Miejsca parkingowe na wagę złota

Zaledwie 4300* miejsc postojowych w miejskiej strefie płatnego parkowania – na tyle mogą liczyć kierowcy, którzy chcą zaparkować samochód we Wrocławiu. Stolica Dolnego Śląska zajmuje pod tym względem jedną z ostatnich lokat wśród polskich aglomeracji. Brak wolnych miejsc parkingowych to wyzwanie zwłaszcza dla osób pracujących w centrum miasta.

Badania prowadzone na przestrzeni ostatnich lat w krajach europejskich wskazują, że szukanie wolnego miejsca parkingowego zajmuje kierowcom średnio nawet 8 minut. Te same badania potwierdziły, że blisko 30 proc. kierowców stojących w korkach spędza w nich czas właśnie dlatego, że próbują znaleźć wolną przestrzeń do zaparkowania samochodu. Tymczasem w Polsce z roku na rok przybywa samochodów. Niestety proporcjonalnie do wzrostu liczby aut, nie przybywa wolnych miejsc parkingowych. Z tym problemem zmaga się również stolica Dolnego Śląska. Według Centralnej Ewidencji Pojazdów zarejestrowanych jest tu obecnie ponad 550 tysięcy pojazdów, blisko 1000 pojazdów na 900 mieszkańców (średnio oznacza to więcej niż jeden samochód na osobę).

– Wrocław jest jednym z dużych polskich miast, które mają najmniej miejsc postojowych – mówi Ewa Mazur, rzecznik prasowy Zarządu Dróg i Utrzymania Miasta we Wrocławiu. – Z pewnością już niedługo strefa płatnego parkowania się powiększy. Wnioskują o to zwłaszcza osoby mieszkające w pobliżu biurowców, których ostatnio dużo powstało w centrum miasta. Często zatrudnieni tam ludzie chcąc zaoszczędzić na płatnym parkingu np. w podziemiach budynku, wolą zostawić samochód na jednej z okolicznych uliczek. To sprawia, że Ci, którzy tam mieszkają mają poważny problem ze znalezieniem miejsca dla swojego auta.

Natomiast, gdy już uda się znaleźć wolne miejsce parkingowe, trzeba za nie również zapłacić. Opłaty są konieczne we wszystkie dni powszednie od godz. 9.00 do 18.00.

– Obowiązująca obecnie stawka wynosząca 3 zł za godzinę parkowania nie jest dużą kwotą, zwłaszcza, że nie zmieniła się od 15 lat – uważa Ewa Mazur. –. Najprawdopodobniej zostanie ona wkrótce podniesiona. Wyższa będzie również kara za nieuiszczenie opłaty za postój, która obecnie wynosi 50 zł.

O ile pozostawienie samochodu na płatnym miejscu postojowym na godzinę lub dwie nie stanowi jeszcze zbyt wielkiego wydatku, o tyle zaparkowanie go tam na czas pracy, czyli przynajmniej 8 godzin, z pewnością znacznie uszczupla portfel kierowcy. Opłaty za parking mają na celu również zwiększenie rotacji pojazdów w centrum.

Parkowanie we Wroclawiu_fot. Wroclawskie Parki Biznesu

– Mamy świadomość, jakim problemem jest znalezienie wolnego miejsca do parkowania, dlatego postawiliśmy sobie za priorytet zapewnienie ich Najemcom naszych biurowców– mówi Aleksandra Kubicha, manager ds. komercjalizacji powierzchni na terenach Wrocławskich Parów Biznesu. Liczba miejsc postojowych w naszych obiektach ma pozwalać na bezproblemowe i bezpłatne parkowanie samochodów przez wszystkich Najemców i ich pracowników. Niemal oczywistym jest, że budowanie infrastruktury parkingowej nie jest dla inwestorów zbyt opłacalne, gdyż w tym miejscu mogłyby powstać kolejne biurowce, na których wynajmie można dobrze zarabiać. Jednak uważamy, że dedykowany parking pozwala zapewnić większy komfort osób tu pracujących, a na tym przecież najbardziej nam zależy. Wiemy też, że w czasach zabiegania o wykwalifikowanych pracowników, dostępność parkingu przynależnego do miejsca pracy bywa skuteczną kartą przetargową.

Jak wynika z Kompleksowych Badań Ruchu, przeprowadzonych w 2011 roku, do Wrocławia codziennie wjeżdża i wyjeżdża ponad 200 tysięcy samochodów. Z pewnością obecnie jest ich jeszcze więcej. Z myślą o osobach dojeżdżających tu do pracy lub na uczelnię z innych miejscowości, powstało 13 parkingów „Parkuj i Jedź” (ang. Park&Ride), oferujących ponad 800 miejsc postojowych. To nowoczesny sposób przemieszczania się po mieście łączący podróż samochodem i komunikacją miejską. System ma zachęcać do ograniczenia podróży własnym autem „po mieście” do niezbędnego minimum i kontynuowania podróży komunikacją miejską. Parkingi „Parkuj i Jedź” umiejscowione są blisko przystanków komunikacji miejskiej i węzłów przesiadkowych, które łączą wszystkie środki transportu – kolejowy, autobusowy, tramwajowy, samochodowy, rowerowy i pieszy.

Aby wjechać na taki parking, wystarczy posiadać ważny bilet okresowy, co najmniej całodobowy, na komunikację miejską zakodowany na karcie Urbancard lub w aplikacji mobilnej. Liczba wolnych miejsc będzie stale monitorowana i aktualizowana w aplikacji mobilnej oraz na portalu its.wroc.pl. Dodatkowo przy 7 parkingach ustawione są tablice dynamicznej informacji pasażerskiej, na których wyświetlane są? informacje o czasie oczekiwania na autobus lub tramwaj.

Czy wiesz, że…

Na jedno płatne miejsce postojowe we Wrocławiu przypada ponad 130 zarejestrowanych w tym mieście pojazdów.

* Dane Zarządu Dróg i Utrzymania Miasta we Wrocławiu.

Obawy o eskalację wojen handlowych wstrząsnęły rynkami wschodzącymi

Napięcia w handlu spowodowały, że w maju inwestorzy wycofywali się z rynków wschodzących, ale – jak twierdzi zespół ds. rynków wschodzących Franklin Templeton – jest wiele powodów do optymistycznego nastawienia do tej klasy aktywów i perspektywicznych wyników. FT przedstawia najnowsze wydarzenia mające wpływ na rynek oraz podpowiada, gdzie obecnie drzemią potencjalne możliwości.

Trzy rzeczy, o których myślimy dzisiaj:

  1. Nastroje rynkowe stały się negatywne w maju, gdy pojawiły się obawy związane z eskalacją wojny handlowej między USA a Chinami w następstwie decyzji prezydenta USA Donalda Trumpa o nałożeniu 25-procentowego cła na wartego 200 mld USD chińskiego importu, a następnie po ogłoszeniu przez Chiny, że w odwecie nałożą cła na warte 60 miliardów dolarów towary amerykańskie. Decyzja o wpisaniu Huawei na amerykańską Entity List tylko pogorszyła sytuację. Niewątpliwie wzrost stawek celnych dotknie wielu chińskich producentów, co spowodowało, że niektóre firmy już
    przenoszą produkcję do innych krajów. Zauważa się jednak, że Chiny zmniejszają swoje uzależnienie od handlu zagranicznego – obecnie około jedna trzecia ich produktu krajowego brutto (PKB) pochodzi z handlu zagranicznego. Dla porównania dekadę temu było to 65 %. 1 Obecnie głównymi czynnikami leżącymi u podstaw wzrostu gospodarczego Chin stają się innowacje, technologia i konsumpcja. Jeśli wysiłki Chin na rzecz przywrócenia równowagi stworzą bardziej zrównoważoną gospodarkę, naszym zdaniem prawie na pewno pozostanie ona strukturalną siłą napędową wzrostu na rynkach wschodzących w nadchodzących dziesięcioleciach.
  2. Półroczny przegląd MSCI, któremu towarzyszyło włączenie Arabii Saudyjskiej do Indeksu Rynków Wschodzących MSCI i przeklasyfikowanie Argentyny z rynku granicznego (FM) do statusu EM miało miejsce w dniu 28 maja. MSCI zwiększył również współczynnik włączenia chińskich akcji klasy A z 5 do 10%, podwajając ich wagę w indeksie do nieco poniżej 2%. Zmiana metodyki doprowadziła również do wzrostu wagi Tajlandii w indeksie rynków wschodzących MSCI do około 3%. Decyzja MSCI o nadaniu Arabii Saudyjskiej statusu EM stawia ją zdecydowanie na czele międzynarodowych inwestorów i naszym zdaniem jest to pozytywny krok w kierunku przesunięcia Bliskiego Wschodu do głównego nurtu inwestycji EM. Po dołączeniu do indeksu FTSE Emerging Markets w zeszłym roku, Kuwejt znalazł się na liście obserwacyjnej MSCI, która najbliższym czasie będzie aktualizowana. Zmiana bilansu prawdopodobnie doprowadziła do napływu inwestycji portfelowych na te rynki z pasywnych strategii inwestycyjnych, podczas gdy na rynkach, których wagę zmniejszano, takich jak Korea Południowa i Tajwan, obserwowano odpływy. Menedżerowie portfeli aktywnych mają jednak większą elastyczność i mogą skoncentrować się na podstawach spółki, ponieważ nie są ograniczani wagą indeksów rynkowych.
  3. Rosja, pomimo umacnianej przez ostatnie trzy lata pozycji na rynku, pozostaje, naszym zdaniem, jednym z najbardziej niedowartościowanych rynków na świecie. Wielu międzynarodowych inwestorów unikało tego rynku z powodu sankcji gospodarczych. Uważamy jednak, że wpływ sankcji na dość samowystarczalną gospodarkę rosyjską jest ograniczony. Gospodarka okazała się odporna i byliśmy świadkami podejmowania przez wiele firm kroków w celu dostosowania i rozwoju w obecnym środowisku. W niektórych przypadkach, ograniczony dostęp do zachodnich technologii zachęcił rosyjskie firmy do inwestowania w budowę własnych ekosystemów, co przyczynia się do bardziej zrównoważonego rozwoju. Ponadto, ład korporacyjny w wielu rosyjskich spółkach znacznie się poprawił. Na przykład wiele spółek zwiększyło wypłatę dywidendy i dokonało wykupu akcji własnych w celu zwiększenia wartości dla akcjonariuszy. Ogólnie rzecz biorąc, uważamy, że Rosja nadal oferuje interesujące możliwości dla inwestorów, a ekspozycja na wybór dobrze ugruntowanych firm w branżach IT, finansów, energetyki, materiałów i sektorów konsumenckich mogłaby przysłużyć się dywersyfikacji portfeli na EM.

Perspektywy

W ciągu ostatnich trzech lat EM na ogół radziły sobie dobrze, a ich indeks MSCI w tym okresie przyniósł ponad 30%. 3 Uważamy jednak, że ta klasa aktywów nadal ma znaczny potencjał, zwłaszcza po korekcie z ubiegłego roku i w maju. W związku z zaistniałymi spadkami w dochodach, spodziewamy się, że w przyszłym roku będziemy świadkami lepszych wyników korporacyjnych. Na podstawie ostatnio zauważonego cyklicznego ożywienia, uważamy, że rok 2020 może być mocnym rokiem dla zysków EM.

Ta perspektywa nie uwzględnia oczywiście niedawnego konfliktu handlowego. W najbliższym czasie, wraz ze wzrostem stawek celnych, można spodziewać się pewnych reperkusji. Jednak w dłuższym okresie czasu uważamy, że rynki i firmy dostosują się, a co za tym idzie, zyski również powinny się poprawić.

Jesteśmy zdania, że rynki również zaczęły brać pod uwagę te kwestie i pozostaje jeszcze miejsce na porozumienie, które mogłoby zadowolić zarówno Stany Zjednoczone, jak i Chiny. Jednocześnie uważamy, że zarówno dla wielu innych przedsiębiorstw, jak i krajów istnieje szansa wykorzystania napięć handlowych.OBAWY O WOJNĘ HANDLOWĄ WSTRZĄSNĘŁY RYNKAMI WSCHODZĄCYMI

Wskutek nieoczekiwanych spięć w handlu i ponownego wzrostu obaw o globalny rozwój ekonomiczny, w maju aktywa na rynkach wschodzących zanotowały pierwszą w tym roku stratę w ujęciu miesięcznym. Akcje na EM spadły mocniej niż na rówieśniczych rynkach rozwiniętych z powodu odpływu kapitału i ogólnego osłabienia walut w stosunku do dolara amerykańskiego. Indeks rynków wschodzących MSCI spadł o 7,2% w ciągu miesiąca, w porównaniu z 5,7% spadkiem światowego indeksu MSCI, oba w dolarach amerykańskich(4).

Najważniejsze ruchy na rynkach wschodzących w maju

Akcje azjatyckie upadły w maju, ponieważ napięcia w handlu między USA a Chinami negatywnie wpłynęły na nastroje inwestorów.

Rynki w Chinach, Korei Południowej i na Tajwanie należały do najsłabszych w regionie. Waszyngton podniósł cła na import z Chin o wartości 200 mld USD i nałożył sankcje na chińską firmę telekomunikacyjną Huawei, podczas gdy Pekin uderzył wyższymi taryfami na towary z USA o wartości 60 mld USD. Strach przed potencjalną wojną technologiczną między USA a Chinami negatywnie wpłynął na technologicznych gigantów w Korei Południowej i na Tajwanie. Wbrew trendowi spadkowemu, akcje na Filipinach i w Indiach nieznacznie wzrosły. Filipiński bank centralny zmniejszył referencyjną stopę procentową i wskaźnik rezerwy obowiązkowej dla banków w celu wsparcia gospodarki krajowej. W Indiach premier Narendra Modi zapewnił sobie drugą kadencję, gdy partia Bharatiya Janata zwyciężyła w wyborach parlamentarnych.

Mimo, że rynki Ameryki Łacińskiej zmalały jako grupa, region ten osiągnął lepsze wyniki niż szeroko pojęta klasa aktywów EM dzięki pozytywnym wynikom w Argentynie i Brazylii. Argentyński rynek zakończył maj z dwucyfrowym zyskiem wspieranym przez włączenie go do indeksu rynków wschodzących MSCI. Postępy w dziedzinie reform ubezpieczeń społecznych i systemu podatkowego oraz poprawa klimatu politycznego złagodziły obawy inwestorów w Brazylii. Aktywność gospodarcza pozostawała jednak na niskim poziomie, a wzrost PKB w pierwszym kwartale utrzymywał się na najniższym poziomie od dwóch lat. Na drugim końcu skali rynki w Kolumbii, Chile i Meksyku skurczyły się. Rozczarowujące dane ekonomiczne i jastrzębi bank centralny negatywnie wpłynęły na ceny akcji w Meksyku. Zapowiedź prezydenta Donalda Trumpa wprowadzenia progresywnej stawki celnej na cały meksykański eksport do Stanów Zjednoczonych pod koniec miesiąca dodatkowo pogorszyła nastroje inwestorów.

Podczas gdy rozwijające się rynki Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (EMEA) radziły sobie lepiej niż EM, większość z nich mimo wszystko zakończyła miesiąc z wynikiem ujemnym. Rosja i Grecja odnotowały wzrosty, podczas gdy Arabia Saudyjska, Republika Południowej Afryki i Zjednoczone Emiraty Arabskie odnotowały największy spadek. Rosjanie w maju byli jednym z najlepszych graczy na rynku EM, napędzanym przez niskie wyceny i poszukiwania możliwości inwestycyjnych uważanych za stosunkowo bardziej odizolowane od konfliktu handlowego między USA a Chinami.

Ryzyko geopolityczne i niższe ceny ropy wpłynęły na rynki Bliskiego Wschodu. Akcje w Arabii Saudyjskiej zaczęły przynosić pewne zyski po włączeniu ich do indeksu rynków wschodzących MSCI, ponieważ inwestorzy dążyli do wykorzystania niedawnych wzrostów. Chociaż rządząca partia Afrykańskiego Kongresu Narodowego w Republice Południowej Afryki odniosła zwycięstwo w wyborach krajowych, globalna wyprzedaż i deprecjacja randa spowodowały dalsze spadki na tamtejszej giełdzie.

Autor komentarza: Zespół ds. Rynków Wschodzących Franklin Templeton

_______________________

  1. Źródło Krajowe Biuro Statystyczne Chin. CLSA; US Census Bureau. Najnowsze dostępne dane na dzień`:28 lutego 2019 r.
  2. Źródło MSCI. Indeks rynków wschodzących MSCI (Emerging Markets Index) rejestruje wyniki spółek o dużej i średniej kapitalizacji na 24 rynkach wschodzących . Indeksy nie są zarządzane i nie można w nie bezpośrednio inwestować. Nie obejmują one opłat, wydatków ani kosztów sprzedaży. Wyniki osiągnięte w przeszłości nie są wskaźnikiem ani gwarancją przyszłych wyników.
  3. Tamże.
  4. Źródło MSCI. Indeks rynków wschodzących MSCI (Emerging Markets Index) oddaje reprezentację spółek o dużej i średniej kapitalizacji na 24 rynkach wschodzących. Indeks światowy MSCI rejestruje wyniki spółek o dużej i średniej kapitalizacji na 23 rozwiniętych rynkach. Indeksy nie są zarządzane i nie można w nie bezpośrednio inwestować. Nie obejmują one opłat, wydatków ani kosztów sprzedaży. Wyniki osiągnięte w przeszłości nie są wskaźnikiem ani gwarancją przyszłych wyników.

 

Dla zamknięcia i wyrejestrowania spółki konieczne jest ogłoszenie jej likwidacji i wezwanie wierzycieli

Brak składników majątkowych spółki, a także wiedza na temat wszystkich wierzycieli i przysługujących im wierzytelności nie są wystarczające do skutecznego wykreślenia spółki z rejestru przedsiębiorców – potwierdził Sąd Okręgowy w Łodzi w uzasadnieniu orzeczenia wydanego 20 marca 2019 r. (sygn. akt XIII Ga 831/18).

Zgodnie z art. 272 Kodeksu spółek handlowych (dalej: k.s.h.): „Rozwiązanie spółki następuje po przeprowadzeniu likwidacji, z chwilą wykreślenia spółki z rejestru” (Dz.U. 2000 nr 94, poz. 1037, ze zm.). Przepis art. 279 stanowi, że likwidatorzy powinni poinformować o zamiarze rozwiązania spółki i otwarciu likwidacji, a także wezwać wierzycieli spółki do zgłoszenia swoich wierzytelności w terminie trzech miesięcy od tego ogłoszenia.

Odmowa wpisu wykreślającego

4 maja 2018 r. Sąd Rejonowy dla Łodzi Śródmieścia w Łodzi odmówił dokonania wykreślenia spółki z rejestru przedsiębiorców Krajowego Rejestru Sądowego (sygn. akt XX Ns Rej KRS 5949/18/182). Spółka wniosła od tego postanowienia apelację, zarzucając sądowi rejonowemu błędną wykładnię art. 272 k.s.h. poprzez przyjęcie, że niedochowanie wymogów z art. 279 k.s.h. w postaci nieogłoszenia o likwidacji oraz niewezwania wierzycieli do zgłoszenia swych wierzytelności w terminie stanowi bezwzględną przeszkodę do wykreślenia spółki z KRS.

Zwolnienie z obowiązku informacyjnego

Rozpoznający apelację Sąd Okręgowy w Łodzi, XIII Wydział Gospodarczy Odwoławczy, zgodził się, że w świetle postanowienia Sądu Najwyższego z dnia 20 września 2007 r. (sygn. akt II CSK 240/07) likwidacja spółki zostaje zakończona z chwilą, gdy w jej majątku nie pozostanie już żaden składnik majątkowy i zostanie to stwierdzone sprawozdaniem likwidacyjnym. Jednakże wskazane orzeczenie Sądu Najwyższego wydane było w sytuacji, gdy spółka ogłosiła upadłość i wezwała wierzycieli do zgłoszenia wierzytelności w terminie jednego miesiąca, po czym postępowanie upadłościowe umorzono, gdyż nie było już majątku spółki wystarczającego na pokrycie kosztów postępowania upadłościowego. W tej sytuacji sąd nie widział już potrzeby dochowania przez spółkę przewidzianego w art. 279 k.s.h. obowiązku zawiadomienia wierzycieli o możliwości zgłoszenia przez nich wierzytelności w terminie trzech miesięcy.

„Skarżąca nie kwestionuje stanowiska Sądu (…) że wymienione w art. 279 k.s.h. czynności stanowią obligatoryjny element postępowania likwidacyjnego oraz, że nie zostały one dokonane. (…) Nie podważa też poglądu Sądu Okręgowego, że w wyniku umorzenia postępowania upadłościowego z uwagi na brak majątku wystarczającego na pokrycie kosztów postępowania, spółka (…) nie została skutecznie rozwiązana. Natomiast słusznie zarzuca, że Sąd Okręgowy, nie rozważył dokonanych faktycznie przez likwidatora, mimo nieogłoszenia o likwidacji, zasadniczych czynności objętych procedurą likwidacyjną” (sygn. akt II CSK 240/07).

Likwidator musi ogłosić rozwiązanie spółki i powiadomić wierzycieli

Sąd okręgowy zauważył, że orzeczenie Sądu Najwyższego zostało wydane w sprawie mającej istotnie inny przebieg. W niniejszej sprawie spółka przeprowadziła bowiem tylko postępowanie likwidacyjne na podstawie uchwały zgromadzenia wspólników. Nie nastąpiło więc ogłoszenie upadłości w sprawie, której postępowanie umorzono wskutek stwierdzenia braku istnienia majątku spółki. Po podjęciu wskazanej uchwały likwidator miał zgodnie z art. 279 k.s.h. obowiązek ogłosić o zamiarze rozwiązania spółki i otwarciu likwidacji, a także wezwać wierzycieli do zgłaszania wierzytelności, czego w żaden sposób nie zrobił.

Wiedza o wierzycielach nie zastępuje ogłoszenia o likwidacji i wezwania wierzycieli

Sąd Okręgowy w Łodzi, XIII Wydział Gospodarczy Odwoławczy, oddalając apelację, zgodził się z sądem rejonowym, że zatwierdzenie sprawozdania likwidacyjnego przez zgromadzenie wspólników, którym ustalono nieistnienie żadnego składnika majątkowego spółki, nie jest wystarczające do wykreślenia spółki z rejestru. Nie zmienia tego nawet wykazanie przez spółkę posiadania wiedzy o wszystkich jej wierzycielach i zobowiązaniach. Aby móc dokonać skutecznego wykreślenia spółki z KRS, likwidator musi dochować obowiązków, jakie nakłada na niego przepis art. 279 k.s.h.: ogłosić o rozwiązaniu spółki i otwarciu likwidacji, a także wezwać wierzycieli do zgłoszenia wierzytelności w terminie trzech miesięcy od dnia tego ogłoszenia (sygn. akt XIII Ga 831/18).

Założyć prosto, zlikwidować nie tak łatwo

Należy pamiętać, że w dzisiejszych czasach założenie spółki może zająć zaledwie do 24 godzin. Można również nabyć gotową spółkę, których sprzedaż znajduje się w ofertach specjalizujących się w tym kancelarii prawnych. Z jej likwidacją nie jest już tak łatwo. Uchwała zgromadzenia wspólników o rozwiązaniu spółki i otwarciu likwidacji rozpoczyna dopiero cały sformalizowany i pełen obwarowań prawnych proces likwidacji. Nawet jeśli na jego końcu sąd dokona wykreślenia spółki, a postanowienie w tej sprawie się uprawomocni, spełnione muszą zostać jeszcze obowiązki zgłoszenia tego faktu w urzędzie skarbowym, a także w zakładzie ubezpieczeń społecznych, jeśli spółka była płatnikiem składek.

Likwidacja spółki oznacza utratę przez skarb państwa jednego ze źródeł swoich dochodów. Można być więc pewnym, że ogłoszenie likwidacji przyciągnie uwagę fiskusa, który może wnikliwie przyjrzeć się przeprowadzonej likwidacji. I tak np. majątek, który pozostanie po zaspokojeniu wszystkich wierzycieli w spółce, zostanie podzielony pomiędzy wspólników. Już na tym tle toczy się wiele sporów z fiskusem, który z takim rozporządzeniem majątkiem wiąże powstanie przychodu podatkowego.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Złoto drożeje – czy warto w nie zainwestować?

Złoto – przedmiot pożądania, synonim bogactwa, władzy i dobrobytu. Od wieków wykorzystywane jako środek płatniczy, ale też „bezpieczna przystań” dla wielu inwestorów. W ostatnich tygodniach notowania kruszcu przebiły długoterminowy opór i wciąż pną się do góry. Czy to dobry moment aby postawić na złoto?

Złoty kruszec jako przedmiot inwestycji, jest szczególnie doceniany w okresach zawieruchy na światowych rynkach finansowych. W czasie recesji gospodarczej, okresach wysokiej inflacji, a nawet kryzysów politycznych inwestorzy chętnie pozbywają się spekulacyjnych aktywów jak akcje giełdowe, fundusze inwestycyjne, czy nawet obligacje, a kupują złoto. Zarówno w postaci fizycznych sztabek, jak również w formie udziałów w funduszach ETF opartych o cenę tego kruszcu.

Złoto na światowych wyceniane jest przede wszystkim w dolarze amerykańskim. Na jego cenę wpływa bardzo wiele czynników. Do najważniejszych z nich możemy zaliczyć cenę samego dolara – im słabszy jest dolar, tym droższe złoto i odwrotnie. Na cenę złota wpływają także czynniki popytowo-podażowe. Po stronie kupujących mamy zarówno osoby fizyczne, jak i branżę jubilerską czy przemysłową. Po stronie podażowej  stoją przede wszystkim kopalnie złota, których wielkość wydobycia zależy w dłuższym terminie od jego opłacalności. Ważnym graczem na rynku złota są również banki centralne. Przez ostatnie 10 lat zwłaszcza banki centralne krajów rozwijających się, takich jak Rosja czy Chiny, znacznie powiększały swoje rezerwy złota, zwiększając globalny popyt na rynku.

Adam Korecki, makler z Domu Maklerskiego TMS Brokers
Adam Korecki, makler z Domu Maklerskiego TMS Brokers

– Oczywiście, robią to w sposób zrównoważony, aby w jak najmniejszym stopniu wpływać na bieżące notowania cen. Jednak samo zamrożenie tak dużej ilość fizycznego złota zmniejsza ilość dostępnego kruszcu w obiegu, wpływając pośrednio na ceny – mówi Adam Korecki, makler papierów wartościowych w Domu Maklerskim TMS Brokers.

Złoty XXI wiek

W czasie wielkiej, 10-letniej hossy na rynku złota, która trwała od 2001 do 2011 roku, ceny tego kruszcu wzrosły z poziomu 250 USD do ponad 1900 USD.  Za tak dużym wzrostem cen metali szlachetnych stało kilka czynników. W pierwszej fazie wzrostu – z poziomu 250 do 1000 USD – za czterokrotnym wzrostem cen złota przemawiał przede wszystkim słaby dolar. W omawianym okresie cena dolara wyrażona indeksem dolarowym, na którym oparte są kontrakty terminowe futures notowane na NYBOT, spadła o ponad 41 proc. Kolejna fala wzrostowa na złocie – od trzeciego kwartału 2008 do trzeciego kwartału 2011 roku – to pokłosie przede wszystkim programu luzowania ilościowego w Stanach Zjednoczonych.

Od ustanowienia szczytu, 6 września 2011 roku na poziomie 1920 USD, cena złota spadała przez ponad 4 lata do poziomu 1046 USD, ustanowionego 3 grudnia 2015 roku. Pomimo, że od tego dnia minęło już 3,5 roku, złoto nie było w stanie powrócić do trendu wzrostowego. Na przeszkodzie do rozpoczęcia hossy stawały różne czynniki. Od silnego umocnienia się dolara w 2016 roku, poprzez spadek awersji od ryzyka, aż po wzrost rentowności 10-letnich obligacji USA do poziomu 3,25 proc.

Badając aktualną sytuację na złocie wytrawne oko analityka technicznego dostrzeże jednak, że już od kilku miesięcy z analizy wykresu płyną optymistyczne sygnały wskazujące na możliwe przesilenie i zmianę trendu z bocznego na wzrostowy.

Co dalej?

Wszystko wskazuje na to, że niemoc złota została przełamana, a przed nami kilka „tłustych” lat. Tak optymistyczne wnioski płyną z analizy zachowania złota w ostatnich dwóch tygodniach. 20 czerwca doszło do przełamania kluczowego, długoterminowego oporu. Wzrosty w tym dniu zostały potwierdzone bardzo dużą dynamiką ruchu oraz wysokimi obrotami.

– W długim okresie otwiera to drogę do ataku na historyczne szczyty na poziomie 1920 USD, ustanowione we wrześniu 2011 roku. Oczywiście, po drodze czają się liczne strefy oporu, które z pewnością będą prowokować korekty. Jednak czynnikom technicznym sprzyjają również te fundamentalne – podkreśla Adam Korecki z TMS Brokers.

Jakie to czynniki? Między innymi, zapowiedziane przez FED i oczekiwane przez rynek, luzowanie polityki pieniężnej (obniżki stóp procentowych w USA) oraz napięcia geopolityczne między USA i Iranem, a także wojna handlowa między USA i Chinami. Warto zatem w najbliższych tygodniach obserwować złoto, aby nie przegapić potencjalnej hossy na tym rynku.

ESALIENS: PPK narzędziem walki o pracownika

Pierwsze wpłaty w ramach PPK powinny trafić na konta pracowników już w listopadzie br.  Mimo, że PPK to program o określonych ramach prawnych, to pracodawca ma całkiem duże pole manewru w jego kształtowaniu, pozwalające wyróżnić się na tle konkurencyjnych podmiotów i wesprzeć politykę zatrudnienia w oryginalny sposób. Biorąc pod uwagę, że do 2021 r. PPK ma obowiązywać we wszystkich firmach, może to w dużym stopniu wpłynąć na rynek pracy, zwłaszcza w sytuacji niskiego bezrobocia.

Kapitał zgromadzony na rachunku pracownika – uczestnika PPK, będzie pochodził z trzech źródeł: składki pracownika, składki pracodawcy oraz z Funduszu Pracy. Składka pracodawcy obejmuje obligatoryjną wpłatę podstawową, ale może również zostać uzupełniona o całkowicie dobrowolną wpłatę dodatkową (nie wyższą jednak niż 2,5 proc. wynagrodzenia brutto pracownika). Przy czym pracodawca ma komfort wycofania się z tych dodatkowych wpłat w każdej chwili trwania programu.

Pracodawca ma bardzo wiele możliwości kształtowania warunków tej dodatkowej premii – mogą być one bowiem odbiciem różnych koncepcji rekrutacyjnych i wspierać zarówno bieżące zatrudnienie, jak i lojalność dotychczasowych pracowników. Ustawa o PPK nie wprowadza specjalnych obostrzeń co do dodatkowej premii ze strony pracodawcy, poza górną granicą dodatku. Zatem pracodawca może kształtować kryteria dodatkowej dopłaty do PPK wedle strategicznych interesów firmy, w zależności np. od stażu pracy, charakteru stanowiska, wysokości zarobków, wieku pracownika bądź autorskiego miksu wielu z tych czynników.

Przykładowo, firma zmagająca się z dużą rotacją pracowników, może wspierać ich lojalność właśnie poprzez powiązanie dodatkowej wpłaty pracodawcy ze stażem pracy. Pracodawca może również wesprzeć poprzez dodatkową wpłatę np. pracowników mających najmniejsze pobory – pozytywnie wpływając na ich morale i chęć pozostania w firmie. Można również sobie wyobrazić sytuację, że pracodawca będzie chciał „nagradzać” sam proces oszczędzania przez pracownika kapitału w ramach PPK i uzależnić wysokość dodatkowej wpłaty np. od deklaracji dodatkowych wpłat przez pracownika (który również może powiększyć swoją opłatę podstawową o maksymalnie 2% wynagrodzenia).

Jak widać, PPK może być twórczo wykorzystane we wspieraniu polityki zatrudnienia zwłaszcza w obliczu wymagającego rynku pracy. O tym jednak czy będzie odbierane przez pracowników jako „pełnowartościowy” benefit zdecyduje zapewne szereg czynników: kształt PPK w danej firmie, odpowiedni dobór organizacji zarządzającej, która będzie mogła pochwalić się satysfakcjonującymi wynikami czy wreszcie jakość wewnętrznej komunikacji dot. programu. Ewentualny sukces firmowego PPK na pewno jednak będzie można zdyskontować wizerunkowo – wzmacniając markę pracodawcy.

Autorem komentarza jest Pola Witecka, Regionalny Dyrektor ds. Wdrożenia i Rozwoju Planów Emerytalnych Esaliens TFI

Niemiecki dyskont i brytyjski on-line. Jak globalne trendy adaptują się do lokalnych rynków handlowych

Rosnąca rola inteligentnych rozwiązań oraz wyraźny akcent na doświadczenia klienta to globalne trendy, które wyróżniają się na rynku handlu detalicznego. Jednak poszczególne rynki lokalne rządzą się swoimi prawami. Odmienne tradycje i przyzwyczajenia klientów powodują, że mimo podobnego kierunku zmian we wszystkich krajach, miejscowe rynki adaptują się do nich w inny sposób. Takie różnice da się obserwować, porównując dwie najsilniejsze gospodarki w Europie – niemiecką i brytyjską, co potwierdzają eksperci branży retail.

Różnice między Niemcami a Wielką Brytanią są widoczne już w samej strukturze sektora detalicznego. Niemcy, będąc największym rynkiem konsumenckim w Europie, są zdominowane przez dyskonty (Lidl i Aldi). Tymczasem w Wielkiej Brytanii ogromnie popularny jest format convenience, a hipermarkety nie odgrywają znaczącej roli. Ciekawostką wyspiarskiego handlu jest ogromny udział modelu click&collect, który rośnie w zawrotnym tempie. Według badania Postcode Anywhere już w 2014 roku z zakupów w formie clic&collect planowało skorzystać aż 95% Brytyjczyków. Click&collect to trend, który nadal będzie się rozwijał. Jak podaje GFK, w Polsce w ten sposób zakupy robi 25,8% konsumentów.

Niemiecki dyskont i brytyjski on-line

Dziś 87% zakupów detalicznych w Wielkiej Brytanii to zakupy online[1]. I chociaż artykuły spożywcze kupowane przez Internet stanowią zaledwie 4-5% całkowitych wydatków na żywność, to na każde 5 £ wydane online 1 £ jest wydawany właśnie na produkty spożywcze – mówi Robert Barciszewski, CEO UK&Irleand Modern Expo Group. – Już do tej pory sprzedaż online zmieniła sposób, w jaki konsumenci kupują żywność. Wielu z nich decyduje się na zamawianie towarów wielkogabarytowych w Internecie, a „zakupy uzupełniające” robi w lokalnych sklepach spożywczych. To właśnie wpływa na spadek znaczenia hipermarketów i obniżanie średniej wartości koszyka. Tak, dzięki zakupom online, nastała era formatów typu convenience – tłumaczy Robert Barciszewski.

Tymczasem w Niemczech to sektor dyskontów będzie zyskiwał coraz bardziej, koncentrując się na doświadczeniu klienta. – Rynek niemiecki charakteryzują świadomi konsumenci, którzy zwracają uwagę na to, co kupują i starannie komponują swój koszyk. Opierając się na takich klientach, branża detaliczna stawia na consumer experience. Dzięki temu nadal się rozwija, będąc już trzecim co do wielkości sektorem gospodarki – opowiada Fabian Schaefer, CEO Germany/Austria/Switzerland w Modern-Expo Group. Jak podaje Euromonitor, na tym polu Polska przypomina rynek niemiecki. Nad Wisłą także dominują dyskonty, gdzie za 11,5% całego rynku detalicznego odpowiada Jeronimo Martins, a inny duży gracz – Lidl, za kolejne 4,2%.

Jednak w Niemczech, podobnie jak w Zjednoczonym Królestwie, rośnie rola zakupów on-line, które w przyszłości mogą zagrozić dotychczasowym potentatom. – Chociaż wciąż najpopularniejszą metodą na robienie zakupów są odwiedziny w tradycyjnym sklepie, to sprzedaż online rośnie z roku na rok. Głównie, jeśli chodzi o artykuły nieżywnościowe – mówi CEO z Germany Modern Expo Group. – Podczas zakupów przez Internet większość ludzi, zwłaszcza rodzin, preferuje dostawy do domu. Zamówienie on-line i dostawa świeżych produktów pod drzwi to przyszłość detalu w Niemczech. Modelem, do którego będą dążyć tutejsi retailerzy jest Amazon Fresh – prognozuje Schaefer. W przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii click&collect w Niemczech nadal reprezentuje rynkową niszę.

Ekotrendy

Zarówno na Wyspach Brytyjskich jak i w Niemczech do głosu dochodzą świadomi ekologicznie konsumenci, którzy poszukują naturalnych produktów wysokiej jakości, wolnych od antybiotyków czy GMO. Takie trendy jak clean label, cruelty free czy zero waste, obecne w mediach i debacie publicznej, przeniknęły też do branży retail. Pierwszy supermarket utrzymany w trendzie plastic free, czyli bez plastiku, został otwarty na początku br. w Birmingham. Jest to jeden z ponad 40 podobnych, niezależnych sklepów w Wielkiej Brytanii, który wymaga od konsumenta wniesienia własnych pojemników i butelek.

Rosnące zainteresowanie mediów skutkami oddziaływania odpadów plastikowych na środowisko spowodowało, że brytyjska High Street zaczyna wdrażać zakupy bez plastiku i respektuje koncepcję plastic free jako moralne zobowiązanie. Do tej pory trend ten w skali dużych detalistów był wykorzystywany tylko w holenderskiej sieci supermarketów Ekoplaza. Jednak w związku z deklaracją brytyjskiej sieci supermarketów Iceland Foods, że do 2023 r. wprowadzi produkty „marki własnej” wolne od tworzyw sztucznych, główne brytyjskie marki detaliczne będą musiały dostosować swoja politykę sprzedaży do nowego ekotrendu, by nie utracić swoich klientów – mówi Robert Barciszewski. Takie zjawisko z pewnością wpłynie na pozostałe rynki w Europie.

Przyszłość i wyzwania

Jednym z wyzwań niemieckiej branży handlowej są płatności mobilne. Niemcy nadal są uzależnieni od gotówki, w przeciwieństwie do Polaków, z których aż 60% woli płacić bezgotówkowo[2]. Według danych NBP za III kw. 2018 r. sieć terminali płatniczych w Polsce liczyła 741,8 tys, z czego 95% było wyposażonych w PayPass mode. Masowe wdrożenie kas samoobsługowych w Niemczech może przekonać tamtejszych konsumentów do zmiany stylu zakupów. – Taka innowacja nie tylko rozładuje kolejki, ale również umożliwi klientom wypróbowanie różnych form płatności i upowszechnienie operacji kartami lub płatności mobilnych – mówi Fabian Schaefer.

Innym wyzwaniem jest połączenie sprzedaży detalicznej i e-commerce. W tym mógłby pomóc rozwój sprzedaży typu click&collect. – Tym sieciom, którym uda się ograniczyć koszty logistyki, będzie łatwiej przyciągnąć klientów poprzez większy asortyment Non Food online. Świeże produkty będą nadal kupowane w lokalnych sklepach, ale przy użyciu aplikacji. Takie zakupy monitorowane przez systemy AI analizujące Big Data dostarczą informacje o faktycznym zapotrzebowaniu na towar. To może pomóc w walce z ogromną ilością żywności marnowanej każdego dnia. Wiedząc więcej o wymaganiach klientów dotyczących żywności łatwiej dostosować łańcuch dostaw – przewiduje ekspert.

Również dla Wielkiej Brytanii scenariusz ze wzrostem znaczenia AI i Big Data jest podobny. – Sieci, które w przyszłym roku będą sobie dobrze radzić to te, które zainwestowały w jednolity format handlowy i ciągły rozwój koncepcji, czyli coś, co powstaje w wyniku przyjęcia kluczowych technologii – mówi CEO UK/Irleand Modern Expo Group. – Gromadzenie informacji na temat nawyków zakupowych konsumenta jest częścią tego procesu i przez cały 2019 rok będziemy świadkami wzrostu znaczenia uczenia maszynowego i wizji komputerowej. Obie technologie umożliwiają markom i sprzedawcom zbieranie informacji na każdym etapie podróży zakupowej konsumenta, dostarczając detalistom informacji, jak klient wchodzi w interakcję ze sklepem. Misją Modern-Expo Group jest dostarczanie kompleksowych rozwiązań, które pomogą retailerom w tym procesie i przystosowaniu się do wymagań przyszłego rynku.

Każdy z lokalnych rynków inaczej reaguje na światowe trendy. Choć wszystkich dotykają efekty rozwoju technologicznego i zmian społecznych, to filtrem dla zachodzących zmian i wprowadzanych rozwiązań pozostają konsumenci.

[1]Raport Royal Mail, 2018

[2] Badanie przeprowadzone przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie eService, 2018 r.

Badanie zdolności rejestrowej znaku: jak, i dlaczego warto?

Rejestrację znaku towarowego często kojarzymy wyłącznie ze złożeniem formularza w odpowiednim urzędzie. Może się więc wydawać, że to prosta sprawa, zwłaszcza kiedy załatwiamy ją drogą elektroniczną. Tymczasem wniesienie podania jest ostatnim etapem pracy nad zgłoszeniem, a poprzedza je badanie zdolności rejestrowej znaku.

Badanie znaku polega na sprawdzeniu, czy dane oznaczenie może uzyskać ochronę i być zarejestrowane jako znak towarowy. W bardzo wielu przypadkach pozwala to zaoszczędzić czas i pieniądze związane z odmową rejestracji przez urząd. A przyczyn odmowy może być wiele: mogą dotyczyć samego znaku lub podobieństwa z wcześniej zarejestrowanymi oznaczeniami. Zbadanie zdolności rejestrowej chroni także przed sytuacją, w której okazuje się, że inny podmiot uzyskał wcześniej ochronę na podobne oznaczenie. Konsekwencją takiego stanu rzeczy może być nie tylko odmowa rejestracji, ale również  utrata prawa do korzystania z marki, którą posługiwał się dotychczas wnioskodawca.

Badanie zdolności rejestrowej – zrób to sam lub zleć fachowcowi

Badanie zdolności rejestrowej można przeprowadzić samodzielnie, wykorzystując np. wyszukiwarkę Google. Niewykluczone, że w ten prosty sposób uda się odszukać oznaczenia, mogące kolidować ze znakiem towarowym, który ma być zgłoszony. W wielu przypadkach może jednak okazać się to niewystarczające, ponieważ w wyszukiwarce najczęściej otrzymuje się wyniki lokalne i na dodatek uzależnione od wcześniejszej aktywności użytkownika w Internecie. Zdecydowanie pewniejszym i bezpieczniejszym rozwiązaniem jest powierzenie badania znaku profesjonaliście.

Ważne! Badanie zdolności rejestrowej można przeprowadzić samodzielnie, wykorzystując np. wyszukiwarkę Google. Zdecydowanie pewniejszym i bezpieczniejszym rozwiązaniem jest powierzenie badania znaku profesjonaliście.

Jak przebiega badanie zdolności rejestrowej znaku?

Etap 1 – czy znak w ogóle może być zarejestrowany?

W pierwszej kolejności należy zweryfikować, czy dane oznaczenie w ogóle może być zarejestrowanym znakiem towarowym. Przepisy określają szereg przesłanek, które wykluczają rejestrację. I tak np. nie może być znakiem towarowym oznaczenie, które jest pozbawione charakteru odróżniającego, czyli nie pozwala na odróżnienie towarów lub usług jednej firmy od drugiej, chociażby dlatego, że jest to zwrot powszechnie używany w danej branży. Ochrony nie uzyska również oznaczenie, które jest opisowe, tj. bezpośrednio wskazuje na towary lub usługi, które mają być sygnowane znakiem towarowym. Urząd nie zarejestruje więc znaku „salon materacy” dla sklepu, w którym sprzedawane są materace.

Etap 2 – w poszukiwaniu podobnych oznaczeń…

Następny krok, to wyszukanie wcześniej zgłoszonych lub zarejestrowanych znaków podobnych. Zakres tego badania uzależniony jest od zasięgu terytorialnego ochrony, jaką mamy uzyskać. Przykładowo, w przypadku znaku towarowego Unii Europejskiej koniecznej jest dokładnie przeszukanie nie tylko bazy znaków towarowych UE, ale również baz poszczególnych krajów członkowskich. Co istotne, przeszkodą dla rejestracji mogą być nie tylko znaki identyczne, ale również podobne. O ile więc poszukiwanie znaków identycznych często jest dosyć proste, to znalezienie znaków podobnych wymaga już sporej wiedzy i doświadczenia, a także znajomości orzecznictwa sądowego dotyczącego kolizyjności znaków.

Ważne! Przeszkodą dla rejestracji mogą być nie tylko znaki identyczne, ale również podobne. O ile więc poszukiwanie tych  pierwszych jest dosyć proste, to znalezienie znaków podobnych wymaga wiedzy i doświadczenia, a także znajomości orzecznictwa sądowego dotyczącego kolizyjności znaków.

Etap 3 – czas na wnioski i zalecenia

Ostatni etap to wnioski. Najbardziej oczekiwany wynik badania zdolności rejestrowej znaku oznacza zielone światło na rejestrację, czyli brak przeszkód do uzyskania ochrony. Często jednak po badaniu okazuje się, że nie jest ona możliwa albo jest bardzo ryzykowna. Istotną część raportu z badania zdolności rejestrowej stanowią wówczas rekomendacje dotyczące tego, jakie zmiany w znaku towarowym można wprowadzić, aby uzyskanie ochrony było możliwe.

Badanie zdolności rejestrowej znaku – dlaczego warto?

Wśród przedsiębiorców panuje przeświadczenie, że rejestracja znaku towarowego jest droga. Mało kto jednak wie, że realny koszt za miesiąc ochrony to tylko 8 zł! Korzyści z rejestracji są natomiast nie do przecenienia. Wielu przedsiębiorców wiedząc, ilu problemów mogliby dzięki niej uniknąć, z pewnością nie zastanawiałoby się ani chwili. Niestety, zwykle dochodzą do takiego wniosku, kiedy na rejestrację jest już za późno.

Najważniejsze korzyści wynikające z rejestracji znaku to:

  • monopol w zakresie posługiwania się danym oznaczeniem na określonym rynku,
  • pewność, że nikt wcześniej nie posługiwał się tym samym oznaczeniem,
  • skuteczny sposób na walkę z nieuczciwą konkurencją,
  • w razie sądowego sporu – proste wykazanie praw do marki,
  • łatwiejszy obrót znakiem towarowym.

Jak wskazano na wstępie, samo złożenie wniosku o rejestrację, to prosta formalność w porównaniu z działaniami, które trzeba podjąć wcześniej. Dopiero po przejściu opisanych wyżej etapów badania zdolności rejestrowej znaku można ubiegać się o rejestrację. Jak w wielu innych dziedzinach życia, im lepiej się do tego przygotujemy, tym większa jest szansa na pomyślne zakończenie sprawy.

Paweł Głąb – radca prawny, wspólnik w Kancelarii Prawnej Kantorowski i Wspólnicy sp. k. Specjalizuje się m.in. w tematyce znaków towarowych. Posiada bogate doświadczenie w reprezentowaniu klientów w postępowaniach rejestracyjnych na terenie Polski
oraz Unii Europejskiej.

Dzięki upałom chętniej nad Bałtyk niż w góry

Słońce, wysokie temperatury i bardzo dobre prognozy pogody na całe lato zachęcają turystów do spędzenia wakacji w Polsce. Największym zainteresowaniem w tym roku cieszy się pobyt nad Bałtykiem – wynika ze statystyk hotelarzy, choć ceny nadmorskiego urlopu są wyższe niż w przypadku wakacji w górach.

Jak wynika z danych platformy rezerwacyjnej VacationClub, najpopularniejszym miesiącem na wakacyjny wypoczynek pozostaje, niezmiennie jak w poprzednich latach, lipiec. To właśnie wtedy branża turystyczna spodziewa się największego zainteresowania. Ze statystyk nadmorskich hotelarzy wynika, że średnie lipcowe obłożenie w popularnych nadbałtyckich kurortach sięga 80 proc. – Podobnie jak w zeszłym roku, turystów przyciągają zapowiedzi słonecznego lata. Spory wpływ na ich zainteresowanie ma także coraz lepsza infrastruktura turystyczna nad polskim morzem – ocenia Krystyna Wróblewska – założycielka VacationClub.

Na okres wakacyjny zarezerwowano obecnie dwie trzecie miejsc noclegowych. To dane z najpopularniejszych kurortów na polskim Wybrzeżu, takich jak Kołobrzeg i Świnoujście. Nieco luźniej jest póki co w górach.  – Warto jednak pamiętać, że większość rezerwacji, szczególnie tych sierpniowych, pojawia się praktycznie na parę tygodni wcześniej lub na ostatnią chwilę – mówi Krystyna Wróblewska.

Karkonosze tańsze niż Kołobrzeg?

Ile w tym roku kosztują wakacje nad morzem i w górach? Ze statystyk wynika, że turystów nie odstraszają nieco wyższe ceny nadbałtyckich kurortów. Zasadniczo jednak ceny nie wzrosły znacząco w stosunku do roku ubiegłego. Czteroosobowa rodzina za dobę w luksusowym pięciogwiazdkowym hotelu przy plaży ze śniadaniem i obiadokolacją, zapłaci średnio 800 zł za noc. W Szklarskiej Porębie będzie to około 600 zł za noc. Dużo taniej, choć bez wyżywienia, wyjdzie pobyt w nadmorskim apartamencie – około 2,8 tys. zł za tydzień. Mowa o standardzie hotelowym z aneksem kuchennym i dostępem do strefy SPA w cztero- lub pięciogwiazdkowym hotelu.

– Najważniejszą nadmorską walutą w przypadku apartamentów jest odległość od morza – mówi Krystyna Wróblewska i dodaje, że – warto mieć na względzie, że apartamenty w najlepszej lokalizacji mogą kosztować więcej, nawet około 1000 zł tygodniowo. Jeśli jednak gość nie potrzebuje widoku na morskie fale może zatrzymać się nieco taniej, za to w doskonałych warunkach.

Co 11. firma MŚP obawia się split payment

Wprowadzona w 2018 roku podzielona płatność podatku VAT spędza sen z powiek części sektora MŚP. Z Barometru EFL wynika, że w opinii 9 proc. przedsiębiorców ten czynnik może pogorszyć kondycję ich firmy. Eksperci EFL zwracają uwagę, że split payment ma dwie strony medalu. Z perspektywy makroekonomicznej zwiększa szanse na skuteczne wyeliminowanie z obrotu nieuczciwych podatników. Niestety, w skali mikro, takie rozwiązanie niesie ze sobą bezpośredni i zauważalny koszt dla przedsiębiorcy.

Nowe przepisy dotyczące split payment obowiązują od 1 lipca 2018 roku i mogą wpływać na sposób płatności za faktury. W praktyce chodzi o to, że sposób płatności za usługi i towary polega na wpłacie kwoty netto na rachunek rozliczeniowy dostawcy, a kwoty VAT na oddzielny rachunek VAT. Split payment dotyczy mikro, małych, średnich i dużych przedsiębiorców, jednak na razie obowiązuje zasada dobrowolności (stosowanie przepisu zależy od kupującego, nie jest obowiązkowe). Jednak zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Finansów (projekt ustawy na etapie zakończonych konsultacji społecznych), wkrótce, być może jeszcze w tym roku, od 1 września, ten mechanizm będzie częściowo obowiązkowy. W pierwszej kolejności, ma mieć zastosowanie dla transakcji o wartości wyższej niż 15 tys. zł i dotyczyć wybranych transakcji, między innymi prac budowlanych, sprzedaży części samochodowych, złomu artykułów stalowych czy komputerów.

Przedsiębiorcy nie zrezygnują z VAT

Split payment nie jest, i raczej nie będzie w przyszłości, głównym powodem zniechęcającym mikro-, małe i średnie firmy do bycia VAT-owcami. – Co do zasady nie ma możliwości rezygnacji ze statusu VAT-owca, jeżeli firma nie chce korzystać ze split payment. Natomiast, tam, gdzie dana organizacja ma możliwość dokonania wyboru, czy chce być VAT-owcem czy nie – z pewnością nie podejmie decyzji przez pryzmat przepisów o split payment – komentuje Łukasz Janowski, kierownik działu podatkowego EFL.

Split payment na czele prawno-podatkowych zmartwień

Z Barometru EFL na II kwartał br. wynika, że wśród czynników prawno-podatkowych, mogących wpłynąć negatywnie na sytuację przedsiębiorstwa, najwięcej zapytanych przedstawicieli MŚP wskazało na split payment, czyli mechanizm podzielonej płatności. Takiej odpowiedzi udzieliło niemal 9 proc. ankietowanych. 8 proc. przedsiębiorców wskazało na wymogi dotyczące ochrony danych osobowych, a 5 proc. na wymogi dotyczące podpisu elektronicznego.

Najbardziej mechanizmu podzielonej płatności obawiają się mikroprzedsiębiorcy, wśród których ponad 14 proc. wskazuje, że nowe regulacje mogą wpłynąć niekorzystnie na kondycję ich firmy. Wśród małych i średnich firm ten odsetek wynosi odpowiednio po 9 proc. Biorąc pod uwagę branże, najwięcej obawiających się przedsiębiorców reprezentuje branże handlową (14 proc.), następnie transportową (12,5 proc.) oraz usługi (11 proc.).

Dwie strony medalu

Z perspektywy makroekonomicznej, mechanizm podzielonej płatności podatku VAT, w opinii Łukasza Janowskiego, kierownika działu podatkowego EFL, w samym jego zamierzeniu jest rozwiązaniem dobrym. – W skali całej gospodarki zwiększa szanse na skuteczne wyeliminowanie z obrotu nieuczciwych podatników. Jednocześnie pozwala podatnikom decydującym się na zlecenie płatności podzielonej na ograniczenie ryzyk podatkowych związanych z nieświadomym wejściem w transakcje z oszustem podatkowym. To wydaje się być szczególnie atrakcyjne w świetle coraz częstszych prób oszustwa organów podatkowych, zmierzających do przerzucenia odpowiedzialności za zaległość oszusta podatkowego na jego kontrahenta (nabywcę towaru lub usługi) – m.in. w oparciu o zarzut braku dochowania tzw. należytej staranności – zwraca uwagę ekspert EFL.

Rozwiązanie słuszne z perspektywy makroekonomicznej niesie jednak ze sobą bezpośredni, zauważalny koszt w skali mikro. Podmioty otrzymujące płatności od swoich kontrahentów w metodzie podzielonej płatności muszą stawić czoła istotnej zmianie zarządzania ich płynnością finansową. – Dotychczas, wielu podatników wykorzystywało kwotę podatku VAT otrzymanego w ramach zapłaty za fakturę do finansowania bieżącej działalności. W przypadku rozliczeń kwartalnych takie finansowanie mogło dać dodatkową płynność nawet przez okres prawie czterech miesięcy. W przypadku otrzymania kwoty VAT na rachunek VAT, możliwość jej wykorzystania jest istotnie ograniczona. To może stanowić problem szczególnie dla tych podatników, których istotna część wydatków nie może zostać zapłacona w metodzie podzielonej płatności – czyli np. w odniesieniu do bieżących wydatków realizowanych za pomocą karty wydanej do konta (zakupy na stacji benzynowej, w markecie, itp.) lub wydatków na wypłatę wynagrodzeń – mówi Łukasz Janowski.

– Nie można również zapominać o koszcie dostosowania się podatników VAT do przyjmowania i wysyłania przelewów w metodzie podzielonej płatności. W wielu przypadkach wymagało to dostosowania systemów IT czy przemodelowania dotychczasowych procesów i procedur związanych z realizacją i ewidencją, w tym księgowaniem, płatności – dodaje ekspert EFL.

Pomysłowi polscy przedsiębiorcy

W związku z nowymi regulacjami, polskie MŚP musiały wypracować przez ostatni rok nowe podejście do zarządzania płynnością finansową lub pozyskać dodatkowe źródła finansowania bieżącej działalności. W odpowiedzi na wiele praktycznych problemów i wątpliwości interpretacyjnych związanych z mechanizmem podzielonej płatności, wśród podatników pojawiło się również wiele pomysłów na funkcjonowanie w nowej rzeczywistości.

– Można zaobserwować próby umownego wyłączenia możliwości stosowania metody podzielonej płatności między kontrahentami. Są też stosowane bardziej bezpośrednie metody wywierania nacisku na kontrahentów, aby nie realizowali płatności podzielonej na przykład poprzez jednostronne umieszczanie zastrzeżeń na wystawianych fakturach o braku możliwości realizacji płatności dzielonej. Jakkolwiek pierwsze rozwiązanie, czyli umowne metody wyłączania podzielonej płatności w rozliczeniach pomiędzy ufającymi sobie podmiotami, jest dopuszczalne, tak jednostronne oświadczenia wystawców faktur o braku możliwości realizacji płatności podzielonej zdają się być bezskuteczne z perspektywy przepisów – zwraca uwagę Łukasz Janowski z EFL.

Pracownicze Plany Kapitałowe – mogą przynieść duże korzyści polskiej gospodarce, giełdzie i przyszłym emerytom

Już od 1 lipca br. największe firmy będą zobowiązane do uruchomienia Pracowniczych Planów Kapitałowych. Dzięki uruchomieniu programu w perspektywie 10 lat polski PKB może wzrosnąć nawet o dodatkowe 2 proc., nakłady inwestycyjne wzrosną o 22 proc. a zwiększona produktywność i związany z nią wzrost wynagrodzeń w pełni zrekompensuje pracownikom koszt wpłat do PPK – wynika z raportu „Pracownicze Plany Kapitałowe. Koszty i korzyści” przygotowanego przez centrum analityczne Polityka Insight, którego partnerem jest Nationale – Nederlanden. Dodatkowo, uczestnik programu, który zdecyduje się na wpłacanie maksymalnej kwoty do PPK może podnieść swoją przyszłą emeryturę nawet o 60 proc.

Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK) to program długoterminowego oszczędzania skierowany do osób zatrudnionych w polskich przedsiębiorstwach. PPK ma zachęcać do gromadzenia oszczędności na emeryturę. Oszczędzanie w PPK jest dobrowolne, ale program opiera się na zasadzie automatycznego zapisu – to rozwiązanie zaczerpnięte z ekonomii behawioralnej. Pracodawcy będą zakładać konta w programie blisko 12 mln pracowników w latach 2019-2021. Każdy uczestnik PPK będzie mógł w dowolnym momencie zrezygnować z dalszych wpłat, a także na nowo przystąpić do programu.

Podstawowe wpłaty na konto PPK wyniosą 2 proc. wynagrodzenia brutto po stronie pracownika (lub 0,5 proc. dla osób najmniej zarabiających) i 1,5 proc. po stronie pracodawcy. Do oszczędności dołoży się państwo, które wpłaci uczestnikowi  250 zł opłaty powitalnej, a następnie 240 zł za każdy rok oszczędzania. Zarówno pracownik jak i pracodawca mogą, niezależnie od siebie, podnieść wysokość swoich wpłat – maksymalnie do 4 proc. wynagrodzenia brutto.

Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE
Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE

– Start PPK to ważne wydarzenie nie tylko dla największych firm, które są zobowiązane do uruchomienia programu od lipca. To także ważne wydarzenie dla całej polskiej gospodarki. Rusza pierwszy powszechny, całkowicie prywatny program długoterminowego oszczędzania, który jest wspierany przez Państwo oraz pracodawców oraz który przyniesie realne korzyści jego uczestnikom – mówi Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE.

Wyższe koszty pracodawcy to dobra inwestycja

Udział pracodawcy w PPK wiąże się ze wzrostem kosztów pracowniczych. Z symulacji analityków Polityka Insight wynika,  że zwiększą się one od 0,4 proc. w scenariuszu, w którym jedna trzecia pracowników przystąpi do programu do 1 proc. w scenariuszu, w którym trzy czwarte pracowników zacznie oszczędzać w ramach PPK. Wzrost kosztów będzie odpowiednio wyższy, jeżeli pracodawca zdecyduje się dobrowolnie podnieść wysokość wpłat.

Przedsiębiorcy powinni jednak rozważyć, czy nie dokładać się do oszczędności pracowników w większym stopniu niż ustawowe minimum, gdyż będzie to dla nich najtańszy sposób na finansowe motywowanie podwładnych oraz jeden z najlepszych sposobów na budowanie pozytywnego wizerunku firmy, zarówno dla osób już zatrudnionych jak i dla potencjalnych przyszłych pracowników. Wizerunek ten będzie miał szczególne znaczenie w sytuacji starzenia się społeczeństwa, kiedy pracodawcom coraz trudniej będzie znaleźć i przyciągnąć dobrze wykształconych, kompetentnych i zaangażowanych pracowników.

Podniesienie wpłat na konta pracowników do maksymalnego możliwego poziomu nie powinno spowodować wzrostu kosztów pracowniczych o więcej niż 3 proc., gdyż część wpłat pracodawcy jest zwolniona ze składek emerytalno-rentowych jak również stanowi koszt podatkowy.

Gospodarka będzie rosła szybciej dzięki PPK

Najbardziej na wysokiej partycypacji pracowników w PPK skorzysta polska gospodarka. W długim okresie PKB będzie wyższe nawet o 2 proc. niż w scenariuszu, gdyby program nie został wprowadzony. Za sprawą łatwiejszego dostępu do kapitału wzrosną inwestycje firm, a dzięki niższym kosztom obsługi długu rząd będzie miał więcej pieniędzy na wydatki budżetowe. Co więcej, w związku z dodatkowymi inwestycjami wzrośnie produktywność pracowników, co przełoży się na szybszy wzrost wynagrodzeń. W rezultacie spadek pensji, wynikający z odprowadzania wpłat na PPK, zostanie w całości zrekompensowany i dochody „na rękę” pracowników będą od około 2030 r. wyższe niż w scenariuszu bez PPK. W rezultacie również konsumpcja będzie wyższa niż w scenariuszu bez PPK.

Na wdrożeniu PPK skorzysta też warszawska giełda, którą zdaniem analityków z Polityki Insight zasilić może nawet 8-10 mld zł rocznie dodatkowego kapitału. Taki wzrost popytu powinien zachęcić zagranicznych inwestorów do powrotu na GPW, co da impuls do rozwoju polskiego rynku kapitałowego w najbliższych latach i będzie z korzyścią zarówno dla rozwoju spółek, jak i samych osób oszczędzających na emeryturę.

Z przeprowadzonych przez ekspertów symulacji wynika, że wszystkie trzy kluczowe składowe popytu krajowego (konsumpcja, spożycie publiczne, inwestycje) będą w długim terminie wyższe dzięki wdrożeniu PPK. W rezultacie, jeżeli aż trzy czwarte zatrudnionych zdecyduje się na udział w programie, a część z nich będzie wpłacać więcej niż ustawowe minimum, PKB powinien być za 10 lat wyższy o 2 proc. niż w scenariuszu bez PPK.

Najsilniej do wzrostu PKB przyczynią się zwiększone nakłady inwestycyjne – w optymistycznym scenariuszu będą wyższe nawet o 22 proc. niż w sytuacji, gdyby program PPK nie został wdrożony.

– Długookresowe korzyści, takie jak dodatkowe pieniądze na emeryturę, wyższy PKB czy poprawa wizerunku pracodawcy, w pełni kompensują krótkookresowe koszty związane z niższymi pensjami, przejściowym spadkiem konsumpcji czy wyższymi wydatkami pracodawców – mówi Adam Czerniak, główny ekonomista Polityki Insight, współautor raportu.

Pracownik dostaje najkorzystniejszy instrument do oszczędzania

Z symulacji przeprowadzonych przez centrum analityczne Polityka Insight wynika, że 30-letnia osoba, która przystąpiłaby do programu PPK i odkładała minimalną wpłatę na konto aż do osiągnięcia 60. roku życia, zebrałaby w sumie 99 tys. zł w przeliczeniu na ceny z 2019 r. W rezultacie mogłaby od razu wypłacić 25 tys. zł, a za pozostałe środki podnieść swoje dochody emerytalne aż o 25-30 proc. przez okres 10 lat. Gdyby ta sama osoba zdecydowała się wpłacać maksymalną możliwą kwotę (4 proc. wynagrodzenia) i to samo zrobiłby jej pracodawca, to uzbierałaby aż 220 tys. zł, co podniosłoby jej przyszłą emeryturę o około 60 proc. przez okres 10 lat i mogłaby w wieku 60 lat wypłacić 55 tys. zł (według dzisiejszych cen).

Dzięki PPK pracownicy za wpłatę – w większości przypadków nie wyższą niż 100 zł miesięcznie – będą gromadzić oszczędności, do których dorzuci się ich pracodawca i państwo. Osoby, które potraktują udział w PPK jako oszczędzanie na czarną godzinę lub na wypadek choroby, będą cieszyć się wyższymi zyskami niż przy tradycyjnych produktach finansowych. Według obliczeń Polityki Insight, po roku oszczędzania w PPK zysk wyniesie co najmniej 56 proc., czyli wielokrotnie więcej niż na zwykłej lokacie bankowej lub nawet dobrym funduszu inwestycyjnym. Jeżeli pracownik zdecyduje się na oszczędzanie aż do osiągnięcia wieku emerytalnego to zysk przekroczy 80 proc. per annum. Takiego zwrotu z oszczędzanych pieniędzy pracownicy nie osiągną w żadnym innym programie oszczędnościowym, prywatnym czy publicznym.

Gromadzone w PPK środki będą mogły być nie tylko przeznaczone na dodatek do emerytury z systemu powszechnego, ale też na wkład własny na zakup mieszkania albo środki na czarną godzinę, kiedy pracownik straci pracę, zachoruje lub będzie musiał ponieść nieoczekiwane wydatki.

– PPK to obecnie najkorzystniejszy dla pracownika sposób na długoterminowe pomnażanie oszczędności. Oczywiście każdy ma dowolność w zakresie decyzji o uczestnictwie w programie oraz może w każdej chwili bardzo szybko wycofać zgromadzone w nim pieniądze. Musi jednak pamiętać, że jeśli to zrobi przed 60. rokiem życia będzie się to wiązało z rezygnacją przywilejów podatkowych i zwrotem części wpłacanej przez Państwo – podsumowuje Grzegorz Chłopek.

Cały raport do pobrania tu: https://media.nn.pl/63051-pracownicze-plany-kapitalowe-koszty-i-korzysci

Jak inwestować w nieruchomości? Zakup kawalerki na wynajem krok po kroku

Zakup mieszkania w celu jego wynajmowania to wciąż bardzo intratny sposób na zarabianie – na pewno korzystniejszy niż lokata bankowa. Od czego jednak zacząć? Osoby, które dopiero zaczynają swoją przygodę z nieruchomościami, przeważnie na start kupują kawalerkę. Mniejsza powierzchnia to także niższa cena zakupu.

Kawalerka to popularne określenie na małe mieszkanie jednopokojowe, często z aneksem kuchennym zamiast oddzielnej kuchni, najczęściej o powierzchni od 20 do 30 metrów kwadratowych (choć trafiają się zarówno lokale mniejsze, jak i większe). Są atrakcyjne dla kupujących, szczególnie dla osób inwestujących w mieszkania na wynajem, ponieważ dzięki niewielkiej powierzchni okazują się najtańsze w zakupie. Są też chętnie wynajmowane, ponieważ osoby poszukujące tymczasowego lokum dla siebie, zazwyczaj wolą dysponować mniejszą powierzchnią, ale za to ponosić niższe koszty, niż żyć wygodniej, ale płacąc za to wyższą cenę.

Wg danych z portalu Bankier.pl. średnia cena wynajmu mieszkania o powierzchni do 38 m2 w Warszawie w maju 2019 roku wynosiła 2.068 zł miesięcznie. W przypadku mieszkań o powierzchni od 38 do 60 m2 cena była wyraźnie wyższa – 2.854 zł. Przy zakupie, cena za metr to niecałe 11 tys. zł za m2 w przypadku mieszkania do 38 m2 oraz niecałe 9,5 tys. zł za m2 za mieszkanie od 38 do 60 m2.

– Zauważmy, że zakup lokalu o pow. 30 m2 będzie się wiązał z kosztem 330 tys. zł, podczas gdy lokum 50-metrowe będzie kosztowało średnio 475 tys. zł. Różnica, bagatela, 145 tys. zł – mówi Marta Bocheńska-Pachuta z firmy Baransu, przygotowującej mieszkania na wynajem. – A różnica w przychodach z wynajmu w skali roku? Ok. 9,5 tys. zł. Początkującemu inwestorowi najczęściej łatwiej przełknąć mniejszy o ok. 25-30% zarobek w skali roku niż wyłożyć o 30% większą kwotę na zakup, szczególnie, jeśli posiłkuje się kredytem – dodaje.

Najważniejsza jest lokalizacja

Przystępując do zakupu kawalerki na wynajem, powinniśmy wziąć pod uwagę wiele elementów. Kluczowa jest jednak lokalizacja. Bez względu na to, czy najemca będzie dojeżdżał do pracy, czy na studia, będzie dla niego bardzo ważne, aby nie tracić dużo czasu w korkach.

Zazwyczaj najbardziej pożądane są mieszkania zlokalizowane w centrach miast oraz w dzielnicach okalających centrum. W przypadku Warszawy znaczenie ma bliskość metra. Ideał to mieszkanie dobrze skomunikowane z centrum i jednocześnie na cichym osiedlu, w otoczeniu zieleni.

Warto zwrócić uwagę także na stan całego budynku (i osiedla). Na pewno łatwiej będzie znaleźć najemcę do mieszkania w świeżo wyremontowanym i zadbanym bloku niż w sypiącej się kamienicy. Dla coraz większej rzeszy wynajmujących znaczenie może mieć także łatwość zaparkowania – parking przeznaczony specjalnie dla mieszkańców będzie dodatkowym atutem. Przy okazji warto się upewnić, że plany rozwoju okolicy nie zakładają, że np. za rok park za oknem zostanie wycięty, a w jego miejscu rozpocznie się budowa trasy szybkiego ruchu…

– Mniej trzeba się przejmować stanem samej kawalerki. Czasem lepiej kupić mieszkanie w gorszym stanie i dzięki temu wynegocjować niższą cenę, niż poszukiwać lokalu świeżo po remoncie (co znacznie podwyższy cenę lokalu). Bardzo często koszt odświeżenia lub nawet modernizacji mieszkania będzie niższy, niż „wytargowana” przy zakupie zniżka – mówi Marta Bocheńska-Pachuta.

Czas na formalności

Kolejna ważna sprawa to dokumentacja. Jeśli znaleźliśmy już kawalerkę w dobrej lokalizacji, pozostaje zadbać o sprawy formalne. Aby ustalić, czy osoba, która sprzedaje mieszkanie na pewno jest właścicielem mieszkania, potrzebujemy sprawdzić dowód osobisty właściciela, aktualny wypis z księgi wieczystej (możemy też skorzystać z internetowego serwisu Elektroniczne Księgi Wieczyste Ministerstwa Sprawiedliwości), a także akt notarialny, na podstawie którego obecny właściciel kupił, otrzymał lub przejął mieszkanie.

Nawet jeśli na tym etapie wszystko się zgadza, koniecznie powinniśmy sprawdzić, czy nieruchomość nie jest obciążona hipoteką lub innymi długami. Pierwsza sprawa to zadłużenie wobec spółdzielni lub wspólnoty mieszkaniowej. Druga – księga wieczysta. W dziale III widnieją roszczenia ciążące na mieszkaniu, a w dziale IV wpisana jest ewentualna hipoteka. Dodatkowo warto także upewnić się, czy mieszkanie nie jest obciążone opłatami związanymi z prowadzoną przez właściciela działalnością gospodarczą. Na naszą prośbę powinien on dostarczyć zaświadczenia ZUS i US potwierdzające brak zaległości w płaconych składkach i podatkach.

Problemy mogą też wynikać z zakupu mieszkania z lokatorami. Trzeba więc upewnić się, że w kupowanej nieruchomości nikt nie jest zameldowany. W samym akcie notarialnym kupna-sprzedaży dobrze jest zawrzeć oświadczenie sprzedającego, że lokal nie jest przedmiotem najmu, podnajmu, użyczenia, dzierżawy lub jakichkolwiek innych roszczeń.

Jeśli mieszkanie chcemy sfinansować kredytem, po sprawdzeniu dokumentacji i upewnieniu się co do braku zadłużenia i lokatorów, powinniśmy podpisać z właścicielem umowę przedwstępną. W umowie należy szczegółowo opisać stan lokalu (w tym występujące usterki), a także te elementy wyposażenia i umeblowania, które przejmiemy wraz z nieruchomością. Umowa przedwstępna nie musi zostać podpisana w formie aktu notarialnego, ale jest to zalecane dla większego bezpieczeństwa obydwu stron. Podpisując umowę zwróćmy uwagę na to, czy zgadzamy się zapłacić zaliczkę (zwrotną, jeśli transakcja nie dojdzie do skutku) czy zadatek (bezzwrotny, gdy do umowy nie dojdzie z winy kupującego lub np. banku).

Przygotowanie do wynajmu

Mieszkanie wybrane, formalności dopełnione – oto staliśmy się właścicielami kawalerki, na której już wkrótce zaczniemy zarabiać… Ale spokojnie, bo zanim do tego dojdzie, zazwyczaj czeka nas jeszcze dużo pracy.

Zależność jest prosta. Poza lokalizacją i powierzchnią, na cenę wynajmu wpływ będzie miał przede wszystkim standard lokalu. Dlatego zazwyczaj opłaca się przeprowadzić gruntowny remont, a często nawet zmodernizować całe mieszkanie oraz zadbać o estetyczne i funkcjonalne wyposażenie. Warto przejrzeć portale i czasopisma wnętrzarskie, by zapoznać się z aktualnymi trendami. Najwygodniejsza opcja to nawiązanie współpracy z firmą, która przygotuje mieszkanie na wynajem – zajmie się remontem, aranżacją, a nawet sesją zdjęciową i ogłoszeniem.

– W przypadku kawalerki do dyspozycji mamy bardzo niewielką przestrzeń, dlatego tak ważne jest jak najlepsze wykorzystanie każdego metra. Np. jeśli mieszkanie jest wysokie, doskonałym pomysłem będzie wykonanie antresoli i urządzenie na niej sypialni. Jeśli kawalerka ma oddzielną kuchnię, można pomyśleć o zburzeniu ściany i połączeniu jej z salonem. Poza tym, gdy miejsca jest mało, dobrze się sprawdzi łóżko chowane w szafie – podpowiada przedstawicielka Baransu.

Niestety, niektórych mebli idealnych do kawalerki, nie kupimy w sklepie – będą musiały zostać wykonane na zamówienie. A skoro do lokalu zapraszamy stolarza, zamówmy także szafy na wymiar, ponieważ odpowiednia ilość miejsca do przechowywania w maleńkim mieszkaniu to jedna z najważniejszych kwestii z punktu widzenia najemcy. Atutami będą także takie elementy wyposażenia jak pralka, zmywarka, piekarnik czy płyta indukcyjna (wystarczy dwupalnikowa). Nie muszą być to sprzęty z górnej półki cenowej, ale dobrze, by ich jakość gwarantowała długotrwałe i bezproblemowe użytkowanie.

Osoba, która przed wynajęciem lokalu będzie oglądała różne mieszkania, z pewnością zwróci uwagę na to, które zrobi na niej najlepsze pierwsze wrażenie. Nie zapominajmy więc, by mieszkanie było ładnie umeblowane (co niekoniecznie oznacza „drogo”). Podczas wizyty warto także wstawić wazon ze świeżymi kwiatami i rozpylić delikatny, przyjemny zapach. To z pewnością sprawi, że gość spojrzy na mieszkanie przychylniejszym okiem.

Szukamy najemcy

Jeśli mieszkanie jest już tak piękne, że sami mielibyśmy ochotę w nim zamieszkać, pozostaje nam zamieścić ogłoszenia w portalach z ofertami nieruchomości i czekać na odpowiedniego najemcę. Odpowiedniego, to znaczy takiego, który nie zdewastuje mieszkania i będzie regularnie płacił czynsz oraz inne opłaty wynikające z umowy. Istotne może być także, by nie uprzykrzał życia sąsiadom np. głośnym lub niekulturalnym zachowaniem.

Wiele informacji o potencjalnym najemcy możemy uzyskać już podczas pierwszej rozmowy lub oględzin lokalu. Nie bądźmy obojętni na pierwsze wrażenie i uważnie wsłuchujmy się w to, co dana osoba mówi na swój temat. Bardzo często – nawet bez dopytywania – dowiemy się o problemach z poprzednim mieszkaniem, o trudnościach finansowych lub nawet partnerskich. Niektóre z tych faktów mogą mieć wpływ na późniejszy przebieg wynajmu.

Warto zapytać, dlaczego dana osoba poszukuje nowego lokum, czy też jaka jest jej sytuacja zawodowa. Istotne jest także, czy kandydat może zadeklarować, że będzie wynajmował mieszkanie przez określony czas – np. przez rok. Najlepiej zażądać od najemcy dowodu, że posiada stałe źródło dochodu – np. umowy o pracę. Pamiętajmy, że na każdym etapie, jeśli będziemy mieli wątpliwości co do wynajmującego, możemy się wycofać i nie podpisywać z nim umowy.

Nawet jeśli wszystko okaże się w najlepszym porządku, warto nie tylko wyraźnie zaznaczyć, jak istotne będą dla nas terminowe płatności, ale też ustalić wysokość kaucji na wypadek szkód oraz sporządzić protokół zdawczo-odbiorczy podczas przekazywania mieszkania. W umowie należy wyraźnie zaznaczyć termin i sposób opłacania czynszu i opłat eksploatacyjnych, a także konsekwencje w sytuacji opóźnień w płatnościach, zniszczeń w lokalu lub skarg sąsiadów.

Tak zabezpieczeni, możemy przystąpić do wynajmu i wreszcie zacząć zarabiać. W przypadku, gdy w kawalerce zamieszka osoba o stabilnej sytuacji finansowej, a z jej obecnością w lokalu nie będą wiązały się żadne problemy (a tak jest w zdecydowanej większości sytuacji), możemy uzyskać atrakcyjne źródło dochodu. Co ważne, przez większość czasu będzie to dochód pasywny, a więc niewymagający naszego zaangażowania. A gdy inwestycja zacznie się zwracać, warto pomyśleć o kolejnym mieszkaniu na wynajem i w ten sposób powiększyć skalę swojego nieruchomościowego biznesu.

Nie ma korzyści z szybkiego rozejmu

Biały Dom potwierdził, że dojdzie do spotkania prezydentów Trumpa i Xi, a media donoszą, że szykowane jest wstępne zawieszenie broni w wojnie handlowej. Sentyment rynkowy jest nieco lepszy z tego powodu, ale inwestorzy nie chcą przedwcześnie niczego przesądzać. Częściowo dlatego, że Trumpowi nie jest na rękę kończyć już teraz spór handlowy z Chinami.

Bezpieczne przystanie, jak JPY i CHF, są w czwartek słabsze, a odbicie zaliczają AUD i NZD – ryzykowne waluty o dużej wrażliwości na Chiny. Rynek akcji w Europie notuje zielone otwarcie po wzrostach o ok. 1 proc. w Szanghaju i Tokio. Katalizatorem poprawy sentymentu stały się medialne doniesienia, że według których USA i Chiny wstępnie uzgodniły umowę handlową, które elementem będzie zawieszenie wprowadzenia nowych ceł. Informacja nie została potwierdzona, a z oficjalnych źródeł wiemy tylko, że spotkanie prezydentów Trumpa i Xi odbędzie się w sobotę. Stąd reakcja rynku z ostatnich godzin tylko potwierdza, jak duża uwaga jest skupiona na tym spotkaniu i jak wiele od niej zależy dla przyszłych trendów.

Mimo że w ostatnich dniach przede wszystkim mówiło się o polityce Fed i jej implikacjach dla rynków finansowych, rezultat rozmów w trakcie szczytu G20 ma tutaj istotne znaczenie. Jeśli wojna celna między USA i Chinami zostanie powstrzymana, Fed utraci silny argument za obniżkami stóp procentowych. Jednak nie porzucałbym za szybko dotychczasowej wizji trendu osłabienia dolara. Prędkie porozumienie handlowe między USA i Chinami wydaje się mało prawdopodobne. Prezydentowi Trumpowi zawsze o chodzi o zwycięstwo, na każdym polu, a na starcie kampanii prezydenckiej przed przyszłorocznymi wyborami im większy sukces tym lepiej. Kompromis z uznaniem połowy warunków do takich rozwiązań się nie zalicza. W efekcie szybkie zakończenie negocjacji jest możliwe tylko przy pełnej kapitulacji Pekinu – trudno mi w to uwierzyć. Po weekendzie możemy usłyszeć, że strony są otwarte do rozmów z odroczeniem wprowadzenia nowy ceł. Ale taka elastyczna deklaracja pozostawia pełną dowolność do zmiany zdania i odnowienia gróźb wprowadzenia ceł. Inwestorzy będą sobie zdawać sprawę z tego zagrożenia, a to nie pozwoli na niepohamowany wzrost apetytu na ryzyko.

Z drugiej strony, jeśli Trump faktycznie szykował się na szybkie zakończenie sporu handlowego z Chinami, nie widziałby potrzeby w tak agresywnym atakowaniu Fed za ich politykę. Tymczasem jego wczorajsze komentarze sugerują co innego. Trump oskarżył szefa Fed Powella o wykonywanie „złej roboty”, a polityka banku centralnego nie pozwala na osłabienie dolara, podczas gdy inne kraje dewaluują swoje waluty. Dodał, że ma prawo zwolnić Powella. Nieustanna krytyka Fed nie pomaga ustabilizowaniu rynków, gdyż zakłóca interpretację decyzji w polityce monetarnej. Jeśli Fed uzna za zasadne silniejsze (o 50 pb) cięcie stóp procentowych, może zostać posądzony o utratę niezależności i wykonywanie poleceń Trumpa. Jeśli dla ratowania niezależności będzie opóźniał obniżki, może nie uchronić gospodarki przed recesją. Wszystko pomiędzy będzie polem do dyskusji, co naprawdę kieruje decyzjami Fed. Największym koszmarem banku centralnego jest nieumiejętność wiarygodnego komunikowania się z rynkiem.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

3 kroki do zrównoważonego rozwoju firmy. Jak to robią najlepsi

Różnorodność jest kluczem do sukcesu w biznesie. Przekonali się również o tym polscy przedsiębiorcy, którzy wprowadzili w swoich firmach politykę diversity. Dbanie o właściwe proporcje przy zatrudnianiu kobiet i mężczyzn po prostu się opłaca – zróżnicowany, a co za tym idzie, zrównoważony zespół działa efektywniej, ma lepsze pomysły i szybciej rozwiązuje problemy. Znajduje to odzwierciedlenie, chociażby w wynikach finansowych przedsiębiorstwa. Coraz częściej, niektóre firmy postanawiają pójść jeszcze dalej i chcą zadbać o zrównoważony rozwój w pozostałych sferach działalności. Czy to jest trudne i zawsze wymaga dużej ilości czasu oraz pieniędzy? Odpowiedź na te pytania brzmi – NIE. Wystarczy tylko poznać kilka prostych zasad. Można również przyjrzeć się temu, jak robią to najlepsi.

Mowa o sustainability, czyli o zrównoważonym rozwoju. W najbardziej powszechnym rozumieniu chodzi o takie prowadzenie firmy, która zdecydowanie więcej wnosi w środowisko, gospodarkę i społeczeństwo niż czerpie z tych obszarów. To również „model” biznesowy, który jest „zdrowy” dla firmy. Aby przedsiębiorstwo mogło się rozwijać, bez problemu prosperować na rynku i zdobywać nowych klientów, osoby za nie odpowiedzialne muszą mieć świadomość tego, że istnieje związek między działaniami firmy, a zmianami, nierzadko negatywnymi, jakich dokonuje w środowisku czy w społeczeństwie. Żeby im zapobiec lub zniwelować ich skutki, trzeba wdrożyć odpowiednie rozwiązania. Jednocześnie, należy pamiętać, że w tym przypadku nie ma gotowych rozwiązań, które będą pasować do każdej firmy. Można natomiast wyłonić kilka reguł i zasad, za którymi warto podążać, jeżeli chce się zadbać o sustainability.

–  W opublikowanym w kwietniu raporcie Grupy Intrum – „Annual and Sustainability Report 2018” przedstawiliśmy nasze działania na rzecz zrównoważonego rozwoju, które na co dzień pozwalają nam realizować naszą misję, czyli wyznaczanie drogi ku zdrowej, bo zrównoważonej gospodarce. Podejmowane przez nas kroki można umieścić w trzech obszarach: 1. umożliwienie zrównoważonych płatności, 2. bycie szanowanym uczestnikiem rynku, który budzi zaufanie, 3. rozwój, poprzez tworzenie nowej jakości i poszanowanie różnic – wyjaśnia Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum Polsce.

Marka Intrum zidentyfikowała wspomniane trzy punkty na podstawie rozmów ze swoimi kluczowymi udziałowcami, interesariuszami, partnerami biznesowymi oraz klientami. Warto dokładnie wiedzieć, co się wiąże z każdym z nich, ponieważ przy pewnych modyfikacjach mogą służyć za ogólne zasady, których realizacja w praktyce pozwoli zadbać o zrównoważony rozwój firmy.

  1. Wykorzystać swoje know-how dla dobra innych

W przypadku Intrum, pierwszym punktem jest umożliwienie przepływu zrównoważonych płatności. Firma jest europejskim liderem na rynku zarządzania wierzytelnościami, pomaga w tym, by przedsiębiorstwa otrzymywały swoje płatności na czas, a osoby zadłużone mogły pozbyć się swoich problemów finansowych. Jako ekspert w tych obszarach, poprzez swoje działania wspiera prawidłowe funkcjonowanie rynku finansowego, we wszystkich krajach, w których Intrum jest obecne, dba o stabilność lokalnych gospodarek.

Działanie według „przykazań” zrównoważonego rozwoju nie polega tylko na funkcjonowaniu firmy, nastawionym wyłącznie na korzyści i realizację jak największej ilości założonych celów biznesowych. Chodzi również o zwrócenie uwagi na problemy, które dotykają społeczeństwo, czy chociażby najbliższe otoczenie i znajdywanie odpowiedzi na to, jak im zaradzić – zauważa Agnieszka Surowiec, Intrum.

Przykładowo, producent samochodów chcąc realizować powyższy cel, może np. zainwestować w badania nad rozwojem takiej technologii, która sprawi, że współczesne pojazdy będą jeszcze bezpieczniejsze. Koncern farmaceutyczny może włączyć się w działania na rzecz podnoszenia świadomości społecznej w temacie konieczności regularnego wykonywania badań profilaktycznych.

  1. Być uczestnikiem rynku, który budzi szacunek i zaufanie u innych

To kolejna zasada sustainability według Intrum. Za hasłami „szacunek” i „zaufanie” kryją się konkretne zachowania i postawy. Firma, która chce zadbać o zrównoważony rozwój, musi nie tylko być wiarygodna biznesowo, tzn. zachowywać pełen profesjonalizm w obsłudze i kontaktach z klientami. Nie może zapominać o etyce i musi również pokazać, że jej działania nie niosą przypadkowych, negatywnych konsekwencji dla społeczeństwa i środowiska.

Empatia i etyka są dla nas drogowskazami pokazującymi, jak mamy postępować z naszymi Klientami. Dzięki trzymaniu się tych zasad, zdobywamy ich szacunek oraz zaufanie. Podobnie postrzega nas całe otoczenie biznesowe. Przestrzegamy przepisów prawa i regulacji, a także dążymy do odpowiedzialnego korzystania z danych w każdym obszarze, w którym działamy, co jest ważne w świetle obowiązywania RODO. Naszą polityką jest również brak tolerancji dla korupcji i łapówkarstwa. Niezwykle ważne jest także to, jaki wpływ na klimat i ogólnie na środowisko ma nasza działalność. Przykładowo, Grupa Intrum prowadzi monitoring emisji gazów cieplarnianych – podsumowuje Agnieszka Surowiec, Intrum.

Działania Intrum są świetnym przykładem odpowiedzi na obecne wymogi środowiska biznesowego na całym świecie. Dzisiaj klienci biorą nie tylko pod uwagę to, jakie produkty i usługi proponuje dana firma, ale także to, czy postępuje etycznie i jest odpowiedzialna społecznie. Nikt nie będzie chciał kupować i pracować z marką, o której wiadomo, że ma np. problem z dbaniem o środowisko lub nie przestrzega podstawowych praw pracowniczych.

  1. Szanować różnice, stawiać na różnorodność, by się rozwijać

Trzeci obszar, w którym działamy na rzecz sustainability, to rozwój poprzez tworzenie nowej jakości, która powstaje ze stawiania na różnorodność i poszanowania różnic. W Intrum szanujemy wszystkich naszych pracowników, dajemy im możliwość do tego, by mogli się rozwijać, zapewniając przy tym, że w naszej firmie jest miejsce na różnorodność, chociażby pod względem płci i wieku pracowników, jest też miejsce na różne opinie i doświadczenie. Ta różnorodność odzwierciedla i pozwala nam zrozumieć potrzeby naszych Klientów oraz ich klientów. Umożliwiamy pracę w zdrowym i przyjaznym środowisku, które motywuje do działania, co jest dla nas bardzo ważne – podpowiada Agnieszka Surowiec, Intrum.

W powyższej zasadzie chodzi o podejmowanie działań z obszaru employer branding, które ukażą daną firmę, bez względu na to, w jakiej branży działa, jako atrakcyjnego pracodawcę, który dba o dobro pracowników i podejmuje tematy, które są dla nich ważne – np. dbanie o środowisko. Taki „idealny” pracodawca musi również wdrażać narzędzia, które pokażą pracownikom, że firma, w której pracują, ma jasno określone zasady etyczne, jeżeli chodzi o wszelkie kwestie związane z HR i ich przestrzega. Bycie odpowiedzialnym i etycznym pracodawcą, tworzenie komfortowego miejsca pracy dla wszystkich pracowników oraz dawanie im możliwości rozwoju i zdobywania kolejnych umiejętności, to podstawa dbania o zrównoważony rozwój firmy.

Może jednak powinniśmy wprowadzić podatek katastralny?

Dość nieoczekiwanie powrócił ostatnio problem sposobu opodatkowania rodzinnych nieruchomości.Stało się tak za sprawą niedawnej wypowiedzi lidera rządzącej partii, który kategorycznie wykluczył możliwość wprowadzenia podatku katastralnego w jakiejkolwiek przewidywalnej przyszłości. Dlaczego jest to tak ważny problem dla Polaków, i czy faktycznie jest to dla nas najlepsza z możliwych wiadomości?

Różnica pomiędzy podatkiem katastralnym, a tym tradycyjnym od nieruchomości, polega na sposobie ich naliczania. W pierwszym przypadku obliczany jest od wartości nieruchomości, w drugim opodatkowana jest powierzchnia.

– Wersja katastralna w każdym przypadku wydaje się być zdecydowanie bardziej niekorzystna dla portfeli podatników, a dla milionów Polaków praktycznie nie do przyjęcia, bo zaledwie przy 0,5 proc. stawce właściciel skromnego 2-pokojowego mieszkania musiałby płacić daninę 1,5-2 tys. zł, czyli kilkadziesiąt razy więcej niż obecnie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jarosław Jędrzyński, analityk rynku nieruchomości w RynekPierwotny.pl. – A jednak w przypadku zdecydowanej większości krajów UE podatek katastralny jest obowiązującą normą, przyjęły go już wszystkie kraje Unii sąsiadujące z Polską, Czechy, Słowacja, kraje bałtyckie i oczywiście Niemcy.

Dlaczego katastrat jest korzystny dla innych gospodarek, a dla Polski nie do przyjęcia? Jest to podatek lokalny, istotnie zwiększa więc dochody gmin, tym samym przyspiesza zagospodarowanie terenów, budowę infrastruktury, rozwija gospodarkę przestrzenną. Poza tym silnie stymuluje obrót gospodarczy nieruchomościami.

– Dlatego rezygnacja z wprowadzenia podatku katastralnego w jakiejkolwiek przewidywalnej perspektywie, to niekoniecznie dobra dla nas wszystkich wiadomość – wyjaśnia ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Jednak wprowadzenie katastru wymagałoby głębokich zmian w całym polskim systemie podatkowym, a zwłaszcza co do wysokości kwoty wolnej od podatku PIT, która to kwota jest w Polsce bardzo niska.

Poniżej 6 pytań, na które warto znać odpowiedzi przed uruchomieniem PPK

Wchodzące w życie 1 lipca br. PPK to uchwalony w ubiegłym roku projekt dobrowolnego systemu długoterminowego oszczędzania. W założeniu ma on podnieść przyszłe bezpieczeństwo finansowe polskich pracowników.

– Start PPK to bardzo ważny moment. Program ma szansę upowszechnić wiedzę na temat finansowego bezpieczeństwa m.in. na emeryturze i zmotywować Polaków do odkładania i oszczędzania. To potrzebne, bo emerytury są niskie w stosunku do ostatniej pensji, a będą jeszcze niższe. Te niekorzystne proporcje da się zniwelować tylko dodatkowym, systematycznym odkładaniem pieniędzy na późniejsze lata życia – mówi Konrad Kluska, Członek Zarządu Compensa Życie odpowiedzialny w firmie za obszar PPK.

Poniżej 6 pytań, na które warto znać odpowiedzi przed uruchomieniem PPK.

  1. Czy i kiedy przystąpię do PPK?

Proces wdrażania PPK podzielony jest na kilka etapów. O terminie przystąpienia przedsiębiorstwa do programu decyduje jego wielkość, określana liczbą pracowników (pod uwagę brany jest stan z końca ubiegłego roku).

Terminarz dla poszczególnych kategorii przedsiębiorstw jest następujący:

  • 1 lipca 2019 r. – powyżej 250 pracowników,
  • 1 stycznia 2020 r. – powyżej 50 pracowników,
  • 1 lipca 2020 r. – powyżej 20 pracowników,
  • 1 stycznia 2021 r. – pozostałe przedsiębiorstwa oraz podmioty z sektora finansów publicznych.

PPK obejmą wszystkie osoby zatrudnione w wieku od 18 do 54 lat, za które pracodawca opłaca składki na ubezpieczenie emerytalno-rentowe. Uczestnictwo w PPK osób w przedziale wiekowym 55-69 lat uzależnione będzie od złożenia przez nich oświadczenia woli. Program nie obejmie osób samozatrudnionych, służb mundurowych i rolników.

  1. Jak dokładnie działają PPK?

Każdy uczestniczący w PPK pracownik będzie gromadził pieniądze na indywidualnym koncie, utworzonym w ramach programu. Te pieniądze będą następnie inwestowane przez oferenta PPK, z którym pracodawca podpisał umowę.

Środki na koncie będą pochodziły z 3 źródeł:

  • wpłaty własne pracownika w wysokości 2% wynagrodzenia brutto (odprowadzana z wynagrodzenia netto), które mogą być na życzenie pracownika powiększone o kolejne 2%,
  • wpłaty pracodawcy w wysokości minimum 1,5% wynagrodzenia brutto, które mogą być zwiększone o kolejne 2,5%,
  • wpłaty Skarbu Państwa – jednorazowo 250 zł w formie kwoty powitalnej i 240 zł raz w roku.

Przed podjęciem decyzji o pozostaniu w PPK warto postarać się o prognozę kwoty przyszłych oszczędności. Można to zrobić przy pomocy dostępnych w Internecie narzędzi, m.in. na stronie Polskiego Funduszu Rozwoju, gdzie przewidywaną kwotę oszczędności obliczyć można przy pomocy kalkulatora PPK.

Wypłata środków po 60. roku życia zakłada możliwość przekazania pracownikowi do 25% oszczędności jednorazowo i resztę w co najmniej 120 ratach przez minimum 10 lat.

  1. Czy PPK to tylko oszczędności?

Inwestycyjna część PPK to główny element programu. Pracownicy będą więc przede wszystkim gromadzić oszczędności. Jednak dzięki temu, że wśród oferentów znajduje się towarzystwo ubezpieczeń, będą mogli także wybrać PPK poszerzone o część ochronną. Co to oznacza?

Rozwiązanie, jakie proponuje Compensa to dla pracowników szansa, by zabezpieczyć się finansowo także na wypadek niespodziewanych zdarzeń jak śmierć czy trwałe inwalidztwo w wyniku nieszczęśliwego wypadku. W takiej sytuacji jako ubezpieczyciel wypłacimy pracownikowi świadczenie z tytułu polisy, o którą został rozszerzony standardowy zakres PPK – tłumaczy Konrad Kluska.

  1. Kto będzie zarządzać moimi pieniędzmi?

Wybór podmiotu, który będzie zarządzał oszczędnościami kadry, spoczywa na pracodawcy, który może skonsultować swoją decyzję ze związkami zawodowymi lub reprezentacją pracowników. Firmy uprawnione do oferowania PPK to: towarzystwa funduszy inwestycyjnych, powszechne towarzystwa emerytalne, pracownicze towarzystwa emerytalne i towarzystwa ubezpieczeń. Każda firma zainteresowana włączeniem do swoich produktów PPK, musi postarać się o wpis do odpowiedniej ewidencji. Obecnie wpisanych do niej jest 16 oferentów.

  1. Czy mam obowiązek uczestniczenia w PPK?

Nie. Co prawda pracownicy zapisywani są do programu automatycznie, ale mogą w dowolnym momencie zrezygnować. Aby to zrobić, muszą złożyć deklarację u swojego pracodawcy, który przekaże tę informację do odpowiedniej instytucji finansowej.

Wchodzące w życie prawo zakłada, że nieuczestniczący w PPK obywatele będą do programu zapisywani ponownie co 4 lata. Kto po tym czasie podtrzyma decyzję o rezygnacji, będzie musiał to ponownie zadeklarować – dodaje Konrad Kluska z Compensy Życie.

  1. Czy mogę wypłacić pieniądze przed emeryturą?

Środki gromadzone w PPK to prywatne oszczędności, które mają służyć celom emerytalnym. Podlegają dziedziczeniu i można nimi dysponować wedle uznania, a więc także wypłacić. Trzeba jedynie pamiętać, że pieniądze wycofane z PPK przed 60. rokiem życia zostaną pomniejszone o:

  • podatek od zysków kapitałowych,
  • 30% wartości wpłat pochodzących od pracodawcy, ta część wpłat trafi na konto emerytalne uczestnika w ZUS-ie,
  • dopłaty Skarbu Państwa

Przed ukończeniem 45 lat można także całość środków wypłacić na pokrycie wkładu własnego przy kredycie na budowę domu lub zakup mieszkania. W takiej sytuacji pieniądze trzeba będzie zwrócić do PPK (w ciągu maksymalnie 15 lat w nieoprocentowanych ratach). Poza tym do 25% można wypłacić bez konieczności zwrotu w przypadku ciężkiej choroby pracownika, jego małżonka lub dziecka.

Źródło: Compensa TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group

Data science i AI uchronią banki przed sankcjami

Adam J. Kępa, VP i Head of Growth w ITMAGINATION
Adam J. Kępa, VP i Head of Growth w ITMAGINATION

Nielegalne transakcje, finansowanie terroryzmu, pranie brudnych pieniędzy, omijanie sankcji gospodarczych. Wszystkie te problemy może napotkać bank, który w niewłasciwy sposób dokonuje oceny ryzyka we współpracy z klientem lub kontrahentem. Skuteczne zarządzanie ryzykiem w zakresie AML i KYC umożliwia analiza danych w czasie rzeczywistym. ITMAGINATION stworzył i wdrożył system wsparcia dla tych procesów w jednym z pięciu największych banków w Polsce. Opracowane rozwiązanie weryfikuje klientów banku ze wszystkich segmentów i zapewnia mu zgodność z wytycznymi przeciwdziałania prania brudnych pieniędzy i wspierania terroryzmu.

Banki mają obowiązek dokonywać oceny ryzyka współpracy z klientem i kontrahentem (na starcie współpracy i cyklicznie) oraz monitorować wszystkie operacje przez niego prowadzone pod kątem ewentualnych transakcji nielegalnych, finansowania przestępczości, czy terroryzmu, prania brudnych pieniędzy czy omijania sankcji gospodarczych. W żargonie branżowym ten obszar zarzadzania ryzykiem banku nazywa się AML (ang. anti money laundering). Jeśli dana instytucja finansowa nie wywiązuje się z nich, może ją to słono kosztować. Według szacunków Fenergo, w ciągu 10 lat od kryzysu gospodarczego 2008 roku nieskuteczne zarządzanie obaszarami AML i KYC (Know Your Customer – Poznaj Swojego Klienta) kosztowało banki łącznie około 26 mld dolarów. Tyle wynosi suma kar nałożonych na nie z tego tytułu na całym świecie.

Zbudowany przez ITMAGINATION system do zarządzania obszarami KYC i AML dla jednego z banków w Polsce przede wszystkim zapewnia mu zgodność z regulacjami dotyczącymi przeciwdziałania prania brudnych pieniędzy i wspierania terroryzmu. Opracowane rozwiązanie stanowi kluczowy element całego łańcucha sprzedaży wszystkich produktów w banku.

– Dzięki analityce danych, bazującej na sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym, system może analizować miliony aktywności klientów jednocześnie, na żywo. Banki będą mogły nie tylko odnotować w czasie rzeczywistym, że miał miejsce incydent AML, ale będą mogły takie sytuacje także przewidywać. Zadbaliśmy o wysoką jakość i niezawodność naszego systemu w trybie 24/7. Wystarczyły do tego mądrze zastosowane algorytmy – przekonuje Adam J. Kępa, VP, Head of Growth w ITMAGINATION.

Kompleksowa digitalizacja onboardingu

W tradycyjnych procesach rejestracji klientów wszystkie identyfikujące ich dane wprowadzane są do systemów bankowych ręcznie – np. przez pracowników oddziałów, na bazie papierowych formularzy czy kopii dokumentów. Ale już dziś te operacje mogą być w 100 proc. realizowane cyfrowo i online, bez ingerencji człowieka. Jest to możliwe dzięki wykorzystaniu takich rozwiazań, jak skanowanie dokuemntów, czy automatyzacja pozyskiwania danych identyfikujących klienta.

System KYC ITMAGINATION dokonuje oceny ryzyka każdego klienta i kontrahenta banku w czasie rzeczywistym. Pozwala on bankowi zautomatyzować możliwie jak najwięcej elementów procesu onboardingu klienta. Dokumenty przetwarzane są w formie cyfrowej dzięki wykorzystaniu technologii OCR (Optical Character Recognition) i skanerów QR kodów oraz kodów paskowych. Ocena AML poziomu ryzyka klienta dokonywana jest na podstawie danych z tych dokumentów, informacji pozyskiwanych automatycznie z rejestrów publicznych, CEIDG i KRS, wywiadowni gospodarczych, biur informacji gospodarczej, list sankcyjnych, list osób zajmujących eksponowane stanowiska (tzw. PEP) i bazy dokumentów zastrzeżonych. Dodatkowo wykorzystywane są też źródła wewnętrzne banku: własne bazy preferowanych albo zakazanych kontrahentów, dane z systemów transakcyjnych, CRM czy hurtowni danych.

Stały nadzór dzięki data science

Obowiązki z obszaru AML, jak i ochrony klientów banku przed wyłudzeniami i kradzieżą wymuszają na bankach również stałe monitorowanie prowadzonych w ich systemach transakcji. Dziś „czerwone lampki” zapalają się, kiedy aktywność klienta wykracza poza normę albo można zaobserwować serię zachowań wskazujących na potencjalne naruszenie.

– Z perspektywy banku niezwykle ważne jest, aby monitorowanie transakcji wykonywane było w sposób automatyczny. Nowoczesne rozwiązania z obszaru data science i sztucznej inteligencji pozwalają szczegółowo analizować miliony operacji jednocześnie i umożliwiają wyeliminowanie prawie do zera manualnych ingerencji w analizę takich wyszukań. Dzięki tym technologiom człowiek wkracza tylko tam, gdzie sytuacja jest niestandardowa. A system z kolei „uczy się” i optymalizuje, co  stale zwiększa trafność jego prognoz – podsumowuje Adam J. Kępa.

Sektor budownictwa ekologicznego wspiera rozwój zielonych hipotek w Europie

Organizacje World Green Building Council (WorldGBC) Europe i RICS wraz z partnerami opublikowały najnowszy raport mający na celu wsparcie rozwoju rynku zielonych hipotek w Europie.

Autorzy raportu: „Stworzenie ‘efektywnego energetycznie kredytu hipotecznego’ dla Europy: pomocnicza rola sektora zielonego budownictwa” przekonują, że dla rozwoju rynku zielonych hipotek niezbędna jest ściślejsza współpraca przedstawicieli sektora finansowego i sektora ‘zielonych budynków’.

Nakreślają jednocześnie mapę drogową dla organizacji związanych z budownictwem i energooszczędnością budynków, która ma pomóc w rozwoju rynku ekologicznych finansów – z potencjałem przekształcenia milionów budynków w całej Europie.

Opracowany wspólnie przez europejską sieć WorldGBC i E.ON w ramach finansowanej przez UE Inicjatywy Energy Efficient Mortgages (EEM) dokument, podkreśla znaczenie uwzględnienia potrzeb kredytobiorców dla zapewnienia ich szerszego zainteresowania efektywnymi energetycznie hipotekami.

Zainicjowany w minionym roku, w ramach Inicjatywy EEM, pilotażowy program z udziałem m.in. Europejskiej Federacji Kredytów Hipotecznych oraz Królewskiego Instytutu Dyplomowanych Rzeczoznawców (RICS) uzyskał jak dotąd poparcie 46 banków, które zobowiązały się do ​​przygotowania oferty nowych zielonych produktów kredytowych. Wsparcie dla projektu okazały również władze poszczególnych miast i regionów, w tym rząd Szkocji.

Sukces nowych zielonych produktów w dużej mierze zależeć będzie od zaangażowania firm i organizacji z doświadczeniem w zakresie wydajności energetycznej budynków – mogą one podejmować działania mające na celu pobudzenie popytu, nadanie odpowiedniego kierunku nowopowstającym energooszczędnym budynkom i renowacji już istniejących oraz zapewnienia dodatkowego wsparcia kredytobiorcy.

Cele te można osiągnąć zarówno poprzez większą współpracę między sektorami, jak i edukację i szkolenia poszerzające świadomość i kompetencje profesjonalistów rynku. Konieczne są również innowacje usprawniające proces oceny, planowania i dostarczania wysokiej jakości budynków i renowacji spełniających kryteria kredytodawców w zakresie efektywnych energetycznie kredytów hipotecznych.

Cristina Gamboa, dyrektor generalny World Green Building Council:

„Zielone finanse są coraz częściej uznawane za potężny czynnik napędzający działania na rzecz ochrony klimatu. Rozwój rynku efektywnych energetycznie kredytów hipotecznych w Europie stanowi wyjątkową okazję do odblokowania nowych inwestycji w celu przyspieszenia dekarbonizacji środowiska budowlanego. Współpracujemy z naszymi członkami, aby zapewnić, że nasz sektor jest przygotowany do wykorzystania tej wyjątkowej okazji”.

Ursula Hartenberger, globalny kierownik działu zrównoważonego rozwoju, RICS:

Ursula Hartenberger, globalny kierownik RICS ds. zrównoważonego rozwoju
Ursula Hartenberger, globalny kierownik działu zrównoważonego rozwoju, RICS

„Wartość nieruchomości, których efektywność energetyczna jest poniżej średniej, może ulec erozji ponieważ zarówno polityka rynkowa, jak i rządowa zaczynają naciskać na wzrost zapotrzebowania na bardziej wydajne energetycznie budynki. Efektywne energetycznie kredyty dają możliwość współpracy rzeczoznawców, kredytodawców i firm specjalizujących się w usługach w zakresie efektywności energetycznej mającej na celu pomóc kredytobiorcom w ograniczeniu tego ryzyka. Opracowany dokument jest aktualnym i cennym źródłem informacji i może wyznaczyć nowe kierunki współpracy”.

Ogłoszenia o pracę dla informatyków są tylko zabiegiem marketingowym. Teraz szuka się w inny sposób

Niedobór pracowników wpływa na stosowane metody rekrutacji. Firmy nie korzystają tylko z serwisów rekrutacyjnych, które coraz bardziej tracą swoją pozycję. Ich kosztem wzrasta głównie LinkedIn. Przybywa także wyspecjalizowanych grup na Facebooku. Tradycyjne ogłoszenia są często traktowane jako zabiegi marketingowe. Dla pracodawców sporym wyzwaniem jest nie tylko znalezienie odpowiednich kandydatów, ale również utrzymanie zatrudnionego personelu. Przy tak dużej konkurencji na rynku, zmuszeni są oferować atrakcyjne stawki i pakiet benefitów pozapłacowych. Jednym z narzędzi w walce o najlepszych specjalistów jest nieograniczona możliwość pracy zdalnej.

Nabór po nowemu

Z różnych rynkowych szacunków wynika, że w Polsce brakuje ponad 50 tysięcy specjalistów z branży IT, co podkreśla Anna Tomyślak, branch manager HAYS w Poznaniu. Jak zaznacza ekspert, sporemu niedoborowi kadr towarzyszy stabilna liczba ogłoszeń o pracę w popularnych portalach internetowych. Jednocześnie spada ilość aplikacji składanych za ich pośrednictwem. To przekłada się na stosowane metody dotarcia do kandydatów. Pracodawcy i agencje rekrutacyjne rozbudowują własne strony internetowe i coraz lepiej przyciągają potencjalnych pracowników. Większą rolę odgrywają też biznesowe platformy społecznościowe.

– W porównaniu z rokiem poprzednim dużo więcej pracy szuka się na Facebooku i LinkedIn. I to w zasadzie może być powód lekkiego spadku liczby ogłoszeń na portalach rekrutacyjnych. Powstało mnóstwo grup na FB, wyspecjalizowanych w ofertach pracy dla informatyków i jest ich coraz więcej. W mojej ocenie, w serwisach HR-owych ogłoszenia są zbyt drogie, dlatego pracodawcy wolą szukać alternatywnej drogi. Dziś ww. narzędzia dają dużo lepsze efekty, bo najlepiej szukać ludzi tam, gdzie oni faktycznie są prawie przez 24 godziny na dobę – komentuje Sergiusz Diundyk, ekspert ds. nowych technologii, szkoleniowiec w branży IT.

Zdaniem Anny Tomyślak, LinkedIn stopniowo wypiera tradycyjne ogłoszenia. Umożliwia bowiem prezentację ofert lepiej dostosowanych do profili użytkowników, a także aktywne poszukiwania prowadzone przez firmy rekrutacyjne. Ponadto stwarza szansę zidentyfikowania osoby, którą potencjalnie chcemy zatrudnić, a także nawiązania z nią bezpośredniego kontaktu. LinkedIn stał się podstawowym narzędziem rekrutacyjnym dla międzynarodowych korporacji i dużych firm potrzebujących tego typu specjalistów. Inne platformy umożliwiają natomiast dotarcie do studentów i świeżych absolwentów. Im wyświetlane są reklamy konkretnych stanowisk, dostosowanych do zainteresowań.

– Ogłoszenia o pracę pozostają zauważalne, natomiast w przypadku branży IT stanowią zabiegi głównie marketingowe. Specjaliści w tym sektorze są kandydatami pasywnymi, których należy odnaleźć poprzez inne kanały. Mogą to być media społecznościowe lub spotkania branżowe, skierowane do konkretnej grupy odbiorców. Dodatkowo, przedsiębiorcy wykorzystują w rekrutacji rozwiązania technologiczne, które są interesujące dla specjalistów IT. Przykładem mogą być narzędzia bazujące na sztucznej inteligencji, na przykład rozmowa rekrutacyjna z botem – dodaje Julita Iks z agencji rekrutacyjnej Experis.

Walka na oferty

Wyzwaniem dla firm jest nie tylko znalezienie pracownika spełniającego coraz bardziej wyśrubowane kryteria. Trzeba też go utrzymać, a na rynku panuje spora konkurencja. Według Julity Iks, przedsiębiorcy mają tego świadomość, dlatego starają się, aby ich oferta była jak najbardziej atrakcyjna. Jednym z najważniejszych kryteriów pozostaje wynagrodzenie, ale nie jest to jedyny czynnik decyzyjny kandydatów. Dla nich liczy się też możliwość rozwoju, udziału w ciekawych projektach z wykorzystaniem najnowszych technologii.

– Zauważam, że doświadczeni informatycy w niektórych aspektach dyktują warunki pracodawcom. Tego nie można powiedzieć o początkujących, niedysponujących solidnym CV i portfolio. Pomiędzy warunkami zatrudnienia osoby wchodzącej na rynek, a takiej np. z dziesięcioletnim doświadczeniem, jest spora przepaść. Tak samo jest pomiędzy pracą dla polskiej firmy a zachodniego outsourcingu. W tym zakresie nie oczekuję większych zmian w najbliższych kilku latach – analizuje Sergiusz Diundyk.

Jak zaznacza ekspert z agencji rekrutacyjnej Experis, pracodawcy oferują nie tylko standardowe dodatki takie jak prywatna opieka medyczna czy karta sportowa. Firmy zapewniają też pracownikom darmowe posiłki, masaże, strefy chillout czy nieograniczoną możliwość pracy zdalnej. Ta ostatnia stanowi jedno z narzędzi w rywalizacji o najlepszych kandydatów, o czym informuje Anna Tomyślak. A w tegorocznym badaniu Hays Poland możliwość pracy elastycznej znalazła się na drugim miejscu wśród świadczeń pozapłacowych o największym znaczeniu dla pracowników.

– Stany Zjednoczone od ponad dwudziestu lat skutecznie korzystają z pracy zdalnej informatyków. Dla nich pracują również Polacy. I nikomu w tym układzie nie przeszkadza, że pracodawca jest oddalony o nawet kilka tysięcy kilometrów. Natomiast polskie firmy niechętnie przychylają się do tego typu formy. W mojej ocenie, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby prowadzić cały proces wytwarzania oprogramowania zdalnie – stwierdza Sergiusz Diundyk.

Jak przekonuje Anna Tomyślak, sektor nowoczesnych usług wykazuje się największą otwartością na pracowników wykonujących swoje zadania zdalnie. Takie podejście może oznaczać realne oszczędności dla firmy. Nawet jeśli konieczne jest zaopatrzenie pracowników w niezbędny sprzęt, to koszty bywają znacznie mniejsze od pełnego wyposażenia biura. Ekspert dodaje, że jest to również doskonała forma dla pracujących rodziców oraz osób, które chcą związać się z firmą w nietypowej lokalizacji. Tym samym unikną trudności związanych z dojazdami do siedziby.

– Polskim firmom jest bardzo trudno w walce o doświadczonych informatyków. Mówię to z perspektywy obserwacji głównie innych rynków. Eksperci wolą pracować dla zagranicznego outsourcingu ze względu na lepsze stawki i warunki albo prowadzić własną firmę. Doświadczony informatyk, który szuka pracy, ma do trzech rozmów rekrutacyjnych dziennie. W tych warunkach firmom trudno konkurować o nowych wysokiej klasy specjalistów – podsumowuje Sergiusz Diundyk.

Sektor bankowy z nadzieją patrzy w chmury

Marcin Zmaczyński – dyrektor regionalny Aruba Cloud w Europie Środkowo-Wschodniej
Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud

Szacuje się, że w 2019 roku banki na całym świecie zainwestują ponad 20 mld dolarów w rozwiązania chmurowe. Wdrożenie systemów IT opartych na chmurze pozwala sektorowi finansowemu znaleźć odpowiedź na wiele problemów, takich jak rosnące koszty obsługi IT, presja konkurencyjna ze strony fintechów czy zagrożenia w obszarze cyberbezpieczeństwa. Zanim jednak banki stawią czoła takim wyzwaniom, będą musiały poradzić sobie zarówno z brakiem zaufania do nowych technologii jak i ograniczeniami legislacyjnymi.

ingofrika_bankowośćW centrum zainteresowania polskiego sektora finansowego

Potrzeba elastyczności, bezpieczeństwa oraz skalowalności skłoniła polskie banki ku zwróceniu uwagi na chmurę obliczeniową. W ubiegłym roku Związek Banków Polskich przeprowadził eksperyment „Tezeusz”, który miał sprawdzić adekwatność rozwiązań chmurowych do potrzeb sektora finansowego. Badanie wyraźnie udowodniło, że taki zabieg jest nie tylko możliwy, ale i korzystny finansowo oraz bezpieczny. Coraz bardziej przychylnym okiem w kierunku chmury zaczyna patrzeć także Komisja Nadzoru Finansowego.

Wymogi bezpieczeństwa

Według NBP w roku 2019 ilość pieniędzy w obiegu bezgotówkowym przekroczy wartość transakcji gotówkowych. Dlatego 94 proc. bankowców jako główne zagrożenie wskazuje włamanie na rachunek klienta. Budowanie od podstaw infrastruktury, która zapewni gwarancję blisko stuprocentowego bezpieczeństwa wiąże się z gigantycznymi nakładami finansowymi. Chmura gwarantuje najwyższy stopień bezpieczeństwa przy ułamku kosztów budowanie infrastruktury w modelu in-house. Do tej pory żadnemu hackerowi nie udało się włamać do chmury prywatnej, czyli takiej, w której za infrastrukturę odpowiada podmiot z niej korzystający, a nie zewnętrzny dostawca, jak Amazon czy Microsoft. W przypadku skutecznych ataków na dane zawarte w chmurze w 95 proc. przypadków winna jest niefrasobliwość użytkowników, którzy lekceważą procedury bezpieczeństwa, takie jak ostrożność w przypadku ataków phishingowych, regularna zmiana hasła czy dwustopniowe uwierzytelnianie. Dostawcy usług chmurowych stosują szyfrowanie typu AES 128 lub 256 bitowe, co w praktyce oznacza, że bez dostępu do właściwego klucza do rozszyfrowania danych ich odczyt jest niemożliwy. Dodatkowo, w przeciwieństwie np. do kolokacji serwerów, dane są przechowywane w rozproszonej przestrzeni, dlatego nie wiadomo, na którym dysku znajdują się informacje potencjalnie pożądane przez przestępców.

Odpowiedź na unijne regulacje

Obecnie banki są zobowiązanie do dostosowania się do unijnej dyrektywy Payment Services Directive II, która między innymi obliguje sektor bankowy do udostępnienia swoich danych i API zaufanym podmiotom, w tym firmom z sektora fintech. Oznacza to wzrost presji konkurencyjnej ze strony podmiotów mogących oferować innowacyjne usługi finansowe bez konieczności ponoszenia kosztów gwarancji bezpieczeństwa, które leżą po stronie tradycyjnych banków. Chmura pozwoli bankom stworzyć platformę, dzięki którym niskim kosztem programiści będą mogli tworzyć rozwiązania oparte na danych banku, a które zwiększą rentowność jego produktów.

Wypowiedzi udziela: Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE Aruba CLoud

Modlin i Radom – w które lotnisko warto inwestować? Czy CPK jest potrzebny?

Lotnisko Chopina na warszawskim Okęciu wymaga szybkiego odciążenia. Mimo, że strefa non-Shengen na Okęciu zostanie wkrótce rozbudowana, niektóre z połączeń trzeba będzie przenieść na inne lotnisko. Jednak wciąż trwa spór o to, gdzie przenieść tanie i czarterowe loty, by ta zmiana administracyjna spełniała warunki Unii Europejskiej i zachęciła przewoźników. Między samorządem wojewódzkim a Polskimi Portami Lotniczymi od lat trwa spór o to, czy ma to być podwarszawski Modlin, czy lotnisko w Radomiu. Jednak istota sporu jest całkowicie polityczna – z badań wynika, że żaden z przewoźników nie chce inwestować w połączenia z radomskiego lotniska.

– Nie ma linii lotniczych ani biur podróży, które chcą się przenieść do Radomia. Linie, które tam przychodziły, szybko z tego lotniska rezygnowały. Nawet jeżeli miały dopłaty i ulgi w opłatach lotniskowych, bardzo szybko się orientowały, że nie ma tam potencjału – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Operacje, które nie mieszczą się na Okęciu, lepiej byłoby skoncentrować w Modlinie. Zwłaszcza, że tanich linii nie da się wyrzucić z Okęcia w sposób bezpośredniego przymusu. To musi być tak zwany „administracyjny podział ruchu”, zatwierdzony przez Komisję Europejską. Radom nie przejdzie wyśrubowanych wymogów w prawie europejskim. Wszystko wskazuje na to, że lotnisko będzie nadal świecić pustkami – uważa Furgalski.

Pracownicze plany kapitałowe będą minimalizować straty w systemie emerytalnym. Bez programu w 2060 roku emerytura wyniesie ok. 25 proc. ostatniej pensji

Pracownicze plany kapitałowe będą minimalizować straty w systemie emerytalnym. Bez programu w 2060 roku emerytura wyniesie ok. 25 proc. ostatniej pensji 1

Dzisiejsi 40-latkowie mogą liczyć, że za 20 lat w pracowniczych planach kapitałowych uzbiera im się kwota, która pozwoli uzupełnić środki do poziomu dzisiaj wypłacanego w systemie emerytalnym – mówi prof. Marcin Kalinowski z Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku. W 2050 roku liczba emerytów w Polsce praktycznie zrówna się z liczbą pracowników. Nie musi to oznaczać problemów dla budżetu państwa, bo koszty poniosą przede wszystkim przyszli emeryci. Stopa zastąpienia, czyli relacja pierwszej emerytury do ostatniego wynagrodzenia, może wynieść zaledwie 27 proc. PPK pozwolą to świadczenie zdecydowanie zwiększyć.

 Pracownicze plany kapitałowe są odpowiedzią na obecną sytuację w systemie emerytalnym. Zresztą to jest problem nie tylko Polski, lecz także wielu krajów europejskich. System, który u nas funkcjonuje, jest systemem repartycyjnym, co oznacza, że osoby pracujące płacą na wypłatę emerytur dla obecnych emerytów. W takim systemie duże znaczenie ma demografia – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Marcin Kalinowski, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku.

Zgodnie z ustawą o pracowniczych planach kapitałowych docelowo każda firma będzie musiała utworzyć PPK dla swoich pracowników. Termin wejścia w życie tego obowiązku jest uzależniony od wielkości firmy. Najwcześniej, bo już od 1 lipca br., do PPK przystąpią najwięksi pracodawcy, zatrudniający powyżej 250 pracowników. Od 2020 roku taki obowiązek będą miały firmy zatrudniające od 49 do 250 osób, a od 1 lipca 2020 roku – te z co najmniej 20 pracownikami. Z początkiem 2021 roku już wszystkie firmy, nawet zatrudniające jedną osobę, będą musiały podpisać umowę na prowadzenie PPK. Zdaniem ekspertów taki program jest koniecznością, zwłaszcza w kontekście starzejącego się społeczeństwa.

 To dodatkowy element systemu emerytalnego, który będzie niewydolny. Nie będzie nas stać na emerytury w wysokości takiej, jaką mamy obecnie. Stopa zastąpienia, czyli procent środków, które otrzymamy po przejściu na emeryturę, biorąc pod uwagę ostatnie wynagrodzenia, już jest na dość niskim poziomie, a możemy się spodziewać, że w perspektywie kolejnych 20 lat znacząco się obniży. PPK to odpowiedź na ten brak – tłumaczy prof. Marcin Kalinowski.

Komisja Europejska szacuje, że w 2050 roku liczba osób pracujących i emerytów praktycznie się zrówna (odpowiednio będzie ich 12,7 i 12,6 mln). To oznacza, że jedna osoba będzie pracowała na jedno świadczenie. Jeszcze w 2016 roku na 100 zatrudnionych przypadało 53,8 emeryta, w 2060 roku będzie to już 106,3 emeryta. Skutki odczują obecni 30-latkowie. O ile jeszcze w 2012 roku stopa zastąpienia, czyli relacja pierwszej emerytury do ostatniego wynagrodzenia, wynosiła ponad 60 proc., obecnie jest to ok. 56 proc., to w 2060 roku będzie to już zaledwie 26 proc.

 To ostatni dzwonek, aby po rozmontowaniu systemu OFE, który miał być wsparciem dla pracowników przechodzących na emeryturę, wesprzeć te braki w systemie emerytalnym. Właściwie w tej chwili możemy liczyć na to, że jako 40-latkowie za 20 lat w PPK uzbieramy kwotę, która pozwoli uzupełnić środki do poziomu wypłacanego obecnie w systemie emerytalnym – ocenia ekspert. – Tak naprawdę system ma doprowadzić do minimalizacji strat, a nie do dodatkowych korzyści.

Uczestnictwo w PPK będzie dobrowolne, czyli będzie można zrezygnować z dokonywania wpłat do programu na podstawie pisemnej deklaracji złożonej u pracodawcy. Jednocześnie pracodawca co cztery lata będzie informował pracownika, który złożył deklarację o rezygnacji, o ponownym dokonywaniu wpłat.

Na PPK płacić mają pracodawcy i uczestnicy programu. Wpłata podstawowa wyniesie 2 proc. wynagrodzenia, a 1,5 proc. wynagrodzenia ma płacić pracodawca. Osoba, której miesięczne wynagrodzenie uzyskiwane z różnych źródeł, będzie wynosić co najmniej 120 proc. minimalnego wynagrodzenia w danym roku, będzie mogła wpłacać mniej niż 2 proc. (ale przynajmniej 0,5 proc.). Do tego co roku na PPK wpłynie premia od państwa – 240 zł.

Te pieniądze będą wypłacane po 60 roku życia i wówczas będzie można rozłożyć je na dwie części. 25 proc. środków będzie można wypłacić jednorazowo, a pozostałe 75 proc. rozłożyć na kolejne 120 miesięcy, czyli kolejne dziesięć lat po przejściu na emeryturę – przypomina prof. Marcin Kalinowski.

Start-upy pomagają bankom wyróżnić się na rynku. Taka współpraca wchodzi do strategii instytucji finansowych

Start-upy pomagają bankom wyróżnić się na rynku. Taka współpraca wchodzi do strategii instytucji finansowych 2

Współpraca ze start-upami odgrywa coraz istotniejszą rolę w strategii banków – podkreślają przedstawiciele Santander Banku Polska. To obustronna korzyść. Małe spółki zyskują wsparcie mentoringowe i networkingowe, dostęp do know-how i kapitału. Z kolei duży biznes może zyskać rozwiązania, dzięki którym wyróżni się na rynku i dostarczy klientom ciekawą wartość dodaną. Santander Bank Polska poszukuje start-upów, które kreują innowacje m.in. w obszarze sztucznej inteligencji, machine learning, Open API czy cyberbezpieczeństwa. Ich celem mają być usprawnienia dla klientów. 

– Współpraca ze start-upami staje się coraz istotniejszym elementem w strategii instytucji finansowych. Wynika to głównie z presji, jaką nakłada na nas rynek. Standardowe produkty finansowe się komodytyzują, a klienci cały czas szukają czegoś nowego. My też szukamy możliwości wyróżnienia się. Budowa tych wszystkich rozwiązań w pojedynkę byłaby czasochłonna i kapitałochłonna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Paczewski, Innovation Officer w Santander Bank Polska.

Partnerstwo start-upów z korporacjami i dużym biznesem to obustronna korzyść. Małe spółki zyskują wsparcie mentoringowe i networkingowe, dostęp do know-how i kapitału. Z kolei duży biznes, który na ogół cechuje mniejsza innowacyjność i elastyczność, może zyskać rozwiązania, dzięki którym wyróżni się na rynku i dostarczy klientom ciekawą wartość dodaną. Co istotne, współpraca ze start-upem przyspiesza czas wdrożenia nowego, innowacyjnego rozwiązania, obniża jego koszty i zmniejsza ryzyko, ponieważ w przypadku niepowodzenia firma ponosi tylko koszty jego integracji ze swoimi systemami, a nie budowy całej funkcjonalności.

Jak podkreśla ekspert, w ostatnich trzech latach nastąpił znaczący wzrost liczby przykładów takiej kooperacji. Główne obszary, w których biznes szuka nowych rozwiązań, związane są z obsługą klienta, zaspokojeniem jego potrzeb i dostarczaniem mu nowych produktów i usług.

– Firmy, które są naszymi klientami, proszą o wsparcie w konkretnych obszarach. Dostrzegają potrzebę, szukają odpowiednio kompetentnego i sprecyzowanego wsparcia. My mamy narzędzia i umiejętności, by znając potrzeby klienta, przeprowadzić research i ocenę start-upów, które mogą odpowiedzieć na potrzeby firm, finalnie przeprowadzić weryfikację technologii u nas w banku, tak aby wyłonić najlepsze rozwiązanie dla klienta – mówi Dariusz Paczewski.

Perspektywiczne start-upy są typowane przez Biuro Innowacji Cyfrowej banku na podstawie niezależnych analiz rynkowych.

– Przesiewamy setki start-upów. Jeżeli widzimy, że technologia jest dojrzała, zapraszamy taki start-up do przeprowadzenia projektu weryfikacyjnego, tzw. proof of concept. Po udanym projekcie przekazujemy rekomendację dla biznesu, który podejmuje decyzję o wdrożeniu – mówi Dariusz Paczewski.

Start-upy i fintechy, których rozwiązania wspierają bank m.in. w zakresie bezpieczeństwa, digitalizacji dokumentów czy szeroko rozumianej transformacji cyfrowej, mogły zaprezentować swoje pomysły podczas IV edycji Innovation Day, która odbyła się 18 czerwca. Swoje rozwiązania prezentowały m.in. start-upy, których działalność koncentruje się wokół rozwiązań z obszaru cyberbezpieczeństwa, a prowadzone przez nie projekty mają szansę na wdrożenie w banku.

– Zdecydowaliśmy się na współpracę ze start-upami z kilku powodów. Widzimy, że to stwarza możliwość przyspieszenia czasu wdrażania rozwiązania, obniżenia jego kosztów i ryzyka, gdyby okazało się, że nowy produkt czy usługa byłyby nie do końca akceptowalne przez naszych klientów. Mamy też duże zapotrzebowanie ze strony biznesu, który czuje głód rozwiązań technologicznych, i my chcemy ten głód zaspokoić. W Polsce pod tym względem mamy czym się pochwalić – mówi Dariusz Paczewski.

W trakcie Innovation Day technologie oferowane przez start-upy były oceniane m.in. pod kątem innowacyjności, dojrzałości i kompatybilności modelu biznesowego. Swoje rozwiązania zaprezentowali m.in. Isee you i Techmo voice technologies pracujące nad podnoszeniem standardów bezpieczeństwa, twórcy takich aplikacji, jak Autenti czy Identt, firmy Finger prints (rozwiązania z zakresu biometrii behawioralnej i uwierzytelniania w trybie ciągłym), Ic solutions (rozwiązanie do digitalizacji danych, poprawy bezpieczeństwa i eliminacji dokumentów papierowych), a także ProtectAuth – firma dostarczająca rozwiązania z zakresu zwiększania bezpieczeństwa aplikacji mobilnych i internetowych.

– Innovation Day daje start-upom możliwość zaprezentowania się szerszemu gronu odbiorców biznesowych, jednocześnie zmniejszamy barierę ich wejścia w organizację. Później działamy na rzecz minimalizowania szoku wynikającego ze współpracy start-upu, czyli młodej organizacji bez skomplikowanych struktur i procedur, z taką organizacją, jaką jest bank. W przypadku pozytywnej weryfikacji jako Grupa Santander dysponujemy naszym funduszem inwestycyjnym Santander InnoVentures. Najbardziej perspektywiczne start-upy dostaną szansę wdrożenia, zostaną też przedstawione temu funduszowi –mówi Dariusz Paczewski.

Innovation Officer w Santander Bank Polska podkreśla, że bank poszukuje młodych spółek, które kreują innowacje m.in. w obszarze sztucznej inteligencji, machine learning, Open API czy cyberbezpieczeństwa.

– Wszystko to jest oceniane z perspektywy wartości dla klienta. Technologia jest tutaj tylko narzędziem, a nie celem samym w sobie – podkreśla Dariusz Paczewski. – Kluczowym obszarem współpracy są klienci wewnętrzni i zewnętrzni. W tym drugim przypadku miarą naszej skuteczności jest NPS, czyli współczynnik, który pokazuje, jak bardzo klienci są skłonni polecić naszą organizację. Im większy jest wpływ danego rozwiązania na NPS, tym bardziej jesteśmy nim zainteresowani.

Podczas tegorocznej, IV edycji Innovation Day zainaugurowano również premierową rundę programu akceleracyjny AccelUp, którego partnerem jest Santander Bank Polska. Ten jest przeznaczony dla dojrzałych start-upów z sektora fintech, oferujących rozwiązania gotowe do wdrożenia. Firmy zakwalifikowane do AccelUp mają szansę dofinansowanie w wysokości do 200 tys. zł oraz mentoring biznesowy w postaci 100 godzin konsultacji z ekspertami. Start-upy będą miały również możliwość ubiegania się o wsparcie międzynarodowych inwestorów, w tym funduszu Santander InnoVentures.

– W tym momencie jesteśmy po pierwszej rundzie, finalizujemy zapisy ze start-upami. Jestem bardzo zadowolony, głównie z tego, że dla każdego ze start-upów mamy już w banku odbiorcę biznesowego – mówi Innovation Officer w Santander Bank Polska.

Start-upy pomagają się bankom wyróżnić na rynku. Taka współpraca wchodzi do strategii instytucji finansowych

Start-upy pomagają się bankom wyróżnić na rynku. Taka współpraca wchodzi do strategii instytucji finansowych 3

Współpraca ze start-upami odgrywa coraz istotniejszą rolę w strategii banków – podkreślają przedstawiciele Santander Banku Polska. To obustronna korzyść. Małe spółki zyskują wsparcie mentoringowe i networkingowe, dostęp do know-how i kapitału. Z kolei duży biznes może zyskać rozwiązania, dzięki którym wyróżni się na rynku i dostarczy klientom ciekawą wartość dodaną. Santander Bank Polska poszukuje start-upów, które kreują innowacje m.in. w obszarze sztucznej inteligencji, machine learning, Open API czy cyberbezpieczeństwa. Ich celem mają być usprawnienia dla klientów. 

– Współpraca ze start-upami staje się coraz istotniejszym elementem w strategii instytucji finansowych. Wynika to głównie z presji, jaką nakłada na nas rynek. Standardowe produkty finansowe się komodytyzują, a klienci cały czas szukają czegoś nowego. My też szukamy możliwości wyróżnienia się. Budowa tych wszystkich rozwiązań w pojedynkę byłaby czasochłonna i kapitałochłonna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Paczewski, Innovation Officer w Santander Bank Polska.

Partnerstwo start-upów z korporacjami i dużym biznesem to obustronna korzyść. Małe spółki zyskują wsparcie mentoringowe i networkingowe, dostęp do know-how i kapitału. Z kolei duży biznes, który na ogół cechuje mniejsza innowacyjność i elastyczność, może zyskać rozwiązania, dzięki którym wyróżni się na rynku i dostarczy klientom ciekawą wartość dodaną. Co istotne, współpraca ze start-upem przyspiesza czas wdrożenia nowego, innowacyjnego rozwiązania, obniża jego koszty i zmniejsza ryzyko, ponieważ w przypadku niepowodzenia firma ponosi tylko koszty jego integracji ze swoimi systemami, a nie budowy całej funkcjonalności.

Jak podkreśla ekspert, w ostatnich trzech latach nastąpił znaczący wzrost liczby przykładów takiej kooperacji. Główne obszary, w których biznes szuka nowych rozwiązań, związane są z obsługą klienta, zaspokojeniem jego potrzeb i dostarczaniem mu nowych produktów i usług.

– Firmy, które są naszymi klientami, proszą o wsparcie w konkretnych obszarach. Dostrzegają potrzebę, szukają odpowiednio kompetentnego i sprecyzowanego wsparcia. My mamy narzędzia i umiejętności, by znając potrzeby klienta, przeprowadzić research i ocenę start-upów, które mogą odpowiedzieć na potrzeby firm, finalnie przeprowadzić weryfikację technologii u nas w banku, tak aby wyłonić najlepsze rozwiązanie dla klienta – mówi Dariusz Paczewski.

Perspektywiczne start-upy są typowane przez Biuro Innowacji Cyfrowej banku na podstawie niezależnych analiz rynkowych.

– Przesiewamy setki start-upów. Jeżeli widzimy, że technologia jest dojrzała, zapraszamy taki start-up do przeprowadzenia projektu weryfikacyjnego, tzw. proof of concept. Po udanym projekcie przekazujemy rekomendację dla biznesu, który podejmuje decyzję o wdrożeniu – mówi Dariusz Paczewski.

Start-upy i fintechy, których rozwiązania wspierają bank m.in. w zakresie bezpieczeństwa, digitalizacji dokumentów czy szeroko rozumianej transformacji cyfrowej, mogły zaprezentować swoje pomysły podczas IV edycji Innovation Day, która odbyła się 18 czerwca. Swoje rozwiązania prezentowały m.in. start-upy, których działalność koncentruje się wokół rozwiązań z obszaru cyberbezpieczeństwa, a prowadzone przez nie projekty mają szansę na wdrożenie w banku.

– Zdecydowaliśmy się na współpracę ze start-upami z kilku powodów. Widzimy, że to stwarza możliwość przyspieszenia czasu wdrażania rozwiązania, obniżenia jego kosztów i ryzyka, gdyby okazało się, że nowy produkt czy usługa byłyby nie do końca akceptowalne przez naszych klientów. Mamy też duże zapotrzebowanie ze strony biznesu, który czuje głód rozwiązań technologicznych, i my chcemy ten głód zaspokoić. W Polsce pod tym względem mamy czym się pochwalić – mówi Dariusz Paczewski.

W trakcie Innovation Day technologie oferowane przez start-upy były oceniane m.in. pod kątem innowacyjności, dojrzałości i kompatybilności modelu biznesowego. Swoje rozwiązania zaprezentowali m.in. Isee you i Techmo voice technologies pracujące nad podnoszeniem standardów bezpieczeństwa, twórcy takich aplikacji, jak Autenti czy Identt, firmy Finger prints (rozwiązania z zakresu biometrii behawioralnej i uwierzytelniania w trybie ciągłym), Ic solutions (rozwiązanie do digitalizacji danych, poprawy bezpieczeństwa i eliminacji dokumentów papierowych), a także ProtectAuth – firma dostarczająca rozwiązania z zakresu zwiększania bezpieczeństwa aplikacji mobilnych i internetowych.

– Innovation Day daje start-upom możliwość zaprezentowania się szerszemu gronu odbiorców biznesowych, jednocześnie zmniejszamy barierę ich wejścia w organizację. Później działamy na rzecz minimalizowania szoku wynikającego ze współpracy start-upu, czyli młodej organizacji bez skomplikowanych struktur i procedur, z taką organizacją, jaką jest bank. W przypadku pozytywnej weryfikacji jako Grupa Santander dysponujemy naszym funduszem inwestycyjnym Santander InnoVentures. Najbardziej perspektywiczne start-upy dostaną szansę wdrożenia, zostaną też przedstawione temu funduszowi –mówi Dariusz Paczewski.

Innovation Officer w Santander Bank Polska podkreśla, że bank poszukuje młodych spółek, które kreują innowacje m.in. w obszarze sztucznej inteligencji, machine learning, Open API czy cyberbezpieczeństwa.

– Wszystko to jest oceniane z perspektywy wartości dla klienta. Technologia jest tutaj tylko narzędziem, a nie celem samym w sobie – podkreśla Dariusz Paczewski. – Kluczowym obszarem współpracy są klienci wewnętrzni i zewnętrzni. W tym drugim przypadku miarą naszej skuteczności jest NPS, czyli współczynnik, który pokazuje, jak bardzo klienci są skłonni polecić naszą organizację. Im większy jest wpływ danego rozwiązania na NPS, tym bardziej jesteśmy nim zainteresowani.

Podczas tegorocznej, IV edycji Innovation Day zainaugurowano również premierową rundę programu akceleracyjny AccelUp, którego partnerem jest Santander Bank Polska. Ten jest przeznaczony dla dojrzałych start-upów z sektora fintech, oferujących rozwiązania gotowe do wdrożenia. Firmy zakwalifikowane do AccelUp mają szansę dofinansowanie w wysokości do 200 tys. zł oraz mentoring biznesowy w postaci 100 godzin konsultacji z ekspertami. Start-upy będą miały również możliwość ubiegania się o wsparcie międzynarodowych inwestorów, w tym funduszu Santander InnoVentures.

– W tym momencie jesteśmy po pierwszej rundzie, finalizujemy zapisy ze start-upami. Jestem bardzo zadowolony, głównie z tego, że dla każdego ze start-upów mamy już w banku odbiorcę biznesowego – mówi Innovation Officer w Santander Bank Polska.

Marek Kamiński wyruszy w podróż dookoła świata z humanoidalnym robotem. Ma mu pomóc w walce ze zmianami klimatycznymi

Marek Kamiński wyruszy w podróż dookoła świata z humanoidalnym robotem. Ma mu pomóc w walce ze zmianami klimatycznymi 4

W Dubaju czy Cleveland roboty służą w policji, a w koreańskim więzieniu Robo-Guard pilnuje więźniów. Humanoidalna Sofia otrzymała saudyjskie obywatelstwo i uczestniczyła w programie Jimmy’ego Fallona. Roboty coraz lepiej odczytują ludzką mowę, mogą być towarzyszem życia czy podróży. Marek Kamiński planuje w 2020 roku ruszyć w wyprawę dookoła świata. Jego partnerem będzie humonaidalny robot NOA. Samą podróż odbędą zaś elektrycznym samochodem wyposażonym w różne czujniki, m.in. do mierzenia poziomu zanieczyszczenia powietrza. Z jednej strony chcę zbadać relacje człowiek–maszyna. Z drugiej sztuczna inteligencja może nam pomóc walczyć ze zmianami klimatycznymi – tłumaczy podróżnik.

– Planuję wyprawę samochodem elektrycznym z robotem humanoidalnym NOA z Londynu przez Europę, Turcję, Iran, Indie, Chiny, Koreę Południową, Japonię, Stany Zjednoczone, Kanadę i z powrotem do Londynu. Na 5-miesięczną wyprawę dookoła świata ruszamy w lutym 2020 roku. Celem jest pokazanie, jak będzie wyglądała przyszłość człowieka, bo to będzie właśnie sam na sam ze sztuczną inteligencją – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje podróżnik Marek Kamiński.

W Belgii roboty witają już gości na kampusie jednej z uczelni. W Japonii sprzątają biura i domy, pomagają w opiece nad osobami starszymi, a nawet robią sushi. We Francji humanoidalne roboty stały się niemal codziennością w domach opieki, gdzie towarzyszą pensjonariuszom. Ale sztuczna inteligencja sprawdza się nie tylko przy powtarzalnych czynnościach.

Humonaidalne roboty coraz lepiej radzą sobie z rozpoznawaniem mowy i czytaniem z ruchu warg, potrafią rozpoznać zapach czy smak. Pewien Chińczyk postanowił zaś wziąć ślub z robotem, którego sam zbudował. Roboty coraz częściej będą towarzyszyć ludziom. Już w 2020 roku robot będzie towarzyszem wyprawy AINTE 2019. Marek Kamiński zapowiedział, że w podróży dookoła świata będzie mu towarzyszył robot NOA.

– Misją wyprawy jest pokazanie, że sztuczna inteligencja pomoże nam w przezwyciężeniu zmian klimatycznych. Ten robot będzie zbierał wiele danych odnośnie do zmian klimatycznych i te dane potem w postaci technologii blockchain będą opublikowane w formie raportu – zapowiada podróżnik.

Urządzenie ma przypominać człowieka nie tylko wyglądem. Będzie z nim można także porozmawiać, a całą wyprawę śledzić jego oczami (NOA ma mieć zamontowaną kamerę).

– Na pewno jest to duże wyzwanie, żeby ten robot był przyjacielem człowieka, żeby mógł swobodnie rozmawiać. Udaje nam się stworzyć pewne rozwiązania związane z metadanymi, które będą powodowały, że ten robot będzie się w stanie zachować w miarę naturalnie, ale jest to duże wyzwanie – ocenia Kamiński.

Jak podkreśla podróżnik, choć sam robot został wyprodukowany w Chinach, to to co najważniejsze jest polskiej produkcji.

– To robot firmy Sunbot, natomiast to, co jest najważniejsze w robocie, czyli oprogramowanie, jest tworzone w Polsce. I wiele komponentów jest polskich, takie jak czujnik Airly, detektory, modem Xoxo, dzięki któremu będziemy mieli cały czas Wi-Fi czy dostęp do chmury. Jest to też w dużej mierze wyprawa oparta o polską technologię, o technologię 4.0 – zaznacza Marek Kamiński.

W podróż Kamiński wybierze się samochodem elektrycznym i w ten sposób powtórzy ubiegłoroczną wyprawę do Japonii „No Trace Expedition” – bez zostawiania śladów. Pokonał wówczas 30 tys. km samochodem elektrycznym, tym samym pokazał, że nawet taka wyprawa może nie niszczyć środowiska. W wyprawie dookoła świata nie tylko będzie poruszać się bezemisyjnym samochodem, lecz także sam robot ma mierzyć zanieczyszczenie powietrza.

W przyszłości to właśnie sztuczna inteligencja może skutecznie pomóc walczyć ze zmianami klimatu. Marek Kamiński podkreśla, że to, jak będzie wyglądała nasza planeta, zależy m.in. od rozwoju nowoczesnych technologii i ich zastosowania w przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym. To właśnie wskazanie zalet technologii ma być istotą tej wyprawy. Z kolei interakcja między podróżnikiem a robotem ma wskazać na potrzebę zaufania, które jest podstawą dla każdej innowacji.

– Nie jestem fanem technologii samej w sobie, jestem fanem technologii, która mi pomaga żyć. Natomiast oczekiwałbym tego, żeby technologie uczyniły ludzi szczęśliwszymi. Sami pracujemy teraz jako fundacja nad aplikacją „WALK4LIFE”, to jest próba tego, żeby właśnie technologia pozwalała przezwyciężać choroby cywilizacyjne takie jak depresja, wypalenie zawodowe, otyłość – tłumaczy Marek Kamiński.

Nowe technologie z coraz większym wpływem na rynek pracy. Doprowadzą do zaniku i powstania wielu zawodów

Nowe technologie z coraz większym wpływem na rynek pracy. Doprowadzą do zaniku i powstania wielu zawodów 5

Nawet 65 proc. dzieci urodzonych po 2007 roku będzie pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją. Eksperci zauważają, że nowe technologie, nawet jeśli nie zastąpią człowieka, to całkowicie zmienią rynek pracy. Już teraz ocenia się, że co trzecie miejsce pracy utworzone w USA w ciągu ostatnich 25 lat wcześniej nie istniało. Zawody przyszłości są związane z branżą IT, technologiami kosmicznymi czy robotyką, ale przyszłościowymi kierunkami są też te skoncentrowane na pomocy drugiemu człowiekowi, jak medycyna czy psychologia – wymienia doradczyni zawodowa, ekspertka firmy Librus, Marzena Jasińska.

– Maturzyści często pytają mnie, jaki zawód wybrać, w jakiej profesji będą dobrze zarabiać. Finanse oczywiście są istotne, ale zawsze staram się tłumaczyć, by przy wyborze studiów kierowali się nie tylko rynkowym zapotrzebowaniem na dany zawód, lecz także ich zainteresowaniami i pasjami. Tak podjęta decyzja to duża szansa na zawodowy sukces i życiową satysfakcję – tłumaczy Jasińska.

Ze statystyk wynika, że w roku akademickim 2018/2019 najczęściej wybieranym kierunkiem była informatyka, którą studiować chciało ponad 42 tys. osób. Na zarządzanie aplikowało 27 tys. osób, psychologię – 22 tys. osób, a na ekonomię i prawo odpowiednio 18 tys. i 17 tys. osób. Niewiele mniej wybrało finanse i rachunkowość – 16 tys. osób, automatykę i robotykę – ponad 15 tys. osób, budownictwo i pedagogikę – po 12 tys. osób. Z kolei najbardziej obleganymi kierunkami były inżynieria farmaceutyczna (18 kandydatów na jedno miejsce) czy inżynieria i analiza danych (blisko 18 osób).

– Kierunki związane z branżą IT zawsze będą przyszłościowe, podobnie jak te, które będą łączyły wiele dziedzin, jak na przykład automatyka, robotyka czy odnawialne źródła energii. Można się także spodziewać dużego zapotrzebowania na zawody związane z pomaganiem drugiemu człowiekowi, jak psycholog, psychoanalityk, lekarz psychiatra. Oczywiście rozwijać się będą także kierunki związane z lotnictwem, kosmonautyką, kierunki inżynieryjne i medyczne –wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marzena Jasińska, trenerka i doradczyni zawodowa z firmy Librus.

Eksperci nie mają wątpliwości – nowe technologie już zmieniają rynek pracy. Według firmy McKinsey w ok. 60 proc. wszystkich zawodów co najmniej 30 proc. czynności jest zautomatyzowanych. W przyszłości większość zawodów ulegnie zmianie, a więcej osób będzie musiało współpracować z technologią. Korzyści odniosą wysoko wykwalifikowani pracownicy. Nawet jeśli roboty nie zastąpią człowieka na większości stanowisk, to część zawodów po prostu przestanie mieć rację bytu. Na ich miejsce pojawią się nowe. World Economic Forum wskazuje, że 65 proc. dzieci urodzonych po 2007 roku będzie pracować w zawodzie, który obecnie jeszcze nie istnieje.

– Interesującym i coraz bardziej popularnym zawodem jest UX Designer, który zajmuje się projektowaniem nowych produktów cyfrowych, jak aplikacje czy gry internetowe. Taka osoba musi mieć wiedzę stricte z programowania, ale i podstaw grafiki komputerowej. Niezbędne jest logiczne myślenie i wiedza dotycząca psychologii poznawczej czy kognitywistyki. Jak widać, to kierunek dla osób wszechstronnych i potrafiących łączyć różne obszary wiedzy –podkreśla Marzena Jasińska.

Przyszłością są też zawody związane z kosmonautyką. W ciągu najbliższych kilkunastu lat prawdopodobnie będzie się można wybrać na wycieczkę na orbitę okołoziemską, po której oprowadzą nas przewodnicy, a cała podróż zostanie dopasowana do indywidualnych potrzeb.

– Nowe zawody dotyczą też kreowania nowego wizerunku w sieci. I taki kreator nowego wizerunku, który pomoże nam opracować, a może nawet i wyczyścić nasze CV tak, żeby ono było atrakcyjne dla naszego pracodawcy, może się okazać niezwykle pożądany na rynku pracy – wskazuje doradczyni zawodowa.

Jak przekonuje ekspertka, nie jest łatwo przewidzieć, które zawody na pewno znikną. W niedalekiej przyszłości mogą nie być potrzebni kasjerzy i sprzedawcy. Już teraz pojawiają się sklepy, gdzie na podstawie zapisu kamery pieniądze są automatycznie ściągane z karty klienta bez udziału sprzedawcy. Takie przewidywania nie powinny jednak decydować o wyborze kierunków studiów przez maturzystów.

Pozytywna obecność w mediach przekłada się na reputację marki. Dotyczy to nie tylko firm, lecz także miast

Pozytywna obecność w mediach przekłada się na reputację marki. Dotyczy to nie tylko firm, lecz także miast 6

Pozytywna obecność marki w mediach, na którą składa się wyrazisty, wiarygodny przekaz i współpraca z blogerami czy influencerami, to dziś jeden z podstawowych elementów budowania jej reputacji. Ta przekłada się na konkretne korzyści finansowe i sprzedażowe, dlatego coraz więcej firm przykłada wagę do tego obszaru. Marki i przedsiębiorstwa cieszące się najlepszą reputacją w oczach polskich konsumentów wyłania ogólnopolskie cykliczne badanie Premium Brand. W tegorocznej edycji została wyłoniona najlepsza czternastka.

– Reputacja ma wyjątkowo duże znaczenie dla budowania i funkcjonowania marki na rynku, gdyż buduje zaufanie i wiarygodność wśród konsumentów. Powoduje, że klienci mogą z pełnym poczuciem odpowiedzialności i wiarygodności sięgać po produkty danej marki – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agata Jasińska, marketing manager marki Goplana.

Dobra reputacja marki w oczach konsumentów i zewnętrznych interesariuszy to wymierny kapitał. Pozwala jej wyróżnić się na rynku, zbudować grono lojalnych klientów i zaufanie inwestorów, zwiększyć sprzedaż i poprawić wyniki finansowe. Stąd coraz więcej firm przykłada wagę do tego obszaru. Budowanie dobrej reputacji to jednak ciągły proces, który wymaga zaangażowania w wielu obszarach: od jakości samego produktu czy usługi po relacje z pracownikami i dbałość o pozytywną obecność marki w mediach.

– Obecność marki w mediach bardzo silnie przekłada się na jej reputację. Z naszych badań wynika, że istnieje ścisła korelacja pomiędzy pozytywnym wizerunkiem marki w prasie, radiu, telewizji czy w dyskusjach w mediach społecznościowych a tym, jak postrzegają ją konsumenci czy odbiorcy, do których ona kieruje swój przekaz – mówi Sebastian Bykowski, dyrektor generalny PRESS-SERVICE Monitoring Mediów. – Marki, które mają silny, wyrazisty przekaz, cechuje to, że dociera on szerzej, ma więcej odbiorców. Marki, które takiej renomy nie mają, zazwyczaj giną gdzieś w szumie medialnym.

Jak podkreśla, marka może zadbać o swój pozytywny wizerunek w mediach przede wszystkim poprzez odpowiednią współpracę z otoczeniem medialnym. Jednak obecnie to nie tylko dziennikarze i media tradycyjne, lecz także media cyfrowe, influencerzy, blogerzy, z którymi marka może nawiązywać współpracę, a przez to prezentować się w bardziej atrakcyjny, realistyczny i budzący zaufanie przekaz.

Reputację działających na polskim rynku firm i marek od 2006 roku sprawdza ogólnopolskie, cykliczne badanie Premium Brand. W tym roku objęło zasięgiem niemal 300 takich podmiotów w różnych kategoriach, przypisanych konkretnym produktom i usługom. Badanie sprawdza pięć wskaźników: zaufanie, jakim cieszy się firma, atmosferę medialną, jaka ją otacza, referencyjność (lojalność klientów), CSR, czyli zaangażowanie społeczne, oraz employer branding, czyli wizerunek firmy jako pracodawcy. Na tej podstawie wyliczany jest wskaźnik reputacji, który mieści się w skali od 1 do 100. Podmioty, które uzyskają najlepsze wyniki, mogą się pochwalić tytułem Marki/Firmy Wysokiej Reputacji Premium Brand.

W tegorocznej, 14. edycji badania wyróżniono łącznie 14 marek i firm, które według Polaków cieszą się najlepszą reputacją. Uhonorowano marki Lotto, Drutex, RTV EURO AGD, Apap, Inpost, Ibuprom, Polpharma, naturalna woda mineralna Cisowianka, Goplana, Śliwka Nałęczowska, Nestlé Pure Life, Oponeo, Oranżada Hellena oraz Europejski Fundusz Leasingowy. Statuetkę w kategorii Osoba Wysokiej Reputacji Premium Brand 2019 odebrała dziennikarka i podróżniczka Martyna Wojciechowska, z kolei tytuł Miasta Wysokiej Reputacji trafił do Wrocławia.

Jak podkreśla zastępca dyrektora Biura Promocji Miasta i Turystyki UM Wrocławia Alfred Wagner, dbałość o dobrą markę miasta wymiernie przekłada się na liczbę turystów, którzy je odwiedzają.

 W ciągu ostatnich kilku lat ta liczba się podwoiła. Dziś mówimy o około 5,5 mln turystów i odwiedzających miasto w ciągu roku. Zakładamy, że ten trend będzie rósł. Z drugiej strony nie zależy nam na tym, aby ten przyrost dokonywał się zbyt szybko i intensywnie. Zarówno miasto, jak i mieszkańcy są przygotowani na stopniowo zwiększającą się grupę turystów i odwiedzających. Jest to konkretny czynnik, który wskazuje na wysoką reputację Wrocławia – mówi Alfred Wagner.

Polacy nie mają czasu przygotowywać posiłków do pracy. Prawie 40 proc. przynajmniej raz w tygodniu je dania gotowe

Polacy nie mają czasu przygotowywać posiłków do pracy. Prawie 40 proc. przynajmniej raz w tygodniu je dania gotowe 7

Brak czasu i konieczność wcześniejszego kupienia składników – to największe trudności w przygotowywaniu wartościowego posiłku do pracy. Dlatego Polacy lubią dania gotowe, w których najbardziej doceniają łatwość i szybkość przygotowania. Wskazuje na to 80 proc. badanych w panelu Ariadna. Producenci reagują na aktualne trendy żywieniowe, dlatego na sklepowych półkach przybywa dań gotowych do spożycia, ale jednocześnie bogatych w wartościowe składniki.

– Główną trudnością w przygotowywaniu posiłków do pracy jest czas. Prawie połowa badanych wskazuje go bezpośrednio, a pozostali twierdzą, że równie uciążliwe są czynności związane z wcześniejszym zakupem produktów. To oznacza, że w 90 proc. przypadków winny jest brak czasu. W tym kontekście nie dziwi, że prawie 40 proc. osób pracujących deklaruje, że minimum raz w tygodniu spożywa w pracy dania gotowe. Aż 70 proc. twierdzi, że kupione dania, gotowe do podgrzania, spożywa minimum raz w miesiącu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Tomasz Baran z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Dr Tomasz Baran wraz z zespołem przeprowadził w kwietniu badanie „Posiłki Polaków w pracy”. Wyniki ogólnopolskiego sondażu przeprowadzonego na panelu Ariadna wskazują, że ponad 70 proc. przynajmniej raz w tygodniu zabiera do pracy posiłek wcześniej przygotowany w domu. Główną trudnością w samodzielnym przyrządzeniu posiłku jest brak czasu (47 proc.) i konieczność wcześniejszego kupienia wszystkich składników (25 proc.). Stąd rosnąca popularność kupowanych w sklepie dań gotowych do podgrzania.

Według 50 proc. ankietowanych przez Ogólnopolski Panel Badawczy Ariadna wartościowe i pożywne danie obiadowe to takie, które jest cennym źródłem witamin i minerałów. 24 proc. badanych wskazuje też, że powinien on być bogaty w warzywa oraz nie zawierać konserwantów i wzmacniaczy smaku. O tym, jak duży wpływ na wyniki w pracy ma odpowiednia dieta, przekonują eksperci z branży HR.

– Spożywanie posiłków w pracy jest bardzo ważne, ponieważ pozwala nam utrzymać energię i poziom koncentracji przez 8–9 godzin, które zwykle w pracy spędzamy. Polacy regularnie jedzą posiłki w czasie pracy, najczęściej w porze lunchu czy obiadu między 12.00 a 13.00. Niektórzy pracownicy wychodzą z pracy na czas posiłku, ale zdecydowana większość je w pracy przy biurku bądź w miejscu do tego przeznaczonym jak stołówka czy kantyna zapewniona przez pracodawcę. Stąd rosnąca popularność dań gotowych bądź posiłków przygotowywanych w domu. Z tymi drugimi jest jednak taki problem, że ich przygotowanie wymaga czasu i oddzielnych zakupów w tym celu – mówi Rafał Jędrzejewski, ekspert ds. HR w Executive & Friends.

– Skoro największym problemem w przyrządzeniu posiłków do pracy jest czas, to największą zaletą dań gotowych okazuje się szybkość i łatwość ich przygotowania. Natomiast kolejną zaletą jest poręczne opakowanie, z którego można zjeść posiłek bezpośrednio po podgrzaniu – dodaje dr Tomasz Baran.

Jak wynika z badania przeprowadzonego na pracujących Polakach, za bardzo atrakcyjne ankietowani uważają także poręczne opakowanie (34 proc.), cenę (33 proc.) i smak (21 proc.).

– Dania gotowe wydają się być najprostszym rozwiązaniem dla pracownika i dlatego cieszy, że oferta systematycznie rośnie. Co więcej, producenci wprowadzają dania coraz to bardziej bogate w składniki i coraz to bardziej spełniające normy wymagających klientów. Dobrym przykładem jest marka Łowicz, która wprowadziła ostatnio linię Kaszotto i Risotto – pełnowartościowych posiłków, które można przygotować w zaledwie 2 minuty – mówi Rafał Jędrzejewski.

Technologia 5G zrewolucjonizuje rynek telewizji. Przyszłością będzie hybrydowy przekaz treści

Technologia 5G zrewolucjonizuje rynek telewizji. Przyszłością będzie hybrydowy przekaz treści 8

Wraz z upowszechnieniem się serwisów streamingowych zmienił się sposób, w jaki widzowie konsumują treści. Z każdym kolejnym rokiem wzrasta zainteresowanie ofertą subskrypcyjnych platform VoD. Liczba subskrybentów tych serwisów przekroczyła liczbę abonamentów telewizji kablowej, a zmiany, jakie czekają rynek po wdrożeniu technologii 5G, mogą zmienić zasady funkcjonowania całej branży i wymusić wdrożenie hybrydowego modelu dostarczania treści.

– Przez ostatnie 30 lat telewizja satelitarna była w technologiach pierwsza. I na tę chwilę największa liczba programów telewizyjnych HD, 4K lub w jeszcze wyższych technologiach jest właśnie obecna w przekazie satelitarnym, ponieważ tam w zasadzie nie ma ograniczeń. Oczywiście w perspektywie 2020-2030 roku spodziewamy się, że liczba programów może spadać, szczególnie po masowym wprowadzeniu piątej generacji internetu, tzw. 5G – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jacek Silski, prezes zarządu  Polskiej Izby Radiodyfuzji Cyfrowej.

Z najnowszego raportu Motion Picture Association of America dotyczącego kondycji branży telewizyjnej wynika, że telewizja kablowa przegrywa z dostawcami subskrybowanych treści VoD. W 2018 roku liczba subskrybentów internetowych serwisów filmowych osiągnęła 613,3 mln, a w tym samym czasie z oferty usługodawców kablowych korzystało 556 mln użytkowników. Co więcej, na przestrzeni roku liczba subskrybentów platform SVoD wzrosła aż o 27 proc., a w tym samym okresie liczba abonentów telewizji kablowej spadła o 2 proc.

Powyższe dane obrazują, jak pod wpływem internetu zmienia się rynek telewizyjny oraz przyzwyczajenia samych klientów. Treści emitowane linearnie zaczynają być wypierane przez filmy, programy i seriale dostępne na żądanie. A to dopiero początek. Firmy technologiczne powoli przymierzają się do odejścia od tradycyjnego modelu dystrybucji treści wideo na rzecz nowych, przyszłościowych rozwiązań, w tym m.in. przesyłania danych za pośrednictwem sieci 5G.

Firma AT&T, będąca w posiadaniu DirecTV, największego amerykańskiego dostawcy telewizji satelitarnej, zapowiedziała, że nie zamierza dłużej inwestować w tę technologię. Korporacja wysłała co prawda w czerwcu tego roku nowego satelitę telewizyjnego, ale zapowiedziała, że była to ostatnia misja tego typu. AT&T nie zamierza inwestować w kolejne satelity.

– 5G w przyszłości będzie zabójcą nie tylko telewizji satelitarnej, lecz także w ogóle przekazów radiodyfuzyjnych. Przekaz radiodyfuzyjny z punktu widzenia odbiorcy nie jest niczym ograniczony. Można z jednego nadajnika nadawać sygnał, który może obejrzeć miliard ludzi. Przekaz internetowy zawsze jest indywidualny, czyli nadajemy, a po drugiej stronie jest ograniczona liczba odbiorców. Przełom będzie dotyczył zarówno telewizji satelitarnej, jak i naziemnej i kablowej – mówi ekspert.

Powodem, dla którego tradycyjna telewizja utrzyma się na rynku, są przychody. Telewizja linearna wciąż wykazuje znacząco wyższe przychody niż w przypadku serwisów VoD. Według danych MPAA liderem w tym zestawieniu jest telewizja kablowa, której przychody w 2018 roku wyniosły 118 mld dol., a operatorzy telewizji satelitarnej osiągnęli wynik niespełna 100 mld dol. Na tle tych mediów serwisy VoD nadal pozostają w tyle, generując niecałe 40 mld dol. przychodów w skali roku. Ale reklamodawcy prędzej czy później zmienią swoje podejście do nowego medium i zaczną łożyć większe pieniądze na rzecz platform streamingowych.

Upowszechnienie się technologii 5G może doprowadzić do wyłonienia się usług hybrydowych świadczonych zarówno przez operatorów kablówki, jak i platform satelitarnych.

Na tę rewolucję szykują się m.in. przedstawiciele SAT>IP Alliance. Stowarzyszenie powołano w celu wypromowania nowego modelu dystrybucji treści, który łączyłby przekaz satelitarny z treściami udostępnianymi w modelu OTT. Taki model funkcjonowania telewizji pozwoliłby za pośrednictwem jednego dostawcy dostarczać filmy dystrybuowane linearnie oraz materiały dostępne na życzenie. SAT>IP Alliance postuluje także wdrożenie nowego protokołu łączności, który umożliwiałby konwertowanie sygnału telewizji satelitarnej na strumień IP. Dzięki temu wyeliminowano by konieczność korzystania z talerzy satelitarnych. Wszystkie treści, zarówno linearne, jak i na żądanie, byłyby przesyłane za pośrednictwem łącza internetowego.

Próby połączenia nowych i starych mediów widać także na przykładzie działań podejmowanych przez telewizje kablowe. Amerykański koncern Comcast planuje wdrożyć mechanizm dobierania profilowanych treści reklamowych do transmisji linearnych, aby na dłużej przyciągnąć swoich widzów do odbiorników.

Na wyzwania stojące przed operatorami usług telewizyjnych będzie musiała odpowiedzieć także Polska Izba Radiodyfuzji Cyfrowej powołana w celu monitorowaniu cyfryzacji radia i telewizji. To na jej barkach spocznie wypracowanie rozwiązań prawnych, które pozwolą harmonijnie wprowadzić nowe regulacje dotyczące m.in. rozwiązań technicznych czy infrastruktury telekomunikacyjnej pozwalającej wdrożyć w Polsce model telewizji hybrydowej.

– Przekaz satelitarny nie zaniknie, ponieważ on jest bardzo uniwersalny, poza tym dojdą do niego jeszcze inne usługi. W najbliższych 10–15 lat wszystko jest po stronie przekazów internetowych, niemniej zawsze istnieje to ograniczenie przepływności, które sieć 5G może zlikwidować. Natomiast przekazy satelitarne także nie stoją w miejscu – twierdzi Jacek Silski.

Według analityków z firmy Transparency Market Research wartość globalnego rynku telewizyjnego do 2026 roku wzrośnie do blisko 756 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie niemal 7 proc.

FPP i CALPE: Polska może stracić nawet 4,2 mld zł środków z UE

Dynamiczny wzrost kosztów realizacji projektów infrastrukturalnych w połączeniu z brakiem adekwatnej waloryzacji, która dostosowałaby ich wartość do gwałtownie zmieniających się warunków rynkowych, rodzi poważne ryzyko rozwiązania wielu umów na realizację inwestycji drogowych i kolejowych. FPP i CALPE przedstawiły analizę skutków waloryzacji kontraktów na prace budowlane. Brak waloryzacji oznacza, że zamawiający musi dokonać inwentaryzacji dotychczas wykonanych prac oraz ogłosić nowe postępowanie w celu wyłonienia wykonawcy zastępczego. Powoduje to istotne opóźnienia prac oraz wzrost całościowego kosztu realizacji takiej inwestycji.

FPP i CALPE szacują, że koszt zerwania kontraktów przez GDDKiA kształtowałby się na poziomie 4,7 mld zł – uwzględniając dotychczasowy średni wzrost kosztów realizacji inwestycji po rozwiązaniu umowy. Nie można jednak wykluczyć negatywnego scenariusza, w którym rzeczywisty wzrost kosztów dokończenia inwestycji byłby bliższy górnej granicy wahań tego wskaźnika. Wówczas koszt realizacji projektów mógłby przekroczyć 10 mld zł.

Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich
Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich

„Biorąc pod uwagę ponad 2-letni przeciętny czas opóźnienia inwestycji, w przypadku których doszło do zerwania kontraktu, a także całościową strukturę aktualnych kontraktów w podziale na zakładany czas zakończenia realizacji – wartość umów zagrożonych ich niewykonaniem do końca 2023 r. wynosi ok. 5 mld zł. Oznaczałoby to narażenie na utratę środków z Funduszu Spójności o wartości ponad 4,2 mld zł” – wskazuje Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

„W przypadku ogółu projektów realizowanych w bieżącej perspektywie finansowej, gdzie rozwiązano umowę z pierwotnym wykonawcą oraz wyłoniono do tej pory wykonawcę zastępczego, średni ważony wzrost kosztów realizacji inwestycji wyniósł aż 89%, a przeciętne opóźnienie – 20 miesięcy. Znane są również doświadczenia z kończenia zagrożonych projektów drogowych w ramach poprzedniej perspektywy finansowej. W ich przypadku średni ważony wzrost kosztu realizacji inwestycji ukształtował się na poziomie 22,8%, zaś okres opóźnienia wyniósł 26 miesięcy” – dodaje Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

W przypadku obwodnicy Dąbrowy Tarnowskiej w ciągu drogi krajowej nr 73 odstąpienie od umowy z pierwotnym wykonawcą nastąpiło w październiku 2017 r., przetarg na kontynuację robót ogłoszono w marcu 2018 r., umowę z nowym wykonawcą podpisano w lipcu, zaś ponowne prace rozpoczęły się w sierpniu 2018 r.1 Realizacja inwestycji okazała się o 44% droższa niż wynikało z pierwotnego kontraktu, a termin jej ukończenia został przesunięty o 15 miesięcy.

W ramach obecnych planów inwestycyjnych GDDKiA można zidentyfikować 12 poważnie zagrożonych projektów. Pierwsze z nich zostały już rozwiązane, np. zerwano umowy na budowę odcinków autostrady A1 (Rząsawa – Blachownia) oraz trasy S3 (Kaźmierzów – Lubin Północ) prowadzoną przez firmę Salini /w dniu 29 kwietnia 2019 r./ oraz kontrakty z Rubau Polska na budowę odcinków tras S7 (Warszawa Lotnisko – Lesznowola) i S61 (Podborze – Śniadowo) /w dniu 16 maja 2019 r/.

W warunkach braku waloryzacji wartości kontraktów – w związku z rosnącymi kosztami ich realizacji – można oczekiwać występowania zagrożeń w kolejnych projektach. Na potrzeby analizy FPP i CALPE przyjęły założenie, że takie zagrożenie zaistniałoby dodatkowo w odniesieniu do 10% pozostałych projektów w ujęciu wartościowym.

KUKE: W maju 2019 upadłość ogłosiły 44 firmy – spadek r/r o 4,5 proc.

W maju 2019 roku upadłość ogłosiły 44 firmy – choć jest to wartość wyższa o 16,7 proc. w porównaniu z kwietniem, to jednocześnie jest to drugi najlepszy wynik od września 2018 roku, gdy upadły 33 przedsiębiorstwa – wynika z danych pochodzących z Monitora Sądowego i Gospodarczego zebranych przez KUKE. W porównaniu z majem 2018 roku liczba upadłości zmniejszyła się o 4,5 proc. Liczba ogłoszonych restrukturyzacji wyniosła 34, a więc o 3 więcej niż miesiąc wcześniej, lecz o 11 mniej niż w marcu 2019 roku. W porównaniu z majem 2018 roku liczba restrukturyzacji zmalała o 10,5 proc.

Wszczęcie postepowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych nastąpiło łącznie wobec 76 podmiotów. Na tle ostatnich dwunastu miesięcy – kiedy to średnio w tym okresie odnotowywano ok. 87 zdarzeń o charakterze niewypłacalności – ostatni miesiąc był dla przedsiębiorców łaskawy.

Tomasz Ślagórski, wiceprezes Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych
Tomasz Ślagórski, wiceprezes Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych

Szczególnie wyraźnie spadła liczba ogłaszanych upadłości w przemyśle, która ukształtowała się na najniższym poziomie od lutego 2018 roku. Natomiast wyraźny jest trend wzrostowy w upadłościach przedsiębiorstw budowlanych. Zjawisko to związane jest z silną konkurencją pomiędzy podmiotami, których liczba jest relatywnie wysoka. Wszystko to następuje w warunkach dynamicznego wzrostu wynagrodzeń oraz ograniczonej podaży fachowej siły roboczej. Jednocześnie rentowną realizację podpisanych kontraktów utrudniają trwające wzrosty cen materiałów budowlanych” – powiedział Tomasz Ślagórski, wiceprezes KUKE.

Suma niewypłacalności z ostatnich 12 miesięcy obniżyła się w maju do 1046 – najniższego poziomu od września 2018 roku. Aktualnemu ograniczeniu ryzyka działalności gospodarczej w Polsce sprzyja silny popyt konsumpcyjny oraz zwiększająca się dynamika inwestycji przedsiębiorstw. Wymienione czynniki pobudzają koniunkturę w kraju, co powoduje, że jest ona zdecydowanie korzystniejsza, niż można było się spodziewać na początku roku. Jednak wciąż dla wielu przedsiębiorców problemem jest silna presja na wzrost wynagrodzeń przy jednoczesnej niskiej dostępności pracowników. Od kilku miesięcy zwracamy również uwagę, by nie zapominać o niepewności i ryzyku związanym z rozwojem sytuacji w globalnej gospodarce i u najważniejszych partnerów handlowych, jak: Wielka Brytania, Niemcy, Włochy i Francja.

Upadłości w branżach

Utrzymuje się pozytywna sytuacja w sektorze wydobywczym. Od ośmiu miesięcy nie ogłoszono upadłości ani jednej spółki prowadzącej działalność w tym sektorze. W efekcie indeks natężenia upadłości obniżył się do 0,36 proc. w maju wobec 1,74 notowanego rok wcześniej.

Mimo tego, że w branży meblarskiej upadłości oraz restrukturyzacje przestały dynamicznie rosnąć, należy wciąż pamiętać o możliwości występowania kłopotów z płynnością. Związane jest to z dużą konkurencją w warunkach zwiększających się płac i braku wykwalifikowanych pracowników. Do tego dochodzą ewentualne problemy na  rynkach eksportowych, które są głównym źródłem popytu dla tej branży. Co prawda wzrost wydatków konsumpcyjnych w Polsce w połączeniu z bumem budowlanym przeciwdziałają temu zjawisku, lecz może to być za mało, by wszystkie firmy z tego sektora mogły być spokojne o swój rynkowy byt.

W maju upadło sześć przedsiębiorstw budowlanych, czyli tyle samo co miesiąc wcześniej. Częstotliwość upadłości w budownictwie utrzymuje się na podwyższonym poziomie. Na tle branży budowlanej bardzo dobrze prezentuje się kondycja producentów materiałów budowlanych. Indeks natężenia upadłości w tej branży spadł do zaledwie 0,3 proc., czyli najniższego poziomu od co najmniej 10 lat. To skutek dobrej koniunktury w budownictwie połączonej ze wzrostem cen materiałów budowlanych.

Elemental Holding planuje emisję obligacji o wartości 64 mln zł

Elemental Holding planuje program emisji obligacji do wartości 64 mln zł. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na bieżącą działalność oraz refinansowanie zadłużenia – w tym z tytułu obligacji serii E i F. Rada nadzorcza spółki wyraziła zgodę na realizację programu emisji obligacji.

Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding
Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding

„Środki na bieżącą działalność i spłatę zadłużenia pozwolą na zabezpieczenie spółki na wypadek spadku cen złomu na światowych rynkach oraz malejącą sprzedaż wyrobów stalowych. Dzięki programowi zrealizujemy także spłatę obligacji, których termin zapadalności przypada w kolejnych miesiącach. Odczuwamy ograniczenie produkcji stali w Polsce – dlatego coraz mocniej musimy skupiać się na nowych segmentach. Konkurencja w naszej branży jest wymagająca – to oznacza, że spółka musi mieć zabezpieczone odpowiednie środki finansowe. Jestem przekonany, że nasze dotychczasowe inwestycje, akwizycje i przemyślany rozrost Grupy potwierdza właściwy kierunek strategicznego rozwoju” – powiedział Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding SA.

W pierwszym kwartale 2019 roku osiągnął skonsolidowane przychody ze sprzedaży na poziomie 500,34 mln zł. Wynik EBITDA wyniósł 17,18 mln zł, a zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej 6,14 mln zł. Od 1 września 2019 roku wejdzie w życie obowiązkowy split-payment dla sektorów m.in. odpadów, surowców wtórnych i złomu.

W listopadzie 2018 Elemental Holding podpisał 3 listy intencyjne w sprawie sprzedaży zdolności produkcyjnych nowej fabryki do przetwarzania zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego (WEEE), ze szczególnym uwzględnieniem recyklingu sprzętu chłodniczego. Spółka rozważa budowę nowej fabryki o rocznej zdolności około 30 000 ton. Listy intencyjne zostały zawarte z wiodącymi organizacjami odzysku sprzętu elektrycznego i elektronicznego w Polsce. Łączny wolumen popytu na usługi recyklingu, wynikający z zawartych listów przekracza 40.000 ton rocznie.

W lutym 2018 Elemental Holding sfinalizował zakup 85% udziałów niemieckiej spółki z branży przetwarzania zużytych katalizatorów samochodowych i przemysłowych. Niemiecka spółka RECAT zbiera oraz przetwarza rocznie około 350 ton zużytych katalizatorów samochodowych i przemysłowych, generując przychody na poziomie 20 mln EURO.

Grupa Elemental działa na 35 rynkach w Europie, na Bliskim Wschodzie i w Afryce, poza Polską w oparciu o własne oddziały (m.in. na Litwie, w Słowacji, Turcji, Emiratach Arabskich, Finlandii, Estonii i Wielkiej Brytanii) oraz przedstawicielstwa handlowe. Spółki Elemental Holding SA pozyskują złom metali nieżelaznych, odpady elektroniczne oraz zużyte katalizatory na ok. 50 rynkach na świecie.

W latach 2016-2017 roku Elemental Holding sfinalizował:

  • uruchomienie zakładu w Bydgoszczy – budowę linii samplingowej dla układów drukowanych oraz 4 -5 linii do przetwarzania zużytych katalizatorów samochodowych.
  • transakcję zakupu 100% udziałów w litewskiej spółce UAB „EMP recycling” – lidera na rynku krajów bałtyckich w branży ZEEE, świadczącego pełne portfolio usług obejmujących e-scrap, recykling zużytych katalizatorów samochodowych i złomu metali nieżelaznych.
  • umowę inwestycyjną z PFR TFI SA w ramach Funduszu Ekspansji Zagranicznej FIZ AN. W wyniku umowy Fundusz zakupił 49% udziałów w spółce zależnej UAB „EMP recycling”
  • zakup 51% udziałów w spółce AWT Recycling Ltd. z Wielkiej Brytanii, specjalizującej się w recyklingu katalizatorów samochodowych. Brytyjska spółka planuje osiągnięcie ok. 30-40% udziałów w rynku dzięki wzmocnieniu sieci zakupowej na terenie Anglii oraz dalszej ekspansji w Irlandii, Szkocji i Walii. 
  • zakup 51% udziałów w zakładach recyklingu zużytych katalizatorów samochodowych i płytek drukowanych w fińskiej spółce Kat-Metal Oy z siedzibą w Tervajoki. Skandynawska firma planuje ekspansję w Estonii, Szwecji oraz pozyskanie strategicznych partnerów w Norwegii i Danii.
  • zakup 75% udziałów polskiej spółki Platinium M.M z branży recyklingu zużytych katalizatorów samochodowych.

Millenialsom najbliżej do salonów Opla, Renault i Peugeota. Niemieckie marki premium daleko z tyłu

Z najnowszej analizy firmy technologicznej Proxi.cloud wynika, że ruch w obrębie salonów samochodowych 14 największych marek nie jest tak oczywisty, jakby to się wydawało. Badanie na próbie ponad 100 tys. osób wykazało, że młodzi konsumenci, korzystający ze smartfonów, najczęściej są obecni w okolicach dealerów Opla. Na drugim miejscu jest Renault, a na trzecim – Peugeot. Mercedes ma dopiero 9. pozycję, a Audi – 10. Ranking zamykają Citroen i Ford. Ten ostatni koncern w porównaniu do Opla ma ponad 5 razy słabszą lokalizację w zakresie badanego czynnika. Młodzi konsumenci przeważnie odwiedzają salony raz na kwartał. Najwięcej wizyt przypada między 14:00 a 16:00.

Z raportu wychodzi, że Opel, Renault i Peugeot mają salony w najlepiej zlokalizowanych miejscach, jeśli chodzi o wizyty młodych konsumentów. Adam Grochowski, analityk w Proxi.cloud, uważa, że nabywcami samochodów tych marek nie muszą być bardzo zamożni klienci. Mogą to być osoby pracujące w dochodowych zawodach i zarabiające ok. 5 tys. zł netto miesięcznie. Zdarza się jednak, że dealerzy nie traktują ich zbyt poważnie i tym samym zniechęcają do dalszych wizyt.

– Niewielu Polaków przed 30. rokiem życia może kupić sobie nowy samochód. Jego koszt na ogół zaczyna się od 40 tys. zł. Młodzi ludzie odwiedzają jednak salony, by zobaczyć nowe modele i zapoznać się z technologicznymi nowinkami. Lekceważenie ich jest bardzo dużym błędem, gdyż są to potencjalni nabywcy, w dodatku zainteresowani daną marką. Za jakiś czas mogą zdecydować się na zakup. Dealerzy zachęcając ich do kolejnych wizyt, np. poprzez wysyłane widomości, mogą pozyskać przyszłych lojalnych klientów – mówi Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Jak zaznacza Piotr Francuz, Business Manager z domu mediowego MediaCom, na ruch w salonach wpływa wiele składowych, m.in. rozwój sieci dealerskiej, oferta cenowa, dostępne portfolio modelowe, pozycjonowanie koncernu i siła komunikacji. I właśnie Opel, czyli lider rankingu, należy do marek najczęściej pojawiających się w mediach. Dosyć często ogłasza też wysokie rabaty. Dobrym triggerem komunikacyjnym może być np. wysyłanie użytkownikom smartfonów informacji o obniżkach. Kluczowe jest dbanie o kontakt reklamowy z potencjalnym nabywcą auta w trakcie całej ścieżki zakupowej, która w przypadku motoryzacji jest bardzo złożona i składa się z kilkudziesięciu albo nawet kilkuset touchpointów.

– Duże niemieckie koncerny są dalej w rankingu. Mercedes jest na 9. pozycji, a Audi – na 10. Dla większości konsumentów w wieku od 18 do 30 lat ww. marki premium są raczej niedostępne. Ale salony powinny wykorzystywać ich obecność i zainteresowanie. Przecież młodzi ludzie mogą zachęcać do zakupów rodziców lub dziadków. W sprawach samochodów czy nowych technologii starsze osoby chętnie zasięgają porad dzieci czy wnuków – dodaje Adam Grochowski.

Na przedostatnim miejscu uplasował się Citroen. Na ostatniej pozycji jest Ford, który w porównaniu do lidera rankingu, czyli Opla, ma ponad 5 razy słabiej zlokalizowane salony dla młodych osób. Ekspert z MediaCom przypomina, że wśród konsumentów wciąż popularne jest powiedzenie: „Nie kupuj aut na F.” Chodzi zarówno o Forda, jak i o francuskie samochody. Powszechnie mówi się, że mają one wadliwe systemy i technologie, co w większości przypadków nie jest prawdą. Ich producenci powinni walczyć o każdego potencjalnego klienta. Prawdziwym wyzwaniem jest zmiana wizerunku marki. Jednak to wymaga spójnej i konsekwentnej strategii komunikacyjnej we wszystkich mediach.

– Z badania wynika również, że młodzi konsumenci zwykle przychodzą do salonów raz na kwartał – blisko 74%. Przed zakupem odwiedzają kilku dealerów i nie wracają już do nich po znalezieniu najlepszej oferty. Ważnym powodem wizyt jest też obowiązek serwisowania pojazdów. Właściciele nowych aut głównie wtedy pojawiają się w salonach. 15% bywa tam dwa razy na kwartał, a 12% badanych – trzy lub więcej razy. To są z reguły pasjonaci, którzy chcą obejrzeć nowe modele i potem podzielić się swoimi wrażeniami z kolegami, np. za pośrednictwem social mediów – mówi Adam Grochowski.

Od 7:00 do 13:00 wizyty są mniej więcej na stałym poziomie (6-7%). O tej porze właściciele samochodów zwykle przyjeżdżają do serwisów. Często znajdują się one na samym końcu salonów. Chcąc do nich dotrzeć, konsumenci niejako muszą najpierw zobaczyć ekspozycję. I to jest dobrą strategią. Największy ruch jest od 14:00 (8,32%) do 16:00 (10,37%). Wtedy zwykle pojawiają się osoby, które naprawdę są zainteresowane zakupem. Często biorą urlop w pracy, by móc dokładnie wszystko obejrzeć i zastanowić się nad swoim wyborem. W godzinach wieczornych frekwencja spada.

– Salony samochodowe często tracą okazje do sprzedaży pojazdu ze względu na brak uwagi czy zainteresowania okazywanego młodym osobom. Zdarzają się też odwrotne sytuacje, gdy odwiedzający salon są zasypywani zbyt dużą ilością szczegółowych, z reguły technicznych informacji. To także działa zniechęcająco. Bardzo ważną cechą dobrego sprzedawcy jest umiejętność wsłuchania się w potrzeby potencjalnego klienta. Dziś, dzięki nowoczesnym technologiom, można nawiązywać kontakty z użytkownikami smartfonów zanim nawet wstąpią do salonu. Jednak umiejętność rozmowy jest zawsze niezbędna, gdy w końcu dojdzie do bezpośredniego kontaktu – podsumowuje prezes Faryś.

Firma technologiczna Proxi.cloud zbadała ruch w 910 salonach w całej Polsce. Analizą objęła 102 923 konsumentów w wieku 18-30 lat, którzy bezpośrednio odwiedzili lub w bardzo bliskiej odległości przechodzili obok jednego z wybranych punktów. Łącznie odnotowano 272 499 takich wizyt. Badanie było realizowane od 08 lutego do 31 marca 2019 roku. Anonimowe dane zebrano za pośrednictwem tzw. geofencingów, czyli wirtualnych punktów na mapie. Dzięki nim rejestrowano liczbę użytkowników smartfonów wchodzących na dany teren.

Sieci zmieniają strategię. Zwiększają ilość stron w gazetkach i ograniczają powierzchnię

Wyniki z I kwartału 2018 i 2019 roku pokazują, że ogólna liczba gazetek promocyjnych zwiększyła się o 5%. Do wzrostu przyczyniły się głównie hipermarkety, a także sieci typu convenience. W pozostałych formatach zanotowano spadki. Natomiast praktycznie wszystkie kanały zwiększyły średnią ilość stron – łącznie o 12%. Z kolei powierzchnia promocyjna publikacji zmniejszyła się o 9%. Najbardziej postarały się o to hurtownie, a najmniej – hipermarkety. Eksperci podkreślają, że ten ostatni segment jest obecnie w najgorszej sytuacji. Najmocniej odczuł skutki wprowadzenia zakazu handlu w niedziele. I jego udział w rynku stale spada. Dlatego strategie promocyjne tego typu sieci nieco odbiegają od obecnych trendów.

Dla Karola Kamińskiego, Przewodniczącego Kapituły AdRetail Inspirio (AdRI), niewielkie zwiększenie ogólnej liczby gazetek nie jest zaskoczeniem. Od dłuższego czasu widoczne są kilkuprocentowe wzrosty lub spadki. Od 2-3 lat sieci zdecydowanie bardziej koncentrują się na webowych i mobilnych kanałach promocyjnych. Ponadto rosnące koszty produkcji mocno ograniczają liczbę wydawanych publikacji. Początek br. przyniósł 10-procentowe podwyżki cen niektórych rodzajów papieru wykorzystywanego do druku gazetek. Według różnych szacunków, w tym roku pójdą one w górę jeszcze o ok. 8-12%.

– Największy wzrost liczby publikacji zanotowały hipermarkety – aż o 43%. Zakaz handlu w niedziele jest najbardziej odczuwalny dla tego formatu. W pozostałe dni tygodnia konsumenci nie mają zbyt wiele czasu na robienie zakupów w wielkopowierzchniowych placówkach. Próba skompensowania strat jest dość oczywista. Zwiększając ilość wydawanych materiałów reklamowych, sieci starają się przyciągnąć do sklepów jak najwięcej klientów – analizuje Hubert Majkowski, Country Manager z Hiper-Com Poland.

Jak wynika z obserwacji Macieja Ptaszyńskiego, Dyrektora Generalnego Polskiej Izby Handlu (PIH), hipermarkety znajdują się obecnie w najgorszej sytuacji ze wszystkich formatów. Ich udział w rynku stale spada. Dlatego walczą o każdego klienta za pomocą gazetek. Co ciekawe, zapewne z innego powodu zwiększyły swój nakład sieci convenience, tj. o 17%. Tego typu sklepy są na etapie dynamicznego rozwoju. Każda forma komunikacji z konsumentami stanowi dla nich cenne wsparcie.

– Oprócz ww. wzrostów zauważalne są głównie spadki. I tak hurtownie zmniejszyły nakład o 28%, dyskonty – o 15%, supermarkety – o 14%, a cash & carry – o 2%. Pierwszy z kanałów już od dłuższego czasu obniża liczbę gazetek. Bardziej prawdopodobne jest to, że pozostałe formaty odwrócą tendencję spadkową. Można spodziewać się tego po dyskontach, z uwagi na ich wzrosty finansowe – uważa ekspert z AdRetail Inspirio.

Dyrektor Generalny Polskiej Izby Handlu informuje, że obecnie dyskonty konsekwentnie inwestują w edukację klientów i zmianę ich przyzwyczajeń dot. zakupów poprzedzających niehandlowe niedziele. To przedsięwzięcie jest raczej długoterminowe i wymaga ogromnych nakładów. Dlatego prawdopodobnie te sieci zmniejszyły liczbę wydawanych gazetek. Dodatkowo wchodzą obecnie w handel internetowy.

– Z analizy wynika również, że praktycznie wszystkie kanały sprzedaży zwiększyły średnią ilość stron – w sumie o 12%. Powód tego jest dość prozaiczny. Taki zabieg jest bardziej opłacalny od podnoszenia liczby gazetek. Oczywiście ma to również swoje minusy. Konsumenci wolą przeglądać krótkie publikacje. Jednak dla sieci kryterium oszczędności może być ważniejsze – tłumaczy Karol Kamiński.

Ekspert z Hiper-Com Poland podkreśla, że zwiększenie ilości stron wydawanych już gazetek pozwala m.in. na obniżenie kosztów dystrybucji. Kolejną kwestią jest poszerzanie zakresu promowanego asortymentu. Konsumenci oczekują rabatów na produkty mniej popularne, a czasem nawet egzotyczne. Sieci wydając grubsze publikacje, spełniając te oczekiwania.

– Średnia ilość cm2 gazetek zmniejszyła się o 9%. I to raczej chwilowa sytuacja. Dla sieci ważne jest utrzymanie powierzchni na dość stabilnym poziomie. Sprzedają coraz więcej towarów, a to wymaga wysłania mocniejszych sygnałów konsumentom. Jakość publikacji również systematycznie się poprawia. Prezentowane są duże zdjęcia, czytelne podpisy i wyraźne cenówki. Dlatego w przyszłości gracze rynkowi raczej będą zwiększali ten parametr – przekonuje Dyrektor Kamiński.

Właściwie wszystkie badane formaty są w tym zakresie na linii spadku. Najbardziej zmniejszyły powierzchnię promocyjną hurtownie – o 21%. Sieci cash & carry i supermarkety zanotowały podobny wynik – 11%, sklepy convenience – 5%, dyskonty – 2%, a hipermarkety – 1%. Zdaniem Huberta Majkowskiego, ww. różnice mogą być wynikiem ograniczania ilości prezentowanego asortymentu, w celu pokazywania tylko największych promocji. Jednak, jak podsumowuje ekspert, jest to chwilowy trend i raczej zależy od aktualnej sytuacji na rynku.

Dane z I kwartału 2018 i 2019 roku zebrała międzynarodowa firma Hiper-Com Poland przy współpracy z Kapitułą Programu AdRetail Inspirio. Analizie poddano 6 kanałów, tj. sklepy typu cash & carry (6 sieci), convenience (21), dyskonty (4), hipermarkety (8), hurtownie (25) i supermarkety (33). Łącznie zbadano 97 firm handlowych.

Udany debiut Moonlit S.A. na NewConnect

Za nami kolejny udany debiut spółki gamingowej na parkiecie NewConnect. Akcje Moonlit S.A. w pierwszym dniu sesji drożały nawet o 85 proc.

Moonlit Games S.A. to polski  producent gier o software-house’owym rodowodzie. Dzięki środkom pozyskanym z rynku kapitałowego oraz przy wykorzystaniu autorskich, innowacyjnych technologii powstają własne produkcje Spółki. Akcjonariuszem i strategicznym partnerem jest duży gracz na rynku – PlayWay S.A., notowany na Giełdzie Papierów Wartościowych.

Moonlit S.A. zostało bardzo pozytywnie przyjęte przez inwestorów, akcje spółki mocno drożały. Handel akcjami ruszył o godz. 11:45 po kursie 3,25 zł (+62,5 proc.). W najlepszym momencie walory wzrosły o 85 proc. Wartość obrotu przekroczyła 850 tys. zł.

Debiut na rynku NewConnect to kolejny ważny etap rozwoju Spółki. Aktualnie w produkcji jest siedem tytułów od opierających się o pixel art, poprzez symulatory, aż po gry multiplayer. Dywersyfikujemy nasze projekty w poszukiwaniu własnej niszy. Inwestorzy doceniają nasz model biznesowy – przyznał Michał Gardeła, CEO Moonlit S.A.

Spółka zrealizowała dotąd 16 produkcji na zlecenie, a w ciągu najbliższych 4 lat planuje wydać 7 produkcji własnych, w tym jedną tworzoną przy użyciu autorskiej technologi Angular Light – rewolucyjnej technologi oświetlenia 2D. Plany wydawnicze studia wynikają z wiedzy i doświadczenia zdobytego u boku uznanych wydawców, co zapewnia znaczącą przewagę konkurencyjną.

Zmiany w łódzkich biurach Deloitte

Deloitte, międzynarodowa grupa doradcza, świadcząca m.in. usługi konsultingowe i audytorskie, zdecydowała się na zmiany w ramach zajmowanych powierzchni biurowych w swoich oddziałach w Łodzi. Deloitte Audyt przenosi się do Bramy Miasta, gdzie zajmie 432 mkw., zaś Deloitte Digital renegocjował umowę najmu w Fabryce Grohmana i powiększył biuro do 978 mkw. W obu transakcjach najemcy doradzała firma Colliers International.

Brama Miasta
Brama Miasta

Brama Miasta to biurowiec zlokalizowany w bardzo dogodnej lokalizacji – w Nowym Centrum Łodzi, bezpośrednio przed wejściem głównym na dworzec Łódź Fabryczna przy ul. Kilińskiego. Charakterystyczna architektura budynku swoją estetyką nawiązuje do fabrycznych tradycji miasta, a „przepołowiona” bryła ma tworzyć swoistą bramę, prowadzącą od nowoczesnego Nowego Centrum do secesyjnej ulicy Piotrkowskiej. Będzie to pierwszy w Łodzi kompleks z systemem Connected by Skanska, integrującym różne funkcje budynku – pozwalającym m.in. na poruszanie się bez tradycyjnych kart dostępu, oferującym systemy „activity based parking” oraz „connected fit-out”, dzięki któremu najemcy będą mogli sterować temperaturą, czy rezerwować sale za pomocą aplikacji mobilnej. Firma Skanska, będąca deweloperem i właścicielem biurowca, certyfikowała go w systemie LEED oraz wyposażyła w stację do ładowania aut elektrycznych i udogodnienia dla rowerzystów. Brama Miasta posiada również certyfikat „Obiekt bez barier”, poświadczający jego dostępność architektoniczną dla osób z ograniczoną sprawnością.

Fabryka Grohmana
Fabryka Grohmana

Drugi z łódzkich biurowców, będący siedzibą Deloitte Digital – dawna fabryka Ludwika Grohmana – to XIX-wieczny budynek poprzemysłowy, przekształcony w nowoczesną przestrzeń biurowo-konferencyjną o wysokim standardzie. W 4-kondygnacyjnym obiekcie znajduje się 1400 mkw. powierzchni biurowej na wynajem. Zrewitalizowany budynek mieści się pobliżu dzielnicy Księży Młyn, przy ulicy Tymienieckiego 22G. Atutem biurowca jest znajdujący się przed nim malowniczy park ze stawem i alejkami spacerowymi, ławkami i altanami. Właścicielem obiektu jest Łódzka Specjalna Strefa Ekonomiczna SA.

Włodarczyk Marcin_Colliers_4.small
Marcin Włodarczyk, dyrektor regionalny Colliers International w Łodzi

– Łódź pozostaje szóstym największym biurowym rynkiem regionalnym w Polsce. Istniejące tu zasoby wynoszą obecnie prawie 470 tys. mkw. To skala porównywalna do Katowic oraz Poznania. W bieżącym roku wolumen powierzchni biurowej przekroczy próg 0,5 mln mkw. Dodatkowo lokalny rynek oferuje najemcom bardzo konkurencyjne warunki w porównaniu z innymi aglomeracjami. Czynsze wywoławcze w biurowcach klasy A kształtują się obecnie na poziomie 13,5-14,5 euro za mkw. miesięcznie. Kolejnym wyróżnikiem miasta jest unikalna architektura łącząca tradycję przemysłową z nowoczesnością, czego przykładem są dwa biurowce, w których swoje biura ulokowała firma Deloitte – mówi Marcin Włodarczyk, dyrektor regionalny Colliers International w Łodzi, odpowiedzialny za doradztwo najemcy w obu transakcjach.

Deloitte to międzynarodowa sieć spółek handlowych świadczących usługi doradcze i audytorskie, m.in.: konsulting, doradztwo finansowe, podatkowe i prawne dla firm, usługi związane z transformacją cyfrową oraz zarządzanie ryzykiem. Główna siedziba w Polsce znajduje się w Warszawie. Dodatkowo firma ma biura lokalne w Gdańsku, Katowicach, Krakowie, Poznaniu, Rzeszowie, Szczecinie, we Wrocławiu oraz dwa w Łodzi.

Ranking firm kurierskich – oto lista firm cieszących się największym zaufaniem wśród klientów

Dynamiczny rozwój branży e-commerce wywołał prawdziwą rewolucję w branży KEP, czyli przesyłek kurierskich, ekspresowych i paczkowych. Sprawdzamy, która firma kurierska cieszy się najlepszą opinią wśród klientów sklepów internetowych?Ranking firm kurierskich – oto lista firm cieszących się największym zaufaniem wśród klientów 9

Poznaj najlepszych kurierów w rankingach

Zwyczajom zakupowym Polaków w internecie postanowiła przyjrzeć się bliżej międzynarodowa firma badawczo-technologiczna Gemius. Na zlecenie e-Commerce Polska przygotowała ona raport „E-commerce w Polsce 2018”. Wynika z niego, że respondenci najbardziej cenią sobie dwie firmy kurierskie – DPD i DHL. To właśnie one najczęściej dostarczały ankietowanym zamówione przez nich w sieci produkty.Ranking. Najlepsze firmy kurierskie

W porównaniu z wnioskami płynącymi z raportu „E-commerce w Polsce 2017” różnica polega przede wszystkim na wzroście zainteresowania usługami oferowanymi przez DPD. Upływ roku nie zmienił zatem wyraźnego podziału – rynek usług kurierskich jest opanowany przez dwie firmy, czyli DHL i wspomnianą DPD.Ranking. Najlepsze firmy kurierskie 2017 roku

Odnotować warto, że w porównaniu z 2017 r. o 3 punkty procentowe wzrosło zainteresowanie ofertą InPost. Można to wiązać z dynamicznym rozwojem firmy, która z jednej strony zacieśnia współpracę ze sprzedawcami Allegro, a z drugiej inwestuje w kolejne Paczkomaty.

Firmy kurierskie w serwisach oceniających

W sieci bez trudu można znaleźć portale, których głównym celem jest gromadzenie opinii użytkowników o sklepach, usługodawcach i produktach. Do najpopularniejszych należą Opineo.pl i Ceneo.pl. Jakie oceny zgromadziły poszczególne firmy w tych serwisach? Czy wyniki pokrywają się z wnioskami płynącymi z badań przeprowadzonych przez firmy badawcze?

Ceneo.pl to serwis z branży e-commerce, który powstał na początku 2005 r. W tym serwisie bezkonkurencyjna okazała się firma kurierska DPD, na temat której użytkownicy zamieścili ponad 1,5 mln opinii (poleca ją 97 proc. użytkowników). Drugim najczęściej ocenianym kurierem jest InPost (zgromadził prawie 1 mln głosów), a na trzeciej pozycji plasuje się DHL (ponad 500 tys. opinii).Firmy kurierskie 2017 - kto został najlepszą firmą kurierską w Polsce?

W serwisie Opineo.pl najwięcej opinii zgromadziła firma DPD – ponad 200 tys., z czego 92 proc. to komentarze pozytywne. O wiele mniej opinii użytkownicy wystawili firmie DHL – 127 tys. Trzecią najczęściej ocenianą firmą jest UPS z ponad 94 tys. ocen wystawionych przez użytkowników. Szczegółowe porównanie znajduje się na poniższym wykresie.największą popularnością wśród internautów cieszą się dwie firmy DHL i DPD

Z opinii zgromadzonych w serwisach Ceneo.pl i Opineo.pl wynika, że największą popularnością wśród internautów cieszą się dwie firmy DHL i DPD. Wyniki są zatem zbieżne z raportami przygotowanymi przez firmy badawcze.

Struktura polskiej branży KEP

Z raportu „Raport o stanie rynku pocztowego w 2018” przygotowanego przez Urząd Komunikacji Elektronicznej wynika, że na koniec 2018 r. w Polsce było zarejestrowanych 291 operatorów pocztowych[1]. Usługi przewozowe świadczą różne podmioty, w tym:

  • integratorzy KEP – to międzynarodowe przedsiębiorstwa oferujące usługi kurierskie (np. DHL), które często inicjują zmiany w branży, ostatnio choćby inwestując w nowoczesną technologię i testując dostarczanie przesyłek przy użyciu dronów,
  • lokalni operatorzy KEP – przykładem takiego operatora może być InPost, który w ostatnich latach szczególnie intensywnie rozbudowuje usługę Paczkomatów (w 2017 r. w Polsce było 2750 takich urządzeń, a w 2019 r. jest ich już 4800),
  • operatorzy pocztowi – w Polsce jest to Poczta Polska, która realizuje przesyłki kurierskie w ramach usługi Pocztex, a jednocześnie rozwija współpracę z siecią sklepów Żabka i stacjami paliw Orlen, oferując w ten sposób dodatkowe punkty odbioru przesyłek,
  • pośrednicy – przykładem może być europaczka.pl, która współpracuje w zakresie dostarczania przesyłek zagranicznych m.in. z DHL, UPS i FedEx.

Rozbudowana struktura polskiej branży KEP gwarantuje z jednej strony spory wybór nadawcom paczek, a z drugiej szybkie dostarczenie przesyłek adresatom. Jednocześnie na rynku zauważalny jest trend dywersyfikacji punktów dostaw. Wszystko po to, aby adresaci mogli odebrać paczkę w najwygodniejszy dla siebie sposób.

Jak rozwija się branża KEP w Polsce?

Polski rynek KEP ma 30 lat, ale dopiero w ostatnich latach dynamika jego rozwoju znacząco przyspieszyła. Głównym powodem jest coraz większa liczba transakcji przeprowadzanych w sklepach internetowych. To właśnie dynamiczna ekspansja e-handlu ma największy udział w transformacji branży KEP. O tym, że firmy działające w branży KEP mają coraz więcej pracy, a ich zyski rosną, najlepiej świadczy rosnąca wartość tego rynku. W 2013 r. wartość rynku KEP wynosiła 3 748 mln zł, a w 2017 r. już 5 741 mln zł[2]. Jak wygląda polska branża KEP na tle europejskiej i światowej?

W 2015 r. globalny rynek KEP był wart ok. 253 mld USD, zaś europejski ok. 74 mld EUR. W efekcie polski rynek KEP stanowi 1,6 proc. rynku europejskiego. Chociaż wydaje się to niewiele, to w ostatnich latach branża dynamicznie się rozwija, a eksperci przewidują, że w najbliższej przyszłości tendencja ta się utrzyma[3].

Źródła:
[1] Uke.gov.pl, Raport o stanie rynku pocztowego w 2018 roku, https://uke.gov.pl/download/gfx/uke/pl/defaultaktualnosci/36/215/1/raport_o_stanie_rynku_pocztowego_w_2018_roku_www.pdf (dostęp 14.06.2019).
[2] Logistyka.net, Logistyka w Polsce. Raport 2017, https://www.logistyka.net.pl/raport-logistyka-w-polsce (dostęp 14.06.2019).
[3] Gs1pl.org, Analiza rynku KEP w Polsce, https://www.gs1pl.org/kontakt/publikacje-i-wytyczne/

Analiza UBS: Długoterminowa prognoza walutowa euro do złotego

  • W ostatnich tygodniach pozycja złotego względem euro uległa nieznacznemu wzmocnieniu. Pomiędzy solidnym wzrostem oraz niejasnymi prognozami wzrostu europejskiego, spodziewamy się że kurs pozostanie w konsolidacji z dużymi różnicami między wartościami maksymalnymi i minimalnymi.
  • Naszą prognozę dla EURPLN utrzymujemy na poziomie 4,30 w perspektywie trzech i sześciu miesięcy oraz 4,25 w perspektywie 12 miesięcy.
  • Polepszające się perspektywy wzrostu dla strefy euro mogą wzmocnić pozycję złotego, natomiast niekorzystna dynamika w polityce europejskiej, globalne napięcia handlowe lub spory na linii UE – Polska mogą ją osłabić.

Kluczowe czynniki

Warunki globalne: europejska aktywność gospodarcza pozostaje bez wyrazu. Niepewność związana z napięciami handlowymi, sytuacją finansową Włoch oraz Brexitem, a także groźbą amerykańskich taryf na samochody daje kolejny powód do niepokoju o sektor przemysłowy UE. W naszej opinii, zanim perspektywy dla regionu będą mogły ulec poprawie, niektóre z ww. ryzyk będą musiały zostać wyeliminowane.

Dynamika wzrostu/inflacji: aktywność gospodarcza Polski wykazuje znaczną siłę. Pomimo faktu, że PMI przemysłu wskazuje słabsze warunki, realny wzrost PKB powinien pozostać silny (2019 r.: 4,4%) dzięki dynamicznemu rynkowi pracy i wydatkom fiskalnym. Inflacja z roku na rok wzrosła do 2,4% w maju (od 2,2%), pozostając w ramach prognozy NBP wyn. 2,5% (+/- 1 p. p.) i prawdopodobnie wzrośnie w najbliższych kwartałach. Polityka pieniężna: pomimo rosnącej inflacji, na spotkaniu w czerwcu NBP utrzymał stabilną stopę procentową. Oczekujemy, że stopa procentowa utrzyma się na poziomie 1,50% według prognozy na sześć miesięcy. Jednocześnie, Europejski Bank Centralny (EBC) zmienia ton na bardziej „gołębi” i podejmuje temat działań łagodzących. Nie spodziewamy się podwyżek stóp procentowych przed 2020 r. Polityka pieniężna EBC pozostaje ważna dla złotego, zarówno w zakresie polityki monetarnej Polski oraz skutków dla działalności gospodarczej w Europie. Saldo zewnętrzne: słabnące saldo rachunku bieżącego (2019 r. – 1,0% PKB) ma niewielki negatywny wpływ dla złotego.

Polityka: relacje między Komisją Europejską i Polską pozostają napięte. Wszelkie próby połączenia bieżących negocjacji budżetowych UE z nieporozumieniami dot. wspólnych wartości europejskich mogłyby doprowadzić do dalszych sporów. Jeżeli relacje z UE ulegną znacznemu pogorszeniu, złoty może znaleźć się pod presją. Lepsze niż sądzono wyniki partii rządzącej (Prawo i Sprawiedliwość – PiS) w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego wspierają pogląd, że PiS pozostanie przy władzy po jesiennych wyborach do Sejmu.

Ryzyka w naszej opinii

Ryzyka postrzegamy jako dwustronne. Słabsza gospodarka strefy euro, spory handlowe lub napięcia polityczne mogą doprowadzić do utraty wartości złotego, natomiast znacząca poprawa perspektyw wzrostu europejskiego lub „jastrzębia” postawa NBP mogłyby wzmocnić pozycję złotego.

Czynniki, na które warto zwrócić uwagę

Polska: dynamika wzrostu inflacji, polityka pieniężna (następne spotkanie NBP: 3 lipca), polityka oraz relacje na linii UE – Polska.

Świat: polityka pieniężna EBC (następne spotkanie: 25 lipca), działalność gospodarcza strefy euro, polityka UE, polityka pieniężna i handlowa USA.

Trend długoterminowy:

Prognoza walutowa: EURPLN

19.07.19 w 3 mies. w 6 mies. w 12 mies. PSN*
4,26 4,30 4,30 4,25 nd.

Thomson Reuters, Macrobond, kalkulacja UBS. *Parytet Siły Nabywczej (PSN) nie stanowi prognozy, ale raczej wartość długoterminowej równowagi dla kursu wymiany obliczanego przez UBS.

EURPLN

Kurs wymiany (w tym kursy terminowe), prognoza i zakres zmienności wg CIOKurs wymiany

EURPLN, incl. forward rates EURPLN, w tym kursy terminowe
CIO Forecast Prognoza CIO
Volatility range Zakres zmienności

Źródło: Bloomberg, UBS, na dzień 19.06.2019

Nastroje negatywne, silne rzeczywiste działania w Polsce

Rzeczywisty wzrost PKB (w % r/r) prod. przem. (w % r/r 3mma) i wytw. PMI (wskaźnik)

Nastroje negatywne, silne rzeczywiste działania w Polsce

Real GDP Rzeczywiste PKB
Industrial production Produkcja przemysłowa
Manufacturing PMI* PMI dla wytwórstwa*

Źródło: Bloomberg, UBS, na dzień 19.06.2019; *względem progu 50

Wpływ zasadniczy

Wal. P PKB P CPI 3MLibor (1) 10YYield (1)
2019 EUR 1,3 1,2 (0,3) 0,2
2020 EUR 1,3 1,4 (0,3) 0,4
2019 PLN 4,4 1,8 nd. nd.
2020 PLN 3,8 2,6

P=Prognoza, (1) koniec roku i źródło: UBS

Tilmann Kolb, Analityk UBS

IP Box: 5% zamiast 19% podatku od dochodów z praw własności intelektualnej. Jak to wykorzystać?

Od 2019 r. polscy przedsiębiorcy mogą korzystać z długo wyczekiwanego instrumentu wsparcia działalności tzw. IP Box (Intellectual Property Box). Celem nowego rozwiązania jest przede wszystkim zachęta przedsiębiorców do prowadzenia innowacyjnych działań badawczo-rozwojowych poprzez zmniejszenie obciążeń podatkowych. Jak wygląda to w praktyce? Komu przysługuje ulga i jak z niej skorzystać?

IP Box jest mechanizmem podatkowym, który umożliwia przedsiębiorcom osiągającym przychody z komercjalizacji praw własności intelektualnej, powstałej w wyniku działalności B+R (badania i rozwój), skorzystanie z preferencyjnej stawki opodatkowania CIT (lub PIT) w wysokości 5%. Przepisy wymieniają w sposób enumeratywny dochody kwalifikowane z praw własności intelektualnej, tworząc zamknięty katalog. Należą do niego m.in. prawo do wynalazku (patenty), prawo ochronne na wzór użytkowy, prawo z rejestracji topografii układu scalonego czy dodatkowe prawo ochronne dla patentu na produkt leczniczy lub produkt ochrony roślin.

Regulacje określają, które dochody z kwalifikowanych praw własności intelektualnej mogą być opodatkowane preferencyjną stawką podatku. Należą do nich te z opłat lub należności z umowy licencyjnej odnoszące się do kwalifikowanego prawa własności intelektualnej oraz dochody ze sprzedaży kwalifikowanego prawa własności intelektualnej uwzględnionego w cenie sprzedaży produktu lub usługi – podkreśla Adam Albekier, Senior Associate w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Ulga dostępna jest dla każdego podmiotu, bez względu na jego wielkość i siedzibę, osiągającego dochód lub stratę z działalności badawczo-rozwojowej (B+R). Z IP Box mogą korzystać przedsiębiorstwa o wyspecjalizowanej i nowatorskiej działalności, np. firmy farmaceutyczne, producenci oprogramowania czy przedsiębiorstwa chemiczne oraz biotechnologiczne – wyjaśnia Adam Albekier, Senior Associate w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Co trzeba zrobić, aby skorzystać z IP Box?

  1. Wyodrębnić każde kwalifikowane prawo własności intelektualnej w prowadzonych księgach rachunkowych.
  2. Prowadzić księgi rachunkowe tak, by zapewniały możliwość ustalenia przychodów, kosztów uzyskania przychodów i dochodu (straty) przypadających na każde kwalifikowane prawo IP.
  3. Wyodrębnić koszty stosowane do wskaźnika nexus – zgodnie z którym przychody związane z własnością intelektualną mogą być korzystnie opodatkowane jedynie w takim zakresie, w jakim konkretna własność intelektualna generująca przychód jest efektem prac B+R prowadzonych przez danego podatnika – przypadające na każde kwalifikowane prawo IP, w sposób zapewniający identyfikację.
  4. Dokonywać zapisów w księgach rachunkowych w takiej formie, aby możliwe było ustalenie łącznego dochodu z kwalifikowanych praw IP.
  5. Dokonywać zapisów w księgach rachunkowych w sposób zapewniający ustalenie dochodu z kwalifikowanych praw IP w odniesieniu do danego produktu/produktów lub usługi/usług.

Na wszystkich tych etapach firmy mogą liczyć na wsparcie kancelarii prawnych. Oferują one zarówno pomoc w praktycznym skorzystaniu z IP Box, jak i innych ulg podatkowych.

Dla przykładu – przedsiębiorca, który inwestuje w B+R i uzyskuje roczny dochód na poziomie 1 mln zł z komercjalizacji działalności badawczo-rozwojowej, zyskuje na tym 140 tysięcy. Należy podkreślić, że stosowanie tej ulgi – niższej stawki podatku do kwalifikowanych dochodów – jest prawem, a nie obowiązkiem podatnika – podsumowuje Adam Albekier, Senior Associate w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Bezrobocie w Polsce w dół. FED studzi głowy inwestorów

Zgodnie z oczekiwaniami prace sezonowe wywołują kolejne rekordowo niskie poziomy bezrobocia w Polsce. FED studzi oczekiwania, ale rynki i tak czekają na obniżki stóp procentowych. Pozostałe banki centralne wypatrują ruchu Amerykanów.

Bezrobocie w Polsce z kolejnym rekordem

Wg danych GUS stopa bezrobocia w Polsce w maju wyniosła 5,4%. To najniższy poziom od czasu przemian ustrojowych (w tym zakończenia fikcji pełnego zatrudnienia). Analitycy spodziewali się osiągniętego właśnie spadku, czyli 0,2%, w związku z czym te dane nie miały większego wpływu na rynki walutowe. Wspomniane 0,2% to kolejne 32 tysiące mniej zarejestrowanych bezrobotnych. Warto w tym miejscu przypomnieć, że od niemal 2 tygodni złoty testuje bardzo ważny poziom względem euro. Mowa o 4,25 zł. Wspólna waluta nie była tak tania od sierpnia 2018 roku. Nie może zatem dziwić, że mimo dobrych sygnałów z rynku pracy złotówka nie idzie jeszcze bardziej w górę.

FED studzi głowy inwestorów

Przedstawiciele Rezerwy Federalnej postanowili ostudzić oczekiwania rynków. Powodem były rosnące oczekiwania co do obniżki stóp procentowych i to aż o 0,5% już w lipcu. Ostatnimi czasy FED zmienia stopy procentowe stopniowo i dzieje się to z przesunięciem o 0,25%, stąd tego typu przewidywania wydają się tym mniej realne. Wypowiedzi przyniosły częściowy sukces. Nie mniej, wyceny kontraktów terminowych wciąż dają 24% szans na taki scenariusz. Efekty na rynku walutowym były łatwe do przewidzenia. Dolar odrobił część strat względem euro. Skoro USD umocnił się o około pół centa do EUR, to w tym samym czasie proporcjonalnie podrożał o dwa gorsze względem złotego.

W co grają banki narodowe?

Na rynku mamy obecnie dość specyficzną sytuację. Jeszcze kilka miesięcy temu większość członków banków centralnych zastanawiała się, kiedy podnieść stopy procentowe. Obecnie, pomimo wzrostu inflacji, coraz wyraźniej widać czarne chmury na horyzoncie. W rezultacie można się spodziewać, że już niedługo zamiast podwyżek stóp będziemy świadkami ich obniżania.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:00 – Czechy – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 14:30 – USA – zamówienia na dobra.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Pracownicze Plany Kapitałowe – czy zmienią wizerunek pracodawcy?