Frankowicze zapowiadają szturm na sądy. Ale 40% jest gotowych podjąć z bankiem negocjacje w sprawie ugody

Ponad połowa Polaków spłacających kredyty we frankach zamierza wystąpić na drogę sądową przeciw bankom w ciągu najbliższych trzech miesięcy. Do tego w ostatnim półroczu kilkanaście procent osób kontaktowało się z kredytodawcami w celu zaproponowania ugody. Ale druga strona zdecydowanie rzadziej wychodziła z taką inicjatywą. Na obecną chwilę prawie 40% badanych frankowiczów chce jeszcze rozmawiać o polubownym zakończeniu sprawy. Te osoby zazwyczaj są gotowe zaakceptować przewalutowanie kredytu po kursie średnim NBP z dnia wypłaty. Niektórzy mogą się zgodzić na unieważnienie umowy ze wzajemnym rozliczeniem.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, w grupie osób, które spłacają kredyt we frankach i nie sądzą się z bankiem, aż 50,8% planuje złożyć pozwy w ciągu trzech najbliższych miesięcy. 6,3% nie ma takiego zamiaru, a 42,9% jest na ten moment niezdecydowanych. Jak komentuje adwokat Jacek Mikołajonek z Kancelarii MBM Legal, obecnie mamy do czynienia z ogromem informacji dotyczących kredytów CHF. Ich ilość, brak jednoznaczności i spójnego kierunku sprawia, że konsumenci nie wiedzą do końca, co powinni zrobić. W oczekiwaniu na uchwałę Sądu Najwyższego, duża część osób wstrzymuje się ze swoimi decyzjami już blisko trzy miesiące.

Do tej pory mniej niż 10% frankowiczów pozwało banki. Fakt, że ok. 51% zamierza to zrobić w najbliższym czasie, oznacza bardzo dużą liczbę przygotowywanych pozwów. Mam wrażenie, że to wynika z wielu publikacji przedstawicieli sektora bankowego, które – wbrew ich intencjom – nagłaśniają temat roszczeń. Grupa, która nie ma wyrobionej opinii, najwyraźniej jeszcze nie poświęciła czasu na poznanie wad prawnych umów, ewentualnych kwot nadpłat i możliwej ścieżki drogi sądowej – mówi Arkadiusz Szcześniak, Prezes Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu.

Ponadto badanie wykazało, że na przestrzeni ostatnich 6 miesięcy 16,8% frankowiczów z własnej inicjatywy kontaktowało się z bankiem w celu zaproponowania mu ugody. Natomiast aż 81,8% nie podjęło takiej próby. Jak podkreśla mec. Mikołajonek, kredytobiorcy od lat czekali na polubowne rozwiązanie swoich problemów. Z roku na rok jednak orzecznictwo jest dla nich coraz korzystniejsze. Dlatego takie osoby częściej sprawdzają swoje możliwości na rynku prawnym, niż zwracają się do banków celem zawierania ugód.

W przekonaniu opinii publicznej banki obecnie nie są chętne do negocjacji. Nasze doświadczenia również to potwierdzają. Na tysiące spraw rozpatrywanych w sądach są sygnały o kilkunastu propozycjach ugód. Klienci nie mają także zaufania do aneksów proponowanych przez banki, gdyż ich kolejne wersje są również zaskarżane przez Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta – informuje Szcześniak.

Wyniki badania pokazują również, że w ostatnim półroczu niewielu przedstawicieli banków kontaktowało się z frankowiczami w sprawie ewentualnego zaproponowania warunków ugody. Taką sytuację potwierdza zaledwie 7,6% ankietowanych. Z kolei aż 91,9% badanych twierdzi, że takiego kontaktu w ogóle nie było.

– Obecnie tylko dwa banki działające w Polsce proponują zawarcie porozumienia lub aneksu na etapie przedsądowym. Składane propozycje to jednak nie ich inicjatywa, lecz odpowiedź na wnioski kredytobiorców, na podstawie których można dokonać ustalenia wysokości dochodzonych roszczeń. Banki nie są zainteresowane składaniem propozycji ugodowych, bo w dalszym ciągu 80-85% kredytów frankowych jest realizowanych – stwierdza Jacek Mikołajonek.

Do tego trzeba dodać, że frankowicze zapytani o to, czy teraz są skłonni do rozmów z bankiem na temat ugody, w większości odpowiedzieli twierdząco – 39,4%. Odwrotną opinię wyraziło 36,5% ankietowanych. Natomiast 24,1% badanych nie miało jeszcze wyrobionego zdania w tej kwestii.

– Od blisko sześciu miesięcy mamy do czynienia z narracją, że banki zastanawiają się nad ugodami z frankowiczami. W tym czasie proszono o pomoc NBP, zwoływano Rady Nadzorcze celem ustalenia możliwości i konsekwencji wynikających z takich działań. Niemniej jednak, jeżeli w dalszym ciągu w interesie banków nie jest zamknięcie tematu portfela kredytów frankowych, to mamy do czynienia z pozornymi działaniami, z których absolutnie nic nie wynika. Kredytobiorcy to widzą i na ten moment nie wierzą w ugody proponowane przez banki – dodaje ekspert z Kancelarii MBM Legal.

Te osoby, które są gotowe rozmawiać nt. ugody, głównie zaakceptowałyby przewalutowanie kredytu po kursie średnim NBP z dnia wypłaty lub unieważnienie umowy ze wzajemnym rozliczeniem – po 41,7%. Natomiast 5,5% ankietowanych z ww. grupy zgodziłoby się na przewalutowanie po innym uzgodnionym kursie. Co ciekawe, na przewalutowanie kredytu po obecnym kursie średnim NBP nie zgodziłaby się żadna badana osoba. Z kolei 6,3% respondentów przystałoby na inne niż wyżej wskazane rozwiązanie. Z kolei 4,7% nie ma własnej opinii w tym zakresie.

 Osoby świadome swoich nadpłat chcą rozliczenia umowy zgodnie z przepisami prawa. W przypadku ugody są oczywiście możliwe ustępstwa ze strony klientów w zakresie obu pierwszych wariantów. Celem kredytobiorców jest rozwiązanie problemu w możliwie krótkim czasie. Niestety te propozycje, które przedstawiają banki, póki co są nienegocjowalne – zaznacza ekspert z SBB.

W ocenie Jacka Mikołajonka, do momentu wydania przez Izbę Sądu Najwyższego uchwały co do sposobu rozliczania umów kredytowych po ich unieważnieniu oraz możliwości dochodzenia przez bank zwrotu oddanych do dyspozycji kredytobiorców środków, żaden taki podmiot nie zmieni oficjalnie stanowiska w sprawie roszczeń kredytobiorców. Ekspert wątpi też w to, że jakikolwiek bank zgodzi się z tym, że wszystkie zawarte przez niego umowy kredytów walutowych powinny zostać uznane za nieważne. Druga ze wskazanych przez frankowiczów możliwości wydaje się z punktu widzenia ekonomicznego nie do wykonania. Natomiast w świetle obecnego stanowiska sądów powszechnych pozostałe opcje są bardzo niekorzystne dla kredytobiorców.

Badanie było prowadzone w dniach 02-16 kwietnia br. metodą CAWI. Zostało wykonane na próbie 644 osób, które mają tzw. kredyty frankowe w sumie w 11 bankach w Polsce. Objęto nim 16 województw, dzieląc je na 5 stref pod względem liczby mieszkańców.

Liczba Polaków kupujących bitcoin przez Revolut podwoiła się w pierwszym kwartale

  • Liczba klientów Revolut kupujących BTC wzrosła +140% k/k
  • Średnie wydatki klienta na zakup BTC wzrosły +60% k/k

Kryptowaluty są w tym roku częstym tematem rozmów. Znalazły się też w polu zainteresowania polskich konsumentów, czego dowodem może być zwiększony wolumen transakcji wśród użytkowników aplikacji Revolut. Według danych firmy oferującej dostęp do 21 kryptowalut, liczba Polaków kupujących bitcoiny w aplikacji wzrosła o +140% w pierwszym kwartale tego roku.

“W pierwszych miesiącach roku obserwowaliśmy zwiększone zainteresowanie bitcoinem, ale też poszczególnymi walutami fiat. Od początku pandemii, liczba klientów na świecie kupujących lub sprzedających kryptowaluty w naszej aplikacji wzrosła trzykrotnie” – powiedział Edward Cooper, Head of Crypto w Revolut.

Polacy wydali na zakup bitcoinów w Revolut blisko czterokrotnie więcej (+284% k/k) podczas pierwszego kwartał tego roku, w porównaniu z ostatnim kwartałem roku poprzedniego. Ich wydatki na zakup bitcoinów były większe (+60% k/k) i częstsze (+190% k/k), średnia kwota zakupu także wzrosła (+33% k/k).

Największą grupą wiekową wśród klientów Revolut kupujących kryptowaluty są millenialsi w wieku 25-34 lat. W tej grupie, liczba osób kupujących bitcoina urosła trzykrotnie w pierwszym kwartale (+199% k/k), a średni wydatek na osobę wzrósł o połowę (+48% k/k).

Źródłem ww. danych są transakcje ponad 1 miliona klientów Revolut w Polsce. W zestawieniu porównano transakcje kupna bitcoinów w okresie 1 stycznia – 31 marca 2021 r. z okresem 1 października – 31 grudnia 2020 r. Prowizja Revolut za kupno lub sprzedaż kryptowalut wynosi 1,5% dla klientów korzystających z planu Premium lub Metal, oraz 2,5% dla klientów korzystających z planu Standard lub Plus.

Wzrost zainteresowania bitcoinem w pierwszym kwartale b.r. (k/k) wg. danych Revolut:

  • Liczba klientów kupujących bitcoiny: +140%
  • Średnie wydatki klienta na zakup bitcoinów: +60%
  • Liczba klientów w wieku 25-34 lat kupujących bitcoiny: +144%
  • Średnie wydatki klienta w wieku 25-34 lat na zakup bitcoinów: +48%

12 miesięcy pandemii na rynku nieruchomości biurowych w Warszawie

W trakcie roku, który upłynął od dotarcia pandemii Covid-19 do Polski, rynek nieruchomości biurowych w Warszawie odczuł wyraźny spadek popytu, powierzchni w budowie oraz wzrost poziomu pustostanów. Sektor biurowy ma za sobą trudne 12 miesięcy, jednak okres ten nie sprawił, że firmy przestały odczuwać potrzebę posiadania biura, podaje firma doradcza Savills.

Ponad 167 000 m kw. nowej powierzchni dostarczonej na rynek w pierwszym kwartale 2021 roku sprawiły, że całkowite zasoby biurowe w Warszawie przekroczyły 6 mln m kw.  Tak wysoki poziom nowej podaży to zasługa oddania do użytku m.in. dwóch wież zlokalizowanych przy rondzie Daszyńskiego: Skyliner (48 500 m kw.) i Generation Park Y (44 200 m kw.).

Zgodnie z danymi Savills, w stolicy w budowie znajduje się obecnie 407 000 m kw. powierzchni biurowej, co jest najniższym wynikiem od 10 lat. Do końca roku deweloperzy planują dostarczy ponad 180 000 m kw. W większości są to projekty rozpoczęte jeszcze przed pandemią. W ocenie Savills, obserwowana na rynku większa ostrożność odnośnie uruchamiana nowych projektów może doprowadzić do wystąpienia luki podażowej w latach 2022-2023.

W pierwszym kwartale 2021 r. w Warszawie wynajęto 109 250 m kw. powierzchni biurowej. Oznacza to 20-procentowy spadek popytu w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej, który w dużej mierze nie był jeszcze naznaczony efektami pandemii. Jak wynika z najnowszego raportu Savills, całkowity popyt na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy wyniósł w stolicy 574 000 m kw., czyli najmniej od 2011 roku.

Covid-19 spowodował spadek udziału umów przednajmu, który w okresie pandemii od kwietnia 2020 roku do końca marca 2021 roku wynosił 20%, a w samym pierwszym kwartale 2021 roku już tylko 10%. Największą umową podpisaną w ciągu pierwszych trzech miesięcy roku był jednak właśnie tzw. pre-lease, w ramach którego Zarząd Transportu Miejskiego (ZTM) zabezpieczył powierzchnię pod swoją siedzibę w Fabryce PZO (9800 m kw.). Udział renegocjacji w pierwszym kwartale 2021 r. utrzymywał się na wysokim poziomie (32%), co było jednym z trendów, których nasilenie prognozowano w wyniku pandemii, choć wzrost nie okazał się tak duży jak początkowo przypuszczano. W ostatnich 12 miesiącach udział renegocjacji stanowił 37% całkowitego popytu odnotowanego w tym okresie.

Poziom pustostanów w Warszawie wzrósł na koniec pierwszego kwartału 2021 r. do 11,4%. Pomimo, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy poziom wakatów zwiększył się w stolicy znacząco (o 3,9 p.p.), to nadal jest on wyraźnie niższy, niż w okresie ostatniej górki podażowej w 2016 roku (14,2%).

Niższa aktywność najemców zaczyna wywierać presję na koszt najmu powierzchni biurowej, ale póki co czynsze nominalne pozostają stabilne. Firmy poszukujące gotowej powierzchni biurowej na krótszy okres mogą obecnie wybierać z szerokiej oferty podnajmów. Właściciele nieruchomości biurowych zabiegają o najemców zwiększając pakiety zachęt, na które można liczyć podpisując umowę. Zaliczają się do nich m.in. okresowe zwolnienia z czynszu czy dopłaty na aranżację powierzchni.

„Analiza minionych 12 miesięcy daje pewien obraz tego, jak Covid-19 wpłynął na rynek nieruchomości biurowych. Tempo szczepień oraz ryzyko kolejnych fal zachorowań dostarczają jednak wiele znaków zapytania. Pandemia niewątpliwie wciąż kształtuje to jak wygląda biurowa rzeczywistość. Część firm nadal wstrzymuje się z decyzjami odnośnie najmu powierzchni lub rozgląda się za oszczędnościami, a także rozwiązaniami gwarantującymi im większą elastyczność. Jednocześnie da się jednak odczuć coraz silniejsze przekonanie, że rynek biurowy się obronił. Pomimo powszechności pracy zdalnej nie słyszymy o firmach, które chciałyby całkowicie zrezygnować z posiadania swojej fizycznej siedziby. Wygląda na to, że biura przetrwały pandemię i już wkrótce będą się dalej rozwijać, a ich właściciele i deweloperzy będą bogatsi o lepszą znajomość nowych potrzeb najemców” – mówi Daniel Czarnecki, dyrektor działu powierzchni biurowych, reprezentacja właściciela, Savills.

Słaby dolar po FOMC, słaby złoty przed TSUE

Kolejny gołębi przekaz z FOMC i bardzo dobre wyniki spółek technologicznych w USA pomagają zbudować pozytywne nastroje na rynkach. Kontrakty futures na Wall Street odbijają, słabnie dolar. Słaby jest także złoty, który czeka na orzeczenie TSUE ws. kredytów frankowych.

Ostrożność inwestorów na wypadek jastrzębich zaskoczeń z FOMC okazała się niepotrzebna. Fed nie zaskoczył zmianami w polityce pieniężnej i przekazie. Potwierdził, że gospodarka ma się lepiej, a aktywność gospodarcza oraz zatrudnienie wzmocniły się. Jednocześnie uspokoił obawy o wzrost inflacji, podkreślając przejściowy charakter czynników (efekty bazy, zakłócenia w łańcuchach dostaw). Podczas konferencji prezes Fed Powell powtórzył, że „jeszcze nie czas na rozpoczęcie dyskusji o redukowaniu” skupu aktywów, a zatem nie ma co podsycać spekulacji o wcześniejszym terminie podwyżki stóp procentowych. Fed czeka na jasne potwierdzenie w danych z gospodarki, że cele polityki zostały wypełnione i nie zamierza polegać na przesłankach, oczekiwaniach.

Przyrzeczenie podtrzymania luźnej polityki będzie wspierać ryzykowne aktywa. Fed wprawdzie zwraca uwagę na lepsze dane z gospodarki USA, ale siła wzrostu gospodarczego przestaje też być atutem dolara. Pozostałe gospodarki rozwinięte rozpędzają się wraz z postępem procesu sczepień. Teraz będzie łatwiej o pozytywne zaskoczenia poza USA, podczas gdy dane z USA mają wysoko zawieszoną poprzeczkę dla niespodzianek. Przy oznakach poprawy z wielu kierunków, wzmagać powinien się apetyt na ryzyko, dzięki któremu wolne środki pieniężne będą zaciągane do pracy. Potrzeba bezpiecznych przystani będzie maleć. Dolar powinien wrócić do roli czołowej waluty finansującej ryzykowne inwestycje, w większym stopniu niż pozostałe: JPY, CHF i EUR. Wzmagający się popyt na surowce wesprze waluty zależne od eksportu surowców, a lepsze zapatrywania na ryzyko powinny też wspierać waluty rynków wschodzących.

Złoty jednak tak prędko nie będzie śledził nastrojów globalnych i wpierw musi poradzić sobie z problemami na lokalnym podwórku. Dziś rano (9:30) Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej ma wydać orzeczenie w sprawie kredytów frankowych. Interpretacja orzeczeń TSUE i SN będzie się sprowadzać w zasadzie do dwóch scenariuszy. W pierwszym, im bardziej orzecznictwo będzie korzystne dla kredytobiorców i im większe są szanse na unieważnienie umowy kredytowej, tym większa będzie skłonność kredytobiorców do zaskarżania umów i większa presja na banki do zamykania pozycji zabezpieczających. Ten scenariusz rodzi największe ryzyko negatywnej reakcji złotego. Jeśli orzecznictwo będzie zmierzać w kierunku scenariusza zbliżonego do propozycji szefa KNF ws. ugody (konwersja kredytu na złotowy i potraktowanie go tak, jakby od początku był złotowy i oprocentowany według stawki WIBOR + marża), wówczas jest bardziej prawdopodobne, że do procesu włączy się Narodowy Bank Polski i udostępni swoje rezerwy walutowe pod rozliczenia transakcji zabezpieczających przez banki. Naturalnie banki nie rzucą się do domykania transakcji zabezpieczających od razu po publikacji orzeczenia. Co jednak banki mogą zrobić już teraz (i robią od pewnego czasu), to ochronić się przed niekorzystną zmianą kursu złotego, która podnosiłaby koszt rozliczenia zabezpieczeń ustanowionych pod kredyty (FX Swap). Nowe transakcje zabezpieczające przed wzrostem kursu CHF/PLN oznaczają dodatkową podaż złotego (kupno CHF/sprzedaż PLN). Liczy też na to kapitał spekulacyjny, który chce się „podłączyć” do ruchu.

Niemniej jednak reakcja złotego będzie oderwana od solidnych fundamentów makro i poprawiającej się sytuacji zdrowotnej w kraju. Tło nie przemawia za trwałym utrzymywaniem się słabości i złotego. Spodziewany się, że po okresie krótkoterminowych perturbacji złoty będzie kusił atrakcyjną wyceną, co przyspieszy jego odbicie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Do końca 2022 r. nawet 10 tys. nowych miejsc pracy – elektromobilność

Na przestrzeni ostatnich dwóch lat zapotrzebowanie na pracowników z zakresu elektromobilności wzrosło o ponad 200% i nadal będzie rosło – mówią eksperci z Bergman Engineering. Tymczasem problemem nadal jest zbyt mała liczba specjalistów na rynku pracy, choć wakaty czekają, a średnie zarobki w tej branży sięgają blisko 10 000 zł brutto.

W najnowszym raporcie poświęconym branży e-mobility Bergman Engineering analizuje nie tylko zapotrzebowanie na pracowników od elektromobilności, ale także ich kompetencje i aktualne zarobki. Badanie zostało przeprowadzone na grupie firm, które w ciągu ostatnich 2 lat prowadziły rekrutacje na tego typu specjalistów.

Jak tłumaczy Tomasz Szpikowski, CEO Bergman Engineering, rynek jest chłonny, bo gdy proces rekrutacyjny otwiera się, przedsiębiorstwo zatrudnia od przynajmniej kilkunastu do kilkudziesięciu pracowników – inżynierów i specjalistów, odpowiadających za wszystkie procesy związane z elektromobilnością. Tymczasem dziś o takich ekspertów jest nawet trudniej, niż o doświadczonych programistów.

W branży IT jest tak naprawdę znacznie łatwiej pozyskać pracownika, bo istnieje bardzo duża konkurencyjność. Na rynku e-mobility takiej konkurencyjności nie ma albo jest znikoma. Inżynierów czy techników mających doświadczenie w testowaniu lub montażu baterii elektrycznych jest niewielu. Dla każdej nowej inwestycji będzie to spory problem – mówi Szpikowski.

Rynek motoryzacyjny chłonny jak gąbka

Według danych z końca marca 2021 r., w Polsce było zarejestrowanych łącznie 22 291 samochodów osobowych z napędem elektrycznym. Przez pierwsze trzy miesiące br. ich liczba zwiększyła się o 3 555 sztuk, tj. o 107% więcej niż w analogicznym okresie 2020 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PZPM i PSPA.

Ważne dane:

  • Pojazdy w pełni elektryczne (BEV, ang. battery electric vehicles) nieznacznie przekroczyły połowę (11 194 szt.) tej części parku maszyn, a pozostałą część (49,8% udz.) stanowiły hybrydy typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 11 097 szt.
  • Park elektrycznych samochodów dostawczych i ciężarowych liczył 880 szt.
  • W dalszym ciągu rośnie flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec marca składała się z 9 366 szt. Pod koniec ubiegłego miesiąca park autobusów elektrycznych w Polsce wzrósł do 472 szt.
  • W I kwartale 2021 r. flota elektrobusów powiększyła się o 40 zeroemisyjnych pojazdów. W porównaniu z analogicznym okresem 2020 r., kiedy zarejestrowano 19 takich autobusów, oznacza to wzrost o 111% r/r.

Wraz ze wzrostem liczby pojazdów z napędem elektrycznym, rozwija się również infrastruktura ładowania. Pod koniec marca w Polsce funkcjonowało 1 425 ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych (2 780 punktów). 33% z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a 67% – wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. Podobnie jak w lutym, w marcu uruchomiono 15 nowych, ogólnodostępnych stacji ładowania (33 punkty).

W krajach zachodnich te liczby są dużo wyższe i na razie nie ma mowy, byśmy mogli się ścigać, zwłaszcza, że rośnie także zapotrzebowanie na inżynierów, którzy w całym procesie odgrywają niebagatelną rolę – podkreśla Tomasz Szpikowski.

Nawet 10 000 nowych miejsc pracy

Jak wyliczyli eksperci z Bergman Engineering na przestrzeni ostatnich dwóch lat zapotrzebowanie na specjalistów z zakresu elektromobilności wzrosło o ponad 200% i wciąż będzie rosło. Powstają nowe inwestycje, więc zapotrzebowanie na pracowników nadal przyspiesza. Co istotne, także zachodni giganci wysysają polskich ekspertów.

Nie bez powodu fabryki największych firm działających w branży electromobility w Niemczech, powstają w pobliżu polskiej granicy. Dzieje się to dlatego, że nastawione są na pozyskiwanie polskich inżynierów i pracowników produkcyjnych – opowiada Szpikowski.

Obecnie główni pracodawcy na terenie Polski to LG Energy (woj. dolnośląskie), Umicore (woj. opolskie), Volvo (woj. mazowieckie) czy MAN (woj. świętokrzyskie). Koncerny międzynarodowe (głównie produkujące baterie do EV) coraz więcej inwestują na naszym rynku i zdaniem Bergman Engineering do końca 2022 w sektorze elektromobilności może powstać do 10 000 nowych miejsc pracy.

– Samochody elektryczne w dużej mierze są bardzo wdzięcznym elementem Przemysłu 4.0, ponieważ są prostsze do budowania – tłumaczy dr Piotr Kaczmarek-Kurczak, ekspert Platformy Przemysłu Przyszłości. – Pod względem technologicznym są mniej skomplikowane w związku z tym w przyszłości (w teorii) zapewne fabryki samochodów elektrycznych będą łatwiejsze do zrobotyzowania. Jeżeli możemy zbudować prawdziwą fabrykę Industry 4.0 to o wiele prościej będzie w tej fabryce budować samochody elektryczne niż samochody spalinowe.

Druga rzecz – jego zdaniem – to fakt, że na pewno będzie postępowało wdrożenie druku addytywnego (3D). Nastąpi ogromny skok wykorzystania rzeczywistości rozszerzonej, bo po wielu latach opóźnień, kiedy firmy bardziej wykorzystują podejście oparte na danych i przekształcają swoją strukturę tak, żeby była bardziej powiązana z otoczeniem, AR pokazuje swoje mocne strony.

Jak mówi, obecnie, pracownicy w fabrykach dysponują okularami do rozszerzonej rzeczywistości, które dają instrukcje, mówią pracownikom gdzie mają pójść, co mają pobrać, co mają zamontować. Taki sprzęt jest płynnym i nieinwazyjnym sposobem do komunikowania się z przedsiębiorstwem. To świetnym interfejs do komunikowania się algorytmów z ludźmi. W przemyśle 4.0 odwraca się hierarchia i to algorytmy kierują ludźmi, a nie odwrotnie.

Można porównać to do kanapki. Na górze mamy twórców algorytmów, którzy cały czas je udoskonalają, później mamy algorytmy, które podejmują pewne prostsze decyzje, ale te z kolei są egzekwowane albo przez automaty, albo przez ludzi. W tej chwili, w większości przypadków, te decyzje podejmują ludzie, bo nie mamy takiego poziomu robotyzacji, ale w przyszłości to zarówno i ludzie jak i roboty będą wykonywały instrukcje podawane przez algorytmy – mówi dr Piotr Kaczmarek-Kurczak.

Zarobki w sektorze elektromobility w 2021 roku

Eksperci Bergman Engineering prześledzili także, jak wyglądają wymagania i zarobki dotyczące takich pracowników.

Wśród poszukiwanych specjalistów są np. Inżynierowie Jakości. Taka osoba poza wykształceniem wyższym technicznym (studia inżynierskie) powinna mieć 2-3 lata doświadczenia na stanowisku Inżyniera/Technika Jakości, posiadać umiejętność tworzenia i aktualizowania dokumentacji procesowej i znać dobrze język angielski. Mając takie CV można liczyć średnio na 7392 zł brutto miesięcznie (widełki: 6168 zł – 9036 zł).

Z kolei Inżynier Procesu to, oprócz wymienionych wyżej kwalifikacji, także znajomość technik i narzędzi optymalizacji produkcji oraz programów komputerowych wspierających te procesy. Średnie wynagrodzenie to 7944 zł brutto/mc (widełki: 6552 zł – 9576 zł).

Od Inżyniera Utrzymania Ruchu (Maintenace Engineer) wymaga się zaś więcej niż 2 lat doświadczenia (dla pozycji seniorskiej), umiejętności czytania rysunku technicznego i schematów elektrycznych i znajomości programów specjalistycznych (np. AutoCAD, GP-PRO EX4.0). Tu pensja wyniesie średnio 7728 zł brutto/mc (widełki: 6360 zł – 9024 zł).

Natomiast Technik Jakości to wykształcenie średnie techniczne, angielski (podstawowy), praktyczna umiejętność posługiwania się narzędziami (np. mikrometr, wysokościomierz), umiejętność czytania specyfikacji, znajomość rysunku technicznego i mile widziane doświadczenie jako kontroler jakości (5424 zł brutto/mc, widełki: 4884 zł – 6228 zł).

Poza kompetencjami technicznymi liczą się także odpowiedzialność, umiejętność reagowania na nieprawidłowości w procesie produkcji, lojalność i otwartość na zmiany, zdolności komunikacyjne, umiejętność pracy w grupie oraz umiejętność dostosowania się do przestrzegania rygorystycznych zasad, gdy proces jest już ustabilizowany. Ze względu na to, że większość firm to zagraniczne koncerny, absolutną podstawą jest język angielski.

Zapotrzebowanie na pracowników od elektromobilności występuje praktycznie na każdym szczeblu. Począwszy od montażu i uruchomieniu maszyn, przez pracowników produkcyjnych, po kierowników produkcji. – Inżynierowie, którzy chcą pracować w tym sektorze, muszą się jednak dokształcać – wchodzą na rynek, który dopiero się tworzy –  podsumowuje Tomasz Szpikowski.

Wypłata trzynastej emerytury – na co wydadzą ją emeryci?

  • Z danych GUS wynika, że comiesięczne wydatki emeryta pochłaniają średnio ¾ dochodów – najwięcej środków przeznaczanych jest na żywność (28%) i użytkowanie mieszkania (21%).
  • W kwietniu blisko 10 mln emerytów otrzymało dodatkowy zastrzyk gotówki w wysokości 1250,88 zł brutto.
  • Eksperci Związku Przedsiębiorstw Finansowych podpowiadają, na co warto przeznaczyć trzynastą emeryturę, by zadbać o swoje bezpieczeństwo finansowe.

Comiesięczne wydatki pochłaniają zdecydowaną większość dochodów emerytów. Sytuację finansową nieco poprawia jednak wypłata 13-tej emerytury. Zdaniem ekspertów, dodatkowy zastrzyk gotówki warto przeznaczyć np. na stworzenie tzw. „poduszki finansowej”.

Dodatkowe środki na koncie oczywiście ucieszą każdego. Zawsze znajdzie się jakiś konieczny zakup lub inny pilny wydatek, na który chcielibyśmy przeznaczyć otrzymane pieniądze. Zachęcamy jednak, by najpierw przeanalizować swoją sytuację finansową. Jeśli z jakiegoś względu mamy zadłużenie, to warto zastanowić się, czy nie przeznaczyć trzynastą emeryturę – lub jej część – w pierwszej kolejności na jego uregulowanie. Jeżeli nasz comiesięczny budżet domowy zwykle jest nadwyrężony, odłóżmy środki na przyszłość – mówi Marcin Czugan, Prezes Zarządu Związku Przedsiębiorstw Finansowych, organizacji realizującej kampanię Windykacja – jasna sprawa!

Na żywność, mieszkanie, ale i na pomoc bliskim

Z danych GUS wynika, że większa część emerytury przeznaczana jest na pokrycie najpilniejszych wydatków. 28% pochłaniają zakupy żywnościowe, 21% koszty związane z użytkowaniem mieszkania, a 8% wyroby medyczne i farmaceutyczne. Chociaż w wielu przypadkach miesięczne dochody seniorów są niewielkie, to nie rezygnują oni także z pomocy innym, zwłaszcza rodzinie.

Chęć pomocy bliskim jest także częstym powodem, dla którego emeryci decydują się na zaciągnięcie pożyczki lub kredytu. I choć w większości przypadków miesięczne koszty są tak dopasowane, by nie obciążać budżetów seniorów, to niestety zdarzają się sytuacje, przez które nie są oni w stanie spłacić kolejnej raty, np. przez nagłą chorobę i związane z nią wysokie koszty leczenia czy rehabilitacji. Wtedy też może pojawić się zadłużenie. Warto więc zawczasu pomyśleć o poduszce finansowej, by mimo trudnej sytuacji, na bieżąco móc spłacać wszelkie należności – dodaje Marcin Czugan.

Na co przeznaczyć trzynastą emeryturę?

Uregulowanie sytuacji finansowej poprzez spłacenie wszystkich zadłużeń czy odłożenie środków na „czarną godzinę” to dla wielu emerytów komfort, na który zwykle nie mogą sobie pozwolić. Dodatkowy zastrzyk gotówki warto więc przeznaczyć na zadbanie o swój budżet i zabezpieczenie się na wypadek niespodziewanych wydatków. W jaki sposób to zrobić?

  • Spłata zadłużenia – jeżeli przez trudną sytuację życiową popadliśmy w zadłużenie, to warto te ekstra środki przeznaczyć na ich uregulowanie. W tym celu skontaktujmy się z wierzycielem, by ustalić warunki spłaty. Jeśli dług przejęła firma windykacyjna, to zaproponujmy jednorazową większą wpłatę i poprośmy o rozłożenie na dogodne raty reszty zadłużenia. Okazanie chęci współpracy otworzy nam drogę do negocjacji z firmą windykacyjną.
  • Poduszka finansowa – jeżeli natomiast nie mamy żadnych zadłużeń, to warto pomyśleć o oszczędnościach. Nigdy nie wiemy, kiedy mogą pojawić się problemy finansowe, dlatego warto być przygotowanym na wszelkie okoliczności. Posiadanie większej sumy pieniędzy na koncie nie tylko sprawi, że poczujemy się bezpiecznie, ale i zachęci do dokładania do niej kolejnych oszczędności w przyszłości.

Wydawanie dodatkowych pieniędzy, gdy ciążą na nas niespłacone zobowiązania, sprawia radość tylko chwilowo. Zadłużenie nie zniknie, może się wręcz powiększyć przez odsetki. Warto więc najpierw uregulować swoją sytuację finansową, by w pełni cieszyć się kolejnym zastrzykiem gotówki – choćby w postaci czternastej emerytury, którą emeryci otrzymają w drugiej połowie roku.

Rynek biurowy w Polsce 2021

O tym, że sektor biurowy dobrze radzi sobie w pandemii świadczyć może choćby poziom pustostanów, który przy regularnie wzrastającej podaży w ciągu ostatnich 12 miesięcy zwiększył się w Warszawie jedynie o 4 proc., a na głównych rynkach regionalnych w kraju o około 3,5 proc.

W pierwszym kwartale tego roku, jak podaje Walter Herz, na rynek warszawski weszło prawie 170 tys. mkw. powierzchni, co sprawiło że zasoby największego ośrodka biurowego w Polsce wzrosły do ponad 6 mln mkw. powierzchni. Do końca 2021 roku deweloperzy planują oddać w Warszawie jeszcze niemal połowę z 420 tys. mkw. biur, które powstają na terenie miasta.

W regionach, których łączne zaplecze biurowe zbliża się do wielkości zasobów warszawskich, w pierwszym kwartale tego roku oddane zostało ponad 46 tys. mkw. powierzchni. Niewynajętych biur w największych miastach regionalnych w kraju jest średnio około 1,5 proc. więcej niż w Warszawie.

Podobny wolumen najmu w regionach i w Warszawie

– W tym roku spadek popytu na biura jest już bardziej wyraźny. W pierwszych trzech miesiącach br. na rynkach regionalnych łączny wolumen najmu był porównywalny do ilości biur wynajętych w Warszawie. Największym powodzeniem w regionach cieszyły się biura w Trójmieście – informuje Mateusz Strzelecki, Partner / Head of Regional Markets w Walter Herz. – Szczególnie drastycznie obniżyła się natomiast ilość powierzchni biurowych w budowie, zwłaszcza na rynku warszawskim. W stolicy powstaje ich teraz najmniej od dziesięciu lat. Po niewielkiej przerwie od wprowadzenia obostrzeń deweloperzy ponownie zaczęli startować z kolejnymi projektami, których budowę wcześniej zaplanowali, nie oznacza to jednak, że boom jaki obserwowaliśmy w sektorze biurowym przed pandemią jest kontynuowany – dodaje Mateusz Strzelecki.

– Bardzo widoczną tendencją, charakterystyczną dla całego rynku jest na pewno zainteresowanie najemców przede wszystkim powierzchnią w najlepszych obiektach znajdujących się w centrach miast. Firmy rezygnują z biur w starszych budynkach o niższej klasie. Decydują się natomiast na powierzchnie w najlepszych biurowcach najatrakcyjniej zlokalizowanych – zauważa.

Adekwatnie do zgłaszanego popytu należy się więc spodziewać nowych realizacji biurowych w centralnych lokalizacjach. Biurowców, które oferować będą najlepsze parametry pod względem komfortu i bezpieczeństwa pracy. I jednocześnie częściowego zawieszenia planów związanych z budową obiektów biurowych w mniej atrakcyjnych obszarach miast.

Elastyczność, elastyczność i jeszcze raz elastyczność

Rynek biurowy wyczekuje na zniesienie ograniczeń. Większość pracowników firm deklaruje chęć powrotu do pracy w biurze. Ludziom brakuje bezpośrednich kontaktów. Jeśli tylko obostrzenia utrudniające normalne funkcjonowanie biznesu zostaną zniesione tempo powrotu do biur z pewnością przybierze na sile. Po przeszło roku pandemii zyskaliśmy bowiem pewność, że stacjonarne biura pozostaną fundamentem działalności dla organizacji, bo u podstaw efektywnej współpracy leży budowanie relacji międzyludzkich. Będą to już jednak inne biura, dostosowane do nowej rzeczywistości.

Przestrzeń do pracy przede wszystkim będzie musiała spełniać aktualne wymogi sanitarne. Poza tym, biura będą bardziej elastyczne, by sprostać hybrydowemu systemowi pracy w rotacyjnym podziale na home office i pracę w biurze, który większość firm uznała już za najbardziej funkcjonalny w nowych warunkach. W związku z tym prowadzane są teraz rozwiązania ułatwiające rezerwację biurek i umożliwiające bieżący monitoring obecności w biurze oraz stałą kontrolę poziomu bezpieczeństwa.

Mateusz Strzelecki przyznaje, że najemcy oczekują bardziej elastycznych rozwiązań, zarówno jeśli chodzi o powierzchnię biurową, jak i warunki umów. – Firmy poszukują powierzchni dającej możliwość szybkiego wprowadzania zmian w poszczególnych strefach pracy. Dodatkowo także chcą zabezpieczyć sobie dostęp do elastycznych rozwiązań, jak przestrzenie coworkingowe, z których mogłyby skorzystać, jeśli zaistniałaby taka potrzeba – wyjaśnia.

Pakiety zachęt dla najemców

Strzelecki przyznaje, że na głównych rynkach biurowych nie doszło do znaczących obniżek stawek czynszowych, szczególnie jeśli chodzi o najlepsze obiekty. Ze względu jednak na szeroki pakiet zachęt, który właściciele budynków oferują najemcom, stawki efektywne mogą być nawet 20 proc. niższe od cen wywoławczych.

Najwyżej cenione na rynku są obiekty, które zapewniają bezpieczeństwo i dobre samopoczucie w miejscu pracy. W biurowcach wdrażane są m.in. bezdotykowe systemy kontroli dostępu, czy rozwiązania i aplikacje pozwalające zarządzać windami, klimatyzacją, wentylacją, oświetleniem oraz dokonywać rezerwacji parkingów, czy sal konferencyjnych ze smartfonów.

Powodzeniem cieszą się obiekty gwarantujące pracownikom wygodę. Komfort zapewnia m.in. także obszerne zaplecze usługowe dostępne na miejscu. I takie właśnie są najnowsze kompleksy typu mixed-use. Poza biurami oferują także funkcje konferencyjne, hotelowe, często także mieszkaniowe oraz zabezpieczają szeroką ofertę handlowo-usługową.

Trzecia fala pandemii łagodniejsza dla gospodarki, ale niektóre sektory wciąż dużo tracą

Minął rok od czasu, gdy koronawirus zaatakował Polskę. Podczas trzech kolejnych fal epidemii nasza gospodarka straciła już blisko 200 miliardów złotych. Szacuje się, że obecnie każdego dnia tracimy około 600 milionów złotych z polskiego PKB. To wynik zmian, które epidemia COVID-19 wymusza na funkcjonowaniu gospodarki. PKB spada zarówno na skutek ograniczeń prowadzenia działalności gospodarczej, związanych z obowiązującym reżimem sanitarnym – jak też w wyniku dystansowania społecznego i ograniczonego popytu na różnego rodzaju usługi, pośrednio związanego z występowaniem stanu epidemii. Chociaż trwająca obecnie, trzecia fala pandemii różni się nieco od pierwszej, z którą walczyliśmy w zeszłym roku – to jednak wciąż wymaga od państwa zdecydowanych działań pomocowych.

– Wiosnę 2021 roku od poprzedniej odróżnia to, że branże nie dotknięte bezpośrednio skutkami obostrzeń epidemicznych dosyć dobrze dostosowały się do funkcjonowania w pandemii. Takie sektory gospodarki, jak przemysł czy budownictwo, funkcjonują wciąż w miarę niezakłócony sposób – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – W zupełnie innej sytuacji są jednak branże gastronomiczna, turystyczna, hotelarska, sportowa, związane z kulturą, rozrywką, organizacją różnego rodzaju spotkań, eventów, czy targów. Ich działalność jest wciąż bardzo poważnie ograniczona – a obostrzenia, które obowiązują podczas drugiej i trzeciej fali pandemii, są długotrwałe. To powoduje w tych branżach narastające straty, a także coraz większe ryzyko utraty miejsc pracy i likwidacji działalności. Istnieje więc bardzo pilna potrzeba kompleksowego wspierania tych branż, a także stworzenia odpowiednich rozwiązań – umożliwiających szybką odbudowę i poprawę ich sytuacji wtedy, kiedy  najsurowsze obostrzenia będą już poluzowane – podkreśla Kozłowski.

ORLEN publikuje skonsolidowane wyniki finansowe za 1 kwartał 2021 roku

Grupa ORLEN zakończyła pierwszy kwartał 2021 roku z zyskiem operacyjnym EBITDA wg LIFO na poziomie 2,4 mld zł i osiągnęła ok. 1,9 mld zł zysku netto. To m.in. efekt konsolidacji bardzo dobrego wyniku EBITDA Grupy Energa w wysokości 0,8 mld zł. Przychody wyniosły 24,6 mld zł, mimo niższego niż w analogicznym okresie ubiegłego roku przerobu ropy o (-) 19% (r/r) i spadku sprzedaży o (-) 11% (r/r) oraz niższej konsumpcji paliw spowodowanej pandemią COVID-19. W tym czasie Koncern kontynuował kluczowe inwestycje rozwojowe, na które przeznaczył 1,8 mld zł. Zgodnie ze Strategią ORLEN2030, Zarząd PKN ORLEN zarekomendował wypłatę dywidendy za 2020 rok na poziomie 3,5 zł na akcję.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN

– Bardzo dobre wyniki finansowe, wypracowane przez Grupę ORLEN w wyjątkowo trudnym otoczeniu rynkowym, potwierdzają zasadność przyjętych kierunków działania. Jednocześnie dzięki bezpiecznemu zarządzaniu finansami sprawnie funkcjonujemy i z powodzeniem realizujemy ambitne inwestycje rozwojowe. W pierwszym kwartale 2021 roku solidne wyniki wypracował segment detalu i petrochemii. Jednak szczególnie cieszą rekordowe rezultaty finansowe osiągnięte przez segment energetyki, przy znaczącym udziale Grupy Energa. To wszystko pozwala nam skutecznie dywersyfikować źródła przychodów i wzmacniać pozycję na globalnym rynku, a także wartość dla Akcjonariuszy. Grupa Kapitałowa ORLEN jest silna, coraz bardziej odporna na zawirowania makroekonomiczne i dobrze przygotowana na strategiczne wyzwanie, jakim jest budowa koncernu multienergetycznego – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

W pierwszym kwartale 2021 roku PKN ORLEN konsekwentnie budował swoją wartość i przewagi konkurencyjne. Koncern z sukcesem realizował politykę dywersyfikacji dostaw ropy naftowej, podpisując z ExxonMobil kontrakt na dostawy surowca amerykańskiego i wzmacniając tym samym bezpieczeństwo energetyczne Polski. Zadecydował również o kontynuacji współpracy z Rosneft, w oparciu o nową 2-letnią umowę. Zgodnie z planem realizowano też kluczowe projekty energetyczne. Priorytetem jest budowa morskiej farmy wiatrowej na Bałtyku. Do realizacji tej inwestycji PKN ORLEN pozyskał na początku roku partnera branżowego – kanadyjską spółkę Northland Power. Wykonany został również kolejny ważny krok w kierunku przejęcia Grupy PGNiG. W marcu br. Komisja Europejska podjęła decyzję o przekazaniu kwestii koncentracji do rozpatrzenia przez Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Ponadto w pierwszym kwartale 2021 roku PKN ORLEN zaprezentował i rozpoczął wdrażanie projektu „ORLEN w ruchu” – nowego formatu sprzedaży detalicznej. Zaangażował się też w rozwój punktów odbioru paczek oraz usług kurierskich, inwestując we własne automaty paczkowe. Zgodnie z szacunkami, projekty te w perspektywie pięciu lat wygenerują dodatkowe kilkaset milionów złotych zysku.

W pierwszym kwartale 2021 roku Grupa ORLEN osiągnęła:

  • EBITDA LIFO na poziomie 2,4 mld zł
  • Zysk netto w wysokości blisko 1,9 mld zł
  • Sprzedaż w wysokości 8,4 mt
  • Przychody na poziomie 24,6 mld zł

Grupa ORLEN w pierwszym kwartale 2021 roku wygenerowała aż 3,9 mld zł przepływów finansowych netto z działalności operacyjnej. Koncern efektywnie zarządzał swoim zadłużeniem, czego dowodem jest spadek wskaźnika Dług Netto/EBITDA z 1,27x na koniec grudnia 2020 roku do poziomu 0,91x na koniec marca 2021 roku. W marcu PKN ORLEN po raz drugi w ciągu ostatnich trzech miesięcy wyemitował obligacje zrównoważonego rozwoju z oprocentowaniem opartym o poziom ratingu ESG nadawanego Koncernowi przez agencję MSCI ESG Research Limited. Była to emisja o wartości 1 mld zł, z 10-letnim okresem wykupu, która wprowadziła do portfela zobowiązań dłużnych stabilny instrument o długim terminie zapadalności, poprawiając bezpieczeństwo finansowe całej Grupy ORLEN. Odzwierciedleniem stabilnej sytuacji finansowej Koncernu, który w ubiegłym roku wypracował jeden z najlepszych wyników wśród firm z sektora Oil&Gas, a także efektem konsekwentnie realizowanych planów rozwojowych we wszystkich obszarach działalności, jest rekomendacja Zarządu PKN ORLEN wypłaty dywidendy za zeszły rok w wysokości 3,5 zł na akcję.

Segment rafineryjny w pierwszym kwartale 2021 roku poprawił swój wynik o 162 mln zł w porównaniu do zeszłego roku, odnotowując EBITDA LIFO na poziomie (-) 191 mln zł. Nadal znaczący wpływ na ten obszar działalności miały niekorzystne warunki makroekonomiczne, głównie niższe marże na średnich destylatach, niższy dyferencjał Brent/Ural o (-) 0,9 USD/bbl i mocniejsza złotówka względem dolara. Duże znaczenie miał także ujemny wpływ transakcji zabezpieczających przepływy pieniężne realizowanych na zakupach ropy naftowej i sprzedaży produktów, wyższe koszty zużyć własnych w wyniku wzrostu cen ropy o 11 USD/bbl, a także postoje remontowe. Niekorzystne efekty zostały częściowo ograniczone dodatnim wpływem wyższych marż na lekkich destylatach i ciężkich frakcjach rafineryjnych. Przerób ropy wyniósł 6,2 mt, natomiast sprzedaż 5 mt.

W minionym kwartale segment petrochemiczny wypracował EBITDA LIFO na poziomie niemal 660 mln zł. Obejmuje on wynik spółki ANWIL w wysokości 93 mln zł oraz wynik na sprzedaży PTA, który wyniósł 56 mln zł. Koncern odnotował dodatni wpływ makro (r/r) w efekcie wzrostu marż na poliolefinach, nawozach oraz PCW, a także słabszej złotówki względem euro. Efekty te zostały jednak częściowo ograniczone niekorzystnym wpływem niższych marż na olefinach oraz transakcji zabezpieczających przepływy pieniężne realizowanych na sprzedaży produktów. Sprzedaż wyniosła 1,3 mt, a jej znaczący wzrost odnotowano na Litwie o 42% (r/r) i w Czechach o 16% (r/r).

Mocną pozycję ponownie potwierdził segment energetyczny, który wypracował w pierwszym kwartale prawie 1,1 mld zł EBITDA LIFO. To wynik ponad 2-krotnie wyższy niż przed rokiem. Rezultat ten został osiągnięty m.in. poprzez konsolidację wyników Grupy Energa. W tym czasie Koncern dysponował 3,2 GWe zainstalowanej mocy elektrycznej i 6,1 GWt mocy cieplnej. Produkcja energii elektrycznej, która w ponad 60% pochodziła z OZE i jednostek gazowych, wyniosła 2,7 TWh, natomiast ciepła 13,4 PJ. Na początku roku do portfela odnawialnych źródeł energii Grupy ORLEN dołączyła farma wiatrowa Kanin o mocy 20 MW. Koncern uzyskał też zgodę na przejęcie trzech lądowych farm wiatrowych działających na Pomorzu, o łącznej mocy ok. 90 MW. Po finalizacji transakcji będzie posiadał w Polsce 353 MW mocy zainstalowanych w energetyce wiatrowej, stając się czwartym co do wielkości producentem energii elektrycznej pochodzącej z wiatru na polskim rynku. Akwizycje te, podobnie jak budowa morskiej farmy wiatrowej na Bałtyku, wpisują się w Strategię ORLEN2030, zakładającą intensywny rozwój zeroemisyjnej energetyki, zarówno w ramach budowy własnych mocy, jak i przejęć działających już aktywów.

Segment detaliczny wypracował w pierwszym kwartale br. wynik na poziomie 548 mln zł EBITDA LIFO, pomimo spadku wolumenów sprzedaży o (-) 13% (r/r) na skutek niższego popytu na paliwa, spowodowanego pandemią COVID-19 oraz niższych marż paliwowych na rynku polskim i czeskim (r/r). Na wynik korzystnie wpłynął z kolei wzrost marż paliwowych na rynku niemieckim oraz marż pozapaliwowych na rynku polskim, czeskim i niemieckim (r/r). W tym czasie kontynuowano rozwój sieci sprzedaży pozapaliwowej, która wzrosła o 74 punkty Stop Cafe/star Connect w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Na koniec pierwszego kwartału 2021 roku było ich łącznie 2229, w tym: 1729 w Polsce, 313 w Czechach, 146 w Niemczech, 28 na Litwie oraz 13 na Słowacji. Zgodnie z przyjętą strategią, Koncern konsekwentnie dostosowuje sieć stacji do sprzedaży paliw alternatywnych. W rezultacie liczba punktów alternatywnego tankowania wzrosła o 111 (r/r) i obecnie wynosi 225, w tym: 180 punktów ładowania samochodów elektrycznych, 2 stacje wodorowe oraz 43 stacje CNG. Najwięcej jest ich zlokalizowanych w Polsce – 144, w Czechach 72, a w Niemczech 9.

Segment wydobycia wypracował wynik EBITDA LIFO na poziomie 14 mln zł, głównie w efekcie ujemnego wpływy transakcji zabezpieczających oraz niższych wolumenów sprzedaży o (-) 24% (r/r). Średnie wydobycie wyniosło 16,2 tys. boe/d, w tym: 1,4 tys. boe/d w Polsce i 14,8 tys. boe/d w Kanadzie. W Polsce, po uruchomieniu wydobycia ze złoża Bystrowice trwa rozruch instalacji napowierzchniowej kopalni. W projekcie Edge kontynuowane są prace w zakresie zagospodarowania złóż Tuchola i Bajerze w oparciu o generowanie energii elektrycznej z gazu ziemnego zaazotowanego. Wspólnie z PGNiG realizowano również etap prac projektowych i formalno-prawnych dla zagospodarowania złoża gazu ziemnego Chwalęcin oraz prace administracyjno-przetargowe związane z zagospodarowaniem odwiertu Sieraków-2H. Z kolei w Kanadzie kontynuowano prace inwestycyjne związane z zagospodarowaniem posiadanych aktywów, w tym m.in. na obszarze Ferrier zakończono wiercenie 1 otworu i wykonano 3 zabiegi szczelinowania hydraulicznego, uruchamiając następnie wydobycie z odwiertów.

Kupowanie w czasach pandemii

Od początku pandemii najchętniej wydajemy większe kwoty na remont lub wymianę wyposażenia do mieszkania lub domu – wynika z badań przeprowadzonych przez Wonga.  Zdecydowana większość Polaków odłożyła w czasie większe wydatki – ze względu na brak pieniędzy oraz strach przed tym co przyniesie przyszłość.

W ciągu ostatnich 12 miesięcy na remonty najczęściej decydowali się mieszkańcy wsi (32 proc.) oraz średnich miast (22 proc.), a zakup nowych mebli, sprzętu AGD Polacy ze średnich i małych miast. Najmniej chętni do inwestowania w odświeżenie mieszkania/domu czy zmianę aranżacji byli mieszkańcy największych miast (odpowiednio 16 proc. i 12 proc).Kupowanie w czasach pandemii

11 proc. badanych przyznało, że w trakcie pandemii kupili samochód. I znów najwięcej nowych samochodów pojawiło się na polskich wsiach oraz średnich miastach, a dwa razy mniej w małych i największych miastach. Dysproporcja jest znacząca.

Na kupno mieszkania lub budowę domu zdecydowało się 5 proc. badanych, na zakup działki 3 proc.

Aż 29 proc. ankietowanych przyznała, że nie dokonywała większych zakupów, ponieważ uważa, że teraz lepiej oszczędzać, a 22 proc. powiedziało, że na poważniejsze wydatki nie ma obecnie pieniędzy.

– Grupą, która w trakcie pandemii najchętniej decydowała się na większe wydatki są 25-44 latkowie. Z naszych analiz wynika, że takich osób, w różnym wieku będzie przybywać. Przyzwyczajamy się do trwającej ponad rok pandemii, wiele osób, które wcześniej nie kupowały przez Internet, nauczyły się tego – mówi Aneta Gergont-Gałązka, dyrektor Departamentu Marketingu w Wonga. – Chętnych do większych zakupów z pewnością ciągle jest mniej niż przed pandemią, ale coraz więcej osób mniej oszczędza niż rok temu. Wskazują na to między innymi dane o sprzedaży detalicznej, która w marcu wzrosła rok do roku o 15,2 proc., czyli dużo powyżej rynkowych prognoz, które wskazywały na wzrost na poziomie 9,7 proc. To pierwszy miesiąc od września 2020 r., kiedy wskaźnik ten notuje wzrost.

Ponadto rośnie zainteresowanie kredytami i pożyczkami. Biura Informacji Kredytowej podało, że w marcu 2021 r., w porównaniu do marca 2020 r., w ujęciu liczbowym banki i SKOK-i udzieliły więcej wszystkich rodzajów produktów kredytowych: o (+51 proc) więcej kredytów ratalnych, o (+21,9 proc.) limitów na kartach kredytowych, o (+18,9 proc.) kredytów gotówkowych oraz o (+12,8 proc.) kredytów mieszkaniowych. Natomiast firmy pożyczkowe współpracujące z BIK w marcu 2021 r., w porównaniu do marca 2020 r. udzieliły więcej pożyczek zarówno w ujęciu liczbowym (+8,1 proc.), jak i wartościowym (+12,5 proc.).

Badanie zostało przeprowadzone na panelu Ariadna na ogólnopolskiej próbie liczącej N=1094 osób. Kwoty dobrane wg reprezentacji w populacji Polaków w wieku 18 lat i więcej dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania. Termin realizacji: 26 – 29 marca 2021 r.. Metoda: CAWI.

Polskie domy w dalszym ciągu powstają bez planu?

Polacy w minionym roku uzyskali zgodę na budowę ponad 110 000 domów jednorodzinnych. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, ile takich budynków powstanie na podstawie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego.

Od pewnego czasu docierają do nas informacje o koncepcji szeroko zakrojonej reformy w zakresie planowania przestrzennego. Jednak do konkretnych zmian prawnych wciąż jest jeszcze daleko. Można zatem sądzić, że decyzje o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu (potocznie zwane „WZ-kami”) prędko nie znikną. Postanowiliśmy sprawdzić, ile domów jednorodzinnych, na budowę których uzyskano zgodę w 2020 roku, powstanie właśnie na podstawie decyzji o warunkach zabudowy. Dzięki temu możemy odpowiedzieć na pytanie, czy w miejscach często wybieranych na budowę domu brakuje miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego.

Infografika – Domy jednorodzinne

Na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego można stwierdzić, że w 2020 r. inwestorzy prywatni uzyskali zgodę na budowę 111 464 domów jednorodzinnych. Jedynie 64 332 takie domy powstaną na podstawie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Oznacza to, że w przypadku 42% analizowanych inwestycji brak miejscowego planu skutkował koniecznością uzyskania decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu.

Wg portalu RynekPierwotny.pl podany powyżej wynik nie wydaje się bardzo zły, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego aktualnie pokrywają około 1/3 powierzchni Polski. Dane GUS z 2019 r. mówią o pokryciu na poziomie 31,2%. Inwestorzy prywatni stosunkowo często budują nowe domy w okolicach dużych miast, gdzie miejscowe plany zwykle zostały już sporządzone. Właśnie dlatego ubiegłoroczny udział prywatnych domów jednorodzinnych, które powstaną na podstawie planu wyniósł ok. 58%.

Dokładniejsza analiza danych GUS wskazuje, że w przypadku 40 spośród 380 powiatów i miast na prawach powiatu, wszystkie prywatne domy jednorodzinne z ubiegłorocznym pozwoleniem powstaną na podstawie miejscowego planu. Równocześnie dla 28 powiatów oraz miast na prawach powiatu analizowany wynik nie przekroczył 10%. Do tej grupy zalicza się m.in. Łódź, Rzeszów i Radom.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Dzięki przedsięwzięciu NCBR oczyszczalnie ścieków staną się „fabrykami surowców”

Ścieki to uciążliwy problem dla człowieka, środowiska, gospodarki. To także potężne koszty. A gdyby tak spojrzeć na strumień ścieków komunalnych jak na zasoby wody, energii, surowców wtórnych i znaleźć sposób na efektywne, a przy tym rozsądne cenowo zagospodarowanie osadów pościekowych? W przedsięwzięciu „Oczyszczalnia przyszłości”, finansowanym z Funduszy Europejskich, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju stymuluje powstawanie rozwiązań, które przyspieszą proces transformacji polskich oczyszczalni w prawdziwe „fabryki surowców”.

Budżet przedsięwzięcia, realizowanego w trybie zamówień przedkomercyjnych (PCP), wynosi 27 mln zł. Przed kilkoma dniami eksperci zakończyli ocenę wniosków, zmierzającą do wyłonienia wykonawców, którzy po podpisaniu umowy z NCBR rozpoczną prace badawczo-rozwojowe. Ich cel to opracowanie innowacyjnej technologii oczyszczalni przyszłości poprzez osiągnięcie kolejnych poziomów gotowości technologicznej.

W I etapie, z udziałem wszystkich zakwalifikowanych wykonawców, prace te zostaną zwieńczone testami opracowanych instalacji w warunkach eksperymentalnych, w skali ułamkowo-technicznej – czyli minimum 5% docelowej skali projektowanej oczyszczalni. Testy mają udowodnić, że instalacje działają i mają odpowiednie parametry. W etapie II, do którego dopuszczony zostanie jeden wykonawca (na podstawie oceny prac etapu I), nastąpi zaś uruchomienie pełnoskalowego demonstratora opracowanej technologii i optymalizacja jego działania.

Kto zbuduje oczyszczalnię przyszłości? Do pierwszego etapu – po podpisaniu umowy – zostanie dopuszczonych trzech wykonawców. Pierwszy z nich to konsorcjum: Fine Bubble Technologies Sp. z o.o. oraz 21stopni Sp. z o.o. Dwaj kolejni to firmy WTT Innowacje Sp. z o.o. Sp. k. oraz Krevox Europejskie Centrum Ekologiczne Sp. z o.o.

Ocenić i działać

Dlaczego Narodowe Centrum Badań i Rozwoju zaangażowało się w ten ważny, ale bardzo wymagający projekt? Wynika to wprost z diagnozy najpilniejszych wyzwań stojących przed gospodarką wodno-ściekową w naszym kraju. Żeby nastąpił przełom w funkcjonowaniu oraz postrzeganiu oczyszczalni, potrzebne są rozwiązania, które nie tylko umożliwią usunięcie ze ścieków różnorodnych zanieczyszczeń, ale także pozwolą na maksymalny odzysk surowców, wody i energii.

Oczyszczalnia tego typu tworzy gospodarkę obiegu zamkniętego, w której cenne surowce są odzyskiwane z odpadów, a nie pochodzą  z surowców kopalnych. Dzięki temu zanieczyszczenia nie będą trafiały ani do rzek, ani na składowiska odpadów, co stanowi dziś nabrzmiały problem.

Od diagnozy do recepty

Rozwój aglomeracji miejskich wiąże się z rosnącym zapotrzebowaniem na wodę, a jednocześnie ze wzrostem ilości powstających ścieków. Z danych GUS wynika, że w 2018 r. zostało wytworzonych ponad 583,1 tys. ton suchej masy komunalnych osadów ściekowych, podczas gdy 15 lat wcześniej było to 447 tys. ton. W odpowiedzi na ten problem Ministerstwo Środowiska przyjęło w 2018 roku „Strategię postępowania z komunalnymi osadami ściekowymi na lata 2019-2022”. Celem dokumentu jest zorganizowanie warunków i wykreowanie mechanizmów sprzyjających rozwiązaniu narastającego problemu zagospodarowania komunalnych osadów ściekowych stanowiących odpady. Dużą ich ilość można przetworzyć i powtórnie wykorzystać, ale do tego trzeba dysponować odpowiednią technologią. Do wyścigu o przełomowe rozwiązania w tym zakresie stanęło w ubiegłym roku Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, rozpoczynając przedsięwzięcie „Oczyszczalnia przyszłości”, finansowane z Funduszy Europejskich w ramach Programu Inteligentny Rozwój i wpisujące się w strategię Europejskiego Zielonego Ładu.

Jak wskazują eksperci NCBR, aby stworzyć nowe szanse rozwojowe dla sektora gospodarki wodno-ściekowej w Polsce, należy rozwiązać kilka podstawowych problemów. Główne wyzwania to: zagospodarowanie oczyszczonych ścieków (odnowa i odzysk wody), ograniczenie utraty pierwiastków biogennych oraz zanieczyszczenia nimi środowisk wodnych (odzysk biogenów), usunięcie ze ścieków mikrozanieczyszczeń, odzysk energii i energooszczędność procesów technologicznych oraz wspomniane już wcześniej efektywne zagospodarowanie osadów ściekowych.

Dzięki innowacyjnej technologii, którą opracują firmy biorące udział w przedsięwzięciu „Oczyszczalnia przyszłości”, obiekty te mają się stać „fabrykami surowców”. Zamiast odpadów będą produkować pełnowartościowe materiały do ponownego wykorzystania w gospodarce.

Rozwój przedsiębiorstw, nowe miejsca pracy i „zielona” przyszłość

Co konkretnie zostanie wyprodukowane? Przede wszystkim woda, służąca do powtórnego wykorzystania w rolnictwie, a w miastach – do zaspokojenia potrzeb komunalnych lub przemysłowych, czyli np. do utrzymania zieleni miejskiej, jako wymiennik ciepła w ciepłownictwie, jako rozpuszczalnik w przemyśle. Zgodnie z założeniami projektu NCBR, co najmniej połowa odzyskiwanej wody powinna wrócić do obiegu wtórnego. Oprócz niej generowana ma być również woda destylowana: stosowana w systemach klimatyzacyjnych, chłodniczych i grzewczych z dodatkiem inhibitorów korozji i biocydu, skutecznie zabezpiecza układ przed korozją, tworzeniem się osadów i powstawaniem życia biologicznego, umożliwiając eksploatację instalacji w nienaruszonym stanie przez wiele lat.

Z kolei odzyskane surowce, takie jak: związki fosforu, azotu i węgla, posłużą do produkcji nawozów oraz polepszaczy gleby w rolnictwie i ogrodnictwie. Dzięki takiemu podejściu, oczyszczalnie ścieków wraz z biogazowniami staną się fundamentem gospodarki cyrkularnej, powodując, że cenne rolniczo biogeny będą krążyły w obiegu zamkniętym, znacznie ograniczając produkcję nawozów na bazie surowców kopalnych. Pozwolą też redukować zanieczyszczenia rzek i wód gruntowych tymi związkami.

Powodzenie przedsięwzięcia da impuls do rozwoju przedsiębiorstw wodno-kanalizacyjnych, firm produkujących innowacyjne technologie dla oczyszczalni oraz dla ich kontrahentów. To z kolei wpłynie pozytywnie na rynek krajowy oraz na eksport. Ożywienie sektora pozwoli też na stworzenie licznych i trwałych miejsc pracy. Rozkwit branży poprawi bezpieczeństwo energetyczne kraju oraz warunki życia społeczeństwa, w związku z rozwiniętym systemem gospodarki wodno-ściekowej.

O wiele więcej niż oczyszczalnia

Przedsięwzięcie „Oczyszczalnia przyszłości” jest jednym z dziewięciu nowych przedsięwzięć NCBR odpowiadających na założenia strategii Europejskiego Zielonego Ładu, które pomogą naszej gospodarce w dochodzeniu do unijnego celu neutralności klimatycznej. Wszystkie są pomyślane w ten sposób, aby zaspokajać fundamentalne ludzkie potrzeby, takie jak zapewnienie czystej wody i powietrza, żywności, dobrych warunków bytowych, ciepła.

Oprócz oczyszczalni ścieków przyszłości dzięki zaangażowaniu Funduszy Europejskich opracowane mają być m.in.: innowacyjne biogazownie, domy efektywne energetycznie i procesowo, ciepłownie przyszłości, elektrociepłownie w lokalnym systemie energetycznym, technologia domowej retencji, nowoczesna wentylacja dla szkół i domów, magazyny energii elektrycznej oraz magazyny ciepła i chłodu. Wszystkie przedsięwzięcia zostały wybrane pod kątem ich potencjału masowego wdrożenia i możliwości stania się polską specjalnością. Szczegółowe informacje dotyczące przedsięwzięć znajdują się na stronie: https://www.gov.pl/web/ncbr

Projekt realizowany jest w ramach projektu pozakonkursowego pn. Podniesienie poziomu innowacyjności gospodarki poprzez realizację przedsięwzięć badawczych w trybie innowacyjnych zamówień publicznych w celu wsparcia realizacji strategii Europejskiego Zielonego Ładu (w ramach poddziałania 4.1.3 Innowacyjne metody zarządzania badaniami Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój).

Projekt finansowany jest ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego.

Bayer otworzy Digital Hub w Warszawie

  • Nawet 400 nowych pracowników będzie opracowywać rozwiązania cyfrowe z zakresu zdrowia i rolnictwa
  • Rozpoczyna się rekrutacja specjalistów IT – wkrótce odbędzie się hackathon

Bayer ogłasza plan otwarcia jednostki o nazwie Digital Hub,  zlokalizowanej w warszawskim biurze firmy. Rozpocznie ona działalność w lipcu tego roku, tworząc nowe miejsca pracy nawet dla 400 specjalistów IT. Firma poszukuje głównie programistów, osób na stanowisko Full Stack Engineer, Data Engineer, Data Scientist – z doświadczeniem w uczeniu maszynowym, sztucznej inteligencji i badaniach operacyjnych. Digital Hub będzie koncentrował się na opracowywaniu innowacyjnych rozwiązań cyfrowych w wymiarze globalnym dla dywizji Crop Science, Pharmaceuticals i Consumer Health firmy Bayer.

– Bardzo się cieszymy, że Bayer wybrał Polskę jako lokalizację nowego Digital Hubu. To kraj o niezwykle dynamicznej gospodarce, a Polaków charakteryzuje imponujący talent do innowacji i nowych technologii, zwłaszcza w obszarach takich, jak sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe – mówi Markus Baltzer, prezes firmy Bayer w Europie Środkowo-Wschodniej.

– Decyzja o rozszerzeniu naszych globalnych struktur digital i IT o Warszawę była oczywista, biorąc pod uwagę poziom utalentowanych informatyków i absolwentów uczelni – zarówno w stolicy, jak i całej Polsce – mówi Bijoy Sagar, dyrektor ds. IT i transformacji cyfrowej w firmie Bayer. – Cieszymy się, że do naszego zespołu dołączą koledzy wnoszący nowe sposoby myślenia: wprowadzając wspólnie cyfrowe innowacje, realizujemy wizję Bayer „Health for all, hunger for none”.

Digital Hub będzie częścią globalnej sieci firmy Bayer, której celem jest przyspieszenie cyfrowej transformacji przedsiębiorstwa. Pracownicy w Warszawie będą ściśle współpracowali z zespołami istniejących centrów IT w Niemczech, USA i wielu innych krajach świata.

W pierwszej fazie prace centrum skoncentrują się na realizacji projektów transformacji cyfrowej na rzecz dywizji Crop Science, jako że Bayer – bazując na swej pozycji lidera w rolnictwie – dostarcza innowacje, które pomagają rolnikom rozwijać działalność w bardziej zrównoważony i odpowiedzialny sposób. Bayer Crop Science wykorzystuje dane i narzędzia cyfrowe, aby przyspieszać badania i rozwój, zwiększać wydajność operacji i łańcucha dostaw oraz odpowiadać na potrzeby klientów. W Digital Hubie pracować będzie również grupa ekspertów ds. cyberbezpieczeństwa.

Bayer planuje zakończyć rekrutację pracowników na większość stanowisk w nowym hubie do końca 2022 roku. Już pod koniec maja tego roku Bayer zorganizuje wirtualny hackathon, podczas którego specjaliści IT będą mogli pracować nad cyfrowymi rozwiązaniami w zakresie zdrowia i rolnictwa.

Jak deweloperzy oceniają bon mieszkaniowy

Czy bon mieszkaniowy, który ma pomóc kupującym mieszkania w pokryciu wkładu własnego do kredytu w formie dopłat lub gwarancji jest dobrym pomysłem w ocenie deweloperów? Czy nowa inicjatywa rządu okaże się wsparciem dla nabywców? Sondę prezentuje serwis nieruchomości dompress.pl

Andrzej Oślizło, prezes Develii

Każdy program wsparcia mieszkalnictwa w Polsce jest pożądany, ponieważ pod względem warunków lokalowych niestety wciąż jesteśmy w ogonie w Europy ze wskaźnikiem około 383 mieszkań na 1000 osób w porównaniu z ponad 500 lokali w krajach zachodnich.

Na ten moment szczegóły tzw. bonu mieszkaniowego nie są znane, dlatego trudno ocenić jak wpłynąłby na rynek. Bez wątpienia poprzednie programy, takie jak Rodzina na Swoim, w ramach którego państwo przez 8 lat dopłacało do raty kredytu czy Mieszkanie dla Młodych, w ramach którego państwo dopłacało do zakupu mieszkania od 10 nawet do 30 procent jego wartości, cieszyły się dużym zainteresowaniem. Z pewnością bezpośrednia dopłata do wkładu własnego byłaby realnym wsparciem dla osób kupujących mieszkanie na kredyt, szczególnie młodych, nabywających swój pierwszy lokal.

Należy jednak zaznaczyć, że poza budowaniem zdolności nabywczej poprzez różne dopłaty, ważne są działania zmierzające do poprawy sytuacji po stronie podaży, np. przyśpieszające procedury administracyjne. W największych miastach Polski oferta mieszkaniowa jest bardzo ograniczona. Dla przykładu w Warszawie na koniec IV kw. 2020 roku było to niespełna 14 tys. lokali wobec 19 tys. w IV kw. 2018 roku. Warto tu zaznaczyć, że nie wygląda na to, aby sytuacja miała się poprawić z uwagi na spadek liczby wydawanych PNB dla największych miast od 6 lat.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

Generalnie należy ocenić ten pomysł jako dobry. Każda forma pomocy państwa przy zakupie mieszkania jest ruchem we właściwym kierunku. Pomocy potrzebują zwłaszcza młode osoby, które zamierzają kupić mieszkanie po raz pierwszy w życiu. One oczekują wsparcia ze strony państwa i chętnie z niego korzystają, co było widoczne kiedy obowiązywały dwa programy rządowe: Mieszkanie dla Młodych oraz Rodzina na Swoim.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

W 2018 roku nastąpił koniec programu Mieszkanie dla Młodych, polegającego na przyznawaniu dopłat do mieszkań zakupionych na kredyt osobom spełniającym określone warunki. Takie programy jak MdM czy Rodzina na Swoim wywarły wpływ na rynek mieszkaniowy w Polsce, zwiększając popyt. Były przy tym ogromnym wsparciem dla mniej zamożnych osób, które chciały realizować marzenia o własnym M. Nie mam wątpliwości co do tego, że nowy program wsparcia mieszkaniowego proponowany przez Ministerstwo Rozwoju, który miałby wesprzeć osoby nabywające nieruchomości na kredyt może być dla nich dużym ułatwieniem. Tym bardziej, że wysokość wkładu własnego jest dużą barierą, zwłaszcza dla młodych osób.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Naszym zdaniem jest to ruch w dobrym kierunku. Wielu nabywców, szczególnie młodych rodzin, które potrzebują nowego, często większego lokum ma problem z wniesieniem wkładu własnego na nowe mieszkanie. Sadzę, że bony lub program gwarancji państwowych dla rodzin i młodych nabywców byłby istotnym wsparciem w podejmowaniu decyzji o zakupie nowego mieszkania.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Pomoc dla nabywców mieszkań, zwłaszcza osób młodych jest zawsze bardzo ważna. Każdy program, który ułatwia Polakom pozyskanie środków na wkład własny zwiększa szanse na uzyskanie kredytu i zakup własnego M. Nasze wieloletnie doświadczenia, oparte na wcześniejszych, podobnych programach, pokazują, że taka rządowa pomoc powinna być systematycznie planowana i realizowana. Mamy nadzieję, że założenia nowego programu pozwolą na jego dostępność dla wielu Polaków.

Boaz Haim, Prezes Ronson Development

Wszystkie rozwiązania, które mają na celu wsparcie i rozwój mieszkalnictwa w Polsce, oceniamy bardzo pozytywnie. Szczególnie, jeśli mają one charakter systemowy i długoterminowy. Proponowany bon mieszkaniowy, skierowany m.in. do dużych rodzin, zwiększy możliwości nabycia przez nie nieruchomości, a tym samym korzystnie wpłynie na popyt.

Dla nas to ważna wiadomość, bo uwagę koncentrujemy głównie na rodzinach. Tak projektujemy nasze inwestycje, aby spełniać kryteria, którymi kierują się one przy wyborach zakupowych. Tworzymy więc inwestycje samowystarczalne z bazą usługową i handlową, w pobliżu placówek edukacyjnych, dobrze skomunikowane z centrum miast, a jednocześnie blisko terenów zielonych.

Mariola Żak, dyrektor marketingu i sprzedaży Aurec Home

Zakup własnego mieszkania to bardzo duży wysiłek dla każdego gospodarstwa domowego. Obecnie w Polsce nie ma żadnych programów wspierających osoby, które nie mają pieniędzy na własny wkład do kredytu, wkład do spółdzielni mieszkaniowej, czy partycypację w budownictwie społecznym. Na razie nie wiadomo jeszcze, czy w nowym programie będzie obowiązywać kryterium wieku czy posiadania rodziny, chociaż wydaje się to być bardzo prawdopodobne. Moim zdaniem każde rozwiązanie, niezależnie od wieku nabywcy, ale uwarunkowane sytuacją materialną bardzo pomoże wielu rodzinom. W Polsce jest wciąż za mało mieszkań i trzeba robić wszystko, by ta liczba się zwiększała. Jednak dobrze by było, gdyby programy mieszkaniowe, wspierające w zakupie własnego M, trwały dłużej niż kadencja jednego rządu. Były już różne programy, które po 2-3 latach okazywały się nie spełniać oczekiwań Polaków. Najważniejsze, żeby program był dobry i długookresowy.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Wszelkie formy dopłat i pomocy w nabywaniu własnych mieszkań to dobry pomysł. Wielu naszych klientów skorzystało z programów Rodzina na Swoim i Mieszkanie dla Młodych. Niektórzy młodzi ludzie mają wystarczające dochody, by pokryć koszty najmu, ale nie mają zdolności kredytowej. Dopłaty dla osób nie posiadających innego lokum bądź tych z niewystarczającą zdolnością kredytową zdecydowanie pozytywnie wpłyną na rynek.

Niezwykle istotne jest jednak weryfikowanie, czy osoby te nie posiadają już jakiegoś mieszkania lub jakie mają możliwości finansowe. Brak kryteriów dochodowych czy lokalowych może wspierać nabywanie mieszkań w celach inwestycyjnych, a co za tym idzie przyczynić się do dalszego wzrostu cen.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Każda forma pomocy nabywcom mieszkań jest dobra, ponieważ umożliwia szerszej grupie osób kupno własnego mieszkania. Obecnie wiele z nich nie stać na zgromadzenie wkładu własnego, co powoduje brak możliwości uzyskania kredytu hipotecznego. Trzeba także wziąć pod uwagę, że większość banków nadal wymaga co najmniej 20 proc. wkładu własnego, a to wiąże się z koniecznością zaoszczędzenia kilkudziesięciu tysięcy złotych. Wprowadzenie bonu mieszkaniowego przyczyni się do dalszego rozwoju rynku mieszkaniowego w Polsce.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

W mojej ocenie pozytywnie należy ocenić już to, że rząd wyraża intencję zmierzenia się z problemami mieszkaniowymi. Trzeba bowiem mieć świadomość, że według różnych źródeł deficyt mieszkań w Polsce szacuje się w przedziale od około 600 tys. do ponad 2 mln lokali. Trudno natomiast wyrazić jednoznaczną ocenę co do samego rozwiązania, jakim jest bon mieszkaniowy, biorąc pod uwagę dostępne aktualnie informacje. Obserwujemy ten temat i liczymy na to, że wkrótce będzie podane do publicznej wiadomości więcej danych. Interesują nas oczywiście kryteria dotyczące samych lokali oraz tego, kto będzie beneficjentem tego narzędzia. Oprócz tego ważna jest informacja, w jaki sposób inwestorzy będą mogli rozliczać bony.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

Każda inicjatywa, której zadaniem jest wsparcie rynku mieszkaniowego jest dobra. W Polsce ciągle jest za mało mieszkań i warto rozwijać tego typu projekty, które powinny być programem długofalowym, bez względu na zmiany polityczne. Bon powinien wesprzeć przede wszystkim młodych ludzi, którzy dopiero planują założenie rodziny. Niestety obawiamy się, że ta forma pomocy będzie albo bardzo skromna, albo obwarowana dodatkowymi warunkami.

Tomasz Czubak, dyrektor Przygotowania Projektów Deweloperskich w Jakon

Każda inicjatywa wspierająca młode osoby jest pożądana. Młodzi ludzie rozpoczynający swoje życie zawodowe mają problem z uzbieraniem środków na wkład własny i na wykończenie mieszkań. Bon mieszkaniowy może pomóc im w pozyskaniu własnego mieszkania. Na tą chwilę nie znamy większej ilości szczegółów, więc ciężko oceniać cały program.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Każda forma wsparcia Polaków przez rząd jest przez nas pozytywnie postrzegana. Pomaga w zakupie mieszkania osobom, które bez tego wsparcia nie mogłyby sobie na to pozwolić. Dzięki nowej formie pomocy rządowej rynek powinien otworzyć się szerzej także dla nowych grup klientów.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Wawel Service

Trudno ocenić na ten moment kwestie bonu mieszkaniowego, gdyż nie zostały podane jeszcze dokładne warunki, kto może się o niego ubiegać. Uważam, że błędem było zamykać program, który się bardzo dobrze sprawdzał. Mówię tutaj o wcześniejszym programie MDM – Mieszkanie dla Młodych, który rząd wprowadził dla wsparcia rynku mieszkaniowego. Było to idealne rozwiązanie dla ludzi młodych, którzy chcieli rozpocząć dorosłe życie i zakupić swoje pierwsze mieszkanie. Jeśli chodzi o nową propozycję rządu, posiadamy zbyt mało informacji na ten temat.

Autor: Dompress.pl

Pakiet dla Innowatora

Na dzisiejszej konferencji zorganizowanej przez UPRP oraz Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii przedstawiono założenia projektu „Plan dla pracy i rozwoju”, który obejmuje m.in. kwestie związane z ochroną własności przemysłowej. Niezależnie od projektu Ministerstwa, UPRP przedstawił założenia własnego projektu „Pakiet dla Innowatora”. Bardzo pozytywnie należy ocenić działania Urzędu Patentowego zmierzające do znacznego skrócenia czasu oczekiwania na rozpatrzenie nowych zgłoszeń (np. znaków towarowych) i wydanie decyzji administracyjnych. Prezes UPRP poinformowała także o najnowszej decyzji Komisji Europejskiej, która zdecydowała o dofinansowywaniu dla polskich przedsiębiorców kosztów zgłoszeń wynalazków do Europejskiego Urzędu Patentowego (do 75%), a także kosztów obsługi europejskich rzeczników patentowych (do 50%). Na konferencji podkreślano wielokrotnie, jak dużą rolę w gospodarce odgrywają innowacje, a w szczególności chronione prawa IP w tym patenty, budujące pozycję na rynku oraz wartość przedsiębiorstw – komentuje Maciej Priebe, rzecznik patentowy, partner w kancelarii Chałas i Wspólnicy.

Kredyt gotówkowy przez Internet – środki na koncie bez wychodzenia z domu

Chcesz sfinansować remont domu, wakacyjny wyjazd, zakup sprzętu RTV? Sięgnij po kredyt gotówkowy — niedrogi, wygodny, na przejrzystych zasadach. Zobaczmy, co warto sprawdzić przed wyborem kredytu i jak o niego wnioskować, aby otrzymać pieniądze bez wychodzenia z domu.

Kredyt gotówkowy to popularny produkt bankowy. Łatwo dostępny, wygodny i niedrogi służy finansowaniu wydatków konsumpcyjnych.

Na co możesz przeznaczyć pieniądze z kredytu gotówkowego?

Pozyskane z kredytu pieniądze możesz przeznaczyć na dowolny cel niezwiązany z działalności gospodarczą. Mogą to być np. zakup wymarzonego sprzętu RTV, długo odkładany remont domu czy wakacyjny wyjazd w tropiki. Co ważne, w przeciwieństwie do kredytu hipotecznego nie musisz informować banku o tym, na co przeznaczysz pozyskane środki. Jeśli Twoje plany ulegną zmianie, bez żadnych konsekwencji możesz także zmienić cel finansowania. Taka konstrukcja to jedna z najważniejszych zalet kredytu gotówkowego.

Kto może sięgnąć po kredyt gotówkowy przez Internet?

W zależności od banku kryteria uzyskania kredytu gotówkowego mogą się różnić. Jako niepisany standard można jednak przyjąć, że dodatkowe środki może otrzymać osoba:

  • pełnoletnia,
  • posiadająca pełną zdolność do czynności prawnych, dowód osobisty i numer PESEL,
  • dysponująca wymaganą przez kredytodawcę zdolnością kredytową. To właśnie zdolność kredytowa (zdolność do spłaty kredytu wraz z odsetkami we wskazanych w harmonogramie terminach), decyduje o tym, jaką decyzję wyda bank i ile pieniędzy pożyczy.

Jak wybrać kredyt gotówkowy?

Szeroka oferta dostępnych na rynku kredytów gotówkowych może przyprawić o zawrót głowy. Jak wybrać ten, który okaże się realnym wsparciem i nie obciąży nadmiernie portfela? Zanim wybierzesz dostosowany do swoich potrzeb kredyt gotówkowy, koniecznie sprawdź:

  • ile pieniędzy będziesz mógł pożyczyć. Jest to szczególnie ważne, jeśli do spełnienia marzeń potrzebujesz wysokiej kwoty;
  • czy bank oferuje gwarancję stałego oprocentowania. Sytuacja gospodarcza, a co za tym idzie – także bankowe realia zmieniają się dziś jak w kalejdoskopie. Jeśli chcesz mieć pewność, że przez cały okres spłaty raty nie będą wyższe, koniecznie znajdź kredyt z gwarancją stałego oprocentowania;
  • ile za niego zapłacisz. Wbrew obiegowej opinii niskie oprocentowanie wcale nie znaczy, że kredyt będzie tani. Chcesz się dowiedzieć, ile w praktyce zapłacisz za pożyczone pieniądze? Sprawdź wartość RRSO — rzeczywistej rocznej stopy procentowej. RRSO zawiera w sobie nie tylko oprocentowanie, ale także wszystkie dodatkowe koszty towarzyszące pożyczaniu środków — prowizję czy ewentualne ubezpieczenie. Niższe RRSO to tańszy kredyt;
  • jak szybko otrzymasz pieniądze. Jeśli potrzebujesz pieniędzy na już, zwróć uwagę także na deklarowany przez bank termin rozpatrzenia wniosku i wypłaty środków. Niektóre banki zapewniają, że dodatkowe środki pojawią się na koncie kredytobiorcy nawet w ciągu 24 godzin od momentu złożenia wniosku;
  • czy będziesz mógł samodzielnie wybrać dzień spłaty. Ten z pozoru nieistotny detal pomoże Ci zachować kontrolę nad domowym budżetem, zachować płynność finansową i uniknąć stresu. Zwłaszcza jeśli zdecydujesz, że będziesz spłacał raty kilka dni po otrzymaniu wynagrodzenia;
  • możliwe opcje zawarcia umowy. Możliwość otrzymania kredytu przez Internet to jedna z najważniejszych zalet, zwłaszcza dziś, w czasie pandemii COVID-19. Jeśli chcesz ochronić zdrowie swoje i swoich bliskich, wybierz bank, który oferuje taki tryb.

Kredyt gotówkowy przez Internet krok po kroku

Procedury towarzyszące otrzymaniu kredytu gotówkowego przez internet w zależności od banku wyglądają inaczej. Aby dokładnie je omówić, posłużymy się konkretnym przykładem. Będzie nim Mistrzowski kredyt gotówkowy oferowany przez Santander Consumer Bank — bank od kredytów.

Aby otrzymać Mistrzowski kredyt gotówkowy bez wychodzenia z domu:

  • wypełnij formularz na stronie internetowej banku;
  • poczekaj na kontakt ze strony doradcy. Ekspert zadzwoni do Ciebie i przedstawi szczegółowe warunki propozycji;
  • zaloguj się do aplikacji i zaakceptuj warunki umowy oraz wykonaj przelew zwrotny potwierdzający tożsamość lub bezpłatnie zamów kuriera, który dostarczy dokumenty do domu;
  • ciesz się z dodatkowej gotówki na realizację marzeń!

Ugoda w sprawie kredytu frankowego wg KNF – czy warto?

Pod koniec 2020 r. przewodniczący Komisja Nadzoru Finansowego przedstawił propozycję ugodowego rozwiązania problemu tzw. „kredytów frankowych”. Według tej propozycji kredyty indeksowane i denominowane do franka szwajcarskiego miałyby być rozliczane tak, jak gdyby od początku były kredytami złotowymi, oprocentowanymi wg stawki WIBOR powiększonej o marżę. Czy takie rozwiązanie jest korzystne dla frankowiczów?

Korzyści z zawarcia ugody

Zawarcie ugody na warunkach przedstawionych przez przewodniczącego KNF na pewno jest lepszym rozwiązaniem, niż kontynuowanie umowy tzw. „kredytu frankowego” na dotychczasowych zasadach. Nie jest to jednak rozwiązanie tak korzystne, jak to, które można uzyskać w sądzie.

Najistotniejszą korzyścią z zawarcia ugody byłoby obniżenie salda kredytu, które znacznie wzrosło na skutek wzrostu kursu franka. Niewątpliwie plusem zawarcia ewentualnej ugody byłoby również to, że pozwalałaby ona uniknąć sporu sądowego, który wiąże się nie tylko z kosztami, ale również dla wielu osób jest doświadczeniem raczej stresującym.

Nie można również zapominać o tym, że w przypadku sporu sądowego nigdy nie ma 100% pewności co do rozstrzygnięcia sądu. Zawierając ugodę wiemy, na jakie rozwiązanie się decydujemy.

Minusy ugody

Przez straty wynikające z ugody rozumieć należy utracone korzyści, które można by osiągnąć na drodze sądowej. Zarówno stwierdzenie przez sąd nieważności umowy, jak i tzw. „odfrankowienie” kredytu są rozwiązaniami korzystniejszymi od propozycji proponowanej przez przewodniczącego KNF.

W przypadku unieważnienia umowy kredytobiorca musi zwrócić wyłącznie to, co otrzymał od banku, czyli wypłaconą kwotę kredytu, natomiast bank powinien zwrócić kredytobiorcy dokonane przez niego dotychczas spłaty. Umowa jest nieważna od początku, nie ma zatem przy jej rozliczeniu żadnego oprocentowania. Banki straszą wprawdzie odrębnymi postępowaniami o wynagrodzenie za korzystanie z kapitału, a nawet inicjują takie postępowania, ale w zgodnej ocenie większości prawników roszczenia takie są pozbawione podstaw.

W przypadku tzw. „odfrankowienia” kredytu, umowa nadal obowiązuje, jednakże rozliczana jest tak, jak gdyby od początku była umową kredytu złotowego, oprocentowaną wg stawki LIBOR. Możliwe do uzyskania na drodze sądowej „odfrankowienie” jest w pewnym sensie podobne do propozycji KNF, z tą różnicą, że KNF proponuje oprocentowanie oparte o stawkę WIBOR, czyli mówiąc wprost – oprocentowanie zdecydowanie mniej korzystne dla kredytobiorców.

Główny problem z ugodami

Podstawowy jednak problemem z ugodami jest taki, że dużo się o nich mówi, natomiast w praktyce banki zasadniczo nie podejmują realnych działań, które wskazywałyby na wolę polubownego zakończenia sporu z frankowiczami na szeroką skalę. Pojawiają się wprawdzie medialne doniesienia o pilotażowych ugodach czy też o pojedynczych ugodach zawieranych w indywidualnych sprawach, jednakże dla większości kredytobiorców banki nie mają żadnych propozycji ugodowych.

Trudno nie odnieść wrażenia, że eksponowanie w mediach tematu ewentualnych ugód z frankowiczami, ma spełnić jeden, bardzo istotny z punktu widzenia interesów banków, cel – spowodować, że kredytobiorcy powstrzymają się z kierowaniem spraw na drogę postępowania sądowego, w nadziei, że problem wkrótce rozwiąże się sam lub przy niewielkim zaangażowaniu kredytobiorców.

Centrum Medyczne enel-med z 36-proc. wzrostem EBITDA w 2020 roku

Firma Enel-med wypracowała w 2020 roku 399,8 mln zł przychodów ze sprzedaży, wobec 417,7 mln zł w 2019 r. EBITDA w analizowanym okresie wyniosła 33,7 mln zł, co oznacza wzrost rok do roku o 36,3 proc. Zysk netto wzrósł w 2020 roku do 8,0 mln zł, z 0,02 mln zł w 2019 roku.

Dwucyfrowy wzrost EBITDA w pandemicznym otoczeniu

– W minionym roku mierzyliśmy się z najpoważniejszym wyzwaniem w dotychczasowej historii spółki. Pandemia COVID-19 istotnie wpłynęła na wiele sektorów gospodarki, w tym, będący na pierwszej linii frontu walki z koronawirusem, sektor medyczny. Pomimo niesprzyjającego otoczenia rynkowego, dzięki elastycznemu modelowi biznesowemu, przy zachowaniu dyscypliny kosztowej, marża EBITDA grupy wzrosła rok do roku o 2,5 p.p. Ponad 70 proc. wpływów pozyskujemy z abonamentów medycznych, co znacząco uodporniło nasz wynik finansowy na spadek przychodów w obszarze fee for service (FFS). W istocie okazało się, że wybuch pandemii z punktu widzenia zyskowności spółki jest bardziej szansą niż zagrożeniem. Przez cały 2020 rok w spółce funkcjonował Komitet Kryzysowy, który na bieżąco reagował na dynamicznie zmieniające się warunki tak, aby zapewnić pacjentom ciągłość świadczeń medycznych, przy zachowaniu jak najwyższych standardów ochrony epidemicznej. Komitet, którym bezpośrednio zarządzałem, podjął również wiele decyzji mających na celu zapewnienie bezpieczeństwa finansowego spółce. Wyniki spółki są efektem, z jednej strony specyfiki struktury przychodów, a z drugiej właściwego zarządzania kryzysem – komentuje Jacek Rozwadowski, prezes enel-med.

W celu zachowania ciągłości świadczenia usług, w odpowiedzi na sytuację epidemiczną,
enel-med błyskawicznie wprowadził teleporady w ponad 30 specjalizacjach, które
w kluczowym momencie stanowiły 70 proc. realizowanych konsultacji. Odpowiadając na potrzeby rynku spółka wdrożyła ofertę testów koronawirusowych oraz uruchomiła punkty Drive Thru (w Warszawie i Katowicach). Z końcem roku enel-med przystąpił również do Narodowego Programu Szczepień.

– W drugim półroczu 2020 roku sukcesywnie wracaliśmy do świadczenia usług w pełnym zakresie. Odnotowaliśmy wzrost sprzedaży w obszarze stomatologii, medycyny estetycznej oraz diagnostyki. Nieznaczny spadek przychodów ze sprzedaży rok do roku o 4,3 proc., do 399,8 mln zł jest oczywistą konsekwencją ograniczeń pandemicznych oraz niepewnej sytuacji gospodarczej mającej wpływ na wstrzymywanie decyzji zakupowych przez klientów segmentu B2B w 2020 roku – dodaje Rozwadowski.

Skonsolidowane wyniki finansowe bez MSSF 16

  2019 r. 2020 r. Zmiana
Przychody (mln zł) 417,7 399,8 -4,3 proc.
EBITDA (mln zł) 24,7 33,7 +36,3 proc.
Zysk netto (mln zł) 0,02 8,0
Marża EBITDA (proc.) 5,9 8,4 +2,5 p.p.

 

W lutym 2020 roku spółka otworzyła 41 placówkę w Galerii Malta w Poznaniu, oddając do dyspozycji pacjentów gabinety lekarskie, gabinet zabiegowy i punkt pobrań. W oddziale pacjenci mogą wykonać badania diagnostyczne – EKG, USG. Udostępniono w nim również klinikę stomatologiczną.

Enel-med stomatologia jest polskim liderem na rynku wysokospecjalistycznej stomatologii, a swoje usługi świadczy w blisko 80 gabinetach na terenie całego kraju. Stomatologia ma przed sobą szczególną perspektywę dalszego, dynamicznego wzrostu, co uwzględniamy w naszej strategii i planach. Ponadto, zamierzamy rozbudowywać nasz potencjał w obszarze abonamentów i usług FFS – podkreśla Rozwadowski.

Po roku dostosowania rozwoju sieci do wymagającego otoczenia rynkowego, spółka planuje wznowienie inwestycji w rozbudowę sieci przychodni wielospecjalistycznych oraz klinik stomatologicznych

W perspektywie kolejnych lat spółka zakłada rozwój niezależnie funkcjonujących od przychodni enel-med specjalistycznych klinik stomatologicznych. Uruchomienie pierwszej takiej kliniki planowane jest w 2022 roku.

Rosnąca popularność oraz dynamika sprzedaży usług z zakresu medycyny estetycznej
i kosmetologii, jak również dobra pozycja konkurencyjna marki ESTELL, skłaniają enel-med do inwestowania w kolejne kliniki. Rynek medycyny estetycznej na świecie notuje znaczące wzrosty – prognozuje się, że jego wartość w 2024 roku wyniesie około 27 mld USD. Wg szacunków średnioroczna stopa wzrostu (CAGR) w latach 2020-2026 wyniesie 11 proc.[1].

W ramach długookresowej strategii rozwoju grupa planuje rozszerzyć sieć przychodni wielospecjalistycznych z pracowniami rezonansów magnetycznych. Wysokospecjalistyczna diagnostyka obrazowa stanowi, coraz częściej, podstawowy element procesu diagnostycznego nie tylko w ortopedii czy neurologii, a również w laryngologii.

Z uwagi na coraz częściej ujawniający się zespół pocovidowy (PCS – Post COVID-19 Syndrome), spółka będzie także rozwijać ofertę badań profilaktycznych i rehabilitacji w tym obszarze. W ramach ośrodka rehabilitacyjno-opiekuńczego Willa Łucja została już uruchomiona oferta turnusów post-covidowych obejmująca m.in. zabiegi fizykoterapii, ćwiczenia oddechowe oraz ćwiczenia kształtujące wydolność ogólną.

Enel-med zauważa znaczący wzrost popytu na abonamenty indywidualne – sprzedaż w kanale B2C wzrosła w 1 kwartale 2021 roku o 136 proc. w porównaniu z 4 kwartałem 2020 roku. W ocenie spółki, chęć zapewnienia bieżącego dostępu do opieki medycznej powoduje, że klienci indywidualni są skłonni do samodzielnego finansowania wydatków w obszarze ochrony zdrowia.

Spółka zakłada, że digitalizacja usług medycznych będzie jednym z motorów jej wzrostu
w kolejnych latach. W tym obszarze enel-med wskazuje przede wszystkim na: telemedycynę, aplikację mobilną oraz e-sklep.

Motorem zmian na rynku medycznym są innowacje i postępująca digitalizacja. Pandemia przyspieszyła proces dostosowywania się społeczeństwa do rozwiązań cyfrowych, ze szczególnym uwzględnieniem obszaru online i e-commerce. Nasza aplikacja mobilna została dotychczas pobrana ponad 200 tys. razy – to znaczący kapitał – podsumowuje Rozwadowski.

Na koniec grudnia 2020 roku grupa dysponowała środkami pieniężnymi w kwocie 17,8 mln zł w porównaniu z 8,3 mln zł na koniec 2019 roku. Wartość wskaźnika długu netto do EBITDA na koniec analizowanego okresu wyniosła 1,82x.

[1] Źródło: https://dermatic.pl/aestheticbusiness/2021/03/04/perspektywy-rozwoju-rynku-medycyny-estetycznej/

Cyfrowe MŚP dobrze poradziły sobie z pandemią – wyniki analizy PayPal

Miniony rok to dla większości firm okres niepewności, ciągłych zmian oraz przenoszenia się do wirtualnego świata. Przedsiębiorstwa, którym udało się szybko przystosować do nowej rzeczywistości i wdrożyć cyfrowe rozwiązania nie tylko poradziły sobie z kryzysem, ale w wielu przypadkach, z sukcesem rozwijały swoją działalność w czasie pandemii. Jak wynika z analizy PayPal[1], europejskie MŚP korzystające z platformy, odnotowały w II kwartale 2020 roku 50% wzrost
w porównaniu z analogicznym okresem w roku 2019.PL_Covid19-Impact-Euro-SMEs-Infographic

PayPal opublikował wyniki analizy „Cyfrowa szansa. Wpływ pandemii COVID-19 na sektor MŚP w Europie”, w ramach której zbadał wartość transakcji przeprowadzonych w 2020 roku za jego pośrednictwem na rzecz małych i średnich firm z Europy. Jak wynika z raportu, w okresie pandemii digitalizacja działań okazała się kluczowa dla utrzymania rentowności firm z sektora MŚP. Większość MŚP korzystających z PayPal (określanych mianem „cyfrowych MŚP”) odnotowała wzrost niezależnie od tego, czy przyjęły one strategię cyfrową przed pandemią, czy w trakcie jej trwania. Dzięki nowym technologiom w e-commerce, firmy mogą lepiej zarządzać swoimi finansami, docierać do szerszej grupy klientów i na bieżąco odpowiadać na ich zmieniające się potrzeby zakupowe.

Chociaż dla wielu małych i średnich przedsiębiorstw wdrożenie cyfrowych rozwiązań stanowiło ogromne wyzwanie, nasza analiza pokazała, że w dzisiejszych czasach obecność w sieci jest niezbędnym elementem każdego, nawet najmniejszego biznesu. Przestrzeń cyfrowa, w przeciwieństwie do tej tradycyjnej, umożliwia wszystkim uczestnikom działanie na niemal równych zasadach. Dzięki temu, nawet w trudnych warunkach, pozwala mniejszym firmom z powodzeniem konkurować z większymi graczami. Wkraczając do świata cyfrowego lokalni przedsiębiorcy zyskują dostęp do tej samej globalnej bazy konsumentów i narzędzi, którymi dysponują wielkie korporacje” – komentuje Efi Dahan, Dyrektor Zarządzający PayPal na Europę Środkowo-Wschodnią, Rosję i Izrael.

Nowy styl życia, ograniczenia w zgromadzeniach i przemieszczaniu się, a także więcej czasu spędzanego w domu sprawiają, że konsumenci sięgają obecnie po inne produkty niż przed pandemią. Według europejskich danych PayPal[2], od początku pandemii najbardziej zyskały firmy sprzedające artykuły dla dzieci (117% wzrost w II kwartale 2020 roku w porównaniu do analogicznego okresu w roku 2019), jedzenie i napoje (+114%) oraz wyposażenie do ogrodu (+114%). Na rynku polskim największy wzrost odnotowały kategorie: edukacja i szkolenia (+215%), instrumenty muzyczne (+131%) oraz sprzęt komputerowy (+119%).

Jednocześnie na europejskim rynku nastąpił gorszy okres dla branż, które z racji swojego charakteru, nie były w stanie w całości przenieść prowadzonych działań do świata wirtualnego. Szczególnie dotkliwie odczuły to linie lotnicze. W II kwartale 2020 roku wartość transakcji[3] przeprocesowanych na rzecz tej kategorii była o 109% niższa niż w analogicznym okresie roku 2019. Duże straty zanotowały także branża podróżnicza (-76%) oraz sprzedawcy biletów na różnego rodzaju wydarzenia, takie jak np. koncerty czy przedstawienia teatralne (-74%)[4]. Można jednak założyć, że w przypadku większości sektorów, tak znaczące spadki są okresowe, a ich wyniki poprawią się, jak tylko uspokoi się sytuacja związana
z pandemią.

Analiza przygotowana przez PayPal wskazuje ponadto, że rokroczny wzrost cyfrowych MŚP w drugim kwartale 2020 roku wynosił więcej w prawie wszystkich krajach europejskich niż w USA (25%), przy czym w ponad połowie z nich tempo wzrostu było aż dwukrotnie wyższe niż za oceanem[5]. Co ciekawe, również MŚP na obszarach wiejskich odnotowały w tym okresie wysokie wzrosty. Jak wynika z analizy PayPal, w pięciu europejskich krajach – Belgii, Szwajcarii, Hiszpanii, Włoszech i Holandii – wzrost wartości transakcji w MŚP działających na obszarach wiejskich był 1,5-krotnie wyższy niż w przypadku firm działających w miastach[6].

[1] “Cyfrowa szansa. Wpływ pandemii COVID-19 na sektor MŚP w Europie”, Raport PayPal przygotowany na podstawie analizy europejskich MŚP korzystających z systemu PayPal.

[2] Wyniki analizy transakcji realizowanych za pośrednictwem PayPal w sektorze europejskich MŚP.

[3] Dotyczy wartości transakcji przeprocesowanych za pośrednictwem systemu PayPal (obejmuje również zwroty).

[4] Wyniki analizy transakcji realizowanych za pośrednictwem PayPal w sektorze europejskich MŚP.

[5] „Cyfrowa szansa. Wpływ pandemii COVID-19 na sektor MŚP w Europie”, Raport PayPal na podstawie analizy europejskich MŚP korzystających z PayPal.

[6] Jak wyżej.

Rusza proces umarzania subwencji z Tarczy PFR. Kto może na nie liczyć, na co trzeba uważać?

Już 29 kwietnia rozpocznie się proces umarzania subwencji przyznanych na mocy Tarczy 1.0 Polskiego Funduszu Rozwoju. Każdy przedsiębiorca, który otrzymał wsparcie, będzie mógł o to wnioskować w ciągu 10 dni roboczych, licząc od dnia w którym upłynął rok od uzyskania środków. Przedsiębiorcy muszą pamiętać, że po podpisaniu i wysyłce wniosku nie będzie już możliwości odwołania się od przyznanej kwoty zwrotu subwencji na kolejnych etapach postępowania.

Wniosek o umorzenie będzie dostępny w ramach bankowości elektronicznej banku, za pośrednictwem którego przedsiębiorca zawarł umowę otrzymania subwencji. – Do złożenia wniosku będzie wymagane, aby przedsiębiorca nadal posiadał aktywną relację z tym bankiem. Dlatego PFR zaleca, aby np. kończące się umowy prowadzenia rachunku odnowić nie później niż w ostatnim dniu przewidzianym na złożenie wniosku – tłumaczy Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt.

Proces umorzenia będzie mógł uruchomić albo sam przedsiębiorca, albo osoba działająca w jego imieniu. Jeśli odbywa się to na podstawie pełnomocnictwa, to w razie kontroli ze strony PFR konieczne będzie przedstawienie stosownego dokumentu.

Eksperci inFakt wyjaśniają, jak krok po kroku wygląda proces umarzania subwencji

  1. Bank, za pośrednictwem którego podpisano umowę w ramach tarczy PFR 1.0, udostępni w swoim serwisie elektronicznym wstępną informację o wysokości zwrotu subwencji, a także częściowo już wypełniony formularz oświadczenia o rozliczeniu. Brakujące dane trzeba wprowadzić samodzielnie. Wniosek będzie następnie udostępniony w bankowej skrzynce pocztowej – najpóźniej dzień przed pierwszym możliwym dniem jego złożenia. Możliwość edycji i wysyłki dokumentu pojawi się dopiero w dniu, kiedy złożenie wniosku będzie już możliwe.
  2. Dane, które trzeba uzupełnić samodzielnie, to: oświadczenie o wysokości straty na sprzedaży (dla małych i średnich przedsiębiorców); oświadczenie o spadku przychodów ze sprzedaży (dla starających się o umorzenie 100%) i inne, jak np. oświadczenie o odpowiedzialności karnej, przeniesieniu rezydencji podatkowej lub przekształceniu. Pozostałe dane zostaną pobrane z rejestrów publicznych, takich jak Zakład Ubezpieczeń Społecznych czy Krajowa Administracja Skarbowa.
  3. Należy dokładnie zapoznać się z wnioskiem oraz zaproponowaną przez PFR kwotą umorzenia. Podpisanie i wysyłka dokumentu oznaczają, że przedsiębiorca zgadza się na proponowane warunki. Od tego nie ma już odwołania, a przyznana kwota nie będzie podlegała zakwestionowaniu na późniejszych etapach postępowania.
  4. Następnie trzeba zweryfikować czy wprowadzone dane są poprawne. Warto też zapisać wniosek w wersji cyfrowej lub wydrukować. PFR zaleca, aby wszelkie rozbieżności w danych wyjaśnić w odpowiednich urzędach jeszcze przed wysłaniem wniosku.
  5. Kolejny krok to podpisanie i wysyłka wniosku za pomocą systemu autoryzacji banku. Następnie PFR zweryfikuje dane zawarte w dokumentach, porównując je z tymi w rejestrach ZUS, Ministerstwa Finansów, KAS, KRS, CEIDG, GUS.
  6. W ostatnim kroku PFR podejmuje jedną z wymienionych poniżej decyzji.

Możliwość 1: Częściowe umorzenie subwencji do 75% (pozostałą część należy zwrócić)

Aby je uzyskać, małe i średnie firmy muszą spełnić następujące warunki składowe:

  • 0% do 25% – w zależności od utrzymania skali zatrudnienia (procent umorzonej kwoty zmniejsza się proporcjonalnie do zmniejszenia zatrudnienia);
  • 25% – pod warunkiem prowadzenia działalności gospodarczej przez 12 miesięcy od dnia otrzymania subwencji;
  • 0% do 25% – w zależności od wykazanej skumulowanej straty gotówkowej.

Z kolei warunki umorzenia dla mikrofirm są następujące:

  • 25% – pod warunkiem prowadzenia działalności gospodarczej przez 12 miesięcy od dnia otrzymania subwencji;
  • 0% do 50% – w zależności od utrzymania skali zatrudnienia (procent umorzonej kwoty zmniejsza się proporcjonalnie do zmniejszenia zatrudnienia).

Możliwość 2: Pełne umorzenie subwencji

To rozwiązanie przysługuje przedsiębiorcom, którzy spełnili wyżej wymienione warunki dla częściowego umorzenia subwencji oraz posiadają przynajmniej jeden kod PKD spośród zamieszczonych na liście dołączonej do rozporządzenia. Co ważne, nie musi to być przeważający kod PKD.

Możliwość 3: Odmowa umorzenia subwencji – zwrot całości środków do PFR

Z taką decyzją muszą się liczyć przedsiębiorcy, którzy nie dotrzymali warunków otrzymania subwencji, a więc na przykład wydawali środki na cele wyłączone z finansowania w regulaminie PFR. Od dnia otrzymania decyzji odmownej przedsiębiorca ma 14 dni na zwrot całości subwencji.

Możliwość 4: Decyzja o zidentyfikowaniu okoliczności, które uniemożliwiają ustalenie wysokości subwencji finansowej podlegającej zwrotowi

W takiej sytuacji zostanie uruchomione postępowanie wyjaśniające. W jego trakcie przedsiębiorca będzie miał prawo złożyć dodatkowe dokumenty i oświadczenia. PFR poinformuje go o powodach, które sprawiły, że ustalenie wysokości zwrotu było niemożliwe. Ostateczna decyzja zostanie wydana do 6 miesięcy od dnia udostępnienia pierwotnej decyzji. W szczególnych przypadkach ten okres może zostać przedłużony, o czym przedsiębiorca zostanie poinformowany.

Kiedy decyzje, kiedy zwroty?

Przedsiębiorca otrzyma decyzję od PFR w ciągu 15 dni roboczych liczonych od ostatniego dnia, w którym mógł złożyć wniosek. Zwrot części nieumorzonej rozpocznie się po upływie 13 miesięcy kalendarzowych, licząc od pierwszego dnia pełnego miesiąca kalendarzowego następującego po miesiącu, w którym wypłacono przedsiębiorcy subwencję finansową. Beneficjent będzie miał na spłatę 24 miesiące.

Legalizacja zatrudnienia cudzoziemców. Jak nie stracić pracownika, gdy zniesione zostaną ustawy covidowe?

Przepisy wprowadzone przez rząd na czas epidemii uprościły procedurę legalizującą pobyt i zatrudnienie obcokrajowców Polsce. Jednak po ogłoszeniu zakończenia tego stanu, pracodawcy będą mieli tylko 30 dni na przedłużenie ważności pozwoleń dla swoich pracowników. Po zwiększeniu tempa szczepień przez rząd, w najbliższych miesiącach można się spodziewać  odmrażania gospodarki oraz powrotu do przepisów sprzed epidemii.  A wtedy rozpocznie się wyścig o legalizację dokumentów pracowniczych. Jak nie przegrać w tym wyścigu?

Na czas epidemii wprowadzono w Polsce przepisy upraszczające procedurę legalizacyjną pobytu i zatrudnienia obcokrajowców spoza UE i EOG. Tzw. ustawy covidowe, uchwalone na przełomie marca i maja 2020 r., automatycznie przedłużają do 30 dni po ogłoszeniu zakończenia stanu zagrożenia epidemicznego ważność pozwoleń na pracę i pobyt cudzoziemców. Dzięki temu, pracujący u nas obcokrajowcy i ich pracodawcy nie muszą martwić się o zezwolenia. Jednak ten stan nie będzie trwał wiecznie. Zwiększa się tempo szczepień. Do tej pory zaszczepionych pierwszą dawką szczepionki zostało ponad 10 mln. osób. Według szacunków rządu, cała dorosła populacja Polaków, którzy zgłosili chęć szczepienia, powinna być zaszczepiona do końca czerwca br., a w okresie wakacji powinniśmy osiągnąć w Polsce odporność populacyjną. To daje nadzieję na dalsze luzowanie obostrzeń i finalnie zniesienie stanu zagrożenia epidemicznego w ciągu najbliższych miesięcy.

WYŚCIG Z CZASEM

Obecnie, legalnie pracuje w Polsce 725 tys. obcokrajowców, z czego 457 tys. ma karty pobytu[1]. Tak więc 268 tys. pracuje na podstawie oświadczeń lub zezwoleń na pracę, przebywa na podstawie wiz i pobytów bezwizowych, które należy regularnie odnawiać. Według szacunków agencji zatrudnienia Trenkwalder, z puli 268 tys. obcokrajowców zatrudnionych w Polsce, 35% czyli ok. 90 tys. cudzoziemców pracuje nadal tylko na podstawie ustaw covidowych.

– „Z chwilą odwołania stanu zagrożenia epidemicznego, w kolejce do urzędów o przedłużenie dokumentacji ustawi się ok. 90 tys. osób. Na załatwienie formalności będzie tylko 30 dni. Pracodawcy, którzy będą czekać do ostatniej chwili z uaktualnieniem dokumentów legalizacyjnych mogą zwyczajnie nie zdążyć, bo urzędy po prostu nie będą w stanie wydać tylu pozwoleń w tak krótkim czasie. Dlatego warto już teraz pomyśleć o przedłużeniu legalizacji pracy i pobytu dla swoich pracowników.”mówi Daniel Sola, Dyrektor Projektów Międzynarodowych, agencji zatrudnienia Trenkwalder.

Do tego wielkimi krokami zbliża się okres prac sezonowych, w którym urzędy notują większą liczbę zgłoszeń o pozwolenie na pracę dla cudzoziemców.

ILE TRWAJĄ PROCEDURY LEGALIZACJI?

W zależności od województwa, na zezwolenie na pracę dla cudzoziemca czeka się od miesiąca do nawet 3 – 4  miesięcy. W ciągu jednego tygodnia urzędy są w stanie wydać średnio ok. 100 wniosków o karty czasowego pobytu, co w skali miesiąca daje ok. 400 – 500 wniosków. Zależy to oczywiście od liczby pracowników zatrudnionych w danym urzędzie oraz od ilości innych obowiązków związanych z bieżącą pracą urzędu.

– „Od wielu lat w Trenkwalderze zajmujemy się zatrudnianiem i legalizacją cudzoziemców. Śmiało mogę powiedzieć, że znamy każdy urząd w Polsce, wiemy jakie są realia związane z pozyskaniem dokumentów dla obcokrajowców i jak je trzeba zaplanować. Dlatego z naszymi klientami na bieżąco pracujemy nad tym, aby uaktualniać dokumenty pracowników z zagranicy. Czekanie na ostatni dzwonek, to prosta droga do utraty pracownika, kosztów związanych z pozyskaniem nowego pracownika, a nawet do przestoju produkcji.”  – podkreśla Daniel Sola.

Najprostszym i najszybszym do pozyskania dokumentem umożliwiającym zatrudnienie obcokrajowca  jest oświadczenie o powierzeniu pracy, które wydaje Urząd Pracy. Daje ono możliwość pracy łącznie nie dłużej niż 180 dni w ciągu kolejnych 12 miesięcy niezależnie od liczby podmiotów powierzających temu cudzoziemcowi wykonywanie pracy. Taki okres pozwala pracodawcy sprawdzić nowego pracownika i podjąć decyzję o dalszym jego zatrudnieniu. Jednak oświadczenia nie można przedłużyć, więc jeśli chcemy nadal zatrudnić tego pracownika musimy postarać się o zezwolenie na pracę. Wydaje je Urząd Wojewódzki  i w szczególnych przypadkach wymaga dodatkowo załącznika ze zgodą starosty na zatrudnianie cudzoziemca. A ta zostanie wydana, jeśli w regionie nie ma polskich pracowników, którzy mogliby wykonywać pracę, do której chcemy zatrudnić obcokrajowca. Ustawowo, na taką zgodę czeka się do 4 tygodni. To dodatkowo wydłuża czas pozyskania zezwolenia, który i tak może trwać nawet do 4 miesięcy. Przy czym należy pamiętać, że na oświadczenie można zatrudnić tylko obywateli z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii, Gruzji, Rosji i Armenii.  Dla obcokrajowców innych narodowości, pracodawca musi starać się od razu o zezwolenie na pracę.

Dokumenty ulegające przedłużeniu Czas pozyskania nowego dokumentu Gdzie uzyskać
oświadczenia o powierzeniu pracy 7 dni Urząd Pracy
zezwolenia sezonowe 7 dni Urząd Pracy
zezwolenia na pracę 1-4 miesiące Urząd Wojewódzki
zezwolenia na pobyt 6-18 miesiące Urząd Wojewódzki

URZĘDY W TRYBIE HYBRYDOWYM

Pandemia koronawirusa wymusiła na firmach wprowadzenie reżimu sanitarnego i przejście w tryb pracy zdalnej lub hybrydowej, tam gdzie jest to możliwe. Podobnie sytuacja wygląda w urzędach.

– „Aby załatwić zezwolenie na pracę dla cudzoziemca trzeba teraz umówić się online lub telefonicznie na termin. Terminów jest bardzo mało, bo jest duża liczba cudzoziemców, którzy chcą podjąć pracę w Polsce. W momencie, kiedy urząd udostępnia kalendarz na dany miesiąc, wolne terminy znikają praktycznie w ciągu kilkunastu minut.”podkreśla Daniel Sola.

W tej chwili trudno powiedzieć czy w momencie odwołania stanu zagrożenia epidemicznego wrócą do urzędów dawne procedury, a na ile pozostanie praca hybrydowa lub on-line. I czy wystarczy wtedy ustawić się o 4 rano pod urzędem, tak jak wcześniej, aby zdobyć upragniony numerek i załatwić sprawę tego samego dnia? Musimy też pamiętać, że osoby, które zapisały się wcześniej na termin online, będą przyjmowane w pierwszej kolejności.

DWIE STRONY MEDALU

Dzięki ustawom covidowym, cudzoziemiec, któremu  kończy się ważność dokumentów pobytowych i na pracę, może nadal pracować i przebywać w naszym kraju. Ustawy przedłużają ważność posiadanych dokumentów, dopóki nie zostanie odwołany stan zagrożenia epidemicznego. To duże ułatwienie i dla pracownika, i dla pracodawcy.

Pracodawca nie ponosi w tym czasie kosztów administracyjnych związanych z wydaniem odpowiednich dokumentów – 30 zł za wydanie oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy, a 100 zł za zezwolenie na pracę. W przypadku wniosku o kartę pobytu to koszt ok. 500 zł. Pracodawca nie musi także delegować pracowników, po to, żeby składali nowe dokumenty, bo one nadal są aktualne.

Jednak medal, jak zwykle ma dwie strony. Jeśli w przeciągu 30 dni od momentu odwołania stanu zagrożenia epidemicznego, pracodawca nie zdąży zalegalizować pobytu i pracy dla swoich pracowników z zagranicy, to zostanie bez wykwalifikowanego zespołu. Cudzoziemiec nie będzie mógł podjąć stałej pracy i  zostanie zmuszony do czekania na ponowne zatrudnienie nawet kilka miesięcy. A jeśli nie będzie w stanie utrzymać się w Polsce do czasu ponownego podjęcia pracy, prawdopodobnie wróci do swojego kraju. Może to oznaczać nawet problem z utrzymaniem płynności działania firmy i koniecznością pozyskania nowych pracowników, a to wiąże się z kosztami ich rekrutacji, szkolenia i wdrożenia, który jest znacznie droższy.

Inaczej będą wyglądać też opłaty administracyjne związane z wydawaniem dokumentów dla cudzoziemców – jeśli pracodawca będzie się o nie starał na bieżąco, w każdym miesiącu, nie odczuje tych opłat aż tak, jak w przypadku, kiedy w ciągu 30 dni będzie musiał jednorazowo zapłacić za pozwolenia dla np. 10 czy 20 pracowników. Należy też pamiętać, że jeśli pracodawca opłaca mieszkanie swoim pracownikom, a często tak jest, to koszty oczekiwania na nowy dokument bez podjęcia pracy będą dodatkowo większe i nie zwrócą się.

Dlatego już teraz warto zająć się aktualizacją dokumentów związanych z legalizacją pobytu i pracy cudzoziemców, których zatrudniamy w naszej firmie. Koniec końców i tak trzeba będzie pozyskać te dokumenty, a może się to wydarzyć szybciej niż nam się wydaje.

Mat. informacyjny Trenkwalder Polska

[1] Źródło: GUS, styczeń 2021 r.

Badanie EY: Na skutek pandemii ponad połowa dyrektorów finansowych musi przemyśleć na nowo strategię alokacji kapitału

56% dyrektorów finansowych ankietowanych przez EY na świecie, na skutek pandemii musi zrewidować proces alokacji kapitału. Ponad dwie trzecie dyrektorów finansowych twierdzi, że planuje rewizję portfela inwestycyjnego, aby skupić się na podstawowej działalności firmy. Motorem tych działań są spowodowane pandemią obawy, czy dotychczasowa strategia w obecnym środowisku biznesowym jest odpowiednia, a także ograniczenie dostępnych kapitałów. Wszystko to zmusza dyrektorów do bardziej rozważnego doboru inwestycji.

W minionym roku pandemia miała negatywny wpływ na zdolności inwestycyjne w 53% firm na całym świecie. Rok 2021 – zdaniem ankietowanych przez EY dyrektorów finansowych – będzie pod tym względem lepszy i tylko 12% spodziewa się dalszego negatywnego wpływu COVID-19 na zdolność firm do inwestowania kapitału. Ankietowani przez EY spodziewają się, że w kolejnym roku pandemia nie będzie miała niemal żadnego negatywnego wpływu na tę kwestię.

Rys. 1. Wpływ pandemii na zdolność firm do inwestowania kapitału

Wpływ pandemii na zdolność firm do inwestowania kapitału

– Około 2/3 dyrektorów finansowych, którzy wzięli udział w badaniu EY, nie było w stanie sfinansować wszystkich projektów zaplanowanych na 2020 rok. Ma to swoje konsekwencje szczególnie w obecnej sytuacji, gdy rzeczywistość biznesowa zmienia się w szybkim tempie, a firmy muszą dynamicznie prowadzić procesy transformacji, chcąc zachować lub zwiększyć swoją pozycję rynkową. Wyzwania w zakresie alokacji kapitału, przed którymi stanęli obecnie dyrektorzy finansowi, przede wszystkim muszą więc dotyczyć obszarów najbardziej dotkniętych skutkami pandemii. To, jak duża jest potrzeba w tym zakresie i jak bardzo kompleksowe działania należy podjąć, w dużej mierze zależy od branży. W niektórych – jak na przykład w hotelarstwie, gastronomii czy turystyce niemal cały model biznesowy uległ zmianie, co spowodowało utratę znacznej części kapitału wcześniej przeznaczonego na inwestycję, bądź konieczność jego ulokowania w zupełnie innych aktywach. Inne branże – ochrony zdrowia, technologiczna, czy IT odnotowały z kolei zwiększony popyt na swoje usługi i dziś muszą myśleć o inwestycjach prorozwojowych – mówi Mikołaj Rytel, Partner EY, Lider EY CFO Agenda.

Rys. 2. Branże, które zmuszone były całkowicie przemyśleć strategię alokacji kapitału
Branże, które zmuszone były całkowicie przemyśleć strategię alokacji kapitału

Wyzwania inwestycyjne stojące przed dyrektorami finansowymi

Większość dyrektorów finansowych uważa, że zmiana oczekiwań klientów (60%) i trudne do przewidzenia perspektywy dalszej działalności biznesu (54%) to najistotniejsze wyzwania, z jakimi musieli zmierzyć się w czasie pandemii i to one w największym stopniu wpłynęły na dotychczasowe plany inwestycyjne. Są to również wyzwania na nadchodzące lata, choć – jak deklarują ankietowani przez EY – ogromną trudność sprawia ocena, które ze zmian spowodowanych przez pandemię są stałe, a które tymczasowe i tym samym niewarte uwagi i inwestycji. Przekonani są jednak, że by móc bez przeszkód funkcjonować w nowej rzeczywistości, należy zwiększyć przede wszystkim nakłady na cyfryzację oraz obszary badawczo-rozwojowe.

Rys. 3. Zmiany alokacji kapitału w 2020 roku w porównaniu do 2019 w poszczególnych obszarach

Zmiany alokacji kapitału w 2020 roku w porównaniu do 2019 w poszczególnych obszarach
– Transformacja cyfrowa i innowacyjność stały się jednymi z najważniejszych wyzwań okresu pandemii. Ich istotności dla zachowania ciągłości działania nie trzeba nikomu udowadniać, a inwestycje w tym obszarze należy traktować raczej jak konieczność, niż tylko możliwość. Oczywiście otwartym pozostaje pytanie, jak firmy rozumieją transformację cyfrową i innowacyjność, bo wiele z nich myśli w tym aspekcie wyłącznie o pojedynczych narzędziach czy rozwiązaniach technologicznych, których implementacja w dłuższej perspektywie nie pozwoli zbudować trwałych wartości. Ważne jest jednak to, czy zarządzający i osoby decyzyjne potrafią dostrzec całe spektrum korzyści płynących z wdrożenia odpowiednich rozwiązań i czy są w stanie dostrzec realne, finansowe korzyści z ich zastosowania. To szczególnie istotne szczególnie teraz, ponieważ ze względu na wysokie koszty, firmy często rezygnują z działań na rzecz innowacyjności i rozwoju, bojąc się, że inwestycje te się nie zwrócą – mówi Grzegorz Cywiński, Partner EY, Lider Zespołu Wycen, Modelowania oraz Analiz Ekonomicznych.

Przeszkody w procesie optymalnej alokacji kapitału

Czterech na pięciu dyrektorów finansowych uważa, że proces alokacji kapitału musi zostać poprawiony, a największym wyzwaniem w tym obszarze jest dostęp do danych. 52% CFO mówi wręcz o braku dostępu do nich – a to o 11 pkt proc. wskazań więcej niż pokazało badanie w 2018 roku. Dyrektorzy finansowi w tych firmach, które posiadają duże zasoby danych skarżą się z kolei na ograniczone możliwości ich analizy (42%), ponieważ wraz ze wzrostem bazy danych, wzrasta czas i zasoby potrzebne do jej właściwej analizy.

Rys. 4. Główne przeszkody w procesie optymalnej alokacji kapitałuGłówne przeszkody w procesie optymalnej alokacji kapitału53% dyrektorów finansowych deklaruje również, że proces alokacji kapitału nie jest monitorowany, elastyczny i regularnie dostosowywany. W rezultacie mniej niż połowa CFO uważa, że może szybko ocenić zagrożenia rynkowe i szanse, a co za tym idzie dostosować odpowiednio plany inwestycyjne. 67% dyrektorów finansowych deklaruje, że rewiduje plany inwestycyjne firmy raz na rok, a jedynie 8% robi to na bieżąco i analizuje, co należy w nich zmienić.

– Aby podejmować rozsądne i efektywne decyzje w zakresie alokacji kapitału, cały proces powinien być wsparty odpowiednią strukturą zarządzania – nie tylko na etapie podejmowania decyzji i realizacji działań, ale również później. Powinien też być spójny z wizją działalnością i rozwoju firmy. Co za tym idzie, alokacja kapitału powinna być ściśle powiązana ze strategią, a dokonywane inwestycje powinny wspierać cel strategiczny. Co ciekawe, z naszego badania wynika, że nieco ponad połowa badanych dyrektorów finansowych uważa, że procesy inwestycyjne bądź kryteria inwestycyjne w ich firmach są stosowane niekonsekwentnie. To stanowi dodatkowe wyzwanie szczególnie obecnie, gdy interesariusze (pracownicy, klienci, regulatorzy) chcą lepiej rozumieć zachodzące w firmach procesy i decyzje biznesowe – mówi Grzegorz Cywiński.

Obecne decyzje w zakresie alokacji kapitału, najczęściej podejmowane są przez dyrektorów finansowych w oparciu o wskaźniki jakościowe i ilościowe. Wciąż stosunkowo mniejszy wpływ mają takie aspekty jak zrównoważony rozwój, czy informacje otrzymywane od akcjonariuszy.

Rys. 5. Zmiany czynników wpływających na alokację kapitału w ostatnim roku

Zmiany czynników wpływających na alokację kapitału w ostatnim roku– Dyrektorzy finansowi rozumieją doskonale, że muszą spojrzeć poza wynik finansowy i przyjąć bardziej holistyczne spojrzenie na alokację kapitału, włączyć efektywne zarządzanie danymi i ich analizę oraz skupić się na budowaniu zaufania z interesariuszami poprzez skuteczną komunikację. Coraz częściej zdają sobie sprawę również z tego, że inwestycje muszą być podyktowane strategicznymi czynnikami pozwalającymi firmie budować trwałą wartość nie tylko dla właścicieli, akcjonariuszy czy klientów, ale również dla pracowników i całych społeczeństw – mówi Mikołaj Rytel.

O badaniu
Badanie CFO zostało przeprowadzone przez Oxford Economics i EY w styczniu i lutym 2021 r. na grupie 1050 dyrektorów finansowych lub ich odpowiedników w firmach na całym świecie, działających w różnych branżach. Respondenci reprezentowali firmy o przychodach wyższych niż 500 mln USD, z czego 33% z nich to firmy o przychodach od 500 mln do 4,9 mld USD, 33% – od 5 mld do 14,9 mld USD i 33% – o przychodach powyżej 15 mld USD.

60% respondentów to reprezentanci spółek publicznych. Biorąc pod uwagę region geograficzny – połowa pochodziła ze Stanów Zjednoczonych, 10% z Kanady, 20% z Europy Zachodniej (Wielka Brytania, Francja, Niemcy), 20% z krajów Azji i Pacyfiku (Chiny, Indie, Japonia i Australia).

Polityka nie służy złotemu. Forint zyskuje, dolar słabnie

Po dwóch tygodniach nudy na złotym mamy dzisiaj gwałtowne osłabienie jego kursu. Powodów analitycy doszukują się w polskiej polityce i zamieszaniu w koalicji rządowej, które teoretycznie może dalej eskalować.

Ryzyko polityczne nie służy złotemu

Plotki o możliwym rozłamie w koalicji rządowej w końcu stały się na tyle głośne, że miały wpływ na rynek. Biorąc pod uwagę, jak często media kształtują tego typu informacje i jak niewiele z nich potem wynika, można do nich podchodzić z pewnym dystansem. Nie zmienia to faktu, że nawet mimo tego dystansu inwestorzy wolą nie mieć większej ekspozycji na kraj, który może utracić większość parlamentarną i musieć w sytuacji lockdownu myśleć o przyspieszonych wyborach lub egzotycznej koalicji. W tym kontekście dwugroszowe wybicie w górę ceny euro do najwyższych poziomów od niemal trzech tygodni nie może szczególnie dziwić.

Dolar słabnie wbrew danym makro

Wczoraj mieliśmy kolejny dzień, kiedy to dolar amerykański pomimo dobrych danych makroekonomicznych znalazł się w odwrocie. Indeks zaufania konsumentów Conference Board wyskoczył do poziomu 121,7 pkt wobec oczekiwania wyniku niemal 10 pkt niższego. Inwestorzy jednak nadal kontynuują trend przeceny dolara, który rozpoczął się na początku tego kwartału. W ciągu niemal miesiąca cena jednego euro skoczyła z dolara i siedemnastu centów na dolara i dwadzieścia jeden centów.

Forint zyskuje po decyzji o stopach procentowych

Wczoraj bank centralny Węgier nie zmienił stóp procentowych. Pozostały one na niezmienionym poziomie 0,6%. Patrząc na reakcję inwestorów, którzy kupowali forinta po samej decyzji widać, że obawiali się oni, że forint podobnie, jak inne waluty naszego regionu będzie miał stopy procentowe obniżane w okolice 0%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – Kanada – sprzedaż detaliczna,
20:00 – USA – decyzja FOMC w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Organy podatkowe nie mogą wybiórczo interpretować prawa

Przedsiębiorca wdał się w spór z fiskusem o pieniądze należne z tytułu CIT. Oczywiście fiskus chciał ich więcej, w tym celu interpretował przepisy tak, a w zasadzie pomijał ich część, aby uzasadnić słuszność poboru wyższego podatku. Ale po stronie przedsiębiorcy stanął sąd, przypominając organom skarbowym, że: „Nie wolno jest również interpretować przepisów prawnych tak, by pewne ich fragmenty okazały się zbędne” (wyrok WSA w Krakowie z 5 lutego 2021 r., sygn. akt I SA/Kr 1262/20).

Zgodnie z art. 15e pkt 1 ustawy o CIT podatnicy są zobowiązani wyłączyć z kosztów uzyskania przychodów koszty: usług doradczych, badania rynku, usług reklamowych, zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń oraz świadczeń o podobnym charakterze, poniesione bezpośrednio lub pośrednio na rzecz podmiotów powiązanych w części, w jakiej koszty te łącznie w roku podatkowym przekraczają 5% kwoty odpowiadającej nadwyżce odpowiednio pomniejszonej sumy przychodów ze wszystkich źródeł przychodów.

Nabycie usług od podmiotów powiązanych przez firmę działającą w specjalnej strefie ekonomicznej

Spółka z o.o., producent części samochodowych, należy do międzynarodowej grupy kapitałowej. W ramach tej grupy w celu koncentracji na operacyjnej, głównej działalności grupy spółki produkcyjne nabywają określone usługi wspomagające od innych podmiotów powiązanych, należących do tej samej grupy – dokładnie od spółek z siedzibą we Francji. Te francuskie podmioty powiązane świadczą na rzecz spółek produkcyjnych usługi o charakterze niematerialnym takie jak usługi wsparcia sprzedaży. Polska spółka z o.o. prowadzi swoją działalność na terenie specjalnej strefy ekonomicznej w oparciu o uzyskane zezwolenie. Dzięki temu część jej dochodów jest zwolniona z podatku dochodowego.

Usługi wsparcia sprzedaży

Spółka wystąpiła do organu podatkowego o potwierdzenie, że ponoszone przez nią koszty wynagrodzenia francuskich usługodawców nie stanowią kosztów, o których mowa w art. 15e ust. 1 ustawy o CIT, a zatem nie będzie ona zobligowana do stosowania wskazanego w tym przepisie ograniczenia w możliwości zaliczania do kosztów uzyskania przychodów w stosunku do tychże wynagrodzeń. W opinii przedsiębiorcy usługi wsparcia sprzedaży stanowią całkowicie odmienną kategorię usług niż wymienione przez ustawodawcę w art. 15e ust. 1. W przepisie tym mowa bowiem o usługach doradczych, a spółka nabywa usługi wsparcia w negocjacjach, kontaktach z klientami i budowaniu relacji biznesowych czy dostarczania danych rynkowych, które przejawiają się działaniem świadczeniodawców zmierzającym do zwiększenia wolumenu oferowanych produktów. Usługi te nie skutkują dla spółki uzyskaniem porady czy opinii, a zatem nie stanowią usług doradczych ani też usług badania rynku, ani innych, o których mowa w art. 15e ust. 1.

Organ podatkowy nie zgodził się z przedsiębiorcą

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej uznał, że spółka nie ma racji. Powołując się na ustawę o CIT, która nie definiuje pojęć: usług doradczych, badania rynku czy zarządzania i kontroli, organ odwołał się do ich wykładni językowej. Po jej przeprowadzeniu Dyrektor KIS stwierdził, że nabywane przez spółkę usługi bezsprzecznie posiadają cechy charakterystyczne dla świadczeń objętych ograniczeniem z art. 15e ust. 1 pkt 1, które przeważają nad cechami charakterystycznymi dla innych świadczeń. Sporne usługi wsparcia sprzedaży zakwalifikował więc jako „świadczenia o podobnym charakterze”, o których mowa w tym przepisie, w szczególności podobnym do usług doradczych i badania rynku.

Dyrektor poinformował, że z ustawy o CIT nie wynika też, aby koszty nabycia takich usług nie podlegały ograniczeniom w zaliczaniu do kosztów uzyskania przychodu tylko dlatego, że przedsiębiorca prowadzi działalność w specjalnej strefie ekonomicznej. Tacy przedsiębiorcy ustalają przychód i koszty jego uzyskania w ten sam sposób jak inni, a dopiero tak wyliczony dochód może podlegać zwolnieniu z opodatkowania. Dlatego też sporne wydatki na nabycie usług wsparcia sprzedaży należy również poddać ograniczeniom na podstawie art. 15e ust. 1, mimo że spółka działa w specjalnej strefie ekonomicznej.

Świadczenia o podobnym charakterze

Sąd podzielił opinię organu podatkowego i zgodził się, że nabywane przez spółkę usługi wsparcia sprzedaży są świadczeniami o podobnym charakterze do usług doradczych, a także badania rynku. Podstawą ich świadczenia jest bowiem określony zasób wiedzy, mający oparcie w doświadczeniu, kompetencjach, a skutkiem ich świadczenia jest podzielenie się tą wiedzą ze spółką. Stąd sporne usługi słusznie organ zaliczył do katalogu usług, o których mowa w art. 15e ust. 1 ustawy o CIT.

Koszty zwolnione z opodatkowania w ogóle nie powinny podlegać ograniczeniom z art. 15e ust. 1

Sąd postanowił jednak uchylić zaskarżoną interpretację Dyrektora KIS, gdyż nie zgodził się z nim co do dopuszczalności obejmowania ograniczeniami z art. 15e ust. 1 kosztów uzyskania przychodu związanych z działalnością przedsiębiorcy w specjalnej strefie ekonomicznej. Orzekł także, że w oparciu o regulacje art. 7 ust. 3 i 15e ust. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, zarówno przy wyliczaniu limitu, jak i nadwyżki ponad ten limit, podlegającej wyłączeniu z kosztów uzyskania przychodów, nie uwzględnia się przychodów i kosztów ze źródeł przychodów, z których dochód nie podlega opodatkowaniu CIT albo wolny jest od tego podatku, czyli też dochód, o którym mowa w art. 17 ust. 1 pkt 34 ustawy o CIT. A zgodnie z art. 17 ust. 1 pkt 34 ustawy o CIT wolne od podatku są dochody uzyskane z działalności gospodarczej prowadzonej na terenie specjalnej strefy ekonomicznej.

„…przyjęcie stanowiska prezentowanego przez DKIS, prowadziłoby w praktyce do całkowitego braku możliwości zastosowania przez podatników art. 15e ust. 4 u.p.d.o.p. (…) jedyną interpretacją, która umożliwia zastosowanie wspomnianego przepisu, jest przyjęcie, że koszty i przychody zwolnione z opodatkowania nie powinny w ogóle podlegać dyspozycji art. 15e ust. 1 u.p.d.o.p. …” (wyrok WSA w Krakowie z 5 lutego 2021 r., sygn. akt I SA/Kr 1262/20).

Organ tak interpretuje prawo, by jemu pasowało

I jak tu się nie dziwić, że pomimo upływu lat i hucznie ogłaszanych zmian w prawie, mających zapewniać o przyjaznym nastawieniu organów skarbowych do podmiotów prowadzących działalność gospodarczą, tak naprawdę wciąż na linii przedsiębiorca – fiskus niewiele się zmienia? Powyższy wyrok przypomina i podkreśla, że urzędnicy nie mogą interpretować prawa wybiórczo, tak aby im było wygodnie. Jak wskazał sąd: „Podstawowa reguła wykładni prawa nakazuje interpretować przepisy przy założeniu racjonalności ustawodawcy, który nie tworzy przepisów „pustych”. Nie wolno jest również interpretować przepisów prawnych tak, by pewne ich fragmenty okazały się zbędne. Przyjęte przez DKIS stanowisko zupełnie natomiast pomija istnienie art. 15e ust. 4 u.p.d.o.p. i sprowadza się do zastosowania ograniczeń z art. 15e ust. 1 u.p.d.o.p do wszelkich dochodów podatnika (sygn. akt I SA/Kr 1262/20).

Ale, jak widać, w walce o zasilenie budżetu, o budżetowe pieniądze, w relacji organów do przedsiębiorców bardziej niż porządek prawny panuje bezprawie – urzędnicze bezprawie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Media społecznościowe naturalnym środowiskiem polityków – pierwsze europejskie badanie Grayling

Grayling zaprezentował pierwsze ogólnoeuropejskie badanie na temat sposobu, w jaki politycy korzystają z mediów społecznościowych. Analizie pod kątem płci, wieku czy przynależności partyjnej poddano prawie 3 miliony postów opublikowanych w 2020 roku na Twitterze, Facebooku i Instagramie przez parlamentarzystów z 17 krajów europejskich, w tym Polski.

„Badanie Grayling pozwala po raz pierwszy kompleksowo przeanalizować trendy wśród polityków w mediach społecznościowych i za pomocą twardych danych potwierdzić popularne tezy takie jak np. większa popularność Twittera w świecie polityki. Niektóre z wyników stanowią jednak niespodziankę i pozostawiają pole do różnych interpretacji” – mówi Iga Wilczyńska, dyrektor działu public affairs w Grayling Poland.

Kluczowe wnioski z badania

  1. Parlamentarzyści wybierają inne platformy społecznościowe niż ich wyborcy

Spośród trzech analizowanych platform mediów społecznościowych, Facebook jest najpopularniejszy wśród ogółu społeczeństwa w 16 z 17 krajów objętych badaniem, a Twitter jest najmniej popularny we wszystkich 17 krajach[1]. Jednak to Twitter jest najpopularniejszą platformą wśród posłów w 13 krajach i odpowiada za ponad dwie trzecie wszystkich wpisów w 10 z nich.

  1. Parlamentarzyści są „influencerami”

Na wszystkich trzech platformach średnie wskaźniki zaangażowania (tj. stosunku komentarzy/ polubień/udostępnień do całkowitej liczby osób śledzących daną osobę) są wyższe w przypadku posłów niż benchmarki branżowe dla marek, a nawet dla „influencerów” spoza świata polityki.

  1. Kobiety i mężczyźni parlamentarzyści korzystają z mediów społecznościowych w inny sposób

Wbrew tendencji panującej wśród ogółu społeczeństwa, posłanki są bardziej aktywne na Twitterze i mają tam większą liczbę obserwujących niż parlamentarzyści płci męskiej. Posty posłanek generują również wyższy wskaźnik zaangażowania na Twitterze i Facebooku.

  1. Najmłodsi posłowie nie stanowią najbardziej aktywnej grupy wiekowej w mediach społecznościowych

W rzeczywistości najbardziej aktywną grupą w mediach społecznościowych w całej Europie są parlamentarzyści w wieku 36-45 lat. Po 55 roku życia aktywność w kanałach online znacznie spada.

  1. Politycy o skrajnych poglądach są najbardziej aktywni na wszystkich trzech platformach

W skali Europy, posty skrajnej prawicy generują szczególnie wysokie wskaźniki zaangażowania wśród odbiorców na Twitterze, podczas gdy zarówno skrajna lewica i prawica mają najniższe wskaźniki zaangażowania na Instagramie. W Polsce trend ten nie znajduje odzwierciedlenia – Lewica i Konfederacja zajmują pierwsze i drugie miejsce pod względem zaangażowania obserwujących na Instagramie.

Polscy parlamentarzyści, w większości analizowanych aspektów, wpisują się w ogólnoeuropejskie trendy. Na tle Europy wykazują się jednak większą aktywnością w mediach pod względem średniej liczby opublikowanych postów na osobę. Wynosi ona 607 i daje Polsce drugą pozycję wśród analizowanych państw, po pierwszej w rankingu Hiszpanii (690 postów na osobę). Co istotne, patrząc na ogół społeczeństwa, Polacy zajmują dopiero dwunastą pozycję w tej samej puli państw, jeśli chodzi o procent populacji, stanowiący liczbę użytkowników mediów społecznościowych (Polska – 68,5%, Hiszpania – 80%)[2].

Polscy politycy w mediach społecznościowych – kluczowe wnioski

  1. Choć Twitter wydaje się preferowanym narzędziem w komunikacji politycznej, więcej posłów posiada konto na Facebooku (444) niż na Twitterze (372). Mimo mniejszej liczby kont na Twitterze, liczba publikowanych tam treści jest jednak ponad dwukrotnie wyższa niż na Facebooku. Udział Instagrama w komunikacji polityków pozostaje natomiast marginalny. Mimo, że 257 posłów posiada konto na Instagramie, to ich posty stanowią jedynie 2,7% wszystkich treści wygenerowanych przez posłów w mediach społecznościowych (dla porównania FB: 31%, TT: 66%).
  2. Posłanki są bardziej aktywne w mediach społecznościowych niż posłowie. Polskie parlamentarzystki na wszystkich platformach publikują posty częściej niż ich koledzy. Na Facebooku aż 34% udostępnianych treści jest tworzonych przez posłanki, podczas gdy ich konta na tej platformie stanowią 29% spośród wszystkich kont parlamentarzystów. W przypadku kobiet wyższy jest także wskaźnik zaangażowania obserwujących (engagement) zarówno na Twitterze (M-0,3%, K- 0,4%) jak i Facebooku (M-1,2%, K-1,8%). Jedynie na Instagramie posłowie odnotowują wyższe zaangażowanie internautów niż posłanki (M-6,4%, K-6%). Instagramowe treści posłów trafiają też do znacznie większej liczby obserwujących niż w przypadku posłanek (68% wszystkich parlamentarzystów na Instagramie to mężczyźni, ale ich wskaźnik wyświetleń sięga 85%).
  3. Na wszystkich trzech platformach najwyższy wskaźnik zaangażowania ze strony obserwujących występuje wobec parlamentarzystów z grupy wiekowej 31-35 lat. Dla wszystkich grup wiekowych wskaźnik zaangażowania jest wyższy na Facebooku niż na Twitterze. Najwięcej wyświetleń odnotowują natomiast posłowie w przedziale wiekowym 36-40 lat, co może oznaczać, że grupa ta wzbudza największe zainteresowanie. Skrajne grupy wiekowe (poniżej 30 lat oraz 66-70 lat) to jedyne, wśród których więcej postów zostało opublikowanych na Facebooku niż na Twitterze.
  4. Parlamentarzyści Koalicji Obywatelskiej w 2020 r. wygenerowali największą liczbę postów na wszystkich platformach łącznie i odnotowali najwięcej wyświetleń przez obserwujących. Na samym Facebooku, pomimo nieco wyższej liczby postów polityków Prawa i Sprawiedliwości (37 342) niż Koalicji Obywatelskiej (33 894), posty KO wygenerowały aż o 70% więcej wyświetleń i prawie 2,5 razy więcej zaangażowania ze strony śledzących. Jeśli chodzi o wskaźnik zaangażowania, liderem jest natomiast Lewica, z najwyższym wskaźnikiem zaangażowania na Facebooku (2,5%) oraz Instagramie (8,9%). Najwyższy poziom zaangażowania na Twitterze przypadł Prawu i Sprawiedliwości (0,5%). Co ciekawe, PiS odnotowuje najniższy ze wszystkich partii wskaźnik zaangażowania na Instagramie (3,8%).

Grayling wprowadza ‘GPol’

Grayling, we współpracy z firmą Linkfluence, uruchomił „GPol” – usługę monitorowania mediów społecznościowych i cyfrowego advocacy. Narzędzie GPol połączy możliwości Linkfluence w zakresie social listening z wiedzą na temat lokalnych rynków i niuansów świata polityki, jaką dysponują konsultanci Public Affairs firmy Grayling w całej Europie. GPol pomoże klientom lepiej zrozumieć dyskusje toczące się w sieci, ale także przełoży te spostrzeżenia na skuteczne kampanie
z obszaru public affairs i advocacy.

[1] We are Social & Hootsuite’s 'Digital 2021′ Global Overview Report

[2] We are Social & Hootsuite’s 'Digital 2021′ Global Overview Report

Rynek mieszkaniowy w Polsce – I kwartał 2021 – nowy kwartalny rekord sprzedaży na rynku pierwotnym

Deweloperzy mieszkaniowi działający na największych rynkach w Polsce pobili kwartalny rekord sprzedaży z 2017 roku. Sprzedaż nowych mieszkań sięgnęła 19,5 tys. i była wyższa o 40% k-d-k. Nadwyżka popytu nad podażą stymuluje dalszy wzrost cen.

Początek 2021 r. przyniósł nowy kwartalny rekord sprzedaży na rynku pierwotnym. Deweloperzy działający w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Poznaniu i Łodzi w I kw. 2021 r. sprzedali łącznie 19,5 tys. mieszkań, o 40% poprawiając wynik sprzed kwartału i o 3% najlepszy dotychczas wynik z IV kw. 2017 r. Zdecydowanie gorzej wygląda sytuacja po stronie podaży. Wprawdzie nowe wprowadzenia wzrosły o 14% k-d-k i 7% r-d-r, osiągając poziom 13,9 tys. lokali, ale utrzymująca się od kilku kwartałów wyraźna przewaga popytu nad podażą sprawia, że oferta nowych mieszkań maleje, a to stymuluje dalszy wzrost cen – czytamy w najnowszym raporcie JLL „Rynek mieszkaniowy w Polsce – I kwartał 2021”.

Po chwilowym zastoju wynikającym z ograniczeń w przemieszczaniu się w II kw. oraz wciąż jeszcze ostrożnej polityki banków III kw. 2020 r., zainteresowanie zakupem mieszkań odbudowało się w zaskakującym tempie. Oferta deweloperów w największych miastach spadła do 42,1 tys. – poziomu najniższego od 2014 r.

Dane GUS o liczbie pozwoleń na budowę, które wydano od stycznia do marca tego roku, ale też w poprzednich miesiącach, może wprawdzie budzić optymizm i nadzieję na powrót do równowagi na linii popyt-podaż. Trzeba jednak pamiętać, że sytuacja pomiędzy poszczególnymi rynkami lokalnymi różnicuje się zasadniczo. Największe wyzwanie stoi dziś przed firmami działającymi w Warszawie, gdzie poziom oferty spadł do poziomu najniższego od 14 lat, komentuje Aleksandra Gawrońska, straszy konsultant w Zespole Badań Rynku Mieszkaniowego JLL

Liczone przez ekspertów JLL tempo teoretycznej wyprzedaży, wskazujące na czas potrzebny do całkowitego wyprzedania oferty na rynku pierwotnym przy założeniu, że nowe inwestycje nie będą uruchamiane oraz, że popyt utrzyma się na średnim poziomie z ostatnich 12 miesięcy, tylko we Wrocławiu przekracza 4 kwartały, a zatem stan zbliżony do równowagi. Na pozostałych największych rynkach w Polsce oscyluje w granicach 3 kwartałów. W Warszawie natomiast nowych mieszkań zabrakłoby już po 6 miesiącach.

Cenniejsze niż złoto?

W tej sytuacji trudno się dziwić, że ceny nie tylko nie spadły, ale po raz kolejny wzrosły. Najbardziej stabilny wskaźnik – średnie ceny mieszkań dostępnych w ofercie – wzrosły w porównaniu do grudnia 2020 r. o 2% w Poznaniu, 3% w Krakowie i Trójmieście oraz 5% w Łodzi, Wrocławiu i Warszawie. Jeszcze większą dynamikę wzrostu cen obserwowaliśmy w puli mieszkań wprowadzanych w I kwartale do oferty. W Warszawie i Wrocławiu były średnio o 9% wyższe. W Krakowie, jako jedynym mieście z analizowanej przez JLL szóstki, wprowadzane mieszkania miały niższą cenę ofertową niż te wprowadzane przed kwartałem. Spadek wynika jednak przede wszystkim z porównania do puli bardzo drogich wprowadzeń z poprzedniego okresu, które uczyniły z Krakowa lidera wzrostu cen w 2020 r.

Nastąpił splot bardzo wielu czynników, które znajdują odbicie w polityce cenowej deweloperów. Wielu z nich ma trudności w uzupełnianiu oferty wynikające z przewlekłości procedur administracyjnych czy dostępności terenów inwestycyjnych. W tej sytuacji próbują ustabilizować tempo wyprzedawania istniejącej oferty i utrzymać ciągłość pracy biur sprzedaży poprzez odpowiednie sterowanie poziomem cen. Z drugiej strony zamożnych klientów motywowanych presją inflacyjną wzrost cen zdaje się nie odstraszać. Wręcz przeciwnie, uzasadnia tezę o możliwości ochrony wartości kapitału na rynku mieszkaniowym. Ci mniej zamożni natomiast, w obawie przed dalszym wzrostem cen przyspieszają zakupy wspierając się najniżej w historii oprocentowanymi kredytami hipotecznymi, wylicza Kazimierz Kirejczyk, Wiceprezes Zarządu JLL

Wyniki kolejnego kwartału pokażą, na ile świetna sprzedaż z pierwszego kwartału była w znaczącej części związana z realizacją odłożonego w okresie pandemii w 2020 r. popytu, a na ile wyznacza pułap dla kolejnych kwartałów 2021 r. Kluczowa dla dalszego rozwoju sytuacji będzie zdolność deweloperów do uzupełniania oferty oraz poszukiwanie na poziomie legislacyjnym sposobów na schłodzenie popytu tezauryzacyjnego czy spekulacyjnego.

Kto najchętniej korzysta z restrukturyzacji?

Komentarz przygotowany przez Bartosza Kaczmarczyka, eksperta Fundacji Centurion, która pomaga przedsiębiorcom w przeprowadzeniu restrukturyzacji oraz rozwiązaniu problemów wywołanych kryzysem gospodarczym.

Według danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej, w 2020 roku wszczęto 800 postępowań restukturyzacyjnych. Rekordowym pod tym względem okazał się grudzień. W tym miesiącu odnotowano 144 nowe tego rodzaju postępowania. Nadal jednak restrukturyzacja z punktu widzenia polskich przedsiębiorców postrzegana jest w kategoriach porażki, a nie szansy na nowy początek.

Znaczący wzrost otwartych postępowań nie był dla nas zaskoczeniem. Wpłynęło na to kilka czynników. Pierwszy i jednocześnie najistotniejszy to oczywiście pandemia i związane z nią restrykcje, obostrzenia oraz ograniczenia, które dotknęły wiele sektorów gospodarki. Nawet po wygaśnięciu poszczególnych zakazów większość branż nie powróciła w 100% do funkcjonowania sprzed pandemii. Niewątpliwie wsparcie jakie przedsiębiorcom zaoferował Rząd na jakiś czas pomogło, jednak w przypadku branż szczególnie narażonych na negatywne skutki pandemii rządowy zastrzyk gotówki jedynie opóźnił niewypłacalność. Kolejnym czynnikiem, który wpłynął na znaczne zwiększenie otwartych postępowań było uruchomienie tarczy antykryzysowej 4.0. Wprowadziła ona nowy rodzaj postępowania restrukturyzacyjnego, czyli uproszczone postępowanie o zatwierdzenie układu. Dla przedsiębiorców ta forma jest bardziej atrakcyjna – krótki termin do otwarcia, stosunkowo niski koszt, brak konieczności składania wniosku do sądu, objęcie układem wszystkich wierzycieli, w tym zabezpieczonych na majątku dłużnika, zawieszenie postępowań egzekucyjnych to niewątpliwe atuty tej formy restrukturyzacji. Zauważamy, że z miesiąca na miesiąc ilość nowych restrukturyzacji prowadzonych w ramach postępowań uproszczonych zwiększa się o około 20%. W perspektywie kolejnych miesięcy ta tendencja nie ulegnie zmianie, zwłaszcza, że ze strony Rządu pojawiają się sygnały wskazujące, że przynajmniej w kilku branżach obostrzenia pozostaną z nami na kilka kolejnych miesięcy bądź nawet do końca br.

W III kwartale największą grupą decydującą się na restrukturyzację były firmy zajmujące się szeroko pojętym handlem, zarówno hurtowym jaki i detalicznym oraz firmy związane z motoryzacją. Sporym zaskoczeniem może być fakt, że tylko 38 firm działających w branży hotelarsko-gastronomicznej zdecydowało się na restrukturyzację. Przedsiębiorcy nie zdają sobie sprawy z korzyści jakie może przynieść ich firmie decyzja o restrukturyzacji. Po pierwsze, rządzący dosyć słabo komunikują korzyści płynące z uproszczonej restrukturyzacji. Widzimy, że jest to jedno z optymalnych narzędzi na obecne czasy. Po drugie, przedsiębiorcy traktują restrukturyzowanie firmy jako wstydliwy epizod, świadczący o ich słabości. A tymczasem na całym świecie restrukturyzowanie świadczy o odpowiedzialności, wyczuciu chwili przez zarządy spółek i umiejętności radzenia sobie nawet w kryzysowych sytuacjach. Zaproponowane przez Rząd uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne to szansa na uratowanie firmy i jej majątku. 4-miesięczny okres „ochronny” to czas na porozumienie się z wierzycielami w temacie spłaty zadłużenia i na reorganizację wewnątrz przedsiębiorstwa. Spółki, które zdecydują się na uproszczoną restrukturyzację mogą też liczyć na wsparcie finansowe w ramach pomocy publicznej. Dla wierzycieli taka forma współpracy z dłużnikami jest również korzystna. Daje większą nadzieję na odzyskanie zaległości i zachowanie partnera biznesowego na przyszłość.

Czasem lepszą opcją będzie zmiana profilu biznesu czy gruntowna restrukturyzacja, a w skrajnych przypadkach zamknięcie firmy i rozpoczęcie nowej działalności. Środowisko biznesowe powinno zrozumieć, że upadłość i procesy restrukturyzacyjne to nie jest nic osobistego. Nie powinno się takich procesów kwalifikować do porażek czy sukcesów. Są one naturalne i trzeba korzystać ze wszelkich dostępnych narzędzi pomocowych, aby ograniczyć ich skutki dla właścicieli, zarządów, akcjonariuszy i pracowników. Z naszych doświadczeń wiemy, że jest wiele firm, które poradziły sobie bardzo dobrze. Przeprowadziły firmę przez proces upadłości, zrestrukturyzowały przedsiębiorstwa i teraz patrzą z dużo większym optymizmem w przyszłość. Wiemy, że to niezwykle trudne, ale nie niemożliwe. Najważniejsze to wykonać pierwszy krok zgłaszając się do odpowiednich specjalistów i korzystając z aktualnie dostępnej pomocy.

Sektor HoReCa prowadzi rolników do bankructwa. Zapowiadają się pozwy przeciwko Skarbowi Państwa

Rolnicy skarżą się, że w czasie pandemii nie dostali takiej pomocy jak przedsiębiorcy. Chcą zmiany prawa, żeby też mogli korzystać z tarczy pomocowej dla firm. I rozważają wnoszenie pozwów przeciw Skarbowi Państwa za lockdown i jego skutki. Z kolei według prawników, rolnicy mają bardzo duże szanse na wygrane w sądach. Dotyczy to zwłaszcza tych, którzy ponieśli straty z powodu zamknięcia sektora HoReCa. Eksperci radzą im, aby skorzystali z instytucji pozwu zbiorowego. Ostrzegają też, że bez zmian systemowych sytuacja może znacznie się pogorszyć.

Jak podkreśla Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych (KRIR), rolnicy są nierówno traktowani względem podmiotów działających w innych sektorach gospodarki. Tym, którzy złożyli wnioski o przyznanie pożyczek dla mikroprzedsiębiorców, właściwe organy odmawiają jej przyznania. Wynika to z tego, że przepisy Ustawy z dnia 6 marca 2018 r. – Prawo przedsiębiorców nie są stosowane w przypadku rolników. Jednak na jej mocy nie zostali oni pozbawieni statusu przedsiębiorców, co zaznacza ekspert.

– Państwo ewidentnie zapomniało o rolnikach. A przecież oni, tak samo jak właściciele firm, zatrudniają pracowników, odprowadzają podatki i płacą składki na ZUS. Prowadzenie gospodarstwa i przedsiębiorstwa de facto niczym się nie różni. Moim zdaniem, rolnicy powinni dostać bezzwrotną pomoc państwa i możliwość uzyskania preferencyjnych pożyczek lub kredytów przy złagodzonych kryteriach oceny zdolności kredytowej oraz przy minimalnym oprocentowaniu z możliwością umorzenia części zobowiązania – uważa Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny.

Zdaniem prezesa KRIR, konieczna jest zmiana przepisów prawa, aby rolnicy mogli korzystać z tarczy pomocowej. Restrukturyzacja kredytów jest niezbędna, bo inaczej upadnie wiele gospodarstw. Część z nich straciła płynność finansową z powodu braku możliwości sprzedaży swoich wyrobów. Rolnicy są też mocno pokrzywdzeni ze względu na bardzo niską wypłatę zasiłku chorobowego z tytułu pobytu w izolacji. Zarażeni koronawirusem mogą liczyć jedynie na zasiłek 15 zł dziennie i tylko przez 10 dni.

– Rolnicy są poddani tym samym regułom rynkowym co inni przedsiębiorcy, ale ich sytuacja jest dużo trudniejsza. O zyskowności produkcji decydują czynniki, na które oni sami często nie mają wpływu. W czasie pandemii, w wyniku zamknięcia branży HoReCa i przerwania łańcucha dostaw, zmniejszyło się zapotrzebowanie na ich produkty. Jednocześnie zabrakło odpowiedniego programu pomocy. Konieczne jest więc podjęcie szeroko zakrojonych działań w celu powstrzymania nadciągających upadłości – komentuje Adrian Parol.

Natomiast Federacja Branżowych Związków Producentów Rolnych informuje, że rolnicy zostali objęci specjalną formą wsparcia przeznaczonego dla branż, które poniosły największe straty w związku z epidemią. Pieniądze na ten cel pochodziły z niewykorzystanych środków Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014-2020. Pomoc miała formę ryczałtu, wypłacanego w zależności od rodzaju i wielkości prowadzonej produkcji. Stanowiła częściową rekompensatę utraconego dochodu, w związku z wystąpieniem pandemii. Do tego obecnie trwają prace nad Krajowym Planem Odbudowy, który będzie rozdysponował pieniądze pochodzące z tzw. Funduszu Odbudowy. Z zapowiedzi MRiRW wynika, że 20% z dostępnych środków zostanie przeznaczonych na rolnictwo i obszary wiejskie.

– Pomoc otrzymali tylko niektórzy hodowcy zwierząt. Skorzystały z niej też różnego typu podmioty nas obsługujące, np. sprzedające środki ochrony roślin. Jednak my nic nie dostaliśmy za warzywa i owoce, które musieliśmy wyrzucić. Należy się nam rekompensata za to, że rynki zostały zamknięte. Państwo powinno ponieść koszty swoich decyzji i działań – wyjaśnia Michał Kołodziejczak, lider AgroUnii.

Część rolników mówi, że chce podawać do sądów Skarb Państwa za tzw. lockdown i jego skutki. W ocenie mec. Parola, ci, którzy ponieśli straty z powodu zamknięcia sektora HoReCa, mogą dochodzić odszkodowań i mają duże szanse na wygranie. Ekspert doradza, aby skorzystali z instytucji pozwu zbiorowego. Rolnik działający w pojedynkę nie dysponuje odpowiednio dużym zapleczem prawnym i finansowym, aby podjąć samodzielnie walkę z państwem, które nie jest skore do pomocy i nie poczuwa się do odpowiedzialności za sytuację sektora.

– Rozważamy wnoszenie pozwów przeciw Skarbowi Państwa w związku z zamknięciem naszych rynków. Teraz tylko każdy ciężko pracuje na to, żeby odrobić starty. Jednak zarejestrowaliśmy już Ogólnopolski Związek Zawodowy, który ma być niedługo gotowy do tego typu działań. Będziemy szukali sprawiedliwości i odszkodowań, również z powodu złych decyzji, które przyczyniły się do roznoszenia ASF-u. Walka z nim została całkowicie zaprzestana w czasie pandemii i to stanowi bardzo duży problem – dodaje Kołodziejczak.

Jak podsumowuje radca prawny Adrian Parol, sektor rolnictwa musi mocniej zaakcentować rządzącym swoje interesy, a także zwrócić uwagę na to, że zatrudnia setki tysięcy ludzi i ma strategiczne znaczenie dla gospodarki. Tylko w ten sposób ma szansę wyjść z kryzysu finansowego. Państwo powinno traktować go na równi z innymi branżami. Bez zmian systemowych sytuacja może nawet drastycznie się pogorszyć, przed czym ostrzega ekspert.

PARP: Praca zdalna w pandemii to oszczędność czasu oraz wzrost efektywności, ale kosztem zdrowia psychicznego

83 proc. pracowników instytucji finansowych wskazuje oszczędność czasu jako największą zaletę pracy zdalnej. 72 proc. mówi o większym bezpieczeństwie pracy z domu podczas pandemii, zaś 57 proc. najbardziej docenia elastyczny czas pracy – wynika z ankiety przeprowadzonej przez Uniwersytet Warszawski na potrzeby raportu Sektorowej Rady ds. Kompetencji Sektora Finansowego pt. „Przyszłość pracy w sektorze finansowym”. Pracownicy wskazują jednak również na wady systemu pracy z domu. Ponad połowa z nich skarży się na rozluźnienie więzi z innymi członkami zespołu (53 proc.), 47 proc. wskazuje na brak jasnej granicy między pracą a życiem prywatnym, zaś 42. proc. zmaga się z poczuciem izolacji i samotnością. Badanie zostało przeprowadzone w październiku i listopadzie 2020 r. Działalność Rady jest koordynowana przez PARP i Radę Programową ds. Kompetencji, a powstanie raportu zostało sfinansowane ze środków unijnych, Programu Wiedza Edukacja Rozwój.3xzdrowie Centrum Medyczne

Sektor finansowy, jako jeden z wielu, musiał przystosować dotychczasowy tryb pracy do realiów wymuszonych przez pandemię COVID-19. Najtrudniejsze były pierwsze tygodnie funkcjonowania instytucji z sektora finansowego. Zaistniała konieczność dostosowania się do nowych warunków pracy w środowisku cyfrowym, przygotowania np. serwerów do większego obciążenia oraz przystosowanie oddziałów do obsługi klienta z zachowaniem dystansu społecznego.

Pracownicy nie chcą korzystać z L4

Okazało się, że długofalowy home office ma swoje dobre strony. Poza oszczędnością czasu i większym poczuciem bezpieczeństwa podczas pandemii, pracownicy instytucji finansowych wskazują wśród zalet takiego rozwiązania możliwość pracy także w przypadku niewielkich kłopotów zdrowotnych (66 proc.), gdzie pracując w biurze skorzystaliby wówczas ze zwolnienia lekarskiego. Nieco ponad połowa badanych (57 proc.) za plus uważa elastyczny czasy pracy. Natomiast 43 proc. pytanych jako największe zalety pracy zdalnej wskazało możliwość spędzania więcej czasu z rodziną i bliskimi. A 33 proc. ankietowanych jest zdania, że w warunkach domowych ich praca jest bardziej efektywna.

– Nasze badanie zostało przeprowadzone w październiku i listopadzie ubiegłego roku, ale większość wniosków pozostaje wciąż aktualna. Pozytywne jest to, że część negatywnych zjawisk udało się złagodzić, a część opinii ewoluuje, np. ta dotycząca preferencji dla pracy zdalnej, która wyraźnie rośnie w czasie wśród pracowników sektora finansowego – stwierdza Mariola Szymańska, animatorka Sektorowej Rady ds. Kompetencji Sektora Finansowego.

W raporcie zwracano uwagę, że na początku pandemii pracownicy musieli doposażyć swoje gospodarstwa domowe w kolejne sprzęty i urządzenia cyfrowe. Jednak z czasem temat ten stawał się coraz mniej widoczny. Jedna trzecia badanych pracowników sektora finansowego borykała się w pierwszej fazie pandemii z kłopotami sprzętowymi lub koniecznością współdzielenia komputera z innymi domownikami (31 proc.), a co piąty ankietowany odczuwał dyskomfort związany z kwestią braku przestrzeni do efektywnej pracy w domu (21 proc.).

Problematyczne zdalne nauczanie dzieci

Poza trudnościami przestrzennymi i logistycznymi, wynikającymi z niemożności wygospodarowania komfortowej przestrzeni do efektywnej pracy w domu, jedną z poważnych konsekwencji wykonywania zadań w domu, z dala od współpracowników i przełożonego, były też różnego rodzaju obciążenia psychiczne, które mogły rzutować na efektywność podejmowanych działań. 42 proc. ankietowanych wskazało na poczucie izolacji i samotność, 8 proc. straciło motywację do pracy i narzekało na brak właściwej organizacji pracy. 36 proc. badanych nie było zadowolonych z konieczności godzenia pracy z opieką nad dziećmi i ich zdalnym nauczaniem.

– Łączenie obowiązków zawodowych z domowymi i opiekuńczymi nad dziećmi stanowiło dla pracowników poważne wyzwanie. Z uwagi na specyficzną sytuację pandemii, rodzice w ograniczonym stopniu mogli korzystać z pomocy rodziny, np. dziadków – ocenia dr hab. Katarzyna Śledziewska, prof. UW, Dyrektor DELab UW.

Aż jedna trzecia pracowników doświadczyła podwyższonego poziomu stresu i niepokoju, wynikającego m.in. z niemożności sprostania stawianym oczekiwaniom (31 proc.). Zauważalna była też grupa pracowników, którzy czuli niewystarczające wsparcie ze strony przełożonych (11 proc.). To wszystko doprowadziło do odczuwalnych kłopotów zdrowotnych – częstego bólu kręgosłupa i silnych migren, na które skarżyło się aż 38 proc. ankietowanych.

Na jesieni zeszłego roku tylko 16 proc. pracowników instytucji finansowych zgodziłoby się na całkowite przejście na pracę zdalną po zakończeniu pandemii, a co dziesiąta osoba (12 proc. ankietowanych) nie wyobrażała sobie dalszej pracy z domu. Te statystyki ewoluują wraz z utrzymującą się pandemią i jednocześnie procesem doskonalenia rozwiązań i umiejętności pracy zdalnej.

– System Sektorowych Rad ds. Kompetencji powstał, aby pomagać firmom w pozyskiwaniu odpowiednio wykwalifikowanych pracowników i podnosić ich kompetencje. Rady Sektorowe są jego najważniejszym składnikiem: identyfikują braki kompetencyjne w sektorach i dostarczają na ten temat wiedzy. Dzięki temu wiemy, jakie szkolenia albo doradztwo powinniśmy dofinansowywać. Wspierają również szkoły i uczelnie w tworzeniu programów nauczania i w łączeniu ich z przedsiębiorcami, tak by to, czego uczą, w jak największym stopniu odpowiadało potrzebom biznesu – mówi Anna Bracik, rzecznik prasowy PARP. – Obecnie działa 17 Rad obejmujących swoją opieką różne sektory, m.in. finansowy. O ich powstanie zabiegali przedsiębiorcy, partnerzy społeczni i środowiska edukacyjne. A inspiracją były podobne rozwiązania funkcjonujące w Czechach czy Wielkiej Brytanii – dodaje Anna Bracik.

Badanie: Polacy na tle świata. Zdalni i elastyczni w pracy

Polska odznacza się w skali globalnej jako rynek, w którym po wybuchu pandemii COVID-19 szczególnie mocno wzrosła skala i znaczenie pracy zdalnej. Polacy wyróżniają się także wysokim udziałem osób oczekujących od pracodawców dostępu do elastycznych godzin pracy. To tylko część ustaleń międzynarodowego raportu „Decoding Global Talent” przygotowanego przez organizację The Network przy wsparciu Boston Consulting Group. Partnerem badania w Polsce jest portal Pracuj.pl.

Najważniejsze informacje:

  • Co drugi pracownik na świecie pracował w pandemii zdalnie.
  • W Polsce liczba pracujących zdalnie lub hybrydowo wzrosła aż 2,5-krotnie.
  • Globalnie około 9 na 10 osób chce pracować zdalnie lub hybrydowo.
  • Polska wyróżnia się dużym udziałem zwolenników elastycznych godzin pracy.
  • Pracownicy z globalnej perspektywy

Raport „Decoding Global Talent” został przygotowany przez The Network – największą na świecie sieć portali rekrutacyjnych. W opracowaniu danych organizację wspierali eksperci Boston Consulting Group (BCG), wiodącej globalnej firmy konsultingowej. Opracowanie danych z Polski wspierał serwis Pracuj.pl, będący współzałożycielem The Network.

Badanie towarzyszące raportowi przeprowadzono między październikiem i grudniem 2020 roku na grupie ponad 200 000 respondentów z 190 krajów – w tym ponad 1700 z Polski. Badacze postanowili zweryfikować wpływ kryzysu wywołanego przez pandemię koronawirusa na postawy zawodowe i sytuację na rynku pracy w różnych częściach świata.
Połowa świata zdalna. Ogromna zmiana w Polsce

Badanie Polacy na tle świata Zdalni i elastyczni w pracy
Uwaga badaczy: Część danych nie sumuje się do 100% ze względu na zaokrąglenia wyników cząstkowych

Co szczególnie interesujące, Polska wyróżnia się na globalnym tle pod kątem adaptacji modelu zdalnego i skali zmian, które wprowadziła w tym obszarze pandemia. Według badań tylko co czwarty (26%) badany pracownik z naszego kraju miał przed pojawieniem się COVID-19 i pierwszym lockdownem możliwość pracować przynajmniej częściowo poza siedzibą firmy, z czego zaledwie 1 na 20 – w pełni zdalnie. Tymczasem pod koniec ubiegłego roku ten udział wzrósł do aż 65%, przy czym 30% respondentów wykonywało pracę wyłącznie poza biurem.

Szczególnie zdalni. Pracownicy umysłowi i branża cyfrowa

Badacze zwrócili szczególną uwagę na to, jak pandemia wpłynęła na modele wykonywania pracy przez pracowników umysłowych i zatrudnionych w branży cyfrowej. Raport potwierdza, że to właśnie oni najczęściej przenieśli życie zawodowe poza biura.

Według badań Polska znalazła się na wysokim, 10. miejscu pod względem udziału osób pracujących zdalnie lub hybrydowo wśród pracowników umysłowych i w branży cyfrowej – wyniósł on aż 85%. Co ciekawe, przed pandemią wskaźnik ten sięgał zaledwie 33% i był jednym z najniższych wśród badanych państw. Na najwyższych pozycjach pod względem zaangażowania pracowników umysłowych w pracę zdalną lub hybrydową uplasowały się Holandia, Wielka Brytania, Luksemburg, RPA, Irlandia i Francja.

Badania The Network i BCG konfrontują skalę pracy zdalnej w naszym kraju z innymi regionami świata. Wynika z nich, że wyglądamy na tym tle bardzo solidnie. Adaptacja pracy zdalnej po wybuchu pandemii była niemal powszechna i wzrosła bardzo znacząco w stosunku do okresu sprzed niej. Szczególnie dotyczy to pracowników biurowych, umysłowych i branży cyfrowej. Na pewno nie uniknięto w tym procesie błędów, a niektóre lekcje były bolesne. Jednocześnie jednak to ogromny potencjał na przyszłość. Wiele firm zostało zmuszonych do zmiany filozofii myślenia o sposobach wykonywania pracy, inne już wdrażają realne zmiany w strategiach, skierowane na stworzenie pracownikom nowych modeli realizacji zadań – mówi Konstancja Zyzik, Talent Acquisition & Capabilities Development Manager w Grupie Pracuj.

Praca zdalna? Tak, ale… głównie hybrydowo

Wyniki prezentowane w raporcie „Decoding global talent” wskazują, że praca zdalna pozostanie z nami na dłużej – a przynajmniej takie są oczekiwania pracowników. Aż 89% respondentów globalnego badania chce mieć dostęp do pracy zdalnej – dominują jednak modele hybrydowe. Wykonywanie obowiązków wyłącznie poza biurem wybrało bowiem 24% respondentów, a w modelach hybrydowych – 64%. Najczęściej preferowaną formą były 2-3 dni pracy zdalnej w tygodniu – wybrała ją blisko połowa badanych.

Badanie Polacy na tle świata Zdalni i elastyczni w pracy 2
Uwaga badaczy: Część danych nie sumuje się do 100% ze względu na zaokrąglenia wyników cząstkowych

Wyniki osiągnięte w Polsce nie odbiegają znacznie od globalnej średniej – nieco wyższy jest udział form hybrydowych (71%), a niższy – osób chcących pracować w przyszłości wyłącznie w biurze lub w pełni zdalnie.

Co ciekawe, są to wyniki zbliżone do prezentowanych w raporcie Pracuj.pl „Rok nowej normalności” – opartych na odpowiedziach użytkowników portalu udzielonych w lutym 2021. Również w tamtym pomiarze aż 87% pracujących zdalnie chciałoby pozostać przy tym modelu po opanowaniu pandemii – ale tylko 13% w modelu w pełni zdalnym, natomiast 75% – w hybrydowym.
Badanie Polacy na tle świata Zdalni i elastyczni w pracy 3

Polacy bardziej elastyczni od innych

Międzynarodowe badanie wykazało, że Polacy ponadprzeciętną orientacją na elastyczne godziny pracy. Co trzeci badany z naszego kraju (32%) chciałby mieć w pełni elastyczne godziny pracy, a tylko 23% – całkowicie sztywny grafik pory wykonywania obowiązków. Dla porównania, średnia globalna dla pełnej elastyczności wyniosła 20%, a dla w pełni sztywnych godzin pracy – 36%.

Zarówno w skali globalnej, jak i w Polsce chęć posiadania elastycznych godzin pracy deklarują najczęściej pracownicy branży digital oraz pracownicy umysłowi – oni najczęściej też wykonują ją w tym modelu obecnie. W drugiej kolejności znaleźli się tradycyjni pracownicy biurowi, a w trzeciej – pracownicy społeczni i fizyczni.
Badanie Polacy na tle świata Zdalni i elastyczni w pracy 4

Nowa rzeczywistość na horyzoncie

Jak przekonują autorzy badania, kryzys i rewolucja wywołana przez COVID-19 skłoniła pracowników do spojrzenia na nowo na ich priorytety w pracy i oczekiwania wobec sposobów jej wykonywania. Dla pracodawców to wyzwanie – powinni się zaadaptować do tej sytuacji, by pozostać konkurencyjnymi w rywalizacji o pracowników. Firmy, które będą sprawnie przystosowywały się do tych oczekiwań, osiągną lepszy wizerunek w oczach kandydatów i przyciągną ich dodatkową uwagę. Dlatego tak ważne jest rozwijanie i ulepszanie strategii pracy hybrydowej, a także ocena wartości i celów firmy w obliczu nowej rzeczywistości.

Eksport słodyczy rok po wybuchu pandemii w Polsce

Branża słodyczy wciąż mierzy się z utrudnieniami wywołanymi przez pandemię COVID-19, ale prognozy dla rynku są optymistyczne. Mimo przeciwności eksport wyrobów cukierniczych odnotował wzrost, a w najbliższych miesiącach do poziomu sprzed epidemii powinna wrócić także krajowa sprzedaż. Z jakimi wyzwaniami muszą mierzyć się producenci i co jeszcze czeka branżę w 2021 roku?

O wpływie epidemii koronawirusa na sprzedaż zagraniczną polskich słodyczy oraz sytuacji branży spożywczej mówi Julita Sipa z firmy Brześć, produkującej wyroby cukiernicze i przekąski.

Pandemia koronawirusa niewątpliwie wpłynęła na funkcjonowanie wszystkich gałęzi przemysłu.mierzyć się m.in.: z utrudnieniami w handlu, kolejnymi obostrzeniami i zmieniającymi się nawykami konsumenckimi, co odbiło się na krajowych wynikach sprzedaży. W 2020 roku sprzedaż spadła o ok. 7 proc. względem roku poprzedniego, generując 6,3 mld EUR zysku[1], ale równocześnie wzrósł eksport towarów. W okresie styczeń-październik przychody ze sprzedaży zagranicznej słodyczy były wyższe o 5 proc. niż w analogicznym okresie 2019 roku i wynosiły 1,8 mld EUR[2]. Polskie słodkości najczęściej trafiają do Niemiec, Czech i Wielkiej Brytanii.

Największe utrudnienia dla branży

Branży słodyczy wciąż doskwierają utrudnienia związane z pandemią, choć sytuacja wygląda lepiej niż rok temu. Doświadczenia ostatnich 12 miesięcy sprawiły, że przedsiębiorcy przywykli do zmieniających się warunków i potrafią lepiej się do nich dostosować, zmniejszyły się też komplikacje związane z transportem lądowym i zamykaniem granic. Aktualnie producenci muszą mierzyć się z obawami klientów przed zbyt wysokimi stanami magazynowymi oraz wzrostem cen transportu kontenerowego, co można było przewidzieć. Już w 2020 roku eksporterzy ponosili większe koszty stawek przewozowych kontenerów, aby wywiązać się z zobowiązań wobec zagranicznych kontrahentów.

Ze względu na odwołanie części zaplanowanych na 2021 roku wydarzeń targowych, kolejnym wyzwaniem stało się również pozyskiwanie nowych kontrahentów. Producenci słodyczy musieli znaleźć inne sposoby nawiązywania kontaktów biznesowych, które coraz częściej opierają się na drodze cyfrowej. Wraz z luzowaniem kolejnych obostrzeń i spadkiem liczby zakażeń można jednak spodziewać się stopniowego powrotu do normalności i przywracania kolejnych stacjonarnych spotkań branżowych.

Optymistyczne prognozy i nowe kierunki eksportu

W przeciwieństwie do początków 2020 roku konsumenci o wiele mniej boją się już o zamknięcie sklepów spożywczych i nie odczuwają potrzeby robienia zapasów „na czarną godzinę”. Zauważalne są coraz częstsze wizyty w sklepach stacjonarnych, a w koszyku nie znajdują się tylko najpotrzebniejsze produkty z długą datą przydatności, ale również te, które jednoznacznie kojarzą się z przyjemnością, jak słodycze. Powolny powrót do nawyków zakupowych sprzed pandemii daje nadzieję na wzrost krajowej sprzedaży słodyczy – według analiz ma ona do 2023 roku osiągnąć 7,6 mld EUR, a największym zainteresowaniem mają cieszyć się ciastka i wyroby ciastkarskie. Prognozy wskazują również, że eksport polskiej żywności wróci do poziomu sprzed kryzysu już w trzecim lub czwartym kwartale 2021 roku[3]. Choć polscy producenci dystrybuują produkty głównie na rynek europejski, najwięcej słodyczy spożywa się w państwach azjatyckich, a dzięki dynamicznemu wzrostowi sprzedaży słodkości, już w 2023 roku region ten stanie się w tym kontekście światowym liderem[4]. Polscy przedsiębiorcy powinni bardziej otwierać się na tamtejsze rynki, dostosowując swój biznes do aktualnych trendów sprzedażowych.

Przede wszystkim, należy też optymistycznie patrzeć w przyszłość – 2021 rok z pewnością przyniesie zarówno wiele wyzwań dla producentów słodyczy, jak i szans na dalszy rozwój biznesu. Szacunki analityków sugerują bowiem nie tylko możliwość odrobienia strat poniesionych w wyniku pandemii COVID-19, ale również generalną poprawę sytuacji rynkowej. Sukces może zapewnić szybkie reagowanie na zmiany na rynku oraz potrzeby konsumentów i odpowiednie dostosowanie się do nich, a także zapewnienie gwarancji najwyższej jakości oferowanych produktów.

[1] Wpływ światowej pandemii koronawirusa na branżę słodyczy, Biuro Strategii i Analiz Międzynarodowych PKO Bank Polski S.A, lipiec 2020.

[2] Polski eksport produktów rolno-spożywczych w okresie styczeń–październik 2020, Biuro Analiz i Strategii Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa, styczeń 2021.

[3] Santander Bank Polska (2020), Szok. I co dalej? Ścieżki eksportu żywności z Polski w czasie recesji wywołanej epidemią COVID-19.

[4] Wpływ światowej pandemii koronawirusa na branżę słodyczy, Biuro Strategii i Analiz Międzynarodowych PKO Bank Polski S.A, lipiec 2020.

Nerwowo na rynku długu USA, nerwowo na złotym

Dolar pnie się powoli do góry, a pomagają mu w tym rentowności 10-latek USA wracające powyżej 1,6 proc. Nie widać jasnej przyczyny sprzedaży obligacji poza nerwowością przed wieczorną decyzją FOMC, podczas gdy dodatkowy czynnik ryzyka może się wiązać z przemówieniem prezydenta Bidena w Kongresie.

Na rynku walutowym odbicie USD i słabość pozostałych walut G10 to przejaw redukcji ryzykownych pozycji. Zmiany nie są duże poza USD/JPY, który jest bardziej wrażliwy na ruchy na rynku długu, toteż skok rentowności o prawie 6 pb do 1,62 proc. jest wystarczających katalizatorem. Posiedzenie FOMC to zawsze potencjalne źródło jastrzębich lub gołębich niespodzianek, nawet jeśli tym razem nie liczymy na wiele. Oczekujemy, że Fed potwierdzi dotychczasowe założenia polityki, co oznacza utrzymanie celu dla stopy rezerw federalnych na 0-0,25 proc. oraz dotychczasowego tempa skupu aktywów na 120 mld/miesiąc. Nie spodziewamy się zmian w forward guidance (brak podwyżki do czasu osiągnięcia stanu pełnego zatrudnienia i stabilizacji inflacji powyżej celu 2 proc.), ale komunikat może wybrzmiewać bardziej pozytywnie z zaznaczeniem poprawy sytuacji w gospodarce. Na konferencji prasowej prezes Powell prawdopodobnie będzie wypytywany o przyszłość skupu aktywów, jednak wątpimy, aby prezes sygnalizował start dyskusji. Zbyt wczesne wskazówki o toczących się rozmowach mogą zaprzepaścić dotychczasowe wysiłki budowy wiarygodnej komunikacji i zaufania do forward guidance. Fed nie powinien ryzykować wyprzedającej reakcji rynków i windowania rentowności pod oczekiwania wyższych stóp procentowych. Zakładamy, że Fed przynajmniej do czerwca wstrzyma się z rozpoczęciem dyskusji o redukcji tempa QE, a sama decyzja o zmniejszeniu miesięcznego wolumenu skupu pojawi się dopiero w grudniu (start procesu w styczniu 2022 r.). Sądzimy, że jest nieco większe ryzyko rozczarowania dla tej części rynku, która liczy na jastrzębie wzmianki, co może pociągnąć w dół rentowności obligacji, a za nimi dolara. Status quo ze strony Fed powinno przywrócić apetyt na ryzyko, co jest dodatkowym argumentem do słabości USD w średnim terminie.

Fed to jednak nie jedyny czynnik ryzyka w środę. Prezydent USA J. Biden ma w Kongresie przedstawić szczegóły programu “American Families Plan”, który ma zawierać zmiany w podatku dochodowym i ulgach podatkowych na dzieci, a także m.in. plan darmowych przedszkoli. Mało wiadomo o kosztach planu, choć zaznacza się, że celem jest zachowanie jego neutralności dla budżetu w połączeniu z zasygnalizowaną w ubiegłym tygodniu podwyżką podatku od zysków kapitałowych. Jeśli rynek będzie powątpiewał w sukces podwyżki podatków dla „dopięcia” planu, może to być pretekst do wzrostu rentowności obligacji skarbowych, dając dolarowi przejściowe wsparcie. Jednak plany fiskalne mają niewielki wpływ ekonomiczny w krótkim terminie (z uwagi na rozłożenie wydatków na lata), stąd ewentualna siła dolara może wyparowywać podobnie, jak to miało miejsce w ubiegły piątek.

Zgodnie z przewidywaniami zaczyna być nerwowo na rynku złotego w ramach odliczania do jutrzejszego orzeczenia TSUE w sprawie kredytów frankowych. Dziś rano EUR/PLN wzrasta do 4,58 i jest najwyżej od trzech tygodni. Budowanie pozycji na wypadek silnej negatywnej reakcji na orzeczenie może przynieść nasilenie presji w ciągu dnia i ruch w kierunku 4,60.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Dekada sztucznej inteligencji w Polsce i na świecie

  • Rozwój technologii z zakresu sztucznej inteligencji (SI) w ciągu ostatnich kilkunastu lat znacznie przyspieszył. Choć nadal nie ustalono jednej, obowiązującej definicji, która najlepiej określa SI, termin ten jest bardzo popularny i szeroko stosowany.
  • Większość państw dostrzega rolę sztucznej inteligencji w całościowym rozwoju społeczno-gospodarczym, dlatego opracowały one własne strategie dotyczące nowych technologii informatycznych. W naszym kraju międzyresortowy zespół przygotował „Politykę Rozwoju Sztucznej Inteligencji w Polsce na lata 2019-2027”. Pod koniec 2020 r. Rada Ministrów przyjęła ostateczną wersję dokumentu „Polityka dla rozwoju sztucznej inteligencji
    w Polsce od 2020 roku”.
  • W latach 2010–2019 w bazie Scopus zidentyfikowano łącznie około 751,2 tysiące prac naukowych związanych z tematyką SI. Każdego roku publikowano coraz więcej prac z tego obszaru.
  • Sztuczna inteligencja stanowi także ważny temat badań polskich naukowców. W latach 2010-2019 nasi badacze zajęli wysokie 6. miejsce w rankingu liczby prac związanych z SI
    w Unii Europejskiej oraz 18. w zestawieniu ogólnoświatowym.
  • Szczegółowe informacje na temat dekady rozwoju sztucznej inteligencji w Polsce i na świecie znajdują się w raporcie „Sztuczna inteligencja a sektor nauki i szkolnictwa wyższego. Przegląd dokumentów strategicznych i osiągnięć na świecie”, który dostępny jest w portalu RAD-on. Publikację przygotowali badacze z Laboratorium Analiz Statystycznych w Ośrodku Przetwarzania Informacji – Państwowym Instytucie Badawczym (OPI PIB), na zlecenie Ministerstwa Edukacji i Nauki (MEiN).

Sztuczna inteligencja wspiera rozwój państw

Sztuczna inteligencja jest uważana za jeden z najważniejszych czynników warunkujących rozwój społeczno-gospodarczy. Technologia ta zwiększa konkurencyjność narodowego przemysłu i pomaga wdrażać innowacyjne narzędzia w wielu obszarach funkcjonowania człowieka. Rolę sztucznej inteligencji dostrzegły także rządy większości państw. Opracowały one własne strategie rozwoju SI. Liderami są USA i Chiny, których technologia jest najbardziej zaawansowana. Dogonienie ich będzie bardzo trudne, dlatego mniejsze państwa skupiają się raczej na wzmocnieniu roli SI w krajowych specjalizacjach i do tego dostosowują programy studiów. Przykładowo, Norwegia kładzie nacisk na rozwój sztucznej inteligencji w przemyśle naftowym, Estonia w informatyzacji usług publicznych,
a Izrael planuje wdrażanie SI na wzór krajowych systemów cyberbezpieczeństwa, które uważane są za jedne z najlepszych.

– Sztuczna inteligencja to szansa na rozwój społeczno-gospodarczy, a jednocześnie ogromne wyzwanie dla wielu sektorów, także dla nauki i szkolnictwa wyższego. Bardzo się cieszę, że jest to ważny temat zainteresowań badawczych polskich naukowców. W rankingu państw Unii Europejskiej znaleźliśmy się na szóstym miejscu pod względem liczby publikacji dotyczących SI – powiedział Przemysław Czarnek, Minister Edukacji i Nauki.
Głównym celem Polski w zakresie sztucznej inteligencji jest wejście do wąskiej grupy 20-25 państw budujących SI na świecie. Zawarte jest to w „Polityce Rozwoju Sztucznej Inteligencji w Polsce na lata 2019-2027”, którą opracował międzyresortowy zespół ekspertów. Dokument zakłada kształcenie specjalistów SI, dostosowanie edukacji do nowych technologii oraz silniejsze wykorzystanie potencjału jednostek naukowych. Na realizację tych celów do 2023 r. rząd przeznaczył z różnych programów 700 mln złotych.

Polska szósta w UE

Do kluczowych czynników rozwoju SI należą wiedza i kompetencje, dane, finansowanie, infrastruktura, standardy techniczne i organizacyjne, kwestie etyczne, wymiar prawny oraz współpraca międzynarodowa.

– Cieszę się, że dokument przyjęty przez polski rząd, kładzie duży nacisk na rozwój wiedzy i kompetencji w zakresie sztucznej inteligencji. Polscy naukowcy w latach 2010-2019 znaleźli się na wysokim szóstym miejscu w rankingu państw Unii Europejskiej pod względem liczby publikacji związanych z SI. Warto podkreślić, że średnia dla UE 28 wynosi 7985. Natomiast, Polacy opublikowali ponad 11 tysięcy prac w analizowanym okresie – mówi dr inż. Jarosław Protasiewicz, dyrektor Ośrodka Przetwarzania Informacji – Państwowego Instytutu Badawczego (OPI PIB).

Niemal co roku w Polsce powstaje coraz więcej prac naukowych z zakresu SI. W 2019 r. opublikowano o ponad 725 publikacji więcej niż w 2010 r. Biorąc natomiast pod uwagę sumaryczną liczbę cytowań w analizowanym okresie, Polska (77 775 cytowań) uplasowała się na 8. miejscu w unijnym oraz na 23. w światowym rankingu. Natomiast kraje duże, jak np. Polska, gorzej wypadają w rankingu, jeżeli uwzględnimy wielkość populacji. Wskaźnik produktywności naukowej, biorący pod uwagę liczbę mieszkańców, faworyzuje małe państwa, takie jak Luksemburg czy Cypr, przeważnie zamykające unijny ranking sumarycznej liczby publikacji.

Produktywność polskich naukowców znacznie przewyższa niemieckich

– Uwzględniając wielkość populacji oraz liczbę naukowców, Polska zajmuje niskie miejsce w europejskich rankingach produktywności. Warto jednak przyjrzeć się wskaźnikowi GERD (gross domestic expenditure on research and development), który informuje o krajowej kwocie brutto przeznaczonej na badania i prace rozwojowe. W Polsce na 1 mld dolarów GERD powstało 145 prac o tematyce SI, plasując nas w połowie unijnego zestawienia. Średnia dla UE wynosi 64. Porównując Polskę z naszym zachodnim sąsiadem, wypadamy zdecydowanie korzystniej. W Niemczech – państwie z drugim co do wielkości dorobkiem publikacyjnym z zakresu SI w Europie – na 1 mld dolarów GERD przypadły zaledwie 34 publikacje z zakresu sztucznej inteligencji. Warto podkreślić, że w 2017 roku Niemcy przeznaczyły prawie 100 miliardów euro na badania i prace rozwojowe, a mimo to zajęły ostatnie miejsce w unijnym rankingu produktywności uwzględniającym wydatki na B+R – mówi dr Marzena Feldy, kierownik Laboratorium Analiz Statystycznych w OPI PIB.

W naszym raporcie zamieściliśmy także wyniki analizy związanej z tematyką prac z zakresu SI. Rezultaty są interesujące i widać pewne różnice pomiędzy naukowcami z Polski i z innych państw UE. Autorzy publikacji naukowych dotyczących SI w UE najczęściej poruszali tematykę związaną z algorytmem genetycznym (10 799 publikacji), przetwarzaniem obrazów (9 518 publikacji), eksploracją danych( 8 901 publikacji) oraz uczeniem głębokim (8 123 publikacje). Natomiast prace polskich naukowców były związane ze sztucznymi sieciami neuronowymi (895 publikacji), przetwarzaniem obrazu (również 895 publikacji), algorytmem genetycznym (723 publikacje) oraz eksploracją danych (600 publikacji).

Polscy naukowcy najczęściej współpracują z ośrodkami z USA

– Wyrażam swoje uznanie dla polskich badaczy, którzy zajmują się sztuczną inteligencją i podejmują współpracę międzynarodową w tym obszarze. To m.in. ich działania przybliża raport „Sztuczna inteligencja a sektor nauki i szkolnictwa wyższego. Przegląd dokumentów strategicznych i osiągnięć na świecie”. Zachęcam do lektury tej publikacji – dodał minister.
W latach 2010-2019 w Polsce opublikowano prawie 3 tysiące publikacji z zakresu SI we współpracy z badaczami z międzynarodowych ośrodków. Prawie jedna piąta współautorskich prac powstała wspólnie z naukowcami ze Stanów Zjednoczonych. Znaczny odsetek takich publikacji zanotowano również w przypadku Kanady (14 proc.) oraz Wielkiej Brytanii (11 proc.). Polskie prace, powstałe we współpracy z zagranicznymi naukowcami, stanowiły 26 proc. w całości ich dorobku publikacyjnego. Warto dodać, że jedna praca, stworzona w międzynarodowym współautorstwie, była cytowana 11 razy, czyli ponad dwa razy częściej niż publikacja autorstwa naukowców z wyłącznie polskich instytucji (5 razy).
Więcej informacji znajduje się w raporcie OPI PIB „Sztuczna inteligencja a sektor nauki i szkolnictwa wyższego. Przegląd dokumentów strategicznych i osiągnięć na świecie”. Publikacja została przygotowana na zlecenie Ministerstwa Edukacji i Nauki.

Raport dostępny jest w portalu RAD-on: https://radon.nauka.gov.pl/analizy/strategieSI.

Szykuje się nowelizacja Kodeksu Cywilnego. Będzie łatwiej uzyskać zadośćuczynienie za naruszenie więzi rodzinnych

Szykuje się nowelizacja Kodeksu Cywilnego, zgodnie z którą ma zostać wprowadzony artykuł 4462 precyzujący zasady uzyskiwania odszkodowania w razie ciężkiego i trwałego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia u członka najbliższej rodziny. Projekt został skierowany przez Prezydenta. Jak oceniają eksperci, nowy zapis powinien rozwiać wątpliwości w kontekście przyznawania odszkodowań. Propozycję komentuje dr Joanna Uchańska, partner kancelarii Chałas i Wspólnicy.

Projekt art. 4462KC:
„W razie ciężkiego i trwałego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia, skutkującego niemożnością nawiązania lub kontynuowania więzi rodzinnej, sąd może przyznać najbliższym członkom rodziny poszkodowanego odpowiednią sumę tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę”.

– Wskazany projekt, mam nadzieję, powinien rozwiać wątpliwości w zakresie przyznania zadośćuczynienia za krzywdę bliskich związaną np. ze śpiączką pourazową lub stanem wegetatywnym członka rodziny, kiedy dochodzi do niemożności nawiązania lub kontynuowania więzi rodzinnej z poszkodowanym, z powodu wyrządzenia u niego właśnie trwałego i ciężkiego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia. Praktyka procesowa wskazuje, że dotychczas stosowano art. 448 lub art. 446 § 4 k.c., traktując ten drugi rozszerzająco, czy wykładając poprzez analogię. Przy czym niektóre sądy oddalały roszczenia w tym zakresie twierdząc, że ustawowa podstawa do zasądzenia zadośćuczynienia nie istnieje w kodeksie. Rozbieżność ujawniła się także całkiem niedawno na poziomie orzeczeń Sądu Najwyższego. Chociaż, w mojej ocenie, wykładania na zasadzie analogii była możliwa (interpretacja przepisów w ich szerszej systematyce na to pozwalała), to nie ulega wątpliwości, że taki jasny przepis będzie niezwykle cenny przede wszystkim dla bliskich. Wyraźnie uznano, że zerwane więzi rodzinne w takich sprawach zasługują na szczególną ochronę i w końcu zadośćuczynienie – komentuje dr Joanna Uchańska, partner kancelarii Chałas i Wspólnicy.

Rozbieżność istniała nawet w orzecznictwie Sądu Najwyższego, kiedy raz uznawano, że taka krzywda podlega zadośćuczynieniu (np. (III CZP 36/17, III CZP 60/17, III CZP 69/17 – uchwały SN z 27.03.2018), a raz, że brak podstawy prawnej do zasądzenia odpowiedniej sumy (tak w uchwale z 22.10.2020r., I NSNZP 2/19).

Zadośćuczynienie ma przysługiwać wyłącznie najbliższym członkom rodziny poszkodowanego i będzie dotyczyć przypadków uszczerbków 8najcięższych oraz nieodwracalnych.

– W projekcie podkreślono priorytet ochrony rodziny w rozumieniu art. 18 Konstytucji RP i zasady równości wobec prawa i zasady zaufania obywateli do państwa. Zwrócić można uwagę, że projektowany przepis nawiązuje do „członka najbliższej rodziny”, o którym mowa w art. 446 § 4 k.c., zaś w art. 448 zadośćuczynienie za naruszenie dobra osobistego przysługuje szerszemu gronu osób. W kwestii pojęcia „najbliższego członka rodziny” istnieje jednak szerokie i ugruntowane orzecznictwo mówiące o trwałych, silny i emocjonalnych więziach. Przykładowo już w 1969 r. SN uznał za najbliższego członka rodziny macochę i pasierba – dodaje dr Uchańska.

Przepis ma znaleźć także zastosowanie do roszczeń ze zdarzeń powstałych przed dniem wejście w życie ustawy, ale nieprzedawnionych w dniu wejścia ustawy w życie zgodnie z art. 442′ k.c.

Deloitte: Uregulowanie sytuacji firm rodzinnych jest istotne ze względu na długoterminowy interes publiczny

Powstanie fundacji rodzinnych przyczyni się do akumulacji kapitału w Polsce, ale kluczowe dla większości fundatorów jest zapewnienie jak największej swobody regulowania stosunków wewnętrznych tych podmiotów, co pozwoli usprawnić proces sukcesji. Jak przekonują eksperci Deloitte, niezbędne byłoby też takie ukształtowanie zasad opodatkowania, by nie były one mniej korzystne niż przy prowadzeniu działalności w formie spółki kapitałowej. W związku z trwającymi konsultacjami społecznymi projektu ustawy o fundacjach rodzinnych, ogłoszonego 22 marca 2021 r., firma doradcza przedstawiła Ministerstwu Rozwoju Pracy i Technologii swoje uwagi, propozycje, a także spostrzeżenia związane z proponowanymi przepisami.

Fundacja rodzinna daje realną szansę na utrzymanie polskich firm rodzinnych w rękach najbliższych. Jest to projekt niezwykle istotny również z perspektywy długoterminowego interesu publicznego. Taka forma sukcesji zachęca do akumulacji kapitału w Polsce i ją znacząco ułatwia. Warunkiem popularności tego instrumentu będzie jednak możliwość elastycznego kształtowania roli rodziny. To fundator powinien decydować, czy członkowie rodziny mają jedynie pełnić rolę nieangażujących się beneficjentów, czy raczej zasiadając w organach fundacji, będą wpływać na realizację celów biznesowych firmy – mówi Tadeusz Dulian, starszy menedżer, doradca firm rodzinnych, Deloitte Private.

Wprowadzenie instytucji fundacji rodzinnych będzie miało bardzo pozytywne skutki dla całej gospodarki, jak i dla rynku pracy. W ten sposób to w Polsce będą zlokalizowane główne biura (head offices) wciąż rozwijających się firm rodzinnych, a to oznacza więcej dobrze płatnych miejsc pracy, jak również szansę na rozwój dla miejscowych kontrahentów tych podmiotów.

Zdaniem ekspertów Deloitte, jeśli nie zostaną wprowadzone odpowiednie zmiany, obecna treść projektu ustawy może zniechęcać bardzo wielu właścicieli do założenia swoich fundacji w Polsce.

Wielu potencjalnych założycieli polskich fundacji rodzinnych z niecierpliwością czekało na projekt. Wejście w życie ustawy, która nie będzie należycie adresować ich potrzeb, może wręcz doprowadzić do zwiększenia liczby fundacji rodzinnych zakładanych przez polskich przedsiębiorców za granicą. Ci z nich, którzy w ogóle nie zdecydują się na ich założenie, najprawdopodobniej przeprowadzą sukcesję w innej formie – mówi Łukasz Żuławiński, radca prawny, menedżer w kancelarii Deloitte Legal.

Sukcesja biznesu w innej formie niż fundacja rodzinna wiąże się ze znacznie wyższym ryzykiem utraty rodzinnego charakteru firmy, rozproszenia kapitału i zbycia udziałów na rzecz osób trzecich, dlatego dla przedstawicieli firm rodzinnych tak ważna jest ustawa o fundacji rodzinnej. – Wielu naszych klientów oraz my sami wiążemy duże nadzieje z przygotowanym przez rząd projektem ustawy o fundacji rodzinnej, dlatego złożyliśmy nasze uwagi do jego zapisów. Naszym zdaniem ich uwzględnienie pozwoliłoby zwiększyć popularność takich instytucji – dodaje Maciej Guzek, doradca podatkowy, dyrektor w dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Zbyt sztywne regulacje

Według ekspertów z kancelarii Deloitte Legal największą barierą proponowanej ustawy są bardzo sztywno uregulowane wewnętrzne zasady funkcjonowania fundacji rodzinnej. Tymczasem, dla absolutnej większości firm kluczowa jest jak największa swoboda w tym zakresie, co pozwoliłoby na dostosowanie zasad funkcjonowania fundacji do potrzeb rodzin, które będą je zakładać. – Z doświadczenia wiemy, że nie ma jednej recepty dla firm rodzinnych. Gdy myślimy o tym, że zetknęliśmy się już ze wszystkimi sytuacjami, to za chwilę kolejny klient nas przekonuje, że się myliliśmy, bo jego potrzeby są inne. Dlatego też naszym zdaniem narzucanie fundatorom jedynej słusznej drogi może ich zniechęcić – uważa Robert Uhl, adwokat, partner, Deloitte Legal.

Potrzeba zmiany zasad opodatkowania

Eksperci podatkowi Deloitte zwracają natomiast uwagę, że projekt nie tylko nie przewiduje żadnych istotnych preferencji podatkowych dla fundacji rodzinnej, ale również jest mniej korzystny podatkowo niż prowadzenie działalności gospodarczej w formie spółki kapitałowej.

Z perspektywy długoterminowego interesu publicznego sukcesja polegająca na utworzeniu fundacji rodzinnej jest zdecydowanie bardziej korzystna niż przekazanie praw udziałowych do firmy w formie darowizny czy też testamentu. Wydaje się, że pewne zachęty fiskalne, gwarantujące przynajmniej tak korzystny poziom opodatkowania jak w wyjściowej firmie, byłyby uzasadnione – podkreśla Michał Lejman, doradca podatkowy, dyrektor w dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Uwagi przesłane do Ministerstwa Rozwoju Pracy i Technologii przez Deloitte są w ocenie ekspertów firmy kluczowe, a ich wprowadzenie może w ostateczności przesądzić o decyzji dotyczącej utworzenia fundacji rodzinnej przez większość polskich przedsiębiorców. Dzięki temu ten instrument prawny będzie znacznie bardziej atrakcyjny i zachęci polskie firmy rodzinne do skorzystania z tego rozwiązania.

Paczkomaty zmniejszają ślad węglowy. Warto o nie powalczyć

Paczkomaty są rewolucyjnym rozwiązaniem dostawy towarów – niwelują ruch samochodowy w mieście, przyczyniają się do zmniejszenia smogu i emisji CO2, uwalniają nas od kolejek na poczcie i oczekiwania na kuriera pod drzwiami. Dla gospodarki to bardzo ważne narzędzie – szczególnie, że w minionym roku aktywność Polaków w zakupach online wzrosła o 26%. Dane te podaje TOR podkreślając, że jest to jeden z lepszych wyników na świecie. Z coraz większą ilością zakupów przez internet wzrasta potrzeba na kolejne paczkomaty, ustawiane w dogodnych i dostępnych dla klientów miejscach. Jeden zlikwidowany paczkomat to koszt ekologiczny równy zlikwidowaniu elektrycznego autobusu i zastąpienia go spalinowym. Paczkomat zdejmuje ze śladu węglowego paczki prawie 250 gram CO2 – który byłby wyemitowany, gdyby dostarczył ją kurier. Jest więc o co walczyć. Automaty paczkowe powinny stać się po prostu kolejnym elementem miejskiej infrastruktury i krajobrazu – takim jak bankomaty, biletomaty czy niegdyś budki telefoniczne. Dlatego samorządy powinny współpracować z podmiotami prywatnymi, np. w trakcie tworzenia projektów przebudowy przestrzeni.

– Mamy na obecnie 11 tysięcy paczkomatów, a ta liczba wzrasta i będzie wzrastać. Pojawiły się jednak rozbieżne zdania związane z lokalizacją urządzeń – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, prezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Jesteśmy za tym, by bronić paczkomatów. Nawołujemy więc do dialogu między firmami, które je stawiają, a samorządami, spółdzielniami mieszkaniowymi i samymi mieszkańcami. Jeżeli wypchniemy paczkomaty dalej, ludzie będą musieli wsiąść do samochodu, by odebrać z nich paczkę. Wtedy efekt ekologiczny znika. Każdy zlikwidowany paczkomat to w danej lokalizacji około 13 pojazdów z kurierami więcej w ciągu doby. Uważamy, że samorządom i mieszkańcom powinno zależeć na paczkomatach w ich okolicy. Nawołujemy więc do dialogu z firmami, które paczkomaty stawiają – by wszystkie strony zyskały to, co najlepsze na tym efektywnym i ekologicznym systemie dostaw. Automaty przesyłkowe muszą stać się pełnoprawną częścią miejskiej infrastruktury – uwzględnianej w projektach architektonicznych i urbanistycznych. Aktywna współpraca z firmami oferującymi tego typu urządzenia powinna stać się stałym zadaniem miejskich samorządów – apeluje Furgalski.

Vercom pozyskał w Ofercie 180 mln zł. Redukcja zapisów w transzy detalicznej wyniosła 92,4 proc.

Spółka Vercom przydzieliła akcje oferowane w publicznej ofercie akcji. Cena emisyjna została ustalona na 45,00 zł, co oznacza, że do spółki trafi 180 mln zł, a wartość całej oferty wyniosła 225 mln zł. Oferta Vercom cieszyła się bardzo dużym zainteresowaniem wśród inwestorów, w wyniku czego redukcja w transzy detalicznej wyniosła 92,4 proc.

Oferta Vercom objęła 4.000.000 nowo emitowanych akcji serii D, a także 1.000.000 akcji istniejących zbywanych przez założycieli, stanowiących 6,91 proc. kapitału spółki. Zgodnie z dokonanym przydziałem, w transzy inwestorów indywidualnych znalazło się 600.000 akcji, stanowiących 12 proc. sprzedawanych akcji, a pozostałe 4.400.000 akcji przydzielono inwestorom instytucjonalnym.

– Chciałbym serdecznie podziękować wszystkim inwestorom za wzięcie udziału w naszej ofercie, za poświęcony czas oraz za zaufanie, dzięki któremu będziemy mogli wspólnie rozwijać spółkę Vercom w przyszłości. Jestem zadowolony z przeprowadzonego IPO, które cieszyło się bardzo dużym zainteresowaniem zarówno inwestorów instytucjonalnych jak i indywidualnych. Popyt w obu transzach był tak duży, że znacznie przewyższał dostępną ilość akcji. – komentuje Krzysztof Szyszka, prezes zarządu Vercom.

W transzy detalicznej inwestorzy złożyli łącznie około 5,9 tys. zapisów na 7,9 mln akcji, w wyniku czego średnia stopa redukcji wyniosła około 92,4 proc. Wartość całej oferty wyniosła 225 mln zł, a Spółka pozyskała kwotę 180 mln zł, które przeznaczy w całości na akwizycje.

– W stu procentach zrealizowaliśmy nasz cel i pozyskaliśmy zakładaną kwotę, która umożliwi nam budowę pozycji lidera na rynku usług CPaaS w regionie CEE. Liczymy na długoterminową współpracę z inwestorami. Głęboko wierzymy, że dzięki środkom pozyskanym z IPO będziemy w stanie wspólnie budować wartość Vercom. Teraz koncentrujemy się na dogłębnej analizie i wyborze tych podmiotów, które najlepiej wpisują się w naszą strategię. Czeka nas bardzo intensywny okres, a pierwszych akwizycji należy spodziewać się w ciągu najbliższych miesięcy. – dodaje Tomasz Pakulski, członek zarządu Vercom.

Silniki diesela w odwrocie – widoczny od kilku lat trend stał się faktem

Wg. danych ACEA jeszcze w 2016 roku nowe auta z silnikiem diesla szczyciły się największą liczbą rejestracji w EU, a ich udział sięgał blisko połowy rejestracji nowych aut. Tymczasem po pięciu latach diesel został zepchnięty na trzecie miejsce.

W I kwartale 2021 roku wyprzedziły go auta z silnikiem benzynowym i hybrydowym. Auta z napędem benzynowym na razie znajdują się na podium, chociaż prawdopodobnie w perspektywie kolejnych 5 lat znajdą się za autami hybrydowymi – twierdzi Piotr Korab, CMO autobaza.pl.
Skoro wystarczyło 5 lat na zepchnięcie diesla z podium na trzecie miejsce, to co będzie za kolejne 5 lat…? Czyżby miały go prześcignąć nawet elektryki (ECV)?

Auta spalinowe wspomagane silnikiem elektrycznym, tzw. hybrydy HEV oraz auta spalinowe wspomagane silnikiem elektrycznym ładowanym zewnętrznie tzw. hybrydy PHEV zwiększyły swój udział w rynku w I kwartale 2021, skutecznie wyprzedzając diesla.
Mają one łączny udział 26,6% (HEV – 18,4%, PHEV – 8,2% ) w rejestracjach nowych aut w I kwartale 2021 roku, podczas gdy udział diesla wynosi już mniej niż 1/4 wszystkich rejestracji – bo 23,2%. Tym samym hybrydy zepchnęły diesla na trzecie miejsce, jeżeli chodzi o udział w rejestracji nowych aut w podziale na rodzaj napędu.

Diesel traci drugą pozycję wśród najchętniej kupowanych nowych aut

Różnica ta nie jest duża, bo wynosi 3,4 p.p. Jednak Piotr Korab, CMO autobaza.pl twierdzi, że marne są szanse, aby diesel powrócił na drugie miejsce. Do końca roku ta przewaga może się jeszcze powiększyć.

Jak wynika z danych ACEA, największy boom w UE na alternatywne napędy miał miejsce w 2020 roku. Wtedy to hybrydy prawie podwoiły swoją liczbę w stosunku do 2019 roku, a auta elektryczne ją potroiły.

Transformacja elektromobilna trwa, a jej efekty pokazują dane za I kwartał 2021 roku. Nawet pandemia nie jest w stanie zatrzymać tego trendu.

Kogo szukają firmy produkcyjne? Tych pracowników potrzeba najbardziej

Branża produkcyjna wciąż odczuwa skutki epidemii COVID-19 – według najnowszych danych GUS na przełomie roku doszło do spadku produkcji o około 5 proc. Jednocześnie większość pracowników deklaruje, że ich sytuacja zawodowa nie pogorszyła się (52%), a 37% ekspertów nawet dostało podwyżkę – wynika z badania firmy rekrutacyjnej i outsourcingowej Devire.

Wybuch epidemii przyniósł wiele wyzwań firmom produkcyjnym. Po upływie roku od tego momentu możemy stwierdzić kto stracił, a kto zyskał podczas tego kryzysu. Negatywne skutki odczuła przede wszystkim branża automotive i branża lotnicza. Obecnie najlepiej na rynku radzą sobie firmy produkcyjne z sektora dóbr konsumenckich, a przede wszystkim producenci kosmetyków, artykułów higienicznych i chemii gospodarczej. Stabilna jest również sytuacja produkcji artykułów spożywczych, a zwłaszcza produktów trwałych. Niestety, w gorszym położeniu znajdują się wciąż firmy produkujące dla kanału HORECA. Utrzymujące się obostrzenia dla branży gastronomicznej również niekorzystnie wpływają na jej dostawców – czyli producentów żywności.

Zmiany na rynku pracy

Pomimo tego, że pierwsza reakcja branży na wiosenny lockdown przyniosła liczne redukcje zatrudnienia i wstrzymane rekrutacje, to w drugiej połowie roku firmy powróciły do realizacji swoich planów zatrudnienia. Jak wynika z II edycji badania Devire – „Rynek Zmiany Pracy”, co trzeci badany zmienił pracę w ubiegłym roku (35% wskazań), a już co 2 osoba chciałaby zmienić pracę w 2021 roku (49% respondentów). Na podstawie tych danych można stwierdzić, że dynamika rynku pracy nie maleje.

Poszukiwani eksperci – kto w produkcji nie musi martwić się o pracę?

Największy popyt obserwujemy na stanowiska związane z utrzymaniem ruchu i wdrażaniem Lean. W wyniku postępującej automatyzacji produkcji oraz poszukiwania optymalizacji w fabrykach, niezmiennie od kilku lat firmy zgłaszają zapotrzebowanie na pozycję Inżyniera Automatyka, Kierownika Utrzymania Ruchu i Specjalistę ds. Lean Manufacturing. Popularnym stanowiskiem jest także jedna z podstawowych ról w każdym zakładzie produkcyjnym: Kierownik Zmiany Produkcyjnej. Przyczyną jest otwieranie nowych linii produkcyjnych, ale też silna potrzeba rozwiniętych kompetencji menadżerskich na tych stanowisku w organizacjach. W ostatnim czasie pracodawcy często poszukują również Specjalistów ds. BHP i Ochrony Środowiska, Planistów Produkcyjnych, Inżynierów Procesu i Inżynierów Jakości.

Firmy produkcyjne, które odnotowały wzrost w zeszłym roku poszukują Specjalistów ds. Wdrożeń Nowych Produktów i Kierowników Projektów specjalizujących się w projektach inwestycyjnych. Dotyczy to przede wszystkim firm z branży dóbr konsumenckich.

Lista 10 najczęściej poszukiwanych stanowisk w branży produkcyjnej wraz z wynagrodzeniem. Źródło Devire, „Przegląd Wynagrodzeń 2021”.

  1. Inżynier Automatyk (5500 – 11000 PLN brutto)
  2. Specjalista ds. Lean Manufacturing (7000 – 10000 PLN brutto)
  3. Kierownik Utrzymania Ruchu (9000 – 16000 PLN brutto)
  4. Kierownik Zmiany Produkcyjnej (5500 – 85000 PLN brutto)
  5. Specjalista ds. Planowania Produkcji (5500 – 9500 PLN brutto)
  6. Specjalista ds. Rozwoju Nowych Produktów (5500 – 11000 PLN brutto)
  7. Inżynier Procesu (6000 – 9500 PLN brutto)
  8. Specjalista ds. BHP i Ochrony Środowiska (5500 – 10000 PLN brutto)
  9. Kierownik Projektów Inwestycyjnych (9500 – 18000 PLN brutto)
  10. Inżynier Jakości (6000 -9500 PLN brutto).

Autor: Agata Górska, lider zespołu rekrutacyjnego w obszarze inżynierii i produkcji w firmie Devire.

Praca zdalna coraz bardziej efektywna dzięki rozwojowi nowych technologii

W dobie pandemii wiele firm zrozumiało, że technologia jest sprzymierzeńcem, a nie przeciwnikiem pracowników – umożliwia szybsze wykonywanie codziennych zadań, rejestruje każdą czynność i niweluje podziały między zespołami, a co więcej – pozwala działać efektywnie także w modelu rozproszonym. Zapraszamy do poznania przykładów technologii, które usprawniają codzienną pracę.

SkillWorx – bezdotykowe korzystanie z informacji

Projekt nagrodzony podczas III. Kongresu MIT Sloan Management Review w kategorii “technologia i rynek”, dedykowany branży przemysłowej a konkretniej: serwisantom, monterom, kontrolerom jakości oraz pracownikom magazynów. Dzięki wykorzystaniu nowoczesnych rozwiązań, pracownik może za pomocą komend głosowych wyświetlić pożądane informacje na specjalnym, przemysłowym tablecie dołączonym np. do kasku – treści wyświetlane są przed oczami pracownika. Lekkość urządzenia oraz ergonomia interfejsu zapewniają maksymalny komfort użytkowania bez bólu pleców czy zmęczenia oka.

Jira i inne rozwiązania Atlassian

System Jira to przykład oprogramowania, które umożliwia przejrzysty wgląd do zadań i projektów niezależnie od tego, czy pracownicy mają ze sobą bezpośredni kontakt – jeśli korzystają z systemu na co dzień, praca zdalna nie stanowi żadnej bariery komunikacyjnej. Zespoły działają na wspólnym projekcie, podzielonym na zadania przypisane do konkretnych osób – w formatce zadania określane są najważniejsze informacje takie jak np. data, do której zadanie musi być wykonane; opis zadania zawierający główne wytyczne, załączniki niezbędne do jego realizacji czy np. koszt wykonania (jeśli zadanie wymaga skorzystania z usług zewnętrznych). Jira umożliwia skonfigurowanie projektów i zadań tak, aby odpowiadało potrzebom firmy i/lub konkretnego działu/zespołu. Jira działa w przeglądarce niezależnie od tego, czy użytkownik jest podpięty pod VPN, czy nie. Interfejs systemu nie zawiera obciążających ani spowalniających elementów graficznych.

E-podpis

Podpisywanie dokumentów w czasie pracy z domu może być naprawdę uciążliwe. Jeżdżenie do biura tylko po to, żeby złożyć podpis albo co gorsza, wymiana dokumentów między stronami drogą pocztową, nie są najbardziej optymalnym sposobem działania. Na szczęście dostępnych jest coraz więcej rozwiązań umożliwiających e-podpis dokumentów – w dodatku można je zintegrować z systemem do zarządzania pracą. Wspominaliśmy wcześniej o oprogramowaniu Jira, które jest jednym z najpopularniejszych rozwiązań do zarządzania zadaniami – generowanie dokumentów i dodawanie e-podpisu z tego środowiska jest jak najbardziej możliwe do wdrożenia, choć wymaga doświadczonego zespołu i dedykowanych prac programistycznych.

Działanie w chmurze

Kolejnym sposobem na poradzenie sobie z pracą zdalną jest skorzystanie z platform chmurowych. Jedną z opcji jest Amazon WorkSpace – przestrzeń do pracy funkcjonująca w 100% w chmurze marki Amazon, którą można bardzo szybko skonfigurować i dostarczyć pracownikom; rozwiązanie można dostosować do ilości pracowników i innych podstawowych wymagań, jakie ma pracodawca.

Wszystkie wymienione rozwiązania (i wiele więcej) wdraża dla klientów krajowych i zagranicznych, polska firma informatyczna Transition Technologies PSC. Zajrzyj na stronę i dowiedz się więcej: https://ttpsc.com/pl/