AI przyspiesza, kompetencje nie nadążają. Polskie firmy mierzą się z tym samym problemem, co organizacje na całym świecie

  • Tylko 22% organizacji działających w Polsce deklaruje, że potrafi skutecznie rekrutować i zatrzymywać pracowników posiadających kompetencje AI – wynika z badania Aon Human Capital Trends 2026.
  • 21% firm wskazuje, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy żaden pracownik nie uczestniczył w programach rozwoju kompetencji AI (16% globalnie).
  • 81% respondentów uważa, że AI będzie automatyzować część zadań, ale istniejące role nadal pozostaną potrzebne.

Organizacje działające na Polskim rynku są przekonane, że sztuczna inteligencja będzie zmieniać sposób pracy i wymagać nowych kompetencji od pracowników. Jednocześnie wiele firm nadal nie jest przygotowanych do rozwijania umiejętności potrzebnych do skutecznego wykorzystania tej technologii. Z badania Aon Human Capital Trends 2026 wynika, że Polska mierzy się z podobnym wyzwaniem, co organizacje na całym świecie – inwestycje w ludzi nie nadążają za tempem wdrażania AI.

Wiara w AI silniejsza niż obawy przed nią

Aż 88% organizacji na świecie uważa, że sztuczna inteligencja będzie wymagała od pracowników zdobywania nowych umiejętności, a 73% wdrożyło już rozwiązania AI lub prowadzi ich pilotaże.

W Polsce także widoczna jest otwartość na zalety wynikające z zastosowania sztucznej inteligencji. 81% respondentów zgadza się ze stwierdzeniem, że AI będzie automatyzować część zadań, ale istniejące role nadal pozostaną potrzebne. Z kolei 80% uważa, że technologia stworzy nowe możliwości i będzie wymagać nowych kompetencji. Jedynie 18% respondentów przewiduje, że AI może znacząco zastąpić miejsca pracy w ich obszarze działalności.

Podejście do AI organizacji, które działają na polskim rynku, nie różni się znacząco od prezentowanych przez firmy na innych rynkach. Widać duże zainteresowanie wykorzystaniem sztucznej inteligencji i przekonanie, że będzie ona wspierać rozwój biznesu. Prawdziwe wyzwanie nie dotyczy jednak technologii, lecz ludzi – ich kompetencji, gotowości do zmian i zdolności do współpracy z nowymi narzędziami – mówi Karolina Hernik, Employee Benefits Practice Leader w Aon Polska.

Wśród najważniejszych celów wdrażania AI organizacje wskazują automatyzację rutynowych zadań, zwiększanie efektywności operacyjnej oraz wspieranie innowacyjności.

Największą barierą może okazać się niedobór kompetencji

Jedynie 22% organizacji działających w Polsce deklaruje, że potrafi skutecznie rekrutować i zatrzymywać pracowników posiadających kompetencje AI. Globalnie odsetek ten wynosi 24%.

Jeszcze większe wyzwanie widać w obszarze rozwoju kompetencji. Aż 21% firm w Polsce deklaruje, że żaden pracownik nie uczestniczył w ciągu ostatnich 12 miesięcy w programach AI upskilling lub reskilling. Dla porównania globalnie taki brak działań deklaruje 16% organizacji.

Wiele organizacji znajduje się dziś na etapie pilotaży lub pierwszych wdrożeń AI. O tym, czy projekty te przyniosą oczekiwane rezultaty, zdecyduje nie tylko jakość technologii, ale przede wszystkim zdolność do rozwijania kompetencji pracowników. Bez inwestycji w umiejętności nawet najbardziej zaawansowane rozwiązania mogą nie przynieść oczekiwanej wartości biznesowej – dodaje Karolina Hernik.

AI stała się projektem biznesowym

Organizacje coraz częściej postrzegają wdrażanie sztucznej inteligencji jako wyzwanie związane z transformacją całego modelu pracy, a nie wyłącznie wdrożeniem nowych narzędzi. Globalne dane Aonu wskazują, że firmy, które osiągnęły najwyższy poziom wdrożenia AI, są również bardziej zaawansowane w obszarze zarządzania kompetencjami, adaptacji pracowników do zmian oraz budowania gotowości organizacyjnej. Dla polskich organizacji oznacza to konieczność równoległego inwestowania w technologię i ludzi. To właśnie zdolność do pozyskiwania talentów, rozwijania kompetencji i zarządzania zmianą może stać się kluczowym czynnikiem decydującym o sukcesie wdrożeń AI w najbliższych latach.

Opieka nad stroną internetową w erze AI: dlaczego utrzymanie witryny stało się usługą niezbędną

Opieka nad stroną internetową to dziś usługa niezbędna, ponieważ era sztucznej inteligencji wielokrotnie zwiększyła liczbę luk i tempo ataków na witryny. Automatyczne boty znajdują nieaktualną stronę w ciągu kilku godzin, a kod tworzony przez modele językowe wprowadza nowe podatności na masową skalę. Firma, która opiera sprzedaż na witrynie, zabezpiecza ją stałym monitoringiem, aktualizacjami i kopiami zapasowymi.

Strona internetowa przestała być statyczną wizytówką. Stała się aktywem, które atakujący traktują jak cel automatycznych narzędzi. Profesjonalna opieka zamyka tę lukę, zanim atak dotrze do klienta.

Pełny zakres takiej usługi opisuje strona https://www.premiumdigital.pl/opieka-nad-strona-internetowa/.

Dlaczego opieka nad stroną internetową stała się niezbędna w erze AI?

Opieka nad stroną internetową stała się niezbędna, ponieważ liczba luk i szybkość ich wykorzystania osiągnęły rekordowy poziom. Z raportu Patchstack State of WordPress Security in 2026 wynika, że w 2025 roku odkryto 11 334 nowych podatności w ekosystemie WordPress, o 42% więcej niż rok wcześniej. To najwyższy wynik w historii tego systemu.

Tempo ataku skróciło się do godzin. Mediana czasu od ujawnienia luki do pierwszego masowego ataku wyniosła 5 godzin. Właściciel strony bez stałego nadzoru dowiaduje się o problemie dopiero po infekcji.

W 2025 roku odkryto więcej podatności wysokiego ryzyka niż w dwóch poprzednich latach łącznie. Skala zagrożenia rośnie szybciej niż świadomość przeciętnego przedsiębiorcy.

Jak sztuczna inteligencja zwiększyła liczbę ataków na strony internetowe?

Sztuczna inteligencja zwiększyła liczbę ataków na strony internetowe przez automatyzację skanowania i łamania zabezpieczeń. Boty oparte na uczeniu maszynowym przeszukują tysiące witryn jednocześnie, odczytują wersję systemu i wtyczek, a następnie kolejkują podatne adresy do automatycznego ataku. Twoja strona nie musi być celem osobistym, narzędzia znajdą ją same.

Liczba prób logowania siłowego wzrosła o 45% w drugiej połowie 2025 roku, głównie za sprawą botnetów wspieranych przez AI. Te boty omijają proste blokady, rotują adresy IP i generują wiadomości dopasowane do kontekstu.

Większość udanych włamań zaczyna się od nieaktualnej wtyczki lub motywu, a nie od rdzenia systemu. Dlatego sama instalacja WordPressa nie wystarcza, liczy się dyscyplina aktualizacji.

„W erze AI atak nie wymaga już hakera siedzącego nad Twoją stroną. Wystarczy bot, który skanuje internet całą dobę i sam decyduje, kiedy uderzyć. Opieka nad stroną to dziś nie luksus, tylko podstawowe zabezpieczenie firmy”, mówi Damian Węglarski, doradca marketingowy i CEO Premium Digital.

Dlaczego kod tworzony przez AI zwiększa liczbę luk w stronach?

Kod tworzony przez AI zwiększa liczbę luk w stronach, ponieważ modele językowe generują rozwiązania bez wbudowanych wymagań bezpieczeństwa. Veracode w raporcie GenAI Code Security Report z 2025 roku przetestował ponad sto modeli i wykazał, że 45% kodu generowanego przez AI zawiera podatności z listy OWASP Top 10.

Kod tworzony przez AI zawiera 2,74 razy więcej luk niż kod pisany przez doświadczonego programistę. Zjawisko vibe coding, czyli budowania stron na podstawie poleceń do modelu bez świadomej kontroli bezpieczeństwa, mnoży te błędy w gotowych wdrożeniach.

Skala problemu widać w produkcji. Firma Escape.tech przeskanowała ponad tysiąc aplikacji tworzonych tą metodą i znalazła problemy bezpieczeństwa w 65% z nich. Strona zbudowana szybko i tanio przez narzędzie AI często zawiera ukryte luki, których właściciel nie potrafi sam wykryć ani załatać.

Co to jest opieka nad stroną internetową?

Opieka nad stroną internetową to stała usługa utrzymaniowa, która zapewnia ciągłe działanie, bezpieczeństwo i aktualność witryny. Zakres obejmuje monitoring dostępności, instalację aktualizacji, tworzenie kopii zapasowych oraz reakcję na incydenty bezpieczeństwa. Usługę realizuje agencja lub specjalista techniczny na podstawie umowy abonamentowej.

Opieka działa prewencyjnie, a nie naprawczo. Naprawa usuwa skutki ataku po fakcie, gdy klienci już zobaczyli niedziałającą stronę. Opieka eliminuje zagrożenie, zanim wpłynie na użytkownika.

Co obejmuje opieka nad stroną internetową w erze AI?

Opieka nad stroną internetową obejmuje zestaw stałych czynności, które odpowiadają na współczesne zagrożenia. Poniższa lista przedstawia podstawowy zakres usługi:

  • monitoring dostępności 24/7 dedykowanymi narzędziami,
  • szybkie aktualizacje systemu CMS oraz wtyczek do stabilnych wersji,
  • cykliczne kopie zapasowe plików i bazy danych,
  • monitoring certyfikatu SSL i logowań do panelu,
  • skanowanie antywirusowe i usuwanie infekcji,
  • pomoc po włamaniu na stronę lub serwer,
  • administrowanie witryną i naprawę błędów,
  • optymalizację szybkości działania.

Zakres opieki dopasowuje się do systemu i wielkości witryny. Strona zbudowana z gotowych komponentów lub wygenerowana przez AI wymaga częstszego skanowania, ponieważ ryzyko ukrytych luk jest w niej wyższe.

Ile kosztuje brak opieki nad stroną internetową?

Brak opieki nad stroną internetową kosztuje znacznie więcej niż abonament, ponieważ skutki włamania kumulują się w czasie. Poniższy scenariusz pokazuje, jak rosną straty małej firmy po jednym ataku przez nieaktualną wtyczkę.

Witryna generuje 3 zapytania dziennie o wartości 300 zł każde, czyli 900 zł szans sprzedażowych dziennie. Atak rozkłada koszty na kilka etapów:

  • Niedostępność strony przez 3 dni: utrata szans o wartości 2700 zł.
  • Usunięcie infekcji i przywrócenie kopii zapasowej: koszt jednorazowy od 800 zł do 2000 zł.
  • Reinfekcja, gdy luka nie zostanie zamknięta: powtórzenie kosztu czyszczenia.
  • Spadek pozycji w Google po wstrzyknięciu spamu: utrata ruchu organicznego przez wiele tygodni.
  • Utrata zaufania klientów po ostrzeżeniu o niebezpiecznej stronie: trudna do wyceny, ale najbardziej dotkliwa.

Pojedynczy incydent łatwo przekracza 5000 zł straty, zanim doliczymy nadszarpnięty wizerunek. Roczny koszt podstawowej opieki jest niższy od skutków jednej poważnej awarii.

Ile kosztuje opieka nad stroną internetową?

Opieka nad stroną internetową kosztuje od kilkuset złotych miesięcznie i zależy od zakresu usług. Cenę kształtują wielkość witryny, częstotliwość aktualizacji, liczba kopii zapasowych oraz czas reakcji wsparcia. Pakiety abonamentowe zaczynają się od 390 zł miesięcznie za zakres podstawowy, a rozbudowane warianty z częstszymi kopiami zapasowymi i krótszym czasem reakcji kosztują 690 zł lub 990 zł miesięcznie.

Cenę opieki warto porównać z kosztem inaktywności. Jedna zażegnana awaria pokrywa kilka miesięcy abonamentu. W erze automatycznych ataków pytanie nie brzmi, czy strona zostanie zeskanowana, tylko kiedy.

Jak opieka chroni stronę przed zagrożeniami ery AI?

Opieka chroni stronę przed zagrożeniami ery AI dzięki trzem filarom: prewencji, szybkim aktualizacjom i planowi odzyskiwania. Każdy filar odpowiada na konkretny mechanizm współczesnego ataku.

Stały monitoring odpowiada na automatyczne skanowanie. Dedykowane narzędzia sprawdzają stronę co kilka minut i wykrywają próbę włamania na wczesnym etapie.

Szybkie aktualizacje odpowiadają na pięciogodzinne okno ataku. Specjalista wdraża poprawki bezpieczeństwa, zanim boty zdążą wykorzystać świeżo ujawnioną lukę.

Cykliczne kopie zapasowe odpowiadają na ryzyko nieodwracalnej utraty danych. Po incydencie strona wraca do działania z ostatniego poprawnego punktu, a przestój skraca się z dni do minut.

Dla kogo opieka nad stroną internetową jest dziś niezbędna?

Opieka nad stroną internetową jest niezbędna dla każdej firmy, która zbiera zapytania, sprzedaż lub kontakt przez witrynę. Im więcej biznesu zależy od strony, tym wyższy koszt każdej godziny niedostępności.

Usługa odpowiada firmom korzystającym z WordPressa i gotowych wtyczek, czyli zdecydowanej większości polskich małych i średnich firm. Ten ekosystem jest najczęstszym celem automatycznych ataków.

Usługa odpowiada również właścicielom stron zbudowanych szybko przez narzędzia AI. Taka witryna wymaga audytu i stałego nadzoru, ponieważ ryzyko ukrytych luk jest w niej wyraźnie wyższe.

Jak zabezpieczyć stronę internetową już teraz?

Zabezpieczenie strony internetowej zaczyna się od audytu aktualnego stanu i wdrożenia stałego monitoringu. Specjalista sprawdza wersje systemu i wtyczek, konfiguruje kopie zapasowe oraz ustala częstotliwość aktualizacji dopasowaną do ryzyka.

Pełen zakres pakietów oraz warunki opieki nad stroną internetową prezentuje Premium Digital, agencja z Łodzi, która prowadzi utrzymanie i bezpieczeństwo witryn dla małych i średnich firm w całej Polsce.

Pepco otworzyło pierwsze sklepy w Macedonii Północnej

Pepco, wiodąca europejska sieć typu value retailer, oficjalnie otworzyła swoje pierwsze sklepy dla konsumentów w Macedonii Północnej. Dwa nowe punkty zostały uruchomione jednocześnie w Skopje. W planach są również kolejne otwarcia w innych lokalizacjach w kraju, w tym w popularnych miastach turystycznych – Ochrydzie i Strudze.

Debiut na rynku Macedonii Północnej stanowi kolejny kamień milowy w realizacji ambitnej strategii rozwoju Grupy, skoncentrowanej na odpowiedzialnej ekspansji w Europie oraz selektywnym wchodzeniu na nowe rynki. Marka jest już obecna w innych krajach bałkańskich, takich jak Bułgaria, gdzie prowadzi 191 sklepów, Serbia (183), Chorwacja (139), Bośnia i Hercegowina (69) oraz Grecja (60).

– Pepco powstało w oparciu o prostą, ale niezwykle silną ideę, której celem jest sprawianie, by produkty codziennego użytku były bardziej dostępne cenowo dla rodzin, a tym samym przyczynianie się do poprawy jakości ich życia. Nasz model biznesowy opiera się na prostocie, dyscyplinie i skali działania, wynikającej z prowadzenia ponad 4 000 sklepów w całej Europie. Obecnie obsługujemy około 36 milionów klientów miesięcznie. Naszą wizją jest Europa, w której wysokiej jakości produkty codziennego użytku są w zasięgu każdego gospodarstwa domowego. Cieszymy się, że możemy realizować tę obietnicę również wobec rodzin
w Macedonii Północnej – powiedział Jorge Gervasi, Chief Operating Officer South CEE & Western Europe w Pepco.

Dla milionów klientów w całej Europie Pepco stało się miejscem codziennych zakupów – sklepem, w którym rodziny mogą znaleźć odzież, artykuły wyposażenia wnętrz oraz praktyczne produkty łączące aktualne trendy, dobrą jakość i przystępne ceny. Wejście Pepco do Macedonii Północnej ma ożywić lokalny rynek handlu detalicznego, tworząc nowe miejsca pracy i oferując nowoczesne oraz wygodne doświadczenie zakupowe.

– Jesteśmy dumni, że możemy wprowadzić Pepco do Macedonii Północnej jako naszego 19. rynku w Europie. Dziś otwieramy pierwsze sklepy w Capitol Mall i Ramstore Mall w Skopje, a już wkrótce dołączą do nich kolejne lokalizacje w Ochrydzie i Strudze, co będzie początkiem naszej lokalnej ekspansji. Dla nas wejście na nowy rynek oznacza budowanie długoterminowego zaufania, tworzenie lokalnych zespołów i stawanie się częścią codziennego życia społeczności, które wspieramy – powiedział Bogdan Grigoriu, Regional Operations Director w Pepco.

W otwarciu pierwszych sklepów Pepco uczestniczyły setki macedońskich klientów.

W uroczystym przecięciu wstęgi udział wzięli przedstawiciele kierownictwa firmy, członkowie zespołu oraz zaproszeni goście, w tym reprezentanci SOS Wiosek Dziecięcych, lokalnych władz oraz przedstawiciele Ambasady RP w Skopje.

Sprawdzony model biznesowy w fazie dynamicznego wzrostu

Wejście Pepco do Macedonii Północnej następuje w okresie silnego wzrostu operacyjnego i finansowego Grupy. Firma przyspiesza rentowny rozwój dzięki uproszczonemu i skalowalnemu formatowi sklepów, zdyscyplinowanemu podejściu do alokacji kapitału oraz wyraźnie zdefiniowanej ofercie dla klientów, opartej na konkurencyjnych cenach i wysokiej dostępności produktów. Choć marka dynamicznie rozwija się również w krajach Europy Zachodniej, region Europy Środkowo-Wschodniej nadal oferuje znaczący potencjał wzrostu, wspierany przez wysoką i powszechną rozpoznawalność marki na wielu lokalnych rynkach.

Po erze zachwytu nad AI przyszedł czas na pytania o ROI

Jeszcze trzy lata temu najczęściej zadawane pytanie brzmiało: „Czy powinniśmy interesować się sztuczną inteligencją?”. Dziś podobne wątpliwości należą do rzadkości. AI trafiła do strategii biznesowych, planów transformacji cyfrowej i agend zarządów praktycznie we wszystkich sektorach gospodarki.

Paradoksalnie jednak wraz ze wzrostem dostępności technologii nie maleje liczba pytań. Wręcz przeciwnie. Im więcej możliwości oferuje rynek, tym trudniejsze staje się podejmowanie decyzji. W wielu organizacjach problemem nie jest już brak technologii. Problemem jest określenie, które z nich rzeczywiście warto wdrożyć, jaką rolę mają pełnić w organizacji i jaką konkretną wartość mają przynieść biznesowi.

Po erze eksperymentów przyszedł czas na pytania o ROI

Przez ostatnie lata wiele organizacji koncentrowało się na testowaniu możliwości sztucznej inteligencji. Powstawały pilotaże, wdrażano kolejne narzędzia, uruchamiano programy transformacyjne i szkolenia dla pracowników. W wielu przypadkach sam fakt wykorzystania AI był traktowany jako dowód innowacyjności organizacji. Dziś rynek znajduje się w zupełnie innym miejscu.

Do rozmowy coraz częściej włączają się dyrektorzy finansowi i zarządy. Nie pytają już, czy firma powinna korzystać z AI. Pytają, jakie efekty przyniosły dotychczasowe inwestycje, które projekty rzeczywiście poprawiły efektywność i czy warto przeznaczać kolejne środki na następne inicjatywy. To naturalny etap dojrzewania rynku – każda technologia przechodzi moment, w którym kończy się okres fascynacji, a zaczyna okres rozliczania rezultatów.

Coraz większego znaczenia nabiera więc nie liczba wdrożonych narzędzi, lecz zdolność organizacji do wykazania konkretnej wartości biznesowej. Skrócenie czasu realizacji procesów, poprawa jakości decyzji, wzrost produktywności zespołów, ograniczenie kosztów operacyjnych czy zwiększenie satysfakcji klientów stają się znacznie ważniejsze niż sama informacja o wykorzystaniu AI.

W praktyce oznacza to również zmianę sposobu oceny projektów technologicznych. Zarządy coraz częściej oczekują nie prezentacji możliwości narzędzia, lecz odpowiedzi na pytanie o zwrot z inwestycji.

AI nie jest dziś deficytowym zasobem

Jeszcze niedawno przewagę budowały organizacje, które jako pierwsze uzyskiwały dostęp do nowych rozwiązań technologicznych. Dziś sytuacja wygląda inaczej. Narzędzia wykorzystujące sztuczną inteligencję są powszechnie dostępne. Z podobnych rozwiązań korzystają zarówno globalne korporacje, jak i średnie przedsiębiorstwa. To sprawia, że sama obecność AI w organizacji przestaje być wyróżnikiem. Coraz większego znaczenia nabiera natomiast sposób jej wykorzystania. Dlatego pytanie „jakie narzędzie wybrać?” coraz częściej okazuje się mniej istotne niż pytanie „jaki problem chcemy rozwiązać?”. Ta pozornie niewielka różnica w praktyce przesądza o powodzeniu lub porażce wielu inicjatyw technologicznych.

Dane PwC z „AI Performance Study” (2026) potwierdzają to wyraźnie: 74% wartości ekonomicznej generowanej przez AI trafia do zaledwie 20% firm, a liderzy osiągają wyniki 7,2 razy wyższe niż pozostałe przedsiębiorstwa. Co istotne, różnicę stanowi nie skala inwestycji, lecz to, do czego AI jest wykorzystywana. Liderzy są 2–3 razy częściej zorientowani na wzrost i reinwencję modelu biznesowego. Są też dwukrotnie częściej skłonni przeprojektowywać procesy pracy zamiast po prostu dokładać kolejne narzędzia.

Organizacje, które rozpoczynają transformację od technologii, często szybko napotykają trudności z uzasadnieniem kolejnych inwestycji. Trudno bowiem wykazać zwrot z inwestycji, jeśli już na początku nie określono celu biznesowego, mierników sukcesu oraz procesu, który ma zostać usprawniony.

Najbardziej dojrzałe organizacje odwracają tę logikę. Najpierw definiują problem biznesowy, następnie określają oczekiwany rezultat, a dopiero później wybierają technologię, która może pomóc go osiągnąć.

Większość wyzwań związanych z AI nie ma charakteru technologicznego

W debacie publicznej dominują rozmowy o możliwościach modeli językowych, automatyzacji czy kolejnych generacjach narzędzi. Znacznie rzadziej mówi się o tym, że największe bariery wdrożeń bardzo często znajdują się poza działem IT.

Organizacje mierzą się z pytaniami dotyczącymi odpowiedzialności za decyzje podejmowane przy wsparciu AI, bezpieczeństwa danych, jakości procesów czy gotowości zespołów do pracy w nowym środowisku. W wielu przypadkach technologia jest najmniej problematycznym elementem całego przedsięwzięcia.

Znacznie trudniejsze okazuje się ustalenie, kto odpowiada za zmianę, jak mierzyć jej efekty, jakie kompetencje są potrzebne w organizacji i w jaki sposób połączyć nowe rozwiązania z istniejącym modelem działania firmy. To właśnie dlatego – jak przy każdej przełomowej technologii – kluczowe pozostaje szersze spojrzenie na transformację: nie tylko od strony technologicznej, lecz przede wszystkim organizacyjnej.

Jeżeli organizacja nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, kto odpowiada za zmianę, jak zmierzy sukces projektu i w jaki sposób nowe rozwiązanie wpłynie na codzienną pracę zespołów, problemem nie jest brak technologii. Problemem jest brak gotowości organizacyjnej do wykorzystania jej potencjału.

Human + Machine: ludzie i decyzje w centrum

Wokół sztucznej inteligencji powstało wiele uproszczeń. Jednym z najpopularniejszych jest przekonanie, że celem organizacji powinno być maksymalne zastępowanie ludzi technologią. Tymczasem doświadczenia najbardziej dojrzałych organizacji pokazują coś przeciwnego.

Największą wartość osiągają firmy, które potrafią połączyć możliwości technologii z doświadczeniem, wiedzą i kompetencjami swoich pracowników. Sztuczna inteligencja przyspiesza analizę danych, wspiera procesy i pomaga identyfikować zależności. Człowiek nadal odpowiada jednak za ocenę kontekstu, podejmowanie decyzji i ponoszenie odpowiedzialności za ich skutki. To podejście określane jest jako Human + Machine, z którym w MINDBOX pracujemy od kilku lat. Zakłada on, że skuteczna transformacja nie zaczyna się od technologii, lecz od ludzi, procesów i celów biznesowych. Sztuczna inteligencja przyspiesza analizę, wspiera procesy i pomaga identyfikować zależności. Człowiek nadal odpowiada za ocenę kontekstu, podejmowanie decyzji i ponoszenie odpowiedzialności za ich skutki. Zatem nie chodzi o wybór między człowiekiem a technologią. Chodzi o stworzenie modelu współpracy, w którym obie strony wzajemnie wzmacniają swoje możliwości.

W praktyce właśnie takie podejście daje największą szansę na osiągnięcie trwałych efektów biznesowych i uzasadnienie inwestycji w AI w długim okresie.

Nowa kompetencja liderów

W erze AI jedną z najważniejszych kompetencji liderów nie będzie znajomość konkretnych narzędzi. Będzie nią zdolność do podejmowania właściwych decyzji w środowisku rosnącej złożoności technologicznej.

Zarządy nie muszą znać szczegółów działania modeli językowych ani śledzić każdej nowej funkcji pojawiającej się na rynku. Powinny jednak rozumieć konsekwencje decyzji technologicznych dla organizacji, procesów, ludzi i bezpieczeństwa.

To właśnie dlatego rozmowa o sztucznej inteligencji coraz rzadziej dotyczy samej technologii. Coraz częściej dotyczy natomiast odpowiedzialności, efektywności, zwrotu z inwestycji oraz budowania organizacji zdolnych do skutecznego funkcjonowania w nowym otoczeniu.

A to oznacza, że przyszłość AI będzie zależeć nie od liczby wdrożonych narzędzi, lecz od jakości decyzji podejmowanych wokół nich.

2,50 zł na akcję dla akcjonariuszy Fabrity, dzisiaj ostatni dzień notowań z prawem do dywidendy

Walne Zgromadzenie zamykające rok 2025 przychyliło się do propozycji Zarządu i uchwaliło wypłatę 2,50 zł na akcję z zysku minionego roku, co łącznie oznacza blisko 7 mln zł dywidendy.

Wypłata skierowana do akcjonariuszy, oznaczająca około 8,5% stopy dywidendy wobec notowań z ostatnich dni, nastąpi już 24 czerwca br. (przyszła środa), a dzień dywidendy został ustalony na 19 czerwca br. (najbliższy piątek). To oznacza, że prawo do wypłaty dywidendy uzyskają inwestorzy posiadający akcje Fabrity na koniec dzisiejszej sesji giełdowej.

Fabrity jest spółką, która generuje gotówkę i nie wymaga istotnych nakładów inwestycyjnych. Spółką, która ma stabilny bilans. Dzięki temu może wypłacać relatywnie wysokie dywidendy nawet za okres gorszej koniunktury, jaka miała miejsce w roku 2025. Zarząd zarekomendował wypłatę 2,50 zł na akcję, mając również na względzie dobry pierwszy kwartał br. i pozytywne perspektywykomentuje Tomasz Burczyński, Prezes Zarządu Fabrity S.A.

W pierwszym kwartale 2026 roku wyraźnie wzrosła rentowność, a wynik EBITDA zwiększył się o 30% rdr, do 2,0 mln zł. Zysk operacyjny wzrósł o 54% rdr, do 1,6 mln zł, a zysk netto o 72% rdr, do 1,3 mln zł, co potwierdza skuteczność działań sprzedażowych oraz optymalizacyjnych. Zarząd ocenia, że powrót pozytywnych trendów może mieć trwały charakter, a długoterminowe perspektywy wspiera aktywność Fabrity w wykorzystywaniu szans, jakie stwarza transformacja branży oparta o rozwój technologii AI.

Rynki odetchnęły po porozumieniu USA-Iran, ale gospodarka jeszcze nie poczuje ulgi

  • Rynki świętowały zakończenie konfliktu w Cieśninie Ormuz, ale… gospodarka nie odczuje od razu ulgi z tego powodu – a dla większości gospodarstw domowych, przedsiębiorstw i rządów sytuacja może się nawet jeszcze pogorszyć, zanim nastąpi poprawa. Fizyczne ponowne otwarcie to proces trwający wiele miesięcy, a nie natychmiastowa zmiana. Porozumienie między USA a Iranem oraz 60-dniowe zawieszenie broni stanowią znaczący punkt zwrotny, ale są one jedynie ramami deeskalacji, a nie ostatecznym rozstrzygnięciem. Normalizacja będzie przebiegać powoli, z trudnościami i będzie odwracalna, a rynki z wyprzedzeniem zdyskontowały już dobre wiadomości, zanim opóźnienia w przekazywaniu informacji osiągnęły nawet swój szczyt. Samo rozminowywanie cieśniny zajmuje od 30 do 50 dni. Następna kwestia – ruch handlowy powróci tylko w takim tempie, na jakie pozwoli zaufanie armatorów – precedens z 1988 r. dotyczący konfliktu irańsko-irackiego pokazuje, że przywrócenie normalnych warunków zajęło ponad trzy miesiące, nawet przy eskorcie marynarki wojennej USA. W naszym scenariuszu bazowym 65% zakłóconych dostaw na poziomie 4–5 milionów b/d zostanie przywrócone w ciągu trzech miesięcy, a 80% w ciągu czterech, a przy pełnej normalizacji – do końca roku. Korytarz zostanie ponownie otwarty w ramach kontrolowanej, a nie swobodnej, żeglugi. Jakiekolwiek potknięcie w negocjacjach nuklearnych lub nieprzestrzeganie zawieszenia broni w Libanie spowoduje ponowne uruchomienie zegara.
  • Ceny energii spadają, ale… inflacja osiągnie szczyt później, niż przewidują rynki – to nie koniec wzrostu jej cen!. Cena ropy Brent ustabilizuje się na poziomie około 80 USD/bbl w III kwartale, po czym spadnie do 75 USD/bbl w IV kwartale i 67 USD/bbl do końca 2027 r. Wcześniejsze wzrosty cen energii nadal odbijają się na łańcuchach dostaw, rachunkach za media i czynszach. Ogólny wskaźnik CPI w USA wyniesie średnio 3,3% w 2026 r., a bazowy CPI osiągnie szczyt na poziomie 3,1% w IV kwartale; inflacja w strefie euro osiągnie szczyt na poziomie około 3,4% w IV kwartale, a następnie wyniesie średnio 3,1% w 2026 r. Wzrost płac realnych osiągnie wartość dodatnią dopiero w I kwartale 2027 r. Rynki, które już dziś wyceniają dezinflację, wyprzedzają dane o co najmniej dwa kwartały.
  • Wstrząs uderza w każdy bilans – ale to Europa odczuwa najwyższe koszty. Stany Zjednoczone amortyzują ten cios dzięki przewagom strukturalnym: jako eksporter netto energii czerpią korzyści z poprawy warunków handlu dzięki wyższym przychodom z wydobycia i wpływom budżetowym, podczas gdy ulgi podatkowe łagodzą skutki dla gospodarstw domowych, a inwestycje napędzane sztuczną inteligencją podtrzymują nakłady kapitałowe przedsiębiorstw. Europa nie ma takich czynników równoważących. Rządy w całej strefie euro przeznaczyły od początku roku zaledwie 12 mld EUR (na amortyzowanie wstrząsu kosztów energii) czyli 0,1% PKB – a jedyną kotwicą popytu na skalę całej Unii są niemieckie bodźce w zakresie obronności i infrastruktury. Gospodarstwa domowe borykają się z ostrzejszym i bardziej długotrwałym spadkiem siły nabywczej: rachunki za energię stanowią w Europie zdecydowanie większą część dochodu rozporządzalnego niż w USA, ekspozycja na kredyty hipoteczne o zmiennym oprocentowaniu jest wyższa (w Wielkiej Brytanii i Holandii, ale tez w Polsce), zaufanie konsumentów nie powróciło do poziomu sprzed wojny, a realna siła nabywcza pozostanie ograniczona przez większą część 2026 roku. W przypadku przedsiębiorstw ulga w kosztach energii, najbardziej widoczna w sektorach transportu i petrochemii, gdzie paliwo stanowi 25–40% kosztów operacyjnych, bezpośrednio zderza się z tą luką popytową. Zdolność do ustalania cen stanowi linię podziału: linie lotnicze i markowe firmy farmaceutyczne mogą bronić marż poprzez naliczanie dopłat; producenci OEM z branży motoryzacyjnej i producenci leków generycznych nie są w stanie tego zrobić. Koszty czynników produkcji spadają, ale wydatki na wynagrodzenia pozostaną na wysokim poziomie aż do 2027 r., a Łączna płynność spółek notowanych na giełdzie zmalała o 3%, do 36,7 bln EUR. Jakiekolwiek ponowne zaostrzenie konfliktu spowodowałoby jednoczesne ponowne pojawienie się wszystkich trzech presji – ponowny wzrost kosztów czynników produkcji, podczas gdy gospodarstwa domowe wciąż próbują sobie radzić z pierwszą falą następstw wojny, a przestrzeń fiskalna jest wyczerpana – przy czym Europa będzie bardziej narażona ze względu na wyższą energochłonność, większą otwartość handlową oraz brak przestrzeni na dalsze wsparcie fiskalne.
  • Dla banków centralnych ryzyko popełnienia błędu w polityce pieniężnej jest najwyższe od 2022 r. Oczekiwać można, że zarówno Fed, jak i EBC przeprowadzą jeszcze jedną podwyżkę stóp w drugiej połowie roku – Fed prawdopodobnie we wrześniu, gdy bazowy wskaźnik CPI przekroczy 3%, a EBC przed końcem roku – zanim dezinflacja otworzy drogę do obniżek stóp w drugiej połowie 2027 r. Oba banki stoją przed problemem spójności czasowej, ponieważ presja inflacyjna szybko osłabnie, podczas gdy ich uzależnienie od danych opartych na wskaźnikach retrospektywnych (z przeszłości) nadal będzie uzasadniać zacieśnianie polityki pieniężnej aż do IV kwartału. Nadmierne zacieśnienie polityki pieniężnej w kontekście i tak już kruchych warunków dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw pozostaje prawdopodobnym – i niedocenianym – scenariuszem dla obydwu banków. Jednak Stany Zjednoczone zachowują większą dynamikę wzrostu gospodarczego, która pozwala im poradzić sobie z dalszym zacieśnieniem, podczas gdy wzrost gospodarczy w strefie euro jest już kruchy.
  • W przypadku rynków kapitałowych sygnałem są rotacja i zyski z carry (jako strategia / dochód z utrzymywania pozycji), a nie zmiana wyceny. Rynek akcji nigdy nie wycenił tego konfliktu jako wstrząsu systemowego – indeks MSCI US wzrósł o 8%, a MSCI Europe o 5% od początku roku – więc w przypadku dobrych wiadomości potencjał wzrostowy jest niewielki, natomiast w przypadku złych wiadomości istnieje znaczna przestrzeń do spadku. Wyceny plasują się w 85. percentylu, a zyski w 92. percentylu (MSCI World, dane z ostatnich 20 lat); spadek o 5–10% w okresie letnim jest prawdopodobny. W obliczu szerokiego wzrostu cen akcji Preferowane jest przesunięcie w kierunku Europy, sektorów cyklicznych i wrażliwych na ceny energii, zamiast szerokiego rajdu wzrostowego. Jeśli chodzi o rynek kredytowy, spready EUR IG na poziomie 77 pb i US IG na poziomie 72 pb są bliskie historycznych minimów; umowa wspiera strategię carry, zamiast otwierać przestrzeń do dalszego zawężania spreadów. Na rynku stóp procentowych krótki koniec i środkowy odcinek krzywych europejskich oferują najbardziej atrakcyjny potencjał ponadprzeciętnych wyników (35 pb na krótkim końcu, 20 pb na środkowym), podczas gdy długie końce pozostają podatne na podaż fiskalną — scenariusz bull steepening, a nie równoległego spadku rentowności. Na rynkach prywatnych poprawa będzie widoczna raczej w aktywności — lepsze wyjścia z inwestycji i łatwiejsze refinansowania — a nie w wycenach..
  • Dominującą narracją jest ulga. Nie oznacza to jednak, że zagrożenia zniknęły. Rynki zdyskontowały „premię pokoju” z wyprzedzeniem, czego nie potwierdziły jeszcze dane makroekonomiczne. Inflacja najpierw się pogorszy, zanim zacznie się poprawiać. Presja na gospodarstwa domowe i finanse publiczne utrzyma się co najmniej do 2026 r. Ponadto porozumienie pozostaje warunkowe — zależy od negocjacji nuklearnych oraz wielostronnego zawieszenia broni, które historycznie było trudne do utrzymania. Asymetria ryzyka jest niekomfortowa: potencjalne wzrosty w przypadku dobrych informacji są ograniczone, natomiast spadki przy złych mogą być szybkie, chaotyczne i silnie skorelowane. Koszt spóźnionej reakcji byłby znacznie wyższy niż koszt zachowania ostrożności.

Jak porozumienie wpływa na ocenę perspektyw gospodarczych?

Stany Zjednoczone i Iran osiągnęły porozumienie tymczasowe, które ma zostać podpisane 19 czerwca, wprowadzając 60-dniowe zawieszenie broni i torując drogę do ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz. Po czterech miesiącach zakłóceń, które wstrząsnęły rynkami energii i skłoniły banki centralne do wznowienia zacieśniania polityki pieniężnej, ogłoszenie to stanowi znaczący punkt zwrotny, zmniejszając ryzyko wzrostu cen energii i inflacji. Porozumienie to najlepiej postrzegać jako ramy do stopniowego łagodzenia napięć, a nie jako ostateczne rozstrzygnięcie. Ustanawia ono 60-dniowe zawieszenie broni na wielu frontach regionalnych, tworząc okazję do negocjacji w sprawie irańskiego programu jądrowego oraz szerszych ustaleń geopolitycznych. Kluczowym postanowieniem jest przyznanie tymczasowego pozwalenia Iranowi na swobodną sprzedaż ropy w tym okresie, co oznacza potencjalny szybki wzrost eksportu w stosunku do obecnych, ograniczonych poziomów, nawet przy braku pełnego zniesienia sankcji. Porozumienie przewiduje również stopniowe znoszenie sankcji, uzależnione od przestrzegania warunków i postępów w negocjacjach. Chociaż dokładna kolejność działań pozostaje niejasna, stanowisko Stanów Zjednoczonych wydaje się wiązać jakiekolwiek trwałe zniesienie sankcji z weryfikowalnymi zobowiązaniami dotyczącymi działań jądrowych Iranu. Warunek ten wiąże się ze znacznym ryzykiem dla wdrożenia porozumienia, ponieważ opóźnienia lub komplikacje w negocjacjach mogą szybko zniweczyć cały proces. Jednocześnie porozumienie formalnie uwzględnia deeskalację na wszystkich aktywnych frontach, w tym w Libanie, chociaż sami uczestnicy uznali ten aspekt za jeden z najbardziej kruchych elementów porozumienia. Z perspektywy rynku energetycznego porozumienie zawiera kilka ważnych postanowień. Oczekiwać można, że Cieśnina Ormuz zostanie ponownie otwarta od 19 czerwca po zakończeniu operacji rozminowywania, podczas gdy w pierwszych godzinach po ogłoszeniu porozumienia prezydent Trump wskazał, że ruch powróci na zasadzie „bezpłatnego przejazdu”; Iran zasygnalizował jednak później, że zamierza pobierać „opłaty za usługi” od statków przepływających przez ten szlak wodny, co pozostawia Teheranowi pewien wpływ na sytuację w cieśninie. Nie jest jeszcze jasne, jaką formę przybiorą te opłaty, ale rozważa się wprowadzenie opłat środowiskowych.

Rysunek 1: Potencjalny harmonogram wydarzeń do końca roku

Potencjalny harmonogram wydarzeń do końca roku

Źródło: Allianz Research

Co jest istotne dla trwałości obowiązywania porozumienia? Trwałość porozumienia będzie zależała przede wszystkim od jego wdrożenia w ciągu pierwszych 60 dni. Szczególnie ważne będzie monitorowanie czterech wskaźników. Po pierwsze, postępy w zakresie bezpieczeństwa morskiego, a zwłaszcza tempo operacji rozminowywania, których zakończenie może zająć od 30 do 50 dni, zanim szlaki żeglugowe zostaną uznane za w pełni operacyjne. Po drugie, tempo, w jakim zostanie wznowiony ruch handlowy przez Cieśninę Ormuz (statki wpływające i wypływające), co ostatecznie zależy od poziomu zaufania w sektorze oraz gwarancji bezpieczeństwa udzielonych armatorom. Po trzecie, zmiany wysokości składek ubezpieczenia od ryzyka wojennego oraz stawek frachtowych, które będą wczesnym sygnałem wskazującym, czy armatorzy i czarterujący uznają sytuację bezpieczeństwa za wystarczająco stabilną, by wznowić regularną działalność. Wreszcie postępy w negocjacjach dotyczących irańskiego programu jądrowego oraz utrzymanie zawieszenia broni na innych frontach regionalnych, w tym w Libanie, ponieważ pozostają one kluczowymi warunkami politycznymi leżącymi u podstaw porozumienia. Doświadczenia historyczne wskazują, że przywrócenie zaufania przebiega wolniej niż przywrócenie fizycznego dostępu. Po zawieszeniu broni między Iranem a Irakiem w 1988 r. przywrócenie ruchu handlowego zajęło kilka tygodni pomimo wysłania eskorty marynarki wojennej USA, natomiast powrót do normalnych warunków operacyjnych trwał ponad trzy miesiące (patrz rysunek 2A). Oznacza to, że nawet w sprzyjającym scenariuszu przepustowość cieśniny może nie powrócić do poziomu sprzed kryzysu przed IV kwartałem (rys. 2B). Okresy względnego spokoju będą zatem prawdopodobnie przerywane krótkotrwałymi incydentami z użyciem siły, a kluczowym sprawdzianem będzie to, czy uda się ograniczyć takie epizody. Ostatecznie trwałość porozumienia będzie mierzona nie brakiem incydentów związanych z bezpieczeństwem, ale zdolnością stron do zapobiegania eskalacji pojedynczych zakłóceń, które mogłyby doprowadzić do ponownego zamknięcia korytarza morskiego obsługującego około jednej piątej światowego zapotrzebowania na ropę.

Rysunki 2A i 2B: Historyczne punkty odniesienia dotyczące ożywienia ruchu morskiego na Bliskim Wschodzie oraz scenariusze ożywienia ruchu statków* przez Cieśninę Ormuz

Historyczne punkty odniesienia dotyczące ożywienia ruchu morskiego na Bliskim Wschodzie oraz scenariusze ożywienia ruchu statków Historyczne punkty odniesienia dotyczące ożywienia ruchu morskiego na Bliskim Wschodzie oraz scenariusze ożywienia ruchu statków

Źródło: Bloomberg, Allianz Research. *Ruch: liczba statków przepływających przez Cieśninę Ormuz (7-dniowa średnia krocząca)

W perspektywie do końca roku w Allianz Trade spodziewamy się stopniowej normalizacji przepływów handlowych ropy i gazu, a nie natychmiastowego powrotu do warunków sprzed konfliktu. Wynika to zarówno z obecnych ograniczeń zapasowych, jak i czasu potrzebnego do pełnego wznowienia produkcji w Zatoce Perskiej oraz logistyki transportu morskiego. W międzyczasie częściowe przekierowanie przepływów, wyższy eksport ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, Rosji i Ameryki Łacińskiej, w połączeniu z uwolnieniem rezerw strategicznych i umiarkowanym spadkiem popytu, nadal będą kompensować znaczną część zakłóceń w dostawach. Większość rzeczywistej luki podażowej zostanie zniwelowana w ciągu trzech do czterech miesięcy, przy czym około 65% brakującej podaży zostanie przywrócone w ciągu trzech miesięcy, a blisko 80% w ciągu czterech miesięcy. Co najważniejsze, brak bezpośredniego zniszczenia infrastruktury naftowej i gazowej zapobiega przekształceniu się zakłóceń w długotrwały strukturalny szok podażowy. Obecnie w Allianz Trade spodziewamy się, że średnia cena ropy Brent wyniesie 80 USD/bbl w III kwartale 2026 r., gdy początkowy szok podażowy częściowo ustąpi. Obecnie rynek absorbuje zakłócenie netto po stronie podaży na poziomie około 4–5 mb/d, podczas gdy utrzymuje się spadek popytu o około 2–3 mb/d, szczególnie w gospodarkach azjatyckich, które najbardziej ucierpiały z powodu niedoboru podaży i podwyższonych cen. Te dwie siły równoważą się w III kwartale: odbudowa podaży ma charakter spadkowy, ale równoczesne ożywienie popytu ogranicza potencjał spadkowy. W efekcie netto ceny ustabilizują się na poziomie około 80 USD/bbl, gdy rynek dostosuje się do sytuacji, w której ryzyko przedłużającego się zamknięcia cieśniny Ormuz zostało wyeliminowane – przynajmniej na razie. Do IV kwartału 2026 r. ceny ropy powinny dalej spaść do 75 USD/bbl, ponieważ normalizacja podaży przewyższy tempo ożywienia popytu. Zakłada się, że producenci z Zatoki Perskiej, pragnący odzyskać udział w rynku i przychody po miesiącach wstrzymania wydobycia, przywrócą produkcję w tempie nieco przewyższającym ożywienie konsumpcji, co spowoduje, że bilans kwartalny przechyli się w stronę niewielkiej nadwyżki. Oczekuje się również, że warunki na rynku gazu ziemnego ulegną złagodzeniu dla europejskich i azjatyckich nabywców z regionu „ ”, a ceny w 2026 r. wyniosą średnio 43 EUR/MWh. Korygujemy również naszą prognozę średniej rocznej ceny ropy na rok 2027 do 70 USD/bbl – odzwierciedlając rynek charakteryzujący się strukturalnie większą podażą. Na rynek może trafić około 4 mbpd dodatkowej produkcji: połączenie powrotu produkcji irańskiej do poziomów bliskich historycznym maksimom, wycofywania przez OPEC pozostałych dobrowolnych cięć w miarę ustępowania sytuacji kryzysowej w zakresie podaży oraz wzrostu produkcji spoza OPEC ze strony Stanów Zjednoczonych i Wenezueli. Po stronie popytu wzrost konsumpcji o 1 mb/d równoważy część gwałtownego wzrostu podaży: ożywia się globalna aktywność gospodarcza, odbija się azjatycki popyt przemysłowy, a co najważniejsze, zakrojone na szeroką skalę uzupełnianie zapasów przez rafinerie i podmioty zarządzające rezerwami strategicznymi zapewnia trwałe wsparcie dla popytu fizycznego. W rezultacie mamy do czynienia z sytuacją dobrej podaży, ale nie z „nadmierną nadwyżką”, co utrzymuje cenę ropy Brent w przedziale od wysokich 60 do połowy 70, przy czym głównym ryzykiem jest większy niż oczekiwano wzrost podaży.

Do czasu pełnego przywrócenia transportu przez Cieśninę Ormuz (w obie strony) oraz wznowienia produkcji ropy i gazu (pod koniec roku) czynniki łagodzące będą nadal odgrywać rolę, tj. spadek popytu przyczyniający się do spowolnienia wyczerpywania się światowych rezerw, podczas gdy fiskalne środki wsparcia będą miały na celu złagodzenie szoku inflacyjnego. Spadek popytu stopniowo przyczynia się do przywrócenia równowagi na rynkach. Obecnie spadek popytu na ropę wynosi około 2,5 mbpd, choć w dużej mierze odzwierciedla to bezpośrednie skutki zakłóceń wynikających z eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie. Zakładając stopniowe ponowne otwarcie gospodarki począwszy od czerwca oraz normalizację przepływów handlowych w ciągu najbliższych czterech miesięcy, średni spadek popytu zmniejszyłby się do około 0,4 mbpd w całym 2026 r., pozostając zasadniczo zgodnym ze scenariuszem globalnego spowolnienia gospodarczego, a nie recesji.

Wykres 3: Prognoza cen ropy Brent oparta na wstrząsach popytowych i podażowych

Wykres 3: Prognoza cen ropy Brent oparta na wstrząsach popytowych i podażowych

Źródło: Allianz Research

Dobrą wiadomością jest to, że szok energetyczny nie zostanie w pełni przeniesiony na gospodarkę, co ogranicza stagflacyjny charakter obecnego kryzysu. Najszybsze przeniesienie kosztów następuje zazwyczaj poprzez ceny czynników produkcji w przemyśle i usługach, a także ceny producentów związane z energią, przy czym skutki osiągają szczyt w ciągu około dwóch do sześciu miesięcy od pierwotnego szoku. W ciągu kolejnych sześciu do dwunastu miesięcy presja inflacyjna stopniowo się nasila, ponieważ przedsiębiorstwa przenoszą wyższe koszty energii i transportu na łańcuchy dostaw, powodując wzrost cen producentów dóbr pośrednich i konsumpcyjnych, a także cen sprzedaży przemysłowej i detalicznej. Prawdopodobnie uda się uniknąć najbardziej trwałych skutków, tj. wzrostu inflacji bazowej, cen dóbr konsumpcyjnych, oczekiwań inflacyjnych oraz wynagrodzeń wynikających z negocjacji.

W Stanach Zjednoczonych nadal spodziewamy się utrzymania tempa wzrostu PKB na poziomie +2,0% dzięki sprzyjającej polityce fiskalnej, znacznym inwestycjom związanym ze sztuczną inteligencją oraz pozytywnym efektom majątkowym. Ponieważ Stany Zjednoczone są eksporterem netto energii, ich gospodarka czerpie korzyści z pozytywnego szoku warunków handlu, który wspiera dochód zagregowany, przy czym wzrost dochodów w sektorze wydobywczym przynosi korzyści niektórym gospodarstwom domowym oraz rządowi w postaci wyższych wpływów. Niemniej jednak wzrost inflacji ma negatywny wpływ netto na amerykańskie gospodarstwa domowe, których zagregowany realny dochód rozporządzalny spadł w II kwartale, ale polityka fiskalna jest sprzyjająca, a ulgi podatkowe w pierwszej połowie 2026 r. zapewniają częściową kompensację. Ponadto wysokie wyceny akcji zachęcają gospodarstwa domowe do mniejszego oszczędzania w celu wyrównania wydatków na towary inne niż energetyczne. Tymczasem po stronie przedsiębiorstw plany dotyczące nakładów inwestycyjnych pozostają solidne w obliczu silnego popytu na sprzęt i oprogramowanie biznesowe związane ze sztuczną inteligencją. Rozwój sztucznej inteligencji i produkcja przemysłowa są stosunkowo odporne na wysokie światowe ceny energii dzięki obfitym dostawom gazu i niskim cenom energii elektrycznej dla przemysłu w ramach programu „ ”, choć wąskie gardła w łańcuchach dostaw w globalnym sektorze elektronicznym budzą obawy. Najnowsze badania koniunktury wskazują, że ekspansja amerykańskiego sektora produkcyjnego prawdopodobnie utrzyma się w nadchodzących miesiącach. Jeśli chodzi o inflację, w Allianz Trade spodziewamy się, że ogólny wskaźnik CPI wyniesie +3,3% w 2026 r. Oczekuje się, że inflacja energetyczna zacznie spadać od czerwca. Jednak wyższe ceny energii w porównaniu z poziomem sprzed kryzysu na Bliskim Wschodzie oraz jedynie stopniowe zmniejszanie się napięć w globalnych łańcuchach dostaw powinny spowodować wzrost cen bazowych. W Allianz Trade spodziewamy się, że inflacja bazowa CPI wzrośnie powyżej +3% do października, z poziomu +2,8% odnotowanego w maju. W tym kontekście rosnącej inflacji bazowej oczekujemy, że Fed potwierdzi swoje zaangażowanie w walkę z inflacją, podnosząc stopy procentowe o 25 punktów bazowych we wrześniu.

Europa odczuła największe konsekwencje szoku związanego z cieśniną Ormuz, a słabszy wzrost gospodarczy i rosnąca inflacja są ceną, jaką musi zapłacić za bycie importerem netto energii. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych i Azji strefa euro nie jest w stanie zrównoważyć tego hamulca poprzez boom inwestycyjny napędzany sztuczną inteligencją – regionowi po prostu brakuje potentatów technologicznych o dużej kapitalizacji, które obecnie napędzają nakłady inwestycyjne w innych częściach świata. Szok energetyczny uderzył w europejski przemysł nieproporcjonalnie mocno, wpływając na koszty produkcji i zmniejszając marże, co potwierdza dalsze pogorszenie się złożonego wskaźnika PMI dla strefy euro do poziomu 47,5 w maju, przy czym sektor usług – bardziej narażony na skutki konfliktu z Iranem w zakresie nastrojów – odnotował gwałtowny spadek. Presja cenowa narasta zarówno po stronie kosztów produkcji, jak i cen produktów, co wzmacnia argumenty za bardziej restrykcyjnym kursem polityki pieniężnej, nawet pomimo spowolnienia wzrostu gospodarczego. Niemcy stanowią częściowy wyjątek: bodźce fiskalne skierowane na obronność i infrastrukturę zapewniają pewne krótkoterminowe wsparcie, przy czym PKB w I kwartale wzrósł o +0,3% kw./kw. (z wyłączeniem Irlandii) dzięki silnemu eksportowi i wyższym wydatkom rządowym, a niemiecki złożony wskaźnik PMI utrzymuje się na zasadniczo stabilnym poziomie. Natomiast we Francji złożony wskaźnik PMI spadł w maju do 43,5, osiągając najniższy poziom od listopada 2020 r.

W Chinach wciąż spodziewamy się odporności gospodarki, napędzanej przede wszystkim przez eksport i produkcję high-tech, podczas gdy popyt krajowy pozostaje słaby z powodu utrzymujących się napięć w sektorze nieruchomości i niskiego zaufania konsumentów. W Allianz Trade prognozujemy wzrost na poziomie 4,7% w 2026 r. i 4,4% w 2027 r. oraz utrzymujemy prognozę inflacji na poziomie 1% w 2026 r. i 1,2% w 2027 r. Ponieważ porozumienie między USA a Iranem zapewni stopniowy powrót dostaw ropy na rynki azjatyckie, krótkoterminowe czynniki hamujące naszą prognozę inflacji wydają się słabnąć. Jednak w miarę normalizacji sytuacji nadal spodziewamy się, że w najbliższym czasie utrzyma się umiarkowana presja inflacyjna. Oczekujemy, że Ludowy Bank Chin utrzyma stopy procentowe na niezmienionym poziomie do końca 2026 r., ponieważ inflacja pozostaje poniżej progu polityki pieniężnej wynoszącego 2%. Chociaż porozumienie między USA a Iranem złagodzi presję inflacyjną na ceny czynników produkcji, wpływ na inflację wynikający z powrotu dodatniego wzrostu chińskiego wskaźnika PPI będzie nadal odczuwalny w nadchodzących kwartałach. Typowe opóźnienie w przekazywaniu zmian między cenami producentów a cenami eksportowymi oznacza, że prawdopodobne jest nadal pewne umiarkowane przeniesienie tych zmian na ceny końcowe. W rezultacie nadal spodziewamy się nieznacznego osłabienia konkurencyjności cenowej chińskich eksporterów, podczas gdy na rynkach docelowych mogą pojawić się pewne ograniczone skutki uboczne w postaci inflacji. Jako czołowy eksporter wyrobów przemysłowych Chiny nadal czerpią korzyści z silnego globalnego popytu na sprzęt do produkcji czystej energii oraz sprzęt do sztucznej inteligencji. Jednak czynniki hamujące handel pozostają źródłem niepewności. Stany Zjednoczone zasygnalizowały możliwość wprowadzenia pod koniec lipca cła w wysokości 12,5% na mocy sekcji 301, ukierunkowanego na praktyki pracy przymusowej, podczas gdy kilka dodatkowych dochodzeń pozostaje w toku. W połączeniu z utrzymującą się aprecjacją juana i narastającymi napięciami geopolitycznymi niepewność związana z cłami może stanowić wyzwanie dla dynamiki chińskich eksporterów.

Wykres 4: Inflacja przewyższyła wzrost płac, co doprowadziło do tymczasowej utraty siły nabywczej

Wykres 4 Inflacja przewyższyła wzrost płac, co doprowadziło do tymczasowej utraty siły nabywczej 2 Wykres 4 Inflacja przewyższyła wzrost płac, co doprowadziło do tymczasowej utraty siły nabywczej 1

Źródło: LSEG Datastream, Allianz Research

Wykres 5: Nastroje konsumentów znacznie się pogorszyły w Europie i Stanach Zjednoczonych

Wykres 5: Nastroje konsumentów znacznie się pogorszyły w Europie i Stanach Zjednoczonych

Źródło: LSEG Datastream, Allianz Research

Na poziomie korporacyjnym stopniowe znoszenie ograniczeń przynosi prawdziwą ulgę, jednak utrzymuje się linia podziału na firmy mające obecne warunki pod kontrolą jak i te, które za nimi tylko podążają – związana ze zdolnością do kształtowania cen. Ewentualne ponowne załamanie rynku ujawniłoby ją z całą wyrazistością. Spadek cen energii zmniejsza presję, która wpływała negatywnie na bilanse przedsiębiorstw poprzez cztery kanały, a mianowicie wyższe koszty energii, zakłócenia logistyczne, inflację kosztów produkcji oraz słabszy popyt. Sektory, które ucierpiały jako pierwsze – transport i petrochemia, gdzie paliwo stanowi 25–40% kosztów operacyjnych – odniosą największe korzyści w miarę normalizacji cen ropy. Ulga ta jest nierównomierna i zależy od możliwości przeniesienia kosztów na klientów: linie lotnicze (dopłaty paliwowe i opłaty dodatkowe), producenci nawozów oraz markowe firmy farmaceutyczne mogą utrzymać ceny, a producenci półprzewodników są chronieni przez popyt związany ze sztuczną inteligencją, podczas gdy producenci OEM z branży motoryzacyjnej, sprzętu komputerowego oraz leków generycznych praktycznie nie mają siły cenowej i czerpią najmniejsze korzyści w postaci marży z tańszej energii. Ogólnie rzecz biorąc, rezerwy gotówkowe pozostają solidne – gotówka spółek giełdowych spadnie o -3% do 36,7 bln EUR w 2025 r., a spółki niefinansowe wykazują większą odporność (-1%), choć płynność koncentruje się w sektorach infrastruktury sztucznej inteligencji oraz obronności i bezpieczeństwa energetycznego, podczas gdy w sektorach energetycznym, opieki zdrowotnej i nieruchomościowej ulega ona erozji. Ulga dla przedsiębiorstw w zakresie kosztów napotyka jednak pewne przeszkody po stronie przychodów: realna siła nabywcza gospodarstw domowych może pozostawać ograniczona przez większą część 2026 r., a to ograniczenie samo w sobie stanowi bezpośredni hamulec dla wzrostu przychodów, a tym samym dla wzrostu marży, na który w innym przypadku pozwoliłaby tańsza energia. Oczekuje się, że wskaźnik CPI zarówno w strefie euro, jak i w Stanach Zjednoczonych osiągnie szczyt około IV kwartału 2026 r., ponieważ efekt przeniesienia kosztów energii wciąż znajduje odzwierciedlenie w rachunkach za media i łańcuchach dostaw. Gospodarstwa domowe nadal przyjmują postawę defensywną: stopy oszczędności nieznacznie wzrosły, w Stanach Zjednoczonych marginalnie rośnie liczba zaległości w spłatach kart kredytowych, a zaufanie konsumentów w strefie euro nie powróciło jeszcze do poziomu sprzed wojny. Praktyczną konsekwencją dla przedsiębiorstw jest ograniczenie wolumenu sprzedaży, nawet tam, gdzie nominalnie istnieje możliwość kształtowania cen. Kalkulacja marży wygląda zatem mniej jednoznacznie, niż sugerowałaby to sama pozycja dotycząca energii: koszty nakładów maleją, ale koszty wynagrodzeń mogą pozostać na wysokim poziomie do 2027 r., co oznacza, że szczyt wskaźnika CPI w IV kwartale 2026 r. stanowi punkt zwrotny, a nie natychmiastową ulgę w strukturze kosztów operacyjnych. Ponownie bardziej dotkliwa jest sytuacja w Europie: rachunki za energię w gospodarstwach domowych stanowią większą część dochodu rozporządzalnego niż w Stanach Zjednoczonych, zmiana oprocentowania kredytów hipotecznych jest bardziej bezpośrednia na rynkach takich jak Wielka Brytania i Holandia, gdzie dominują struktury o zmiennym oprocentowaniu, a przestrzeń fiskalna pozwalająca złagodzić presję poprzez transfery jest bardziej ograniczona po wydatkach w latach 2022–2023. Należy zachować ostrożność, zgodnie z pozostałą częścią niniejszej notatki, ponieważ ulga ta jest odwracalna: gdyby zawieszenie broni zawiodło, a zamknięcie trwało dłużej niż sześć miesięcy, inflacja kosztów produkcji, która obecnie rozprzestrzenia się jedynie na sektory cykliczne, takie jak przemysł celulozowo-papierniczy i produkcja części samochodowych, ponownie by się nasiliła, sama siła cenowa zaczęłaby słabnąć, co spowodowałoby, że presja na marże ponownie przerodziłaby się w spadek przychodów, a Europa byłaby na to bardziej narażona niż Stany Zjednoczone ze względu na wyższą energochłonność, większą otwartość handlową i mniejsze pole manewru budżetowego.

Wykres 6: Prognozy cen sprzedaży przedsiębiorstw w strefie euro, maj w porównaniu z lutym 2026 r.

Wykres 6: Prognozy cen sprzedaży przedsiębiorstw w strefie euro, maj w porównaniu z lutym 2026 r.

Źródła: Eurostat, Allianz Research

Wykres 7 – Krótkoterminowa ocena siły cenowej poszczególnych sektorów

Wykres 7 – Krótkoterminowa ocena siły cenowej poszczególnych sektorów

Źródło: Allianz Research

Jaki jest wpływ na rynki kapitałowe?

Złagodzenie napięć na Bliskim Wschodzie stwarza przestrzeń dla ponadprzeciętnych wyników w zakresie stóp procentowych. Najbardziej atrakcyjne obszary to krótki koniec i środek krzywej, gdzie argumenty przemawiające za jej spłaszczeniem i wydłużeniem duration są najsilniejsze. Zmiana wyceny stóp procentowych była napędzana przez różne czynniki po obu stronach Atlantyku, co determinuje, gdzie leżą najbardziej atrakcyjne możliwości.

W Europie zmiana wyceny była spowodowana inflacją, co oznacza, że scenariusz złagodzenia napięć i niższe ceny energii uderzą bezpośrednio w podstawową przyczynę tego zjawiska. Po podwyżce stóp przez EBC w zeszłym tygodniu rynek nadal wycenia jeszcze jedną podwyżkę do końca roku. Trwałe porozumienie pokojowe w połączeniu z niższą ceną ropy mogłoby dać EBC pewność, by zamiast tego utrzymać stopy na niezmienionym poziomie. Na razie nasz scenariusz bazowy zakłada jeszcze jedną podwyżkę, co zasadniczo pokrywa się z oczekiwaniami rynku. Istnieje jednak realny potencjał wzrostu o około 35 punktów bazowych na krótkich terminach oraz do 20 punktów bazowych w stosunku do kontraktów terminowych w środkowej części krzywej w ciągu najbliższych jednego do dwóch lat

Sytuacja w Stanach Zjednoczonych jest bardziej zróżnicowana. Zmiana wyceny jest tylko częściowo spowodowana inflacją; odzwierciedla ona również odnowioną siłę USA i powrót amerykańskiego wyjątkowości, które trwałe porozumienie mogłoby raczej wzmocnić, a nie osłabić. Krótki koniec krzywej ma pewien potencjał przewagi wynoszący około 25 punktów bazowych, ponieważ deeskalacja konfliktu może skłonić Fed do wstrzymania się z podwyżką w obliczu jednej podwyżki wycenianej przez rynki w perspektywie ponad 12 miesięcy, zwłaszcza jeśli zacznie się ujawniać deflacja produktywności napędzana przez sztuczną inteligencję. Nasz scenariusz bazowy nadal zakłada jedną podwyżkę stóp w 2026 r., ale ryzyko wskazuje raczej na ponowne wycenienie jej wykluczenia. Potencjał lepszej dynamiki środkowej części krzywej USD jest mniej oczywisty niż w przypadku krzywej EUR, ponieważ czynniki wzrostu gospodarczego i wyjątkowości USA nie ulegną automatycznemu odwróceniu w wyniku spadku cen energii.

Znaczną niepewnością w najbliższym czasie jest zbliżające się posiedzenie Fed pod przewodnictwem nowego prezesa Warsha, które może przyćmić lub zniwelować wszelkie reakcje na zawarcie porozumienia pokojowego. Zarówno EBC, jak i Fed pozostają wyraźnie uzależnione od danych, a inflacyjne skutki szoku cenowego na rynku energii są już widoczne — w tym wczesne oznaki, że reflacja rozprzestrzenia się poza sektor energetyczny. W tym kontekście żaden z banków centralnych prawdopodobnie nie podejmie działań wyprzedzających dane, niezależnie od sytuacji geopolitycznej. Skłonność do ryzyka jest jednak zróżnicowana: EBC naraża się na opóźniony błąd nadmiernej reaktywności (zbyt duża podwyżka stóp w oparciu o nieaktualne dane), podczas gdy Fed ryzykuje celową zmianę polityki pod nowym kierownictwem, niezależnie od sytuacji geopolitycznej.

Linia podziału przebiega na długim końcu krzywej: nawet w przypadku zawarcia porozumienia strukturalna inflacja w USA oraz podaż fiskalna sprawiają, że rentowności na długim końcu są podatne na wahania, więc bardziej prawdopodobnym scenariuszem jest stromy wzrost krzywej, a nie równoległy wzrost rentowności, co może rozczarować. Niemniej jednak amerykańskie obligacje TIPS wydają się bardziej atrakcyjne niż obligacje indeksowane do euro, a ostrożność w odniesieniu do długoterminowych stóp procentowych na całym świecie pozostaje uzasadniona — nawet w scenariuszu normalizacji przepływów energii — biorąc pod uwagę strukturalną dynamikę inflacji oraz podwyższone ryzyko wzrostu stóp procentowych w USA i na świecie.

W przypadku akcji złagodzenie napięć jest korzystne, ale raczej nie doprowadzi do nowego, znaczącego wzrostu, ponieważ przy maksymalnym spadku poniżej -10% rynek akcji nigdy nie wycenił tego konfliktu jako wstrząsu systemowego. Porozumienie między USA a Iranem z 14 czerwca ogranicza jedno z oczywistych zagrożeń spadkowych, ale nadal jest to jedynie częściowe i kruche odwrócenie sytuacji geopolitycznej, a nie pełne porozumienie pokojowe. To rozróżnienie ma znaczenie, ponieważ punkt wyjścia rynku jest już dość silny (na dzień 12 czerwca indeks MSCI US wzrósł o około 8% od początku wojny z Iranem, indeks MSCI EM wzrósł o około 6,5%, a indeks MSCI Europe, mimo że pozostaje w tyle, nadal odnotowuje wzrost o 5% od początku roku). Innymi słowy, rynek akcji zignorował konflikt, ponieważ wyniki finansowe, wiodąca pozycja w dziedzinie sztucznej inteligencji oraz apetyt na ryzyko miały większe znaczenie niż sytuacja geopolityczna. Korzyścią jest tutaj ulga, a nie zmiana wyceny. Nasz scenariusz bazowy dla ropy, zakładający cenę 80 USD/bbl w III kwartale, spadającą do 75 USD/bbl w IV kwartale i średnio 70 USD/bbl w 2027 r., odzwierciedla stopniową normalizację podaży, która raczej eliminuje scenariusz inflacji i strachu przed podwyżkami stóp procentowych, niż tworzy pozytywny impuls. Powinno to wesprzeć Europę, sektory cykliczne, transport, linie lotnicze i sektory energochłonne, które odnotowywały umiarkowaną zniżkę wojenną, a także zmniejsza prawdopodobieństwo nieprzewidzianych zmian w polityce pieniężnej. Jednak na tym etapie rynek nie odwraca dyskonta wojennego, a jedynie eliminuje część ryzyka ogona, które w większości pozostawało w sektorze surowcowym. W przypadku potwierdzenia porozumienia spodziewalibyśmy się raczej konsolidacji niż szerokiego gwałtownego wzrostu, przy czym ulga dotknęłaby Europę, sektory cykliczne i wrażliwe na zmiany cen energii, które ponosiły to dyskonto, a nie cały indeks. Linia podziału przebiega w drugą stronę: ponieważ konflikt nigdy nie został wyceniony jako wstrząs systemowy, w przypadku dobrych wiadomości nie ma zbyt dużej dyskonta do zniwelowania, ale w przypadku złych wiadomości istnieje spore pole do spadku kursów, co sprawia, że notowania będą asymetryczne i uzależnione od nagłówków, jeśli zawieszenie broni ulegnie rozpadowi. Dzieje się to w kontekście już i tak ambitnych wycen rynkowych, przy wskaźnikach wyceny w 85. percentylu i wzroście zysków w 92. percentylu (MSCI World, dane z ostatnich 20 lat), co pozostawia niewiele miejsca na pozytywne niespodzianki. W tej sytuacji utrzymywanie ekspozycji, dodawanie ryzyka strategicznego jedynie bardzo stopniowo lub w sposób oportunistyczny oraz skupianie się na odnawianiu zabezpieczeń przy umiarkowanych kosztach nadal zapewnia najlepszy stosunek ryzyka do zysku. Z punktu widzenia pozycjonowania kluczowym ryzykiem dla szeroko pojętych aktywów ryzykownych (w tym instrumentów kredytowych) jest nie tylko potencjalne załamanie się porozumienia, ale także skutki drugiego rzędu wcześniejszych wstrząsów dla wzrostu gospodarczego, oczekiwań inflacyjnych i stóp procentowych. Znaczące korekty w dół mogłyby odwrócić dynamikę korekt zysków i z łatwością spowodować spadek cen akcji o 5–10% w okresie letnim. W sytuacji, gdy entuzjazm związany z „ ” napędzany przez sztuczną inteligencję (AI) pcha akcje do nowych szczytów, uwaga skupia się na realizacji: każde rozczarowanie dotyczące monetyzacji lub obciążenie związane z utrzymującymi się nakładami inwestycyjnymi może wywołać ponowną zmienność. 30-procentowe wahania kursu akcji Oracle w zeszłym tygodniu dały błyskawiczny wgląd w to, jak rynki mogą reagować na takie wiadomości — choć dla rynku jako całości reakcja ta miałaby znacznie bardziej stonowaną formę, jaką możemy zaobserwować pod koniec 2025 roku.

Jeśli chodzi o rynek kredytowy, wiadomości te chronią transakcje typu carry trade, zamiast zapowiadać nową, znaczącą fazę zwężania spreadów. Rynek kredytowy jeszcze wyraźniej niż rynek akcji pokazał, że sytuacja ta nie została wyceniona jako szok finansowy. Spread dla obligacji euro strefy IG utrzymuje się na poziomie około 77 punktów bazowych, a dla obligacji amerykańskich IG – około 72 punktów bazowych; oba wskaźniki są już bliskie historycznie najniższych poziomów. Podobnie spready europejskich obligacji wysokodochodowych (BB/B) wynoszą około 213 punktów bazowych i od początku wojny zmniejszyły się o około 19 punktów bazowych. Nie jest to obraz rynku zaniepokojonego poważnym geopolitycznym zdarzeniem kredytowym. Jest to raczej odzwierciedlenie silnego popytu na transakcje carry trade, odpornych wyników finansowych oraz nadal otwartych rynków refinansowania. Deeskalacja sytuacji jest zatem pozytywna, ponieważ zmniejsza ryzyko gwałtownego wzrostu cen ropy, ponownej zmienności stóp procentowych oraz wstrząsu zaufania. Jednak przy obecnych poziomach spreadów najbardziej realistycznym skutkiem jest raczej wsparcie dla spreadów niż ich silna kompresja. W przypadku ostatecznego rozwiązania konfliktu spodziewalibyśmy się zatem jedynie ograniczonego dalszego zwężania się spreadów z i tak już niskich poziomów, przy czym spready utrzymałyby się na stabilnym poziomie, a nie uległyby znaczącej kompresji. Punktem krytycznym są właśnie te niskie poziomy: przy spreadach zbliżonych do historycznych minimów nie ma prawie żadnego marginesu bezpieczeństwa, więc ryzyko jest silnie przesunięte w stronę rozszerzenia spreadów, jeśli powrócą obawy makroekonomiczne lub dotyczące stóp procentowych, a rynek obligacji wysokodochodowych odczułby to jako pierwszy. W segmencie obligacji wysokodochodowych różnica między ratingami B- a BB- utrzymuje się na najwyższym poziomie od dziesięciu lat (współczynnik 2,1x) i wskazuje na pewną ostrożność w dążeniu do zysków z carry. Obligacje o ratingu inwestycyjnym (IG) powinny nadal cieszyć się dużym popytem w miarę spadku zmienności makroekonomicznej, a obligacje wysokodochodowe (HY) powinny nadal czerpać większe korzyści z apetytu na ryzyko i wyższych stóp procentowych, ale pozostaną podatne na zagrożenia, ponieważ margines błędu w przypadku załamania się zawieszenia broni lub ponownego pojawienia się ryzyka związanego z ropą naftową jest niewielki. W tej sytuacji pozostajemy świadomi ryzyka spadków, ale stopniowo i selektywnie wykorzystujemy możliwości uzyskania zysku z carry, w przypadku gdy portfele inwestycyjne czekały na większą jasność co do potrzeb wdrożeniowych. W tej niestabilnej i ponownie wymagającej czasu perspektywie zysk z carry pozostaje preferowany w stosunku do aktywów opartych na aprecjacji cen. Jeśli chodzi konkretnie o rynek kredytowy, na rynku napędzanym popytem uwaga skupia się mniej na fundamentach – które pozostają ogólnie na średnim poziomie – a bardziej na czynnikach technicznych. Silny napływ kapitału nadal utrzymuje spready na niskim poziomie, ale zwiększa również ryzyko bardziej gwałtownego odwrócenia trendu, niż wynikałoby to zazwyczaj z fundamentów w normalnym cyklu. Obszary, na które zwracamy uwagę, to wszelkie dalsze rozbieżności w spektrum ratingów, przy czym segmenty B/BB osiągają nowe maksima (<2,5x), a także pojawiające się oznaki zmęczenia na rynku emisji obligacji technologicznych, gdzie wskaźniki popytu do podaży spadające poniżej 3x, koncesje przy nowych emisjach poniżej 20 punktów bazowych oraz wskaźnik odpływu przekraczający 1/3 mogą wskazywać na początek normalizacji.

Wreszcie, w przypadku rynków prywatnych umowa tymczasowa prawdopodobnie poprawi płynność i zaufanie do transakcji, ale nie oznacza to zresetowania wycen. Istotnym punktem odniesienia jest fakt, że akcje spółek publicznych i płynne instrumenty dłużne odrobiły większość strat związanych z wojną, więc nie ma tu dużego, widocznego dyskonta wojennego, które należałoby zniwelować; jest to zatem ruch o charakterze mechanicznym, a nie związany z wycenami. Wpływ ten ma raczej charakter praktyczny i przebiega przez trzy kanały. Po pierwsze, silniejsze i ponownie wycenione publiczne spółki porównawcze, szczególnie w sektorze infrastruktury energetycznej oraz kontraktów dotyczących sieci energetycznych i instalacji elektrycznych, gdzie notowane na giełdzie podmioty są wyceniane z historycznymi premiami EV/EBITDA, a fala konsolidacji wciąż się nasila, dają sektorowi private equity jaśniejsze punkty odniesienia dotyczące wyjścia z inwestycji i wyceny, ułatwiając rozmowy na temat wyjścia z inwestycji i debiutu giełdowego, które utknęły w martwym punkcie, podczas gdy sponsorzy dysponują rekordową liczbą niesprzedanych spółek i dużymi rezerwami kapitałowymi. Po drugie, odporne rynki kredytowe oraz malejąca zmienność cen ropy i stóp procentowych sprzyjają refinansowaniu, umożliwiając sponsorom realizację wstrzymanych emisji długu i restrukturyzacji zadłużenia. Po trzecie, niższe ryzyko ogona w sektorze energetycznym poprawia perspektywy marż dla aktywów z branży przemysłowej, logistycznej, usług konsumenckich oraz związanych z transportem, gdzie w szczytowym momencie koszty paliwa stanowiły 25–40% kosztów operacyjnych. W tym kontekście sektor kredytów prywatnych skorzysta również na niższym ryzyku skrajnym związanym z niewypłacalnością, jednak spready kredytodawców – podobnie jak w przypadku płynnych instrumentów kredytowych – są już skompresowane, a mediana spreadów w kredytach bezpośrednich spadła z około 700 punktów bazowych na początku 2023 r. do około 500 punktów bazowych,  więc wpływ na zwroty będzie prawdopodobnie umiarkowany. Sektory infrastruktury i nieruchomości prawdopodobnie odczują mieszany, ale ogólnie stabilizujący wpływ, przy czym mniejsza zmienność cen energii pomoże przedsiębiorstwom użyteczności publicznej, najemcom i aktywom transportowym, a niższa ścieżka inflacji cen ropy ponownie otwiera pole do obniżek stóp procentowych, od których zależą wrażliwe na zmiany stóp sektory nieruchomości i budownictwa mieszkaniowego, podczas gdy niektóre premie związane z bezpieczeństwem energetycznym i obronnością, których wycena wzrosła w trakcie konfliktu, mogą nieznacznie osłabnąć, nawet jeśli strukturalna rozbudowa sieci energetycznej, napędzana przez centra danych i elektryfikację, będzie mimo wszystko postępować. W praktyce spodziewalibyśmy się, że zmiana ta przełoży się raczej na aktywność niż na wyceny, przy czym liczba transakcji, wyjścia z inwestycji i refinansowania będą stopniowo rosnąć, a nie na wzrost wycen.

Punkty newralgiczne, na które należy zwrócić uwagę. Każda z powyższych konstruktywnych prognoz ma charakter warunkowy, a właśnie ten warunek stanowi sedno sprawy: mamy do czynienia z nie do końca dopracowanym ponownym otwarciem gospodarki, a nie z trwałym pokojem, a ulga zależy od porozumienia pokojowego, które pozostaje uzależnione od nierozstrzygniętych negocjacji w sprawie irańskiego programu jądrowego oraz zawieszenia broni na wszystkich frontach, w tym w Libanie, a dotychczasowe doświadczenia z nieudanych prób deeskalacji sugerują, że sytuacja może szybko się pogorszyć. Ponieważ rynki nigdy w pełni nie wyceniły wojny, reakcja na dobre wiadomości jest umiarkowana, podczas gdy pole do odwrócenia trendu w przypadku złych wiadomości jest duże, więc profil ryzyka jest asymetryczny, a reakcja na jakikolwiek niepowodzenie byłaby prawdopodobnie szybka i chaotyczna, a nie stopniowa. W tym kontekście nieprzestrzeganie porozumienia, ponowne zamknięcie cieśniny, utrata przejrzystości działań banku centralnego lub zaostrzenie warunków finansowania w dolarach nie wystąpiłyby w izolacji, ale spowodowałyby natychmiastowe ponowne powiązanie cen ropy, stóp procentowych, rynków kredytowych i akcji, zamieniając uporządkowaną normalizację w gwałtowny, skorelowany spadek. Dlatego też traktujemy scenariusz bazowy jako konstruktywny, ale tymczasowy, ponieważ wymaga on ścisłego i ciągłego monitorowania wczesnych sygnałów ostrzegawczych dotyczących ropy, zmienności, spreadów kredytowych i długoterminowych stóp procentowych. Krótko mówiąc, można odczuwać ulgę, ale nie oznacza to jeszcze całkowitego bezpieczeństwa, a koszt opóźnienia w reakcji byłby znacznie wyższy niż koszt zachowania ostrożności.

Autorzy:

  • Ludovic Subran
    Dyrektor ds. inwestycji i główny ekonomista
  • Jordi Basco Carrera
    Szef działu rynków prywatnych
  • Ana Boata
    Dyrektor ds. badań ekonomicznych
  • Maximilian Bong-Maurer
    Starszy strateg inwestycyjny
  • Lluis Dalmau
    Ekonomista ds. regionu MENA
  • Guillaume Dejean
    Starszy doradca sektorowy
  • Björn Griesbach
    Kierownik ds. makroekonomii i rynków kapitałowych
  • Patrick Krizan
    Starszy strateg ds. instrumentów stałodochodowych
  • Ano Kuhanathan
    Dyrektor ds. badań korporacyjnych
  • America Hernandez
    Starszy strateg ds. inwestycji
  • Bernhard Hirsch
    Dyrektor ds. stóp procentowych i rynków wschodzących
  • Alexander Hirt
    Dyrektor ds. akcji i instrumentów dłużnych
  • Maria Latorre
    Doradca ds. sektorów
  • Yao Lu
    Strateg inwestycyjny
  • Lina Manthey
    Specjalistka ds. strategii inwestycyjnych
  • Garance Tallon
    Ekonomistka

Mazury droższe niż Egipt i Sycylia. Tyle kosztują wakacyjne noclegi

Polska, Egipt czy Sycylia? Przy wakacyjnych rezerwacjach odpowiedź nie jest już tak oczywista. Z analizy Rankomat.pl wynika, że 6 noclegów ze śniadaniem w apartamencie dla pary kosztuje 1165 zł w Marsa Alam, 1414 zł w Alanyi i 1729 zł na Sycylii. Tymczasem w Mrągowie trzeba zapłacić 2421 zł, a w Mikołajkach 2402 zł. Również rodziny 2+2 mogą znaleźć za granicą ceny zbliżone do polskich: apartament w Ustce kosztuje 2316 zł, w Egipcie 2330 zł, a na Sycylii 2453 zł. Największe różnice widać w hotelach 3. Rodzinny pobyt w Mikołajkach kosztuje 6266 zł, czyli niemal dwa razy więcej niż w Egipcie i wyraźnie więcej niż w Turcji czy na Sycylii. 

Cena noclegu często przesądza o kierunku wakacyjnego wyjazdu. Dlatego Rankomat.pl porównał najtańsze dostępne opcje 6 noclegów ze śniadaniem w popularnych kurortach w Polsce i za granicą, znalezione w serwisie Booking.com. Z zestawienia wynika, że w wybranych przypadkach pobyt w Polsce kosztuje tyle samo lub więcej niż wakacje w znanych zagranicznych miejscowościach.

Mazury najdroższe w polskim zestawieniu

Wśród analizowanych polskich kurortów najwyższe ceny pojawiają się przede wszystkim na Mazurach. W apartamentach najdrożej wypada Mrągowo. Para zapłaci tam 2421 zł, a rodzina 2+2 4962 zł za 6 noclegów ze śniadaniem. Niewiele tańsze są Mikołajki, gdzie apartament kosztuje 2402 zł dla pary i 4914 zł dla rodziny.

W hotelach 3* Mrągowo również należy do najdroższych lokalizacji dla par. Cena 6 noclegów wynosi tam 3800 zł. W przypadku rodzin najwyższą kwotę ma jednak hotel 3* w Mikołajkach. To 6266 zł, najdroższy wariant w całym zestawieniu, obejmującym zarówno Polskę, jak i zagranicę.

W standardzie hotelowym wysoko plasują się także Polańczyk i Szczyrk. Rodzina 2+2 za hotel 3* w Polańczyku zapłaci 5340 zł, a w Szczyrku 5184 zł. Dla porównania, najdroższy hotel 3* za granicą dla rodziny, czyli na Sycylii, kosztuje 4814 zł.

Najtańszy polski apartament dla pary znaleziono w Polańczyku. Kosztuje 1458 zł za 6 noclegów. To mniej niż na Sycylii, ale więcej niż w tureckiej Alanyi i egipskim Marsa Alam. Dla rodziny 2+2 najkorzystniej wypada Ustka z ceną 2316 zł. Niemal identyczny koszt ma apartament w Egipcie, gdzie trzeba zapłacić 2330 zł.

Przy samych noclegach granica między „tańszą Polską” a „droższą zagranicą” nie zawsze przebiega tam, gdzie można by się jej spodziewać.

Polskie kurorty

Egipt i Turcja najtańsze za granicą. Ale Sycylia, Kreta, Dalmacja i Wyspy Kanaryjskie też są blisko cen Polski

Wśród kierunków zagranicznych najtańszy okazał się Egipt. W Marsa Alam apartament dla pary kosztuje 1165 zł, a dla rodziny 2+2 2330 zł. Egipt ma też najniższe ceny w hotelach 3*: 1509 zł dla pary i 3119 zł dla rodziny.

Drugim korzystnym cenowo kierunkiem jest Turcja. W Alanyi apartament kosztuje 1414 zł dla pary i 3047 zł dla rodziny. Hotel 3* to odpowiednio 1626 zł i 3467 zł.

Na Egipcie i Turcji lista konkurencyjnych cenowo kierunków się jednak nie kończy. Sycylia, Kreta, Dalmacja czy Wyspy Kanaryjskie także mieszczą się w budżecie zbliżonym do wielu polskich kurortów. Na Sycylii apartament dla pary kosztuje 1729 zł, a dla rodziny 2+2 2453 zł. To mniej niż rodzinny apartament m.in. w Mikołajkach, Mrągowie, Międzyzdrojach czy Polańczyku.

Na Krecie ceny apartamentów wynoszą 1792 zł dla pary i 2534 zł dla rodziny. Hotel 3* dla rodziny kosztuje tam 4629 zł, mniej niż w Mikołajkach, Polańczyku, Szczyrku, Ustce, Międzyzdrojach czy Mrągowie.

Dalmacja jest jednym z droższych kierunków zagranicznych dla par, ale dla rodzin nadal wypada konkurencyjnie. Apartament kosztuje 2894 zł, a hotel 3* 3992 zł. To mniej niż w wielu analizowanych polskich miejscowościach. Wyspy Kanaryjskie są droższe w wariancie rodzinnym w apartamencie, gdzie cena wynosi 3646 zł. Wciąż pozostają jednak tańsze niż Mrągowo i Mikołajki, gdzie podobny pobyt kosztuje blisko 5 tys. zł.

Zagraniczne kurorty

Zagranica nie zawsze oznacza więc wyraźnie wyższy rachunek. Egipt i Turcja pozostają najtańsze, ale także Sycylia, Kreta, Dalmacja czy Wyspy Kanaryjskie mogą być cenowo blisko Polski. Warto przy tym pamiętać, że obiekty zagraniczne ujęte w analizie były położone bezpośrednio przy plaży. W Polsce brano pod uwagę obiekty oddalone maksymalnie 3 km od centrum miejscowości. Dla wielu turystów może to być istotna różnica przy ocenie atrakcyjności oferty.

Sam nocleg to dopiero początek. Liczy się cały budżet wyjazdu

Cena zakwaterowania jest ważna, ale ostateczny koszt wakacji zależy także od transportu, wyżywienia i wydatków na miejscu. Dlatego Rankomat.pl sprawdził również wariant obejmujący noclegi, śniadania, obiadokolacje oraz dojazd.

Koszt wakacji

Po doliczeniu tych kosztów najtańsze krajowe wyjazdy dla pary w apartamencie wynoszą 2405 zł w Szczyrku, 2451 zł w Polańczyku i 2508 zł w Szklarskiej Porębie. Dla porównania, analogiczny wyjazd na Sycylię to 3075 zł, na Kretę 3446 zł, a na Wyspy Kanaryjskie 3549 zł.

W całkowitym budżecie zagranica pozostaje droższa, ale w przypadku par różnice nie zawsze są duże. Szczególnie jeśli uwzględnić, że analizowane obiekty za granicą znajdowały się bezpośrednio przy plaży, a te w Polsce do 3 km od centrum miejscowości.

W przypadku rodzin 2+2 różnice są wyraźniejsze. Łączny koszt wyjazdu w apartamencie wynosi 3827 zł w Ustce i 4251 zł w Zakopanem. Na Sycylii to 5145 zł, a na Krecie 5802 zł. W hotelach 3* rodzinny pobyt kosztuje 5503 zł w Zakopanem i 5218 zł w Szklarskiej Porębie, podczas gdy na Sycylii rośnie do około 7,5 tys. Zł.

Wakacyjny wybór zależy od szczegółów

O budżecie wakacyjnym decyduje nie tylko kraj, ale też standard obiektu, lokalizacja, model wyżywienia i sposób dojazdu. Dla pary apartament za granicą może być cenowo zbliżony do pobytu w Polsce. Przy wyjeździe rodzinnym większego znaczenia nabierają bilety lotnicze, transfery i codzienne wydatki na miejscu.

Przed rezerwacją warto więc porównywać nie tylko samą cenę noclegu, ale cały koszt wyjazdu. Tańszy hotel może okazać się mniej korzystny, jeśli wymaga drogiego dojazdu lub generuje dodatkowe wydatki na miejscu. Z kolei droższy nocleg w dobrej lokalizacji może ograniczyć część kosztów podczas pobytu.

Szukając tańszej oferty wakacyjnej, warto porównywać nie tylko cenę noclegu, ale cały koszt wyjazdu. Duże różnice mogą dać elastyczne terminy, wyjazd kilka dni przed lub po szczycie sezonu, wybór mniej oczywistej miejscowości albo obiektu położonego nieco dalej od największych atrakcji. Przy zagranicznych wyjazdach trzeba też sprawdzić koszt lotów, transferów, wyżywienia i dodatkowych opłat, bo dopiero one pokazują realny budżet wakacji. Oszczędności nie warto natomiast szukać na ubezpieczeniu turystycznym. Dobra polisa to niewielki koszt w porównaniu z ceną całego wyjazdu, a w razie choroby, wypadku czy konieczności skorzystania z pomocy medycznej za granicą może uchronić przed wydatkami liczonymi nawet w setkach tysięcy złotych. – mówi Magdalena Kajzer, ekspertka Rankomat.pl.

Metodologia

Ceny noclegów pochodzą z serwisu Booking.com i dotyczą najtańszej dostępnej opcji 6 noclegów ze śniadaniem w terminie 6-12.07.2026 dla pary oraz rodziny 2+2. Ceny sprawdzono 27.05.2026.

W analizie uwzględniono dwa standardy zakwaterowania: apartamenty oraz hotele 3* z oceną minimum 7/10. Obiekty zagraniczne były położone bezpośrednio przy plaży, a obiekty w Polsce maksymalnie 3 km od centrum miejscowości.

W kalkulacji całkowitego kosztu wyjazdu uwzględniono także najtańszy koszt lotów w lipcu sprawdzony w serwisie Skyscanner.pl oraz średni koszt obiadokolacji w niedrogiej restauracji według Numbeo.com. W Polsce koszt dojazdu obliczono przy założeniu średniego spalania 7 l benzyny na 100 km oraz średniej ceny paliwa z dnia 05.06.2026 według AutoCentrum.pl.

Zastrzeżenie metodologiczne

Porównanie obejmuje konkretne oferty dostępne w wybranym terminie i przy założonych kryteriach. Trzeba pamiętać, że każda z analizowanych lokalizacji ma inną bazę noclegową, sezon, profil turystów, dostępność transportu, standard usług i charakter wypoczynku. Te różnice wpływają na ceny, dlatego zestawienie pokazuje wybrane warianty pobytu, a nie pełny koszt wypoczynku w całym kraju lub regionie.

Inflacja w strefie euro zgodna z szacunkiem, ale bazowa nieco wyższa

Finalny odczyt inflacji w strefie euro za maj pokazał wzrost cen o 3,2 proc. w ujęciu rocznym, wobec 3,0 proc. miesiąc wcześniej. W skali miesiąca ceny zwiększyły się o 0,1 proc., a dane okazały się zgodne z wcześniejszym szacunkiem.

Niewielkim zaskoczeniem była natomiast inflacja bazowa, która po wyłączeniu cen energii i nieprzetworzonej żywności wyniosła 2,6 proc. rok do roku. To wynik nieco wyższy od wstępnych szacunków wskazujących na 2,5 proc., co sugeruje, że presja cenowa w gospodarce pozostaje podwyższona.

Majowe dane potwierdzają, że inflacja w strefie euro nadal utrzymuje się wyraźnie powyżej średnioterminowego celu Europejskiego Banku Centralnego wynoszącego 2 proc. W takich warunkach decyzja EBC o podwyższeniu stóp procentowych o 25 punktów bazowych podczas czerwcowego posiedzenia była zgodna z oczekiwaniami rynku.

Perspektywy dla polityki pieniężnej w kolejnych miesiącach będą zależały przede wszystkim od dalszego przebiegu procesów inflacyjnych. Kluczowe znaczenie będą miały zarówno kolejne odczyty inflacji, jak i to, czy wzrost cen będzie nadal rozprzestrzeniał się na kolejne segmenty gospodarki. Jeśli presja inflacyjna pozostanie wysoka, EBC może utrzymać restrykcyjne nastawienie na dłużej.

IFL na NewConnect. Kurs akcji wzrósł o ponad 30 proc. w debiucie

Internetowy Fundusz Leasingowy S.A. (IFL), specjalistyczna spółka leasingowa oraz emitent obligacji na Catalyst, zadebiutował w środę na rynku NewConnect. Na otwarciu kurs akcji spółki wzrósł o 30,37% do 1,76 zł, przy kursie odniesienia na poziomie 1,35 zł.

„Debiut IFL na NewConnect to kolejny ważny etap rozwoju firmy i skalowania sprawdzonego modelu biznesowego. Wchodzimy na giełdę z jasnym celem – chcemy pozyskać paliwo do dalszego i dynamicznego wzrostu. Nasz rentowny biznes generuje unikalną na rynku marżę netto rzędu dwudziestu kilku procent, celując w zwrot z kapitału własnego na poziomie ponad 30%” powiedział podczas ceremonii otwarcia notowań Paweł Bator, Prezes Zarządu IFL.

„IFL nie konkuruje z tradycyjnym sektorem bankowym – zagospodarowujemy liczną niszę przedsiębiorców, których tradycyjny system finansowy zignorował lub wręcz systemowo wykluczył ze względu na historię lub jej brak. Mówimy tu o grupie ponad 2,5 mln osób z potencjałem ponad 200 tys. kontraktów rocznie. To dynamiczne startupy, obcokrajowcy budujący swoje biznesy w Polsce, rynek modern mobility, kierowcy flotowi oraz przedsiębiorcy szukający narzędzia do pracy i generowania przychodu” uzupełnił.

Do obrotu trafiło w sumie 7.814.861 akcji zwykłych na okaziciela – stanowiące 58,61% udziału w kapitale zakładowym – o wartości nominalnej 0,10 zł każda, w tym: 1.000.000 akcji serii A, 333.333 akcji serii B, 343.590 akcji serii C, 450.046 akcji serii D, 3.500.000 akcji serii E oraz 2.187.892 akcji serii F, objętych przez 140 inwestorów w ramach pierwszej publicznej oferty akcji (IPO) po cenie emisyjnej 1,35 zł.

IFL jest 343. spółką notowaną na NewConnect oraz 5. debiutem na tym rynku w 2026 roku.

IFL koncentruje się na szybkim leasingu pojazdów – nawet w 24h – przy minimum formalności, kierując ofertę głównie do klientów z negatywną historią kredytową lub jej brakiem (nowych firm) oraz do obcokrajowców, dzięki odmiennej logice zabezpieczenia i podejściu do zarządzania ryzykiem.

Interviewme.pl z karą od UOKiK. Problemem automatyczna subskrypcja

0

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył ponad 760 tys. zł kary na spółkę Bold LLC, operatora serwisu Interviewme.pl. Według UOKiK użytkownicy portalu nie byli jasno informowani o kosztach korzystania z usługi ani o tym, że płatność wiąże się z zawarciem odnawialnej subskrypcji. Firma odwołała się od decyzji.

Interviewme.pl to serwis oferujący narzędzia do tworzenia CV i listów motywacyjnych. Użytkownicy mogą w nim wybrać szablon, uzupełnić dane zawodowe, opisać doświadczenie, wykształcenie i umiejętności, a następnie przygotować dokument gotowy do pobrania lub wydruku. Zdaniem UOKiK problem polegał jednak na tym, że kluczowe informacje o odpłatności pojawiały się dopiero na końcowym etapie korzystania z kreatora.

Koszt usługi pojawiał się dopiero po przygotowaniu CV

Z ustaleń Urzędu wynika, że konsumenci mogli rozpocząć pracę nad dokumentem bez jasnej informacji, że pobranie lub wydrukowanie gotowego CV będzie wymagało wykupienia płatnego dostępu. Użytkownik dowiadywał się o opłacie dopiero wtedy, gdy po wypełnieniu formularzy próbował pobrać przygotowany dokument.

W praktyce oznaczało to, że osoba poszukująca pracy najpierw poświęcała czas na przygotowanie CV, a dopiero na końcu była stawiana przed wyborem jednej z płatnych opcji. Serwis oferował m.in. 14-dniowy dostęp za 5,95 zł albo dostęp kwartalny za 79,90 zł.

Według UOKiK taki sposób prezentowania oferty mógł wprowadzać konsumentów w błąd. Urząd zwrócił uwagę, że informacja o cenie i odpłatnym charakterze usługi powinna być przekazana jasno, jednoznacznie i odpowiednio wcześnie — zanim użytkownik zacznie korzystać z narzędzia i poświęci czas na przygotowanie dokumentu.

Automatyczne odnawianie subskrypcji

Drugim zakwestionowanym mechanizmem było automatyczne przedłużanie subskrypcji. Jak wskazuje UOKiK, konsumenci nie byli w wystarczająco jasny sposób informowani, że dokonując płatności zawierają umowę, która będzie się odnawiać cyklicznie.

Jeżeli użytkownik nie anulował subskrypcji przed końcem wykupionego okresu, system automatycznie przedłużał usługę i pobierał z konta kolejne opłaty. UOKiK podkreśla, że problemem był nie tylko sam model subskrypcyjny, ale przede wszystkim sposób informowania o nim konsumentów. Informacja o cykliczności płatności powinna być widoczna, zrozumiała i niepozostawiająca wątpliwości co do konsekwencji finansowych.

– Konsument ma prawo wiedzieć, ile zapłaci za usługę, zanim zacznie z niej korzystać. Ukrywanie kluczowych kosztów do momentu finalizacji zamówienia to niedozwolona praktyka. Poszukiwanie pracy to często pilna i ważna potrzeba osób w trudnej sytuacji. Użytkownicy serwisu Interviewme.pl poświęcali czas na uzupełnienie formularzy, a przed pobraniem gotowego CV dowiadywali się o płatnej subskrypcji. Będąc pod presją mogli decydować się na opłatę, aby nie stracić efektów swojego wysiłku. Równie negatywnie rażącym mechanizmem były cykliczne opłaty z tytułu automatycznego odnawiania subskrypcji, o których spółka nie informowała jasno i jednoznacznie – mówi Tomasz Chróstny, Prezes UOKiK.

Kara dla Bold LLC

Za stosowanie praktyki wprowadzającej konsumentów w błąd Prezes UOKiK nałożył na spółkę Bold LLC karę w wysokości 764 tys. zł. Operator serwisu Interviewme.pl będzie musiał również opublikować na stronie internetowej informację o decyzji Prezesa UOKiK po jej uprawomocnieniu.

Decyzja nie jest prawomocna. Przedsiębiorca odwołał się od niej, co oznacza, że sprawa będzie dalej rozpatrywana.

UOKiK przypomina o obowiązkach firm działających online

Sprawa Interviewme.pl wpisuje się w szerszy problem przejrzystości ofert subskrypcyjnych w internecie. Wiele usług cyfrowych opiera się dziś na modelu automatycznie odnawianych płatności, co samo w sobie nie jest niedozwolone. Warunkiem jest jednak rzetelne poinformowanie konsumenta o wszystkich istotnych elementach umowy.

Klient powinien wiedzieć nie tylko, ile zapłaci na początku, ale także czy usługa przedłuży się automatycznie, jaka będzie wysokość kolejnych opłat, kiedy zostaną pobrane i w jaki sposób można zrezygnować z subskrypcji. Informacje te nie mogą być ukryte w regulaminie ani prezentowane dopiero na końcu procesu zakupowego.

Dla konsumentów decyzja UOKiK jest przypomnieniem, aby przed podaniem danych karty i zaakceptowaniem płatności dokładnie sprawdzać, czy dana usługa ma charakter jednorazowy, czy subskrypcyjny. Szczególną uwagę warto zwracać na krótkie, promocyjne okresy dostępu, po których mogą pojawić się wyższe, cykliczne opłaty.

Co powinni sprawdzać użytkownicy?

Przy korzystaniu z internetowych kreatorów dokumentów, aplikacji edukacyjnych, narzędzi graficznych czy serwisów z treściami cyfrowymi warto zweryfikować kilka elementów. Najważniejsze są: całkowity koszt usługi, czas trwania dostępu, informacja o automatycznym odnowieniu, wysokość kolejnych płatności oraz procedura rezygnacji.

Jeżeli serwis prosi o podanie danych karty płatniczej przy niskiej opłacie początkowej, może to oznaczać rozpoczęcie subskrypcji. W takiej sytuacji użytkownik powinien upewnić się, czy płatność nie będzie pobierana automatycznie w kolejnych okresach rozliczeniowych.

UOKiK konsekwentnie podkreśla, że przedsiębiorcy działający w internecie muszą projektować proces zakupowy w sposób uczciwy i przejrzysty. Konsument nie może dowiadywać się o najważniejszych kosztach dopiero wtedy, gdy wykonał już znaczną część czynności albo znajduje się pod presją utraty efektów swojej pracy.

Wakacyjna praca nastolatka. O czym muszą pamiętać rodzice i pracodawcy?

Rozpoczyna się sezon wakacyjny, a wraz z nim rośnie zainteresowanie młodych ludzi pierwszą pracą. Dla wielu to sposób na własne pieniądze i większą samodzielność, a także pierwszy wpis do CV. Praca w gastronomii, sklepach i punktach usługowych, pomoc przy wykładaniu towaru, rozdawanie materiałów promocyjnych, wsparcie przy organizacji wydarzeń czy proste prace biurowe mogą być wartościowym doświadczeniem. Pod warunkiem, że odbywają się zgodnie z przepisami. A te w przypadku osób poniżej 18. roku życia są znacznie bardziej złożone, niż wielu rodziców i pracodawców zakłada.

Eksperci Job Impulse, agencji rekrutacyjnej i członka Polskiego Forum HR, przypominają, że wakacyjna praca nastolatka nie może być traktowana tak samo jak praca osoby dorosłej. Znaczenie ma wiek, forma umowy, rodzaj obowiązków, czas pracy, a nawet pora dnia, w której młoda osoba miałaby wykonywać zadania.

Zanim nastolatek podejmie wakacyjną pracę, warto sprawdzić pięć podstawowych rzeczy: czy ma odpowiedni wiek do wykonywania danej pracy, na jakiej podstawie ma zostać zatrudniony, czy zakres obowiązków rzeczywiście mieści się w katalogu prac dopuszczalnych dla osób młodych, ile godzin dziennie i tygodniowo może pracować oraz czy spełnione są wymagane formalności, np. zgody, badania lekarskie czy zatwierdzony wykaz prac lekkich. To ważne, bo wakacyjna praca często kojarzy się z czymś prostym i nieformalnym, tymczasem w przypadku osób poniżej 18. roku życia przepisy są bardzo konkretne. Pierwsze doświadczenie zawodowe powinno uczyć odpowiedzialności i dobrych standardów, a nie zaczynać się od niejasnych ustaleń czy ryzyka – mówi Łukasz Koszczoł, Prezes Job Impulse.

Małoletni i młodociany – przepisy rozróżniają pojęcia

W potocznym języku często mówi się po prostu o „pracy nieletnich”. W przepisach znaczenie mają jednak konkretne definicje. Małoletni to osoba, która nie ukończyła 18 lat. W prawie pracy kluczowe jest pojęcie pracownika młodocianego, czyli osoby, która ukończyła 15 lat, ale nie przekroczyła 18. roku życia.

Co do zasady, młodociany może zostać zatrudniony na podstawie umowy o pracę, jeśli ukończył co najmniej szkołę podstawową i przedstawi zaświadczenie lekarskie potwierdzające, że dana praca nie zagraża jego zdrowiu. Takie zatrudnienie może dotyczyć przygotowania zawodowego albo wykonywania prac lekkich. W przypadku prac lekkich pracodawca nie może jednak samodzielnie uznać, że dana czynność „wydaje się prosta”. Musi posiadać wykaz prac lekkich, przygotowany po konsultacji z lekarzem medycyny pracy i zatwierdzony przez właściwego inspektora pracy.

Szczególne zasady dotyczą nastolatków, którzy nie ukończyli 16 lat. Mogą oni wykonywać pracę lub inne zajęcia zarobkowe tylko na rzecz podmiotów prowadzących działalność kulturalną, artystyczną, sportową lub reklamową. Wymagana jest wtedy zgoda przedstawiciela ustawowego albo opiekuna dziecka oraz zezwolenie właściwego inspektora pracy. To oznacza, że udział dziecka w reklamie, sesji zdjęciowej, wydarzeniu sportowym czy projekcie artystycznym może być legalny, ale wymaga spełnienia określonych formalności.

Nie każda „prosta praca” jest pracą lekką

Jednym z najczęstszych błędów jest przekonanie, że praca sezonowa z natury jest lekka. W praktyce wszystko zależy od konkretnych obowiązków i warunków ich wykonywania. Praca lekka nie może zagrażać życiu, zdrowiu ani rozwojowi psychofizycznemu młodocianego. Nie może też utrudniać mu realizowania obowiązku szkolnego, jeśli praca wykonywana jest poza okresem wakacyjnym.

Do prac lekkich mogą należeć m.in. proste czynności biurowe, pomoc organizacyjna, drobne prace porządkowe, obsługa komputera czy wybrane zadania pomocnicze. Ważne jest jednak nie tylko to, co młoda osoba robi, ale również w jakich warunkach: czy nie musi dźwigać zbyt ciężkich przedmiotów, pracować w wymuszonej pozycji, w wysokiej temperaturze, przy substancjach szkodliwych albo w warunkach zwiększonego ryzyka wypadku.

Dlatego także popularne wakacyjne zajęcia, np. przy zbiorach owoców, trzeba oceniać ostrożnie. Nie można z góry uznać, że każda taka praca jest niedopuszczalna, ale nie można też automatycznie traktować jej jako bezpiecznej dla nastolatka. Decydują konkretne warunki, zakres obowiązków i zgodność z zatwierdzonym wykazem prac lekkich.

Wakacje a limity czasu pracy

W czasie ferii i wakacji młodociani mogą pracować więcej niż w trakcie roku szkolnego, ale nadal obowiązują ich szczególne limity. Osoba, która ukończyła 16 lat, może pracować maksymalnie 7 godzin na dobę i 35 godzin tygodniowo przy pracach lekkich w okresie wakacyjnym. W przypadku młodocianych poniżej 16. roku życia limit wynosi 6 godzin na dobę i 30 godzin tygodniowo.

Limity te obowiązują łącznie, nawet jeśli nastolatek chciałby podjąć pracę u więcej niż jednego pracodawcy. Dlatego pracodawca powinien uzyskać od młodocianego oświadczenie o tym, czy jest już zatrudniony w innym miejscu.

Jeszcze bardziej restrykcyjne są zasady obowiązujące w trakcie roku szkolnego. Wtedy tygodniowy wymiar pracy młodocianego przy pracach lekkich nie może przekraczać 12 godzin, a w dniu, w którym uczestniczy on w zajęciach szkolnych, może pracować maksymalnie 2 godziny.

Bez nadgodzin, bez pracy nocnej, z obowiązkową przerwą

Młodocianego nie wolno zatrudniać w godzinach nadliczbowych ani w porze nocnej (między 22:00 a 6:00). W przypadku młodocianych, którzy nie ukończyli 16 lat, a także w szczególnych przypadkach dotyczących osób, które nie ukończyły szkoły podstawowej, za porę nocną uznaje się czas między 20:00 a 6:00.

Pracodawca musi też pamiętać o odpoczynku. Przerwa obejmująca porę nocną powinna trwać co najmniej 14 godzin, a tygodniowy odpoczynek młodocianego powinien wynosić co najmniej 48 godzin i obejmować niedzielę. Jeśli dobowy wymiar pracy przekracza 4,5 godziny, młodocianemu przysługuje 30-minutowa przerwa wliczana do czasu pracy.

To szczególnie istotne w gastronomii, hotelarstwie, handlu, przy wydarzeniach plenerowych czy akcjach promocyjnych, gdzie sezonowo pojawiają się dyżury popołudniowe, wieczorne albo weekendowe. Nie każdy grafik, który jest dopuszczalny dla osoby dorosłej, może zostać zaproponowany młodemu pracownikowi.

Wynagrodzenie i umowa: młody pracownik też ma prawa

Młodociany zatrudniony na podstawie umowy o pracę ma prawo do wynagrodzenia na zasadach właściwych dla pracowników. W 2026 roku minimalne wynagrodzenie za pracę wynosi 4806 zł brutto miesięcznie przy pełnym etacie, a przy niepełnym wymiarze czasu pracy ustala się je proporcjonalnie. W przypadku umów zlecenia minimalna stawka godzinowa wynosi 31,40 zł brutto.

Forma zatrudnienia ma znaczenie nie tylko dla wypłaty, ale też dla ubezpieczenia, odpowiedzialności i ewentualnych roszczeń w razie wypadku. Przy umowie o pracę młodociany korzysta z ochrony pracowniczej, a okres zatrudnienia wlicza się do stażu pracy. Przy umowach cywilnoprawnych sytuacja jest inna i wymaga każdorazowego sprawdzenia, jakie składki oraz zasady odpowiedzialności mają zastosowanie.

Kary mogą być wyższe niż sezonowa oszczędność

Nieprawidłowe zatrudnianie młodocianych może oznaczać dla pracodawcy odpowiedzialność wykroczeniową. W wielu przypadkach naruszenie przepisów prawa pracy wiąże się z grzywną od 1000 do 30 000 zł. Ryzyko dotyczy m.in. nieprawidłowej formy zatrudnienia, dopuszczenia do pracy bez wymaganych formalności, naruszenia przepisów o czasie pracy, braku badań lekarskich, niezapewnienia bezpiecznych warunków lub powierzenia młodocianemu zadań niedopuszczalnych.

Program do zarządzania szkołą językową – czy się opłaca i kiedy go wdrożyć

Pytanie o program do zarządzania szkołą językową wraca zwykle w dwóch momentach – przy zakładaniu placówki i wtedy, gdy ręczna obsługa zapisów oraz płatności zaczyna zjadać cały dzień pracy. Dobra wiadomość jest taka, że właściwe narzędzie pracuje na Twoją korzyść już od pierwszego ucznia. Im większa szkoła, tym wyraźniej system przestaje być tylko wygodą, a staje się warunkiem panowania nad organizacją.

Wygoda od pierwszego ucznia

Nawet kilkunastu kursantów da się obsłużyć kalendarzem i arkuszem, ale to nie znaczy, że system jest wtedy zbędny. Już przy małej szkole zdejmuje z Ciebie powtarzalną komunikację. Automatyczne powiadomienia o nowych zapisach, potwierdzenia wysyłane rodzicom od razu po rejestracji i przypomnienia o płatnościach działają bez Twojego udziału. Rodzic, który zapisuje dziecko online i od razu dostaje potwierdzenie oraz termin w swoim panelu, widzi szkołę równie poukładaną jak więksi konkurenci. Przy ręcznej obsłudze ten sam zapis kończy się wiadomością „oddzwonię” i ryzykiem, że ktoś o nim zapomni.

Granica, za którą ręczna obsługa się załamuje

Im więcej uczniów, tym wyraźniej widać moment, w którym arkusz przestaje wystarczać. Najczęściej leży on w okolicach trzydziestu–czterdziestu aktywnych kursantów albo przy zatrudnieniu drugiego czy trzeciego lektora. Od tego progu liczba kombinacji – grupy, poziomy, terminy, sale, płatności, zaległości – rośnie szybciej niż czas, który możesz na nią poświęcić. Pierwszym sygnałem nie jest błąd w grafiku, tylko poczucie, że administracja wypełnia dzień, a na rozwój szkoły nie zostaje nic.

Ukryty koszt ręcznego zarządzania szkołą językową

Brak systemu nie jest darmowy. Płacisz za niego inaczej – czasem, utraconymi zapisami i błędami w rozliczeniach. Telefoniczne przyjmowanie zgłoszeń, ręczne wpisywanie danych, wysyłanie linków do lekcji online i sprawdzanie przelewów jeden po drugim w sezonie wrześniowym pochłaniają kilkanaście godzin tygodniowo. Rodzic, który chce zapisać dziecko wieczorem i trafia tylko na numer czynny w godzinach biura, w połowie przypadków zapisze je tam, gdzie formularz zadziałał od razu – a to utracony przychód za cały semestr, nie za jedną lekcję. Do tego dochodzą należności, które przy ręcznym pilnowaniu zaległości po prostu umykają.

Co realnie zmienia system do zarządzania szkołą językową?

Dobrze dobrany program dla szkoły językowej przejmuje powtarzalne czynności i domyka procesy, które przy ręcznej obsłudze się rozjeżdżają. Zapisy online działają całą dobę: klient zakłada konto, opłaca miejsce i dostaje potwierdzenie bez kontaktu z biurem, a Ty masz powiadomienie o nowym zgłoszeniu. Płatności przestają wymagać śledzenia przelewów – system przypisuje wpłaty do uczniów, pokazuje zaległości i generuje faktury dla księgowości. Grafik lektorów, frekwencja i linki do zajęć trafiają do jednego panelu, z osobnymi widokami dla sekretariatu, nauczycieli i klientów. Efektem nie jest sama wygoda, lecz zdolność do przyjęcia większej liczby uczniów bez powiększania administracji.

Program do zarządzania szkołą językową od Luppo System

Jednym z polskich narzędzi do zarządzania szkołą językową jest system do zarządzania szkołą językową od Luppo System. Obsługuje zapisy online, płatności, harmonogram, frekwencję i lekcje online z poziomu jednego panelu. Jeżeli nie masz pewności, czy program sprosta Twoim oczekiwaniom, umów się na 30-minutową prezentację funkcji i możliwości systemu oraz przetestuj działanie Luppo System w swojej szkole podczas okresu próbnego.

Oferta deweloperów szeroka głównie w stolicach regionów

56 proc. mieszkańców miast wojewódzkich uważa, że oferta mieszkań od deweloperów w ich okolicy jest szeroka. W przypadku terenów poza głównymi miastami taką opinię wyraża tylko 36 proc. mieszkańców – wynika z raportu „To my. Lokalnie 2026”, przygotowanego przez Nieruchomosci-online.pl.        

Według danych GUS, w 2025 r. oraz w okresie styczeń-kwiecień 2026 r. deweloperzy oddali do użytkowania w Polsce łącznie prawie 170 tys. mieszkań. Jak wskazują eksperci portalu ogłoszeniowego Nieruchomosci-online.pl, na rynku pierwotnym nadal mamy do czynienia z wysoką podażą mieszkań i relatywnie dużym wyborem po stronie kupujących.

– Dane ogólnopolskie pokazują wysoką podaż, ale z perspektywy mieszkańca liczy się lokalny wybór. Dlatego zapytaliśmy mieszkańców wszystkich regionów, jak postrzegają ofertę rynku pierwotnego w swojej okolicy. Nie pytaliśmy ich jednak konkretnie o nowe inwestycje w sąsiedztwie, tylko o to, jak widzą i czują ofertę. Po prostu: czy ich zdaniem mieliby w czym wybierać, gdyby szukali mieszkania – mówi Anna Zachara-Widła, badaczka zachowań konsumenckich w portalu Nieruchomosci-online.pl.

Oferta rynku wtórnego oceniana nieco lepiej

Jak wynika z raportu „To my. Lokalnie 2026”, ofertę deweloperską jako szeroką i dającą wybór postrzega 56 proc. badanych mieszkańców miast wojewódzkich. O wiele słabiej jest pod tym względem na terenach poza głównymi miastami – tam jedynie 36 proc. mieszkańców uważa, że miałoby w czym wybierać na rynku deweloperskim.

– To, że ktoś słabo ocenia ofertę deweloperską w swojej okolicy, nie musi oznaczać, że nowych mieszkań tam nie ma. Czasem te inwestycje są dla ludzi mniej widoczne, czasem zbyt drogie albo niedopasowane do potrzeb, a czasem rzeczywiście jest ich niewiele. Dlatego warto patrzeć nie tylko na liczbę oddanych mieszkań, ale też na to, czy ludzie widzą w tej ofercie realną odpowiedź na swoje potrzeby – dodaje Anna Zachara-Widła.

Raport pokazuje, że lepiej postrzegany jest pod tym względem rynek wtórny: 61 proc. mieszkańców miast wojewódzkich uważa, że oferta mieszkań z drugiej ręki jest szeroka. W przypadku terenów poza głównymi miastami taką opinię wyraża 45 proc. mieszkańców.

wykres 1

Kupić mieszkanie poza głównym miastem? To nie takie proste

Raport przygotowany przez Nieruchomosci-online.pl we współpracy z Instytutem Rozwoju Miast i Regionów pokazuje też, jak bardzo ocena oferty deweloperskiej potrafi różnić się w poszczególnych regionach. W niektórych województwach poziom zadowolenia mieszkańców z oferty nowego budownictwa jest dwukrotnie niższy na terenach poza miastem niż w stolicy regionu.

Największy rozjazd między pozytywną oceną oferty w głównym mieście a analogiczną oceną na pozostałych terenach regionu zaobserwowano w województwach: podkarpackim (Rzeszów – 60 proc., reszta terenów – 30 proc.), kujawsko-pomorskim (Bydgoszcz – 61 proc., reszta terenów – 32 proc.), małopolskim (Kraków – 64 proc., reszta terenów – 36 proc.), mazowieckim (Warszawa – 64 proc., reszta terenów – 38 proc.) oraz śląskim (Katowice – 63 proc., reszta terenów – 37 proc.).

– Są też regiony, w których poziom zadowolenia z oferty deweloperów jest podobny i w stolicy regionu, i na pozostałych terenach. Taką sytuację zaobserwowaliśmy w województwach zachodniopomorskim oraz opolskim. Chociaż w tym drugim regionie w oczy rzuca się też najniższy w kraju odsetek ocen pozytywnych, wynoszący wszędzie poniżej 30 proc. – mówi Anna Zachara-Widła, badaczka zachowań konsumenckich w Nieruchomosci-online.pl.

Jedynym województwem, w którym mieszkańcy lepiej postrzegają wybór mieszkań od deweloperów w regionie niż w głównym mieście, jest lubuskie (Zielona Góra – 22 proc., reszta terenów – 42 proc.).

wykres 2

––––

Raport „To my. Lokalnie 2026” został przygotowany w lutym 2026 r. przez agencję Inquiry na zlecenie Nieruchomosci-online.pl. Badanie przeprowadzono na reprezentatywnej grupie 4081 dorosłych Polaków. Analiza objęła 16 województw. Partnerem projektu jest Instytut Rozwoju Miast i Regionów.

Absolwenci Państwowych Uczelni Zawodowych szybciej znajdują pracę

Najnowsza, 11. edycja ogólnopolskiego systemu monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów szkół wyższych (ELA) pokazuje, że ukończenie Państwowej Uczelni Zawodowej (PUZ) jest dobrą inwestycją dla studentów i ma pozytywny wpływ na rozwój regionalnych rynków pracy. Analiza losów osób, które uzyskały dyplom w 2020 roku, wskazuje, że absolwenci PUZ szybciej znajdują zatrudnienie, częściej pracują na etacie i osiągają wyniki płacowe porównywalne z absolwentami innych uczelni. System ELA został stworzony i jest prowadzony przez Ośrodek Przetwarzania Informacji – Państwowy Instytut Badawczy (OPI) na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW).

Model kształcenia, który się sprawdza

Wyniki 11. edycji ELA potwierdzają, że Państwowe Uczelnie Zawodowe skutecznie realizują swoją regionalną misję. Celują w kształcenie studentów pochodzących głównie z mniejszych ośrodków, wspierają osoby łączące naukę z pracą zawodową oraz dostarczają lokalnym gospodarkom wysoko wykwalifikowanych specjalistów – mówi Marcin Kulasek, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Przygotowana przez OPI analiza pokazuje, że absolwenci PUZ szybciej znajdują pracę, częściej utrzymują stabilne zatrudnienie i skutecznie konkurują na rynku pracy pod względem osiąganych dochodów. Wyniki te potwierdzają zasadność wsparcia publicznych uczelni zawodowych w ramach programu MNiSW Dydaktyczna Inicjatywa Doskonałości. Dane ELA wskazują, że inwestycje w praktyczne szkolnictwo wyższe przynoszą wymierne korzyści zarówno absolwentom, jak i całym regionom – dodaje wiceminister resortu nauki, Maria Mrówczyńska.

Kto kończy PUZ – czyli kilka słów o demografii

Dane ELA pokazują, że absolwenci PUZ różnią się profilem od absolwentów pozostałych uczelni.
Są przeciętnie starsi – na studiach I stopnia średni wiek absolwenta PUZ wynosi 26 lat wobec 25 lat na innych uczelniach, a na studiach II stopnia odpowiednio 31 i 27 lat. Wśród absolwentów PUZ większy jest również udział kobiet. Na studiach I stopnia kobiety stanowią 63% absolwentów PUZ wobec 58% na pozostałych uczelniach, natomiast na studiach II stopnia ich udział wynosi aż 76% wobec 64%
– mówi dr hab. Mikołaj Jasiński, profesor Ośrodka Przetwarzania Informacji.

Państwowe Uczelnie Zawodowe pełnią także istotną funkcję wyrównywania szans edukacyjnych. Wśród absolwentów studiów I stopnia aż 67 proc. mieszkało w mniejszych miejscowościach, podczas gdy w przypadku pozostałych uczelni odsetek ten wynosił 51 proc. Z podobną sytuacją mamy do czynienia na studiach II stopnia – 71 proc. absolwentów PUZ pochodziło z mniejszych miejscowości wobec 51 proc. absolwentów innych uczelni.

Skuteczna odpowiedź na potrzeby lokalnych rynków

Analiza losów zawodowych absolwentów pokazuje wyraźną przewagę PUZ pod względem szybkości podejmowania zatrudnienia. Absolwenci studiów I stopnia potrzebowali średnio 10,5 miesiąca na znalezienie pracy etatowej, podczas gdy absolwenci innych uczelni – 13 miesięcy. W przypadku studiów II stopnia różnica była również zauważalna – 4,2 miesiąca wobec 5,1 miesiąca – mówi dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak, prof. SGH, ekspertka Ośrodka Przetwarzania Informacji.

Wyniki te potwierdzają skuteczność praktycznego modelu kształcenia realizowanego przez Państwowe Uczelnie Zawodowe. Kierunki studiów są często powiązane z potrzebami lokalnych pracodawców, dzięki czemu absolwenci szybciej znajdują zatrudnienie, w którym mogą wykorzystać zdobyte kwalifikacje.

Stabilna praca i konkurencyjne wynagrodzenia

Dane ELA wskazują również, że przewaga absolwentów PUZ nie ogranicza się tylko do szybkiego znalezienia pierwszej pracy. W kolejnych latach po ukończeniu studiów spędzają oni większą część czasu w pracy na etacie niż absolwenci innych uczelni, co świadczy o większej stabilności ich sytuacji zawodowej.

Choć w pierwszych latach po uzyskaniu dyplomu absolwenci PUZ są nieco bardziej narażeni na bezrobocie, w dłuższej perspektywie te różnice stopniowo zanikają. Wynika to przede wszystkim ze specyfiki lokalnych rynków pracy. Mniejsze ośrodki  (najczęstsze miejsce zamieszkania absolwentów i absolwentek PUZ) oferują mniej miejsc pracy niż największe ośrodki akademickie, ale jednocześnie zapewniają trwałe możliwości zatrudnienia osobom posiadającym praktyczne kwalifikacje.

Równie istotne są wyniki dotyczące wynagrodzenia. Pomocne są analizy uwzględniające Względny Wskaźnik Zarobków (WWZ), który odnosi zarobki absolwenta do przeciętnego poziomu wynagrodzeń w jego powiecie zamieszkania, dzięki czemu pokazuje nie tyle bezwzględny poziom płacy, ile pozycję względem lokalnego rynku. Z danych ELA wynika, że osoby kończące PUZ osiągają rezultaty porównywalne z absolwentami pozostałych uczelni, a w niektórych okresach nawet lepsze. Oznacza to, że dyplom Państwowej Uczelni Zawodowej skutecznie wzmacnia pozycję absolwentów na lokalnych rynkach pracy – mówi dr Marek Bożykowski, ekspert Ośrodka Przetwarzania Informacji.

Nowe funkcje systemu ELA

Tegoroczna edycja ELA przynosi także nowe narzędzia analityczne dotyczące mobilności geograficznej absolwentów. Po raz pierwszy możliwe jest osobne śledzenie migracji absolwentów studiów I stopnia kontynuujących naukę oraz tych, którzy zakończyli edukację na poziomie licencjackim. Rozszerzono również informacje o wielkości miejscowości zamieszkania i studiowania absolwentów, co może wspierać samorządy i uczelnie w planowaniu działań rozwojowych.

Ogólnopolski system monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów szkół wyższych (ELA)

System ELA został stworzony i jest prowadzony przez Ośrodek Przetwarzania Informacji – Państwowy Instytut Badawczy (OPI) na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW). Dostarcza wiarygodnych informacji o sytuacji absolwentów polskich uczelni na rynku pracy. Bazuje on na danych, które już od dawna gromadzone są w rejestrach publicznych. ELA czerpie dane z innego systemu rozwijanego również w OPI, czyli z POL-onu oraz wykorzystuje informacje z rejestru osób objętych ubezpieczeniem społecznym, który jest prowadzony przez ZUS. Najświeższe dane dotyczą osób, które ukończyły studia w 2024 r. i obejmują okres co najmniej 12 miesięcy aktywności zawodowej po uzyskaniu dyplomu (do grudnia 2025 r.) Daje to czas absolwentom na zdobycie często pierwszych doświadczeń zawodowych. Wszystkie dane przetwarzane przez system są zanonimizowane oraz wdrożone zostały odpowiednie mechanizmy, które gwarantują bezpieczeństwo. System jest bardzo nowoczesny i przyjazny dla użytkownika. Posiada narzędzia pozwalające m.in. na generowanie raportów, rankingów i infografik, zgodnie z potrzebami użytkownika. Strona systemu ELA jest dostosowana także do urządzeń mobilnych.

Warszawa stolicą wieżowców. Skupia 74 proc. wysokościowców w Polsce

Warszawa pozostaje centrum rozwoju wysokościowców w Polsce. Skupia aż 74 proc. budynków tego typu w kraju, z których większość pełni funkcje biurowe – wskazują dane CBRE. Choć wieżowce stanowią jedynie niewielki udział wszystkich biurowców, odpowiadają za znaczną część takiej powierzchni na rynku, a zarządzanie nimi można porównać do gospodarowania małym miasteczkiem. Nowe projekty wciąż koncentrują się głównie w stolicy. Tylko w ciągu najbliższych pięciu lat może tu powstać nawet 19 takich obiektów, z których część będzie pełnić funkcje biurowe, ale także inne, w tym mieszkaniowe i hotelowe.Warszawa miastem wież. Tu znajduje się trzy czwarte wysokościowców

Za wysokościowiec uznaje się obiekt wyraźnie wyższy od typowej zabudowy miejskiej przeznaczony na funkcje biurowe, mieszkalne, hotelowe lub usługowe. W samej Warszawie od 2015 do 2026 roku powstało 16 wieżowców, które mają funkcję biurową oraz sześć z innym przeznaczeniem. Ich dynamiczny rozwój w Polsce istotnie wpłynął na strukturę rynku biurowego oraz sposób funkcjonowania organizacji. Choć budynki, których wysokość przekracza 70 metrów stanowią zaledwie 2,5 proc. ogółu biurowców w dziesięciu największych miastach kraju, odpowiadają za 11,5 proc. całej powierzchni biurowej.

Rozwój wieżowców w Polsce, a zwłaszcza w Warszawie, która skupia większość takich obiektów, jest efektem strategicznych decyzji inwestycyjnych oraz odpowiedzi rynku na rosnące wymagania międzynarodowych najemców. Symbolem tej transformacji są m.in. Varso Tower – najwyższy budynek w Unii Europejskiej, Warsaw Unit z ikoniczną falującą fasadą tzw. dragon skin i ruchomą platformą widokową usytuowaną na 46 poziomie, czy też oddawany wkrótce do użytku Upper One, wyróżniający się proekologicznymi rozwiązaniami i najwyższymi standardami w zakresie well-beingu. Projekty te potwierdzają, że wysokościowce pełnią dziś rolę flagowych aktywów w biurowych portfelach zagranicznych inwestorów – mówi Sebastian Biedrzycki, Senior Director, Head of Office Property Management and Landlord Services Poland w CBRE.

Powierzchnia najmu w wysokościowcach sięga nawet 70 tys. mkw., gdzie zazwyczaj w standardowym budynku biurowym jest to ok. 4 razy mniej. Na przykład warszawski Varso Tower, mógłby pomieścić w sobie prawie 3 tys. kawalerek. W praktyce oznacza to tysiące użytkowników dziennie oraz wielu najemców, często z jednym kluczowym, globalnym graczem, wokół którego budowana jest strategia zarządzania obiektem. Skala takich obiektów determinuje zastosowanie zaawansowanych technologii zarządzania budynkiem i bezpieczeństwa, a jednocześnie redefiniuje doświadczenie pracownika. Nowoczesny wieżowiec różni się od standardowego budynku biurowego nie tylko wysokością, lecz przede wszystkim poziomem integracji usług i systemów, standardem środowiska pracy oraz zakresem udogodnień dostępnych w jednym obiekcie.

Zarządzanie taką nieruchomością jest wyzwaniem, które można porównać z gospodarowaniem małym miastem – codziennie korzysta z niej nawet kilka tysięcy osób. Dla zapewnienia komfortu użytkowników kluczowe znaczenie mają precyzyjna koordynacja działań podmiotów odpowiedzialnych za funkcjonowanie budynku oraz indywidualnie dopasowany plan współpracy, komunikacji i angażowania najemców.

Więcej wieżowców na horyzoncie

Do 2031 r. w Polsce może powstać kolejnych 25 wysokościowców. Liderem pozostanie Warszawa, w której planowanych jest najwięcej wysokościowców (19). Osiem z nich to biurowce, dziewięć będzie pełnić funkcje mieszkaniowe, w tym najmu instytucjonalnego. W planach są również dwa wielofunkcyjne wieżowce. W Katowicach planowane są dwa obiekty o funkcji mieszkaniowej, podobnie jak w Łodzi – jeden przeznaczony na mieszkania, a drugi wielofunkcyjny. Wieżowiec o funkcji mieszkaniowej powstanie także w Gdyni.

Koniec rynku najemcy? Firmy muszą planować biura nawet z pięcioletnim wyprzedzeniem

Latami najemcy mogli zakładać, że jeśli nie znajdą odpowiedniego biura, rynek szybko podsunie im kolejną alternatywę. Dziś ta logika przestaje działać. Przy rekordowo niskiej aktywności deweloperów i kurczącej się podaży najlepszych powierzchni, decyzje trzeba podejmować wcześniej i często w warunkach dużej niepewności co do przyszłości biznesu. O tym, dlaczego intuicja przestaje wystarczać, a wybór biura staje się jedną z ważniejszych decyzji mówi Karol Wyka, Dyrektor Zarządzający Działu Powierzchni Biurowych w firmie Newmark Polska.

Jeszcze niedawno firmy planowały relokację dwa lata naprzód. Jak to się stało, że kilkanaście miesięcy później rynek biurowy działa na zupełnie innych zasadach?

Karol Wyka: Mamy do czynienia z historycznie niską aktywnością deweloperów. Nie „trochę niższą”, ale najniższą od kilkunastu lat. W Warszawie pod koniec pierwszego kwartału tego roku w budowie pozostawało niewiele ponad 115 tys. mkw., czyli prawie o 40 proc. mniej niż kwartał wcześniej, i o ponad 50 proc. mniej, licząc rok do roku. Jednocześnie w ciągu ostatnich 12 miesięcy rozpoczęto budowę jedynie jednego projektu AFI Tower, który odpowiada za ponad 43% powstającej powierzchni biurowej w stolicy.

To jest sytuacja bez precedensu, szczególnie że deweloperzy mają przygotowane projekty, zabezpieczone działki i ważne pozwolenia na budowę, ale z uruchomieniem inwestycji coraz częściej czekają na duże umowy przednajmu. Dlatego dwa lata to zdecydowanie za mało. W praktyce decyzję o nowej siedzibie trzeba podejmować nawet pięć lat wcześniej. Jeśli doliczymy do tego standardowy okres najmu, który zwykle wynosi 10 lat lub więcej, okaże się, że firmy planują swoje biura w perspektywie kolejnych 15 lat, czyli 2040 roku. A to oznacza konieczność przewidywania nie tylko własnego rozwoju, lecz także wpływu AI, zmian pokoleniowych czy nowych modeli pracy na funkcjonowanie organizacji.

Co sprawiło, że deweloperzy niemal jednocześnie zdjęli nogę z gazu?

Projekty biurowe przestały spinać się finansowo. Przed wybuchem konfliktu w Ukrainie, okresem wysokiej inflacji i gwałtownym wzrostem kosztu pieniądza stopy kapitalizacji dla najlepszych biurowców w stolicy wynosiły około 4-4,5 proc. Rynek inwestycyjny był płynny, a inwestorzy kupowali budynki po wysokich cenach.

Później nałożyło się na siebie kilka niekorzystnych zjawisk: pogorszenie sytuacji geopolitycznej, drogie finansowanie, wzrost kosztów budowy oraz chwilowe zamrożenie rynku inwestycyjnego. Dlatego dziś mówimy już o yieldach na poziomie 6-6,5 proc. w Warszawie, co dla właścicieli oznacza często kilkadziesiąt milionów euro różnicy w wycenie tego samego budynku. Deweloperzy nie stracili wiary w rynek, ale nowe projekty uruchamiają znacznie ostrożniej, najczęściej dopiero po zabezpieczeniu dużego przednajmu.

Ale firmy nie mogą czekać. Potrzebują biur tu i teraz

I właśnie dlatego kończy się rynek najemcy. Przez lata firmy były przyzwyczajone, że zawsze znajdzie się alternatywa: nowy budynek, kolejny projekt, wolna powierzchnia w dobrej lokalizacji. Dziś sytuacja wygląda inaczej. Na pierwszy rzut oka dane mogą wydawać się komfortowe – współczynnik pustostanów w stolicy wynosi blisko 10 proc., ale w Centralnym Obszarze Biznesu i nowoczesnych biurowcach oddanych po 2020 roku dostępność biur jest bliska zeru. Jednocześnie część starszych lokalizacji, takich jak Służewiec Przemysłowy czy rejon ul. Żwirki i Wigury, przechodzi transformację. Niektóre budynki wrócą na rynek po modernizacji, ale część zostanie wyburzona, co jeszcze bardziej ograniczy podaż dostępnych biur.

Aktywność deweloperów w regionach jest jeszcze niższa?

Powiedziałbym, że minimalna. Na wszystkich rynkach regionalnych aktualnie w budowie znajduje się 16 budynków biurowych, z czego tylko w czterech zaplanowano powierzchnię powyżej 10 tys. mkw. To bardzo małe inwestycje – żeby to zobrazować, wspomnę, że jeszcze niedawno o średnim biurowcu mówiliśmy, gdy miał ok. 20 tys. mkw.

W efekcie całkowity wolumen nowej podaży w regionach w tym roku nie przekroczy 100 tys. mkw., co będzie drugim, po 2025 roku (20,5 tys. mkw.), najniższym wynikiem od prawie dwóch dekad. W niektórych miastach z dużym potencjałem, jak np. Wrocław, nie powstaje dziś żaden nowy budynek. Największą aktywność deweloperów w ostatnich miesiącach obserwowaliśmy natomiast w Poznaniu i Krakowie.

Niektórzy najemcy wstrzymują decyzje, licząc na korektę czynszów. Mają na to szansę?

Czynsze rosną praktycznie z miesiąca na miesiąc. W Warszawie stawki zaczynające się od „trójki” w najlepszych lokalizacjach przestają już kogokolwiek dziwić. W obecnym cyklu rynkowym niestety nie widzę przesłanek, które mogłyby doprowadzić do spadku czynszów. Jeśli popyt pozostaje wysoki, a nowej podaży praktycznie nie ma, rynek reaguje w przewidywalny sposób. To oznacza nie tylko wyższe stawki, ale również coraz mniejszy wybór dostępnych powierzchni i słabszą pozycję negocjacyjną najemców.

Początek formularza

Dół formularza

Jak w takich warunkach zmienia się rola doradcy reprezentującego najemcę?

Dzisiaj doradztwo biurowe to znacznie więcej niż wskazanie kilku dostępnych budynków. Coraz częściej chodzi o zarządzanie czasem, ryzykiem i elastycznością biznesu. Jeśli firma rozpoczyna proces zbyt późno i nie ma realnej alternatywy dla obecnej lokalizacji, jej pozycja negocjacyjna wyraźnie słabnie.

Dlatego tak istotne jest odpowiednio wczesne przygotowanie strategii. Nie chodzi wyłącznie o wybór konkretnego biura, ale także o zabezpieczenie w umowie rozwiązań, które pozwolą najemcy reagować na zmiany. Mowa między innymi o prawie do ekspansji, możliwości zwrotu części powierzchni czy wcześniejszego zakończenia najmu w określonych sytuacjach. Zadbanie o tego typu zapisy często decyduje o komforcie funkcjonowania firmy w kolejnych latach.

Wspomniałem już wcześniej, że na rynku dominują dziś 10-letnie umowy najmu, co utrudnia przewidzenie, jak organizacja będzie funkcjonować w tak długiej perspektywie. Dlatego elastyczność zapisów umownych staje się równie istotna, jak lokalizacja czy wysokość czynszu.

Czy w ogóle da się dziś zaprojektować biuro, które będzie odpowiadało potrzebom firmy w przyszłości?

To jedno z najważniejszych wyzwań, przed którymi stoją dziś najemcy i doradcy. Właśnie dlatego coraz większego znaczenia nabiera workplace strategy, czyli podejście polegające na przewidywaniu, w oparciu o dane, w jaki sposób organizacja będzie korzystała z biura.

W tym procesie rola doradcy nie polega na podejmowaniu decyzji za klienta, lecz na dostarczaniu mu możliwie pełnych informacji, które pozwalają podjąć świadomą decyzję. Pewne jest jedno – odchodzimy od projektowania biur opartego wyłącznie na intuicji czy indywidualnych preferencjach zarządu. Analizujemy sposób funkcjonowania organizacji, przepływ pracowników między zespołami, model współpracy działów, miejsca zamieszkania pracowników, a także potrzeby wynikające z różnic pokoleniowych i specyfiki konkretnych funkcji. Dzięki temu udaje się nam stworzyć przestrzeń, która odpowiada realnym potrzebom firmy teraz, ale również w kolejnych latach.

Czy firmy są już gotowe, żeby patrzeć na biuro w tak strategiczny sposób?

Coraz bardziej, choć wielu menedżerów prowadziło ostatnie procesy relokacji 5-10 lat temu, gdy rynek wyglądał zupełnie inaczej, a część doświadczeń z tamtego okresu straciła już na aktualności. Długoterminowy najem to decyzje warte miliony złotych, które wpływają na organizację przez dekadę albo dłużej. Dlatego rośnie znaczenie rzetelnych analiz, a wraz z nim profesjonalnego doradztwa.

Czy dziś decyzja o biurze należy do najważniejszych decyzji biznesowych firmy?

Tak i to chyba najlepiej podsumowuje obecną zmianę. Dobre biuro może wspierać rozwój organizacji, przyciąganie i utrzymanie talentów, współpracę między zespołami, a nawet realizację strategicznych zmian. Źle zaprojektowana lub przeprowadzona relokacja będzie tylko bardzo drogim kosztem. Dlatego doświadczenie i odpowiednie przygotowanie procesu mają tak duże znaczenie. Dziś najdroższym błędem nie jest wynajęcie zbyt drogiego biura. Najdroższy jest wybór biura, które za kilka lat przestanie odpowiadać potrzebom organizacji.

Japonia wraca do stóp z lat 90. Symboliczny koniec pewnej epoki

Japonia właśnie wraca ze stopami procentowymi na poziomy obserwowane ostatnio w połowie lat 90. Tym samym kończy się epoka ultraluźnej polityki pieniężnej tego kraju. Australijczycy stóp nie podnieśli, ale za to uważnie patrzą w kierunku Chin, skąd napływają ambiwalentne odczyty. Do tego wszystkiego Kanada organizuje nie tylko mundial, ale również szczyt G-7.

Zawsze pod prąd

Wtorkowa sesja upływa pod znakiem decyzji Banku Japonii, który podniósł stopy procentowe do najwyższego poziomu od połowy lat 90. (stopa referencyjna wynosi od dzisiaj 1,00%). Sama skala ruchu nie była dla rynku zaskoczeniem, jednak jego symboliczne znaczenie jest większe, niż mogłoby się wydawać. Przez ponad dwie dekady Japonia funkcjonowała w świecie zerowych (bądź ujemnych) stóp procentowych, walcząc nie z inflacją, lecz z deflacją i słabym wzrostem gospodarczym. To właśnie wtedy jen stał się podstawową walutą finansującą globalny carry trade, a część inwestorów uzależniła się od darmowego pieniądza. Dziś ten obraz stopniowo odchodzi do historii. Utrzymująca się inflacja, mocny wzrost płac oraz presja wynikająca ze słabego jena sprawiają, że Bank Japonii kontynuuje proces normalizacji polityki pieniężnej. Paradoks polega na tym, że dzieje się to w momencie, gdy większość dużych banków centralnych zastanawia się już nie nad kolejnymi podwyżkami, lecz nad terminem powrotu do obniżek stóp procentowych. Jeszcze kilka lat temu taki układ sił wydawałby się trudny do wyobrażenia.

Bez fajerwerków, ale nie bez znaczenia

Drugim ważnym wydarzeniem dnia jest posiedzenie Banku Rezerw Australii, który zgodnie z oczekiwaniami pozostawił stopy procentowe bez zmian. Sama decyzja nie wywołała większej reakcji rynku, jednak inwestorzy uważnie analizowali ton komunikatu w poszukiwaniu wskazówek dotyczących nadchodzących miesięcy. RBA nadal podkreśla, że inflacja pozostaje zbyt wysoka, ale jednocześnie dostrzega oznaki stopniowego schładzania gospodarki. W podobnym kierunku płyną dane z Chin, które tradycyjnie mają duże znaczenie dla australijskiej gospodarki. Produkcja przemysłowa okazała się nieco mocniejsza od oczekiwań, jednak sprzedaż detaliczna ponownie rozczarowała, pokazując, że chiński konsument nadal nie odzyskał dawnej siły. W Europie warto zwrócić uwagę na niemiecki ZEW, który zupełnie zaskoczył analityków – z głębokiego minusa wyszliśmy na dość pokaźny plus. Rynek spodziewał się poprawy sentymentu, ale nikt raczej nie zakładał przejścia na pozytywną stronę szali. Krajowi inwestorzy będą natomiast czekać na publikację inflacji bazowej, która może dostarczyć kolejnych argumentów zarówno zwolennikom, jak i przeciwnikom dalszego łagodzenia polityki pieniężnej przez Narodowy Bank Polski.

Polityczny mundial

W cieniu decyzji banków centralnych trwa również szczyt państw G7 w Kanadzie, choć na razie trudno mówić o wydarzeniu, które mogłoby wywołać przełom na rynkach finansowych. W centrum rozmów znajdują się przede wszystkim sytuacja na Bliskim Wschodzie, bezpieczeństwo energetyczne oraz napięcia handlowe pomiędzy największymi gospodarkami świata. Szczególną uwagę przyciąga postawa Stanów Zjednoczonych, które próbują wykorzystać niedawne porozumienie z Iranem jako argument za stabilizacją sytuacji w regionie. Jednocześnie przywódcy starają się wypracować wspólne stanowisko wobec Chin, choć już pierwsze komentarze medialne wskazują, że osiągnięcie jedności w tej kwestii nie będzie łatwe. Analitycy zwracają uwagę, że tegoroczny szczyt ma przede wszystkim charakter polityczny i symboliczny, a nie gospodarczy. Mimo to inwestorzy będą uważnie śledzić końcowy komunikat, szukając sygnałów dotyczących przyszłości globalnego handlu, bezpieczeństwa dostaw surowców oraz potencjalnej współpracy największych gospodarek w obliczu rosnącej niepewności geopolitycznej.

Jako że w komentarzu walutowym nie może zabraknąć kursów – dziś obserwujemy dalszy powiew optymizmu, na którym korzysta złoty. Euro dziś tanieje o cały grosz, schodząc do poziomu 4,24 zł, jeszcze mocniejszy ruch obserwujemy względem dolara, który tanieje o dwa grosze do pułapu 3,655 zł. Jest to po części efekt wydarzeń na głównej parze walutowej globu, która dzisiaj pnie się w górę, przekraczając granicę 1,16$.

KNF zatwierdziła Prospekt ROBYG S.A. Rusza Oferta Publiczna Akcji

Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) zatwierdziła Prospekt ROBYG S.A. („ROBYG”, „Spółka”, a łącznie ze swoimi spółkami zależnymi „Grupa” lub „Grupa ROBYG”), w związku z planowaną Ofertą publiczną („IPO” lub „Oferta”). Spółka ubiega się o dopuszczenie i wprowadzenie akcji do obrotu na głównym rynku GPW. Zapisy dla inwestorów indywidualnych oraz proces budowy księgi popytu wśród inwestorów instytucjonalnych rozpoczną się jutro i będą prowadzone do 23 czerwca. Cenę maksymalną akcji ustalono na poziomie 36,00 PLN za akcję.

„Planowany debiut giełdowy stanowi ważny i naturalny etap rozwoju Grupy, który naszym zdaniem wzmocni pozycję rynkową ROBYG oraz wesprze dalszą ekspansję działalności, otwierając przed nami jeszcze większe możliwości dostarczania klientom wysokiej jakości lokali. Wierzę, że jako spółka posiadająca doświadczenie w funkcjonowaniu na rynku publicznym będziemy w stanie efektywnie wykorzystać pozyskany kapitał i kontynuować tworzenie wartości dla naszych akcjonariuszy.” – komentuje Eyal Keltsh, Prezes Zarządu ROBYG.

„Jako jeden z wiodących deweloperów mieszkaniowych w Polsce, obecny na rynku od 26 lat, posiadamy dogłębną znajomość polskiego rynku nieruchomości. Naszą pozycję rynkową potwierdzają zarówno dotychczasowe osiągnięcia, obejmujące m.in. około 38 tys. zakontraktowanych lokali oraz bank ziemi pozwalający na realizację około 18 tys. Lokali, jak i wysoka jakość realizowanych projektów oraz zaufanie klientów. Potwierdza je fakt, że znacząca część naszej sprzedaży pochodzi od klientów powracających lub pozyskanych dzięki rekomendacjom. Jesteśmy rozpoznawalną i cieszącą się zaufaniem spółką, opartą na solidnych fundamentach i dysponującą znaczącym potencjałem dalszego wzrostu oraz rozwoju.” – powiedział Oscar Kazanelson, Przewodniczący Rady Nadzorczej ROBYG.

Oferta obejmuje sprzedaż części istniejących akcji posiadanych przez akcjonariusza Spółki – TAG Beteiligungs- und Immobilienverwaltungs GmbH („Akcjonariusz Sprzedający”), będącego w całości własnością TAG Immobilien AG, który bezpośrednio posiada około 96,4 mln akcji reprezentujących 100% kapitału zakładowego Spółki. Akcjonariusz Sprzedający oferuje do 25 mln akcji. W ramach Oferty Spółka oferuje również do 9,6 mln nowo wyemitowanych akcji („Nowe Akcje”). Wpływy brutto z emisji nowych akcji wyniosą około 345 mln PLN. Po przeprowadzeniu IPO TAG Beteiligungs- und Immobilienverwaltungs GmbH pozostanie akcjonariuszem większościowym ROBYG.

Równolegle z Ofertą Spółka wyemituje około 2,4 mln zwykłych akcji imiennych serii C, które zostaną zaoferowane wybranym kluczowym menedżerom Grupy, członkom zarządu Spółki oraz przewodniczącemu rady nadzorczej Spółki. Złożenie oferty objęcia Akcji Serii C uprawnionym osobom będzie uzależnione od dojścia Oferty do skutku i nastąpi nie wcześniej niż w dniu ustalenia ceny. Liczba Akcji Serii C przydzielonych do objęcia przez każdą uprawnioną osobę zostanie ustalona indywidualnie. Przy założeniu, że cena emisyjna Akcji Serii C będzie równa cenie emisyjnej Nowych Akcji oferowanych w ramach Oferty, pomniejszonej o 10%, łączna wartość wpłat dokonanych przez uprawnione osoby wyniesie około 78,1 mln PLN. Środki te zostaną przez Spółkę przeznaczone na te same cele co wpływy z Oferty. Przewiduje się, że wybrani kluczowi menedżerowie Grupy, członkowie zarządu Spółki oraz przewodniczący rady nadzorczej, którzy obejmą akcje serii C, zobowiążą się do nieofertowania i niesprzedawania tych akcji przez okres 18 miesięcy od daty pierwszego dnia notowań akcji Spółki (lock-up).

ROBYG zakłada, że wpływy brutto z emisji nowych akcji wyniosą około 400 mln PLN i zostaną przeznaczone na dalszy rozwój działalności, w szczególności na powiększenie banku ziemi.

Oferta jest skierowana do inwestorów indywidualnych i instytucjonalnych w Polsce, a także do wybranych zagranicznych inwestorów instytucjonalnych poza terytorium Stanów Zjednoczonych Ameryki i Polski, w każdym przypadku zgodnie z Regulacją S na podstawie amerykańskiej Ustawy o Papierach Wartościowych („Amerykańska Ustawa o Papierach Wartościowych”), oraz do kwalifikowanych nabywców instytucjonalnych (QIB) w Stanach Zjednoczonych w oparciu o przepis Rule 144A.

Zamiarem Spółki, Akcjonariusza Sprzedającego oraz Globalnych Współkoordynatorów jest, aby do 10% łącznej liczby akcji oferowanych ostatecznie w Ofercie zostało przydzielonych inwestorom indywidualnym.

Akcjonariusz Sprzedający zobowiąże się do nieofertowania i niesprzedawania akcji Spółki, z zastrzeżeniem zwyczajowych wyjątków, przez okres dwóch lat od daty pierwszego dnia notowań akcji Spółki (lock-up). Spółka zobowiąże się do tego samego przez okres 365 dni od daty pierwszego dnia notowań akcji Spółki.

Cenę maksymalną akcji ustalono na poziomie 36,00 PLN za akcję.

Spółka zamierza ubiegać się o dopuszczenie i wprowadzenie do obrotu na rynku regulowanym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie wszystkich 96,5 mln istniejących akcji Spółki, do 9,6 mln nowo emitowanych akcji Spółki („Nowe Akcje”) oraz do 9,6 mln praw do Nowych Akcji („PDA”).

Erste Group Bank AG, Goldman Sachs Bank Europe SE oraz mBank S.A. pełnią funkcję Globalnych Współkoordynatorów i Współprowadzących Księgę Popytu. WOOD & Company Financial Services, a.s. Spółka Akcyjna, Oddział w Polsce pełni funkcję Współprowadzącego Księgę Popytu.

mBank S.A. pełni ponadto rolę firmy inwestycyjnej, a Erste Securities Polska S.A. pełni rolę agenta współoferującego w ramach Oferty. Baader Bank Aktiengesellschaft pełni rolę współmenedżera, a mInvestment Banking S.A. pełni rolę doradcy finansowego.

VICTORIAPARTNERS GmbH pełni funkcję doradcy w procesie IPO. InnerValue pełni funkcję doradcy PR.

Urlop właściciela firmy jako test organizacji. Wakacje pokażą, czy biznes działa bez szefa

Dla wielu właścicieli firm wakacje to najbardziej stresujący okres w roku. Z jednej strony marzą o odpoczynku, z drugiej obawiają się, że po kilku dniach bez telefonu wszystko zacznie się sypać. Klienci będą czekać na decyzje, zespół utknie z problemami, a skrzynka mailowa zamieni się w pole minowe. Tymczasem – jak przekonuje Iwona Borawska, founderka i CEO The Process® oraz autorka podcastu „O skalowaniu” – właśnie wakacje są jednym z najlepszych momentów na uporządkowanie firmy i przygotowanie jej do dalszego rozwoju.

– „Jeżeli właściciel nie może wyjechać na dwa tygodnie bez ciągłego odbierania telefonów, to problemem nie są wakacje. Problemem jest sposób, w jaki działa firma przez pozostałe jedenaście miesięcy w roku” – mówi ekspertka. 

Urlop właściciela jako test organizacji

Według badań Gallupa przeciętny właściciel małej firmy pracuje nawet o 50 proc. więcej niż jego pracownicy. Wielu przedsiębiorców przez lata buduje organizacje, które są skuteczne tylko wtedy, gdy sami znajdują się w centrum wszystkich decyzji.

– „Właściciel często staje się działem sprzedaży, marketingu, HR-u, obsługi klienta i kontroli jakości w jednej osobie. Dopóki firma jest mała, to działa. Ale kiedy zaczyna rosnąć, taki model staje się największym ograniczeniem rozwoju” – tłumaczy Iwona Borawska. Dlatego okres wakacyjny może pełnić funkcję swoistego audytu. Jeśli każda nieobecność właściciela powoduje chaos, oznacza to, że procesy wymagają uporządkowania. – „Nie pytajmy, czy firma poradzi sobie bez właściciela przez dwa tygodnie. Pytajmy, dlaczego nie radzi sobie przez dwa dni” – dodaje. 

Wakacje to nie przestój. To czas na porządki

Wielu przedsiębiorców traktuje lato jako sezon spowolnienia. Tymczasem część firm właśnie wtedy ma szansę przeprowadzić zmiany, na które brakuje czasu w najbardziej intensywnych miesiącach roku.

– „Kiedy rynek zwalnia, pojawia się przestrzeń na rzeczy ważne, ale niepilne. A to właśnie one najczęściej decydują o tym, czy firma będzie rosła za rok, dwa czy pięć lat” – mówi Iwona Borawska.

Do takich działań należą między innymi:

  • uporządkowanie procesów sprzedażowych,
  • aktualizacja procedur i standardów pracy,
  • analiza rentowności klientów,
  • uporządkowanie struktury organizacyjnej,
  • wdrożenie narzędzi automatyzujących powtarzalne zadania,
  • przygotowanie planów rozwoju na kolejne miesiące.

– „Największym błędem jest czekanie na idealny moment. W biznesie taki moment praktycznie nie istnieje. Dlatego wakacje często okazują się najlepszym czasem na wdrażanie zmian” – podkreśla. 

Firma nie może być zakładnikiem jednej osoby

Jednym z najczęstszych problemów rozwijających się przedsiębiorstw jest nadmierna zależność od właściciela. Klienci chcą rozmawiać wyłącznie z nim, pracownicy pytają go o każdą decyzję, a najważniejsza wiedza istnieje wyłącznie w jego głowie. – „Jeżeli jedyną osobą, która wie, jak coś zrobić, jest właściciel, to nie mamy procesu. Mamy ryzyko” – mówi przedstawicielka The Process.

Dlatego przed wakacjami warto odpowiedzieć sobie na kilka prostych pytań:

  • Kto podejmuje decyzje podczas mojej nieobecności?
  • Czy zespół zna swoje kompetencje i odpowiedzialności?
  • Czy kluczowe procedury są spisane?
  • Czy każdy wie, do kogo zwrócić się w konkretnej sprawie?

– „Firmy często szukają skomplikowanych rozwiązań, a zaczynają od złego końca. Najpierw trzeba uporządkować podstawy” – dodaje ekspertka. 

Delegowanie nie oznacza utraty kontroli

Jednym z największych wyzwań właścicieli jest oddawanie odpowiedzialności. – „Przedsiębiorcy często mówią: szybciej zrobię to sam. I zazwyczaj mają rację. Tylko że jeśli zawsze będą robić wszystko sami, nigdy nie stworzą organizacji zdolnej do wzrostu” – zauważa Iwona Borawska.

Zdaniem ekspertki delegowanie nie polega na przekazywaniu pojedynczych zadań, ale na budowaniu odpowiedzialności w organizacji. – „Prawdziwe delegowanie zaczyna się wtedy, gdy przekazujesz nie tylko zadanie, ale również prawo do podejmowania decyzji” – tłumaczy.

Jesień wygrywa się latem

Choć wakacje kojarzą się z odpoczynkiem, dla wielu firm są również okresem przygotowań do najbardziej intensywnej części roku. – „Wrzesień jest dla biznesu trochę jak styczeń. Wiele projektów rusza właśnie wtedy. Dlatego firmy, które wykorzystają lato na uporządkowanie procesów i planowanie działań, często zaczynają jesień kilka kroków przed konkurencją” – mówi ekspertka i podkreśla, że przewaga konkurencyjna rzadko wynika wyłącznie z lepszego produktu. – „Najczęściej wygrywają firmy lepiej zorganizowane. Takie, które potrafią działać szybko, podejmować decyzje i skutecznie realizować plany” – dodaje. 

Odpoczynek też jest strategią

Zdaniem Iwony Borawskiej jednym z najczęściej ignorowanych elementów rozwoju firmy jest regeneracja właściciela. – „Zmęczony przedsiębiorca podejmuje gorsze decyzje. Dlatego odpoczynek nie jest nagrodą za ciężką pracę. Jest częścią odpowiedzialnego zarządzania firmą” – mówi. Paradoksalnie właśnie wakacje mogą pokazać, czy organizacja jest gotowa na dalszy rozwój. – „Dobrze zorganizowana firma pozwala właścicielowi odpocząć. A jeśli nie pozwala, to daje bardzo cenną informację, nad czym trzeba pracować po powrocie” – podsumowuje Iwona Borawska.

Wakacje nie muszą być sezonem ogórkowym. Mogą stać się momentem, w którym firma porządkuje procesy, wzmacnia zespół i przygotowuje się na kolejne etapy rozwoju. A wtedy po urlopie wraca się
nie do zaległości, ale do organizacji, która działa sprawniej niż przed wyjazdem.

Modernizować, przekształcać czy wyburzać? Stare biurowce i galerie handlowe pod presją

0

Według najnowszego raportu firmy doradczej Colliers „Ostatnia szansa starzejących się nieruchomości – modernizować, przekształcać czy wyburzać?” na rynkach biurowych największych polskich miast budynki dojrzałe i starsze stanowią już od 40% do nawet 77% zasobów, a co trzeci nowoczesny obiekt handlowy ma ponad 20 lat. Oznacza to, że znacząca część istniejących zasobów wymaga modernizacji lub gruntownej transformacji, aby sprostać rosnącym wymaganiom najemców i inwestorów.

Raport pokazuje skalę wyzwań stojących przed właścicielami budynków biurowych i handlowych, które – ze względu na wiek, standard techniczny oraz zmieniające się oczekiwania najemców – tracą konkurencyjność. Starsze budynki często borykają się z wyższym poziomem pustostanów i presją na obniżki czynszów. Jednocześnie rosną koszty ich utrzymania, a dostęp do finansowania staje się bardziej ograniczony, zwłaszcza bez jasno określonej strategii transformacji.

Skala zmian na rynku

Od 2020 r. z warszawskiego rynku wycofano ponad 500 tys. mkw. powierzchni biurowej w 52 budynkach, a kolejne 222,6 tys. mkw. zniknęło z rynków regionalnych. Jak podaje Colliers, rekordowy pod tym względem był 2025 r., kiedy tylko w Warszawie wyłączono z użytkowania 165,8 tys. mkw. biur w 17 budynkach. Co więcej, już w 2023 r. stołeczny rynek po raz pierwszy w historii zaczął się kurczyć – wycofano ponad 84 tys. mkw. powierzchni, podczas gdy deweloperzy dostarczyli 61 tys. mkw. nowych biur.

– Polski rynek biurowy w ostatnich latach przechodzi istotne zmiany strukturalne, wynikające zarówno z ewolucji modelu pracy, jak i rosnących wymagań regulacyjnych oraz jakościowych. Obecnie obserwujemy rosnącą polaryzację rynku – nowoczesne, dobrze zlokalizowane obiekty utrzymują wysoki popyt, podczas gdy starsze budynki, zwłaszcza te zlokalizowane poza centrum,  mierzą się z rosnącą presją pustostanów oraz koniecznością dostosowań technicznych i funkcjonalnych. Dla właścicieli nieruchomości oznacza to konieczność podjęcia strategicznych decyzji dotyczących modernizacji, zmiany funkcji lub nawet wyburzenia aktywa. W najbliższych latach to właśnie sposób zarządzania dojrzałym i starszym zasobem, a nie skala nowej podaży, będzie jednym z głównych czynników kształtujących rynek biurowy w Polsce – mówi Dominika Jędrak, dyrektor działu Market Insights w Colliers.

Struktura wiekowa zasobów biurowych coraz wyraźniej różnicuje sytuację poszczególnych rynków. W Warszawie już 28% zasobu stanowią obiekty starsze niż 21 lat, a 64% powierzchni biurowej znajduje się w budynkach mających ponad 10 lat. Podobny proces obserwujemy na rynkach regionalnych – w Szczecinie budynki dojrzałe i starsze odpowiadają za 77% zasobów, a w Poznaniu za 58%. Coraz wyraźniej widać również wpływ wieku budynków na ich wyniki rynkowe, zwłaszcza w strefach pozacentralnych, gdzie wskaźnik pustostanów w budynkach mających 11–20 lat sięga już 14,2%, natomiast we Wrocławiu w najstarszych obiektach osiąga nawet 34%.

Trzy scenariusze „drugiego życia” budynku

Właściciele starszych nieruchomości coraz częściej stają przed wyborem jednej z trzech ścieżek „drugiego życia” budynku: modernizacji, konwersji lub wyburzenia i ponownej zabudowy. Najmniej inwazyjnym rozwiązaniem pozostaje modernizacja. Tego typu projekty pozwalają utrzymać funkcję biurową obiektu, poprawić efektywność energetyczną, podnieść standard techniczny oraz zwiększyć czynsze nawet o 10–25%, jednak ich opłacalność uzależniona jest od lokalizacji obiektu i poziomu stawek czynszowych.

Coraz większe znaczenie zyskują również konwersje biurowców, czyli zmiana funkcji budynku na mieszkaniową, akademikową lub hotelową. Najczęściej dotyczą one projektów mieszkaniowych, które odpowiadają za ok. 55% analizowanych przez Colliers transformacji, podczas gdy akademiki stanowią 13%, a hotele 9%. Choć proces ten wymaga znacznie większych nakładów kapitałowych oraz dłuższego horyzontu realizacji, może generować stopy zwrotu z inwestycji na poziomie 10–16%. Jednocześnie umożliwia uwolnienie wartości aktywów w lokalizacjach tracących atrakcyjność biurową oraz lepsze dopasowanie funkcji budynku do zmieniającej się struktury popytu.

Najbardziej radykalnym scenariuszem pozostaje wyburzenie, opłacalne głównie tam, gdzie możliwe jest istotne zwiększenie powierzchni użytkowej nowej inwestycji. To rozwiązanie wiąże się z najwyższym ryzykiem oraz najdłuższym okresem bez przychodów, ale jednocześnie daje inwestorom pełną swobodę projektową i potencjał osiągnięcia stóp zwrotu z inwestycji sięgających 12–20%.

Konwersje napędzane luką mieszkaniową i akademikową

Rosnące zainteresowanie konwersjami wynika w dużej mierze z realnych luk podażowych w innych segmentach rynku nieruchomości. Szczególnie widoczne jest to w sektorze akademików – przy blisko 1,3 mln studentów w Polsce prywatny rynek PBSA oferuje zaledwie kilkanaście tysięcy miejsc, co pokazuje skalę niezaspokojonego popytu.

– Konwersja starszego biurowca na funkcję mieszkaniową może być procesem nawet o ponad połowę szybszym niż realizacja nowej inwestycji od podstaw, co istotnie skraca czas wejścia projektu na rynek. Temu rozwiązaniu sprzyjają także zmieniające się warunki ekonomiczne – spadek wartości starszych biurowców, wzrost cen mieszkań oraz dynamiczne dojrzewanie rynku PRS. W efekcie coraz więcej właścicieli i inwestorów postrzega konwersję nie jako alternatywę, lecz jako racjonalny sposób odbudowy wartości aktywa i dostosowania go do aktualnych potrzeb rynku – mówi Paweł Szafarczyk, dyrektor, Colliers Define.

Przykłady z rynku

Przykłady z polskiego rynku pokazują, że zarówno modernizacja, jak i konwersja mogą skutecznie przywracać starszym budynkom konkurencyjność i nową wartość rynkową. Jednym z projektów modernizacyjnych przeprowadzonych w ostatnim czasie jest warszawski
V Tower, dawniej Warta Tower, gdzie zamiast wyburzenia zdecydowano się na kompleksową rewitalizację istniejącej struktury budynku.

Rewitalizacja V Tower to pełna transformacja technologiczna, obejmująca większość instalacji budynkowych – w tym wind, wentylacji i klimatyzacji – oraz instalacji sanitarnych po oświetlenie LED z czujnikami ruchu. Po modernizacji oczekiwane jest ograniczenie emisji operacyjnych CO2 o ponad 40% oraz redukcja zużycia energii pierwotnej o ok. 31%.

– Największym wyzwaniem przy tym projekcie była praca na istniejącej strukturze budynku. Modernizacja wymagała bardzo precyzyjnego podejścia do wymiany kluczowych systemów technicznych bez ingerencji w konstrukcję. Jej zachowanie, podobnie jak elewacji, pozwoliło dodatkowo zminimalizować wpływ prac na środowisko – w przypadku wyburzenia i budowy od zera do atmosfery trafiłoby ponad 27 tysięcy ton CO, czyli tyle, ile generuje kilka tysięcy samochodów osobowych rocznie – wyjaśnia Bartosz Jankowski, partner, dyrektor Colliers Define.

Z kolei przykład SHED Sky Living, powstałego w miejsce części kompleksu Lipowy Office Park, pokazuje potencjał konwersji starszych biurowców na funkcje mieszkaniowe dla studentów i młodych profesjonalistów. W ramach projektu dwa budynki biurowe przekształcono w 582 pokoje dla 733 mieszkańców, a cały proces trwał zaledwie 11 miesięcy. Inwestycja pozwoliła nie tylko skrócić czas realizacji względem budowy od podstaw, ale również ograniczyć skalę odpadów i emisji CO2 dzięki wykorzystaniu części istniejącej infrastruktury i elementów technicznych budynków.

ESG i regulacje wzmacniają presję na modernizację

Wymiar środowiskowy jest dziś jednym z ważnych argumentów przemawiających za modernizacją i ponownym wykorzystaniem starszych budynków zamiast ich wyburzania. Emisje związane z realizacją nowego obiektu mogą być nawet o 40–80% wyższe niż w przypadku głębokiej modernizacji istniejącej nieruchomości. Coraz większe znaczenie ma więc zachowanie już istniejącej substancji budowlanej, szczególnie konstrukcji żelbetowych, których odtworzenie generuje wysokie emisje CO2. Presję na modernizację dodatkowo wzmacniają regulacje unijne. Dyrektywa EPBD będzie zobowiązywać państwa członkowskie do poprawy efektywności energetycznej 16% najniżej ocenianych w tym zakresie budynków niemieszkalnych do 2030 r. oraz kolejnych 10% do 2033 r., co oznacza, że w ciągu najbliższych lat renowację będzie musiał przejść co czwarty tego typu obiekt w Unii Europejskiej.

Co z obiektami handlowymi?

Podobne procesy coraz wyraźniej dotyczą również rynku handlowego, który wchodzi dziś w analogiczną fazę dojrzałości. Spośród blisko 14 mln mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce aż 4,5 mln mkw. stanowią obiekty mające ponad 20 lat. Dla wielu centrów handlowych oznacza to konieczność redefinicji swojej funkcji i pozycji rynkowej w odpowiedzi na zmieniające się oczekiwania konsumentów, rozwój e-commerce oraz rosnące wymagania środowiskowe. W efekcie właściciele coraz częściej decydują się nie tylko na rekomercjalizację i modernizację obiektów, ale również częściowe wyburzenia, przebudowy czy całkowitą zmianę funkcji nieruchomości. Na rynku pojawiają się już przykłady całkowitych rozbiórek starszych galerii handlowych, jak Galeria Plaza w Krakowie, Malta w Poznaniu czy Arkady Wrocławskie, ale także rozszerzenie funkcji o komponent biurowy – jak w przypadku Placu Unii w Warszawie, Renomy we Wrocławiu czy katowickiego Supersamu.

Podobne wyzwania w całym regionie CEE

Podobne procesy obserwowane są w regionie Europy Środkowo‑Wschodniej, gdzie rynki biurowe również wchodzą w fazę dojrzałości. W większości stolic CEE rośnie udział starszych budynków, a jednocześnie ograniczana jest nowa podaż, co prowadzi do wyraźnej polaryzacji rynku. Najemcy coraz częściej wybierają nowoczesne, energooszczędne biura, podczas gdy starsze obiekty notują wyższe poziomy pustostanów i wymagają kosztownych modernizacji lub zmiany funkcji. Jednocześnie, podobnie jak w Polsce, rośnie znaczenie konwersji – szczególnie na cele mieszkaniowe i PRS – co wynika z niedoborów lokalowych w największych miastach regionu oraz zmieniającej się struktury popytu. W efekcie transformacja istniejących zasobów staje się jednym z kluczowych trendów kształtujących rynek nieruchomości biurowych w całym CEE.

Rynek w punkcie zwrotnym

Eksperci Colliers podkreślają, że najbliższe lata będą okresem intensywnych zmian i redefinicji rynku nieruchomości.

Właściciele, którzy odpowiednio wcześnie podejmą decyzje transformacyjne, mogą nie tylko ochronić wartość swoich aktywów, ale również zbudować przewagę konkurencyjną – podsumowuje Bartosz Jankowski z Colliers Define.

Inflacja bazowa w maju zgodna z prognozami. Stabilizacja stóp coraz bardziej prawdopodobna

Inflacja bazowa – po wyłączeniu cen żywności i energii – wyniosła w maju 2026 roku 3,1 proc. w ujęciu rocznym. Odczyt okazał się zgodny z rynkowymi prognozami.

To właśnie inflacja bazowa jest jednym z najważniejszych wskaźników obserwowanych przez bank centralny. Pozwala ona lepiej ocenić trwałe procesy inflacyjne zachodzące w gospodarce, ponieważ eliminuje wpływ czynników zewnętrznych i przejściowych, takich jak wahania cen surowców energetycznych czy żywności. W obecnych warunkach ma to szczególne znaczenie, gdyż ceny energii pozostają pod wpływem konfliktu na Bliskim Wschodzie.

Ostatnie wypowiedzi Prezesa NBP oraz niektórych członków Rady Polityki Pieniężnej wskazują obecnie na scenariusz stabilizacji stóp procentowych w najbliższych kwartałach.

Dzień Praw Osób Starszych. Ochrona, która zaczyna się od relacji i uważności

Z jakimi wyzwaniami prawnymi najczęściej mierzą się seniorzy? Gdzie dochodzi do naruszeń praw osób starszych? Ochrona praw osób starszych w praktyce nie ogranicza się wyłącznie do kwestii prawnych czy systemowych. Najczęściej problemy pojawiają się w codziennych relacjach – rodzinnych, społecznych i zawodowych – gdzie seniorzy są szczególnie narażeni na nierówne traktowanie, presję lub nadużycia.

Z okazji Dnia Praw Osób Starszych coraz częściej powraca pytanie, jak realnie chronić seniorów przed przemocą, wykluczeniem i nadużyciami – nie tylko prawnymi, ale także emocjonalnymi i finansowymi. Sama znajomość przepisów nie wystarcza, jeśli nie idzie w parze z codzienną uważnością i wsparciem społecznym. – Ochrona praw osób starszych nie kończy się na przepisach. W praktyce kluczowe znaczenie ma to, czy senior nie jest pozostawiony sam sobie i czy ma realne wsparcie otoczenia – mówi Karolina Praszek-Gołębiewska, inicjatorka kampanii Bezpieczne Relacje z Kancelarii Bezpieczeństwa.

Nadużycia wobec seniorów – problem relacji, nie tylko prawa

Jednym z najczęstszych problemów są sytuacje, w których osoby starsze stają się zależne od innych – emocjonalnie lub finansowo. – W przypadku seniorów bardzo często problemem nie jest brak świadomości praw, ale zależność od osób trzecich, która może prowadzić do nadużyć lub manipulacji – podkreśla Karolina Praszek-Gołębiewska.

Jak skutecznie chronić osoby starsze?

Ekspertka wskazuje, że kluczowe są zarówno działania systemowe, jak i codzienna czujność bliskich oraz instytucji. – Najważniejsze jest szybkie reagowanie na zmiany w zachowaniu seniora – wycofanie, niepokojące decyzje finansowe czy izolację od rodziny i znajomych – zaznacza. Istotną rolę odgrywa także edukacja. – Świadomość własnych praw i mechanizmów ochrony to fundament bezpieczeństwa osób starszych. Senior, który wie, że może podejmować samodzielne decyzje i ma do nich prawo, jest mniej podatny na manipulację – dodaje ekspertka i podkreśla, że naruszenia praw osób starszych najczęściej nie mają charakteru spektakularnych zdarzeń. To są powtarzalne, codzienne sytuacje, w których senior stopniowo traci wpływ na własne decyzje

Rynek pracy – dyskryminacja i „wiek jako bariera”

Jednym z pierwszych obszarów, w którym dochodzi do naruszeń, jest rynek pracy. Seniorzy często spotykają się z ograniczonym dostępem do zatrudnienia, mimo posiadanych kompetencji i doświadczenia. – Dyskryminacja wiekowa nie zawsze jest wprost wyrażona. Często przyjmuje formę „cichych decyzji rekrutacyjnych”, w których wiek staje się nieformalną barierą, mimo że nie ma to uzasadnienia w kwalifikacjach – wyjaśnia ekspertka. Problemem bywa również wypychanie z rynku pracy lub ograniczanie zakresu obowiązków bez realnej podstawy merytorycznej.

Rodzina – presja, zależność i przejmowanie kontroli

Najbardziej wrażliwą przestrzenią są relacje rodzinne. To właśnie tam najczęściej dochodzi do nadużyć wynikających z zależności emocjonalnej lub finansowej. – W relacjach rodzinnych często obserwujemy sytuacje, w których senior stopniowo traci decyzyjność – począwszy od drobnych spraw życia codziennego, aż po kwestie finansowe czy majątkowe – mówi Karolina Praszek-Gołębiewska.

Do częstych problemów należą:

  • presja na przekazanie majątku za życia (np. darowizny, przepisywanie nieruchomości),
  • uzależnianie wsparcia od konkretnych decyzji finansowych,
  • brak realnej zgody seniora przy podejmowaniu decyzji „w jego imieniu”.

Opieka nad wnukami – obowiązek zamiast wyboru

Kolejnym obszarem jest nieformalna presja związana z opieką nad wnukami. – Pomoc dziadków w opiece nad wnukami jest czymś naturalnym, ale problem pojawia się wtedy, gdy przestaje być wyborem, a staje się obowiązkiem bez możliwości odmowy – podkreśla ekspertka. W praktyce seniorzy często nie czują się uprawnieni do stawiania granic, co prowadzi do przeciążenia fizycznego i psychicznego.

Finanse i majątek – najpoważniejsze nadużycia

Jednym z najpoważniejszych obszarów naruszeń są kwestie finansowe i majątkowe. Dotyczy to zarówno presji rodzinnej, jak i działań osób trzecich. – Seniorzy bardzo często stają się celem nacisku w zakresie rozporządzania majątkiem – poprzez presję emocjonalną, sugestie „wdzięczności” lub poczucie obowiązku wobec rodziny – zaznacza Karolina Praszek-Gołębiewska.

Do najczęstszych sytuacji należą:

  • wymuszanie przepisania nieruchomości lub oszczędności,
  • ograniczanie dostępu do własnych środków,
  • „zarządzanie finansami” seniora bez jego pełnej kontroli i świadomości.

Izolacja i ograniczanie kontaktów społecznych

Istotnym, często niedostrzeganym problemem jest izolowanie seniorów od otoczenia. – Ograniczanie kontaktów z rodziną, znajomymi czy instytucjami wsparcia to jedna z form kontroli, która może prowadzić do całkowitej zależności od jednej osoby – mówi ekspertka. Izolacja zwiększa ryzyko dalszych nadużyć i utrudnia uzyskanie pomocy.

Jak się zabezpieczyć? Na co zwracać uwagę?

Ekspertka podkreśla, że kluczowe znaczenie ma świadomość i szybka reakcja na pierwsze sygnały naruszeń. – Najważniejsze jest to, aby nie ignorować sytuacji, w których senior zaczyna tracić wpływ na własne decyzje – szczególnie w sprawach finansowych, mieszkaniowych i zdrowotnych – zaznacza Karolina Praszek-Gołębiewska.

Do sygnałów ostrzegawczych należą m.in.:

  • nagłe zmiany w decyzjach majątkowych,
  • wycofanie społeczne,
  • zależność od jednej osoby w codziennych sprawach,
  • brak swobodnego kontaktu z rodziną lub instytucjami.

– Ochrona seniorów zaczyna się od uważności otoczenia i gotowości do reagowania, zanim dojdzie do utrwalenia niekorzystnych zmian – podsumowuje ekspertka.

Ultima Markets świętuje 10-lecie istnienia w 2026 roku

Ultima Markets z dumą obchodzi jubileusz 10-lecia działalności pod oficjalnym hasłem: „10 lat zaufania. Z myślą o przyszłości”. Od momentu założenia w 2016 roku, Ultima Markets przekształciła się w wiodącego globalnego brokera, pozostając wierną swoim korzeniom i konsekwentnie zapewniając inwestorom przewagę rynkową.

Nasza droga od 2016 roku

Przez ostatnią dekadę Ultima Markets z zaangażowaniem budowała światowej klasy przestrzeń inwestycyjną, opierając się na ultraszybkiej technologii oraz rygorystycznym przestrzeganiu przepisów (compliance). Począwszy od wdrożenia autorskiego terminala UM i integracji z platformą MT4 w 2018 roku, przez udostępnienie opartej na sztucznej inteligencji platformy MT5 w 2020 roku i aplikacji mobilnej UM App w 2021 roku – każdy kamień milowy był projektowany z myślą o zapewnieniu inwestorom środowiska transakcyjnego klasy premium. Zwieńczeniem tej drogi jest rok 2026, w którym firma świętuje dekadę udokumentowanej stabilności oraz niezachwianego zaufania globalnej bazy klientów.

Kamienie milowe w obszarze regulacji i rozwój instytucjonalny

Dynamiczny wzrost Ultima Markets jest efektem zobowiązania do zapewnienia bezpieczeństwa, przejrzystości oraz najwyższych standardów regulacyjnych. Do kluczowych osiągnięć firmy należy uzyskanie licencji brytyjskiego nadzoru Financial Conduct Authority (FCA) dla spółki z grupy w Wielkiej Brytanii w 2025 roku oraz autoryzacji FSC Mauritius w 2023 roku, co ugruntowało pozycję marki na rynkach o najwyższym rygorze prawnym. Równie istotny jest rozwój instytucjonalny, którego wyrazem są: strategiczne partnerstwo z Willis Towers Watson zapewniające ochronę funduszy do kwoty 1 miliona dolarów, przystąpienie do UN Global Compact w 2024 roku oraz zdobycie ponad 50 globalnych nagród branżowych do 2026 roku. Osiągnięcia te odzwierciedlają misję Ultima Markets polegającą na ciągłym utrzymywaniu najwyższych standardów nadzoru regulacyjnego i ochrony klientów.

W stronę trwałych relacji partnerskich

Aby uczcić dekadę obecności na rynku, Ultima Markets uruchamia zrównoważony, generujący wartość ekosystem, którego celem jest nagrodzenie wieloletnich partnerów współtworzących markę. Przez cały rok jubileuszowy klienci i partnerzy mogą spodziewać się globalnych projektów oraz ekskluzywnych inicjatyw, w tym:

●     Ultimate Trader Cup – najbardziej prestiżowy konkurs tradingowy w historii Ultima Markets, rzucający wyzwanie inwestorom, by udowodnili swoją przewagę i zapisali się na kartach historii firmy.

●     Program Lojalnościowy Ultima – nowy system poziomów lojalnościowych, umożliwiający inwestorom podnoszenie statusu i przekuwanie stałej obecności na platformie w długoterminowe korzyści.

●     Program Partnerski Ultima – bazujący na 10-letnim zaufaniu rynkowym program wyposażający partnerów w sprawdzone narzędzia, które pozwalają przekształcić ich sieci kontaktów w stałe źródło przychodów.

●     Benefity z Partnerstwa z Interem – ekskluzywny dostęp do meczów i wydarzeń VIP dla inwestorów, będący efektem globalnego sojuszu zawartego z klubem Inter Mediolan w 2025 roku.

Przedstawiamy „Pięć U”: Nasze kluczowe wartości

W rocznicę tej wyjątkowej dekady Ultima Markets z dumą oficjalnie prezentuje zestaw podstawowych wartości – „Pięć U” (w języku angielskim) – które wyznaczały naszą dotychczasową drogę i ukształtują kolejną dziesięciolatkę:

●     User (Użytkownik): Stawiamy na proklienckie podejście, projektując rozwiązania w oparciu o realne potrzeby inwestorów i eliminując bariery operacyjne.

●     United (Zjednoczeni): Tworzymy zintegrowaną społeczność, rosnąc razem dzięki edukacji i bliskiej współpracy.

●     Upright (Uczciwi): Definiuje nas nienaganna integralność; działamy w sposób przejrzysty, odpowiedzialny i zgodny z silnymi zasadami etycznymi.

●     Upward (Rozwijający się): Dążymy do stałego wzrostu, nieustannie ulepszając zarówno nasze produkty, jak i wyniki operacyjne.

●     Upgrade (Doskonalący): Istniejemy po to, by podnosić potencjał inwestorów, umożliwiając im rozwijanie umiejętności, narzędzi i osiąganie lepszych rezultatów.

Jak będzie wyglądać kolejna dekada Ultima Markets?

Kierując się zasadami „Pięciu U”, Ultima Markets wkracza w kolejną dekadę z wzrokiem skierowanym w przyszłość. Firma będzie nadal inwestować w innowacje, transparentność oraz globalną ekspansję, aby dostarczać stabilne i gotowe na wyzwania przyszłości środowisko transakcyjne. Opierając się na ostatnich wdrożeniach, takich jak Copy Trading Pro czy UM Academy, Ultima Markets nie poprzestanie jedynie na przyspieszaniu technologii. Zobowiązaniem firmy jest zapewnienie najwyższej przewagi rynkowej oraz elitarnego wsparcia dla inwestorów na całym świecie. W nadchodzących latach Ultima Markets będzie kontynuować realizację projektów o dużym znaczeniu dla rynku, które wzmocnią pozycję traderów i podniosą ogólną jakość doświadczeń inwestycyjnych na arenie międzynarodowej.

Bądź na bieżąco z Ultima Markets, aby śledzić najnowsze wiadomości i dowiadywać się o nadchodzących planach. Obserwuj nasze oficjalne kanały społecznościowe, na których przez cały rok będziemy prezentować inicjatywy związane z obchodami 10-lecia.

O Ultima Markets

Ultima Markets to Twoja brama do świata inwestycji, oferująca bezpieczny i regulowany handel kontraktami CFD. Jako Oficjalny Partner Regionalny FC Internazionale Milano, łączymy piłkarską pasję z wiedzą tradingową. Od 2016 roku obsługujemy klientów w ponad 170 krajach, oferując dostęp do ponad 1000 instrumentów finansowych. Działamy globalnie za pośrednictwem podmiotów regulowanych przez FCA i FSC. W 2026 roku zdobyliśmy ponad 50 globalnych wyróżnień, w tym tytuł Best CFD Broker Global. Jako dumny członek United Nations Global Compact, dopasowujemy nasze praktyki biznesowe do światowych Celów Zrównoważonego Rozwoju, co odzwierciedla nasze długoterminowe zaangażowanie w obszarze ekologii, edukacji oraz odpowiedzialnego wzrostu.

Nowa rola, nowe możliwości – dlaczego udział w warsztatach BeSmarter to przełom w Twojej karierze?

Awans na stanowisko kierownicze to jeden z najbardziej satysfakcjonujących momentów w życiu zawodowym każdego ambitnego pracownika. To sygnał, że Twoje kompetencje, lojalność i ciężka praca zostały dostrzeżone przez organizację. Jednak tuż po opadnięciu pierwszych emocji związanych z sukcesem, często pojawia się refleksja: „co dalej?”. Przejście z roli eksperta do roli lidera to nie tylko zmiana tabliczki na drzwiach, ale przede wszystkim konieczność przedefiniowania swojego sposobu myślenia i działania. Z perspektywy pracownika, udział w programach rozwojowych oferowanych przez BeSmarter.pl to nie kolejny obowiązek, ale realne wsparcie, które pozwala zamienić stres związany z nowymi zadaniami na pewność siebie i profesjonalizm.

Dla wielu osób największym wyzwaniem jest zmiana relacji z dotychczasowymi kolegami z zespołu. Jak zarządzać ludźmi, z którymi jeszcze wczoraj piło się kawę w biurowej kuchni? Jak egzekwować zadania, nie tracąc przy tym sympatii i szacunku? BeSmarter.pl oferuje narzędzia, które dają konkretne odpowiedzi na te pytania, pozwalając na płynne i bezbolesne wejście w buty lidera.

Profesjonalne szkolenia menedżerskie jako sposób na budowanie pewności siebie w nowej roli

Największym wrogiem młodego lidera jest niepewność. Brak wiedzy o tym, jak zareagować w trudnej sytuacji, jak poprowadzić rozmowę o błędach czy jak sprawiedliwie rozdzielić zadania, generuje ogromne pokłady stresu. Profesjonalne szkolenia menedżerskie w BeSmarter są zaprojektowane tak, aby tę niepewność wyeliminować. Zamiast ogólnych teorii, uczestnik otrzymuje gotowe algorytmy i schematy, które może zastosować w biurze już następnego dnia. To poczucie posiadania „mapy” w nowym terenie jest dla pracownika bezcenne – pozwala skupić się na celach, a nie na lęku przed popełnieniem błędu.

Korzyści osobiste, jakie odniesiesz wybierając tę ścieżkę rozwoju, to przede wszystkim:

  • Oszczędność czasu i energii – nauczysz się, jak przestać „gasić pożary” i jak efektywnie planować pracę własną oraz zespołu.
  • Rozwój inteligencji emocjonalnej – lepiej zrozumiesz motywacje swoich podwładnych, co pozwoli Ci unikać niepotrzebnych konfliktów.
  • Budowanie autorytetu opartego na kompetencjach – nie musisz krzyczeć ani stosować presji, by być słuchanym; nauczysz się budować szacunek poprzez spójność i jasne zasady.
  • Wzrost wartości na rynku pracy – certyfikat ukończenia prestiżowego warsztatu to silny atut w Twoim CV, otwierający drzwi do dalszych awansów.

Dodatkowo, udział w warsztatach to okazja do spotkania liderów z innych branż. Wymiana doświadczeń w kuluarach pozwala uświadomić sobie, że wyzwania, przed którymi stajesz, są uniwersalne. To buduje poczucie wspólnoty i daje unikalną szansę na spojrzenie na swoje problemy z zupełnie nowej, świeżej perspektywy.

Praktyczne szkolenie z komunikacji i zarządzanie zespołem – Twoja recepta na spokój i lepsze relacje

Większość problemów, które spędzają liderom sen z powiek, ma swoje źródło w komunikacji. Złe zrozumienie polecenia, niedopowiedzenia czy brak konstruktywnej informacji zwrotnej to prosta droga do spadku efektywności i pogorszenia atmosfery. Dlatego szkolenie z komunikacji w BeSmarter.pl to fundament, który zmienia jakość Twojego życia zawodowego. Ucząc się precyzyjnego wyrażania oczekiwań i asertywnego stawiania granic, dbasz przede wszystkim o swój komfort psychiczny.

Kluczowe umiejętności, które zdobędziesz, przekładają się bezpośrednio na Twoją codzienność:

  • Narzędzia takie jak model FUKO – dowiesz się, jak mówić o rzeczach trudnych w sposób, który nie rani, ale motywuje do zmiany.
  • Skuteczne zarządzanie zespołem – nauczysz się delegować zadania tak, abyś nie musiał poprawiać wszystkiego po swoich pracownikach.
  • Asertywność lidera – zyskasz umiejętność mówienia „nie” bez poczucia winy, co uchroni Cię przed nadmiernym obciążeniem zadaniami.
  • Rozwiązywanie konfliktów – nauczysz się mediować między pracownikami, zanim napięcia wpłyną na wynik całego działu.

Bardzo istotnym aspektem jest również to, że oferujemy szkolenie stacjonarne. W dobie wszechobecnych webinarów, możliwość bezpośredniego treningu z ekspertem jest luksusem, który gwarantuje trwałość efektów. Na sali szkoleniowej masz przestrzeń na błędy, na zadawanie pytań „na żywo” i na otrzymanie natychmiastowej korekty Twoich zachowań. To sprawia, że nauka jest wielokrotnie szybsza i bardziej angażująca.

Po powrocie z warsztatów nie zostajesz sam. BeSmarter zapewnia dostęp do platformy edukacyjnej z materiałami wideo i zadaniami wdrożeniowymi. Dzięki temu proces zmiany nawyków jest wspierany przez długi czas po zakończeniu spotkania. Dla Ciebie jako pracownika oznacza to realną szansę na trwały wzrost kompetencji, który przełoży się na Twoje sukcesy, mniejszy poziom stresu i większą satysfakcję z każdego dnia spędzonego w roli lidera. Inwestując czas w szkolenia menedżerskie, inwestujesz w swoją przyszłość, budując fundamenty pod karierę opartą na solidnej wiedzy i autentycznym autorytecie. Przygotuj się na to, że Twoja praca stanie się nie tylko łatwiejsza, ale i znacznie bardziej inspirująca.

Magazyny przyspieszają na dwóch frontach: najem rośnie o 47%, a udział w rynku inwestycyjnym sięga 44%

Polski rynek magazynowy wszedł w 2026 rok z mocnym impulsem wzrostowym. W pierwszym kwartale najemcy wynajęli ponad 1,6 mln mkw. powierzchni magazynowej, czyli o 47% więcej niż rok wcześniej. Jednocześnie sektor magazynowy odpowiadał za 44% całkowitego wolumenu inwestycyjnego na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce, potwierdzając swoją pozycję jednej z najważniejszych klas aktywów dla inwestorów.

Fundamenty polskiego rynku magazynowego pozostają bardzo silne. Wysoki popyt przy jednoczesnym ograniczeniu nowej podaży skutkuje systematycznym spadkiem poziomu pustostanów. Według danych Knight Frank, w pierwszym kwartale 2026 roku całkowity wolumen najmu przekroczył 1,6 mln mkw. Jeśli podobna aktywność utrzyma się w kolejnych kwartałach, tegoroczny wynik może zbliżyć się do rekordowego poziomu odnotowanego w 2021 roku.

„Pierwszy kwartał potwierdził, że rynek magazynowy pozostaje jednym z najmocniejszych segmentów nieruchomości komercyjnych w Polsce. Szczególnie istotny jest wzrost udziału nowych umów i ekspansji, które odpowiadały łącznie za ponad połowę wynajętej powierzchni. To wyraźny sygnał, że firmy nie tylko przedłużają istniejące kontrakty, ale również rozwijają swoją działalność i zwiększają zapotrzebowanie na nowoczesne powierzchnie logistyczne,” – komentuje Szymon Sobiecki, analityk w dziale badań rynku w Knight Frank.

Ograniczona podaż wspiera rynek

Na koniec pierwszego kwartału 2026 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej w Polsce przekroczyły 37,4 mln mkw. W pierwszych trzech miesiącach roku deweloperzy dostarczyli na rynek około 650 000 mkw. nowej powierzchni, z czego najwięcej w Trójmieście, Warszawie i na Górnym Śląsku.

Mimo wzrostu aktywności budowlanej względem poprzedniego kwartału, skala nowych inwestycji pozostaje ograniczona. W budowie znajduje się obecnie jedynie 1,4 mln mkw. powierzchni, co jest jednym z najniższych wyników obserwowanych w ostatniej dekadzie. Co więcej, niemal dwie trzecie realizowanych projektów jest zabezpieczonych umowami przednajmu.

„Nowa podaż pozostaje pod kontrolą i w dużej mierze odpowiada na rzeczywiste potrzeby najemców. To zdrowa sytuacja dla całego sektora. Ograniczona liczba projektów spekulacyjnych, przy jednocześnie wysokim poziomie aktywności najemców, będzie w kolejnych kwartałach wspierać dalszą absorpcję dostępnej powierzchni oraz spadek wskaźnika pustostanów,” dodaje Przemysław Piętak, kierujący działem doradztwa w zakresie wynajmu powierzchni magazynowo-produkcyjnych w Knight Frank.

Pustostany nadal spadają

Połączenie wysokiego popytu i ograniczonej podaży przekłada się na dalszy spadek poziomu niewynajętej powierzchni. Na koniec marca 2026 roku wskaźnik pustostanów wyniósł 7,2%, czyli o 1,2 punktu procentowego mniej niż rok wcześniej.

Najniższy poziom pustostanów odnotowano w regionie Szczecina, gdzie wynosił zaledwie 1,4%. Najwyższy wskaźnik pozostaje w zachodniej części Polski w pobliżu granicy z Niemcami, gdzie sięga 15%.

Stawki czynszów wywoławczych pozostają stabilne. W przypadku obiektów logistycznych typu big box mieszczą się obecnie w przedziale od 3,8 EUR/mkw. do 5 EUR/mkw. miesięcznie, natomiast magazyny miejskie osiągają poziom od 5 EUR/mkw. do 7,5 EUR/mkw.

Magazyny liderem rynku inwestycyjnego

Równie silny pozostaje rynek inwestycyjny. W pierwszym kwartale 2026 roku wolumen transakcji inwestycyjnych w sektorze magazynowym wyniósł 446,5 mln EUR, co oznacza wzrost o ponad 100% względem analogicznego okresu ubiegłego roku.

Sektor magazynowy odpowiadał za 44% całkowitego wolumenu inwestycyjnego na polskim rynku nieruchomości komercyjnych, wyprzedzając pozostałe klasy aktywów. Największą transakcją była sprzedaż portfela nieruchomości logistycznych firmy Raben o powierzchni przekraczającej 170 000 mkw., który został przejęty przez amerykańskiego inwestora W.P. Carey.

„Rosnący udział magazynów w całkowitym wolumenie inwestycyjnym pokazuje, że inwestorzy postrzegają ten segment jako jeden z najbardziej stabilnych i perspektywicznych na rynku. Szczególnym zainteresowaniem cieszą się nieruchomości oferujące długie okresy obowiązywania umów najmu oraz wysokiej jakości najemców. Duży udział w rynku mają transakcje typu sale and lease back, które pozwalają przedsiębiorstwom uwolnić kapitał przy jednoczesnym zachowaniu kontroli operacyjnej nad nieruchomościami,” – uzupełnia Michał Grabara, dyrektor w dziale rynków kapitałowych w Knight Frank.

Eksperci Knight Frank prognozują, że przy utrzymaniu obecnych trendów rynek magazynowy pozostanie jednym z głównych motorów wzrostu polskiego sektora nieruchomości komercyjnych również w kolejnych kwartałach. Silny popyt, ograniczona nowa podaż oraz wysoka aktywność inwestorów tworzą fundamenty sprzyjające dalszemu rozwojowi tego segmentu.

Local content jako test dojrzałości polskiej polityki gospodarczej

Podczas konferencji „Energia z Polski. Local First – Forum Dostawców Przemysłu Energetycznego i Obronnego” w Rzeszowie jednym z najczęściej powracających tematów była koncepcja local content. Minister Aktywów Państwowych Wojciech Balczun przedstawił ją nie jako kolejny program wsparcia przedsiębiorców, ale jako element szerszej strategii gospodarczej państwa, związanej z bezpieczeństwem, odpornością łańcuchów dostaw oraz budową krajowych kompetencji przemysłowych. (Gov.pl)

Dyskusja o local content jest jednak znacznie ciekawsza niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Nie chodzi bowiem wyłącznie o to, czy polskie firmy powinny otrzymywać więcej kontraktów. Prawdziwe pytanie brzmi: czy da się zmienić sposób myślenia uczestników rynku bez wprowadzania administracyjnych nakazów, kwot i ograniczeń, które często okazują się nieskuteczne albo wręcz szkodliwe?

Rząd przyjął definicję local content i zapowiedział stworzenie mechanizmów wspierających udział polskich przedsiębiorstw w strategicznych inwestycjach realizowanych w obszarze infrastruktury, energetyki, obronności czy cyfryzacji. Założeniem nie jest jednak formalne wykluczanie podmiotów zagranicznych, lecz zwiększenie udziału krajowego komponentu w realizowanych przedsięwzięciach. To podejście wydaje się rozsądne. Polska jest członkiem Unii Europejskiej i uczestnikiem wspólnego rynku. Wprowadzenie otwartych preferencji narodowych w zamówieniach publicznych byłoby nie tylko trudne prawnie, ale mogłoby wywołać reakcje odwetowe ze strony innych państw. Dlatego też rząd konsekwentnie podkreśla, że local content nie ma być protekcjonizmem, lecz zmianą sposobu myślenia o gospodarce. (PAP MediaRoom portal, Gospodarka Morska)

W tym miejscu pojawia się jednak zasadnicza wątpliwość. Czy rzeczywiście problemem polskiej gospodarki jest brak odpowiednich regulacji? A może problem leży gdzie indziej – w utrwalonych przez lata schematach decyzyjnych?

W wielu sektorach można zaobserwować zjawisko, które trudno nazwać inaczej niż gospodarczym konformizmem. Menedżer, urzędnik czy członek zarządu wybierający zagranicznego dostawcę często czuje się bezpieczniej niż wtedy, gdy decyduje się na firmę krajową, nawet jeśli parametry techniczne, doświadczenie i cena są porównywalne. Mechanizm jest prosty. W przypadku sukcesu decyzja nie budzi emocji. W przypadku problemów łatwo wskazać, że wybrano „uznanego międzynarodowego dostawcę”. Odpowiedzialność rozmywa się w renomie marki. Wybór polskiego przedsiębiorcy wymaga natomiast większej odwagi decyzyjnej. W razie niepowodzenia łatwiej postawić pytanie: dlaczego nie wybrano podmiotu zagranicznego?

To właśnie ten psychologiczny aspekt wydaje się jednym z największych wyzwań dla idei local content. Przez wiele lat Polska funkcjonowała jako rynek przyjmujący zagraniczne technologie, kapitał i know-how. Model ten przyniósł niewątpliwe korzyści. Dzięki niemu nastąpiła modernizacja wielu sektorów gospodarki. Jednocześnie utrwalił jednak przekonanie, że rozwiązania zagraniczne są z definicji lepsze, bezpieczniejsze i bardziej profesjonalne.

Dzisiaj sytuacja wygląda już inaczej. W wielu branżach polskie przedsiębiorstwa nie są podwykonawcami zagranicznych koncernów, lecz samodzielnymi uczestnikami globalnych łańcuchów dostaw. Dysponują własnymi technologiami, kompetencjami projektowymi i doświadczeniem zdobywanym na rynkach międzynarodowych. Mimo to w praktyce nadal często przegrywają nie z powodu jakości czy ceny, ale z powodu stereotypów.

Dlatego szczególnie interesująca wydaje się koncepcja kodeksu dobrych praktyk local content, o której coraz częściej mówi się w otoczeniu administracji publicznej i spółek z udziałem Skarbu Państwa. Założenie jest proste. Zamiast tworzyć kolejne obowiązki prawne, należy budować kulturę organizacyjną, w której analiza krajowego komponentu staje się naturalnym elementem procesu decyzyjnego. Pytanie jednak, czy to wystarczy. Historia gospodarcza pokazuje, że same deklaracje rzadko prowadzą do trwałej zmiany zachowań. Kodeksy etyczne, standardy ESG czy polityki compliance zaczynały przynosić efekty dopiero wtedy, gdy za deklaracjami pojawiały się mierzalne wskaźniki oraz realna odpowiedzialność kadry zarządzającej za ich realizację.

Podobnie może być z local content. Jeżeli koncepcja ma wyjść poza poziom konferencyjnych deklaracji, konieczne będzie regularne mierzenie udziału krajowego komponentu w strategicznych inwestycjach oraz publikowanie porównywalnych danych. Właśnie taki kierunek zapowiada Ministerstwo Aktywów Państwowych, wskazując na potrzebę monitorowania poziomu local content na różnych poziomach wykonawstwa. (Gospodarka Morska)

Kluczowe znaczenie będzie miała również zmiana sposobu oceny efektywności inwestycji. W Polsce nadal dominującym kryterium pozostaje cena bezpośrednia. Tymczasem coraz więcej państw analizuje również efekt mnożnikowy dla gospodarki, wpływ na rozwój kompetencji krajowych, odporność łańcuchów dostaw czy bezpieczeństwo strategiczne. (www.eecpoland.eu)

Nie oznacza to oczywiście, że każda polska firma powinna wygrywać z zagraniczną wyłącznie dlatego, że jest polska. Taki model szybko doprowadziłby do spadku konkurencyjności i jakości. Local content nie powinien być tarczą chroniącą słabszych uczestników rynku. Powinien być instrumentem umożliwiającym uczciwe konkurowanie tym przedsiębiorstwom, które posiadają odpowiednie kompetencje, ale przez lata pozostawały poza głównym nurtem dużych projektów inwestycyjnych.

Być może zatem najważniejszym wyzwaniem nie jest stworzenie kolejnych regulacji. Być może prawdziwym testem dla idei local content będzie odpowiedź na pytanie, czy polskie elity gospodarcze są gotowe porzucić utrwalony odruch, zgodnie z którym zagraniczne oznacza lepsze. Jeżeli odpowiedź będzie twierdząca, kodeks dobrych praktyk może okazać się początkiem trwałej zmiany. Jeżeli nie – nawet najbardziej rozbudowane definicje i wytyczne pozostaną jedynie kolejnym dokumentem, który dobrze wygląda w prezentacjach, ale nie zmienia rzeczywistości.

A właśnie od zmiany rzeczywistości, a nie od tworzenia kolejnych deklaracji, zależy powodzenie całego projektu local content.

Pracownicy nie odrzucają AI. Odrzucają narzędzia, które nie pomagają w codziennej pracy

W najbardziej zaawansowanych technologicznie gospodarkach świata znaczna część pracowników biurowych określa siebie jako sceptycznych wobec AI. Tymczasem na rynkach wschodzących odsetek ten jest wyraźnie niższy. Liderzy biznesu, którzy uznają tę różnicę za wyłącznie kulturową lub przecenioną przez media, błędnie interpretują jeden z najcenniejszych sygnałów, jakie mają do dyspozycji.

Badanie Salesforce przeprowadzone wśród ponad 1500 pracowników biurowych wykazało, że w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji ponad połowa respondentów identyfikuje się jako sceptycy AI. Dla porównania, na rynkach takich jak Meksyk odsetek ten wynosi zaledwie 26%. Podobny obraz wyłania się z raportu Stanford AI Index 2026: poziom zaufania do AI oraz regularnego korzystania z tej technologii przekraczał 80% w krajach takich jak Indie, podczas gdy w USA oscylował wokół 50%.

Różnicę w podejściu najbardziej rozwiniętych gospodarek oraz krajów aspirujących do tego miana potwierdza badanie AI Readiness Index, które objęło 200 dużych, średnich oraz małych polskich firm. Polska od dawna przoduje w światowych rankingach otwartości na implementację technologicznych innowacji i jest poligonem dla rozwiązań z obszaru bankowości, sprzedaży czy automatyzacji. W efekcie aż 44% polskich firm deklaruje, że AI stanowi dla nich wysoki lub wręcz kluczowy priorytet wśród planów wdrożeniowych. Jedynie 25% ankietowanych firm nie wiąże ze sztuczną inteligencją żadnych planów. Podział wynika z doświadczeń, a nie ze strachu

Różnica w poziomie optymizmu między gospodarkami wschodzącymi a rozwiniętymi jest głębsza, niż sugerują nagłówki prasowe. Badanie KPMG wykazało, że dla pracowników na rynkach wschodzących sztuczna inteligencja stanowi szansę na awans społeczny, większą sprawiedliwość oraz rozwój kreatywności. W krajach rozwiniętych sytuacja wygląda bardziej złożenie. Pracownicy nie kwestionują samej idei AI. Mogą natomiast nie ufać rozwiązaniom AI, które otrzymali do dyspozycji.

Nieudane projekty pilotażowe nie są głównym problemem. Na rynkach o najwyższym poziomie adopcji AI pracownicy częściej deklarują, że zanim zaczęli korzystać z AI na co dzień, mieli za sobą doświadczenia z nieudanymi wdrożeniami pilotażowymi. Drogą do sukcesu jest iteracja, a nie perfekcja. Liderzy, którzy potrafią tworzyć ambasadorów AI, dają swoim zespołom przestrzeń do eksperymentowania, popełniania błędów i ponownych prób. Takie powtarzalne doświadczenia budują kompetencje, poczucie bezpieczeństwa oraz zaufanie do AI, zachęcając pracowników do dalszego korzystania z tych narzędzi.

Co łączy pracowników w organizacjach o wysokiej adopcji AI

Droga od sceptyka do ambasadora AI opiera się na czterech warunkach, które konsekwentnie występują wśród pracowników, którzy przeszli od fazy pilotażu do codziennego korzystania ze sztucznej inteligencji:

  • Szkolenia to coś więcej niż jednorazowa, godzinna sesja wdrożeniowa. Prawdziwą biegłość buduje ciągłe, dopasowane do roli wsparcie i coaching.
  • AI jest bezpośrednio zintegrowana z narzędziami, z których pracownicy już korzystają, a nie funkcjonuje jako odrębna platforma. Gdy korzystanie z niej jest naturalne i konwersacyjne, adopcja staje się samonapędzającym procesem.
  • Zaufanie buduje się poprzez bezpieczne rozwiązania AI, które uwzględniają kontekst pracy i nigdy nieujawniają wrażliwych danych. Dla pracowników aktywnie korzystających z AI jest to warunek niepodlegający negocjacji.
  • Agentyczny workflow jest dostosowany do konkretnych ról, a nie oparty na ogólnych asystentach odpowiadających na ogólne pytania.

Wśród pracowników na całym świecie, którzy przeszli do regularnego, codziennego korzystania z AI, 76% stało się aktywnymi ambasadorami tej technologii. W firmach, które tworzyły agentów AI przeznaczonych dla konkretnych ról zamiast uniwersalnych zastosowań, zespoły konsekwentnie raportowały lepsze rezultaty – zarówno pod względem produktywności, jak i zaangażowania pracowników.

Luka między wdrożeniem a doświadczeniem

Prawdziwą miarą skuteczności strategii AI jest codzienne doświadczenie pracowników działów obsługi klienta, działu prawnego czy sprzedaży, którzy wypróbowali AI dwa razy, otrzymali ogólne i mało przydatne odpowiedzi, a następnie po cichu wrócili do wykonywania swoich obowiązków w sposób tradycyjny.

Umiejętność skutecznego rozwijania kompetencji związanych z AI odróżnia firmy, które jedynie wdrożyły nową technologię, od tych, które rzeczywiście zmieniły sposób wykonywania pracy.

Liderzy, którzy traktują każdego sceptyka AI nie jako problem do rozwiązania, lecz jako źródło cennych informacji, zbudują zespoły zdolne utrzymać konkurencyjność przez wiele lat. Inwestują oni w warunki, które sprawiają, że technologia staje się niezbędna oddolnie: w szkolenia, odpowiednie zabezpieczenia oraz agentyczny workflow dostosowany do konkretnych ról.

Ostrożność wobec AI nie jest oporem wobec przyszłości. To najbardziej szczery sygnał, jaki pracownicy mogą wysłać na temat tego, gdzie doświadczenie użytkownika zawiodło i od czego liderzy powinni zacząć jego odbudowę.

Miliony ze streamów Łatwoganga i pytania o podatki. Ekspert wyjaśnia zasady

Miliony złotych zebrane podczas charytatywnych streamów Łatwoganga dla dzieci chorych na DMD wywołały nie tylko falę wsparcia, ale także pytania o podatki. Czy organizatorzy internetowych zbiórek rzeczywiście muszą obawiać się, że fiskus potraktuje wpłaty od darczyńców jak zwykły dochód? Zdaniem ekspertów Zrzutka.pl – nie.

Niedawno zakończył się drugi charytatywny stream youtubera Łatwogang, podczas którego zebrano miliony złotych na rzecz chłopców chorujących na dystrofię mięśniową Duchenne’a (DMD). W ślad za sukcesem akcji w mediach pojawiło się wiele publikacji sugerujących, że organizatorzy zbiórek prowadzonych za pośrednictwem popularnych polskich platform, takich jak zrzutka.pl, mogą obawiać się kontroli urzędu skarbowego. Autorzy tych materiałów wskazywali, że fiskus może uznać środki wpłacane przez darczyńców nie za darowizny, lecz za tzw. „przychód z innych źródeł”, podlegający opodatkowaniu według skali podatkowej.

Przyczyną tego zamieszania są niektóre interpretacje podatkowe wydane w ostatnim czasie przez Krajową Informację Skarbową – mówi adwokat Paweł Maliszewski, kierujący działem prawnym Zrzutka.pl sp. z o.o. – Organ przyjmuje w nich, że wpłaty od anonimowych darczyńców lub osób, których nie można zidentyfikować, nie spełniają definicji darowizny określonej w art. 888 Kodeksu cywilnego, ponieważ nie da się ustalić, kto jest darczyńcą. W konsekwencji uznaje, że wpłaty dokonywane za pośrednictwem portali zbiórkowych, które nie zawierają co najmniej imienia i nazwiska darczyńcy, nie są darowiznami i powinny być traktowane jako przychód z innych źródeł – dodaje.

Jest to błędna interpretacja przepisów.

Art. 888 Kodeksu cywilnego stanowi jedynie, że przez umowę darowizny darczyńca zobowiązuje się do bezpłatnego świadczenia na rzecz obdarowanego kosztem swojego majątku. Przepis nie wymaga, aby dane osobowe darczyńcy były znane obdarowanemu. Tymczasem organy skarbowe utożsamiają brak znajomości danych darczyńcy z niemożnością uznania danej czynności za darowiznę.

Na co dzień bez problemu zawieramy różne umowy z ludźmi, których danych nawet nie znamy. Kupując produkt w sklepie nie musimy znać danych właściciela sklepu, a on nie musi znać naszych. Nie budzi to jednak żadnych wątpliwości co do ważności umowy sprzedaży. Tak samo jest w przypadku darowizny – tłumaczy Paweł Maliszewski.

Dane darczyńcy są za to wymagane na etapie składania formularza podatkowego SD-3, który należy złożyć w przypadku otrzymania darowizny przekraczającej ustawowe limity zwolnienia z podatku. W przypadku osób niespokrewnionych próg ten wynosi obecnie 5 733 zł.

W praktyce mamy do czynienia z sytuacją, w której organy skarbowe chciałyby dostosować rzeczywistość do formularza deklaracji podatkowej, zamiast dostosować formularz do rzeczywistości. Problematyczne przy darowiźnie od nieznajomego otrzymanej przez internet nie jest ustalenie, czy mamy do czynienia z darowizną, lecz prawidłowe wypełnienie formularza. Nie widzę przeszkód, by zgodnie z prawdą wpisać w odpowiednich rubrykach słowo „nieznane” lub pozostawić je niewypełnione, a następnie odprowadzić należny podatek od darowizny otrzymanej od osoby, której danych nie znamy – podkreśla Paweł Maliszewski.

Pojedyncze wpłaty na zbiórki internetowe są darowiznami. Dopóki pojedynczy darczyńca nie przekroczy ustawowego limitu 5 733 zł, organizator nie ma obowiązku zapłaty podatku.

Zdaniem Zrzutka.pl nie ma również wątpliwości co do charakteru prawnego wpłat dokonywanych za pośrednictwem portali zbiórkowych. Jeżeli z opisu zbiórki wynika, że organizator prosi o darowizny i nie oferuje darczyńcom żadnego świadczenia wzajemnego, to dokonanie wpłaty oznacza zawarcie umowy darowizny.

Podobnie jak na portalu aukcyjnym wybierając produkt, klikając „kup” i dokonując płatności zawieramy umowę sprzedaży, tak na portalu zbiórkowym wybierając zbiórkę i dokonując wpłaty zawieramy umowę darowizny. Nie ma znaczenia, czy organizator zna dane konkretnego darczyńcy – wyjaśnia Paweł Maliszewski.

Ekspert zwraca także uwagę, że w rzeczywistości internetowej nie istnieją całkowicie anonimowe wpłaty. Nawet jeśli organizator nie zna danych darczyńcy, organy podatkowe mają możliwość ich ustalenia. W przypadku płatności realizowanych za pomocą systemu BLIK możliwe jest prześledzenie numeru transakcji i pozyskanie danych osoby dokonującej wpłaty od odpowiednich podmiotów obsługujących płatność.

Jak zatem prawidłowo rozliczać środki otrzymywane za pośrednictwem internetowych zbiórek?

Wpłaty na zbiórki, z których opisu wynika, że organizator nie oferuje darczyńcom żadnego świadczenia zwrotnego, niewątpliwie stanowią darowizny. Należy rozliczać je właśnie w ten sposób, traktując każdą wpłatę jako odrębną darowiznę (zliczając ewentualne wpłaty pochodzące od jednej osoby). W praktyce oznacza to, że obowiązek złożenia deklaracji podatkowej i zapłaty podatku będzie pojawiał się bardzo rzadko, ponieważ wpłaty przekraczające 5 733 zł należą do wyjątków (dla przykładu średnia wartość wpłaty na portalu zrzutka.pl to około 80 zł, a wartość 5 733 zł osiąga mniej niż 0,036% wpłat). Jeżeli jednak taka wpłata się pojawi, należy złożyć odpowiednią deklarację i odprowadzić podatek od nadwyżki ponad tę kwotę – podsumowuje Paweł Maliszewski.

W ocenie ekspertów Zrzutka.pl medialne doniesienia o rzekomym opodatkowaniu całej wartości internetowych zbiórek wynikają w pełni z błędnej interpretacji przepisów dotyczących darowizn i nie znajdują oparcia w obowiązującym prawie.

Znaczenie tej kwestii wykracza daleko poza pojedyncze zbiórki. Na największej polskiej platformie crowdfundingowej zrzutka.pl założono już ponad 1,35 mln zbiórek, a każdego dnia powstaje ich ponad 400. Do tej pory zgromadziły one ponad 21 mln wpłat o łącznej wartości przekraczającej 1,7 mld zł.

Najwięcej pracy w budownictwie, najwyższe podwyżki w logistyce. Przemysł nadal szuka specjalistów

Polski przemysł pozostaje pod presją rosnących kosztów, niestabilnego popytu i niepewności geopolitycznej. Obraz sektora nie jest jednolity. Podczas gdy część przedsiębiorstw ogranicza etaty, inne zwiększają zapotrzebowanie kadrowe. Największy popyt na pracowników utrzymuje się w budownictwie, natomiast wynagrodzenia najszybciej rosną w logistyce i centrach dystrybucyjnych, wynika z „Raportu wynagrodzeń w sektorze przemysłowym 2026” Grafton Recruitment. Firmy nadal poszukują zarówno pracowników fizycznych, jak i inżynierów, automatyków czy ekspertów logistyki.

Kondycja sektora

Mimo poprawy względem ub. roku oczekiwane odbicie koniunktury w przetwórstwie przemysłowym nie nastąpiło – w marcu 2026 r. indeks PMI wzrósł do poziomu 48,7 pkt., pozostając jednak poniżej 50 pkt., co świadczy o przedłużającej się niskiej aktywności w sektorze. Potwierdza to wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury, który wyniósł w analogicznym okresie -5,2 wobec -6,3 rok wcześniej. W budownictwie wzrósł z -4,9 do -2,8, co sugeruje odbudowywanie optymizmu w branży. Z kolei w transporcie i gospodarce magazynowej spadł do -3,4, głównie pod wpływem rosnących cen paliw oraz niestabilności na rynkach surowcowych.

Ubiegłoroczne prognozy zakładały znaczącą poprawę koniunktury w polskim przemyśle. Mimo oznak ożywienia rodzimy sektor przemysłowy nie wrócił jeszcze na ścieżkę wzrostu. Firmy nadal mierzą się ze słabnącym popytem, niepewnością oraz zakłóceniami w łańcuchach dostaw i niedoborami surowców. Perspektywy dla całej gospodarki pozostają niepewne, na co wpływają m.in. napięcia geopolityczne oraz sytuacja na rynkach energii i surowców – wyjaśnia Danuta Protasewicz, Manager Regionalny Grafton Recruitment.

W takich warunkach wiele firm ostrożnie podchodzi do zwiększania zatrudnienia, skupiając się na efektywności i kontroli kosztów. W marcu br. zatrudnienie w większości gałęzi przemysłu było niższe niż rok wcześniej. Największe spadki odnotowano w branży automotive (-3,6 proc.) oraz produkcji mebli (- 3,4 proc.), a także w produkcji wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych (-2,8 proc.) i urządzeń elektrycznych (-2,7 proc.). Jednocześnie część segmentów korzystających z nowych inwestycji i modernizacji przemysłu zwiększa zatrudnienie. Dotyczy to przede wszystkim produkcji maszyn i urządzeń (+1,5 proc.) oraz magazynowania, działalności wspomagającej transport oraz produkcji artykułów spożywczych (+0,3 proc.).

Zapotrzebowanie zależne od branży, największe w budownictwie

Jak wynika z „Raportu wynagrodzeń w sektorze przemysłowym 2026” Grafton Recruitment, popyt na pracowników poszczególnych branż jest silnie zróżnicowany.

– Obraz sektora nie jest jednorodny. Część firm nadal odczuwa skutki gorszej koniunktury i ostrożniej podchodzi do zatrudnienia. Inne, głównie z branży energetycznej, budowlanej czy z sektora obronnego, korzystają z napływu nowych inwestycji, zwiększając zapotrzebowanie kadrowe. W efekcie różnice pomiędzy poszczególnymi branżami są dziś widoczne zarówno w skali prowadzonych rekrutacji, jak też oczekiwaniach dotyczących kompetencji kandydatów – wyjaśnia Danuta Protasewicz, Regional Manager w Grafton Recruitment.

Liderem pod względem zapotrzebowania na pracowników jest budownictwo, które jako jedyna kategoria utrzymuje wyraźną przewagę nad średnią rynkową. W I kwartale 2026 roku wskaźnik popytu osiągnął tu poziom 1,39. Wysoka aktywność inwestycyjna związana z modernizacją infrastruktury, transformacją energetyczną, rozwojem OZE oraz projektami energetycznymi generuje zapotrzebowanie zarówno na pracowników fizycznych, jak i wykwalifikowanych specjalistów.

Tymczasem indeks popytu na pracowników dla obszaru produkcji, jakości, procesów i utrzymania ruchu wyniósł 0,99, czyli tyle, ile rynkowy benchmark. Dane sugerują jednak stopniowe osłabienie aktywności rekrutacyjnej, widoczne od drugiej połowy 2025 roku.

Firmy sektora nadal inwestują w rozwój zakładów i modernizację procesów, jednak coraz większy nacisk kładą na efektywność operacyjną oraz optymalizację kosztów, co przekłada się na bardziej selektywne podejście do zatrudnienia. Z drugiej strony rozwój projektów związanych transformacją energetyczną, rozbudową infrastruktury czy inwestycjami w sektorze obronnym zwiększa popyt zarówno na pracowników fizycznych, wykwalifikowanych specjalistów, jak i kadrę managerską – tłumaczy Antonio Carvelli, Prezes Zarządu Gi Group.

W logistyce i zarządzaniu łańcuchem dostaw, zapotrzebowanie na pracowników pozostaje stabilne, z lekką tendencją wzrostową. Wskaźnik popytu osiągnął poziom 0,84.

Najmniejsze zapotrzebowanie widoczne jest w obszarze badań i rozwoju. Indeks popytu na pracowników dla centrów R&D i centrów inżynieryjnych wyniósł zaledwie 0,37 – to najniższy poziom spośród wszystkich analizowanych kategorii stanowisk. Wynik ten potwierdza utrzymujące się od 2024 roku zmniejszenie skali rekrutacji w sektorze, który jeszcze kilka lat temu należał do najmocniejszych magnesów dla inwestycji badawczo-rozwojowych w Europie Środkowo-Wschodniej.

Widoczne wyhamowanie w branży badań i rozwoju nie oznacza utraty potencjału, raczej przesunięcie decyzji inwestycyjnych w czasie. Wiele wskazuje na to, że impulsem do odbudowy mogą stać się megaprojekty, które w najbliższych latach będą wymagały zaawansowanych kompetencji inżynieryjnych – ocenia Danuta Protasewicz, Regional Manager w Grafton Recruitment.Popyt na pracowników_Stanowiska_Wynagrodzenia w przemysle_Grafton

Zapotrzebowanie na pracowników fizycznych nadal wysokie

Największe zapotrzebowanie niezmiennie dotyczy niewykwalifikowanych pracowników fizycznych, w tym pracowników produkcji oraz budowlanych – tu indeks popytu w I kwartale 2026 roku wyniósł 1,4.  Oznacza to, że mimo obserwowanego spowolnienia w porównaniu z rokiem ubiegłym firmy nadal zatrudniają pracowników produkcyjnych i budowlanych częściej niż wynikałoby to ze średniej dla całego sektora.

Odporne na cykliczne wahania pozostaje zapotrzebowanie na wykwalifikowanych pracowników fizycznych, m.in. mechaników, elektryków, automatyków, serwisantów, monterów, spawaczy czy kontrolerów jakości. Popyt na te specjalizacje wzrósł do 1,05, co potwierdza, że przedsiębiorstwa w pierwszej kolejności zabezpieczają kompetencje kluczowe dla ciągłości procesów produkcyjnych i utrzymania ruchu. To właśnie te role odpowiadają dziś za sprawność operacyjną zakładów, efektywność wykorzystania parku maszynowego oraz wdrażanie kolejnych etapów automatyzacji.

W przypadku stanowisk specjalistycznych, w szczególności inżynierów jakości, inżynierów utrzymania ruchu i procesu oraz specjalistów ds. logistyki i zakupów, popyt pozostaje stabilny (075), choć niższy od średniej dla wszystkich ról. Pracodawcy prowadzą rekrutacje selektywnie, koncentrując się na specjalistach kluczowych dla utrzymania ciągłości produkcji. Poszukiwani są specjaliści posiadający wysokie kompetencje techniczne, ale także osoby, które potrafią łączyć je z umiejętnością optymalizacji procesów, pracy projektowej czy analizy danych.Popyt na pracowników_Branże_ Wynagrodzenia w przemysle_Grafton

Firmy ostrożniejsze z podwyżkami, ale specjaliści nadal mogą liczyć na wysokie stawki

W 2026 r. podwyżki są bardziej selektywne i coraz częściej koncentrują się na stanowiskach mających bezpośredni wpływ na efektywność biznesową, realizację inwestycji oraz rozwój nowych technologii.

Najwyższą dynamikę wzrostu płac odnotowały centra dystrybucyjne (+5,1 proc. r/r) oraz centra rozwoju i R&D (+4,3 proc.), podczas gdy bardziej umiarkowane podwyżki obserwowano w sektorze automotive (+1,6 proc.) oraz farmacji i chemii (+2,1 proc.). Z perspektywy kategorii stanowisk najszybciej rosły wynagrodzenia specjalistów (+3,4 proc. r/r), w przypadku kadry menedżerskiej dynamika wzrostu płac wyniosła 2,2 proc., a pracowników fizycznych 2,1 proc.

W obszarze centrów dystrybucyjnych kierownicy magazynów mogą liczyć na wynagrodzenia do 17 tys. zł brutto miesięcznie, a wzrost dolnych widełek płac sięgnął tam nawet 20 proc. r/r. Kierownik logistyki zarabia do 21,5 tys. zł miesięcznie, natomiast dyrektor centrum dystrybucyjnego nawet do 32 tys. zł brutto. W logistyce szczególnie szybko rosły również wynagrodzenia kierowników transportu, specjalistów ds. logistyki oraz pracowników odpowiedzialnych za zarządzanie magazynami i operacjami wysyłkowymi. Operatorzy wózków widłowych mogą obecnie liczyć na wynagrodzenia sięgające 8 tys. zł miesięcznie, a specjaliści ds. logistyki nawet 13 tys. zł w najlepiej wynagradzanych lokalizacjach.

Najwyższe wynagrodzenia w całym sektorze przemysłowym nadal oferują centra rozwoju i R&D. Dyrektorzy R&D mogą liczyć na wynagrodzenia sięgające 57 tys. zł brutto miesięcznie, kierownicy działów projektowania do 35 tys. zł, liderzy zespołów projektowych do 28 tys. zł, a programiści systemów wbudowanych do 24 tys. zł.

W budownictwie wynagrodzenia rosły średnio o 2,4 proc. r/r, jednak podobnie jak w innych branżach największa presja płacowa koncentrowała się wokół stanowisk związanych z realizacją inwestycji oraz kompetencjami technicznymi. Rosnące nakłady na infrastrukturę, energetykę i projekty transformacji energetycznej utrzymują wysokie zapotrzebowanie na kierowników budów, kierowników kontraktów, projektantów oraz inżynierów posiadających uprawnienia budowlane. To właśnie te grupy zawodowe pozostają jednymi z najlepiej wynagradzanych w branży. Wynagrodzenia dyrektorów kontraktów sięgają obecnie około 28–33 tys. zł, kierowników budów 16–20 tys. zł, a doświadczeni projektanci i inżynierowie mogą liczyć na wynagrodzenia przekraczające 15 tys. zł.

W przeciwieństwie do części gałęzi przemysłu, gdzie podwyżki wynikają głównie z konieczności utrzymania kluczowych kompetencji, w budownictwie nadal są one w dużej mierze napędzane przez realny wzrost liczby projektów inwestycyjnych – zauważa rekruter Grafton Recruitment.

W farmacji i chemii wynagrodzenia plant managerów sięgają obecnie około 30-35 tys. zł, kierowników produkcji 18-22 tys. zł, a specjalistów ds. jakości 8-14 tys. zł. W branży motoryzacyjnej wynagrodzenia dyrektorów sięgają 35 tys. zł, stawki kierowników produkcji wahają się w granicach 15-20 tys. zł, a inżynierów automatyków 9,5-14 tys. zł miesięcznie. W FMCG najwyżej wynagradzani pozostają dyrektorzy zakładów produkcyjnych, których wynagrodzenia sięgają 33 tys. zł, podczas gdy kierownicy utrzymania ruchu otrzymują 13-18 tys. zł, a inżynierowie produkcji 8,5-13 tys. zł.

Dane pokazują, że rynek odchodzi od modelu równomiernych podwyżek. Coraz częściej o poziomie wynagrodzenia decyduje nie tyle branża, ile dostępność wyspecjalizowanych kompetencji i ich znaczenie dla realizowanych inwestycji.

Rynek najbardziej premiuje dziś osoby posiadające kompetencje, które trudno pozyskać i które mają bezpośredni wpływ na efektywność operacyjną, automatyzację procesów oraz realizację kluczowych inwestycji. Dotyczy to zarówno specjalistów technicznych, jak i ekspertów łączących wiedzę inżynieryjną z doświadczeniem w zarządzaniu projektami i optymalizacji procesów – mówi Ewa Gumbarewicz, rekruterka w Grafton Recrtuitment.

Uczelnie techniczne odzyskują zainteresowanie kandydatów

Po kilku latach spadków pozytywnym sygnałem dla rynku jest wzrost liczby studentów na kierunkach związanych z techniką, przemysłem i budownictwem. Choć skala zmiany pozostaje umiarkowana, może oznaczać początek odwracania trendu, który od lat budził obawy pracodawców. Przedsiębiorcy podkreślają jednak, że problem niedoboru kompetencji technicznych pozostanie jednym z największych wyzwań rynku pracy w kolejnych latach. W wielu specjalizacjach liczba dostępnych kandydatów nadal jest niewystarczająca względem potrzeb przedsiębiorstw, a rozwój nowych inwestycji będzie dodatkowo zwiększał konkurencję o wykwalifikowane kadry.

Nawet w okresie słabszej koniunktury firmy nie rezygnują z rekrutacji inżynierów, automatyków czy specjalistów utrzymania ruchu. To pokazuje, że długoterminowa konkurencyjność polskiego przemysłu będzie zależała przede wszystkim od jakości kształcenia technicznego oraz zdolności do przyciągania młodych ludzi do zawodów inżynierskich i technicznych – podkreśla Danuta Protasewicz, Regional Manager w Grafton Recruitment.

O raporcie: „Raport wynagrodzeń w sektorze przemysłowym 2026” to już 10. edycja cyklicznego opracowania przygotowanego przez ekspertów Grafton Recruitment. Zawiera zestawienia wynagrodzeń pracowników wszystkich szczebli (fizycznych, specjalistów, aż po kadrę menedżerską) w różnych gałęziach przemysłu, takich jak farmacja i chemia, motoryzacja i produkcja urządzeń, FMCG, badania i rozwój, centra inżynieryjne i dystrybucyjne, budownictwo oraz branża zbrojeniowa. Badanie wynagrodzeń zostało przeprowadzone od marca do kwietnia 2026 roku na próbie 9345 kandydatów pracujących w sektorze przemysłowym oraz 178 firm. Publikacja została wzbogacona o komentarze ekspertów, które pokazują aktualne wyzwania i perspektywy rozwoju sektora.

Mabion reaktywuje projekt MabionCD20. Spółka rozpoczyna współpracę z Oddifact

  • 16 czerwca br. Mabion S.A. i Oddifact SAS zawarły umowę regulującą zasady pierwszego etapu współpracy (zgodnie z podpisanym między stronami listem intencyjnym) w zakresie zbadania i oceny możliwości zastosowania leku MabionCD20 w nowym wskazaniu klinicznym w obszarze chorób sierocych
  • Pierwszy etap współpracy obejmuje prace przygotowujące projekt MabionCD20 do konsultacji z amerykańską Agencją Żywności i Leków (FDA) w wybranym przez strony wskazaniu terapeutycznym. W ocenie Spółki potencjalna roczna wartość rynkowa leczenia przeciwciałem monoklonalnym CD20 w tym wskazaniu w Stanach Zjednoczonych może być szacowana na ok. 100 mln USD
  • Współpraca z Oddifact SAS stanowi kolejny krok w realizacji Strategii Mabion na lata 2025–2030. Oprócz rozwijania działalności CDMO i świadczenia usług dla klientów zewnętrznych, Spółka konsekwentnie wykorzystuje swoje wieloletnie kompetencje w obszarze rozwoju przeciwciał monoklonalnych do budowy projektów o wysokiej wartości dodanej opartych na własnym know-how i własności intelektualnej
  • Mabion zapewni dostęp do danych i dokumentacji w zakresie dotychczasowego rozwoju MabionCD20 oraz wsparcie naukowe i techniczne, a Oddifact SAS wesprze dalszy rozwój projektu z wykorzystaniem zaawansowanych narzędzi analitycznych i sztucznej inteligencji (AI), w tym zaprojektowanie programu badań klinicznych
  • W związku z zawarciem umowy Zarząd Mabion S.A. zdecydował o odwróceniu odpisu aktualizującego wartość zapasów przypisanych ewidencyjnie do projektu MabionCD20 w kwocie ok. 4,79 mln PLN

„Zawarcie umowy z Oddifact SAS uruchamia pierwszy etap prac, które mają zweryfikować potencjał MabionCD20 w nowym obszarze terapeutycznym. Współpraca łączy nasze doświadczenie w rozwoju przeciwciał monoklonalnych z podejściem opartym na zaawansowanej analityce i narzędziach AI, co może pomóc w sprawnym przygotowaniu projektu do dialogu regulacyjnego z FDAkomentuje Gregor Kawaletz, Prezes Zarządu Mabion S.A.

„Dzisiejsza umowa potwierdza, że Mabion konsekwentnie realizuje założenia Strategii 2025–2030. Widzimy istotną wartość nie tylko w rozwijaniu działalności CDMO, ale również w selektywnym wykorzystaniu aktywów i kompetencji wypracowanych przez Spółkę na przestrzeni ostatnich lat. MabionCD20 jest projektem, który dzięki współpracy z Oddifact może uzyskać nowe życie i stać się przykładem efektywnego połączenia naszego doświadczenia biologicznego z nowoczesnym podejściem do rozwoju leków opartym na danych i sztucznej inteligencji dodaje.

„MabionCD20 pozostaje projektem o istotnym potencjale naukowym i biznesowym. Pomyślna realizacja pierwszego etapu oraz konsultacje z FDA będą podstawą do rozmów o kolejnym etapie współpracy, obejmującym dalszy rozwój projektu w wybranym wskazaniupodsumowuje Detlef Behrens, Dyrektor ds. Biznesowych Mabion S.A.

Na podstawie zawartej umowy Mabion S.A. i Oddifact SAS rozpoczną prace, których efektem ma być przygotowanie projektu MabionCD20 do konsultacji z FDA. Przedmiotem konsultacji będzie rozwój projektu w wybranym przez strony wskazaniu terapeutycznym z obszaru chorób sierocych.

Zgodnie z ustaleniami, strony będą współpracować przy przygotowaniu dokumentacji regulacyjnej, zaprojektowaniu programu badań klinicznych oraz opracowaniu strategii rejestracyjnej, produkcyjnej i komercjalizacyjnej MabionCD20 w wybranym wskazaniu. Jeśli prace w ramach pierwszego etapu oraz konsultacje z FDA przebiegną pomyślnie, strony przystąpią do uzgodnienia zasad drugiego etapu współpracy.

Równolegle Zarząd Mabion S.A. przeprowadził ponowną analizę ekonomicznej użyteczności zapasów materiałów przypisanych do projektu MabionCD20 i objętych dotychczas odpisem aktualizującym w wysokości ok. 4,8 mln PLN. W świetle obecnych przesłanek dotyczących wykorzystania tych materiałów w reaktywowanym projekcie Zarząd uznał za zasadne przywrócenie ich wartości bilansowej i podjął decyzję o odwróceniu odpisu aktualizującego w kwocie ok. 4,79 mln PLN.

Reaktywacja projektu MabionCD20 wpisuje się w strategiczny cel dywersyfikacji działalności Mabion poprzez rozwój wybranych programów własnych, które mogą uzupełniać podstawowy model biznesowy CDMO i wzmacniać długoterminowy potencjał wzrostu Spółki.

Turyści na celowniku hakerów. W maju powstało ponad 47 tys. domen związanych z podróżami

Osoby planujące wakacje oraz sektor turystyczny to aktualny cel hakerów. W maju 2026 roku firmy z branży doświadczały średnio 2291 cyberataków tygodniowo. To o 24 proc. więcej niż rok wcześniej i aż o 122 proc. więcej niż trzy lata temu. Cyberprzestępcy polują również na turystów, tworząc setki fałszywych stron znanych operatorów – Booking, Airbnb czy SkyScanner.

Cyberprzestępcy celują w turystykę. Wzrost ataków o 122%

W maju 2026 roku zarejestrowano ponad 47 tysięcy nowych domen związanych z podróżami. Aż o 33 proc. więcej niż w kwietniu – wynika z danych Check Pointa. Co szczególnie niepokojące, część z nich (1 na 112) została już sklasyfikowana jako złośliwa lub podejrzana. Przestępcy wykorzystują nazwy bardzo podobne do znanych serwisów rezerwacyjnych, licząc na to, że użytkownik nie zauważy jednej zmienionej litery lub dodatkowego znaku w adresie strony – wśród wykorzystywanych marek są m.in. Booking, Airbnb czy SkyScanner.

Fałszywe strony www pod które podszywali się cyberprzestępcy

Fałszywe strony www pod które podszywali się cyberprzestępcy

Celem jest wyłudzenie loginów, haseł, danych kart płatniczych oraz zaliczek za nieistniejące rezerwacje. Dla ofiary taki scenariusz może oznaczać nie tylko utratę pieniędzy, ale również przejęcie kont internetowych czy kradzież danych osobowych wykorzystywanych później w kolejnych oszustwach.

Ataki w tym okresie nie są przypadkowe. Cyberprzestępcy planują swoje działania dokładnie tak samo jak firmy z branży turystycznej planują sezon sprzedażowy. Latem użytkownicy częściej podejmują szybkie decyzje zakupowe, działają pod presją czasu i obawiają się utraty atrakcyjnej oferty. – To właśnie nasze emocje – pośpiech, ekscytacja i chęć zaoszczędzenia pieniędzy – są jednym z najskuteczniejszych narzędzi wykorzystywanych przez oszustów – zaznacza Wojciech Głażewski, dyrektor zarządzający polskim oddziałem firmy Check Point Software.       Cyberprzestępcy celują w turystykę. Wzrost ataków o 122%

Bank Japonii podnosi stopy do 1 proc. Tak wysoko nie były od 31 lat

BoJ podnosi stopy procentowe, aktualna stawka 1% ostatni raz widziana była 31 lat temu. Główny Urząd Statystyczny potwierdza wstępny szacunek inflacji CPI sprzed dwóch tygodni na poziomie 3,1%. Spadki na notowaniach ropy naftowej wyhamowały, WTI utrzymuje się tuż pod granicą 80 USD za baryłkę.

7 członków za podwyżką

Stało się to o czym analitycy spekulowali już dłuższy czas – Bank Japonii podniósł stopy procentowe do poziomu 1%. W teorii nic nadzwyczajnego tyle tylko, że mówimy o kraju, który przez ćwierć wieku był globalnym orędownikiem zerowego kosztu pieniądza. Ostatni raz tak „wysoko” stopy procentowe w Kraju Kwitnącej Wiśni były 31 lat temu, więc można mówić o sytuacji bez precedensu. W samym gremium decyzyjnym panowała praktycznie jednomyślność, a stosunek głosów za podwyżką wyniósł 7-1. Powodem takiego scenariusza jest inflacja w Japonii, która staje się głównym problemem, a konflikt na Bliskim Wschodzie w tej materii jeszcze go uwypukla. Co ciekawe, wskaźnik CPI wynosi raptem 1,4%, ale to tylko wyimaginowany obraz, bo prawda jest taka, że wiele elementów jest przez rząd dotowanych, choćby paliwa czy edukacja. Prawdę mówi przykładowo inflacja producencka, która wyniosła 6,3% w maju, a jej dynamika była najmocniejsza od 3 lat. W komunikacie BoJ znalazła się informacja o tym, że wysokie ceny ropy znajdą swoje odzwierciedlenie w cenach konsumenckich. Oznacza to, że presja inflacyjna rozleje się na całą gospodarkę, więc jedynym stosownym kierunkiem jest podnoszenie stóp. Kluczowe pytanie dla inwestorów na teraz jest takie: co dalej? Spekuluje się, że jeszcze w tym roku dojdzie do kolejnej podwyżki, a w przyszłym poziom stóp może osiągnąć 1,5%. Mimo dzisiejszej decyzji jen zachowuje się dość spokojnie, a notowania USD/JPY oscylują w pobliżu „granicy bólu”, czyli 160.

Pozytywne 3,1%

Wczoraj opublikowano ostateczny wynik inflacji CPI z krajowej gospodarki za maj – potwierdził się wstępny szacunek sprzed dwóch tygodni na poziomie 3,1%. Przypomnijmy, że oczekiwania analityków były znacznie wyższe, a miał się pojawić odczyt na poziomie 3,7%. To z pewnością duże zaskoczenie, bo rzadko widzimy taki rozstrzał między publikacją a oczekiwaniami. To także duży argument dla RPP, że aktualne stanowisko utrzymywania stóp procentowych bez zmian jest tym prawidłowym. Zagłębiając się w strukturę CPI, obserwujemy mimo wszystko zaskakujący spadek cen żywności w ujęciu miesięcznym, biorąc oczywiście większe koszty po stronie dostaw i widmo przerzucenia ich na konsumenta. Patrząc na ostatnie doniesienia z Bliskiego Wschodu i możliwe już w tym tygodniu podpisanie porozumienia, dostrzegamy perspektywę dla obniżek cen ropy naftowej, co mogłoby się przełożyć na mniejszą presję inflacyjną w kolejnych miesiącach. Co jeszcze ważniejsze, odsuwa się też czarny scenariusz pojawienia się symptomów stagflacyjnych w Polsce, czyli wyższej inflacji przy hamowaniu wzrostu gospodarczego. Krajowa waluta zachowuje się dzisiaj stabilnie o poranku, a EUR/PLN znajduje się tuż pod granicą 4,25.

Delikatne zwątpienie

W ostatnich dniach rynki zdecydowanie żyły tematem zakończenia wojny na Bliskim Wschodzie, a notowania ropy naftowej w przypadku odmiany WTI spadły w okolice 80 USD za baryłkę. Wtorkowy poranek przynosi jednak wyhamowanie tempa spadków, a po fali optymizmu nastąpiła chwila zwątpienia nad brakiem szczegółów odnośnie tego porozumienia. Zaczęły się też pojawiać wątpliwości w kontekście ponownego uruchomienia cieśniny Ormuz dla żeglugi i przede wszystkim tego, w jakim czasie zostanie przywrócony normalny transfer ropy naftowej czy gazu ziemnego na świat. Inna sprawa to kwestia bezpieczeństwa, czy będzie można bez przeszkód przepłynąć tym wąskim gardłem i czy rzeczywiście nic nie grozi statkom. Każdy ewentualny sygnał, że ugoda może podpisana być w późniejszym czasie, może spowodować, że znów zobaczymy zmienność na notowaniach ropy naftowej, która jest bardzo wrażliwa na wszelkie doniesienia. Jeszcze pozostaje jedna kwestia, czyli niezadowolenie Izraela z porozumienia, który uważa, że jest katastrofalne. Ewentualne nierespektowanie założeń planu pokojowego, może spowodować, że stół negocjacyjny znów się wywróci.

Ceny żywności poniżej inflacji GUS. Dyskonty hamują wzrosty cen w sklepach

Analiza blisko 90 tys. cen detalicznych wykazała, że w maju br. codzienne zakupy w sklepach zdrożały średnio o 3,4% rdr. W kwietniu wzrost rdr. był na poziomie 3,7%, z kolei w marcu – 3,8% rdr. Widać, że w sklepach wciąż jest drogo, ale dynamika wzrostów coraz bardziej słabnie. Według autorów raportu, to w dużej mierze efekt cen żywności, które ostatnio poszły w górę rdr. o 2,4%. Ten wynik jest poniżej ogólnej wartości inflacji podawanej przez GUS. Do tego jest wyraźnie niższy niż w poprzednich miesiącach. W kwietniu i marcu wynosił odpowiednio – 3,3% i 3,2% rdr.

Jak wynika z najnowszej edycji raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH”, autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetów WSB Merito, w maju br. codzienne zakupy w sklepach zdrożały średnio o 3,4% rdr. Analiza objęła łącznie 17 kategorii, w tym m.in. żywność, napoje bezalkoholowe i alkoholowe oraz pozostały asortyment, np. chemię gospodarczą i art. dla dzieci. W kwietniu wzrost rdr. wyniósł 3,7%, a w marcu – 3,8% rdr. Widać, że ogólnie ceny w sklepach wciąż rosną, ale sam wzrost jest coraz mniejszy.

– Ważne jest, aby poprawę sytuacji prawidłowo interpretować. Ceny nie spadają, tylko wolniej rosną. To zasadnicza różnica, którą trzeba na każdym kroku podkreślać. Dla przeciętnego konsumenta oznacza to, że portfel jest obciążany nieco mniej dotkliwie niż kilka miesięcy temu, ale skumulowany efekt poprzednich podwyżek wciąż jest bardzo odczuwalny – komentuje dr Robert Orpych z Uniwersytetu WSB Merito.

Z ww. raportu wiadomo też, że w maju ceny samej żywności poszły w górę średnio o 2,4% rdr. W kwietniu wzrost rdr. wyniósł 3,3%, a w marcu – 3,2% rdr. Zdaniem dr inż. Anny Motylskiej-Kuźmy z Uniwersytetu DSW Ideis, obecny odczyt oznacza zauważalne przyspieszenie procesu stabilizacji cen w jednej z najważniejszych kategorii zakupowych dla gospodarstw domowych. Istotne jest to, że obserwowane wyhamowanie nie wynika wyłącznie z efektów statystycznych czy wysokiej bazy odniesienia. Według wstępnych danych GUS, ceny żywności i napojów bezalkoholowych spadły w maju o około 1% względem kwietnia.

– Mamy do czynienia z okresową korektą cenową w części kategorii żywnościowych. Na taki obraz rynku zasadniczo mogło wpłynąć kilka czynników. Po pierwsze, utrzymała się silna konkurencja pomiędzy sieciami handlowymi, które w warunkach wysokiej wrażliwości cenowej konsumentów mają ograniczone możliwości dalszego podnoszenia cen. Po drugie, poprawiła się sytuacja podażowa w części kategorii żywnościowych, zwłaszcza produktów sezonowych. Po trzecie, relatywnie stabilne pozostają koszty importu, wspierane przez stosunkowo mocnego złotego – analizuje ekspertka.

Patrząc na wszystkie analizowane kategorie, widać spadek wzrostu cen mdm. Natomiast wynik samej żywności jest nawet poniżej ogólnej wartości inflacji podawanej przez GUS. Dr Robert Orpych zwraca uwagę na to, że obecnie żywność drożeje wolniej niż reszta koszyka detalicznego. Wynika to z tego, że jest szczególnie wrażliwa na konkurencję cenową. Sklepy wiedzą o tym, że to właśnie ceny chleba, mleka czy mięsa konsument sprawdza najuważniej i to właśnie tu rywalizacja między sieciami jest najbardziej odczuwalna.

– Powyższy wynik żywności, będący poniżej CPI, to z kolei efekt tego, że koszyk GUS obejmuje szerszy zakres dóbr i usług, w tym te które w ostatnim czasie drożały szybciej. Natomiast sam rynek żywnościowy w sklepach, w obliczu dużej podaży i walki dyskontów o klienta, wyhamował. To dobra informacja szczególnie dla gospodarstw domowych o niższych dochodach, gdzie żywność stanowi znaczącą część ich wydatków – uważa ekspert z Uniwersytetu WSB Merito.

Z kolie analitycy z UCE RESEARCH podkreślają, że ceny w sklepach nie rosły w maju tak szybko, jak niektórzy eksperci rynkowi zapowiadali w kontekście sytuacji geopolitycznej na świecie. – W znacznym stopniu wpłynęły na to ceny żywności. Było to tym bardziej zaskakujące, że po wydarzeniach marcowych, związanych z agresją USA na Iran, część ekonomistów zakładała, iż zawirowania na rynku ropy i gazu będą oddziaływać w kierunku wzrostu cen – mówi dr inż. Anna Motylska-Kuźma.

Ekspertka dodaje również, że najnowsze dane potwierdzają prognozy z początku roku, formułowane przed eskalacją konfliktu amerykańsko-irańskiego. Wskazywały one, że możliwe będzie dalsze ograniczanie dynamiki wzrostu cen. Obecnie widać, że te procesy rzeczywiście zachodzą. Nie oznacza to jednak, że presja kosztowa zniknęła. Nadal obserwujemy wzrost kosztów energii oraz paliw w ujęciu rocznym, co wpływa na funkcjonowanie całego łańcucha dostaw. W praktyce oznacza to, że ceny w sklepach pozostają podatne na ewentualne zewnętrzne szoki kosztowe.

– Wpływ konfliktu na Bliskim Wschodzie na polskie ceny detaliczne jest pośredni, bowiem dociera do nas przede wszystkim przez ceny ropy, koszty transportu morskiego i globalne notowania surowców rolnych. Tymczasem żaden z tych mechanizmów nie uruchomił się w skali, która przełożyłaby się na wyraźny wzrost cen w polskich sklepach. Do tego sieci handlowe, obawiając się utraty klientów, postawiły na utrzymanie konkurencyjnych cen, a nie na ich podnoszenie. Zamiast przerzucać potencjalne ryzyka kosztowe na konsumenta, część z nich wzięły na siebie. To dowód na dojrzałość rynku i ogromną siłę konkurencji, szczególnie między dyskontami – zaznacza dr Robert Orpych.

Jak ostrzega ekspertka z Uniwersytetu DSW Ideis, wpływ wydarzeń geopolitycznych na ceny detaliczne często pojawia się z opóźnieniem. Koszty energii, paliw czy transportu nadal pozostają ważnym elementem kształtującym ceny w handlu detalicznym, jednak w maju zostały one przyćmione przez czynniki działające w przeciwnym kierunku. Można więc powiedzieć, że rynek okazał się bardziej odporny na zewnętrzne szoki kosztowe, niż zakładano jeszcze kilka miesięcy temu, ale ryzyko ponownego wzrostu presji cenowej w przypadku pogorszenia sytuacji geopolitycznej nadal pozostaje aktualne.


***
Opis metody analitycznej/badawczej

Dane pochodzą z cyklicznego raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH” (powstającego co miesiąc od ponad 9 lat), autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetów WSB Merito (dawniej Wyższych Szkół Bankowych). Analiza pokazuje średnią wartość cenową (cen regularnych oraz w promocjach), notowaną miesiąc do miesiąca i rok do roku. W najnowszej odsłonie porównano wyniki z maja 2026 r. i tego samego okresu z 2025 r. Dotyczyło to 17 kategorii i ponad 100 najczęściej wybieranych przez konsumentów produktów codziennego użytku. Łącznie zestawiono ze sobą blisko 90 tys. cen detalicznych z prawie 41 tys. sklepów należących do 62 sieci handlowych. Badaniem objęto wszystkie na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience oraz cash&carry docierające ze swoją ofertą do większości konsumentów w Polsce.

Sloneek wchodzi do Polski. Start-up chce uprościć procesy HR

Na polski rynek HR wkracza nowy gracz. Sloneek to europejski start-up z ponad 500 klientami w 25 krajach, który właśnie otwiera rozdział w Polsce. Cel jest prosty: HR bez zbędnej komplikacji. Jedna platforma obejmująca wszystkie procesy — od rekrutacji i onboardingu aż po płace i raportowanie — w kilku kliknięciach. I bez konieczności utrzymywania osobnych narzędzi dla każdego z nich. Operacje HR napędzane przez AI jako odpowiedź na realia polskiego rynku pracy.

Polski rynek pracy jest pod realną presją. Polska należy do najszybciej rozwijających się gospodarek UE, a bezrobocie utrzymuje się na poziomie około 3% — firmy nieustannie rywalizują o pozyskanie i utrzymanie pracowników. Koszty wynagrodzeń rosną w tempie 7–8% rocznie, a w najbardziej poszukiwanych specjalizacjach nawet o 10–15%. Dynamiczny wzrost, niedobór talentów i niedoinwestowane technologie HR tworzą razem poważne nieefektywności i prowadzą do wypalenia zespołów HR.

„Przeciętna polska firma traci około 30% kosztów pracowniczych przez rotację, odpływ talentów, błędne decyzje rekrutacyjne i niedopasowane wynagrodzenia — i to jeszcze bez strat produktywności. To ogromne kwoty, zwłaszcza że koszty zatrudnienia w Polsce stale rosną. Menedżerowie HR mogliby to zmienić, ale większość z nich tonie w rutynowej administracji i rzadko ma przestrzeń na prawdziwie strategiczne działania. Właśnie to chcemy zmienić” — mówi Filip Lukáč, dyrektor generalny i współzałożyciel Sloneek.

Polska staje się rynkiem priorytetowym — lokalne firmy otrzymają obsługę, której globalni gracze nie są w stanie zapewnić

Sloneek należy do europejskich pionierów wdrożenia agentycznej AI w HR — to właśnie ten atut napędza jego międzynarodowy rozwój i przyczynił się do pozyskania nowej rundy inwestycyjnej w wysokości 6 milionów dolarów od Orbit Capital i VFF. Te możliwości trafiają teraz do Polski. Firma buduje lokalny zespół pod kierownictwem Beaty Jaroszewskiej, co pozwoli na nawiązanie partnerskich i długofalowych relacji z polskimi firmami niezależnie od ich wielkości czy branży.

„Sloneek stworzył produkt cyfrowy głęboko zakorzeniony w realiach firm z sektora MŚP, często stając się ich pierwszym systemem wykorzystywanym w całej organizacji. Zwróciły naszą uwagę tempo i skuteczność, z jakimi spółka rozwija nowe narzędzia, w pełni wykorzystując potencjał AI. Połączenie wysokiej efektywności kapitałowej i wyraźnego potwierdzenia rynkowego sprawia, że venture debt naturalnie wpisuje się w finansowanie jej dalszego wzrostu. To spółka, która udowodniła, że potrafi skutecznie przekuwać kapitał w rozwój biznesu – wspierając zarówno rozwój technologii, jak i ekspansję na nowe rynki” — mówi Vít Javůrek, Orbit Capital.

Sloneek obejmuje wszystko, czego potrzebuje specjalista HR: ATS, rekrutację i onboarding, zarządzanie danymi pracowników, ewidencję czasu pracy i nieobecności, monitorowanie wyników, analitykę personalną oraz mapowanie kompetencji zespołu. To, co naprawdę go wyróżnia, to Sloneek Intelligence — flagowa funkcja AI, która dzięki nowej inwestycji będzie się dalej rozwijać. Sloneek Intelligence eliminuje do 90% rutynowej administracji HR za pomocą dedykowanego agenta HR, a co być może najważniejsze — daje polskim zespołom HR coś, czego dotąd nie miały: pełny, aktualny obraz organizacji i jej pracowników w czasie rzeczywistym.

„Polskie firmy mierzą się teraz z wyjątkowo trudnym zestawem wyzwań: dynamiczny wzrost, rosnące koszty wynagrodzeń i działy HR, które wciąż pracują na arkuszach kalkulacyjnych albo zestawie niepołączonych narzędzi. Efekt to chaos raportowy, niekończące się ręczne zadania i bardzo mało czasu na HR, który naprawdę robi różnicę. Zapotrzebowanie na automatyzację i narzędzia AI w Polsce jest duże — firmy aktywnie szukają rozwiązań. Ale wiele z nich nadal nie może znaleźć narzędzia, które połączy cały cykl życia pracownika w jednym miejscu” — mówi Beata Jaroszewska, szefowa zespołu Sloneek Polska.

Platforma wspiera zarząd i liderów jako warstwa strategicznych danych HR dla całego zespołu zarządzającego — wspiera analitykę talentów, planowanie sukcesji, śledzenie wyników i efektywność zasobów ludzkich w całej organizacji. Wszystko w bezpiecznym środowisku zaprojektowanym z myślą o odpowiedzialnym przetwarzaniu wrażliwych danych pracowniczych.

„Naszą ambicją w Polsce nie jest wprowadzenie kolejnego narzędzia HR na rynek. Chcemy stać się zaufanym partnerem HR dla polskich firm — łącząc cały cykl życia pracownika, od rekrutacji i onboardingu po płace i raportowanie, w jednym zintegrowanym ekosystemie i w kilku kliknięciach. Lokalna obecność pozwala nam być blisko klientów i reagować na ich potrzeby szybciej i trafniej niż platformy działające bez bezpośredniej obecności na rynku” — dodaje Beata Jaroszewska.

AI nie ma zastępować specjalistów HR — ma dawać im więcej czasu na to, co robią najlepiej: rozwój ludzi i budowanie silnych organizacji

„Chcemy być pierwszą agentyczną platformą HR, którą można obsługiwać w całości głosem lub poleceniami tekstowymi. Kierunek jest jasny: za kilka lat nikt nie będzie myślał o Sloneeku jak o aplikacji, ale jak o partnerze, który jest tam, gdzie jest potrzebny. Przy pisaniu maila, w narzędziach używanych na co dzień, naturalnie wbudowanym w rozwiązania AI i złożone dane firmowe” — wyjaśnia Filip Lukáč. „Od analizy CV i przygotowania wiadomości do konkretnego pracownika, przez zmianę umowy o pracę, stworzenie kluczowej prezentacji dla zarządu, aż po przygotowanie materiałów dla księgowej ds. płac. To, co dziś zajmuje godziny pracy, będzie możliwe do wykonania jednym poleceniem głosowym.”

Znaczna część inwestycji zostanie przeznaczona na dokończenie unifikacji wszystkich procesów HR w ramach jednej platformy. Bezpośrednie integracje z lokalnymi systemami ATS, narzędziami płacowymi i portalami pracy sprawią, że Sloneek znajdzie się w wąskim gronie platform oferujących naprawdę kompleksowe doświadczenie HR od początku do końca. Platforma będzie też mogła komunikować się z innymi agentami AI w obszarach finansów, marketingu i innych działów — stając się częścią ogólnofirmowej sieci.

„To wyraźnie określa naszą rolę: platforma AI-first i all-in-one, która znacząco redukuje liczbę systemów HR potrzebnych firmie i uwalnia organizacje każdej wielkości od prowadzenia akt pracowniczych w wielu miejscach i opłacania kilku platform jednocześnie” — mówi Filip Lukáč. „Mamy realną przewagę w AI, zbudowaną na latach własnego rozwoju i głębokiej wiedzy dziedzinowej. Naszym celem nie jest zastąpienie specjalistów HR — chodzi o to, by dać im najpotężniejsze narzędzie, jakie mogą sobie wyobrazić, żeby mogli skupić się na tym, czego AI nie zastąpi: na ludzkim wymiarze zarządzania i troski o ludzi.”

To podejście znajduje odzwierciedlenie w historii Sloneek jako jednego z najszybciej rosnących start-upów HRIS w Europie. Roczne przychody powtarzalne (ARR) wynoszą obecnie 2,5 miliona euro i podwajają się rok do roku. Z platformy korzysta już ponad 500 firm na całym świecie, które łącznie zarządzają procesami HR i ścieżkami zawodowymi około 50 000 pracowników. Wśród klientów znajdują się Grant Thornton, MAN, WPP Media i Twisto.

„Z niecierpliwością czekamy na powitanie nowej fali wybitnych polskich firm w naszej społeczności — i na to, by pomagać im rosnąć i utrzymywać przewagę, zarówno na lokalnym rynku, jak i w całej Europie” — podsumowuje Filip Lukáč.

Pure Biologics podpisał umowy z inwestorami multiQure

Biofund Capital Management oraz JD Copilot, inwestorzy projektu, podpisali umowę objęcia akcji z Pure Biologics, a w zamian za nie wnieśli w formie wkładu niepieniężnego 100 procent udziałów w spółce Dystrogen Gene Therapies Inc, będącej właścicielem projektu multiQure. Jednocześnie, umowę objęcia akcji w zamian za potrącenie wierzytelności podpisał ACRX Investments Limited, istotny akcjonariusz Pure Biologics. Podpisane umowy są następstwem uchwał podjętych na niedawnym NWZ. Ostatnim, warunkowym krokiem do wprowadzenia multiQure na giełdę jest pozyskanie finansowania w ramach emisji akcji serii S.

Jesteśmy o krok od wprowadzenia na giełdę niezwykle perspektywicznego projektu biotechnologicznego, nie tylko na tle Polski i Europy, ale w skali globalnej. Mamy zgodę Akcjonariuszy oraz podpisane umowy, które sprawiają, że polscy inwestorzy niebawem uzyskają ekspozycję na platformę multiQure. Ostatnim krokiem do realizacji wszystkich postanowień WZA jest pozyskanie finansowania w ramach emisji akcji serii S. Trwają już przygotowania do tego procesu, a o jego rozpoczęciu poinformujemy oficjalnymi kanałami komunikacji – komentuje dr Kris Siemionow, czołowy inwestor projektu multiQure, jeden z udziałowców funduszu Biofund.

W ramach podpisanej umowy inwestorzy projektu multiQure obejmą 146 700 000 akcji serii Q po cenie 1,00 zł za akcję, z czego 112 850 000 akcji trafi do funduszu Biofund Capital Management, a do JD Copilot LLC – pozostałe 33 850 000 akcji. Tytułem zapłaty za akcje inwestorzy wnieśli w formie wkładu niepieniężnego do spółki Pure Biologics 100 procent udziałów w spółce Dystrogen Gene Therapies Inc, będącej wyłącznym właścicielem projektu multiQure.

W tym samym czasie spółka Pure Biologics podpisała umowę objęcia 16 804 603 akcji serii R skierowanych wyłącznie do ACRX Investments Limited z siedzibą w Nikozji, dotychczasowego największego akcjonariusza Pure Biologics, w zamian za konwersję na akcje pożyczek udzielonych Spółce przez ACRX. Dzięki tej operacji ACRX zwiększa swoje zaangażowanie w nowej strukturze właścicielskiej, a Spółka istotnie obniża zadłużenie oraz poprawia strukturę bilansu.

Podczas NWZ, które odbyło się 10 czerwca br., akcjonariusze Pure Biologics zatwierdzili również emisję akcji serii S – do 50 000 000 nowych papierów wartościowych w drodze oferty publicznej skierowanej do inwestorów kwalifikowanych oraz inwestorów nabywających akcje o łącznej wartości co najmniej 100 tys. Euro na jednego inwestora. Cena emisyjna zostanie ustalona przez Zarząd w oparciu o wyniki procesu budowania księgi popytu. Pozyskane w ten sposób środki zasilą rozwój platformy multiQure RNAi – przede wszystkim projekt terapii na chorobę Huntingtona.

Platforma RNAi rozwijana przez multiQure to terapia na chorobę Huntingtona i inne choroby poliglutaminowe. Jej rewolucyjność polega na tym, że celuje w przyczynę choroby, zatrzymując jej postęp, a przy odpowiednio wczesnym i właściwym zastosowaniu ma potencjał do zapobiegania wystąpieniu jej objawów. Kolejną ogromną zaletą jest jednorazowy charakter zabiegu. Potencjał ekonomiczny projektu był przedmiotem wyceny ekspertów firmy Baker Tilly, którzy oszacowali jego wartość na obecnym etapie na 111,3 mln USD, co w przeliczeniu na PLN wynosi ponad 400 mln zł.

Niemcy nie chcą znieść kontroli na granicy. Przedsiębiorcy mówią o kosztach dla gospodarki

Komisja Europejska oraz Polska stanowczo wzywają Niemcy do zniesienia tymczasowych kontroli na granicach wewnętrznych strefy Schengen. Berlin jednak odrzuca te apele, uzależniając decyzję o powrocie do normalnego ruchu bez kontrolnego od pełnego wdrożenia unijnej polityki azylowej. Eksperci nie mają wątpliwości, że nie ma szans, by w 2026 roku sytuacja uległa zmianie. O ile przedsiębiorcy starają się funkcjonować możliwie sprawnie, tak trudno nie myśleć o negatywnych konsekwencjach długoterminowo trwających kontroli.

„Element polityki wewnętrznej Niemiec”

Pakt o Migracji i Azylu funkcjonuje w Europie od 12 czerwca 2026 roku. Jest on efektem kompromisu w całej Europie, ale jednocześnie momentami budzi krytykę wewnętrzną. Niemcy zarzucają Polsce, że zawieszona w Polsce jest polityka azylowa w przypadku migrantów na granicy białoruskiej, a Polska krytykuje Niemcy za utrzymywane kontrole na granicy, mimo że odnotowywany jest wyraźny spadek nielegalnych migrantów na granicy.

– Daleka jestem od tego, by dyktować stronie niemieckiej rozwiązania dotycząca kreowania polityki azylowej i troski o bezpieczeństwo granic. Wiemy, że Niemcy przez lata borykali się z gigantycznym problemem związanym z migracją, a efekty sytuacji z lat 2018-2023 są w tym kraju odczuwalne do dzisiaj. Wprowadzone już blisko trzy lata temu kontrole na granicy, zamiast być narzędziem doraźnym, stały się trwałym elementem życia na pograniczu, co uznajemy za marnowanie wypracowywanych przez lata wspólnych wartości związanych ze swobodnym przepływem towarów i usług między Polską, a Niemcami – Komentuje Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie

– Trwające i przedłużające się kontrole na granicy należy traktować jako element polityki wewnętrznej Niemiec, która odbija się na relacjach z sąsiednimi krajami, a także na naszej współpracy gospodarczej. Stoimy na stanowisku, że bezpieczeństwo jest najważniejsze, ale należy chronić zewnętrznych granic Unii Europejskiej, a wewnętrznych pilnować przy jednoczesnym przestrzeganiu zasad choćby Strefy Schengen. Północna Izba Gospodarcza popiera więc apel Komisji Europejskiej, by kontrole na granicy ze strony niemieckiej zostały zracjonalizowane –  dodaje Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie

Konsekwencje gospodarcze wynikające z sytuacji są poważne dla Polski

Przedsiębiorcy z jednej strony przyznają, że kontrole nie są najbardziej uciążliwe, ale z drugiej dla handlu, usług i życia na pograniczu jest to problem.

– Mówimy o długotrwałym efekcie utracie naszej inwestycyjnej renty geograficznej. Nie wiemy tak naprawdę, ilu inwestorów zrezygnowało z lokowania inwestycji na pograniczu polsko-niemieckim przez to, że trwają kontrole, a sytuacja związana z migracją była mocno komentowana jako potencjalne niebezpieczeństwo. Odbieramy także sygnały, że kontrole graniczne bywają problemem dla sektora TSL, z zaznaczeniem, że sytuacja najtrudniejsza jest na przejściu granicznym w Zgorzelcu lub po świętach i długich weekendach – mówi Hanna Mojsiuk.

Z tą tezą zgadza się prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych Dariusz Matulewicz.

– Sytuacja zależy od przejścia granicznego. W województwie zachodniopomorskim nie ma obecnie wielkich problemów. One pojawiają się np. po długich weekendach czy po czasie świątecznym, gdy ruch jest zintensyfikowany. Najpoważniejsza sytuacja ma jednak miejsce np. w Zgorzelcu, gdzie kolejki aut ustawiają się na kilka lub nawet kilkanaście kilometrów. Jest wiele europejskich przejść dla pieszych, gdzie obecnie na granicach jest duży problem. W województwie zachodniopomorskim udaje się przejść przez sytuację w miarę bez wielkich strat – dodaje prezes Dariusz Matulewicz.

8 lipca PIP zyska nowe uprawnienia. Umowy B2B i zlecenia pod większą kontrolą

Ryzyko reklasyfikacji umów cywilnoprawnych od 8 lipca br. znacząco wzrośnie. Wchodząca w życie nowelizacja ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy (PIP) daje okręgowym inspektorom pracy nowe narzędzie: możliwość administracyjnego stwierdzenia istnienia stosunku pracy, gdy rzeczywisty sposób świadczenia pracy odpowiada przesłankom zawartym w kodeksie pracy. To istotna zmiana dla firm korzystających z modeli współpracy opartych na B2B, umowach zlecenia czy innych kontraktach cywilnoprawnych.

Ryzyko reklasyfikacji umowy cywilnoprawnej w umowę o pracę od lat pozostaje jednym z najważniejszych zagadnień dla pracodawców. O charakterze relacji nie decyduje bowiem nazwa kontraktu, lecz faktyczny sposób wykonywania pracy. Kluczowe znaczenie mają przesłanki wskazane w art. 22 § 1 Kodeksu pracy, takie jak podporządkowanie organizacyjne, osobiste wykonywanie pracy, odpłatność czy wykonywanie obowiązków w miejscu i czasie wyznaczonym przez zatrudniającego.

Jeżeli te elementy występują, relacja może zostać uznana za stosunek pracy niezależnie od ustaleń stron. Dotychczas ostateczne rozstrzygnięcie w tym zakresie należało przede wszystkim do sądów. Od lipca inspekcja pracy zyska jednak znacznie silniejsze kompetencje.

„Przez lata wielu przedsiębiorców zakładało, że ostateczna ocena charakteru współpracy nastąpi dopiero przed sądem. Od lipca punkt ciężkości przesuwa się na etap kontroli. To oznacza, że firmy powinny analizować nie tylko treść umów, ale przede wszystkim codzienną organizację współpracy z kontraktorami” – mówi Anna Panek, Senior Associate w kancelarii Wolf Theiss.

Nowe uprawnienia inspekcji pracy

Nowelizacja ustawy o PIP przyznaje okręgowym inspektorom pracy kompetencję do administracyjnego stwierdzenia istnienia stosunku pracy, jeżeli ustalą, że sposób jej wykonywania odpowiada cechom stosunku pracy.

Przed wydaniem decyzji inspektor będzie zobowiązany najpierw wydać polecenie usunięcia stwierdzonych naruszeń. Termin jego wykonania zostanie określony w taki sposób, aby możliwa była jeszcze w trakcie kontroli weryfikacja podjętych działań. Dopiero niewykonanie polecenia otworzy drogę do wydania decyzji administracyjnej.

Przy ocenie charakteru współpracy inspektor będzie musiał uwzględnić również wolę stron dotyczącą rodzaju zawartej umowy, ale tylko wtedy, gdy pozostaje ona zgodna z przepisami prawa pracy i nie prowadzi do obejścia prawa.

Skutki mogą wykraczać poza prawo pracy

Decyzja stwierdzająca istnienie stosunku pracy będzie wywoływała skutki od momentu jej wydania, nie tylko na gruncie prawa pracy, lecz także w obszarze ubezpieczeń społecznych, zdrowotnych oraz rozliczeń publicznoprawnych. Reklasyfikacja za okresy wcześniejsze nadal będzie wymagała rozstrzygnięcia sądowego.

Nowelizacja przewiduje również przyspieszoną procedurę sądową dla spraw dotyczących ustalenia stosunku pracy. Pierwsze posiedzenie powinno odbyć się nie później niż miesiąc od wniesienia pozwu lub usunięcia jego braków formalnych.

Czas na audyt modeli współpracy

Zmiany obejmują także podwyższenie sankcji za naruszenia przepisów prawa pracy, możliwość występowania o interpretacje indywidualne dotyczące kwalifikacji konkretnej relacji oraz rozszerzenie współpracy i wymiany danych pomiędzy PIP, ZUS i Krajową Administracją Skarbową.

Jednocześnie ustawodawca przewidział rozwiązanie pozwalające pracodawcom uporządkować istniejące modele współpracy. Podmioty, które w ciągu 12 miesięcy od wejścia nowych przepisów w życie dobrowolnie dostosują relacje do wymogów prawa pracy, będą mogły skorzystać z przewidzianych w ustawie mechanizmów ograniczających odpowiedzialność za wcześniejsze naruszenia. W praktyce oznacza to, że nie będą podlegać odpowiedzialności za naruszenie polegające na zastępowaniu umowy o pracę umową cywilnoprawną, o którym mowa w art. 281  Kodeksu pracy. Warto jednak podkreślić, że zakres tego rozwiązania jest ograniczony – wyłączenie odpowiedzialności dotyczy wyłącznie wskazanego wykroczenia i nie obejmuje innych potencjalnych konsekwencji.

„Największym błędem byłoby skupienie się wyłącznie na dokumentacji. Nawet najlepiej przygotowana umowa B2B nie zminimalizuje ryzyka, jeżeli w praktyce wykonawca pracuje pod stałym nadzorem, w określonych godzinach i na zasadach typowych dla pracowników. Właśnie te elementy będą miały kluczowe znaczenie podczas kontroli. W praktyce oznacza to konieczność realnego przeanalizowania sposobu organizacji pracy – w szczególności poziomu podporządkowania, zakresu autonomii oraz sposobu rozliczania współpracy. To nie zapisy umowne, lecz faktyczne warunki wykonywania pracy będą decydować o ocenie inspekcji” – podkreśla Anna Panek, Senior Associate w kancelarii Wolf Theiss.

Dla pracodawców najbliższe tygodnie powinny być okresem przeglądu wszystkich modeli współpracy opartych na umowach cywilnoprawnych. Od 8 lipca większe znaczenie niż kiedykolwiek wcześniej będzie miało nie to, jak strony nazwały swoją relację, ale jak faktycznie wygląda ona w codziennej praktyce. Weryfikacja obowiązujących rozwiązań jeszcze przed pierwszymi kontrolami może okazać się najskuteczniejszym sposobem ograniczenia ryzyka prawnego, finansowego i organizacyjnego.

Zniknie „najtańsze paliwo w UE”, ale nie znikną ryzyka

Wczoraj ceny ropy spadły o prawie 5 proc. i znalazły się na najniższym poziomie od początku konfliktu na Bliskim Wschodzie. Rynki z entuzjazmem przyjęły zapowiedź Donalda Trumpa dotyczącą zawarcia porozumienia z Iranem. Dla polskich kierowców dobra wiadomość może jednak okazać się krótkotrwała. Rząd zapowiada bowiem stopniowe wygaszanie programu CPN, co oznacza powrót wyższej akcyzy i podatku VAT na paliwa. W efekcie z polskich stacji może zniknąć „najtańsze paliwo w Unii Europejskiej”. Jednocześnie samo porozumienie pokojowe wygląda dziś bardziej na zawieszenie broni niż trwałe rozwiązanie konfliktu. Paradoksalnie więc najbliższe tygodnie, a być może nawet miesiące, mogą okazać się dla kierowców w Polsce, bez programu CPN, bardziej nerwowe niż poprzednie miesiące konfliktu.

Donald Trump zapowiedział zawarcie w tym tygodniu porozumienia pokojowego z Iranem, co wywołało gwałtowną reakcję na rynku ropy. Po tym ogłoszeniu w poniedziałek amerykańska ropa WTI potaniała o 4,8 proc. do 80,75 USD za baryłkę, a Brent o 4,7 proc. do 83,17 USD. Są to najniższe poziomy od początku marca, czyli od pierwszych dni wojny. A ceny ropy spadały już w poprzednich dniach, bowiem rynek od pewnego czasu zakładał możliwość zawarcia porozumienia.

Pozytywnie na zapowiedz porozumienia zareagowały również giełdy. Indeks S&P 500 wzrósł w poniedziałek o 1,6 proc., a Nasdaq zyskał 3 proc., głównie dzięki spółkom związanym ze sztuczną inteligencją. Inwestorzy uznali, że uspokojenie sytuacji na rynku ropy może ograniczyć presję inflacyjną i zmniejszyć ryzyko dalszych podwyżek stóp procentowych. To szczególnie ważne dla firm technologicznych, które realizują ogromne inwestycje finansowane często długiem. W Warszawie historyczny szczyt ustanowił szeroki indeks WIG, choć w drugiej części sesji inwestorzy zaczęli realizować zyski po wcześniejszych wzrostach.

Sama treść porozumienia nie została jeszcze ujawniona. Wiele wskazuje na to, że nie przyniesie ono trwałego pokoju, lecz raczej przedłuży zawieszenie broni i sformalizuje uzgodnienia dotyczące funkcjonowania cieśniny Ormuz. Według medialnych doniesień dokument zakłada zakończenie działań wojennych, częściowe odblokowanie szlaku morskiego i rozpoczęcie dalszych negocjacji, które mają potrwać 60 dni. Donald Trump zapowiedział, że cieśnina jest już częściowo otwarta, a żegluga ma zostać przywrócona od piątku. Iran twierdzi jednak, że cały proces może potrwać nawet 30 dni.

To dopiero początek trudniejszych rozmów dotyczących między innymi irańskiego programu nuklearnego czy odmrożenia zagranicznych aktywów tego kraju. Takie negocjacje zwykle są długie, skomplikowane i pełne napięć. Ryzyko kolejnych kryzysów pozostaje wysokie, tym bardziej że Iran przekonał się, jak skutecznym narzędziem nacisku może być kontrola nad cieśniną Ormuz. Trudno zakładać, że całkowicie zrezygnuje z tak ważnej karty przetargowej.

Oznacza to, że mimo obecnego spadku cen ropy, rynek pozostaje bardzo wrażliwy na wszelkie informacje dotyczące regionu. Ceny paliw na świecie są nadal o ponad 25 proc. wyższe niż przed wybuchem konfliktu, kiedy ropa kosztowała około 65-70 dolarów za baryłkę. Tymczasem polscy konsumenci mogą wkrótce stracić dodatkową ochronę wynikającą z programu CPN.

Rząd zapowiada jego stopniowe wygaszanie. Najpierw miałaby wrócić wyższa akcyza, wcześniej obniżona o około 30 groszy na litrze paliwa. Następnie stawka VAT miałaby ponownie wzrosnąć do 23 proc. Łącznie oznaczałoby to możliwość wzrostu cen paliw nawet o około 1 zł na litrze. Program jest bowiem kosztowny dla finansów publicznych. Obniżki akcyzy i VAT oznaczają dla budżetu ubytek przekraczający 1,5 mld zł miesięcznie. Część tych kosztów rząd chce odzyskać poprzez podatek od nadzwyczajnych zysków firm paliwowych. Ma on objąć producentów i sprzedawców osiągających ponadprzeciętne zyski, a jego stawka ma wynieść 60 proc.

Program CPN pomógł ograniczyć wpływ wzrostu cen ropy na inflację w Polsce. W maju inflacja wyniosła 3,1 proc. rok do roku wobec 3,2 proc. miesiąc wcześniej. Polska znalazła się dzięki temu w grupie nielicznych krajów, które uniknęły gwałtownego wzrostu cen po wybuchu konfliktu. Kluczowe będzie jednak to, jak będą zachowywały się ceny paliw w kolejnych miesiącach oraz jak szybko rząd zdecyduje się wycofywać z osłon podatkowych.

Rynki cieszą się dziś z perspektywy pokoju, ale jednocześnie zdają sobie sprawę, że obecne porozumienie jest dopiero początkiem długiej drogi, która może prowadzić do trwałej stabilizacji rynku energii. W wielu krajach wcześniejszy szok energetyczny zdążył już rozlać się po całej gospodarce, podnosząc ceny usług i wynagrodzeń. To właśnie tego obawiają się banki centralne, które coraz częściej mówią o ryzyku utrzymania podwyższonej inflacji nawet po ustabilizowaniu cen ropy.

Pełna normalizacja transportu przez cieśninę Ormuz wymaga kilku miesięcy spokoju. Dlatego inwestorzy nie powinni jeszcze ogłaszać pełnego sukcesu porozumienia. Szczególnie istotna pozostaje asymetria ryzyka. Problemy z realizacją zapowiadanych ustaleń mogą szybko doprowadzić zarówno do ponownego wzrostu cen ropy, jak i pogorszenia nastrojów na światowych giełdach. Dlatego ostrożność i realistyczna ocena sytuacji pozostają dziś bardziej wskazane niż euforia.

KPMG: regulacje i cyberbezpieczeństwo najmocniej kształtują strategie TPRM

Cyfryzacja, globalizacja łańcuchów dostaw oraz rosnące wymogi regulacyjne sprawiają, że zarządzanie ryzykiem stron trzecich (Third-Party Risk Management, TPRM) staje się jednym z istotnych elementów budowania stabilności organizacji. Tymczasem jedna trzecia firm doświadczyła w ciągu ostatnich trzech lat strat finansowych lub reputacyjnych związanych z podmiotami trzecimi, a 28% odnotowało zakłócenia w łańcuchu dostaw. Jednocześnie aż 83% menedżerów planuje dalszą rozbudowę sieci partnerów w ciągu najbliższych trzech lat wynika z raportu „2026 Global Third-Party Risk Management Survey” opracowanego przez KPMG. Mimo rosnących inwestycji w technologie wiele organizacji nadal zarządza ryzykiem w sposób rozproszony i reaktywny.

Regulacje i cyberbezpieczeństwo kształtują strategie zarządzania ryzykiem

Zgodnie z wynikami raportu KPMG głównymi czynnikami wpływającymi na strategie TPRM są wymogi regulacyjne (48%) oraz ryzyka z zakresu cyberbezpieczeństwa (37%). Organizacje koncentrują się przede wszystkim na zagrożeniach, które mogą bezpośrednio przełożyć się na funkcjonowanie całego przedsiębiorstwa poprzez słabości po stronie dostawców.

W wielu organizacjach zarządzanie ryzykiem stron trzecich wciąż koncentruje się głównie na weryfikacji kontrahenta na początku współpracy, podczas gdy ryzyka mogą zmieniać się w trakcie jej trwania. Coraz większego znaczenia nabiera więc podejście oparte na ciągłym monitorowaniu oraz wykorzystaniu danych z różnych źródeł, które pomaga szybciej identyfikować potencjalne sygnały ostrzegawcze. W praktyce najlepiej sprawdzają się rozwiązania, w których zarządzanie stronami trzecimi jest skoordynowane pomiędzy różnymi funkcjami m.in. zakupów, compliance i bezpieczeństwa informacji – mówi Iwona Sprycha, Partner w Dziale Deal Advisory w KPMG w Polsce.

Inwestycje koncentrują się na ocenie ryzyka i technologiach

Wydatki organizacji w obszarze zarządzania ryzykiem stron trzecich koncentrują się przede wszystkim na procesach oceny ryzyka oraz narzędziach technologicznych. Z badania wynika, że 52% firm inwestuje w działania związane z oceną ryzyka i procesami due diligence wobec dostawców, 51% rozwija technologie i narzędzia wspierające TPRM, a 49% przeznacza środki na cyberbezpieczeństwo i ochronę danych. Istotnym kierunkiem inwestycji pozostają również audyty regulacyjne, wskazywane przez 45% respondentów.

Technologia – potencjał większy niż obecne rezultaty

Technologie cyfrowe coraz częściej wspierają procesy zarządzania ryzykiem stron trzecich. Od 50% do 58% respondentów deklaruje wykorzystanie AI w wybranych obszarach TPRM, takich jak analiza danych, raportowanie czy automatyzacja oceny ryzyka. Jednocześnie tylko 22% badanych ocenia jej skuteczność jako bardzo wysoką, a około 40% jako umiarkowaną.

Zdaniem respondentów, największą wartość przynoszą rozwiązania, które integrują dane z różnych źródeł i wspierają cały cykl życia relacji z dostawcą, zamiast działać w oderwanych od siebie narzędziach.

Rosnące znaczenie analizy ryzyka

Coraz większego znaczenia nabiera także perspektywa tzw. Nth-party, czyli analiza ryzyk wykraczających poza bezpośrednich dostawców. Koncentracja geograficzna produkcji, zależność od jednego podwykonawcy czy brak przejrzystości w kolejnych ogniwach łańcucha wartości mogą prowadzić do poważnych zakłóceń operacyjnych i reputacyjnych.

regulacje i cyberbezpieczeństwo najmocniej kształtują strategie TPRM

Outsourcing i usługi zarządzane pomagają skalować procesy

Ponad 80% organizacji korzysta z outsourcingu lub usług zarządzanych w wybranych elementach TPRM, takich jak ocena ryzyka, monitoring dostawców czy procesy due diligence. Jednocześnie kompleksowe modele obejmujące cały cykl życia relacji z dostawcą pozostają rzadkością – stosuje je zaledwie 5% badanych.

Firmy najczęściej przekazują na zewnątrz zadania o dużym wolumenie i powtarzalnym charakterze, zachowując kontrolę nad kluczowymi decyzjami strategicznymi oraz nadzorem nad relacjami z partnerami.

O raporcie:

Raport „2026 Global Third-Party Risk Management Survey” został opracowany przez KPMG na podstawie globalnego badania wśród 851 przedstawicieli kadry kierowniczej i menedżerskiej z Ameryki Północnej, Ameryki Południowej, Europy oraz regionu Azji i Pacyfiku. Respondenci reprezentowali różne sektory gospodarki, m.in. usługi finansowe, ochronę zdrowia, technologie, przemysł, handel detaliczny oraz energetykę. Badanie analizowało m.in. dojrzałość programów zarządzania ryzykiem stron trzecich, poziom integracji z zarządzaniem ryzykiem korporacyjnym, wykorzystanie technologii i sztucznej inteligencji, modele operacyjne oraz jakość danych w procesach TPRM.

Chińskie marki zmieniają polski rynek motoryzacyjny. Nowe auta wypierają import używanych

0

Polski rynek nowych samochodów osobowych bardzo udanie rozpoczął 2026 rok, kontynuując ubiegłoroczne pozytywne trendy zakupowe. Pomimo wyzwań regulacyjnych, branża wynajmu długoterminowego (CFM) odnotowała skokowy wzrost raportowanej floty, a sektor Rent a Car (RaC) zanotował pierwsze od roku wzrosty, jednoznacznie sygnalizując zakończenie trudnego okresu korekty.

W pierwszym kwartale 2026 roku klienci indywidualni oraz instytucjonalni w Polsce zakupili łącznie 151,6 tys. samochodów osobowych, co przełożyło się na wzrost na poziomie 6,7% r/r. Krajowa dynamika wciąż istotnie przewyższa średnią europejską, która na koniec marca wyniosła 4%. Tak wysokie rezultaty w kraju to efekt kumulacji końcówki wyprzedaży rocznika oraz intensyfikacji działań sprzedażowych związanych z zakończeniem roku fiskalnego u wielu producentów. Na rynku europejskim wzrostom sprzyjały natomiast nowe i zaktualizowane ulgi podatkowe oraz programy motywacyjne. Równocześnie w Polsce pogłębia się trend spadkowy w imporcie aut używanych. Jest to bezpośredni skutek coraz szerszej i atrakcyjniejszej cenowo oferty nowych samochodów od producentów chińskich oraz idących za tym korekt cenowych u pozostałych marek motoryzacyjnych, co silnie stymuluje zakupy konsumenckie.

Finansowanie firmowe pod wpływem zmian regulacyjnych

W obszarze zakupów flotowych widoczna była ostrożność przedsiębiorców powiązana z nowymi przepisami amortyzacyjnymi. W I kwartale 2026 roku dynamika rejestracji nowych aut w wynajmie długoterminowym wyniosła +1,7% r/r, co przełożyło się na 21,3% udziału tej formy finansowania w zakupach firm. Pozostałe formy – w tym zakup za gotówkę, kredyt oraz pożyczka leasingowa – objęły 78,7% rynku dostaw dla firm, notując wzrost o 7,6% r/r. Na taki podział wpływ miały również przesunięcia decyzji zakupowych przedsiębiorstw kończących rok obrachunkowy w marcu oraz ogólna niepewność regulacyjno-gospodarcza wśród klientów firmowych.

Wynajem długoterminowy (CFM): Wyraźny wzrost bazy pojazdów

Wzrost wolumenu łącznej aktywnej floty w usłudze Full Serwis Leasing (FSL) w I kwartale 2026 roku wyniósł +11,3% r/r[1]. Eksperci PZWLP podkreślają, że rynek wynajmu rozwija się dość dynamicznie osiągając nawet dwucyfrowe wzrosty rok do roku w zakresie poziomu sfinansowanej i aktywnej floty. Względna odporność branży na czynniki zewnętrzne oraz niesprzyjające zmiany w otoczeniu gospodarczym i jednocześnie popularność produktu dającego stabilizację finansową dla korzystających potwierdza się w kolejnym kwartale.

Anna Makarewicz, Członek Zarządu PZWLP:

„Mimo względnie dobrych wyników pierwszego kwartału, cała branża CFM musi mierzyć się z wyzwaniami o charakterze znacznie bardziej fundamentalnym i strukturalnym. Obserwujemy bezprecedensową, trudną rynkowo kumulację kilku potężnych czynników. Z jednej strony mamy do czynienia z niesłabnącą presją cenową ze strony marek chińskich oraz przepełnionymi stockami aut u dealerów tradycyjnych producentów, co generuje wysokie rabaty i agresywne wyprzedaże samochodów fabrycznie nowych. Z drugiej strony na rynek silnie rzutowało zaostrzenie sytuacji międzynarodowej i kryzys w Cieśninie Ormuz związany z Iranem. Ten geopolityczny wstrząs dotknął nie tylko regulowanych cen paliw, ale drastycznie zdestabilizował rynek wtórny samochodów używanych z napędem spalinowym, które stanowią zdecydowaną większość w naszych flotach. W wyniku tego globalnego zamieszania wartość aut używanych na rynku drastycznie spadła. Taki obrót spraw uderza bezpośrednio w kluczowy element i zarazem największe ryzyko wpisane w model biznesowy CFM – czyli w wartości rezydualne (RV) pojazdów po kontraktach. Firmy wynajmu będą zmuszone radykalnie zweryfikować i dostosować swoje dotychczasowe oczekiwania co do wartości końcowej aut. Może to przełożyć się na odczuwalnie niższe dynamiki biznesowe całego sektora w kolejnych kwartałach. Jednocześnie, niezależnie od bieżących zawirowań makroekonomicznych jako PZWLP aktywnie i konsekwentnie uczestniczymy w konsultacjach dotyczących unijnego projektu Rozporządzenia Clean Corporate Vehicles. Dbamy o to, by transformacja energetyczna w opierała się na realiach rynkowych oraz rzetelnej ocenie TCO, a nie na oderwanych od rzeczywistości, drastycznych nakazach”.

Postępująca transformacja napędów i struktura emisji

We flotach CFM niezmiennie dominują samochody z silnikami benzynowymi, stanowiąc 56,3% parku przy wzroście o 13,7% r/r. Najdynamiczniej rozwija się segment pojazdów zero- i niskoemisyjnych (hybrydy oraz auta w pełni elektryczne), które łącznie stanowią już 19,3% całego parku PZWLP, rosnąc w tempie aż +51,3% r/r. Wewnątrz tej grupy najszybciej przybywa aut czysto elektrycznych (BEV) – ich udział wzrósł do poziomu 6,8% przy rocznej dynamice rzędu +103,0% r/r. Udział jednostek wysokoprężnych (Diesel) wynosi obecnie 24,4% i zanotował spadek o 10,3% r/r.

Większa liczba firm raportujących szczegółowe dane emisyjne pozwoliła na precyzyjne określenie średniej emisji CO2 nowych aut zakupionych w I kwartale 2026 roku. Dla samochodów osobowych wyniosła ona 123,8 g/km (+23,4% r/r), natomiast dla aut dostawczych do 3,5t osiągnęła poziom 145,3 g/km (spadek o 5,9% r/r).

Rent a Car (RaC): Powrót do wzrostów

Po trudnym okresie wielokwartalnych korekt i optymalizacji flot, branża Rent a Car zanotowała wyczekiwane odbicie. W I kwartale 2026 roku sektor ten odnotował pierwszy od czterech kwartałów wzrost na poziomie +6,3% r/r. Sygnalizuje to stabilizację rynku. Zmiana ta jest odpowiedzią na rosnące zapotrzebowanie przedsiębiorców na wysoce elastyczne formy mobilności, pozwalające sprawnie reagować na wciąż zmienną sytuację regulacyjną i rynkową.

Paweł Piórkowski, Prezes Zarządu PZWLP:

„Zgodnie z przewidywaniami, początek 2026 roku przynosi wyraźne, długo wyczekiwane ożywienie w branży Rent a Car. Wzrost na poziomie +6,3% r/r zamyka trudny okres restrukturyzacji baz pojazdów. Widzimy wyraźnie, że poprawa wyników sektora RaC idzie w parze ze stopniowym powrotem całej polskiej gospodarki na ścieżkę stabilnego wzrostu. W obliczu niepewności regulacyjnej, menedżerowie flot i przedsiębiorcy znacznie przychylniej patrzą na usługi krótkoterminowe i średnioterminowe (STR/MTR), ceniąc ich elastyczność i brak długofalowych zobowiązań finansowych. Choć tempo transformacji energetycznej i rozwój infrastruktury masowej oraz TCO pozostają wyzwaniem, stabilizujący się rynek Rent a Car zyskuje silne fundamenty operacyjne na kolejne miesiące tego roku”.

[1] Począwszy od 1 kwartału 2026 PZWLP we współpracy z IBMR Samar (partnerem odpowiedzialnym za zbieranie i przetwarzanie raportowanych danych statystycznych) dokonał rewizji definicji i sposobu prezentowania zbieranych danych statystycznych, uwzględnił nowych członków, którzy dołączyli w ostatnim czasie do związku oraz zostały zaktualizowane założenia definicji prezentowanych danych. Nowy model raportowania dużo lepiej odzwierciedla dzisiejsze realia rynkowe oraz dynamikę branży. We wcześniej używanym modelu raportowania adekwatna dla opisywanego okresu dynamika wzrostu finansowanej aktywnej floty wyniosłaby 9,4%.