Przedsiębiorcy nie przetrwają drugiego lockdownu

Na piątkowej konferencji prasowej przedstawiciele prezydium Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie oraz Prezes Zachodniopomorskiego Związku Pracodawców i Przedsiębiorców zaapelowali do Rządu RP o szybkie wsparcie dla branż, które zagrożone są niechybnym bankructwem w obliczu wprowadzenia kolejnych restrykcji gospodarczych. W województwie zachodniopomorskich sytuacja jest bardzo poważna, o czym świadczy szereg zgłoszeń od takich branż jak: hotelarstwo, gastronomia, turystyka czy transport.  – Otrzymujemy od przedsiębiorców bardzo jasny sygnał: przedsiębiorcy nie przetrwają drugiego lockdownu – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. W poniedziałek odbędzie się posiedzenie Zachodniopomorskiego Zespołu Parlamentarnego, które poświęcone będzie sytuacji gospodarczej regionu.

– To, co obecnie się dzieje jest już drugim lockdownem. To spowolnienie, hamowanie, wygaszanie, faktyczny lockdown, który doprowadzi wielu przedsiębiorców do upadku. Apelujemy do parlamentarzystów ziemi zachodniopomorskiej i prosimy o wstawiennictwo za naszymi przedsiębiorcami. Oni przez lata budowali swoje biznesy, płacą podatki, zatrudniają pracowników, czynią region silniejszym. Stoimy przed niebezpieczeństwem, że nasi przedsiębiorcy będą upadać. Słyszymy z różnych stron, że nie będzie wsparcia rządowego. Tak być nie może i nie ma na to naszej zgody! Prosimy o przywrócenie tarcz antykryzysowych, o wsparcie dla turystyki, gastronomii i hotelarstwa oraz zwolnień ze składek ZUS – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej Hanna Mojsiuk.

– Wprowadzenie czerwonej strefy to jest faktyczny drugi lockdown i przedsiębiorcy mówią miedzy sobą, że to już jest czas „ratuj się kto może”. Branża kreatywna, kultura, sport, turystyka, hotelarstwo, gastronomia. Dzisiaj przedsiębiorcy spłacają ZUS, który był odroczony z czasów pierwszego lockdownu, a za chwilę dojdzie nam kolejny podatek. My dzisiaj w większości nie świadczymy usług, a nie chcemy zwalniać pracowników, jesteśmy przytłoczeni. Najbliższe dwa-trzy miesiące będą prawdziwym testem dla gospodarki. Przygotowaliśmy szereg wniosków, których oczekujemy jako przedsiębiorcy. Chcemy zatrudniać ludzi, płacić im pensje, ale potrzebujemy pomocy – mówi Mirosław Sobczyk, Wiceprezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.  – Jeżeli nie będziemy solidarni, to będzie bardzo ciężko – dodaje Sobczyk.

– Prosimy o zrozumienie, bo my rozumiemy sytuacje w kraju i chcemy pomóc. Apelujemy o konsultacje społeczne, które pozwolą nam wyartykułować jak my jako przedsiębiorcy możemy funkcjonować w nowym reżimie. Jesteśmy w tragicznej sytuacji i może się okazać, że za chwilę połowa przedsiębiorców po prostu zbankrutuje. Prosimy o odroczenie lub zawieszenie płatności ZUS, prosimy o obniżenie stawek VAT, prosimy także o uproszczenie i przyspieszenie dostępności pożyczek obrotowych i płynnościowych. Drodzy Państwo, to przerażające, ale w marcu zgłaszali się do nas przedsiębiorcy z prośbą o wsparcie. Przedsiębiorcy otrzymywali zgodę, ale pieniądze wypłacane były po 3-6 miesiącach. Wtedy już nie były one im potrzebne, bo albo radzili sobie sami albo ogłaszali upadłość – mówi Magdalena Gajdamowicz, Sekretarz Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

SimFabric podpisał czwartą umowę na usługi e-learningowe dla szkół o wartości 0,5 mln zł

Oferta SimFabric zwyciężyła w 4 przetargach na stworzenie i rozwijanie materiałów e-learningowych ogłoszonych w ramach Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój 2014-2020, realizowanego przez Europejski Fundusz Rozwoju. Działania z obszaru B+R to jeden z filarów działalności SimFabric. Podpisane w wyniku wygranych przetargów umowy pozwoliły zwiększyć portfel zamówień B+R spółki o 1.36 mln zł.

Przedmiotem czwartej, podpisanej 21 października, umowy jest kierowanie platformą e-podręczników z języka polskiego. Pozostałe umowy dotyczą: usług programistycznych na potrzeby opracowania e-materiałów z języka polskiego oraz opracowanie animacji i materiałów graficznych (w tym grafik 3D) na potrzeby stworzenia wysokiej jakości materiałów e-dydaktycznych z matematyki i informatyki. Wszystkie materiały mają zostać dostosowane do potrzeb uczniów z niepełnosprawnościami wzrokowymi i słuchowymi. Ich odbiorcami będą uczniowie szkół średnich: liceów ogólnokształcących oraz techników.

B+R to jeden z filarów strategii SimFabric. Jak wyjaśnia Julia Leszczyńska, prezes Zarządu spółki.: Naszym celem jest rozwój działalności B+R w obszarze usług IT i produkcji gier. W lipcu 2019 roku otworzyliśmy w Łodzi oddział SimFabric dedykowany działaniom badawczo-rozwojowym, w 2023 roku planujemy otworzyć Centrum Badawczo-Rozwojowe Space Engine Lab w Katowicach, poza tym angażujemy się w drobniejsze projekty e-learningowe. Cieszymy się z wygranych przetargów i możliwości przygotowania materiałów dydaktycznych dla szkół – wpisuje się to w naszą strategię zrównoważonego rozwoju. Jest to ciekawe wyzwanie, które jako rozwijającą się w kierunku B+R firma, chętnie podejmiemy.

Zamówienia realizowane będą w ramach II Osi Priorytetowej Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój 2014-2020, EFEKTYWNE POLITYKI PUBLICZNE DLA RYNKU PRACY, GOSPODARKI I EDUKACJI, Działania 2.10 WYSOKA JAKOŚĆ SYSTEMU OŚWIATY, typ operacji Tworzenie e-podręczników i rozwijanie e-materiałów dydaktycznych towarzyszących istniejącym e-podręcznikom.

E-commerce to must have, czyli jak lockdown zredefiniował potrzeby zakupowe Polaków

Pandemia koronawirusa znacząco wpłynęła na tendencje zakupowe Polaków. Zauważalnie zwyżkują zakupy online, stanowiąc bezpieczną alternatywę dla tradycyjnych sklepów, wymagających kontaktu społecznego. Na co stawiają Polacy przy wyborze usług i produktów? Czy lokalność w dalszym ciągu jest istotnym czynnikiem dla wielu z nas? Odpowiedzi na te i inne pytania znaleźć można w najnowszej, trzeciej już fali badania „Polacy w Pandemii”, przeprowadzonego przez dział analityczny dentsu Polska.

Coraz lepsza kondycja naszych portfeli

Sytuacja finansowa i zawodowa w oczywisty sposób wpływają na nastrój i poczucie stabilizacji Polaków. Wrześniowy pomiar dentsu uwidocznił poprawę wskaźników i stopniowy, powolny powrót do sytuacji sprzed pandemii. 27% ogółu badanych zadeklarowało obniżkę wydatków w ostatnim czasie, jednak sytuacja w tym przypadku nie jest szczególnie pesymistyczna. Nadal istnieje natomiast spora grupa osób (30% ogółu badanych osób z obniżonymi wydatkami), która pozostaje w niepewności i nie wie, czego może się spodziewać w najbliższym czasie.
E-commerce to must have, czyli jak lockdown zredefiniował potrzeby zakupowe Polaków

Zakupy online coraz mniej straszne

Okres uspokojenia i ograniczenie kontaktów społecznych wpłynęły na to, że przyzwyczailiśmy się do dystansu społecznego, jednak stabilizacja, nawet pozorna, powoduje także zmianę naszych postaw i zachowań. W miarę możliwości unikamy dużych skupisk ludzi, w obawie przed zakażeniem (w dalszym ciągu się go obawiamy – 42% ogółu badanych, choć to mniej niż na samym początku pandemii – 79%). Jednak w kwestii codziennych zakupów to właśnie przebywanie wśród większej liczby osób stanowi barierę dla 45% ogółu badanych.

Pandemia wywarła większy wpływ na kobiety niż na mężczyzn. Więcej kobiet dostrzega pogorszenie stanu domowego budżetu na skutek pandemii –49% kobiet vs 37% mężczyzn. Kobiety, w polskim społeczeństwie bardziej zaangażowane w opiekę nad dziećmi i codzienne decyzje zakupowe, są także poddane większej presji rzeczywistości i trudniej im oddzielić życie zawodowe od pracy. Pomimo wciąż wysokiej niepewności co do dochodów i możliwości utraty pracy (40% w marcu vs 31% we wrześniu) oraz w większości negatywnej oceny wpływu pandemii na stan budżetu domowego, widoczne we wrześniu zaostrzenie wrażliwości cenowej wydaje się łagodzić, na co może mieć wpływ zmęczenie nową rzeczywistością i realna potrzeba znalezienia od niej odskoczni. Aż¾ badanych deklaruje że wydaje tyle samo lub więcej co przed pandemią, zaś 25% więcej, co wraz z prognozami na przyszłość (16% badanych spodziewa się poprawy warunków życiowych) pokazuje, że zmęczeni rzeczywistością, możemy podejmować mniej racjonalne decyzje zakupowe, nastawione na chwilową poprawę nastroju. Większe skupienie na sobie widzimy też w sposobie realizacji misji zakupowych –tylko 21% badanych wspierało lokalny biznes we wrześniu, podczas gdy w marcu deklarowało to 56%. – komentuje Marcin Stalij, Strategy Director, Isobar / dentsu Polska.

Podczas pandemii postawiliśmy na online i to za pośrednictwem tego „świata” zaczęliśmy dokonywać zakupów. Jakiego rodzaju działań oczekują Polacy od marek i produktów, z którymi mają styczność na co dzień? Nie chcemy już rozmawiać o ograniczeniach związanych z koronawirusem, elementy bezpośrednio związane z epidemią, takie jak sterylność i higiena podczas procesu zakupowego czy dostępność produktów, straciły na znaczeniu. Chcemy iść dalej, interesują nas nowe produkty, jednak nadal zwracamy uwagę na ich ceny. Najbardziej interesuje nas szybka (dla 46% ogółu badanych) i bezpłatna dostawa (50% ogółu badanych).

Z biegiem czasu przyzwyczailiśmy się do wygody, jaką dają transakcje online. Na tyle spodobał nam się ten rodzaj zakupów, że nie dostrzegamy w nim już żadnych barier (41% ogółu badanych we wrześniu przyznało, że nie widzi żadnych uniedogodnień, przy czym w maju deklarowało tak mniej, bo 33% ankietowanych).

Produkty już nie tylko polskie i lokalne

W porównaniu do wysokich majowych wskaźników, we wrześniu spadło zainteresowanie zakupami polskich i lokalnych produktów. 17% ogółu badanych zadeklarowało, że obecnie zwraca większą uwagę na jakość i pochodzenie produktów. Takie zainteresowanie jest szczególnie wyraźne wśród najmłodszej grupy badanych, Gen Z (18-24 lata). W maju 56% ogółu badanych zadeklarowało zakup produktów od lokalnych dostawców, we wrześniu 21% ogółu badanych. Podobna tendencja nastąpiła w przypadku chęci zakupu polskich produktów (maj – 52%, wrzesień – 18%).

Wyzwanie dla biznesu

W ostatnich miesiącach liczy się pewność i korzystny zakup. Bardziej zwracamy uwagę na to co kupujemy pamiętając, już coraz mniej o ograniczeniach jakie spowodowała epidemia. Epidemia jest i panuje wokół nas, ale my chcemy iść dalej i oczekujemy konkretnych rozwiązań marketingowych.

Jednym z zauważalnych skutków pandemii jest wzrost wolumenów sprzedaży online, w kategoriach takich jak m.in.: e-grocery, zdrowie czy uroda – kanał online zaczął tu odgrywać dużo bardziej znaczącą rolę niż dotychczas. Nagły wzrost sprzedaży w tym kanale jest zarówno wyzwaniem, jak i szansą. Wyzwaniem -bo wszelkie tak gwałtowne zmiany, których charakter ma znamiona trwałej modyfikacji nawyków zakupowych konsumentów –stawia biznes przed koniecznością szybkiej reakcji, reorganizacji zasobów wewnętrznych, poszukiwania wsparcia z zewnątrz. Jest jednocześnie też szansą–gdyż pomimo trwałego trendu i przewidywań specjalistów, nadal olbrzymia część firm, motywowana perspektywą krótkoterminową, nie inwestowała w sprzedaż online, zarówno tę zapośredniczoną-Retail Commerce, jak i tym bardziej w rozwój sprzedaży bezpośredniej –D2C. Oczywiście nie ma uniwersalnych scenariuszy dla wszystkich. W zależności od branży i indywidualnej sytuacji każdej z firm, charakter i skala działań będzie różna. Jednak to, co każdy z biznesów powinien teraz zrobić to spróbować odpowiedzieć sobie na kilka poniższych pytań: Jakie misje zakupowe wypełniają konsumenci w dzisiejszych czasach? Czy wiemy, jaką rolę powinny pełnić nasze kategorie w e-commerce? Czy są one obecnie takie same jak przed pandemią? Jaki mamy wpływ na doświadczenie naszych produktów przez konsumenta? Skąd konsument czerpie wiedzę na ich temat? Odpowiedzi będą podstawą dla stworzenia agendy działania –pozwolą na zaplanowanie następnych kroków, które przybliżą do sprostania wyzwaniom, które stawia przed nami świat VUCA. – podkreśla Paweł Petkowicz, Content & E-Commerce Director, Isobar / dentsu Polska

E-commerce pozostanie z nami na dłużej, bo oznacza wygodę, szybkość i bezpieczeństwo działania. Jeżeli kupujemy w pewnym źródle i zakup okazał się sukcesem, to konsument na pewno będzie korzystać z tej przetartej ścieżki. Warto więc otwierać działalność online, a w przypadku, gdy już istnieje – nie ma lepszego momentu, by zainwestować w jej rozwój.

Pandemia przyspieszyła zmianę zachowań konsumentów, sektor handlowy przechodzi trudny egzamin

Pandemia COVID-19 przyspieszyła tempo zmian behawioralnych w stylu życia ludzi na całym świecie, w sposobie w jaki: pracują, jedzą, komunikują się, bawią, uczą, spędzają czas wolny czy robią zakupy. Nowa rzeczywistość wpłynęła w dużym stopniu na handel i zwyczaje zakupowe konsumentów. Polacy coraz chętniej robią zakupy w małych parkach handlowych i lokalnych centrach typu convenience, bliżej domu, gdzie czas zakupów można ograniczyć do minimum. Duże centra handlowe z rozbudowaną strefą gastronomiczną i rozrywkową są obecnie rzadziej odwiedzane przez klientów. Szeroko pojęta branża rozrywkowa w obiektach handlowych działająca w surowym reżimie sanitarnym, cieszy się zdecydowaniem mniejszym zainteresowaniem odwiedzających i czeka ją wyboista droga powrotu do normalności.

Rekordowo niska podaż nowej powierzchni

W trzecim kwartale 2020 roku podaż nowej powierzchni wyniosła zaledwie 21 500 m. kw. Klientom udostępniono jedynie 2 nowe obiekty: ATUT Express Wieliczka oraz market budowlany Castorama w Nowym Sączu. W tym samym czasie klientom udostępniono również rozbudowaną część parku handlowego w Nowych Babicach.

Do końca roku można spodziewać się dodatkowych 196 000 m.kw., o ile tempo i ciągłość prac deweloperów zostaną zachowane, a druga fala epidemii nie spowoduje znaczących opóźnień. Na koniec września na etapie budowy było ok. 465 000 m. kw. powierzchni najmu. Dominującym formatem budowanej obecnie powierzchni handlowej w Polsce pozostają centra handlowe (53%), natomiast udział parków handlowych, mimo znacznego zainteresowania inwestorów, wynosi obecnie 37%. Wśród centrów handlowych w budowie przeważają obiekty małe i średniej wielkości, a tylko cztery z nich mają mieć powierzchnię przekraczającą 20 tys. m kw. W formacie parków handlowych w budowie także dominują projekty małe, o powierzchni najmu 5-10 tys. m kw., ulokowane w miastach o liczbie mieszkańców poniżej 100 tys. Autorzy raportu zwracają uwagę, że nadal należy podkreślić rosnącą rolę małych obiektów handlowych o charakterze tzw. „convenience”, ulokowanych w mniejszych miastach. Jest to trend, który będzie się utrzymywał w kolejnych kwartałach.

Kryzys spowodowany pandemią COVID-19 przyspieszył proces zmian zapoczątkowanych na rynku handlowym w Polsce już od kilkunastu kwartałów. W trzecim kwartale 2020 r. sieć Auchan zdecydowała się na zamknięcie części swoich nierentownych sklepów, a hipermarkety Tesco są sukcesywnie zastępowane przez innych operatorów branżowych, jak np. Kaufland, bądź zmieniają format handlowy. Na rynku coraz częściej będziemy obserwować również modernizacje i przebudowy starszych obiektów handlowych, tak by mogły lepiej dostosować swoja ofertę do zmieniających się potrzeb klientów.

Rok 2020 jest czasem bardzo wymagającego testu dla całej branży handlowej. Wybuch Covid-19 i wszystkie jego konsekwencje spowodowały zdecydowane przyspieszenie trendów, które obserwowaliśmy od dłuższego czasu. Klienci zmienili swoje przyzwyczajenia zakupowe, chętniej korzystają z lokalizacji blisko domu, z mniejszą częstotliwością odwiedzają obiekty handlowe i starają się spędzać tam mniej czasu. Zakupy przez internet zyskały na popularności, nawet w grupie starszych konsumentów, a także w branżach, w których wcześniej dominował handel stacjonarny, czego najlepszym przykładem jest branża spożywcza. Operatorzy handlowi, którzy szybko rozpoznali wagę kanału internetowego w strategii sprzedaży i szybko zareagowali na wyzwania technologiczne, są obecnie bardziej odporni na ograniczenia w działalności handlu stacjonarnego, które są wynikiem rozwoju kolejnej fazy epidemii. – Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, Europa Środkowo-Wschodnia BNP Paribas Real Estate Poland.

Długo wyczekiwany debiut

W trzecim kwartale nastąpił długo oczekiwany debiut sieci Primark w Polsce. Po ponad roku od informacji o oficjalnym wejściu sieci do Polski, gigant otworzył swój pierwszy sklep w Galerii Młociny w Warszawie. Równocześnie sieć zapowiedziała plan otwarcia kolejnego sklepu w przyszłym roku w Poznaniu, jednakże dalsza ekspansja uzależniona jest od sytuacji epidemiologicznej oraz od tego, jak Polacy przyjmą nową markę. W lipcu z kolei, po ponad dwóch latach od pierwszych zapowiedzi, ruszył w Częstochowie pierwszy „hard dyskontowy” sklep rosyjskiej sieci dyskontów Mere. Jest to koncept sklepowy, w którym liczy się wyłącznie niska cena, a towary sprzedawane są bezpośrednio z palet i kartonów, jak za czasów pierwszych dyskontów w Polsce.

Handel w nowej normalności. Szybkie zakupy w sąsiedztwie ulubioną formą handlu

Obraz handlu w Polsce na przestrzeni ostatnich 20 lat diametralnie się zmienił. Szybsze tempo życia, zapotrzebowanie na wysokiej jakości produkty, wyższa świadomość, a także rosnące znaczenie technologii, cyfryzacji i sprzedaży internetowej powodują, że starsze formaty handlowe (centra handlowe I generacji, z dominującym hipermarketem) powoli zaczynają się wyczerpywać. Małe parki handlowe i centra convenience (o powierzchni <= 15 000 m kw.) są największym beneficjentem zmian strukturalnych i behawioralnych ostatnich lat. Udział takich obiektów w sektorze nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce wynosi obecnie około 15%, i wartość ta z roku na rok systematycznie wzrasta, a popularność wśród klientów rośnie. Według danych monitorowanych przez Polską Radę Centrów Handlowych, w ostatnim tygodniu września klienci chętniej wracali do zakupów w małych parkach handlowych i centrach convenience niż w dużych obiektach handlowo – rozrywkowych. Obiekty małe i średnie szybciej wracają do poziomów odwiedzalności z 2019 r., a średnia liczba klientów osiągnęła ponad 80% wartości ubiegłorocznych. Pod względem położenia geograficznego, najtrudniejsza sytuacja jest nadal w regionie wschodnim, gdzie wyniki odwiedzalności są o kilka punktów procentowych poniżej średniej, co w dużej mierze jest wynikiem ograniczonej liczby klientów zza naszej wschodniej granicy, którzy wcześniej chętnie przyjeżdżali do Polski na zakupy.

W czasie pandemii ubyło młodych dłużników

Z powodu pandemii wiele osób wchodzących w dorosłość znów znalazło się na garnuszku rodziców, a marzenia o wyrwaniu się w świat musiało odłożyć na później. Choć ucierpiała nauka i życie towarzyskie, badania i dane pokazują, że zyskały relacje rodzinne, a także portfele. Z baz BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że 18-24-latkowie to jedyna grupa wiekowa, która w czasach koronawirusa zmniejszyła zaległości z tytułu nieopłaconych rachunków, kredytów i pożyczek. Ale i tak ma ich 1,19 mld zł.

Lockdown przemeblował życie wielu osób, ale najbardziej dotknął chyba jednak początkujących dorosłych. Z dnia na dzień doświadczyli ograniczenia życia towarzyskiego, nierzadko utraty pracy, przejścia na naukę w trybie zdalnym, a zamiast usamodzielniania się, powrotu do rodzinnego domu. To mocno zmniejszyło wydatki, na mieszkanie, transport i jedzenie, do tego doszły skromne wakacje i są efekty. 18-24-latkowie to jedyna grupa wiekowa, w której od marca do sierpnia zmniejszyła się liczba niesolidnych dłużników i suma zaległości. Gdy przez pięć miesięcy, obejmujących wiosnę i wakacje, liczba wszystkich niesolidnych dłużników wzrosła o 10,8 tys. (0,4 proc. do 2 844 373), w najmłodszej grupie wiekowej ubyło ponad 7 tys. osób (5 proc.). Spadła również kwota ich zaległości, wprawdzie jedynie o 9 mln zł do 1,19 mld zł, ale biorąc pod uwagę, że przeterminowane zobowiązania ogółu wzrosły o 3,4 mld zł (o 3,9 proc. do 83,2 mld zł) można to uznać za sukces. Rok wcześniej w ciągu II i III kw., przeterminowane zobowiązania młodych podwyższyły się o 14 mln zł, a wszystkich Polaków o 2,68 mld zł.

– Zmniejszenie zaległości w warunkach spowolnienia gospodarczego to bez wątpienia dobra informacja. Szczególnie, że ze względu na lockdown i ograniczenie działalności wielu gałęzi gospodarki, część młodych osób straciła źródło utrzymania lub część zarobków. Jak jednak widać dla kwoty zaległości decydujące okazało się ograniczenie wydatków, bo towarzysząca pandemii atmosfera nie sprzyja życiu ponad stan – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Choć młodzi nie są tak skorzy do drastycznego cięcia kosztów jak reszta, to jednak ponad połowa deklaruje, że wydaje teraz wyłącznie na niezbędne rzeczy (54 proc. vs 63 proc. ogółu). Niemal połowa osób (45 proc.) między 18 a 24 rokiem życia nie zaplanowała w tym roku urlopu i zaoszczędziła też na wyjazdach zagranicznych. Zdecydowanie więcej osób młodych niż wszystkich ankietowanych mówi, że korzysta z promocji (44 proc. vs 36 proc.) i zakupów rzeczy używanych – 30 proc. vs 22 proc. ogółu.

– Jednak z drugiej strony, statystyki są nieubłagane – co dwudziesta osoba dopiero wchodząca w dorosłość ma długi, których nie daje rady spłacić. Konsekwencje nadszarpnięcia wiarygodności finansowej na tym etapie życie mogą być dotkliwe i w najmniej odpowiednim momencie zablokować dostęp do finansowania nieruchomości lub biznesu – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak.

Obecnie przeciętne przeterminowane zobowiązania 144 tysięcy 18-24-latków to 8 255 zł, o 340 zł więcej niż na koniec marca. Z kolei średnia zaległość wszystkich niesolidnych dłużników wzrosła o 1 088 zł do 29 236 zł, są to m.in. zaległe raty kredytów, pożyczek, niespłacone rachunki za telefon i internet, nieopłacone kary za jazdę bez ważnego biletu, zaległe czynsze, sądowe kary grzywny, a nawet alimenty.

Powrót do domu pozwolił młodym nie tylko zaoszczędzić, ale jak wynika z badań zrealizowanych dla BIG InfoMonitor, także poprawić relacje rodzinne. Aż 51 proc. młodych zwróciło uwagę, że dzięki ograniczeniom wynikającym z pandemii udało im się poprawić stosunki z najbliższymi. Takiego wyniku nie udało się uzyskać żadnej innej grupie badanych. Młodzi także stosunkowo najlepiej ocenili pracę z domu – czterech na dziesięciu uznało ją za pozytywny efekt pandemicznych warunków. Trudno natomiast pozytywnie mówić o możliwości znalezienia nowej pracy, na co narzekało 51 proc. pytanych. W nowych okolicznościach zdecydowanie gorzej wygląda też nauka zdalna i codzienne wydatki – po 45 proc. negatywnych wskazań. Choć akurat jeśli chodzi o bieżące wydatki, to inne grupy wiekowe skarżyły się znacznie częściej niż 18-24-latkowie.

W czasie pandemii ubyło młodych dłużników 2
Źródło: badanie research&grow dla BIG InfoMonitor

W czasie pandemii ubyło młodych dłużników

Poprawa sytuacji młodych nie dzieje się jednak w próżni i dlatego możliwą konsekwencją ich powrotu do domów rodzinnych może być pogorszenie się kondycji budżetów rodziców. Z pewnością nie jest to jedyny powód, ale w pięć analizowanych miesięcy zaległości z tytułu nieopłaconych w terminie rachunków i rat kredytowych najbardziej zwiększyły się wśród 45-54-latków. W sumie wzrosły o 1,12 mld zł do 22,68 mld zł. Znacząco, bo o niemal 0,8 mld zł (ponad 8 proc.) podwyższyły się też przeterminowane zobowiązania osób po 64. roku życia.

– Zadłużenie młodych ludzi to złożony problem. Po pierwsze, zwykle nie mają jeszcze znaczących oszczędności i większe wydatki finansują pożyczonymi pieniędzmi. Jednocześnie często brakuje im odpowiedniej edukacji finansowej, a to sprzyja popełnianiu błędów. Musimy im wyraźnie i jak najczęściej tłumaczyć, że w przypadku zarządzania pieniędzmi należy unikać impulsywnego działania, a każdą decyzję dotyczącą zaciągnięcia zobowiązania długo i gruntownie przemyśleć – radzi Sławomir Grzelczak.

Badanie research&grow przeprowadzone techniką CAWI na ogólnopolskiej próbie reprezentatywnej Polaków N=1000, zrealizowane w dniach 10-13 lipca 2020.

Odmowna decyzja kredytowa – jak się zabezpieczyć?

Odmowna decyzja kredytowa w kilku bankach oznacza spory kłopot. Warto jednak wiedzieć, że taka sytuacja nie musi skutkować utratą zadatku.

Już od dłuższego czasu docierają do nas informacje o zaostrzeniu polityki kredytowej krajowych banków. Zmiana stanowiska kredytodawców dotyczącego finansowania mieszkań była szczególnie widoczna w drugim kwartale bieżącego roku. Kolejny kwartał (zwłaszcza pod koniec) przyniósł informacje mówiące o tym, że banki stopniowo łagodzą kryteria przyznawania kredytów mieszkaniowych. Warto jednak zdawać sobie sprawę, że jesienny wzrost liczby zachorowań na koronawirusa ponownie może zmienić sytuację. Wszystko będzie zależało od tego, jak ponowne nasilenie epidemii wpłynie na kondycję krajowej gospodarki. Niektóre osoby nie chcą jednak czekać z zakupem lokalu lub domu aż do czasu zakończenia aktualnego kryzysu. Tacy potencjalni kredytobiorcy powinni w odpowiedni sposób zabezpieczyć się przed problemem, który spowoduje negatywna decyzja kredytowa banku. Wyjaśniamy, jak można skutecznie to zrobić.

Domyślnie zadatek pozostanie u sprzedającego lokum

Opisywane przez nas zabezpieczenie przed fiaskiem transakcji dotyczy przede wszystkim zadatku. Jest on często mylony z zaliczką i właśnie dlatego część osób kupujących mieszkanie może oczekiwać, że w razie negatywnej decyzji kredytowej z kilku banków jednak łatwo otrzymają od niedoszłego sprzedawcy zwrot wpłaconych pieniędzy. W rzeczywistości sprawa wygląda jednak zupełnie inaczej. W tym kontekście warto powołać się na przepisy kodeksu cywilnego (KC). Konkretniej rzecz ujmując, chodzi o artykuł 394 paragraf 1 KC. Mówi on, że: „W braku odmiennego zastrzeżenia umownego albo zwyczaju, zadatek dany przy zawarciu umowy ma to znaczenie, że w razie niewykonania umowy przez jedną ze stron druga strona może bez wyznaczenia terminu dodatkowego od umowy odstąpić i otrzymany zadatek zachować, a jeżeli sama go dała, może żądać sumy dwukrotnie wyższej”.

Takie brzmienie przepisu sugeruje, że odmowna decyzja kredytowa banku nie będzie automatycznie skutkowała obowiązkiem zwrócenia zadatku. Jeżeli strony chcą wprowadzić inną zasadę, to konieczne będzie odpowiednie zredagowanie umowy przedwstępnej lub umowy deweloperskiej. „Wspomniana umowa powinna również precyzować, czy pieniądze wpłacane na poczet ceny mieszkania stanowią zadatek i nie są zaliczką” – zaznacza Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Spór sądowy jest problematyczny oraz długotrwały …

Konieczność umownego uregulowania kwestii dotyczącej zwrotu zadatku może wydawać się zbytnią ostrożnością w nawiązaniu do artykułu 394 paragraf 3 kodeksu cywilnego. Wspomniany przepis mówi bowiem, że: „W razie rozwiązania umowy, zadatek powinien być zwrócony, a obowiązek zapłaty sumy dwukrotnie wyższej odpada. To samo dotyczy wypadku, gdy niewykonanie umowy nastąpiło wskutek okoliczności, za które żadna ze stron nie ponosi odpowiedzialności albo za które ponoszą odpowiedzialność obie strony”. Brzmienie cytowanego paragrafu sugeruje, że negatywna decyzja kredytowa powinna stanowić podstawę do zwrócenia zadatku, o ile oczywiście nie jest ona spowodowana zaniedbaniami ze strony niedoszłego nabywcy nieruchomości. „Problem polega jednak na tym, że osoba oferująca dom lub lokal na sprzedaż może kwestionować konieczność zwrócenia zadatku na podstawie przepisów kodeksu cywilnego” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Orzecznictwo sądowe sugeruje, że spory związane z opisywanym tematem wcześniej zdarzały się już dość często. Niektóre wyroki sądów potwierdzają, że odmowna decyzja kredytowa faktycznie stanowi podstawę do zwrócenia zadatku wedle przepisów kodeksu cywilnego. Ważnym przykładem wydaje się Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 7 kwietnia 2004 r. (sygn. akt IV CK 212/03). „Warto jednak zdawać sobie sprawę, że w razie ewentualnego sporu ze sprzedawcą postępowanie sądowe bywa przewlekłe oraz kosztowne” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Umowa powinna chronić także interesy sprzedającego

W praktyce problematyczne może okazać się przekonanie sprzedawcy nieruchomości do zawarcia w umowie klauzuli przewidującej zwrot zadatku w związku z problemem, jaki stanowi odmowna decyzja kredytowa. Trudno się temu dziwić, bo fiasko transakcji jest niekorzystne również dla osoby sprzedającej używany lokal. Oznacza ono bowiem wydłużenie czasu sprzedaży, zmianę wcześniejszych planów (związanych np. z wyjazdem), a nawet konieczność poniesienia dodatkowych kosztów. Wyższe koszty wynikające z niedojścia transakcji do skutku ponosi również deweloper. „Właśnie dlatego potencjalni nabywcy domów i lokali nie powinni mieć pretensji do właścicieli tych nieruchomości, którzy też próbują chronić swoje interesy” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Sposobem na złagodzenie konfliktu interesów może być wprowadzanie do umowy rozwiązań, które mają charakter kompromisowy. Przykładem jest obniżenie ostatecznego poziomu zadatku w zamian za brak konieczności jego zwrócenia. Inny wariant przewiduje obowiązek udowodnienia, że negatywna decyzja kredytowa została wydana przez więcej niż jeden bank i wiązała się np. z brakiem zdolności kredytowej, a nie zaniedbaniami wnioskodawcy. „Takie rozwiązanie zabezpiecza sprzedawcę nieruchomości przed klientami, którzy po prostu rozmyślili się już po podpisaniu umowy przedwstępnej lub umowy deweloperskiej” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Prowadzenie salonu kosmetycznego – jak zacząć?

Mimo że salonów kosmetycznych jest na rynku wiele, zapotrzebowanie na tego rodzaju usługi ciągle rośnie. Rzecz jasna, zawód kosmetyczki nie jest dla każdego, jeśli jednak czujesz, że odnajdziesz się w tej roli, wystarczy zbadać rynek i przystąpić do działania, tworząc biznesplan oraz ofertę. Istnieje kilka ważnych punktów na drodze do prowadzenia własnego biznesu kosmetycznego, których nie sposób pominąć. Jakie działania są szczególnie istotne, jeśli spojrzeć na czynności przygotowawcze pod kątem przyszłego biznesu?

1. Badanie rynku, biznesplan i formalności

2. Wybór miejsca, oszacowanie kosztów i organizacja pracy

3. Baza klientów

Prowadzenie salonu kosmetycznego to, zgodnie z klasyfikacją, prowadzenie działalności usługowej. Kosmetyczka klientów przyjmować może w punkcie lub – z czego chętnie korzystają salony kosmetyczne w dobie coronavirusa – z dojazdem do klienta. W przypadku działań mobilnych jest nieco trudniej, ponieważ to w gabinecie znajduje się niezbędny do zabiegów sprzęt, który trudno jest przewozić.

Badanie rynku, biznesplan i formalności

Zawód kosmetyczki nie jest zawodem regulowanym, na samym początku kluczowy jest zatem wpis działalności do Ewidencji Działalności Gospodarczej, uzyskanie numerów NIP i REGON oraz założenie konta bankowego. Potrzebować będziesz też pozwolenia Inspektoratu Sanitarnego, który przekaże informacje na temat konkretnych wymogów.

Jeszcze przed startem przeprowadzić trzeba weryfikację rynku, gdyż każde miasto, a nawet konkretna w tej miejscowości lokalizacja, rządzi się swoimi prawami. Godną polecenia praktyką jest przejrzenie ofert konkurencji, sprawdzając zarówno zakres usług, jak i średnie ceny. Będzie to istotna baza informacji, która przełoży się później na to, jaki klient w salonie kosmetycznym się pojawi. Naturalną konsekwencją rozeznania jest biznesplan, który uwzględniać powinien opis inwestycji, jej cele, plan marketingowy i finansowy, prognozy oraz plan awaryjny.

Wybór miejsca, oszacowanie kosztów i organizacja pracy

Oczywiste jest, że lokalizacja ma kluczowe znaczenie, chociaż nie oznacza to wcale, że centrum miasta stanowi najlepszy wybór. Lokale tam są droższe, a wcale nie oznacza to, że obsługa klienta w salonie kosmetycznym będzie lepsza. Niektórzy lubią odwiedzać kosmetyczkę blisko domu, co oznacza, że peryferia mogą być strategią doskonałą. Przewagę daje dobry dojazd komunikacją miejską oraz wygodny parking. Nierzadko wybór miejsca wymuszony jest kosztami, a te w przypadku salonu kosmetycznego są niemałe.

Poza sprzętem do zabiegów warto zainwestować także w narzędzia usprawniające codzienną pracę, jak na przykład terminarz, przechowujący daty wizyt i dane klienta w salonie kosmetycznym, w kalendarzu kosmetyczki od Versum. Za pomocą tego rodzaju udogodnień znacznie łatwiejsze będzie planowanie konkretnych działań.

Baza klientów

Kosmetyczkę, podobnie jak fryzjera, zawsze ma się „swoją” i ta relacja na linii pracownik – klient jest bardzo istotnym elementem działań. Warto zatem zbudować bazę klientów, w której znajdą się nie tylko dane klienta w salonie kosmetycznym, ale również informacje na temat jego preferencji, upodobań, typu skóry. Sprawdza się także karta klienta w salonie kosmetycznym, dzięki której najwierniejsi goście uzyskiwać będą mogli rabaty, próbki kosmetyków oraz możliwość skorzystania z promocji oraz okazji. Najwygodniejszym sposobem przechowywania takich informacji są aplikacje komputerowe i na urządzenia mobilne, które ułatwiają uporządkowanie wszystkich istotnych danych.

60 proc. studentów uważa naukę zdalną za mniej efektywną. Ich zaangażowanie może poprawić grywalizacja

0

W związku z rekordowym przyrostem zakażeń SARS-CoV-2 rząd rozważa wprowadzenie nauki zdalnej we wszystkich szkołach ponadpodstawowych, jak i młodszych klasach podstawówek. Już od początku października w tryb zdalnej nauki przeszła zdecydowana większość uczelni wyższych. Z badania zrealizowanego na zlecenie BIK wynika, że zdania studentów dotyczące tej formy kształcenia są podzielone, a ponad 60 proc. ocenia ją jako mniej motywującą i mniej efektywną od stacjonarnego modelu nauczania. Brak zajęć praktycznych i warsztatowych wymaga wprowadzenia do zdalnego nauczania nowych narzędzi, które to zrekompensują i zwiększą zaangażowanie. Przykładem jest grywalizacja, często wykorzystywana w korporacjach jako narzędzie motywacyjne jeszcze przed pandemią COVID-19.

– Przeniesienie w zasadzie całego systemu edukacji do sieci nastąpiło praktycznie z dnia na dzień. Placówki edukacyjne musiały przeorganizować całą swoją pracę i jednocześnie kontynuować realizację programu. Po kilku miesiącach musiały zakończyć rok szkolny czy akademicki, sklasyfikować uczniów, przeprowadzić sesje, egzaminy, potem rekrutacje i wszyscy – w tym nauczyciele, uczniowie, studenci i wykładowcy – znaleźli się w trudnej sytuacji. Na tego typu zmiany, na wprowadzenie nowych standardów i dobrej jakości po prostu trzeba czasu – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Bielińska, dyrektor ds. edukacji Biura Informacji Kredytowej. – Nauka zdalna ma dużą szansę być równie skuteczna jak tradycyjna – ale po tych kilku miesiącach trudno powiedzieć, że tak jest.

Wprowadzona w marcu powszechna nauka zdalna niemal z dnia na dzień objęła prawie 5 mln uczniów z ok. 24,5 tys. placówek oświatowych  wynika ze sprawozdania MEN „Zapewnienie funkcjonowania jednostek systemu oświaty w okresie epidemii Covid-19”. Część z nich dość szybko i sprawnie poradziła sobie z wdrożeniem nowego modelu kształcenia, w innych zarówno nauczyciele, jak i uczniowie borykali się z problemami wynikającymi m.in. z braku kompetencji cyfrowych, materiałów do e-learningu czy wystarczającej liczby komputerów i sprzętu.

Mimo trudności model nauczania na odległość ugruntowuje się wraz z rekordowymi przyrostami zakażeń SARS-CoV-2. Zgodnie z rozporządzeniem MEN od 19 października w szkołach ponadpodstawowych został przywrócony zdalny lub hybrydowy model nauczania (w zależności od lokalizacji placówki w strefie żółtej bądź czerwonej), a rząd rozważa wprowadzenie zdalnej nauki również w starszych klasach szkół podstawowych.

– Pandemia pokazała, że nauka zdalna na dużą skalę jest możliwa, a to jest milowy krok. Ale potrzeba przygotowania systemu i ludzi, zaznajomienia ich z narzędziami – tak, żeby czuli się w tym nowym środowisku swobodnie. Jeżeli będą znać narzędzia i będą potrafili z nich korzystać, łatwiej będzie też o zaangażowanie i wysoką jakość nauczania. Narzędzi do komunikacji jest bardzo wiele. Są to m.in. narzędzia do wideokonferencji, do prowadzenia webinarów, platformy e-learningowe, wideolearning czy grywalizacja – wymienia Małgorzata Bielińska.

Także zdecydowana większość uczelni wyższych już z początkiem października rozpoczęła zajęcia dydaktyczne w formie zdalnej. Jak pokazuje wrześniowe badanie „Postawy młodych osób wobec finansów i nauki w trakcie pandemii” – przeprowadzone przez Research & Grow na zlecenie Biura Informacji Kredytowej – w trakcie pandemicznych miesięcy aż 89 proc. studentów uczyło się zdalnie, ale ich zdania dotyczące tego modelu kształcenia są podzielone. Ma on 39 proc. zwolenników i zarazem 41 proc. przeciwników.

Badanie BIK pokazuje, że w nauce zdalnej studentom najbardziej doskwiera brak spotkań towarzyskich i bezpośredniego kontaktu z prowadzącym zajęcia, a także brak pomocy naukowych, sprzętu i zajęć praktycznych. Na plus zaliczają natomiast elastyczność, możliwość uczestniczenia w wykładach z dowolnego miejsca i możliwość rozwijania swoich cyfrowych kompetencji. Ogółem w ocenie ponad połowy studentów nauka zdalna nie zapewnia też równie wysokiej jakości kształcenia, co jej tradycyjny odpowiednik. 62 proc. oceniło ją też jako mniej motywującą, a 64 proc. jako mniej efektywną od stacjonarnego modelu nauczania.

– Studenci raczej negatywnie ocenili ten pierwszy okres zdalnej nauki. Ich zdaniem jest mniej efektywna, mniej angażująca. Mimo tego podobny odsetek studentów zarówno chciałby, jak i nie chciałby kontynuować takiej nauki, przy czym ok. 20 proc. ciągle pozostaje niezdecydowanych – wskazuje dyrektor ds. edukacji BIK. – Trzeba też wziąć pod uwagę, że na te oceny wpływają inne czynniki, bo studenci – poza możliwością tradycyjnej nauki – zostali pozbawieni też normalnego studenckiego życia, a to jest dla nich bardzo ważne. Brakuje im spotkań towarzyskich, wspólnej pracy, ducha studiowania, wolności, czasem przebywania poza domem.

Ekspertka podkreśla, że brak zajęć praktycznych i warsztatowych wymaga wprowadzenia do zdalnego nauczania nowych narzędzi, które to zrekompensują i zwiększą zaangażowanie studentów. Jednym z takich narzędzi jest grywalizacja, dość często wykorzystywana w korporacjach jako narzędzie motywacyjne jeszcze przed pandemią COVID-19.

– Grywalizacja wykorzystuje mechanikę z gier, ale jej cel to przede wszystkim zmiana zachowań i budowanie zaangażowania. Może być świetnym narzędziem w edukacji, ale i w każdym innym obszarze, gdzie zaangażowanie jest potrzebne. Zdrowa rywalizacja, gra zespołowa, budowanie statusu – to wszystko są mechanizmy, z którymi spotykamy się na co dzień w życiu i one popychają nas do działania. I na nich właśnie opiera się grywalizacja, w której zbieramy punkty, mamy rankingi. Już samo gromadzenie tych punktów jest ekscytujące i motywujące, a obserwowanie, jak radzą sobie inni, dodatkowo popycha do działania – podkreśla Małgorzata Bielińska.

Grywalizacja łączy zdobywanie wiedzy z formą zabawy, możliwością sprawdzenia się, zmierzenia z konkretnymi wyzwaniami. Dla wykładowców i kadry naukowej może być pomocnym narzędziem w trakcie zajęć prowadzonych zdalnie. Zwłaszcza że jak wynika z wrześniowego badania BIK aż 70 proc. studentów, którzy mieli z nią do czynienia, oceniło ją pozytywnie, a 44 proc. uznało za bardzo atrakcyjną formę kształcenia. Jednak jak do tej pory tylko co piąty student (12 proc.) miał okazję się w ten sposób uczyć i zdobyć zaliczenie semestru.

– Grywalizacja  to różnego rodzaju wyzwania, misje, quizy, no i fabuła – jesteśmy w stanie wcielić się w jakąś rolę, nie jesteśmy tylko biernym odbiorcą, możemy mieć wpływ na to, jak potoczy się scenariusz i jaki będzie ostateczny wynik. Wszystko to – połączone z dawką wiedzy – ma szansę zadziałać – przekonuje ekspertka.

Opartą na grywalizacji formą e-szkolenia jest platforma przygotowana przez BIK, gdzie studenci pokonując specjalne misje zdobywają wiedzę, m.in. z zakresu wiarygodności kredytowej i ochrony przed wyłudzeniami. Platforma Score Hunter to przetestowane i sprawdzone narzędzie dydaktyczne, bo do końca ubiegłego roku akademickiego skorzystało z niej już 31 tys. osób.

– Ponad 600 tys. młodych ludzi w wieku między 18. a 24. rokiem życia posiada zobowiązania kredytowe. Tak jak i starsi korzystają z kredytów, z pożyczek, kart kredytowych, z bankowości elektronicznej. Pandemia spowodowała też, że więcej czasu spędzają w sieci, korzystają z różnych portali, kupują, płacą, a to wszystko też naraża ich np. na utratę danych osobowych – mówi Małgorzata Bielińska. – My przekazujemy taką wiedzę, po którą studenci raczej sami nie sięgną. Mówimy, jak budować wiarygodność kredytową, jak odpowiedzialnie pożyczać, jak dbać o bezpieczeństwo swoich danych osobowych i jak bezpiecznie poruszać się w sieci. 

Z danych BIK wynika, że w Polsce na kredyt żyje 612 tys. osób w wieku 18–24 lata, którzy korzystają z różnych produktów i usług finansowych. Między innymi właśnie do nich jest skierowana platforma Score Hunter, która przekazuje wiedzę o tym, jak zarządzać swoimi zobowiązaniami i przygotować się np. do zaciągnięcia pożyczki gotówkowej czy kredytu na mieszkanie. Praktyczna wiedza jest połączona z rozrywką, bo platforma wprowadza elementy gry, zabawy i możliwość konfrontacji z innymi użytkownikami.

Score Hunter wykorzystywany jest przez wykładowców i studentów niezależnie od kierunku studiów. Narzędzie włączane jest w plan zajęć dydaktycznych, służy jako element zaliczenia, może także stanowić formę pracy samodzielnej. BIK szeroko udostępnia to narzędzie edukacyjne w ramach programu Nowoczesne Zarządzanie Biznesem, realizowanego we współpracy ze Związkiem Banków Polskich.

– Z początkiem roku akademickiego uruchomiliśmy kolejną edycję, udostępniliśmy ją w zasadzie całemu środowisku akademickiemu, studentom i wykładowcom – mówi dyrektor ds. edukacji BIK. – Każdy może skorzystać z platformy, rejestrując się pod adresem ScoreHunter.edu.pl.

Polacy nie mają zaufania do rynku kapitałowego. Szansą na jego zbudowanie może być wzmocnienie nadzoru

Według szacunków Polskiego Funduszu Rozwoju utracone korzyści Polaków wynikające z niechęci do aktywnego inwestowania na rynku kapitałowym to około 10 mld zł rocznie. W efekcie oszczędności są zamrażane w gotówce lub na lokatach bankowych, zamiast „pracować” na większe zyski. – Potrzebne jest wzmocnienie nadzoru nad instytucjami finansowymi, aby odbudować zaufanie Polaków do rynku kapitałowego – mówi dr Konrad Hennig, współautor raportu „Save & Invest: Prawo chroniące pieniądze Polaków”.

Polacy są dosyć zachowawczymi inwestorami, preferują raczej inwestycje w mało ryzykowne aktywa, głównie lokaty bankowe, a co najwyżej obligacje. Oszczędzanie rozumieją jako lokowanie pieniędzy w bezpiecznych instrumentach, a inwestowanie jako przeznaczanie ich na bardziej ryzykowne produkty, np. akcje – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Konrad Hennig, dyrektor programowy Forum Prawo dla Rozwoju HASHLaw4Growth.

Jak czytamy w raporcie „Save & Invest: Prawo chroniące pieniądze Polaków”, główną przeszkodą jest brak wystarczającej wiedzy oraz umiejętności. Zarówno w przypadku depozytów, jak i papierów wartościowych odsetek gospodarstw domowych posiadających poszczególne instrumenty jest w Polsce znacznie niższy niż w innych krajach strefy euro. Wyjątkiem są tu dobrowolne programy emerytalne oraz polisy na życie – korzysta z nich aż 57 proc. Polaków i jest to odsetek wyższy niż w jakimkolwiek kraju ze strefy euro.

Aby odbudować zaufanie Polaków do rynku kapitałowego, potrzebne są konkretne działania, które pozwolą wzmacniać nadzór nad instytucjami finansowymi. Należy lepiej koordynować współpracę pomiędzy Komisją Nadzoru Finansowego, Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Rzecznikiem Finansowym oraz prokuraturą, aby przepływ informacji, możliwość ich wykorzystania i wszczynanie postępowań następowało dużo szybciej – zaznacza ekspert Forum Prawo dla Rozwoju.

Jak podkreśla, Polacy powinni mieć świadomość ryzyka, które wiąże się z inwestowaniem, wynikającego ze zmian cen, ale rynek musi funkcjonować bez ryzyka systemowego, czyli oszustw, słabego nadzoru i niewystarczającego karania oszustów finansowych.

W Polsce występują dwa rynki: regulowany pod  nadzorem instytucji państwowych oraz firmy działające na wolnym rynku, według ogólnych regulacji kodeksu cywilnego. Różnego typu naruszenia i oszustwa występują na jednym i drugim. Mieliśmy do czynienia z nie do końca uczciwymi działaniami banków, czy to zerokosztowymi strukturami opcyjnymi w 2008 roku, z oferowaniem obligacji GetBacku, ze sprzedażą polisolokat czy kredytów frankowych, produktami, które de facto na rynku nie powinny się pojawić – tłumaczy dr Konrad Hennig. – Ci klienci, którzy padli ofiarą strat nieuzasadnionych ryzykiem rynkowym, prawdopodobnie zupełnie wycofają się z rynku kapitałowego.

Tym sposobem w Polsce jest kilkadziesiąt, a może nawet kilkaset tysięcy utraconych inwestorów, którzy mogliby budować siłę polskiej giełdy i finansować polskie przedsiębiorstwa.

Najważniejszą rekomendacją dla rynku kapitałowego sformułowaną w raporcie „Save & Invest: Prawo chroniące pieniądze Polaków” jest zobowiązanie przedsiębiorcy do właściwej polityki informacyjnej wobec klientów.

Chodzi o to, aby instytucja nadzorcza, prowadząc postępowanie kontrolne w danym przedsiębiorstwie, miała możliwość zobowiązania go do poinformowania klientów, że istnieją obawy o istnienie naruszeń lub łamania prawa. Przedsiębiorca powinien mieć obowiązek poinformowania swoich klientów o przejrzystości i legalności prowadzonego biznesu, co doprowadziłoby do bardzo wczesnego ostrzegania ich o możliwości czy choćby podejrzeniu, że dany schemat finansowy jest piramidą finansową czy innym oszustwem – wyjaśnia dyrektor programowy Forum Prawo dla Rozwoju.

Ważną kwestią jest również wyznaczenie odpowiednich standardów postępowania etycznego przedsiębiorstw finansowych, działów compliance, audytu oraz odpowiednie kształtowanie systemów motywacji i wynagrodzeń wobec doradców finansowych zatrudnionych w tych instytucjach. W ten sposób można by ograniczyć ryzyko missellingu, czyli sprzedaży aktywów, które nie są przeznaczone dla danej kategorii klientów, zbyt ryzykownych, o zbyt długim horyzoncie inwestycyjnym.

Doradca finansowy powinien czuć się reprezentantem klienta i brać pełną odpowiedzialność za jego zyski, a to najłatwiej uzyskać poprzez system prowizyjny powiązany z osiąganym zyskiem, a nie z wartością sprzedaży – zauważa Konrad Hennig.

Jego zdaniem w najbliższej przyszłości na sposób oszczędzania i inwestowania pieniędzy przez Polaków będzie miało wpływ obniżenie stóp procentowych. Lokaty bankowe, które dominują w ich portfelach, stały się mniej opłacalne (średnie oprocentowanie spadło poniżej 0,3 proc. według Analizy.pl), więc będą oni szukali bardziej ryzykownych inwestycji, które dadzą im szansę na większą stopę zwrotu.

Tu niezbędna jest edukacja. Jeżeli nowi inwestorzy pojawiający się na rynku nie otrzymają wsparcia i nie zostaną otoczeni ofertą doradztwa, istnieje duże ryzyko, że będą kolejnym pokoleniem straconym, kolejną grupą inwestorów zniechęconych do polskiego rynku kapitałowego. Znalezienie wiedzy dotyczącej inwestowania nie jest proste, ale jest konieczne przed zainwestowaniem w bardziej ryzykowne instrumenty finansowe niż te, które są gwarantowane przez instytucje finansowe i banki – radzi dyrektor programowy Forum Prawo dla Rozwoju.

Dzieci z cukrzycą w trudnej sytuacji z powodu pandemii. Pomóc im mogą systemy ciągłego monitorowania cukru

W Polsce jest około 20 tys. dzieci z cukrzycą typu I, która może prowadzić do ciężkich powikłań. – Sytuacja zrobiła się trudna, kiedy zaczął obowiązywać lockdown. Dzieci zostały w domu, a część rodziców nadal chodziła do pracy. Kłopot polega na tym, że dziecko chorujące na cukrzycę nie jest w stanie samo sobie z tą chorobą poradzić – wskazuje prezes Fundacji dla Dzieci z Cukrzycą, Dagmara Staniszewska. W tej chwili problemem jest też brak pielęgniarek w szkołach, przez co młodzi pacjenci diabetologiczni zostali bez profesjonalnej opieki. W kryzysowych warunkach alternatywą dla rodziców są systemy ciągłego monitorowania cukru, które pozwalają na bieżąco kontrolować stan zdrowia dziecka.

– Mówi się, że cukrzyca jest pandemią naszych czasów i zachorowań jest faktycznie bardzo wiele. W Polsce choruje na nią ok. 3,5 mln osób, przy czym zakłada się, że tylko 2,5 mln jest zdiagnozowanych. Cukrzyca rozwija się dość długo i zanim nastąpi stan kliniczny, który jesteśmy w stanie już zaobserwować i zdiagnozować, choroba pozostaje niewykryta – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dagmara Staniszewska, prezes zarządu Fundacji dla Dzieci z Cukrzycą. – Cukrzyca typu II wynika z niezdrowego trybu życia – sposobu, w jaki się odżywiamy, tego, jak spędzamy czas i czy o siebie dbamy.

Zdecydowana większość Polaków choruje na cukrzycę typu II, której podstawowe czynniki ryzyka to m.in. nadwaga, otyłość i brak aktywności fizycznej. Nieleczona lub niewłaściwie kontrolowana cukrzyca prowadzi do wielu groźnych powikłań, wśród których są m.in. choroby sercowo-naczyniowe, udar mózgu i zawał serca, uszkodzenia nerek czy utrata wzroku (retinopatia cukrzycowa). Chorują na nią głównie osoby w wieku średnim i starszym.

Całkiem inne przyczyny, niezależne od stylu życia, ma cukrzyca typu I. Ta występuje głównie u dzieci i ma podłoże autoimmunologiczne. W Polsce choruje na nią ok. 20 tys. dzieci, a lekarze coraz częściej obserwują ją w młodszych grupach wiekowych. W przypadku cukrzycy typu I powikłania wynikające z ucukrzenia tkanek są równie poważne i wiążą się z uszkodzeniem czynności narządów, głównie oczu, nerek, serca i naczyń krwionośnych.

– Cukrzyca typu I nie wynika ze sposobu życia, jest to choroba autoimmunologiczna. Predyspozycje do niej się dziedziczy. Zapadają na nią zwykle dzieci małe, w wieku przedszkolnym i szkolnym, a choroba towarzyszy im już do końca życia. Nie jesteśmy jej w stanie ani zapobiec, ani wyleczyć – mówi prezes zarządu Fundacji dla Dzieci z Cukrzycą.

Podłożem choroby jest nieprawidłowa reakcja układu odpornościowego dziecka, który niszczy komórki produkujące insulinę. Ten hormon umożliwia dostarczenie glukozy do wszystkich komórek i jest niezbędny do życia. Dlatego jedynym sposobem leczenia cukrzycy typu I jest w tej chwili stała suplementacja insuliną, dostosowana do pory posiłków.

– Sytuacja zrobiła się trudna w momencie, kiedy zaczął obowiązywać lockdown. Dzieci zostały w domu, a część rodziców nadal chodziła do pracy. Kłopot polega na tym, że dziecko chorujące na cukrzycę nie jest w stanie samo sobie z tą chorobą poradzić. Jeżeli jest w szkole – to jest tam także osoba dorosła, która może mu pomóc. Natomiast takiego dziecka nie można pozostawić samego w domu bez opieki rodzica czy placówki – podkreśla Dagmara Staniszewska.

Dla dzieci chorych na cukrzycę typu I największym zagrożeniem są wahania glikemii, w szczególności niski cukier. To stan, który zagraża zdrowiu, a w skrajnych przypadkach nawet życiu. Przy zbyt niskim poziomie cukru we krwi dziecko może stracić przytomność, a jeżeli ten stan trwa dłuższy czas – może dojść nawet do śmierci mózgu.

– Tak naprawdę grozi to po prostu śmiercią. I tutaj był dylemat rodziców, co zrobić, bo szkoły są zamknięte, przedszkola też są zamknięte, a rodzic musi iść do pracy. Powstało pytanie, kto w takim układzie ma się tym dzieckiem zająć, na to zupełnie nikt nie był przygotowany – mówi prezes zarządu Fundacji dla Dzieci z Cukrzycą. – Dostajemy telefony, że ze szkół podstawowych znikają pielęgniarki, które są zatrudniane przez POZ, a nie przez placówki szkolne. W tej chwili POZ wycofuje kadry w obawie, że pielęgniarka przyniesie COVID-19 ze szkoły do placówki zdrowotnej. Z kolei dzieciom z cukrzycą bez opieki pielęgniarskiej w szkole też ciężko funkcjonować.

Dzieci chore na cukrzycę typu I nawet przed pandemią stanowiły wyzwanie dla systemu edukacji. Pielęgniarki i nauczyciele w szkołach czy przedszkolach boją się takich uczniów, ponieważ wymagają specjalnej opieki. W przypadku spadku poziomu cukru nauczyciel musi podjąć interwencję, a mało kto wie, jak wykonać wkłucie i podać insulinę. Problemem była też kwestia monitorowania poziomu glukozy we krwi. Teraz, w warunkach pandemii COVID-19, na szkołach spoczywają dodatkowe obowiązki związane z utrzymaniem obostrzeń sanitarnych, przez co opieka nad dziećmi z cukrzycą typu I jest jeszcze trudniejsza.

– Zapewnienie im bezpiecznego funkcjonowania to w tej chwili wyzwanie. Niezależnie od tego, czy uczestniczą w zajęciach w szkole, czy edukacja odbywa się już zdalnie – cały czas nad tym dzieckiem powinien czuwać ktoś z dorosłych. Jeśli jest to niemożliwe, mamy też sprzymierzeńca w postaci nowych technologii, są systemy ciągłego monitoringu – wskazuje Dagmara Staniszewska.

Taki system pozwala na bieżąco monitorować poziom cukru we krwi i mieć dostęp do wyników. Poprzez chmurę dane z aplikacji w telefonie komórkowym dziecka są przesyłane na telefon rodzica, dzięki czemu od razu widzi on wynik pomiaru.

Zyskujemy poczucie bezpieczeństwa, bo oprócz tego, że widzimy ten cukier, takie systemy są wyposażone w alarmy. Czyli rodzic nie musi cały czas spoglądać na telefon, czuwać i co chwila sprawdzać wyniki. W przypadku kiedy poziom cukru nagle wzrasta albo spada, po prostu włącza się alarm i jesteśmy w stanie skontaktować się czy z opieką w szkole, czy bezpośrednio z dzieckiem – mówi prezes zarządu Fundacji dla Dzieci z Cukrzycą.

– System ciągłego monitorowania glikemii – w skrócie CGM – składa się z małego czujnika, który mierzy glikemię pacjenta pod skórą, i nadajnika, który wysyła te odczyty np. na telefon za pomocą technologii Bluetooth. Telefon wyświetla wyniki, ale pozwala też ustawiać alarmy na nieprawidłowe wartości glikemii oraz tzw. alarmy predykcyjne, które pozwalają zareagować, zanim jeszcze z glikemią pacjenta zadzieje się coś złego – dodaje Tomasz Borowy, prezes Proglikemii, oficjalnego dystrybutora Dexcom.

Jednym z dostępnych na rynku rozwiązań tego typu jest Dexcom 6. Urządzenie zakłada się na przedramieniu albo w okolicach podbrzusza, a niewielka sonda stale monitoruje poziom glukozy we krwi. System pozwala również lekarzowi na dostęp do szczegółowych raportów dotyczących pomiarów cukru we krwi pacjenta, co ułatwia proces konsultacji i leczenia. Co istotne, dla dzieci i osób przed 26. rokiem życia urządzenie jest objęte refundacją NFZ.

– Polska jest na etapie przejściowym pomiędzy Wschodem i Zachodem, system CGM jest u nas refundowany częściowo – dla osób, które są leczone za  pomocą pompy insulinowej, które nie wyczuwają hipoglikemii i są poniżej 26. roku życia. Wszyscy pozostali pacjenci, którzy mogliby skorzystać z tego urządzenia, niestety muszą je kupić pełnopłatnie – mówi Tomasz Borowy,

Jak podkreśla, w tej chwili w leczeniu cukrzycy zachodzi technologiczna rewolucja, a nowoczesne systemy CGM zaczynają wypierać technologię pasków testowych i powszechnie znane glukometry.

– W ciągu ostatnich kilku lat pojawił się szereg badań, które pokazują, że monitoring glikemii CGM w czasie rzeczywistym wpływa na wyrównanie glikemiczne pacjentów, na obniżenie ich HbA1c i na zmniejszenie częstotliwości zdarzeń hipoglikemicznych, które są wyjątkowo dotkliwym powikłaniem. Poprawia też ich jakość życia i poczucie kontroli, pozwala dzielić się danymi i statystykami wyrównania glikemicznego ze swoim lekarzem prowadzącym – i to bez konieczności fizycznego odwiedzania tego lekarza, co jest istotne zwłaszcza w takich czasach jak teraz – mówi prezes Proglikemii.

Pandemia zmieniła rynek usług PR. W odpowiedzi na wyzwania branży powołano nowe stowarzyszenie oraz centrum badawcze

0

Przez pandemię COVID-19 wiele agencji PR odnotowało spadek przychodów i liczby klientów, co zmusiło je do obniżek wynagrodzeń albo redukcji zatrudnienia. Z drugiej strony firmy przekonały się, jak ważny jest PR i komunikacja w czasie kryzysu. Nowo powołana przez 20 agencji PR organizacja ma szeroko reprezentować interesy branży. Jedną z jej pierwszych inicjatyw jest utworzenie pierwszego w Polsce think-tanku, który dostarczy informacji o trendach, prognozach i wiedzy badawczo-analitycznej dotyczącej rynku usług PR.

– Pandemia COVID-19 spowodowała, że musieliśmy się dostosować i przejść zmiany, które dla wielu były trudne albo wręcz niemożliwe jeszcze w ubiegłym roku. Jednak wiele firm dostosowało się do nowych wymagań, do oczekiwań związanych szczególnie z wykorzystaniem nowych technologii informacyjnych i informatycznych. To w efekcie przełożyło się na większą profesjonalizację i poprawę jakości usług świadczonych dla klientów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Tworzydło, prezes zarządu Stowarzyszenia Agencji Public Relations.

Podobnie jak w każdym innym sektorze gospodarki – koronawirus wymusił zmiany w branży PR. Były one podyktowane w dużej mierze otoczeniem rynkowym, gdyż – w związku z lockdownem i recesją – zmieniły się budżety, plany i priorytety komunikacyjne klientów. PR-owcy musieli więc dostosować do nich strategie, narzędzia i tryb pracy.

– Większość prac PR-owych odbywa się w sposób cyfrowy. Komunikację z mediami i liderami opinii prowadzimy za pomocą cyfrowych kanałów. Sytuacja epidemiologiczna trochę utrudniła nam pracę w zespołach i eventach, ale dzięki temu nabyliśmy nowe kompetencje. Naszym zdaniem komunikacja już na zawsze pozostanie po części hybrydowa – mówi Szymon Sikorski, członek zarządu SAPR.

W trakcie ostatnich pandemicznych miesięcy wiele agencji PR odnotowało spadek przychodów i liczby klientów, co zmusiło je do obniżek wynagrodzeń albo redukcji zatrudnienia. Z drugiej strony koronawirus miał też pozytywny wpływ na branżę, bo firmy na własnej skórze przekonały się, jak ważny jest PR i komunikacja w czasie kryzysu. Wiele z nich potrzebowało public relations choćby po to, aby komunikować swoim inwestorom, pracownikom i konsumentom o zmianach i działaniach podejmowanych w związku z pandemią SARS-CoV-2. W efekcie wzrosła też rola doradców do spraw profesjonalnej komunikacji.

– PR cały czas potrzebuje pokazywać swoje miejsce na rynku komunikacji marketingowej. Public relations to dziedzina, która jest obecna raptem od 20–30 lat na polskim rynku i wciąż musimy edukować, pokazywać nasze miejsce w zarządzaniu i w funkcjonowaniu organizacji – podkreśla Szymon Sikorski. – Ta branża potrzebuje silnej reprezentacji medialnej i opiniotwórczej, a dzisiaj jej na rynku brakuje. Mamy ambicję, żeby to miejsce zająć.

Interesy branży ma reprezentować nowo założone Stowarzyszenie Agencji Public Relations. Organizację powołało 20 agencji, wśród których są m.in. Alert Media Communications, Partner of Promotion, Public Dialog, Face it!, Exacto i Smart Media. Tym samym już na starcie SAPR reprezentuje społeczność ponad 300 konsultantów PR. Jego główne cele to m.in. promowanie wysokiej jakości usług PR, wspieranie zapotrzebowania na takie usługi, stymulowanie rozwoju branży i wzmocnienie jej w obliczu rosnącej konkurencji innych sektorów usług komunikacyjnych, które powstają na fali rozwoju technologicznego.

– Branża public relations cały czas musi budować dla siebie rynek. Musimy budować reputację, dbać o to, żeby – szczególnie dla agencji, bo ich interes reprezentujemy – ten rynek powiększać. Wynika to z faktu, że w ostatnim czasie powstało wiele takich sektorów, które ocierają się o naszą branżę, np. content marketing czy digital – wskazuje członek zarządu SAPR.

– Branża PR potrzebuje otwartości na wszystkie podmioty i osoby, które pracują w agencjach i korporacjach, także freelancerów. Otwartość jest słowem kluczem, które będzie dominować w naszych działaniach – dodaje Dariusz Tworzydło.

Priorytetami SAPR mają być przede wszystkim: budowanie i powiększanie rynku, wewnętrzna edukacja oraz działania na rzecz podnoszenia standardów i jakości usług PR.

– Głównymi celami stowarzyszenia będzie edukacja wewnętrzna członków naszych agencji, ale także budowa centrum analiz i badań, czyli think-tanku, w którego sile upatrujemy budowanie jakości naszej branży – mówi prezes SAPR.

– Wierzę, że nasz rynek potrzebuje idei myśli. Ponadto musimy mieć miejsca, gdzie będziemy usługi sprzedawać, czyli przygotujemy kongres, publikacje, a w dalszej przyszłości być może też nagrody branżowe, do których chcemy zaprezentować trochę inne, nowe podejście – dodaje Szymon Sikorski.

W Polsce branża PR nie miała dotąd żadnego ośrodka badawczo-rozwojowego czy centrum analiz, które dysponowałoby danymi m.in. o trendach, prognozach czy nawet dokładnej wielkości tego rynku. Think-tank SAPR – powołany już na początku działalności stowarzyszenia – ma być pierwszą taką instytucją. Agencjom i członkom stowarzyszenia ma zapewnić dostęp do wiedzy badawczo-analitycznej dotyczącej rynku usług PR, która pomoże im w działalności i budowaniu wartości dodanej dla klientów. Instytucja będzie też szeroko udostępniać część wyników swoich prac.

To o tyle ważne, że jak podkreśla Dariusz Tworzydło, w tej chwili głównym wyzwaniem stojącym przed firmami z branży public relations jest profesjonalizacja. Agencje i specjaliści ds. PR muszą stale podnosić swoje kwalifikacje, bo rola public relations w organizacjach rośnie – od zarządzania reputacją korporacyjną po doradztwo strategicznie.

– To klienci wymagają od nas, abyśmy się doskonalili, podnosili swoje kompetencje, abyśmy stale poszerzali swoją wiedzę i stawali się pełnoprawnym doradcą dla zarządów i wsparciem dla specjalistów. Profesjonalizacja wymuszona jest tym, co się dzieje na rynku – mówi prezes Stowarzyszenia Agencji Public Relations.

Jak podkreśla, SAPR zaprasza do swego grona wszystkie podmioty działające w branży PR, bo stowarzyszenie chce działać na rzecz wszystkich agencji, każdej wielkości, bez kryterium poziomu obrotów, wysokości zysków czy zakresu usług. Już w tej chwili w gronie założycieli są zarówno jedna z największych w Polsce agencji PR, firmy duże i średnie, jak i kilkuosobowe, działające nie tylko w Warszawie, ale i w Katowicach, Lublinie, Wrocławiu czy Rzeszowie. Stowarzyszenie ma zresztą ambicję, żeby – poza głównym, warszawskim – rozwijać i działać na rzecz branży PR także w regionalnych ośrodkach.

Neutralność klimatyczna wymaga gigantycznych inwestycji. Zielone technologie nie są jeszcze powszechnie dostępne

Osiągnięcie do 2050 roku przez Europę neutralności klimatycznej wymaga gigantycznych inwestycji, zwłaszcza w Polsce, która jest silnie uzależniona od wysokoemisyjnej energetyki – twierdzą eksperci. Siłą naszego kraju w obliczu polityki Zielonego Ładu może być zagospodarowanie branż, w których nie występuje silna konkurencja. Duże szanse upatrywane są w energetyce wodorowej, jednak na razie produkcja tego pierwiastka także jest wysokoemisyjna.

– W ramach Zielonego Ładu powinniśmy znaleźć swoje nisze, sektory, w których jeszcze nie ma dużej konkurencji. Powinniśmy postawić na magazynowanie energii, ogniwa wodorowe, ogniwa paliwowe. Na transformację wodoru tam, gdzie jeszcze te technologie nie są tak mocno dojrzałe. Będzie to najważniejszy element sposobu, w jaki będziemy w przyszłości podróżować i wytwarzać energię elektryczną oraz cieplną – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Marcin Roszkowski, prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego.

Z raportu „Wodorowa Alternatywa” opublikowanego przez 300Gospodarka wynika, że łączna roczna produkcja wodoru w Polsce sięga około miliona ton. To 14 proc. europejskiej produkcji. Niestety polska produkcja wodoru cechuje się wysokim śladem węglowym. Wyzwaniem będzie więc rozwój zielonych metod wytwarzania tego pierwiastka. Tymczasem polityka UE, skupiona na Zielonym Ładzie, który zakłada osiągnięcie neutralności klimatycznej Europy do 2050 roku, budzi wiele kontrowersji, m.in. wśród przedstawicieli sektora rolniczego czy energetycznego.

– Energetyka będzie zdecentralizowana i zeroemisyjna. Do systemu energetycznego wejdą więc zupełnie nowe moce. Podobnie będzie z mobilnością czy ogrzewaniem. Przebudowujemy cały system. To jest trochę jak skok do basenu, który nie jest napełniony do końca wodą. Nie są dostępne wszystkie technologie, które są w stanie komercyjnie, tanio bilansować niestabilne źródła OZE. Technologie wodorowe nie są na tyle dojrzałe, żeby były powszechnie dostępne – zaznacza Marcin Roszkowski.

Osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 roku jest dla Polski dużym wyzwaniem. W grudniu ubiegłego roku na szczycie unijnym nasz kraj nie włączył się do celu neutralności klimatycznej. Rada Europejska miała wrócić do tej kwestii w czerwcu.

– W Polsce bardzo długo się opieraliśmy przed zmianami, których efektem jest to, że nasza gospodarka w elektroenergetyce i ciepłownictwie jest bardzo mocno emisyjna. Jesteśmy liderem w poziomie emisji na megawatogodzinę wytworzoną i efekt jest taki, że będziemy potrzebować bardzo dużo środków, żeby tę przebudowę wykonać – twierdzi prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego.

W perspektywie ogólnoeuropejskiej Zielony Ład może być szansą na wyjście z recesji, w którą Unię Europejską i poszczególne kraje wpędziła pandemia koronawirusa. Aby można było osiągnąć założenia klimatyczne, potrzebny jest jednak impuls ze strony rządzących.

– Na dzisiaj neutralność klimatyczna technicznie jest możliwa, ale komercyjnie te rozwiązania nie są jeszcze dostępne. Jest tak jak z technologiami wiatrowymi czy fotowoltaicznymi. Wsparcie Unii i poszczególnych państw wywarło presję na rozpowszechnienie się technologii OZE. Te dzisiaj już spokojnie konkurują z energetyką konwencjonalną, na którą nałożony został podatek za oddziaływanie na środowisko – dodaje Marcin Roszkowski.

Z uwagi na to, że Zielony Ład ma być kluczowy w odbudowie europejskiej gospodarki po kryzysie wywołanym przez pandemię COVID-19, inwestycje w zrównoważoną gospodarkę będą filarem Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności. Budżet tego narzędzia to 672,5 mld euro, z czego 360 mld euro to pożyczki, a 312,5 mld euro to wsparcie bezzwrotne. Instrument ten nie jest częścią  unijnego budżetu, przekraczającego kwotę biliona euro.

Leki, szczepionki, a nawet narządy będą dostarczane za pomocą dronów. Trwają już testy, są też pierwsze udane dostawy

Opieka zdrowotna coraz częściej sięga po drony. Bezzałogowe samoloty dostarczają leki, szczepionki, a nawet narządy do przeszczepu. Z powodzeniem przetransportowano już nerkę, trwają też testy ze sztucznym sercem czy płucem. Już w 2019 roku pierwsza apteka przetestowała dostawę leków dostępnych bez recepty za pomocą dronów. Obecnie jedna z największych firm farmaceutycznych na świecie testuje dostarczanie szczepionek za ich pomocą w Karolinie Północnej.

Firmy farmaceutyczne i szpitale wykorzystują drony na coraz większą skalę. Bezzałogowe samoloty mogą dostarczać leki, a nawet narządy do przeszczepu.

Już w 2019 roku WakeMed Health & Hospitals ogłosiło partnerstwo z UPS w zakresie dostarczania próbek medycznych za pośrednictwem bezzałogowego drona do kampusu systemu opieki zdrowotnej w Karolinie Północnej. Także inne szpitale uruchomiły programy dronów, w tym UC San Diego Health czy Kaiser Permanente i Rady Children’s Hospital. Walgreens jako pierwsza apteka przetestowała z kolei dostawę leków dostępnych bez recepty za ich pomocą. CVS Health połączyło siły z UPS, aby przetestować kilka różnych aplikacji do dostarczania dronami.

W tym roku, w odpowiedzi na pandemię COVID-19, gigant handlu detalicznego Walmart ogłosił, że  we współpracy z Quest Diagnostics pilotuje dostawę za pomocą dronów zestawów do pobierania domowych próbek na koronawirusa. Z kolei Merck, jedna z największych firm farmaceutycznych na świecie, testuje właśnie dostarczanie szczepionek za ich pomocą.

– Światowy łańcuch dostaw jest napięty jak nigdy dotąd w wyniku wpływu koronawirusa – podkreśla Hannan Parvizian, dyrektor generalny Volansi. – Pandemia COVID-19 bardzo wyraźnie pokazała potrzebę szybkich postępów zwłaszcza w technologii łańcucha dostaw w opiece zdrowotnej. Nasz program pilotażowy w Karolinie Północnej pomoże odpowiedzieć na tę potrzebę poprzez zbadanie innowacyjnych nowych opcji doręczania, które mogą uelastycznić łańcuch dostaw medycznych.

Merck współpracuje z Volansi, komercyjną firmą dostarczającą drony, nad pilotażem programu. System dronów Volansi umożliwia dostawę leków w łańcuchu chłodniczym z zakładu produkcyjnego Merck Wilson w Karolinie Północnej do kliniki Vidant Healthplex-Wilson. Jak wskazuje firma, to pierwsza z trzech faz projektu, w ramach której można poznać rolę i możliwości technologii dronów w usprawnianiu łańcucha dostaw i dostępu do opieki zdrowotnej. Zwłaszcza na takich terenach jak w Karolinie Północnej, gdzie w 29 hrabstwach mieszka 1,4 mln osób, a część z nich do najbliższej apteki lub przychodni ma wiele kilometrów.

– Na obszarach wiejskich mieszkańców dzieli zwykle wiele kilometrów od najbliższej apteki lub przychodni. Dla osób cierpiących na choroby lub stany przewlekłe posiadanie odpowiedniego łańcucha dostaw to nie tylko kwestia wygody, to też kwestia życia lub śmierci – podkreśla Hannah Parvizian. – Dostawa dronami to jedno z rozwiązań umożliwiających dostarczanie krytycznych dostaw tam, gdzie i kiedy są one najbardziej potrzebne.

Drony z powodzeniem dostarczają już krew, a nawet narządy do przeszczepu. W 2019 roku dron dostarczył nerkę, obecnie trwają testy z dostawą sztucznego serca i płuca. Wszystko po to, by sprawdzić, czy delikatne narządy nie ucierpią podczas lotu. Jeśli testy okażą się pozytywne, można wkrótce spodziewać się kolejnych dostaw narządów.

Także w przypadku firmy Merck do transportu leków wykorzystywane są specjalnie do tego przystosowane drony. Volansi VOLY C10 to całkowicie elektryczny dron zdolny do przewożenia 10 kg ładunków do miejsc oddalonych o 80 mil. System pionowego startu i lądowania umożliwia dostarczanie delikatnego ładunku z automatycznym zwalnianiem blisko miejsca dostawy.

– Jedną z wielu zalet używania dronów do tego typu krytycznych dostaw jest to, że do działania wymagają minimalnej infrastruktury. Nasze autonomiczne drony dostarczają również delikatny ładunek z „miękkim lądowaniem”, automatycznie zwalniając go po przyziemieniu w miejscu dostawy. Ponadto mogą usprawnić takie zadania logistyczne jak potwierdzenie zamówienia, dostarczając czujniki temperatury i potwierdzenia wysyłki podczas lotu powrotnego – tłumaczy dyrektor generalny Volansi.

Frankowicze idą do sądów i wygrywają

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, wydany 3 października 2019 roku, zmienił podejście polskiego sądownictwa do sprawy kredytów we franku. Orzeczenie TSUE dotyczące sprawy państwa Dziubak przyznało kredytobiorcom rację w sporze z bankami o nieważność umów kredytowych we franku szwajcarskim. Od tej pamiętnej, październikowej daty sądy zostały zalane sprawami kolejnych kredytobiorców. Jak zmieniło się orzecznictwo? Wcześniej większość wydawanych wyroków przyznawało kredytobiorcom rację, jednak zobowiązywało banki do usunięcia z umów nielegalnych klauzul waloryzujących – bez unieważniania reszty zapisów i samej umowy kredytowej. W tym roku te orzeczenia się zmieniły. Dużo częściej wskazują na unieważnienie całej umowy i uwolnienie kredytobiorcy od zobowiązania spłaty pożyczki. 

– Po wyroku TSUE zauważyliśmy tendencję wzrostową, jeżeli chodzi o korzystne orzeczenia na rzecz kredytobiorców. Jest ich naprawdę coraz więcej, a sądy częściej skłaniają się w kierunku unieważnienia umowy – nie tylko kredytu denominowanego, ale również kredytu indeksowanego. Przed wyrokiem Trybunału z października 2019 roku większość orzeczeń zapadało w duchu tak zwanego odfrankowania umowy – powiedziała serwisowi eNewsroom Paulina Piekarska, radca prawny, E-kancelaria Grupa Prawno-Finansowa. – Wiele osób dopiero po wyroku TSUE zdecydowało się w ogóle na podjęcie jakichkolwiek działań w sprawie swoich kredytów. Jesteśmy coraz częściej pytani o analizę spraw oraz o podjęcie różnych działań w walce z bankami. Czasami zdarzają się prośby o polubowne rozmowy i mediacje – jednak z mojego doświadczenia wynika, że banki nie chcą pertraktować z klientami. Wysuwają propozycje, które są dla klientów niekorzystne. Dlatego sugeruję w głównej mierze proces sądowy, jako formę walki o swoje prawa – wskazuje Piekarska.

FPP: Bon 500 + na posiłki dla pracowników powinien być wolny od PIT i ZUS

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) rekomenduje, by rząd w rozporządzeniu zapewnił pracownikom kwotę 560 zł miesięcznie na codzienny posiłek finansowany dobrowolnie przez pracodawcę. Taka kwota powinna być zwolniona z podatku PIT oraz składek na ubezpieczenie społeczne. Dzięki temu pracownicy uzyskają dodatkową siłę nabywczą, pracodawcy element motywacyjny, a skarb państwa dodatkowe wpływy z VAT i CIT.

Obecnie pracodawca może zapewnić dobrowolnie pracownikowi benefit w postaci posiłków i artykułów spożywczych, wykorzystując do tego karty lub bony żywieniowe (z pominięciem przypadków, w których jest to jego obowiązek wynikający z przepisów) – jednak zwolnienie tych świadczeń ze składek może być jedynie do kwoty 190 zł miesięcznie. Limit ten nie był zmieniany od 2004 r. – w przeliczeniu na dzień roboczy zwolnienie wynosi zaledwie ok. 9 zł.

„Prawne umocowanie żywieniowych przedpłaconych kart i bonów jako sposobu realizacji świadczeń celowych w zakresie posiłku dla pracowników jest bardzo potrzebne. Dobrowolne zapewnienie pracownikom możliwości zakupu właściwych produktów przez pracodawcę, za pośrednictwem kart i kuponów żywieniowych, wpłynie pozytywnie na ich zdrowe, regularne posiłki w pracy, a skarbowi państwa przyniesie dodatkowe wpływy. Takie działanie zabezpieczy także wydatkowanie środków finansowych jedynie na terenie Polski. Bon 500 + na posiłki powinien być wolny od PIT i ZUS” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Obecnie z kart i bonów żywieniowych w Polsce korzysta 3% uprawnionych ze względu na nieprecyzyjność przepisów prawnych i niską kwotę zwolnienia. W krajach Unii Europejskiej, gdzie benefity te korzystają z szerszego zakresu zwolnienia ze składek oraz PIT – np. Belgii, Słowacji, Rumunii – udział pracowników korzystających z kart lub bonów żywieniowych przekracza średnio 30%.

UOKiK: groupon zmienił procedurę odstąpienia od umowy zakupu kuponu

Groupon dostosował mechanizm zwrotu środków za kupon do wymogów prawa – to efekt działań UOKiK.- Osoby, które przy odstąpieniu od umowy otrzymały domyślnie zwrot w tzw. środkach Groupon, dostały e-mail od przedsiębiorcy i będą mogły ubiegać się zwrot pieniędzy na konto bankowe lub kartę.

Groupon to platforma internetowa oferująca kupony zniżkowe – vouchery na różne produkty i usługi. Prawie przez rok firma w elektronicznym odstąpieniu od umowy stosowała domyślnie zaznaczone okienko o treści: „preferuję zwrot środków Groupon, by móc szybciej dokonać zakupu”. Jeśli konsument nie odznaczył tej opcji, opłata uiszczona za kupon trafiała na jego konto w ramach platformy. Środki te mogły być wykorzystane jedynie w ciągu 12 miesięcy tylko do zakupu innego kuponu.

– Otrzymaliśmy sygnały od konsumentów w sprawie praktyki zwrotów serwisu Groupon. W przypadku odstąpienia od umowy zwrot środków powinien nastąpić w taki sam sposób, jakiego wcześniej użył kupujący do opłacenia kuponu, chyba że wyraził on zgodę na inną formę. Wiele osób mogło nie zauważyć małego okienka i nieświadomie wybrać opcję pozostawienia środków w systemie. Wystąpiłem w tej sprawie do przedsiębiorcy o odstąpienie od tej praktyki oraz usunięcie jej skutków. Spółka dokonała korzystnych zmian, poprawiając także komunikację z konsumentami. Cieszy szybka i pozytywna reakcja ze strony tego przedsiębiorcy – mówi Prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

Groupon zaproponował rekompensatę dla konsumentów oraz poprawił procedurę elektronicznego odstąpienia od umowy. Wszyscy użytkownicy, których w Polsce dotyczyła praktyka domyślnej formy zwrotu na platformę, niezależnie, czy posiadają środki Groupon ważne czy wygasłe, otrzymali możliwość ich zamiany na przelew do swojego banku lub zwrot na kartę. Przedsiębiorca mailem poinformował ich o tym, że w ciągu 60 dni mogą wystąpić o odzyskanie funduszy. Środki ze zwróconego kuponu będą przekazywane w oryginalnej metodzie płatności, chyba że klient wyraźnie zadeklaruje inaczej. Oznacza to, że przedsiębiorca dostosował metody zwrotu do przepisów prawa.

W tej sytuacji Prezes UOKiK wystosował tzw. wystąpienie miękkie. Oznacza to, że Prezes Urzędu zwraca się do przedsiębiorcy o to, aby np. zaniechał stosowania danej praktyki, bez konieczności wszczynania postępowania. Gdy przedsiębiorca współpracuje z UOKiK ma możliwość uniknięcia wielomiesięcznego postępowania i ewentualnej kary. W efekcie ma miejsce szybkie wyeliminowanie praktyki z korzyścią dla konsumentów.

Piotr Mieczkowski: 5G to szansa dla mniejszych miast

Na nowych rozwiązaniach skorzystają nie tylko metropolie, lecz również mniejsze miejscowości; dzięki dostępności szybkich łączy internetowych staną się one atrakcyjniejsze – ocenił Piotr Mieczkowski z Fundacji Digital Poland, odpowiadając na pytania internautów na czacie Serwisu Samorządowego PAP.

Czat został przeprowadzony w ramach kampanii informacyjno-społecznej „5G – Infrastruktura przyszłości”. Partnerem merytorycznym projektu jest Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji.

Ekspert odpowiadał na pytania o znaczenie rozwoju sieci komórkowej i technologii 5G dla miast.

„Mniejsze miasta bardziej skorzystają na 5G, niż wielkie, gdyż w dużych miastach już mamy dosyć dobrą sieć komórkową” – podkreślił Mieczkowski. „Nowoczesne sieci telekomunikacyjne, w tym 5G, będą dużą korzyścią dla mieszkańców mniejszych miejscowości, dlatego że łatwiej będzie chociażby pracować zdalnie czy uczyć się zdalnie” – mówił.

„Biorąc pod uwagę to, że w Polsce wiele osób mieszka poza dużymi miastami, taka nowoczesna sieć jest swego rodzaju szansą właśnie dla miasteczek i wsi. Przecież nie wszędzie będziemy w stanie wybudować światłowód” – dodał.

Zdaniem eksperta korzyści, wynikające z rozwoju sieci 5G, Polacy zaczną odczuwać w perspektywie dwóch, trzech lat.

„My akurat w Polsce jesteśmy troszeczkę zapóźnieni, ponieważ do dziś nie zostały udostępnione częstotliwości dla 5G. Mówimy tu o paśmie 3,4-3,8 GHz. Również w związku z tym, że znajdujemy się w sąsiedztwie Federacji Rosyjskiej, ciągle nie zostały nam udostępnione częstotliwości pokryciowe, czyli 700 MHz” – wyjaśnił.

Mieczkowski wskazał jednocześnie, że w Polsce stosowane już są rozwiązania, które dzięki nowym technologiom poprawiają komfort życia. Jako przykład wymienił m.in. systemy elektronicznej rezerwacji miejsc parkingowych oraz zastosowanie w gospodarce komunalnej liczników do monitorowania zużycia wody i prądu.

„Nowe technologie pozwalają nam lepiej wykorzystywać te zasoby, które mamy. Na tym polega właściwie koncepcja Smart City. Jest to nic innego, jak miasto, które lepiej i bardziej efektywnie zarządza swoimi zasobami: ruchem miejskim czy kwestią wywozu śmieci. Nowe technologie pozwalają wdrożyć oszczędności” – podkreślił.

Przedstawiciel Fundacji Digital Poland pytany był przez internautów m.in. o perspektywy dla transportu autonomicznego.

„Najpierw stawiałbym na tramwaje, metro i pociągi. Na świecie już jest przynajmniej 50, a może i więcej przypadków miast, w których jeżdżą autonomiczne pociągi. W Polsce, z tego co pamiętam, chociażby w Gdańsku, odbywają się testy autonomicznych autobusów i w związku z tym myślę, że do 2020 roku na pewno będą miasta w Polsce, które uruchomią tego typu transport” – stwierdził.

Mieczkowski rozwiewał także obawy uczestnika czatu o to, że 5G przyczyni się do większej inwigilacji obywateli.

„Sieci telekomunikacyjne są bardzo bezpieczne i tutaj warto może podkreślić, że jeśli mówimy o jakimś szpiegostwie, to odbywa się ono najczęściej w warstwie aplikacyjnej. Ja osobiście nie bałbym się zwykłego telefonu, pod warunkiem że nie instalujemy zbyt wielu aplikacji, ale przede wszystkim uważałbym na to, co jest do nas wysyłane. To jest główne źródło hakowania ludzi, a nie sieć telekomunikacyjna” – uznał.

Gość Serwisu Samorządowego PAP mówił też o wpływie automatyzacji na bezrobocie. W jego opinii Polska, jako kraj, który się wyludnia, nie powinna się tego obawiać.

„Dla nas automatyzacja jest błogosławieństwem tak, jak w przypadku Japonii. Jako Fundacja Digital Poland jesteśmy orędownikiem koncepcji społeczeństwa 5.0. Jest to społeczeństwo, które wykorzystuje nowoczesne technologie, by rozwiązać palące problemy ludzkości” – powiedział Mieczkowski.

Budownictwo mieszkaniowe we wrześniu 2020

Według wstępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego we wrześniu br. oddano do użytkowania 20,7 tys. mieszkań, co stanowi wzrost o 21,9% w stosunku do września 2019 r. W tym samym miesiącu rozpoczęto budowę 26,2 tys. mieszkań, czyli o 21,6% więcej niż w analogicznym miesiącu roku ubiegłego. Biorąc pod uwagę okres styczeń – wrzesień br. oddano do użytkowania 156,5 tys. mieszkań, co stanowi wartość o 7,4% wyższą niż w tym samym okresie 2019 r.

Dane GUS dotyczące efektów budownictwa mieszkaniowego potwierdzają, że sektor mieszkaniowy bardzo szybko powrócił na ścieżkę wzrostu po początkowych problemach wywołanych pandemią COVID-19.

W 2019 r. oddano do użytkowania ponad 207 tysięcy tys. mieszkań, co było wynikiem najwyższym od 1980 r. i trzecim rezultatem w Europie (w stosunku do liczby mieszkańców). Pod względem powierzchni oddawanych mieszkań, ubiegły rok był rekordowym w historii pomiarów. Bardzo dobre wyniki tegoroczne wskazują, że pomimo pandemii COVID-19 sektor mieszkaniowy radzi sobie znacząco lepiej niż inne segmenty gospodarki.

Można oczekiwać, że w przypadku dalszego utrzymywania się stabilnej sytuacji na rynku budowlanym, w 2020 r. zostaną osiągnięte kolejne rekordy pod względem liczby i powierzchni użytkowej mieszkań i domów oddawanych do użytkowania. Szacuje się osiągnięcie ok. 220 tys. nowo wybudowanych lokali. Do dalszego rozwoju budownictwa mieszkaniowego powinny przyczynić się również nowo wprowadzone oraz procedowane aktualnie zmiany legislacyjne. To m.in. uproszczenie procesu budowlano-inwestycyjnego oraz pakiet rozwiązań finansowych i regulacyjnych stymulujących rozwój budownictwa dostępnego dla osób o niskich i przeciętnych dochodach (tzw. pakiet mieszkaniowy).

MRPiT

Sprzedaż spada. Czy pandemia przyniesie flautę na trójmiejskim rynku mieszkaniowym?

Pierwsza połowa roku na trójmiejskim rynku pierwotnym przyniosła kolejne podwyżki cen. Średni koszt mkw. nowego mieszkania w stolicy województwa pomorskiego prawie przekroczył już granicę 10 tys. zł. Choć same ceny znów biły rekordy, to w większej części Trójmiasta sprzedaż mieszkań od deweloperów wyraźnie spadła, co stanowi jeden z pierwszych objawów wpływu pandemii na lokalny rynek pierwotny, wskazują eksperci Emmerson Evaluation, którzy przeanalizowali rynki największych polskich miast.

Wśród dziewięciu aglomeracji, przeanalizowanych przez firmę Emmerson Evalaution na podstawie bazy Evaluer, Trójmiasto znalazło się w czołówce najdroższych rynków. Sopot ze średnią ceną nowego mieszkania sięgającą 17 180 zł za mkw. uplasował się na pierwszym miejscu zestawienia. Drugą pozycję ma Warszawa (10 706 zł/mkw), a tuż za stolicą znajdują się właśnie się Gdańsk i Gdynia, z kwotami za mkw. w wysokości 9 972 zł i 9 710 zł.

Miasto Średnia cena za mkw.
Sopot 17 180 zł
Gdańsk 9 972 zł
Gdynia 9 710 zł
Źródło: Baza Evaluer  

Wyhamowanie sprzedaży w Gdańsku

W I połowie 2020 r. w Gdańsku średnia cena za mkw. mieszkania na rynku pierwotnym wzrosła o 1,4%. Jednakże, to jedna z najmniejszych podwyżek wśród pozostałych analizowanych przez Emmerson Evaluation aglomeracji.

Gdańskie ceny mieszkań z pierwszej ręki znacząco różniły się w poszczególnych obszarach miasta. Najmocniej zdrożały na Aniołkach i w Śródmieściu – średnio trzeba było tam zapłacić ponad 12,3 tys. zł/mkw, o 5% więcej niż pół roku wcześniej. Natomiast dość mocno (o prawie -16%) staniały nowe mieszkania na obszarze, do którego należą m.in. Letnica, Nowy Port, Stogi oraz Wyspa Sobieszewska. Najwyższe ceny mieszkania od deweloperów osiągały na obszarze Oliwy, Przymorza Małego i Wielkiego oraz w dzielnicy Żabianka-Wejhera-Jelitkowo-Tysiąclecia. Za mkw. trzeba było tam zapłacić średnio 13,9 tys. zł. Najtańsze mieszkania znajdowały się na terenie Olszynki i dzielnicy Orunia-Św. Wojciech-Lipce. Tu przeciętny pułap cenowy wynosił 6,5 tys. zł/mkw.

W I pół. 2020 r. liczba sprzedanych mieszkań deweloperskich w Gdańsku spadła o 38,6%. Za tak duży spadek można winić w dużej mierze COVID-19. Z danych GUS wynika także, że w analizowanym okresie wydano o 15% mniej pozwoleń na budowę niż w terminie od lipca do grudnia zeszłego roku. Oznaczać to będzie mniej nowych inwestycji i skromniejszy wybór dla kupujących w przyszłości – wskazuje Tomasz Kaźmierski, Business Development Director w Emmerson Evaluation.

W Gdyni również ubyło chętnych na nowe mieszkania

Analitycy Emmerson Evaluation, podobnie jak w przypadku Gdańska, również w Gdyni odnotowali dość niewielki wzrost średniej ceny mieszkań. W ciągu pół roku mieszkania na rynku pierwotnym podrożały o 1,3%.

W I połowie 2020 r. o 6,6% wzrosła średnia cena nowych mieszkań w obszarze, do którego należą Cisowa, Chylonia, Leszczynki, Pustki Cisowskie-Demptowo oraz Chwarzno-Wiczlino. Natomiast potaniały one (zmiana o -1,1%) na terenie Babich Dołów, Oksywia, Obłuża i Pogórza. W tych dwóch gdyńskich obszarach było także najtaniej – nowe lokale kosztowały tu średnio ok. 7,4 tys. zł/mkw. Najdroższej było rejonach Gdyni, do których należą Śródmieście, Kamienna Góra, Wzgórze Św. Maksymiliana, Redłowo i Orłowo, gdzie za mkw. mieszkania trzeba było zapłacić ponad 13 tys. zł.

W I pół. 2020 r. na gdyńskim pierwotnym rynku liczba sprzedanych mieszkań spadła o 38%. Jak zwraca uwagę ekspert Emmerson Evaluation, podobnie jak w Gdańsku, na taki wynik miało wpływ pojawienie się w Polsce pandemii koronawirusa. Jednocześnie do sprzedaży trafiło o 30% mniej mieszkań niż we wcześniejszym półroczu. Kurczenie się podaży będzie z kolei oznaczało mniejszy wybór dla kupujących.

Sytuacja na sopockim rynku nieruchomości

Sopot jest niekwestionowanym liderem wśród najdroższych mieszkań w Polsce. W ciągu półrocza średnia cena za mkw. wzrosła w Sopocie o 3,3%. Powodem tak wysokich cen w tej lokalizacji są przede wszystkim niewielkie rozmiary miasta oraz ograniczona możliwość rozrostu z powodu przeszkód naturalnych oraz administracyjnych, ale także renoma. Prestiż, położenie w pobliżu morza oraz wysoki standard oferowanych mieszkań skutecznie od lat windują ceny nieruchomości w tej części Trójmiasta.

W  pierwszym półroczu 2020 r. z powodu braku nowych inwestycji liczba dostępnych mieszkań na rynku pierwotnym w sopockiej ofercie spadła o prawie 20%. Mimo niższego poziomu ofert, sprzedaż mieszkań w tym mieście, jako jedynym ze wszystkich analizowanych przez Emmerson Evaluation aglomeracji, miała zwyżkowy trend – wolumen odnotowanych transakcji wzrósł o 17,6%. – Na odmienność Sopotu na tle innych rynków wpływ ma jego specyfika. Jest znacznie mniejszy i tutejsze inwestycje są nakierowane głównie na zamożniejszego klienta. Z powodu braku gruntów inwestycyjnych rzadko wprowadzane są tu też do sprzedaży nowe projekty deweloperskie. Według danych GUS, liczba pozwoleń na budowę w I pół. 2020 r. spadła o prawie 80%, natomiast w okresie od lipca do grudnia zeszłego roku nie wydano ani jednego takiego pozwolenia – zwraca uwagę Tomasz Kaźmierski, ekspert Emmerson Evaluation.

Perspektywy dla trójmiejskiego rynku pierwotnego

Jak wskazują analitycy Emmerson Evaluation, można się spodziewać, że w najbliższym czasie w Trójmieście celem deweloperów (podobnie jak z pozostałych miastach w Polsce) będzie przede wszystkim stopniowe wyprzedawanie obecnej oferty. Jednocześnie zdecydują się oni na uruchamianie mniejszej liczby inwestycji niż w ubiegłym latach, aby lepiej zrównoważyć podaż i popyt. Kupujący mogą więc w przyszłości mieć mniejszą pulę mieszkań i inwestycji do wyboru. Korekty cen również są możliwe, jednak zmiany pozostają trudne do przewidzenia, a ich skala będzie zależeć od tego, w jaki sposób Polska i świat poradzi sobie z drugą falą pandemii.

Złoty traci na wartości, odwrót od dolara

Dane zza oceanu ponownie powodują odwrót od dolara. Dodatkowym problemem jest też kwestia braku porozumienia w sprawie pakietu stymulacyjnego dla gospodarki w celu walki ze skutkami pandemii. W rezultacie obserwujemy od kilku dni odwrót od amerykańskiej waluty.

Impas w USA

Za oceanem trwają spory o wprowadzenie pakietu stymulacyjnego dla gospodarki. Wszystko rozbija się oczywiście o pieniądze. Demokraci postulują 2,1 bln dolarów, Trump jest skłonny podpisać nie więcej niż 1,9 bln, z pozoru to niewielka różnica. Problemem jest jednak stanowisko Republikanów mających większość w Senacie. Ci z kolei postulują kwotę aż 4 krotnie mniejszą. Teoretycznie, rozwiązaniem impasu mogą być wybory, ale od wyborów do zaprzysiężenia miną ponad dwa miesiące, a idea pakietu jest taka, by zaczął on działać szybko. Na rynkach widać niepokój, który objawia się ucieczką od dolara względem innych walut.

Beżowa księga bez niespodzianek

Wczoraj poznaliśmy tzw. beżową księgę. Jest to raport tworzony przez lokalne oddziały Rezerwy Federalnej na temat stanu gospodarki. Sytuacja poprawia się, aczkolwiek bezrobocie nie spada tak szybko, jak dotychczas sądzono. Jest to kolejny po wspomnianym impasie politycznym w sprawie pakietu stymulacyjnego impuls powodujący osłabienie amerykańskiej waluty.

Złotówka ponownie w odwrocie

Po lepszym dniu, kiedy spodziewano się powrotu ponownie w okolice 4,55 zł za euro, znów złoty traci na wartości. Jeżeli ta tendencja się utrzyma, szybko możemy zobaczyć euro po 4,60 zł. Byłby to najwyższy poziom od marca i niewiele brakowałoby do maksimów z kryzysu 2008 roku. Powodem spadków ponownie jest strach, który powoduje, że inwestorzy szukają bezpieczniejszych miejsc dla inwestycji.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Mazurska Manufaktura Alkoholi chce zamknąć 2020 rok z zyskiem na poziomie 2 mln zł netto

Mazurska Manufaktura Alkoholi (MMA), specjalizująca się w produkcji kraftowych alkoholi wysokoprocentowych, wypracowała w ostatnim kwartale przychody netto ze sprzedaży na poziomie 7,3 mln zł oraz zanotowała zysk netto na poziomie 1,9 mln zł. Z końcem tego roku planowane jest przygotowanie debiutu spółki na rynku NewConnect, a w najbliższych tygodniach wystartuje emisja akcji serii E, której warunki będą zaprezentowane na platformie Crowdconnect.

Zgodnie z oczekiwaniami i wcześniejszymi prognozami spółki, Mazurska Manufaktura Alkoholi wypracowała w ostatnim kwartale kolejne wzrosty. Nie można porównać, jak zmieniły się wyniki finansowe firmy r/r, ponieważ spółka rozpoczęła regularną działalność operacyjną na początku bieżącego roku. W 2019 roku, który był pierwszy rokiem działalności MMA, spółka koncentrowała się na pozyskaniu finansowania (m.in. poprzez akcję crowdfundingową) oraz niezbędnych aktywów do rozpoczęcia działalności produkcyjnej.

Pomyślne prognozy na koniec roku

Mazurska Manufaktura Alkoholi zapowiada także pomyślne zamknięcie 2020 roku. – Spółka konsekwentnie realizuje zakładany na ten rok plan sprzedaży utrzymując na dobrym poziomie zarówno rentowność operacyjną, jak i rentowność sprzedaży netto. Plany na ten rok zakładają osiągnięcie co najmniej 10 mln zł sprzedaży netto oraz zysku netto powyżej 2 mln zł. Firma posiada w swojej ofercie linię środków do dezynfekcji MM Hygienic, których sprzedaż pomaga niwelować nagłe wahania rynkowe związane z pandemią Covid-19 – mówi Marek Stoiński ekspert ds. finansów korporacyjnych z ponad 20-letnim doświadczeniem rynkowym oraz akcjonariusz Mazurskiej Manufaktury Alkoholi.

W planach crowdfunding i debiut na NewConnect

Mazurska Manufaktura Alkoholi podtrzymuje swoje plany debiutu na rynku NewConnect i jeszcze w tym roku chce złożyć Dokumenty Informacyjne na GPW. Zanim to jednak nastąpi, niezbędne jest uzyskanie rozproszenia akcji na poziomie 15 proc. – Niebawem ruszy emisja akcji serii E, która zostanie zaprezentowana platformie Crowdconnect, o wartości 4 mln zł. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na rewitalizację naszej siedziby, czyli zabytkowego Browaru w Szczytnie i uruchomienie produkcji legendarnego na Warmii i Mazurach piwa Jurand. Szacujemy, że nastąpi to na przełomie I i II kwartału 2021 roku – zapowiada Jakub Gromek, prezes Mazurskiej Manufaktury Alkoholi.

Belgia, Francja, Niemcy – o czym musisz pamiętać wykonując tam przewozy w czasie pandemii

Zaostrzająca się sytuacja związana z Covid-19 spowodowała, że wiele państw członkowskich zostało zmuszonych do ponownego wprowadzenia ograniczeń w przemieszczaniu się oraz nowych wymogów w tym m. in.: poddania się kwarantannie, wykonania testów czy posiadania odpowiednio wypełnionych formularzy. Eksperci OCRK przedstawiają najważniejsze informacje, o których powinni pamiętać pracownicy sektora TSL organizując przewozy na terenie Unii Europejskiej.

Francja:

We Francji od dnia 17.10.2020 roku obowiązuje godzina policyjna, z zakazem przemieszczania się w godzinach 21:00 – 6:00 w poszczególnych regionach. Należy jednak pamiętać, że zakaz nie obowiązuje kierowców, pod warunkiem posiadania odpowiednio wypełnionych oświadczeń.

Kierowcy zatrudnieni w przedsiębiorstwach transportowych powinni posiadać przy sobie wypełniony przez pracodawcę dokument dostępny do pobrania w języku francuskim: [PDF] [DOC]. Dla ułatwienia, przygotowano tłumaczenie, które pomoże wypełnić oświadczenie.

uzasadnienie podróży służbowejKierowcy prowadzący własną działalność powinni posiadać przy sobie wypełnione tzw. wyjątkowe świadectwo podróży, które uprawnia do poruszania się w godzinach objętych zakazem na terenie wyróżnionych regionów. Oświadczenie można wypełnić online na stronie lub pobrać dokument przygotowany w języku angielskim [DOC].

Poruszając się po objętych obostrzeniami regionach bez zaświadczeń pracownicy branży transportowej narażeni się na mandat w wysokości od 135 do nawet 3750 euro, w przypadku trzykrotnego naruszenia obowiązku posiadania wypełnionych dokumentów.

Oficjalne Źródło: https://www.interieur.gouv.fr/Actualites/L-actu-du-Ministere/Attestations-de-deplacement-couvre-feu

Niemcy:

17 października niemiecki rząd wprowadził obowiązkową kwarantannę oraz testy dla osób podróżujących z terenów o podwyższonym ryzyku. W Polsce takimi regionami są na ten moment województwa kujawsko-pomorskie, małopolskie, podlaskie, pomorskie i świętokrzyskie. Co najistotniejsze dla branży transportowej, prawie we wszystkich regionach Niemiec potwierdzono wyłączenia dla pracowników transportu. Zalecamy jednak śledzić na bieżąco rozwój sytuacji ze względu na możliwość wprowadzania indywidualnych zmian przez poszczególne niemieckie landy.

Więcej informacji można uzyskać na stronach:

https://www.gov.pl/web/niemcy/informacje-dot-rozprzestrzeniania-sie-koronawirusa-sars-cov-2-w-niemczech (zakładka testy i kwarantanna w Niemczech)

AKTUALIZACJA – NIEMCY: NOWE OBOSTRZENIA TESTY ORAZ KWARANTANNA


Łotwa:

Łotwa także wprowadziła nowe wymogi, od 12.10.2020 roku przed każdym wjazdem na teren kraju, należy wypełnić odpowiedni formularz online – dotyczy to także przewozów tranzytowych. Dokument dostępny jest m.in. w języku angielskim: https://www.covidpass.lv/en/ . Po wypełnieniu formularzu otrzymujemy kod QR do okazania na granicy. Należy pamiętać, żeby wypełnić zgłoszenie nie wcześniej niż 48 godzin przed wjazdem. Dodatkowym obowiązkiem wprowadzonym przez łotewskie władze jest obowiązek odbycia 14-dniowej kwarantanny wszystkich osób przyjeżdzających z Polski – pracownicy transportu zwolnieni są jednak z mandatoryjnej samoizolacji.

Więcej informacji znajduje się na stronie: https://www.gov.pl/web/lotwa/lotwa-zasady-wjazdu-i-tranzytu

Belgia:

W Belgii podobnie jak we Francji wprowadzona została godzina policyjna, która obowiązuje od 00:00 do godziny 05:00 rano. W tym czasie każda osoba, która przemieszcza się po terenie kraju powinna móc udowodnić powód poruszania się po ulicach. Formalnie nie istnieje jednak obowiązek posiadania odpowiedniego zaświadczenia, ale dokument ten ułatwia udowodnienie potrzeby poruszania się w czasie objętym zakazem.

Warto pamiętać, że w przypadku konieczności pobytu na terytorium Belgii dłużej niż 48 godzin wymagane jest złożenie odpowiedniego oświadczenia, które można wypełnić online na stronie: https://travel.info-coronavirus.be/. Brak posiadania wyżej wymienionego dokumentu zagrożony jest karą w wysokości 250 euro.

Szczegółowe informacje znajdują się na stronie: https://febetra.be/fr/belgique/ oraz https://www.gov.pl/web/dyplomacja/belgia

Uzgodnienia Państw członkowskich UE

Według postanowienia państw członkowskich, kwarantanna czy obowiązkowe badania nie będą stosowane względem podróżujących z tzw. „zielonych” stref. Polska obecnie traktowana jest jednak jako region czerwony – oznacza to, że 14-dniowy łączny wskaźnik zgłaszania przypadków koronawirusa wynosi co najmniej 50 na 100 tys. osób, a liczba testów na zakażenie koronawirusem wynosi 4 % lub więcej lub że 14-dniowy łączny wskaźnik zgłaszania spraw związanych z koronawirusem wynosi ponad 150 na 100 tys. osób. Należy spodziewać się zatem pojawiających się dodatkowych ograniczeń we wjazdach do poszczególnych krajów. Zgodnie z uzgodnieniami międzypaństwowymi większość krajów członkowskich wprowadza wyjątki dla branży transportowej. Nie uniknionym są jednak dodatkowe formalności umożliwiające bezproblemowe wykonywanie przewozów.

Podsumowanie III kw. 2020 r. na rynku mieszkaniowym

Powrót rynku do równowagi i stabilny poziom cen zachęcają Polaków do lokowania oszczędności na rynku mieszkaniowym. Sprzedaż nowych mieszkań wzrosła w III kwartale 2020 r. niemal dwukrotnie.

W III kwartale br. deweloperzy działający w sześciu największych miastach w Polsce sprzedali 13,3 tys. mieszkań, o 94% więcej niż w poprzednim kwartale. Na większości rynków sprzedaż ta została zrealizowana przy cenach ofertowych wyższych niż w II kwartale. Dzięki nowym wprowadzeniom, które wróciły do poziomu z początku 2020 r. i wyniosły 13,0 tys. lokali oferta utrzymała się na dotychczasowym poziomie – czytamy w najnowszym raporcie JLL Rynek mieszkaniowy w Polsce Q3 2020.

Zdaniem ekspertów JLL liczby opisujące sytuację na rynku pierwotnym w III kwartale bieżącego roku okazały się mało sensacyjne. Gdyby spojrzeć na nie w oderwaniu od tego jak rynek zachowywał się w pierwszym, a zwłaszcza w II kwartale, można stwierdzić, że były to po prostu najzwyczajniejsze trzy miesiące w cyklu rynkowym. Deweloperzy sprzedali niemal dokładnie tyle samo mieszkań, ile wprowadzili do sprzedaży, w związku z czym liczba mieszkań w ofercie prawie się nie zmieniła. Wbrew powszechnym oczekiwaniom nie zmieniły się także ceny.

Przy inflacji wynoszącej w analizowanym okresie blisko 3%, kwartalne wzrosty na poziomie 1% można potraktować jako uzasadnioną i umiarkowaną korektę inflacyjną. Jak do tej pory nie wystąpiły też przesłanki do przecen. Aktywność nabywców wróciła niemal do poziomu sprzed pandemii, a rosnący indeks cen lokali sprzedanych pokazuje, że nie tylko akceptują oni poziomy cen ustalane przez deweloperów, ale swoje zainteresowanie kierują wręcz w stronę mieszkań z wyższych segmentów jakościowych. – komentuje Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego, JLL

Przykładem rynku, na którym trend ten zaznaczył się w minionym kwartale najsilniej był Kraków. Uruchomienie dużej liczby projektów z górnej półki cenowej w I i II kwartale sprawiło, że średnia cena metra kwadratowego oferowanych do zakupu mieszkań przekroczyła tam magiczną granicę 10 tys. złotych. Nie zraziło to jednak kupujących, którzy sięgnęli po te właśnie lokale. Średnia cena liczona dla mieszkań, które w III kwartale znalazły swoich nabywców była o 10% wyższa niż przed kwartałem. Wszystko to przy rosnącej najwyraźniej spośród sześciu rynków ofercie.

Zainteresowanie zakupem większe niż pokazują statystyki

Fakt, że liczba mieszkań dostępnych do zakupu utrzymuje się na stabilnym poziomie jest kolejnym argumentem przeczącym tezie o nieuchronności spadku cen. Poza Krakowem wzrost poziomu oferty nie przekroczył nigdzie 2%, w Warszawie i Wrocławiu pula ta nawet zmalała. Nie rośnie też liczba gotowych niesprzedanych mieszkań. Stanowią one nadal zaledwie 11% oferty wynoszącej na sześciu rynkach łącznie 49,3 tys. To wciąż bardzo blisko udziału gotowych lokali w ofercie notowanego w okresie boomu, który zgodnie z danymi JLL wynosił 10%. Dla porównania, w okresie bessy odsetek lokali oddanych do użytkowania, które czekały na nabywcę w ofercie deweloperów sięgał nawet 35%.

Do poziomu sprzed zamrożenia gospodarki wrócił też w minionym kwartale udział tzw. zwrotów. Fala odstąpień od rozpoczętych transakcji była jednym z najtrudniejszych zjawisk z jakim deweloperzy musieli zmierzyć w pierwszych miesiącach pandemii. Największą jego skalę odnotowano w Krakowie, gdzie w II kwartale zwroty sięgnęły 51% sprzedaży brutto. W III kwartale najwięcej mieszkań już raz kupionych wróciło do deweloperów działających w Warszawie. Ich udział sięgnął tam 6% sprzedaży brutto. Najniższy był w Łodzi i Trójmieście, gdzie nie przekroczył 1%.

Zdaniem Pawła Sztejtera, poziom zwrotów może być wprawdzie wyższy niż pokazują dane, ale paradoksalnie świadczy to o bardzo wysokim poziomie zainteresowania rynkiem mieszkaniowym „nowej” grupy nabywców.

Letnie miesiące były dla deweloperów pracowite, a w biurach sprzedaży panował dużo większy ruch niż wskazywałby na to poziom transakcji odnotowany w kwartale.
Mieszkania, z których zakupu rezygnowano praktycznie od ręki znajdowały nowych nabywców, a inwestorów detalicznych, którzy chcieli zarabiać na najmie zastępowali ci, którzy w niepewnych czasach chcieli zabezpieczyć w nieruchomościach swoje oszczędności. – komentuje Paweł Sztejter, Dyrektor Działu Mieszkaniowego, JLL

Oszczędności (po)płyną do nieruchomości

Ta rosnąca z miesiąca na miesiąc nowa grupa nabywców zdaniem ekspertów JLL może być w nadchodzącym okresie ważna dla utrzymania stabilności na rynku mieszkaniowym. Co ważne, istotnym argumentem skłaniających ich zakupu jest ugruntowana opinia o rynku mieszkaniowym w Polsce jako o bezpiecznej przystani, w której można zabezpieczyć zgromadzony kapitał. To zresztą dotyczy zarówno inwestorów indywidualnych jak i instytucjonalnych. Ci pierwsi mają w bankach na samych lokatach terminowych zgromadzone ponad 300 mld złotych i brak realnej alternatywy na zabezpieczenie utraty ich wartości na rynku kapitałowym. Ci drudzy przenoszą na tzw. Living swoje zainteresowanie z tradycyjnych sektorów, które straciły w ostatnich czasach na atrakcyjności.

Wartość rynku pierwotnego w sześciu największych miastach w Polsce można dziś szacować na ok. 25 mld złotych rocznie. Nawet jeśli w 2-3 kolejnych latach zakupy mieszkań z myślą o późniejszym ich wynajmowaniu oraz popyt uzależniony od dostępności kredytów zmaleją o kilka miliardów złotych rocznie, wystarczy, że relatywnie niewielki odsetek z rzeszy posiadaczy oszczędności postanowi przenieść je na rynek mieszkaniowy by luka popytowa została wypełniona, a rynek pozostał w równowadze. Dla podtrzymania ich zainteresowania ważne będzie jednak utrzymanie w nadchodzących 2-3 kwartałach stabilnego poziomu cen. – komentuje Paweł Sztejter, Szef Zespołu Mieszkaniowego, JLL

AICPA i CIMA uruchomiły nową platformę e-learningowo-egzaminacyjną

Nowa platforma e-learningowo-egzaminacyjna umożliwia uzyskanie Kwalifikacji Profesjonalnej CIMA. Jest ona odpowiedzią na rosnące zapotrzebowanie na cyfrowe kształcenie w trybie zdalnym, wymuszonym przez pandemię koronawirusa.

Association of International Certified Professional Accountants – Międzynarodowe Stowarzyszenie Dyplomowanych Specjalistów ds. Rachunkowości łączące American Institute of CPAs (AICPA) i The Chartered Institute of Management Accountants (CIMA) – umożliwia pracodawcom i uczelniom w Europie, Azji i Afryce skorzystanie z platformy do cyfrowego kształcenia CGMA Finance Leadership Program (CGMA FLP) w ramach nowej, alternatywnej ścieżki zdobywania Kwalifikacji Profesjonalnej CIMA.

Jest to odpowiedź na zwiększone zapotrzebowanie na zdalne kształcenie, które umożliwia naukę we własnym tempie w trybie online. CGMA FLP pomoże wykształcić przyszłe pokolenia specjalistów ds. finansów posiadających tytuł Chartered Global Management Accountant (CGMA), kluczowych w podnoszeniu wydajności biznesowej organizacji i wspieraniu ożywienia gospodarczego.

Ze względu na wyzwania, jakie dla nauczania i egzaminowania tradycyjnymi metodami stworzyła pan-demia, nowa platforma e-learningowo-egzaminacyjna zapewnia przyszłym liderom biznesu i finansów natychmiastowy, elektroniczny dostęp umożliwiający zdobywanie niezbędnych w biznesie kompetencji finansowych na poziomie odpowiadającym studiom magisterskim.

CGMA FLP obejmuje kompetencje z zakresu finansów, księgowości, biznesu, umie¬jęt¬ności interpersonalnych i cyfrowych objętych sylabusem Kwalifikacji Profesjonalnej CIMA i poddaje ocenie stopień ich zastosowania w dzia¬łalności operacyjnej, zarządzaniu i strategii. Studenci mogą rozpocząć drogę kształcenia na poziomie dostosowanym do ich dotychczasowej edukacji, posiadanych kwalifikacji i doświadczenia. Pracodawca lub uczelnia ma możliwość monitorowania i wspierania ich w miarę postępów.

Aby otrzymać tytuł Chartered Global Management Accountant i stać się częścią Association of International Certified Professional Accountants (największego na świecie stowarzyszenia specjalistów w dziedzinie księgowości, reprezen¬tującego ponad 650 tys. studentów i członków) należy pomyślnie ukończyć poszczególne poziomy nauki i zdać egzaminy oraz testy symulacji biznesowej oparte na studium przypadku, a także spełnić wymagania dotyczące doświadczenia zawodowego.

– CGMA Finance Leadership Program uruchomiono w odpowiedzi na zmiany zachodzące na świe¬cie oraz rosnące zapotrzebowanie na kształcenie w zakresie biznesu i finansów poprzez elastyczne narzędzia e-learningowe. Jest jeszcze miejsce na tradycyjną naukę i egzaminy w ośrodkach egzaminacyjnych, ale dobrze, że w erze cyfrowej możemy też zaoferować alternatywną ścieżkę prowadzącą do poznania, zrozumienia i zdobycia umiejętności zastosowania finansów – powiedziała Irene Teng, Managing Director, Global Markets, Association of International Certified Professional Accountants.

– Nowe podejście pozwala nam wykorzystać innowacje i popłynąć na fali cyfrowego rozwoju. Jesteśmy teraz w stanie dotrzeć do większej liczby osób, wesprzeć więcej pracodawców i zapewnić lepszy dostęp do zawodu – dodała Irene Teng.

– CGMA Finance Leadership Program to praktyczne rozwiązanie, które oferuje możliwość zdalnego szkolenia i rozwoju pracowników, umożliwiające jednocześnie potwierdzenie poziomu zdobywanej przez nich wiedzy na bieżąco, co jest niezwykle ważne z perspektywy kluczowych umiejętności i kompetencji pracowników oraz potrzeb pracodawców w dobie pandemii koronawirusa. To także światowej klasy narzędzie online, które w inteligentny i skalowany sposób pomaga podnieść kompetencje cyfrowe specjalistów ds. finansów, które w obecnych czasach jeszcze bardziej zyskały na znaczeniu. Wierzymy, że to pomoże naszym partnerom biznesowym stać się jeszcze bardziej konkurencyjnymi na rynku i lepiej przygotować organizacje na przyszłe wyzwania. Dlatego tak bardzo cieszymy się, że od tego roku z platformy FLP, która powstała i początkowo była dostępna tylko w Ameryce, mogą już skorzystać pracodawcy i uczelnie w Europie – powiedział Jakub Bejnarowicz, dyrektor regionalny na Europę, CIMA.

– W środowisku akademickim od lat rozważaliśmy potrzebę zmian w sposobie kształcenia studentów. Wydarzenia wiosny 2020 r. związane z pandemią COVID-19 sprawiły, że rozważania przerodziły się w konkretne działania. Wprowadziliśmy dotychczas niestosowane na szeroką skalę sposoby komunikowania się ze studentami, metody transferu wiedzy i wymiany poglądów. CGMA Finance Leadership Program wzbogaca proces zdalnej nauki o możliwości asynchronicznej nauki z jednoczesnym monitorowaniem postępów studenta przez wykładowcę. Platforma dostępna jest wszędzie, zarówno w sali komputerowej, sali wykładowej, jak i mobilnych urządzeniach takich jak telefon, tablet czy laptop. CGMA Finance Leadership Program przenosi nas na kolejny poziom kształcenia – moim zdaniem – lepiej dostosowany do oczekiwań studentów. Oprócz technologicznych zalet tej cyfrowej platformy należy również wspomnieć o merytorycznych walorach treści z zakresu finansów. Ich zakres nie tylko odzwierciedla potrzeby kompetencyjne praktyki biznesowej, ale również angażuje studenta w rozwiązywanie realnych dylematów z dziedziny finansów i zarządzania – powiedział dr hab. Remigiusz Napiecek, prof. UEP, Kierownik Katedry Rachunkowości Zarządczej, Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu, Przewodniczący Rady Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Czy ceny mieszkań spadną? Deweloperzy odpowiadają

Czy ceny mieszkań w nowych osiedlach będą nadal szły w górę? Czy po podwyżce nastąpi korekta? Co o tym zdecyduje? Jakie mieszkania będą tanieć, a jakie drożeć? W których lokalizacjach? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develii

W trzecim kwartale br. sprzedaliśmy 358 lokali, tj. o 15 proc. więcej w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. Potwierdza to, że sytuacja ustabilizowała się i rynek wraca do wolumenów sprzed wybuchu pandemii. Zdecydowana większość osób zainteresowanych zakupem mieszkań podtrzymuje swoją decyzję. Pewna część klientów przesuwa ją w czasie lub wybiera inne mieszkanie niż pierwotnie zakładali, jednak nie rezygnuje z zakupu. Ponadto, oferta mieszkań na rynku jest rekordowo niska, a gotowych lokali praktycznie nie ma. Dodatkowo, jeśli spojrzymy na dane GUS za ten rok zauważymy, że liczba wydanych pozwoleń na budowę i rozpoczynanych budów jest średnio o 30-40 proc. niższa niż w 2019 roku. Biorąc pod uwagę te czynniki, nie należy spodziewać się obniżek cen mieszkań, a wręcz przeciwnie, nie wykluczony jest powrót do trendu wzrostowego, który obserwowaliśmy w ostatnich latach, przed wybuchem pandemii.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Na ten moment nie dostrzegamy przesłanek, które mogłyby być zapowiedzią odwrócenia trendu i sugerowałyby tendencje spadkowe w cenach mieszkań. Zakładamy, że ceny nie powinny w najbliższych kwartałach ulegać większym wahaniom. Przewidujemy stabilizację stawek z możliwym, niewielkim trendem wzrostowym. Ma to związek z ciążącymi na branży budowlanej rosnącymi kosztami inwestycji. Mamy do czynienia z wyższymi cenami materiałów budowlanych i wykonawstwa, ale także gruntów. Warto jednak zaznaczyć, że notowane obecnie wyniki sprzedaży udowadniają, że to poziom akceptowalny dla klientów.

Tomasz Karpiel, dyrektor operacyjny Angel Poland Group

Jeśli chodzi o nasz segment rynku nieruchomości premium, na którym od lat działamy, obserwujemy na nim wzrost cen i nic nie wskazuje na to, aby w najbliższej perspektywie miało się to zmienić. Nawet pandemia nie zachwiała tej tendencji. Spodziewamy się dalszych wzrostów cen, biorąc pod uwagę, że w obecnej sytuacji zakup nieruchomości to ochrona kapitału i najlepsza forma inwestycji. Polacy lubią stabilne rozwiązania finansowe. Nieruchomości premium na polskim rynku wciąż są tańsze w porównaniu do apartamentów oferowanych w Europie Zachodniej, co przyciąga wielu zagranicznych inwestorów.

Nawet w przypadku ewentualnego przestoju możemy pozwolić sobie na czas oczekiwania i nie musimy wprowadzać stałych obniżek cen. Budując nowe inwestycje zawsze korzystamy z własnych środków i kredytów bankowych. Na starcie mamy zapewnione 100-procentowe finansowanie i nie posiłkujemy się wpłatami klientów. Trafiają one na zamknięte rachunki powiernicze. Uważam, że spadną ceny mieszkań, które powstają w oparciu o otwarty rachunek powierniczy, ponieważ firmy deweloperskie będą szukać możliwości poprawienia płynności finansowej. W obecnej sytuacji nie jest to bezpieczna forma finansowania nieruchomości i o ile w czasach prosperity deweloperzy finansujący w ten sposób nowe inwestycje nie odczuwali negatywnych skutków takiego rozwiązania, tak dziś nie mogą czuć się całkowicie pewnie.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Deficyt nieruchomości, przeludnienie mieszkań, co przekłada się na wysoki odsetek młodych ludzi zmuszonych mieszkać z rodzicami, a zarazem drogi, pomimo nieznacznego spadku cen, najem to czynniki, które powodują, że popyt na mieszkania utrzyma się na wysokim poziomie. A to z kolei wpłynie na to, że ceny mieszkań raczej nie spadną.

Jednocześnie wszystko wskazuje na to, że rządowy program mieszkaniowy osiągnie w 2020 roku równie słabe efekty co w poprzednich latach. Trudno więc oczekiwać zwiększonej podaży. Dotychczas duża część decyzji zakupowych, według różnych statystyk od 40 do 70 proc., była efektem niskich stóp procentowych. Nieruchomość to jedna z bezpieczniejszych form lokowania kapitału. Stąd na utrzymujący się popyt wpływ mają również inwestorzy, których celem jest ochrona kapitału przed inflacją. Budowa mieszkań kosztuje deweloperów coraz więcej. Drożeją grunty, rośnie inflacja, a to oznacza, że cena lokalu musi być wyższa.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

Sprzedaż utrzymuje się na wysokim, stabilnym poziomie. Wyniki mogą być jeszcze lepsze z powodu specjalnej oferty, którą objęliśmy warszawskie osiedla. Ceny mieszkań rosną od dłuższego czasu i nie ma przesłanek ku temu, aby miały spadać. Rynek jest w sytuacji równowagi, popyt i podaż zachowują odpowiedni balans. Na stabilnym poziomie utrzymują się ceny działek i kosztów budowy. W analizach sprzedaży widać, że rośnie liczba zakupów za gotówkę. Inwestorów zachęca różnica pomiędzy rekordowo niskim oprocentowaniem lokat bankowych (0,14 proc.) a rentownością inwestycji w mieszkanie (4-5 proc.). Dodatkową zachętą do inwestycji w mieszkanie pod wynajem jest bardzo prawdopodobny wzrost wartości nieruchomości w czasie.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Nie ma powodów, dla których ceny nowych mieszkań miałyby spadać. Właściwie wszystko przemawia za dalszym wzrostem cen. Popyt wraca do poziomu sprzed lockdownu a osoby posiadające nadwyżki środków szukają alternatywy dla lokat bankowych.

Wraz z zamknięciem kraju część deweloperów zamroziła planowane w najbliższym czasie inwestycje zmniejszając tym samym podaż. Do tego dochodzi wiele czynników niekorzystnych dla rozpoczynania nowych inwestycji. Szacujemy, że za względu na opieszałość urzędów i ich pracę w „trybie awaryjnym” proces inwestycyjny wydłużył się o 1-1,5 roku. Uzyskanie jakichkolwiek zgód, pozwoleń czy porozumienie z urzędami to droga przez mękę. Podaż gruntów w najlepszych lokalizacjach maleje, coraz trudniej jest też uzyskać finansowanie inwestycji, ze względu na podniesienie przez banki wysokości wkładu własnego.

To wszystko znacząco zmniejsza ilość rozpoczynanych inwestycji a przy obecnym poziomie popytu niewątpliwie wpłynie na wzrost cen. Mówimy tutaj o średniej cenie. Są jednak rejony, w których występuje nadpodaż lokalna. Szczególnie tam, gdzie wiele firm jednocześnie postanowiło budować dla klienta inwestycyjnego. Przykładem jest warszawska Wola. Nowe inwestycje mieszkaniowe w tym rejonie są nastawione na sprzedaż mieszkań na wynajem na potrzeby pracowników pobliskich biur, które pustoszeją wraz z rozpowszechnianiem się pracy zdalnej.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

W ostatnich miesiącach odnotowaliśmy znaczący wzrost sprzedaży mieszkań. Średnie ceny transakcyjne również wzrosły w naszych inwestycjach. Wiele wskazuje na to, że w najbliższym czasie ta tendencja będzie się utrzymywać, szczególnie w większych miastach. Ogólnie wzrosło zainteresowanie zakupem nieruchomości w naszym kraju. Klienci dysponują gotówkę, którą w tych niepewnych czasach chcą bezpiecznie ulokować. Przewidujemy, że ceny mieszkań nadal będą wzrastać ze względu na ograniczoną podaż nowych inwestycji, trudności w zakupie gruntów i uzyskiwaniu pozwoleń na budowę. Procedury administracyjne znacząco wydłużyły się ze względu na pandemię. Poza tym, rosną ceny materiałów budowlanych i robocizny.

Tomasz Czubak, dyrektor Przygotowania Projektów Deweloperskich w Jakon

Wzrosty cen mieszkań nieustannie związane są z ciągłym wzrostem cen gruntów oraz robocizny i materiałów. Na pewno najszybciej będą drożeć topowe lokalizacje, gdzie coraz trudniej o zakup gruntu. Lokalizacje na obrzeżach powinny utrzymywać stałe ceny, jednak na żadne obniżki nie ma szans w najbliższym czasie.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Myślę że ceny są w tej chwili we względnej równowadze. Niewielki, acz stabilny trend wzrostowy jest znacznikiem długofalowego potencjału rynku i dużego zapotrzebowania na mieszkania po stronie popytowej. Ewentualne korekty są oczywiście możliwe, natomiast wiele zależeć będzie od tego, jak w okresie pandemii zachowają się deweloperzy i od tego ile nowych projektów trafi na rynek.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Obserwujemy, że ceny mieszkań nie spadają, a w niektórych lokalizacjach nawet rosną. Spodziewamy się raczej ustabilizowania cen, ale nie ich spadku. Po pierwsze, klienci nie rezygnują ze swoich planów mieszkaniowych, a popyt inwestycyjny rośnie. Po drugie, nabywcy poszukują lepszej jakości projektów, mieszkań z balkonami i tarasami w dobrych lokalizacjach. Dlatego zapewniamy mieszkańcom swoich osiedli liczne, innowacyjne rozwiązania technologiczne, które wspierają ekologię i pozwalają zmniejszać koszty eksploatacyjne mieszkań. Wszystkie mieszkania w standardzie wyposażone są także w nowoczesną technologię Smart House firmy Keemple.

Notujemy rosnące zainteresowanie klientów, którzy szukają mieszkań jako opcji inwestycyjnych. Lokowanie kapitału w nieruchomości daje obecnie znacznie wyższe stopy zwrotu niż lokaty bankowe czy na rynku kapitałowym. Obserwujemy, że pewna nadpłynność gotówki na rynku jest przekierowana właśnie na inwestycje w mieszkania, także przez cudzoziemców.

Robert Stachowiak, prezes zarządu SGI

Sytuacja na rynku nieruchomości jest dość skomplikowana. Biorąc pod uwagę dłuższą perspektywę, można spodziewać się dalszych wzrostów cen mieszkań. Jest to spowodowane chociażby ograniczoną podażą działek z niezbędną infrastrukturą i miejscowymi planami zagospodarowania w dobrych lokalizacjach. Co za tym idzie, ceny działek wciąż rosną.

Drugiej przyczyny możemy się doszukiwać w stale wydłużających się procedurach administracyjnych, niezbędnych do rozpoczęcia budowy. Często od momentu zakupu działki do startu prac upływa kilka lat, przez co realizowanych jest mniej projektów. Na ceny wpływa także coraz lepsza infrastruktura w Warszawie. Rozbudowa linii metra, tramwaje, nowe trasy komunikacji miejskiej, a im bliżej do komunikacji, która zapewnia lepszy i krótszy dojazd do centrum, tym cena mieszkania jest wyższa. Zmieniają się także przepisy, pojawiają się nowe wymogi względem warunków technicznych, m.in. dotyczące uzyskania niższego współczynnika energii pierwotnej, co wiąże się ze wzrostem kosztów realizacji inwestycji.

Marek Bortnik, menadżer ds. prawnych w spółce mieszkaniowej Skanska

Zainteresowanie naszą ofertą mieszkaniową utrzymuje się na stałym poziomie. W ostatnich miesiącach zaobserwowaliśmy jedynie wydłużony czas podejmowania decyzji zakupowych wśród naszych klientów, co może być podyktowane utrudnieniami w procesie pozyskania finansowania. Warto pamiętać, że inwestycje w nieruchomości należą do bezpieczniejszych form ulokowania kapitału i nic nie wskazuje na to, aby sytuacja mogła ulec zmianie w najbliższej przyszłości. Przewidujemy, że będą rosnąć ceny mieszkań o wysokim standardzie, potwierdzonym certyfikatami, takimi jak BREEAM czy „Obiekt bez barier”. Wiąże się to ze wzrostem zainteresowania taką ofertą.

W cenie pozostają topowe, warszawskie lokalizacje: Mokotów, Żoliborz, Ochota. Zgodnie z dynamicznie rozwijającą się infrastrukturą, co jakiś czas obserwujemy wzrost zainteresowania nowymi punktami miejskimi. Do takich dzielnic należy między innymi modna, warszawska Praga.

Agata Zambrzycka, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Aria Development

Nasze projekty zlokalizowane są w podwarszawskich miejscowościach, które cieszą się coraz większą popularnością wśród nabywców. Możliwość pracy z domu oraz bardziej elastyczne godziny pracy spowodowały, że klienci obecnie są bardziej skłonni kupować mieszkania za miastem, niż to miało miejsce przed erą Covid-19. Izolacja i zamknięcie w domach sprawiły, że przekonaliśmy się, jak ważna jest dla nas przestrzeń i przebywanie w otoczeniu zieleni. Mieszkania z ogródkami, tarasami, dużymi placami zabaw oraz zewnętrzną siłownią, staną się na pewno bardziej pożądanym produktem i mogą drożeć. W obawie przed kolejnymi lock downami ludzie poszukują przestrzeni i własnego kawałka zieleni i pod te potrzeby projektujemy inwestycje.

Sylwester Śniadecki, prezes spółki Śniadecki Development i Śniadecki Investment Group

Pomimo pandemii, średnie ceny mieszkań w drugim kwartale 2020 roku nieznacznie wzrosły. Chcąc jednak dobrze przeanalizować temat, musielibyśmy przyjrzeć się strukturze rynku i wahaniom cen w poszczególnych segmentach mieszkań oraz pamiętać, że w przypadku rynku mieszkaniowego kwartał nie jest wystarczająco miarodajnym okresem, by mówić o trendach cenowych. Według ostatnich danych w Poznaniu ceny w tym okresie były stabilne. Porównując drugi kwartał tego roku z pierwszym, największy wzrost cen transakcyjnych możemy zaobserwować w przypadku lokali o powierzchni do 35 mkw. oraz powyżej 100 mkw. W najbliższym okresie ceny nadal powinny być stabilne, ale mieszkania o większym metrażu, cieszące się coraz większym zainteresowaniem, mogą nieco drożeć. Lokale, których powierzchnia przekracza 100 mkw. powstają głównie na przedmieściach. Typuję zatem dalszy rozwój niewielkich osiedli, usytuowanych w niebyt dużej odległości od miasta.

Jakub Orski z biura sprzedaży dewelopera WPBM Mój Dom S.A.

Można powiedzieć, że ceny mieszkań się ustabilizowały i jeśli rosną, to tylko nieznacznie. Na pewno nie przewidujemy obniżek cen, bo nie ma ku nim podstaw. Grunty pod inwestycje nie tanieją, a koszty materiałów czy pracy ludzkiej wręcz idą w górę. Jeśli okaże się, że zapotrzebowanie rynku na mieszkania będzie mniejsze, czego jak dotąd nie obserwujemy, jedyny możliwy scenariusz, jaki teraz zakładamy to wprowadzanie do oferty mniejszej liczby mieszkań aniżeli obniżka cen.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Obecnie nie widzimy przesłanek do spadku cen mieszkań. Wartość lokali ustalana przez deweloperów ma potwierdzenie w wysokości ponoszonych kosztów, a przede wszystkim odnosi się do rosnących cen gruntów inwestycyjnych. W efekcie wyceny nieruchomości pozostają realne i nie dostrzegamy tworzenia się bańki spekulacyjnej. W kolejnych okresach spodziewamy się zatem dalszego, lekkiego wzrostu cen na rynku pierwotnym.

Autor: dompress.pl

Czeka nas fala modernizacji energetycznej budynków

Postępujące zmiany klimatu i działania wpływające na degradację środowiska stanowią istotne zagrożenie dla Europy i całego świata. Europejski Zielony Ład, czyli strategia, której efektem ma być osiągnięcie w 2050 r. zerowego poziomu emisji gazów cieplarnianych, przyczyni się do przekształcenia Unii w nowoczesną, a zarazem zasobooszczędną gospodarkę. Konieczne jest jednak wdrożenie wszystkich niezbędnych do osiągnięcia celu narzędzi, także tych dotyczących sektora budowlanego – związanych m.in. z poprawą efektywności energetycznej budynków.

Opublikowana właśnie przez Komisję Europejską nowa strategia Renovation Wave Strategy dotyczy istotnych zmian w zakresie zwiększania efektywności energetycznej budynków. Jak wskazują autorzy strategii, odnowione i ulepszone zasoby budowlane w UE są gwarantem osiągnięcia bezemisyjnego i czystego systemu energetycznego. Wskazują też na fakt, iż to właśnie przemysł budowlany jest jednym z największych konsumentów energii w Europie. Obecnie aż 75% budynków jest nieefektywnych energetycznie, stąd też Renovation Wave Strategy zakłada podwojenie liczby budynków poddawanych renowacji energetycznej w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Działania te wpłyną na poprawę jakości życia osób mieszkających i korzystających z nich. Są również odpowiedzią na ubóstwo energetyczne w Europie, szczególnie w przypadku 34 mln osób, które nie mogą sobie pozwolić na ogrzewania domu. Zmiany przyczynią się także do zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych i stworzenia do 160 000 dodatkowych „zielonych” miejsc pracy w sektorze budowlanym.Wskazane w Renovation Wave Strategy działania opierać się będą na środkach uzgodnionych w ramach pakietu Czysta Energia – w szczególności dla wymogu dla każdego kraju UE związanego z publikacją długoterminowej strategii renowacji budynków i innych aktach prawnych dotyczących tego obszaru.

Wskazane w Renovation Wave Strategy działania opierać się będą na środkach uzgodnionych w ramach pakietu Czysta Energia – w szczególności dla wymogu dla każdego kraju UE związanego z publikacją długoterminowej strategii renowacji budynków i innych aktach prawnych dotyczących tego obszaru.

Paweł Kisiel – Prezes Zarządu Grupy Atlas
Paweł Kisiel – Prezes Zarządu Grupy Atlas

– Będąc wiodącym europejskim producentem systemów ociepleń (ETICS) z zadowoleniem przyjęliśmy opublikowaną przez KE strategię. Jest ona niezwykle ważna, aby do 2050 r. osiągnąć założenia Europejskiego Zielonego Ładu. Widoczne już dziś i postępujące w obszarze renowacji energetycznej budynków zmiany, a także ich istotne przyśpieszenie są kluczowe, aby w perspektywie kilku najbliższych lat móc realnie oceniać skuteczność przyjętych i wdrożonych rozwiązań. Przekładając to na język właścicieli czy użytkowników nieruchomości, termomodernizacja budynków, a także zmiana sposobu ich ogrzewania przyczyni się nie tylko do poprawy jakości powietrza, ale poprawi komfort życia i pozwoli na osiągnięcie istotnych oszczędności finansowych – mówi Paweł Kisiel, Prezes Grupy Atlas.

Na obecnym etapie opublikowany dokument zostanie omówiony przez Radę, Parlament Europejski, inne instytucje EU oraz zainteresowane strony w celu wniesienia wkładu w niezbędne działania. Pod dyskusję poddane zostaną konkretne środki oraz narzędzia, aspekty finansowe i niefinansowe, które umożliwią realizację strategii na każdym ze szczebli. Wszystkie te procesy mają na celu jak najszybsze podjęcie działań związanych z renowacją energetyczną budynków.

PIT 37 w pigułce – dowiedz się, czy i Ty musisz złożyć ten formularz

Nieuchronnie zbliża się koniec roku, a zaraz po nim obligatoryjne dla każdego obywatela rozliczenie się z fiskusem. Mimo wielu udogodnień w zakresie cyfryzacji całego procesu warto zasięgnąć informacji na temat składania corocznej deklaracji podatkowej. Nie wszyscy są bowiem pewni, jaką deklarację powinni złożyć, na jakim formularzu się rozliczyć czy też jakie przysługują im ulgi. W poniższym artykule opowiemy szerzej o najpopularniejszym druku deklaracji, czyli PIT 37.

1. Kto powinien złożyć pit 37?

2. Jak wypełnić pit 37?

3. Deklaracja pit 37 – jak wygląda?

4. Pit 37 – co możesz odliczyć?

5. Dlaczego warto skorzystać z programu do rozliczeń pit online?

Kto powinien złożyć PIT 37?

PIT 37 to najpopularniejszy formularz deklaracji podatkowej. Jest on przeznaczony dla największej grupy podatników, a mianowicie pracowników zatrudnionych na umowę o pracę, a także tych, wykonując obowiązki zawodowe w ramach umów cywilno-prawnych (umowa o dzieło i umowa zlecenie). Na tym druku rozliczają się także osoby, które pobierają świadczenia emerytalne oraz rentowe. Za pomocą formularza PIT 37 można zatem rozliczyć dochody pochodzące z takich źródeł, jak: świadczenia przedemerytalnych, dotacje finansowane z ubezpieczenia społecznego, stypendia, dochody z tytułu praw autorskich i majątkowych, świadczenia z z Funduszu Pracy czy Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych itp.

Jak wypełnić PIT 37?

Najlepszym pomysłem będzie skorzystanie z zaprojektowanych do tego celu narzędzi – https://www.podatnik.info/program-do-pit/pit-37. Rozliczenie PIT 37 online jest dziś powszechną praktyką z prostego powodu – program do PIT pozwala na bezproblemowe i pozbawione wszelkich błędów wypełnienie formularza, a następnie przesłanie go przez platformę internetową bezpośrednio do urzędu skarbowego (nigdy nie wolno tego robić pocztą elektroniczną). Podstawą jest zweryfikowanie przez podatnika, czy posiada informacje na temat wszystkich osiągniętych w rozliczanym roku dochodów. Potem należy przystąpić do wypełniania aktualnego druku; najlepiej za pomocą specjalistycznego programu do rozlicznia PIT online.

Deklaracja PIT 37 – jak wygląda?

Deklaracja PIT ma formę formularza, do którego należy wprowadzić otrzymane od pracodawcy informacje na temat dochodów, a także uwzględnić wszelkie przysługujące ulgi itp. Co roku druk PIT 37 jest aktualizowany, dlatego ważne jest, by nie korzystać z druków z poprzednich lat. Deklaracja bezwzględnie musi być składana na aktualnie obowiązującym formularzu. Druk zawiera odpowiednio opisane pola, w których należy umieścić stosowne informacje pod postacią kokretnych kwot. Wypełniania formularza PIT online jest o wiele bardziej komfortowe, niż wprowadzanie wszystkich danych ręcznie. Ponadto program jest niezwykle intuicyjny i sam podpowiada, jaką deklarację należy wybrać oraz dokonuje potrzebnych obliczeń, co pozwala zredukować możliwość potencjalnych błędów praktycznie do zera.

Deklaracja PIT 37 – co możesz odliczyć?

Składana każdego roku deklaracja podatkowa pozwala na odliczenie pewnych ulg od podatku. Najczęściej przysługującą ulgą jest oczywiście ta prorodzinna (tzw. ulga na dziecko), ale od podatku można tak naprawdę odliczyć wiele rzeczy. Wymienić można chociażby ulgę z tytułu kosztów, poniesionych na rehabilitację, ulgę termomodernizacyjną, z tytułu opłat za internet czy przekazanych na cele charytatywne darowizn.

Dlaczego warto skorzystać z programu do rozliczeń pit online?

Najważniejszym powodem jest redukcja potencjalnych błędów, jakie można popełnić podczas tradycyjnego, ręcznego wypełniania formularza PIT 37. Program samodzielnie dokonuje bowiem niezbędnych obliczeń. Warto tutaj nadmienić, że niekiedy nawet drobna pomyłka może generować konieczność składania korekty. Poważniejsze błędy mogą zaś nieść poważne konsekwencje, w tym nawet karę grzywny. Ponadto program zawsze zapewnia aktualny druk deklaracji oraz niejako podpowiada, jaką deklarację należy wybrać, by się poprawnie rozliczyć.

Marcin Dec został nowym prezesem agencji mediowej PKN ORLEN i PZU

Marcin Dec został nowym prezesem Sigmy Bis, agencji mediowej PKN ORLEN i PZU. To ceniony menadżer z ponad 20-letnim międzynarodowym doświadczeniem w branży mediowo-reklamowej, który będzie odpowiedzialny za budowanie i rozwój relacji biznesowych z klientami, współtworzenie strategii oraz nadzorowanie najważniejszych projektów agencji. W zarządzie Sigmy Bis pozostaje Tomasz Michalski, jej dotychczasowy prezes oraz Artur Muszkiet, członek zarządu.

– Konsekwentne działania i intensywna praca przynoszą zakładane efekty. Sigma Bis dynamicznie się rozwija, pozyskując kolejnych klientów, stąd naturalna decyzja o wzmocnieniu jej zarządu. Menadżerowie z wieloletnim doświadczeniem medialnym, reklamowym, marketingowym i zarządczym, a także doskonałą znajomością rynku domów mediowych to gwarancja jeszcze efektywniejszej realizacji celów biznesowych z korzyścią dla klientów i akcjonariuszy agencji – mówi Adam Burak, Członek Zarządu PKN ORLEN ds. Komunikacji i Marketingu, nadzorujący projekt Sigma Bis.

– Liczymy na to, że Sigma Bis stanie się liderem rynku implementującym najnowocześniejsze rozwiązania. Potencjał Sigmy Bis i jej możliwości operacyjne mogą być tego zwiastunem. Z naszej perspektywy równie ważne jak działanie tego domu mediowego jest pokazanie, że największe Spółki Skarbu Państwa potrafią współdziałać i tworzyć razem projekty, które odnoszą sukcesy – mówi Marcin Eckert, Członek Zarządu PZU.

Marcin Dec jest związany z branżą mediowo-reklamową od ponad 20 lat. Doświadczenie zdobywał również w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, w Wielkiej Brytanii i USA. Kierował grupą IPG Mediabrands Poland, w której zarządzał m.in. domami mediowymi – Initiative Media i UM McCann. Obsługiwały one klientów z wielu branż, m.in. motoryzacyjnej (BMW, Peugeot), finansowej (Millennium Bank, SKOK), ubezpieczeniowej (PZU, Link4), handlu detalicznego (Tesco), e-commerce (Allegro), telekomunikacyjnej (Orange), OTC (Merc, Walmark) i FMCG (Nestle, Tchibo, Carlsberg).

– Cieszę się, że dołączam do zarządu Sigmy Bis. Jest to bardzo ambitny projekt o dużym potencjale i sądzę, że moje doświadczenie w branży przyczyni się do budowania pozycji spółki i skutecznego konkurowania na rynku – mówi Marcin Dec, Prezes Zarządu Sigma Bis.

Własna agencja mediowa jest odpowiedzią PKN ORLEN i PZU na globalny trend budowania kompetencji marketingowych wewnątrz firmy, a tym samym realizację skutecznej komunikacji i zwiększenie efektywności wydatków reklamowych. Do zadań Sigmy Bis należą m.in. planowanie strategii mediowych, zakup czasu i przestrzeni reklamowej w Polsce i za granicą oraz analiza skuteczności działań promocyjnych.

Agencja zrealizowała już kilkaset projektów dla swoich akcjonariuszy. To m.in. „Tanie Tankowanie”, „#WspieramyPolskę” i „100. rocznica Bitwy Warszawskiej. Droga do zwycięstwa” dla Grupy ORLEN oraz „Maraton Warszawski”, „Solidarni z Białorusią” i „Autopomoc Prawna” dla Grupy PZU. Sigma Bis działa na zasadach komercyjnych, co oznacza współpracę także z klientami z rynku. Jednym ze zrealizowanych z powodzeniem projektów była kampania informacyjno-edukacyjna „Historie polskiego złota” dla Narodowego Banku Polskiego. Agencja konsekwentnie buduje zespół profesjonalistów, którzy będą podejmować współpracę z kolejnymi klientami.

Marcin Dec, Prezes Zarządu Sigma Bis

Marcin Dec to ceniony menedżer związany z branżą mediowo-reklamową od ponad 20 lat. Doświadczenie zawodowe zdobywał w Polsce oraz krajach Europy Środkowo-Wschodniej, w Wielkiej Brytanii i USA. W ostatnich latach pełnił funkcję CEO w Grupie IPG Mediabrands w Polsce, która obejmuje domy mediowe Initiative, Universal McCann, BPN i U2 Media i Reprise Media. W tym czasie pozyskał wielu nowych klientów i zwiększył przychody Grupy o ponad 300%. IPG Mediabrands w 2017 roku została najwyżej sklasyfikowaną grupą pod względem jakości obsługi i satysfakcji klientów w branżowym raporcie rocznym wydawanym przez Media & Marketing Polska.

Z domem mediowym Initiative Marcin Dec był związany przez 16 lat. W latach 2004-2006 pełnił funkcję media directora, w latach 2006-2008 dyrektora zarządzającego, natomiast CEO od 2008 roku. W 2012 roku został też szefem uruchomionego wówczas polskiego oddziału BPN. Wcześniej przez siedem lat pracował w OMD Poland. Pełnił tam m.in. funkcję dyrektora zarządzającego pionu Brand &Media.

Grupa IPG Mediabrands, pod kierownictwem Marcina Deca, była zaangażowana w realizację wielu projektów dla firm działających na międzynarodowym rynku. Obsługiwała klientów m.in. z branży motoryzacyjnej (BMW, Peugeot), finansowej (Millennium Bank, SKOK), ubezpieczeniowej (PZU, Link4), handlu detalicznego (Tesco), e-commerce (Allegro), telekomunikacyjnej (Orange), OTC (Merck, Walmark) i FMCG (Nestle, Tchibo, Carlsberg).

Marcin Dec ukończył kierunek Międzynarodowe Sprawy Polityczne i Ekonomiczne w Szkole Głównej Handlowej oraz studia doktoranckie w SGH z zakresu marketingu międzynarodowego. Jest prelegentem na seminariach i konferencjach branżowych, a także członkiem jury wielu prestiżowych konkursów, m.in. Effie oraz na Dyrektora Marketingu Roku.

Polak ma dla siebie coraz większy metraż

Główny Urząd Statystyczny niedawno podsumował wielkość zasobów mieszkaniowych. Okazuje się, że statystyczny Kowalski w 2019 r. miał do dyspozycji o wiele większy metraż niż jeszcze kilka lat wcześniej.  

GUS co roku, jesienią podaje ważne informacje na temat obrotu nieruchomościami i gospodarki mieszkaniowej. Wspomniane statystyki dotyczą między innymi liczby mieszkań oraz ich łącznego metrażu. Eksperci RynekPierwotny.pl zauważyli, że Główny Urząd Statystyczny właśnie niedawno opublikował wyniki ubiegłorocznego bilansu lokali i domów. Te dane pokazują, że dość szybko rośnie liczba mieszkań na 1000 osób oraz średnia powierzchnia przypadająca na jednego Polaka.

Analizę statystyk GUS warto rozpocząć od informacji na temat łącznej liczby oraz powierzchni mieszkań. Dane Głównego Urzędu Statystycznego mówią, że przez rok (od końca 2018 r. do końca 2019 r.) łączna liczba polskich mieszkań zwiększyła się z 14,62 mln do 14,81 mln. Wzrostowy trend był widoczny również w przypadku całkowitego metrażu lokali i domów. Mowa o dodatniej zmianie wynoszącej 1,6% w skali roku (wzrost z 1,084 mld mkw. do 1,101 mld mkw.). Szybszy wzrost łącznej powierzchni niż liczby polskich mieszkań potwierdza, że w 2019 r. zwiększył się ich średni metraż (z 74,2 mkw. do 74,4 mkw.).

Interesująco wygląda także kolejny wzrost liczby mieszkań (lokali i domów) w przeliczeniu na 1000 mieszkańców Polski. Przez ostatnie lata, wspomniany wskaźnik zmieniał się następująco:

  • 2010 r. – 350
  • 2011 r. – 353
  • 2012 r. – 356
  • 2013 r. – 360
  • 2014 r. – 363
  • 2015 r. – 367
  • 2016 r. – 371
  • 2017 r. – 376
  • 2018 r. – 381
  • 2019 r. – 386

Mimo wieloletnich wzrostów, analizowana wartość wciąż jest odległa od unijnej średniej na poziomie ok. 435 mieszkań/1000 osób.

Warto podkreślić, że w 2019 r. znów zwiększyła się też średnia powierzchnia lokali i domów w przeliczeniu na jednego Polaka. Począwszy od 2010 roku, ten wskaźnik wzrastał następująco:

  • 2010 r. – 25,3 mkw.
  • 2011 r. – 25,6 mkw.
  • 2012 r. – 25,9 mkw.
  • 2013 r. – 26,3 mkw.
  • 2014 r. – 26,7 mkw.
  • 2015 r. – 27,0 mkw.
  • 2016 r. – 27,4 mkw.
  • 2017 r. – 27,8 mkw.
  • 2018 r. – 28,2 mkw.
  • 2019 r. – 28,7 mkw.

Wyniki badań GUS potwierdzają, że w minionym roku wzrost przeciętnego metrażu przypadającego na jednego mieszkańca miasta oraz wsi był bardzo podobny.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Eesti Energia zakłada na rynku nową firmę usługową Enefit Connect

Od 1 stycznia 2021 roku w Grupie Eesti Energia rozpocznie działalność nowa spółka usługowa Enefit Connect. Będzie zarządzać sieciami energetycznymi i dużą częścią sieci oświetlenia ulicznego w Estonii, budować sieć internetową, rozwijać sieć ładowania samochodów elektrycznych oraz oferować swoim klientom kolejne rozwiązania energetyczne oparte na nowoczesnych technologiach. Obecna spółka Elektrilevi będzie oferować jedynie regulowaną przez państwo budowę i obsługę sieci dystrybucji energii elektrycznej. Stworzenie nowej spółki nie przyniesie żadnych zmian dla klientów usług sieciowych Elektrilevi.

Celem tej zmiany jest wykorzystanie zalet regulowanej sieci dystrybucyjnej, przy jednoczesnym skorzystaniu z wartości dodanych usług opartych na nowoczesnych technologiach.

Elektrilevi będzie nadal oferować swoim klientom wysokiej jakości i przystępne cenowo usługi w zakresie dystrybucji energii elektrycznej, rozwijając swoją sieć z roku na rok, i czyniąc ją bardziej odporną na warunki atmosferyczne. Enefit Connect chce wprowadzać na rynek nowe, przydatne rozwiązania, które będą korzystne, zarówno dla klientów, jak i dla całego społeczeństwa. Dzięki tej zmianie możemy utrzymać i dodawać nowe produkty oraz usługi, oczekiwane przez klientów, a których regulowana spółka wkrótce nie byłaby w stanie zaoferować – wyjaśnił przyczyny powstania nowej firmy Hando Sutter, Prezes Zarządu Grupy Eesti Energia.

Jaanus Tiisvend, szef obecnej spółki sieciowej, zostanie Prezesem Zarządu Enefit Connect. W celu zapewnienia przejrzystości spółek, będą one miały odrębne rady nadzorcze. W ocenie Jaanusa Tiisvenda dotychczasowe osiągnięcia Elektrilevi dają powód do zadowolenia, ale potencjał niezależnej spółki będzie jeszcze większy.

Oprócz infrastruktury elektrycznej, Elektrilevi rozszerzyło swoją działalność o zarządzanie sieciami oświetlenia ulicznego, sieciami ładowania samochodów elektrycznych, siecią internetową oraz o świadczenie innych usług oczekiwanych przez klientów. Osiągnięta z tych działań synergia przełożyła się na spadek regulowanej ceny usługi dystrybucji energii o około 20 procent w porównaniu do poziomu sprzed 3 lat – powiedział Tiisvend i dodał: – W ramach nowej firmy będziemy mogli utrzymać i wzmacniać wypracowane efekty, oferując jednocześnie wiele innych nowych rozwiązań, których w ramach regulowanej sieci dystrybucji, zgodnie z obowiązującymi przepisami, nie moglibyśmy wprowadzić. Mowa na przykład o infrastrukturze do ładowania pojazdów elektrycznych obejmującej całą Estonię czy specjalnych rozwiązaniach opartych na technologii magazynowania, zapewniających bezpieczeństwo dostaw czy małe mikrosieci. Pozwalają one świadczyć usługi w lepszej cenie i oferować rozwiązania oparte na nowych technologiach, których poszukują klienci. Mamy kompetencje i możliwość oferowania ich na arenie międzynarodowej.

Eesti Energia jest obecna poza granicami Estonii za pośrednictwem spółki zależnej Enefit, działającej na polskim rynku od 2017 roku. Oferta Enefit w Polsce jest skierowana do klientów biznesowych i obejmuje zakup energii, a także rozwiązania oraz usługi energetyczne. Spółka operuje także na Łotwie, Litwie i w Finlandii.

Polska gospodarka nadal doświadcza deficytu siły roboczej z Ukrainy

Przede wszystkim migrantów zarobkowych potrzebuje branża spożywcza i firmy logistyczne, w przypadku których występuje sezonowy wzrost produkcji przed Świętami Bożego Narodzenia. Ponadto, polska gospodarka notuje wzrost już czwarty miesiąc z rzędu. Największą dynamikę ożywienia obserwuje się w przemyśle spożywczym, motoryzacyjnym, meblarskim i elektronicznym – w tych sektorach, w których zatrudnionych jest najwięcej Ukraińców. Dlatego zapotrzebowanie na migrantów zarobkowych z Ukrainy jest nadal wysokie. Takie dane ujawnia Centrum analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal.

„Widzimy, że polskie przedsiębiorstwa nadal potrzebują pracowników z Ukrainy. Każdego dnia zwraca się do nas 8-10 firm – naszych obecnych klientów i nowych firm, które potrzebują siły roboczej. Zasadniczo są to przedsiębiorstwa przemysłu spożywczego: zakłady mięsne, zakłady przetwórstwa ryb, zakłady cukiernicze i fabryki czekolady. Popyt w tych obszarach jest niezmiennie wysoki, ponieważ branża spożywcza nie ograniczyła produkcji w okresie postoju i teraz nabiera rozpędu przed Świętami – powiedział Tomas Bogdevic, dyrektor generalny agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal.

Według danych GUS produkcja przemysłowa we wrześniu wzrosła o 5,9% w porównaniu z analogicznym okresem w ubiegłym roku i o 15,5% w porównaniu z sierpniem. Najwyższe roczne tempo wzrostu występuje w przemyśle spożywczym – 5,8%. Największą dynamikę ożywienia obserwuje się w przemyśle motoryzacyjnym – w porównaniu z sierpniem produkcja wzrosła tutaj o 47,3%. W rankingu Eurostatu Polska jest jednym z trzech krajów europejskich, w których produkcja rośnie nawet w czasie kryzysu.

Zgodnie z wcześniejszymi prognozami Centrum Analitycznego agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal, do końca roku praca dla migrantów zarobkowych z Ukrainy będzie zapewniona w polskich zakładach przetwórstwa spożywczego, w logistyce, przy obróbce drewna i produkcji sprzętu AGD.
Przypomnijmy, że na początku pandemii Polskę opuściło około 180 tysięcy obywateli Ukrainy.

100 miliardów dla pracy – propozycje ZPP w zakresie wsparcia firm w czasie COVID 2.0

Druga fala epidemii przybrała w Polsce skalę, której trudno było się spodziewać jeszcze kilka tygodni temu. Rosnąca liczba zakażeń i dochodząca do granic wydolność systemu opieki zdrowotnej powodują poczucie zagrożenia, wobec którego społeczeństwo w naturalny sposób ogranicza swoją aktywność i mobilność. Popyt na niektóre usługi spadł zatem organicznie, z uwagi na dynamikę rozwoju epidemii. Efekt ten został wzmożony dodatkowymi restrykcjami wprowadzonymi przez rząd. Poza standardowym reżimem sanitarnym wpisanym w strategię DDM (dystans, dezynfekcja, maseczki), wprowadzono ograniczenia w działalności lokali gastronomicznych, branży fitness, czy wydarzeń o charakterze kongresowym (co ciekawe, również tych organizowanych w formie online). O ile kilka tygodni temu rząd jednoznacznie deklarował, że drugiego zamknięcia gospodarki nie będzie, o tyle już w tej chwili możemy stwierdzić, że funkcjonujemy w warunkach pełzającego lockdownu, który – w świetle ostatnich, nieco zrewidowanych zapowiedzi decydentów – może w najbliższym czasie stać się lockdownem faktycznym.

Mając na uwadze powyższe, konieczne staje się przygotowanie nowego pakietu pomocowego dla firm dotkniętych restrykcjami i ograniczeniami. Kluczowym celem powinna być, tak jak przy okazji dotychczasowych tarcz antykryzysowych, ochrona miejsc pracy, stąd też proponowany przez nas pakiet postanowiliśmy nazwać „tarczą 100 miliardów dla pracy”.

Według dostępnych danych, możliwe jest zrealizowanie tego pakietu bez konieczności wykraczania ponad limity zadłużenia wynikające ze stworzonych już ram dla programów pomocowych chroniących gospodarkę przed negatywnymi skutkami COVID-19. Z 270 mld złotych limitu przeznaczonego na uruchomienie działań antykryzysowych, wykorzystano do tej pory 145 mld zł (dla przykładu, Polski Funduszu Rozwoju rozdysponował na ten moment 60 mld zł ze 100 mld, które ma do dyspozycji na realizację „tarczy finansowej”). Nawet zakładając, że do końca roku część pozostałej puli pieniędzy zostanie jeszcze wydana, można bezpiecznie i konserwatywnie uznać, że w ramach przyjętych limitów do dyspozycji pozostanie jeszcze kwota ok. 100 mld zł.

Poniżej prezentujemy kompleksowy pakiet rozwiązań pomocowych uwzględniających możliwość rozdysponowania tych środków, jednak nie ograniczający się wyłącznie do wsparcia finansowego. Rekomendacje podzieliliśmy na trzy sekcje: bezpieczeństwo regulacyjne, bezpieczeństwo finansowe, bezpieczeństwo na przyszły rok.

BEZPIECZEŃSTWO REGULACYJNE

Uważamy, że wyjątkowa sytuacja, w której się znajdujemy, generuje konieczność zapewnienia pracodawcom ścisłego bezpieczeństwa regulacyjnego, a przez to również i dostosowania regulacji do warunków, w których funkcjonują firmy i wyzwań, z którymi muszą się one mierzyć. Mając to na uwadze, postulujemy:

  • Przejściowe obniżenie stawki VAT na produkty i usługi wszystkich „branż społecznych” (gastronomia, hotelarstwo, fitness, beauty etc.) do minimalnego poziomu 5%;
  • Zwolnienie ze składek na ubezpieczenia społeczne wszystkich przedsiębiorców oraz pracowników w branżach objętych rygorami wykraczającymi poza standard DDM (w tej są to m.in. branże: eventowa, gastronomiczna, hotelarska, fitness, rozrywkowa, artystyczna) – na czas obowiązywania tych restrykcji.
  • Opieranie wszelkich wprowadzanych restrykcji dla działalności gospodarczych na danych i możliwie obiektywnej argumentacji. Nie znajdujemy uzasadnienia dla zakazu funkcjonowania branży fitness, czy przywracania „godzin dla seniorów” – apelujemy zatem o zniesienie tych restrykcji, które nie spełniają ww. wymogu i respektowanie go za każdym razem, gdy lista ograniczeń jest weryfikowana.
  • Wprowadzenie 12-miesięcznego moratorium na nowe obciążenia podatkowe i regulacyjne. Polska znajduje się w niechlubnej awangardzie OECD i w obliczu kryzysu decyduje się na wprowadzanie nowych danin – uważamy, że wszelkie tego rodzaju inicjatywy powinny być przesunięte w czasie o co najmniej 12 miesięcy.
  • Przyjęcie założenia, że Polski nie stać na ponowny lockdown. Polityka walki z wirusem powinna być zatem oparta o ścisłe przestrzeganie reżimu sanitarnego (DDM), a nie o zamykanie kolejnych branż gospodarki.

BEZPIECZEŃSTWO FINANSOWE

Jak wspomniano na wstępie, coraz szerszy katalog branż musi mierzyć się nie tylko z obniżonym przez epidemię popytem, lecz również z sukcesywnie rosnącą liczbą ograniczeń wykraczających poza DDM. Już w tej chwili mamy do czynienia z faktycznym lockdownem niektórych sektorów. W celu ochrony miejsc pracy konieczne jest zatem szybkie uruchomienie dodatkowych środków pomocowych.

Część ze 100 mld przeznaczonych na pakiet pomocowy na drugą falę epidemii pochłonięta zostanie przez realizację części postulatów regulacyjnych (zwolnienie z ZUS, obniżenie VAT). Pozostałe środki przeznaczyć należałoby na uruchomienie następujących instrumentów bezpośredniego wsparcia finansowego:

  • Dla przedsiębiorców z branż objętych rygorami wykraczającymi poza standard DDM – kredyt obrotowy w rachunku bieżącym, udzielany w wysokości do 10% obrotu za rok 2019, gwarantowany przez Polski Fundusz Rozwoju. Instrument powinien być w 100% zwrotny (z uwzględnieniem preferencyjnego oprocentowania kredytu). Dostęp do instrumentu nie powinien być objęty żadnymi dodatkowymi wymogami, tzn. możliwość skorzystania z niego powinni mieć wszyscy przedsiębiorcy z wspomnianych branż, niezależnie od zatrudnienia, bieżących obrotów etc.
  • Dla wszystkich przedsiębiorców, których obroty za miesiące wrzesień i październik spadły w ujęciu rok do roku o ponad 25% – proponujemy dwa instrumenty:

 

– Udzielaną przez PFR subwencję do wysokości 10% obrotu za rok 2019, stanowiącą instrument analogiczny do obowiązującego programu „tarcz finansowych”, tj. częściowo zwrotny. Proponujemy, by możliwe było umorzenie 75% udzielonej kwoty, pod warunkiem zachowania co najmniej 80% miejsc pracy ze stanu na dzień udzielenia wsparcia.

– Długoterminowe (10 i 15 letnie) kredyty gwarantowane przez PFR – udzielane w wysokości do 10% obrotu z roku 2019, zwrotne w 100%, z preferencyjnym oprocentowaniem.

BEZPIECZEŃSTWO NA PRZYSZŁY ROK

Rozwój epidemii COVID-19 cechuje się, jak do tej pory, wysokim poziomem niepewności. Nie mamy pełnej wiedzy o mechanizmie działania wirusa, nie wiemy również w jaki sposób będzie mutował. Należy zatem przygotować się również do negatywnego scenariusza zakładającego kolejną falę epidemii na wiosnę 2021 roku. Wydaje się, że zaproponowany projekt budżetu na przyszły rok nie przewiduje stworzenia adekwatnej „zakładki finansowej” na potrzeby ewentualnego uruchomienia dodatkowych działań pomocowych dla rynku pracy. Wziąwszy to pod uwagę, apelujemy o rewizję zaplanowanych na przyszły rok wydatków socjalnych. Programy wprowadzane w szczycie koniunktury nie przystają niestety do warunków kryzysowych, w których będziemy funkcjonowali jeszcze w przyszłym roku. Uważamy wobec tego, że należy wycofać się z poszerzenia programu 500+ na pierwsze dziecko bez progu dochodowego, a także z dodatkowych (13. i 14.) świadczeń emerytalnych. Likwidacji powinien zostać poddany również program wyprawek szkolnych „dobry start”. Rewizja polityki w powyższym zakresie pozwoli na stworzenie „poduszki finansowej” w wysokości niemal 45 miliardów złotych, które w przypadku kolejnej fali epidemii będzie można szybko uruchomić w celu zabezpieczenia miejsc pracy.

Centra handlowe mogą zająć towar sklepów, które ogłoszą bankructwo lub przestaną płacić czynsz w dobie pandemii. Chroni je zastaw na rzeczach najemców

COVID-19 wywrócił do góry nogami prowadzenie działalności w centrach handlowych. W wielu przypadkach okazało się, że czynsze najmu sprzed pandemii nijak się mają do nowej rzeczywistości. Wielu najemców odmówiło w rezultacie otwarcia sklepów twierdząc, że nie ma to obecnie żadnego ekonomicznego uzasadnienia. Najemcy nie mogą jednak postawić wynajmujących przed faktem dokonanym – zabrać towaru do innych sklepów, wywieźć mebli czy zdemontować sprzętu. Właściciele centrów mogą się bowiem temu sprzeciwić. Ruchomości najemców stanowią w tym wypadku ustawowe zabezpieczenie ich roszczeń o czynsz i świadczenia dodatkowe-  wyjaśnia mecenas Magdalena Szczepanek z kancelarii prawnej Causa Finita.

Bez formalności

Zgodnie z art. 670 Kc, dla zabezpieczenia czynszu oraz świadczeń dodatkowych, z którymi najemca zalega nie dłużej niż rok, przysługuje wynajmującemu ustawowe prawo zastawu na rzeczach ruchomych najemcy wniesionych do przedmiotu najmu. Aby z niego skorzystać, wynajmujący nie musi składać najemcy żadnych oświadczeń. Istnienie zastawu uzależnione jest jednak od spełnienia dwóch warunków: powstania zaległości oraz wniesienia rzeczy ruchomych do lokalu.

Zabezpieczony czynsz i opłaty dodatkowe

Jeżeli chodzi o warunek pierwszy, zastaw powstaje, gdy najemca popada w opóźnienie z zapłatą czynszu, opłat eksploatacyjnych albo innych podobnych świadczeń – np. opłat marketingowych albo kaucji. O ile zatem wszystkie tego typu płatności regulowane są terminowo, najemca może spać spokojnie. Zastaw nie zabezpiecza bowiem roszczeń z natury spornych – np. o odszkodowania czy kary umowne.

Wszystkie ruchomości najemcy

To, które konkretnie rzeczy obciąża zastaw ustawowy, jest w dobie pandemii COVID-19 dość istotne. Sprzedaż detaliczna drastycznie bowiem spada, przez co sieci handlowe chciałyby mieć możliwość elastycznego przerzucania słabo rotującego towaru do innych placówek albo do centrów wyprzedażowych.

Przepisy im jednak w tym wypadku nie sprzyjają. Zastaw ustawowy obejmuje bowiem wszystkie rzeczy ruchome, które w chwili wniesienia do lokalu stanowiły własność lub współwłasność najemcy. W razie ich późniejszego zbycia, zastaw ustawowy utrzymuje się (art. 311 Kc).

Bez leasingu

Zastaw nie dotyczy za to sprzętu, urządzeń, mebli czy elementów wykończenia lokalu, które zostały przez najemcę np. wzięte w leasing. Nie obciąża też towaru wówczas, gdy najemca prowadzi w lokalu działalność na zasadzie agencji lub tzw. franczyzy depozytowej i sprzedaje rzeczy należące do jego partnera.

Wynajmujący skrupulatnie obserwują

Dlaczego w dobie pandemii właściciele centrów handlowych o wiele bardziej skrupulatnie obserwują stan zatowarowania lokali swoich najemców? Otóż, zgodnie z art. 671 §1 Kc, zastaw ustawowy na rzeczach najemcy wygasa, gdy rzeczy te zostaną z przedmiotu najmu fizycznie usunięte.

Prawo inaczej traktuje przy tym najemcę, a inaczej wynajmującego. W orzecznictwie sądowym wypracowano pogląd, że omawiany przepis dotyczy jedynie tego pierwszego, a zatem, kiedy rzeczy z lokalu usuwa wynajmujący – np. w celu złożenia ich w magazynie – zastaw ustawowy pozostaje skuteczny.

Sprzeciw centrum handlowego

W ochronie wynajmującego Kodeks cywilny idzie zresztą jeszcze dalej, bo daje mu możliwość sprzeciwienia się usunięciu z lokalu rzeczy obciążonych zastawem. Wynajmujący może przy tym użyć nie tylko perswazji, ale nawet siły. Działa wówczas w ramach tzw. dozwolonej samopomocy.

Niełatwe negocjacje

Wszystkie powyższe okoliczności sprawiają, że zastaw ustawowy w centrach handlowych jest negatywnym bohaterem trwających właśnie negocjacji w sprawie obniżenia czynszów albo rozwiązania umów. Wynajmujący wiedzą, że towar raz z lokalu usunięty, już najprawdopodobniej do niego nie wróci. W dobie pandemii, priorytetem jest natomiast utrzymanie wartości nieruchomości. Najemcy z kolei próbują opróżniać sklepy bez wcześniejszego uregulowania prawnego statusu umów najmu. Często w takich sytuacjach wzywana jest Policja. Interweniuje jednak rzadko uznając, że tego typu spory mają charakter cywilny i winny być rozwiązywane w sądach gospodarczych.

Konieczne dowody zakupu

Pewne jest, że jeżeli właściciel centrum sprzeciwia się usunięciu rzeczy z lokalu, najemca powinien wykazać odpowiednimi dowodami, że nie są one obciążone zastawem. Może np. twierdzić, że zaległe czynsze i opłaty eksploatacyjne zostały w całości uregulowane albo rzeczy ruchome nie stanowią jego własności. Wykazanie jednak, że nie jest się właścicielem rzeczy ruchomych, które chce się zabrać z lokalu, może okazać się skomplikowane. Na niekorzyść najemcy działa w tym wypadku domniemanie, że ten, kto rzeczą faktycznie włada, jest jej właścicielem (art. 339 Kc).

Jeżeli dowody nie przekonują wynajmującego, właścicielowi rzeczy nie pozostaje nic innego, jak tylko złożyć do sądu pozew o ich wydanie. Są to oczywiście rozważania o wątpliwej użyteczności, bo przy aktualnych zatorach w sądach gospodarczych, na wyrok czeka się całymi miesiącami. Wyrok taki niczego zatem w praktyce najemcy nie daje. Sprzęty w tym czasie niszczeją, a towar wychodzi z mody.

Zaspokojenie na zasadach ogólnych

Fatalna sytuacja sądownictwa w Polsce szkodzi również wynajmującemu. Pomimo, że musi on obciążone zastawem rzeczy przechowywać na własny koszt i niebezpieczeństwo, to jeszcze zaspokojenie jego roszczeń z przedmiotu zastawu także następuje zgodnie z przepisami o egzekucji sądowej. Właściciel centrum nie może więc po prostu przejąć tych rzeczy na własność. Musi najpierw uzyskać wyrok sądowy oraz przeprowadzić całe postępowanie egzekucyjne, w trakcie którego powinien wskazać komornikowi rzeczy objęte zastawem jako mienie dłużnika, z którego możliwa jest egzekucja.

Jakie zatem prawne korzyści daje wynajmującemu zastaw ustawowy? Jedynie to, że w razie egzekucji komorniczej należności zabezpieczone zastawem zaspokajane są w piątej kolejności (art. 1025 §1 Kc) i to o tyle, o ile nie przekraczają okresu jednego roku. W pozostałym zakresie, roszczenia wynajmującego znajdują się na 9 i 10 miejscu w kolejności spłat – wraz z innymi, niezabezpieczonymi długami najemcy.

Atut w negocjacjach

Rola zastawu ustawowego w centrach handlowych jest jednak zgoła inna niż zamierzona przez ustawodawcę. Wynajmujący sprzeciwiają się usuwaniu z lokalu rzeczy ruchomych, bo to daje im lepszą pozycję negocjacyjną w rozmowach z najemcami. Obawiają się też, że wyprowadzka jednego najemcy da sygnał do wyprowadzki pozostałych.

Mec. Magdalena Szczepanek, Causa Finita

W pandemii ubezpieczeń na życie sprzedaje się coraz więcej

Pod względem popytu rynek ubezpieczeń na życie znajduje się po trzech kwartałach 2020 r. w dobrym punkcie. Pomimo wiosennego spowolnienia, związanego z pierwszą falą epidemii koronawirusa w Polsce, w okresie od stycznia do września w Unilink osiągnęliśmy ponad 120-procentową dynamikę sprzedaży rok do roku. Ubezpieczenia sprzedawały się najlepiej w III kwartale – i to pomimo okresu wakacyjnego, zazwyczaj „spokojniejszego”. Na potwierdzenie warto przywołać dane z września br. i 136-procentową dynamikę wobec września ubiegłego roku.

Z jednej strony odczytuję to jako efekt wzrostu świadomości ubezpieczeniowej, ale jednocześnie rezultat „odłożenia”, przesunięcia decyzji o zakupie polisy. Ten drugi wątek ma oczywiście kontekst koronawirusowy. Wiosną tego roku wielu klientów nie zdecydowało się na zakup polisy w związku z niepewną sytuacją ekonomiczną, ale przede wszystkim lockdownem, który nie sprzyjał wyborowi ubezpieczenia na życie. Bo trzeba pamiętać, że kluczowym zagadnieniem przy zakupie ubezpieczenia jest profesjonalne doradztwo agenta. Polacy potrzebują bezpośredniego kontaktu z agentem, który przeprowadzi rzetelną analizę potrzeb i dobierze optymalne rozwiązanie.

Jaka jest oferta ubezpieczeń na życie w Polsce

Ubezpieczyciele oferują dzisiaj produkty dopasowane w zasadzie do każdej grupy klienta – od dzieci po seniorów. Klienci najczęściej sięgają po ubezpieczenia gotowe, matrycowe. Oczekują, że za konkretną składkę otrzymają pakiet świadczeń gwarantowanych. Oznacza to, że interesuje ich nie tylko podstawowa ochrona na wypadek zgonu, ale również dodatkowe elementy. Na przykład świadczenia szpitalne, na wypadek poważnych zachorowań, narodzin dziecka czy śmierci rodzica lub teścia.

Niektóre towarzystwa decydują się na włączanie do zakresu ochrony m.in. assistance medycznego, czyli np. pomoc pielęgniarki czy przejazd karetką. Innym przykładem są polisy zapewniające drugą opinię medyczną i pokrycie kosztów leczenia za granicą. To bardzo wartościowe rozszerzenie ochrony, choć należy pamiętać, że obejmuje tylko wybrane choroby – przede wszystkim problemy z krążeniem i sercem czy nowotwory.

Według mnie świadomość w zakresie ubezpieczeń na życie wśród klientów rośnie. I nawet jeśli najczęściej zależy im na niskiej składce i wybierają raczej średnie sumy ubezpieczenia, to chcą mieć ochronę złożoną z różnych ryzyk. Daje im to poczucie bezpieczeństwa. Co warte podkreślenia, ubezpieczenie na życie to często wydatek rzędu tylko kilkudziesięciu złotych miesięcznie i za taką kwotę można mieć już podstawową ochronę.

Ubezpieczenia na życie a koronawirus

Można powiedzieć, że zakłady ubezpieczeń były, choć nieświadomie, przygotowane na pojawienie się COVID-19. Wybuch epidemii w zdecydowanej większości przypadków nie „wyłączył” ochrony ubezpieczeniowej. Jeśli ubezpieczony zachoruje na koronawirusa i trafi do szpitala, może liczyć na świadczenie szpitalne. Podobnie jest w przypadku śmierci na tę chorobę – świadczenie za zgon naturalny zostanie wypłacone. Jednakże COVID-19 nie jest traktowany przez ubezpieczycieli jako poważne zachorowanie i nie znajduje się w katalogu zamkniętym takich chorób. Czyli świadczenie za samo zachorowanie bez pobytu w szpitalu nie będzie przysługiwało.

Na pewno warto mieć swojego zaufanego agenta ubezpieczeniowego, który posiada w swojej ofercie możliwie duży wybór ubezpieczycieli i profesjonalnie doradzi przy wyborze ubezpieczenia czy to na życie czy majątkowego.

Leszek Osiewacz, Departament ds. Sprzedaży Ubezpieczeń na Życie i Zdrowotnych w Unilink

Co oznacza „wywieranie znaczącego wpływu” w odniesieniu do podmiotów powiązanych w podatku dochodowym od osób fizycznych?

O podmiotach powiązanych na gruncie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych możemy mówić między innymi w sytuacji, gdy jeden z podmiotów wywiera znaczący wpływ na inny podmiot lub gdy na oba podmioty znaczący wpływ wywiera ten sam, inny podmiot lub małżonek, krewny, powinowaty do drugiego stopnia osoby fizycznej wywierającej znaczący wpływ na co najmniej jeden podmiot (art. 23m ust. 1 pkt 4 lit. a i b ustawy o PIT). Z powyższego wynika, że kluczową kwestią jest ustalenie znaczenia pojęcia „wywierania znaczącego wpływu” w kontekście ustalenia powiązań pomiędzy podmiotami.

Kryteria kapitałowe

Ustawodawca zdefiniował obszary „wywierania znaczącego wpływu”. Pierwszy rodzaj kryteriów to tzw. kryteria kapitałowe. W tym zakresie ustawodawca wyróżnił trzy rodzaje kryteriów: udział w kapitale, prawo głosu w organach zarządzających, stanowiących lub kontrolnych oraz udział lub prawo udziału w zyskach lub majątku albo ekspektatywa takich praw. W zakresie tych kryteriów ustawodawca zdecydował, że wystarczające jest pośrednie lub bezpośrednie ich spełnienie w 25%, aby można było mówić o podmiotach powiązanych. Powyższe kryteria stanowią rozszerzenie wcześniej obowiązującego kryterium udziałowego. Dzięki takiemu zabiegowi ustawodawca włączył do kategorii podmiotów powiązanych podmioty, które pomimo braku wystarczającego udziału kapitałowego mają realny wpływ na organy zarządzające, kontrolne czy na głosowanie, co odzwierciedla rzeczywistość gospodarczą i różnego rodzaju struktury w ramach grup kapitałowych.

Posiadanie pośrednie oznacza posiadanie udziałów lub praw, o których mowa powyżej w drugim podmiocie za pośrednictwem innego podmiotu lub większej liczby podmiotów. Wielkość udziału pośredniego liczona jest niezależnie od liczby podmiotów występujących pomiędzy podatnikiem a podmiotem powiązanym.

Powyższe zasady dotyczą zarówno powiązań krajowych, jak i transgranicznych.

Faktyczna zdolność do wywierania wpływu

Kolejne kryterium uznania podmiotów za powiązane to faktyczna zdolność osoby fizycznej do wywierania wpływu na podejmowanie kluczowych decyzji gospodarczych przez osobę prawną lub jednostkę organizacyjną nieposiadającą osobowości prawnej. Wprowadzenie tej regulacji ma na celu uwzględnienie przy klasyfikacji podmiotów powiązanych podmiotów, które, pomimo że nie zasiadają w podmiotach zarządzających lub kontrolnych, to wywierają znaczący wpływ na działanie firmy. Jako przykład można podać osobę fizyczną, która podejmuje decyzję o zawarciu strategicznej umowy pomimo braku umocowania do podejmowania takich decyzji. Działania takich osób muszą decydować o rozwoju przedsiębiorstwa i jego konkurencyjności. Mogą to być także decyzje o powoływaniu członków organów zarządzających lub kontrolnych. Decyzje takie często są powodowane czynnikami innymi niż gospodarcze/ekonomiczne, przez co mogą nie odzwierciedlać rynkowego charakteru transakcji pomiędzy takimi podatnikami. Obecnie organy podatkowe mają możliwość badania rentowności przedsięwzięć wynikających z decyzji podejmowanych przez takie podmioty.

Niemniej brak definicji ustawowej w tym zakresie powoduje, że powyższe kryterium jest trudne do weryfikacji oraz subiektywne, co może przełożyć się na spory z organami podatkowymi w zakresie rozumienia pojęcia „faktycznej zdolności do wywierania wpływu”.

Związki rodzinne

Ostatnia kategoria to pozostawanie w stosunkach rodzinnych takich jak małżeństwo, pokrewieństwo lub powinowactwo do drugiego stopnia. Należy zwrócić uwagę, że sam warunek występowania powiązań o charakterze rodzinnym jest wystarczający do uznania podmiotów za powiązane. Takie powiązania mogą mieć także charakter międzynarodowy, a weryfikacja tego kryterium nie jest prosta z perspektywy podatnika.

Przykładowo, jeżeli jeden małżonek jest członkiem zarządu jednej firmy, a drugi właścicielem drugiej, powiązanie to można wówczas zweryfikować na podstawie CEIDG lub KRS, ale pod warunkiem posiadania wspólnego nazwiska. W innym przypadku zachodzi konieczność weryfikacji danych osobowych członków rodzin. W efekcie w przypadku różnicy w nazwisku osób zarządzających podmiotem, osoby odpowiedzialne za rozliczenie podatków i sporządzenie dokumentacji cen transferowych mogą nie być w stanie ustalić powiązań rodzinnych.

Podsumowanie

Kryteria wywierania znaczącego wpływu są bardzo rozbudowane, przez co więcej podmiotów może zostać uznanych za podmioty powiązane i być zobowiązanych do przestrzegania szczególnych zasad ustalania cen transferowych. Podatnicy powinni wdrożyć odpowiednie procedury umożliwiające im szybką identyfikację tego rodzaju transakcji oraz odpowiednie oznaczanie ich w systemie księgowym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czy wzrost płacy minimalnej może zaszkodzić gospodarce?

W 2021 płaca minimalna znowu wzrośnie. Według ostatnich informacji będzie wyższa o 200 złotych od obecnej – z 2600zł urośnie do 2800. Jest to dosyć duży wzrost, sięgający około 7% poprzedniej stawki. Wybija się on na tle wzrostu płac w gospodarce. One, jeśli dobrze pójdzie, urosną w przyszłym roku o 4-5%. To oznacza, że płaca minimalna będzie rosnąć szybciej niż przeciętne płace w przedsiębiorstwach. Wysokość płacy minimalnej z założenia ma być dostosowana do średnich płac w biznesie. Jednak jeśli rośnie ona szybciej, niż inne płace, może być dużym obciążeniem dla przedsiębiorstw. Szczególnie w niepewnych czasach kryzysu epidemicznego – w których wiele firm i tak boryka się z problemami finansowymi. Kolejnym problemem, który powoduje płaca minimalna, jest spłaszczenie płac. Jeżeli dosyć forsownie ją podnosimy – wynagrodzenie nowych, niedoświadczonych pracowników jest prawie takie samo, jak pracowników doświadczonych. Przy nagłym wzroście płacy minimalnej trudno rozróżnić tych pracowników pod względem otrzymywanego wynagrodzenia.

– Forsowanie tak wysokiego wskaźnika w sytuacji, w której gospodarka jeszcze nie wyszła na prostą, jest niewskazane. Może oznaczać spore kłopoty – zwłaszcza dla małych firm usługowych w małych miejscowościach. Duża część kosztów związana jest z czyjąś pracą – a w niewielkich ośrodkach trudno znaleźć klienta, który zapłaci za usługi dużo więcej. Trzeba więc pamiętać, że zmiana płacy minimalnej zawsze jest największym kłopotem dla niedużych firm w małych miejscowościach – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Już od kilkudziesięciu lat dyskutujemy w Polsce o płacy minimalnej i jej wpływie na gospodarkę. Zgadzamy się w bardzo szerokim gronie biznesu, administracji, analityków i komentatorów gospodarczych, że nasz system płacy minimalnej jest kulawy. A jednak wciąż się go trzymamy. Za każdym razem, kiedy jest okazja żeby o nim spokojnie podyskutować, mamy coś innego do zrobienia. A potem znów wprowadzamy na chybcika nieprzemyślane zmiany. Dlatego płaca minimalna w Polsce rodzi kłopoty – analizuje Soroczyński.

System podatkowy w Polsce zniechęca do inwestowania

– Niestabilny, nieprzewidywalny i skomplikowany system podatkowy to główna bariera w prowadzeniu biznesu i okoliczność zniechęcająca przedsiębiorców do nowych inwestycji – mówi Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, ekspert Konfederacji Lewiatan, jeden z autorów raportu „Impuls dla Polski 2020-2022″.

W czasie pandemii trzeba zapomnieć o podwyższaniu czy wprowadzaniu nowych podatków. Co zatem należy zmienić w polskim systemie podatkowym, aby ożywić inwestycje i pomóc firmom wyjść z kryzysu?

W raporcie Konfederacji Lewiatan nasi eksperci wskazują kilka rozwiązań. Po pierwsze, należy umożliwić przedsiębiorcom skorzystanie z preferencji podatkowych w przypadku podejmowania nowych inwestycji. Eksperci Lewiatana proponują też modyfikację lub uchylenie tych podatków, które bezpośrednio i negatywnie wpływają na decyzje o rozpoczynaniu inwestycji. Nie wprowadzać zmian w prawie podatkowym bez konsultacji z biznesem i z bardzo krótkim vacatio legis, co uniemożliwia właściwe zaplanowanie strategii finansowej i inwestycyjnej firm – jak to ma miejsce z planowanym opodatkowaniem CIT spółek komandytowych.

A jak poprawić płynność finansową firm? Tu mogą pomóc bardziej elastyczne rozliczenia podatkowe, takie jak: skrócenie terminu zwrotu podatku VAT, umożliwienie wcześniejszego odzyskania częściowego zwrotu VAT, skrócenie terminu oczekiwania na wypłacenie pieniędzy zgromadzonych na koncie VAT w ramach mechanizmu podzielonej płatności.

6 rekomendacji Lewiatana:

  • zlikwidować podatki zniechęcające do inwestowania, m.in. 2% podatek od nieruchomości od wartości budowli, podatek minimalny z tytułu własności środka trwałego, podatek od wydobycia niektórych kopalin, zrezygnować z opodatkowania CIT spółek komandytowych
  • szybciej zwracać podatek VAT i środki zablokowane na kontach VAT
  • dostosować sposób poboru podatku do sytuacji firm
  • szybciej wydawać indywidualne interpretacje podatkowe
  • ograniczyć liczbę zmian w prawie podatkowym
  • komunikować planowane działania z wielomiesięcznym wyprzedzeniem i wprowadzać zmiany z długim vacatio legis

Eksperci Lewiatana proponują ponadto, aby podwyższyć limity kosztów finansowania zewnętrznego (np. kredytów) i usług niematerialnych (np. doradczych), które można zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów.

– Kryzys wywołany COVID-19 spowodował ogromne problemy z uzyskaniem przez firmy finansowania działalności. Dlatego też wszelkie regulacje podatkowe, ograniczające możliwość zewnętrznego finansowania, powinny zostać zawieszone. W obecnej sytuacji nie można dodatkowo pogłębiać trudności z dostępem do kapitału – dodaje Przemysław Pruszyński.

Wśród innych rekomendacji podatkowych zawartych w raporcie „Impuls dla Polski 2020-2022″ warto wymienić skrócenie terminu wydawania interpretacji indywidualnych prawa podatkowego czy odstąpienie od pobierania zaliczek uproszczonych w podatkach dochodowych.

Rzecznik MŚP za uregulowaniem kwestii odpowiedzialności dyscyplinarnej urzędników

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców od wielu miesięcy nagłaśnia problem instrumentalnie wszczynanych postępowań karnych skarbowych wobec przedsiębiorców, wyłącznie w celu zawieszenia biegu terminu przedawnienia zobowiązań podatkowych.

Jednym z najbardziej bulwersujących przykładów tego typu nagannych praktyk była sprawa przedsiębiorcy z Sosnowca. Został on w Sylwestra 2018 roku, pomimo konieczności opieki nad terminalnie chorą małżonką, doprowadzony przez Policję do urzędu skarbowego celem przesłuchania i postawienia mu zarzutów karnych skarbowych w sprawie dotyczącej rozliczenia podatku dochodowego za rok 2012. Sprawa ta była dla Rzecznika MŚP podstawą do sformułowania, na podstawie art. 11 ust. 6 ustawy o Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorców, wniosku o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego wobec osób, które były zaangażowane we wszczęcie postępowania karnego skarbowego przeciwko przedsiębiorcy z Sosnowca.

Niestety, po wstępnym rozpoznaniu sprawy, właściwy Dyrektor Izby Administracji Skarbowej, na wniosek przeprowadzającego postępowanie wyjaśniające rzecznika dyscyplinarnego, zatwierdził umorzenie postępowania dyscyplinarnego. Na skutek powyższego, wbrew intencjom Rzecznika MŚP, żaden z urzędników zaangażowanych w przedmiotowej sprawie nie poniósł jakichkolwiek konsekwencji.

W toku postępowania karnego skarbowego, prowadzonego wobec przedsiębiorcy, Sąd Rejonowy w Sosnowcu wydał, co prawda, wyrok uznający przedsiębiorcę winnym zarzucanych czynów i skazujący go na karę grzywny. Niemniej jednak, na skutek wniesionej apelacji, Sąd Okręgowy w Katowicach uniewinnił ostatecznie przedsiębiorcę od zarzucanych mu czynów, stwierdzając m.in.: „W tym miejscu podnieść trzeba (…), iż nie każde postępowanie podatkowe w zakresie uchybień w płatnościach podatkowych skutkować winno stawianiem podatnikowi zarzutów karnych-skarbowych i kończyć się jego skazaniem”.

To ważny wyrok nie tylko dla przedsiębiorcy z Sosnowca ale również dla innych przedsiębiorców i dla mnie osobiście jako Rzecznika. Będę nadal walczył o poszanowanie praw mikro, małych i średnich przedsiębiorców oraz zaprzestanie instrumentalizacji prawa karnego skarbowego przez organy podatkowe i celno-skarbowe. Natomiast nieuwzględnienie mojego wniosku o wszczęcie i przeprowadzenie postępowania dyscyplinarnego, w tej godnej ubolewania sprawie, jest m.in. przyczyną postulowania w tzw. Dziesiątce Rzecznika MŚP wprowadzenia realnej odpowiedzialności dyscyplinarnej i majątkowej urzędników – komentuje to rozstrzygnięcie Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz.

Większość kredytobiorców żałuje zakupu nieruchomości, a szef innowacji w BMW inwestuje w coliving

Diament inwestycyjny to dziś nie wspaniale oszlifowany kamień szlachetny, a inwestycja w nieruchomości. Najmłodsze dziecko sektora najmu, tj. coliving, nie wystraszył się pandemii i wciąż przyciąga nowych inwestorów, którzy upatrują w nim szansę na rekordowe zyski. Do grona zwolenników tego rozwiązania dołączyła właśnie Esther Bahne, odpowiedzialna za sukcesy marek Audi i BMW.

Diamenty towarzyszyły ludziom od zawsze, jednak dopiero od czasu wypraw krzyżowych tak naprawdę zyskały na popularności. Jak wskazuje IDEX Diamond Index, czyli wskaźnik odzwierciedlający kondycję rynku diamentów, liczony przez uniwersytet w Tel Awiwie, od dobrych kilku lat cena tych kamieni wykazuje trend spadkowy. Jeśli tak dalej pójdzie, to już za jakiś czas nikt nie będzie postrzegał ich jako bezpieczną formę lokowania kapitału. Dlatego inwestorzy już zaczynają szukać alternatywnych źródeł pomnażania swojego majątku i wiele wskazuje na to, że trafili na diamentowy szlak.

Diamentowy szlak

Chociaż częściowe dzielenie przestrzeni życiowej z nieznajomymi może nie brzmieć zbyt atrakcyjnie podczas pandemii, to Esther Bahne, która doskonale wie, czym jest strategia i innowacja, upatruje swojej szansy w colivingu.

Czemu jest to ważna informacja i kim właściwie jest Pani Bahne? Esther jest matką sukcesu zrewitalizowanej marki Mini, która została reaktywowana przez bawarskiego producenta samochodów i motocykli, firmę BMW. Ta kobieta sukcesu przez lata sprawowała najwyższe stanowiska w strukturach marek motoryzacyjnych, głównie piastując funkcję dyrektora ds. strategii i innowacji.

Pracująca w m.in. w Mini Esther Bahne stwierdziła, że jej docelowy rynek, który stanowią młodzi mieszkańcy miast, nie jest obecnie szczególnie zainteresowany samochodami. To kiepskie wieści dla globalnego konglomeratu samochodowego, zwłaszcza takiego, którego korzenie sięgają wynalezienia tego środka transportu. Bahne otworzyło to oczy i skierowało na zupełnie nowy rynek.

Posiadanie własnego samochodu stawało się coraz mniej istotne dla tej grupy ludzi – mówi Esther Bahne, a następnie dodaje: – Dlatego przyjrzeliśmy się temu, co jest najważniejsze dla tej grupy osób, a numerem jeden w kategorii potrzeb wszystkich było i nadal pozostaje mieszkanie.

Nie zwlekając długo, postanowiła odmienić markę Mini, dokonując całkowitego odświeżenia wizerunku producenta samochodów. W jaki sposób? Np. otwierając kawiarnię i przestrzeń coworkingową na Brooklynie, uruchamiając akcelerator miejski Urban-X i ostatecznie decydując się na zaaranżowanie działalności, polegającej na krótkoterminowym wynajmie przestrzeni mieszkalnej pod marką Mini w Szanghaju.

Ta nieoczekiwana zmiana branży, z samochodów na mieszkania, otworzyła przezd Bahne ścieżkę, która doprowadziła ją do nowej pozycji jako współzałożycielki Quarters. Startup ten świadczy usługi krótkoterminowego współdzielenia przestrzeni życiowej.

Uczelnie na kredyt

Koniunkturę na coliving stymulują przede wszystkim nastroje społeczne. Jak wykazały ostatnie badania LendEDU, ponad połowa respondentów żałuje zaciągnięcia “hipoteki” w czasie trwania pandemii. I nie chodzi wcale o kwestie finansowe. Zaledwie co trzecia osoba z tego grona ma jakiekolwiek problemy ze spłatą – zauważa Marta Telenda, prezes zarządu Colivii, pierwszej w Polsce firmy zajmującej się colivingiem, która posiada już dwie lokalizacje w Poznaniu, a niebawem planuje otwarcie kolejnych, m.in. w Warszawie i Wrocławiu, Trójmieście i Krakowie.

Badanie, o którym wspomina ekspert, zostało zrealizowane pod koniec sierpnia przez firmę LendEDU na grupie 1000 właścicieli domów z kredytem hipotecznym. Aż 55% respondentów stwierdza, że w związku z pandemią żałuje zaciągnięcia kredytu hipotecznego.

Jakie są tego przyczyny? Około 30% osób z żalem wspomniało o trudnościach finansowych. Nawet przy niskich stopach procentowych zarządzanie płatnościami staje się trudniejsze, ponieważ pandemia wciąż pogrąża gospodarkę w recesji. Następne 10% stwierdziło, że powody społeczne podsycają ich żal, zaś 7% uważa, że nie są przygotowani do posiadania domu. Pozostałe 8% nie było w stanie wskazać jednoznacznego powodu.

To żyzny grunt dla rozwoju colivingu, który oparty o model subskrypcyjny, wydaje się lepiej dopasowany do potrzeb nowoczesnych społeczeństw. – Cechą wyróżniającą coliving, spośród innych możliwości zakwaterowania jest fakt, że dla młodych pokoleń to coś więcej niż produkt mieszkaniowy, a jego atrakcyjność polega na zmianie sposobu, w jaki ludzie podejmują życiowe wybory. W ciągu ostatnich kilku lat następowała zmiana w ludzkich zachowaniach i pragnieniach; ludzie wybierają społeczność, dobre samopoczucie, zrównoważony rozwój i doświadczenia – zwraca uwagę Marta Telenda z Colivii.

Społeczna ewolucja

Jak twierdzą eksperci CBRE, które jest największą na świecie firmą doradczą i inwestycyjną działającą w sektorze nieruchomości komercyjnych, coliving jest młodszym rodzeństwem zakwaterowania studenckiego i mieszkania wielorodzinnego. A to skłania do wniosku, że odporność, jaką wyróżniają się te typy aktywów w długoterminowej perspektywie, będzie pozytywnie wpływać na zainteresowanie inwestorów.

Kryzys wywołany globalnym lockdownem przemienił życie wielu osób w piekło, a mimo to rynek nieruchomości colivingowych ma się bardzo dobrze. Cushman & Wakefield od początku pandemii śledzi warunki w sektorze najmu budynków mieszkalnych. Według ich obliczeń coliving dorównuje tradycyjnym nieruchomościom na wszystkich frontach lub nawet przewyższa je – mówi CEO Colivii.

Powód jest prosty – chodzi o finanse i aspekt społeczny. Światowa gospodarka doznała załamania, co skłoniło ludzi nie tylko do poszukiwania tańszych alternatyw, lecz także nowych możliwości rozwijania więzi społecznych. Pandemia pozbawiła ludzi udogodnień, które zwykle zapewnia miasto: bary, restauracje, miejsca do spotkań. Przestrzenie colivingowe zapożyczyły to, co najlepsze z listy benefitów, jakie oferowały do niedawna miejskie atrakcje.

Koronawirus zwiększył wartość pracowników. Dobry pracownik nadal w cenie

Zawirowania gospodarcze związane z koronawirusem uświadomiły pracodawcom, że najcenniejszym zasobem firmowym w czasie pandemii okazali się pracownicy – wynika z najnowszego badania Krajowego Rejestru Długów „Jak pandemia zmieniła biznes”. 7 na 10 pracodawców zadeklarowało, że lojalni pracownicy są czynnikiem, który najbardziej zyskał dla nich na znaczeniu w ostatnich miesiącach. Wyprzedził nawet tak ważne kwestie, jak oszczędności i inne rezerwy finansowe. Jednocześnie 3/4 właścicieli firm twierdzi, że zrekrutowanie dobrego członka załogi cały czas jest trudnym zadaniem, ale aż 70% spodziewa się osłabienia rynku pracownika w przyszłości.

Wśród elementów, które najbardziej zyskały na znaczeniu dla przedsiębiorców w czasie pandemii, są lojalni pracownicy – wskazało na nich 72% zapytanych właścicieli firm. Oszczędzanie, zasoby finansowe stały się ważniejsze dla 39% zapytanych, a 38% bardziej doceniło przywiązanie klientów. Nieco mniej przedsiębiorców przyznało, że na znaczeniu zyskały terminowe płatności kontrahentów i elastyczność biznesowa. Najmniej ważne okazały się przyjacielskie relacje z kontrahentami oraz nowe technologie i cyfryzacja.

– Nadejście pandemii było i nadal jest wielkim testem dla biznesu. W trudnych czasach najlepiej widać na co i na kogo można naprawdę liczyć. Właściciele firm zgodnie przyznają, że w obecnym kryzysie najcenniejszy jest dobry zespół. Przedsiębiorcy stawiają go nawet wyżej niż kwestie finansowe. Dobre relacje, zgrana i lojalna kadra okazały się więc dosłownie na wagę złota – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Pracownik, na którym można polegać

Dobre opinie przedsiębiorców wobec pracowników nie wzięły się znikąd. Aż 87% właścicieli firm przyznało, że w czasie pandemii mogło polegać na swoim zespole. Ponad połowa przedsiębiorców (55%) wskazała na wzorową postawę załogi i wywiązywanie się z obowiązków służbowych, mimo trudniejszych warunków pracy. Pracodawcy doceniali także, że zatrudnieni nie zgłaszali wygórowanych roszczeń w związku ze zmianami w funkcjonowaniu firmy (37% wskazań). Okazuje się, że na wiele osób niepewność związana z koronawirusem podziałała motywująco – w co trzeciej firmie pracownicy stali się bardziej zaangażowani w swoje zadania (34%), a nawet byli gotowi pracować więcej (29%).

Dla firm ważne były także uczciwość i sumienność zatrudnionych (27%) oraz to, że byli w stanie dostosować swoje urlopy pod potrzeby firmy (26%). Wśród dodatkowych wskazań przedsiębiorców pojawiły się również wyrozumiałość wobec nowej sytuacji, docenienie stabilności zatrudnienia oraz gotowość do przekwalifikowania się. Te wszystkie elementy wskazują, że w wielu firmach w trudniejszych czasach praca zespołowa i wzajemne wsparcie zyskały na znaczeniu i z pewnością odegrały ważną rolę w utrzymaniu biznesów.

– Mobilizacja pracowników ma oczywiście swoje praktyczne uzasadnienie. W wielu przypadkach czują się oni odpowiedzialni za losy firmy. Od ich zaangażowania i pracy zależy jej przetrwanie, a w efekcie utrzymanie i własnego zatrudnienia. To pokazuje także, jak świadomi są polscy pracownicy. Mimo wpływu ostatnich trendów na rynku pracy, związanych z rynkiem pracownika, nie mają złudzeń co do tego jak poważny kryzys może wywołać koronawirus. Stąd dokładają wszelkich starań aby firma, w której pracują, nie stała się jedną z jego ofiar – dodaje Adam Łącki.

Wśród nielicznej grupy, która zawiodła się na swojej kadrze (13% firm), najczęściej wymienianym zarzutem wobec pracowników były brak elastyczności, np. w kwestii urlopów (47%). Wielu pracowników nie było też w stanie samodzielnie udźwignąć trudności, które spowodowała nowa sytuacja i wysuwało wygórowane roszczenia związanie z nowymi warunkami pracy i pandemią (40%).

Szef bardziej życzliwy

Obok starań i zaangażowania pracowników w obliczu pandemii, dużą rolę w zmianie organizacji pracy w firmie miały także decyzje kierownictwa. Pracodawcy zdawali sobie sprawę, że dla ich podwładnych sytuacja nie jest prosta, dlatego niemal 6 na 10 właścicieli firm w czasie pandemii zmieniło swoje podejście do pracowników lub zaoferowała im dodatkową pomoc. Najważniejsza była troska o zdrowie i przestrzeganie zasad dystansu społecznego, dlatego na pierwszym miejscu znalazło się umożliwienie zatrudnionym pracy zdalnej (35% wskazań). Przedsiębiorcy dostrzegli też potrzebę lepszego kontaktu w trudnym czasie – zadbał o to co piąty, np. poprzez częstsze rozmowy z pracownikiem.

W szczególnie trudnej sytuacji znaleźli się rodzice. Wielu z nich musiało łączyć pracę z opieką nad dzieckiem. Dlatego część pracodawców decydowała się na dofinansowanie opieki nad dzieckiem lub pomoc w jej organizacji (14%) i wprowadzenie elastycznych godzin pracy (13%). Co dziesiąty zatrudniający zaoferował też pomoc w obliczu trudnej sytuacji finansowej pracownika, np. w postaci premii czy możliwości wzięcia dodatkowych zleceń. Najrzadziej pracownicy mogli natomiast liczyć na sfinansowanie lub dofinasowanie pracy zdalnej (4%).

Niektóre firmy zdecydowały się jednak na mniej przyjemne zmiany dla pracowników. Co dziesiąty pracodawca z sektora MŚP postawił na większą kontrolę pracy, wprowadzając np. konieczność częstszego raportowania i statusów w firmie. Taki zabieg mógł mieć jednak na celu nie tylko sprawdzanie efektywności i jakości pracy pracowników na home office, ale i mobilizację zespołu w trudnych dla biznesu czasach. Podobny odsetek (9%) badanych firm zdecydował też, że mimo możliwości pracy zdalnej woli mieć pracownika w biurze. Natomiast 41% respondentów zadeklarowało, że w ich firmach wobec pracowników nie zostały podjęte żadne działania.

Dobry pracownik nadal w cenie

W trudnych czasach zagrożenia epidemiologicznego oraz spowolnienia gospodarki lojalni i zaangażowani pracownicy okazali się bardzo cennym zasobem. Nie wszystkie firmy były jednak w stanie utrzymać swoje zatrudnienie na przedpandemicznym poziomie, a część musiała zamknąć swój biznes. Covid-19 zmienił tym samym obraz polskiego rynku pracy, który jeszcze niedawno był bardzo rozgrzany i przyciągał nawet siłę roboczą z zagranicy

– Choć wiele mogło wskazywać na to, że bezrobocie w Polsce wyraźnie wzrośnie, to publikowane dotychczas dane statystyczne na razie nie dają powodów do paniki. Dlatego, na tym etapie trudno jest wyrokować o końcu rynku pracownika, z którym z pewnością mieliśmy do czynienia przed pojawieniem się koronawirusa. Jednak ku takim wnioskom skłaniają się pracodawcy. Prawie 70% przedstawicieli sektora MŚP sądzi, że rynek pracownika w Polsce powoli słabnie w związku pandemią – mówi prezes Krajowego Rejestru Długów. Jednak przedsiębiorcy pytani o łatwość znalezienia pracownika w większości (52%) wskazują, że wciąż jest to trudne i to niezależnie od szczebla. Do tego 15% twierdzi, że ciężko jest w przypadku rekrutacji kadry wyższego szczebla, a 9% odwrotnie, że najtrudniej znaleźć pracownika niższego szczebla. Zatem łącznie 3/4 firm nadal odczuwa problemy z rekrutacją.

Metodologia: Badanie „Jak pandemia wpłynęła na biznes” zostało przeprowadzone na zlecenie Krajowego Rejestru Długów przez Mands Badania Rynku i Opinii na próbie 300 przedstawicieli firm z sektora MŚP metodą CAWI/CATI.
W cześć zadawanych pytań respondenci mogli wskazywać kilka odpowiedzi, stąd wyniki nie sumują się do 100%.