Aktualizacja ratingu Polski. Komunikat z EBC

Dwie agencje ratingowe ogłoszą dzisiaj aktualizacje ocen dla Polski. Stenogramy z posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego bez niespodzianek.

Aktualizacja ratingu przez dwie agencje

Dzisiaj w godzinach popołudniowych poznamy werdykt zarówno agencji ratingowej Fitch jak i S&P. Dane te przeważnie publikowane są po zamknięciu giełdy, kiedy na rynku jest już mniej inwestorów. Obecnie analitycy nie spodziewają się żadnych zmian, ale gdyby miało do nich dojść to ważne dane przy małej liczbie inwestorów na rynku często powodują nieproporcjonalnie duże ruchy. Wątpliwe jest by którakolwiek z agencji zmieniła obecnie nasz rating. Tym mniej prawdopodobna jest obniżka. Powodem jest fakt, że nasza ocena wedle Fitch i S&P jest odpowiednio o 1 i 2 punkty niższa niż w Moody’s. Czy zatem dane z agencji nie mają żadnego wpływu? Z pewnością nie, aczkolwiek agencje obserwują sytuację na bieżąco, a w Polsce nic się od ostatniego czasu szczególnie nie zmieniło.

Co słychać w EBC

Wczoraj poznaliśmy stenogramy z ostatniego posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego. Nie pojawiły się tam żadne rewolucyjne stwierdzenia. Jedyna wiadomość, która zaskoczyła analityków to możliwość reinwestycji spłat kapitału. W ten sposób wydłużono czas zapadania obligacji w bilansie. Znalazły się informacje o sile gospodarki oraz kontrolowanej inflacji i ryzykach. Brakowało tego na co wielu inwestorów liczyło, to znaczy informacji jakie EBC ma plany na rosnącą dysproporcję w poziomach oprocentowania pomiędzy dwoma stronami oceanu. Na razie Europa korzysta na tańszym pieniądzu i słabszej walucie. Problem w tym, że taka sytuacja zachęca do nadmiernego zadłużania się, które może okazać się istotnym problemem, jeśli dojdzie do pogorszenia koniunktury na świecie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 16:00 – USA – raport uniwersytetu Michigan,
  • 19:00 – USA – ilość wież wiertniczych dla rynku ropy.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Sytuacja w niemieckiej gospodarce robi się nerwowa

W tym tygodniu opublikowane zostały wyniki niemieckiej produkcji przemysłowej. Dane te rozczarowały, gdyż w sierpniu odnotowała ona roczny spadek o 0,2%. Biorąc pod uwagę korektę sezonową spadek wynosi 0,1%. A spodziewano się nieznacznego wzrostu.

Jednakże aby stwierdzić, że będzie to długofalowa tendencja należy jeszcze trochę poczekać. Rosnące ryzyko w gospodarce światowej z pewnością nie wpływa pozytywnie na wskaźniki. Nastrojów w niemieckiej gospodarce nie poprawił także spadek handlu międzynarodowego. W sierpniu zanotowano miesięczne obniżenie się importu, jak i eksportu. Przy czym, należy wspomnieć, że wprowadzone w międzynarodowym handlu cła jeszcze nie zdążyły odzwierciedlić się w obrotach. Niemiecka gospodarka boryka się z nerwową sytuacją związaną nie tylko z całą światową gospodarką, ale również rozwojem gospodarczym głównych partnerów biznesowych. Warto w tym kontekście wspomnieć o trwających negocjacjach dotyczących Brexitu, negocjacjach dotyczących budżetu Włoch czy politycznej i gospodarczej sytuacji w Turcji. Ważne będzie nie tylko śledzenie bieżących danych, wskaźniki wiodące również mogą być pomocne.

Na wzrost światowych niepokoi negatywnie reaguje również polski złoty. Jego kurs w stosunku do euro w tym tygodniu prawie się nie zmienił, jednak patrząc od początku roku, pomimo dobrej sytuacji fundamentalnej w polskiej gospodarce, złotówka osłabiła się. W piątek rano kurs złotego wynosił 4,31 EUR/PLN. Eurodolar był na poziomie 1,16 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Banki optymistycznie oceniają swoją działalność związaną z finansowaniem inwestycji nieruchomościowych

W pierwszej połowie 2018 r. wartość inwestycji w sektorze nieruchomości na europejskich rynkach wyniosła 110 mld euro i była mniejsza o 19% w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Jest to najniższy poziom od 2014 r. Wbrew spadkowemu trendowi w Europie Zachodniej, wartość inwestycji nieruchomościowych w Europie Środkowo-Wschodniej rośnie nieprzerwanie od 6 lat. Polska pozostaje liderem regionu i odpowiada za 58% inwestycji w rynek nieruchomości w całej Europie Środkowo-Wschodniej. W pierwszych dwóch kwartałach 2018 r. wartość inwestycji nad Wisłą wyniosła 3,3 mld euro, co oznacza wzrost o 113% r/r.

Jak wynika z 9. edycji badania KPMG przeprowadzonego wśród 70 instytucji finansowych w 14 krajach Europy, banki optymistycznie oceniają swoją działalność związaną z finansowaniem projektów nieruchomościowych. Respondenci wskazują, że w kolejnych latach wzrostowy trend będzie kontynuowany, jednak nie należy zapominać o lokalnych uwarunkowaniach, które mogą wpływać na poszczególne kraje.

Niższa wartość inwestycji w Europie

Całkowita wartość inwestycji w pierwszych 6 miesiącach 2018 r. zmniejszyła się o 19% w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku osiągając poziom blisko 110 mld euro. Jest to najniższy poziom inwestycji od 4 lat. Spadek wartości inwestycji w pierwszej połowie roku odnotowano w Europie trzeci rok z rzędu. Podczas gdy Niemcy i Wielka Brytania nadal przyciągały ponad połowę całkowitego wolumenu transakcji w Europie w pierwszej połowie 2018 r., największe wzrosty odnotowano w Polsce i Irlandii.

Pomimo ogólnego spadku zaobserwowanego w Europie, wielkość inwestycji w Polsce wzrosła do poziomu 3,3 mld euro w pierwszej połowie 2018 r., względem 1,5 mld euro w pierwszej połowie 2017 r. Wartość polskich inwestycji stanowi 58% całkowitej wartości inwestycji w Europie Środkowo-Wschodniej w pierwszej połowie 2018 r. – mówi Steven Baxted, partner, szef zespołu doradztwa dla rynku budownictwa i nieruchomości w KPMG w Polsce.

Biorąc pod uwagę oczekiwania banków działających w Polsce względem wielkości całego portfela kredytów na rynku nieruchomości, 40% ankietowanych spodziewa się wzrostu liczby inwestycji w kolejnych 12-18 miesiącach. Taka sama liczba respondentów nie przewiduje żadnych zmian, natomiast 20% respondentów spodziewa się spadku liczby udzielanych kredytów na inwestycje w nieruchomości.

Europejskie banki najchętniej finansują budowę inwestycji mieszkaniowych
Podobnie jak w poprzedniej edycji badania, najbardziej preferowaną klasą aktywów w Europie są inwestycje dokonywane w rozwój rynku mieszkaniowego. Jednak w Polsce zainteresowanie finansowaniem inwestycji mieszkaniowych pozostaje na niskim poziomie.

Jedynie finansowanie nieruchomości hotelowych w Polsce było niższe, niż finansowanie inwestycji mieszkaniowych. Banki działające na polskim rynku zdecydowanie preferują finansowanie nieruchomości biurowych, które są postrzegane jak mniej ryzykowne – mówi Steven Baxted, partner, szef zespołu doradztwa dla rynku budownictwa i nieruchomości w KPMG w Polsce.finansowanie przez banki

Coraz mniej zagrożonych kredytów w Europie Środkowo-Wschodniej

W regionie Europy Środkowo-Wschodniej można zauważyć coraz większy udział regularnie spłacanych kredytów w bankowych portfelach. Stopniowo obserwowany jest trend coraz mniejszego udziału zagrożonych kredytów, które negatywnie wpływają na kondycję finansową banków.

Kiedy w 2010 r. po raz pierwszy przeprowadzaliśmy badanie, wszystkie przebadane kraje w Europie Środkowo-Wschodniej miały w portfelach bankowych mniej niż 85% udział kredytów spłacanych w terminie. W tym roku już większość banków działających w poszczególnych państwach w regionie posiada ponad 85% takich kredytów – mówi Steven Baxted, partner, szef zespołu doradztwa dla rynku budownictwa i nieruchomości w KPMG w Polsce.zagrożone kredyty

Ankietowani przedstawiciele banków w regionie Europy Środkowo-Wschodniej zaczynają dostrzegać coraz większą konkurencję w globalnych bankach komercyjnych. Z kolei dla pozostałych ankietowanych w Europie krajów, największym wyzwaniem są ubezpieczyciele oraz fundusze emerytalne.

O RAPORCIE
Raport pt. „Property Lending Barometer 2018” został opracowany na podstawie odpowiedzi udzielonych przez ponad 70 instytucji finansowych działających w sektorze nieruchomości w 14 krajach Europy. Przedstawiciele wiodących instytucji finansowych przedstawili podczas pogłębionych wywiadów swoje opinie na temat kluczowych kwestii związanych z kredytowaniem nieruchomości. Uwzględnione w badaniu kraje podzielono na dwie kategorie: gospodarki Europy Środkowo-Wschodniej (Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Polska, Rumunia, Serbia, Słowacja, Słowenia, Węgry) oraz pozostałe europejskie gospodarki (Austria, Cypr, Holandia, Irlandia, Szwecja). Badanie zostało przeprowadzone w okresie maj-lipiec 2018 r.

Zdrowe odżywianie – stały trend w postawach Polaków

Z raportu GfK poświęconego identyfikacji zwyczajów zakupowych w zakresie zdrowego i ekologicznego odżywania wynika, iż ponad 1/5 polskich gospodarstw domowych odżywia się niezdrowo.

Instytut GfK dokonał segmentacji polskich gospodarstw domowych opartej na kupowanych produktach. Biorąc pod uwagę zakupione w ciągu roku kategorie produktowe (około 90 kategorii), gospodarstwa domowe zostały podzielone na 4 segmenty pod względem wielkości i struktury wydatków na żywność. W celu obserwacji zmian nawyków zakupowych na przestrzeni czasu, wyniki porównano z wynikami z roku 2014.

Artur Czajka, analityk w Panelu Gospodarstw Domowych GfK, komentuje: „W Polsce zapanowała moda na zdrowe odżywianie. Media, producenci i detaliści głośno i często mówią o zdrowszej kuchni, zdrowszych produktach, żywności typu bio, eko, produktach bez laktozy oraz o tym, jaki wpływ na komfort naszego życia ma sposób, w jaki się odżywiamy. Sami konsumenci często deklarują, że zdrowiej się odżywiają, dbają o siebie i swoich bliskich, przestrzegają diet, modeli odżywiania. Skutecznym sposobem, aby sprawdzić czy owe deklaracje znajdują potwierdzenie w tym, co faktycznie robimy i w produktach spożywczych, które kupujemy, jest analiza koszyka zakupowego. Czyli co tak naprawdę kupujemy i jaką część naszego koszyka stanowią produkty zdrowe i ekologiczne.”

21 proc. gospodarstw domowych w Polsce to gospodarstwa kupujące produkty i odżywiające się w sposób, który można opisać jako niezdrowy. Kupują więcej półproduktów, dań gotowych i mrożonych oraz różnego rodzaju fixów. W ich koszykach najczęściej znajdują się napoje gazowane, chipsy, popcorn czy inne słone przekąski. W segmencie „Niezdrowych” gospodarstw jest najwięcej rodzin z dziećmi, część zakupów odpowiada więc na zapotrzebowanie najmłodszych i młodych konsumentów. Można jednak zaobserwować, iż rodzice starają się wprowadzać do diety produkty, które rekompensują w pewien sposób mniej zdrowe produkty, tj. kupują np. soki 100% czy wodę niegazowaną. Segment ten od 2014 roku utrzymuje się na stabilnym poziomie.

Artur Czajka dodaje: „Dzięki przeprowadzonej segmentacji polskich gospodarstw domowych i dokładnej analizie wyłonionych grup, wiemy jak dotrzeć z produktami do poszczególnych segmentów. Dla przykładu, w przypadku gospodarstw „Niezdrowych”, producenci, a także sklepy powinni inwestować w promocje i nowości. Segment ten dysponuje bowiem dość wysokimi dochodami, ale sam siebie określa jako „wciąż na dorobku”. Gospodarstwa z tej grupy są więc wyczulone na promocje i aktywnie ich poszukują. Szukają nowości, zwłaszcza gdy te są wspierane reklamami. Ponadto wykazują otwartość na zakupy dla swoich dzieci produktów, które w obrębie danej kategorii komunikują, że są zdrowsze niż pozostałe.”

Zupełnie odmiennym segmentem polskich gospodarstw domowych jest segment „Konsekwentnie zdrowe”, czyli gospodarstwa, które są w pełni świadome roli i znaczenia ekologii w życiu codziennym – segregują śmieci, oszczędzają energię i wodę, świadomie kupują produkty zdrowe i ekologiczne. W sklepie czytają opakowania, sprawdzają skład produktów. Są otwarci na kuchnie świata. W porównaniu do roku 2014 segment wzrósł aż o 55 proc.

Gospodarstwa z tego segmentu najwięcej pieniędzy wydają na produkty oznaczone etykietami bio, bez laktozy, bez GMO czy wege. W ich koszykach częściej pojawiają się takie kategorie, jak miód, bakalie, świeże warzywa i owoce, ryby czy gorzka czekolada.

Artur Czajka dodaje: „W przyszłości segment gospodarstw „Konsekwentnie zdrowych” może nadal rosnąć, zarówno ze względu na utrzymującą się modę i zapotrzebowanie na produkty zdrowe i ekologiczne, jak również z uwagi na fakt, iż w segmencie jest dużo gospodarstw ze starszymi osobami, a polskie społeczeństwo starzeje się w dość szybkim tempie.”

O badaniu
Raport „Health & Nutrition” bazuje na informacjach pozyskanych z trzech komplementarnych źródeł danych:
• Unikatowa segmentacja gospodarstw domowych oparta na wydatkach na faktycznie kupowane produkty żywnościowe.
• Wywiady ankietowe z gospodarstwami z wydzielonych segmentów.
• Dodatkowe analizy danych panelowych i/lub wywiady ankietowe na dobranej specjalnie do potrzeb klienta grupie docelowej.

W raporcie znajduje się szczegółowy opis 4 segmentów gospodarstw domowych wraz z charakterystyką ich zachowań zakupowych, w tym w zakresie produktów zdrowych i ekologicznych:
• Kanały i sieci, w których poszczególne segmenty dokonują zakupów (z uwzględnieniem przede wszystkim produktów zdrowych i ekologicznych).
• Penetracja poszczególnych kategorii, powtarzalność zakupów, koszyk zakupowy i historia zakupów.
• Co polskie gospodarstwa domowe rozumieją przez produkty zdrowe i ekologiczne.
• Czy i jak ważny jest skład tego typu produktów.
• Na co gospodarstwa zwracają uwagę przy ich zakupie, gdzie chciałyby znajdować je w sklepie.

Kierowcy na rynku pracy

W połowie października na Pracuj.pl znajdowało się 1200 aktywnych ogłoszeń o pracę dla kierowców i ich liczba stale rośnie. Według ekspertów Pracuj.pl i praktyków, to zawód z przyszłością. Jak pokazują dane o płacach kierowców i opinie cytowane w raporcie „Na tropie dobrej pracy”, to jedna z branż dających pracownikom fizycznym duże możliwości rozwoju.

Według danych serwisu zarobki.pracuj.pl, przeciętne wynagrodzenie zawodowych kierowców wynosi od 3800 do ponad 6000 zł „na rękę” – w zależności od specjalizacji. To niewątpliwie jedna z najlepiej opłacanych grup pracowników fizycznych na polskim rynku pracy, badanych przez Pracuj.pl w raporcie „Na tropie dobrej pracy”. Skąd biorą się te stawki? Czy rzeczywiście kandydaci mogą tak łatwo sięgnąć po najlepsze oferty?

Trudne początki: start kariery

Jednym z największych wyzwań dotyczących pracy w branży transportowej jest początek kariery. Większość stanowisk wymaga nabycia odpowiednich uprawnień, bez posiadania których kandydaci nie mogą myśleć o bardziej atrakcyjnych specjalizacjach.

Kierowcy znajdują się w czołówce najlepiej opłacanych grup zawodowych i bez wątpienia ich zarobki będą nadal rosły. Wejście w rolę zawodowego kierowcy wymaga jednak zazwyczaj zdobycia odpowiednich uprawnień, co wiąże się ze sporymi inwestycjami w szkolenia i egzaminy. Osoby planujące dopiero wejście w branżę powinny zwracać więc szczególną uwagę na kursy dofinansowywane przez urzędy pracy czy ze środków europejskich. Zapotrzebowanie na ekspertów jest tak duże, że na rynku coraz częściej można się spotkać też z pracodawcami, którzy z chęcią zatrudnią osoby bez doświadczenia i je przeszkolą — przekonuje Sylwia Sosnowska, HR Manager w Grupie Pracuj.

Rywalizacja o kandydatów

Eksperci szacują, że w Polsce może brakować nawet 100 000 zawodowych kierowców. Firmy szukają obecnie zarówno osób rozpoczynających pracę w fachu, jak i doświadczonych pracowników. Potwierdza to Trucking Girl, czyli Iwona Blecharczyk – zawodowy kierowca ciężarówki, a po godzinach autorka popularnego kanału na YouTube, na którym opowiada o swojej pracy.

Z punktu widzenia kierowcy, zapotrzebowanie na pracowników jest widoczne, bo Polska branża transportowa ma się doskonale. Rozwijałaby się jeszcze lepiej, gdyby nie brak kierowców. Coraz więcej osób odchodzi na emeryturę, nowych przybywa za mało. Wszystko to sprawia, że kierowcy mogą przebierać w ofertach pracy. Sytuacja tanie dotyczy tylko Polski czy Europy, ale także np. Ameryki Północnej. Niedawno dostałam ofertę pracy z Kanady, wraz z załatwieniem wszelkich dokumentów wizowych. Tamtejszy rynek boryka się z takim samym problemem braku kierowców — opowiada Iwona Blecharczyk.

Jak zauważa Trucking Girl, w ostatnich latach powoli zmienia się sposób postrzegania pracowników fizycznych, choć wciąż jest w tej kwestii wiele do zrobienia.

Sama praca kierowcy, jako potencjalne zajęcie dla kogoś, kto szuka zawodu dla siebie – jest bardzo atrakcyjna. Dzięki niej zwłaszcza młodzi ludzie mogą podróżować i na starcie zarabiać praktycznie tyle samo, co doświadczony kierowca. Od kilku lat młode pokolenie walczy z negatywnym wizerunkiem, pokazując swoją pracę i styl życia np. w social media
— dodaje Iwona Blecharczyk.

Najlepiej opłacani

Według danych serwisu zarobki.pracuj.pl, najlepiej zarabiają kierowcy z prawem jazdy kategorii C+E, zatrudnieni w transporcie międzynarodowym. Średnio ich pensje wynoszą 6100 złotych netto. To o ponad 4 000 złotych więcej, niż wynosi średnie wynagrodzenie w Polsce. Na niższe, ale wciąż atrakcyjne zarobki mogą liczyć kierowcy C+E jeżdżący po Polsce – średnio otrzymują na rękę 4500 zł. Niewiele mniejsze jest wynagrodzenie kierowców ADR, przewożących niebezpieczne materiały– ich pensja wynosi średnio 5 500 zł netto. Powszechną regułą na rynku, według deklaracji pracowników, są już umowy o pracę, gwarantujące najważniejsze świadczenia pracownicze.

Kierowcy, a inni pracownicy fizyczni

Zarobki kierowców wyróżniają ich mocno na tle innych grup objętych badaniem Pracuj.pl „Na tropie dobrej pracy”, poświęconym pracownikom fizycznym. Jak ustalili badacze, tzw. blue collars są coraz bardziej pewni swoich kompetencji – 49% czuje się fachowcami w swojej dziedzinie, 51% uważa, że szybko znalazłoby nową pracę. Jednocześnie jednak aż 42% uważa, że otrzymuje za niskie wynagrodzenie.

Mimo, że ich warunki pracy są cięższe niż w biurze, pracownicy fizyczni nie są w wielu wypadkach doceniani w sposób szczególny za ich siłę i wytrwałość oraz wkład w operacyjne funkcjonowanie firmy. Zauważamy to w badaniach satysfakcji i zaangażowania pracowników, gdy można porównać obie te grupy. Na stanowiskach fizycznych mamy dużą większą rotację, a pozyskanie nowych pracowników jest coraz trudniejsze. Wiele firm w związku z tym już od dawna odczuwa negatywne skutki niedoboru pracowników i równocześnie powoli zmienia swoje podejście. To, jak zapotrzebowanie może wpływać na oferowane warunki, widać na przykładzie kierowców — dodaje Katarzyna Lorenc, specjalistka ds. rynku pracy, ekspert Business Centre Club.

Przepisy dotyczące wywozu odpadów w Polsce wciąż niejasne

Szacuje się, że w Polsce jeździ około 6000 śmieciarek. To pojazdy specjalne powyżej 3,5 tony, a ich kierowcy nie podlegają prawu rozliczania czasu pracy na bazie tachografu tylko wtedy, gdy odbierają odpady z gospodarstw domowych. Co powinni zrobić, jeśli do jednego kosza trafią śmieci z domów i na przykład z kiosku ruchu czy pobliskiego zakładu fryzjerskiego? Włączyć tachograf czy nie? Pozostawić część odpadów?  Na te pytania nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Przepisy są niejasne, dlatego też kontrolerzy mogą nakładać kary nawet do 30 tysięcy złotych. Po co polskim firmom prawo, które można interpretować dowolnie? Temat komentuje ekspert OCRK.

Mnogość przepisów

Obowiązek ewidencjonowania czasu pracy kierowców, pobierania danych z tachografów i przechowywania ich reguluje nie jeden, a aż cztery akty prawne – rozporządzenie unijne nr 165/2014 ws. urządzeń rejestrujących stosowanych w transporcie drogowym, ustawa z dnia 16 kwietnia 2004 o czasie pracy kierowców, rozporządzenie unijne nr 561/2006 ws. harmonizacji niektórych przepisów socjalnych odnoszących się do transportu drogowego oraz nowa ustawa z dnia 5 lipca 2018 r. o tachografach.

Mimo wprowadzenia wielu przepisów i prób ich porządkowania tak, by miały zastosowanie w codziennej pracy kierowców pojazdów specjalnych, wciąż niejasne są zasady ich egzekwowania. Nie ma bowiem jednej wykładni, która wyjaśniałaby zapis mówiący o „zbieraniu odpadów z gospodarstw domowych i ich wywozie” – wyjaśnia Jakub Ordon, ekspert firmy OCRK. – Wszystko przez unijne rozporządzenie nr 561, które narzuca na kierowców zawodowych odpowiednie normy w zakresie jazd, przerw i odpoczynków oraz rozporządzenie nr 165, które przymusza ich do rejestracji swojego czasu pracy w trybie rzeczywistym. Dla kierujących śmieciarkami ten przepis zwyczajnie nie spełnia swojej roli, gdyż odbieranie odpadów odbywa się przy tzw. krótkich podjazdach, a nie jeździe ciągłej trwającej nie dłużej niż 4,5 godziny bez przerwy, jak to ma miejsce w ruchu międzynarodowym. Dlatego też w rozporządzeniu 561 unijny twórca przepisu wpadł na pomysł, że śmieciarki wyjmie spod obowiązywania przepisu wspólnotowego, by kierowcy nie obawiali się kar za nieumyślne nieprzestrzeganie czasu pracy, które wynikałoby ze specyfiki ich pracy – mówi Jakub Ordon.

Diabeł tkwi w szczegółach

Odstępstwo od przepisów istnieje, ale w rozporządzeniu napisano:

Artykuł 13 [1]

  1. O ile nie zagraża to osiągnięciu celów określonych w art. 1, każde Państwo Członkowskie może wprowadzić wyjątki od przepisów art. 5–9 i uzależnić te wyjątki od spełnienia indywidualnych warunków na swoim terytorium lub, w porozumieniu z zainteresowanymi Państwami, na terytorium innego Państwa Członkowskiego, mające zastosowanie do następujących przewozów wykonywanych:
  2. h) pojazdami używanymi w związku z odprowadzaniem ścieków, ochroną przeciwpowodziową, konserwacją urządzeń zaopatrujących w wodę, gaz i elektryczność, utrzymaniem i kontrolą dróg, zbieraniem odpadów z gospodarstw domowych i ich wywozem, usługami telegraficznymi i telefonicznymi, nadawaniem programów radiowych i telewizyjnych oraz wykrywaniem nadajników lub odbiorników radiowych lub telewizyjnych;

Polska przyjęła to zwolnienie w swój porządek prawny i w praktyce kontrolnej nikt nie miał chęci kontrolować kierowców śmieciarek, bo wiedział, że są to pojazdy zwolnione z przepisów 561 i 165. Oczywiście, kierujący pojazdami specjalnymi w sektorze komunalnym podlegali też przepisom ustawy polskiej, jednak pozwalała ona na przykład na rozpisywanie grafików. „Komunalka” do tej pory była traktowana inaczej pod względem ewidencjonowania czasu pracy kierowców niż przewóz towarów np. w tranzycie międzynarodowym. Do czasu. – komentuje ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

„Zbrodnia” i kara

Zgodnie z ustawą o transporcie drogowym firma świadcząca usługi odbierania i wywożenia odpadów może zostać ukarana karą maksymalną nawet do 30 tysięcy złotych. Wysokość sankcji uzależniona jest od liczby kierowców zatrudnionych na umowę o pracę. Brak zapisanych i przechowywanych danych z tachografów, to 500 złotych za każdy dzień. Jednym z ostatnich przykładów dowolnej interpretacji jednego z Wojewódzkich Inspektorów Transportu Drogowego jest nałożenie 25 tysięcy złotych kary dla firmy z województwa śląskiego. Podstawą do wskazania naruszenia jest brak rozdzielenia przewozu śmieci na pochodzące z gospodarstw domowych i na te, które wyprodukowały przedsiębiorstwa. Jak takim sytuacjom zapobiec?

W praktyce wygląda to tak, że na czas przewozu odpadów z gospodarstw domowych kierowca może uruchomić w tachografie funkcję OUT, co przy tworzeniu ewidencji czasu pracy zostanie potraktowane jako inna praca. W momencie, gdy odbiór śmieci wiąże się z odpadami pochodzącymi z przedsiębiorstwa kierujący powinien włączyć urządzenie rejestrujące czas jego pracy. W innym przypadku narazi pracodawcę na sankcje ze strony Państwowej Inspekcji Pracy – mówi Jakub Ordon z OCRK.

Przepisy nie dla wszystkich są jasne i jednoznaczne, dlatego niektóre firmy rozliczają swoich pracowników tak jak kierowców zawodowych, część z nich nie stosuje się do takich zapisów w ogóle, jeszcze inni nie mają świadomości, że takie zasady istnieją. Tym, na co warto jeszcze zwrócić uwagę, jest struktura wynagrodzenia pracownika. Pensja kierowcy, który wywozi śmieci wyłącznie z gospodarstw domowych różni się znacząco od wypłaty osoby, która podlega pod rozporządzenie numer 561/2006. Jeśli przez osiem godzin funkcja tachografu jest wyłączona, to ewidencja czasu pracy nie uwzględnia dodatkowych elementów wynagrodzenia, np. dyżurów 50%. W przypadku realizacji odpadów przemysłowych, tachograf jest włączony, a w rozliczeniu czasu pracy muszą znaleźć się składniki obowiązujące wśród kierowców zatrudnionych w branży zawodowej, tj. dyżury 50 i 100 procent, czy nieusprawiedliwione przerwy podczas prowadzenia pojazdu. Dlatego, obok zawiłych przepisów aktów prawnych dostępne są systemy, które ułatwiają firmom komunalnym prowadzenie i rozliczanie czasu pracy swoich kierowców oraz wspierają proces tworzenia takiej dokumentacji. Dopóki polski ustawodawca nie podejmie próby rozwiązania problemu wywozu odpadów z gospodarstw domowych i przemysłowych, należy poszukiwać solidnego partnera w prowadzeniu ewidencji czasu pracy i wyjaśnianiu ewentualnych naruszeń.

[1] Zgodnie z art. 13 ust. 1 lit. h) rozporządzenia (WE) nr 561/2006 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 15 marca 2006 r. w sprawie harmonizacji niektórych przepisów socjalnych odnoszących się do transportu drogowego oraz zmieniającego rozporządzenia Rady (EWG) 3821/85 i (WE) 2135/98, jak również uchylającego rozporządzenie Rady (EWG) 3820/85 (Dz. Urz. UE nr L 102/1 z 11 kwietnia 2006r.), w Polsce obowiązuje wyjątek (zgodnie z art. 29 ust 1 i 2 ustawy z dnia 16 kwietnia 2004 r. o czasie pracy kierowców (Dz. U. z 2004 r., Nr 92, poz. 879 ze zm.)), od przepisów art. 5–9, mający zastosowanie do przewozów wykonywanych pojazdami używanymi w związku z odprowadzaniem ścieków, utrzymaniem i kontrolą dróg oraz zbieraniem odpadów z gospodarstw domowych i ich wywozem.

Konsekwencje Brexitu dla polskich firm. Mogą sporo stracić

Sposób wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej to najbardziej palący temat dla całej gospodarki europejskiej. Bez porozumienia i okresu przejściowego, czyli w przypadku tzw. twardego Brexitu, Polska może być krajem, który sporo straci. – Brytyjczycy z dnia na dzień nie przestaną być zainteresowani polskimi produktami. Kwestią kluczową jest jednak, żeby nasze firmy były przygotowane na tyle, aby bez względu na ostateczną formę Brexitu, zapewnić sobie ciągłość prowadzenia biznesu. Pomagamy naszym klientom w tej kwestii – mówi Tomasz Bieliński z Dyrektor w Pionie Bankowości Biznesowej i Korporacyjnej Santander Bank Polska.

Choć czas biegnie nieubłaganie, wszystkie scenariusze wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej są możliwe. – Zakładamy, że warunki handlu z Wyspami czy prowadzenia tam biznesu nie zmienią się drastycznie w marcu 2019 r. Twardy Brexit byłby niewyobrażalną szkodą dla biznesu w Europie. Ale jednocześnie jako bank, który specjalizuje się w obsłudze handlu zagranicznego, uważamy, że firmy powinny mieć na względzie taką ewentualność – mówi Tomasz Bieliński.

Warsztaty Programu Rozwoju Eksportu dotyczące bieżących i ew. przyszłych wyzwań na rynku brytyjskim odbędą 19 października w Gdańsku. Udział jest bezpłatny*, a rozmowa będzie dotyczyć m.in. implikacji Brexitu dla biznesu, zasad inwestowania i zakładania biznesu w UK, otoczenia makroekonomicznego, finansowego i biznesowego na Wyspach. W agendzie przewidziane są wystąpienia Piotra Bielskiego, Dyrektora Departamentu Analiz Ekonomicznych Santander Bank Polska, Elisabeth Chapman, Sekretarz ds. Brexitu przy ambasadzie UK w Polsce, jak też przedstawicieli kancelarii prawnej EBS i firmy logistycznej Hutchinson Ports UK / Logistics Ltd. Organizatorzy zaplanowali również panel dyskusyjny na temat tegorocznych doświadczeń polskich przedsiębiorców z rynku brytyjskiego. W dyskusji wezmą udział praktycy biznesu, przedstawiciel Departmentu Handlu Zagranicznego przy Ambasadzie UK w Warszawie oraz ekspert Santander UK.

Na kogo wypadnie?

Analizy Santander Bank Polska wskazują, że największe konsekwencje twardego Brexitu w Polsce odczułyby branża automotive, rolno-spożywcza oraz eksporterzy i producenci dóbr konsumpcyjnych. W szczególności czujne powinny być branże, w których udział kierunku brytyjskiego w eksporcie jest wyjątkowo duży, jak w przypadku m.in. okien, czekolady, pralek, przewodów, elektroniki (komputerów, TV, monitorów), warzyw, mięsa oraz perfum i kosmetyków. – Bez porozumienia i okresu przejściowego nastąpi powrót do taryf WTO, kontroli i procedur celnych, dla wielu branż także do kontroli fitosanitarnych i certyfikacji. Będzie to również spore zagrożenie dla ciągłości usług finansowych, np. ubezpieczeń i kontraktów pochodnych czy transgranicznego przekazywania danych osobowych. Utrudniona zostałaby też działalność izb rozliczeniowych oraz stosowanie stawek LIBOR – wymienia Piotr Bielski.

Szczególnie ważnym aspektem dla firm eksportujących na brytyjski rynek będzie także kurs funta szterlinga. Tutaj, jak wskazują analitycy Santander Bank Polska, rynek ma już największy szok za sobą. Nastąpił on po ogłoszeniu wyników referendum i wg prognoz banku w przypadku ponownej złej wiadomości o bezkompromisowym opuszczeniu UE, brytyjska waluta znów zareaguje spadkiem do tego poziomu. – Konsekwencje Brexitu są już od dawna odczuwalne na rynku walutowym. Jeszcze około rok przed referendum funt bił rekordy wartości, płaciliśmy za niego ponad 6 zł. Obecnie, utrzymuje się poniżej granicy 5 zł. Od momentu swojej szczytowej wartości w 2015 r. do notowań z drugiej połowy 2018 r. funt stracił na wartości wobec złotego aż 23% – dodaje Piotr Bielski, Dyrektor Departamentu Analiz Ekonomicznych Santander Bank Polska.

Opcje preferowane: Brexit miękki lub… brak Brexitu

Ekonomiści Santander Bank Polska pozostają umiarkowanymi, ale jednak optymistami – uważają, że najbardziej prawdopodobnym obecnie scenariuszem jest tzw. łagodny (miękki) Brexit. Zrealizuje się on w przypadku osiągnięcia pełnego porozumienia w kwestii ustalenia wzajemnych stosunków UE i Zjednoczonego Królestwa oraz ratyfikacji ich założeń przez brytyjski parlament. Scenariusz ten zakłada dwuletni okres przejściowy, w którym firmy będą mogły jeszcze funkcjonować na starych zasadach, a definitywne rozstanie brytyjskiego rynku z UE nastąpi wraz z początkiem 2021 r.  – Po obu stronach stołu negocjacyjnego jest dążenie do najlepszego rozwiązania, bo opuszczenie Unii przez Zjednoczone Królestwo bez żadnego okresu przejściowego, z dniem 29. marca 2019 r. oznaczałoby ogromne trudności w wymianie handlowej i działalności biznesowej wielu firm – po jednej i po drugiej stronie – mówi Piotr Bielski. – Premier May i brytyjski rząd stanowczo odrzucają możliwość ponownego referendum. Jednak sam Brexit jest precedensem i tak naprawdę niczego nie można wykluczyć. W przypadku, gdyby np. wynegocjowane przez rząd porozumienie nie zostało ratyfikowane przez brytyjski parlament, być może ponowne przeprowadzenie referendum zostałoby rozważone. To jednak bardzo mało prawdopodobny scenariusz i potencjalnie bardzo trudny do zrealizowania. Do Brexitu pozostało tylko kilka miesięcy, a organizacja poprzedniego referendum trwała kilkanaście miesięcy – dodaje Piotr Bielski.

* Zgłoszenia na konferencje PRE dotyczące Brexitu 12.10 w Katowicach oraz 19.10 w Gdańsku są przyjmowane pod adresem [email protected]. Udział w spotkaniach jest bezpłatny. Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc rejestracja jest aktywna wyłącznie po uzyskaniu potwierdzenia od organizatora.

Blisko 5,5 miliarda złotych obrotów Grupy Muszkieterów po 3 kwartałach 2018 r.

Obroty Grupy Muszkieterów po trzecim kwartale 2018 roku wyniosły blisko 5,5 miliarda złotych i były o prawie 6 proc. wyższe w porównaniu z analogicznym okresem w roku ubiegłym. W omawianym okresie obroty Intermarché, wraz z przymarketowymi stacjami paliw, oraz Bricomarché wzrosły w ujęciu rok do roku odpowiednio o ok. 4 proc. i ok. 11 proc. rok do roku. Systematyczny wzrost obrotów całej Grupy, zrzeszającej polskich przedsiębiorców, świadczy o potencjale jej modelu biznesowego i jest potwierdzeniem mocnej pozycji Muszkieterów na rynku handlowym w Polsce.

Intermarché – systematyczny wzrost obrotów i użytkowników aplikacji mobilnej

Po 3 kwartale 2018 roku sieć supermarketów Intermarché wraz z przymarketowymi stacjami paliw wypracowała ponad 3,7 miliarda złotych obrotów, co oznacza wzrost o prawie 4 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym.

Marc Dherment
Marc Dherment

Praca wykonana nad usprawnieniem funkcjonowania sieci sprzedaży w połączeniu z podjęciem mocniejszych działań w zakresie m.in. polityki cenowej, asortymentowej i promocyjnej, powinny się przyczynić do wzmocnienia naszych wyników w najbliższych kwartałach, niezależnie od wpływu niedziel niehandlowych. Konsolidacja rynku zarówno detalicznego, jak i hurtowego jest bardzo wyczuwalna. Jednak spodziewamy się, że na przestrzeni najbliższych miesięcy  nasza sieć Intermarché wzmocni pozycję lidera w segmencie supermarketówkomentuje Marc Dherment, Dyrektor Generalny Grupy Muszkieterów w Polsce.

Zgodnie z rynkowymi trendami dotyczącymi odsetka osób korzystających ze smartfonów i dedykowanych im aplikacji, sieć Intermarché zwiększa swoją obecność także w kanałach mobilnych. Od momentu uruchomienia usługi na początku 2017 roku aplikację Intermarché Polska pobrało ponad 180 tys. użytkowników, a ponad 90 tys. korzysta z niej aktywnie. Co więcej, liczba osób korzystających z mobilnego oprogramowania Intermarché regularnie rośnie – sieć odnotowała 13-proc. wzrost użytkowników w sierpniu tego roku w porównaniu z poprzednim miesiącem. Jedną z zalet korzystania z aplikacji jest dostęp do oferty kuponów rabatowych dedykowanych wyłącznie jej użytkownikom.

Bricomarché z blisko 11-proc. wzrostem

W pierwszych trzech kwartałach 2018 roku Bricomarché wypracowało dobre wyniki. Obroty sieci z sektora „dom i ogród”, wyniosły ponad 1,7 mld złotych, co oznacza wzrost o blisko 11 proc. rok do roku.

Tylko w 3 kwartale Bricomarché uruchomiło dwa składy budowlane – w Lubawie oraz w Złocieńcu. Sieć planuje w ten sposób zwiększyć sprzedaż materiałów budowlanych, a także zapewnić firmom oraz klientom indywidualnym kompleksową obsługę na każdym etapie prac budowlanych czy ogrodowych. Pierwszy taki magazyn rozpoczął działalność w kwietniu 2017 roku w Śremie i cieszy się z dużym zainteresowaniem Klientów oraz sukcesywnie rosnącą liczbą zamówień.

Bricomarché planuje dalszy rozwój i uruchamianie kolejnych obiektów. Do końca roku w Polsce ma działać łącznie sześć składów budowlanych, które swoim zasięgiem obejmą wszystkie sklepy Bricomarché w naszym kraju. Do końca roku sieć zamierza także uruchomić 4 nowe sklepy działające pod szyldem Bricomarché. Najbliższe otwarcia planowane są już w październiku i listopadzie.

Grupa Muszkieterów wspiera franczyzobiorców sieci również w nawiązywaniu współpracy z lokalnymi dostawcami. Dwa razy do roku centrala Bricomarché organizuje Targi dedykowane wyłącznie sklepom Bricomarché i ich dostawcom. Stanowią one okazję do zapoznania się z ofertą handlowców i nowościami rynkowymi w zakresie czterech działów sklepów: majsterkowanie, budowa, dekoracja i ogród. Dla dystrybutorów to natomiast szansa na bezpośrednie dotarcie do klientów.

Mocna dynamika sprzedaży like-for-like Bricomarché w połączeniu z dobrym tempem otwarć są efektem wspólnych, wytężonych prac pomiędzy właścicielami sklepów a pracownikami naszej centrali ocenia Marc Dherment i dodaje Spodziewamy się, że solidnym fundamentem w 2019 roku będzie dla nas zarówno liczba potwierdzonych lokalizacji, w których uruchomimy supermarkety,  jaki i prowadzone działania dotyczące wszystkich kluczowych obszarów, w tym multi-channel i multi-format.

PKN ORLEN: Wymierne efekty uszczelnienia szarej strefy w paliwach

O ponad 25%, czyli o około 7 mld zł wzrosły wpływy do budżetu państwa w 2017 r. z tytułu sprzedaży realizowanej przez PKN ORLEN, w porównaniu z 2015 rokiem. Jest to związane ze wzrostem legalnej sprzedaży paliw. To pokazuje jak wymierne efekty dają wdrożone i skutecznie egzekwowane przepisy mające na celu wyeliminowanie szarej strefy. W tym czasie stawki podatków związanych ze sprzedażą paliw nie uległy żadnej istotnej zmianie. 

Wprowadzony przez rząd w 2016 r. tzw. pakiet paliwowy miał na celu ograniczenie szarej strefy w branży paliwowej. Pomijając efekt wzrostu gospodarczego PKN ORLEN szacuje, że dzięki skutecznej walce z szarą strefą legalny rynek oleju napędowego (ON) powiększył się o ok.30%, co było jednym z głównych czynników pozytywnie wpływających na wyniki finansowe GK ORLEN w okresie ostatnich dwóch lat. Przełożyło się także bezpośrednio na wzrost wpływów do budżetu państwa.

Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN
Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN

Tylko w ciągu 6 miesięcy tego roku PKN ORLEN wpłacił do budżetu państwa blisko 17 mld zł w związku ze sprzedażą paliw. Tak znacząca kwota tylko po pierwszym półroczu to efekt uszczelnienia szarej strefy w obrocie paliwami. Oznacza to, że przygotowane i wdrożone przez premiera Mateusza Morawieckiego przepisy w tym zakresie działają i są skutecznie egzekwowane – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Rosnący udział szarej strefy w rynku paliw był jednym z kluczowych problemów ich producentów w ostatnich latach. W latach 2012-2016 nie było żadnych przesłanek, które uzasadniałyby tak niski poziom konsumpcji jaki był oficjalnie raportowany. Porównanie trendu konsumpcji pomiędzy latami 2011 i 2017 wskazuje, że faktyczna konsumpcja ON w latach 2012-2016 musiała być zdecydowanie wyższa.  To oznacza, że szara strefa w szczytowym okresie tj. latach 2014-2015 prawdopodobnie przekraczała 3 mln ton tj. ponad 20% rynku.

Organ chciał „naprawić” ustawodawcę, by móc niejasne przepisy interpretować na niekorzyść podatnika

Przez cztery lata, przed trzema sądami, trwała walka przedsiębiorcy z fiskusem o możliwość zaliczenia do kosztów podatkowych odpisów amortyzacyjnych z tytułu umowy leasingu. Przedsiębiorcy nie pomogła dwukrotna wygrana przed sądem wojewódzkim, bo działający z upoważnienia Ministra Finansów organ przedłużył spór, wnosząc skargę kasacyjną. Zakończył go dopiero Naczelny Sąd Administracyjny, wskazując naruszenie przez organ podstawowej zasady postępowania podatkowego. Zdaniem NSA organ „naprawiał” ustawodawcę i „nie wyjaśnił również, dlaczego uznał, że przepis budzący tyle niejasności i wątpliwości należało interpretować na niekorzyść podatnika” (wyrok z 26.07.2018 r. II FSK 1957/16).

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Wyrażona w art. 121 § 1 Ordynacji podatkowej zasada stanowi, że „Postępowanie podatkowe powinno być prowadzone w sposób budzący zaufanie do organów podatkowych” (Dz.U. 1997 nr 137 poz. 926 ze zm.). Dodatkowo zgodnie z wprowadzonym do Ordynacji podatkowej i obowiązującym od 1 stycznia 2016 r. art. 2a: „Niedające się usunąć wątpliwości co do treści przepisów prawa podatkowego rozstrzyga się na korzyść podatnika” (Dz.U. 2015 poz. 1197).

Bubel prawny

Ustawą z dnia 16 listopada 2012 r. o redukcji niektórych obciążeń administracyjnych w gospodarce (Dz.U. z 2012 r. poz. 1342) został wprowadzony do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych przepis art. 15b. Zobowiązywał on przedsiębiorcę do dokonania korekt i zmniejszenia kosztów uzyskania przychodów, jeśli do 30 dni od upływu 60-dniowego terminu płatności, a gdy termin ten był dłuższy – z upływem 90 dni od dnia zaliczenia wynikającej z faktury lub rachunku kwoty do kosztów uzyskania przychodów, nie uregulował należnej kwoty zobowiązania. Ograniczenia miały wpłynąć mobilizująco na przedsiębiorców w dokonywaniu przez nich płatności, a tym samym pomóc w likwidacji tzw. zatorów płatniczych.

To właśnie ten przepis, a dokładnie jego odmienna interpretacja stała się źródłem 4-letniego sporu pomiędzy fiskusem a spółką. O ogromnych wadach i kontrowersjach wokół tej regulacji świadczy najlepiej fakt, że już z dniem 1 stycznia 2016 r. została ona uchylona. Jak stwierdził ustawodawca: „regulacje te skomplikowały system rozliczeń i zwiększyły obciążenia administracyjne w firmach” (uzasadnienie Projektu ustawy o zmianie ustawy – Ordynacja podatkowa oraz niektórych innych ustaw, Druk 3018 z 09.12.2014 r.).

Nabycie lub wytworzenie

Na początku 2014 r. spółka z o.o. wystąpiła do Dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach o wydanie interpretacji podatkowej, czy art. 15b ustawy o CIT znajduje zastosowanie do odpisów amortyzacyjnych dokonywanych w zakresie wykorzystywanych przez nią w swojej działalności urządzeń i maszyn pozyskanych do użytku w drodze umowy leasingu. Przez 60-miesięczny okres jej trwania właścicielem urządzeń pozostawał finansujący, a dopiero po jego upływie spółka miała prawo żądać przeniesienia na nią tytułu ich własności. W grę wchodziły wysokie koszty podatkowe odpisów amortyzacyjnych. Wartość jednej tylko z maszyn wynosiła 340 000 zł netto.

Zdaniem przedsiębiorcy wskazany przepis nie miał zastosowania do dokonywanych przez niego odpisów amortyzacyjnych, bowiem ustępy 6 i 7 art. 15b wyraźnie stanowią, że dotyczy on „nabycia lub wytworzenia środków trwałych albo nabycia wartości niematerialnych i prawnych” (Dz. U. z 2011 r. nr 74, poz. 397). Podstawę do amortyzacji stanowił więc przepis art. 16a ust. 2 pkt 3, który wyraźnie posługiwał się pojęciem środków majątkowych niestanowiących własności lub współwłasności podatnika, a użytkowanych przez niego na podstawie umowy leasingu.

Uzasadnienie nieakceptowane w państwie prawa

Wydawać by się mogło jasne, literalne rozumienie przepisów w odmienny sposób interpretował fiskus. Stwierdził bowiem, że nie jest ono wystarczające z uwagi na cele, jakie przyświecały wprowadzeniu regulacji o tzw. zatorach płatniczych. Były nimi poprawa płynności finansowej i zwiększenie dyscypliny płatniczej między przedsiębiorcami. Dlatego organ uznał, że „uregulowania te winny mieć zastosowanie do wszystkich wydatków (ujmowanych w kosztach uzyskania przychodów) wynikających z transakcji dokonywanych pomiędzy przedsiębiorcami” (interpretacja indywidualna IBPBI/2/423-167/14/SD z 13.05.2014 r.).

Uchylając zaskarżoną przez spółkę interpretację, WSA w Gliwicach w wyroku z 15 grudnia 2014 r. nie zgodził się z przyjętym przez organ stanowiskiem o konieczności odwołania się do przepisów o zatorach płatniczych: „…argumentacja organu interpretacyjnego poprzez swoją ogólnikowość, w tym nawet brak jasnego i skonkretyzowanego odwołania się do uzasadnienia nowelizacji przepisów dotyczącej tzw. zatorów płatniczych oraz zupełne pominięcie uzasadnienia wyboru rodzaju wykładni w świetle aksjologicznych uwarunkowań tego wyboru akceptowanych w państwie prawa – wymyka się spod kontroli Sądu, który dodatkowo stwierdza, że przy tak enigmatycznej argumentacji nie widzi podstaw prawnych do dania prymatu wykładni celowościowej nad wykładnią językową spornych zapisów art. 15b ustawy o CIT” (I SA/Gl 993/14).

Naprawiając ustawodawcę na niekorzyść podatnika

Mimo dość wyraźnego przekazu sądu fiskus nie zmienił swojego stanowiska, podtrzymując je w pełni w wydanej 18 czerwca 2015 r. kolejnej interpretacji (IBPBI/2/4510-346/15/SD). Spółka po raz kolejny zmuszona była do zaskarżenia takiego działania organu i znów, zdaniem sądu, miała rację. „…organ wybrał wykładnię celowościową tego przepisu niejako „naprawiając” ustawodawcę, niezależnie od jego woli wyrażonej w tym przepisie i w sposób sprzeczny z jego treścią. Organ nie wyjaśnił przy tym, dlaczego „właściciele” i „nie właściciele” środków trwałych musieliby być poddani tym samym rygorom w sytuacji, gdy ich statut prawny i faktyczny m.in. w świetle przepisów ustawy podatkowej jest różny. Organ nie wyjaśnił również dlaczego uznał, że przepis budzący tyle niejasności i wątpliwości należało interpretować na niekorzyść podatnika” (wyrok WSA w Gliwicach z 23.03.2016 r., I SA/Gl 1196/15).

Łamanie zasady postępowania podatkowego

Było to jednak tylko zdanie sądu. Fiskus nie zamierzał rezygnować ze znacznie zwiększonych wpływów do kasy budżetu państwa z tytułu podatku CIT, jeśli spółka nie mogłaby zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów odpisów amortyzacyjnych z tytułu umowy leasingu maszyn. Działający z upoważnienia Ministra Finansów Dyrektor Izby Skarbowej w Katowicach wniósł więc od wyroku skargę kasacyjną, którą NSA w całości oddalił. Zgadzając się w pełni ze stanowiskiem sądów wojewódzkich, wskazał dodatkowo, że „…wydając zaskarżoną interpretację, organ naruszył zasadę wyrażoną w art. 121 § 1 O.p. (zasada budzenia zaufania do organów podatkowych)” (II FSK 1957/16).

Stare porzekadło głosi, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi…

Niniejsza sprawa uwidacznia niewytłumaczalną zapalczywość w rozstrzyganiu wątpliwości na niekorzyść podatnika przy jednoczesnym, wysokim stopniu hipokryzji fiskusa. Bo o ile można jeszcze zrozumieć zawziętość w obronie własnego stanowiska przez organ przed dwoma sądami w obliczu istnienia w obrocie prawnym niejasnych przepisów, tak trudno o to w sytuacji, gdy już doszło do ich wyeliminowania. Art. 15b ustawy o CIT został uchylony przez ustawodawcę 1 stycznia 2016 r., a więc na 7 miesięcy przed wniesieniem przez organ skargi kasacyjnej (nastąpiło to 6 lipca 2016 r.). Co więcej, wnoszący tę skargę DIS działał z upoważnienia Ministra Finansów – tego samego, który już 29 grudnia 2015 r. w wydanej przez siebie interpretacji ogólnej wskazał, że „Wyrażona w art. 2a Ordynacji podatkowej zasada rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatnika dotyczy tylko wątpliwości co do treści przepisów prawa, a nie wątpliwości co do stanu faktycznego” (PK4.8022.44.2015). Jeśli więc organ miał wątpliwości co do rozumienia treści przepisu 15b w świetle mającej pierwszeństwo w interpretowaniu przepisów prawa wykładni językowej, to nie powinien szukać jej rozszerzenia za pomocą wykładni celowościowej.

Fiskus wiedział również, że umowy leasingu maszyn zawarte zostały przed datą 1 stycznia 2013 r., a więc jeszcze przed wejściem w życie spornych przepisów. Pomimo tej wiedzy łakomy zwiększonych wpływów podatkowych organ chciał nie tylko odmówić zaliczania do kosztów podatkowych rat leasingowych poniesionych już po dacie wejścia w życie art. 15b, ale i rozciągnąć to ograniczenia wstecznie na okres przed tą datą: „Pomimo że umowy leasingu finansowego opisane we wniosku, zawierane były przed wejściem w życie przepisów dotyczących zatorów płatniczych, to wydatki w postaci zapłaty rat leasingowych ponoszone są przez Wnioskodawcę także po ich wejściu w życie, tj. po 1 stycznia 2013 r. Również odpisy amortyzacyjne dokonywane od będących przedmiotem umów leasingu finansowego maszyn i urządzeń są uwzględniane w rachunku podatkowym po 1 stycznia 2013 r. Zatem, w niniejszej sprawie, znaczenie ma data zaliczenia wydatków do kosztów uzyskania przychodów, a nie data zawarcia umowy pomiędzy podmiotami” (IBPBI/2/4510-346/15/SD).

Trwająca ponad cztery lata sprawa stanowi szablonowy przykład bezprawia urzędniczego, jakiego dopuszczają się organy podatkowe celem zapewnienia kosztem przedsiębiorców jak największych wpływów do budżetu państwa. W sytuacji, gdy sądy nie są w stanie zrozumieć, dlaczego mimo jasnych wskazań działające na podstawie prawa organy interpretują niejasne przepisy na niekorzyść podatników, z pomocą przyjść może stare porzekadło wyjaśniające, o co chodzi, gdy nie wiadomo, o co chodzi.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Trochę spokoju na koniec tygodnia

Wall Street przełknęło drugi dzień wyprzedaży, choć pod koniec handlu było widać pierwsze oznaki stabilizacji, co podchwycił rynek azjatycki i dziś rano Europa. Rynek walutowy pozostaje oderwany od zamieszania na rynku akcji, czym potwierdza tezę, że nie mamy do czynienia z klasyczną ucieczką od ryzyka.

Szeroki indeks rynku USA – S&P500 – stracił wczoraj 2,06 proc., dokładając do 3,29 proc. ze środowych spadków, a od szczytu z 21 września – 7,2 proc. Ale mogło być gorzej, gdyż w trakcie sesji rynek gonił niżej, jednak sytuację uratowały dwie sprawy. W temacie sporu USA-Chiny uspokajająco zadziałały doniesienia, że sztab w Departamencie Skarbu nakłania sekretarza Mnuchina, by w planowany raporcie resortu (ma być opublikowany prawdopodobnie 15 października) nie oskarżał Chiny o manipulację kursową. W ostatnich dniach rynek spekulował, czy prezydent Trump będzie forsował taką formę nacisku. Jednak na razie inwestorzy żyją w przekonaniu, że nic złego się nie stanie. Drugim czynnikiem pomagającym zapanować uczestnikom rynku and emocjami stały się dane o inflacji CPI z USA, które były słabsze od prognoz. Jakkolwiek różnica była niewielka (0,1 proc. m/m vs prog. 0,2 proc.), to jednak główny przekaz jest taki, że inflacja nie przyspiesza, a zatem i Fed nie musi rozpędzać się z restrykcyjna polityką. To razem hamuje ucieczkę od ryzyka i rajd rentowności długu USA.

Rynek akcji w Azji i Europie notuje odreagowanie, ale jest ono oparte na kruchych podstawach, patrząc pod kątem jak niewiele potrzeba, by przywrócić lawinową wyprzedaż. Jeden komentarz prezydenta Trumpa, przypomnienie o włoskim budżecie, czy nowe zgrzyty w sprawie Brexitu mogą zachwiać sentymentem. Wydaje się jednak, że te rozterki rynek zostawi sobie na przyszły tydzień, a dziś skupi się na łapaniu oddechu. Dla FX oznacza to kontynuację redukcji długich pozycji w dolarze na EUR/USD, czy GBP/USD. USD/JPY może podchwycić poprawę klimatu na rynku akcji i wspiąć się wyżej. Złoty uchronił się od głębszej przeceny, ale o trwalsze wizyty EUR/PLN pod 4,30 może być trudno – kapitał zwykle wolniej powraca na rynki wschodzące niż z nich uciekał.

Kalendarz w piątek nie rozpieszcza. Produkcja przemysłowa z Eurolandu czy ceny importu z USA to pozycje drugorzędne rzadko mające wpływ na FX. Indeks Uniwersytetu Michigan zapowiada się najciekawiej, gdyż nastroje konsumentów są ważnym elementem budowania perspektyw ożywienia, jak również zmiany oczekiwań inflacyjnych odbijają się na rentownościach obligacji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

PwC: Split payment musi zostać uproszczony przed wprowadzeniem obowiązku jego stosowania

Mechanizm podzielonej płatności, czyli tzw. split payment, pomimo skuteczności w przeciwdziałaniu wyłudzeniom VAT, jest także istotnym obciążeniem administracyjnym dla przedsiębiorców. Wprowadzenie obowiązku stosowania split paymentu powinno zostać poprzedzone zmianami ukierunkowanymi na jego uproszczenie i większą automatyzację – wskazują eksperci PwC.

Mechanizm split payment znajduje zastosowanie w przypadku transakcji, w ramach których płatność dokonywana jest za pomocą elektronicznego systemu środków pieniężnych. Głównym jego założeniem jest podzielenie płatności na cenę netto, która wpłacana jest przez nabywcę na konto bieżące dostawcy, oraz kwotę podatku VAT, która trafia bezpośrednio na odrębne konto bankowe.

Obecnie split payment jest rozwiązaniem dobrowolnym dla polskich przedsiębiorców. Jednak MF wystąpiło już z wnioskiem do Unii Europejskiej o zgodę na wprowadzenie obowiązkowego mechanizmu podzielonej płatności.

Eksperci PwC ostrzegają jednak, że zanim mechanizm stanie się obligatoryjny powinien przejść pewne zmiany.

Split payment funkcjonujący w Polsce, chociaż prostszy w stosowaniu niż jego zagraniczne odpowiedniki, nie jest pozbawiony wad. Te wady to wyłomy i wyjątki w jego powszechności, które wydłużają czas podjęcia decyzji przez przedsiębiorców co do tego, czy w danym przypadku można płatność podzielić, czy nie. Skoro split payment ma być obowiązkowy, przedsiębiorcy powinni mieć jak największy komfort jego stosowania. – Tomasz Kassel, partner w PwC

Mechanizm podzielonej płatności nie może być stosowany do wszystkich kategorii transakcji, a sam system bankowy automatycznie nie podpowiada przedsiębiorcy czy jego zlecenie może być zrealizowane. Zwiększa to nakład pracy związanej z przelewami bankowymi – trzeba wybierać przelewy do podzielonej płatności, a o braku dokonania przelewu biznes często dowiaduje się po czasie.

Rozwiązaniem jest zmniejszenie przypadków, w której podzielona płatność nie może zostać zrealizowana, a także danie przedsiębiorcom możliwości płacenia w split payment całych paczek przelewów, a nie tylko pojedynczych transakcji. Jeśli przedsiębiorca musi stosować ten mechanizm, to trzeba skrócić czas potrzebny przedsiębiorcy żeby przelew wykonać. Skoro VAT ma zostać wprowadzony do specjalnego obiegu, niech będzie to łatwe. – Marcin Zawadzki, wicedyrektor w dziale prawno-podatkowym w PwC

Eksperci PwC wskazują, że docelowo – w miarę rozbudowy możliwości analitycznych administracji – można doprowadzić do sytuacji, w której w momencie wprowadzania przelewu system sam dawałby sygnał czy dany przelew jest możliwy.

Gdyby wszystkie elementy wprowadzane w komunikacie przelewu były dostępne w bazach danych administracji publicznej, jak np. numery VAT, rachunków bankowych czy dane o fakturach, to mechanizm podzielonej płatności naprawdę mógłby być prosty w obsłudze. – Jacek Hawrysz, ekspert w dziale prawno-podatkowym PwC

Eksperci o e-Sądzie: Wierzyciele wciąż mają pod górkę. Złożenie pozwu to tylko część problemów

Co miesiąc trafia tam około 200 tysięcy pozwów z całej Polski. Z założenia jest to najszybsza droga do uzyskania nakazu zapłaty w prostych sprawach. W tym roku średni czas oczekiwania na niego wynosi 29 dni. Przydatne rozwiązanie wprowadzono ponad 8 lat temu. Prawnicy uważają, że nadszedł czas na poważne zmiany. Jednak do tej pory dokonano niewielu modyfikacji. Użytkownicy mają do czynienia z mało przyjaznym systemem. Sprawniejsze funkcjonowanie mogliby zapewnić dodatkowi orzecznicy i pracownicy sekretariatu. Trzeba też zaznaczyć, że z e-Sądu korzystają głównie duże firmy, w tym windykacyjne. A portal miał służyć przede wszystkim zwykłemu Kowalskiemu, który teraz musi długo czekać na swoją kolej. Natomiast Ministerstwo Sprawiedliwości informuje, że obecnie pracuje nad wprowadzeniem szeregu zmian. Zapowiada m.in. odświeżenie interfejsu ze wskazaniem na intuicyjność, łatwość obsługi i lepszą dostępność.

Konieczne zmiany

Od 2010 roku działa e-Sąd, wydający nakazy zapłaty w Elektronicznym Postępowaniu Upominawczym. Z założenia zajmuje się przypadkami, które nie są skomplikowane i nie wymagają przeprowadzenia postepowania dowodowego. Sprawy dla całego kraju są rozpoznawane tylko przez Sąd Rejonowy Lublin-Zachód w Lublinie VI Wydział Cywilny. Właścicielem systemu jest Ministerstwo Sprawiedliwości, a jego utrzymanie zostało powierzone Sądowi Apelacyjnemu w Lublinie. Jan Kanthak, rzecznik resortu, zaznacza, że wprowadzenie EPU uważane jest za jedną z najważniejszych reform związanych z informatyzacją wymiaru sprawiedliwości.

– Z punktu widzenia VI Wydziału Cywilnego Sądu Rejonowego Lublin-Zachód, aktualny stan systemu wymaga zgłaszania do Sądu Apelacyjnego w Lublinie jedynie bieżących błędów i modyfikacji usprawniających. Pracownicy tutejszego wydziału zwracają uwagę na wydajność i szybkość działania. Te kwestie także są przekazywane, niekiedy bezpośrednio firmie serwisującej. Aktualnie czynione są przygotowania do zapowiadanej nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego – informuje rzecznik prasowy ds. cywilnych SSO Katarzyna Pszczoła.

Eksperci jednoznacznie wskazują, że funkcjonowanie e-Sądu trzeba poprawić. Dr Artur Krzykowski, adwokat z kancelarii AKLEGAL, przypomina, że od 2010 roku system w zasadzie nie był zmieniany. Zdecydowano się jedynie na konieczne dostosowywanie go do nowelizacji przepisów postępowania cywilnego. Dotyczy to np. wprowadzenia obowiązku podania numeru PESEL pozwanego, czy rubryki służącej do wskazania rodzaju odsetek, jakich domaga się powód.

– Oczywiście, e-Sąd jest przydatny, ale od strony funkcjonalności portalu pozostaje mało przyjazny dla użytkownika. Mamy do czynienia ze skomplikowanym i nieintuicyjnym systemem. Interfejs ma blisko 10 lat, co daje się zauważyć. Może jest celowo uproszczony, żeby szybciej funkcjonował, ale występują częste przerwy techniczne. Nie jest on przyjazny dla użytkownika. System działa wolno o różnych porach dnia, a nawet nocy – mówi Jakub Bartosiak, adwokat z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

Z kolei radca prawny Marek Niczyporuk z Kancelarii MSDS Legal uważa, że to narzędzie powinno rzeczywiście służyć szerszemu gronu osób. Z ułatwień miał korzystać zwykły Kowalski, któremu nakaz zapłaty jest potrzebny raz czy kilka razy w roku, gdy np. jego kontrahent zalega z płatnością. Dziś beneficjentami systemu są przede wszystkim duzi gracze. Natomiast dr Krzykowski podkreśla, że firmy windykacyjne składają masowe pozwy, jednorazowo za pomocą całych paczek. Nie muszą wówczas wypełniać odrębnych formularzy i w ten sposób mocno oszczędzają czas.

Zapchany e-Sąd

– Od 1 stycznia 2010 roku do 10 września 2018 roku wpłynęło ponad 18 milionów spraw. W tym czasie wydano ponad 14 milionów nakazów zapłaty. W okresie od 1 stycznia do 10 września br. było to odpowiednio blisko 1,7 mln spraw i ponad 900 tys. nakazów zapłaty. Średni miesięczny wpływ w VI Wydziale Cywilnym to ok. 200 tys. pozwów, jednakże kształtuje się on w poszczególnych miesiącach na różnym poziomie. Czas oczekiwania na wydanie nakazu zapłaty w tym roku to średnio 29 dni – wylicza sędzia Katarzyna Pszczoła.

W opinii dr. Artura Krzykowskiego, e-Sąd powinien działać zdecydowanie sprawniej, choć jego istnienie już przyczyniło się do skrócenia czasu wydania nakazu zapłaty w najprostszych sprawach. Do tej grupy należą w szczególności pozwy o uregulowanie faktur, rachunków oraz rat kredytu. Ekspert z AKLEGAL podkreśla, że są to właśnie powództwa wytaczane masowo przez firmy windykacyjne oraz banki. Jednak gdyby sprawy te były rozpatrywane w sposób tradycyjny, czas potrzebny na wydanie nakazu zapłaty mógłby się wydłużyć nawet do pół roku.

– Na początku dostawało się nakaz w tydzień lub w pół miesiąca. To było świetnym terminem i rozwiązaniem. Później pojawiły się duże firmy i wszystko się wydłużyło. Z mojego doświadczenia wynika, że oczekiwanie na nadanie klauzuli wykonalności trwa 2-3 miesiące. Nie ma też wątpliwości, że e-Sąd jest przeciążony sprawami. Być może rozwiązaniem byłoby wprowadzenie jakiegoś limitu miesięcznego, np. dla podmiotów masowo składających pozwy – dodaje mec. Jakub Bartosiak.

Jak podaje Katarzyna Pszczoła, w e-Sądzie obecnie orzeka 8 sędziów oraz 118 referendarzy. Sprawniejsze postępowanie mogłoby zagwarantować ok. 20 dodatkowych osób, w tym 10 orzeczników i 10 pracowników sekretariatu. Oczywiście na czas wydania nakazu zapłaty ma wpływ przede wszystkim liczba składanych pozwów oraz wydajność systemu teleinformatycznego. Jednak nie bez wpływu na sytuację są działania stron postępowania. Zdarza się, że profesjonalni pełnomocnicy nie znają zmian legislacyjnych, co skutkuje np. wadliwymi merytorycznie żądaniami. W przypadku pozwów powszechne są takie zjawiska, jak składanie ich na próbę, tzw. rolowanie (kilkakrotne składanie w celu uzyskania nakazu) czy cofanie.

Bariery (nie) do pokonania?

– Elektroniczne składanie pozwu wymaga bardzo skrupulatnego podejścia. Trzeba uważać na to, co się wpisuje, na stosowanie spacji i przecinków. Wszystko należy robić według instrukcji, bo inaczej system się po prostu zatrzymuje. W efekcie osoba niedoświadczona spędza więcej czasu nad wypełnieniem e-formularza postępowania upominawczego niż nad napisaniem tradycyjnego pozwu. To dotyczy nawet prawników w kancelariach, którzy nie mieli wcześniej doświadczeń w pracy w tym systemie informatycznym – wyjaśnia radca prawny z Kancelarii MSDS Legal.

Według dr. Krzykowskiego, zgodnie z zamysłem twórców e-Sądu, złożenie pozwu za jego pośrednictwem powinno być łatwe i szybkie. Tymczasem w praktyce trzeba znać szereg szczegółowych informacji, a następnie wprowadzać je do poszczególnych rubryk. Należy wymienić m.in. wymagalność roszczenia, termin płatności, dowód i okoliczności, na jakie jest on przywoływany. Problematyczne jest też określenie tak prozaicznej rzeczy jak odsetki, gdyż w formularzu jest do wyboru ich aż 16 rodzajów. Także podanie numeru PESEL pozwanego może przysparzać sporo problemów, gdyż powód nie zawsze zna takie dane.

– Niewątpliwą zaletą tego rozwiązania są niższe koszty. To jest jedna czwarta normalnej opłaty sądowej, czyli 1,25 procenta wartości przedmiotu sporu. Jednak już sam sposób opłacania jest dosyć skomplikowany. Mając rachunki w innych bankach niż największe w Polsce, można się spotkać z problemem, że płatność nie chce przechodzić. Ponadto, w e-Sądzie, jak i w innych systemach, nad którymi czuwa Ministerstwo Sprawiedliwości, pojawiają się częste przerwy techniczne. One dosyć mocno utrudniają wypełnienie formularza, a w efekcie sprawne dochodzenie swoich praw – stwierdza Marek Niczyporuk.

Zdaniem adwokata z AKLEGAL, dotychczasowe zmiany powodowały niemałe zamieszanie w pracy  sądu elektronicznego. Zazwyczaj potrzeba było przynajmniej kilku tygodni, zanim system został dostosowany do nowych wymogów. Taka sytuacja oczywiście powodowała wydłużenie terminów załatwienia spraw. Ekspert podkreśla, że z tych negatywnych doświadczeń należy wyciągnąć wnioski. Trzeba poczynić zmiany zwłaszcza w obliczu zbliżających się istotnych zmian przepisów postępowania cywilnego, zmierzających do jego informatyzacji i umożliwienia składania pisma za pośrednictwem systemu teleinformatycznego.

– Moim zdaniem, działanie systemu zostanie poprawione. Wymaga to jednak nie tylko nakładów finansowych, ale też odpowiedniego podejścia. Ankiety niewiele wniosą. Najlepsze byłyby badania fokusowe. W praktyce inaczej pewne kwestie postrzegają osoby fizyczne składające pozwy, pełnomocnicy czy informatycy – tłumaczy adwokat Jakub Bartosiak.

System teleinformatyczny obsługujący elektroniczne postępowanie upominawcze wymaga ciągłych modyfikacji. Średnia liczba logowań na dobę sięga około 10 tysięcy, co zauważa Jan Kanthak. Rzecznik resortu podsumowuje, że obecnie ministerstwo przygotowuje się do zapowiadanej nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego. Ponadto trwają prace nad optymalizacją działania systemu dla komorników sądowych oraz stron postępowania. Zmieni się też internetowa witryna e-Sądu. Plany zakładają w szczególności odświeżenie interfejsu ze wskazaniem na intuicyjność, łatwość obsługi oraz dostępność.

Nawet 40% prowadzonych w sklepach promocji może naruszać prawo podatkowe

Według firmy TakeTask, liczne akcje promocyjne w sklepach sieciowych nie dochodzą do skutku lub są źle prowadzone. Błędy mogą mieć poważne konsekwencje podatkowe. Po ewentualnych, negatywnych dla podatnika ustaleniach kontroli skarbowej nabywca nie zaliczy do kosztów wartości usługi, za którą zapłacił organizatorowi. Nie odzyska też podatku VAT z faktur dokumentujących taką promocję. Stronom umowy grożą również sankcje karnoskarbowe. Eksperci radzą, żeby każde niematerialne działanie odpowiednio udokumentować. Zwykle zajmują się tym sieci handlowe, zarabiające na producenckich promocjach. Dla własnego bezpieczeństwa sieci mogą skorzystać z aplikacji ułatwiających kontrolę takich wydarzeń, lecz na razie działają one na małą skalę. Obecnie wytwórcom zapewniają bezpieczeństwo audyty odbywające się w placówkach.

Promocje z problemami

Producenci współpracują z sieciami handlowymi na dwa sposoby. Z jednej strony dostarczają towary, a z drugiej – organizują promocje w sklepach i płacą za organizację takich działań. Z audytów porównawczych, prowadzonych przez platformę TakeTask, wynika, że do 40% akcji budzi wątpliwości. Arkadiusz Cybulski, dyrektor zarządzający tą spółką, informuje, że chodzi o część sklepów, w których nie wiadomo, czy zamówione wydarzenia nastąpiły lub zostały źle przeprowadzone. A to rodzi problem przy fakturowaniu, np. czy kwota do zapłaty obejmuje wszystkie faktycznie wykonane zdarzenia czy też każde zamówione, niezależnie od jego realizacji w sklepie.

– Tak zwane puste faktury, czyli poświadczające usługi, które nie miały miejsca, grożą poważnymi konsekwencjami. Zasadniczo sieci handlowe nie dopuszczają do takich sytuacji, choć akcje promocyjne nie zawsze są realizowane doskonale. Jednak fiskus inaczej traktuje wielomilionowe faktury bez pokrycia w rzeczywistości niż dokumentujące wydarzenia, w przypadku których stwierdzono jedynie nieznaczne nieprawidłowości. Faktura za promocje w 100 sklepach, choć realnie doszło do nich w 80 placówkach, nie powinna skutkować brakiem możliwości zaliczenia do kosztów podatkowych i odliczenia VAT naliczonego w odniesieniu do przeprowadzonych akcji – komentuje Łukasz Czekański, doradca podatkowy w kancelarii WKB Wierciński Kwieciński Baehr.

Radca prawny Daria Bidelska wskazuje, że wystawianie faktur bez pokrycia w rzeczywistości generuje problemy dla obu stron. Usługobiorca traci prawo do odliczenia podatku VAT z takiej faktury, natomiast usługodawca jest zobowiązany do odprowadzenia wartości VAT z tej faktury bez możliwości pomniejszenia jej o podatek od towarów i usług naliczony z innych faktur zakupowych. „Pusta faktura” nie jest bowiem uwzględniania w deklaracji VAT, jednak wartość podatku VAT jest wpłacana na konto urzędu skarbowego.

– Usługobiorca po zakwestionowaniu faktury będzie mógł zakwalifikować tylko niektóre wydatki do kosztów uzyskania przychodów i odliczyć jedynie część podatku VAT. W przypadku usługodawcy organ skarbowy raczej nie skoryguje zakwestionowanej części przychodów i nie będzie zabiegać o zmniejszenie podatku VAT. Niewykluczone są także konsekwencje karnoskarbowe – zbyt duże odliczenie VAT, czyli obniżenie podstawy opodatkowania, jak również samo wystawienie nierzetelnej faktury może się wiązać z obowiązkiem uiszczenia kar – dodaje Łukasz Czekański.

Fiskus czuwa

Tymczasem Arkadiusz Cybulski zwraca uwagę na to, że ochroną przed podejrzeniami są np. zamawiane przez producentów audyty, sprawdzające rzetelność prowadzonych akcji. Natomiast dokumentacja i egzekucja działań leżą po stronie sieci handlowych. Jeśli podczas wizyty urzędników skarbowych nie udowodnią przeprowadzenia promocji, może ona zostać uznana za fikcyjną. Z kolei firmy doradcze ostrzegają wytwórców przed wzmożonymi kontrolami podatkowymi. Alarmują, że fiskus szuka dodatkowych przychodów do budżetu, a oni mogą być łatwym celem.

– Prawdopodobnie na działania sprawdzające bardziej narażony jest producent, który zamawia usługi promocyjne. W przypadku sieci handlowych, jeśli po wydaniu faktury został odprowadzony VAT należny, to co do zasady nie powinno to być szczegółowo badane. Od producentów, szczególnie przy znaczących kwotach odliczeń podatkowych, fiskus może zażądać dodatkowych wyjaśnień. To wynika z tego, że nabywca tych usług ma prawo do odliczenia podatku VAT naliczonego oraz do zakwalifikowania wydatków na te usługi do kosztów podatkowych – twierdzi Daria Bidelska z kancelarii WKB Wierciński Kwieciński Baehr.

Natomiast Łukasz Czekański przypomina, że w handlu zdarzają się niedoskonałe realizacje akcji promocyjnych, ale nie ma w tym intencji omijania prawa. Urzędy skarbowe mają wtedy podstawę do twierdzenia, że faktura nie w pełni odzwierciedla rzeczywistość. Podatnik może jednak próbować dowodzić, że drobne niedopatrzenia (szczególnie w zakresie dokumentowania usługi) nie powinny być decydujące w kontekście możliwości zaliczenia wydatków poniesionych na promocję do kosztów podatkowych, czy też odliczenia VAT. Należy pokazać umowę, wyjaśnić zakres współpracy, wskazać na działania wynikające z chęci pozycjonowania produktu czy badań preferencji klientów, przedstawić inne dokumenty świadczące o wykonaniu usługi czy o jej biznesowym uzasadnieniu.

– Fiskus może zanegować fakturę w decyzji po przeprowadzeniu postępowania podatkowego. Urzędnicy muszą sprawdzić, czy dane są zgodne z rzeczywistością i wskazane usługi niematerialne zostały wykonane. Nie ma jednak w przepisach wskazań mówiących wprost, w jaki sposób należy udowodnić rzetelność przeprowadzonych działań, jak je dokumentować itd. Za to można się posiłkować istniejącym orzecznictwem i interpretacjami podatkowymi – przekonuje Daria Bidelska.

Potrzebne dowody

Według ekspertów, gromadzenie dowodów na przeprowadzone działania promocyjne pozwala skutecznie uniknąć problemów podatkowych. Mogą to robić producenci, jednak zdaniem Łukasza Czekańskiego lepiej radzą sobie z tym zadaniem sieci handlowe. Mają doświadczenie i kontrolę nad sklepami, stosunkowo łatwo im zbierać potwierdzenie działań np. w postaci umów, e-maili czy zdjęć standów ustawionych w sklepach. Mogą też skorzystać z nowoczesnych rozwiązań technicznych.

– Obecnie w kwestii zabezpieczania dowodów z tego typu akcji klienci prowadzą audyty kampanii promocyjnych na zlecenie dostawców. Kierownicy sklepów otrzymują z centrali wytyczne, jakie działania mają prowadzić. Z kolei korzystanie ze specjalnych aplikacji mobilnych umożliwia nie tylko otrzymywanie takich wytycznych ale również ich dokumentowanie – od gromadzenia zdjęć standów z produktami po zbieranie potwierdzeń wykonanych prac – informuje Arkadiusz Cybulski.

Z kolei Daria Bidelska podkreśla, że dowody na zaistnienie usług marketingowych i promocyjnych powinny być materialne. To są np. protokoły potwierdzające czynności dokonane w danym miejscu i czasie, raporty wyjaśniające działania czy załączniki do faktur wyliczające zrealizowane zadania. Mogą być one wykonane przez dowolną ze stron – usługodawcę lub zleceniobiorcę. A całość powinna być przechowywana wraz z fakturą do natychmiastowego udostępnienia w razie kontroli.

– Urząd skarbowy nie może też kwestionować konieczności ponoszenia wydatków promocyjnych. Gdyby zdołał udowodnić, że np. w 20% sklepów nie przeprowadzono planowanych działań, może w tej części nie uznać kosztów i możliwości odliczenia VAT-u. Jeżeli takie przypadki zostaną wykryte przez audyt wewnętrzny przed kontrolami, to wtedy można skorygować faktury dokumentujące nabycie usług promocyjnych – mówi doradca w kancelarii WKB Wierciński Kwieciński Baehr.

Jak podsumowuje ekspert z platformy TakeTask, warto pamiętać o tym, że dowody są też potrzebne ze względów czysto biznesowych. Akcje promocyjne prowadzi się po to, aby zwiększać sprzedaż. Dokumentując promocje, jednocześnie potwierdzamy ich realizację w sklepie. Analizując potem dane sprzedażowe produktu i porównując je z poziomem zorganizowanego wydarzenia, wiemy, jak było ono skuteczne. Inaczej tego nie stwierdzimy, a zatem nie nauczymy się optymalizować działań.

W jaki sposób nauczyciel może legalnie udzielać korepetycji?

Często nauczyciele zastanawiają się, czy mogą po pracy w szkole dodatkowo dorabiać sobie jako korepetytorzy jaką umowę wówczas podpisać i jak się potem rozliczyć z fiskusem z tych przychodów.

Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt

Jeśli chodzi o formę rozliczania korepetycji, nauczyciel może wybrać np. działalność bez rejestracji, pod warunkiem, że jego miesięczne przychody z tego tytułu nie wynoszą więcej niż 50% ustawowej pensji minimalnej. W 2018 roku jest to 1050 złotych brutto, a od 2019 będzie to 1125 zł brutto.

Jeśli przychody z korepetycji są wyższe, można rozliczać się na podstawie umowy zlecenie lub w ramach własnej, jednoosobowej działalności gospodarczej. Niezależnie od wybranej formy nauczyciel będzie nadal zatrudniony w szkole w ramach umowy o pracę. Umowa w sprawie udzielania korepetycji może (ale nie musi) być spisana, natomiast należy pamiętać, że druga strona transakcji jest osobą prywatną. W tej sytuacji obowiązek rozliczenia się będzie zawsze po stronie korepetytora. Przy działalności nierejestrowanej i umowie zleceniu nauczyciel będzie w rozliczeniu rocznym składał PIT-36, a przy działalności gospodarczej zeznanie roczne będzie zależne od formy opodatkowania, jaką wybierze korepetytor. Mogą to być zasady ogólne, podatek liniowy, ryczałt 20% lub karta podatkowa. W ostatnich dwóch przypadkach nie można jednak odliczać od podatku kosztów prowadzenia działalności.

Warto również wspomnieć, że nauczyciel, który chce udzielać korepetycji, powinien dowiedzieć się, czy dyrekcja szkoły, w której uczy, nie ma nic przeciwko temu. Czynności wykonywane w szkole i w ramach korepetycji są de facto takie same, więc może wystąpić konflikt interesów. Można to rozumieć jako działalność w pewnym stopniu konkurencyjną.

Kolejną ważną kwestią jest to, że nauczyciel nie powinien udzielać korepetycji uczniowi, którego uczy na co dzień w szkole. Karta Nauczyciela nie zabrania wprost takiej praktyki. Podobne działanie może być jednak uznane za uchybienie godności zawodu nauczyciela, a w takim przypadku prawo przewiduje dla nauczycieli kary dyscyplinarne. Dyrektor szkoły mógłby wówczas wystąpić o postawienie nauczyciela przed komisją dyscyplinarną.

Trzy kroki dzielą biznes od 5G. Eksperci VMware podają przepis na sieciową rewolucję

Cały świat spodziewa się, że komercyjne wdrożenie sieci 5G nastąpi już w 2020 r. Bez cienia wątpliwości, technologia ta będzie początkiem kolejnego etapu rewolucji technologicznej. Co się zmieni? Wszystko – przekonują wszyscy. Ale jak zmienić – to podają już tylko nieliczni. Eksperci VMware przekonują, w swojej najnowszej analizie, że kluczowe będzie wdrażanie chmur, rozwiązań sztucznej inteligencji, IoT oraz wirtualnych sieci przyszłości.

Nawet 100 razy szybszy Internet już za 2-3 lata może utorować drogę do rozwoju technologii, które urzeczywistnią sen o życiu w otoczeniu inteligentnych urządzeń. I to na masową skalę. Zaawansowana robotyka, autonomiczne pojazdy, wirtualna rzeczywistość, druk 3D na odległość – wykorzystanie tego wszystkiego stanie się banalnie proste właśnie dzięki 5G. Wdrożenia tej technologii już trwają, ale nie każdy kto to robi okaże się zwycięzcą. Jak odsiać liderów od przegranych podpowiadają jednak eksperci VMware.

Istnieją trzy główne czynniki, które pozwolą organizacjom, szczególnie operatorom telekomunikacyjnym, wykorzystać pełny potencjał technologii 5G. To inwestycje w rozwiązania kognitywne oraz Internet Rzeczy, adekwatne do potrzeb wykorzystanie technologii chmurowych oraz modernizacja i wirtualizacja sieci. Dzięki temu firmy będą w stanie wyciągnąć z 5G wymierne korzyści biznesowe, docierać do nowych klientów, a z czasem rozwinąć biznes poza swój sztandarowy zakres usług czy produktów – przekonuje Shekar Ayyar, prezes wykonawczy i dyrektor generalny Telco Group w VMware.

Po pierwsze: supermoce, czyli AI i IoT

Za niecały rok na świecie ma być tylko milion punktów łączności 5G. Do 2025 roku ich liczba ma wzrosnąć aż do 1,4 mld. Za ten wzrost będzie odpowiadać m.in. dynamiczny rozwój IoT oraz sztucznej inteligencji – przekonują eksperci VMware. Same tylko rozwiązania kognitywne osiągną do 2022 wartość ponad 77 mld dolarów. Wpływ tych technologii na 5G nie polega jedynie na produkcji danych wymagających szybkiego transferu – tutaj popyt na jedno, nakręca popyt na drugie.

Technologia 5G działa dwutorowo. Z jednej strony napędza rozwój nowych technologii, z drugiej potrzebuje ich, by faktycznie zaistnieć w środowisku wielkiego biznesu. Sprawne wdrożenie Internetu Rzeczy w połączeniu z zaawansowanymi technologiami komunikacji na linii maszyna-maszyna otwiera przed przedsiębiorcami możliwość rozwinięcia ich podstawowej działalności o nowe funkcjonalności. Wyobraźmy sobie choćby sklep meblowy posiadający show-room oparty na tzw. mieszanej rzeczywistości – tłumaczy Shekar Ayyar z VMware. Na rynku zwyciężą ci gracze, którzy wdrażając 5G, będą umieli wykorzystać technologiczne supermoce, nie tylko do przyspieszenia internetu, ale do całkowitej zmiany tego, jak pracujemy, kupujemy i żyjemy – dodaje.

Po drugie: droga w chmurach

Ostatnią dekadę innowacji sponsorowała chmura obliczeniowa. Była swoistym „must have” w firmach, które stawiały na cyfryzację. Dzisiaj na rynku m.in. telekomunikacyjnym wyrasta całe nowe „pokolenie” operatorów, które nie wyobraża sobie swojej działalności bez cloud computingu. Zdaniem IDC już w przyszłym roku dziewięć na dziesięć przedsiębiorstw będzie korzystać z rozwiązań opartych w części lub w całości na chmurze obliczeniowej. Zdaniem VMware, jeśli inne firmy chcą nadążyć za tą zmianą i w pełni wykorzystać potencjał 5G muszą ulec całkowitej „cloudyfikacji”.

Oznacza to ni mniej, ni więcej, jak pełną, bezlitosną wręcz automatyzację wszystkich procesów oraz usług. Przedsiębiorstwa, szczególnie telecomy, muszą inwestować w nowoczesne oprogramowanie, bazujące na technologiach chmurowych i takie, które zagwarantuje szybsze wprowadzanie innowacji. Biznes musi również inwestować w nowe modele działania i wykorzystywać trendy związane z rozwojem marketplace’ów, usług w chmurze czy współdzielnością zasobów – komentuje Shekar Ayyar z VMware.

Po trzecie: sieci przyszłości

Wdrożenia technologii 5G, by nabrać prędkości i mocy, potrzebują jeszcze jednego elementu – nowego napędu. Zdaniem VMware firmy, a przede wszystkim operatorzy telekomunikacyjni, muszą w tym celu unowocześnić swoje sieci komputerowe. Shekar Ayyar przekonuje, że technologia 5G to okazja życia dla biznesu i nie wolno jej przespać. Firmy nie będą już mogły czekać tygodni, miesięcy na wdrożenia nowych usług czy produktów. Działania muszą być szybkie, a jednocześnie bezpieczne i oparte na stabilnych rozwiązaniach. Można to osiągnąć m.in. w oparciu o narzędzia służące do wirtualizacji  aplikacji, danych, użytkowników w całej hiper-rozproszonej sieci.

Według danych IDC rozwiązania służące do wirtualizacji sieci będą rosły i do 2022 roku przychody w tym obszarze osiągną wartość ok. 5,6 mld dolarów. Dostrzegamy, że coraz więcej operatorów zaczyna już także wdrożenia chmury prywatnej, część już wdrożyła, a część bada teren. Technologia 5G, której pełen implementacji należy się spodziewać w ciągu około 2-3 lat, jest tu głównym katalizatorem, dlatego spodziewać się można znacznego wzrostu nakładów w tym sektorze rynku – komentuje Stanisław Bochnak, Senior Business Solutions Strategist z VMware Polska.

TenderHut najlepszą polską firmą w rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe

1496% – taki średni wzrost przychodów zagwarantował białostockiej spółce TenderHut najwyższe miejsce wśród wszystkich polskich firm w najnowszym rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe. Polski producent oprogramowania jest 7. najszybciej rozwijającą się firmą technologiczną w Europie Środkowo – Wschodniej.

Deloitte Technology Fast 50 Central EuropeW tegorocznej 19. edycji rankingu najszybciej rozwijających się firm technologicznych w Europie Środkowej znalazło się 18 spółek znad Wisły. Pierwsze miejsce w zestawieniu przypadło czeskiej spółce Prusa Research. Jednak to Polacy zdominowali ranking. Najwyższe miejsce w Polsce wśród europejskich firm osiągnęła spółka TenderHut, która jest przykładem tego, jak duży potencjał leży w polskich programistach.

tenderhutMiejsce, jakie zajęliśmy w rankingu Deloitte Fast 50, czyli pierwszą pozycję wśród polskich firm i siódmą wśród środkowoeuropejskich, chciałem zadedykować mojemu przyjacielowi, wspólnikowi i byłemu prezesowi TenderHut – Waldemarowi Birkowi, który odszedł od nas na początku tego roku. Myślę, że Waldemar byłby z nas dumny, żałuję, że nie ma go dziś z nami – mówi Robert Strzelecki, prezes zarządu TenderHut.

Firma z Podlasia rozwija się błyskawicznie. Posiada osiem zagranicznych przedstawicielstw. Na rodzimym rynku stawia na dywersyfikację, lokując swoje biura w strategicznych ośrodkach na terenie całego kraju. Posiada swoje centra developerskie w Białymstoku, Warszawie, Wrocławiu, Szczecinie, Olsztynie i Przemyślu. Obecnie cała grupa kapitałowa przekroczyła wartość przychodu na poziomie 2,5 mln złotych miesięcznie. Najszybciej rozwijająca się firma IT w Polsce planuje w 2020 roku zagościć także na warszawskim Parkiecie.

W tym roku Grupa TenderHut znalazła się także na 9. pozycji wśród 20 firm z naszego kraju w prestiżowym rankingu Financial Times: FT 1000. Jest także inicjatorem wielu przedsięwzięć związanych z rozwojem polskiej branży IT, w tym ogólnopolskiej inicjatywy SoDA, zrzeszającej pracodawców IT.

Płatności mobilne mPay z nowym prezesem

Krzysztof Hejduk został nowym prezesem zarządu mPay S.A. Ustępujący ze stanowiska Jacek Bykowski pozostaje w spółce jako członek zarządu.

Krzysztof Hejduk jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej i Uniwersytetu Warszawskiego, od ponad 13 lat związanym zawodowo z branżą finansową. Przed dołączeniem do mPay pełnił funkcję dyrektora finansowego w Carsson Car Rental – firmie działającej na rynku wynajmu samochodów. Odpowiadał m.in. za nadzór nad finansami całej grupy kapitałowej, współtworzenie jej długofalowej strategii oraz pozyskiwanie zewnętrznego finansowania. Swoją karierę zawodową budował także pracując w Banku Millennium, Deutsche Bank Polska oraz Forrest Equity Management.

Krzysztof Hejduk - prezes zarządu mPay SA
Krzysztof Hejduk – prezes zarządu mPay SA

– Objęcie przez Krzysztofa Hejduka  sterów w  mPay traktujemy jako zmianę pokoleniową – mówi Andrzej Basiak, Prezes Zarządu Grupy Lew S.A., inwestora strategicznego mPay. – Pomimo młodego wieku Krzysztof dysponuje ogromną wiedzą i doświadczeniem zawodowym. Jesteśmy przekonani, że jego świeże spojrzenie na rynek płatności mobilnych przyczyni się do jeszcze szybszego rozwoju mPay – dodaje Basiak.

Jako prezes zarządu Krzysztof Hejduk będzie odpowiedzialny za wdrożenie strategii spółki dostosowanej do nowych możliwości wynikających ze znowelizowanej ustawy o usługach płatniczych oraz dyrektywy PSD II.

mPay jest najdłużej działającym w Polsce systemem płatności przy użyciu telefonów komórkowych, rozwijanym od 2003 roku. W lutym br. spółka wdrożyła nowy system informatyczny, który umożliwił zwiększenie uniwersalności aplikacji i dostosowanie jej do najnowszych trendów w segmencie technologii mobilnych. Od tego czasu w mPay pojawiły się m.in. zupełnie odmienione płatności za parkowanie oraz bilety do warszawskiego ZOO i Tatrzańskiego Parku Narodowego. Spółka rozpoczęła też etap nawiązywania współpracy z regionalnymi przewoźnikami kolejowymi, uruchamiając sprzedaż biletów na przejazdy pociągami Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej.

Globalne ocieplenie doprowadzi do katastrofy klimatycznej. Jesteśmy blisko przekroczenia progu bezpieczeństwa

0

Globalne ocieplenie doprowadzi do katastrofy klimatycznej. Jesteśmy blisko przekroczenia progu bezpieczeństwa 1

Zalanie wysp na Oceanie Spokojnym i terenów zamieszkanych przez połowę ludności świata, 150 tys. zgonów rocznie z powodu upałów w samej Europie i setki miliony zgonów spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza, rozprzestrzenianie się chorób tropikalnych, ograniczony dostęp do żywności i wody pitnej – to kilka najpoważniejszych skutków, jakie do końca tego wieku wywoła wzrost średniej globalnej temperatury powyżej 1,5°C. Naukowcy przestrzegają, że jeżeli ludzkość nie zrezygnuje ze spalania węgla do 2050 roku, grozi nam klimatyczny kataklizm, który zachwieje podstawami dzisiejszej cywilizacji. 

– Ograniczenie wzrostu średniej globalnej temperatury to dla nas być albo nie być i naprawdę nie jest to nazbyt dramatyczne postawienie sprawy. Jeżeli do końca tego wieku nie zatrzymamy wzrostu temperatury do poziomu 1,5°C, katastrofy nie da się już uniknąć. Jeśli ten wzrost będzie postępował dalej w tym tempie, poziom wód na świecie podniesie się o metr, co oznacza, że z powierzchni Ziemi znikną nie tylko wyspy na Oceanie Spokojnym. Wpłynęłoby to również na Polskę, bo część kraju znalazłaby się pod powierzchnią wody – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Jędrzejewski, rzecznik polityczny Koalicji Klimatycznej.

W najnowszym opracowaniu naukowcy z Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) potwierdzili, że obecna średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. Jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie zredukowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy 1,5°C w 2040 roku, 2°C w 2065 roku i 4°C na koniec obecnego stulecia.

Jeżeli będziemy dalej szli tą ścieżką, to drastyczne zjawiska pogodowe, które już w tej chwili są coraz częstsze, po prostu się zmultiplikują. Z powodu upałów w Europie w tej chwili umiera co roku prawie 3 tys. osób. Jeżeli nic się nie zmieni, liczba ta wzrośnie do ponad 150 tys. osób rocznie. Z powodu zanieczyszczonego powietrza na świecie umiera w tej chwili prawie 7 mln ludzi, a jeżeli dalej będziemy spalać paliwa kopalne, zgony będziemy liczyć już w setkach milionów – podkreśla Krzysztof Jędrzejewski.

Wzrost średniej globalnej temperatury powyżej 1,5°C spowoduje, że fale upałów, nawałnice, powodzie i gwałtowne burze będą coraz częstsze, a pod koniec tego wieku klęski żywiołowe będą dotykać już 2/3 Europejczyków. Natomiast średni poziom mórz do 2100 roku podniesie się o 90 cm – co grozi zalaniem terenów zamieszkałych przez połowę populacji świata.

Rafy koralowe znikną z powierzchni Ziemi, a choroby spowodowane przez wzrost temperatury i powodzie będą coraz częstsze. Już w tej chwili mamy w Europie choroby, które jeszcze do niedawna występowały tylko w krajach tropikalnych. W ciągu ostatniej dekady nastąpił w Polsce ponadczterokrotny wzrost zachorowań na boreliozę spowodowany ociepleniem – podkreśla rzecznik Koalicji Klimatycznej.

Z prognoz naukowców wynika, że globalne ocieplenie będzie też mieć wpływ na rolnictwo i produkcję żywności oraz drastycznie zaostrzy problem głodu na świecie. Do 2030 roku poziom światowej produkcji żywności może obniżyć się o 10 proc., a w kolejnym dwudziestoleciu spadnie o ponad 20 proc.

To spowoduje też znaczne ograniczenie dostępu do wody pitnej. Już w tej chwili wiele krajów boryka się z problemem dostępu do czystej wody. Jeżeli ta sytuacja będzie się rozwijać, to liczba osób pozbawionych dostępu wzrośnie nawet o 50 proc. – mówi Krzysztof Jędrzejewski.

Skutki wzrostu średniej globalnej temperatury na poziomie przekraczającym 1,5°C spowodują wielomiliardowe straty. Naukowcy alarmują, że uniknięcie czarnego scenariusza jest jeszcze możliwe, ale potrzebne są działania na wczoraj. Aby nie przekroczyć progu bezpieczeństwa, do 2030 roku globalna emisja dwutlenku węgla musi spaść o 45 proc. w porównaniu do poziomu z 2010 roku, natomiast do 2050 roku ludzkość musi całkowicie zrezygnować ze spalania węgla i przestawić się na odnawialne źródła energii. Niezbędne są również inicjatywy ukierunkowane na rozwój ekologicznego transportu, zrównoważonej gospodarki gruntowej i efektywności energetycznej.

Decydenci często mówią, że nie stać nas na ponoszenie kosztów związanych z ograniczaniem wzrostu średniej temperatury. Trzeba jednak pamiętać o tym, jakie są koszty zaniechania tych działań – podkreśla Krzysztof Jędrzejewski.

Auta na minuty są w Polsce coraz bardziej popularne. Teraz taka usługa będzie dostępna też w wersji dla aut dostawczych

Auta na minuty są w Polsce coraz bardziej popularne. Teraz taka usługa będzie dostępna też w wersji dla aut dostawczych 2

PwC prognozuje, że w 2030 roku już co trzeci kilometr przejechany w Europie będzie realizowany w formule carsharingu. Szacuje się, że w najbliższych latach ten rynek będzie rósł średnio o 30 proc. rocznie. Wypożyczalni samochodów na minuty przybywa również w Polsce, podobnie jak użytkowników tej usługi. Teraz carsharing – tyle że w wersji big – wprowadza do Polski spółka CityBee, która sprawdziła się już na litewskim rynku. Pierwsze auta dostawcze do wynajęcia na minuty pojawiły się już na ulicach Warszawy, skąd usługa będzie rozszerzana na kolejne miasta.

– Carsharing to w trzech słowach auto na minuty. Wypożyczamy samochód przez aplikację, korzystamy z niego tyle, ile potrzebujemy, i kończymy wynajem także przez aplikację. CityBee jako pierwsi wprowadza do Polski duże samochody, stąd też nazwa big carsharing. Działa on na podobnej zasadzie, z tym że samochody są dużo większe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bogdan Marszałek, country manager CityBee.

Zgodnie z analizami PwC przedstawionymi w raporcie „The five dimensions of automotive transformation”, w 2030 roku już co trzeci kilometr przejechany w Europie będzie realizowany w formule carsharingu. Szacuje się, że w najbliższych latach ten rynek będzie rósł średnio o 30 proc. rocznie. Jak prognozuje Frost & Sullivan, do 2025 roku liczba użytkowników carsharingu ma wzrosnąć do 36 mln, a flota dostępnych samochodów ma się zwiększyć do 427 tys.

Wypożyczalni samochodów na minuty przybywa również w Polsce. Po ulicach dziewięciu miast jeździ już blisko 2 tys. takich aut, ale ich liczba rośnie praktycznie z każdym miesiącem, podobnie jak liczba użytkowników. Usługę carsharingu – tyle że w wersji big – wprowadza właśnie do Polski spółka CityBee. Usługa dostępna jest już w Warszawie, skąd operator będzie sukcesywnie rozszerzać ją na kolejne miasta.

– Big carsharing działa na prostej zasadzie – wystarczy się zarejestrować w aplikacji, zrobić zdjęcie swojego prawa jazdy w celu weryfikacji tożsamości, dodać kartę płatniczą i jesteśmy gotowi, żeby wynająć auto. Są to samochody dostawcze, które zmieszczą prawie wszystko – jedne z największych, które pozwala prowadzić prawo jazdy kategorii B. Nie wymagamy żadnych dodatkowych dokumentów ani wpłacania kaucji – samochód jest dostępny wtedy, kiedy go potrzebujemy. Z tak dużymi samochodami jesteśmy pierwsi w Polsce – podkreśla Bogdan Marszałek.

W Warszawie dostępnych jest już prawie tysiąc aut, które można wynająć na minuty. Teraz rynek poszerzy się o samochody dostawcze. Pierwszych 18 fiatów Ducato jest do dyspozycji w strefach wyznaczonych na terenie stolicy. Ich duża przestrzeń ładunkowa w połączeniu z szerokimi drzwiami tylnymi ma pozwolić na łatwy załadunek i transport nawet największych i najdłuższych pakunków, np. 90 kartonów o wymiarach 56 x 33 x 41 cm lub blatu kuchennego o długości ponad 3,5 metra.

W kolejnych tygodniach flota dostawczaków w Warszawie będzie się sukcesywnie powiększać i – w zależności od zapotrzebowania – będzie liczyła nawet kilkadziesiąt aut. Operator podaje, że jeszcze przed startem usługa spotkała się z dużym zainteresowaniem – w ciągu półtora tygodnia prawie 1,5 tys. osób zarejestrowało się na stronie internetowej, aby odebrać specjalne kody na przejazdy o łącznej wartości około 75 tys. zł. Z usługą carsharingu spółka CityBee od 2012 roku jest już obecna na Litwie.

– Tam ta usługa cieszy się dużym zainteresowaniem. Musimy dokładać coraz więcej samochodów, żeby sprostać wymaganiom klientów. Mamy dwie główne grupy odbiorców. Pierwszą są osoby prywatne, które potrzebują samochód do przeprowadzki czy większych zakupów, np. mebli. Druga grupa to klienci biznesowi. Jest wiele mniejszych czy większych biznesów, które potrzebują samochodów dostawczych, ale nie na co dzień. Są to na przykład biznesy sezonowe albo firma, która ma duże zamówienie raz na jakiś czas i wtedy potrzebuje coś przewieźć. Kupno takiego samochodu może się okazać nieopłacalne, a wynajem w ramach carsharingu daje im elastyczność – mówi Bogdan Marszałek.

Wynajęcie samochodu jest proste i bardzo podobne do sposobu, w jaki wypożycza się osobówki na minuty. CityBee oferuje cennik, zgodnie z którym za pierwsze 50 km nie są naliczane opłaty za przejechane kilometry, a stawki za czas użytkowania są zróżnicowane w zależności od długości wynajmu i wynoszą: 0,99 zł za minutę, 49 zł za godzinę, 219 zł za dzień lub 1 299 zł za tydzień. Paliwo, ubezpieczenie i inne koszty techniczne są już wliczone w cenę.

– Stawki maleją w zależności od tego, jak długo korzystamy z samochodu. Im dłużej korzystamy, tym mniej zapłacimy. W naszym modelu CityBee liczymy opłaty głównie za czas, a 50 km dziennie wystarcza w większości przypadków, takich jak przeprowadzka z jednej dzielnicy do drugiej czy transport w obrębie miasta, więc nie trzeba się już martwić kilometrami – mówi country manager CityBee.

Ze względu na duże rozmiary samochody dostawcze CityBee będą dostępne w wyznaczonych strefach, gdzie zaparkowanie sześciometrowego fiata Ducato nie sprawi problemu.

Prezes ZNP: Nie pozyskamy dobrego nauczyciela pensją w wysokości 1,4 tys. zł. Nakłady na edukację powinny być traktowane jako inwestycja, a nie zło konieczne

Prezes ZNP: Nie pozyskamy dobrego nauczyciela pensją w wysokości 1,4 tys. zł. Nakłady na edukację powinny być traktowane jako inwestycja, a nie zło konieczne 3

Edukacja nie może być traktowana jako zło konieczne, które wymaga corocznych, wielomiliardowych nakładów, ale jako inwestycja – podkreśla Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. Zarobki polskich nauczycieli należą do najniższych w Europie. Wprowadzane podwyżki tej sytuacji nie zmienią. Eksperci przekonują, że bez inwestycji w system edukacji trudno będzie przyciągnąć osoby po studiach. Obecnie nauczyciel na ostatnim stopniu awansu zawodowego po kilkunastoletnim stażu pracy dostaje do ręki zaledwie nieco ponad 2,3 tys. zł.

 Płace nauczyciela to rozstrzał pomiędzy kwotą 2,3 tys. a 3,3 tys zł brutto. Ta górna kwota to mniej więcej wynagrodzenie nauczyciela dyplomowanego po 15 latach awansu zawodowego, po wyższych studiach i w tym najwyższym stopniu awansu funkcjonującego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

W ciągu trzech lat pensje nauczycieli mają wzrosnąć w sumie o 15 proc. W kwietniu tego roku ruszyła pierwsza z trzech tur zaplanowanych podwyżek – wynagrodzenia wzrosły o 5,35 proc., jednak w skali roku podwyżka wyniesie 3,75 proc., a biorąc pod uwagę inflację realnie podwyżka wyniesie 1,45 proc.

– Nikt o tych podwyżkach z nami nie rozmawiał, nawet w fazie konsultacji i uzgodnień, po prostu arbitralnie minister Anna Zalewska  stwierdziła, że nauczyciele dostaną taką podwyżkę, ona ma się rozkładać na 3 lata. Jednocześnie w roku 2019 wzrost 5-proc. jest obudowany o prawie 2,5-proc. inflację, czyli połowę naszego wzrostu wynagrodzenia zje inflacja – mówi Sławomir Broniarz.

Z raportu „Education at Glance 2017” wynika, że zarobki polskich nauczycieli należą do najniższych w Europie, zarabiają 85 proc. tego, co inni polscy pracownicy z wyższym wykształceniem. Wprowadzane podwyżki tego nie zmienią, zwłaszcza  że – jak wylicza prezes ZNP – podwyżka sięgnie maksymalnie ok. 160 zł dla nauczyciela dyplomowanego i ok. 100 zł dla nauczyciela stażysty.

– Żadną satysfakcją dla nauczyciela jest uzyskanie takiej podwyżki w sytuacji, gdy idąc po ulicach Warszawy można przeczytać ogłoszenia o poszukiwaniu pracowników, którzy wielokrotnie więcej miesięcznie od niego zarabiają, bez wymogów, jakie stawia się nauczycielowi, bez presji, nacisku, egzekwowania tych powinności – mówi Sławomir Broniarz.

Z danych GUS wynika, że średnie wynagrodzenie brutto dla nauczyciela wynosi 4,259 tys. zł. To kwota, która uwzględnia wszystkie dodatki zapisane w Karcie Nauczyciela. Pensja zasadnicza, bez dodatków jest jednak znacznie niższa. Nauczyciele stażyści otrzymują nieco ponad 2,4 tys. zł. Najwięcej, bo ok. 3,3 tys. zł dostają nauczyciele dyplomowani z tytułem magistra i przygotowaniem pedagogicznym. To jednak kwoty brutto. Na konta nauczycieli wpływa od 1750 zł do 2377 zł dla nauczyciela na ostatnim stopniu awansu zawodowego po kilkunastoletnim stażu pracy.

– Mamy dobrą szkołę, dobrych nauczycieli, bardzo dobrych uczniów, sukcesy naszych olimpijczyków w skali międzynarodowej są wszystkim znane. Tylko dlaczego nauczyciel, który rozpoczyna pracę po 5 latach studiów, 1 września dostaje 1400 zł wynagrodzenia na rękę – podkreśla prezes ZNP.

Związek Nauczycielstwa Polskiego już od lat postuluje zmiany w systemie oświaty. Nie tylko w zakresie wynagrodzeń, ale np. w szkolnictwie zawodowym.

– Edukacja nie może być traktowana jako zło konieczne, które wymaga corocznych wielomiliardowych nakładów, ale jako inwestycja, nie tylko w nauczyciela, ale przede wszystkim w dziecko, absolwenta, bo to on będzie generatorem różnego rodzaju pozytywnych zmian – ocenia Broniarz.

Z danych Eurostatu wynika, że w Polsce na edukację trafia 5,2 proc. PKB i niecałe 13 proc. budżetu. Pod tym względem wyprzedzamy Wielką Brytanię, Niemcy czy Irlandię. Pod względem kwot na edukację na mieszkańca jesteśmy jednak w unijnym ogonie. W Unii wydaje się 1,4 tys. euro, w Polsce – 582 euro rocznie. Mniej jest tylko na Węgrzech, w Chorwacji i Bułgarii.

– Jeżeli chcemy, żeby nasze szkolnictwo wyższe było na coraz wyższym poziomie, to nie możemy mimo pewnych postępów w tym zakresie ograniczać nakładów. Uniwersytet Stanforda w USA ma nakłady porównywalne z całym polskim systemem szkolnictwa. Nie pozyskamy młodego, dobrego, obiecującego i chcianego przez szkołę nauczyciela, proponując mu na starcie 2,4 tys. zł brutto – przekonuje Sławomir Broniarz.

Rośnie zainteresowanie danymi satelitarnymi. Pozwalają na bieżąco reagować w przypadku klęsk żywiołowych

Rośnie zainteresowanie danymi satelitarnymi. Pozwalają na bieżąco reagować w przypadku klęsk żywiołowych 4

Jeszcze kilka lat temu dane pochodzące z satelitarnej obserwacji Ziemi były udostępniane odpłatnie. Konstelacji satelitarnych jest jednak coraz więcej. W tym Copernicus, wysyłany w kosmos przez Europejską Agencję Kosmiczną. Dzięki platformie Creodias dostęp do tych danych jest bezpłatny, a udostępniane zdjęcia na bieżąco aktualizowane. Codziennie dostarczanych jest nawet 20 terabajtów danych. Dzięki satelitom do platformy dodawane są nowe obszary danych – obecnie z satelitów programu Copernicus, ale już wkrótce być może także od prywatnych dostawców. Możliwości wykorzystania tych zdjęć są praktycznie nieograniczone.

– Jeśli chodzi o zainteresowanie platformą Creodias, to mamy chętnych do użycia jej z całej Europy. Był nawet taki moment, że najwięcej wejść mieliśmy z Niemiec, ale generalnie jest to dosyć równomiernie rozłożone w Europie i to zarówno jeśli chodzi o tych, którzy dopiero oglądają tę platformę, jak i tych, którzy już są jej klientami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Krzyżanowski, prezes CloudFerro, firmy będącej operatorem i dostawcą technicznym platformy.

Dane satelitarne zyskują na znaczeniu. Już teraz szacuje się, że 60 proc. rynku kosmicznego stanowi właśnie ich wykorzystanie przez użytkowników. Satelity pomagają obserwować Ziemię i zmieniające się środowisko, ale wykorzystywane są w codziennym życiu, np. przy nawigacji. Jeszcze kilka lat temu dane z satelitarnej obserwacji Ziemi były dostępne odpłatnie, obecnie jednak – przy coraz większej liczbie konstelacji satelitarnych – jest ich coraz więcej i łatwiej dostępnych. Program Obserwacji Ziemi Copernicus każdego dnia dostarcza miliony gigabajtów danych.

 Codzienne przybywa 20 TB danych, to tak jak 50 standardowych laptopów nowych danych. Po drugie, jest poszerzany zakres tych danych, pojawiają się nowe satelity, a wtedy nowe zbiory danych są dołączane do platformy i stają się dostępne dla użytkowników. Pracujemy nad tym, żeby dołączyć dane nie tylko z satelitów Copernicus, czyli satelitów europejskich, ale również od dostawców komercyjnych, poszerzając możliwości np. o dane wysokiej rozdzielczości – wskazuje Maciej Krzyżanowski.

Satelity generują olbrzymie ilości danych – dostarczając zarówno zdjęcia optyczne, w bliskiej podczerwieni, w bliskim nadfiolecie, jak i obserwacje radarowe. Wielkość zgromadzonych danych może ostatecznie przekroczyć nawet 30 PB. To, co stanowi o przewadze platformy Creodias, to bardzo częste aktualizacje.

– Dane na platformie spływają na bieżąco z satelitów. Na Google Maps dane są sprzed 2–3 lat, dopasowane do tego, żeby ładnie nałożyć się na mapę. Natomiast tutaj mamy świeże dane i całą historię tego, co te satelity zobaczyły z kosmosu. Już parę godzin po przejściu satelity nad danym obszarem są świeże dane i można się dowiedzieć, co się tam teraz dzieje – tłumaczy prezes CloudFerro.

Możliwości wykorzystania zobrazowań satelitarnych są bardzo duże. Mogą być przydatne przy zarządzaniu kryzysowym, np. w przypadku powodzi, a także przy planowaniu optymalnych tras linii wysokiego napięcia czy dróg szybkiego ruchu. Fotografie pozwalają na bieżąco monitorować zmiany klimatu czy zwalczać nielegalną wycinkę lasów deszczowych. To cenne źródło informacji dla geologów, ekologów, ale też rolników.

– Można np. zobaczyć, jak się przemieszczało koryto rzeki w ciągu ostatnich pięciu lat. Wszystkie te dane, jeden produkt ze zdjęciami po drugim tam są i to jest oczywista wartość tej platformy – podkreśla Maciej Krzyżanowski.

Ładna pogoda sprzyja hotelarzom. W sezonie jesiennym pobyt nad Bałtykiem kosztuje nawet o 40 proc. mniej niż w wakacje

Ładna pogoda sprzyja hotelarzom. W sezonie jesiennym pobyt nad Bałtykiem kosztuje nawet o 40 proc. mniej niż w wakacje 5

Jesienny pobyt nad morzem kosztuje nawet o 40 proc. mniej niż w wakacje – wynika z danych platformy rezerwacyjnej VacationClub. Z pozasezonowych obniżek korzysta coraz więcej Polaków. Hotelarze i właściciele apartamentów w nadmorskich kurortach szacują, że liczba rezerwacji na październik i listopad jest o 9 proc. wyższa niż rok temu, choć coraz więcej turystów podejmuje decyzję o wyjeździe na ostatnią chwilę.

– Sezon jesienny nad Bałtykiem cieszy się bardzo dużą popularnością wśród Polaków. Obecnie obserwujemy bardzo dużo rezerwacji na najbliższe tygodnie. Są to zwykle rezerwacje okołoweekendowe, które wpadają na ostatnią chwilę, czyli tak zwane rezerwacje last minute – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krystyna Wróblewska, założycielka platformy rezerwacyjnej VacationClub.

Jak pokazują dane VacationClub, dwuosobowy pokój ze śniadaniami w trzygwiazdkowym hotelu kosztuje poza sezonem od 460 zł. Za apartament w luksusowym pięciogwiazdkowym hotelu z widokiem na morze i pełnym wyżywieniem trzeba zapłacić ok. 840 zł. Średnio koszty jesiennego noclegu są nawet do 40 proc. niższe niż w szczycie sezonu. Z kolei wynajęcie w Kołobrzegu osobnego apartamentu dla czterech osób z usługami hotelowymi w cenie będzie kosztowało ok. 130 zł za dzień.

Takie obniżki powodują, że hotelarze mogą się spodziewać bardzo dobrych wyników. Rezerwacje wpływają na bieżąco, a wzrost ich liczby może wynieść około 9 proc. w stosunku do 2017 roku. Polskie kurorty stale rozwijają swoją ofertę dla turystów podróżujących poza sezonem.

– Polskie kurorty nad Bałtykiem mają wiele do zaoferowania. Przede wszystkim jesienią plaże są puste, w związku z tym można spacerować na plaży samemu. Ponadto kurorty oferują dużo więcej atrakcji, zaplecze hotelowe rozwija się, tzn. powstają nowe aquaparki, baseny, więc pobyty jesienne są bardzo atrakcyjne, nie tylko wśród grup znajomych, lecz także wśród rodzin z dziećmi czy par – tłumaczy Krystyna Wróblewska.

Z danych serwisu wynika, że po sezonie nad polskim morzem najwięcej gości pojawia się w weekendy i dni okołoweekendowe. Zdarza się też dużo więcej rezerwacji na ostatnią chwilę podejmowanych pod wpływem ładnej pogody i korzystnych prognoz.

– Rezerwacje jesienne nie są robione tak jak rezerwacje letnie z dużym oknem rezerwacyjnym. Jesienią to są zwykle rezerwacje last minute, które robimy np. jadąc autobusem czy siedząc w kolejce u lekarza – dodaje Krystyna Wróblewska.

VacationClub szacuje, że wzrostowy trend w ruchu turystycznym nad polskim Bałtykiem w 2018 roku będzie się nadal utrzymywał. Na wzrost turystyki duży wpływ miał rządowy program dofinansowujący polskie rodziny 500 Plus.

Branża technologiczna znalazła nowy sposób na zwalczenie problemu chrapania. Aktywne zatyczki czy inteligentna nakładka na nos zagłuszą niepożądane dźwięki

Branża technologiczna znalazła nowy sposób na zwalczenie problemu chrapania. Aktywne zatyczki czy inteligentna nakładka na nos zagłuszą niepożądane dźwięki 6

Chrapanie to jedno z najpowszechniejszych zaburzeń snu, na które uskarża się około 25 proc. osób w stałych związkach. Centrum Badania Opinii Społecznej szacuje, że w Polsce z tą dolegliwością zmaga się 13 mln osób. Branża technologiczna znalazła sposób, aby rozwiązać ten problem. Powstały urządzenia, które potrafią zarówno stłumić dźwięk chrapania, jak i zapobiec jego powstawaniu. Specjalne zatyczki do uszu aktywnie stłumią przeszkadzający w zaśnięciu dźwięk chrapania.

 Zatyczki do uszu QuietOn Sleep z funkcją aktywnego tłumienia hałasu zostały stworzone specjalnie z myślą o tłumieniu dźwięku chrapania. Działają w oparciu o technologię aktywnego tłumienia hałasu. Hałas jest przechwytywany przez urządzanie i za pomocą głośnika wytwarzana jest odwrotna fala dźwiękowa, która tłumi niepożądane dźwięki – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Annie Tran, dyrektor marketingu w firmie QuietOn.

Tym, co wyróżnia aktywne zatyczki do uszu od tych pasywnych, jest to, w jaki sposób wygłuszają dźwięk. Zamiast tłumić wszystkie fale dźwiękowe docierające do naszych uszu, analizują pasmo dźwięku i wycinają wyłącznie te, które przeszkadzają w zaśnięciu. Słuchawki QuietOn Sleep zaprojektowano tak, aby sprawdziły się zarówno wśród osób, które śpią na plecach, jak i na boku. Wkładki sztywno trzymają się wewnątrz małżowiny, dlatego nie wysuną się z niej podczas częstej zmiany pozycji snu. W kampanii crowdfundingowej na portalu Indiegogo aktywne zatyczki można nabyć za 159 dol.

Na podobnej zasadzie działa nakładka na nos Silent Partner SmartPatch. W masce ukryto mikrofony z systemem rozpoznawania amplitudy oraz częstotliwości chrapania. Urządzenie w czasie rzeczywistym wykrywa dźwięki chrapania i generuje falę dźwiękową o odwróconej fazie. Skutkuje to wyciszeniem dźwięków generowanych w odległości do 20 cm od użytkownika. Dzięki takiej technologii wytłumieniu ulega wyłącznie chrapanie, a nie np. dźwięk alarmu budzika.

 Dźwięki budzika mają zazwyczaj wysoką częstotliwość, a technologia aktywnego tłumienia hałasu w naszych urządzeniach jest ukierunkowana na tłumienie przede wszystkim hałasów o niskiej częstotliwości. Zatem nie powinno być problemów z używaniem budzików, o ile są odpowiednio głośne – przekonuje ekspertka.

Na rynku istnieją także rozwiązania, które tłumią problem chrapania w zarodku. Jednym z najbardziej niezawodnych sposobów jest wykorzystanie aparatów CPAP, które nieustannie wytwarzają dodatnie ciśnienie w układzie oddechowym osoby zmagającej się z problemem chrapania. Sprzęt ten składa się z dwóch głównych elementów – aparatu oddechowego oraz maski. Najbardziej zaawansowane jednostki centralnie pokroju ResMed AirMini nie tylko zmieszczą się w dłoni, lecz także pozwolą kontrolować parametry oddechu za pośrednictwem aplikacji mobilnej.

Znacznie poręczniejszym rozwiązaniem mogą się okazać zegarki Snore Stopper. Urządzenie wyposażono w mikrofony wyłapujące i analizujące fale dźwiękowe. Jeśli oprogramowanie wychwyci dźwięk chrapania, wyśle delikatny impuls elektryczny, który pobudzi układ oddechowy i zatrzyma chrapanie bez wybudzania użytkownika. Z kolei inteligentna podkładka pod poduszkę Smart Nora w odpowiedzi na chrapanie bezgłośnie napompowuje się, unosząc poduszkę i rozluźniając mięśnie krtani. Poprawia to przepływ powietrza przez układ oddechowy i zatrzymuje chrapanie.

– Chrapanie stanowi jedną z największych przeszkód w spaniu. Z naszych badań wynika, że ponad 25 proc. osób w związkach boryka się z problemem chrapania u partnera. Co więcej, problem chrapania dotyczy ponad 90 mln ludzi w samych Stanach Zjednoczonych – twierdzi Annie Tran.

Według raportu opublikowanego przez Transparency Market Research globalny rynek urządzeń do walki z chrapaniem oraz chirurgii chrapania osiągnie do 2024 roku wartość niemal 23 mld dol. Szacuje się, że branża urządzeń do walki z chrapaniem będzie rosła w tempie blisko 4 proc średniorocznie.

Technologia zaczerpnięta od NASA pozwoli analizować ogromne ilości danych w kilka chwil. Wkrótce może z niej skorzystać także polski rząd

Technologia zaczerpnięta od NASA pozwoli analizować ogromne ilości danych w kilka chwil. Wkrótce może z niej skorzystać także polski rząd 7

Połączenie chmury prywatnej i publicznej zrewolucjonizuje system przechowywania danych. Chmury na bazie otwartej technologii OpenStack pozwalają na mnóstwo konfiguracji i elastycznie reagują, w zależności od potrzeb. Przetwarzają dane satelitarne na potrzeby monitorowania zmian klimatycznych, umożliwiają szybkie przeglądanie zdjęć, co przyspiesza analizę z kilku miesięcy do kilku dni. Chmura daje ogromne możliwości instytucjom rządowym i samorządowym, a sposoby jej wykorzystania są praktycznie nieograniczone.

– Technologia OpenStack służy do tego, żeby efektywniej i skuteczniej wykorzystywać infrastrukturę obliczeniową. Na infrastrukturę fizyczną jest nałożona struktura logiczna, która powoduje, że można znacznie efektywniej i skuteczniej wykorzystać fizyczne serwery, bo na jednym fizycznym serwerze można uruchomić dziesiątki serwerów logicznych, wirtualnych. Takim open source’owym systemem, który to realizuje jest OpenStack – mówi agencji Newseria Innowacje Maciej Krzyżanowski, prezes CloudFerro.

Rynek chmury obliczeniowej zdominowało kilku graczy, z których każdy oferuje rozwiązania oparte na własnych technologiach. Z możliwości chmur korzystają nie tylko największe instytucje, ale też firmy. Według Eurostatu 37 proc. dużych przedsiębiorstw działających w Polsce korzysta z chmury obliczeniowej. Możliwości zwykłych chmur są jednak ograniczone. CloudFerro buduje chmury na bazie otwartej technologii OpenStack, która pozwala na wysoką konfigurowalność. To zaś sprawia, że wykorzystują go najwięksi, m.in. takie firmy jak Cisco, Dell, Intel, HP czy IBM.

– OpenStack jest wykorzystywany jako niezwykle elastyczny i potężny system chmury obliczeniowej, niezwiązany z żadnym komercyjnym dostawcą oprogramowania. Pozwala zachować niezależność, jest dobrze udokumentowany, szybko się rozwija i jest rozwijalny, dlatego jest niezwykle atrakcyjny dla dużych organizacji, które mają wielkie potrzeby i mają dosyć zasobów, żeby tą dosyć skomplikowaną technologię opanować i utrzymywać u siebie. Dlatego jeśli się popatrzy na Fortune 500, największe firmy światowe, to połowa używa OpenStack – przekonuje Maciej Krzyżanowski.

Dzięki stworzonej chmurze nawet ogromne ilości danych mogą być przetwarzane i analizowane błyskawicznie. To, co przy zwykłym systemie może zajmować nawet kilka miesięcy, dzięki nowej technologii trwa zaledwie kilka dni. Dlatego po rozwiązania polskiej firmy sięgają światowi giganci, ale też instytucje rządowe czy samorządowe. Wiadomo np. że dzięki szybkiej analizie obrazów z satelit można stwierdzić, czy rolnik nie chce wyłudzić dopłaty na fikcyjnie uprawianie działki. Technologia została zaczerpnięta od NASA.

– Technologia OpenStack zaczęła się w NASA, w Ames Research Center, gdzie kiedyś postanowiono zrobić porządki w serwisach www i właśnie w ramach odrywania serwerów wirtualnych od fizycznych stworzono zaczątki OpenStack we współpracy z jedną z firm komercyjnych. Potem to się rozwinęło, powstała OpenStack Foundation, ciało niekomercyjne, które propaguje tę technologię, zajmuje się jej rozwojem. Można powiedzieć, że u nas OpenStack wrócił do swoich korzeni, do kosmosu – opowiada ekspert.

Kilka lat temu CloudFerro wspólnie z Creotechem stworzyli EO Cloud dla Europejskiej Agencji Kosmicznej, gdzie zgromadzonych jest ok. 7 petabajtów danych z satelit. Dla Europejskiego Centrum Prognoz Średnioterminowych stworzyli zaś system gromadzenia i przetwarzania danych satelitarnych na potrzeby monitorowania zmian klimatycznych.

– Chcielibyśmy wziąć udział w przygotowaniach elektronicznego systemu zarządzania danych, nad którym pracuje NASK. Chcą zbudować platformę pod przechowywanie i obróbkę dokumentów dla wszystkich instytucji rządowych i samorządowych, zatem będą potrzebne do tego petabajty danych i miejsce do ich przechowywania. To jest świetne zagadnienie dla OpenStack’owej chmury – przekonuje Maciej Krzyżanowski.

Według analityków Research and Markets, globalny rynek usług OpenStack będzie rozwijał się w najbliższych latach w tempie 28 proc. średniorocznie, by w 2022 r. osiągnąć wartość niemal 5,7 mld dol.

Wzrost gospodarczy wg tegorocznych noblistów Williama Nordhausa i Paula Romera

Nagroda Nobla została w tym roku przyznana dwóm ekonomistom, obaj mogą spodziewać się, że w Polsce ich teorie będą przyjmowane sceptycznie. Laureatami zostali Paul Romer, za prace nad wpływem innowacji na wzrost gospodarczy, oraz William Nordhaus, za modelowanie ekonomiczne zmian klimatu.

Obydwaj laureaci to naukowcy amerykańscy. William Nordhaus z Yale University został nagrodzony za „włączenie zmian klimatu do długoterminowej analizy makroekonomicznej”. Paul Romer z Stern School of Business w Nowym Jorku, został doceniony „za włączenie innowacji technologicznych do długoterminowej analizy makroekonomicznej”.

-To profesorowie, których można połączyć wspólnym mianownikiem w postaci szerszego rozumienia wzrostu gospodarczego – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Obaj przekonują, że ważny jest nie tylko PKB na mieszkańca, ale też to jak żyjemy i jakie warunki tworzymy dla przyszłych pokoleń.

W Polsce Williama Nordhausa nie będą lubić obrońcy kopalń i znaczenia węgla kamiennego dla rozwoju gospodarki. Ale znajdzie zwolenników wśród zwalczających smog i obawiających się o skutki zmian klimatycznych.

– Nordhaus jest jednym z pomysłodawców wprowadzenia podatku emisyjnego – wyjaśnia dr P.Kwiecień.

Paul Romer twierdzi natomiast, że państwa najbardziej rozwinięte mogą się nadal rozwijać bardzo szybko, czyli ich wzrost PKB nie powinien być mniejszy niż w państwach rozwijających się, ale warunkiem koniecznym do tego jest trafne zrozumienie znaczenia postępu technicznego. W Polsce nie musi to być dobrze przyjmowane, a dlaczego?

– W ocenie Sterna postęp technologiczny jest procesem, nad którym mamy kontrolę poprzez rozwój niezależnych instytucji i konkurencji rynkowej, zaleca on promowanie konkurencji rynkowej – mówi ekspert z XTB.

Od stycznia ujemne ceny energii. Będziemy korzystać z prądu i jeszcze nam za to płacą

Od stycznia przyszłego roku Polacy będą mogli korzystać z ujemnych cen energii. Co z tego wynika dla konsumentów?

Przyjęta w 2017 r. ustawa o rynku mocy i proces notyfikacji przez UE wymógł na polskim rządzie obowiązek uelastycznienia rynku energii. Elementem tego uelastycznienia jest zniesienie albo podniesienie limitów cenowych na rynku bilansującym.

Cena maksymalna energii zostanie zwiększona z 1 500 zł do 50 tys. zł za megatowatogodzinę, będzie to oznaczać, że energia w przypadku jej wysokich niedoborów będzie bardzo droga, z drugiej strony ujemna cena energii, która może się pojawić w sytuacji, gdy będzie bardzo duża podaż, pozwoli korzystać odbiorcom z ich ujemnych cen.

– Efektem może być to, że korzystanie z energii elektrycznej będzie powodować przychód u korzystającego – mówi w rozmowie z MarketNews24 – mówi w rozmowie z MarketNews 24 Wojciech Wrochna, Szef Praktyki Prawa Europejskiego i Europejskich Regulacji Gospodarczych w firmie prawniczej Kochański Zięba i Partnerzy (KZP).

Reprezentacja polskich firm najsilniejsza w rankingu „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe”

W 19. edycji rankingu najszybciej rozwijających się firm technologicznych w Europie Środkowej znalazło się aż 18 spółek z Polski. W tym roku pierwsze miejsce w zestawieniu „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe” przypadło czeskiej spółce Prusa Research. Spośród polskich firm najwyżej, bo na siódmym miejscu, znalazł się TenderHut. Zwycięzca, przyznawanej w tym roku w ramach rankingu, nagrody Social Impact Award, została polska spółka – Saule Technologies. Dynamika wzrostu przychodów wszystkich firm technologicznych z rankingu wyniosła 1 290 proc. na przestrzeni ostatnich czterech lat.

W głównej kategorii „Fast 50” uplasowało się 18 firm z Polski. Jedna z nich znalazła się także w podkategorii „Wielka Piątka”. Drugie miejsce pod względem liczby spółek należy do Litwy, którą w głównym rankingu reprezentuje osiem firm. Trzecie miejsce przypadło Chorwacji i Czechom – oba kraje reprezentuje w rankingu siedem firm. W rankingu „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe” znalazły się także spółki ze Słowacji (3), Węgier (2), Łotwy (2) oraz Rumunii, Bośni i Hercegowiny, Estonii i Łotwy (po 1).

Czołówka „Technology Fast 50”

Tegorocznym zwycięzcą „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe” jest producent drukarek 3D Prusa Research z Czech, który w ubiegłym roku zajął trzecie miejsce w rankingu. Spółka osiągnęła wzrost przychodów w ciągu ostatnich 4 lat na poziomie ponad 17 tys. proc. – Rozwój Prusa Research, podobnie jak innych spółek w zestawieniu, jest imponujący. Co cieszy, aż 60 proc. firm w rankingu to firmy, które znalazły się w nim po raz pierwszy, co dodatkowo pokazuje, w jak zawrotnym tempie rozwijają się najlepsze młode firmy i jak duża konkurencja panuje w tym sektorze – mówi Agnieszka Zielińska, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego, Lider Programu Technology Fast 50, Deloitte Central Europe.

Na drugim miejscu uplasował się ubiegłoroczny zwycięzca, czeska spółka Kiwi.com, a na trzecim chorwacka firma Q Software, która debiutuje w zestawieniu. W pierwszej dziesiątce znalazły się dwie polskie firmy: TenderHut (7 miejsce) oraz Salelifter (9 miejsce).

W rankingu pięćdziesięciu najszybciej rozwijających się firm w Europie Środkowej znalazło się trzydzieści nowych spółek, sześć awansowało, a czternaście zanotowało spadek.

Kolejny rok wzrostów

Średni wzrost przychodów w 2017 w porównaniu do 2014 roku firm, które znalazły się w rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe wyniósł 1 290 proc. Rok wcześniej było to 1 127 proc. (rok 2016 w porównaniu do 2013) – Liczba zgłoszeń do naszego rankingu rośnie z roku na rok, w tym roku było ich ponad 300, co pokazuje, w jak dobrej kondycji znajduje się branża nowych technologii – mówi Agnieszka Zielińska.

Przedstawiciele polskiego biznesu obecni w zestawieniu pochodzą z całego kraju: Warszawy, Wrocławia, Katowic, Poznania, Białegostoku, Rybnika, Piaseczna czy Krakowa.

Podobnie jak w poprzednich latach ranking „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe” zdominowały firmy zajmujące się tworzeniem oprogramowania. W zestawieniu jest ich aż 32. Jedenaście firm reprezentuje sektor „media i rozrywka”, a siedem to producenci sprzętu komputerowego. Ta ostatnia kategoria osiągnęła największy średni wzrost przychodów sięgający 2 969 proc.

W tym roku po raz trzeci przyznano nagrodę Most Disruptive Innovation. Jej laureatem może zostać spółka, której technologie, produkt lub usługi mają szanse stać się przełomowe i wywrzeć rewolucyjny wpływ na rynek. Tegorocznym zwycięzcą jest litewska spółka Brolis Semiconductors, która wykorzystuje przełomową technologię fotonową w podczerwieni do opracowania nowego rodzaju czujnika, który może odczytywać parametry krwi bez konieczności jej pobierania.

Nowym elementem 19. edycji rankingu jest nagroda specjalna Social Impact Award. Jej laureatem może zostać firma, która z powodzeniem łączy rozwój innowacyjnych produktów czy usług technologicznych z pozytywnym oddziaływaniem na społeczności i środowisko. Zwycięzcą pierwszej edycji została polska firma Saule Technologies, która opracowała nową generację paneli słonecznych.

Szczegółowe wyniki rankingu

Ranking Deloitte Technology Fast 50 Central Europe to zestawienie najszybciej rozwijających się firm technologicznych w regionie Europy Środkowej. Oprócz firm wyróżnionych w głównej kategorii – Fast 50, Deloitte Central Europe nagrodził też młode firmy – jest to szczególne uznanie technologii, usług i produktów, które dostarczają (w kategorii „Wschodzące Gwiazdy”) oraz duże firmy technologiczne, których przychody w roku 2017 przekroczyły 25 milionów euro („Wielka Piątka”). Firmy same zgłaszają chęć udziału w rankingu, a Deloitte weryfikuje podane przez nich dane finansowe. „Technology Fast 50” jest częścią raportu „EMEA Fast 500” przygotowywanego przez Deloitte.

Każda spółka ubiegająca się o udział w programie musi spełniać następujące kryteria:

  • posiadać siedzibę w jednym z krajów Europy Środkowej (Albania, Bośnia i Hercegowina, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Węgry, Kosowo, Łotwa, Litwa, Macedonia, Mołdawia, Czarnogóra, Polska, Rumunia, Serbia, Słowacja, Słowenia);
  • być firmą technologiczną, a jej działalność musi zawierać się w jednej z kategorii: komunikacja, ochrona środowiska, fintech, sprzęt komputerowy, ochrona zdrowia i nauki medyczne, media i rozrywka, produkcja oprogramowania;
  • być właścicielem praw własności intelektualnej lub zastrzeżonej technologii sprzedawanych klientom w produktach, generujących większość przychodów operacyjnych spółki;
  • posiadać strukturę własności, która wyklucza udziały większościowe zagranicznych inwestorów strategicznych.

Kategoria główna „Technology Fast 50”

Kryteria szczegółowe dla firm w kategorii głównej:

  • działalność na rynku co najmniej od czterech lat (brano pod uwagę przychody z lat 2014-2017),
  • osiąganie przychodów operacyjnych nie mniejszych niż 50 tys. euro w roku 2014, 2015, 2016 oraz przychodu w roku bieżącym (2017) nie mniejszego niż 100 tys. euro.
lp. Nazwa firmy Kraj Sektor Wzrost (proc.)
1 Prusa Research s.r.o. Czechy Sprzęt komputerowy 17 118
2 Kiwi.com Czechy Oprogramowanie 14 377
3 Q Software Chorwacja Oprogramowanie 3 894
4 sli.do s.r.o. Słowacja Oprogramowanie 2 971
5 Pilulka Distribuce s.r.o. Czechy Media i rozrywka 1 681
6 Brolis Semiconductors, UAB Litwa Sprzęt komputerowy 1 534
7 TenderHut S.A. Polska Oprogramowanie 1 496
8 Proficio Marketing s.r.o. Czechy Media i rozrywka 1 228
9 Salelifter Sp. z o.o. Polska Media i rozrywka 1 074
10 Ars Futura d.o.o. Chorwacja Oprogramowanie 914

Kategoria Wschodzące Gwiazdy”

Kryteria szczegółowe dla firm w podkategorii „Wschodzące Gwiazdy”

  • historia działalności nie jest krótsza niż trzy lata,
  • w rozpatrywanych okresach rocznych osiąganie przychodów operacyjnych nie mniejszych niż 30 tys. euro.
lp. Nazwa firmy Kraj Sektor wzrost (proc.)
1 INCLUDE d.o.o. Chorwacja Sprzęt komputerowy 1 950
2 itrinity s.r.o. Słowacja Oprogramowanie 1 555
3 3Dsimo s.r.o. Czechy Sprzęt komputerowy 1 461
4  OsmoDry.cz s.r.o. Czechy Ochrona środowiska 1 349
5 GreenWay Infrastructure s.r.o. Słowacja Ochrona środowiska 1 123
6 Sewio Networks s.r.o. Czechy Sprzęt komputerowy 947
7 ATi Studios A.P.P.S. SRL Rumunia Oprogramowanie 854
8 CGTrader, UAB Litwa Media i rozrywka 794
9 BIBLOO (Digital People, a.s.) Czechy Media i rozrywka 747
10 rohlik.cz (VELKÁ PECKA s.r.o.) Czechy Oprogramowanie 661
 

 

Kategoria „Wielka Piątka”

Kryteria szczegółowe dla firm w kategorii „Wielka Piątka”

  • działalność na rynku co najmniej od czterech lat,
  • w rozpatrywanych okresach rocznych osiąganie przychodów operacyjnych nie mniejszych
  • niż 50 tys. euro, z tymże w ostatnim rozpatrywanym roku przychody nie mogą być niższe niż 25 mln euro.

 

lp. Nazwa firmy Kraj Sektor Wzrost (proc.)
1 ZOOT a.s. Czechy Oprogramowanie 513
2 RTB House S.A. Polska Media i rozrywka 415
3 Booking Group SIA Łotwa Oprogramowanie 271
4 Pigu, UAB Litwa Media i rozrywka 148
5 PIXEL FEDERATION s.r.o. Słowacja Media i rozrywka 111

Partnerzy Rankingu: UBS Switzerland AG, NRW.INVEST

Patron: Startup Poland

Patronaty honorowe: Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, Ministerstwo Cyfryzacji, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, Polski Fundusz Rozwoju, Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji, Urząd Patentowy Rzeczypospolitej Polskiej, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości

Patronat medialny: Business Insider Polska

Czym jest PPK? Bezpieczeństwo dla emerytów kosztem przedsiębiorców?

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

W dniu 17 lipca 2018 r. na stronie Rządowego Centrum Legislacji został upubliczniony zaktualizowany Projekt ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych (PPK) będący jednym z najważniejszych elementów rządowej Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Planowana rewolucja systemu emerytalnego w Polsce wzbudza uzasadnione kontrowersje wśród przedsiębiorców, na których nowe przepisy nałożą jeszcze większe obowiązki. Czy w związku z zapowiedzianymi zmianami firmy będą rozważać ucieczkę z biznesem poza granice Polski?

Czym jest PPK? Bezpieczeństwo dla emerytów kosztem przedsiębiorców?

Projekt ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych (dalej jako: „ustawa o PPK”) jest najnowszą propozycją rządu dotyczącą rewolucji emerytalnej w Polsce. W swojej istocie przedstawiony mechanizm stanowi długoterminowy system oszczędzania, którego celem jest zapewnienie wyższych świadczeń emerytalnych dla pracowników. Ministerstwo Finansów, publikując projekt przedmiotowych zmian, jednoznacznie potwierdziło od dawna znaną wszystkim Polakom dramatyczną sytuację Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, który za kilka lat nie podoła obowiązkowi wypłacania godziwych emerytur dla Polaków.

Zgodnie z zaprojektowanymi przez resort finansów regulacjami, gromadzenie środków finansowych w ramach Pracowniczych Planów Kapitałowych będzie się odbywało poprzez III filar systemu emerytalnego, stanowiącego jednocześnie opcję uzupełniającą dla dobrowolnych Pracowniczych Programów Emerytalnych (dalej jako: „PPE”). Warto jednak podkreślić, że propozycja rządu ma charakter dobrowolności jedynie w stosunku do pracowników, którzy nie są zobowiązani deklarować swojego uczestnictwa w nowej formule oszczędności emerytalnych. Proponowana rewolucja systemu podatkowego – choć niewątpliwie potrzebna – w obecnym kształcie prawnym w największym stopniu obciąży pracodawców. Pracownicze Plany Kapitałowe będą całkowicie powszechne i obowiązkowe dla każdej firmy zatrudniającej pracowników, wobec których odprowadzane są składki na ubezpieczenie emerytalne do ZUS.

Przedmiotowy obowiązek stosowania projektowanych przepisów zaistnieje również w przypadku podmiotu zatrudniającego w myśl art. 2 pkt 19 projektu ustawy o PPK, który obejmuje pracodawców w rozumieniu ustawy z dnia 26 czerwca 1974 r. – Kodeks pracy (Dz.U. z 2018 r., poz. 917), zleceniodawców, nakładców, rolnicze spółdzielnie produkcyjne, spółdzielnie kółek rolniczych i podmioty, w których działają rady nadzorcze, w przypadkach kiedy ich członkowie są wynagradzani z tytułu pełnienia tych funkcji.

Firmy odczują mechanizm stopniowego nakładania obowiązków

Obowiązek zawierania umów o zarządzanie Pracowniczymi Planami Kapitałowymi będzie stopniowo wprowadzany wobec coraz szerszego katalogu przedsiębiorców. W pierwszej kolejności przymus utworzenia mechanizmu PPK w firmie dotyczyć będzie podmiotów zatrudniających co najmniej 250 osób według stanu na dzień 31 grudnia 2018 r. Trzymiesięczny termin na zawarcie przedmiotowej umowy o prowadzenie PPK będzie liczony wobec takich przedsiębiorców od dnia 1 stycznia 2019 r. Następnie od dnia 1 lipca 2019 r. powyższy termin zacznie biec w odniesieniu do podmiotów zatrudniających co najmniej 50 osób według stanu na dzień 30 czerwca 2019 r. Od dnia 1 stycznia 2020 r. obowiązkiem PPK obciążone zostaną wszystkie firmy zatrudniające co najmniej 20 osób, a pół roku później mechanizm PPK wdrożony zostanie przez pozostałych pracodawców oraz jednostki sektora finansów publicznych.

Najważniejsze zmiany w zaktualizowanym projekcie ustawy o PPK odnoszą się do innego z obowiązków, którym obarczeni zostaną polscy przedsiębiorcy – tzw. minimalnych stawek, które pokrywane będą solidarnie przez pracodawcę, jak i pracownika stosunkowo do osiąganego przez niego wynagrodzenia brutto. W sytuacji, kiedy pracownik dobrowolnie zadeklaruje chęć odkładania części funduszy do stworzonego w firmie systemu PPK miesięczna składka podstawowa wyniesie 2% wynagrodzenia. Pracodawca odprowadzi ją poprzez automatyczne pomniejszenie wynagrodzenia pracownika. W takim przypadku pracodawca będzie jednocześnie zobowiązany dopłacić pracownikowi z własnych funduszy na jego konto PPK obligatoryjną składkę wynoszącą 1,5% wynagrodzenia brutto. Należy podkreślić, że pracownik w każdym miesiącu będzie miał możliwość zwiększenia swoich oszczędności o dodatkowe 2%. Dodatkowa wpłata, która może zostać dobrowolnie sfinansowana przez firmę, wynosić będzie 2,5% wynagrodzenia pracownika. Ministerstwo Finansów w przygotowanym projekcie założyło, że dla osób zarabiających poniżej pensji minimalnej wpłaty na PPK wynosić mają odpowiednio 0,5%.

Przedsiębiorca nie będzie mógł nakłonić pracownika do odstąpienia od chęci przystąpienia do stworzonego w firmie systemu PPK i odkładania w tym trybie części swojego wynagrodzenia. W pierwotnym projekcie ustawy resort finansów założył, że firmy za uporczywe zniechęcanie pracowników do przystąpienia do programu ponosić będą odpowiedzialność karną. Po wielu sprzeciwach kontrowersyjną propozycję przepisów postanowiono złagodzić. Obecnie jest to kara grzywny, która zastąpiła wcześniej proponowaną karę ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do dwóch lat.

Projekt MF może okazać się niezgodny z Konstytucją

Zdaniem Rządowego Centrum Legislacji zaprojektowane przez Ministerstwo Finansów przepisy ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych mogą potencjalnie naruszać wyrażoną w art. 32 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej zasadę równego traktowania i zakazu dyskryminacji. W tym zakresie wątpliwości budzi niezrozumiana przez przedsiębiorców kwestia późniejszego określenia terminu obowiązywania nowych regulacji wobec jednostek sektorów finansów publicznych, a więc od dnia 1 lipca 2020 r. Uwagę zwrócono również na nieuzasadnione uprzywilejowanie pozycji Polskiego Funduszu Rozwoju S.A. (PFR) wobec pozostałych towarzystw funduszy inwestycyjnych (TFI). Zgodnie z przepisami projektowanej ustawy PFR ma uzyskać pozycję „wyznaczonej instytucji finansowej” bez obowiązku wpisu do ewidencji PPK i statusu uczestniczącej w PPK instytucji finansowej, do czego zobowiązane zostały inne TFI. Obecnie trwają prace nad zmianami w projekcie, które mają wyeliminować błędy Ministerstwa Finansów.

Planowana przez rząd rewolucja odnośnie do systemu emerytalnego oparta została na mechanizmie stopniowego nakładania na podmioty zatrudniające coraz większych obowiązków wynikających z ustawy o PPK. Działaniem niezbędnym dla przedsiębiorców będzie właściwe przygotowanie się do założeń funkcjonowania programu wdrażanego przez Ministerstwo Finansów. Konsultacje podatkowe i prawne nad projektowaną ustawą w odniesieniu do sytuacji poszczególnych przedsiębiorców powinny zostać przeprowadzone przy wsparciu doświadczonego zespołu ekspertów, który dokona analizy porównawczej obowiązującego systemu PPE oraz projektowanego mechanizmu PPK z perspektywy firmy, przygotuje właściwe dokumenty wymagane przez wdrażane przepisy, jak również zapewni merytoryczne wparcie podczas obsługi programu PPK.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Zawirowania polityczne na świecie nie studzą aktywności inwestorów

Przewiduje się, że do 2020 roku krótko- i długoterminowe stopy procentowe w Europie nie będą gwałtownie rosnąć. Ograniczy to ewentualny niekorzystny wpływ na rynki nieruchomości, pomimo doniesień o niedawnej wyprzedaży obligacji w USA, która może oznaczać koniec okresu bardzo niskich stóp procentowych, które zdominowały aktualny cykl na rynku nieruchomości. Szybko rosnąca aktywność najemców, niski wskaźnik pustostanów oraz ograniczona liczba realizowanych inwestycji budowlanych doprowadziły do stopniowej zmiany warunków rynkowych na korzyść wynajmujących, co przełożyło się na wyższe stawki czynszu oraz stabilizację na większości europejskich rynków w 2018 roku. Ma to pozytywny wpływ na wartość nieruchomości i stopę zwrotu i mimo że rentowność jest w szczytowym punkcie cyklu, ten stan rzeczy powinien się utrzymać w 2019 roku – wynika z najnowszego raportu Colliers International pt. „Capital Flows Report”.

Richard Divall, dyrektor Działu Rynków Kapitałowych w regionie EMEA w Colliers International
Richard Divall, dyrektor Działu Rynków Kapitałowych w regionie EMEA w Colliers International

— Pomimo warunków typowych dla późnego etapu cyklu na rynku nieruchomości oczekujemy, że rok 2018 będzie kolejnym, w którym inwestycje w Europie utrzymają się na wysokim poziomie. Obserwujemy kilka niepokojących czynników makro, które mają wpływ na decyzje podejmowane przez globalnych inwestorów, np. podwyżki stóp procentowych w USA, globalne spory handlowe, niski wzrost gospodarczy w Europie oraz ryzyko „twardego Brexitu” lub braku porozumienia w tej sprawie. Choć coraz wyraźniej widać, że inwestorzy są ostrożniejsi, jeżeli chodzi o jakość źródła dochodów, faktyczny wzrost stawek czynszów i inicjatywy dotyczące aktywnego zarządzania aktywami, chęć inwestowania w nieruchomości i dywersyfikacji globalnych portfeli utrzymuje się — mówi Richard Divall, dyrektor Działu Rynków Kapitałowych w regionie EMEA w Colliers International.

Najważniejsze wnioski z raportu Colliers International dotyczącego przepływów kapitałowych:

  • Największą aktywność inwestycyjną odnotowano w Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech, przy czym nad Sekwaną wzrosła ona o 30% w porównaniu z rokiem 2017. W Wielkiej Brytanii pozostaje ona na takim samym poziomie;
  • W Niemczech aktywność inwestycyjna spadła o 30% w związku z problemami z wyceną i brakiem produktów wysokiej jakości, wynikającym z ograniczonej aktywności budowlanej w latach 2013-2015;
  • Na rynku nieruchomości w Holandii, Belgii, Luksemburgu, Finlandii, Irlandii i Polsce odnotowano większe zainteresowanie inwestorów w związku z poprawą podstawowych wskaźników na późnym etapie cyklu; dążą oni bowiem do wyższej rentowności i dywersyfikacji swoich portfeli;
  • Na rynkach azjatyckich od początku 2018 roku obserwujemy coraz większą aktywność inwestycyjną, która znacznie przewyższa aktywność w obu Amerykach;
  • Odnotowuje się większą równowagę między kapitałem zagranicznym a krajowym, gdyż każdy z nich odpowiada za 50% aktywności inwestycyjnej e regionie EMEA od początku roku;
  • Aktualnie inwestycje w aktywa na rynku nieruchomości mieszkaniowych stanowią 16% całkowitej aktywności w okresie ostatnich 18 miesięcy, tymczasem 10 lat temu było to zaledwie 6%.

Przepływy kapitałowe

W skali globalnej transakcje inwestycyjne od początku roku wskazują na kontynuację trendu obserwowanego pod koniec roku 2017. Według badań przeprowadzonych przez Colliers przewidywana wartość inwestycji w regionie Azji i Pacyfiku osiągnie 808 mld dolarów przed końcem 2018 roku (wzrost o 13% rok do roku). W międzyczasie w regionie EMEA odnotowano spadek wartości inwestycji o 10% rok do roku, choć i tak jest to lepszy wynik niż w znacznie słabszym I kwartale, kiedy to spadek wynosił 30% rok do roku. Wartość inwestycji w obu Amerykach jest podobna do tej sprzed roku.

— W latach 2017-2018 odnotowano dalszy wzrost aktywności inwestycyjnej na rynkach azjatyckich, natomiast podwyżka stóp procentowych, siła amerykańskiego dolara oraz końcowy etap cyklu na rynku nieruchomości zmniejszyły tę aktywność w obu Amerykach — zauważa Richard Divall. — Przewidujemy, że wartość inwestycji w regionie EMEA będzie niższa niż w 2017 roku, a aktualny poziom cen, brak produktów oraz polityczna niepewność sprawią, że niektórzy inwestorzy będą przyglądać się sytuacji z boku.

— Jednocześnie warto zauważyć, że te wartości ogólne przesłaniają duże różnice aktywności w poszczególnych regionach. Na przykład w regionie Azji i Pacyfiku działalność inwestycyjna zdominowana jest przez spółki należące do PRC Real Estate i blisko 10% całej działalności jest wynikiem projektów związanych z tworzeniem banków ziemi i budową mieszkań realizowanych przez te spółki. Podobnie w I połowie 2018 roku działalność inwestycyjna spółki koncentrowała się na Hongkongu, a jej wartość była wyższa niż w przypadku Japonii i Chin razem wziętych — dodaje Divall.

— Jeżeli chodzi o Europę, to najwyższą aktywność inwestycyjną od 2017 roku wciąż odnotowywano w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji, które osiągnęły poziom swojej pięcioletniej średniej. Na rynku nieruchomości w Holandii, Belgii, Luksemburgu, Finlandii, Irlandii i Polsce obserwuje się większe zainteresowanie inwestorów w związku z poprawą podstawowych wskaźników na późnym etapie cyklu. Dążą oni do wyższej rentowności, a to na najważniejszych rynkach, czyli w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji jest coraz trudniejsze – zaznacza Richard Divall.

— Pomimo ogólnego spadku aktywności, rok 2018 będzie kolejnym rokiem, w którym inwestycje w Europie utrzymają się na wysokim poziomie. Coraz więcej rynków cechuje się potencjałem wzrostów i obserwujemy napływ fali pieniędzy z najważniejszych państw w Europie do Holandii, Hiszpanii, Finlandii i Danii, a na rynki drugorzędne, takie jak: Węgry, Portugalia czy Europa Południowo-Wschodnia, gdzie mamy do czynienia ze wzrostem inwestycji wynikającym z nieco spóźnionej, ale szybkiej poprawy sytuacji gospodarczej w ostatnich latach i/lub znacznych zmian podstawowych wskaźników dotyczących rynku nieruchomości – mówi Divall.

Źródła kapitału

Badania przeprowadzone przez Colliers wskazują na większą równowagę między kapitałem zagranicznym a krajowym, gdyż każdy z nich odpowiada za 50% aktywności inwestycyjnej od początku roku. Jednak dokonując przeglądu aktywności kapitału zagranicznego, Colliers zwrócił uwagę na szybki wzrost udziału rynkowego kapitału azjatyckiego – z poziomu poniżej 5% do ponad 15%.

— Choć zarysowała się równowaga w działalności inwestycyjnej między kapitałem europejskim a globalnym, to pochodzenie tego kapitału ulega ciągłym zmianom. W latach 2012-2017 najbardziej aktywny był kapitał z Ameryki Północnej, Chin, Hongkongu i Singapuru — wyjaśnia Richard Divall. — W 2018 roku bardzo aktywny był kapitał singapurski, zmniejszyła się natomiast aktywność Chin w związku z tym, że w tradycyjnych sektorach nieruchomości prowadzenie w zakresie najważniejszych produktów objęli Koreańczycy. Dodatkowo na rynek chiński po raz kolejny chce wejść kapitał australijski i japoński.

— Patrząc w przyszłość, oczekujemy kontynuacji tej zmiany kapitału i być może ponownego pojawienia się na arenie Chin, jednak ich strategie będą różnić się od tych, które obserwowaliśmy w ostatnich latach. Główne fundusze globalne będą nadal aktywne, ale fundusze, które w okresie ostatnich 12-18 miesięcy dokonały konsolidacji, mogą wykazywać się mniejszą aktywnością, dopóki posiadane przez nie aktywa i portfele  nie zaczną odzwierciedlać ich długofalowej strategii inwestycyjnej, a wtedy być może niektóre aktywa będą wracać na rynek.

Dokąd płynie kapitał?

— W związku z trendami demograficznymi w Europie, aktualnymi cenami biur i obiektów logistycznych, a także restrukturyzacją handlu detalicznego, atrakcyjne dla inwestorów globalnych stają się sektory alternatywne, gdyż oferują większą rentowność – wyjaśnia Divall. — Jednym z poważniejszych problemów jest jednak to, że większe grupy często nie są w stanie znaleźć w tych sektorach żadnych krajowych ani regionalnych platform dostępnych do zakupu, dlatego będą opierać się na budowaniu portfela, co jest procesem czasochłonnym, a znalezienie odpowiedniej skali nie jest łatwe.

W raporcie eksperci Colliers zwracają uwagę na znaczny wzrost inwestycji w nieruchomości mieszkaniowe, które w ciągu ostatnich 18 miesięcy stanowiły 16% całej aktywności inwestycyjnej, podczas gdy 10 lat temu było to zaledwie 6%. W międzyczasie aktywność przemysłowa wzrosła o 3%. Spadek inwestycji w ostatniej dekadzie odnotowano natomiast w sektorze handlowym i biurowym o odpowiednio 5 i 6 procent, a inwestycje w hotele pozostały na takim samym poziomie.

— Jeżeli w okresie ostatnich 18 miesięcy widać jakikolwiek wyraźny trend w działalności transakcyjnej w porównaniu z poprzednim cyklem w latach 2007-2008, to jest to zwiększony poziom inwestycji w aktywa na rynku mieszkaniowym — mówi Damian Harrington, dyrektor Działu Badań Rynku w regionie EMEA. — Na tym obszarze szczególnie aktywny jest kapitał północnoamerykański, a kiedy porównamy Europę do Ameryki Północnej, widzimy wyraźny potencjał wzrostu – inwestycje w mieszkania stanowią ok. 27% całej działalności inwestycyjnej na przestrzeni ostatnich 10 lat.

Sektor nieruchomości mieszkaniowych, w skład którego wchodzą mieszkania socjalne, wynajmowane prywatnie, a także lokale dla studentów i seniorów, oferuje szereg możliwości inwestycyjnych. Na jednym końcu tego spektrum są mieszkania dla studentów, w które na przestrzeni ostatnich 10 lat zainwestowano 40 mld EUR, co stanowi zaledwie 1,6% całej działalności inwestycyjnej. Przez ten czas działalność inwestycyjna na tym obszarze zdominowana była przez Wielką Brytanię (63%), Niemcy (10%), Hiszpanię i Holandię (oba kraje po 6%) oraz Francję (5%). Na drugim końcu znajdują się lokale dla seniorów, w które zainwestowano 32 mld euro, a działalność inwestycyjna znów zdominowana była przez Wielką Brytanię (40%), Niemcy (20%), Francję (11%), Holandię (8%) i Hiszpanię (6%).

Otoczenie geopolityczne

Damian Harrington wyjaśnia: — Wpływ wszystkich obserwowanych przez nas obecnie manewrów geopolitycznych jest czymś innym niż zmienność polityczna z lat 2016-2017, gdyż spory handlowe mają bardzo bezpośredni i natychmiastowy wpływ na poszczególne gospodarki. Spory handlowe między USA a Chinami, które, z tego co widać, jeszcze potrwają, prawdopodobnie w średnim terminie doprowadzą do ponownej globalizacji chińskiego handlu, czego przejawem będzie stworzenie azjatyckiego bloku handlowego, gdyż dwutorowe, regionalne łańcuchy produkcji i dostaw rozpoczynają się w Chinach i biegną w kierunku wielu innych azjatyckich krajów. Beneficjentami tej zmiany będą partnerzy handlowi Chin w Azji Południowej i Południowo-Wschodniej, natomiast cel prezydenta Trumpa, jakim jest utrzymanie globalnej dominacji USA w dziedzinie technologii oraz odbudowanie sił produkcyjnych kraju, raczej nie zostanie osiągnięty.

— W międzyczasie Brexit oraz ogólny spadek optymizmu w strefie euro sprawiły, że wszystkie największe europejskie gospodarki odnotowały spadki wskaźnika PMI w porównaniu z danymi zebranymi 12 miesięcy wcześniej, a stopy wzrostu gospodarczego są coraz niższe. Na dzień dzisiejszy europejskie przedsiębiorstwa deklarują chęć zatrudnienia dużej liczby pracowników, co podtrzymuje popyt na przestrzeń biurową i przemysłową. Stopa bezrobocia w strefie euro nadal spada – w maju 2018 roku wynosiła 8,4%, co było najniższym poziomem od grudnia 2008 roku. W najbliższej przyszłości będziemy świadkami pewnych ograniczeń produkcyjnych, co może przełożyć się na oczekiwania rynkowe w całej Europie, które przewidują, że w ciągu kolejnych 12 miesięcy osiągniemy szczytowy punkt w cyklu wynajmu przestrzeni biurowej.

Branża budowlana w Polsce pod lupą

Przedstawiciele branży budowlanej w Polsce lepiej postrzegają przeszłość, niż oceniają perspektywy rozwoju w przyszłości. O ile aż 57 proc. firm budowlanych z sektora MŚP, uważa, że sytuacja społeczno-gospodarcza w minionej dekadzie sprzyjała rozwojowi budownictwa w Polsce, to już jedynie 37 proc. wyraziło opinię, że będzie mu ona sprzyjać w ciągu najbliższych 10 lat. Najczęściej wskazywaną barierą przyszłego rozwoju branży są braki kadrowe (82 proc.), pomimo to aż 2 na 3 zapytane firmy nie obawiają się konkurencji ze strony podmiotów zagranicznych. Co więcej, wzrost gospodarczy, podnoszący poziom życia, będzie najmocniej wspierać rozwój budownictwa mieszkaniowego w Polsce, a nowe technologie i aspekty ekologiczne będą kluczowe dla rozwoju nieruchomości komercyjnych. Takie są najważniejsze wyniki badania „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” przedstawionego podczas konferencji przez EFL .

Co w szczególności będzie wspierać rozwój branży budowlanej w ciągu najbliższych 10 lat? Zdaniem podmiotów MŚP z szeroko rozumianej branży budowlanej będzie to wzrost gospodarczy, podnoszący poziom życia i zwiększający obszary dobrobytu w Polsce. Na ten czynnik wskazało najwięcej, bo aż 85 proc. respondentów. Drugi w kolejności jest rozwój technologii (81 proc.), następnie inwestycje współfinansowane ze środków unijnych (80 proc.) oraz wzrost popytu na rynkach konsumenckich (78 proc.).

– W ósmym wydaniu raportu z serii „Pod lupą” pytamy mikro, małych i średnich przedsiębiorców z szeroko rozumianego sektora budownictwa, a także architektury, inżynierii budowlanej, urbanistyki, o budownictwo, które jest sercem naszej gospodarki i stanowi trzecie źródło polskiego PKB. Choć dzisiejsze budownictwo opiera się na dość zachowawczym modelu biznesowym, to ze względu na zmiany, głównie społeczne, ewoluuje na naszych oczach. Jeszcze niedawno podstawowym czynnikiem decydującym o konkurencyjności krajowych podmiotów był łatwy dostęp do siły roboczej. Teraz, gdy jest on ograniczony, rynek wymusza poszukiwanie innowacyjnych rozwiązań Stanowi to wyzwanie, biorąc pod uwagę ograniczone możliwości inwestycyjne branży, która jest rozdrobniona. Dodatkową barierą rozwoju jest także wysoki koszt nowoczesnych maszyn i zaawansowanych technologii. I w nowej rzeczywistości, wyznaczonej przez trendy społeczne i zawodowe tj. coworking, coliving i cothinking, naszą rolą jako projektantów usług finansowych jest udział w zdefiniowaniu tych wyzwań i udzielenie odpowiedzi na nie – zauważył Radosław Woźniak, wiceprezes EFL S.A.

Branża obawia się przyszłości

Ostatnie 10 lat, mimo wielu perturbacji, to czas boomu budowlanego w Polsce, który większość małych i średnich firm z branży budowlanej dobrze wspomina. 57 proc. przedsiębiorców, którzy wzięli udział w badaniu „Budownictwo przyszłości. Pod lupą”, uznało, że w tym okresie sytuacja społeczno-gospodarcza sprzyjała rozwojowi branży budowlanej. Tylko co czwarta firma była przeciwnego zdania.

Minione lata najlepiej ocenili przedstawiciele najmłodszych firm, działających na rynku od niespełna 5 lat, które wystartowały, gdy koniunktura w budownictwie zaczęła się poprawiać. Natomiast przedsiębiorcy z dłuższym stażem patrzyli przez pryzmat kryzysu, który dotknął tę branżę, stąd wyższy odsetek wskazań negatywnych. Biorąc pod uwagę rodzaj specjalizacji budowlanej, najwyższy odsetek pozytywnych ocen wystawili przedsiębiorcy, których firmy budowały nieruchomości komercyjne takie jak biurowce, magazyny czy centra handlowe.

Z mniejszym optymizmem przedsiębiorcy spoglądają w przyszłość. 37 proc. zapytanych (o 20 p.p. mniej niż w przypadku oceny przeszłości) wyraziło opinię, że sytuacja społeczno-gospodarcza w ciągu najbliższych 10 lat będzie im sprzyjać. Co więcej, najwyższy odsetek firm (38 proc.) nie wie, co je czeka w przyszłości. Mimo trwającego boomu w budownictwie, prawie co piąty podmiot (19 proc.) jest pesymistą, przewidując, że w nadchodzących 10 latach sytuacja społeczno-gospodarcza kraju nie będzie sprzyjała rozwojowi branży budowlanej. Relatywnie największym optymizmem cechują się firmy o średnim wieku i wielkości, z podsektora budownictwa niemieszkaniowego.

Rządzi ekonomia, na ekologię przyjdzie czas

To uwarunkowania ekonomiczne będą w pierwszej kolejności decydować o przyszłych losach budownictwa w naszym kraju – tak twierdzi niemal połowa przebadanych (49 proc.). Na drugim miejscu znalazła się polityka (27 proc.), a trzecim – rozwój technologii (10 proc. wskazań). Liczne badania potwierdzają wprawdzie, że jako społeczeństwo coraz chętniej sięgamy po rozwiązania energooszczędne, to robimy to jednak głównie w trosce o własną kieszeń. Na ekologiczny aspekt zwróciło uwagę jedynie 6 proc. zapytanych.

Kadry piętą Achillesa

Najczęściej wskazywaną barierą przyszłego rozwoju branży budowlanej w Polsce jest niewystarczająca liczba wykwalifikowanej kadry. Na ten fakt wskazuje 82 proc. respondentów. Wyzwaniem jest także niska podaż pracowników produkcyjnych, o czym wspomina 59 proc. podmiotów MŚP z branży budowlanej. Dodatkowo, branża obserwuje stale rosnące koszty zatrudnienia – wspomina o tym aż 78 proc. badanych.

Firmom podcinają także skrzydła skomplikowane procedury administracyjne (71 proc.), brak środków własnych na inwestycje i rozwój (65 proc. wskazań), niska dostępność terenów inwestycyjnych (45 proc.) oraz brak planów zagospodarowania przestrzennego (44 proc.). Warto jednak podkreślić, że 2 na 3 zapytane firmy nie obawiają się konkurencji ze strony podmiotów zagranicznych.

O budownictwie przyszłości dyskutowali

Premiera raportu EFL „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” odbyła się podczas prezentacji EFL w siedzibie głównej grupy Skanska w Polsce, 11 października br. Prezentacji wyników towarzyszyły dwie debaty. W pierwszej, na temat finansowania inwestycji infrastrukturalnych, udział wzięli: Robert Dzierzgwa, dyr. departamentu strategi i rozwoju w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju, Radosław Woźniak, wiceprezes EFL, Jan Styliński, prezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa, Grzegorz Buczek, architekt i urbanista oraz Patrik Choleva, dyrektor finansowy spółki budowlanej Skanska. Prelegentami drugiej debaty dotyczącej uwzględniania potrzeb człowieka w szeroko rozumianym budownictwie byli Radosław Kuczyński, prezes EFL, Arkadiusz Rudzki, dyrektor zarządzający w spółce biurowej Skanska, Marcin Grzelewski, architekt, członek zarządu APA Wojciechowski Architekci oraz Monika Arczyńska, architektka, blogerka, właścicielka firmy projektowej oraz Zbigniew Kostrzewa – architekt, Indesign.

Ósmy raz pod lupą

Raport „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” jest ósmym z kolei opracowaniem z serii „Pod lupą”. Pierwszy charakteryzował kondycję mikro-, małych i średnich firm w Polsce („MŚP pod lupą”, 2011), drugi poświęcony był sytuacji gospodarstw rolnych w Polsce („Agro pod lupą”, 2012). Trzecie opracowanie analizowało finansowe aspekty prowadzenia działalności transportowej w Polsce („Transport pod lupą”, 2013), czwarte – wsparcie młodych na rynku pracy („Młodzi na rynku pracy. Pod lupą”, 2014), piąte – innowacje („Innowacje w MŚP. Pod lupą”, 2015). Szósty raport przedstawiał inwestycje prowadzone przez MŚP w Polsce („Inwestycje w MŚP. Pod lupą”, 2016). Natomiast ubiegłoroczne, siódme wydanie, dotyczyło pokolenia milenialsów („Millenialsi w MŚP. Pod lupą”, 2017).

Raport przekazuje wielostronny obraz obszaru, jakim jest budownictwo, które jest kołem zamachowym gospodarki, stanowiąc trzecie źródło PKB w Polsce. Raport, podobnie jak w poprzednich edycjach, opiera się na badaniach opinii, rozbudowanych o szeroki kontekst problematyki związanej z budownictwem, inżynierią budowlaną, architekturą, urbanistyką i procesami społecznymi w obszarze zamieszkiwania. Źródłem treści są również opracowania branżowe (raporty sektora leasingu, bankowego, budowlanego), dane GUS, a także dostępna publicystyka dotycząca inwestycji infrastrukturalnych i mieszkalnictwa. Raport wzbogacają wywiady ze specjalistami wielu dziedzin wprost lub pośrednio związanych z budowaniem: architektami, urbanistami czy naukowcami.

Metodologia badania:

Badanie „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” zostało zrealizowane przez Ecorys Polska na zlecenie EFL S.A. na reprezentatywnej grupie 500 firm z branży budowlanej (budownictwo mieszkaniowe, komercyjne, inżynieryjne, działalność projektowa) dobranych w sposób losowo-kwotowy. 40 proc. stanowili mikroprzedsiębiorcy zatrudniający do 9 osób, tyle samo mali przedsiębiorcy zatrudniający do 49 osób, a 20 proc. średni przedsiębiorcy z maksimum 249 osobami na pokładzie. Badanie wykonano metodą ilościową, techniką CATI (wywiad telefoniczny) od 7 czerwca do 4 lipca 2018 roku.

Uwaga inwestorów skupiona na globalnych rynkach akcji

Inwestorzy ponownie przeżyli chwile grozy po tym jak największe amerykańskie indeksy akcji zanurkowały o kilka procent. Skąd ten spadek? Giełdowi analitycy jeszcze nie mają gotowej odpowiedzi. 

Wczorajszy handel na rynku walutowym nie był przesadnie interesujący: polski złoty ponownie osłabił się w relacji do euro i funta brytyjskiego, nieznacznie słabszy był również w parze z dolarem amerykańskim. Kurs EUR/PLN w ostatnim czasie porusza się w trendzie bocznym o dość ograniczonym zakresie wahań osłabiając się jednego dnia i odrabiając straty w kolejnym.

Dużo bardziej interesująca sytuacja ma miejsce na pozostałych rynkach. Wczorajszy dzień przyniósł silną wyprzedaż globalnych akcji, na czele których stały amerykańskie spółki technologiczne. Największe indeksy, amerykańskie S&P 500, NASDAQ, niemiecki DAX, czy japoński NIKKEI 225 notowały spadki dochodzące do 3-4%. „Indeks strachu”, czyli VIX, obrazujący postrzegany przez inwestorów poziom przyszłej zmienności głównego amerykańskiego indeksu doświadczył wzrostu o 44% – największego od ośmiu miesięcy. Co ciekawe, trudno jednoznacznie wskazać przyczynę zmian na giełdach.

Możliwe, że korekta w wycenie akcji następuje ze względu na wzrost rentowności amerykańskich obligacji (co sprawia, że akcje stają się relatywnie mniej atrakcyjne oraz obrazuje wzrost kosztów kredytu, co też nie sprzyja spółkom). Pytanie, dlaczego do tak silnych spadków doszło wczoraj, mimo, że rentowności największy wzrost zaliczyły w połowie poprzedniego tygodnia? Może to być też próba „urealnienia” często nieodpowiadających fundamentom wycen rynkowych amerykańskich spółek, jak i kolejna odsłona obaw o działania FED, czy o konflikt handlowy.

W kontekście ostatnich zmian warto obserwować dzisiejsze dane inflacyjne ze Stanów Zjednoczonych – jeśli okaże się, że wrześniowa inflacja w USA była wyższa od oczekiwań, naturalnie może przełożyć się to na kontynuację wzrostu rentowności amerykańskich obligacji oraz negatywnie wpłynąć na doświadczający trudności rynek akcji. Jeśli wyprzedaż będzie kontynuowana, a niepokój inwestorów wzrośnie, niewykluczone, że może to szkodzić również innym aktywom ryzykownym, takim jak polska waluta.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,30-4,32. Wspólna waluta radziła sobie wczoraj całkiem nieźle i istotnie umocniła się w parze ze słabszym dolarem amerykańskim, nieznacznie tracąc natomiast w relacji do silniejszego funta brytyjskiego. Wczorajszy dzień nie obfitował w istotne informacje ze strefy euro, dziś z kolei poznamy protokół z posiedzenia EBC. Niemal na pewno uwaga inwestorów będzie jednak skupiać się na sytuacji po drugiej stronie Atlantyku.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę wzrósł o 0,6%, wahając się w widełkach 4,91-4,95, para znalazła się najwyżej od lipca. Brytyjska waluta istotnie umocniła się również w relacji do dolara amerykańskiego i nieznacznie zyskała nawet względem dość silnego euro.

W ostatnim czasie funt brytyjski był jedną z najlepiej radzących sobie głównych walut. W umocnieniu sprzyjają kolejne pozytywne informacje dotyczące negocjacji ws. Brexitu. Wczoraj walucie pomogły komentarze ze strony głównego negocjatora z ramienia UE, który stwierdził, że 80-85% warunków porozumienia jest uzgodnionych, jednocześnie sugerując, że problemem nadal pozostaje kwestia granicy z Irlandią Północną. Biorąc pod uwagę to, że za siedem dni czeka nas szczyt UE, do czasu którego Wielka Brytania powinna osiągnąć porozumienie ze Wspólnotą, zmienność GBP w kolejnych dniach prawdopodobnie pozostanie wysoka.

W umocnieniu brytyjskiej walucie wczoraj istotnie nie wadziły nawet słabsze dane makroekonomiczne. Produkcja przemysłowa i szacunek dynamiki PKB w sierpniu zaskoczyły in minus, jednak odczyty nie miały większego wpływu na handel. Różnice między odczytami, a szacunkami konsensusu nie były zbyt duże. Brak reakcji nie jest niczym dziwnym biorąc pod uwagę fakt, iż inwestorzy przed październikowym szczytem UE skupiają się przede wszystkim na negocjacjach dotyczących Brexitu. Istotne w kontekście braku silnej reakcji jest również to, że perspektywy działań BoE w najbliższym czasie pozostają ograniczone. Dane bowiem zazwyczaj rozpatruje się pod kątem tego, jakie zmiany mogą wywołać w polityce monetarnej.

USD

Kurs USD/PLN w środę wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,74-3,75. Nieznaczne umocnienie dolara względem złotego było związane jedynie ze słabością tego ostatniego. Sam dolar nie radził sobie wczoraj dobrze i zakończył dzień osłabieniem w relacji do głównych walut. Oprócz wyprzedaży amerykańskich akcji warto zwrócić uwagę na wczorajsze wypowiedzi. James Bullard, najbardziej gołębi członek FOMC w kontrze do większej części komitetu stwierdził, że stopy procentowe w USA są obecnie w dobrym miejscu i nie powinny rosnąć istotnie ponad bieżące poziomy. Podobną opinię wyraził Donald Trump, który ponownie skrytykował Rezerwę Federalną, określając działania banku centralnego mianem „szalonych”.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Aktywność specjalistów i menedżerów

Z najnowszej edycji raportu Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów” wynika, że już co drugi pracownik chce pracować zdalnie i mieć elastyczne godziny pracy. Stale zwiększa się również liczba ofert pracy przypadających na jednego kandydata, jednak aż 72 proc. z nich nie szuka aktywnie zatrudnienia. Bierny kandydat oczekuje zatem, że to pracodawca do niego dotrze, a on będzie mógł wybrać najbardziej atrakcyjną ofertę.

Aż 60% specjalistów i menedżerów deklaruje poprawę swojej sytuacji zawodowej, a 65% badanych otrzymało podwyżki. Ponadto, już co drugi uczestnik rynku pracy jest przekonany, że znajdzie adekwatne do swoich kompetencji i oczekiwań zatrudnienie w mniej niż 3 miesiące. To przekłada się na rosnące wymagania również w kontekście procesów rekrutacyjnych, ponieważ kandydaci coraz bardziej cenią swój czas.

Dotychczasowe działania firm, zorientowane na pozyskiwanie wykwalifikowanych pracowników, już dawno przestały przynosić oczekiwane efekty. Wynika to z faktu, że rynek kandydata zaczyna przybierać nową, bardziej radykalną formę. Oprócz pogłębiającego się deficytu kadrowego, obserwujemy również, że zwiększa się odsetek pracowników pasywnych, którzy czekają na bezpośrednie zaproszenia do rekrutacji. Z pewnością coraz większą rolę w zatrudnieniu najlepszych specjalistów będzie odgrywał wizerunek pracodawcy. To jednak tylko kropla w morzu realnych wymagań dzisiejszego rynku kandydata.

Liczba otrzymywanych zaproszeń do procesu rekrutacyjnego rośnie. Przeciętnie specjaliści i menedżerowie otrzymują 9 ofert pracy rocznie. Tradycyjnie, najbardziej rozchwytywani na rynku są specjaliści z obszaru IT. Drugą grupą, która cieszy się największym zainteresowaniem pracodawców są inżynierowie – tutaj obserwujemy 25 proc. wzrost zaproszeń do rekrutacji. Niewiele mniej ofert otrzymują finansiści, którzy razem z liderami, są szczególnie chętnie zatrudniani przez prężnie rozwijające się w Polsce centra usług wspólnych. Przekłada się to na coraz większą liczbę kandydatów wycofujących się z procesów rekrutacyjnych ze względu na konkurencyjną ofertę, awans lub podwyżkę w dotychczasowym miejscu zatrudnienia.

Z roku na rok coraz bardziej cenione są na rynku wszelkie benefity pomagające w zachowaniu work-life balance. Pracodawcy powinni przede wszystkim zwrócić uwagę na rosnące znaczenie elastycznych godzin pracy, a także możliwości pracy zdalnej – już dla co drugiego pracownika jest to warunek konieczny do rozpatrzenia propozycji nowego zatrudnienia (wzrost o 7% w stosunku do ubiegłego roku). 54% respondentów oczekuje również umowy o pracę, choć coraz więcej z nich jest otwarta na podjęcie pracy w oparciu o umowę B2B (10% względem 7% ubiegłego roku). Bardzo ważnym argumentem w walce o pracownika są również kwestie związane z wakacjami – 26% osób oczekuje dodatkowych dni urlopu, a 12% – dofinansowania do wakacji.

Tylko 11 proc. badanych spośród osób, które uczestniczyły w ciągu ostatniego roku w procesach rekrutacyjnych oceniło je, jako prowadzone bezbłędnie. Najczęściej rozczarowanie specjalistów i menedżerów budzi długi czas oczekiwania na decyzję pracodawcy – z tym problemem spotkała się połowa badanych. Z kolei 23% osób otrzymało finalnie ofertę poniżej wcześniej przedstawionych oczekiwań finansowych.

Na czoło listy powodów, z jakich specjaliści i menedżerowie decydują się na zmianę pracy w tym roku wysunęły się bardziej atrakcyjne możliwości kariery, które są decydujące dla 45 proc. respondentów. Propozycja wyższego wynagrodzenia jest kluczowa dla 40 proc. badanych, podobnie jak w ubiegłym roku. Następnie specjaliści i menedżerowie wskazują powody negatywne – złe zarządzanie i złą atmosferę w dotychczasowym miejscu pracy.

Prezentowane dane potwierdzają, że rynek kandydata rozwija się w zawrotnym tempie, a pracownicy są coraz bardziej wymagający. Oczekują większej wolności, elastyczności, a przede wszystkim możliwości zarządzania swoim czasem pracy. Co więcej, braki kadrowe są obecnie tak duże, że każdy specjalista jest na wagę złota – szczególnie w tych branżach, w których deficyt jest najbardziej odczuwalny. To stawia coraz większe wyzwania zarówno przed firmami, jak i osobami odpowiedzialnymi za pozyskanie nowych pracowników.

Jantoń przejmuje działalność operacyjną marek Roberta i Mikołaja Makłowiczów

W dniu 11 października 2018 została podpisana wieloletnia umowa współpracy pomiędzy firmą Jantoń – jednym z największych  na polskim rynku producentów i dystrybutorów wina, a Robertem Makłowiczem – znanym podróżnikiem i krytykiem kulinarnym i jego synem Mikołajem Makłowiczem, sommelierem. Na mocy umowy Spółka przejmuje działalność operacyjną marek Wino Makłowicz oraz Selekcja Makłowicz i będzie odpowiedzialna za ich rozwój. Planowane są także nowe, wspólne projekty. Kontrakt obejmuje również współpracę marketingową, w ramach której firma Jantoń posiada wyłączność na wykorzystanie wizerunku Roberta i Mikołaja Makłowiczów w zakresie wina.

Bardzo cieszymy się na współpracę z Panami Robertem i Mikołajem Makłowiczami, widzimy w tym projekcie ogromny potencjał, ponieważ wszyscy podążamy wspólną drogą, drogą rozwoju. Partnerskie połączenie naszego doświadczenia, szerokiego dostępu do rynku oraz rozbudowanych struktur sprzedażowych z ogromną wiedzą zarówno kulinarną, jak i winiarską obu Panów, pozwoli osiągnąć efekt synergii. Jestem przekonany, że projekt ten wpłynie zarówno na wzrost rynku, jak i kulturę picia wina w Polsce – mówi Jakub Nowak, Prezes Zarządu Jantoń S.A. Sp. K.

Umowa firmy Jantoń oraz Roberta i Mikołaja Makłowiczów zakłada współpracę w wielu obszarach. Planowany jest dynamiczny rozwój marki Wino Makłowicz. Będzie ona oferować branży HoReCa unikatową na rynku, specjalnie dobraną przez Roberta i Mikołaja Makłowiczów kartę win. Klienci, którzy się na nią zdecydują, będą mogli czerpać z połączenia doświadczeń winiarskich oraz z ogromnej wiedzy kulinarnej autorów. Jednocześnie rozwijana będzie ciesząca się dużym zainteresowaniem oferta win na stacjach BP pod marką Selekcja Makłowicz. W ramach nowych wspólnych działań przygotowana zostanie m.in. propozycja dla rynku detalicznego, która umożliwi konsumentom podróż do najciekawszych regionów świata win.

Jestem bardzo zadowolony, a nawet lekko podekscytowany – mówi Robert Makłowicz – gdyż współpraca z firmą Jantoń pozwoli dotrzeć z naszym przesłaniem i naszą ofertą do nieporównywalnie większej liczby odbiorców. Podczas swych kulinarnych podróży starałem się tłumaczyć telewidzom, że w wielu częściach świata wino to nie tylko napój uroczysty, służący do wznoszenia toastów, lecz przede wszystkim codzienny element większości posiłków. Każde wino, które pijemy, powinno być dobre, lecz z pewnością pite na co dzień znacznie mniej kosztowne od tego, które pijamy wyłącznie od święta. Mamy jedno i drugie. Już się cieszę, że będziemy mogli o tym głośniej i donośniej opowiadać.

Nowa inicjatywa to jeden z elementów strategii, w ramach której firma Jantoń chce rozwijać ofertę w zakresie jakościowych win gronowych.

Projekt ten inicjuje działania, które w przyszłości pozwolą nam na zostanie liderem w tej kategorii. Mamy rozległe plany w tym zakresie.  – wyjaśnia Jakub Nowak, prezes firmy Jantoń. – W ramach naszej strategii planujemy bowiem dalsze akwizycje, które umożliwią nam rozbudowę asortymentu win gronowych.

Jacy pracownicy byli poszukiwani w III kwartale 2018 roku?

Direct search, czyli metoda bezpośredniego dotarcia do kandydata, staje się niezbędnikiem w pracy rekrutera. Umożliwia samodzielne wyszukanie kandydatów, których pozyskanie jest wyzwaniem na aktualnym rynku pracownika. W tym celu pracodawcy korzystają z Wyszukiwarki Kandydatów GoldenLine – w III kwartale 2018 roku za jej pośrednictwem rekruterzy wysłali 107 153 wiadomości do osób posiadających profil zawodowy na GoldenLine, co wskazuje na 1,5% wzrost w porównaniu do II kwartału 2018 roku. Najczęściej poszukiwani byli specjaliści z obszarów IT, Inżynieria, Sprzedaż i Obsługa Klienta.

Kogo szukali rekruterzy za pomocą Wyszukiwarki Kandydatów?

Metoda ditect search jest coraz chętniej wybierana przez rekruterów, przede wszystkim dzięki możliwości dotarcia do kandydatów pasywnych i znalezienia tych najlepszych, kontroli nad jakością kandydatów oraz poufności, jaką nadaje procesowi rekrutacyjnemu (badanie GoldenLine „Efektywność narzędzi rekrutacyjnych”, maj 2017). Bezpośrednie dotarcie do potencjalnych pracowników na GoldenLine ułatwia pracodawcom Wyszukiwarka Kandydatów. W III kwartale 2018 roku wiadomość od rekrutera otrzymały 107 153 osoby posiadające profil zawodowy w serwisie. Jak wynika z analiz GoldenLine, w III kwartale 2018 roku wśród osób, które otrzymały wiadomości od rekrutera, 11% miało zaznaczoną na profilu specjalizację IT-Rozwój oprogramowania. Na drugim miejscu znaleźli się kandydaci z zaznaczoną specjalizacją Inżynieria (stanowili 10% osób, które otrzymało propozycję pracy od rekrutera), a na trzecim – ze specjalizacją Sprzedaż (9% otrzymujących propozycje pracy). Tuż za podium uplasowały się  osoby o specjalizacji Obsługa klienta (8% osób, które otrzymało propozycję pracy od rekrutera). Kandydaci mogą zaznaczyć na profilu więcej niż jedną specjalizację.

Wiek poszukiwanych pracowników

Jak wynika z danych GoldenLine wśród osób, które dostały wiadomość od rekrutera, 47% jest w wieku 27-37 lat. 16% osób, które dostały wiadomość od rekrutera, jest w wieku 38-47 lat. Na trzecim miejscu uplasowały się osoby w wieku 23-26 lat – 8% osób, które otrzymały wiadomość od rekrutera, znalazło się w tym przedziale wiekowym.

Z jakich województw pochodzą najczęściej poszukiwani pracownicy?

Wiadomość od rekrutera otrzymały przede wszystkim osoby zamieszkałe w województwie mazowieckim (21%), śląskim (11%), dolnośląskim (9%), wielkopolskim (8%) oraz małopolskim (6%). Najwięcej pracowników poszukiwanych jest w dużych ośrodkach miejskich i aglomeracjach, takich jak Warszawa (16%), Wrocław (6%), Poznań (5%) czy Kraków (4%).

Specjalizacja, umiejętności oraz znajomość języków obcych – kogo szukali rekruterzy?

Jak wynika z analiz GoldenLine, większość kandydatów, którzy otrzymali wiadomość od rekrutera, posiada umiejętność obsługi pakietu Microsoft Office oraz prawo jazdy kat. B. Pozostałe często występujące umiejętności to m.in. znajomość programu AutoCad, a także języków programowania (przede wszystkim JavaScript, Java, SQL). Istotną rolę odgrywały również umiejętności miękkie. U osób, które otrzymały wiadomości od rekruterów, pojawiają się najczęściej takie kompetencje jak project management, zarządzanie zespołem, obsługa klienta czy negocjacje.

Dla rekruterów istotny jest również poziom znajomości języka obcego. Wśród 107 153 osób, które otrzymały wiadomość bezpośrednio od pracodawcy, 65% włada językiem angielskim na poziomie podstawowym, dobrym lub biegłym. Innym często występującym językiem jest język niemiecki (zna go 23% użytkowników, którzy otrzymali wiadomość od rekrutera) oraz rosyjski (9% użytkowników). Język francuski zna 6% osób, które dostały zaproszenie do procesu rekrutacji, zaś 4% zna język hiszpański.

Kogo szukali rekruterzy za pośrednictwem ogłoszeń o pracę?

Jak wynika z analiz GoldenLine, w trzecim kwartale 2018 roku pracodawcy zamieścili w serwisie GoldenLine 10 240 ogłoszeń. Większość z nich została skierowana do kandydatów zamieszkujących województwo mazowieckie (23%), śląskie (12%), dolnośląskie (10%), małopolskie (9%) oraz do tych mieszkających za granicą (8%).

W największej liczbie ofert pracy mogły wybierać osoby pracujące w obszarze Produkcja – dedykowanych im było 24% ze wszystkich opublikowanych ogłoszeń. Na kolejnych miejscach znalazły się: Sprzedaż (15%), Obsługa klienta/Call Center (13%), Inżynieria/Elektronika/Technologia (11%), Informatyka/Programowanie (10%),  oraz Praca fizyczna (9%).

Raport z rynku pracy – Q3 2018

Praca.pl przeanalizowała ogłoszenia zamieszczane na portalu w podziale na województwa, wyodrębniając największe miasta oraz obszary zawodowe i stanowiska. Sprawdziła również, na które ogłoszenia kandydaci aplikują najczęściej i jakie oferty najchętniej wyświetlają.

Na pierwszym miejscu wśród najczęściej poszukiwanych na Praca.pl pracowników znalazł się sprzedawca. Całe podium należy do obszaru sprzedaży. Ogłoszenia na stanowiska sprzedawcy, specjalisty ds. sprzedaży i przedstawiciela handlowego stanowiły 7% wszystkich ogłoszeń zamieszczonych w trzecim  kwartale na portalu.  Duże zapotrzebowanie jest również na specjalistów ds. administracyjnych i doradców klienta w bankowości.

Najczęściej poszukiwani na rynku pracy – Q3 2018
1.Sprzedawca
2.Specjalista ds. sprzedaży
3.Przedstawiciel handlowy
4.Specjalista ds. administracyjnych
5.Doradca klienta w bankowości

 Jakiej pracy najczęściej szukali kandydaci?

Kandydaci najczęściej wyszukują ofert z obszaru pracy biurowej i administracyjnej oraz stanowisk asystenckich. Praca.pl często odwiedzają  też kierowcy.
Rekruterzy nie mieli też problemu ze spływem aplikacji na tego typu stanowiska. Największa konkurencja była na stanowisku asystentki oraz pracownika biurowego – na jedno miejsce kandydaci nadsyłali średnio 40 aplikacji.

Stanowiska najbardziej popularne wśród kandydatów – Q3 2018
1.Asystent/asystentka  średnio 276 odsłon 1 ogłoszenia 48 CV na 1 ogłoszenie
2.Recepcjonista/recepcjonistka średnio 186 odsłon 1 ogłoszenia 21 CV na 1 ogłoszenie
3.Kierowca średnio 130 odsłon 1 ogłoszenia 10 CV na 1 ogłoszenie
4.Specjalista ds. administracyjnych średnio 121 odsłon 1 ogłoszenia 40 CV na 1 ogłoszenie
5.Pracownik biurowy średnio 111 odsłon 1 ogłoszenia 32 CV na 1 ogłoszenie

 Gdzie najłatwiej znaleźć pracę?

Województwo % wszystkich ogłoszeń Q3 2018
mazowieckie 18%
śląskie 10%
dolnośląskie 9%
małopolskie 8%
wielkopolskie 8%
pomorskie 6%
łódzkie 6%
zachodniopomorskie 5%
kujawsko-pomorskie 5%
lubelskie 5%
lubuskie 4%
opolskie 4%
warmińsko – mazurskie 4%
podkarpackie 4%
podlaskie 3%
świętokrzyskie 3%

Analiza ofert pracy zamieszczonych na Praca.pl w trzecim kwartale 2018 roku wskazuje, że 1/4 wszystkich ofert dotyczyła pracy w największych miastach w Polsce.
Najłatwiej pracę znaleźć w Warszawie, na brak ofert nie mogą też narzekać kandydaci z Krakowa i Wrocławia.

Gdzie najłatwiej znaleźć pracę? % wszystkich ogłoszeń
Q3 2018
Warszawa 10%
Kraków 4%
Wrocław 4%
Poznań 2%
Gdańsk 2%

Największe od lutego spadki na rynku akcji w USA

Przez globalny rynek akcji przeszedł huragan podobny do tego, który właśnie uderza w wybrzeże USA. Mamy kilka małych powodów panicznej wyprzedaży, niektóre obecne od dawna, ale dopiero teraz obawy znalazły ujście. Nie jest to jednak klasyczna awersja do ryzyka, a bardziej wyraz upłynniania „zatłoczonych” pozycji.

Indeks z nowojorskiego Wall Street S&P500 spadkiem o 3,29 proc. zaliczył najgorszy dzień od lutego, a z rynku wyparowało 850 mld USD. Nie mamy jednego bezpośredniego powodu wyprzedaży, a raczej kombinacja czynników spowodowała, że trudno już ignorować problemy, które nad rynkiem wisiały od jakiegoś czasu. Toczący się spór handlowy USA-Chiny zagraża perspektywom globalnego wzrostu; skok rentowności obligacji USA przez jastrzębie nastawienie Fed czyni dług alternatywą dla wygrzanego rynku akcji; wreszcie uderzenie huraganu Michael we wschodnie wybrzeże USA jest dobrym pretekstem do spadków na giełdzie. W takim klimacie nawet słowa prezydenta USA Trumpa, że „Fed jest szalony” są o jeden powód do obaw za dużo. Połowa tych czynników jest znana (i ignorowana) od dawna, połowa jest nowa, ale o nietrwałych implikacjach. Hossa na Wall Street żyje na pożyczonym czasie dzięki reformie podatkowej, której efekty w przyszłym roku przestaną być odczuwalne. Nie oznacza to od razu, że gospodarkę czeka rychła zapaść i Wall Street już powinien to wyceniać. Ożywienie w USA ma kilka mocnych filarów, które pozwolą utrzymać rozsądny wzrost PKB w tempie 2-3 proc. jeszcze przez kilka kwartałów. Stąd bardziej skłaniam się do opinii, że rynek akcji potrzebował oczyszczenia i takie otrzymuje, choć wykrwawianie może jeszcze trochę potrwać. Powstrzymam się natomiast od ogłaszania bessy.

Jakkolwiek na rynku akcji wyprzedaż przybiera postać efektu kuli śnieżnej, tak po rynku walutowym nie widać dramatycznych zmian. Jeśli już, to widzimy upłynnianie pozycji, które były gromadzone w poprzednich dniach. W głównej mierze uderza to w USD, a sprzedaż jest podsycana spadającymi rentownościami obligacji skarbowych USA (po silnych wzrostach sprzed tygodnia). Pojawiają się głosy, że podwyższona zmienność rynku akcji w klimacie awersji do ryzyka podkopie zaufanie Fed do stabilności warunków finansowych i wpłynie na zmianę kursu polityki monetarnej. Mniej podwyżek oznacza niższego USD. Osobiście nie liczyłbym na taki ciąg przyczynowo-skutkowy. Po lutowym tąpnięciu Wall Street Lael Brainard z Fed zbagatelizowała zmienność rynkową, nie widząc w tym zagrożenia dla wzrostu gospodarczego. Podobnie w sierpniu Fed wykazywał obojętność na skutki wojen handlowych i narastając presję na aktywa rynków wschodzących. Nie widzę, jak wczorajsze wydarzenia miałyby nagle zmienić narrację Fed. Dziś jednak przyjdzie się nam zmierzyć z fundamentami przy odczycie CPI z USA. Konsensus zakłada spójny z trendem wzrost o 0,2 proc. m/m, ale silne efekty bazy obniżą dynamikę roczną z 2,7 proc. do 2,4 proc. Słaby odczyt uderzy w rentowności obligacji USA, co odbije się na dolarze, a rynek akcji przyjmie takie dane z ulgą. Wysoki odczyt przyniesie rozpacz na Wall Street.

W całym tym ambarasie złoty radzi sobie relatywnie dobrze. Z jednej strony skok awersji do ryzyka to zawsze zła wiadomość dla PLN, ale korekta na rynku długu USA przynosi ulgę dla rynków wschodzących. Jeśli jednak obecne warunki utrzymają się dłużej, sądzę, że ucieczka od aktywów ryzykownych weźmie górę i złoty będzie tracił. Na EUR/PLN 4,32 jest teraz „miękkim sufitem” przed potencjalnym wzrostem do 4,34/35. Na więcej nie liczę.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

LS Tech-Homes S.A. zmienia nazwę na Module Technologies

LS Tech-Homes S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, zmienia nazwę na Module Technologies S.A. Przeprowadzenie rebrandingu jest związane z ewolucją strategii rozwoju Spółki w kierunku generalnego wykonawstwa budownictwa modułowego 3D i 2D, z wykorzystaniem płyt drewnianych klejonych warstwowo w technologii BBS (CLT).

Sąd Rejonowy w Bielski Białej zarejestrował w dniu 9 października zmianę nazwy Spółki z LS Tech-Homes S.A. na Module Technologies S.A. Dokonanie zmiany nazwy, wraz z nową identyfikacją wizualną, stanowi jeden z kluczowych elementów, niezbędnych do zakomunikowania nowego kierunku strategicznego rozwoju Emitenta. Głównym celem rebrandingu jest dążenie do wzmocnienia koncentracji działań Spółki w obszarze generalnego wykonawstwa, jak i podwykonawstwa, dla realizacji inwestycji budownictwa modułowego. Nowy kierunek rozwoju będzie oparty na dwóch zasadniczych filarach:

  • Głównym obszarem aktywności biznesowej Module Technologies, będą nowe inwestycje wielkopowierzchniowe oparte o płytę BBS (CLT). Wartością dodaną oferowaną przez Module Technologies S.A. będzie wykorzystywanie technologii łączenia materiałów wykonanych z BBS (CLT) w gotowe moduły 3D (stanowiące finalny produkt użytkowy), w oparciu o know-how licencjonowany przez spółkę Module Investment Sp. z o.o.
  • Drugi filar w strategii rozwoju Spółki stanowiła będzie kontynuacja realizacji mniejszych inwestycji, z użyciem paneli SIP oraz konstrukcji wykonanych w technologii pultruzji.

Zarząd Module Technologies S.A. jest przekonany, że obranie nowego kierunku strategicznego rozwoju Spółki, w połączeniu ze zmianą identyfikacji wizualnej, wpłyną korzystanie umacnianie jej pozycji rynkowej, a w konsekwencji na wyniki finansowe.

„Zmiana marki z LS Tech-Homes na Module Technologies jest ukoronowaniem realizacji strategicznego rozwoju Spółki w kierunku wykonawstwa wielkopowierzchniowego, z wykorzystaniem nowoczesnej technologii modułowej. Dzięki temu krokowi, stosowana dotychczas technologia SIP zostanie wsparta przez silne zaplecze technologiczne, otwierając tym samym przed budownictwem modułowym nowe perspektywy dla dalszej ekspansji na wymagające rynki zagraniczne. Zarząd Spółki podejmując decyzję o zmianach wizerunkowych, postawił również przed Spółką wysokie oczekiwania odnośnie organizacji pracy, w celu zwiększenia konkurencyjności oraz jakości realizowanych pod nową marką inwestycji.” – podkreśla Mirosław Pasieka, Prezes Zarządu Spółki Module Technologies S.A.

Technologia BBS (CLT) posiada wiele zalet, do których można zaliczyć przede wszystkim jej wysoką izolacyjność termiczną oraz akustyczną. Jest ona również technologią, która umożliwia czyste, suche, proste i szybkie wznoszenie obiektów z wykorzystaniem prefabrykowanych elementów budowlanych (2D) lub gotowych modułów (3D). Płyty BBS (CLT) cechuje też znaczna pojemność cieplna oraz wilgotnościowa, wpływająca korzystanie na komfort użytkowania budynków, jak i prozdrowotny charakter wykonanych z nich pomieszczeń mieszkalnych. Technologia ta posiada również bardzo wysoką zdolność do przenoszenia obciążeń zarówno w płaszczyźnie, jak i prostopadle do płaszczyzny płyty. Dzięki tym wszystkim właściwościom  BBS (CLT) staje się istotnym konkurentem dla powszechnie używanych materiałów budowlanych. Zarząd Module Technologies S.A. uważa, że równoległy rozwój dwóch segmentów biznesowych tj. BBS (CLT) jak i SIP, przełoży się na uzyskanie korzystnego efektu synergii oraz wzrost wartości Spółki.

„W stosunku do stosowanych dotychczas paneli SIP, nowe elementy budowlane wykonane w technologii BBS (CLT) znajdą szerokie zastosowanie w budownictwie wielokondygnacyjnym, szczególnie jako alternatywa dla stalowych stropów, stropów betonowych czy ścian blokowych (również ognioodpornych). Pozwolą one również na obniżenie kosztów już we wstępnym etapie budowy, dzięki uzyskaniu gładkich powierzchni ścian, zmniejszając wyraźnie koszty ich wykończenia w stosunku do stosowanych powszechnie płyt gipsowych. Nie bez znaczenia są również doskonałe współczynniki akustyczne, termoizolacyjne czy zdrowotne elementów budowlanych wykonanych z użyciem BBS (CLT) – będzie to mieć szczególne znaczenie przy realizacji inwestycji takich jak np. budownictwo mieszkaniowe, hotelowe oraz użytkowe.” – dodaje Prezes Pasieka.

Nowy etap w działalności Spółki został zainaugurowany podpisaniem w dniu 5 października br. Umowy z RIM Investment sp. z o.o. S.K.A. na zaprojektowanie i generalne wykonanie inwestycji „DuoVita Smart Apartments” w Wiśle. Elementami inwestycji będą budynki apartamentowe wraz z infrastrukturą komercyjną, przewidywana wartość jej wykonania przez Module Technologies S.A. wyniesie około 50 milionów złotych netto.

Dodatkowe zaplecze finansowania rozwoju Spółki na kolejne lata stanowić będą podpisane przez LS Tech-Homes S.A. 30 lipca br. oraz 27 września br.  porozumienia (LOI) z niemieckimi inwestorami na generalne wykonawstwo dwóch projektów, o wartości odpowiednio: 42,4 milionów Euro oraz 45,5 milionów Euro. Obie inwestycje zostaną wykonane w technologii modułowej  z użyciem płyty BBS (CLT).

Spółka zakończyła 2017 r. zyskiem netto w wysokości 1,05 mln zł zysku netto przy przychodach netto ze sprzedaży na poziomie 36,35 mln zł.

Module Technologies S.A. (poprzednio LS Tech-Homes S.A.) jest Spółką notowaną na rynku NewConnect od czerwca 2012 r. zajmując się produkcją na rynek Europejski paneli kompozytowych w technologii SIP, które są wykorzystywane do budowy domów jednorodzinnych i wielorodzinnych  oraz obiektów przemysłowych.

Umiejętność współpracy najbardziej doceniana przez polskich pracodawców

Umiejętność współpracy, dobrej organizacji czasu pracy i komunikacji to kompetencje miękkie pracowników najbardziej pożądane przez polskich pracodawców – potwierdzają badania przeprowadzone przez ManpowerGroup. Zdolność współpracy najbardziej doceniają firmy z Polski północnej, o komunikacji mówią przedsiębiorstwa z regionu południowo-zachodniego, a obsługa klienta jest najważniejsza dla firm z Polski południowej. W ujęciu globalnym najbardziej pożądaną cechą jest umiejętność komunikacji.

Co drugi polski pracodawca za najbardziej wartościową cechę pracownika uważa umiejętność współpracy (źródło: „Niedobór  Talentów 2018”). Na podium najbardziej pożądanych tak zwanych kompetencji miękkich jest też dobra organizacja czasu pracy (potwierdza 49% firm) i umiejętność komunikacji (44%). Dla porównania w ujęciu globalnym dla pracodawców najważniejsza jest umiejętność komunikacji (57%), współpracy (55%), rozwiązywania problemów (53%).

– Jednym z kluczowych czynników warunkujących zapotrzebowanie na wskazane kompetencje miękkie jest dynamicznie postępująca automatyzacja procesów oraz przetwarzanie i wymiana danych na dużą skalę. Coraz częściej pracujemy w zespołach, które są zróżnicowane pod względem zarówno wiedzy czy umiejętności, jak również wieku, pochodzenia etnicznego, (nie)pełnosprawności, stylu życia. Możemy również uczestniczyć w różnych formach zespołowego działania, na przykład być częścią zespołu wirtualnego lub rozproszonego. Umiejętność sprawnej komunikacji i współpracy w zespole są zatem kluczowe, by ludzie w organizacjach efektywniej realizowali procesy i osiągali cele.
Ukierunkowanie organizacji na poszukiwanie innowacji i efektywności sprawia, że umiejętność rozwiązywania problemów jest pożądaną kompetencją. Pracownik, którego cechuje ta umiejętność, sam inicjuje i nieustannie szuka najlepszych rozwiązań i dlatego właśnie jest cenny dla organizacji – mówi Agnieszka Krzemień, ekspert ds. zmiany kariery z ManpowerGroup.

– Organizacje cenią pracowników, którzy wykazują się wysokim poziomem umiejętności obsługi klienta. Firmy, które nie potrafią wysłuchać potrzeb swojego klienta i dobrze dopasować produktu i usługi do jego oczekiwań, a potem utrzymać jego lojalności, będą ponosiły straty. Przedsiębiorstwa przegrają na rynku z firmami, które wiedzą, jak ważne jest ukierunkowanie na klienta i realizacja usług na najwyższym poziomie. Obecnie pracownik jest rozliczany za efekt końcowy swoich działań, a współczesny manager oddaje mu coraz więcej odpowiedzialności i swobody w działaniu, dlatego ważne jest, by dobrze zarządzał swoją pracą, optymalnie wykorzystywał czas w pracy i był efektywny.  Coraz częściej spotykamy się w organizacjach ze strukturami macierzowymi, coraz częściej pracujemy jednocześnie nad kilkoma projektami, w różnych zespołach, mamy kilku przełożonych i to dodatkowo wymusza na pracownikach konieczność skutecznego wyznaczania i realizowania priorytetów oraz sprawnych działań – dodaje Agnieszka Krzemień.

– W Polsce widzimy też niższy niż w ujęciu globalnym odsetek firm, dla których ważne są umiejętności zarządzania i przywództwa. Uzyskany wynik może być niepokojącym sygnałem, że nad Wisłą nadal dominują organizacje z wyraźnie hierarchiczną strukturą i dyrektywnym sposobem kierowania na poziomie zarządczym. Płaskie struktury są coraz częściej uznawane za bardziej efektywne. W takim środowisku pracownik ma większą inicjatywę i sprawczość działania, a umiejętność zarządzania może być częściej wykorzystywana w pracy na co dzień, nawet jeśli pracownik formalnie nie pełni roli managera. Umiejętność zarządzania dotyczy nie tylko kierowania ludźmi, zespołem, lecz także projektami, procesami – wyjaśnia ekspertka.

Jakie kompetencje miękkie są ważne dla firm z sześciu regionów Polski?

Umiejętność współpracy, czyli numer jeden w zestawieniu ogólnopolskim, jest najbardziej doceniana przez pracodawców z Polski północnej – wskazało na nią 60% firm z tego obszaru. Najmniejsze uznanie znajduje natomiast w regionie centralnym (41%). Zdolności organizacyjne są najbardziej pożądane przez firmy z Polski centralnej (58%), najmniej z południowo-zachodniej (42%). Jakich jeszcze kompetencji miękkich poszukują polscy pracodawcy? Umiejętność rozwiązywania problemów jest najważniejsza dla przedsiębiorstw z Polski południowo-zachodniej (54%), natomiast o obsłudze klienta mówią firmy z południa (35%). Najwyższy odsetek firm, które wskazują na umiejętności przywódcze i zarządzania jest zlokalizowany w południowo-zachodniej części kraju – odpowiednio 25% i 28%.

– Kluczowym czynnikiem warunkującym różnice w deklaracjach pracodawców jest rodzaj działalności biznesowej, który dominuje w danym regionie. Wpływ mają też procesy migracyjne w danym obszarze kraju oraz jego struktura demograficzna. Kompetencje miękkie wskazane przez polskich pracodawców to kompetencje uniwersalne, które determinują sukces w życiu zawodowym bez względu na region, branżę i wielkość firmy. Osoby, u których są one rozwinięte na wysokim poziomie to atrakcyjni pracownicy na rynku pracy. Miękkie kompetencje sprzyjają rozwojowi zawodowemu, zdobywaniu osiągnięć zawodowych, czy też przebranżowieniu się. Zdecydowanie trudniejszym i bardziej czasochłonnym jest wykształcenie kompetencji uniwersalnych niż zdobycie fragmentu wiedzy, by na przykład dobrze obsłużyć system lub maszynę. Bez względu na postępującą automatyzację atrakcyjność tych kompetencji na rynku będzie w najbliższym czasie niezmiennie wysoka, ponieważ są one ściśle związane z efektywną pracą z ludźmi, a to ludzie osiągają cele dla organizacji. Te kompetencje są wykorzystywane w pracy zarówno do kierowania zespołami, jak i do współpracy z nimi. Automatyzacja wspiera uzyskiwanie pożądanych rezultatów, jest narzędziem w rękach człowieka – dodaje Agnieszka Krzemień.

Jakie działania mogą podjąć firmy, które mają trudności w rekrutacji pracowników o pożądanych kompetencjach miękkich? –Rekomendowanym działaniem jest zaplanowanie polityki rozwoju talentów wewnątrz organizacji, w tym programów rozwojowych dla mniej i bardziej doświadczonych pracowników. Dodatkowo, kluczowe jest umożliwianie zmiany ścieżek kariery wewnątrz organizacji, czyli zwiększenie mobilności pracowników w ramach firmy – tłumaczy ekspertka ManpowerGroup. – Warto w organizacjach tworzyć zróżnicowane zespoły, które składają się z osób mających wysoko rozwinięte kompetencje miękkie oraz tych, które dopiero je rozwijają. Takie środowisko pracy i współpracy opartej na wymianie doświadczeń wspiera rozwój pracownika – dodaje.

O badaniu: 

Bieżące wydanie raportu „Niedobór talentów” to 12. globalna edycja i 10. polska edycja badania ManpowerGroup. Na świecie wzięło w nim udział blisko 40 000 respondentów z 43 krajów, w tym reprezentatywna grupa 750 z Polski. Ankietowani to osoby odpowiedzialne za politykę personalną w małych, średnich i dużych firmach. Celem powadzonego przez ManpowerGroup badania przedsiębiorców „Niedobór talentów” jest określenie ich trudności w pozyskiwaniu pracowników a także sprawdzenie, które zawody, i dlaczego, jest najtrudniej obsadzić. Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów są dostępne na stronie na stronie: www.go.manpowergroup.com.

Najważniejsze informacje o PPK – Pracowniczych Planach Kapitałowych

Na 16 października br. zaplanowane jest posiedzenie senackiej Komisji Budżetu i Finansów Publicznych w sprawie ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych. Jest to propozycja rządu, której celem jest poprawienie sytuacji finansowej Polaków na emeryturze. Zgodnie z założeniami mają one zacząć działać od początku przyszłego roku. Jakie są najważniejsze założenia projektu, które każdy pracownik powinien znać?

Według instytutu badawczego MANDS, Polacy uważają, że 3 tys. zł to kwota, która pozwoli im godnie żyć na emeryturze. Nic jednak nie wskazuje na to, by mieli otrzymywać takie świadczenia. Mimo szumnych zapowiedzi, system z OFE nie zadziałał jak powinien. Dziś pozostały wspomnienia haseł i spotów reklamowych sprzed prawie 20 lat, które obiecywały życie jak w raju.

Dla bezpieczeństwa finansowego Polacy coraz częściej po przejściu na emeryturę decydują się nadal pracować. – W przyszłości to zjawisko może się zintensyfikować. I nic dziwnego, bo według prognoz dzisiejsi 20- i 30-latkowie mogą liczyć na emeryturę w wysokości zaledwie jednej trzeciej swojego wynagrodzenia – zaznacza Bartosz Kucharczyk, ekspert BGŻOptima.

Najnowszy pomysł na dodatkowe pieniądze na emeryturze to PPK – Pracownicze Plany Kapitałowe. Prace nad ustawą zbliżają się do końca, warto więc zapoznać się z nowym sposobem na oszczędzanie.

1) Dla kogo przeznaczone są PPK?

Osoby zatrudnione, podlegające składkom ZUS, zostaną do PPK zapisane automatycznie, będzie to obowiązek pracodawcy. Ale co do zasady PPK są dobrowolne, zatem pracownik będzie mógł wnioskować o zawieszenie wpłat, deklarację taką trzeba będzie złożyć u pracodawcy na piśmie. Ale uwaga, bo co cztery lata ma następować „reset” systemu i przedsiębiorstwa będą od nowa zapisywać do niego pracowników, także tych, którzy wcześniej z programu się wypisali. I znów pracownik będzie mógł złożyć wniosek o zawieszenie wpłat.

2) Kto opłaci składki i ile będą one wynosić?

Wpłaty na PPK mają być uiszczane zarówno przez pracownika jak i pracodawcę. Podstawowa składka to 2 proc. od pracownika i 1,5 proc. od pracodawcy. Stawki te będą wyliczane z wynagrodzenia, stanowiącego podstawę wymiaru składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe. Składki można jednak dowolnie zwiększać do 4 proc. z każdej ze stron. Zatem łącznie na konto PPK może trafiać od 3,5 do 8 proc. wynagrodzenia. Osoby które zarabiają najmniej (poniżej 120 proc. minimalnego wynagrodzenia) będą mogły wpłacać ze swojej strony mniej niż 2 proc., ale nie mniej niż 0,5 proc. pensji.

Z punktu widzenia firmy PPK to dodatkowe koszty i dodatkowa praca do wykonania. To bowiem pracodawca będzie odpowiedzialny za zapisanie pracowników do programu, dodatkowo będzie musiał podpisać umowę z instytucją finansową (mogą to być fundusze inwestycyjne, powszechne towarzystwa emerytalne i firmy ubezpieczeniowe), a przede wszystkim uiszczać składki, co znacząco podniesie koszt utrzymania pracowników. Z drugiej strony zaangażowanie firmy w składkę wyższą niż minimalna, może wzmocnić jego wizerunek jako dobrego pracodawcy, który przyciąga wartościowych pracowników. Z punktu widzenia pracownika PPK zmniejszy jego pensję netto, ale decydując się na oszczędzanie w tej formie otrzyma on szereg korzyści.

3) Od kiedy PPK będą działać?

Przedsiębiorstwa, a wraz z nimi ich pracownicy będą przystępować do PPK etapami. Jako pierwsi, w połowie 2019 r., do projektu dołączą największe firmy zatrudniające ponad 250 pracowników. Następnie, co pół roku przystępować będą kolejne grupy firm według liczby zatrudnionych (z wyjątkiem sektora publicznego, który do PPK dołączy najpóźniej), aż do początku 2021 r. Realizację obowiązków pracodawców będzie kontrolować Państwowa Inspekcja Pracy, a przedsiębiorstwom uchylającym się od tego grozi grzywna od tysiąca do miliona złotych.

4) Kiedy będzie można skorzystać ze zgromadzonych pieniędzy?

Co do zasady oszczędności zgromadzone w PPK będą stanowić własność prywatną pracownika, a w przypadku śmierci otrzyma je małżonek lub inni spadkobiercy. Ale za życia nie będzie można nimi dowolnie dysponować. PPK to oszczędności przeznaczone na emeryturę, zostaną one wypłacone po osiągnięciu 60 roku życia. Wtedy też uczestnik będzie mógł otrzymać w gotówce 25 proc. zgromadzonych środków, a reszta będzie wypłacana w comiesięcznych ratach przez co najmniej 10 lat. Z wypłaty jednorazowej będzie można zrezygnować i wówczas cała pula środków zostanie przeliczona na raty.

Wprowadzono też ułatwienie dla małżeństw – po ukończeniu 60. roku życia można wnioskować o wypłatę środków w formie świadczenia małżeńskiego. Nastąpi ona gdy drugie z małżonków osiągnie ten wiek i złoży podobny wniosek. Wówczas pieniądze także będą wypłacane przez 10 lat, ale gdy jedno z małżonków umrze, drugie będzie otrzymywać całą kwotę – za oboje. W ustalonych przypadkach, tj. poważne zachorowanie uczestnika, małżonka lub dziecka, będzie można wnioskować o wypłatę 25 proc. środków przed 60. urodzinami. Przed czasem pieniądze będzie można też wypłacić na sfinansowanie wkładu własnego do kredytu mieszkaniowego. W takim przypadku występować będzie obowiązek ich zwrotu w ciągu 15 lat.

5) Jakie będą korzyści z oszczędzania w ramach PPK?

Aby zwiększyć szanse powodzenia i popularyzacji PPK, ustawa wprowadza dodatkowe zachęty dla korzystających z tej formy oszczędzania. Aby nadać pomysłowi rozpędu, osoby, które będą w PPK przez co najmniej trzy miesiące, otrzymają ze środków Funduszu Pracy tak zwaną składkę powitalną w kwocie 250 zł.

Dodatkowo będzie można skorzystać z corocznej dopłaty w wysokości 240 zł, która będzie przeznaczona dla tych, którzy w ciągu roku zgromadzą na swoim koncie kwotę równą co najmniej sumie składek podstawowych od sześciokrotności płacy minimalnej. Według dzisiejszych stawek (pensja minimalna to 2100 zł brutto) dodatkowe 240 zł otrzymają ci, którzy w ciągu roku zbiorą co najmniej 441 zł.

– Według raportu BGŻOptima „Polak Oszczędny. Dlaczego przechodzimy obojętnie obok zysków?” prawie 40 proc. respondentów w ogóle nie oszczędza na emeryturę. Więcej niż co trzeci przeznacza na ten cel nie więcej, niż 10 proc. miesięcznych dochodów – mówi Bartosz Kucharczyk. – Udział pracodawcy i państwa w programie oszczędzania jest więc szansą dla pracowników, na zbudowanie większego buforu finansowego bezpieczeństwa na przyszłość – dodaje ekspert.