EBOiR wśród akcjonariuszy Banku BGŻ BNP Paribas

Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBOiR) nabył ok. 4,5% akcji Banku BGŻ BNP Paribas za kwotę 430 mln zł. EBOiR kupił pakiet akcji od Raiffeisen Bank International po finalizacji przejęcia działalności podstawowej Raiffeisen Banku Polska (RBPL) przez Bank BGŻ BNP Paribas.

Przemek Gdański, prezes BGŻ BNP Paribas
Przemek Gdański, prezes BGŻ BNP Paribas

– Zaufanie, jakim obdarzyła nas tak poważana instytucja jak EBOiR, to motywacja do dalszej wytężonej pracy nad rozwojem Banku i umacnianiem pozycji na polskim rynku. Cieszy nas, że EBOiR wierzy w naszą strategię Fast Forward i dostrzega potencjał, jaki daje nam przejęcie działalności podstawowej Raiffeisen Bank Polska, które wzmocni nie tylko nasz Bank, ale cały polski system bankowy – komentuje Przemek Gdański, Prezes Banku BGŻ BNP Paribas.

31 października 2018 r. Bank BGŻ BNP Paribas sfinalizował przejęcie działalności podstawowej Raiffeisen Bank Polska. W ramach tej transakcji Raiffeisen Bank International otrzymał pakiet akcji Banku BGŻ BNP Paribas, a jego część odkupił EBOiR. Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju to międzynarodowa instytucja finansowa wpierająca transformację gospodarek. W Polsce od 1991 r. EBOiR zainwestował 9,3 mld euro w 405 projektów.

Inwestycje społecznie odpowiedzialne – kiedy liczą się nie tylko zyski

Z roku na rok wzrasta znaczenie takich pojęć jak „świadomość obywatelska”, „ekologia” czy „fair trade”. Rośnie także liczba osób, które skłonne są płacić za towary więcej pod warunkiem, że będą produkowane w zgodzie z odpowiadającą im filozofią. Jest to podejście, które pojawia się w kolejnych dziedzinach życia, również w finansach.

SRI (ang: socially responsible investing) to społecznie odpowiedzialne inwestowanie. Jest to swego rodzaju filozofia inwestycyjna, w której ważne są nie tylko wyniki finansowe, ale i to, w jaki sposób zostały osiągnięte. Według danych The Global Sustainable Investment Alliance (GSIA) w 2016 roku rynek aktywów społecznie odpowiedzialnych na świecie osiągnął wartość 22,9 bln dolarów.

Rosnące zainteresowanie

SRI to podejście relatywnie nowe i wielu polskim inwestorom nieznane. Jednocześnie omawiany segment rynku jest jednym z dynamiczniej rozwijających się. W latach 1995-2016 na amerykańskim rynku liczba funduszy wybierających spółki odpowiedzialne społecznie wzrosła z 55 do ponad tysiąca. Powoli trend ten wchodzi także do Polski, choć nadal jesteśmy w początkowej fazie jego rozwoju Faktem jest, że popularność tego typu inwestycji rośnie wraz ze wzrostem zamożności danego kraju. Kwestia odpowiedzialności społecznej zyskuje po prostu na popularności, gdy zaspokojone zostają podstawowe potrzeby.

Na czym społecznie odpowiedzialne inwestowanie polega? Przede wszystkim należy wspomnieć, że SRI jest dość nową koncepcją, co wiążę się z tym, że nie jest ona jednoznacznie zdefiniowania. Jednak w głównej mierze polega ona na świadomym podejmowaniu decyzji przez inwestorów, którzy poza aspektem finansowym inwestycji, zwracają uwagę również na czynniki społeczne, etyczne oraz na te związane z ochroną środowiska. W skrócie: odpowiedzialne inwestowanie nie kieruje się jedynie chęcią wygenerowania jak największych zysków, ale przede wszystkim dba o ogólnie pojęte dobro społeczeństwa i zrównoważony rozwój.

Dwutorowa selekcja

W przypadku inwestowania odpowiedzialnego społecznie istnieje nie tylko selekcja pozytywna, ale i negatywna. Koncepcja ta z założenia wyklucza inwestowanie pieniędzy w przedsiębiorstwa z branży zbrojeniowej czy tytoniowej oraz takie, które łamią prawa pracowników, wykorzystują do pracy dzieci czy znęcają się nad zwierzętami. Czynnikiem wykluczającym firmę z obszaru zainteresowań mogą być także łamanie prawa międzynarodowego, współpraca z reżimami totalitarnymi oraz szkodzenie środowisku naturalnemu.

Po stronie selekcji pozytywnej inwestorzy zwracają uwagę na takie firmy, które dbają o prawa pracowników, prawa człowieka i środowisko naturalne. Etyka biznesu natomiast nie jest dla nich tylko górnolotnym hasłem, lecz istotnym czynnikiem wpływającym na podejmowane decyzje. Pod uwagę brane są takie aspekty jak uwzględnienie w strategii firmy dbałości o zmiany klimatyczne poprzez na przykład zmniejszanie zużycia energii, wspieranie odnawialnych źródeł energii, czy zmniejszanie ilości produkowanych zanieczyszczeń.

Dostępne możliwości

Każdy indywidualny inwestor mógłby na własną rękę wybierać spółki spełniające kryteria, ale wymaga to sporego zaangażowania i bieżącego monitorowania rynku. Dlatego z pomocą przychodzą narzędzia zwalniające z tego obowiązku.

– Na świecie dużą popularnością cieszą się fundusze inwestycyjne nastawione na tego rodzaju spółki. Wybierają one cele inwestycyjne tak, by jak najwięcej na nich zarobić, ale pod uwagę biorą tylko te, które spełniają określone kryteria odpowiedzialności społecznej. Pojawiają się też indeksy gromadzące spółki społecznie odpowiedzialne, a potem produkty inwestycyjne na nich oparte – mówi Bartosz Kucharczyk, kierownik zespołu produktów inwestycyjnych BGŻOptima. – Przykładem takiego indeksu jest Solactive Sustainable Development Goals World EUR, na którym bazują certyfikaty Zrównoważony Rozwój. To dwuletni produkt inwestycyjny oferujący 97-proc. ochronę zainwestowanego kapitału i możliwy zysk na poziomie do 8 proc. – dodaje.

50 spółek odpowiedzialnych społecznie

Potencjalny zysk inwestorów zależy od notowań bazowego indeksu, a ten skupia 50 globalnych spółek wybranych przez Solactive AG przy uwzględnieniu zasad inwestowania odpowiedzialnego społecznie. Wśród firm, które znalazły uznanie twórców indeksu znajdują się m.in. 3M, Accor, AT&T, Danone, Nestle i Wolters Kluwer. Pod uwagę brano także wysoką płynność notowań oraz niską zmienność cen akcji – ma to zmaksymalizować zyski inwestorów. Skład indeksu jest weryfikowany co rok, a oprócz powyższych kryteriów znaczenie ma też odpowiednia (z góry ustalona) dywersyfikacja geograficzna.
Aby inwestorzy otrzymali na koniec (czyli po dwóch latach) 8 proc. zysku indeks musi w okresie inwestycji (porównywany jest odczyt początkowy i końcowy) wzrosnąć lub pozostać na niezmienionym poziomie.

– Tego rodzaju inwestycje przeznaczone są dla inwestorów, którzy oprócz poziomu zysków zwracają uwagę na sposób ich powstania. Nie ma tu miejsca na brak dbałości o środowisko, prawa człowieka czy inne działania będące w opozycji do etycznego sposobu prowadzenia biznesu – zaznacza ekspert BGŻOptima.

Przychody ze sprzedaży Eesti Energia w III kwartale 2018 r. wzrosły o 27% do blisko 200 mln euro

Przychody ze sprzedaży estońskiego koncernu energetycznego Eesti Energia w III kwartale 2018 roku wyniosły 199,7 mln euro, czyli o niemal 27% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wzrost wynikał głównie z wyższych cen rynkowych energii elektrycznej i paliw płynnych, jak również rosnącego wolumenu sprzedaży. Zysk netto wyniósł 10,9 mln euro. Należąca do Grupy Eesti Energia spółka Enefit zamknęła we wrześniu pierwszy rok działalności na polskim rynku z portfolio ponad 100 klientów korporacyjnych i zakontraktowanym wolumenem obrotu 858 GWh energii elektrycznej.

W III kw. 2018 r. w Estonii wyprodukowano 2,5 TWh energii elektrycznej, czyli o 0,7 TWh ponad poziom krajowej konsumpcji. Udział Eesti Energia w całkowitej produkcji energii elektrycznej w tym kraju wyniósł aż 86%. Z rynków, na których obecna jest Grupa, tylko Estonia i Szwecja były w stanie pokryć swoją konsumpcję z produkcji krajowej. Wśród krajów z widcznym deficytem znalazła się m.in. Polska, której konsumpcja energii elektrycznej wyniosła w III kwartale 2018 r. 43,4 TWh przy produkcji na poziomie 37,1 TWh.

– W porównaniu do ubiegłego roku wzrosła sprzedaż wszystkich naszych głównych produktów. Wyższe przychody ze sprzedaży energii elektrycznej i paliw płynnych wynikały zarówno z większej sprzedaży, jak również wyższych cen rynkowych. Przychody ze sprzedaży pozostałych produktów wzrosły głównie dzięki wyższym zyskom ze sprzedaży energii wytworzonej z łupków bitumicznych. Efektem wysokich temperatur był natomiast spadek przychodów ze sprzedaży energii cieplnej i gazowej – powiedział Andri Avila, dyrektor finansowy Eesti Energia.

Wzrost produkcji energii, w tym z OZE

Eesti Energia wytworzyła o niemal 4% więcej energii elektrycznej niż rok temu. Wzrostowi sprzyjała wyższa cena rynkowa w porównaniu z trzecim kwartałem ubiegłego roku. 77,3 GWh wytworzonej energii pochodziło ze odnawialnych źródeł energii, z czego 64,4 GWh w Enefit Green, spółce wchodząca w skład Grupy Eesti Energia (wzrost o 12% r/r). Największy udział w produkcji energii ze źródeł odnawialnych miały farmy wiatrowe, które wytworzyły 47,7 GWh energii elektrycznej (o 18% więcej niż w ubiegłym roku).

Działalność Eesti Energia w Polsce

Enefit, spółka należąca do estońskiej grupy Eesti Energia, we wrześniu br. zamknęła pierwszy rok działalności na polskim rynku z portfolio ponad 100 klientów korporacyjnych. Firma podpisała umowy na łączny wolumen obrotu 858 GWh energii elektrycznej (sprzedaż i zakup energii z OZE) oraz sprzedaż 88 GWh gazu.

– W oparciu o nasze międzynarodowe doświadczenie i zaplecze Grupy Eesti Energia, udowodniliśmy, że jesteśmy partnerem gwarantującym długoterminową stabilność. Nasza strategia przełożyła się na bezpieczeństwo naszych klientów tak ważne szczególnie wtedy, gdy mamy do czynienia z dużą zmiennością cen energii jak w ostatnim roku – mówi Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający Enefit w Polsce.

W ciągu pierwszego roku działalności Enefit sprzedał w Polsce łącznie 495 GWh energii elektrycznej. Oferta firmy kierowana jest do segmentu małych i średnich przedsiębiorstw, jak również największych odbiorców przemysłowych. Wśród klientów Enefit znalazły się firmy z takich sektorów jak: FMCG, handel, przemysł ciężki, logistyka czy segment hotelarsko-gastronomiczny.

Grupa konsekwentnie rozwija swoją działalność w obszarze Odnawialnych Żródeł Energii, oferując również usługę zakupu energii elektrycznej i bilansowania handlowego (POB) dla wytwórców energii ze źródeł odnawialnych w oparciu o swoje wieloletnie doświadczenie na rynkach międzynarodowych. W pierwszym roku działalności Enefit zakontraktował łącznie 362 GWh. Umowy podpisano z farmami wiatrowymi, biogazowniami i farmami fotowoltaicznymi o łącznej mocy wytwórczej 117,5 MW.

30-krotność składki na ZUS – vacatio legis tu nie pomoże

Już wkrótce Trybunał Konstytucyjny przesądzi o losach ustawy znoszącej limit 30-krotności stawek ZUS. Część osób przewidując czarny scenariusz już się martwi o skutki wprowadzenia tej ustawy. Pojawiają się apele o wydłużenie vacatio legis , aby było wystarczająco dużo czasu na przygotowanie się do zmian. Odsuwanie momentu wprowadzenia nie jest jednak żadnym rozwiązaniem problemu – którym jest sam fakt powstania tej ustawy.

Apelowanie o vacatio legis w sprawie 30-krotności jest błędem, bo celem nie jest i nie może być odłożenie w czasie wprowadzenia złych pomysłów. Takie apele mogą sprawiać wrażenie, jakby szkodliwe działania były możliwe do zaakceptowania, a problemem był jedynie czas ich wprowadzenia. Jest inaczej.

Ustawa o zniesieniu limitu składek na ZUS jest szkodliwa dla polskiej gospodarki i jej najcenniejszych pracowników. Obniża ona zarobki, ogranicza konkurencyjność przedsiębiorstw, zwiększa motywację do emigracji i poszukiwania alternatywnych wobec umowy o pracę sposobów zarabiania. Dodatkowo ogranicza ona konsumpcję, która jest obecnie motorem polskiej gospodarki. Wobec nadchodzącego spowolnienia tempa wzrostu, a niektórzy twierdzą nawet, że globalnego kryzysu, podnoszenie obowiązkowych danin na rzecz państwa jest dokładną odwrotnością tego, co należałoby robić. W pełni uzasadnione jest więc oczekiwanie, że rząd wycofa się z tej złej dla gospodarki i pracujących Polaków propozycji. Tym bardziej, że zgodnie z oświadczeniami rządu i władz ZUS-u sytuacja budżetu jest nadzwyczajnie dobra. Powtórzmy zatem – tej ustawy nie należy w ogóle wprowadzać.

Domaganie się opóźnienia wdrożenia ustawy to fałszywy krok. Nie powinniśmy odwlekać wystąpienia choroby, tylko ją leczyć. A jeszcze lepiej wiedząc, że zaraza na pewno kiedyś nadejdzie – należy się zaszczepić. Taką szczepionką na kryzys może być obniżka podatków i wszystkich innych danin. Ten ruch może pomóc utrzymać dotychczasowe, korzystne wyniki gospodarcze. Da też wszystkim pracującym realne korzyści. Jest to o tyle ważne, że do tej pory pracujący Polacy postrzegani byli niemal wyłącznie jako sponsorzy rozmaitych rządowych przedsięwzięć.

Apele do rządu o dłuższe vacatio legis w przypadku ustawy o zniesieniu limitu 30-krotności składki na ZUS to jedynie przykład potwierdzający istnienie o wiele większego problemu. Podatnicy, czyli zarówno pracownicy, jak i pracodawcy, muszą mieć czas na przygotowanie się do zmian – wszystkich zmian, które planuje rząd. Zwłaszcza do zmian niekorzystnych dla gospodarki. Wymyślenie sposobu poradzenia sobie z coraz to nowymi utrudnieniami, jak nieplanowane wcześniej dni bez pracy, czy nowe lub wyższe od dotychczasowych podatki, jest coraz trudniejsze. Zaufanie jakie ma rząd do kreatywności pracowników i menedżerów jest ogromne. Widać to, gdy zobaczymy pełny obraz sytuacji. Nie chodzi bowiem o to, jak dłużej świętować, czy jak zrobić przelew na konto ZUS-u. To faktycznie jest łatwe. Problemem jest za to wymyślenie sposobu, aby potrzebne ludziom produkty zostały wyprodukowane i dostarczone pomimo nieplanowanych przerw w pracy. Jednocześnie trzeba wymyślić, jak to zrobić bez podwyżki cen produktów pomimo wzrostu podatków, czy innych danin.

Co więcej, ambicją Polaków jest nie tylko utrzymanie miejsc pracy, ale też tworzenie nowych, oferujących pracownikom lepsze warunki zatrudnienia. Jak zrobić to pomimo coraz mniejszej opłacalności i trudności działania w warunkach, które rząd nieustannie zmienia „w trakcie gry” na coraz gorsze? Najpewniej to kreatywne zadanie nie zostanie w pełni zrealizowane. Jakieś produkty nie zostaną terminowo dostarczone, podwyżki na niektóre towary i usługi będą musiały być wprowadzone i nie wszystkie nowoczesne stanowiska pracy zostaną utworzone.

Pomysł zniesienia limitu 30-krotności jest z gruntu zły i żaden termin jego wprowadzenia tej sytuacji nie zmieni. Z drugiej strony, można odnieść wrażenie, że dostosowanie się do tej konkretnej ustawy wymaga szczególnego przygotowania. Tak nie jest. Skuteczne wprowadzenie jakiegokolwiek prawa, które utrudnia działanie firm – niezależnie od tego, czy chodzi o dodatkowy dzień wolny, nowe biurokratyczne obciążenia związane z danymi osobowymi, nowe sprawozdania, deklaracje, zaświadczenia, potwierdzenia, zgody, licencje itp. – wymaga bardzo wielu wysiłków i długiego czasu na przygotowanie. Oczywiście najkorzystniej byłoby tych utrudnień nie wprowadzać w ogóle i zastąpić je ułatwieniami, np. w postaci zniesienia biurokratycznych obowiązków, które nic nie dają państwu, a irytują obywateli, którzy zamiast osiągać swoje cele zawodowe zmuszeni są do marnowania czasu i energii na realizację kompletnie zbędnych czynności. Na szczęście rząd to wszystko wie, bo wynika to z licznych, publicznie składanych deklaracji, założeń strategii rządu i konstytucji dla biznesu oraz podstawowej wiedzy o realnych mechanizmach gospodarki. Warto odważnie realizować działania na rzecz wspierania wzrostu gospodarczego, bo zdumiewająco często okazuje się, że wsparcie przedsiębiorstw i pracowników nie tyle wymaga zrobienia czegoś, ile właśnie odwagi do nie robienia niczego, a nawet jeszcze większej odwagi potrzebnej do zaprzestania robienia wielu uciążliwych rzeczy.

Kasjerzy przestaną prosić o kody pocztowe?

Pocztowe numery adresowe (PNA) mają ułatwiać sortowanie przesyłek. Ale pytania o nie pojawiają się przy finalizacji zakupów w sklepach stacjonarnych. Według konsumentów, nieudzielenie odpowiedzi skutkuje niekiedy odmową sprzedaży. Sieci temu zaprzeczają. Kasjerzy nie mają prawa narzucać dodatkowych warunków transakcji. Tego typu działania wzbudziły także zainteresowanie polityków. Firmy zbierają kody pocztowe, aby dowiedzieć się, skąd docierają klienci. Analiza danych pozwala im zoptymalizować dystrybucję materiałów promocyjnych lub podjąć decyzję o lokalizacji kolejnego marketu. Eksperci nie są zgodni co do tego, czy wskazanie kodu przy płaceniu pozwala na identyfikację kupującego. Sygnały o potencjalnych naruszeniach przepisów należy kierować do Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii lub do Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Jednak w ostatnich tygodniach nie dotarło tam żadne tego typu zgłoszenie.

Odmowa sprzedaży

Przed wakacjami do Sejmu wpłynęła interpelacja w sprawie zapytań pracowników sklepów wielkopowierzchniowych o kod pocztowy. Poseł Tomasz Jaskóła z Kukiz’15 skupił się w niej na problemie zgłaszanym przez obywateli. Jak twierdził, chcą oni wiedzieć, dlaczego kasjerzy proszą o informację związaną z miejscem zamieszkania. Najczęściej dochodzi do tego po zakończeniu zakupów, tuż przy kasie. Autor powołał się też na przypadki opisywane na forach internetowych. Wynika z nich, że nieudzielenie odpowiedzi skutkuje czasem odmową sprzedaży. Co prawda są to sytuacje jednostkowe, ale problem faktycznie istnieje.

– Nie wierzę w to, żeby ktoś odmówił sprzedaży, dlatego że klient nie podał kodu pocztowego. Z pewnością żadna sieć handlowa nie wydała takiego polecenia swoim pracownikom. Jeżeli już coś takiego się wydarzyło, to na pewno było indywidualną decyzją jakiegoś sprzedawcy – mówi Sebastian Starzyński, prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Jak podkreśla Agnieszka Świątek-Druś, rzecznik prasowy Urzędu Ochrony Danych Osobowych, sam kod pocztowy nie jest daną osobową. Dopiero gdyby dochodziło do łączenia go z innymi informacjami, umożliwiającymi identyfikację konkretnej osoby, mielibyśmy do czynienia z przetwarzaniem danych osobowych. Wówczas na jego pozyskanie klienci musieliby wyrazić dobrowolną zgodę. Co ważne, na gruncie RODO, nieudzielenie pozwolenia na przetwarzanie danych osobowych nie powinno skutkować odmową realizacji sprzedaży.

– Oprócz sytuacji wyjątkowych, jak wystawienie faktury VAT lub sprzedaży na raty, kod pocztowy nie jest konieczny do zakupu danego towaru. Taką odmowę sprzedaży należy więc uznać za bezpodstawną. Co więcej, praktyka taka byłaby nie tylko złamaniem przepisów RODO, jeżeli w ogóle miałyby zastosowanie, ale narażałaby sprzedawcę na dodatkową odpowiedzialność. Kodeks wykroczeń za nieuzasadnione odmówienie sprzedaży towaru przewiduje bowiem karę grzywny – wyjaśnia Paweł Sych, radca prawny w kancelarii Raczkowski Paruch.

Natomiast Zofia Babicka-Klecor, ekspert w zakresie praw konsumentów z Kancelarii Legal Geek, zwraca uwagę na regulacje kodeksu cywilnego. Wynika z nich, że wystawienie rzeczy w miejscu sprzedaży na widok publiczny z oznaczeniem ceny (m.in. na półce) uważa się za ofertę handlową. Podejście do kasy z towarem przez klienta, w celu dokonania zapłaty, jest równoznaczne z zawarciem umowy. Sprzedawca nie może w takim przypadku narzucać kupującemu dodatkowych warunków zawarcia umowy, np. podania PNA.

Co na to sieci?

– Wprowadzenie RODO nie wpłynęło na nasze podejście. Nie zmieniła się też częstotliwość zapytań. W ten sposób badamy, skąd są osoby odwiedzające sklepy. Na tej podstawie decydujemy, gdzie będzie prowadzona dystrybucja katalogu do skrzynek pocztowych. Ponadto dokonujemy analiz rynkowych. Podanie PNA zawsze jest w pełni dobrowolne. A w przypadku odmowy nie wiąże się z żadnymi konsekwencjami dla klienta. Nasi pracownicy też nie weryfikują, czy podany kod jest zgodny z faktycznym miejscem zamieszkania – zapewnia Krzysztof Janiak z biura prasowego IKEA Retail w Polsce.

Klienci sklepów Auchan Polska również mogą usłyszeć od kasjerów prośbę o podanie kodu pocztowego. Jak wyjaśnia Dorota Patejko, dyrektor ds. komunikacji i CSR, wprowadzenie RODO nie spowodowało zmian w tym zakresie, ponieważ odpowiedzi nie są danymi osobowymi. Firma nie weryfikuje zbieranych informacji. Pozyskuje je, aby analizować, skąd dojeżdżają kupujący. Służy to również optymalizacji dystrybucji gazetek.

– Na podstawie zebranych informacji jesteśmy w stanie m.in. zastanowić się, gdzie w przyszłości warto otworzyć kolejny sklep. Można wskazać wiele placówek, które powstały w wyniku tak prowadzonych badań. Przy każdym procesie inwestycyjnym brany jest pod uwagę obszar zasięgu, tzw. catchment. Może być zdefiniowany przez kody pocztowe. Jeśli wielu klientów dociera do nas z odległych lokalizacji, to oznacza, że może istnieć tam luka związana z ofertą i warto rozważyć budowę nowej placówki – stwierdza Maksymilian Pawłowski, menedżer ds. komunikacji korporacyjnej w Leroy Merlin.

Według Pawła Sycha, sprzedawca powinien na wstępie jasno wskazać klientowi wszystkie cele, dla których pozyskiwany jest PNA. To ma wpływ na wizerunek sklepu. Jeśli kupujący nie uzyska takiej informacji, to może podejrzewać, że sieć handlowa wykorzystuje dane w celach, na które on się nie godzi. Zdaniem eksperta, wyjaśnienie jest jak najbardziej rekomendowane, nawet jeżeli nie wiąże się to z przetwarzaniem danych osobowych.

Bez identyfikowania?

– Niektórzy klienci mogą się poczuć inwigilowani. Wtedy nie udzielają odpowiedzi lub jeszcze gorzej – oszukują, ale to nie jest duży odsetek osób. Tego typu sytuacje w statystyce zaliczamy do kategorii błędów systematycznych, czyli wiemy, że one występują, ale nie jesteśmy w stanie oszacować ich wartości. Możemy je zminimalizować, np. poprzez całkowitą dobrowolność odpowiedzi. Tak naprawdę łatwiej jest podać swój kod pocztowy, niż wskazywać nieprawdziwe dane. Podajemy przecież obszar, na którym mieszkają czasami tysiące, a niekiedy dziesiątki tysięcy osób. To w żaden sposób nie narusza prywatności klienta, nie stanowi też żadnego kosztu dla pytanego – tłumaczy Sebastian Starzyński.

Z kolei Agnieszka Świątek-Druś zaznacza, że pocztowy numer adresowy jest dla przedsiębiorcy zazwyczaj jedynie informacją o tym, w jakim rejonie mieszkają jego klienci. Samo ww. zestawienie cyfr z reguły nie pozwala na zidentyfikowanie konkretnej osoby, nie stanowi więc danych osobowych w rozumieniu RODO. Gdy dochodzi do płatności, np. kartą kredytową lub bankomatową, sklep z reguły zna tylko ostatnie cyfry jej numeru, co również nie pozwala na identyfikację kupującego. Uzupełnienie tej informacji kodem pocztowym z reguły także nie oznacza przetwarzania danych osobowych.

– W mojej ocenie, możliwe jest powiązanie PNA z danymi identyfikującymi osobę, np. uzyskanymi przez sieć handlową podczas płacenia kartą. Wtedy należy już się poważnie zastanowić nad koniecznością stosowania zasad i podstaw przetwarzania danych określonych w RODO. Kluczowe jest jednak to, czy kasjer utrwala kod pocztowy w taki sposób, że informację można powiązać z konkretną transakcją, w której sposób dokonania płatności pozwala zidentyfikować daną osobę – dodaje radca prawny Paweł Sych.

W sklepach Leroy Merlin kody pocztowe są sprawdzane jedynie pod kątem ich rzeczywistego istnienia, o czym przekonuje Maksymilian Pawłowski. Jeśli ktoś poda np. 11-111, to dokonana jest weryfikacja, czy PNA występuje w Polsce. Nie ma analizy pod kątem prawdziwości danych przekazanych przez klienta. Czasem odpowiedź zawiera jedynie cztery cyfry, przez co także musi zostać wykluczona z dalszej analizy. Kody pocztowe w żaden sposób nie są łączone z innymi informacjami. Na tej podstawie nie ma możliwości zidentyfikowania konkretnej osoby.

Brak zgłoszeń

– W lipcu zwróciliśmy się z prośbą o sygnalizowanie przypadków potencjalnych naruszeń do naszego resortu bądź bezpośrednio do Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Chcąc stwierdzić, czy gromadzenie informacji i jego forma są zgodne z przepisami prawa, należy przede wszystkim ustalić, w jakim celu sieci handlowe gromadzą kody pocztowe swoich klientów. Tylko w sytuacji posiadania konkretnych informacji możliwa jest analiza i podjęcie działań w stosunku do odpowiednich podmiotów – informuje Zbigniew Wojciechowski z Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii.

Do tej pory resort nie otrzymał żadnych zgłoszeń o przypadkach potencjalnych naruszeń. Do Urzędu Ochrony Danych Osobowych również nie wpływają skargi związane z pozyskiwaniem PNA od klientów wielkopowierzchniowych sklepów. Agnieszka Świątek-Druś z UODO stwierdza, że dotychczas organ ds. ochrony danych osobowych nie prowadził też postępowań w tego typu sprawach. Dlatego bez znajomości wszystkich szczegółów nie można jednoznacznie ocenić, czy działania te w jakikolwiek sposób naruszają przepisy o ochronie danych osobowych.

– MPiT zwróciło uwagę na potencjalne wykorzystywanie danych klientów do profilowania. Wydaje się jednak, iż z takim rodzajem przetwarzania danych nie mamy do czynienia w opisywanej sytuacji. Aby tak było, musiałoby dochodzić do zautomatyzowanego przetwarzania tych informacji w oparciu, o które podejmowane byłyby określone decyzje dotyczące tych osób. Tego typu praktyki bywają stosowane przez sklepy internetowe, które dysponują całym zestawem informacji o kupującym – twierdzi radca prawny z kancelarii Raczkowski Paruch.

Zdaniem prezesa Instytutu Badawczego ABR SESTA, niektóre przedsiębiorstwa bardzo mocno wykorzystują PNA pozyskane przez kasjerów. Mają do tego kompetencje, narzędzia, ludzi lub decydują się na usługi firm badawczych. Dla nich tego typu informacja stanowi dużą wartość, ale nie każda sieć tak postępuje.

12 listopada – kosztowne wolne dla branży transportowej

100 rocznica odzyskania niepodległości przypada w tym roku w niedzielę. Rząd postanowił zatem podarować obywatelom dodatkowy dzień wolny, czyli 12 listopada. Stosowna ustawa o Święcie Narodowym została przegłosowana w błyskawicznym tempie dopiero 23 października. Jakie skutki dla branży transportowej może mieć tak pospiesznie procedowana legislacja i czy przewoźnicy oraz zawodowi kierowcy mają się czego obawiać?

Dodatkowy dzień wolny a Kodeks Pracy

Ustawa wprowadza sporo zamieszania, chociaż lista zawodów, które tego dnia będą miały wolne, jest stosunkowo krótka. Uspokajając tych, którzy zaplanowali już przewozy w tym dniu – 12 listopada pomimo jednorazowego święta nie będzie obowiązywał zakaz poruszania się pojazdów o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 3,5 tony. Również zgodnie z regulacjami Kodeksu Pracy, praca w święto jest dozwolona dla pracowników zatrudnionych w transporcie i komunikacji, zatem przedsiębiorcy transportowi nie będą zmuszeni do zmiany planów związanych z terminami dostarczenia wcześniej ustalonych ładunków.

Czy to oznacza, że nowe prawo nie będzie miało żadnego wpływu na pracę i wynagrodzenie kierowców? Niezupełnie.

Łukasz Włoch OCRK
Łukasz Włoch, ekspert OCRK

– Pracodawca musi pamiętać, aby w przypadku pracy kierowcy w nowo ustalone święto, zapewnić w zamian inny dzień wolny od pracy w ciągu bieżącego okresu rozliczeniowego. Czyli w praktyce w listopadzie przedsiębiorca będzie zobowiązany do ustalenia planowanej pracy skróconej o jeden dzień roboczy. W sytuacji, gdy nie będzie to możliwe, kierowcy przysługuje 100% dodatek do wynagrodzenia za każdą godzinę pracy – mówi Łukasz Włoch ekspert z Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Normy dotyczące maksymalnego czasu pracy, prowadzenia pojazdu oraz odbierania minimalnych odpoczynków i przerw pozostają identyczne, jak w inne dni pracy kierowcy.

Kto straci, a kto zyska?

– Na dodatkowym dniu wolnym zyskają pracownicy wynagradzani stawką miesięczną, gdyż otrzymają to samo wynagrodzenie za krótszy miesiąc pracy – stracą ci, którzy wynagradzani są godzinowo. Warto również przypomnieć, że zgodnie z Kodeksem Pracy, o ile pracodawca nie ustalił inaczej, za pracę w święto uważa się pracę wykonywaną między godziną 6:00 w tym dniu, a 6:00 dnia następnego. – dodaje Łukasz Włoch z OCRK.

Oczywiście, nowe prawo spowoduje większe komplikacje w transporcie osób, gdzie podróżni mogą czuć się zagubieni we wcześniej ustalonych rozkładach jazdy, które w dni robocze różnią się od tych w dni świąteczne. Dobrze, aby przed taką podróżą pasażer odpowiednio wcześnie ustalił według jakiego rozkładu będą odbywać się w tym dniu zaplanowane przewozy.

Kierowca może mieć wolne. A pozostali?

Dodatkowym problemem jest tutaj również fakt, że chociaż kierowcy są wyłączeni z zakazu pracy, to jednak duża część pracowników innych powiązanych branż już nie[1]. Może więc okazać się, że mimo iż nie będzie obowiązywał zakaz ruchu pojazdów powyżej 3,5 t i ciężarówki dojadą w terminie do magazynów, to nie będzie nikogo, by je rozładować. Naraża to przewoźników na straty związane z niedotrzymaniem kontraktu.

Sposób procedowania ustawy pozostawia wiele do życzenia. Wprowadza chaos i zamieszanie, nie dając w ogóle przestrzeni przedsiębiorcom, by mogli się odpowiednio wcześnie dostosować i naraża ich na straty. Można było uczcić 100-lecie odzyskania niepodległości w bardziej zorganizowany sposób, bez stawiania kogokolwiek pod ścianą i tworzenia ad hoc złych ustaw.

Kosztowne wolne

Nowe, błyskawicznie uchwalone święto niesie za sobą poważne finansowe konsekwencje, gdyż oznacza zmniejszanie PKB o ok. 0,3 proc. W 2017 r. to prawie 6 miliardów złotych[2].

Może też okazać się, że całe wywołane nią zamieszanie było zbędne, bo chociaż prezydent Andrzej Duda potwierdził, że podpisze ją, jeśli zostanie przyjęta, to nie ma wcale pewności, że rzeczywiście tak się stanie. Obrady, na których ma być procedowana, są bowiem przewidziane na 7-8 listopada, czyli na niecały tydzień przed kontrowersyjną datą. Pod uwagę brany jest również scenariusz specjalnego posiedzenia[3], ale szansa, że uśmierzy to w jakikolwiek sposób ból głowy przedsiębiorców z branży transportowej, jest nikła.

[1] https://www.log24.pl/artykuly/12-listopada-2018-r-dniem-wolnym-od-pracy, 9203
[2] https://www.forbes.pl/gospodarka/12-listopada-2018-r-dniem-wolnym-od-pracy-pracodawcy-zalamuja-rece/hlmrfly
[3] https://trans.info/pl/co-z-transportem-12-listopada-jest-odpowiedz-ministerstwa-114080

Analityka czyni biznes bardziej innowacyjnym – badanie SAS

Aż 72% uczestników badania Here and Now: The need for an analytics platform, przeprowadzonego przez SAS, dostrzega zalety analityki, ale tylko 39% używa jej podczas tworzenia strategii biznesowych.

Prawie ¾ organizacji (72%) twierdzi, że analityka jest dla nich źródłem cennych informacji. Natomiast 60% wskazuje, że narzędzia analityczne uczyniły je bardziej innowacyjnymi. Te dane wydają się być sprzeczne z tym, iż tylko cztery na dziesięć organizacji (39%) odpowiedziało twierdząco na pytanie, czy analityka stanowi kluczowy element ich strategii biznesowej. Jedna trzecia respondentów wskazała, że służy ona jedynie do tworzenia planów na najbliższy czas. Pomimo oczywistych zalet wynikających z wykorzystania analityki (aż 65% uczestników badania jest w stanie to określić), większość firm nie wykorzystuje pełnego potencjału posiadanych zasobów.

Analityka zmienia sposób prowadzenia biznesu

Wraz ze wzrostem zainteresowania technologiami, takimi jak sztuczna inteligencja (AI) i Internet rzeczy (IoT), coraz więcej firm za priorytet postawiło błyskawiczną analizę danych. Badanie Here and Now: The need for an analytics platform przeprowadzono wśród ekspertów ds. analityki oraz specjalistów IT z całego świata reprezentujących różne branże. Na podstawie zebranych wyników jednoznacznie stwierdzono, że analityka zmienia sposób, w jaki firmy prowadzą biznes. Wpływa to nie tylko na codzienne działania, ale także napędza innowację – 27% uczestników badania stwierdziło, że analityka pomogła w procesie wdrożenia nowych modeli biznesowych. Wśród najważniejszych korzyści wynikających z implementacji platform analitycznych uczestnicy badania wskazali:

  • krótszy czas przygotowania danych (46%),
  • podejmowanie trafnych decyzji biznesowych (42%),
  • szybszy wgląd w dane (41%).

Wyniki badania wskazują, że przedstawiciele biznesu chcą wykorzystywać analitykę do zwiększenia efektywności i poprawy konkurencyjności twierdzi Adrian Jones, dyrektor SAS Global Technology Practice. Większość respondentów ma świadomość, że analityka przynosi korzyści ich organizacji, szczególnie w kontekście możliwości, jakie daje sztuczna inteligencja. Jednak liczba podmiotów, w których rozwiązania analityczne obejmują swoim działaniem całą organizację, mogłaby być znacznie większa.

Problemem biznesu jest brak odpowiednich umiejętności oraz niedobór ekspertów od analityki, co pozwoliłoby na wykorzystanie w pełni potencjału danych. Wiele organizacji ma problemy z koordynacją działania wielu systemów i procesów analitycznych.

Opinie uczestników badania SAS na temat korzyści wynikających z wdrożenia platform analitycznych w ich organizacjach były bardzo zróżnicowane. Najczęściej wskazywali oni możliwość „wydobycia wartości z danych” (61% odpowiedzi). Wśród odpowiedzi pojawiały się również: lepsze zarządzanie informacjami, tworzenie modeli predykcyjnych oraz możliwość wykorzystania rozwiązań open source.

59% badanych zwraca uwagę na możliwość integracji bądź też centralizacji ekosystemu danych, które zapewniają platformy analityczne, podczas gdy 43% docenia funkcjonalności związane z modelowaniem i tworzeniem algorytmów na potrzeby projektów sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego.

Kompleksowe platformy analityczne powoli wkraczają do biznesu

Jak wynika z badania SAS, firmy zdają sobie sprawę z tego, że analityka wspiera rozwój ich biznesu, ale nie rozumieją, jakie korzyści wynikają z implementacji kompleksowych platform analitycznych obejmujących swoim działaniem całą organizację oraz pełen cykl analityczny. To by wyjaśniało dlaczego jedynie niewielki odsetek przedsiębiorstw korzysta z zaawansowanych narzędzi analitycznych. Z badania SAS Enterprise AI Promise Study wynika, że tylko 24% respondentów jest przekonana, że posiada odpowiednią infrastrukturę na potrzeby projektów sztucznej inteligencji. Ponadto, aż 53% badanych wskazało, że potrzebuje aktualizacji, dostosowania lub wręcz wdrożenia od podstaw rozwiązań dla inicjatyw AI.

Zespoły IT obawiają się ogromu danych

Pomimo szerokiej gamy zastosowań analityki, poziom zaufania wobec końcowych wyników jest wysoki i wynosi średnio 70%. Respondenci, którzy udzielili tej odpowiedzi stwierdzili, że mogą wydobyć wartościowe dane biznesowe dzięki analityce. Organizacje inwestujące w kompetencje data science osiągają lepsze wyniki w zakresie zwrotu z inwestycji w projekty analityczne. Zaufanie względem otrzymanych wyników wzrasta do 72% w przypadku analityków i spada do 65% dla standardowych zespołów IT.

Przedstawiciele zespołów analitycznych są w dużej mierze przekonani, że będą w stanie stawić czoła zadaniom związanym z analizą rosnących zbiorów danych, takiej odpowiedzi udzieliło 66% respondentów. Tymczasem reprezentanci standardowych zespołów IT są bardziej sceptyczni w tym zakresie (jedynie 59% odpowiedzi).

Gdy rozmawiamy z liderami biznesu, którzy wdrażają strategie w obszarze rozwoju projektów analitycznych i sztucznej inteligencji, często spotykamy się z opinią, że wyzwaniem jest brak odpowiedniej technologii oraz specjalistów z zakresu data science – stwierdził Randy Guard, Executive Vice President i Chief Marketing Officer w SAS. Dlatego współczesne przedsiębiorstwa potrzebują kompleksowych platform analitycznych, które umożliwiają realizację pełnego cyklu analitycznego w celu przetworzenia danych w decyzje. Są one najskuteczniejszym narzędziem zapewnianiającym dziś sukces rynkowy.

Raport Here and Now: The need for an analytics platform prezentuje wyniki badania, które składało się z dwóch faz. Pierwsza z nich polegała na pogłębionych wywiadach z przedstawicielami 132 firm i instytucji publicznych z regionu EMEA. Wśród uczestników badania znaleźli się użytkownicy platform analitycznych, decydenci z obszaru IT, szefowie zespołów analitycznych i specjaliści z zakresu data science. Kolejnym etapem były ankiety internetowe przeprowadzone wśród grupy 477 respondentów.

Długoterminowa prognoza kursu dolara, euro i funta

Euro da jeszcze zarobić w tym roku, amerykański dolar na listopadowej liście zakupów, a funt brytyjski z szansą na szybkie wzrosty.

Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI
Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI

Pierwszy listopadowy tydzień rozpoczął się na rynkach walutowych dosyć spokojnie. Dolar zyskiwał nieco na wartości, a tym samym notowania EUR/USD spadły poniżej granicy 1,14. To zapewniło pośrednio stabilizację polskiej waluty. PLN wyceniany był na 4,3026 za EUR, 3,7730 względem amerykańskiego dolara i na 4,9220 w relacji do funta szterlinga. Jednocześnie rentowności polskiego długu szacowane są na 3,206 proc. w odniesieniu do obligacji 10-letnich.

Według ekspertów Aforti Exchange, w perspektywie długookresowej:

  • euro da jeszcze zarobić inwestorom w tym roku
  • amerykański dolar – o ile strefa 3.7400 – 3.7560 utrzyma się – zyska idealny moment do zakupu
  • funt brytyjski ma duże szanse szybkie wzrosty.

EUR/PLN – europejska z potencjałem do zysków

Nie ulega wątpliwości, że październik 2018 roku zdecydowanie ‘należał’ do posiadaczy wspólnej waluty. Trwały powrót powyżej strefy 4.2900 – 4.3080 to wstępny sygnał do ataku na górne ograniczenie szerokiego kanału spadkowego. Dodatkowo, utrzymanie się notowań powyżej poziomu 4.3180 będzie wyraźną oznaką siły europejskiej waluty.

Biorąc pod uwagę dość znaczące wzrosty w minionym miesiącu, notowania narażone będą
na lokalną korektę, co pozwoli na realizację zysków, a w przypadku utrzymania się rynku powyżej poziomu 4.3080, zakupy EUR będą jak najbardziej uzasadnione.

Celem popytu w listopadzie 2018 roku będzie lokalny szczyt w cenie 4.3680, a w przypadku jego naruszenia, notowania otworzą sobie drogę nawet w rejon szczytu z listopada 2011 roku w cenie 4.5000.

2018-11-06 Notowania EUR_PLN_wykres
Źródło: Aforti Exchange – notowania EUR/PLN w układzie miesięcznym

USD/PLN – warto jeszcze poczekać z zakupem amerykańskiej waluty

Zdecydowane wybicie, długo ograniczającego rynek, oporu w cenie 3.7400 spowodowało silne umocnienie dolara amerykańskiego. Październik 2018 roku przyniósł test poziomu 3.8320, a więc miniony miesiąc zakończył się ponad 16-groszowymi wzrostami. Tym samym korekta na początku listopada 2018 nie powinna dziwić inwestorów.

Jeżeli strefa 3.7400 – 3.7560 utrzyma się, będzie to idealny moment na zakupy USD, których pierwszym celem jest poziom 3.8700 z realnym potencjałem osiągnięcia poziomu 4.0400 w najbliższych miesiącach.

2018-11-06 Notowania USD_PLN_wykres
Źródło: Aforti Exchange – notowania USD/PLN w układzie miesięcznym

GBP/PLN – szansa na szybkie wzrosty funta szterlinga w kolejnych tygodniach

Układ długoterminowy premiuje w przypadku funta brytyjskiego stronę popytu, gdyż silna, pro-wzrostowa formacja oRGR jest wciąż aktualna.

Jednak póki co, silna strefa oporu 4.8815 – 4.9360 skutecznie ogranicza realizację wspomnianej formacji, a to powinno przynieść szybkie wzrosty w okolice poziomu 5.2500.

Dlatego też, dopóki poziom 4.9360 nie zostanie trwale pokonany, z zakupami GBP warto się jeszcze wstrzymywać.  Trwałe cofnięcie poniżej poziomu 4.8800 w listopadzie 2018 roku przyniesie bowiem kolejną próbę zejścia notowań poniżej poziomu 4.7900.

2018-11-06 Notowania GBP_PLN_wykres
Źródło: Aforti Exchange – notowania GBP/PLN w układzie miesięcznym

Trendy w budownictwie i przyszłość polskiej branży budowlanej

Korki uliczne, w opinii ponad połowy przedstawicieli branży budowlanej w Polsce, będą mieć najważniejszy wpływ na budownictwo przyszłości. Na kolejnych miejscach znalazły się regulacje prawne (40 proc.) i mobilny styl życia (33 proc.) – wynika z raportu EFL „Budownictwo przyszłości. Pod lupą”. Nowoczesne budynki będą zdalnie sterowane za pomocą aplikacji (82 proc. wskazań), wykorzystywały zieloną infrastrukturę (72 proc.) oraz uwzględniały potrzeby rodzin pracowników i lokalnych społeczności (72 proc.). W związku z tym, najszybciej powinny się upowszechnić rozwiązania zwiększające efektywność energetyczną budynków (93 proc.), odnawialne źródła energii i systemy inteligentne w budownictwie (oba po 89 proc. wskazań). Co jednak ciekawe, ponad połowa zbadanych podmiotów podchodzi ostrożnie do tych trendów – wdraża nowe rozwiązania, jeśli te sprawdziły się w innych firmach.

Radosław Woźniak Wiceprezes Zarządu
Radosław Wożniak, wiceprezes zarządu EFL

– O przyszłości polskiej branży budowlanej zdecyduje nie tylko rola, jaką obecnie odgrywa w naszej gospodarce, ale przede wszystkim to, jak branża odpowie na nowe zjawiska społeczne i będzie uczestniczyć w eksploracji międzynarodowych trendów. Do niedawna atrakcyjność sektora opierała się na tanich pracownikach. Dziś już nie stanowi to argumentu, bo obecna sytuacja na rynku pracy ograniczyła możliwości ekstensywnego rozwoju. Nadszedł czas rozwoju intensywnego, w tym nowych rozwiązań. Główne jaskółki zmian to potrzeba kontaktu z naturą, moda zero waste, rosnące znaczenie relacji społecznych oraz rozwój rozwiązań opartych na współdzieleniu i wynajmie. A kluczem do realizacji tych potrzeb są dwa czynniki – ekologia i nowe technologie. I warto podkreślić, że wiele nowych trendów, do niedawna jeszcze postrzeganych jako ciekawostki, zadomowiło się w Polsce i jest wdrażanych przez polskie przedsiębiorstwa. Mam tutaj na myśli między innymi producentów energii słonecznej czy inżynierów projektujących domy pasywne czy inteligentne. W tym zakresie naprawdę mamy już wiele do powiedzenia, a jak wynika z naszego raportu, mamy szansę na więcej – zauważył Radosław Woźniak, wiceprezes EFL S.A.

Korki i prawo

Największy wpływ na budownictwo przyszłości w opinii 54 proc. zapytanych będą mieć rosnące zatłoczenie miast i korki. Drugim najczęściej wskazywanym czynnikiem są regulacje prawne (40 proc.), a trzecim – mobilny styl życia (33 proc.). Z kolei najrzadziej wybierano wyczerpywanie się zasobów (5 proc.) oraz lepszy dostęp do internetu i cyfryzację (6 proc.). Eksperci zwracają uwagę, że choć przede wszystkim chodzi o stworzenie przyszłym mieszkańcom i pracownikom jak najlepszych warunków infrastrukturalnych i komunikacyjnych, to jednak nie powinna dziwić dość duża liczba wskazań na regulacje prawne. To, jakie będą w przyszłości budynki, w dużym stopniu zależy od przepisów określających wymogi techniczne, w tym standard energetyczny budynków. Np. już od 2021 r. prawo wymusi budowanie domów mieszkalnych charakteryzujących się niemal zerowym zużyciem energii (tzw. domów pasywnych) i dużym udziałem energii odnawialnych (np. energii słonecznej).

Budynki przyszłości

Przedstawiciele branży budowalnej zapytani o największe trendy budowlane, w pierwszej kolejności wskazali na zdalne sterowanie budynkami za pomocą odpowiednich aplikacji (82 proc.). Niewiele mniej, bo 77 proc. firm uważa, że nowoczesne budynki będą wykorzystywały rozwiązania bazujące na tzw. zielonej infrastrukturze (zielone tarasy, dachy, fasady), a 72 proc. twierdzi, że będą uwzględniały potrzeby rodzin pracowników oraz lokalnych społeczności. Z kolei z ideą budynków w pełni autonomicznych pod względem zapotrzebowania na energię zetknęło się 52 proc. badanych przez nas firm. Najrzadziej spotykany wśród respondentów okazał się trend dotyczący elewacji wtapiających się w miasta (18 proc.).

Technologie, które według badanych podmiotów działających w branży budowlanej mają szansę się upowszechnić, to przede wszystkim rozwiązania zwiększające efektywność energetyczną budynków (93 proc.) oraz odnawialne źródła energii i systemy inteligentne w budownictwie (oba po 89 proc. wskazań). Warto także zwrócić uwagę, że wśród zjawisk obserwowanych w budownictwie duży potencjał mają również odzysk wody deszczowej (81 proc.), prefabrykaty (77 proc.), domy pasywne (74 proc.) oraz nowe materiały budowlane (68 proc.).

W Polsce powyższe rozwiązania budownictwa zrównoważonego są już w zasadzie standardem w przypadku nowych biurowców, budynków przemysłowych, handlowych czy hotelowych i mieszkalnych. Polskie Stowarzyszenie Budownictwa Ekologicznego informuje, że już ponad 500 budynków uzyskało zielony certyfikat, np. BREEM, LEED czy WELL. Aż połowa z nich jest zlokalizowana na Mazowszu, 55 w Małopolsce, a 48 na Dolnym Śląsku.

Otwartość na nowości

Choć w raporcie EFL można dostrzec sporą znajomość trendów wśród reprezentantów budownictwa, to jednak pod względem ich adaptacji większość badanych jest ostrożna. Aż 59 proc. przedsiębiorstw to podmioty zainteresowane innowacjami i trendami, ale bojące się chybionych inwestycji. Z tego względu wdrażają nowe rozwiązania, jeśli te sprawdziły się w innych firmach. 13 proc. to pionierzy, którzy dostrzegają potrzebę wyznaczania i wdrażania trendów oraz są gotowi podjąć ryzyko. Co 12. zapytanemu odpowiada status quo.

Skłonność do szukania nowych rozwiązań oraz łatwość adaptacji do zmieniających się warunków rynkowych w dużym stopniu zależy od specyfiki wykonywanego zawodu. Najbardziej otwartą na nowości grupą zawodową są architekci (88 proc.), architekci i projektanci wnętrz (87 proc.), projektanci wzornictwa przemysłowego (80 proc.) oraz budowlańcy inżynierowie (80 proc.). Z kolei najmniej za pan brat z trendami są urbaniści i planiści.

Ósmy raz pod lupą

Raport „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” jest ósmym z kolei opracowaniem z serii „Pod lupą”. Pierwszy charakteryzował kondycję mikro-, małych i średnich firm w Polsce („MŚP pod lupą”, 2011), drugi poświęcony był sytuacji gospodarstw rolnych w Polsce („Agro pod lupą”, 2012). Trzecie opracowanie analizowało finansowe aspekty prowadzenia działalności transportowej w Polsce („Transport pod lupą”, 2013), czwarte – wsparcie młodych na rynku pracy („Młodzi na rynku pracy. Pod lupą”, 2014), piąte – innowacje („Innowacje w MŚP. Pod lupą”, 2015). Szósty raport przedstawiał inwestycje prowadzone przez MŚP w Polsce („Inwestycje w MŚP. Pod lupą”, 2016). Natomiast ubiegłoroczne, siódme wydanie, dotyczyło pokolenia milenialsów („Millenialsi w MŚP. Pod lupą”, 2017).

Raport przekazuje wielostronny obraz obszaru, jakim jest budownictwo, które jest kołem zamachowym gospodarki, stanowiąc trzecie źródło PKB w Polsce. Raport, podobnie jak w poprzednich edycjach, opiera się na badaniach opinii, rozbudowanych o szeroki kontekst problematyki związanej z budownictwem, inżynierią budowlaną, architekturą, urbanistyką i procesami społecznymi w obszarze zamieszkiwania. Źródłem treści są również opracowania branżowe (raporty sektora leasingu, bankowego, budowlanego), dane GUS, a także dostępna publicystyka dotycząca inwestycji infrastrukturalnych i mieszkalnictwa. Raport wzbogacają wywiady ze specjalistami wielu dziedzin wprost lub pośrednio związanych z budowaniem: architektami, urbanistami czy naukowcami.

Metodologia badania:

Badanie „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” zostało zrealizowane przez Ecorys Polska na zlecenie EFL S.A. na reprezentatywnej grupie 500 firm z branży budowlanej (budownictwo mieszkaniowe, komercyjne, inżynieryjne, działalność projektowa) dobranych w sposób losowo-kwotowy. 40 proc. stanowili mikroprzedsiębiorcy zatrudniający do 9 osób, tyle samo mali przedsiębiorcy zatrudniający do 49 osób, a 20 proc. średni przedsiębiorcy z maksimum 249 osobami na pokładzie. Badanie wykonano metodą ilościową, techniką CATI (wywiad telefoniczny) od 7 czerwca do 4 lipca 2018 roku.

Od robotyzacji nie ma odwrotu

Męczą Cię powtarzalne i czasochłonne zadania w biurze? Masz dość przeklejania danych i rozsyłania tysięcy maili? Przekaż monotonne obowiązki robotowi,
a sam zostań ekspertem. Jak stworzyć robota i które zadania mu powierzyć? Na własne oczy przekonali się o tym uczestnicy „Spotkania z robotem”.

Robot, czyli algorytm naśladujący pracę człowieka w systemie komputerowym, powstaje w zaledwie kilka minut. Może to zrobić nawet jedna osoba, zwana deweloperem.
Interfejs oprogramowania jest intuicyjny i nietrudny w obsłudze. Proste roboty można projektować samodzielnie – przekonuje Jakub Bugdoll, starszy deweloper Robotics Smart Solutions. Właściwie zaprojektowany robot w mgnieniu oka zaloguje się do systemu, pobierze tabelę kursów walut, zapisze ją w pliku Excel i na koniec wyśle mailem do konkretnych odbiorców. Jeżeli jest potrzeba, tę sekwencję czynności będzie powtarzał regularnie, np. codziennie rano. – Zastosowanie takiego robota w biurze przynosi wiele wymiernych korzyści. Po pierwsze eliminuje ludzkie błędy. Robot zatrzyma się, jeżeli zorientuje się, że coś jest nie tak. Po drugie jego praca jest tańsza i szybsza niż praca człowieka. Po trzecie wprowadzenie robotyzacji systematyzuje pracę w biurze
– argumentuje Jakub Bugdoll.

To właśnie robotyzacja procesów back office była motywem przewodnim konferencji „Spotkanie z robotem, czyli technologia RPA w biurze” zorganizowanej we Wrocławiu przez Impel Business Solutions (IBS). Ponad 160 uczestników poznało kilka innych praktycznych zastosowań robota w procesach biznesowych: do kompleksowej obsługi zwolnień lekarskich w systemie e-PUE, pracy z pismami komorniczymi lub wyciągami bankowymi. Eksperci udowodnili na konkretnych przykładach, że dzięki robotyzacji firmy mogą poprawić efektywność, szybkość, jakość i terminowość wykonywanych procesów.

Średnie i duże firmy nie pytają już nas, czy wprowadzić robotyzację, tylko od którego procesu zacząć. Sami wprowadziliśmy 30 zrobotyzowanych procesów – mówi Monika Kosicka, menedżer zarządzający w Robotics Smart Solutions. – Roboty pracują średnio
o 70 % szybciej od ludzi, siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę. W niedalekiej przyszłości odciążą pracowników od prostych, powtarzalnych i monotonnych czynności. Ludzie natomiast staną się pracownikami wiedzy i kreatywności, czyli wysoce wyspecjalizowanymi ekspertami w swojej dziedzinie. Robotyzacja nie wiąże się więc z redukcją zatrudnienia, lecz z postępem technologicznym i rozwojem zasobów ludzkich.

W dobie problemów z brakiem specjalistów na rynku pracy roboty znajdują szerokie zastosowanie w działach HR, księgowości, finansów, sprzedaży czy logistyki. Robotyzacja jest nieodłącznym elementem zmiany w organizacji, koniecznej do uzyskania przewagi konkurencyjnej na rynku. – Potrzeba zmiany pojawia się, gdy występują problemy z dużą rotacją pracowników, skomplikowanymi procesami, chaosem organizacyjnym, dużą liczbą przychodzących reklamacji – wylicza Katarzyna Łucka, menedżer ds. procesów księgowych w IBS, która w codziennej pracy także korzysta z robotyzacji.

Na konferencji szeroko omówiona została także tematyka Lean Management oraz obszarów procesowości i digitalizacji, jako najlepszych sojuszników zmian w organizacji.
Przyszłość dzieje się tu i teraz – mówiła Nina Twardowska, prezes zarządu spółki IBS.
Procesowość daje wymierne korzyści biznesowe i kompetencyjne. Przyszłością są unikatowe i dedykowane rozwiązania, które zoptymalizują pracę ludzi. Za dwa, trzy lata robotyzacja będzie już standardem. Nie ma przed nią odwrotu.

Odpływ imigrantów z Ukrainy na Zachód realnym zagrożeniem dla polskiej gospodarki – możemy stracić 1,6 proc. PKB

 Polska stoi przed realnym problemem związanym z ryzykiem znaczącego spowolnienia gospodarczego, który może wywołać odpływ ponad pół miliona pracowników z Ukrainy na Zachód Europy. Zdaniem ekspertów Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, uniknięcie takiego scenariusza, będzie możliwe, dzięki stworzeniu spójnej polityki migracyjnej, ukierunkowanej w dużej części na mądrą absorpcję imigrantów zarobkowych ze sprawdzonych kierunków.

Temat ten został ujęty w szerszym kontekście w memorandum pn. „Realizacja czarnego scenariusza – czy Polska straci pracowników z Ukrainy na rzecz Niemiec”, zaprezentowanym 6 listopada br. na konferencji prasowej ZPP.

Z niepokojem obserwujemy sytuację związaną z problematyką niedostatecznej podaży pracy w Polsce, a co za tym idzie, z powiązanym z nią, brakiem rąk do pracy, o którym coraz częściej głośno w mediach ogólnopolskich. Od 2016 roku postulujemy stworzenie spójnej polityki migracyjnej, zakładającej maksymalnie uproszczoną procedurę zatrudniania obywateli Ukrainy i innych nacji, których przedstawiciele już dzisiaj w Polsce pracują i przyczyniają się do tworzenia PKB – twierdzi Jakub Bińkowski, Sekretarz Departamentu Prawa i Legislacji ZPP.

Jego zdaniem dalszym krokiem, w kontekście gospodarczym, związanym z uzupełnianiem niedoborów na rynku pracy, jest stworzenie przejrzystej ścieżki uzyskania prawa stałego pobytu, a następnie – obywatelstwa dla imigrantów zza wschodniej granicy Polski.

Jak czytamy w memorandum ZPP „według szacunków Narodowej Rady Ludnościowej, do 2050 roku Polska powinna przyjąć 5 milionów imigrantów zarobkowych, aby utrzymać dotychczasowe tempo rozwoju gospodarczego”.

Eksperci ZPP są zgodni co do tego, że kontynuacja dobrej koniunktury gospodarczej, nie będzie możliwa dzięki krótkofalowym działaniom, polegającym na zaspokajaniu aktualnych potrzeb i przyciąganiu imigrantów na krótki czas, choćby w związku z sezonowym wzrostem popytu na pracę.

Z analogiczną sytuacją mierzą się praktycznie wszystkie państwa członkowskie Unii Europejskiej, w których również występują istotne niedobory ludności w wieku produkcyjnym. Jest to bardzo duże zagrożenie nie tylko dla aktualnego tempa rozwoju gospodarczego, które w sytuacji, w której coraz mniej osób pracuje, a coraz więcej pobiera świadczenia – musi zmaleć, ale również dla stabilności repartycyjnego systemu emerytalnego, a w konsekwencji – sytuacji budżetów. – komentuje Tomasz Wróblewski, Prezes Warsaw Enterprise Institute. –Nic więc dziwnego, że inne europejskie są bardzo głęboko zainteresowane pozyskaniem licznej grupy łatwo asymilujących się imigrantów podejmujących pracę zarobkową.

Wprowadzenie przez zachodnie państwa dla  pracowników z Ukrainy ruchu bezwizowego, obowiązujące od 11 czerwca 2017 – obywatele Ukrainy nie potrzebują wiz, by wjechać na terytorium UE, przy czym uprawnienie to zostało ograniczone do 90 dni w ciągu pół roku, a wyjazdy można odbywać w celach biznesowych, turystycznych i rodzinnych – spowodowało, że w pierwszym miesiącu funkcjonowania nowych przepisów, granicę UE przekroczyło bez wiz ponad 95 tysięcy Ukraińców. Jednocześnie, dynamika imigracji zarobkowej do Polski z kierunku wschodniego istotnie spadła – z danych MRPiPS wynika, że w I półroczu 2018 roku zarejestrowano o 13 proc. mniej oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy cudzoziemcowi, niż w roku ubiegłym, co stanowi odwrócenie trendu z ostatnich kilku lat, tj. w zasadzie ciągłego wzrostu liczby rejestrowanych oświadczeń.

ZPP przez wiele miesięcy prezentował swoje rekomendacje w zakresie stworzenia programu mającego na celu zatrzymanie imigrantów zarobkowych z Ukrainy i innych krajów wschodnich w Polsce. Niestety z niepokojem stwierdzamy, że to Niemcy dzisiaj przygotowują się do otwarcia swojego rynku dla pracowników spoza Unii Europejskiej. Rząd niemiecki chce bowiem zwiększyć napływ wykwalifikowanej siły roboczej i dostosować go do potrzeb rynku pracy – nadrzędnym celem jest tutaj zabezpieczenie pracowników z wykształceniem zawodowym – mówi Katarzyna Niemyjska, Dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP. – Niemcy, w ramach szybkiej i prostej procedury, mają uznawać kwalifikacje zdobyte poza UE, a także prowadzić szeroko zakrojone działania promocyjne zachęcające do podjęcia u nich pracy oraz oferować wsparcie w nauce języka niemieckiego.

Realizacja przez Niemców zaprezentowanego planu będzie miała określony wpływ na polską gospodarkę. Można bowiem założyć, a istnieją już badania na ten temat, że duża część pracowników z Ukrainy przebywających w Polsce, zdecyduje się przemieścić na Zachód. Oznacza to odpływ dużej części tak potrzebnej nam siły roboczej do Niemiec, co spowoduje duże trudności dla przedsiębiorców, ale również kłopoty makroekonomiczne. Według szacunków ZPP, w umiarkowanym wariancie zakładającym odpływ z rynku pracy 500 tysięcy imigrantów z Ukrainy, potencjalny uszczerbek PKB wyniesie 1,6 proc., co stanowi 1/3 dynamiki wzrostu PKB w roku 2017. W kontekście zbliżającego się nieuchronnie spowolnienia gospodarczego, strata ta byłaby jeszcze bardziej dotkliwa.

Zdaniem ZPP istnieje potrzeba pilnej aktywności rządu, nakierowanej na realizację działań mających zapobiec sytuacji, w której znaczący niedobór rąk do pracy w Polsce stanie się faktem i wpłynie istotnie na sytuację przedsiębiorców, którzy będą mieli trudności z prowadzeniem swoich działalności przy tak dużej liczbie wakatów, a następnie po stronie konsumentów, którzy za te same usługi i produkty będą musieli płacić więcej. W efekcie, straci również państwo, bowiem Ukraińcy wydają w Polsce zarobione pieniądze, a ich wynagrodzenia są opodatkowane na regularnych zasadach.

Wideo online na pozycji lidera

Jak wynika z raportu Forrester, reklamodawcy do 2023 wydadzą na reklamę online aż 102,8 mld dolarów. Przewiduje się również, że udział wideo online za pięć lat wzrośnie z 21,2% do 34,3 % i tym samym wyprzedzi telewizję. Dane z raportów dotyczących treści wideo w Internecie analizuje Anna Kacprzyk, Digital Team Leader Adexon.

Koniec tradycyjnej telewizji?

Anna Kacprzyk
Anna Kacprzyk, Digital Team Leader Adexon

Spada liczba abonentów telewizji cyfrowej i satelitarnej. Bogata oferta i dostępność treści online sprawiają, że widzowie coraz mniej czasu spędzają przed telewizorami. Według prognoz, liczba odbiorców wideo w Internecie w 2018 roku wyniesie 200 mln, przy czym liczba oglądających tradycyjną telewizję to obecnie 258 mln.

Jednak mimo, że odsetek abonentów jest coraz mniejszy, zasięg TV wrasta, zwłaszcza biorąc pod uwagę rozwój wideo na żądanie oraz takich platform jak Netflix, HBO GO czy Showmax. Widzowie nadal oczekują programów telewizyjnych, ale zmienia się sposób konsumpcji treści, a także preferencje co do urządzeń, na których najchętniej je odtwarzają. Przewiduje się, że do 2023 roku liczba subskrypcji SVOD i pay-tv na świecie wyniesie 1,877 mld, natomiast w latach 2017-2023 liczba abonentów telewizji tradycyjnej wzrośnie jedynie o 94 mln.

Reklama online w liczbach

O niesłabnącej popularności i sile wideo online świadczy fakt, że w 2018 roku, aż 81 mln widzów ogląda wideo w sieci lub na platformach typu VOD. Oczekuje się zatem, że udział wideo online w wydatkach na reklamę wzrośnie w 2023 roku z 21,2% do 34,3%, tym samym wyprzedzając udział rynku tradycyjnej telewizji. Według Zenith, globalne wydatki na ten segment wzrosną w przeciągu pięciu lat o 19%, natomiast do 2020 będą rosły średnio o 17% rocznie i osiągną 43 mld dolarów. Te same badania pokazują, że w Polsce, w stosunku do ubiegłego roku, budżet przeznaczony na reklamę wideo online będzie wyższy o 9%.

Zmienia się również format reklam wideo w Internecie. Jeszcze do niedawna naśladowały one formaty telewizyjne i „przerywały” materiał bez możliwości ich pominięcia (in-stream). Obecnie, zaczęły ustępować out-stream, czyli reklamom wyświetlanym w social media lub na powierzchniach wydawców, które pozwalają użytkownikom zadecydować, w jaki sposób wejdą z nimi w interakcję.

Przyszłość wideo online

Wideo to bez wątpienia najszybciej i najlepiej rozwijająca się w ostatnich latach forma przekazu. Z raportu Online Video Forecasts 2018 wynika, że w bieżącym roku, na świecie średnia czasu spędzonego na oglądaniu materiałów wideo w sieci to 67 minut dziennie – 11 minut dłużej niż w ubiegłym roku. W Polsce natomiast średnia wynosi 49 minut.

Mimo, że w naszym kraju obserwujemy dynamiczny wzrost reklamy wideo online, to wciąż telewizja wiedzie prym i nadal to jej przypadają największe budżety marketingowe. Jednak już połowa największych reklamodawców w Polsce wykorzystuje wideo w sieci, aby zwiększyć zasięg kampanii telewizyjnych, a tym samym dotrzeć do odbiorców, którzy odchodzą od oglądania tradycyjnego kanału. Dla współczesnych odbiorców liczy się przede wszystkim elastyczność oraz możliwość wyboru co, gdzie, kiedy i na czym chcą oglądać. Dlatego też telewizja satelitarna i cyfrowa, ograniczająca ich swobodę poprzez sztywno zaplanowaną ramówkę, powoli ustępuje miejsca platformom z wideo na żądanie.

Autor: Anna Kacprzyk, Digital Team Leader. Z agencją Adexon związana od 2015 roku. Odpowiada za dział realizacji kampanii, planowanie mediów oraz utrzymywanie relacji z klientami.

Włoski problem c.d., sankcje na Iran ograniczone

Komisja Europejska znów podnosi temat nadmiernego deficytu w budżecie Włoch. Osiem państw otrzymało zwolnienie z sankcji na Iran, czyniąc je niemal fikcją. Australia utrzymała stopy procentowe.

Włoski problem c.d.

Budżet Włoch na 2019 rok to jeden z gorętszych tematów w Unii Europejskiej. Wiele osób w polskich mediach sugeruje jakoby zajmowano się tam tylko Polską, jednakże z gospodarczego punktu widzenia jesteśmy co najwyżej mętnym tłem dla działań Rzymu. Komisja Europejska ponownie wezwała rząd włoski do rozmów o budżecie. Minister Finansów poinformował jednak, że nie jest gotów do kompromisów. Ma na niego co prawda jeszcze tydzień, ale wielu analityków przewiduje kolejne spięcie na linii Włochy-Komisja Europejska. W kuluarach mówi się o możliwej karze do 0,2% PKB, ale przygniatanie kraju karą 0,2% pkb, bo ma za duży deficyt brzmi absurdalnie.

Irańskie sankcje z wykluczeniami

Okazuje się, że dostawy ropy z Iranu są naprawdę ważne dla równowagi na rynkach. To właśnie dlatego osiem państw dostało pozwolenie na import przez kolejne 6 miesięcy. Z naszej części świata są to Włochy, Grecja oraz Turcja. Oprócz tego mogą to w dalszym ciągu czynić Indie, Chiny, Japonia, Korea Południowa i Tajwan. Tak duża lista wyłączeń z jednej strony mocno osłabia sensowność samych sankcji. Z drugiej z kolei państwa te potrzebują dodatkowego czasu, by zmienić łańcuch dostaw tego surowca. Reakcja rynków była prosta do przewidzenia. Skoro ropy na rynku będzie więcej powinna być ona tańsza. Nie może zatem dziwić, że po informacji cena baryłki spadła o około 1%.

Australii nie zmienia stóp procentowych

Królewski Bank Australii utrzymał stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Decyzja ta nie zaskoczyła inwestorów, jednakże od samego ogłoszenia dolar australijski szedł lekko w górę. Są co prawda głosy, że w zbliżających się kwartałach Australia będzie podnosić stopy procentowe. Z drugiej strony ryzyko spowolnienia gospodarczego u bardzo ważnego partnera handlowego jakim są Chiny powoduje, że wielu specjalistów spodziewało się utrzymania stóp procentowych i nie gonienia za kosztem kredytu w USA. Skoro po decyzji dolar się umacniał to znaczy, że byli inwestorzy, którzy zainwestowali pod obniżkę stóp.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na decyzję Banku Rumunii w sprawie stóp procentowych, ruch ten jednak powinien mieć wpływ głównie na rumuńską leje.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Agnieszka Janota dyrektorem komercjalizacji w Grupie Domodi

Wraz z początkiem listopada do Grupy Domodi dołącza Agnieszka Janota, obejmując nowoutworzone stanowisko dyrektora ds. komercjalizacji. W Grupie Domodi będzie zarządzać działami e-commerce Fashion oraz Home & Decor, działem sprzedaży dodatkowej i wizerunkowej oraz działem technicznego wsparcia sprzedaży.

Agnieszka Janota
Agnieszka Janota

Agnieszka Janota specjalizuje się w branży e-commerce oraz marketingu afiliacyjnym i reklamą zasięgową. Wcześniej była związana m.in. ze spółką Złote Wyprzedaże, a ostatnio z Agorą, gdzie przez ponad cztery lata obejmowała stanowisko dyrektora ds. e-commerce w Gazeta.pl. Jest absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego oraz studiów doktoranckich
w Szkole Głównej Handlowej.

– Jestem przekonany, że wiedza i doświadczenie zdobyte przez Agnieszkę Janota zarówno w branży e-commerce, jak i portalach horyzontalnych, są nie tylko znakomitym uzupełnieniem kompetencji naszego zespołu, ale i pozwolą nam zbudować jeszcze lepszą ofertę dla naszych klientów  – mówi Adam Plona, CEO Grupy Domodi.

Grupa Domodi to wrocławska spółka, do której należą największe w Polsce marketplace’y e-commerce dla branży fashion – Domodi.pl i Allani.pl oraz dla branży home & decor – Homebook.pl. Użytkownicy serwisów z portfolio Grupy Domodi wydają we współpracujących z grupą sklepach blisko 250 mln złotych rocznie na zakupy odzieży, obuwia i artykułów wyposażenia wnętrz. Grupa Domodi jest częścią Wirtualna Polska Holding, właściciela największego w Polsce portalu horyzontalnego wp.pl oraz licznych serwisów e-commerce, m.in. w obszarze turystyki (Wakacje.pl, Nocowanie.pl i eHoliday.pl), projektowania domów (Extradom.pl) oraz usług finansowych (TotalMoney.pl).

Innowacyjne rozwiązanie digitalowe wkracza na obszar rekrutacji

Sytuacja na rynku pracy mobilizuje firmy do poszukiwania nowych, atrakcyjnych sposobów dotarcia do kandydatów i wyróżnienia się jako pracodawca. Eniro Polska wykorzystuje w tym celu innowacyjny pomysł wdrożony przez polski start-up Waywer. Rozwiązanie to pozwala na spersonalizowaną komunikację z kandydatami w procesie rekrutacyjnym za pośrednictwem wideo-wiadomości jeszcze przed pierwszym spotkaniem z rekruterem.

Dla nikogo nie jest już zaskoczeniem, że stworzenie odpowiedniego „candidate experience”, czyli sumy doświadczeń kandydata z potencjalnym pracodawcą, jest kluczowe w osiągnięciu sukcesu rekrutacyjnego, zwłaszcza w sytuacji tzw. „rynku pracownika”. Jeśli chcemy przyciągnąć do naszej organizacji wartościowych kandydatów, musimy zadbać już od momentu, gdy zdecydowali się aplikować, o zbudowanie jak najlepszych relacji na linii firma -kandydat. Z pomocą w tym obszarze przychodzą pracodawcom coraz bardziej innowacyjne rozwiązania. Jedno z nich opracował polski start-up Waywer.

Innowacyjne rozwiązanie digitalowe wkracza na obszar rekrutacjiRozwiązanie proponowane przez Waywer, które zdecydowała się wdrożyć do procesu rekrutacji firma Eniro Polska, polega na wysyłaniu spersonalizowanych wideo-wiadomości do kandydatów. Osoba otrzymuje wiadomość na telefon za pośrednictwem SMS’a lub e-maila. Kliknięcie w link przekierowuje kandydata do wiadomości wideo. Krótki film zawiera wypowiedź rekrutera, a także szczegóły dotyczące miejsca spotkania czy zaproszenie do zapoznania się z poradnikiem „Jak przygotować się do rozmowy rekrutacyjnej”. Wiadomość może być dowolnie konfigurowana – można ją wzbogacić np. o mapy z lokalizacją siedziby firmy, linki do kanałów społecznościowych pracodawcy, dodatkowe filmy, zdjęcia czy grafiki.

Innowacyjne rozwiązanie digitalowe wkracza na obszar rekrutacjiSpecjalizujemy się w marketingu internetowym i nowych technologiach dla biznesu. Z zainteresowaniem śledzimy nowe trendy w cyfrowej komunikacji z kandydatami. Innowacja Waywer nie tylko usprawnia proces rekrutacyjny, ale stanowi również wartość dodaną w budowaniu pożądanego employer brandingu. Obecnie monitorujemy efektywność wdrożenia tej nowoczesnej usługi i zauważyliśmy życzliwe przyjęcie tego kanału komunikacji ze strony kandydatów. – mówi mówi Anna Strutyńska, dyrektor personalny w Eniro Polska.

W klasycznym procesie rekrutacji to pracodawca zazwyczaj wie jak wygląda kandydat, dzięki zastosowaniu wideo – wiadomości kandydat ma szansę poznać przedstawiciela firmy zanim pojawi się na rozmowie rekrutacyjnej. Spersonalizowany komunikat wideo pozwala pracodawcy na wyróżnienie się spośród innych firm zabiegających o uwagę kandydata. Może mieć to znaczący wpływ na sukces rekrutacji, szczególnie jeśli naszym kandydatem jest przedstawiciel pokolenia Millenialsów, dla którego liczy się szybki i bezpośredni kontakt z pracodawcą, najlepiej za pomocą smartfona.

W dzisiejszych czasach, kiedy pracodawcy mają często do zaoferowania bardzo podobne warunki pracy, podobne pakiety benefitów i wynagrodzenia, sposób, w jaki firma traktuje kandydata w procesie rekrutacyjnym przekłada się wprost na zwiększanie przewagi konkurencyjnej. Dlatego cieszymy się, że Eniro zdecydowało się postawić na wyjątkowy „candidate experience. – mówi Michał Cal, Business Development Manager w Waywer.

Platformę Waywer, która stwarza pracodawcom szanse na wykorzystanie wideo-wiadomości w procesie rekrutacji, obsługuje się bardzo intuicyjnie, a system sam przetwarza dane i raportuje o czynnościach odbiorcy. Operator widzi więc, czy i kiedy oraz ile razy odbiorca odtworzył wiadomość, czy zapoznał się z nią do końca, czy odpowiedział na załączone pytania i potwierdził obecność na spotkaniu. Wszystkie informacje są raportowane na bieżąco, a rekruter monitoruje proces i dopasowuje swoje działania do reakcji kandydatów, co pozwala lepiej zarządzać procesem komunikacji.

Spółka Waywer została doceniona w branży HR już w 2017 roku, kiedy jej pilotażowy projekt komunikacji z kandydatami za pomocą wideo – wiadomości został uznany za „Najlepszą innowację w Employer Brandingu” według jury konkursu EB Stars.

Eniro Polska, właściciel wyszukiwarki lokalnej Panorama Firm, specjalizuje się w dostarczaniu kompleksowych rozwiązań marketingu internetowego dla małych i średnich firm, więc wie jak ważne jest budowanie na rynku przewagi konkurencyjnej. Stąd pomysł, aby wykorzystać nowoczesne rozwiązania wideo – wiadomości w komunikacji z kandydatami podczas procesu rekrutacyjnego i wyróżnić się jako pracodawca.

Elemental Holding – 3 listy intencyjne i nowa fabryka

Elemental Holding – firma specjalizująca się w recyklingu elektroniki i katalizatorów – podpisała 3 listy intencyjne w sprawie sprzedaży zdolności produkcyjnych nowej fabryki do przetwarzania zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego (WEEE), ze szczególnym uwzględnieniem recyklingu sprzętu chłodniczego. Spółka rozważa budowę nowej fabryki o rocznej zdolności około 30 000 ton. Listy intencyjne zostały zawarte z wiodącymi organizacjami odzysku sprzętu elektrycznego i elektronicznego w Polsce. Łączny wolumen popytu na usługi recyklingu, wynikający z zawartych listów przekracza 40.000 ton rocznie.

Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding
Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding

„Dynamicznie rośnie popyt na usługi odzysku i recyklingu sprzętu elektrycznego i elektronicznego. Zapotrzebowanie dotyczy przede wszystkim recyklingu sprzętu chłodniczego, który wymaga zaawansowanych technologii i wysokich nakładów kapitałowych. Jako lider na rynku recyklingu WEEE w regionie, postanowiliśmy odpowiedzieć na zapotrzebowanie i zagospodarować silny wzrost organiczny rynku. Zawarte listy intencyjne obejmują zabezpieczenie sprzedaży zdolności produkcyjnych planowanej fabryki. Nasi partnerzy świadczą usługi zapewnienia odzysku i recyklingu dla największych producentów oraz dystrybutorów sprzętu AGD i RTV.Oznacza to, że możemy rozpoczynać nową inwestycję, która zwiększy nasze moce w zakresie przetwarzania sprzętu chłodniczego. Recykling sprzętu jest szybko rosnącym segmentem, dlatego nowa inwestycja przy pełnym zabezpieczeniu sprzedaży daje możliwość skokowego, a jednocześnie bezpiecznego rozwoju” – powiedział Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding SA.

W drugim kwartale 2018 roku Elemental Holding osiągnął skonsolidowane przychody ze sprzedaży na poziomie 443,51 mln zł, co oznacza wzrost o 34% rok do roku. Narastający zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 9,85 mln zł – czyli o 114% więcej wobec drugiego kwartału 2017. W pierwszym półroczu 2018 roku spółka wygenerowała przychody na poziomie 818 mln zł – o 20% więcej rok do roku.

W lutym 2018 Elemental Holding sfinalizował zakup 85% udziałów niemieckiej spółki z branży przetwarzania zużytych katalizatorów samochodowych i przemysłowych. Niemiecka spółka RECAT zbiera oraz przetwarza rocznie około 350 ton zużytych katalizatorów samochodowych i przemysłowych, generując przychody na poziomie 20 mln EURO.

Grupa Elemental działa na 35 rynkach w Europie, na Bliskim Wschodzie i w Afryce, poza Polską w oparciu o własne oddziały (m.in. na Litwie, w Słowacji, Turcji, Emiratach Arabskich, Finlandii, Estonii i Wielkiej Brytanii) oraz przedstawicielstwa handlowe. Spółki Elemental Holding SA pozyskują złom metali nieżelaznych, odpady elektroniczne oraz zużyte katalizatory na ok. 50 rynkach na świecie.

W latach 2016-2017 roku Elemental Holding sfinalizował:

  • umowę inwestycyjną z PFR TFI SA w ramach Funduszu Ekspansji Zagranicznej FIZ AN. W wyniku umowy Fundusz zakupił 49% udziałów w spółce zależnej Grupy – UAB „EMP recycling” na Litwie.
  • uruchomienie zakładu w Bydgoszczy – budowę linii samplingowej dla układów drukowanych oraz 4 -5 linii do przetwarzania zużytych katalizatorów samochodowych.
  • transakcję zakupu 100% udziałów w litewskiej spółce UAB „EMP recycling” – lidera na rynku krajów bałtyckich w branży ZEEE, świadczącego pełne portfolio usług obejmujących e-scrap, recykling zużytych katalizatorów samochodowych i złomu metali nieżelaznych.
  • zakup 51% udziałów w spółce AWT Recycling Ltd. z Wielkiej Brytanii, specjalizującej się w recyklingu katalizatorów samochodowych. Brytyjska spółka planuje osiągnięcie ok. 30-40% udziałów w rynku dzięki wzmocnieniu sieci zakupowej na terenie Anglii oraz dalszej ekspansji w Irlandii, Szkocji i Walii. 
  • zakup 51% udziałów w zakładach recyklingu zużytych katalizatorów samochodowych i płytek drukowanych w fińskiej spółce Kat-Metal Oy z siedzibą w Tervajoki. Skandynawska firma planuje ekspansję w Estonii, Szwecji oraz pozyskanie strategicznych partnerów w Norwegii i Danii.
  • zakup 75% udziałów polskiej spółki Platinium M.M z branży recyklingu zużytych katalizatorów samochodowych.

Czekamy na wyniki wyborów do Kongresu USA

Sentyment na rynku zdaje się być kierowany przez przygotowywanie pozycji pod wybory do Kongresu USA. Rynek walutowy przeszedł w spokojny dryf, na rynku akcji optymizm panuje poza Chinami, gdzie obawy o wojny handlowe nie są łatwe do odrzucenia na bok. Odliczanie trwa.

Inwestorzy są nastawieni na odbicie Izby Reprezentantów przez Demokratów przy utrzymaniu Senatu w rękach Republikanów. Taki scenariusz powinien przede wszystkie zdjąć z rynków element niepewności, która w ostatnich dniach krępowała decyzje inwestycyjne. Choć w długofalowo podzielony Kongres oznacza utrudnienie prowadzenia polityki przez administrację prezydenta Trumpa (negatywnie dla aktywów z USA), krótkoterminowo jednak inwestorzy pozbywają się jednego powodu do obaw, więc rajd ulgi powinien być najbardziej racjonalnym rezultatem. W wycenach mamy też nawis pesymizmu uzbieranego w końcówce października, który w mojej ocenie był na wyrost (jako kumulacja negatywnych, ale niedramatycznych informacji – Włochy, Brexit, wojny handlowe, polityka Fed), więc na rynku jest przestrzeń do szukania okazji w ryzykownych aktywach. Jednak wpierw trzeba poczekać na rezultat wyborów, który najwcześniej może być znany ok. 3 w nocy polskiego czasu.

Drugim prawdopodobnym scenariuszem (choć dużo mniej) jest utrzymanie większości przez Republikanów w obu izbach Kongresu. Z perspektywy rynku byłoby to duże zaskoczenie, które oznacza utrzymanie silnego mandatu obozu władzy umożlwiającego forsowanie polityki gospodarczej. Dla FX oznacza to rajd USD (jak to miało miejsce przed dwoma laty po wygranej Trumpa), a globalny rynek akcji będą napędzać nadzieje na więcej ulg podatkowych. Tutaj również długofalowo skutki mogą być odmienne, jeśli weźmiemy pod uwagę pęczniejące zadłużenie USA. Wreszcie podwójne zwycięstwo Demokratów będzie prawdziwą bombą z negatywnymi skutkami dla dolara, gdyż rynek zacznie spekulować o impeachmencie. Odsunięcie Trumpa od władzy jest mało realne, gdyż do tego potrzeba dwóch trzecich głosów w Senacie, a niemożliwe jest uzyskanie tylu mandatów przez Demokratów.

A zatem czekamy i tak też powinni zrobić inwestorzy na rynkach globalnych. Kalendarz na wtorek jest uzupełniony finalnymi PMI z Eurolandu, PPI z Europy i danymi z rynku pracy z Nowej Zelandii. W ciągu dnia przemawiać będą przedstawiciele Norges Banku, Riksbanku i EBC. Ale nikt nie powinien zwracać uwagi.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zastrzeżenia do projektowanych zmian w Ordynacji podatkowej

W ostatnim czasie w środowisku polskich prawników, przedsiębiorców oraz ekonomistów toczą się burzliwe dyskusje na temat projektowanych zmian w Ordynacji podatkowej. Najwięcej kontrowersji wzbudza kwestia planowanego wprowadzenia wniosków grupowych o wydanie interpretacji podatkowych. Kolejne podmioty zwracają się do Ministerstwa Finansów o rozważenie wstrzymania prac nad projektem z uwagi na błędne sformułowanie przepisów, a niekiedy być może nawet ich sprzeczność z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej. Jakie zmiany budzą największe wątpliwości?

Nowa regulacja – superfluum ustawowe?

W czerwcu 2018 r. głos w sprawie grupowych wniosków o wydanie interpretacji podatkowych zabrał Prezes Zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń. Stwierdził on, że proponowane przepisy to tak zwane superfluum ustawowe, a zatem tego typu regulacje mają już swoje miejsce w polskim systemie prawnym. Projektowane przepisy stanowią powtórzenie obowiązujących już norm i z uwagi na to są po prostu zbędne. Dotychczas funkcjonujące regulacje, takie jak interpretacje indywidualne, ogólne i szczególne klauzule obejścia prawa podatkowego, metody weryfikacji transakcji przez organy podatkowe, obejmujące chociażby możliwość uwzględniania zgodnego zamiaru stron i celu danej czynności, a nie wyłącznie dosłownego brzmienia oświadczeń woli, a także regulacje z zakresu cen transferowych wystarczająco i kompleksowo zabezpieczają Skarb Państwa przed powszechnymi próbami dokonywania niedozwolonych optymalizacji podatkowych oraz innych form nadużycia. Kasa Krajowa SKOK, prezentując swoje uwagi, dodała, że już na gruncie obowiązujących przepisów jest możliwe wystąpienie o interpretację podatkową przez kilka podmiotów. Dodatkowo Prezes Zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń wskazał, że trwają prace nad wprowadzeniem do polskiego ustawodawstwa sporządzania raportu schematów podatkowych, a zatem udostępniania informacji o podejmowanych działaniach, których jedynym albo przynajmniej głównym skutkiem jest osiągnięcie korzyści fiskalnej. W ocenie Polskiej Izby Ubezpieczeń pomysł grupowych wniosków o interpretacje podatkowe jedynie utrudni rozliczenia podatkowe rzetelnych podatników, nie przynosząc przy tym żadnej korzyści organom administracji skarbowej.

Sprzeczność z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej

Kolejnym zarzutem podnoszonym przez środowisko przedsiębiorców i instytucji finansowych jest prawdopodobna sprzeczność regulacji z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej. Prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń odniósł się do potencjalnego naruszenia zasady demokratycznego państwa prawnego oraz zasady społecznej gospodarki rynkowej. Jak wskazywano w wyrokach Trybunału Konstytucyjnego, wymienione zasady mają zapewnić ochronę interesów podatnika, który z kolei musi mieć jasność co do obowiązującego prawa. Tymczasem planowane regulacje zawierają niejednoznaczne sformułowania. W ocenie Polskiej Izby Ubezpieczeń nie jest możliwe precyzyjne określenie przesłanek pozwalających na złożenie wniosku grupowego. Kasa Krajowa SKOK wskazała wprost, iż w ustawie brakuje wytłumaczenia takich pojęć, jak chociażby „powtarzalne transakcje”.

Ponadto podmiot ten dopatrzył się potencjalnego naruszenia zakazu wstecznego działania prawa. Podniesiono, że nowa regulacja mogłaby doprowadzić do sytuacji, w której dotychczas wydane interpretacje indywidualne mogą przestać obowiązywać. Chodzi tutaj przede wszystkim o projektowane uzależnienie otrzymania mocy ochronnej tych interpretacji od „uzupełnienia stanu faktycznego lub zdarzenia przyszłego będących przedmiotem wydanej interpretacji” przez podatników. Jak wskazał Związek Pracodawców Business Centre Club, również żywo zainteresowany planowanymi zmianami, tego typu regulacja stanowi ingerencję w już ukształtowane, zamknięte zdarzenie prawne. KGHM Polska Miedź S.A. dodaje, że uzupełnienie wniosków o interpretację nie zagwarantuje podatnikom, że uzyskają oni interpretację zgodną z wynikiem ustalonym przez organ podatkowy w pierwotnej interpretacji.

Kolejną kwestią jest możliwe naruszenie zasady proporcjonalności z uwagi na zbyt dużą ingerencję organów państwowych. Prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń zwrócił również uwagę na możliwe naruszenia na gruncie art. 20 Konstytucji, związane z zasadami społecznej gospodarki rynkowej. W tym zakresie zauważył zagrożenie w postaci faworyzowania przedsiębiorców nieprzeprowadzających żadnych transakcji z podmiotami powiązanymi. Nowe regulacje mogą również naruszać tajemnicę przedsiębiorstwa, gdyż podatnicy będą musieli ujawniać charakter i szczegółowe dane dotyczące przeprowadzanych transakcji.

Koniec z uprawnieniami wynikającymi z Ordynacji podatkowej

Prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń zauważył również, że nowe przepisy mogą pozbawić podatników praw wynikających z obecnej formy ustawy. Aktualnie „w przypadku zastosowania się przez podatnika w danym okresie rozliczeniowym do utrwalonej praktyki interpretacyjnej organów Krajowej Administracji Skarbowej” podatnik otrzymuje identyczną ochronę, jak w sytuacji zastosowania się do interpretacji indywidualnej. Problem polega na tym, że liczba wymogów nakładanych przy wnioskach grupowych powoduje, iż nie możemy mówić o takim samym stanie faktycznym, a w konsekwencji podatnicy nie będą mogli powołać się na utrwaloną praktykę interpretacyjną. Kasa Krajowa SKOK w tym zakresie dopatrzyła się również uchybienia związanego z tym, iż nowa regulacja wydaje się dostosowana do konstrukcji podatku dochodowego, ale staje się nieadekwatna w odniesieniu do podatku od towarów i usług, podatku akcyzowego, podatku od czynności cywilnoprawnych i innych tego typu obowiązków podatkowych.

Kolejna wojna z organami unijnymi

Odnosząc się do nowych regulacji, Prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń zauważył również, że wejście w życie projektowanych przepisów rodzi problemy nie tylko na gruncie prawa krajowego, ale także unijnego. Nowe regulacje mogą stać w sprzeczności z zakazem dyskryminacji sformułowanym w Traktacie o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Siłą rzeczy podatnicy dokonujący transakcji z podmiotami powiązanymi będą traktowani mniej korzystnie.

Prawo „pisane na kolanie”

Należy również zauważyć, że większość podmiotów odnoszących się do nowych przepisów nie sprzeciwia się samej idei wniosków grupowych. Wątpliwości budzi jednak sposób ich wprowadzania i zakres tej regulacji. Związek Pracodawców Business Centre Club podniósł, że proponowana instytucja może stanowić swoiste „domknięcie” funkcjonujących klauzul przeciwko unikaniu opodatkowania. Niemniej jak podnosi Związek: „wprowadzenie obowiązkowych wniosków grupowych dla podmiotów powiązanych powinno jednak nastąpić wyłącznie pro futuro. Dlatego za niedopuszczalne należy uznać, dokonywane niejako „przy okazji” wprowadzenie wniosków grupowych, rewidowanie, a w istocie wygaszanie interpretacji indywidualnych, wydanych przed 15.07.2016 r.”. Konfederacja Lewiatan dodaje, że powinno się dokonać zmian w planowanej regulacji, ponieważ „instytucja interpretacji podatkowych jest mocno zakorzeniona w polskim systemie podatkowym i bez wątpienia jej głównym celem jest wyjaśnianie mało klarownych norm prawnych, a nie jak wskazano w uzasadnieniu do projektu, używanie ich jako narzędzia do „zatwierdzania” optymalizacji podatkowych”.

Niebezpieczne zmiany w Ordynacji podatkowej

Zmiany powodujące uszczelnienie polskiego systemu podatkowego i zapobieżenie próbom dokonywania nieuczciwych, nielegalnych optymalizacji podatkowych są z pewnością godne pochwały. Nie sposób jednak nie zauważyć, że polski rząd doprowadza ten proces do absurdu, przesadzając z ilością nowych regulacji, które zamiast uszczelniać system podatkowy i pomagać organom podatkowym w ściganiu nielegalnych procederów nadużyć finansowych, utrudniają funkcjonowanie uczciwym podatnikom.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi

Wpływ wyborów do Kongresu na rynek walutowy

6 listopada poznamy wyniki wyborów uzupełniających do amerykańskiego Kongresu. O ile historycznie nie jest to wydarzenie, które istotnie wpływało na rynki walutowe, wynik tych konkretnych wyborów może mieć stosunkowo znaczące implikacje.

Od czasu zaprzysiężenia Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych w styczniu 2017 roku kurs dolara amerykańskiego zależał w takim samym stopniu od działalności Rezerwy Federalnej jak i od sytuacji politycznej w kraju. Gwałtowne umocnienie USD po zwycięstwie Trumpa w wyborach w 2016 roku wynikało z oczekiwania na obniżki podatków, które prezydent USA ostatecznie zatwierdził w grudniu 2017 roku. Na początku ubiegłego roku kurs dolara amerykańskiego ważony udziałem poszczególnych krajów w handlu zagranicznym USA umocnił się do najwyższego poziomu od czternastu lat – inwestorzy oczekiwali, że bodziec fiskalny wprowadzony przez Donalda Trumpa przełoży się na szybszy wzrost PKB oraz w rezultacie na bardziej agresywne tempo podwyżek stóp procentowych FOMC. Ostatnie miesiące sugerują, że oczekiwania te zrealizowały się.

Obniżka podatków, którą wprowadzono pod koniec ubiegłego roku, przyczyniła się do tego, że wzrost PKB w ujęciu zanualizowanym w drugim kwartale 2018 roku był najwyższy od czterech lat. Również w trzecim kwartale br. dane o wzroście gospodarczym były lepsze niż zakładał konsensus – łącznie w obu wymienionych kwartałach dynamika produktu krajowego brutto była najszybsza od 2014 roku. Stabilny wzrost gospodarczy jak i dobra kondycja rynku pracy sugerują, że Rezerwa Federalna najpewniej zdecyduje się po raz kolejny podnieść stopy procentowe w grudniu bieżącego roku. Oznaczałoby to w sumie cztery podwyżki w 2018 roku, czyli ich największą od 12 lat liczbę w pełnym roku kalendarzowym.

Według zapowiedzi Trumpa, po listopadowych wyborach zaproponowana zostanie kolejna tura obniżek podatków – prezydent sugeruje m.in. obcięcie o 10% podatku dochodowego dla klasy średniej. Stąd wybory do Kongresu nabierają jeszcze większego znaczenia w kontekście rynku walutowego.

Autor: Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Małe i średnie firmy coraz chętniej inwestują w leasing maszyn i urządzeń. Mogą na ten cel pozyskać unijne wsparcie

Małe i średnie firmy coraz chętniej inwestują w leasing maszyn i urządzeń. Mogą na ten cel pozyskać unijne wsparcie 1

W ciągu trzech kwartałów tego roku branża leasingowa zanotowała dynamiczny wzrost, który wyniósł 18,7 proc. rok do roku – wynika z danych Związku Polskiego Leasingu. Niezmiennie najpopularniejszym aktywem finansowanym przez branżę leasingową są samochody do 3,5 tony, które stanowią 46 proc. rynku. Coraz szybciej rośnie jednak znaczenie leasingu w finansowaniu zakupu maszyn i urządzeń. Dynamika wzrostu PKO Leasing w tym segmencie oscyluje wokół 30 proc. Dodatkowo małe i średnie firmy mogą liczyć na wsparcie unijne w inwestycjach z tego obszaru.

 Przez pierwsze trzy kwartały 2018 roku branża leasingowa urosła o ponad 18 proc., finansując ponad 58 mld zł za pomocą produktów leasingowych i pożyczkowych. Sektor maszyn i urządzeń jest coraz ważniejszy, stanowi blisko 26 proc. całości portfela. Finansowanie tego segmentu wyniosło blisko 15 mld zł, co stanowi ponad 18-proc. wzrost. Jest to obszar, który w moim przekonaniu będzie rósł jeszcze w najbliższych latach – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Krzemiński, Prezes Zarządu PKO Leasing.

PKO Leasing ma 11,4 proc. udziałów w rynku leasingu w Polsce. W trzech pierwszych kwartałach spółka sfinansowała aktywa na kwotę 6,6 mld zł. Za 44 proc. wartości portfela odpowiada segment samochodów do 3,5 tony – wartość nowych kontraktów zrealizowanych przez spółkę w tym obszarze osiągnęła wolumen blisko 3 mld zł. Firma prognozuje, że w IV kwartale br. dynamika w tym segmencie może być jeszcze wyższa niż dotychczas ze względu na nowe przepisy proponowane przez Ministerstwo Finansów oraz obostrzenia dotyczące nowych norm emisji spalin. Podobne oczekiwania ma też cały rynek. PKO Leasing wysunął się również na pozycję lidera w coraz silniejszym i szybko rosnącym segmencie maszyn i urządzeń.

– Segment maszyn i urządzeń jest w tym roku naszą dumą, bo już w I kwartale osiągnęliśmy pozycję nr 1 na rynku. Wzrastamy o ponad 31 proc., sfinansowaliśmy w formie leasingowej i pożyczkowej sprzęty za 1,7 mld zł. Jest to obszar, na który położyliśmy nacisk – mówi Andrzej Krzemiński.

W tym segmencie szczególnie intensywnie rozwijają się gałęzie produkcyjne, czyli sprzęt budowlany, maszyny poligraficzne, maszyny do produkcji tworzyw sztucznych oraz maszyny do obróbki metalu.

 Finansujemy leasingiem wszystko to, co ma stawkę amortyzacyjną, a zatem będą to maszyny rolne, produkcyjne, poligraficzne, maszyny do przetwórstwa żywności, bardzo szeroki zakres sprzętów służących do produkcji i świadczenia usług – mówi Prezes Zarządu PKO Leasing.

Spółka zamierza konsekwentnie realizować strategię, która zakłada nacisk na szybko rosnący segment MiU. Oferta PKO Leasing kierowana będzie przede wszystkim do przedsiębiorców z sektora MŚP, którzy potrzebują szybkiego i elastycznego finansowania w tym obszarze. W tę strategię wpisuje się zawarta w październiku br. umowa z Europejskim Funduszem Inwestycyjnym (EIF) i najnowszy produkt z gwarancjami unijnymi COSME2.

– Dotyczy on około 10 tys. podmiotów, którym będziemy mogli sfinansować różnego rodzaju sprzęty o łącznej wartości 1,5 mld zł. W tym programie nie finansujemy samochodów osobowych, ale wszystkie inne dobra inwestycyjne, m.in. samochody ciężarowe i dostawcze. Program jest o tyle istotny, że pozwala uzyskać finansowanie klientom, którzy startują ze swoją działalnością bądź jeszcze nie mają zdolności kredytowej. Finansowanie jest udostępniane do 1,5 mln zł na jedną umowę, bez wpłaty własnej, na preferencyjnych warunkach w ramach uproszczonej procedury. To naprawdę bardzo ciekawy element naszej oferty, doskonale pasujący do rosnącej pozycji PKO Leasing na rynku finansowania maszyn i urządzeń – podkreśla Andrzej Krzemiński.

Dzięki programowi COSME2 wzmocniona zostanie oferta w segmencie maszyn i urządzeń oraz transportu ciężkiego. Program COSME jest dla przedsiębiorców z sektora MŚP zatrudniających mniej niż 250 pracowników i uzyskujących przychody nieprzekraczające 50 mln euro rocznie. Z preferencyjnego finansowania będą mogli skorzystać zarówno rolnicy, transportowcy, jak i przedsiębiorcy budowlani czy usługodawcy. Największą zaletą tego rozwiązania jest wydłużony okres spłaty oraz obniżone wymagania dotyczące zabezpieczenia. Przedsiębiorcy mogą się również ubiegać o obniżenie do zera wstępnej opłaty leasingowej.

KNF umożliwi innowacyjnym firmom testowanie pomysłów na biznes. Rusza piaskownica regulacyjna

KNF umożliwi innowacyjnym firmom testowanie pomysłów na biznes. Rusza piaskownica regulacyjna 2

Komisja Nadzoru Finansowego uruchamia piaskownicę regulacyjną. Mechanizm ten pozwoli firmom, które chcą zadebiutować w branży finansowej z nową usługą lub produktem, sprawdzić w bezpiecznym środowisku, czy ich projekt ma szansę się przyjąć. Nie będą musieli na początku przechodzić przez długi i często kosztowny proces licencyjny. Weryfikacji tych podmiotów będą dokonywali operatorzy piaskownicy, którzy podpiszą umowę z KNF. Na ich zgłoszenia KNF czeka do 9 listopada.

– Piaskownica regulacyjna to środowisko testowe, które ma umożliwić młodym przedsięwzięciom start-upowym, a także instytucjom finansowym testowanie ich rozwiązań technologicznych związanych z działalnością na rynku finansowym. Jej założeniem jest to, aby działała w modelu zdecentralizowanym, we współpracy z akceleratorami, organizacjami pozarządowymi, które mają doświadczenie w akceleracji start-upów, rozwijaniu projektów innowacyjnych, tak aby dostarczyły zarówno wiedzę, jak i doświadczenie w zakresie prowadzenia działalności nadzorowanej dla tych testowanych rozwiązań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Granicki, dyrektor Departamentu Innowacji Finansowych FinTech w KNF.

Środowisko testowe może być zarówno wirtualne, co oznacza system komputerowy symulujący zachowania rynkowe, jak i działające na rzeczywistych klientach. Weryfikacji tych podmiotów będą dokonywali operatorzy piaskownicy, którzy będą mieli z KNF podpisaną umowę. Do 9 listopada Komisja czeka na zgłoszenia takich podmiotów. Przedstawiciele KNF spotykali się już z przedstawicielami zarówno branży finansowej, jak i funduszy działających w segmencie fintech, czyli firm technologicznych zajmujących się finansami.

Zarówno środowiska testowe, jak i testujące swoje rozwiązania start-upy oraz operatorzy piaskownicy będą monitorowani i wspierani merytorycznie przez nadzór finansowy.

– W ramach współpracy z operatorami będziemy te podmioty testować, dostarczać im dużą dawkę wiedzy merytorycznej i pomagać im przygotowywać wnioski licencyjne. Będziemy też oceniać ich działalność. System testów będzie uzgodniony indywidualnie z każdym podmiotem, który będzie się testował, więc nie narzucamy sztywnych kryteriów czy ram testowania. Za każdym razem będziemy je indywidualnie dostosowywać do zakresu i potrzeb testowania danego podmiotu – mówi Artur Granicki.

Tego typu mechanizmy sprawdzają się już na zagranicznych rynkach. W Wielkiej Brytanii piaskownica regulacyjna istnieje od 2016 roku. Trafiło do niej prawie 90 firm w czterech turach. Firmy, które zgłaszają się do testów, motywują swoją decyzję nie tylko możliwością bezpiecznego przetestowania produktów i usług, lecz także możliwością podniesienia wiarygodności projektu wśród klientów oraz potencjalnych inwestorów.

Piaskownica regulacyjna może napędzić rozwój rynku fintechów i innowacji w branży finansowej w Polsce.

– Wiemy, że bariera wejścia na rynek finansowy dla młodych innowacyjnych przedsiębiorstw jest dość wysoka ze względu na potrzebny kapitał i doświadczenie. Chcemy ten próg wejścia maksymalnie obniżyć, tak aby one mogły jeszcze bez wielkich wydatków i zobowiązań przetestować swoje rozwiązanie i dostosowywać później do skali swojej działalności i swoich potrzeb sposób ich działania – zaznacza Artur Granicki.

Stopy procentowe pozostaną na niskim poziomie również w 2019 roku. Będzie to sprzyjać gospodarce i inwestycjom

Stopy procentowe pozostaną na niskim poziomie również w 2019 roku. Będzie to sprzyjać gospodarce i inwestycjom 3

Mimo wyraźnego wzrostu gospodarczego i dobrej koniunktury ceny towarów i usług rosną w tempie bardzo umiarkowanym. Sprzyja temu rywalizacja cenowa między producentami i detalistami, ale też względnie łatwy dostęp do taniego pieniądza – czyli kredytów bankowych – na inwestycje. Zdaniem ekonomistów wszystko wskazuje na to, że oprocentowanie nie wzrośnie także w przyszłym roku.

Stopy procentowe kształtują się na niskim poziomie. Prezes NBP Adam Glapiński co prawda nie mówi, że nie będzie podwyżki stóp procentowych, ale podkreśla, że w zasadzie nie ma podstaw, żeby je zwiększać i prawdopodobnie ten trend utrzymywania się niskich stóp procentowych będzie podtrzymany jeszcze w 2019 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. – To oznacza tani pieniądz, tanie kredyty, więc niska stopa procentowa sprzyja gospodarce i inwestycjom.

Stopy procentowe w Polsce pozostają na rekordowo niskim poziomie od marca 2015 roku. Stopa referencyjna wynosi od tej pory 1,5 proc. Warto przypomnieć, że w 1998 roku miała ona wartość 24 proc., a poniżej dwucyfrowego poziomu zeszła dopiero na początku 2002 roku przy inflacji na poziomie 3,4 proc. w ujęciu rocznym. Choć przed dwoma laty ceny przestały spadać tylko raz, w listopadzie 2017 roku, ich dynamika dotknęła celu inflacyjnego na poziomie 2,5 proc. W tym roku ani razu inflacja nie przyspieszyła do więcej niż 2 proc. rok do roku.

– W momencie, kiedy koniunktura światowa i u naszych sąsiadów spada, podwyższenie stopy procentowej nie byłoby zasadne, z tym zastrzeżeniem, że stopa procentowa musi uwzględniać inflację – wyjaśnia prof. Elżbieta Mączyńska. – Tutaj problem z inflacją jest taki, że ekonomiści ciągle kraczą, że będzie inflacja, natomiast prawie zawsze jest tak, że prognozy są wyższe niż rzeczywistość. W skali światowej mamy do czynienia w krajach rozwiniętych z gospodarką nadmiaru, półki się uginają – i te dosłowne, i te elektroniczne, więc jeśli tylko mamy pieniądze, to każdy produkt jest w zasięgu naszej ręki. W związku z tym producenci nie mają swobody w podnoszeniu cen.

Narodowy Bank Polski, który trzy razy do roku publikuje raporty o inflacji, przewidując, jakich poziomów może ona sięgnąć przyszłości, przez ostatnie trzy edycje obniżał swoje prognozy na 2018 rok. W listopadzie 2017 roku sądził, że średnioroczna inflacja wyniesie 2,3 proc., w marcu br., że ceny wzrosną średnio o 2,1 proc., a cztery miesiące później – że już tylko o 1,9 proc.

Ze względu na niskie bezrobocie rosną natomiast płace. Średnie wynagrodzenie w przedsiębiorstwach było we wrześniu br. o 6,7 proc. wyższe niż rok wcześniej, a w trzech kwartałach roku nawet o 7,2 proc. Zatrudnienie wzrosło natomiast o 3,7 proc.

Producenci zwracają uwagę, że rosną ich koszty, bo zwiększają się płace. Wskazują, że to może osłabić ich wyniki i chęć inwestowania. Nie słyszałam jednak, żeby jakikolwiek producent mówił o tym, że przecież wzrost płac to też wzrost konsumpcji, bo przecież te płace na coś idą, czyli na zakupy. Zwiększając płace, producenci tworzą dodatkowy popyt – tłumaczy prezes PTE. – To jest motor, który dotychczas napędzał naszą gospodarkę, czyli konsumpcja.

Spożycie ogółem w II kwartale br. było wyższe niż przed rokiem o 4,8 proc., przy czym w gospodarstwach domowych wyniosło 4,9 proc., a w sektorze publicznym – 4,4 proc. Nakłady brutto na środki trwałe, czyli inwestycje, zwiększyły się o 4,5 proc. Stopa inwestycji – relacja nakładów brutto na środki trwałe do produktu krajowego brutto w cenach bieżących – wyniosła, podobnie jak przed rokiem, 16,2 proc. Natomiast bezrobocie jest w Polsce jednym z najniższych w UE: we wrześniu według unijnej metodologii zatrzymało się na poziomie 3,4 proc., podobnie jak w Niemczech. Niższe było jedynie w Czechach (2,3 proc.). Te dwa czynniki – wyższe koszty wynagrodzeń i brak rąk do pracy – mogą przyczynić się do zastępowania pracy ludzkiej przez roboty.

– Jeżeli płace rosną, to producenci muszą się zastanawiać, czy będzie im się opłacało inwestowanie w pracooszczędne technologie. Na razie wolą zatrudnić tańszych Ukraińców czy innych cudzoziemców zamiast inwestować w tańsze technologie, ale jeżeli sytuacja będzie się utrzymywała, jeżeli wzrost płac będzie się utrzymywał, to z pewnością będzie to dodatkowy bodziec do tego, żeby przemyśleć politykę inwestycyjną – uważa prof. Elżbieta Mączyńska. – Na razie przedsiębiorcy dość słabo inwestują, więc jeszcze jest przestrzeń do wzrostu. Jednak żeby inwestowali, muszą mieć pewność, że ich produkty znajdą nabywców, a wzrost płac oznacza, że szanse na znalezienie nabywców rosną.

Co roku 4 tys. mężczyzn w Polsce umiera z powodu raka prostaty. Najczęściej przyczyną jest zbyt późne wykrycie choroby

Co roku 4 tys. mężczyzn w Polsce umiera z powodu raka prostaty. Najczęściej przyczyną jest zbyt późne wykrycie choroby 4

Rak prostaty może być uleczalny, o ile zostanie odpowiednio wcześnie zdiagnozowany. Tylko co czwarty mężczyzna wykonuje jednak regularne badania profilaktyczne pod kątem nowotworów prostaty czy jąder. O wadze profilaktyki przypomina kampania Movember Polska, w ramach której przez cały listopad mężczyźni zapuszczają symboliczne wąsy. Akcja umożliwia udział w bezpłatnych badaniach w sześciu największych miastach Polski. Organizatorzy zamierzają przebadać 2 tys. mężczyzn.

Rak prostaty to drugi, po raku płuc, najczęściej diagnozowany nowotwór złośliwy wśród polskich mężczyzn, a jednocześnie trzecia przyczyna zgonów wywołanych chorobami onkologicznymi. Liczba zachorowań stale rośnie – według Krajowego Rejestru Nowotworów od lat 80. zwiększyła się ona blisko czterokrotnie. Co roku na nowotwór prostaty zapada ponad 9 tys. polskich mężczyzn, zaś 4 tys. umiera. Rośnie również zachorowalność na raka jądra, choć ten rodzaj nowotworu jest nieco rzadszy – rocznie choruje niespełna 1 tys. mężczyzn. Obie te choroby mogą być uleczalne, muszą jednak zostać wykryte na wczesnym etapie rozwoju. Niestety zdecydowana większość mężczyzn zgłasza się do lekarza zbyt późno.

– Mężczyźni wiedzą, że badania profilaktyczne są bardzo ważne. Według raportu Nationale-Nederlanden „Miej serce do zdrowia” ponad 70 proc. mężczyzn uważa, że badania są kluczowe w profilaktyce, natomiast tylko co czwarty je wykonuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marta Pokutycka-Mądrala, dyrektor komunikacji korporacyjnej Nationale-Nederlanden.

Świadomość mężczyzn w zakresie profilaktyki raka prostaty i jądra jest coraz większa, wciąż jednak niewystarczająco wysoka. Promowanie szerokiej wiedzy na temat tych nowotworów oraz ośmielanie panów do rozmów na temat swojego stanu zdrowia i wykonywania regularnych badań to cel rozpoczynającej się 2 listopada kampanii Movember Polska. Jest to międzynarodowa akcja, która narodziła się w 2003 roku w Australii. W Polsce obecna jest od 2014 roku – w jej ramach mężczyźni na całym świecie zapuszczają w listopadzie wąsy, by zachęcać innych do rozmów na ważne, lecz rzadko poruszane tematy nowotworów jąder i prostaty.

– W kampanii Movember chodzi o to, żeby edukować facetów na całym świecie o tym, że ich też mogą dopaść różne choroby. Nie chcemy straszyć nowotworami, tylko pokazać, że łatwo jest z tymi męskimi nowotworami wygrać, pod warunkiem że są one odpowiednio wcześnie wykryte – mówi Jakub Kajdaniuk, prezes zarządu Fundacji Kapitan Światełko.

Kampania Movember Polska obejmuje nie tylko szeroko zakrojone działania edukacyjne, lecz także umożliwia mężczyznom udział w bezpłatnych badaniach profilaktycznych. Dla panów przed 40 rokiem życia są to badania USG, starsi mężczyźni mogą się natomiast poddać badaniom poziomu PSA, czyli tzw. markera nowotworowego prostaty. Bezpłatne badania odbywać się będą między 2 listopada a 2 grudnia w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, Warszawie, Katowicach oraz Gdyni. Organizatorzy Movember Polska chcą w tym roku przebadać ponad 2 tys. mężczyzn.

 Kampania jest coraz bardziej rozpoznawalna. Poznajemy nowych ludzi, mówią: „Wiem, o co chodzi, to badania z wąsem”. Mamy też mnóstwo pozytywnych historii. Mężczyźni do nas piszą, dzwonią albo spotykają się z nami w trakcie eventów i mówią: „2–3 lata temu zbadałem się u was, uratowaliście mi życie, dzięki, że jesteście” – mówi Jakub Kajdaniuk.

Ambasadorami kampanii są w tym roku znani youtuberzy Cyber Marian i Chwytak oraz kierowcy rajdowi Kamil Winnicki i Filip Nivette. Wspólnie promują Movember Polska 2018 w teledysku do nowej wersji piosenki „Wąs! Wąs! Wąs!”, która w swobodny sposób wskazuje na znaczenie profilaktyki nowotworowej u mężczyzn.

 Z chęcią wziąłem udział w kampanii Movember, ponieważ sam zmagałem się z nowotworem 7 lat, więc temat ten jest mi bardzo bliski. Mam dużą publiczność i jestem w stanie dotrzeć do szerokiego grona – mówi Cyber Marian.

Do tej pory w ramach kampanii Movember Polska przebadano ponad 3 000 mężczyzn, wykrywając 40 przypadków zmian nowotworowych. Jak wynika z danych zgromadzonych przez organizatorów, z roku na rok z możliwości bezpłatnych badań korzysta coraz większa liczba panów. Na symbol kampanii wybrano czarny wąs, który w łagodny, nieprzerażający sposób przypomina panom o trudnym problemie, jakim są nowotwory.

– Tak jak kobiety mają w kampaniach różową wstążkę, która przypomina o tym, jak ważne jest samobadanie piersi, tak mężczyźni mają symbolicznego czarnego wąsa, który przypomina o tym, że warto się badać – mówi Marta Pokutycka-Mądrala.

Ekstraklasa rośnie w siłę. Dzięki nowym technologiom przychody spółki zanotują rekordowy poziom

Ekstraklasa rośnie w siłę. Dzięki nowym technologiom przychody spółki zanotują rekordowy poziom 5

Sezon 2018/2019 może się okazać rekordowy dla Ekstraklasy. Przychody mogą sięgnąć 190 mln zł i tym samym będą najwyższe w historii spółki. Pieniądze trafią głównie na konto klubów Ekstraklasy, ale zwiększy się też finansowanie programu promowania młodych polskich zawodników. Prezes Ekstraklasy przekonuje, że przychody spółki powinny dynamicznie rosnąć przede wszystkim ze względu na wprowadzane nowe rozwiązania. Już od 2019 roku rozgrywki będą pokazywane w technologii 4K. Duże wpływy może przynieść aplikacja, która uzupełnia transmisje spotkań.

 – Sezon 2018/2019 prognozujemy jako rekordowy pod względem przychodów. Mają one wynieść ponad 190 mln zł, z czego olbrzymią część otrzymają kluby i PZPN – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Animucki, prezes Ekstraklasy. – Ta dobra prognoza wynika z kilku czynników. Nasze prawa mediowe, które stanowią około 85 proc. całkowitych przychodów, zostały zwiększone, zachowaliśmy wpływy z praw międzynarodowych. Pozostałe 15 proc. to przychody marketingowe i udało się je podwoić, więc całkiem poważna suma, bo ok. 35 mln zł, z praw marketingowych wpłynie na konto Ekstraklasy, a potem na konta klubów. 

Przychody w tym sezonie mają być wyższe o 8 proc. od tych wypracowanych w poprzednim (181 mln zł) i tym samym osiągną rekordowy poziom. Do klubów trafi 160 mln zł, z czego 155 mln zł w formie gotówki, zaś 5 mln zł w formie barterów. 7 mln zł zasili konto PZPN. Dodatkowo 2 mln zł trafi na program promowania młodych polskich zawodników Pro Junior System.

– Co ważne, kwota stała ma wyodrębnianą pulę 12 mln zł na szkolenie dzieci i młodzieży. Każdy klub otrzymuje przed startem sezonu 750 tys. zł na dofinansowanie ich akademii piłkarskich. Myślę, że w przyszłych latach ta kwota zostanie powiększona i także wprowadzimy element premiowy, tak aby ci, którzy szkolą najlepiej, otrzymywali jeszcze większe finansowanie – zapowiada Marcin Animucki.

Jak przekonuje prezes Ekstraklasy, przychody spółki mają sukcesywnie rosnąć w dużej mierze dzięki nowym umowom na transmisje z rozgrywek, przede wszystkim w telewizji. Obecny kontrakt, który obowiązuje do końca tego sezonu, opiewa na ok. 150 mln zł rocznie, ale prawa telewizyjne na dwa kolejne sezony, które mają kupić nc+ i Telewizja Polska, mogą już opiewać na znacznie wyższą kwotę. Na wyższe przychody mają się też przełożyć realizowane inwestycje.

– Plany inwestycyjne Ekstraklasy dzielą się na kilka obszarów. Jednym z nich jest rozwój naszej spółki córki, czyli spółki producenckiej Ekstraklasa Live Park. Już informowaliśmy o zakupie nowego wozu 4K, tak aby od sezonu 2019/2020 być ligą, która pokazuje już transmisje w tej technologii – wskazuje Marcin Animucki.

Już teraz wszystkie mecze Ekstraklasy są nagrywane z użyciem systemu TRACAB. Dzięki temu wszystkie ruchy piłkarzy czy sędziów można śledzić z dokładnością do kilku centymetrów. Dzięki dziewięćdziesięciu kamerom zainstalowanym na wszystkich boiskach Ekstraklasy transmisje telewizyjne można wzbogacić o różne statystyki.

Doposażyliśmy także kluby w kolejne kamery, tak aby wzmocnić ich umiejętności, jeżeli chodzi o kwestie przygotowania treningowego. Te dane kluby otrzymują zaraz po meczu czy po treningach, tak aby sztaby trenerskie mogły na nich bazować – wyjaśnia prezes Ekstraklasy.

Pod względem nowinek technologicznych Ekstraklasa nie ustępuje Bundeslidze czy Premier League, także dzięki wprowadzonej aplikacji, na której kibice mogą przypomnieć sobie najlepsze fragmenty meczów, oceniać zawodników czy porozmawiać ze znajomymi.

 Naszym wewnętrznym projektem, który już działa od kilkunastu miesięcy, jest nowa oficjalna aplikacja Ekstraklasy. W przyszłości może być narzędziem wykorzystywanym także jako OTT, czyli nowy pomysł na pokazywanie meczów, ich skrótów czy bramek. To bardzo rozwojowe plany – podkreśla Marcin Animucki.

Nadchodzi rewolucja w płatnościach elektronicznych. Powstają rozwiązania pozwalające płacić w tle, bez wyjmowania smartfona z kieszeni

Nadchodzi rewolucja w płatnościach elektronicznych. Powstają rozwiązania pozwalające płacić w tle, bez wyjmowania smartfona z kieszeni 6

Płatności w tle są przyszłością płatności elektronicznych. Na rozwiązania otwartej bankowości oferowane przez fintechy otwierają się już kolejne banki, a sama technologia zapewnia zabezpieczenia na najwyższym poziomie. Polski startup oferuje system płatności, pozwalający płacić np. w restauracji, bez wyjmowania smartfona z kieszeni. Niemal 40 proc. klientów banków korzystających z bankowości elektronicznej deklaruje korzystanie z usług bankowych z użyciem urządzeń mobilnych.

– MyPocket jest to rozwiązanie, które umożliwia płatność automatyczną. Jest to połączenie platformy oraz urządzenia, które umożliwia wykonanie płatności w tle. Technologia Bluetooth umożliwia rozpoznanie użytkownika i przypisanie jego rachunku do zapłacenia np. w restauracji  do jego karty kredytowej albo portfela elektronicznego w aplikacji mobilnej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jonasz Gajewski, prezes polskiego start-upu MyPocket.

Dokonywanie płatności coraz częściej odbywa się automatycznie, czyli zupełnie bez udziału użytkownika lub za pomocą tylko jednego kliknięcia. W ciągu zaledwie dwóch pierwszych lat funkcjonowania polski system płatności mobilnych BLIK zarejestrował niemal 17-krotny wzrost ilości transakcji. Billon z kolei zamienia smartfon użytkownika w nośnik, na którym bezpośrednio mogą być przechowywane elektroniczne pieniądze służące do dokonywania płatności.

Uproszczenie procesu dokonywania płatności wydaje się być obecnie głównym zadaniem, jakie stawiają sobie fintechy. MyPocket umożliwia płatność bez konieczności wyciągania telefonu z kieszeni. To system autoryzowania automatycznych płatności, bez użycia karty płatniczej. Startup stworzył własne, niezależne urządzenie, z możliwością zintegrowania z innymi systemami i terminalami płatniczymi. Urządzenie działa w oparciu o technologię Bluetooth, dzięki której możliwe jest rozpoznanie podczas płatności użytkownika i jego rachunku, karty płatniczej albo portfela skonfigurowanego w aplikacji mobilnej.

– Nasze urządzenie jest dużo tańsze niż rynkowe rozwiązania i dużo bardziej elastycznie można je dostosować do modelu biznesowego każdego praktycznie miejsca i restauracji. Możemy dokonywać płatności praktycznie automatycznie, bez udziału drugiej osoby. Taka płatność jest bardziej w duchu open banking. Użytkownik cieszy się z tego, że może korzystać bardzo wygodnie ze swojego portfela –  przekonuje ekspert.

Polski start-up szuka obecnie partnera, który będzie odpowiadał za fizyczną obsługę płatności jako operator transakcji związanych z przelewami. Tymczasem na rozwiązania z zakresu otwartej bankowości coraz chętniej otwierają się banki. Przykładem może być Nest Bank, który zaprezentował niedawno swój najnowszy system bankowości mobilnej. Korzystający z niego klienci mogą podpiąć w zewnętrznej aplikacji SkyCash swoje konto w Nest Banku. Dzięki temu zyskają możliwość płacenia np. za przejazdy kolejowe bezpośrednio ze swojego konta.

Bank współpracuje jeszcze z dwoma innymi fintechami. Finanteq pomógł mu opracować model, w którym fintechy będą mogły integrować się z bankowością z użyciem otwartego API, a InteliWISE dostarcza narzędzia związane z obsługą chatbotów. Partnerzy banku mogą współpracować z nim na zasadzie sandboxa, dzięki czemu mają możliwość testowania swoich usług w rzeczywistym modelu. Nowoczesne rozwiązania finansowe będą wykorzystywać możliwości, jakie daje dyrektywa PSD2.

–  Wykorzystujemy zapisy dyrektywy PSD2 i integrujemy się z PolishAPI, ponieważ uważamy, że ta zmiana bardzo wpłynie na rynek płatności. Należy być gotowym na zmiany, które wejdą w przyszłym roku. Zapisy dyrektywy umożliwiają nam wykonanie płatności automatycznie, bez konieczności logowania się, wpisywania dodatkowych haseł – mówi Jonasz Gajewski.

Z raportu NetB@nk opracowanego przez Związek Banków Polskich wynika, że liczba klientów z dostępem do bankowości elektronicznej w Polsce na koniec I kwartału 2018 r. wyniosła 35,7 mln. W ujęciu rok do roku oznacza to wzrost o 6,5 proc.

38 proc. klientów mających dostęp do bankowości elektronicznej deklaruje korzystanie z usług bankowych z użyciem smartfona.

Polska z szansą na skok cywilizacyjny w zakresie inteligentnych sieci energetycznych. Nowa technologia pozwala monitorować zużycie prądu w czasie rzeczywistym

Polska z szansą na skok cywilizacyjny w zakresie inteligentnych sieci energetycznych. Nowa technologia pozwala monitorować zużycie prądu w czasie rzeczywistym 7

Wdrażanie inteligentnych sieci energetycznych zwiększa bezpieczeństwo energetyczne, optymalizuje podaż energii i zapobiega awariom dostaw, a także pozwala lepiej wykorzystać odnawialne źródła energii. Inteligentne opomiarowanie pozwala monitorować zużycie energii w domu czy firmie w czasie rzeczywistym. Na świecie stosuje się już bardzo zaawansowane systemy smart grid, ale polskie sieci energetyczne są stopniowo dostosowywane do światowych standardów. Według specjalistów mamy obecnie szansę na skok cywilizacyjny. Pierwszym krokiem może być współpraca Ministerstwa Energii z japońskim instytutem nowej energii.

– Sieć inteligentna to sieć, która w sposób dynamiczny integruje różne źródła wytwórcze i różnych odbiorców energii o różnej charakterystyce. Jeżeli mamy kabel, do którego przyłączamy wiatrak, panel fotowoltaiczny, gospodarstwo domowe i jakąś firmę, którzy w różnych momentach w czasie, w różnych godzinach doby zużywają różne ilości energii elektrycznej, ta sieć musi umieć zarządzić tym tak, żeby w każdej godzinie doby, w każdych odstępach 15-minutowych podaż zrównoważyła się z popytem – tłumaczy agencji Newseria Innowacje dr Robert Zajdler z Wydziału Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej.

Koncepcja budowy inteligentnej sieci energetycznej opiera się w głównej mierze na modernizacji już istniejącej sieci. W istniejących już sieciach energetycznych montuje się inteligentne urządzenia, które sprawiają, że sieć automatycznie reguluje swoją pracę. Dzięki temu zapobiega się np. przestojom w podaży energii. Dużo łatwiej i szybciej można też zlokalizować ewentualne awarie i wdrożyć odpowiedni plan, by nie pozostawić odbiorców bez dostaw energii.

– Elementem inteligentnej sieci jest inteligentne opomiarowanie, które w każdym momencie na bieżąco dostarcza informację o tym, jak przepływ elektronów w tej sieci wygląda i pozwala od razu dostosowywać pracę systemu do tego, co się dzieje. Jeżeli zawieje mocniej wiatr, jest od razu możliwość dostosowania. Jeżeli trochę mniej zaświeci słońce, jest możliwość dostosowania – tłumaczy dr Robert Zajdler.

Przykładem wdrożenia inteligentnych rozwiązań dla sieci energetycznych może być znajdujący się w ostatniej fazie realizacji projekt Inteligentny Półwysep Helski. Jego podstawowym celem jest uzupełnienie istniejącej już sieci energetycznej o takie elementy, które przekształcą ją w sieć inteligentną. Jednym z filarów jej działania jest system ELGrid, pozwalający na efektywne zarządzanie sieciami rozdzielczymi poprzez optymalizację ich pracy i ułatwianie przyłączania źródeł rozproszonych, takich jak odnawialne źródła energii. System jest w stanie m.in. szacować obciążenia szczytowe i prognozować zapotrzebowanie na energię, dzieląc je na obszary, oraz jej produkcję, uwzględniając różne źródła.

Od strony konsumenta najbardziej widocznym elementem zmodernizowanej sieci są inteligentne liczniki AMI. Odczyt ich stanu odbywa się zdalnie, bez udziału kontrolera. Co więcej, na liczniku można odczytać zużycie energii w niewielkich interwałach czasowych, dzięki czemu odbiorca łatwiej może zlokalizować, w jakich sytuacjach zużycie jest największe i optymalizować je.

– Polskie sieci stopniowo dostosowują się do tych nowych rozwiązań technologicznych. Przez pewien czas te modernizacje sieci nie szły tak dynamicznie, jak mogłyby iść. Na świecie poszło to dużo dalej, w kierunku bardziej innowacyjnych rozwiązań. Ale korzystamy z pewnych rozwiązań zastałych, przetestowanych i możemy dokonać skoku cywilizacyjnego w zakresie funkcjonowania tych sieci, w zakresie zarządzania nimi – mówi ekspert.

Wspólny projekt Ministerstwa Energii i japońskiej instytucji rządowej New Energy and Industrial Technology Development Organization (NEDO) na rzecz bezpieczeństwa systemu elektroenergetycznego ma na celu przetestowanie na wydzielonym obszarze Krajowego Systemu Elektroenergetycznego systemu, który realizował będzie wdrożenie automatyki odciążającej sieć (SPS) oraz hybrydowego magazynu energii elektrycznej (BESS). Ma to nie tylko usprawnić zarządzanie siecią, lecz także ułatwić wykorzystanie źródeł odnawialnych, zwłaszcza energetyki wiatrowej.

– Magazyny energii to technologia przyszłości. Mogą być zainstalowane zarówno na końcach sieci, jak i mogą być elementem stabilizującym sieć od strony operatorów tych sieci, czy dystrybucyjnej, czy przesyłowej – tłumaczy dr Robert Zajdler.

Według analityków MarketsandMarkets, światowy rynek smart grid wzrośnie z niemal 21 mln dol. w 2017 roku do niemal 51 mln dol. w roku 2022.

Planowane przeniesienie Klientów detalicznych wydzielonej części Deutsche Bank Polska do Santander Bank Polska

Deutsche Bank Polska S.A. będzie obsługiwać kredyty i pożyczki zabezpieczone hipotecznie, udzielone w walutach innych niż złoty (w tym również te udzielone pierwotnie w obcej walucie i przewalutowane na złoty), tj.: kredyt mieszkaniowy i konsolidacyjny, pożyczkę hipoteczną oraz konsumpcyjną zabezpieczoną hipoteką, a także kredyty i pożyczki udzielone w złotych (o ile posiadają wspólne zabezpieczenie hipoteczne z udzielonymi w walucie innej niż złoty albo przewalutowanymi na złoty), wraz z ich zabezpieczeniami oraz produktami ubezpieczeniowymi (grupowymi i indywidualnymi, takimi jak ubezpieczenie na życie, ubezpieczenie nieruchomości czy ubezpieczenie ryzyka utraty pracy, z wyłączeniem ubezpieczeniowych produktów inwestycyjno-oszczędnościowych z linii db Inwestuj w Przyszłość).

Bez zmian pozostaną warunki umów produktów kredytowych Deutsche Bank Polska S.A., w tym marża obowiązująca na dzień przeniesienia wydzielonej części Banku do Santander Bank Polska. W przypadku, gdy marża jest uzależniona od posiadania innych produktów Deutsche Bank Polska S.A. (konto osobiste, karta kredytowa czy produkt z linii „db Inwestuj w Przyszłość”), zachowana zostanie stawka obowiązująca na dzień włączenia wydzielonej części Deutsche Bank Polska S.A. do Santander Bank Polska (tj. 9 listopada 2018 r.), niezależnie od tego, czy Klient będzie korzystać z wyżej wymienionych produktów w przyszłości. Wyjątek stanowią produkty ubezpieczeniowe, zarówno grupowe, jak i indywidualne, oferowane wraz z produktami kredytowymi pozostającymi w Deutsche Bank Polska S.A. Ich posiadanie lub kontynuowanie może mieć wpływ na wysokość marży zgodnie z zasadami określonymi w dokumentacji kredytowej.

Informacje o kredycie lub pożyczce dostępne są w nowym systemie Internetowej Obsługi Kredytu – db hipoNET, do którego można logować się już teraz (szczegółowe informacje na temat sposobu logowania w dokumentach i sekcji „Najczęściej zadawane pytania” zamieszczonych na: https://www.deutschebank.pl/integracja/kredyt-walutowy.html

Zmianie uległy już numery rachunków kredytowych oraz rachunków do wcześniejszej spłaty należności z tytułu produktów kredytowych pozostających w Deutsche Bank Polska S.A. Klienci zostali poinformowani o nowych numerach rachunków z wyprzedzeniem. Utrzymana zostanie automatyczna spłata raty z rachunku bieżącego (konta osobistego) przeniesionego do Santander Bank Polska, na podstawie pełnomocnictwa udzielonego przez Klienta na rzecz Deutsche Bank Polska S.A. Spłata rat oraz wcześniejsza spłata należności z tytułu produktów kredytowych pozostających w Deutsche Bank Polska S.A. bez dodatkowych opłat będzie także możliwa we wszystkich oddziałach Santander Bank Polska (z wyłączeniem placówek bezgotówkowych i partnerskich) oraz poprzez usługi Santander online – w tym drugim przypadku, pod warunkiem zawarcia umowy o świadczenie usług bankowości elektronicznej z Santander Bank Polska.

Obsługa produktów kredytowych pozostających w Deutsche Bank Polska S.A. oraz kontakt z Deutsche Bank Polska S.A. możliwe będą poprzez kanały zdalne: Wirtualny Oddział, korespondencję listowną, e-mail oraz nowy system Internetowej Obsługi Kredytu db hipoNET (Deutsche Bank Polska S.A. nie będzie posiadać sieci oddziałów).

RODO a BHP

Unijne rozporządzenie (zwane popularnie RODO) oraz polska ustawa o ochronie danych osobowych weszły w życie już pięć miesięcy temu. Niestety, upływ czasu nie zmniejsza liczby błędnych interpretacji czy nadinterpretacji przepisów. Z absurdalnymi sytuacjami można zetknąć się w przychodni, przedszkolu czy urzędzie. Mogą one dotyczyć zarówno obsługi klienta, jak i tajemnicy korespondencji czy bezpieczeństwa i higieny pracy. Wszystko dodatkowo komplikuje się, gdy w grę wchodzi współpraca z podwykonawcami.

Każdy przedsiębiorca jest jednocześnie administratorem wielu danych osobowych. Jako pracodawca gromadzi i przetwarza dane pracowników, a jako producent lub dostawca usług czyni to samo z danymi osobowymi klientów.

Zgoda nie zawsze potrzebna

Jedno ze swoistych centrów przetwarzania danych osobowych w każdej firmie stanowią dział personalny i służby BHP. Regulacje RODO mają zastosowanie właściwie w każdej czynności prowadzonej lub organizowanej przez te komórki – począwszy od utworzenia i prowadzenia teczki osobowej pracownika, przez wstępne i okresowe badania lekarskie, po dokumentację chorób zawodowych czy wypadków przy pracy. Każdy pracodawca jest w związku z tym administratorem danych osobowych (ADO). Dotyczy to także kwestii monitoringu wizyjnego stanowisk pracy czy służbowej poczty elektronicznej – warto wiedzieć, że w tych dwóch kwestiach wejście w życie RODO zaowocowało zmianami w Kodeksie pracy.

W wielu przypadkach RODO stało się argumentem na rzecz utajniania wszelkich możliwych danych, ewentualnie traktowania jak dane osobowe informacji, które takimi danymi nie są. To z kolei skutkuje imposybilizmem: „nie można, nie da się, bo RODO, bo przecież potrzebujemy zgód na przetwarzanie danych osobowych”.

Tymczasem, chociaż rzeczywiście w większości przypadków wymagana jest wyraźna zgoda na przetwarzanie danych osobowych osoby, której dane dotyczą, to nie brakuje też sytuacji, gdy przetwarzanie jest niezbędne do wypełnienia obowiązków i szczególnych praw ADO, np. w dziedzinie prawa pracy. Tak dzieje się chociażby w przypadku szczególnej kategorii danych osobowych, jakimi są informacje dotyczące stanu zdrowia.

Z jednej strony RODO zabrania przetwarzania takich danych, z drugiej istnieją przesłanki legalizacyjne ich przetwarzania, np. w przypadku oceny zdolności pracownika do pracy. Wówczas zgoda pracownika na przetwarzanie jego danych osobowych nie jest potrzebna.

– Wyobraźmy sobie absurdalność sytuacji, w której człowiek, u którego lekarz medycyny pracy orzekł niezdolność do pracy, mógłby nie wyrazić zgody na przetwarzanie tej informacji i przekazanie jej pracodawcy. Konsekwencje takiej sytuacji mogłyby okazać się bardzo niebezpieczne zarówno dla tej osoby, jej współpracowników, jak i samego pracodawcy – mówi Piotr Kowalski, trener w Akademii EcoMS.

Zaspokoić ciekawość generalnego wykonawcy

Opisanej powyżej sytuacji nie można jednak rozciągać na całość czynności związanych z przeprowadzeniem okresowych badań albo szkoleń BHP. Przetwarzanie danych pracowników w celu umieszczenia publicznie dostępnych list osób zobowiązanych do odbycia badań czy szkolenia może już bowiem stanowić naruszenie przepisów o ochronie danych osobowych. Podobnie wygląda kwestia wysyłki do wielu odbiorców, bez ukrywania ich adresów e-mail, maila na ten temat, jeśli nie uzyskamy wcześniej stosownej zgody od każdej z tych osób.

Warto wiedzieć, że regulacje umożliwiające przetwarzanie danych osobowych bez konieczności uzyskania zgody pracowników dotyczą nie tylko ściśle określonych sytuacji, ale i wyłącznie bezpośredniego pracodawcy takich osób. Co w sytuacji, gdy np. na budowie pracują osoby zatrudnione przez różnych podwykonawców, a generalny wykonawca żąda od firmy podwykonawczej kserokopii lub skanów orzeczeń lekarza medycyny pracy czy zaświadczeń o odbyciu szkoleń z zakresu BHP?

– Takie oczekiwania nie mają uzasadnienia ani na gruncie przepisów RODO, ani na podstawie prawa pracy. To rolą bezpośredniego pracodawcy jest zapewnienie okresowych badań lekarskich czy szkoleń BHP. Żadne przepisy nie upoważniają podwykonawcy – będącego administratorem danych osobowych swoich pracowników – do udostępniania informacji na ten temat generalnemu wykonawcy. Nie może on w tym przypadku powołać się na przepisy Kodeksu pracy regulujące zasady współdziałania pracodawców, w sytuacji gdy w jednym miejscu pracę wykonują pracownicy zatrudnieni przez różnych pracodawców. Te przepisy nie dają bowiem bezpośrednich podstaw do udostępniania na zewnątrz dokumentacji medycznej lub związanej ze szkoleniami BHP – wyjaśnia Piotr Kowalski.

Czy możliwe jest zatem zgodne z przepisami prawa spełnienie wspomnianego żądania ze strony generalnego wykonawcy? Tak, jednak po uprzednim zawarciu umowy powierzenia danych pomiędzy podwykonawcą a wykonawcą zatrudniającym firmy zewnętrzne w zakresie przetwarzania danych osobowych oraz uzyskania stosownych zgód od każdego z pracowników, których dane miałyby zostać przekazane generalnemu wykonawcy.

Niewiedza może kosztować

Równie wiele co w dziale HR czy służbach BHP dzieje się w zakresie przetwarzania danych osobowych w działach sprzedaży czy obsługi klienta. Nadal nie brakuje przedsiębiorców, którzy dane raz pozyskane – np. przy zawieraniu umowy sprzedaży – wykorzystują do dalszego kontaktowania się z klientem, celem obsługi klienta lub przekazania treści marketingowych. Poszukując nowych odbiorców usług i produktów, kupują bazy potencjalnych klientów.

Biorąc pod uwagę fakt, że coraz częściej przedsiębiorcy działają nie tylko na rynku krajowym, lecz również paneuropejskim czy globalnym, w każdym z tym przypadków należy być świadomym i stosować się do zapisów i regulacji wynikających z RODO. Nieznajomość przepisów prawa nie zwalnia z odpowiedzialności za ich łamanie.

Mariusz Ryciak wicedyrektorem marketingu w OSHEE

Mariusz Ryciak awansował w strukturach wewnętrznych OSHEE i wraz z początkiem listopada objął stanowisko Wicedyrektora Marketingu. Dotychczas pełnił funkcję Szefa marki.

Jako wicedyrektor działu marketingu, Ryciak będzie odpowiedzialny za komunikację marketingową wszystkich marek z portfolio firmy – OSHEE, Kingi Pienińskiej i COMBU.

Mariusz Ryciak
Mariusz Ryciak

Mariusz Ryciak jest związany z OSHEE od 2017 roku. Wcześniej m.in. przez lata pracował w branży reklamowej oraz na rynku mediów. Swoją karierę zawodową rozpoczynał w Radiu Zet, następnie kierował Działem Sponsoringu w PTC. Był również szefem promocji dla sieci radiowych – Super FM i Ad.point. W 2004 roku wdrażał strategię wprowadzenia na rynek nowej stacji telewizyjnej – Podróże TV. Współtworzył agencje reklamowe Blue Angels i Brand New Heaven. Doradzał m.in. takim markom jak: North Fish, ALMAR, Żabka, Wojas, Grupa Radiowa Agory, Bakalland, FoodCare, Polfarma czy Pfizer. Jest współtwórcą i członkiem Kapituły konkursu Dyrektor Marketingu Roku oraz Jurorem EFFIE Polska.

Java i JavaScript to najchętniej wykorzystywane języki programowania

Dwa najpopularniejsze języki programowania wśród programistów to Java i JavaScript. Na kolejnych miejscach są odpowiednio C++, C#, Python i PHP, a potem jeszcze ponad 20 innych języków. Firmy stają się programistycznymi poliglotami ze względu na coraz powszechniejsze wykorzystanie platform developerskich w chmurze, które umożliwiają dobranie najlepszego języka do różnych zadań – wynika z badań zrealizowanych pośród firm w Europie, USA i Azji przez firmę badawczą ClearPath Strategies na zlecenie Cloud Foundry Foundation (CFF).

Dwa najpowszechniej używane języki programowania – czyli Java i JavaScript – uzyskały w badaniach odpowiednio 58 proc. i 57 proc. wskazań wszystkich respondentów. Niewiele mniej, bo 45 proc. miał C++, natomiast kolejne języki – C# (26 proc.), Python (25 proc.) i PHP (22 proc.) – są już nieco mniej popularne. Pierwszą dziesiątkę najpopularniejszych języków dopełniają: VB.NET (17 proc.), C (16 proc.), Visual Basic 6 (16 proc.) oraz VBA (15 proc.).

Na kolejnych miejscach znalazły się: Perl (12 proc.), Ruby (7 proc.) i Swift (6 proc.). Pozostałe wskazane w badaniu języki – Typescript, Objective C, Assembly, Matlab, R, Scala, Go, Groovy, Haskell, CofeeScript, Lua i inne – uzyskały 5 proc. lub mniej wskazań.

„Z analizy wyników badania wynika, że im większa firma, tym wykorzystuje większą liczbę języków programowania. Jest to podyktowane głównie faktem, że duże przedsiębiorstwa częściej korzystają z platform developerskich w chmurze do tworzenia i utrzymywania swoich aplikacji. Umożliwia to im stosowanie strategii wieloplatformowej w procesie tworzenia i rozwoju oprogramowania, a to z kolei prowadzi do wykorzystania większej liczby języków programowania, które są dobierane do realizacji konkretnych zadań. Potwierdzają to inne badania niedawno zrealizowane przez Cloud Foundry” – mówi Artur Witek, Wiceprezes Zarządu Grape Up, która należy do Cloud Foundry Foundation.

Wedle badań wspomnianych przez przedstawiciela Grape Up, aż 77 proc. przedsiębiorstw na świecie jest w trakcie zaawansowanych testów lub już korzysta z platform developerskich w chmurze – w modelu Platform-as-a-Service (PaaS). Z kolei 72 proc. firm stosuje lub rozważa zastosowanie kontenerów, a 46 proc. stosuje lub rozważa wykorzystanie architektury serverless. Jednocześnie aż 39 proc. przebadanych firm zadeklarowało korzystanie ze wszystkich tych trzech technologii równocześnie.

„Imponujące jest tempo adaptacji tych rozwiązań przez firmy. Pomiędzy końcem 2017 roku a marcem 2018 roku odsetek firm, które deklarują, że tworzą nowe aplikacje w chmurze lub modernizują w tym środowisku swoje stare systemy IT wzrósł z 48 proc. do 57 proc.” – mówi Artur Witek z Grape Up.

Badania Cloud Foundry zostały zrealizowane w marcu 2018 roku na reprezentatywnej grupie ponad 600 decydentów IT w firmach na terenie Stanów Zjednoczonych, Azji i Europy. Pełen raport z badań można zobaczyć tutaj: https://www.cloudfoundry.org/wp-content/uploads/Developer-Language-Report_FINAL.pdf.

Młodzi polscy inżynierowie chcą rozwiązać kosmiczny problem

Przetestowanie żagla deorbitacyjnego będzie najważniejszym elementem misji czwartego polskiego satelity – PW-Sat2. Żagiel, rozwiązanie zaprojektowane przez studentów Studenckiego Koła Astronautycznego (SKA) Politechniki Warszawskiej, ma szansę zapoczątkować nową erę w eksploracji kosmosu, zapobiegając pozostawaniu na orbicie niepotrzebnych i zaśmiecających go satelitów. W ramach swojej misji PW-Sat2 wykona łącznie cztery eksperymenty. Satelita zostanie umieszczony na orbicie 19 listopada 2018 r., z pokładu rakiety Falcon 9. Strategicznymi partnerami studenckiego projektu są gliwickie firmy Future Processing oraz FP Instruments. 

Inna Uwarowa w trakcie konferencji prasowej konsorcjum FP Space (3)

Inna UwarowaŻagiel deorbitacyjny zbudowany został z folii mylarowej o grubości dziesięciokrotnie cieńszej niż ludzki włos. Jego prototyp testowany był w warunkach stanu nieważkości i niskiego ciśnienia w wieży zrzutów w Bremie. Średnica zwiniętego żagla to około 8 cm, co jest niezwykle istotne ze względu na możliwość stosowania tego rozwiązania w mikrosatelitach. Żagiel, po otwarciu na orbicie, będzie miał wymiary 2×2 metry.

– Otwarcie żagla spowoduje znaczne zwiększenie powierzchni satelity, a co za tym idzie oporu aerodynamicznego, który na niskiej orbicie okołoziemskiej będzie hamował satelitę. Po przeprowadzeniu pozostałych trzech eksperymentów satelita rozłoży żagiel, co spowoduje stopniowe obniżanie jego orbity, a w konsekwencji spalenie w atmosferze Ziemi – mówi Inna Uwarowa, koordynator projektu. – Komputer pokładowy, czyli „mózg” PW-Sata2 został ufundowany oraz oprogramowany przez firmę Future Processing – dodaje Inna Uwarowa.

Ramiona żagla deorbitacyjnego zbudowane są ze sprężyn płaskich umieszczonych w mylarowych kieszeniach. Zmagazynowana energia sprężysta pozwala rozwinąć się żaglowi po jego wysunięciu z zasobnika, a kształt sprężyn pozwala zachować sztywność i stabilność nawet w warunkach normalnego ziemskiego ciążenia. Taka konstrukcja pozwoliła na osiągnięcie bardzo małych gabarytów żagla w konfiguracji zwiniętej (w zasobniku). PW-Sat2 ma kształt prostopadłościanu o wymiarach 10x10x22 cm, a żagiel zajmuje mniej niż 25 proc. objętości urządzenia.

Kolejny eksperyment będzie związany z określeniem PW-Sat2 na orbicie, którą umożliwi czujnik Słońca. Czujnik ten może być w przyszłości używany na innych satelitach orientacji przestrzennej. Dzięki temu instrumentowi panele słoneczne satelitów używających taki czujnik będą mogły być optymalnie ustawiane względem źródła światła. Zaprojektowany czujnik jest czujnikiem dwuosiowym i umożliwia wyznaczenie kierunku do Słońca w dwóch płaszczyznach. Elementy światłoczułe, określające natężenie padającego na nie światła, rozmieszczone są na czterech ściankach czujnika. W tym samym czasie promienie słoneczne padają na każdą ze ścianek pod różnym kątem, co pozwala określić kierunek do Słońca. Dane o natężeniu światła z każdej ze ścianek są przekazywane do procesora, gdzie przy użyciu odpowiedniego algorytmu i danych kalibracyjnych przeliczane są na wartości kątowe. Dokładność czujnika zbudowanego dla PW-Sat2 jest szacowana na około 1°. W satelicie zastosowana jest potrójna redundancja czujników światła.

Na pokładzie satelity umieszczone są także dwie kamery, które zarejestrują proces otwierania się żagla deorbitacyjnego. Dzięki temu możliwe będzie zweryfikowanie poprawnego otwarcia się żagla. Być może PW-Sat2 wykona i prześle zdjęcia Ziemi, niemniej jednak nie jest to priorytetem misji. Użyte kamery używają matrycy CMOS o rozdzielczości 640×480 px.

Czwartym eksperymentem jest mechanizm rozkładania paneli słonecznych zaprojektowany przez studentów. Ogniwa słoneczne są podstawowym źródłem energii dla komputera pokładowego i urządzeń PW-Sata2. Satelita będzie stosował ogniwa zarówno przymocowane na stałe do obudowy urządzenia jak i na rozkładanych panelach słonecznych. Mechanizm rozkładania paneli słonecznych został zaprojektowany tak, aby zajmować minimalną ilość miejsca oraz zgodnie z wymaganiami standardu CubeSat. Mechanizmy takie stosowane są do otwierania paneli, aby zwiększyć efektywną powierzchnię odbierania światła słonecznego, zbieranego przez fotoogniwa.

***
Informacje dodatkowe:

Dotychczas na orbitę okołoziemską trafiło ponad 8000 satelitów z czego współcześnie działa około 1900. Wśród pozostałych obiektów orbitujących wokół Ziemi są części rakiet, kawałki powłoki wahadłowców, człony rakiet z misji Apollo czy 32 reaktory atomowe, które zasilały satelity. „kosmicznym śmieciem” zagraża nie tylko istniejącym satelitom, ale również Międzynarodowej Stacji Kosmicznej[i]. Szybsze usuwanie śmieci ma także ograniczyć możliwość kolizji satelitów na orbicie, jak np. pierwsze w historii bezpośrednie zderzenie dwóch sztucznych satelitów Ziemi, które miało miejsce 10 lutego 2009 r. Skutkiem kolizji satelity Iridium 33 i Kosmos 2251 było powstanie ponad 600 różnej wielkości szczątków.

Satelita PW-Sat2 trafi na orbitę synchronizowaną ze Słońcem o wysokości ok. 575 km. Start na pokładzie rakiety Falcon 9 planowany jest na drugą połowę listopada 2018r. z bazy Vandenberg w Stanach Zjednoczonych. Partnerem strategicznym budowy PW-Sat2 są gliwickie firmy Future Processing oraz FP Instruments. Obydwie firmy udzielają studentom wsparcia merytorycznego, a wiosną 2016 roku ufundowały komputer pokładowy, dzięki czemu możliwe było przejście do kolejnego etapu projektu.

Studenci pracowali nad satelitą w cleanroomie (miejsce o podwyższonej czystości i kontrolowanych parametrach, o znikomej ilości zanieczyszczeń typu: pył, kurz, opary chemiczne) Centrum Badań Kosmicznych PAN oraz dzięki JM Rektorowi PW w Centrum Zaawansowanych Materiałów i Technologii CEZAMAT. Wcześniej przez wiele miesięcy projektowali i rozwijali swoje rozwiązania w Centrum Zarządzania Innowacjami i Transferem Technologii Politechniki Warszawskiej. Wraz z firmą SoftwareMill stworzyli narzędzie do analizy i prezentacji danych odebranych z satelity, które będzie dostępne dla internautów i radioamatorów. Współpracowali z takimi firmami jak OMAX Polska, EC Test Systems czy Astronika. Studenci podczas swoich prac uzyskali nieocenioną pomoc od PGNiG S.A., Instytutu Lotnictwa i Agencji Rozwoju Przemysłu. Swojego wsparcia podczas rozwoju projektu udzieliły firmy takie jak Polska Grupa Zbrojeniowa, ABM Space, Piasecka&Żylewicz, Weil, Komes, Spacive, Rapid Crafting czy Ltt. Partnerem strategicznym budowy PW-Sat2 są gliwickie firmy Future Processing oraz FP Instruments. Więcej o projekcie można przeczytać na stronie: http://pw-sat.pl/.

Dominik Roszkowski

[i] żródło: https://www.crazynauka.pl/wielki-kosmiczny-smietnik-do-sprzatniecia/

Czy czeka nas wyraźny spadek inwestycji zagranicznych w Polsce?

Na pierwszy rzut oka aktualne dane na temat inwestycji zagranicznych w Polsce nie wyglądają dobrze. Odnotowany został kilkudziesięcioprocentowy spadek. W naturalny sposób wywołuje to szerokie komentarze. Należy jednak rozdzielić w tym przypadku dwa zjawiska. Główna część tego spadku to kwestie pojedynczych rozliczeń – najczęściej wspomina się rozliczenie za jeden duży bank, który został odkupiony od zagranicznego inwestoraWarto też pamiętać, że w niektórych branżach inwestorzy nie do końca wiedząc, jaka będzie sytuacja na światowych rynkach – co widać zwłaszcza w sektorze automoto – mimo pojawiania się spektakularnych projektów, co do zasady spektakularnie nie inwestują. Zawsze należy pamiętać o bilansie dotyczącym zagrożeń. Ekonomiści pytani o możliwe scenariusze na przyszłość, zazwyczaj koncentrują się na tych najbardziej prawdopodobnych. W tym zakresie należy być optymistą. Warto zauważyć, że równolegle zawsze omawiane są też opcje bardziej alarmistyczne. Obecnie mogą one zostać zrealizowane z większym prawdopodobieństwem niż kiedyś. Scenariusze negatywne stanowiły 2-4 proc., teraz jednak przechodzą w sferę 5-10 proc.

– To czynnik, który może niepokoić w perspektywie przyszłych danych w inwestycjach zagranicznych. Inwestowanie to długi proces – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej – Często mamy przeświadczenie, że to chwilowy impuls i natychmiastowa realizacja. W świecie gospodarki realnej, jeżeli prowadzi się mało skomplikowaną działalność, to są kwestie kwartałów – w przypadku bardziej złożonej nawet lat. Należy wtedy zdecydować, czy zawierza się przyszłości ekonomicznej i otoczeniu gospodarczemu – że będą one na tyle stabilne, aby doprowadzić przedsięwzięcie do skutku. Patrząc na motywacje inwestorów, także zagranicznych, mocno obawiają się oni o koniunkturę światową. Wątpliwości budzą również pewne rozwiązania prawne, które będą obowiązywały na naszym rynku. W związku z tym może się zdarzyć, że część wyhamowania w inwestycjach zagranicznych może być spowodowane nie tylko czynnikami, jak rozliczenie dużego banku – ale i pojedynczymi decyzjami inwestorów, którzy zdecydują się na podjęcie mniejszych przedsięwzięć lub ich wstrzymanie czy odłożenie. Powyższe elementy będą obniżać wyniki w przyszłości. Co do zasady nie ma powodów, dla których w perspektywie kilku najbliższych kwartałów w gospodarce miałoby się dziać źle. Nie można jednak wykluczyć pojawienia się pewnych negatywnych czynników, które mogłyby zepsuć obecną sytuację – wskazał Soroczyński.

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – październik 2018 r.

  • Spadek wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 19,7% rdr do 16,4 mld zł w październiku 2018 r.
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu kontraktami terminowymi o 33,6% rdr do poziomu 712,6 tys. szt. w październiku 2018 r.
  • Wzrost łącznej wartości obrotu akcjami na rynku NewConnect o 208,7% rdr do poziomu 294,6 mln zł
  • Wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 24,9% rdr do 94,8 mln zł
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 122,3 % do poziomu 29,3 TWh w październiku 2018 r.
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym r. o 35,0% rdr do 21,2 TWh w październiku 2018 r.
  • Wzrost wolumenu obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia[2] na rynku spot o 15,2% do 4,0 TWh w październiku 2018 r.

Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 16,5 mld zł w październiku 2018 r., czyli o 22,6% mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń spadła w październiku 2018 r. o 19,7% rdr, do poziomu 16,4 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła w październiku 2018 r. 711,7 mln zł, o 23,2% mniej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec października 2018 r. wyniosła 55312.71 pkt i była o 14,7% niższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect w październiku 2018 r. odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 208,7% rdr do poziomu 294,6 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect w październiku wzrosła o 221,7% rdr i wyniosła 293,2 mln zł.

W październiku 2018 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 712,6 tys. szt., o 33,6% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami terminowymi na waluty wzrósł o 89,1% do poziomu 180,1 tys. szt. Kontrakty na indeksy – wolumen wzrósł o 36,3% rdr do poziomu 394,1 tys. szt.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła 85,4mld zł na koniec października 2018 r. wobec 70,8 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku[3]. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń spadła w październiku 2018 r. o 26,8% rdr, do poziomu 177,1 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP sięgnęła w październiku tego roku 61,7 mld zł i była o 3,0% wyższa niż rok wcześniej.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w październiku 2018 r. wyniósł 29,3 TWh, co oznacza wzrost o 122,3% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku forward wzrósł o 141,5% rdr do poziomu 26,7 TWh.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wyniósł w październiku 2018 r. 21,2 TWh, o 35,0% więcej niż rok wcześniej. Na rynku spot wolumen obrotu spadł o 5,2% do poziomu 1,7 TWh. Na rynku terminowym odnotowano natomiast wzrost o 40,2% do poziomu 19,5 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[4], na rynku spot wyniósł w październiku 2018 r. 4,0 TWh, co oznacza wzrost o 15,2% rdr. Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) spadł o 34,1% rdr osiągając w październiku 2018 r. poziom 31,6 ktoe[5].

Kapitalizacja 420 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku wyniosła na koniec października 2018 r. 587,86 mld zł (135,72 mld EUR).

Łączna kapitalizacja 469 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła na koniec października tego roku 1 167,01 mld zł (269,44 mld EUR).

Na NewConnect w październiku 2018 r. zadebiutowała spółka PRZEDSIĘBIORSTWO ROBÓT INSTALACYJNYCH EKOPARK SA (oferta prywatna o wartości 1.001.000 zł).

Na rynku Catalyst w październiku zadebiutowały obligacje firmy POZNAŃSKA KORPORACJA BUDOWLANA PEKABEX S.A. o wartości 20 mln zł.

W październiku 2018 r. na GPW odbyły się 23 sesje giełdowe, w porównaniu do 22 sesji rok wcześniej.

W załączeniu dane o obrotach na rynkach prowadzonych przez Grupę GPW.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)

[3] Od 3 stycznia 2018 r. w związku z wejściem MiFID 2 obligacje Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK) są kwalifikowane jako obligacje skarbowe, a obligacje EBI jako obligacje komunalne. W związku z tym dane o wartości emisji obligacji nieskarbowych z poprzednich komunikatów obrotowych są nieporównywalne z danymi prezentowanymi w tym komunikacie.

[4] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

[5] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Kurs dolara, euro, funta i franka – analiza techniczna 05.11.2018

Miniony tydzień, biorąc pod uwagę ostatni okres na rynkach, przyniósł nam sporą zmienność na polskich parach walutowych. Na początku poprzedniego tygodnia złotówka słabła do głównych walut, by ostatecznie szybko odrobić straty. Najbliższe dni również zapowiadają się ciekawie, a zaplanowane wydarzenia z pewnością pomogą wprowadzić zmienność na rynki.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 29.10.2018 – 05.11.2018

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,3023 3,7597 3,7698 4,8388
Maksimum 4,3470 3,8118 3,8403 4,9375

 

Kurs franka CHF/PLN

Kurs franka CHF/PLNNotowania złotówki do franka szwajcarskiego uzależnione są w głównej mierze od sentymentu na rynkach i wydarzeń na szerokim rynku. Jako, że ostatnimi czasy nie mieliśmy bezpośrednich, zaskakujących informacji ani z Polski ani ze Szwajcarii ruchy tej pary walutowej były zbieżne z notowaniami USD/PLN oraz EUR/PLN. Na początku zeszłego tygodnia notowania CHF/PLN przebiły psychologiczną granicę 3,80 zł, tylko po to by wraz z początkiem nowego miesiąca spaść w okolice poziomu 3,76 zł. Była to najprawdopodobniej reakcja na doniesienia brexitowe oraz z frontu wojny handlowej między Chinami a USA. W nadchodzącym tygodniu możemy również spodziewać się ważnych informacji ze świata, a co za tym idzie amplituda wahań kursowych może być znacząca. Co prawda w środę rada Polityki Pieniężnej decyduje o wysokości stóp procentowych w Polsce, jednak z pewnością nie będzie to kluczowe wydarzenia dla notowań tej pary.

Kurs euro EUR/PLN

Kurs euro EUR/PLNZa nami ciekawy tydzień na parze EUR/PLN. W ostatnich dniach października cena wspólnej waluty dotarła do dawno już nie widzianego poziomu 4,34 zł. Okolice tej ceny to również górna granica konsolidacji trwającej od dłuższego czasu na tej parze. Po przekroczeniu poziomu 4,34 zł i wraz z rozpoczęciem nowego miesiąca kurs spadł  do poziomu, do którego zdążyliśmy się już chyba przyzwyczaić – 4,30 zł. Wzrost wartości złotówki na początku listopada spowodowany jest również chwilowym uspokojeniem na rynkach związanym z informacjami na temat zbliżającego się porozumienia w wojnie handlowej na linii USA – Chiny. W nadchodzącym tygodniu notowania tej pary walutowej będą najprawdopodobniej w głównej mierze uzależnione od wydarzeń w Stanach Zjednoczonych i kolejnych doniesień związanych z brexitem. Chyba, że odczyty indeksów PMI albo decyzja polskich władz monetarnych okażą się co najmniej zaskakujące.

Kurs dolara USD/PLN

Kurs dolara USD/PLNKurs USD/PLN zachowywał się podobnie do pozostałych notowań polskiej waluty. Ta najpierw mocno traciła by pod koniec tygodnia odrobić wszystkie straty. W pierwszej połowie  minionego tygodnia kurs USD/PLN dotarł w okolicę oporu w okolicy poziomu 3,84 zł. Jednak po doniesieniach z obozu Donalda Trumpa o pracach nad porozumieniem w sprawie wojny handlowej z Chinami inwestorzy postanowili nieco odwrócić się od amerykańskiej waluty, a jej cena na koniec zeszłotygodniowych notowań spadła zaledwie do 3,77 zł, czyli aż o 7 groszy. Nadchodzący tydzień dla dolara zapowiada się co najmniej tak emocjonująco jak ten miniony. Już jutro odbędą się wybory do kongresu w Stanach Zjednoczonych. Co prawda scenariusze nie zakładają wielkiej rewolucji jednak jak to bywa z wyborami warto poczekać na ogłoszenie wyników. Dodatkowo w drugiej części tygodnia czeka nas decyzja FOMC w sprawie stóp procentowych. Najprawdopodobniej przedstawiciele komisji poczekają z podniesieniem kosztu pieniądza do grudnia. Nie mniej jednak powinniśmy z uwagą przyglądać się notowaniom dolara.

Kurs funta GBP/PLN

Kurs funta GBP/PLN            Kolejne doniesienia w sprawie brexitu i kolejny raz wspierają one funta. To właśnie do brytyjskiej waluty  na koniec zeszłotygodniowej sesji złotówka traciła najwięcej. W ciągu zeszłego tygodnia były bowiem momenty, w których nasza waluta traciła niecałe 10 groszy, a w najgorszym momencie cena funta wynosiła ponad 4,93 zł. Sprawcą umocnienia wartości były doniesienia (plotki) o kolejnych przełomach w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię. Tym razem, według informacji, doszło do porozumienia w kwestii dostępu brytyjskich instytucji finansowych do rynku unijnego. Jeżeli nawet w nadchodzącym tygodniu nie usłyszymy nowych plotek brexitowych, to powinniśmy zwrócić uwagę na zmienność w notowaniach brytyjskiej waluty. Poza odczytami PMI dla Wielkiej Brytanii poznamy bowiem tamtejsze wyniki PKB, a także wyniki produkcji przemysłowej.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Leasing 2.0, czyli samochód w abonamencie

Sektorem MSP polska gospodarka stoi – nie ma w tym stwierdzeniu ani cienia przesady: mikro-, małe i średnie firmy stanowią aż 99,8 proc. wszystkich przedsiębiorstw w Polsce[1] i 75 proc. wszystkich klientów firm leasingowych. Tzw. „misie” chętnie wybierają tę formę finansowania, dla wielu jest to bowiem jedyna szansa na zrealizowanie niezbędnych inwestycji, takich jak np. zakup firmowego samochodu. Choć blisko 9 na 10 przedsiębiorców, którzy skorzystali z leasingu, jest zadowolonych ze swojego wyboru[2], temu sposobowi finansowania nadal jest daleko do ideału. Co dla najmniejszych firm jest największą bolączką?

Sektor MSP: małe firmy – duże problemy

W małych i średnich przedsiębiorstwach pracuje blisko aż 70 proc. wszystkich osób zatrudnionych w sektorze prywatnym[3]. Jak wynika z najnowszego raportu PARP[4], sektor MSP, do którego coraz częściej zalicza się również mikrofirmy, stanowi podstawę polskiej gospodarki. Udział tego sektora w strukturze wszystkich przedsiębiorstw w naszym kraju wynosi aż 99,8 proc., z czego najliczniejsze są właśnie mikrofirmy – ponad 96 proc. Niestety, najmniejsi i mali przedsiębiorcy w codziennej działalności napotykają trudności, które są odwrotnie proporcjonalne do rozmiaru firm, które prowadzą.

Na czele listy problemów uniemożliwiających rozwój małym i średnim przedsiębiorstwom znajduje się brak środków finansowych na nowe inwestycje, szczególnie tych przeznaczanych na innowacje.  Choć nakłady na inwestycje dla sektora MSP w przeliczeniu na jedną firmę w 2016 r. wyniosły nieco ponad 41 tys. zł, to były one o 13 proc. niższe niż w poprzednio analizowanym okresie[5]. – To tłumaczy, dlaczego najmniejsi przedsiębiorcy zwracają również uwagę na bariery technologiczne. Brak inwestowania, także w nowe technologie oznacza jednocześnie brak szansy na rozwój i utrzymanie konkurencyjności rynkowej. Problemem dla sektora MSP są również wysokie obciążenia podatkowe. Firmy te charakteryzuje wysoka efektywność kosztowa – przedsiębiorcy, aby zrealizować wyznaczone cele, ponoszą wysokie, często niewspółmierne do zysków nakłady finansowe – co powoduje, że małym i średnim przedsiębiorstwom trudno jest utrzymać płynność finansową – komentuje Michał Czerny, Prezes Noble Finance. Tę uwagę potwierdzają dane zebrane przez PARP: blisko 25 proc. firm z sektora MSP deklaruje, że w okresie ostatniego roku groziła im utrata płynności finansowej.  Wyniki wskazują również zależność między utratą płynności finansowej, a wielkością firmy. Najbardziej obawiają się jej mikroprzedsiębiorstwa (prawie 1/4), a najmniej duże firmy (w granicach
4-5 proc.). Głównym powodem obaw przed utratą płynności finansowej są: opóźnienia
w płatnościach ze strony kontrahentów, odpłynięcie klientów do konkurencji i co jest z tym związane – utrata ważnych rynków zbytu.

Brak płynności finansowej oznacza, że przedsiębiorcy nie mają dodatkowych środków, które mogliby przeznaczyć na rozwój działalności, zdobycie nowych klientów i przez to poprawić swoją sytuację rynkową. Aby wyjść z tego błędnego koła, firmy korzystają z zewnętrznych źródeł finansowania.

Z naszych doświadczeń wynika, że pożyczone środki pozwalają na zakup np. nowego sprzętu IT, nowoczesnych maszyn niezbędnych w produkcji, a także nowych samochodów do firmy. W tym przypadku uzupełnienie floty służbowych pojazdów, czy w ogóle zakup pierwszego samochodu, może wyciągnąć firmę z niebytu, a z pewnością przyczynić się do jej rozwoju. Gdy w grę wchodzi kupno nowego auta, przedsiębiorcy wolą skorzystać z leasingu niż zaciągnąć kredyt – zauważa Michał Czerny, Prezes Noble Finance.

Leasing lepszy niż kredyt

O popularności leasingu świadczą dane zebrane przez Związek Polskiego Leasingu – w ciągu trzech pierwszych kwartałów 2018 r. branża leasingowa sfinansowała inwestycje o łącznej wartości 58,2 mld zł, przy wzroście rynku na poziomie 18,7 proc. r/r[6].  To mikro i małe przedsiębiorstwa stanowią blisko aż 3/4 wszystkich klientów firm leasingowych, dlatego wspomniana branża blisko połowę swoich usług kieruje do najmniejszych firm[7]. Co ciekawe, z cyklicznych badań prowadzonych przez Komisję Europejską wynika, że w Polsce prawie 40 proc. firm z sektora MSP korzysta z leasingu, zaś w Europie ten współczynnik wynosi jedynie 23 proc. Dlaczego leasing jest tak popularny wśród polskich przedsiębiorców?

Według badania zrealizowanego przez CBM Indicator[8], 42 proc. małych przedsiębiorstw korzysta lub w przeszłości korzystało z leasingu. – Bez wątpienia, jest to również grupa firm, która ma utrudniony dostęp do zewnętrznego finansowania, np. do uzyskania kredytu. Ponadto, aż 7 na 10 przedsiębiorstw aktualnie korzystających z leasingu twierdzi, że jest on tańszym i bardziej elastycznym sposobem finansowania niż kredyt – mówi Michał Czerny, Prezes Noble Finance. Jakie zalety najmniejsze firmy dostrzegają w leasingu? Ankietowani na pierwszym miejscu wskazali brak konieczności zakupu przedmiotu leasingu (55 proc.). Niższe koszty związane z utrzymaniem nabytego pojazdu oraz skorzystanie z ulg podatkowych zyskały kolejne miejsca (odpowiednio 36 i 33 proc. badanych). Mniejsze wymagania co do zabezpieczeń, zdolności kredytowej oraz mniej formalności związanych z samym zakupem również są cenionymi przez przedsiębiorców zaletami leasingu, na co wskazała 1/3 badanych.

Leasing 2.0, czyli samochód w abonamencie

Aż 87 proc. firm korzystających z leasingu jest zadowolonych z tej formy finansowania zakupu firmowego samochodu[9], co nie oznacza, że to rozwiązanie jest pozbawione wad. – Niektóre aspekty tradycyjnego leasingu, takie jak np. konieczność osobistego spotkania się z doradcą, czyli brak możliwości dopełnienia formalności przez Internet, długi proces decyzyjny dotyczący przyznania finansowania (jest tym bardziej uciążliwy, jeżeli decyzja o posiadaniu samochodu służbowego podejmowana jest z dnia na dzień), oraz „obowiązek” posiadania odpowiedniej historii kredytowej, sprawiają, że nie mogą, bądź nie chcą z niego korzystać przedsiębiorstwa, którym takie wsparcie byłoby szczególnie potrzebne. Wśród nich wymienić można np. start-upy czy firmy od niedawna obecne na rynku – wyjaśnia Michał Czerny, Noble Finance.

Dla takich firm, również z myślą o potrzebach wszystkich tych przedsiębiorców, którzy nie chcą sfinansować zakupu firmowego auta dzięki kredytowi i szukają jeszcze prostszych – i co nie mniej ważne – tańszych rozwiązań niż leasing, powstają usługi, odpowiadające na ich wymagania, np. umożliwiające długoterminowy najem samochodu na kartę. Jak to wygląda w praktyce? Cały proces najmu odbywa się online i nie zajmuje dłużej niż 10 min. Przedsiębiorca decyduje, na jaki okres chce wynająć pojazd (do wyboru ma 12, 24 lub 36 miesięcy) i wybiera na stronie markę oraz konkretny model, który go interesuje. Na koniec musi uzupełnić wymagane dane i dokonać płatności kartą,
a usługa jest uruchamiana. Wygodą jest również to, że cena za miesięczny najem w abonamencie zawiera już koszt ubezpieczenia, serwisu czy wymiany opon, więc przedsiębiorca nie musi się martwić
o te kwestie.

Długoterminowy najem samochodu na kartę to w skali Polski unikatowe rozwiązanie, dlatego ma szansę na zawsze zrewolucjonizować podejście do leasingu wśród rodzimych przedsiębiorców. Dlaczego? Eliminuje bariery napotykane przez firmy, które nie mogą skorzystać ani z leasingu tradycyjnie rozumianego, ani tym bardziej, nie mają szans na uzyskanie kredytu na zakup firmowego auta. Wygoda, którą oferuje usługa od Noble Finance, stałe, niskie koszty użytkowania samochodu w abonamencie przez cały okres najmu, powinny spełniać wymagania nie tylko przedsiębiorców z sektora MSP, szukających różnych rozwiązań, będących wsparciem w codziennej działalności, ale również młodych firm, z nowoczesnym podejściem do biznesu, które tego samego oczekują od proponowanych im usług.

[1] Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Raport o stanie małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce, czerwiec 2018.
[2] CBM INDICATOR – Prezentacja „Małe firmy o leasingu”. Konferencja prasowa ZPL 31.07.2017. Dane pochodzą
z Raportu INDICATORA „Małe firmy o usługach finansowych” 2017.
[3] Dane: PARP.
[4] Dane: PARP.
[5] Dane: PARP.
[6] Związek Leasingu Polskiego: http://www.leasing.org.pl/pl/aktualnosci/2018/branza-leasingowa-utrzymuje-wysoka-dynamike-wzrostu-wyniki-sektora-leasingowego-po-trzech-kwartalach.
[7] Dane: ZLP.
[8] Dane: CBM Indicator.
[9] Dane: CBM Indicator.

Niewypłacalność jako podstawa do upadłości firmy

Złożenie wniosku o upadłość przedsiębiorcy nie jest przywilejem, lecz obowiązkiem ustawowym, którego niedopełnienie może wywoływać konsekwencje m.in. podatkowe, czy te skutkujące zakazem prowadzenia działalności gospodarczej. Co więcej, ustawodawca przewidział określony termin na złożenie wniosku o ogłoszenie tzw. upadłości gospodarczej, który wynosi 30 dni od momentu zaistnienia ku temu podstawy.

Niewypłacalność przedsiębiorstwa podstawą złożenia wniosku o upadłość

Podstawową przesłanką do złożenia wspomnianego wniosku jest wystąpienie stanu niewypłacalności. Nie ma bowiem możliwości ogłoszenia upadłości wobec podmiotu, który jest wypłacalny i nie reguluje powstałych zobowiązań, bo przykładowo je kwestionuje. Badanie niewypłacalności jest podstawowym zadaniem sądu przy rozpoznawaniu złożonego wniosku.

Definicja niewypłacalności została ujęta w ustawie Prawo upadłościowe i zostały wyróżnione jej dwa rodzaje. Występuje bowiem niewypłacalność polegająca na utracie płynności finansowej, jak i występująca w postaci nadmiernego zadłużenia.

Niewypłacalność powstała na skutek utracenia płynności finansowej polega na tym, że dłużnik nie posiada już zdolności do regulowania swoich wymagalnych zobowiązań pieniężnych. Poprzez utratę zdolności należy z kolei rozumieć faktyczną okoliczność, która powoduje brak możliwości zapłaty na rzecz wierzyciela. Okoliczność ta winna być podparta rzetelną i obiektywną oceną obecnej oraz przyszłej sytuacji przedsiębiorstwa. Pewnym ułatwieniem w ocenie wystąpienia przesłanki do złożenia wniosku o upadłość firmy może być skorzystanie z domniemania. Zgodnie z art. 11 ust. 1a Prawa upadłościowego, domniemywa się, że dłużnik jest niewypłacalny, jeżeli opóźnienie w regulowaniu płatności przekracza trzy miesiące.

Co istotne, niewypłacalność powinna być weryfikowana w kontekście kluczowych z punktu widzenia prowadzonej działalności wierzycieli. Kierując się zdrowym rozsądkiem trudno jest uznać za niewypłacalne przedsiębiorstwo, które na bieżąco reguluje zobowiązania na kwotę 2 mln zł., pomijając płatności na rzecz dwóch kontrahentów w łącznej kwocie 2 tys. zł.

Druga definicja niewypłacalności, wynikająca z nadmiernego zadłużenia, odnosi się jedynie do osób prawnych i tzw. ułomnych osób prawnych. Dłużnik jest nadmiernie zadłużony, jeśli wartość jego majątku jest niższa niż wartość zobowiązań, a stan ten utrzymuje się przez okres przekraczający 24 miesiące. W kontekście tejże definicji występuje jednak pewne ograniczenie podmiotowe, ponieważ wykorzystuje się ją wobec:

  • osób prawnych;
  • jednostek organizacyjnych nieposiadających osobowości prawnej, którym odrębna ustawa przyznaje zdolność prawną.

Inne warunki ogłoszenia upadłości przedsiębiorcy

O ile niewypłacalność jest podstawowym kryterium decydującym o tym, czy należy złożyć wniosek o upadłość przedsiębiorstwa, o tyle są też inne warunki konieczne do spełnienia. Po pierwsze, firma powinna posiadać majątek, który wystarczy na pokrycie kosztów postępowania upadłościowego (m.in. wynagrodzenia syndyka), a także częściowo pozwoli zaspokoić wierzycieli. Jeśli dłużnik takiego majątku nie posiada, to sąd z pewnością oddali wniosek o upadłość. Nie zwalnia to jednak dłużnika z wykonania obowiązku w postaci złożenia wniosku. Po drugie, powinna występować tzw. wielość wierzycieli. Postępowanie upadłościowe wobec przedsiębiorcy można prowadzić wtedy, gdy występuje co najmniej dwóch wierzycieli.

Fortinet sfinalizował przejęcie spółki ZoneFox Limited

Fortinet przejął firmę ZoneFox Limited, która świadczy chmurowe usługi wykrywania i eliminowania zagrożeń wewnętrznych.

Przedsiębiorstwa zmagają się z gwałtownym wzrostem liczby punktów końcowych oraz użytkowników mających dostęp do danych i zasobów w chmurze. To z kolei zwiększa zapotrzebowanie na ochronę przed zagrożeniami wewnętrznymi. Jak wynika z 2018 Verizon Data Breach Investigations Report, 30% przypadków naruszeń bezpieczeństwa jest powodowanych zaniedbaniami lub świadomym działaniem użytkowników wewnętrznych (czyli np. pracowników lub współpracowników organizacji).

Przejęcie ZoneFox zwiększy możliwości platformy Fortinet Security Fabric. Umożliwi dalszy rozwój działalności Fortinet w zakresie ochrony punktów końcowych oraz zarządzania informacjami związanymi z bezpieczeństwem i zdarzeniami (SIEM, ang. Security Information and Event Management) poprzez zapewnienie klientom:

  • bardziej szczegółowego wglądu w to, co się dzieje w punktach końcowych oraz w powiązane z nimi przepływy danych i zachowania użytkowników zarówno w sieci, jak i poza nią;
  • możliwości uczenia maszynowego w celu filtrowania miliardów zdarzeń dziennie i wyciągania z nich wniosków dotyczących zagrożeń oraz wykrywania słabych punktów zabezpieczeń i powiadamiania użytkowników o podejrzanych działaniach;
  • unikalnej architektury przetwarzania w chmurze, umożliwiającej rejestrowanie kluczowych danych dotyczących użytkowników, urządzeń, zasobów, procesów i zachowań w celu łatwego analizowania i konfigurowania reguł;
  • pełnych możliwości analizy śledczej w połączeniu z prostym interfejsem wyszukiwania, który umożliwia analitykom szybkie ustalanie działań niezbędnych do zwiększenia poziomu bezpieczeństwa przedsiębiorstwa;
  • niewymagającego konfiguracji agenta, który jest łatwy i szybki we wdrożeniu – rozwiązanie można skalować do obsługi ponad 10 000 agentów, bez wpływu na wydajność;
  • zgodności z RODO, ISO 27001, HIPAA i PCI DSS oraz gotowych do wdrożenia reguł bezpieczeństwa.

Technologia ZoneFox będzie stanowić uzupełnienie platformy zabezpieczeń punktów końcowych FortiClient. Zwiększy to możliwości wykrywania zagrożeń punktów końcowych i reagowania na nie oraz rozszerzy rozwiązanie FortiSIEM o funkcje analizy zachowań użytkowników, zarówno w środowiskach fizycznych, jak i w chmurze.

– Dzięki połączeniu technologii ZoneFox z dotychczasowymi rozwiązaniami SIEM i zabezpieczeniami punktów końcowych Fortinet umożliwiamy klientom skuteczną obronę przed zagrożeniami wewnętrznymi. Pozwala to również na wyeliminowanie słabych punktów zabezpieczeń, a dzięki automatyzacji i uczeniu maszynowemu zapewnia ochronę przed coraz większą liczbą cyberzagrożeń – mówi Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce.

Jakość, ekologia czy cena? Trendy konsumenckie dla produktów regionalnych i lokalnych

Tylko nieliczni klienci z dużych miast nie mają potrzeby rozpoznawania tego, czy dany produkt jest lokalny – 12%. Natomiast 36% z nich poznaje taki towar już po opakowaniu. Z kolei łącznie ponad 60% ankietowanych chętnie sięga po tego typu artykuły. Decyduje o tym przede wszystkim ich jakość. Tak stwierdzi blisko 40% badanych. Ponadto spora grupa osób kieruje się regionalnym patriotyzmem – 27%. Mięso, wędliny, warzywa i owoce to najchętniej nabywane towary od miejscowych producentów. Następnie są sery i ryby. Niemal na samym końcu zestawienia znajduje się alkohol oraz pieczywo. Stawkę zamykają napoje i słodycze.

Rozpoznawanie produktów

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez portal Reklama FMCG oraz Grupę Mobilną Qpony-Blix, konsumenci w różny sposób rozpoznają produkty lokalnych wytwórców. Jednak największe znaczenie ma opakowanie – 36%. Potem są wymieniane dane producenta – 19%. Następnie jest wskazywana etykieta – 12%.

– Opakowanie jest całościowym, charakterystycznym wyróżnikiem produktu. Obejmuje m.in. projekt plastyczny i kolorystykę. Etykieta i dane producenta są na ogół mniej widoczne. Trzeba doczytać wszystkie informacje, umieszczone małym drukiem, a to już wymaga pewnego wysiłku od konsumenta – wyjaśnia Izabella Byszewska, prezes Zarządu Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego.

Zaledwie 12% badanych nie ma potrzeby rozpoznawania tego, czy dany produkt jest lokalny. Według Marcina Lenkiewicza, wiceprezesa Grupy Mobilnej Qpony-Blix, takich osób będzie ubywało. Konsument staje się coraz bardziej świadomy i poszukuje m.in. artykułów ekologicznych od lokalnych producentów. Oni z kolei powoli zaczynają tworzyć silne marki, które z czasem będą mocniej zapadać w pamięć.

Sięganie po lokalne

– Łącznie 62% ankietowanych stwierdziło, że chętnie sięga po produkty lokalnych wytwórców. W mojej ocenie, to jest dobry wynik. Świadczy to o tym, że klienci interesują się takimi artykułami. Sklepy, które odpowiednio eksponują towary regionalne, są lepiej postrzegane przez konsumentów. Tylko 1 na 5 respondentów deklaruje, że nie ma potrzeby nabywania takich artykułów – informuje Mateusz Chołuj z portalu Reklama FMCG.

Prawie dwa razy więcej osób było raczej na tak – 41%, niż w pełni przekonanych o tym, że chętnie sięga po lokalne produkty – 21%. Zdaniem Izabelli Byszewskiej, przeważające niezdecydowanie klientów może wynikać z niedostatecznej promocji wyrobów. A to z kolei jest związane z dominacją sklepów wielkopowierzchniowych na rynku. Wskazane artykuły giną wśród globalnych ofert.

– Tylko 14% ankietowanych nie jest zainteresowanych sięganiem po tego typu produkty. Dla nich ważniejsze są inne cechy towaru. W tej grupie konsumentów mogą być m.in. osoby, które są mocno przywiązane do swoich ulubionych, międzynarodowych marek i tylko takie wybierają – komentuje Marcin Lenkiewicz.

Motywacje klientów

Respondenci pytani o to, czym kierują się, wybierając produkty lokalne, głównie wskazywali jakość – 39%. Potem wymieniali regionalny patriotyzm – 27%. Mateusz Chołuj uważa, że producenci takich artykułów powinni zwrócić szczególną uwagę na te opinie. Warto podkreślać ww. silne strony swoich towarów podczas kampanii marketingowych.

– Należy dodać, że 10% badanych przy zakupie produktów lokalnych kieruje się innymi powodami, niewymienionymi w ankiecie. Co istotne, mniejsze znaczenie dla konsumentów ma ekologia – 9%, niska cena – 6%, opinia rodzinny czy znajomych – 4%, a także wysoki koszt zakupu – 2%. Jak widać, względy finansowe odgrywają znikomą rolę – podkreśla ekspert z Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Eksperci wnioskują, że Polacy chętnie wspierają małe, lokalne biznesy, w tym rolników, których praca jest powszechnie postrzegana jako bardzo ciężka. W ich przypadku zyski są mocno uzależnione od czynników zewnętrznych, m.in. od pogody. Z kolei produkty lokalne kojarzą się klientom z lepszą jakością, bo nie są sprzedawane na masową skalę. I to głównie motywuje polskiego konsumenta.

Preferowana żywność

– Z badania wynika również, że wśród lokalnych produktów konsumenci najchętniej kupują mięso i wędliny – 39%. Kojarzą się one z tradycją i nieprzemysłowym wytwarzaniem. Klienci zapewne mają w pamięci rozmaite afery dotyczące żywności przemysłowej, zawierającej m.in. szkodliwe dioksyny. Chcą jadać zdrowo i czuć się bezpiecznie – tłumaczy prezes Byszewska.

Na drugim miejscu są warzywa i owoce – 17%. Marcin Lenkiewicz zwraca uwagę na to, że tego typu artykuły mogą pozostawać dłużej świeże niż wędliny, oczywiście jeśli są przechowywane w odpowiednich warunkach. I dlatego są w zestawieniu dalej niż produkty mięsne. Konsumenci sięgają po żywność lokalną właśnie z uwagi na walory zdrowotne.

– Następnie respondenci wymieniają nabiał – 12%, a także sery – 11%. Tego typu artykuły mają dłuższy termin ważności. Dodatkowo ich producenci mocno reklamują swoje wyroby. Poprzez skuteczny marketing udało im się wykreować marki, które są znane również poza swoimi regionami. Obecnie widoczny jest trend promowania lokalnych produktów szerszemu kręgowi klientów. Wytwórcy powinni wykorzystać tę szansę – przekonuje ekspert z portalu Reklama FMCG.

Mniej popularny asortyment

Według zestawienia, rzadkim wyborem są lokalne ryby – 7%. Wynika to z tego, że niezbyt często pojawiają się w ofertach. Wyjątek mogą stanowić słodkowodne karpie czy pstrągi. Trudno też mówić o lokalności śledzi i szprotek poza regionami nadmorskimi.

– Smuci mnie niska pozycja pieczywa – 3% – wśród najbardziej cenionych miejscowych produktów. Lokalne piekarnie oferują naprawdę wysokojakościowe wyroby, wytwarzane tradycyjnymi metodami. Są one pozbawione dodatków chemicznych i tzw. polepszaczy, które obecnie nagminnie się stosuje. Być może działa tu czynnik cenowy. W marketach przemysłowe bułki kosztują grosze, a często są reklamowane jako produkty prosto z pieca. I to zachęca konsumentów do ich spożywania – zauważa ekspert z Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego.

Alkohole odnotowały 5%. Niemniej Marcin Lenkiewicz dostrzega, że rośnie sprzedaż regionalnych piw. Potwierdzają to również obserwacje Mateusza Chołuja z portalu Reklama FMCG. Eksperci podsumowują, że takie browary zyskują na popularności, ale wciąż mają do pokonania ogromną konkurencję w postaci znanych, międzynarodowych koncernów z dużymi budżetami reklamowymi.

Badanie zostało zrealizowane na terenie 6 dużych miast (Warszawy, Krakowa, Katowic, Wrocławia, Poznania i Łodzi) oraz ich najbliższych okolic. Ankieta była przeprowadzona w październiku br. wśród 620 osób bezpośrednio robiących zakupy w sieciach handlowych. Uczestniczyły w niej tylko te osoby, które na wstępie rozmowy wyraźnie zadeklarowały, że regularnie same robią zakupy – minimum raz w tygodniu. Respondenci mieli od 18 do 65 lat. 56% z nich to kobiety. 44% stanowili mężczyźni.

Z początkiem 2019 r. kolejne zmiany w zakresie cen transferowych

Kolejne zmiany w zakresie cen transferowych mają wejść w życie z początkiem 2019 r. – tak wynika z najnowszego projektu ustawy opublikowanego przez Ministerstwo Finansów. Dzięki nowym przepisom sporządzenie dokumentacji ma być prostsze, zwłaszcza dla małych przedsiębiorstw. Łatwiej ma być także z uzasadnieniem rynkowości stosowanych rozliczeń. Jednocześnie nowe regulacje mają doprowadzić do dalszego uszczelnienia systemu podatków dochodowych, czyli w praktyce większych kwot doszacowań podatku przez organy.

Kolejne zmiany

Rok 2018 upływa dla wielu przedsiębiorców pod znakiem cen transferowych. Obowiązek znany od lat ponownie stał się przedmiotem żywego zainteresowania, gdyż konieczne stało się sporządzenie dokumentacji wobec nowych zasad. Minister Finansów nie pozwala jednak przyzwyczaić się do nowych przepisów i już teraz proponuje kolejne zmiany. Zapowiada, że będzie prościej – podobne deklaracje towarzyszyły jednak niemal wszystkim zmianom przepisów podatkowych, nawet gdy efekt ich wprowadzenia był odwrotny od zamierzonego.

Nowe progi dokumentacyjne

Jedną z pozytywnych zmian przewidzianych w projekcie jest podniesienie progów dokumentacyjnych, czyli ustalenie wartości transakcji koniecznych do udokumentowania na wyższym poziomie. Obowiązujące obecnie przepisy ustalają próg na niskim poziomie – sporządzenia dokumentacji może wymagać transakcja już o wartości 50 000 euro. Na gruncie projektowanych regulacji co do zasady próg ten wyniesie 2 000 000 lub 10 000 000 zł. Jednocześnie wartość ta nie będzie uzależniona od wysokości przychodów i kosztów podatnika, tak jak ma to miejsce obecnie, więc próg ten będzie stały. Tym samym korzyść dla największych podmiotów może być niewielka. Niemniej dla wielu mniejszych przedsiębiorców może oznaczać to jednak zwolnienie z uciążliwego obowiązku.

Należy jednak mieć na uwadze jeszcze jeden aspekt planowanej zmiany. W razie jej wprowadzenia największe podmioty będą mogły spodziewać się znacznie częstszych i dokładniejszych kontroli w zakresie cen transferowych. Wobec faktu, iż jednym z celów nowych przepisów ma być uszczelnienie systemu podatkowego, ich faktyczne wejście w życie może oznaczać dużo częstsze kwestionowanie przyjmowanych rozliczeń między podmiotami powiązanymi.

Nowe zasady ustalania wynagrodzenia

Istotne zmiany przewidziano m.in. w zakresie dokumentowania usług o niskiej wartości dodanej. W myśl projektowanych regulacji organy podatkowe nie zakwestionują rozliczeń, jeśli strony w przypadku świadczenia tych usług ustalą narzut na kosztach nie większy niż 5% w przypadku nabycia usług i nie mniejszy niż 5% w przypadku ich sprzedaży. Tym samym będzie się wówczas przyjmowało, że wynagrodzenie ma charakter rynkowy.

Regulacja ta wydaje się być korzystna dla podatników, którzy unikną konieczności sporządzania analiz porównawczych dla tych usług. Istnieje jednak obawa, że organy podatkowe mogą być za bardzo przywiązane do owego progu 5%. Sporządzone analizy benchmarkingowe pokazują, że w przypadku niektórych usług o niskiej wartości dodanej rozpiętość narzutu, który należy traktować jako rynkowy, wynosić może nawet kilkadziesiąt procent. Tym samym wynagrodzenie może być ustalane na różnym poziomie, a mimo to zachować swój rynkowy charakter. Nowe przepisy nie powinny tego zmienić. Trzeba jednak mieć na uwadze potencjalne ryzyko w tym zakresie.

Podobne wątpliwości pojawiają się przy pożyczkach. Zgodnie z zakładanymi zmianami wynagrodzenie będzie traktowane jako rynkowe, jeśli oprocentowanie pożyczki zostanie ustalone w oparciu o rodzaj bazowej stopy procentowej i marżę określoną w obwieszczeniu Ministra Finansów oraz zostaną spełnione dodatkowe warunki. Również ta regulacja wielu podatnikom może ułatwić uzasadnienie przyjętego wynagrodzenia. Przy czym nie należy tracić z pola widzenia innych istotnych elementów umowy pożyczki, które mogą znacząco wpłynąć na wysokość wynagrodzenia.

Mniej formalności

Nowe regulacje przewidują także szereg innych zmian, które mogą istotnie zmienić zasady sporządzania dokumentacji. Ustalono m.in. nowe zasady określania obowiązku sporządzania dokumentacji grupowej, wprowadzając kryterium skonsolidowanych przychodów grupy powyżej 200 000 000 zł. Przepisy pozwalają także na przedstawienie tej dokumentacji w języku angielskim, co może stanowić ułatwienie dla grup międzynarodowych. Uwzględniono także możliwość korekty cen transferowych w przewidzianych w projekcie przypadkach, m.in. innej niż spodziewana rentowności transakcji. Także ta regulacja może okazać się korzystna dla przedsiębiorców i znacznie pomóc w uniknięciu ryzyka podatkowego. Jednocześnie planuje się zastąpienie sprawozdań CIT/TP lub PIT/TP składaniem raportów podsumowujących dla cen transferowych w wersji elektronicznej, co może wpłynąć na skuteczniejsze typowanie podmiotów do kontroli, a w konsekwencji wyższe kwoty doszacowanego podatku.

Zmiany pozytywne, ale…

Planowane regulacje w dużej mierze należy ocenić pozytywnie. Jeżeli wejdą w życie, bez wątpienia wiele podmiotów zostanie zwolnionych z obowiązku sporządzania dokumentacji. Nie trzeba będzie przygotowywać jej także do transakcji o stosunkowo niewielkich wartościach. Trudno jednak nie zauważyć pewnych zagrożeń wynikających z projektowanych zmian. Ich źródłem w zasadzie nie są jednak planowane przepisy, ale podejście organów podatkowych, które przyzwyczaiły przedsiębiorców do tego, że zawsze trzeba zachować wzmożoną czujność. Także plany wprowadzenia co do zasady korzystnych dla podatników zmian zmuszają ich do jeszcze większej uwagi i ponownego przyjrzenia się stosowanym rozliczeniom z podmiotami powiązanymi.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

GIVT wykorzysta sztuczną inteligencję – 11,5 mln zł od NCBiR na innowacyjny projekt

Platforma technologiczna GIVT, polski startup pomagający pasażerom linii lotniczych w uzyskiwaniu odszkodowań za zakłócone loty, otrzymała od NCBiR grant w wysokości 11,5 mln zł na rozwój systemu prognozowania i scoringu lotów. Środki te pochodzą z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, wspierającego prowadzenie badań naukowych i rozwój innowacyjnych technologii.

GIVT, który zgłosił swój projekt do konkursu „Szybka Ścieżka” dla MŚP, w ramach oceny wniosku otrzymał od NCBiR maksymalną możliwą ilość punktów za zasoby badawcze i techniczne.

Przygotowywany przez platformę system prognozowania i scoringu lotów ułatwi pasażerom planowanie podróży, pozwoli na automatyczną ocenę zakłóconych podróży pod kątem kwalifikowania ich do procedury odszkodowawczej oraz umożliwi szybsze i skuteczniejsze egzekwowanie praw pasażerów od przewoźników.

Jacek Komaracki, wiceprezes GIVT
Jacek Komaracki, wiceprezes GIVT

„Pracujemy nad unikatowym, opartym na sztucznej inteligencji, modelem analitycznym do oceny okoliczności zakłóconych lotów, niezależnym od danych zbieranych przez linie lotnicze. Inwestując w innowacyjne rozwiązania, zwiększamy skalę naszej działalności i wytyczamy trendy w rozwoju naszej branży – nie tylko na polską, ale i na międzynarodową skalę” – powiedział wiceprezes GIVT Jacek Komaracki.

Projekt jest realizowany we współpracy z wiodącymi naukowcami z Wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego, kierowanymi przez dr hab. Piotra Sankowskiego – wybitnego informatyka i naukowca, laureata nagrody Narodowego Centrum Nauki w 2018 r. w obszarze nauk ścisłych i technicznych, specjalizującego się w algorytmach modelowania  rynków i analizie danych. Kierowany przez niego zespół ma opracować algorytmy aukcyjne oraz machine learning, które, po wdrożeniu przez GIVT do procesów biznesowych, pozwolą maksymalnie zautomatyzować i przyspieszyć proces obsługi klientów.

„Nasz system pozwoli rozwiązać jeden z kluczowych problemów ruchu lotniczego – dzięki wykorzystaniu wielu źródeł danych, w czasie rzeczywistym, będzie prognozował ryzyko wystąpienia zakłóceń oraz klasyfikował ich przyczyny. Rozwój technologiczny naszej platformy przyspieszy wiele procesów, uprości obsługę klientów oraz wpłynie na efektywność świadczonych przez nas usług. W efekcie realizacja projektu wpłynie na optymalizację kosztów, zwiększy naszą sprawność operacyjną i ułatwi przygotowanie nowych produktów” – wyjaśnił Jacek Komaracki.

Projekt rozpocznie się od badań w zakresie przygotowania systemu scoringu lotów i spraw klientów GIVT, czyli oceny prawdopodobieństwa realizacji sprawy na korzyść pasażerów. Następnie zostanie opracowany system predykcji lotów, który umożliwi określanie prawdopodobieństwa ich zakłóceń. System będzie analizował dane z obserwacji lotów w czasie rzeczywistym oraz wykonanych wcześniej.

Platforma technologiczna GIVT działa w Polsce od 2017 r., a od czerwca br. operuje na ponad 30 rynkach europejskich. Od początku swojej działalności stawia na innowacyjność, stale inwestując w rozwój oprogramowania wspieranego przez sztuczną inteligencję, machine learning i wykorzystanie big data. Z usług GIVT skorzystało już kilkadziesiąt tysięcy pasażerów. Obecnie spółka zatrudnia ponad 80 ekspertów z wielu branż, w tym lotniczej, finansowej, nowoczesnych technologii, konsultingowej, digital marketingu i usług prawnych.

Jak wynika z danych Eurostat, Eurocontrol i FlightStats, rynek, na którym działa GIVT, to około 15 milionów pasażerów w skali roku borykających się z opóźnionymi lub odwołanymi lotami. Szacuje się, że suma należnych rekompensat dla tej grupy wynosi około 5 miliardów euro rocznie.