124 mln PLN zysku netto, wzrost efektywności operacyjnej i spadek kosztów ryzyka – Alior Bank podsumowuje II kwartał 2021 roku

Alior Bank zamyka drugi kwartał 2021 roku 13 proc. r/r wzrostem przychodów na poziomie 892,7 mln PLN. W analizowanym okresie Alior Bank wypracował zysk netto powyżej konsensusu, w wysokości 124 mln PLN. Dzięki ograniczeniu ryzyka kredytowego oraz dyscyplinie kosztowej bank nie tylko osiągnął stabilne wyniki finansowe, ale również kontynuuje ścieżkę wzrostów w strategicznych segmentach działalności. Koszty działania wyniosły 379,3 mln PLN. Wskaźnik C/I w II kw. 2021 roku znalazł się na poziomie 42,5 proc. Współczynnik TIER1 wyniósł 12,99 proc., natomiast TCR 14,95 proc., wyraźnie powyżej minimum regulacyjnego. Koszty ryzyka spadły do poziomu 265 mln PLN w II kw. 2021 roku.

Pierwsze półrocze 2021 roku to czas działań odpowiadających na potrzeby interesariuszy banku, funkcjonujących w specyficznym środowisku, wywołanym pandemią. Wprowadzaliśmy rozwiązania technologiczne i użytkowe zwiększające bezpieczeństwo oraz komfort bankowania, personalizowaliśmy oferty. Wyniki za drugi kwartał 2021 roku dowodzą, że pomimo trudnego otoczenia rynkowego, dzięki dobrym i konsekwentnym decyzjom zarządczym oraz dbałości o relacje z naszymi klientami, bank kontynuuje dobre wyniki finansowe. To przede wszystkim rezultat zwiększenia przychodowości w obszarach mniej uzależnionych od czynnika odsetkowego, rozwoju wielu obszarów działalności – w tym spółek zależnych oraz systematycznego obniżania kosztów ryzyka. Pozycja banku po pierwszym półroczu pozwala optymistycznie patrzeć na realizację przyjętych celów biznesowych – mówi Iwona Duda, Prezes Zarządu Alior Banku.

Stabilizacja wyników finansowych i dalsza, konsekwentna poprawa kosztów ryzyka

Dzięki poprawie wyniku z tytułu opłat i prowizji oraz znacząco niższym kosztom ryzyka, które w II kw. 2020 roku były obciążone dodatkowymi odpisami związanymi z pandemią COVID-19, bank w II kw. 2021 roku znacznie poprawił wynik netto, osiągając poziom 124 mln PLN.

Alior Bank zachowuje wysoką efektywność kosztową. Koszty działania banku w II kwartale 2021 roku wyniosły 379,3 mln PLN. W analizowanym okresie wskaźnik C/I wyniósł 42,5% (spadek o 7,4 p.p. w porównaniu z II kw. 2020 roku).

Inicjatywy w zakresie zarządzania ryzykiem portfela kredytowego podjęte w 2020 roku przynoszą dziś wymierne efekty. Mimo wymagającego otoczenia makroekonomicznego, portfel kredytowy banku pozostaje odporny na skutki pandemii. W drugim kwartale br. wskaźnik CoR wyniósł 1,71 proc. – mówi Maciej Brzozowski, Wiceprezes Zarządu Alior Banku, odpowiedzialny za obszar ryzyka.

Współczynniki kapitałowe zachowują solidny bufor powyżej minimów regulacyjnych. Łączny współczynnik kapitałowy (TCR) wyniósł 14,95 proc., a współczynnik kapitału TIER1 12,99 proc.

Proefektywnościowe działania podjęte przez Alior Bank na przestrzeni ostatniego roku przynoszą rezultaty. Kończymy I półrocze z zyskiem netto na poziomie 232 mln PLN. Stabilny wzrost portfela kredytowego w połączeniu z poprawą działalności operacyjnej stwarza podstawę do dalszego wzrostu wyników Grupy w kolejnych kwartałach – kontynuuje prezes Iwona Duda.

Segment detaliczny: rozwój kanałów zdalnych, wzmacnianie relacji z klientem

Bank utrzymuje stabilny poziom liczby klientów indywidualnych, która wyniosła 4,14 mln oraz, co warte podkreślenia, wzrosła liczba osób z systematycznymi wpływami na rachunek osobisty, w ujęciu r/r przyrost wyniósł +2 proc.. Konsekwentnie rośnie przy tym znaczenie kanałów cyfrowych. Na koniec czerwca z aplikacji Alior Mobile korzystało już 671 tys. użytkowników, co oznacza wzrost o 23 proc. r/r.

Alior Bank stale poszerza ofertę, rozwija kanały cyfrowe oraz usprawnia procesy obsługowe. W ostatnim czasie wprowadził m.in. możliwość zakupu ubezpieczenia komunikacyjnego oraz turystycznego za pomocą Alior Online, cyfrowy podpis w zdalnym procesie podpisywania umów, czy nową wersję marketplace i wygodniejszy dostęp do spersonalizowanej propozycji produktów i usług. Ponadto, Alior Bank rozszerzył współpracę z Booksy, dzięki czemu klienci indywidualni oraz mikroprzedsiębiorcy mogą komfortowo zaplanować wizytę za pośrednictwem popularnej aplikacji w placówkach znajdujących się na terenie 104 miast w całym kraju.

Dzięki konsekwentnej rozbudowie kanałów zdalnych i dalszej cyfryzacji możemy zaproponować naszym klientom najlepsze produkty i usługi w wygodnej formule i zadbać o ich jak najlepsze doświadczenia. Naszym celem jest wskazanie, jak bankowość zdalna może ułatwić codzienne funkcjonowanie, nie tylko w kontekście finansowym. Dlatego w kolejnych miesiącach planujemy promować usługi dodane, tzw. VAS, dostępne w Alior Online oraz Alior Mobile, wskazując naszym klientom zalety tych rozwiązań – mówi Agata Strzelecka, Wiceprezes Zarządu Alior Banku, odpowiedzialna za obszar IT, w tym bezpieczeństwo elektroniczne, jakość rozwiązań informatycznych i rozwój oprogramowania.

Wolumen sprzedaży w segmencie kredytów i pożyczek pozostaje w trendzie rosnącym i na koniec II kw. 2021 wyniósł 3,5 mld PLN (+35 proc. r/r). Alior Bank przede wszystkim w dalszym ciągu wykorzystuje popyt na rynku hipotecznym i kontynuuje wysoką sprzedaż kredytów na nieruchomości mieszkaniowe. W II kw. 2021 roku wyniosła ona 901 mln PLN, co oznacza poprawę o 21 proc. kw./kw. i o 35 proc. r/r. Liczba klientów z kredytem hipotecznym to na koniec II kw. 2021 roku 72,3 tys. (+12 proc. r/r). Jednocześnie bank wypracował wzrosty w segmencie pożyczek, gdzie sprzedaż zwiększyła się o 73 proc. r/r, a jej wartość to 1,69 mld PLN.

Klient biznesowy: pozytywne trendy

Po spadkach wolumenów, jakie nastąpiły w zeszłym roku z powodu pandemii oraz korektach uszczelniających polityki kredytowe, obserwujemy w ostatnich kwartałach wyraźne odbicie sprzedaży w segmencie klienta biznesowego. Wartość nowego limitu kredytowego przyznanego w tym obszarze wzrosła w drugim kwartale o 44 proc. w porównaniu do pierwszych trzech miesięcy tego roku. Jednocześnie wzrosła liczba mikroprzedsiębiorców odprowadzających składki do ZUS i urzędów skarbowych za pośrednictwem platformy Alior Banku. To odwrócenie trendu, pomimo ciągle odczuwalnych skutków COVID-19, daje nadzieję, że polskie przedsiębiorstwa najtrudniejszy moment mają już za sobą­ – mówi Dariusz Szwed, Wiceprezes Zarządu Alior Banku, odpowiedzialny za produkty i sprzedaż w zakresie klienta indywidualnego i biznesowego.

Alior Bank pogłębia relacje z klientami biznesowymi, stając się dla nich bankiem pierwszego wyboru. We wszystkich segmentach odnotował wzrost w tym zakresie 6 proc. r/r., a liczba użytkowników produktu BankConnect zwiększyła się o 12 proc. r/r. Bank konsekwentnie utrzymuje również wysoki poziom kart płatniczych w segmencie mikroprzedsiębiorstw, który na koniec drugiego kwartału wynosił 110 tys. (+7 proc. r/r). Rośnie także liczba płacących składki ZUS oraz podatki za pośrednictwem konta w Alior Banku (+37 proc. r/r).

Rosnącym zainteresowaniem ze strony firm cieszy się bankowość internetowa, umożliwiająca w coraz większym stopniu samodzielne obsługiwanie kont przez przedsiębiorców. Bankowość elektroniczna odgrywa ważną rolę zarówno w kontekście sprzedażowym, jak i obsługi. Już 31 proc. dyspozycji klientów korporacyjnych odbywa się za pomocą tego kanału, a 8,5 tys. dokumentów zatwierdzonych zostało podpisem kwalifikowanym. Warto zaznaczyć, że jakość obsługi oferowanej przez Alior Bank została doceniona przez klientów banku i ekspertów rynkowych. Świadczą o tym zdobyte w I półroczu br. wyróżnienia w trzech kluczowych kategoriach: „Najlepsza bankowość internetowa”, „Najlepsza aplikacja mobilna”, a także „Najlepszy zdalny proces otwarcia konta”. Wyróżnienia przyznane w prestiżowym rankingu „Instytucja roku” potwierdzają słuszność podejmowanych decyzji i realizowanych do tej pory działań, które odpowiadają na potrzeby klientów banku.

Silne wzrosty w spółkach Grupy

W II kw. 2021 roku Alior TFI podtrzymał wysoki poziom sprzedaży netto zarządzanych przez siebie funduszy inwestycyjnych, osiągając sprzedaż na poziomie 177 mln PLN. Łączna wartość aktywów pod zarządzaniem spółki wzrosła o 141 proc. r/r i osiągnęła poziom 1,53 mld PLN.

Solidne wyniki wypracował także Alior Leasing, który zrealizował sprzedaż na poziomie 808 mln PLN. To o 94 proc. więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Od końca II kw. 2020 roku widoczny jest trend wzrostu popytu na produkty oferowane przez leasingową spółkę Aliora. Liczba jej klientów na koniec czerwca wyniosła 73,8 tys. (+12,5 tys. r/r), a podpisanych umów 102,8 tys. (+17,7 tys. w porównaniu do II kw. 2020). Saldo portfela leasingu i pożyczki osiągnęło poziom 5,8 mld PLN.

W II kw.2021 roku Biuro Maklerskie Alior Banku pozyskało 1 tys. nowych rachunków maklerskich. Od początku roku przybyło ich łącznie 2,6 tys., z czego 78 proc. założono w kanałach zdalnych. W pierwszym półroczu sprzedaż FIO przekroczyła 1 mld PLN vs. 670 mln rok wcześniej, tj. 62 proc. r/r. Rachunek maklerski Biura Maklerskiego Alior Banku został doceniony przez ekspertów, uzyskując pierwsze miejsce w jednym z prestiżowych rankingów branżowych.

Kluczowe wskaźniki finansowe w II kw. 2021 roku:

  • Przychody: 892,7 mln PLN; zysk netto: 124 mln PLN.
  • Wskaźnik ROE na poziomie 7,6 proc.
  • Bezpieczna pozycja kapitałowa oraz płynnościowa banku. Współczynnik TIER1 na poziomie 12,99 proc., a TCR 14,95 proc. Nadwyżka ponad wymogi regulacyjne dla TIER1 wynosi 449 p.b., a TCR 445 p.b., LCR 167 %.
  • CoR w II kw.2021 roku na poziomie 1,71 proc., wobec 5,94 proc. w II kw. 2020 r.
  • Marża odsetkowa netto (NIM) banku w analizowanym okresie wyniosła 3,58 proc.

Rekordowe ceny frachtu z Chin. Rośnie atrakcyjność Turcji

Nawet o 600 proc. wzrósł w ciągu ostatnich 12 miesięcy średni koszt transportu towarów drogą morską z Chin do Europy. Wygranymi w tej sytuacji są m.in. eksporterzy z Turcji. To w ich stronę coraz częściej spoglądają polskie firmy, szukające alternatywy dla importu z Państwa Środka. Pomimo dużych wahań liry, rozliczenia w tej walucie mogą być korzystne dla obu stron.

Już średnio ponad 13 tys. dolarów trzeba zapłacić za transport jednego kontenera na popularnym szlaku handlowym Shanghai-Rotterdam – to ponad 620 proc. więcej niż przed rokiem. Kilkakrotnie więcej niż rok temu, 12,7 tys. dolarów, kosztuje też kontener na trasie Shanghai-Genua – wynika z danych Drewry Supply Chain Advisors. Ale spedytorzy informują też, że opłata za przewóz towarów na szlakach morskich Chiny-Europa osiąga pułap nawet 20 tys. dolarów za kontener. To efekt niewystarczającej liczby kontenerów w połączeniu z innymi zaburzeniami w globalnych łańcuchach dostaw, które wywołała pandemia.

Kryzys kontenerowy dotknął szczególnie firmy sprowadzające towary z Chin. Obok problemu wysokich cen frachtu, które znacząco ograniczają ich marżę handlową, dużym wyzwaniem w prowadzeniu biznesu stały się konieczność planowania dostaw z dużym wyprzedzeniem oraz czas oczekiwania na zamówiony towar. By zapewnić sobie miejsce na statku, transport trzeba rezerwować nawet trzy miesiące wcześniej. W obliczu tych wyzwań coraz więcej polskich importerów zaopatrujących się w Chinach decyduje się na poszukiwanie alternatywnych źródeł dostaw w innych krajach. Ciekawym kierunkiem dla wielu z nich okazuje się Turcja.

Rekordowy import z Turcji. Są argumenty za dalszym wzrostem

Nie jest to wyłącznie moja opinia. Wzrost liczby zapytań o Turcję obserwują firmy, które od lat zajmują się logistyką. Jak podkreśla Małgorzata Beczała z firmy 3CARGO obecnej na tureckim rynku od ponad 12 lat, ostatnie miesiące przyniosły ogromny wzrost zainteresowania Turcją wśród polskich przedsiębiorców.

– Dotyczy to zwłaszcza importerów niskomarżowych produktów. Jeszcze kilka kwartałów temu cena frachtu z Chin była dla nich akceptowalna. Jednak koszt na poziomie kilkunastu tysięcy dolarów za kontener sprawia, że biznes staje się nieopłacalny. Stąd spojrzenie w kierunku Turcji – uważa.

Większe zainteresowanie polskich przedsiębiorców Turcją dostrzega także Marek Nowakowski, prezes Polsko-Tureckiej Izby Gospodarczej. – Polskie firmy, które dotychczas importowały różne półprodukty, np. z Chin, zwracają się do izby z prośbą o pomoc w znalezieniu tureckiego partnera – wytwórcy albo producenta. To zjawisko jest widoczne, narastające, ale jeszcze nie masowe – mówi.

Powyższe obserwacje potwierdzają dane. Według Głównego Urzędu Statystycznego tylko w okresie od początku stycznia do końca maja 2021 r. wartość importu towarów z Turcji przekroczyła 9,4 mld zł, co oznacza, że w porównaniu z poprzednim rokiem wzrosła prawie o połowę. Jest też wyraźnie wyższa niż przed pandemią – w tym samym okresie 2019 r. wartość importu z Turcji wyniosła 7,4 mld zł, a w 2018 – 6,5 mld zł. To dowodzi, że polskie firmy dostrzegły szansę w tej części świata.import z turcji

Turcja to nie tylko tekstylia. Ogromny potencjał w przemyśle

Małych i średnich przedsiębiorców przekonuje nie tylko znacznie tańszy i bardziej terminowy transport na odcinku Turcja-Polska (przede wszystkim samochodowy lub kolejowy), ale również wciąż atrakcyjne ceny towarów. Np. w przypadku cieszącej się dużą popularnością wśród rodzimych importerów branży obuwniczej, skórzanej czy tekstylnej koszty produkcji w tureckich fabrykach potrafią być o około 20-30 proc. niższe niż w Polsce. Przy zachowaniu tej samej jakości wyrobów.

Polskie firmy znajdą w Turcji również partnerów m.in. wśród producentów elektroniki czy w sektorze przemysłowym. Dla importerów maszyn, urządzeń, tworzyw sztucznych czy elementów konstrukcji stalowych Turcja jest dobrą alternatywą dla Chin. Wystarczy wspomnieć, że ten kraj jest 7. na świecie i jednocześnie największym producentem stali w Europie – zajmuje ona około 7,5 proc. w strukturze tureckiego eksportu. Dla porównania, tekstylia mają około 10 proc. w eksporcie z Turcji, a elektronika – 6,5 proc. Turcja pozostaje również jednym z głównych dostawców części dla sektora motoryzacyjnego w Europie – ta branża ma około 15 proc. udziału w tureckim eksporcie.

Rozliczenia w tureckiej walucie bezproblemowe, pomimo wahań liry

Niepokój wśród polskich przedsiębiorców może budzić sytuacja polityczno-gospodarcza w Turcji. Ten kraj ma za sobą okres spowolnienia gospodarczego, które w 2019 r. wyhamowało dynamikę wzrostu PKB do 0,9 proc. r/r. Obecnie prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego wskazują jednak na odbicie – PKB Turcji w 2021 r. ma wzrosnąć o 6 proc. r/r, a w kolejnych latach rosnąć w tempie 3,5 proc. rocznie. Natomiast sporym problemem w Turcji wciąż pozostaje wysoka inflacja, która w czerwcu br. sięgnęła najwyższego od dwóch lat poziomu 17,5 proc.

To wszystko sprawia, że turecka waluta, lira (TRY), pozostaje jedną z najbardziej niestabilnych na świecie. W ciągu ostatnich 12 miesięcy osłabiła się o około 25 proc. wobec dolara i o około 20 proc. wobec złotego. W tym czasie lirze szkodziło m.in. marcowe zamieszanie wokół niespodziewanego odwołania ze stanowiska szefa tureckiego banku centralnego Naci Agbala, po niecałych pięciu miesiącach urzędowania. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej – jest cała lista czynników fundamentalnych, które od lat wywierają presję na turecką walutę.

Zmienność kursu liry nie powinna jednak zniechęcać polskich przedsiębiorców do szukania możliwości importowych w Turcji i rozliczenia się w tej walucie. Tym bardziej, że z ich punktu widzenia słabość liry jest dobrą informacją – zwiększa bowiem siłę nabywczą złotego. Są oczywiście sytuacje, że turecki kontrahent żąda rozliczeń np. w euro czy dolarze. Z reguły dotyczy to dużych spółek, które zaopatrują się na rynkach zagranicznych w surowce czy komponenty do produkcji i płacą za nie w twardej walucie.

W obu przypadkach polski importer może ustalić cenę towaru w lirze i zabezpieczyć ryzyko kursowe w sposób korzystny także dla tureckiego partnera – w tej drugiej sytuacji przelewając równowartość ustalonej kwoty w wybranej przez niego twardej walucie. A to otwiera pole do rozmowy o długoterminowej współpracy oraz wynegocjowania lepszej ceny – oczywiście z korzyścią dla marży.

Zestawiając ze sobą atrakcyjność i szerokość oferty tureckich dostawców, rozsądne koszty i terminy transportu towarów do Polski (szczególnie w zestawieniu z cenami frachtu z Chin) oraz możliwość wyeliminowania ryzyka kursowego wpisanego w fundamenty liry tureckiej, nasuwa się wniosek, że już dawno import z Turcji do Polski nie był tak atrakcyjny jak dziś.

Autor: Adam Stosio, dyrektor zarządzający Ebury Polska

Harmony Link – połączenie energetyczne Unii Europejskiej i krajów bałtyckich

Polska funkcjonuje na wewnętrznym rynku energii Unii Europejskiej, który jest zsynchronizowany na częstotliwości 50 Hz i funkcjonuje jako system kontynentalny. Niestety, kraje bałtyckie do niego nie należą. System ten działa w postsowieckich państwach i funkcjonuje w innej częstotliwości. Plan synchronizacji krajów bałtyckich zakłada stworzenie podmorskiego kabla elektromagnetycznego, który połączy Polskę i Litwę. Daje to nie tylko nowe możliwości wymiany energii między państwami Unii Europejskiej, ale także uniezależni kraje bałtyckie od Rosji.

– Do 2025 roku kraje bałtyckie mają zostać zsynchronizowane z systemem kontynentalnym poprzez Polskę za sprawą projektu Harmony Link. Jest to kabel podmorski, który ma połączyć Polskę i Litwę, aby umożliwić synchronizację – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny BiznesAlert.pl. – Jednocześnie możliwe będzie odłączenie krajów bałtyckich od Rosji, dzięki temu wymiana energii będzie przebiegać swobodniej między krajami bałtyckimi a resztą Unii Europejskiej. Z drugiej strony zostanie możliwość ograniczona importu energii z Rosji. Sprawa ta jest przedmiotem wielu dyskusji politycznych, ponieważ Rosjanie deklarują, że pozbawią możliwości dostawy energii zanim dojdzie do synchronizacji. Teoretycznie sprawa jest prosta. Wystarczy zbudować kabel Harmony Link, który ma być gotowy przed 2025 rokiem, aby państwa bałtyckie mogły swobodnie handlować energią z resztą Unii Europejskiej. Również Ukraina pragnie zsynchronizować się z Unią Europejską. Pierwotnie ma to nastąpić w 2025 roku. Wówczas Ukraina, mimo że nie będzie należała do Unii Europejskiej, będzie częścią unijnego rynku energii i uzyska możliwość swobodnego handlu energią – tłumaczy Jakóbik.

W jaki sposób nowe technologie zmieniają biznes?

Globalna pandemia sprawiła, że handel cyfrowy znalazł się w centrum uwagi zarówno klientów biznesowych, jak i konsumentów. Już czas, aby firmy w Polsce i Europie zaczęły lepiej wykorzystywać i integrować nowe technologie, idąc śladami amerykańskich gigantów.

Z raportu Izby Gospodarki Elektronicznej „Omni-Commerce” wynika, że w 2020 roku nastąpił ogromny wzrost odsetka Polaków kupujących w sieci. Do e-zakupów przyznaje się już 72% internautów (wzrost o 15% względem roku poprzedniego), a co czwarty badany zakupy w sieci robi co najmniej 5 razy w miesiącu.

Jednocześnie oczekiwania klientów rosną, a standardy związane z satysfakcją klienta (customer experience) w zakresie m.in. dostawy, dostępności produktów i innych aspektów są wyższe niż kiedykolwiek. Z raportu „Zendesk Customer Experience Trends 2020” wynika że ok. 50% klientów jest skłonnych przejść do konkurencji nawet po jednym złym doświadczeniu z daną marką, natomiast kolejny powód do niezadowolenia skłania do odejścia aż 80% kupujących.

Z kolei z badań firmy Brightlocal wynika, że w 2020 roku aż 87% konsumentów w swoich decyzjach zakupowych brało pod uwagę recenzje zamieszczone przez innych klientów w Internecie. Zła reputacja może dziś w krótkim czasie nawet wykluczyć daną markę z rynku. Dla firm stanowi to ogromną presję, która wymusza konieczność zmian w zakresie wielu procesów wewnętrznych oraz sprawności ich wdrażania.

Jak powtórzyć sukces FAANG?

Obecna dynamika może zmienić rynki na zawsze. Zaczęło się od ogromnego efektu skali osiągniętego przez takich gigantów technologicznych jak Facebook, Amazon, Apple, Netflix i Google (w skrócie spółki te określane są wspólnym akronimem FAANG). Teraz także inni gracze rynkowi zwracają się w kierunku nowych modeli biznesowych, poszukując sposobów na osiągnięcie przewagi konkurencyjnej oraz zwiększania marżowości własnej organizacji.

W tej chwili jeden model biznesowy to często za mało. Wzrost marży lub zysku wymaga poszukiwania nowych rozwiązań – np. wprowadzania usług subskrypcyjnych, abonamentowych, czy też budowania nowych platform e-commerce. Dlatego coraz częściej właściciele, fundusze private equity i rady nadzorcze starają się znaleźć biznesowe sposoby na budowanie aliansów. Podjęte współprace powinny łączyć unikalne pozycje rynkowe uczestniczących w nich graczy w obszarach komunikacji, mediów, logistyki i marki produktu w celu stworzenia kompletnych ekosystemów.

– Wzorcem dla takiej strategii może być Amazon, który dąży do doskonałości w każdym punkcie styku z klientem – mówi Leszek Giza, specjalista w zakresie Strategy Business Development & Product Innovation IT. – Jednak w Europie, ze względu na większą fragmentację rynku, rzadko która firma będzie w stanie samodzielnie osiągnąć taką skalę, jaką posiadają organizacje oparte na odmiennych, uzupełniających się obszarach biznesowych (produkcja, dystrybucja, logistyka, media). Zamiast tego najprawdopodobniej będziemy świadkami wielu sojuszy pomiędzy graczami rynkowymi dominującymi na pewnych obszarach dostarczenia wartości dla klienta w poszczególnych regionach czy sektorach – przewiduje ekspert.

Można więc wyobrazić sobie firmę medialną integrującą się z firmą logistyczną i kilkoma dominującymi graczami e-commerce w celu stworzenia unikalnej propozycji wartości: niedrogich dostaw, darmowych zwrotów, wysoce spersonalizowanej oferty i unikalnego dostępu do danych klienta w celu zwiększenia sprzedaży. Wszystko bezproblemowe dla klienta i łatwo zintegrowane w postaci układanki z puzzli wykorzystujących kompozytową architekturę opartą o chmurę (cloud computing).

W architekturze kompozytowej kluczowe jest udostępnianie przez API (interfejs programistyczny) wszelkich systemów i procesów firmie, a także umożliwienie dostępu do nich programistom i użytkownikom biznesowym. API są dynamicznie łączone w rozwiązania cyfrowe,  z uwzględnieniem zmieniających się potrzeb biznesowych. Bardzo istotne jest tutaj dzielenie dużych złożonych systemów na mniejsze autonomiczne komponenty. Każdy z komponentów powinien dostarczać najlepszą możliwą realizację oczekiwanego zadania. A jednocześnie być niezbyt wielkim obszarem, który łatwo wymienić na inny. Np. takim komponentem może być koszyk w sklepie internetowym lub też sam sklep, ale z pominięciem personalizacji czy realizacji komunikacji z klientem.

Gdy usługi stają się towarem…

Istnieją różne obszary rynku, w których tego rodzaju dynamika ma szczególną wartość. Jednym z nich są usługi, które stały się towarem. Branża telekomunikacyjna w coraz większym stopniu sprzedaje transfer danych. Pomimo wielkich wysiłków, aby oferować ten towar pod postacią unikalnego zestawu usług, coraz częściej katalogi produktów, ceny oraz procesy realizacji usług operatorów telekomunikacyjnych są dość porównywalne W oczach klientów stają się usługami równie powszechnymi jak woda czy prąd.

W najbliższych latach podobne trendy mogą kształtować branżę bankową czy ubezpieczeniową. Jedynym sposobem, w jaki te organizacje mogą się wyróżnić na tle konkurencji jest dostarczenie użytkownikowi unikalnej wartości. Doświadczenia zakupowe muszą wykraczać daleko poza to, co jest uznawane za dobrą obsługę klienta.

– Integracja oparta na wartościach otwiera również wiele dróg do szerszej monetyzacji – zauważa Leszek Giza. – Nowoczesne cyfrowe media (nie tylko Internet, ale także telewizja czy radio) mogą pomóc w odpowiedniej monetyzacji danych klienta, które w przeciwnym razie miałyby ograniczone zastosowanie. Platforma handlowa może dostarczyć danych na temat preferencji klientów, które z kolei umożliwią mediom odpowiednie dopasowanie reklamy. Ścieżki synergii wydają się nieograniczone – podkreśla.

Zmiany już widać – także w Polsce

Istnieją przykłady takich projektów z realnego świata. W regionie Europy Środkowo-Wschodniej duża marka odzieżowa CCC agresywnie rozwija e-commerce poprzez przejęcie eObuwie (polskiego lidera e-commerce w branży obuwniczej). Już dzisiaj widać, że CCC wchodzi w inne obszary otwierając nową sieć HalfPrice, a więc rozpoczynając sprzedaż uzupełniającej gamy produktów. Dzisiaj już wiemy, że CCC właśnie doprowadziło do zbudowania unikalnego aliansu. Partner logistyczny InPost oraz medialny Cyfrowy Polsat zostali pięcioprocentowymi właścicielami CCC. To idealna długofalowa układanka na Europę Środkowo-Wschodnią.

Ma to tym większe znaczenie, że marka eObuwie, choć nie jest znana w Europie, to jednak wnosi unikalne wartości w obszarze wiedzy dotyczącej e-commerce. Z kolei samo CCC jest już marką rozpoznawalną. Do tego dochodzi cenne wsparcie logistycznego championa InPost oraz medialno-telekomunikacyjnej grupy Cyfrowy Polsat. A w tle słychać jeszcze odgłosy stóp grupy Asseco. Czyż to nie jest idealny układ biznesowy na opanowanie naszej części Europy? Warto sobie zadać pytanie czy to jedyna możliwość? Czy podobny układ biznesowy może być tylko jeden?

Z pewnością możliwości jest wiele – na bazie podobnych współprac łatwo można zbudować marketplace, do którego będą mogły dołączyć chociażby firmy związane z modą lub wyposażeniem wnętrz.

Inny przykład. Na Bałkanach United Group, południowoeuropejski konglomerat medialny przejął liczne sieci telewizji kablowej, operatorów komórkowych, a teraz rozwija własną platformę (z celami podobnymi do naszego rodzimego Allegro).

Sama zwinność już nie wystarczy

– Tak ekscytujące możliwości wymagają bardzo trudnych schematów integracji – mówi Leszek Giza. – Różne systemy pomiędzy partnerami muszą być zintegrowane szybko i przy minimalnych tarciach organizacyjnych. Może się to okazać wyzwaniem dla platform monolitycznych, ale dla organizacji, które dostosowały się do zwinnych metod pracy, przeprowadziły rozwarstwienie systemów (tzw. decoupling biznesowy) i wdrożyły prawdziwie kompozytową architekturę, tego typu projekty nie będą stanowiły większych problemów – zwraca uwagę specjalista IT.

Metodyki zwinne (agile) doceniono już wcześniej, ale ich pełne wykorzystanie jest możliwe tylko tam, gdzie mamy do czynienia z architekturą kompozytową. Duże środowiska składają się z małych puzzli, dostarczanych przez członków danego aliansu biznesowego. A przy każdym elemencie takiej układanki pracują liczne, ale małe zespoły, które na bieżąco wdrażają zmiany na swoim odcinku.

W parze z cloud computing architektura kompozytowa stanowi prawdziwy kamień milowy w e-commerce. Teraz reakcja na potrzeby rynkowe może być jeszcze sprawniejsza. To ogromna szansa także dla polskich firm – kluczowa jest jednak zmiana myślenia.

Jeśli ktoś chce stać się silnym graczem na międzynarodowym rynku, nie może działać samodzielnie. Trzeba nawiązać relacje z innymi podmiotami, uzupełniać nawzajem kompetencje i wspólnie stworzyć tzw. marketplace, czyli platformę w rodzaju Amazona, Netflixa, czy Spotify, tyle że w branży, która nie jest jeszcze zagospodarowana. Ten, kto jako pierwszy stworzy taki system, wygrywa. Zapraszając do swojego marketplace’u innych graczy rynkowych, zarabia na marżach od sprzedaży każdego z nich. Np. platforma handlu obuwiem zarabia na transakcjach wszystkich marek, które są na niej dostępne. Twórcy danego projektu są w stanie stworzyć cały ekosystem dla danej usługi, a następnie rozbudowywać go o kolejne puzzle tworzone przez partnerów danego aliansu.

Dodatkowo, tego typu alianse są zazwyczaj lepiej zarządzane i w konsekwencji mogą okazać się bardziej odporne na kryzysy i lepiej adaptować się do zmian. Można zaryzykować stwierdzenie, że w przyszłości każda firma stanie się w pewnym sensie firmą informatyczną.

– Jeśli dzisiaj zapytamy zarząd LPP czy CCC co jest podstawową częścią biznesu, to z pewnością przyznają, że najważniejsze jest właśnie IT odpowiedzialne za architekturę transakcyjnych systemów frontowych – ocenia Leszek Giza.

Takie systemy – budowane od podstaw z myślą o urządzeniach mobilnych konsumentów – cieszą się niesamowitą elastycznością. Biznes rozwijany zgodnie z podejściem „API First” umożliwia częstsze wdrożenia, krótszy czas wprowadzania na rynek i łatwiejszą rekonfigurację.

Dzięki elastycznej infrastrukturze i właściwej strukturze biznesowej, organizacje mogą pionowo zintegrować różne elementy łańcucha wartości klienta, od mediów, przez dane klienta, po logistykę i dystrybucję. W efekcie uzyskują dalsze korzyści skali i poprawiają doświadczenia klientów w sposób wykraczający poza to, co dotychczas było uważane za możliwe.

Właśnie teraz mamy idealny moment, by dostrzec te okazje i wykorzystać je. Wspomniany wyżej alians na rynku obuwniczym to jeden z projektów, który ma szansę to udowodnić. Nie można jednak na tym poprzestawać. Już czas, by myśleć o podobnych integracjach również w innych obszarach – zanim ubiegną nas giganci z USA lub prężne startupy z Europy Zachodniej. Nie bez wielkiej przesady można by krzyknąć: teraz albo nigdy!

Leszek Giza – buduje i doradza w zakresie Strategy Business Development & Product Innovation IT pracując dla globalnych marek oraz najbardziej innowacyjnych firm technologicznych w Polsce. Wizjoner, innowator rozwiązań technologicznych oraz pasjonat rozwoju osobistego. 

Pierwsze w pełni elektryczne samoloty towarowe we flocie DHL Express

  • DHL Express tworzy pierwszą na świecie zeroemisyjną sieć logistyczną Express, wykorzystującą transport elektryczny.
  • Dwanaście elektrycznych samolotów towarowych „Alice” firmy Eviation zostanie przekazanych DHL Express do 2024 roku.
  • Elektryfikacja floty (powietrznej i naziemnej) to jedno z założeń strategii zrównoważonego rozwoju, realizowanej przez grupę Deutsche Post DHL.
  • Do 2050 roku Grupa DHL zakłada osiągnięcie całkowitej dekarbonizacji swojej działalności.

Firma DHL Express jako pierwsza na świecie zamówiła dwanaście w pełni elektrycznych samolotów towarowych „Alice” firmy Eviation. Model ten umożliwia liniom lotniczym – zarówno towarowym, jak i pasażerskim – posiadanie floty o zerowej emisji. DHL Express ma otrzymać elektryczne samoloty w 2024 roku.DHL_Express_Eviation Alice (2)

Dekarbonizacja działalności to jeden z głównych filarów strategii Grupy Deutsche Post DHL na rzecz zrównoważonego rozwoju. W kwietniu br. DHL Express zakupił 100 w pełni elektrycznych samochodów dostawczych, a do 2030 roku planuje powiększyć swoją flotę w Europie o ponad 14 000 takich pojazdów. Podjęte działania mają przybliżyć Grupę DHL do osiągnięcia zerowej emisji dwutlenku węgla w 2050 roku. Oprócz elektryfikacji floty, Grupa inwestuje między innymi w zrównoważone paliwa lotnicze i budynki neutralne dla klimatu.

Bardzo poważnie traktujemy kwestie związane z minimalizacją wpływu naszej działalności na środowisko naturalne, dlatego elektryfikacja każdego rodzaju transportu odgrywa dla nas kluczową rolę. Aby to osiągnąć do 2030 r. w ramach grupy DP DHL, planujemy zainwestować 7 mld euro w projekty związane z zieloną logistyką, a 60 proc. naszej floty mają stanowić pojazdy elektryczne. Zamówienie dwunastu innowacyjnych na skalę światową samolotów elektrycznych czyni DHL Express nie tylko liderem ekologicznych rozwiązań logistycznych, ale też pokazuje, w jakim kierunku będzie się rozwijać cała branża  – mówi Edwin Osiecki, wiceprezes ds. marketingu i sprzedaży w DHL Express Polska.

Samolot może być obsługiwany przez jednego pilota. Ładowanie niezbędne dla godzinnego lotu potrwa maksymalnie 30 minut. Proces ten może odbywać się podczas operacji załadunku i rozładunku, co zagwarantuje terminowość dostarczania przesyłek przez DHL Express na całym świecie. Samolot może maksymalnie przewieźć 1 200 kg ładunku, a jego zasięg wynosi do 815 kilometrów. Natomiast oprogramowanie pokładowe stale monitoruje wydajność lotu, aby zapewnić optymalne wyniki. W związku z tym model znakomicie nadaje się do obsługi tras dowozowych. Warto też zauważyć, że wymaga mniejszych inwestycji w infrastrukturę stacji.DHL_Express_Eviation Alice (1)

„Alice” będzie funkcjonować we wszystkich środowiskach obsługiwanych obecnie przez samoloty tłokowe i turbinowe. W pełni elektryczny samolot „Alice” będzie można skonfigurować zarówno pod kątem potrzeb przewozu ładunku, jak i pasażerów. Pierwszy lot prawdopodobnie odbędzie się jeszcze w tym roku.

Polacy na lokatach bankowych tracą rekordowe 4,7 proc.

Na rocznych lokatach bankowych, które zakończyły się w lipcu 2021 roku, ich posiadacze stracili prawie 4,7 proc. A to za sprawą wysokiej inflacji i bardzo niskiego oprocentowania depozytów. Jak dowodzi badanie Puls Inwestora Indywidualnego przeprowadzone przez eToro, z 12 przebadanych narodowości to Polacy najczęściej wskazują, że inflacja to zagrożenie dla ich portfela inwestycyjnego. To dobry moment na poszukiwanie alternatyw dla bankowych depozytów.

Jeśli w sierpniu 2020 roku założyliśmy w banku roczną lokatę z przeciętnym rynkowym oprocentowaniem 0,1 proc. (średnie oprocentowanie lokat 6-12 miesięcy według NBP) to po roku okazało się, że straciliśmy na niej aż 4,67 proc. – o tyle realnie spadła wartość naszych oszczędności. A to za sprawą rocznej inflacji, która na koniec lipca 2021 wyniosła 5 proc. r/r. To najwyższa realna strata na lokatach obserwowana od 15 lat. W poprzednich miesiącach straty były mniejsze, z powodu niższej inflacji, a także wyższego oprocentowania lokat, które od marca do sierpnia 2020 roku spadło z 1,2 proc. na 0,1 proc. Najbliższe miesiące przyniosą dalsze bolesne rozczarowania posiadaczy bankowych lokat, bo inflacja będzie utrzymywać się na podobnym poziomie, a średnie oprocentowanie bankowych rocznych depozytów waha się na poziomie zbliżonym do zera.

  Inflacja Depozyt Realne Zakończona inwestycja Zakończona
  inwestycja 12M
  CPI r/r bankowy 1R* oprocentowanie lokat 12M w WIG20**
  w S&P500**
         
           
lip.20 3,0% 1,5% -1,44% -22,35% 8,96%
           
sie.20 2,9% 1,5% -1,32% -15,57% 19,50%
           
wrz.20 3,2% 1,5% -1,62% -20,72% 13,53%
           
paź.20   1,5% -1,57% -31,01% 7,27%
3,1%
           
lis.20 3,0% 1,5% -1,47% -15,27% 15,08%
           
gru.20 2,4% 1,5% -0,92% -8,63% 15,72%
           
sty.21 2,6% 1,4% -1,16% -4,75% 15,15%
           
lut.21 2,4% 1,2% -1,13% 4,62% 28,31%
           

 

mar.21 3,2% 0,8% -2,34% 30,10% 53,79%
           
kwi.21 4,3% 0,4% -3,73% 26,74% 48,25%
           
maj.21 4,7% 0,3% -4,24% 25,91% 36,43%
           
cze.21 4,4% 0,2% -4,02% 26,32% 38,51%
           
lip.21 5,0% 0,1% -4,67% 26,72% 34,37%
           

Źródło: GUS, NBP, GPW, eToro

*Depozyt roczny zakończony w ostatnim dniu wskazanego miesiąca, założony 12M wcześniej według średniej stopy depozytów tego typu raportowanej przez NBP

** 12M inwestycja w indeks zakończona w ostatnim dniu wskazanego miesiąca, bez uwzględnienia różnic kursowych

Polska ma drugą najwyższą inflację w Unii Europejskiej, nie dziwi zatem fakt, że Polacy najbardziej się jej obawiają. Według przeprowadzonego przez eToro badania Puls Inwestora Indywidualnego to właśnie Polacy w największym stopniu przewidują dalszy wzrost cen. Aż 50 proc. Polaków uważa, że w ciągu najbliższego roku czeka nas znaczący wzrost cen towarów i usług – jest to rekordowy odczyt, bo średnia dla 12 krajów to 30 proc. Kolejne 41 proc. Polaków uważa, że ten wzrost będzie mały. W sumie dalszy wzrost cen prognozuje aż 91 proc. Polaków, przy globalnej średniej wynoszącej 85 proc. (z przewagą odpowiedzi o małym wzroście). Warto podkreślić, że oczekiwania inflacyjne, to jeden z głównych powodów nakręcania spirali inflacyjnej. Osoby, które obawiają się dalszego spadku wartości pieniądza, dążą do tego, by jak najszybciej go wydać, a tym samym jeszcze wzmacniają inflację.

Jeśli porównamy lokaty bankowe z 12-miesięcznym inwestycjami na rynku kapitałowym (WIG20, S&P500), widzimy, że na tym drugich inwestorzy mieli znacznie większe możliwości zarobienia, ale też straty. Indeks amerykańskiej giełdy S&P500 w okresach rocznych kończących się od lipca 2020 r. do czerwca 2021 r. przyniósł od 7 proc. (10/2020) do ponad 53 proc. zysku (03/2021), a w żadnym okresie nie przyniósł straty (nie uwzględniliśmy tutaj różnic kursu walutowego USD/PLN). Inaczej było w przypadku indeksu WIG20, który straty przyniósł w 7 z 12 odczytów. Zyski w okresie ostatnich 12 miesięcy zaczął przynosić od marca 2021 r. Oczywiście to porównanie ma tylko charakter informacyjny, ponieważ inwestycje kapitałowe wiążą się ze znacznie wyższym ryzykiem i nie stanowią prostej alternatywy dla lokaty bankowej. Taką alternatywą mógłby być portfel inwestycyjny o kontrolowanym ryzyku, składający się z akcji oraz gotówki lub obligacji. Nie można jednak nie zauważyć, że rosnąca liczba inwestorów na rynku kapitałowym, to osoby zniechęcone do depozytów bankowych przez ich niskie oprocentowanie. A nadchodzące kolejne miesiące ze znaczącymi stratami na kończących się lokatach, mogą tylko ten trend wzmacniać.

Paweł Majtkowski, analityk eToro na polskim rynku

Wyższy odpis ulgi B+R pierwszym krokiem do dalszych zmian

Ministerstwo Finansów w projekcie ustawy o ulgach proinnowacyjnych zapowiedziało zmiany w uldze badawczo-rozwojowej. Wysokość odpisów dla Centrów Badawczo-Rozwojowych ma wzrosnąć ze 150 do 200 proc, a wszyscy podatnicy prowadzący działalność B+R będą mogli odliczyć aż 200 proc. kosztów osobowych. Wzrost wartości odliczeń to pozytywna wiadomość, choć przedsiębiorcy liczą również na rozszerzenie katalogu kosztów kwalifikowanych.

Wśród kolejnych pożądanych zmian, które uczyniłyby ulgę bardziej atrakcyjnym mechanizmem, znajduje się włączenie do katalogu kosztów kwalifikowanych kosztów związanych z amortyzacją środków trwałych, certyfikacją nowych produktów oraz konsultacjami technicznymi lub technologicznymi. Dalsze modyfikacje zakresu ulgi B+R są konieczne, gdyż pomimo pięciu lat jej obowiązywania, nadal niewielki odsetek rodzimych innowatorów korzysta z tej preferencji. Z badania* przeprowadzonego na zlecenie Ayming w 2021 roku wynika, że tylko 25 proc. firm prowadzących działalność badawczo-rozwojową choć raz skorzystało z ulgi.

Amortyzacja środków trwałych

Istotnym ułatwieniem dla podatników byłaby możliwość rozliczania amortyzacji środków trwałych wytworzonych lub ulepszonych w wyniku działalności badawczo‑rozwojowej. W obecnej formie mechanizm ulgi pozwala na zakwalifikowanie do niej kosztów odpisów amortyzacyjnych od środków trwałych (ŚT) lub wartości niematerialnych i prawnych (WNiP), które były wykorzystane w projektach B+R. Zapisy ustawowe pomijają sytuację, w której środki trwałe są wynikiem prac badawczo-rozwojowych, ale amortyzacja rozpoczyna się dopiero po zakończeniu projektu B+R.

Brak możliwości rozliczania tego kosztu jest niesprawiedliwy wobec części firm innowacyjnych. Za przykład niech posłuży proces wytwarzania prototypu będącego efektem działalności B+R. Jeśli ów prototyp staje się środkiem trwałym wraz z końcem realizacji projektu i pozostaje na stanie w przedsiębiorstwie, to podatnik w ramach ulgi B+R nie może rozliczyć kosztów związanych z jego wytworzeniem. Jednocześnie, jeśli przedsiębiorca zdecydowałby się uznać prototyp za WNiP, a nie ŚT, to mechanizm ulgi pozwala na rozliczenie odpisów amortyzacyjnych od takiego prototypu tłumaczy Tomasz Stańczyk, Kierownik projektu w Dziale innowacji, ulg i dotacji w Ayming Polska.

Certyfikacja nowych produktów

Istotną fazą działalności B+R jest doprowadzenie nowego produktu do etapu wdrożenia go do seryjnej produkcji. Jednak zanim to nastąpi, należy dokonać końcowej weryfikacji parametrów opracowanego rozwiązania, np. poprzez certyfikację w zewnętrznej jednostce uprawnionej do wydawania odpowiednich dokumentów. Etap finalnej walidacji jest nieodzownym elementem projektów B+R, ponieważ pozwala stwierdzić, czy opracowywany produkt należy dopracować, czy też spełnił wszystkie warunki pozwalające na jego produkcję i sprzedaż. Tymczasem koszty związane z uzyskaniem certyfikacji i zezwoleń nie są kwalifikowane i nie można ich rozliczyć w ramach ulgi B+R. Aczkolwiek od 2022 roku podatnicy uzyskają możliwość rozliczania m.in. kosztów przygotowania dokumentacji niezbędnej do uzyskania certyfikatu lub homologacji w ramach nowej ulgi na prototypy.

Karolina Łukasik Ayming Polska
Karolina Łukasik, Kierownik projektu w Dziale innowacji, ulg i dotacji w Ayming Polska

– Koszty związane z etapem końcowej weryfikacji i certyfikacji produktu obejmują m.in. przygotowanie dokumentacji niezbędnej do uzyskania certyfikatu, homologacji, znaku CE czy znaku bezpieczeństwa; uzyskanie lub utrzymanie zezwolenia na obrót oraz inne obowiązkowe dokumenty czy oznakowania związane z dopuszczeniem do obrotu lub użytkowania produktu. Rozliczanie tych kosztów jest możliwe m.in.
w Portugali (ulga obejmuje część audytów i certyfikacji) oraz w Czechach (certyfikacja wyników prac B+R)
– dodaje Karolina Łukasik, Kierownik projektu w Dziale innowacji, ulg i dotacji w Ayming Polska.

Konsultacje techniczne i technologiczne

Przedsiębiorcy postulują także o rozszerzenie katalogu kosztów kwalifikowanych o koszty dotyczące wydatków związanych z usługami takimi jak konsultacje techniczne czy profesjonalne doradztwo technologiczne. W obecnej formie są one kwalifikowane do rozliczenia w ramach ulgi B+R, jeśli za ich realizację odpowiadają wyłącznie jednostki naukowe. Pożądanym rozwiązaniem byłoby rozszerzenie katalogu takich instytucji o firmy wyspecjalizowane w doradztwie technicznym czy technologicznym.

Michał Murawski Ayming Polska
dr inż. Michał Murawski, Starszy specjalista w Dziale innowacji, ulg i dotacji w Ayming Polska

Takie rozwiązanie pozwoli podatnikom na odliczenie od podstawy opodatkowania kosztów związanych z korzystaniem z doświadczenia i wiedzy eksperckiej zewnętrznych specjalistów, którzy mogą zwiększyć efektywność prowadzonych w przedsiębiorstwie prac B+R. Umożliwi to znaczną redukcję ryzyka, którym są obarczone projekty badawczo-rozwojowe. Podobną preferencję stosuje się już np. we Włoszech. Tamtejsi podatnicy mogą rozliczać koszty zamówienia konsultacji technicznych od firm zewnętrznych – stwierdza
dr inż. Michał Murawski, Starszy specjalista w Dziale innowacji, ulg i dotacji w Ayming Polska.

* Badanie przeprowadzone techniką CATI przez firmę Opinia24 wśród 101 przedsiębiorstw. Zostało zrealizowane w okresie od 11 lutego do 9 marca 2021 roku. Zakwalifikowano do niego firmy zatrudniające od 30 pracowników, które działają w branżach prowadzących działalność badawczo-rozwojową. W zależności od wielkości przedsiębiorstwa na pytania odpowiadali: właściciel, CEO, dyrektor generalny, dyrektor finansowy lub dyrektor/manager ds. rozwoju. Więcej w raporcie „Biznes oddychający z ulgą. 5 lat ulgi B+R w Polsce”: https://bit.ly/5latUlgiBR.

Seniorzy najostrożniejszą grupą w cyfrowym świecie – wyniki badania

Cyberprzestępcy wymyślają coraz to bardziej zuchwałe metody wyłudzenia danych osobowych lub uzyskania dostępu do naszej karty kredytowej bądź oszczędności zdeponowanych w banku. Wiele z technik stosowanych przez oszustów jest wycelowanych w najstarsze osoby, ale jak wynika z badania Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego i Provident Polska seniorzy to grupa zachowująca największą czujność w sieci. Aż 93 proc. konsumentów powyżej 65 r.ż. umie prawidłowo rozpoznać fałszywą wiadomość e-mail. To najwyższy wynik spośród wszystkich grup wiekowych. Seniorów warto pochwalić też za troskę o bezpieczeństwo swoich komputerów – co 2. osoba z tej grupy przynajmniej raz w miesiącu sprawdza urządzenie pod kątem zainstalowanego na nim złośliwego oprogramowania.

W czasie pandemii przestępcy przenieśli się z realnego świata do tego wirtualnego. Hakerzy za cel obrali sobie seniorów, ale ta grupa konsumentów wydaje się bardzo świadoma i ostrożna. Osoby starsze dość dobrze oceniają swoje zdolności cyfrowe w zakresie identyfikowania fałszywych wiadomości e-mail, które mogą zwierać wirusy lub linki do niebezpiecznych stron internetowych. Ponad dwie trzecie badanych seniorów (67 proc.) przyznało, że potrafiłoby rozróżnić wiadomość z fałszywą ofertą inwestycyjną od oferty autentycznej. Lepiej swoje zdolności w tym zakresie oceniają tylko Millenialsi, czyli osoby w wieku 25-34 lata. W tej grupie wskaźnik deklaracji wyniósł 73 procent. Z kolei największą trudność w odróżnianiu podejrzanych wiadomości mają osoby w wieku 45-54 lata – tylko co 2. osoba w tym wieku przyznaje, że wie, jak identyfikować tego typu e-maile.

Najmniej czujne są osoby młode

Deklaracje seniorów znajdują odzwierciedlenie w faktach. W praktycznym teście przeprowadzonym przez FRRF i Provident Polska to właśnie grupa najstarszych badanych wypadła najlepiej. Aż 93 proc. respondentów powyżej 65. roku życia prawidłowo wskazała, że prezentowana wiadomość e-mail jest fałszywa. Najmniej czujni okazali się natomiast najmłodsi badani. Wśród osób w wieku 18-24 lata tylko 70 proc. ankietowanych prawidłowo oceniło rodzaj wiadomości, co oznacza, że aż 3 na 10 młodych osób zaufałoby podejrzanej ofercie.

Młode osoby bardzo dobrze odnajdują się w wirtualnym świecie, traktują internet jako swoje naturalne środowisko, ale z drugiej strony stają się przez to mniej wyczulone na różnego rodzaju cyberataki, a dodatkowo często nie mają świadomości, jakie zachowanie w sieci może być dla nich niebezpieczne i czym ono grozi. Jest to o tyle niepokojące, że młodzi spędzają w sieci mnóstwo czasu, przez co ryzyko, że padną ofiarą hakera jest znacznie wyższe niż w innych grupach wiekowych” – komentuje Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.

Duża spostrzegawczość i czujność wśród najstarszych konsumentów może wynikać z faktu, że spośród wszystkich grup wiekowych to właśnie seniorzy najczęściej przyznają się, że już co najmniej raz padli ofiarą finansowego oszustwa internetowego. Już 13 proc. osób z tej grupy ma za sobą przykre doświadczenia w tej kwestii, podczas gdy w grupie 20- i 30-latków wskaźnik ten wynosi dwa razy mniej (około 6-7 proc.). Niepokojący jest też fakt, że już co 5. osoba niezależnie od wieku ma w swoim otoczeniu osobę, która dała się zwieść cyberprzestępcom lub sama tego doświadczyła.

Sprawdzamy bezpieczeństwo komputerów, zapominamy o telefonach komórkowych

Pochwała seniorom należy się także za to, jak dużą wagę przywiązują do bezpieczeństwa swoich urządzeń elektronicznych. Aż 80 proc. starszych konsumentów przyznaje, że sprawdza, czy ich komputer nie jest zainfekowany, a co druga osoba sprawdza to regularnie – przynajmniej raz w miesiącu. Seniorzy w tej kwestii znacznie wyprzedzają młodsze od siebie osoby. Dla przykładu, w grupie najmłodszych badanych (18-24 lata) do tego typu zachowań przyznaje się tylko jedna czwarta osób, a więc aż o połowę mniej. Niewiele lepiej sytuacja wygląda u 40- i 50-latków, gdzie nieco ponad jedna trzecia respondentów co najmniej raz na cztery tygodnie sprawdza bezpieczeństwo swojego komputera.

Niepokojący jest jednak fakt, że nieco mniej ostrożni konsumenci są w kwestii bezpieczeństwa swoich telefonów komórkowych. O ile w przypadku komputerów około 20 proc. ankietowanych przyznaje się do bagatelizowania regularnego skanowania urządzenia w celu wykrycia złośliwych aplikacji, o tyle w przypadku smartfonów wskaźnik ten wynosi już 30 procent. W praktyce oznacza to, że niemal 1 na 3 osoby nigdy do tej pory nie sprawdziła, czy użytkowany przez nich telefon jest bezpieczny i czy nie ma na nim zainstalowanych hackerskich aplikacji, mogących posłużyć oszustom do kradzieży danych wrażliwych.

Telefon komórkowy to źródło cennych danych, których wyciek może posłużyć oszustom do włamania się do naszego konta w banku czy zaciągnięcia kredytu na nasze nazwisko, dlatego podobnie jak komputer należy wyposażyć go w program antywirusowy i regularnie skanować. Powszechną, choć niekoniecznie bezpieczną praktyką, jest korzystanie z publicznych sieci wi-fi. Łącząc się z otwartą, dostępną dla wszystkich siecią, unikajmy ściągania jakichkolwiek aplikacji, logowania się do bankowości elektronicznej czy poczty e-mail” – radzi Marcin Daszkiewicz, Kierownik ds. Defraudacji w Kanałach Zdalnych w Provident Polska. „Ważne jest również aby nie instalować oprogramowania z nieznanych źródeł i posiadać ograniczane zaufanie również do aplikacji, które są pobierane z oficjalnych sklepów. Z przeszłości znamy programy takie jak „latarka”, które okazywały się aplikacjami wykradającymi dane. Pamiętajmy również o aktualizowaniu systemu operacyjnego telefonu i nigdy nie otwierajmy na naszych urządzeniach linków otrzymywanych drogą e-mail lub SMS jeżeli nie mamy 100% pewności kto jest ich nadawcą” – dodaje Marcin Daszkiewicz.

Największą świadomość, czym może grozić zaniechanie regularnego sprawdzania bezpieczeństwa swojego telefonu mają osoby w wieku 35-44 lata oraz najstarsi. Ci ostatni, zaraz po grupie 30- i 40-latków, w największym stopniu przyznają się do regularnego skanowania swoich komórek – 40 proc. ankietowanych seniorów.

Ostrożny optymizm w polskim sektorze motoryzacyjnym

  • W I półroczu 2021 roku aż 87,5% producentów części na rynek wtórny wskazało na wzrost przychodów rdr. Poprawę produkcji odnotowało też 54,5% producentów części na pierwszy montaż.
  • 93,6% dystrybutorów części samochodowych uzyskało wzrost przychodów w I półroczu 2021 rdr. Żaden z ankietowanych dystrybutorów nie zanotował spadku sprzedaży, a jedynie niewielki procent z nich nie uzyskał wzrostu przychodów.
  • Łącznie ponad połowa warsztatów, zajmujących się naprawami pojazdów osobowych, jak i ciężarowych, zanotowała w 1 połowie 2021 roku wzrost przychodów. Pomimo tego wydaje się, że sytuacja na tym rynku nadal nie wróciła do stanu sprzed pandemii.

Pomimo obserwowanej w pierwszych kwartałach 2021 roku kolejnej fali pandemii, firmy z sektora motoryzacyjnego osiągnęły dobre wyniki. Sytuacja w branży wydaje się powoli wracać do tej sprzed pandemii, a prognozy producentów i dystrybutorów części są dosyć optymistyczne. Z badań ankietowych „Przemysł, handel i usługi motoryzacji. Podsumowanie sytuacji po I półroczu 2021 r. i prognozy”, przeprowadzonych przez MotoFocus.pl dla Santander Bank Polska i Stowarzyszenia Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych wynika, że w tym roku wzrostu przychodów spodziewa się przeważająca większość firm z branży automotive. Jednak niewiadomą pozostaje sytuacja gospodarcza, gdyby nadeszły kolejne fale pandemii.

Oprócz wyzwań jakie dla sektora niosą kolejne fale pandemii, firmy z branży muszą się zmierzyć także z innymi, bardzo poważnymi problemami po stronie podaży i rynku pracy. Są to kłopoty ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników, niedobory surowców i rosnące ceny komponentów. Jednak wyniki krajowego przemysłu motoryzacyjnego wskazują, że producenci radzą sobie dość dobrze w tym trudnym otoczeniu rynkowym – wyjaśnia Martyna Dziubak, dyrektor ds. sektora motoryzacyjnego w Santander Bank Polska.

Po załamaniu sprzedaży w I półroczu ubiegłego roku spowodowanej pandemią koronawirusa, sytuacja systematycznie się poprawia. W I półroczu 2021 roku aż 87,5% producentów komponentów na rynek wtórny wskazało na wzrost przychodów rdr. Poprawę produkcji odnotowało też 54,5% producentów części na pierwszy montaż. Prognozy na II półrocze 2021 roku nadal pozostają optymistyczne, ale są ostrożniejsze niż w poprzednim badaniu. W przypadku producentów części na rynek wtórny (IAM) wzrostu przychodów spodziewa się ponad połowa ankietowanych, a prawie 40% oczekuje, że się one nie zmienią. Producenci części na pierwszy montaż (OE) są mniej optymistyczni, ale nadal 30% z nich spodziewa się wzrostu produkcji, a ponad połowa utrzymania jej na obecnym poziomie.producenci części samochodowych 2 producenci części samochodowych

Niebawem największym wyzwaniem producentów będzie ambitna polityka klimatyczna Unii Europejskiej, która w najbliższych latach całkowicie zmieni rynek motoryzacyjny na kontynencie. Wejście w życie zaproponowanego przez Komisję Europejską pakietu Fit for 55 będzie oznaczało w niedalekiej przyszłości śmierć silników spalinowych. Transformacja technologiczna będzie wymagała wysokich nakładów na B+R w całym łańcuchu dostaw. Szansą dla krajowych producentów są środki z nowej perspektywy finansowej UE. Jednak niepokojącym jest fakt, iż  40% spośród firm, które korzystały z dofinansowania w poprzedniej perspektywie, nie zamierza tego robić w przyszłości, a aż jedna trzecia firm nie ubiegała się i nie zamierza ubiegać o dofinansowanie – mówi Tomasz Bęben, dyrektor zarządzający Stowarzyszenia Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych

Dystrybutorzy części sprzedają coraz więcej

Wyniki polskich dystrybutorów części samochodowych od wielu lat z roku na rok były coraz lepsze, mimo to prognozy dotyczące 2020, z powodu pandemii zakładały pogorszenie sytuacji. Jednak wyniki za ubiegły rok pokazały, że firmy te doskonale radzą sobie w trudnych czasach. Dane po pierwszym półroczu 2021 roku wskazują na dalszą poprawę sytuacji. W badaniu całego sektora dystrybutorów wskazano, że 93,6% firm uzyskało wzrost przychodów w I półroczu 2021 r. W porównaniu do I półrocza 2020 roku, żaden z ankietowanych dystrybutorów nie zanotował spadku sprzedaży, a jedynie 6,4% procent nie uzyskało wzrostu przychodów.

Dystrybutorzy części motoryzacyjnych skorzystali w pandemii i nadal korzystają na spadku sprzedaży nowych samochodów, który był spowodowany niższym popytem i ograniczoną produkcją aut. Odkładane w czasie zakupy nowych aut najczęściej oznaczają konieczność naprawy bądź wymiany części w dotychczas posiadanych. Potencjał polskiego rynku jest wysoki z uwagi na dużą liczbę samochodów o stosunkowo wysokim wieku – uważa Radosław Pelc, analityk sektorowy Santander Bank Polska.

Dystrybutorzy, zapytani o prognozy zmiany przychodów w kolejnym półroczu 2021 roku, nadal patrzą w najbliższą przyszłość optymistycznie, choć nieco bardziej ostrożnie niż wcześniej. W obu segmentach – ciężarowym i osobowym, łącznie ponad połowa (53,3%) firm prognozuje wzrosty wyższe o ponad 10%. Warto zauważyć, że są to wzrosty w stosunku do bardzo dobrego pierwszego półrocza tego roku.

Widać jednak zdecydowaną różnicę pomiędzy segmentami osobowym i ciężarowym. Firmy, dla których główna działalność koncentruje się w segmencie ciężarowym, nadal przewidują wzrosty, choć tylko 20% z nich spodziewa się, że przekroczą one 10%. Pozostałe w segmencie ciężarowym prognozują wzrost na poziomie 5%, a niewielka liczna ankietowanych spodziewa się spadku. W przypadku segmentu osobowego aż 63% firm prognozuje wzrosty przychodów powyżej 10%.

Warsztaty czekają na powrót klientów

W badaniu przeprowadzonym po 2 kwartale 2021 roku widać więcej optymizmu wśród przedstawicieli warsztatów motoryzacyjnych niż w ankietach po pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku.

Łącznie ponad połowa warsztatów, zarówno zajmujących się naprawami pojazdów osobowych, jak i ciężarowych, zanotowała wzrost przychodów. Pomimo tego wydaje się, że sytuacja nie wróciła do stanu sprzed pandemii. Potwierdza to jedynie, jak głęboka była zapaść w usługach w pierwszych miesiącach walki z koronawirusem. W bieżącym roku wzrost przychodów w warsztatach jest wyższy niż wzrost liczby klientów, co wskazuje na to, że zakres dokonywanych napraw jest nieco szerszy lub też ceny usług naprawy pojazdów nieznacznie wzrosły. Najbardziej ten trend widać w segmencie napraw aut ciężarowych. – uważa Alfred Franke, prezes Grupy MotoFocus.pl.

Zgodnie z wynikami badania, sytuacja wygląda gorzej w przypadku warsztatów zajmujących się naprawami i serwisowaniem pojazdów ciężarowych. Wzrost zanotowało tylko 45,5% warsztatów w porównaniu do 53,5% warsztatów zajmujących się naprawami aut osobowych. Z przeprowadzonego badania wynika, że obecnie 34% niezależnych warsztatów już jest przygotowanych do serwisowania i napraw pojazdów hybrydowych oraz elektrycznych. Jednak przedstawiciele warsztatów deklarują, że przygotowują się na rosnącą grupę klientów pojazdów hybrydowych i elektrycznych.producenci części samochodowych 3

Blisko 52% warsztatów naprawiających pojazdy hybrydowe i elektryczne skierowało na specjalistyczne szkolenia swoich pracowników, a też znaczący procent (44%) planuje w niedalekiej przyszłości przejść takie szkolenie. Jednocześnie widać, że z pozostałych 2/3 warsztatów, które nie deklarują możliwości naprawiania pojazdów hybrydowych, blisko 70% nawet nie planuje zaangażować się w specjalistyczne szkolenia.

Więcej na temat sytuacji branży i prognoz znaleźć można w najnowszym Barometrze „Przemysł, handel i usługi motoryzacji. Podsumowanie sytuacji po I półroczu 2021 r. i prognozy”, przygotowanym przez MotoFocus.pl dla Santander Bank Polska i Stowarzyszenia Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych – do pobrania ze strony:

https://www.santander.pl/korporacje/rozwiazania-sektorowe/motoryzacja#1=2

Pandemia to czas dużych wydatków na remonty. Również w sieci

Platforma Ceneo.pl przedstawiła dane na temat preferencji i trendów zakupowych w branży remontowo – budowlanej.

Coraz więcej pieniędzy przeznaczonych na remonty wydajemy w sieci. Jedną z ciekawszych miar tego zjawiska jest publikowana przez Ceneo.pl średnia wartość koszyka zakupowego.  W kategorii budowa i remont wyniosła ona 697 zł w roku 2019, 765 zł w 2020 i 848 zł w roku bieżącym. Oznacza to wzrost o 10% w roku 2020 i aż o 11% w roku 2021.

Największą dynamikę wartości koszyka zanotowano w kategorii drzwi okna i schody. Średni klient w 2021 roku wydał na te produkty aż o 42,65% więcej niż w roku 2019. O 19,16% wzrosła z kolei wartość koszyka w kategorii armatura i hydraulika. Z kolei w kategorii narzędzia i warsztat wydatki konsumentów są dość stabilne (+3,02%), a w branży ogrzewanie zanotowano spadek o 7,2%.

Cztery kategorie produktów generują 84% ruchu

Aż 84% ruchu na platformie Ceneo.pl jest generowane przez cztery kategorie produktów. Są to: narzędzia i warsztat (27,3%), armatura i hydraulika (23,9%), ogrzewanie (16,3%) i materiały wykończeniowe (14,8%). Te dane zachowują się dość stabilnie, w okresie 2019/2020 nieznacznie wzrosło zainteresowanie narzędziami i materiałami wykończeniowymi (+1,4 i + 1,5 punktu procentowego), natomiast niewielki spadek odnotowały kategorie armatura i hydraulika oraz ogrzewanie (odpowiednio -0,6 i -0,8 punktu procentowego).

W 2020 roku wszystkie cztery powyższe kategorie produktów zanotowały bardzo dynamiczny wzrost zainteresowania mierzonego w wartościach bezwzględnych. W przypadku branży materiały wykończeniowe było to aż 38%, o 33% wzrosło zainteresowanie kategorią narzędzia i warsztat, o 23% armaturą i hydrauliką oraz o 20% artykułami do ogrzewania.

Jednak najbardziej dynamiczne wzrosty zanotowały kategorie o niewielkim udziale w całości ruchu na platformie. Kategoria sauny, która generuje zaledwie 0,1% ruchu zanotowała wzrost o 140%, o 98% wzrosło zainteresowanie produktami dla inteligentnego domu (0,5% całkowitego ruchu), z kolei kategoria dachy i rynny (0,7% ruchu) zanotowała wzrost o 51%.

Najbardziej interesują nas kotły i piły elektryczne

Wśród dwudziestu najpopularniejszych produktów aż dziewiętnaście należy do jednej z dwóch kategorii: narzędzia i warsztat oraz ogrzewanie. Zdecydowanie najpopularniejszymi produktami są kotły (8 produktów w top 20) i piły elektryczne (4 produkty w top 20).

Porównanie z danymi z lat 2019 i 2020 wyraźnie pokazuje, że Polacy zaczęli inwestować w remonty ogrzewania domów. W roku 2019 wśród dwudziestu topowych produktów na Ceneo.pl były cztery kotły, w roku 2020 pięć a w tym roku aż osiem. Najpopularniejszy produkt w 2021 to kocioł Stalkot KWPR LIDER, który na pierwszym miejscu zastąpił znajdujące się tam w roku 2019 i 2020 produkty niemieckiej firmy Junkers. Ogromną popularnością cieszą się również piły elektryczne. Wśród dwudziestu najpopularniejszych produktów jest ich aż cztery (w porównaniu z trzema w 2020 roku i jedną w 2019).

Remonty to cały czas męski świat

60,5% klientów działu budowa i remont to mężczyźni. Oznacza to, że jest ich prawie dokładnie 1,5 raza więcej niż kobiet. Widać też wyraźnie, że spośród czterech najważniejszych kategorii produktowych mężczyźni są najbardziej zainteresowani narzędziami i produktami do ogrzewania. Z kolei kobiety interesują się armaturą, hydrauliką i materiałami wykończeniowymi.

Raport IBM: Pandemia przyczyną rekordowo wysokich kosztów naruszeń danych

Średni koszt jednego przypadku naruszenia danych wyniósł wśród badanych firm 4,23 mln USD – jest to najwyższy wynik w 17-letniej historii raportu.

Spółka IBM Security przedstawiła wyniki globalnego badania, z którego wynika, że średni koszt jednego przypadku naruszenia danych wyniósł wśród badanych firm 4,24 mln USD. To najwyższy rezultat odnotowany w 17-letniej historii raportu. Badanie przeprowadzono w oparciu o dogłębną analizę danych dotyczących rzeczywistych przypadków naruszeń, które wystąpiły w ponad 500 organizacjach. Wynika z niego, że poszczególne incydenty stały się bardziej kosztowne, a ich skutki trudniejsze do naprawienia w związku z drastycznymi zmianami sposobu prowadzenia działalności w trakcie pandemii. Koszty wzrosły o 10% w porównaniu z poprzednim rokiem.

W 2020 roku firmy zostały zmuszone do szybkiego dostosowania swoich metod pracy do nowych warunków. Wiele z nich zachęcało personel do pracy zdalnej. Podczas pandemii 60% organizacji zwiększyło także stopień wykorzystania usług opartych na chmurze[1]. Z najnowszych danych wynika, że szybkim zmianom informatycznym nie towarzyszyły jednak szybkie modyfikacje stosowanych przez firmy zabezpieczeń, co obniżyło ich zdolność do właściwego reagowania na przypadki naruszeń danych.

Doroczny Raport dotyczący kosztów naruszeń danych, opracowywany przez Instytut Ponemon we współpracy z IBM Security, pozwolił na zidentyfikowanie wśród uczestniczących w badaniu firm następujących trendów:

  • Wpływ pracy zdalnej. Szybkie przejście na wykonywanie pracy z domu podczas pandemii mogło doprowadzić do wzrostu kosztów przypadków naruszenia danych. Koszty naruszeń były średnio o 1 mln USD wyższe w tych przypadkach, w których jako jedną z ich przyczyn wskazywano pracę zdalną (w porównaniu do kosztów incydentów, w których praca zdalna nie była kluczowym czynnikiem). Koszty dla obu tych grup wynosiły odpowiednio 4,96 oraz 3,89 mln USD[2].
  • Gwałtowny wzrost kosztów naruszeń danych medycznych. W branżach, które zmagały się w trakcie pandemii z największymi zmianami operacyjnymi (ochrona zdrowia, handel, hotelarstwo, produkcja/dystrybucja dóbr konsumenckich) również odnotowano znaczny wzrost kosztów naruszenia danych w stosunku do roku poprzedniego. Najbardziej kosztowne były bez wątpienia przypadki naruszenia danych medycznych, wynoszące 9,23 mln USD na incydent, czyli o 2 mln USD więcej niż w roku poprzednim.
  • Utrata kontroli nad danymi uwierzytelniającymi prowadzi do ujawnienia informacji. Najczęstszą przyczyną naruszeń zidentyfikowanych podczas badania była kradzież danych uwierzytelniających użytkowników systemów. Naruszenia dotyczyły najczęściej danych osobowych klientów, takich jak imię i nazwisko, adres e-mail i hasło. Aż 44% przypadków naruszeń było związanych z tego rodzaju danymi. Połączenie obydwu powyższych czynników często prowadziło do efektu domina – zdobycie nazwy użytkownika/hasła pozwalało atakującym na pozyskanie informacji umożliwiających bezprawne wykorzystanie zdobytych danych w przyszłości.
  • Nowoczesne rozwiązania jako czynnik obniżający koszty. Wdrożenie sztucznej inteligencji, zaawansowana analityka bezpieczeństwa oraz szyfrowanie to trzy czynniki, które w największym stopniu przyczyniały się do obniżenia kosztów naruszeń. Pozwalały one firmom zaoszczędzić od 1,25 do 1,49 mln USD w porównaniu z tymi organizacjami, które nie stosowały tego rodzaju rozwiązań na szeroką skalę. Firmy, które wdrożyły rozwiązania z zakresu chmury hybrydowej, ponosiły niższe koszty incydentów związanych z naruszeniem danych przechowywanych w chmurze (3,61 mln USD) niż te polegające głównie na chmurze publicznej (4,80 mln USD) lub na chmurze prywatnej (4,55 mln USD).

Wpływ pracy zdalnej i korzystania z chmury na bezpieczeństwo danych

Podczas pandemii społeczeństwo w większym stopniu polegało na interakcjach cyfrowych, zaś firmy przechodziły na pracę zdalną i na usługi w chmurze, dostosowując swój model działania do wymagań świata online. Z raportu wynika, że powyższe czynniki miały znaczący wpływ na sposób reakcji na przypadki naruszenia danych. Niemal 20% firm objętych badaniem wskazało, że praca zdalna przyczyniała się do częstszego naruszania danych, zaś naruszenia tego rodzaju kosztowały 4,96 mln USD (niemal 15% więcej niż średnia).

Biorące udział w badaniu organizacje, w których doszło do naruszenia podczas projektów związanych z przenoszeniem danych do chmury, również zmagały się z kosztami, które były wyższe o 18,8% od średniej. Badanie wykazało również, że podmioty, które były bardziej zaawansowane we wdrażaniu nowoczesnych strategii opartych na chmurze (etap „dojrzały”) były w stanie skuteczniej wykrywać incydenty i na nie reagować. Robiły to średnio o 77 dni szybciej niż firmy, które były na początkowym etapie wdrażania tego rodzaju rozwiązań. Ponadto firmy, które wdrożyły rozwiązania z zakresu chmury hybrydowej, ponosiły niższe koszty incydentów związanych z naruszeniem danych przechowywanych w chmurze (3,61 mln USD) niż te polegające głównie na chmurze publicznej (4,8 mln USD) lub na chmurze prywatnej (4,55 mln USD).

Rosnące ryzyko związane z kradzieżą danych uwierzytelniających

Raport pozwolił również dostrzec, że rosnącym problemem, z jakim firmy zmagają się w ramach naruszeń danych, jest ujawnianie informacji dotyczących konsumentów, w tym danych uwierzytelniających, które mogą następnie służyć do przypuszczania kolejnych ataków. 82% badanych przyznało się, że stosuje te same hasła dla wielu kont. Ujawnienie tego rodzaju danych uwierzytelniających stanowi więc najczęstszą przyczynę, a zarazem skutek przypadków naruszenia danych, dodatkowo zwiększając poziom ryzyka ponoszonego przez firmy.

  • Ujawnienie danych osobowych. Niemal połowa (44%) analizowanych przypadków naruszeń była związana z ujawnieniem danych osobowych klientów, takich jak imię i nazwisko, adres e-mail, hasło czy nawet dane medyczne – był to najbardziej popularny rodzaj naruszeń zidentyfikowany w raporcie.
  • Ujawnienie danych umożliwiających identyfikacje klientów jest najbardziej kosztowne. Utrata danych umożliwiających identyfikację klientów była najbardziej kosztowna w porównaniu z innymi rodzajami danych (180 USD na utracony lub skradziony rekord, w porównaniu ze średnią dla jednego rekordu wynoszącą 161 USD).
  • Najpopularniejsza metoda ataku. Ujawnienie danych uwierzytelniających użytkownika było najczęstszą metodą pozwalającą atakującym na dostanie się do systemów – odpowiadało za 20% przeanalizowanych przypadków naruszeń.
  • Dłuższy czas wykrycia i podjęcia działań zaradczych. Naruszenia spowodowane ujawnieniem danych uwierzytelniających były wykrywane najpóźniej – proces ten zajmował średnio 250 dni (w porównaniu do średniej wynoszącej 212 dni).

Firmy z nowoczesnymi rozwiązaniami ponosiły niższe koszty naruszeń

Choć niektóre zmiany technologii informatycznych, które zostały wprowadzone podczas pandemii zwiększyły koszty naruszeń danych, to organizacje, które nie wdrożyły żadnych cyfrowych projektów transformacyjnych w celu zmodernizowania swoich procesów biznesowych w trakcie pandemii poniosły wyższe koszty naruszeń danych. Koszty jednego naruszenia były średnio o 750 tys. USD wyższe w firmach, które nie przeszły żadnej transformacji cyfrowej związanej z COVID-19 (tj. były o 16,6% wyższe od średniej).

Objęte badaniem firmy, w których wdrożono podejście Zero Trust, znajdowały się w lepszym położeniu jeśli chodzi o przeciwdziałanie skutkom naruszenia danych. Podejście takie opiera się na założeniu, że dane użytkownika lub sama sieć mogły już paść ofiarą ataku. Dlatego też sztuczna inteligencja i narzędzia analityczne nieustannie sprawdzają połączenia pomiędzy użytkownikami, danymi i zasobami. Organizacje z ugruntowaną strategią Zero Trust ponosiły średni koszt naruszenia danych w wysokości 3,28 mln USD – był on o 1,76 mln USD niższy niż w firmach, które nie wdrożyły takiego podejścia.

W ramach badania wykazano również, że w stosunku do lat ubiegłych wzrosła liczba firm polegających na zautomatyzowanych rozwiązaniach z zakresu bezpieczeństwa, które zapewniają znaczne oszczędności kosztowe. Około 65% firm objętych badaniem stwierdziło, że wprowadza w swoich systemach częściowo lub kompleksowo zautomatyzowane zabezpieczenia (odsetek ten wynosił 52% w roku poprzednim). W organizacjach, które w pełni wdrożyły strategie automatyzacji odpowiedzi na zagrożenia, średni koszt naruszenia wynosił 2,9 mln USD, zaś w firmach, które nie stosują takiego rodzaju rozwiązań był on dwukrotnie wyższy (6,71 mln USD).

Inwestowanie w zespoły i plany reagowania na incydenty komputerowe były kolejnym zidentyfikowanym czynnikiem, który ograniczał koszty naruszeń. Firmy, w których działał zespół reagowania na incydenty komputerowe operujący na podstawie sprawdzonego w praktyce planu ponosiły koszty naruszeń wynoszące średnio 3,25 mln USD, zaś te, w których nie funkcjonowało żadne z takich rozwiązań, zmagały się ze średnim kosztem na poziomie 5,71 mln USD (wyższym o 54,9%).

Dodatkowe ustalenia wynikające z raportu opublikowanego w 2021 roku:

  • Czas reakcji. Średni czas wykrycia i wyeliminowania naruszenia danych wynosił 287 dni (212 na wykrycie, 75 na wyeliminowanie), był o tydzień dłuższy niż ujawniony w poprzednim raporcie.
  • Naruszenia w skali mega. Średni koszt naruszenia w skali mega (obejmującego od 50 do 65 mln rekordów) wyniósł 401 mln USD[3]. Jest to o ponad 100 razy więcej niż koszt większości naruszeń przeanalizowanych w ramach badania (obejmujących od 1 do 100 tys. rekordów).
  • W podziale na branże, najbardziej kosztowne były przypadki naruszenia danych, do których dochodziło w ochronie zdrowia (9,23 mln USD). Kolejne miejsca zajęły sektor finansowy (5,72 mln USD) oraz farmaceutyczny (5,04 mln USD). Choć ogólne koszty naruszeń ponoszone w branży handlowej, medialnej, hotelarskiej i w sektorze publicznym były niższe, to znacząco wzrosły w porównaniu z rokiem poprzednim.
  • W podziale na kraje/regiony, koszty naruszenia danych były najwyższe w USA (9,05 mln USD na incydent), na Bliskim Wschodzie (6,93 mln USD) oraz w Kanadzie (5,4 mln USD).

Metodyka i dodatkowe dane statystyczne dotyczące naruszeń danych

Raport dotyczący kosztów naruszeń danych z roku 2021, opracowany przez IBM Security oraz Instytut Ponemon opiera się na dogłębnej analizie rzeczywistych przypadków naruszeń obejmujących do 100 tys. rekordów, które miały miejsce w ponad 500 organizacjach od maja 2020 do marca 2021 roku. Raport uwzględnia setki różnych czynników związanych z naruszeniami danych: od strategii prawnych i regulacyjnych, poprzez działania techniczne, aż do utraty reputacji marki, klientów i spadku wydajności pracowników.

[1] IBM Institute for Business Value: COVID-19 a przyszłość biznesu

[2]W firmach, w których praca zdalna przyczyniła się do naruszenia danych średni koszt incydentu wyniósł 4,96 mln USD, zaś tam, gdzie nie było takiego związku, średni koszt incydentu wynosił 3,89 mln USD.

[3] Raport dot. kosztów naruszeń danych z roku 2021 analizuje koszty naruszeń w skali mega w oparciu o osobną analizę konkretnej próbki związanej z utratą lub kradzieżą ponad 1 miliona rekordów. Próbka związana z naruszeniami w skali mega nie jest uwzględniana w obliczeniach ogólnych przedstawionych w raporcie, które dotyczą przypadków naruszenia danych obejmujących od 1 do 100 tys. rekordów.

W połowie dekady przekroczymy 20 GW mocy OZE? Eksperci mają pewne nadzieje

Trochę ponad 16 proc. obecnego wyniku Niemiec i blisko 65 proc. wolumenu Norwegii z roku… 2008. Tak szacunkowo rozkłada się perspektywa 20 GW mocy zainstalowanej źródeł odnawialnych, którą zapowiedział pełnomocnik rządu ds. OZE i wiceminister klimatu Ireneusz Zyska. Czy cezura 3 lub 4 lat to realny okres na osiągnięcie takich wskaźników? A może powinniśmy mierzyć jeszcze dalej?

W ogonie Europy?

Nie jest tajemnicą, że rodzimy sektor energetyki odnawialnej dopiero raczkuje w porównaniu z Europą Zachodnią czy krajami skandynawskimi. Według danych Agencji Rynku Energii, na koniec kwietnia br., moc zainstalowana odnawialnych źródeł energii wyniosła 13,39 GW, wobec 12,49 GW w końcu zeszłego roku. Dla porównania, na początku 2020 roku branża niemiecka liczyła 124 GW mocy zainstalowanej OZE, a jak podawali analitycy z Ambasady RP w Oslo, Norwegowie już 13 lat temu notowali dokładnie 30,789 GW.

Nie sposób porównywać Polskę z krajami ościennymi, ponieważ ze względu na m.in. ukształtowanie terenu Republika Czeska ma znaczne trudności w rozwoju kompleksów wiatrowych, które w roku 2010 notowały około 150 MW mocy zainstalowanej, a tamtejsza fotowoltaika – trochę ponad 40 MW. Nieco lepiej jest na Ukrainie, choć w przypadku wschodniego sąsiada w grę wchodzi większa powierzchnia, relatywnie niewielka gęstość zaludnienia oraz tereny nizinne. Według Krajowej Komisji ds. Regulacji państwowych w dziedzinie energetyki i usług publicznych (NKREKU), tylko w roku 2018 roku na Ukrainie zainstalowano 742,5 MW nowych mocy wytwórczych, czyli, o 2,8 raza więcej niż rok wcześniej.

Tym samym Polska jest w pewnym rozkroku między wciąż rozwijającymi się (lub próbującymi się rozwijać) rynkami wschodnimi i południowymi, a dorobkiem na Zachodzie. Wiceminister Zyska upatruje szans w potencjale m.in. krajowej fotowoltaiki.

Słońce i wiatr szansą… przedsiębiorców

Jak podawał pod koniec czerwca Ireneusz Zyska, łączna moc zainstalowana obiektów fotowoltaicznych osiągnęła poziom 4,7 tys. MW. Lądowe elektrownie wiatrowe to według wiceministra już funkcjonujący potencjał rzędu 6,5 tys. MW. Ostatnim wskaźnikiem, na który zwraca uwagę przedstawiciel rządu, jest 9 GW mocy OZE, które pojawiły się podczas wszystkich aukcji URE od roku 2018. Zdaniem Ireneusza Zyski te czynniki są w stanie przełożyć się na łączną moc zainstalowaną rzędu 20 GW w najbliższych 3 lub 4 latach.

– W obecnym tempie osiągnięcie 20 GW mocy zainstalowanej nie jest celem niemożliwym. Ogromny potencjał mają inicjatywy prywatne. Moim zdaniem kluczem do realnego rozwoju branży jest biznesowe działanie dwutorowe, a więc ciągły rozwój najbardziej perspektywicznych gałęzi sektora, czyli m.in. wiatru i fotowoltaiki, ale również w dłuższej perspektywie – tzw. zielonego wodoru oraz zadbanie o grupę docelową, czyli odbiorców. Szczególnie ten ostatni element jest istotny w kontekście polskiego rynku, ponieważ nie wypracowaliśmy świadomości zbiorowej, co do istoty OZE. Dużo nadziei dają jednak odpowiedzialni i społecznie świadomi przedsiębiorcy, którzy coraz częściej decydują się na odbiór zielonego prądu – ocenia Sebastian Jabłoński, prezes Respect Energy S.A. 

Ubiegłoroczny raport współtworzony przez Europejski Program Modernizacji Polskich Firm potwierdza powyższe prognozy. Według analiz z 2020 roku, 46 proc. krajowych działalności z segmentu MŚP podejmuje tzw. ekoaktywności, a 96 proc. przedsiębiorstw realizuje tego typu inicjatywy z uwagi na obowiązujące przepisy prawne.

Szerszy kontekst OZE

Idąc jeszcze dalej, warto się zastanowić, czy cel 20 GW mocy zainstalowanej w większym stopniu zmieni sposób postrzegania źródeł odnawialnych w ogóle. Jak wynika z ubiegłorocznych analiz Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych IBRiS, 87 proc. respondentów stwierdza, iż źródła odnawialne powinny przynosić realne korzyści każdemu mieszkańcowi Polski, a 82 proc. ankietowanych utożsamia OZE z nowoczesnym i przyszłościowym rodzajem energii.

– Polacy widzą potencjał źródeł odnawialnych i dyskusja o celach OZE napawa pewnym optymizmem. Oczywiście z drugiej strony pojawia się wątek nadrabiania zaległości, ale tego nie unikniemy. Faktycznie osiągniecie pułapu 20 GW nie jest niemożliwe, a wręcz niezbędne do wyrównania szans m.in. z resztą rynku europejskiego. Społeczny odbiór OZE jest o tyle istotny, że bez wsparcia klientów przedsiębiorcy nie są w stanie rozwijać się w tempie, który pozwoli na szybkie awanse rodzimego sektora – komentuje Dariusz Bliźniak, ekspert z zakresu zarządzania funduszami europejskimi i wiceprezes ds. operacyjnych w Respect Energy.

Oprócz samych odbiorców indywidualnych również całe sektory mają szansę skorzystać na rozwoju krajowego OZE. Jak zaznaczał Ireneusz Zyska, wcześniej wspominany zielony wodór do roku 2030 jest w stanie odnotować blisko 2 GW mocy elektrolizerów, co według przedstawiciela rządu ma służyć transportowi, sektorowi przemysłowemu czy też technologicznemu. Docelowo takie rozwiązania przysłużą się skutecznej redukcji śladu węglowego.

Wyzwania klimatyczne, wymagania rynkowe oraz nastroje wśród samych konsumentów to tylko niektóre obszary nakreślające wagę 20-GW celu na połowę obecnej dekady. Najprawdopodobniej cel zostanie osiągnięty. Warunkiem są tylko sprawnie zarządzane inwestycje i ciągła edukacja docelowych odbiorców.

Główne trendy na warszawskim rynku biurowym

Jak będą wyglądać biura, gdy skończy się pandemia? Na warszawskim rynku biur, po pięciu kwartałach kryzysu zdrowotnego, pytanie to wciąż pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi. Z jednej strony utrzymująca się ostrożność w podejmowaniu decyzji i wyczekiwanie na rozwój sytuacji obserwowane od kilku kwartałów, z drugiej widoczna elastyczność wynajmujących, duże nadzieje związane z wysokim poziomem zaszczepienia w stolicy, odmrożenie procesów leasingowych i zdecydowanie rosnąca potrzeba oraz chęć powrotu do pracy w biurach. O głównych trendach na stołecznym rynku biur, w podsumowaniu drugiego kwartału, piszą analitycy z BNP Paribas Real Estate.

Liczby za ostatni kwartał nie oddają złożoności sytuacji, w której znalazł się cały sektor biurowy. Można powiedzieć, że kryzys wywołany pandemią właściwie przyśpieszył pewne procesy, które prędzej czy później i tak stanowiłyby o kierunkach rozwoju sektora. Trudność sytuacji polega na tym, że już dziś potrzebujemy mądrych i odważnych pomysłów na biura nie tylko bardziej zielone i bardziej zrównoważone, ale również na biura zdrowsze, bezpieczniejsze, lepiej przemyślane pod kątem nowych modeli i stylów pracy. Jesteśmy u kresu biurowych monofunkcji i monodzielnic. Pandemia podpowiedziała, gdzie szukać impulsów do tworzenia projektów i miejsc, które są lepsze dla pracowników, żyją różnorodnością i wpływają na otoczenie, a przy tym realizują cele biznesowe. – Małgorzata Fibakiewicz, Dyrektor Działu Business Intelligence Hub, BNP Paribas Real Estate Poland

Z raportu przygotowanego przez BNP Paribas Real Estate wynika, że łączny wolumen transakcji odnotowanych w II kwartale roku jest o ponad jedną czwartą niższy niż w analogicznym okresie przed rokiem, kiedy to podpisano umowy na wynajem 194 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Rozmiar zadyszki, która złapała stołeczne biura, najlepiej ilustruje porównanie tegorocznego drugiego kwartału do drugiego kwartału w przedpandemicznym 2019 roku, w którym wynajęto o ponad 45% powierzchni więcej.

Autorzy raportu zwracają uwagę, że znaczący udział we wszystkich transakcjach miały renegocjacje i przedłużenia umów, a ich udział w popycie brutto wyniósł 48%. Kontrakt tego typu – na ponad 20 tys. mkw. – w budynku Senator podpisał się klient poufny z branży energetycznej i była to największa umowa podpisana w II kwartale. Decyzję o pozostaniu dłużej w swoim dotychczasowym biurowcu podjęła też firma Jansen Cilag, która w Wiśniowy Business Park wynajęła 7,5 tys. mkw

Niestandardowo wysoki poziom odnawianych umów i efektywne osłabienie popytu na nową powierzchnię biurową przełożyły się w II kwartale na słabsze wyniki absorpcji i rosnący średni poziom pustostanów, który po raz kolejny zanotował kwartalny wzrost do ponad 12,4% z 11,4% odnotowanym w kwartale pierwszym.

Dobrym prognostykiem z pierwszego półrocza jest zaobserwowany wzrost aktywności ze strony najemców, wznawianie procesów leasingowych i powroty do negocjacji. Na efekty tej działalności trzeba będzie jednak poczekać jeszcze kilkanaście miesięcy, bo tyle średnio trwa finalizacja kontraktów. Choć z drugiej strony jest miejsce na zdecydowanie szybsze procesy najmu trwające po kilka miesięcy, co podyktowane jest koniecznością podjęcia szybkiej decyzji po okresie jej wstrzymania.

Myślę, że rynek najgorsze ma za sobą. Widzimy, że wynajem w cieniu pandemii wygląda nieco inaczej, zwraca się uwagę na kwestie wcześniej nie poruszane w trakcie rozmów, jak np. podnajem powierzchni biurowej. Część procesów zainicjowanych w bieżącym roku jest zdecydowanie prowadzonych pod presją czasu, a część rozpoczynana jest z dużym wyprzedzeniem przed upływem okresu najmu. Rynek w II kwartale stoi pod znakiem znacznie większej liczby rozpoczętych procesów najmu oraz wizyt najemców na wybranych powierzchniach biurowych. Najważniejsze, że dało się odczuć, iż wiele firm podjęło już działania w celu analizy swoich wewnętrznych potrzeb, a na wynajem nowego biura patrzy przez pryzmat strategicznej, a więc długoterminowej decyzji w odniesieniu do swojej organizacji. – Mikołaj Laskowski, Head of Office Agency, BNP Paribas Real Estate Poland

Stopniowe powroty do biur – których obłożenie w II kwartale według szacunków sięgało średnio do 30% – dowodzą, że pandemia nie zmieniła na trwałe modelu pracy na zdalny. Jednak tempo, w jakim pracownicy wracają do biurek świadczy o tym, że wciąż sporo firm nie określiło jeszcze ostatecznej formuły, w jakim będzie funkcjonować w przyszłości i jaką rolę odegra w nim praca zdalna. To z kolei wstrzymuje ruchy związane z aranżacją powierzchni i przystosowaniem ich do nowych realiów. Zachowawczość wynikająca z obaw przed czwartą falą pandemii, a w konsekwencji, odkładanie decyzji na później, dla części najemców jest momentem, w którym stawiają sobie pytanie, czy potrzebują nowych powierzchni, a jeśli tak, to jak dużo.

W drugim kwartale Warszawa zyskała niespełna 60 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, z czego prawie 57 tys. zostało oddanych w 45-piętrowym biurowcu przy Rondzie Daszyńskiego. Warsaw Unit na razie jest wynajęty w połowie, a głównym najemcą jest firma ubezpieczeniowa Warta. Analitycy BNP Paribas Real Estate zwracają uwagę, że na placach budów toczą się prace przy niespełna 360 tys. mkw. powierzchni, co w niedalekiej przyszłości – przy odbudowywanym sukcesywnie popycie – może wieszczyć lukę podażową w latach 2023-2024.

Podobnie jak w poprzednich kwartałach, najemcy wciąż poszukują rozwiązań gwarantujących im nie tylko oszczędności, najlepiej natychmiastowe, ale też większą elastyczność. Pandemia, jak każdy wcześniejszy kryzys, sprawiła, że transakcje podnajmu stały się częstym gościem na warszawskim rynku biurowym. Co istotne, dotyczą nie tylko małych modułów, ale także bardzo dużych powierzchni. Obok elastyczności w zakresie umowy najmu, podnajem daje też możliwość natychmiastowego wprowadzenia się na gotową powierzchnię, przez co najemcy ograniczają do minimum koszty związane z aranżacją powierzchni, co w dobie nieprzewidywalnie szybko rosnących cen materiałów i usług, ma niebagatelny wpływ na portfel najemcy. Szukając dodatkowych opcji firmy rozważają wynajem biur serwisowanych albo powierzchni w biurach co-workingowych, i wzrost takich transakcji również jest obserwowany z kwartału na kwartał.

Pożyczki przez Internet mogą pomóc ale trzeba uważać

Choć w Polsce dostęp do Internetu mamy już od końca lat 90. ubiegłego wieku, to pierwsze pożyczki przez Internet zaczęły być udzielane dopiero w 2010 roku. Wcześniej można było wziąć zobowiązanie w prywatnej firmie tylko u jej przedstawiciela albo w biurze, dlatego większość osób wybierała tradycyjny kredyt bankowy. Obecnie najbardziej popularne są właśnie pożyczki online, które są przede wszystkim wygodne i szybkie. Czy jednak są bezpieczne i czy mogą konkurować z kredytami?

Pożyczki online – podstawy prawne

Polskie prawo szeroko omawia pożyczki. Warto widzieć, że chwilówka, czyli pożyczka na już przez Internet, jak i pożyczka gotówkowa w banku, będą traktowane tak samo. Definicja pożyczek mówi, że są to zobowiązania na dowolny cel, w ramach których środki przechodzą na własność pożyczkobiorcy. Ten na mocy umowy zobowiązuje się oddać wskazaną kwotę w sposób i w czasie określonym w dokumencie.

Kwestie prawne reguluje ustawa Kodeks cywilny, ustawa o kredycie konsumenckim, a także tzw. ustawa antylichwiarska. W tych aktach prawnych można znaleźć definicję pożyczki czy elementy umowy. Z kolei ustawa antylichwiarska reguluje wysokość kosztów zobowiązań finansowych. Dzięki temu nawet pożyczka na raty przez Internet może być tania.

Jak dostać pożyczkę?

Najważniejsze jest znalezienie pożyczkodawcy. A zatem wystarczy przejrzeć firmy pożyczkowe, które udzielają zobowiązań przez Internet i wybrać tę z najciekawszą ofertę. Dostępna jest choćby pożyczka w 5 minut bez zaświadczeń. Wśród szybkich pożyczek znajdziemy nie tylko chwilówki, ale i pożyczki spłacane w ratach. Więc każda osoba może znaleźć opcję dla siebie. Na stronie pożyczkodawcy możemy zobaczyć wszystkie rodzaje pożyczek, jakich udziela. Samodzielnie wybieramy też kwotę, jaką chcemy pożyczyć oraz termin oddania środków. Po wyborze tych informacji przechodzimy do składania wniosku.

Jest to bardzo proste, ponieważ musimy jedynie uzupełniać dane, o które zostaniemy poproszeni. Wystarczy wpisać dane osobowe, najlepiej z dowodu osobistego, aby się nie pomylić. A później złożyć oświadczenie o dochodach, w którym wpisujemy osiągane zarobki, a także inne dochody i ich wysokość, jeśli takie posiadamy. Na podstawie tych informacji będzie wyliczona nasza zdolność kredytowa, czyli w jakiej wysokości otrzymamy pożyczkę.

Na koniec wniosku trzeba wyrazić zgodę na sprawdzenie informacji w jednej z baz. Musimy to zrobić, ponieważ firmy pożyczkowe zawsze weryfikują w ten sposób wiarygodność klienta. Ostatnim krokiem jest dokonanie przelewu weryfikacyjnego na drobną kwotę. Należy pamiętać, aby wykonać go ze swojego konta, ponieważ pożyczkodawca w ten sposób sprawdza naszą tożsamość i porównuje dane osobowe na wniosku z danymi z przelewu bankowego. A potem czekamy na odpowiedź, która nadchodzi bezzwłocznie.

Wpisy w bazach są ważne

Wiele osób wręcz obawia się sprawdzania baz, ale czy słusznie? Każde zobowiązanie, nawet pożyczka na już musi być rozpatrzone pod kątem wiarygodności klienta. A to właśnie firma pożyczkowa może ocenić, sprawdzając informacje w bazach. Dzielimy je na pozytywne i negatywne. Te pierwsze to informacje o spłacanych terminowo lub zakończonych bez problemu zobowiązaniach finansowych. Natomiast negatywne wpisy to informacje o długach, zaległościach w spłacie czy nieterminowej płatności. I to one sprawiają problem.

Według polskiego prawa nawet firmy pożyczkowe muszą weryfikować klientów w takich bazach. Nie musi to być jednak BIK (Biuro Informacji Kredytowej), jak w wypadku banków. Z powodzeniem mogą sprawdzać BIG InfoMonitor, KRD (Krajowy Rejestr Długów) czy ERIF (Europejski Rejestr Informacji Finansowej). Są to najpopularniejsze bazy, do których często sięgają firmy pożyczkowe. Bazy BIK i ERIF są bardzo podobne, ponieważ w obu bazach znajdziemy informacje o zobowiązaniach finansowych, które wciąż są aktywne, ale i o tych zakończonych. Natomiast KRD to najbardziej znana baza dłużników. Wpisywane są niej nie tylko niespłacone kredyty, ale i niezapłacone rachunki, opłaty abonamentowe, a nawet mandaty. Do bazy BIG InfoMonitor dostęp ma bardzo wiele firm pożyczkowych. Jest to jedna z najstarszych baz dłużników prowadzona w Polsce i zawiera bardzo wiele różnych informacji, które pomagają zweryfikować wiarygodność każdej osoby.

Pożyczaj odpowiedzialnie

Nikt nie chce mieć negatywnego wpisu w bazie, który utrudniłby wzięcie jakiegokolwiek zobowiązania finansowego. Dlatego nawet chwilówki przez Internet trzeba traktować z należytą powagą. Zawieramy umowę, a więc musimy się z niej wywiązać. Inaczej czekają nas karne odsetki do spłaty, windykacja, a nawet komornik. Jednak pożyczanie może być też świetnym sposobem rozwiązania chwilowych problemów materialnych. Obecnie jest naprawdę dużo ofert z przystępnymi kosztami, które pozwalają na pożyczenie 100 zł do końca miesiąca lub kilkunastu tysięcy na nowy samochód.

Każda pożyczka przez internet ma mało formalności do wypełnienia, dlatego takie oferty są najbardziej popularne. Sam czas rozpatrywania wniosku również jest na plus. A do tego kiedy tylko wniosek zostanie rozpatrzony pozytywnie, od razu otrzymamy przelew ze środkami z udzielonej pożyczki. Szybko, sprawnie i anonimowo. Na to właśnie liczymy, biorąc pożyczkę pozabankową.

Centralny Rejestr Faktur – wszystko, co przedsiębiorca wiedzieć powinien

E-faktura i Centralny Rejestr Faktur (CRF) to kolejne etapy wdrażania e-usług ułatwiających rozliczenia między firmami. Rejestr ma zbierać wszystkie e-faktury wystawiane przez przedsiębiorców. Co ciekawe, jego celem jest możliwość analizowania i doglądania zgodności faktur VAT wystawionych przez przedsiębiorców swoim kontrahentom. Można wobec tego powiedzieć, że rząd chce mieć nad wszystkim większą kontrolę i zapobiec stosowaniu nieuczciwych praktyk względem Urzędu Skarbowego. Przejrzystość dokumentacji ma pomóc w wyłapywaniu przestępstw podatkowych i wszelkiego typu nadużyć z tym związanych. Zaletą wprowadzenia CRF jest automatyzacja procesu związanego z przeprowadzaniem kontroli podatkowych – skrócenie ich czasu i mniejsze zaangażowanie w to przedsiębiorców.

Centralny Rejestr Faktur (określany także jako Centralna Baza Faktur) ma funkcjonować w Polsce od 01.10.2021 roku, natomiast przewiduje się, że od 2023 roku e-faktury staną się obowiązkowe. Przepisy wzorowane są przede wszystkim na przykładzie Włoch. Usługa została tam udostępniona już w 2017 roku, a po okresie przejściowym zaczęła obowiązywać od 1 stycznia 2019 roku. W Polsce także przewidywane jest wprowadzenie obligatoryjnego stosowania e-faktury po okresie przejściowym. Na początku przedsiębiorcy mają korzystać z niej dobrowolnie. Będzie ona jedną z możliwych metod dokumentowania sprzedaży (obok faktur papierowych i elektronicznych). CRF będzie oparty o dane przekazywane przez przedsiębiorców w nowej strukturze plików JPK_V7 z deklaracją. W skrócie można powiedzieć, że Centralny Rejestr Faktur ma służyć uszczelnieniu systemu podatkowego i przeciwdziałaniu oszustwom podatkowym. Jest to kolejny krok po wprowadzeniu JPK, split payment i białej listy podatników VAT.

Działanie systemu

Centralny Rejestr Faktur ma skupiać wszystkie e-faktury wystawiane przez przedsiębiorców. Według założeń będą one przekazywane za pośrednictwem konta – przez ministerialną platformę. Każdy podatnik będzie posiadać osobiste konto do celów podatkowych. Jego obsługa ma być możliwa z poziomu komputera i każdego urządzenia mobilnego. Dostęp do konta pozwoli na podgląd wystawionych e-faktur, a także tych otrzymanych od kontrahentów, którzy przekazali je przez platformę.

Omawiana nowelizacja ustawy o VAT wprowadza również regulacje dotyczące funkcjonowania Krajowego Systemu e-Faktur. System ten dostępny będzie poprzez stronę internetową, a dostęp do niego będzie możliwy po uwierzytelnieniu się przez osobę upoważnioną do korzystania z niego. Uwierzytelnienie będzie następowało za pomocą podpisu elektronicznego bądź ePUAP.

Jednocześnie podatnicy będą mieli obowiązek poinformowania naczelnika urzędu skarbowego o podmiotach uprawnionych do dostępu do systemu w celu wystawienia faktury ustrukturyzowanej. Wyjątek stanowić będzie osoba prowadząca jednoosobową działalność, gdzie ustawodawca domyślnie uznał, że do wystawiania faktur będzie uprawniony właściciel firmy.Oczywiście w przypadku jednoosobowej działalności gospodarczej przepisy umożliwiają również upoważnienie innej osoby do wystawiania faktur.

Naczelnik urzędu skarbowego będzie również informowany o podmiotach uprawnionych do dostępu do systemu jedynie w celu pobierania z niego faktur ustrukturyzowanych. Przepisy umożliwiają bowiem podatnikowi nadanie pracownikowi lub innemu podmiotowi uprawnień jedynie do dostępu do faktur  ustrukturyzowanych, np. dla księgowej w celu ich pobrania i rozliczenia, ale już bez możliwości wystawiania.

E-faktury będą otrzymywane i wystawiane za pomocą Krajowego Systemu e-faktur ( KSeF). Będzie mógł je wystawić podatnik lub osoba upoważniona. Dostęp do Krajowego Systemu e-faktur przedsiębiorcy zyskają dzięki specjalnemu kontu, które będzie opracowywane w ramach e-Urzędu Skarbowego. Obsługa konta ma być możliwa z komputera i każdego urządzenia mobilnego.

Dobrowolnie czy obowiązkowo?

Początkowo polscy przedsiębiorcy będą korzystać z niego dobrowolnie. E-faktury będą funkcjonować obok faktur papierowych i dostępnych już w obrocie gospodarczym faktur elektronicznych jako jedna z dopuszczalnych form dokumentowania sprzedaży. Korzystanie z e-faktury stanie się obowiązkowe dopiero po okresie przejściowym w 2023 roku.

Benefity dla podatników

Wdrożenie e-faktur ułatwi rozliczanie obrotu między przedsiębiorcami, usprawni kontrolę i przyspieszy wykrywanie prób wyłudzenia podatku, a więc uszczelni lukę w VAT. Urząd Skarbowy będzie miał możliwość porównania faktur wystawionych przez przedsiębiorcę z fakturami wykazanymi w pliku JPK_ V7. Korzystanie z systemu przyniesie wiele korzyści w zakresie bezpieczeństwa, ponieważ faktura nigdy nie ulegnie zniszczeniu czy też zaginięciu – pozostanie na stałe w bazie danych Ministerstwa Finansów.

Kolejnym atutem jest wygoda i przyspieszenie obrotu. E-faktury będą wydawane według jednego wzorca, co zapewni łatwość korzystania z systemu. Na koncie przedsiębiorcy będą widoczne wszystkie faktury. Podatnik będzie miał każdorazowo możliwość wglądu w ich treść. Dzięki systemowi będziemy mieli pewność, że faktura dotarła do kontrahenta, ponieważ CRF pozwoli na sprawdzenie czy nabywca pobrał fakturę, a kupującym da możliwość sprawdzenia czy rachunek umieszczony na fakturze znajduje się na białej liście podatników VAT. Dodatkowo podatnicy korzystający z e-faktury otrzymają zwrot VAT o 20 dni szybciej, gdyż termin zwrotu skróci się z 60 na 40 dni. Będą też zwolnieni z obowiązku samodzielnego archiwizowania faktur elektronicznych.

Kolejna zachęta dotyczy faktur korygujących “in minus”. Nie trzeba będzie stosować ogólnych zasad korygowania podstawy opodatkowania, o których mowa w ust. 19A ustawy o VAT, co oznacza, iż nie będzie już konieczny warunek posiada dokumentacji, która potwierdzałaby uzgodnienie korekty pomiędzy sprzedającym a nabywcą.

Autorem komentarza jest Mariola Biela z Ogólnopolskiej Sieci Certyfikowanych Biur Rachunkowych

Zmiana strategii i rebranding w Fly On The Cloud. Poznaj FOTC – partnera w podróży do Google Cloud

Spółka założona przez Piotra Wieczorka od 2014 roku wspiera organizacje z Europy Środkowo-Wschodniej w efektywnym wdrażaniu i wykorzystaniu technologii chmurowych. Teraz, po 7 latach działalności, Fly On The Cloud zmienia się w FOTC – firmę partnerską specjalizującą się wyłącznie w rozwiązaniach chmury Google.

W sierpniu 2021 zakończył się rebranding Fly On The Cloud. Efektem zmiany strategii jest powstanie FOTC – marki skupiającej specjalistów usług chmury obliczeniowej Google Cloud, świadczącej wdrożenia, szkolenia i bieżące wsparcie w obsłudze rozwiązań Google Workspace, Chrome Enterprise czy Google Cloud Platform wśród przedsiębiorstw z Europy Środkowo-Wschodniej.

Ostatnie półtora roku było okresem przyspieszonej cyfrowej transformacji wśród wielu organizacji – podaje FOTC w oświadczeniu na swojej stronie internetowej. Szkoły, które niemal z dnia na dzień przeszły w tryb nauki zdalnej. Firmy zmuszone przeprowadzić cyfryzację dokumentów, zwiększyć poziom bezpieczeństwa danych i zadbać o płynność komunikacji. Przedsiębiorstwa poszukujące możliwości optymalizacji kosztów, by przetrwać niepewne czasy. Wspieraliśmy ich wszystkich – i nadal wspieramy – poprzez dobór i konfigurację odpowiednich usług chmurowych, prowadzenie wdrożeń i szkoleń, pomoc w bieżącym wykorzystaniu oraz optymalizację kosztów użycia narzędzi.

Wyznaczenie trzech ekspertyz

Fly On The Cloud było firmą partnerską dostawców usług takich jak Google Cloud, Facebook, Zendesk czy Pipedrive. Celem rebrandingu było wydzielenie trzech osobnych brandów:

  • FOTC – marki skupiającej specjalistów usług chmury obliczeniowej Google Cloud, świadczącej wdrożenia, szkolenia i bieżące wsparcie w obsłudze rozwiązań chmury Google,
  • Refolks – zespołu ekspertów prowadzących wśród firm wdrożenia Workplace from Facebook – platformy społecznościowej dla pracowników,
  • Oh My Support – grupy specjalistów wspierających w implementacji platform obsługi klienta indywidualnego i biznesowego Zendesk i Pipedrive.

Wyznaczenie specjalizacji było konieczne, by lepiej i bardziej kompleksowo odpowiadać na potrzeby naszych klientów. Przebudowa struktury organizacji ma wpływ indywidualnie na każdego z nas. Każdy członek zespołu – FOTC, Refolks czy OMS – może skoncentrować siły na rozwoju określonej ekspertyzy. Obranie strategii one-Google w FOTC pozwoli nam utrzymać pełne skupienie na jednym rozwiązaniu, jeszcze bardziej zgłębić tajniki ekosystemu i opracowywać dedykowane strategie dla naszych klientów – mówi CEO FOTC, Piotr Wieczorek.

Piotr Wieczorek, CEO FOTC
Piotr Wieczorek, CEO FOTC

Strategia one-Google w FOTC

FOTC utrzymuje partnerstwo wyłącznie z Google Cloud i wspiera organizacje w implementacji i efektywnym użyciu usług chmurowych:

  • Google Workspace – pakietu aplikacji biznesowych zwiększających produktywność i płynność komunikacji w organizacjach,
  • Google Workspace for Education – narzędzi wspierających edukację zdalną i hybrydową, dedykowanych uczniom i nauczycielom,
  • Chrome Enterprise – zestawu narzędzi do pracy biurowej: laptopów, komputerów, sprzętu do wideokonferencji, przeglądarki i systemu Chrome OS,
  • Google Cloud Platform – platformy z ponad 200 gotowymi usługami chmury obliczeniowej do budowy i rozwoju produktów IT,
  • Google Maps Platform – zestawu narzędzi dla programistów umożliwiających wykorzystanie potencjału Map Google w swojej aplikacji.

Wyznaczenie specjalizacji FOTC wyłącznie w obszarze chmury Google przełoży się m.in. na bliższą współpracę z inżynierami po stronie Google Cloud, lepsze opracowanie strategii migracji lub startu w chmurze, możliwości zapewnienia konkurencyjnych benefitów i optymalizacji kosztów usług chmurowych, tworzenia większej ilości bezpłatnych materiałów edukacyjnych czy organizację wydarzeń branżowych. To też strategia umożliwiająca nawiązanie współpracy z kolejnymi ekspertami technologii chmurowych oraz szybsze zdobywanie kompetencji wewnątrz organizacji. W planach na najbliższy kwartał FOTC uwzględnia również uruchomienie supportu 24/7 przy usłudze Google Workspace czy platformy szkoleniowej FOTC Academy dla przyszłych i obecnych inżynierów chmury.

FOTC – Twój partner w podróży do Google Cloud

Spółka FOTC (poprzednio Fly On The Cloud) posiada status oficjalnego partnera Google Cloud od 2014 roku. W ciągu ostatnich siedmiu lat wspierała organizacje publiczne i jednostki edukacyjne oraz małe, duże i średnie przedsiębiorstwa prywatne w rozwinięciu potencjału w chmurze publicznej. Obecnie prowadzi oddziały w Polsce, Rumunii, Bułgarii, Czechach, na Słowacji, Węgrzech i Ukrainie. Na pokładzie posiada 70 ekspertów, w tym certyfikowanych inżynierów, architektów oraz specjalistów ds. bezpieczeństwa i sieci. Współpracuje z blisko 2000 firmami, m.in. z Revolutem, AmRestem czy Booksy.

W 2020 roku Google Cloud przyznało FOTC specjalizację Work Transformation potwierdzającą odpowiednio wysoki udokumentowany poziom wiedzy, kompetencji i doświadczenia w prowadzeniu wdrożeń usługi Google Workspace oraz nagrodę EDU Cloud Impact 2020 za wsparcie szkół i uczelni w przeprowadzeniu cyfrowej transformacji w obliczu pandemii.

Magdalena Chudzikiewicz nową członkinią zarządu home.pl

Magdalena Chudzikiewicz dołącza do zarządu home.pl SA. Obejmie stanowisko CCO (Chief Commercial Officer) i jednocześnie Dyrektora Sprzedaży i Marketingu.

Nowa członkini zarządu home.pl związana była wcześniej z Polska Press Grupą, gdzie – także w zarządzie – odpowiadała za rozwój biznesu online. Była też liderką transformacji cyfrowej Grupy z wydawcy prasowego w czołowego gracza polskiego internetu. W jej kompetencjach były takie obszary jak marketing, analiza danych, technologia i rozwój produktów online.

Pandemia nieodwracalnie zmieniła i nadal zmienia zachowania konsumentów oraz klientów biznesowych. Obecność firmy w internecie bardziej niż kiedykolwiek stanowi o sukcesie. Misją Grupy home.pl jest z jednej strony udostępnianie technologii, a z drugiej strony wspieranie rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw. home.pl jako lider usług internetowych w Polsce ma największe kompetencje do tego, aby towarzyszyć polskim firmom w transformacji cyfrowej – mówi Magdalena Chudzikiewicz.

CRM dla pośrednika – jakie funkcjonalności są niezbędne?

Współpraca z pośrednikiem nieruchomości to już niemalże standard w przypadku osób zainteresowanych zakupem, wynajmem czy sprzedażą nieruchomości. Profesjonalna agencja zapewnia pełne wsparcie na każdym etapie transakcji. Prowadzenie biura nieruchomości nie jest jednak prostą sprawą. Wymaga olbrzymiej wiedzy, znajomości branży, łatwości nawiązywania kontaktów, smykałki biznesowej. W jaki sposób zoptymalizować pracę zespołu i zwiększyć szanse na osiągnięcie przewagi konkurencyjnej? Wykorzystując oprogramowanie CRM. W tym artykule sprawdzisz, jakie funkcjonalności systemu warto wykorzystać.

Branża nieruchomości to jedna z niewielu branż, gdzie najważniejszy jest klient i budowa długofalowych relacji z grupą odbiorczą. Zadowolenie klienta świadczy o sukcesie każdej agencji. Jest również wyznacznikiem przewagi konkurencyjnej.   

Obsługa klienta w czasach post-pandemicznych

Pandemia koronawirusa odcisnęła piętno niemalże na wszystkich gałęziach gospodarki, w tym między innymi na branży nieruchomości. Z powodu nałożonych restrykcji i konieczności zachowania dystansu społecznego – zwłaszcza w początkowym okresie – obsługa klienta stanowiła nie lada wyzwanie. Poszczególne etapy procesu transakcyjnego odbywały się w systemie zdalnym i choć biura nieruchomości świetnie poradziły sobie z całą sytuacją, to modyfikacja procesu obsługi klienta okazała się nieunikniona. 

Jak dostosować komunikację z klientem do czasów post-pandemicznych? Wykorzystując System CRM ESTI – https://esticrm.pl/ – oprogramowanie wspierające proces customer relationship management, dedykowane branży nieruchomości. Narzędzie zapewnia możliwość szybkiej i bezproblemowej modyfikacji szablonów wiadomości. Dzięki takiemu rozwiązaniu można z łatwością dopasować model komunikacji do potrzeb odbiorcy. Automatyzacja procesu obsługi klienta zwiększa szansę na osiągnięcie przewagi konkurencyjnej. 

Szybka dystrybucja ofert na portalach 

W branży nieruchomości najważniejsza jest dobra oferta – o jej najwyższą jakość zadba system CRM. W jaki sposób? Ogłoszenie to pierwszy i najważniejszy segment, na jaki zwracają uwagę osoby zainteresowane kupnem oraz wynajmem mieszkania. Konkurencyjna oferta zwiększa szansę na pozyskanie klienta. Dzięki oprogramowaniu CRM przygotowanie dobrej oferty zajmie dosłownie chwilę. Można skorzystać z gotowego szablonu – pozostaną do uzupełnienia najważniejsze informacje o lokalu, dane kontaktowe osoby wystawiającej ogłoszenie, a treść szablonu będzie można bez problemu dopasować do konkretnej oferty. 

Interfejs dopasowany do użytkowników 

Kluczową funkcją oprogramowania CRM z której warto skorzystać, jest możliwość personalizacji interfejsu i dostosowania poszczególnych widoków do potrzeb pracowników różnego szczebla. To ważne, ponieważ z systemu będą korzystać zarówno kierownicy działów i osoby zarządzające, jak i pośrednicy czy asystenci. 

Jak wysłać paczkę do Anglii?

Anglia to jeden z najpopularniejszych kierunków, jeśli chodzi o nadawanie przesyłek kurierskich. Paczka do Anglii to usługa, której popularność rośnie niemal z roku na rok. Wynika to przede wszystkim z faktu, że wielu naszych rodaków wyemigrowało na Wyspy, głównie w celach zarobkowych. To jednoznacznie ożywiło transport zarówno towarów i usług na linii Polska-Anglia. Nie da się także ukryć, że kilka zmian zostało wprowadzonych przez Brexit, który miał miejsce w styczniu 2020 roku. Chcesz przesłać pakunek do Anglii i zastanawiasz się, jak długo trwa doręczenie oraz jaka jest kwota takiej usługi? Już spieszymy z odpowiedzią!

Od czego zależy cena paczki do Anglii?

Cena paczki do Anglii zależna jest od wielu czynników i nie da się jej jednoznacznie określić bez podania najważniejszych informacji. Ostateczna kwota zależy między innymi od wagi pakunku, dokładnych wymiarów (oraz tego czy przesyłka jest standardowych kształtów). Wlicza się tu także fakt, jaka jest wartość tego co mamy wewnątrz kartonu, jaki nadamy priorytet. Takie rzeczy jak cena, w łatwy i szybki sposób można sprawdzić chociażby z pomocą brokera kurierskiego, gdzie w jednym miejscu (po podaniu wyżej wymienionych informacji) otrzymujemy listę firm kurierskich, które mogą zaoferować wysłanie paczki do Anglii.

Jaki jest czas doręczenia paczki do Anglii?

Z Polski do Anglii możemy dostać się na kilka sposobów. Mowa tutaj zarówno o drodze morskiej, lądowej jak i powietrznej. Czas doręczenia jest więc zależny głównie od tego aspektu. Z pomocą samolotu paczka do Anglii z Polski może dotrzeć nawet w jeden lub dwa dni. Z kolei ta przekazana samochodem dociera z reguły w ciągu trzech do pięciu dni. Znaczenie ma również miejsce, do którego nadajemy dany towar, produkt czy prezent. Zdecydowanie szybciej paczka dotrze do Londynu, Bristolu czy Leeds niż małej miejscowości lub wsi.

Jak wysłać paczkę do Anglii?

Paczkę do Anglii najlepiej wysłać z pomocą brokera kurierskiego. Kiedy masz już przygotowany pakunek, wpisz w system brokera wszelkie najważniejsze informacje, wyceń przesyłkę i zamów kuriera, na przykład z odbiorem z Twojego domu lub pracy. Pamiętaj, żeby także sprawdzić, czy zgodnie z polityką przewoźnika oraz obecnie funkcjonującym prawem w Anglii, możesz nadać w paczce określony produkt.

Wysyłanie pakunków na wyspy to bardzo popularny proceder. Ważne, aby przed nadaniem sprawdzić, jak spełnić wszelkie najważniejsze formalności, aby nasza paczka do Anglii szybko i bez komplikacji dotarła prosto z Polski do wybranego miasta. 

Paweł Strączyński wiceprezesem Banku Pekao S.A.

3 sierpnia br. Rada Nadzorcza Banku Pekao S.A., po przeprowadzeniu oceny odpowiedniości, powołała Pawła Strączyńskiego na funkcję wiceprezesa Zarządu Banku. Paweł Strączyński 5 sierpnia br. dołączy do bieżącej, wspólnej kadencji Zarządu.

Paweł Strączyński jest absolwentem Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, Wydziału Gospodarki Narodowej, kierunku: finanse i bankowość oraz Master of Business Administration – Executive MBA o specjalności zarządzanie przedsiębiorstwem.

Posiada bogate doświadczenie menedżerskie.

Pełnił funkcję Prezesa Zarządu Tauron Polska Energia S.A. oraz był Członkiem Rady Zarządzającej Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej.

Wcześniej był Wiceprezesem Zarządu ds. Finansowych w PGE Polska Grupa Energetyczna S.A. Pracował także w zarządach m.in.: Zespołu Elektrociepłowni Wrocławskich KOGENERACJA S.A., ZOWER Sp. z o.o., PGNiG Termika Energetyka Przemysłowa S.A., Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej S.A. w Jastrzębiu-Zdroju i Polskiej Grupy Biogazowej S.A.

Szefowie działów bezpieczeństwa z coraz większymi obawami – wyniki badania EY

43% ankietowanych przez EY oficerów ds. bezpieczeństwa informacji (CISO) nigdy dotąd nie martwiło się w takim stopniu jak obecnie, o zdolność ich firm do odpierania cyberzagrożeń. 77% ostrzega, że miało w ostatnich 12 miesiącach do czynienia ze wzrostem liczby ataków typu ransomware, a to wszystko w środowisku pandemicznym, w którym 81% firm nie konsultowało planów nowych inicjatyw biznesowych z działami cyberbezpieczeństwa .

Rys. 1. Czy dostrzegasz wzrost liczby ataków w ostatnich 12 miesiącach?

Czy dostrzegasz wzrost liczby ataków w ostatnich 12 miesiącach

Ankietowani w ramach Ogólnoświatowego Badania Bezpieczeństwa Informacji EY (GISS – Global Information Security Survey) zwracają również uwagę, że pandemia ujawniła luki w szeroko rozumianym ekosystemie, obejmującym łańcuch zależności firm, a tylko jeden na trzech CISO jest przekonany, że cały łańcuch dostaw w ich organizacji jest pod tym względem zabezpieczony i odporny.

– Skupienie na słabych punktach w ekosystemie partnerskim organizacji, to jeden z oczywistych postpandemicznych priorytetów dla osób odpowiadających za bezpieczeństwo w firmach. Choć wcześniej ten problem był mniej dostrzegany, podczas pandemii został uwidoczniony, uświadamiając tym samym wielu organizacjom, jak poważne zagrożenia może nieść za sobą złe zabezpieczenie tak zwanych stron trzecich, dostarczających usługi, produkty czy rozwiązania. Relacje z podmiotami trzecimi zwiększają bowiem liczbę punktów, poprzez które organizacja może być potencjalnie zaatakowana. Dlatego tak ważne jest, by podlegały one stałemu monitoringowi pod kątem zagrożeń– mówi Kazimierz Klonecki, Partner EY i Lider Działu Cyberbezpieczeństwa.

To nie koniec wyzwań, na które wskazali w tym roku ankietowani w badaniu EY. Blisko 40% CISO zwróciło uwagę na to, że nie dysponuje budżetem odpowiednim do wyzwań, które pojawiły się w ich firmach w ostatnich 12 miesiącach. Wydatki na cyberbezpieczeństwo stanowiły w ostatnim roku finansowym średnio zaledwie 0.05% przychodów badanych firm. Co więcej, 36% ankietowanych jest zdania, że kwestią czasu jest to, że ich organizacje doświadczą znaczącego incydentu z zakresu cyberbezpieczeństwa, którego można by uniknąć, dzięki odpowiednim inwestycjom.

– Z badania EY wynika, że większość kosztów związanych z cyberbezpieczeństwem w firmach, alokowana jest w szeroko rozumianych budżetach IT lub w wydatkach na technologię. To z jednej strony utrudnia właściwe i elastyczne zarządzanie takim budżetem, a z drugiej pokazuje, jak rozumiane i postrzegane są funkcje CISO w organizacjach. Co więcej – w części organizacji niewystarczająca wysokość budżetów w rękach menedżerów zajmujących się cyberbezpieczeństwem, powoduje konieczność dopasowania stosowanych rozwiązań i presję na zmniejszanie kosztów w pełnym zagrożeń środowisku. Tym samym CISO stale walczą o to, by wypełnić lukę między potrzebami a możliwościami finansowania – mówi Jakub Walarus, Associate Partner EY w Dziale Cyberbezpieczeństwa.

Przed CISO stoją też wyzwania wynikające z relacji z innymi działami i osobami odpowiedzialnymi za podejmowanie decyzji. Choć jeszcze w ubiegłorocznym badaniu 36% respondentów było pewnych, że zespoły cyberbezpieczeństwa biorą udział w konsultacjach na etapie planowania nowych inicjatyw biznesowych, w tym roku wynik ten spadł do 19%. Aż 56% badanych przyznaje, że zespoły odpowiadające za cyberbezpieczeństwo nie biorą udziału w konsultacjach, albo dołączają do nich zbyt późno podczas podejmowania przez liderów pilnych, strategicznych decyzji.

Rys. 2. W jakim stopniu poniższe sytuacje dotyczą Twojej firmy

W jakim stopniu poniższe sytuacje dotyczą Twojej firmy

– Jak pokazują najnowsze wyniki badania EY, funkcja CISO w firmie jest często nadal niedoceniana. Zaskakujące i niepokojące są szczególnie wyniki wskazujące, że osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo informacji, nie tylko nie zyskują na znaczeniu, ale wręcz rzadziej niż jeszcze rok temu są stroną rozmów o strategicznych dla organizacji planach, wdrożeniach i kierunkach rozwoju. Część firm zdaje już sobie sprawę, że funkcje bezpieczeństwa informacji są kluczowe dla ich działalności, ale wciąż istnieje jeszcze grupa tych, postrzegających CISO jako hamulcowych, którzy spowalniają, a wręcz wstrzymują część biznesowych inicjatyw. Pokazuje to, że CISO nie mogą być jedynie ekspertami technicznymi, ale muszą także sprawnie poruszać się w swoich organizacjach, komunikując się językiem biznesu. Pozytywnym sygnałem płynącym z badania jest jednak to, że częściej niż w ubiegłym roku, osoby obejmujące funkcje bezpieczeństwa współpracują z pracownikami odpowiedzialnymi za ryzyko – dodaje Patryk Gęborys, Associate Partner EY w Dziale Cyberbezpieczeństwa.

Wyzwaniem stojącym przed CISO są również złożone i skomplikowane regulacje. Środowisko prawne jest niejednorodne i szefowie bezpieczeństwa informacji – szczególnie w międzynarodowych organizacjach – muszą funkcjonować w wielu jurysdykcjach jednocześnie (np. na poziomie krajowym, regionalnym czy globalnym). Co więcej, muszą również stosować się do wymogów prawnych, właściwych dla konkretnego sektora działalności organizacji (np. usług finansowych). O tym jak wymagające jest to wyzwanie, świadczy fakt, że niemal połowa ankietowanych w tegorocznym badaniu EY przyznała, że compliance jest jednym z najbardziej stresujących wyzwań w pracy CISO.

57% badanych przewiduje z kolei, że w nadchodzących latach regulacje staną się jeszcze bardziej niejednorodne i będą wymagać poświęcenia im dodatkowej uwagi, a tym samym czasu.

– W najbliższym czasie znaczna część aktywności szefów działów bezpieczeństwa informacji skupiona będzie na zapewnieniu zgodności z obowiązującymi regulacjami. Skomplikowane środowisko prawne stało się na przestrzeni ostatniego roku powodem dla którego CISO inaczej niż dotychczas postrzega rolę compliance. Z jednej strony bowiem przepisy prawne wymagają od nich coraz większego zaangażowania czasu i zasobów, a jednocześnie rzadziej niż jeszcze rok wcześniej są argumentem w negocjacjach budżetowych dla działów bezpieczeństwa informacji. Jest to więc kolejne ogromne wyzwanie stojące nie tylko przed samymi CISO, ale i całymi organizacjami – dodaje Jacek Sygutowski, Associate Partner EY w Dziale Cyberbezpieczeństwa.

O badaniu

Ogólnoświatowe Badanie Bezpieczeństwa Informacji EY to coroczna ankieta wśród osób odpowiedzialnych w firmach za cyberbezpieczeństwo. W tegorocznym badaniu udział wzięło 1010 respondentów z całego świata. 43% stanowili respondenci z regionu EMEIA, 36% z obu Ameryk, a 20% respondentów pochodziło z rejonu Azji i Pacyfiku. Badanie przeprowadzono w okresie od marca do maja 2021 r. wśród przedstawicieli firm o rocznych przychodach przekraczających 1 mld USD.

Państwowa Inspekcja Pracy nie będzie musiała zawiadamiać o kontroli

Dotychczas kwestia tego, czy Państwowa Inspekcja Pracy powinna zawiadamiać o kontroli czy też nie, była dyskusyjna. Projekt ustawy o zmianie ustawy – Prawo przedsiębiorców ma ostatecznie przyzwolić na przeprowadzenie kontroli bez uprzedzenia.

Sprawowanie nadzoru i kontroli nad przestrzeganiem prawa pracy, w szczególności zasad bezpieczeństwa i higieny pracy jest – zgodnie z Ustawą z dnia 13 kwietnia 2007 roku o Państwowej Inspekcji Pracy – jednym z głównych zadań PIP. Przypomnijmy, że aktualnie w związku z trwającą pandemią COVID-19, inspektorzy pracy prowadzą kontrole w sposób zdalny, czyli za pośrednictwem operatora pocztowego lub środków komunikacji elektronicznej oraz w sposób hybrydowy, łączący elementy kontroli zdalnych i kontroli bezpośrednich.

Jednak czy PIP może przeprowadzić kontrolę bez zapowiedzi? Art. 23 ustawy o PIP „Inspektorzy pracy są uprawnieni do przeprowadzania, bez uprzedzenia i o każdej porze dnia i nocy, kontroli przestrzegania przepisów prawa pracy”. Jednocześnie art. 48 ustawy z dn. 6 marca 2018  r. – Prawo przedsiębiorców stanowi, że „Organ zawiadamia przedsiębiorcę o zamiarze wszczęcia kontroli, a kontrolę wszczyna się nie wcześniej niż po upływie 7 dni i nie później niż przed upływem 30 dni od dnia doręczenia zawiadomienia o zamiarze wszczęcia kontroli”.

Widać tutaj oczywistą sprzeczność – z jednej strony inspektorzy mogą przeprowadzać kontrole bez uprzedzenia, a z drugiej muszą wcześniej zawiadomić o tym przedsiębiorcę. Ponadto nie jest jasne, kiedy taka kontrola może się odbyć. O każdej porze dnia i nocy czy 7 dni od doręczenia zawiadomienia o zamiarze wszczęcia kontroli? Planowo przepisy ma ujednolicić projekt ustawy o zmianie ustawy – Prawo przedsiębiorców, który ma wprowadzić przepis, który umożliwia przeprowadzanie kontroli PIP bez obowiązku zawiadamiania o tym zakładu pracy. Kontrola mogłaby być wówczas przeprowadzona bez uprzedzenia, o każdej porze dnia i nocy.

Z punktu widzenia tego, że podstawowym celem działań Państwowej Inspekcji Pracy jest uzyskanie poprawy stanu przestrzegania prawa pracy w kontrolowanych zakładach, to nie ulega wątpliwości, że ma on większe szanse realizacji podczas przeprowadzania niezapowiedzianych kontroli. O ile do tej pory budziły one wiele wątpliwości ze względu na niejasność przepisów, o tyle po zmianie Prawa przedsiębiorców będą one przeprowadzane, nie budząc podobnych kontrowersji.

Autorka: Anna Sikorska, Dyrektor Działu Zasobów Ludzkich i Administracji w PW Krystian, ekspertka Koalicji Bezpieczni w Pracy

Bain & Company: W tym roku fundusze private equity zainwestują ponad 1bln USD

Rok 2021 może okazać się rekordowym dla funduszy private equity pod względem środków przeznaczonych na inwestycje. Jak szacuje firma doradcza Bain & Company, w tym roku ta grupa inwestorów wyda na przejęcia łącznie ponad 1 bln dolarów. Również w Polsce, fundusze aktywnie poszukują ciekawych firm i mają dużą determinację do zawierania transakcji.

W pierwszym półroczu 2021 roku fundusze private equity zainwestowały na świecie łącznie 539 mld dolarów. Eksperci Bain & Company spodziewają się co najmniej podobnej wartości przejęć w kolejnych sześciu miesiącach. Poprzedni rekord padł w 2006 roku, gdy wartość przejęć fundusze wyniosła 804 mld dolarów.

Wzrostowi inwestycji sprzyjają niskie stopy procentowe, relatywnie silne fundamenty gospodarcze, oraz rosnące ceny spółek giełdowych. Fundusze dysponują też rekordowymi środkami na przejęcia. Łączna pula zgromadzonych przez nie funduszy zwiększyła się na koniec czerwca do najwyższego poziomu w historii – czyli $3,3 bln z $2,9 bln w 2020 roku.

Na polskim rynku również wiele się dzieje. Jednak krajowy rynek jest wciąż relatywnie płytki i na to, czy w 2021 roku padnie rekord, wpłynąć może jedna lub dwie duże transakcje. Jeśli chodzi o ilość transakcji, to w pierwszym półroczu tego roku, fundusze private equity dokonały 20 inwestycji wobec 12 w analogicznym okresie ubiegłego roku.

W szczycie pandemii mało kto spodziewał się, że fundusze tak szybko powrócą na rynek. Wyraźne przyspieszenie w zawieraniu transakcji zauważamy także w Polsce. Tempo jest imponujące i nie spodziewamy się by osłabło w drugiej połowie roku – powiedział Jacek Poświata, Partner Zarządzający Bain & Company Poland/CEE.

Największym zainteresowaniem funduszy w Polsce cieszyły się firmy z sektora technologicznego, ochrony zdrowia, logistyki i dóbr konsumpcyjnych. Eksperci Bain & Company, czołowego doradcy funduszy w Polsce i na świecie, oczekują, że na decyzje inwestorów będą miały wpływ rozwój nowych technologii oraz potrzeba wdrażania innowacyjnych rozwiązań w wielu sektorach gospodarki, zwłaszcza w przemyśle, handlu detalicznym czy też usługach finansowych.

Innowacje technologiczne przenikają już do każdego sektora gospodarki. Kluczowe pytanie, jakie zadają sobie teraz fundusze, to w jaki sposób technologia wpływać będzie na przyszłość branż, w które inwestują – dodał Paweł Szreder, Młodszy Partner w Bain & Company.

Podobnie jak w latach ubiegłych, na polskim rynku private equity nadal więcej było kupujących niż sprzedających. W porównaniu do 20 transakcji kupna, w pierwszym półroczu tego roku fundusze przeprowadziły 8 transakcji sprzedaży aktywów. Były to jednak zdecydowanie większe transakcje pod względem wartości, jak na przykład sprzedaż akcji operatora paczkomatów InPost na giełdzie w Amsterdamie przez Advent International.

Indeksy koniunktury rządzą rynkiem

Wczorajszy dzień upłynął pod dyktando indeksów koniunktury. Dobre dane pokazano zarówno w Europie, jak i za oceanem. Nawet jeżeli oczekiwania analityków były jeszcze wyższe, odczyty pokazywały korzystny kierunek zmian.

Słabsze indeksy koniunktury

Poznaliśmy wczoraj indeksy koniunktury dla głównych gospodarek europejskich. Był wśród nich indeks PMI dla przemysłu w Polsce. Wypadł on co prawda słabiej od oczekiwań, ale wynik 57,6 pkt to nadal bardzo solidny rezultat. Jest to wyraźnie powyżej 50 pkt oddzielających symbolicznie rozwój od recesji. Trzeba też wziąć pod uwagę fakt, że jest to wskaźnik oceniający rozwój sytuacji w przyszłości. W rezultacie kilka miesięcy temu więcej osób spodziewało się poprawy, bo i sytuacja była gorsza. Dane te pomimo nieosiągnięcia oczekiwań nie przeszkadzały złotemu się umacniać.

Jak wypadła Europa?

Łączny indeks dla strefy euro wypadł symbolicznie powyżej oczekiwań. Na uwagę zasługuje jednak bezwzględny poziom. 62,8 pkt to poziom pokazujący potencjalnie bardzo dobre perspektywy dla rozwoju strefy euro. Dane te zresztą pomogły euro kolejny raz atakować ostatnie maksima względem dolara. To między innymi silna pozycja europejskiej waluty i kapitał płynący wraz z nią na europejską stronę oceanu odpowiadają za ostatnio lepszą dyspozycję złotego na rynkach walutowych.

Mieszane dane zza oceanu

Wczoraj z 15-minutową przerwą poznaliśmy dwa konkurencyjne wskaźniki dla USA. Był to lepszy od oczekiwań indeks PMI dla przemysłu oraz słabszy od oczekiwań raport ISM dla przemysłu. Obydwa te parametry powstały na podstawie ankiet rozsyłanych do odpowiednio sprofilowanej grupy. Różnice w doborze grup powodują jednak, że wyniki uzyskiwane mogą się czasem różnić. Jest to częsty problem z interpretacją wyników z badań ankietowych. Dane te jednak ze względu na ogólnie wysokie poziomy powodowały umacnianie się dolara względem pozostałych walut.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych należy zwrócić uwagę na:
16:00 – USA – zamówienia na dobra.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Polska utrzymuje pozycję niekwestionowanego lidera na rynku biurowym w regionie Europy Środkowo-Wschodniej

Z prognoz przedstawionych w najnowszym raporcie ABSL Sektor Nowoczesnych Usług Biznesowych w Polsce 2021 wynika, że w nadchodzącym roku liczba miejsc pracy w sektorze wzrośnie o 6%, do blisko 377 000. Systematyczny wzrost zatrudnienia, w jednym z najszybciej rosnących sektorów polskiej gospodarki, stymuluje rozwój rynku powierzchni biurowych. Umacnia również pozycję Polski jako atrakcyjnej lokalizacji dla inwestorów.

Jak wynika z danych Colliers przedstawionych w raporcie rocznym ABSL, Polska jest dziś największym rynkiem biurowym w Europie Środkowej i Wschodniej, oferując 11,9 mln m kw. powierzchni biurowej. Poza rosnącym sektorem usług biznesowych, rynek nieruchomości komercyjnych kształtują również trendy będące skutkiem pandemii COVID-19. Wśród nich kluczowe są zjawiska takie, jak przejście na hybrydowy tryb pracy oraz tworzenie elastycznego środowiska wspierającego efektywność i dostosowanego do potrzeb pracowników.

Wysoki poziom aktywności deweloperów na rynku nieruchomości komercyjnych

Jednym z kluczowych czynników wspierających rozwój sektora nowoczesnych usług dla biznesu jest dostępność nowoczesnych biur. Efektem wieloletniej współpracy deweloperów, inwestorów i najemców z sektora jest stały wzrost rynku powierzchni komercyjnych w największych aglomeracjach w Polsce, w tym m.in. Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Łodzi, Poznaniu, Trójmieście i Katowicach.

Pomimo spowolnienia gospodarczego, w 2020 r. oddano do użytku ponad 707 tys. m kw. nowych obiektów, co stanowi poziom porównywalny z 2019 r. Aktywność deweloperów utrzymuje się na wysokim poziomie i na koniec I kwartału 2021 r. w budowie było prawie 1,1 mln m kw. nowoczesnych powierzchni biurowych. Około 35% nowych projektów jest zlokalizowanych w Warszawie.

Obserwujemy pojawiające się na rynku nowe trendy i przemiany biznesowe, które będą kształtować przyszłość całego regionu. Jestem przekonana, że Europa Środkowo-Wschodnia ma świetlaną przyszłość i jest bardzo dobrym miejscem do inwestowania. Sektor usług dla biznesu już od dawna jest dla nas największą grupą najemców i motorem napędowym rynku biurowego w tym regionie, dlatego bacznie obserwujemy co się dzieje w tej branży. Cieszymy się, że duże międzynarodowe firmy nadal rozwijają się w Polsce. Nasza strategia biznesowa w Polsce niezmiennie zakłada skupienie się na największych ośrodkach miejskich. Poza Warszawą jesteśmy we Wrocławiu, Krakowie, Gdańsku, Poznaniu, Katowicach i Łodzi – mówi Katarzyna Zawodna-Bijoch, prezeska i CEO spółki biurowej Skanska w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Dojrzałość rynku biurowego i dostosowanie do wyzwań pandemii

Pandemia COVID-19 wywarła znaczący wpływ na rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce i wynajem powierzchni biurowych. Z analiz wynika, że kluczowym aspektem pozostaje brak przewidywalności co do globalnego rozwoju sytuacji. Dlatego też wiele firm odracza w czasie procesy decyzyjne dotyczące nowych umów najmu.

Eksperci Colliers przewidują wzrost liczby umów podnajmu oraz renegocjacji wcześniej zawartych kontraktów. Według analiz specjalistów, najemcy preferują renegocjowanie umów i uzyskanie bardziej korzystnych warunków zamiast zmiany lokalizacji biura.

Obecnie obserwujemy wzrost renegocjacji umów najmu na rynku nieruchomości biurowych oraz trend wzrostowy w liczbie podnajmów. Niektóre firmy decydują się na redukcję powierzchni, mimo wzrostu zatrudnienia. Takie decyzje warto podejmować w kontekście perspektywy długoterminowej, z uwzględnieniem celów biznesowych organizacji, planów rozwoju oraz potrzeb pracowników. Obserwując nastroje wśród klientów, szczególnie z sektora IT, widzimy chęć wdrażania hybrydowego modelu pracy. Dla rynku biurowego będzie to oznaczało wolniejszy proces komercjalizacji. Szacujemy, że ten stan utrzyma się jeszcze przez około 2-3 lata. Jednak nowe firmy, które pojawiają się na rynku oraz wzrost liczby pracowników w sektorze nowoczesnych usług biznesowych przyczynią się do zapełniania wolnych powierzchni i generowania popytu na kolejne budynki biurowe – mówi Monika Rajska-Wolińska, Dyrektor Generalna Colliers na region Europy Środkowo-Wschodniej.

Jednoznaczny trend w kierunku nowej koncepcji miejsca pracy

Jednym z głównych trendów uwypuklonych w raporcie ABSL, mającym wpływ na nieruchomości biurowe, jest zmiana modelu pracy na hybrydowy lub całkowicie zdalny. Jak pokazują wyniki badań Colliers, po roku trwania pandemii prawie 67% pracowników stwierdziło, iż chciałoby pracować z domu więcej niż 2 dni w tygodniu. To dwa razy więcej osób niż na początku lockdownu (37%).

Oznacza to, że post-pandemiczna rzeczywistość będzie wymagała nowych wzorców zachowań i zdefiniowania na nowo roli przestrzeni biurowej. Biura pozostaną ważną częścią kultury firm, umożliwiając budowanie zespołu i bezpośrednie interakcje. Głównym wyzwaniem dla pracodawców będzie stworzenie środowiska pracy jako elastycznego ekosystemu, dostosowanego do potrzeb pracy indywidualnej oraz zespołowej. To środowisko będzie obejmować tradycyjne biuro, dom oraz przestrzenie alternatywne, czyli miejsca publiczne takie jak kawiarnie, przestrzenie co-workingowe czy inne miejsca do pracy dostępne w formule on-demand.

Według danych Colliers przed pandemią ok. 80% typowej powierzchni biurowej przeznaczonych było do pracy indywidualnej. W przyszłości ta proporcja ulegnie zmianie – nawet 50% lub więcej powierzchni będzie przeznaczone na rozwiązania wspierające współpracę i interakcje. Oznacza to mniejsze zapotrzebowanie na długoterminowy najem powierzchni i rozpowszechnienie się modelu „hub & spoke”, w którym firma posiada biuro główne oraz w elastyczny sposób korzysta z powierzchni dodatkowych, bardziej sprzyjających efektywnej pracy.

– Najbliższe miesiące przyniosą redefinicję funkcji biurowej. W nowej roli biuro usprawni budowanie zespołu i wzmocni tożsamość firmy, a także poczucie przynależności do organizacji. Według najnowszych badań tego właśnie najbardziej brakuje pracownikom pracującym zdalnie – mówi Wojciech Popławski, wiceprezes ABSL.

Rynek HoReCa odbije w 2021 r., nawet w scenariuszu „czwartej fali”

Rynek HoReCa (rynek gastronomii hotelowej, restauracyjny i rynek cateringu) był wart 22,7 mld zł w 2020 r., notując spadek 30,9% r/r. Jeszcze w 2019 r., rynek wart był 32,8 mld zł po 6,5% wzroście względem roku poprzedniego. Był to pierwszy spadek wartości tego rynku od kilkunastu lat – wynika z najnowszego raportu PMR „Rynek HoReCa w Polsce 2021, Analiza rynku i prognoza rozwoju na lata 2021-2026”. Negatywny wpływ na rynek miała przede wszystkim pandemia COVID-19 oraz wynikające z niej obostrzenia w działalności przedsiębiorstw gastronomicznych, hotelarskich oraz zajmujących się cateringiem, jak również mniejsza mobilność społeczna oraz załamanie w ruchu turystycznym.

Z uwagi na fakt, że zmagania z pandemią COVID-19 trwają także w 2021 r., a restrykcje w prowadzeniu działalności gastronomicznej, hotelowej i eventowej zostały przedłużone na większą część pierwszej połowy roku, niemożliwym jest odrobienie strat przez branżę. Pomimo to, wartość rynku wzrośnie z dwucyfrową dynamiką w tym roku, niemniej jednak nastąpi to z bardzo niskiej bazy z roku 2020.

I choć otwarcie placówek gastronomicznych respondenci witają z entuzjazmem (31% planuje jeść posiłki w lokalach częściej niż przed pandemią), to realna odbudowa rynku HoReCa, według prognoz PMR, nastąpi dopiero w pierwszym, pełnym roku względnej „normalności”. Rozpocznie się w 2022 r., a wartość rynku do poziomu sprzed pandemii zbliży się dopiero rok później.

Wartość (mld zł) i dynamika (%) rynku gastronomicznego (HoReCa) w Polsce, 2017-2021

  2017 2018 2019 2020s 2021p
Wartość 28,9 30,8 32,8 22,7 25,9
Dynamika 6,9% 6,7% 6,5% -30,9% 14,0%

Wyjaśnienie: scenariusz bazowy – brak tzw. „czwartej fali” epidemii koronawirusa w Polsce, brak kolejnego lockdownu i ograniczenia działalności placówek gastronomicznych do działalności jedynie w dowozie/na wynos, wygaszanie epidemii, systematyczny powrót do „normalności”. Możliwe lokalne ograniczenia działalności lokali gastronomicznych i hoteli (np. limit miejsc, itp.).

s – szacunek

p – prognoza

Wartość i dynamika rynku HoReCa 2021 PLŹródło: PMR, 2021

 – Wiele danych makroekonomicznych, takich, jak chociażby wynagrodzenia, produkcja przemysłowa, czy wskaźników giełdowych wskazuje na coraz mniejszy wpływ dotychczasowych, kolejnych wzmożonych fal zachorowań na gospodarkę. To niejako efekt przystosowania się społeczeństwa do kolejnych fal pandemii. Niemniej jednak, wystąpienie czwartej  fali zachorowań jesienią tego roku, najprawdopodobniej oznaczać będzie ponowne funkcjonowanie branży gastronomicznej jedynie w formie dostaw posiłków, a branży hotelarskiej z istotnymi ograniczeniami – podkreśla Magdalena Filip, Starszy analityk rynku handlu detalicznego w firmie PMR.

W rezultacie, w wyniku modelowania ekonometrycznego, w którym uwzględniono negatywny wpływ powyższych czynników, można określić, że wpływ wystąpienia kolejnej, wzmożonej fali zakażeń jesienią tego roku byłby dotkliwy dla branży. Ostateczny wynik całego rynku HoReCa zrealizowany w 2021 r. byłby aż o blisko 1 mld zł niższy (przy dynamice ok. 9,9% r/r) niż w scenariuszu bazowym, a gorsza sytuacja gospodarcza oraz przedsiębiorstw z branży gastronomicznej w kolejnych latach skutkowałaby, że do roku 2026 strata w stosunku do scenariusza bazowego wyniosłaby 2,6 mld zł.

W ujęciu średniorocznym, w scenariuszu czwartej fali rynek rósłby o 1,3 p.p. niżej (CAGR) niż w scenariuszu bazowym. Najbardziej dotkniętym z segmentów, podobnie jak w 2020 r., byłaby gastronomia hotelowa najsilniej uzależniona od zmiennych turystycznych (średni wzrost ok. 22% w scenariuszu bazowym, w pesymistycznym ok. 17%).

Planowana częstotliwość jadania posiłków w lokalach gastronomicznych w 2021 r., kwiecień/maj 2021

  Ogółem Płeć Wiek
Kobieta Mężczyzna 18-34 lat 35-54 lat 55 lat i więcej
Zdecydowanie częściej niż przed wybuchem pandemii 9% 9% 9% 13% 11% 4%
Częściej niż przed wybuchem pandemii 22% 20% 25% 31% 21% 16%
W podobnym stopniu, co przed pandemią 36% 36% 37% 31% 33% 44%
Rzadziej niż przed wybuchem pandemii 21% 21% 20% 17% 23% 21%
Zdecydowanie rzadziej niż przed wybuchem pandemii 12% 14% 9% 8% 12% 15%

Wyjaśnienie: n=976.

Częstość jadania posiłków w lokalach 2021 PLŹródło: PMR, 2021

Więcej informacji w najnowszym raporcie PMR „Rynek HoReCa w Polsce 2021, Analiza rynku i prognoza rozwoju na lata 2021-2026”:

https://mypmr.pro/products/rynek-horeca-w-polsce-2021

Przedsiębiorca ma prawo odliczyć VAT z tytułu nabytych usług budowlanych na ulepszenie wynajmowanego innym firmom lokalu

Naczelny Sąd Administracyjny musiał rozstrzygać spór między organami podatkowymi a przedsiębiorcą, który wynajmując innym firmom lokale w swoim biurowcu celem ich dostosowania do potrzeb najemców, nabywał usługi budowlane. Fiskus uznał, że przedsiębiorcy nie przysługuje prawo do odliczenia VAT od poniesionych na te usługi wydatków, bo zastosowanie znajdzie tu mechanizm odwrotnego obciążenia – dlatego, że odbiorcą końcowym prac adaptacyjnych w lokalu jest jego najemca, a nie wynajmujący (przedsiębiorca). NSA w wyroku z 28 kwietnia 2021 r. orzekł, że to organy są w błędzie, gdyż to wynajmujący jest odbiorcą usługi od wykonawców robót budowlanych i to między nim a firmami budowlanymi powinno nastąpić rozliczenie podatku na zasadach ogólnych.

Wynajem lokali i koszty ich modernizacji

Jedna z polskich spółek z o.o., będąc właścicielem budynku, podnajmuje innym przedsiębiorcom usytuowane w nim lokale. Lokale oferowane są w standardzie podstawowym lub ulepszonym. W celu zaadoptowania lokalu na potrzeby najemcy spółka nabywa od zewnętrznych firm towary i usługi, w tym prace budowlane oraz wyposażenie stałe – trwale wmontowane w ściany lub podłogi lokalu, i ruchome – np. krzesła, szafy. Kosztem nabycia tych towarów i usług obciążani są najemcy:

  • pośrednio: poprzez wliczanie ich w czynsz najmu;
  • bezpośrednio: poprzez przeniesienie ich na najemcę fakturą obciążeniową wystawioną przez spółkę.

W umowach z najemcami spółka zastrzega, że użyte do ulepszenia lokalu materiały i urządzenia stanowić będą jej własność. To samo dotyczy wyposażenia ruchomego.

W związku z powyższym spółka wystąpiła do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z wnioskiem o potwierdzenie, że nie będzie ona zobowiązana do rozliczenia podatku VAT należnego w ramach mechanizmu odwrotnego obciążenia w związku z nabyciem od wykonawców prac związanych z adaptacją lokali, a przysługiwać jej będzie prawo do odliczenia VAT naliczonego z faktur otrzymanych od tych wykonawców.

W opinii organu to najemca jest inwestorem, a nie właściciel lokalu

Organ podatkowy stwierdził jednak, że przedsiębiorca jest w błędzie i do przedmiotowych usług znajdzie zastosowanie mechanizm odwrotnego obciążenia. W opinii organu, ponieważ adresatem dokonywanych w lokalu ulepszeń są najemcy i to oni w całości obciążani są ich kosztem, to najemcy są finalnymi odbiorcami prac budowlanych w lokalach. Firmy wykonujące te prace działają w całej transakcji jako podwykonawcy względem zobowiązującego się do ich wykonania wynajmującego.

Dyrektor KIS stwierdził również, że w sytuacji, gdy spółka nabywa od firm budowlanych prace związane z adaptacją lokalu, a następnie ich koszt wlicza w czynsz najmu, świadczy na rzecz najemcy dwie odrębne usługi: najmu i prac związanych z adaptacją lokalu. Są to usługi od siebie niezależne, które mogą być świadczone oddzielnie. Stąd, mimo że spółka wstępnie sama pokrywa koszt tych prac, a następnie przenosi ten wydatek na najemcę poprzez doliczenie go do czynszu najmu, spółka ta nie świadczy usługi kompleksowej, a właśnie dwie odrębne.

Odmowa prawa do odliczenia VAT

Według Dyrektora KIS niezależnie od sposobu rozliczania kosztów nabycia tych prac przez spółkę, zobligowana jest ona zastosować w ich zakresie mechanizm odwrotnego obciążenia. Na fakturach wystawianych jej przez ich wykonawców nie powinny się znajdować stawki VAT. Oznacza to jednocześnie, że spółce nie przysługuje prawo do odliczenia podatku naliczonego na tychże fakturach.

Modernizując nieruchomość własną, wynajmujący czyni to na swoją rzecz

Przedsiębiorca zaskarżył taką interpretację organu, a Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie orzekł, że to spółka ma rację. Przywołując treść rozstrzygnięć Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, stwierdził, że „…gdy wynajmujący dokonuje modernizacji czy adaptacji lokalu (…) zakupione w związku z tym usługi budowlane nabywa we własnym imieniu i w dominującym stopniu na własną rzecz. Tym samym, nawet jeśli w związku z adaptacją lokalu otrzyma odrębne wynagrodzenie od najemcy, to i tak nie można uznać, że nie jest to wyłącznie element kalkulacyjny usługi najmu (…) Nie ma przy tym znaczenia, czy wskazane czynności są wykonywane z myślą o jednym, czy też o wielu potencjalnych najemcach” (wyrok z 21 sierpnia 2020 r., sygn. akt III SA/Wa 2137/19).

Sąd podzielił stanowisko spółki, że w całym stosunku prawnym łączącym ją, najemcę i wykonawcę prac to spółka występuje w charakterze inwestora. Nie trudni się ona działalnością w zakresie wykonywania prac budowlanych, a polegającą na wynajmie należącego do niej budynku. Nie można więc zgodzić się z organem, że to najemca jest inwestorem, a wynajmujący jedynie wykonawcą zleconych ulepszeń lokalu. Skoro więc spółka nie wykonuje prac budowlanych, to podmioty prace te wykonujące na jej rzecz nie są jej podwykonawcami, a głównymi wykonawcami zleconych przez nią robót. Dlatego też w opisanym stanie faktycznym mechanizm odwrotnego obciążenia nie znajdzie zastosowania, a spółce przysługuje prawo do odliczenia VAT naliczonego wynikającego z faktur dokumentujących nabywane usługi.

Organ walczył do ostatniej instancji, byleby nie dopuścić do korzystnego dla przedsiębiorcy rozstrzygnięcia

Ale organ podatkowy nie mógł pogodzić się z korzystnym dla przedsiębiorcy wyrokiem sądu i w styczniu 2021 r. wniósł skargę kasacyjną, domagając się uchylenia tego wyroku w całości i zasądzenia na rzecz organu kosztów postępowania wraz z kosztami zastępstwa procesowego. Naczelny Sąd Administracyjny ostatecznie zamknął sprawę, potwierdzając słuszność stanowiska przedsiębiorcy i sądu I instancji:

Zastosowanie mechanizmu odwróconego obciążenia wobec wynajmującego, który w ramach prac adaptacyjnych wynajmowanego lokalu, zleca wykonanie robót budowlanych, stanowi nieuprawnione rozszerzenie zakresu zastosowania regulacji o charakterze wyjątkowym. (…) rozliczenie podatku między usługobiorcą (wynajmującym) i usługodawcą (wykonawcami robót budowlanych) powinno się odbywać na zasadach ogólnych. Oznacza to, że wykonawcy powinni wystawić faktury VAT ze wskazaniem (…) właściwej stawki VAT, sumy wartości sprzedaży netto i kwoty podatku, zaś skarżąca będzie mogła skorzystać z prawa do odliczenia podatku naliczonego z faktur otrzymanych od wykonawców” (wyrok z 28 kwietnia 2021 r., sygn. akt I FSK 123/21).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Jeden jastrząb wiosny nie czyni

Z banków centralnych dociera coraz więcej jastrzębich sygnałów. Pomimo, iż nad rynkiem wciąż rozpościera się epidemiczna niepewność, to władze monetarne widzą poprawę w gospodarce i skłaniają się ku bardziej jastrzębim ruchom.

We wtorek jastrzębi sygnał wysłał bank centralny Australii. RBA, ku zaskoczeniu rynku, nie zamierza odkładać w czasie taperingu (ograniczania skali skupu aktywów), pomimo obiektywnie nienajlepszej sytuacji epidemicznej w kraju. Najbardziej zaludnione obszary Australii pozostają objęte lockdownem w celu zahamowania rozprzestrzeniania się wariantu „delta” koronawirusa jednak prezes RBA przyznał, iż z doświadczeń wynika, że w momencie opanowania ognisk epidemii gospodarka odbija dynamicznie, co implikuje brak konieczności silnego jej wspierania. RBA, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, ograniczy QE do 4 mld AUD tygodniowo (poprzednio 5 mld AUD) od września. Wcześniej jastrzębie komentarze do rynku kierował Waller z Fed. Przyznał on, że Rezerwa musi być gotowa na podwyżkę stóp w 2022 roku, jeśli taka będzie konieczna, co oznaczałoby konieczność wcześniejszego wygaszenia QE.

Poprawiająca się sytuacja gospodarcza karze odpowiedzialnym bankierom centralnym przygotowywać rynki na zacieśnianie polityki pieniężnej, co nie oznacza, że stanie się to nagle. W większości przypadków okres wychodzenia z luźnej polityki będzie rozłożony w czasie, ale konieczne jest sygnalizowanie takich ruchów wcześniej.

Również w Polsce obserwujemy coraz donioślejsze głosy z jastrzębiej frakcji RPP. W poniedziałek w swoim felietonie konieczność tzw. sygnalnej podwyżki stóp procentowych zgłaszał prof. Hardt. Wiele wskazuje na to, że inflacja w lipcu (szacunki GUS na poziomie 5 proc. r/r) przekroczyła pewną granicę tolerancji w Radzie, co nie oznacza jednak, że Polska podąży śladem Węgier czy Czech i przejdzie do rychłego zacieśniania polityki. Kluczowe w mojej opinii będą listopadowe prognozy DA NBP. Jeśli pokażą one wyraźne przestrzelenie celu w długim okresie nie wykluczony jest wyraźniejszy ruch ze strony RPP w celu hamowania oczekiwań inflacyjnych. Bardziej prawdopodobny jest jednak scenariusz, w którym główne parametry polityki nie ulegną zmianie do końca roku. Na rynku złotego pojawił się jednak kapitał wątpiący w długoterminową gołębiość RPP i przy poprawie nastrojów na rynkach bazowych umocnił krajową walutę. We wtorek o poranku EUR/PLN oscyluje wokół 4,5550.

Maciej Madej, Dom Maklerski TMS Brokers

Olimpijski jen czyli fenomen japońskiej waluty i kilka ciekawostek

Z powodu Letnich Igrzysk Olimpijskich w Tokio, Japonia na kilka tygodni przykuwa uwagę całego sportowego globu. W sferze światowej finansjery jen cieszy się podobnym zainteresowaniem niemal na co dzień. Regularnie zajmuje miejsce na podium najważniejszych walut świata, ustępując tylko dolarowi i euro. Na czym polega jego fenomen?

Jak to możliwe, by jen (JPY), używany wyłącznie w jednym stosunkowo niewielkim azjatyckim kraju, zdobył tak mocną pozycję w stawce blisko 200 walut? Przy okazji XXXII Letnich Igrzysk Olimpijskich w Tokio warto się przyjrzeć bliżej fenomenowi japońskiej waluty i stojącej za nią gospodarki.

Bezpieczna przystań w Zatoce Tokijskiej

Obecność jena na walutowym podium wynika właśnie z kompilacji gospodarczej potęgi Kraju Kwitnącej Wiśni oraz specyfiki waluty przekładającej się na renomę tzw. bezpiecznej przystani. W sportowej nomenklaturze mamy do czynienia z zawodnikiem, który zwykle jest dobrze przygotowany do startu i nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Gdy konkurenci miewają problemy z wahaniami formy, on wydaje się ostoją stabilności. Zawirowania na giełdach oraz mocno zmieniające się ceny surowców i wielu walut sprawiają, że inwestorzy poszukują takich bezpiecznych przystani, by przeczekać niepewne czasy. Wtedy lokują swój kapitał w jenach.

– Jen traci nieco na wartości w okresach prosperity i dobrych nastrojów na rynku. W chwilach zawirowań przyciąga kapitał. Kluczowa jest rola tzw. waluty fundującej. Od lat Japonia ma jedne z najniższych stóp procentowych na świecie, pozwala to inwestorom tanio zapożyczyć się w jenie, by szukać okazji na innych, bardziej ryzykownych rynkach. Gdy zaczyna się dziać coś niedobrego, strategie te są porzucane, a jen odkupowany. Także japońscy inwestorzy, którzy od lat zmuszeni są szukać wyższych stóp zwrotu na zagranicznych, bardziej ryzykownych rynkach, zamykają w takich momentach swoje pozycje i ściągają kapitał „do domu” – tłumaczy Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

Gospodarka też na podium

Japonia od lat okupuje wysokie lokaty w międzynarodowych badaniach konkurencyjności, przoduje w takich dziedzinach jak infrastruktura transportowa (zwłaszcza kolejowej) oraz opieka zdrowotna. Wysokie pozycje zajmuje również w zestawieniach innowacyjności i rozwoju systemu bankowego.

Przez wiele lat na liście najbogatszych państw świata Japonia ustępowała jedynie Stanom Zjednoczonym. I chociaż straciła drugie miejsce na rzecz Chin, nadal utrzymuje się na podium. W istotny sposób przyczynia się do tego eksport (głównie elektroniki i samochodów). To właśnie dlatego kurs jena ma dla Japonii niebagatelne znaczenie. Gdy waluta zyskuje na wartości, droższe stają się eksportowane towary. W efekcie są mniej konkurencyjne i atrakcyjne dla zagranicznych odbiorców.

– Bank Japonii wkracza do akcji i interweniuje za każdym razem, gdy jen staje się zbyt mocny. W tym względzie jest dla swojej waluty niczym doświadczony, mądry trener, który tak dobiera plan przygotowań, by optymalna forma zawodnika nie przyszła przed najważniejszym startem – charakteryzuje analityk Cinkciarz.pl.

Jeśli liczyć, to w setkach

Jak dla sprintera rywalizującego o medal Letnich Igrzysk Olimpijskich w Tokio istotne okażą się setne części sekundy, tak dla „Kowalskiego” zainteresowanego kursem jena ważne będą setki. Pomimo silnej pozycji japońska waluta jest tak tania, że w kantorach nie podaje się jej ceny jednostkowej, lecz notowania odnoszące się do 100 JPY. Z tego względu przeliczanie cen pamiątek olimpijskich w Tokio może sprawić nieco trudności. Warto zatem zapamiętać, że 100 JPY to ok. 3,53 PLN (kurs Cinkciarz.pl z 3.08.2021 r.).

Oficjalnie jen dzieli się na 100 senów i 1000 rinów, ale ze względu na niską wartość, nie używa się już ich od wielu lat. Najmniejszym nominałem, z jakim można się spotkać, jest 1 jen, choć i jego trzeba traktować jak drobne – grosze pływające po wodzie. Wykonana z aluminium moneta jest bowiem tak lekka, że może unosić się na powierzchni wody.

W japońskiej kulturze szczególne znaczenie ma moneta o nominale 5 jenów. Wyróżnia się nie tylko wyglądem (ma otwór pośrodku), ale według przesądów przynosi też szczęście. Z tego względu jest często składana jako datek w świątyniach. Czyżby to tajna broń japońskiej kadry olimpijskiej…?

O ile w Polsce zetknięcie z banknotem 500-złotowym należy do rzadkości, o tyle w Japonii papierowe nominały zaczynają się dopiero od 1 000 jenów. Nikogo szczególnie nie dziwi tam banknot z nadrukiem 5 000 czy 10 000 jenów. W Kraju Kwitnącej Wiśni zdecydowanie łatwiej niż w Polsce zostać milionerem: wystarczy majątek o wartości ok. 35 tys. złotych.

Jednak będąc w Japonii, tym bardziej biorąc pod uwagę zaawansowanie technologiczne w tym kraju, lepiej nie nosić ze sobą gotówki. Zakup walut w kantorach, lotniskach czy dworcach może być uciążliwy i kosztowny. Najłatwiejszym, ale i najbardziej opłacalnym rozwiązaniem wydaje się karta wielowalutowa, umożliwiająca oszczędność rzędu nawet kilku procent. Pozwala nie tylko płacić w większości walut świata (w tym w jenach), ale też zarządzać nimi w aplikacji mobilnej oraz bezprowizyjnie wypłacać pieniądze z zagranicznych bankomatów. Karty mogą być w formie tradycyjnej, a także wirtualnej, co umożliwia płacenie telefonem, zegarkiem czy opaską. To rozwiązanie jest też po prostu bezpieczne: nie trzeba podczas wyjazdu nosić ze sobą wszędzie gotówki i obawiać się o jej zgubienie czy kradzież.

Jak rywalizować, to tylko fair play

W olimpijskiej rywalizacji szczególnie cenione są zasady fair play, a wszelkiego rodzaju próby oszustwa czy niedozwolonego dopingu są ostro zwalczane. Dobitnie przekonali się o tym np. reprezentanci Rosji, którzy nie mogą występować pod własną flagą. Ich kraj został bowiem na dwa lata wykluczony za doping z udziału w imprezach sportowych najwyższej rangi.

Oszustom stanowcze „nie” mówi też jen. Japońskie banknoty należą do najlepiej zabezpieczonych na świecie. Potencjalni fałszerze muszą się zmagać nie tylko z licznymi hologramami i znakami wodnymi, ale także wyczuwalnym w dotyku wklęsłym drukiem, co czyni je bardzo trudnymi do podrobienia.

Fałszowanie jena traci też na znaczeniu z zupełnie innego powodu. W Japonii coraz więcej transakcji realizuje się bezgotówkowo. Gra nie jest zatem warta świeczki i oby podobnie było w przypadku rywalizujących w Tokio sportowców.

Pracownicy sezonowi nadal gorączkowo poszukiwani. Mogą zarobić znacznie więcej niż przed pandemią

Sezon wakacyjny na półmetku, a w wielu sektorach wciąż trwa gorączkowe poszukiwanie pracowników sezonowych. Problem ten poważnie doskwiera sektorowi turystycznemu, gastronomii, hotelarstwu oraz handlowi. – Dostajemy informację, że trwa wzmożona rekrutacja do pracy w sklepach spożywczych, szczególnie tych, które działają w pasie nadmorskim. Ruch w tych sklepach jest gigantyczny, stąd też wielkie zainteresowanie pracownikami. Wciąż brakuje pracowników w gastronomii. Ofert pracy jest mnóstwo i są one bardzo atrakcyjne. Obecnie pracownik sezonowy może zarobić więcej niż przed pandemią. To zaskakujące biorąc pod uwagę, że sektory, które dzisiaj gorączkowo rekrutują jeszcze dwa miesiące temu objęte były lockdownem – mówi Dorota Siedziniewska – Brzeźniak, prokurent w spółce IDEA HR Group.

500 złotych premii za transfer z firmy do firmy? Pracodawcy chwytają się sprytnych forteli, by przyciągnąć pracowników

Eksperci nie mają wątpliwości, że w roku 2021 możemy mówić o pewnym szaleństwie jeżeli chodzi o zapotrzebowanie na pracowników sezonowych. Mogą oni liczyć na bardzo wysokie stawki. Zwykle jednak nie ma mowy o długoterminowych umowach, a po prostu porozumieniu cywilnoprawnym na czas sezonu wakacyjnego. Pracownicy są poszukiwani szczególnie nad morzem oraz w miejscowościach turystycznych.

– Dostajemy informacje, że restauracje i hotele nawet podkradają sobie pracowników. Dochodzi tutaj do typowego dumpingu, gdzie proponuje się pracownikom złotówkę lub dwa złote więcej za godzinę w zamian za zmianę pracodawcy. Dostaliśmy także sygnały, że np. hotel proponuje pracownikowi bardzo konkurencyjną stawkę plus 500 złotych premii „za transfer”. To dowody tego, że pracodawcy są bardzo zdeterminowani, by rekrutować pracowników i obsłużyć ten sezon wakacyjny tak dobrze, jak tylko się da – mówi Dorota Siedziniewska – Brzeźniak z firmy Idea HR Group. – Żartujemy nawet, że w tym roku pracownik sezonowy jest jak skarb, a za skarb trzeba porządnie płacić. Nikogo więc nie zaskakują stawki dla kucharzy na poziomie nawet 30 złotych za godzinę. Stawki kelnerskie również mogą przebijać te kwoty. Na rynku brakuje budowlańców, tutaj pracownicy sezonowi również mogą się obłowić. Trochę zatrzymały się rekrutacje do sektorów e-commerce i kurierskich, ale jestem przekonana, że za moment znowu się rozkręcą – mówi ekspertka Idea HR Group.

Według szacunków obecnie w gastronomii na pracowników może czekać nawet 10 tysięcy ofert pracy. W tysiącach liczy się również oferty dla pracowników usługowych, kurierów, osób gotowych do pracy na budowie czy pracowników szeroko rozumianego sektora turystycznego.

Uwaga, wszyscy chcą rekrutować! Najbardziej handel, gastronomia i budownictwo

Pracownicy sezonowi już teraz mogą zarobić większe pieniądze niż przed pandemią. Nie mają oni jednak złudzeń, że zainteresowanie ich usługami zależne jest od pandemii koronawirusa. Relacje pracownik – pracodawca więc mają charakter tymczasowy, ale z możliwością przedłużenia współpracy. Jak mówią eksperci bieżące otoczenie gospodarcze w dużej mierze determinuje to jak wygląda rekrutacja pracowników.

– Turystyka, gastronomia i hotelarstwo zostały odmrożone późno. Rekrutacje ruszyły właściwie w momencie, gdy już zaczynali pojawiać się turyści nad morzem czy w górach. To bardzo niesprzyjające warunki, bo nagła potrzeba zatrudniania pracowników spowodowała gigantyczną presję płacową, której poddawane są sektory gospodarki, które jeszcze kilka miesięcy temu były objęte lockdownem i walczyły o przetrwanie – mówi Dorota Siedziniewska-Brzeźniak.

Ekspertka dodaje, że w kurortach nadmorskich widać również wzmożoną konieczność rekrutacji pracowników do marketów i dyskontów: – Powody są dwa: powrót handlu w niedzielę oraz gigantyczny ruch turystyczny. Polacy zostali w kraju, przyjechali nad morze czy nad jezioro i często swoje zakupy chcą robić w dyskontach. Wsparcie kadrowe w tych sklepach jest bardzo potrzebne – mówi ekspertka.

Pandemia nie wpłynęła na wyjazdy urlopowe Polaków. Wyniki badania

Jak wynika z badania pandemia aż tak nie wpłynęła na decyzje wypoczynkowe Polaków. Aż 44% i tak planowało urlop w kraju. Jedynie 22% zrezygnowało z zagranicznego wyjazdu.

Wśród najczęściej wybieranych krajowych kierunków jest w tym roku morze – 38%. Trochę mniej osób zamierza wybrać się w góry – 20%. Wśród mniejszości są w tym roku Mazury (17%) i wycieczki objazdowe (14%).

Najczęściej na wypoczynek przeznaczymy od 8 do 14 dni jak twierdzi 38% respondentów. Natomiast na drugim miejscu 26% ankietowanych wskazało 7 dni. Tylko 19% osób na urlop przeznaczy powyżej 14 dni.

Podczas tegorocznych wakacji Polacy kierują się głównie dostępnością ciekawych atrakcji i rozrywek (34%). Najważniejsza podczas wypoczynku jest możliwość odcięcia się od pracy (36%), leniuchowanie (25%) oraz zwiedzanie ciekawych atrakcji turystycznych i niestandardowych miejsc (32%). Dla dzieci będziemy poszukiwać głównie atrakcji rozrywkowych takich jak parki linowe, gokarty, paintball (33%) lub sportów wodnych (22%). Ponieważ jesteśmy spragnieni mocnych wrażeń co trzeci Polak deklaruje skorzystanie ze sportów ekstremalnych. Musimy odreagować pasywną rozrywkę z poprzednich miesięcy (28%).

Na wakacje wybieramy się głównie z rodziną (29%), partnerem (35%) lub znajomymi (29%). Najczęściej organizujemy urlop samodzielnie (48%) lub dołączamy do wyjazdu zorganizowanego przez rodzinę (22%).

Ze względu na fakt, że większość osób zamierza spędzić wakacje w kraju, respondenci deklarują również, że raczej nie będą korzystać z ubezpieczenia (43%) i nie wiedzą czy wykorzystają bon turystyczny (40%). Mniejszą wagę przykładają również do konieczności odbycia kwarantanny (28%), posiadania zaświadczenia o ujemnym wyniku testu COVID-19 (19%), czy wyboru kameralnego miejsca ze względu na pandemię (19%). Będą jednak stosować się rekomendowanych bieżących odgórnych zaleceń (29%) i dbać o większą higienę (26%).

Jak pokazały wyniki badania „Zwyczaje urlopowe Polaków – lato 2021” firmy Prezentmarzeń na letni urlop wydajemy do 1500 zł na osobę jak odpowiedziało 41% zapytanych Polaków. Na wydatek do 2000 zł na osobę na wakacyjny wypoczynek może sobie pozwolić 26% respondentów badania, a 12% ma budżet do 3000 zł na osobę. Największą część budżetu urlopowego pochłania zakwaterowanie, jak wskazało 38% zapytanych Polaków. Na drugiej pozycji znalazło się jedzenie i dojazd. 20% budżetu wydajemy na wakacjach na atrakcje i rozrywki. Urlop finansujemy głównie z oszczędności – 47% odpowiedzi i z bieżących dochodów – 37% odpowiedzi. Dla 16% wyjazd na urlop wymaga zapożyczenia się w banku lub u rodziny.

*Badanie sondażowe „Zwyczaje urlopowe Polaków – lato 2021” zostało zrealizowane przez serwis Prezentmarzeń na próbie 976 respondentów w formie ankiety online w czerwcu 2021

Polacy najchętniej podróżującymi mieszkańcami Europy

Jak wynika z najnowszego badania Europejskiej Komisji Podróży (ang. European Travel Commision – ETC)[1], pomimo ciągle panującej pandemii i ograniczonej możliwości przekraczania granic kraju, wielu Polaków zdecyduje się w tym roku na wznowienie dalszych podróży. Co ciekawe, dotyczyć one będą w szczególności wycieczek turystycznych – częściej niż biznesowych. Aż ¾ respondentów pochodzących z Polski planuje właśnie taki wyjazd w najbliższym czasie, zostawiając pozostałych Europejczyków daleko w tyle.

Mogłoby się wydawać, że powszechne obostrzenia czy utrudniona komunikacja między państwami skutecznie zniechęci Europejczyków do planowania zagranicznych wojaży. Nic bardziej mylnego, aż 56 proc. ma pozytywne nastawienie do wakacji i twierdzi, że do końca sierpnia 2021 roku wyjedzie na urlop do innych krajów, w tym również europejskich. Dla porównania, pozostali respondenci podkreślają, że nie mają w planach podróży do końca roku kalendarzowego.

Polacy triumfują na podium

Spośród wszystkich przebadanych krajów Europy to właśnie Polacy mogą poszczycić się największym zainteresowaniem, jeżeli chodzi o planowanie wyjazdów urlopowych. Aż 79 proc. ankietowanych z Polski w przygotowanej przez ETC ankiecie zapowiedziało, że w ciągu najbliższych sześciu miesięcy weźmie udział w obejmującym nocleg wyjeździe turystycznym lub biznesowym. Jest to największy odsetek w badaniu – na drugim miejscu pod tym względem uplasowali się Włosi (63,7 proc.) a na trzecim – Austriacy (56,6 proc.). Czwartym w kolejności krajem okazały się natomiast Niemcy (56,3 proc.), piątym Holendrzy (55,8 proc.).

Urlop za granicą, ale nie bez obaw

Mimo pozytywnego nastawienia Polaków do wakacyjnych podróży, wielu z nich ma jednak wątpliwości dotyczące nie tylko ogólnego bezpieczeństwa związanego z wyjazdem, ale także z transportem lotniczym (17 proc.) i coraz to nowszymi obostrzeniami administracyjnymi spowodowanymi pandemią (16 proc.). Dużą część osób martwią także wizyty w restauracjach (13 proc.) czy ograniczone ilości aktywności, jakie będzie można podjąć w miejscu pobytu (11 proc.). W efekcie jednak jedynie 9 proc. ankietowanych zmieniło swoje plany urlopowe przez te niedogodności.

Planowanie wakacji pomaga ludziom radośnie patrzeć w przyszłość

W badaniu American Express Travel: Global Travel Trends Report [2] aż 87 proc. ankietowanych stwierdziło, że planowanie podróży pozwala im na oderwanie się od trosk życia codziennego i na radosne spojrzenie na przyszłość. Wielu z nich, bo 78 proc. szczerze odpowiada, że podróżują celem poprawy zdrowia i dobrego samopoczucia. Jak widać, podróże dają nam zastrzyk pozytywnej energii, szczególnie w ciężkich, pandemicznych czasach i niewiele czynników jest w stanie odwieźć nas o decyzji o wyjazdach w nieznane.

[1] European Travel Commission, Travel sentiment is warming up with summer in sight, but Europeans are concerned about getting the most out of their holidays, https://etc-corporate.org/news/travel-sentiment-is-warming-up-with-summer-in-sight-but-europeans-are-concerned-about-getting-the-most-out-of-their-holidays/, 27.07.2021. ]

[2] Amex Trendex, Morning Consult, American Express Travel: Global Travel Report, https://www.americanexpress.com/en-us/travel/discover/get-inspired/global-travel-trends, 27.07.2021.

Escola S.A. rozpoczyna drugą transzę oferty publicznej akcji z celem do 2 mln zł

Escola, jedna z czołowych spółek tworzących aplikacje webowe i mobilne w Polsce, rozpoczyna drugą transzę oferty publicznej akcji serii E. Druga transza skierowana jest do wszystkich zainteresowanych inwestorów, a cel zakłada pozyskanie do 2 mln zł. Druga transza rozpoczęła się 3 sierpnia i potrwa do 9 sierpnia.

Środki z emisji akcji spółka przeznaczy na rozwój aplikacji Frivo, systemu e-commerce, systemu e-learningowego Escola LMS oraz dalsze akwizycje spółek IT. Informacje o akcjach serii E i warunkach ich nabycia są dostępne na platformie Crowdconnect.pl i stronie internetowej Spółki.

  • Escola planuje pozyskać do 4 mln zł w kampanii crowdinvestingowej. Akcje oferowane są w dwóch transzach. Pierwsza, która prowadzona była w terminie 27 lipca do 2 sierpnia, skierowana była do większych inwestorów. Druga, dedykowana wszystkim zainteresowanym rozpoczęła się 3 sierpnia i potrwa do 9 sierpnia.
  • Pozyskane pieniądze spółka chce przeznaczyć m.in. na akwizycje spółek z branży IT i rozwój autorskich produktów. Escola zamierza zadebiutować na NewConnect w 2022 r.
  • Informacje o akcjach i warunkach ich nabycia są dostępne na platformie Crowdconnect.pl oraz na stronie https:/emisja.escola.pl/.

– Akcje w drugiej transzy skierowane są do wszystkich zainteresowanych inwestorów. To właśnie indywidualni inwestorzy od początku rozwoju Escoli są kluczowym czynnikiem naszej firmy. To oni są ambasadorami marki, opowiadają o firmie i budują zaangażowaną społeczność. Liczę, że liczba inwestorów powiększy się wraz z drugą transzą. Już teraz mamy wielu zaangażowanych inwestorów na pokładzie Escoli – mówi dr Krzysztof Wojewodzic.

Firma po przeprowadzonej emisji chce zadebiutować na NewConnect, planowany termin dołączenia do grona spółek publicznych to 2022 rok. Wycena spółki przed kampanią wynosi 18.2 mln zł. Cena emisyjna za  jedną akcję serii E została ustalona na 14,5 zł.

Escola pierwsze kroki na rynku kapitałowym rozpoczęła jeszcze w maju 2017 r., wtedy także spółka pozyskała 400 tys. zł z kampanii crowdinvestingowej. Dwa lata później firma przeprowadziła drugą rundę inwestycyjną na kwotę 521 tys. zł. Grupa Kapitalowa Escola w 2020 r. wpracowała 6 mln zł. Rok wcześniej przychody wyniosły 2,6 mln zł.

– Dążymy do stałego zwiększania przychodów spółki i grupy kapitałowej. Emisja i rozwój nowych produktów rozwiną też nasze możliwości pozyskania nowych klientów na arenie międzynarodowej. Obecnie około 50 proc. przychodów pochodzi od klientów zagranicznych. Po przeprowadzonej emisji chcemy skupić się mocniej na venture buildingu, rozwijaniu obecnych i tworzeniu nowych produktów cyfrowych – dodaje dr Krzysztof Wojewodzic.

Escola jest partnerem największych globalnych spółek m.in. Adobe, Samsung, Google, IBM. Firma realizowała  projekty m.in. dla podmiotów z branży finansowej, paliwowej, farmaceutycznej i edukacyjnej.

Przyjmowanie zapisów na akcje w drugiej transzy publicznej oferty akcji rozpoczęło się 3 sierpnia. Warunki składania zapisów, wraz z dokumentem ofertowym są prezentowane na platformie CrowdConnect.pl oraz stronie spółki: https://emisja.escola.pl.

Firmą inwestycyjną świadczącą usługę oferowania akcji jest Dom Maklerski INC S.A.

Escolę od 4 lat rozwija dr Krzysztof Wojewodzic, obecny prezes i większościowy akcjonariusz spółki, wspierany przez doświadczoną Radę Nadzorczą, w której zasiadają się m.in. prof. Witold Orłowski, prof. Dariusz Jemielniak czy dr Maciej Madziński. Firma poza realizacją projektów jako software house prowadzi też działalność venture buildingową. W tym segmencie Escola tworzy produkty, które w perspektywie 1-3 lat mają stać się niezależnymi firmami.

Cel emisyjny Kwota  Termin 
Intensywna rekrutacja 20 programistów Do 500 000,00 zł Do końca 2021
Rozwój aplikacji Frivo  Do 600 000,00 zł Do końca 2021
Rozwój systemu eCommerce Do 400 000,00 zł Do końca 2022
Inwestycja w rozwój Produktu Escola LMS Do 400 000,00 zł Do końca 2022
Zakup Software House ok. 10 programistów Do 700 000,00 zł Do Q1 2022
Budżet na akwizycję Software House ok. 15 programistów Do 1 400 000,00 zł Do Q3 2021
Suma Do 4 000 000,00 zł  

 

Pandemia pogłębiła niedobór specjalistów IT

Pracownicy IT znajdują się w polskiej czołówce zawodów najtrudniejszych do zrekrutowania – potwierdzili pracodawcy zapytani przez ManpowerGroup. To najwyższa pozycja dla tej grupy profesji, na liście stanowisk najtrudniejszych do obsadzenia, w ponad dziesięcioletniej historii badania w Polsce. W praktyce oznacza to, że zatrudnienie osób o takich kompetencjach jeszcze nigdy nie było tak trudne. Zjawisko nie jest typowe wyłącznie dla polskiego rynku pracy, ponieważ na niedobór specjalistów IT narzekają też firmy zlokalizowane w innych rynkach regionu EMEA. W Niemczech, Belgii, Szwecji, Norwegii i Austrii te profesje są numerem jeden wśród najtrudniejszych do obsadzenia.

Eksperci IT od lat należeli do grupy profesji z pozyskaniem których firmy miały duże wyzwania, a pandemia jeszcze bardziej nasiliła ten problem. Tegoroczny wynik jest rekordowy, ponieważ w ponad dziesięcioletniej historii raportu „Niedobór talentów” ta specjalizacja jeszcze nigdy nie plasowała się tak wysoko na liście stanowisk najtrudniejszych do zrekrutowania.

– Obecny niedobór specjalistów wynika przede wszystkim z przyspieszenia realizacji projektów, które w wyniku pandemii COVID-19 zostały zawieszone lub wręcz całkowicie anulowane. Część planów związanych z digitalizacją różnych obszarów działalności przedsiębiorstw nabrała rozpędu w okresie panowania koronawirusa, ale i tak największe zapotrzebowanie na wykwalifikowaną kadrę IT pojawiło się z początkiem roku 2021 i trwa do dziś – mówi Konrad Gandziarski, odpowiedzialny za rozwój obszaru outsourcingu usług IT w Experis. – Obecnie najczęściej poszukiwane przez pracodawców kompetencje związane są z developmentem oprogramowania w środowisku Java lub .net. Ze względu na rozwój obszaru typu cloud, na rynku istnieje również ogromne zapotrzebowanie na ekspertów związanych z tego typu rozwiązaniami. Dla pracowników nastał bardzo dobry czas, ponieważ z powodu ogromnego zapotrzebowania na specjalistów IT, szacowanego w Polsce na dziesiątki tysięcy, mają oni dostęp do dość szerokiego wachlarza projektów i ofert z różnych sektorów gospodarki. Nic dziwnego, że w tej sytuacji oczekiwania finansowe kandydatów z tego obszaru wzrosły w stosunku do lat ubiegłych – stwierdza Konrad Gandziarski.

zapotrzebowanie na specjalistów it
Wyzwania ze zrekrutowaniem specjalistów IT nie są problemem wyłącznie rynku pracy nad Wisłą. Istnieją kraje, gdzie te zawody zajmują pierwsze miejsce na liście najtrudniejszych do pozyskania. To przede wszystkim rynki europejskie jak Austria, Grecja, Niemcy, Norwegia i Szwecja, a także azjatyckie jak Japonia i Hongkong. W ujęciu globalnym pracownicy IT są na czwartym miejscu w zestawieniu stanowisk z obsadzeniem których firmy mają największe wyzwania.

– Obserwując rynek widzimy wśród przedsiębiorców w Polsce chęć zatrudniania pracowników spoza kraju, ponieważ sytuacja pandemiczna pozwoliła wypracować dużej części organizacji nowe wzorce współpracy i zaakceptować formę pracy zdalnej. Oczywiście taka możliwość wygenerowała nowe ryzyko, związane z możliwością świadczenia usług przez polskich ekspertów IT nie tylko na rzecz pracodawców w różnych lokalizacjach w Polsce, ale także poza krajem, a ci często oferują bardziej atrakcyjne warunki finansowe. Oprócz strefy czasowej i komunikacji w innym języku zakres usług jest podobny, a projekty realizuje się według takich samych metodyk, wzorców i dobrych praktyk. Doświadczeni i znający języki obce specjaliści IT mogą zatem poszukiwać zatrudnienia na światowym rynku, porównując konkurencyjność polskich i zagranicznych firm. Dodatkowym bodźcem motywującym do podjęcia pracy poza granicami kraju są nierzadko kwestie podatkowe. Migracja specjalistów to duże wyzwanie dla pracodawców, ponieważ znacząco wpływa na wzrost dysproporcji pomiędzy potrzebami rynku a dostępnymi na nim zasobami. Odpowiedzią na ten problem może być zatrudnianie ekspertów IT z Białorusi i Ukrainy, których polski rynek pracy przyciąga swoją stabilnością i atrakcyjnymi warunkami zatrudnienia – dodaje Konrad Gandziarski.

Dane GIP: Państwowa Inspekcja Pracy zwiększyła o ponad 20% r/r liczbę kontroli u pracodawców

W pierwszym półroczu br. Państwowa Inspekcja Pracy przeprowadziła o 21% więcej kontroli pracodawców niż w analogicznym okresie ub.r. Ostatnio najwięcej takich działań podjęli inspektorzy w woj. mazowieckim, śląskim oraz wielkopolskim. Pod lupę wzięto głównie budownictwo, handel i naprawy, a także przetwórstwo przemysłowe. O niespełna 10% wzrosła też liczba podjętych decyzji. Częściej niż rok temu decydowano o wstrzymaniu prac czy eksploatacji maszyn. 

Jak wynika z danych Głównego Inspektoratu Pracy, od początku stycznia do końca czerwca br. inspektorzy PIP przeprowadzili 21 663 kontrole. To o przeszło 21% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy było ich 17 878. Ostatnio najwięcej takich działań zostało podjętych przez Okręgowy Inspektorat Pracy w Warszawie – 3 013 (rok wcześniej – 2 137) Katowicach – 2 975 (2 499) oraz Poznaniu – 1 965 (1 485). Z kolei na końcu zestawienia znajdują się OIP w Zielonej Górze – 546 (416), Kielcach – 623 (436) i Opolu – 722 (531).

– Pierwsze półrocze zeszłego roku przypadło na początkowy okres pandemii, kiedy mieliśmy do czynienia z głębokim lockdownem, lecz niską liczbą zakażeń. Tymczasem w analogicznych miesiącach br. miała miejsce trzecia i jak do tej pory najostrzejsza fala zakażeń. Biorąc pod uwagę ekstremalną sytuację, wywołaną kryzysem zdrowotnym, oraz konieczność zachowania reżimu sanitarnego, taki wzrost kontroli nie powinien dziwić – komentuje Kamila Sotomska, zastępca dyrektora Departamentu Prawa i Legislacji w Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Jak informuje Juliusz Głuski, rzecznik prasowy GIP, ostatnio najwięcej kontroli przeprowadzono w branży budowlanej – 4 774 (w pierwszej połowie 2020 roku – 3 301). Następnie wzięto pod lupę handel i naprawy – 4 458 (4 187), a także przetwórstwo przemysłowe – 3818 (3 276). Według rzecznika, trudno na razie ocenić dokładne przyczyny wzrostu liczby kontroli, bo zawsze czynników jest wiele. Dokładniejszą analizę można przeprowadzić po dłuższym czasie, tj. minimum roku.

– Na ogólny wzrost liczby kontroli nakłada się dodatkowy czynnik, jakim jest stopień zamrożenia gospodarki. Pamiętajmy, że podczas pierwszej fali pandemii mieliśmy do czynienia nawet z zatrzymaniem biegów sądowych. W trakcie trzeciej życie gospodarcze było znacznie mniej ograniczone. Więcej przedsiębiorstw operowało w miarę normalnie, a tym samym przybyło możliwych obiektów do kontroli – dodaje ekspert ZPP.

Wzrost widoczny jest również w statystykach dotyczących wydanych decyzji. W pierwszej połowie br. było ich 69 935, a rok wcześniej – 64 268. Ostatnio najwięcej z nich zapadło w Katowicach – 10 943, w Krakowie – 8 027 i Poznaniu – 6 739. Jak stwierdza adwokat Bartłomiej Raczkowski, w kraju mamy dużo kontroli. Nie da się ustalić wspólnego mianownika definiującego większą liczbę wydanych decyzji. Zdaniem eksperta, może wykryto więcej nieprawidłowości. Ale nie jest wykluczone, że w ub.r. inspektorzy w niektórych przypadkach chcieli być łagodniejsi. Wiedzieli o problemach, które na przedsiębiorców sprowadziła pandemia. Najpewniej znaczenie miały obie te kwestie.

– Więcej decyzji to naturalne pokłosie większej liczby inspekcji. Jedynie niewielka część przedsiębiorstw mogła wykonywać swoje zadania w pełni zdalnie. Dla zdecydowanej większości firm, które działały stacjonarnie, konieczność zapewnienia podwyższonego reżimu sanitarnego z pewnością stanowiła duże wyzwanie – przekonuje Kamila Sotomska.

Ponadto w pierwszym półroczu tego roku wydano 2 859 decyzji dot. wstrzymania eksploatacji maszyn. Natomiast rok temu takich przypadków było 2 023. Ostatnio z tego typu sytuacjami mieli do czynienia głównie inspektorzy z OIP w Krakowie – 373, Poznaniu – 347 oraz Olsztynie – 269.

– Wadliwość działania maszyn to sfera, która sprowadza najbardziej realne zagrożenie dla bezpieczeństwa pracowników. Wiemy od Głównego Inspektora Pracy, że wzrosła liczba kontroli w przedsiębiorstwach, w których działają takie urządzenia. Być może inspektorzy skoncentrowali się na tym, co może najbardziej zagrozić życiu i zdrowiu ludzi – sprawności maszyn w zakładach, które się nimi posługują – mówi mecenas Raczkowski.

Jeśli porówna się analizowane okresy, można zauważyć również wzrost liczby wydanych decyzji dot. wstrzymania prac. Ostatnio było ich 2 253, a od stycznia do czerwca ub.r. – 1 700. W pierwszym półroczu br. najwięcej takich przypadków odnotowano w OIP w Krakowie – 371, Warszawie – 309 i Katowicach – 268.

– Trudno dostrzec jakieś konkretne wyjaśnienie tego wzrostu w skali kraju, oprócz spekulacji analogicznej jak w kwestii wstrzymywania ruchu maszyn. Być może inspektorzy rzadziej zajmowali się kwestiami mniej istotnymi z punktu widzenia BHP, a więcej czasu poświęcili na zagadnienia, które są najważniejsze w tym zakresie – stwierdza Bartłomiej Raczkowski.

Natomiast Juliusz Głuski zaznacza, że duży wzrost liczby decyzji ogółem, jak i dotyczących wstrzymania prac oraz eksploatacji maszyn, odnotowano w budownictwie. To ma związek ze zwiększoną liczbą kontroli w tej branży. W niej podjęto 22 613 decyzji (rok wcześniej – 16 628). Tych dotyczących wstrzymania prac było 1 728 (1 241), a wstrzymujących eksploatację maszyn – 1 398 (895).

Spółka z grupy Scope Fluidics nawiązała współpracę z Technicolor Polska

Bacteromic sp. z o.o., spółka z grupy Scope Fluidics, zajmującej się rozwojem innowacyjnych urządzeń w zakresie diagnostyki medycznej, podpisała umowę wytwarzania, w ramach której wspólnie z partnerem biznesowym Technicolor Polska będzie rozwijać małoskalową linię produkcyjną kartridży dla systemu BacterOMIC oraz prowadzić działania R&D. Nowoczesne urządzenie, opracowywane przez polski zespół, jako pierwsze na świecie daje możliwość ilościowej oceny lekowrażliwości bakterii na szeroką pulę antybiotyków w jednym teście.

Linia produkcyjna dla systemu BacterOMIC będzie rozwijana przez Technicolor Polska, będącą częścią międzynarodowego koncernu Technicolor, w oparciu o know-how grupy Scope Fluidics. Umowa została podpisana na rok i ma charakter pilotażowy. Strony w ramach działań R&D będą współpracować nie tylko nad rozwojem małoskalowej linii produkcyjnej, ale także m.in. nad zoptymalizowaniem kosztu wytwarzania kartridży.

To istotny czynnik budowania wartości rynkowej zarówno systemu BacterOMIC, jak i samej spółki. W czasie obowiązywania umowy zamierzamy także negocjować warunki naszej potencjalnej współpracy w zakresie produkcji kartridży na dużą skalę. Wierzymy, że dzięki temujeszcze lepiej przygotujemy spółkę Bacteromic pod kątem  jej sprzedaży – mówi Marcin Izydorzak, członek zarządu Scope Fluidics S.A.

 – Technicolor jest wiodącym na świecie producentem  wyrobów precyzyjnych i dostawcą usług związanych z łańcuchem dostaw w tym zakresie, posiadającym wieloletnie doświadczenie w obsłudze klientów z branży medialnej i rozrywkowej, a także coraz wyraźniej zaznaczającym swoją obecność na rynku diagnostyki medycznej i nauk przyrodniczych pod marką Technicolor Precision BioDevices. Technicolor będzie wspierać produkcję kartridży BacterOMIC w swoim zakładzie produkcyjnym w Piasecznie, w Polsce. Jesteśmy bardzo zadowoleni ze współpracy z firmą Scope Fluidics Group w tej pilotażowej fazie produkcji – komentuje David Holliday, prezes Technicolor HES.

System BacterOMIC jest obecnie testowany w trzech niezależnych laboratoriach zewnętrznych. Celem badań jest ocena jego działania, szczególnie poprawności analiz z wykorzystaniem panelu, umożliwiającego ilościowe oznaczenie lekowrażliwości na antybiotyki stosowane w leczeniu zakażeń bakteriami Gram negatywnymi oraz Gram pozytywnymi. Pozytywny wynik weryfikacji w ośrodkach klinicznych będzie stanowił podstawę do ubiegania się o uzyskanie certyfikatu CE IVD, który umożliwia wprowadzenie urządzenia diagnostycznego na rynek europejski. Uzyskanie certyfikatu CE IVD jest planowane jesienią tego roku.

Prace nad systemem rozpoczęły się w 2016 roku i wówczas sprecyzowane zostały ogólne założenia, które w kolejnych etapach były rozwijane przez zespół z grupy Scope Fluidics. Kolejne generacje systemu, z poprawioną ergonomią i rozwiązaniami ułatwiającymi industrializację, testowano w prestiżowych ośrodkach klinicznych, m.in. w Narodowym Instytucie Leków, Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc czy Instytucie Zdrowia Dziecka w Warszawie.

O 33,2% wzrósł lipcowy odczyt BIK Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe

Wartość BIK Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM) informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Kolejny dodatni odczyt Indeksu jest nadal dość wysoki i wynosi 33,2%. Wartość Indeksu oznacza, że w lipcu 2021 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 33,2% w porównaniu z lipcem 2020 r.

W lipcu 2021 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 43,08 tys. potencjalnych kredytobiorców, w porównaniu do 38,75 tys. rok wcześniej – jest to wzrost o +11,2%. W porównaniu do czerwca br. było ich mniej o 9,7%. Średnia wartość wnioskowanego kredytu w lipcu br. wyniosła 328,0 tys. zł i jest wyższa o 14,6% od wartości z lipca 2020 r.

– Na wartość Indeksu pozytywnie wpłynął przede wszystkim wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu mieszkaniowego, która po raz kolejny jest rekordowa w całej historii. W lipcu 2021 r. średnia kwota wnioskowanego kredytu była o 41,7 tys. zł wyższa niż rok temu. Na wartość Indeksu pozytywnie wpłynął również wzrost liczby wnioskodawców w porównaniu do lipca 2020 r. – o kredyt mieszkaniowy wnioskowało o 4,33 tys. więcej osób niż w lipcu zeszłego roku.

– Analizując obecną wartość Indeksu trzeba pamiętać, że w lipcu 2020 r. mieliśmy ujemny pandemiczny odczyt Indeksu. Liczba osób wnioskujących wówczas o kredyt była o 6,4% niższa niż w lipcu 2019 r. Banki zwiększyły wówczas swoje wymagania odnośnie wysokości wkładu własnego – co bezpośrednio wpłynęło na spadek wartości wnioskowanego kredytu, który był o 2% niższy niż w lutym 2020 r., czyli w ostatnim miesiącu przed pandemią – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

W lipcu br. popyt na kredyty mieszkaniowe w ujęciu wartościowym nadal był w silnym trendzie wzrostowym zapoczątkowanym w grudniu 2020 r.

– W stosunku do stycznia br., średnia kwota wnioskowanego kredytu wzrosła o 21,5 tys. zł (7%). Wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu do rekordowej kwoty 328,0 tys. zł, odzwierciedla obecną sytuację na rynku mieszkaniowym, czyli wzrostu średniej ceny PUM-u. W tym przypadku ważne jest jednak, jaka jest relacja pomiędzy przeciętnym wynagrodzeniem a ceną metra kwadratowego nowej powierzchni mieszkaniowej. Np. w Warszawie szacuje się, że wynosi ona obecnie około 0,49, co oznacza, że za przeciętne wynagrodzenie netto w sektorze przedsiębiorstw można zakupić niecałe pół metra kwadratowego nowego mieszkania. W porównaniu do 2018 r. relacja ta nieznacznie spadła z 0,53 na 0,49. Niemniej trzeba na bieżąco monitorować sytuację, bowiem w mojej opinii może być to jeden z czynników ograniczających popyt na kredyt hipoteczny.

Drugim z czynników może być zmiana podejścia do liczenia zdolności kredytowej dla kredytów powyżej 25 lat. Pomimo możliwego dłuższego okresu na jaki kredyt może zostać udzielony (np. na 30 lat) to i tak zdolność kredytowa będzie liczona tak, jakby był on udzielony na maksimum 25 lat. W konsekwencji spowoduje to wzrost wartości raty kapitałowej a tym samym ograniczy możliwość udzielenia wyższego kredytu przy tych samych dochodach. Bowiem to właśnie wydłużanie okresu kredytowania, skutkujące obniżeniem raty kapitałowej przy tym samym poziomie dochodów, umożliwiało udzielanie kredytów hipotecznych na coraz wyższe kwoty w związku ze wzrostem cen nieruchomości. Nie powinno to jednak istotnie wpłynąć na sam popyt na nieruchomości, bowiem w większości jest on realizowany gotówkowo czyli bez wsparcia kredytem hipotecznym. Wynika to z faktu, że coraz częściej kupują mieszkania inwestorzy instytucjonalni i indywidualni za posiadane nadwyżki pieniężne. Bowiem brak alternatyw inwestycyjnych dla osób, które nie chcą inwestować na rynku finansowym, przy ujemnych realnych stopach zwrotu na depozytach i obligacjach skarbowych nieindeksowanych do inflacji, rodzi ich zainteresowanie rynkiem nieruchomości.

– W mojej opinii, te dwa czynniki mogą w pewnym stopniu ograniczyć przyszły popyt na kredyty mieszkaniowe, nadal jednak jestem pozytywnie nastawiony co do zainteresowania kredytami hipotecznymi w najbliższej przyszłości – dodaje prof. Rogowski.

O 33,2% wzrósł lipcowy odczyt BIK Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe

Metodyka indeksu:

Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe
na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.

Fitness chce odzyskać formę, ale na razie zaległości rosną

Ponad 112 mln zł zaległości mają przedsiębiorcy prowadzący działalność sportową i rekreacyjną, to o jedną piątą nieopłaconych faktur i kredytów więcej niż przed pandemią – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i bazy informacji kredytowych BIK. Wraz ze zniesieniem części ograniczeń, przyrost długów branży sportowej przyhamował, niestety nie dotyczy to klubów fitness i siłowni, które mają niemal 23 mln zł zaległości. Prowadzący te biznesy są pierwszą grupą przedsiębiorców, która złożyła pozew zbiorowy o odszkodowania przeciwko Skarbowi Państwa.

Według Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i bazy informacji kredytowych BIK zadłużenie branży związanej ze sportem, rozrywką i rekreacją bardzo szybko po wybuchu koronakryzysu przekroczyło 110 mln zł. Przez pięć kwartałów przeterminowane zobowiązania wobec dostawców i banków podwyższyły się o jedną piątą i na koniec czerwca wyniosły 112,5 mln zł. Odstaje to od zmian wśród ogółu firm, które w tym samym czasie zwiększyły zaległości o 12 proc. W innych branżach, które mocno dotknęła pandemia, jak np. gastronomii zaległości wzrosły o 13,3 proc., do 733,6 mln zł, w turystyce o 31,5 proc., do 106,7 mln, w branży beauty o11,9 proc., do 96,4 mln zł, a w transporcie o 9,6 proc., do 2,25 mld zł.

Fitness zaległości rosną
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor i baza BIK

– Zamknięcie firm sportowych podczas pierwszego lockdownu, tak jak w przypadku wielu innych branż, spowodowało skok nieuregulowanych na czas zobowiązań. Niestety moment ponownego otwarcia, koniec maja, niezbyt sprzyja zwiększonemu napływowi klientów i odrabianiu strat. Rozpoczął się okres urlopowy, a pogoda sprawia, że z powodzeniem można też uprawiać sport na świeżym powietrzu. Pewne zmiany na lepsze są już jednak zauważalne, a przyrost zaległości przyhamował – zauważa Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Wpływ na sytuację finansową branży rekreacyjno-sportowej z pewnością ma też nastawienie klientów. Jak wynika z badania zrealizowanego dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, spowodowane pandemią zmniejszenie wydatków na zajęcia sportowe deklaruje 18 proc. respondentów, a na hobby związane ze sportem – co szósty. O przeznaczaniu na ten cel takich samych środków mówi odpowiednio 22 proc. i 34 proc. pytanych, a o większych nakładach wspomina zaledwie 5 proc. i 7 proc. respondentów.

fitness wydatki
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Podobnie jak zapowiadały inne branże, np. gastronomiczna, przedstawiciele firm sportowych złożyli więc pozew zbiorowy przeciwko Skarbowi Państwa. 150 przedsiębiorców, reprezentujących ponad 500 klubów z branży fitness, chce ustalenia odpowiedzialności za szkody, jakie ponieśli przez wprowadzenie przez rząd lockdownu. Ich zdaniem było to niezgodne z prawem i na dowód przywołują m.in. umarzanie przez sądy kar nakładanych przez organy państwowe za prowadzenie działalności mimo zakazów.

Same kluby fitness mają prawie 23 mln zł przeterminowanych zobowiązań

Wśród poszczególnych rodzajów Działalności sportowej, rozrywkowej i rekreacyjnej, których zaległości składają się na sumę 112,5 mln zł, w okresie pandemii spadły długi firm związanych z rozrywką. W przypadku firm sportowych, z wyjątkiem klubów sportowych miały miejsce wyłącznie wzrosty sięgające od 22 proc. do 31 proc. Np. w pozostałej działalności związanej ze sportem, gdzie sklasyfikowani są m.in. producenci i sponsorzy wydarzeń sportowych, indywidualni sportowcy, sędziowie czy choćby przewodnicy górscy, kwota niezapłaconych faktur i rat kredytów wzrosła o ponad jedną piątą do 9,5 mln zł.

O 31 proc. podwyższyły się nierozliczone 30 dni po terminie zobowiązania firm związanych z działalnością obiektów sportowych, czyli stadionów, basenów, hal sportowych, torów do gry w kręgle oraz z organizacją imprez sportowych dla sportowców zawodowych lub amatorów. Tu obecnie na spłatę czeka ponad 37 mln zł.

W przypadku centrów i klubów fitness oraz innych obiektów służących poprawie kondycji fizycznej i kulturystyce, których część przedstawicieli zdecydowała się złożyć pozew przeciwko Skarbowi Państwa, zaległości podwyższyły się 30 proc. Z 17,4 mln zł wzrosły do 22,7 mln zł. W czerwcu, kiedy już obiekty mogły działać, doszło kolejne 180 tys. zł. Średnia zaległość jednej tego typu firmy wynosi obecnie 87,8 tys. zł, wobec 74,6 tys. zł przed pandemią.

zaległości fitness
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor i baza BIK

Badanie Quality Watch zrealizowane w dniach 18-21 czerwca metodą CAWI (komputerowo wspomagany wywiad internetowy) wśród Polaków w wieku 18+. Reprezentatywność ze względu na: wiek, płeć, wielkość miejsca zamieszkania. Próba n=1048.

Złoty zyskuje na słabości dolara i poprawie sentymentu

Złagodzenie obaw dotyczących rozprzestrzeniania się wariantu Delta i gołębia komunikacja Rezerwy Federalnej sprawiły, że waluty ryzykowne zyskały. Dolar oddał w zeszłym tygodniu większość swoich niedawnych zysków. Osłabienie dolara i pozytywne rynkowe nastroje sprzyjają złotemu.

Posiedzenie FOMC, które zakończyło się w ostatnią środę, dostarczyło raczej mieszanych wieści. Inwestorzy największą wagę przywiązali jednak do zapewnienia prezesa Jerome’a Powella, że niedawny skok inflacji w USA prawdopodobnie będzie przejściowy i że podwyżki stóp procentowych są „daleko”. Powell raczej nie wydawał się zaniepokojony rozprzestrzenianiem się wariantu Delta, lecz naszym zdaniem zwiększone obawy dotyczące wirusa są dla banków centralnych przynajmniej powodem do ostrożności.

W czwartek 5 sierpnia odbędzie się posiedzenie Banku Anglii. Również z jego strony nie spodziewamy się wielu informacji. Z przedstawieniem planów normalizacji polityki bank najpewniej zaczeka na dalszą część roku.

Jeśli spotkanie Banku Anglii niczym nas nie zaskoczy, piątkowy raport z amerykańskiego rynku pracy będzie prawdopodobnie kluczowym wydarzeniem z potencjałem wpłynięcia na rynek walutowy w tym tygodniu. W międzyczasie będziemy jednak uważnie przyglądać się zrewidowanym wskaźnikom PMI ze strefy euro (poniedziałek i środa) i wtorkowemu posiedzeniu Banku Rezerwy Australii. Oczekuje się, że bank opóźni wcześniej planowane na wrzesień ograniczenie skupu aktywów.

PLN

Po wielu nieudanych próbach trwałego przekroczenia poziomu 4,60 kurs EUR/PLN obniżył się i obecnie oscyluje w okolicy 4,56 – minimum przedziału, w którym para pozostaje od połowy lipca. Złotemu w ostatnim czasie sprzyjały zarówno lepszy sentyment względem Europy, jak i osłabienie dolara amerykańskiego spowodowane m.in. odczytaniem posiedzenia Fedu jako gołębie.

W kontekście krajowym najciekawszą informacją, którą ostatnio poznaliśmy, był odczyt inflacji CPI, która wzrosła w lipcu do 5%, przewyższając istotnie oczekiwania. Ostatni raz taki poziom notowano w 2011 r. Jednym z istotniejszych pytań w kontekście perspektyw waluty jest to, kiedy dojdzie do zmiany nastawienia Rady Polityki Pieniężnej i podwyżek stóp procentowych, które widzimy w pozostałych kluczowych krajach regionu.

W tym tygodniu nie poznamy wielu odczytów dotyczących gospodarki Polski. Opublikowane 2 sierpnia rano dane PMI dla przemysłu w lipcu nieco rozczarowały, nie przeszkadzają jednak złotemu w umocnieniu.

EUR

Względnie dobry zestaw odczytów makroekonomicznych pomógł w zeszłym tygodniu euro na chwilę powrócić do poziomu powyżej 1,19 względem dolara amerykańskiego. PKB strefy euro w drugim kwartale zaskoczył w górę, wzrastając o 2% w ujęciu kwartalnym, podczas gdy oczekiwano wzrostu o 1,5%. Poza tym odnotowano większy niż się spodziewano spadek bezrobocia i gwałtowny wzrost inflacji w Niemczech. Jak dotąd presja inflacyjna w strefie euro pozostawała w tyle za presją w innych podobnych gospodarkach – ciekawe jednak, jak gołębi dotąd EBC zareaguje, jeśli wzrost cen okaże się powszechny i trwały.

Zrewidowane wskaźniki PMI ze strefy euro w tym tygodniu raczej nie zachwieją sytuacją na rynku walutowym, więc na kurs waluty będą wpływać inne wydarzenia, w szczególności piątkowa publikacja raportu z amerykańskiego rynku pracy.

USD

Posiedzenie FOMC w zeszłym tygodniu sprawiło, że dolar doświadczył znacznego spadku względem większości podobnych walut, a rankiem 2 sierpnia indeks USD powrócił w okolice miesięcznego minimum. Prezes Jerome Powell nie wydawał się szczególnie zaniepokojony niedawnym rozprzestrzenianiem się wariantu Delta. Zauważył, że dotąd skutki gospodarcze z każdą falą były mniejsze, więc rozsądne jest założenie, że teraz też tak będzie. Nie przywiązał też dużej uwagi do wzrastającej inflacji w USA.

Naszym zdaniem utrzymywanie, że niedawny wzrost dynamiki cen będzie przejściowy, przekłada się na to, że raczej nie otrzymamy wiadomości o ograniczeniu QE (taperingu) na sierpniowej konferencji przedstawicieli banków centralnych w Jackson Hole. Zamiast tego możliwe, że na istotniejsze sygnały w tym kontekście będziemy musieli czekać do wrześniowego zebrania FOMC.

Obecnie najważniejszy dla dolara będzie piątkowy raport z amerykańskiego rynku pracy. Wydaje się, że rynek ma stosunkowo wysokie oczekiwania, więc balans ryzyka dla dolara może być skierowany w dół.

GBP

Ostatnie dwa tygodnie były dla funta dość burzliwe. Po „dniu wolności” w Wielkiej Brytanii kurs waluty gwałtownie spadł, ponieważ spekulanci obawiali się, że szybkie zniesienie niemal wszystkich ograniczeń może doprowadzić do gwałtownego wzrostu liczby infekcji i ponownego nałożenia restrykcji w niedalekiej przyszłości. Obserwujemy jednak odwrotną sytuację – liczba nowych dziennych przypadków spadła o ok. połowę od czasu szczytu 17 lipca. Patrzymy na dość krótki okres, ale to zachęcający znak, który pozwolił funtowi z impetem wrócić do okolic pięciotygodniowego maksimum względem dolara.

Jak wspomnieliśmy, nie spodziewamy się zbyt wielu informacji ze strony Banku Anglii w tym tygodniu. Wydaje się, że członkowie komitetu decyzyjnego (MPC) wciąż są podzieleni co do oceny charakteru niedawnego wzrostu inflacji, a w tle rodzą się obawy związane z Deltą. Znaczące komunikaty dotyczące polityki monetarnej poznamy prawdopodobnie dopiero po wrześniowym posiedzeniu.

CHF

Frank szwajcarski był w zeszłym tygodniu najlepiej radzącą sobie walutą G10. Nastroje na rynku poprawiły się, w związku z czym umocnienie waluty wydaje się bardziej odbiciem pozytywnego sentymentu do Europy niż czegokolwiek innego. Franka mogły wspomóc również spadające rentowności amerykańskich obligacji.

Ostatnie zmiany w depozytach na żądanie nie wskazują, by Szwajcarski Bank Narodowy przeprowadzał szczególnie silne interwencji na rynku walutowym, ale wydaje się, że obecna sytuacja może już uzasadniać pewne działania. Nie sądzimy, że frank może jeszcze dużo zyskać, ale jeśli utrzyma się trend aprecjacyjny, prawdopodobnie decydenci banku zmienią nieco ton i może dojść do zdecydowanych interwencji na rynku. Silniejsza waluta nie jest pożądanym przez decydentów zjawiskiem w gospodarce tak małej i tak otwartej jak szwajcarska, szczególnie biorąc pod uwagę, że dopiero dźwiga się ona po spowolnieniu spowodowanym pandemią.

Ostatnie dane ekonomiczne z kraju nie zmieniły istotnie obrazu sytuacji, a kalendarz zdarzeń w Szwajcarii na ten tydzień jest niemal pusty. W związku z tym będziemy zwracać uwagę przede wszystkim na wiadomości z zewnątrz.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Grupa CCC podsumowuje drugi kwartał 2021/22

Rekordowe 2 mld PLN przychodów, wysokie dynamiki sprzedaży w sieci detalicznej i e-commerce oraz dwucyfrowa rentowność EBITDA.

Grupa CCC zamyka II kwartał roku obrotowego 2021/22 (maj-lipiec) wzrostem przychodów o blisko 40% rdr. Sprzedaż osiągnęła poziom przeszło 2 mld PLN, co jest historycznie najlepszym rezultatem uzyskanym przez Spółkę w pojedynczym kwartale. To wynik przede wszystkim bardzo dobrego odbioru kolekcji SS’21, utrzymania dynamicznego rozwoju e-commerce oraz pełnej dostępności sieci detalicznej. Bardzo wysoką rentowność, przy wciąż rosnących przychodach, utrzymuje eobuwie.pl. Z sukcesem II kwartał zakończył również najnowszy koncept Grupy – HalfPrice, który zanotował 40 mln PLN przychodów ze sprzedaży.

– Drugi kwartał to przede wszystkim długo wyczekiwane odmrożenie gospodarki po lockdownie i otwarcie sklepów, co przyczyniło się do wzrostu sprzedaży stacjonarnej. Nie wpłynęło ono jednak na wciąż bardzo wysoką dynamikę sprzedaży internetowej. Jesteśmy zadowoleni z tempa i głębokości transformacji Grupy CCC. Cieszy szczególnie siła marek własnych, dynamika formatów e-commercowych, które w tym kwartale pięknie współbrzmią z detalem, a także impet rozwoju nowego konceptu HalfPrice. Drugi kwartał to także kontynuacja porządków w Grupie CCC, a w szczególności zamknięcie działalności w formacie stacjonarnym w Europie Zachodniej. Największe wyzwania mamy już za sobą. Mamy silne kanały sprzedaży i mocne marki, będą one coraz mocniej kontrybuować do wyników firmy, zgodnie z tym, co zapowiadaliśmy na ostatnim Dniu Inwestora – mówi Marcin Czyczerski, Prezes Zarządu Grupy CCC.

Grupa odnotowała istotną poprawę wyników na każdym poziomie rachunku zysków i strat. Marża brutto wzrosła o przeszło 2,5 p.p., do poziomu 47,8%, w tym w samym detalu do poziomu 53,2 o 4,2 p.p. Kontrolowany wzrost kosztów wynika głównie z dynamicznej ekspansji e-commerce i szybkiego rozwoju konceptu HalfPrice. W drugim kwartale Grupa CCC wygenerowała 112 mln PLN zysku operacyjnego oraz 250 mln PLN EBITDA, przy marżach na poziomie odpowiednio 6% i 12%.

Skuteczność strategii omnichannel

Otwarcie sklepów stacjonarnych, silne kanały e-commerce, a także uruchomienie nowego konceptu spowodowały, że przychody Grupy CCC w II kwartale wyniosły 2 mld PLN, czyli o blisko 40% więcej niż rok temu.

Z impetem i dobrą energią weszliśmy w drugi kwartał. Klienci wrócili do naszych sklepów, ale równocześnie dalej bardzo chętnie korzystają ze sklepów internetowych. Udział e-commerce w przychodach Grupy, przy silnym detalu, wyniósł 44%, a to oznacza wzrost o 4 p.p. rdr. Taka struktura przychodów jest realizacją przyjętych przez nas, i konsekwentnie realizowanych, założeń rozwoju biznesu i pozwala na dalsze wzmacnianie omnichannelowego ekosystemu Grupy CCC. Jesteśmy gotowi na wzrost, odbudowę rentowności i silnej pozycji gotówkowej – mówi Marcin Czyczerski.

Przychody w segmencie omnichannel CCC wzrosły aż o 28% rdr, osiągając poziom 1,1 mld PLN i były wyższe również od sprzedaży w Q2’19 (o 9%). Warto dodać, że w II kwartale udział ccc.eu wyniósł 9% (+2 p.p. rdr), przy dynamice przychodów na poziomie 63% rdr. Natomiast udział rynków zagranicznych w sprzedaży DeeZee sięgnął już blisko 40%. Marka ta również z sukcesem rozwija sprzedaż odzieży.

Eobuwie.pl wykorzystuje swój potencjał

Mimo pełnego przywrócenia sprzedaży stacjonarnej, wysoką dynamikę przychodów i rentowność utrzymuje Grupa eobuwie.pl. W Q2 2021 r. jej sprzedaż wyniosła 811 mln PLN, co oznacza wzrost o 56% rdr (w tym eobuwie.pl +53% i Modivo +88%). Ponadprzeciętny wzrost przychodów odnotowano na ważnych dla rozwoju Grupy eobuwie.pl rynkach: w Grecji (+124%), Niemczech (+96%) i we Włoszech (+75%). Wartość sprzedaży Modivo wyniosła około 90 mln PLN, co oznacza wysoki, 11% udział w sprzedaży Grupy eobuwie.pl. Warto dodać, że drugim po Polsce, największym rynkiem dla tego internetowego sklepu z modą premium jest Grecja, z blisko 7-krotnym wzrostem sprzedaży rdr.

Marża brutto Grupy eobuwie.pl utrzymuje się na wysokim, stabilnym poziomie. Dynamika kosztów Grupy eobuwie.pl wzrosła pod wpływem inwestycji w budowanie rozpoznawalności marki, udziałów rynkowych na strategicznych rynkach oraz pracy nad uruchomieniem nowych kanałów sprzedaży. W rezultacie, Grupa eobuwie.pl odnotowała rentowność EBITDA, na poziomie powyżej 7% – zbliżoną do założeń strategii GO.22.

Grupa eobuwie.pl, w drugim kwartale 2021 r. świetnie odpowiedziała na popyt klientów, którzy pomimo otwartych sklepów stacjonarnych, ewidentnie doceniali szybkość i wygodę zakupów oraz szerokość oferty w eobuwie.pl i Modivo. Oba te segmenty, obuwie i odzież, były silnymi motorami wzrostu firmy. Poszerzyliśmy w tym okresie również skład zarządu i przeprowadziliśmy zmiany w akcjonariacie, nie gubiąc przy tym pełnej koncentracji na biznesie i na kliencie za który to profesjonalizm mogę zespołowi eobuwie.pl mocno pogratulować. W zeszłym tygodniu otworzyliśmy z dużym sukcesem pierwszy hybrydowy salon poza Polską w czeskiej Pradze klienci mogą wybierać produkty zarówno z oferty eobuwie.pl, jak i Modivo. Pracujemy intensywnie nad projektami rozwojowymi i firma szykuje się już na mocny biznesowo 2022 rok – mówi Karol Półtorak, p.o. Prezesa Zarządu eobuwie.pl.

Dynamiczny rozwój Spółki wspierany będzie także dzięki pozyskaniu renomowanych partnerów-akcjonariuszy. Na początku lipca Grupa CCC podpisała umowę z japońskim funduszem SoftBank (Vision Fund 2), w ramach której zainwestuje on kwotę 500 mln PLN w eobuwie.pl. Partnerstwo z  SoftBankiem wesprze plany Spółki dotyczące dalszej ekspansji na nowych rynkach, uruchomienia nowoczesnych centrów logistycznych poza granicami Polski, czy rozwoju nowych usług, takich jak marketplace. W tym roku do grona akcjonariuszy eobuwie.pl dołączył także Cyfrowy Polsat oraz A&R Investment.

Nowy sezon, nowe projekty, nowe produkty

Ambitne cele sprzedażowe Grupa CCC zamierza realizować m.in. dzięki dalszej cyfryzacji biznesu, budowaniu przewagi technologicznej, umacnianiu modelu omnichannel, w tym kanału e-commerce oraz rozwoju nowych projektów. Jednym z nich jest koncept off-price, który zadebiutował w maju br. Pod nową marką działa już 21 sklepów w Polsce. – Skala sukcesu i ogromne zainteresowanie klientów są powyżej naszych oczekiwań. Już niedługo zadebiutujemy poza granicami Polski, w sierpniu na Węgrzech oraz Austrii, nieco później w Czechach. Do końca roku w Polsce i w Europie otwartych zostanie łącznie ok. 60 sklepów, a jesienią HalfPrice rozpocznie sprzedaż online – mówi Adam Holewa, Prezes Zarządu HalfPrice.

Jesteśmy dobrze przygotowani na nadchodzący sezon “BackToSchool” i jesienno-zimowy („AW21”). Zgodnie z zapowiedzią, z sukcesem stworzyliśmy platformę handlu omnichannelowego, zbudowaną z wielu silnych kanałów sprzedaży. Nasze portfolio produktowe przeszło rewolucję, a nasze marki zyskały nową moc i charakter. Dla naszych klientów mamy też wiele nowości – w tym kolejne produkty z linii GoForNature oraz obuwie marki Badura. Ta ostatnia debiutuje w naszym portfolio! – dodaje Marcin Czyczerski. – Jestem przekonany, że modne produkty w połączeniu z kreatywną kampanią marketingową, przełożą się na wysokie zainteresowanie klientów naszą ofertą. Z optymizmem spoglądamy w kierunku drugiej, bardzo ważnej dla nas, połowy roku.