Trwa budowa nowego wojska cyberprzestrzennego. Wzoruje się na amerykańskiej cyberarmii

W październiku 2020 roku USA oskarżyły rosyjskich funkcjonariuszy GRU o udział w incydentach hakerskich, w tym w atakach na ukraińską infrastrukturę krytyczną w latach 2015 i 2016. Niedawno okazało się, że chińscy hakerzy stali za serią ataków na podmioty w Rosji, Indiach, Ukrainie, Kazachstanie, Kirgistanie i Malezji. To tylko przykłady ataków hakerskich na instytucje państwowe czy infrastrukturę krytyczną krajów. Wojna przenosi się do sieci. W Polsce walczyć z hakerami będzie m.in. Zespół Działań Cyberprzestrzennych w strukturze Wojsk Obrony Terytorialnej. Trwa jego budowa, docelowo będzie liczyć 100 żołnierzy.

– Cyberkomponent Wojsk Obrony Terytorialnej powstał po to, aby wspierać Wojska Obrony Cyberprzestrzeni. W tej chwili mamy w nim kilkudziesięciu żołnierzy ochotników. Idea tworzenia cyberkomponentu pojawiła się w momencie, kiedy dostrzegliśmy, że w naszych szeregach są osoby, które mogą robić więcej dla obronności, niż biegać z karabinem po polu. Mają kompetencje, które mogą wesprzeć działania w cyberprzestrzeni – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje płk Marek Pietrzak, rzecznik prasowy Dowództwa Wojsk Obrony Terytorialnej.

Trwa formowanie Zespołu Działań Cyberprzestrzennych w strukturze Wojsk Obrony Terytorialnej. Docelowo zespół będzie składać się ze 100 żołnierzy, przy czym 90 proc. będą stanowić ochotnicy, którzy pełnią terytorialną służbę wojskową. Doświadczenie takich krajów jak USA czy Estonia wskazuje, że żołnierze ochotnicy mogą być cennym wsparciem dla tradycyjnego wojska, ale także dla Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni. Przykładem może być komponent cyber w Gwardii Narodowej USA, który odpowiada nawet za 40 proc. potencjału do obrony cyberprzestrzeni. To właśnie do stosowanych tam metod szkolenia mają być podobne standardy stosowane w polskim Zespole Działań Cyberprzestrzennych.

– W tej chwili ten cyberkomponent jest u nas jeszcze budowany, jest w nim już kilkudziesięciu żołnierzy, a ich umiejętności są też wykorzystywane w działaniach przeciwkryzysowych. Budują bazy danych, wspierają nas swoją wiedzą i doświadczeniem także w przygotowywaniu rozwiązań aplikacji do wsparcia walki z koronawirusem. Ale my oczywiście, jako Wojska Obrony Terytorialnej, generalnie pełnimy funkcję force usera, czyli dostarczyciela pewnych kompetencji do Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni – mówi płk Marek Pietrzak.

O tym, że budowa zespołów, które będą skutecznie walczyć z cyberatakami, jest kluczowa, świadczą coraz częstsze skoordynowane ataki na infrastrukturę krytyczną wielu państw, także na ich instytucje. Za atakami często stoją władze niektórych państw, a ich skala jest coraz większa.

Think tank Center for Strategic and International Studies (CSIS) podaje, że w październiku 2020 roku Stany Zjednoczone oskarżyły sześciu rosyjskich funkcjonariuszy GRU o udział w incydentach hakerskich, w tym w atakach na ukraińską infrastrukturę krytyczną w latach 2015 i 2016, epidemię ransomware NotPetya w 2017 roku czy ingerencję w wyborach we Francji. Przedstawiciele rządu USA ujawnili, że podejrzani chińscy hakerzy stali za serią ataków na podmioty m.in. w Rosji, Indiach, Ukrainie czy Malezji. Z kolei w trakcie eskalacji konfliktu między Armenią a Azerbejdżanem o terytorium Górskiego Karabachu nieznany wywiad przeprowadził kampanię cyberszpiegowską wymierzoną w azerbejdżańskie instytucje rządowe. Niedawno odkryto zaś, że nieznana wcześniej grupa cyberszpiegowska od 2011 roku kradła dokumenty od agencji rządowych i korporacji w Europie Wschodniej i na Bałkanach.

Zagrożone są także kraje NATO. We wrześniu rosyjscy hakerzy zaatakowali agencje rządowe w państwach członkowskich, a kampania wykorzystywała materiały szkoleniowe Sojuszu jako przynętę dla programu phishingowego. Dlatego też budowa zespołu, który będzie potrafił wykryć zagrożenia i skutecznie im przeciwdziałać, ma kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa narodowego.

Zespół Działań Cyberprzestrzennych w strukturze Wojsk Obrony Terytorialnej ma składać się z ekspertów w zakresie cyberbezpieczeństwa.

– Docelowo po stworzeniu komórki przy dowództwie chcemy stworzyć regionalne zespoły, usytuowane przy brygadach obrony terytorialnej, które będą złożone również z ekspertów branży IT, naszych żołnierzy. Będą mogli wykonywać działania na szczeblu brygadowym lub regionalnym. Docelowo nasi żołnierze nie działają samodzielnie, stanowią wsparcie elementu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni – przypomina rzecznik prasowy Dowództwa Wojsk Obrony Terytorialnej.

5G wchodzi do lotnictwa. Zrewolucjonizuje systemy komunikacji, a tym samym poprawi bezpieczeństwo

Wraz z postępującą informatyzacją i automatyzacją przemysłu lotniczego konieczne stało się wdrożenie nowych metod komunikacji bezprzewodowej, które pozwolą szybciej i sprawniej komunikować się w ramach sieci urządzeń połączonych. Projekt FACT ma na celu zwiększenie bezpieczeństwa, ochrony, wydajności i odporności przyszłej komunikacji w ruchu lotniczym na całym świecie. Do unijnego programu badawczego dołączą eksperci z firm Nokia oraz Honeywell International.

Future All Aviation CNS Technology (FACT) to unijny projekt, w ramach którego opracowywane są innowacyjne technologie na potrzeby rynku lotniczego.

– Projekt FACT to ambitne przedsięwzięcie, które ma na celu zwiększenie bezpieczeństwa, ochrony, wydajności i odporności przyszłej komunikacji w ruchu lotniczym na całym świecie poprzez opracowanie zintegrowanej architektury CNS (Communication, Navigation, Surveillance – przyp. red.) nowej generacji – wskazuje Mervyn Harris, szef zarządzania ruchem lotniczym w firmie Nokia.

Nokia została wytypowana jako partner strategiczny Projektu FACT i będzie odpowiedzialna za wdrożenie, rozwój oraz nadzór merytoryczny nad infrastrukturą nowej generacji, w tym implementacji technologii 4G oraz 5G na potrzeby europejskiego sektora lotniczego. Celem projektu jest wyposażenie dotychczasowej architektury CNS w technologie usprawniające komunikację pomiędzy wieżą kontroli lotów oraz pilotami. Centrum nowego systemu wymiany informacji mają być wysokoprzesyłowe sieci, które w przyszłości mogą zostać wykorzystane do zintegrowania usług z sektora U-Space. Dzięki temu możliwe stanie się zintegrowanie ruchu dronów oraz innych zdalnych pojazdów latających z europejskim systemem kontroli lotów.

– Przy obecnej komunikacji mobilnej z kokpitem samolotu przy użyciu technologii o ograniczonej przepustowości istnieje potrzeba transformacji na bardziej solidną i skalowalną technologię opartą na protokole IP, zdolną do obsługi dużych prędkości przy niewielkich opóźnieniach. Projekt FACT może pomóc w przekształceniu CNS, przy czym priorytetem jest zapewnienie bezpieczeństwa i wsparcia migracji starszych usług – podkreśla Mervyn Harris.

Pierwsze testy laboratoryjne nowych systemów komunikacji lotniczej od Nokii rozpoczną się latem 2021 roku. Z kolei do czerwca 2022 roku firma planuje rozpocząć testy terenowe.

Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku technologii 5G do 2025 roku wzrośnie do 251 mld dol. W najbliższych latach ma się on rozwijać w tempie blisko 97 proc. w skali roku.

Pyszny sposób na pomysłowy prezent firmowy

Prezenty świąteczne są coraz popularniejszą praktyką w wielu polskich firmach. Pracodawcy chcąc podziękować za udaną współpracę decydują się na wyjątkowe upominki dla klientów, pracowników i cenionych kontrahentów. Taki prosty gest jest bardzo pozytywnie odbierany, wprowadza we wzajemne relacje ciepłą, rodzinną atmosferę, pozwala także zacieśnić więzy i wprowadzić lojalność w kontaktach. Obdarowując pracowników ładnym, słodkim i pięknie skomponowanym koszem prezentowym, mamy pewność, że wywołamy na ich twarzach uśmiech, sprawimy przyjemność i zapewnimy sobie pozytywny odbiór naszych starań.

Eleganckie podziękowanie

Kosze upominkowe dla pracowników i klientów to doskonały gest serdeczności i piękny sposób na pokazanie naszej wdzięczności za udaną współpracę i cały rok starań. Jest to też doskonała recepta na połączenie eleganckiego gestu z subtelnym działaniem marketingowym. Imponująco wyglądające upominki świąteczne robią spore wrażenie, zapadają w pamięć i dobrze wpływają na odbiór firmy jako całości. Dzięki możliwości personalizacji Twoje logo lub firmowe barwy mogą być ładnie wkomponowane w kosz upominkowy. Taki prosty trik sprawia, że wizerunek Twojego przedsiębiorstwa utrwala się w głowach kontrahentów lub pracowników, a to wszystko kojarzy się dodatkowo ze świąteczną atmosferą i obdarowywaniem prezentami. Logowane upominki świąteczne sprawdzają się w każdej branży, dzięki swojemu uniwersalnemu charakterowi. Dzięki szerokiej ofercie Fabulosa.pl znajdziesz odpowiednio skomponowany zestaw na każdą okazję, i w wielkości, jaka Ci odpowiada.

kosze upominkowe

Zyskujesz cenny czas

Niebanalne kosze upominkowe to też ogromna oszczędność czasu. Skomponowanie samemu tak precyzyjnie dobranych składników i pomysłowe opakowanie to wiele godzin zakupów i sporo kluczenia pomiędzy sklepami. Oszczędność czasu nie oznacza jednak kompromisu, jeśli chodzi o jakość zestawu prezentowego. Ta jest na najwyższym możliwym poziomie. Dzięki temu właśnie, upominki świąteczne od Fabulosa.pl to rozwiązanie, o którym powinien pamiętać każdy szef i kierownik planujący podarunki w swoim przedsiębiorstwie. Nie musisz sam martwić się o wybranie odpowiednich produktów, nie tracisz czasu, który możesz przeznaczyć na inne, równie ważne w okresie przedświątecznym obowiązki. A jednocześnie masz pewność, że nie idziesz na skróty. Kosz upominkowy Fabulosa to nie jest przypadkowa czekolada, zapakowana w błyszczący celofan. Każda kompozycja prezentuje się okazale i jest bardzo bogata oraz gustownie przystrojona.

Standard premium

W biznesowej branży pielęgnowanie dobrych relacji jest szalenie ważne. Dlatego coraz częściej oprócz świątecznego gestu wobec pracowników, pragniemy też podkreślić naszą wdzięczność wobec najlepszych klientów. Pomysłowe upominki świąteczne od Fabulosa.pl to gwarancja, że Twój gest będzie odebrany jako elegancki, taktowny i szczodry. Kosze upominkowe są przygotowane bardzo starannie, kompozycja zawsze jest dobrze przemyślana, dzięki czemu w poszczególnych upominkach znajdują się współgrające ze sobą produkty. Warto tez podkreślić, że wszystkie składniki wypełniające kosz upominkowy to produkty premium, najwyższej jakości i o genialnym smaku. Nie znajdziesz tam żadnych, przypadkowych, marketowych wypełniaczy. Będziesz się mógł za to delektować prawdziwą belgijską czekoladą, ręcznie robionymi piernikami czy włoskim nugatem.

Skarbówka chciała dwukrotnie opodatkować szpital tym samym podatkiem

ZUS przeprowadził w szpitalu kontrolę, w następstwie której szpital zapłacił zaległe składki zdrowotne i społeczne za zatrudnionego na umowę zlecenie w 2013 r. w kwocie blisko 17 tys. zł. W konsekwencji ów zatrudniony zamiast zwrotu 57 zł, zapłacił za 2018 r. PIT w wysokości blisko 5 tys. zł, bo – jak stwierdził organ podatkowy – wskazana kwota 17 tys. zaległych składek stanowiła przysporzenie jego majątku. Po stronie podatnika stanął sąd, orzekając, że: „Przyjęcie za prawidłowe stanowiska organu podatkowego prowadziłoby do zakłócenia podstawowych zasad opodatkowania w zakresie podatku dochodowego od osób fizycznych, a mianowicie zakazu podwójnego opodatkowywania” (wyrok WSA w Rzeszowie z 24 września 2020 r., sygn. akt I SA/Rz 249/20).

Płatnik po latach uregulował zaległe składki ZUS za zatrudnionego

Zakład Ubezpieczeń Społecznych przeprowadził w jednym ze szpitali kontrolę jego rozliczeń, w wyniku której stwierdził m.in. brak opłacenia składek na ubezpieczenie społeczne i ubezpieczenie zdrowotne należnych od umowy zlecenia jednego z zatrudnionych w okresie od 1 stycznia do 31 grudnia 2013 r. Szpital uregulował zaległe składki w 2018 r. i wykazał je w informacji PIT-11 jako inne źródła, a ubezpieczony ujął je w zeznaniu PIT-37 za 2018 r. Wskutek uregulowania przez szpital blisko 17 tys. zł zaległości podatnik miał do zapłaty blisko 5 tys. zł podatku.

To nie podatnik był zobowiązany, a płatnik

W maju 2019 r. ubezpieczony złożył w urzędzie skarbowym wniosek o stwierdzenie nadpłaty, jednocześnie składając korektę zeznania za 2018 r. i wykazując w niej do zwrotu kwotę 57 zł. Podatnik podniósł, że wartość zapłaconych przez szpital z 5-letnim opóźnieniem zaległych składek ZUS nie może stanowić dla niego przychodu podlegającego opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób fizycznych. Poza tym nie może on ponosić negatywnych konsekwencji niedopełnienia obowiązków, do których realizacji nie był zobowiązany. Bowiem to nie on, a szpital był płatnikiem, na którym ciążył obowiązek obliczania, pobierania i opłacania składek.

Sporne przysporzenie po stronie podatnika

Ponieważ naczelnik urzędu skarbowego odmówił stwierdzenia nadpłaty, podatnik wniósł odwołanie do dyrektora izby administracji skarbowej. Ale organ drugiej instancji utrzymał w mocy decyzję naczelnika US. W jego opinii szpital jako płatnik spełnił świadczenie, które obciążało wynagrodzenie podatnika, a którego wartości od tego podatnika nigdy nie odzyska. Bezsprzeczne w opinii organu było więc to, że podatnik otrzymał bezzwrotne świadczenie majątkowe, które jako wymierne przysporzenie o wartości niezwróconej szpitalowi przez podatnika kwoty składek podlega opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób fizycznych, jako przychód z innych źródeł.

W skardze do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Rzeszowie pełnomocnik podatnika wskazał, że w wyniku zapłaty przez szpital zaległych składek ZUS podatnik nie otrzymał od tego płatnika żadnego nieodpłatnego świadczenia, generującego przychód do opodatkowania.

W relacji płatnik – ZUS podatnik nie jest stroną

Sąd w pierwszej kolejności zaznaczył, że szpital jako płatnik spełnił ciążące na nim na mocy ustawy zobowiązanie publicznoprawne, które w żadnym momencie nie ciążyło na skarżącym. W relacjach płatnik – ZUS podatnik nie może być nawet podmiotem tych relacji, a jeśli tak, to tylko w stopniu marginalnym, pobocznym – może np. złożyć do ZUS wniosek o przeprowadzenie kontroli u płatnika, ale już stroną toczącego się później postępowania być nie może. Dlatego też w zakresie obowiązku odprowadzania składek na ubezpieczenia zdrowotne i społeczne relacja prawna zachodzi wyłącznie między Zakładem Ubezpieczeń Społecznych a płatnikiem. Stąd też jakiekolwiek skutki w sferze realizacji tych obowiązków mogą dotyczyć (obciążać) jedynie płatnika. Spełnienia przez płatnika ciążącego wyłącznie na nim zaległego obowiązku nie można utożsamiać ze spełnieniem go za kogoś innego.

Brak jakiegokolwiek przysporzenia po stronie podatnika

Sąd zgodził się ze skarżącym, że szpital, wykonując swoje zobowiązanie publicznoprawne, nie dokonał z tego tytułu żadnego przysporzenia majątkowego. Zgodnie z art. 11 ust. 1 ustawy o PIT co do zasady przychodami są otrzymane przez podatnika lub pozostawione do jego dyspozycji pieniądze i wartości pieniężne oraz wartość otrzymanych świadczeń w naturze i innych nieodpłatnych świadczeń. By powstał przychód podatkowy, musi więc zaistnieć określony przyrost majątkowy dla beneficjenta i musi mieć charakter definitywny, czyli rzeczywiście powiększyć jego aktywa. Natomiast aby wartość innych świadczeń stanowiła taki przychód, musi być otrzymana przez podatnika, bo nie wystarczy tu postawienie ich tylko do dyspozycji podatnika, jak w przypadku wartości pieniężnych.

Gdyby podatnik zapłacił PIT, zapłaciłby go dwukrotnie

Rzeszowski sąd orzekł więc, że szpital, uiszczając zaległe składki ZUS na ubezpieczenia społeczne zatrudnionego podatnika, nie dokonał po jego stronie żadnych przysporzeń majątkowych. Ale sąd w uzasadnieniu swojego wyroku z 24 września, uchylając decyzję dyrektora izby administracji skarbowej, zwrócił uwagę na jeszcze inną ważną kwestię, której nie dostrzegły organy podatkowe:

„Konsekwencją niepobrania przez Płatnika we właściwym czasie składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne, było wypłacenie tych świadczeń w wyższej wysokości. W związku z powyższym także pobranie zaliczek na podatek dochodowy od osób fizycznych w wyższej wysokości. Przyjęcie za prawidłowe stanowiska organu podatkowego prowadziłoby do zakłócenia podstawowych zasad opodatkowania w zakresie podatku dochodowego od osób fizycznych, a mianowicie zakazu podwójnego opodatkowywania” (sygn. akt I SA/Rz 249/20).

Podatnicy muszą chronić swój majątek przed nieuprawnionymi działaniami organów

Omawiana sprawa stanowi ostrzeżenie, że w relacjach z fiskusem należy mieć się na baczności. Bo, jak widać, organy podatkowe zdolne są tak interpretować prawo, aby opodatkować podatnika tym samym podatkiem dwukrotnie, a na dodatek obarczyć go negatywnymi konsekwencjami za niedopełnienie obowiązków, do których nie był zobowiązany.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

InPost inwestuje w nowe centrum logistyczne w Krakowie

InPost – lider nowoczesnej logistyki w Polsce – InPost – inwestuje w nowe centrum logistyczne, które powstanie w parku City Logistics Kraków I przy ul. Cementowej. Nowy obiekt o powierzchni 9 040 m kw. będzie wybudowany przez Panattoni we wrześniu 2021 roku. InPost uruchomił też drugą po sortowni w Piotrkowie Trybunalskim centralną sortownię w P3 Logistic Parks Mszczonów. Obiekt o powierzchni 17300 m² pełni funkcję centrum cross dockowego obsługującego oddziały InPost z całego kraju oraz centrum sortowniczego dla kluczowego rejonu Warszawy.

„W 2020 roku bardzo istotnie rozbudowaliśmy infrastrukturę i powiększyliśmy możliwości obsługi przesyłek o ponad 40%. Dotyczy to zarówno liczby Paczkomatów® InPost, których sieć przekroczyła już 9000, jak też liczby sortowni i centrów logistycznych. Jednak wolumeny rosną szybciej niż zakładaliśmy – dlatego nie zwalniamy tempa. Wprowadziliśmy wiele innowacyjnych usług – takich jak Paczka w Weekend, InPost Fullfilment czy Urząd24. Paczkomaty® InPost świetnie sprawdzają się w okresie pandemii – terminowo dostarczając miliony paczek, ale też wspierając urzędy miast czy szpitale. Jesteśmy dumni, że nasze urządzenia pomagają rozwiązywać codzienne problemy oferując bezkontaktowe przekazywanie wszelkiego rodzaju dóbr i dokumentów” – zwraca uwagę Rafał Brzoska, prezes InPost.

Jednym z najnowszych obiektów będzie centrum logistyczne InPost w City Logistics Kraków I, budowanym przez Panattoni w stolicy Małopolski przy ul. Cementowej. Dzięki miejskiej lokalizacji park jest idealny dla firm działających w branży e-commerce oraz kurierskiej.

„Powierzchnie w parkach miejskich są kluczowym ogniwem usprawniającym operacje na linii e-sklep – firma kurierska – konsument. Znacząco ułatwiają dystrybucję towarów na etapie tzw. ostatniej mili i maksymalnie skracają czas dostawy przesyłek do odbiorcy. Bez wątpienia, Kraków z dużą liczbą mieszkańców (800 tys.) i bogatym rynkiem zbytu musi budzić zainteresowanie tych firm, zwłaszcza w dobie szybkiego rozwoju e-commerce oraz wielokanałowych strategii sprzedaży. Skrócenie łańcucha dostaw to obecnie priorytet wielu firm logistycznych” – wyjaśnia Marek Dobrzycki, Managing Director w Panattoni.

W czasie pandemii w zespole siła

Funkcjonowanie biznesu w czasach kryzysu to wyzwanie dla wszystkich, zarówno dużych międzynarodowych korporacji, jak i średnich czy mniejszych firm. Odnalezienie się w nowej sytuacji, a taką z pewnością był wybuch pandemii, wymagało zaangażowania nie tylko właścicieli, zarządów i prezesów, ale także pracowników. Najnowsze badania potwierdzają, że w niepewnych czasach to właśnie silny, lojalny zespół jest tym, co pracodawcy doceniają najbardziej.

Zmiany na rynku, które w marcu pojawiły się właściwie z dnia na dzień były sporym zaskoczeniem i niejako zmusiły nas do błyskawicznego odnalezienia się w nowej sytuacji. Elastyczność, otwartość i wzajemny dialog na linii pracownik – firma nabrały wręcz strategicznego znaczenia. Jak wiadomo, wykwalifikowani specjaliści, to jeden z najcenniejszych zasobów każdej organizacji. Profesjonalizm i doświadczenie zatrudnionych to nie tylko klucz do efektywnych działań, ale także gwarancja funkcjonowania podczas globalnych zawirowań gospodarczych.

Potwierdzają to wyniki najnowszych badań „Jak pandemia zmieniła biznes”[1], z których wynika, że dla większości ankietowanych pracodawców (72 proc.) w niepewnych czasach pandemii najcenniejszy jest właśnie dobry, lojalny zespół. – Obecna sytuacja to z całą pewnością test dla szeroko pojętego biznesu. Nowe wyzwania, które stanęły zarówno przed pracodawcami jak i zatrudnionymi podczas pandemii wymagają od obu stron pełnego zaangażowania. Doświadczenie pracowników i relacje, które tworzą w ramach poszczególnych zespołów stają się więc dziś niezwykle cenne i są nieocenionym wsparciem w działalności organizacji – mówi Stephane Tikhomiroff, Dyrektor Generalny Perfetti Van Melle Polska.

Mobilizację i zaangażowanie pracowników potwierdza większość przebadanych właścicieli firm. 87 proc. z nich podkreśliło, że w czasie pandemii mogli polegać na swoim zespole, a ponad połowa ankietowanych (55 proc.) wskazała także na odpowiedzialną postawę całej kadry mimo trudniejszych warunków pracy. Co ciekawe, w wielu przypadkach okazało się, że niepewność związana z koronawirusem podziałała na pracowników wręcz motywująco. W co trzeciej badanej firmie 34 proc. zatrudnionych wykazało się większym zaangażowaniem w swoich codziennych zadaniach, a niektórzy (29 proc.) byli gotowi pracować więcej.

Odpowiedzialny, zaangażowany i lojalny zespół to dziś jak widać jeden z filarów funkcjonowania firmy. W czasie pandemii praca zespołowa nabiera strategicznego znaczenia i aktywnie wspiera organizacje w realizacji celów biznesowych w nowej, wymagającej rzeczywistości.

[1] https://krd.pl/Centrum-prasowe/Informacje-prasowe/2020/Wirus-zwiekszyl-wartosc-pracownikow

Co trzeci klient już czeka na tegoroczny Black Friday

Aż 84 proc. konsumentów myśli o skorzystaniu ze specjalnych promocji na tegoroczny Czarny Piątek (27.11). Jednak większość z nich uzależnia swój udział od odtrzymania atrakcyjnej oferty. Połowa e-sklepów ma już gotowe promocje, ale co trzeci sprzedawca internetowy jeszcze nie wie, czy zrobi coś specjalnego na Black Friday. Czy w tym roku padnie nowy rekord?

W poprzednich latach ostatni piątek listopada był najlepszym dniem pod względem sprzedaży w polskim e-commerce, a każda kolejna edycja poprawiała rekord poprzedniej. W tym roku, wyjątkowo, wyniki sprzedaży z Black Friday 2019 udało się przebić w czasie wiosennego lockdownu. Nie jest więc do końca jasne, czy tegoroczna edycja Black Friday przeskoczy pandemiczny rekord, niemniej jasne jest, że na pewno wyniki sprzedaży tego dnia będą znakomite. I to nawet jeśli część ekspertów dzieli się przypuszczeniami, że na wyniki sprzedaży w sezonie przedświątecznym i jego tradycyjne otwarcie czyli Czarny Piątek, wpłynąć może zaostrzająca się pandemia.

Firmy SMSAPI i Shoper, przygotowując wspólny raport na temat komunikowania się sklepów z konsumentami, postanowiły zapytać zarówno kupujących jak i sprzedawców o ich plany związane z tegorocznym Black Friday.

Pierwszy krok należy do sprzedawcy

W konsumenckiej części badania wzięło udział 1000 respondentów. Tylko 17 proc. z nich deklaruje, że nie interesuje ich tegoroczny Black Friday, ponad 35 proc. respondentów zapowiada, że skorzysta z czarnopiątkowych promocji, a pozostałe 48 proc. – uzależnia swój udział od tego, jak atrakcyjne się okażą.

black friday 2020
Źródło: SMSAPI

– Spora grupa konsumentów nie zamierza tak po prostu usiąść 27 listopada do komputera z kartą kredytową lub kodem BLIK w pogotowiu, tylko czeka na sygnał od sprzedawców. Od tego, czy sklepy zrobią pierwszy krok zależy, czy będą miały tego dnia rekordową liczbę klientów. Warto się do tego przygotować narzędziowo już teraz. Badanie pokazuje, że zainteresowanie Black Friday jest większe wśród kobiet niż mężczyzn i silniejsze wśród osób do 35 roku życia niż w starszych grupach wiekowych. To cenna wskazówka dla sklepów, w których większość klienteli stanowią młode kobiety. Warto zintensyfikować działania promocyjne w listopadzie i kampanię przygotować z odpowiednim wyprzedzeniem – zachęca Maja Wiśniewska, PR & Content Marketing Manager w SMSAPI.

Czarny Piątek domeną e-commerce

Badanie pokazuje również, że zainteresowanie Black Friday jest dużo większe wśród konsumentów, którzy robią zakupy głównie online. Ten wynik koreluje z coroczną obserwacją, że polski Czarny Piątek, inaczej niż np. w USA, odbywa się głównie w internecie.

Nie powinien zatem dziwić wynik najnowszego badania firm Shoper i SMSAPI przeprowadzonego wśród sprzedawców internetowych. Blisko połowa z przebadanych sklepów (48 proc.) już w październiku deklarowała, że przygotowuje dodatkowe działania na Black Friday.

black friday 2020 2
Źródło: SMSAPI

– Ostatnie lata dowiodły, że strategia sprzedawców internetowych, aby skupić się w ostatnim kwartale na Black Friday, naprawdę działa. W ubiegłym roku sklepy na naszej platformie łącznie zarobiły tego dnia o 185 proc. więcej niż w piątek tydzień wcześniej. Tym razem zainteresowanie klientów będzie zapewne większe, ale konkurencja o uwagę konsumentów również. Przy spadającym z powodu pandemii ruchu w sklepach stacjonarnych, wiele firm handlowych przenosi swoją sprzedaż i działania marketingowe do internetu. Bez dobrej kampanii promocyjnej sprzedawcom może być trudno przebić się ze swoją ofertą, dlatego zachęcamy, by pomyśleli o skutecznych kanałach komunikacji swoich działań. To już właściwie ostatni moment – podpowiada Oliwia Tomalik Marketing Manager Shoper.

Raport na temat komunikacji sklepów internetowych z klientami na bazie badań przeprowadzonych na grupach 1000 konsumentów i 216 sprzedawców korzystających z narzędzi firm Shoper i SMSAPI, ukaże się w listopadzie.

Rynki czekają na oficjalne wyniki wyborów w USA

Joe Biden jest bliżej wygrania wyborów, ale głosy wciąż są liczone. Rozmach rynkowej euforii spowolnił, ale dalej widać podtrzymanie wzrostu na giełdach i presję na osłabienie USD. Strach przed kontestowaniem wyniku przez sztab Trumpa nie uwidacznia się.

Czwartek nie przyniesie odpoczynku od wyścigu wyborczego w USA, gdyż wciąż w kilku stanach nie wszystkie głosy są przeliczone, a w żadnym z nich wynik cząstkowy nie daje gwarancji utrzymania do oficjalnego rezultatu. Joe Biden prowadzi w zdobytych głosach elektorskich i teoretycznie potrzebuje tylko 6 głosów z Nevady, aby zdobyć 270 głosów i wygrać. Nevada wznowi liczenie dziś po 18 polskiego czasu i wcześniej raczej się nic nie wyjaśni. W międzyczasie oczy zwrócone są na Arizonę (11 głosów), dla której Fox News przyznało już zwycięstwo Bidenowi (ale np. CNN nie), podczas gdy nocne liczenie kolejnych pul głosów listownych zredukowało przewagę nad Trumpem do 79 tys. głosów. Jednocześnie sztab Trumpa już szykuje się do zaskarżania wyniku wyborów, kwestionowania ważności głosów listowanych i szykuje wnioski do powtórnego liczenia głosów w co najmniej czterech stanach. Dodajmy jeszcze, że Pensylwania i Karolina Północna mogą nie zakończyć liczenia do piątku, czekając na ostatnie głosy złożone listownie. Jakby do tego momentu proces wyborczy w USA nie był już wystarczająco skomplikowany.

Rynki rozgrywają scenariusz wygranej Bidena przy utrzymaniu przez Republikanów kontroli w Senacie. Ryzyko kontestowania wyniku wyborów w przypadku przegranej Trumpa wydaje się pomijane. W takim wypadku zdjęcie premii za niepewność wyborów przynosi rajd ulgi dla aktywów ryzykownych. Podzielony Kongres przekreśla szanse na hojny pakiet fiskalny, co w kolejnych tygodniach może się zemścić pogorszeniem nastrojów, ale teraz Wall Street za impuls do wzrostów traktuje jednoczesne zablokowanie podwyżek podatków, do których chciał doprowadzić Biden. Zmniejsza się też ryzyko zaostrzenia regulacji wobec sektora technologicznego. Jeśli USA nie będzie miała mocnej odpowiedzi na drugą falę pandemii, spółki cykliczne będą przegrywać z technologicznymi i medycznymi. W efekcie Nasdaq rósł wczoraj dużo mocniej niż przemysłowy Dow Jones.

Na FX wzmacnia się tryb risk-on z przeceną USD, a gdzie brylują NOK, AUD i NZD. Wszystko to jednak wygląda bardziej na odwracanie pozycji zabezpieczających zawieranych pod koniec października (kiedy wzrastała przedwyborcza nerwowość), a nie budowanie nowych strategii makro. Jakkolwiek potwierdzenie wygranej Bidena daje więcej powodów do umocnienia walut ryzykownych (korelacja z rynkiem akcji, łagodniejsza polityka zagraniczna), to w najbliższych tygodniach droga może być wyboista przez ryzyko kontestowania wyborów. Warto zauważyć, że EUR/USD i GBP/USD nie wykroczyły jeszcze poza szczyty sprzed Dnia Wyborów.

W podobny sposób oceniam sytuację na złotym, który umocnił się do 4,53 za euro. Wczoraj rynek złotego zaliczył sporą huśtawkę, z której wynika, że inwestorzy są gotowi sprzedawać walutę pod rozwój pandemii w Polsce i nakładane restrykcje o ile nie będzie się to kłócić z ogólnorynkowym apetytem na ryzyko. W środę złoty tracił, kiedy szeroki rynek zaczął negatywnie reagować na prowadzenie Trumpa, ale szybko sentyment się odwrócił wraz ze wzrostem przewagi Bidena. Obawiam się, że jak tylko powyborcza euforia przycichnie, wróci presja na złotego.

W tle liczenia głosów mamy decyzje banków centralnych. Dziś rano Bank Anglii pozostawił główną stopę procentową bez zmian, ale zwiększył skup aktywów o dodatkowe 150 mld GBP. Bank ściął prognozy wzrostu na ten i przyszły rok i widzi większy, negatywny wpływ wirusa na gospodarkę. Z perspektywy GBP istotna jest jednomyślność decydentów bez forsowania pomysłu ujemnych stóp procentowych. Bank analizuje użycie takiego narzędzia, ale ewentualna decyzja nie pojawi się wcześniej, jak na wiosnę. Większe od oczekiwań QE wesprze rynek długu, szczególnie w obliczu rosnącego długu publicznego wskutek walki rządu z COVID-19. Jest czynnikiem stabilizującym, który pośrednio także pomaga funtowi. Ogólnie jednak decyzja nie jest silnym katalizatorem dla FX. GBP/USD skoczył do 1,3040, co jednak bardziej wygląda na zdjęcie z rynku premii za ryzyko związane z decyzją BoE i skupienie na dyskontowaniu wyniku wyborów w USA.

Wieczorem Fed utrzyma gołębią retorykę z gotowością do działania. Z uwagi na potencjał ryzyka politycznego i podwyższonej zmienności aktywów, niewykluczone, że prezes Powell uzna za stosowne zapewnić o gotowości do działania na rzecz stabilizacji cen aktywów obok podstawowego celu, jakim jest wsparcie gospodarki. To drugie staje się wymagające większej uwagi, gdyż pojawiają się pierwsze oznaki spowolnienia wywołane wzrostem liczby zakażeń COVID-19. Lokalne lockdowny są wracającym zagrożeniem, a obawy wzmacnia opóźniający się pakiet fiskalny. Sytuacja nie wymaga reakcji Fed już teraz, ale niewykluczone, że język komunikatu i konferencji wskaże, że Fed jest gotowy do działania w każdej chwili.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Złoty znów mocny. Wybory w USA nadal niepewne

Wczorajsze pierwsze wyniki liczenia głosów okazały się wskazywać innego zwycięzcę niż obecne. Powoduje to duże zamieszanie na rynkach walutowych. Patrząc na ilość policzonych głosów, sytuacja powinna się uspokajać, ale nie ma pewności, że coś nas jeszcze nie zaskoczy.

Niespodzianka wyborcza?

Liczenie głosów w USA przyniosło wczoraj już kolejną, w tym wyścigu, zmianę lidera. Obecnie na prowadzeniu ponownie znajduje się Joe Biden. I do zwycięstwa realnie brakuje mu jeszcze jednego stanu – powinno się to wydarzyć, jeżeli nie dojdzie do kolejnego nieoczekiwanego zwrotu akcji. Rynki znów wyraźnie uwierzyły w przewagę demokratów, przenosząc środki z USA do Europy. W rezultacie dolar wyraźnie traci względem euro.

Złoty znów mocny

Wczorajszy dzień na rynkach walutowych dla osób o słabych nerwach mógł być horrorem. Złoty najpierw był w wyraźnym odwrocie, po tym jak Donald Trump wyszedł na prowadzenie w wyścigu prezydenckim. Po spłynięciu dodatkowych głosów jednak szybko okazało się, że wcale nie ma on przewagi i waluty zawróciły. Tym samym złoty ponownie zaczął zyskiwać na wartości i dzisiaj za jedno euro płaciliśmy już poniżej 4,52 zł.

Dane w cieniu wyborów

Oprócz liczenia głosów w USA mamy również ważne dane makroekonomiczne. Raport ADP z rynku pracy nie był tak dobry jak oczekiwano, ale w październiku przybyło 365 tysięcy miejsc pracy. Publikowane w podobnym czasie dane na temat bilansu handlowego pokazują malejącą przewagę importu nad eksportem, co było jednym z celów obecnej ekipy rządzącej. Słabiej od oczekiwań wypadł z kolei indeks ISM dla usług.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
20:00 – USA – decyzja FOMC w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Polacy niechętnie inwestują w działania proekologiczne

Tylko 37% Polaków w ostatnich trzech latach zdecydowało się przeprowadzić inwestycję ekologiczną, wymagającą nakładów co najmniej 1 tys. zł – wynika z badania IBRiS, przeprowadzonego na zlecenie Banku Ochrony Środowiska. Tymczasem, jak wskazują eksperci w raporcie „Barometr ekologiczny Polaków. Co robimy, aby chronić środowisko?”, rozwiązania zwiększające możliwości retencjonowania wody to nie tylko projekty angażujące znaczne środki finansowe, ale także te, na które mogą pozwolić sobie inwestorzy indywidualni.

Polacy nie są skłonni do podejmowania działań ekologicznych, które wymagają od nich ponoszenia nakładów finansowych. Jedynie 37% badanych w ostatnich trzech latach przeznaczyło więcej niż 1 tys. zł na ten cel. Najczęściej na wykonanie inwestycji ekologicznej decydowali się mieszkańcy wsi (59%) i dużych miast (47%), a najrzadziej średnich miast (od 50 do 250 tys. mieszkańców) – 18%.Wykres 1

Podejmowanie działań ekologicznych, które wymagają znacznych nakładów finansowych, jest wciąż mało popularne w polskim społeczeństwie. Można jednak zaobserwować, iż trend ten w ostatnim czasie ulega zasadniczej zmianie. Pomimo że niektóre rozwiązania ekologiczne są nadal kapitałochłonne, to z roku na rok ich wydajność rośnie, a dostęp do finansowania staje się łatwiejszy. Przykładowo, wykorzystywanie wody opadowej do nawadniania roślin czy pozyskiwanie energii słonecznej dzięki panelom fotowoltaicznym to działanie efektywne zarówno pod względem ekologicznym, jak i ekonomicznym. Z tych względów szczególnie mieszkańcy terenów pozamiejskich doceniają zalety przedsięwzięć poprawiających stan środowiska – mówi Emil Ślązak, p.o. prezes zarządu Banku Ochrony Środowiska.Wykres 2

Polacy wybierają deszczówkę

Spośród osób, które w ostatnich trzech latach zdecydowały się przeprowadzić inwestycję proekologiczną, wymagającą nakładów w wysokości co najmniej 1 tys. zł, najwięcej (60%) wybrało budowę systemu zbierającego wodę deszczową. 40% ankietowanych zdecydowało się na wymianę źródła energii bądź ogrzewania, a także stworzenie instalacji fotowoltaicznej (38%). Wśród najrzadszych inwestycji znalazły się termomodernizacja (18%), wymiana samochodu na bardziej ekologiczny (16%) i likwidacja powierzchni nieprzepuszczalnych na posesji (7%).

Magazynowanie deszczówki w obliczu cyklicznych i coraz bardziej dotkliwych susz staje się priorytetem. Rozwiązania są dostępne dla większości z nas i przystępne finansowo. Wodę można zatrzymywać w zbiornikach retencyjnych, studzienkach chłonnych, stawach i oczkach wodnych. Ciekawym rozwiązaniem są także ogrody deszczowe, zaprojektowane tak, aby woda opadowa nawadniała rośliny, nawilżała glebę i zasilała wody gruntowe, zamiast spływać wprost do kanalizacji deszczowej – podkreśla Sławomir Mazurek, główny ekolog BOŚ.Wykres 3

Motywacje inwestycyjne

Polacy, dokonując inwestycji proekologicznych, przede wszystkim kierują się długofalowymi korzyściami ekonomicznymi (90%). Niemal tak samo ważna jest troska o środowisko – na ten aspekt wskazuje 86% respondentów. Dla jednej czwartej odpowiadających na pytanie motywację stanowi możliwość skorzystania z rządowego (27%) bądź samorządowego programu wsparcia (25%). Perspektywa produkowania energii i sprzedawania nadwyżek (system prosumencki) skłania do działania 13% ankietowanych.

E-sklep szyty na miarę – LoanByLink

Digitalizacja nie jest nowym pojęciem. Wielu biznesmenów od dawna przeprowadza cyfryzację w strukturach swoich firm. Część przedsiębiorstw podjęła temat kompleksowo planując każdy etap automatyzacji jako odpowiedź na łatwiejsze nawiązywanie relacji z klientami czy ograniczenie kosztów związanych z obiegiem dokumentów papierowych. Jednym z powodów szybkiego wdrożenia nowoczesnych rozwiązań była organizacja zdalnej pracy możliwie najefektywniejszej.

Pandemia COVID-19 mocno wpłynęła na przyspieszenie cyfryzacji i szukania nowych rozwiązań. Z jednej strony ekonomiczna zapaść a z drugiej szansa w przeniesieniu usług np. do sieci. Sprawna i szybka transformacja wymaga odpowiednich koncepcji. Odpowiedzią jest zmiana strategii  technologiczny rozwój.

Rynkowi liderzy z zakresu fintech udostępniają kolejne rozwiązania ułatwiające przeniesienie usług do sieci. Warto zwrócić uwagę na LoanByLink. Twórcy tego modułu twierdzą, że mogą przekształcić każdą, dowolną stronę internetową w sklep internetowy bez ponoszenia dodatkowych kosztów (Czyli bezpłatnie?) Integracja jest (jak informuje usługodawca) prosta i zajmuje kilka minut. Po rejestracji na stronie partnera usługobiorca otrzymuje kod do implikacji na swojej witrynie oraz dostęp do platformy zarządzającej. Z tego miejsca może monitorować nie tylko dokonane zakupy ale oferowane finansowanie. Z pozycji panelu widzimy na jakim etapie znajduje się zakup lub obecny status wniosku o sfinansowanie zakupu. Provema w panelu udostępnia niezbędne do realizacji sklepu opcje. Od kalkulatora przeliczającego raty, banery reklamowe a na instrukcjach kończąc. Od tej chwili strona staje się sklepem. To, co istotne współpracujący partner może liczyć na pełne wsparcie zespołu LoanByLink zarówno na etapie wdrażania usługi, jak również później, kiedy klienci już aktywnie korzystają z zakupów na raty.

LoanByLink oprócz możliwości uzyskania opcji sklepu pozwala na oferowanie usług w formie ratalnej. W zależności od tego, czy sprzedawca ma już sklep czy też stoi przed wyborem jego uruchomienia ma również możliwość udostępnienia finansowania dla swoich usług. Ponieważ w analizie ryzyka kredytowego sprawnie wykorzystane są algorytmy sztucznej inteligencji system jest w stanie przetworzyć aż 10 000 wniosków jednocześnie. Dzięki temu skracany jest czas potrzebny do uruchomienia finansowania a jednocześnie zmniejszane jest prawdopodobieństwo porzucenia koszyka przez klientów.  LoanByLink dedykowany jest dla wszystkich przedsiębiorców niezależnie od rodzaju prowadzonej działalności gospodarczej. Do podjęcia współpracy wystarczy, że potencjalni Partnerzy sprzedają lub zamierzają sprzedawać swoje towary i usługi on-line.

„Dzisiaj każdy powinien mieć możliwość szybkiej transformacji swoich usług. Digitalizacja otwiera drzwi tylko trzeba wiedzieć jakim kluczem je otworzyć. Naszym kluczem jest LoanByLink” – mówi Grzegorz Szulik, prezes polskiego fintechu Provema.

Handlowcy oczekują wsparcia od rządu w związku z ponownym zamknięciem galerii

Polska Rada Centrów Handlowych, która zrzesza ponad 200 największych firm działających w branży nieruchomości handlowych, wnioskuje o pilne uruchomienie tarczy pomocowej dla objętych lockdownem podmiotów z sektora handlowego w celu zabezpieczenia stałych kosztów funkcjonowania przedsiębiorstw, które ponownie utraciły z dnia na dzień możliwość generowania przychodów. Apelujemy o adekwatne do potrzeb wsparcie państwa dla całego sektora.

Wiosenny lockdown mocno zdestabilizował sytuację finansową zarówno najemców, jak i wynajmujących, którzy w ostatnich tygodniach mozolnie starali się odrabiać straty, a decyzją z dnia 4 listopada zostali definitywnie pozbawieni tej możliwości.

Ograniczenie działalności centrów handlowych trwające 7 tygodni, a dla niektórych branż nawet dłużej, którego koszt w całości ponieśli właściciele obiektów handlowych, kosztowało wynajmujących utratę przychodów na poziomie około 1 miliarda złotych*. Dodatkowo właściciele centrów handlowych na bazie indywidualnych ustaleń pomiędzy najemcami i wynajmującymi sfinansowali czasowe wsparcie dla najemców poprzez rabaty w czynszu w okresie od maja do grudnia  2020 roku. Szacowana łączna wartość tej pomocy wyniosła w skali kraju około 2 mld złotych*.

Skala już udzielonego wsparcia ze strony właścicieli obiektów handlowych, w tym wielu polskich firm, w łącznej wysokości ok. 3 mld zł, oraz ich sytuacja finansowa wykluczają możliwości ponoszenia kosztów ponownego lockdownu, m.in. ze względu na brak możliwości finansowych, problemy płynnościowe oraz wysokie zobowiązania kredytowe (banki nie umarzały rat kredytów za czas lockdownu, tylko odsuwały w czasie ich spłatę). Relacje najemców i wynajmujących są oparte o indywidualne umowy określające wieloletnie zasady współpracy i wzajemnych rozliczeń oraz jako takie nie powinny podlegać jakimkolwiek zewnętrznym regulacjom, czy uzgodnieniom. Ingerencja w umowy pomiędzy najemcami i wynajmującymi nie była dotychczas stosowana w żadnym innym kraju i może rodzić potencjalne roszczenia odszkodowawcze względem państwa.

Rynek handlu detalicznego tworzą wynajmujący, najemcy oraz setki firm, które zatrudniają tysiące pracowników zajmujących się bieżącą obsługą obiektów handlowych (usługi sprzątania, ochrony, obsługi technicznej, księgowości, zarządzania nieruchomościami, obsługi imprez). Wsparcie państwa pozwalające wszystkim uczestnikom branży wywiązywać się ze swoich zobowiązań pozwoli uniknąć destabilizacji rynku oraz bankructw, także wśród wynajmujących, silnego ograniczania działalności, a w konsekwencji likwidacji miejsc pracy na masową skalę.

Apelujemy jednocześnie o uruchomienie centrów handlowych, tak szybko jak tylko sytuacja epidemiczna na to pozwoli. Będzie to wartościowa forma wsparcia dla sektora, który w okresie przedświątecznym ma szansę na wygenerowanie przychodów.

* Estymacje w oparciu o Raport „Wpływ pandemii COVID 19 na polski rynek centrów handlowych” przygotowany przez Deloitte w kwietniu 2020 roku.

Rekordowe wyniki PayPal za Q3 2020

W tym tygodniu PayPal ogłosił wyniki finansowe za trzeci kwartał tego roku – to kolejny rekordowy okres w historii działania firmy. W tym roku byliśmy świadkami niesamowitych zmian na rynku e-commerce. Amerykański fintech miał zaszczyt być w centrum tej rewolucji.

  • W trzecim kwartale tego roku PayPal przeprocesował rekordową liczbę transakcji, dzięki czemu osiągnął największe TPV (Total Payment Volume) w swojej historii na poziomie 247 miliardów USD. Biorąc pod uwagę wyniki z tego kwartału, spółka szacuje, że bieżący run ratewynosi około 1 biliona USD liczonych w łącznej wartości płatności.
  • W dobie permanentnego wzrostu liczby użytkowników korzystających z handlu online, wygoda i bezpieczeństwo PayPal nigdy nie były bardziej atrakcyjne czy potrzebne niż teraz. W trzecim kwartale tego roku w systemie zarejestrowało się 15,2 milionów nowych aktywnych kont– to drugi z rzędu kwartał, gdy fintech osiągnąłrekordową liczbę nowych użytkowników pozyskanych organicznie. To oznacza, że jest na dobrej drodze do osiągnięcia swojego celu – zakończenia tego roku z największą w historii liczbą 70 milionów nowych kont na pokładzie.
  • Odnotowano także raptowny wzrost liczby kont biznesowych. W tym kwartale 1,5 milionów osób zaczęło sprzedawać z PayPal – to ponad dwa razy większy przyrost niż przed wybuchem pandemii koronawirusa. Ten skok pokazuje, że coraz więcej przedsiębiorców dostosowuje się do nowych warunków, przenosząc swoje biznesy do sfery online.
  • Podsumowując wszystkie liczby, napływ nowych klientów i rekordowa liczba transakcji płatniczych złożyły się na największy przyrost dochodów w historii PayPal.
  • W pierwszych tygodniach października fintech osiągnął najwyższe w historii TPVprzeprocesowane jednego dnia.

W tym roku PayPal przeprocesuje ponad 900 miliardów USD łącznej wartości transakcji, obsługując ok. 375 milionów klientów. Jest największą otwartą e-platformą płatności na całym świecie, a wydarzenia 2020 roku wzmocniły jeszcze bardziej znaczenie wartości, które oferuje klientom, jak i swoją rynkową pozycję. Następne kilka lat będzie decydującym okresem nowego etapu rozwoju PayPal.

W 2021 Volvo Trucks wprowadzi na rynek europejski pełną gamę ciężarowych samochodów elektrycznych

Z początkiem 2021 r. Volvo Trucks będzie oferować pełną gamę samochodów ciężarowych o dużej ładowności z elektrycznym układem napędowym.

Volvo Trucks przeprowadza obecnie testy elektrycznych samochodów ciężarowych o dużej ładowności Volvo FH, Volvo FM i Volvo FMX, które będą używane w transporcie regionalnym i podczas prac budowlanych w miastach Europy. Maksymalna masa zestawu drogowego w przypadku tych pojazdów będzie wynosić do 44 ton. W zależności od konfiguracji akumulatorów możliwy zasięg wyniesie nawet 300 km. Sprzedaż rozpocznie się w przyszłym roku, a produkcja masowa w roku 2022. To oznacza, że począwszy od 2021 r. w Europie będzie dostępna pełna oferta elektrycznych (akumulatorowych) samochodów ciężarowych Volvo Trucks przeznaczonych do transportu dystrybucyjnego, regionalnego, wywozu odpadów i prac budowlanych w miastach.

„Szybko zwiększając liczbę samochodów ciężarowych o dużej ładowności z napędem elektrycznym, chcemy pomóc naszym klientom i nabywcom transportu osiągnąć ambitne cele w zakresie zrównoważonego rozwoju. Jesteśmy zdeterminowani, aby nieprzerwanie kierować naszą branżę w stronę zrównoważonej przyszłości” – mówi Roger Alm, prezes Volvo Trucks.

Volvo Trucks rozpoczęło produkcję Volvo FL Electric i Volvo FE Electric w 2019 r. Są to elektryczne samochody ciężarowe przeznaczone do miejskiej dystrybucji i wywozu odpadów, głównie w Europie. W Ameryce Północnej sprzedaż Volvo VNR Electric, samochodu ciężarowego do transportu regionalnego, rozpocznie się 3 grudnia 2020 r.
Stopniowe przejście na paliwa alternatywne o pochodzeniu niekopalnym

Pojazdy elektryczne do wymagających operacji i długodystansowych przewozów ciężkich ładunków pojawią się w najbliższych latach. Będą to samochody ciężarowe o większym zasięgu wyposażone w akumulatory i ogniwa paliwowe. Volvo Trucks zamierza rozpocząć sprzedaż elektrycznych samochodów ciężarowych napędzanych wodorowymi ogniwami paliwowymi w drugiej połowie bieżącej dekady. Celem Volvo Trucks jest zaoferowanie do 2040 r. całej gamy produktów niekorzystających z paliw kopalnych.
„Aby zmniejszyć wpływ transportu na klimat, musimy szybko przejść od paliw kopalnych do alternatyw, takich jak energia elektryczna. Jednak warunki wprowadzania tej zmiany, a co za tym idzie, jej tempo, znacznie się różnią w zależności od przewoźników i rynków, a także od wielu zmiennych, takich jak zachęty finansowe, dostęp do infrastruktury ładowania i rodzaj operacji transportowych” – wyjaśnia Roger Alm.

Z tego powodu większość firm transportowych będzie wprowadzać pojazdy elektryczne stopniowo. W praktyce wiele z nich będzie miało mieszaną flotę samochodów ciężarowych zasilanych różnymi paliwami w okresie przejściowym.

„Nasze podwozia są zaprojektowane tak, aby były niezależne od zastosowanego układu napędowego. Nasi klienci mogą zakupić kilka samochodów ciężarowych Volvo z tego samego modelu, z tą różnicą, że niektóre są elektryczne, a inne napędzane gazem lub olejem napędowym. Jeśli chodzi o takie cechy produktu jak kabina kierowcy, niezawodność i bezpieczeństwo, wszystkie nasze pojazdy spełniają te same wysokie standardy. Kierowcy powinni czuć się dobrze w swoich pojazdach i móc obsługiwać je bezpiecznie i efektywnie niezależnie od stosowanego paliwa” – mówi Roger Alm.

Z punktu widzenia Volvo Trucks, przejście na bardziej zrównoważony transport powinno być dla przewoźników maksymalnie płynne, tak aby mogli rozpocząć dostosowywać się do tej zmiany. Oferowane rozwiązania muszą wykorzystywać paliwa niekopalne i umożliwiać przewoźnikom osiągnięcie niezbędnego poziomu rentowności i produktywności.

„Naszym głównym zadaniem jest ułatwienie przejścia na pojazdy zelektryfikowane. Robimy to, oferując całościowe rozwiązania, które obejmują planowanie tras, pojazdy o prawidłowej specyfikacji, wyposażenie do ładowania, finansowanie i serwis. Długoterminowe bezpieczeństwo, które wraz z globalną siecią dealerów i warsztatów serwisowych zapewniamy naszym klientom, będzie ważniejsze niż kiedykolwiek” – mówi Roger Alm.

Konieczność odbudowy gospodarek po pandemii stwarza niepowtarzalną szansę na zieloną transformację

Polska i inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej (EŚW) stoją przed wielką szansą na zieloną transformację swoich gospodarek w świecie po pandemii. Wpisując się w implementację ambitnej polityki klimatycznej UE, kraje regionu mogą zyskać dostęp do pokaźnych funduszy unijnych na finansowanie zielonej transformacji w energetyce, budownictwie czy transporcie. W porozumieniu z KE, kraje regionu zaproponują wkrótce wykorzystanie środków unijnych w Narodowych Planach Odbudowy. Aby zrozumieć jak wielka to szansa, wystarczy porównać sytuację krajów UE z naszego regionu z Turcją i Rosją, które będą wdrażać Porozumienie Paryskie głównie w oparciu o finansowanie krajowe.

Pandemia Covid-19 stanowi największy negatywny szok dla gospodarki światowej od Wielkiego Kryzysu lat 1930-tych. W ostatnich miesiącach wiele rządów podjęło działania ratunkowe na rzecz wsparcia swoich gospodarek – dochodów pracowników i płynności firm. Niektóre z nich postanowiły wykorzystać ten moment i przeznaczyć wsparcie publiczne na rzecz jednoczesnego ożywienia gospodarki i jej przekierowania na ścieżkę niskoemisyjną np. Niemcy, Francja, Korea. Inne, w obliczu kryzysu, musiały opóźnić realizację celów klimatycznych np. Rosja.

W tym roku kraje regionu EŚW uruchomiły rekordowo wysokie programy antykryzysowe, ale postawiły głównie na szybkość działania i powszechność pomocy publicznej, ze szczególnym uwzględnieniem mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Jednak, w obliczu dalszego podnoszenia unijnych celów klimatycznych i przygotowania wysokich środków z unijnego Funduszu Odbudowy, kraje regionu stoją przed wielką szansą, aby swoje programy antykryzysowe nakierować na zieloną transformację. Będzie on obejmował w szczególności inwestycje w czystą energię i modernizację sieci elektro-energetycznych, bardziej efektywne gospodarowanie energią w budynkach i przemyśle oraz przejście na niskoemisyjny transport, w tym elektromobilność i transport intermodalny.

W ostatnich trzech dekadach w regionie EŚW udało się dokonać niezwykłej poprawy w jakości środowiska i (z wyjątkiem Turcji) oderwać stosunkowo szybki wzrost gospodarczy od emisji gazów cieplarnianych. Niewiele jest takich przypadków w gospodarce światowej. W dużej mierze wynikało to z rozwoju mniej emisyjnych sektorów takich jak usługi, a rynkowe i stosunkowo wysokie ceny energii, wymuszały lepsze gospodarowanie w firmach. W regionie występuje szereg przykładów zielonych inicjatyw jak chociażby rozwój zrównoważonego transportu na Węgrzech czy rozbudowa mocy w odnawialnych źródeł energii (OZE) w Rumunii. Także Polska zapowiedziała zielony zwrot w długofalowej polityce energetycznej – mówi Leszek Kąsek, starszy ekonomista ds. zrównoważonego rozwoju w ING Banku Śląskim, współautor raportu.

Widzimy, że zaktualizowany projekt Polityki Energetycznej, upubliczniony we wrześniu przez Ministerstwo Klimatu to spojrzenie w przyszłość i zmiana dotychczasowego podejścia. Ministerstwo bardziej zdecydowanie opowiada się za transformacją energetyczną. Przyszłość należy bowiem do coraz tańszych, bardziej efektywnych i dostępnych technologii czystej energii. Mogą on mieć zastosowanie w budownictwie i przemyśle, natomiast trwanie przy węglu to duże obciążenie dla gospodarki. Na tej zmianie skorzysta konsument poprzez czyste powietrze i ograniczenie wzrostów cen energii. Jeśli Polska umiejętnie wpisze się w unijną politykę klimatyczną i przeznaczy jej finansowanie na rozwój własnych czystych źródeł energii i modernizację infrastruktury energetycznej i transportowej zyska także sektor przedsiębiorstw – mówi Rafał Benecki, główny ekonomista w ING Banku Śląskim, współautor raportu.

Jasne opowiedzenie się za transformacją energetyczną, włączenie się w unijną politykę klimatyczną będzie sprzyjać zaangażowaniu inwestorów prywatnych w mniejszej skali (jak fotowoltaika prosumencka) i większej (budowa farm wiatrowych czy solarnych, elektromobilność). Miliardy euro i złotych są gotowe zainwestować w kolejną wielką transformację, jaką przejdzie Polska, tym razem w sferze energetycznej. W takich warunkach również dostęp do finansowania bankowego na projekty przyjazne dla środowiska jest otwarty – dodaje Rafał Benecki.

Polska może tak zaplanować dalsze programy antykryzysowe, aby rekordowy skok długu publicznego poprawił konkurencyjność gospodarki w przyszłości, a nie tylko przyczynił się do ograniczenia skali recesji krótkoterminowo – podkreśla Rafał Benecki.

Region EŚW, a w szczególności Polska, która generuje około ¾ swojej energii elektrycznej z węgla, jest bardziej wrażliwy na unijne instrumenty polityki klimatycznej, w tym na rosnące ceny uprawnień do emisji CO2. Ich wzrost przekłada się na wyższą cenę energii elektrycznej w kraju. Obecnie Polska nie spełnia żadnego z celów klimatycznych, ale Unia Europejska dalej „podnosi poprzeczkę”. W ślad za podniesieniem celów redukcji CO2 w UE do 55%, ścieżka redukcji emisji gazów cieplarnianych stanie się jeszcze bardziej wymagająca. To spowoduje także dalszy wzrost opłat za emisje gazów cieplarnianych. Sytuację można zacząć zmieniać dzięki dostępowi do miliardów funduszy unijnych jakie pojawiają się na początku dekady lat 2020-tych. Taka zmiana wydaje się wykonalna i uwzględniająca sytuację górników czy innych pracowników w schyłkowych przemysłach, a także gospodarstw domowych, wrażliwych na wysokie ceny energii.

W nowym budżecie unijnym, poprzez różne fundusze kraje regionu mogą uzyskać średniorocznie od 2,5% do 4,5%PKB środków bezzwrotnych, co w zestawieniu ze składką dla UE rzędu 1%PKB rocznie będzie oznaczać olbrzymi napływ netto finansowania bezzwrotnego z zagranicy. Dodatkowo, część z tych środków powinna zostać wykorzystana w pierwszych 2-3 latach dekady lat 20-tych, aby wesprzeć gospodarki po głębokim załamaniu z powodu pandemii. Na takie wsparcie nie mogą liczyć Rosja czy Turcja, których zobowiązania redukcyjne na rok 2030 są obecnie niewystarczająco ambitne w kontekście globalnego kryzysu klimatycznego. Możliwe, że zostaną podniesione przed międzynarodową konferencją klimatyczną COP26 w Glasgow pod koniec 2021 roku. Oba te kraje będą również musiały zmierzyć się z propozycją wprowadzenia granicznego podatku węglowego.

Konieczność odbudowy gospodarek po pandemii stwarza niepowtarzalną szansę na zieloną transformację w Polsce i innych krajach regionu EŚW. Skorzystanie z tej szansy w najbliższej dekadzie, w takich krajach jak Polska czy Czechy, pozwoli im myśleć o przyszłości wolnej od drogich paliw kopalnych. Warto z tej okazji skorzystać.

Według autorów raportu, kraje regionu EŚW mogą także pobudzić zielone inwestycje w sektorach dotychczas nieco zaniedbanych od tej strony np. rolnictwo. Mogą również poprawić efektywność energetyczną i wdrożyć zasady gospodarki obiegu zamkniętego, polegającej na lepszym wykorzystaniu dostępnych zasobów – energii, wody, materiałów, produktów czy odpadów – w przetwórstwie przemysłowym.

Sytuacja na europejskim rynku nieruchomości komercyjnych w 3 kw. 2020

Z najnowszego raportu „DNA of Real Estate”, opracowanego przez międzynarodową firmę doradczą Cushman & Wakefield, wynika, że trend powolnego wzrostu czynszów i zmian stóp kapitalizacji na europejskich rynkach nieruchomości komercyjnych utrzymał się również w trzecim kwartale 2020 roku. 

  • Silny popyt ze strony najemców i inwestorów przyczynia się do wzrostu czynszów i dalszej kompresji stóp kapitalizacji w sektorze nieruchomości logistycznych.
  • Rynki biurowe we Francji oraz w Niemczech i Wielkiej Brytanii bardziej odporne na zawirowania pomimo nieznacznego spadku czynszów i niewielkiego wzrostu stóp kapitalizacji.
  • Sektor handlowy nadal znajduje się w trudnej sytuacji, a czynsze obniżyły się w ujęciu rocznym o 7,2% – jest to najgłębszy spadek od czwartego kwartału 2009 roku.

Trwająca globalna pandemia koronawirusa wpływa na europejski rynek nieruchomości komercyjnych, powodując w ujęciu kwartalnym kolejne spadki czynszów w obiektach handlowych oraz nieznaczne obniżki stawek czynszowych w budynkach biurowych. Natomiast w sektorze nieruchomości logistycznych czynsze nadal rosną, a stopy kapitalizacji ulegają dalszej kompresji, ponieważ dzięki pozytywnym wskaźnikom przyciąga on kolejnych inwestorów – mówi Silvia Jodlowski, starszy analityk w Cushman & Wakefield.Europejski sektor logistyczny w czasie pandemii nadal rośnie

Nieruchomości logistyczne

Sektor nieruchomości logistycznych pozostał w dość dobrej kondycji również w trzecim kwartale 2020 roku. W warunkach ograniczonej podaży oraz silnego popytu ze strony najemców i inwestorów osiąga on najlepsze wyniki spośród głównych sektorów nieruchomości, o czym świadczy dalszy wzrost czynszów i kompresja stóp kapitalizacji na większości rynków. Stawki czynszowe w przypadku najlepszych obiektów w Europie wzrosły średnio o 0,6% w trzecim kwartale i aż o 2,1% w ciągu roku. Największy wzrost miał miejsce w Berlinie, gdzie czynsze wzrosły w ciągu kwartału o 12%, a także w Rotterdamie – o 7,1%. Stopy kapitalizacji dla nieruchomości logistycznych w Europie spadły o 25 pb rok do roku i wyniosły 5,26% w trzecim kwartale 2020 roku. Najniższe średnie stopy kapitalizacji na poziomie nieprzekraczającym 4% utrzymują się we Francji i w Niemczech, a na większości rynków obniżyły się w ujęciu rocznym o co najmniej 20 pb.

Pomimo dynamicznej sytuacji na rynku i wciąż dużej niepewności spowodowanej pandemią koronawirusa perspektywy dla sektora magazynowego pozostają korzystne. Przewidujemy, że popyt na rynku magazynowym będą nadal generować przede wszystkim firmy z branży logistycznej, kurierskiej i handlowej w silnym powiązaniu z rozwojem sektora e-commerce. Do normalnej aktywności wracają powoli firmy z sektora produkcyjnego i motoryzacyjnego. Warto także wspomnieć o rosnącej aktywności firm z branży IT, które poszukują nowoczesnej powierzchni magazynowej z przeznaczeniem na centra przetwarzania danych. To szczególnie ciekawa grupa najemców, zupełnie odporna na aktualną sytuację rynkową – mówi Joanna Sinkiewicz, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield Polska.

Nieruchomości biurowe

Czynsze za wynajem powierzchni biurowych spadły nieznacznie w trzecim kwartale (-0,1% kwartał do kwartału), po dużo większym spadku o 0,7% w poprzednim kwartale. Tempo wzrostu w ujęciu rocznym spowolniło jeszcze bardziej – stawki czynszowe są o zaledwie 1% wyższe w porównaniu z analogicznym okresem w ubiegłym roku, co oznacza, że rosną one najwolniej od 2014 roku. Czynsze wzrosły tylko w pięciu miastach, przy czym najbardziej w Birmingham (o 7% do 37,00 GBP/st. kw./rok) oraz w Leeds (o 6% do 34,00 GBP/st. kw./rok). Spadki odnotowano w sumie na dziesięciu rynkach – o 10% w Stambule oraz o 5% w Berlinie, gdzie tym samym zakończył się okres nieprzerwanego wzrostu czynszów, w którym wzrosły one z poziomu 22,50 EUR/m kw./miesiąc w trzecim kwartale 2014 roku do 40 EUR/m kw./miesiąc w pierwszym kwartale 2020 roku. 

Stopy kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości biurowych w Europie wzrosły do 4,34% po spadku do 4,26% w pierwszym kwartale bieżącego roku. Na głównych rynkach Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii zaobserwowaliśmy jednak w ciągu kwartału nieznaczną kompresję, co świadczy o zainteresowaniu inwestorów najbardziej atrakcyjnymi aktywami w kluczowych lokalizacjach – mówi Nigel Almond, dyrektor zespołu ds. analiz danych w Cushman & Wakefield.

Nieruchomości handlowe

W sektorze nieruchomości handlowych trend spadkowy utrzymał się również w trzecim kwartale 2020 roku. Tempo zmian na rynku handlowym, który znalazł się w trudnej sytuacji, przyspieszyło z powodu trwającej pandemii i spadku sprzedaży w sklepach stacjonarnych, zamarcia ruchu turystycznego w niektórych lokalizacjach oraz nieprzerwanego rozwoju sprzedaży w kanale online.

Od ponownego otwarcia centrów handlowych po wiosennym lock-downie obserwowaliśmy w Polsce systematyczny spadek udziału sprzedaży przez Internet, który w sierpniu 2020 r. wyniósł już tylko 6,1%, podczas gdy w kwietniu wynosił rekordowe 11,9%. Przed pandemią udział e-commerce w sprzedaży detalicznej ogółem oscylował w granicach 5-6%. Wraz z jesiennym nasilaniem się pandemii obserwujemy powrót konsumentów do zakupów internetowych. We wrześniu 2020 roku udział sprzedaży online wyniósł już 6,8%, czyli o 0.7 pp. więcej niż miesiąc wcześniej. W kolejnych miesiącach spodziewamy się dalszych wzrostów, których wysokość będzie uzależniona od rozwoju sytuacji epidemicznej – mówi Małgorzata Dziubińska, Associate Director, Cushman & Wakefield.

Czynsze za najlepsze powierzchnie handlowe obniżyły się w trzecim kwartale o 2,3% – to mniej niż w drugim kwartale, w którym spadły o 4,3%. W ujęciu rocznym spadły one w trzecim kwartale jeszcze bardziej, bo aż o 7,2%, czyli najbardziej od czwartego kwartału 2009 roku, w którym spadki czynszów wyniosły 7,6%. Na żadnym rynku nie odnotowano wzrostów w ciągu kwartału, a na połowie rynków zarejestrowano spadki. Stopy kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości handlowych w Europie wzrosły w trzecim kwartale 2020 roku do 4,67% i były o 45 pb wyższe niż rok temu, przy czym największy wzrost do poziomu 6,19% zaobserwowano w Wielkiej Brytanii.

MedApp podpisał umowę z NEO Hospital na pilotażowe wykorzystanie technologii CarnaLife System

MedApp, polska spółka technologiczna specjalizująca się w sztucznej inteligencji i mieszanej rzeczywistości w medycynie, poszerzyła współpracę z Grupą NEO Hospital, prowadzącą krakowski Szpital na Klinach. Spółka będzie dostarczała szpitalowi swoje rozwiązanie telemedyczne do zdalnego monitorowania stanu zdrowia pacjenta oraz zarządzania procesem leczenia – CarnaLife System. Pilotażowo systemu zostanie wykorzystany w opiece nad pacjentami dotkniętymi otyłością.

Już teraz lekarze i pacjenci szpitala korzystają z CarnaLife Holo, rozwiązania do holograficznego obrazowania danych medycznych 3D.

CarnaLife System to innowacyjne narzędzie do rejestracji danych medycznych, umożliwiające w efektywny sposób ich gromadzenie oraz analizę. System bezpiecznie gromadzi dane medyczne i rejestruje wyniki badań w czasie rzeczywistym w chmurze Azure firmy Microsoft oraz interpretuje je przy użyciu algorytmów sztucznej inteligencji. Technologia ta będzie wspierać specjalistów szpitala w czasie całej ścieżki pacjenta bariatrycznego w systemie, tj. od kwalifikacji i planowania zabiegu, po jego przeprowadzenie i  monitorowanie stanu zdrowia po operacji.

– Współpraca z NEO Hospital rozwija się pomyślnie. Cieszymy się, że potencjał naszych technologii został doceniony. Wdrożenie rozwiązania CarnaLife System wpłynie na jakość leczenia i obsługi pacjenta. Wykorzystanie naszej aplikacji przez Szpital na Klinach jest kolejnym wdrożeniem CarnaLife System, jednak pierwszym wdrożeniem w Szpitalu. Chcemy przekonać również inne szpitale, że zdalny monitoring i diagnostyka pacjentów z wykorzystaniem naszej aplikacji CarnaLife System przynosi korzyści zarówno lekarzom, pielęgniarkom, jak i pacjentom. Nasza technologia sprawdza się w każdych warunkach, jednak teraz w okresie ograniczonego dostępu do personelu medycznego, wykorzystanie CarnaLife System przynosi szpitalom jeszcze większe korzyści. Wierzę, że dzięki współpracy z NEO Hospital będziemy mieć kolejne referencje dla innych podobnych placówek i szpitali nie tylko w Polsce, ale również za granicą – podsumowuje Krzysztof Mędrala, Prezes Zarządu MedApp.

W Szpitalu na Klinach lekarze będą mogli wykorzystywać rozwiązanie w pełnym zakresie. Pomiary gromadzone i analizowane przez CarnaLife System będą mogły być wykorzystywane przez specjalistów chirurgii metabolicznej, kardiologów, pulmonologów, diabetologów i lekarzy innych specjalizacji.

Będzie ono stanowiło uzupełnienie rozwiązania CarnaLife Holo, które już teraz jest wykorzystywane na co dzień przez specjalistów Szpitala. Technologia CarnaLife Holo umożliwia tworzenie dokładnego i interaktywnego środowiska rzeczywistości mieszanej (MR) z wykorzystaniem gogli HoloLens Microsoft. Na podstawie tomografii komputerowej (CT), rezonansu magnetycznego (MRI), angiografii (angio-CT, angio-MRI), echokardiografii (ECHO), USG, a także innych modalności dostępnych w standardzie obrazowania DICOM tworzy się wirtualny, trójwymiarowy obraz pacjenta.

– Dziś w dobie pandemii, gdy pacjenci doświadczają ograniczeń w dostępie do ośrodków medycznych, zaawansowane rozwiązania telemedyczne w zakresie monitorowania zdrowia wspierają kontakt lekarzy i pacjentów w oparciu o dane medyczne. Szczególną grupą naszych pacjentów są osoby otyłe, dla których rozwiązania powinny być szyte na miarę. Pacjenci dotknięci otyłością wymagają dedykowanego systemu urządzeń monitorujących oraz monitoringu większej liczby parametrów z uwagi na złożoność choroby jaką jest otyłość i współistniejące choroby – podkreśla Joanna Szyman, Prezes Zarządu NEO Hospital.

Sytuacja epidemiologiczna związana z pandemią SARS-CoV-2 skłoniła szpitale do większego, niż wcześniej otwarcia się na rozwiązania zdalne. Korzyścią wdrożenia takich rozwiązań jest możliwość zapewnienia wysokiego poziomu bezpieczeństwa – zarówno kadrze medycznej jak i pacjentom, którzy podlegają stałemu monitoringowi stanu zdrowia. Telemedycyna jest również optymalnym narzędziem ułatwiającym pracę w obliczu ograniczonych zasobów i konieczności ciągłej kontroli wielu pacjentów w tym samym czasie.

CarnaLife System jest modułem analitycznego systemu CarnaLife, który jest certyfikowany jako wyrób medyczny klasy IIb.  MedApp wprowadza wkrótce kolejne rozszerzenia aplikacji, po wideokonsultacji z której lekarze i pacjenci mogą korzystać od września, już w grudniu planuje udostępnić  usługę Wirtualnej Przychodni. Ma ono na celu usprawnić funkcjonowanie zarówno małych placówek medycznych, szpitali, jak i rozwiniętych sieci medycznych i będzie dla nich realnym wsparciem w zakresie pełnej obsługi pacjentów.

InventionMed zakupił działkę pod budowę Centrum Innowacyjnych Symulacji Medycznych VR i AR w Bydgoszczy

InventionMed, technologiczna firma z branży medycznej jest coraz bliżej rozpoczęcia budowy Centrum Innowacyjnych Symulacji Medycznych VR i AR w Bydgoszczy. Spółka zakupiła nieruchomości o łącznej powierzchni 2072 mkw. za kwotę ponad 4 mln zł.  Projekt uzyskał dofinansowanie z Ministerstwa Rozwoju w kwocie 16 mln zł.

– Zgodnie z zapowiedziami, już niedługo rozpocznie się budowa Centrum Innowacyjnych Symulacji Medycznych VR i AR w Bydgoszczy. „Wirtualny szpital” to innowacyjna na skalę światową inwestycja, która pozwoli na kształcenie przyszłych lekarzy z wykorzystaniem zaawansowanych technologicznie rozwiązań z dziedziny symulacji medycznych  – komentuje Tomasz Kierul, Prezes Zarządu InventionMed.

Centrum Innowacyjnych Symulacji Medycznych VR i AR w Bydgoszczy będzie pierwszą tego typu inwestycją na świecie. „Wirtualny szpital” umożliwi testowanie najnowocześniejszych rozwiązań technologicznych i prototypowych symulatorów medycznych stworzonych w oparciu o VR (virtual reality) i AR (augmented reality) oraz autorską technologię InventionMed – podwójną immersję. Spółka opracuje i wdroży rozwiązania produktowe umożliwiające kompleksowe szkolenie adeptów medycyny – nie tylko w zakresie dermatologii i medycyny estetycznej, ale również kardiologii, kardiochirurgii a także neochirurgii, chirurgii, geriatrii, anatomii oraz rehabilitacji neurologicznej.

Wstępny projekt zakłada budowę 5-kondygnacyjnego budynku.. Całkowita wartość projektu to 29,5 mln zł. Realizację projektu wspiera notowana na NewConnect spółka SoftBlue. W maju br. firmy zawarły list intencyjny w tej sprawie. SoftBlue udostępni zasoby technologiczne a także wesprze InventionMed swoim wieloletnim doświadczeniem branżowym.

WIBOR i LIBOR do likwidacji. Czeka nas rewolucja w oprocentowaniu kredytów mieszkaniowych?

Oprocentowanie kredytów mieszkaniowych opiera się m.in. na stopach WIBOR oraz LIBOR. Wyjaśniamy, czy faktycznie zostaną one zlikwidowane.

W 2019 r. krajowe media donosiły, że stopa WIBOR może zostać zupełnie zlikwidowana. Była to ważna wiadomość, ponieważ na wspomnianej stopie opiera się oprocentowanie kredytów mieszkaniowych spłacanych przez 1,8 mln polskich gospodarstw domowych. Po tych doniesieniach z I kw. 2019 roku, sprawa rzekomej likwidacji WIBOR-u zeszła na dalszy plan. Właśnie dlatego czasem pojawiają się pytania, czy oprocentowanie kredytów mieszkaniowych oraz sposób jego wyznaczania faktycznie ulegnie dużym zmianom w najbliższym czasie. Warto wspomnieć, że ten temat dotyczy również półmilionowej rzeszy rodzin oraz singli posiadających kredyty mieszkaniowe rozliczane we franku i euro. Wcześniejsze zapowiedzi zmian dotyczyły bowiem również innych stóp międzybankowych niż WIBOR. Przykładem są stopy LIBOR EUR oraz LIBOR CHF, na których opiera się oprocentowanie „hipotek” z waloryzacją do franka szwajcarskiego i euro.

Zmiany mają zapobiec manipulowaniu oprocentowaniem

Najpierw warto wyjaśnić, skąd wzięło się zamieszanie ze stopami międzybankowymi jako podstawą oprocentowania kredytów mieszkaniowych. Źródeł opisywanych komplikacji trzeba szukać m.in. w Rozporządzeniu Parlamentu Europejskiego i Rady UE 2016/1011. „Wspomniane rozporządzenie informuje, że stopy rynku międzybankowego, które później stanowią podstawę oprocentowania „hipotek” powinny opierać się na faktycznie zrealizowanych transakcjach, a nie deklaracjach największych banków” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

W analizowanym kontekście warto przypomnieć, że stopa WIBOR 3M, na której często bazuje oprocentowanie kredytów mieszkaniowych odzwierciedla przeciętny koszt trzymiesięcznej pożyczki z rynku międzybankowego. „Jeżeli taki średni odsetkowy koszt pozyskania kapitału od konkurentów bazuje na samych deklaracjach banków, a nie faktycznie zrealizowanych transakcjach z rynku międzybankowego, to mogą pojawiać się podejrzenia dotyczące manipulacji dokonywanych przez największe instytucje finansowe” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Wspomniane podejrzenia w przeszłości dotyczyły również innych stóp międzybankowych niż krajowy WIBOR lub WIBID. W przypadku londyńskiej stopy międzybankowej LIBOR, wiemy że największe banki faktycznie dopuściły się manipulacji. Takie nieuczciwe praktyki wpływały na oprocentowanie kredytów oraz wiele innych wskaźników finansowych. W efekcie prowadzonego śledztwa, największe światowe banki (takie jak np. Citigroup, RBS, Barclays oraz JPMorgan) musiały zapłacić ponad 17 mld dolarów kary. Chodziło między innymi o porozumiewanie się pracowników banków w sprawie deklarowanych stawek LIBOR. „Nowe unijne rozporządzenie (zwane też rozporządzeniem BMR) ma utrudnić nieuczciwe zachowania bankowców” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Stopa WIBOR już została odpowiednio zmodyfikowana …

Posiadacze kredytów mieszkaniowych mogli poczuć się nieco zdezorientowani w kwestii WIBOR-u oraz innych stóp odpowiadających za wysokość ich rat (tzw. stóp bazowych/referencyjnych). Krajowe media najpierw informowały bowiem, że stopa WIBOR w obecnej formie przestanie istnieć wraz z końcem 2019 r. Tak krótki termin wyznaczony do wprowadzenia zmian sprawił, że nad opisywanym tematem musiał obradować Komitet Stabilności Finansowej skupiający przedstawicieli Narodowego Banku Polskiego, Komisji Nadzoru Finansowego, Ministerstwa Finansów i Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Na całe szczęście, unijni prawodawcy zreflektowali się, że państwom członkowskim potrzeba więcej czasu. „Dlatego ostateczny termin wprowadzenia regulacji dotyczących ważnych stóp międzybankowych został przesunięty na przełom 2021 r. oraz 2022 r.” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

W związku z powyższym, „złotówkowych” kredytobiorców na razie nie czekają poważne zmiany. Trzeba również wspomnieć, że stawka WIBOR została już odpowiednio dostosowana do nowych unijnych regulacji. Oznacza to, że może być ona używana również po 31 grudnia 2021 roku. Takie rozstrzygnięcie będzie wpływać nie tylko na oprocentowanie kredytów mieszkaniowych. „Warto pamiętać, że od WIBOR-u oraz stopy WIBID (również dostosowanej do rozporządzenia BMR) zależą warunki wielu innych produktów bankowych. Przykład to chociażby lokaty oraz kredyty gotówkowe” – przypomina Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Nie wiemy, jaki wskaźnik zastąpi „frankowcom” LIBOR

Bardziej skomplikowana sytuacja aktualnie dotyczy kredytów bazujących na stopie międzybankowej LIBOR. W przypadku Polski, chodzi przede wszystkim o kredyty mieszkaniowe, które są rozliczane w euro oraz franku szwajcarskim. Posiadacze tych „hipotek” powinni wiedzieć o istotnym fakcie. Mianowicie brytyjski regulator rynku finansowego (FCA – Financial Conduct Authority) niedawno potwierdził, że stopy LIBOR (dotyczące np. euro oraz franka) nie będą już publikowane po 31 grudnia 2021 r. „Właśnie dlatego aktualnie trwają prace nad przygotowaniem alternatywnych wskaźników zastępujących różne stopy LIBOR (m.in. LIBOR EUR oraz LIBOR CHF)” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Skutki gospodarcze pandemii koronawirusa sprawiły, że opisywany temat ostatnio zszedł na dalszy plan. Tym niemniej, nadal jest on bardzo ważny, ponieważ wpłynie na oprocentowanie kredytów spłacanych przez około 500 000 polskich gospodarstw domowych. „W takich „hipotekach” LIBOR prawdopodobnie zostanie automatycznie zastąpiony przez wskaźnik, który wskaże Komisja Europejska” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Autor: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Rollercoaster na rynku kredytów mieszkaniowych

Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM) informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Kolejny w tym roku, dziesiąty odczyt Indeksu wyniósł +8,1%, co oznacza, że w październiku 2020 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 8,1% w porównaniu z październikiem 2019 r.

W październiku 2020 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 38,44 tys. potencjalnych kredytobiorców, w porównaniu do 39,12 tys. rok wcześniej – jest to spadek o -1,7%. W porównaniu do września 2020 r., liczba wnioskujących wzrosła o 2%, zaś w stosunku do minimum z kwietnia 2020 r. wzrosła aż o 38,2%. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w październiku br. wyniosła 297,77 tys. zł i była o 5,3% wyższa niż w październiku 2019 r.

– Na wartość październikowego Indeksu pozytywnie wpłynął wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu, natomiast negatywnie – spadek liczby wnioskodawców. Październikowy Indeks, choć jest mu daleko do odczytu lutowego br. (+27,6%), który zakończył poprzedni wzrostowy trend popytu na kredyty mieszkaniowe, jest już kolejnym po wrześniowym, dodatnim odczytem obejmującym okres pandemii. Potwierdza się więc odbudowa popytu (ujęcie wartościowe) na rynku kredytów mieszkaniowych, zapoczątkowana w czerwcu, lipcu i sierpniu oraz odzwierciedlona dodatnim wrześniowym odczytem.

Popyt w roku 2020 możemy określić jako swoisty rollercoaster: w styczniu kontynuowana hossa z 2019 r., w lutym – pełna euforia, w marcu w pierwszej połowie optymizm, w drugiej połowie niepewność, w kwietniu – głęboki spadek, w maju lekka poprawa, w czerwcu wyraźna poprawa, stabilizacja w miesiącach wakacyjnych lipcu i sierpniu, a we wrześniu i październiku dodatnie odczyty. Otwartym pytaniem pozostaje, jak długo potrwają wzrosty. Zagrożeniem może być druga fala pandemiczna. Mamy obecnie już soft lockdown, rośnie prawdopodobieństwo hard lockdownu na podobieństwo drugiej połowy marca i kwietnia. Tym bardziej, że twardy lockdown jest już ogłoszony w kilku europejskich krajach, m.in. w Wielkiej Brytanii czy w Austrii. W takim przypadku można się spodziewać negatywnej a wręcz panicznej reakcji potencjalnych wnioskodawców – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Trzeba również pamiętać, że Indeks wskazuje jedynie na odbudowę strony popytowej i to tylko w wymiarze wartościowym rynku kredytów mieszkaniowych. Warto zwrócić uwagę na wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu, co częściowo może być związane z poluzowaniem przez część banków wymagań co do udziału własnego – a tym samym wzrostu akceptowalnego poziomu wskaźnika LtV. Wartość akcji kredytowej determinowana jest polityką kredytową banków. Dlatego też w miarę optymistyczne odczyty poziomu popytu na kredyty mieszkaniowe nie oznaczają jednak, że nastąpi również automatycznie wzrost akcji kredytowej. Szczególnie w obecnych warunkach, banki prawdopodobnie w odpowiedzi na wzrost niepewności, bardzo ostrożnie podejdą do udzielania kredytów mieszkaniowych – dodaje prof. Rogowski.BIK Indeks w październiku 2020Metodyka indeksu:

Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.

Radna Warszawy: Nowy wiceprezydent musi mieć doświadczenie w zarządzaniu miastem. W tych trudnych okolicznościach nie ma czasu na naukę

Obowiązki zdymisjonowanego wiceprezydenta Warszawy Pawła Rabieja przejęła wiceprezydent Renata Kaznowska. To o tyle istotne, że wśród nich jest nadzór nad szpitalami w mieście, a dziś sytuacja w służbie zdrowia jest bardzo trudna. Jednocześnie trwają rozmowy o wyborze nowego wiceprezydenta. – Najważniejsze, aby osoba ta mogła szybko przejąć nowe obowiązku i aby miała dużą wiedzę i doświadczenie w pracy w samorządzie – mówi Anna Auksel-Sekutowicz, radna m.st. Warszawy z ramienia Nowoczesnej.

Paweł Rabiej został zdymisjonowany we wtorek, 3 listopada. „W związku z tym, że wiceprezydent Paweł Rabiej odpowiedzialny za obszar zdrowia w Urzędzie m.st. Warszawy, w trudnej dla wszystkich sytuacji epidemicznej udał się na urlop bez mojej wiedzy i zgody, podjąłem decyzję o jego dymisji” – zakomunikował prezydent miasta Rafał Trzaskowski.

Nie będę komentowała decyzji prezydenta Rafała Trzaskowskiego. Zrobił to, co musiał. Teraz musimy stanąć na wysokości zadania, w obliczu tej sytuacji, z którą mamy do czynienia. Jak wiadomo, obecnie obowiązki prezydenta Pawła Rabieja przejęła Renata Kaznowska – mądra i kompetentna osoba, z bardzo dużym doświadczeniem w zarządzaniu miastem. Będzie miała pełne wsparcie zarządu i rady miasta, więc sądzę, że bez najmniejszego problemu odnajdzie się w swoich nowych obowiązkach. Sądzę, że nie będzie to miało żadnych negatywnych skutków dla zdrowia warszawiaków i funkcjonowania szpitali – komentuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Auksel-Sekutowicz.

Radna m.st. Warszawy nie wytypowała żadnego kandydata, ale poinformowała, że jest to przedmiotem ustaleń między przedstawicielami partii.

Myślę, że ta sytuacja szybko się wyklaruje i nowo mianowany wiceprezydent równie szybko przejmie obowiązki na stałe – dodaje. – Na pewno nowym wiceprezydentem Warszawy będzie osoba merytoryczna. Chciałabym, żeby była to osoba z szeregów Nowoczesnej, natomiast to są kwestie, które są dyskutowane na poziomie władz. Najważniejsze, aby nowy wiceprezydent mógł szybko przejąć swoje obowiązki i aby miał dużą wiedzę i doświadczenie w pracy w samorządzie. Mamy tak trudne czasy, że uczenie się w tym momencie nie jest tutaj dla nas najważniejsze. Powinniśmy zaproponować to stanowisko osobie bardzo merytorycznej.

Jak podkreśla Anna Auksel-Sekutowicz, Pawłowi Rabiejowi należą się podziękowania, bo w obliczu pandemii wiele razy stawał na wysokości zadania.

Miałam z nim stały kontakt, nawet w ostatnim czasie, współpracowaliśmy w ramach przygotowań Warszawy do drugiej fali pandemii, wzmacniania opieki szpitalnej. Paweł Rabiej zawsze był dostępny dla radnych 24 godziny na dobę. Współpraca układała się nam bardzo dobrze – podsumowuje radna Nowoczesnej.

Prezydent miasta już kilka dni temu informował, że sytuacja epidemiczna w mieście jest krytyczna. Zgodnie z danymi Państwowego Powiatowego Inspektora Sanitarnego w m.st. Warszawie z 4 listopada w mieście jest ponad 26,3 tys. przypadków potwierdzonych laboratoryjnie z wynikiem dodatnim. W ciągu poprzedniej doby przybyło ich 1,7 tys. Liczba osób hospitalizowanych z powodu podejrzenia zakażenia to 542 (56 przybyło w ciągu poprzedniej doby), a  liczba zgonów związanych z COVID-19 to 226 (z kolei liczba ozdrowieńców to 9876 osób).

70 proc. firm w branży szkoleniowej jest zagrożonych bankructwem. Apelują o wsparcie finansowe i pomoc w uruchomieniu usług online

0

Po pierwszej fali pandemii koronawirusa ponad połowa firm w branży usług rozwojowych straciła przychody w zasadzie w całości, a pozostali przedsiębiorcy – znaczną ich część. Druga fala będzie jeszcze groźniejsza od pierwszej, bo wiele firm jest na skraju bankructwa. Ratunkiem może być rozwój usług szkoleniowych online. – Postulujemy do rządu o różnego rodzaju projekty, granty oraz bezzwrotne lub częściowo umarzalne pożyczki, które pomogą firmom przejść na profesjonalne usługi zdalne – mówi Piotr Piasecki, prezes Polskiej Izby Firm Szkoleniowych i przewodniczący Rady ds. Kompetencji Sektora Usług Rozwojowych.

Kondycja branży usług rozwojowych jest tragiczna. Badanie, które przeprowadziliśmy po pierwszej fali pandemii koronawirusa, pokazało, że ponad połowa firm straciła praktycznie 100 proc. przychodów, a kolejne 30 proc. przedsiębiorców uzyskiwało 20–25 proc. przychodów. Obecnie przygotowujemy drugie badanie, ale wiemy już z informacji zebranych z rynku, że sytuacja się powtarza. 70 proc. firm sektora jest bardzo zagrożona bankructwem, czyli nie ma kompletnie dochodów – uściśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Piasecki.

22 proc. przedsiębiorstw odczuło obniżenie dochodów na poziomie 50–75 proc, a pozostała część realizuje 20–50 proc. obrotów.

Większość firm z branży próbuje adaptować się do zmian, 1/3 organizacji chce jakoś przeczekać najtrudniejszy okres, 13 proc. szuka szans poza rynkiem usług rozwojowych, a 2 proc. z niego wychodzi. Pozostali wprowadzają usługi zdalne lub przygotowują się do tego. Co szósta firma znacząco zwiększyła skalę lub zakres oferty świadczonej online. Jednak nie każde szkolenie lub zajęcia można prowadzić zdalnie – często w ten sposób udaje się przekazać tylko część teoretyczną, a praktyczna musi się odbywać tradycyjnie. Przykładem może być nauka jazdy samochodem.

Po pierwszej fali pandemii mieliśmy takie sygnały, że mimo pomocy ze strony państwa firmy bardzo ścięły koszty, ograniczyły wydatki w swojej działalności, wiele z nich korzystało z oszczędności. Przygotowanie się do drugiej fali pandemii jest trudne, bo wiele podmiotów po prostu jest na skraju bankructwa po tym, co wydarzyło się wiosną. Liczymy na pomoc rządu. Niestety część firm bez wsparcia będzie musiała ogłosić upadłość – dodaje prezes Polskiej Izby Firm Szkoleniowych.

Wśród postulatów branży usług rozwojowych kierowanych do rządu jest uruchomienie wsparcia finansowego, które umożliwi przejście do świadczenia usług zdalnych. Chodzi o różnego rodzaju projekty, granty, bezzwrotne lub częściowo umarzalne pożyczki. To wymaga zbudowania infrastruktury e-learningowej, zakupu technologii oraz rozwoju kompetencji. Przykładem takiego wsparcia może być uruchomiony dziś program o wartości 5,5 mln zł obejmujący szkolenia i doradztwo z zakresu projektowania i realizacji zdalnych usług rozwojowych. To wspólna inicjatywa Ministerstwa Rozwoju, PARP, Rady ds. Kompetencji Sektora Usług Rozwojowych, HRP Group i Polskiej Izby Firm Szkoleniowych. Tego typu inicjatyw branża potrzebuje jednak więcej.

Potrzebujemy również wsparcia bezpośredniego, które uratuje płynność finansową: zwolnienia ze składek ZUS, wypłaty postojowego, dotacje dla przedsiębiorców, którzy utrzymają miejsca pracy, restrukturyzacja zadłużenia, które już powstało np. względem ZUS czy urzędu skarbowego, czy też zmiana harmonogramu spłat subwencji, które wcześniej firmy otrzymały – wymienia Piotr Piasecki.

Jednym z postulatów branży jest także wsparcie dla popytu na usługi rozwojowe, np. poprzez wprowadzenie bonów edukacyjnych, które mogłyby być wykorzystane w czasie pandemii na zdalne szkolenia.

– Oczekujemy szybkiej reakcji i zapewnienia, że szkoleniowcy, którzy odnotowali duży spadek dochodów, będą w stanie funkcjonować, przynajmniej w  minimalnym zakresie. Chcielibyśmy usłyszeć, że rząd poważnie potraktuje nasze pomysły i zasili branżę średnio- i długofalowo, aby mogła się rozwijać, zarówno ze strony technologicznej, jak i kompetencyjnej, oraz dopasować do potrzeb gospodarki – zaznacza prezes PIFS.

26 października przedstawiciele Polskiej Izby Firm Szkoleniowych i Prezydium Rady ds. Kompetencji Sektora Usług Rozwojowych wzięli udział w spotkaniu z wicepremierem i ministrem rozwoju, pracy i technologii Jarosławem Gowinem.

– Rząd nas uprzedził, że niestety skala tych potrzeb, łącznie zsumowanych, z różnych branż to są ogromne sumy, które przekraczają możliwości. Otrzymaliśmy zapewnienie, że rząd będzie te postulaty dokładnie weryfikował i selektywnie podchodził do przyznawania pomocy. My nie mamy nic przeciwko temu, bo każda firma potrzebuje innego rodzaju wsparcia – podkreśla Piotr Piasecki.

Jak szacuje PIFS, w branży usług rozwojowych działa w Polsce około 70 tys. podmiotów, które zatrudniają ok. 100 tys. osób. Wartość rynku, jeżeli weźmiemy pod uwagę całą edukację pozaformalną i formalną, szacowana jest na 6–10 mld zł.

– Do usług rozwojowych zalicza się edukacja skierowana zarówno do przedsiębiorstw, jak i innych grup odbiorców: na potrzeby rynku pracy, sportowa, artystyczna oraz edukacja po zajęciach szkolnych. Wszędzie tam, gdzie świadczone są usługi wspomagające uczenie się, mówimy o sektorze usług rozwojowych – wyjaśnia prezes PIFS.

Zdaniem Piotra Piaseckiego branża ma kluczowe zadanie w tym trudnym gospodarczo czasie. Rośnie bowiem zapotrzebowanie na wsparcie coachów, trenerów, ale także na kursy umożliwiające przekwalifikowanie się.

– W związku z tym mamy do odegrania ważną rolę, może nie pierwszoplanową jak medycy, ale jesteśmy tuż za nimi. Wspomagamy psychikę, edukujemy, uczymy nowych umiejętności – wymienia.

Opłaty i podatki będą rosły. To konsekwencja zwiększonych wydatków publicznych i zadłużania państwa

Mimo zapewnień, że podwyżki podatków nie będzie, już wiadomo o nowych opłatach, które w ramach „uszczelniania” systemu w przyszłym roku obciążą niektóre grupy podatników. Wśród nich jest tzw. opłata cukrowa nałożona na producentów i dostawców napojów słodzonych. Zapewne wejdzie w życie także podatek od sprzedaży detalicznej zapowiedziany już kilka lat temu. Zdaniem Roberta Gwiazdowskiego z Centrum im. Adama Smitha nowe obciążenia są nieuniknione, skoro rząd wydaje i zadłuża się na taką skalę.

Czeka nas fala nowych podatków, które dla zmyłki nie będą nazywane podatkami. Zresztą to nic nowego, bo od lat państwo udaje, że nas nie opodatkowuje. Przykładowo składka na ubezpieczenia emerytalne to nic innego jak podatek celowy na emeryturę. I to nie dla tych, którzy płacą ten podatek, tylko dla tych, którzy dzisiaj pobierają te świadczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Robert Gwiazdowski, prof. Uczelni Łazarskiego, przewodniczący Rady Programowej Centrum im. Adama Smitha. – Będziemy więc mieli różnego rodzaju opłaty, ostatnio bardzo popularne, tudzież inne daniny publiczne. Państwo wydaje, więc musi mieć skądś na to pieniądze.

Według danych Ministerstwa Finansów po wrześniu br. deficyt budżetu państwa wyniósł 13,8 mld zł, ale znowelizowana w sierpniu ustawa zakłada niedobór na poziomie niemal 109,4 mld zł. Na środowej konferencji premier Mateusz Morawiecki podkreślił, że na koniec roku deficyt będzie zapewne niższy niż założony w ustawie, a nadwyżka trafi na ratowanie przedsiębiorstw i miejsc pracy z najbardziej zagrożonych branż. Niewiele lepiej zapowiada się przyszły rok, gdy wydatki mają przekroczyć wpływy o 82,3 mld zł. Dlatego też rząd szuka pieniędzy, które pozwoliłyby mu zwiększyć dochody budżetu i pokryć wszystkie zobowiązania socjalne. Już uchwalono opłatę cukrową, którą to ustawę mimo apeli producentów napojów na bazie soków z owoców oraz branży sadowniczej podpisał prezydent Andrzej Duda.

Ważą się również losy podatku handlowego, konkretnie to, czy odwołanie Komisji Europejskiej od wyroku akceptującego wprowadzenie tego podatku w kształcie przyjętym przez rząd zostanie przyjęte, czy odrzucone. Rzecznik generalna TSUE uznała w połowie października, że polski podatek od sprzedaży detalicznej nie narusza unijnego prawa w dziedzinie pomocy państwa. Tę opinię mogą, ale nie muszą, brać pod uwagę sędziowie trybunału. Nowa danina pierwotnie miała obowiązywać od września 2016 roku, ale została zawieszona do końca tego roku.

– Po trzecie, będziemy mieć poza opłatą tzw. solidarnościową nowe podatki, które wymierzone będą w tych, którzy mają coś więcej, np. w posiadaczy nieruchomości – wylicza Robert Gwiazdowski. – Ci, którzy mają większą nieruchomość, zapłacą większy podatek od tzw. deszczówki. Na każdym kroku będzie coś, co spowoduje, że zapłacimy więcej. Generalnie wydaje mi się, że podwyżki różnych danin publicznych albo wprowadzanie nowych to jest tylko kwestia czasu.

Kolejny pomysł to podatek od deszczu – limit powierzchni, od której trzeba będzie odprowadzić daninę za zabudowanie więcej niż połowy działki, spadnie z 3,5 tys. mkw. do 600 mkw. (do tej pory podatek obowiązywał od zabudowania 70 proc. gruntu). A to oznacza obciążenia i dla właścicieli domów, i dla mieszkańców budynków wielorodzinnych.

Eksperci Pracodawców RP wskazują na jeszcze inne obciążenia, które dotkną przedsiębiorców i konsumentów – nowy podatek od alkoholu w małych butelkach oraz opodatkowanie spółek komandytowych, a także podwyżkę podatku od nieruchomości, ograniczenie ulgi abolicyjnej, z której korzystają polscy podatnicy zarabiający za granicą, oraz utrzymanie wyższych stawek VAT. Przedstawiciele przedsiębiorców apelują, by odłożyć w czasie wprowadzanie nowych obostrzeń.

– W naszej ocenie czas kryzysu to nie jest odpowiedni moment na zwiększanie obciążeń. Przeciwnie, potrzebne są działania proinwestycyjne, które pozwolą zminimalizować negatywne skutki recesji – oceniają reprezentanci Pracodawców RP.

Polska przyciąga dużych inwestorów z branży przemysłu drzewnego. Lokalne firmy często nie są w stanie sprostać tej konkurencji

0

Pandemia COVID-19 zachwiała kondycją przemysłu drzewnego, który po przejściowych problemach, w tym m.in. z dostępnością surowca, wraca już do funkcjonowania na pełnych obrotach. Bolączką branży wciąż jednak pozostają m.in. problemy ze znalezieniem pracowników, monopol Lasów Państwowych, które dostarczają ponad 90 proc. surowca na krajowy rynek, oraz ostra konkurencja, która winduje ceny drewna. Tę dodatkowo zaostrza ekspansja dużych zagranicznych firm, dla których polski rynek jest atrakcyjny m.in. ze względu na niższe koszty pracy. Lokalne przedsiębiorstwa nie zawsze są w stanie ją wytrzymać.

– Pandemia i spowolnienie gospodarcze mocno odbiły się na branży drzewnej. Od marca do czerwca wielu klientów zamknęło bramy, przez co również my musieliśmy mocno zwolnić i wpadliśmy w duże kłopoty. Obecnie nastąpiło już duże odbicie, wszystkie zakłady pracują pełną parą. Natomiast spodziewamy się, że w nadchodzącym czasie na rynku znów nastąpi mocne tąpnięcie i trzeba będzie spowalniać – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Remuszko, dyrektor Tartaku Napiwoda.

Według danych Polskiej Izby Gospodarczej Przemysłu Drzewnego w Polsce sektor drzewny wypracowuje ok. 2,5 proc. krajowego PKB, zapewnia wpływy budżetowe na poziomie przekraczającym 30 mld zł rocznie i zatrudnia bezpośrednio ok. 350 tys. pracowników. Kolejne dziesiątki tysięcy osób pracują w firmach powiązanych z przemysłem drzewnym, m.in. w transporcie, przy hodowli lasu i pozyskaniu drewna, u partnerów handlowych oraz producentów maszyn i urządzeń do przetwórstwa drewna.

Obraz branży jest niejednorodny i składają się na niego zarówno duże koncerny, jak Ikea czy grupa Krono, ale i małe firmy rodzinne – producenci tarcicy, podłóg drewnianych, palet i płyt wiórowych i pilśniowych, wyposażenia ogrodów, tartaki, celulozownie, firmy papiernicze i stolarskie oraz producenci mebli. Według PIGPD samych zakładów meblarskich jest na polskim rynku ok. 20 tys., a nasz kraj jest drugim na świecie producentem mebli, trzecim dostawcą stolarki budowlanej (okien, drzwi i podłóg), pierwszym producentem płyt drewnopochodnych oraz drugim producentem opakowań drewnianych. Należy także do pierwszej dziesiątki producentów tarcicy.

Przez ostatnie lata branża była jednym z kół zamachowych gospodarki, głównych eksporterów i motorów inwestycji. Jednak pandemia COVID-19 i związana z nią recesja zachwiały jej kondycją, na co nałożyły się też problemy z dostępnością surowca. Sektor niemal w całości bazuje na krajowych zasobach drewna, a głównym dostawcą tego surowca jest Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe, od którego pochodzi ponad 90 proc. dostaw do krajowych przetwórców drewna. Jak podaje PIGPD, od początku roku warunki rynkowe zmusiły leśników do ograniczenia pozyskania drewna o 23 proc. w marcu, a w kwietniu o 50 proc. rok do roku.

– Obecnie podaż jest na dobrym poziomie, większość zakładów pracuje pełną parą, ceny na rynku surowca w naszym regionie są dosyć wysokie, bo bijemy się o drewno. Ceny sprzedaży tarcicy, które od dwóch lat spadały, teraz przestały spadać. Niestety ceny na produkty uboczne typu zrębka czy zrzyny nadal spada – mówi Maciej Remuszko.

Obok monopolu Lasów Państwowych jedną z najważniejszych bolączek branży drzewnej są problemy ze znalezieniem pracowników oraz duża konkurencja na rynku surowca, która winduje ceny drewna. Tę rosnącą konkurencję dodatkowo zaostrza też ekspansja zagranicznych firm, które na polski rynek przyciągają m.in. duża dostępność surowca i niższe koszty pracy.

Czynnikiem zachęcającym jest też jakość naszego surowca, pracowitość Polaków oraz to, że takie firmy dostają od polskich władz ulgi, np. w podatku od nieruchomości – mówi dyrektor Tartaku Napiwoda. – Ekspansja międzynarodowych firm na polski rynek drzewny powoduje, że ta konkurencja o surowiec i pracowników jest jeszcze większa. Ale trzeba pamiętać, że duże, międzynarodowe firmy inwestują w Polsce po to, żeby obniżyć koszty płac, a nie płacić ludziom tyle, co na Zachodzie.

Dużą inwestycję w Polsce planuje austriacka korporacja Binderholz, która na Warmii i Mazurach chce wybudować nowoczesny, wielkopowierzchniowy tartak. Regionalni przedsiębiorcy z branży drzewnej oceniają, że zmusi ich to do redukcji zatrudnienia i likwidacji swoich biznesów. Pod listem otwartym w tej sprawie, skierowanym do rządu i władz województwa, podpisały się 54 firmy zatrudniające ponad 4 tys. pracowników.

 Dla lokalnego rynku budowa ogromnego tartaku oznacza tyle, że w promieniu 200 km znacznie wzrośnie cena surowca. Wielu z nas działa na rynku międzynarodowym, nie jesteśmy w stanie z dnia na dzień podnieść ceny sprzedaży, a nie będzie nas stać, żeby płacić za surowiec tyle, ile korporacja – wskazuje Maciej Remuszko. – Dla nas oznacza to rychły koniec działalności.

W tej chwili firmy z branży drzewnej mają możliwość zakupu drewna w dwóch procedurach: poprzez przetargi ograniczone, do udziału w których niezbędna jest historia zakupowa (przedsiębiorca może kupić do 80 proc. surowca, który nabywał w ciągu dwóch ostatnich lat), albo aukcje, do których może przystąpić każdy podmiot, a wygrywa ten, który zaoferuje najwyższą cenę. Regionalne firmy wskazują, że nie mają w nich szans z dużą, zagraniczną korporacją.

Co istotne, w latach 2008–2018 Lasy Państwowe zwiększyły pozyskanie drewna z 30 do 40 mln m3 na rok. Dzięki temu wcześniejsze otwarcia dużych tartaków i fabryk, jak np. Ikea w Wielbarku, nie odbiły się na mniejszych, lokalnych firmach. Jednak teraz LP nie planują pozyskiwać dodatkowego surowca. Dlatego – jak oceniają lokalni przedsiębiorcy – budowa nowego zakładu, kupującego w regionie średnio ok. 200–800 tys. m3 drewna, mocno wywinduje jego ceny. Ich zdaniem wpłynie to też na rynek pracy, bo nowoczesne, korporacyjne tartaki są w pełni zautomatyzowane i zatrudniają tylko ok. 50 pracowników. Z drugiej strony zagrożonych likwidacją będzie kilka tysięcy miejsc pracy w przemyśle drzewnym w województwie warmińsko-mazurskim, firmy bowiem nie przetrwają wyścigu z dużymi konkurentami.

– Ekspansja międzynarodowych firm na rynek drzewny powoduje, że konkurencja o surowiec i o pracowników jest jeszcze większa. Nie oszukujmy się, duże firmy inwestują u nas po to, żeby płacić jak najmniej, mniej niż na Zachodzie, więc nie oczekujmy, że ludzie będą zarabiać kokosy. Druga kwestia jest taka, że takie firmy potrafią przez kilka lat przepłacać wiele milionów za drewno, żeby wykończyć konkurencję, a następnie zdobyć historię zakupową w Lasach Państwowych i potem dyktować warunki zakupu – mówi dyrektor Tartaku Napiwoda.

Lokalni przedsiębiorcy podkreślają, że nie walczą z tą inwestycją, ale z jej wspieraniem przez władze, dawaniem ulg i partycypowaniem w kosztach.

Sztuczna inteligencja diagnozuje bezobjawowych pacjentów COVID-19 ze 100-proc. skutecznością na podstawie analizy kaszlu. Naukowcy pracują już nad aplikacją mobilną [DEPESZA]

Naukowcy z Massachusetts Institute of Technology opracowali algorytm sztucznej inteligencji zdolny do wykrywania bezobjawowego zakażenia koronawirusem na podstawie próbek głosu. Zespół badawczy pracuje nad stworzeniem aplikacji mobilnej służącej do testów przesiewowych. – Skuteczne wdrożenie grupowego narzędzia diagnostycznego mogłoby ograniczyć rozprzestrzenianie się pandemii, gdyby wszyscy z niego skorzystali przed udaniem się do klasy, fabryki lub restauracji  – przekonuje Brian Subirana, naukowiec z MIT.

– Naukowcy z MIT odkryli, że sposób kasłania osoby bez objawów COVID-19 może różnić się od osób zdrowych. Różnic tych nie da się usłyszeć ludzkim uchem, ale może je wychwycić sztuczna inteligencja – wskazuje Jennifer Chu z MIT News Office.

Naukowcy z MIT pracują nad tym, by ten model sztucznej inteligencji włączyć do wygodnej w obsłudze aplikacji mobilnej. Jeśli zostałaby ona zatwierdzona przez FDA (amerykańską Agencję ds. Żywności i Leków), to medycy na całym świecie mogliby zyskać bezpłatne narzędzie do badań przesiewowych o bardzo wysokiej wiarygodności. W trakcie badań wstępnych algorytm wykazał 98,5-proc. skuteczność w diagnozowaniu osób objawowych i 100-proc. skuteczność w diagnozowaniu pacjentów bezobjawowych.

– Nasze badania wskazują, że sposób, w jaki produkujemy dźwięk, zmienia się, gdy chorujemy na COVID-19, nawet jeśli nie mamy żadnych objawów. Na dźwięki mówienia i kaszlu wpływają struny głosowe i otaczające je narządy. Oznacza to, że część mowy człowieka przypomina kaszel, a kaszel w części przypomina mowę. Oznacza to również, że rzeczy, które łatwo wyprowadzamy z płynnej mowy, sztuczna inteligencja może wychwycić po prostu z kaszlu, w tym takie rzeczy jak płeć osoby, język ojczysty, a nawet stan emocjonalny – podkreśla Brian Subirana, naukowiec z Laboratorium Auto-ID MIT.

Do diagnozowania zakażenia SARS-CoV-2 zostały wykorzystane biomarkery choroby Alzheimera. W pierwszej fazie prac naukowcy na bazie tysiąca godzin nagrań wyszkolili ogólny algorytm uczenia maszynowego, służący do rozróżniania dźwięków związanych z różnym nasileniem pracy strun głosowych. Potem zespół wyszkolił drugą sieć neuronową do rozróżniania stanów emocjonalnych uwydatnionych w mowie i charakterystycznych dla chorób neurologicznych. Następnie naukowcy wyszkolili na bazie danych z nagrań kaszlu trzecią sieć neuronową zdolną wykrywać zmiany w wydolności płuc i układu oddechowego. Po połączeniu wszystkich trzech narzędzi powstał algorytm zdolny diagnozować kaszel pod kątem cech charakterystycznych dla choroby COVID-19. Narzędzie jest ogromną szansą na wczesne diagnozowanie choroby.

Tymczasem sztuczna inteligencja coraz skuteczniej radzi sobie z diagnozowaniem zakażenia nowym koronawirusem na podstawie różnego rodzaju danych uzyskiwanych w badaniach. Amerykańska firma Novarad udostępniła do bezpłatnego pobrania asystenta diagnostycznego AI COVID-19, który umożliwia szybkie i zautomatyzowane diagnozowanie choroby na podstawie skanów pozyskanych z tomografii komputerowej płuc pacjentów. Narzędzie pozwala nie tylko diagnozować zachorowanie, ale i oceniać stopień zajęcia płuc zmianami chorobowymi.

– Skuteczne wdrożenie grupowego narzędzia diagnostycznego mogłoby ograniczyć rozprzestrzenianie się pandemii, gdyby wszyscy z niego skorzystali przed udaniem się do klasy, fabryki lub restauracji  – przekonuje Brian Subirana.

Szykuje się przełom w badaniach nad problemami z pamięcią. Na jej zaniki może wpływać korzystanie z wielu urządzeń cyfrowych naraz

To może być rewolucja w badaniach nad chorobą Alzheimera i innymi schorzeniami neurologicznymi związanymi z pamięcią. Naukowcy ze Stanford Memory Lab za pomocą technik pomiaru aktywności mózgu i rozszerzenia źrenic wykazali korelację między zanikami pamięci a korzystaniem z wielu różnych urządzeń cyfrowych. Odkrycia mogą pomóc w lepszym zrozumieniu części chorób neurologicznych i ich leczeniu, np. poprzez monitorowanie rozszerzenia źrenic.

– Kiedy kierujemy naszym życiem, mamy takie okresy, w których jesteśmy sfrustrowani, ponieważ nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie wiedzy i wyrazić to, co wiemy – wskazuje Anthony Wagner, profesor nauk społecznych w Szkole Humanistyczno-Naukowej Uniwersytetu Stanforda. – Na szczęście nauka dysponuje teraz narzędziami, które pozwalają nam wyjaśnić, dlaczego dana osoba od czasu do czasu może nie pamiętać czegoś zapisanego w jej pamięci.

Problemy z pamięcią dotykają nie tylko ludzi starszych czy tych z chorobami neurologicznymi. Praktycznie każdy ma czasem problem z przypomnieniem sobie części wydarzeń. Badanie prowadzone przez naukowców ze Stanford Memory Lab wykazało, że osoby korzystające jednocześnie z wielu mediów cyfrowych mają większą tendencję do utraty uwagi i niemożności przypomnienia sobie części zdarzeń.

Naukowcy przeprowadzili badanie za pomocą technik pomiaru aktywności mózgu i rozszerzenia źrenic. Uczestnikom pokazano na ekranie serię obrazów, a następnie poproszono ich o ocenę, jak bardzo im się podobają. Po 10-minutowej przerwie pokazano im więcej zdjęć i poproszono ich o określenie, czy już je oceniali, czy też są nowe. Następnie uczestnicy wypełnili kwestionariusz, w którym musieli określić m.in. częstotliwość korzystania z wielu mediów cyfrowych naraz.

– Zwiększenie fal alfa z tyłu czaszki wiąże się z zanikami i rozproszeniem uwagi – wskazuje Kevin Madore ze Stanford Memory Lab. – Wiemy również, że zwężenia w średnicy źrenicy – zwłaszcza przed wykonaniem różnych zadań – są związane z niepowodzeniami, takimi jak wolniejszy czas reakcji i większe błądzenie myślami.

Naukowcy odkryli, że osoby korzystające z wielu urządzeń cyfrowych naraz mają tendencję do częstszego tracenia uwagi. Zostało to potwierdzone przez pomiar aktywności ich mózgu oraz średnicy źrenicy. Zmniejszona średnica wskazuje na zmniejszoną uwagę, co zaobserwowano właśnie u tych osób, które jako swój nawyk wskazywały wielozadaniowość.

Co istotne, wyniki badania wskazują, że na zapamiętywanie wpływa nie tylko to, co dzieje się w tym samym czasie, ale także przyzwyczajenia czy wydarzenia z przeszłości.

– To logiczne, że uwaga jest istotna dla uczenia się i zapamiętywania, jednak nawet rzeczy, które dzieją się przed rozpoczęciem procesu zapamiętywania, będą miały duży wpływ na to, czy rzeczywiście można reaktywować pamięć istotną dla obecnego celu – tłumaczy Anthony Wagner.

Badanie może mieć ogromne znaczenie dla lepszego zrozumienia chorób związanych z zanikami pamięci czy Alzheimerem. Naukowcy sugerują, że można byłoby wykorzystać czujniki oka, które wykrywałyby utratę uwagi w czasie rzeczywistym na podstawie rozszerzenia źrenicy. W ten sposób można poinstruować daną osobę, aby przekierowała swoją uwagę na wykonywane zadanie. Czujniki mogą więc pomóc w nauce.

– Mamy teraz okazję zbadać i zrozumieć, w jaki sposób interakcje między połączeniami w mózgu, które wspierają uwagę, wykorzystanie celów i pamięć, odnoszą się do indywidualnych różnic w pamięci u osób starszych, zarówno w odniesieniu do choroby Alzheimera, jak i niezależnie od niej – przekonuje badacz ze Szkoły Humanistyczno-Naukowej Uniwersytetu Stanforda.

Kolejne miliardy na CPK. Jaka jest przyszłość rządowej inwestycji?

Wciąż trwają powolne działania rządu, dotyczące budowy Centralnego Portu Lotniczego. Inwestycja, której pomysł pojawił się już dobrych parę lat temu, wciąż jest na etapie planowania i analizowania. W ostatnich dniach pojawiła się uchwała rządu, w której przeznacza on na dalsze planowanie lotniska i infrastruktury pomocniczej 13 miliardów złotych. Mimo, że ten wydatek nie obciąży bezpośrednio skarbu państwa, wciąż pozostaje kontrowersyjny. Budowa CPK nie ma bowiem dużego poparcia politycznego.

– CPK nie jest inwestycją, która ma powszechne poparcie polityczne. Cała opozycja jest jej przeciwna. Wydawanie miliardów złotych na wykup gruntów w sytuacji, w której może dojść do zmiany władzy, może urodzić duże problemy – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Problemy pojawić się mogą również lokalnie. Nowa wójt Baranowa, w której to gminie ma powstać CPK, jest przeciwko tej inwestycji. Wiadomo już, że rada społeczna gminy rozważa zerwanie współpracy z CPK. Nie powstała również jeszcze ustawa – obiecywana przez rząd w zeszłym roku – która zapewniłaby bonusy za szybsze sprzedanie nieruchomości pod budowę lotniska. Kontrowersje wzbudza również wykładanie miliardów złotych na budowę nowego lotniska – gdy przez koronawirusa bardzo cierpią już działające porty. Pieniądze z pomocy rządowej jeszcze do nich nie doszły – a zamierzona kwota, wynosząca 142 miliony, jest bardzo niewielka. Dlatego warto zastanowić się nad dalszym finansowaniem tej inwestycji, gdy grozi nam bankructwo istniejących lotnisk. Nie możemy pozwolić na to, żeby ten system zdecentralizowanego ruchu lotniczego, który tworzymy od wejścia do Unii Europejskiej, padł teraz pod naporem pandemii – zaznacza Furgalski.

Dr Dawid Piekarz: dławiąca globalizacja

Mariusz Marszałkowski/Instytut Jagielloński: Czy grozi nam technologiczna zimna wojna, która zmusi świat do wyboru między Chinami a USA? Który kraj ma większe szanse w tej rozgrywce?

Dr Dawid Piekarz: Należy powiedzieć wprost, że to nie Stany Zjednoczone są dzisiaj głównym dostarczycielem kapitału i technologii na świecie. Na wiodącą pozycję wysuwają się Chiny, a dobrym tego przykładem są nowe technologie, takie jak np. 5G. W tej rozgrywce chodzi przede wszystkim o to, kto będzie mógł w różnych rejonach świata implementować swoje technologie. To jest element, który będzie zmuszał Polskę do pewnego inteligentnego lawirowania. Może okazać się, że najatrakcyjniejszym dostawcą kapitału i technologii w Polsce czy regionie będą Chiny. To będzie miało wpływ na naszą pozycję. Oczywiście z jednej strony Amerykanie będą od nas oczekiwać osłony przed chińskimi wpływami w naszej części Europy. Z drugiej zaś widać, że potęga chińska potrafi być skuteczna i atrakcyjna.

M.M./Instytut Jagielloński: Z kim Polska powinna utrzymywać najściślejsze relacje?

D.P.: Stary hegemon, czyli Stany Zjednoczone, jest dla Polski lepszy. Historia i geopolityka osadzają nas w roli sojusznika USA, a nasze kraje wciąż łączy chociażby wspólnota wartości zachodu. Polska też tak naprawdę nie ma za bardzo pola manewru, by wybrać inaczej. Nasze bezpieczeństwo w dużym stopniu opiera się na protekcji militarnej Amerykanów, czego przykładem jest obecność wojsk USA w naszym kraju. Istotne jest w tej kwestii pozostanie asertywnym przy jednoczesnym zachowaniu lojalności wobec Stanów Zjednoczonych. Patrząc na bieżącą sytuację, może się jednak okazać, że wkrótce stary hegemon nie będzie w stanie zagwarantować swoim sojusznikom bezpieczeństwa i stabilności. Oznacza to, że jednak pewna asertywność i elastyczność w wykorzystywaniu, np. przepływów kapitałowych i technologicznych z Chin, a niekoniecznie od Stanów Zjednoczonych, może być niezbędna dla naszego funkcjonowania. Przy czym warto zastanowić się nad szerszym otwarciem na kapitał czy produkcję chińską, co może nastąpić w ramach Trójmorza. Zapomnijmy o tym, że wrócą lata 90. i że USA będą nadawały ton na świecie, bo te czasy już nie wrócą. Dlatego, mówiąc wprost, Polska musi nauczyć się gry na kilku fortepianach.

M.M./Instytut Jagielloński: Czy kwestie biznesowe nabiorą politycznego charakteru?

D.P.: „Koniec historii” nie nastąpił. Nie jest tak, jak było jeszcze 10 lat temu. Wówczas mogliśmy się łudzić, że o wszystkim zadecyduje światowy handel. Skończyły się czasy, w których nie było apolitycznych zakupów energii i nie było apolitycznych zakupów broni. W tej chwili okazuje się, że w coraz większej liczbie obszarów decydują nie tylko pieniądz i rachunek ekonomiczny, ale także interesy polityczne. To w coraz większym stopniu dotyczy właśnie świata technologii. Ten obszar będzie się nieustannie poszerzał, dlatego wykorzystywanie rożnego rodzaju miękkiej siły, także handlowej czy inwestycyjnej do tego, żeby realizować stricte polityczne cele, stanie się coraz powszechniejsze. Tym samym widać, że polityka globalna wróciła w wielkim stylu.

M.M./Instytut Jagielloński: Czyli można powiedzieć, że kwestie polityczne czy gospodarcze mogą dokonać podziału świata?

D.P.: Zwrócimy uwagę na to, że Stany Zjednoczone, które były w latach 90. XX wieku głównym motorem globalizacji, w tej chwili mówią wprost, że globalizację trzeba zahamować. Co ciekawe, Chiny twierdzą, że globalizację trzeba rozpędzać. Czyli to, co niegdyś służyło USA, nagle zaczyna je dławić. Niespodziewanie okazało się, że beneficjentem globalizacji nie jest ten, który ją zapoczątkował, tylko ten, kto na niej korzysta. Co więcej, ten kto ją zapoczątkował chciałby ją teraz zatrzymać, gdyż stała się ona dla niego destrukcyjna. Można tym samym odnieść wrażenie, że wracamy raczej do „koncertu mocarstw” niż do polityki globalnej. Podsumowując, oznacza to, że w tle rywalizacji dwóch wielkich państw, będą się jednak toczyły rozmaite rozgrywki średniaków.

M.M./Instytut Jagielloński: Jaką rolę we współczesnym świecie odgrywa Unia Europejska?

D.P.: Jeśli chodzi o technologię to Unia Europejska jest graczem na bocznym torze i od lat nie potrafi odnaleźć się w globalnym wyścigu. By móc uczestniczyć w rywalizacji z takimi wielkimi graczami jak Chiny czy USA, UE sama musiałaby się stać czymś na kształt super państwa. W pewnych aspektach widać, że stara się dogonić czołowych gigantów, ale widać także, że ze strony większości państw i narodów nie ma zgody na formułę super państwa. To właśnie sprawia, że Unia pełni jedynie pomniejszą rolę. Unia Europejska jest potężną gospodarką, natomiast politycznie ma małe szanse na wygranie jakiegokolwiek wyścigu. Odwrót od globalizacji do koncertu mocarstw odbywa się ze wszystkimi konsekwencjami, co oznacza, że należy być mocarstwem, czyli państwem z sojusznikami i ich zasobami, by uczestniczyć w rywalizacji o wpływy na świecie.

M.M./Instytut Jagielloński: Czy w takiej sytuacji możemy mówić o tworzeniu „nowego ładu” na świecie?

D.P.: Obserwując bieżącą politykę i wydarzenia na świecie można stwierdzić, że stare sprawdzone metody budowania lokalnych imperiów, jak robi to Turcja, wciąż są aktualne. W tej układance „nowego światowego ładu” widać, że pomiędzy wielkimi graczami zarysowuje się korpus większych i średnich. Jeżeli Polska będzie starała się wykorzystać swoją miękką siłę, będzie umiała budować swoją pozycję w regionie i zachowa balans między UE, a USA i trochę między Chinami, to ma ogromne szanse by stać się ważnym graczem pośrodku. Taka sytuacja będzie dla nas dobra, ponieważ zapewni nam pozycję beneficjenta kapitału z różnych stron, przejmowania produkcji z dalekiego wschodu i przede wszystkim będziemy odporniejsi na naciski polityczne.

M.M./Instytut Jagielloński: Czy Polska ma szanse budować swoją pozycję w świecie poprzez politykę energetyczną?

D.P.: Nasza polityka energetyczna jest elementem decydującym. W tej chwili jesteśmy na etapie budowy swojej infrastruktury gazowej czy naftowej w Europie Środkowo-Wschodniej i to jest krok we właściwym kierunku. W sytuacji walki między USA a Niemcami o budowę gazociągu Nord Stream 2 Polska stoi z boku i robi swoje. Z jednej strony nie dołączamy się do Nord Stream 2, gdyż wiemy, że to byłoby ogromnym zagrożeniem dla naszej suwerenności energetycznej, a z drugiej strony nie czekamy bierne, tylko zaczynamy budować drugi gazoport, zaczynamy importować LNG od innych i budujemy specjalną infrastrukturę do handlu tym LNG w całym regionie. Polska w tej rywalizacji energetycznej staje się głównym z rozgrywających w tym regionie. I to jest dokładnie wzór, którego powinniśmy się trzymać i go stosować.

Dr Dawid Piekarz – ekspert z zakresu strategii i bezpieczeństwa energetycznego, wiceprezes Instytutu Staszica. W latach 2004-2010 rzecznik PKN Orlen. Poza tym pracował m.in. w Min. Finansów, UKE, PKP SA. Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego, wykładowca Uczelni Vistula.

Wpływ COVID-19 na oferty świadczeń zdrowotnych dla pracowników

  • Ograniczanie kosztów ma kluczowe znaczenie, ponieważ aż 68% ubezpieczycieli spodziewa się wzrostu liczby roszczeń z tytułu diagnostyki, opieki i leczenia przypadków związanych z COVID-19.
  • Przewiduje się, że  koszty leczenia w 2021 r. znacznie przewyższą stopę inflacji.
  • Praca zdalna i elastyczne warunki pracy staną się podstawą do wprowadzenia istotnych zmian w programach świadczeń pracowniczych zapewnianych przez pracodawców.

Problemy związane ze świadczeniem opieki zdrowotnej oraz długotrwałe zmiany w modelach pracy wynikające z pandemii COVID-19 będą miały istotny wpływ zarówno na koszty, jak i kształt programów świadczeń zdrowotnych zapewnianych przez pracodawców – wynika z najnowszego raportu Mercer Marsh Benefits (MMB).

Szóste, coroczne badanie MMB Health Trends: 2020 Insurer Survey pokazuje, że 68% ubezpieczycieli spodziewa się wzrostu liczby roszczeń z tytułu diagnostyki, opieki i leczenia przypadków COVID-19.

Ubezpieczyciele prognozują również, że oczekiwany wzrost kosztów leczenia znacznie przewyższy stopę inflacji w 2021 r. W roku ubiegłym ubezpieczyciele odnotowali wzrost kosztów o 9.7%, co stanowiło prawie 3-krotność stopy inflacji. W 2020 r. spodziewają się za to wzrostu kosztów leczenia o 9,5%, czyli ok. 3,5-krotność stopy inflacji. Jednocześnie 90% ubezpieczycieli uważa, że tendencja ta utrzyma się lub nasili w 2021 r.

Kryzys COVID-19 uwydatnił słabe strony dzisiejszych programów świadczeń pracowniczych. Wiele z nich opiera się na dokumentacji papierowej, co uniemożliwia często dostęp i zarządzanie nimi w sposób zdalny. Ze względu na fakt, że obecnie wielu pracodawców poszukuje dostawców oferujących dodatkowe świadczenia, takie jak ochrona zdrowia psychicznego, profilaktyka zdrowotna czy szeroki wachlarz usług cyfrowych i internetowych; ubezpieczyciele coraz częściej szukają możliwości poszerzania zakresów własnych rozwiązań.

Jak podaje raport, nastąpił wzrost ubezpieczycieli oferujących wirtualne konsultacje zdrowotne lub „telemedycynę”. 59% z nich stwierdziło, że stanowiło to aktywną część ich obecnego podejścia do zarządzania planami (w porównaniu do 38% w 2019 r.). Ponadto, oferta 55% ubezpieczycieli obejmuje także prewencyjne inicjatywy zdrowotne m.in. badania przesiewowe, a kolejne 20% wskazuje, że podejmują próby lub opracowali plan wdrożenia tego typu rozwiązań w ciągu najbliższych 24 miesięcy. Programy świadczeń zapewniane przez pracodawców nadal będą odgrywać istotną rolę w dostarczaniu pracownikom potrzebnych usług zdrowotnych. Dowodzi temu fakt, że nieco ponad połowa ubezpieczycieli oczekuje, że proponowane przez nich programy będą uwzględniały szczepienia przeciwko COVID-19, szczególnie dotyczy to krajów Ameryki Łacińskiej.

Raport zwraca również uwagę na istniejące luki w oferowanym wsparciu dla zdrowia psychicznego, mimo wzrostu popytu na tego typu usługi w czasie trwania pandemii. Przykładowo, wirtualne poradnictwo w zakresie zdrowia psychicznego nadal nie jest powszechnie dostępne, ponieważ tylko 1/3 ubezpieczycieli oferuje je na całym świecie, podczas gdy 32% z nich nie posiada w swojej ofercie jakichkolwiek świadczeń w tym obszarze. Dzieje się tak, pomimo że we wszystkich regionach na świecie, ubezpieczyciele oceniają prywatne, opłacane przez pracodawców, systemy opieki zdrowotnej jako bardziej skuteczne aniżeli publiczne, w dostępie do potrzebnej profilaktyki, diagnostyki i leczenia zaburzeń zdrowia psychicznego.

Remigiusz Kostka – Dyrektor Działu Ubezpieczeń Osobowych w Marsh Polska dodaje: „Pierwsze, dedykowane rozwiązania ubezpieczeniowe związane z COVID-19 pojawiły się w naszym kraju w marcu br. Z upływem czasu i dostosowywania się do nowej sytuacji, obserwowaliśmy bardzo dynamiczny rozwój dodatkowych usług medycznych m.in. w zakresie wirtualnych konsultacji zdrowotnych lub teleporad, które niedługo będą stanowić standardowe rozwiązanie oferowane Klientom. Ubezpieczyciele także starają się sprostać oczekiwaniom Klientów, zarówno w kontekście zakresu ubezpieczenia (np. dostęp do usługi assistance, obejmującej m.in. wsparcie psychologa), jak i zapewnienia systemów umożliwiających wdrażanie grupowego ubezpieczenia na życie w zakładzie pracy za pośrednictwem internetu. Przy ograniczonym dostępie do biur, w wielu sytuacjach takie rozwiązanie jest jedynym, które pozwala sprawnie przeprowadzić proces wdrożenia nowego, lepszego ubezpieczenia”.

Chaotyczne działania, niepewność oraz konflikt polityczny pogrążą gospodarkę

Nie ma się co łudzić, że sektorowe obostrzenia uderzą w gospodarkę również sektorowo. Ich działanie będzie raczej przypominać przewrócenie pierwszych klocków domina, które pociągną następne. Obostrzenia uderzają bowiem nie tylko w konkretną branżę. To prawda, że firmy w niej działające muszą zamknąć swoją działalność lub znacząco ograniczyć i w wielu przypadkach ich przychody spadną do zera albo zmaleją o kilkadziesiąt procent. Dotyczy to np. zakwaterowania i gastronomii, przemysłu spotkań i wydarzeń, branży fitness oraz handlu. Po pierwsze pracownicy tych branż, a są ich miliony, ograniczą swoją konsumpcję, a firmy redukują zamówienia u podwykonawców. Gospodarka to po prostu mechanizm naczyń połączonych.

Jednak zapominamy, że podobnie jak rośnie liczba zakażeń w tempie wykładniczym, tak wzrasta niepewność we wszystkich obszarach w gospodarce. Jest ona potęgowana przez brak przewidywalności w działaniach podejmowanych przez administrację. Przykład? Zamknięcie cmentarzy na kilkanaście godzin zanim wszyscy ruszyliby na groby bliskich. Co z tego, że teraz rząd pomoże (o ile pomoże) branżom związanym z tą tradycją? Gdyby ograniczenie wprowadzono wcześniej, sprzedaż kwiatów i zniczy mogłaby się rozłożyć na tydzień przed 1 listopada, co skompensowałoby straty. Tymczasem środki rządowe można by było wydać na inne cele. To dowód niepotrzebnego marnowania środków budżetowych. Sami sobie strzelamy w stopę, pogłębiając straty w gospodarce.

Skutki tego ograniczenia bezpośrednio dotknęły handlarzy kwiatów i zniczy, ale wywołało oddźwięk wśród wszystkich przedsiębiorców. Teraz żadna branża nie może mieć pewności, czy nagle, z godziny na godzinę, nie zostaną wprowadzone obostrzenia, które ograniczą ich przychody. I to po wcześniejszych zapowiedziach, że „obostrzeń się nie przewiduje”.

Podczas drugiej fali pandemii niepewność będzie więc dużo większa niż na wiosnę. Pierwsza była czymś niespotykanym w historii. Zaskoczyła nas wszystkich. Jednak szybko wróciła nadzieja, że pandemia lada moment ustąpi. Dodatkowo ten optymizm i brak ostrożności był niepotrzebnie podbijany przez przedwyborczy PR. To uśpiło naszą ostrożność, mimo że wielu ekspertów nawoływało, aby być gotowym na ewentualną drugą falę i budować bufory bezpieczeństwa.

Teraz obawy są ogromne. Według badania Centrum Monitoringu Sytuacji Gospodarczej 90 proc. firm obawia się pandemii. Dodatkowo 80 proc. obawia się wzrostu podatków.

Dziś ani firmy, ani społeczeństwo w rychłe wygaszenie pandemii nie uwierzy. Już teraz boimy się trzeciej fali. Już nikt nie da wiary słowom polityków. Tym bardziej, że wraz z pandemią po Polsce rozlał się ogromny konflikt społeczno-polityczny, niszczący kapitał społeczny, tak potrzebny w walce z pandemią i rozwojem gospodarczym.

Niepewność to wróg inwestycji i konsumpcji. W obecnej fazie recesji nie mamy co liczyć na to, że firmy zdecydują się na inwestycje. Zresztą w budownictwie i inwestycjach od początku kryzysu nie widać żadnego odbicia. Niepewność wpłynie również negatywnie na konsumpcję. Rynek pracy nadal jest w tendencji spadkowej, jeżeli chodzi o liczbę pracujących. Statystyki bezrobocia pokazują złudną stabilizację, bo tracący pracę uciekają w bierność zawodową i nie są ujmowani w statystykach bezrobocia.

Ogólny spadek popytu, niepewność, brak przewidywalności, słaby rynek pracy oraz konflikt społeczno-polityczny spowodują, że po silnej odbudowie PKB w III kw. w Polsce, w ostatnim kwartale tego roku zanotujemy głęboki spadek PKB. W skrajnym scenariuszu będzie on porównywalny do tego z II kwartału, czyli nawet 8-9 proc. kw./kw. Te efekty mogą się też rozlać na I kw. przyszłego roku. Druga fala kryzysu przeciągnie się na dłuższy okres, a szybkie, silne odbicie jest mało prawdopodobne.

OECD w swoich symulacjach już w czerwcu zakładała w jednym ze scenariuszy drugie uderzenie pandemii. Według tych prognoz koszt ponownego zamknięcia gospodarki oraz generalnie skutek drugiej fali pandemii w Polsce to ok. 2 pp. PKB w 2020 r., czyli ok. 50 mld zł w ujęciu rocznym. Poniżej przedstawiam wykres dla gospodarki światowej, ale bardzo podobny scenariusz rozważano dla Polski. Był to scenariusz z ponownym załamaniem PKB w IV kw. bieżącego roku. Pytanie retoryczne, dlaczego rząd nie miał w rezerwie takich scenariuszy?skutek drugiej fali pandemii

Niemieckie instytuty badawcze ostatnio szacowały, że wpływ drugiej fali na gospodarkę niemiecką to ponad 1 pp. Skala niepewności jest więc teraz ogromna. To oznacza, że ostateczny wpływ drugiej fali pandemii na polski PKB zmieści się w przedziale 1-2 pp. PKB. Skutki mogą się rozlać też na początek przyszłego roku. Oznacza to, że scenariusz rządowy spadku PKB o 4,6 proc. w tym roku wydaje się teraz bardzo realny. Nie można wręcz wykluczyć, że w skrajnym scenariuszu zbliży się do minus 5 proc.

Oczywiście jest to wypadkową skali wprowadzanych obostrzeń. Jednak niepewność wydaje się być poza kontrolą. Dlatego należy apelować do rządu o większą przewidywalność i przejrzystość strategii walki z pandemią. Ostatnie zaskakujące decyzje potęgują niepewność i zwiększają niepotrzebnie straty polskiej gospodarki.

dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP

Opóźnia się publikacja oficjalnych wyników wyborów w USA. Co na to rynki?

Uwaga inwestorów skupia się dziś na jednej kwestii – wyborach w USA. Jaki rezultat obstawia obecnie rynek i co może się wydarzyć w najbliższych dniach?

Spełniły się obawy dotyczące tego, że publikacja wyników wyborów w USA zostanie opóźniona, a ich rezultat, w przypadku zwycięstwa Bidena, najpewniej będzie kwestionowany. O ile w większości amerykańskich stanów zliczono już prawie wszystkie głosy, o tyle wyniki w kluczowych stanach, zwłaszcza tych na terenie tzw. pasa rdzy na północnym wschodzie kraju, jeszcze nie są przesądzone. Cząstkowe wyniki obu kandydatów w większości najważniejszych nierozstrzygniętych stanów są zbliżone do siebie, choć jednocześnie uznaje się, że w wielu z nich większość głosów nadesłanych pocztą – których część czeka na podliczenie – została oddana na Demokratów.

Wczoraj ze względu na oczekiwane zwycięstwo Demokratów widać było poprawę sentymentu do ryzyka na rynkach: wyprzedaży doświadczył dolar amerykański, pozytywnie z kolei reagował złoty. Dobra passa złotego i osłabienie dolara trwały do godzin nocnych, kiedy punkty do głosowania zaczęły się zamykać. Później – wraz z napływem wyników cząstkowych z poszczególnych stanów – nastąpiło odwrócenia sytuacji na rynku. Okazało się bowiem, że Demokraci w tych wyborach nie radzą sobie tak dobrze, jak sugerowały wcześniej sondaże. Obecnie rynki ponownie mają nadzieję na zwycięstwo Bidena, co wspiera złotego i nie sprzyja amerykańskiej walucie. W momencie pisania niniejszego komentarza kurs EUR/USD znajduje się w okolicy wczorajszych maksimów powyżej poziomu 1,17, z kolei kurs EUR/PLN wynosi 4,55.

Skala zmienności na rynku – jak na wydarzenie o takim znaczeniu – nie jest dramatyczna, jest jednak podwyższona, zwłaszcza na parach ze złotym. Taka sytuacja może utrzymać się przez pewien czas. Jesteśmy zdania, że im dłużej niejasność w kontekście wyników będzie trwać, tym więcej wsparcia otrzymają waluty safe haven (w tym dolar amerykański) i tym gorzej radzić będą sobie niemal wszystkie inne waluty, w tym złoty.

Na wyniki wyborów przyjdzie nam jeszcze poczekać. Możliwe, że więcej jasności przyniosą kolejne godziny, jednak biorąc pod uwagę, że znaczna liczba głosów została oddana za pośrednictwem poczty niewykluczone, że finalny rezultat nadejdzie dopiero za kilka dni. Trump już wyraził opinię, że doszło do oszustwa wyborczego. W tym kontekście można założyć, że jeśli wybory wygra Biden, jego zwycięstwo zostanie zakwestionowane przez obecnego prezydenta. Rozciągnęłoby to cały proces jeszcze bardziej, co miałoby negatywny wpływ na sentyment do ryzyka.

Spodziewamy się dość silnych ruchów na rynkach w perspektywie najbliższych 48 godzin, w miarę zliczania większej liczby głosów i uzyskiwania przez inwestorów jaśniejszego obrazu sytuacji.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Opinia Polaków na temat obostrzeń związanych z epidemią COVID-19

Polacy popierają zaostrzenie nakazu zakrywania ust i nosa w przestrzeni publicznej (61%), ale sceptycznie patrzą na inne działania związane z próbą ograniczenia rozpowszechniania się koronawirusa w Polsce.

W październiku odnotowane zostały rekordowe dzienne przyrosty zachorowań na COVID-19. 17 października wprowadzona została w całej Polsce żółta strefa, która m.in. ograniczała działalność gastronomii czy liczbę osób na weselach i imprezach okolicznościowych, zgromadzeniach publicznych oraz podczas uroczystości religijnych. Co więcej, zawieszona została działalność basenów i siłowni, a nakaz zakrywania ust i nosa został poszerzony do wszystkich przestrzeni publicznych. Wyjątkami były powiaty, które zostały włączone do czerwonej strefy z jeszcze większymi ograniczeniami.

Wraz z odnotowaniem 23 października ówczesnego rekordu zachorowań (13 632 osób), premier ogłosił, że od 24 października cała Polska została objęta czerwoną strefą, za czym idą nowe obostrzenia i zasady bezpieczeństwa. Nauka w szkołach wyższych, ponadpodstawowych i klasach 4-8 w trybie zdalnym, działalność basenów i siłowni pozostała zawieszona, lokale gastronomiczne i restauracje zostały objęte zakazem działalności stacjonarnej. Wprowadzono ograniczenia liczby osób w placówkach handlowych czy przemieszczania się osób powyżej 70 roku życia.

Sześciu na dziesięciu Polaków zgadza się ze stwierdzeniem, że wprowadzenie nakazu noszenia maseczek w przestrzeni publicznej pozytywnie wpłynie na spadek liczby zachorowań na COVID-19 (61%). Przeciwnego zdania jest 18% badanych. Pozostałe działania nie rządu nie spotkały się z podobną aprobatą. Ponad połowa respondentów uważa kompletne zamknięcie obiektów związanych z branżą fitness (np. siłowni, basenów) za błędne posunięcie rządu (56%), a jedynie co piąty uważa wprowadzenie obostrzeń dla tej branży jest dobrą decyzją (20%). Większość Polaków uważa, że kościoły i inne obiekty kultu religijnego powinny być objęte większymi obostrzeniami (74%). Z tym stwierdzeniem nie zgadza się 11% badanych. Polacy wskazali obostrzenie, które powinno zostać wprowadzone – prawie 2/3 respondentów uważa, że osoby wracające z zagranicy powinny przechodzić obowiązkową kwarantannę (64%). Odmiennego zdania jest 14% przebadanych osób.Opinia Polaków na temat podejścia do nowych obostrzeń

Polacy rozumieją, że rozszerzenie nakazu zakrywania ust i nosa w przestrzeni publicznej jest konieczne, żeby ograniczyć rozprzestrzenianie się koronawirusa w naszym kraju. Jednak dla polskiego społeczeństwa pozostałe działania w obrębie innych obostrzeń są niezrozumiałe – zauważa Piotr Zimolzak, Wiceprezes Zarządu SW Research. Ograniczenie funkcjonowania niektórych branży spotyka się ze sprzeciwem części osób (branża gastronomiczna – 59%, branża fitness – 56%). Jednocześnie Polacy negatywnie oceniają jedynie umiarkowane obostrzenia dla kościołów i miejsc kultu religijnego czy brak kwarantanny dla osób przyjeżdzających z zagranicy. Kolejne pomiary pozwolą sprawdzić nastroje Polaków związane z coraz to nowszymi obostrzeniami, a także umożliwią zweryfikowanie, jakie środki bezpieczeństwa podejmują oni w związku ze wzrostami zachorowań w Polsce – komentuje Zimolzak.

Metodologia badania

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 20-23.10.2020 przez SW RESEARCH Agencję Badań Rynku i Opinii metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W badaniu zebrano 1021 ankiet z reprezentatywną próbą grupy Polaków. Badanie ma charakter cykliczny, prezentowane wyniki pochodzą z Pomiaru XIII.

Indeks GIP60 w październiku wrócił do poziomów z czerwca

W październiku Giełdowy Indeks Produkcji (GIP60) spadł do 696,58 punktów (-10,54% m/m), pogłębiając korektę trwającą już od połowy sierpnia. Akcje polskich producentów ucierpiały na skutek odpływu kapitału z ryzykownych inwestycji sprowokowanego rosnącym zagrożeniem epidemiologicznym.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc październik. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A. pisze:

„Niekorzystna sytuacja rynkowa nie oszczędziła polskich spółek produkcyjnych notowanych na GPW. Wśród sześćdziesięciu największych spółek z tej grupy jedynie jedenastu udało się zwiększyć wartość rynkową w październiku (średnio o ok. 35 mln zł). Trzy czwarte polskich spółek produkcyjnych z GIP60 dotknęła w tym czasie przecena o znacznie większej sile, gdyż średni spadek wartości rynkowej u tych spółek wyniósł 135 mln zł. Sumarycznie ze spółek z grupy GIP60 odpłynęło w październiku 5,7 mld zł, z czego największą część stanowi odpływ zaobserwowany na akcjach LPP (-20,12% m/m, co daje 2,5 mld zł), którą w dół pociągnęły wyniki finansowe w bieżącym roku.

W wartościach względnych sytuacja jest również zła dla inwestorów. Rekordowe spadki na akcjach Mabionu, ZPUE i RAFAKO przekroczyły 30%, a spadek o co najmniej 10% dotknął prawie połowę wszystkich spółek z GIP60 (osiem z nich stopniało o ponad jedną piątą). Na drugim biegunie tylko trzy spółki, którym udało się uzyskać dwucyfrową dodatnią stopę zwrotu.

Odzież i farmacja najsłabiej

W przekroju branżowym najwięcej stracili projektanci i dystrybutorzy odzieży, określani przez nas jako projektanci. Tylko z tej grupy spółek wyparowało w listopadzie prawie 3 mld zł, co oznacza redukcję ich wartości rynkowej o niemal jedną piątą. Niewiele lepiej zachowywały się akcje producentów wyrobów farmaceutycznych, których ceny akcji skurczyły się w październiku średnio o 14,74%, producentów z branży elektromaszynowej, gdzie spadek cen akcji wyniósł średnio 13,01%, oraz u producentów z branży metalurgicznej, których akcje traciły na wartości średnio 12,30%. Wyjątkowo dobrze w ostatnim czasie radzą sobie producenci mebli i innych wyrobów z drewna. W 2020 roku spółki z tej branży jako jedne z nielicznych z całej GPW poprawiły swoje ubiegłoroczne wyniki finansowe, co nie umknęło uwadze inwestorów (wartość rynkowa tych spółek rosła w październiku średnio o 8,74%).

Niedźwiedzie nastroje nie objęły samych spółek produkcyjnych, ale opanowały całą warszawską giełdę, jak również wiele rynków zagranicznych. Indeks szerokiego rynku WIG spadł w miesiąc o 10,8%. Najwięcej traciły duże spółki z WIG20 (-11,5% m/m), nieco mniej spółki średnie zrzeszone w MWIG40 (-10,3% m/m) i małe z indeksu SWIG80 (-9,3% m/m). Solidarnie spadały wszystkie subindeksy sektorowe, a najwięcej spośród nich WIG-ENERGIA (-21,4% m/m), WIG-ODZIEŻ (-19,3% m/m), WIG-PALIWA (-17,2% m/m), WIG-BANKI (-14,7%), WIG-LEKI (-13,6%), WIG-MOTO (-11,8% m/m) i WIG-CHEMIA (-11,1% m/m). Traciły również zagraniczne rynki akcji – spadki zaobserwowano m.in. na amerykańskich S&P500 i NASDAQ100, niemieckim DAX, brytyjskim FTSE i francuskim CAC40. We wszystkich wspomnianych przypadkach spadki przybrały na sile w drugiej połowie października, co pozwala przyjąć, że za gros tych spadków odpowiada pogarszająca się w wielu krajach sytuacja epidemiologiczna, niosąca za sobą wiadomo kolejnego zamrożenia gospodarek.

Quo Vadis Ursusie?

Kolejny obraz prezentujący trudną sytuację polskich spółek produkcyjnych to podium z październikowego rankingu GIP60. Bo o ile cieszy, że w tak trudnych warunkach rynkowych znalazły się spółki, którym udało się zaskoczyć odpornością (trzem spółkom udało się osiągnąć dwucyfrową dodatnią stopę zwrotu), to niestety pozycja lidera w postaci spółki Ursus S.A. w restrukturyzacji wygląda co najmniej podejrzanie.

W ponad pięcioletniej historii projektu GIP60 spółka Ursus wielokrotnie pojawiała się na podium miesięcznej klasyfikacji, również na pierwszym miejscu. Przeważnie u źródła sukcesów spółki stała nowa wizja rozwoju, nierzadko związana z okazją sporych dopłat ze środków publicznych. Niestety do tej pory spółce nie udało się zrealizować ambitnych planów, a o kolejnych porażkach faworyta  inwestorów informowała zwykle ich własna kieszeń po pęknięciu bańki oczekiwań.  Cena akcji spółki, która w najlepszym okresie znajdowała się w okolicach 5 zł, tym razem wzrosła z poziomu 55 gr do 64 gr wskutek informacji o liście intencyjnym inicjującym współpracę badawczo-rozwojową i przemysłową ze spółką China Dongfeng Motor Industry Imp. & Exp. Co. Ltd. Owocem tej współpracy mają być innowacyjne pojazdy elektryczne i elektryczno-wodorowe.

Drugie miejsce w październikowej klasyfikacji GIP60 przypadło spółce Pozbud T&R S.A. za miesięczny wzrost ceny akcji o 14,51% do poziomu 1,855 zł za akcję. Ten wielkopolski producent okien i drzwi drewnianych poprawił swoje zeszłoroczne wyniki, w tym przede wszystkim rentowność, co przełożyło się na jego wartość rynkową.

Najniższy stopień podium GIP60 dla Fabryka Mebli FORTE S.A. za miesięczny wzrost wartości rynkowej o 11,72%, co w przypadku tej spółki wiązało się z napływem prawie 90 mln zł kapitału. Ceny akcji znanego polskiego producenta mebli zyskują wskutek imponującego odrodzenia popytu na produkty z tej branży, który podobnie jak w przypadku Pozbud przełożył się na wzrost wartości rynkowej.

Zamrożą, czy nie zamrożą?

W komentarzu z ubiegłego miesiąca zapytaliśmy „Quo Vadis 2020 roku?”. Z przymrużeniem oka można stwierdzić, że odpowiedź nadeszła już w tym miesiącu w postaci nomen omen Ursusa, który odrodził się niczym mityczny Feniks. Podtrzymując przymrużenie oka, zastanówmy się czy należy ten znak odczytywać jako zapowiedź zjawiskowego odrodzenia akcji polskich producentów na GPW, czy może niedawne odbicie cen akcji to był chwilowy miraż, który skończy się dla inwestorów równie boleśnie jak dotychczasowe zakupy akcji spółki Ursus S.A.? Co prawda sienkiewiczowski Ursus skręcił kark bykowi, a ten jak wiadomo jest symbolem hossy, ale w rozstrzygnięciu powyższego problemu interpretacyjnego bardziej przydatne będzie określenie ryzyka ponownego zamrożenia gospodarki, na skalę porównywalną z tym, co miało miejsce na wiosnę. Wszystko inne jest wtórne, jak np. to że póki co producenci mierzą się z dużym popytem na swoje produkty, a mierniki nastrojów (PMI, ISM itp.) zapewniają o bardzo dobrej sytuacji w branży produkcyjnej. Niestety po zamknięciu zakładu można liczyć tylko straty, nawet jak do fabryki spływają nowe zamówienia zakupu. W ostatnich dniach wiele państw podążało w kierunku ponownego zamrożenia gospodarek coraz większymi krokami. Również w Polsce kolejne ograniczenia zaciskają pętlę coraz ciaśniej, ale jednak dotychczasowe ograniczenia aktywności gospodarczej nie dotykały bezpośrednio firm produkcyjnych. Również wiosenny lockdown okazał się stosunkowo łagodny akurat dla tego sektora, więc gdyby najczarniejszy scenariusz się nie zrealizował to warto rozważyć zakup akcji polskich producentów.”

***

Giełdowy Indeks Produkcji to wspólne przedsięwzięcie firmy DSR, serwisu analitycznego „Produkcja.Expert” oraz Wydziału Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej.

Weź udział w badaniu na temat CSR w Polsce – ankieta on-line

Francusko-Polska Izba Gospodarcza (CCIFP) już po raz piąty zaprasza firmy i organizacje do udziału w cyklicznym badaniu CSR w praktyce – barometr CCIFP. Jego celem jest pokazanie w jakim stopniu firmy angażują się w działania z zakresu Społecznej Odpowiedzialności Biznesu, jakie są ich motywy, a także kto i w jaki sposób zarządza polityką CSR w organizacji. Tegoroczna ankieta została poszerzona o pytania dotyczące działań firm w obliczu pandemii.

Kliknij TUTAJ by przejść do ANKIETY ON-LINE >>>.

Jej wypełnienie nie zajmie więcej niż 10 minut. Odpowiedzi zbierane są do piątku 13 listopada.

Do udziału w ankiecie zapraszamy wszystkie firmy i organizacje, niezależnie od wielkości, pochodzenia kapitału, czy stopnia zaangażowania w działania CSR. Chcemy poznać nie tylko obszary i tematy, które w tym momencie są dla firm najważniejsze, ale również zasoby, którymi dysponują przedsiębiorstwa, by planować i wdrażać projekty z zakresu Społecznej Odpowiedzialności Biznesu. – mówi Mariusz Kielich, Kierownik ds. Komunikacji w CCIFP.

Badanie ma charakter cykliczny, co pozwala na pokazanie ewolucji działań i tendencji w zakresie CSR na polskim rynku. Tegoroczna ankieta poszerzona została o kilka pytań dotyczących zaangażowania organizacji w walkę z pandemią, a także o wpływ obecnej sytuacji sanitarnej i gospodarczej na dotychczasową politykę CSR firm.

Raport z badania zostanie zaprezentowany w grudniu, w trakcie jednego ze spotkań on-line organizowanych przez Francusko-Polską Izbę Gospodarczą. Raport z poprzedniej edycji badania CSR w praktyce – barometr Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej jest to pobrania na stronie CCIFP >>>.

Partnerami tegorocznego badania są: Orange Polska, PwC, Havas Media, CSR Info, Centrum UNEP/GRID-Warszawa, Global Compact Network Poland, Forum Odpowiedzialnego Biznesu, Odpowiedzialnybiznes.pl, Proto.pl, BIZON – biznes odpowiedzialny i nowoczesny w radiu MUZO.FM, My Company Polska, CEO.com.pl.

PayU i Smartney rozpoczynają współpracę

PayU S.A. i Smartney nawiązały współpracę, w ramach której udzielają pożyczek dla użytkowników serwisu OTOMOTO. Osoby, które wybiorą usługę „Finansowanie na OTOMOTO” zyskają tym samym dodatkową możliwość sfinansowania zakupu środków transportu o wartości do 60 tys. zł, z okresem kredytowania do 5 lat. Proces pożyczkowy jest uproszczony i odbywa się w całości online, a środki trafiają na konto pożyczkobiorcy w ciągu kilku minut. Firmy zapowiadają także poszerzenie współpracy technologiczno-biznesowej w niedalekiej przyszłości. 

– Zakup samochodu zawsze wiąże się z większym wydatkiem, który niejednokrotnie obciąża nasz domowy budżet, dlatego konsumenci poszukują dodatkowych środków pieniężnych na ten cel. W obecnej sytuacji ważne jest poszerzenie dostępności kredytowej – w jednym miejscu i bez konieczności wychodzenia z domu. Taką możliwość udało nam się stworzyć dzięki współpracy z PayU – mówi Tomasz Głodowski, Dyrektor Sprzedaży Partnerskiej Smartney.

Maksymalna kwota kredytu, którą można otrzymać to 60 tys. zł z okresem spłaty do 5 lat. Proces jest prosty, szybki, nie wymaga od klienta dostarczania żadnych dokumentów, a wypłata odbywa się zazwyczaj w ciągu kilku minut. Jest to możliwe m.in. dzięki nowoczesnym technologiom i automatyzacji. Konsument, który chce kupić pojazd na Otomoto.pl może załatwić sprawę telefonicznie. Podczas jednego połączenia uzyska informację czy w ogóle otrzyma pożyczkę i w jakiej wysokości.

Proces sprzedaży opiera się na specjalnie przygotowanej aplikacji, którą Smartney dostarcza partnerom biznesowym. Jest to innowacyjne narzędzie typu „plug-and-play”, które umożliwia przyjmowanie wniosków od klientów przez telefon, nie wymaga skomplikowanych integracji i ogranicza zaangażowanie zespołu IT do minimum. Warto przypomnieć, że PayU jest kolejnym partnerem firmy Smartney. W ostatnim kwartale Smartney rozpoczął współpracę również z Expanderem i Open Finance.

Polska w czołowej 15. rynków kupujących najwięcej robotów przemysłowych

Międzynarodowa Federacja Robotyki (IFR) opublikowała najnowszy raport podsumowujący sprzedaż robotów w ubiegłym roku. Jak wynika z danych IFR, populacja maszyn w przemyśle rośnie i niedługo dobije do 3 mln jednostek. Jednym z krajów, które zdaniem Federacji w 2019 roku były liderami, jest Polska. Nasz kraj pierwszy raz w historii badania znalazł się w czołowej 15. rynków kupujących najwięcej robotów przemysłowych.

Jak wynika z analizy, 2019 był rokiem rekordowym i na świecie funkcjonuje dziś około 2.7 mln robotów przemysłowych. To niemal tyle samo, ile wynosi liczba mieszkańców Wiecznego Miasta – Rzymu. Jednocześnie to wynik o 12% wyższy niż w roku ubiegłym, co przekłada się na około 300 tys. jednostek.

Już przed rokiem eksperci byli pozytywnie zaskoczeni wynikiem, jaki udało się wypracować branży przemysłowej w zakresie robotyzacji. Głównie dlatego, że było to sprzeczne z kondycją sektorów automotive i elektryfikacji. Miały one być kotwicą w ekspansji mechanicznych pomocników. – zauważa Michał Górecko, Dyrektor Pionu Sprzedaży z BPSC. Ekspert dodaje, że: – Jednak to nic w porównaniu z tym, co czeka nas w raporcie za 2020 i w kolejnych latach. Możemy obstawiać dwa diametralnie różne scenariusze: z jednej strony stajemy naprzeciw prognozy pesymistycznej, która zakłada, że powinniśmy spodziewać się gwałtownego obniżenia wydatków. Z drugiej strony istnieją realne przesłanki, które pozwalają nam wierzyć w to, że firmy zintensyfikowały swoje wydatki na rozwój, by uchronić się przed kryzysem, który nam zagraża. Tak gospodarczy, jak i zdrowotny. Podobnego zdania są eksperci z Statista, którzy przewidują, że wraz z końcem roku odnotujemy wzrost wydatków na cyfrową transformację o około 10%.

Sumaryczna ilość robotów w przemyśle to jedno, natomiast osobną kwestią jest ilość sprzedanych nowych urządzeń, które dopiero zasilą fabryki. I w tym aspekcie 2019 nie wygląda już tak okazale. Jak twierdzą twórcy raportu, odnotowano 12% spadek tej wartości, co przełożyło się na sumę 373 tys. sprzedanych jednostek. To trzeci pod względem wielkości wynik, odkąd IFR prowadzi swoje pomiary.

Europejska zadyszka

Z ponad 2,7 mln robotów przemysłowych, jakie obecnie funkcjonują na całym świecie, zaledwie 580 tys. znajduje się w Europie. To niewiele więcej niż 20% globalnej populacji. Dla porównania kraje azjatyckie mogą pochwalić się wynikiem na poziomie 1 mln 688 tys. jednostek. To przekłada się na udział w wysokości 62.5%, a to oznacza nie mniej ni więcej, jak to, że na każdego robota zainstalowanego na terenie Starego Kontynentu, przypadają trzy w Azji.

Kraje tego regionu stosowały bądź wciąż stosują tak zwaną politykę merkantylizmu. Zagraniczne korporacje w poszukiwaniu cięć kosztów związanych z realizacją swoich podstawowych działalności stopniowo przenosiły odpowiednie działy do wspomnianych krajów, by uzyskać jak najwyższe przychody i tym samym się rozwijać. – zauważa Michał Kaźmierczak, dyrektor biznesu Robotyki i Automatyki Dyskretnej ABB w Polsce i dodaje: – W tym samym czasie, kraje Wspólnoty Europejskiej, nie były w stanie osiągnąć oczekiwanego i należytego poziomu synergii przez ciągłe podziały wewnętrzne. Dla Europy przeszkodą była również historyczna spuścizna i zróżnicowanie poziomów ekonomicznych poszczególnych regionów. Sprostać temu miała rozbudowana polityka spójności, jednak nie przynosi ona oczekiwanego efektu.

Nic nie wskazuje również na to, by w ciągu najbliższych lat, ta sytuacja miała ulec poprawie. Skąd ten wniosek? Patrząc na wyniki raportu IFR, w 2019 w Europie sprzedano zaledwie 72 tys. robotów przemysłowych. To 3 razy mniej niż w Azji, która jest liderem inwestycji w nowe jednostki.

Polska kontra reszta świata

Badania przeprowadzone przez naukowców z uczelni MIT (Massachusetts Institute of Technology), która należy do ścisłej czołówki najlepszych placówek edukacyjnych, wykazały, że firmy, które szybko przyjęły roboty, stały się bardziej produktywne i zatrudniły więcej pracowników (Acemoglu i Restrepo, 2010-2015).

Dlatego informacja o tym, że Polska odnotowała swój debiut na prestiżowej liście 15 państw, które najchętniej kupują nowe roboty przemysłowe, powinna ucieszyć nie tylko zwolenników automatyzacji. Ostatnie miejsce współdzielimy z Czechami. W ubiegłym roku na terenie RP swoje miejsce znalazło 2600 nowych jednostek.

Nie oznacza to jednak, że Polacy mogą osiąść na laurach. Jak pokazuje dalsza analiza raportu, nie starczyło dla nas miejsca w rankingu 20 państw o największym współczynniku robotyzacji, co oznacza tylko jedno – przed nami wciąż daleka droga. Najwyższą wartością może pochwalić się Singapur, gdzie ilość jednostek robotycznych, przypadających na 10 tys. pracowników wynosi 918. Zestawienie zamyka Słowenia z wynikiem 157.

A jak wygląda sytuacja u naszego najbliższego sąsiada, Niemców? Najsilniejsza gospodarka Europy osiągnęła siedmiokrotnie wyższy wynik niż Polacy w zakresie nowych instalacji i w rezultacie uplasowała się na 5 pozycji z liczbą 20500 jednostek. Udało się to wypracować, przy jednocześnie wysokim współczynniku robotyzacji. Czwarta lokata, zaraz po Japonii, Korei i Singapurze to imponujący wynik. Obecnie u naszych sąsiadów zza Odry przypada 346 robotów na 10 tys. pracowników produkcji. To o wiele więcej niż wynosi Europejska średnia, która ukształtowała się na poziomie 114 jednostek.

Jeżeli zaś chodzi o globalne zestawienie, to plastron lidera po raz kolejny trafił do Chińczyków, których fabryki wzbogaciły się o ponad 140 tysięcy nowych robotów w 2019. – Osoby sympatyzujące z Państwem Środka na pewno są zadowolone, że mimo licznych komplikacji, udało się utrzymać zeszłoroczną przewagę. Z wynikiem na poziomie ponad 35%, podobnie jak w 2018, Chiny są absolutnym dominatorem w rankingu nowych maszyn na całym świecie. Z pewnością wpływ na to miało porozumienie, znane jako umowa „fazy pierwszej”, jakie w 2019 zawarły władze Waszyngtonu z przedstawicielami Pekinu. Wspomniana umowa reguluje między innymi przymusowy transfer wiedzy pomiędzy korporacjami oraz zatrzymuje wojnę celną. – tłumaczy Michał Kaźmierczak z ABB.

Chińczycy nie powinni jednak zwlekać z inwestycjami w robotyzację. Jak pokazuje raport MFR, na 10 tys. pracowników produkcji, przypada tam 187 maszyn, co plasuje Państwo Środka na 15 pozycji. Co prawda to wciąż o wiele więcej niż wskazuje globalna średnia, wynosząca 113, ale biorąc pod uwagę ambicje Pekinu, o wiele za mało by skutecznie mierzyć się, np. z Niemcami, bądź równie silną konkurencją z Azji.

2021, początek nowej ery

Twórcy raportu przedstawiają również swoje prognozy na nadchodzący 2021. Eksperci przewidują, że zbliżający się nowy rok będzie dla przedsiębiorstw produkcyjnych czasem powolnego powrotu do normy, który może nie nastąpić tak prędko, jak byśmy chcieli. Proces odbudowy potrwa przynajmniej dwa lata i w różnych regionach będzie cechował się odmiennym tempem.

Badacze z Federacji Robotyki wskazują również na korzyści, wynikające ze zmian, jakie nas czekają. Wiele rządów zapowiada, że będzie wspierać inwestycje w nowoczesne technologie produkcji, co powinno zmotywować dyrektorów fabryk do wzmożonych modernizacji linii wytwórczej. To również doskonały moment do tego, by nadrobić zaległości w tym zakresie, co zaowocuje większą elastycznością produkcji. Zmieni się również sposób budowania i działania łańcucha dostaw, dzięki czemu firmy staną się bardziej niezależne.

Jeszcze nie tak dawno roboty były oskarżane o kradzież pracy, jaka zarezerwowana jest dla ludzi. Po pandemii społeczna optyka uległa przewartościowaniu. Gdyby nie nowoczesne maszyny, działające bez ustanku na halach produkcyjnych, świat prawdopodobnie ległby w gruzach. Chociażby dlatego, że skutecznie chronią przed zakażeniem COVID-19. Ich rosnąca zdolność do bycia zastępstwem człowieka na linii wytwórczej okazała się nieoceniona w stosowaniu zasady społecznego dystansowania i odporności na choroby i stres. Jak twierdzi Euronews, wspólnie z automatyzacją i ecommerce, roboty będą stanowiły fundament odmienionej, post-COVIDowej rzeczywistości. To początek nowej ery.

GfK: polski rynek kawy rośnie nawet w czasie pandemii

Polacy kupują kawę na potęgę. Rynek warty ponad miliard złotych.

Tegoroczne zawirowania w handlu i całej gospodarce nie wpłynęły negatywnie na polski rynek kawy. W pierwszym półroczu br. wydatki gospodarstw domowych na kawę wyniosły 1,54 mld zł i były o 7,1% większe niż przed rokiem. Konsumenci coraz częściej sięgają także po ekspresy do kawy. W tej kategorii staliśmy już czwartym co do wielkości rynkiem w Europie. Takie dane płyną z najnowszych analiz GfK Polonia.

Polska kawą stoi. Taką tezę można wysnuć po analizie danych GfK Polonia przedstawiających sprzedaż ekspresów do kawy w Polsce w pierwszej połowie br. W ujęciu wartościowym na tym rynku wyprzedzają nas tylko Niemcy, Francja i Niderlandy. Mocno zaskakujący może wydać się fakt, że daleko za nami pozostają m.in. Brytyjczycy oraz słynące z kawy Włochy.

Boom w segmencie ekspresów automatycznych

Polski rynek ekspresów rozwija się przede wszystkim w oparciu o jedną kategorię. Polacy pokochali ekspresy automatyczne, czyli najdroższe na rynku urządzenia, które wymagają kawy ziarnistej i pozwalają przygotować różne rodzaje kaw w sposób minimalizujący zaangażowanie konsumenta. Udział sprzedaży ekspresów automatycznych w Polsce, w pierwszym półroczu 2020 wynosi aż 60,8%, przy średniej europejskiej na poziomie 14%. Warto również podkreślić, że ekspresy automatyczne w pierwszym półroczu tego roku odpowiadają za 92% wartości całego rynku urządzeń do przygotowywania kawy. – W poprzednich latach rynek ekspresów automatycznych przyzwyczaił nas do dwucyfrowych wzrostów, zarówno w wartości jak i ilości sprzedawanych urządzeń. Dynamika na poziomie od ponad 30% do blisko 50% nie była niczym zaskakującym. Okres pandemii musiał wpłynąć na korektę tego zjawiska, ale wciąż ekspresy automatyczne notują wzrosty. W pierwszej połowie tego roku sprzedano o blisko 11 tysięcy urządzeń więcej w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r., a rynek wygenerował tym samym dodatkowe 21,5 mln zł – tłumaczy Artur Noga-Bogomilski, Senior Director w dziale Market Insight Solution w GfK.

Wzrosty na przekór okolicznościom

Świetnych wyników na rynku ekspresów do kawy nie wyhamowała nawet pandemia koronawirusa. Nowa sytuacja z jednej strony ograniczyła dynamikę wydatków na tego typu urządzenia, co jest naturalną tendencją w czasie niepewności i zagrożenia. Z drugiej strony konieczność pracy w domu oraz ograniczenia w działaniu kawiarni i restauracji spowodowały, że część klientów po pewnym czasie kupiła ekspres automatyczny, aby móc cieszyć się doświadczeniem wysokiej jakości kawy we własnym gospodarstwie domowym. Potwierdzają to wyniki badań przeprowadzonych przez GfK w czerwcu. Blisko 4 na 5 konsumentów pijących kawę potwierdziło, że najczęściej robi to w domu (78%), a kolejnych 16% w pracy. Wskazania na kawiarnie i miejsca „na mieście” to tylko 5% – mimo uwzględnienia okresu po formalnym odmrożeniu gospodarki.

Kawa ziarnista również w górę

Popularność automatycznych ekspresów do kawy powinna była znaleźć swoje odbicie na rynku kawy ziarnistej i tak właśnie się stało. Dane GfK monitorujące zakupy gospodarstw domowych w Polsce wyraźnie potwierdzają trendy wzrostowe. W ujęciu wartościowym wydatki gospodarstw na kawę ogółem wzrosły w pierwszym półroczu 2020 w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku o 7,1%. W tym samym okresie segment kawy ziarnistej odnotował aż 28,4% wzrostu. W pierwszej połowie roku wzrosła także wartość wydatków na segment kapsułek (7,4%) oraz kawy mielonej (4%). Jedyną kategorią, która pozostała stabilna z lekką tendencją spadkową w relacji rok do roku, była kawa rozpuszczalna (zawierająca kawę rozpuszczalną, rozpuszczalną smakową, mixy (np. 3w1), substytuty kawy (np. z cykorii) oraz cappuccino/frappe itp.). W jej przypadku zmiana wyniosła -0,2%.

 

Na podstawie danych GfK pochodzących z Panelu Gospodarstw Domowych możemy zaobserwować, że popularność kawy utrzymuje się w Polsce na stałym, wysokim poziomie (96% gospodarstw kupiło kawę w okresie od lipca 2019 do czerwca 2020 roku. To tyle samo co w dwóch poprzednich analogicznych okresach). – Ogólnie zamiłowanie Polaków do kawy trwa. Zmieniają się jednak preferencje związane z jej rodzajami. Obserwujemy pewien odpływ konsumentów od bardziej tradycyjnych, ale wciąż największych pod względem udziałów wartościowych rodzajów kawy: mielonej i rozpuszczalnej. W tym przypadku spadek liczby nabywców w ostatnich latach to ok. 1-2 pp. z roku na rok – mówi Katarzyna Krajewska, Manager w Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia.

A co z kapsułkami?

Pierwsza połowa roku nie była dobrym okresem dla ekspresów kapsułkowych. Ten segment rynku zanotował istotne spadki – Polacy kupili 9 tysięcy mniej tego typu urządzeń niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Wartość rynku spadła o ponad 15% i praktycznie wszyscy istotni gracze odnotowali słabsze wyniki niż przed rokiem. Okazuje się jednak, że nawet na malejącym rynku można odnosić sukcesy. Kiedy cała kategoria maleje, a konkurenci tracą udziały, jedna z istotnych marek zanotowała w pierwszej połowie roku blisko 90% wzrost w ujęciu ilościowym oraz ponad 50% w ujęciu wartościowym. W efekcie udziały marki wzrosły prawie dwukrotnie, co pokazuje jak przemyślana strategia i konsekwentne działania mogą wpływać na pozycję marki nawet na bardzo trudnym i wymagającym rynku.

Dużo mniej klientów w galeriach handlowych

Istotny spadek liczby klientów w drugiej połowie miesiąca spowodowany wejściem w życie kolejnych ograniczeń epidemicznych i wzrostem zachorowań na COVID -19

W związku z rosnącą liczbą zakażonych koronawirusem oraz wprowadzeniem kolejnych ograniczeń epidemicznych Polacy wyraźnie ograniczyli wizyty w centrach handlowych. Według danych Polskiej Rady Centrów Handlowych (PRCH) średnia odwiedzalność obiektów handlowych w październiku br. była prawie o 30 proc. niższa niż w analogicznym miesiącu ubiegłego roku i wyniosła 72 proc. Analizując tylko ostatnie dwa tygodnie października, odwiedzalność znacząco spadła osiągając w ostatnim tygodniu miesiąca w dni handlowe wartość 59 proc. w porównaniu do analogicznych dni w roku poprzednim.

Największy spadek poziomu odwiedzalności w porównaniu do analogicznego dnia w roku 2019 roku odnotowano 29 października, wówczas wyniosła ona jedynie 52 proc. r/r.

W najtrudniejszej sytuacji znajdują się największe obiekty handlowe, w których zatrudnionych jest najwięcej osób. Od początku pandemii osiągają one niższe wyniki odwiedzalności niż małe i średnie nieruchomości komercyjne w porównaniu z rezultatami z ubiegłego roku w dni handlowe. W październiku br. zanotowały footfall niższy w niektórych obiektach nawet o 5 p.p. od średniej odwiedzalności analogicznego okresu w roku ubiegłym.

Należy zwrócić uwagę, że odwiedzalność centrów handlowych jest wyraźnie zróżnicowana w skali Polski. W październiku tylko w regionie północno-zachodnim przekroczyła 80 proc., natomiast w pozostałych nie przekroczyła 70 proc. w stosunku do wyników z zeszłego roku. Najsłabiej w dalszym ciągu wypada region wschodni, w którym odwiedzalność wyniosła 61 proc. r/r.

Nie zmieniły się przyzwyczajenia klientów co do najchętniej wybieranego dnia – pozostaje nim w dalszym ciągu sobota. Mimo znaczących spadków liczby klientów, w soboty w centrach handlowych było średnio o 42 proc. klientów więcej niż w pozostałe dni handlowe.

„Klienci bardzo szybko zareagowali na wprowadzanie przez rząd obostrzeń i ograniczyli swoją mobilność. Przychodzą do galerii po to, żeby zaspokoić najważniejsze potrzeby zakupowe, co potwierdza spadająca odwiedzalność w obiektach handlowych, obowiązują godziny dla seniorów oraz ograniczenia dotyczące liczby osób, mogących przebywać w sklepach. Uważamy, że dodatkowe ograniczenie działalności handlu byłoby obecnie nieuzasadnione. O ile na początku miesiąca liczba osób odwiedzających centra handlowe dochodziła do 80 proc. wyniku sprzed roku, to pod koniec spadła w wielu przypadkach nawet o połowę. Dla całego sektora centrów handlowych ponownie nadszedł bardzo trudny czas. Tym trudniejszy, że przypadający na miesiące przedświąteczne, które zazwyczaj dla handlu były okazją do odbicia nieco słabszych wyników z polowy roku” – komentuje Radosław Knap, Dyrektor Generalny PRCH.
MIESIĘCZNA ODWIEDZALNOŚĆ OBIEKTÓW HANDLOWYCH 2

MIESIĘCZNA ODWIEDZALNOŚĆ OBIEKTÓW HANDLOWYCHZauważalny spadek odwiedzalności obiektów handlowych w dni handlowe w ciągu ostatnich dwóch tygodni, kiedy w Polsce wprowadzano stopniowe ograniczenia związane z pandemią COVID-19.

Jak udoskonalić system finansowania startupów

Stworzenie efektywnego systemu obrotu papierami wartościowymi małych i średnich przedsiębiorstw może być kamieniem milowym na drodze rozwoju nowoczesnych technologii. Jest to obecnie jeden z największych problemów, z jakimi muszą sobie poradzić dynamicznie rozwijające się przedsiębiorstwa z sektora fintech.

Inwestycje w startupy technologiczne należą do bardzo ryzykownych. Jednak w przypadku sukcesu, stopy zwrotu mogą być liczone w tysiącach procent. Niestety, brak finansowego powodzenia przedsięwzięcia to nie jedyne ryzyko, jakie musi brać pod uwagę inwestor. Jednym z bardzo poważnych potencjalnych problemów jest to, że inaczej niż w przypadku spółek notowanych na giełdzie, udziały w startupach technologicznych mają dość niski stopień płynności. Innymi słowy, w razie potrzeby nie można ich szybko sprzedać. Taka transakcja wymaga najczęściej znalezienia inwestora, który wierzy w sukces finansowy przedsięwzięcia oraz ma wizję jego rozwoju.

Startupom z pewnością byłoby łatwiej pozyskiwać środki na rozwój, gdyby istniały instytucje stworzone na wzór tradycyjnych giełd papierów wartościowych, zajmujące się obrotem udziałami mniejszych firm. Istnienie takiego rynku w znaczący sposób obniżałoby ryzyko inwestycji. Komitet doradczy ds. małych i średnich przedsiębiorstw amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC), już w 2013 roku wydał rekomendację dotyczącą stworzenia regionalnych instytucji zajmujących się obrotem takimi papierami wartościowymi.

Światowe giełdy próbują rozwiązywać problem tworząc parkiety alternatywne, takie jak warszawski NewConnect czy Londyński AIM. Jednak cały czas nie udało im się zlikwidować bardzo wysokich barier wejścia dla emitentów, przy czym często nie udaje się również rozwiązać problemu niskiej płynności. Można się spotkać z opiniami, że rynki alternatywne raczej łączą wady niż zalety obrotu papierami wartościowymi na giełdzie i poza nią.

W kilku krajach udało się stworzyć nieco lepsze rozwiązania. Na przykład w nowej Zelandii alternatywny rynek NZX, który miał problemy z niskimi obrotami i niską płynnością, został zastąpiony przez nowy rynek NXT, który specjalizuje się w handlu papierami wartościowymi emitowanymi przez małe i średnie przedsiębiorstwa. Podobny rynek udało się stworzyć w Korei Południowej. KRX Startup Market, stworzony przez The Korea Exchange, specjalizuje się w obrocie udziałami przedsiębiorstw, które pozyskały kapitał na rozwój poprzez crowdfunding.

Wydaje się, że optymalnym rozwiązaniem problemu byłoby zezwolenie platformom crowdfundingowym na zajmowanie się wtórnym obrotem. Również takie rozwiązanie funkcjonuje już w Nowej Zelandii. Powstał tam rynek o nazwie „Unlisted”, gdzie wtórny obrót papierami wartościowymi odbywa się poprzez platformę crowdfundingową Crowdsphere. Takie rozwiązanie wymagałoby jednak stworzenia odpowiednich regulacji.

Należy pamiętać o tym, że papiery wartościowe emitowane przez małe i średnie przedsiębiorstwa, zawsze będą związane z wysokim ryzykiem. Są też podatne na manipulacje cenowe według schematu pump and dump. Między innymi dlatego historycznie wiele prób tworzenia rynków akcji małych przedsiębiorstw zakończyło się niepowodzeniami. Taka sytuacja jest poważnym wyzwaniem regulacyjnym. Jednak zmiany w strukturze światowej gospodarki, dekoncentracja wielu kluczowych rynków a także zwiększający się udział małych i średnich przedsiębiorstw tworzeniu światowego PKB powodują, że warto podjąć ryzyko reformy i decentralizacji rynków obrotu papierami wartościowymi.

Autor: Bartosz Tomczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej w polskim fintech’u Provema

IoT słabym ogniwem przemysłu

Każdego dnia podejmowanych jest nawet 230 tysięcy prób cyberataków wykorzystujących złośliwe oprogramowanie.[1] Skala zagrożeń, dotyczących także biznesu oraz przemysłu, stale rośnie. Słabym ogniwem w sieci może być nie tylko komputer czy drukarka, ale też inteligentne oświetlenie, czujniki czy system sterujący klimatyzacją. Eksperci wskazują na konieczność ochrony przemysłowego internetu rzeczy (IIoT) oraz utworzenia międzynarodowych norm bezpieczeństwa inteligentnych urządzeń i systemów.

Internet rzeczy wkracza do przemysłu

W 2019 roku 36% przedsiębiorstw ze światowego sektora energetyki i usług publicznych wdrażało rozwiązania z zakresu internetu rzeczy.[2] Na same systemy IIoT w ciągu 5 lat na świecie wydanych zostanie prawie 950 mld dolarów.[3] Na inteligentnych urządzeniach w coraz większym stopniu bazuje infrastruktura operacyjna (OT), która kontroluje pracę maszyn. Inteligentne czujniki i programy zarządzają budynkami i sprzętem, systemami przeciwpożarowymi, klimatyzacją, oświetleniem czy windami.

Realne wirtualne zagrożenia

W 75% zakładów i firm inteligentne czujniki używane są do monitorowania fizycznego bezpieczeństwa budynku czy sprzętu.[4] Jednak nierzadko pomija się kwestie związane z ich wirtualną ochroną. Czujniki temperatury, ruchu i wilgotności czy systemy sterowania budynkami oraz maszynami często nie są uwzględniane przez rozwiązania chroniące przed cyberatakami, a są na nie równie podatne jak np. komputery. Mają też zwykle o wiele słabsze zabezpieczenia niż tradycyjny sprzęt IT i stanowią słabe ogniwo całego systemu.

Rygorystyczne standardy bezpieczeństwa są powszechne dla sprzętu komputerowego i oprogramowania IT: szyfrowana komunikacja, antywirusy czy regularne aktualizacje. Wraz z postępującą cyfryzacją oraz wykorzystaniem urządzeń z zakresu internetu rzeczy w zakładach i budynkach konieczne jest zapewnienie podobnych dobrych praktyk i standardów także w przemyśle – mówi Jacek Zarzycki, Product Manager w firmie Eaton.

Przez klimatyzację do sieci

Inteligentny system oświetlenia sam z siebie nie przesyła informacji, które mogą zostać przejęte przez przestępców i zaszyfrowane dla okupu. Jednak jest połączony z wewnętrzną siecią przedsiębiorstwa, a przez to otwiera „furtkę” do całego środowiska IT i cenniejszych danych. Ale także samo zakłócanie pracy maszyn i systemów przemysłowych może spowodować przestoje oraz straty finansowe i wizerunkowe.

W 2014 roku cyberprzestępcy uzyskali dostęp do danych 110 mln Amerykanów poprzez system ogrzewania, wentylacji i klimatyzacji dużej sieci sklepów. Rok później cyberatak na elektrownie skutecznie pozbawił zasilania 230 tysięcy odbiorców na Ukrainie. Przez system zdalnego dostępu przestępcy dostali się m.in. do fizycznej infrastruktury obiektu, takiej jak wyłączniki i zasilacze UPS. Posłużyły one do sabotowania pracy zakładu.

Kwestie cyberbezpieczeństwa powinny być uwzględniane już na etapie projektowania i testowania urządzeń oraz infrastruktury. Aby minimalizować ryzyko, że rozwiązania techniczne narażą przedsiębiorców na atak, potrzebne są międzynarodowe, ujednolicone certyfikaty bezpieczeństwa – wskazuje Jacek Zarzycki.

[1] Według raportu Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa Sieci i Informacji, Main incidents in the EU and worldwide. ENISA Threat Landscape from January 2019 to April 2020.

[2] Vodafone IoT Barometer 2019.

[3] Według raportu Grand View Research: https://www.grandviewresearch.com/press-release/global-industrial-internet-of-things-iiot-market

[4] Raport Grupy Roboczej do spraw Internetu Rzeczy przy Ministerstwie Cyfryzacji, IoT w Polskiej Gospodarce, 2019.