Majowe odbicie w budownictwie. Branża wciąż odrabia straty z początku roku

Maj przyniósł wyraźne odbicie w budownictwie. Produkcja budowlano-montażowa wzrosła o 3,9 proc. rok do roku i o 7,9 proc. względem kwietnia, lecz po pięciu miesiącach branża nadal pozostaje na minusie. Coraz mocniej widać też podział rynku: nowe inwestycje przyspieszają, podczas gdy segment remontów notuje głęboki spadek.

Budownictwo

Budowlanka odbija w maju, ale od początku roku wciąż na minusie. Inwestycje rosną, remonty się załamują

Produkcja budowlano-montażowa w maju 2026 r. była o 3,9% wyższa rok do roku i aż o 7,9% wyższa niż w kwietniu. Miesięczne odbicie nie odwraca jednak słabego początku roku — narastająco od stycznia branża pozostaje 5,1% pod kreską, a jej wnętrze dzieli głęboki rozłam między rosnącymi inwestycjami a kurczącymi się remontami.

22.06.2026 · Opracowanie własne na podstawie danych GUS

+3,9%
r/r, ceny stałe
produkcja budowlano-montażowa w maju
+7,9%
m/m
wzrost względem kwietnia 2026 r.
−5,1%
I–V r/r
narastająco od początku roku
+4,8%
r/r, wyrówn. sezonowo
produkcja po oczyszczeniu z sezonowości

Najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują budownictwo w punkcie zwrotnym. Po słabych pierwszych miesiącach roku maj przyniósł wyraźne odbicie — w cenach stałych produkcja wzrosła o 3,9% rok do roku, a po wyeliminowaniu czynników sezonowych o 4,8%. To pierwszy tak czytelny sygnał poprawy w 2026 roku, choć skala dotychczasowego osłabienia sprawia, że bilans pięciu miesięcy wciąż pozostaje ujemny.

Produkcja budowlano-montażowa w cenach stałych (wyrównana sezonowo)
Przeciętna miesięczna 2021 = 100, ostatnie 29 miesięcy
Źródło danych GUS. Opracowanie własne.

Po wyrównaniu sezonowym produkcja osiągnęła w maju indeks 107,8 (2021 = 100) i odrobiła spadek z początku roku, gdy w styczniu zanurkowała do 98,7. Linia trendu pozostaje jednak płaska — branża od kilkunastu miesięcy porusza się w wąskim paśmie wokół poziomu z 2021 r., bez wyraźnego impulsu wzrostowego.

Działy budownictwa: roboty specjalistyczne ciągną w górę

W ujęciu rocznym majowy wzrost napędziły przedsiębiorstwa wykonujące roboty budowlane specjalistyczne (o 10,8%) oraz zajmujące się budową budynków (o 5,8%). Na minusie pozostała natomiast inżynieria lądowa i wodna (spadek o 1,8%) — dział obejmujący drogi, mosty i sieci, najbardziej zależny od cyklu inwestycji publicznych.

W porównaniu z kwietniem obraz jest jednolicie dodatni: produkcja wzrosła we wszystkich trzech działach, najmocniej w inżynierii lądowej i wodnej (o 10,7%), co sygnalizuje, że również ten segment zaczyna nabierać tempa po słabszym okresie.

Dynamika produkcji według działów budownictwa
Maj 2026 r., ceny stałe, w % · porównanie r/r oraz narastająco I–V
Źródło danych GUS. Opracowanie własne.

Zestawienie ujęcia miesięcznego z narastającym odsłania skalę słabego startu roku. Mimo majowych wzrostów wszystkie trzy działy pozostają od stycznia pod kreską — roboty specjalistyczne o 5,6%, budowa budynków o 5,2%, a inżynieria lądowa i wodna o 4,5%. Majowe odbicie jest więc realne, ale dopiero zaczyna odrabiać straty z pierwszego kwartału.

Dział m/m (kwiecień=100) r/r (maj 2025=100) I–V r/r
BUDOWNICTWO ogółem107,9103,994,9
Budowa budynków105,7105,894,8
Inżynieria lądowa i wodna110,798,295,5
Roboty budowlane specjalistyczne106,6110,894,4

Sedno odczytu: inwestycje w górę, remonty w zapaści

Najważniejszy sygnał majowych danych nie kryje się w podziale na działy, lecz w charakterze realizowanych prac. Roboty o charakterze inwestycyjnym wzrosły o 15,9% rok do roku, podczas gdy prace remontowe załamały się o 23,1%. To rozejście — jedno z najgłębszych w ostatnich latach — pokazuje gospodarkę budowlaną przestawiającą się z utrzymania istniejącej infrastruktury na realizację nowych projektów.

Prace inwestycyjne a remontowe — dynamika produkcji
Ceny stałe, zmiana r/r, w %
Źródło danych GUS. Opracowanie własne.

Rozjazd jest jeszcze wyraźniejszy w ujęciu narastającym. Od stycznia do maja produkcja prac remontowych skurczyła się o 27,6% rok do roku, podczas gdy prace inwestycyjne wzrosły o 4,9%. Dla porównania rok wcześniej spadek remontów wynosił 10,1%, a wzrost inwestycji 6,4% — skala załamania segmentu remontowego wyraźnie się więc pogłębiła.

Taki układ jest spójny z fazą cyklu, w której uruchamiane są duże projekty inwestycyjne — w tym współfinansowane ze środków unijnych — kosztem prac modernizacyjnych i remontowych, wrażliwych na koszty finansowania i ostrożność prywatnych inwestorów. Dla wykonawców oznacza to przesunięcie popytu w stronę realizacji kubaturowych i infrastrukturalnych.

Wniosek dla branży: majowe odbicie jest realne, ale selektywne. Motorem wzrostu są nowe inwestycje i roboty specjalistyczne, podczas gdy segment remontowy przechodzi głęboką korektę. To rynek dwóch prędkości, w którym kierunek popytu jest równie ważny jak jego skala.

Co z tego wynika

Najważniejsze wnioski

  • Maj odwrócił trend, ale rok wciąż na minusie. Wzrost o 3,9% r/r i 7,9% m/m to najsilniejszy sygnał poprawy w 2026 roku, jednak narastająco branża pozostaje 5,1% pod kreską.
  • Inwestycje napędzają, remonty hamują. Prace inwestycyjne wzrosły o 15,9% r/r, a remontowe spadły o 23,1% — to najgłębsze rozejście determinujące obraz całej branży.
  • Roboty specjalistyczne liderem. Wzrost o 10,8% r/r wskazuje, że to wykonawcy wyspecjalizowani najszybciej korzystają z odbicia inwestycyjnego.
  • Inżynieria lądowa odbija miesięcznie. Mimo ujemnej dynamiki rocznej (−1,8%) dział dróg i sieci wzrósł o 10,7% wobec kwietnia — możliwy początek odwrócenia trendu w infrastrukturze publicznej.
  • Trend bazowy pozostaje płaski. Wskaźnik wyrównany sezonowo (107,8) od kilkunastu miesięcy oscyluje wokół jednego poziomu — branża nie weszła jeszcze w fazę trwałej ekspansji.

Kluczowe dla oceny kondycji budownictwa będą kolejne miesiące — to one pokażą, czy majowe odbicie zapoczątkowało trwałe odwrócenie ujemnego trendu z początku roku, czy okaże się jedynie sezonowym wzrostem. Najwięcej zależy od tempa uruchamiania inwestycji publicznych i od tego, czy segment remontowy zdoła zahamować swoje głębokie spadki.

Dane wstępne za maj 2026 r. Obejmują przedsiębiorstwa o liczbie pracujących powyżej 9 osób, których przeważający rodzaj działalności zaliczono do sekcji F „Budownictwo” (PKD 2007). Źródło danych GUS (Informacje sygnalne „Produkcja budowlano-montażowa w maju 2026 r.”, Urząd Statystyczny w Lublinie). Opracowanie własne na podstawie danych GUS.

Sprzedaż detaliczna w maju 2026. Konsumpcja rośnie wolniej, e-commerce zyskuje

Sprzedaż detaliczna w Polsce nadal rośnie, ale tempo odbudowy konsumpcji wyraźnie słabnie. W maju realna sprzedaż zwiększyła się o 3,0 proc. rok do roku, przy jednoczesnym spadku o 1,7 proc. względem kwietnia. Dane GUS pokazują jednak, że wydatki gospodarstw domowych coraz mocniej przesuwają się z żywności w stronę dóbr trwałych, kosmetyków, produktów zdrowotnych oraz zakupów internetowych.

Konsumpcja i handel

Sprzedaż detaliczna rośnie wolniej.

Sprzedaż detaliczna w cenach stałych wzrosła w maju 2026 r. o 3,0% rok do roku, wobec wzrostu o 4,4% przed rokiem. Miesiąc do miesiąca odnotowano spadek o 1,7%, jednak dane po korekcie sezonowej wskazują, że konsumpcja nadal pozostaje na ścieżce wzrostu. W strukturze wydatków widać wyraźną zmianę: realna sprzedaż żywności maleje, podczas gdy rosną zakupy dóbr trwałych, kosmetyków oraz produktów kupowanych przez Internet.

22.06.2026 · Opracowanie własne na podstawie danych GUS

+3,0%
r/r, ceny stałe
dynamika sprzedaży detalicznej; rok wcześniej wzrost wyniósł 4,4%
−1,7%
m/m
zmiana sprzedaży względem kwietnia 2026 r.
+3,7%
r/r, po korekcie sezonowej
dynamika sprzedaży po wyeliminowaniu wpływu czynników sezonowych
9,2%
▲ z 8,8% r/r
udział sprzedaży internetowej w całym handlu detalicznym

Najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują, że konsumpcja gospodarstw domowych nadal wspiera gospodarkę, choć dynamika zakupów jest niższa niż rok wcześniej. W maju sprzedaż detaliczna zwiększyła się realnie o 3,0% rok do roku, czyli o 1,4 pkt proc. wolniej niż w maju 2025 r. W porównaniu z kwietniem odnotowano spadek, ale dane oczyszczone z wpływu sezonowości i układu kalendarza pozostają korzystniejsze.

Po korekcie sezonowej sprzedaż była o 3,7% wyższa niż rok wcześniej oraz o 0,4% większa niż miesiąc wcześniej. Oznacza to, że podstawowy trend konsumpcyjny pozostaje dodatni, choć tempo wzrostu stopniowo słabnie. W ujęciu poziomów sprzedaż detaliczna osiągnęła w maju indeks 113,0 przy średniej z 2021 r. przyjętej jako 100.

Sprzedaż detaliczna w cenach stałych po korekcie sezonowej
Przeciętna miesięczna z 2021 r. = 100, ostatnie 29 miesięcy
Źródło danych: GUS. Opracowanie własne.

Majowy odczyt należy do najwyższych w całym szeregu, jednak wykres pokazuje, że po silnym odbiciu obserwowanym w latach 2024–2025 dynamika wyraźnie się wypłaszcza. Konsument nadal zwiększa wydatki, ale coraz ostrożniej wybiera kategorie, na które przeznacza pieniądze.

Zmiana struktury wydatków. Mniej żywności, więcej dóbr trwałych

Najbardziej widoczna zmiana dotyczy struktury sprzedaży. W największej kategorii handlu detalicznego, obejmującej żywność, napoje i wyroby tytoniowe, realna sprzedaż spadła w maju o 2,8% rok do roku. Segment ten odpowiada za 25,4% całej sprzedaży detalicznej, dlatego jego słabszy wynik istotnie obciąża dynamikę wskaźnika ogółem.

W tym samym czasie rosły wydatki w pozostałych grupach. Najsilniejszy wzrost odnotowano w kategorii „pozostałe”, gdzie sprzedaż zwiększyła się o 10,8% rok do roku. Wyraźnie rosła też sprzedaż paliw, farmaceutyków, kosmetyków oraz sprzętu ortopedycznego. Dodatnie wyniki utrzymały również meble, sprzęt RTV i AGD, a także tekstylia, odzież i obuwie.

Dynamika sprzedaży detalicznej według grup towarów
Maj 2026 r., ceny stałe, analogiczny miesiąc 2025 r. = 100
Źródło danych: GUS. Opracowanie własne.

Takie dane można odczytywać jako sygnał przesuwania się wydatków z bieżącej konsumpcji w stronę zakupów odkładanych wcześniej w czasie. Gdy sytuacja dochodowa gospodarstw domowych się stabilizuje, część konsumentów chętniej przeznacza środki na elektronikę, wyposażenie mieszkań, ubrania czy produkty związane ze zdrowiem i pielęgnacją.

Dla sieci handlowych oznacza to zmianę w rozkładzie popytu między kategoriami. Zyskują sprzedawcy, którzy elastycznie reagują na przesuwanie się wydatków klientów i potrafią łączyć ofertę stacjonarną z kanałem cyfrowym.

Paliwa: obroty rosną także przez ceny

Porównanie danych w cenach stałych i bieżących pokazuje, jak istotny wpływ na wyniki handlu mają zmiany cen. W przypadku paliw realna sprzedaż zwiększyła się o 9,9% rok do roku, ale w cenach bieżących wzrost obrotów był znacznie wyższy i sięgnął 22,4%. Różnica wskazuje, że istotna część wzrostu wartości sprzedaży wynikała z wyższych cen, a nie wyłącznie z większego wolumenu zakupów.

Odmiennie wygląda sytuacja w żywności. Realna sprzedaż tej kategorii spadła o 2,8%, a w cenach bieżących obniżyła się o 1,4%. Oznacza to, że przy słabszym popycie realnym presja cenowa była ograniczona, choć konsumenci nadal przeznaczają na zakupy spożywcze znaczącą część domowych budżetów.

Grupa towarów m/m (kwiecień=100) r/r (maj 2025=100) I–V r/r Udział w sprzedaży
OGÓŁEM98,3103,0102,9100,0%
Żywność, napoje, tytoń97,297,297,925,4%
Paliwa stałe, ciekłe i gazowe91,0109,9109,514,2%
Pozostałe102,4110,8108,29,7%
Farmaceutyki, kosmetyki98,8109,3107,68,3%
Pojazdy samochodowe, części99,0102,1102,57,8%
Meble, RTV, AGD100,4104,5105,67,6%
Tekstylia, odzież, obuwie109,8103,8100,95,3%
Prasa, książki, sprzedaż wyspec.107,999,497,73,6%

Dynamika w cenach stałych; udział w sprzedaży ogółem według cen bieżących. Pozycja „pozostała sprzedaż w niewyspecjalizowanych sklepach” objęta tajemnicą statystyczną.

E-commerce umacnia pozycję w handlu

Sprzedaż detaliczna przez Internet, liczona w cenach bieżących, była w maju o 9,9% wyższa niż przed rokiem. Udział kanału online w sprzedaży detalicznej ogółem zwiększył się z 8,8% do 9,2%. Wzrost jest stopniowy, lecz trwały, choć udział e-commerce nadal podlega silnym wahaniom sezonowym.

Najwyższe poziomy sprzedaży internetowej przypadają zwykle na okres przedświąteczny. W listopadzie 2025 r. udział kanału online wyniósł 11,0%, podczas gdy w kolejnych miesiącach powrócił do wartości bliższych średniej dla całego roku. Majowy wynik potwierdza jednak, że e-commerce pozostaje jednym z głównych kanałów wzrostu w handlu detalicznym.

Udział sprzedaży przez Internet w sprzedaży detalicznej ogółem
Ceny bieżące, w %, ostatnie 13 miesięcy
Źródło danych: GUS. Opracowanie własne.

Handel internetowy pozostaje szczególnie ważny w segmentach, gdzie klienci łatwo porównują ceny, modele i parametry produktów. Najwyższy udział sprzedaży online nadal notują tekstylia, odzież i obuwie, a następnie prasa, książki oraz sprzęt RTV i AGD wraz z meblami.

W grupie mebli, elektroniki i AGD udział e-commerce wzrósł rok do roku z 17,3% do 19,4%. W kategorii prasy i książek zwiększył się z 19,2% do 20,4%. Segment modowy utrzymał bardzo wysoki poziom sprzedaży internetowej, choć jego udział minimalnie obniżył się z 23,7% do 23,6%.

Udział sprzedaży przez Internet według grup towarów
Maj 2026 r., ceny bieżące, w %
Źródło danych: GUS. Opracowanie własne.

Różnice między kategoriami pokazują, że cyfryzacja handlu postępuje nierównomiernie. W modzie, książkach czy elektronice zakupy online są już ważnym elementem sprzedaży, podczas gdy w żywności kanał internetowy odpowiada jedynie za 0,9% obrotów. W paliwach jego udział pozostaje praktycznie nieistotny.

Największa przestrzeń do dalszego rozwoju sprzedaży internetowej pozostaje w dobrach trwałych, produktach zdrowotnych i kosmetycznych. To tam udział online zwiększa się zauważalnie, ale nadal pozostaje niższy niż w najbardziej zdigitalizowanych segmentach handlu.

Majowy odczyt pokazuje, że polska konsumpcja pozostaje w fazie selektywnego wzrostu. Popyt nie słabnie równomiernie, lecz przesuwa się z żywności w stronę dóbr trwałych, produktów uznaniowych i zakupów internetowych. Zyskują sprzedawcy, którzy szybko dostosowują ofertę do zmieniających się preferencji klientów i rozwijają sprzedaż wielokanałową.

Najważniejsze wnioski

Co wynika z danych GUS

  • Sprzedaż detaliczna nadal rośnie, ale wolniej. Dynamika roczna wyniosła 3,0%, wobec 4,4% rok wcześniej. Dane po korekcie sezonowej wskazują jednak, że bazowy trend konsumpcyjny pozostaje dodatni.
  • Żywność obciąża wynik całego handlu. Realna sprzedaż żywności, napojów i wyrobów tytoniowych spadła o 2,8%, mimo że jest to największa kategoria w strukturze sprzedaży detalicznej.
  • Rosną wydatki na dobra trwałe i produkty uznaniowe. Lepsze wyniki zanotowały m.in. meble, elektronika, kosmetyki, farmaceutyki oraz odzież i obuwie.
  • W paliwach duże znaczenie ma efekt cenowy. Wartość sprzedaży rośnie szybciej niż realny wolumen zakupów, co wskazuje na istotny wpływ wyższych cen.
  • Internet systematycznie zwiększa udział w handlu. Kanał online odpowiada już za 9,2% sprzedaży detalicznej, a jego rola szczególnie rośnie w meblach, elektronice i książkach.

W kolejnych miesiącach kluczowe będzie to, czy słabsza sprzedaż żywności okaże się jedynie przejściową korektą, czy też elementem trwalszej zmiany modelu konsumpcji. Na wyniki handlu wpływać będą przede wszystkim ceny paliw i żywności, sytuacja na rynku pracy oraz skłonność gospodarstw domowych do większych zakupów w sezonie letnim i jesiennym.

Dane za maj 2026 r. Dane dotyczą przedsiębiorstw o liczbie pracujących powyżej 9 osób, grupowanych według przeważającego rodzaju działalności zgodnie z PKD 2007. Źródło: GUS, Informacja sygnalna „Sprzedaż detaliczna w maju 2026 r.”, Departament Cen i Usług. Opracowanie własne na podstawie danych GUS.

Debiut SpaceX przyciągnął tłumy. Inwestorzy z regionu CEE wykonali co piątą transakcję

Pierwszy dzień notowań akcji SpaceX wzbudził wyjątkowo duże zainteresowanie wśród klientów Saxo. Liczba klientów Saxo handlujących akcjami SpaceX była ponad 16 razy wyższa niż w przypadku drugiej najczęściej handlowanej tego dnia spółki – Nvidii.

Na tym tle wyróżniała się Europa Środkowo-Wschodnia. Choć inwestorzy z tego regionu stanowili jedynie 2,1% wszystkich klientów handlujących akcjami SpaceX, odpowiadali aż za 20,5% wszystkich transakcji. Był to najwyższy udział spośród wszystkich analizowanych rynków, przewyższający poziomy aktywności odnotowane w Danii, Holandii, Szwajcarii i Singapurze.

Dane pokazują, że inwestorzy z Europy Środkowo-Wschodniej nie tylko zareagowali na debiut giełdowy, ale również aktywnie uczestniczyli w handlu. Na koniec pierwszego dnia notowań posiadali 7,6% wszystkich akcji SpaceX znajdujących się w portfelach klientów Saxo.

Na większych rynkach zainteresowanie SpaceX wynikało przede wszystkim z szerokiej bazy inwestorów: inwestorzy z Danii stanowili niemal 23% wszystkich klientów handlujących tą spółką, inwestorzy z Holandii – 20%, a inwestorzy ze Szwajcarii – 17%.

Wśród klientów Saxo z Danii, Holandii, Francji i Szwajcarii – czterech rynków, na których klienci mogli wcześniej zapisać się na IPO – 13% zwiększyło swoje pozycje w pierwszym dniu notowań, 10% sprzedało akcje w całości, a 77% utrzymało posiadane walory bez zmian. Łącznie grupa ta zakończyła sesję z liczbą akcji o 42% wyższą niż początkowo przydzielona, co wskazuje, że dodatkowe zakupy wyraźnie przeważyły nad sprzedażą. Jednocześnie niemal 60% wszystkich transakcji zostało zrealizowanych przez klientów, którzy nie otrzymali akcji w ramach IPO. Pokazuje to, że zainteresowanie spółką szybko wykroczyło poza uczestników oferty publicznej i objęło inwestorów kupujących akcje na rynku wtórnym.

Dane z pierwszego dnia notowań SpaceX pokazują, że zainteresowanie inwestorów nie jest skoncentrowane już wyłącznie w największych centrach finansowych Europy Zachodniej czy Azji. Inwestorzy Saxo z regionu Europy Środkowo-Wschodniej odpowiadali za ponad jedną piątą wszystkich transakcji. To ważny sygnał dojrzewania rynku: inwestorzy z tego regionu coraz szybciej reagują na najważniejsze globalne wydarzenia na rynkach kapitałowych i aktywnie szukają ekspozycji na rozpoznawalne spółki technologiczne. Jednocześnie tak podwyższona aktywność wokół debiutów giełdowych przypomina, że rozsądne zarządzanie ryzykiem pozostaje kluczowe. Inwestorzy powinni unikać nadmiernej koncentracji portfela wokół jednej narracji inwestycyjnej i utrzymywać szeroką dywersyfikację – komentuje Aleksander Mrózek, Manager ds. relacji z kluczowymi klientami regionu Europy Środkowo-Wschodniej w Saxo Banku.

Firmy nie tną jeszcze kosztów, ale hamują z optymizmem. Nowe dane o koniunkturze

Czerwcowe badanie GUS pokazuje gospodarkę w fazie wyczekiwania. Bieżąca sytuacja przedsiębiorstw pozostaje względnie stabilna, jednak prognozy na najbliższe trzy miesiące wyraźnie się pogarszają. Najlepsze nastroje utrzymują się w finansach i gastronomii, podczas gdy przemysł ponownie znalazł się najsłabiej ocenianym końcu zestawienia.

Koniunktura gospodarcza

Czerwcowa koniunktura: firmy ostrożniejsze wobec drugiej połowy roku

Czerwcowe badanie GUS pokazuje gospodarkę pozostającą w stanie względnej równowagi, ale z wyraźnie słabszymi oczekiwaniami przedsiębiorstw. Oceny bieżącej sytuacji w większości branż pozostają stabilne, natomiast prognozy na kolejne trzy miesiące częściej się pogarszają. Firmy nie mówią jeszcze o gwałtownym hamowaniu, lecz coraz ostrożniej podchodzą do inwestycji, zatrudnienia i kosztów.

22.06.2026 · Opracowanie własne na podstawie danych GUS

+24,4
▼ z +26,6 m/m
Finanse i ubezpieczenia — najwyższy wskaźnik, ale niższy od średniej długookresowej
−6,0
▼ z −4,1 m/m
Przetwórstwo przemysłowe — najsłabszy odczyt wśród badanych branż
+19,7
▲ z +14,7 m/m
Zakwaterowanie i gastronomia — największa miesięczna poprawa
4 z 8
sekcji poniżej zera
wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury, dane niewyrównane sezonowo

Comiesięczne badanie koniunktury Głównego Urzędu Statystycznego nie pokazuje jednego, wyraźnego kierunku dla całej gospodarki. W czerwcu najistotniej osłabły nastroje w finansach i ubezpieczeniach, natomiast najsilniejszą poprawę odnotowano w zakwaterowaniu i gastronomii. Pozostałe branże poruszają się blisko poziomu neutralnego lub utrzymują umiarkowanie negatywne oceny, co składa się na obraz gospodarki w fazie ostrożnego wyczekiwania.

Finanse nadal liderem, przemysł pozostaje najsłabszy

Między poszczególnymi sektorami nadal widać dużą różnicę ocen. Najwyższy wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury zanotowano w finansach i ubezpieczeniach, gdzie wyniósł plus 24,4 pkt. Niewiele słabszy wynik osiągnęły zakwaterowanie i gastronomia, z odczytem na poziomie plus 19,7 pkt.

Na drugim biegunie znalazło się przetwórstwo przemysłowe, gdzie wskaźnik spadł do minus 6,0 pkt. Istotne jest również to, że nawet sektor finansowy, mimo wyraźnie dodatniego wyniku, pozostaje poniżej swojej średniej długookresowej wynoszącej plus 25,4 pkt. To sygnał, że wysoki optymizm w tej branży stopniowo traci impet.

Wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury według sektorów
Czerwiec 2026 r., dane niewyrównane sezonowo
Źródło: GUS. Opracowanie własne.

Wskaźnik poniżej zera odnotowano w czterech z ośmiu analizowanych sekcji: w przetwórstwie przemysłowym, handlu detalicznym, budownictwie oraz transporcie i gospodarce magazynowej. Handel hurtowy utrzymał wynik dodatni, ale bardzo niski. Taki układ nie wskazuje jeszcze na załamanie nastrojów, lecz pokazuje brak silnego impulsu, który mógłby uruchomić szerokie ożywienie w przedsiębiorstwach.

Gastronomia zyskuje, finanse i handel tracą rozpęd

Miesięczne zmiany wskaźnika wyraźnie podzieliły badane branże. Najsilniejszą poprawę zanotowały zakwaterowanie i gastronomia, gdzie wskaźnik wzrósł o 5,0 pkt. Wzrost można wiązać z rozpoczęciem sezonu wakacyjnego oraz lepszymi oczekiwaniami dotyczącymi popytu w najbliższych miesiącach.

Na plusie znalazły się także informacja i komunikacja, budownictwo oraz transport i gospodarka magazynowa. Z kolei spadek nastrojów dotknął przede wszystkim finanse i ubezpieczenia, przetwórstwo przemysłowe oraz handel detaliczny. Największe pogorszenie w skali miesiąca odnotowano właśnie w finansach, gdzie wskaźnik obniżył się o 2,2 pkt.

Zmiana wskaźnika koniunktury miesiąc do miesiąca
Czerwiec wobec maja 2026 r., w punktach
Źródło: GUS. Opracowanie własne.

Osiem sektorów, cztery perspektywy porównawcze

Sektor Rok temu Maj 2026 Czerwiec 2026 Śr. długookr. Zmiana m/m
Finanse i ubezpieczenia25,326,624,425,4−2,2
Zakwaterowanie i gastronomia17,314,719,7−0,4+5,0
Informacja i komunikacja9,28,110,217,2+2,1
Handel hurtowy−0,53,01,62,4−1,4
Transport i gosp. magazynowa−0,8−1,1−0,6−0,9+0,5
Budownictwo−4,7−1,3−0,7−3,6+0,6
Handel detaliczny−0,90,0−1,6−4,1−1,6
Przetwórstwo przemysłowe−7,7−4,1−6,00,4−1,9

W porównaniu z czerwcem ubiegłego roku poprawę widać przede wszystkim w budownictwie, przetwórstwie oraz finansach i ubezpieczeniach. W przypadku budownictwa wskaźnik wzrósł z minus 4,7 do minus 0,7 pkt i znalazł się wyraźnie powyżej średniej długookresowej. Oznacza to, że mimo nadal negatywnych ocen, sytuacja w tej branży wygląda lepiej niż przed rokiem.

Od wielu miesięcy widać wyraźny rozjazd między sektorami

Szersze spojrzenie na dane pokazuje, że czerwcowy odczyt nie jest jednorazowym wahnięciem. Finanse i ubezpieczenia utrzymują relatywnie wysoki poziom nastrojów, choć od kilku miesięcy widać stopniowe schłodzenie. Zakwaterowanie i gastronomia odbudowują swoją pozycję po słabszym okresie jesienno-zimowym.

Przetwórstwo przemysłowe pozostaje natomiast pod presją i mimo chwilowej poprawy na początku roku wciąż utrzymuje się poniżej zera. Budownictwo poprawia wyniki, lecz nie odzyskało jeszcze trwałej przewagi po stronie optymistycznych ocen. Różnice między branżami są dziś większe niż kilka miesięcy temu, co utrudnia postawienie jednej diagnozy dla całej gospodarki.

Wskaźnik koniunktury w wybranych sektorach — ostatnie 18 miesięcy
Dane niewyrównane sezonowo
Źródło: GUS. Opracowanie własne.

Firmy spokojniej oceniają teraźniejszość niż przyszłość

Najważniejszy sygnał płynący z czerwcowego badania nie dotyczy wyłącznie poziomu wskaźników ogólnych. Znacznie istotniejsza jest różnica między oceną obecnej sytuacji a oczekiwaniami na kolejne trzy miesiące. W większości sektorów część diagnostyczna pozostaje stabilna, natomiast część prognostyczna wyraźnie słabnie.

Oznacza to, że przedsiębiorstwa nie widzą obecnie gwałtownego pogorszenia warunków działania, ale z większą rezerwą patrzą na najbliższą przyszłość. Taki układ często towarzyszy okresom, w których firmy ograniczają skłonność do ryzyka, wstrzymują inwestycje i ostrożniej planują wydatki.

Ocena bieżącej sytuacji a oczekiwania na kolejne trzy miesiące
Czerwiec 2026 r., składowa diagnostyczna i prognostyczna
Źródło: GUS. Opracowanie własne.

Najsilniejszy kontrast widoczny jest w finansach i ubezpieczeniach. Bieżąca ocena sytuacji osiągnęła tam bardzo wysoki poziom plus 46,2 pkt, ale prognozy dla najbliższych miesięcy spadły do plus 2,5 pkt. Podobny, choć mniej wyraźny mechanizm występuje w przetwórstwie przemysłowym i handlu detalicznym.

Wyjątkiem jest zakwaterowanie i gastronomia. W tej branży oczekiwania na kolejne trzy miesiące wyniosły plus 28,8 pkt i wyraźnie przewyższają ocenę bieżącej sytuacji. To pokazuje, że przedsiębiorcy liczą na sezonowy wzrost popytu i poprawę wyników w okresie wakacyjnym.

Zatrudnienie bez większych zmian, podwyżki zależne od kondycji firm

Pytania dotyczące rynku pracy potwierdzają, że przedsiębiorstwa przyjmują obecnie ostrożną strategię. W perspektywie trzech miesięcy zdecydowana większość firm planuje utrzymanie dotychczasowego poziomu zatrudnienia. Dotyczy to przede wszystkim pracowników relatywnie łatwych do zastąpienia.

Największy udział firm rozważających redukcję zatrudnienia występuje w przetwórstwie przemysłowym oraz handlu hurtowym. Z kolei większą skłonność do zwiększania liczby pracowników deklarują przede wszystkim przedsiębiorstwa z sektora zakwaterowania i gastronomii. W tym przypadku znaczenie ma prawdopodobnie sezonowy charakter działalności.

Plany zatrudnienia na najbliższe trzy miesiące
Pracownicy relatywnie łatwi do zastąpienia, ważony odsetek odpowiedzi
Źródło: GUS. Opracowanie własne.

W badaniu uwagę zwraca także zmiana czynników wpływających na politykę płacową. We wszystkich analizowanych sekcjach najczęściej wskazywanym elementem decydującym o wynagrodzeniach w kolejnych miesiącach jest sytuacja finansowa firmy. Wskazuje ją od 61 do 66 proc. respondentów jako czynnik istotny.

Presja inflacyjna nadal pozostaje ważna, ale jest wymieniana rzadziej niż kondycja przedsiębiorstwa. Oznacza to, że firmy coraz rzadziej traktują podwyżki jako automatyczną odpowiedź na wzrost cen. Coraz większe znaczenie ma ich własna rentowność, poziom zamówień oraz możliwość przenoszenia kosztów na klientów.

Wniosek dla zarządzających: gospodarka nie sygnalizuje gwałtownego pogorszenia, jednak słabnące prognozy przy stabilnej ocenie teraźniejszości są wyraźnym sygnałem ostrożności. Firmy nie ograniczają jeszcze masowo kosztów, ale częściej wstrzymują decyzje rozwojowe, ostrożniej planują zatrudnienie i uzależniają politykę płacową od własnych wyników finansowych.

Najważniejsze wnioski z badania

Co wynika z czerwcowego odczytu

  • Prognozy słabną szybciej niż ocena bieżącej sytuacji. Przedsiębiorcy nie widzą jeszcze silnego pogorszenia warunków działania, ale coraz ostrożniej patrzą na kolejny kwartał.
  • Finanse pozostają na czele, ale tracą dynamikę. Sektor finansowy nadal notuje najwyższy wskaźnik koniunktury, jednak spadł on poniżej średniej długookresowej, a oczekiwania firm wyraźnie się pogorszyły.
  • Zakwaterowanie i gastronomia są jasnym punktem odczytu. Branża poprawiła wynik najmocniej w skali miesiąca i liczy na dalsze wsparcie ze strony sezonowego popytu.
  • Przemysł pozostaje słabym ogniwem gospodarki. Przetwórstwo przemysłowe ponownie pogłębiło spadek i nadal wyraźnie odstaje od swojej średniej długookresowej.
  • Rynek pracy pozostaje zamrożony. Dominują plany utrzymania zatrudnienia, a o decyzjach płacowych coraz częściej decyduje sytuacja finansowa przedsiębiorstw, a nie sama inflacja.

W kolejnych miesiącach kluczowe będzie to, czy słabsze prognozy przedsiębiorstw przełożą się na realne ograniczenie inwestycji, zatrudnienia i wydatków. Na razie dane bardziej wskazują na ostrożność niż na wyraźne pogorszenie sytuacji gospodarczej. Letnie odczyty pokażą, czy sezonowy wzrost popytu poprawi nastroje także poza usługami związanymi z turystyką i gastronomią.

Dane za czerwiec 2026 r., niewyrównane sezonowo, o ile nie wskazano inaczej. Źródło: GUS, „Koniunktura gospodarcza – czerwiec 2026 r.”, Departament Przedsiębiorstw. Opracowanie własne na podstawie danych GUS. Badanie współfinansowane przez Unię Europejską.

Deweloperzy szykują nowe projekty, ale nie przyspieszają z budową

Liczba mieszkań objętych pozwoleniami na budowę wyraźnie rośnie, ale deweloperzy nadal ostrożnie podchodzą do uruchamiania nowych inwestycji. Dane GUS za pierwsze pięć miesięcy 2026 r. pokazują, że firmy rozbudowują portfel projektów na przyszłość, podczas gdy liczba rozpoczętych budów i gotowych lokali pozostaje praktycznie bez zmian.

Rynek mieszkaniowy

Pozwolenia w górę o 16,3%, budowy i odbiory w miejscu. Deweloperzy odbudowują portfel projektów

W okresie styczeń–maj 2026 r. liczba mieszkań z wydanym pozwoleniem na budowę wzrosła o 16,3% rok do roku, podczas gdy liczba mieszkań rozpoczętych spadła o 0,2%, a oddanych do użytkowania — o 0,5%. Rynek wszedł w fazę, w której papierowy front inwestycji rośnie szybciej niż realne place budowy.

22.06.2026 · Opracowanie własne na podstawie danych GUS

76,2 tys.
▼ 0,5% r/r
mieszkań oddanych do użytkowania
94,7 tys.
▼ 0,2% r/r
mieszkań rozpoczętych
119,9 tys.
▲ 16,3% r/r
mieszkań z wydanym pozwoleniem
857,3 tys.
▲ 0,5% r/r
mieszkań w budowie (koniec maja)

Najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują rynek rozszczepiony na dwie prędkości. Statystyka wyprzedzająca — pozwolenia na budowę — przyspiesza, ale efekty bieżącej działalności budowlanej pozostają płaskie lub lekko się kurczą. To rozejście się wskaźników jest najważniejszym sygnałem ostatnich miesięcy: deweloperzy gromadzą gotowe do uruchomienia projekty, zachowując jednocześnie ostrożność przy wbijaniu pierwszej łopaty.

Pozwolenia: pojedynczy wskaźnik, który rośnie

W okresie styczeń–maj 2026 r. wydano pozwolenia na budowę 119,9 tys. mieszkań — o 16,3% więcej niż rok wcześniej. Motorem wzrostu byli deweloperzy, dla których wydano 79,5 tys. pozwoleń (wzrost o 21,7% r/r). Inwestorzy indywidualni uzyskali pozwolenia na 36,9 tys. mieszkań (wzrost o 10,0%). Łącznie obie formy budownictwa odpowiadały za 97,2% wszystkich lokali objętych pozwoleniami.

Skala odbicia po stronie deweloperów jest istotna, ponieważ pozwolenie jest pierwszym ogniwem cyklu inwestycyjnego. Rosnąca liczba pozwoleń oznacza, że firmy budują zapas projektów gotowych do uruchomienia — bank ziemi z dokumentacją, który można aktywować, gdy warunki popytowe i finansowe na to pozwolą.

Rozpoczęcia i odbiory: bez zmian względem ubiegłego roku

Po stronie realnej aktywności obraz jest stabilny, ale pozbawiony dynamiki. Rozpoczęto budowę 94,7 tys. mieszkań — o 0,2% mniej niż przed rokiem. Deweloperzy przystąpili do budowy 58,0 tys. mieszkań (spadek o 2,6%), a inwestorzy indywidualni — 34,5 tys. (wzrost o 2,5%).

Oddano do użytkowania 76,2 tys. mieszkań — o 0,5% mniej niż w analogicznym okresie 2025 r. Deweloperzy przekazali 45,7 tys. lokali (spadek o 2,4%), a inwestorzy indywidualni — 28,7 tys. (wzrost o 2,7%). Powierzchnia użytkowa nowo oddanych mieszkań wyniosła 7,0 mln m², a przeciętna wielkość jednego mieszkania osiągnęła 91,3 m².

We wszystkich trzech kategoriach widać tę samą prawidłowość: segment indywidualny utrzymuje lekko dodatnią dynamikę, podczas gdy deweloperzy redukują liczbę rozpoczynanych i oddawanych mieszkań — przy jednoczesnym mocnym zwiększeniu pozwoleń.

Mieszkania oddane do użytkowania w okresie styczeń–maj
Dane skumulowane I–V w kolejnych latach, w tys. mieszkań
Źródło danych GUS. Opracowanie własne.

W ujęciu wieloletnim bieżący wynik odbiorów to kontynuacja schodzenia z rekordu. Szczyt przypadł na lata 2022–2023 (ponad 91 tys. mieszkań oddanych w okresie I–V), po czym nastąpiła wyraźna korekta. Rok 2026 z wynikiem 76,2 tys. lokali jest najniższym odczytem od 2020 r. i potwierdza, że rynek przeszedł z fazy ekspansji w fazę normalizacji.

Deweloperzy napędzają pozwolenia, hamują na placach budowy

Zestawienie obu form budownictwa według trzech wskaźników pokazuje, gdzie dokładnie powstaje rozejście rynku. Deweloperzy odpowiadają za zdecydowaną większość pozwoleń, jednak ich udział w mieszkaniach rozpoczynanych i oddawanych rośnie wolniej.

Budownictwo deweloperskie i indywidualne według etapu inwestycji
Okres styczeń–maj 2026 r., w tys. mieszkań
Źródło danych GUS. Opracowanie własne.

Różnica między 79,5 tys. pozwoleń a 58,0 tys. rozpoczęć w segmencie deweloperskim to bufor projektów, które mają dokumentację, ale nie weszły jeszcze w realizację. Ten nawis — pozwolenia bez natychmiastowego rozpoczęcia budowy — jest klasycznym sygnałem rynku, który przygotowuje się na odbicie popytu, ale nie chce ponosić kosztów finansowania budowy przed czasem.

Mapa regionalna: trzy województwa decydują o skali rynku

Koncentracja geograficzna pozostaje wysoka. Najwięcej mieszkań — we wszystkich trzech kategoriach — odnotowano w województwie mazowieckim, małopolskim i śląskim. Same te trzy regiony skupiają znaczącą część krajowej aktywności budowlanej.

Budownictwo mieszkaniowe według województw
Okres styczeń–maj 2026 r., w tys. mieszkań
Źródło danych GUS. Opracowanie własne.

Mazowieckie wyprzedza resztę kraju w każdym wskaźniku — 20,0 tys. pozwoleń, 17,5 tys. rozpoczęć i 15,0 tys. mieszkań oddanych. Małopolskie jest jedynym regionem, w którym odbiory (8,6 tys.) wyprzedzają poziom z większych pod względem pozwoleń województw, co świadczy o dojrzałym, sprawnie domykanym potoku inwestycji. Śląskie wyróżnia się natomiast szczególnie wysokim poziomem pozwoleń (13,0 tys.) względem odbiorów (6,9 tys.) — to region, w którym przyszły potok podaży jest budowany najbardziej zaliczkowo.

Województwo Pozwolenia Rozpoczęte Oddane
Mazowieckie20,017,515,0
Małopolskie10,99,28,6
Wielkopolskie9,89,27,5
Dolnośląskie11,47,47,3
Śląskie13,08,36,9
Pomorskie10,28,34,7
Łódzkie7,65,55,1
Podkarpackie6,74,43,5
Lubelskie4,74,33,4
Kujawsko-pomorskie5,73,63,0
Zachodniopomorskie4,75,72,5
Warmińsko-mazurskie3,62,92,2
Lubuskie3,01,81,8
Świętokrzyskie2,52,11,7
Podlaskie4,33,01,7
Opolskie1,81,41,2

Maj 2026: spadki we wszystkich wskaźnikach miesiąc do miesiąca

W ujęciu miesięcznym maj przyniósł osłabienie. W porównaniu z kwietniem 2026 r. spadła liczba mieszkań oddanych do użytkowania (o 0,6%), z wydanym pozwoleniem (o 13,8%) oraz rozpoczętych (o 18,2%). Znaczący spadek pozwoleń i rozpoczęć w pojedynczym miesiącu warto interpretować z ostrożnością — wskaźniki te cechuje wysoka zmienność miesięczna, a obraz roczny pozostaje rozstrzygający.

Na koniec maja 2026 r. w budowie pozostawało 857,3 tys. mieszkań — o 0,5% więcej niż rok wcześniej. Tak duży, lekko rosnący zasób w toku oznacza, że podaż mieszkań spływająca na rynek w kolejnych kwartałach pozostanie stabilna, nawet jeśli bieżąca liczba nowych rozpoczęć się nie zwiększa.

Co to oznacza dla rynku i inwestorów

Najważniejsze wnioski

  • Wskaźnik wyprzedzający rośnie, realny spływa. Wzrost pozwoleń o 16,3% przy płaskich rozpoczęciach i odbiorach sygnalizuje, że deweloperzy budują portfel projektów na przyszłość, ale wstrzymują się z uruchamianiem budów. To zwiastun potencjalnego przyspieszenia podaży, gdy poprawią się warunki popytowe.
  • Segment indywidualny jest stabilizatorem. Inwestorzy indywidualni utrzymują dodatnią dynamikę we wszystkich trzech kategoriach, łagodząc spadki po stronie deweloperskiej.
  • Bufor projektów rośnie. Różnica między pozwoleniami a rozpoczęciami w segmencie deweloperskim to zaplecze, które może zostać szybko zaktywizowane — czynnik elastyczności podaży, ale i ryzyko nawisu, jeśli popyt nie odbije.
  • Geografia pozostaje skoncentrowana. Mazowieckie, małopolskie, śląskie, wielkopolskie i dolnośląskie wyznaczają rytm całego rynku; aktywność inwestycyjna poza tymi regionami jest wielokrotnie niższa.
  • Stabilny zasób w budowie. 857,3 tys. mieszkań w realizacji zapewnia przewidywalny dopływ gotowych lokali w nadchodzących kwartałach, niezależnie od bieżącego tempa nowych startów.

Obecny układ danych opisuje rynek w punkcie zwrotnym między korektą a ostrożnym przygotowaniem do kolejnej fazy wzrostu. Kluczowym wskaźnikiem do obserwacji w drugiej połowie roku będzie tempo, w jakim rosnący bank pozwoleń zacznie przekładać się na realne rozpoczęcia budów — to ono pokaże, czy deweloperzy uznają warunki rynkowe za wystarczająco korzystne, by uruchomić zgromadzony portfel projektów.

Dane wstępne za okres styczeń–maj 2026 r. Źródło danych GUS (Informacje sygnalne „Budownictwo mieszkaniowe”, Urząd Statystyczny w Lublinie). Opracowanie własne na podstawie danych GUS. Budownictwo przeznaczone na sprzedaż lub wynajem określane jest w tekście jako deweloperskie.

Baltic Power coraz bliżej uruchomienia. Na Bałtyku zamontowano już 50 turbin

0

Na morskiej farmie wiatrowej Baltic Power zamontowano już 50 z 76 turbin. Wspólna inwestycja ORLENU i Northland Power weszła w końcową fazę realizacji. Równolegle do prac instalacyjnych prowadzone są testy infrastruktury oraz przygotowania do przesyłu energii do krajowej sieci. Po uruchomieniu farma ma wytwarzać do 4 TWh energii rocznie, co odpowiada około 3 proc. obecnego zużycia energii elektrycznej w Polsce.

Budowa Baltic Power, pierwszej polskiej morskiej farmy wiatrowej, zbliża się do finału. Na obszarze inwestycji na Bałtyku zainstalowano już 50 turbin wiatrowych. Wcześniej wykonawcy zakończyli montaż wszystkich 78 fundamentów wraz z elementami przejściowymi.

Gotowe do rozruchu są także dwie morskie stacje elektroenergetyczne oraz lądowa infrastruktura przyłączeniowa. Uruchomiono również bazę serwisową, która po rozpoczęciu pracy farmy będzie odpowiadać za jej codzienną obsługę techniczną.

– Energia jutra dzieje się już dziś. Baltic Power to pionierski projekt i jedna z najważniejszych inwestycji energetycznych w historii Polski. Tworzymy nowe źródło odnawialnej energii, które zwiększy bezpieczeństwo energetyczne kraju i wesprze rozwój nowoczesnej gospodarki – wskazuje Ireneusz Fąfara, prezes zarządu ORLEN.

Testy przed przesyłem energii do sieci

Obecnie prace koncentrują się nie tylko na montażu kolejnych turbin. Równolegle prowadzone są roboty kablowe, testy urządzeń oraz działania rozruchowe, które mają umożliwić pełną integrację infrastruktury morskiej i lądowej z krajowym systemem elektroenergetycznym.

Kluczowym etapem będzie przygotowanie farmy do próbnego przesyłu energii. Wymaga to skoordynowania działań inwestora, wykonawców, zespołów technicznych oraz operatora systemu przesyłowego.

– Instalujemy kolejne turbiny i prowadzimy zaawansowane prace kablowe. Jednocześnie realizowane są testy oraz prace rozruchowe, które pozwolą na pełną integrację farmy z krajowym systemem elektroenergetycznym – mówi Maciej Stryjecki, prezes zarządu Baltic Power.

Jak podkreśla, jest to jeden z najbardziej wymagających momentów całej inwestycji, ponieważ obejmuje zarówno sprawdzenie infrastruktury na morzu, jak i jej współpracę z instalacjami na lądzie.

Największe turbiny Vestas trafiły na polski Bałtyk

Baltic Power należy do pierwszych projektów na świecie, w których wykorzystywane są turbiny Vestas o mocy 15 MW. To obecnie największy model produkowany przez europejskie zakłady duńskiego koncernu.

Każda turbina wraz z fundamentem osiąga wysokość przekraczającą 250 metrów. Same łopaty mają długość 115,5 metra, a powierzchnia omiatania wirnika jest większa niż sześć boisk piłkarskich.

Skala urządzeń pokazuje, jak bardzo różni się morska energetyka wiatrowa od inwestycji realizowanych na lądzie. Większe i bardziej wydajne turbiny pozwalają produkować znaczące ilości energii przy relatywnie ograniczonej liczbie instalacji.

W projekcie zastosowano również rozwiązania mające ograniczać ślad węglowy inwestycji. Według informacji przekazanych przez inwestorów około 15 proc. stali wykorzystanej w turbinach pochodzi z materiałów wytwarzanych w dużej części z recyklingu, przy użyciu energii odnawialnej. Vestas szacuje, że może to zmniejszyć ślad węglowy turbiny w całym cyklu życia o około 10 proc.

Farma o mocy 1,2 GW powstaje 23 km od brzegu

Baltic Power powstaje około 23 km od polskiego wybrzeża, na wysokości Choczewa i Łeby. Po zakończeniu budowy farma ma dysponować mocą około 1,2 GW.

Jej planowana produkcja sięgnie do 4 TWh energii elektrycznej rocznie. To wolumen odpowiadający około 3 proc. obecnego krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną.

Inwestycja ma znaczenie nie tylko dla realizacji celów klimatycznych, lecz także dla bezpieczeństwa energetycznego Polski. Morska energetyka wiatrowa może zapewniać relatywnie stabilną produkcję energii, zwłaszcza w okresach jesienno-zimowych, gdy zapotrzebowanie na prąd jest wysokie.

Baltic Power jest jednym z kluczowych projektów rozwijających polski sektor offshore. Jego uruchomienie ma otworzyć nowy etap rozwoju energetyki wiatrowej na Bałtyku, a zarazem wzmocnić pozycję ORLENU wśród największych podmiotów uczestniczących w transformacji energetycznej Europy Środkowej.

Majowe dane z handlu: wzrost jest, ale konsumenci ostrożniej wydają pieniądze

Majowe dane o sprzedaży detalicznej sygnalizują, że konsumpcja w Polsce pozostaje na ścieżce wzrostu, choć nadal widoczna jest duża racjonalizacja wydatków gospodarstw domowych. Wzrost na poziomie 3 proc. r/r w cenach stałych jest odczytem poniżej konsensusu rynkowego, który zakładał dynamikę na poziomie 3,6 proc. r/r. Na plus wyróżniają się sektory paliw, farmaceutyków oraz dóbr z kategorii „pozostałe”, co odzwierciedla strukturę bieżących wydatków gospodarstw domowych. Z kolei spadek sprzedaży żywności – największego segmentu rynku – jest sygnałem niepokojącym, mogącym sugerować presję na realne dochody. Konsekwentnie widoczny jest także dalszy rozwój sprzedaży przez internet, który konsekwentnie zwiększa swój udział w rynku, zbliżając się do 10 proc. sprzedaży „ogółem”. Całościowo obraz handlu detalicznego pozostaje mieszany – umiarkowany wzrost w ujęciu rocznym przy słabszych danych miesięcznych i dużym zróżnicowaniu sektorowym wskazuje, że popyt konsumpcyjny jest obarczony dużą niepewnością.

Agentic AI zmienia firmy. Do 2028 roku może wygenerować nawet 450 mld dolarów wartości

Agentic AI przestaje być kolejnym etapem rozwoju sztucznej inteligencji, a staje się początkiem nowego modelu działania organizacji. W centrum tej zmiany nie znajduje się już samo wdrażanie technologii, lecz zdolność firm do przekładania AI na wymierną wartość biznesową – szybciej, szerzej i w bardziej zintegrowany sposób.

Do 2028 roku agenci AI mogą wygenerować nawet 450 mld dolarów wartości ekonomicznej – wynika z danych Capgemini Research Institute. Jednocześnie tylko 2% organizacji wdrożyło ich dotąd na pełną skalę. To pokazuje, że przewagę zyskają nie ci, którzy najwcześniej rozpoczną eksperymenty, ale ci, którzy potrafią przełożyć Agentic AI na realną transformację biznesu i generowanie wartości.

Agentic AI wchodzi do operacyjnego centrum organizacji

Przez ostatnie lata wiele organizacji wykorzystywało technologię głównie do zwiększania produktywności poprzez automatyzację zadań, szybszego tworzenia treści czy wspierania pracowników w codziennych procesach. Agentic AI zmienia punkt ciężkości tej dyskusji. Nie chodzi już tylko o system odpowiadający na polecenia użytkownika, ale o inteligentnych agentów zdolnych do planowania działań, korzystania z danych i narzędzi oraz realizowania kolejnych kroków w ramach określonego celu.

Dlatego Agentic AI coraz częściej traktowany jest nie jako „dodatek” do istniejących systemów, lecz jako nowa warstwa operacyjna przedsiębiorstwa, która łączy procesy, dane, platformy i ludzi. W praktyce oznacza to przejście od automatyzacji pojedynczych zadań do sprawniejszego zarządzania całymi przepływami pracy – od obsługi klienta, przez operacje back-office, po decyzje wspierające finanse, IT czy zarządzanie ryzykiem.

„Największy potencjał Agentic AI nie polega na tym, że organizacje będą wykonywać te same zadania szybciej. Prawdziwa zmiana zaczyna się wtedy, gdy technologia pozwala przeprojektować sposób działania firmy – jej procesy, modele decyzyjne, role pracowników i sposób mierzenia wartości. Dlatego w Capgemini patrzymy na Agentic AI nie przez pryzmat pojedynczego wdrożenia, ale jako element transformacji End-to-End” – mówi Zbigniew Troszka, Dyrektor ds. Strategii i Transformacji w Capgemini Polska.

Od zachwytu technologią do twardych rezultatów

Zainteresowanie Agentic AI jest ogromne, ale droga do skali pozostaje wymagająca. Capgemini Research Institute wskazuje, że 61% organizacji dopiero eksploruje możliwości wdrożenia agentów AI, 23% prowadzi pilotaże, 12% osiągnęło częściową skalę, a pełne wdrożenia deklaruje zaledwie 2% firm. Jednocześnie mniej niż jedna piąta organizacji ocenia swoją dojrzałość w zakresie danych i infrastruktury technologicznej jako wysoką.

To ważny sygnał dla rynku – sama dostępność technologii nie wystarczy, aby osiągnąć wymierną wartość biznesową. Firmy potrzebują jasnego powiązania między ambicją technologiczną a konkretnym rezultatem: wzrostem przychodów, poprawą jakości obsługi, skróceniem time-to-value, redukcją kosztów operacyjnych czy lepszym zarządzaniem ryzykiem.

Agentic AI potrzebuje fundamentów, nie tylko ambicji

Agentic AI może działać skutecznie tylko wtedy, gdy ma dostęp do wiarygodnych danych, bezpiecznej architektury i jasno zdefiniowanych reguł. W przeciwnym razie agenci AI pozostają atrakcyjną koncepcją, na której trudno opierać procesy, rekomendacje czy decyzje biznesowe.

Dlatego jednym z najważniejszych warunków skalowania Agentic AI jest dojrzałość organizacji w obszarze danych i AI. Obejmuje ona jakość i dostępność informacji, governance, zgodność z regulacjami, bezpieczeństwo, audytowalność działania modeli oraz odpowiedni poziom nadzoru człowieka.

Wraz z rozwojem Agentic AI zmienia się również rola platform. Przestają być one wyłącznie zbiorem aplikacji obsługujących poszczególne funkcje biznesowe, a coraz częściej stają się środowiskiem skalowania wartości – miejscem, w którym dane, procesy, ludzie i agenci AI działają w jednym ekosystemie. Dzięki temu transformacja może objąć cały łańcuch wartości organizacji.

Od kosztu jednostkowego do wartości biznesowej

Agentic AI zmienia także sposób dostarczania usług. Tradycyjny model, w którym przewaga była często budowana wokół lokalizacji i kosztu jednostkowego, ustępuje miejsca podejściu opartemu na kompetencjach, specjalizacji i wartości.

Dla klientów oznacza to dostęp do interdyscyplinarnych zespołów łączących strategię, technologię, dane, procesy, change management i kompetencje branżowe. Agentic AI wzmacnia ten model, automatyzując część działań wykonawczych i jednocześnie zwiększając znaczenie ról odpowiedzialnych za projektowanie rezultatów, nadzór nad agentami, zarządzanie ryzykiem, jakością i wartością.

To istotna zmiana również dla samych organizacji. Wraz z rozwojem Agentic AI mniej przestrzeni zajmują powtarzalne działania manualne, a więcej – role związane z nadzorem, interpretacją, orkiestracją i projektowaniem nowych modeli pracy. Dlatego transformacja AI to także zmiana kompetencji, struktury zespołów i kultury organizacyjnej.

„Agentic AI nie zastępuje potrzeby ludzkiej odpowiedzialności – przeciwnie, zwiększa jej znaczenie. Im większa autonomia agentów, tym ważniejsze stają się kompetencje związane z definiowaniem celów, projektowaniem procesów, kontrolą jakości i etycznym nadzorem. Najlepsze efekty osiągną te organizacje, które potraktują ludzi i AI jako wspólny system tworzenia wartości” – podkreśla Zbigniew Troszka, Dyrektor ds. Strategii i Transformacji w Capgemini Polska.

Produktywność to dopiero początek

Wzrost produktywności jest naturalnym efektem wdrożeń Agentic AI, ale nie powinien być ich jedynym uzasadnieniem. Prawdziwa wartość pojawia się wtedy, gdy organizacja potrafi połączyć efektywność z lepszym podejmowaniem decyzji, krótszym time-to-value i spójnym zarządzaniem zmianą w całym przedsiębiorstwie.

W świecie, w którym AI staje się coraz bardziej autonomiczna, przewagę zyskają firmy potrafiące połączyć technologię z odpowiedzialnym przywództwem, dojrzałymi danymi, kompetencjami przyszłości i jasną orientacją na rezultaty. O przewadze konkurencyjnej nie zdecyduje sama technologia, lecz zdolność organizacji do wdrożenia Agentic AI jako elementu realnej, mierzalnej transformacji biznesu przynoszącej wymierną wartość.

Urlop ojcowski coraz popularniejszy. Pracodawcy wprowadzają „dni taty” i elastyczne grafiki

Polscy ojcowie należą do najbardziej aktywnych zawodowo grup na rynku pracy. Tylko w IV kw. 2025 r., niemal 3,58 mln pracujących mężczyzn, było ojcami dzieci poniżej 18. roku życia, a jedynie 17 tys. pozostawało bez etatu z powodów rodzinnych lub osobistych (GUS). Współcześni tatowie mogą korzystać z coraz szerszego katalogu uprawnień związanych z rodzicielstwem i zatrudnieniem – nie tylko tych gwarantowanych przez państwo i instytucje publiczne, ale także oferowanych przez pracodawców. Coraz więcej firm wdraża rozwiązania ułatwiające godzenie obowiązków zawodowych i rodzinnych, oferując m.in. dodatkowe płatne dni wolne po narodzinach dziecka wykraczające poza ustawowe urlopy, programy wsparcia psychologicznego dla rodziców czy specjalne dni wolne przeznaczone wyłącznie na wspólne spędzanie czasu z dzieckiem.

  • Rozwiązania umożliwiające łączenie ról zawodowych i rodzinnych, w tym urlopy związane z rodzicielstwem, które wspierają aktywne uczestnictwo ojców w opiece nad dziećmi, zyskują na znaczeniu.
  • W 2024 r. z urlopu ojcowskiego skorzystało 64 proc. uprawnionych, a w okresie I–IV 2026 r. świadczenie wykorzystało już 42,8 tys. osób (dane ZUS).
  • Coraz więcej pracodawców wdraża benefity dla ojców – od standardowych rozwiązań po budżety „startowe” na wyprawkę i pierwsze miesiące opieki oraz wsparcie psychologiczne dla rodziców. Jest w czym wybierać.
  • Badanie na zlecenie MRPiPS wskazuje na utrzymujący się stereotyp: ojcostwo postrzegane jest jako krótsza przerwa w pracy niż macierzyństwo, co wpływa na decyzje mężczyzn o korzystaniu z uprawnień.
  • Ojcowie mają szeroki katalog uprawnień (urlopy, elastyczna organizacja pracy, ochrona zatrudnienia), jednak część z nich pozostaje niewykorzystywana – m.in. z powodu niskiej świadomości przysługujących praw.

W ostatnich latach ojcostwo przestaje być wyłącznie kwestią prywatną – staje się jednym z istotnych trendów kształtujących rynek pracy. Coraz większe znaczenie zyskują rozwiązania umożliwiające łączenie ról zawodowych i rodzinnych, w tym urlopy związane z rodzicielstwem, które wspierają aktywne uczestnictwo ojców w opiece nad dziećmi. Potwierdzają to zarówno dane instytucjonalne, jak i analizy gospodarcze oraz badania społeczne. Jak wynika z danych ZUS, w 2024 r. z urlopu ojcowskiego skorzystało 162,3 tys. mężczyzn, co stanowiło 64 proc. uprawnionych. Według najnowszych statystyk Urzędu w okresie od stycznia do kwietnia 2026 r. z tego świadczenia skorzystało 42,8 tys. osób, a łączny wymiar wykorzystanych dni urlopu wyniósł 486,6 tys.

Urlop ojcowski przestaje być teorią, a staje się realnym elementem życia zawodowego mężczyzn. To już nie jest niszowe świadczenie – to coraz częstszy wybór i sygnał zmiany w podejściu do obowiązków nie tylko zawodowych, ale też prywatnych. Jeśli mówimy o rynku pracy, to nie możemy udawać, że ojcowie są marginalną grupą – to ogromna część pracowników, którzy łączą życie zawodowe z rodzinnymi i realnie wpływają na funkcjonowanie firm mówi Paweł Dąbrowski, prezes spółek operacyjnych w Grupie Progres. – Obserwujemy jednak, że mimo stabilnych statystyk, decyzje o korzystaniu z dłuższych form urlopów nadal są silnie uwarunkowane kulturą organizacyjną przedsiębiorstw. Tam, gdzie pracodawca aktywnie wspiera ojców, wykorzystanie uprawnień jest wyraźnie wyższe. To pokazuje, że prawo jest tylko jednym z elementów układanki – dodaje.

Ojcowie – jedna z największych grup pracujących w Polsce

O tym, jak liczną grupę na rynku pracy stanowią ojcowie, świadczą dane GUS. Tylko w IV kw. 2025 r. wśród pracujących mężczyzn było niemal 3,58 mln osób wychowujących dzieci poniżej 18. roku życia. Spośród nich 1,647 mln miało jedno niepełnoletnie dziecko, 1,529 mln wychowywało dwoje dzieci, a 402 tys. było ojcami trojga lub większej liczby dzieci. Wskaźnik zatrudnienia mężczyzn posiadających dzieci przekracza średnio 95 proc.

Benefity dla ojców stają się nową walutą rynku pracy

Analizy Grupy Progres wskazują, że coraz więcej pracodawców w Polsce wdraża benefity skierowane bezpośrednio do ojców, traktując je jako element strategii HR i odpowiedź na zmieniające się oczekiwania pracowników. Obok standardowych rozwiązań, takich jak elastyczny czas pracy, możliwość pracy zdalnej, dodatkowe dni wolne po narodzinach dziecka, rozszerzone pakiety medyczne, prywatna opieka pediatryczna, dodatkowe dni opieki nad dzieckiem w razie choroby czy dofinansowanie żłobka i przedszkola, pojawiają się także rozwiązania bardziej niestandardowe.

Należą do nich m.in. płatne okresy adaptacyjne po narodzinach dziecka wykraczające poza urlop ojcowski, indywidualne programy coachingowe i mentoringowe dla ojców, budżety „startowe” na wyprawkę i pierwsze miesiące opieki, a także pakiety wsparcia psychologicznego obejmujące konsultacje dla rodziców i par w okresie okołoporodowym. W części organizacji wdrażane są również tzw. „dni taty” – dodatkowe, w pełni płatne dni wolne przeznaczone wyłącznie na budowanie relacji z dzieckiem – oraz stopniowe, elastyczne powroty do pracy w modelu hybrydowym lub skróconym wymiarze czasu w pierwszych tygodniach po przerwie.

Coraz częściej pojawiają się także benefity o charakterze wellbeingowym i „lifestylowym”, takie jak vouchery na usługi opiekuńcze (np. niania na godziny), dostęp do aplikacji wspierających rodzicielstwo, warsztaty dla świeżo upieczonych ojców, szkolenia z zakresu work-life balance oraz dodatkowe dni wolne „na dziecko” niezależnie od choroby czy urlopu wypoczynkowego. W niektórych firmach testowane są również mniej typowe rozwiązania, jak „godziny ciszy” dla rodziców pracujących zdalnie, możliwość pracy w skróconych tygodniach w pierwszych miesiącach po narodzinach dziecka czy firmowe programy wsparcia logistycznego, obejmujące np. organizację opieki zastępczej w nagłych sytuacjach.

Paweł Dąbrowski, prezes spółek operacyjnych w Grupie Progres, zwraca uwagę, że wchodzimy w etap, w którym benefity dla ojców przestają być dodatkiem, a zaczynają być elementem konkurencyjności pracodawców. – Firmy, które rozumieją znaczenie pierwszych miesięcy rodzicielstwa, szybciej budują lojalność pracowników i ograniczają rotację. Co istotne, ojcowie nie oczekują dziś wyłącznie czasu wolnego, ale także realnego wsparcia w organizacji powrotu do pracy. To może oznaczać zarówno elastyczne grafiki, jak i stopniowe zwiększanie zakresu obowiązków. Nie we wszystkich firmach obserwujemy jednak taką otwartość — w wielu zespołach wciąż obecna jest obawa przed oceną ze strony pracodawcy i utratą pozycji zawodowej. To bariera przede wszystkim kulturowa, a nie prawna, ponieważ obowiązujące przepisy zapewniają ojcom szeroką ochronę oraz szereg uprawnień związanych z rodzicielstwem i godzeniem życia zawodowego z prywatnym – podkreśla ekspert.

Rodzicielskie stereotypy wciąż silne

Bariery psychologiczne w podejmowaniu decyzji o rodzicielstwie wśród mężczyzn opisuje raport „Być czy nie być rodzicem? Kobiety i mężczyźni o swoich decyzjach, doświadczeniu i obawach” przygotowany na zlecenie Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Wynika z niego, że mężczyźni najczęściej odkładają decyzję o dziecku do momentu osiągnięcia stabilizacji zawodowej i finansowej, zwykle między 30. a 40. rokiem życia. Badanie wskazuje również na utrzymujący się stereotyp w miejscu pracy: ojcostwo postrzegane jest jako krótkotrwała nieobecność, podczas gdy macierzyństwo jako dłuższa przerwa zawodowa. W efekcie część mężczyzn rezygnuje z pełnego korzystania z przysługujących im uprawnień rodzicielskich, obawiając się oceny pracodawcy. Kluczowym obciążeniem pozostaje presja zapewnienia stabilności finansowej i mieszkaniowej przed decyzją o dziecku. Mężczyźni wskazują także, że ojcostwo wymaga dziś realnego pogodzenia obowiązków zawodowych z opieką nad dzieckiem, co zwiększa znaczenie elastycznych form pracy.

Wśród dostępnych narzędzi wsparcia najczęściej rozpoznawany i wykorzystywany pozostaje urlop ojcowski. Inne rozwiązania, w tym dzielenie się urlopem rodzicielskim, nadal są stosowane sporadycznie i w niewielkim zakresie. Raport zwraca też uwagę na niską znajomość szczegółowych zasad dotyczących urlopów i świadczeń rodzinnych, co ogranicza ich wykorzystanie.

Ochrona, której wielu ojców nie wykorzystuje

Pracujący ojcowie w Polsce mają szeroki katalog uprawnień związanych z rodzicielstwem, obejmujący zarówno urlopy, jak i elastyczne formy organizacji pracy oraz szczególną ochronę zatrudnienia. Do najważniejszych należą: urlop ojcowski, urlop rodzicielski, urlop wychowawczy, a także możliwość skorzystania z urlopu macierzyńskiego w określonych sytuacjach, w tym jego uzupełniającej części (np. w przypadku hospitalizacji dziecka lub szczególnych okoliczności okołoporodowych).

Ojcowie mogą również korzystać z elastycznej organizacji pracy, w tym pracy zdalnej, indywidualnego rozkładu czasu pracy, ruchomego systemu czasu pracy czy obniżenia wymiaru etatu. Przysługuje im także zwolnienie od pracy na opiekę nad dzieckiem do 14. roku życia (2 dni lub 16 godzin) oraz zwolnienie z powodu siły wyższej w pilnych sprawach rodzinnych.

W określonych sytuacjach pracodawca nie może bez zgody pracownika m.in. zatrudniać go w nadgodzinach, w nocy, w systemie przerywanego czasu pracy ani delegować poza stałe miejsce pracy — dotyczy to ojców wychowujących dziecko do 8. roku życia. Dodatkowo pracownicy opiekujący się dzieckiem do 4. roku życia nie mogą pracować powyżej 8 godzin na dobę bez swojej zgody wyjaśnia Paweł Dąbrowski, prezes spółek operacyjnych w Grupie Progres. – Istotnym elementem systemu jest także ochrona przed zwolnieniem, obejmująca m.in. okresy korzystania z urlopów rodzicielskich, ojcowskich i wychowawczych oraz czas bezpośrednio po złożeniu wniosków o ich udzielenie. W tym czasie pracodawca nie może wypowiedzieć ani przygotowywać wypowiedzenia umowy o pracę. Ważną zasadą jest również to, że część uprawnień rodzicielskich przysługuje tylko jednemu z rodziców zatrudnionych jednocześnie — rodzice decydują, kto z nich z nich korzysta, składając odpowiednie oświadczenie – dodaje ekspert.

Ojcostwo coraz mocniej wpisuje się w realia nowoczesnego rynku pracy, stając się istotnym elementem polityk HR i kultury organizacyjnej firm. Kierunek tej zmiany wyznacza odejście od sztywnego podziału ról na rzecz większej elastyczności i partnerskiego podejścia do łączenia pracy z życiem rodzinnym. Ostatecznie to właśnie organizacje, które potrafią odpowiedzieć na potrzeby pracujących ojców, będą zyskiwać przewagę w pozyskiwaniu i utrzymywaniu talentów.

Złoto najpierw wystrzeliło, potem spadło. Rynki oceniają nowy kurs Fed

Za nami jedno z najbardziej wyczekiwanych i przełomowych posiedzeń amerykańskiej Rezerwy Federalnej (Fed) w ostatnich latach. Choć decyzja o pozostawieniu stóp procentowych na dotychczasowym, niezmienionym poziomie nie była dla rynków zaskoczeniem, to styl, w jakim zadebiutował nowy przewodniczący Fed Kevin Warsh, wywołał na giełdach prawdziwe trzęsienie ziemi. Na rynku surowcowym i walutowym obserwowaliśmy ekstremalną zmienność – cena złota najpierw gwałtownie wzrosła po ogłoszeniu decyzji o stopach, by następnie zanurkować, gdy inwestorzy zapoznali się z nowym, jastrzębim kursem banku centralnego.

– Debiut Kevina Warsha w roli szefa Fed przyniósł rynkom głęboki, jastrzębi reset. Nowy przewodniczący od pierwszej minuty swojej konferencji prasowej przyjął bezkompromisowy ton, ogłaszając, że od teraz stabilność cen będzie niezmienną „Gwiazdą Północną” banku centralnego. Warsh pokazał, że nie zamierza kontynuować polityki swoich poprzedników – drastycznie skrócił oficjalne oświadczenie i całkowicie usunął z niego tzw. „forward guidance”, czyli zapowiedzi kolejnych ruchów, do których inwestorzy byli od lat przyzwyczajeni. To radykalna zmiana reguł gry, która zmusza rynki do porzucenia dotychczasowych schematów analitycznych – komentuje Michał Tekliński, ekspert rynku złota Goldsaver i Goldenmark.

Potwierdzeniem nowego, twardego kursu Fed stał się zaktualizowany wykres kropkowy (dot plot). Pokazał on, że wysokie stopy procentowe zostaną z nami na dłużej, a bank centralny oficjalnie popiera co najmniej jedną podwyżkę stóp przed końcem tego roku. Aż 9 z 18 członków FOMC spodziewa się podniesienia kosztu pieniądza przed końcem 2026 roku, z czego sześciu zakłada nawet dwa ruchy w górę. Co więcej, Kevin Warsh natychmiast przystąpił do reorganizacji instytucji, powołując pięć specjalnych zespołów zadaniowych, które przeanalizują kluczowe obszary: od komunikacji i bilansu Fed, przez wykorzystanie danych, po ramy dotyczące inflacji oraz produktywność w erze transformacji.

Porozumienie między USA a Iranem podpisane

W środę 17 czerwca USA i Iran podpisały memorandum porozumienia, które położyć ma kres trwającemu od lutego otwartemu konfliktowi. Porozumienie to wywołało ulgę na rynkach surowców, ale jednocześnie w kuluarach politycznych budzi ogromne kontrowersje.

Kluczowe punkty dotyczą odblokowania globalnego handlu ropą, kwestii nuklearnych, ale także finansowania odbudowy Iranu – częścią ramowego porozumienia jest plan utworzenia funduszu o wartości 300 mld USD na odbudowę i rozwój gospodarczy Iranu. Ciężar utworzenia tego funduszu spocznie na „partnerach regionalnych”, a więc głównie na bogatych krajach Zatoki Perskiej.

W zamian Iran zgodził się na rozcieńczenie swoich zapasów wysoko wzbogaconego uranu, a także zobowiązał się do natychmiastowego otwarcia Cieśniny Ormuz, która była zablokowana przez ostatnie miesiące, paraliżując ok. 20% światowych dostaw ropy.

Bankierzy centralni o zakupach złota

Równolegle do tektonicznych zmian w Waszyngtonie najnowsze badanie opublikowane przez Światową Radę Złota (WGC) potwierdza, że instytucje monetarne na całym świecie kontynuują proces systematycznego odwrotu od walut fiducjarnych. Badanie, którego większość odpowiedzi napłynęła już po wybuchu ostatnich napięć geopolitycznych, wskazuje na rekordowy optymizm wobec kruszcu.

Aż 89% banków centralnych uważa, że globalne rezerwy złota wzrosną w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a rekordowe 45% respondentów planuje zwiększyć własne zapasy. Zaledwie 1% analityków spodziewa się spadku rezerw w swojej instytucji. Kluczowymi argumentami za zakupami pozostają ochrona przed ryzykiem geopolitycznym oraz konieczność dywersyfikacji aktywów, podczas gdy aż 74% respondentów przewiduje spadek udziału dolara amerykańskiego w globalnych rezerwach w ciągu najbliższych pięciu lat.

Retail media coraz mocniejsze. Sieci handlowe chcą zarabiać nie tylko na sprzedaży

Reklamy wyświetlane na ekranach w sklepach zwracają uwagę już niemal połowy konsumentów. Tak wynika z niedawno opublikowanego badania. Eksperci przekonują, że tego typu komunikatów będzie przybywać, bo mogą one realnie wpływać na decyzje zakupowe. Prognozują też, że fizyczny sklep stanie się medium monetyzującym uwagę klienta. Dla sieci handlowych emitowanie reklam na ekranach będzie dodatkowym źródłem przychodów, niezależnym od sprzedaży produktów. W USA np. Walmart już od lat rozwija własne platformy retail mediowe jako odrębne segmenty działalności, które generują miliardowe przychody reklamowe. Podobny scenariusz wkrótce może zrealizować się w Polsce.

Klienci robiący zakupy w sklepach, w których są już wyświetlane reklamy na ekranach, zostali zapytani o to, czy je w ogóle zauważają. Bezpośrednie wywiady zostały przeprowadzone z prawie tysiącem konsumentów w całym kraju tuż po wyjściu z takich placówek handlowych. Wyniki zostały opisane w raporcie pt. „Retail media coraz mocniej rozpychają się w polskim handlu”, autorstwa UCE Research. Można z niego wyczytać, że podczas zakupów 47,4% osób zauważa ww. reklamy na ekranach.

– Zważywszy na nasycenie reklamami, płynącymi również z social mediów, a także na ilość gazetek promocyjnych i leafletów, ten wynik jest wysoki. Samo miejsce jest szczególne, zwiększające zakup poprzez bliskość towaru i bezpośredniość bodźca informacyjnego. To wpływa na skuteczność perswazji. I właśnie ta ostatnia okoliczność będzie podstawowym czynnikiem wzrostu liczby i częstotliwości wyświetlania reklam na ekranach w sklepach – mówi dr Maria Andrzej Faliński, były wieloletni dyrektor generalny POHID-u.

Jak komentuje Radosław Gołąb z MyShopTV, na tym etapie rynkowym ww. wynik może zadowalać marki, producentów i retailerów. Jednocześnie pokazuje potencjał, ale też przestrzeń do poprawy. – To sygnał przede wszystkim dla sieci handlowych, że same ekrany to za mało. Kluczowe jest ustawienie ich w kontekście realnej ścieżki klienta, aby komunikaty pojawiały się w momentach decyzyjnych, a nie przypadkowych. Liczy się też kontekst i integracja z doświadczeniem zakupowym – dodaje ekspert.

Z raportu wynika też, że co trzeci konsument nie zauważył tego typu reklamy – 31,3%. – To można tłumaczyć kilkoma czynnikami. Po pierwsze, część klientów wykazuje niską otwartość na komunikaty marketingowe w przestrzeni sklepu. Po drugie, istotna jest widoczność ekranów na tzw. ścieżce klienta. Po trzecie, jeśli sam przekaz nie jest wystarczająco angażujący lub nie oferuje określonych wartości, np. promocji, inspiracji czy uproszczenia wyboru, zostaje po prostu zignorowany – stwierdza Andrzej Wojciechowicz, wieloletni ekspert rynku retailowego i Komisji Europejskiej.

Do tego widać, że jedna piąta osób, zaraz po wyjściu ze sklepu, nie pamięta, czy w ogóle zauważyła tego typu reklamy – 21,3%. – To wynika z braku uwagi, pośpiechu i codziennej rutyny zakupowej. Ogólnie wyniki mówią o tym, że warto ustawiać ekrany z reklamami w sklepach, zwłaszcza że gwałtowne wzrosty w zdalnych kanałach sprzedaży spowolniły. Trzeba różnicować, uatrakcyjniać przekaz tekstowy i obrazowy, a także wyświetlać treści, które tworzą więź z produktem i ze sklepami – przekonuje dr Maria Andrzej Faliński.

Jak podkreśla Radosław Gołąb, klienci są otwarci na komunikację w sklepie. Natomiast to trwa bardzo krótko i dotyczy tylko części kategorii. Jeśli komunikat odpowiada na aktualną potrzebę, to działa. Jeżeli nie trafia w nią, wówczas znika w tle. Tylko niewielka część kupujących sztywno trzyma się swojej listy zakupów. Z innych badań rynkowych wynika (np. Hybrid Europe), że polski konsument często zmienia zdanie w sklepie w kwestii konkretnego zakupu czy wyboru producenta. A skoro decyzje ulegają zmianie nawet w samym sklepie, to staje się on ostatnim, decydującym miejscem wpływu na decyzje zakupowe.

– Sklep ewoluuje ku platformie komunikacyjnej, spełniającej obietnicę promocyjno-perswazyjną przekazu od razu w miejscu działania handlu. To główna gwarancja trwałości nowoczesnej sprzedaży fizycznej, wzmacnianej store mediami, sprawną obsługą, poradą i gadżetami. Przywoływane wyniki badań to zaledwie i aż zbiór założeń dla polityk ekspansyjnych i sprzedażowych sieci handlowych – analizuje dr Faliński.

Zdaniem eksperta z MyShop TV, w najbliższych latach sklep fizyczny stanie się pełnoprawnym kanałem mediowym. Z perspektywy branży retailowej nowoczesny ekran w sklepie oznacza nowe źródło przychodów, które może stopniowo stawać się jednym z ważniejszych elementów modelu biznesowego sieci handlowych. Sklepy dysponują bowiem zasobem, którego nie mają klasyczne media – bezpośrednim dostępem do klienta w momencie podejmowania decyzji zakupowej oraz danymi o jego rzeczywistych zachowaniach.

– Sklep fizyczny będzie umacniał swoją rolę medium reklamowego, bo jest miejscem finalnej decyzji zakupowej. Retail media będą dalej się rozwijać, napędzane zarówno przez sieci handlowe, jak i producentów poszukujących nowych punktów styku z konsumentem. Kluczowym kierunkiem rozwoju będzie wykorzystanie technologii cyfrowych – w tym danych zakupowych i narzędzi personalizacji. To one mogą znacząco zwiększyć skuteczność komunikacji, przesuwając ją z poziomu masowego przekazu w stronę bardziej precyzyjnego, kontekstowego oddziaływania – przewiduje Andrzej Wojciechowicz.

Z kolei Radosław Gołąb wskazuje, że na rozwiniętych rynkach model ten jest już dobrze ugruntowany. Walmart czy Amazon od kilku lat rozwijają własne platformy retail mediowe jako odrębne segmenty działalności, które generują miliardowe przychody reklamowe. W praktyce oznacza to, że sklep przestaje być wyłącznie miejscem sprzedaży towarów, a zaczyna pełnić rolę medium monetyzującego uwagę klienta.

– Obecnie Polska znajduje się na wcześniejszym etapie tego procesu. Jednak kierunek zmian jest wyraźny. Dla sieci handlowych retail media będą stopniowo stawać się istotnym, dodatkowym źródłem przychodów – niezależnym od marży na sprzedawanych produktach. Wraz z rozwojem tego rynku konsumenci będą coraz częściej spotykać się z komunikacją reklamową w przestrzeni sklepowej jako naturalnym elementem doświadczenia zakupowego – podsumowuje ekspert z MyShopTV.

Griffin Capital Partners i PRIMESTAR tworzą Prime Griffin Hotels

Griffin Capital Partners i PRIMESTAR Group powołały Prime Griffin Hotels – spółkę joint venture z równym udziałem obu spółek, której celem jest budowa jednej z wiodących platform hotelowych w Polsce. Partnerstwo łączy sprawdzone kompetencje operacyjne PRIMESTAR w sektorze hotelowym z szerokim doświadczeniem Griffin Capital Partners w obszarze inwestycji, rozwoju biznesu, zarządzania aktywami oraz budowy i skalowania przedsiębiorstw. W efekcie powstaje platforma przygotowana do wykorzystania długoterminowego potencjału wzrostu polskiego rynku hotelowego.

Polski rynek hotelowy wspierają silne fundamenty gospodarcze, rosnący ruch turystyczny, odbudowujący się popyt na podróże biznesowe oraz coraz większe zainteresowanie inwestorów i międzynarodowych operatorów hotelowych. Platforma Prime Griffin Hotels powstała, aby odpowiadać na te trendy w zintegrowanym modelu działania, łącząc w ramach jednej platformy kompetencje  obejmujące inwestycje, rozwój biznesu, zarządzanie aktywami oraz operacje hotelowe.

Griffin Capital Partners wnosi do przedsięwzięcia ponad 20-letnie doświadczenie na polskim rynku, rozbudowane kompetencje inwestycyjne, deweloperskie i w zakresie asset management oraz udokumentowane sukcesy w budowie i rozwoju platform działających w sektorze nieruchomości i private equity. Wśród tych sukcesów wskazać można m.in. Resi4Rent – jedną z największych platform najmu instytucjonalnego mieszkań w Polsce, LifeSpot – platformę mieszkań na wynajem długoterminowy, a także platformy prywatnych akademików Student Depot (wyjście Griffin z inwestycji w 2023 r.) oraz StudentSpace. Obecnie Griffin Capital Partners zarządza inwestycjami o łącznej wartości aktywów brutto przekraczającej 11 mld EUR, realizowanymi w ramach dwudziestu platform inwestycyjnych. Firma od lat współpracuje z czołowymi inwestorami instytucjonalnymi oraz strategicznymi.

Jako partner operacyjny, PRIMESTAR wnosi do inwestycji ponad dziesięcioletnie doświadczenie obejmujące zarządzanie 21 hotelami, dysponującymi łącznie 4 389 pokojami w 13 miastach, w trzech krajach. Grupa zarządza również największymi na kontynencie europejskim hotelami działającymi pod markami Hampton by Hilton oraz Holiday Inn Express. Atutem PRIMESTAR jest autorska marka JUNE Hotel oraz nowoczesna platforma technologiczna, która umożliwia pełną cyfryzację obsługi gości hotelowych i wspiera efektywne skalowanie działalności operacyjnej.

Partnerzy wnoszą do Prime Griffin Hotels wzajemnie uzupełniające się kompetencje. PRIMESTAR odpowiada za know-how operacyjne, zarządzanie hotelami oraz rozwiązania technologiczne. Natomiast Griffin Capital Partners zapewnia doświadczenie w zakresie inwestycji, rozwoju biznesu i zarządzania aktywami, a także dostęp do kapitału instytucjonalnego i rozbudowane relacje z inwestorami oraz partnerami strategicznymi.

Prime Griffin Hotels skoncentruje swoją działalność na największych rynkach miejskich w Polsce, w tym w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Katowicach, Łodzi, Poznaniu i Gdańsku. Spółka będzie rozwijać portfel hoteli oferujących ponad 100 pokoi, działających w segmentach midscale, upscale i luxury. Strategia Prime Griffin Hotels zakłada aktywne poszukiwanie możliwości rozwoju zarówno poprzez przejęcia istniejących obiektów, realizację nowych inwestycji, adaptację nieruchomości do funkcji hotelowych, jak i modernizację oraz dalszy rozwój funkcjonujących hoteli. Platforma będzie również otwarta na współpracę z właścicielami nieruchomości działającymi w różnych modelach operacyjnych, oferując elastyczne rozwiązania obejmujące umowy najmu, zarządzania oraz struktury łączące oba podejścia. Spółka zamierza współpracować z czołowymi międzynarodowymi markami hotelowymi, w tym Hilton, IHG, Marriott oraz JUNE, pozostając jednocześnie otwartą na nawiązywanie kolejnych partnerstw wspierających dalszy rozwój platformy.

– To partnerstwo łączy komplementarne kompetencje: ugruntowany model operacyjny PRIMESTAR, podejście oparte na technologii oraz silne relacje z markami hotelowymi, a także lokalne know-how Griffin Capital Partners, doświadczenie w budowie i rozwijaniu przedsiębiorstw oraz wieloletnie relacje z międzynarodowymi inwestorami i partnerami strategicznymi. Wspólnie budujemy silną, instytucjonalną platformę dla inwestorów, właścicieli i marek, chcących wejść na jeden z najbardziej atrakcyjnych rynków hotelowych w Europie Środkowo-Wschodniej – tłumaczy Nebil Şenman, Co-Owner i Managing Partner w Griffin Capital Partners.

Uruchomienie Prime Griffin Hotels stanowi przełomowy moment w międzynarodowej ekspansji PRIMESTAR. W Griffin Capital Partners znaleźliśmy partnera, który podziela nasze podejście do budowy biznesu i łączy dogłębną znajomość lokalnego rynku z instytucjonalną dyscypliną. Polska jest obecnie jednym z najbardziej dynamicznych rynków hotelarskich w Europie, a my wspólnie zbudujemy platformę, która udostępni nasz zintegrowany model operacyjny, innowacje cyfrowe oraz doświadczenie w zakresie marki nowemu pokoleniu gości i inwestorów – dodaje dr Roland Rausch, właściciel i przewodniczący rady nadzorczej PRIMESTAR Group.

– W Griffin Capital Partners koncentrujemy się na sektorach zbudowanych na silnych, trwałych fundamentach i wspieranych przez rosnący popyt instytucjonalny. Widzimy duży potencjał w sektorze hotelowym, który staje się coraz bardziej atrakcyjną klasą aktywów dla kapitału długoterminowego. Prime Griffin Hotels połączy sprawdzone kompetencje operacyjne z doświadczeniem w inwestycjach i zarządzaniu aktywami, tworząc skalowalną platformę dobrze przygotowaną do wykorzystania tych trendów i budowania długoterminowej wartości – mówi Maciej Dyjas, Co-Owner i Managing Partner w Griffin Capital Partners.

Prime Griffin Hotels analizuje już szereg możliwości inwestycyjnych w największych miastach Polski, obejmujących zarówno przejęcia istniejących obiektów, jak i nowe inwestycje oraz adaptacje nieruchomości do funkcji hotelowych. Pierwsze transakcje spółka planuje ogłosić w najbliższych miesiącach. Ambicją Prime Griffin Hotels jest zbudowanie jednej z wiodących platform hotelowych w Polsce oraz osiągnięcie pozycji partnera pierwszego wyboru dla właścicieli hoteli, deweloperów, międzynarodowych marek hotelowych i inwestorów instytucjonalnych.

Długi sektora rolno-spożywczego zbliżają się do 800 mln zł

Zadłużenie branży rolno-spożywczej zbliża się do 800 mln zł. Niższe ceny części produktów rolnych, drogie nawozy, paliwo, energia i transport oraz problemy ze sprzedażą zapasów sprawiają, że terminowe płatności są dziś dla niej ważniejsze niż kiedykolwiek. Z danych Krajowego Rejestru Długów wynika, że sektor ma o 35,8 mln zł zaległości więcej niż rok wcześniej. Jednocześnie sam czeka na niemal ćwierć miliarda złotych od kontrahentów. Widać, że w łańcuchu z pola do sklepu jedna niezapłacona faktura szybko pociąga za sobą kolejne.

Branżę rolno-spożywczą tworzą przedsiębiorcy rolni, producenci artykułów spożywczych i napojów oraz firmy zajmujące się sprzedażą hurtową i detaliczną tych produktów. W Krajowym Rejestrze Długów widnieje 13,5 tys. takich dłużników. Ich łączne zaległości wynoszą 796,4 mln zł. Średnio jeden podmiot ma do oddania 59,1 tys. zł.

W porównaniu z czerwcem ub.r. nieuregulowane zobowiązania firm z tej branży wzrosły o 5 proc. Liczba dłużników zwiększyła się ok. 2 proc. To oznacza, że problem mocniej narasta w kwotach niż liczbie przedsiębiorstw wpisanych do rejestru.

Jednak jeszcze ważniejszy jest drugi wymiar tych danych. Firmy rolno-spożywcze mają do odzyskania ponad 247 milionów złotych od swoich kontrahentów. Rok wcześniej było to 216 milionów złotych. W tym czasie kwota wzrosła więc o 15 procent. Sytuacja w branży dobrze pokazuje, jak działają zatory płatnicze. Rolnik, producent żywności, hurtownik, sklep, firma transportowa czy gastronomia są od siebie zależne. Jeśli jedno ogniwo nie dostaje zapłaty, po pewnym czasie samo zaczyna mieć problem z regulowaniem faktur – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Rolnik orze jak może, ale ma mniej długów niż inni

Rolnictwo ma za sobą trudny początek roku. Po dobrym 2025 r. część gospodarstw musi mierzyć się z niższymi cenami sprzedaży, wyższymi kosztami prowadzenia działalności i problemami ze sprzedażą zapasów. Szczególnie widać to w produkcji roślinnej. Obawy wzmacnia ukraińska konkurencja i umowa o wolnym handlu Mercosur między Unią Europejską a krajami Ameryki Południowej, która tymczasowo weszła w życie w maju 2026 r.

Z raportu „Agroskop 2026 – analiza sytuacji w rolnictwie i prognoza krótkookresowa”, opracowanego przez Erste Leasing, wynika, że najtrudniejsza sytuacja dotyczy dziś produkcji roślinnej, zwłaszcza zbóż i kukurydzy. Choć na początku 2026 r. napięcia geopolityczne chwilowo podniosły ceny skupu, nadal pozostają one niższe niż w poprzednich latach. Powodem jest duża podaż na świecie, dobre zbiory i rosnąca produkcja u największych eksporterów. Cena pszenicy spadła z ok. 980 zł na początku 2025 r. do ok. 770 zł na koniec roku. W pierwszych miesiącach 2026 r. utrzymywała się na poziomie 770-780 zł. Jednocześnie nawozy, paliwo, energia, leasing, transport i usługi rolnicy musieli opłacać na bieżąco. Tymczasem według branżowych szacunków nawozy mogą odpowiadać nawet za 45-50 proc. kosztów produkcji w gospodarstwach.

Ale z drugiej strony niższe ceny zbóż zmniejszają ceny pasz, co przekłada się na obniżenie kosztów produkcji zwierzęcej, głównie bydła mięsnego i drobiu.

Problemem są nie tylko same koszty, ale też czas oczekiwania na pieniądze. Jeśli zboże leży w magazynie, gospodarstwo posiada towar, ale nie ma gotówki. A faktury za środki produkcji, maszyny, paliwo, pracę i usługi gromadzą się niezależnie od tego, czy udało się już sprzedać plony – zwraca uwagę Emanuel Nowak, ekspert firmy faktoringowej NFG.

Przedsiębiorcy rolni mają obecnie 235,3 mln zł przeterminowanych zobowiązań. W KRD widnieje 3,5 tys. dłużników z tej grupy. Przeciętnie każdy z nich powinien zwrócić wierzycielom 67,6 tys. zł.

W porównaniu z ubiegłym rokiem łączny dług rolnictwa wzrósł nieznacznie, o ok. 1,2 proc., a liczba niesolidnych płatników lekko spadła. Oznacza to, że część już zadłużonych podmiotów ma coraz większe zaległości.

– W tej branży terminowa zapłata ma ogromne znaczenie. Przedsiębiorca może mieć majątek, sprzęt, ziemię, zapasy i kontrakty, ale jeśli pieniądze nie wpływają na konto na czas, zaczyna brakować środków na bieżące zobowiązania. Wtedy dług rozlewa się szerzej. Warto podkreślić, że w rolnictwie relacje handlowe często mają charakter długoterminowy i opierają się na wzajemnych rozliczeniach. Wpisanie niesolidnego kontrahenta do rejestru dłużników bywa ostatecznością. Podobnie postępują wierzyciele, którzy często odzyskują należności w inny sposób – poprzez kompensaty, rozliczenia barterowe czy długie cykle rozliczeniowe – dodaje mówi Jakub Kostecki, wiceprezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Połowa długu obarcza handel

Przedsiębiorcy rolni tworzą tylko część rynku rolno-spożywczego. Największym dłużnikiem są firmy zajmujące się sprzedażą hurtową i detaliczną produktów rolnych oraz spożywczych, którzy mają 384,2 mln zł zaległości. To niemal połowa (48 proc.) nieuregulowanych zobowiązań całej branży żywnościowej. W KRD widnieje 7,1 tys. takich podmiotów, a średni dług jednego wynosi 54 tys. zł.

Widać jednak duże różnice między hurtem a detalem. Handel hurtowy ma 261,6 mln zł długu, a detaliczny 122,5 mln zł. Najwyższą średnią zaległość w handlu ma hurtowa sprzedaż płodów rolnych i żywych zwierząt. Jeden zadłużony podmiot z tego grona musi uregulować przeciętnie aż 106,4 tys. zł. Z tej kategorii pochodzi także rekordzista całej branży – firma z województwa mazowieckiego, która ma do oddania 6,8 mln zł.

Wysokie zadłużenie handlu jest ważne dla całego rynku, bo to przez hurtownie i sklepy przechodzi duża część produktów rolnych i spożywczych. Jeśli płatność zatrzyma się w tym miejscu, skutki odczuwają dostawcy, producenci, transport i firmy usługowe – zwraca uwagę Sandra Czerwińska, ekspertka Rzetelnej Firmy.

177 mln zł zalega u producentów żywności i napojów

Branża żywnościowa to także producenci artykułów spożywczych i napojów. Mają oni 177 mln zł przeterminowanych zobowiązań. W KRD figuruje 2,9 tys. dłużników z tego segmentu, a średni dług sięga 61,3 tys. zł.

Mimo że producenci żywności odpowiadają za mniejszą część długu niż handel, ich rola w całym łańcuchu jest bardzo ważna. To między rolnikami, przetwórcami, hurtownikami i sklepami przepływają produkty oraz pieniądze. Jeśli płatności opóźniają się na etapie produkcji, szybko odczuwają to kolejne firmy.

Wśród dłużników z branży rolno-spożywczej najliczniejszą grupę stanowią jednoosobowe działalności gospodarcze. Łącznie mają 383,4 mln zł długu. W KRD widnieje ich 7,4 tys., czyli ponad połowa wszystkich dłużników z sektora. Ich średnia zaległość zbliża się do 52 tys. zł.

Najwięcej problemów na handlowym Mazowszu i w rolniczej Wielkopolsce

Najpoważniejsze zadłużenie branży przypada na województwo mazowieckie. Działające tam firmy powinny oddać 178,3 mln zł. Na drugim miejscu jest Wielkopolska ze 115,2 mln zł długu, a trzeci Śląsk z 56,2 mln zł. Dwa pierwsze województwa od lat przodują w produkcji, handlu i przetwórstwie rolno-spożywczym, dlatego ich wysokie miejsca w zestawieniu nie są zaskoczeniem.

Najmniejsze problemy finansowe mają firmy żywnościowe z województwa opolskiego – 13 mln zł, świętokrzyskiego – 15,1 mln zł oraz podkarpackiego – 20,2 mln zł.

Kto nie płaci rolnikom, wytwórcom i sprzedawcom

Przedsiębiorcy z branży rolno-spożywczej sami też czekają na pieniądze od klientów i kontrahentów, którzy są im winni 247,2 mln zł. Głównym dłużnikiem jest handel, który zalega 84,9 mln zł. Kolejne są podmioty z rolnictwa, leśnictwa, łowiectwa i rybactwa, zalegające z 48,5 mln zł. Natomiast gastronomia i zakwaterowanie opóźniają się z uregulowaniem 33,5 mln zł, zaś przetwórstwo przemysłowe z 32,6 mln zł.

– To ważne dane, bo branża rolno-spożywcza nie działa w oderwaniu od innych sektorów. Potrzebuje transportu, magazynów, opakowań, finansowania, sklepów, hurtowni i gastronomii. Gdy pieniądze zatrzymują się w jednym miejscu, brakuje ich w kolejnym. To powoduje narastanie zatorów płatniczych na drodze z pola do sklepu – zauważa Sandra Czerwińska.

Długi hamują zakupy i rozwój

Zaległe płatności nie są jedynie problemem księgowym. Wpływają na codzienne decyzje przedsiębiorców: czy kupić maszynę, czy odłożyć remont, czy zapłacić dostawcy od razu, czy przesunąć płatność na później.

– W branży rolno-spożywczej widać to szczególnie wyraźnie, bo przychody i koszty często rozjeżdżają się w czasie. Nakłady na produkcję, paliwo, energię, transport czy magazynowanie trzeba ponosić na bieżąco, a wpływy ze sprzedaży pojawiają się dopiero po kilku tygodniach lub miesiącach. Im dłuższy termin płatności i im większa niepewność czy kontrahent zapłaci, tym trudniej planować kolejne zakupy, inwestycje i rozliczenia z dostawcami. W takiej sytuacji przedsiębiorcy często szukają sposobu, by zamienić faktury na gotówkę wcześniej i ograniczyć ryzyko przenoszenia opóźnień na kolejne firmy. To nie rozwiązuje problemu niskich marż czy wysokich kosztów, ale może pomóc utrzymać płynność w najbardziej wrażliwych momentach sezonu – wskazuje Emanuel Nowak.

Branża rolna wypada bardzo stabilnie w Analizie wiarygodności płatniczej przeprowadzonej przez KRD. Aż 99 proc. firm ma najwyższe oceny A, B lub C, czyli są oceniane jako wiarygodne płatniczo. Ten wynik nie zmienił się rok do roku. Najniższą ocenę F, G lub H ma tylko 0,7 proc. podmiotów, a to oznacza niewielkie ryzyko współpracy biznesowej.

Natomiast w branży spożywczej widać wyraźne pogorszenie. Odsetek firm z najwyższymi ocenami spadł z 89 proc. w 2025 r. do 82 proc. obecnie, a udział podmiotów z najsłabszą kategorią wzrósł z 6 proc. do 7,5 proc. To sygnał, że w tym sektorze rośnie ryzyko opóźnień w płatnościach i warto uważniej sprawdzać kontrahentów.

Sektor biurowy ponownie zyskuje na atrakcyjności w oczach europejskich kredytodawców

Europejscy kredytodawcy z optymizmem patrzą na drugą połowę 2026 roku, mimo utrzymującej się niepewności geopolitycznej. Sentyment wokół sektora biurowego wyraźnie się poprawił, co może być dobrym prognostykiem na najbliższe miesiące. Kredytodawcy są również otwarci na finansowanie nieruchomości w sektorach alternatywnych – wynika z najnowszego raportu CBRE pt. “European Lender Intentions Survey”.

Z badania CBRE wynika, że trzy czwarte respondentów (72 proc.) spodziewa się zwiększenia akcji kredytowej w porównaniu do 2025 roku. Szacuje się, że kredytodawcy mogą w tym roku udzielić łącznie ok. 70 mld euro nowego finansowania na nieruchomości komercyjne w Europie.

Biura wracają do łask

Największe zainteresowanie kredytodawców wzbudza sektor budownictwa wielorodzinnego, wyprzedzając nieruchomości magazynowe oraz biurowe. Dla sektora biurowego oznacza to awans o trzy pozycje względem szóstej lokaty w zeszłorocznej edycji badania. Banki wskazały jedynie sektor nieruchomości mieszkaniowych jako bardziej atrakcyjny od biurowego, co jest wyraźnym sygnałem odbudowy zaufania do sektora biurowego.

Dane CBRE pokazują, że wartość inwestycji w nieruchomości biurowe w Europie w I kwartale 2026 roku wyniosła 10,7 mld euro, co oznacza wzrost o 6 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2025 roku. W całym 2025 roku wolumen inwestycji w europejskie biurowce wzrósł o 13 proc. r/r do 48,5 mld euro.

Z tegorocznej edycji naszego badania wynika, że 72 proc. respondentów spodziewa się zwiększenia akcji kredytowej w porównaniu do 2025 roku, podczas gdy jedynie 7 proc. przewiduje spadek aktywności. Takie podejście jest widoczne zarówno wśród banków, jak i niebankowych instytucji finansowych co wskazuje na wysoką dostępność finansowania dłużnego na rynku – mówi Michał Klimczak szef działu finansowania inwestycji w CBRE i dodaje – Spodziewamy się również większej aktywności w sektorze biurowym, wspieranej poprawą sentymentu. Warto odnotować, że 38 proc. kredytodawców deklaruje poprawę nastawienia do sektora biurowego w porównaniu do ubiegłego roku.

Kredytodawcy otwarci na sektory alternatywne

Rosnącym zainteresowaniem cieszą się również alternatywne segmenty rynku nieruchomości, takie jak co-living, obiekty przeznaczone dla sektora ochrony zdrowia, domy senioralne oraz self storage. 86 proc. kredytodawców deklaruje gotowość do finansowania co najmniej jednego z tych sektorów, co oznacza wzrost o 5 pkt. proc. w stosunku do zeszłorocznej edycji badania.

Dwie trzecie (66 proc.) ankietowanych kredytodawców nie udzieli finansowania na nieruchomości, które nie spełniają kryteriów zrównoważonego rozwoju i nie mają planu poprawy w tym zakresie. Jednocześnie tylko 20 proc. respondentów deklaruje, że kwestie związane ze zrównoważonym rozwojem nie odgrywają roli przy decyzjach kredytowych.

W tym roku 69% kredytodawców deklaruje gotowość do udzielania kredytów deweloperskich na realizację nowych inwestycji, podczas gdy rok temu było to 60% respondentów. Największym zainteresowaniem cieszą się projekty zabezpieczone umowami najmu choć 43% kredytodawców jest również skłonnych finansować projekty budowane spekulacyjnie – mówi Michał Klimczak, CBRE.

Niepewność geopolityczna największym wyzwaniem

Trzy czwarte (74 proc.) kredytodawców wskazało niestabilną sytuację geopolityczną jako główne źródło obaw (69 proc. rok wcześniej). Drugim największym wyzwaniem dla ankietowanych jest niepewność dotycząca kierunku zmian stóp procentowych (47 proc.), a trzecim potencjalny wzrost kosztów budowy (39 proc.).

Płace w Polsce rosną wolniej. Maj przyniósł drugi najsłabszy wynik od dwóch lat

Majowe dane o wynagrodzeniach w sektorze przedsiębiorstw potwierdzają dalsze wyhamowywanie dynamiki płac. Przeciętne wynagrodzenie wzrosło o 5,8 proc. rok do roku, wobec oczekiwań rynkowych na poziomie 6,0 proc. To drugi najniższy odczyt od dwóch lat – słabszy wynik odnotowano jedynie w kwietniu, gdy tempo wzrostu płac wyniosło 5,4 proc.

Po bardzo silnych wzrostach wynagrodzeń obserwowanych w 2024 roku, kiedy dynamika płac była najwyższa od ponad dwóch dekad, rynek pracy stopniowo wraca do bardziej zrównoważonego tempa wzrostu. Przeciętne wynagrodzenie w przedsiębiorstwach zatrudniających co najmniej 10 osób wyniosło w maju 9 173,24 zł brutto.

Opublikowane dane konsekwentnie potwierdzają wygasanie presji płacowej w gospodarce. To istotna informacja z punktu widzenia polityki pieniężnej, ponieważ silny wzrost wynagrodzeń był w ostatnich latach jednym z czynników podtrzymujących inflację w sektorze usług. Obecnie Rada Polityki Pieniężnej jako główne źródła ryzyka inflacyjnego wskazuje przede wszystkim potencjalne szoki związane z cenami energii oraz możliwość dalszego przenoszenia wzrostu cen na kolejne obszary gospodarki.

Choć komunikacja Prezesa NBP oraz pozostałych członków Rady Polityki Pieniężnej wskazuję na stabilizację stóp procentowych w najbliższych kwartałach, warto zwrócić uwagę na ostatnie decyzje banków centralnych w regionie. Zarówno Europejski Bank Centralny, jak i bank centralny Czech zdecydowały się w czerwcu na podwyżki stóp procentowych o 25 punktów bazowych.

Kurs dolara nie odpuszcza. Pokojowe sygnały z Zatoki nie zmieniają trendu

Dane z Polski okazały się lepsze od oczekiwań, co nie oznacza jeszcze, że były dobre. Rozmowy pokojowe, mimo kłód rzucanych pod nogi przez Izrael, idą do przodu. Dolar umacnia się wraz z prognozowanymi wzrostami stóp procentowych.

Lepsze dane z Polski

W piątek poznaliśmy dane na temat produkcji przemysłowej z Polski. Analitycy oczekiwali wzrostu o 2,5%, a otrzymaliśmy 4,1%. Jest to oczywiście miła niespodzianka, ale 4,1% w kraju, który jednak w dużej mierze stawia na przemysł, nie jest wynikiem szczególnie mocnym. Wiadomo, to nadal lepiej niż zakładano, jednak jeśli chcemy gonić Zachód, ten wskaźnik powinien być wyższy. Z jednej strony, przy programach zbrojeniowych, jest to naprawdę niewiele. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że nasz główny partner handlowy, czyli Niemcy, przeżywa ostatnio trudniejszy okres gospodarczo. Nie można zatem oczekiwać rewelacyjnych wyników w Polsce, skoro po drugiej stronie Odry gospodarka złapała zadyszkę. Jak reagowały rynki? Przy dużej chęci szukania ruchu można doszukać się umocnienia złotego. Problem w tym, że skala tej zmiany jest niewielka. Kurs euro nadal przekracza 4,26 zł.

Porozumienie w Zatoce Perskiej

W tle mundialu postępują rozmowy pokojowe pomiędzy USA a Iranem. W weekend rozpoczęły się negocjacje w Szwajcarii. Z pozytywów – żadna ze stron ich nie zerwała. Postęp jest na razie bardzo powolny, ale jest zgoda, by w ciągu 60 dni wypracowywać szersze posiedzenie, na które podpisano memorandum. Problemem pozostaje Izrael, który cały czas uważa, że obecne porozumienie nie zabrania mu prowadzenia działań w Libanie. Nie zmienia to faktu, że powoli wraca ruch w Cieśninie Ormuz. Baryłka ropy Brent po piątkowych wzrostach i dzisiejszej porannej korekcie spadła w okolice 79 USD. Musimy jednak pamiętać, że o ile przywracanie żeglugi w Cieśninie Ormuz powoduje, że ropa naftowa tanieje, to sam powrót surowca z Iranu na rynek będzie do pewnego poziomu hamował spadek cen. No chyba, że Ukraina będzie kontynuowała udane ataki na Rosję i kraj ten będzie musiał zostawić więcej surowca na wewnętrzne potrzeby.

Dolar wciąż silny

W ostatnich dniach jesteśmy świadkami wyraźnego umocnienia dolara. Powodem jest fakt, że wielu inwestorów oczekiwało, iż nowy prezes FED Kevin Warsh spowoduje, że przestaniemy rozmawiać o podwyżkach stóp procentowych w najbliższym czasie. Stało się dokładnie odwrotnie. Pierwszej podwyżki rynki oczekują już we wrześniu, a drugiej w grudniu. Biorąc pod uwagę, że jeszcze na początku tego roku zastanawiano się, kiedy i ile będziemy mieli obniżek, jest to spora zmiana. O tym jak ważny jest to zwrot, najlepiej świadczy reakcja głównej pary walutowej świata. Obecnie wielu analityków spodziewało się odejścia od dolara, ze względu na spadek intensywności działań w Zatoce Perskiej. Zmiany w stopach procentowych w USA są jednak tak istotne, że mimo działań pokojowych dolar wciąż drożeje.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – Kanada – inflacja konsumencka.

Rzecznik MŚP interweniuje w sprawie składek ZUS. Problem dotyczy wspólników spółek

Minister Agnieszka Majewska, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców zwróciła się do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej z pytaniem o stan prac legislacyjnych dotyczących skutków kwestionowania przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych tytułów do ubezpieczeń społecznych po wielu latach od ich zgłoszenia. Problem dotyka przedsiębiorców, którzy mimo opłacania składek zgodnie z obowiązującą praktyką, po kontroli ZUS tracą możliwość odzyskania nienależnie wpłaconych środków.

Wątpliwości dotyczą przede wszystkim sytuacji wspólników spółek z ograniczoną odpowiedzialnością posiadających całość lub znaczną część udziałów, zatrudnionych jednocześnie w swoich spółkach na podstawie umowy o pracę. W wielu przypadkach ZUS po latach kwestionuje taki tytuł do ubezpieczeń społecznych. Jednocześnie obowiązujące przepisy ograniczają możliwość składania korekt dokumentów rozliczeniowych po upływie pięciu lat od dnia wymagalności składek, co w praktyce zamyka drogę do odzyskania nadpłaconych środków.

Rzecznik MŚP wskazała, że Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej już wcześniej informowało o prowadzonych pracach nad rozwiązaniami mającymi przeciwdziałać negatywnym skutkom takich sytuacji.

Przedsiębiorcy muszą mieć pewność, że nie będą ponosić konsekwencji zmian interpretacyjnych dokonywanych po wielu latach. Jeżeli państwo uznaje, że składki zostały opłacone na niewłaściwe konto lub z niewłaściwego tytułu, powinno jednocześnie stworzyć skuteczny mechanizm umożliwiający odzyskanie nienależnie wpłaconych środków. Obecna sytuacja prowadzi do naruszenia poczucia bezpieczeństwa prawnego przedsiębiorcówpodkreśla Minister Agnieszka Majewska, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

W wystąpieniu do resortu rodziny Rzecznik MŚP poprosiła o przedstawienie informacji na temat prowadzonych prac legislacyjnych, w szczególności ich zakresu, kierunku planowanych zmian oraz przewidywanego terminu skierowania projektu do uzgodnień międzyresortowych, konsultacji publicznych i opiniowania.

Rzecznik MŚP od początku swojej kadencji zaznacza, że przedsiębiorcy powinni mieć możliwość działania w zaufaniu do państwa i jego instytucji. Zmiana oceny sytuacji prawnej po wielu latach nie może prowadzić do trwałej utraty środków finansowych przez przedsiębiorców, którzy wykonywali swoje obowiązki zgodnie z obowiązującymi wówczas zasadami.

Jak wybrać sprzęt cardio do domu, żeby ćwiczyć regularnie i bez chaosu

Domowy trening działa najlepiej wtedy, gdy sprzęt pasuje do codzienności

Wybór sprzętu cardio do mieszkania bardzo często zaczyna się od emocji. Ktoś widzi duże urządzenie, wyobraża sobie szybkie efekty i zakłada, że od jutra będzie ćwiczyć codziennie. W praktyce liczy się jednak coś innego. Największą wartość ma taki sprzęt, który naprawdę da się włączyć do zwykłego tygodnia. Dla jednej osoby najlepsza będzie bieżnia domowa, bo pozwala chodzić lub biegać bez względu na pogodę. Ktoś inny lepiej wykorzysta rowerki do ćwiczeń, bo woli spokojniejszy rytm i pozycję siedzącą. W mniejszym mieszkaniu świetnie odnajdzie się stepper, który nie wymaga osobnej strefy i daje szybki start bez przygotowań. W domu regularność nie rodzi się z ambitnych planów, ale z prostoty. Jeśli sprzęt nie przeszkadza w codziennym życiu, rośnie szansa, że stanie się realnym wsparciem formy, a nie tylko kolejnym przedmiotem stojącym w kącie.

Bieżnia do domu daje naturalny ruch i bardzo czytelną drogę progresu

Dla wielu osób to właśnie bieżnia do domu okazuje się najbardziej intuicyjnym wyborem. Marsz i bieg są ruchami, które ciało zna, dlatego próg wejścia jest stosunkowo niski. Nie trzeba uczyć się nowej techniki, a sam trening można łatwo dopasować do poziomu energii. Jednego dnia wystarczy spokojny marsz, a innego można przejść do szybszego tempa. Dobrze dobrana bieżnia do biegania daje też ogromną przewagę zimą, w deszczowe dni i wtedy, gdy trudno znaleźć czas na wyjście. W domowych warunkach to bardzo ważne, bo właśnie pogoda najczęściej przestaje być wymówką. Co równie istotne, taki sprzęt daje poczucie jasnego kierunku. Widzisz czas, tempo i dystans, więc łatwiej śledzić rozwój. Jeśli ktoś chce budować formę w sposób prosty i przewidywalny, bieżnia często okazuje się jednym z najbardziej logicznych wyborów.

Bieżnia mechaniczna sprawdza się tam, gdzie liczy się prostota i oszczędność miejsca

Nie każdy potrzebuje rozbudowanego urządzenia z ekranem, programami i większą konstrukcją. Dla części użytkowników lepszym rozwiązaniem będzie bieżnia mechaniczna, zwłaszcza jeśli celem jest przede wszystkim regularny ruch, a nie bardzo dynamiczne bieganie. Taki sprzęt dobrze odnajduje się w mieszkaniach, w których każdy metr ma znaczenie. Dobrze dobrana bieżnia mechaniczna pozwala spokojnie pracować nad kondycją, zwiększać liczbę kroków i budować nawyk bez tworzenia dużej strefy treningowej. W praktyce to bardzo rozsądna opcja dla osób, które chcą chodzić częściej, ale nie potrzebują pełnej funkcjonalności większej bieżni. W domu właśnie taka prostota bywa ogromną zaletą. Im mniej komplikacji wokół treningu, tym łatwiej utrzymać system. A systematyczny ruch, nawet o umiarkowanej intensywności, bardzo często daje lepszy efekt niż ambitny plan, który trudno wdrożyć w codzienność.

Stepper pomaga tam, gdzie trening ma być krótki, prosty i łatwy do rozpoczęcia

Bardzo wiele osób nie potrzebuje dużego sprzętu, tylko rozwiązania, które można uruchomić w kilka chwil. Właśnie dlatego stepper tak dobrze sprawdza się w warunkach domowych. Jest mały, prosty i nie wymaga długiego przygotowania. Można na nim wykonać krótki blok rano, szybki trening po pracy albo kilka minut ruchu wtedy, gdy nie ma czasu na dłuższą sesję. Dobrze dobrany stepper daje też dużą przewagę osobom, które chcą po prostu zwiększyć codzienną aktywność bez budowania rozbudowanej rutyny cardio. W mieszkaniu ma to ogromne znaczenie, bo sprzęt nie powinien przytłaczać przestrzeni. Jeśli da się go używać bez organizowania całego pokoju, rośnie szansa na regularność. Właśnie taka dostępność odróżnia urządzenia praktyczne od tych, które robią dobre wrażenie tylko na początku. Gdy trening zaczyna się łatwo, dużo częściej staje się stałym elementem tygodnia.

Rower stacjonarny składany dobrze łączy wygodę ćwiczeń z porządkiem w mieszkaniu

Jednym z najczęstszych powodów odkładania zakupu sprzętu cardio jest obawa przed zagraceniem mieszkania. Właśnie dlatego rower stacjonarny składany bywa tak trafnym wyborem. Pozwala ćwiczyć regularnie, a jednocześnie nie przejmuje na stałe dużej części przestrzeni. Dla wielu osób to ogromna zaleta, bo po treningu można przywrócić pomieszczeniu jego zwykłą funkcję. Dobrze dobrany rower stacjonarny składany sprawdza się szczególnie u osób, które lubią spokojny rytm pedałowania i chcą budować kondycję bez nadmiernego obciążania stawów. W domu taki sprzęt pomaga utrzymać porządek nie tylko w przestrzeni, ale również w planie. Łatwo go włączyć do regularnego tygodnia, bo nie wymaga dużej logistyki. Gdy urządzenie nie utrudnia codziennego życia, dużo łatwiej po nie sięgać. A właśnie częstotliwość korzystania najbardziej decyduje o tym, czy zakup był naprawdę trafiony.

Rower poziomy daje więcej komfortu tym, którzy nie chcą klasycznej pozycji treningowej

Nie każdemu odpowiada tradycyjna pozycja siedząca na rowerze. Dla części osób znacznie lepszym wyborem będzie rower poziomy, bo oferuje wygodniejsze podparcie i spokojniejszy charakter pracy. Taki sprzęt dobrze sprawdza się tam, gdzie ważny jest komfort pleców, stabilność pozycji i możliwość dłuższego treningu bez niepotrzebnego napięcia. Dobrze dobrany rower poziomy pomaga budować wytrzymałość w sposób łagodniejszy, ale nadal skuteczny. W domowych warunkach to bardzo istotne, ponieważ wygoda często decyduje o regularności bardziej niż parametry techniczne. Jeśli ćwiczenie nie męczy samą pozycją, łatwiej wydłużać czas i spokojnie rozwijać formę. To także dobry kierunek dla osób wracających do ruchu po przerwie lub takich, które chcą stopniowo budować nawyk. Nie każdy potrzebuje intensywnego startu. Czasem lepszy efekt daje sprzęt, który zachęca do systematyczności bez zbędnego oporu.

Ergometr nadaje treningowi bardziej sportowy charakter i porządkuje wysiłek

Są osoby, które najlepiej czują się wtedy, gdy trening jest konkretny, mierzalny i ma wyraźniejszy charakter zadaniowy. Dla nich bardzo dobrym rozwiązaniem może być ergometr. Taki sprzęt daje większe poczucie pracy treningowej, bo łatwo kontrolować intensywność, czas i powtarzalność jednostek. Dobrze dobrany ergometr świetnie sprawdza się u osób, które lubią widzieć postęp i chcą mieć bardziej uporządkowaną relację z cardio. W warunkach domowych to duża zaleta, bo sprzęt przestaje być tylko dodatkiem do aktywności, a staje się narzędziem do świadomego budowania formy. To rozwiązanie dla tych, którzy cenią konkretny wysiłek i lubią jasne ramy treningu. Jednocześnie trzeba pamiętać, że nie każdy potrzebuje właśnie takiego modelu pracy. Jeśli jednak odpowiada Ci bardziej sportowa forma ćwiczeń, ergometr bardzo dobrze odnajdzie się w domu jako centralny punkt planu.

Rowerki do ćwiczeń i bieżnia domowa warto dobierać pod styl życia, a nie pod same parametry

Przy wyborze domowego cardio łatwo skupić się na liczbach, funkcjach i wyglądzie urządzenia. W praktyce ważniejsze jest to, czy sprzęt pasuje do codziennego rytmu. Dla jednej osoby najlepsze będą rowerki do ćwiczeń, bo pozwalają wejść w spokojne tempo i trenować bez dużego obciążenia. Ktoś inny lepiej wykorzysta bieżnia domowa, bo potrzebuje bardziej naturalnego ruchu i lubi marsz albo bieg. Dobrze dobrana bieżnia do biegania może być świetnym rozwiązaniem dla osób, które chcą zacząć od prostego chodzenia, a później przejść do szybszych jednostek. Z kolei rowerki będą bardzo praktyczne wtedy, gdy trening ma być wygodny, stabilny i łatwy do wykonania nawet po długim dniu pracy. W domu właśnie taki styl używania sprzętu robi największą różnicę. Parametry są ważne, ale to codzienna wygoda i realna chęć korzystania przesądzają o tym, czy sprzęt będzie używany regularnie.

Zacznij od sprzętu, który naprawdę da się włączyć do zwykłego tygodnia

Najlepszy wybór do domu nie zawsze będzie najbardziej rozbudowany. Znacznie częściej wygrywa taki sprzęt, który po prostu pasuje do trybu życia i nie komplikuje codzienności. Dla jednej osoby właściwa będzie bieżnia do domu, dla innej bardziej praktyczny okaże się stepper. Ktoś wybierze ergometr, bo lubi wyraźnie treningowy charakter wysiłku. W mniejszym mieszkaniu świetnie sprawdzi się rower stacjonarny składany, a przy potrzebie większego komfortu dobrym rozwiązaniem będzie rower poziomy. Są też osoby, którym najlepiej służy prostsza bieżnia mechaniczna albo klasyczne rowerki do ćwiczeń. Każda z tych dróg może być bardzo dobra, jeśli wynika z realnych potrzeb. To właśnie dopasowanie do codzienności sprawia, że sprzęt pomaga ćwiczyć regularnie. A regularny ruch, nawet prosty, daje w domu znacznie lepszy efekt niż najbardziej imponujące urządzenie używane tylko od czasu do czasu.

FAQ

  1. Czy bieżnia domowa to dobry wybór dla osoby początkującej?
    Tak, ponieważ pozwala zacząć od marszu i stopniowo zwiększać intensywność. Dobrze dobrana bieżnia domowa daje naturalny ruch i bardzo czytelny sposób progresu.
  2. Kiedy najlepiej sprawdza się bieżnia do domu?
    Najbardziej przydaje się wtedy, gdy chcesz ćwiczyć niezależnie od pogody i pory dnia. Dobrze dobrana bieżnia do domu bardzo dobrze wpisuje się w regularny plan cardio.
  3. Czy bieżnia mechaniczna ma sens w mieszkaniu?
    Tak, szczególnie jeśli zależy Ci na prostszym sprzęcie i spokojniejszym tempie treningu. Bieżnia mechaniczna dobrze sprawdza się przy marszu i regularnym ruchu bez złożonej obsługi.
  4. Dla kogo najlepszy będzie stepper?
    Przede wszystkim dla osób, które chcą krótkich sesji i małego sprzętu o dużej użyteczności. Dobrze dobrany stepper świetnie działa w mniejszych mieszkaniach.
  5. Co daje ergometr w domowym treningu?
    Pozwala trenować w bardziej uporządkowany i sportowy sposób, a często także lepiej kontrolować intensywność. Dobrze dobrany ergometr daje bardziej treningowy charakter całej sesji.
  6. Czy rower stacjonarny składany to dobre rozwiązanie do małego mieszkania?
    Tak, bo łączy funkcjonalność klasycznego roweru z łatwiejszym przechowywaniem. Rower stacjonarny składany dobrze sprawdza się tam, gdzie liczy się porządek i oszczędność miejsca.
  7. Kiedy warto wybrać rower poziomy zamiast klasycznego modelu?
    Najczęściej wtedy, gdy zależy Ci na większym komforcie i bardziej podpartej pozycji. Dobrze dobrany rower poziomy może być wygodniejszy przy dłuższych sesjach i spokojniejszym powrocie do ruchu.
  8. Jak wybrać między rowerkami do ćwiczeń a bieżnią do biegania?
    Najlepiej według stylu ruchu, który będziesz wykonywać najchętniej. Jeśli wolisz pedałowanie i płynne tempo, wybierz rowerki do ćwiczeń, a jeśli zależy Ci na marszu lub biegu, lepsza będzie bieżnia do biegania.

Ceny skupu zbóż w czerwcu 2026. Najmocniej przecenia się owies i żyto

Ceny zbóż w Polsce pozostają wyraźnie niższe niż przed rokiem. Najsilniejsze roczne spadki dotyczą owsa, żyta i zbóż paszowych, podczas gdy pszenicę oraz kukurydzę częściowo wspiera rosnący eksport. Polska coraz mocniej dywersyfikuje sprzedaż zagraniczną, zwiększając obecność m.in. na rynkach afrykańskich, lecz niższe ceny ziarna stopniowo przenoszą się także na rynek mąki i otrąb.

W tygodniu 8–14 czerwca 2026 r. średnia cena skupu pszenicy konsumpcyjnej w Polsce wyniosła 835 zł/t, a kukurydzy suchej 863 zł/t. W ujęciu rocznym ziarno nadal jest tańsze — pszenica konsumpcyjna o 6,3%, kukurydza o 5,0%, a najsilniejsze spadki dotknęły owsa (paszowy −24,1%) oraz żyta. Dane pochodzą z 24. wydania biuletynu Zintegrowanego Systemu Rolniczej Informacji Rynkowej (ZSRIR) Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

835
Pszenica konsumpcyjna (zł/t)
−6,3% r/r
863
Kukurydza sucha (zł/t)
−5,0% r/r
740
Jęczmień paszowy (zł/t)
−14,4% r/r
715
Pszenżyto paszowe (zł/t)
−15,5% r/r

Na przestrzeni tygodnia największe ruchy odnotowano w segmencie pszenicy paszowej (+2,3% w siedem dni) i pszenżyta paszowego (+1,3%), podczas gdy owies konsumpcyjny stracił 6,8% i jęczmień konsumpcyjny 2,4%. W całym koszyku zakupów dominuje pszenica — łącznie konsumpcyjna i paszowa stanowiły 69,7% wolumenu, a kukurydza sucha 12,6%. Udział pszenicy paszowej rośnie kosztem konsumpcyjnej, co świadczy o silniejszym popycie ze strony producentów pasz.

Ceny skupu w przedsiębiorstwach — bieżący tydzień, tydzień wcześniej, rok wcześniej
notowania ZSRIR za 14.06.2026, 07.06.2026 i 15.06.2025 (zł/t)
Rodzaj ziarna14.06.202607.06.202615.06.2025tyg.rokUdział
Pszenica konsumpcyjna835831890+0,5%−6,3%38,5%
Pszenica paszowa811793902+2,3%−10,0%31,2%
Żyto konsumpcyjne662659764+0,5%−13,4%2,4%
Żyto paszowe629631749−0,4%−16,1%1,3%
Jęczmień konsumpcyjny767786−2,4%0,4%
Jęczmień paszowy740741864−0,1%−14,4%2,8%
Kukurydza sucha863854908+1,0%−5,0%12,6%
Owies konsumpcyjny560602733−6,8%−23,6%0,2%
Owies paszowy574573756+0,1%−24,1%1,5%
Pszenżyto paszowe715705846+1,3%−15,5%8,8%

Zróżnicowanie regionalne

Najwyższe stawki za pszenicę konsumpcyjną płaciły zakłady w makroregionie północno-zachodnim — średnio 852 zł/t, co potwierdza rolę portów Gdańska, Gdyni i Szczecina jako głównego punktu zbytu surowca eksportowego. W makroregionie południowym ceny wyniosły 831 zł/t, a w centralno-wschodnim — 810 zł/t. Różnica między najwyższą a najniższą średnią regionalną sięga 42 zł na tonie, co przy większych dostawach przekłada się na istotne różnice w przychodach gospodarstw.

Z kolei kukurydza sucha drożała głównie w makroregionie północno-zachodnim — 891 zł/t wobec 818 zł/t w centralno-wschodnim. W centralno-wschodniej części kraju koncentruje się natomiast pszenżyto paszowe (13,9% udziału w lokalnym koszyku), będące ważnym składnikiem mieszanek dla trzody chlewnej.

Ceny skupu pszenicy konsumpcyjnej i kukurydzy suchej według makroregionów
notowania ZSRIR za 14.06.2026 (zł/t); centralno-wschodni / południowy / północno-zachodni

Polska na tle UE i giełdy MATIF

Średnia cena pszenicy konsumpcyjnej w Polsce — 835 zł/t — pozostaje poniżej notowań na paryskiej giełdzie MATIF, gdzie surowiec wyceniany jest na 857 zł/t. Na tle dwudziestu krajów Unii Europejskiej Polska plasuje się w środku stawki: tańszy surowiec dostarczają Bułgaria (761 zł/t), Czechy (784 zł/t) i Rumunia (796 zł/t), natomiast najwyższe stawki notuje się w Portugalii (995 zł/t), Grecji (974 zł/t) i Hiszpanii (962 zł/t). W przypadku kukurydzy Polska (863 zł/t) jest piątym najtańszym dostawcą w Unii — wyprzedzają ją tylko Rumunia, Słowacja, Bułgaria i Belgia.

Ceny pszenicy konsumpcyjnej w krajach UE oraz na MATIF
notowania za okres 01–07.06.2026 (zł/t); Polska oznaczona czerwonym, MATIF — bursztynowym

Porównanie w czasie pokazuje skalę przeceny: cztery lata temu pszenica w Polsce kosztowała 1 713 zł/t, dwa lata temu 974 zł/t. Obecne 835 zł/t oznacza spadek o ponad połowę względem szczytu z 2022 r. i o blisko 14,4% wobec ceny sprzed dwóch lat. Kukurydza zachowuje się podobnie — z 1 469 zł/t cztery lata temu spadła do dzisiejszych 863 zł/t, czyli o 41,3%. Jest to powrót do poziomów obserwowanych przed wybuchem wojny w Ukrainie.

Mąka i otręby — efekt obniżek ziarna

Spadki cen ziarna przekładają się stopniowo na ceny produktów przemiału. Mąka tortowa typu 450 sprzedawana w opakowaniach jednokilogramowych staniała w skali roku o 11,3% i osiągnęła średnio 1 511 zł/t, a mąka pszenna piekarnicza w workach typu 550 — o 18,0%, do poziomu 1 266 zł/t. Mąka piekarnicza luzem typu 550, najpopularniejsza w sprzedaży hurtowej (23,8% udziału), kosztowała 1 324 zł/t, czyli o 6,6% mniej niż rok wcześniej. Otręby pszenne luzem potaniały o 11,1% rok do roku do 516 zł/t.

Produkt przemiału14.06.2026 (zł/t)TydzieńRok
Mąka tortowa typu 450 (1 kg)1 511−3,0%−11,3%
Mąka pszenna piekarnicza w workach typu 5501 266−1,6%−18,0%
Mąka pszenna piekarnicza luzem typu 5501 324+0,1%−6,6%
Mąka żytnia piekarnicza luzem typu 7201 016+0,8%−7,1%
Mąka żytnia piekarnicza w workach typu 7201 174−1,2%−6,5%
Otręby pszenne luzem516−1,1%−11,1%
Otręby żytnie luzem468−2,2%−16,0%

Handel zagraniczny — kontynuacja eksportowej dominacji

W okresie styczeń–marzec 2026 r. eksport zbóż (bez ryżu) z Polski wyniósł 2,26 mln ton wobec 1,96 mln ton w analogicznym okresie 2025 r., co oznacza wzrost o 15,7%. Wartościowo wywóz osiągnął 477 mln EUR. Największą dynamiką cechowała się pszenica — eksport wzrósł o 55,8%, do 1,14 mln ton, generując przychody na poziomie 235 mln EUR. Import zbóż spadł o 21,8% do 119 tys. ton, dzięki czemu saldo wymiany ponownie poprawiło się: w pierwszym kwartale wyniosło 2,15 mln ton wobec 1,81 mln ton rok wcześniej.

Eksport, import i saldo wymiany zbożowej (mln ton)
lata 2020–2025 oraz I kwartał 2026 (Q1 oznaczone na pomarańczowo)

Mapa odbiorców polskiej pszenicy radykalnie się przesunęła. W pierwszym kwartale 2026 r. udział Niemiec spadł z 36,4% do 19,0%, a do gry weszły rynki afrykańskie: Angola zwiększyła zakupy o 277%, Republika Południowej Afryki o 108%, Demokratyczna Republika Konga (d. Zair) o 543%. Po raz pierwszy w pierwszej dziesiątce pojawiły się Mali, Tanzania, Burkina Faso i Gabon. Nigeria, w 2024 r. drugi największy odbiorca z 892 tys. ton rocznie, zamówiła w pierwszym kwartale 2026 r. tylko 85 tys. ton — to skutek zmian w polityce importowej tego kraju.

Eksport polskiej pszenicy według kierunków — I kwartał 2026
10 największych odbiorców wolumenowo (tys. ton)

W eksporcie kukurydzy Niemcy utrzymały pozycję największego rynku zbytu (327 tys. ton w pierwszym kwartale 2026 r.), ale wśród szybko rosnących kierunków znalazły się Belgia (+257%), Węgry (+325%) oraz Łotwa (+185%). Spadek odnotowano natomiast w handlu z Wielką Brytanią — o 81,4%, do 32,5 tys. ton. Po stronie importu polski sektor paszowy nadal opiera się na kukurydzy z Francji (16,0 tys. ton, 41,6% udziału), Niemiec, Rumunii i Węgier.

Mąka, która trafia za granicę

Eksport mąki pszennej i żytnio-pszennej w pierwszym kwartale 2026 r. wzrósł o 14,9% do 34,6 tys. ton, a przychody — do 14,1 mln EUR. Trzema największymi odbiorcami pozostały Niemcy (9,1 tys. ton), Litwa (5,9 tys. ton) i Holandia (5,8 tys. ton). Jednocześnie import mąki do Polski również się zwiększył — o 29,2% do 18,5 tys. ton, przy czym dominowały dostawy z Niemiec (8,7 tys. ton) i Włoch (5,7 tys. ton). Saldo wymiany mąką pozostaje dodatnie i wyniosło 16,1 tys. ton w pierwszym kwartale 2026 r.

Wnioski dla rynku

  • Roczne spadki cen ziarna są głębokie, ale nierównomierne. Najbardziej tracą zboża o ograniczonym eksporcie (owies −24,1%, żyto paszowe −16,1%), najmniej kukurydza (−5,0%) i pszenica konsumpcyjna (−6,3%) — te rynki wspiera popyt zagraniczny.
  • Polska pszenica jest tańsza niż na MATIF (835 vs 857 zł/t) i tańsza niż w większości państw zachodniej UE. To strukturalna przewaga konkurencyjna polskich młynów i firm handlowych w łańcuchach dostaw do Afryki Zachodniej.
  • Eksport rośnie szybciej niż import — saldo zbożowe w pierwszym kwartale 2026 r. zwiększyło się o 18,8% rok do roku. Polska konsoliduje pozycję jednego z trzech największych eksporterów zbóż w UE.
  • Geograficzna dywersyfikacja eksportu pszenicy jest najwyraźniejszą zmianą strukturalną tego cyklu. Rosnący udział Angoli, RPA, Konga, Mali i Tanzanii to wynik strategicznego przesunięcia w stronę rynków pozaunijnych, gdzie polskie zboże konkuruje ceną z dostawcami z Morza Czarnego.
  • Spadek cen mąk i otrąb o 6–18% otwiera pole do obniżek cen pieczywa, ale nie automatycznie — koszty pracy i energii w piekarniach nadal rosną.

Opracowanie własne na podstawie biuletynu Zintegrowanego Systemu Rolniczej Informacji Rynkowej „Rynek zbóż nr 24/2026″ (Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Departament Rynków Rolnych i Energii, notowania za okres 8–14 czerwca 2026 r., publikacja 18.06.2026). Ceny prezentowane są w średnich ważonych wolumenem, bez VAT, transportu, składowania, palet i ubezpieczenia. Dane handlu zagranicznego pochodzą z Ministerstwa Finansów i mają charakter wstępny — mogą być obarczone błędami w trakcie weryfikacji.

Co trzeci nastolatek odczuwa negatywne skutki social mediów. UE zaostrza debatę o bezpieczeństwie dzieci online

0

Niemal jedna trzecia nastolatków w Europie deklaruje, że media społecznościowe wywołują u nich stres, smutek lub poczucie wykluczenia – wynika z najnowszego badania Eurobarometru. Młodzi ludzie spędzają w internecie średnio 4,5 godziny dziennie w dni nauki i 6,1 godziny w weekendy. Komisja Europejska kończy prace specjalnego panelu ds. bezpieczeństwa dzieci online, którego rekomendacje mają trafić do Ursuli von der Leyen w lipcu.

13 czerwca odbyło się trzecie i ostatnie posiedzenie specjalnego panelu ds. bezpieczeństwa dzieci w internecie. W pracach uczestniczyli m.in. młodzi przedstawiciele, nauczyciele, rodzice, prawnicy, lekarze, eksperci od nowych technologii oraz obrońcy praw dziecka.

Celem było przygotowanie propozycji, które mają ograniczyć ryzyka związane z obecnością dzieci i nastolatków w sieci, bez odcinania ich od edukacji, informacji i kontaktów z rówieśnikami. Współprzewodniczący panelu – dr Maria Melchior oraz prof. dr Jörg M. Fegert – mają przedstawić rekomendacje przewodniczącej Komisji Europejskiej 13 lipca.

Ponad sześć godzin online w weekend

Z badania Eurobarometru wynika, że internet pozostaje jednym z głównych środowisk codziennego funkcjonowania młodych Europejczyków. W dni szkolne nastolatki spędzają online średnio 4,5 godziny, a w weekendy 6,1 godziny dziennie.

Szczególnie uwagę zwracają dane dotyczące najbardziej aktywnych użytkowników. Czternaście procent nastolatków deklaruje, że korzysta z ekranów przez ponad dziesięć godzin dziennie.

Smartfon, komputer czy tablet nie służą już wyłącznie rozrywce. Dla młodych osób są jednocześnie narzędziem nauki, komunikacji, oglądania treści, grania, zakupów i budowania obecności w mediach społecznościowych. Problem pojawia się wtedy, gdy aktywność cyfrowa zaczyna ograniczać sen, ruch, odpoczynek lub relacje poza siecią.

Social media: relacje, ale też presja

Media społecznościowe ułatwiają kontakt z rówieśnikami i zapewniają szybki dostęp do informacji. Z drugiej strony mogą wzmacniać presję porównywania się z innymi, lęk przed pominięciem i poczucie niedopasowania.

45 proc. badanych nastolatków przyznało, że podczas korzystania z social mediów porównuje siebie z innymi użytkownikami. Dotyczy to nie tylko wyglądu, lecz także popularności, sytuacji materialnej, stylu życia czy osiągnięć szkolnych.

Jedna trzecia respondentów wskazała, że korzystanie z mediów społecznościowych wiąże się u nich ze stresem, smutkiem lub poczuciem społecznego wykluczenia. Dane nie przesądzają, że każda aktywność online ma negatywne skutki, ale pokazują, że cyfrowe środowisko dla wielu młodych ludzi nie pozostaje neutralne.

Hejt, przemoc i niechciane treści

Około jedna czwarta ankietowanych nastolatków zetknęła się w internecie z treściami, które uznali za nieodpowiednie lub szkodliwe. Wśród najczęściej wymienianych problemów znalazły się mowa nienawiści, presja dotycząca wyglądu oraz nagłe, niechciane materiały przedstawiające przemoc.

W przeciwieństwie do konfliktów w świecie offline, cyberprzemoc może towarzyszyć dziecku przez całą dobę. Negatywny komentarz, zdjęcie lub nagranie może szybko dotrzeć do szerokiego grona odbiorców i pozostawać dostępne przez długi czas.

Dlatego unijna dyskusja coraz częściej dotyczy nie tylko szybszego usuwania nielegalnych treści. Obejmuje również mechanizmy projektowania platform, które mogą zachęcać do długiego korzystania z aplikacji, wzmacniać ryzykowne zachowania lub zwiększać ekspozycję młodych użytkowników na szkodliwe materiały.

Im wcześniej zaczynają, tym dłużej korzystają

Badanie wskazuje na zależność między wiekiem rozpoczęcia korzystania z mediów społecznościowych a czasem spędzanym przed ekranami. Osoby, które zaczęły korzystać z takich usług przed ukończeniem 10. roku życia, deklarują średnio 7,5 godziny czasu ekranowego dziennie w weekendy.

Wśród osób, które rozpoczęły korzystanie z mediów społecznościowych po 14. roku życia, średni weekendowy czas ekranowy wynosi 5,7 godziny. Sama zależność nie dowodzi, że wcześniejszy kontakt z platformami automatycznie prowadzi do problemów, ale wzmacnia debatę o granicach wieku i skuteczności obecnych metod weryfikacji użytkowników.

W praktyce wiele serwisów nadal opiera się na prostym deklarowaniu daty urodzenia. Komisja Europejska chce rozwijać narzędzia, które pozwolą lepiej potwierdzać wiek użytkownika, bez nadmiernego przekazywania danych osobowych.

Rodzice nie powinni zostać z tym sami

Jednym z tematów końcowego spotkania panelu było wsparcie dla rodziców i opiekunów. Chodzi nie tylko o blokady rodzicielskie czy limity czasu ekranowego, ale także o wiedzę dotyczącą aplikacji, zagrożeń i sposobów rozmowy z dzieckiem o cyfrowej presji.

Rodzice znajdują się często między dwiema sprzecznymi potrzebami. Chcą chronić dziecko przed nieodpowiednimi treściami i cyberprzemocą, ale jednocześnie wiedzą, że całkowite odcięcie od internetu może utrudniać funkcjonowanie w grupie rówieśniczej.

Zdaniem Komisji odpowiedzialność nie powinna spoczywać wyłącznie na rodzinach. Platformy projektują swoje usługi tak, by przyciągały uwagę użytkowników poprzez powiadomienia, automatyczne odtwarzanie, nieskończone przewijanie treści i algorytmiczne rekomendacje.

DSA i nowa weryfikacja wieku

Unia Europejska dysponuje już regulacjami dotyczącymi ochrony dzieci w sieci. Kluczowe znaczenie ma Akt o usługach cyfrowych, czyli DSA, który nakłada na największe platformy obowiązki związane z ograniczaniem ryzyk dla użytkowników, w tym osób niepełnoletnich.

Komisja wskazuje także na znaczenie dyrektywy o audiowizualnych usługach medialnych, strategii Better Internet for Kids oraz sieci krajowych centrów bezpiecznego internetu. Ich zadaniem jest nie tylko reagowanie na zagrożenia, ale również edukacja dzieci, rodziców i nauczycieli.

Jednym z rozwijanych rozwiązań ma być europejska aplikacja do weryfikacji wieku. Ma umożliwiać potwierdzenie, że użytkownik spełnia wymagania wiekowe konkretnej usługi, przy jednoczesnym ograniczeniu ilości udostępnianych danych osobowych.

Z badania Eurobarometru dotyczącego Cyfrowej Dekady wynika, że 92 proc. Europejczyków uznaje dalsze wzmacnianie ochrony dzieci i młodzieży w internecie za ważny priorytet.

To pokazuje rosnącą presję społeczną na instytucje publiczne i firmy technologiczne. Internet ma pozostać przestrzenią nauki, rozwoju i kontaktu z innymi, ale coraz większe znaczenie ma ograniczanie cyberprzemocy, uzależniających mechanizmów działania aplikacji oraz ekspozycji najmłodszych na szkodliwe treści.

Rekomendacje panelu mają wskazać, jak wzmocnić obowiązujące rozwiązania. O ich praktycznym znaczeniu zdecyduje jednak to, czy państwa członkowskie i platformy przełożą je na narzędzia, które będą działały w codziennym życiu dzieci, rodziców i szkół.

Mundial 2026 przyniesie 30 mld dolarów. FIFA zgarnie najwięcej

Analitycy FIFA zapowiadali, że Puchar Świata wygeneruje ponad 30 mld USD przychodów. Najwięcej spośród organizatorów mają zarobić Stany Zjednoczone.

Przewidywania te opierają się na założeniu, że USA, Meksyk i Kanadę czeka zalew zamożnych turystów. Jednocześnie koszty mają być mniejsze niż przy podobnych, wielkich imprezach sportowych.

Najdroższym z mundiali był ten w Rosji, w 2018 roku, jego koszty oceniano na 50 mld USD. Obecne mistrzostwa mają być znacznie tańsze, dla samych Stanów Zjednoczonych ma to być koszt 10-11 mld USD. Jednak sceptycy obawiają się, że mundialowi grozi tzw. klątwa białych słoni.

– Klątwa białych słoni to określenie dla dużych kosztownych inwestycji, których utrzymanie w kolejnych latach staje się coraz większym problemem, a stało się popularne po mundialu w Katarze i dotyczyło niektórych stadionów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Jóźwiak, analityk rynków finansowych w XTB. – W przypadku USA prawdopodobieństwo wystąpienia klątwy jest jednak niewielkie, większość stadionów dostosowana została pod potrzeba FIFA, a po mundialu znów staną się areną dla footballu amerykańskiego. Natomiast dla Meksyku mundial może być projektem długofalowym, do mniej znanych miast przyciągnie wielu turystów.

Analiza poprzednich pucharów świata pokazuje, że udział przyjezdnych fanów wśród publiczności to mniej niż połowa widowni na stadionach. Oznacza to mniejsze niż mogłoby się wydawać oddziaływanie na podmioty globalne, a bardziej korzystają lokalne biznesy.

O pustkach w rezerwacjach alarmują już przedstawiciele branży hotelowej. Oskarżają FIFA o znaczne przeszacowanie liczby uczestników wydarzenia. W samej tylko Filadelfii FIFA anulowała rezerwacje na 2000 pokoi bez podania przyczyny.

Airbnb zdobył oficjalne partnerstwo z FIFA, a Deloitte prognozował dodatkowe 380 tys. gości z tytułu MŚ. Sam Airbnb deklaruje wzrost zapytań w miastach-gospodarzach o 80%, co może być szczególnie ważne w kontekście spółki, która w ostatnich kwartałach miała wyraźne problemy z rentownością.

FIFA wskazuje, że liczba sprzedanych biletów jest większa niż w 2018 i 2022 roku razem wziętych. Istotnym czynnikiem jest rekordowa liczba meczów i drużyn. Sama organizacja wskazuje, że rekordowa frekwencja na poziomie 3,5 miliona widzów z Pucharu Świata z 1994 roku może, ale nie musi, zostać pobita, mimo rekordowej sprzedaży biletów.

Mistrzostwa świata są wydarzeniem specyficznym, o dość jasnych kierunkach oddziaływania na poszczególne branże. Ameryka Północna jest geograficznie odseparowana od głównych skupisk fanów piłki nożnej, które znajdują się w Europie i Ameryce Łacińskiej. Docelowym sposobem transportu do USA, Kanady i Meksyku muszą być linie lotnicze. W kontekście 5 milionów biletów, nawet na tak dużym rynku, będzie to oznaczać istotny wzrost popytu. Pojawia się jednak pytanie, czy wzrost ten przełoży się na zyski, zważywszy na trudną sytuację na rynku paliwa lotniczego.

Państwa Ameryki Północnej, szczególnie USA, są w sposób unikatowy zależne od transportu samochodowego, co będzie wymuszać adaptację po stronie fanów wizytujących kraj. Oczywistymi beneficjentami takiego stanu rzeczy będą wypożyczalnie samochodów, jednak, podobnie jak w przypadku linii lotniczych, piętrzą się problemy. Podmioty te są mocno zadłużone, zadłużeni są również ich klienci, a sytuacja wydaje się tylko pogarszać.

Branżą, która powinna radzić sobie fantastycznie pod względem zysków (nie zawsze wycen), są spółki związane z zakładami sportowymi. Duże nagromadzenie czasowe ważnych meczów może dodatkowo wspierać te spółki.

– Amerykańskim firmom bukmacherskim będzie sprzyjać to, że rozegranych zostanie ponad sto meczów, a więc najwięcej w historii mistrzostw w piłce nożnej – podkreśla M.Jóźwiak z XTB. – Rekordowa jest też liczba drużyn, bo jest ich ponad czterdzieści.

Mistrzostwa świata od dekad są jedną z głównych okazji do promowania produktów przez producentów odzieży sportowej. Według Bernstein, Nike i Adidas mogą zwiększyć sprzedaż w ujęciu rocznym o dodatkowe 4%. Z kolei Reuters opisał, że Adidas oczekuje 250 mln euro dodatkowych zamówień na fali mundialu. Goldman Sachs jako beneficjentów wskazywał także Pumę.

Na podstawie zachowania indeksu S&P 500 oraz głównego indeksu kraju gospodarza średnia stopa zwrotu w okresie mundialu jest minimalnie ujemna. Co warte podkreślenia: w badanym okresie ok. 30 lat główne indeksy giełdowe wykazują skłonność do relatywnie niskiej zmienności w okresie czerwca/lipca, kiedy trwają mistrzostwa.

– Jest pewne, że na mundialu najwięcej zyska sama FIFA na sprzedaży praw telewizyjnych – podsumowuje ekspert z XTB.

Ropa może spaść nawet do 60 dolarów. W przyszłym roku możliwa duża nadpodaż

W przyszłym roku będziemy mieli bardzo dużą nadpodaż ropy na świecie. Wiele krajów podnosi już produkcję. Nadpodaż powiększy prawdopodobnie utrzymujące się ograniczenie popytu.

Zawarty na 60 dni rozejm pomiędzy USA i Iranem spowodował bardzo duże spadki światowych cen ropy. Cena ropy brent znalazła się poniżej 80 USD za baryłkę, gdy jej maksymalna cena wynosiła już na kontraktach terminowych 119 USD/baryłka. Ropa było już nawet droższa o 50% w porównaniu do początku roku kalendarzowego. Teraz też nie jest tania, bo w porównaniu do początku 2026 r. kosztuje o 30% drożej.

– Rynek ropy ma nadzieję, że to już koniec wojny, jednak sytuacja może się nadal zmieniać z minuty na minutę, bo przecież D.Trump już kilkadziesiąt razy zapowiadał ostateczne zakończenie wojny – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, wicedyrektor Działu Analiz w XTB. – Na tekst pokojowego porozumienia jeszcze poczekamy, teraz kluczowe jest na jaką skalę szybko powróci ruch tankowców z ropą przez Cieśninę Ormuz.

Z oficjalnych danych wynikało, że na palcach dwóch dłoni można było policzyć ilość statków przepływających dziennie przez Cieśninę, natomiast nieoficjalnie przepływa ich kilka razy więcej. Od czerwca w rzeczywistości mogło przepływać dziennie 3-4 mln baryłek ropy., pod osłoną nocy. Tankowce wpływały niedaleko, ropę przepompowywano na mniejsze jednostki, a tankowce wracały, aby wszystko wyglądało tak, jak w oficjalnych raportach. O rzeczywistej podaży wiemy mniej niż nam się wydaje.

Umowa pomiędzy USA i Iranem przewiduje powrót irańskiej ropy na światowe rynki, poprzez zdjęcie embarga. Iran nie będzie musiał wysyłać ropy z bardzo dużym dyskontem, na czym korzystały najbardziej Chiny.

Minie wiele tygodni, albo nawet miesięcy zanim sytuacja się wyklaruje i będziemy wiedzieć wiele więcej o podaży, na którą cenowo zareaguje rynek.

– Podaż chwilowo powinna wzrosnąć bardzo szybko, bo w Zatoce Perskiej uwięzionych jest kilkaset statków załadowanych ropą, ale później potrzeba będzie kilka tygodni na ich powrót – dodaje ekspert XTB. – Do poziomów sprzed wojny możemy wracać przez wiele miesięcy. Po wojnie w Kuwejcie i Zatoce Perskiej w 1990 r. do poziomów produkcji wracano przez dwanaście miesięcy.

Po stronie banków centralnych widać dużą ostrożność, a nawet niepewność. Nowy przewodniczący Fed po pierwszym posiedzeniu na początku konferencji zrobił to, czego oczekiwali zwolennicy mocnego dolara: podkreślił, że inflacja jest wciąż zbyt wysoka, cel 2% pozostaje nienaruszalny, a Fed ma zarówno narzędzia, jak i determinację, by go osiągnąć. Kevin Warsh z jednej strony zaakceptował jastrzębi przekaz Komitetu, ale z drugiej nie chciał zamknąć sobie furtki do zmiany kursu. Mówiąc prościej: dolar ma dobre powody do wzrostu, ale nie dostał gwarancji, że Fed będzie twardy za wszelką cenę.

Fed przyznał, że część obecnej presji inflacyjnej wynika z szoków podażowych, w tym z cen energii. Jeśli więc sytuacja geopolityczna zacznie się uspokajać, a ceny ropy będą dalej spadać, Warsh może za kilka miesięcy powiedzieć rynkom: warunki się zmieniły, więc my też możemy zmienić zdanie. Nie byłby to jeszcze powrót do gołębiej polityki, ale raczej „oczko” puszczone w stronę Wall Street i rynku obligacji. Fakty są następujące: Fed podniósł ścieżkę stóp i nie widzi powrotu inflacji do celu przed 2028 r. Ale jeśli ropa zacznie naprawdę pomagać w dezinflacji, cały jastrzębi przekaz może okazać się mniej trwały, niż sugerują same projekcje.

Na polskich stacjach paliw ceny mogłyby teraz spadać, ale należy brać pod uwagę, że znajdowaliśmy się w okresie obniżonego VAT na paliwa (8% zamiast 23%) i zmniejszonej akcyzy w ramach rządowego programu CPN. Potrzebny jest spadek światowych cen w okolice 60 USD za baryłkę, aby ceny spadły, gdy powrócimy do poprzednich obciążeń VAT i akcyzą.

Prawdopodobne jest więc, że podczas wakacji ceny na stacjach będą wyższe, ale nie będzie to wywołane światowymi cenami ropy.

Dobre dane z przemysłu: produkcja w maju wzrosła o 4,1 proc. rok do roku

Produkcja sprzedana przemysłu w maju wzrosła o 4,1 proc. rok do roku, co potwierdza utrzymującą się poprawę aktywności w sektorze. Jednocześnie wynik był o 0,8 proc. niższy niż w kwietniu, choć po uwzględnieniu czynników sezonowych produkcja zwiększyła się miesiąc do miesiąca o 1,4 proc. Najsilniej rosły segmenty związane z dostawami dla przemysłu, energią oraz inwestycjami, podczas gdy słabsze wyniki odnotowano m.in. w produkcji trwałych dóbr konsumpcyjnych, mebli i pojazdów.

Gospodarka · GUS · maj 2026

Produkcja sprzedana przemysłu w maju 2026 r. wyższa o 4,1% rok do roku

Produkcja sprzedana przemysłu w maju 2026 r. była o 4,1% wyższa niż rok wcześniej i o 0,8% niższa niż w kwietniu. W okresie styczeń–maj wzrost rok do roku wyniósł 3,1%. Dane mają charakter wstępny i obejmują przedsiębiorstwa zatrudniające co najmniej 10 osób.

Publikacja: 19 czerwca 2026 r.  ·  Źródło: GUS, dane wstępne  ·  Zakres: przedsiębiorstwa zatrudniające 10 i więcej osób

+4,1%
Produkcja rok do roku (ceny stałe, dane niewyrównane)
−0,8%
Produkcja w stosunku do kwietnia 2026 r.
+3,1%
Styczeń–maj 2026 r. do analogicznego okresu 2025 r.
+4,4%
Po wyrównaniu sezonowym, rok do roku

Według wstępnych danych GUS produkcja sprzedana przemysłu w maju 2026 r. wzrosła o 4,1% rok do roku. Rok wcześniej wzrost wyniósł 4,0%. W porównaniu z kwietniem 2026 r. produkcja zmniejszyła się o 0,8%. W okresie styczeń–maj 2026 r. była o 3,1% wyższa niż w analogicznym okresie 2025 r., wobec wzrostu o 1,6% przed rokiem.

Po wyeliminowaniu czynników o charakterze sezonowym produkcja sprzedana przemysłu w maju była o 4,4% wyższa niż rok wcześniej i o 1,4% wyższa niż w kwietniu.

Produkcja sprzedana przemysłu · ceny stałe · przeciętna miesięczna 2021 = 100

Główne grupowania przemysłowe

W maju 2026 r. wzrost rok do roku odnotowano w produkcji dóbr zaopatrzeniowych — o 7,5%, dóbr związanych z energią — o 4,8%, dóbr inwestycyjnych — o 4,4% oraz dóbr konsumpcyjnych nietrwałych — o 0,5%. Spadła produkcja dóbr konsumpcyjnych trwałych — o 4,6%.

Główne grupowania przemysłowe · zmiana rok do roku (%)

W ujęciu sekcji największy wzrost rok do roku odnotowano w górnictwie i wydobywaniu — o 32,6%. Produkcja w wytwarzaniu i zaopatrywaniu w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę wzrosła o 13,7%, a w dostawie wody i gospodarowaniu odpadami — o 11,9%. Przetwórstwo przemysłowe, na które przypada około 86% produkcji sprzedanej przemysłu, zwiększyło się o 2,5%.

Produkcja sprzedana przemysłu według sekcji · maj 2026 r. · ceny stałe, dane niewyrównane
Sekcjarok do rokudo kwietnia 2026Wskaźnik (2021=100)
Przemysł ogółem+4,1%−0,8%114,6
Górnictwo i wydobywanie+32,6%+9,9%131,0
Przetwórstwo przemysłowe+2,5%−0,9%114,9
Energia elektryczna, gaz, para wodna i gorąca woda+13,7%−7,6%100,4
Dostawa wody; ścieki i odpady; rekultywacja+11,9%−0,3%131,3

Działy przemysłu

Wzrost produkcji sprzedanej rok do roku wystąpił w 23 z 34 działów przemysłu. Najwyższy odnotowano w produkcji pozostałego sprzętu transportowego — o 60,5%, w gospodarce odpadami i odzysku surowców — o 14,8%, w produkcji wyrobów z pozostałych mineralnych surowców niemetalicznych — o 12,2% oraz w produkcji napojów i papieru — po 11,8%. Produkcja maszyn i urządzeń wzrosła o 5,7%, a komputerów, wyrobów elektronicznych i optycznych — o 5,3%.

Spadek produkcji wystąpił w 11 działach, m.in. w produkcji wyrobów tekstylnych — o 10,8%, mebli — o 7,1% oraz pojazdów samochodowych, przyczep i naczep — o 4,4%.

Wybrane działy · zmiana rok do roku (%)
Udział działów, w których odnotowano wzrost rok do roku, w produkcji sprzedanej przemysłu ogółem wyniósł 76,8%.
Wybrane działy · maj 2026 r. · ceny stałe, dane niewyrównane
Działrok do rokudo kwietnia 2026Udział w przemyśle
Pozostały sprzęt transportowy+60,5%+41,0%2,8%
Gospodarka odpadami; odzysk surowców+14,8%−1,3%1,9%
Pozostałe mineralne surowce niemetaliczne+12,2%+4,9%4,3%
Napoje+11,8%+9,0%1,3%
Papier i wyroby z papieru+11,8%+6,0%2,9%
Maszyny i urządzenia+5,7%+1,1%3,2%
Komputery, wyroby elektroniczne i optyczne+5,3%−2,7%2,5%
Metale+4,6%−2,0%3,3%
Wyroby z gumy i tworzyw sztucznych+4,2%−3,6%5,9%
Artykuły spożywcze+0,8%−1,1%16,9%
Pojazdy samochodowe, przyczepy i naczepy−4,4%−3,3%9,5%
Meble−7,1%−7,0%2,1%
Wyroby tekstylne−10,8%−3,6%0,6%
Odzież−20,3%−12,7%0,3%

W porównaniu z kwietniem 2026 r. spadek produkcji sprzedanej odnotowano w 22 z 34 działów przemysłu. Wzrost w stosunku do kwietnia wystąpił w 12 działach, m.in. w produkcji pozostałego sprzętu transportowego — o 41,0%, napojów — o 9,0%, papieru — o 6,0% oraz wyrobów z pozostałych mineralnych surowców niemetalicznych — o 4,9%. Udział działów, w których odnotowano spadek miesiąc do miesiąca, wyniósł 76,8%.

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych GUS, „Produkcja sprzedana przemysłu w maju 2026 r.”, 19 czerwca 2026 r. Dane wstępne; ceny stałe; przedsiębiorstwa zatrudniające 10 i więcej osób. Nazwy sekcji i działów skrócone według PKD 2007.

Nie świat bez pracy, lecz świat innej pracy. Jak AI zmienia gospodarkę

Przez dziesięciolecia rozwój technologii oznaczał przede wszystkim wzrost produktywności. Maszyny zastępowały ludzi przy najcięższych lub najbardziej monotonnych zadaniach, ale jednocześnie tworzyły nowe zawody. Rewolucja przemysłowa zlikwidowała wiele dawnych profesji, lecz przyniosła miliony nowych miejsc pracy. Podobnie było z komputerami i internetem. Tym razem jednak pojawia się pytanie, czy sztuczna inteligencja nie zmienia tej reguły.

Generatywna AI dotyka bowiem nie tylko pracy fizycznej i powtarzalnej, ale także zawodów klasy średniej: programistów, tłumaczy, grafików, analityków, księgowych, prawników, marketerów czy pracowników administracji. W wielu przypadkach jeden specjalista wspierany przez algorytmy może wykonać pracę, która wcześniej wymagała kilkuosobowego zespołu. To nie musi oznaczać końca pracy, ale może oznaczać koniec dotychczasowego modelu zatrudnienia.

Automatyzacja po raz pierwszy dotyka klasy średniej

Dotychczas największe zagrożenie automatyzacją kojarzono z fabrykami, magazynami i prostymi usługami. Roboty przemysłowe, kasy samoobsługowe czy systemy logistyczne zastępowały ludzi tam, gdzie praca była powtarzalna, łatwa do opisania i możliwa do zamknięcia w sekwencji procedur. Sztuczna inteligencja poszła jednak dalej.

Dziś automatyzowane są zadania wymagające analizy tekstu, tworzenia raportów, obsługi klienta, projektowania, tłumaczenia, programowania, przygotowywania prezentacji czy wstępnej analizy prawnej. To obszary, które jeszcze niedawno uchodziły za bezpieczne, ponieważ wymagały wykształcenia, specjalistycznej wiedzy i pracy umysłowej.

Nie oznacza to, że lekarze, prawnicy, tłumacze czy analitycy znikną. Bardziej prawdopodobne jest to, że zmieni się proporcja między człowiekiem a narzędziem. Człowiek będzie nadzorował, interpretował, korygował i brał odpowiedzialność, ale sama produkcja treści, kodu, analiz czy dokumentów może być wykonywana znacznie szybciej niż wcześniej.

Nie koniec pracy, lecz zmiana jej znaczenia

Historia gospodarki pokazuje, że technologia tworzy również nowe zawody. Problem polega jednak na tym, że nowe miejsca pracy nie zawsze powstają tam, gdzie znikają stare. Rolnik nie stawał się automatycznie programistą, podobnie jak kasjer w supermarkecie nie stanie się od razu inżynierem danych.

Największym ryzykiem nie musi być więc nagłe masowe bezrobocie, ale długi okres przejściowy. Część pracowników będzie musiała stale się przekwalifikowywać, część będzie pracować mniej godzin, część przejdzie do zawodów opiekuńczych, edukacyjnych, kreatywnych i relacyjnych, a część może wypaść z rynku pracy na dłużej.

To właśnie dlatego debata o AI coraz częściej wychodzi poza technologię. Nie chodzi już tylko o to, czy firmy będą bardziej efektywne. Chodzi o to, jak podzielić korzyści z większej produktywności i jak zabezpieczyć ludzi, których praca stanie się mniej potrzebna lub gorzej wynagradzana.

Dochód podstawowy – pomysł z przyszłości czy konieczność?

Jedną z odpowiedzi na ten problem jest bezwarunkowy dochód podstawowy. Zakłada on, że każdy obywatel otrzymywałby regularne świadczenie niezależnie od tego, czy pracuje, ile zarabia i w jakiej znajduje się sytuacji zawodowej. W teorii miałoby to zapewnić minimalne bezpieczeństwo w świecie, w którym zatrudnienie staje się mniej stabilne.

Zwolennicy tego rozwiązania wskazują, że jeśli sztuczna inteligencja i automatyzacja będą generowały ogromne bogactwo, część tych korzyści powinna trafiać do całego społeczeństwa. Dochód podstawowy mógłby ograniczyć lęk przed utratą pracy, dać ludziom czas na naukę nowych kompetencji, ułatwić opiekę nad dziećmi lub osobami starszymi i zmniejszyć presję podejmowania każdej pracy wyłącznie z powodów finansowych.

Przeciwnicy odpowiadają jednak, że taki system byłby bardzo kosztowny. Państwo musiałoby znaleźć trwałe źródła finansowania, prawdopodobnie poprzez wyższe podatki, opodatkowanie kapitału, danych, automatyzacji albo zysków największych firm technologicznych. Pojawia się też pytanie, czy powszechne świadczenie nie osłabiłoby motywacji do pracy i czy nie doprowadziłoby do wzrostu cen podstawowych usług.

Krótszy tydzień pracy jako druga odpowiedź na AI

Dochód podstawowy nie jest jednak jedyną możliwą odpowiedzią. Coraz częściej mówi się także o skróceniu czasu pracy. Jeśli dzięki technologii tę samą ilość dóbr i usług można wytworzyć szybciej, naturalnym pytaniem staje się nie tylko to, kto zarobi na tej produktywności, ale również czy ludzie powinni nadal pracować tyle samo co wcześniej.

Krótszy tydzień pracy może być sposobem na bardziej sprawiedliwe podzielenie efektów automatyzacji. Zamiast sytuacji, w której część osób pracuje bardzo dużo, a część wypada z rynku, praca mogłaby zostać rozłożona szerzej. Czterodniowy tydzień pracy albo stopniowe skracanie normy godzinowej mogłyby ograniczyć stres, wypalenie zawodowe i absencję chorobową, a jednocześnie utrzymać aktywność zawodową większej liczby osób.

To rozwiązanie ma także wymiar społeczny. Więcej czasu wolnego oznacza więcej przestrzeni na rodzinę, edukację, opiekę, odpoczynek i zaangażowanie lokalne. W świecie, w którym AI przejmuje część zadań, człowiek mógłby odzyskać czas, a nie tylko konkurować z maszyną o wydajność.

Czterodniowy tydzień pracy nie jest prostym eksperymentem

Skrócenie czasu pracy nie jest jednak rozwiązaniem uniwersalnym. Łatwiej wprowadzić je w firmach technologicznych, usługach profesjonalnych czy administracji, trudniej w ochronie zdrowia, edukacji, produkcji, handlu, transporcie i opiece. Tam krótszy tydzień pracy wymagałby większej liczby pracowników, lepszej organizacji zmian albo wyższych kosztów po stronie pracodawców.

Pojawia się też pytanie o wynagrodzenia. Jeżeli pracownik miałby pracować krócej za tę samą pensję, przedsiębiorstwo musiałoby zrekompensować to wzrostem produktywności. W części branż jest to możliwe dzięki automatyzacji, lepszym procesom i ograniczeniu zbędnych spotkań. W innych mogłoby oznaczać wzrost kosztów i cen.

Dlatego bardziej realistyczny może być model stopniowy: pilotaże, elastyczne normy czasu pracy, skracanie tygodnia w wybranych sektorach, dodatkowe dni wolne albo powiązanie krótszego czasu pracy ze wzrostem efektywności. Nie chodzi o jedną ustawę dla wszystkich, lecz o szukanie nowej równowagi między pracą, produktywnością i jakością życia.

Dochód podstawowy czy krótsza praca?

W praktyce te dwa rozwiązania nie muszą się wykluczać. Dochód podstawowy odpowiada przede wszystkim na pytanie, jak zabezpieczyć ludzi finansowo, gdy praca jest niestabilna lub niedostępna. Krótszy tydzień pracy odpowiada na pytanie, jak podzielić pracę i czas w społeczeństwie, w którym technologia zwiększa wydajność.

Możliwy jest więc model mieszany. Część społeczeństwa nadal pracuje, ale krócej. Część otrzymuje wsparcie w okresach przekwalifikowania. Część korzysta z publicznych usług edukacyjnych, zdrowotnych i opiekuńczych, które zmniejszają zależność od samego wynagrodzenia. W takim ujęciu przyszłość nie polega na tym, że państwo płaci ludziom za bezczynność, ale na tym, że społeczeństwo inaczej organizuje pracę, dochód i bezpieczeństwo.

Największe wyzwanie może być psychologiczne

Dla większości ludzi praca oznacza coś więcej niż źródło dochodu. Daje poczucie sensu, przynależności i społecznego uznania. Utrata tych funkcji mogłaby prowadzić do problemów psychicznych, osamotnienia i narastania napięć społecznych.

Dlatego sam dochód podstawowy nie rozwiązuje całego problemu. Nawet jeśli zapewni minimum finansowe, nie zastąpi relacji społecznych, poczucia sprawczości i przekonania, że jest się potrzebnym. Krótszy tydzień pracy może być pod tym względem łagodniejszym rozwiązaniem, ponieważ nie usuwa człowieka z rynku pracy, ale zmienia proporcję między pracą a życiem.

Paradoksalnie więc przyszłość może wymagać nie tylko nowych świadczeń, ale także nowej definicji aktywności. Praca zawodowa, opieka nad bliskimi, nauka, twórczość, wolontariat i zaangażowanie społeczne mogą stać się równorzędnymi formami uczestnictwa w życiu społecznym.

Edukacja ważniejsza niż transfery

Największym wyzwaniem dla państw może nie być samo finansowanie dochodu podstawowego ani ustawowe skracanie czasu pracy, lecz przygotowanie ludzi do funkcjonowania w gospodarce, która zmienia się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Kluczowe znaczenie będą miały edukacja przez całe życie, łatwiejsze przekwalifikowanie oraz rozwój kompetencji cyfrowych.

Pracownik przyszłości nie będzie konkurował z AI w wykonywaniu powtarzalnych zadań. Będzie musiał umieć korzystać z narzędzi, zadawać właściwe pytania, oceniać wyniki, rozumieć kontekst i brać odpowiedzialność za decyzje. Coraz większą wartość mogą mieć kompetencje, których maszyny długo nie będą w stanie skutecznie zastąpić: empatia, kreatywność, komunikacja, negocjacje, odpowiedzialność i myślenie etyczne.

Nowa umowa społeczna

Debata o AI nie sprowadza się do pytania, czy maszyny zabiorą ludziom pracę. Ważniejsze jest pytanie, jak zorganizować społeczeństwo, jeśli praca przestanie być jedynym sposobem uzyskiwania dochodu, statusu i poczucia sensu.

Dochód podstawowy, krótszy tydzień pracy, powszechne przekwalifikowanie, silniejsze usługi publiczne i nowe formy opodatkowania gospodarki cyfrowej to elementy tej samej dyskusji. Każde z tych rozwiązań ma zalety i ograniczenia. Żadne nie jest cudowną odpowiedzią na wszystkie problemy.

Najbardziej prawdopodobne jest to, że przyszłość nie będzie światem bez pracy, lecz światem innej pracy. Będzie mniej zadań mechanicznych, więcej nadzoru nad technologią, więcej pracy relacyjnej i większa potrzeba elastyczności. Pytanie brzmi, czy korzyści z tej zmiany zostaną skupione w rękach nielicznych, czy staną się podstawą bardziej ludzkiego modelu gospodarki.

Sztuczna inteligencja może okazać się nie końcem pracy, ale początkiem największej dyskusji o czasie, dochodzie i sensie życia od czasów rewolucji przemysłowej.

Wzrost kursu dolara się zatrzymał (tylko na chwilę?)

Powoli dobiega końca kolejny wybitnie dolarowy tydzień. Tym razem paliwa USD dolał głównie Fed, który wyraźnie zmienił rynkowe oczekiwania co do podwyżek stóp procentowych za oceanem. W pierwszych piątkowych godzinach handlu zauważalne jest lekkie odbicie, ale bez świętujących dziś Amerykanów trudno szukać podpowiedzi co do kierunku na kolejne dni. 

Kevin nie odłączył się od klucza jastrzębi

Jeszcze tydzień temu kontrakty na stopy procentowe w USA wskazywały na 25% szansę podwyżki na wrześniowym posiedzeniu FOMC. Dziś jest to już ponad 70%, z czego blisko 20% wskazuje nawet na podwójny ruch do końca drugiego kwartału. Tym razem trudno mówić o spekulacyjnym charakterze tego rozdania, ponieważ impuls przyszedł z centrum dowodzenia, a więc z samego Komitetu. Decydenci wybrzmieli jastrzębio w swoich prognozach wysokości kosztu pieniądza na następne miesiące (tzw. dot plot), co w umysłach inwestorów jako pewnik osadziło przynajmniej jedną podwyżkę, a na stół „wjechała” jeszcze opcja kolejnej. Gołębich tonów, które mogły zbalansować ten przekaz, nie przyniósł nowy szef Fed. Co więcej, niechęć Kevina Warsha do otwartej komunikacji z rynkami i transparentności przekazu Rezerwy wybrzmiała aż nazbyt wyraźnie, co wprowadza dodatkową niepewność. Dolar amerykański nie mógł sobie wyobrazić lepszego paliwa do wzrostów i wykonał kolejny mocny ruch na forexowej planszy.

USD king

Kurs EUR/USD po wybiciu na początku czerwca kluczowego wsparcia w rejonie 1,157 USD uklepywał dołki w obszarze 1,15 USD, aby ze znaną sobie gracją jednym silnym ciosem pokonać i ten poziom. Fedowy impuls błyskawicznie sprowadził eurodolara do okolic 1,14 USD, ale – o ile szybko padł pierwszy wiosenny szaniec – o tyle tegoroczne minimum z marca wytrzymało jeszcze ten atak (bardzo blisko jest też lipcowy dołek, mamy tutaj nagromadzenie istotnych poziomów). Jednak daleki jestem od oczekiwania, że jest już po wszystkim. Bliżej mi w tej chwili do poglądu, że piątkowe odreagowanie to tylko klasyczny odruch przed próbą kolejnego testu tego kluczowego wsparcia. Co może się wydarzyć? Z technicznego punktu widzenia wybicie okolic 1,14 USD może otwierać drogę do zejścia najpierw lekko powyżej 1,12 USD (szczyty z lata 2024 r.), a dalej nawet poniżej 1,10 USD. Oczywiście nie stanie się to z dnia na dzień, ale niewykluczone, że znajdujemy się w naprawdę kluczowym miejscu dla rozgrywki na forex.

PLN pod presją

USD dominujący FX to automatycznie wyraźne obciążenie dla polskiego złotego. Kurs dolara poszybował, tylko zamarkował zawahanie na 3,70 zł, aby ostatecznie dotrzeć do 3,73 zł, poziomu ostatnio widzianego w marcu. W piątkowe wczesne popołudnie USD/PLN koryguje się i spada poniżej 3,72 zł, ale nie ściąga to presji z rodzimej waluty, która cierpi podobnie do większości koszyka EM (rynków wschodzących). Musiało to znaleźć swoje przełożenie również na EUR/PLN, który wybił nie tylko lokalne, ale też kwietniowe szczyty i wyszedł powyżej 4,26 zł. Na ten moment dalsze wzrosty zostały powstrzymane, ale przed złotym sporo pracy, aby wyraźniej odzyskać grunt pod nogami.

JPY nad przepaścią

Skoro większość ostatnich ruchów na forexie wynika z mocniejszego dolara, to musimy spojrzeć także na jena. Kurs USD/JPY nie tylko wyszedł powyżej 160 JPY (które miało być barierą skłaniającą do reakcji japońskich decydentów), ale dotarł w pobliże szczytów z lipca 2024 roku przy 162 JPY (wcześniej japońska waluta była słabsza w pierwszej połowie lat 80.). Niespełna dwa lata temu ratunkiem dla JPY okazała się zaskakująca podwyżka stóp procentowych przez bank Japonii. Jej skutkiem było gwałtowne odwracanie mechanizmu carry trade (finansowanie inwestycji tanim kredytem w jenie), które tak samo gwałtownie wzmocniło JPY. Niestety dla BoJ aktualnie znajdujemy się w zupełnie innym miejscu i nie pomogła czerwcowa podwyżka kosztu pieniądza (do 1%, najwyżej od 1995 r.), która była szeroko oczekiwania. Dodatkowo aktualnie USA zamierza podążać raczej w podobnym kierunku co BoJ, niż obniżać stopy, jak to miało miejsce w 2024 r. A skoro Japonia nie zdecydowała się na interwencję na rynku walutowym przy braku świętujących Amerykanów (czyli przy zdecydowanie niższej płynności), to ostatecznie może to być kolejna zachęta do dalszego ataku na JPY. Zresztą poprzednia tego typu operacja z wiosny pochłonęła rekordowe 74 mld USD, a jej efekt był krótkotrwały. Jen może już liczyć chyba tylko na korektę umocnienia dolara.

Od ortopedii do neurochirurgii. MedTech Solutions rozszerza działalność

MedTech Solutions S.A., publiczna spółka medtech, konsekwentnie realizuje strategię budowy regionalnej platformy dystrybucji wyrobów medycznych oraz ekspansji w segmentach wysokospecjalistycznych technologii klinicznych, obejmujących m.in. ortopedię, endoprotezoplastykę oraz traumatologię. Obecnie Spółka rozszerza zakres swojej działalności o segment chirurgii kręgosłupa, informując o przeprowadzeniu pierwszej procedury operacyjnej z wykorzystaniem systemu implantów dostarczonych przez GPC Medical, dystrybuowanych przez MedTech Solutions SA. Stanowi to istotny kamień milowy zarówno w rozszerzeniu portfolio produktowego Grupy, jak i wejściu w nowy obszar zastosowań klinicznych o wysokiej złożoności. Zdaniem Zarządu, działanie to zwiększa długoterminowy potencjał wzrostu segmentu dystrybucyjnego oraz umacnia pozycję Spółki w rozwijanym obszarze neurochirurgii.

Zabieg został przeprowadzony w Szpitalu Uniwersyteckim im. Karola Marcinkowskiego w Zielonej Górze przez Zespół Klinicznego Oddziału Neurochirurgii, ul. Zyty 26, z użyciem systemu GPC Zero Profile – rozwiązania do wewnętrznej stabilizacji odcinka szyjnego kręgosłupa. System znajduje zastosowanie w leczeniu m.in. choroby zwyrodnieniowej dysku, kręgozmyku, guzów, złamań i zwichnięć kręgosłupa szyjnego oraz stenoz kanału kręgowego.

Bardzo cieszy nas, że rozwiązania dostarczane przez naszego zaufanego partnera GPC Medical zostały zastosowane w praktyce i zyskały zaufanie zespołu klinicznego i zyskały zaufanie zespołu klinicznego. Potwierdza to wysoką jakość oraz bezpieczeństwo technologii również w nowym, wymagającym obszarze klinicznym, jakim jest neurochirurgia. Konsekwentnie rozwijamy portfolio MedTech Solutions, koncentrując się na dostarczaniu nowoczesnych technologii medycznych, które realnie wspierają lekarzy w leczeniu pacjentów i wpisują się w naszą wizję poprawy jakości życia chorych – powiedział Michał Janiszewski, Wiceprezes Zarządu MedTech Solutions S.A.

Implanty stosowane w chirurgii kręgosłupa stanowią kluczowy element procedur dekompresyjno-stabilizacyjnych na styku ortopedii i neurochirurgii, umożliwiając skuteczne odbarczenie struktur nerwowych oraz przywrócenie stabilności kręgosłupa u pacjentów z uciskiem na rdzeń kręgowy lub korzenie nerwowe, w tym w przebiegu chorób zwyrodnieniowych.

Wejście w segment chirurgii kręgosłupa stanowi naturalne rozszerzenie działalności MedTech Solutions w ramach strategicznej współpracy z GPC Medical, globalnym producentem wyrobów medycznych i jednym z kluczowych partnerów dystrybucyjnych Spółki. MedTech Solutions pozostaje wyłącznym dystrybutorem portfolio GPC Medical na wybranych rynkach Europy Środkowo-Wschodniej, systematycznie rozwijając jego obecność kliniczną i komercyjną.

Przedsięwzięcie stanowi kontynuację i rozwinięcie współpracy ogłoszonej w maju 2025 r., kiedy Spółka poinformowała o rozszerzeniu wyłącznej dystrybucji produktów GPC Medical.

Partner strategiczny Spółki jest jednym z największych eksporterów sprzętu medycznego z Indii, obecnym na ponad 110 rynkach, posiadającym status „Star Export House” oraz współpracującym m.in. z World Health Organization i UNICEF. Umowa została zawarta na czas nieokreślony z sześciomiesięcznym okresem wypowiedzenia.

Globalny rynek implantów i urządzeń kręgosłupowych pozostaje jednym z najszybciej rosnących segmentów medtech, szacowanym na ok. 11,8–13,9 mld USD w 2024 roku, z dalszym potencjałem wzrostu w kolejnych latach, wspieranym przez starzenie się populacji, wzrost częstości chorób degeneracyjnych kręgosłupa oraz rozwój technik małoinwazyjnych i stabilizacyjnych.

Wejście MedTech Solutions S.A. w segment chirurgii kręgosłupa i neurochirurgii stanowi istotny element długoterminowej strategii Spółki, ukierunkowanej na budowę skalowalnej platformy dystrybucji w segmentach o wysokiej wartości klinicznej i rosnącym potencjale rynkowym, przy jednoczesnym dalszym skalowaniu działalności w Europie Środkowo-Wschodniej oraz reinwestowaniu generowanych środków w rozwój organiczny, ekspansję zagraniczną oraz projekty technologiczne i akwizycyjne.

W planach Spółki w średnim terminie znajduje się przejście na rynek regulowany GPW w Warszawie. Z uwagi na dynamikę działań oraz ambitne skalowanie biznesu, Spółka konsekwentnie rozwija aktywności komunikacyjne i relacje z rynkiem kapitałowym.

Małgorzata Fibakiewicz nową prezes BNP Paribas Real Estate Poland

Małgorzata Fibakiewicz powołana na stanowisko Prezes Zarządu BNP Paribas Real Estate Poland.

Małgorzata Fibakiewicz posiada ponad 20 lat doświadczenia na rynku nieruchomości komercyjnych. Do nowej roli wnosi bogate doświadczenie menedżerskie, dogłębną znajomość rynku oraz imponujący dorobek w realizacji złożonych projektów doradczych i transakcyjnych. Swoją karierę zawodową rozpoczynała w sektorze najmu powierzchni biurowych, a następnie rozwijała ją w wielu obszarach biznesu, skutecznie zarządzając interdyscyplinarnymi zespołami i działając na styku doradztwa transakcyjnego, analiz rynkowych, consultingu, badań rynku oraz usług doradztwa strategicznego.

Jej doświadczenie wykracza daleko poza sektor biurowy. Obejmuje ono realizację projektów na styku różnych obszarów biznesowych, inicjatyw strategicznych oraz współpracę pomiędzy różnymi liniami biznesowymi, co daje jej unikalne spojrzenie zarówno na potrzeby klientów, jak i na zmieniającą się dynamikę rynku.

Znana jest z partnerskiego stylu zarządzania, silnej orientacji na klienta oraz umiejętności skutecznego działania w złożonym środowisku biznesowym, Małgorzata odegrała istotną rolę w umacnianiu pozycji rynkowej firmy i wspieraniu jej długoterminowego rozwoju.

„Polska jest strategicznym rynkiem dla BNP Paribas Real Estate i jestem przekonany, że pod przywództwem Małgorzaty będziemy mogli jeszcze bardziej umocnić naszą pozycję oraz przyspieszyć rozwój działalności w kraju. W czasie, gdy cała branża przechodzi głęboką transformację, jej umiejętność integrowania zespołów, przewidywania trendów rynkowych oraz budowania współpracy pomiędzy liniami biznesowymi będzie kluczowa dla tworzenia długoterminowej wartości dla naszych klientów i partnerów” – powiedział Jean-Maxime Jouis, CEO BNP Paribas Real Estate.

Małgorzata obejmuje stanowisko po Eriku Drukkerze, któremu firma składa podziękowania za jego znaczący wkład w rozwój organizacji na przestrzeni ostatnich 13 lat. Przez siedem lat kierowania działalnością spółki w Polsce odegrał kluczową rolę w umacnianiu jej pozycji rynkowej, zwiększaniu przychodów i rentowności oraz skutecznym prowadzeniu biznesu przez okres stabilnego wzrostu, pomimo wymagającego otoczenia rynkowego.

Pod jego kierownictwem firma rozwijała również swoje kompetencje, inwestując w innowacje, rozwiązania oparte na danych oraz nowe narzędzia i usługi, które jeszcze lepiej wspierają klientów i zespoły. Działania te stworzyły solidne fundamenty dla dalszego, długoterminowego rozwoju organizacji.

Doceniamy jego zaangażowanie, wizję oraz przywództwo w tym okresie i życzymy mu wielu sukcesów w dalszej karierze zawodowej.

Biografia

Przed dołączeniem do BNP Paribas Real Estate Małgorzata Fibakiewicz przez ponad dekadę zdobywała doświadczenie w obszarze nieruchomości korporacyjnych i bankowości, zajmując stanowiska kierownicze w firmach DTZ (obecnie Cushman & Wakefield), CBRE oraz Kredyt Banku. W trakcie swojej kariery realizowała projekty związane z zarządzaniem portfelami nieruchomości, negocjacjami transakcji najmu, transformacją środowiska pracy oraz dużymi programami ekspansji dla czołowych instytucji finansowych.

Jej doświadczenie zawodowe łączy kompetencje w zakresie doradztwa strategicznego z praktycznym zarządzaniem nieruchomościami korporacyjnymi oraz projektami transformacji biznesowej.

Małgorzata ukończyła studia podyplomowe z zakresu zarządzania nieruchomościami w Solvay Brussels School of Economics oraz bankowości w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Jest również absolwentką Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie ukończyła filologię klasyczną.

AI nie zabierze pracy od razu. Najpierw zmieni logikę działania firm

W debacie o sztucznej inteligencji zbyt często zatrzymujemy się na pytaniu, czy AI zabierze ludziom pracę. To pytanie jest ważne, ale nie oddaje całej zmiany, z którą mierzą się dziś firmy. Moim zdaniem kluczowe pytanie brzmi inaczej: jak AI zmieni logikę pracy, przewagi konkurencyjnej i odpowiedzialności w organizacjach.

W 2026 roku technologia przestała być główną barierą. Firmy mają już dostęp do infrastruktury, modeli, platform agentowych i narzędzi, które pozwalają automatyzować coraz większą część procesów biznesowych. Problem polega na tym, że wiele organizacji nie jest jeszcze gotowych operacyjnie. Mają procedury, systemy ERP, dokumenty i workflow, ale często nie potrafią precyzyjnie opisać własnych procesów w taki sposób, aby agent AI mógł działać skutecznie, bezpiecznie i odpowiedzialnie.

Agent bez kontekstu jest jak bardzo zdolny pracownik pierwszego dnia w firmie. Rozumie język, potrafi wykonywać zadania, ale nie zna reguł gry. Nie wie, które wyjątki są dopuszczalne, kiedy decyzja wymaga eskalacji, gdzie kończy się odpowiedzialność jednego działu, a zaczyna drugiego. Dlatego tak wiele wdrożeń AI rozczarowuje nie z powodu samej technologii, lecz z powodu braku organizacyjnej gotowości.

To prowadzi do zjawiska, które można nazwać Paradoksem 5 procent. Jeżeli AI przejmuje 95 procent powtarzalnej pracy, pozostałe 5 procent nie traci znaczenia. Wręcz przeciwnie, często staje się najważniejszą częścią całego procesu. To tam zostają decyzje, wyjątki, odpowiedzialność, interpretacja i relacje. Innymi słowy, praca nie znika równomiernie. Tanieje tam, gdzie jest powtarzalna i łatwa do opisania, ale drożeje tam, gdzie wymaga osądu, doświadczenia i odpowiedzialności.

Dlatego zarządy powinny patrzeć na AI nie jak na kolejny projekt technologiczny, lecz jak na przebudowę modelu operacyjnego firmy. Sam zakup platformy agentowej może być szybki. Znacznie trudniejsze jest zbudowanie organizacji, która potrafi z niej korzystać. Przewagę zyskają nie ci, którzy kupią najwięcej narzędzi AI, ale ci, którzy najlepiej rozumieją własne procesy i potrafią przełożyć je na język działania agentów.

Najcenniejszą kompetencją nadchodzących lat może więc nie być samo programowanie ani prompt engineering, ale zdolność do projektowania inteligencji w organizacji. Chodzi o umiejętność opisywania procesów, rozumienia wyjątków, wyznaczania granic odpowiedzialności i decydowania, gdzie agent powinien działać samodzielnie, a gdzie człowiek musi pozostać w pętli.

AI nie odbierze przewagi firmom dlatego, że spóźnią się z zakupem technologii. Odbierze ją tym, które nie zrozumieją własnych procesów wystarczająco dobrze, aby technologia mogła zacząć działać na ich korzyść. W nadchodzącej dekadzie wygrywać będą nie organizacje, które mają najwięcej AI, ale te, które najlepiej potrafią osadzić ją w realnym świecie swojej firmy.

Centra danych wygenerowały 10,6 mld zł wartości dodanej dla polskiej gospodarki

Sektor centrów danych staje się jednym z coraz ważniejszych elementów polskiej gospodarki cyfrowej. Według raportu „Napędzając Gospodarkę: Gospodarczy wpływ sektora Data Center w Polsce”, przygotowanego przez Polski Związek Centrów Danych we współpracy z PwC Polska, branża wygenerowała w 2025 r. 10,6 mld zł wartości dodanej brutto oraz 4,3 mld zł wpływów fiskalnych. Z działalnością sektora powiązane było również niemal 41 tys. miejsc pracy w całej gospodarce.

Autorzy raportu wskazują, że centra danych przestają być wyłącznie technicznym zapleczem dla usług cyfrowych. Coraz wyraźniej stają się samodzielnym sektorem, który wpływa na inwestycje, rynek pracy, rozwój infrastruktury energetycznej i konkurencyjność kraju.

Miliardy dla gospodarki i budżetu

Z wyliczeń przedstawionych w raporcie wynika, że centra danych wsparły polskie PKB kwotą 10,6 mld zł wartości dodanej brutto. W praktyce oznacza to wkład sektora nie tylko w działalność operatorów obiektów, ale też w szeroki łańcuch firm współpracujących z branżą.

W 2025 r. sektor miał również wygenerować 4,3 mld zł wpływów podatkowych. Na tę kwotę składają się m.in. podatki dochodowe płacone przez przedsiębiorstwa i pracowników, VAT oraz daniny lokalne.

Szczególne znaczenie dla samorządów ma podatek od nieruchomości. Centra danych są kosztownymi obiektami infrastrukturalnymi, wymagającymi specjalistycznych instalacji energetycznych, chłodzenia oraz zabezpieczeń. Dla gmin, w których powstają takie inwestycje, oznacza to potencjalnie stabilne źródło dochodów, które może być przeznaczane na rozwój lokalnej infrastruktury, edukację czy transport.

– Cyfrowa infrastruktura przestała być jedynie wsparciem dla innych biznesów, a stała się samodzielną, pełnoprawną gałęzią gospodarki – wskazuje Piotr Kowalski, dyrektor zarządzający PLDCA.

Polska zwiększa moc centrów danych

W sektorze data center podstawowym wskaźnikiem nie jest liczba budynków, lecz dostępna moc. Według danych przywołanych w raporcie działające w Polsce centra danych dysponują obecnie około 250 MW mocy.

Prognozy Europejskiego Stowarzyszenia Centrów Danych zakładają, że do 2031 r. całkowita moc sektora w Polsce może przekroczyć 550 MW. Oznaczałoby to ponad dwukrotny wzrost względem poziomów z 2025 r.

Jeszcze bardziej ambitne scenariusze zakładają, że przy sprzyjających warunkach potencjał rynku może sięgnąć około 1,2 GW już do 2030 r. Kluczowe będą jednak dostęp do energii, możliwości przyłączeniowe oraz tempo modernizacji sieci elektroenergetycznej.

Rozwój mocy obliczeniowej ma znaczenie nie tylko dla największych firm technologicznych. Coraz większego zapotrzebowania na lokalne przetwarzanie danych potrzebują także banki, handel elektroniczny, logistyka, przemysł, administracja publiczna i firmy rozwijające rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję.

Efekt dla budownictwa, energetyki i IT

Raport pokazuje, że wpływ centrów danych wykracza daleko poza samą działalność operatorów. Budowa nowoczesnego obiektu wymaga współpracy wielu branż: firm budowlanych, projektantów, dostawców urządzeń energetycznych, systemów chłodzenia, zabezpieczeń fizycznych i cyberbezpieczeństwa.

Każda większa inwestycja w data center oznacza więc zlecenia dla firm realizujących prace inżynieryjne, elektroenergetyczne, automatyczne i teleinformatyczne. Według danych PLDCA aż 57 proc. przedsiębiorstw tworzących krajowy łańcuch wartości sektora ma polski kapitał albo prowadzi produkcję w Polsce.

Istotny jest także wpływ na rynek pracy. Branża nie tworzy masowego zatrudnienia w prostych zawodach, lecz generuje zapotrzebowanie na wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Dotyczy to m.in. inżynierów energetyki, automatyków, ekspertów od sieci, cyberbezpieczeństwa, systemów chłodzenia oraz zarządzania infrastrukturą krytyczną.

Łącznie sektor centrów danych ma wspierać utrzymanie blisko 41 tys. miejsc pracy. Znaczna część z nich powstaje poza samymi obiektami data center — w IT, budownictwie, nieruchomościach, energetyce i usługach profesjonalnych.

Centra danych jako element bezpieczeństwa gospodarczego

Rosnące znaczenie centrów danych wiąże się także z bezpieczeństwem cyfrowym i gospodarczym. Firmy oraz instytucje coraz częściej opierają swoją działalność na chmurze obliczeniowej, analizie danych i narzędziach opartych na sztucznej inteligencji.

Silna lokalna infrastruktura ogranicza zależność od zagranicznych centrów przetwarzania danych i może zmniejszać ryzyka związane z opóźnieniami transmisji, dostępnością usług czy regulacjami obowiązującymi poza Polską.

Autorzy raportu oceniają, że Polska ma szansę umocnić pozycję regionalnego hubu cyfrowego w Europie Środkowo-Wschodniej. Sprzyja temu położenie geograficzne, rozwijający się rynek technologiczny oraz rosnące zainteresowanie globalnych inwestorów.

Największe wyzwanie: energia i przyłącza

Szybki rozwój branży będzie wymagał rozwiązania problemów infrastrukturalnych. Centra danych są obiektami energochłonnymi, dlatego ich dalsza ekspansja zależy od zapewnienia stabilnego dostępu do energii oraz mocy przyłączeniowej.

W raporcie podkreślono, że konieczne są inwestycje w nowe źródła energii, modernizację sieci przesyłowych i dystrybucyjnych oraz rozwój niskoemisyjnej energetyki. Ważne może być także uproszczenie procedur administracyjnych związanych z realizacją inwestycji.

– Dzisiejsze 10,6 mld zł wartości dodanej to efekt nakładów inwestycyjnych poniesionych w Polsce w ostatnich latach – ocenia Kinga Barchoń, partnerka PwC i liderka usług dla sektora nieruchomości w Europie Środkowo-Wschodniej.

Rozwój sektora będzie więc zależał nie tylko od popytu na usługi cyfrowe, ale także od decyzji dotyczących energetyki, prawa inwestycyjnego i polityki przemysłowej.

Infrastruktura dla gospodarki opartej na danych

Centra danych coraz mocniej wpisują się w model gospodarki opartej na danych. Wraz z rosnącym znaczeniem chmury, automatyzacji i sztucznej inteligencji mogą stać się równie istotne jak tradycyjna infrastruktura transportowa czy energetyczna.

Raport PLDCA wskazuje, że Polska ma już bazę pozwalającą rozwijać ten sektor na dużą skalę. Utrzymanie tempa wzrostu będzie jednak wymagało połączenia inwestycji prywatnych z rozbudową systemu energetycznego i przewidywalnym otoczeniem regulacyjnym.

Źródło: raport „Napędzając Gospodarkę: Gospodarczy wpływ sektora Data Center w Polsce”, PLDCA i PwC Polska.

Deloitte otwiera nabór do Technology Fast 50 Central Europe

0

Rozpoczął się nabór zgłoszeń do nowej edycji programu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe. Inauguracja odbywa się w Rzeszowie, podczas Carpathian Startup Fest, jednego z ważniejszych wydarzeń start-upowych w regionie, którego partnerem jest Deloitte. Zgłoszenia do Fast 50 można przesyłać do końca sierpnia br. Laureaci zestawienia zostaną ogłoszeni podczas uroczystej gali finałowej 19 listopada w Warszawie.

Deloitte Technology Fast 50 CE od ponad ćwierć wieku promuje przedsiębiorstwa technologiczne z Europy Środkowo-Wschodniej, które dzięki innowacyjnym rozwiązaniom oraz dynamicznemu wzrostowi przychodów budują swoją pozycję na rynkach lokalnych i międzynarodowych. Program obejmuje firmy, działające m.in. w branży oprogramowania, fintechu, cyberbezpieczeństwa, medtechu, komunikacji, technologii środowiskowych czy sztucznej inteligencji.

Rynek technologiczny w Europie Środkowo-Wschodniej wyraźniej przechodzi z etapu budowania innowacji do ich skutecznej komercjalizacji i skalowania. Widzimy, że firmy rozwijają rozwiązania projektowane z myślą o konkurencji międzynarodowej, a nie wyłącznie lokalnym rynku. Jednocześnie rośnie znaczenie efektywności operacyjnej, zdolności do wykorzystania danych oraz wdrażania technologii, które przekładają się na wymierną wartość biznesową. Właśnie takie przedsiębiorstwa, przyszłe gwiazdy, chcemy wyróżniać – mówi Michał Tokarski, partner zarządzający działem Advisory Deloitte w Polsce, lider Zespołu M&A.

Ranking Fast 50 tworzony jest na podstawie procentowego wzrostu przychodów, osiągniętego przez firmy w ciągu ostatnich czterech lat. Obok głównego zestawienia Fast 50 program obejmuje również kategorię Companies to Watch – skierowaną do młodszych spółek technologicznych, Impact Stars – specjalne wyróżnienie dla marek wywierających pozytywny wpływ na biznes, społeczeństwo i otoczenie oraz AI Value Driver. CE Rocketship Innovations in GenAI, subkategorię stworzoną wspólnie z regionalnym partnerem technologicznym programu Google Cloud.

–  Deloitte Technology Fast 50 Central Europe od lat pełni rolę platformy promującej rozwój regionalnego ekosystemu innowacji i przedsiębiorczości technologicznej. Daje firmom możliwość zwiększenia widoczności wśród partnerów biznesowych i klientów. Uczestnicy skutecznie wykorzystują swoją przynależność do międzynarodowej społeczności Fast 50, budują nowe relacje i uczestniczą w licznych inicjatywach w ramach programu. Nieprzypadkowo tegoroczną edycję inaugurujemy podczas Carpathian Startup Fest – wydarzenia, które integruje startupy, inwestorów oraz organizacje aktywnie wspierające rozwój nowych technologii w regionie – mówi Anna Pawliszewska, Marketing Senior Manager, Deloitte Advisory.

Szczegóły programu i rozwój kategorii

Każda spółka, ubiegająca się o kwalifikację do kategorii głównej rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe, musi spełnić poniższe kryteria:

  • prowadzić działalność od co najmniej czterech lat;
  • być firmą technologiczną, a jej działalność musi zawierać się w jednej z następujących kategorii: komunikacja, ochrona środowiska, fintech, sprzęt komputerowy, ochrona zdrowia i nauki medyczne, media i rozrywka, produkcja oprogramowania;
  • mieć strukturę własności, która uniemożliwia posiadanie większościowych udziałów przez zagranicznych inwestorów strategicznych, przy czym co najmniej 51 proc. udziałów musi należeć do osób, firm lub funduszy z krajów Europy Środkowo-Wschodniej;
  • osiągać przychody operacyjne nie mniejsze niż 50 tys. euro w minionych latach: 2022, 2023, 2024 oraz przychód za rok 2025 nie mniejszy niż 100 tys. euro;
  • posiadać główną siedzibę w jednym z krajów objętych programem, takich jak: Chorwacja, Czechy, Estonia, Łotwa, Litwa, Polska, Rumunia, Słowacja lub Ukraina.

Kategoria Companies to Watch, skierowana do młodszych firm technologicznych, wyróżni dziesięć najbardziej perspektywicznych spółek z regionu. Firma, która chce się ubiegać się o wyróżnienie w tej kategorii, musi działać co najmniej trzy lata (być założona przed 31 grudnia 2022 r.). Powinna także dysponować własną technologią lub prawami własności intelektualnej, które przyczyniają się do osiąganych wyników finansowych. Konieczne jest również uzyskanie co najmniej 10 tys. euro przychodów operacyjnych w roku bazowym oraz minimum 30 tys. euro w roku kolejnym.

W przypadku Impact Stars – wyróżnienie skupia się na pięciu strategicznych obszarach: fintech, cyberbezpieczeństwo, ESG, medtech/biotech oraz obronność. Zostanie uhonorowana jedna firma w konkretnym obszarze, co oznacza maksymalnie pięć laureatów w tej dziedzinie z danego państwa, w którym realizowany jest program Fast 50 CE.

Po raz kolejny będą wyróżnione firmy w kategorii AI Value Driver. CE Rocketship Innovations in GenAI, której partnerem jest Google Cloud. Nagroda przyznawana jest markom kreatywnie wykorzystującym sztuczną inteligencję – w sposób przekładający się na wymierne efekty biznesowe oraz szansę tworzenia nowych rozwiązań.

Ocenie podlegają m.in. dojrzałość technologiczna zgłaszanego rozwiązania, jego architektura oraz możliwość skalowania. Dziedzina ta skierowana jest do organizacji integrujących GenAI w swoich produktach, usługach lub procesach operacyjnych w sposób, który przynosi realną wartość klientom, partnerom lub pracownikom.

Rynek technologiczny w Europie Środkowo-Wschodniej przechodzi obecnie etap transformacji. Coraz większą rolę odgrywają obszary takie jak sztuczna inteligencja, automatyzacja czy cyberbezpieczeństwo. Widzimy rosnącą liczbę spółek rozwijających rozwiązania odpowiadające na globalne potrzeby rynku, co stopniowo przekłada się również na większe zainteresowanie inwestorów sektorem technologii w regionie. Deloitte Technology Fast 50 Central Europe dobrze pokazuje, że wiele firm dynamicznie się rozwija, konkurując zarówno tempem wzrostu, jak i jakością technologii oraz modeli biznesowych – podkreśla Mateusz Pacholik, M&A Manager, Corporate Finance, Deloitte Advisory.

FDA precyzuje ścieżkę regulacyjną dla terapii genowych. Szansa dla projektu multiQure

Amerykańska Agencja Żywności i Leków (FDA), podczas spotkania typu B, zaakceptowała 3-letnie dane z Fazy I/II jako podstawę wniosku o przyspieszone zatwierdzenie dla terapii AMT-130 firmy uniQure. W dniu ogłoszenia tej informacji cena akcji spółki uniQure odnotowała wzrost o niemal 80%, a jej kapitalizacja przekroczyła 3 mld USD. Zdaniem przedstawicieli projektu multiQure jest to istotny drogowskaz dla wszystkich terapii genowych, nie tylko dotyczących choroby Huntingtona, ale również innych chorób neurodegeneracyjnych o podłożu genetycznym, w tym dla multiQure.

Zmiana podejścia FDA oraz jej wpływ na terapie genowe

Terapie genowe stanowią bardzo dużą szansę dla setek tysięcy pacjentów cierpiących na choroby genetyczne, w tym chorobę Huntingtona. Powszechnie stosowane metody jedynie łagodzą objawy, ale nie powstrzymują choroby. Terapie genowe oparte o technologię RNAi pozwalają zaadresować przyczynę schorzenia, dlatego ich wprowadzenie do praktyki klinicznej jest od dawna wyczekiwane przez pacjentów, ich bliskich oraz środowisko medyczne.

Obecnie najbardziej zaawansowaną w rozwoju terapią RNAi przeciwko chorobie Huntingtona jest projekt AMT-130 notowanej na NASDAQ, holenderskiej spółki uniQure. Znajduje się on w I/II fazie badań klinicznych i według ostatnich doniesień, przygotowuje się do złożenia w FDA wniosku o warunkową rejestrację produktu biologicznego (BLA). 17 czerwca br. uniQure, po formalnym spotkaniu z FDA poinformowała, że agencja uznała 3-letnią analizę z badań fazy I/II za akceptowalną podstawę do złożenia wniosku w trybie przyspieszonej rejestracji, co planowane jest na III kwartał br. Rynek zareagował na te informacje bardzo entuzjastycznie. W dniu ogłoszenia tej informacji cena akcji spółki uniQure odnotowała wzrost o niemal 80%, a jej kapitalizacja przekroczyła 3 mld USD.

Szansa dla projektu multiQure

Zdaniem szefa projektu multiQure, którego celem jest rozwój konkurencyjnej do AMT-130 terapii opartej o RNAi, jest to ważne wydarzenie dla podmiotów, które pracują nad terapiami genowymi.

Stanowisko FDA w sprawie terapii AMT-130 rozwijanej przez uniQure to przełomowy moment nie tylko dla podmiotów prowadzących prace B+R w obszarze terapii genowych w chorobie Huntingtona, ale również szerszego sektora badań nad lekami na genetyczne schorzenia neurodegeneracyjne. Agencja ds. Żywności i Leków potwierdziła, że trzyletnie dane z wczesnych faz klinicznych mogą stanowić wystarczającą podstawę do ubiegania się o przyspieszone zatwierdzenie terapii – a to zasadniczo zmienia rachunek ryzyka dla naszego projektu, a zatem również dla inwestorów i potencjalnych partnerów – informuje Tomasz Nocuń, szef projektu multiQure.

Zdaniem Tomasza Nocunia dla projektu multiQure szczególnie ważne jest zaakceptowanie przez amerykańskiego regulatora możliwości wykorzystania porównawczych zbiorów danych pochodzących z obserwacyjnych badań klinicznych choroby Huntingtona.

To konkretne ułatwienie, które pozwoli efektywniej projektować własne badanie kliniczne. Co ważne, projekt multiQure wychodzi z pozycji potencjalnie silniejszej naukowo: nasza terapia celuje selektywnie – tylko w produkcję zmutowanej wersji huntingtyny, co stanowi istotną przewagę nad podejściem nieselektywnym reprezentowanym przez uniQure. Ich droga przez badanie kliniczne pokazuje natomiast, że koncepcja genetycznej terapii w tym schorzeniu przynosi pacjentom realne korzyści. Naszym zadaniem jest teraz przejście częściowo już przetartej ścieżki z terapią, której wyróżnikiem będzie lepszy profil bezpieczeństwa. – mówi Tomasz Nocuń.

Wpływ stanowiska FDA udzielonego spółce uniQure na inne terapie genowe, przede wszystkim multiQure, został oceniony i skomentowany przez Dom Maklerski INC. Autorzy komentarza zwracają uwagę przede wszystkim na istotne podobieństwa obu projektów, możliwość wykorzystania ścieżki już przetartej przez uniQure oraz przewagi polskiego projektu nad AMT-130 polegające na selektywności terapii.

– Pozytywne dane kliniczne uniQure oraz konstruktywne podejście FDA stanowią zewnętrzną walidację logiki, na której bazuje strategia multiQure. Jednocześnie technologia multiQure może wyróżniać się preferencyjnym oddziaływaniem na zmutowany transkrypt zawierający wydłużoną sekwencję powtórzeń CAG, przy potencjalnym ograniczeniu wpływu na prawidłową kopię genu HTT, co może mieć znaczenie z perspektywy bezpieczeństwa biologicznego – komentuje dr Maciej Kietliński, analityk Domu Maklerskiego INC, autor raportu analitycznego nt. projektu multiQure.

Giełdowe plany multiQure

Sukces uniQure oraz reakcja rynku pokazują, jak duży wpływ na wycenę spółek biotechnologicznych mają osiąganie kamieni milowych, a także związane z tym stanowiska i decyzje regulatorów. Dlatego Intencją kierownictwa i inwestorów projektu multiQure jest wprowadzenie projektu na giełdę, aby umożliwić inwestorom partycypację w realizacji kolejnych kamieni milowych przez spółkę.

Realizujemy działania mające na celu wprowadzenie multiQure na giełdę, aby również polscy inwestorzy uzyskali ekspozycję na przedsięwzięcie skupione na rozwoju terapii genowej na chorobę Huntingtona, a przy tym potencjalnie efektywniejszą i bezpieczniejszą niż uniQure. Na początku tygodnia podpisaliśmy umowę o wniesienie projektu do spółki Pure Biologics i zmianie jej nazwy na multiQure. Jesteśmy na ostatniej prostej tego procesu – komentuje dr Kris Siemionow, inwestor projektu multiQure, współzałożyciel i udziałowiec Biofund.

Proces wprowadzania projektu na GPW jest konsekwentnie realizowany. Poza podpisaniem umowy wprowadzenia projektu do Pure Biologics (docelowo multiQure S.A.), akcjonariusze spółki zdecydowali również o emisji akcji, w ramach której planowane jest pozyskanie środków, które pozwolą zespołowi multiQure na podanie terapii pierwszym pacjentom, co ma nastąpić w ciągu najbliższych 12-18 miesięcy oraz uzyskanie pierwszych wyników do połowy 2028 roku.

Podsumowanie

Stanowisko FDA przekazane spółce uniQure wyznacza nowy standard dla całego sektora terapii genowych, potwierdzając krystalizowanie się ścieżki regulacyjnej dla tej klasy leków. Dla projektu multiQure oznacza to nie tylko obniżenie ryzyka regulacyjnego, ale również zewnętrzne potwierdzenie słuszności obranej strategii naukowej – przy jednoczesnej przewadze w zakresie bezpieczeństwa terapii wynikającej z jej selektywności. Biorąc pod uwagę, że trwają pracę nad wprowadzeniem projektu na giełdę, Polscy inwestorzy już niebawem uzyskają ekspozycję na terapię genową przeciwko chorobie Huntingtona z kategorii best-in-class.

Inflacja żywności wyraźnie słabnie

W maju br. ceny 17 analizowanych kategorii produktów wzrosły w sklepach detalicznych średnio o 3,4% rdr. W kwietniu codzienne zakupy zdrożały rdr. o 3,7%, a w marcu – o 3,8%. Ceny samej żywności ostatnio poszły w górę o 2,4% rdr. Skoki w całym tym segmencie we wcześniejszych miesiącach roku były bardziej odczuwalne. Po danych widać też, że konflikt zbrojny na Bliskim Wschodzie nie przyczynił się do wzrostu cen w takim stopniu, jak spodziewali się eksperci rynkowi.

Z najnowszego raportu pt. „Indeks Cen w Sklepach Detalicznych” (autorstwa UCE Research i Uniwersytetów WSB Merito) wynika, że maju br. ceny żywności, napojów bezalkoholowych i alkoholowych oraz pozostałego asortymentu, np. chemii gospodarczej i artykułów dla dzieci, wzrosły średnio o 3,4% rdr. Wzrost cen we wcześniejszych miesiącach tego roku był wyższy. W kwietniu wyniósł rdr. 3,7%, a w marcu i lutym – po 3,8%. Jak ocenia dr Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku, wyniki wskazują na wyraźny trend dezinflacyjny.

– To trwałe, stopniowe hamowanie, a nie jednorazowe odchylenie. Co ważne, inflacja CPI – według GUS – wyniosła w maju 3,1% rdr. To było wynikiem wyraźnie niższym od konsensusu rynkowego na poziomie 3,7%. Dane detaliczne UCE Research są z nią spójne. Wzrost cen w sklepach wciąż jest faktem, ale jego impet wyraźnie słabnie – zwraca uwagę dr Arak.

Spadek dynamiki wzrostu cen w maju zaskoczył Marcina Luzińskiego, ekonomisty z Erste Banku. Ekspert spodziewał się raczej tendencji rosnącej. Tymczasem ceny żywności zanotowały większy spadek rocznej miary podwyżek cen, niż zakładał. Według ww. raportu, w maju br. żywność zdrożała średnio o 2,4% rdr. Nieco większe podwyżki rdr. zanotowano również we wcześniejszych miesiącach tego roku – w kwietniu o 3,3%, w marcu – o 3,2%, a w lutym – o 3,4%. Dr Robert Orpych z Uniwersytetu WSB Merito jest zdania, że wynik samej żywności jest jeszcze bardziej wymowny niż ogólny odczyt. Do tego ekspert dodaje, że kategoria, która przez lata napędzała wzrosty, stała się teraz czynnikiem stabilizującym.

– Składa się na to kilka czynników działających jednocześnie. Po pierwsze, to jest normalizacja cen na rynkach rolnych. Po drugie, występuje intensywna konkurencja między dyskontami w zakresie produktów podstawowych, czyli tych, które konsument najłatwiej porównuje między sieciami. Po trzecie, mamy efekt bazy statystycznej. Maj 2024 roku był okresem relatywnie wyższych cen żywności – tłumaczy dr Orpych.

Do tego dr inż. Anna Motylska-Kuźma z Uniwersytetu DSW Ideis podkreśla, że szczególnie istotny jest fakt, iż obserwowane wyhamowanie nie wynika wyłącznie z efektów statystycznych czy wysokiej bazy odniesienia. Ekspertka przypomina, że – według GUS – ceny żywności i napojów bezalkoholowych spadły w maju o około 1,0% względem kwietnia, co było jedną z największych niespodzianek w najnowszym odczycie inflacji. W ujęciu rocznym były one wyższe tylko o 0,5%.

– Pokazuje to, że mamy do czynienia nie tylko ze spowolnieniem wzrostu cen, ale wręcz z okresową korektą cenową w części kategorii żywnościowych. Na taki obraz rynku mogło wpłynąć jednoczesne oddziaływanie kilku czynników. Utrzymuje się silna konkurencja pomiędzy sieciami handlowymi, które w warunkach wysokiej wrażliwości cenowej konsumentów mają ograniczone możliwości podnoszenia cen. Poprawiła się także sytuacja podażowa w części kategorii żywnościowych, zwłaszcza produktów sezonowych. Co więcej, relatywnie stabilne pozostają koszty importu, wspierane przez stosunkowo mocnego złotego – wylicza dr inż. Motylska-Kuźma.

Patrząc na wszystkie analizowane kategorie, widać spadek wzrostu cen mdm. Natomiast wynik samej żywności jest nawet poniżej ogólnej wartości inflacji podawanej przez GUS. Dr Robert Orpych podkreśla, że obecnie żywność drożeje wolniej niż reszta koszyka detalicznego. Wynika to z tego, że jest szczególnie wrażliwa na konkurencję cenową. Sklepy wiedzą o tym, że to właśnie ceny chleba, mleka czy mięsa konsument sprawdza najuważniej i to właśnie tu rywalizacja między sieciami jest najbardziej odczuwalna.

– Powyższy wynik żywności, będący poniżej CPI, to z kolei efekt tego, że koszyk GUS obejmuje szerszy zakres dóbr i usług, w tym te, które w ostatnim czasie drożały szybciej. Natomiast sam rynek żywnościowy w sklepach, w obliczu dużej podaży i walki dyskontów o klienta, wyhamował. To dobra informacja szczególnie dla gospodarstw domowych o niższych dochodach, gdzie żywność stanowi znaczącą część ich wydatków – uważa ekspert z Uniwersytetu WSB Merito.

Z kolei dr Mariusz Dziwulski, analityk PKO BP, zauważa, że wojna na Bliskim Wschodzie dotychczas nie znalazła istotnego odzwierciedlenia w cenach żywności, choć podwyżki widać na rynku olejów roślinnych. Ekspert wskazuje, że rynki rolne w drugim kwartale br. wciąż znajdowały się pod wpływem wysokiej globalnie podaży, która jest konsekwencją dość solidnych wzrostów produkcji w sezonie 2025/26.

– Obawialiśmy się, że napięcia na Bliskim Wschodzie wyraźnie przyspieszą inflację przez kanał paliwowy i energetyczny. Tymczasem program CPN, który obniżył ceny paliw o ok. 1-1,2 zł za litr, przytłumił oczekiwania inflacyjne. Dodatkowo ceny paliw obniżyły się w maju o 0,1% mdm. Do tego efekty drugiej rundy inflacyjnej, tj. przenoszenia wyższych kosztów energii na inne towary, nie zmaterializowały się w zauważalnym stopniu. Oczywiście presja nie zniknęła – podsumowuje dr Arak.

Grupa Klepsydra zapowiada pierwszą dywidendę w historii spółki

Zarząd Grupy Klepsydra, lidera rynku pogrzebowego w Polsce i pierwszej spółki z tego segmentu notowanej na GPW, zgodnie z przyjętą strategią rozwoju, zarekomendował zbliżającemu się Zwyczajnemu Walnego Zgromadzeniu Spółki wypłatę dywidendy z zysków za 2025 r. w wysokości 4 gr na akcję. Oznacza to, że do akcjonariuszy Spółki trafi w sumie 954 269,40 zł. Zaliczką objęte zostaną wszystkie akcje spółki, czyli 23 856 735 akcji. Będzie to pierwsza w historii dywidenda wypłacona akcjonariuszom Grupy Klepsydra.

Dzień dywidendy został ustalony na dzień 31 lipca 2026 roku, natomiast dzień wypłaty dywidendy na 12 sierpnia 2026 roku.

Pozostała kwota zysku netto, czyli 3 495 950,38 zł, zostanie przeznaczona na kapitał zapasowy Spółki.

Od początku wejścia na GPW w 2023 r. konsekwentnie realizujemy nasze obietnice, które złożyliśmy inwestorom. Konsolidujemy rynek, rozbudowujemy naszą grupę kapitałową, a przy tym rośniemy też organicznie. Dzięki temu rosną też nasze wyniki finansowe. Dlatego z olbrzymią przyjemnością zarekomendowaliśmy zbliżającemu się Walnemu Zgromadzeniu wypłatę dywidendy z zysków za 2025 r. Realizujemy tym samym kolejną obietnicę daną naszym akcjonariuszom”– powiedział Marek Cichewicz, prezes zarządu spółki holdingowej Grupa Klepsydra S.A.

Twórca funduszu Tar Heel Capital wystawia swoją kolekcje sztuki na aukcję

Na zachodnich rynkach sztuki sprzedaże prywatnych kolekcji od lat są stałym elementem kalendarza największych domów aukcyjnych. W Polsce ten format dopiero zyskuje wyraźniejszą pozycję, ale dane pokazują, że rynek jest coraz bardziej gotowy na projekty budowane wokół historii kolekcjonerów, rozpoznanej proweniencji i spójnych prywatnych zbiorów. W 2025 roku aukcje kolekcji zorganizowane przez DESA Unicum wygenerowały łącznie 28,5 mln zł obrotu. Pierwsza tegoroczna aukcja kolekcji w DESA Unicum obejmuje 54 prace ze zbioru Grzegorza Bielowickiego, przedsiębiorcy i prywatnego kolekcjonera. Siłą tej kolekcji jest jej szeroki zakres: od prac uznanych klasyków polskiej awangardy i sztuki powojennej po twórców młodszych pokoleń, a także rozpiętość estymacji od kilku tysięcy do kilkuset tysięcy złotych

Na dojrzałych, zachodnich rynkach sztuki aukcje prywatnych kolekcji od lat funkcjonują jako osobna, rozpoznawalna kategoria sprzedaży. Skalę tego modelu najlepiej pokazują liczby. W 2022 roku Christie’s sprzedało kolekcję Paula G. Allena za 1,62 mld dolarów, ustanawiając najwyższy wynik w historii aukcji prywatnej kolekcji. W podobnym okresie Sotheby’s przeprowadziło sprzedaż Macklowe Collection, która osiągnęła 922,2 mln dolarów. Rok później kolekcja Emily Fisher Landau w Sotheby’s przyniosła 424,7 mln dolarów. Z kolei licytacja obiektów z kolekcji S.I. Newhouse’a w Christie’s przekroczyła łącznie 1 mld dolarów.

Polska adaptuje format aukcji kolekcji. Rok 2025 pokazał skalę potencjału

Na polskim rynku sztuki aukcje kolekcji dopiero zaczynają zyskiwać znaczenie porównywalne z tym, jakie od lat funkcjonują w Nowym Jorku, Londynie czy Paryżu. W 2025 roku DESA Unicum zorganizowała pięć aukcji kolekcji, które wygenerowały łącznie 28,46 mln zł obrotu. Najwyższy wynik przyniosła aukcja „Mój Paryż. Dzieła wybrane z kolekcji Wojciecha Fibaka”, zakończona obrotem na poziomie 12,27 mln zł. Był to projekt oparty na rozpoznawalnym nazwisku kolekcjonera i zbiorze o silnym, międzynarodowym kontekście. Drugim najwyższym wynikiem zakończyła się aukcja kolekcji Dominiki i Liwiusza Krawczyków, która wygenerowała 6,433 mln zł.

Zeszłoroczne wyniki aukcji kolekcji są dla nas i dla kolekcjonerów ważnym sygnałem. Fakt, że trzy z pięciu ubiegłorocznych projektów przekroczyły poziom 6 mln zł obrotu, pokazuje, że polski rynek osiągnął etap, na którym możliwe jest nie tylko sprzedawanie pojedynczych obiektów, ale także budowanie większych projektów aukcyjnych wokół prywatnych zbiorów. Dla domu aukcyjnego oznacza to bardziej złożony model działania: od selekcji i wyceny prac, przez opracowanie proweniencji, po stworzenie narracji, która pozwala pokazać kolekcję jako efekt przemyślanych decyzji. Dla kolekcjonerów jest to z kolei dowód, że sprzedaż części zbioru może być profesjonalnie zaplanowanym etapem zarządzania kolekcją, a nie jedynie jednorazową decyzją transakcyjną – mówi Agata Szkup, Prezes Zarządu DESA Unicum.

Rok 2025 można traktować jako moment, w którym aukcje kolekcji zaczęły wyraźniej funkcjonować na polskim rynku jako osobny format. Tego typu projekty łączą różne segmenty oraz uzupełniają je o nowy wymiar: historię właściciela, myśl przewodnią budowania zbioru i uwypuklają znaczenie proweniencji. To także przykład, że coraz większą wagę przykłada się dzisiaj nie tylko do ceny dzieła, ale także do jego kontekstu.

Kolekcja Grzegorza Bielowickiego

Pierwszą tegoroczną aukcją kolekcji w DESA Unicum będzie sprzedaż prac ze zbioru Grzegorza Bielowickiego, założyciela i partnera zarządzającego Tar Heel Capital, jednej z wiodących polskich firm private equity, która od ponad 20 lat inwestuje w rozwój polskich przedsiębiorstw. Prywatnie Bielowicki od lat zajmuje się kolekcjonowaniem sztuki.

Oferta aukcji kolekcjonera obejmie 54 obiekty prezentujące szeroki przekrój polskiej sztuki: od dzieł klasyków polskiej awangardy, przez prace artystów nowego pokolenia, po twórców obecnych w segmencie sztuki najnowszej. W katalogu znajdą się między innymi prace Stefana Gierowskiego, Jerzego Nowosielskiego i Juliana Stańczaka, a także dzieła młodszych twórców, takich jak Patrycja Piętka, Lia Kimura, Jerzy Baranowski czy Patryk Paliwoda. Wśród najciekawszych obiektów warto wymienić m.in. płótno „DCCCLXVI” Gierowskiego o estymacji od 450 000 do 650 000 zł czy obraz „Plac zamkowy” z cyklu „Warszawa” Edwarda Dwurnika, którego wartość oszacowano między 100 000 a 150 000 zł.

Z punktu widzenia kolekcjonerów istotna jest nie tylko liczba obiektów, ale też rozpiętość cenowa oferty. Najniżej estymowana praca, autorstwa Pawła Sobczaka, wyceniana jest na 2–3 tys. zł. Najdroższy obiekt, „Hot Boreal” Juliana Stańczaka, został oszacowany na 500–800 tys. zł. Tak szeroki zakres cenowy odpowiada jednocześnie na potrzeby doświadczonych kolekcjonerów, inwestorów poszukujących prac o silnej pozycji rynkowej oraz nowych klientów, którzy dopiero rozpoczynają budowanie zbiorów. Co ciekawe, kolekcja Grzegorza Bielowickiego zaczęła się niepozornie, bo od zakupu grafiki i w ciągu kilku lat powstała z tego profesjonalna kolekcja sztuki współczesnej.

Kolekcjonerzy otwierają swoje zbiory

Istotna jest również otwartość prywatnych kolekcjonerów do udostępniania swoich prac szerokiej publiczności. Bielowicki zapowiada, że w przyszłości planuje otwarcie parku rzeźby plenerowej na Mazurach. Prace nad tym projektem już trwają. Dlatego aukcja stanowi kolejny etap rozwoju kolekcji, prowadzący do jej transformacji. Podobnie jak zeszłoroczna aukcja kolekcji Liwiusza i Dominiki Krawczyków, która była momentem uporządkowania zbiorów i ich uspójnienia.

Aukcje kolekcji są przykładem tego, jak zmienia się pozycja prywatnych kolekcjonerów w Polsce. Coraz częściej nie są oni wyłącznie nabywcami dzieł, ale także uczestnikami szerszego ekosystemu sztuki: współtworzą rynek, wspierają artystów, budują zbiory, a w niektórych przypadkach planują również ich publiczne udostępnianie. Aukcja kolekcji staje się więc nie tylko wydarzeniem sprzedażowym, ale także momentem, w którym prywatny zbiór zaczyna funkcjonować jako część szerszej opowieści o dojrzewaniu rynku sztuki – podsumowuje Agata Szkup.

Majowa produkcja przemysłowa powyżej prognoz

Majowe dane o produkcji przemysłowej pozytywnie zaskoczyły, pokazując wzrost o 4,1 proc. r/r wobec prognoz na poziomie 2,5 proc. r/r. Odczyt potwierdza utrzymujące się umiarkowane ożywienie w przemyśle, choć jego tempo nie przyspiesza istotnie względem wcześniejszych miesięcy. Wzrost ma dość szeroki charakter, obejmując większość działów przemysłu. Jednocześnie struktura pozostaje nierównomierna – silniejsza dynamika widoczna jest w produkcji dóbr zaopatrzeniowych, dóbr związanych z energią oraz inwestycyjnych, przy spadkach w dobrach konsumpcyjnych trwałych.

W rozbiciu sektorowym zarysowuje się spore rozwarstwienie dynamiki pomiędzy branżami. Można dostrzec, które gałęzie przemysłu „cierpią” – wymienić tu można produkcję mebli, produkcję odzieży, wyrobów tekstylnych. Spadki w tych sektorach są wyraźne.

Dane za maj potwierdzają, że przemysł pozostaje na ścieżce umiarkowanego wzrostu, choć jego struktura i krótkookresowa zmienność wskazują na brak silnego, jednorodnego impulsu po stronie popytu.

Eskalacja w Libanie wpływa na rozmowy USA–Iran i rynek ropy

USA i Iran odłożyły rozpoczęcie rozmów dotyczących trwałego porozumienia pokojowego oraz ograniczenia irańskiego programu nuklearnego. Spotkanie miało odbyć się w piątek w Szwajcarii, jednak zostało przesunięte. Oficjalnie Biały Dom wskazał na problemy logistyczne, ale w tle tej decyzji widoczne jest zaostrzenie walk między Izraelem a wspieranym przez Iran Hezbollahem w południowym Libanie. Jednym z kluczowych źródeł napięć pozostaje żądanie Iranu, który domaga się zawieszenia broni w Libanie jako elementu tymczasowego porozumienia z USA.

Izrael deklaruje natomiast, że będzie kontynuował działania wojskowe, dopóki Hezbollah nie przestanie zagrażać mieszkańcom północnej części kraju. W rezultacie konflikt libański coraz silniej wpływa na szersze negocjacje dotyczące bezpieczeństwa regionalnego i irańskiego programu nuklearnego.

Choć rozmowy USA–Iran w Szwajcarii zostały przełożone, szwajcarskie władze nadal deklarują gotowość do ich organizacji. Wcześniej Waszyngton i Teheran podpisały memorandum przewidujące między innymi przedłużenie zawieszenia broni, zniesienie przez USA blokady irańskich portów oraz zapowiedź ponownego otwarcia cieśniny Ormuz przez Iran. Planowane negocjacje mają dotyczyć ograniczenia irańskiego wzbogacania uranu oraz przyszłości zapasów wysoko wzbogaconego uranu. Strony chciałyby zakończyć rozmowy w ciągu 60 dni, choć eksperci oceniają, że może to być zbyt krótki termin na osiągnięcie trwałego porozumienia.

Sytuację dodatkowo komplikują krwawe starcia w Libanie. Izrael poinformował o śmierci czterech swoich żołnierzy, natomiast libańska państwowa agencja prasowa podała, że w izraelskich atakach zginęło 18 osób. Eskalacja przemocy zwiększa ryzyko, że rozmowy dyplomatyczne będą trudniejsze, a ich wznowienie może zależeć nie tylko od decyzji USA i Iranu, lecz także od rozwoju sytuacji na granicy izraelsko-libańskiej. Cena ropy Brent wzrosła lekko do 80,46 dolara za baryłkę, ale w skali tygodnia spadła o około 8%, ponieważ inwestorzy liczą na poprawę dostaw przez cieśninę Ormuz. Mimo ostatniego spadku ropa pozostaje jednak około 30% droższa niż na początku roku.

Przywództwo pod presją zmian w Europie. Polska wśród liderów rotacji na fotelach CEO

Przez lata europejskie firmy koncentrowały się na poszukiwaniu liderów, którzy potrafili skutecznie zarządzać organizacją i realizować założone cele biznesowe. Dziś coraz częściej stają przed znacznie trudniejszym wyzwaniem – znalezieniem prezesa zdolnego przygotować firmę na rzeczywistość, której kształtu nie da się jeszcze w pełni przewidzieć. Sztuczna inteligencja, napięcia geopolityczne, zmieniające się modele biznesowe i spowolnienie gospodarcze sprawiają, że organizacje muszą na nowo definiować swoje strategie i kompetencje przywódcze. Jak wynika z najnowszego raportu Route to the Top – Europe 2026 firmy Heidrick & Struggles, aż 90% europejskich liderów deklaruje konieczność rewizji strategii biznesowych w odpowiedzi na zmieniające się warunki rynkowe. Jednocześnie 38% organizacji przyznaje, że kompetencje obecnego prezesa mogą nie odpowiadać wyzwaniom najbliższych lat. W krajach Europy Północnej oraz regionie Beneluksu odsetek ten sięga już 50%.

Heidrick & Struggles International, Inc., czołowy dostawca globalnych usług doradztwa dla kadry kierowniczej oraz rozwiązań w obszarze pozyskiwania talentów na żądanie, po raz ósmy opublikowała raport Route to the Top – Europe 2026. Najnowsza edycja badania analizuje profile prezesów oraz członków rad nadzorczych największych spółek w Europie, pokazując nie tylko ścieżki prowadzące na najwyższe stanowiska zarządcze, ale również to, w jaki sposób organizacje przygotowują się do wyzwań związanych z sukcesją, transformacją biznesową oraz zmieniającymi się wymaganiami wobec liderów. Tegoroczne wyniki pokazują również, że Polska należy do najbardziej dynamicznych rynków przywództwa w Europie – aż 25% urzędujących prezesów największych spółek objęło swoje stanowiska po 1 stycznia 2025 roku, a połowa została pozyskana bezpośrednio z rynku zewnętrznego.

Doświadczenie to za mało

W odpowiedzi na rosnącą niepewność europejskie rady nadzorcze coraz częściej stawiają na sprawdzonych menedżerów. Średni wiek urzędującego prezesa wzrósł z 56 lat w 2021 roku do 57,5 roku obecnie, a niemal połowa CEO pełniła już wcześniej tę funkcję w innej organizacji. To pokazuje, że firmy poszukują stabilności i bezpieczeństwa w doświadczeniu zdobytym na najwyższych stanowiskach zarządczych.

Jednocześnie raport wskazuje, że samo doświadczenie nie jest dziś gwarancją sukcesu. O wynikach biznesowych coraz częściej decyduje stopień dopasowania lidera do strategii organizacji. Wśród przedsiębiorstw, które osiągnęły pełną zgodność pomiędzy profilem CEO a kierunkiem rozwoju firmy, 34% przekroczyło swoje cele finansowe w ostatnim roku. W organizacjach zmagających się z luką kompetencyjną na stanowisku prezesa odsetek ten wyniósł jedynie 24%.

– Jeszcze kilka lat temu doświadczenie zdobyte na stanowisku CEO było postrzegane jako jeden z najważniejszych wyznaczników skutecznego przywództwa. Dziś firmy funkcjonują w otoczeniu, które zmienia się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Dlatego coraz większego znaczenia nabiera zdolność lidera do adaptacji, zarządzania transformacją i budowania organizacyjnej odporności. Najskuteczniejsze organizacje nie szukają po prostu doświadczonych prezesów – szukają liderów dopasowanych do wyzwań, przed którymi stoją – mówi Łukasz Kiniewicz, Partner Zarządzający na Polskę i Europę Środkowo-Wschodnią w Heidrick & Struggles.

Mimo rosnącej świadomości znaczenia sukcesji wiele firm nadal nie traktuje jej jako strategicznego elementu rozwoju organizacji. Tylko jedna trzecia europejskich przedsiębiorstw uznaje planowanie sukcesji CEO za priorytet biznesowy. Jednocześnie aż 80% liderów obawia się, że brak systemowych procesów powoduje pomijanie utalentowanych menedżerów znajdujących się na niższych szczeblach organizacji. Co więcej, zaledwie 10% firm formalnie rozlicza prezesa i dyrektora HR z jakości wewnętrznej puli potencjalnych następców.

Polska przyspiesza zmiany

Na tle Europy Polska wyróżnia się wyjątkowo wysoką dynamiką zmian na najwyższych stanowiskach kierowniczych. Aż 25% urzędujących prezesów największych spółek objęło swoje funkcje po 1 stycznia 2025 roku, podczas gdy średnia europejska wynosi 14%. Jednocześnie połowa polskich CEO została pozyskana bezpośrednio z rynku zewnętrznego. To znacząca różnica względem Europy, gdzie aż 67% nominacji na stanowisko prezesa stanowią awanse wewnętrzne. Polski menedżer potrzebuje średnio 7,1 roku, aby objąć stanowisko CEO, podczas gdy średnia europejska wynosi 9,2 roku, a sam okres sprawowania funkcji prezesa jest wyraźnie krótszy i trwa średnio 4,6 roku wobec ponad 6,5 roku w Europie.

– Dane pokazujące, że 50% polskich prezesów pochodzi z rekrutacji zewnętrznej, a jedna czwarta objęła stanowisko w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, wyraźnie odróżniają nasz rynek od średniej europejskiej. Polskie firmy wykazują dużą gotowość do zmian i szybkiego reagowania na nowe wyzwania biznesowe. Jednocześnie tak wysoka dynamika sprawia, że jeszcze większego znaczenia nabiera budowanie wewnętrznych talentów i świadome planowanie sukcesji. W dłuższej perspektywie organizacje potrzebują zarówno świeżego spojrzenia z rynku, jak i silnego zaplecza liderów rozwijanych we własnych strukturach – podkreśla Łukasz Kiniewicz.

Polski rynek zachowuje jednocześnie swoją specyfikę. Zaledwie 5% prezesów największych spółek awansowało bezpośrednio z funkcji CFO, podczas gdy średnia europejska wynosi 22%. Najczęściej spotykaną ścieżką do objęcia funkcji CEO jest przejście na stanowisko prezesa z tej samej funkcji pełnionej wcześniej w innej organizacji, co odpowiada za 40% nominacji. Wyróżnia nas także wysoki udział założycieli i współzałożycieli spółek pełniących funkcję prezesa – stanowią oni 15% badanej grupy, podczas gdy średnia europejska wynosi 3,6%. Pomimo dużej dynamiki zmian Polska pozostaje jednak stosunkowo jednorodnym rynkiem przywództwa – tylko 10% prezesów największych spółek stanowią osoby innej narodowości, a kobiety odpowiadają za zaledwie 5% stanowisk CEO.

Wyniki raportu pokazują, że skuteczne przywództwo coraz rzadziej opiera się wyłącznie na doświadczeniu zdobytym w przeszłości. O przewadze organizacji decyduje dziś zdolność do przygotowania liderów na wyzwania, które dopiero nadejdą. Dla rad nadzorczych oznacza to konieczność spojrzenia na sukcesję nie jako jednorazową decyzję personalną, lecz jako długofalowy element strategii biznesowej. Firmy, które już dziś świadomie rozwijają przyszłych liderów i dopasowują ich kompetencje do kierunku rozwoju organizacji, będą lepiej przygotowane do funkcjonowania w coraz bardziej nieprzewidywalnym otoczeniu biznesowym.

Kurs dolara najmocniejszy od marca

Czwartek był dniem czterech decyzji banków centralnych. Szwajcaria, Norwegia i Wielka Brytania nie zmieniły stóp procentowych. Czesi z kolei podnieśli swoje do 3,75% i zrównali się z Polską. W tle dane z USA, ale umocnienie dolara wynika bardziej z przetrawiania ostatniego posiedzenia FED.

Zmiany stóp w Europie

Wczorajszy dzień był bogaty w decyzje banków centralnych. Zaczęło się od Szwajcarii. Tam zgodnie z oczekiwaniami nie doszło do zmian i utrzymano główny parametr na poziomie 0,0%. Kiedyś ta decyzja byłaby znacznie bardziej interesująca dla portfeli Polaków. Teraz kredyty frankowe przez ugody z bankami nie są już tak gorącym tematem. Zostało już ich bowiem mniej niż 20% tego, co było w szczytowym momencie. Kolejnym bankiem była Norwegia. Tam również utrzymano stopy procentowe, ale tym razem na poziomie 4,25%, co pokazuje spory rozstrzał sytuacji, w której znajdują się te dwa, bądź co bądź, dwa spośród najbogatszych krajów Europy pod względem PKB na mieszkańca. Do tego poznaliśmy jeszcze decyzję z Wielkiej Brytanii. Tam również utrzymano wskaźnik przy niezmienionej wartości. Jest on podobnie jak w Polsce równy 3,75%.

Czesi podnoszą stopy procentowe

Czeski Narodowy Bank jednak podniósł stopy procentowe. Patrząc na podstawowe dane, jest to co najmniej zaskakująca decyzja. Niby mówiło się o tej podwyżce od jakiegoś czasu,  ale przy inflacji 2,1% nie był to temat oczywisty dla wszystkich. Co zatem zdecydowało o podniesieniu wskaźnika? Pomimo niskiej inflacji w Czechach było kilka czynników, które mogły sugerować, że sytuacja się wkrótce wyraźnie pogorszy. Jednym z nich były wynagrodzenia rosnące tam o 8% w skali roku. Przy takim wzroście płac nie może dziwić wyższa inflacja w usługach. Składają się one przecież silnie z kosztów pracy. Do tego w Czechach rośnie popyt na kredyt. W rezultacie podwyżki stóp procentowych były raczej próbą przygotowania się na potencjalne problemy w przyszłości niż reakcją na obecną sytuację. Schłodzenie gospodarki może teraz bowiem zamortyzować ewentualny wyskok cen w przyszłości. Jak zareagowała korona czeska? Zobaczyliśmy wzrost i szybki powrót do stanu wyjściowego. Trzeba jednak pamiętać, że większość analityków przewidywała taki ruch.

Dane z USA

Wczoraj opublikowano jedynie dane z amerykańskiego rynku pracy. 226 tysięcy wniosków to wynik niemal dokładnie zgodny z oczekiwaniami i przyzwoity rezultat. Trzeba jednak pamiętać, że głównymi tematami są obecnie środowe posiedzenie FED i rosnące szanse na podwyżki stóp. Jeżeli dodamy do tego fakt, że dzisiaj mamy dzień wolny w Stanach z powodu Dnia Wyzwolenia, łatwo zrozumieć, dlaczego wczoraj więcej działo się na dolarze. Kurs EUR wobec USD zbliża się bowiem wielkimi krokami do poziomu 1,14, czyli najsilniejszej amerykańskiej waluty od marca. Ostatni raz mocniejszy dolar był oglądany w pierwszej połowie 2025 roku, czyli na samym początku obecnej prezydentury.

Dzisiaj dzień wolny w Chinach, Szwecji i USA, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Rozwód, alienacja rodzicielska, opresyjna kontrola, utrudnianie kontaktów i bezsilność. Dziecko jako narzędzie zemsty

Rozwód rodziców zawsze jest dla dziecka trudnym doświadczeniem. Coraz częściej jednak nie jest to jedynie rozpad rodziny, lecz początek wieloletniego konfliktu, w którym dziecko staje się uczestnikiem walki prowadzonej przez dorosłych. Prawnicy, psychologowie i organizacje społeczne alarmują, że w Polsce rośnie liczba spraw, w których dzieci tracą kontakt z jednym z rodziców, a w skrajnych przypadkach nawet z obojgiem.

Coraz ostrzejsze rozwody, wzajemne oskarżenia, pomówienia, walka o kontrolę, władzę rodzicielską i kontakty z dzieckiem sprawiają, że dobro dziecka schodzi na dalszy plan. Tymczasem to właśnie ono powinno być najważniejszym uczestnikiem każdego postępowania rodzinnego. – W wielu sprawach rozwodowych rodzice koncentrują się na własnym konflikcie. Dziecko staje się argumentem procesowym, środkiem nacisku albo narzędziem zemsty. W salach sądowych toczy się walka między dorosłymi, a cierpienie dziecka często pozostaje niezauważone – mówi adwokat Paulina Bartosiewicz-Drozd.

Kiedy dziecko staje się elementem strategii procesowej

Eksperci zwracają uwagę, że sądy rodzinne funkcjonują pod ogromną presją. Liczba spraw rośnie, konflikty stają się coraz bardziej złożone, a decyzje podejmowane na wczesnych etapach postępowań potrafią wywrócić życie dziecka do góry nogami. – W praktyce sądowej coraz częściej spotykamy się z sytuacjami, w których jedna ze stron przedstawia drugą jako rodzica niekompetentnego, niebezpiecznego lub niewydolnego wychowawczo. Oczywiście zdarzają się sytuacje, gdy interwencja jest konieczna. Problem pojawia się wtedy, gdy zarzuty nie są wystarczająco zweryfikowane, a mimo to wywołują daleko idące skutki dla dziecka – podkreśla mec. Paulina Bartosiewicz-Drozd.

Zdaniem prawniczki szczególnie niepokojące są sytuacje, w których o losie dziecka zaczynają decydować nie rzeczywiste potrzeby małoletniego, lecz skuteczność prowadzonej strategii procesowej. – Dziecko nie powinno być nagrodą dla zwycięzcy sporu. Tymczasem czasami można odnieść wrażenie, że większe znaczenie ma determinacja jednej ze stron, jej możliwości finansowe czy agresywna taktyka procesowa niż rzeczywista analiza sytuacji dziecka i jego potrzeb emocjonalnych – mówi.

Historia pani Karoliny

Jedną z osób, które zdecydowały się opowiedzieć o swoim doświadczeniu, jest pani Karolina. Kobieta twierdzi, że w trakcie postępowania rozwodowego została rozdzielona ze swoim pięcioletnim synem.

Według jej relacji były mąż przedstawił ją jako niewłaściwego rodzica, wykorzystując informacje pochodzące między innymi z otoczenia dziecka. Pani Karolina utrzymuje, że oskarżenia były nieprawdziwe, zarzuty spreparowane a ich zasadność nie została wystarczająco zweryfikowana przed podjęciem decyzji mających wpływ na los małego chłopca. Jak relacjonuje, bez przeprowadzenia kompleksowej oceny sytuacji rodziny i bez szczegółowego zbadania wszystkich okoliczności, doszło do odebrania jej możliwości codziennego wychowywania syna.

Najbardziej dramatyczny okazał się jednak dalszy rozwój wydarzeń. Według relacji pani Karoliny ojciec dziecka nie przejął stałej opieki nad chłopcem, a dziecko trafiło do pieczy zastępczej – rodziny byłego męża, tym samym tracąc kontakt z obojgiem rodziców. – Niezależnie od tego, jak ocenimy konkretną sprawę, warto zadać sobie pytanie, czy państwo wykorzystało wszystkie dostępne narzędzia, aby ochronić więź dziecka z rodzicami. Każda sytuacja, w której mały człowiek traci bliską relację z mamą lub tatą, powinna być analizowana ze szczególną starannością – podkreśla adwokat Paulina Bartosiewicz-Drozd.

Coraz więcej rodziców mówi o alienacji i przemocy instytucjonalnej

W całej Polsce rośnie liczba grup wsparcia skupiających rodziców, którzy twierdzą, że zostali odsunięci od swoich dzieci podczas rozwodu. Coraz częściej pojawiają się również protesty przed sądami i instytucjami odpowiedzialnymi za ochronę dzieci.

W debacie publicznej coraz częściej pojawiają się pojęcia takie jak alienacja rodzicielska, opresyjna kontrola, utrudnianie kontaktów, konflikt lojalnościowy dziecka, wtórna wiktymizacja czy przemoc instytucjonalna. – Niezależnie od tego, jakich używamy definicji, nie wolno zapominać o najważniejszym. Dziecko potrzebuje stabilnych więzi, poczucia bezpieczeństwa i przewidywalności. Potrzebuje wiedzieć, że nie musi wybierać między mamą a tatą. Potrzebuje dorosłych, którzy potrafią postawić jego dobro ponad własnym konfliktem – mówi Bartosiewicz-Drozd. Tymczasem w praktyce okazuje się,
że orzeczenia o kontaktach nie są realizowane, a rodzic izolujący dzieci od drugiego rodzica, pozstaje właściwie bezkarny.

Podczas protestów wybrzemiwają hasła: „Nie mścij się dzieckiem”, „Nie widziałam syna od 645 dni”. Voraz więcej osób opowiada dramatyczne historie nie tylko o utracie kontaktu z własnymi dziećmi, ale też o niszczeniu więzi, praktycznej eliminacji z życia dziecka, fałszowaniu wspomnień, stracie trudnej do wyobrażenia. Takich sytuacji jest coraz więcej i dotyczą one zarówno ojców, jak i matek – alienacji nie ma płci i jest okrutną formą przemocy psychicznej szczególnie wobec dziecka. Rodzic, który mierzy się ze stratą dziecka, często nie jest w stanie normalnie funkcjonować, praktycznie umiera za życia ku satysfakcji eks, który w ten sposób często mści się za rozstanie, utratę kontroli, czy romans. Mści się jednak też na dziecku, co powinno głośno wybrzemieć w sądach i zostać natychmiast zatrzymane.

Prawo nie nadąża za rzeczywistością

Zdaniem ekspertów polskie prawo rodzinne wymaga pilnych zmian. Fundamenty obecnych rozwiązań tworzono w zupełnie innych realiach społecznych niż te, z którymi mamy do czynienia dzisiaj. Zmieniły się modele rodziny, zmieniły się relacje społeczne, zmieniła się skala konfliktów rozwodowych. Nie zmieniło się jednak wystarczająco szybko podejście do ochrony dziecka w trakcie postępowań rodzinnych. – Potrzebujemy nowoczesnego prawa rodzinnego, które będzie skuteczniej chroniło dziecko przed skutkami konfliktów dorosłych. Potrzebujemy szybszej weryfikacji zarzutów, lepszej współpracy sądów z psychologami i większego nacisku na ochronę więzi dziecka z obojgiem rodziców tam, gdzie nie występuje realne zagrożenie dla jego bezpieczeństwa – uważa prawniczka.

Dobro dziecka – slogan czy realna wartość?

W polskich sądach rodzinnych najczęściej powtarzanym pojęciem jest „dobro dziecka”. Ale czym ono właściwie jest? Czy można mówić o dobru dziecka, gdy kilkuletni chłopiec zostaje pozbawiony codziennego kontaktu z mamą, zanim wszystkie okoliczności sprawy zostaną starannie wyjaśnione? Czy dziecko, które nagle traci znany sobie świat, poczucie bezpieczeństwa i najbliższą osobę, rzeczywiście znajduje się pod należytą ochroną państwa?

– Najtrudniejsza jest bezsilność – mówi pani Karolina. – Gdy widzę, co niesprawiedliwy wyrok może zrobić mojemu dziecku. Jak mogę zaakceptować, że synek straci mnie – mamę, która zawsze się nim zajmowała – tylko dlatego, że były mąż ma więcej pieniędzy, ostrzejszą taktykę procesową i traktuje dziecko jak kartę przetwargową, narzedzie do swojej zemsty za to, że nasz związek się rozpadł? Dlaczego sąd tego nie widzi, jak mogę to zaakceptować?

Ile jeszcze dzieci będzie musiało przeżyć rozłąkę z jednym z rodziców? Ile kolejnych protestów musi odbyć się pod sądami? Ile grup wsparcia powstanie w mediach społecznościowych? Ile dramatycznych historii zostanie opowiedzianych przez matki, ojców i dorosłych już dziś ludzi, którzy jako dzieci znaleźli się w samym centrum rozwodowej wojny? Jakie to przyniesie skutki?

Nie ma czasu na wieloletnie debaty i odkładanie reform na kolejne kadencje. Dziecko nie może czekać. Dzieciństwo nie zatrzymuje się na czas postępowania sądowego. Każdy miesiąc izolacji od kochającego rodzica, każdy rok konfliktu lojalnościowego, każda decyzja podjęta bez dostatecznego zbadania sytuacji pozostawia ślad w psychice młodego człowieka. Potrzebujemy prawa rodzinnego dostosowanego do współczesnych realiów. Potrzebujemy procedur, które szybciej i dokładniej weryfikują zarzuty oraz skuteczniej zabezpieczają więź dziecka z obojgiem rodziców – wszędzie tam, gdzie nie istnieje realne zagrożenie dla jego bezpieczeństwa. Bo jeśli o losie dziecka zaczynają decydować przede wszystkim przewaga procesowa jednej ze stron, sprawniejszy pełnomocnik, większe możliwości finansowe albo pojedynczy błąd popełniony przez rodzica w trakcie postępowania, to musimy zadać sobie pytanie: czy nadal mówimy o wymiarze sprawiedliwości skoncentrowanym na dziecku?

– Największym dramatem nie jest sam rozwód. Największym dramatem jest sytuacja, w której dziecko traci dzieciństwo. Gdy przez lata zostaje pozbawione jednego z rodziców, a później nikt nie jest w stanie oddać mu utraconego czasu. Dziecko potrzebuje rodziców tu i teraz. Nie za pięć lat, kiedy zakończą się wszystkie postępowania i spory. Dlatego potrzebujemy zmian już dziś – podsumowuje adwokat Paulina Bartosiewicz-Drozd.

Kiedy po latach dorosły już człowiek zada pytanie: „Dlaczego odebrano mi mamę? Dlaczego odebrano mi tatę? Dlaczego nikt nie zapytał, czego potrzebuję?”, na odpowiedź może być już za późno. Właśnie dlatego nie możemy dłużej udawać, że problem nie istnieje. Właśnie dlatego trzeba o tym głośno mówić, krzyczeć, opowiadać głośno swoje historie pomimo bólu, nie bać się – tak jak pani Karolina. Wygrana w rozwodzie będzie tylko wtedy, gdy dziecko pozostanie w centrum uwagi. Jeśli straci rodzica lub rodziców w długoletnim procesie na pomówienia, kłamstwa i wzajemne oszczertwa – pozstaną tylko zgliszcza i zniszczeni ludzie – a najmocniej ci najmniejsi i niczemu niewinni.

Pracownicy zadowoleni, ale nie wszyscy lojalni. Młodzi najczęściej zmieniają pracodawcę

W ciągu ostatnich dwóch lat miejsca zatrudnienia nie zmieniło 67% pracowników, a 7 na 10 deklaruje zadowolenie z obecnej sytuacji zawodowej – najwięcej od trzech lat, wynika z „Barometru Rynku Pracy 2026” GI Group Holding. Za stabilnymi wskaźnikami dla całego rynku kryje się bardziej złożony obraz. W grupie najmłodszych (18–24 lata) pracodawcę zmieniło już 55% badanych, a wśród osób zarabiających ponad 10 tys. zł miesięcznie odsetek ten sięga 51%. Jednocześnie niemal co druga firma mierzy się z problemem rotacji, a pracownicy niezmiennie wskazują wyższe wynagrodzenie, premie i możliwości rozwoju jako najważniejsze argumenty skłaniające ich do pozostania w organizacji.

Młodzi odchodzą, starsi wybierają stabilność

Najbardziej skłonni do zmiany pracodawcy są najmłodsi Polacy – w grupie 18–24 lata taką decyzję na przestrzeni ostatnich dwóch lat podjęło 55% z nich, w tym co piąty więcej niż raz. Wśród osób w wieku 25–44 lata odsetek ten spada do 33,5%, a w grupie 45–54 lata wynosi już tylko 20%.

Mobilność młodszej grupy pracowników nie zaskakuje. Osoby, które wchodzą na rynek pracy, pierwsze doświadczenia często traktują tymczasowo, nie zawsze też są one związane z ich preferowaną drogą zawodową. Wraz z wiekiem mobilność maleje wybór kolejnego miejsca zatrudnienia jest bardziej przemyślany, do większej stabilizacji skłania także sytuacja pozazawodowa.Zmiana pracodawcy ostatnie 2 lata Barometr rynku pracy 2026

– Średnie rynkowe wskaźniki nie dają pełnego obrazu. Dopiero analiza uwzględniająca wiek, poziom wynagrodzeń, stanowisko czy etap kariery pozwala dostrzec ważne różnice w gotowości do odejścia lub pozostania w obecnym miejscu pracy. Na tym tle wyróżnia się najmłodsze pokolenie. Większa otwartość na zmiany pozwala zdobywać doświadczenie i wybrać właściwą zawodową drogę.  Jest jeszcze jeden istotny element – młodsi pracownicy dużo większą uwagę zwracają dziś na zgodność swoich wartości z kulturą firmy i atmosferę. Nierzadko to one przesądzają o decyzji, czy związać swoją przyszłość z daną organizacją na dłużej podkreśla Grzegorz Gojny, Dyrektor Operacyjny Gi Group.

Zależność tę potwierdzają dane dotyczące struktury zajmowanych stanowisk. Najbardziej mobilni pozostają młodsi specjaliści – niemal połowa z nich (48,7%) zmieniła pracodawcę przynajmniej raz w ciągu ostatnich dwóch lat, a niemal 14% zrobiło to więcej niż jeden raz. Dla porównania, wśród starszych specjalistów odsetek ten wynosi 21%, a wśród pracowników niższego szczebla powyżej 24%.

Apetyt rośnie w miarę zarobków

Ciekawie prezentują się również wyniki w podziale na poziom wynagrodzeń. W grupach osiągających dochody poniżej 7 tys. zł netto miesięcznie odsetek osób, które zmieniły pracodawcę co najmniej raz w ciągu ostatnich dwóch lat wynosi około 30%. Niższa mobilność jest widoczna wśród zarabiających od 7 tys. do 9 999 zł. Na tym tle wyróżniają się osoby osiągające dochody przekraczające 10 tys. zł netto. W tej grupie pracodawcę zmieniła połowa ankietowanych (51%), a 28% zrobiło to więcej niż jeden raz.

Różnice widoczne są także pomiędzy branżami. Największą stabilnością charakteryzuje się sektor publiczny, gdzie na zmianę pracy pracodawcy zdecydowało się 13,5% respondentów, podczas gdy w produkcji było to blisko 24%. Na drugim biegunie znajduje się transport i logistyka – branża, w której połowa badanych podjęła zatrudnienie w innej firmie, a 19% zrobiło to więcej niż jeden raz.

Optymizm wskaźników kontra realne różnice. Gdzie rośnie, a gdzie spada satysfakcja z pracy

Poziom zadowolenia z obecnego miejsca zatrudnienia systematycznie rośnie. Rok i dwa lata temu satysfakcję z pracy deklarowało 68% respondentów, w 2026 roku odsetek ten wzrósł do 70,9%. Jednocześnie zmniejszył się udział osób raczej niezadowolonych – z 11,6% do 6,7%, wynika z „Barometru rynku pracy 2026” GI Group Holding.Zadowolenie z pracy Barometr rynku pracy 2026 (1)

Podobnie jak w przypadku mobilności zawodowej, również poziom satysfakcji nie rozkłada się równomiernie pomiędzy poszczególnymi grupami. Zadowoleni są głównie najmłodsi i najstarsi pracujący – w grupie 55–67 lat stanowią blisko 78%, a w gronie 18–24-latków ponad 77%. Relatywnie mniejszą grupę stanowią osoby w wieku 45–54 lata (66,4%).

Najwyższą satysfakcję deklaruje kadra kierownicza – 8 na 10 badanych. Wśród starszych i młodszych specjalistów odsetek ten jest mniejszy i wynosi około 73%. Najniższe wyniki odnotowano wśród pracowników fizycznych (68,6%) oraz niższego szczebla (61,6%).

Wyraźny pozostaje również związek pomiędzy poziomem dochodów a oceną obecnego miejsca zatrudnienia. Najbardziej zadowolone są osoby, których wynagrodzenie wynosi od 7 tys. do 9 999 zł netto miesięcznie (80,7%). Wśród zarabiających co najmniej 10 tys. zł jest to 77%, a w grupie 5–6 999 zł – 77%. Najniższy poziom satysfakcji deklarują respondenci mający dochody do 3 999 zł netto (62%).

Produkcja oraz transport i logistyka to sektory, w których zadowolenie z obecnej pracy deklarowane jest rzadziej niż w innych branżach – odpowiednio 66,4% i 67,3%. Wciąż jednak jest to wysoki odsetek.

Podwyżka to już za mało, aby zatrzymać pracownika

Rosnąca satysfakcja z pracy nie oznacza, że zatrudnieni nie dostrzegają powodów do zawodowych zmian. Wyniki badania pokazują wprost, jakie działania mogłyby skłonić ich do pozostania w obecnej organizacji. Największe znaczenie ma dla nich wzrost wynagrodzenia – podwyżkę jako czynnik istotny lub bardzo istotny wskazało 84,3% respondentów. Niewiele niższy wynik uzyskały dodatkowe premie – ogółem ponad 80,6% badanych uważa je za ważne w podjęciu decyzji o kontynuowaniu zatrudnienia w dotychczasowej firmie. Na kolejnych miejscach znalazły się:

  • większe możliwości rozwoju zawodowego (76,4%),
  • benefity pozapłacowe (72,2%),
  • elastyczne godziny pracy (72,2%),
  • poprawa atmosfery w miejscu pracy (71,3%).

Za ogólnymi wynikami kryją się jednak odmienne oczekiwania poszczególnych grup pracowników. Wśród kadry kierowniczej, obok dodatkowych premii (89%), równie wysokie znaczenie mają programy wspierające równowagę między życiem zawodowym i prywatnym oraz atmosfera pracy. W przypadku starszych specjalistów wysokie wskazania uzyskały benefity pozapłacowe oraz elastyczne godziny pracy (po 84%). Z kolei młodsi specjaliści najwyżej ocenili większe możliwości rozwoju zawodowego (82%), wyprzedzające zarówno dodatkowe premie, jak i elastyczne godziny pracy (po 79%).

Możliwości rozwoju zawodowego i atmosfera pracy – obok dodatkowych premii – mają znaczenie również dla pracowników niższego szczebla i pracowników fizycznych. W przypadku pracowników fizycznych poprawę atmosfery wskazało 74% respondentów, a rozwój zawodowy 72%. Wśród pracowników niższego szczebla było to odpowiednio 65% i 69%.

Choć wynagrodzenie pozostaje najważniejszym czynnikiem wpływającym na decyzję o pozostaniu w firmie, coraz większą rolę odgrywają relacje, atmosfera i styl zarządzania oraz poczucie, że firma daje realne perspektywy rozwoju i awansu. Badania pokazują, jak bardzo te oczekiwania różnią się w zależności od wieku czy etapu kariery. Dlatego skuteczne działania związane z utrzymaniem pracowników wymagają od managerów indywidualnego podejścia i uwzględnienia różnic, a nie opierania się wyłącznie na uniwersalnych rozwiązaniach – komentuje Piotr Wajgielt, Senior Partner w Wyser Executive Search.Motywacje do kontynuacji zatrudnienia_Barometr rynku pracy 2026

Rotacja pracowników słabnie, lecz problem nie znika

Odejścia pracowników to jedno z najważniejszych wyzwań, z jakimi mierzą się pracodawcy, choć jego skala nieco się zmniejszyła. Z rotacją co najmniej jednej grupy pracowników w ostatnich miesiącach mierzyło się 41,4% firm, wobec 47% rok wcześniej, co oznacza, że problem dotyczy niemal co drugiej organizacji. Rzadziej niż w 2025 roku firmy wskazują na trudności związane z utratą pracowników niższego szczebla (12% wobec 17%), wykwalifikowanej kadry średniego szczebla (11% wobec 13%) oraz kadry wyższego szczebla (8% wobec 9%).Problem z rotacją_Barometr rynku pracy 2026

Z rotacją borykają się zarówno małe, jak i duże firmy – odpowiednio 44% i 41% z nich miało w ostatnim okresie problem z odejściami co najmniej jednej grupy pracowników. W największym stopniu mierzy się z nią sektor handlowy, zwłaszcza w przypadku niższych stanowisk.

Od podwyżek po elastyczny czas pracy. Jak firmy odpowiadają na ryzyko rotacji pracowników

Coraz więcej firm ogranicza ryzyko odejść pracowników. Najczęściej wybieranym narzędziem pozostają podwyżki wynagrodzeń – stosuje je co czwarta organizacja. To jednocześnie rozwiązanie, którego pracownicy oczekują w pierwszej kolejności. Na kolejnych miejscach znajdują się premie oraz działania wspierające rozwój kompetencji (po 16,5%). Organizacje sięgają również po benefity pozapłacowe (14,1%), poprawę warunków pracy (13,5%) i większą elastyczność czasu pracy (12,7%).Zmniejszenie rotacji działania_Barometr rynku pracy 2026

Dobór rozwiązań zależy od specyfiki organizacji. Podwyżki częściej oferują duże przedsiębiorstwa (30%), a także firmy z sektora transportu i logistyki (29%) oraz usług (26%). Premie relatywnie częściej stosowane są w handlu, usługach i przemyśle – decyduje się na nie co piąta firma (19%–20%). Rozwój kompetencji jako sposób na zatrzymanie pracowników częściej wskazują podmioty publiczne (21%) oraz firmy transportowe i logistyczne (19%), które częściej niż inne organizacje oferują także benefity pracownicze (23%). Z kolei działania ukierunkowane na poprawę komfortu pracy częściej podejmują firmy handlowe, usługowe i instytucje publiczne – troskę o ten aspekt wskazuje 13% z nich.

Mimo rosnącej aktywności pracodawców, ponad jedna czwarta (blisko 29%) z nich nie prowadzi działań retencyjnych lub ogranicza się do doraźnych reakcji. Tymczasem w warunkach negatywnych trendów demograficznych i trudności z obsadzaniem wakatów nawet umiarkowana rotacja może wpływać na ciągłość operacyjną, efektywność zespołów i koszty działalności.

Jeszcze trzy lata temu ponad 40 proc. firm nie miało strategii ograniczania rotacji. Ten odsetek maleje – coraz więcej organizacji dostrzega, że odejścia pracowników nie są wyłącznie naturalnym elementem rynku pracy, ale obszarem, na który można i trzeba realnie wpływać – podsumowuje Antonio Carvelli, Prezes Zarządu Gi Group.

O raporcie: „Barometr Rynku Pracy 2026” to już 20. edycja raportu przygotowywanego od 2014 roku. Został opracowany przez ekspertów Gi Group Holding na podstawie badań przeprowadzonych przez Agencję Badań Rynku i Opinii SW Research. Badanie wśród pracodawców zostało zrealizowane metodą CATI (25.02–09.03.2026 r.), a wśród pracowników metodą CAWI (23.02–03.03.2026 r.). Partnerami raportu są: Federacja Przedsiębiorców Polskich, Polskie Forum HR oraz Konfederacja Lewiatan.