Polacy nie wierzą statystykom podawanym przez Ministerstwo Zdrowia

Zaledwie 16 proc. badanych deklaruje, że wierzy w statystyki zawarte w regularnych raportach Ministerstwa Zdrowia dotyczących nowych rozpoznanych przypadków COVID-19 – wynika z najnowszego badania omnibusowego, zrealizowanego przez agencję SW Research.

W ostatnim tygodniu powstało wiele kontrowersji wokół dziennej liczby zachorowań na COVID-19 raportowanej przez Ministerstwo Zdrowia.  Jednym z powodów są zastanawiające istotne wahania statystyk w stosunkowo krótkim czasie. Przykładowo w dniach 28 i 29 listopada było między ok. 11, a 16 tys. nowych przypadków, w kolejnych dwóch dniach zaledwie ok.  6-9 tys.  zachorowań, a między 2. a 4. grudnia ta liczba wróciła do poprzedniego poziomu ok. 12-14 tys. wykrytych przypadków. Warto wspomnieć, że w tym czasie nie dokonano żadnych zmian w obostrzeniach czy zaleceniach GIS czy Sanepidu, a liczba dziennie wykonywanych testów utrzymywała się w tym czasie na podobnym poziomie. Co więcej, dotychczasowe dane Ministerstwa Zdrowia zostały skutecznie zakwestionowane przez p. Michała Rogalskiego, 19-letniego studenta, twórcy najbardziej kompletnego arkusza danych o epidemii  „COVID-19 w Polsce”.

Wyżej wymienione zjawiska mogły mieć istotny wpływ na odbiór publikowanych danych w całym społeczeństwa. Jak pokazują najnowsze badania SW Research,  co drugi Polak (52 proc.) nie wierzy w dzienne raporty Ministerstwa Zdrowia, co trzeci (32 proc) nie ma wyrobionej opinii, a zaledwie co szósty (16 proc.) jest przekonany o prawdziwości danych o zakażeniach. Najbardziej nieufni są najmłodsi uczestnicy życia społecznego – w grupie 18-24 latków nieufnych jest 54 proc, a wśród 25-34 latków już 57 proc. Najbardziej sceptyczni są mieszkańcy średnich miast – wśród mieszkańców miejscowości 100-200 tys. mieszkańców 57 proc. nie wierzy w dane Ministerstwa, a miastach 200-500 tys. mieszkańców ten poziom wynosi 55 proc.

IP Ministerstwo dane

PKN ORLEN wyemituje obligacje z najniższym oprocentowaniem w historii Koncernu

PKN ORLEN zakończył budowanie książki popytu i jeszcze w tym roku przeprowadzi emisję obligacji o wartości 1 mld zł i marży na poziomie 90 punktów bazowych ponad  6-miesięczny Wibor. Koncern uzyskał bardzo korzystne warunki finansowania – najniższe oprocentowanie w historii spółki i jednocześnie najniższą marżę od czasu kryzysu finansowego w 2008 roku. Będzie to również pierwsza w historii Europy Środkowej emisja korporacyjnych obligacji zrównoważonych, których oprocentowanie będzie oparte na niezależnym ratingu ESG, czyli ocenie zaangażowania emitenta w obszarze zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialnego biznesu. Środki z emisji zostaną przeznaczone m.in. na bieżące projekty inwestycyjne, zgodne z przyjętą strategią osiągnięcia przez koncern neutralności emisyjnej do 2050 r.

Skierowana do inwestorów kwalifikowanych emisja spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem ze strony uczestników rynku kapitałowego. Zapisy na obligacje PKN ORLEN złożyły 54 podmioty. Łączna wartość zapisów wyniosła 2,2 mld zł, co oznacza ponad 2-krotną nadsubskrypcję.

– Odnotowaliśmy bardzo duże zainteresowanie inwestorów, pomimo tak niestabilnego dla rynku kapitałowego okresu, wywołanego pandemią COVID-19. Jest to dla nas wyraźny sygnał, świadczący o słuszności przyjętych kierunków rozwoju i podejmowanych przez PKN ORLEN działań biznesowych. Potwierdzeniem tego jest również kurs naszych akcji, który od ogłoszenia nowej strategii wzrósł o blisko 20%, a od październikowego minimum o ponad 60%. Jesteśmy też dumni z faktu, że jako pierwsza firma w Europie Środkowej wyemitujemy obligacje oparte na ratingu ESG. Aktywnie uczestniczymy w transformacji energetycznej, postrzegając ten proces nie tylko przez pryzmat wyzwań, ale przede wszystkim szansy na dalszy, zrównoważony rozwój PKN ORLEN. Zgodnie z naszą długoterminową strategią, realizujemy ambitne projekty, które umożliwią nam osiągnięcie neutralności emisyjnej do 2050 roku. Jesteśmy wiarygodnym i stabilnym partnerem, prowadzimy nowoczesny biznes, dlatego finansowanie inwestycji będzie opierać się m.in. na środkach pochodzących z emisji obligacji zrównoważonego rozwoju – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Koncern wyemituje na rynku polskim obligacje na okaziciela z 5-letnim okresem zapadalności. Emisja przeprowadzona będzie w ramach umowy istniejącego krajowego programu emisji obligacji spółki. Obligacje zostaną wprowadzone do obrotu w alternatywnym systemie obrotu prowadzonym przez GPW. Do emisji zostaną wprowadzone elementy ESG. Poziom marży uzależniony będzie od ratingu ESG nadawanego przez agencję MSCI.

PKN ORLEN konsekwentnie dąży do neutralności ekologicznej, efektywności energetycznej i wysokich standardów bezpieczeństwa. Rosnące kompetencje koncernu w obszarze ESG odzwierciedla poprawa oceny ratingowej agencji Sustainaltytics z 2020 r. PKN ORLEN uplasował się na piątej pozycji spośród 86 firm z segmentu Oil & Gas Refining and Marketing (kategoria Refiners & Pipelines). Jednocześnie koncern awansował do kategorii ocen „Medium Risk” (w 2019 r. znajdował się w kategorii „High Risk”), dla której istnieje średnie ryzyko wystąpienia negatywnych skutków finansowych ze względu na czynnik ESG).

Zrównoważony rozwój i odpowiedzialny biznes to kluczowe elementy strategii neutralności emisyjnej spółki do 2050 r. W ramach jej realizacji, na początku września br. PKN ORLEN zadeklarował do 2030 r. redukcję emisji CO2 o 20% z obecnych aktywów rafineryjnych i petrochemicznych oraz o 33% CO2/MWh z produkcji energii elektrycznej. Zgodnie z założeniami, inwestycje realizowane w ramach strategii neutralności emisyjnej będą współfinasowane m.in. poprzez obligacje zrównoważonego rozwoju i zielone obligacje emitowane przez PKN ORLEN na europejskim rynku kapitałowym.

Ailleron przyspiesza rozwój – wydziela i znacząco dokapitalizowuje Software Mind wraz z Enterprise Investors

Spółka Ailleron podpisała z Polish Enterprise Fund VIII, funduszem private equity zarządzanym przez Enterprise Investors (EI) przedwstępną umowę sprzedaży udziałów i inwestycji w Software Mind. Transakcja zakłada wydzielenie całego segmentu działalności Ailleron – Enterprise Services do spółki Software Mind (po uzyskaniu zgody walnego zgromadzenia akcjonariuszy Ailleron). Wartość wydzielonej części biznesu została wyceniona na 150 mln zł (221 mln po wniesieniu środków). Enterprise Investors odkupi od Ailleron za 40 mln zł 26,7% akcji Software Mind, a następnie dokapitalizuje spółkę kwotą 71 mln zł, co zwiększy udział funduszu do 50,2%.

Enterprise Investors to jedna z największych firm private equity w Europie Środkowo-Wschodniej. Swoją działalność rozpoczęła w 1990 roku i od tego czasu utworzyła dziewięć funduszy o łącznym kapitale przekraczającym 2,5 miliarda EUR. Fundusze EI zainwestowały 2 miliardy EUR w 146 spółek działających w różnych sektorach gospodarki oraz zakończyły inwestycje w 134 spółkach, uzyskując przychody brutto w wysokości 4,1 miliarda EUR. Do tej pory zarządzane przez Enterprise Investors fundusze zainwestowały 112,5 mln EUR w 17 spółek z branży IT, takich jak m.in. AVG Technologies, BLStream czy intive.

Segment Enterprise Services odpowiada za kompleksowe usługi budowy, rozwoju i utrzymania dedykowanych systemów informatycznych dla branży finansowej, telekomunikacyjnej oraz „jednorożców” z Doliny Krzemowej. Spółka nawiązuje z klientami długoterminowe partnerstwa, pomagając skalować dynamicznie rozwijające się biznesy. Segment może poszczycić się bogatymi doświadczeniami związanymi ze wspieraniem procesów cyfrowej transformacji firm na całym świecie budując wspólnie z klientami zespoły badawczo-rozwojowe. Zakres świadczonych usług obejmuje całe spektrum potrzeb klientów chcących przetransformować swoje organizacje i dostosować sposób oferowania produktów do nowoczesnych kanałów elektronicznych. Enterprise Services współpracuje z wieloma klientami na całym świecie m.in. w krajach takich jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Szwajcaria czy Skandynawia. Ponadto aktywnie wspiera największych operatorów sieci komórkowy w Polsce oraz kilkunastu poza granicami kraju.

Celem działań podjętych przez Grupę Ailleron jest dalszy rozwój części usługowej oraz produktowej jako niezależnie działających podmiotów z jasno zdefiniowanymi, indywidualnymi strategiami działania. Pod marką Ailleron rozwijany będzie obszar działalności o charakterze produktowym, skupiony obecnie w ramach dywizji FinTech. Software Mind natomiast rozwijał będzie działalność o charakterze usługowym obejmującą swoim zakresem obszar rozwijany przez dywizję Enterprise Services. Ailleron w segmencie FinTech dostarcza m.in. systemy bankowości internetowej i mobilnej, zdalne kanały obsługi klientów z wykorzystaniem wideokomunikacji, oferujące najnowsze technologie i rozwiązania wspierające sprzedaż produktów finansowych i leasingowych.

Prowadzenie wspólnego przedsięwzięcia z EI będzie skutkowało efektywniejszym wykorzystaniem potencjału Spółki w celu dalszego dynamicznego rozwoju segmentu Enterprise Services w działalności grupy kapitałowej, co wpłynie na jeszcze lepsze wyniki w efekcie ich konsolidacji na poziomie Grupy Ailleron.

–  Obszar Enterprise Services odnotowuje od wielu lat dynamiczny wzrost organiczny poprzez rozwój współpracy z dotychczasowymi partnerami biznesowymi oraz pozyskiwanie nowych klientów. Na przestrzeni ostatnich 2,5 roku podwoiliśmy skalę działalności w tym obszarze. Jestem przekonany, że pozyskane fundusze pozwolą na dalszy, dynamiczny rozwój na strategicznych rynkach dzięki akwizycjom oraz wzrostowi organicznemu. Celem długoterminowym jest zbudowanie wiodącej Grupy na polskim rynku software house’ów, która będzie liderem w wybranych specjalizacjach i osiągnie kilkukrotnie większą skalę działalności. Ailleron będzie aktywnie wspierał rozwój tej części biznesu. Będzie też dostarczał obsługę back-office-ową do czasu osiągnięcia pełnej niezależności – powiedział Rafał Styczeń, Prezes Zarządu Ailleron. Pozyskane przez Ailleron środki pozwolą Spółce na rozwój i realizację strategii w obszarze segmentu FinTech w ramach obecnie istniejących linii produktowych jak również dzięki akwizycjom poszerzającym obecną ofertę firmy zwłaszcza w obszarze zdalnych kanałów obsługi klientów, w którym obecnie zauważalne jest wzmożone zainteresowanie rozwiązaniami Spółki wpisującymi się znakomicie w trwającą transformację cyfrową – dodał.

Cena już nie jest kluczowym czynnikiem decydującym o zakupie mieszkania

Pandemia nie wpłynęła negatywnie na plany dotyczące zakupu nowych mieszkań lub domów. Nawet 1,7 miliona osób w naszym kraju, czyli blisko 7 proc. dorosłych Polaków zamierza w ciągu najbliższych 12 miesięcy zainwestować we własną nieruchomość. Obecnie14 proc. pełnoletnich mieszkańców Polski wciąż mieszka z rodzicami, kolejne 12 proc. najmuje lokal. Wśród kryteriów wyboru miejsca zamieszkania kierujemy się m.in. sąsiedztwem terenów zielonych, punktów opieki zdrowotnej oraz transportu publicznego – wynika z raportu „Budowanie emocji i doświadczeń – rynek nieruchomości i budownictwa mieszkaniowego w czasie pandemii” przygotowanego przez Clear Communication Group.

Rynek budownictwa mieszkaniowego w Polsce od wielu lat przeżywa niesamowity rozkwit. Nie tylko w największych miastach, gdzie jak grzyby po deszczu powstają nowe osiedla, ale także w mniejszych miejscowościach. Tam również coraz częściej, obok indywidualnych inwestycji, powstają mini osiedla domów jednorodzinnych czy segmentów oraz bloki mieszkalne.

Zapotrzebowanie na mieszkania w Polsce jest ogromne. Od dawna mówi się, że realnie wciąż brakuje nawet do miliona lokali. Rynek ten tak naprawdę nigdy nie będzie w stanie się nasycić. Zmieniają się bowiem nie tylko preferencje lokalowe, ale także bardzo szybko rozwijają się duże ośrodki miejskie.

Rynek mieszkaniowy przechodzi COVID bezobjawowo

O dużym potencjale rynku świadczy fakt, że pandemia koronawirusa, która bardzo negatywnie wpłynęła na większość branż, tylko na chwilę wstrzymała ruch w budownictwie. I było to wyłącznie zatrzymanie wynikające z konieczności szybkiego przestawienia się na nowy tryb działania oraz zapewne potrzeby oceny przez firmy deweloperskie, na ile długotrwały będzie wpływ marcowego lockdownu na rynek.

Jednak szybko okazało się j, że warunki do dalszej działalności istnieją, a długość procesu inwestycyjnego powoduje, że nawet chwilowe załamanie popytu nie jest powodem do wstrzymania działalności. Oczywiście nie można mówić, że branża nie odczuwa negatywnych skutków pandemii. Jednak ostatnie dane o rekordowej liczbie nowo rozpoczętych inwestycji mieszkaniowych pokazują, że dostosowanie do nowej normalności było błyskawiczne.

Nie bez znaczenia pozostaje wpływ na ten sektor praktycznie zerowych stóp procentowych. To przekonuje część osób do inwestycji w nieruchomości, a więc stymuluje popyt. Nie wiadomo, jak długo taka sytuacja potrwa, z uwagi na to, że druga fala pandemii będzie oddziaływać na nastroje kupujących. Już teraz widać także, że wpływa na zmianę preferencji co do wyboru mieszkań. O ile w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z ogromnym popytem na małe mieszkania – na co wpływały rosnące ceny nieruchomości, tak dziś konieczność spędzania większości czasu w domu, może odwrócić ten trend.

Wyniki badania zrealizowanego w połowie października dla firmy doradczej Clear Communication Group przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych pokazują, że obecnie cena za metr kwadratowy jest istotna wyłącznie dla jednej piątej Polaków. Kluczowe stało się usytuowanie mieszkania lub domu – pod kątem dostępu do terenów zielonych (39 proc. wskazań) oraz – co zapewne ma związek z pandemią – bliskość placówek opieki medycznej.cena już nie jest kluczowym czynnikiem decydującym o zakupie mieszkania

Wiele wskazuje na to, że pandemia może trwale wpłynąć na preferencje Polaków dotyczące miejsca, w którym mieszkają. Dlatego firmy deweloperskie powinny zwracać uwagę na zmieniające się potrzeby klientów oraz brać je pod uwagę, planując przyszłe inwestycje. Powinny także uwzględnić to w swojej komunikacji – eksponując nie tylko kwestie związane ze standardem oferowanej nieruchomości, ale także otoczeniem, w jakim jest ona usytuowana. – mówi Marek Gieorgica, partner zarządzający w Clear Communication Group, współautor raportu

Gdzie mieszkają Polacy?gdzie mieszkają polacy

Wyniki badania pokazują, że zdecydowana większość z nas – bo aż blisko 70 proc. ma własne mieszkanie lub dom. Jednak w grupie osób między 18 a 29 rokiem życia odsetek ten spada do zaledwie 17 proc.

Jednak, aż 14 proc. pełnoletnich Polaków przyznaje, że wciąż mieszka z rodzicami. W tej grupie jest o wiele więcej mężczyzn (19 proc.) niż kobiet (8 proc.). Co dość oczywiste najczęściej z rodzicami mieszkają ludzie młodzi, do 29 roku życia. Odpowiedź taką w badaniu wskazało 57 proc. osób w tym wieku. Ale także aż 20 proc. Polaków pomiędzy 30 a 39 rokiem życia mieszka z rodzicami.

Prawie 13 proc Polaków najmuje mieszkania. Zdecydowanie częściej są to mężczyźni (17 proc.) niż kobiety (8 proc.) oraz ludzie młodzi (27 proc. osób do 30 roku życia oraz 22 proc. pomiędzy 30 a 40 rokiem życia). Powyżej średniej sytuuje się jednak także grupa najemców między 40 a 49 rokiem życia. Aż jedna czwarta mieszkańców największych polskich miast żyje w najmowanych mieszkaniach.

instetne wybory nieruchomościW badaniu zrealizowanym dla Clear Communication Group badani opowiadali o swoich planach w zakresie zakupu nowego mieszkania lub domu. W ciągu najbliższych 12 miesięcy na taki ruch chce zdecydować się blisko 7 proc. badanych. To spora zbiorowość zważywszy na okoliczności, w jakich znaleźliśmy się w związku z pandemią. W 2019 r. w Polsce żyło nieco ponad 24 miliony osób w wieku produkcyjnym, także 7 proc. to ok. 1,7 miliona.

Aż jedna piąta osób pomiędzy 30 a 39 rokiem życia myśli o zakupie nowego mieszkania lub domu w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Powyżej średniej znajduje się także grupa najmłodszych, wśród nich – 10 proc. zamierza kupić mieszkanie w ciągu roku. Plany zakupowe są szczególnie widoczne wśród rodziców. Aż jedna czwarta tej grupy zamierza kupić nowe mieszkanie w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Z badania wynika, że znacznie powyżej średniej w tym zakresie plasuje się grupa osób prowadzących własną działalność gospodarczą (24 proc. badanych, którzy jako główne źródło dochodów wskazało własną firmę).

Nie każda z osób, które planuje w ciągu najbliższego roku kupić mieszkanie, zdecyduje się na rynek pierwotny, jednak z pewnością istotny odsetek wybierze taką właśnie opcję. Jeśli nawet połowa z nich realnie zrealizuje swoje zapowiedzi, to i tak mamy zapotrzebowanie na kilkaset tysięcy nowych mieszkań. Rynek budowlany powinien więc rozwijać się stabilnie, co z pewnością będzie przekładać się na inne gałęzie gospodarki – podsumowuje Marek Gieorgica

Badanie zostało przeprowadzone na potrzeby raportu „Budowanie emocji i doświadczeń – rynek nieruchomości i budownictwa mieszkaniowego w czasie pandemii” przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych (IBRIS) na zlecenie Clear Communication Group na reprezentatywnej próbie dla ogółu dorosłej populacji Polski wynoszącej (N=1100 osób). Badanie realizowane w dniach 17-18 października metodą telefonicznych, standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych, wspomaganych komputerowo (CATI).

Przedsiębiorcy nie chcą zwalniać pracowników. Dlatego wypożyczają ich innym firmom

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie rozpoczęła kolejną akcję – Potrzebna Pomoc Przedsiębiorcy. Jej celem jest szerzenie wiedzy na temat idei outplacementu. Polega on dna dwóch rodzajach działania: tymczasowym „wypożyczaniu” pracowników między firmami lub pomocom pracownikom w znalezieniu nowego miejsca pracy. Obie inicjatywy są przejawem odpowiedzialności pracodawców za swój zespół. – To poszerzona społeczna odpowiedzialność biznesu – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Pracodawcy nie chcą zwalniać swoich pracowników. „Szkolili ich, wiedzą jak wielkim skarbem są dobre kadry”

Rok temu sytuacja na rynku pracy wyglądała tak, że pracownicy mogli dyktować warunki pracodawcom. Rynek pracownika był rozpędzony, stale rosły pensje, a w interesie menadżerów i kierowników było zdobywanie nowych kadr oraz szkolenie kolejnych osób gotowych i chętnych do podjęcia pracy. Wszystko zmieniło się przez pandemię koronawirusa. Wiele firm zmuszone było do zwolnień, a inne szukają sposobów jak nie zwalniać pracowników, ale jednocześnie nie tracić pieniędzy. Jak mówi dyrektor Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie dr Piotr Wolny do Izby zgłasza się ogromna liczba przedsiębiorców, którzy proszą o pomoc w pośrednictwie w „wypożyczeniu” pracowników do innej firmy. Zjawisko outplacementu jest coraz częstsze i jest jednym z aktów solidarności między przedsiębiorcami.

– Pracodawcy są mocno zżyci ze swoimi pracownikami. Wiedzą, że dobre kadry są na wagę złota i liczą na to, że będą mogli wrócić do pracy w standardowym stanie sprzed pandemii. Chęć utrzymania zespołu powoduje, że przedsiębiorcy szukają nowych rozwiązań takich jak outplacement, czyli wypożyczanie pracowników do innych firm w zamian za pokrycie kosztów ich zatrudnienia – mówi Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – To dobra alternatywa, bo niektóre firmy nadal poszukują kadr, a inne nie chcą zwalniać. Taki „barter” zadowala więc wszystkie strony; gwarantuje pracę dla pracowników oraz wsparcie dla firm, które potrzebują zasilenia tymczasową kadrą. Outplacement wymaga zaufania i odpowiednich umów, partnerzy muszą traktować się uczciwie. Póki co, mamy w Szczecinie same pozytywne przykłady takiego działania – mówi dyrektor Izby.

Piotr Wolny podaje kilka przykładów: – Uruchomiliśmy akcję Potrzebna Pomoc Przedsiębiorcy. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Nasz przedsiębiorca bardzo nie chciał zwalniać pracowników, ale czuł, że będzie musiał uszczuplić kadrę o ok. 40 osób, bo tyle może potrwać przestój w jego branży. Umieściliśmy jego ogłoszenie i kilka dni później jego pracownicy byli wypożyczeni innej firmie na bardzo partnerskich zasadach. Wszyscy są zadowoleni, choć takie działanie wymaga otwartości. Pracownicy na jakiś czas zmieniają pracodawcę. Wiemy już, że inne firmy są zainteresowane takim rozwiązaniem – mówi Dyrektor Piotr Wolny.

„Są branże, których reprezentanci od wielu tygodni walczą o przetrwanie”

Specjaliści od HR potwierdzają – outplacement to sposób na przetrwanie kryzysu. Wiele firm decyduje się na takie działanie. Grupy pracowników są wypożyczanie zarówno w przemyśle jak i np. handlu. To praktyka na świecie znana od dawna, ale w Polsce szerzej stosowana dopiero od kilku miesięcy. To zmiana wywołana pandemią koronawirusa. Zdarza się jednak, że pracodawcy decydują się na stałe przekazanie swoich pracowników innej firmie. Takie działanie jest tożsame z wewnętrzną, społeczną odpowiedzialnością biznesu.

–  Są branże, których reprezentanci od wielu tygodni walczą o przetrwanie. Mówię tu o firmach związanych z turystyką biznesową, zajmujących się transportem zbiorowym, hotelach, klubach fitness.  W tej trudnej dla obu stron sytuacji, część pracodawców podejmuje decyzję o wdrożeniu outplacementu, czyli programu pomocy zwalnianym, którego celem jest szybsze znalezienie nowego zatrudnienia przez zwalnianego pracownika.

Z naszego doświadczenia wynika, że program outplacementowy powinien być podzielony na trzy etapy. Pierwszy to przede wszystkim rozmowa z doświadczonym doradcą zawodowym, który pomoże w stworzeniu dobrego CV oraz przekaże wiarygodne informacje na temat lokalnego rynku pracy ze wskazaniem potencjalnych pracodawców – mówi Aleksandra Kowalczykowska z firmy LSJ HR Group. Kolejne etapy to praca nad marką osobistą w social media, coaching oraz wreszcie rozmowy o pracę w firmach w których chcemy pracować – dodaje ekspertka LSJ HR Group.

– Każde z tych działań wspiera zwalnianych pracowników w jak najszybszym znalezieniu nowego zatrudnienia oraz pomaga w zarządzeniu stresem związanym z utratą pracy. Na ich przeprowadzeniu zyskują jednak nie tylko zwalniani, ale i pracodawcy. Co zyskują ci drudzy? Uspokojenie nastrojów i zapobieżenie powstawaniu negatywnego nastawienia u pozostałych pracowników – dodaje Aleksandra Kowalczykowska.

SunRoof wchodzi do Niemiec

  • SunRoof, startup tworzący dachy solarne 2w1 i innowacyjne fasady, które produkują „zieloną” energię ze słońca, otwiera oddział w Niemczech:
  • Dach solarny SunRoof zastępuje tradycyjny dach i produkuje prąd ze słońca bez instalowania na jego powierzchni paneli fotowoltaicznych.
  • Technologia dachów solarnych opracowana przez SunRoof jest już z powodzeniem stosowana w ponad 100 domach w Szwecji, Norwegii, Polsce i Szwajcarii.

Niemcy są kolejnym rynkiem, na którym klienci dostaną szansę stworzenia samowystarczalnego energetycznie i inteligentnego domu dzięki solarnym innowacjom oferowanym przez SunRoof.

O sukcesie dachu solarnego 2w1 decydują jego kluczowe zalety: pełni funkcję dachu i jednocześnie wytwarza energię elektryczną ze słońca bez dodatkowych instalacji PV, wyróżnia go doskonały szwedzki design i wygląda jak nowoczesna dachówka, a ponadto do jego budowy potrzeba mniej materiałów niż w przypadku standardowego dachu i paneli fotowoltaicznych. SunRoof ma najmniejszy ślad węglowy CO2 w swojej kategorii i pomaga osiągnąć neutralność klimatyczną.

Kiedy w październiku 2016 roku Tesla zaprezentowała swój dach solarny, przyciągnęła uwagę całego świata. Jednak od tego czasu dachy solarne zostały zainstalowane tylko w kilku stanach USA. Plan wprowadzenia do Europy i Australii nie został jeszcze oficjalnie ogłoszony. Nadal pozostaje więc ważne pytanie: jeśli budynek ma produkować energię słoneczną, to po co mu kolejna warstwa dachówki?

Innowacja firmy SunRoof wypełni tę lukę. Grupą docelową zintegrowanego dachu solarnego są nie tylko ludzie, którzy szukają dachu premium – to rozwiązanie dla wszystkich zainteresowanych wyjątkowym designem.

Z technologicznego punktu widzenia dach solarny SunRoof składa się z trzech warstw. Pierwsza warstwa to system izolacji zapewniający 100% wodoszczelność. Warstwa środkowa to podkonstrukcja montażowa. Natomiast zewnętrzna warstwa zbudowana jest z modułów monokrystalicznych typu glass-glass, które przekształcają promienie słoneczne w energię elektryczną. Dach solarny SunRoof przejmuje funkcję dachówki i standardowego systemu fotowoltaicznego.

SunRoof tworzy cały ekosystem rozwiązań wspierających inteligentne zarządzanie energią – począwszy od dachu solarnego, przez aplikację do monitorowania i zarządzania prądem, po unikatowy na europejską skalę marketplace energetyczny, który umożliwi sprzedaż nadwyżek energii produkowanej przez dachy solarne.

SunRoof rozwija się w rekordowym tempie

SunRoof powstał w 2013 roku w Szwecji z misją stworzenia dachu solarnego w nowoczesnym designie, zintegrowanego z architekturą domu i zapewnienia wszystkim dostępu do zrównoważonej energii. Pierwsze lata jego działalności upłynęły głównie na opracowywaniu i testowaniu autorskiej technologii. SunRoof nabrał rozpędu w 2018 roku po tym, jak dołączył do niego Lech Kaniuk.

Lech Kaniuk już wcześniej z sukcesami budował takie marki jak Delivery Hero, PizzaPortal czy iTaxi, a także inwestował i zarządzał wieloma nagradzanymi spółkami.

Już rok po tym, jak doświadczony przedsiębiorca i inwestor dołączył do SunRoof, startup odnotował wzrost 500% r/r i to zanim jeszcze rozpoczął ekspansję zagraniczną. W październiku tego roku poinformował o pozyskaniu 2 mln euro finansowania od czołowych europejskich funduszy VC, które chce przeznaczyć m.in. na rozwój działalności na kolejnych rynkach. Planuje też pozyskać finansowanie serii A na przełomie Q1/Q2 2021 r., aby zapewnić tę wyjątkową technologię solarną w poszczególnych krajach.

Niemcy są pionierem we wdrażaniu rewolucji energetycznej. Zintegrowane rozwiązania to przyszłość ekologicznego budownictwa, dlatego wprowadzamy skandynawską technologię na niemiecki rynek. Łącząc innowacje i dobry design, chcemy aktywnie uczestniczyć w tworzeniu zrównoważonych miast przyszłości i przyspieszyć przejście na odnawialne źródła energii. Jestem przekonany, że mając na pokładzie Roberta Bruchnera, który będzie odpowiedzialny za działalność biznesową w Niemczech i który rozumie, jak ważny jest dla nas rozwój czystych technologii, wzmocnimy nasz udział w zielonej transformacji energetycznej – mówi Lech Kaniuk, CEO SunRoof.

Robert Bruchner posiada 13-letnie doświadczenie zdobyte w różnych firmach i na różnych stanowiskach w branży solarnej i magazynowej. Zanim nowy Country Manager SunRoof na Niemcy rozpoczął swoją pierwszą pracę w sektorze fotowoltaicznym w 2007 roku, zainstalował system solarny w domu swoich rodziców, aby zdobyć praktyczne doświadczenie. Przez ostatnie cztery lata był odpowiedzialny za wprowadzenie Tesla Powerwall 1&2 w regionie DACH (Niemcy, Austria, Szwajcaria) i zbudowanie zespołu sprzedaży Powerwall.

Cieszę się, że dzięki SunRoof mogę wprowadzić na niemiecki rynek produkt, który daje tak wiele korzyści. Zintegrowany dach solarny budujemy bez zbędnych dachówek i systemu do montażu instalacji fotowoltaicznych. Korzystamy z najwyższej klasy falowników, jak również optymalizatorów mocy. Możemy także wyposażyć nasz system w magazyny energii, pompy ciepła i ładowarki do samochodów elektrycznych. Każdy, kto otrzyma wycenę, będzie pozytywnie zaskoczony atrakcyjną ceną naszego rozwiązania – mówi Robert Bruchner, Country Manager Germany SunRoof.

Warszawski rynek mieszkaniowy uodpornił się na COVID-19

Jak dotąd jesienny atak COVID-19 jest praktycznie niezauważalny na mieszkaniowym rynku wtórnym w Warszawie. Ceny są stabilne, a chętnych na zakup mieszkań nie brakuje.

Marcowy lockdown spowodowany pandemią koronawirusa był dla warszawskich pośredników ogromnym zaskoczeniem. Z ich biur nagle zniknęli klienci kupujący mieszkania. Zamknęły się urzędy i biura notarialne.

Początek pandemii wprowadził wiele niepewności o naszą przyszłość – przyznaje Grzegorz Pogorzelski, właściciel agencji Pogorzelski Nieruchomości. – Na szczęście lockdown nie trwał długo. Od maja obserwowaliśmy niesłabnące zainteresowanie zakupem nieruchomości.

– Różnica jest taka, że większość prezentacji mieszkań przeniosło się do Internetu – dodaje Tomasz Obarski, Warszawski Agent Nieruchomości.

Dyrektor zarządzający Alfa Home Nieruchomości Jan Czajkowski, w najnowszej sondzie GetHome.pl na temat II fali koronawirusa na warszawskim rynku nieruchomości przyznaje, że obecnie każde szanujące się biuro proponuje osobom zainteresowanym zakupem mieszkania prezentację online w formie wirtualnego spaceru.

Jeśli mieszkanie spodoba się zainteresowanemu, pokazujemy mu je na żywo – wyjaśnia Jan Czajkowski. I dodaje, że choć takich spotkań jest mniej, to niejednokrotnie bywają one tylko formalnością. Dzięki wirtualnym spacerom klienci są bowiem bardziej zdecydowani niż wcześniej.

Październik był miesiącem absolutnego rekordu pod względem obrotu w całej historii firmy. Nasz wynik wzrósł o 13% względem analogicznego okresu w zeszłym roku – chwali się Paweł Madejek, specjalista ds. sprzedaży i wynajmu nieruchomości w Nowodworski Estates.

Wśród warszawskich pośredników przeważa jednak opinia, że pod względem obrotów ten rok będzie trochę słabszy od poprzedniego.

Okres od maja do września to czas, kiedy obserwowaliśmy zdecydowanie wzmożone zainteresowanie zakupem nieruchomości. Październik jest natomiast podobny do marca 2020 r. Zainteresowanie oglądających wyraźnie spadło – mówi Krystian Podbielski, współwłaściciel agencji En Casa.

Pośrednicy zgodnie przyznają, że i tak sytuacja na rynku jest zdecydowanie lepsza, niż podczas pierwszej fali pandemii koronawirusa. Tomasz Obarski zwraca uwagę, że wiosną dość powszechne było oczekiwanie spadku cen mieszkań. Tak się jednak nie stało.

– Ceny mieszkań pozostają bez większych zmian – potwierdza Jan Czajkowski.srednia-cena

Dlatego wielu z tych, którzy wstrzymali się z zakupem mieszkania, jesienią wróciło na rynek.

– W decyzji zakupowej pomagają niskie stopy procentowe – podkreśla Tomasz Obarski.

Dane Biura Informacji Kredytowej (BIK) wskazują, że po wybuchu pandemii wyraźnie spadła liczba udzielonych kredytów mieszkaniowych. Jednak w sierpniu banki poluzowały swoje wymagania (m.in. dotyczące wysokości wkładu własnego). Efekt tego widać w wynikach za wrzesień i październik.liczba-udzielonych-kredytow (1)

Co ważne, także w listopadzie w BIK spodziewają się wzrostu akcji kredytowej. Czy ta tendencja utrzyma się w kolejnych miesiącach? W BIK odpowiadają, że to zależy od banków – jak zareagują na nawrót pandemii w postaci tzw. drugiej fali.

– Jak widać zapotrzebowanie na zakup nieruchomości nie spadło, zmianie uległy preferencje klientów – komentuje Paweł Madejek. Według niego, zdecydowanie więcej osób zwraca teraz uwagę na lokale z ogródkiem, tarasem lub szuka lokalizacji z bliskością terenów zielonych. Wzrosło też zainteresowanie działkami pod budowę domów jednorodzinnych oraz terenów rekreacyjnych w odległości do 30 km od Warszawy.

Podobny trend, jeśli chodzi o działki, zaobserwował Tomasz Obarski. Jego zdaniem spadło za to zainteresowanie zakupem mieszkań pod wynajem.

Właściciel agencji Goeste Nieruchomości Michał Spodymek nie ma wątpliwości, że przyczyną są wzrosty cen. – Osiągnęły one poziom, który nie gwarantuje zadowalających stóp zwrotu – wyjaśnia Michał Spodymek. Według niego, prawie do zera spadło zainteresowanie mieszkaniami przeznaczonymi na cele biurowe.

Tymczasem Jan Czajkowski zaobserwował, że wśród kupujących mieszkania jest coraz więcej tzw. klientów gotówkowych.

– Gdy oprocentowanie lokat bankowych nie rekompensuje skutków inflacji, nieruchomość jest jedną z lepszych form ulokowania kapitału – tłumaczy Grzegorz Pogorzelski, właściciel agencji Pogorzelski Nieruchomości.

Autor/Źródło: GetHome.pl

Jaki rynek pracy przyniesie nowy rok?

W pierwszym kwartale nowego roku 6% firm będzie powiększać swoje zespoły, a 4% chce redukować etaty – to dane z najnowszej analizy prognostycznej rynku pracy w Polsce, opublikowanej dziś przez ManpowerGroup w ramach raportu „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”. Czas od stycznia do marca przyniesie najmocniejszy rynek pracy w budownictwie, produkcji przemysłowej oraz w handlu detalicznym i hurtowym. To w tych sektorach przedsiębiorstwa będą zatrudniać najwięcej nowych pracowników. Najsłabsze perspektywy czekają natomiast na poszukujących pracy w restauracjach i hotelach.

W pierwszym kwartale nowego roku 6% firm chce poszukiwać nowych pracowników i powiększać swoje zespoły, 4% myśli o redukowaniu etatów, 86% nie planuje zmian personalnych a 4% nie wie, co przyniosą najbliższe miesiące. Prognoza netto zatrudnienia po korekcie sezonowej wynosi +5% i jest na takim samym poziomie jak w ubiegłym kwartale. To dane płynące z opublikowanego dziś raportu „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”, prezentującego plany rekrutacyjne firm na okres od stycznia do marca.

Budownictwo, produkcja przemysłowa i handel z największym zapotrzebowaniem na ręce do pracy

W ramach raportu przedstawiono prognozy także dla siedmiu sektorów rynku. Najbardziej optymistyczne plany rekrutacyjne, podobnie jak w minionym kwartale, wskazali przedstawiciele budownictwa (prognoza netto na poziomie +18%), produkcji przemysłowej (+11%) oraz handlu detalicznego i hurtowego (+9%). To dobra wiadomość dla osób, które myślą o zmianie pracodawcy i rotacji do przedsiębiorstw z tych branż, ponieważ mogą oczekiwać znacznej liczby ofert pracy. To także informacja dla pracowników zatrudnionych w tych organizacjach, zapowiadająca okres stabilny w kontekście zatrudnienia. Prognozy świadczące o chęci powiększania zespołów wskazały także firmy związane z finansami i usługami dla biznesu (+5%), niewielkie wzrosty deklarują przedstawiciele innych usług (+2%) i innych obszarów produkcji (+1%). Jedyny sektor, gdzie przedsiębiorstwa planują zmniejszać zespoły to restauracje i hotele, z prognozą na poziomie -7%, która jest zapowiedzią znaczących redukcji etatów.Budownictwo, produkcja przemysłowa i handel z największym zapotrzebowaniem na ręce do pracy

– Prognozy zatrudnienia potwierdzają, że nadal więcej firm będzie poszukiwać nowych pracowników, a ogólny wynik dla Polski jest na stabilnym poziomie, podobnym jak ten deklarowany przez firmy rok temu, przed wybuchem pandemii. Patrząc na plany rekrutacyjne przedsiębiorstw na przestrzeni ostatniego roku widzimy, że czasem największej niepewności a jednocześnie okresem największych redukcji etatów był trzeci kwartał 2020 roku. Teraz organizacje powoli się stabilizują i większość chce wzmacniać swoje zespoły – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce.

– Kolejny kwartał z rzędu liderem w zakresie prognozy zatrudnienia jest budownictwo, które zgłasza największe zapotrzebowanie na ręce do pracy. Co więcej plany rekrutacyjne firm z tego sektora uwzględniają zatrudnienie pracowników na większą skalę niż działo się to jeszcze przed pandemią. Na znalezienie nowej pracy będą mogli liczyć nie tylko pracownicy fizyczni, lecz także specjaliści jak na przykład inżynierowie budowy, specjaliści do spraw kosztorysowania, projektanci instalacji, także kierownicy robót, kierownicy kontraktu. Budownictwo to jednocześnie sektor, który mierzy się ze znacznym niedoborem rąk do pracy, a wykwalifikowani oraz niewykwalifikowani pracownicy fizyczni od lat znajdują się w czołówce zawodów dotkniętych największym niedoborem talentów. Z kolei produkcja przemysłowa jeszcze wzmocniła swoją prognozę wskazywaną na końcówkę roku, czyli czas zwykle bardzo intensywny w tym sektorze. Rosnący optymizm pracodawców z tej branży to dobry znak dla polskiej gospodarki. Optymistyczne prognozy wskazali także przedstawiciele handlu, gdzie znaczne potrzeby personalne zgłasza zyskujący w pandemii e-commerce. Mówiąc o perspektywach na pierwszy kwartał roku będzie to dobry czas dla specjalistów do spraw sprzedaży ze znajomością języków obcych, inżynierów sprzedaży, osób odpowiedzialnych za sprzedaż w regionie, przedstawicieli handlowych – dodaje Iwona Janas.

W ujęciu kwartalnym prognozy rekrutacyjne są bardziej optymistyczne jedynie w dwóch obszarach. Najwyższy wzrost zanotowały firmy z produkcji przemysłowej (o 5 punktów procentowych), mniejszy wskazali przedstawiciele innych usług (1 pp.). Spadek nastrojów rekrutacyjnych firm jest widoczny w czterech z siedmiu sektorów. Największy, o 9 pp., dotyczy restauracji i hoteli. Mniej niż w ubiegłym kwartale pracowników będą poszukiwać przedsiębiorstwa z handlu detalicznego i hurtowego (spadek o 3 pp.) oraz budownictwa (2 pp.). Wynik dla innych obszarów produkcji oraz finansów i usług dla biznesu pozostaje na relatywnie podobnym poziomie.

Pracodawcy w trzech z siedmiu badanych sektorów będą poszukiwać większej liczby pracowników niż rok temu, przed wybuchem pandemii. Mowa o budownictwie (gdzie prognoza wzrosła w ujęciu rocznym o 6 pp.), handlu detalicznym i hurtowym (4 pp.) oraz produkcji przemysłowej (2 pp.). Z kolei w trzech sektorach w ujęciu rocznym zmniejszyło się zapotrzebowanie na nowych pracowników, najbardziej w restauracjach i hotelach (9 pp.), a także w innych obszarach produkcji (4 pp.) i innych usługach (3 pp.).

Polska siódma w europejskim rankingu

W zestawieniu dla regionu EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka) prognoza dla Polski daje nam siódme miejsce w rankingu rynków, gdzie w najbliższym kwartale będzie najłatwiej o pracę. Najwięcej nowych pracowników będą poszukiwać organizacje w Grecji (+9%), Niemczech (+8%) i Turcji (+8%). Biorąc pod uwagę dane dla południowych sąsiadów Polski to w Czechach firmy deklarują prognozę na poziomie +1%, a w Słowacji -1%. Najgorszych perspektyw na rynku pracy mogą się spodziewać mieszkańcy Wielkiej Brytanii (-6%), Szwajcarii (-4%), Austrii (-2%) i Hiszpanii (-1%). To rynki, gdzie więcej firm będzie redukować zespoły niż zatrudniać nowych pracowników.

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów i terytoriów, a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę, są dostępne na stronie: http://manpowergroup.com/meos.

Sieć Badawcza Łukasiewicz i GPW będą promować innowacyjność spółek giełdowych

  • Wspólna inicjatywa Łukasiewicza i Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) ma doprowadzić do rozpoczęcia obliczania i publikacji indeksu obejmującego spółki giełdowe zaangażowane w działalność badawczo-rozwojową prowadzoną we współpracy z Siecią Badawczą Łukasiewicz
  • Powstanie „Indeks Łukasiewicza”

Koncepcję „Indeksu Łukasiewicza” zaprezentowali Piotr Dardziński, Prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz i Marek Dietl, Prezes Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie podczas konferencji „Debiut Łukasiewicza” – pierwszego spotkania naukowców i inżynierów Łukasiewicza z przedstawicielami spółek notowanych na warszawskim parkiecie.

Poziom innowacyjności nie od dziś bezpośrednio wpływa na jej rynkowy sukces i przyciąga uwagę inwestorów. Inicjując, wraz z Giełdą Papierów Wartościowych w Warszawie, powołanie indeksu najbardziej innowacyjnych firm na warszawskim parkiecie, chcemy docenić i wyróżnić ich zaangażowanie w działalność badawczo- rozwojową oraz zachęcić pozostałe firmy do rozwijana własnego potencjału w oparciu o wiedzę i kompetencje naukowców Łukasiewicza, największego w Polsce dostawcy innowacyjnych rozwiązań B+R. Chcemy, aby naturalnym odruchem każdej spółki, która myśli o modernizacji swojej firmy i wzroście wartości dla akcjonariuszy stało się rzucenie wyzwania Łukasiewiczowi. Cieszę się, że możemy realizować ten ambitny cel wspólnie z instytucją, której zasługa w promowaniu innowacyjności wśród polskich firm jest nieoceniona – uzasadnia inicjatywę powołania nowego indeksu giełdowego, Piotr Dardziński, prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz.

– Wprowadzenie „Indeksu Łukasiewicza” grupującego najbardziej innowacyjne spółki na GPW wpisuje się w trendy zachodzące w gospodarce oraz na rynku kapitałowym. My również stawiamy na nowoczesne rozwiązania i technologie, a jedną z naszych najważniejszych innowacji jest nowa wersja kalkulatora indeksów giełdowych stosowanego przez GPW Benchmark. Dzięki temu rozwiązaniu będziemy mogli od II kwartału 2021 roku zwiększyć zakres usług „fabryki szytych na miarę” indeksów i wskaźników referencyjnych dla banków, towarzystw ubezpieczeniowych i towarzystw funduszy inwestycyjnych – mówi Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.

Według wstępnych założeń w skład indeksu wejdą spółki notowane na Głównym Rynku oraz na rynku NewConnect, które współpracują z Łukasiewiczem. Aktualizacja listy uczestników będzie przeprowadzana co pół roku. Wartości indeksu będą obliczane raz dziennie na podstawie kursów zamknięcia. Ambicją autorów projektu jest, aby pierwszy skład portfela indeksu został opublikowany 1 kwietnia 2021 r., w drugą rocznicę powołania Sieci Badawczej Łukasiewicz.

– Spółki notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie to firmy, które z jednej strony są najbardziej na rynku transparentne, a z drugiej nie boją się podejmować ryzyka i już dziś posiadają własne innowacyjne technologie, często unikatowe na skalę świata. My chcemy ten gen nowoczesności wzmocnić, oferując to co w Łukasiewiczu najcenniejsze – zespół ponad 4500 kreatywnych ludzi, którzy tworzą z pasją rozwiązania dla biznesu poszukującego innowacyjnych rozwiązań. Dwanaście starannie wyselekcjonowanych, gotowych do wdrożenia projektów nowoczesnych technologii zaprezentowaliśmy dziś uczestnikom Debiutu Łukasiewicza. Są wśród nich rozwiązania dotyczące elektrochemioterapii, czyli chemioterapii nowotworowej wspomaganej elektroporacją, technologie odzysku ciepła odpadowego z procesów przemysłowych czy miniautobus elektryczny z funkcją cargo. Jestem przekonany, że już wkrótce będą one pracować na zyski spółek, które zdecydowały się w nie zainwestować – podkreślił Piotr Dardziński.

Na ofertę Sieci Badawczej Łukasiewicz składa się unikalny system Wyzwań Łukasiewicza, dzięki któremu grupa naukowców w nie więcej niż 15 dni roboczych przygotowuje dla przedsiębiorcy propozycję opracowania skutecznego rozwiązania wdrożeniowego w ramach czterech kierunków działalności – transformacji cyfrowej, inteligentnej mobilności, zdrowia oraz zrównoważonej gospodarki i energii. Angażuje przy tym najwyższe w Polsce kompetencje naukowców i unikalną w skali kraju aparaturę naukową. Przedsiębiorca nie ponosi żadnych kosztów związanych z opracowaniem pomysłu na prace badawcze.

– VIGO System od lat dziewięćdziesiątych współpracuje na poziomie badawczo-rozwojowym z instytutami, które dziś tworzą Łukasiewicz – Instytut Mikroelektroniki i Fotoniki. Dzięki tej kooperacji, udało nam się rozwinąć nowe technologie oraz stworzyć nowe innowacyjne produkty. Bardzo istotną rzeczą przy naszej współpracy jest dostęp do ogromnego zaplecza badawczo-rozwojowego. Realizując długofalową strategię rozwoju firmy zaczynamy nowy projekt z Łukasiewicz-IMIF i Politechniką Warszawską o całkowitym budżecie około 30 mln zł. Ma on na celu stworzenie zintegrowanych układów fotonicznych w zastosowaniach codziennego użytku. To otwiera nowy rozdział naszej współpracy. Jestem przekonany, że dalsze wspólne działania przyczynią się do wielu sukcesów i pozwolą budować innowacyjne środowisko dla rozwoju polskiej fotoniki – mówi Adam Piotrowski, prezes Vigo System S.A.

Lista projektów zaprezentowanych podczas konferencji:

Zdrowie:

  • Poszukiwanie nowych celów molekularnych w terapii depresji;
  • Technologie leków generycznych zabezpieczających dostępność terapii chorób cywilizacyjnych;
  • Elektrochemioterapia (ECT), czyli chemioterapia nowotworowa wspomagana elektroporacją odwracalną.

Transformacja Cyfrowa

  • Inteligentna fabryka – magazyny i zapasy;
  • Inteligentna fabryka – sieć dystrybucji i logistyka;
  • Inteligentna fabryka – cyfrowe łańcuchy dostaw.                    

Inteligentna Mobilność

  • EV600 – Mini autobus elektryczny z funkcją Cargo przeznaczony do transportu zbiorowego w obszarach podmiejskich, turystycznych, uzdrowiskowych, lotniskach;
  • Platforma Autonomiczna Wsparcia Operacyjnego poruszająca się w trybie zdalnego sterowania lub w trybie autonomicznym;
  • Inteligentne zatoczki rozładunkowe redukujące kongestię i poprawiające bezpieczeństwo w centrum miasta.

Zrównoważona gospodarka i energia

  • Polimery i biododatki do biodegradowalnych tworzyw sztucznych nowej generacji;
  • Technologia odzysku ciepła odpadowego z procesów przemysłowych;
  • Opracowanie metod odzysku jonów metali ze strumieni technologicznych i ścieków procesowych.

Ostatnia mila w logistyce e-commerce

Można powiedzieć, że ostatnia mila oznacza „tylko” końcowy etap dostarczania towaru do klienta. Jednak w przypadku zakupów internetowych właśnie ten finał okazuje się najbardziej istotny, kosztowny i skomplikowany w całym procesie logistycznym.

Gdy klikamy „kup teraz”, zupełnie nie myślimy o tym, jak skomplikowany proces uruchamiamy. A przecież od tego momentu rozpoczyna się walka z czasem, w efekcie której wybrany produkt powinien trafić w nasze ręce w 48 godzin, a coraz częściej w ciągu jednej doby. Nie jest to łatwe wyzwanie!

Jeszcze trudniejsze staje się obecnie, gdy z powodu pandemii wiele osób pracuje zdalnie. Nie tylko praca, ale także zakupy mogą być bezpieczniejsze, jeśli będą wykonywane przez Internet. Dodatkowo, na wzrost zainteresowania zakupami on-line w Polsce wpływ mogło mieć ograniczenie stacjonarnego handlu w niedzielę.

Z raportu Global Ecommerce 2020 wynika, że najwyższy na świecie wzrost sprzedaży w kanale e-commerce odnotuje w tym roku Europa Środkowo-Wschodnia – aż o 21,5% w stosunku do roku ubiegłego. Niektórzy analitycy przewidują, że te wyniki będą jeszcze bardziej spektakularne. Problem w tym, że ktoś ten wzrost musi obsłużyć.

Dlaczego ostatnia mila jest taka ważna?

Droga towaru od zamówienia do dostarczenia jest zazwyczaj długa. Dlaczego więc właśnie ostatnią milę uważa się za tak istotną?

– Przede wszystkim dlatego, że ten etap stanowi punkt styku pomiędzy sprzedawcą a klientem. Jego zadowolenie będzie zależało w dużej mierze od punktualności dostawy, od tego czy paczka trafi pod właściwy adres, od stanu przesyłki, czy też od kultury osobistej kuriera – mówi Urszula Rąbkowska z firmy logistycznej XBS Group.

Dostarczenie przesyłki do punktu odbioru lub pod drzwi klienta w obiecywanym terminie zależy nie tylko od sklepu, ale często także od kilku pośredników (magazyn, firma transportowa, kurier). A jednak, ostatecznie, klient będzie wystawiał opinię sklepowi. Może to zrobić w wyszukiwarce, w mediach społecznościowych, w porównywarce cenowej, czy też na platformie sprzedażowej, a negatywne oceny mogą mieć duży wpływ na decyzje innych potencjalnych klientów.

Z drugiej strony, sprawna logistyka może być elementem szeroko pojętej obsługi klienta i przewagą konkurencyjną firmy. Klient chętnie będzie zamawiał produkty w sklepie, który dostarcza paczki szybko, bezbłędnie, a kurier jest zarówno punktualny, jak i miły. W związku z tym etap ostatniej mili ma dla sklepu największe znaczenie ze względu na wizerunek czy reputację, a pośrednio ma wpływ także na przychody. W końcu ostatecznie do sklepu wróci tylko klient zadowolony.

Dlaczego ostatnia mila jest taka skomplikowana?

Skoro ostatni etap dostarczania przesyłek jest tak ważny, to z czego wynikają trudności?

– Wcześniejsze etapy, choć niezwykle ważne, można dość dokładnie zaplanować – zauważa Urszula Rąbkowska. – Przekazywanie informacji o zamówieniach ze sklepu on-line do magazynu można zautomatyzować. W magazynie proces kompletowania zamówień, a następnie ich pakowania i wydawania do wysyłki można poddać niemal bezbłędnym procedurom. Sam transport towaru do danego miasta również odbywa się najczęściej bez problemów, a współczesne systemy nawigacyjne pomagają przewidzieć i ominąć ewentualne utrudnienia na trasie. Komplikacje pojawiają się dopiero później – podkreśla.

Istotnym problemem jest chociażby rozdrobnienie punktów odbioru. Niegdyś towar był przewożony z magazynu do sklepu, w którym klienci robili zakupy. Obecnie, samo dotarcie transportu do danego miasta nie wystarczy – część klientów będzie chciała odebrać produkt w sklepie, część zamawia kuriera, jeszcze inni wskazują paczkomat lub inny punkt odbioru. W związku z tym dostawy z jednego sklepu do konkretnego miasta (nawet niewielkiego) trzeba podzielić na różne kanały dostawy. To generuje koszty i wyzwania organizacyjne.

Poza tym transport w mieście jest utrudniony przez wiele czynników. Niektóre korki da się przewidzieć, ponieważ powstają codziennie, ale już zatory wywołane kolizjami to zdarzenia losowe. Poza tym transport w dużych miastach może być utrudniony przez problemy związane z parkowaniem, czy też zakazy wjazdów obowiązujące ciężarówki w określonych miejscach, czy też w określonych godzinach.

Gdy przesyłki dostarczane są do punktów odbioru czy automatów, może się okazać, że niektóre z nich są przepełnione lub też, że brakuje miejsca na paczki o określonych gabarytach. Z kolei odwiedzając odbiorcę bezpośrednio, kurierzy często muszą fatygować się w dane miejsce kilkukrotnie, zanim zastaną adresata. 3-krotny powrót pod ten sam adres nie należy do rzadkości. Każda powtórna dostawa to także dodatkowe koszty i dodatkowy czas pracy kuriera. Opóźnienie w jednym miejscu, niczym domino, spowoduje kolejne opóźnienia.

Jeszcze inne problemy mogą dotyczyć produktów o krótkiej trwałości – np. spożywczych. W ich przypadku dostawa powinna być szczególnie szybka, a wszelkie błędy lub utrudnienia mogą sprawić, że towar w ogóle nie dotrze do adresata w formie nadającej się do użytku lub spożycia.

Na końcu mamy jeszcze wspomniany punkt styku osoby wydającej towar z odbiorcą końcowym – bez względu na to czy paczkę wyda sprzedawca w osiedlowym sklepie czy kurier, zachowanie takiej osoby może mieć znaczący wpływ na zadowolenie klienta z całej transakcji.

Kluczowe procesy dzieją się wcześniej

Co może pomóc w usprawnieniu logistyki na ostatniej mili? Na pewno korzystna jest rosnąca popularność automatów czy też punktów odbioru, dzięki którym klienci mogą odbierać przesyłki w dogodnym dla siebie miejscu i czasie. Więcej przesyłek zgromadzonych w jednym punkcie to znaczne ułatwienie dla kurierów. Natomiast tam, gdzie klienci życzą sobie dostawy bezpośredniej, ułatwieniem może być możliwość wcześniejszego ustalenia, w jakich godzinach odbiorca będzie dostępny pod danym adresem.

Choć jednak rozmaite udogodnienia mogą usprawnić terminowe dostawy, kluczowe okazują się operacje dokonywane na wcześniejszych etapach. Jeśli sam proces magazynowania i kompletowania zamówienia będzie przebiegał sprawnie i nie będzie generował wysokich kosztów, prawdopodobnie mniej problemów wystąpi także na ostatniej mili.

– Na organizację i koszty wpływać może choćby liczba magazynów, a więc konieczność przewożenia towarów między nimi – mówi Urszula Rąbkowska – Dlatego bardziej opłacalne może być utrzymywanie jednego magazynu centralnego zamiast kilku lokalnych. Wielu naszych klientów zanotowało duże oszczędności właśnie poprzez centralizację magazynowania – podkreśla przedstawicielka XBS Group.

Sam magazyn powinien być optymalnie wykorzystany. Wysokie półki i wąskie alejki przekładają się na niższe koszty składowania.  Z kolei usługi dodatkowe, oferowane przez niektóre firmy logistyczne, takie jak co-packing, sprawiają że sklep nie musi zatrudniać własnych pracowników np. do przygotowywania pakietów promocyjnych (w tym zestawów świątecznych).

Niezwykle ważne okazuje się także odpowiednie oprogramowanie, w którym wszystkie dane dotyczące m.in. stanów magazynowych, zamówień, przesyłek są ze sobą zintegrowane. Dzięki współpracującymi ze sobą systemom WMS oraz ERP można wygodnie śledzić drogę każdej przesyłki od złożenia zamówienia przez klienta, aż do momentu odbioru.

Ewentualnie, z magazynu produkty mogą trafiać do mniejszego centrum przeładunkowego w danym mieście, gdzie dopiero zostaną podzielone na różne formy dostawy. W takim przypadku mówimy jednak o znacznie mniejszych i tańszych w utrzymaniu obiektach niż oddzielne magazyny regionalne.

Istotne jest także planowanie tras wysyłek wspólnie z firmami transportowymi. Chodzi o to, aby trasy były możliwie efektywne. Co to znaczy? Otóż, lepiej wypuścić ciężarówkę w pełni załadowaną, która po drodze obsłuży kilka miast, niż wysyłać dwa lub trzy transporty wypełnione częściowo, gdzie każdy pojazd wyruszy do innego miasta. Konsolidowanie tras przekłada się zarówno na niższe koszty, jak i na mniejsze obciążenie dla środowiska, a przy dobrym rozplanowaniu, czas transportu może być w wielu przypadkach podobny.

Niektóre dane wskazują, że sama logistyka ostatniej mili generuje aż 40% wszystkich kosztów logistycznych. Niestety, uzyskanie większych oszczędności na tym etapie jest bardzo trudne. Nie zapominajmy jednak, że pozostaje jeszcze 60% kosztów, nad którymi zapanować jest znacznie łatwiej. Współpracując z odpowiednimi firmami i integrując wszystkie działania w jeden system, sklepy internetowe mogą dokonać znacznych oszczędności a zarazem skrócić czas dostawy towaru.

I choć pozornie te wcześniejsze etapy nie dotyczą problemu ostatniej mili, to jednak w praktyce mogą znacznie zmniejszyć ryzyko związane np. z opóźnieniami czy pomyłkami. Poza tym, jeśli pierwsze etapy zostaną zrealizowane sprawnie i bezbłędnie, kurier jadący do odbiorcy zyska więcej czasu. Nawet więc, jeśli straci w korku więcej czasu niż planował, nadal będzie miał większe szanse, że dotrze do celu jeszcze zanim wybije ta kluczowa dwudziesta czwarta lub czterdziesta ósma godzina od złożenia zamówienia przez klienta.

Deweloperzy są aktywni również w mniejszych miastach

Działalność deweloperów jest kojarzona głównie z miastami wojewódzkimi. Warto jednak pamiętać, że niektóre mniejsze ośrodki miejskie także bardzo skutecznie przyciągają inwestorów.

 

Aktywność krajowych deweloperów zwykle bywa analizowana w kontekście sześciu największych metropolii albo 16 – 18 miast wojewódzkich. Trudno się temu dziwić, bo wspomniane ośrodki miejskie są bardzo ważne dla wyników całej branży deweloperskiej. Niemniej jednak, czasem warto porzucić wielkomiejską perspektywę i przyjrzeć się aktywności firm deweloperskich na terenie mniejszych ośrodków. Analiza ekspertów portalu RynekPierwotny.pl wskazuje, że niektóre miasta liczące sobie poniżej 100 000 mieszkańców pod względem intensywności działań deweloperów wyprzedzają nawet znacznie większe miejscowości.Mapa 1 – Liczba domów i mieszkań wybudowanych w latach 2015-2019

Relatywnie dużo buduje się m.in. w Kołobrzegu oraz Ząbkach

Podczas swoich obliczeń bazujących na danych GUS-u, analitycy portalu RynekPierwotny.pl wzięli pod uwagę wszystkie krajowe miasta liczące poniżej 100 000 mieszkańców. W przypadku badanych ośrodków miejskich, obliczono między innymi łączną liczbę mieszkań ukończonych przez deweloperów od 2015 roku do 2019 roku, a także średnią liczbę ludności miasta w tym okresie. Po sprawdzeniu wszystkich miast, na terenie których domy i lokale wybudowali deweloperzy okazało się, że największą liczbą nowych mieszkań cechowały się następujące ośrodki miejskie, zaprezentowane na mapie.

Jeżeli chodzi o ścisłą czołówkę, to pewną niespodzianką może być wynik Siedlec. Warto jednak pamiętać, że wspomniane miasto jest jednym z większych ośrodków w badanej grupie. Poza tym w pierwszej dziesiątce znajdziemy prawie wyłącznie ośrodki miejskie, które mają charakter turystyczny i/lub są zlokalizowane blisko metropolii. Korzystnym umiejscowieniem charakteryzuje się też większość miast zajmujących pozycje 11 – 20 (patrz powyżej).

Pod względem liczby mieszkań na 1000 osób prowadzi Mielno

W badanej grupie ośrodków miejskich posiadających do 100 000 mieszkańców, eksperci RynekPierwotny.pl dostrzegli także miasta, gdzie przez 5 lat (2015 r. – 2019 r.) deweloperzy wybudowali bardzo dużo domów i lokali w przeliczeniu na 1000 osób. Pod tym względem najlepiej prezentuje się dwadzieścia miast zaprezentowanych na poniższej mapie.Mapa 2 – Liczba domów i mieszkań wybudowanych w latach 2015-2019.png

Podobnie jak w poprzednim przypadku, bardzo ważnym czynnikiem okazała się bliskość metropolii lub atrakcyjność turystyczna dwudziestu wiodących miast. Warto odnotować, że takie miejscowości jak Mielno, Siechnice, Szklarska Poręba, Międzyzdroje oraz Dziwnów pod względem relacji liczby ludności oraz wybudowanych lokali i domów deweloperskich, zdecydowanie wyprzedziły nawet wiodące metropolie. Ciekawy jest też przykład Ożarowa Mazowieckiego, Ząbek i Marek, gdzie w przeliczeniu na 1000 osób deweloperzy budują znacznie więcej lokali i domów niż na terenie pobliskiej Warszawy.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Negocjacji ciąg dalszy

Po burzliwym poniedziałku, którzy zaczął się ucieczką do ryzyka, a skończył odreagowaniem i powrotem przeceny USD, ostatnie godziny przynoszą uspokojenie, choć w ostrożnej atmosferze. Katalizatorów zmienności nie brakuje w tym tygodniu z brexitem, decyzją EBC, szczytem UE i pakietem fiskalnym w USA. O ile nie mówimy o funcie, inwestorzy tonują emocje.

Wczorajsze wstrząsy nie utrzymały się na długo. Poranna ucieczka od ryzyka, dla której katalizatorem była przecena funta po niepokojących wieści znad stołu negocjacyjnego brexitu, zaczęła przemijać wraz z przebudzeniem handlu w Nowym Jorku. Takie szybkie wygaszenie korekty sugeruje, że mieliśmy do czynienia z dostosowaniem pozycji (prawdopodobna realizacja zysków z ostatnich, mocnych ruchów) niż z istotną zmianą nastawienia inwestorów. Potwierdza to różnica w zachowaniu walut G10 z rynkami wschodzącymi. Choć ruchy par walut emerging markets z dolarem dochodziły do 1 proc., to po oczyszczeniu z korekty wartości dolara nie było widać dodatkowej presji na wyprzedaż ryzykownych aktywów. Szybkie odbicie, jak tylko sentyment wobec USD się odwrócił, a także umiarkowane wahania rynku akcji implikują, że nie doszło do istotnej zmiany zasad gry. Co najwyżej został zagubiony kierunek w obliczu mnożących się czynników ryzyka.

We wtorek nieco przycichło na froncie brexitu. Spekulacje o zerwaniu negocjacji przez brytyjskiego premiera Johnsona nie materializują się, a wręcz przeciwnie, BoJo przystąpił do bezpośrednich rozmów z szefową Komisji Europejskiej von der Leyen. Wczorajsza rozmowa telefoniczna nie przyniosła przełomu, ale sam fakt, ze strony chcą rozmawiać dalej jest już pozytywnie odbierany przez rynek. Kolejna tura rozmów ma być już w cztery oczy, prawdopodobnie podczas unijnego szczytu (czwartek-piątek), ale determinacja stron pokazuje, że wszystkim zależy na uzyskaniu porozumienia. Jedocześnie wydaje się oczywiste, że w kluczowych tematach rybołówstwa i subwencji publicznych dla firm każda ze strony będzie musiała pójść na jakieś ustępstwa. Nie będzie łatwo, nie będzie brakować zaskakujących nagłówków prasowych, jednak fakt, jak łatwo rynek podnosi GBP/USD pokazuje, że zakłady inwestorów są po pozytywnej stronie.

W USA polityka fiskalna jest w centrum uwagi, a politycy zdają się być zmobilizowani, by osiągnąć międzypartyjne porozumienie. Decyzja Izba Reprezentantów o zapewnieniu o jedne tydzień dłużej finansowania administracji państwowej bez nowej ustawy budżetowej (termin mijał 11 grudnia), jest dobrą informacją. Kongres daje sobie dodatkowy czas na uzgodnienie pakietu pomocowego, który ma być elementem ustawy budżetowej. Nowy termin do obserwacji do 18 grudnia, ale już teraz sygnały z Waszyngtonu dają nadzieję, że gospodarka USA wkrótce otrzyma fiskalne wsparcie. To dobra wiadomość dla USA i apetytu na ryzyko, ale jednocześnie przyhamuje korektę USD.

Czy polskie weto wobec unijnego budżetu może zostać wycofane? Prasa sugeruje, że taka opcja istnieje, jeśli powiązanie wypłat z przestrzeganiem zasad praworządności zostanie zawężone tylko do przypadków defraudacji środków. Tymczasem dziś rano rzecznik prasowy rządu informuje, że podejście Polski do rozmów o budżecie nie uległo zmianie. Czas goni, gdyż Bruksela do dziś dało Polsce i Węgrom czas na wycofanie weta, inaczej rozpocznie się realizacja planu B, tj. konstruowania Funduszu Odbudowy z pominięciem obu krajów. Próba sił zapewne będzie trwać do unijnego szczytu 10-11 grudnia, a możliwe i rozmowy przeciągną się na weekend. Rynek walutowy dalej widzi światełko w tunelu i liczy na ostateczny konsensus. W efekcie EUR/PLN utrzymuje trend boczny, choć im bliżej końca tygodnia kurs może odpływać w wyższe zakresy konsolidacji, tj. 4,49-4,50.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Z rynku do samorządu, z samorządu do inspekcji, z inspekcji z powrotem na rynek – zjawisko obrotowych drzwi w sektorze aptecznym i jego konsekwencje

byt szeroki zakres kompetencji samorządu aptekarskiego, dążenie do zamykania rynku, a także „obrotowe drzwi” polegające na przepływie osób między organami samorządu zawodowego a instytucjami inspekcji, tworzą „aptekarski układ zamknięty” uderzający zarówno w przedsiębiorców będących właścicielami aptek, jak i w pacjentów – to podstawowy wniosek z opublikowanych dzisiaj raportów Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Nie ulega wątpliwości, że w Polsce trwa obecnie spór dotyczący kształtu regulacji rynku aptecznego. Jedna z jego stron optuje za rynkiem otwartym, konkurencyjnym i propacjenckim. Druga forsuje model rynku zamkniętego i skoncentrowanego na realizacji interesów wąskiej grupy farmaceutów. W ciągu ostatnich lat prawodawca przychylał się raczej do tej drugiej koncepcji, osiągając zresztą rezultaty odwrotne do zamierzonych. Najlepszym przykładem może być „apteka dla aptekarza”, która – będąc regulacją mającą poprawić dostępność aptek na terenach wsi i małych miasteczek – doprowadziła do likwidacji ponad tysiąca placówek, w kilkudziesięciu przypadkach będących jedyną w okolicy.

Równolegle, coraz większą rolę w polskim systemie aptecznym odgrywa samorząd zawodowy aptekarzy. Jak wskazano w opublikowanym opracowaniu, konstytucyjnym zadaniem samorządów zawodowych jest reprezentowanie osób wykonujących zawody zaufania publicznego i sprawowanie pieczy nad właściwym wykonywaniem tych zawodów. Samorząd aptekarzy rości sobie tymczasem prawo m.in. do dokonywania wiążącej wykładni przepisów. Przykładem mogą być choćby przepisy antykoncentracyjne (słynny 1% aptek w województwie), z których brzmienia wprost wynika, że zakazują one wydawania nowych zezwoleń na prowadzenie apteki podmiotom, które już posiadają powyżej 1% aptek ogólnodostępnych w województwie. Samorząd aptekarski forsuje tymczasem interpretację sprzeczną z literalnym brzmieniem regulacji, zgodnie z którą zakazane miałoby być posiadanie więcej, niż 1% aptek w województwie. Organy samorządu wydają się przy tym nie zważać na orzeczenia NSA, czy chociażby fakt, że ustawodawca podejmował już kilkukrotne próby modyfikacji przepisów Prawa farmaceutycznego tak, by odpowiadały one wykładni forsowanej przez samorząd aptekarski.

Eksperci ZPP podkreślają, że na promowaniu sprzecznej z klarownym brzmieniem przepisu interpretacji, ponadstandardowa aktywność samorządu aptekarskiego się jednak nie kończy. Coraz częściej pragnie on de facto przejmować rolę regulatora rynku, wykraczając poza przewidzianą przepisami konstytucji rolę samorządu zawodowego. Przykładem takiego działania może być choćby uchwała Krajowego Zjazdu Aptekarzy ze stycznia 2020 roku, która stanowi że farmaceuta związany umową franczyzy nie daje rękojmi prawidłowego prowadzenia apteki. Teoretycznie nie istnieje żadna podstawa prawna ku temu, by samorząd mógł weryfikować rękojmię farmaceuty – w przypadku zawodów zaufania publicznego przyjmuje się, że uzyskanie prawa do wykonywania zawodu jest równoznaczne z uzyskaniem rękojmi, którą utracić można wyłącznie w rezultacie postępowania dyscyplinarnego. Samorząd apteczny jednak, bazując na zawartym z Głównym Inspektorem Farmaceutycznym porozumieniu, opiniuje wnioski o wydanie zezwolenia na prowadzenie apteki, dokonując w praktyce oceny, czy wnioskodawca daje rękojmię prawidłowego prowadzenia placówki.

Powyższemu zjawisku, tj. konsekwentnym próbom poszerzania zakresu kompetencji samorządu zawodowego, towarzyszy zjawisko „drzwi obrotowych” na rynku aptecznym. Polega ono na stosunkowo swobodnym przepływie osób pomiędzy poszczególnymi podmiotami budującymi rynek apteczny i wykonywaniu przez te same osoby wielu funkcji w relatywnie krótkich odstępach czasu. Farmaceuta prowadzący aptekę (będący zatem przedsiębiorcą) może stać się członkiem organu władz samorządu aptekarskiego, który z kolei dzięki swoim szerokim kompetencjom ma możliwość skutecznego ustanawiania reguł funkcjonowania na rynku. Nic nie stoi na przeszkodzie, by farmaceuta taki w kolejnym kroku objął stanowisko Wojewódzkiego, czy nawet Głównego Inspektora Farmaceutycznego, czyli realizował funkcję nadzoru nad rynkiem. Przepisy stanowią bowiem wprost, że inspektorem farmaceutycznym może być wyłącznie farmaceuta. Po zakończeniu pracy jako Inspektor, farmaceuta może wrócić do funkcjonowania na rynku jako przedsiębiorca prowadzący aptekę. W rezultacie, Główny Inspektor Farmaceutyczny może być byłym przedstawicielem władz samorządu aptecznego, a przedstawiciel władz samorządu aptecznego – byłym Inspektorem. Taka sytuacja tworzy swoisty „układ zamknięty”, którego ofiarami stają się w pierwszej kolejności właściciele aptek, dla których organy samorządu nie widzą na rynku miejsca, a w drugiej kolejności – pacjenci, dla których dostępność leków zmniejsza się.

Od tego, którą wizję rynku aptecznego przyjmie regulator, zależy zatem ostatecznie dobrostan pacjentów. Przykład Irlandii pokazuje, że rynek zamknięty powoduje zmniejszenie liczby placówek i zwiększenie cen leków nierefundowanych – dlatego właśnie irlandzki ustawodawca wycofał się z ustawy analogicznej do polskiej „apteki dla aptekarza”.

Mając na uwadze powyższe, eksperci ZPP apelują do prawodawcy o uznanie, że ostatecznym celem każdej regulacji rynku aptecznego nie powinien być komfort farmaceutów i właścicieli aptek, lecz dobro pacjentów i wysoka dostępność leków – zarówno w kontekście procedowanej ustawy o zawodzie farmaceuty, jak i przyszłych inicjatyw legislacyjnych.

Ostatnia mila – e-logistyka w 2020 i 2021 roku

E-commerce rośnie w siłę, to stwierdzenie niepodlegające dyskusji. W 2019 roku liczba e-sklepów wyniosła prawie 32 tys., a w tym roku, zgodnie z szacunkami, liczba nowopowstałych sklepów internetowych przekroczy 10 tys. Przewidywany wzrost przychodu generowanego przez polski e-commerce sięgnie aż 40%, co przełoży się na wygenerowanie wartości bliskiej 100 mld zł (szacunki przed pandemią mówiły o wartości 70 mld zł). Nowe regulacje prawne i zmiany w handlu stacjonarnym, wynikające z działań mających na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się pandemii COVID-19 sprawiły, że struktura zakupów przeniosła się do sieci. Wszystko wskazuje na to, że ten trend zostanie z nami na dłużej. Jakie działania mogą pomóc sklepom stacjonarnym zachęcić konsumentów do przejścia z online do offline? Oferowanie nowych, pożądanych przez e-klientów usług, np. możliwości nadania i odbioru przesyłki kurierskiej.

Wzrost e-handlu wpłynął bezpośrednio na liczbę placówek nadawczo-odbiorczych w całej Polsce, które coraz częściej są wskazywane jako preferowana forma odbioru paczek. Z danych własnych Poczty Polskiej wynika, że sklepy partnerskie Żabka, należące do sieci spółki, stanowiły 48% całościowego udziału. To one zanotowały największą dynamikę wzrostu, która wyniosła ponad 18% rok do roku. Do sieci – oprócz sklepów Żabka, należą też stacje Orlen oraz kioski, placówki pocztowe i saloniki prasowe Ruchu. Inne autonomiczne sieci handlowe, takie jak np. Dino, Livio, marka „abc” czy Kaufland – zyskując status placówki pocztowej – również w ten sposób starają się utrzymać dotychczasowych klientów i zainteresować nową grupę konsumentów.

Dostawy do punktu

Widocznym kierunkiem w obszarze budowania łańcucha dostaw przez przewoźników, jest szukanie rozwiązań obniżających koszty dostarczenia przesyłek. Ostatnia mila to jedna z najważniejszych faz procesu realizacji zamówienia internetowego, która odpowiednio zorganizowana, może znacznie obniżyć koszty operacyjne firm kurierskich. Kilkukrotne próby dostarczenia paczki w momencie braku odbiorcy pod wskazanym adresem nie tylko generują dodatkowe koszty, ale wywołują frustrację obu stron procesu. Optymalizując własne procesy, w tym kładąc nacisk na efektywność kosztową, jak również kierując się oczekiwaniami konsumentów, przewoźnicy rozwijają usługę „odbioru w punkcie” rozumianą szeroko, nie tylko przez pryzmat automatów paczkowych. Dzięki temu, e-klient może odebrać przesyłkę w dowolnym momencie, w wybranym przez siebie miejscu.

Liczba punktów odbioru przesyłek cały czas rośnie, gdyż jest odpowiedzią na oczekiwania e-konsumentów w zakresie wygody i łatwości odbioru, jak również z uwagi na masowo realizowane zakupy online i zwiększenie liczby przesyłek pojawiających się w obrocie. Możliwości punktów nadawczo-odbiorczych, czy to maszyn paczkowych czy punktów retail są ograniczone, stąd konieczność uruchamiania nowych. Odbywa się to nie tylko poprzez ich budowanie od podstaw (np. stawianie nowych maszyn), lecz także poprzez wykorzystanie już dostępnej infrastruktury handlu stacjonarnego. Dziś, dzięki odpowiedniej technologii, każdy sklep czy sieć handlowa może stać się punktem nadawczo-odbiorczym, zwiększając zakres swoich usług i poszerzając grono potencjalnych klientów.

Jak wynika z badania Global State of the Consumer Tracker, realizowanego przez Deloitte na przełomie października i listopada br., zdecydowana większość (89%) polskich konsumentów decyduje się kupować żywność w sklepach stacjonarnych. Choć dość ostrożnie podchodzimy do robienia zakupów spożywczych online (7% ankietowanych), jest to trend, którego nie należy lekceważyć. Przemawia za tym sytuacja w dużych miastach, gdzie sklepy z żywnością zaczęły tracić klientów, a na wielkoformatowe obiekty zostały nałożone dodatkowe restrykcje sanitarne. Może to przełożyć się na niższy komfort robienia tradycyjnych zakupów offline i przejście konsumenta do online. Oferowanie przez sklepy dodatkowych usług, np. nadania lub odbioru paczki sprawi, że motywacja e-konsumenta, by wybrać daną placówkę zamiast zakupów internetowych wzrośnie.

E-logistyka przyszłości

Popularyzacja punktów odbioru jako preferowanej formy dostawy oraz migracja klienta w kierunku zakupów online powoduje, że branża logistyczna szuka optymalnych rozwiązań e-logistycznych, mających połączyć wszystkie składowe, tj.: konsumenta e-commerce, placówki sieci detalicznej oraz branżę KEP – w jedną spójną całość.

Przewoźnicy, dywersyfikując swoją ofertę, stawiają na współpracę z sieciami i sklepami stacjonarnymi – do tego celu wykorzystują dostępne już obiekty, zamiast budowania nowych punktów nadawczo-odbiorczych lub stawiania własnych maszyn paczkowych. To maksymalizacja potencjału rynku w funkcjonującej strukturze sprzedaży punktów stacjonarnych. Połączenie świata online z offline przekłada się na zbiór nazwanych i oczywistych korzyści wynikających z powstałej synergii.

Jak to wygląda w praktyce?

Sklep lub sieć detaliczna musi być widoczna na mapie prezentującej dostępne punkty odbioru przesyłki zamówionej online. Usługę lokalizacji punktu na mapie oferuje np. Bliskapaczka.pl, należąca do Sendit S.A. Dzięki takiemu rozwiązaniu e-klient, chcąc odebrać swoją przesyłkę, w procesie składania zamówienia online będzie mógł wybrać nie tylko popularne już maszyny paczkowe czy znane mu i obecne na mapie sieci partnerskie, lecz np. swój osiedlowy sklep, do którego mu najbliżej. Odbierając zamówienie, z dużym prawdopodobieństwem dokona tam też zakupów, przyczyniając się do zwiększenia obrotów danego biznesu. W naturalny sposób budowany jest dodatkowy napływ e-klienta w danej placówce sieci i to bez konieczności ponoszenia przez nią dodatkowych, płatnych działań marketingowych.

Trójstronne korzyści

Wprowadziliśmy niedawno na rynek system Smart-Points, który w powiązaniu z projektem BliskaPaczka.pl stał się nowoczesnym rozwiązaniem e-logistyki, przynoszącym korzyści dla wszystkich podmiotów transakcji kupna-sprzedaży. Projekt łączy potrzeby oraz oczekiwania zarówno e-klienta, dążącego do wygody odbioru przesyłki w wybranym przez siebie momencie i miejscu, e-sklepu, dbającego o satysfakcję oraz lojalność konsumenta oraz tradycyjnego sklepu offline, który przystępując do Smart-Points wprowadza u siebie nową usługę. Występując tym samym w roli placówki pocztowej, tradycyjny handel zyskuje możliwość pozyskania grona nowych klientów oraz generowania dodatkowego przychodu wynikającego z samego faktu obsłużenia e-klienta – zarówno w kontekście świadczenia usługi odbioru. jak również w ramach sprzedaży artykułów z własnej oferty.

Smart-Points ze swoją ideą naturalnie wpisuje się w trend popularyzacji odbioru przesyłek w punkcie. Kto wie, może ten model jest „biznesową witaminą”, dzięki której handel tradycyjny zmniejszy straty lub – co więcej – poprawi swoją kondycję spowodowaną utratą klientów w okresie pandemii? Czas pokaże.

Michał Goldmann, Prezes Zarządu, Sendit S.A.

Kto się boi nowego Prawa zamówień publicznych?

Nowa ustawa Prawo zamówień publicznych (PZP) zgodnie z planem powinna wejść w życie od 1 stycznia. Tymczasem wiele samorządów czy miast w ostatnich dniach apelowało o wydłużenie vacatio legis. „Dyskusja na temat późniejszego wprowadzenia nowej ustawy Prawo  zamówień publicznych to najczęściej efekt braku rozporządzeń wykonawczych do ustawy, oraz braku wiedzy jak przygotować dokumenty według nowej ustawy i w efekcie strach zamawiających przed nowymi przepisami – zauważa Małgorzata Dobrzyńska-Dąbska założyciel kancelarii DABSKA.LEGAL, która specjalizuje się w Prawie zamówień publicznych. „Prace nad przygotowaniem dokumentacji postępowań według nowej ustawy, w przypadku zamawiających ruszyły tak naprawdę dopiero kilkanaście dni temu” – dodaje ekspert.

Nowe przepisy dotyczące zamówień publicznych uchwalono już we wrześniu 2019. Obecnie trwają prace nad nowelizacją części przepisów, ale dotyczą one niewielkiego wycinka nowej ustawy. Zapewniono vacatio legis który powinien pozwolić przygotować się do nowych procedur. Tymczasem pod koniec listopada br. Związek Miast Polskich zaapelował o przesuniecie, o co najmniej 6 miesięcy terminu wejścia w życie nowej ustawy. Jak wynika z doniesień medialnych za dłuższym terminem opowiada się m.in. Warszawa, Gdynia, Łódź, Kołobrzeg czy Białystok, a włodarze miejscy wytykają rządowi chaos legislacyjny[1].

„Nowe przepisy będą dotyczyły tylko tych przetargów i zamówień, które zostaną ogłoszone po 1 stycznia 2021 r., o ile nie zostanie wydłużone vacatio legis. Wcześniejsze postępowania będą się odbywały na dotychczasowych zasadach. Może to skutkować przesunięciem ogłoszenia części zamówień na ten rok, by uniknąć nowych regulacji. Tych z niecierpliwością oczekują zwłaszcza wykonawcy, którzy będą mogli w większym stopniu wpływać na przebieg przetargu dzięki np. nowej procedurze negocjacji. Z kolei zamawiający obawiają się zmian, bo nowe przepisy nakładają na nich obowiązek precyzyjnego opisu przedmiotu zamówienia oraz przewidują konsekwencje niezachowania obowiązków należytego przygotowania. Problemem jest również na pewno brak przygotowania wcześniejszych szkoleń, dostosowanych do nowej ustawy  które tak naprawdę ruszyły w ostatnich tygodniach i dniach” – tłumaczy Małgorzata Dobrzyńska-Dąbska.

Część ekspertów, jak min. Stowarzyszenie Prawa Zamówień Publicznych przekonuje, że wydłużanie okresu wejścia w życie nowych przepisów będzie szkodliwe i zajmują zdecydowane stanowisko za utrzymaniem planowanego vacatio legis.

Jedną z kluczowych zmian, w PZP jest wprowadzenie przetargu nieograniczonego z negocjacjami, czyli trybu podstawowego zamówienia dopuszczającego negocjacje, w celu ulepszenia treści ofert, które podlegają ocenie w ramach kryteriów oceny ofert.

„To ważny przepis dla wykonawców, bo na odpowiednim etapie postępowania mogą mieć większy wpływ na określenie potrzeb zamawiającego, które często wynikają z bardzo precyzyjnych warunków technicznych oraz braku pełnej wiedzy zamawiających jak wygląda rynek produktu lub usługi i jakich rozwiązań mogą oczekiwać. Tak dzieje się np. przy okazji zamówień w służbie zdrowia, gdzie dostęp do oprogramowania czy sprzętu jest kluczowy dla jakości wykonanych usług, o czym zamawiający może nie mieć pełnej wiedzy. W przypadku zastosowana postępowania bez tego trybu, to na zamawiającym, jak dotychczas będzie ciążył obowiązek właściwego opisu przedmiotu zamówienia. Zamawiający nie są przygotowani do prowadzenia negocjacji i mają obawy przed specjalistami reprezentującymi wykonawców, którzy będą dążyć do narzucenia warunków postępowania jakie będą mogli spełnić.  Jeśli dodamy do tego że zamawiający podlega pod szereg regulacji w tym pod ustawę o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych, to w efekcie możemy wywnioskować, skąd bierze się opór dotyczący nowych przepisów o zamówieniach publicznych” – dodaje ekspert.

Nowe przepisy stanowią, ze postępowanie w trybie podstawowym z obligatoryjnymi negocjacjami będzie miało miejsce gdy potrzeby zamawiającego oraz specyfika przedmiotu zamówienia uniemożliwiają lub utrudniają precyzyjne opisanie warunków. W takiej sytuacji zamawiający będzie przygotowywał opis potrzeb i wymagań, w którym w szczególności określa minimalne wymagania, które muszą spełnić wszyscy wykonawcy oraz kryterium oceny ofert.

„W przypadku gdy negocjacje są wymuszane przez nowe przepisy ich przedmiotem mogą być zasadniczo wszystkie elementy zamówienia. Wykonawcy mogą negocjować wagi przypisane kryteriom oceny ofert, ale również aktywnie uczestniczyć w procesie tworzenia warunków zamówienia, co ma zapewnić efektywność realizowanego zamówienia. Oczywiście możliwe będzie przeprowadzenia postępowania bez negocjacji, ale tylko gdy zamawiający precyzyjnie określi przedmiot i warunki zamówienia na etapie wszczęcia postępowania. Zamawiający powinni być lepiej przygotowani do prowadzenia takich negocjacji, aby proponowane przepisy nie okazały się martwe.  To jest bardzo dobre rozwiązanie, ale zawsze będzie po stronie zamawiających obawa, czy na pewno kontrola zamówienia nie zakwestionuje ustaleń po negocjacjach. Nie ma w tej chwili rozwiązań, które zachęcałyby zamawiających do stosowania tego trybu” – podsumowuje  Dobrzyńska-Dąbska.

Prace nad nowelizacją ustawy Prawo zamówień publicznych zostały zakończone i oczekuje ona na podpis Prezydenta.

[1] RP.pl https://regiony.rp.pl/finanse/32796-znowu-kontrowersyjne-prawo-jeszcze-nie-obowiazuje-a-juz-je-nowelizowano?utm_source=rp&utm_medium=teaser_redirect

Współpraca CPK z powiatami w sprawie pozyskiwania danych ewidencyjnych nieruchomości

Przedstawiciele spółki Centralny Port Komunikacyjny podpisali dziś porozumienia ze starostami powiatów: sochaczewskiego, żyrardowskiego i grodziskiego w sprawie pozyskiwania danych geodezyjnych i kartograficznych z zasobów tych samorządów. To następny krok w ramach uruchomionego w ubiegłym tygodniu Programu Dobrowolnych Nabyć.

Dzięki dzisiejszym ustaleniom spółka Centralny Port Komunikacyjny będzie otrzymywać od powiatów informacje na temat nieruchomości na terenie Programu Dobrowolnych Nabyć (PDN). W spotkaniu w formie telekonferencji wzięli udział wiceminister infrastruktury i pełnomocnik rządu ds. CPK Marcin Horała, prezes spółki CPK Mikołaj Wild i członek zarządu CPK ds. nieruchomości Patryk Demski. Ze strony samorządowej porozumienia zostały zawarte w imieniu starostów: sochaczewskiego Jolanty Gonty, żyrardowskiego Krzysztofa Dziwisza i grodziskiego Marka Wieżbickiego.

 

Zawarte dziś porozumienia będą obowiązywały do końca 2023 r., podobnie jak uruchomiony w ubiegłym tygodniu Program Dobrowolnych Nabyć, w ramach którego otrzymaliśmy już pierwsze zgłoszenia od właścicieli zainteresowanych sprzedażą nieruchomości. Jest to istotny krok w procesie nabywania nieruchomości i planowania przestrzennego związanego z budową nowego lotniska i węzła kolejowego – mówi Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK.

Porozumienia z powiatami to kolejny, konsekwentny krok w ramach przygotowań do realizacji CPK. Będziemy korzystać z danych kartograficznych i geodezyjnych od powiatów podczas pozyskiwania gruntów pod budowę Portu Solidarność. Naszym celem jest sprawna budowa CPK, ale także jak najlepsze zagospodarowanie terenu wokół lotniska w ścisłej współpracy z przedstawicielami lokalnych władz – wyjaśnia Mikołaj Wild, prezes spółki CPK.

Jak wynika z założeń PDN, osoby zainteresowane szybką sprzedażą nieruchomości na rzecz CPK, które nie chcą w niepewności czekać na decyzję lokalizacyjną i wywłaszczenie, będą mogły zbyć ziemię wcześniej, otrzymując cenę opartą o jej wartość rynkową. W każdym przypadku wartość nieruchomości będzie określana w formie operatu szacunkowego, sporządzonego przez rzeczoznawcę majątkowego.

Spółka CPK nabywa nieruchomości z obszaru położonego na zachód od Warszawy, leżące między miastami Żyrardów, Grodzisk Mazowiecki i Sochaczew. Teren ten ograniczają: od południa autostrada A2, od zachodu droga krajowa nr 50, od północy wieś Szymanów i rzeka Pisia, a od wschodu – rzeka Pisia Tuczna i miejscowość Baranów.

Mobilny Bankowiec – wspólny projekt Banku Pocztowego i Poczty Polskiej – nabiera rozpędu

Dzięki tzw. leadom pozyskanym za pośrednictwem Mobilnego Bankowca, udzielono już kredyty o łącznej wartość blisko 3 mln zł, czyli 10-krotnie więcej niż po pierwszym miesiącu funkcjonowania projektu. Do aplikacji umożliwiającej zbieranie danych kontaktowych osób potencjalnie zainteresowanych uzyskaniem dodatkowego finansowania ma dostęp już 20 tysięcy listonoszy.

– Projekt, który był od podstaw tworzony z naszym strategicznym partnerem Pocztą Polską, nabiera rozpędu. Pod koniec sierpnia, czyli po pierwszym miesiącu działania Mobilnego Bankowca, dzięki uzyskanym za pośrednictwem aplikacji leadów Bank Pocztowy udzielił kredytów o łącznej wartości ponad 300 tysięcy złotych. Teraz dzięki Mobilnym Bankowcom wartość kredytów udzielonych z wykorzystaniem pozyskanych w ten sposób kontaktom wzrosła do 2,9 mln zł mówi Marcin Ledworowski, Członek Zarządu Banku Pocztowego.

Uruchomiony w połowie wakacji projekt to efekt strategicznej współpracy między spółkami z grupy Poczty Polskiej. Został stworzony tak, by korzyści z niego mogła czerpać jak największa grupa obywateli. Klienci uzyskują dostęp do produktów kredytowych Banku Pocztowego, doradcy Banku i Poczty dostęp do tzw. leadów kredytowych, a listonosze prowizję za pozyskanie kontaktu.

Mobilny Bankowiec to przykład wykorzystywania synergii między Pocztą Polską i Bankiem Pocztowym. To jeden z elementów ułatwiających rozwój bankowości pocztowej w Polsce, tak popularnej także w Europie, między innymi we Francji i Szwajcarii – mówi Andrzej Bodziony, Wiceprezes Zarządu Poczty Polskiej.  

W ramach projektu Mobilny Bankowiec,  została specjalnie przygotowana aplikacja na tablety. Listonosze z całego kraju mogą za jej pomocą zbierać dane kontaktowe osób potencjalnie zainteresowanych skorzystaniem z oferty kredytu gotówkowego. Imiona i nazwiska oraz inne informacje, jak dane kontaktowe i numer telefonu, są wpisywane w specjalny formularz na tablecie i za zgodą klienta przesyłane są bezpośrednio do doradcy. Ten kontaktuje się później z klientem w celu umówienia spotkania w dogodnym dla niego czasie w wybranej placówce Poczty Polskiej.

– Mobilny Bankowiec jest odpowiedzią Poczty Polskiej na coraz większe zainteresowanie naszych klientów usługami realizowanymi z użyciem nowoczesnych narzędzi komunikacji. To również wspólny wkład Poczty Polskiej i Banku Pocztowego w przeciwdziałanie cyfrowemu wykluczeniu niektórych grup społecznych oraz w zakresie korzystania z usług finansowych – dodaje Krzysztof Falkowski, wiceprezes zarządu Poczty Polskiej.

Na wzrost inflacji mają wpływ drożejące usługi

Podwyższona inflacja przywodzi na myśl głównie ceny produktów. Słabnąca pozycja waluty ma być związana z drożejącymi produktami na półkach sklepowych. Jednak w przypadku obecnej inflacji mamy do czynienia z innym mechanizmem. Można to zauważyć, analizując tegoroczne sprawozdania z cen towarów. Okazuje się, że wzrost ich cen w tym roku nie przekroczył nawet 1%. To bardzo mało – zważywszy, że aktualnie obserwujemy ponad 3% wzrost inflacji. Co ją w takim razie spowodowało?

– Jeżeli popatrzymy na to, co się dzieje w usługach – to tam w ujęciu rocznym obserwujemy 7% wzrost cen. Część z nich to usługi, na które państwo ma wpływ – na przykład wywóz śmieci, za który płacimy 50% więcej niż przed rokiem – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej.  Do tego przyczynił się wzrost kosztów za składowanie śmieci. Ale podrożały też inne usługi – głównie z powodu ostrej podwyżki płacy minimalnejOd stycznia jest ona podniesiona o przeszło 16%. To dużo więcej niż inflacja i przeciętny poziom płac. To zaowocowało podniesieniem płac tam, gdzie one były stosunkowo niewysokie i gdzie stanowią dużą część kosztu usługi. Jako społeczeństwo nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że usługi są drogie. Jeżeli usługodawcy podnosili ceny – szliśmy tam, gdzie ta cena została w miejscu. Jednak przy ostrym podniesieniu płac tego nie dało się tego utrzymać. Ceny usług rosną również przez pandemię. Wymagania higieniczne przekładają się na dodatkowe koszty zakładów usługowych. W jednostce czasu można obsłużyć mniej klientów, a to przekłada się na wzrost ceny. Przedsiębiorstwa ponoszą również dodatkowe koszty pozapłacowe – takie jak droższa energia, śmieci i woda. Dlatego analizując aktualny poziom inflacji należy pamiętać, że na jej wzrost wpływ mają przede wszystkim usługi: wzrost płacy minimalnej i cen usług państwowych – wyjaśnia Soroczyński.

Branża transportowa w nowych realiach – jak TSL radzi sobie na home office?

Wykonywanie obowiązków poza obszarem firmy staje się coraz bardziej popularne. Według badań nawet 57% pracodawców jest chętnych do wprowadzenia pracy zdalnej długofalowo[i]. Ma to oczywiście związek z pandemią koronawirusa, która przyczyniła się do wielu zmian w funkcjonowaniu wszystkich sektorów życia zawodowego. Jednak nie każdy miał okazję komfortowo dostosować się do nowych realiów. 39 proc. pracowników, w momencie wprowadzenia pracy zdalnej nie czuło się do niej przygotowanych ze względu na brak odpowiednich rozwiązań technologicznych[ii]. Branża TSL to z kolei jeden z największych sektorów w Polsce, który musiał dostosować się do nowych realiów Jakie rozwiązania wprowadziły firmy transportowe? Jak skutecznie organizować zdalny back-office w TSL? Odpowiada Dawid Kochalski, ekspert Grupy INELO.

Nie każde polskie przedsiębiorstwo transportowe było przygotowane na zmiany spowodowane pandemią koronawirusa. TSL to obecnie jedna z największych branż w Polsce z ogromnym znaczeniem dla polskiej gospodarki, dlatego ważne było znalezienie rozwiązań, które pomogą jej w skuteczny sposób organizować pracę nie tylko w trasie, ale także w biurach. ­– Transport, logistyka i spedycja to podstawa funkcjonowania gospodarek na całym świecie. Łatwo zauważyć, że mimo obecnej sytuacji na świecie popyt na usługi TSL nie słabnie, jednak mocno zmienia się organizacja pracy w tym sektorze. Wiele firm, szczególnie małe i średnie przedsiębiorstwa nie były przygotowane na tak dynamiczne zmiany. Część z nich może nie poradzić sobie z wdrożeniem nowych rozwiązań. Aby utrzymać konkurencyjność na rynku przedsiębiorcy muszą jak najszybciej dostosować się do obecnie obowiązujących realiów wprowadzając zmiany, które poprawią komfort pracy zdalnej oraz maksymalnie zautomatyzują procesy logistyczne i transportowe ­– komentuje Dawid Kochalski, ekspert Grupy INELO.

Branża TSL vs. praca zdalna

Przeniesienie pracy z biura do domu niejednokrotnie stanowiło ogromne wyzwanie dla wielu firm transportowych, w szczególności, kiedy transport sprzętu potrzebnego do wykonywania obowiązków służbowych do domu pracownika nie był możliwy. Według raportu Future Busines Institute 18% badanych jako problem związany z pracą zdalną wskazuje na brak odpowiednich technologii, które ułatwiłyby pracę poza biurem. Problemy ze sprzętem ciągną za sobą konieczność inwestowania w narzędzia, które pozwolą na łatwy dostęp do programów potrzebnych do realizacji frachtów oraz organizacji pracy całej firmy. – Przedsiębiorstwa z branży TSL obawiały się zaburzenia procesów komunikacji oraz spadku efektywności pracy swoich pracowników. Istnieje jednak duża liczba programów oraz aplikacji, które wspomagają monitorowanie aktywności pracy, czy wspierają komunikację między pracownikami. Dzięki odpowiednim narzędziom jesteśmy w stanie planować zadania oraz sprawdzać status ich realizacji, aby zminimalizować prawdopodobieństwo opóźnień czasowych. Obawy te jednak szybko zamieniły się w działania. Firmy zainwestowały w odpowiedni sprzęt aby umożliwić swoim pracownikom pracę zdalną. Doskonałym rozwiązaniem okazała się także inwestycja w nowe technologie. Systemy, takie jak TMS pozwalają zarządzać procesami w firmie z dowolnego miejsca na świecie z dostępem do internetu Co więcej, wiele firm bało się także o bezpieczeństwo danych i przepływ dokumentów poza miejscem pracy. Tutaj znów ogromnym wsparciem okazały się nowe technologie w transporcie. Informacje z systemów TMS przechowywane są na w wewnętrznych serwerach, a dane telematyczne zapisywane są w chmurze, do której dostęp ma tylko administrator. Dużą rolę odgrywa także szyfrowanie wszystkich danych, dzięki czemu osoby trzecie nie mają dostępu do poufnych informacji – dodaje Dawid Kochalski.

Czy koniec pandemii pogrzebie pracę zdalną?

Zarówno pracodawcy oraz pracownicy przyzwyczaili się do nowego modelu pracy, a raporty i badania wskazują, że w momencie powrotu do względnej normalności, chcieliby mieć możliwość jej kontynuowania. 57% badanych uważa, że mogliby utrzymać taki system pracy po zakończeniu pandemii. Takie dane wskazują na korzyść home office, które mimo pierwotnych problemów i zamieszania przy wprowadzaniu tego modelu, okazało się dobrą alternatywą pracy, która przynosi satysfakcję pracownikom oraz pracodawcom. Wcześniejsze obawy o spadek efektywności również wydają się być bezpodstawne, badanie Bezpieczni w Pracy wskazuje, że blisko 80 proc. pracodawców nie odnotowało jej spadku a aż 17 proc. zauważa jej poprawę. W badaniu Future Business Institute ponad 50 proc. respondentów uważa, że praca zdalna pobudza innowacyjność. Pandemia przeprowadziła także rewolucję w procesie rekrutacji, duża liczba przedsiębiorstw wprowadziła całkowicie zdalne procesy rekrutacyjne. Dane wskazują, że blisko 50 proc. ankietowanych twierdzi że całkowicie zdalna rekrutacja zachęca ich do aplikowania na dane stanowisko[iii]. – Takie dane mają ogromne znaczenie dla przyszłego kształtowania wyglądu zespołu. Niejednokrotnie lokalizacja firmy blokuje możliwość znalezienia specjalistów, którzy mogliby wspierać rozwój i działania firmy. Dzięki rekrutacji online oraz pracy zdalnej możliwe będzie zatrudnienie pracowników nie tylko z najbliższej okolicy, ale praktycznie z całej Polski i nie tylko. To sprawia także, że konkurencja oraz rynek pracy staje się znacznie bardzie otwarty, co daje dużo więcej możliwości. Warto zaznaczyć także, że coraz więcej przedsiębiorstw transportowych korzysta z systemów telematycznych oraz nowoczesnych technologii, które skutecznie wspierają automatyzację procesów w firmie. Cyfryzacja jest kluczem do pracy zdalnej, więc podmiotów korzystających z tych rozwiązań przeszło transformację z „normalnego” trybu pracy na „covidowy” zupełnie bezboleśnie – mówi Kochalski, ekspert Grupy INELO.

[i] http://bezpieczniwpracy.pl/wp-content/uploads/2020/10/Raport-Bezpieczeństwo-Pracy-w-Polsce-2020.pdf

[ii] http://www.pte.pl/pliki/2/36/Future_Business_Institute.pdf

[iii] https://prowly-uploads.s3.eu-west-1.amazonaws.com/uploads/landing_page_image/image/266143/f8f1b4f13d3af3f28575dea557d6ac27.pdf

Kupujemy mniej mieszkań. W listopadzie znaczny spadek wnioskujących o kredyt mieszkaniowy

Wartość BIK Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM) informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Przedostatni w tym roku, jedenasty odczyt Indeksu wyniósł -4,4%, co oznacza, że w listopadzie 2020 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 4,4% w porównaniu z listopadem 2019 r.

W listopadzie 2020 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 31,72 tys. potencjalnych kredytobiorców, w porównaniu do 33,60 tys. rok wcześniej – jest to spadek o -5,6%. W porównaniu do października 2020 r., liczba wnioskujących spadła o 17,5%, zaś w stosunku do minimum z kwietnia 2020 r. wzrosła o 14,0%. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w listopadzie br. wyniosła 300,21 tys. zł i była o 6,6% wyższa niż w listopadzie 2019 r.

– Na wartość Indeksu pozytywnie wpłynął wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu, która ponownie (po kwietniu br.) przebiła barierę 300 tys. zł. Natomiast negatywny wpływ miał spadek liczby wnioskodawców. Listopadowy odczyt Indeksu jest ponownie ujemny. Nie ma więc kontynuacji optymizmu, jaki obserwowaliśmy we wrześniowym, a jeszcze wyraźniej w październikowym odczycie, które były dodatnie po serii ujemnych odczytów z okresu marzec – sierpień.

Mamy więc pierwszy sygnał ostrzegawczy wskazujący, że odbudowa popytu (ujęcie wartościowe) na rynku kredytów mieszkaniowych przyjmie raczej kształt litery W. Potwierdza się więc moja ostrożność co do optymizmu, wzmiankowana w poprzedniej – październikowej informacji o BIK Indeksie. Na razie mamy labilność popytu na kredyty mieszkaniowe: w styczniu i lutym duże wzrosty, w marcu lekki spadek, w kwietniu – głęboki spadek, w maju lekka poprawa, w czerwcu wyraźna poprawa, stabilizacja w miesiącach wakacyjnych lipcu i sierpniu, we wrześniu i październiku odczyty dodatnie i ponowny spadek w listopadzie.

Dużą niewiadomą będzie sytuacja w grudniu, jednak wygląda na to, że w 2021 rok wejdziemy raczej w pesymistycznych nastrojach – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Trzeba również pamiętać, że Indeks opisuje jedynie stronę popytową rynku kredytów mieszkaniowych i to tylko w wymiarze wartościowym. Warto zwrócić uwagę na wzrost wartości średniej kwoty wnioskowanego kredytu, co częściowo może być związane z poluzowaniem przez część banków wymagań co do udziału własnego – a tym samym wzrostu akceptowalnego poziomu wskaźnika LtV – dodaje prof. Rogowski.

BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe wyniósł w listopadzie 2020Metodyka indeksu:

Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.

Banki centralne wznowiły skup złota

Środowe posiedzenie RPP nie przyniosło niespodzianki. Stopy procentowe zostały utrzymane na niezmienionym poziomie, a Rada Polityki Pieniężnej jest gotowa do dalszego wspierania gospodarki jeśli sytuacja będzie tego wymagać. Zarówno w Polsce, jak i na rynkach globalnych utrzymuje się silny apetyt na ryzyko, obecny od czasów amerykańskich wyborów prezydenckich. W piątek poznaliśmy dane z amerykańskiego rynku pracy. Mimo słabego odczytu i dużo niższej od oczekiwań kreacji nowych miejsc pracy indeksy amerykańskie zakończyły tydzień na rekordowych poziomach.

Silne wzrosty na rynkach wschodzących nie omijają Polski. Indeks szerokiego rynku WIG zakończył tydzień wzrostem o 3,76% i był to piąty wzrostowy tydzień z rzędu, a łącznie od początku listopada WIG wzrósł o 25,41%.Ciągle jednak indeks w tym roku pozostaje pod kreską na poziomie blisko -4,34%.

Warto zauważyć, że według raportu World Gold Council, po dwóch kolejnych miesiącach sprzedaży netto banki centralne wznowiły skup złota. Pojawiający się popyt ze strony tak dużych inwestorów oraz perspektywa kolejnych programów stymulacyjnych sprawia, że perspektywy dla wzrostu cen metali szlachetnych pozostają sprzyjające.

W tym tygodniu oczy inwestorów będą skierowane na negocjacje Unii Europejskiej z Wielką Brytanią w kwestii umowy handlowej. Brak porozumienia sprawi, że od 1 stycznia relacje handlowe między stronami napotkają szereg barier, które utrudnią swobodny handel. Również w tym tygodniu odbędzie się posiedzenie ECB, który podejmie decyzje w sprawie stóp procentowych (czwartek). Rynki oczekują gołębiej komunikacji i zwiększenia poziomu skupu aktywów.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Zapłata podatku przez osobę trzecią

Obowiązek zapłaty podatku ciąży na każdym podatniku. Podstawą prawną tego obowiązku jest art. 84 Konstytucji RP. Wspomniany przepis Konstytucji RP w zakresie powstania obowiązku podatkowego oraz zobowiązania podatkowego odsyła już do poszczególnych ustaw podatkowych, w tym w szczególności do ustawy – Ordynacja podatkowa. Czy prawnie dopuszczalne jest zapłacenie podatku nie bezpośrednio przez podatnika, a przez osobę trzecią? Jeżeli możliwość taka istnieje, to czy prawo przewiduje jakieś warunki dla zapłaty podatku przez osobę trzecią?

Zapłata podatku przez inny podmiot niż podatnik

Obowiązujące obecnie w Polsce przepisy prawa podatkowego przewidują możliwość zapłaty podatku nie tylko przez podatnika, ale również przez osobę trzecią. Wyróżnić możemy dwie grupy osób, które w zależności od przynależności do jednej z nich będą mogły zapłacić za podatnika podatek wyłącznie do określonej kwoty lub bez ograniczeń kwotowych. Pierwsza grupa to osoby bliskie dla podatnika. Należą do nich małżonek podatnika, jego zstępni, wstępni, pasierb, rodzeństwo, ojczym oraz macocha. Każda z tych osób może zapłacić podatek za podatnika niezależnie od wysokości tego podatku. Druga grupa to wszystkie pozostałe osoby niespokrewnione z podatnikiem i nienależące do jego rodziny. Osoby obce dla podatnika mogą również zapłacić za niego podatek z tym, że w takim przypadku obowiązuje już limit, który wynosi 1000 zł – wyjaśnia adwokat Marek Szymała z Kancelarii Adwokatów i Radców Prawnych Szymała Zaremba.

Należy pamiętać o tym, że rozwiązanie prawne umożliwiające osobom trzecim zapłatę podatku, który dotyczy samego podatnika, został wprowadzony do Ordynacji podatkowej 1 stycznia 2016 roku. Przed tą datą przepisy podatkowe nie przewidywały w ogóle możliwości zapłaty podatku przez kogoś innego niż sam podatnik.

Skutki zapłaty podatku przez osobę trzecią

Zapłata podatku przez osobę trzecią odnosi bezpośredni skutek wobec zobowiązań podatkowych podatnika. Skuteczność ta nie jest uzależniona od wyrażenia przez podatnika albo organ podatkowy zgody na zapłatę podatku przez osobę trzecią. Z chwilą zapłaty podatku przez osobę trzecią zobowiązanie podatkowe podatnika wygasa z mocy prawa, zatem późniejsza wpłata dokonana już przez samego podatnika, dotycząca tego samego zobowiązania podatkowego za ten sam okres podatkowy, będzie traktowana jako wpłata nienależna (powstanie nadpłata podatku do zwrotu na rachunek podatnika).  

Treść dowodu zapłaty

Obowiązkiem osoby bliskiej, zamierzającej uwolnić podatnika od ciążącego na nim zobowiązania podatkowego poprzez zapłatę należności, jest wskazanie takiej okoliczności na dowodzie zapłaty. W razie umieszczenia takiej adnotacji i braku wątpliwości co do przeznaczenia wpłaty, należy przyjmować, że wpłata nastąpiła ze środków podatnika. Tym samym istotnego znaczenia dla oceny, czy określona zapłata osoby trzeciej stanowiła w rzeczywistości uiszczenie podatku, który obciążał podatnika, czy też była innego rodzaju świadczeniem pieniężnym, stanowić będzie informacja zawarta w tytule przelewu. Dopisek informujący, że przelew stanowi zapłatę określonego podatku wymienionej z imienia i nazwiska osoby (oczywiście innej niż sam wpłacający), będzie wystarczający dla uznania, że przelew ten jest zapłatą cudzego podatku. W konsekwencji tak wykonany przelew pieniędzy na mikrorachunek podatkowy podatnika stanowić będzie zapłatę podatku podatnika przez osobę trzecią. Środki przelane w ramach takiego przelewu traktowane będą tak jakby pochodziły od samego podatnika.

Zapłata podatku przez osobę trzecią a egzekucja z pieniędzy

Przepisy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji jako jeden ze środków egzekucyjnych przewidują egzekucję z pieniędzy. Organ egzekucyjny stosuje egzekucję z pieniędzy poza siedzibą tego organu poprzez ustne wezwanie zobowiązanego do zapłaty egzekwowanej należności pieniężnej, odsetek z tytułu niezapłacenia jej w terminie, kosztów upomnienia i kosztów egzekucyjnych oraz pobranie od zobowiązanego tych należności. Pobranie należności pieniężnej nastąpić może gotówką lub bezgotówkowo przy użyciu terminala płatniczego. W związku z powyższym zadać można pytanie, kiedy dana wpłata – np. przy użyciu terminala płatniczego – będzie, a kiedy nie będzie stanowiła egzekucji z pieniędzy. Odpowiedź na to pytanie ma doniosłe konsekwencje dla podatnika, gdyż zastosowanie środka egzekucyjnego (a takim jest egzekucja z pieniędzy), o którym podatnik został zawiadomiony, przerywa bieg terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego. Odpowiadając na to pytanie, należy w pierwszej kolejności zwrócić uwagę na to, że ustne wezwanie do zapłaty egzekwowanej należności pieniężnej, np. zaległości podatkowej, musi nastąpić wobec samego zobowiązanego (podatnika), a nie wobec innej osoby. Jeżeli więc wezwanie do zapłaty egzekwowanej należności pieniężnej nie zostanie wyrażone ustnie wobec zobowiązanego (podatnika), a np. wobec osoby trzeciej, która chwilę później dokona wpłaty zaległości podatkowej poborcy skarbowemu traktując ją jako zapłatę podatku dotyczącego podatnika, to czynność ta nie będzie stanowiła egzekucji z pieniędzy. Inaczej będzie natomiast w sytuacji, gdy poborca skarbowy wezwie zobowiązanego (podatnika) do zapłaty egzekwowanej należności pieniężnej, a ten zdecyduje się wpłacić pieniądze gotówką lub bezgotówkowo przez terminal płatniczy. Wówczas spełnione zostaną wszystkie warunki by traktować taką wpłatę dokonaną przez samego podatnika (zobowiązanego) jako egzekucję z pieniędzy. Co więcej, w takiej sytuacji przyjąć należy, że podatnik został zawiadomiony o zastosowanym środku egzekucyjnym (egzekucji z pieniędzy), gdyż na pokwitowaniu pobrania pieniędzy znajdować się będzie podpis zobowiązanego (podatnika). Tak przeprowadzona czynność egzekucyjna spowoduje przerwanie biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego.

Agregator bankowych API firmy Savangard otwiera drogę do nowych możliwości biznesowych, nie tylko dla sektora finansowego

Firma Savangard właśnie wprowadza na rynek nowe rozwiązanie z zakresu otwartej bankowości. Whizzapi to gotowy agregator API, który pozwala na szybką integrację ze wszystkimi API bankowymi w Polsce przy użyciu jednego interfejsu. Otwiera to całkowicie nowe możliwości, nie tylko bankom, ale również firmom z innych sektorów, m.in. ubezpieczeniowego czy energetycznego, które mogą od teraz zyskać dostęp do pełnego potencjału otwartej bankowości.

Sektor bankowy w Polsce jest od dawna pionierem nowych technologii oraz siłą napędową cyfrowej transformacji gospodarki, dzięki czemu możliwy był rozwój tzw. otwartej bankowości. Dzięki unijnej dyrektywie PSD2 i wiążącej się z nią możliwości budowania aplikacji opartych o dane bankowe także przez strony trzecie (TPP – Third Party Provider), coraz więcej firm może wykorzystać potencjał open bankingu. Kluczem do sukcesu dla przedsiębiorstw chcących np. świadczyć usługę dostępu do informacji o rachunku są wydajne agregatory API, pozwalające w kilka sekund zintegrować się i przetworzyć dane pochodzące z różnych banków przy wykonaniu tylko jednej interakcji.

Otwarta bankowość dla firm

Przykładem takiego agregatora może być stworzone przez firmę Savangard Whizzapi. Rozwiązanie zapewnia szybkie i optymalne połączenie z API bankowymi i wejście w świat otwartej bankowości bez konieczności uwzględniania różnic implementacyjnych pomiędzy bankami. Whizzapi realizuje dyrektywę PSD2 z perspektywy TPP, zapewniając najwyższe standardy bezpieczeństwa. Zgodnie ze wspomnianą dyrektywą w ramach usług oferowanych jako licencjonowana strona trzecia, Whizzapi umożliwia ich dwa typy: AIS (Account Information Service), czyli dostęp do rachunku, oraz PIS (Payment Initiation Service), która umożliwia inicjowanie płatności.

– Polscy przedsiębiorcy już przyzwyczaili się do korzystania z dobrodziejstw cyfrowej bankowości, chętnie wybierają nowoczesne metody płatności, czy korzystają z profilu zaufanego. Nadszedł czas, aby poznali także zalety otwartej bankowości. Dzięki Whizzapi mogą oni w prosty sposób, za zgodą klienta, korzystać z informacji o jego rachunku, ułatwiając mu w ten sposób realizację wielu usług, takich jak choćby zakup ubezpieczenia czy opłatę rachunków bezpośrednio w aplikacji dostawcy – podkreśla Janusz Konik, Prezes Zarządu Savangard.   

Zalety dla małych i dużych przedsiębiorstw

W jakich sektorach w szczególności można wykorzystać zalety otwartej bankowości? Oprócz wspomnianych już branż: ubezpieczeniowej (m.in. ocena ryzyka danej osoby na podstawie jej wydatków na poszczególne kategorie produktów) czy energetycznej (m.in. zapłata za rachunki, bezpośrednio w aplikacji dostawcy, bez potrzeby przekierowywania do banku), Whizzapi może wspierać także klientów związanych z rynkiem franczyzy, pożyczek, windykacji czy księgowości.

– Tak naprawdę, potencjał agregatora API może być wykorzystany w każdym przedsiębiorstwie, które zechce ułatwić w ten sposób klientom dostęp do swoich usług. Franczyzodawcy mogą dzięki temu zweryfikować płynność finansową potencjalnych partnerów, windykatorzy oszacują zdolność finansową dłużnika i zaproponują optymalny harmonogram spłat, a księgowi w łatwy sposób pobiorą wyciągi. To dodatkowy komfort dla finalnego klienta, który w uwierzytelniony i bezpieczny sposób udostępnia dane rachunku, a dla firmy szansa na zbudowanie dodatkowej przewagi konkurencyjnej i optymalizacja kosztów obsługi – dodaje Janusz Konik.

 

Whizzapi jest już dostępne dla małych, jak i dużych firm – może być zaimplementowane lokalnie lub w chmurze.

Polacy ufają doniesieniom naukowców. Coraz częściej zauważają wpływ ich badań na codzienne życie

Polscy naukowcy mają na swoim koncie coraz więcej przełomowych osiągnięć w skali świata. Zidentyfikowanie genu, który odpowiada za odporność roślin na chorobę zwaną rakiem ziemniaka, oraz optymalizacja kwalifikacji do zabiegów przezskórnego otwarcia przewlekle zamkniętych tętnic wieńcowych na podstawie nieinwazyjnej tomografii komputerowej serca – to dwa rozwiązania wyróżnione w tegorocznych konkursach naukowych. Oba będą mieć duży wpływ na życie codzienne milionów ludzi. W mediach społecznościowych startuje właśnie akcja #ThankYouScience, w ramach której można podziękować naukowcom za ich osiągnięcia i wybitny wkład w zmienianie świata na lepsze. 

– Świadomość istotności i wpływu badań naukowych na życie codzienne jest w społeczeństwie coraz większa. Niemniej przydałoby się więcej akcji, które popularyzują naukę, przekazują wiedzę naukową w sposób prosty, zrozumiały i pokazują korzyści z prowadzenia badań naukowych. Jedną z takich akcji jest #ThankYouScience, gdzie prezentowane są badania naukowe i ich wpływ na życie codzienne każdego z nas – mówi agencji Newseria Biznes dr Jarosław Plich, laureat Nagrody AgroBioTop Komitetu Biotechnologii Polskiej Akademii Nauk.

Z badań opinii społecznej przeprowadzonych przez instytut Kantar na zlecenie firmy Bayer wynika, że Polacy najbardziej ufają doniesieniom naukowców. Wskazało tak 78 proc. respondentów. Badanie, które miało na celu sprawdzić, jakie jest społeczne podejście do wiedzy naukowej, pokazało, że w kwestii wyzwań współczesnego świata Polacy polegają głównie na nauce.

– Społeczeństwo ma coraz większą świadomość, jak ważni są naukowcy i ich odkrycia, jaki mają one wpływ na funkcjonowanie społeczeństwa. Dlatego tak pozytywnie oceniam wszelkie inicjatywy, które wspierają naukę i naukowców, w tym #ThankYouScience – mówi dr hab. n. med. Maksymilian Opolski, kardiolog, laureat Nagrody Prezesów Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

Inicjatywa ta, zainicjowana przez firmę Bayer, wystartowała w mediach i kanałach społecznościowych na początku grudnia i potrwa do 15 stycznia. Jej celem jest wyrażenie wdzięczności naukowcom za ich zaangażowanie, dociekliwość i wiarę w przełomowe odkrycia. Inicjatorzy zachęcają, żeby w ramach akcji pokazywać w mediach społecznościowych, jak ich praca zmienia nasze codzienne życie.

– Akcja #ThankYouScience narodziła się w celu podziękowania ludziom nauki. Ludziom, którzy często stoją gdzieś w tle, ale pracują z ogromną pasją i wieloma wyrzeczeniami. Jak wiadomo, nie zawsze wszystkie ich osiągnięcia są pozytywne – 90 proc. pracy naukowców ląduje w koszu, a tylko te 10 proc. powoduje, że nasze życie staje się lepsze. Dobrze więc połączyć siły, żeby tym ludziom dodać jeszcze więcej energii – mówi Monika Lechowska-Wróbel, dyrektor ds. komunikacji w Bayer. – Aby dołączyć do grona osób, które chciałyby podziękować ludziom nauki, wystarczy wpisać #ThankYouScience i na YouTubie lub Facebooku obejrzeć filmy przybliżające postaci laureatów dwóch tegorocznych konkursów naukowych i ich osiągnięcia.

Jak wskazuje, przyczynkiem do akcji #ThankYouScience była współorganizowana od 20 lat przez Bayer i Polskie Towarzystwo Kardiologiczne gala nagród, wyróżniająca najlepsze osiągnięcia kardiologów, oraz gala rozdania nagród AgroBioTop Komitetu Biotechnologii PAN. W tym roku ze względu na pandemię koronawirusa oba wydarzenia – po raz pierwszy od dwóch dekad – się nie odbędą.

– Postanowiliśmy więc przenieść je do mediów społecznościowych, gdzie wszyscy jesteśmy obecni. Tam masowo możemy podziękować tym ludziom – mówi Monika Lechowska-Wróbel.

Bohaterami akcji są właśnie jurorzy i laureaci dwóch prestiżowych nagród naukowych – kardiologicznej i agrobiotechnologicznej – którzy w jej ramach dzielą się swoją wiedzą, motywacjami i planami.

– Moje główne osiągnięcie to wprowadzenie do użytku klinicznego tzw. tomograficznej skali o nazwie CT-RECTOR, która przewiduje wynik zabiegu otwarcia zamkniętej tętnicy wieńcowej za pomocą metod kardiologii interwencyjnej. To są zabiegi dość trudne technicznie i czasochłonne, wymagające zarówno pod względem manualnym, jak i mentalnym, które wiążą się z koniecznością użycia dużej ilości sprzętu zabiegowego. Dlatego warto wcześniej przewidywać, jakie jest prawdopodobieństwo skutecznego wykonania tego zabiegu, którego celem jest poprawa jakości życia pacjentów z chorobą wieńcową – mówi dr hab. Maksymilian Opolski.

Kardiolog jest adiunktem w Klinice Kardiologii i Angiologii Interwencyjnej w Narodowym Instytucie Kardiologii w Warszawie. Specjalizuje się w kardiologii interwencyjnej i obrazowaniu. Drugim osiągnięciem, za które został wyróżniony nagrodą PTK, było wprowadzenie na użytek kliniczny optycznej koherentnej tomografii w diagnostyce pacjentów z zawałem serca bez istotnych zwężeń w tętnicach wieńcowych. Oba dokonania spotkały się z dużym zainteresowaniem kardiologów interwencyjnych na całym świecie.

Bohaterem akcji #ThankYouScience jest również dr Jarosław Plich z Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin w Młochowie. W tym roku został laureatem prestiżowej nagrody naukowej AgroBioTop, przyznawanej przez Komitet Biotechnologii PAN dla naukowców, których dokonania wnoszą wybitny wkład w rozwój rolnictwa.

– Istotą nagrodzonego osiągnięcia jest zidentyfikowanie nowego genu odporności Sen2. Gen ten warunkuje odporność roślin ziemniaka na patogen grzybowy o łacińskiej nazwie Synchytrium endobioticum, który wywołuje chorobę zwaną rakiem ziemniaka. Objawia się ona formowaniem na bulwach rakowych narośli. W skrajnych przypadkach cała bulwa przekształca się w taką zrakowaciałą tkankę, która wypełniona jest zarodniami, czyli przetrwalnikowymi formami grzyba, mogącymi przetrwać w glebie przez ponad 40 lat. Przez cały ten okres są żywotne i są w stanie infekować nowe podatne rośliny żywicielskie, czyli uprawiane na tym polu rośliny ziemniaka – wyjaśnia dr Jarosław Plich.

Grzyb powodujący raka ziemniaków występuje niemal we wszystkich krajach świata, znajduje się na listach organizmów kwarantannowych. Badacz z Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin w Młochowie nie tylko zidentyfikował gen Sen2 , który warunkuje odporność roślin ziemniaka na patogen, ale opracował również łatwy w użyciu molekularny test pozwalający zidentyfikować jego obecność w roślinach.

– Rak ziemniaka powoduje też całkowitą utratę wartości użytkowej plonów, a także wieloletnie zanieczyszczenie pól, które muszą zostać wyłączone na co najmniej 20–30 lat z upraw rolniczych – wskazuje biotechnolog.

Liczba transakcji na rynku biurowym wciąż niewielka. Wynajmujący oferują lepsze warunki najmu niż przed pandemią

Chociaż ostatnie miesiące charakteryzują się znacznie mniejszą aktywnością najemców, to rozbudowa powierzchni biurowych w polskich miastach nie zwalnia. W rezultacie rośnie liczba pustostanów na rynku, bo niepewność związana z COVID-19 i przeniesienie się części pracowników na pracę zdalną  spowodowały wstrzymanie decyzji firm o zmianie siedziby lub dalszej ekspansji. – Dla tych, które nie odczuwają spowolnienia, to dobry moment na taką decyzję – oferta wynajmujących jest dziś zdecydowanie atrakcyjniejsza niż przed pandemią – mówi Mateusz Strzelecki z Walter Herz.

 Zdecydowanie spadła liczba zawieranych umów, ponieważ wszyscy jesteśmy w fazie niepewności. Każdy klient, który ma jeszcze kilka czy kilkanaście miesięcy do wygaśnięcia obecnej umowy najmu, czeka i obserwuje obecną sytuację. Nie spadło samo zainteresowanie, natomiast zdecydowanie wydłużył się okres podejmowania decyzji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mateusz Strzelecki, partner, head of regional markets w Walter Herz.

Sytuacja związana z pandemią koronawirusa spowodowała, że na większości rynków można obserwować znacznie mniejszą aktywność najemców. Ma to związek nie tylko z niepewnością co do sytuacji gospodarczej, lecz także z upowszechnieniem się na szeroką skalę pracy zdalnej, co ograniczyło zapotrzebowanie firm na nowe powierzchnie.

Raport Walter Herz „Rynek biurowy, Polska 1–3 kw. 2020” wskazuje, że tylko w Warszawie w III kwartale br. podpisano umowy na 113 tys. mkw. powierzchni, co jest jednym z najniższych wyników w ciągu ostatniej dekady. Współczynnik pustostanów sięgnął 9,6 proc. (wzrost o 1,8 pkt proc.). Na lokalnych rynkach sytuacja jest tylko niewiele lepsza. Chociaż Wrocław i Trójmiasto odnotowały całkiem wysoką aktywność najemców w III kwartale, to również tam obserwowany jest wzrost współczynnika pustostanów. Wyjątkiem jest tylko Poznań, który zanotował spadek.

Stosunkowo niskie zainteresowanie najemców oraz wzrastająca ilość przestrzeni niewynajętej powoduje nacisk na wynajmujących, którzy coraz częściej oferują szerszy pakiet zachęt niż przed pandemią. Czynsze są niższe, tańsze są też oferty firm fit-outowych, które zajmują się aranżacją wnętrz.

– Jeżeli jesteśmy pewni naszego biznesu, tego, w jaki sposób będzie wyglądał za kilka- czy kilkanaście miesięcy, to jest to bardzo dobry okres, żeby podejmować takie decyzje. Warunki najmu będą zdecydowanie korzystniejsze niż jeszcze kilka miesięcy temu – przekonuje partner w Walter Herz.

Tym bardziej że podaż na głównych rynkach w Polsce nie zwalnia. W Warszawie w tym i przyszłym roku zostanie oddanych do użytku po ok. 375 tys. mkw. powierzchni, co jest jednym z najlepszych wyników w historii stołecznego rynku. Wiele nowych biur powstaje także w Krakowie, Trójmieście czy Wrocławiu.

W kwestii przyszłości rynku powierzchni biurowych staram się być realistą, czyli ani nie będzie zdecydowanie lepiej, ani zdecydowanie gorzej, niż było przed pandemią. Obecna sytuacja jest szansą dla Polski, żeby przyciągnąć nowe inwestycje. Bardzo dobrze poradziliśmy sobie z przejściem na pracę zdalną i kryzysem wywołanym pandemią, a wiele zagranicznych firm, które miały ulokowany biznes w Azji, coraz mocniej myśli o przeniesieniu go do Europy. Z jednej strony biorą one pod uwagę koszty pracownika czy najmu powierzchni biurowej, z drugiej – pewność prowadzenia biznesu i obsługi kontrahenta. To może być dla nas szansa – wyjaśnia Mateusz Strzelecki.

Jak podkreśla ekspert Walter Herz, w trudnych czasach najemcy coraz częściej decydują się na podnajem swoich powierzchni. Na koniec III kwartału w Warszawie oferta podnajmów przekraczała 100 tys. mkw. (na 5,5 mln mkw. powierzchni biurowej). Z danych platformy REDD wynika, że w takim przypadku czynsze są o 8–15 proc. niższe od pierwotnej stawki najmu. Wszystko zależy jednak od lokalizacji i klasy budynku.

Aby podnajem miał wartość dodaną dla klienta, to powinna być oferta, która nie była dostępna w normalnych realiach na rynku, czyli np. w budynku w bardzo dobrej lokalizacji, który był w stu procentach wynajęty i przez najbliższe kilka lat nie było okazji znaleźć się w prestiżowym gronie najemców, albo po prostu ten podnajem musi być zdecydowanie tańszy niż stawki rynkowe – przekonuje.

Choć pandemia znacząco wpłynęła na rynek najmu powierzchni biurowej, zdaniem eksperta nie oznacza końca tradycyjnych biur, zmieni się nieco ich funkcja. Mimo że COVID-19 pokazał, iż firmy równie dobrze funkcjonują przy pracy zdalnej, to biura wciąż będą oferować wartość dodaną – pracownik w otoczeniu współpracowników, przy stałym rytmie dnia, jest w lepszej kondycji psychicznej.

Biuro buduje siatkę powiązań, identyfikację pracowników z organizacją, buduje relacje pomiędzy pracownikami, ale też pozwala im rozgraniczyć życie prywatne od życia biurowego. Osoby, które nie mają w mieszkaniu odpowiednich warunków do pracy, chcą już wrócić do biura mimo obecnej sytuacji epidemiologicznej – podkreśla Mateusz Strzelecki.

Pandemia wyostrzyła problem braków kadrowych w służbie zdrowia. Ponad 3/4 młodych przedstawicieli zawodów medycznych wskazuje technologie jako panaceum

Jeszcze przed pandemią młodzi pracownicy służby zdrowia doświadczali dużego stresu i natłoku obowiązków. Ostatnie miesiące tylko wyostrzyły ten stan i uwidoczniły szereg deficytów, związanych m.in. z niedoborem kadr medycznych i brakiem nowoczesnych narzędzi w opiece nad pacjentami. Ten ostatni czynnik młodzi medycy wymieniają jako jeden z najważniejszych, wpływających na ich poziom satysfakcji z pracy. Ponad 3/4 uważa też, że wdrożenie nowych technologii w ochronie zdrowia pozwoliłoby im lepiej radzić sobie z natłokiem pracy i obowiązków, a zdaniem 60 proc. umożliwiłoby też zmniejszenie poziomu zawodowego stresu – wynika z raportu Future Health Index 2020.

– Motywacja do pracy wśród personelu medycznego jest kiepska, bo zagrożenia w tym zawodzie są duże, a rozwiązań, które by usprawniały pracę, nie widać. Musimy na nie poczekać i trzeba by je wdrożyć jak najszybciej, a wtedy być może zainteresowanie pracą w sektorze medycznym wzrośnie –ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Ryszard Gellert, kierownik Kliniki Nefrologii i Chorób Wewnętrznych, Centrum Medyczne Kształcenia Podyplomowego.

Badanie Future Health Index 2020, przeprowadzone na zlecenie firmy Philips w czasie pandemii wśród młodych przedstawicieli zawodów medycznych w Chinach, USA, Niemczech, Francji i Singapurze, pokazało, że pandemia nie musi wpłynąć na spadek motywacji do pracy w zawodach medycznych. 38 proc. respondentów odpowiedziało, że po doświadczeniach związanych z COVID-19 są bardziej chętni, żeby kontynuować rozwój w ramach tej ścieżki kariery. Przykładowo w USA przed pandemią 46 proc. młodych rozważało porzucenie swojej profesji, teraz deklaruje to tylko 21 proc. Jedynie w Singapurze odsetek ten wzrósł w ostatnim czasie.

Karierze medycznej młodych osób towarzyszą jednak różne problemy. Jak wynika z wcześniejszej edycji badania, wykonanego w przededniu kryzysu pandemicznego, młode pokolenie pracowników opieki zdrowotnej już wówczas sygnalizowało rozbieżności między wyobrażeniami a rzeczywistym przebiegiem swojej kariery zawodowej. Zdaniem 41 proc. realia pracy w zawodzie są zgodne z ich oczekiwaniami, z kolei 58 proc. nie zgadza się z takim stwierdzeniem lub nie ma na ten temat zdania.

– Personel medyczny młodego pokolenia w Polsce zmaga się z brakami dotyczącymi umiejętności pozaklinicznych i – w niektórych obszarach – także z rozbieżnościami pomiędzy oczekiwaniami co do kariery a rzeczywistością. Są to problemy, które warto zaadresować w pierwszej kolejności. W tym względzie można jeszcze dużo zrobić, żeby dać młodym przedstawicielom zawodów medycznych więcej satysfakcji, więcej poczucia, że rzeczywistość odpowiada ich potrzebom  – mówi Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji strategicznych w Philips Healthcare.

To zwiększyłoby także skłonność młodych osób do polecania innym kariery w medycynie. W Polsce taką gotowość deklaruje 43 proc. młodych medyków, podczas gdy w Europie odsetek ten sięga 67 proc. To szczególnie istotne w kontekście deficytu kadr medycznych.

– Lekarza czy pielęgniarkę kształci się bardzo długo, a my potrzebujemy na teraz nowych kadr nie aż tak wyspecjalizowanych: sekretarek medycznych, koderów, administratorów, zarządzających, asystentów lekarza, asystentów pielęgniarki. Potrzebujemy nowych zawodów, które można wykształcić szybko. Dzięki temu w krótkim czasie możemy doprowadzić do znakomitej poprawy warunków pracy, wpuszczając do systemu więcej dobrze przygotowanych ludzi, którzy odciążą zawody lekarza i pielęgniarki – wskazuje prof. Ryszard Gellert.

Jak podkreśla, jedną z oczywistych bolączek zawodów medycznych są również niskie zarobki i bardzo długi proces kształcenia, przez co dopiero po kilkunastu latach od momentu podjęcia studiów wchodzą oni na pełnoprawny rynek pracy.

 Młodzi ludzie, którzy rozpoczynają pracę w zawodach medycznych, mają parę lat opóźnienia w starcie w dorosłe życie. Dopiero po sześciu latach studiów zaczynają pracę, potem rok stażu za bardzo małe pieniądze, czyli w najlepszym wypadku dopiero po siedmiu latach od matury zaczynają karierę zawodową. Dla porównania inżynier zaczyna już po czterech latach. Ci młodzi medycy chcieliby się urządzić, założyć rodzinę, ale nie mają na to pieniędzy. Lekarz, który skończy staż, musi jeszcze przez kolejnych sześć lat zdobywać doświadczenie zawodowe, żeby uzyskać specjalizację, bo dopiero wtedy Narodowy Fundusz Zdrowia za niego zapłaci. Dopiero wtedy zaczyna w miarę dobrze zarabiać – mówi ekspert.

Raport Future Health Index pokazuje, że dla młodych osób ważna jest kultura organizacyjna w miejscu pracy. Zadeklarowało tak 94 proc. badanych, czyli o 4 pkt proc. więcej niż w pozostałych badanych krajach. Drugim istotnym czynnikiem jest dostęp do technologii medycznych i nowoczesnych narzędzi.

– Pandemia wyostrzyła większość problemów systemu opieki zdrowotnej. Przede wszystkim te dotyczące deficytów nowoczesnych narzędzi, które pozwoliłyby w sposób szybki, sprawny i efektywny dla procesu klinicznego opiekować się pacjentem wtedy, kiedy relacja pacjent – lekarz nie może być stacjonarna. Pewnym dobrodziejstwem pandemii było szybkie upowszechnienie teleporad. Zachwyciliśmy się tym, że w końcu, po wielu latach szklanego sufitu dla tej formy udzielania świadczeń, otworzyła się dla nich przestrzeń i to bardzo szeroka. Ale po kilku miesiącach korzystania z tej formy już wiemy, jakie ograniczenia, wady i słabości ma to rozwiązanie – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia na Uczelni Łazarskiego.

To również udowodniło badanie przeprowadzone już w czasie pandemii w pięciu wybranych krajach – 61 proc. młodych respondentów wskazało, że telemedycyna najbardziej usprawniła ich pracę w tym trudnym okresie. 53 proc. wymieniło sztuczną inteligencję.

Jak pokazuje przeprowadzona przed pandemią edycja badania Future Health Index 2020, wykorzystanie cyfrowych narzędzi (np. sztucznej inteligencji do wsparcia diagnostyki, cyfrowych danych czy rozwiązań telemedycznych i telemetrycznych) w opiece nad pacjentem może mieć istotne przełożenie na poziom satysfakcji z pracy wśród medyków. 72 proc. z nich uważało, że nowe technologie są istotne dla ich pracy, a zdaniem 60 proc. pozwoliłyby one zmniejszyć poziom zawodowego stresu. Ponad 3/4 młodych uważa też, że dzięki nim lepiej radziliby sobie z natłokiem pracy i obowiązków.

Co trzeci przedstawiciel młodego pokolenia personelu medycznego w Polsce wskazuje, że jedną z najważniejszych innowacji medycznych, która przyczyniłaby się do poprawy ich zadowolenia z pracy, jest możliwość wymiany cyfrowych danych medycznych. W tej chwili jest to mocno utrudnione. Ponad połowa (57 proc.) młodych medyków uważa, że nie dysponuje wystarczającą ilością cyfrowych danych medycznych pacjentów, które stanowią podstawę do decyzji o wyborze ścieżki leczenia. Większość (59 proc.) deklaruje też chęć odbycia szkoleń dotyczących nowych technologii, które mogłyby pomóc im w pełni wykorzystać zgromadzone informacje.

– Młodzi medycy z wielką ochotą chcą otrzymywać, zarządzać i analizować dane medyczne. Czują się do tego przygotowani, ale jeszcze nie w takim stopniu jak ich koledzy z innych krajów, dlatego potrzebują dodatkowej wiedzy na ten temat. Co ciekawe, młodzi medycy widzą dużą potrzebę zwiększenia interoperacyjności systemów. Chodzi o to, żeby elektroniczne dane medyczne płynnie przepływały pomiędzy placówkami medycznymi, żeby informacja szła za pacjentem, a nawet przed nim. To pozwoliłoby zbudować wokół niego pewien ekosystem danych dostępnych dla lekarzy i placówek medycznych, w których pacjent się leczy – mówi Michał Kępowicz z Philips.

– Młodzi medycy wiedzą, że współczesna medycyna i opieka nad pacjentem może dzisiaj być wsparta nowoczesnymi narzędziami, które – np. oparte na sztucznej inteligencji – pomagają chociażby w stawianiu finalnej diagnozy – dodaje dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Młodzi medycy wskazują, że by lepiej czerpać z korzyści wynikających z możliwości analizy danych pacjentów, przydałyby im się nie tylko szkolenia, ale i personel pomocniczy, np. w zakresie wprowadzania takich danych do systemów. Zdaniem 67 proc. utworzenie takiego dodatkowego personelu pozwoliłoby im efektywniej pracować i skuteczniej korzystać z cyfrowych narzędzi.

Obostrzenia związane z pandemią zmieniły świąteczny handel. Zakupy online robi coraz więcej osób powyżej 55. roku życia

Ostatni kwartał roku to najważniejszy dla handlu czas, zwłaszcza w obliczu tegorocznej pandemii, która wielu sklepom zlokalizowanym w centrach handlowych zabrała lwią część obrotów. Na szczęście dla detalistów Polacy nie zamierzają w tym roku żałować pieniędzy na bożonarodzeniowe prezenty. Zdecydowanie więcej niż jeszcze rok temu kupią jednak online.

Pandemia i kolejne obostrzenia mają wpływ na nasze nawyki konsumenckie. Po pierwsze, zmieniły się nasze potrzeby oraz zatarła się sezonowość. Użytkownicy, którzy kupowali np. w okresie letnim sukienki bądź w okresie jesiennym płaszcze, bardzo mocno zweryfikowali swoje potrzeby i teraz decydują się na zakup przede wszystkim odzieży do pracy w domu oraz odzieży sportowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marta Kaleta z Grupy Domodi. – Drugim trendem jest przenoszenie nawyków zakupowych do internetu, obserwujemy to bardzo mocno od marca. Dużą zmianą jest także udział osób powyżej 55. roku życia w zakupach online. Widzimy to doskonale również na naszych serwisach – udział tej grupy klientów od marca do teraz wzrósł ponad dwukrotnie.

Jak wynika z badań Głównego Urzędu Statystycznego opublikowanych w październiku br., w 2020 roku odsetek osób w wieku 16–74 lata kupujących przez internet towary lub usługi w ciągu ostatnich 12 miesięcy wyniósł 60,9 proc., a to o 7 pkt proc. więcej niż rok wcześniej. Najwięcej zakupów w sieci dokonywali mieszkańcy miast na Mazowszu – 72,9 proc. Nawet jednak najmniej zaangażowane pod tym względem obszary wiejskie makroregionu północno-zachodniego przekroczyły granicę 50 proc.

– IV kwartał to dla handlu najważniejszy czas w roku. Mamy tutaj standardowe piki zakupowe, które towarzyszą nam od lat, są to m.in. Black Friday, dzień darmowej dostawy, święta i zakupy świąteczne, a także poświąteczne, zimowe wyprzedaże. W tym roku liczymy na to, że piki zakupowe utrzymają się na bardzo wysokim poziomie, a konsumenci wykażą się również dużym potencjałem zakupowym – mówi Marta Kaleta. – W Grupie Domodi przeprowadziliśmy badanie, które miało na celu sprawdzić, jak konsumenci zapatrują się na ten okres zakupowy, i z naszych ankiet wynika, że są bardzo pozytywnie nastawieni do tego czasu, planują realizować zakupy na bardzo wysokim poziomie.

W tym roku firmy postanowiły wykorzystać ten okres do oferowania promocji jak najdłużej; w wielu przypadkach Black Friday rozciągnął się na cały tydzień, a w niektórych nawet na cały miesiąc. Z danych Grupy Domodi, właściciela serwisów Domodi.pl, Allani.pl i Homebook.pl, wynika, że między 23 a 29 listopada konsumenci dokonali na nich transakcji na 14 mln złotych, przy czym rekordowa pod względem klikalności była niedziela 29 listopada. Niemal dwie trzecie internautów wyczekiwało promocji w serwisie wnętrzarskim, a aż czterech na pięciu w serwisach modowych.

W porównaniu do zeszłorocznego Black Week w 2020 roku platforma Homebook.pl odnotowała wzrost odwiedzin o 24 proc., a grupa osób poszukujących wnętrzarskich dodatków w tym czasie rozszerzyła się o użytkowników w przedziale wiekowym 65+. Z kolei liczba aktywnych użytkowników na obu serwisach modowych wyniosła w ciągu tygodnia 3,5 mln osób.

– Plany konsumentów związane z zakupami na święta są bardzo ambitne i także optymistyczne dla całej branży. W naszym badaniu zapytaliśmy użytkowników m.in. o to, czy planują kupować prezenty świąteczne. 91 proc. ankietowanych odpowiedziało, że tak. Natomiast, co jest zaskakujące, to wysoki przedział finansowy, w którym takie osoby chcą się zmieścić – informuje przedstawicielka Grupy Domodi. – Zaskoczeniem dla nas było to, że 34 proc. badanych deklaruje przedział pomiędzy 500 a 1 tys. zł. W drugiej kolejności był to przedział między 300 a 500 zł i niższe przedziały między 100 a 300 zł. To pokazuje też pewnego rodzaju potencjał związany z IV kwartałem i okresem zakupowym, który mu towarzyszy.

Z ankiety Grupy Domodi wynika, że tylko 2 proc. konsumentów nie planuje zakupu świątecznych prezentów, natomiast ponad 90 proc. zamierza to uczynić. Największa grupa – 28 proc. – planowała zabrać się za to na miesiąc przed świętami, a jedynie 7 proc. odkładało zakupy na ostatnią chwilę. Co trzeci konsument wyda na ten cel więcej niż 500 zł, a co ósmy nawet więcej niż 1000 zł. Tylko 4 proc. pytanych nie zamierza przekroczyć granicy 100 zł. Najczęściej kupowanym prezentem pozostają kosmetyki (18 proc.), następnie odzież i akcesoria modowe (16 proc.), książki i płyty (13 proc.) oraz biżuteria (12 proc.). Trzy czwarte zamierza skorzystać z wielokanałowej oferty sklepów i podzielić zakupy między sklepy internetowe a stacjonarne, jednak odsetek osób, które chcą się skupić wyłącznie na zakupach w sieci, jest dwukrotnie wyższy od konsumentów, którzy deklarują przywiązanie tylko do sklepów stacjonarnych (16 proc. vs. 8 proc.).

– Użytkownicy chcą poszukiwać inspiracji w offlinie, ale zamawiać jednak finalnie online’owo. Oczywiście będziemy obserwować sytuację na rynku i zastanawiać się nad tym, czy obostrzenia nie wrócą, natomiast wiemy już dzisiaj, że kanał online jest bardzo mocno eksploatowany, z dnia na dzień użytkowników przybywa – wskazuje Marta Kaleta. – Ludzie odchodzą od zakupów offline’owych z uwagi na to, że chcą zachować samodyscyplinę i mają duże obawy o zachorowania. Firmy postarają się o to, aby w okresie przedświątecznym na użytkowników czekały w onlinie promocje, rabaty oraz specjalne akcje wyprzedażowe, co również dodatkowo będzie zachęcało konsumentów do pozostania w domu.

Znaleziono sposób na ulepszenie sztucznej inteligencji. Technologia znajdzie zastosowanie w rozwijaniu i kontroli systemów w trakcie ich ciągłej pracy

Wykorzystanie technologii uczenia maszynowego ze wzmocnieniem w procesie szkolenia nowoczesnych algorytmów sztucznej inteligencji może poprawić funkcjonalność zaawansowanych systemów automatycznych i zwiększyć zdolności predykcyjne w dynamicznym środowisku. Zespół Google udowodnił ich przydatność w ramach projektu Loon. Stosując tego typu narzędzia, firma utrzymała internetowe balony stratosferyczne w ściśle określonym miejscu przez blisko rok. Eksperyment ten otwiera przed naukowcami drogę do wykorzystania podobnych algorytmów w innych równie nieprzewidywalnych środowiskach.

– Głębokie uczenie się ze wzmocnieniem to pewnego rodzaju technika uczenia maszynowego, która umożliwia tzw. agentowi naukę metodą prób i błędów w interaktywnym środowisku z wykorzystaniem informacji zwrotnych z własnych działań i doświadczeń. Kontrastuje to z konwencjonalnym podejściem systemu zautomatyzowanego, zgodnie z ustalonymi procedurami rzemieślniczymi stworzonymi przez inżynierów – tłumaczy Salvatore Candido, szef technologii w firmie Loon.

Innowacyjny system szkolenia sztucznej inteligencji na potrzeby projektu Loon jest odpowiedzią na wyjątkowo nieprzewidywalne warunki atmosferyczne, z którymi muszą zmagać się balony stratosferyczne Google. Wykorzystanie algorytmów zaprogramowanych przy użyciu klasycznych narzędzi uczenia maszynowego nie pozwalało z wysoką precyzją przewidzieć zachowania balonów w powietrzu, a co za tym idzie – nie pozwalało dynamicznie reagować na zmieniającą się sytuację.

– Chcieliśmy usprawnić nasz system nawigacji na potrzeby misji łączności stratosferycznej. Niewielka grupa współpracowników z Loon i Google AI pracowała więc nad opracowaniem bardziej wydajnego systemu, który wykorzystuje technikę uczenia się z głębokim wzmocnieniem – wskazuje Salvatore Candido. – O ile nam wiadomo, jest to pierwsze na świecie wdrożenie tej technologii w produkcyjnym systemie lotniczym.

Wykorzystanie technologii uczenia ze wzmocnieniem (RL) pozwoliło zaprojektować taki system kontroli położenia balonów, który umożliwia w czasie rzeczywistym analizowanie różnych scenariuszy na podstawie szkoleniowych danych zestawionych z informacjami rejestrowanymi w czasie rzeczywistym. W przypadku algorytmu Google rolę danych wsadowych pełnią historyczne zapisy dotyczące kierunku wiatru czy prognozy pogody, które porównuje się do bieżącego zachowania mas powietrza. Sztuczna inteligencja wyznacza na podstawie tych komplementarnych danych kilka możliwości korygowania kursu balonu i wdraża ten, który z najwyższym prawdopodobieństwem pozwoli zrealizować zakładany cel, czyli utrzymać balon w pozycji docelowej.

Taki rozszerzony system nawigacji ma zasadniczą przewagę nad klasycznymi inteligentnymi algorytmami tego typu. Bierze pod uwagę nie tylko aktualną sytuację, jest też w stanie przewidzieć, jak będzie się ona zmieniać w ciągu najbliższych godzin. Dzięki temu system może oszczędzać paliwo, jeśli w najbliższym czasie spodziewa się gwałtownych zmian pogodowych, w trakcie których będzie potrzebował większego zapasu mocy.

Nowy system wykazał się wysoką sprawnością praktyczną. Nie tylko pozwolił skutecznie utrzymać balony internetowe w zasięgu stacji naziemnej, przyspieszył także proces powrotu na docelową pozycję i zauważalnie wydłużył czas operacyjny jednostek Loon. Balony wyposażone w nawigację starszego typu ustanowiły rekord nieprzerwanego lotu równy 223 dniom, a po wdrożeniu nowego kontrolera wykorzystującego metodę uczenia ze wzmocnieniem udało się wypracować nowy rekord – 312 dni pracy.

– Mamy nadzieję, że nasza praca nad nawigacją w stratosferze posłuży jako dowód na to, że technika RL może być przydatna do kontrolowania skomplikowanych, rzeczywistych systemów ciągłej i dynamicznej aktywności – podkreśla szef technologii w firmie Loon. – Będziemy nadal współpracować z zespołem Google nad ulepszaniem nie tylko nawigacji dla balonów stratosferycznych, lecz także nad rozwojem całej dziedziny uczenia maszynowego ze wzmocnieniem, by była wykorzystywana w coraz większej liczbie systemów.

Potencjał technologii RL nie ogranicza się wyłącznie do systemów nawigacji. Z algorytmami tego typu eksperymentuje również firma Microsoft, która wykorzystała je w usłudze Personalizacja, pozwalającej na błyskawiczne wdrożenie narzędzi do analizy zachowania i preferencji klientów korzystających z serwisów opartych na chmurze Azure.

IGF PAN: W Polsce możemy spodziewać się nasilenia ekstremalnych zjawisk pogodowych. Tylko zielona i atomowa energia może zatrzymać zmiany klimatu

W Europie przyspieszają zmiany klimatu. Klęski żywiołowe mogą już wkrótce dotykać dwie trzecie Europejczyków. Każdego roku zjawiska ekstremalne, jak powodzie, podtopienia, nawałnice czy susze, tylko w Polsce powodują straty wynoszące do 0,4 proc. PKB. Obecna średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. W tym tempie do końca stulecia temperatura może być wyższa o 4°C. To zaś oznacza częstsze i bardziej intensywne susze w lecie, nawałnice czy trąby powietrzne. Konieczne są zmiany, przede wszystkim energetyki. – Tylko przejście na zieloną i atomową energię zapewni bezemisyjną stabilność energetyczną – przekonuje dr hab. Mariusz Majdański, dyrektor naukowy z Instytutu Geofizyki PAN.

– Zmiany klimatu powodują ekstremalne zjawiska pogodowe. W przypadku Polski to silne wiatry, silne komórki burzowe, w lato mieliśmy takich kilka bardzo silnych komórek, ale też susze i powodzie. To są efekty, których możemy się spodziewać – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr hab. Mariusz Majdański, dyrektor naukowy z Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk.

Z badań przeprowadzonych przez Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy wynika, że tylko w latach 2001–2016 w konsekwencji zdarzeń ekstremalnych Polska utraciła 78 mld zł. Co roku zjawiska ekstremalne jak powodzie, podtopienia, nawałnice czy susze powodują straty wynoszące do 0,4 proc. PKB. Zmiany klimatyczne będą się nasilać, także w naszym kraju.

– Widzimy bardzo ciepłe lata, brak śniegu w zimie. Z bardziej dotkliwych rzeczy wszyscy z nas widzą braki wody, szczególnie w rolnictwie, co się odbija na cenach warzyw, sławną pietruszkę w tym roku. To już jest widoczne. Z bardziej dramatycznych rzeczy mamy problem z zaopatrzeniem niektórych miast w wodę, np. Radom ma okresy, gdzie naprawdę brakuje wody w kranach – wymienia dr hab. Mariusz Majdański.

Z raportu Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) wynika, że obecnie średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. Jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie gwałtownie zredukowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy 1,5°C w 2040 roku. IPCC wskazuje, że przekroczenie granicy bezpiecznego wzrostu średniej globalnej temperatury na poziomie do 1,5°C do końca wieku grozi zaś nieodwracalnymi zmianami.

Klimatolodzy oceniają, że aby skompensować wilgotność, na każdy stopień wzrostu temperatury opady powinny wzrosnąć o 15 proc. Ponieważ opadów nie jest więcej, coraz więcej obszarów w Europie pustynnieje, dotyczy to także Polski.

– Jeżeli chodzi o efekty zmian klimatycznych dla Polski w przyszłości, to nie spodziewamy się jakichś hollywoodzkich katastrof. Będzie to ciągła zmiana pewnych charakterystyk. Oczywiście spodziewamy się silnego, niszczącego wiatru. Spodziewamy się zmian w opadach, częstszych okresów susz, problemów dla rolnictwa i dodatkowo nasilenia ekstremalnych zjawisk pogodowych, czyli silnych wiatrów, silnych komórek burzowych, które będą po prostu częstsze i bardziej uciążliwe – wskazuje ekspert.

Polska ma duży wpływ na zmianę klimatu, przede wszystkim ze względu na dominującą rolę węgla w energetyce. Think tank Ember w raporcie za I połowę 2020 roku podaje, że w całej Unii Europejskiej OZE wytworzyły 40 proc. energii elektrycznej, zaś paliwa kopalne – 34 proc. O ile w większości krajów produkcja węgla systematycznie spada (np. w Niemczech o 39 proc.), o tyle Polska wytwarza teraz tyle samo energii elektrycznej z węgla, co pozostałe 25 krajów UE łącznie, bez Niemiec.

– Polska jest w Europie rozpoznawana jako kraj, który ma energetykę opartą na węglu. W tym roku wskoczyliśmy na pierwsze miejsce, wyprzedzając Niemcy, tak że w tym momencie Polska wytwarza najwięcej energii z węgla, a jest to najbardziej emitująca gazy cieplarniane forma generowania energii – tłumaczy dr hab. Mariusz Majdański.

Rząd przygotowuje plan ograniczenia wydobycia górnictwa, docelowo w 2049 roku z kopalni ma wyjechać ostatnia tona węgla. Już teraz liczba kopalni węglowych systematycznie spada.

– To krok w dobrym kierunku, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że są to ogromne koszty i wymagają czasu. Natomiast z innych rzeczy, które powinniśmy zrobić, to stopniowe, ale ciągłe przejście do bezemisyjnych źródeł energii, czyli do zielonej energii i do energii atomowej, które razem są w stanie nam zapewnić bezemisyjną stabilność energetyczną – ocenia dyrektor naukowy z Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk.

Przepis na dobrą strategię marketingową

Kluczowe stają się prognozowanie, analityka, doradztwo, elastyczność oraz gotowość do działań w kilku wariantach. Niepewny kierunek rozwoju gospodarki nakłada obecnie na nasz sektor obowiązek planowania wielu różnych strategii i tego, jak każda z nich – od znaczącego ożywienia do spadków – dotrze do wszystkich aspektów działalności organizacji. Musimy być bardzo czujni i elastyczni w ustalaniu różnych opcji, a także musimy być przygotowani z punktu widzenia planowania na to, co robimy w kilku scenariuszach. Stąd istotna jest szersza analityka rynku, wychodząca poza obszar naszego sektora. 

Praca zdalna pozostanie, firmy marketingowe zdały sobie sprawę, że ich codzienne operacje mogą być w pełni zdalne (lub hybrydowe) i osiągać doskonałe wyniki. Tym bardziej dotyczy to agencji marketingu cyfrowego, które polegają głównie na oprogramowaniu do tworzenia i prowadzenia kampanii reklamowych oraz marketingowych.

Innowacja i świeże spojrzenie na biznes. Koronawirus “zrewolucjonizował” wiele branż na całym świecie, w wyniku czego zmusił je do wprowadzenia poważnych zmian w swoich modelach biznesowych. Firmy marketingowe coraz częściej korzystają z innowacyjnych narzędzi sprzedażowych i marketingowych, przyspieszono transformację cyfrową. Innowacja to najważniejszy priorytet liderów marketingu.

Kontynuacja procesu reorganizacji łańcuchów dostaw. Firmy rozumieją bardziej niż kiedykolwiek, jak ważne jest posiadanie odpowiednich procedur ryzyka i systemów zarządzania zapasami.  By pomóc dostosować się do szybkiego wzrostu popytu konsumentów, wiele z nich musi zrestrukturyzować swoje operacje w łańcuchu dostaw.

Ważne jest śledzenie i optymalizacja wydatków na reklamę. Wobec kurczących się budżetów reklamowych w większości firm marketingowych i reklamowych niezwykle ważne jest, aby skutecznie analizowały one wyniki oraz kompleksowo zarządzały całym procesem (KPI+CRM). Nowoczesna analiza danych klienta staje się podstawą dla marketingu opartego na empatii. Ekonomiczny wpływ pandemii przekształcił współczesnego konsumenta w osobę świadomą kosztów. Gwałtownie wzrosło znaczenie handlu elektronicznego

Pandemia zmieniła gospodarkę i zachowania konsumentów

Nasze światy zostały wywrócone do góry nogami. Sektory kreatywne, jakimi są marketing czy PR mocno odczuły skutki związane z tymi zmianami. Nowe oblicze biznesu a.d. 2020 to rosnące znaczenie komunikacji, PR-u czy rozwój innowacyjnych technologii wspierających sprzedaż oraz analityka. Kończący się rok skłania nas do analiz i refleksji. To również czas  podsumowań widocznych zmian w obszarze marketingu, które mają olbrzymi wpływ na przyszły sukces danej organizacji. COVID-19 zmienił marketing i zachowania konsumentów w sposób, którego nikt się nie spodziewał. W następstwie pandemii standardy zaangażowania klientów dynamicznie się zmieniają, a marketerzy utrzymują się w czołówce innowacji. Z wyjątkiem kilku branży gospodarki, które znalazły się po właściwej stronie pandemii, wydatki konsumenckie uległy redukcji, zaś budżety marketingowe nadal są napięte i zgodnie z przewidywaniami – spadną. Oczywiście, okres i zakres tej recesji będzie zależał od tego, w jaki sposób rozegrają się scenariusze zwalczania epidemii (leczenia, szczepionek i odporności). W dobrej sytuacji są marki, które wytwarzają lub dystrybuują podstawowe produkty, zwłaszcza te związane ze zdrowiem i bezpieczeństwem, przemysł gier komputerowych, kwitnące przez relokację oszczędności rynek pierwotny i sztuki,  czy przez wzrost znaczenia e-commerce – sektor nieruchomości w obszarze powierzchni magazynowych. Brandy luksusowe i inne branże dotknięte ograniczeniami fizycznymi i ekonomicznymi (przede wszystkim uroda, HoReCa, MICE i turystyka) powinny niestety spodziewać się dłuższego okresu oczekiwania na ożywienie.

Sytuacja zmusza organizacje do przyspieszenia ewolucji, wprowadzania innowacji, transformacji cyfrowej i poważnych zmian w modelach biznesowych (ROI). Spersonalizowane, empatyczne zaangażowanie nigdy nie było ważniejsze. Dostarczanie wiadomości i ofert, które odpowiadają indywidualnym potrzebom i oczekiwaniom danej osoby wymaga głębokiej wiedzy. Zmieniamy nie tylko sposób pozyskiwania danych klientów i zarządzania nimi, ale również zwiększamy wykorzystanie technologii, takich jak sztuczna inteligencja (AI) i automatyzacja. Bez względu na branżę lub poziom znajomości technologii cyfrowych wpływ na zachowania konsumentów zmienia się, a większość tych zmian będzie trwała.

Marketerzy stali się osobami, które wspierają budowanie głębszych relacji społeczno-biznesowych z klientami, znacznie wykraczających poza pierwszy zakup. Ponad 75% konsumentów postrzega tzw. “cel marki” jako ważny czynnik przy podejmowaniu decyzji o wyborze i zakupie produktu lub usługi. Od lat wzrasta także znaczenie Społecznej Odpowiedzialności Biznesu (CSR) – chociaż istnieją podobieństwa, “brand purpose” to inicjatywy oparte na produktach mają na celu jednoczesne osiągnięcie korzyści dla społeczeństwa i biznesu organizacji. Stanowią one wartość dodaną nie tylko dla życia klientów, ale także dla całego społeczeństwa. Cel marki pomaga zbudować bardziej emocjonalną relację z konsumentem, a unikatowe pomysły odróżnić ją od konkurencji, co z kolei pozwoli zwiększyć sprzedaż, lojalność i przywiązanie. Świadomi konsumenci znacząco zmieniają sposób funkcjonowania rynku i budowania wzrostu wartości marki.

Autor:

Adam Białas, ekspert rynku,  dziennikarz biznesowy/ dyrektor w agencji komunikacji Core PR. Od ponad dwóch dekad związany z mediami, skutecznie działa w obszarze PR i  marketingu. Autor wielu autorskich projektów PR, e-marketingu i dedykowanych programów partnerskich. Posiada wieloletnie globalne doświadczenie korporacyjne, ekspert w kampaniach i w budowaniu wizerunku brandu B2B/B2C. Prowadził też szerokie działania z obszaru zarządzania kryzysowego, współpracując z liderami branży gamingowej, finansów, MICE i deweloperskiej. Agencja, którą kieruje z obsłużyła ponad 600 kampanii.

GPW Benchmark rozpoczyna konsultacje publiczne zmian w opracowywaniu Indeksów Giełdowych

  • GPW Benchmark rozpoczął kolejne w tym roku konsultacje publiczne dotyczące metod opracowywania Indeksów Giełdowych.
  • Planowane zmiany dotyczą zasad opracowywania Indeksów Giełdowych: WIG20, mWIG40, sWIG80 i WIG30.
  • Proponowane przez GPW Benchmark zmiany metody są identyczne dla każdego z tych wskaźników.

GPW Benchmark zaprasza uczestników rynku do konsultacji publicznych zmian w metodzie opracowywania wybranych wskaźników referencyjnych, wchodzących w skład Rodziny Indeksów Giełdowych: WIG20, mWIG40, sWIG80 i WIG30. Rozpoczęte przez GPW Benchmark konsultacje odbywają się zgodnie z Regulaminem Rodziny Indeksów Giełdowych oraz zasadami przeprowadzania zmian w metodzie ich opracowywania.

Konsultacje publiczne były poprzedzone etapem konsultacji z organem doradczym w postaci Komitetu Indeksów Giełdowych, zrzeszającym aktywnych na rynku kapitałowym ekspertów, oraz Komitetem Nadzorczym Wskaźników Rynku Kapitałowego – jednostką nadzorczą w rozumieniu unijnego Rozporządzenia BMR.

Dokument konsultacyjny zawiera analizę oraz szczegółowy opis proponowanych zmian, które zostały zdefiniowane na podstawie przeprowadzonych prac badawczych. Przedstawione do konsultacji zmiany dotyczą:

  • wprowadzenia dodatkowego kryterium kwalifikacji spółek do indeksów WIG20, mWIG40, sWIG80 i WIG30, zdefiniowanego jako wskaźnik obrotu (MWO)
  • zasad wyznaczania punktów rankingowych na potrzeby tworzenia rankingu spółek, które mogą wejść do WIG20, mWIG40, sWIG80 i WIG30
  • zasad kwalifikacji spółek notowanych równolegle na rynkach innych niż rynek GPW S.A. (w dual listingu) do indeksów mWIG40 i sWIG80

Proponowane zmiany powstały w związku z zainteresowaniem i wnioskami uczestników rynku o zabezpieczenie reprezentatywności flagowych Indeksów zgodnie z celem ich pomiaru, wyrażonym w Regulaminie Rodziny Indeksów Giełdowych.

Sylwia Czubkowska: technologia jest kluczowym elementem współczesnych sporów międzynarodowych

Mariusz Marszałkowski: jak nowoczesna technologia jest wykorzystywana w sporach międzynarodowych?

Sylwia Czubkowska: nowe technologie przestały być obszarem naszego funkcjonowania, który znajduje się gdzieś obok głównego nurtu życia. Podział na świat realny i wirtualny jest podziałem fikcyjnym i należy do przeszłości. To widać doskonale w kontaktach międzynarodowych. Czyli jeżeli mamy jakiegoś rodzaju konflikty – niekoniecznie muszą to być od razu konflikty brutalne, zahaczające o działania zbrojne – może to być po prostu zderzanie się pewnych koncepcji funkcjonowania, to oczywiste jest, że technologia jest elementem tego konfliktu. Dzisiaj widzimy to bardzo wyraźnie na przykładzie zimnej, cyfrowej wojny między Stanami Zjednoczonymi czy też Zachodem, a Chinami. Technologia jest jednym z głównych obszarów całego starcia. Ten, kto lepiej sobie radzi w technologiach i ten kto zaczyna przechylać na swoją szalę ten układ globalny, ten wygrywa. Tak naprawdę od kiedy Stany Zjednoczone i Zachód zauważyły, że to Chiny tę szalę przechylają zaczęły się próby odzyskania przewagi i to właśnie na polach cyfryzacji. To nie jest dokładnie taka sama sytuacja jak w czasie Zimnej Wojny. Na szczęście tak nie jest, na szczęście wciąż nie jesteśmy w momencie gdy spadła nowa żelazna kurtyna i oba bloki nawzajem się od siebie odcięły. Zamiast tego, coraz wyraźniejsza jest walka o to, kto zapanuje nad łańcuchami dostaw, gdzie jest większy potencjał rozwojowy, szczególnie w nowych technologiach. Ale nie tylko, są one po prostu równoprawnym elementem gospodarczym. Podobnie jest też w kwestiach praktyki sporów międzynarodowych. Kwestie cyberterroryzmu, zorganizowanych działań dezinformacyjnych to naprawdę nie jest nowe, zaskakujące zjawisko. Widzieliśmy to kilka lat temu, w 2014 roku gdy Korea Północna użyła cyberarmii do ataku na Sony International, w ramach zemsty za nakręcenie komedii „The Interview” o Kim Dzong Unie.

Mariusz Marszałkowski: jak zmienia się rynek nowych technologii? Kiedyś dominowały na tym polu USA i Europa, jak to wygląda obecnie? Czy Azja już wyprzedziła „Zachód” pod względem technologicznym?

Sylwia Czubkowska: po części dzięki przewagom na polu nowoczesnych technologii Stanom Zjednoczonym i Zachodowi udało się wygrać Zimną Wojnę. Dzięki temu, że Związek Radziecki i blok wschodni, w którymś momencie wypadły z technologicznego wyścigu, Zachodowi udało się osiągnąć tak duże przewagi, które doprowadziły do bezkrwawego upadku komunizmu. Wciąż tak jest, że największy impet rozwojowy, innowacyjny jest w Stanach Zjednoczonych, jest w Dolinie Krzemowej. Ale równolegle i to od lat 70/80. XX wieku widać było ogromny potencjał w Azji. Najpierw to była Japonia, potem pod koniec lat 90., dokładnie od czasu kryzysu azjatyckiego, który stał się ogromnym impulsem rozwojowym, również Korea Południowa i Tajwan. Tyle, że to i tak są drobne, takie powiedzmy huby w porównaniu z tym co od 20 lat, a z ogromnym impetem w ostatniej dekadzie, dzieje się w Chinach, które stają się równoległą potęgą gospodarczą i technologiczną w stosunku do Stanów Zjednoczonych. Są wręcz technologie, w których to Chiny są bardziej rozwinięte, chociażby 5G, które staje się symbolem tego starcia technologicznego. Te technologie, w których Chiny tak zaczęły wyskakiwać do przodu to, oprócz 5G, jest także w dużej części biometria, czyli pewne elementy sztucznej inteligencji. Czyli te technologie, gdzie większa swoboda wykorzystania danych osobowych do zasilania sztucznej inteligencji czy algorytmów jest ogromnym impulsem rozwojowym. Chiny nie mają pod względem ochrony prywatności tego typu obostrzeń jakie są w Europie, czy nawet jakie są w Stanach Zjednoczonych. Zatem tam pewnym branżom cyfryzacyjnym jest się łatwiej rozwijać.

Mariusz Marszałkowski: czy technologia chińska, zwłaszcza w dziedzinie łączności i komunikacji jest zagrożeniem ? Czy jest to raczej komercyjna technologia, której nie należy się obawiać?

Sylwia Czubkowska: wszystkie technologie mogą być zagrożeniem. Ale równolegle są też ogromną szansą na poprawę jakości naszego życia, na nowe bardziej optymalne rozwiązania wielu aspektów funkcjonowania świata. Weźmy pod uwagę technologię 5G, która sama w sobie nie jest żadnym zagrożeniem. Przecież to jest tylko nowa generacja częstotliwości. Tylko, że ta nowa częstotliwość będzie faktycznie niezbędna do zbudowania prawdziwych smart cities, autonomicznych pojazdów czy robotyzacji fabryk. By ta rewolucja była możliwa potrzebny jest nowoczesny, ale także optymalny pod kątem finansowym sprzęt telekomunikacyjny. I niespodziewanie dla Zachodu okazało się, że pod tym względem najlepszą ofertę i najbardziej rozwinięte badania mają firmy z Chin. A konkretnie jedna – Huawei. Nikt nie rozważa 5G jako zagrożenia dla Europy, Polski, tutejszych konsumentów. Za to poważnie rozważamy, co oznacza taka albo inna inwestycja w sprzęt do budowy sieci i infrastruktury 5G. Producentów i firmy, z której części świata wybieramy i wspieramy. Jaką mamy kontrolę i wiedzę o funkcjonowaniu tych firm i państw skąd się wywodzą. To już nie są pytania o technologię tylko pytania z nurtu geopolitycznego. W wielkim skrócie jest więc dziś tak, że decydując się na inwestycje w 5G oczywiście, podejmujemy już nie tylko decyzje biznesowo-technologiczne, ale także geopolityczne. Znowu żyjemy w świecie, w którym zaczynają funkcjonować bloki gospodarcze i polityczne.

Mariusz Marszałkowski: czy Europa powinna współpracować z USA w zakresie technologii 5G, czy jednak powinna postawić na konkurencyjny model wyboru technologii?

Sylwia Czubkowska: sprawa wygląda tak, że nie ma dziś amerykańskich firm, które byłyby ważnymi dostawcami technologii 5G. Za to są firmy europejskie Ericsson i Nokia oraz jedna południowokoreańska, czyli Samsung. Na tym właśnie polega clou, że to nie Amerykanie proponują alternatywę dla chińskich rozwiązań choć oczywiście najgłośniej i najmocniej lobbują przeciwko Chinom. Od strony czysto biznesowej wezwania do zbanowania Huawei nie są grą na Amerykę. To tak naprawdę jest gra, o ile w ogóle możemy tu mówić o grze, raczej o to kto na budowie sieci 5G nie zyska aż tak dużo, jak mógłby i w efekcie kto jeszcze bardziej urośnie, a kto nie. I oczywiście jakie państwa kogo zdecydują się konkretnie wesprzeć siłą swoich inwestycji, otworzeniem swoich rynków, dostępem do konsumentów.

Mariusz Marszałkowski: czy Polska może odgrywać rolę w segmencie nowych technologii? Jaki jest polski potencjał w tej materii?

Sylwia Czubkowska: niestety smutną prawdą jest to, że Polska jest państwem peryferyjnym. Z ambicjami, co bardzo dobrze o nas świadczy, ale wciąż peryferyjnym. Nie możemy się tylko na to obrażać. Trzeba sobie zdać z tego sprawę i mając tę świadomość, zacząć tak funkcjonować, żeby chociaż częściowo móc być traktowanym podmiotowo, a nie przedmiotowo. Pytanie dla kogo jesteśmy bardziej interesującym partnerem. Będąc w strukturach Unii Europejskiej dla mnie jest oczywiste, że powinniśmy owe struktury wykorzystywać, wzmacniać i rozwijać. I jako część struktur europejskich nie być już peryferyjnym państwem, tylko elementem dużego, ważnego gracza jakim jest UE. W takiej sytuacji czy wchodzimy w mocniejsze związki ze Stanami Zjednoczonymi czy wykorzystujemy potencjał rozwojowy, inwestycyjny i technologiczny Chin, robimy to jako członek Unii Europejskiej, która jest potęgą, a nie jako 38 milionowy kraj z takim czy innym PKB. UE jest tą potęgą nie tylko ze względu na wagę gospodarczą, ale także dlatego, że wyznacza trendy na rynku technologicznym. I niekoniecznie chodzi tutaj o trendy w kwestiach stricte myśli inżynierskiej, innowacji i biznesu. Tymi trendami jest technologiczna myśl społeczna i prawna, czego przykładem jest RODO. Spójrzmy jak ważna była rola tej reformy prywatności – nie tylko uporządkowała kwestie w Europie, ale ma też wpływ na funkcjonowanie ważnych cyfrowych graczy na całym świecie. Co więcej na przykładzie RODO powstało bardzo podobne prawo w Kalifornii. Zatem musimy zdać sobie sprawę z tego, że innowacyjność dzisiaj to nie jest tylko kwestia ilości patentów i nowych produktów. Innowacyjność polega również na tym jak się podchodzi do wpływu technologii na rozwój społeczny, bezpieczeństwo, państwo prawa czy społeczeństwo informacyjne. Unia Europejska w tym zakresie może być globalnym innowatorem, który będzie wyznaczał trendy dla całego świata.

Sylwia Czubkowska

Redaktor prowadząca magazynu Spider’s Web+. Wieloletnia dziennikarka ekonomiczna i technologiczna takich tytułów jak Gazeta Wyborcza, Dziennik Gazeta Prawna i tygodnik Przekrój. Trzykrotnie nominowana do nagrody Grand Press w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne. Czterokrotna laureatka nagród Prezesa Urzędu Patentowego za teksty na temat innowacji i wynalazków. Laureatka razem z Michałem Potockim konkursu „Temat: Uchodźcy” Instytutu Reportażu i Fundacji Batorego. Dziennikarka Roku 2020 Kongresu Gospodarki Elektronicznej. Znalazła się na tegorocznej liście TOP 15 najważniejszych kobiet w Polsce zajmujących się tematyką sieci 5G przygotowanej na Perspektywy Women in Tech Summit. Absolwentka nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

Konferencja na temat zdrowia psychicznego. Kampania społeczno-edukacyjna #NASZAwtymGŁOWA

Lęki, przewlekły stres, wypalenie zawodowe, wreszcie depresja. Coraz więcej zachorowań, coraz większe niepokoje. W domu, pracy, w relacjach międzyludzkich. Problemy psychiczne nie dotyczą jedynie jednostki, ale całego społeczeństwa. Liczba zwolnień lekarskich związanych z zaburzeniami psychicznymi rośnie w zastraszającym tempie, a to zaledwie część  problemu, bo wielu Polaków nie zgłasza się do specjalistów. Brakuje odpowiedniej opieki, ale również wiedzy i rozmów, które obalają szkodliwe mity na temat zdrowia psychicznego.

Co można z tym zrobić? Mówić, tłumaczyć, badać, edukować, wspierać, oswajać.

14 grudnia 2020 r. o godzinie 10:00 odbędzie się konferencja otwierająca ogólnopolską kampanię społeczno-edukacyjną #NASZAwtymGŁOWA, która ma na celu budowanie świadomości i edukowanie społeczeństwa w zakresie zdrowia psychicznego Polaków. Spotkanie ze specjalistami w tym temacie stanie się początkiem szerokiej, ogólnopolskiej dyskusji na temat narastającego problemu. Przedstawimy też najnowsze badania, zrealizowane z agencją badawczą SW Research, na temat samopoczucia Polaków i tego jak odnajdują się w tych trudnych czasach.

Pomysłodawcą i inicjatorem kampanii jest Instytut LB Medical, działający na rzecz zdrowia Polaków. Misją Instytutu jest polepszanie jakości życia pacjentów i wspieranie systemu ochrony zdrowia w Polsce poprzez prowadzenie innowacyjnych projektów społecznych i edukacyjnych opartych na badaniach naukowych evidence based.

My nie możemy czekać. Musimy działać wspólnie z gronem ekspertów i przy współpracy z Państwem. Dlatego zapraszamy do uczestnictwa w wydarzeniu. Nagłośnienie problemu, zwłaszcza w czasach ciągłych zmian i obciążenia związanego z epidemią COVID-19, powinno stanowić początek szerokiej, otwartej dyskusji społecznej.

Link do transmisji online na Facebooku: https://fb.me/e/7XtloO3At

Wyprzedaż USD przyspieszyła, ale uwaga skupia się na funcie. Brexit coraz bliżej, a konkretów brak

Inwestorzy wykorzystali wiadomość o planowanym wdrożeniu kolejnego pakietu fiskalnego w USA jako pretekst do wyprzedaży dolara amerykańskiego. Pałeczkę lidera spadków wśród walut G10 przejmuje jednak funt. Brexit coraz bliżej, a Unia Europejska oraz Wielka Brytania wciąż nie ustaliły jego warunków.

W zeszłym tygodniu amerykańska waluta osłabiła się w relacji do kluczowych światowych walut. Doświadczyła również wyprzedaży w parze z funtem brytyjskim. Ten tydzień rozpoczęliśmy jednak od silnej wyprzedaży funta w związku ze zbliżającym się deadlinem na osiągnięcie porozumienia handlowego pomiędzy UE a Wielką Brytanią – czas szybko się kurczy, podczas gdy umowa nadal pozostaje nieuchwytna.

W tym tygodniu uwaga inwestorów prawdopodobnie będzie koncentrowała się na Europie. Oprócz negocjacji ws. Brexitu warto będzie obserwować czwartkowe posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego. Oczekuje się, że przyniesie ono dalsze złagodzenie polityki pieniężnej. Istotniejsze niż zwykle będą także czwartkowe dane o inflacji w USA, zważając że rynkowe oczekiwania przyszłej inflacji w USA w ostatnich kilku tygodniach istotnie wzrosły.

PLN

Polski złoty zakończył miniony tydzień lekkim umocnieniem. Wieści z Polski nie brakowało, jednak ich wartość dla inwestorów była ograniczona, wobec czego nie miały one istotnego wpływu na rynek.

Grudniowe posiedzenie RPP w zasadzie nie zaowocowało żadnymi nowymi informacjami, a dane o inflacji w listopadzie nie zaskoczyły. Rynek nie zareagował również na pozytywne doniesienia sugerujące, że możliwe będzie uniknięcie weta unijnego budżetu ze strony Polski. Zachowanie aktywów sugeruje, że inwestorzy od początku zakładali, że opozycja Polski i Węgier nie stanowi realnego problemu, który mógłby wstrzymać pomoc finansową dla krajów UE dźwigających się z pandemicznej recesji.

W kontekście minionego tygodnia warto wspomnieć o optymistycznie nacechowanych listopadowych danych PMI, które sugerują utrzymanie stabilnej ekspansji w sektorze przemysłowym pomimo koronawirusowych obostrzeń. Teraz czekamy na przeminięcie drugiej fali pandemii, dystrybucję szczepionki i zniesienie restrykcji, co pozwoli uwolnić moc istotniejszej strony gospodarczej machiny – sektora usług.

EUR

Zapowiada się, że ten tydzień będzie bardzo ważny dla euro. W najbliższych dniach czeka nas szczyt UE, który zaplanowano na czwartek i piątek. Uważamy, że weto ze strony Węgier i Polski w kontekście powiązania wypłaty środków z kwestią praworządności jest niezwykle mało prawdopodobne. Większą niepewnością obarczone jest czwartkowe posiedzenie EBC. Sądzimy, że bank centralny strefy euro zaskoczy rynki, okazując się bardziej gołębi niż te zakładają. Jeśli faktycznie tak będzie, to istnieje możliwość istotnego osłabienia euro – szczególnie biorąc pod uwagę okres trwania oraz skalę ostatnich wzrostów wspólnej europejskiej waluty.

USD

Miniony tydzień przyniósł kontynuację bezlitosnej wyprzedaży dolara amerykańskiego. Walucie nie pomogły też słabe dane z rynku pracy. Listopadowy raport non-farm payrolls nie miał pozytywnego wydźwięku – zmiana zatrudnienia w sektorach pozarolniczych okazała się wyraźnie niższa od oczekiwań. Co prawda stopa bezrobocia spadła o 0,2 p.p. (do 6,7%), czyli mniej więcej zgodnie z oczekiwaniami, jednak zmiana ta była związana w znacznej mierze ze spadkiem stopy partycypacji. Oznacza to, że mieliśmy do czynienia ze „złym” rodzajem spadku stopy bezrobocia. Raport ten okazał się zbieżny z poprzedzającymi go danymi o wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych z kilku tygodni i wskazuje na spowolnienie wychodzenia rynku pracy z kryzysu.

Spowolnienie na amerykańskim rynku pracy zwiększa prawdopodobieństwo, że Kongres zaakceptuje nowy pakiet stymulacyjny. Rynki oczekują, że jego wpływ będzie umiarkowanie inflacyjny i reagują na to wyprzedając dolara – przynajmniej na razie.

GBP

Negocjacje ws. Brexitu były kontynuowane w weekend. Wśród szumu informacyjnego w przestrzeni medialnej można wyłowić pogłoski o tym, że dokonano postępów w kontekście kwestii praw połowowych UE na wodach Wielkiej Brytanii, w związku z czym kluczowym punktem spornym pozostają gwarancje „równych szans” dla Unii Europejskiej.

W zeszłym tygodniu funt brytyjski pozostawał niezwykle odporny w kontekście negocjacyjnego impasu, jednak dziś rano doświadczył wyraźnej wyprzedaży, reagując na niepewność dotyczącą osiągnięcia porozumienia. Pomimo dramatycznych nagłówków nadal sądzimy, że osiągnięcie ograniczonej umowy w ostatniej chwili jest najbardziej prawdopodobnym scenariuszem.

Kluczowym odczytem z Wielkiej Brytanii jaki poznamy w tym tygodniu będą czwartkowe dane o brytyjskim PKB w październiku. Rynki prawdopodobnie nie będą jednak przywiązywać dużej uwagi do tej wstecznej publikacji i zamiast tego skupią się na bieżących nagłówkach dotyczących brexitowych negocjacji.

CHF

Frank szwajcarski w minionym tygodniu radził sobie lepiej niż większość walut G10, w tym walut safe haven.

Zeszłotygodniowe wieści ze Szwajcarii były w znacznej mierze pozytywne. Liczba nowych zgonów wywołanych przez COVID-19 nieco wzrosła, jednak ustabilizowała się liczba nowych zakażeń. Miękkie dane makroekonomiczne, oparte na ankietach, wskazują na optymizm, który w większości potwierdzają twarde dane. Biorąc pod uwagę, że zbliżamy się do 2021 roku, dane te są dość archaiczne, jednak odczyt PKB Szwajcarii w III kwartale br. był chyba największym zaskoczeniem jeśli chodzi o publikacje makro opublikowane w zeszłym tygodniu. Dane te okazały się znacznie lepsze od oczekiwań – w ujęciu kwartalnym szwajcarska gospodarka doświadczyła ekspansji o 7,2%, wsparta przez silniejszy popyt krajowy.

Kalendarz ekonomiczny dla Szwajcarii w tym tygodniu nie obfituje w wiele publikacji. Poza wtorkowymi danymi o bezrobociu uwaga inwestorów skupi się na krajowych wieściach dotyczących pandemii. Póki co odporność franka w kontekście znacznego osłabienia jena japońskiego i dolara amerykańskiego jest całkiem imponująca, jednak prawdopodobnie nie zostanie ona utrzymana. Luka ta prawdopodobnie zamknie się lub przynajmniej zwęzi w kolejnych tygodniach – zakładając, że sytuacja pandemiczna w USA i Japonii zacznie się poprawiać.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Branża cyfrowa Trójmorza z apelem do Komisji Europejskiej w sprawie Kodeksu Usług Cyfrowych

Koalicja organizacji z branży cyfrowej krajów Trójmorza zwróciła się do Komisji Europejskiej z apelem w sprawie Kodeksu Usług Cyfrowych (DSA), w którym wyrażają obawę, że nowe regulacje mogą utrudnić rozwój innowacji oraz mogą być zbyt dużym obciążeniem finansowym dla sektora MŚP i start-upów. Pod stanowiskiem podpisały się wspólnie organizacje z 8 krajów: Bułgarii, Czech, Litwy, Polski, Rumunii, Słowacji, Słowenii oraz Węgier.

Apel CEE Digital Coalition, czyli koalicji organizacji branżowych z sektora cyfrowego krajów Trójmorza ma związek z przedstawieniem przez Komisję Europejską wstępnych wniosków z konsultacji nad Kodeksem Usług Cyfrowych (DSA). Jeszcze w grudniu spodziewane jest opublikowanie pełnego projektu przez KE.

Finalny kształt Kodeksu Usług Cyfrowych będzie miał znaczący wpływ na funkcjonowanie całej przestrzeni cyfrowej w Unii Europejskiej.

Przepisy jednolite dla całej UE

Zdaniem organizacji, które podpisały się pod wspólnym stanowiskiem, ramy odpowiedzialności prawnej pośredników treści internetowych w zakresie transparentności powinny dotyczyć przede wszystkim treści nielegalnych, a nie szczegółów z zakresu wyświetlania reklam czy przetwarzania danych. Jak twierdzą, wzmożony nadzór regulacyjny nad platformami cyfrowymi, musi być zaprojektowane w sposób przemyślany, aby nie hamować rozwoju innowacyjnych rozwiązań oraz z zachowaniem szacunku dla ich stale wzrastającej różnorodności w Unii Europejskiej. „Doradzamy Komisji Europejskiej, aby projektując tego typu wymagania i rozwiązania prawne, pamiętano o równowadze pomiędzy naruszaniem poufnych informacji handlowych cyfrowych przedsiębiorstw a zapewnieniem transparentności. Ramy odpowiedzialności prawnej muszą zapewnić jasne, jednoznaczne definicje terminów takich jak „treści”, „usługi”, czy „produkty” – podkreślono we wspólnym stanowisku. – My w pełni zgadzamy się z ideą jednolitego rynku i walki z jego fragmentacją. Uważamy, że prawa i obowiązki wynikające z nowych przepisów powinny mieć charakter uniwersalny i jednolity dla wszystkich gospodarek w całej Unii Europejskiej – mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik, który podpisał się pod wspólnym stanowiskiem. 

Trzeba zachować zdrową konkurencję

Organizacje zwracają również uwagę na regulacje ex ante, które mają na celu zapewnienie uczciwego, równego pola dla konkurencji na jednolitym rynku cyfrowym. Należy zachować szczególną uwagę określając kryteria wyznaczania „strażników” (geekeepers). Regulacje nie mogą również powstrzymywać firm z sektora MŚP przed osiągnięciem pozycji liderów rynku” – czytamy w stanowisku. Jak tłumaczą, zapobieganie zjawisku preferencyjnego traktowania własnych usług i produktów (ang. self-preferencing) oraz praktykom odwodzących od alternatywnych usług i produktów (ang. „anti-steering practices”) nie może prowadzić do ograniczenia naturalnie występującej synergii pomiędzy rozwijającymi się usługami, czy hamować realizacji długoterminowych strategii wprowadzania nowych usług przez jedno przedsiębiorstwo. Taki sam argument wysuwają wobec projektowanych regulacji w Kodeskie Usług Cyfrowych dotyczących wiązania i łączenia usług oraz produktów w pakiety.

CEE Digital Coalition niepokoi też propozycja KE czarnej listy praktyk. Zdaniem koalicji wprowadzenie zakazów o szerokim zakresie w stosunku do praktyk, takich jak, np. wyłączność na użycie danych, może nie sprawdzić się w przypadku wysoce zróżnicowanego środowiska usług cyfrowych. Według przedsiębiorców narzucenie obowiązku oferowania użytkownikom wyboru co do łączenia przechowania danych lokalnie i zamiejscowo, generując dodatkowe koszty dla dostawców usług, może się również w wielu przypadkach okazać znacznym wyzwaniem od strony technicznej. Wzmożony nadzór regulacyjny, w tym formy szczegółowych audytów usług, jest postrzegany przez organizacje jako zagrożenie dla wzrostu innowacyjnych rozwiązań. „Rekomendujemy zatem zachowanie uwagi i wstrzemięźliwości w czasie prac nad zakazami o szerokim zasięgu w ramach budowania wspomnianej czarnej listy” – oceniają organizacje.

I podkreślają, że nowe zasady zaproponowane jako element ram odpowiedzialności prawnej pośredników treści oraz regulacje ex-ante mogą mieć efekt przeciwny do zamierzonego, prowadzić do nadwyrężenia możliwości małych i średnich przedsiębiorstw, a w efekcie uniemożliwić ich wzrost.

Równe szanse na rynku też dla mniejszych graczy

CEE Digital Coalition zaznacz, że Kodeksu Usług Cyfrowych musi postępować z poszanowaniem roli i możliwości sektora MŚP i startupów w napędzaniu innowacji, a nowe prawo nie może prowadzić do narzucenia brzemienia kosztownej obsługi prawnej, szczególnie jeśli regulacje mają na celu wyrównanie szans na rynku dla wszystkich jego uczestników, niezależnie od rozmiaru przedsiębiorstw.  Koalicja zwraca też uwagę, by podczas opracowywania regulacji dołożyć wszelkich starań, by nie zaszkodziły one w handlu transatlantyckim i nie ograniczyły dostępu Europejczyków do szerokiej oferty usług, czy powstrzymania ekspansji europejskich cyfrowych przedsiębiorstw.

Koalicja zwróciła się również do KE z apelem, by ta na każdym etapie prac nad Kodeksem Usług Cyfrowych brała pod uwagę zdanie branży cyfrowej. – Liczymy również na to, że kraje członkowskie UE z regionu Europy Środkowo-Wschodniej będą współdziałały przy pracach nad Kodeksem i wypracują wspólne stanowisko w tej sprawie. Jako Koalicja Cyfrowa chętnie podzielimy się swoim doświadczeniem i opiniami w tym zakresie – zaznacza prezes Cyfrowej Polski Michał Kanownik.

Marcin Balicki w Radzie Dyrektorów Federacji Leaseurope

Marcin Balicki, Prezes Zarządu Millennium Leasing i Wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu, został nominowany do nowej Rady Dyrektorów Federacji Leaseurope, zrzeszającej 46 krajowych stowarzyszeń leasingowych z całej Europy.

Coraz więcej regulacji, dotykających bezpośrednio działalności biznesowej w Polsce decyduje się na poziomie europejskim. Nie inaczej jest z perspektywy branży leasingowej i naszych klientów, gdzie toczone obecnie w Brukseli prace nad regulacjami dotyczącymi choćby zeroemisyjnego transportu, efektywności energetycznej czy programów wsparcia dla gospodarki w okresie pandemii i bezpośrednio po niej w zauważalny sposób wpłyną na rzeczywistość, w której funkcjonujemy. Trwające obecnie prace nad rewizją Dyrektywy o kredycie konsumenckim również mogą mieć wpływ na rynek leasingu w Polsce – mogą ułatwić lub, wręcz przeciwnie, uniemożliwić rozwój leasingu konsumenckiego, który jak do tej pory nie zadomowił się u nas w zauważalny sposób. Dlatego tak ważne jest, żeby polska branża leasingowa, znajdująca się na szóstym pod względem wielkości miejscu w Europie, była aktywnie reprezentowana w instytucjach, które mają szansę uczestniczyć w pracach nad tymi regulacjami – mówi Marcin Balicki.

Zakres czynności objętych PCC (podatkiem od czynności cywilnoprawnych)

Dokonując czynności cywilnoprawnych powinno się rozważyć skutki podatkowe w zakresie ustawy o podatku od czynności cywilnoprawnych. Z praktyki wynika, że zakres czynności opodatkowanych PCC często budzi wątpliwości i jest powodem sporów pomiędzy fiskusem, a podatnikiem.

Przedmiot opodatkowania

Przedmiotem opodatkowania określonym w art. 1 ustawy o podatku od czynności cywilnoprawnych są następujące czynności: umowa sprzedaży, zamiany, pożyczki, darowizny, dożywocia, umowy o dział spadku oraz umowy o zniesienie współwłasności, ustanowienie odpłatnego użytkowania, w tym także nieprawidłowego, ustanowienie hipoteki, depozyt nieprawidłowy czy umowy spółki wraz z ich zmianami.

Powyższa lista jest katalogiem zamkniętym. Ponadto opodatkowaniu podlegają zmiany wyżej wskazanych umów o ile prowadzą one do podwyższenia podstawy opodatkowania PCC.

Opodatkowaniu podlegają także orzeczenia prawne sądów (także ugody i orzeczenia sądów polubownych) o ile wywołują skutki podobne do umów określonych powyżej.

Terytorialny zakres PCC

Dodatkowo, aby czynności podlegały opodatkowaniu PCC w Polsce, to prawa majątkowe powinny być wykonywane lub rzeczy powinny znajdować się na terytorium Polski, albo rzeczy lub prawa znajdują się poza granicą Polski, lecz nabywca ma miejsce zamieszkania lub siedzibę na terytorium Polski oraz czynność cywilnoprawna została dokonana na terytorium Polski. W przypadku umów zamiany wystarczy, aby przynajmniej jedna z rzeczy znajdowała się na terytorium Polski.

Wokół powyższych stwierdzeń powstało kilka wątpliwości. Dla przykładu można wskazać kwestię pożyczek, które uznawane są przez fiskusa jako rzeczy (środki pieniężne) i decydujące jest fizyczne miejsce położenia (ulokowania) pieniędzy, będących przedmiotem umowy. [por. z interpretacją z 17.04.2018 r. sygn. 0111-KDIB2-2.4014.27.2018.1.PB).

Wartość firmy, a PCC

W ustawie o podatku od czynności cywilnoprawnych brak jest definicji wartości firmy. W związku z tym bazować należy na innych przepisach, a także bogatym dorobku doktryny i orzeczniczym w tym zakresie. W orzecznictwie sądów administracyjnych widoczne są dwa poglądy. Pierwszy wskazuje, że wartość firmy jest prawem majątkowym i powinna zostać opodatkowana PCC w momencie sprzedaży przedsiębiorstwa lub jego zorganizowanej części. Takie podejście wynika m.in. z wyroków WSA w Gdańsku z dnia 13.06.2018 r., sygn. I SA/Gd 357/18 czy WSA w Krakowie z dnia 23.06.2017 r., sygn. I SA/Kr 443/17. Drugi pogląd (mniejszościowy) zakłada, że wartość firmy (ang. goodwill) jest stanem faktycznym, niestanowiącym prawa podmiotowego, czyli nie może być przedmiotem samodzielnego obrotu gospodarczego (Wyrok NSA z dnia 28.06.2018 r., sygn. II FSK 1932/16).

Cash-pooling

Transakcje finansowe polegające na udostępnianiu środków finansowych w ramach grupy, budzą wiele kontrowersji na gruncie opodatkowania PCC. Z jednej strony sądy administracyjne podatkowe twierdzą, że taka umowa, jest umową pożyczki pomiędzy podmiotami z grupy i jako taka podlega opodatkowaniu PCC (wyrok NSA z dnia 26.07.2017 r., sygn. II FSK 1774/15). Drugi pogląd zakłada, że czynności dokonywane w ramach umów cash-poolingu nie są umowami pożyczki i w związku z tym, że nie zostały wymienione literalnie w ustawie o podatku od czynności cywilnoprawnych, nie podlegają PCC (przykładowo interpretacja Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z 30.05.2018 r., sygn. 0111-KDIB2-2.4014.64.2018.1.MZA).

Rozwiązanie umowy, a PCC

Fakt rozwiązania umowy oraz odstąpienie od jej realizacji nie uzasadniają zwrotu prawidłowo naliczonego i uiszczonego podatku PCC. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku późniejszego rozwiązania ważnie zawartej umowy na skutek zgodnych oświadczeń stron. Do powyższych konkluzji doszedł Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 11.04.2017 r. sygn. II FSK 3528/15.

Czynności wyłączone z PCC

Ustawa o PCC w art. 2 przewiduje zakres czynności wyłączonych z PCC. Są to w szczególności czynności o charakterze społecznym związane z zatrudnieniem, nauką, obowiązkiem obrony, ubezpieczeniami społecznymi, obowiązkiem alimentacyjnym, opieki czy kurateli. Ponadto wyłączone z opodatkowania są czynności odbudowy i remontów wykonywane w związku ze zniszczeniami lub uszkodzeniami wywołanymi przez żywioł.

Kolejna grupa to wyłączenie z opodatkowania umów sprzedaży nieruchomości lub prawa użytkowania wieczystego zawieranych w związku z roszczeniami wynikającymi z ograniczeń na podstawie ustawy o ochronie środowiska.

Wyłączone z opodatkowania są także czynności opodatkowane VAT albo czynności gdzie jedna ze stron jest zwolniona z VAT za wyjątkiem umów sprzedaży i zamiany nieruchomości oraz umów sprzedaży udziałów i akcji w spółkach handlowych.

Kolejna kategoria obejmuje umowy spółki i jej zmiany związane z łączeniem spółek kapitałowych, ich przekształceniem lub wniesieniem przedsiębiorstwa lub zorganizowanej części.

Powyższe, niektóre kategorie wyłączeń wskazanych w ustawie, w zestawieniu z wcześniej omówionym zakresem opodatkowania PCC, sprawiają, że rozliczenie tego podatku jest skomplikowane. Warto więc przy każdej dużej transakcji zabezpieczyć swoją pozycję podatkową i skonsultować temat z doradcą podatkowym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Giełda aptek i brak bezpieczników. Ustawa o Zawodzie farmaceuty

Powołana przez przedstawicieli korporacji aptekarskiej giełda aptek wraz z promowanymi przez nią zmianami w prawie, które w bieżącym tygodniu będą procedowane w Sejmie, może doprowadzić do faktycznego przejęcia polskiego rynku przez niektóre hurtownie farmaceutyczne lub likwidacji aptek na dużą skalę. A to wszystko to w środku pandemii COVID-19, gdy apteka jest często jedynym miejscem, w którym Polacy mogą zasięgnąć osobiście porady w kwestiach ratowania zdrowia.

Niektórzy przedstawiciele korporacji aptekarskiej od lat podejmują działania, mające na celu usunięcie z rynku właścicieli aptek, którzy nie są farmaceutami. Narzędziami tych działań są hejt, zmiana znaczenia przepisów prawa bez zmiany ich treści, dezinformacja, forsowanie zmian legislacyjnych oraz składanie donosów do Inspekcji Farmaceutycznej pod pozorem prowadzenia przez właścicieli – nie farmaceutów aptek z naruszeniem prawa. W Internecie można nawet znaleźć dwie listy z nazwami i adresami 2,3 tys. aptek, likwidacji których domagają się niektórzy farmaceuci.

Donosy takie, zwłaszcza ostatnio, są ochoczo podejmowane przez organy inspekcji farmaceutycznej. Jej urzędnicy to także członkowie korporacji aptekarskiej, pozostający często w ścisłych relacjach zawodowych, osobistych, koleżeńskich etc. z innymi osobami ze środowiska (znane są przykłady, kiedy osoby pełniące funkcje w inspekcji farmaceutycznej są następnie członkami władz samorządu aptekarskiego). Nie bez znaczenia pozostają także –kwestionowane sądowo –porozumienia zawarte przez Głównego Inspektora Farmaceutycznego z Naczelną Izbą Aptekarską, które umożliwiają szeroką wymianę informacji o prowadzonych postępowaniach administracyjnych (co jest istotne, z uwagi na fakt, że korporacja zrzesza także właścicieli aptek, czyli konkurencję dla aptek przeciwko którym prowadzone są działania inspekcji). W przypadku wielu postępowań, inicjatorzy lub ich rodziny posiadają apteki znajdujące się w pobliżu placówek, których zamknięcia się domagają, co sugerowałoby, że donosy stanowią narzędzie nieczystej gry konkurencyjnej.

Ogromna większość takich postępowań kończy się uznaniem przez Naczelny Sąd Administracyjny racji przedsiębiorców. Pomimo, iż przez lata poddawani są sądowo-administracyjnej gehennie, która odbija się na ich zdrowiu, rodzinie i kondycji ich przedsiębiorstw, w dzisiejszej rzeczywistości prawnej wychodzą z opresji obronną ręką. Tę sytuację mogą jednak, zdaniem pracodawców, znacznie pogorszyć dwie poprawki wprowadzone na etapie sejmowym do Ustawy o Zawdzie farmaceuty (która jest właśnie procedowana w parlamencie) przez przedstawicieli korporacji.

Skoro przez lata nie udaje się doprowadzić do usunięcia z rynku 2,3 tys. aptek z listy proskrypcyjnej przedstawicieli korporacji, gdyż nad ich właścicielami rozpostarty jest sądowy parasol państwa, to należy tan parasol zwinąć. Kombinacja wspomnianych poprawek umożliwia bowiem likwidację każdej apteki pod pozorem walki o niezależność farmaceuty w trybie decyzji administracyjnej – mówi Marcin Piskorski, Prezes Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET.

W toku prac parlamentarnych do dobrze ocenianego projektu rządowego, pod wpływem korporacji aptekarskiej wprowadzono dwie poprawki. Pierwsza z nich umożliwiała inspekcji farmaceutycznej rozpoczęcie procedury skutkującej odebraniem zezwolenia na prowadzenie apteki za naruszenie samodzielności zawodowej farmaceuty praktycznie w każdej sytuacji, nie wymagając przy tym wykazania intencjonalności działania właściciela apteki (poprzez usunięcia z projektu kwantyfikatora „uporczywości” jako warunku rozpoczęcia procedury). Druga z nich mówiła, że w przypadku podejrzenia uniemożliwienia kierownikowi hurtowni, apteki, lub punktu aptecznego pełnienia swoich funkcji przez właściciela, przedsiębiorstwo takie można zamknąć na trzy miesiące w trybie decyzji administracyjnej z rygorem natychmiastowej wykonalności.

Tak „pojemne” rozwiązanie mogłoby być wykorzystywane do walki konkurencyjnej czy zemsty na pracodawcy. Brak odpowiednich bezpieczników, w kontekście obecnej na rynku aptecznym praktyki donosów – oraz najwyższej możliwej sankcji, tj. odebrania przedsiębiorcy apteki – budziło i nadal budzi duże obawy ze strony pracodawców – mówi Marcin Nowacki, Wiceprezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Urzędnik, wraz z niebezpiecznie dużą sferą uznaniowości, dostawał do ręki także dodatkowe narzędzie, które pozwoliłoby mu zlikwidować każdą hurtownię, aptekę lub punkt apteczny w Polsce. Unieruchomienie na trzy miesiące, w trybie natychmiastowym wspomnianej placówki oznacza bowiem w praktyce jej zamknięcie i bankructwo właściciela – dodaje.

Co istotne, jedna z organizacji zwalczających aptekarzy niebędących farmaceutami, otworzyła nawet giełdę aptek. – Partnerem (…) w giełdzie aptek są hurtownie farmaceutyczne. One finansują te aktywność – czytamy na stronie organizacji.

Czy mechanizm, umożliwiający łatwe rozpoczęcie procedury zamknięcia każdej apteki pod byle pozorem nie będzie takiej giełdzie przysparzał klientów gotowych do pozbycia się majątku po zaniżonej cenie? Przedsiębiorca, mający przed sobą wizję bankructwa i wielusettysięcznych długów pomnożonych przez każdą „zaatakowaną” placówkę w przypadku sieci aptecznej (likwidacja apteki to koszt kilkuset tysięcy złotych –leków z apteki nie można odsprzedać – trzeba je zutylizować, zapłaciwszy za nie uprzednio dostawcom, wypłacić odprawy pracownikom, zapłacić kary za zerwanie umowy najmu etc.) może dla ratowania czegokolwiek ulec „aptekarskiemu układowi zamkniętemu”.

Uznając wagę powyższych zagrożeń, Senat na posiedzeniu 27 listopada br. dokonał poprawek w projekcie, przywracając w przypadku art. 103 Prawa farmaceutycznego, mówiącego o rozpoczęciu procedury odebrania zezwolenia za naruszanie samodzielności zawodowej farmaceuty, przymiotnik „uporczywości”, a w przypadku art. 120 Prawa farmaceutycznego, dotyczącego pełnienia funkcji kierownika apteki, czas na usunięcie naruszeń przed zastosowaniem natychmiastowego unieruchomienia.

Poprawki w żaden sposób nie „wywracają” ustawy, za której przyjęciem od samego początku opowiadają się organizacje pracodawców. Wprowadzają jednak minimalne bezpieczniki, chroniące przedsiębiorców przed wyrzuceniem z rynku w trybie administracyjnym, z rygorem natychmiastowej wykonalności – mówi Maciej Witucki, Prezydent Konfederacji Lewiatan. – Tym bardziej, że wymóg „uporczywości” jest stosowany w prawie farmaceutycznym jako warunek podjęcia określonego działania przez inspekcję farmaceutyczną – dodaje.

W czasie epidemii COVID-19 nie należy dyskutować nad rozwiązaniami prawnymi, które mogłyby doprowadzić do likwidacji bardzo wielu aptek, ze szkodą dla pacjentów, farmaceutów, a także polskich przedsiębiorców – zauważa Anna Potocka Domin, wiceprezeska BCC.

Mając na uwadze powyższe zagrożenia, organizacje pracodawców proszą o uwzględnienie poprawek Senatu w czasie sejmowych głosowań nad Ustawą o Zawodzie Farmaceuty, które odbędą się jeszcze w tym tygodniu.

Niekoniecznie stacjonarnie – Polacy o pracy po doświadczeniach pandemii

Nieco ponad połowa Polaków mogłaby po ustaniu pandemii pracować w systemie hybrydowym, a co szósty ankietowany mógłby wykonywać swój zawód nawet w całości zdalnie – wynika z sondażu Krajowego Ośrodka Zmian Klimatu (KOZK). Przekrojowe badanie dotyczące zmian postaw społecznych na bardziej przyjazne środowisku w kontekście ograniczeń związanych z epidemią COVID-19 wykazało też, że w czasie pierwszej fali koronawirusa w Polsce prawie co drugi ankietowany był w stanie częściowo lub w całości pracować zdalnie. Upowszechnienie pracy w trybie zdalnym, którego test odbył się podczas wiosennej kwarantanny, może mieć istotny wpływ na ograniczenie emisji z transportu.Polak-w-pracy-a-pandemia_badanie_KOZK

Z badania KOZK wynika, że 16 proc. badanych jest gotowych wykonywać swoją pracę w pełni zdalnie w przyszłości, 21 proc. ankietowanych może pracować zdalnie w bardzo dużym lub dużym stopniu, a 21 proc. – w stopniu umiarkowanym.  Dla co czwartego Polaka (26 proc. badanych) wykonywanie pracy zdalnie nie jest możliwe w żadnym stopniu, a co szósty (16 proc. ankietowanych) mógłby pracować „na odległość” tylko w niewielkim wymiarze.

„Analizowaliśmy postrzeganie sposobów wykonywania pracy przez Polaków także w ramach naszych badań jakościowych – rozmówcy często podkreślali, że szeroko pojęta praca zdalna ma dla nich mimo wszystko więcej zalet niż wad, dlatego widzą możliwość kontynuowania tego trybu rozwiązania w przyszłości” – mówi koordynatorka badania, dr Justyna Orłowska z Krajowego Ośrodka Zmian Klimatu,  działającego przy Instytucie Ochrony Środowiska – Państwowym Instytucie Badawczym (IOŚ-PIB). Jak wyjaśnia ekspertka, wśród plusów takiego stanu rzeczy badani wymieniali często warunki pracy i jej efektywność, a wśród minusów często podawano nienormowany czas pracy, który prowadzi do trudności w wyraźnym i stałym oddzieleniu życia zawodowego od prywatnego.

Zmiana trybu pracy nie przyszła do nas ani z woli pracowników, ani pracodawców. Wymusiła ją pierwsza fala pandemii i, jak wynika z sondażu KOZK, 20 proc. Polaków było wówczas w stanie pracować w pełni zdalnie, a 24 proc. – częściowo zdalnie. „Okazało się więc, że aż 44 procent badanych – można powiedzieć, że niemal co drugi Polak – mogło wykonywać swój zawód w systemie hybrydowym!” – mówi dr Orłowska i dodaje, że wymuszenie pracy zdalnej przyczyniło się do jej popularyzacji wśród pracodawców. „Wielu z nich, z różnych przyczyn, przekonało się do tego rozwiązania, a to pozwala prognozować kontynuację tego trendu oraz rozwój hybrydowych form pracy” – komentuje ekspertka.  

 

„Z dzisiejszego punktu widzenia brzmi to wręcz niesamowicie, że przed epidemią koronawirusa praca zdalna była bardzo mało popularnym rozwiązaniem. To zjawisko zmienia nasz zawodowy świat i, jak się okazuje, ma o wiele większy potencjał do zmian” – mówi dr Orłowska zauważając, że upowszechnienie pracy zdalnej i wpisanie jej na stałe w nasz sposób życia mogłoby przynieść bardzo duże korzyści z ekologicznego punktu widzenia. „Zdalny czy hybrydowy tryb pracy powodują, że przestajemy się przemieszczać lub znacznie zmniejszamy liczbę przejazdów do pracy i w ramach obowiązków zawodowych. Mniejsza mobilność przekłada się wprost na ograniczenie emisji spalin i dwutlenku węgla ze środków transportu, z samochodami na czele – a naszych badań wynika, że dokładnie połowa Polaków ma w zwyczaju dojeżdżać do pracy autem” – wyjaśnia ekspertka KOZK. „W sytuacji pandemii część z nich musiała zostać w domu. To praca zdalna była głównym powodem, dla którego wiele osób mocno ograniczyło jazdę samochodem lub nawet zrezygnowało z niej całkowicie” – dodaje.

 

„Nasze badania pokazują wyraźnie, że aktywność zawodowa to kategoria bardzo mocno wpływająca na organizację i styl życia jako taki. Życie zawodowe ma przemożny wpływ na nasze codzienne zachowania i nasze nawyki, w tym na sposób docierania do pracy. Widać więc jednocześnie, że zmiana kultury działania czy nawyków w jednej kategorii codzienności tworzy przestrzeń do reorganizacji. A to może odbywać się z wielką korzyścią dla środowiska” – podkreśla dr Justyna Orłowska.

Badanie zrealizowane w kwietniu i maju 2020 r. składało się z dwóch uzupełniających się części: ilościowej i jakościowej. Badanie ilościowe przeprowadzono na reprezentatywnej grupie Polaków (N=1091). Badanie jakościowe objęło 150 pogłębionych wywiadów zrealizowanych online z osobami zróżnicowanymi pod kątem wielkości zamieszkiwanej miejscowości, regionu Polski oraz sytuacji życiowej (pod kątem regionalnym wybrano trzy pasy: północny [woj. pomorskie, warmińsko-mazurskie, podlaskie], centralny [wielkopolskie, łódzkie, mazowieckie] i południowy [śląskie, małopolskie i podkarpackie]).

Norwegia już od 2025 roku nie będzie rejestrować samochodów spalinowych

Jedną z możliwości administracyjnego ograniczenia emisji CO2 w państwie jest zmniejszenie liczby samochodów spalinowych. Coraz więcej państw czyni kroki w tym kierunku – zapowiadając zakaz rejestracji samochodów konwencjonalnych. Zakaz ten najszybciej ma się pojawić w Norwegii. Już w 2025 roku nie będzie można zarejestrować tam nowego samochodu wyposażonego w silnik spalinowy bądź diesla. Rejestrowane będą tylko pojazdy zeroemisyjne. Za Norwegią idą kolejne kraje – w 2030 zakaz mają wprowadzić Dania, Islandia, Irlandia, Holandia i Szwecja. Do tego grona dołączyła również Wielka Brytania, która w wyniku długiej dyskusji w parlamencie skróciła czas oczekiwania na zakaz aż o 10 lat.

– Trend wprowadzenia zakazu rejestracji samochodów spalinowych postępuje bardzo szybko. W Wielkiej Brytanii trwająca 10 miesięcy dyskusja spowodowała znaczne przyspieszenie wprowadzenia ograniczeń. Pierwotnie mówiło się o zakazie od 2040 roku, następnie wprowadzono bardziej ambitny cel – 2035 rok, by wreszcie ostatnio ogłosić cel na 2030 rok – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur dyrektor zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – To będzie cel, który zdynamizuje rozwój zeroemisyjnego transportu. Kolejne państwa będą dołączały do tych, które wprowadzą ograniczenia. W 2040 roku będzie to między innymi Francja i Hiszpania. Czekamy na moment, w którym dyskusja na temat ograniczeń pojawi się również w Polsce. Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych już we wrześniu tego roku zaproponowało uruchomienie takiej dyskusji. Chcielibyśmy porozmawiać szeroko na temat programu Bonus Malus, który funkcjonuje w większości państw europejskich. To system obliczania składki ubezpieczeniowej, jaki może wspierać rozwój pojazdów zeroemisyjnych i wprowadzać dodatkowe obostrzenia dla tych, które są najbardziej negatywne dla środowiska naturalnego. Mamy nadzieję, że ta dyskusja w Polsce będzie się rozwijała i że dołączymy do grona państw, w których będą wprowadzone podobne ograniczenia – wskazuje Mazur.