PGNiG chce zwiększać wydobycie gazu i ropy w Lubuskiem i Wielkopolsce. Do 2022 roku zainwestuje w 38 nowych odwiertów na Niżu Polskim

0

PGNiG chce zwiększać wydobycie gazu i ropy w Lubuskiem i Wielkopolsce. Do 2022 roku zainwestuje w 38 nowych odwiertów na Niżu Polskim 1

Do 2022 roku Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo wykona 38 nowych odwiertów oraz rozbuduje kopalnie ropy naftowej i gazu ziemnego w Lubuskiem i Wielkopolsce, co pozwoli zwiększyć możliwości produkcyjne. Inwestycje wynikają głównie ze zwiększonego zapotrzebowania na gaz Elektrociepłowni Gorzów i Elektrociepłowni Zielona Góra, a także dużych zakładów przemysłowych w regionie. Przedstawiciele spółki podkreślają, że rynek gazu ziemnego, który łączy wysoką efektywność z korzyściami środowiskowymi, szybko się rozwija, a na nowych inwestycjach PGNiG skorzystają lokalni przedsiębiorcy, mieszkańcy i budżety gmin.

 Z wydobycia na Niżu Polskim pochodzi 2/3 krajowej produkcji gazu ziemnego, czyli blisko 2,5 mld m³ rocznie, oraz niemalże 95 proc. wydobywanej  w kraju ropy naftowej, czyli blisko 747 tys. ton rocznie. Dzisiaj wygrywamy jako gazownicy, zwiększamy swoją produkcję, temu służą właśnie nowe technologie. Wiemy, że Elektrociepłownia Gorzów i Elektrociepłownia Zielona Góra, czyli nasi najwięksi odbiorcy w tym regionie, na tym korzystają. Dzięki rozbudowie sieci dystrybucyjnej przez należącą do grupy PGNiG Polską Spółkę Gazownictwa m.in. w Zielonej Górze czy Nowej Soli z paliwa gazowego będą mogli korzystać mieszkańcy i przedsiębiorcy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Kroplewski, wiceprezes zarządu ds. rozwoju w PGNiG SA.

W tracie konferencji „Czysta Energia”, zorganizowanej w Skwierzynie (woj. lubuskie) z okazji 50-lecia górnictwa naftowego na Niżu Polskim grupa PGNiG przedstawiła swoje plany inwestycyjne w tej części kraju. W ciągu najbliższych czterech lat koncern zamierza wykonać 38 nowych odwiertów oraz rozbudować kopalnie ropy naftowej i gazu ziemnego w Lubuskiem i w Wielkopolsce.

 W tej chwili staramy się o cztery nowe koncesje na terenie Niżu Polskiego, co umożliwi nam realizację badań sejsmicznych oraz wykonanie kolejnych otworów – mówi Krzysztof Potera, dyrektor Oddziału Geologii i Eksploatacji w PGNiG SA.

Spółka planuje także inwestycje w rozbudowę Kopalni Ropy Naftowej i Gazu Ziemnego Lubiatów oraz w zagospodarowanie złoża Różańsko. Pozwoli to zwiększyć możliwości produkcyjne, co z kolei ma zaspokoić zwiększone zapotrzebowanie na gaz ziemny zarówno elektrociepłowni, jak i innych dużych odbiorców z regionu, np. przedsiębiorstw.

Odwierciliśmy dodatkowy otwór eksploatacyjny na złożu Międzychód. Na początku nie przewidywaliśmy takich wolumenów gazu na Kopalni Ropy Naftowej i Gazu Ziemnego Lubiatów. Teraz jest ona rozbudowywana i tam będziemy wydobywać dodatkowo prawie 74 mln m³ gazu rocznie – mówi Krzysztof Potera.

Jak podkreśla, gaz ziemny jest paliwem łączącym dużą efektywność z korzyściami środowiskowymi. Dzięki wykorzystaniu gazu w blokach parowo-gazowych elektrociepłowni poprawia się jakość powietrza, ponieważ zmniejsza się ilość emitowanych do atmosfery pyłów, tlenków siarki i azotu. Budżety gmin zasilają natomiast podatki od nieruchomości i opłaty z tytułu wydobycia węglowodorów. Wszędzie tam, gdzie PGNiG prowadzi działalność poszukiwawczą i wydobywczą, spółka angażuje się w miejscowe przedsięwzięcia, współpracując z lokalnymi społecznościami czy pomagając np. szkołom.

– Zapotrzebowanie na gaz w Polsce wzrosło skokowo o 2 mld m³ w ciągu dwóch lat. Paliwo to może być tańsze dzięki dywersyfikacji zarówno źródeł, jak i kierunków dostaw. Inwestujemy w krajowe wydobycie, realizujemy projekt przedeksploatacyjnego wydobycia metanu z pokładów węgla. W zakresie dywersyfikacji kierunków dostaw importujemy LNG z Kataru, Norwegii i USA, a w niedalekiej przyszłości będziemy sprowadzać gaz z szelfu norweskiego poprzez Baltic Pipe. Robimy ten biznes najlepiej, jak umiemy, z korzyścią dla 7 mln klientów. To ogromne zobowiązanie – dodaje Łukasz Kroplewski.

Co dziesiąty pracownik tymczasowy prawdopodobnie będzie musiał zmienić formę zatrudnienia. W listopadzie kończą się limity pracy u jednego pracodawcy

Co dziesiąty pracownik tymczasowy prawdopodobnie będzie musiał zmienić formę zatrudnienia. W listopadzie kończą się limity pracy u jednego pracodawcy 2

Co dziesiąty pracownik tymczasowy może być dotknięty konsekwencjami kończącego się 18-miesięcznego limitu długości zatrudnienia u jednego pracodawcy użytkownika. Wielu z nich prawdopodobnie zostanie przyjętych na stałe do pracy w danej firmie. Liczba pracowników tymczasowych zmniejsza się od 2017 roku. Jak podkreśla ekspertka z Polskiego Forum HR, na spadek popularności takiej formy zatrudnienia wpływają również niskie bezrobocie i rynek pracownika.

– W listopadzie kończą się limity 18-miesięcznego zatrudnienia pracowników tymczasowych, wprowadzone nowelizacją ustawy, która weszła w życie w czerwcu 2017 roku. Limity te dotyczą zatrudnienia jednego pracownika tymczasowego u jednego pracodawcy użytkownika. Nie będzie możliwości delegowania tego samego pracownika za pośrednictwem innej agencji do pracy w tej samej firmie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Zielińska, kierownik Polskiego Forum HR.

Przed wejściem w życie tych przepisów pracownik mógł pracować nie dłużej niż 18 miesięcy dla danej agencji pracy tymczasowej. De facto mógł więc kontynuować pracę u danego pracodawcy-użytkownika, ale zatrudniony przez inną agencję. Ustawa, która obowiązuje od ubiegłego roku, miała na celu przeciwdziałać takim sytuacjom. Teraz nawet po zmianie agencji obowiązuje go limit 18 miesięcy pracy dla jednego pracodawcy.

– Szacujemy, że około 10 proc. pracowników tymczasowych będzie musiało zmienić swoją formę zatrudnienia. Pytanie, w jaki sposób to będzie przebiegało. Biorąc pod uwagę sytuację na rynku pracy duża część tych pracowników najprawdopodobniej zostanie zatrudnionych bezpośrednio, pozostała będzie kontynuowała współpracę w ramach innych form zewnętrznego zatrudnienia – mówi Agnieszka Zielińska.

Zdaniem ekspertów nowe przepisy mogą oznaczać dalsze problemy branży pracy tymczasowej, która od pewnego czasu boryka się z systematycznie spadającą liczbą pracowników tymczasowych. Według szacunków Polskiego Forum HR wynosi ona obecnie  323 tys. osób. Dla porównania jeszcze w I kwartale 2018 roku było ich 338 tys., a w II kwartale 2017 roku – 394 tys. osób. Coraz większa jest rotacja pracowników i coraz krótsze są okresy ich zatrudnienia.

– Konsekwencją przechodzenia pracowników tymczasowych na stałe zatrudnienie u pracodawców użytkowników oraz niewielkiego napływu nowych pracowników jest bardzo duży spadek liczby pracowników tymczasowych w Polsce, który zanotowaliśmy w II kwartale. Wyniósł on aż 18 proc. To jest jeden z większych spadków, które odnotowaliśmy w historii rozwoju tego rynku. Rynek pracownika jest dużym zagrożeniem dla usługi pracy tymczasowej – ocenia kierownik Polskiego Forum HR.

Niskie bezrobocie i brak rąk do pracy sprawiają, że coraz więcej firm decyduje się na zatrudnianie pracowników w sposób bezpośredni.

– Najczęściej wskazywaną barierą rozwoju przedsiębiorstw jest właśnie deficyt kandydatów do pracy, deficyt talentów, które ci pracodawcy chcieliby przyciągnąć i rozwijać w swoich organizacjach. Co za tym idzie, coraz większa liczba pracowników tymczasowych, którzy do tej pory pracowali za pośrednictwem agencji, przechodzą do stałego zatrudnienia u pracodawców użytkowników – mówi kierownik Polskiego Forum HR.

Ta sytuacja może zmusić agencje pracy tymczasowej do przedefiniowania swojej działalności i jej znacznego rozszerzenia. Przykładowo na świecie już nawet 30 proc. agencji świadczy usługi RPO (Recruitment Process Outsourcing), czyli kompleksowy outsourcing procesów rekrutacji i zatrudniania pracowników. Gama usług oferowanych przez agencję będzie coraz bardziej kompleksowa.

 Branża musi przemyśleć swoją rolę. Jesteśmy pewni, że dopóki sytuacja na rynku pracy się nie zmieni, będziemy mieli do czynienia z dalszym spadkiem zatrudnienia pracowników tymczasowych w Polsce – ocenia Agnieszka Zielińska.

Zbyt częste jedzenie mięsa zwiększa ryzyko zachorowania na niektóre nowotwory i choroby układu krążenia. Eksperci zalecają ograniczenie jego spożycia do 0,5 kg tygodniowo

Zbyt częste jedzenie mięsa zwiększa ryzyko zachorowania na niektóre nowotwory i choroby układu krążenia. Eksperci zalecają ograniczenie jego spożycia do 0,5 kg tygodniowo 3

Nadmierne spożycie mięsa, zwłaszcza czerwonego i przetworzonego, istotnie zwiększa ryzyko wystąpienia raka jelita grubego, udaru lub wylewu. Światowa Organizacja Zdrowia zaleca ograniczenie jego konsumpcji do 0,5 kg tygodniowo. Eksperci podkreślają jednak, że przejście na dietę bardziej roślinną wymaga jednak odpowiednich substytutów mięsa. Rośliny strączkowe, jajka i ryby morskie pomogą uniknąć niedoborów białka. Potrzebne będą również produkty bogate w witaminę B12.

Mięso to wciąż podstawa polskiego jadłospisu. Z danych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej wynika, że w 2017 roku jego spożycie wyniosło blisko 80 kg na jednego mieszkańca kraju. Polacy gustują przede wszystkim w wieprzowinie – roczne spożycie tego mięsa to ok. 40 kg. Na drugim miejscu w preferencjach Polaków znajduje się drób, zjadamy go aż 30 kg rocznie. Tymczasem zgodnie z najnowszymi wytycznymi ekspertów spożywanie mięsa powinno być mocno ograniczane. W opublikowanej dwa lata temu piramidzie żywieniowej znalazło się ono na przedostatnim piętrze.

 Jest bardzo dużo danych naukowych, które wskazują na to, że produkty pochodzenia zwierzęcego mogą stanowić istotny czynnik ryzyka w przypadku najbardziej popularnych chorób cywilizacyjnych, czyli nowotworów, chorób układu krążenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr inż. Katarzyna Świąder, ekspert ds. żywności z Wydziału Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Zgodnie z informacjami Światowej Organizacji Zdrowia jedzenie 50 gramów przetworzonego mięsa dziennie zwiększa ryzyko zachorowania na raka jelita grubego o 18 proc. Wyroby z czerwonego i mocno przetworzonego mięsa należy więc ograniczać na rzecz chudego mięsa drobiowego, np. kurczaka czy indyka.

Mięso jest źródłem niezbędnych dla prawidłowej pracy organizmu aminokwasów, białka, minerałów oraz witamin, głównie z grupy A, E, C i B. Ograniczanie jego spożycia lub całkowita z niego rezygnacja wymagają więc znalezienia ekwiwalentu bogatego w te składniki odżywcze.

 Osoby, które całkowicie rezygnują z produktów pochodzenia zwierzęcego, muszą stosować zbilansowaną dietę i dostarczać swojemu organizmowi wszelkich składników odżywczych, białka, tłuszcze, węglowodany, składniki mineralne i witaminy. To jest nie lada wyzwanie, ponieważ zbilansowanie prawidłowej diety wegańskiej wymaga dużego zaangażowania, przede wszystkim dobierania odpowiednich potraw – mówi dr Katarzyna Świąder.

Szczególnie ważne jest wzbogacenie codziennej diety w produkty będące cennym źródłem białka. Świetnie sprawdzają się tu rośliny strączkowe, takie jak soczewica, fasola, groch oraz soja. W jadłospisie powinny się znaleźć również jajka oraz ryby pochodzenia morskiego, dostarczające kwasów nienasyconych omega-3. Ich regularne spożywanie zmniejsza ryzyko wystąpienia miażdżycy. Równie istotne jest uzupełnianie niedoborów witaminy B12, pełniącej istotną rolę w funkcjonowaniu układu nerwowego, a występującej głównie w produktach pochodzenia zwierzęcego.

 Weganie suplementują sobie tę witaminę, natomiast producenci żywności coraz częściej zauważają ten problem i starają się wzbogacać różnego rodzaju produkty o witaminę B12 – mówi dr Katarzyna Świąder.

Polacy coraz mocniej interesują się produktami żywieniowymi pochodzenia roślinnego. Wpływają na to nie tylko informacje o szkodliwym oddziaływaniu mięsa na zdrowie człowieka, lecz także moda na świadome odżywianie, zakładająca m.in. eliminację przetworzonych produktów spożywczych.

Zarządzania czasem można się nauczyć. Pomaga się to uporać ze stresem i realizować wyznaczone cele

Zarządzania czasem można się nauczyć. Pomaga się to uporać ze <a title=stresem i realizować wyznaczone cele" title="Zarządzania czasem można się nauczyć. Pomaga się to uporać ze stresem i realizować wyznaczone cele" />

stresem-i-realizować-wyznaczone-cele.png” alt=”” align=”left” hspace=”10″ />

Internet, media społecznościowe, natłok obowiązków służbowych i domowych powodują, że tempo życia przyspiesza i brakuje nam czasu na codzienne aktywności. Eksperci zaznaczają, że stosując się do kilku prostych zasad, można skutecznie zarządzać swoim czasem. Nie chodzi o upychanie większej liczby zadań w ciągu dnia, ale o eliminacje mniej ważnych aktywności – podkreśla dr Agnieszka Jarzębowska. Umiejętne zarządzanie czasem pomaga się uporać ze stresem i realizować założone cele.

Wiele osób narzeka współcześnie na ciągły brak czasu. Jest to spowodowane tym, że żyjemy w świecie, który pędzi coraz szybciej, mamy dostęp do bardzo wielu informacji, a do tego rozwój mediów społecznościowych sprawił, że obserwujemy życie innych ludzi i to wywołuje w nas poczucie chaosu. Też chcielibyśmy mieć czas na te wszystkie aktywności, którymi zajmują się inni ludzie. Czujemy z tego powodu frustrację, napięcie związane z tym, że nie wystarcza nam czasu na wszystko, na co chcielibyśmy go mieć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Agnieszka Jarzębowska, trener biznesu i autorka książki „Nawyk produktywności”.

Powszechny dostęp do internetu i social mediów, nowe technologie, szybsze tempo życia i stres w pracy, z którym według badań OECD boryka się już prawie 54 proc. Polaków, powodują, że czujemy się bardziej zabiegani niż kiedykolwiek wcześniej. Mało komu wystarcza dziś czasu na zrealizowanie wszystkich zadań w pracy, znalezienie go na hobby, dla rodziny, nie wspominając o czasie dla siebie. Zdaniem ekspertów, stosując się do kilku prostych zasad, możemy mieć więcej czasu na wszystko.

– Należy zacząć świadomie decydować o tym, na jakie aktywności chcemy znaleźć czas. Zarządzanie czasem nie jest cechą charakteru. To umiejętność i tak jak każdej innej można się jej nauczyć. Nie jest to trudne, aczkolwiek wymaga bardzo dużo determinacji i chęci. W tym celu trzeba zacząć wdrażać do swojego codziennego życia zasady zarządzania czasem – mówi dr Agnieszka Jarzębowska.

Jak podkreśla, zarządzanie czasem nie jest sztuką upychania jak największej liczby zadań w ciągu doby. To raczej sztuka eliminowania tego, co mniej ważne, żeby mieć czas na priorytety.

Czasem jest to bolesne, ludzie nie potrafią rezygnować ze swoich aktywności, ale bez tego nie da się wydłużyć 24 godzin, więc jest to po prostu konieczne – podkreśla dr Agnieszka Jarzębowska.

Organizację dnia codziennego warto zacząć od planowania i decyzji dotyczącej tego, co chcemy w danym dniu zrealizować, a z czego rezygnujemy. Warto prowadzić kalendarz i notować wszystkie swoje aktywności, dzięki czemu można też zaobserwować, na co tracimy najwięcej czasu.

Osobom,  które chcą zacząć zarządzać swoim czasem, polecam zacząć od poszukiwania wiedzy na ten temat. Można wykorzystać książki, których jest na rynku bardzo wiele, skorzystać z bezpłatnych artykułów w internecie albo zapisać się na specjalne szkolenie. Sama wiedza, bez umiejętności wykorzystania jej, nie jest nic warta, dlatego trzeba jeszcze opanować umiejętność zarządzania swoim czasem. Można to zrobić albo metodą prób i błędów, albo skorzystać z pomocy kogoś, kto przeprowadzi nas przez cały ten proces – mówi Agnieszka Jarzębowska.

Autorka książki „Nawyk produktywności” podkreśla, że umiejętne zarządzanie czasem pozwala realizować złożone cele, ale także uporać się ze stresem, poczuciem życia w ciągłym biegu. To wymiernie wpływa na jego jakość oraz na zadowolenia z niego.

– Zarządzanie czasem jest potrzebne przede wszystkim po to, żeby mieć satysfakcjonujące życie. Jeżeli potrzebujemy mieć trwałe więzi rodzinne, warto przeznaczyć czas na ich budowanie i utrzymywanie. Jeśli naszym celem jest pięcie się po szczeblach kariery, wtedy więcej czasu przeznaczamy na aktywność zawodową i rezygnujemy z czegoś innego. Dzięki temu jesteśmy bardziej zadowoleni z tego, jak wygląda nasze życie i jak spędzamy swój czas. Mamy poczucie, że robimy coś, co jest dla nas ważne – podkreśla Agnieszka Jarzębowska.

ACTA2 zachwieje monopolem internetowych gigantów jak Facebook czy Google. Trudno jednak przewidzieć jej wpływ na internautów

ACTA2 zachwieje monopolem internetowych gigantów jak Facebook czy Google. Trudno jednak przewidzieć jej wpływ na internautów 4

Przegłosowana w połowie września unijna dyrektywa ACTA2 na nowo reguluje kwestię praw autorskich w internecie. Ma stanowić oręż w walce z takimi gigantami jak Google czy Facebook, które do tej pory nie płaciły ani grosza za treści wytwarzane przez artystów i inne media. Prezes fundacji Centrum Cyfrowe Alek Tarkowski podkreśla, że nowe przepisy nie mają nic wspólnego z porozumieniem ACTA, które wywołało falę protestów i ataków hakerskich na instytucje rządowe w 2012 roku. Z drugiej strony – są mocno niedoskonałe, niejasne i trudno przewidzieć jak będą egzekwowane w praktyce oraz jaki będzie ich wpływ na indywidualnych użytkowników sieci. 

– Nowe przepisy stawiają na rozwiązanie kwestii wynagrodzeń – nie tylko dla artystów, ale w ogóle dla posiadaczy praw autorskich. Należy pamiętać, że takie prawa posiadają również firmy muzyczne, wytwórnie filmowe, tytuły prasowe. Kłopot nie polega na tym, że próbuje się odgórnie ustalić jak będą przepływać pieniądze między internetowymi gigantami, a firmami z sektora kreatywnego. Problemem jest fakt, że te przepisy dotykają także ludzi, dotyczą ich swobody tworzenia, zdobywania wiedzy, swobody komunikowania się – mówi agencji Newseria Innowacje Alek Tarkowski, prezes fundacji Centrum Cyfrowe.

ACTA2 na nowo reguluje kwestię praw autorskich w internecie i zmienia zasady publikowania treści w sieci. Ma być przede wszystkim orężem w walce z takimi gigantami jak Google, Facebook czy Twitter, które do tej pory nie płaciły ani grosza za treści wytwarzane przez inne media. Teraz internetowi potentaci mają zostać zobowiązani do usuwania treści naruszających prawa autorskie i dzielenia się przychodami uzyskiwanymi dzięki korzystaniu z treści wytwarzanych przez artystów, twórców i dziennikarzy. Dlatego nową regulację szeroko poparły środowiska artystyczne (w tym polski ZAiKS), spółki medialne, wydawcy i wytwórnie filmowe.

Unijna dyrektywa o prawach autorskich od początku wzbudza jednak bardzo wiele kontrowersji. W lipcu europosłowie – po licznych apelach, protestach i tysiącach petycji – odrzucili jej pierwszą wersję, a do projektu wprowadzono ponad 200 poprawek. Przeciwnicy nowych przepisów argumentują, że ACTA2 zagrozi start-upom, małym wydawnictwom, a przede wszystkim – wprowadzi cenzurę internetu. Podkreślają też, że nowe przepisy są niedoprecyzowane i trudno przewidzieć jak będą stosowane w praktyce.

– To jest okazja, która się zdarza raz na 15-20 lat. Mniej więcej tak często zmieniamy w  Europie kształt prawa autorskiego, więc warto zadbać, żeby było ono dobre. Niestety, ta propozycja dobra nie jest i trzeba będzie pogodzić się z faktem, że te przepisy nie będą doskonałe – mówi Alek Tarkowski, prezes fundacji Centrum Cyfrowe – Nasza fundacja przygląda się temu uważnie i martwimy się, że te przepisy będą niedobre dla ludzi. Nie chodzi tylko o te tytułowe memy i śmieszne obrazki, ale w ogóle o amatorską twórczość czy produkcje, które wykorzystują inne treści np. w celu komentowania. Istnieje szansa, że będą zagrożone, częściej usuwane. Nie z tego powodu, że są obraźliwe, ale dlatego, że zostanie w nich wykorzystana treść do której ktoś inny ma prawa autorskie, a system będzie bardzo rygorystycznie je egzekwować, stawiając na to, żeby ktoś mógł zarobić, a nie na swobodę tworzenia – dodaje.

Unijna reforma prawa autorskiego, potocznie nazywana ACTA2, została przyjęta przez Parlament Europejski 12 września br. Nie oznacza to jednak końca prac, ponieważ teraz rozpoczną się negocjacje z Radą UE i państwami członkowskimi, które będą mieć wpływ na ostateczny kształt regulacji w poszczególnych krajach.

– Słychać argumenty, że mamy jeszcze 2 lata i dopiero potem te przepisy będą wdrażane do polskiego prawa. Rzeczywiście, w Polsce i w pozostałych krajach Europy odbędzie się dyskusja nad tym, jak dokładnie te przepisy będą wyglądać. Przyznam jednak, że mnie to nie uspokaja, bo jednak kierunek tych przepisów jest ustalany teraz w dyrektywie. Ja bym chciał, żeby ten kierunek był zupełnie inny, żeby gwarantował dużo więcej swobód użytkownikom. Skupiamy się na zagrożeniach, tymczasem dyrektywa ACTA2 była szansą wprowadzenia kilku dobrych przepisów, które nie przeszły. To się już nie zmieni i kolejne dwa lata nic tu nie pomogą, bo kierunek zmian został już wyznaczony – ocenia Alek Tarkowski.

Jednocześnie podkreśla, że dyskutowana obecnie unijna dyrektywa – która została potocznie okrzyknięta mianem ACTA2 – ma niewiele wspólnego z porozumieniem ACTA, które wywołało falę ogólnoeuropejskich protestów i ataków hakerskich na instytucje rządowe w 2012 roku. Przede wszystkim – unijna regulacja nie dotyczy indywidualnych użytkowników sieci, a jedynie internetowych potentatów jak Google czy Facebook. Wprowadzone niedawno poprawki ograniczają też jej wpływ na mikroprzedsiębiorców, małych wydawców i niekomercyjną działalność. Jednak z drugiej strony – trudno przewidzieć, jaki kształt nowa regulacja będzie mieć w poszczególnych krajach UE i jak będzie egzekwowana w praktyce.

– Warto pamiętać, że tak naprawdę nie mamy do czynienia z ACTA2. Dyskutowana pięć lat temu ACTA1 była porozumieniem, traktatem międzynarodowym. Teraz mamy do czynienia z dyrektywą unijną, a więc zupełnie innym dokumentem. Mówienie o ACTA2 ma sens wyłącznie w kontekście sytuacji, w której kolejny raz rozpoczęły się protesty i wielka, rozpalająca emocje dyskusja o prawach autorskich, o tym co można w internecie. W tym kontekście nazwa ACTA2 ma jakiś sens, ale odnosząc się do samych przepisów – jest nieporozumieniem – zaznacza ekspert.

Prezes fundacji Centrum Cyfrowe ocenia również, że obecnie funkcjonujące przepisy, które regulują twórczość w internecie, są anachroniczne i wymagają dostosowania do nowej, cyfrowej rzeczywistości.

– Internet dzisiaj nie opiera się na zasadzie „hulaj dusza, piekła nie ma”, są w nim przepisy. Niestety, są anachroniczne, dobrze byłoby je zmodernizować. Kłopot polega na tym, że część z tych wizji modernizacyjnych nie bierze pod uwagę potencjalnych zagrożeń. W środowisku działaczy internetowych trwa duża dyskusja: czy lepiej było tę ustawę przyjąć, bo są w niej jakieś pozytywne elementy i po raz pierwszy od kilkunastu lat wprowadza się jakieś zmiany? Czy też jednak te nowe przepisy są zbyt dużym zagrożeniem? Myślę, że to wykrystalizuje się, gdy rozpocznie się dyskusja między Parlamentem, Komisją i Radą – konkluduje Alek Tarkowski.

We wrześniu ruszył rządowy program „Czyste Powietrze”

Od 19 września 2018 r. można składać wnioski, aby uzyskać dofinansowanie na wymianę źródła ciepła oraz termomodernizację domów jednorodzinnych. Ruszył rządowy program Czyste Powietrze.

Wsparcie można przeznaczyć na wymianę źródeł ciepła, modernizację systemu ogrzewania, systemu wentylacji, izolację przegród zewnętrznych, czy wymianę stolarki. Właściciele domów jednorodzinnych mogą otrzymać dotacje w wysokości nawet do 90 proc.  kosztów kwalifikowalnych. Będzie to uzależnione od dochodów rodziny.

– Jednak dla biedniejszych rodzin wymagany wkład własny, to może być kilka tysięcy złotych, co oznaczałoby, że wielu rodzin nie będzie na to stać – mówi w rozmowie z MarketNews24 Magdalena Skłodowska z WysokieNapiecie.pl. – Bank Światowy sugerował, że skuteczniejszy w walce ze smogiem byłby taki program, w którym rodziny o szczególnie niskich dochodach otrzymają 100 proc. dofinansowanie.

SherLOCK od Aliora

Podczas odbywającego się w Krakowie IV. Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa – CYBERSEC 2018, Alior Bank zaprezentował finalny prototyp autorskiego urządzenia kryptograficznego, służącego do szyfrowania przelewów internetowych. Już wkrótce rusza z pilotażem mającego podnieść bezpieczeństwo transakcji SherLOCKa wśród klientów biznesowych. Organizowana przez Instytut Kościuszki konferencja to jedno z najważniejszych wydarzeń poświęconych problematyce cyberbezpieczeństwa w Europie.

Forum CYBERSEC Alior BankForum CYBERSEC to dwa dni intensywnych debat, ponad 140 prelegentów i blisko 1000 uczestników z całego świata. Alior Bank drugi rok z rzędu był partnerem strategicznym wydarzenia, którego misją jest wspieranie procesu budowy europejskiego systemu cyberbezpieczeństwa. Pierwszego dnia, tj. w poniedziałek 8 października br. na scenie Innovation Hydepark, Krzysztof Darmetko, Dyrektor Działu Bankowości Cyfrowej Klienta Biznesowego Alior Banku i Paweł Ogonowski, Menedżer Zespołu Bezpieczeństwa Sieci Alior Banku zaprezentowali uczestnikom SherLOCKa. Pod tą nazwą kryje się urządzenie przypominające wyglądem telefon komórkowy, które podłączone przez USB do komputera, skutecznie chroni transakcje przed złośliwym oprogramowaniem mogącym wykraść dane oraz pieniądze.

Forum CYBERSEC AliorDo tej pory banki, by zabezpieczyć środki finansowe na rachunkach klientów przed atakami cyberprzestępców, stosowały kody jednorazowe, hasła maskowane, karty mikroprocesowe, kody SMS itd. Stworzony przez ekspertów z Alior Banku SherLOCK wprowadza zupełnie nowy sposób ochrony przelewów internetowych i działa niezależnie od poziomu bezpieczeństwa komputera klienta. Użytkownik na ekranie narzędzia zatwierdza wykonywaną przez siebie transakcję. Zaszyfrowany kryptogram, który jest generowany po stronie banku, jest przekazywany do urządzenia bezpośrednio, bez modyfikacji, więc każda próba ingerencji w komunikację lub próba zmiany kryptogramu w przypadku danej transakcji, uniemożliwia wykonanie przelewu. SherLOCK skutecznie zabezpiecza więc klucz prywatny klienta przed skopiowaniem i nieuprawnionym użyciem.

Urządzenie zostało stworzone z myślą o klientach firmowych, którzy wykonują więcej transakcji niż klienci indywidualni i zazwyczaj na większe kwoty. Wierzymy, że wprowadzone przez nas teraz rozwiązanie jest dużym krokiem w kierunku podniesienia bezpieczeństwa środków biznesowych użytkowników bankowości internetowej – wyjaśnił podczas prezentacji SherLOCKa Krzysztof Darmetko, Dyrektor Działu Bankowości Cyfrowej Klienta Biznesowego Alior Banku. Eksperci byli dostępni też przy stoisku, gdzie można było dowiedzieć się więcej na temat urządzenia i zobaczyć jak działa w praktyce.

Drugiego dnia CYBERSEC 2018, uczestnicy Forum mieli okazję posłuchać wykładu Artura Rudzińskiego, Dyrektora Działu Ryzyka i Ciągłości Działania IT Alior Banku na temat wyzwań technologicznych w bankowości. Ekspert opowiedział o tym, jak na przestrzeni lat zmieniała się bankowość i z jakimi ryzykami przychodziło się mierzyć bankowcom. Opisał też współczesne zagrożenia związane z finansowym cyberbezpieczeństwem i sposoby obrony przed nimi.

PFRON i rząd chcą zwiększyć zatrudnienie niepełnosprawnych w Polsce

Zatrudnienie osób niepełnosprawnych można podzielić na dwa segmenty – chroniony i otwarty. Do pierwszego wchodzą zakłady pracy chronionej i zakłady aktywności zawodowej. Obecnie jest łącznie ich nieco ponad tysiąc. Pozostałe to rynek otwarty, czyli wszyscy pozostali pracodawcy zatrudniający osoby niepełnosprawne. PFRON i rząd starają się, aby pracę podejmowało jak najwięcej z nich.Współczynnik zatrudnienia cały czas jest poniżej średniej unijnej, która oscyluje w granicach 45 proc. W Polsce to zaledwie 27 proc. – w związku z tym jest jeszcze wiele do zrobienia w tym zakresie.

– Główną zachętą dla pracodawców jest wysokość dofinansowania. Od jakiegoś czasu pozostaje ona na niezmienionym poziomie, oczywiście w zależności od stopnia niepełnosprawności – powiedział serwisowi eNewsroom Tomasz Maruszewski, zastępca prezesa PFRON – Największe dotacje uzyskiwane są w przypadku niepełnosprawności znacznej i wynoszą 1800 złotych. Stopień umiarkowany to już 1125 złotych, a dla lekkiego przewidziane jest 450 złotych. Przedsiębiorcy w dużej mierze korzystają z tej zachęty finansowej. Obecnie takie dofinansowanie udzielane jest blisko 250 tysiącom niepełnosprawnych pracowników. PFRON prowadzi specjalne, prozatrudnieniowe programy – takie jak Praca i Integracja czy Stabilne Zatrudnienie. Pierwszy jest skierowany do pracodawców państwowych, dużych spółek. Umowa została podpisana m.in. z Pocztą Polską i zakłada zatrudnienie 400 pracowników. Realizowane jest także porozumienie z PKP SA, w ramach którego pracę znajdzie znaczna liczba niepełnosprawnych. Program Stabilne Zatrudnienie powstał z myślą o administracji państwowej, w tym także samorządowej. Wskaźnik zatrudnienia w tym sektorze jest również wielce niezadowalający i wynosi teraz niecałe 4,5 proc. W służbie cywilnej to zaledwie 2,5 proc.Prowadzone przez PFRON programy mają to zmienić – podsumował Maruszewski.

Wysportowany pracownik to kreatywny i wydajny pracownik

Pracodawcy zachęcają do aktywności fizycznejRozwój technologiczny, który rewolucjonizuje świat na naszych oczach, wprowadza nieuchronnie zmiany w sposobie naszego życia i pracy. Rozwój sztucznej inteligencji, robotyzacja, zarządzanie ogromną ilością danych – wszystko to sprawia, że zmienia się model kompetencyjny pracowników, również polskich firm. Na znaczeniu zyskują: kompleksowe rozwiązywanie problemów, kreatywność, innowacyjność, umiejętność współpracy, empatia. Tylko czy wszyscy pracownicy i liderzy mają siłę, aby takimi się stać?

Z badania „Praca, moc, energia w polskich firmach”, zrealizowanego przez Human Power, wyłania się dość alarmujący obraz. Analizy pokazują, że w polskich firmach funkcjonują cztery typy pracowników – tylko jeden z nich jest wysoce efektywny i wpisuje się w profil pracownika przyszłości. A co z resztą?

Prawie 30 proc. pracowników to osoby przemęczone, zniechęcone, sfrustrowane i bez energii. Mają przeświadczenie, że w pracy nie wykorzystują ani swojego potencjału, ani umiejętności. Ich głównym motywatorem pozostają pieniądze. – Określiliśmy ich mianem Wypalonych Rutyniarzy – mówi Małgorzata Czernecka, szefowa Human Power i autorka badania. – Ta nazwa wskazuje na ważną część problemu, związaną z niskim poziomem efektywności. Wypalonych Rutyniarzy cechuje brak dbałości o siebie – za mało śpią, nie ćwiczą, jedzą „fast foody”, spadki energii niwelują kawą, energetykami i słodkimi przekąskami. Mają najniższy poziom energii do działania i najczęściej myślą o zmianie pracy z powodu zmęczenia obowiązkami zawodowymi.

Jeśli dodamy do tego drugi wyłoniony w badaniu typ – Rzemieślnika bez Wigoru – który stanowi 27,5 proc., to stwierdzimy, że znacznie ponad połowa pracowników często odczuwa zniechęcenie, irytację, strach i niepokój, nie wykonuje zadań, które sprawiają im satysfakcję i radość, a także nie do końca zna sens i cel swoich obowiązków służbowych. Na takich fundamentach nie sposób budować kompetencji przyszłości, które pomogą wygrać ze sztuczną inteligencją.

Pracownicy o niskim poziomie energii, odczuwający frustrację, irytację czy lęk, nie są w stanie kompleksowo rozwiązywać problemów, krytycznie i twórczo myśleć, wykazywać empatii, dobrze współpracować z innymi, czy być elastyczni poznawczo. Według World Economic Forum osoby z takimi właśnie kompetencjami będą najbardziej potrzebne w najbliższych latach – dodaje Małgorzata Czernecka.

Na podstawie wyników badania „Praca, moc, energia w polskich firmach” udział silnych, efektywnych pracowników, którzy potrafią skutecznie zarządzać własną energią i w pełni korzystać ze swojego fizycznego, emocjonalnego i mentalnego potencjału, szacować można na jedyne 16,8 proc. To tak zwani Spełnieni Maksymaliści. Spodziewać się można, że grupa ta stopniowo będzie stawać się coraz bardziej liczna, a to za sprawą liderów. Tych pełnych energii, najbardziej efektywnych, jest 21,5 proc. (tzw. Liderzy na Pełnej Petardzie). Niepokoić może fakt, że Liderów na Oparach, którzy każdy nowy dzień pracy rozpoczynają z lękiem i pesymistycznym nastawieniem, jest w polskich firmach prawie ¼. Tymczasem z badań Aon wynika, że zaangażowanie pracowników w blisko 60 proc. zależy od poziomu zaangażowania samego lidera. – Bez zaangażowanego szefa nie można myśleć o budowaniu zaangażowanego zespołu – wskazuje Magdalena Warzybok, Talent Practice Director w Aon. – W tym kontekście alarmujące wydaje się, że blisko co czwarty lider to „Lider na Oparach”. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przypuszczać, że jego zespół również działa „na oparach”.

Jak pracodawcy mogą wspierać najbardziej efektywne jednostki i inspirować pozostałych do zmiany? Odpowiedzi należy szukać w dziedzinie zarządzania energią. – Wyniki badania „Praca, moc, energia w polskich firmach” dobitnie pokazują, jak ważna dla samopoczucia i efektywności pracowników jest regularna aktywność fizyczna – komentuje Robert Moreń, dyrektor ds. komunikacji w Benefit Systems. – Najkrócej mówiąc, im więcej się ruszamy, tym wyższy mamy poziom energii i tym lepsze osiągamy efekty w pracy. Dlatego firmy powinny namawiać pracowników do aktywności.

Osoby, które dbają o swoje samopoczucie i zdrowie, są bardziej efektywne, a wręcz… bardziej zmotywowane – dodaje Monika Szymczuk, marketing manager Dailyfruits. – To one zwracają uwagę na to, aby jeść posiłki regularnie, również w pracy; jedzą co najmniej pół kilograma owoców i warzyw dziennie i tak komponują dania, aby dawały im więcej energii.

Podobnie istotne znaczenie, m.in. dla poziomu skupienia, organizacji pracy czy poziomu kreatywności może mieć aranżacja przestrzeni biurowej. Aleksandra Krawsz, Marketing & PR Manager w Kinnarps Polska, podkreśla wagę wydzielenia miejsc do koncentracji i pracy w ciszy. Tego typu rozwiązania mają istotny wpływ na ogólną kondycję psychofizyczną pracowników i wpływają na jakość ich pracy. – A to właśnie z ciała i emocji płynie największe, choć często niedoceniane, wsparcie naszej efektywności mentalnej – podsumowuje Małgorzata Czernecka.

Upowszechnienie mediacji usprawni funkcjonowanie sądów pracy

Mediacja to najprostsza i najskuteczniejsza metoda uzdrowienia prawa pracy – taki wniosek przyniosła ekspercka debata „Postępowanie sądowe w sprawach pracowniczych” zorganizowana przez Pracodawców RP. Nie można bowiem skupiać się tylko na samym Kodeksie Pracy, bo przy niewydolnych sądach jego przepisy pozostaną martwe.

JAK USPRAWNIĆ FUNKCJONOWANIE SĄDÓW PRACYDebatę otworzył Prezydent Pracodawców RP Andrzej Malinowski przypominając, że konieczności zmian w regulacjach rynku i prawa pracy nikt dziś nie kwestionuje. Jednak dyskusja o zmianach podąża w niewłaściwym kierunku.

– To oczywiste, że zmiany są potrzebne, ale musimy pamiętać, że prawo pracy to nie tylko Kodeks pracy. Nie możemy zapominać o instytucji, która wprowadza w życie zapisy kodeksu – Sądach Pracy – mówił Prezydent Malinowski. – Sądy Pracy wydzielono po to, by przyspieszyć postępowanie. Tymczasem sprawy ciągną się latami, co utrudnia życie obu stronom – pracodawcom i pracownikom. Zmiany trzeba wprowadzać systemowo – traktując Kodeks pracy i sądownictwo pracy jako całość – zaznaczył.

W sądach rejonowych merytoryczne załatwienie postępowania w sprawach pracowniczych trwa średnio ok. 380 dni, w sądach okręgowych I instancji – 760 dni, w sądach okręgowych II instancji – 98 dni, w sądach apelacyjnych – 272 dni. Jeżeli więc sprawa przechodzi przez dwie instancje, a tak przeważnie się dzieje, trwa ona odpowiednio dłużej.

Obserwując długość procesu sądowego w sprawach pracowniczych pojawia się pytanie, czy funkcja ochronna pracownika ma charakter rzeczywisty czy iluzoryczny. Przyczyną tego stanu rzeczy często jest niemożność obsadzenia pełnego składu sędziowskiego. Okazuje się, że prawo do sądu formalnie istnieje, lecz jego realizacja zdaje się odbiegać od standardów ustawowych, a nawet konstytucyjnych. Nie chodzi tylko o realizację funkcji ochronnej prawa pracy, lecz także o czas przedsiębiorcy. Nawet po zwolnieniu pracownika zgodnie z prawem może on spędzić w sądzie wiele godzin, które mógłby przecież przeznaczyć na prowadzenie firmy.

– Przedłużające się postępowanie w sądzie pracy wcale nie jest na rękę pracodawcy. Z punktu widzenia przedsiębiorcy zajmuje to czas i generuje koszty – mówiła prof. Monika Gładoch, doradca Prezydenta Pracodawców RP. Jej zdaniem kluczem do udrożnienia sądownictwa pracy jest rozwiązanie części spraw na poziomie mediacji.

– Mediacja z pewnością przyspiesza postępowanie sądowe, ale powinna być rozumiana szerzej: nie tylko jako narzędzie ułatwiające pracę sądu, ale także jako sposób na usprawnienie komunikacji między stronami – uważa dr Katarzyna Antolak-Szymański z Uniwersytetu SWPS. – Mediacja tak naprawdę powinna zaczynać się zanim dojdzie do sprawy w sądzie pracy . Trzeba upowszechniać wśród pracodawców i pracowników wiedzę o tym, czym jest mediacja i jakie korzyści przynosi obu stronom.

Debata jasno pokazała, że najpilniejszym problemem związanym z prawem pracy jest udrożnienie sądów pracy. Uczynić to można przez umiejętne wprowadzenie do relacji pracodawca-pracownik elementu mediacji. Odpowiedź na pytania jak to zrobić pozostaje nadal otwarte. Jest to jednak niezbędne.

– Najprostszą i najskuteczniejszą metodą przyspieszenia postępowania przed sądem pracy w tej chwili byłaby promocja mediacji oraz wprowadzenie do przepisów zapisów w tym zakresie – podsumowała debatę prof. Monika Gładoch.

PKN ORLEN i TAURON podpisały list intencyjny dot. gruntu pod budowę elektrociepłowni w czeskich Neratowicach

PKN ORLEN i TAURON podpisały list intencyjny dotyczący warunków udostępnienia gruntu pod budowę elektrociepłowni w Czechach.

podpisanie listu intencyjnego ORLEN TAURON

W ramach podpisanego Listu Intencyjnego TAURON i PKN ORLEN zadeklarowały powołanie zespołu roboczego. Jego zadaniem będzie m.in. analiza warunków współpracy na jakich spółka z Grupy Kapitałowej ORLEN udostępni Tauronowi teren do ewentualnej budowy nowoczesnego źródła wytwarzania w czeskich Neratowicach. Zespół będzie się składał z przedstawicieli każdej z firm, a liderem oraz koordynatorem jego prac będzie TAURON.

Inwestycja, której dotyczą analizy, ma być wysokosprawnym źródłem energii elektrycznej i ciepła w postaci pary m.in. dla należącej do Grupy Kapitałowej ORLEN, jednej z największych firm chemicznych w czeskim przemyśle – spółki Spolana.

Spółki z udziałem skarbu państwa powinny ze sobą współpracować i wspierać, tam gdzie jest to możliwe i ma uzasadnienie ekonomiczne. Rozwój polskich aktywów w regionie Europy Środkowo – Wschodniej jest dla nas istotny. Założenia listu intencyjnego wpisują się w tę politykę. Zwłaszcza, że analizujemy możliwości inwestycyjne w zakresie nowych technologii chemicznych i instalacji produkcyjnych w Czechach. Istotnym kryterium realizacji tych projektów inwestycyjnych jest zapewnienie dostępu do źródeł energii po jak najbardziej atrakcyjnej cenie – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

W efekcie realizacji rozważanej inwestycji będzie można również wytwarzać energię elektryczną dla spółki obrotu TAURON Czech s.r.o., z przeznaczeniem na czeski lub polski rynek energii.

– Z myślą o zapewnianiu bezpieczeństwa energetycznego analizujemy projekty dywersyfikujące nasze źródła zasilania. Współpraca dwóch wiodących polskich koncernów w przedsięwzięciach energetycznych wpisuje się w rządową Strategię na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju – mówi Filip Grzegorczyk, Prezes Zarządu TAURON Polska Energia. – TAURON, zarządzając spółką obrotu energią elektryczną w Republice Czeskiej, jest zainteresowany posiadaniem nowoczesnego i efektywnego energetycznie źródła wytwórczego na tym rynku – dodaje prezes TAURONA.

Dywersyfikacja źródeł wytwarzania w Grupie TAURON

podpisanie listu intencyjnego ORLEN TAURONTAURON konsekwentnie różnicuje posiadane portfolio wytwórcze. Stan zaawansowania realizacji flagowej inwestycji Grupy TAURON, czyli budowy bloku energetycznego o mocy 910 MW w Jaworznie osiągnął już 80 procent. Pozwoliło to na rozpoczęcie prac rozruchowych. Zakończenie inwestycji planowane jest na czwarty kwartał 2019 roku. Nowy blok 910 MW będzie wysokosprawną jednostką wytwórczą, którą charakteryzować będzie najwyższa sprawność w swojej klasie w Polsce, czyli 45,9% netto, stanowiąc przy tym znaczący element bezpieczeństwa energetycznego Polski.

Grupa dąży również do zwiększenia mocy wytwórczych w technologii wiatrowej. TAURON Polska Energia otrzymał zaproszenie do rozpoczęcia negocjacji w sprawie nabycia pięciu farm wiatrowych należących do grupy in.ventus. Farmy wiatrowe, będące przedmiotem negocjacji, zlokalizowane są w północnej części Polski, a ich łączna moc zainstalowana wynosi około 200 MW.

Dobry e-marketingowiec w cenie. Zarabiają krocie i wciąż liczą na więcej

Krzysztof Borkowski, headhunter Sales & Marketing w Antal
Krzysztof Borkowski, headhunter Sales & Marketing w Antal

Choć do niedawna nie było wcale łatwo ze znalezieniem pracy w marketingu, to dziś sytuacja diametralnie się zmienia. Rozwój technologii spowodował, że tylko w lutym ubiegłego roku, pracodawcy zwiększyli zapotrzebowanie na pracowników ds. marketingu o 14,6 proc. (rok do roku). Rośnie również wartość rynku technologii marketingowych, a jak wynika z prognoz do 2025 roku firmy wydadzą na oprogramowanie marketingowe prawie 130 mld USD – 60% zakupów dokonają działy marketingu, a pozostałe 40% działy IT[1].

Marketing przez wiele lat cieszył się opinią jednego z najpopularniejszych kierunków studiów, na jaki decydowali się absolwenci szkół średnich. W efekcie po czasie zaczęliśmy obserwować  nadwyżkę specjalistów. Dziś branża przeżywa swoiste ożywienie, co ma związek ze stale rosnącą świadomością konieczności promowania marki i docierania do klienta różnymi kanałami. Firmy inwestują coraz więcej w działania marketingowe, a szczególnym zainteresowaniem cieszą się przemyślane działania internetowe, realizowane m.in. w mediach społecznościowych. Gdzie specjaliści ds. marketingu znajdą dziś zatrudnienie?

Nowoczesny marketing kluczem do skutecznej sprzedaży

Organizacje, które zakładają utrzymanie świadomości marki na dynamicznie zmieniającym się rynku i planują stabilny rozwój działalności nie mogą pozwolić sobie na brak obecności w Internecie. Skuteczny e-mail marketing, grupy branżowe w serwisie Facebook oraz LinkedIn, precyzyjne reklamy targetowe, Google AdWords, chatbox w e-commerce czy w końcu video wizytówki, to tylko nieliczne narzędzia wspierające działania sprzedażowe i ciężko byłoby wyobrazić sobie bez nich współczesny marketing. Co za tym idzie, do najbardziej pożądanych należą kandydaci o doświadczeniu w e-marketingu, czyli ci z praktyczną znajomością narzędzi internetowych. Kluczową rolę ogrywają również kompetencje miękkie, a przede wszystkim kreatywność i nowatorskie podejście do kampanii w świecie digital.

Specjaliści otrzymują średnio 7 ofert pracy rocznie

Rosnąca digitalizacja i stopniowe odchodzenie od tradycyjnych form marketingu przyczynia się do polepszenia sytuacji specjalistów ds. marketingu na rynku pracy. Liczba otrzymywanych zaproszeń do procesów rekrutacyjnych stale rośnie, a specjaliści czy menedżerowie otrzymują przeciętnie około 9 ofert rocznie. Jak wynika z najnowszego raportu Antal, Aktywność Specjalistów i Menedżerów, marketingowcy otrzymali w 2017 roku średnio 7 ofert pracy –  to 15 % więcej niż w 2016 roku. Największe zapotrzebowanie obserwujemy nie tylko w dynamicznie rozwijającym się przemyśle spożywczym i farmaceutycznym, ale również w branży motoryzacyjnej, elektrotechnicznej czy budowlanej.

Dobry e-marketingowiec w cenie, czyli w jakiej?

Aktualna sytuacja na rynku pracy jasno wskazuje na dominację kandydatów, a stale rosnące zapotrzebowanie na tych najbardziej wykwalifikowanych specjalistów umacnia ich pozycję. Obecnie, gdy wielu pracodawców boryka się z brakami kadrowymi, a największym wyzwaniem jest zarówno pozyskanie, jak i utrzymanie w swoich strukturach najlepszych pracowników.

Jak pokazuje Raport płacowy Antal, specjalista ds. marketingu internetowego może liczyć dziś na wynagrodzenie pomiędzy 5000 a 8000 zł brutto, a zarobki menedżera plasują się na poziomie 12.000 – 18.000 zł brutto.

To jednak nie wszystko, gdyż wynagrodzenie podstawowe uzupełniane jest o różnego rodzaju premie, a sama oferta zatrudnienia wiąże się również z coraz bogatszym pakietem benefitów pozapłacowych, elastycznymi godzinami pracy czy możliwością pracy zdalnej. Pracodawcy kładą obecnie coraz większy nacisk na politykę zarządzania talentami w organizacji, dlatego oferują również  różnego rodzaju szkolenia, czy rozwój kompetencji w określonym kierunku.

Jakich kompetencji szukają dziś pracodawcy?

Skuteczny marketing wymaga określonych kompetencji, a firmy inwestując w rozwój działu marketingu szukają kandydatów o bardzo zróżnicowanym doświadczeniu czy o określonych cechach charakteru. Współczesny dział marketingu nie może obejść się bez umiejętności atrakcyjnego, często również perswazyjnego stylu pisania – tzw. call to action. Przy czym marketing potrzebuje obecnie jakościowych treści, tym bardziej, że materiał z całą pewnością zostanie wykorzystany w formie artykułu, wpisu na blogu w mediach społecznościowych lub jako newsletter. Współczesny marketing wymaga również znajomości różnorodnych narzędzi, a marketingowcy, którzy sprawnie posługuję się choćby narzędziami Google cieszą się szczególnym zainteresowaniem pracodawców.

Warto także zwrócić uwagę na kompetencje miękkie, wśród których kluczową rolę odgrywa kreatywność, elastyczność, ale także zdolności analityczne, bez których współczesny marketing nie może istnieć. Żadna firma nie może wyobrazić sobie obecnie realizacji kampanii bez jej dokładnej analizy pod kątem efektywności i dokonania jej optymalizacji.

Stabilne zatrudnienie i kusząca perspektywa na przyszłość?

Nie ulega wątpliwości, że praca w obszarze e-marketingu może być przyszłościowym zawodem. Zakładając rozwój nowych technologii, digitalizację i automatyzację procesów, wiązanie swojej przyszłości z marketingiem pozwoli z całą pewnością na wiele możliwości zawodowych. Wszystko zależy jednak od umiejętności dostosowania się do dynamicznie zmieniającego się środowiska i trendów, biegłością w zaawansowanych technologiach  i motywacją do ciągłego kształcenia w tym zakresie.

Krzysztof Borkowski, headhunter Sales & Marketing w Antal

[1] IDC report „Worldwide Marketing software Forecast 2014 – 2018”

Zarządzanie danymi wyzwaniem w sektorze ochrony zdrowia

Przy obecnej skali przyrostu danych w cyfrowym świecie, umiejętność zidentyfikowania tych danych, które są istotne z perspektywy procesów decyzyjnych firmy oraz ich umiejętnego przetworzenia, skorelowania i włączenia w procesy zarządzania jest niezwykłym wyzwaniem. Dotyczy to wszystkich obszarów gospodarki, ale w sektorze ochrony zdrowia jest to szczególnie widoczne, między innymi ze względu na mnogość form i źródeł z jakich pochodzą dane. Zarządzanie danymi w ten sposób, by zmaksymalizować ich praktyczną wartość dla organizacji wymaga jednak systemowego podejścia. Raport KPMG International pt. „Data governance: Driving value in healthcare” prezentuje podstawy strategii zarządzania danymi, tak aby w pełni wspierały strategiczny rozwój organizacji.

Nowe narzędzia do pozyskiwania i przetwarzania wielkich ilości danych są wykorzystywane w wielu aspektach działań organizacji obecnych w sektorze ochrony zdrowia. Wspaniale rozwijającym się obszarem, w którym mogą być wykorzystane takie narzędzia jest usprawnienie zarządzania w segmencie finansowym i regulacyjnym. Dzięki właściwemu przetwarzaniu danych kierujący organizacją zyskują możliwość realnej kontroli nad procesami nawet w bardzo dużych podmiotach i przy skomplikowanych systemach rozliczeń. Zwiększa to efektywność całego systemu ochrony zdrowia, a docelowo wpływa na jakość obsługi pacjentów – mówi Sabina Sampławska, dyrektor i szef sektora Life Science w KPMG w Polsce.

Wdrażając nowe technologie wspierające transformację biznesową i kliniczną, organizacje z sektora opieki zdrowotnej koncentrują się zazwyczaj na dwóch poziomach wpływu: natychmiastowej korzyści taktycznej technologii w zakresie przepływu pracy i związanych z nią kluczowych wskaźników wydajności oraz korzyści strategicznej płynącej z wykorzystania nowo dostępnych danych i zintegrowania ich z istniejącymi zbiorami w celu stworzenia nowej wartości.

Świat cyfrowy wkracza w kolejne dziedziny życia. W sposób nieunikniony dzieje się to także w sektorze farmaceutycznym i szeroko rozumianym sektorze opieki zdrowotnej. Sektory te ze względu na swoją specyfikę i ogromny wpływ na wiele dziedzin życia społecznego są również coraz bardziej regulowane. Od 2019 roku w życie wchodzą przepisy Dyrektywy 2011/62/UE (nazywanej „Dyrektywą fałszywkową”) dotyczące serializacji leków. W tym samym roku obowiązkowe będzie wykorzystywanie systemów i słowników przygotowanych przez European Medicines Agency czyli SPOR Data Services. Od 2018 roku dostępne jest produkcyjne środowisko Zintegrowanego Systemu Monitorowania Obrotu Produktami Leczniczymi. Każda z tych inicjatyw wymaga połączenia informatycznych „krwioobiegów” firm farmaceutycznych, hurtowni leków, aptek, zakładów opieki zdrowotnej i regulatorów rynku. Każda wymaga od uczestników systemu wymiany ogromnych ilości danych. I nic nie wskazuje, aby obciążenia w tym zakresie w przyszłości uległy redukcji. Wprowadzenie zasad zarządzania danymi i uporządkowanie procesów zarządzania danymi podstawowymi (MDM) jest podstawowym narzędziem, które pozwoli firmom zachować zgodność i ograniczyć koszty związane z wymogami regulacji, a docelowo czerpać również większe korzyści z zasobów informacyjnych będących w posiadaniu organizacji – mówi Krzysztof Radziwon, partner w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.

O RAPORCIE
„Data governance: Driving value in healthcare” to publikacja KPMG International wskazująca wyzwania w zakresie zarządzania danymi opracowane na podstawie wywiadów z liderami organizacji oraz wynikające z doświadczeń ekspertów KPMG, a także sygnalizująca wybrane ryzyka, które powinny zostać wzięte pod uwagę w procesie projektowania systemu zarządzania danymi. Raport omawia również model dojrzałości w zakresie zarządzania danymi.

Nastroje producentów coraz gorsze. Giełdowy Indeks Produkcji stracił 3,82%

We wrześniu GIP60 podążył śladami całej GPW i zamknął miesiąc na poziomie 946 punktów, co oznacza spadek o 3,82% w porównaniu z końcem sierpnia, kiedy GIP60 zakończył wakacyjną serię wzrostów. Pogorszenie nastrojów widoczne jest zarówno wśród inwestorów, jak i w realnej sferze przemysłu produkcyjnego.

Pierwsza połowa miesiąca była surowa dla całej GPW, co odbiło się na cenach akcji polskich producentów, a w konsekwencji także na wartości Giełdowego Indeksu Produkcji. Pierwsze dwie sesje we wrześniu pozwoliły indeksowi GIP60 powrócić nad wartość bazową wyznaczoną na początku 2016 roku, jednak od tego momentu aż do połowy miesiąca jego kurs podążał już tylko w dół, głównie za sprawą negatywnych nastrojów panujących na całym warszawskim parkiecie. W drugiej połowie miesiąca indeks powoli odrabiał straty, ale ostatnia sesja przyniosła największy dzienny spadek w tym miesiącu ustalając wrześniowy wynik GIP60 na poziomie 946 punktów, a więc 3.82% mniej niż w minionym miesiącu.

Wrzesień przyniósł straty wszystkim indeksom WIG, a największymi ofiarami negatywnych nastrojów okazały się małe spółki z indeksu sWIG80, które straciły w tym czasie aż 8.57% m/m. Znacznie lepiej, poradziły sobie największe spółki z WIG20, ale również one straciły we wrześniu 2.25% m/m. Średnie spółki z indeksu mWIG40 zamknęły wrzesień z wynikiem -1.47% m/m, a cały rynek monitorowany za pomocą indeksu WIG osiągnął w tym czasie wynik -2.26% m/m.

Wszystkie branże tracą solidarnie

Analizując wrześniowe ceny akcji polskich producentów w przekroju branżowym widać, że był to ciężki miesiąc praktycznie dla każdej branży. Najgorzej w tym czasie poradziły sobie spółki z branży metalurgicznej (średnio -12.24% m/m), chemicznej (-10.73% m/m) i materiałów budowlanych (-8.63% m/m), a najlepiej spółki z branży spożywczej (-1.22% m/m), producenci tworzyw sztucznych (-3.54% m/m) i projektanci-dystrybutorzy odzieży (-3.84% m/m) – wszystkie one skończyły wrzesień na minusie.

Analizując wyniki spółek z powyższych branż pod kątem narodowości zaangażowanego kapitału, można dojść do wniosku, że w negatywnej ocenie rynkowej spółek polski charakter kapitału nie miał decydującego znaczenia. Subindeksy WIG-CHEMIA (-12.99% m/m) i WIG-BUDOW (-9.82% m/m) to obok WIG-MEDIA (-10.82% m/m) i WIG-MOTO (-9.65% m/m) najgorsze subindeksy tegorocznego września. Stosunkowo lepiej poradził sobie WIG-SPOŻYWCZY (-1.64% m/m) i WIG-ODZIEŻ (-3.41% m/m), a cały WIG-POLAND zamknął wrzesień z wynikiem -2.08% m/m.

Roszady w akcjonariacie u liderów wrześniowego rankingu GIP60

Pierwsze miejsce wrześniowego rankingu GIP60 z miesięcznym wzrostem wartości rynkowej na poziomie 13.1% przypadło FERRUM. Drugim stopniem podium może pochwalić dla ALCHEMIA za wzrost wartości o 8.2%, a trzecim miejscem LENA LIGHTING za wzrost ceny akcji o 8.1%. Paradoksalnie, mimo ogólnie złej koniunktury giełdowej na akcjach spółek z branży hutniczej i metalurgicznej, najwyższymi stopami zwrotu wśród wszystkich spółek GIP60 osiągnęły dwie spółki z tej branży.

Największy wpływ na wyniki FERRUM miały informacje o wysokości pakietu zamówień między nią, a spółką IZOSTAL, który opiewa na kwotę 24.9 mln EUR. Innym czynnikiem, który wywołał pozytywną reakcję rynku była informacja o zmianach w statucie spółki, dokonanych przez Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie, pozwalających na jej reorganizację.

W październiku miało miejsce kolejne ciekawe zdarzenie związane z tą spółką, a mianowicie wezwanie do zapisu na sprzedaż jej akcji, ogłoszone przez Fundusz Inwestycji Polskich Przedsiębiorstw. Potwierdził on planowane zwiększenie zaangażowania udziału Skarbu Państwa w FERRUM, pozwalające uzyskać ponad 50% udziału.

Na kurs akcji ALCHEMIA duży wpływ mają obecnie działania zakulisowe związane w tym przypadku z programem skupu akcji własnych przez zarząd, w celu dalszej odsprzedaży. We wrześniu na kurs akcji ALCHEMII pozytywnie wpłynęły ogłoszone pod koniec sierpnia bardzo dobre wyniki finansowe za pierwsze półrocze 2018 roku. Wzrost przychodów do poziomu 586 mln zł (+24,8% r/r) i wypracowanie solidnego zysku na poziomie 26 mln zł w porównaniu ze stratą 0.5 mln zł rok wcześniej, a także wysokie nakłady inwestycyjne, zostały pozytywnie odebrane przez inwestorów.

Wzrost przychodów w pierwszym półroczu zaraportowała również spółka LENA LIGHTING, jednak w jej przypadku wiązało się to ze spadkiem zysku niemalże o połowę, co wywołało mieszane reakcje inwestorów. Pozytywnymi sygnałami płynącymi z raportu okresowego są znaczna poprawa płynności i wzrost dodatniego salda przepływów pieniężnych z działalności operacyjnych. Również w przypadku LENA LIGHTING członkowie zarządu, korzystając z atrakcyjnych wycen na GPW, przystąpili do zakupu akcji spółki.

Załamanie nastrojów w spółkach produkcyjnych

Przyglądając się realnym aspektom działalności polskich firm produkcyjnych należy zwrócić uwagę na największy od ponad 4 lat spadek nowych zamówień eksportowych. Patrząc szerzej, ogólnie koniunktura w polskim sektorze przemysłowym, po długim okresie doskonałych wyników, znalazła się blisko stagnacji. Ogólna liczba zamówień spadła po raz pierwszy od października 2016 roku, podczas gdy nastroje kadry menedżerskiej badane za pomocą wskaźnika PMI spadają już trzeci miesiąc z rzędu. Tym razem wskaźnik PMI dla polskiego przemysłu zatrzymał się na poziomie 50.5 punktów, wydłużając sekwencję odczytów powyżej granicy 50 punktów do 4 lat, ale jest to poziom tak niski, że może się okazać, iż był to ostatni pozytywny odczyt tej serii.

PMI spadło nie tylko w Polsce, ale również w całej strefie Euro, gdzie nastąpiła redukcja z 54.6 punktów w sierpniu do 53.2 we wrześniu. Duży wpływ na to miało ochłodzenie nastrojów w Niemczech, gdzie PMI spadł z 55.9 do 53.7 punktów, co z oczywistych względów miało spore znaczenia na nastroje panujące w naszym rodzimym przemyśle. Korektę zaliczył także zagregowany wskaźnik PMI obliczany dla całego świata przemysłowego, który z poziomu 52.6 spadł w ciągu ostatniego miesiąca do poziomu 52.2, a chiński PMI przemysłowy zatrzymał się w tym miesiącu na magicznej granicy 50 punktów. Jednak nie wszędzie panowały negatywne nastroje, wzrost PMI zanotowano np. w Stanach Zjednoczonych (z 54.7 do 55.6). Czas pokaże, czy jesień przyniesie nam powrót na ścieżkę wzrostów, czy pogłębi jeszcze bardziej załamanie nastrojów w przemyśle.

Osłabienie nastrojów wśród operacyjnej kadry menedżerskiej i spadek nowych zamówień to połączenie, które zwykle nie wróży nic dobrego dla wartości rynkowej spółek. Jednak właściciele spółek produkcyjnych, korzystając z rekordowo niskich wycen, zwiększają swoje zaangażowanie w akcjonariacie. Może to być sygnał oznaczający, że jesteśmy już blisko dołka i oczekuje się odbicia na rynku. Myślę, że najbliższy czas pokaże, który szczebel kadry menedżerskiej w spółkach produkcyjnych jest bliżej prawdy. Z pewnością dużo będzie zależało od wyników finansowych spółek, które mimo wzrostu przychodów bardzo często w ostatnim czasie notowały spadek zysków – komentuje Maciej Zaręba z DSR, współtwórca Giełdowego Indeksu Produkcji.

***

Giełdowy Indeks Produkcji to wspólne przedsięwzięcie firmy DSR, serwisu analitycznego „Produkcja.Expert” oraz Wydziału Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej.

Indeks obejmuje 60 spółek produkcyjnych notowanych na Rynku Podstawowym GPW i pokazuje zmianę nastrojów inwestorów w stosunku do spółek z branży produkcyjnej. Ze względu na precyzyjną analizę wyników poszczególnych przedsiębiorstw produkcyjnych indeks GIP może stanowić wiarygodny barometr faktycznego stanu sektora produkcyjnego.

Giełdowy Indeks Produkcji jest indeksem typu cenowego, więc przy jego kalkulacji nie uwzględnia się dochodów z tytułu dywidend. Za dzień bazowy (pierwszy dzień publikacji, w którym indeks przyjął wartość 1000) został uznany dzień 1 stycznia 2016 roku.

Słabszy wzrost na wyspach. Walka z inflacją nad Bosforem

Wielka Brytania pokazała dzisiaj dane na temat wzrostu PKB oraz sprzedaży detalicznej. Turcja ponownie odkrywa makroekonomię. Rzym stara się uspokoić rynki.

Dane z wysp

Dzisiaj o 10:30 poznaliśmy dwa ważne odczyty dla brytyjskiej gospodarki. Wzrost PKB oraz produkcję przemysłową. Pierwszy odczyt spowolnił do 1,5% z oczekiwanych 1,6% z kolei produkcja rośnie o 1,3% wobec spodziewanego 1%. Oznacza to, że znacznie bardziej tracą usługi. Jak zareagował na te dane funt? Pomimo tego, że można je uznać za  w miarę neutralne brytyjska waluta zareagowała spadkiem. W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że od kilku dni funt wyraźnie zyskiwał na wartości i wielu inwestorów czekało na moment do realizacji zysków.

Turcja walczy z inflacją

Problem rosnących cen w Turcji nie jest nowy. Nie zmienia to faktu, że ostatnimi czasu nasila się. We wrześniu ceny rosły już o 24,5% w skali roku, nie jest to oczywiście Wenezuela, ale budzi już niepokój bo to ósmy najgorszy wynik na świecie. Powodem jest słabnąca waluta, która powoduje, że nie opłaca się import z zagranicy, a krajowi producenci wolą eksportować towar zamiast sprzedać go w kraju. Kraj ten znany jest natomiast z niekonwencjonalnych rozwiązań. Jak można zwalczyć inflację? Można namówić sprzedawców by nie podnosili cen. Proste? Niby tak, ale wielu ekonomistów powie, że to się nie powinno udać z wielu powodów i że prawa popytu i podaży spowodują brak towaru po niższych cenach. Nie mniej zięć prezydenta Erdogana piastujący stanowisko ministra finansów sprawdzi czy teoria pokryje się z praktyką. Co ciekawe część sieci odpowiedziała pozytywnie na apel. Skala obniżek nie jest oczywiście wystarczająca na razie.

Włoski dług straszy

Zapowiedzi Włoch na temat spełniania zapowiedzi wyborczych w tym dochodu gwarantowanego nie budzą zrozumienia na rynkach finansowych. Dowodem tego jest rosnąca rentowność włoskich papierów dłużnych. Wczoraj przez chwilę była ona aż o 3% wyższa od rentowności niemieckiej opartej wszakże na tej samej stopie procentowej. Oznacza to, że inwestorzy każą sobie płacić 3% rocznie więcej za ryzyko trzymania włoskich obligacji względem niemieckich. Minister finansów Włoch uspokoił sytuację, ale co najwyżej ograniczył skalę problemu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Home staging – odpowiednio przygotowane nieruchomości sprzedają się dwa razy szybciej

Wartość sprzedawanego mieszkania na rynku wtórnym można podnieść, jednocześnie skracając okres oczekiwania na przeprowadzenie transakcji. Jednak jest to też dodatkowy koszt, z którym związany jest home staging.

Home staging polega na przygotowaniu nieruchomości do sprzedaży bądź do wynajmu. Celem takiego przygotowania jest zainteresowanie jak największej liczby oglądających nieruchomość, a przez to przyspieszenie sprzedaży lub wynajmu za możliwie najwyższą cenę. Techniki home stagingu opierają się na marketingu.

– Home staging popularny jest w USA, na polskim rynku dopiero się pojawia – mówi w rozmowie z MarketNews24 Agnieszka Sołczyńska z Emmerson. – W Stanach, jak wynika z przeprowadzanych tam badań skraca o 40-60 proc. czas przeprowadzenia transakcji.

Jednak przeprowadzenie remontu czy dodatkowe wyposażenie mieszkania, co podniesie cenę sprzedaży to także dodatkowy koszt dla sprzedającego. Taki koszt to 1,5-8,0 proc. wartości nieruchomości.

Dzięki analityce małe i średnie przedsiębiorstwa mogą wykorzystać potencjał dostępnych danych do budowania przewagi konkurencyjnej

Obecność analityki w dużych przedsiębiorstwach nikogo już nie zaskakuje. Natomiast jej potencjał w sektorze MŚP wciąż jest bardzo duży. Tym bardziej, że narzędzia analityczne są obecnie powszechnie dostępne. Sposoby najlepszego wykorzystania danych w każdym biznesie były tematem konferencji Advanced Analytics and Data Science organizowanej przez Szkołę Główną Handlową w Warszawie we współpracy z SAS Institute i AMA Institute.

– Jak wynika z badania „The cost of poor customer service” przeprowadzonego przez Genesys, polskie przedsiębiorstwa tracą 20 mld dolarów w związku z odpływem klientów. Ta kwota pokazuje, że rotacja kupujących jest bardzo duża, a przywiązanie do marki niewielkie, co stanowi szansę dla organizacji z sektora MŚP. Mogą one potencjalnie pozyskiwać klientów rezygnujących z usług dużych korporacji. Właśnie tym stwierdzeniem rozpoczęto konferencję Advanced Analytics and Data Science.

Przyjęło się, że w SGH kształci się kadry, które następnie często znajdują zatrudnienie w korporacjach. Zależy nam, aby stworzyć również warunki rozwoju dla małych i średnich przedsiębiorstw. Mamy bardzo bogatą ofertę dydaktyczną, włączając Studia Podyplomowe. Katalog Studiów Podyplomowych SGH zawiera opisy 140 programów kształcenia podyplomowego oraz 3 programy Studiów MBA.  Spotkanie środowiska nauki i biznesu, które miało miejsce podczas konferencji Advanced Analytics and Data Science, stwarza szansę na dialog i rozwój współpracy – mówi Profesor Hanna Godlewska – Majkowska, Prorektor ds. Współpracy z Otoczeniem w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Jak wynika z danych PARP, małe i średnie przedsiębiorstwa mają ogromny wpływ na rozwój gospodarki, a ich udział w tworzeniu PKB na przestrzeni ostatnich lat systematycznie rośnie. W Polsce działa ponad 1,9 mln firm, z których zdecydowana większość to reprezentanci sektora MŚP (99,8%). Mimo to, ze względu na skalę działania, korporacje produkują zdecydowanie więcej. Przeszkodą jest brak budżetu i zasobów, których zwiększenie często dodatkowo utrudniają ograniczone możliwości uzyskania finansowania, np. te wynikające z krótkiego okresu działalności organizacji na rynku, co wpływa na negatywny scoring kredytowy.

Jak podkreślają specjaliści SAS i przedstawiciele środowisk naukowych, małe i średnie firmy muszą aktywnie szukać swoich szans biznesowych. Należy do nich m.in. duża elastyczność decyzyjna, która poprzez rozbudowane procedury i centralne zarządzanie jest niemożliwa do zastosowania w większych organizacjach. Przedstawicieli sektora MŚP charakteryzuje również większa skłonność do ryzyka, na którą duże firmy często nie mogą sobie pozwolić.

Firmy zaczynające drogę z zaawansowaną analityką danych muszą też budować wewnętrzne kompetencje w tym zakresie, dlatego bardzo ważna jest współpraca biznesu z uczelniami wyższymi w celu budowania kadr i rozwijania kompetencji analitycznych.

Szkoła Główna Handlowa chce aktywnie uczestniczyć w rozwoju ekonomicznym Polski, dlatego korzystając z konsultacji z przedstawicielami biznesu, tworzymy plan nauczania obejmujący kierunki dedykowane analityce. W Kolegium Analiz Ekonomicznych SGH oferujemy 3 kierunki studiów oraz 14 programów studiów podyplomowych związanych z analityką. Wraz z SAS Instituterealizujemy program edukacyjny, którego uczestnicy otrzymują certyfikaty SAS, w tym m.in. Certyfikat „Analityk Statystyczny z Systemem SAS” oraz Certyfikat „Data Scientist z Systemem SAS” – na kierunku Analiza Danych Big Data, który cieszy się wśród studentów bardzo dużym zainteresowaniem. Certyfikaty uroczyście wręczamy podczas konferencji Advanced Analytics and Data Science – mówi Profesor Joanna Plebaniak, Dziekan Kolegium Analiz Ekonomicznych w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Analityka dla MŚP

Podczas konferencji Advanced Analytics and Data Science zaprezentowano przykłady zastosowania analityki w wielu branżach. Jedno z przytoczonych case study dotyczyło firmy Baltona, polskiego przedsiębiorstwa handlu zagranicznego z wieloletnią tradycją, które we współpracy z Samsung Business Consulting zrealizowało projekt integracji danych pochodzących z portów lotniczych w celu optymalizacji akcji marketingowych. Inny przykład stanowił dostawca usług finansowych – Kasa Centrum, który wykorzystał narzędzia analityczne do maksymalizacji korzyści współpracy z klientami i opracowywania produktów odpowiadających ich potrzebom. W efekcie 75% decyzji, które były podejmowane przez ekspertów zostało zautomatyzowane. Trzecie przedstawione case study dotyczyło firmy Apotex i problemu segmentacji sieci aptecznych. Aktualnie w Polsce działa aż 15 tysięcy aptek. Wyzwaniem jest zarządzanie danymi pochodzącymi z tak ogromnej liczby placówek i wykorzystanie ich do zwiększenia zysku.

Kilka przykładów prezentowanych w trakcie konferencji dotyczyło projektów zrealizowanych przez AMA Institute. Z branży bankowej przedstawiono ekosystem zarządzania całym biznesem kredytowym w oparciu o zautomatyzowane narzędzia analityczne i raportowe, pozwalające na skuteczne konkurowanie małym organizacjom z bankami uniwersalnymi. Inny przykład dotyczył procesu analizy danych paragonowych w małej firmie, która posiada kilka sklepów. Dzięki informacjom znajdującym się na dowodzie zakupu można dowiedzieć się, w jakich godzinach placówkę odwiedza najwięcej klientów lub na jakie kwoty dokonują oni najczęściej zakupów. Ułatwia to m.in. planowanie działań promocyjnych czy podjęcie odpowiednich decyzji odnośnie zatowarowania poszczególnych sklepów. W logistyce analityka pozwala bardziej optymalnie zarządzać zleceniami lub oceniać, czy dany transport lepiej zrealizować, wykorzystując własną flotę czy skorzystać z usług podwykonawcy.

Jak przekonywał w trakcie swojej prezentacji dr Mariusz Cholewa, Prezes Zarządu BIK, małe i średnie firmy powinny współpracować z dużymi operatorami danych. Skuteczne wykorzystanie analityki wymaga odpowiedniego przygotowania, stworzenia planu biznesowego i zbudowania ekosystemu partnerów, wspieranych przez informacje pochodzące z danych. Wśród największych barier stojących na drodze do wdrożenia analityki wymienia się: brak gruntownej analizy potrzeb, nieprawidłowe określenie celów wdrożenia oraz niską jakość danych. Podczas panelu dyskusyjnego, prelegenci rozmawiali o tym, jak pokonać powyższe bariery oraz doprowadzić do sytuacji, kiedy sektor małych i średnich przedsiębiorstw będzie korzystał z rozwiązań analitycznych na szeroką skalę.

Z jednej strony w dzisiejszych czasach istnieją już zaawansowane metody i narzędzia, wykorzystywane powszechnie przez duże przedsiębiorstwa. Z drugiej, można postawić hipotezę, że w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw zarówno wiedza i świadomość dotycząca wartości ekonomicznej narzędzi analitycznych, jak i ich praktyczne wykorzystanie w celu budowy przewag konkurencyjnych jest bardzo ograniczona. W celu pokonania tego ograniczenia potrzebne jest zaangażowanie dużych partnerów biznesowych i instytucji, które wezmą na siebie ciężar rozpowszechnienia istniejących rozwiązań oraz budowy świadomości wśród małych organizacji. To wymaga kompleksowej wizji i zaangażowania, ale przyniesie istotną wartość biznesową dla wszystkich – mówi Serhij Fuks, Prezes AMA Institute.

Konferencja Advanced Analytics and Data Science odbyła się pod honorowym patronatem JM Rektora SGH, prof. dr. hab. Marka Rockiego. Partnerami wydarzenia byli SAS Institute oraz AMA Institute. Patronem wydarzenia był Polski Związek Instytucji Pożyczkowych. Patronat medialny nad konferencją objęły redakcje Harvard Business Review Polska, ITwiz i Wydawnictwo Business Manager Magazine.

Oczekiwane wzrosty kursu dolara osłabią wycenę złotego do euro

Wyższy poziom inflacji w pozostałych krajach CEE przyczynia się do mocniejszych wzrostów rentowności obligacji niż w Polsce. EUR/PLN powrócił do wsparcia na 4,30 wspierany rosnącymi notowaniami EUR/USD m.in. w reakcji na doniesienia o możliwym porozumieniu w sprawie umowy handlowej pomiędzy Wielką Brytanią a UE.

Rynek walutowy i stopy procentowej

We wtorek złoty umocnił się, wspierany rosnącymi notowaniami EURUSD m.in. w reakcji na informację, że do poniedziałku Londyn i Bruksela mogą zawrzeć porozumienie w sprawie umowy handlowej po opuszczeniu UE przez Wielką Brytanię. Kurs EURUSD powrócił w okolice 1,15 co pozwoliło EURPLN zejść do 4,30. Nie zmienia to faktu, że atmosfera na rynku walutowym pozostaje ciężka, ograniczająca wzrosty euro i złotego. Inwestorzy nadal utrzymują duże pozycje dolarowe (pozostając pod wpływem Fed-u oraz spowolnienia w strefie euro, na które dodatkowo nakłada się zaostrzający się spór włoskiego rządu z Brukselą), co czynią m.in. kosztem walut o podwyższonym ryzyku, jak PLN. Kolejne dane z Niemiec potwierdziły spowalnianie tej największej gospodarki EZ. W sierpniu wartość wyrównanego sezonowo niemieckiego eksportu spadła o 0,1% w stosunku do lipca, zaś importu o 2,7% m/m. Nastrojów inwestycyjnych na EM dodatkowo nie wspiera powrót obaw o eskalację wojny handlowej pomiędzy USA a Chinami oraz o kondycję gospodarki Państwa Środka. Te ostatnie pogłębiły się po decyzji o obniżeniu rezerw obowiązkowych dla chińskich banków. Z kolei amerykański Departament Skarbu niepokoi pogłębiająca się deprecjacja chińskiej waluty, która może być wykorzystywana do podniesienia atrakcyjności chińskich towarów eksportowych w sytuacji spowolnienia gospodarczego, za które przynajmniej częściowo odpowiada wojna handlowa ze Stanami Zjednoczonymi. USA rozważają nawet, aby w raporcie, który zostanie opublikowany w przyszłym tygodniu wprost nazwać Chiny manipulatorem walutowym. Dla nastrojów kluczowe pozostaną najbliższe dni. Do poniedziałku Włosi powinni przedstawić do KE szczegółowy projekt budżetu, a nastawienie KE jest znane (negatywne dla euro). W czwartek poznamy zaś dane CPI z USA, które również powinny osłabiać wspólną walutę kosztem dolara, zwiększając zaufanie rynku do dalszych podwyżek stóp przez Fed. Oczekiwane wzrosty dolara powinny wpłynąć na zmiany notowań euro do złotego, w kierunku osłabienia naszej waluty.

Od początku tego tygodnia rentowności polskich obligacji skarbowych pozostają stabilne, utrzymując wzrosty, które nastąpiły w ślad za ruchem na amerykańskiej krzywej dochodowości. Na tle krajów z regionu Europy Środkowo Wschodniej polskie papiery traciły mniej na wartości, na co wpływały przede wszystkim procesy inflacyjne oraz działania banków centralnych. Na Węgrzech inflacja we wrześniu nieoczekiwanie przyspieszyła do 3,6% r/r, co spowodowało, że rentowności tamtejszych 10-letnich obligacji zbliżyły się do 4%, a spread polskich papierów nad węgierskimi, który jeszcze na początku tego roku przekraczał 120pb obecnie spadł w okolice -60pb. Czeska inflacja co prawda obniżyła się do 2,3% r/r, jednak wciąż przekracza cel inflacyjna, co nie zmienia stanowiska Narodowego Banku Czech, którego prezes wciąż bierze pod uwagę możliwość podwyżki stóp procentowych podczas listopadowego spotkania. W przypadku podwyżki, stopy procentowe w Czechach po raz pierwszy znalazłyby się na wyższym poziomie niż w Polsce (obecnie stawki bazowe w obu krajach wynoszą 1,50%). W wyniku podwyżek stóp procentowych przez CNB spread polskich papierów 2-letnich nad czeskimi zawęził się o około 100pb w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy.

Kalendarz makroekonomiczny na środę pozostaje relatywnie pusty, a główną publikacją będą dane o inflacji cen producenckiej w USA za wrzesień. Dane o PPI mogą wpisywać się w retoryką wskazującą na utrzymywanie się presji inflacyjnej w USA (która prowadzi do podwyżek stóp procentowych) i stanowić zapowiedź wspomnianych czwartkowych danych CPI.

Wykres dnia: Mocniejszy wzrost inflacji na Węgrzech niż w Polsce przyczynia się do pozostania spreadu polskich obligacji nad węgierskimi na ujemnych poziomach.

Mocniejszy wzrost inflacji na Węgrzech niż w Polsce przyczynia się do pozostania spreadu polskich obligacji nad węgierskimi na ujemnych poziomach
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Na jakie mieszkania deweloperzy mają najwięcej chętnych

Jakie mieszkania wyprzedają się najszybciej w inwestycjach wprowadzanych na rynek? Do jakiej kwoty poszukuje lokali największa grupa nabywców? Sondę prezentuje serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Na rynku mamy dwie podstawowe grupy klientów, są to klienci inwestycyjni i osoby poszukujące mieszkań dla zaspokojenia swoich potrzeb. Pierwsza grupa klientów zainteresowana jest głównie mieszkaniami w centrach dużych miast, blisko ośrodków akademickich i biurowych o możliwie najmniejszym metrażu, w cenach mieszczących się w przedziale 250-300 tys. zł. W przypadku zakupów na cele mieszkaniowe oczekiwania klientów są uzależnione od wielkości gospodarstwa domowego. W zależności od tego, czy jest to pierwsze mieszkanie dla singla, lokal dla młodego małżeństwa, czy większej rodziny, ceny wahają się średnio od 200 tys. zł do 500 tys. zł.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Kwota, do jakiej klienci preferują mieszkania zależy w znacznej mierze od grupy nabywców, do której kierowany jest projekt. Upraszczając można jednak powiedzieć, że nabywcy inwestycyjni w interesujących ich lokalizacjach chętnie kupują mieszkania o małym metrażu w cenie do 300 tys. zł. Natomiast na przykład w projektach premium często w pierwszej kolejności sprzedają się największe mieszkania, nabywane przez najbardziej wymagających klientów, poszukujących komfortowych nieruchomości.

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

Wśród najchętniej kupowanych mieszkań od lat znajdują się lokale dwupokojowe w cenie, która nie przekracza 300 tys. zł. Dotyczy to wszystkich naszych lokalizacji i lokali nabywanych, zarówno na cele własne, jak i inwestycyjnie. Wrocławianie poszukują również nieruchomości o kompaktowym metrażu, ale większej ilości pokoi, dlatego z dużym zainteresowaniem spotykają się mieszkania trzypokojowe. Od lat popularnością cieszą się osiedla społeczne z bogatą ofertą spędzania wolnego czasu, jak Olimpia Port, Cztery Pory Roku i Słoneczne Stabłowice. Coraz większe znaczenie ma dla klientów także krótki termin odbioru kluczy.

Rafał Zdebski, dyrektor handlowy Inpro S.A.

Największy odsetek klientów decyduje się na mieszkania o wartości 200 tys. zł – 400 tys. zł brutto. Takie lokale powstają m.in. w osiedlach Optima w Gdańsku Jasieniu, czy Debiut w Pruszczu Gdańskim. Jednocześnie notujemy coraz wyższy popyt na inwestycje droższe, w wyższym standardzie, z dużą liczbą udogodnień. Przykładem jest nowoczesne osiedle Harmonia Oliwska w Gdańsku, na którym ceny lokali zaczynają się od około 430 tys. zł brutto, osiedle Kwartał Uniwersytecki w Gdańsku z cenami od około 350 tys. zł brutto, czy osiedle Azymut w Gdyni z mieszkaniami w cenie od około 330 tys. zł brutto.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Największym zainteresowaniem klientów niezmiennie cieszą się mieszkania w kwocie do około 350 tys. zł. Są to najczęściej kawalerki lub małe lokale dwupokojowe o powierzchni do około 40 mkw.

Eryk Nalberczyński, dyrektor ds. Sprzedaży Lokum Deweloper S.A.

W przypadku każdej, naszej inwestycji obserwujemy podobne granice cenowe przyjęte przez klientów. Największa grupa nabywców poszukuje dwu i trzypokojowych mieszkań w cenie do około 370 tys. zł. To kwota do akceptowalna przez wiele osób kupujących lokale, zarówno na kredyt, jak i za gotówkę.

Monika Golec, dyrektor ds. Marketingu i Sprzedaży w firmie Budnex

Ceny nieruchomości oferowanych przez nas w poszczególnych miastach są niejednokrotnie bardzo atrakcyjne w porównaniu z tymi, jakie proponuje konkurencja. Zasadą jest, że im tańsze mieszkanie tym szybciej znajdzie nabywcę. Na przykład w Gorzowie Wielkopolskim są to lokale o powierzchni trzydziestu kilku metrów w cenach od 148 tys. zł do 157 tys. zł, w Zielonej Górze mieszkania o metrażu powyżej 30 mkw. w kwocie od 143 tys. zł do 151 tys. zł. W Szczecinie największym powodzeniem cieszą się lokale niespełna 40 metrowe w cenie ponad 212 tys. zł, w Poznaniu mieszkania o powierzchni 33 mkw. za 210 tys. zł, w Dziwnówku lokale mierzące nieco ponad 30 mkw. w kwocie 269 tys. zł, a w Kołobrzegu nieruchomości wycenione do 299 tys. zł.

Andrzej Swoboda, wiceprezes zarządu Grupy CTE

Obserwujemy rosnące zapotrzebowanie na mieszkania o większym metrażu niż kilka lat temu. Obecnie coraz większą popularnością cieszą się mieszkania trzypokojowe. Również coraz więcej osób decyduje się na zakup niewielkiego domu w zabudowie szeregowej i bliźniaczej. Nie bez znaczenia jest fakt, że miesięczne obciążenie finansowe związane z zakupem tego typu domu jest zbliżone do mieszkania w budynku wielorodzinnym, gdzie poza ratami spłaty kredytu należy liczyć się z czynszem w wysokości kilkuset złotych miesięcznie. Grupa CTE jest aktywna w tym segmencie rynku, realizuje Osiedle Familia we Wrocławiu i planuje kolejne inwestycje o podobnym charakterze.

Agata Nowaczyk z poznańskiego biura sprzedaży EBF Development

Sporym zainteresowaniem wśród klientów cieszą się mniejsze lokale, których metraże wahają się od 39 mkw. do 60 mkw. W przypadku osiedla Reduta Nowe Podolany w Poznaniu za metr kwadratowy mieszkania trzeba zapłacić 5850 zł. Natomiast mieszkania w Zielonej Górze wycenione są niżej, dlatego w ostatnim czasie sporą część naszych klientów stanowią także osoby kupujące inwestycyjnie.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

W naszej gdańskiej inwestycji Wolne Miasto kwota 400 tys. zł jest najczęściej ceną graniczną dla klientów. Przewagę stanowią natomiast transakcje do ceny około 300 tys. zł W kwotach zbliżających się do 500 tys. można już nabyć dom, stąd jest też znacznie mniejsze zainteresowanie dużymi lokalami cztero i pięciopokojowymi w tej cenie.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Prowadzimy aktualnie inwestycje wyłącznie na terenie Warszawy. Zauważamy, że klienci mają różne kryteria wyboru mieszkań także w zależności od dzielnicy, w której znajduje się projekt. W przypadku inwestycji Willa Ochota na warszawskiej Ochocie największa grupa klientów poszukuje mieszkań do 450 tys. zł. Z kolei w projekcie Warszawski Świt na Targówku nabywcy wybierają lokale do kwoty 350 tys. zł . Na warszawskiej Woli w inwestycji Apartamenty Okopowa 59A klienci skłonni są wydać do 600 tys. zł.

Maciej Bartczak, współwłaściciel w KM Building

W naszych inwestycjach klienci najchętniej wybierają mieszkania w kwocie do 300 tys. zł

Lucyna Jarczyńska, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Agrobex

W naszych inwestycjach oferujemy mieszkania w budynkach wielorodzinnych realizowanych w Poznaniu. Największa część klientów interesuje się mniejszymi mieszkaniami dwupokojowymi w cenie do 200 tys. zł.

Agnieszka Jaworska-Goździewska, specjalista ds. komunikacji wewnętrznej i PR w Nickel Development

Klientów kupujących pierwsze mieszkanie zwykle ogranicza zdolność kredytowa, która determinuje wybór lokum. W tej grupie nabywców największą popularnością cieszą się mieszkania do 300 tys. zł. Osoby poszukujące apartamentów, czy domów są skłonni zapłacić dwu, czy nawet trzykrotnie więcej. Dla klientów, którzy oczekują produktu w wyższym standardzie mamy ofertę w Osiedlu Botaniczna, czy Willa Wodziczki na poznańskim Sołaczu. Zupełnie innymi kategoriami kierują się natomiast klienci inwestujący w nieruchomości. Dla kupujących apartamenty wakacyjne istotniejsza od ceny jest prognozowana stopa zwrotu z inwestycji.

Agnieszka Jałoszyńska, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w firmie Sky Investments

Dużym powodzeniem wśród klientów cieszyły się domy, jakie oferowaliśmy w promocyjnej cenie 299 tys. zł w inwestycji Rodzinne Komorniki, która powstaje 5 km od Poznania. Około 40 proc. budów prowadzimy na przedmieściach Poznania. To pokazuje, że poznaniacy chętnie wybierają takie projekty, bo w cenie mieszkania mogą otrzymać nie tylko przestronny dom, ale również ogród i dwa miejsca postojowe.

Marcin Komuda, kierownik Biura Sprzedaży w firmie Profbud

W naszych inwestycjach zdecydowanie największą popularnością cieszą się mieszkania z przynależnym ogródkiem, usytuowane na parterze i lokale położone na najwyższych kondygnacjach w budynkach, oferujące zazwyczaj największy metraż i panoramiczny widok. Zachętą do zakupu takich mieszkań są również atrakcyjne rozwiązania designerskie, stanowiące wartość dodaną lokalu, takie jak ogrody dachowe, czy tarasy widokowe np. w osiedlu Stella na warszawskim Bemowie. Mieszkania na najwyższych piętrach nabywane są w naszych inwestycjach w pierwszej kolejności. Świadczy o tym wskaźnik sprzedanych lokali w warszawskich projektach Haven House i Ligia oraz łódzkim Primo, który wynosi w nich łącznie 90 proc.

Marek Szmolke, prezes Grupy Deweloperskiej Start

Największa grupa naszych klientów poszukuje kawalerek w cenie od 200 tys. zł do 230 tys. zł oraz mieszkań dwu i trzypokojowych o powierzchni około 50 mkw. od 350 tys. zł do 400 tys. zł.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Największa grupa naszych klientów poszukuje w Krakowie mieszkań, których cena za metr kwadratowy wynosi około 5000 zł, tak jak było to w przypadku sprzedaży lokali w inwestycji Piasta Park, której premiera miała miejsce dwa lata temu. Od tego czasu ceny poszły w górę już o około 20 proc. i na krakowskim rynku utrzymują się już od dłuższego czasu w granicach 6000 zł/mkw.

Piotr Zagórski, Marketing Manager w Nexity Polska

Patrząc na ceny sprzedanych mieszkań w naszych inwestycjach można zauważyć, że kwota do jakiej wybierane są mieszkania waha się między 350 tys. zł a 500 tys. zł.

Autor: Dompress.pl

Mały ZUS od 2019 roku. Dla kogo? Kto zaoszczędzi i ile?

Od 2019 roku niektórzy przedsiębiorcy będą mogli opłacać składki ZUS w zależności od uzyskiwanego przychodu. Takie rozwiązanie będzie dostępne tylko dla osób opłacających tzw. „duży ZUS”. Oprócz osób będących na „małym ZUS” ustawodawca wskazał także innych przedsiębiorców, których nie obejmie to rozwiązanie.

Będą to np. osoby, które w poprzednim roku kalendarzowym:

  • wykonywały działalność jako twórca
  • prowadziły działalność przez mniej niż 60 dni kalendarzowych,
  • były wspólnikami jednoosobowej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością lub wspólnikami spółki jawnej, komandytowej lub partnerskiej,
  • wykonywały działalność o tym samym profilu, co na umowie o pracę na rzecz byłego pracodawcy.

Wyliczona przez przedsiębiorcę podstawa naliczania składek uzależniona od przychodu nie będzie mogła być:

  • niższa niż 30% minimalnego wynagrodzenia za pracę ustalonego na dany rok kalendarzowy (minimum dla małego ZUS),
  • wyższa niż 60% prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia (minimum dla dużego ZUS).

Podstawa uzależniona od przychodu będzie mogła być stosowana w przypadku wyliczania składek społecznych i Funduszu Pracy, natomiast nie będzie odnosić się do składki zdrowotnej – jej wyliczenie pozostaje na dotychczasowych zasadach. Oczywiście stosowanie tego rozwiązania jest dobrowolne, więc przedsiębiorca może, ale nie musi się na nie zdecydować.

Należy pamiętać o limitowanym czasie tego rozwiązania. Można będzie je stosować maksymalnie przez 36 miesięcy kalendarzowych w ciągu ostatnich 60 miesięcy kalendarzowych prowadzenia pozarolniczej działalności gospodarczej.

Warto spojrzeć na to rozwiązanie pod kątem plusów i minusów dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Jego zaletą jest to, że więcej pieniędzy zostanie w portfelu przedsiębiorcy, natomiast w konsekwencji główną wadą to, że niższa podstawa do opłacania składek oznacza niższy zasiłek chorobowy (w sytuacji opłacania składki chorobowej) i niższą późniejsza rentę czy emeryturę.

Zapewne wiele osób będzie zainteresowanych tym rozwiązaniem, więc należy pamiętać że przedsiębiorcy prowadzący działalność gospodarczą przez cały 2018 rok będą mogli wyliczać składki od przychodu w 2019 roku pod warunkiem, że wartość ich sprzedaży netto w 2018 roku nie przekroczyła kwoty 63 000 zł.

Trzy razy więcej firm zatrudnia pracowników z Białorusi

Liczba firm zatrudniających Białorusinów wzrosła z 2,6% w pierwszym półroczu 2018 r. do 8,3% w drugim półroczu – wskazują analizy Personnel Service. To zmiana o niemal 6 p.p. w ciągu sześciu miesięcy. Ten wzrost widać również w liczbie składanych oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy obywatelom Białorusi. Tylko w I półroczu 2018 roku złożono 32,8 tys. tego typu dokumentów, o 37% więcej niż w I półroczu 2017 roku.

– Białorusini coraz częściej ustawiają się w kolejce po pracę w Polsce, bo podobnie jak Ukraińcy, mogą przyjeżdżać do Polski w ramach uproszczonej procedury zatrudniania. I jak wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej coraz chętniej są rekrutowani. W pierwszym półroczu tego roku liczba oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy Białorusinom może nie była tak imponująca jak w przypadku Ukraińców – niemal 33 tys., ale istotnie wzrosła w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Spodziewamy się, że wzrostowy trend się utrzyma, choć w perspektywie najbliższych kilku lat nie ma raczej możliwości, żeby obywatele jakiekolwiek innego kraju niż Ukraina zaczęli dominować na polskim rynku pracymówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.

Białorusini drugą siłą kadrową po Ukraińcach

Z analiz Personnel Service wynika, że pracowników z Białorusi zatrudnia 1 na 12 firm w Polsce. To o aż 5,7 p.p. więcej niż w I półroczu 2018 roku. Białorusini są pierwszym po Ukraińcach wyborem jeśli chodzi o pracowników spoza Unii Europejskiej. Za nimi są Gruzini, których zatrudnia 2,7% firm, potem Mołdawianie (1,1%) i Armeńczycy (0,9%).

Na 8% może się nie skończyć, gdyż kolejne firmy planują rekrutacje Białorusinów. Taką deklarację złożyła podobna liczba przedsiębiorców jak pół roku temu – niecałe 3%. Zdecydowanie wyróżnia się tu branża produkcyjna, w której prawie co dziesiąta instytucja chce w najbliższym czasie poszukiwać do pracy obywateli Białorusi.

Największy wzrost w małych firmach

Biorąc pod uwagę wielkość podmiotów zatrudniających Białorusinów, najwięcej małych firm zadeklarowało, że zatrudnia obywateli Białorusi – 9%. W firmach średnich i dużych na taki krok zdecydowało się po 7% ankietowanych. Co więcej, również w przypadku małych firm najbardziej wzrosła liczba tych, które zaczęły zatrudniać Białorusinów – w I półroczu 2018 r. byli oni w zespołach tylko 2% takich przedsiębiorstw. Obywatele Białorusi zajmują wolne miejsca pracy przede wszystkim w handlu i produkcji, są już odpowiednio w 12% i 11% firm z tych branż.

– Białorusini są bardzo dobrym wyborem – mają do nas niedaleko, są nam bliscy językowo i kulturowo podobnie jak pracownicy z Ukrainy. Coraz więcej krajów Europy zaczyna konkurować z nami, rekrutując Ukraińców na swój rynek. Aby utrzymać obecny wzrost gospodarczy w naszym kraju potrzebny jest ciągły dopływ pracowników i wypełnianie wakatów tak, by firmy mogły zachowywać ciągłość swojej działalności. W tej sytuacji sięganie po pracowników z Białorusi jest najlepszym wyborem – mówi Krzysztof Inglot z Personnel Service.

Metodologia badania:

Dane prezentowane w raporcie „Barometr Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2018” zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Personnel Service S.A. przez instytut Kantar Millward Brown. Badanie pracodawców zostało przeprowadzone metodą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI. Próbę pracodawców N=300 dobrano w kwotach dla wielkości zatrudnienia, po 100 wywiadów dla firm małych (10-49 pracowników), średnich (50-249 pracowników) oraz dużych (250+ pracowników), z uwzględnieniem województwa – miejsca prowadzenia działalności oraz branży firmy. Wywiady z pracodawcami zostały zrealizowane w lipcu 2018 r.

Nowa Ordynacja podatkowa od 2020 r. – rewolucja czy pozorna zmiana?

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Ministerialny projekt nowej ordynacji podatkowej ma wkrótce trafić do konsultacji publicznych. Zgodnie z założeniami ma być on krokiem milowym w kierunku stworzenia prostego, przejrzystego i przyjaznego systemu podatkowego. Resort finansów zapowiada, że nowa regulacja zagwarantuje przede wszystkim wzmocnienie mechanizmów ochronnych podatnika, poprawę relacji na linii podatnik – urzędnik oraz zwiększenie świadomości na temat obowiązków podatkowych. Zdaniem władz obecną ustawę trzeba zmienić, ponieważ jest przestarzała i nie nadąża za światowymi oraz unijnymi standardami podatkowymi. Planowany termin wejścia w życie nowych przepisów to 1 stycznia 2020 r. Czy szumnie zapowiadane reformy to prawdziwa rewolucja podatkowa, czy tylko pozorna zmiana?

Założenia nowej Ordynacji podatkowej

Kluczowym elementem projektu jest zmiana sposobu kontaktu organów skarbowych z podatnikiem. Znane dotychczas decyzje i wezwania mają zostać zastąpione procedurą mediacyjną, czy też umową zawartą pomiędzy organem podatkowym a podatnikiem, która będzie wiązała obie strony. Mediacja zakłada procedurę rozwiązywania sporu z udziałem osoby trzeciej, wskazanej na liście prowadzonej przez Ministerstwo Finansów. Zawierane umowy będą udokumentowane protokołem, a organ będzie zobowiązany do uwzględniania uzgodnień w wydawanej decyzji podatkowej. Bardziej zaawansowaną formą będzie natomiast umowa o współdziałanie (tzw. Cooperative Compliance), jednakże w tym przypadku przedsiębiorca chcący skorzystać z tej instytucji zostanie zobowiązany do ujawnienia organom skarbowym szczegółowych informacji o prowadzonej przez siebie działalności. Taka umowa ma umożliwić przedsiębiorcy konsultowanie na bieżąco wszelkich wątpliwości dotyczących rozliczeń podatkowych, które organ będzie analizował, a następnie udzielał odpowiedzi. Projekt zakłada również wprowadzenie tzw. procedury konsultacyjnej, która umożliwi niepewnemu podatnikowi zwrócenie się do urzędu z zapytaniem, czy dokonywane przez niego rozliczenia są właściwe. Rozwiązanie to może okazać się bardzo przydatne dla przedsiębiorców, którzy nie są pewni skutków podatkowych przekształcenia działalności. Usługa ta ma być jednak płatna i wyniesie około 1% wartości transakcji, ona także będzie uzależniona od wielkości danego przedsiębiorstwa.

Inne rozwiązania

Powołanie urzędu Rzecznika Praw Podatnika, którego zadaniem będzie przede wszystkim wspieranie podatników w sprawach indywidualnych oraz analizowanie zgłaszanych problemów związanych ze stosowaniem i tworzeniem prawa podatkowego. Ma to być realizowane poprzez aktywny udział w postępowaniach podatkowych oraz możliwość przedłożenia pod rozwagę ministra wniosku o uchylenie decyzji. Do kompetencji Rzecznika należeć będzie także monitorowanie stanu prawa podatkowego oraz proponowanie nowych rozwiązań ustawowych. Projekt zakłada również powstanie przy Krajowej Informacji Skarbowej Centrum Kompetencyjnego Podatków Lokalnych, które ma wspomagać organy samorządowe w szczególnie zawiłych i skomplikowanych sprawach dotyczących w szczególności podatków lokalnych np. podatku od nieruchomości. Resort finansów proponuje również wprowadzenie cząstkowych postępowań i decyzji dotyczących np. nie całego zobowiązania, a tylko nadpłaty. Jest to bardzo korzystne rozwiązanie, które z pewnością pozwoli znacznie przyspieszyć rozpoznawanie spraw, a przy tym zaoszczędzić podatnikom sporo czasu. Projektowane przepisy przewidują instytucję ponaglenia w razie przewlekania postępowania oraz możliwość złożenia w takim przypadku skargi na urzędnika do jego przełożonego.

Ponadto w projekcie pojawiła się możliwość zaskarżenia decyzji Urzędu Skarbowego do sądu, bez odwołania do izby skarbowej. Zostało też wprowadzone postępowanie uproszczone w przypadku zobowiązań do 5 000 złotych. Opracowano także rozwiązanie mające jednocześnie spowodować obniżenie kosztów postępowania i pozwolić podatnikowi uniknąć stresu: w przypadku nieznacznych kwot, których wyegzekwowanie przewyższałoby kwotę należności podatkowych przewidziano możliwość umorzenia.

Rewolucja czy tylko pozorna zmiana?

Projekt nie jest zupełną nowością, bowiem znaczną jego część stanowi redefinicja obecnie obowiązujących przepisów. Zapowiadana zmiana nie będzie zatem szumnie ogłaszaną rewolucją, ale raczej odważną ewolucją. Czy zatem proponowane przez MF rozwiązania sprawdzą się w praktyce? Obecnie często trudno dojść podatnikom do porozumienia z organami skarbowymi, a niekiedy jest to po prostu niemożliwe. Propozycja polubownych trybów rozwiązywania sporów to teoretycznie krok milowy w relacjach z fiskusem. W praktyce jednak trudno sobie wyobrazić sytuację, w której urzędnicy dobrowolnie, na drodze negocjacji, rozwiązują spór na korzyść podatnika. Do stosowania proponowanych rozwiązań potrzebna byłaby przede wszystkim zmiana utrwalonego sposobu myślenia i działania urzędników. Same przepisy, nawet te najbardziej przejrzyste i przyjazne, nie rozwiążą tego problemu.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Ricoh: 59% firm z sektora MŚP nie jest gotowych na cyfrową transformację

34% zarządzających europejskimi małymi i średnimi przedsiębiorstwami uważa, że ich organizacja nie przetrwa do roku 2020, jeśli nie postawi na innowacyjność – wynika z badań zrealizowanych na zlecenie Ricoh. Jednocześnie wyraźne jest asekuracyjne podejście do zmian. Niemalże połowa badanych (47%) przyznała, że ich branża nie lubi dużych zmian, a według 59% innowacje powinny być wprowadzane metodą małych kroków.

Firmy z sektora MŚP muszą być w stanie poradzić sobie z wyzwaniami, jakie niesie ze sobą cyfrowa rewolucja, zmieniające się wymogi prawne oraz elastycznie dostosowywać się do trendów gospodarczych. Planując inwestycje w nowe technologie powinny skoncentrować się na trzech podstawowych obszarach: obsłudze klienta, efektywności wewnętrznych procesów oraz odpowiednim zagospodarowaniu wiedzy i umiejętności swoich pracowników. Tylko w ten sposób dotrzymają kroku najlepszym na rynku.

Dla osiągnięcia sukcesu kluczowe znaczenie ma analiza dotychczasowej strategii działania i efektywności wdrożonych rozwiązań. Zarządzający muszą mieć odwagę by zmienić dotychczasowy kurs.  Świadomość tego faktu rośnie. Aż 92% zarządzających małymi i średnimi firmami rozumie, jakie znaczenie dla ich sektora ma i będzie miała cyfrowa rewolucja. Jednocześnie aż 59% z nich przyznaje, że ich organizacja nie jest gotowa, aby w pełni wykorzystać jej potencjał. 25% z nich przewiduje, że w ciągu najbliższych dwóch lat nie będą mogli odpowiednio szybko zareagować i dostosowywać się do zmian w obowiązujących przepisach a 20% wskazuje, że nie jest w stanie wprowadzić i wykorzystać narzędzi do automatyzacji.

“Nasze badanie pokazuje, że firmy z sektora MŚP mają przed sobą bardzo dużo pracy. Cieszy rosnąca świadomość roli, jaką w rozwoju firmy pełnią innowacyjne technologie. Odpowiednie wykorzystanie nowoczesnych narzędzi jest konieczne by firma mogła szybko i sprawnie dostosować się do nowych wyzwań stawianych przez rynek i konkurencję” – powiedział David Mills, CEO w Ricoh Europe. “Zrealizowaliśmy wiele wdrożeń z firmami z całej Europy. Dzięki temu możemy obserwować, w jaki sposób dzięki możliwościom oferowanym przez nowoczesne technologie rozwijają swój potencjał.”

O badaniu

Badanie przeprowadzono w sierpniu 2018 r. na grupie 3300 przedstawicieli kadry zarządzającej małymi i średnimi firmami m.in. z Austrii, Belgii, Luksemburga, Czech, Danii, Finlandii, Francji, Niemiec, Węgier, Włoch, Holandii, Norwegii, Polski, Portugalii, Rosji, Słowacji, RPA, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Turcji, Wielkiej Brytanii i Irlandii.

Czy koniec roku przyniesie nam kryzys? Analizujemy ceny mieszkań w Warszawie

Dyskusje o zbliżającym się pęknięciu bańki spekulacyjnej trwają od dawna. W ostatnim czasie rozgorzały, bo dokładnie 15 września minęło 10 lat od upadku banku Lehman Brothers. W 2008 problemy tej instytucji finansowej stały się punktem zwrotnym, początkiem globalnego kryzysu na rynku nieruchomości.

Choć ceny mieszkań od 5 lat regularnie idą w górę, to w Polsce sytuacja nadal jest stabilna. Jesteśmy w innym punkcie niż przed laty. Polacy zarabiają więcej, a ponad 60-70% nieruchomości kupowanych jest za gotówkę. Choć we wrześniu średnia cena za m2 wyniosła 9005 zł, to rynek jeszcze przyjmie kolejne podwyżki. A one są pewne. Z analiz cen mieszkań w Warszawie, wykonanych przez wyceniarkę mieszkań Sonarhome.pl wynika, że w grudniu stawki dobiją do 9191 zł za m2, a tym samym przekroczą kwotę z chwili kryzysu – 9137 zł za m2.raport-sonarhome-pl-pazdziernik

Polska to stabilny rynek nieruchomości

Nie da się zaprzeczyć, że ceny mieszkań są rekordowe. Od stycznia 2018 roku skoczyły o 6,5%. Jednak na tle innych krajów Polska wypada bardzo korzystnie. Wzrosty są stałe, regularne i w porównaniu z innymi państwami Unii – niewielkie. W Szwecji podwyżki są bardzo duże – już o 67% przekroczyły stawki z chwili kryzysu. W Niemczech o 37%. Polska jest na minusie – wciąż brakuje nam ok. 5% do cen z 2008 roku.

Co więcej, jak pokazuje wydany w tym roku raport Deloitte, zajmujemy 3 miejsce w Europie pod kątem dostępności mieszkań. Przed nami są tylko Rumunia i Bułgaria.

Z czego to wynika? Zarabiamy więcej, kredyty są łatwo dostępne, a do tego roku funkcjonowały też państwowe programy dofinansowania dla młodych. W 2008 średnia pensja wynosiła 2943,88 zł brutto, a mieszkania kosztowały 9137 zł za m2. Ponad 3 pensje za 1 m2. Teraz 4848,16 zł brutto wynagrodzenia i 9005 zł za m2. Niecałe 2 pensje za 1m2.

baner-kwadrat-3

107 dni na sprzedaż nieruchomości?

Z raportu Sonar wynika, że mieszkania w Warszawie sprzedawane są średnio w 107 dni. W każdym miesiącu ten czas się zmienia. Ale od dawna prezentuje się podobnie, wahając się od 90 do 122 dni. Czyli od chwili publikacji ogłoszenia do jego wygaśnięcia (sprzedaż nieruchomości) mija 3-4 miesiące.

Tylko we wrześniu Sonar przeanalizował 20 829 ogłoszeń z najpopularniejszych portali. Jak na tak dużą konkurencyjność na rynku, nieruchomości kupowane są dosyć szybko. Jest duża podaż, ale równie wysoki popyt.

Warszawa liczy 1,7 mln mieszkańców, a nieustannie osiedlają się tam kolejne osoby z Polski i zza granicy. Pojawia się coraz więcej inwestorów, którzy zarabiają na flippingu – kupując nieruchomości, remontując je i sprzedając drożej. Mieszkań szukają single i rodziny z dziećmi. Biznesmeni i imigranci. Za kilka lat może okazać się, że zapotrzebowanie na nieruchomości jest duże, ale deweloperzy nie mają terenów pod budowę.

Będzie kryzys czy nie?

Sonar na bieżąco analizuje rynek nieruchomości. Sytuacja zmienia się dynamicznie, ale stabilnie. Mieszkania sprzedają się szybko i za wysokie ceny. Wydaje się, że pomimo podwyżek, w najbliższym czasie nie grozi nam kryzys.

Aktualne wyceny, comiesięczne raporty i analizy znajdziemy na stronie wyceniarki mieszkań Sonar. Pełny raport dostępny pod adresem: https://sonarhome.pl/raporty/raport-ceny-mieszkan-w-warszawie-pazdziernik-2018

Dlaczego wciąż przepłacasz za prąd? Wybierz tani prąd dla firm

Jeśli prowadzisz własną firmę, to z pewnością wiesz, jak wiele pieniędzy pochłania utrzymanie biura. Nic dziwnego, że pracodawcy szukają w tym zakresie oszczędności. Jednak jak oszczędzać? Ograniczenie wydatków na sprzęt elektroniczny, artykuły biurowe czy udogodnienia dla pracowników najczęściej pociąga za sobą niezadowolenie z warunków panujących w miejscu zatrudnienia. Jak więc oszczędzać, nie zmniejszając komfortu pracy? To proste! Wystarczy, że zapłacisz mniej za prąd. Podpowiadamy, jak to zrobić.

Gdzie szukać oszczędności na prądzie w firmie?

W pierwszej kolejności należy przeanalizować rachunki i zapisy umów.

Warto sprawdzić, czy taryfę oraz poziom mocy umownej dobraliśmy odpowiednio do naszych potrzeb. Zdarza się, że moc umowna jest wyższa od faktycznego zapotrzebowania przedsiębiorstwa. Wówczas warto skontaktować się z firmą dystrybucyjną i dokonać zmian w umowie. Natomiast jeśli firma przekracza poziom mocy umownej, to oczywiście wtedy optymalne będzie jego podwyższenie. Dlatego stawiajcie na współpracę z doświadczonymi sprzedawcami, jak EWE, którzy nie tylko sprzedadzą prąd dla firmy, ale doradzą również w zakresie optymalizacji – mówi ekspert EWE.

Cena prądu dla firmy – czy można ją zmienić?

Wielu przedsiębiorców nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie są uzależnieni od jednego sprzedawcy prądu, który systematycznie podnosi ceny. Sprzedawcę prądu można zmienić równie łatwo, jak operatora sieci komórkowej czy dostawcę internetu. Jak to możliwe?

Na terenie Polski działa pięciu operatorów sieci dystrybucyjnej, którzy dostarczają prąd odbiorcom. Konkretni operatorzy przypisani są do konkretnych obszarów kraju i ich zmienić nie możemy. Co innego jednak ze sprzedawcami – tych jest znacznie więcej. Działają oni na zasadach wolnorynkowych, a więc konkurują między sobą zarówno cenami, jak i jakością swoich usług. Nie chodzi tu jednak o jakość dostarczanego prądu, bo ta w przypadku podpisania umowy z nowym sprzedawcą prądu się nie zmieni – chodzi o inne kwestie, takie jak na przykład obsługa klientów, długość trwania umowy czy gwarancja stałej ceny przez określony czas.

Jak więc uzyskać najtańszy prąd dla firm?

Należy przede wszystkim wybrać nowego sprzedawcę prądu, którego oferta jest korzystna cenowo i najlepiej dopasowana do potrzeb naszej firmy, a także zapewnia profesjonalną obsługę oraz stabilność i bezpieczeństwo energetyczne, a następnie podpisać z nim umowę. Jeśli nie chcemy tracić czasu na formalności, możemy zlecić je nowemu sprzedawcy – podpisując odpowiednie upoważnienie, zobowiążemy go do dopełnienia za nas wszelkich procedur – mówi ekspert z EWE.

Ile można zaoszczędzić na zmianie sprzedawcy prądu?

Wszystko zależy od tego, jakiego sprzedawcę prądu wybierzemy. Jednak w przypadku pierwszej zmiany oszczędności mogą wynieść aż do 25% w skali roku! Taka kwota jest znacząca nawet w przypadku małych firm, a w przypadku tych większych są to już duże oszczędności, które można przeznaczyć na inwestycje w rozwój przedsiębiorstwa.

Na co zwrócić uwagę, wybierając tańszy prąd dla firmy?

Zanim zdecydujemy się na podpisanie nowej umowy, zwróćmy uwagę także na inne jej aspekty niż tylko to, ile kosztuje 1 Mwh prądu dla firmy. Ważne są również:

  • gwarancja stałej ceny prądu,
  • brak dodatkowych opłat, które mogą znacząco wpłynąć na końcową cenę,
  • długość trwania umowy.

Szczególną uwagę warto zwrócić na gwarancję stałej ceny prądu, dzięki której będziemy mieć pewność, że nasze rachunki nie wzrosną przez czas trwania umowy nawet, gdy sytuacja na rynku znacząco się zmieni. Tylko biorąc pod uwagę te wszystkie kwestie, będziemy w stanie wybrać najlepszą ofertę energii elektrycznej dla naszej firmy.

Cena prądu dla firmy nie musi spędzać przedsiębiorcy snu z powiek. Wystarczy prosty research oraz spotkanie z nowym sprzedawcą prądu, by w ciągu miesiąca móc cieszyć się znacznie niższym rachunkiem za energię – a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć na inwestycję w przedsiębiorstwo i jego pracowników.

Dziś rano odbicie EUR/USD

Wtorek odwrotu uderzył ponownie. Odpadnięcie rentowności długu USA od 7-letnich szczytów dało pretekst do korekty siły USD. Poza tym niewiele uległo zmianie i na globalnym rynku dominującymi tematami pozostaje siła USA i problemy Włoch. Jest spokojniej, ale nie można stwierdzić, czy już jest po burzy, czy znaleźliśmy się w oku cyklonu.

Dziś rano odbicie EUR/USD zatrzymały słowa członka rządzącej partii Lega, według którego „obniżenie ratingu krajowego długu jest możliwe z uwagi na klimat, który zostały stworzony”. Rentowności 10-letnich obligacji skarbowych Włoch na 3,60 proc. przewyższają o 300 pb oprocentowanie podobnych papierów Niemiec – różnica tych dwóch wycenianych w EUR instrumentów jest największa od 5 lat. Nawet od samego ministra finansów Włoch dochodzą głosy, że rozwój sytuacji na rynku długu jest niepokojący, co mogłoby sugerować, że kolejne etapy „negocjacji” z Brukselą założeń przyszłorocznego budżetu będą bardziej „oszczędne”, by osłabić rynkowe obawy o rozkręcanie się spirali zadłużenia. Jeśli jednak dziś rano słyszmy od wicepremiera Salviniego, że rząd może zachęcać obywateli do kupna obligacji, wygląda, że do końca sporu jest jeszcze daleka droga. Jedyne, co w tej sytuacji może ratować EUR, to zmęczenie rynku tematem Włoch. Powtarzanie tego samego każdego dnia powoduje, że z czasem wrażliwość uczestników rynku na dany bodziec maleje.

Podobnie USD potrzebuje świeżego impulsu, by kontynuować rajd w tandemie z rentownościami obligacji skarbowych USA. Uspokojenie handlu na chińskiej giełdzie (dziś Shanghai Composite skromnie wzrósł o 0,2 proc.) odbiera dolarowi popyt ze strony inwestorów uciekających do bezpieczeństwa. Z perspektywy makro czekamy na ważny odczyt CPI w czwartek, gdzie solidne dane będą kolejnym argumentem wzmacniającym Fed na ścieżce podwyżek stóp procentowych. W międzyczasie dziś popołudniu inflacja PPI ma drugorzędne znaczenie, ale jeśli pozytywny odczyt zbuduje oczekiwania przed jutrem, USD może znaleźć impuls do umocnienia. Na marginesie, wczoraj prezydent Trump ponownie wyraził woje niezadowolenie z podwyżek przeprowadzanych przez Fed, gdyż jego zdaniem nie widać presji inflacyjnej. Jednocześnie dodał, że nie zamierza ingerować w politykę monetarną. Nie uważam, aby te komentarze miały już wpływ na USD i analizując reakcję rynku w okolicach przemówienia (czyt. jej brak), nie jestem w tej opinii odosobniony.
Rynek funta pozostaje polem minowym, gdzie jednak są „złe” i „dobre” miny, w zależności jaką pozycję ma dany inwestor. Szum informacyjny jest podstawowym ryzykiem, choć w ostatnim czasie więcej przenika optymistycznych doniesień związanych z negocjacjami Brexitu. Wielka Brytania w ciągu kilku dni ma przedstawić nowe alternatywne propozycje dotyczące „backstopu” (rozwiązanie kwestii irlandzkiej granicy na wypadek braku porozumienia). Według anonimowych źródeł agencji Dow Jones warunki wyjścia z UE mogą zostać uregulowane do najbliższego poniedziałku. Rynek GBP prawdopodobnie zdyskontował zbyt wiele pesymizmu i teraz, gdy zaczyna być wdać światełko na końcu tunelu, sentyment może się odwracać. Zalecam jednak nie wyzbywać się przezorności. Podobne sytuacje zdarzały się już kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich miesięcy i często zaskakująca informacja gasiła ślepy entuzjazm. Oby i tym razem nie okazało się, że światełko w tunelu to nadjeżdżająca z naprzeciwka lokomotywa.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Nie wszystko na raz – jak wyznaczać priorytety?

Liczba zadań do wykonania znowu cię przytłacza i nie masz pojęcia, od czego zacząć? Wiele osób doskonale zna ten scenariusz z codziennej pracy. Stres związany z natłokiem obowiązków nie sprzyja efektywności. Jak więc skupić się na tym, co najważniejsze lub pomóc w tym swoim pracownikom?

Ważne czy pilne? – oto jest pytanie

Zaczynasz pracę nad danym zadaniem dopiero, gdy zbliża się termin jego wykonania? Wiele osób kieruje się pilnością pozycji z listy rzeczy do zrobienia, w efekcie są stale bardzo zajęci i często przemęczeni. – Załatwianie spraw tylko według tego klucza utrudnia pracę nie tylko nam samym, ale i całemu zespołowi czy działowi. Właśnie z tego powodu ważne jest ustalanie priorytetów według ważności spraw. Pamiętajmy, że ich pilność to zazwyczaj cecha drugorzędna – zauważa Sylwia Szymańska, trener biznesu z firmy szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. Specjaliści podpowiadają, że za te zadania, które są istotne, a zarazem ich termin wykonania się zbliża, najlepiej zabrać się natychmiast i doprowadzić je do końca w pierwszej kolejności. Te ważne, ale niezbyt pilne mogą chwilę poczekać (żeby jednak nie odkładać ich w nieskończoność, ustal termin końcowy lub zleć je komuś, dając sobie czas na sprawdzenie jakości wykonania). Na działania, które są pilne, a przy tym mało ważne najlepiej znajdź szybki sposób realizacji bez potrzeby poważnego, osobistego angażowania się. Jeśli masz taką możliwość, deleguj je, podobnie jak kwestie mało ważne i niezbyt naglące. W przypadku tych ostatnich zastanów się też dobrze, czy aby na pewno w ogóle muszą one być wykonane. Często bywa bowiem tak, że tracimy czas na działania tak naprawdę zupełnie niepotrzebne. Jeśli tak jest w przypadku sprawy, którą właśnie chciałeś dodać do listy, nie miej oporów przed tym, by z niej zrezygnować.

Wszystko się zmienia

Częstym błędem i przyczyną nieosiągania wielu celów głównych jest zajmowanie się w pierwszej kolejności sprawami drugorzędnymi, poświęcanie zbyt dużej ilości czasu i energii na sprawy ważne, lecz nie najważniejsze. W efekcie zdarza się, że czas na realizację tych ostatnich się kurczy, przez co jakość ich wykonania może być mniej satysfakcjonująca. Pamiętaj też o tym, że priorytety mogą się zmieniać. Dlatego też warto na bieżąco je oceniać, weryfikując np. co miesiąc wymagania, możliwości i wyznaczniki satysfakcji. Dobrze też zastanowić się, czy robisz coś, co mógłby wykonać ktoś inny, a jeśli tak, staraj się eliminować takie działania ze swojej „to-do list”. Określ też, które przedsięwzięcia są najważniejsze w danym miesiącu lub tygodniu i oszacuj, ile czasu potrzebujesz na ich realizację. Warto rozważyć też stosunek czasu do zysku wynikającego z szybkiego wykonania sprawy mniej ważnej i pilnej. Takie działanie może bowiem okazać się na tyle opłacalne, że stanie się wyjątkiem od ogólnej zasady mówiącej, że „najważniejsze sprawy należy robić najpierw”.

Co dwie listy, to nie jedna

Poza długofalową priorytetyzacją skup się też na odpowiednim zaplanowaniu pracy na dany dzień, pozwala to bowiem oszczędzić sporo czasu. Jak to zrobić? – Skuteczną metodą jest tworzenie codziennie dwóch list zadań, najlepiej na tej samej kartce papieru. Po jednej stronie spisujemy swoje działania przewidziane na określoną porę dnia, np. praca nad ekspozycją, spotkanie z szefem. Po drugiej zaś – pod nagłówkiem „do zrobienia” – wszystko to, co planujemy na dany dzień. Następnie przeglądamy takie zestawienie i oznaczmy literami ich priorytety: A (A1, A2…), B, C. Na zadania o najwyższym priorytecie wydzielmy określone godziny, a w przypadku pozostałych przystępujemy do realizacji zgodnie z ustaloną hierarchią w miarę wolnego czasu. Pamiętajmy jednak o zachowaniu pewnego marginesu na nieprzewidziane przerwy w pracy – mówi Sylwia Szymańska z Integra Consulting Poland.

Co za dużo, to niezdrowo

Eksperci zwracają uwagę, że zbyt wiele priorytetów może paraliżować. – Skuteczni przywódcy potrafią porzucić to, co dobre, dla tego, co najlepsze – bierzmy z nich przykład. Miejmy świadomość tego, że nie można mieć wszystkiego, a dodatkowo wiele działań jest tak naprawdę nieważnych. Dlatego tak istotna jest umiejętność rezygnacji z niektórych z nich i rozeznanie tego, które sprawy możemy pominąć bez większych konsekwencji – zauważa Sylwia Szymańska z Integra Consulting Poland. Bywa jednak i tak, że do wyboru mamy dwie ważne i dobre możliwości. Co wówczas zrobić? W takiej sytuacji możemy zapytać o zdanie zwierzchnika i współpracowników. Zastanówmy się też, czy jedna z opcji może być zrealizowana przez kogoś innego. Jeżeli tak, przekażmy ją i skoncentrujmy się na tej drugiej. Rozważmy też, które rozwiązanie jest korzystniejsze dla klienta lub całości projektu. Starajmy się także powiązać swoją decyzję z ogólnym celem firmy – podpowiada ekspert.

Coraz odważniej konsumujemy na kredyt

Coraz szybciej rośnie zadłużenie Polaków z tytułu kredytów konsumpcyjnych. W sierpniu jego dynamika sięgnęła 10 proc. i była najwyższa od prawie ośmiu lat. NBP nie widzi powodów do niepokoju, ale ostrożność jest wskazana. Dobra koniunktura nie będzie trwała wiecznie.

Według najnowszych dostępnych danych Narodowego Banku Polskiego, w sierpniu wartość kredytów konsumpcyjnych przekroczyła 185,7 mld zł. Oznacza to wzrost w porównaniu do sierpnia ubiegłego roku o prawie 16 mld zł, czyli o 10 procent. Jeszcze przed rokiem dynamika nieznacznie przekraczała 6 proc. Coraz chętniej pożyczamy na konsumpcję od sierpnia 2013 r., czyli od pięciu lat. Jednak z tak wysokim tempem wzrostu jak ostatnio, mieliśmy do czynienia wiosną 2010 r., a więc prawie osiem lat temu. Różnica jest taka, że wówczas chęć do zadłużania się wyraźnie hamowała, a teraz przybiera na sile.

Podejmując decyzje o zaciągnięciu kredytu konsumpcyjnego warto robić to w sposób przemyślany, kierując się nie tylko bieżącymi potrzebami i biorąc za dobrą monetę obecne bardzo korzystne warunki, dotyczące zarówno sytuacji na rynku pracy, jak i rekordowo niskie stopy procentowe. Warto pamiętać, że koniunktura, podobnie jak fortuna, kołem się toczy i po okresie wzrostu przychodzi spowolnienie, a wraz z nim trudniejsze czasy dla zadłużonych. Koszty życia rosną, a pensje nie będą bez końca szły w górę średnio o 7 proc. rocznie, jak obecnie. Już teraz nikt nie ma wątpliwości, że najbliższe lata będą trudniejsze. Rząd w projekcie budżetu przyjął, że w przyszłym roku tempo wzrostu gospodarczego spowolni do 3,8 proc. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że będzie to jedynie 3,5 proc. Jednocześnie inflacja przyspieszy do 2,3 proc., według źródeł rządowych, a prawdopodobnie wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych będzie jeszcze bardziej dokuczliwy. Sytuacja na rynku pracy raczej nie pogorszy się tak szybko, więc utraty źródeł utrzymania większość zatrudnionych nie musi się obawiać, ale warunki nie będą już tak korzystne jak obecnie.

Stopy procentowe prawdopodobnie także nie pójdą w górę jeszcze w przyszłym roku, ale myśląc o kredycie konsumpcyjnym należy pamiętać, że jest to najdroższa forma finansowania konsumpcji. Oprocentowanie nominalne sięga 8 proc., ale rzeczywista roczna stopa oprocentowania, uwzględniająca wszystkie koszty, wynosi prawie 14 proc. Ponadto już obecnie, w komfortowych wydawało by się warunkach, ponad 11 proc. kredytów konsumpcyjnych kwalifikowanych jest w kategorii zagrożonych, a więc nie są terminowo spłacane. W gorszych, choć przecież nie tak bardzo kryzysowych czasach, w latach 2010-2012 odsetek ten sięgał 15-18 proc. Warto jednak mieć świadomość, że wówczas na tę niezbyt optymistyczną statystykę „pracowały” kredyty zaciągane w czasie gospodarczego boomu, zakończonego w 2009 r. Teraz może być podobnie.

Bank centralny na razie nie widzi zagrożeń na rynku kredytowym, ale jeśli dynamika zadłużenia będzie nadal rosła, może okazać się skłonny do przykręcenia kurka, tym bardziej, że zadłużenie z tytułu kredytów mieszkaniowych także zwiększa się w tempie 10-11 proc. (nie licząc kredytów walutowych), a ich kwota sięga 280 mld zł i powiększa się o prawie 30 mln zł rocznie, przy czym wartość nowych kredytów hipotecznych rośnie o ponad 40 mld zł rocznie. Na problem nadmiernego zadłużenie należy też spojrzeć z szerszego punktu widzenia. Według danych Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor w połowie roku zaległości Polaków wynikające z niespłacanych kredytów, pożyczek i innych zobowiązań sięgnęły prawie 71 mld zł, a od początku roku zwiększyły się o niemal 6,5 mld zł.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Deloitte rozpoczyna kolejną edycję Akademii Biznesu

Akademia Biznesu to już tradycja w firmie doradczej Deloitte. Wraz z początkiem roku akademickiego ruszyła czternasta edycja programu edukacyjnego,
w którym eksperci Deloitte dzielą się ze studentami studiów licencjackich, inżynierskich i magisterskich swoją wiedzą z zakresu rachunkowości, podatków, prawa, konsultingu, zarządzania ryzykiem czy rozwiązań IT. W ubiegłym roku w dziewięciu miastach Polski, w 99 bezpłatnych warsztatach, uczestniczyło 1100 studentów. Aplikacje online do tegorocznej edycji można składać do 3 listopada.

W tym roku uczestnicy Akademii będą zdobywać wiedzę podczas ponad stu warsztatów.
Przekazywanie wiedzy młodym pokoleniom jest wpisane w DNA Deloitte oraz w nasze globalne motto „Making an impact that matters”, czyli wywierania pozytywnego wpływu na otaczający nas świat. Akademia Biznesu to dla studentów unikalna możliwość zdobycia praktycznego doświadczenia jeszcze przed rozpoczęciem pracy w wybranej przez siebie branży. Podczas spotkań ich uczestnicy rozwiązują realne problemy biznesowe. Każdego roku, po zakończeniu Akademii Biznesu, kilkadziesiąt osób kontynuuje swój rozwój w Deloitte, rozpoczynając płatne praktyki, a w dalszej perspektywie stałą pracę
– mówi
Krzysztof Kwiecień, dyrektor HR, Deloitte.

Dwanaście ścieżek rozwoju

Doświadczenie od najlepszych ekspertów w branży mogą zdobywać studenci III roku studiów licencjackich i inżynierskich oraz I i II roku studiów magisterskich. Kandydaci, którzy najlepiej rozwiązali testy zapraszani są do udziału w Akademii. W tym roku projekt edukacyjny Deloitte obejmuje warsztaty z prawa, zarządzania ryzykiem, roli metod i modeli matematycznych w doradztwie biznesowym, fuzji i przejęć, zarządzania projektami, rachunkowości, IT, designu, konsultingu strategicznego, finansów, audytu czy podatków. Warsztaty Akademii Biznesu odbędą się w dziewięciu miastach i zarazem największych ośrodkach biznesowych oraz naukowych: Gdańsku, Szczecinie, Poznaniu, Warszawie, Łodzi, Wrocławiu, Katowicach, Krakowie i Rzeszowie.

Praktyczne doświadczenie

Dotychczasowi uczestnicy najbardziej chwalą praktyczny aspekt zajęć, które są interaktywne, a prowadzący je specjaliści stawiają na praktykę. To przede wszystkim wyróżnia warsztaty Akademii od tradycyjnych zajęć akademickich. – Podczas warsztatów studenci rozwiązują przygotowane case study, które odzwierciedla rzeczywiste problemy, z którymi mają do czynienia nasi klienci. To szansa, żeby „od kuchni” poznać pracę konsultantów i przekonać się jak wyglądają ich codzienne wyzwania. To także okazja do konfrontacji swojej teoretycznej wiedzy nabytej podczas studiów z praktyką. Coraz większego znaczenia dla młodych nabiera także fakt, że dzięki Akademii mogą poznać naszych ekspertów i „z pierwszej ręki” dowiedzieć się jak wygląda praca w Deloitte – mówi Jakub Bojanowski, Partner, odpowiadający za program rozwoju talentów w zespole Konsultingu Deloitte.

Wielowymiarowe korzyści

Dzięki Akademii Biznesu firma dociera do grupy najbardziej utalentowanych i najlepiej rokujących studentów, którzy w przyszłości zyskają możliwość rozwoju zawodowego w Deloitte. Zajęcia w ramach Akademii Biznesu, poza wiedzą i doświadczeniem, oferują także wymierne korzyści. Każdy uczestnik zyskuje cenny wpis w CV poparty certyfikatem udziału w Akademii. Najlepsi zakończą warsztaty z nagrodami finansowymi i rzeczowymi, a ci najbardziej się wyróżniający odbędą płatne praktyki w firmie doradczej Deloitte. Po ubiegłorocznej Akademii Biznesu Deloitte zatrudnił ponad pięćdziesięciu uczestników warsztatów. – O skuteczności naszego projektu edukacyjnego najlepiej świadczą statystyki
– od czternastu lat regularnie rośnie liczba chętnych do nauki pod okiem ekspertów Deloitte. W 2017 roku było to 3500 osób. Wybraliśmy 1100. Kandydaci przechodzą testy, które sprawdzają ich wiedzę 

i poziom języka angielskiego, ale decydując, kto będzie uczył się od fachowców Deloitte, przede wszystkim zwracamy uwagę na zdolności analityczne kandydatów, otwarty umysł, umiejętność pracy w zespole oraz zainteresowanie tematem, który wybrali – dodaje Krzysztof Kwiecień.

Branża tytoniowa inwestuje miliardy w produkty nowej generacji. Do 2020 roku z mniej szkodliwych rozwiązań będzie korzystać 20 mln palaczy

0

Branża tytoniowa inwestuje miliardy w produkty nowej generacji. Do 2020 roku z mniej szkodliwych rozwiązań będzie korzystać 20 mln palaczy 5

W coraz większym stopniu branża tytoniowa rozwija produkty nowej generacji, potencjalnie mniej szkodliwe dla zdrowia. Przykładem są urządzenia podgrzewające tytoń. Rynek NGP (Next Generation Products) jest bardzo perspektywiczny. British American Tobacco prognozuje, że do 2020 roku przychody z ich sprzedaży mogą sięgnąć około 6,5 mld dol., a na świecie będzie około 20 mln użytkowników produktów podgrzewających tytoń. Grupa wprowadza właśnie na polski rynek nowy, innowacyjny produkt z tej kategorii, w którym emisja substancji toksycznych ma być nawet o 95 proc. niższa w porównaniu do tradycyjnych papierosów.

Na polski rynek koncern British American Tobacco wprowadza obecnie nowy produkt – glo. Innowacyjne urządzenie podgrzewa tytoń do około 240 stopni Celsjusza. Ponieważ nie dochodzi do procesu spalania, to – jak przekonuje producent – emisja substancji toksycznych została zmniejszona o 90–95 proc. w porównaniu do tradycyjnych papierosów. Wkłady do urządzenia glo (neo sticks) zawierają 100 proc. wysokiej jakości, wyselekcjonowanego tytoniu.

– Glo to innowacyjny produkt tytoniowy, który oferuje konsumentom doświadczenie podobne do palenia, ale przy potencjalnie obniżonej szkodliwości. To proste urządzenie obsługiwane jednym przyciskiem, z baterią, która wystarcza na 30 sesji i w eleganckiej obudowie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dragos Constantinescu, dyrektor zarządzający British American Tobacco na Europę Środkową.

Poza Polską, grupa British American Tobacco wprowadziła glo także na dwunastu rynkach zagranicznych, m.in. w Japonii, Szwajcarii, Kanadzie, Czechach i we Włoszech.

W odróżnieniu od tradycyjnych papierosów w wyrobach NGP (Next Generation Products) tytoń nie jest spalany, a jedynie podgrzewany. Oznacza to, że nie wydzielają się szkodliwe związki chemiczne, które powodują m.in. choroby płuc i układu krążenia. Koncern British American Tobacco w ciągu pięciu ostatnich lat zainwestował globalnie 2,5 mld dol. w prace naukowo-badawcze i komercjalizację wyrobów tytoniowych nowej generacji. Sukcesywnie rozszerza asortyment o produkty podgrzewające tytoń i redukujące wytwarzanie substancji szkodliwych. Firma szacuje, że do 2020 roku przychody ze sprzedaży NGP mogą sięgnąć już 5 mld funtów, czyli około 6,5 mld dol.

Rynek NGP jest bardzo perspektywiczny. Prognozy firmy zakładają, że w 2020 roku na świecie będzie 80 mln osób używających e-papierosy i ok. 20 mln użytkowników produktów podgrzewających tytoń.

– Z racji tego, że 80 proc. palaczy w Polsce wie o istnieniu tego rodzaju produktów, możemy uznać, że jesteśmy gotowi na rozpoczęcie nowego rozdziału. O wielkości tej kategorii produktów zadecydują konsumenci – mówi Dragos Constantinescu. Wprowadzenie nowych produktów nie wpłynie raczej znacząco na ogólne trendy na rynku tytoniowym. Od wielu lat obserwujemy powolną tendencję spadkową, więc nie spodziewamy się znacznych zmian. Chodzi o to, że wprowadzenie nowego produktu daje palaczom kolejną możliwość ograniczenia szkodliwych skutków palenia, na jakie są narażeni.

BAT chce osiągnąć na polskim rynku pozycję lidera w kategorii wyrobów nowej generacji. Kilka lat temu grupa przejęła firmę Chic, producenta i dystrybutora papierosów elektronicznych, który miał połowę udziałów w polskim rynku.

W Polsce działa również nowoczesne centrum naukowo-badawcze British American Tobacco.

– Grupa BAT przygotowała strategię przekształcenia sektora tytoniowego. Polska ma tu do odegrania kluczową rolę. Dzisiaj zatrudniamy 1,5 tys. osób, które pracują nad produktami nowej generacji. To mniej więcej połowa wszystkich zatrudnionych w BAT Polska. Taka sytuacja jeszcze kilka lat temu byłaby nie do pomyślenia. Działalność firmy już uległa przekształceniu, a dzięki wprowadzeniu glo jej rozwój będzie kontynuowany – zapowiada Dragos Constantinescu.

Coraz więcej firm decyduje się na wynajem wspólnej powierzchni biurowej. W ten sposób zwiększają efektywność pracowników i zatrzymują tych najlepszych

Coraz więcej firm decyduje się na wynajem wspólnej powierzchni biurowej. W ten sposób zwiększają efektywność pracowników i zatrzymują tych najlepszych 6

Z elastycznych biur i wspólnych powierzchni biurowych do wynajęcia korzystają nie tylko freelancerzy i start-upy, lecz także coraz więcej dużych firm. W ten sposób chcą zwiększyć swoją atrakcyjność jako pracodawców, ponieważ przyjazne biuro w dobrze skomunikowanym miejscu to coraz większa wartość dla pracowników. Konieczna jest jednak dobrze zaprojektowana powierzchnia, która pozwoli na zachowanie prywatności i pracę w grupie, a także zwiększy efektywność pracowników.

Rozpoczęła się rewolucja w prowadzeniu własnego biznesu, również na rynku polskim. Powstaje dużo lokalizacji coworkingowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Gabteni, dyrektor regionalny w Polsce Grupy IWG, zrzeszającej takie marki jak Regus czy Spaces, która w listopadzie otworzy swoje pierwsze biuro w Warszawie.

Z raportu opracowanego przez Software Company Intuit wynika, że do 2020 roku 40 proc. Amerykanów będzie wykonywało wolny zawód. To sprzyja powstawaniu przestrzeni coworkingowych. Zwłaszcza że korzystają z nich także firmy, które chcą umożliwić swoim pracowników pracę zdalną. Z globalnych badań przeprowadzonych przez Spaces wynika, że mniej więcej połowa pracowników – zarówno urodzonych przed 1964 rokiem, jak i tych urodzonych po 1980 roku – pracuje zdalnie przez ponad pół tygodnia. Dwie trzecie milenialsów (urodzonych po 1980 roku) postrzega elastyczne opcje pracy jako oferujące nowe szanse biznesowe oraz jako możliwość realizacji projektów. Wśród osób urodzonych przed 1964 rokiem odsetek ten wynosi 55 proc.

Jak wynika z badania IWG, 78 proc. polskich przedsiębiorców przyznaje, że umożliwienie zatrudnionym pracy z dowolnego miejsca ułatwiło firmie pozyskanie i utrzymanie najbardziej utalentowanych pracowników. 86 proc. podkreśla, że elastyczne formy pracy sprzyjają konkurencyjności ich organizacji. Kluczem jest jednak odpowiednie zaprojektowanie takiej przestrzeni biurowej.

Standardowy open space tak naprawdę zmniejsza produktywność osób w nim pracujących, więc posiadanie samej przestrzeni coworkingowej nie do końca się sprawdza. U nas jest to przemieszane. Badania wykazały, że klienci potrzebują mieć dostęp do różnego typu powierzchni. W ciągu dnia zmienia się aktywność pracowników, więc potrzebne jest połączenie biur, sal konferencyjnych i typowego open space’u, a także przestrzeni, gdzie można usiąść i w ciszy pomyśleć, czy boksów telefonicznych, gdzie można przeprowadzić rozmowę – tłumaczy Rafał Gabteni.

Według badań przeprowadzonych przez Gensler, źle zaprojektowana przestrzeń biurowa zmniejsza efektywność pracowników. Naukowcy z Exeter University obliczyli, że komfort pracy w pomieszczeniach typu open space jest niższy nawet o 32 proc. niż w przypadku osób pracujących w gabinetach. Pracownikom w hałasie trudno jest się skupić, w efekcie ich efektywność spada o ok. 15 proc.

Wielu pracowników bardzo ceni sobie wygodę dojazdu do pracy. Co rozumiem przez wygodę? Bliskość miejsca pracy, możliwość pracowania w różnych porach dnia, także możliwość korzystania z różnego typu przestrzeni – podkreśla Gabteni.

84 proc. polskich firm stwierdziło, że miejsca pracy zdalnej pozwalają skrócić czas dojazdu do pracy.

Istotne jest, aby zachować dla pracowników przyjazną przestrzeń. Firmy, które u nas wynajmują, mogą korzystać z tych aspektów, które pomagają utrzymać zadowolenie pracowników i stworzyć dla nich atmosferę pracy, która wzmaga kreatywność i wydajność jednocześnie – przekonuje ekspert IWG.

Minecraft pomoże w rozwoju cyfrowych kompetencji wśród dzieci. W jednej z najpopularniejszych gier na świecie najmłodsi mogą zaprojektować otoczenie Pałacu Kultury i Nauki

Minecraft pomoże w rozwoju cyfrowych kompetencji wśród dzieci. W jednej z najpopularniejszych gier na świecie najmłodsi mogą zaprojektować otoczenie Pałacu Kultury i Nauki 7

2/3 uczniów szkół podstawowych w przyszłości będzie pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją. To zawody związane z nowymi technologiami, sztuczną inteligencją czy big data. Dlatego eksperci podkreślają, że rozwijanie cyfrowych kompetencji jest w ich przypadku szczególnie istotne. Połączenie Minecrafta, jednej z najpopularniejszych gier na świecie, która rozwija zdolności programowania i logicznego myślenia, oraz najnowszego urządzenia Microsoftu – Surface Go – ma pomóc dzieciom w nauce i rozwoju cyfrowych kompetencji. Urządzenie jest nagrodą w konkursie „Stolica do sześcianu”, w którym głównym zadaniem jest zbudowanie w Minecrafcie własnej wizji parku przed Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie. Najmłodsi mają na to czas do 31 października. 

– W obszarze kompetencji cyfrowych mamy jeszcze wiele do nadrobienia. Musimy wziąć pod uwagę to, że wszystkie zawody przyszłości będą w pewien sposób powiązane z technologią i nie można tego faktu ignorować. Około 65 proc. dzieci rozpoczynających obecnie naukę będzie pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją, więc rozwijanie takich zdolności miękkich jak kreatywność jest bardzo istotne. Tylko kreatywne osoby będą w stanie gonić ten świat, który technologicznie będzie się rozwijał coraz szybciej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Klimczuk z biura prasowego Microsoft.

Rewolucja technologiczna przeobraża rynek pracy. Przyszłością mogą się okazać zawody związane ze sztuczną inteligencją, robotyzacją, programowaniem czy big data. Dlatego cyfrowe kompetencje, umiejętność programowania i obycie w świecie nowych technologii są w przypadku dzieci i młodzieży bardzo istotne.

 Zdecydowanie trzeba zmienić sposób nauczania, edukować tymi narzędziami, których dzieci będą używały w przyszłości. Nie wyobrażam sobie tego bez najnowocześniejszego oprogramowania, bez rozwijania kreatywności poprzez technologię i umożliwiania dzieciom pracy na narzędziach i urządzeniach, z których będą musiały korzystać w przyszłości – podkreśla Anna Klimczuk.

Jak wynika z tegorocznej edycji międzynarodowego badania EU Kids Online 2018, 85 proc. nastolatków codziennie lub prawie codziennie łączy się z siecią za pośrednictwem smartfona, a 15 proc. spędza w internecie nawet 5 godzin dziennie. Jednak tylko jeden nastolatek na dziesięciu nastolatków wykorzystuje internet do twórczych działań, a 60 proc. nigdy nie stworzyło niczego za pomocą aplikacji. Z badań wynika, że dzieci i młodzież używają technologii przeważnie w sposób bierny: do oglądania wideo, słuchania muzyki albo komunikowania się z najbliższymi.

Wyzwaniem jest więc połączenie rozrywki związanej z korzystaniem z internetu i nowych technologii z aspektem edukacyjnym i bezpieczeństwem najmłodszych. Taki jest właśnie cel konkursu „Stolica do sześcianu”, organizowanego przez MindCloud, szkołę kodowania i rozwoju cyfrowych kompetencji dzieci, we współpracy z Microsoft.

Przykładamy ogromną wagę do bezpieczeństwa, które jest wbudowane w każde oprogramowanie i urządzenie, żeby dzieci mogły bezpiecznie z nich korzystać. Nasze najnowsze dziecko  Surface Go  jest ukierunkowane na bezpieczeństwo, a także na wygodę. To bardzo małe urządzenie, które można wrzucić do tornistra. Może zastąpić zeszyt albo dziennik nauczyciela. Połączenie Surface Go z Minecraftem ma uczyć i bawić. Uruchamiamy właśnie z firmą MindCloud konkurs, w którym chcemy się dowiedzieć, jak dzieci widziałyby otoczenie Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Mogą zaprojektować otoczenie PKiN na tych urządzeniach, a nagrodą w konkursie jest właśnie Surface Go – mówi Anna Klimczuk.

Minecraft to gra komputerowa z nieskończonymi możliwościami do odkrywania świata poprzez budowę obiektów i wykonywanie zadań. Za pomocą bloków dzieci i młodzież mogą między innymi poznać, jak pracują narządy ciała ludzkiego, jak przebiegają reakcje chemiczne i działają ważne mechanizmy, uczą się budować algorytmy i programować je w środowisku wizualnym.

– Gry, oprócz funkcji rozrywkowej, mogą pełnić również funkcję edukacyjną. Minecraft jest idealnym tego przykładem. Dzieci mogą programować w grze, uczyć się kreatywności poprzez budowanie rozmaitych budowli, tworzyć rozmaite mechanizmy. To wszystko uczy również logicznego myślenia oraz pracy w grupie. Dzieci bardzo lubią to robić, ponieważ widzą tego efekty, widzą na ekranie to, co stworzyli, mogą wszystko od razu podejrzeć – tłumaczy youtuber Michał Baraniak, autor popularnego kanału RoxMB.

Połączenie Minecrafta, jednej z najpopularniejszych na świecie gier, która rozwija zdolności programowania i logicznego myślenia, oraz najnowszego urządzenia z portfolio Microsoftu, Surface Go, ma pomóc dzieciom w nauce i rozwoju cyfrowych kompetencji. Konkurs „Stolica do sześcianu”, w którym głównym zadaniem jest zbudowanie w Minecrafcie własnej wizji parku przed PKiN w Warszawie, potrwa do końca października, a jego wyniki zostaną ogłoszone 3 listopada. Zgłoszenia do konkursu przyjmowane są za pośrednictwem strony MindCloud.

Usługi głosowe coraz popularniejsze w sektorze finansowym. Konsumenci już dokonują w ten sposób przelewów

Usługi głosowe coraz popularniejsze w sektorze finansowym. Konsumenci już dokonują w ten sposób przelewów 8

W ubiegłym roku 8 proc. Amerykanów dokonało co najmniej jednej transakcji finansowej z wykorzystaniem asystentów głosowych, a za cztery lata już co trzeci Amerykanin ma za pomocą komend głosową wysyłać pieniądze albo opłacać rachunki – wynika z szacunków Business Insider Intelligence. W perspektywie kolejnych 10–15 lat głos może całkowicie zastąpić klawiaturę. W Polsce asystenci głosowi nie są jeszcze tak popularni, ale – jak podkreślają eksperci – jest to tylko kwestia ich dostosowania do języka polskiego.

W Polsce usługi głosowe jeszcze nie są bardzo popularne. Wynika to z faktu, że asystenci głosowi tacy jak Alexa czy Siri jeszcze nie mówią po polsku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Miłosz Kurzawski, ekspert w Blue Media.

W Polsce można już kupić głośniki Amazon Echo czy Google Home, ale nie da się w pełni korzystać z ich potencjału. W grudniu ubiegłego roku Amazon udostępnił w polskim App Store i Google Play aplikację Alexa. Choć nadal trzeba do niej mówić w języku angielskim, to zapytana o pogodę, poda ją dla lokalizacji w Polsce, a budzik ustawi godzinę na prawidłową strefę czasową.

– Jak tylko asystenci głosowi będą mówili w języku polskim, w Polsce również popularność tych urządzeń powinna znacznie wzrosnąć. Polacy są otwarci na większość nowinek technologicznych, więc myślę, że bardzo szybko zaadaptują rozwiązania głosowe i staną się one u nas standardem­ – podkreśla Miłosz Kurzawski. – O globalnej popularności tych rozwiązań świadczy jednak poziom ich sprzedaży.

Według danych Euromonitor International w 2017 roku sprzedano na całym świecie około 81 mln inteligentnych urządzeń głosowych. Liderami są Amazon Echo i Google Home. Liczby te pokazują, że asystenci głosowi, jak Siri (Apple), Alexa (Amazon), Asystent (Google), Cortana (Microsoft) czy Bixby (Samsung), mogą wywrzeć w najbliższych latach ogromny wpływ na funkcjonowanie społeczeństwa. Tym bardziej że prognozy Euromonitor International mówią o wzroście sprzedaży na poziomie 84 proc. do 2021 roku.

– Usługi głosowe mogą być wykorzystane do zupełnie podstawowych zadań, jak zapytanie o pogodę, uzupełnienie kalendarza, ale też możemy bez problemu już dziś kupić bilet kolejowy, zapłacić rachunek, zlecić przelew. Są już funkcjonujące prototypy, które umożliwiają doładowanie telefonu prepaid, zweryfikowanie niezapłaconych rachunków czy stanu konta – wymienia Miłosz Kurzawski.

W przyszłości usługi głosowe mają szansę wyprzeć aplikacje mobilne i interfejsy oparte o klawiaturę czy myszkę. Już dziś, jak pokazują dane Search Engine People, 20 proc. mobilnych wyszukiwań w Google odbywa się głosowo. Na asystentów głosowych stawia coraz więcej banków i innych instytucji sektora finansowego. Nawiązują one współpracę z globalnymi dostawcami takich rozwiązań lub też pracują nad swoimi aplikacjami.

W perspektywie 10–15 lat głos może całkowicie zastąpić klawiaturę. To już się dzieje. W USA coraz więcej transakcji wykonywanych jest w oparciu o interfejsy głosowe. Szczególnie dla młodych ludzi jest to naturalny sposób komunikacji. Większość instytucji finansowych w swoich wewnętrznych laboratoriach ma otwarte projekty z zakresu bankowości głosowej czy usług opartych o głos. Kwestie bezpieczeństwa są rozwiązywane z wykorzystaniem biometrii głosowej, gdzie urządzenie potrafi rozpoznać i zidentyfikować osobę mówiącą do urządzenia – tłumaczy ekspert Blue Media.

Prognozy ekspertów mówią o tym, że asystenci następnej generacji nie będą tylko słuchać i reagować na komendy, lecz także zaczną sami podpowiadać rozwiązania. Giganci technologiczni dążą do tego, by interakcja z asystentem w jak największym stopniu przypominała tę z realną osobą.

Polskie firmy wprowadzają wiele zmian, ale ze słabym efektem. Błędem jest niewykorzystywanie informacji zwrotnych od pracowników

Polskie firmy wprowadzają wiele zmian, ale ze słabym efektem. Błędem jest niewykorzystywanie informacji zwrotnych od pracowników 9

Praca zespołowa, jasno określony cel, elastyczność oraz wykorzystywanie informacji zwrotnych od pracowników – to przepis na skuteczne wdrażanie zmian w firmie, który wyłania się z badań Szkoły Zarządzania Zmianą. Wynika z nich również, że polskie firmy, stojąc w obliczu czwartej rewolucji przemysłowej, nie za dobrze radzą sobie z wprowadzaniem zmian. W ubiegłym roku 70 proc. takich projektów zakończyło się niepowodzeniem. Powodem było najczęściej niewykorzystywanie przez przedsiębiorstwa informacji zwrotnych od pracowników, firmy wdrażają zmiany, kierując się wyłącznie intuicją i nie potrafią uczyć się na błędach. 

Tegoroczny raport z III Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą pokazał, że polskie firmy nie do końca są gotowe na czwartą rewolucję przemysłową. W największym tego typu badaniu w Polsce uczestniczyło prawie trzysta organizacji, w większości dużych firm. Wynika z niego, że 70 proc. zmian w polskich przedsiębiorstwach wciąż kończy się niepowodzeniem, choć wynik nieznacznie się poprawił – o 5 pkt proc. w porównaniu do ubiegłego roku. Zakładane cele udało się zrealizować raptem w 30 proc. przypadków.

– Największym problemem we wdrażaniu zmian jest podejście polegające na tym, że w zbyt małym stopniu angażujemy ludzi i korzystamy z informacji zwrotnej, którą od nich otrzymujemy. Skutki wdrożeń pokazują nam, że te informacje zwrotne często są wykorzystywane jako swego rodzaju przykrywka, usprawiedliwienie, że wysłuchaliśmy, ale nic z tym nie zrobiliśmy. Te informacje grzęzną gdzieś w machinie przedsiębiorstwa, przy kierownictwie i nic się z nimi nie dzieje. To powoduje, że ludzie czują się później mniej zaangażowani i niechętnie wchodzą w nowe zmiany. Być może jest to główny powód, dla którego zmiany wdrażane w przedsiębiorstwach kończą się niepowodzeniem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiesław Grabowski, warszawski partner Szkoły Zarządzania Zmianą.

Mimo że 78 proc. stwarza pracownikom możliwość wyrażenia swojej opinii na temat wdrażanej zmiany, to skuteczność ich wykorzystania wyniosła tylko 52 proc.

Cały czas jest jeszcze dużo do poprawienia i można dużo zaoszczędzić, jeżeli zmiany w przedsiębiorstwach będą lepiej wdrażane – podkreśla Wiesław Grabowski.

Z wdrażaniem zmian najlepiej radzi sobie branża produkcyjna, w której poziom realizacji celów sięgnął 48 proc. Najgorzej wypadła branża IT z 19-proc. skutecznością oraz usługi (19 proc.). Zdecydowana większość, bo aż 80 proc., wszystkich zmian była wdrażana przez maksymalnie dwanaście miesięcy. Największą szansę na sukces mają jednak krótsze, sześciomiesięczne projekty – wynika z badań.

Wdrażanie zmian to ciągły proces. Każda firma w jakiejś skali podejmuje się tego co roku, niektóre nawet co kilka miesięcy – mówi Wiesław Grabowski.

Zmiany w polskich przedsiębiorstwach najczęściej dotyczą strategii (w 40 proc.). W ubiegłym roku 1/3 takich procesów dotyczyła także zmiany struktury organizacyjnej firmy, a nieco ponad 25 proc. – kultury organizacyjnej.

Partner Szkoły Zarządzania Zmianą podkreśla, że firmy różnie przygotowują się do tego typu projektów. Część z nich stosuje konserwatywne, klasyczne metody i zakłada, że jest w stanie wszystko przewidzieć – od momentu podjęcia decyzji do zakończenia procesu zmian. To podejście w praktyce rzadko się sprawdza. Większe sukcesy odnoszą firmy, które traktują zmianę jako proces uczenia się. Mają określoną wizję tego, co chcą uzyskać, ale w trakcie projektu na bieżąco aktualizują swoje plany i weryfikują założenia, uwzględniając nowe informacje.

Sukces zależy od trzech czynników. W 88 proc. zależny jest od pracy zespołowej. Podobny odsetek badanych wskazał, że jest to kwestia wizji, tego, na ile wizja zmiany jest przemyślana i uzasadniona. Kolejny element to postawa kierownictwa wysokiego szczebla. Jeżeli te trzy warunki są spełnione, to zmiana ma większe szanse powodzenia – mówi Wiesław Grabowski.

Zmiany w organizacjach były najczęściej kierowane przez zespół projektowy złożony z menadżerów (w 1/3 przypadków) lub menadżerów i pracowników (20 proc.). Co ciekawe, te drugie okazały się w praktyce o około 20 proc. skuteczniejsze. Ponad połowa (51 proc.) firm wskazuje pracę zespołową jako najważniejszy czynnik, który przyczynił się do sukcesu.

Niepokojący jest natomiast fakt, że w ubiegłym roku ponad 20 proc. zmian w polskich firmach wdrażano na czuja, bez wykorzystania żadnej metodyki zarządzania zmianą (np. Agile, Design Thinking, Scrum, Lean Change).

Wyniki tych badań na przestrzeni ostatnich trzech lat są bardzo podobne. Teoretycznie w tym roku uzyskaliśmy najlepszy odsetek zmian, które zakończyły się sukcesem. Było to 30 proc., podczas gdy w poprzednich latach 25–28 proc. Mniej było też firm, w których zmiany kompletnie się nie powiodły. Trudno natomiast powiedzieć, czy sytuacja zmierza ku lepszemu. 2/3 zmian nadal kończy się niepowodzeniem, co oznacza, że naprawdę jest jeszcze olbrzymie pole do poprawy – podkreśla Wiesław Grabowski.

W listopadzie rusza IV edycja badania na temat zarządzania zmianą w firmach. Jego wyniki będą znane w styczniu 2019 roku.

Branża budowlana przestawia się na wykorzystanie surowców z recyklingu. Deweloperzy i architekci muszą szukać nowych, innowacyjnych rozwiązań

Branża budowlana przestawia się na wykorzystanie surowców z recyklingu. Deweloperzy i architekci muszą szukać nowych, innowacyjnych rozwiązań 10

Przemysł budowlany zużywa około 400 mln ton surowców rocznie i odpowiada za 1/3 wszystkich produkowanych odpadów. Tymczasem budynki można postawić z całkowicie przetworzonych materiałów, wykorzystując do wyłożenia ścian np. przetworzone dżinsy. Budynki projektowane zgodnie z koncepcją circular economy mogą zapobiec marnotrawstwu i przynieść znaczne oszczędności. Wymaga to od architektów i deweloperów stosowania całkiem nowych, innowacyjnych technologii. Powstają już pierwsze inwestycje, m.in. zrównoważony biurowiec Circl w centrum Amsterdamu. W ciągu kilku lat budować w tym standardzie będziemy także w Polsce. 

– Circular economy na pewno wejdzie w nasze DNA, choć trochę to zajmie. Jak na razie liderami są kraje takie jak Holandia. W Polsce ta rewolucja dopiero nas czeka, zmierzamy ku niej nieuchronnie. Budynki budowane w zgodzie z gospodarką obiegu zamkniętego będą powstawać – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Alicja Kuczera, dyrektor zarządzająca Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego.

Gospodarka o obiegu zamkniętym (circular economy) to idea zgodnie z którą odpady nie powinny trafiać na wysypiska śmieci, ale zostać przetwarzane w procesie recyklingu albo stać się źródłem energii. W przeciwieństwie do gospodarki liniowej („wyprodukuj, użyj, wyrzuć”), w której odpady są przeważnie ostatnim etapem cyklu życia produktu. Model GOZ zakłada wykorzystanie zasobów i surowców w maksymalnym stopniu, z korzyścią dla środowiska.

Circular economy to kierunek, w którym zmierza cała europejska gospodarka. Komisja Europejska w grudniu 2015 roku przyjęła pakiet dotyczący gospodarki odpadami w obiegu zamkniętym (Circular Economy Package, tzw. CEP). Według badania przeprowadzonego dla Komisji Europejskiej przez McKinsey i fundację Ellen MacArthur przejście na model GOZ ma zapewnić roczne oszczędności na poziomie 4 proc. PKB Unii Europejskiej. Circular economy ma się też przyczynić do zwiększenia inwestycji, tworzenia nowych miejsc pracy (m.in. w sektorze odpadowym i recyklingu) oraz rozwoju ekoinnowacji (raport Euractiv „Gospodarka o obiegu zamkniętym: nowy plan dla Europy”).

Circular economy to zarówno trend, jak i prawny wymóg, do którego musi się dostosować każda branża, w tym także budownictwo. Dyrektor zarządzająca Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego Alicja Kuczera jest przekonana, że w zgodzie z tą ideą będzie powstawać coraz więcej budynków, a circular economy wymusi na architektach i deweloperach większą innowacyjność.

– Jednym z najciekawszych budynków, które widziałam w ostatnim czasie, jest Circl w Amsterdamie. Biurowiec wybudowano w sposób zrównoważony, skupiając się na aspekcie unikania odpadów i ponownego wykorzystywania wszystkiego, co się da. Ściany zostały wyłożone filcem, który powstał z 18 tys. par przetworzonych dżinsów. Okna wewnątrz budynku odebrano z jednego z biur Philipsa, które było rozbierane w innej części Holandii. One zostały przewiezione, odnowione i służą jako bardzo ładne, designerskie ścianki działowe – opowiada Alicja Kuczera.

Zrównoważony biurowiec Circl w centrum Amsterdamu jest siedzibą banku ABN-AMRO, przodującego w finansowaniu zrównoważonych inwestycji budowlanych. Wszystkie rozwiązania w budynku zostały zaprojektowane w zgodzie z koncepcją circular economy. Przykładowo windy nie zostały kupione, ale wypożyczone w długoterminowy leasing od Mitsubishi, co zmusza producenta do serwisowania i utrzymywania ich w jak najlepszym stanie. Budynek jest energooszczędny, a okna pokryto specjalną folią, która zapobiega przegrzewaniu się pomieszczeń i zmniejsza potrzebę korzystania z klimatyzacji (a tym samym – zapotrzebowanie na energię). Również wszystkie materiały budowlane zastosowane w biurowcu – od drewna po aluminium – mogą zostać poddane recyklingowi i ponownie wykorzystane w przyszłości.

– Gospodarka obiegu zamkniętego zakłada maksymalne wykorzystanie zasobów i odzyskiwanie tego, co już jest. Stąd też w środku zastosowano wiele minimalistycznych rozwiązań i technologii, które zapobiegają marnotrawstwu. Ten przykład jest jak na razie nieekonomiczny, bo bank ABN-AMRO sam stwierdził, że ten biurowiec im się nie opłacał. Jednak im więcej takich inwestycji będzie powstawać, tym bardziej upowszechnią się takie rozwiązania i technologie, a część ekonomiczna zrównoważy się ze środowiskową. Jestem przekonana, że za kilka lat będziemy budowali właśnie w tym standardzie –prognozuje Alicja Kuczera.

Firma doradcza JLL podaje, że przemysł budowlany zużywa około 400 mln ton materiałów rocznie i odpowiada za 1/3 wszystkich produkowanych odpadów. Budynki projektowane zgodnie z koncepcją obiegu zamkniętego mogą temu zapobiec, a jednocześnie zapewnić znaczne oszczędności dzięki trwałym, wielokrotnego użytku komponentom, które można łatwo złożyć, rozebrać i naprawić lub wymienić.

We wrześniu 2016 roku Holandia przyjęła strategię dotyczącą GOZ z perspektywą do 2050 roku. W ślady za nią poszła m.in. Finlandia. W Polsce prace nad stworzeniem mapy drogowej transformacji w kierunku GOZ prowadzi Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii.

Ciche, elektroniczne instrumenty muzyczne zastępują te tradycyjne. Pozwalają nie tylko ćwiczyć w domu, lecz także kontrolować brzmienie i głośność na scenie

Ciche, elektroniczne instrumenty muzyczne zastępują te tradycyjne. Pozwalają nie tylko ćwiczyć w domu, lecz także kontrolować brzmienie i głośność na scenie 11

Najnowsze technologie coraz częściej obecne są w branży muzycznej. Tradycyjne instrumenty coraz częściej zastępowane są ich elektronicznymi odpowiednikami. Dzięki instrumentom elektronicznym można doskonalić technikę gry bez wychodzenia z domu. Pozwalają w pełni kontrolować brzmienie oraz głośność, dlatego sprawdzają się także w warunkach scenicznych. Profesjonalni muzycy wykorzystują je do symulowania dźwięków, których nie można wydobyć z gitar oraz perkusji akustycznych.

– Perkusja elektroniczna z serii Silent wymaga tylko podłączenia do źródła prądu. Największą zaletą jest to, że możesz ćwiczyć w domu, niezależne od pory dnia, nawet o drugiej w nocy, bo zakładając słuchawki nikomu nie przeszkadzasz. Do perkusji wgrana jest muzyka w różnych gatunkach, do której można ćwiczyć. Można również za pomocą kabla podłączyć do urządzenia swój telefon i odtwarzać swoją ulubioną muzykę, swoje ulubione utwory – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Ralf Mersch z firmy Yamaha.

Grę na gitarze elektrycznej czy instrumentach klawiszowych można bez problemu ćwiczyć w domowym zaciszu, korzystając ze słuchawek. W przypadku instrumentów akustycznych i perkusyjnych sprawa nie jest taka prosta. Aby jednak umożliwić muzykom doskonalenie techniki o dowolnej porze dnia i nocy, firma Yamaha zaprojektowała elektroniczne instrumenty z serii Silent, które nie wydają dźwięku podczas gry. Zestaw perkusyjny Yamaha Silent wykorzystuje specjalne pady z tworzywa sztucznego, które po uderzeniu aktywują przełącznik. Ten wysyła sygnał do jednostki centralnej, która analizuje moc uderzenia i symuluje brzmienie prawdziwych talerzy lub bębnów, odtwarzane na słuchawkach.

Z kolei elektroakustyczne gitary do ćwiczeń z linii SLG wyposażono w struny o cichej akcji oraz osprzęt, który rozpoznaje nawet delikatne brzmienia, dzięki czemu dobrze odwzorowuje akustyczne brzmienie gitary. Granie na instrumencie elektroakustycznym ma jeszcze jedną zaletę – można podpiąć do niego efekty, aby modulować brzmienie.

– Perkusji elektronicznych używa wiele sławnych zespołów, które zabierały w trasę koncertową również nasz sprzęt. Można załadować sample do modułu, co pozwala zespołom na odegranie brzmień pochodzących prosto z nagrania studyjnego, przy czym na żywo brzmią one tak samo jak na płycie CD – przekonuje Ralf Mersch.

Nietypowy sposób na ułatwienie nauki gry na gitarze znalazła firma OneManBan, która stworzyła przystawkę OMB symulującą grę całego zespołu. Sprzęt przyczepia się do mostka w gitarze elektrycznej lub akustycznej, a gryf i progi obkleja taśmami przewodzącymi impuls elektryczny. OMB rozpoznaje, na których progach ułożone są palce i w jakim tempie grany jest dany utwór. Następnie automatycznie dobiera do niego podkład muzyczny, który jest spójny ze stylem i rytmiką granego kawałka. Pozwala to ćwiczyć zagrywki przy akompaniamencie całego zespołu.

Coraz częściej spotyka się także wzmacniacze gitarowe ze zintegrowanym symulatorem efektów. Firma Fender wprowadziła na rynek model Mustang GT 40, który komunikuje się z aplikacją mobilną i pozwala odtwarzać brzmienia siedemnastu klasycznych wzmacniaczy oraz efektów takich, jak phaser, reverb czy delay.

Elektroniczne i hybrydowe instrumenty pozwalają również w pełni kontrolować brzmienie i dostosowywać je do miejsca.

– Muzyka elektroniczna jest wszędzie, więc wiele osób korzysta z elektronicznych perkusji w różnych miejscach, np. w kościele lub podobnych lokalizacjach, w których należy zachować ciszę. Można podłączyć się do systemu nagłośnieniowego, a następnie pogłośnić do poziomu, jaki chce się uzyskać. Brzmienia elektroniczne są wszędzie – twierdzi ekspert.

Analitycy z firmy Technavio przewidują, że w ciągu trzech najbliższych lat globalny rynek elektronicznych instrumentów muzycznych będzie się rozwijał w tempie 1,8 proc.

Jak zabezpieczyć cenne przedmioty?

Przechowywanie w domu wartościowych rzeczy bywa ryzykowne. Kosztowna biżuteria, rzadkie książki i inne drobiazgi mogą kusić potencjalnego złodzieja. Bardzo ważne jest odpowiednie ich zabezpieczenie. Na jakie się zdecydować? Co wybrać? Sprawdzamy!

Mądra inwestycja

Jednym z najlepszych wyborów asekuracyjnych będzie solidny sejf. Świetną opinię wśród użytkowników mają sejfy podłogowe, które stanowią barierę wprost nie do przełamania. Nie tylko chronią nasze skarby, ale same są doskonale ukryte pod dywanem czy ciężkimi meblami.

Wytrzymały sejf podłogowy to pewność, że ewentualny włamywacz obejdzie się smakiem drogocennych przedmiotów. Znany inaczej jako „wpuszczany” (umieszcza się go przecież pod podłogą) daje gwarancję bezpieczeństwa.

Kiedy wybieramy ten odpowiedni dla nas, musimy zwrócić uwagę na kilka kwestii. Po pierwsze – certyfikat zamka. Dobrze by był certyfikowany zgodnie z normą EN 1300 dla klasy A, wyposażony w osiem asymetrycznych, niezależnych płytek. Dodatkowo warto dodać do całości zamek mechaniczny szyfrowy.

Nowoczesność

Sejf stanowi bez wątpienia najlepsze rozwiązanie dla posiadaczy różnego rodzaju skarbów. Jeśli zdecydujemy się już na zakup, zwróćmy uwagę na systemy, które uniemożliwiają otworzenie go przez osoby niepowołane. Nowoczesny system „ANTIDECO” zapewni, że nikt nie dostanie się do skrytki za pomocą klucza uniwersalnego. Mechanizm zamka oraz poziome rygle są chronione przez płytkę ze stali manganowej.

Do asekurowania i ukrycia przed światem wartościowych rzeczy i dokumentów doskonale sprawdzą się właśnie sejfy podłogowe, które gwarantują niejako podwójną ochronę – zamek i podłogę właśnie. Starannie ukryty posłuży nam długie lata i zniechęci ewentualnych włamywaczy.

Co więcej?

Ale bezpieczeństwo rodziny i ważnych dla domowników przedmiotów to nie tylko dobra szafa pancerna. To również odpowiednie wykończenie całego budynku.

Jeśli chcemy w jego wnętrzu trzymać wartościowe drobiazgi, zadbajmy także o inne elementy izolacji. Po pierwsze – solidne okna i drzwi. Na rynku jest szeroki wybór wzmacnianych wyrobów, które sprawią, że żaden złodziej nie sforsuje wejścia do naszego lokum. A wzmocnienie szyby sprawi, że będziemy spokojni w dzień i w nocy.

Co więcej? Nigdy nie wystawiamy na widok publiczny żadnych cennych obiektów. Chwalenie się przed sąsiadami tym, co trzymamy pod dachem, również nie jest najlepszym pomysłem. Nigdy nie wiemy, kto akurat przysłuchuje się konwersacji.

Zdrowy rozsądek, mocne okna, ciężkie, antywłamaniowe drzwi i wysokiej jakości sejf sprawią, że nareszcie poczujemy się w pełni bezpiecznie. Dom nareszcie stanie się przystanią, w której nic nie zagrozi nam i przedmiotom, które są dla nas ważne.

RODO, czyli dlaczego ochrona danych jest ważna

Na temat RODO napisano i powiedziano już wiele, a część komentatorów w związku z nowym rozporządzeniem roztaczała niemal apokaliptyczne wizje. Okazało się jednak, że świat nie skończył się 25 maja, a z internetu nie zniknęły interesujące treści, przetrwały też media społecznościowe. Zdaniem specjalistów z firmy Fortinet warto więc zastanowić się, dlaczego ochrona danych stała się na tyle istotna, że wprowadzenie regulacji w tym obszarze uznano za niezbędne.

Skąd pomysł, aby chronić dane?

Zanim Unia Europejska rozpoczęła prace nad rozporządzeniem, przepisy dotyczące ochrony wrażliwych informacji, a nawet sama koncepcja cyfrowych danych użytkowników, były mocno nieprecyzyjne. – Tak jak w przypadku każdej nowej technologii, podczas rozwijania internetu w połowie lat 90. skupiono się na tym, co można dzięki niemu zyskać, a nie jakie będą konsekwencje – wskazuje Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce.

Wraz z postępem technologicznym i upowszechnianiem się szybkiego internetu zakres usług stale się zwiększał, jednak bez żadnego nadzoru. Firmy takie jak Google czy Facebook zaczęły budować swój model biznesowy w oparciu o gromadzenie i analizę danych użytkowników. Proces ten przyspieszył, gdy powszechnie zaczęto używać smartfonów i aplikacji mobilnych. Dziś stoimy w obliczu masowych manipulacji budowanych na tych danych.

Śledzenie zachowań użytkowników działa na coraz większą skalę – oprócz największych korporacji robią to tysiące mniejszych firm. Każdy jest profilowany na podstawie danych gromadzonych przez systemy geolokalizacji, wyszukiwarkę czy aplikacje, a specjalne algorytmy przetwarzają te informacje i oceniają, jaki jest status finansowy i stan zdrowia danej osoby, czy jest aktywna, czy ma dzieci, jakie są jej zwyczaje zakupowe, zainteresowania, a nawet poglądy – na tej podstawie wyświetlane są m.in. reklamy. Trzeba mieć jednak świadomość, że takie dane mogą posłużyć również do nieetycznych, a nawet niezgodnych z prawem działań.

RODO ma służyć użytkownikom

Przedsiębiorstwom nie groziły niemal żadne konsekwencje prawne w przypadku wycieku wrażliwych danych. Grzywny nakładane przez organy nadzoru i koszty wizerunkowe nie były na tyle dotkliwe, żeby motywować do dbania o ochronę informacji. Kradzież danych osobowych nie jest niczym nowym. Dostrzeżenie ich wartości przez cyberprzestępców było więc tylko kwestią czasu – komentuje dyrektor Malak. – Z kolei naruszenia bezpieczeństwa były wkalkulowanym w działalność i łatwym w zarządzaniu ryzykiem biznesowym, nieporównywalnie mniejszym od wartości danych osobowych, które firmy mogły wielokrotnie wykorzystywać.

Sytuacja wymagała zmiany, dlatego aby chronić użytkowników przed nieuprawnionym wykorzystywaniem ich danych, zdecydowano się nałożyć na firmy przetwarzające wrażliwe informacje obowiązek ich ochrony. W takich okolicznościach narodziły się przepisy znane obecnie jako RODO – zaprojektowane, aby rozwiązać narastające problemy i nadać większą wagę ochronie danych osobowych.

KUKE: Afryka szansą dla polskich eksporterów

Afryka to rozległy, niezwykle zróżnicowany kontynent, zamieszkały przez ponad 1,2 mld ludności. Jednak w 2017 roku polski eksport na ten obszar geograficzny wyniósł niewiele ponad 2,5 mld USD – co stanowi zaledwie 1,2%eksportu z Europy. To wciąż ogromna przestrzeń do zagospodarowania przez polskie firmy – szczególnie, że w tym samym czasie cała Europa wyeksportowała do Afryki dobra warte 191 mld USD, co stanowi 43% całego eksportu na ten kontynent.

Wśród perspektywicznych afrykańskich rynków eksportowych wymienia się najczęściej RPA, Kenię i Nigerię. Sama tylko Nigeria wg przewidywań już w 2050 r. ma stać się trzecim najludniejszym krajem świata. Mimo, że kraje afrykańskie niosą ze sobą spore perspektywy rozwoju, obecnie około połowa krajów afrykańskich klasyfikowana jest jako kraje wysokiego ryzyka, przez co działalność na tym kontynencie nie należy do łatwych.

Niejednorodne i skomplikowane systemy prawne, niejasne dla Europejczyka systemy wartości oraz długie okresy odzyskiwania przeterminowanych należności nieodpowiednio zaadresowane mogą skutkować problemami – a co za tym idzie zmniejszeniem płynności finansowej eksportującego przedsiębiorstwa. Warto pomyśleć o wykorzystaniu dostępnych narzędzi, które dadzą poczucie bezpieczeństwa – gdyż samodzielne sądowe dochodzenie roszczeń w RPA trwa średnio 600 dni, Kenii 465 dni, Nigerii 454 dni, a Algierii 630 dni. KUKE zapewnia ww. kompleksową ochronę ubezpieczeniową dostosowaną do działalności na rynkach podwyższonego ryzyka. Ochrona obejmuje zarówno niewypłacalności kontrahentów, opóźnienia w regulowaniu zobowiązań, jak i nagłe zmiany w sytuacji politycznej krajów, z których pochodzą partnerzy handlowi.

Janusz Władyczak, prezes Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych
Janusz Władyczak, prezes Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych

Mimo, że Afryka to wciąż biznesowo trudny obszar – a część krajów jest wręcz nierekomendowana do podejmowania współpracy biznesowej, ze względu na bardzo wysokie ryzyko i niestabilność polityczno-gospodarczą – to ten ogromny kontynent chce się rozwijać, a to wymaga napływu dóbr i usług z zewnątrz. Szacunki wskazują, że Afryka ma szansę stać się jednym z najbardziej zaludnionych i najmłodszych demograficznie kontynentów – w 2030 roku młodzi ludzie będą stanowili aż 42% populacji – co znacząco zwiększa nie tylko potencjał nabywczy, ale też zasoby na rynku pracy2. Rozwijające się kraje to źródło potencjalnego sukcesu, trzeba jedynie posiadać odpowiednią wiedzę, poznać dobrze specyfikę rynku oraz kontrahenta i na każdym kroku mitygować ryzyko używając dostępnych na rynku instrumentów zabezpieczających działalność. KUKE towarzyszy swoim klientom nawet na najtrudniejszych rynkach, ubezpieczając zarówno eksport dóbr, jak i projekty inwestycyjne – w tym przejęcia lokalnych spółek przez polskie firmy. Wśród niezliczonej ilości transakcji ubezpieczyliśmy m.in. wart 5 mln euro kontrakt w Nigerii w sektorze IT, a także eksport maszyn do RPA oraz krajów Maghrebu, czy mleka w proszku do Algierii. Wraz z BGŻ BNP Paribas i Bisnode – podczas jesiennej edycji Programu Handlu Zagranicznego – będziemy dzielić się naszą wiedzą na temat rynków afrykańskich, by wspomóc polskie przedsiębiorstwa w skutecznej ekspansji, nawet w tak egzotyczne rejony – mówi Janusz Władyczakprezes zarządu KUKE S.A.

Ekspansja zagraniczna – zwłaszcza na tak trudne i często ryzykowne rynki, jak te w Afryce – to ogromne wyzwanie. Koalicja Partnerów: KUKE, Bank BGŻ BNP Paribas i Bisnode Polska rozpoczyna drugi już cykl konferencji edukacyjnych: Program Handlu Zagranicznego. Celem tej edycji programu jest zaprezentowanie przedsiębiorcom w regionach możliwości ekspansji do Afryki oraz instrumentów pozwalających na zwiększenie sukcesu eksportowego za pomocą efektywnego finansowania czy zabezpieczenia biznesu.

Uczestnictwo firm w spotkaniach jest bezpłatne i obejmie konferencje w 8 miastach Polski: Poznań, Białystok, Wrocław, Warszawa, Lublin, Katowice, Gdańsk oraz KrakówRejestracja i pełny harmonogram edycji jesiennej dostępny jest pod adresem: https://www.kuke.com.pl/wsparcie-eksportu/program-handlu-zagranicznego/.

KUKE oferuje przedsiębiorstwom, niezależnie od ich wielkości, narzędzia zabezpieczające prowadzoną działalność, ale także edukuje przedsiębiorców podczas szeregu spotkań, seminariów i konferencji. Przykładem jest cykl: Program Handlu Zagranicznego, którego celem jest informowanie polskich przedsiębiorców, że właściwie zaplanowana ekspansja zagraniczna może być motorem wzrostu uniezależnieniem się od popytu na rynku polskim.

Wsparcie polskich przedsiębiorstw jest kluczowe dla umacniania polskiej gospodarki. Należy pamiętać, że takie podmioty mogą być skutecznymi eksporterami, dzięki czemu będą umacniać swoją pozycję na rynku. Potrzebne jest tylko odpowiednie dobranie narzędzi zabezpieczających i wspierających biznes. Ponad 60% europejskich MŚP spotkała się z prośbą o wydłużenie terminu płatności, a około 21% zwiększyłoby zatrudnienie, gdyby płatności od kontrahentów były regulowane w terminie. Aż 28% deklaruje, że zatory płatnicze stanowią poważną barierę w rozwoju biznesu3.

Płynność finansową firmy oraz bezpieczeństwo wymiany handlowej oprócz ubezpieczeń należności zapewnia również faktoring. Rynek już zauważył tę możliwość – wartość obrotu w ramach faktoringu eksportowego pełnego wyniosła w 2017 roku  22,3 mld PLN wobec 18,8 mld PLN w roku 2016, co oznacza wzrost o 18,65%4. Korzyści wynikające z wykorzystania faktoringu w eksporcie są widoczne na wielu płaszczyznach prowadzonej działalności. Faktoring to wykup nieprzeterminowanych należności w obrocie handlowym udokumentowany fakturą VAT. Zastosowanie tego narzędzia znacznie przyspiesza obrót gotówki w przedsiębiorstwie uwalniając środki na dalsze transakcje i zwiększając płynność finansową, której utrata jest jedną z głównych przyczyn ogłaszania przez spółki upadłości. Daje to także możliwość lepszego konkurowania na rynku przez oferowanie kontrahentom dłuższych terminów płatności. Dzięki natychmiastowemu odzyskaniu należności eksporter unika także ryzyka związanego z wahaniami kursu walut.


1 Na podstawie danych Eurostat

2 Według raportu African Development Bank Group: “African Economic Outlook 2018”  https://www.afdb.org/fileadmin/uploads/afdb/Documents/Publications/African_Economic_Outlook_2018_-_EN.pdf

3 Według danych firmy windykacyjnej Intrum w raporcie „European Payment Report 2018”

4 dane Polskiego Związku Faktorów

Ekspansja na rynki zagraniczne – co trzeba o niej wiedzieć?

Bardzo ważnym krokiem w rozwoju biznesu jest ekspansja międzynarodowa. Udana jest wielkim sukcesem i powodem do zawodowej dumy. Obecnie Europa Środkowo- Wschodnia jest jednym z najciekawszych obszarów gospodarczych. Ale wejście na rynek zagraniczny nie jest takie proste. Jak się na niego dostać? O czym pamiętać?

Europa Środkowo-Wschodnia – korzyści

Europa Środkowo-Wschodnia to jeden z najszybciej rozrastających się rynków na świecie. Zapewnia firmom możliwości biznesowe we wszystkich właściwie sektorach przemysłu.

Wejście ze swoim przedsiębiorstwem na ten teren wiąże się z licznymi korzyściami. Oferuje on dostęp do sporych rynków wewnętrznych, w dalszym ciągu atrakcyjny system podatkowy i korzystne warunki rozliczeniowe.

Region rośnie znacznie szybciej niż dojrzałe rynki Europy Zachodniej. To jeden z motorów wzrostu gospodarki Unii Europejskiej. Według Grupy Banku Światowego, Czechy, Węgry, Polska, Rumunia i Słowacja będą nadal jednymi z najszybciej rozwijających się gospodarek w UE w nadchodzących latach.

Wszystko to sprawia, że ekspansja na rynki zagraniczne Europy Środkowo-Wschodniej jest świetnym pomysłem biznesowym.

Jak to zrobić?

Niestety, cały proces ekspansji międzynarodowej nie jest łatwy. Wymaga sporej wiedzy, przygotowań i wielu godzin spędzonych przy spełnianiu lokalnych obowiązków administracyjnych.

Dlatego dobrze zlecić tę operację specjalistom,  którzy dzięki swojemu doświadczeniu i umiejętnościom spowodują, że nie będziemy musieli angażować się w kolejne jej etapy.

Jedną z wiodących firm jest TMF Group, która zatrudnia najlepszych ekspertów z branży. Zorientowani w lokalnym prawie i przepisach pomogą bezproblemowo uporać się z wyzwaniami wejścia na rynek zagraniczny.

Gdzie szukać wsparcia?

Specjalnie na tę okazję TMF Group stworzyła unikalny projekt QuickStart. Z jego pomocą utworzona zostanie struktura organizacyjna firmy klienta. TMF Group zadba o poprawne  naliczenie wynagrodzeń pracowników zgodnie z lokalnymi przepisami, zapewni też zgodność procesów księgowych i podatkowych z lokalnym prawem przy jednoczesnym zachowaniu systemów raportowania klienta, podpowie jak dostosowywać się na bieżąco do często skomplikowanych zmian regulacyjnych w  regionie. Ponadto TMF Group posiada gotowe, zarejestrowane spółki w poszczególnych krajach umożliwiające wejście na rynek praktycznie z dnia na dzień.

TMF Group ma ponad 25-letnie doświadczenie w Europie Środkowo-Wschodniej i prowadzi działalność w praktycznie wszystkich krajach tego regionu. Dzięki pomocy doświadczonych specjalistów z TMF Group będziemy mogli powiększać swój biznes i cieszyć się działalnością poza granicami naszego kraju.