktoringowym systemie. Należy jednak pamiętać, iż taka forma jest związana bezpośrednio z faktoringiem niepełnym i to firma musi dopilnować, aby klient uregulował należność zgodnie z terminem. Jednym słowem mówiąc, skoro kontrahent nie wie, na jakich zasadach opłacana jest faktura, to firma musi zając się wszystkimi formalnościami i zadbać o regres. O faktoringu jawnym będzie mowa wtedy osoba, na którą została wystawiona faktura, zostanie powiadomiona, iż firma korzysta z faktoringu. W tym przypadku to na faktora spada odpowiedzialność za załatwienie formalności i ściągnięcie należności z kontrahenta.

Dla kogo faktoring cichy?

W praktyce faktoring cichy stosuje się w przypadkach, gdy w umowach między kontrahentami występuje często zawarty zakaz cesji. Z uwagi na zwiększone ryzyko faktoring cichy jest droży od tradycyjnego, a decyzja zależy od dokładnej analizy sytuacji finansowej obydwu kontrahentów.

Wybierz faktoring najlepszy dla firmy

Faktoring jest bardzo dobrym rozwiązaniem dla dużych, jak i średnich firm, które współpracują z dużą ilością klientów. Szukając najlepszego faktora, warto najpierw przeanalizować sytuację finansową firmy, jeśli jest stabilna, to warto skusić się na takie rozwiązanie. Dokonując porównania ofert firm faktoringowych, można zapoznać się z dokładnymi szczegółami i sprawdzić jakie wady i zalety niesie za sobą oraz przede wszystkim jak wybrać odpowiedni rodzaj i formę faktoringu.

Wyszukiwarka prawdę Ci powie

Z pomocą może przyjść porównywarka ofert kilkudziesięciu firm faktoringowych – sprawdź ranking firm faktoringowych. Świadomość realnych oszczędności, zmniejszone ryzyko i zaoszczędzony czas z pewnością powinny przypaść do gustu wielu przedsiębiorcom.

Przedświąteczne porządki bankierów centralnych

To już ostatnie chwile, żeby rynki finansowe obserwowały jakikolwiek zryw zmienności, gdyż przy wyciszeniu ryzyka geopolitycznego nie zanosi się na zawirowania podobne do tych sprzed roku. Stopniowo coraz więcej inwestorów myśli o świątecznej przerwie niż szukaniu okazji do wyciśnięcia skromnych stóp zwrotu. Porządki w swoich stanowiskach czynią też bankierzy centralni, których oświadczeń dziś nie brakuje.

Pierwsze w kolejce dziś był Bank Japonii, który jednak niczym nie zaskoczył. Główna stopa procentowa została utrzymana na -0,1 proc., a cel dla rentowności obligacji 10-letnich pozostał na 0 proc. Bank dalej jest gotowy utrzymywać stopy procentowe na obecnym lub niższym poziomie, dopóki istnieje ryzyko, że inflacja utraci pęd w powrocie do celu. Choć w ostatnim czasie dane z Japonii nie zachwycają, co by uzasadniało reakcję banku centralnego, to pole manewru BoJ jest dość ograniczone (jeśli nie powiedzieć: najbardziej ograniczone wśród wszystkich głównych banków centralnych). Póki presja na BoJ nie jest wywiera przez działania innych (głównie Fed), bank może sobie pozwolić na granie na czas. Władze monetarne liczą też na rząd, który tworzy nowy pakiet fiskalny. Póki otoczenie ekonomiczne wygląda na stabilne, BoJ pozostaje w trybie wait-and-see(-and-pray). Ale można mieć pewność, że zagrożenia płynące z silnej aprecjacji jena, jeśli taka wystąpi, spotkają się z reakcją BoJ.

Ciekawiej powinno być za to na posiedzeniu Riksbanku. Szwedzki bank centralny idzie pod prąd i niemal na pewno dokona podwyżki stopy repo o 25 pb do 0 proc. Świadomość ryzyk wynikających z ujemnych stóp procentowych skłania bank do podwyżki, pomimo zagrożeń dla perspektyw inflacji i wzrostu. Inflacja bazowa pozostaje poniżej celu, a dane o PKB za III kw. i stopa bezrobocia rozczarowały. Ale osłabienie napięć handlowych i wyciszenie ryzyka twardego brexitu powinny pomóc bankowi z większym optymizmem patrzeć w przyszłość. Wydaje się jednak bezpieczniejszą drogą utrzymanie neutralnego poglądu na przyszłość, a w projekcji bank powinien zasugerować brak zmian w przyszłym roku, co powinno być neutralne dla SEK. Korona ma potencjał do umocnienia, o ile klimat globalny nie będzie generował nieprzyjemnych niespodzianek.

Dla odmiany Norges Bank utrzyma główną stopę procentową na 1,50 proc. Dane od ostatniego posiedzenia nie zmieniły obrazu gospodarki – inflacja wypada nieco lepiej od prognoz banku centralnego, ale martwi słaba aktywność gospodarcza. To powinno prowadzić do utrzymania dotychczasowego nastawienia z neutralną ścieżką na kolejne miesiące, ale z podtrzymaniem wyższego prawdopodobieństwa dla podwyżki (ok. 10 pb w 2020 r.). Rynek jest trochę sceptycznie nastawiony do prognoz Norges Banku i wycenia zaledwie 5 pb szansy podwyżki. Jeśli ma rację i bank centralny przyjmie ostrożniejsze nastawienie, NOK będzie tracił. Ale podtrzymanie ścieżki bez zmian wybrzmi jastrzębio, więc ryzyka dla NOK obecne są w obu kierunkach.

Bez zmian w parametrach polityki powinno się obyć na posiedzeniu Banku Anglii (stopa procentowa 0,75 proc., cel skupu aktywów 435 mld GBP), ale też, podobnie jak poprzednim razem, nie zabraknie wniosku o obniżkę. W listopadzie dwóch członków Komitetu – Saunders i Haskel – chciało poluzowania polityki. Jeśli dziś ktoś do nich dołączy, podsienie to ryzyko obniżki na początku przyszłego roku, choć przy oddaleniu ryzyka chaotycznego brexitu na początku przyszłego roku, będzie łatwo uzasadnić pozostawanie w trybie wyczekiwania. Ale na oddech ulgi i uśmiechy zadowolenia jest jeszcze za wcześnie., Okres przejściowy niesie ze sobą nowe ryzyka związane z brexitem, a gospodarka pozostaje osłabiona przez ciągnącą się niepewność o kształt rozwodu z UE. Brak oznak odbicia ożywienia na początku roku będzie wzmacniać argumenty gołębi za obniżką w maju lub sierpniu 2020 r. Aktualnie GBP ma inne problemy na głowie.

Konrad Białas

Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kontrole skarbowe i ich uciążliwość w opinii przedsiębiorców

  • 57% respondentów badania PwC odwołuje się od decyzji pokontrolnych polskiej skarbówki
  • 31% badanych polskich przedsiębiorców jest niezadowolonych z działalności organów podatkowych
  • Jedynie 43% firm z Europy Środkowo-Wschodniej (CEE) ocenia jakość pomocy w kwestiach podatkowych świadczonej przez krajowe organy skarbowe jako dobrą lub bardzo dobrą
  • W ciągu 2 ostatnich lat 64% respondentów z krajów CEE zwróciło się do organów skarbowych z wnioskiem o pomoc lub udzielnie wyjaśnienia
  • 61% dodatkowych zobowiązań wyliczanych przez organy kontroli skarbowej w CEE mieściło się w kwocie poniżej 100 000 euro
  • 38% odwołań od decyzji podatkowych zostało uznanych za zasadne w części lub całości

W związku z częstym brakiem jednoznaczności co do tego, jak należy stosować przepisy podatkowe w praktyce, 64% firm w Europie Środowo-Wschodniej przyznaje, że w ciągu ostatnich dwóch lat zwróciło się do krajowych organów podatkowych o pomoc lub udzielenie wyjaśnień. Co ważne, jedynie 43% respondentów oceniło pomoc udzieloną przez organy podatkowe jako dobrą lub bardzo dobrą, 38% jako zadowalającą, a 19% stwierdziło, że uzyskane wyjaśnienia nie były zadowalające. Badanie przeprowadzone zostało przez PwC wśród 872 przedsiębiorstw prowadzących działalność w naszym regionie.

Spośród podatników z naszego regionu najbardziej usatysfakcjonowani działaniami organów podatkowych byli respondenci ze Słowacji i Litwy (50%), a zaraz po nich uplasowali się Łotysze (41%) i Bułgarzy (38%). Na przeciwległym biegunie znaleźli się niezadowoleni respondenci ze Słowenii (37%), Polski (31%), Czech (30%) oraz Bośni i Hercegowiny (22%).

Do najczęściej wymienianych przyczyn niezadowolenia z działalności organów skarbowych należały długie terminy rozstrzygania lub odpowiadania na zapytania (39%), brak rozliczalności i profesjonalizmu urzędników podatkowych (32%), przedłużające się kontrole skarbowe (31%) oraz obsługa infolinii (27%).

Choć poziom niezadowolenia polskich przedsiębiorców z działań organów podatkowych należy do najwyższych w regionie, nasze badanie potwierdziło, że ogólnie w krajach Europy Środkowo-Wschodniej jest wiele do zrobienia w obszarze poprawy działań organów podatkowych. Najskuteczniejszym rozwiązaniem byłoby zainwestowanie w podnoszenie kwalifikacji i wiedzy technicznej urzędników podatkowych, usprawnienie systemów umożliwiających obsługę elektroniczną w celu zwiększenia stopnia zdalnej weryfikacji rozliczeń, a także usprawnienie działań infolinii podatkowych w zakresie odpowiadania na często zadawane pytania i wydawania wytycznych. Odnosimy wrażenie, że polska administracja skarbowa ma tego świadomość – pytanie tylko, na ile skuteczne okażą się planowane aktualnie rozwiązania. – Jan Tokarski, partner odpowiedzialny za praktykę sporów podatkowych w PwC Polska i jeden z liderów sieci Tax Controversy and Dispute Resolution w PwC na Europę Środkowo-Wschodnią.

Kontrole skarbowe i ich uciążliwość

Z odpowiedzi respondentów wynika, że większość kontroli skarbowych w regionie trwa poniżej trzech miesięcy (47% badanych). W przypadku 15% kontrole trwały jednak ponad rok. Chociaż w wyniku ponad połowy kontroli na podmioty nakładane są dodatkowe zobowiązania podatkowe o wartości poniżej 100 000 euro, bądź też kontrole takie nie skutkują dodatkowymi zobowiązaniami (27%), niemal 60% respondentów skarży się, że kontrole skarbowe mają negatywny wpływ na działalność firmy. Związane jest to z czasem trwania kontroli (26%) lub ilością informacji i dokumentów, które należy przedłożyć w trakcie czynności sprawdzających (21%).

Dobrą informacją jest to, że większość respondentów (79%) stwierdziła, że inspektorzy podatkowi nie domagali się informacji nieistotnych i koncentrowali się na najważniejszych kwestiach podatkowych, jednak każda kontrola skarbowa trwająca dłużej niż to zasadne utrudnia funkcjonowanie działów podatkowo-finansowych firmy, odciągając uwagę i zasoby od strategicznych inicjatyw biznesowych. Krajowe organy podatkowe powinny więc skoncentrować się na skróceniu kontroli skarbowych przez skupienie środków i uwagi na obszarach cechujących się wysokim ryzykiem uchylania się od podatków, a równocześnie aktywnie zachęcać do dobrowolnego wywiązywania się z obowiązków podatkowych.- Andrzej Zubik, dyrektor w zespole Tax Controversy and Dispute Resolution w PwC.

Z badania PwC wynika, że większość kontroli dotyczyła podatku od osób prawnych, a zwłaszcza transakcji zawieranych pomiędzy spółkami wewnątrz grup kapitałowych oraz kosztów z tytułu nabywanych usług, a także kwestii związanych z podatkiem VAT, gdzie najczęściej sprawdzano sposób obliczenia podatku naliczonego.

Większość przedsiębiorców w Europie Środkowo-Wschodniej (62%) zaniechała odwoływania się od decyzji pokontrolnych określających zobowiązanie podatkowe. Jedynie w Polsce większość respondentów (57%) postanowiła skorzystać ze środków odwoławczych. Jednak w skali regionu tylko 38% odwołań od decyzji pokontrolnych było skutecznych w całości lub części, choć niektóre sprawy nie zostały jeszcze sfinalizowane.

O badaniu PwC Tax Controversy and Dispute Resolution Survey

Badanie dotyczące sporów podatkowych i ich rozstrzygnięć zostało przeprowadzone przez sieć Tax Controversy and Dispute Resolution (TCDR) PwC w 17 krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Wzięło w nim udział 872 respondentów, reprezentujących kadrę kierowniczą z obszarów finansowo-podatkowych, którzy w okresie od marca do września 2019 r. wypełnili ankietę internetową.

Markety rezygnują ze sprzedaży żywego karpia. Polacy mocno podzieleni w tej kwestii

Z najnowszego badania ABR SESTA i SYNO Polska wynika, że 46% konsumentów chce kupić w tym roku żywego karpia, a 49% nie przewiduje tego. Ci, którzy to planują, w większości nabędą go na targowiskach lub bezpośrednio u hodowców – łącznie 44%. Tylko 35% rozpatruje dokonanie takiego zakupu w dużych sieciach handlowych. Jeżeli chodzi o powody, to Polacy decydują się na kupno żywej ryby przede wszystkim ze względu na tradycję – 79%. Z kolei badani niepraktykujący tego zwyczaju mają szczególnie na uwadze aspekty etyczne – 52%.

Polacy są niemal po równo podzieleni w sprawie zakupu żywego karpia. 46% chce go nabyć, a 49% nie zamierza tego robić. Tylko 6% nie potrafi tego określić. Dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, uważa, że deklaracje respondentów odzwierciedlają ich wrażliwość na komunikaty prozwierzęce. Głównie tworzą je sieci handlowe, które w większości zrezygnowały z ww. oferty. Niejako „przy okazji” nie ponoszą kosztu aranżacji stoiska i ryzyka związanego z kontrolami.

– Najwięcej respondentów zamierza kupić żywego karpia na lokalnym targowisku – 23%. Prawie tyle samo osób planuje bezpośredni zakup od hodowców – 21%. Kolejnym wskazywanym miejscem jest hipermarket – 17%, a potem – supermarket – 14%. Natomiast 12% jeszcze nie wie, gdzie nabędzie ww. produkt. 9% deklaruje sklep rybny. Ranking zamykają dyskonty z 4%. Z tego wynika, że 53% chce dokonać zakupu poza sieciami handlowymi – mówi dr Paweł Jurowczyk z Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Z kolei jak stwierdza dr Faliński, wskazania respondentów świadczą o tym, że do dużej części nabywców dotarł komunikat o rezygnacji sieci ze sprzedaży żywych karpi. I tym samym wzrosła popularność targowisk. Zdaniem eksperta, decyzja o zakupie ryby prosto od hodowcy może wynikać z chęci nabycia jej w najświeższej postaci. Część konsumentów z przyzwyczajenia wybierze sieci handlowe. W badaniu wymieniło je łącznie 35% osób zainteresowanych tym produktem.

– Ci, którzy w tym roku zamierzają kupić żywego karpia, przede wszystkim robią to ze względu na tradycję – 79%. Dla ponad połowy tych osób najważniejszy jest smak ww. ryby – 51%. Z kolei 25% wskazało preferencje członków rodziny, a 20% wspomniało o wartościach odżywczych. Można zauważyć, że główny czynnik zakupu, czyli przywiązanie do świątecznego zwyczaju, z roku na rok słabnie. W ostatnich latach sieci handlowe zwracały na to uwagę – dodaje dr Jurowczyk.

Natomiast wśród respondentów, którzy nie planują takiego zakupu, największe znaczenie mają względy etyczne – 52%. W tej grupie 32% konsumentów twierdzi, że nie lubi smaku karpia, a 21% woli kupić gotowy produkt. 17% nie potrafi go przyrządzić, zaś 10% nie ma na to czasu. Tylko 5% wyjaśnia, że nie obchodzi bądź samodzielnie nie organizuje świąt w tym roku.

– Odpowiedzi badanych świadczą o przemianach świadomości konsumenckiej, jakie zaszły na przestrzeni ostatniej dekady. Respondenci uwzględniają zarówno argument humanitarny, jak i dążenia do komfortu zakupu oraz przygotowania potrawy. A to oznacza, że dojrzewamy jako społeczeństwo konsumpcyjne – podsumowuje dr Maria Andrzej Faliński.

Badanie zostało zrealizowane techniką CAWI w dniach od 3 do 5 grudnia 2019 roku. Poddano mu losowo wybraną próbę 812 pełnoletnich osób. Odpowiada ona strukturze kobiet i mężczyzn w wieku 18-80 lat.

PGNiG wybrało najbardziej innowacyjne pomysły z polskich uczelni. Nowy sposób magazynowania wodoru może zrewolucjonizować branżę

PGNiG zamierza do 2022 roku przeznaczyć na innowacje około 700 mln zł. Branża gazu i paliw inwestuje w inteligentne systemy monitoringu sieci dystrybucyjnej, wykorzystanie pojazdów bezzałogowych w procesie poszukiwania węglowodorów czy technologie wytwarzania i magazynowania wodoru. Kluczowe znaczenie ma przy tym współpraca ze start-upami i naukowcami. Jednym z innowacyjnych pomysłów, który pojawił się w piątej edycji konkursu „Młodzi Innowacyjni dla PGNiG”, jest nowy sposób magazynowania wodoru w postaci ciała stałego. To efektywne kosztowo i bezpieczne rozwiązanie może zrewolucjonizować branżę, w której wodór uznawany jest za paliwo przyszłości.

– Konkurs „Młodzi Innowacyjni dla PGNiG” wpisuje się w naszą formułę open innovation. Bazujemy na pomysłach zespołów studentów i doktorantów z polskich uczelni, których projekty odpowiadają na potrzeby technologiczne spółek z całej Grupy Kapitałowej PGNiG. Oczywiście te propozycje wymagają badań i dostosowania do naszych potrzeb, jednak sam pomysł już się liczy – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Kroplewski, wiceprezes zarządu PGNiG ds. rozwoju. – Najlepsze pomysły rozwijamy aż do wdrożenia. Z poprzednich edycji skorzystaliśmy z pomysłu badań nad przetwarzaniem odpadów wiertniczych na produkty oraz z zastosowania ultralekkich proppantów ceramicznych przy wydobyciu gazu ze źródeł niekonwencjonalnych. Cieszą nas tegoroczne projekty związane z magazynowaniem, wytwarzaniem i dystrybucją wodoru.

– Nasz projekt polega na stworzeniu systemu magazynowania, oczyszczania i kompresji niemechanicznej wodoru. Opiera się na technice magazynowania wodoru w postaci ciała stałego, co jest dosyć innowacyjne i rzadko na razie jeszcze spotykane podczas powszechnego użytkowania, ponieważ my rozwijamy to w postaci wodorków metali – mówi Mikołaj Krupa, student Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. – To jest innowacyjna technologia, która pozwoli Polsce stać się pionierem w zakresie magazynowania wodoru w dosyć nietypowy, ale efektywny, tani i bezpieczny sposób.

Rozwiązanie problemów związanych z magazynowaniem energii jest jednym ze strategicznych celów wskazanych w najważniejszych dokumentach dotyczących rozwoju polskiego sektora energetycznego. Tylko szereg projektów inwestycyjnych związanych z modernizacją i budową nowych sieci przesyłowych oraz projektów rozwojowych w zakresie magazynowania energii pomoże rozwiązać problem starej infrastruktury przesyłowej. Istotne jest więc poszukiwanie rozwiązań, które pomogą w magazynowaniu energii.

– Jesteśmy obecnie bardzo mocno skupieni na rozwoju obszarów związanych z wykorzystaniem wodoru. W tej chwili w fazie realizacji w Grupie PGNiG znajduje się projekt uruchomienia stacji tankowania pojazdów wodorem realizowany we współpracy z Toyotą – wskazuje Łukasz Kroplewski.

Jednym z perspektywicznych obszarów rozwoju całej Grupy Kapitałowej PGNiG jest wytwarzanie wodoru z odnawialnych źródeł energii. Rozwijane są także innowacyjne metody magazynowania wodoru.

– Nasza technologia pozwoli faktycznie magazynować energię w taki sposób, w którym się go obecnie jeszcze nie magazynuje, a będziemy mogli to robić taniej, bezpieczniej i z dużo większą efektywnością energetyczną – zapowiada Mikołaj Krupa.

– To są znakomite pomysły, które sprzyjają funkcjonowaniu Grupy Kapitałowej PGNiG. Wzrasta nasza efektywność, ale zyskujemy wszyscy, bo nie tylko my jako spółka, lecz także ci młodzi naukowcy, którzy do nas trafiają – z jednej strony dzięki wsparciu naszych specjalistów, z drugiej strony dzięki funduszom, które wykładamy w związku z wcielaniem w życie tych znakomitych przedsięwzięć – ocenia Łukasz Kroplewski.

Raport „W kierunku energii przyszłości”, jaki PGNiG przygotował razem z PwC wskazuje, że przed sektorem stoi wiele wyzwań, a branża musi dotrzymać kroku rewolucji cyfrowej. Dla firm z sektora kluczowe jest m.in. ograniczenie kosztów związanych z eksploracją nowych złóż i wydobyciem, dystrybucja i transport surowców czy zastosowanie inteligentnych systemów.

– W ramach naszego projektu zaproponowaliśmy rozwiązanie umożliwiające inteligentną optymalizację sieci dystrybucyjnej rynku małego LNG. Przy wykorzystaniu innowacyjnych metod sztucznej inteligencji takich jak reinforcement learning można dobierać trasy autocystern poprzez dobór kolejnych punktów rozładunku oraz dobór odpowiedniej pojemności, która na danej stacji powinna zostać rozładowana – tłumaczy Edyta Kuk, doktorantka z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, uczestniczka 5. edycji Konkursu „Młodzi Innowacyjni”.

Optymalizacja sieci może zapewnić PGNiG znaczne oszczędności w samym transporcie, może też zwiększyć efektywność.

– Nasz projekt może umożliwić Grupie Kapitałowej PGNiG obniżenie kosztów transportu LNG do lokalnych stacji regazyfikacji, ale także umożliwi optymalizację usługi dystrybucyjnej, a także wykorzystania autocystern będących w posiadaniu grupy kapitałowej, ponieważ przy danej ilości posiadanych cystern jesteśmy w stanie obsługiwać większą ilość klientów – zaznacza Edyta Kuk.

Organizacja Unilever Foundry ocenia, że do 2025 roku korporacje i startupy będą ze sobą ściśle współpracować, żeby spełnić oczekiwania konsumentów. Większość start-upów i firm uważa, że dzięki zjednoczeniu tylko zyskają – dla start-upów to możliwość realizacji ich projektów, dla korporacji – możliwość wprowadzania przełomowych innowacji.

PGNiG do 2022 roku chce przeznaczyć na innowacje łącznie około 700 mln zł. Konkurs „Młodzi Innowacyjni” jest jednym z wielu takich działań. W poprzednich czterech edycjach konkursu wygrały m.in. pomysły na recykling płuczek wiertniczych, technologie zastosowania enzymów do degradacji zanieczyszczeń węglowodorowych i produkcji glikolu czy zastosowanie metod sztucznej inteligencji. Zwycięzca konkursu „Młodzi Innowacyjni” może zrealizować swój autorski pomysł w PGNiG, otrzyma na ten cel nawet 400 tys. zł. Trójka laureatów otrzyma nagrody pieniężne w wysokości odpowiednio: 30, 20 i 10 tys. zł.

Raport „W kierunku energii przyszłości” podkreśla rolę innowacji w transformacji energetycznej sektora gazu, paliw i energii. Dlatego w ramach Grupy Kapitałowej PGNiG działa od niedawna fundusz inwestycyjny PGNiG Ventures, który będzie inwestował w startupy.

PGNiG zaangażowało się też w program Poland Prize, gdzie w ramach akceleracji w tym roku prawie 30 zagranicznych start-upów rozpoczęło w Polsce pracę nad innowacjami w energetyce.

Śląsk chce się specjalizować w rozwoju internetu rzeczy. Powstaną tam technologie światowego formatu

Śląsk ma kapitał intelektualny i technologiczny, a specjalizacje regionalne opierają się m.in. na energetyce, motoryzacji, ICT czy medycynie. Szybki rozwój internetu rzeczy dobrze wpisuje się w każdą z tych branż – podkreślają inicjatorzy powołanego właśnie Śląskiego Klastra Internetu Rzeczy SINOTAIC. Klaster ma być platformą współpracy firm, instytucji naukowych i administracji na rzecz rozwoju tej technologii. Jego pomysłodawcy chcą, żeby efektem były produkty i rozwiązania z zakresu IoT przeznaczone do sprzedaży na globalnym rynku.

Chcemy tworzyć na Śląsku produkty i najnowocześniejsze rozwiązania dla internetu rzeczy przeznaczone dla rozwijających się rynków. Chcemy też zintegrować środowisko biznesu i nauki, dać mu możliwość rozwoju i współpracy nad nowymi rozwiązaniami, które później mogłyby być sprzedawane globalnie. Przede wszystkim, chcemy stworzyć platformę wymiany doświadczeń i wiedzy o tym, co już udało się wypracować, żeby wspólnie tworzyć rozwiązania odpowiadające na potrzeby rynkowe. To obejmuje tworzenie wspólnych projektów, konsorcjów, zupełnie nowych technologii. Po połączeniu tych wszystkich elementów, tutejszy kapitał może dać niesamowite efekty na skalę światową – mówi agencji Newseria Biznes Marek Ostafil, dyrektor ds. operacyjnych Cyberus Labs, pomysłodawca i współzałożyciel Śląskiego Klastra Internetu Rzeczy.

Internet rzeczy (IoT) to tej chwili jedna z najszybciej rozwijających się technologii. IDC szacuje, że w 2025 roku do sieci będzie podłączonych już  41,6 mld urządzeń – maszyn, czujników i kamer – które będą generować 79,4 zettabajtów danych (jeden zettabajt to miliard terabajtów, a jeden terabajt to tysiąc gigabajtów). Z kolei wydatki na wdrożenia IoT rosną skokowo i w tym roku mają sięgnąć już 726,5 mld dolarów. Organizacje inwestują w sprzęt, oprogramowanie i urządzenia związane z tą technologią, ale wyzwaniem pozostaje znalezienie rozwiązań, które pomogą przetwarzać i analizować ogromne ilości generowanych przez nie danych – zwraca uwagę IDC.

W Polsce do szybkiego rozwoju internetu rzeczy ma przyczynić się wdrożenie ultraszybkiej sieci 5G, która w przyszłym roku – zgodnie z wymogami UE – ma pojawić się w przynajmniej jednym dużym mieście, a do 2025 roku pokrywać już teren całego kraju. Jak wynika z prognoz Komisji Europejskiej przytaczanych przez Ministerstwo Cyfryzacji, korzyści z wprowadzenia 5G, która stanowi technologiczny fundament dla IoT, w czterech kluczowych sektorach przemysłu (motoryzacja, zdrowie, transport i energia) mogą sięgnąć 114 mld euro rocznie.

Powołany właśnie Śląski Klaster Internetu Rzeczy ma stworzyć warunki dla rozwoju działalności badawczej i gospodarczej w obszarze internetu rzeczy. Będzie platformą współpracy firm, instytucji naukowych i administracji na rzecz rozwoju tej technologii.

Klaster skupia trzy strony: przemysłową, która jest zainteresowana odbiorem nowych technologii, naukową, czyli instytuty badawcze, które rozwijają nowe technologie i przygotowują absolwentów na rynek pracy, oraz samorząd, bez którego nie da się rozwijać takich inicjatyw – mówi dr hab. inż. Anna Timofiejczuk, dziekan Wydziału Mechanicznego Technologicznego Politechniki Śląskiej.

W tej chwili technologia IoT jest już na tyle skomplikowana, że jeden czy dwa podmioty gospodarcze nie są w stanie udźwignąć niektórych projektów czy koncepcji. Dlatego jedyny słuszny kierunek to budowanie zespołów projektowych, kształtowanie tego środowiska, szkolenie i dzielenie się wiedzą w ramach klastra – dodaje Artur Pollak, współzałożyciel klastra i prezes APA Group.

Pomysłodawcy podkreślają, że Śląsk ma ogromny kapitał intelektualny i technologiczny, a regionalne specjalizacje opierają się m.in. na energetyce, ICT, medycynie czy zielonej gospodarce. Szybki rozwój internetu rzeczy dobrze wpisuje się w każdą z tych branż. Inicjatywa uzyskała wsparcie instytucjonalne Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego, którego przedstawiciele obiecują pomoc w rozwoju Klastra.

– Przez lata na Śląsku dominował przemysł ciężki, natomiast w tej chwili przechodzi transformację i wyzwaniem, a jednocześnie szansą dla regionu, jest właśnie przejście od tego ciężkiego do nowoczesnego przemysłu – mówi Marek Ostafil. – Na Śląsku jest wielu specjalistów z zakresu nowoczesnych technologii. Ma mocną pozycję w przemyśle motoryzacyjnym, a wokół tego sektora funkcjonują firmy, które dostarczają podzespoły i komponenty i siłą rzeczy muszą podążać za nowymi trendami technologicznymi wyznaczonymi przez motoryzację. Z drugiej strony, mamy w regionie firmy skupione wokół nanotechnologii, Śląski Klaster Lotniczy, przedsiębiorstwa działające w sektorze kosmicznym. Połączenie potencjału z różnych gałęzi przemysłu tworzy świetną bazę dla rozwoju nowych technologii.

Koordynatorem klastra będzie gliwicka spółka Secure Smart Networks, a wśród podmiotów założycielskich znalazły się: Politechnika Śląska, Fundusz Górnośląski oraz spółki APA Group, Cyberus Labs, EMAG Katowice, Revolve, Skygate Sellect i SPIN-US.

Artur Pollak, gospodarz uroczystego podpisania umowy założycielskiej i prezes zarządu APA Group wierzy w sukces inicjatywy, jeżeli zostanie przyjęty model sprawdzonych, zagranicznych rozwiązań:

– Miałem możliwość rozmawiania z przedstawicielami podobnego klastra w Niemczech. Zaskoczyła mnie informacja, że roczny obrót w ramach samych zrzeszonych organizacji sięga 1,8 miliarda euro. To dowodzi, że łączenie się i wymiana informacji nie jest zagrożeniem dla firm, a ogromną szansą.

Śląski Klaster Internetu Rzeczy SINOTAIC ma być miejscem, gdzie będą powstawać produkty i rozwiązania z zakresu IoT przeznaczone na globalny rynek. Z drugiej strony, jak podkreśla dziekan Wydziału Mechanicznego Technologicznego Politechniki Śląskiej dr hab. inż. Anna Timofiejczuk, przyczyni się też do wzrostu innowacyjności całego województwa śląskiego.

Dla uczelni oznacza to nowe kierunki studiów, które zaowocują nową kadrą. W ramach klastra będziemy mogli formułować potrzeby przemysłu i wspólnie tworzyć nowe kierunki, które będą na nie odpowiadać. To już się dzieje, bo uruchamiamy kierunki związane z cyberbezpieczeństwem i internetem rzeczy, przemysłem 4.0. Jest ogromne zapotrzebowanie na projekty. Wiele firm pyta, czy możemy włączyć się do projektów kierowanych przez przemysł z zakresu cyberbezpieczeństwa, IoT, technologii informatycznych. W ramach klastra będzie łatwiej znaleźć partnera i działać razem – mówi dr hab. inż. Anna Timofiejczuk.

Właściciele domów mogą skorzystać z ulgi podatkowej na termomodernizację budynku. Przy zakupie materiałów jeszcze w tym roku można zaoszczędzić nawet 17 tys. zł

Wymiana okien, drzwi i systemu ogrzewania oraz ocieplenie ścian zewnętrznych przekładają się na niższe rachunki za ogrzewanie domu i większy komfort mieszkańców. Choć remont to spory koszt, właściciele budynków jednorodzinnych mogą skorzystać z ulgi termomodernizacyjnej, która obowiązuje od początku tego roku. Na podstawie faktur w przyszłorocznym zeznaniu podatkowym można odliczyć koszt usług, materiałów budowlanych do ocieplenia domu czy nowych okien. Ulga obejmuje również wymianę starych pieców na nowe, a także inwestycje w odnawialne źródła energii. Zaoszczędzić można nawet do 17 tys. zł.

 Termomodernizacja budynku pozwala znacząco obniżyć koszty jego eksploatacji, szczególnie ogrzewania. Bywa, że w okresie zimowym zastanawiamy się, dlaczego pomimo sprawnego ogrzewania i gorących kaloryferów nie mamy komfortu cieplnego. Jedną z przyczyn może być przestarzała i złej jakości stolarka okienna, która powoduje utratę ciepła – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Wypych, dyrektor ds. sprzedaży w VELUX. – Tylko wymieniając okna i drzwi, możemy zaoszczędzić do 15 proc. energii. Ale tu nie chodzi tylko o oszczędności, bo inwestujemy w komfort i zdrowie, biorąc pod uwagę, że w pomieszczeniach spędzamy ok. 90 proc. naszego czasu.

Jak podkreśla, w nieremontowanych budynkach często występuje tzw. syndrom chorego domu. Oznacza to, że niedogrzane, źle wentylowane i niedoświetlone pomieszczenia cechują się dużą wilgocią, obecnością grzybów i pleśni. Te czynniki są z kolei przyczyną zachorowań na astmę, ostre nieżyty nosa, egzemę i alergie. Termomodernizacja domu pozwala więc nie tylko zmniejszyć wysokość rachunków za ogrzewanie, lecz także poprawić komfort i warunki życia jego mieszkańców.

– Do termomodernizacji najlepiej podejść kompleksowo, uwzględniając nie tylko wymianę okien i ogrzewania na nowocześniejsze, ale też wymianę drzwi, termomodernizację ścian zewnętrznych, dachu, stropu nad nieogrzewaną piwnicą czy podłogi na gruncie. Takie kompleksowe podejście zagwarantuje najlepsze efekty i parametry cieplne budynku – mówi Krzysztof Wypych.

Termomodernizacja domu (w ustawie rozumiana jest m.in. jako ulepszenie, które zmniejsza zapotrzebowanie na energię do ogrzewania budynku) wiąże się z dużymi kosztami, dlatego ich właściciele często dzielą ją na etapy. Od tego roku można jednak skorzystać z ulgi podatkowej na materiały budowlane i urządzenia, a także usługi związane z termomodernizacją.

– Intencją ustawodawcy było zadbanie o lepszą jakość powietrza, ograniczenie smogu i zachęcenie obywateli do wprowadzenia oszczędności energetycznych w domach jednorodzinnych. Dlatego w ramach ulgi mogą zostać odliczone m.in. wydatki na zakup materiałów budowlanych do ocieplenia domu jednorodzinnego, wymiana starych pieców na nowe kotły na paliwo stałe, olej czy gaz, a także inwestycje w odnawialne źródła energii, np. w kolektory słoneczne. Jednym z najczęstszych wydatków związanych z ulgą termomodernizacyjną może być wymiana okien i związane z tym wydatki, które pozwolą ocieplić mieszkanie i ograniczyć chłód i wilgoć – mówi Agnieszka Cedzidło, ekspert działu podatkowo-prawnego w PwC Polska.

Z ulgi mogą skorzystać właściciele lub współwłaściciele domów jednorodzinnych albo budynków mieszkalno-użytkowych, ale pod warunkiem, że powierzchnia użytkowa nie przekracza 30 proc. całkowitej powierzchni budynku. Nie mogą natomiast skorzystać z niej właściciele ani współwłaściciele obiektów, które dopiero znajdują się na etapie budowy. Nie są nią objęci także podatnicy, którzy skorzystali już z innej pomocy państwa w zakresie projektów termomodernizacyjnych,

 Mogą z niej skorzystać podatnicy opodatkowani podatkiem PIT na zasadach ogólnych i liniowym podatkiem 19-proc. bądź też opłacający ryczałt od przychodów ewidencjonowanych – wyjaśnia Agnieszka Cedzidło. – Ulga jest odliczana od dochodu podatnika i limitowana do wysokości 53 tys. zł. To oznacza, że jeśli wykorzystamy ją maksymalnie, możemy zaoszczędzić 17 tys. zł podatku do zapłaty.

Wysokość wydatków na termomodernizację, które podlegają odliczeniu, jest ustalana na podstawie faktur za materiały i usługi. Przedsięwzięcie modernizacyjne musi zostać zakończone w ciągu 3 lat, licząc od końca roku podatkowego, w którym poniesiono pierwszy wydatek. Jeśli podatnik kupi np. nowe okna jeszcze w tym roku, ale nie zdąży już ich zamontować, to i tak koszt zakupu może odliczyć w zeznaniu podatkowym za 2019 rok.

– Pierwszy raz ulga termomodernizacyjna będzie miała zastosowanie w zeznaniu podatkowym za rok 2019. Wydatki poniesione z tego tytułu będą wykazywane w załączniku PIT-O, który dołączamy do deklaracji rocznej PIT-37, PIT-36, PIT-36L lub PIT-28 – precyzuje Agnieszka Cedzidło. – Jeśli wydatki dotyczące ulgi termomodernizacyjnej nie znajdą pokrycia w dochodzie podatnika w danym roku podatkowym, wówczas będzie można rozliczyć je w kolejnych latach, jednak nie dłużej niż przez 6 kolejnych lat, licząc od końca roku podatkowego, w którym nastąpił pierwszy wydatek.

W przypadku podatników, którzy są w związkach małżeńskich ulga termomodernizacyjna jest liczona odrębnie. To oznacza, że każdy ze współmałżonków, jeśli jest współwłaścicielem domu jednorodzinnego, może skorzystać z niej w pełnej wysokości.

 Ulga termomodernizacyjna obowiązuje od tego roku, ale nadal pewnym wyzwaniem jest świadomość inwestorów. Szczególnie że jest to pierwszy taki program dedykowany właścicielom domów jednorodzinnych. Takie dopłaty często są jednak impulsem do podjęcia dawno odkładanego remontu – twierdzi Krzysztof Wypych.

Zakup elektryka nie jest jeszcze opłacalny. Oszczędności w kosztach eksploatacji nie zawsze zrekompensują dwa razy wyższą cenę

Wzrost sprzedaży samochodów elektrycznych napędzają na razie głównie klienci flotowi i sektor publiczny, bo zainteresowanie klientów indywidualnych jest znikome. Obok ograniczonych zasięgów i braku infrastruktury główną barierą wciąż pozostaje dla nich wysoka cena elektryków, które są nawet dwukrotnie droższe od konwencjonalnych aut. Niższe koszty eksploatacji i oszczędność na paliwie nie zawsze wyrównują tę różnicę, więc z czysto matematycznego punktu widzenia nie będzie to zakup opłacalny. Jak wynika z badań PSPA, żeby kierowcy realnie brali pod uwagę taki zakup, ceny elektryków muszą spaść o co najmniej 35 proc.

W najbliższym czasie nie należy stawiać na kupno samochodu elektrycznego z założeniem, że to się opłaca. Zakup hybrydy może być opłacalny w niektórych przypadkach, zakup elektryka – tylko w szczególnych. Jednak patrząc rynkowo, trzeba to dobrze policzyć i zasadniczo większości konsumentów nie będzie się to opłacać jeszcze przynajmniej przez 2–3 lata. Później, kiedy technologia pójdzie do przodu, a samochody stanieją, będzie można wrócić do tego pytania, ale dzisiaj, z matematycznego punktu widzenia, taki zakup się nie opłaca – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Grabarczyk, dyrektor handlowy Eurotax/Autovista Polska.

Jak pokazuje „Licznik elektromobilności” PSPA i PZPM, na koniec listopada br. po polskich drogach jeździło 8225 samochodów osobowych z napędem elektrycznym, z których blisko 60 proc. stanowiły pojazdy w pełni elektryczne (4886), a pozostałą część hybrydy typu plug-in (3339). Od stycznia liczba rejestracji z obu tych grup osiągnęła poziom 3591 sztuk, czyli o 98 proc. więcej niż w tym samym okresie roku ubiegłego.

Ten wzrost napędzają jednak głównie klienci flotowi i sektor publiczny. Zgodnie z ustawą o elektromobilności od 2020 roku floty w sektorze publicznym muszą mieć co najmniej 10 proc. samochodów z napędem elektrycznym. Popyt ze strony klientów indywidualnych wciąż utrzymuje się na marginalnym poziomie.

Dla większości z nich główną barierą wciąż pozostaje stosunkowo wysoka cena elektryków. Jak podaje Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych, auto elektryczne w Polsce jest wciąż średnio dwukrotnie droższe od swoich konwencjonalnych odpowiedników. Ceny przekraczają średnio 100 tys. zł, podczas gdy podobny model spalinowy można kupić za kilkadziesiąt tysięcy, co skutecznie zniechęca potencjalnych nabywców, mimo przyszłych oszczędności na paliwie i eksploatacji.

Z perspektywy firmy, która analizuje rynek od strony cen transakcyjnych na samochodach używanych, widzimy, że elektryki i hybrydy trzymają wartość w pieniądzu lepiej niż samochody spalinowe. Takie używane auta są po prostu droższe, trzeba jednak pamiętać, że one są też droższe cennikowo, często nawet dwukrotnie. Biorąc pod uwagę utratę wartości samochodu, czyli to, co nam ubywa z portfela, samochód hybrydowy czy elektryczny nie zawsze na siebie zarobi niższymi kosztami eksploatacji. Wszystko zależy więc od preferencji, ale procentowo samochody elektryczne tracą na wartości więcej, choć mają większą wartość jako auta używane – mówi Paweł Grabarczyk.

Jak wynika z nowego „Barometru elektromobilności” PSPA, zakup samochodu elektrycznego w ciągu najbliższych trzech lat rozważa 28 proc. Polaków w porównaniu do 17 proc. rok wcześniej. To nie przekłada się na istotny wzrost udziału elektryków w polskim rynku motoryzacyjnym – wynosi on 0,02 proc., ośmiokrotnie mniej niż średnia unijna.

Eksperci podkreślają, że ceny powinny być niższe o 35–48 proc. w odniesieniu do aktualnych cen katalogowych elektryków, żeby kierowcy realnie brali pod uwagę taki zakup. Jak wynika z badania PSPA, Polacy na kupno samochodu elektrycznego chcieliby przeznaczyć kwotę od 80 do 90 tys. zł, czyli znacznie poniżej cen rynkowych.

Rosnąca popularność elektryków oraz rozwój technologii i spadek cen ogniw litowo-jonowych w ciągu nadchodzących kilku lat prawdopodobnie sprawie jednak, że ceny takich samochodów wyrównają się do poziomu akceptowalnego przez większość konsumentów. Eksperci firmy doradczej EY i ING Banku Śląskiego (raport „Samochody elektryczne. Którym pasem zamierzamy jechać?”) prognozują, że najpóźniej do 2030 roku zniknie już większość barier dla elektryków, które do tego czasu będą odpowiadać za ok. 6 proc. całkowitej sprzedaży aut.

W ciągu roku sprzedaż medycznej marihuany w Polsce wyniosła 70–80 kg. W przyszłym będzie czterokrotnie większa

– Pierwszy rok medycznej marihuany na rynku polskim może się zakończyć łączną sprzedażą 70–80 kg suszu o wysokiej zawartości THC, czyli substancji psychoaktywnej – ocenia Tomasz Witkowski z Canopy Growth. W przyszłym roku ta ilość może być nawet czterokrotnie większa, a w 2028 roku rynek może być wart 2 mld euro. Na razie pacjenci nie mogą liczyć na refundację konopi. To – podobnie jak niekorzystna interpretacja przepisów o VAT i niska świadomość społeczeństwa – ma decydujący wpływ na wielkość sprzedaży.

 Konopie mają bardzo szerokie zastosowanie w medycynie. W wielu krajach wykorzystywane są już od kilkudziesięciu lat. Główne obszary terapeutyczne, w których możemy widzieć pozytywny efekt wykorzystywania konopi, to przede wszystkim neurologia, mówimy tutaj o padaczce oraz leczeniu bólu przewlekłego, onkologia, przy ubocznych efektach stosowania chemio- i radioterapii, a także reumatologia, medycyna paliatywna i dermatologia – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Witkowski, country manager w Canopy Growth, która importuje do Polski i dystrybuuje konopie medyczne.

Marihuana ma ponad 100 aktywnych składników. THC to substancja chemiczna, która powoduje zmiany w świadomości. Szczepy zdominowane przez CBD mają niewielki lub żaden THC. Ryzyko uzależnienia jest niewielkie, zwłaszcza że pacjent znajduje się pod stałą opieką lekarza. Samo CBD ma z kolei wiele korzyści – od łagodzenia bezsenności, lęku i bólu do leczenia potencjalnie zagrażających życiu chorób. Chociaż marihuana nie jest wystarczająco silna, aby uśmierzyć silny ból, związany np. ze złamaniem kości, jest skuteczna w przypadku przewlekłego bólu.

Polska jest 12. europejskim krajem, który zalegalizował marihuanę do celów leczniczych. Stało się to w listopadzie 2017 roku, ale dopiero od stycznia tego roku możliwe stało się zrealizowanie recepty na preparaty z THC.

– Pierwsza dostawa konopi medycznych dotarła do Polski w styczniu 2019 roku. To pierwszy rok obecności medycznej marihuany na rynku polskim. Liczymy na to, że do końca roku uda nam się sprzedać około 70–80 kg suszu o wysokiej zawartości THC. Dynamika z miesiąca na miesiąc wzrasta i w przyszłym roku szacujemy, że będzie to 250–300 kg konopi – ocenia Tomasz Witkowski.

Ze względu na to, że uprawa konopi w Polsce jest zakazana, są one importowane z Kanady. Obecnie można kupić medyczną marihuanę zawierającą 19 proc. substancji aktywnej THC oraz mniej niż 1 proc. CBD (która nie ma właściwości odurzających i uzależniających). Susz z 10 proc. zawartością THC i 7 proc. CBD, z którego skorzystać mogą przede wszystkim chorzy na raka, jest już w trakcie rejestracji

Szacuje się, że lecznicza marihuana mogłaby być skutecznym lekiem dla co najmniej 300 tys. osób. Problemem w Polce jest nie tylko niska jeszcze dostępność, lecz także ceny.

– W Niemczech produkt jest już refundowany. We Włoszech zakupem konopi medycznych zajmują się instytucje państwowe. Czechy spodziewają się refundacji od stycznia. W Polsce na razie jest ona nieosiągalna, w związku z czym pacjent dokonuje 100-proc. odpłatności za produkt. Kolejnym elementem jest wysoka 23-proc. stawka VAT-u – przekonuje Tomasz Witkowski.

W Polsce medyczne konopie są słabo znane pacjentom i lekarzom, a dodatkowo krąży na jej temat wiele mitów. Wiele osób nie widzi różnicy między konopią stosowaną w celach leczniczych a używką.

– Marihuana wykorzystywana do celów medycznych produkowana jest dokładnie w ten sam sposób jak leki, czyli z zachowaniem całkowicie czystości mikrobiologicznej, bez zawartości jakichkolwiek innych substancji pochodzących z zewnątrz, czyli pestycydów, nawozów, metali ciężkich, które często znajdują się w produkcie pochodzącym z rynku rekreacyjnego – mówi ekspert. – Pacjenci stosujący medyczne konopie znajdują się pod stałą kontrolą prowadzącego lekarza, w związku z tym ryzyko uzależnienia jest niewielkie. Z kolei indeks terapeutyczny do przedawkowania konopi wynosi 1000:1, a przy ciężkich opioidach jest 70:1, co wskazuje na to, że stosowanie konopi medycznych jest bezpieczne.

W Niemczech, czyli największym europejskim rynku medycznej marihuany, w ciągu pierwszego kwartału 2019 roku lekarze wystawili ok. 60 tys. recept na konopie. W całym 2019 roku może to być ok. 250 tys. Co więcej, ok. 60 proc. recept jest refundowanych. Do 2024 roku już milion niemieckich pacjentów będzie miał dostęp do medycznej marihuany, a do 2028 roku rynek będzie wart 7,7 mld euro – wynika z raportu „The Germany Cannabis Report” przygotowanego przez Prohibition Partners. Analogiczny raport dla Polski prognozuje, że wartość krajowego rynku za 8 lat sięgnie 2 mld euro. Cały europejski rynek będzie wart ok. 123 mld euro.

– Polska na tle świata jest bardzo małym rynkiem, dopiero się rozwijamy. Przoduje tutaj oczywiście Kanada ze sprzedażą rzędu 90 mln euro miesięcznie, drugim rynkiem największym są obecnie Niemcy, gdzie ta sprzedaż wynosi około 2,5 mln euro miesięcznie – zaznacza Witkowski.

W Polsce powstają nowoczesne promy hybrydowe. Ładują się w ciągu kilku minut, są tańsze w eksploatacji i całkowicie ekologiczne

Przemysł morski przechodzi z zanieczyszczającego oleju napędowego na czystszą energię. Coraz więcej statków pasażerskich i promów jest zasilanych energią z akumulatorów lub paliwem LNG. Rynek bada także inne środki alternatywnej energii, w tym wodór i metanol. W Polsce powstają natomiast największe promy hybrydowe na świecie. Spalinowe agregaty prądotwórcze służą jako rezerwowe źródło zasilania. Promy na trasie korzystają z własnych baterii zasilanych bezpośrednio z lądu podczas ładunku i rozładunku jednostki.

– Widzimy rozwój technologii napędowych. Wybudowaliśmy już dwa promy o napędzie hybrydowym, gdzie mamy silniki konwencjonalne, które służą wspomaganiu przede wszystkim systemów bateryjnych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Maciej Lisowski, dyrektor ds. sprzedaży w Stoczni CRIST.

Światowy przemysł morski stopniowo przechodzi z oleju napędowego na alternatywne systemy zasilania. Choć wciąż jeszcze dominują tradycyjne systemy, coraz więcej firm inwestuje w czystszą energię. Statki i promy zasilane są już energią z akumulatorów lub paliwem LNG, a rynek promów bada także inne środki alternatywnej energii, w tym wodór i metanol.

Rygorystyczne lokalne przepisy dotyczące emisji oraz potrzeba jak największej efektywności energetycznej, żeby obniżyć koszty paliwa, sprawiają, że już wkrótce to alternatywne systemy zasilania mogą niemal całkowicie zastąpić olej napędowy. Amsterdam wymaga, aby każdy statek handlowy, który pływa po kanałach, miał zerową emisję do 2020 lub 2025 roku. W Kalifornii obowiązują z kolei ograniczenia dotyczące cumowania dla statków handlowych w portach Los Angeles, Long Beach, Oakland, San Diego, San Francisco i Hueneme.

Według Corvus Energy zastąpienie tylko jednego z czterech silników spalinowych hybrydowym pozwala na oszczędności paliwa rzędu 15–30 proc. Polskie stocznie jako jedne z pierwszych na świecie rozwijają właśnie technologie napędowe.

– Prom Elektra, który został zdany w 2017 roku, był drugim na świecie promem hybrydowym wprowadzonym do eksploatacji. Następnym promem była nasza jednostka budowana pod numerem budowy NB 70, dostarczona w tym roku do Islandii. I oba te promy zawierają właśnie technologię hybrydową, gdzie napęd bateryjny jest wspomagany napędem konwencjonalnym, spalinowym – tłumaczy Maciej Lisowski.

Już w 2017 roku z portu Gdynia wypłynął pierwszy zbudowany w Polsce prom o napędzie hybrydowym Elektra dla fińskiego operatora FinFerries, przeznaczony do żeglugi na krótkich trasach. Prom wyposażony jest w zestaw baterii akumulatorów (żywotność ok. 7 lat). Baterie ładują się w doku, za każdym razem podczas rozładunku i ładunku (ok. 5 minut) i dwa razy na dobę przez dłuższy czas. Z kolei w listopadzie Finferries oficjalnie poinformował, że w stoczni Crist ma powstać przyjazny środowisku prom hybrydowy – zasilany bateriami akumulatorów i wyposażony we wspomagający, dieslowski napęd. Budowa nowego promu ma ruszyć w połowie 2020 roku.

– Jest szereg baterii, które na statku są zainstalowane, chłodzone powietrzem bądź wodą. Te baterie najzwyczajniej w świecie są ładowane w wielkim uproszczeniu z wtyczki, która jest na lądzie przy kei. Jest to automatyczne ładowanie, a baterie dostarczają prąd do silników elektrycznych – wskazuje ekspert.

Jak ocenia Lisowski, budowa promu hybrydowego nie wymaga innych technologii niż tych wykorzystywanych przy tradycyjnym napędzie. Sama budowa trwa ok. 1,5 roku, do tego dochodzi niemal 10 miesięcy na dokumentację i niezbędne testy.

– W przypadku naszego najnowszego projektu, niedawno zakończyły się próby modelowe na basenie lodowym w Hamburgu. Statek będzie eksploatowany w Finlandii, również w ciężkich warunkach lodowych, więc trzeba było zbadać, jak będzie kruszył lód i poruszał się w ciężkich warunkach. Istnieją w tej chwili bardzo nowoczesne metody obliczeniowe typu CFD, natomiast w dalszym ciągu one nie są doskonałe. Zawsze symulacje, jak kadłub będzie się zachowywał w eksploatacji, muszą być poparte fizycznymi próbami na basenach modelowych – dodaje Maciej Lisowski.

Druk 3D dostępny już nie tylko dla przemysłu. Domowe drukarki 3D pozwalają już tworzyć w pełni kolorowe obiekty z różnych materiałów

Dzięki drukowi 3D można stworzyć protezy, części samochodów czy materiały budowlane i wykończeniowe. Z możliwości druku 3D korzysta m.in. amerykańskie wojsko. Technologia pozwala też rozwijać metamateriały. Drukarki stają się też coraz bardziej innowacyjne – pojawiają się już drukarki 5D, które potrafią drukować nawet wklęsłe materiały. Także domowe drukarki potrafią coraz więcej. Biurowa drukarka da Vinci Color 5D łączy w sobie pełnokolorowe drukowanie 3D z drukowaniem na papierze atramentowym 2D i grawerowaniem laserowym na jednej platformie.

– Drukarka Da Vinci Color 5D odznacza się dużą innowacyjnością. Oferuje druk 3D i 2D w ramach jednego urządzenia. Jeśli użytkownik chce skorzystać z drukarki 2D, wystarczy włożyć podajnik do papieru do drukarki 3D i można korzystać z wydruków papierowych w pełnym kolorze. Po zdjęciu modułu można wykonywać wydruki 3D każdego możliwego przedmiotu w pełnym kolorze. Jako jedyni na rynku oferujemy drukarkę 3D w pełnym kolorze. Stosowane przez nas filamenty umożliwiają wykorzystanie tuszu atramentowego, tworząc ponad 3 miliony odcieni i kolorów – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Cin-Yee Syria Ho, menedżer marketingu w XYZ Printing.

Drukarki 3D to już nie tylko codzienność w przemyśle, lecz także coraz częściej w domach. Te mniejsze, biurkowe drukarki są coraz bardziej innowacyjne i łączą różne rozwiązania. Da Vinci Color 5D, czyli najnowsza biurkowa drukarka 3D od XYZ Printing, łączy pełnokolorowe drukowanie 3D z drukowaniem na papierze atramentowym 2D i grawerowaniem laserowym na jednej platformie. XYZ Printing twierdzi, że ulepszył i zaktualizował swoją istniejącą technologię drukowania 3D FDM w kolorze, aby zaoferować trzy razy lepsze nasycenie kolorów niż wcześniej. Wynika to głównie z połączenia atramentu CMYK nowej generacji i specjalnego absorbującego kolory materiału PLA (drukarka jest kompatybilna z innymi włóknami).

Da Vinci Color 5D może drukować części pigmentowane w pełnym spektrum kolorów, a przy tym – jak zapewniają twórcy – pozwala zoptymalizować zużycie atramentu w kolorowych wkładach.

– Klienci kupują drukarki 3D, żeby korzystać z nich w domu, tworząc własne figurki, przedmioty czy części do komputerów. To bardzo duża grupa docelowa, a w przypadku kolorowej drukarki 3D jest ona bardzo zróżnicowana, ponieważ nie jest to najtańsza dostępna drukarka, jednak jest to produkt szczególny. Małe i średnie przedsiębiorstwa zaczynają z niej korzystać w celu tworzenia prototypów, a do tego dochodzą zastosowania bardziej przemysłowe – przekonuje Cin-Yee Syria Ho.

Technologia 3D rewolucjonizuje również medycynę – z druku powstają precyzyjne implanty i protezy. Co istotne, nie tylko w zaawansowanych fabrykach i laboratoriach. e-Nable to organizacja złożona z wolontariuszy, która zmienia sposób projektowania i dystrybucji protez, umożliwiając osobom prywatnym drukowanie w 3D lepszych, tańszych protez i przekazywanie ich potrzebującym. Mają różne konstrukcje dostosowane do różnych typów osób po amputacji. Stworzyli nawet kilka projektów specyficznych, jak np. drukowany uchwyt 3D z łukiem aby umożliwić osobie urodzonej bez palców grę na altówce.

Z drukarek 3D korzystają już producenci samochodów, drukując części do aut, czy firmy budowlane. Amerykańskie wojsko w ten sposób stworzyło ceramiczne kamizelki kuloodporne. W 3D powstają też obiekty reagujące na bodźce, czasem określane jako drukowane 4D lub inteligentne obiekty. Naukowcy stworzyli np. przedmioty, które odkształcają się, fałdują lub zmieniają kształt w odpowiedzi na ciepło.

– Przyszłość drukowania 3D jest obiecująca, ta branża ma duży potencjał rozwoju w rozmaitych kierunkach. Firma XYZ Printing wchodzi do branży przemysłowej, nie porzucając jednak rynku konsumenckiego – twierdzi Cin-Yee Syria Ho. – Jestem przekonana, że w nowym pokoleniu, które od dziecka ma kontakt z drukarkami 3D, takie urządzenia znajdą się w każdym domu.

Według analityków Mordor Intelligence rynek druku 3D będzie rósł w tempie blisko 30 proc. średniorocznie, by osiągnąć wartość w 2024 r. przeszło 49 mld dol.

5 korzyści jakie może uzyskać sklep Magento może zyskać dzięki content marketingowi

Czy chciałbyś, aby Twój sklep Magento generował więcej sprzedaży? Świetnym rozwiązaniem w tym wypadku jest content marketing, który już od wielu lat sprawdza się jako skuteczna strategia do zdobywania klientów. W tym artykule dowiesz się, jakie korzyści może on dać Twojemu sklepowi.

Content marketing w Magento – na czym to polega?

grafika-wektorowa-e-commerceContent marketing to szereg działań, które mają na celu zdobywanie klientów za pomocą publikacji treści mających dla nich znaczenie (inne cele i korzyści omówimy za chwilę). Sprawuje on ważną rolę w dostarczaniu grupie docelowej informacji, które rozwiązują jej problemy oraz dostarczają wartościowe porady. W procesie tym odbiorcy owego contentu nabywają większego zaufania do jego autora, czyli w tym przypadku Twojego sklepu Magento. Tworzenie takiej relacji jednocześnie pozytywnie sprzyja sprzedaży.

Content marketing przybiera różne formy. Mogą to być artykuły blogowe, e-booki, filmy instruktażowe, e-maile itd. Kluczowym czynnikiem jest tutaj to, że owe treści są darmowe, a dzięki swojej wysokiej wartości pomagają docelowym odbiorcom.

Dlaczego inwestowanie w content marketing powinno być tak ważne? Wcześniej sprzedawcy promowali swoje produkty głównie przez gazety, czasopisma, telewizję, radio czy ulotki. Obecnie te tradycyjne formy marketingu dalej mają zastosowanie, jednak tracą swój potencjał z racji rosnącego znaczenia Internetu w wyszukiwaniu, jak i w bezpośrednim kupowaniu produktów. Z tego powodu mądrym wyborem jest promowanie swojego biznesu e-commerce właśnie za pomocą omawianej metody.

5 korzyści, jakie daje content marketing dla sklepu Magento

Oto przykładowe powody, które zapewne zachęcą Cię do inwestowania w content marketing:

1. Lepsze SEO

Internauci chcą wynajdywać użyteczny content, który zaspokoi ich potrzeby – w dokładnie takim celu powstał Google. Z tego powodu owa wyszukiwarka będzie faworyzować strony, które publikują liczny i wartościowy content.

Przykładowo dodanie do swojego sklepu Magento tematycznego bloga może bardzo pomóc pod względem pozycjonowania. Treściwe i rozbudowane artykuły dostosowane pod odpowiednie słowa kluczowe nie tylko pomogą klientom podejmować decyzje zakupowe, ale i sprawią, że Twoja witryna pojawi się wyżej w wynikach wyszukiwania.

2. Budowanie wizerunku marki

Sprzedawcy Magento powinni inwestować w content marketing, gdyż jest to świetny sposób na tworzenie wizerunku. Według Content Marketing Institute 70% ludzi woli nabywać wiedzę o danej firmie dzięki artykułom, a nie bezpośrednim reklamom. Oprócz tego, jeśli na pewne popularne zapytania w swojej niszy (np. „jak wybrać kolor ściany” w branży remontowo-budowlanej) to właśnie treści z Twojej strony pokazują się jako pierwsze w wynikach wyszukiwania, tworzysz w ten sposób wizerunek eksperta, co także niesie ze sobą wiele korzyści.

3. Lepsza konwersja

Content marketing nie tylko przyciągnie ruch do Twojego sklepu Magento czy też zbuduje zaufanie do marki, ale i przekształci potencjalnych klientów w tych prawdziwych. Rozbudowane artykuły czy filmy poradnikowe dotyczące konkretnego asortymentu lub kategorii służą tak naprawdę jako poszerzone opisy produktów. Klienci często szukają zestawień typu „10 najlepszych telefonów do 1 000 złotych”. Możesz zamieścić taki ranking na swoim blogu z rozbudowanym opisem poszczególnych telefonów oraz z linkami do tychże produktów będących w ofercie sklepu. Prezentujesz dlatego swoją ofertę, ale i jednocześnie dostarczasz wartość.

4. Tworzenie relacji z klientami

Budowanie długotrwałej więzi z klientami jest konieczne, jeśli chcesz zapewnić powodzenie swojemu sklepowi Magento. Content marketing właśnie na to pozwala, gdyż rozwiązywanie problemów klientów poprzez dostarczanie im wartościowych treści buduje taką relację.

5. Lepsza obsługa klienta

Jakościowe treści mogą tak naprawdę zredukować czas i środki, jakie należy przeznaczyć na pomoc klientom. Content marketing charakteryzuje się proaktywnym podejściem do problemów klientów. Dlaczego można tak powiedzieć? Nie muszą oni choćby zadawać bezpośrednich pytań odnośnie do szczegółów produktów, czy dzwonić w razie problemów do centrum obsługi klienta. Wystarczy, że przeczytają bardziej rozbudowane artykuły blogowe oraz sekcje FAQ odpowiadające na jedne z częściej zadawanych pytań. W ten sposób nie tylko oszczędzasz czas, ale i z wyprzedzeniem dajesz wartość klientom.

Podsumowanie

Jak zatem widać inwestowanie w content marketing może przynieść wiele korzyści dla Twojego sklepu Magento. Nie tylko przyciągniesz więcej ruchu, ale i zadbasz o jego lepszą konwersję. Przy tym wszystkim reputacja i rozpoznawalność Twojej marki na pewno się poprawi. Pamiętaj jednak, że efekty te zwykle pojawiają się dopiero po czasie, dlatego uzbrój się w cierpliwość, a na pewno tego nie pożałujesz.

Potrzeba lepszego systemu zatrudniania cudzoziemców

Jedną z największych przeszkód, na jakie natrafiają polscy przedsiębiorcy, jest trudność w znalezieniu pracowników. Stopa bezrobocia utrzymuje się poniżej 3%, a Polska dodatkowo mierzy się z kryzysem demograficznym – więc pula osób na rynku pracy jest dosyć niska. Dlatego coraz więcej firm przyjmuje do pracy obcokrajowców. Jednak nie jest to prosty i szybki sposób na znalezienie nowych pracowników. Chociaż chętnych nie brakuje, procedura otrzymania pozwolenia na pracę stałą jest nieefektywna. Brak drożności w urzędach sprawia, że na pozwolenie stałe czeka się bardzo długo – zaś bez niego pracę można powierzyć cudzoziemcowi tylko na sześć miesięcy. Następne pół roku musi on zaś spędzić poza granicami Polski. Większość przedsiębiorstw nie jest w stanie w taki sposób zatrudniać pracowników. Cudzoziemcom pozostaje więc długie oczekiwanie na pozwolenia, a najwięcej tracą na tym polskie firmy.

– W obecnych warunkach powinno odejść się od zbędnych wymogów biurokratycznych i przyspieszyć tę procedurę. Dzięki temu polskie firmy będą mogły się efektywnie rozwijać – odpowiadając na ogromny popyt, jaki jest obecnie na rynku. Właśnie przez niedobór pracowników, nie są w stanie go zaspokoić – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Jako Federacja Przedsiębiorców Polskich postulujemy zmiany w procedurze przyznawania pozwoleń na pracę. Oczekujemy, że wojewódzkie urzędy pracy będą dodatkowo zasilone środkami finansowymi i kadrowymi – co udrożni ich działanie. Potrzebne są również zmiany w procedurze. Okres zatrudnienia na podstawie oświadczenia pracodawcy powinien być wydłużony co najmniej do roku. Powinien również zostać uchylony obowiązek „testu rynku”, a na jednym pozwoleniu pracownik powinien móc poruszać się po szczeblach kariery w jednej firmie. Jeśli nie wprowadzimy takich zmian, ucierpimy na tym wszyscy. Zleceń  na rynku nie brakuje, klientów nie brakuje – ale firmy nie mają możliwości zaspokojenia ogromnego popytu na towary i usługi. Właśnie przez usprawnienie systemu zatrudniania cudzoziemców możemy tę barierę wyeliminować, przyczyniając się do szybszego rozwoju polskiej gospodarki – wskazuje Kozłowski.

UX Designerzy – przedstawiciele zawodu przyszłości

Nagłówki gazet grzmią: sztuczna inteligencja zabierze nam pracę! Ma to swoje odzwierciedlenie w nastrojach społecznych. Wrześniowe badanie przeprowadzone wśród 500 osób w wieku 18-23 lat przez Nintex wykazało, że ponad połowa ankietowanych obawia się negatywnego wpływu automatyzacji na swoją pracę. Podobne nastroje panują wśród osób z wieloletnim stażem. Tymczasem istnieje grono specjalistów, którzy śpią spokojnie.

Czemu biznes coraz odważniej wchodzi w UX? Bo to mu się opłaca! Badanie przeprowadzone przez Forrester wykazało, że firmy inwestujące w UX odnotowały niższe koszty pozyskania klientów, niższe koszty realizacji procesu wsparcia posprzedażowego, wyższą retencję klientów i wzrost udziałów rynkowych. Ponadto statystyki pokazują, że każdy 1 USD zainwestowany w UX przynosi 100 USD w zamian, co podnosi ROI do oszałamiającego 1000 procent.

Młodym ludziom coraz trudniej odnaleźć się na współczesnym rynku pracy. Rozwój sztucznej inteligencji i automatyzacja mocno wpłynęły na nastroje potencjalnych pracowników, którzy już szukają, bądź też wkrótce zaczną szukać zatrudnienia.

Mówi się, że szczególnie młodzi ludzie, tzw. przedstawiciele Gen. Z, będą bardziej otwarci na SI w miejscu pracy. Taką wizję chcieliby sprzedać nam reprezentanci firm, które oferują narzędzia do automatyzacji. Ci “cyfrowi tubylcy”, co jest mało trafnym tłumaczeniem angielskiego zwrotu Digital Natives, to ludzie tak zżyci z technologią, że wydaje im się ona czymś naturalnym i oczywistym. Jednak zamiłowanie do IT konsumenckich nie oznacza, że takie same wzorce pojawią się w życiu zawodowym – twierdzi Piotr Chwiedziewicz, Marketing Manager z SYMETRIA UX, wiodącej polskiej agencji specjalizującej się w projektowaniu doświadczeń użytkownika.

Ryzyko zawodowe

Pracownicy fabryk, sklepów spożywczych i obsługa lokali typu fast food – oni pierwsi odczują na swojej skórze co oznacza powiedzenie: rewolucja zjada swoje dzieci, w tym przypadku mowa o rewolucji IoT. Istnieją jednak profesje, które jeszcze długo pozostaną bezpieczne, a ich etaty zyskają wręcz na znaczeniu. Jedną z nich jest UX designer.

Poszukiwanie “bezpiecznych zawodów” jest dziś niezwykle istotne. Jak wskazują wyniki badania, które zostało przeprowadzone wśród 500 osób w wieku 18–23 lat przez Lucid Research na zlecenie firmy Nintex, większość ankietowanych – 57% obawia się, że automatyzacja negatywnie wpłynie na ich pracę, a około jedna czwarta – 23% stwierdziła, że ​​są poważnie zaniepokojeni swoimi perspektywami.

Strach przed automatyzacją jest obecnie elementem codziennego życia, który nie ogranicza się do krajów czy kontynentów. Jak pokazują badania, obawy są uzasadnione, dlatego wiele osób poszukuje zawodów, które zapewnią im szansę długotrwałego i stabilnego rozwoju. Przykładem takiej profesji jest UX designer, Data Scientist czy inne zawody wymagające umiejętności abstrakcyjnego myślenia – tłumaczy ekspert, Piotr Chwiedziewicz z SYMETRIA UX Agency.

Ile dokładnie osób jest zagrożonych z powodu rozwoju SI w miejscach pracy? Według ankiety przeprowadzonej przez IBM ponad 120 milionów pracowników na całym świecie będzie wymagać przekwalifikowania w ciągu najbliższych trzech lat ze względu na wpływ sztucznej inteligencji na rynek zatrudnienia.

Rezerwat pracowniczy, czyli UX Designer pod ochroną

Wielki projektant wzornictwa przemysłowego Dieter Rams, powiedział kiedyś: „Nie jesteś w stanie zrozumieć dobrego designu, jeśli nie rozumiesz ludzi; design jest stworzony dla ludzi”. A ponieważ algorytmy nie są w stanie pojąć złożoności ludzkich decyzji, a więc i kolejnych części procesu, który zachodzi codziennie w głowach 5 miliardów obywateli Ziemi. Tak długo jak człowiek nie będzie w stanie samodzielnie rozpisać tego jak funkcjonuje nasz mózg do poziomu kodu programistycznego – nie ma możliwości by algorytmy nas wyprzedziły w kwestii abstrakcyjnego myślenia.

Według Przewodnika po wynagrodzeniach Onward Search Digital, Creative and Marketing Professionals projektant UX zajmuje drugą pozycję w rankingu popytu na 2019 r.

Obecnie projektanci UX odgrywają kluczową rolę w procesie tworzenia produktów czy usług. Znaczenie ich pracy może tylko wzrosnąć, gdyż każda witryna, aplikacja, czy produkt są skierowane do określonego grona użytkowników, którzy oczekują, że ich doświadczenie będzie bezproblemowe i przyjemne. Raz zrażeni – najprawdopodobniej do nas nie wrócą. Tak dzieje się w większości przypadków – tłumaczy Piotr Chwiedziewicz.

Czy uczenie maszynowe i sztuczna inteligencja zagrożą specjalistom od projektowania UX? Zdaniem Chwiedziewicza z pewnością zmieni się sposób w jaki pracują, natomiast są nikłe szanse na to, że pozbawi ich pracy, a wręcz przeciwnie, sprawi, że będzie jeszcze bardziej interesująca. SI pozwoli UX designerom projektować bardziej złożone procesy i produkty, zwiększając tym samym wartość dodaną dla użytkowników końcowych.

Adobe rozmawiało z 500 menedżerami i kierownikami działów zajmującymi się projektowaniem UX pytając ich o potrzeby i priorytety rekrutacyjne. Około 87% ankietowanych stwierdziło, że zatrudnienie większej liczby projektantów UX było najwyższym priorytetem dla organizacji, wyższym niż grafików czy menedżerów produktu.

PUIG: W 2020 r. spadnie napływ ukraińskich pracowników

Według ekspertów Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej (PUIG) i Foreign Personnel Service dynamika napływu ukraińskich pracowników na polski rynek w 2020 r. może stać się po raz pierwszy od 6 lat ujemna. Powód? Polska przestaje być atrakcyjnym rynkiem pracy, m.in. przez wysokość zarobków oraz długotrwałe procedury związane z otrzymaniem pozwolenia na zatrudnienie i pobyt w naszym kraju. Rośnie za to atrakcyjność Niemiec i Czech.

Jak podaje Polsko-Ukraińska Izba Gospodarcza dla zdecydowanej większości Ukraińców, którzy wyjechali za granicę, głównym powodem podjęcia takiej decyzji było poszukiwanie wyższego niż w swojej ojczyźnie wynagrodzenia. Jeśli jednak wysoka dynamika wzrostu ukraińskiego PKB i wynagrodzenia, którą obserwuje się od połowy 2019 r. utrzyma się w kolejnych kwartałach w roku 2020, liczba migrantów zarobkowych, po raz pierwszy od 6 lat, zacznie spadać – prognozuje PUIG. W III kwartale 2019 r. odnotowano wzrost PKB
o rekordowe dla ostatnich lat 4,2 proc (w II kwartale – 4,6 proc,), a wzrost realnego wynagrodzenia utrzymuje się na poziomie ponad 10 proc.

Na ogólną sytuację migracyjną wpływa z pewnością poprawa społeczno-gospodarczej sytuacji Ukrainy. A im lepiej będzie się rozwijała gospodarka w kraju, tym mniej osób będzie decydować się na emigrację zarobkową – ocenia Paweł Kułaga, ekspert Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej i prezes Foreign Personnel Service.

Efekty przynoszą też szerokie kampanie promocyjne, które prowadzą rządzący Ukrainy. Celem akcji ma być zatrzymanie obywateli w kraju oraz zachęcanie do powrotu tych osób, które wyjechały wcześniej.

Prognozujemy, że te wszystkie czynniki sprawią, iż rok 2020 będzie przełomowym pod względem tendencji migracyjnych Ukraińców. Prognozowane jest, że po raz pierwszy od kilku lat wskaźnik migracji netto będzie pozytywny, co oznacza, że z Ukrainy wyjedzie mniej osób, niż wróci – uważa Paweł Kułaga.

Kierunkiem nie Polska, a Niemcy i Czechy

Według Ministerstwa Polityki Społecznej Ukrainy obecnie za granicą przebywa około 3,2 miliona Ukraińców, co stanowi prawie 18 proc. aktywnej zawodowo ludności kraju w wieku 15–70 lat. Większość z nich pracuje w Polsce oraz Rosji. W 2020 roku priorytety się zmienią. Z niedawnego badania przeprowadzonego przez ukraiński portal OLX Praca wynika, że 20 proc. pracowników, którzy dotychczas wyjeżdżali do pracy za granicę, nie ma zamiaru kontynuować tego w przyszłości. A ci, którzy będą wyjeżdżać do pracy za granicę chętniej jednak będą starali się o pozwolenia na pracę w Niemczech,  Czechach i krajach bałtyckich. Natomiast na atrakcyjności będą traciły Polska i Białoruś – uważają eksperci Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej.

Jak zauważa Paweł Kułaga, dodatkowym czynnikiem hamującym napływ pracowników z Ukrainy do Polski jest liberalizacja procedur legalizacji pobytu oraz pracy w Niemczech oraz Czechach, gdzie do ułatwień biurokratycznych doszedł zwiększony limit dla ukraińskich pracowników z 19,6 do 40 tys. osób. Znaczenie ma też złagodzenie konfliktu na linii Ukraina – Rosja, co też będzie skutkować wzrostem rosyjskiego kierunku migracji. – Istotna część napływu ukraińskich migrantów zarobkowych do Polski po 2014 roku wynikała z tego, że spora ich liczba zrezygnowała z wyjazdu do Rosji, ponieważ obawiali się, że zostaną zatrzymani na granicy. Część z tych osób dziś wolałaby powrócić na rosyjski rynek pracy – wyjaśnia ekspert.

W ocenie Andrzeja Drozda, wiceprezesa Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej spadająca dynamika napływu ukraińskich pracowników na rynek polski z jednej strony przyczyni się to do wzrostu deficytu migrantów zarobkowych, zaś z drugiej zaowocuje tym, że nastąpi pewne uporządkowanie rynku. – W Polsce pozostaną osoby, które wiążą swoją przyszłość z tym krajem, a zatem będą dążyły do stałego i legalnego zatrudniania, które zapewni im możliwość korzystania m.in.: z programów polityki społecznej czy systemu emerytalnego – zauważa Andrzej Drozd.

Jak zatrzymać ukraińskich pracowników w Polsce?

Zdaniem ekspertów PUIG Polska, by nadal być dla Ukrainy atrakcyjnym kierunkiem w poszukiwaniu pracy, powinna podjąć kilka poważnych kroków ukierunkowanych na ucywilizowanie i uporządkowanie rynku pracy dla pracowników zagranicznych. – Z pewnością trzeba uprościć procedury legalizacji pobytu i pracy. Bo dziś okres oczekiwania na uzyskanie niezbędnych decyzji sięga trwa nawet 10 miesięcy – mówi Andrzej Drozd, wiceprezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej. I dodaje: – Warto też wprowadzić dla cudzoziemców programy, które ułatwią im szybszą adaptację oraz integrację. Nie każda osoba potrafi poradzić sobie skutecznie z szokiem wywołanym zmianami kulturowymi. Wielu pracowników potrzebuje sygnałów, że nie są wykluczeni i nie będą traktowani jako druga, gorsza klasa robotników.

Polsko-Ukraińska Izba Gospodarcza od 2018 r. działa w Polsce i na Ukrainie na rzecz etycznego zatrudniania ukraińskich pracowników w naszym kraju. Działania te realizuje w ramach kampanii „Partnerstwo i zatrudnienie”, której celem jest zwalczanie patologii na rynku zatrudnienia Ukraińców w Polsce, walka ze stereotypami związanymi z migracją, a także pomoc i wsparcie w procesie adaptacji pracowników z Ukrainy, którzy wypełniają lukę na polskim rynku pracy. Partnerem strategicznym kampanii jest spółka Foreign Personnel Service oraz BNP Paribas Bank Polska.

Prognoza makroekonomiczna 2020 r. – Deutsche Bank

Po roku 2019 – kolejnym bardzo dobrym roku w gospodarce Polski, koniunktura w 2020 r. będzie również dobra, ale wyraźniej zaznaczy się spowolnienie gospodarcze wynikające ze słabszego popytu zagranicznego. Umiarkowane pogorszenie koniunktury będzie widoczne w eksporcie, ale także
w niższej dynamice inwestycji, głównie w sektorze prywatnym. Dynamika PKB w 2019 r. wyniosła ok. 4,2%, a w 2020 r. prawdopodobnie wyniesie 3,6%, co będzie oznaczać umiarkowane spowolnienie wzrostu wynikające z tego, że większość ryzyk, które będą występować w 2020 r., jest dobrze zdefiniowana, oraz że występowały one już z różnym nasileniem w 2019 r.

  • W najbliższych kwartałach popyt krajowy będzie nadal silny, przy wciąż bardzo dobrej sytuacji na rynku pracy i relatywnie wysokim, ale spowalniającym wzroście wynagrodzeń oraz umiarkowanej inflacji konsumenta – realna siła nabywcza gospodarstw domowych powinna nadal być wysoka po przejściowym wzroście inflacji w I połowie 2020 r. Dynamika spożycia prywatnego w 2020 r. powinna utrzymać się na poziomie 4%.
  • Inwestycje powinny być kontynuowane w budownictwie mieszkaniowym, ze względu na niskie stopy procentowe w Polsce, wzrastające ceny nieruchomości, utrzymującą się wysoką dynamikę wynagrodzeń i wysoki poziom zatrudnienia. Natomiast inwestycje w środki trwałe powinny mieć dobrą dynamikę w I połowie 2020 r., ze względu na kontynuację inwestycji infrastrukturalnych wynikających w dużej części z cyklu wyborczego. Inwestycje w środki trwałe w 2020 r. powinny wzrosnąć realnie o 4,1%.
  • Obecny, wysoki poziom transferów do gospodarstw domowych zostanie utrzymany ze względu na wybory prezydenckie, bardzo dobrą sytuację budżetową, brak problemów
    z finansowaniem potrzeb pożyczkowych na 2020 r. oraz niski poziom deficytu rządowego
    i samorządowego. Przestrzeń do aktywnej polityki transferów do gospodarstw domowych
    w 2020 r. będzie stopniowo się wyczerpywać.
  • W 2020 r. sytuacja budżetu będzie nadal bardzo dobra, wspierana przez poprawę ściągalności podatków, podwyżkę akcyzy, wyższą inflację w pierwszej połowie roku, nadal wysokie dochody gospodarstw domowych oraz niski poziom bezrobocia.
  • Po szczycie koniunktury w 2018 r., wzrost gospodarczy stopniowo spowalniał w roku 2019, ale gospodarstwa domowe tego nie odczuwały, ze względu na wysokie transfery do gospodarstw domowych związane z cyklem wyborczym, wzrost zatrudnienia i wynagrodzeń oraz spadek stopy bezrobocia. Pod koniec 2019 r. pojawiły się wyraźniejsze sygnały spadku koniunktury w sektorze przemysłowym (silniejszy spadek indeksu PMI w rejon kontrakcji), wynikające przede wszystkim z osłabienia popytu zagranicznego. W naszej ocenie koniunktura w strefie euro, w tym w Niemczech, będzie stabilizować się w 2020 r. Oznacza to że w 2020 r. stopa bezrobocia rejestrowanego powinna stabilizować się nieco powyżej 5,0% a wynagrodzenia nominalne w sektorze przedsiębiorstw powinny wzrosnąć o ok. 6,2%, ze względu na utrzymujący się popyt na pracę.
  • W 2020 r. sytuacja w eksporcie będzie mniej korzystna niż średnio w 2019 r., ale powinna być lepsza niż pod koniec br. ze względu na sygnały deeskalacji wojny handlowej pomiędzy USA a Chinami, stabilizację wzrostu  gospodarczego w strefie euro oraz zmniejszenie niepewności wokół brexitu. W IV kw. 2019 r. słabszy złoty częściowo kompensował spadek popytu zagranicznego, ale stabilizacja eksportu poprzez osłabienie złotego będzie trudniejsza do osiągnięcia w 2020 r. ze względu na silniej działający dysparytet stóp procentowych po zahamowaniu procesu normalizacji stóp procentowych w strefie euro oraz po obniżkach stóp procentowych przez Fed.  W 2020 r. złoty powinien być relatywnie stabilny, ponieważ spadek popytu zagranicznego na polski eksport (działający w kierunku osłabienia złotego) oraz popyt na polskie obligacje skarbowe (działający w kierunku umocnienia złotego) powinny się równoważyć.
  • Inflacja w I kw. 2020 r. wzrośnie do ok. 3,5%, z powodu efektu bazy oraz wzrostu akcyzy na alkohol i tytoń, energię elektryczną, wzrostu cen energii elektrycznej dla gospodarstw domowych (szacowanym na 12%-15%) oraz silniejszego wzrostu cen energii elektrycznej dla przedsiębiorstw. Wzrost cen energii przełoży się na wyższe ceny towarów konsumpcyjnych,
    a zwłaszcza żywności, ale w drugiej połowie roku prawdopodobna jest stabilizacja inflacji
    w przedziale 2,5%-3,0% pod warunkiem braku dodatkowych szoków inflacyjnych.
    W średnim terminie wzrost cen energii będzie głównym czynnikiem podnoszącym inflację
    w Polsce.
  • Słabszy popyt zagraniczny oraz osłabienie popytu krajowego oraz wzrost cen energii dla przedsiębiorstw będzie wywierać presję na zmniejszenie marż producentów  w 2020 r.
  • W 2020 r. Rada Polityki Pieniężnej będzie kontynuowała swą dotychczasową politykę utrzymywania stóp procentowych bez zmian. Zatrzymanie procesu normalizacji polityki pieniężnej przez Europejski Bank Centralny oraz ostatnie obniżki stóp procentowych przez amerykański Fed pozostawią więcej swobody w kształtowaniu polityki pieniężnej przez RPP. Sądzimy, że w ciągu najbliższych dwóch lat RPP utrzyma stopy procentowe bez zmian.
  • Po obniżeniu stóp o 75 punktów bazowych w 2019 r. amerykański Fed najprawdopodobniej pozostawi stopy procentowe bez zmian do końca 2020 r. W pierwszej połowie 2021 r. Fed najprawdopodobniej  obniży  stopy procentowe o 50 punktów bazowych, aby podtrzymać  inflację w USA w okolicach 2%. Recesja w USA jest w najbliższym czasie mało prawdopodobna.
  • W nadchodzącym roku Europejski Bank Centralny najprawdopodobniej nie będzie wprowadzał zmian w polityce pieniężnej utrzymując stopy procentowe bez zmian do końca 2020 r. Do końca przyszłego roku EBC przeprowadzi przegląd strategii polityki pieniężnej, który prawdopodobnie zaowocuje wprowadzeniem symetrycznego celu inflacyjnego wokół 2%, konsolidacją Rady Zarządzającej EBC oraz przeglądem skutków ubocznych polityki łagodzenia ilościowego (w tym ujemnej stopy depozytowej), co będzie oznaczać łagodną politykę pieniężną w strefie euro w 2020 r.
  • Krajowy rynek akcji pozostanie pod presją w 2020 r. ze względu na ekspozycję dużych przedsiębiorstw na spowolnienie w eksporcie, oraz ze względu na coraz bardziej istotny dla sektora bankowego temat kredytów mieszkaniowych indeksowanych do walut obcych. Stabilizująco na ceny akcji będzie wpływać program Pracowniczych Planów Kapitałowych.
  • W perspektywie najbliższego roku ani w strefie euro ani w USA nie pojawią się istotne szoki inflacyjne, a inflacja w tych krajach pozostanie relatywnie niska.
  • Umiarkowana inflacja w Polsce, polityka stabilnych stóp procentowych, wciąż łagodna polityka pieniężna EBC oraz spodziewana dobra sytuacja budżetu Państwa spowodują,
    że rentowności polskich obligacji skarbowych będą wzrastać bardzo powoli w 2019 r.
  • Deutsche Bank spodziewa się, że rentowność 10-letnich obligacji skarbowych w Polsce na koniec 2020 r. wzrośnie do 2,20%, a rentowności 10-letnich obligacji skarbowych w USA i Niemczech na koniec 2020 r. wzrosną odpowiednio do 1,90% oraz 0%.
  • W 2020 r. wzrost gospodarczy w USA powinien spowolnić do 1,7% z 2,3% w 2019 r., PKB strefy euro powinien wzrosnąć realnie o 1,0% po wzroście o 1,2% w 2019 r., a PKB Niemiec powinien wzrosnąć realnie o 1,0% po wzroście o 0,5% w 2019 r. Globalny wzrost gospodarczy w 2020 r. prawdopodobnie będzie marginalnie wyższy niż 3,1% w 2019 r. i wyniesie 3,2%, ze względu na przyspieszenie wzrostu na rynkach wschodzących do 4,5% w 2020 r. z 4,0%
    w 2019 r.
  • Główne ryzyka dla wzrostu gospodarczego w Europie i w konsekwencji w Polsce w 2020 r. to ponowna eskalacja wojny handlowej pomiędzy USA Chinami i potencjalnie pomiędzy USA a UE, brexit i nowa umowa o wolnym handlu pomiędzy UK a UE, czy też wzrost ryzyka politycznego związanego z wyborami w USA.

Rozwój sieci 5G może przynieść Polsce wzrost PKB o ponad 63 miliardy złotych

  • Raport „Sieci 5G w Polsce. Szanse i wyzwania”, przygotowany na potrzeby Pracodawców Rzeczpospolitej Polskiej przez Accenture, skupia się na przedstawieniu społecznego i ekonomicznego wpływu wdrożenia sieci 5G w Polsce.
  • Efekty gospodarcze wdrożenia w Polsce sieci 5G do 2028 r. – wzrost PKB o 63,2 miliardy zł, czyli o 1,2%, 98 tysięcy nowych miejsc pracy.
  • Technologia 5G będzie trampoliną, która umożliwi kolejne innowacje w obszarze usług, produktów i administracji publicznej.

Wdrożenie sieci 5G w Polsce jest nieuniknione, jednak nadal trwają dyskusje i konsultacje dotyczące strategii wprowadzenia tej nowej technologii. Raport „Sieci 5G w Polsce. Szanse i wyzwania” przedstawia społeczny i ekonomiczny wpływ wdrożenia sieci 5G w naszym kraju z perspektywy konsumentów, przedsiębiorców oraz administracji publicznej. Raport, we współpracy z Pracodawcami Rzeczpospolitej Polskiej, przygotowała firma Accenture.

Z analizy przeprowadzonej na potrzeby raportu wynika, że wprowadzenie technologii 5G przyczyni się do korzystnych dla Polski zmian gospodarczych. Raport zwraca uwagę na korzyści, jakie mogą osiągnąć przedsiębiorstwa oraz indywidualni konsumenci w wyniku rozwoju tej technologii, tworzenia nowych produktów i usług oraz wdrożenia infrastruktury 5G. Szacuje się, że do 2028 roku dzięki zastosowaniu technologii 5G polskie PKB zwiększy się relatywnie o 1,2%, a rynek wzrośnie o 98 tysięcy miejsc pracy. Korzyści w odniesieniu do wzrostu gospodarczego kraju prognozowane są na 63,2 miliardy zł.

„Poziom osiąganych dzięki rozwojowi sieci 5G korzyści będzie w dużej mierze zależał od przyjętych zasad jej wdrożenia. Wypracowanie podejścia do zarządzania częstotliwościami oraz sprzyjające przepisy to wyzwanie stojące przed regulatorem, które jest jednocześnie kluczowym warunkiem sukcesu. Niezwykle istotne jest także oszacowanie oraz określenie zasad finansowania kosztów budowy infrastruktury 5G w Polsce przez państwo i firmy prywatne w modelu współdzielenia częstotliwości i sieci telekomunikacyjnej, również w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. W przypadku tak dużej inwestycji, jaką jest rozwój infrastruktury dla sieci 5G, niezbędna jest dokładna analiza każdego z możliwych scenariuszy finansowania” – mówi Piotr Muszyński, doradca Prezydenta Pracodawców RP ds. telekomunikacji.

„Rozwój sieci 5G może być gigantyczną szansą na rozwój dla Polski. Jest naturalnym następstwem dotychczasowej sieci 4G/LTE – dzięki niej Internet mobilny uzyska gigabitowy transfer danych o znacznie mniejszym opóźnieniu na poziomie zaledwie kilku milisekund. Istotną przewagą sieci 5G jest również umożliwienie dostępu do łącza internetowego znacznie większej liczby urządzeń w jednej lokalizacji – nawet do miliona na kilometr kwadratowy. Zmieni to radykalnie sposób używania urządzeń mobilnych, na przykład podczas imprez masowych. Mniejsze zużycie energii w urządzeniach korzystających z sieci 5G pozwoli z kolei wydłużyć czas pracy baterii telefonów, tabletów czy urządzeń Internetu Rzeczy (Internet of Things). Innymi słowy, sieć 5G nie jest po prostu szybszym łączem internetowym, ale technologią, która będzie narzędziem dla rozwoju kolejnych, być może rewolucyjnych produktów i usług” – mówi Tomasz Grabowski, Dyrektor Zarządzający, Accenture w Polsce.

„Technologia 5G przyniesie nową jakość w łączności bezprzewodowej i umożliwi powstanie urządzeń, sensorów oraz połączeń pomiędzy nimi, które pozwoli na dostarczenie danych w czasie rzeczywistym. Dzięki nim możliwe będzie praktyczne wdrożenie koncepcji inteligentnych miast, Przemysłu 4.0 oraz cyfrowej administracji. Ta postępująca integracja zarówno urządzeń, ich użytkowników, jak i poszczególnych dziedzin gospodarki doprowadzi do powstania sieci powiązań i zależności określanych mianem ekosystemu sieci 5G, który obejmie konsumentów jak i administrację publiczną oraz przemysł” – dodaje dr Aleksandra Suchorzewska, szefowa zespołu strategii technologicznej w Accenture.

Urząd Skarbowy ponownie wstrzymał firmie VAT, choć wiedział że nie ma do tego prawa

Jeśli zatem podatnikowi nie doręczono postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu różnicy podatku przed upływem terminu (…) to tym samym ma on uprawnione przekonanie, że zwrot (…) nastąpi w terminie 60 dni (ust. 2) lub 25 dni (ust. 6)…” – orzekł w listopadzie 2018 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, dwukrotnie uchylając postanowienia organu podatkowego o przedłużeniu terminu zwrotu VAT (sygn. akt III SA/Wa 1158/18 i III SA/Wa 1895/18). Firma od roku czeka na zwrot ponad 4 mln zł wpłaconej nadwyżki podatku, bo urząd skarbowy, zamiast ją zwrócić, wydał kolejne postanowienie o przedłużeniu.

Firma czeka na ponad 4 mln zł zwrotu VAT

Nadwyżkę podatku naliczonego nad należnym w kwocie 1 mln 998 tys. zł za październik 2017 r. oraz w kwocie 2 mln 110 tys. zł za listopad 2017 r. w złożonych do Urzędu Skarbowego Warszawa-Targówek deklaracjach wykazał jeden z warszawskich przedsiębiorców specjalizujący się w imporcie i eksporcie metali kolorowych i surowców dla huty metali. Zawarł w nich wniosek o dokonanie zwrotu w terminie 25 dni, zgodnie z art. 87 ust. 6 ustawy o podatku od towarów i usług. Ponieważ pierwsza z deklaracji wpłynęła do urzędu 3 listopada 2017 r., a druga 5 grudnia 2017 r., termin zwrotu nadpłaconego podatku upływał odpowiednio 28 listopada i 30 grudnia 2017 r.

Postanowieniami z 27 listopada (1 dzień przed upływem terminu zwrotu) i 28 grudnia 2017 r. (2 dni przed upływem terminu) naczelnik ww. urzędu skarbowego przedłużył termin zwrotu VAT. Choć wskazane postanowienia organ wydał przed upływem ustawowych terminów na ich wydanie, to jednak zgodnie z wyrokami warszawskiego sądu nie dokonał skutecznego przedłużenia terminu zwrotu VAT, albowiem nie doręczył ich przedsiębiorcy w terminie. Uczynił to odpowiednio 6 grudnia 2017 r. i 3 stycznia 2018 r. WSA zgodził się z podniesionym przez radcę prawnego Roberta Nogackiego z Kancelarii Prawnej Skarbiec, pełniącego w sprawie rolę pełnomocnika firmy, zarzutem potwierdzonym w orzecznictwie Naczelnego Sądu Administracyjnego (wyrok z 23 kwietnia 2018 r., sygn. akt I FSK 255/17), że termin zwrotu VAT można skutecznie przedłużyć tylko pod warunkiem doręczenia podatnikowi postanowienia o przedłużeniu przed upływem terminu na zwrot. Wyroki uchylające cztery postanowienia organów (po dwa w każdej instancji) sąd wydał 16 listopada 2018 r. (sygn. akt III SA/Wa 1158/18 i III SA/Wa 1895/18).

Po siedmiu miesiącach organ, zamiast zwrócić VAT, ponownie przedłużył jego wstrzymanie

Po uzyskaniu korzystnych wyroków firma czekała na zwrot ponad 4,1 mln zł. Jednak zamiast pieniędzy 25 czerwca 2019 r. otrzymała dwa postanowienia Naczelnika Urzędu Skarbowego Warszawa-Targówek z 13 czerwca 2019 r., którymi przedłużył on przedmiotowy zwrot do 31 grudnia 2019 r. Trzy dni później reprezentująca przedsiębiorcę kancelaria wniosła zażalenie na powyższe postanowienia, domagając się wskazania podstaw takich działań organu i przyczyn, dla których przedsiębiorca wciąż nie otrzymał zwrotu.

Gdyby firma nie zaskarżyła działania organów, te nadal przedłużałyby zwrot, bo podobno miały jakieś dowody

Wniesiony środek odwoławczy Dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Warszawie rozpoznał dopiero po upływie kolejnych czterech miesięcy. W wydanym 31 października 2019 r. postanowieniu stwierdził, że naczelnik urzędu skarbowego mógł ponowienie wstrzymać zwrot VAT, bo pozawalają mu na to przepisy. Ponadto zdaniem DIAS organ podatkowy pierwszej instancji zasadnie stwierdził istnienie przesłanek wskazujących na konieczność przedłużenia terminu zwrotu, co znajduje potwierdzenie w zgromadzonym materiale dowodowym. Niemniej przyznał, że wie, iż w świetle wydanych 16 listopada 2018 r. wyroków organy nie mają prawa przedłużać więcej terminu zwrotu VAT temu przedsiębiorcy, bowiem Dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Warszawie nie wniósł od tych wyroków skargi kasacyjnej. Jak przyznał sam organ:

…wyrokiem z dnia 16 listopada 2018 r. (…) Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie (…) uchylił postanowienie Dyrektora (…) z dnia 28 lutego 2018 r. oraz poprzedzające je postanowienie Naczelnika (…) z dnia 27 listopada 2017 r. (…) Prawomocne wyeliminowanie z obrotu prawnego ww. postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu VAT (…) spowodowało, iż termin ten nie został w sposób skuteczny przedłużony (…) Skoro zatem w przedmiotowej sprawie nie doszło do skutecznego przedłużenia terminu zwrotu podatku, to tym samym postanowienie Naczelnika Urzędu Skarbowego Warszawa-Targówek z dnia 13 czerwca 2019 r., skutków prawnych w postaci przedłużenia tego terminu do dnia 31 grudnia 2019 r. wywołać nie może” (postanowienie DIAS w Warszawie z 31 października 2019 r., sygn. akt 1401-IOA.4033.42.2019.BJ).

(Bez)prawne wstrzymywanie zwrotu

Upłynął rok od wygranej w sądzie, a firma wciąż czeka na zwrot ponad 4,1 mln zł. Co więcej, organy nie zwracają należnych firmie dość znacznych środków mogących mieć wpływ na jej sytuację finansową, mimo iż – jak wskazuje postanowienie DIAS z 31 października 2019 r. – świadomość braku prawnych możliwości dalszego przedłużania terminu zwrotu należnych firmie pieniędzy organ miał już najpóźniej z końcem stycznia 2019 r. Wyroki z 16 listopada 2018 r. zostały doręczone do pełnomocnika firmy mec. Roberta Nogackiego z Kancelarii Prawnej Skarbiec 10 i 19 grudnia 2018 r. Zakładając, że DIAS otrzymał doręczenie odpisu wyroku nawet 31 grudnia 2018 r., ostatnią prawną możliwość przedłużania zwrotu utracił 30 stycznia 2019 r. Wyroki sądów administracyjnych uprawomocniają się bowiem wraz z upływem terminu na wniesienie skargi kasacyjnej, a ten wynosi 30 dni od dnia doręczenia stronie odpisu orzeczenia wraz z uzasadnieniem. Czy w obliczu powyższego dokonywane wobec przedsiębiorcy w niniejszej sprawie działania organów można jeszcze nazwać zgodnymi z prawem?

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Po powyborczym umocnieniu funta nie ma już śladu

W trakcie sesji azjatyckiej, w nocy z wtorku na środę, kurs GBP/PLN znalazł się w okolicy psychologicznego poziomu 5,00, chociaż jeszcze kilka dni temu, po ogłoszeniu wyników exit poll po czwartkowych wyborach parlamentarnych w Wielkiej Brytanii, para zbliżyła się do okolic 5,18. W związku z tym zasadne jest pytanie: co stało się z brytyjską walutą?

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,26-4,27. Para EUR/USD zakończyła dzień na lekkim plusie, dziś rano jednak utraciła wszystkie wczorajsze zyski.

Ostatnie dni przyniosły sporo danych ze strefy euro. Nie szła z nimi w parze istotnie większa zmienność na rynku, jednak warto na nie spojrzeć, aby być lepiej zorientowanym, w jakim punkcie znajduje się gospodarka wspólnego bloku walutowego.

Poniedziałkowe, wstępne dane PMI pokazały, że aktywność biznesowa w strefie euro w grudniu istotnie nie różniła się od tej notowanej w poprzednich miesiącach. Co ciekawe, indeks Composite PMI – opisujący zbiorczą aktywność w kluczowym i mającym największą wagę sektorze usług i mniej istotnym, ale ostatnio szczególnie obserwowanym, sektorze przemysłu – od trzech miesięcy pozostaje na tym samym poziomie 50,6. Sugeruje to, że koniec roku przyniósł niewysoką, ale jednak ekspansję gospodarczą strefy euro.

Dzisiejszy dzień przyniósł publikację grudniowych danych Ifo o nastrojach biznesowych w największej gospodarce strefy euro – Niemczech. Odczyty kluczowego indeksu od kilku miesięcy powoli, acz systematycznie rosną, sugerując, że nastroje wśród niemieckich przedsiębiorców poprawiają się. Mimo że to dane “miękkie” – czyli dane ankietowe, które nie są wolne od subiektywizmu, ani też nie pokazują “realnych” zmian w gospodarce – należy na nie spojrzeć przychylnie. Poprawiający się sentyment wśród przedsiębiorców docelowo powinien przełożyć się na ich wyższą aktywność.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 1,3%, wahając się w widełkach 5,01-5,08. Brytyjska waluta kontynuowała wyprzedaż z poprzedniego dnia, schodząc dziś do najniższego poziomu od półtora miesiąca.

Od początku tygodnia poznaliśmy dość sporo danych ekonomicznych dla Wielkiej Brytanii. Pomimo tego, że część z nich zawiodła oczekiwania, raczej nie należy wiązać z nimi słabości funta. Za wyprzedaż waluty najpewniej odpowiadają dwie kluczowe kwestie. Po pierwsze, chęć realizacji zysków przez inwestorów utrzymujących długie pozycje na walucie. Po drugie, wyprzedaż funta brytyjskiego można połączyć z informacjami o tym, że premier Johnson – poprzez modyfikację ustawy brexitowej, nad którą niedługo będzie głosował brytyjski parlament – chce zablokować możliwość wydłużenia okresu przejściowego powyżej obecnej daty zakończenia, czyli 31 grudnia 2020 roku.

Jeśli okres przejściowy ostatecznie nie zostałby wydłużony, a do jego zakończenia Wielkiej Brytanii nie udałoby się dogadać z UE w kwestii handlu, Zjednoczonemu Królestwu groziłoby „twarde” wyjście z Unii z początkiem 2021 roku i handel na zasadach WTO. Miałoby to szereg negatywnych reperkusji i oznaczałoby szok dla brytyjskiej gospodarki.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,81-3,83. Wahania amerykańskiej waluty w parze ze złotym nie były wczoraj zbyt duże. Obecnie kurs USD/PLN znajduje się w niewielkiej odległości od poziomu notowanego na początku tygodnia.

Ostatnie dni przyniosły stosunkowo dużo danych z USA, które ogólnie można określić jako dobre. Poniedziałkowe, wstępne dane PMI opisujące aktywność biznesową w przemyśle i usługach pokazały, że indeksy w ostatnim miesiącu pomiarów znalazły się w niewielkiej odległości od oczekiwanych poziomów. Zbiorczy indeks (średnia ważona dla sektorów) znalazł się na poziomie 52,2 wobec poziomu 52 notowanego miesiąc wcześniej i był nieznacznie wyższy niż szacował konsensus.

Wydźwięk wczorajszych danych można określić jako jeszcze bardziej optymistyczny. Produkcja przemysłowa w listopadzie w porównaniu do poprzedniego miesiąca doświadczyła największego skoku od nieco ponad dwóch lat. Ożywienie w sektorze można powiązać m.in. z powrotem na stanowiska pracowników General Motors, którzy w końcówce października zakończyli ponad miesięczny strajk. Odczyty z rynku pracy również były dobre – na spory plus zaskoczyły dane JOLT z amerykańskiego rynku pracy, które pokazały, że liczba wakatów w październiku osiągnęła poziom o 235 tys. wyższy niż miesiąc wcześniej.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Przed nami sezon wyprzedaży – ile na promocjach traci retail?

  • Wszystkie towary sprzedawane od 1 listopada do końca grudnia mogą stanowić nawet 30 proc. całkowitej rocznej sprzedaży detalistów.
  • Dwie trzecie konsumentów deklaruje, że dokonało zakupu, którego pierwotnie nie planowali dokonać wyłącznie na podstawie znalezienia kuponu lub rabatu.
  • Globalne instytucje handlowe oceniły, że sprzedawcy na całym świecie tracą rocznie ponad 600 mld USD na zwrotach
  • Aż 41 proc. klientów kupuje z wyraźnym planem natychmiastowego zwrotu części lub wszystkich produktów.

Listopad i grudzień dla większości firm handlowych jest najważniejszym okresem w roku. Wszystkie towary sprzedawane od 1 listopada do końca grudnia mogą stanowić nawet 30 proc. całkowitej rocznej sprzedaży detalistów[1]. Obrót przed Świętami Bożego Narodzenia, na pełnej marży, jest o tyle istotny, że już pierwszego dnia po przerwie świątecznej w sklepach ruszają wyprzedaże. Co za tym idzie, przedsiębiorcy chcąc przeczyścić magazyny na nowy rok idą w skalę i zachęcają, jak największą liczbę konsumentów atrakcyjnymi zniżkami komunikowanymi w przekazach marketingowych. Eksperci UBS przeanalizowali te oferty na przykładzie Black Friday i przedstawili dane, z których wynika, że r/r najpopularniejsi merchanci podnieśli poziom zniżek z -32 proc. w 2018 r. do -39 proc. w br.[2]

W 2018 roku analitycy wróżyli kryzys marki H&M, gdy na światło dzienne wyszła informacja o magazynach przepełnionych ubraniami za aż 4,3 mld USD. Sprzedaż udało się po wielu miesiącach stagnacji nieco rozruszać, dzięki wyprzedażom. To wskazuje spadek zysku H&M aż o 20 proc.[3] i zmniejszenie się marży o 1,1 pkt. proc. do 50,3 proc. Co więcej, działania konkurencji na rynku zmusiła H&M do kolejnych obniżek marży, co w efekcie podniosło sprzedaż, ale zaniżyło rzeczywiste zyski marki. Wyniki te pokazują, że wyprzedaże istotnie pomagają detalistom w sprzedażu, ale czy są warte obniżenia dochodów?

Wyprzedaż to obowiązek sprzedawcy

Duże marki do tego stopnia przyzwyczaiły klientów do cyklu wyprzedaży, że wielu konsumentów, żyje tylko okresami promocji. Co nasuwa pytanie, w jaki sposób małe firmy mogą konkurować z gigantami, którzy mogą sobie pozwolić na znaczne obniżenie cen i dotrzeć do większej liczby osób poprzez szerokie działania marketingowe. Mniejsi przedsiębiorcy narzekają, że oczekiwania klientów wykreowane przez duże korporacje zmuszają ich do obniżania cen, a już na kilka tygodni przed np. Black Friday sprzedaż spada do minimum, ponieważ konsumenci czekają na promocje.

Na rynku zdominowany przez dużych graczy, którzy mogą oferować wyższe rabaty, przy zastosowaniu wysokich budżetów reklamowych, mniejsi sprzedawcy mogą zdobyć klientów tzw. wartością dodaną. Europejskie badanie przygotowane przez Ingenico wykazało, że obniżki cen nie są jedyną motywacją dla kupujących. Po ubiegłorocznym Black Friday ponad jedna czwarta (27 proc.) konsumentów stwierdziła, że zamiast rabatów wolą inne zachęty, takie jak oferty lojalnościowe i bonusy za polecenia, przedłużone terminy zwrotów lub bezpłatną dostawę następnego dnia.[4]

Jednak szerzenie się kultury poszukiwaczy promocji jest coraz bardziej popularne. Badania pokazują, że dwie trzecie konsumentów „dokonało zakupu, którego pierwotnie nie planowali dokonać wyłącznie na podstawie znalezienia kuponu lub rabatu”. Podobnie czterech na pięciu (80 procent) stwierdziło, że do zakupu nowej marki po raz pierwszy zachęca ich oferta specjalna lub zniżka. Współcześni przedsiębiorcy nie są w stanie uciec od nowych przyzwyczajeń konsumentów, jeśli chcą być widoczni i obecni na rynku z największymi graczami.

Konsumencka spirala

Medialny ferwor wokół promocji w Black Friday z roku na rok staje się coraz bardziej intensywny, ponieważ coraz więcej sprzedawców i konsumentów bierze udział w wydarzeniu, również w Polsce. Black Friday i tydzień promocji trwający od Święta Dziękczynienia, przez Black Friday do Cyber Monday w tym roku pod wieloma względami był ogromnym sukcesem. Dla przykładu Narodowa Federacja Detaliczna (NRF) poinformowała, że w wyprzedażach wzięła udział ​​rekordowa liczba amerykańskich konsumentów – 189,6 milionów, co stanowi wzrost o 14 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem. W Polsce, z badań wynika, że już 3 na 4 Polaków deklarowało zakupy w tym dniu i jest to jeden z najwyższych wyników w Europie. W przypadku większości sprzedawców promocje nie ograniczały się do jednego dnia, ale trwał nawet cały tydzień. Nie oznacza to jednak zbyt wielu atrakcyjnych okazji dla klientów, choć informacjami reklamowymi o promocjach konsumenci byli zarzucani już od początku listopada. W rzeczywistości pomiędzy piątkiem 22 listopada a piątkiem 29 listopada, czyli Black Friday, różnica w obniżonych cenach analizowanych kategorii produktów wynosiła średnio 4 proc.[5] Promocje były niższe i rozłożone na cały tydzień, a nie skumulowane na samej piątkowej wyprzedaży.

  • Przesunięcie Święta Dziękczynienia w stosunku do zeszłego roku skróciło przerwę między Black Friday a szczytem zakupów przed Bożym Narodzeniem o 6 dni. Aby to zrekompensować, niektórzy detaliści rozpoczęli “piątkowe” promocje wcześniej niż zwykle, ponieważ sprzedaż w grudniu prawdopodobnie spadnie w stosunku do zeszłego roku, zmuszając tym samym sprzedawców do oferowania większych rabatów podczas zimowej wyprzedaży. – komentuje Alexander Beresford, CMO Finiata.pl.

Zapłacone nie znaczy kupione

Szacuje się, że ilość zwrotów zakupów, które zawsze były problematycznym, choć najbardziej zachęcającym konsumentów aspektem w sprzedaży online, będą kosztować firmy e-commercowe ok. 550 mld USD do 2020 r.[6] Jest to problem widoczny przez cały rok, szczególnie nasilony w przypadku dużych okresów dyskontowania, takich jak Black Friday. Wg Satisty w samych Stanach Zjednoczonych do 2020 r. zwroty będą wyższe o 75,2 proc. i jest to więcej niż cztery lata wcześniej. Co gorsza, liczba ta nie obejmuje kosztów uzupełnienia zapasów ani poniesionych strat. Ustalenie dokładnych danych dotyczących zwrotów jest trudne, jednak dane pochodzące z różnych źródeł malują ponury portret, szczególnie dla sprzedawców internetowych. Aż 41 proc. klientów kupuje z wyraźnym planem natychmiastowego zwrotu części lub wszystkich produktów[7]. W odpowiedzi firmy zatrudniają nowych pracowników, zwiększają powierzchnię magazynową i ustanawiają osobne działy do ​​obsługi zwrotów.

  • Możliwość zwrotu to już norma i wręcz kluczowa przewaga marki, która jednak negatywnie wpływają na płynność finansową przedsiębiorstw. Globalne instytucje handlowe oceniły, że sprzedawcy na całym świecie tracą rocznie ponad 600 mld USD na zwrotach. Amerykański urząd skarbowy obliczył, że średnio 10 proc. zwracanych produktów nigdy nie wróci już do ponownej sprzedaży – są oddawane na darowizny lub utylizowane.[8] – dodaje Alexander Beresford, CMO Finiata.pl.

W ramach ograniczenia zwrotów podczas wyprzedaży niektórzy detaliści magazynują mniej kategorii produktów o niestandardowym zakresie rozmiarów, starając się uniknąć kosztów związanych z masowymi odsyłkami. Dużym korporacjom znaczne łatwiej zrekompentoswać takie straty, podczas gdy mniejszych sprzedawców takie zachwianie skutkuje pogorszeniem całorocznych wyników.

[1] https://nrf.com/insights/holiday-and-seasonal-trends/winter-holidays/winter-holiday-faqs

[2] raport UBS: European Apparel Retailers, Black Friday 2019: still-heavy discounts, new tactics

[3] przed opodatkowaniem

[4] https://startups.co.uk/black-friday-for-small-businesses-is-it-worth-the-effort/

[5] raport „Zakupy Świąteczne 2019”, Deloitte

[6] https://edited.com/resources/black-friday-post-mortem-trends-2019/

[7] https://www.shopify.com/enterprise/ecommerce-returns

[8] https://www.voguebusiness.com/consumers/returns-rising-costs-retail-environmental

Zakończył się pilotaż programu Startup Hub: Poland Prize

26 najbardziej obiecujących zagranicznych spółek z sektora energetycznego i ICT zakończyło akcelerację w ramach Startup Hub: Poland Prize – rządowego programu Poland Prize koordynowanego przez Fundację Startup Hub Poland oraz wspieranego przez PGNiG. Wybrane do projektu spółki otrzymały możliwość rozwoju swojego rozwiązania w Polsce, a najlepsze z nich pracują wraz z PGNiG, partnerem strategicznym programu, nad wdrożeniami.

Prace nad pilotażem programu Poland Prize rozpoczęły się jeszcze w 2018 roku. Jego głównym założeniem było zdywersyfikowanie polskiej sceny startupowej poprzez efektywne włączanie zagranicznych liderów innowacji w polski ekosystem oraz zapewnienie zagranicznym zespołom wsparcia przy wdrażaniu projektów technologicznych w Polsce.

– Na pierwszy rzut oka misja programu wydaje się prosta: w ramach Poland Prize zachęcamy startupy z zagranicy do rozwoju biznesu w Polsce. Wiedzieliśmy jednak, że zrealizowanie takiego założenia jest wielkim wyzwaniem i dlatego do realizacji programu zaprosiliśmy najlepsze akceleratory działające na rynku polskim, w tym Fundację Startup Hub Poland. Podsumowując 1,5 roku funkcjonowania programu widzimy, że obrany kierunku jest właściwy: do dalszego rozwoju polskiej sceny startupowej konieczne jest przyciągnięcie odważnych pomysłów i niecodziennych rozwiązań, różnorodność stanowi tutaj istotny atut. Zagraniczni founderzy sprawiają, że nasz lokalny ekosystem jest coraz bardziej atrakcyjny na innowacyjnej mapie świata  –  podkreślił Marcin Seniuk, Dyrektor Departamentu Rozwoju Startupów w Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Fundacja Startup Hub Poland oraz PGNiG koncentrowały się nad przyciągnięciem najbardziej innowacyjnych spółek z branży energetycznej. W trzech rundach akceleracyjnych udział wzięło 26 spółek m.in. z Litwy, Łotwy, Estonii, Rosji, Niemiec, Węgier, Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych. Wśród zakwalifikowanych do programu rozwiązań znalazły się takie rozwiązania, jak przenośny generator na ogniwo paliwowe z wymiennymi zbiornikami wodoru do wielokrotnego napełniania, fotogrametryczne oprogramowanie, które może wesprzeć proces poszukiwania węglowodorów, platformy wykorzystujące AI do analizy Big Data czy nowa przyjazna środowisku technologia chłodzenia i mrożenia.

– Kiedy na początku tego roku rozpoczynaliśmy program Poland Prize, stało za nami doświadczenie współpracy jedynie z krajowymi zespołami. Przez te kilkanaście ostatnich miesięcy intensywnego programu przejrzeliśmy wspólnie z naszym partnerem StartUp Hub Poland ponad tysiąc zgłoszeń, a ostatecznie 26 innowacyjnych zespołów z całego świata zagościło w Polsce. Część nawiązała rozmowy z podmiotami z Grupy Kapitałowej PGNiG.  Program miał duże tempo, w wielu przypadkach rozmowy o testowych wdrożeniach nadal są w toku. Niezależnie od formalnego zakończenia programu, współpracę z wybranymi zespołami będziemy kontynuować, bo to są bardzo ciekawe rozwiązania dla branży – powiedział Łukasz Kroplewski, wiceprezes Zarządu PGNiG SA ds. rozwoju.  – Cieszy nas ogromne zainteresowanie programem – potwierdza to, że Polska jest interesującą destynacją dla zagranicznych przedsiębiorców. PGNiG jest globalną firmą i potrzebuje innowacyjnych rozwiązań, dlatego szukamy innowacji również poza granicami. Jesteśmy szczególnie zadowoleni z faktu, że kilka startupów, z którymi rozpoczęliśmy współpracę znalazło się w gronie finalistów programu. W poszczególnych rundach programu zidentyfikowaliśmy również rozwiązania wpisujące się w obszary zainteresowania naszego biznesu. Na szczególną uwagę zasługuje m.in. projekt, dzięki któremu „sięgnęliśmy gwiazd” wykorzystując system analizujący zdjęcia satelitarne obiektów do monitorowania infrastruktury. Kolejnym rozwiązaniem godnym naszej uwagi okazał się pomysł wykorzystania nanocząsteczek do oczyszczania płuczek wiertniczych oraz ścieków produkcyjnych, dzięki któremu jeszcze lepiej możemy dbać o środowisko naturalne. Uważam, że program Poland Prize był dobrą lekcją zarówno dla startupów jak i dla nas. Wykorzystamy to doświadczenie, pozyskane projekty i zdobyte kontakty także w naszym najnowszym przedsięwzięciu – PGNiG Ventures” – podsumował Łukasz Kroplewski.

– W czasie rekrutacji do projektu szczególnie zwracaliśmy uwagę na zaproponowane przez startupy rozwiązania. Zależało nam na tym, aby do programu zaprosić spółki, które nie tylko posiadają zaawansowaną technologię, ale też mają pomysł na usprawnienie konkretnego procesu w branży energetycznej i ICT. Natomiast podczas akceleracji pracowaliśmy głównie nad tym, aby startupy dopasowały swoje rozwiązania do specyfiki polskiego rynku, tak aby zagraniczne spółki mogły z sukcesem przejść przez proces wdrożenia, przede wszystkim ze spółkami z Grupy Kapitałowej PGNiG. Cieszę się, że ponad 7-letnie doświadczenie Fundacji Startup Hub Poland w pracy z zagranicznymi startupami przydało się przy realizacji założeń programu Poland Prize – podkreślił Maciej Sadowski, prezes Fundacji Startup Hub Poland.

W ramach programu startupy otrzymały nie tylko wsparcie finansowe czy opiekę wykwalifikowanych mentorów, ale też możliwość udziału w warsztatach z profesjonalistami oraz sesjach networkingowych z inwestorami czy funduszami VC. Po każdej rundzie Fundacja Startup Hub Poland oraz PGNiG wyłaniało najbardziej obiecujące spółki. Zwycięzcami poszczególnych akceleracji zostali: brytyjski Spottitt tworzący system analizujący zdjęcia satelitarne ziemi do optymalnego pozycjonowania, m.in. elektrowni czerpiących energię z odnawialnych źródeł energii, rosyjski BioMicroGel opracowujący technologię płynów oczyszczających wodę z substancji szkodliwych dla środowiska oraz niemiecki Dabbel pracujący nad technologią usprawniającą zarządzanie budynkami w sposób ekologiczny.

– Naszym planem w 2019 roku było znalezienie sposobu wejścia na europejskie rynki. Udział w programie Startup Hub: Poland Prize bardzo pomógł nam w realizacji tych założeń strategicznych. Jesteśmy też zadowoleni ze współpracy, jaką podjęliśmy z EXALO, jedną ze spółek Grupy Kapitałowej PGNiG. Wspólnie zidentyfikowaliśmy problem zachowania czystości zbiorników i stworzyliśmy specjalny detergent przemysłowy oparty na mikrobiologicznych cząsteczkach, które opracowaliśmy. Mamy nadzieję, że to początek długoterminowej współpracy, której efektem będzie zwiększenie sprzedaży ekologicznych środków czyszczących wśród europejskich firm – podsumował Vladislav Perunov, założyciel BioMicroGel, zwycięzcy II rundy akceleracji Startup Hub: Poland Prize.  

PGNiG oraz Fundacja Startup Hub Poland współpracowały przy realizacji programu Startup Hub: Poland Prize od lutego 2019 roku. Startup Hub Poland odpowiadała za rekrutację startupów i koordynację programu akceleracyjnego. W sumie do programu zaaplikowało prawie 1250 startupów, z których wybrano 26 innowacyjnych zespołów biorących udział w pilotażu programu. PGNiG był strategicznym partnerem projektu, który wśród zagranicznych startupów poszukiwał ciekawych, innowacyjnych rozwiązań odpowiadających na wyzwania technologiczne spółek z Grupy Kapitałowej PGNiG. Po zakończeniu programu spółki konstytuują współpracę przy wdrożeniach, których efekty będą widoczne najwcześniej w 2020 roku,

Mordasewicz: 3 zasadnicze zmiany w systemie emerytalnym, które zapewnią nam wyższe emerytury

Trzy odważne zmiany mogłyby doprowadzić do tego, że emerytury nie będą niskie. Jednym z warunków jest likwidacja przywilejów zawodowych, choć te nie są tak liczne jak we Francji.

– Polski system emerytalny wcale nie jest taki zły. Prezydent Francji bardzo nam zazdrości ponieważ musi dać sobie radę z 46 grupami zawodowymi, z których każda ma inne zasady przechodzenia na emeryturę i spotkał się z ogromnym buntem społecznym – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jeremi Mordasewicz, członek Rady Dialogu Społecznego, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Polska przed dwudziestu laty wprowadziła system polegający na tym, że wysokość emerytury zależy od tego ile kapitału emerytalnego zgromadziliśmy w postaci składek i oczekiwanego czasu życia w momencie, gdy przechodzimy na emeryturę. To oznacza, że emerytura szybko nam rośnie z każdym dodatkowym rokiem pracy po przekroczeniu wieku emerytalnego.

Jednak ten system ma trzy słabości wymagające zmian. Po pierwsze mamy wyjątkowo niski wiek emerytalny dla kobiet, który powoduje, że przed nimi emerytury, które należy uznać za głodowe.

– W ciągu dziesięciu lat powinniśmy wyrównać wiek emerytalny mężczyzn i kobiet – komentuje J.Mordasewicz.

Powinniśmy też podnosić wiek emerytalny wraz z wydłużaniem się życia. Bo wiek emerytalny 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn został wprowadzony przed… osiemdziesięciu laty, gdy żyło się znacznie krócej. W tym czasie nasze życie statystycznie wydłużyło się o ponad 15 lat.

Zmiany są potrzebne także w przywilejach emerytalnych. Rolnicy, górnicy i pracownicy służb mundurowych otrzymują 3-krotnie więcej niż wnieśli do systemu emerytalnego składek.

Te trzy zmiany spowodowałyby, że w systemie emerytalnym rocznie nie będzie brakować 60 mld zł.

Pensje rosną, polska gospodarka zwalnia

Rynek pracy ma się w Polsce dobrze. Zatrudnienie rośnie szybciej od oczekiwań przy wolniejszym wzroście wynagrodzeń. Z drugiej strony prognozy gospodarcze dla naszego kraju okazują się coraz słabsze.

Zarobki Polaków

Pensje rosną wolniej od oczekiwań. Rosną o 0,6% wolniej od oczekiwań, aczkolwiek 5,3% to w dalszym ciągu bardzo solidny rezultat. Średnia pensja za listopad wyniosła 5 229 złotych brutto. Warto jednak pamiętać, że po pierwsze to średnia, po drugie dotyczy tylko przedsiębiorstw zatrudniających przynajmniej 10 pracowników. Warto zwrócić uwagę na przyspieszenie we wzroście zatrudnienia do 2,6% w skali roku. Oznacza to, że być może czeka nas kolejny rok rekordów minimów bezrobocia. Teraz, ze względu na czynniki sezonowe, zobaczymy i tak chwilowy wzrost bezrobocia.

Coraz gorsze prognozy dla Polski

Wzrost gospodarczy Polski to temat, który, w zależności od tego kto tworzy prognozy, wygląda bardzo różnie. Niedawno był co prawda korygowany w dół, ale ostatnie prognozy analityków ING wyraźnie budzą niepokój. Spowolnienie w 2020 roku ma sięgnąć 3,3%, a w 2021 zaledwie 2,2%. Przy okazji pojawia się problem inflacji, która zdaniem specjalistów banku może przejściowo przekroczyć 3,5%, czyli cel inflacyjny z buforem bezpieczeństwa. Teoretycznie należałoby wtedy podnosić stopy procentowe. Z drugiej strony ciężko wyobrazić sobie podniesienie stóp procentowych przy gwałtownie hamującej gospodarce. Będzie to zatem sygnał osłabiający dla polskiej waluty.

Historyczne rekordy straszą inwestorów

Dwa lata temu bitcoin wspinał się na swoje historyczne maksima w okolicach 20 000 dolarów. Dzisiaj nurkuje na ⅓ tej ceny. Inwestorzy dobrze pamiętają tamtejszą skalę spadków, która w ciągu roku doprowadziła do sześciokrotnej obniżki cen najpopularniejszej kryptowaluty. Warto przypomnieć, że kryptowaluty generalnie mają bardzo dużą zmienność, aczkolwiek jeszcze w sierpniu wycena przekraczała 12 000 dolarów, a dzisiaj ponownie spadła poniżej 7 000.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

13:00 – Czechy – decyzja CNB w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Co czeka rynek mieszkaniowy w 2020 roku?

Dobiegający końca 2019 rok zapewne zostanie zapamiętany jako bardzo udany z punktu widzenia uczestników rynku nieruchomości mieszkaniowych. Zwłaszcza deweloperzy będą zapewne świętować jego zakończenie w szampańskich nastrojach. Rosnące ceny na rynku pierwotnym przekładają się również na coraz droższe mieszkania z drugiej ręki.

Rynek pierwotny

Jak tłumaczy Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.plwolumen zakontraktowanych  przez deweloperów mieszkań okaże się zbliżony do tego z ubiegłego roku, co oznacza wynik korespondujący z drugim najlepszym w historii. Natomiast komunikowane przez GUS statystyki inwestycyjne mieszkaniówki będą rekordowe w każdym z trzech aspektów: lokali oddanych, rozpoczętych oraz nowych pozwoleń.” To zdaje się jak najlepiej wróżyć rynkowej koniunkturze na kolejne miesiące i kwartały.

Podobnie świetnie zapowiada się tegoroczny wynik rodzimego rynku kredytów mieszkaniowych. Wbrew pesymistycznym prognozom z początku roku zamiast spadku akcji kredytowej oczekuje się rekordowego wyniku na poziomie ponad 60 mld zł pożyczonych przez banki środków pod hipotekę. Świadczy to o wciąż ogromnej determinacji popytu, który nie zważając na rosnące w dwucyfrowym tempie rdr ceny nowych mieszkań, wciąż nie daje za wygraną. Czy nie odpuści także w nowym roku?

Jak tłumaczy ekspert portalu RynekPierwotny.pl wygląda na to, że przynajmniej pierwsze miesiące 2020 roku upłyną pod znakiem kontynuacji dobrej passy deweloperów mieszkaniowych. Trudno jednak o jednoznacznie optymistyczną prognozę na cały nadchodzący rok.

Bardzo wysokie prawdopodobieństwo pogorszenia koniunktury gospodarczej w Polsce, o ile ulegnie materializacji, zapewne nie pozostanie bez wpływu na pierwotny rynek mieszkaniowy. Zapowiadane wzrosty cen energii mogą wywindować nie tylko koszty życia Polaków, ale także ceny nowych lokali do poziomu, który trudno będzie zaakceptować stronie popytowej. Ogromnym ryzykiem dla branży deweloperskiej jest też możliwy eksodus zatrudnionych na budowach imigrantów ze Wschodu do Niemiec, które otwierają dla nich swoje granice od stycznia. Bardzo prawdopodobne jest także pogorszenie sytuacji sektora bankowego w Polsce, będące efektem niedawnych niekorzystnych dlań wyroków TSUE, co z kolei grozi znacznym zaostrzeniem polityki kredytowej banków.

Wszystkie te czynniki tworzą zdecydowanie wybuchową mieszankę, która przez cały nadchodzący rok będzie groziła jeśli nie załamaniem, to z pewnością znacznym pogorszeniem koniunktury na rynku nowych mieszkań.

Rynek wtórny

Wzrost zainteresowania rynkiem nieruchomości i postrzeganie zakupu mieszkania w celach inwestycyjnych jako jednego z najbardziej racjonalnych rozwiązań pozwalających spożytkować nadwyżki gotówki powodują liczne zmiany w popycie na mieszkania z drugiej ręki. Jak twierdzi ekspert Metrohouse, Marcin Jańczuk: „Brak możliwości zaspokojenia popytu na mieszkania na rynku pierwotnym powoduje, że klienci przenoszą swoje poszukiwania na rynek wtórny. Atutami takich ofert jest różnorodność produktów, duża rozpiętość cenowa, ale przede wszystkim dostępność mieszkań od ręki, czego nie może zagwarantować obecnie rynek mieszkań deweloperskich.”

Zwykle rynek wtórny wybierany jest wśród osób poszukujących swojego pierwszego mieszkania. Jego niewątpliwym plusem jest możliwość wprowadzenia się do mieszkania bez dość dużych nakładów remontowych. Ma to duże znaczenie w kontekście silnych wzrostów cen materiałów budowlanych, wykończeniowych i wykonawstwa. Z tego też względu można spodziewać się, że w kolejnym roku popularnością będę cieszyć się mieszkania z segmentu popularnego, których koszt zakupu będzie niższy niż zakup na rynku pierwotnym wraz z kosztami remontu. Choć dobre nastroje na rynku pracy przekładają się na zwiększoną liczbę przeprowadzek do większych mieszkań, wysokie ceny mogą spowodować wzrost zainteresowania innymi nieruchomościami, tj. segmenty pod miastem, które już teraz można kupić taniej niż trzypokojowe mieszkanie w granicach administracyjnych dużych aglomeracji.

Nabywcy mieszkań z drugiej ręki muszą być jednak świadomi, że ten rynek jest bardzo podatny na wzrosty ceny, o czym świadczą kilkunastoprocentowe podwyżki średnich cen w największych polskich miastach. Jak dodaje ekspert Metrohouse – „można spodziewać się, że kształtowanie się cen może stać się bardzo nierównomierne i być coraz bardziej zależne od wielu czynników: technologii i standardu sprzedawanego mieszkania – na wartości będą zyskiwać mieszkania oddane w ostatnich latach, w dobrym standardzie, podczas gdy mieszkania będące pokłosiem inwestycji z wielkiej płyty, już dziś będące niejednokrotnie mocno przeszacowane, będą musiały silnie rywalizować o klienta.”  Ważną kartą przetargową może być bardzo dobra lokalizacja i dostępna infrastruktura, na której brak narzekają nabywcy mieszkań od deweloperów.

Eksperci rynkowi zwracają coraz większą uwagę na możliwość przegrzania rynku wtórnego, co może doprowadzić do spadku tempa sprzedaży. Już dziś spotykamy się z sytuacją, kiedy wystawiane do sprzedaży mieszkania posiadają ceny ofertowe znacząco oderwane od rzeczywistej wartości. O ile znajdują się chętni, by takie mieszkanie kupić, to przy zakupie na kredyt banki mogą dość asekuracyjnie podchodzić do zabezpieczania się na nieruchomościach, których cena nie ma realnego uzasadnienia ani w standardzie ani w cenie rynkowej.

ORLEN rozważa innowacyjną produkcję biokomponentu do paliw

PKN ORLEN chce wykorzystać różne możliwości wzmacniania swojej pozycji na rynku biopaliw. Jedną z nich jest wdrożenie w zakładzie w Płocku nowoczesnej  technologii uwodornienia olejów roślinnych (HVO – Hydrotreated Vegetable Oil) i zużytych tłuszczów (UCO – Used Cooking Oil). Inwestycja byłaby istotnym wsparciem dla polskiego rolnictwa i odpowiedzią na unijne wyzwania, zobowiązujące Polskę do stosowania paliw odnawialnych i biokomponentów w transporcie. PKN ORLEN zakupił licencję i projekt bazowy na zastosowanie tego innowacyjnego, ekologicznego rozwiązania od firmy AXENS.

Inwestycje w nowoczesne technologie są jednym z celów strategicznych PKN ORLEN. Znaczenie odnawialnych źródeł energii w transporcie systematycznie rośnie. Zapisy Dyrektywy RED II, zwiększającej wykorzystanie biopaliw, będą w przyszłości w istotny sposób kształtowały rynek paliw. Inwestując z wyprzedzeniem w przyjazne środowisku rozwiązania, będziemy dobrze przygotowani do realizacji tych ambitnych, unijnych celów – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

W przypadku podjęcia decyzji realizacyjnej, PKN ORLEN zbuduje instalację HVO i wdroży nowatorską technologię polegającą na uwodornieniu oleju rzepakowego, oleju posmażalniczego (UCO) lub ich mieszanki. Produkt końcowy będzie stosowany jako dodatek do oleju napędowego lub paliwa lotniczego JET. Ułatwi to spółce realizację Narodowego Celu Wskaźnikowego, a tym samym spełnienie unijnych wymogów w zakresie zwiększania udziału biokomponentów w paliwach.

Analizowana inwestycja w Płocku wpisuje się w program operacyjny dla biopaliw realizowany przez PKN ORLEN. Wydajność instalacji HVO może wynieść około 300 tys. ton uwodornionego oleju rocznie. Taka ilość zaspokoiłaby potrzeby płockiego zakładu, przyczyniając się do realizacji NCW, a w konsekwencji europejskiej Dyrektywy o Odnawialnych Źródłach Energii  tzw. RED II.

Zgodnie z prawodawstwem Unii Europejskiej w kolejnych latach zwiększy się znaczenie biopaliw w transporcie, przede wszystkim tych wytwarzanych między innymi z surowców niespożywczych i odpadowych. Już od 2020 r. ograniczone zostanie wykorzystanie standardowych biokomponentów, produkowanych z surowców żywnościowych do maksymalnie 7 proc., nie zostaną one jednak całkowicie wyeliminowane. W praktyce, dla spółek z branży paliwowej,  oznacza to możliwość wykorzystania biokomponentów zarówno I (żywnościowe), jak i II (m.in. z surowców niespożywczych i odpadowych) generacji do produkcji paliw.

Czy Europa stworzy własną chmurę?

Choć przyzwyczailiśmy się do myśli, że Internet jest jedną wielką, globalną wioską, to co raz częściej dostajemy dowody na to, że takie wyobrażenie nie zawsze jest prawdziwe. O istnieniu granic przypominaliśmy sobie tylko w sytuacjach, kiedy serwisy YouTube czy Netflix komunikowały nam, że dostęp do wybranych treści nie jest dozwolony dla użytkowników spoza USA. Tymczasem wśród europejskich zarówno konsumentów, jak i decydentów co raz silniej słychać głosy, że Unia powinna budować własną technologiczną siłę, stanowiącą przeciwwagę dla dominacji amerykańskich firm w budowaniu cyfrowej gospodarki.

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy dwa istotne wydarzenia podważyły dogmat o bezgranicznym, ponadnarodowym Internecie. Pierwszym z nich było przyjęcie przez amerykańską administrację ustawy Cloud Act. Dokument ten zobowiązuje wszystkie podmioty oferujące rozwiązania chmurowe do udostępnienia danych na wniosek amerykańskich służb, nawet jeśli dane te fizycznie znajdują się poza jurysdykcją USA. Ostatnio również w amerykańskim kongresie pojawiła się propozycja ustawy zakazującej przechowywania danych użytkowników lub kluczy szyfrujących w Chinach. Wynika o z obawy o nieuprawnione wykorzystywanie danych obywateli przez chińskie władze.

Drugim wydarzeniem było ogłoszenie przez niemieckiego ministra gospodarki Petera Altmaiera uruchomienia paneuropejskiego rozwiązania chmurowego Gaia-X. Projekt ten zakłada stworzenie, dzięki kooperacji pomiędzy europejskimi gospodarkami, podmiotu, który będzie w stanie rzucić wzywanie amerykańskim hegemonom. Za wzór współpracy służy firma Airbus, która łącząc kompetencje w dziedzinie przemysłu lotniczego kilku europejskich krajów, jest w stanie konkurować z Boeingiem. Projekt został skrytykowany przez przedstawicieli Microsoftu i Amazona jako „blokujący transgraniczny dostęp do usług cyfrowych”. Podobne działania podjął rząd francuski, który we współpracy z rodzimymi firmami OVH i Dassault przygotowuje własną platformę chmurową, w której lokalne instytucje i firmy mogłyby bezpiecznie przechowywać swoje dane oraz systemy biznesowe.

Jako zaostrzenie polityki UE wobec ochrony danych można także rozpatrywać wzmocnienie politycznej roli komisarz Margrethe Vestager, która zasłynęła nakładaniem kar na Google za nadużywanie dominującej pozycji rynkowej.

Często słyszy się frazę, że „dane są współczesną ropą”. Rozpatrując ją w kontekście znaczenia ich przetwarzania dla rozwoju współczesnych gospodarek trudno zaprzeczyć jej trafności. Ale jeśli spojrzeć na tę metaforę „ropa – dane” w kontekście konfliktów i napięć, jakie były związane z dostępem do tego surowca w XX wieku trudno nie odnieść wrażenia, że znacząco nie doceniamy roli politycznej kontroli na nimi. Podobnie jak z ropą, z czasem odkrywamy co raz więcej zastosowań dla danych, ich rola rośnie, a innowacyjne sposoby ich wykorzystania co rusz nas zaskakują.

Niezależnie od politycznych ruchów w tym temacie niewątpliwie kwestia bezpieczeństwa zyskuje na znaczeniu, także wśród klientów. Cyklicznie pojawiające się skandale wybuchające w związku z nieautoryzowanym i nieuprawnionym zbieraniem oraz wykorzystywaniem danych przez korporacje wśród rosnącej grupy przedsiębiorców budzą uzasadnione obawy. Co raz częściej będą powracać pytania o to, czy dane powierzone firmie są w pełni bezpieczne, czy może są wykorzystywane niezgodnie z przeznaczeniem przez nieautoryzowane do tego osoby?

Odpowiedzialność za to spoczywa także na dostawcach usług chmurowych oraz ich partnerach. Ważne jest współdziałanie firm w celu promowania dobrych praktyk, kooperacji przy przygotowywaniu regulacji a także edukacja klientów. Przykładem takiej współpracy jest organizacja CISPE, zrzeszająca europejskich dostawców chmury. Z kolei po partnerów i klientów leży przygotowanie świadomej strategii migracji i funkcjonowania w wirtualnym środowisku. Ważne, by nie opierała się na jednym dostawcy, a także by przynajmniej jeden z nich podlegał europejskiej legislacji. Strategia multicloud może pozwolić uniknąć problemów z dostępem i bezpieczeństwem danych jednocześnie umożliwi dostęp do unikalnych oferowanych usług.

Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud