Kupujesz na Facebooku? Nie daj się oszukać!

Sprzedawcy coraz częściej wystawiają ogłoszenia na Facebooku, korzystając z Marketplace, gdzie w prosty sposób mogą sprzedać dany produkt. Wykorzystują to oszuści, którzy w tym miejscu są całkowicie bezkarni.

Atrakcyjna cena, łatwość zakupu i zachęcające zdjęcia – tak najczęściej wyglądają fałszywe ogłoszenia, które można znaleźć na Facebooku. Coraz częściej powstają grupy sprzedażowe, w których użytkownicy tego portalu mogą wystawiać ogłoszenia z ofertą.

Zrobiłam przelew i nie dostałam produktu

Ofiarą oszusta na Facebooku jest Ilona, która trafiła na ogłoszenie ze sprzedażą telefonu komórkowego. Nic nie wskazywało na to, że jest to oszustwo.

Cena zachęcała najbardziej. W ogłoszeniu było napisane, że Pan potrzebuje szybko pieniędzy, dlatego sprzedaje taniej – tłumaczy Ilona. Sprzedawca był wyjątkowo miły, okazało się, że pochodzi nawet z pobliskiej miejscowości, jednak aktualnie znajduje się w innym mieście. Kobieta zrobiła przelew na 1200 zł, a telefon miał zostać wysłany już następnego dnia.

Nie otrzymałam potwierdzenia wysłania paczki, dlatego odezwałam się do tego sprzedawcy. Odczytał wiadomość, a potem usunął konto – dodaje ofiara oszustwa.

Pieniądze przelane, a towaru brak

Niestety to bardzo częste oszustwo na Facebooku. Tak samo można zostać oszukanym na portalach typu olx.pl, czy za pośrednictwem sklepów internetowych.

Zalecamy, aby za pośrednictwem Facebooka dokonywać zakupu produktów, które jesteśmy w stanie sami odebrać. Marketplace jest przeznaczony do zakupów lokalnych, co za tym idzie, portal nie gwarantuje żadnej ochrony konsumenckiej – tłumaczy Dominika Kociołek, specjalistka z CyberRescue.

Jeśli padniemy ofiarą takiego oszustwa należy złożyć zawiadomienie na policję o podejrzeniu przestępstwa. Takie zawiadomienie można wysłać za pośrednictwem wiadomości e-maila lub zanieść bezpośrednio na komisariat policji. Należy pamiętać, aby dołączyć wszystkie dowody, czyli screeny wymienionych wiadomości, potwierdzenie wykonania przelewu. Ważne jest również to, że jeżeli wyślemy podanie e-mailem i tak zostaniemy wezwani do złożenia zeznań – dodaje Dominika Kociołek, specjalistka ds. cyberbezpieczeństwa w CyberRescue.

Microsoft przeszkoli tysiące polskich programistów

Związek Pracodawców Usług IT – SoDA (Software Development Association Poland) i Microsoft ogłosiły nawiązanie partnerskiej współpracy. 107 zrzeszonych w SoDA polskich firm IT, zatrudniających łącznie ok. 12 tysięcy pracowników, otrzyma ze strony amerykańskiego koncernu pomoc w postaci projektów edukacyjnych dla inżynierów oraz wsparcia technicznego i biznesowego w wykorzystaniu rozwiązań chmurowych firmy Microsoft.

W raporcie „Chmura obliczeniowa w sektorze bankowym na świecie, w Europie i w Polsce” przygotowanym przez Związek Banków Polskich oraz Accenture ocenia się, że światowe przychody z publicznych usług w chmurze IT osiągnęły w 2018 r. 182,5 mld USD. Szacuje się, że w 2023 r. globalny rynek usług chmurowych będzie wart 492 mld USD.

Trend wzrostowy bardzo dobrze jest widoczny wśród klientów firm członkowskich SoDA, które obsługują firmy w każdym europejskim kraju, państwach Ameryki Północnej, a także Azji, Australii i Afryki.

– Obserwujemy rosnący trend zapotrzebowania na usługi i strategię przechodzenia w chmurę wśród międzynarodowego grona klientów Future Processing. Podpisane przez Microsoft oraz SoDA porozumienie daje zreszonym w niej firmom dostęp do najnowszej wiedzy, co ma ogromne znaczenie przy świadczeniu wysokiej jakości usług IT, z jakich na świecie słyną polscy inżynierowie – mówi Paweł Pustelnik, dyrektor zarządzający Future Processing.

– Porozumienie z Microsoft otwiera nam możliwości szybkiego i globalnego skalowania biznesu, wzmacnia kompetencje oraz konkurencyjność naszych firm na rynkach światowych – mówi Konrad Weiske, członek zarządu SoDA oraz CEO giełdowej firmy Spyrosoft S.A. – Nie bez znaczenia jest to, że budowane w Polsce data center Microsoft będzie miało status Carbon Free, na co zwracają uwagę nasi klienci – dodaje Konrad Weiske.

W maju 2020 r. firma Microsoft ogłosiła partnerstwo z polską Chmurą Krajową i zapowiedziała kompleksowy plan inwestycyjny o wartości 1 miliarda dolarów, którego celem jest przyspieszenie innowacji i cyfrowej transformacji na rzecz rozwoju Polskiej Doliny Cyfrowej. Fundamentem wielopoziomowej inwestycji jest otwarcie nowego regionu data center Microsoft w Polsce i wsparcie rozwoju kompetencji cyfrowych w Polsce.

– Inwestycja ta będzie stanowić silne wsparcie dla dalszego sukcesu polskich programistów, tworząc możliwości rozwoju kluczowych umiejętności dla około 150 000 pracowników, partnerów i studentów. Microsoft Azure jest usługą, dzięki której zyskają inżynierowie, ale także firmy świadczące swoje usługi na rynkach światowych. Pierwszy region Azure w Europie Środkowo Wschodniej pozwoli zachować najwyższe standardy cyberbezpieczeństwa, spełnić wymogi związane z lokalizacją danych w Polsce, zapewnić zgodność z przepisami prawa, zwłaszcza w przypadku tych organizacji, które mają specyficzne wymagania dotyczące przechowywania i przetwarzania danych – dodaje Robert Badura odpowiadający w Microsoft za rozwój technologii Azure na rynku średnich i małych firm.

Według badania „Chmura obliczeniowa w Polsce 2020” redakcji branżowego pisma Computerworld z kwietnia 2020 r. 96 proc. firm rozważa użycie narzędzi i usług chmurowych, przy czym 40 proc. firm zatrudniających od 501 do 1000 pracowników ma strategię przejścia do rozwiązań chmurowych.

A 38 proc. przedsiębiorstw zatrudniających od 1001 do 2000 pracowników jest przygotowanych technicznie do przejścia do rozwiązań tego typu. Najpopularniejszym dostawcą chmury (wg. pytania z możliwością wielokrotnego wyboru odpowiedzi) jest Microsoft z 31 proc. wskazań.

Software Development Association Poland to związek pracodawców z sektora IT, którego celem jest wymiana wiedzy, doświadczeń i nawiązywanie współpracy oraz partnerstw komercyjnych. Służy temu organizacja wydarzeń branżowych, networkingu czy webinarów, a także wsparcie promocyjne i biznesowe. Organizacja istnieje od 2018 roku i do tej pory zgromadziła 107 firm zajmujących się produkcją oprogramowania. Łączny obrót firm członkowskich to 1,5 mld PLN. W firmach będących członkami SoDA pracuje około 12.000 pracowników. Dostarczają oni usługi programistyczne do klientów w każdym europejskim kraju, państw Ameryki Północnej, a także Azji, Australii i Afryki

Microsoft dostarcza platformę rozwiązań, które są dla innych fundamentem do rozwoju – lepszego życia obywateli, transformacji polskich przedsiębiorstw, szkół, urzędów i ekspansji polskich firm IT – Partnerów Microsoft – którzy tworzą własne rozwiązania w oparciu o technologię Microsoft. Aspiracją firmy w Polsce jest przyczynianie się do powstania Polskiej Doliny Cyfrowej, w której technologia pozwala akcelerować rozwój polskich przedsiębiorstw i organizacji. Jako lider w obszarze cloud computingu, firma nieustannie tworzy nowe usługi i rozwiązania chmurowe oraz mechanizmy AI, które pomagają w transformacji instytucji, przedsiębiorstw oraz całych gałęzi gospodarki. Od ponad dekady firma rozwija platformę chmurową Azure, z której korzysta 95 proc. firm z listy Fortune 500.

Cztery to i tak dużo

Na czterech sesjach zatrzymała się wzrostowa passa na Wall Street. Trudno oprzeć się wrażeniu, że taka seria, w której ramach kontrakt na S&P500 powrócił ponad 3500 pkt, na DAX wzrósł powyżej 13000 pkt a dolar znalazł się w wyraźnym odwrocie to – w bieżących warunkach rynkowych – wynik ponad stan. Oczekujemy, że rynki będą chimeryczne i przed wyborami w USA będzie trudno o wykrystalizowanie się trwalszej tendencji kierunkowej.

Wiele państw, między innymi Polska i Francja notuje najwyższe liczby dziennych zachorowań na koronawirusa od początku pandemii. Inne, jak Niemcy, czy Włochy donoszą o wzroście statystyk nowych przypadków do pułapów nienotowanych od wiosny. Sytuacja epidemiczna jest zatem daleka od stabilnej. Paniczna reakcja rynków finansowych i drakońskie restrykcje rządów z pierwszej połowy tego roku nie powtórzą się. Nie ma elementu szoku, banki centralne zapewniły nieograniczoną płynność. Zamrożenie gospodarek jest ostatecznością. Pół roku temu, w pierwszych tygodniach po zdjęciu ograniczeń gospodarki dynamicznie załamanie było ostro odrabiane. Ważnym czynnikiem wspierającym odbicie stało się zaspokojenie popytu odroczonego. Perspektywy koniunktury w tym kwartale są jednak dużo gorsze – wiele ważnych gospodarek nie wzrośnie. W dużej mierze dotyczy to Polski i Starego Kontynentu, ale obowiązuje również w przypadku Stanów Zjednoczonych. Konsumpcja prywatna, tradycyjne koło zamachowe największej światowej gospodarki w maju wystrzeliła o ponad 8 proc., w czerwcu wzrosła o mniej niż 6 proc., ale w lipcu i sierpniu jej miesięczna dynamika wyhamowała do odpowiednio do 1,1 i 0,7 proc. Konsumpcja jest wciąż kilka procent poniżej przedpandemicznych pułapów a tempo odrabiania start nadal będzie maleć. W tym kontekście bardzo ważne stają się piątkowe odczyty sprzedaży detalicznej w USA.

Trwająca od lipca polityczna przepychanka o kształt fiskalnego pakietu ratunkowego również nie pomaga amerykańskim konsumentom. Z każdym dniem zmniejszają się szanse na porozumienie przed wyborami w USA. Informacje z ostatnich godzin dobitnie potwierdzają, że nie ma zgody ani w zakresie wartości programu, ani sposobu wykorzystania środków.

Zdaniem bukmacherów szanse Donalda Trumpa na reelekcję są najmarniejsze od jej startu, ale przestały w ostatnich dniach spadać. Zachodzące w ostatnim tygodniu pozycjonowanie się pod tryumf Joe Bidena i uzyskanie przez Demokratów pełnej kontroli nad Kongresem było przedwczesne i będzie wymagać korekty. Inwestorzy powinni pamiętać szok i krach z 2016 roku. Po drugie, margines przewagi Joe Bidena musi być na tyle znaczny żeby wykluczyć kontestowanie przez Trumpa wyborczych rozstrzygnięć. Pogodzenie się z porażką nie jest wcale oczywiste a kilkutygodniowy pat jak w 2000 roku, gdy potrzebne było ponowne liczenie głosów na Florydzie, byłby najgorszym rozstrzygnięciem z punktu widzenia rynków finansowych.

Dobrych informacji nie ma również z frontu prac nad szczepionką: zarówno Eli Lilly, jak również Johnson & Johnson zostały w tym tygodniu zmuszone do przerwania testów klinicznych ze względu na obawy o bezpieczeństwo pacjentów. Podobnie: został dzień d o Szczytu UE i wyznaczonego przez Borisa Johnsona ostatecznego terminu uzgodnienia warunków umowy handlowej a przełomu nie widać na błyskawicznie zbliżającym się horyzoncie. W rezultacie wczoraj o ponad 1 proc. przeceniono funta a dziś GBP/USD kontynuuje zjazd w kierunku 1,29. Wrażliwość waluty na brexitowe negocjacje nie może dziwić, ale zakładamy, że w najbliższych godzinach prawdopodobnie zostanie ogłoszone częściowe porozumienie pozwalające zdaniem strony brytyjskiej kontynuować rozmowy w kolejnych tygodniach. Spodziewamy się, że funt średnioterminowe minima osiągnął we wrześniu i w czwartym kwartale może powtórzyć się ubiegłoroczny scenariusz rajd ulgi i silne wzrosty wartości brytyjskiej waluty. EUR/USD krąży wokół 1,18 i powinien być wpływem szerszej tendencji w notowaniach amerykańskiej waluta, która w świetle naszych prognoz (na poziomie indeksu dolarowego) również ma tegoroczne minima za sobą.
Biorąc pod uwagę wszystkie te okoliczności trudno dziwić się, że rynki wschodzące nie przyciągają kapitału. W ostatnim miesiącu świat wault emerging markets razi słabością i w najbliższych tygodniach nie powinno się to odmienić. Szczególnie wrażliwe są takie waluty jak real brazylijski, rubel rosyjski i lira turecka. Ich tarapaty odciskają dodatkowe piętno na całym koszyku. Złoty błyskawicznie odrobił większość załamania z końcówki III kwartału, ale o dalsze umocnienie będzie trudno. Dobitnie pokazują to ostatnie godziny, w których EUR/PLN bez walki oddał ostatnie spadki i powrócił do 4,50.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czy z powodu kryzysu produkcja wróci do Europy?

Na skutek sytuacji związanej z pandemią COVID-19 od dłuższego czasu wiadome było, że gospodarkę czekają zmiany. Każdy je prognozował, choć nikt nie wiedział jaki kierunek przybiorą. Dziś coraz częściej firmy analizują swój łańcuch dostaw pod kątem bezpieczeństwa i zapewnienia ciągłości. A fabryki położone w odległych częściach świata coraz mniej je zapewniają…

Kryzys spowodowany pandemią koronawirusa objawił to, co było zauważalne już od dawna – zależność krajów europejskich i USA od produkcji ulokowanej na Bliskim Wschodzie czy w Indiach. Łańcuch dostaw w takim przypadku jest długi i zagrożony praktycznie na każdym etapie.

Nie można mieć pewności, że na skutek obostrzeń zastosowanych przez poszczególne kraje czy regiony nie zostanie przerwany. Stąd trend „powrotu do źródeł”, a właściwie przeniesienia produkcji z powrotem na teren UE, czy w przypadku firm amerykańskich – do USA.

Szykują się powroty?

Coraz częściej brany jest pod uwagę reshoring, czyli umiejscowienie zakładów produkcyjnych bliżej siebie, a także restrukturyzacja łańcuchów dostaw i linii produkcyjnych, która ponownie umożliwiłaby zarządzanie zapasami w systemie „just-in-time”.

Reshoring umożliwia skrócenie łańcuchów dostaw, a także czasu ich realizacji, dając firmom większą kontrolę nad procesem produkcji, dzięki której mogą bardziej elastycznie reagować na popyt. Trzeba też dodać, że zjawiska takie jak automatyzacja, robotyzacja i druk 3D sprawiają, że reshoring jest ekonomicznie atrakcyjnym rozwiązaniem, na które organizacje handlowe zwracały uwagę jeszcze przed wybuchem pandemii, chociażby z powodu wzrostu płac w Chinach i innych krajach azjatyckich. COVID-19 jeszcze wzmocnił ten trend.

Warto zauważyć, że akty takie jak np. umowa dotycząca Brexitu, czy Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu, a także konflikty gospodarcze, doprowadziły w ostatnim czasie m.in. do wzrostu ceł zarówno na wyroby gotowe, jak i surowce. Problemy w zakresie globalnej produkcji spowodowane pandemią COVID-19 ostatecznie doprowadziły zarówno producentów wyrobów gotowych, jak i prefabrykatów, do poważniejszych rozmów na temat reshoringu.

Najbliższa przyszłość

Jak będzie wyglądała najbliższa przyszłość, zanim jeszcze reshoring zdąży się upowszechnić? W pierwszej kolejności firmy produkcyjne muszą skupić się na zapewnieniu ciągłości produkcji na wypadek drugiej fali pandemii lub kolejnego lockdownu. Priorytetowe staną się dwie kwestie: pozyskiwanie surowców i komponentów oraz zapobieganie zakłóceniom łańcucha dostaw.

W tym celu przedsiębiorcy skupią się na do gromadzeniu i przechowywaniu większych zapasów. Do lamusa przejdzie system „just-in-time”, przynajmniej do czasu unowocześnienia łańcucha dostaw i linii produkcyjnej, co pozwoli zwiększyć elastyczność i zmniejszyć ryzyko zakłóceń w przypadku wystąpienia drugiej fali pandemii lub dłuższego okresu lockdownu.

Następnie, w nieco dłuższej perspektywie można spodziewać się dywersyfikacji źródeł pozyskiwania surowców i prefabrykatów. W grę wchodzą tu lokalne rynki producentów lub krajów sąsiednich położonych bliżej zakładów produkcyjnych. Wszystko to przy utrzymaniu pełnych zapasów magazynowych, co z kolei tworzy bardzo duże szanse dla krajów ze środkowej i wschodniej Europy. Takie wnioski można wysnuć z najnowszego raportu „Global Manufacturing Risk Index 2020” międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield.

– Co mają zrobić firmy sektora produkcyjnego w tzw. międzyczasie? Współpracować z dobrą firmą logistyczną, taką, która nie tylko zapewni magazynowanie większej ilości towarów, ale także obsługę oraz optymalizację całego łańcucha dostaw, a w związku z tym oszczędności – mówi Michał Miodek z XBS Group.

Europa Środkowo-Wschodnia przed szansą

W raporcie „Global Manufacturing Risk Index 2020” Cushman & Wakefield zawarł zestawienie opłacalności lokalizacji dla produkcji przemysłowej w 48 krajach Europy, Ameryki Północnej i Południowej oraz Azji. Poszczególne kraje zostały sklasyfikowane według ich przewidywanej zdolności „odmrożenia” sektorów przemysłowych i znoszenia obostrzeń związanych z pandemią.

Pomimo, iż Chiny utrzymały pozycję lidera rankingu bazowego (za nimi są Stany Zjednoczone, trzecie miejsce przypadło Indiom), na 4. miejscu wylądowali nasi sąsiedzi – Czesi. Doceniono ich za duży wolumen bezpośrednich inwestycji zagranicznych w sektor produkcyjny, nowoczesną  infrastrukturę oraz… dogodne połączeniami z Niemcami.

Kraje Europy Środkowo-Wschodniej należące do UE posiadają jeden z najwyższych wskaźników pracowników fizycznych w Europie, a także mogą poszczycić się dobrze rozwiniętą infrastrukturą i  stabilną sytuacją polityczno-gospodarczą.

Powrót do Europy Środkowo-Wschodniej to nie tylko fantazja – to kwestia pragmatyzmu. Widać to chociażby na przykładzie tak istotnej obecnie branży farmaceutycznej. Unijni giganci tego sektora zauważyli, że należy jak najszybciej zdywersyfikować produkcję i odejść od wytwarzania 80% leków w krajach azjatyckich. Analogiczna sytuacja dotyczy elektroniki, mającej olbrzymie znaczenie również dla kwestii bezpieczeństwa i obrony narodowej.

Siła robocza w Europie Środkowo-Wschodniej jest stosunkowo tania, choć oczywiście nie „przebije” azjatyckiej. Branże, które wykorzystują tańszą siłę roboczą, będą musiały zrównoważyć takie przenosiny inwestycjami w technologie i innowacje, a także zgodą na bariery w zakresie emisji dwutlenku węgla oraz inną kulturą ekonomiczną, polegającą na zrównoważonym rozwoju. Produkując w krajach azjatyckich czy afrykańskich, przedsiębiorstwa nie musiały uwzględniać kosztów z tym związanych.

Jednym z głównych czynników, które przyciągną międzynarodowych producentów, będzie automatyzacja i cyfryzacja. Jeśli zautomatyzowane procesy będą opłacalne, Europa, ze swoim priorytetem cyfryzacji będzie jeszcze bardziej atrakcyjna.

– Chcemy wspierać logistycznie firmy, które przenoszą produkcję do Polski i krajów Europy Środkowej. Nie tylko w kontekście transportu i magazynowania, ale również na etapie organizacji, zakupu, czy też sourcingu komponentów – deklaruje przedstawiciel XBS Group.

Z pewnością pandemia, oprócz ogromu zniszczeń, niesie również szansę dla Europy Środkowej i Wschodniej, a to co nie tak dawno było nieśmiałą nadzieją, dziś staje się realną szansą. Biznes i handel, który jest nie tylko źródłem dochodu państw, ale także miejscem pracy milionów ludzi, potrzebuje wsparcia od strony instytucjonalnej. Właściwe ułatwienia i zachęty ze strony władz państwowych zwiększyłyby szansę powodzenia operacji, która może okazać się niezwykle istotna ekonomicznie i strategicznie.

Sytuacja na rynku wynajmu mieszkań jesień 2020

Pandemia COVID-19 odciska znaczne piętno na rynku nieruchomości. Wynajem mieszkań w największych miastach stanął przed dużym wyzwaniem, szczególnie z powodu zdalnego nauczania na uczelniach. Jak wyglądała sytuacja na rynku wynajmu w miesiącach sierpień-wrzesień? Eksperci portalu GetHome zapytali o to przedstawicieli agencji nieruchomości. Ich analizę koniunktury – w porównaniu do zeszłego roku – prezentujemy poniżej.

Łukasz Wróbel – właściciel biura nieruchomości NEW HOUSE, Olsztyn:
W porównaniu z sierpniem i wrześniem zeszłego roku obserwujemy około 50% spadek liczby zapytań osób poszukujących mieszkań do wynajęcia. Przekłada się to na taki właśnie spadek sfinalizowanych transakcji tego typu. Pamiętajmy, że Olsztyn jest miastem akademickim, a studenci będą uczyć się zdalnie. Mamy obecnie przewagę podaży mieszkań na wynajem nad popytem na nie. Bardzo dobrze ma się natomiast rynek mieszkań do wynajęcia w wysokim, vipowskim standardzie w prestiżowych lokalizacjach. Wynajmują je głównie firmy bądź osoby, które planują związać się z Olsztynem na dłużej.

Paweł Koronkiewicz – właściciel biura Estate Polska, Trójmiasto:
W sierpniu oraz wrześniu zauważyliśmy znaczącą różnice w porównaniu do analogicznych okresów z lat poprzednich, jeśli chodzi o rynek wynajmu mieszkań w Trójmieście. Przy jednoczesnym wzroście podaży, popyt na wynajem znacząco spadł. Przyczyną tej sytuacji jest pokłosie pandemii COVID-19. Zmniejszony popyt wynika przede wszystkim z tego, że większość uczelni wybrała model nauczania zdalnego. W związku z tym wielu studentów nie szuka nowego lokum bądź nie przedłuża dotychczasowych umów najmu.

W Trójmieście, w porównaniu do innych dużych miast w Polsce, bardzo dużą część mieszkań na wynajem stanowią mieszkania wynajmowane krótkoterminowo (poprzez portale takie jak airbnb, czy booking). Jednak w związku z COVID-19 wielu właścicieli takich mieszkań przerzuciło się na wynajem długoterminowy już na początku czerwca, zwiększając tym samym podaż na rynku. Dodatkowo, znaczna część wynajmujących swoje mieszkania na doby (planujących wynajem krótkoterminowy w tym roku) w miesiącach lipiec/sierpień zaczęła jednak wybierać opcję długoterminowego najmu. Wynika to z faktu, że okazało się, iż przychody generowane z najmu krótkoterminowego w poprzednich latach były o 50%, a w niektórych przypadkach nawet 67% większe.

Konsekwencją powyższych zmian popytowo-podażowych jest spadek cen za wynajem długoterminowy o średnio 10- 20%. W rozpatrywanym okresie do naszego biura odezwało się wielu właścicieli nieruchomości, którzy mają problemy z wynajmem na własna rękę.

Monika Janusz – Dyrektor ds. Sprzedaży JOT-BE Nieruchomości, Wrocław:
Nieznana dotychczas rzeczywistość, wywołana pandemią koronawirusa, wpłynęła na pogorszenie się sytuacji właścicieli mieszkań oferowanych na wynajem, szczególnie tych, którzy oferowali swoje mieszkania dla studentów. Wpływ na to miała przede wszystkim decyzja większości wyższych uczelni we Wrocławiu o przejściu na model nauki zdalnej, co w większości przypadków spowodowało pozostanie studentów w rodzinnych domach. Tylko część młodych ludzi powróciła do Wrocławia, aby rozpocząć lub kontynuować studia.
Zmniejszone zainteresowanie najmem mieszkań odbiło się na wysokości czynszu w ofertach lokali na wynajem. Właściciele mieszkań, którzy w odpowiednim czasie zaufali doświadczonemu pośrednikowi i obniżyli czynsz (nawet o 20%), wynajęli swoje nieruchomości. Często najemcami byli studenci, którzy mimo zmniejszenia ilości godzin na uczelniach, zdecydowali się na przyjazd do miasta, np. ze względu na podjęcie pracy.
Nie najlepszej sytuacji na rynku nieruchomości w czasie pandemii COVID-19 nie pomaga fakt, że na portalach agregujących informacje handlowe dotyczące nieruchomości na wynajem, widoczna jest spora ilość ofert o mocno zawyżonych cenach, które kreują u właścicieli mieszkań błędne wyobrażenie o aktualnej kondycji rynku najmu w zakresie potencjalnych przychodów możliwych do uzyskania z wynajęcia, przez co narażają się na wydłużony czas pozyskania najemcy. W tej sytuacji nieoceniona jest pomoc pośrednika znającego rynek i realia jakie go kształtują. Niewątpliwie zbyt duża podaż na rynku najmu względem zmniejszonego popytu będzie skutkować obniżeniem czynszu najmu.

Adam Jakubczak – Właściciel biura AJ Promotion – Twoje biuro nieruchomości, Łódź:
Jako łódzkie biuro nieruchomości zajmujące się głównie wynajmem mieszkań, dostrzegliśmy w miesiącach sierpień – wrzesień zmianę na rynku w porównaniu z rokiem poprzednim. Odnotowaliśmy wyraźny spadek zainteresowania mieszkaniami studenckimi, w tym podzielonymi na pokoje, jak również niskobudżetowymi mieszkaniami dla obcokrajowców. Spowodowane jest to znacznym ograniczeniem zajęć stacjonarnych na większości uczelni wyższych w Łodzi. Wyjątek stanowią tutaj studenci Uniwersytetu Medycznego, którzy mają wprowadzony model hybrydowy.
Nastąpił natomiast wzrost popytu na mieszkania o podwyższonym standardzie dla pracowników łódzkich korporacji, choć i w tym sektorze zauważalny jest spadek kwot najmu. Niemniej jednak obniżka cen mogła być także spowodowana dużą ilością mieszkań, które trafiły na rynek z oddanych inwestycji na początku 2020 roku. Zaobserwowaliśmy także wzrost wynajmów krótkoterminowych od trzech do sześciu miesięcy. Podsumowując, przede wszystkim mieszkania o dobrym standardzie, jak i w okazyjnych cenach cieszą się dużym zainteresowaniem. Klienci podchodzą z większą uwagą do zaciąganych zobowiązań.

Adrianna Franczewska-Krupa – Właścicielka biura FRANCZEWSKA Nieruchomości, Lublin:
Rynek najmu w Lublinie opiera się w znacznej części na wynajmie mieszkań dla studentów. W Lublinie mamy wiele uczelni wyższych: KUL, UMCS, Uniwersytet Przyrodniczy, Akademia Medyczna, Politechnika Lubelska oraz WSPiA, WSEI, WSSP. Ze względu na pandemię sporo uczelni nie powróciło do stacjonarnych wykładów, a studia toczą się częściowo trybem zdalnym. Sytuacja ta przełożyła się na rynek najmu długoterminowego.

Proces wynajmu mieszkań jest dłuższy niż w poprzednich latach. Zaobserwowaliśmy, że ze względu na niepewność o powrocie trybu stacjonarnego i ewentualności wprowadzenia ograniczeń przez rząd, decyzje podejmowane są w ostatniej chwili. W poprzednich latach od lipca obserwowaliśmy wzrost cen najmu. Obecna sytuacja wpłynęła na lekką korektę cen. Nie dotyczy to wynajmu domów, bo tu nadal jest wysokie zainteresowanie.

Kolejną grupą najemców są rodziny i pojedynczy lokatorzy. Szersza oferta na rynku najmu spowodowała, że coraz częściej decydują się oni na zmiany. Widzimy tendencję podnoszenia standardu miejsca zamieszkania, ale są i klienci szukający mniejszych i tańszych niż dotychczas mieszkań.

Rynek wynajmu rozwija się w Polsce dość dobrze. Polacy wolą inwestować pieniądze w nieruchomości, bo to obecnie jedyna słuszna alternatywa dla bankowych lokat. Zakładając nawet, że mieszkanie nie będzie wynajmowane od razu, nadal jest to doskonała inwestycja. Wprowadzane zmiany przepisów spowodują kolejne podwyżki cen mieszkań.

Z przeprowadzonych przeze mnie analiz wynika, że pomimo informacji, jakie pojawiły się w mediach o nieistnieniu po pandemii lubelskiego rynku najmu krótkoterminowego, ma on się całkiem dobrze. Ze względów bezpieczeństwa turyści częściej, niż z hoteli korzystają z prywatnego wynajmu całych mieszkań.

Tomasz Obarski – Warszawski Agent Nieruchomości, Warszawa:
W Warszawie notujemy wyraźny spadek wynajmu mieszkań, zwłaszcza 3-pokojowych i większych. Kawalerki oraz mieszkania dwupokojowe w dobrej lokalizacji znajdują dość szybko najemcę, pod warunkiem, że są w dobrym stanie oraz cenie (od 5 do 10% taniej, niż rok temu). Jest to spowodowane tym, że dużo osób wyjechało z Warszawy do rodzinnych domów podczas lockdownu, pracowało zdalnie i nie wróciło. Także wiele uczelni wprowadziło zdalne nauczanie. Większe mieszkania chętniej są wynajmowane na pokoje lub przez grupy studentów – zwłaszcza z zagranicy, głównie z Azji oraz Afryki.

Spadek najmu krótkoterminowego również miał spory wpływ na najem długoterminowego, zwłaszcza ten przeznaczony na turystykę. Dużo takich lokali zmieniło przeznaczenie na najem długoterminowy. Osoby zajmujące się wynajmem krótkoterminowym na cele biznesowe (delegacje pracowników firm) ma się dobrze.

Sytuacja może się niedługo zmienić, ponieważ coraz więcej mieszkań jest wycofywana z rynku na cele kwarantanny osób z wykrytym Covid-19 dla rodzin właścicieli, a często również w ramach akcji Mieszkanie dla Medyka.

Marcin Zając – Specjalista ds. Sprzedaży i Wynajmu Nieruchomości Nowodworski Estates, Kraków:
Tak, nastąpił pewien spadek zainteresowania wynajmem mieszkań. Ostatnie lata były czasem hossy na rynku wynajmu nieruchomości. Tysiące mieszkań były wówczas wynajmowane krótko- (głównie turystom) i długoterminowo. W czasie pandemii większość nieruchomości z wynajmu krótkoterminowego trafiła na rynek wynajmu długoterminowego, co spowodowało duży wzrost podaży mieszkań w dość krótkim czasie, przy jednoczesnym spadku popytu. Połączenie cięć budżetowych w wielu firmach z ograniczonym ruchem międzynarodowym sprawiło, że w tym roku napływ nowych najemców krajowych i zagranicznych był mniejszy niż rok temu. W związku z tym, wielu właścicieli mieszkań uznało, że jest gotowych obniżyć swoje oczekiwania wobec czynszu wynajmu nieruchomości, zamiast utrzymywać je puste, dlatego ceny najmu się obniżyły.
Do tej pory lokalizacja nieruchomości miała bardzo duże znaczenie. W czasie COVID-19 i przejścia przez wiele firm na pracę zdalną, z perspektywy najemców przestała być tak ważnym kryterium wyboru. Większego znaczenia nabrały walory użytkowe, takie jak dodatkowe pomieszczenie (możliwe do adaptacji pod domowe biuro), duży taras czy bliskość terenów zielonych, a mieszkania z prywatnymi ogrodami wynajmowaliśmy praktycznie od ręki. Najemcy, których umowa dobiegała końca, często zmieniali nieruchomość na taką, która w większym stopniu odpowiadała ich potrzebom lub na podobną, ale tańszą.

We wrześniu zaobserwowaliśmy skokowy wzrost zainteresowania ofertami spowodowany powrotem części studentów na uczelnie. W poprzednich latach poszukiwania mieszkań rozpoczynali oni już w lipcu, jednak w tym roku intensywna kumulacja nastąpiła dopiero miesiąc przed rozpoczęciem roku akademickiego. Był to dobry moment na wynajęcie mieszkań zlokalizowanych w rozsądnej odległości od uczelni lub z dogodnym dostępem do komunikacji miejskiej. Zadowoleni są studenci międzynarodowi, szczególnie z krajów o wysokich zarobkach, którzy w tym roku mogli wybierać wśród ofert mieszkań przeznaczonych wcześniej dla turystów – w prestiżowych, nowoczesnych inwestycjach i wysokim standardzie wykończenia wnętrz.

Łukasz Bittner – INVENTUM NIERUCHOMOŚCI, Poznań:
Poznań jest miastem akademickim, w którym co roku około 30 tys. studentów rozpoczyna naukę. Z czego wiele osób przyjeżdża z daleka i poszukuje miejsca do zamieszkania. Przed pandemią COVID-19, czas od połowy lipca do połowy września był zawsze bardzo intensywnym okresem i wszystkie pokoje mieliśmy wynajęte na kolejne 12 miesięcy. Obecnie mamy jeszcze wolne 15% pokoi, którymi dysponujemy. Wynika to z faktu, że wiele uczelni podjęło decyzję o prowadzeniu zajęć online, przynajmniej w pierwszym semestrze.
Ceny za pokoje są mniej więcej na zbliżonym poziomie przy uczelniach, które prowadzą zajęcia stacjonarne a spadły, nawet o 10% w przypadku pokoi, dedykowanych studentom uczelni, które będą zajęcia prowadzić zdalnie. Wydaje się jednak, że obniżanie dalsze ceny, nie wpłynie na ich wynajem, po prostu brak jest studentów.

Co do mieszkań na wynajem to ceny raczej pozostały na poprzednich poziomach. Znaczna większość mieszkań została ponownie wynajęta tym samym osobom, na warunkach z ubiegłych lat. A nowe oferty najdalej w ciągu miesiąca znajdowały swoich najemców.

Należy jednak zaznaczyć, że biorąc pod uwagę wzrost inflacji, dochód netto właścicieli, nawet przy utrzymaniu ceny z ubiegłego roku był niższy. Choć większość tych mieszkań zakupiona została na kredyt hipoteczny, którego rata z powodu obniżki stóp procentowych, uległa obniżeniu. Czyli właściciele i tak powinni być zadowoleni per saldo.

Drugą ważną kwestią jest fakt, że w wyniku COVID-19 bardzo ucierpiał rynek najmu krótkoterminowego i część osób przeniosła swoje nieruchomości na rynek najmu długoterminowego. A wiadomo, że jak zwiększa się podaż, a zmniejsza popyt to albo odbija się to na cenie produktu, albo na czasie, kiedy następuje jego wynajęcie w tym przypadku.

Reasumując, w Poznaniu, z punktu naszych doświadczeń, rynek najmu jest raczej stabilny. Ceny właściwie utrzymują się na poprzednich poziomach, co najwyżej trzeba dłużej poczekać na zainteresowanych. Wszyscy też czekamy na ruch uczelni i na powrót studentów. Wówczas mieszkania jeszcze niewynajęte, powinny szybko znaleźć swoich najemców, a drugim krokiem będzie zapewne wzrost cen, choć też raczej delikatny.
Jak sytuacja na rynku nieruchomości wyglądała w całej Polsce? Warunki wynajmu mieszkań w tym trudnym okresie podsumowała Ewelina Staruch – Analityk Rynku Nieruchomości Centrum AMRON.

Pośrednicy w obrocie nieruchomościami aktywnie uczestniczą w kształtowaniu trendów na lokalnych rynkach mieszkaniowych największych miast w Polsce. Specyfika zawodu wymusza na tej grupie specjalistów orientację w bieżącej sytuacji rynkowej i reakcję na zmiany w popycie i podaży, dlatego ich ocena koniunktury jest w branży nieruchomościowej niezwykle istotna. Pośrednicy zgodnie twierdzą, że w sierpniu i wrześniu zainteresowanie najmem było zauważalnie mniejsze niż rok temu, natomiast ceny utrzymały się na tym samym poziomie bądź spadły w zależności od segmentu rynku najmu.

Najwyższy odsetek najemców stanowią osoby młode, dla których zakup własnego mieszkania jest często nieosiągalny ze względów finansowych. Druga połowa studenckich wakacji to okres, kiedy podpisywanych jest najwięcej umów najmu długoterminowego przede wszystkim z powodu zbliżającego się roku akademickiego. Pandemia COVID-19 postawiła jednak pod znakiem zapytania powrót studentów na uczelnie, dlatego część z nich wstrzymywała się z decyzją o zakwaterowaniu do ostatniej chwili. Ostateczna wiadomość o wprowadzeniu zdalnego trybu nauczania zapewne skłoniła sporą grupę młodych osób do pozostania w domu rodzinnym. Badanie „Studenci na rynku nieruchomości 2020” Centrum AMRON wykazało, że po wybuchu pandemii 27% studentów wyprowadziło się z miasta studiowania, natomiast w przypadku 30% ankietowanych opłata za najem obniżyła się. Zdalny tryb studiów i pracy, ale także odpływ obcokrajowców z pewnością spowodowały zmniejszenie zainteresowania najmem. W sierpniu popyt w największych miastach był nawet o połowę niższy niż przed rokiem, natomiast we wrześniu zaobserwowano poprawę, gdyż spadek wyniósł około 20%. Największy udział najemców długoterminowych stanowią obecnie osoby studiujące hybrydowo oraz młode osoby pracujące stacjonarnie.

Baza ofert najmu długoterminowego w sierpniu i wrześniu niewątpliwie powiększyła się w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego. Przyczynami tego mogły być trudności ze znalezieniem nowych lokatorów po wypowiedzeniu umów, a także konwersja przeznaczenia mieszkań z najmu na doby na najem średnio- lub długoterminowy. Zmiana proporcji pomiędzy podażą a popytem przyczyniła się do nieznacznych spadków średnich cen w największych miastach przeważnie o kilka procent w odniesieniu do roku poprzedniego. Doprowadziło to także do zwiększenia liczby pustostanów na rynku.

Pojawienie się czarnego łabędzia w postaci pandemii zdecydowanie bardziej dotknęło najem krótkoterminowy, który po kilkuletnim okresie prosperity przechodzi kryzys. Podsumowując, wynajmujący muszą przystosować się do obecnie panujących realiów rynkowych i niejednokrotnie zmienić przeznaczenie przedmiotu najmu lub otworzyć się na negocjacje stawki czynszu.

Opracowanie: GetHome.pl – portal oferujący mieszkania do wynajęcia w całej Polsce.

Branża recyklingu postuluje o przyśpieszenie prac nad Rozszerzoną Odpowiedzialnością Producenta (ROP)

Branża recyklingu stoi nad przepaścią. Nawet 30% podmiotów zajmujących się recyklingiem zakończyło działalność w związku z wprowadzeniem nowych wymogów w ustawie o odpadach. Wprowadzenie bardzo kosztowych rozwiązań, jak np. monitoring czy ograniczenie ilości możliwych do magazynowania odpadów nałożyło się z pandemią koronawirusa. Jedynie pilne wprowadzenie efektywnego systemu Rozszerzonej Odpowiedzialności Producentów (ROP) może tę sytuację uzdrowić i pozwolić branży normalnie funkcjonować oraz konkurować na rynku Europejskim.

„Mój zakład recyklingu tworzyw sztucznych przetwarza 50 tys. ton plastiku rocznie. Dzięki mnie budżet państwa zaoszczędzi ponad 180 mln zł rocznie z tytułu unijnego podatku plastic tax. Właśnie dlatego Rząd powinien wspierać polski recykling” – powiedział Zbigniew Trejderowski z firmy Conkret.

Dzisiejszy system nie działa, a wprowadzający produkty w opakowaniach nie ponoszą de facto realnych kosztów zagospodarowania swoich odpadów.

„Organizacje odzysku od 2002 budowały system, który jest dysfunkcyjny i przerzuca koszty zagospodarowania odpadów na mieszkańców, a nie na producentów. Przez 18 lat funkcjonował system, gdzie nawet 30% Dokumentów Potwierdzających Recykling i Odzysk (DPR/DPO) jest niewiarygodne. Dlatego niezbędny jest system weryfikujący te dokumenty. Dobrym rozwiązaniem jest wprowadzenie obrotu takimi dokumentami poprzez giełdy towarowe, tak jak w przypadku obrotu +zieloną energią+ pochodzącą z OZE” – powiedział Adam Kuś z firmy Akpol.

Jeżeli chcemy obniżyć koszty zagospodarowania odpadów dla mieszkańców, które nieustannie rosną, to wprowadzający opakowania muszą wziąć na siebie odpowiedzialność finansową, do której są zobowiązani przez Unię Europejską. Środki te powinny trafić do jednego podmiotu publicznego, jak np. NFOŚiGW, który będzie nimi zarządzał i nadzorował funkcjonowanie systemu.

Branża recyklingu postuluje przyśpieszenie prac nad ROPem, który musi być wprowadzony w pierwszej kolejności, a system depozytowo-kaucyjny powinien być jego uzupełnieniem. ROP pozwoli stworzyć kompletny i uporządkowany system gospodarki wszystkimi odpadami. System kaucyjny jest potrzebnym narzędziem w ramach ROP, jednak rozwiązuje problem jedynie kilku rodzajów opakowań. Najpierw ROP, a później system depozytowo-kaucyjny.

Koniec z papierem przy zawieraniu umów o pracę

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) wskazują, że konieczne jest skorygowanie przepisów w celu zapewnienia realnej możliwości zdalnego zawierania umów o pracę. Obecnie Prawo pracy i ubezpieczeń społecznych nie nadąża za rozwojem technologii.

Zgodnie z pierwszym zdaniem art. 29 § 2 k.p., umowę o pracę zawiera się „na piśmie”. Przepis ten jednak sam sobie zaprzecza i już w drugim zdaniu pośrednio dopuszcza możliwość, aby umowa o pracę nie została zawarta z zachowaniem formy pisemnej. W takiej sytuacji pracodawca przed dopuszczeniem pracownika do pracy musi jedynie potwierdzić pracownikowi „na piśmie” ustalenia co do stron umowy, rodzaju umowy oraz jej warunków.

Teoretycznie można więc zawrzeć umowę wymieniając ustalenia za pośrednictwem e-maili (forma dokumentowa w rozumieniu k.c.) – a następnie pracodawca przed rozpoczęciem pracy przez pracownika wyśle mu dodatkowo mailem potwierdzenie warunków zatrudnienia, o których mowa w art. 29 § 2 k.p. z podpisem kwalifikowanym (forma elektroniczna w rozumieniu k.c.). Takie rozwiązanie byłoby znacznym uproszczeniem dla obu stron, ułatwiłoby też elektronizację akt pracowniczych.

A jednak w praktyce zdalne zawieranie umów o pracę zgodnie z prawem jest dzisiaj utrudnione. Na przeszkodzie stoi m.in. art. 36 ust. 7 ustawy z dnia 13 października 1998 r. o systemie ubezpieczeń społecznych. Zgodnie z tym przepisem prawdziwość danych zawartych w zgłoszeniu do ubezpieczeń społecznych osoba zgłaszana „potwierdza własnoręcznym podpisem”. To zaczerpnięte z definicji formy pisemnej powtórzenie jest niefortunne. Rodzi bowiem wątpliwość – czy skoro w prawie cywilnym forma elektroniczna jest równoważna formie pisemnej, to jest też równoważna „własnoręcznemu podpisowi” w rozumieniu przepisów o ubezpieczeniach społecznych?

„Wymóg dotyczący sporządzenia i przechowywania „własnoręcznie podpisanego” zgłoszenia do ubezpieczeń społecznych jest kosztowny i kłopotliwy. Tym bardziej, że po jego otrzymaniu płatnik i tak zazwyczaj przepisuje dane z papierowego zgłoszenia do systemu informatycznego i przesyła dalej – już elektronicznie – do ZUS. Proponowane przez FPP rozwiązanie odblokowuje zdalne zawierania umów o pracę do czasu upowszechnienia się kwalifikowanych podpisów elektronicznych. Proponujemy wykorzystanie już znanego z kodeksu pracy mechanizmu potwierdzania treści przez pracodawcę. Skoro zaakceptowaliśmy już pracę zdalną nie ma powodu, by stawiać niepotrzebne przeszkody przy zdalnym zawieraniu umów” – komentuje Tomasz Chudobski, ekspert ds. prawa gospodarczego Federacji Przedsiębiorców Polskich.

W roku 2016 w kodeksie cywilnym dokonano reformy form czynności prawnych. Pojawiła się m.in. forma dokumentowa. Zdefiniowano – obecną też wcześniej w innych aktach – formę elektroniczną, która zgodnie z art. 781 k.c. jest równoważna formie pisemnej.

Zrównanie w prawie cywilnym formy elektronicznej z formą pisemną powoduje, że nie powinny budzić zastrzeżeń dokumenty podpisane przez pracowników elektronicznie (kwalifikowanymi podpisami elektronicznymi). Wymianę dokumentów z ich wykorzystaniem należy uznać za równorzędną z podpisem „własnoręcznym”. Ale zdecydowana większość pracowników wciąż podpisów kwalifikowanych nie ma.

Dlatego potrzebna jest korekta przepisów, tak aby wszystkie oświadczenia wymieniane na linii pracodawca – pracownik w związku z zawieraniem umów o pracę mogły być przekazywane między stronami w formie dokumentowej (np. e-mailami), a jedynie z potwierdzeniem w formie pisemnej (lub elektronicznej) treści oświadczeń pracownika otrzymanej przez pracodawcę.

Rozszerzenie rozwiązania już znanego z art. 29 § 2 k.p. na inne dokumenty umożliwi np. zatrudnienie pracownika na drugim końcu Polski – bez konieczności czekania na papierowy obieg dokumentów.

Polacy w pandemii

Grupa dentsu już po raz trzeci bada Polaków podczas pandemii. W cyklicznym badaniu „Polacy w pandemii” firma sprawdza zachowania, emocje oraz sytuację zawodową i finansową w kraju. Analizie poddano także zjawiska takie jak koronasceptycyzm czy obawa przed udziałem w życiu społecznym (powrót dzieci do szkoły, tradycyjny handel, uczestnictwo w wydarzeniach kulturalnych itd.).

Okazuje się, że Polacy bardziej niż pandemii obawiają się obecnej sytuacji finansów publicznych czy zmian klimatycznych.
Polacy w pandemiiInne wybrane obserwacje:

  • dla 44% badanych codzienną trudnością/wyzwaniem jest obowiązek zasłaniania nosa i ust;
  • 41% nie widzi żadnych barier w przypadku zakupów online;
  • 17% ankietowanych oczekuje wprowadzenia zmian w ofercie produktowej marek;
  • 21% deklaruje mniejsze zainteresowanie lokalnymi i polskimi produktami – ze względu na niepewność sytuacji zwracają uwagę na ceny towarów.

Polacy w pandemii 3 Polacy w pandemii 2Badanie „Polacy w pandemii” zostało przeprowadzone z myślą o klientach grupy dentsu. Patronat nad badaniem objęła rozgłośnia RMF FM. Projekt jest wspierany komunikacyjnie przez agencję prasową Newseria.

Ankieta została przeprowadzona na panelu internetowym (CAWI) na reprezentatywnej próbie ogólnopolskiej; Grupa celowa: mężczyźni i kobiety w wieku 18-59 lat; Realizacja badania:1 fala – 30-31.03.20202 fala – 27-29.05.20203 fala – 11-15.09.2020; Próba badawcza:1 fala N=1000 2 fala N=503 3 fala N=1000.

Polska 2050 przygotowuje projekty ustaw chroniących osoby wykonujące zawody medyczne

Ruch Polska 2050 przygotowuje projekty ustaw zwiększających bezpieczeństwo osób wykonujących zawody medyczne.

Od 5 września dzięki tarczy antykryzysowej lekarze i pracownicy medyczni mieli prawo do 100% zasiłku chorobowego, jeśli zakazili się koronawirusem lub przebywali na kwarantannie. Obecnie przepis ten wygasł, a epidemia narasta. Ryzyko zakażenia dla medyków znów jest ogromne. Ruch Polska 2050 przygotowuje projekt ustawy, który przywróci obowiązywanie tych przepisów. Dzięki temu pielęgniarka, ratownik medyczny czy lekarz w razie zarażenia COVID-19 dostaną pełne chorobowe, a nie tylko 80%.

„Jako Polska 2050 przedstawimy do konsultacji projekt ustawy zwiększającej zabezpieczenia socjalne osób pracujących w podmiotach leczniczych, aby rozpocząć budowę szerokiego poparcia ponad podziałami dla przepisów, które zabezpieczają ludzi, którzy ryzykują swoim życiem i zdrowiem dla dobra nas wszystkich.” – mówi Michał Kobosko, wiceszef stowarzyszenia Polska 2050

Ruch Szymona Hołowni będzie również prowadził prace nad innymi rozwiązaniami dla zabezpieczenia osób wykonujących zawody medyczne przed skutkami braku należytego zarządzania obecnym kryzysem.

„Kompletnie niezrozumiałe było umieszczenie w Tarczy przepisu Kodeksu karnego, że lekarz ma odpowiedzialność karną do ośmiu lat więzienia za popełnienie nawet nieumyślnego błędu lekarskiego. Z mediów dowiadujemy się, że Minister Ziobro pracuje teraz nad „centrum odpowiedzialności”, które pozwoli oceniać lekarzy. Ziobrze już nie wystarcza upolitycznienie prokuratury – teraz chciałby nadzorować orzekanie o odpowiedzialności medyków. Wiemy, że Minister Ziobro ma szczególny uraz do lekarzy i niejednokrotnie sięgał po narzędzia polityczne aby prowadzić z nimi prywatne spory. Stawiamy temu zdecydowany sprzeciw.ocenia Szymon Hołownia i zapowiada, że jego ruch przygotuje rozwiązania zabezpieczające medyków przed falą ewentualnych procesów za podejmowane w epidemii trudne decyzje.

„Urzędnicy i politycy nie mają kompetencji do oceniania błędów medycznych i nie powinni takich narzędzi otrzymywać. W całym kraju funkcjonują zarówno okręgowe sądy lekarskie, jak i wojewódzkie komisje ds. orzekania o zdarzeniach medycznych, złożone z fachowców, czy wreszcie sądy powszechne, które rozpatrują sprawy błędów medycznych.” dodaje Hołownia, lider ruchu Polska 2050.

Hołownia zapowiada, że Polska 2050 przystępuje do opracowania drugiego projektu ustawy mającej na celu ochronę osób wykonujących zawody medyczne przed represjami oraz nadużyciem prawa przez rządzących. I zapewnia: „Będziemy między innymi postulować jak najszybsze uchylenie nowelizacji kodeksu karnego w Tarczy 4.0. Idąc za głosem środowiska medycznego już dziś postulujemy wzorem innych krajów wprowadzenie ustawy zdejmującej odpowiedzialność ze służb medycznych za ewentualne niezawinione błędy w trakcie wykonywania procedur związanych z leczeniem zakażeń COVID-19. Inaczej pracownicy ochrony zdrowia będą bali się podejmować trudne decyzje w obawie przed falą późniejszych procesów.”

Podkreśla też, że rząd próbuje zwolnić z odpowiedzialności sam siebie ustawą bezkarnościową, a medyków, którzy zmagają się z deficytami sprzętu, czasu i kadr, chce wsadzać do więzień.

„Jako Polska 2050 uważamy to za niedopuszczalne. Od motywacji i odwagi medyków zależy powodzenie walki z pandemią. Są to często trudne wybory. Lekarz nie może bać się ich podejmować. Zapewnijmy ochronę tym, którzy nas chronią i zróbmy to jak najszybciej.” – podsumowuje gen. Mirosław Różański odpowiedzialny w Polsce 2050 za bezpieczeństwo i reagowanie kryzysowe.

Prawie połowa dorosłych Polaków odczuwa przewlekły stres. Pandemia i problemy finansowe mocno go nasilają

Prawie połowa dorosłych Polaków odczuwa przewlekły <a title=stres. Pandemia i problemy finansowe mocno go nasilają" title="Prawie połowa dorosłych Polaków odczuwa przewlekły stres. Pandemia i problemy finansowe mocno go nasilają" />

Prawie połowa Polaków odczuwa stres średnio kilka razy w tygodniu, a co piąty – codziennie lub prawie codziennie. Najczęstsze przyczyny to pandemia, sytuacja gospodarcza kraju albo problemy finansowe oraz zdrowotne swoje i bliskich – wynika z wrześniowego badania „Polacy a stres” przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia dla Sanprobi. Tylko 1/3 ankietowanych zadeklarowała w nim, że ma swoje sposoby radzenia sobie z napięciem. Dla 20 proc. jest to palenie papierosów, dla 19 proc. – picie alkoholu, a 15 proc. zajada stres niezdrowymi produktami. Tylko co 11. Polak wśród sposobów radzenia sobie ze wzmożonym napięciem wymienia probiotykoterapię.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) uznała stres za jeden z najbardziej szkodliwych czynników zagrażających zdrowiu. Jak wynika z wrześniowego badania przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Sanprobi, Polacy wymieniają stres jako jedną z częściej towarzyszących im emocji (obok zmęczenia i niepewności). Niemal połowa dorosłych odczuwa stres średnio kilka razy w tygodniu, z czego 18 proc. codziennie lub prawie codziennie. Tylko 8 proc. osób nie miało w ciągu ostatniego kwartału żadnej sytuacji stresogennej. Co istotne, wyraźnie częściej stresują się kobiety (50 proc.) niż mężczyźni (32 proc.).

W tej chwili Polacy odczuwają stres głównie z powodu pandemii (48 proc.). Stresują się również sytuacją gospodarczą w kraju i na świecie (33 proc.) oraz problemami zdrowotnymi – własnymi i bliskich osób (33 proc.), a także swoją sytuacją finansową (32 proc.).

– Są w tej chwili kolejki do psychiatrów i psychologów, którzy uczą nas technik radzenia sobie ze stresem, np. medytacji czy wizualizacji. Leki przeciwdepresyjne są stosowane przez kilkadziesiąt procent populacji – to jest sytuacja niespotykana. Oczywiście one pomagają nam znosić stres, ale nie likwidują jego przyczyny, działają tylko objawowo – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. n. med. Ernest Kuchar, lekarz chorób zakaźnych i medycyny sportowej, kierownik Kliniki Pediatrii z Oddziałem Obserwacyjnym na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

– Nie mamy świadomości, że napięcie, które powstaje pod wpływem stresu, powinno być rozładowane, bo jeżeli się bardzo mocno skumuluje, to odbije się na naszym zdrowiu fizycznym i psychicznym – dodaje Joanna Chatizow, prezes Stowarzyszenia Aktywnie Przeciwko Depresji. – Polacy nie bardzo potrafią sobie radzić ze stresem. Tylko 22 proc. potrafi go rozładować w zdrowy sposób, czyli uprawiając sport. To jest najbardziej pożądana aktywność, która redukuje napięcie.

Przewlekły stres może być przyczyną depresji i zaburzeń lękowych, prowadzić do uzależnień i chorób somatycznych. Rozładowywanie napięcia czasem bywa jednak bardziej destrukcyjne niż sam stres – dla 20 proc. jest to palenie papierosów, dla 19 proc. – picie alkoholu, 15 proc. zajada go niezdrowymi produktami, a 2 proc. przyznało się do zażywania narkotyków i środków odurzających. Ogółem tylko 1/3 badanych Polaków zadeklarowała, że ma swoje sposoby radzenia sobie ze stresem.

Eksperci podkreślają, że istnieje ścisła zależność pomiędzy działaniem ośrodkowego układu nerwowego a mikrobiomem, czyli florą jelitową. Zostało to zauważone przez lekarzy już na początku XX wieku. Od tego czasu pojawiło się wiele badań klinicznych, które wykazały, że zaburzenia mikrobiomu w jelitach mogą powodować zmiany nastroju i zachowania. Przewlekły stres może być natomiast przyczyną zaburzenia prawidłowego stanu mikroflory jelitowej.

– Chemizacja środowiska i życie z wszechobecnym plastikiem sprawiają, że rozwój mikrobiomu jest zaburzony. Na to nakładają się nieprawidłowe odżywianie, wysoko przetworzone środki spożywcze zawierające konserwanty, przewlekłe stosowanie leków takich jak: antybiotyki, niesterydowe leki przeciwzapalne, przeciwwrzodowe, a nawet przeciwpsychotyczne, w tym przeciwdepresyjne. Wszystko to sprawia, że nasza flora jelitowa wymaga działań naprawczych. Takim sposobem jest stosowanie probiotyków. Są to wybrane szczepy bakteryjne, które w odpowiedniej ilości wpływają korzystnie na florę jelitową – wskazuje dr Ernest Kuchar.

Badania kliniczne wykazały, że bakterie probiotyczne mają wpływ na poprawę nastroju nawet u osób z rozpoznaniem depresji, ponieważ są one zdolne do wytwarzania i dostarczania organizmowi substancji neuroaktywnych, takich jak kwas gamma-aminomasłowy i serotonina.

– Szczepów bakterii mamy w przyrodzie miliardy, nawet biliony, i żeby trafić na taki, który działa korzystnie na organizm człowieka, trzeba mieć trochę szczęścia. Potem jest długotrwały proces badania takiego szczepu i jego właściwości. Sprawdza się jego genom, porównuje z innymi podobnymi szczepami i ostatecznie ustala się, czy dana bakteria może korzystnie wpływać na organizm ludzki. Jeżeli są na to dowody, wtedy możemy mówić o tym, że jest to bakteria probiotyczna. Zatem badamy to bezpieczeństwo, zanim w ogóle probiotyk wejdzie do produkcji – podkreśla Robert Kornecki, prokurent i współwłaściciel Sanprobi.

Jak wynika z wrześniowego badania dla Sanprobi, po leki i farmaceutyki minimalizujące poziom stresu sięga 13 proc. Polaków. Przeważają leki bez recepty (48 proc.), witaminy i suplementy diety (46 proc.), zioła (43 proc.) i preparaty zmniejszające poziom stresu przepisane przez lekarza (41 proc.). Tylko ok. 9 proc. wybiera właśnie probiotyki. 45 proc. Polaków nie wierzy jeszcze w skuteczność probiotykoterapii jako sposobu na niwelowanie stresu. Co czwarty obawia się też efektów ubocznych ich przyjmowania.

Mając na uwadze naukowe doniesienia oraz fakt, że 45 proc. ankietowanych w badaniu Sanprobi nie wierzy w skuteczność probiotykoterapii jako sposobu na niwelowanie stresu, Stowarzyszenie Aktywnie Przeciwko Depresji wystartowało 1 października z kampanią edukacyjną pod nazwą Psychobiotyki – przez żołądek do mózgu, której partnerem jest firma Sanprobi. Jej celem jest poprawa jakości życia osób chorujących na depresję i inne zaburzenia psychiczne poprzez modyfikację nawyków żywieniowych oraz umiejętną suplementację preparatami probiotycznymi. Więcej na temat kampanii oraz psychobiotyków można znaleźć na stronie www.psychobiotyki.com.

Produkcja w branży motoryzacyjnej będzie stawać się bardziej lokalna. To szansa dla Polski

Branża motoryzacyjna powoli odradza się po kryzysie związanym z lockdownem. Notowane wiosną ponad 70-proc. spadki w produkcji samochodów to w dużej mierze konsekwencja przerwania globalnych łańcuchów dostaw. – W tej chwili wracają one do normalnego stanu i, co ciekawe, rozpoczyna się dyskusja na temat ich skrócenia – mówi Paweł Wideł, prezes Związku Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych. To może skłonić europejskich producentów do szukania bliżej nowych lokalizacji i dostawców, co oznacza szansę na przyciągnięcie nowych inwestycji do Polski.

W przypadku sektora motoryzacyjnego podstawą działalności jest zapewnienie łańcucha dostaw. Ta branża funkcjonuje w skali globalnej, w związku z czym części do produkcji samochodów są dostarczane z jednego końca świata na drugi: z Chin do Europy, z Europy do Stanów, z Meksyku do Kanady. Na początku pandemii, kiedy niespodziewanie granice państw zostały zamknięte, zakłady produkcyjne przestały produkować, a klienci przestali kupować samochody, cały sektor motoryzacyjny po prostu się zamroził. Obecnie toczy się dyskusja na temat skrócenia łańcuchów dostaw, aby części były produkowane bliżej fabryk samochodów – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Wideł.

W Europie działa blisko 300 zakładów, w których montowane są samochody i produkowane są silniki. W Polsce znajduje się 16 fabryk, w których montowane są samochody osobowe i dostawcze, ciężarówki i autobusy – wynika z najnowszego „Raportu branży motoryzacyjnej” PZPM i KPMG. Zdaniem eksperta nasz kraj  jest dobrą lokalizacją dla nowych inwestycji w branży motoryzacyjnej. Decyduje o tym wiele czynników: dobrze radząca sobie ze spowolnieniem gospodarka, wykwalifikowane kadry oraz bliskość kluczowych rynków zbytu, np. Niemiec i Francji.

Nie wiadomo, jaka będzie przyszłość sektora motoryzacyjnego, bo zarówno pandemia, jak i kryzys nią wywołany bardzo mocno dały mu się we znaki. Z drugiej strony borykamy się z wielkimi wyzwaniami związanymi m.in. z regulacjami dotyczącymi emisji spalin i ochrony środowiska. To może okazać się zabójcze dla części sektora motoryzacyjnego. Mówiąc krótko, branża musi się przygotować na walkę o byt, którą przetrwają tylko najsilniejsze firmy – przewiduje prezes Związku Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych. – Zobaczymy, gdzie one będą inwestowały, ale ja jestem optymistą pod tym względem.

Jak wynika z prognoz przytaczanych w „Raporcie branży motoryzacyjnej”, w tym roku sprzedaż aut osobowych skurczy się o 25 proc., czyli nabywców znajdzie ok. 9,6 mln aut, o 3 mln mniej niż w 2019 roku. Ta sytuacja bezpośrednio przekłada się na wyniki finansowe producentów motoryzacyjnych. Wielu z nich spodziewa się strat, a na to nakładają się również kosztowne zmiany związane z przechodzeniem na nowe technologie alternatywnych napędów.

W pierwszych dwóch miesiącach 2020 roku liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w Polsce spadła o ponad 13 proc. W kwietniu spadek ten sięgnął 67,1 proc. Jak podaje Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, we wrześniu pierwszy raz od początku roku miesięczne rejestracje były wyższe (wzrost o 9,4 proc., czyli o 3,7 tys. szt.) w porównaniu z tym samym miesiącem poprzedniego roku. W grupie samochodów osobowych we wrześniu  zarejestrowano 38 147 sztuk, czyli więcej o ponad 2,8 tys. (8 proc.) niż rok wcześniej i więcej o 3,4 tys. (9,9 proc.) niż w sierpniu. Z kolei w grupie samochodów dostawczych do 3,5 t przybyło o ponad  5 tys. nowo zarejestrowanych pojazdów, czyli o 21,8 proc. rok do roku. Od stycznia do września spadek sprzedaży wyniósł 27,4 proc. w ujęciu rocznym.

Na polskim rynku bardzo szybko wróciło zainteresowanie samochodami używanymi, ale wiąże się to m.in. z siłą nabywczą, jaką dysponują Polacy. Przypuszczam, że w dobie koronawirusa ludzie obawiają się transportu publicznego, a samochód prywatny jest dobrą alternatywą. Szczególnie że używane auta sprowadzane do Polski może nie są najnowsze, ale nie są też zbyt drogie. Możliwe, że cierpi na tym środowisko naturalne, może też i bezpieczeństwo ruchu drogowego, ale z drugiej strony daje to społeczeństwu jakąś mobilność – zauważa Paweł Wideł.

W segmencie nowych samochodów takiego odbicia nie było widać. Jak podkreśla ekspert, ciekawe jest to, że sprzedaż w segmencie premium, czyli najdroższych samochodów, jest bardzo dobra, a nawet lepsza niż w ubiegłym roku.

Samochody dostawcze sprzedają się bardzo dobrze, co może mieć związek z rozwojem e-commerce’u – mówi prezes Związku Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych. – Z kolei segment samochodów osobowych, dla przeciętnego Kowalskiego, jeszcze nie wrócił do poziomu z zeszłego roku.

Z „Raportu branży motoryzacyjnej 2020/2021” wynika, że 2019 rok zakończył się w Polsce rekordową liczbą rejestracji nowych samochodów osobowych, przy umiarkowanym, blisko 5-proc. wzroście. Prawie 60 proc. kadry zarządzającej w branży motoryzacyjnej ocenia, że powrót do sytuacji sprzedażowej sprzed pandemii zajmie co najmniej dwa lata, a 6 proc. uważa, że to nie nastąpi w ogóle.

Amazon szykuje się na zwiększony ruch przed świętami. Szuka w Polsce 10 tys. pracowników sezonowych

Globalny serwis sprzedażowy chce zatrudnić w Polsce na okres przedświąteczny aż 10 tys. pracowników sezonowych do obsługi zamówień w centrach logistycznych. To więcej niż połowa stałego personelu, który również w tym roku się powiększył – o 2 tys. osób. Firma chce przyciągnąć pracowników sezonowych atrakcyjnym wynagrodzeniem i benefitami, które przysługują od pierwszego dnia pracy, ale także możliwościami rozwoju. 

– Rozpoczęliśmy rekrutację na 10 tys. stanowisk sezonowych. Poszukujemy pracowników, którzy przyjdą do nas w okresie przedświątecznym i będą nas wspierać w realizacji zamówień dla naszych klientów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Zagrodnik, regionalny kierownik HR Amazon Fulfillment Poland.

Amazon działa w Polsce od 2014 roku. W tym czasie stworzył dziewięć nowoczesnych centrów logistycznych: w Sadach koło Poznania, Sosnowcu, Kołbaskowie koło Szczecina, Bielanach Wrocławskich (dwa obiekty), Łodzi, Pawlikowicach koło Łodzi, Okmianach koło Bolesławca i Gliwicach. Dwa z nich, w Gliwicach oraz Łodzi, zostały uruchomione w 2020 roku. Firma stworzyła również Centrum Rozwoju Technologii w Gdańsku oraz biuro korporacyjne i oddział Amazon Web Services w Warszawie. Łącznie Amazon zatrudnia w Polsce już 18 tys. stałych pracowników, z czego 2 tys. zasiliło szeregi firmy w tym roku.

Czwarty kwartał to okres przygotowań do zwiększonego ruchu świątecznego. Stąd tak duża skala sezonowej rekrutacji w Amazonie.

Poszukujemy przede wszystkim pracowników poziomu początkowego, osób, które ukończyły 18. rok życia i są gotowe do pracy zmianowej. Ważna jest dla nas dbałość o szczegóły, etyka pracy i terminowość w dostarczaniu zadań, ponieważ osoby te mają bezpośredni wpływ na wysyłkę zamówień do naszych klientów – podkreśla Magdalena Zagrodnik. – Wszelkie informacje na temat wymagań i naszej oferty pracy można znaleźć na stronie Pracujwamazon.pl.

Zarówno zatrudnieni na stałe, jak i na okres przedświąteczny otrzymują wynagrodzenie w wysokości co najmniej 20 zł brutto za godzinę – o 15 proc. więcej niż w 2020 roku wynosi stawka minimalna. Dodatkowo mogą liczyć na premię miesięczną do 15 proc., uzależnioną od wyników zespołu i frekwencji indywidualnych. Osoby pracujące od 8 listopada do 26 grudnia otrzymają świąteczny dodatek do podstawowego wynagrodzenia (min. 20 zł za godzinę) w wysokości 4 zł za godzinę, więc łączna stawka początkowa w tym okresie wyniesie 24 zł brutto. Pracownicy mogą również liczyć na bogaty pakiet socjalny.

– Wśród benefitów są: dojazd do i z pracy, który organizujemy jako pracodawca, ubezpieczenie medyczne, ubezpieczenie na życie, bezpłatne posiłki w okresie przedświątecznym, poza okresem świątecznym kosztują one złotówkę – wymienia regionalny kierownik HR Amazon Fulfillment Poland. – W okresie przedświątecznym w naszych centrach logistycznych panuje wyjątkowa atmosfera. Jak co roku przygotowujemy dla naszych pracowników liczne atrakcje, w tym kalendarz przedświąteczny, w którym znajdą oni wiele niespodzianek, m.in. darmowe posiłki, przekąski, napoje, organizujemy również konkursy z nagrodami.

Jak podkreśla Magdalena Zagrodnik, pracownikom sezonowym firma oferuje też dalsze możliwości rozwoju. Pokazuje to przykład rekrutacji z ubiegłego roku.

Wiele osób, które dołączyło do nas w okresie przedświątecznym, zdecydowało się z nami zostać. Z osób, które dołączyły do nas w listopadzie i grudniu 2019 roku, około 1/4 nadal z nami pracuje – wskazuje.

Poza benefitami dla pracowników Amazon uruchomił także program Postaw na Swój Rozwój, przeznaczony dla tych, którzy pracują w firmie ponad rok.

 To program, w ramach którego dofinansowujemy 95 proc. wartości kursów i szkoleń wybranych przez pracownika. Takie dofinansowanie może wynieść 26 tys. zł w ciągu czterech lat, dzięki czemu pracownicy mogą wybrać szkolenia, które ich interesują, a także dokształcić się lub też całkowicie przekwalifikować – mówi Magdalena Zagrodnik.

Brak możliwości przymiarki to największy problem podczas zakupów w internecie. Rozwiązują go wirtualne przymierzalnie oparte na rozszerzonej rzeczywistości

Mimo szybkiego rozwoju e-handlu wciąż co czwarty internauta w Polsce nie kupuje online. Najczęstszy powód to brak fizycznego kontaktu z produktem i możliwości przetestowania go przed zakupem. Dotyczy to głównie branży fashion, czyli zakupów ubrań i dodatków. Firma technologiczna Sensi Labs stworzyła rozwiązanie bazujące na rozszerzonej rzeczywistości, które rozwiązuje ten problem. Aplikacja zamienia ekran smartfona w lustro i tworzy realny model twarzy w 3D, dzięki czemu konsument może dobrać i przymierzyć przed zakupem dowolne oprawki okularów. W przyszłości przymierzyć będzie można niemal każde ubranie.

Jak pokazują dane Gemiusa, zakupy w internecie robi już 73 proc. polskich internautów, co oznacza rekordowy wzrost o 11 pkt proc. względem ubiegłego roku. Jeszcze przed pandemią rynek e-commerce rósł w średniorocznym tempie ok. 18 proc. Polska jest pod tym względem jednym ze światowych liderów. W ostatnich trzech latach wartość tego rynku rosła u nas szybciej niż w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Niemczech. Wirus SARS-CoV-2 okazał się katalizatorem, który dodatkowo przyspieszył ten szybki wzrost i proces migracji klientów z offline’u do online’u. Jak pokazało wrześniowe badanie Dentsu Aegis, w związku z pandemią duża część wydatków zakupowych Polaków przeniosła się do sieci, a 49 proc. konsumentów zadeklarowało, że obecnie częściej wybiera ten kanał zakupowy.

Głównymi zaletami internetowego handlu są wygoda, szeroka dostępność produktów oraz oszczędność czasu i pieniędzy, bo e-sklepy zwykle oferują ceny niższe niż te tradycyjne. Jednak wciąż duża grupa klientów (27 proc.) nie kupuje online, ponieważ woli fizyczny kontakt z produktem, chce mieć możliwość przymierzenia i przetestowania go przed zakupem.

– Największą wadą zakupów w internecie jest to, że nie możemy przymierzyć rzeczy online, bazujemy tylko na tym, co widzimy na zdjęciu – mówi agencji Newseria Biznes Beata Badzyńska, dyrektor ds. operacyjnych Sensi Labs. – Wirtualna rzeczywistość pozwala nam dokonać w internecie idealnego zakupu. Ekran naszego telefonu zamienia się w lustro, w którym możemy się przejrzeć, przymierzając dowolną część garderoby.

Jak wynika z danych Gemiusa, najpopularniejszym urządzeniem wykorzystywanym w procesie zakupów online jest laptop (80 proc.) bądź smartfon (69 proc.). Ten jest wybierany w e-commerce zwłaszcza przez młodszych konsumentów, w grupie wiekowej 15–24 lat (92 proc.). Zainstalowanie na nim aplikacji opartej na rozszerzonej rzeczywistości (AR, augmented reality) rozwiązuje największy problem internetowych zakupów, jakim jest brak możliwości przymierzenia produktu przed zakupem.

– Wiele osób robi zakupy w internecie i podejmuje decyzję na bazie tego, co widzi. Oglądamy modelki w okularach i sukienkach i myślimy sobie, że też będziemy tak wyglądać. Potem kupujemy, zakupy przychodzą do nas do domu i okazuje się, że niestety nie wyglądamy dobrze, i zaczyna się proces zwrotu. Ten nie zawsze jest łatwy, bo nie wszystkie firmy mają w tym zakresie przyjazne procedury – mówi Beata Badzyńska.

Firma technologiczna Sensi Labs stworzyła wirtualną przymierzalnię, w której klient może dobrać i przymierzyć okulary do kształtu swojej twarzy. To jedno z najnowocześniejszych obecnie rozwiązań tego typu, bazujące na technologii AR i kamerze TrueDepth, która wyświetla siatkę 30 tys. punktów, tworząc realny model twarzy w 3D. Aplikacja dostępna na iOS i Androida zamienia smartfona w lusterko, w którym klient może się przejrzeć i przymierzyć dowolne oprawki.

– Wykorzystanie aplikacji ClickFitApp to połączenie przymierzania, które odbywa się normalnie w sklepie, z wygodą zakupów online. Możemy dowolnie poruszać głową w prawo i lewo, w górę i w dół, a okulary podążają za naszym ruchem – mówi dyrektor ds. operacyjnych Sensi Labs.

Wirtualne przymierzalnie, oparte na technologii AR, dają klientowi możliwość przymiarki bądź wizualizacji produktów w 360 stopniach. To rozwiązanie coraz bardziej popularne w e-commerce, które sprawdza się zwłaszcza w takich segmentach e-handlu jak moda czy kosmetyki. Rozszerzona rzeczywistość pozwala np. dopasować kolor kosmetyku czy farby do włosów – wystarczy, że klient skieruje w tym celu kamerę na siebie, żeby móc testować różne opcje. Kolejnym segmentem, który coraz powszechniej korzysta z tego rozwiązania, jest branża meblarska. Największe firmy meblowe, w tym m.in. szwedzka Ikea, wprowadziły już narzędzia, które dzięki AR pozwalają sprawdzić, jak meble czy sprzęt AGD będą wyglądać w domowym wnętrzu.

– Korzyści z wirtualnego przymierzania jest wiele, a dla klienta najważniejsze jest to, że ma przymierzalnię zawsze przy sobie. Wracając tramwajem czy metrem do domu, może uruchomić aplikację, przejrzeć i przymierzyć dowolne okulary, a nawet zrobić sobie zdjęcie i wysłać do przyjaciółki z prośbą o poradę, po czym dokonać zakupu – mówi Beata Badzyńska. – Nasz zespół może przygotować wirtualne przymierzalnie dla wszystkich części garderoby. W tej chwili pracujemy m.in. nad przymierzalniami czapek i kapeluszy, biżuterii i gogli narciarskich. Otrzymujemy wiele zapytań od firm, które chciałyby, abyśmy stworzyli dla nich aplikację do przymierzania ich produktów.

Według „Retail Perceptions Report” blisko 2/3 konsumentów (61 proc.) woli dokonywać zakupów w e-sklepach, które oferują możliwość wirtualnej przymiarki bądź dokładnego obejrzenia produktu za pomocą AR. Natomiast 40 proc. byłoby skłonnych wydać więcej na produkt, gdyby wcześniej mogli wejść z nim w interakcję za pośrednictwem rozszerzonej rzeczywistości. Market Data Forecast w najnowszym raporcie wskazuje, że wartość rozwiązań AR w handlu detalicznym to dziś 13,3 mld dol., a do 2025 roku ma wzrosnąć do 95 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu przekraczającym 47 proc.

W rozwiązania oparte na rozszerzonej rzeczywistości inwestuje coraz więcej retailerów, chcąc zwiększyć sprzedaż i przyciągnąć nowych klientów. Kolejna korzyść to minimalizowanie wskaźnika zwrotów, ponieważ jeśli klient miał możliwość przymiarki produktu przez zakupem, spada ryzyko, że okaże się on nietrafiony. Aplikacja Sensi Labs jest przeznaczona dla wszystkich producentów i dystrybutorów oraz sklepów optycznych. Można ją zintegrować z już istniejącymi aplikacjami (implementując w nich moduł przymierzania w AR) bądź wdrożyć pod indywidualne potrzeby każdej marki.

– Dzięki aplikacji Gepetto Lustro mamy możliwość zaprezentowania naszego produktu tak, jakby on rzeczywiście został przymierzony przez klienta. To oczywiście zmniejsza liczbę wysyłek. Dzięki temu możemy zoptymalizować czas, który jest nam potrzebny, żeby dostarczyć okulary do klienta, ale też zmniejszamy naszą emisję CO2 – podkreśla Zuzanna Świtała, specjalistka ds. innowacji w firmie optycznej Gepetto. – Plusów takiego rozwiązania jest więc bardzo dużo, ale najważniejszym jest zadowolenie klienta.

Jak podkreśla Beata Badzyńska, w warunkach pandemii wirtualne przymierzalnie mogą okazać się przydatne nie tylko e-sprzedawcom, ale także sklepom stacjonarnym, które muszą zachować ścisłą higienę i reżim sanitarny.

– Możemy w sklepie wręczyć klientowi tablet z wirtualnym lustrem, pozwolić mu spokojnie usiąść, przymierzyć okulary i wyselekcjonować te, które mu się najbardziej podobają, a następnie je przymierzyć. To daje duży komfort, a na pewno obniża koszty dezynfekcji – mówi.

Naukowcy odkryli 24 planety z potencjalnie lepszymi warunkami do życia niż na Ziemi. Na kolonizację mamy już mniej niż 100 lat

Nawet 24 planety mogą mieć warunki bardziej sprzyjające do życia niż Ziemia – twierdzą naukowcy z Uniwersytetu Stanu Waszyngton. Choć żadna z nich nie znajduje się bliżej niż 100 lat świetlnych od Ziemi, część z nich może spełniać wszystkie kryteria, aby móc zaklasyfikować je jako przyjazne człowiekowi. – Wraz z pojawieniem się kolejnych teleskopów kosmicznych otrzymamy więcej informacji, dlatego ważne jest, aby wytypować niektóre cele – podkreśla Dirk Schulze-Makuch, profesor z Uniwersytetu Stanu Waszyngton i Politechniki Berlińskiej.

Naukowcy od lat poszukują planet, na których mogłoby istnieć życie lub na których ludzie mogliby zamieszkać. W naszym Układzie Słonecznym takiej  nie ma, jednak dzięki kolejnym teleskopom kosmicznym nowej generacji, jak Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba czy Kosmiczny Teleskop PLATO, nasze zdolności obserwacyjne są coraz większe. Łatwiej więc będzie znaleźć przyjazne człowiekowi planety.

Naukowcy z Uniwersytetu Stanu Waszyngton przekonują, że przynajmniej teoretycznie istnieją planety, które dają szansę na rozwinięcie na nich życia.

– Wraz z pojawieniem się kolejnych teleskopów kosmicznych otrzymamy więcej informacji, dlatego ważne jest, aby wytypować niektóre cele – podkreśla Dirk Schulze-Makuch, profesor z Uniwersytetu Stanu Waszyngton i Politechniki Berlińskiej. – Musimy skupić się na pewnych planetach, które mają najbardziej obiecujące warunki dla życia. Musimy jednak uważać, aby nie utknąć w poszukiwaniu drugiej Ziemi, ponieważ mogą istnieć planety, które mogą być jeszcze bardziej odpowiednie do życia niż nasza.

Naukowcy twierdzą, że w poszukiwaniach należy skupić się na planetach skalistych, które krążą w takiej odległości od gwiazdy, aby na ich powierzchni mogła występować woda w stanie ciekłym. Temperatura na nich powinna zaś być nieco wyższa od tej, która panuje na Ziemi, o ok. 5 st. C. Szanse na znalezienie życia będą większe na planetach w wieku 5–8 mld lat. Chociaż Słońce jest centrum naszego Układu Słonecznego, jego żywotność ocenia się na mniej niż 10 mld lat. Ponieważ minęły prawie 4 mld lat, zanim na Ziemi pojawiła się jakakolwiek forma złożonego życia, wiele gwiazd podobnych do naszego Słońca, mogło zgasnąć, zanim rozwinęło się życie na krążących wokół planetach.

Przy poszukiwaniach istotne znaczenie mają także rozmiar i masa planety. Na planecie o ok. 10 proc. większej od Ziemi będzie więcej terenów nadających się do zamieszkania. Z kolei taka o masie 1,5 masy Ziemi może dłużej utrzymywać wewnętrzne ogrzewanie i mieć silną grawitację.

– Powszechnie uważa się, że mamy najlepszą planetę, dlatego czasem trudno jest przekonać do tego, że mogą istnieć planety lepiej przystosowane do życia – wskazuje Dirk Schulze-Makuch. – Mamy wiele złożonych i różnorodnych form życia, a wiele z nich może przetrwać w ekstremalnych warunkach. Dobrze jest móc adaptować się do panujących warunków, ale to nie znaczy, że mamy wszystko, co najlepsze.

Wstępnie naukowcy odkryli 24 planety, które spełniają przynajmniej część z warunków idealnych do rozwoju życia. Jedna, KOI 5715, spełnia natomiast wszystkie założenia.

Choć wszystkie planety znajdują się w odległości przynajmniej 100 lat świetlnych od Ziemi, mogą być dla ludzi nadzieją na kolonizację. To o tyle istotne, że Stephen Hawking już kilka lat temu oceniał, że ludzie mają ok. 100 lat na zasiedlenie innej planety. To może być jedyna szansa na przetrwanie, biorąc pod uwagę m.in. przeludnienie, globalne ocieplenie, możliwą wojnę atomową czy uderzenie meteorytów.

5G i internet rzeczy zrewolucjonizują m.in. transmisje sportowe i transport drogowy. Na jednym kilometrze kwadratowym będzie działać nawet milion urządzeń

Dzięki wdrożeniu sieci 5G na kilometrze kwadratowym będzie mogło stabilnie działać nawet milion urządzeń i czujników podłączonych do internetu rzeczy. Dzięki temu standardowi transmisji danych będzie też można bezpiecznie wdrażać autonomiczny transport oraz dostarczyć rewolucyjną jakość transmisji osobom uczestniczącym online w wydarzeniach sportowych i kulturalnych. – 5G zaoferuje rozwiązania, które dziś wydają się science fiction – mówi Tomasz Uflewski z HMD Global.

– Sieć 5G pozwala na podłączenie bardzo dużej liczby urządzeń na bardzo małym obszarze. Mówimy tutaj o liczbie około miliona urządzeń na kilometrze kwadratowym, co pozwala zbierać wręcz nieograniczone dane z poszczególnych odbiorników czy nadajników sieci 5G, tworząc cały ekosystem np. do zarządzania inteligentnym domem, inteligentnym oświetleniem, a w dalszym kontekście smart grid w sieciach energetycznych, czyli zarządzania sieciami energetycznymi – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Uflewski, enterprise business manager w Europie Wschodniej w HMD Global.

Massive Machine Type Communications, czyli mMTC, oznacza rodzaj komunikacji, w którym wiele urządzeń internetu rzeczy jest połączonych bezpośrednio do internetu bądź połączonych między sobą (M2M). W takiej komunikacji udział człowieka w zarządzaniu urządzeniami IoT jest znikomy lub nie zachodzi wcale. Wdrożenie tego typu komunikacji jest niezbędne m.in. do tego, by po drogach mogły się poruszać pojazdy autonomiczne. Warunkiem zaistnienia mMTC jest wdrożenie standardu 5G, który cechuje się m.in. bardzo dużą szybkością transferu danych.

– Sieć 5G oferuje opóźnienia na poziomie 1 milisekundy, a dostępność na poziomie tzw. pięciu dziewiątek (99,999%). Oznacza to, że praktycznie jest dostępna zawsze, a opóźnienia są tak minimalne, że pozwalają zastosować te rozwiązania np. w autonomicznych pojazdach, gdzie duża ilość danych musi być przetwarzana w czasie rzeczywistym, żeby pojazd mógł się komunikować ze wszystkimi innymi obok siebie, z centrum zarządzania ruchem – wyjaśnia ekspert z HMD Global.

To szczególnie istotne zwłaszcza w sytuacjach awaryjnych, takich jak konieczność nagłego hamowania. Dla porównania średni czas reakcji kierowcy na niebezpieczeństwo wynosi około sekundy. Zautomatyzowanie ruchu drogowego oznaczałoby więc nie tylko duże ułatwienie, ale i znaczącą poprawę bezpieczeństwa. Jednak sieć 5G może mieć zastosowanie również w automatyzacji procesu zarządzania nie tylko infrastrukturą drogową.

Niemiecki nadawca radiowy i telewizyjny SWR wraz z Telekom Deutschland testuje wykorzystanie sieci 5G do nadawania treści poprzez systemy informacyjno-rozrywkowe w pojazdach. Dodatkową usługą oddawaną kierowcom za pośrednictwem tego kanału ma być oparty na rekomendacjach georeferencyjnych przewodnik turystyczny. Sieć 5G może przyczynić się również do zrewolucjonizowania podejścia do transmisji sportowych.

– Stadion futbolowy w Nowym Jorku dysponuje prywatną siecią 5G, która będzie obsługiwała wirtualną rzeczywistość. Każdy z zawodników będzie miał kamerę wysokiej rozdzielczości i w czasie rzeczywistym sygnał z nich będzie transmitowany na telebimy, tak aby kibic mógł uczestniczyć na żywo niemalże w tym, co dzieje się na boisku z pozycji wszystkich graczy. To rozwiązania, które dzisiaj są wręcz science fiction – mówi ekspert.

Dzięki wdrożeniu sieci 5G będzie można przenieść koncerty czy wydarzenia sportowe do wirtualnej rzeczywistości, zapewniając tym samym odbiorcom zupełnie inny poziom doświadczeń. Badanie przeprowadzone przez Global Web Index wykazało, że 66 proc. ankietowanych zdecydowałoby się uczestniczyć w wirtualnej transmisji, gdyby wydarzenie, na które się wybierali, nie mogło się odbyć w wyniku pandemii. Z kolei z badań Verizona wynika, że osoby uczęszczające na mecze i koncerty entuzjastycznie reagują na możliwość uczestniczenia w nich również wirtualnie.

Okazuje się, że standard komunikacji 5G może przynieść wymierne korzyści również dla biznesu.

– Badania Accenture wskazują, że urządzenia przemysłowe podłączone do sieci 5G są o 30 proc. bardziej efektywne niż urządzenia podłączone do sieci LTE. Przewiduje się, że gospodarka wzrośnie o około 11 proc. dzięki zastosowaniu sieci 5G i mówimy tu o szerokiej gospodarce. Media i otoczenie mediów będą wzrastały dzięki niej o około 20 proc. – wylicza Tomasz Uflewski.

Analitycy Gartnera wskazują, że do końca bieżącego roku na całym świecie będzie używanych ok. 20,4 mld urządzeń IoT. Rozwiązania te wdroży też ponad 65 proc. firm. Z kolei według IDC do 2025 roku urządzenia IoT będą generowały ponad połowę przesyłanych za pośrednictwem sieci danych.

Jaki będzie rzeczywisty deficyt budżetowy w 2020 roku?

Wiemy już, że polski budżet na rok 2020 potrzebuje porządnego znowelizowania. Nie jest to spowodowane tylko COVID-em. Już przed epidemią ekonomiści wskazywali na potrzebę nowelizacji budżetu ze względu na niedoszacowany deficyt. W pierwotnej wersji rząd założył deficyt w wysokości około 5% PKB – czyli 109 miliardów złotych. Eksperci uważają jednak, że realny deficyt polskiego skarbu państwa będzie dużo większy, nawet bez poepidemicznej recesji. Rząd nauczył się już w poprzednich kadencjach chować nadmiarowy deficyt, z powodów politycznych i propagandowych. W tym roku robi to znowu. Warto byłoby jednak mieć jasny ogląd tego, na jakim poziomie uplasuje się tegoroczny deficyt budżetowy. Nawet jeśli ta liczba miałaby sięgnąć 10% PKB – czyli dwa razy więcej niż zakładano w pierwotnym budżecie. W dobie kryzysu epidemicznego duże deficyty krajowe nikogo nie dziwią. W Stanach Zjednoczonych ma on sięgnąć nawet 20% PKB. Ekonomiści zachęcają więc rząd, by nie ukrywał prawdziwej wielkości deficytu – bo może to pomóc lepiej zaplanować przyszłoroczny budżet.

– Deficyt polskiego państwa będzie w tym roku na pewno znacznie większy, niż planowane 5% PKB. Część wydatków realizowana jest przez Polski Fundusz Rozwoju, część przez BGK, część przez fundusze pozabudżetowe. W ten sposób rząd przesuwa wydatki poza budżet – raportując oficjalnie mniejszy deficyt, niż mamy w rzeczywistości. To nie jest dobra metoda. W aktualnej sytuacji naprawdę nie ma wielkiego znaczenia, jak duży będzie tegoroczny deficyt. Byłoby znacznie bardziej przejrzyste i jasne, gdyby rząd po prostu powiedział ile rzeczywiście deficytu przewiduje – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Orłowski, ekonomista. – Mówi się o ponad 200 miliardach złotych deficytu, czyli 10% PKB. Oczywiście nie wiemy, jak będzie wyglądać sytuacja w drugim półroczu – deficyt może więc okazać się mniejszy, lub większy. Rząd powinien wykorzystać tę sytuację – warto przesunąć na bieżący rok część przyszłych wydatków. Zwiększając deficyt w tym roku, czyli dokonując części wydatków przyszłorocznych, zmniejszymy przyszłoroczne manko w budżecie. W tym roku rynki światowe nie zwracają uwagi na deficyty poszczególnych krajów. Deficyt na poziomie 10% w Polsce nie zrobi na nikim wielkiego wrażenia. Niewykluczone jednak, że w przyszłym roku nasi partnerzy będą znacznie bardziej podejrzliwie przyglądać się polskiemu budżetowi. Warto więc nie chować tegorocznego deficytu przed oczami Polaków i zwiększyć go, by przyszłoroczny budżet nie zamykał się na tak dużym minusie – przekonuje Orłowski.

Rewolucja technologiczna wymaga zmian w systemie edukacji

Aktualnie trwająca rewolucja technologiczna doprowadzi do skokowego wzrostu wydajności w wielu dziedzinach gospodarki, w tym w sektorze finansowym. Będzie jednak miała również negatywne konsekwencje. Już dziś powinniśmy je przewidzieć i próbować im zapobiegać.

Rewolucja technologiczna zmienia strukturę gospodarki jako całości ale również poszczególne branże i przedsiębiorstwa. Jej konsekwencje są już od dłuższego czasu bardzo dobrze widoczne w branży finansowej. Podobnie jak w sektorze przemysłowym, w finansach jesteśmy świadkami coraz bardziej zaawansowanej automatyzacji procesów biznesowych. Technologią, która na naszych oczach rewolucjonizuje branżę bankową, ubezpieczeniową, czy inwestycyjną jest sztuczna inteligencja.

O sztucznej inteligencji możemy mówić wtedy, gdy system komputerowy jest w stanie analizować duże zbiory danych, uczyć się i samodzielnie wybierać sposób osiągania założonych celów. W branży finansowej sztuczna inteligencja jest wykorzystywana do analizy ryzyka kredytowego i inwestycyjnego, wykrywania oszustw a także w systemach telefonicznej obsługi klienta. Firmy ubezpieczeniowe stosują ją w procesie akceptacji wypłat odszkodowań o niewielkiej wartości.

Systemy komputerowe oparte na sztucznej inteligencji przyczyniają się do zwiększenia skuteczności procedur biznesowych a także do radykalnej obniżki kosztów operacyjnych instytucji finansowych. Mówiąc wprost, umożliwiają one przeprowadzenie bardzo znacznych redukcji zatrudnienia.

Oznacza to, że rewolucja technologiczna może prowadzić do istotnych konsekwencji społecznych. Zarówno w branży przemysłowej, jak i usługowej ( w tym w finansach), redukcje zatrudnienia dotyczą personelu o najniższych kwalifikacjach. W bankach są to najczęściej stanowiska doradców klienta, analityków czy kasjerów. W innych gałęziach gospodarki zmniejszać się będzie ilość stanowisk dla personelu wykonującego pracę fizyczną. Pracę stracą osoby o najniższych zarobkach, co może prowadzić do pogłębienia istniejących już i tak znacznych nierówności.

Zarówno na poziomie gospodarki jako całości, jak i w poszczególnych branżach i przedsiębiorstwach, istnieje pilna potrzeba niedopuszczenia do pojawienia się negatywnych skutków społecznych rewolucji technologicznej.

Odpowiedzią na powstające problemy może być jedynie dynamiczny rozwój edukacji. Jednak problem polega na tym, że aktualnie istniejące struktury nie przystają do nowych wyzwań. Z powodu postępujących cały czas zmian w stosowanych technologiach, na znaczeniu będzie tracił model, według którego edukacja odbywa się wyłącznie w pierwszych dwudziestu kilku latach życia. Wzrośnie natomiast znaczenie uzupełniającej edukacji osób dorosłych. Jest to zresztą widoczne już od dawna, a objawia się przez rosnącą popularność studiów podyplomowych. W dziedzinie finansów, najpopularniejszymi kierunkami są: kształtowanie wartości w strategiach finansowych, fuzje i przejęcia, finansowanie przedsiębiorczości czy zarządzanie strategiami inwestycyjnymi.

Zrozumienie zmian zachodzących w strukturach gospodarczych będzie niezbędnym warunkiem odniesienia z nich korzyści. W momencie gdy prace manualne będą wykonywane wyłącznie przez maszyny, konsekwentnie aktualizowana wiedza stanie się naszym najważniejszym zasobem.

Autor: Bartosz Tomczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej polskiego fintechu Provema

O co pytamy w biurze sprzedaży? | SONDA DEWELOPERSKA

Zakup mieszkania jest jedną z najważniejszych decyzji, które podejmujemy w życiu. Dodatkowo wiąże się z bardzo silnymi emocjami. Nie kupujemy pustych czterech ścian, tylko nasze wyobrażenie o bezpiecznym miejscu, gdzie będziemy spędzać szczęśliwe chwile z naszymi najbliższymi i gdzie po ciężkim dniu będziemy mogli zaznać odrobiny wytchnienia. Nic więc dziwnego, że przywiązujemy dużą wagę do wyboru odpowiedniego M. Pieczołowicie przeszukujemy portale z ofertami mieszkań, strony inwestycji, przygotujemy porównania najlepszych ofert i dopytujemy nawet o najmniejsze szczegóły. To właśnie detale mogą zaważyć o komforcie mieszkania, dlatego jeśli jesteście ciekawi, o co dokładnie pytają osoby poszukujące swojego wymarzonego lokum, obowiązkowo zapoznajcie się z naszą najnowszą sondą deweloperską!

Grzegorz Smoliński, Dyrektor Sprzedaży w Dom Development S.A

Na to pytanie warto odpowiedzieć na dwóch poziomach: ogólniejszym, dotyczącym postrzegania firmy oraz bardziej konkretnym, odnoszącym się do zainteresowania samą ofertą. Jeśli chodzi o tę pierwszą perspektywę to obserwujemy, że w ostatnim czasie wzrosło znaczenie wiarygodności dewelopera i jego stabilności finansowej. Klienci zwracają również większą uwagę na bezpieczeństwo i terminowość realizacji inwestycji. Dom Development jest niekwestionowanym liderem we wszystkich tych aspektach. Dzięki bardzo komfortowej sytuacji finansowej oraz własnemu generalnemu wykonawstwu budowa naszych projektów przebiega zgodnie z planem, a odbiory mieszkań odbywają się w zakładanych terminach.

W ujęciu ofertowym natomiast widzimy, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy wzrosło zainteresowanie zakupem popularnych już wcześniej mieszkań dwu- i trzypokojowych. Klienci częściej pytają też o większy metraż. Obserwujemy, że osoby, które spędziły okres pandemii w mniejszych lokalach myślą o zwiększeniu powierzchni mieszkalnej na wypadek powtórzenia się scenariusza czasowego zamknięcia przestrzeni publicznych. Wielu klientów nadal pracuje zdalnie, co dodatkowo motywuje ich do myślenia o powiększeniu metrażu. Rośnie również zapotrzebowanie na mieszkania posiadające ogródki, tarasy, balkony lub loggie, które oferujemy na wszystkich naszych inwestycjach. Co prawda lokale z ogródkami zawsze cieszyły się popularnością, ale w ostatnim czasie obserwujemy zwiększone zainteresowanie takimi mieszkaniami, co nie dziwi, bo tego typu rozwiązanie pozwala swobodnie spędzać czas na świeżym powietrzu.

Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol SA

Jak wynika z naszych badań osoby szukające nowego mieszkania jako kluczowy aspekt najczęściej wymieniają lokalizację. Blisko 51% ankietowanych z całej Polski uznało, że to właśnie umiejscowienie inwestycji, w której będą mieszkać jest najważniejszym czynnikiem decydującym o wyborze oferty. Klienci bardzo często zwracają uwagę również na odpowiednie proporcje między zielenią, a zabudową osiedla, co daje poczucie przestrzeni. Z opinii respondentów wynika, że atrakcyjnie zlokalizowane osiedle musi zapewniać także komfortową i wygodną codzienność, być blisko parku i w miejscu, skąd można dojechać do Śródmieścia w 15-20 minut. Ważne też, by nieopodal inwestycji znajdowały się przystanki komunikacji miejskiej.

Z kolei w wyborze samego mieszkania istotną rolę odgrywa dziś nie tylko jego powierzchnia, a funkcjonalność i przemyślany układ. Mieszkania z naszej oferty charakteryzują się kompaktowością, co znajduje uznanie ze strony klientów. Ważne jest również to, czy do mieszkania przynależy balkon lub ogródek, dlatego wszystkie projektowane przez nas lokale posiadają taką powierzchnię dodatkową. Klienci zwracają też uwagę na nowoczesne technologie w inwestycjach, jak rozwiązania smart home. System możliwy do wdrożenia w oferowanych przez nas mieszkaniach pozwala sterować ogrzewaniem, wodą i elektryką za pomocą zarówno aplikacji mobilnej, jak i manualnego przycisku – tzw. funkcji hotelowej.

Anna Wojciechowska, dyrektor sprzedaży i marketingu ROBYG Gdańsk

W chwili obecnej, podobnie jak wcześniej, przy podejmowaniu decyzji o zakupie mieszkania, klienci kierują się przede wszystkim ceną oraz lokalizacją nieruchomości. Widzimy jednak, że osoby wspomagające się kredytem, większą wagę przywiązują do dokładnego zbadania zdolności kredytowej oraz tego, by w momencie podpisywania umowy mieć pewność uzyskania kredytu za zakup lokalu.

Z kolei w przypadku klientów gotówkowych widzimy bardzo silny trend inwestycyjny w Gdańsku. Zakup nieruchomości nad morzem, blisko plaży lub w centrum miasta jest inwestycją, która pozwoli zabezpieczyć oszczędności, a dodatkowo będzie generować przychód z najmu skoncentrowanego na turystach krajowych.

Zbigniew Juroszek, prezes ATAL

Polacy szukają przede wszystkim przyjaznego miejsca do życia. Nabywcy dużą uwagę przywiązują do standardu wykonania inwestycji, dostępnych udogodnień, ciekawego projektu osiedla oraz funkcjonalnych i łatwych w aranżacji układów mieszkań. Klienci coraz częściej oczekują także korzystnej oferty programów wykończeniowych. Trendem, który obserwujemy od kilku lat, jest zainteresowanie nabywców zakupem przestronniejszych mieszkań. Wśród osób, które szukają lokalu pod własne cele mieszkaniowe, największą popularnością cieszą się „trójki” o powierzchni ok. 60-65 mkw. Natomiast klienci szukający lokalu pod wynajem zazwyczaj pytają o dwupokojowe mieszkania do 50 mkw. Dużym zainteresowaniem cieszą się także kawalerki. Istotną rolę odgrywa cena i lokalizacja, które niezmiennie są czynnikami determinującymi decyzję o zakupie nieruchomości. Największy potencjał dla nabywców mają lokale położone w centrach miast lub z dogodnym dojazdem do centrum i dostępem do infrastruktury miejskiej – za takie mieszkania są skłonni zapłacić więcej, to tendencja, którą obserwujemy we wszystkich z miast, gdzie prowadzimy działalność.

Karolina Guzik, menadżer sprzedaży w spółce mieszkaniowej Skanska

Ogromne znaczenie dla klientów ma komfort mieszkania, ale coraz większą wagę przywiązują do otoczenia budynku. Wpływ na to ma coraz popularniejszy aktualnie system pracy zdalnej. Więcej czasu spędzamy w domach, więc tym bardziej doceniamy wygodę mieszkań, spokojne otoczenie, piękne widoki z okna oraz bliskość natury.

Te oczekiwania świetnie wpisują się w filozofię Skanska – dobrze zaprojektowane mieszkania o dużym nasłonecznieniu, przemyślana mała architektura oraz zieleń na osiedlach, przyjazne i pełne zieleni otoczenie.

Niepewna sytuacja gospodarcza sprawia również, że częściej pojawiają się pytania o bezpieczeństwo inwestycji i terminowe oddanie do użytku. W tak niezwykłych czasach doskonale sprawdza się model biznesowy Skanska, który gwarantuje klientom pełne bezpieczeństwo. Samodzielne finansujemy własne inwestycje oraz posiadamy wewnętrznego wykonawcę w ramach Grupy Skanska. Dzięki takiej symbiozie biznesowej, funkcjonowanie spółki oraz terminy realizacji projektów są w pełni zabezpieczone.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

Najważniejsza niezmiennie pozostaje lokalizacja. Osoby poszukujące mieszkań na własne potrzeby w Warszawie, Wrocławiu i Poznaniu interesują się osiedlami położonymi w pobliżu zielonych terenów rekreacyjnych, w rejonach połączonych z centrum i innymi częściami miasta, drogami oraz siecią komunikacji miejskiej. Widzimy to na przykładzie warszawskiej Białołęki, gdzie w otoczeniu zieleni i obiektów sportowych budujemy lub niebawem rozpoczniemy budowę osiedli Essentiel Talarowa, Alinea i Forêt, czy Bemowa, gdzie tuż przy planowanych dwóch stacjach metra wybudujemy Osiedle Lumea. Wielkim zainteresowaniem cieszy się położone koło Malty osiedle Soleil de Malta w Poznaniu. Z kolei na malowniczych Kowalach rozpoczynamy realizację kameralnych budynków wielorodzinnych Perspective – Wille Miejskie. Inną lokalizacją – jak najbliżej centrum – zainteresowani są inwestorzy. Ta grupa klientów pyta nas o mieszkania w Grochowskiej 230 w Warszawie oraz w Centreville w samym sercu Wrocławia i Zajezdni Wrocław na klimatycznym Nadodrzu.

Oczywiście, dla wszystkich ważny jest układ i metraż, ale ostatnio zauważyliśmy, że przy wyborze mieszkania wielu klientów zwraca dużą uwagę na części wspólne. Oczekują atrakcyjnego wyglądu i wysokiego standardu ich wykonania. Odpowiadając na ich potrzeby przykładamy dużą uwagę do tego elementu, wszędzie wykonując części wspólne z materiałów wysokiej jakości i z zachowaniem wysokiego poziomu estetyki.

Kolejną ważną cechą – która nabrała znaczenia w czasie epidemii – są balkony, tarasy i ogródki. W naszym najnowszym projekcie wrocławskim, Pespective – Wille Miejskie, najlepiej sprzedają się mieszkania parterowe z ogródkami, co jest sytuacją wcześniej niespotykaną.

Następną bardzo zauważalną zmianą jest potrzeba większych mieszkań w danym typie. Kiedyś klienci pytali o 2 pokoje do 38 metrów kwadratowych lub 3 pokoje na 48-55 mkw. Teraz potrzebują 2 i 3 pomieszczeń na większej powierzchni.

Klienci pytają nie tylko o samo mieszkanie, ale także o nas – dewelopera i nasze doświadczenie. Oczekują rzetelności i terminowości – partnera godnego zaufania. Podoba im się, że my stawiamy na wysoką jakość i dążymy do tego, aby budować osiedla, które podniosą ich komfort życia.

Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development

Nowym pytaniem, które zaczęło pojawiać się po pandemii, jest to o balkony, ogródki i loggie: widać, że jest to atut mieszkania, który stał się istotny dla wielu osób, które doświadczyły zamknięcia w domu. Kawałek własnej przestrzeni na zewnątrz, nawet jeśli będzie to niewielki balkon, zaczął być postrzegany jako duża zaleta.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

Kupujący mieszkanie dla siebie pytają szczegółowo o dodatkowe przestrzenie rekreacyjne – balkony, loggie, tarasy czy ogrody, które oferujemy w lokalach parterowych w wybranych lokalizacjach. Często słyszymy również pytania o halę garażową. Wiele osób przesiadło się z autobusów i tramwajów z powrotem do aut. Handlowcy zwracają też uwagę, że coraz więcej osób sprawdza, czy w hali są miejsca przeznaczone dla samochodów elektrycznych – ze stacją ładowania lub opcją instalacji takiego urządzenia, tak jak w naszej inwestycji ST_ART Piątkowo.

Dla inwestorów ważny jest oczywiście potencjał poszczególnych mieszkań na rynku najmu. Widzimy jak dużą popularnością cieszą się raporty rentowności, które na stronę ST_ART Piątkowo dostarcza nam system Ada.place.

Dla obu grup ważna jest lokalizacja i dostęp infrastruktury, szczególnie do małych osiedlowych lokali usługowych i sklepów, gdzie można kupić wszystko, co potrzebne na co dzień bez konieczności jazdy do zatłoczonych hipermarketów.

Anna Mazij-Górecka, Manager ds. marketingu REAL DEVELOPMENT GROUP sp.z o.o. sp.k

Dziś Klienci pytają o wszystko, co dotyczy procesu zakupu mieszkania. Są świetnie zorientowani, co nas bardzo cieszy. Większość Klientów doskonale wie, czego potrzebuje a podpisanie dokumentów, to zwykła formalność. Z uwagi na zagrożenia, wynikające z obecności koronawirusa, to co Klientów najbardziej interesuje, to terminy oddawanych mieszkań. Wiemy, że to bardzo istotne, dlatego mogę powiedzieć, że zrobiliśmy wszystko by harmonogramy budowy zostały nietknięte. Ponadto pożądane są informacje o finansowaniu. Często na decyzję o zakupie mieszkania na własne potrzeby ma wpływ uruchomienie środków z kredytu, o który stara się Klient. Jeśli ten proces jest sprawny i nie napotyka przeszkód, zakup mieszkania może być dla Klientów czystą przyjemnością.

Ewa Skibińska, marketing manager Grupy BY MADE

Ze uwagi na to, że lokale w budynku Legnicka 60C są produktem typowo inwestycyjnym, dla klientów kluczowa jest lokalizacja, dlatego spółka BY MADE koncentruje się wyłącznie na najlepszych lokalizacjach w centrum miasta. Nasz budynek znajduje się tuż obok największego centrum handlowego we Wrocławiu – Magnolia Park – i w otoczeniu nowoczesnych kompleksów biznesowych m.in. Business Garden. Takie położenie gwarantuje dostęp do bardzo szerokiej gamy klientów: pracowników okolicznych firm, freelancerów, a także studentów okolicznych uczelni wyższych.

Duże znaczenie ma również położenie lokalu w samym budynku. Zwykle klienci pytają o wyższe kondygnacje. Interesuje ich projekt wnętrza. Oczekują wysokiego standardu i kompletnego wyposażenia. My im to zapewniamy. Wykańczamy mikroapartamenty pod klucz. To duża zaleta w przypadku lokali inwestycyjnych. W każdym znajduje się łazienka, strefa dzienna z miejscem do pracy i dużym łóżkiem z funkcją kanapy, podwójne miejsce do pracy i wyposażony aneks kuchenny. Mikropartamenty są klimatyzowane. Mają duże okna, które zapewniają dobre doświetlenie, czego również wymagają klienci. Za projekt wnętrza odpowiadają specjaliści od mikroapartamentów inwestycyjnych na rynku polskim – pracownia AP Szczepaniak.

W przypadku mikroapartamentów inwestycyjnych najbardziej popularne metraże to 18 – 30 mkw. W budynku Legnicka 60C przygotowujemy 129 takich lokali. To układy jedno- i dwupokojowe. W ostatnim czasie obserwujemy wzrost zainteresowania lokalami dwupokojowymi.

Bardziej doświadczeni inwestorzy pakietowi, zainteresowani kupnem kilku lub nawet kilkunastu lokali, pytają o upusty. Z kolei początkujący inwestorzy, szukający bezpiecznej lokaty kapitału przynoszącej stały zysk, zwykle kupują pojedyncze lokale. Większość inwestorów kupuje za gotówkę, ale zdarzają się także zakupy na kredyt. W takim przypadku oferujemy pomoc doradców kredytowych, a także podatkowych, ponieważ każdy kupujący może odliczyć 23% VAT.

Karolina Opach, kierownik działu sprzedaży w spółce Quelle Locum

Wydarzenia ostatnich miesięcy wpłynęły na decyzje zakupowe klientów, którzy w pierwszej kolejności decydują się na mieszkania z ogródkami oraz dużymi tarasami.

Krystian Cebulski, inwestor osiedla Enklawa Winogrady

Klientów najbardziej interesuje standard wykończenia – zarówno mieszkań, jak i części wspólnych – oraz termin oddania mieszkań. Istotnym czynnikiem jest też system płatności, który mamy bardzo elastyczny.

Patrycja Pilarczyk z biura sprzedaży Nowa Murowana 2

Klienci zwracają uwagę na wiele kwestii, jednak w przypadku mieszkań w zabudowie wielorodzinnej nasi przyszli mieszkańcy pytają najczęściej o „ewentualne” dodatkowe koszty związane z zakupem mieszkania, czy do administracji. To naturalne, ponieważ każdy nabywca planuje budżet domowy.

Przy podejmowaniu decyzji o wyborze mieszkania, ważne są także: położenie względem stron świata, oraz ogród, a finalnie też wysokość raty kredytu.

Marek Smogór, reprezentujący Quadro Development

Większość klientów zdecydowanie stawia na lokalizację podczas wyboru mieszkania. Zależy im, aby było ono dogodnie skomunikowane z centrum i blisko terenów zielonych. Nasze dwie najnowsze inwestycje, zlokalizowane na poznańskich Winiarach, łączą obie te cechy. Przyszli mieszkańcy często pytają, jak daleko będą mieli na tramwaj, do sklepu czy parku – możemy odpowiedzieć, że wszystko to będą mieli w zasięgu ręki. W aktualnej sytuacji to właśnie otoczenie zieleni zyskało naprawdę duże znaczenie.

Tomasz Pietrzyński, członek zarządu firmy More Place

Klienci pytają o możliwość indywidualnego dostosowania układu lokalu do ich oczekiwań, m.in.: przesunięcia ścianek, włączników i gniazdek elektrycznych, instalacji wod-kan. Część klientów decyduje się na rezerwację domu na wczesnym etapie budowy, by móc zgłosić wspomniane zmiany. Najważniejsza kwestią jest też dla nabywców przestrzeń mieszkalna oraz wielkość ogrodu. Widzimy wyraźnie, że zwiększyły się oczekiwania, natomiast w pełni na nie odpowiadamy naszą ofertą.

Michał Wawrzyniak, dyrektor ds. Nieruchomości Grupy Partner

Osoby szukające pierwszego własnego M zwykle przychodzą z szeregiem pytań. Są to tematy dotyczące sposobu finansowania inwestycji, a więc czy deweloper buduje ze środków własnych, czy wsparcie płynie z kredytu hipotecznego. Zdecydowana większość interesuje się standardem wykończenia mieszkań, w którym zostaną oddane lokale (np. czy będą zamontowane grzejniki, włączniki światła i gniazdka, jakie zostaną wprawione okna, stan balkonów/ogródków/tarasów, czy standard obejmuje parapety wewnętrzne) oraz szacowanym kosztem wspólnotowym i opłat ponoszonych co miesięcznie. Kupujący wielką wagę przywiązują do lokalizacji (ważna jest dogodna komunikacja dla wszystkich członków rodziny, tereny zielone wokół osiedla), możliwości wprowadzenia zmian lokatorskich i ceny, która musi być przystępna. Zdarzają się też pytania o plany zagospodarowania przestrzennego dla sąsiadujących działek, czyli jaki rodzaj zabudowy przeznaczony jest w planie.

Małgorzata Walczak-Łondka, specjalista ds. sprzedaży firmy Sky Investments

Zakup mieszkania czy też domu jest dużym przedsięwzięciem. Mamy tego świadomość, dlatego staramy się maksymalnie ułatwić ten proces. Staramy się wspierać Klienta na wszystkich etapach zakupu nieruchomości. Negocjowanie ceny czy też dodatkowe rabaty nie zawsze są kluczowymi kwestiami. Coraz ważniejsze okazują się być warunki lokalowe, posiadanie ogrodu czy też dodatkowej przestrzeni na poddaszu. Bardzo istotna nadal jest wizja lokalna i możliwość obejrzenia nieruchomości osobiście.

Piotr Łopatka, członek zarządu Proxin Investment

Dla osób poszukujących swojego własnego „M” najistotniejsza jest kwestia wiarygodności dewelopera oraz sposób finansowania inwestycji. Za nami stoi kilka ukończonych etapów Nowych Ogrodów, które stanowią wizytówkę Proxin Investment. Klienci widząc jakość wykonania budynków – zarówno mieszkań, jak i części wspólnych – terminowe przekazywanie kluczy są spokojni w kwestii zakupu. Ponadto inwestycję finansujemy z pomocą banku, co oznacza, że zostaliśmy sprawdzeni i spełniliśmy szereg wymagań, które stawia instytucja finansująca. Biuro sprzedaży często słyszy też pytania na temat standardu deweloperskiego, możliwości wprowadzenia zmian lokatorskich i kwestii późniejszych opłat wspólnotowych. Zdarza się, że padają pytania o Miejscowy Plan Zagospodarowania wokół inwestycji. Jesteśmy przygotowani, posiadamy prospekt, który zawiera informacje na temat terenów wokół Nowych Ogrodów. Warto podkreślić, że Klienci doceniają naszą lokalizację – spokój i dużo zieleni.

Agata Nowaczyk, specjalista z poznańskiego biura sprzedaży EBF Development

Chęć kupna własnego M nasuwa zainteresowanym wiele pytań. Zagadnienia, z którymi pojawiają się klienci dotyczą sposobu finansowania inwestycji. EBF Development posiada rachunek powierniczy, a środki pochodzą z banku. Oznacza to, że jako deweloper zostaliśmy pozytywnie zweryfikowani i otrzymaliśmy finansowanie na całą inwestycję. Od lat budujemy też osiedle Reduta Nowe Podolany, a wcześniejsze etapy są naszą wizytówką. Budujemy solidnie i rzetelnie. Dbamy o estetykę i wykończenie budynków oraz części wspólnych, jak i elementów małej architektury. Sporo osób pojawia się też z polecenia, a więc obecni mieszkańcy doceniają nasze budownictwo. Podczas pierwszych spotkań padają pytania o standard wykończenia, możliwość wprowadzenia zmian lokatorskich czy dostępność miejsc postojowych. Istotnym czynnikiem dla kupujących jest też koszt poszczególnych umów oraz późniejszych opłat po przeniesieniu własności.

Michał Rozwadowski, współinwestor osiedla „Domy w Szczytnikach”

Najczęściej poruszaną przez klientów kwestią jest między innymi ogród – czy przynależy do domu i jaką ma powierzchnię. W dzisiejszych czasach otoczenie zieleni i możliwość wypoczynku na świeżym powietrzu ma ogromne znaczenie dla kupujących. Padają również pytania o podstawowe aspekty, jak cena domu, oferowane rabaty i dostępność finansowania.

Paweł Andrzejewski z marki DRN Concept Deweloper

Obecnie wielu klientów poszukuje komfortowych przestrzeni umożliwiającej pracę z domu. Mamy dla nich obecnie jeszcze mieszkanie, które świetnie odpowiada na te potrzeby. Duża przestrzeń zlokalizowana na parterze może być domowym biurem, a na piętrze urządzić można mieszkanie. Mamy też propozycję dla tych, którzy chcą dokonać zakupu pod inwestycję.

Delegowanie pracowników do Holandii: nowe zasady

Jesień to czas wzmożonego zainteresowania wyjazdami do pracy za granicę. Warto wiedzieć, że w okresie wakacyjnym weszły w życie znowelizowane przepisy holenderskiej ustawy WagwEU dotyczące zatrudniania pracowników delegowanych w Holandii. Dla pracodawców oznacza to nowe obowiązki.

Nowe przepisy wprowadzone na podstawie znowelizowanej unijnej Dyrektywy o delegowaniu pracowników obowiązują od dn. 30 lipca br. Zawierają one szereg dodatkowych regulacji związanych z delegowaniem pracowników do pracy w Holandii. Celem wprowadzonych zmian jest zapewnienie równych szans pracownikom na unijnym rynku pracy, a także ochrona praw pracowników delegowanych. Niniejsza nowelizacja zagwarantuje każdemu pracownikowi jednakowe wynagrodzenie za tę samą pracę na tym samym stanowisku.

Prawo do dodatkowych warunków zatrudnienia

Znowelizowana ustawa przewiduje istotne zmiany w zakresie gwarantowanych warunków zatrudnienia. Niemniej zakres tego katalogu zależy jednak od rodzaju działalności prowadzonej przez delegującego pracodawcę.

„Podstawowe” warunki zatrudnienia przewidziane w holenderskim prawie pracy oraz powszechnie wiążących postanowieniach układów zbiorowych pracy (CAO) obejmują prawo do płacy minimalnej, uregulowań w zakresie pracy oraz dostatecznej liczby godzin wypoczynku, urlopu, a także do bezpiecznych i higienicznych warunków pracy oraz równego traktowania.

Przed nowelizacją, pracownicy delegowani uprawnieni byli wyłącznie do katalogu „podstawowych” warunków. Od dn. 30 lipca br. pracownicy delegowani do Holandii są uprawnieni do „podstawowych” warunków zatrudnienia w ciągu pierwszych 12 miesięcy ich delegowania, a po tym czasie, nabywają prawo do dodatkowych holenderskich warunków zatrudnienia. Pracodawca może, pod pewnymi warunkami, jednorazowo przedłużyć ten okres o 6 miesięcy i tym samym pracownicy nabędą prawo do dodatkowych warunków zatrudnienia po 18 miesiącach. Pracownicy agencji pracy tymczasowej mają prawo do tych dodatkowych warunków zatrudnienia od pierwszego dnia pracy.

Tym samym, ci pracownicy delegowani nabywają prawo do tzw. „rozszerzonych” warunków zatrudnienia. W praktyce oznacza to nabycie przez pracownika delegowanego prawa niemal do wszystkich warunków zatrudnienia przewidzianych przez holenderskie prawo pracy oraz powszechnie wiążące postanowienia układów zbiorowych pracy. Jednakże nie odnosi się to do warunków dotyczących dodatkowych planów emerytalnych czy warunków zawierania i rozwiązywania umów o pracę.

Co ważne, w przypadku wysłania innego pracownika w zastępstwie pracownika delegowanego, czas delegowania, a tym samym moment nabycia praw do określonych wyżej warunków pracy, nie nalicza się od momentu, w którym drugi pracownik rozpoczyna pracę, lecz stanowi niejako kontynuację zatrudnienia pracownika delegowanego. Zastępstwo traktowane jest zatem jako pojedyncze delegowanie pracownika.

Dodatkowe „podstawowe” warunki zatrudnienia

Katalog „podstawowy” został rozszerzony o warunki zakwaterowania pracowników, o ile pracodawca udostępnia zakwaterowanie pracownikom delegowanym, którzy przebywają poza swoim zwyczajowym miejscem pracy w Holandii. Katalog ten został ponadto rozszerzony o kwestię zwrotu pracownikom kosztów podróży, wyżywienia i zakwaterowania, którzy w celu wykonywania pracy przebywają poza swoim zwyczajowym miejscem pracy w Holandii.

Zwrot faktycznie poniesionych kosztów

Pracodawca zagraniczny musi dokonać zwrotu kosztów faktycznie poniesionych w związku z delegowaniem, takich jak koszty podróży, wyżywienia i zakwaterowania, zgodnie z prawem krajowym i/lub praktyką w kraju pochodzenia mającymi zastosowanie do umowy o pracę zawartą między pracodawcą a jego pracownikami delegowanymi. Zwrot tych kosztów nie może być traktowany jako część wynagrodzenia minimalnego wypłacanego zgodnie z obowiązującymi w tym zakresie przepisami czy układem zbiorowym pracy. Dlatego zwrot kosztów nie może być składową wynagrodzenia minimalnego. Dla pracodawcy/agencji prowadzenie przejrzystej formy rozliczeń jest zatem niezwykle istotne i w razie kontroli pozwoli mu na wyjaśnienie każdej składowej wynagrodzenia.

Obowiązek notyfikacji pracowników – minął czas okresu przejściowego

Warto przypomnieć, że jednym z nowym obowiązków spoczywających na pracodawcach zagranicznych i agencjach pracy tymczasowej delegujących pracowników do Holandii, który wszedł w życie w tym roku, jest obowiązek notyfikacji usług świadczonych przez pracowników delegowanych. Od dnia 1 marca br. zgłoszenia należy dokonywać za pomocą internetowego portalu, dostępnego za pośrednictwem strony english.postedworkers.nl, a także za pośrednictwem portalu prowadzonego przez Ambasadę Królestwa Niderlandów w Warszawie – (w j.polskim).

Co istotne, w tzw. okresie przejściowym holenderska inspekcja pracy nie wyciągała konsekwencji w stosunku do pracodawców czy usługobiorców w przypadku braku spełnienia tego obowiązku. Natomiast od dnia 1 września br. za niedopełnienie obowiązku notyfikacji grożą surowe kary.

Jakie inne obowiązki ma pracodawca?

Oprócz wspomnianych obowiązków, pracodawca zagraniczny jest zobowiązany do wyznaczenia osoby jako punktu kontaktowego dla inspekcji SZW w Holandii. Ponadto, pracodawca ma obowiązek posiadania określonych dokumentów w miejscu pracy oddelegowanego pracownika w Holandii dotyczących jego zatrudnienia. Co więcej, na żądanie inspekcji pracy, należy zapewnić inspektoratowi wszelkie informacje potrzebne do egzekwowania zapisów WagwEU. Warto też wspomnieć, że zagraniczna agencja pracy tymczasowej lub inne przedsiębiorstwo delegujące pracowników w Holandii zobowiązane jest zarejestrować się w holenderskim rejestrze przedsiębiorców (KVK), jeśli pracownicy ci pracują pod nadzorem i kierownictwem usługobiorcy w Holandii.

Kontroler ruchu lotniczego – jeden z 10 najbardziej stresujących zawodów świata

Kontroler ruchu lotniczego – jeden z 10 najbardziej <a title=stresujących zawodów świata" title="Kontroler ruchu lotniczego – jeden z 10 najbardziej stresujących zawodów świata" />

Praca kontrolera ruchu lotniczego intryguje, niewielu wie, jak wygląda ona naprawdę. Nic dziwnego – w Polsce wykonuje ją jedynie około 600 osób. Wiele osób o niej marzy, ale czy na pewno wiedzą, na czym tak naprawdę polega? Pracę kontrolerów lotów można porównać do jazdy rollercoasterem – może być tak samo satysfakcjonująca, jak i stresogenna, ale zawsze powinna odbywać się w granicach przepisów bezpieczeństwa, a każda decyzja podejmowana jest z wielką odpowiedzialnością.

Stres i adrenalina

Niewątpliwie osoby aplikujące na to stanowisko powinny być pewne swojej odporności na stres i posiadać stalowe nerwy – to cechy kluczowe, bez których nie obejdzie się w tym zawodzie. Na co dzień kontrolerzy mierzą się z niezwykłą odpowiedzialnością za życie tysięcy osób, każdy ich błąd może doprowadzić do tragedii. W codziennej pracy, nie ma przypadku, każdy z kontrolerów musi posiadać odpowiednie cechy, które umożliwiają mu wykonywanie tego zawodu. Jest on nie lada łamigłówką i dostarcza nieprawdopodobnego stresu oraz adrenaliny podczas każdego dyżuru. – Aby przybliżyć poziom emocji, jaki towarzyszy pracy kontrolera, czy to najpierw na symulatorze jako praktykant, czy potem na żywym ruchu, można wspomnieć, że chyba każdy kontroler pamięta znaki wywoławcze pierwszego samolotu, do którego odezwał się przez radio. To wspomnienie zostaje w pamięci – powiedział Franciszek Teodorczyk, przewodniczący Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego, kontroler ruchu lotniczego z Warszawy. Wielu kontrolerów jest wręcz uzależnionych od adrenaliny, w wolnych chwilach wybierają ekstremalne dziedziny sportu, aby odreagować stres. Inni natomiast preferują spokojne zajęcia. Ważne jest, aby mieli swoje sprawdzone metody radzenia sobie ze stresem i jego rozładowywaniem, starając się nie przenosić ciężaru zawodowego na życie prywatne.

Kim jest kontroler?

Kontrolerzy to ludzie o różnych osobowościach, charakterach – to, co ich łączy to predyspozycje umysłowe i pewne cechy, które przesądzają, czy ktoś nadaje się do tego zawodu. Zakłada się, że jedynie 2% społeczeństwa posiada ten zestaw cech. Na wzór predyspozycji do zawodu kontrolera ruchu lotniczego składa się wiele czynników. Wymagana od kandydatów starających się o to stanowisko jest m.in. umiejętność analitycznego myślenia, widzenie przestrzenne, umiejętność szybkiego podejmowania decyzji pod presją czasu, asertywność, umiejętność pracy w grupie. Skuteczna komunikacja jest podstawą w tej pracy, a więc bardzo dobra znajomość języka polskiego i języka angielskiego, prawidłowa wymowa oraz dobra dykcja, są niezbędne. Również doskonała pamięć i dobra organizacja pracy, są konieczne, aby przyswoić wszystkie przepisy i procedury lotnicze.

Jak zostać kontrolerem ruchu lotniczego w Polsce?

W Polsce procesem szkolenia zajmuje się Polska Agencja Żeglugi Powietrznej (PAŻP). Co roku zgłasza się ponad tysiąc kandydatów (rekordowo ponad 3 tys. chętnych). W związku z obecną sytuacją epidemiologiczną szkolenia są tymczasowo wstrzymane. Proces rekrutacji jest wielostopniowy i ostatecznie wybranych zostaje ok. 25 osób. Kandydaci, którzy zaliczą egzaminy merytoryczne, w kolejnych miesiącach uczą się wielu zagadnień takich jak: przepisy, frazeologia lotnicza, procedury lotnicze, język angielski, nawigacja, sposób postępowania w sytuacjach awaryjnych, odczytywanie depesz lotniczych, meteorologia, zasady funkcjonowania radarów oraz pomocy nawigacyjnych, osiągi i budowy statków powietrznych. Przyswojenie tej wiedzy na początku szkolenia jest niezbędne w późniejszych etapach. Na stanowisku pracy kontroler musi mieć stuprocentową pewność, że jego instrukcja jest odpowiednia do napotkanych okoliczności. – Po wymagających egzaminach najlepsi przechodzą do etapu symulatora i przez kilka miesięcy, w kontrolowanych warunkach, poznają podstawy pracy kontrolera lotniczego. Po ostatnich egzaminach przechodzą na właściwe stanowisko pracy, gdzie jeszcze przez około rok uczą się pod opieką instruktorów. Jeśli się sprawdzą, otrzymają licencję kontrolera ruchu lotniczego. Przejście przez ścieżkę szkoleniową trwa ok. 2 lata – opowiada Jakub Caban, kontroler zbliżania do lotnisk Okęcie i Modlin, członek zarządu ZZKRL.

Jakub Caban, kontroler zbliżania do lotnisk Okęcie i Modlin, członek zarządu ZZKRL
Jakub Caban, kontroler zbliżania do lotnisk Okęcie i Modlin, członek zarządu ZZKRL

Codzienność zawodowa kontrolera ruchu lotniczego

Każdy dzień to nowe wyzwanie, bo pracy towarzyszy wiele pojawiających się zmiennych, takich jak: niekorzystne warunki pogodowe, problemy techniczne, nieplanowane lądowania wymuszone np. stanem zdrowia pasażera, kłopoty z komunikacją – które wymagają natychmiastowej odpowiedzi i pewnych optymalnych decyzji podejmowanych na podstawie wiedzy oraz doświadczenia. – Kontrolerzy muszą nie tylko panować nad ruchem, który akurat mają na łączności, ale też odpowiednio koordynować i mieć gotowy plan na to, co zrobić z samolotami, które dopiero zbliżają się do przestrzeni, za którą odpowiadają. Ponadto, zawsze muszą mieć gotowy plan awaryjny i jeszcze jeden, na wypadek, gdyby poprzednie okoliczności okazały się niewystarczające. A i tak zawsze mogą się zdarzyć nieprzewidziane sytuacje, w których obliczu trzeba będzie porzucić dotychczasowe plany – niezależnie ile by ich było, i podjąć inne, adekwatne działania – dodaje przewodniczący ZZKRL Franciszek Teodorczyk.

Odpowiedzialność nawet za ponad 3000 osób tylko podczas jednej godziny pracy

W codziennych realiach praca kontrolerów ruchu lotniczego generuje potencjalne ryzyka. Odpowiedzialność za życie tysięcy pasażerów i mienie wielkiej wartości, wyjątkowy stres, konieczność podejmowania szybkich decyzji związanych z bezpieczeństwem na polskim niebie, wymaga zapewnienia odpowiednich procedur. Zmiany w tym zakresie zazwyczaj niosą za sobą ryzyko, które potencjalnie może skutkować katastrofą lotniczą, dlatego też muszą być poprzedzone stosownymi analizami, a także racjonalnie wdrożone. – My, kontrolerzy ruchu lotniczego – wykonujemy zawód, który pierwotnie został stworzony po to, aby dbać i zapewniać realizację procedur podnoszących poziom bezpieczeństwa. To dla nas priorytet. Nasz zawód należy do jednego z najbardziej stresogennych zawodów na świecie. Po okresie wstrzymania lotów w tym roku, czynnie uczestniczymy w podnoszącym się rynku i ruchu na niebie. Każdego dnia odpowiadamy za to, co bezcenne: życie i zdrowie ludzi, ale nie tylko podróżujących. Dbamy o to, aby bezpiecznie i najszybciej jak to możliwe doleciały organy do transplantacji, aby pacjent z wypadku doleciał na czas do szpitala, aby sprzęt medyczny dotarł do portu docelowego… W 2019 roku w ciągu godziny, na pokładzie samolotów obsługiwanych przez kontrolera warszawskiego zbliżania, znajdowało się średnio ponad 3340 pasażerów. Odpowiadamy także za mienie. Każdy kontroler obsługujący tylko warszawskie TMA, odpowiadał w ciągu roku za majątek większy niż roczne PKB Polski, licząc samą tylko wartość samolotów. To my decydujemy o tym, czy pilot ma skręcić, zwolnić, zniżyć, o ile, na jak długo etc., czy ma to zrobić w tej sekundzie, czy jeszcze za moment. Ponosimy także odpowiedzialność za konsekwencje wszelkich manewrów. Prawną i psychiczną. Manewrów, które mają gwarantować przede wszystkim bezpieczeństwo, ale

także komfort, ekonomikę i ekologię lotu, na tyle na ile to tylko możliwe. Manewrów, które wykonują piloci samolotów lecących z prędkościami przekraczającymi czasem 900 km/h względem ziemi. Manewrów, którymi musimy pokierować w taki sposób, by finalnie uzyskać odległości między samolotami z precyzją liczoną w dziesiątych mili morskiej (ok. 185 metrów) – podsumował Franciszek Teodorczyk, przewodniczący Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego.

Kontrolerzy ruchu lotniczego to wyjątkowa grupa zawodowa – mierząc się z wyjątkowym stresem i działając w granicach przepisów ruchu lotniczego – odpowiadają za bezpieczeństwo w powietrzu. Ten zawód wymaga niezwykłych predyspozycji, ale i dużego samozaparcia oraz zapału. To dzięki procedurom, o których przestrzeganie kontrolerzy dbają każdego dnia, samoloty docierają bezpiecznie do celu. Poczucie odpowiedzialności i misji to coś, co zawsze jest na pierwszym miejscu w ich pracy.

Minister Zdrowia zapowiada udogodnienia dla przedsiębiorców prowadzących apteki w zakresie dyżurów nocnych

Rzecznik MŚP po raz pierwszy zwrócił uwagę na problem nieadekwatnych rekompensat dla przedsiębiorców z tytułu pełnienia tzw. dyżurów nocnych już w kwietniu 2019 r. W piśmie z 12 maja 2019 r. Minister Zdrowia wskazał wówczas, że nie kwestionuje postulatów wskazujących na konieczność wprowadzenia zmian do przepisów regulujących kwestii pełnienia dyżurów przez apteki ogólnodostępne.

Dnia 5 października 2020 r. Minister Zdrowia w ramach „Strategii na rzecz rozwoju aptek” zapowiedział pilne i efektywne działania w celu unormowania zasad i warunków pełnienia przez apteki ogólnodostępne dyżurów w porze nocnej, w niedziele, święta i inne dni wolne od pracy, w sposób, który pozwoli zaspokoić rzeczywiste potrzeby ludności oraz efektywne wykonywanie zadań aptek bez ponoszenia strat.

Zmiany dotyczące powyższej materii zapowiedziane zostały na pierwszą połowę 2021 r.

Straty i marnotrawstwo w sektorze spożywczym. Nawet jedna trzecia żywności trafia do kosza

Marnotrawstwo żywności stanowi problem globalny, który w ciągu ostatnich lat stał się wyzwaniem środowiskowym, społecznym i ekonomicznym. Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) podaje, że na świecie co roku marnuje się 1,3 mld ton żywności nadającej się do spożycia, co stanowi jedną trzecią produkowanej żywności[1]. Taka ilość byłaby wystarczająca, aby wyżywić wszystkich Polaków przez 66 lat. Straty i marnotrawstwo żywności to coraz poważniejszy problem również w Polsce, który rozpoczyna się już na etapie produkcji u rolnika, poprzez przetwórstwo, transport, magazynowanie, nieodpowiednią dystrybucję i sprzedaż, skończywszy na złych nawykach konsumentów. 16 października obchodzony jest Światowy Dzień Żywności, co jest dobrą okazją do przyjrzenia się globalnemu problemowi i wyzwaniu związanemu ze stratami i marnotrawstwem żywności.

Na wszystkich podmiotach łańcucha rolno-żywnościowego spoczywa odpowiedzialność za straty i marnotrawstwo żywności, a zatem należy podejmować wspólne inicjatywy celem ich ograniczenia. Dysponując odpowiednią wiedzą dotyczącą przyczyn powstawania strat, można opracować i podjąć konkretne działania zarówno na poziomie światowym i europejskim, jak i krajowym, które pozwolą na ich zmniejszenie[2].

Polska, jako państwo rozwinięte gospodarczo i członek Unii Europejskiej, dołączyła do krajów realizujących cele zrównoważonego rozwoju i jest żywo zainteresowana problemem strat i marnowania żywności. Prowadzone są badania w celu rozpoznania tego zjawiska zarówno w sferze produkcji, jak i konsumpcji w odniesieniu do różnych sektorów rynku rolno-żywnościowego. Wagę zagadnienia oddaje fakt uznania go za jeden z elementów na drodze transformacji gospodarki w kierunku gospodarki o obiegu zamkniętym[3].

– Jedyne dostępne dane dotyczące skali strat i marnowania żywności w Polsce pochodzą sprzed 12 lat z bazy Eurostatu. Istnieje zatem konieczność ponownego oszacowania skali tego problemu w Polsce oraz zestawienia go ze wskaźnikami innych krajów Starego Kontynentu. Nie dotyczy to jednak tylko naszego kraju. Trzeciego maja 2019 roku Komisja Europejska przyjęła akt delegowany ustanawiający wspólną metodykę pomiaru strat i odpadów żywności. Ma on na celu wsparcie państw członkowskich w ilościowym określaniu wartości na każdym etapie łańcucha produkcji żywności i łańcucha dostaw. Metodyka ma zapewnić spójne monitorowanie poziomów marnotrawstwa w całej Unii Europejskiej – komentuje dr inż. Krystian Szczepański, Dyrektor Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego, realizującego projekt Klimada 2.0.

Nadkonsumpcja przyczyną marnotrawstwa

Z badań przeprowadzonych przez Instytut Ochrony Środowiska- Państwowy Instytut Badawczy w 2017 i 2018 roku w jednostkach zajmujących się transportem i magazynowaniem zarówno surowców, jak i produktów spożywczych wynika, że straty stanowią średnio 0,019% transportowanej żywności, natomiast w trakcie magazynowania w centrum logistycznym powstałe straty stanowią średnio 0,18%[5].

Na podstawie wyników wyżej wymienionych badań wiadomo, że w produkcji, przetwórstwie i transporcie łącznie marnuje się mniej żywności niż w polskich gospodarstwach domowych.

– Szacowanie strat oraz marnotrawstwa żywności, którego podjęliśmy się jako Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy, w ramach projektu PROM, jest trudnym wyzwaniem z kilku powodów. Przede wszystkim samo zagadnienie ma wymiar etyczny, dlatego też zarówno podmioty biznesowe, producenci rolni, jak i gospodarstwa domowe niechętnie przyznają się do tego, że marnują żywność. Badania strat i marnotrawstwa żywności prowadzone przez Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy w obszarach: produkcja pierwotna – rolnicza, przetwórstwo i transport miały charakter absolutnie pionierski. Problem z pozyskaniem rzetelnych danych w badaniach ankietowych wynika między innymi z chęci przedstawienia się respondentów w jak najlepszym świetle. To samo zachowanie dotyczy przedsiębiorstw, szczególnie małych. Negatywne skutki marnotrawstwa żywności, w wymiarze środowiskowym, ekonomicznym i społecznym, stanowią istotną przesłankę do intensyfikacji badań w tym zakresie. Z powodu braku danych, niechęci do ujawniania skali zjawiska, czy nawet jego pomiaru, nie jest to łatwe zadanie – komentuje dr inż. Sylwia Łaba, ekspert IOŚ-PIB.

Przeprowadzone badania, analizy i szacunki w ramach projektu PROM ukazały skalę strat i marnowania żywności w Polsce na poszczególnych etapach, nie mniej, nadal trwają prace nad finalnym wynikiem i wnioskami z przeprowadzonego badania. Jest to problem natury gospodarczej, środowiskowej i etycznej i dlatego przeanalizowano przyczyny strat i marnotrawstwa żywności. W ograniczanie marnotrawstwa żywności muszą być zaangażowani wszyscy uczestnicy łańcucha żywnościowego, począwszy od produkcji podstawowej, poprzez przetwórstwo, handel hurtowy i detaliczny, dystrybucję, gastronomię, aż po konsumentów w gospodarstwach domowych. Tylko zintegrowane wykorzystanie wszystkich nakładów (pracy, środków finansowych, nauki itp.) oraz potencjału społecznego może doprowadzić do celu, jakim jest ograniczenie marnotrawstwa żywności, co znajdzie następnie odzwierciedlenie w korzyściach dla gospodarki, zdrowia ludności i środowiska naturalnego.

[1] Gustavsson J., Cederberg Ch., Sonesson U., van Otterdijk R., Meybeck A., Global Food Losses and

Food Waste. Extent, Causes and Prevention, FAO, Rzym 2011.

[2] Kołożyn-Krajewska D. 2016. Jak uniknąć marnotrawienia żywności – strategie poprawy wydajności łańcucha dystrybucji w UE w zakresie przekazywania darowizn żywności na cele charytatywne, Kancelaria Senatu. Biuro Analiz i Dokumentacji. OE-249. Warszawa.

[3] KE 2019. Przegląd wdrażania polityki ochrony środowiska 2019. Raport, s. 7. Bruksela.

[4] FAO, Global Initiative on Food Loss and Waste, Rzym 2017

[5] Łaba S., Straty i marnotrawstwo żywności w Polsce. Skala i przyczyny problemu. Monografia, Warszawa 2020

EDPR podpisało umowę na sprzedaż energii z dwóch projektów PV o łącznej mocy 100 MW w Stanach Zjednoczonych

Dzięki tej nowej umowie EDPR zabezpieczyło już 85% z założonego na lata 2019 – 2022 celu, którym jest zdobycie 7 GW mocy z elektrowni wiatrowych i fotowoltaicznych na całym świecie.

EDP Renováveis SA („EDPR”), światowy lider w sektorze energii odnawialnej i jeden z największych światowych producentów energii wiatrowej, poprzez swoją spółkę zależną EDP Renewables North America LLC, zabezpieczył 15-letnią umowę na sprzedaż energii wyprodukowanej przez dwie elektrownie solarne o łącznej mocy 100 MW.

Projekty zlokalizowane są w stanie Ohio i przewiduje się, że zostaną oddane do użytkowania w 2022 r.

EDPR posiada w tej chwili w USA portfolio o łącznej mocy 1,4 GW. Dzięki nowym zakontraktowanym projektom, ulegnie ono dywersyfikacji i do 2022 roku osiągnie poziom 1,6 GW.

Zawarcie nowej umowy przez EDPR oznacza, że spółka zabezpieczyła już 85% z planowanej docelowej globalnej mocy, która zgodnie z przyjętym przez firmę dokumentem „Startegy Update”, opublikowanym w dniu 12 marca 2019 roku, wynosi 7 GW na lata 2019 –2022.

Sukces EDPR w zabezpieczeniu nowych umów PPA wzmacnia profil niskiego ryzyka
i strategię wzrostu w oparciu o rozwój konkurencyjnych i innowacyjnych projektów
o długoterminowym zasięgu.

Cyberataki w pandemii – usługi finansowe i handel pod obstrzalem

Analiza F5 Labs Security Incident Response Team (SIRT) wskazuje na znaczące wzrosty i zmienne wzorce cyberataków podczas pandemii. Największy wzrost odnotowano w obszarze DDoS i ataków na login i hasło.

W analizie F5 Labs wzięto pod uwagę globalne dane dotyczące incydentów zgłoszonych do F5 SIRT w okresie od stycznia do sierpnia 2020 roku. Cyberprzestępcy robią wszystko, żeby wykorzystać wzmożoną aktywność gospodarczą online i zmianę zachowań związaną z wybuchem pandemii – mówi Ray Pompon, dyrektor F5 Labs. Możemy spodziewać się podwyższonej aktywności cyberprzestępców. Na przykład, w tegorocznym okresie przedświątecznym proces zakupowy będzie odbywał się online w znacznie większym stopniu niż kiedykolwiek wcześniej. Ze względu na cyfrowy charakter stanie się on również sezonem ataków hakerskich.

Lockdown odblokowuje nowe zagrożenia

W styczniu br. liczba wszystkich zgłoszonych do SIRT incydentów była o połowę mniejsza niż średnia odnotowana w poprzednich latach. Od marca, w miarę jak rozpoczęły się lockdowny w kolejnych państwach, gwałtownie wzrosła. Ostatecznie, liczba zgłoszonych w kwietniu br. ataków była trzykrotnie wyższa w porównaniu z poprzednimi latami. W okresie maj-czerwiec wróciła natomiast do zbliżonych w tych miesiącach poziomów, by w lipcu br. osiągnąć wartość dwukrotnie wyższą niż w analogicznym okresie 2019 r.  Najwięcej ataków skupiło się na dwóch obszarach: rozproszonej odmowy usługi (DDoS) i ataków na dane dostępowe (login/hasło). Większość z tych ostatnich stanowiły brute force attack (systematyczna technika łamania haseł i kluczy kryptograficznych) i credential stuffing (wyciągania i upychania danych uwierzytelniających).W raportowanym okresie, ataki DDoS stanowiły 45%, a ataki na loginy-hasła 43% zgłoszonych do F5 SIRT incydentów. Pozostałe 12% było związanych z infekcjami złośliwym oprogramowaniem, atakami internetowymi lub atakami, które nie zostały sklasyfikowane.

DDoS rośnie i zmienia się

W styczniu ataki DDoS stanowiły jedynie 1/10 liczby zgłoszonych incydentów, a do marca ich wzrost był trzykrotnie wyższy niż wszystkich pozostałych. W 2019 roku, 4,2% ataków DDoS zgłoszonych do F5 SIRT było wymierzonych w aplikacje internetowe. W analogicznym okresie 2020 r. tego typu ataków było już sześciokrotnie więcej – 26%. Ataki DDoS stają się też coraz bardziej zróżnicowane. Jeszcze w 2019 roku 17% wszystkich ataków DDoS zgłoszonych do SIRT rozpoznano jako DNS Amplification – fałszujących adres zwrotny w zapytaniu, co wyczerpuje przepustowość sieci. W 2020 r. ich liczba wzrosła prawie dwukrotnie do 31%.Coraz więcej jest również DNS Query Flood – złośliwych zapytań, które mają na celu spowodować wyczerpanie zasobów serwera DNS. W badanym przez F5 Labs okresie 12% ataków DDoS wykorzystywało tę metodę.

Handel detaliczny boryka się z atakami na dane dostępowe

Aż 67% wszystkich ataków na sprzedawców detalicznych raportowanych w 2020 r. przez SIRT stanowiły ataki na hasła i stanowi to 27% wzrost w porównaniu z poprzednim rokiem.W tym samym okresie połowę wszystkich zgłoszeń incydentów od dostawców usług obejmowały ataki na login/hasło. Podobne ataki, w przypadku klientów usług finansowych, stanowiły 45% zgłoszeń. F5 Labs odnotowało również wzrost liczby ataków uwierzytelniających na interfejsy API[1]. Ich wielkość w analizowanym okresie niemal się podwoiła z 2,6% w 2019 r. do 5% w 2020 r.

[1] https://www.f5.com/labs/articles/threat-intelligence/api-authentication-incidents-2020-apr-vol2

Rohlig Suus Logistics: W czasie pandemii Polacy kupują więcej AGD przez internet

Pandemia koronawirusa zmieniła funkcjonowanie całej gospodarki. Jednak mimo wielu wyzwań, jakie pojawiły się na przełomie pierwszego i drugiego kwartału tego roku, sklepy e-commerce oferujące sprzęt AGD odnotowują bardzo dobre wyniki. Największy udział we wzroście mają województwa: mazowieckie, łódzkie i śląskie – wynika z analizy firmy Rohlig Suus Logistics, jednego z największych operatorów logistycznych obsługujących branżę AGD w Polsce.

Według danych Rohlig Suus Logistics, w II kwartale 2020 r. liczba zamówień internetowych w branży AGD wzrosła aż o 16 proc. w porównaniu do pierwszych trzech miesięcy bieżącego roku. Natomiast w ujęciu miesięcznym najlepszym czasem dla sektora AGD był kwiecień, kiedy to do domów Polaków dostarczono najwięcej artykułów gospodarstwa domowego – aż o 34 proc. więcej niż w styczniu, 47 proc. w lutym, czy 15 proc. w marcu.

Lockdown oraz tryb pracy zdalnej znacznie wpłynęły na zmiany zachowań konsumenckich – np. zaczęliśmy gromadzić więcej żywności, dlatego potrzebowaliśmy nowych zamrażarek i lodówek, częściej gotowaliśmy obiady, więc uzupełnialiśmy wyposażenie naszych kuchni. Na wyraźny wzrost liczby zamówień sprzętu AGD  przez internet wpłynęły także zapowiadane od czerwca podwyżki cen w branży AGD, związane z wyższym kursem euro – mówi Adam Galek, członek zarządu Rohlig Suus Logistics.

Warto podkreślić, że całe pierwsze półrocze dla rodzimego sektora AGD jest bardzo dobre. Z danych Rohlig Suus Logistics wynika, że liczba zamówień w tym okresie, w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku, wzrosła aż o 67 proc.

Konsumenci, którzy nie korzystali do tej pory z kanału e-commerce przekonują się o jego zaletach. To nie tylko zaoszczędzony czas, czy zwiększone bezpieczeństwo, ale także szereg usług dodatkowych – wniesienie i instalacja sprzętu, czy możliwość płatności na miejscu, także poprzez system BLIK – dodaje Adam Galek.

Mazowsze AGD stoi

Jednym z kluczowych rynków dla branży AGD jest województwo mazowieckie – gdzie znajdują się siedziby dwóch z trzech największych redystrybutorów sprzętów AGD w Polsce oraz od wielu lat utrzymuje się największy popyt na produkty tej branży. Uwarunkowania te sprawiają, że to właśnie w województwie mazowieckim w porównaniu do pozostałych regionów Polski, firma Rohlig Suus Logistics obsługuje największą liczbę przesyłek (16 proc. wszystkich krajowych dostaw AGD). Rynek jednak wciąż się rozwija – w I półroczu 2020 r. zrealizowano na Mazowszu o 91 proc. więcej przesyłek niż w analogicznym okresie 2019 r.

– Ze względu na rosnące zainteresowanie branżą AGD w województwie mazowieckim zdecydowaliśmy się w pełni dostosować nasz nowy magazyn w Sokołowie k. Janek do obsługi sektora AGD – od wydzielenia odpowiednich stref służących do składowania i dystrybucji wyłącznie sprzętu AGD, po zastosowanie wózków wyposażonych w wyspecjalizowane chwytaki. Dzięki specjalizacji magazynu w kierunku obsługi sektora AGD, możemy zaoferować klientom pełen zakres usług – od odpraw celnych, przez przechowywanie, po dostosowywanie etykiet produktów do polskich przepisów – mówi Krzysztof Gąsiewski, dyrektor Oddziału Warszawa w Rohlig Suus Logistics. – Obecnie blisko 50 proc. magazynu służy do obsługi branży AGD, m.in. firmy Zelmer, Beko, LG. Korzystna lokalizacja, rozbudowana sieć połączeń pozwalają wierzyć, że odsetek ten będzie już tylko wzrastał – podsumowuje.

Pozostałe regiony Polski również coraz silniej specjalizują się w obsłudze branży AGD. Jak wynika z danych Rohlig Suus Logistics, aż 11 proc. wszystkich krajowych przesyłek branży AGD realizowane jest w województwie łódzkim. Co ciekawe, to właśnie ten region odnotował największą dynamikę wzrostu – w okresie styczeń-czerwiec 2020 r. w Łódzkim zrealizowano o 104 proc. więcej przesyłek niż w analogicznym okresie 2019 r. Podium zamyka Śląsk, gdzie realizowanych jest 10 proc. wszystkich krajowych przesyłek branży AGD firmy Rohlig Suus Logistics, a dynamika wzrostu wynosi 78 punktów procentowych (I półrocze 2020 r. vs I półrocze 2019 r.).

Pandemia COVID-19 przyspieszyła cyfrową transformację płatności i znacząco zwiększyła liczbę kupujących w Internecie

COVID-19 przyspieszył rozwój e-commerce wśród 55-60 latków oraz przyczynił się do wzrostu popularności płatności bezgotówkowych wśród Polaków.

Badanie przeprowadzone dla Elavon, wskazuje na rosnące zainteresowanie transakcjami internetowymi wśród osób w wieku 55-60 lat oraz wzrost wykorzystania elektronicznych form płatności, w tym kart płatniczych i metod zbliżeniowych, we wszystkich badanych grupach.

W badaniu przeprowadzonym dla Elavon przez Ipsos Mori na temat handlu elektronicznego i zwyczajów płatniczych wzięło udział 1093 respondentów z Polski. 32% badanych w wieku 55-60 lat przyznało, że w czasie izolacji społecznej zwiększyli swoje wydatki w Internecie w porównaniu do okresu sprzed wprowadzenia „lockdown”. Dane pokazują również, że wydatki w sieci wzrosły we wszystkich grupach wiekowych, na co zasadniczy wpływ miała wzmożona aktywność internautów korzystających z e-sklepów ze swoich domów.

Badanie Elavon wskazuje, że aż 60% ankietowanych Polaków będzie chętniej wybierać płatności bezdotykowe oraz kartą jako preferowane metody dokonywania transakcji podczas tradycyjnych zakupów w sklepie. Z kolei dane Narodowego Banku Polskiego z marca br. pokazały, że w tym roku wykorzystanie płatności zbliżeniowych osiągnęło rekordowy poziom – stanowiły one 91% wszystkich transakcji bezgotówkowych.

Jak wynika z tegorocznego badania Elavon i Ipsos Mori, w Polsce najmniej skłonne do korzystania z gotówki są osoby w wieku 45-54 lata. Zaledwie 7% z nich przyznaje, że chce płacić fizycznymi pieniędzmi. Najbardziej skłonni do płatności gotówkowych są z kolei 25-34-latkowie. 13% badanych z tej grupy wiekowej deklaruje, że płaci gotówką. Mimo to, są oni niemal trzykrotnie bardziej chętnie nastawieni na korzystanie z kart płatniczych i zbliżeniowych form płatności.

W całej Polsce preferencje dotyczące transakcji zbliżeniowych lub kartami różnią się w zależności od regionu. Najchętniej z tej metody korzystają mieszkańcy woj. lubuskiego, gdzie 76% badanych preferuje płatności bezgotówkowe. Z kolei najmniejszą popularnością cieszą się one w woj. podlaskim (41%).

Podobna tendencja wzrostowa w zakresie popularności e-handlu i transakcji bezgotówkowych dostrzegana jest także w innych częściach Europy. Blisko połowa respondentów (52%) w Wielkiej Brytanii oraz Irlandii (49%) zwiększyła swoje wydatki online od początku pandemii. W Niemczech jest to jedna trzecia społeczeństwa (32%). Respondenci we wszystkich grupach wiekowych przyznają, że są skłonni do aktywniejszego korzystania z transakcji bezgotówkowych. Deklaruje tak 68% badanych w Wielkiej Brytanii, 60% w Irlandii i 34% w Niemczech.

Rafał Gołębiewski, Head of SME & Bank Aliance Europe komentuje wyniki badań – W Polsce, podobnie jak w innych krajach Europy, pandemia COVID-19 przyspieszyła cyfrową transformację płatności i znacząco zwiększyła wydatki konsumenckie w Internecie wśród niemal wszystkich regionów i grup wiekowych – w tym również wśród osób starszych. Zakupy online były bezpieczną i wygodną alternatywą dla stacjonarnych sklepów podczas wprowadzenia izolacji. Wyniki badań wskazują, że e-handel zjednał sobie wielu zwolenników, którzy nawet po zniesieniu ograniczeń chętnie będą korzystać z tej formy zakupów.

To dobra okazja dla firm, aby wzmocnić swoją pozycję oraz wprowadzić udogodnienia, które przyciągną też nowych kupujących, w różnym wieku. Przedsiębiorstwa, które ułatwią konsumentom zakupy i dokonywanie płatności, będą w stanie zmaksymalizować potencjał przychodów i zwiększyć lojalność obecnych i przyszłych klientów.

Pożyczanie in futuro. Co czeka branżę pożyczkową za kilka lat?

Automatyzacja, biometria, zaawansowana analityka, coraz więcej produktów i usług dostępnych online, boom na obsługę poprzez smartfony, coraz szybsze procesy – sektor pożyczkowy korzystał z nowych technologii pełną parą, by ułatwić życie klientom. Aż przyszła pandemia, która może zmienić układ sił na rynku, ograniczyć instytucjom pożyczkowym dostęp do finansowania, sprawić, że będą musiały zacząć działać w nowych modelach biznesowych. Co teraz? Czy digitalizacja będzie postępować w takim samym tempie? Jakie zmiany rynkowe już wymusiła i jeszcze wymusi pandemia? O transfiguracji branży mówi dr Katarzyna Jóźwik, Dyrektor Generalna Smartney, którą od ponad roku nurtuje temat tzw. Corporate foresight w kontekście przyszłych scenariuszy rozwoju consumer finance.

Z najnowszego raportu „Technologia w służbie społeczeństwu. Czy Polacy zostaną społeczeństwem 5.0.?” przygotowanego przez Fundację Digital Poland wynika, że rodacy wciąż cenią nowoczesne technologie, ale w ciągu ostatniego roku zwiększył się odsetek sceptyków tzw. transformacji cyfrowej (z 38 do 54 proc.). Eksperci podkreślają, że za zmianą podejścia stoi między innymi pandemia, która obnażyła słabość systemu i pokazała, że rozwiązania technologiczne, które ceniliśmy wcześniej (np. telekonferencje, telemedycyna, nauczanie zdalne, obsługa klientów poprzez boty) nie zawsze są wydolne, przy tak dużej liczbie osób korzystających. Czy cyfrowy sceptycyzm będzie dotyczył branży pożyczkowej? Czy nowe technologie wciąż będą kluczowe dla rozwoju tego sektora?

– Pandemia zmienia rynki, trendy oraz potrzeby i zachowania konsumentów. Powyższy raport to tylko wycinek tych zmian, ale dobitnie pokazuje, że obszary, które dotychczas uznawaliśmy za „pewne” mogą ewoluować w nowej sytuacji i to szybko. To właśnie dlatego najlepszym kierunkiem powinna być elastyczność i zwinność. Dlaczego? Ponieważ nadchodzą czasy, w których coraz bardziej kluczowe decyzje trzeba będzie podejmować w oparciu o coraz szybciej zmieniające się dane – mówi dr Katarzyna Jóźwik.

– Pamiętajmy, że cyfryzacja nie może być celem samym w sobie. Na biznes trzeba patrzeć holistycznie, a nowe technologie to tylko jeden z elementów układanki. Wyobrażając sobie możliwe scenariusze na  najbliższe 10 lat w sektorze pożyczkowym trzeba uwzględnić mnóstwo czynników m.in. otoczenie prawne i regulacyjne, które wciąż się zmienia, otoczenie ekonomiczne, ewoluujące potrzeby klientów. A jeśli już jesteśmy przy klientach musimy liczyć się z tym, że dziś definiujemy ich według dobrze znanych nam parametrów, ale nie wiemy, czy jutro, pojutrze albo za miesiąc ci sami klienci nie będą sfrustrowani, nieszczęśliwi, chorzy lub niewypłacalni. Czynniki definiujące okoliczności życia klientów mogą mieć kluczowe znaczenie. Takim jest np. pandemia – dodaje Katarzyna Jóźwik. Jakie zatem zmiany czekają rynek pożyczkowy? Eksperci w badaniach nad czynnikami wpływającymi na przyszłość branży wymienili 47 elementów mających znaczenie.

Oto kilka najważniejszych.

1. Mniejszy dostęp do finansowania

Niepewność na rynkach finansowych już przekłada się na kondycje firm, które są inwestorami w branży pożyczkowej. To powoduje, że widzimy ograniczenie dostępności finansowania w aktywa o wyższym poziomie ryzyka. Branża już się skurczyła (m.in. z powodu nowych regulacji i zmian prawnych), ale może kurczyć się jeszcze bardziej z powodu ograniczonych dostępów do funduszy. Czy będzie to miało wpływ na konsumentów? Tak, jeżeli instytucje pożyczkowe nie będą miały dostępu do finansowania i zaczną znikać z rynku, to konsumenci również mogą liczyć się z mniejszym dostępem do środków pieniężnych i koniecznością rewidowania swoich zamierzeń i planów.

2. Nowe modele biznesowe

Rzeczywistość pandemiczna wymusi trwałe zmiany rynkowe. Niektóre firmy zaczną działać w nowych modelach biznesowych, które będą bazować – w większości przypadków – na nowych technologiach. Przykładem mogą być firmy pożyczkowe oferujące wysokie kwoty online w błyskawicznym procesie bez dokumentów i w dobrej cenie albo firmy oferujące rozwiązania typu „buy now, pay later”. Firmy będą stawiać na partnerstwa biznesowe i łączyć siły w tych obszarach, w których będzie to dla nich tańsze i bardziej korzystne biznesowo. Rola największych graczy rynkowych – banków, pośredników, na pewno się zmieni. Należy się spodziewać, że firmy spoza branży zechcą wkraczać w świat finansów utylizując swoje obecne atuty, np. bazy danych.

3. Zmiany oferty – przenikanie biznesów

W efekcie nowych modeli biznesowych i partnerstw w branży będziemy obserwować modyfikację ofert. Do łask mogą wrócić produkty ubezpieczeniowe, które będą dawały pożyczkodawcom dodatkowe źródło dochodu, a klientom zapewniały ochronę w niepewnych czasach. Możliwe, że instytucje pożyczkowe będą rozbudowywać ofertę o takie produkty, które są mniej podatne na regulacje cenowe. Kolejnym kierunkiem może być różnicowanie ofert oraz „obudowywanie” ich usługami dodatkowymi czy wartościami, które będą pożądane (ale też akceptowane przez klientów). Niewątpliwie świat przesunięty do e-commerce zapewni rozrost ofert kontekstowych i powiązanych z płatnościami.

4. Sprzedaż online

Pandemia już zmieniła sposób sprzedaży oraz obsługi klienta. Coraz więcej firm przeniosło się do online, zarówno z procesem sprzedaży, jak i obsługą posprzedażową. Tradycyjny model sprzedaży, w którym klient przychodzi do placówki stacjonarnej, spotyka się z agentem lub zaprasza doradcę do domu, ma coraz mniejsze prawo bytu w rzeczywistości pandemicznej. Druga fala pandemii uświadomiła nam, że powrót do starych modeli lub budowanie biznesu w modelu mieszanym (online +offline) może być coraz bardziej skomplikowany. Co ważne – kiedyś dobra oferta i dobry proces online wspierał biznes i był przewagą konkurencyjną. Niebawem będziemy mierzyć się z sytuacją, w której wszyscy będziemy działać online, a zagęszczenie ofert będzie tak duże, że kluczowym stanie się pytanie: co jeszcze możemy dać konsumentom poza szybkością i nowymi technologiami?

5. Nowe technologie i elastyczność

Firmy będą wciąż stawiać na nowoczesne technologie i digitalizację, ponieważ dostarczanie rozwiązań prostych, szybkich i transparentnych będzie w cenie. Trzeba jednak pamiętać, że digitalizacja nie powinna być celem samym w sobie. Na początku każdej decyzji i każdego procesu cyfryzacji powinny stać potrzeby klienta, a te podczas pandemii będą dynamicznie się zmieniać. Dlatego tak ważna jest elastyczność w podejmowaniu decyzji i wprowadzaniu nowych rozwiązań. Coś, czego pożądali klienci przed pandemią, w okresie pandemicznym, może stać się zupełnie nieatrakcyjne. Na rynku pożyczek na pewno będą wygrywać te instytucje, które będą traktować klienta indywidualnie, konstruować spersonalizowane oferty pod jego potrzeby, a przede wszystkim zapewniać mu szybki i prosty proces online.

6. Tylko digital? Nie. Figital.

Jeszcze przed pandemią mówiło się, że co prawda przyszłość należy do online, ale zanim nastąpi przeskok do online, będziemy mieć do czynienia z epoką rozwiązań hybrydowych, czyli mieszanych. Mówiło się też o trendzie „figital”, czyli połączeniu dwóch obszarów – „physicial” i „digital”. – Pandemia wymusiła szybszy przeskok do online i duża część konsumentów przyjęła to w sposób naturalny. Szybki przeskok spowodował jednak, że część klientów zaczęła tęsknić do tradycyjnych form kontaktu: spotkań z konsultantem, zaciągnięcia opinii u doradcy, albo rozmowy na Infolinii z „prawdziwym” człowiekiem a nie robotem. „Planując” przyszłość wciąż trzeba będzie stawać na takie rozwiązania, których w danym momencie będzie potrzebował klient.

7. Klient, klient i jeszcze raz klient

Większość powyższych punktów prowadzi do konkluzji, że wciąż na pierwszym miejscu powinien być klient. Ekonomia doświadczeń nie przeminie w najbliższych latach – potrzeby i doświadczenia konsumenta będą definiować produkty, usługi i procesy. Będzie to proces ciągły. A życie konsumenta nigdy nie zmieniało się tak szybko i nigdy nie było tak nieprzewidywalne jak podczas pandemii. W jaki sposób obsługiwać konsumenta, którego życie już się zmieniło lub zaraz się zmieni znowu? Co zaoferować w dobie niepewności? W jaki sposób budować pozytywne doświadczenia, gdy świat – w oczach wielu osób – przestaje być pozytywny?

O ekonomii doświadczeń będziemy pisać w kolejnej prognozie, m.in. na podstawie badań dr Katarzyny Jóźwik, Dyrektor Generalnej Smartney.

Cyfryzacja jako narzędzie służące do zmiany modelu wykorzystania danych banku

Małe i średnie firmy są fundamentem globalnej gospodarki. Nie jest więc niczym odkrywczym że stanowią one również dla banków istotne źródło potencjalnych przychodów. Niemniej jednak banki często pomijają ten newralgiczny segment klientów, zmuszając te podmioty do manewrowania między obsługą indywidualną i korporacyjną.

Sytuacja ta powoduje, że większość małych przedsiębiorstw w dalszym ciągu nie jest zadowolona z tego, w jaki sposób banki zaspokajają ich specyficzne potrzeby finansowe.

Małe i średnie firmy oczekują od banków lepszej obsługi — prostej, cyfrowej, przejrzystej i efektywnej

Wydaje się, że to nic trudnego, prawda? W czym więc tkwi problem?

Moją uwagę przykuły dwie tabele z badania Small Business Credit Survey. Wynika z nich, że w przypadku pożyczek udzielanych on-line firmy ubiegające się o dodatkowe środki oczywiście negatywnie oceniają wyższe oprocentowanie, mniej korzystne warunki spłaty oraz warunków udzielenia pożyczki. Ale – co ciekawe, to szybkość, z jaką dana instytucja finansowa może wydać decyzję kredytową i udostępnić środki klientom, wpływa zasadniczo na ich preferencje co do wyboru konkretnej oferty. Nie ma więc wątpliwości, że organizacje, które zapewnią mniejszym klientom biznesowym ODPOWIEDNIĄ obsługę, mają szansę na zwiększenie udziału w tym newralgicznym segmencie rynku.Cyfryzacja jako narzędzie służące do zmiany modelu wykorzystania danych bankuCyfryzacja jako narzędzie służące do zmiany modelu wykorzystania danych banku 2

Jak już wspomniałem wcześniej to, że małe i średnie przedsiębiorstwa oczekują nowych rozwiązań, nie jest dla banków zaskoczeniem. Już od jakiegoś czasu strategiczne priorytety banków są ukierunkowane na zwiększanie udziału w rynku oraz generowanie rentownego wzrostu w segmencie małych i średnich firm. Dlaczego wobec tego tak wiele instytucji w dalszym ciągu ma problemy ze spełnieniem oczekiwań klientów z tego segmentu?

Dla wielu banków małe i średnie firmy mieszczą się gdzieś pomiędzy klientami indywidualnymi i instytucjonalnymi. Choć nierzadko oferują już one temu segmentowi dedykowaną sekcję na swoich portalach internetowych, to zmiana ta nie jest jeszcze widoczna w innych elementach, w tym procesach, systemach i danych stanowiących podstawę obsługi klientów z tej grupy. Nie twierdzę, że banki muszą głęboko modyfikować posiadane systemy informatyczne, powinny jednak przyjąć strategię „spotkania w połowie drogi”. Pozwoli to z jednej strony udostępnić temu segmentowi zaawansowane narzędzia a z drugiej, wykorzystać poczynione już inwestycje.

Od czego więc zacząć?

Najbardziej newralgicznym, choć wykorzystywanym w niedostatecznym stopniu zasobem banków są dane. Między innymi przy uruchomieniu pożyczki banki często nie korzystają z nich w odpowiednim zakresie. Kilka miesięcy temu odbywał się panel dyskusyjny pt. „Jak wprowadzić ofertę kredytową dla małych firm w opartą na danych epokę cyfrową”. Jednym z głównych tematów dyskusji było tam wykorzystanie „wiarygodnych danych” do uproszczenia, automatyzacji, a w ostatecznym rozrachunku osiągnięcia wyraźnej poprawy ogólnej obsługi klienta.

Skoro w banku i poza nim istnieje tak wiele źródeł danych, dlaczego klienci muszą wpisywać je w swoich wnioskach? Banki powinny dążyć do tego, aby klient lub pracownik banku nie musiał wprowadzać ŻADNYCH lub niemal żadnych danych, co znacznie skróciłoby czas obsługi i skuteczność załatwiania spraw przy pierwszym kontakcie.

Kilka przykładów

Wiele banków zainwestowało w scentralizowane repozytoria danych klientów. Większość nie przemyślała jednak jeszcze kwestii, gdzie umieścić i przechowywać profile finansowe klientów, które mają kluczowe znaczenie w procesie udzielania kredytów. Komponent reprezentujący KONTRAHENTA może rozszerzać takie repozytoria danych klientów i stanowić miejsce przechowywania informacji z profili finansowych, które są następnie aktualizowane, modyfikowane i ponownie użyte w procesie udzielania kredytów czy pożyczek. Co więcej, możliwość integracji ze źródłami zewnętrznymi, które zawierają dane finansowe klienta, sprawia, że nie musi wpisywać ich ponownie. Dodatkowo przyspiesza to proces rejestrowania wniosku i ogranicza ręczne wprowadzanie danych do minimum.

Podobnie wygląda sytuacja z informacjami o ZABEZPIECZENIACH — w większości podmiotów dane te są odseparowane od poszczególnych wniosków i nie są przechowywane centralnie. W efekcie klienci muszą dostarczać informacje przy każdym składanym wniosku i nie mogą wykorzystywać w nowych wnioskach danych dotyczących już istniejących zabezpieczeń. Co więcej, często nie można ponownie wykorzystać danych z poprzednich wycen, a pracownicy banku zamawiają często kolejne dla tych samych zabezpieczeń, co wiąże się z dużymi kosztami po stronie banku.

Weźmy też pod uwagę proces udzielania kredytów. Wiele banków próbuje jedynie zmienić istniejące procesy, które powstały z myślą o ich realizacji przez pracownika banku, na ich odpowiedniki cyfrowe. Instytucje finansowe powinny tymczasem całkowicie zmienić strukturę tych procesów i spojrzeć na nie z perspektywy klienta. Muszą uwzględnić płynne poruszanie się kredytobiorcy we wszystkich kanałach kontaktu z bankiem, korzystać ze zgromadzonych danych na każdym etapie procesu, aby zwiększać efektywność oraz upraszczać rozwiązania i eliminować odseparowane od siebie produkty. Przyjęcie takiej właśnie perspektywy umożliwi bankom pogłębienie relacji ze swoimi klientami w tym segmencie.

Na zakończenie należy podkreślić konieczność udostępnienia danych w realizowanych procesach. Wszystkie narzędzia powinny posiadać możliwość komunikacji poprzez API, aby można było zapewnić wysoką jakość obsługi zarówno klientom, pracownikom banku, poręczycielom, decydentom jak i wszelkim innym jednostkom powiązanym z realizowanym procesem. Komunikacja z interfejsami API wykracza poza samo udostępnienie klientowi formularza internetowego do składania wniosków. Ma ona umożliwić klientom i pracownikom banku bezpieczny, jednolity dostęp do systemu oraz zapewnić przejrzystość danych i wgląd w powiązane procesy na każdym etapie udzielania kredytu.

Opracowanie tekstu: Krzysztof Wilczyński, Principal Solutions Engineer ERP z Oracle Polska, na podstawie artykułu Susan Harden, dyrektora w dziale Oracle Financial Services.

CPK w projekcie Smart Airports. Dofinansowanie dla zielonej energii i ograniczenia emisji CO2

Europejskie konsorcjum z udziałem Centralnego Portu Komunikacyjnego otrzymało 12 mln euro dofinansowania na opracowanie zielonych, proekologicznych i inteligentnych rozwiązań dotyczących projektowania lotnisk. Partnerami CPK są m.in. porty lotnicze w Kopenhadze, Rzymie i Wilnie

Unijny grant pochodzi z Ramowego Programu Badań i Rozwoju Horizon 2020 w kategorii: „Budowanie niskoemisyjnej i odpornej na zmiany klimatu przyszłości: Bezpieczna, czysta i wydajna energia”.

Oprócz CPK uczestnikami projektu Smart Airports zostało 15 instytucji, w tym m.in.: Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA), Port Lotniczy w Kopenhadze, Duński Instytut Technologiczny (DTI), Lotnisko Rzym-Fiumicino, Lithuanian Airports (zarządca lotnisk m.in. w Wilnie i Kownie), Uniwersytet w Parmie, Uniwersytet Techniczny w Hamburgu i przewoźnik Scandinavian Airlines (SAS).
CPK dofinansowanieCałkowita wysokość przyznanej dotacji to 12 mln euro, z czego prawie 500 tys. euro trafi do CPK. Do udziału w przedsięwzięciu spółka CPK, odpowiedzialna za zaprojektowanie i budowę Portu Solidarność, została zaproszona jako lotnisko partnerskie przez lidera konsorcjum, czyli Port Lotniczy w Kopenhadze. Dzięki temu CPK bierze udział w pilotażowym, innowacyjnym projekcie, który ma przyczynić się do spowolnienia zmian klimatycznych.

– Naszym celem jest infrastruktura niskoemisyjna, a europejski program Smart Airports pozwoli nam te zamierzenia zrealizować. Planując port lotniczy, sięgniemy na dużą skalę po zielone rozwiązania z zakresu inteligentnej energii i elektromobilności – mówi wiceminister infrastruktury Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK.

– Jako spółka CPK będziemy pracować razem z partnerami z konsorcjum nad działaniami redukującymi zużycie energii, zapewnieniem dostępu do biopaliwa lotniczego i wykorzystaniem niskoemisyjnych pojazdów obsługi naziemnej. Nowe lotnisko i zbudowany jednocześnie system kolei dużych prędkości będą korzystać z najnowocześniejszych rozwiązań ograniczających negatywny wpływ transportu na środowisko – zapowiada Mikołaj Wild, prezes CPK.

– Cieszymy się, że Komisja Europejska wybrała nasz projekt i że wraz z partnerami takimi jak CPK będziemy współpracować przy opracowywania koncepcji zrównoważonego lotniska przyszłości – mówi Thomas Woldbye, prezes Portu Lotniczego w Kopenhadze. – Zamierzamy zapewnić infrastrukturę dla samolotów, które mogą być w przyszłości zasilane energią elektryczną, wodorem lub innymi zrównoważonymi paliwami. Jednocześnie zbadamy, w jaki sposób zasilać budynki, pojazdy i samoloty w taki sposób, żeby w docelowo całkowicie wyeliminować emisję dwutlenku węgla – dodaje.
CPK w smart airportsWspółpraca w ramach Smart Airports potrwa cztery lata.Udział w tzw. konsorcjum kopenhaskim daspółceCPK nieograniczony dostęp do wszystkich wypracowanych rezultatów (koncepcji, założeń, rozwiązań projektowych i technologii), jak również możliwość ich wdrożenia w przyszłości. W przypadku CPK może to mieć miejsce zarówno na etapie przygotowywania master planu, jak też podczas projektowania i budowy lotniska.

W Porcie w Kopenhadze w Danii wdrażane będą w pierwszej kolejności wypracowane przez konsorcjum zielone rozwiązania. Równocześnie wyniki projektu Smart Airports będą jednak adaptowane dla lotnisk partnerskich: w Polsce, na Litwie i we Włoszech.

– Wdrażanie ekologicznych, zrównoważonych paliw oraz zielona transformacja operacji lotniskowych będą wymagały dostępu do wiedzy i know-how. To właśnie w tym celu zebraliśmy profesjonalny, międzynarodowy zespół. Z niecierpliwością czekamy na tę ogólnoeuropejską współpracę – mówi Lars Overgaard, business menadżer w Duńskim Instytucie Technologicznym, który kierował procesem aplikacyjnym.

Projekt ma się przyczynić do osiągnięcia przez branżę lotniskową unijnych celów klimatycznych i wpisuje się Nowy Europejski Zielony Ład (European Green Deal).CPK w smart airports dofinansowanieTo nie pierwsze spośród działań CPK na rzecz zrównoważonej energii. 25 września br. CPK i Polska Grupa Energetyczna podpisały porozumienie o współpracy w celu realizacji niskoemisyjnych inwestycji energetycznych. Wstępne ustalenia zakładają, że w rejonie Portu Solidarność powstanie – w zgodzie z najnowszymi wymogami środowiskowymi – nowa elektrociepłownia, która będzie zasilana gazem ziemnym ze wsparciem paneli słonecznych, czyli odnawialnych źródeł energii (OZE).

Porozumienie CPK i PGE zakłada zastosowanie trigeneracji, czyli skojarzonego technologicznie wytwarzania: energii elektrycznej, ciepła i chłodu użytkowego. Takie rozwiązanie pozwoli na zmniejszenie ilości i kosztu energii niezbędnej do wytworzenia każdego z nich z osobna. Współpraca CPK i PGE oraz zakładane zastosowanie na dużą skalę OZE także wpisują się w europejską politykę klimatyczną.

NanoGroup planuje pozyskać 8,4 mln zł w publicznej ofercie emisji akcji

NanoGroup, warszawska grupa spółek biotechnologicznych, opublikowała memorandum informacyjne. Zapisy na akcje zostaną przeprowadzone w dniach 22.10 – 27.10.2020 r., a dodatkowy kapitał pozyskany z emisji będzie przeznaczony na badania (przedkliniczne oraz kliniczne) przełomowych leków na raka i substytutu krwi NanOX oraz na pokrycie bieżących kosztów. Akcje zaoferuje DM BOŚ.

Ostateczna cena akcji oferowanych zostanie ustalona w oparciu o wyniki procesu budowania księgi popytu. Spółka poczyniła w tym roku znaczne postępy w swoich pracach nad prototypowymi lekarstwami. Dalsze prace rozwojowe prowadzone nad pierwszym celowanym lekiem onkologicznym PolEpi będą realizowane przy współpracy z krajowymi partnerami. Spółka planuje skierować końcowy produkt do rejestracji europejskiej EMA (European Medicines Agency).

Naszym głównym celem jest przeprowadzenie badań przedklinicznych, w tym opracowanie i wykonanie syntezy nanocząstek w standardzie cGMP, oraz wykonanie badań przedklinicznych leku w standardzie GLP i testów klinicznych leku POLEPI do terapii nowotworu jajnika i mięsaka na około 30 pacjentach. Planujemy również rozpoczęcie prób klinicznych z udziałem pacjentów, które to próby zostaną poprzedzone opracowaniem metody syntezy związku w standardzie cGMP w powiększonej skali oraz wykonaniem wymaganych badań na zwierzętach w standardzie GLP. Ostatnia faza projektu to etap prac rozwojowych, których ostatecznym rezultatem może być przetestowany i zwalidowany lek, który będzie przedmiotem licencji. – opisuje projekt prof. Tomasz Ciach odpowiedzialny za rozwój technologii w NanoGroup.

Drugi projekt, który zostanie dofinansowany z emisji akcji H, umożliwi kilkudniowe przechowywanie i transport narządów do transplantacji. Produkt NanoSanguis to unikalne rozwiązanie połączenia syntetycznego płynu o funcji krwi w obszarze wymiany gazowej z urządzeniem do przechowywania organów. Chcemy, aby nasze rozwiązanie zrewolucjonizowało rynek poprzez wydłużenie czasu przydatności organów do przeszczepu.

­– Planujemy przeprowadzenie, po pierwsze, badań przedklinicznych na małym i dużym modelu zwierzęcym w standardzie GLP, po drugie: badań klinicznych (w pierwszej fazie odbędzie się 8 przeszczepów nerki) systemu do długoterminowego przechowywania i transportu organów (nerka, wątroba, serce) w warunkach fizjologicznych (OrganFarm). Oczywiście środki z emisji stanowią jedynie część kosztów projektu – o resztę środków zamierzamy ubiegać się z funduszu EIC. – kończy prof. Tomasz Ciach.

Dane zza zachodniej granicy. Kurs funta idzie w górę

Niemcy pokazują ostatnio bardzo słabe dane. To właśnie problemy największej gospodarki strefy euro odpowiadają po części za ostatnie utraty wartości europejskiej waluty względem dolara.

Słabe dane z Niemiec

Poznaliśmy dzisiaj dwa odczyty od naszego zachodniego sąsiada. Z jednej strony w skali roku zgodnie z oczekiwaniami mamy deflację na poziomie 0,2%. Z drugiej indeks instytutu ZEW, będącego swoistym barometrem tamtejszej gospodarki, wyraźnie spada. Analitycy spodziewali się spadku z 77,4 pkt na 73 pkt. Wynik wyniósł zaledwie 56,1 pkt, co pokazuje, że optymizm wśród managerów biorących udział w badaniu wyraźnie spada. Dane te powodują, że dolar ponownie odrabia straty względem euro ponownie zbijając cenę euro poniżej dolara i 18 centów.

Dobre dane z Wysp

Sygnały płynące z Wielkiej Brytanii trzeba podzielić na dwie grupy. Z jednej są to kwestie związane z brexitem i wypowiedzi polityków. Z drugiej dane makroekonomiczne. Dzisiaj poznaliśmy znacznie niższą od oczekiwań liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, stopę bezrobocia równą zaledwie 4,5% oraz utrzymanie średniego poziomu wynagrodzeń bez zmian. Informacje te spowodowały, że pomimo ryzyk związanych z brexitem funt idzie dzisiaj w górę.

Złoty znów odzyskuje wartość

Polska waluta powoli, ale stabilnie zyskuje na wartości względem euro. Po wyskoku w górę na przełomie września i października mieliśmy do czynienia z nagłą korektą, ale od tego czasu złoty wciąż zyskuje pomimo sytuacji epidemiologicznej w kraju. O ile nam może się wydawać, że mamy niesamowite problemy okazuje się, że ta sytuacja nie dotyczy tylko Polski.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Mikrofirmy dostały o 4 mld zł mniej niż rok temu – pandemia uderzyła w finansowanie firm

Większość narzędzi finansowania biznesu odnotowała w pierwszym półroczu duże spadki. Banki wypłaciły mikrofirmom o około 4 mld zł mniej niż w pierwszym półroczu 2019, 1/4 firm pożyczkowych, które zapewniały awaryjne środki, w ogóle zniknęła z rynku.
Małe biznesy mierzą się z ogromnym spadkiem dostępności finansowania, przy równoczesnym wzroście zapotrzebowania na zewnętrzne środki. Mikrofirmy, które zazwyczaj miały największe problemy, teraz są bardziej elastyczne i zaczynają dostrzegać finansowanie pozabankowe.

Spadkom w branży finansowej oparł się faktoring, który od września został objęty gwarancjami Banku Gospodarstwa Krajowego wartymi 11,5 mld zł.

Podstawowym źródłem finansowania małych firm (poza środkami własnymi) są kredyty bankowe. Konsekwencje pandemii i ostrożność banków, które obecnie ograniczają ryzyko, spowodowały jednak drastyczny spadek zarówno liczby, jak i wartości udzielonych kredytów. Od początku roku do lipca banki udzieliły mikrofirmom 73,9 tys. kredytów wartych 9,18 mld zł. Spadek wartości (o 30,6 proc. – dane Biuro Informacji Kredytowej) oznacza, że do małego biznesu trafiło o około 4 mld zł mniej niż w zeszłym roku.

Do tego doliczyć należy ograniczenie (w wyniku serii regulacji ustawowych) działalności firm oferujących pożyczki pozabankowe. Dla wielu mikroprzedsiębiorców były planem B uruchamianym w przypadku odmowy finansowania w banku. W pierwszym półroczu 2020 r. firmy pożyczkowe udzieliły o 26,6 proc. mniej pożyczek, a wartościowo zmniejszyły finansowanie o 35,7 proc. w stosunku do analogicznego okresu zeszłego roku (dane CRIF). 1/4 firm pożyczkowych w ogóle zniknęła z rynku w ostatnich miesiącach. Regres ma miejsce nawet w przypadku firmowych kart kredytowych, które dla niektórych przedstawicieli small biznesu były opcją awaryjną. Na koniec II kwartału 2020 banki obsługiwały 116 tys. firmowych kart kredytowych, to o 1,9 tys. mniej niż kwartał wcześniej i o 2,5 tys. mniej niż w II kwartale ubiegłego roku*.

– W przypadku small biznesu wyraźnie widoczne są dwie przeciwstawne tendencje: spadek możliwości pozyskiwania finansowania zewnętrznego, przede wszystkim ze strony banków i firm pożyczkowych oraz niemalejące zapotrzebowanie na środki zewnętrzne ze strony firm. W efekcie pandemii przedsiębiorcy zalegają z płatnościami i opóźniają je. Wg badań Krajowego Rejestru Dłużników, niemal co czwarty mały lub średni przedsiębiorca przetrzymuje pieniądze, aby zabezpieczyć swoją działalność. To powoduje niebezpieczny efekt kuli śniegowej, a cierpią na tym inni przedsiębiorcy – mówi Piotr Gąsiorowski, prezes eFaktor.

Nowy standard finansowania z gwarancjami BGK

Przedsiębiorcy zbyt ryzykowni dla systemu bankowego w pandemii częściej zwracają się w kierunku finansowania pozabankowego. Jednym z niewielu narzędzi, które nie zostało ograniczone, a wręcz zyskuje, jest faktoring. Pozwala firmom zachować płynność i łagodzi konsekwencje nawarstwiających się w gospodarce zatorów płatniczych. Nie obciąża przy tym zdolności kredytowej, a niektórzy faktorzy przyjmują do finansowania nawet pojedyncze faktury (zamiast pakietów). Taka otwartość spowodowała, jak podaje Polski Związek Faktorów, że firmy zrzeszone w PZF zakończyły I półrocze 2020 r. z 2,4 – procentowym wzrostem obrotów. Nabyły wierzytelności o łącznej wartości 135,1 mld zł.

– Faktoringiem rzeczywiście interesuje się coraz większa grupa firm – ilość zgłoszeń po finansowanie wzrosła u nas w pierwszym półroczu o ponad 30%. Ta forma finansowania, w odróżnieniu od kredytu, sprawdza się w trudnych czasach, w warunkach kryzysu, bo przy ocenie scoringowej kluczowe znaczenie ma realna sprzedaż i jej perspektywy, a nie zdolność kredytowa firmy. W ostatnich miesiącach to się potwierdziło – taki model finansowania zdał egzamin podczas pandemii. Przedsiębiorcy podejmowali przemyślane i odpowiedzialne decyzje, a mimo to stali się zbyt ryzykowni dla systemu bankowego, szukali więc pomocy u faktorów i często ją tam znajdywali. W zamian za prowizję uzyskiwali skrócenie cyklu rotacji należności. To otwierało i otwiera przed nimi nowe możliwości np. udziału w przetargach czy inwestowania w rozwój firmy – mówi Piotr Gąsiorowski z eFaktor.

Nowy impuls tej metodzie finansowania może dać wart 11,5 mld zł program gwarancji Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK), który zapewnia spłaty limitów faktoringowych. BGK podpisał już pierwsze umowy z faktorami. Zmienia się też nastawienie do faktoringu. Ostatnie pół roku pokazało, że jest coraz większa grupa świadomych przedsiębiorców, którzy traktują to narzędzie nie jako ostateczność, a nowy standard finansowania. Taki model wsparcia mikrobiznesu częściej obecnie proponują też brokerzy finansowi – z oczywistych powodów, ci którzy pozostali przy tradycyjnych źródłach bankowych mają niewiele do zaproponowania.

*Polska Bankowość w liczbach – II kwartał 2020, ankieta PrNews.

Coroczne badanie rynku pokazuje tempo, w jakim pandemia COVID-19 przyspiesza transformację cyfrową

Dostawcy usług cyfrowych przewidują, że w okresie od 2019 do 2023 r. przepustowość prywatnych łączy internetowych zwiększy się pięciokrotnie w wyniku większego zapotrzebowania ze strony przedsiębiorstw chcących zniwelować różnice na brzegu sieci.

Jak wynika z najnowszego corocznego badania Global Interconnection Index (GXI) publikowanego przez firmę Equinix, pandemia COVID-19 znacząco wpłynęła na plany przedsiębiorstw dotyczące infrastruktury cyfrowej w perspektywie najbliższych trzech lat. Według czwartej edycji raportu (Vol. 4) dostawcy usług cyfrowych w branżach takich jak telekomunikacja, usługi informatyczne i chmurowe, tworzenie treści i media cyfrowe, jak również dostawcy technologii przewidują pięciokrotne zwiększenie przepustowości prywatnych łączy internetowych do 2023 r. w wyniku większego zapotrzebowania ze strony przedsiębiorstw chcących zniwelować różnice na brzegu sieci.

Pandemia przyspiesza przechodzenie na rozwiązania cyfrowe. Przewiduje się, że przedsiębiorstwa wspierające pracę zdalną, takie jak firmy telekomunikacyjne czy dostawcy usług informatycznych i chmurowych, będą odpowiadać za 54% wzrostu łącznej przepustowości połączeń bezpośrednich w Europie, na Bliskim Wschodzie i Afryce (EMEA), wyprzedzając inne branże w tym regionie. W Europie za wzrost przepustowości połączeń bezpośrednich będą w największej mierze odpowiadać metropolie, takie jak Frankfurt, Amsterdam, Paryż i Londyn, a udział całego regionu w prognozowanej zainstalowanej przepustowości globalnej wyniesie 23% (3782 Tb/s).

Autorzy raportu przewidują również, że w regionie EMEA składana łączna stopa wzrostu (CAGR) dla przepustowości połączeń bezpośrednich, czyli miary prywatnych połączeń sieciowych w celu przesyłania danych między przedsiębiorstwami, w okresie od 2019 do 2023 r. wyniesie 45%. Największy wpływ na ten spodziewany wzrost ma transformacja cyfrowa, zwłaszcza w wyniku zwiększonego zapotrzebowania ze strony przedsiębiorstw, które rozszerzają swoją infrastrukturę cyfrową z lokalizacji scentralizowanych do rozproszonych lokalizacji brzegowych. Ma to związek z tym, że obecnie przedsiębiorstwa skalują i obsługują interakcje w czasie rzeczywistym przez strategiczne łączenie przepływów pracy dotyczących ludzi, rzeczy, lokalizacji, chmur i danych. Wspomniana przepustowość jest równa 64 zetabajtom udostępnianych danych. Żeby zobrazować tę wielkość, wystarczyłaby ona na przesłanie pełnego łańcucha DNA każdego człowieka na ziemi (7,8 mld) w ciągu godziny.Global Interconnection Index (GXI) Volume 4 Combined Regional View of Interconnection Bandwidth Forecast Global Interconnection Index (GXI) Volume 4 Interconnection Bandwidth Forecast by Industry

Informacje dotyczące poszczególnych branż

Raport GXI Vol. 4 zawiera informacje na temat tego, jak globalne trendy makro oraz pandemia COVID-19 wpłynęły na niektóre segmenty rynku:

  • Zmieniają się sposoby wdrażania rozwiązań cyfrowych w reakcji na zawirowania na świecie
    • Jak czytamy w raporcie GXI Vol. 4, zmieniły się sposoby wdrażania rozwiązań cyfrowych. Obecnie przewiduje się, że dostawcy usług zapewnią niemal dwukrotnie większą przepustowość połączeń bezpośrednich (10 284 Tb/s do 2023 r.) niż przedsiębiorstwa.
    • Jednakże większość tego zapotrzebowania ze strony dostawców usług będzie mieć na celu wsparcie przedsiębiorstw dokonujących transformacji cyfrowej w oczekiwaniu na ożywienie gospodarcze po pandemii.
    • Autorzy raportu przewidują również, że przedsiębiorstwa z infrastrukturą cyfrową zwiększą swoją przewagę nad konkurencją i będą nadal szybko się rozwijać, a przedsiębiorstwa niedysponujące taką infrastrukturą będą się zmagać z problemami i będą uzależnione od dostawców usług, jeśli chodzi o transformację swoich modeli biznesowych.
  • Tradycyjne przedsiębiorstwa przenoszą swoje obciążenia do architektury brzegowej
    • Według raportu GXI Vol. 4 do 2023 r. tradycyjne przedsiębiorstwa w sektorach takich jak bankowość i ubezpieczenia, produkcja przemysłowa oraz usługi biznesowe i specjalistyczne będą odpowiadać łącznie za 30% globalnej przepustowości połączeń bezpośrednich. Główną przyczyną tego zjawiska jest potrzeba przenoszenia obciążeń na brzeg sieci przy jednoczesnym skalowaniu głównej infrastruktury informatycznej. Oczekuje się, że do 2023 r. wzrost zapotrzebowania na przepustowość połączeń bezpośrednich ze strony tych tradycyjnych przedsiębiorstw wyniesie 50% rocznie.
    • Jeśli chodzi o tradycyjne przedsiębiorstwa, największy wzrost zapotrzebowania na przepustowość odnotują sektory takie jak ochrona zdrowia, nauki przyrodnicze, administracja publiczna i szkolnictwo, z uwagi na realizację prywatnych i publicznych projektów w zakresie sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Składana łączna stopa wzrostu przepustowości w tych sektorach w okresie od 2019 do 2023 r. wyniesie 47%.
  • Przedsiębiorstwa korzystają z „efektu sieciowego”
    • Przedsiębiorstwa starają się maksymalnie wykorzystywać przewagę cyfrową przez zwiększanie swojej obecności w lokalizacjach o największej liczbie użytkowników i dostawców oraz o największym natężeniu ruchu. Zjawisko to jest znane jako „efekt sieciowy”. Według IDC do 2025 r. 80% liderów cyfrowych skorzysta na połączeniu z wieloma ekosystemami, w tym zapewni korzyści swoim klientom końcowym[1]. Potrzeba udostępniania aplikacji w środowiskach cyfrowych w celu zwiększania zaangażowania w czasie rzeczywistym jest kluczowa dla przedsiębiorstw i tworzy tzw. efekt sieciowy. W raporcie GXI Vol. 4 przewiduje się, że pojemność łączy dostarczana przez usługodawców sieciom i dostawcom usług chmurowych i informatycznych będzie stanowić dwa główne źródła przepustowości dla całego ekosystemu, a jej składana łączna stopa wzrostu w okresie od 2019 do 2023 r. ma wynieść 49%.

Raport GXI Volume 4 prezentuje wnioski wynikające z monitorowania, pomiaru i prognozowania wzrostu przepustowości połączeń bezpośrednich, czyli całkowitej pojemności łączy udostępnianych na potrzeby prywatnej, bezpośredniej wymiany danych, z udziałem różnych partnerów i dostawców, w rozproszonych punktach wymiany informacji znajdujących się w kolokacyjnych centrach przetwarzania danych niezależnych od operatora.

  • David Cappuccio, wiceprezes i starszy analityk, oraz Henrique Cecci, dyrektor i starszy analityk w firmie Gartner:

„Ponieważ usługi połączeń bezpośrednich, usługi chmurowe, chmury rozproszone, usługi brzegowe i usługi SaaS zyskują na popularności, pozostawanie wyłącznie przy tradycyjnym centrum przetwarzania danych będzie przynosić ograniczone korzyści. Zmiany w podejściu do świadczenia usług klientom i przedsiębiorstwom nie następują z dnia na dzień. Jest to proces ewolucyjny. Trend ten — w połączeniu z nową rzeczywistością, w której czynniki zewnętrzne mogą ograniczyć fizyczny dostęp do centrum przetwarzania danych (np. nagła kwarantanna) — wymusza nowe spojrzenie na planowanie infrastruktury[2].”

  • Debika Bhattacharya, wiceprezes ds. globalnych rozwiązań w firmie Verizon Business:

„Jako że pandemia wywołała nagłe przejście na pracę zdalną w skali globalnej, nasi klienci ponownie docenili potrzebę niezawodnych rozwiązań sieciowych. Nadanie priorytetu transformacji cyfrowej i łączności w chmurze jest dziś konieczne. Naszym najwyższym priorytetem jest dostarczanie klientom zróżnicowanych rozwiązań zwiększających elastyczność biznesową, tak aby mogli osiągać swoje cele i ograniczać ryzyko.”

  • Claire Macland, wiceprezes Equinix ds. marketingu:

„Liderzy cyfrowi muszą przygotować się na ożywienie gospodarcze po ustąpieniu pandemii przez zaplanowanie i wdrożenie odpowiednich projektów cyfrowej transformacji już teraz. Naszym zdaniem te przedsiębiorstwa, które mają infrastrukturę bazową łączącą różne miejsca, partnerów i możliwości, uzyskają w dłuższym okresie przewagę nad konkurencją.”

  • Eugene Bergen Henegouwen, prezes Equinix w regionie EMEA:

„Pandemia COVID-19 przyspieszyła transformację cyfrową, którą przedsiębiorstwa z regionu rozpoczęły już wcześniej. Składana łączna stopa wzrostu w Europie na poziomie 45% świadczy o zwiększonym zapotrzebowaniu ze strony przedsiębiorstw na pojemność łączy bezpośrednich w celu konkurowania w coraz bardziej cyfrowej gospodarce. Obecnie jeszcze bardziej kluczowe dla przedsiębiorstw stało się znalezienie innowacyjnych sposobów łączenia się z klientami i partnerami, aby uzyskiwać przewagę nad konkurencją w coraz bardziej zdalnym i rozproszonym środowisku.”

  • Robert Busz, dyrektor zarządzający Equinix w Polsce:

„Dostęp do globalnej infrastruktury cyfrowej i możliwość przejścia na hybrydowe środowiska wielochmurowe są obecnie kluczowym źródłem przewagi konkurencyjnej dla przedsiębiorstw każdej wielkości i podstawowym wymogiem dla firm, które chcą rozwijać się w coraz bardziej cyfrowej gospodarce. Jak przekonaliśmy się za sprawą COVID-19, firmy muszą być przygotowane na każdą sytuację. Elastyczność, zwinność, odporność na dynamicznie zmieniające się wyzwania oraz umiejętność nadążenia za rosnącymi potrzebami klientów mają kluczowe znaczenie biznesowe dla firm w Polsce. Pomagamy naszym klientom to osiągnąć dzięki świadczonym przez nas usługom połączeń bezpośrednich.”

[1] „ IDC FutureScape Webcast: Worldwide Digital Transformation 2020 Predictions”, IDC, Doc # US46287720, maj 2020 r.

[2] „Your Data Center May Not Be Dead, but It’s Morphing”, Gartner, 17 września 2020 r.

Polak, który uratował Teslę (dwa razy)

To jego mistrzowska kalkulacja uratowała Tesla Model S, a szybkie decyzje umożliwiły prezentację nowego modelu miłośnikom marki w zaplanowanym pierwotnie terminie. Asertywność Polaka, a przede wszystkim efekty niekonwencjonalnego działania, zyskały ogromne uznanie Elona Muska oraz jego bliskich współpracowników. Kiedy jeden z nich postanowił odejść z Tesli i założyć największą w Europie fabrykę litowo-jonowych baterii – to właśnie do niego zgłosił się z propozycją współpracy. Adam Drewniany – bo o nim mowa – już 3 listopada zaprezentuje case studies projektów realizowanych dla Tesli podczas „Industry NEXT. The New Reality” – Kongresu będącego częścią największych targów przemysłowych ITM Industry Europe 2020.

Z Teslą jestem związany od 2001 roku. W tamtym czasie samochód elektryczny nie istniał w marzeniach młodych entuzjastów sportów motorowych, eleganckiej klienteli salonów samochodowych, czy po prostu zwykłych użytkowników aut. Był akceptowalną formą transportu jedynie na polu golfowym lub w zakładach przemysłowych, gdzie przewóz produktów z wykorzystaniem silnika elektrycznego był po prostu mniej uciążliwy – w porównaniu do awaryjności i zapachu, jaki pozostawiały za sobą silniki spalinowe. I to właśnie wtedy w jednym umyśle pojawił się koncept samochodu sportowego, który nie dość, że miał cechować się niesamowitym wyglądem, to miał dorównywać w przyspieszeniach większości egzotyków produkowanych we włoskich i niemieckich fabrykach. Tak, Elon Musk miał tę wizję. Miał też ogromną chęć wzniecenia rewolucji w motoryzacji i niesamowitą ilość energii do ciężkiej pracy. Pewnie miał też trochę szczęścia i – mam nadzieję – że drobną jego częścią byłem ja. W tamtym okresie moje zakłady były zlokalizowane w San Carlos w Kalifornii – w miejscowości, w której urodziła się Tesla. Prawdopodobnie to właśnie ze względu na sąsiedztwo i moją ówczesną reputację, dostałem do przeanalizowania i wyceny produkcję podzespołów do samochodu przyszłości – Tesla Roadster – i od tego się zaczęło – mówi Adam Drewniany.

Tesla Model S

Tesla S
Tesla S

Model S powstał w 2008 r., a już w 2009 r. jego prototyp został zaprezentowany światu. Po sukcesie Roadstera nowy model Tesli wzbudzał ogromne zainteresowanie – niekończące się zamówienia płynęły od entuzjastów samochodów przyszłości z całego świata. Cały zespół Tesli pod kierunkiem Muska pracował bez ustanku nad wykonaniem i dopasowaniem tysięcy części składających się na końcowy produkt o niekwestionowanej perfekcji. Wizualizacje Tesla Model S obiegły media na całym świecie – premiera została wyznaczona na lato 2012 r. – W maju 2012 r. otrzymałem telefon od VP Global Supply Tesli z informacją, że pojawił się duży problem, który nigdy nie powinien się pojawić i że w pewnym sensie może on zrujnować wizerunek Tesli. Wszystkie baterie – serce samochodu – produkowane były w ograniczonych ilościach na prototypach doświadczalnych. Produkcja Battery Pack na masową skalę musiała się rozpocząć w ciągu trzech miesięcy, ponieważ światowe wejście na rynek Modelu S zostało już zapowiedziane na 1 września. Niestety, żadna firma działająca w branży produkcji Battery Pack nie podejmie się ustawienia produkcji w czasie krótszym niż 10 – 14 miesięcy. Zgodnie z harmonogramem – do 1 września musiało zostać wyprodukowanych 300 setów Battery Pack, a produkcja miała być zwiększana do 1800 setów tygodniowo. Aby przybliżyć skalę problemu dodam, że skorupa modułu Battery Pack jest największą częścią w tym samochodzie. Obróbka takich części wymaga maszyn, które nie były dostępne na rynku w tamtym czasie. Wymaga dużej hali, która pomieści maszyny oraz szeregu ludzi, którzy będą w stanie te maszyny obsługiwać. I znowu pojawia się ten znajomy cykl odczuć: wizja, praca i szczęścia łut. To pierwsze zaczyna się już kształtować, ale kolejne obarczone są wieloma znakami zapytania. Swojej pracy mogę być pewien, ale tu potrzebna jest praca dziesiątek, może setek ludzi. Odpowiadam: tak. Jednak pod warunkiem, że Elon Musk, wykorzystując swoją pozycję w tym biznesie, przekona właścicieli firmy Hass, aby zmienili produkcję maszyn, dostosowując ją do mojej koncepcji i moich wymagań – dodaje Adam Drewniany.

Dalsza historia toczy się lawinowo. Teksas ma mniej ograniczeń dla rozwoju przemysłu niż Kalifornia – stąd wybór pada na Teksas. Czerwiec: Adam Drewniany kupuje budynek starej szkoły i przerabia pod produkcję dedykowaną dla Tesla Battery Pack. Lipiec: trwa poszukiwanie pracowników – udaje się nawiązać współpracę z lokalnym więzieniem i pozyskać więźniów do pracy w zakładzie (oczywiście tylko tych z pozwoleniem na przepustki). Koniec lipca: instalacja, programowanie i uruchomienie maszyn Hass. Wszystkie niesamowicie skomplikowane procesy, inspekcje, testy bezpieczeństwa mechanicznej wytrzymałości produktu robione są na czas. – Produkcja zostaje uruchomiona. Pod koniec sierpnia dostarczam do Tesli 300 nowych Battery Pack. Wiadomość o sukcesie Tesli szybko przedostaje się do mediów. Wartość firmy momentalnie się podwaja, potraja – i pozostawia w tyle pozostałe koncerny. Po tym niezwykłym i pełnym wyzwań doświadczeniu, do dzisiaj produkuję Battery Pack do Modelu S, a także X – podsumowuje Adam Drewniany.

COVID-19 wymusza zmianę misji służb specjalnych

Według „The New York Times”, światowa rywalizacja o wynalezienie szczepionki przeciw COVID-19 spowodowała zmianę misji głównych agencji wywiadowczych na całym świecie, co „przypomina wyścig kosmiczny”. To zmiana – według przytaczanych ekspertów – która należy do najszybszych w historii.

W opinii dziennika każda większa służba szpiegowska na świecie próbuje dowiedzieć się, co robią inni w badaniach nad koronawirusem i wykraść informacje o tych badaniach. Duża część tego biomedycznego szpiegostwa ma miejsce w instytucjach międzynarodowych, takich jak Organizacja Narodów Zjednoczonych i Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), gdzie szpiedzy próbują uzyskać dostęp do przydatnych danych z rywalizujących krajów. Centralna Agencja Wywiadowcza i inne zachodnie agencje szpiegowskie uważnie obserwują swoich rywali, w tym chińskich i rosyjskich agentów, wewnątrz WHO.

Federalne Biuro Śledcze podjęło się ochrony amerykańskich uniwersytetów i korporacji, wykonujących najbardziej zaawansowane prace nad wirusem, w tym Uniwersytetu Północnej Karoliny (UNC). Według źródeł gazety, Departament Epidemiologii UNC został ostatnio poddany ciągłemu atakowi ze strony zagranicznych hakerów, podobnie jak główne amerykańskie firmy farmaceutyczne, w tym Gilead Sciences, Novavax i Moderna. W niektórych przypadkach szpiedzy próbowali uzyskać bezpośredni kontakt z naukowcami biomedycznymi.

Jednym z powodów, dla których administracja prezydenta USA Donalda Trumpa zdecydowała o zamknięciu chińskiego konsulatu w Houston w lipcu 2020 r. było – zdaniem gazety – przekonanie, że chińscy szpiedzy wykorzystali go jako bazę, z której nawiązywano kontakty z amerykańskimi naukowcami.

Pomimo, że oficjalnie stanowisko USA w sprawie wyścigu szpiegowskiego dotyczącego koronawirusa jest czysto obronne, to jednak amerykańskie agencje wywiadowcze również próbują dowiedzieć się, jaką wiedzę posiadają rosyjscy, chińscy i irańscy naukowcy.

Źródło: The New York Times z 05.09.2020 r.

Prawie 300 proc. wzrost wartości transakcji za zakupy spożywcze online

Według danych Tpay średnia wartość e-koszyka w kategorii zakupów artykułów spożywczych wzrosła ze 105 PLN w pierwszym kwartale br. do 226 PLN w czasie lockdownu. Nadal utrzymuje się tendencja wzrostowa e-koszyka osiągając 239 PLN w okresie wakacyjnym. Restrykcje związane z pandemią na stałe zmieniły nawyki zakupowe Polaków – konsekwentnie wzrasta ilość wykonanych transakcji przelewem +8 proc. oraz BLIKIEM +43 proc.

Branża spożywcza w czasie pandemii odnotowała znaczący wzrost liczby transakcji online, aż o +128 proc. Wartość obrotu również wzrosła o +276 proc. Ta tendencja utrzymuje się również po okresie lockdownu, osiągając 125 proc. wzrost liczby transakcji oraz 284 proc. wzrost wartości transakcji w porównaniu z okresem z początku roku. Widzimy, że zmiany zachowań konsumenckich – zapoczątkowane utrzymaniem bezpiecznego dystansu społecznego, przekształciły się w wygodne, codzienne rozwiązania zakupowe, komentuje Paweł Działak, Prezes Tpay – integratora płatności online.

Zmiany preferowanych form płatności

W efekcie rekomendacji utrzymania dystansu społecznego i unikania płatności gotówką, konsumenci zaczęli korzystać z płatności online i zakupów z dostawa do domu. Według danych NBP po II kw. br. ogólna liczba operacji kartowych spadła z 1,6 mld w II kw. 2019 r. do 1,5 mld w II kw. 2020 r. W tym czasie liczba transakcji gotówkowych zmniejszyła się ze 176 mln do 122 mln.

Znacznie wzrosło zainteresowanie e-przelewami i płatnościami pay-by-link o +22 proc. oraz bezdotykowymi transakcjami BLIKIEM o +38 proc. Według danych Mastercard, 32 proc. “ubankowionych” Polaków deklaruje, że w trakcie pandemii częściej kupuje online. 25 proc. z nich zamierza utrzymać ten nawyk[1].

Nowa grupa konsumencka

Podczas lockdownu, do grupy zaznajomionej już z zakupami internetowymi, dołączyli nowi uzytkownicy. Co trzecia osoba powyżej 60. roku życia zapłaciła kartą wyłącznie ze względu na pandemię[2]. Aktywacja starszych użytkowników wpłynęła na wzrost zakupów wykonywanych z komputerów stacjonarnych[3] – aż 51 proc. robiło zakupy z komputera, 47 proc. z urządzenia mobilnego, a 2 proc. stanowiły transakcje wykonane z tabletu. Użytkownicy 60+ stanowili 5 proc. wszystkich osób wchodzących na panel transakcyjny Tpay. Największą grupę tworzyły osoby w wieku 25-34 (42 proc.) oraz 35-44 (19 proc.), z czego 55 proc. to mężczyźni.

Dane Tpay – okresy porównawcze:

  • przed pandemią: 01.01-15.03.2020
  • pandemia/lockdown: 16.03-31.05.2020
  • po lock down: 01.06-15.08.2020

[1] Money.pl

[2] badanie Santander Consumer Banku, 18 maja 2020

[3] dane wewnętrzne Tpay – I i II kw. 2020 r. w okresie przed pandemią: 01.01-15.03.2020 vs 16.03 do 31.05.2020

Elektryczne hulajnogi w Europie – na kim może wzorować się Polska

Bruksela planuje wymagać od operatorów wykorzystywania zielonej energii, Mediolan stworzył rozbudowaną sieć parkingów, a Paryż wybrał 3 dostawców pojazdów. Europejskie metropolie kwestie e-hulajnóg porządkują we własnym zakresie. Regulacje w Polsce stanęły natomiast w martwym punkcie.

Prace polskiego rządu nad regulacjami dot. UTO przeciągają się, a szczątkowe informacje wypływające do opinii publicznej nie są jednoznaczne. Władze poszczególnych miast powoli zaczynają brać sprawy w swoje ręce – w Gdańsku zaprojektowano bowiem 200 przystanków dla hulajnóg oraz rozpoczęto prace nad wyznaczeniem obszarów, w których powinno dojść do ograniczenia prędkości. Przykład mogą czerpać z europejskich metropolii.

Przetarg na dostawców w Paryżu

Władze Paryża postanowiły mieć dużą kontrolę nad operatorami działającymi w obrębie miasta. 23 lipca br. rozstrzygnięto przetarg – wyłoniono w nim 3 firmy, które otrzymały licencję na działalność przez kolejne 2 lata. Będą one mogły wystawić w mieście flotę 5 tys. e-hulajnóg.

– Wszyscy operatorzy, którzy wzięli udział w przetargu, zostali ocenieni według trzech kluczowych kryteriów: odpowiedzialności za środowisko, bezpieczeństwa użytkowników oraz zarządzania operacjami, czyli procesami ładowania czy serwisami pojazdów. Każda hulajnoga Dotta w Paryżu będzie wyposażona w wymienną baterię, ładowaną energią odnawialną, a nad niezawodnością całej floty czuwa wyspecjalizowany zespół wewnętrzny – mówi Borys Pawliczak, General Manager w Dott Polska.

Ponadto miasto stworzy 2,5 tys. specjalnych miejsc parkingowych, w których będzie można zostawić hulajnogi.

Zielona energia w Brukseli

Działalność operatorów w Brukseli została uregulowana 1 lutego 2019 r. Wśród głównych zapisów dot. e-hulajnóg znajdują się wymogi dot. specyfikacji technicznej pojazdów, a także wobec samych operatorów. Muszą oni posiadać specjalne licencje, przedstawiać sprawozdania operacyjne, a także mają nakaz uczestniczenia w otwartym systemie umożliwiającym geolokalizację wszystkich hulajnóg na publicznie dostępnej platformie. Ponadto muszą posiadać ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej.

Dodatkowo belgijski rząd zaczął rozważać regulacje, wymuszające na operatorach ładowanie e-hulajnóg zieloną energią. Miasto współpracuje również z gminami, aby zdefiniować obszary, w których pojazdy te powinny być zupełnie zakazane.

Mediolan z rozbudowaną strefą parkingową

W Mediolanie hulajnogi można parkować na poboczu drogi (jeśli nie jest to wyraźnie zabronione) bądź na specjalnie stworzonych parkingach (pierwotnie służących dla rowerów). Jest ich obecnie ponad 32 tys. i liczba ta stale rośnie. W dzielnicy Cerchia dei Navigli wypożyczenia można zacząć i zakończyć tylko w tego typu strefach parkingowych. Takie strefy rozwiązują problem porozrzucanych po ulicach pojazdów. Nie zmniejszają przy tym komfortu korzystania z UTO, ponieważ dostępne są one praktycznie na każdym kroku.

Operatorzy w Mediolanie działają na podstawie specjalnej licencji. W drodze przetargu wybrano 3 firmy, które mogą świadczyć swoje usługi w mieście. Poza tym władze mają wpływ na liczebność floty – w tym momencie każdy z podmiotów może posiadać 700 pojazdów, ale rozważane jest już zwiększenie tego limitu oraz rozszerzenie strefy z pozwoleniem na przemieszczanie się e-hulajnogami o kolejne dzielnice.

FBI reorganizuje swoje jednostki ds. zwalczania cyberprzestępczości i cyberszpiegostwa

Federalne Biuro Śledcze Stanów Zjednoczonych reorganizuje swoje wydziały ds. cyberprzestępczości i cyberszpiegostwa. Chodzi o usprawnienie dochodzeń w sprawie włamań komputerowych, których dopuszczają się zorganizowani cyberprzestępcy, a także obce państwa, które wykradają tajemnice rządowe i korporacyjne.

Według agencji Reutera, FBI podjęło decyzję o reorganizacji swoich działów cybernetycznych po tym, jak przestępstwa internetowe i przypadki szpiegostwa wzrosły w 2019 roku do bezprecedensowego poziomu. Częściowo wynikało to z epidemii COVID-19. Oprócz szkód wyrządzonych bezpieczeństwu narodowemu, odnotowuje się olbrzymie straty finansowe.

W wywiadzie dla agencji Reuters Matt Gorham, zastępca dyrektora Wydziału Cyberprzestępczości FBI (założonego w 2002 r.), powiedział, że reorganizacja obejmuje zarówno Biura ds. Cyberprzestępczości, jak i jednostkę zwalczającą zagraniczne szpiegostwo w cyberprzestrzeni. Większa rola zostanie nadana Narodowej Wspólnej Grupie Roboczej ds. Cyberprzestępczości (NCIJTF), będącej forum specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa z ponad 30 agencji federalnych USA, w tym Secret Service, Narodowej Agencji Bezpieczeństwa (NSA), Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego i Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA).

W nowym systemie NCIJTF będzie służyć jako organ koordynujący wysiłki rządu USA w zakresie cyberbezpieczeństwa. Ponadto FBI tworzy „centra misji” zlokalizowane w różnych jednostkach cybernetycznych, które będą skupiać się na konkretnych aktorach cyberszpiegostwa, takich jak Iran, Korea Północna, Chiny czy Rosja. Wreszcie zrestrukturyzowany NCIJTF zintensyfikuje kontakty z krajowymi i zagranicznymi organami ścigania, takimi jak Australijska Policja Federalna, a także z dostawcami usług telekomunikacyjnych, którzy stanowią pierwszą linię walki z cyberprzestępczością i szpiegostwem internetowym.

Decyzja zapadła po roku, w którym amerykańskie centrum skarg internetowych otrzymało łącznie 467 361 zgłoszeń o przypadkach włamań i kradzieży, co spowodowało straty w wysokości ponad 3,5 miliarda dolarów (2,7 miliarda funtów) dla osób fizycznych i firm.

Źródło: Reuters News z 01.10.2020 r.

Konieczne działania uszczelniające w systemie ceł i podatku VAT dla zagranicznych sprzedawców e-commerce

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców w najnowszym raporcie przyjrzał się systemowi celnemu oraz podatkowemu dla przesyłek od pozaunijnych sprzedawców e-commerce. ZPP zauważa swoim w opracowaniu, że sektor e-commerce zyskuje na znaczeniu w światowej, a tym samym polskiej gospodarce. Wpływ na to zjawisko ma m.in. epidemia koronawirusa. Jak podaje Związek, w Polsce rynek urośnie o 1/5 w 2020 roku.

E-kanały umożliwiły przetrwanie rodzimych producentów w okresie kryzysu epidemicznego przez zapełnienie ubytków sprzedaży w kanałach tradycyjnych. Do 2025 roku, sprzedaż w e-kanałach stanowić będzie 20% rynku. Innymi słowy, kto za 5 lat nie będzie sprzedawał w sieci, straci co czwartego klienta – pisze ZPP.

– Polska jest dużym i atrakcyjnym rynkiem dla platform i sprzedawców e-commerce. Polacy masowo polubili zakupy online. Pole gry dla sprzedawców i konsumentów jest jednak nierówne. Nie ma równych zasad konkurowania między polskim a chińskim e-commerce. Chińskie przedsiębiorstwa mają do dyspozycji szereg instrumentów rodzimego wsparcia publicznego oraz wykorzystują luki w polskim systemie danin publicznych w sposób daleko niekonkurencyjny – mówi Marcin Nowacki, Wiceprezes ZPP.

– Wszyscy chcemy płacić za towary jak najmniej. To oczywiste. Zapewnienie jak największej różnorodności produktów, konkurencji i liczby podmiotów działających w branży e-commerce leży w interesie nas wszystkich. Jednocześnie, zasady działania w sektorze musza być równe i przejrzyste – zauważa Piotr Palutkiewicz, zastępca Dyrektora Departamentu Prawa i Legislacji ZPP.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców przedstawił szereg rekomendacji mających na celu zapewnienie uczciwej i wysokiej konkurencji w branży e-commerce. Wśród rozwiązań znalazła się m.in. konieczność wprowadzenie systemu informatycznego w ramach e-administracji służącego opłacaniu stawek celnych oraz jego integracja z systemami platform e-commerce.

– Równolegle dzięki wprowadzeniu nowoczesnego i przyjaznego klientom systemu do opłacania ceł, łatwiejsza będzie kontrola, ewentualne opodatkowanie i clenie przesyłek pocztowych z rynków pozaunijnych. Dzięki temu Skarb Państwa może zyskać rokrocznie ponad 2 mld zł – uzupełnia Marcin Nowacki.

ZPP wskazuje również, że należy wykorzystać unijne środki finansowe z Krajowego Planu Odbudowy po kryzysie COVID-19 na wprowadzanie rozwiązań właśnie w zakresie e-administracji celnej i podatkowej.

– Przed Polską są także prace związane z wdrożeniem do polskiego porządku prawnego, unijnych reguł dotyczących zasad zawierania umów na odległość oraz skuteczne egzekwowanie standardów obowiązujących na terenie Wspólnoty – dodaje Piotr Palutkiewicz.

Autorzy raportów wskazują także na kolejne konieczne działania, takie jak ustanowienia w państwach Unii Europejskiej przez sprzedawców spoza UE przedstawiciela, który będzie odpowiedzialny za prawidłową egzekucję przepisów konsumenckich, czy podjęcie przez Pocztę Polską działań ułatwiających polskim eksporterom sprzedaż produktów na rynkach pozaunijnych (szczególnie chińskim) w kanale e-commerce. Pozwoliłoby to osiągnąć Poczcie Polskiej dodatkowe przychody. ZPP apeluje również o zainicjowanie i aktywne uczestnictwo Polski w reformie systemu opłat pocztowych z Chin obowiązujących w ramach UPU. Działanie to powinno być prowadzone zarówno na forum unijnym, jak również innych forach międzynarodowych.

– Na skutek wdrożenia naszych rekomendacji, ograniczone zostanie zjawisko nieuczciwej konkurencji ze strony chińskich sprzedawców i platform e-commerce. Zapewniona zostanie ochrona polskiego konsumenta na równym poziomie, bez względu na lokalizację platformy zakupu. Dzięki temu konkurencja polskich i zagranicznych sprzedawców oraz platform sprzedaży online odbywać się będzie na równych zasadach, a polskie podmioty działające w branży e-commerce będą miały równe szanse na ekspansję na rynkach międzynarodowych – zauważa Nowacki.

W co inwestować w czasie kryzysu?

Obecny kryzys gospodarczy na wiele sposobów oddziałuje na rynki finansowe i kapitałowe. Inwestorzy, aby osiągnąć dodatni zwrot z inwestycji, będą musieli korzystać z bardziej ryzykownych instrumentów. Czy są na to gotowi i czy potrafią ograniczać ryzyko?

Nie ma wątpliwości, że obecna sytuacja gospodarcza staje się bardzo niekorzystna dla inwestorów i posiadaczy oszczędności. Prawie zerowe stopy procentowe utrudniają instytucjom finansowym oferowanie atrakcyjnych produktów depozytowych, podczas gdy wskaźnik inflacji, mimo deflacyjnego charakteru kryzysu wzrósł do 3,2 proc.. Oznacza to, że pieniądze zdeponowane w formie lokat bankowych będą szybko tracić na wartości, a szczególnie trudna stanie się sytuacja osób oszczędzających długoterminowo. Utrata 3 proc. wartości kapitału rocznie przy procencie składanym oznacza, że nasze oszczędności stopnieją o połowę w zaledwie 15 lat. Zakładając, że zostaną utrzymane niskie stopy procentowe, jest to sytuacja bardzo korzystna dla zadłużonych i niekorzystna dla inwestorów. Jak wiadomo, aktualnie najbardziej zadłużonymi podmiotami na świecie są rządy państw. Istnieje więc niebezpieczeństwo, że mając wpływ na wysokość stóp procentowych, będą zainteresowane odniesieniem korzyści z istniejącej sytuacji. Inwestorzy nie mają wyjścia i muszą ratować zgromadzone przez siebie środki.

Wyraźnie widać jednak, że niektóre instrumenty finansowe od początku kryzysu przyniosły całkiem niezłe dochody. Złoto od początku roku podrożało o około 24 proc. Srebro na początku kryzysu taniało, aby od końca marca do sierpnia podrożeć prawie trzykrotnie. Amerykańskie giełdy są w okolicy historycznych rekordów, a technologiczny indeks Nasdaq 100 od końca marca wystrzelił do góry aż o 80 proc. Obecnie wielu inwestorów boi się kupować akcje tak drogo. Inwestycje w akcje i w złoto są postrzegane jako coraz bardziej ryzykowne. Przy tak wysokich cenach zakupu stopy zwrotu wcale nie muszą okazać się atrakcyjne.

Startupy odpowiedzią na potrzeby inwestorów

Inwestorzy mają jednak do dyspozycji coraz więcej metod inwestowania w przedsiębiorstwa nienotowane na giełdzie. Szczególną popularność zdobyły w ostatnich latach inwestycje w startupy, czyli przedsiębiorstwa, najczęściej z branży technologicznej, które znajdują się w początkowej fazie rozwoju i mają wysoki potencjał wzrostu. Zachętą dla inwestorów jest możliwość uzyskania bardzo wysokich stóp zwrotu, często sięgających tysięcy procent. Należy jednak pamiętać o tym, że takie inwestycje wymagają specjalistycznej wiedzy. W przeciwieństwie do spółek giełdowych, startupy nie mają określonych prawem obowiązków informacyjnych. Również obrót ich udziałami jest trudniejszy, a inwestor musi być w stanie ocenić szanse rynkowe przedsiębiorstwa, jego strategię marketingową i sytuację finansową.

Niestety w Polsce wyraźnym problemem wydaje się być niewielka wiedza inwestorów i posiadaczy oszczędności. Szczególnie wyraźne było to w przypadku afery Amber Gold. Bardzo trudno zrozumieć, czemu tak duża liczba klientów, chcąc zainwestować w złoto, zamiast kupić sztabkę lub monetę w kantorze, zdecydowała się zlecić zakup nierzetelnemu pośrednikowi. Brak umiejętności oceny ryzyka przez polskich inwestorów detalicznych to bardzo zła wiadomość w czasie, gdy dochody można osiągnąć tylko dzięki ryzykownym instrumentom, przy czym afera GetBack pokazuje, że problem dotyczy również inwestorów profesjonalnych.

Gdzie szukać wiedzy o inwestowaniu w startupy?

Dla osób chcących inwestować w rynek startupów, ale nieposiadających wystarczającej wiedzy ekonomicznej, rozsądną opcją wydaje się skorzystanie z oferty alternatywnych funduszy inwestycyjnych. Są to specjalistyczne przedsiębiorstwa działające pod lupą Komisji Nadzoru Finansowego, które zgodnie z prawem mogą przyjmować środki od inwestorów oraz alokować je zgodnie ze swoją polityką inwestycyjną. Takie fundusze zatrudniają specjalistów, których podstawowym zadaniem jest redukcja ryzyka inwestycyjnego, dzięki wiedzy z zakresu rozwoju przedsiębiorstw, prawa, marketingu i finansów. Nie bez znaczenia jest fakt, że alternatywna spółka inwestycyjna, będąc również inwestorem, ma interes w powodzeniu finansowym przedsięwzięcia. Jej cele są więc zbieżne z interesem inwestora, podczas gdy tradycyjne fundusze inwestycyjne często spotykają się z zarzutem, że są zainteresowane głównie prowizją a nie wynikami inwestycji.

Ponadto alternatywne spółki inwestycyjne mogą pełnić dość ważną rolę dla samych startupów. Nie tylko dostarczają im kapitału niezbędnego dla funkcjonowania i rozwoju, ale również są doradcą w zakresie biznesowego know how. Jest to kolejny element redukcji ryzyka inwestycyjnego, dzięki któremu młode przedsiębiorstwa mogą skoncentrować się na pracy nad swoim projektem, czyli na tym, na czym najlepiej znają się ich założyciele, podczas gdy spółka inwestycyjna pomaga im w spełnianiu zadań formalnych i administracyjnych.

Banki często rezygnują z finansowania startupów. Powodem jest zarówno wysoki poziom ryzyka, jak i brak wystarczającej historii kredytowej. Oznacza to, że banki z własnej woli rezygnują z finansowania najbardziej dynamicznej gałęzi gospodarki. Istniejący od kilkuset lat model biznesowy banków, polegający na gromadzeniu depozytów i udzielaniu kredytów, staje pod znakiem zapytania, przynajmniej na innowacyjnych rynkach technologicznych. Rolę banków muszą więc przejąć alternatywne spółki inwestycyjne oraz nowoczesne przedsiębiorstwa z sektora technologii finansowych.

Autor: Łukasz Blichewicz – współzałożyciel i prezes zarządu grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.