Jeszcze w tym roku Samsung otworzy w Lublinie drugi inkubator

Mały ZUS to dopiero początek – potrzeba powiązania składki z dochodem

Wprowadzenie ustawy o ZUS-ie dla małej działalności gospodarczej, która wejdzie w życie 1 stycznia 2019 roku, jest ogromnym sukcesem.Obejmie ponad 200 tys. prowadzących głównie jednoosobowe firmy i obniży ich składkę, dostosowując ją do ich możliwości finansowych.

To ważna zmiana również dlatego, że po raz pierwszy po 1989 roku został obalony dogmat ryczałtowego ZUS-u – jako niewzruszalnej zasady przy prowadzeniu działalności. To dopiero pierwszy krok, ponieważ dalej mamy do czynienia z problemem powiązania składki z dochodem. Pracownik ma obowiązek być ubezpieczonym, a przedsiębiorca jeśli chce i może – płaci składkę i ma zagwarantowaną emeryturę. W przeciwnym razie jej nie dostaje. Trzeba zacząć dyskutować, jaki system sprawdziłby się w Polsce.

– Obecnie nawet jeżeli ktoś nie zarobi wymaganego 1300 złotych, musi odprowadzić składkę. Można rozpocząć dyskusję i zastosować warianty takie, jak są np. w Anglii czy w Niemczech – powiedział  serwisowi eNewsroom Adam Abramowicz, rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

 Na Wyspach składka jest dostosowana do możliwości płatniczych. Do dochodu tamtejszego małego przedsiębiorcy, w przeliczeniu 2800 złotych, składka wynosi 60 złotych. Pada argument, że takie kwoty nie dadzą możliwości późniejszych wypłat na indywidualnych kontach. Rzeczywiście Anglia jest bogatszym krajem i tamtejszy system działa dużo dłużej niż w Polsce. Pozostaje jednak rozwiązanie niemieckie, które zakłada pełną dobrowolność przedsiębiorcy.

Dlaczego mamy utrzymywać sytuację, w której państwo nie daje swojemu obywatelowi szansy na normalną pracę i utrzymanie siebie i rodziny?

Dzisiaj problem ten jest częściowo złagodzony przez niskie bezrobocie, ale jeszcze kilka lat temu ludzie, zwłaszcza z małych miast i wsi, nie mieli takiej możliwości. Brak etatów zmuszał ich do zakładania firm. Nie chcieli pracować w szarej strefie – chociaż dziś działa w niej prawie 700 tys. osób. Takie działanie jest niesprawiedliwe i dziwi też zagranicznych przedsiębiorców.

Ryczałtowy ZUS to największy problem sektora MŚP. Pochylając się nad nim należy – zaraz za ustawą o ZUS-ie dla małej działalności gospodarczej – rozpocząć dyskusję o tym, jak reformować dalej cały system – jeśli chodzi o prowadzących działalność samodzielnie – podsumował Abramowicz.

Fundusz Podnoszenia Kompetencji zmieni politykę szkoleniową przedsiębiorstw

O tym, czy z nadchodzącego spowolnienia gospodarczego wyjdziemy zwycięsko, czy awansujemy do grupy krajów konkurujących innowacjami, a także jak poradzimy sobie z niedoborem pracowników i starzejącym się społeczeństwem, w dużym stopniu zdecydują kompetencje. W tym kontekście ogromną rolę może odegrać Fundusz Podnoszenia Kompetencji, którego utworzenie zaproponowała Konfederacja Lewiatan. Pomysł spotkał się z aprobatą partnerów społecznych RDS. 

– Ważne jest podnoszenie kompetencji już w dorosłym życiu, bo edukacja szkolna staje się jedynie niezbędnym prerekwizytem dla kształcenia ustawicznego. Tymczasem statystykom wysokiego wykształcenia formalnego w Polsce towarzyszą wciąż słabe wyniki kształcenia ustawicznego. W świetle danych BAEL i LFS, w 2017 roku poniżej 5% osób w wieku 25-64 uczestniczyło w uczeniu się formalnym lub pozaformalnym w ostatnim miesiącu, przy średniej unijnej na poziomie ok. 12%. Odbywa się ono głównie w związku z pracą i – jak wskazują wyniki raportu Bilans Kapitału Ludzkiego za 2017 – w przeważającej większości (77%) przypadków koszty rozwoju kompetencji zawodowych pokrywają pracodawcy. Zawodowe kształcenie ustawiczne jest jednak wyraźnie częstsze w przedsiębiorstwach dużych niż małych (86% vs. 39%) i to właśnie w mniejszych firmach luka miedzy Polską a UE jest największa, zgodnie z danymi Eurostat z 2015 – mówi Sonia Buchholtz, ekspertka ekonomiczna Konfederacji Lewiatan.

Z perspektywy pracodawcy najwygodniej zatrudniać pracowników z adekwatnymi kompetencjami. Ostatnie miesiące dowodzą jednak, że to bardzo trudne w szczycie cyklu koniunkturalnego, a niemal niemożliwe, gdy cała gospodarka przechodzi proces modernizacyjny. Dlatego też rozwiązaniem systemowym jest szkolenie pracowników. W badaniu Eurostatu z 2015 roku pracodawcy sygnalizowali jednak szereg barier zawodowego kształcenia ustawicznego, wśród których wysoki koszt dokształcania deklarowało 34% nieszkolących przedsiębiorców, 11% wskazywało na nieadekwatność istniejącej oferty szkoleniowej, a 12% – na niezdolność do dokonania diagnozy potrzeb szkoleniowych. Co znamienne, czynniki te nie dotyczą wyłącznie małych firm.

Dotychczas istniejącym rozwiązaniom, czyli Zakładowym Funduszom Szkoleniowym (ZFS) oraz Krajowemu Funduszowi Szkoleniowemu (KFS), nie udało się przełamać niskiego zaangażowania w szkolenia. W krajach UE przyjęły się różne narzędzia: fundusze scentralizowane i zdecentralizowane, branżowe, regionalne, zorientowane na wąskie potrzeby rynku pracy, organizowane przez instytucje państwowe oraz stronę społeczną. Ich doświadczenia wykorzystano przy projektowaniu Funduszu Podnoszenia Kompetencji, jaki zaproponowała Konfederacja Lewiatan.

Fundusz Podnoszenia Kompetencji (FPK) – nowy instrument jest dobrowolnym narzędziem służącym finansowaniu podnoszenia kompetencji pracowników zgodnie z potrzebami zgłaszanymi przez pracodawcę. Finansowanie FPK ma odbywać się z odpisu części składki na Fundusz Pracy oraz współfinansowania ze strony pracodawcy. Odpisane środki zostaną ulokowane na dedykowanym subkoncie u pracodawcy, który będzie mógł nimi dowolnie dysponować w ramach celu szkoleniowego przez kilkanaście miesięcy. Jeśli środki nie zostaną w tym okresie wydane, zostaną zwrócone do Funduszu Pracy.

Wprowadzenie FPK fundamentalnie zmienia stan gry w polityce szkoleniowej. Wśród jego zalet należy wymienić:

• jeden nadrzędny cel funkcjonowania – zmniejszanie luki kompetencyjnej pracowników zgodnie z potrzebami pracodawcy. Zakłada się, że pracodawca stwierdza obecność deficytów kompetencyjnych pracowników lepiej niż urzędnik PUP i elastycznie reaguje na nie. Fakt dopłaty ze strony pracodawcy stanowi automatyczny mechanizm racjonalizacji wydatków.
• prosta procedura pozyskania i pewność wsparcia – środki akumulowane są na subkoncie pracodawcy i pozostają do jego dyspozycji. Inaczej niż w przypadku KFS, nie ma czasochłonnego konkursu, znaczących kosztów transakcyjnych startu i negocjacji wysokości wsparcia. Dodatkowo, jasny algorytm puli środków pozwala przewidzieć przyszłe strumienie FPK.
• istotna skala wsparcia bez negatywnych efektów zewnętrznych – połączone środki z Funduszu Pracy i dopłaty pracodawców to znacznie więcej niż dotychczas oferowały KFS i ZFS. Jednocześnie jednak, mechanizm bezwarunkowego wsparcia przedsiębiorstw zwiększa konkurencję w branży szkoleniowej, prowadząc do poszerzenia oferty i podniesienia jakości usług.
• zwiększenie roli dialogu społecznego – o kierunkach rozwoju decyduje pracodawca w porozumieniu z przedstawicielami pracowników.
• rozszerzenie zakresu narzędzi zorientowanych na podnoszenie kompetencji – obecność FPK zwiększa szanse mniejszych przedsiębiorców w KFS.

– Rozwiązanie to znalazło aprobatę przedstawicieli strony społecznej w Podzespole problemowym ds. reformy polityki rynku pracy RDS. Dalsze prace posłużą określeniu minimalnej racjonalnej puli środków oraz optymalnych parametrów wsparcia, tj. wysokości odpisu z Funduszu Pracy, wielkości współfinansowania przez pracodawców oraz okresu, w którym środki mają być dostępne. To poważne wyzwanie. Zbyt restrykcyjne warunki nie pozwolą osiągnąć celu zmniejszania luki kompetencyjnej pracowników. W praktyce, stawka jest jednak dużo wyższa – chodzi o wyjście obronną ręką z nadchodzącego pogorszenia koniunktury i zbudowanie fundamentów długookresowego wzrostu i dobrobytu – dodaje Sonia Buchholtz.

Rynek inwestycyjny w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych w Polsce

Nieruchomości magazynowe i przemysłowe w Polsce bezpieczna przystań dla globalnego kapitału inwestycyjnego.

  • Sektor nieruchomości magazynowych i przemysłowych cieszy się coraz większym zainteresowaniem inwestorów dzięki dalszemu, dynamicznemu rozwojowi rynku logistycznego na całym świecie
  • W ostatnich pięciu latach aktywność inwestycyjna w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych w Polsce rośnie w tempie ok. 20% rocznie
  • Główne czynniki wzrostu aktywności inwestycyjnej w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych w Polsce to: solidne fundamenty polskiej gospodarki i duża aktywność najemców, do czego przyczynia się dynamiczny rozwój branży e-commerce
  • W przeciwieństwie do części Europy Zachodniej rynek inwestycyjny w Polsce nie spowalnia – do końca 2018 roku wolumen transakcji inwestycyjnych może ustanowić nowy rekord

Według najnowszego raportu międzynarodowej firmy doradczej Savills, nieruchomości przemysłowe i magazynowe w Polsce są coraz atrakcyjniejsze dla inwestorów zagranicznych, o czym świadczy wzrost łącznego wolumenu transakcji inwestycyjnych w tym sektorze średnio o 20% w ostatnich trzech latach.

Jak wynika z raportu „Think outside the Big Box: Rynek inwestycyjny w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych w Polsce”, przygotowanego przez Savills, w 2017 roku inwestorzy ulokowali w sektorze nieruchomości logistycznych rekordowe 41 mld euro, co stanowiło jedną piątą łącznej wartości transakcji inwestycyjnych na europejskim rynku nieruchomości komercyjnych. W Polsce ubiegły rok był trzecim kolejnym w którym nastąpił systematyczny wzrost obrotów w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych. Na koniec czerwca 2018 roku wolumen transakcji inwestycyjnych wyniósł 337,8 mln euro, co było najlepszym w historii wynikiem tego sektora w Polsce w pierwszym półroczu.

„Obserwujemy niezwykle dynamiczny rozwój rynku nieruchomości logistycznych, który napędzany jest głównie przez dwucyfrowe wzrosty w branży e-commerce i dążenie do zagwarantowania możliwie jak najszybszych dostaw. To z kolei stymuluje popyt na nowoczesną powierzchnię i w dużym stopniu przyczynia się do rosnącej popularności nieruchomości magazynowych i przemysłowych na rynku inwestycyjnym” – mówi Tomasz Buras, dyrektor zarządzający oraz dyrektor działu doradztwa inwestycyjnego Savills.

Zainteresowanie inwestorów nieruchomościami magazynowymi i przemysłowymi w Polsce może wynikać także z faktu, że Polska jest pierwszym od niemal dekady krajem, który awansował w indeksie FTSE Russell do grona rynków rozwiniętych. Dzięki temu od września 2018 roku Polska jest w grupie 25 najbardziej rozwiniętych gospodarek świata, do których zaliczane są m.in. USA, Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Japonia i Australia. Polsce udaje się przejmować od Europy Zachodniej dużą część produkcji. W pierwszej połowie 2018 roku łączna wartość eksportu wyniosła 107,2 mln euro (5% wzrost rok do roku).

Po bardzo dobrym 2017 roku – jednym z najlepszych na rynku inwestycyjnym w Europie i dotychczas najlepszym w Polsce – aktywność inwestycyjna w pierwszej połowie 2018 roku spowolniła we wszystkich sektorach nieruchomości komercyjnych na całym kontynencie. Jednak Polska, która jest największym rynkiem inwestycyjnym w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, nadal odnotowuje duży napływ kapitału a aktywność inwestycyjna w Polsce utrzymuje się na wysokim poziomie. Ubiegły rok zakończył się rekordowym wolumenem transakcji inwestycyjnych, który wyniósł ok. 5,03 mld euro, co oznacza wzrost o prawie 11% rok do roku. W 2018 roku polski rynek nieruchomości może ustanowić kolejny rekord obrotów, które prawdopodobnie przekroczą poziom 6 mld euro.

Wśród najbardziej aktywnych inwestorów na rynku nieruchomości magazynowych i przemysłowych w Polsce tradycyjnie dominują największe fundusze z Niemiec (takie jak DEKA i GLL) oraz nabywcy z USA (Invesco, Hines, Hillwood, CBRE GI). Od 2015 roku grono inwestorów poszerzyło się o państwowe fundusze majątkowe z krajów azjatyckich (CIC z Chin, EPF z Malezji i GIC z Singapuru), platformy zarządzania inwestycjami (Vestas Investment Management z Korei) oraz zamożnych inwestorów indywidualnych. W lipcu 2018 roku południowoafrykański fundusz Redefine, który dotychczas działał aktywnie w sektorze handlowym i biurowym, zawarł pierwszą transakcję na rynku nieruchomości magazynowych w Polsce, nabywając od Panattoni dziewięć aktywów za ok. 200 mln euro. Ogłosił ponadto plany zakupu do swojego portfela obiektów magazynowych i przemysłowych kolejnych aktywów o wartości 800 mln euro.

Tomasz Buras, dyrektor zarządzający oraz dyrektor działu doradztwa inwestycyjnego Savills
Tomasz Buras, dyrektor zarządzający oraz dyrektor działu doradztwa inwestycyjnego Savills

„W skali globalnej widoczny jest coraz większy napływ do sektora magazynowego i przemysłowego kapitału zagranicznego z Azji, a zwłaszcza z Chin. Do wzrostu zainteresowania sektorem logistycznym wśród inwestorów azjatyckich mogła się przyczynić strategiczna dla Chin inicjatywa Pasa i Szlaku, tj. budowy korytarza transportowego łączącego Europę z Chinami, która stanowi dużą szansę dla Polski” – dodaje Tomasz Buras, dyrektor zarządzający oraz dyrektor działu doradztwa inwestycyjnego Savills.

Według Savills rynek nieruchomości magazynowych i przemysłowych w Polsce przeżywa najlepszy okres w swojej historii. Szybko przybywa nowej powierzchni, ale nadal nie wystarcza ona, aby zaspokoić rosnący popyt. Zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej w Polsce na koniec pierwszego półrocza 2018 roku wyniosły 14,2 mln mkw., co oznacza, że w ostatnich dwóch latach powiększyły się o ok. 42%. Popyt brutto w pierwszej połowie 2018 roku sięgnął rekordowego poziomu 2,2 mln mkw., przyczyniając się do nieznacznego wzrostu czynszów. Obecnie najwyższe czynsze obowiązują na terenie Warszawy i wahają się od 4,10 euro do 5,25 euro za mkw. miesięcznie.

Stopy kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości magazynowych na polskim rynku uległy kompresji o ok. 25 pb rok do roku i wahają się od ok. 5,15% dla obiektów ultra-core wynajętych na długi okres pojedynczym i bardzo wiarygodnym najemcom takim jak Amazon do ok. 6,40-6,75% w przypadku nowoczesnych parków logistycznych zajmowanych przez wielu najemców w największych hubach w Polsce.

Pozytywnym czynnikiem wpływającym na sektor jest zapotrzebowanie na powierzchnie magazynowe niezbędne do obsługi klientów sklepów internetowych. Według prognoz firmy doradczej Forrester, do 2022 roku udział handlu internetowego w europejskim rynku handlowym wzrośnie do 14%. Wartość sprzedaży w branży e-commerce w bieżącym roku może przekroczyć 40 mld euro i będzie stanowić ok. 6% łącznej wartości sprzedaży detalicznej. Od 2013 roku rynek e-commerce w Polsce rozwija się w średnim tempie 15% rocznie. Z badań przeprowadzonych przez firmę Prologis wynika, że 1 mld euro wydany w kanale online generuje zapotrzebowanie na nową powierzchnię logistyczną rzędu ok. 235 000 mkw., co przekłada się na konieczność wybudowania w Europie dodatkowo 45 mln mkw. powierzchni magazynowej w najbliższych pięciu latach.

 

Do lokowania działalności logistycznej w Polsce najemców zachęcają także inne istotne czynniki, w tym dynamicznie rozbudowująca się sieć autostrad i dróg ekspresowych. Do 2025 roku sieć ta powiększy się o 2000 km autostrad i 5500 km dróg ekspresowych. Koszty realizacji inwestycji deweloperskich w Polsce rosną, ale są nadal znacznie niższe niż na rynkach zachodnich. Dostępność siły roboczej, która była kiedyś jedną z największych zalet Polski z perspektywy najemców, maleje, o czym świadczy niska stopa bezrobocia wynosząca 3,5% – trzecia najniższa wśród krajów UE. Polska jest jednak nadal konkurencyjnym rynkiem pod względem kosztów zatrudnienia.

„Dobra sytuacja na rynku najmu powierzchni magazynowej i przemysłowej w Polsce oraz perspektywy wzrostu czynszów mogą być magnesem, który będzie przyciągał inwestorów zainteresowanych potencjałem wzrostu wartości i  konkurencyjnych stóp kapitalizacji. Ze względu na dojrzałość największych rynków europejskich i niewystarczającą podaż odpowiednich produktów inwestycyjnych, inwestorzy poszukują możliwości lokowania kapitału na rynkach, które oferują wyższy poziom zwrotu z inwestycji oraz dostępność aktywów. Właśnie takie warunki do inwestowania oferuje Polska” – konkluduje Tomasz Buras, dyrektor zarządzający oraz dyrektor działu doradztwa inwestycyjnego Savills.

Raport: Polscy przedsiębiorcy będą kupować coraz więcej samochodów

Polscy przedsiębiorcy optymistycznie patrzą w przyszłość – prawie 25% z nich deklaruje rozbudowę flot samochodowych. Szczególnie dobre nastroje panują wśród małych i średnich przedsiębiorstw, w których popularność wynajmu aut rośnie w tempie dwukrotnie szybszym, niż w krajach zachodnioeuropejskich. Coraz ważniejszym celem, jaki stawiają sobie polscy menedżerowie flot, jest poprawa bezpieczeństwa kierowców oraz ograniczanie emisji CO2.

To najważniejsze wnioski Barometru Flotowego 2018 – cyklicznej publikacji przygotowanej na podstawie pogłębionych wywiadów przeprowadzonych wśród prawie 4 tys. osób administrujących flotami, zatrudnionych w firmach korzystających z samochodów służbowych w Unii Europejskiej oraz Turcji.

Grzegorz Szymański, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Arval Service Lease Polska
Grzegorz Szymański, Prezes Arval Polska

 W tegorocznej edycji Barometru Flotowego analizujemy dane dotyczące rynku Car Fleet Management w takich obszarach jak: sposoby finansowania floty, długość użytkowania samochodu, a także rodzaje napędu oraz liczebność floty w zależności od wielkości firmy i liczby zatrudnionych pracowników. Przyglądamy się także zmianom, jakie zachodzą w podejściu przedsiębiorców do kwestii posiadania samochodu na własność, bo to silnie wpływa na rozwój filozofii współdzielenia aut. Jako światowy lider rynku leasingu musimy reagować na takie zmiany jako pierwsi  mówi Grzegorz Szymański, Dyrektor Generalny Arval Polska.

Kolejny rekordowy rok

W 2017 roku sprzedano ponad 486 tys. nowych samochodów osobowych. Nabywcami ponad 70% z nich były podmioty gospodarcze. Dotychczasowe dane spływające z rynku wskazują na to, że na koniec roku 2018 odsetek ten może wynieść nawet 74%. Optymistyczne nastroje wśród przedsiębiorców potwierdzają wyniki Barometru Flotowego 2018. – Ponad 24% polskich przedsiębiorców zamierza rozbudowywać swoje floty. Dla porównania w pozostałych krajach UE taką chęć deklaruje jedynie 19% menedżerów  mówi Paweł Racis, Dyrektor Handlowy Arval Polska.

Polskie MŚP rośnie w siłę

Wyniki Barometru wskazują na szczególnie dobrą sytuację sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Polskie firmy zatrudniające od 1 do 9 pracowników wyrażają znaczniejsze zainteresowanie zwiększeniem liczby aut we flotach, niż przedsiębiorstwa z Europy Zachodniej: 22% vs 13%. – Powodem takiej sytuacji jest dobra koniunktura gospodarcza, ale także lepsze dopasowanie oferty firm oferujących wynajem długoterminowy do potrzeb odbiorców niekorporacyjnych. Obecnie nawet najmniejsze podmioty mogą skorzystać z usług dostępnych dotychczas jedynie dla największych flot. – mówi Paweł Racis, Dyrektor Handlowy Arval Polska

Diesel, czyli upadku ciąg dalszy

Zarówno dane rynkowe, jak i opinie zebrane podczas badania CVO, jednoznacznie pokazują, że udział diesla w rynku nadal będzie malał. Dane dot. rejestracji nowych pojazdów nie pozostawiają wątpliwości. W 2015 roku odsetek rejestrowanych aut z tym silnikiem wynosił w Polsce ponad 40% – w roku 2018 już tylko 30,3 %. Tam, gdzie na popularności tracą diesle, pojawia się przestrzeń dla napędów alternatywnych, takich jak hybrydy czy auta elektryczne. Aż 36% polskich przedsiębiorców rozważa zakup floty z napędem alternatywnym. W poprzednim badaniu odsetek ten wynosił 31%.

Polska stawia na LPG

Badanie CVO pokazuje, że polscy przedsiębiorcy, obok włoskich i brytyjskich, znajdują się w czołówce, jeżeli chodzi o zastosowanie LPG. Aż 14% aut w polskich flotach jest napędzanych gazem. Dla porównania w pozostałych krajach UE odsetek ten wynosi średnio 4%. – Tak duża popularność samochodów z LPG wynika z braku alternatyw dla diesla w segmentach A oraz B, a także wymiaru ekologicznego i ekonomicznego stosowania tego paliwa – mówi Tomasz Bachniak, Arval Consulting & CVO Manager.

Leasing ciągle w górę

Według danych tegorocznego Barometru w najbliższych latach w Polsce rosnąć będzie zainteresowanie leasingiem operacyjnym. W 2016 r. zdecydowanych na tę formę finansowania auta było 7% przedsiębiorców, w 2017 – 9 %, zaś w tegorocznym badaniu aż 13%. – Na szczególną uwagę zasługuje to, że leasing operacyjny cieszy się coraz większym zainteresowaniem wśród małych i średnich firm. Prawie 24% przedsiębiorców polskiego sektora MŚP jest zdecydowanych na tę formę finansowania zakupu samochodu. W pozostałych państwach UE taką chęć deklaruje jedynie 13%. – mówi Tomasz Bachniak, Arval Consulting & CVO Manager.

Polscy przedsiębiorcy stawiają na bezpieczeństwo

Polska znalazła się w czołówce państw, w których przedsiębiorcy najchętniej korzystają z narzędzi telematycznych – pod tym względem ustępujemy jedynie Wielkiej Brytanii. Udział polskich firm stosujących ww. rozwiązania wyniósł wg CVO 28%, podczas gdy w pozostałych państwach Unii Europejskiej oscyluje on średnio wokół 19%.

Coraz ważniejszym powodem, który decyduje o decyzji korzystania z tego typu narzędzi jest chęć poprawy bezpieczeństwa kierowców. – W tym roku aż 65% polskich przedsiębiorców zadeklarowało, że czynnik bezpieczeństwa jest dla nich najważniejszą motywacją do zastosowania telematyki. W ubiegłorocznym badaniu podobnie odpowiedziało jedynie 47% respondentów – mówi Tomasz Bachniak.

***

Barometr flotowy 2018 powstał na podstawie odpowiedzi uzyskanych od 3718 respondentów – fleet menedżerów i osób administrujących flotami, zatrudnionych w firmach korzystających z samochodów służbowych w Unii Europejskiej oraz Turcji. Badanie prowadzone przez Corporate Vehicle Observatory – think tank założony w 2002 roku we Francji z inicjatywy grupy finansowej BNP Paribas oraz firmy Arval – jest całkowicie niezależne, ma na celu opracowanie statystyk ukazujących strukturę flot w poszczególnych krajach oraz perspektywy rozwoju rynku i pojawiające się na nim trendy, w tym związane z przemieszczaniem się i mobilnością pracowników.

Wdrożenie technologii, które ograniczą zanieczyszczenie powietrza może przynieść Europejczykom nawet 183 mld euro oszczędności – wynika z raportu InnoEnergy i Deloitte

Opublikowany dzisiaj raport InnoEnergy, największego w Europie, wspieranego przez EIT funduszu inwestującego w rozwiązania z obszaru energii, cleantech i mobilności, wskazuje, że Europejczycy mogą zaoszczędzić nawet 183 mld euro w ciągu następnych siedmiu lat poprzez wdrożenie innowacyjnych technologii redukujących smog.

Raport “Clean Air Challenge”, opracowany przy współpracy z Deloitte, jest odpowiedzią na szacunki Komisji Europejskiej, zgodnie z którymi smog może być przyczyną nawet 10% przedwczesnych zgonów na świecie, a w latach 2018-2025 będzie kosztować Unię Europejską aż 475 mld euro. rocznie, co stanowi 2,9 proc. średniego rocznego PKB.

Raport dogłębnie analizujący kwestię jakości powietrza na całym kontynencie został opublikowany podczas spotkania z udziałem czołowych polityków, przedstawicieli władz i biznesu w Brukseli. Przedstawione zostały konkretne, innowacyjne rozwiązania w zakresie transportu i ogrzewnictwa, mające na celu ochronę obywateli Europy przed zanieczyszczonym powietrzem i jego wpływem na zdrowie.

Smog jest jednym z najistotniejszych problemów zdrowia publicznego w tym stuleciu. Odpowiada za jedną na dziesięć przedwczesnych śmierci na świecie oraz za 400 000 przedwczesnych zgonów rocznie w całej Europie – mówił podczas wydarzenia Jerzy Buzek, Przewodniczący Komisji Przemysłu, Badań Naukowych i Energii Parlamentu Europejskiego.

Raport The Clean Air Challenge przedstawia praktyczne rozwiązania, które mogą przyczynić się do poprawy zdrowia naszych obywateli, a także mogą przynieść korzyści całemu społeczeństwu. Musimy niezwłocznie rozpocząć ich wdrażanie w całej Europie – dodaje Jerzy Buzek.

To szokujące, że w dzisiejszych czasach smog nadal stanowi tak duże zagrożenie dla zdrowia naszych obywateli. Biorąc pod uwagę ogromne straty ekonomiczne i dostęp do najnowszych technologii, nie ma powodu dla którego ludzie nie powinni oddychać czystym powietrzem – mówi Diego Pavia, dyrektor generalny InnoEnergy.

W InnoEnergy mierzymy się bezpośrednio z problemami. Nie tylko udostępniamy dalsze badania w celu lepszego zrozumienia problemu i znalezienia praktycznych rozwiązań, ale także aktywnie poszukujemy możliwości inwestycji i wsparcia dla ambitnych przedsiębiorców z pasją i planem walki ze smogiem – kontynuuje Diego Pavia.

Nie możemy zapominać, że złej jakości powietrze wpływa na każdego w inny sposób. Przyczyny i skutki smogu różnią się w zależności od regionu. Na przykład, w Zachodniej Europie główną przyczyną smogu jest transport, podczas gdy na Wschodzie ogrzewanie – komentuje Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte.

Jak wykazano w raporcie, jedną z najbardziej dotkniętych grup społecznych są ludzie młodzi. Wraz ze wzrostem stężenia PM o 100 jednostek, oczekiwana średnia długość życia dzieci do lat 5 zmniejsza się o ponad 2 lata. Jesteśmy dumni, że możemy współpracować z InnoEnergy w poszukiwaniu rozwiązań dla tak poważnego problemu – podkreśla Irena Pichola.

Amerykańska FATCA podstępnie zbiera żniwo

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Zacznijmy od przypomnienia, czym jest kontrowersyjne i wielokrotnie przez nas krytykowane amerykańskie prawo podatkowe FATCA (Foreign Account Tax Compliance Act). FATCA to ustawa federalna uchwalona w 2010 r., wdrożona 1 lipca 2014 r., która wymaga od zagranicznych instytucji finansowych identyfikacji amerykańskich klientów i przekazywania informacji o ich rachunkach finansowych bezpośrednio lub za pośrednictwem zagranicznego podmiotu. Głównym celem FATCA jest uniemożliwienie amerykańskim podatnikom korzystania z zagranicznych kont w celu unikania opodatkowania i dokonywania innych przestępstw podatkowych.

Indywidualni podatnicy są również zobowiązani do zgłaszania zagranicznych aktywów finansowych amerykańskiej służbie podatkowej IRS (Internal Revenue Service), jeżeli łączna ich wartość przekracza określone progi w USD. Dodatkowo każda spółka zagraniczna nienotowana na giełdzie lub jakiekolwiek zagraniczne partnerstwo, w którym występuje 10% własności amerykańskiej, mają obowiązek przekazania IRS nazwiska i numeru identyfikacji podatkowej każdego amerykańskiego akcjonariusza. Zagraniczne instytucje finansowe, które nie stosują się do przepisów FATCA, nie podpisały porozumień i nie współpracują z IRS, mogą zostać wykluczone z rynku amerykańskiego, a ponadto ich transakcje w USD będą podlegały 30% stopie opodatkowania.

Co jest kontrowersyjnego w tej ustawie?

Ujmując najprościej: FATCA jest eksterytorialnym amerykańskim dyktatem, naruszającym suwerenność państw oraz obciążającym instytucje finansowe innych krajów. Prawo to jest wysoce szkodliwe dla konsumentów i podatników USA mieszkających za granicą. Ustawa złamała kręgosłupy bankom, w pierwszej kolejności bankom szwajcarskim, słynącym dotąd
z bezwzględnej ochrony tajemnicy bankowej. Departament Sprawiedliwości chełpił się tym, iż dzięki szwajcarskim bankom amerykańskie służby „podążają za pieniędzmi” do innych jurysdykcji w tzw. „rajach podatkowych”, w szczególności Singapuru, Hongkongu, na Karaiby, do Indii, Izraela, Liechtensteinu i Luksemburga.

Problemem tego prawa nie jest motyw, skądinąd zrozumiały, ale metoda

Stany Zjednoczone są tradycyjnie nieugięte, jeśli chodzi o ochronę swoich obywateli
i instytucji przed ingerencją prawa innych krajów, które stoi w sprzeczności z ich regulacjami. Niewątpliwie stosują podwójne standardy w stosunku do reszty świata – inne kraje winny stosować się do prawa
USA, ale nie powinny niczego narzucać wolnym i dumnym Amerykanom.” – fragment artykułu „Amerykańskie prawo biczem na raje podatkowe”.

Agenci ratują FATCA?

Pierwszą ofiarą FATCA jest Adrian Baron, który jest naturalizowanym obywatelem St. Vincent i Grenadyny, wyspiarskiego państwa na Morzu Karaibskim. Baron to były dyrektor ds. biznesu i były dyrektor naczelny Loyal Bank Ltd., banku off-shore z siedzibą w Budapeszcie oraz w St. Vincent i Grenadynach.

Baron, wraz z inną obywatelką tego małego kraju Lindą Bullock, oraz cztery korporacje znajdują się wśród podmiotów oskarżonych w marcu 2018 r. w Stanach Zjednoczonych za międzynarodowe oszustwa związane z papierami wartościowymi i praniem pieniędzy
o wartości 50 mln USD. Baron przyznał się do winy w dniu 11 września 2018 r. przed Sądem Okręgowym w USA polegającej na łamaniu prawa Stanów Zjednoczonych, a ściślej na działaniu sprzecznym z przepisami FATCA. Został aresztowany na Węgrzech i w ramach ekstradycji przekazany do USA.

„Grabarzem” Barona okazał się agent służb działający pod przykryciem, który zgłosił się do niego jako obywatel USA zaangażowany w pewne manipulacje na giełdzie, zainteresowany otwarciem wielu kont bankowych w Loyal Banku. Jednak nie chciał, aby jego nazwisko widniało na dokumentach otwarcia rachunku, mimo że miał być ich prawdziwym właścicielem. Loyal Bank reprezentowany przez Barona nie widział problemu z otwarciem takich kont i udostępnieniem kart debetowych. W lipcu 2017 r. tajny agent ponownie spotkał się z Baronem i opisał, jak działał jego system manipulowania akcjami, w tym stosowane sposoby obchodzenia wymogów sprawozdawczości do IRS w ramach FATCA. Baron uspokoił klienta, iż bank nie złoży informacji wymaganych przez FATCA, której przepisy oficjalnie respektował.

Baronowi grozi pięć lat więzienia. Stanie się on drugim skazanym w sprawie związanej
z łamaniem przepisów FATCA. Wcześniej, 26 lipca 2018 r., do przestępstwa związanego
z praniem pieniędzy przyznał się Arvinsingh Canaye, były dyrektor generalny Beaufort Management Services Ltd. na Mauritiusie. Sprawa jest rozpatrywana przez Biuro ds. Działalności Gospodarczej i Sekcji Nadużyć Finansowych. Jego działania obejmowały manipulację rynkową bezwartościowymi papierami wartościowymi i pozorowaną próbę wypłaty 6,7 mln funtów za sprzedaż obrazu Pabla Picassa. Canaye również wpadł w pułapkę zastawioną na niego przez podstawionych agentów FBI.

Dwa opisane przypadki naruszenia FATCA pozwalają na wyciągnięcie kilku wniosków.

Współpraca międzynarodowa oraz wykorzystanie tajnych operacji wskazują na większe zaangażowanie władz USA w egzekwowanie FATCA. Skazanie Barona dowodzi również wysokiego poziomu współpracy międzyinstytucjonalnej. W tym przypadku Departament Sprawiedliwości współpracował z amerykańską Komisję Papierów Wartościowych i Giełd, policją londyńską, Urzędem Nadzoru Finansowego Wielkiej Brytanii oraz węgierskim Krajowym Biurem Śledczym.

Przed konsekwencjami za naruszenie FATCA można uciekać, ale nie można się przed nimi ukryć. Pracownicy zagranicznych instytucji finansowych, którzy naruszają FATCA albo podatnicy unikający podatków, nie mogą ukryć się w obcym kraju. W sprawie Barona USA
i Węgry skorzystały z porozumienia o ekstradycji.

FATCA ma zasięg globalny. Ponad 100 krajów na całym świecie podpisało umowy międzyrządowe lub zgodziło się na ich treść, co ułatwiło wdrożenie tego prawa. W 2014 r. OECD wprowadził Wspólny Standard Sprawozdawczości (CRS), do którego przystąpiły wszystkie państwa członkowskie w celu automatycznej wymiany informacji. CRS jest w dużej mierze oparty na FATCA i zapewnia określone standardy sprawozdawczości dla instytucji finansowych. Wiele krajów, w tym Chiny, od 1 września 2018 r. zaczęło w ramach CRS wymieniać informacje podatkowe. Instytucje podatkowe w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Australii i Holandii połączyły siły i na spotkaniu w czerwcu 2018 r. uruchomiły sojusz J5 przeciwko międzynarodowej przestępczości podatkowej.

Egzekwowanie FATCA nabiera rozmachu. Znamienne są tu słowa Williama Sweeneya, asystenta dyrektora FBI odpowiedzialnego za oszustwa podatkowe: „Egzekwowanie prawa
w stosunku do oszustów manipulujących papierami wartościowymi i pośredników w praniu pieniędzy jest i pozostanie priorytetem FBI i naszych partnerów na całym świecie”.

Jednak według niektórych obserwatorów działania agentów i dwa spektakularne sukcesy, dopiero po czterech latach obowiązywania, to nie dzieło przypadku. Mógł je napędzić raport rządowy krytyczny wobec ograniczonego stosowania FATCA przez IRS. Jego autorem jest Generalny Inspektor Skarbu ds. Administracji Podatkowej (ang. Treasury Inspector General for Tax Administrator TIGTA), który po przeprowadzeniu audytu w raporcie z 5 lipca 2018 r. stwierdził, że pomimo wydania prawie 380 mln USD na informatyczne oraz inne potrzeby programu FATCA, IRS podjęło ograniczone lub żadne merytoryczne działania. Wskazano, że IRS opóźnił podjęcie większości planowanych działań. IRS zakwestionował raport TIGTA, ale koincydencja jego publikacji z pierwszymi skazaniami za naruszenie FATCA wydaje się nieprzypadkowa.

Czy Donald Trump okaże się grabarzem FATCA?

Póki co niewiele na to wskazuje, chociaż nadzieje przeciwników FATCA pokładane
w obecnym prezydencie są ogromne. Pełen optymizmu pozostaje Nigel Green, lider kampanii na rzecz uchylenia FATCA. W jego opinii za prezydentury Obamy było to prawie niemożliwe, jednak wraz z wkroczeniem Trumpa do Białego Domu i wprowadzonym przez niego pakietem reform podatkowych sytuacja uległa zmianie. Istnieje szansa, aby „wyrzucić to toksyczne prawo”.

Przeciwnicy FATCA zarzucają ustawie, iż zamienia amerykańskich emigrantów w finansowych pariasów na wiele lat. Coraz liczniejsze są przypadki rezygnacji z obywatelstwa przez Amerykanów mieszkających za granicą, których liczba sięga blisko 8 milionów. Prawo to powoduje chaos w globalnym systemie finansów poza USA. FATCA nie tylko pozwala na „nieuzasadnione rewizje i konfiskaty”, ale także narusza zdolność Amerykanów mieszkających za granicą do prowadzenia normalnego życia.

Krytycy FATCA powołali zespół specjalistów z Waszyngtonu, który zasila m.in. były dyplomata z USA i wieloletni przywódca senacki Jim Jatras, a także kilku wpływowych kongresmanów i senatorów. Według jego reprezentantów Amerykanie za granicą powinni cieszyć się takimi samymi prawami jak Amerykanie mieszkający w Stanach Zjednoczonych, których prywatne informacje finansowe, z wyjątkiem informacji o odsetkach, nie podlegają ujawnieniu rządowi.

W listopadzie 2017 r. Green i Jatras wystosowali list otwarty do sekretarza skarbu Stevena Mnuchina, w którym zaapelowali o uchylenie tego prawa. Nawiązując do deklaracji Platformy Republikańskiej z 2016 r., stwierdzili, iż „republikańska obietnica uchylenia FATCA opiera się na najgłębszych i najbardziej cenionych amerykańskich zasadach, w szczególności na poszanowaniu prywatności obywateli, którzy nie są zaangażowani w łamanie prawa, a nawet nie są o to podejrzewani”. I kontynuują: „Jesteśmy przekonani, że poczynione zostaną postępy legislacyjne i że FATCA zostanie uchylona w najbliższej przyszłości. Piszemy do Pana z powodu naszego rozczarowania, że żadna pozytywna akcja nie została jeszcze podjęta przez część aparatu władzy, dotyczy to Departamentu Skarbu”.

Jeszcze mocniejszy wydźwięk miał list z 21 marca 2018 r. przedstawicieli Kampanii na rzecz Uchylenia FATCA skupiającej 23 różne organizacje i grupy nacisku, w tym Krajowy Związek Podatników skierowany do spikera Izby Reprezentantów Paula Ryana, lidera większości senackiej Mitcha McConeela oraz przewodniczącego senackiej komisji finansów Oriina Hatcha. Wskazuje się w nim pięć zasadniczych mankamentów FATCA:

  1. nie osiąga głównego celu, jakim jest walka z bogatymi oszustami podatkowymi;
  2. uderza w niewinnych amerykanów przy nadmiernych wymogach w zakresie sprawozdawczości i drakońskich karach za najmniejsze uchybienie;
  3. sprawia, że obywatele USA mieszkający i pracujący za granicą są w oczach instytucji finansowych i pracodawców właścicielami „toksycznych aktywów”;
  4. koszty przestrzegania uciążliwego przepisu znacznie przewyższają dochody, które generuje;
  5. zachęca inne kraje i organizacje międzynarodowe do agresywnego ściągania podatków, co zagraża amerykańskim firmom i światowej gospodarce.

W komentarzu sprzed kilku miesięcy opublikowanym przez „The Hill” Green napisał: „Kiedy Kongres kontrolowany przez Republikanów posuwa się naprzód, przygotowując kompleksowe ustawodawstwo dotyczące reformy podatkowej i położy je na biurku prezydenta Donalda Trumpa, jedna pozycja powinna znaleźć się wysoko na liście, a prawdopodobnie jeszcze nie jest uchylenie ustawy o podatku zagranicznym (FATCA). Najwyższy czas, by administracja Trumpa i dwuizbowe przywództwo Partii Republikańskiej dotrzymały obietnicy tej partii
i pozbyły się tego bezsensownego, inwazyjnego, dyktatorskiego i kosztownego obciążenia”.

Na działania Kongresu i administracji Trumpa w tej kwestii przyjdzie jeszcze prawdopodobnie poczekać.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Marek Ciecierski, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Brexit wzmacnia funta. Portfele Wenezuelczyków

Ostatnie doniesienia na temat kolejnych uzgodnień z Unią Europejską wsparły notowania funta. Wenezuelczycy dobijani hiperinflacją. Ceny na Węgrzech w górę.

Brexit wspomaga funta

Wygląda na to, że wielu analityków zbyt ostro oceniało możliwości Wielkiej Brytanii w negocjacjach brexitowych. Wraz z postępami w wypracowywaniu kolejnych rozwiązań funt odzyskuje powoli swoje straty. Pomaga mu w tym nieciekawa sytuacja w Europie. Gorsze wyniki gospodarcze Niemców to jedna sprawa, ale głównym problemem wydają się obecnie Włosi. Nowy rząd nie daje gwarancji, że kraj będzie prowadził racjonalną politykę budżetową. W rezultacie euro traci na wartości co dodatkowo umacnia funta.

Dramat Wenezueli

Zadziwiające, że kraj będący istotnym eksporterem ropy naftowej przy cenie w okolicach 80 dolarów za baryłkę może mieć takie problemy gospodarcze. Właśnie zaktualizowano prognozę inflacji. Ten rok zakończy się podobno 1,37 mln procent a kolejny inflacja sięgnie 10 mln procent. Jak bardzo absurdalne są to wartości pokazuje prosta kalkulacja. Przy tym poziomie cen większość mieszkań sprzedanych na początku stycznia nie pozwoli za tą samą kwotę zjeść obiadu pod koniec grudnia. Rząd nie podejmuje jednak żadnych istotnych reform mających wyrwać kraj z tej błędnej pętli.

Inflacja na Węgrzech w górę

Węgierskie ceny rosną w skali roku już o 3,6%. To co prawda o zaledwie 0,1% powyżej oczekiwań, ale jest to już 1,5% wzrostu od początku roku. Jaki wpływ ma inflacja na waluty? Przeważnie zbyt szybko rosnąca inflacja jest ograniczana przez podwyżki sóp procentowych. Te z kolei powodują, że waluta, której oprocentowanie rośnie zyskuje na wartości. To właśnie dlatego wielu analityków spodziewa się, że Węgrzy podniosą niedługo stopy procentowe. Rosnąca inflacja umacnia zatem forinta.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Nowy raport Oracle i MIT Technology Review Insights na temat otwartej bankowości

Otwarta bankowość jest jednym z najważniejszych trendów, który zmienia sektor bankowy. Zamknięte systemy finansowe ustępują miejsca otwartym, gdzie dane są udostępniane podmiotom za pośrednictwem interfejsów programowania aplikacji (API). Oracle zlecił firmie MIT Technology Review Insights opracowanie raportu dotyczącego perspektyw branży w celu zbadania, jak banki reagują na zmiany przepisów, warunków rynkowych i modeli biznesowych związane z wprowadzaniem otwartej bankowości.

Z raportu tego, zatytułowanego Open Banking: The Race to Deliver Banking-as-a-Service wynika, że większość banków wciąż znajduje się na początku drogi. Choć wiele z nich tworzy nowe strategie, wdraża interfejsy API i pilnie śledzi konkurencję, walkę o udział w rynku wygrają te, które potrafią połączyć szybkość działania, innowacyjność i umiejętność podejmowania długoterminowych decyzji strategicznych.

Wskazują na to opinie i odczucia ankietowanych dyrektorów instytucji bankowych. „Brak wystarczająco szybkiej reakcji na nowy trend, jakim jest otwarta bankowość, może spowodować, że ktoś inny, np. konkurencyjny bank lub firma fintech, szybciej wprowadzi wymagane innowacje, a wtedy stracimy zaufanie lub relacje rynkowe” ― powiedział w raporcie Frank Tong, dyrektor działu innowacji i inwestycji strategicznych w banku HSBC.

Autorzy raportu stwierdzili również, że nowe regulacje sprzyjają wprowadzaniu innowacji związanych z otwartą bankowością oraz współpracy między bankami w celu tworzenia ram nowych systemów. „O ile regulacje zwykle zachęcają do nadrabiania zaległości w dziedzinie technologii, to z naszych badań wyłania się bardzo korzystny trend: organy regulacyjne wręcz wyznaczają tempo wdrażania innowacji bankowych” ― powiedziała Claire Beatty, redaktor w firmie MIT Technology Review Insights i współautorka raportu. „Zauważyliśmy, że rządy, organy regulacyjne, nowi uczestnicy rynku i firmy fintech intensywnie współpracują ze sobą, aby stworzyć ramy nowych środowisk i systemów, zapewnić klientom większą kontrolę nad danymi oraz usprawnić obsługę użytkowników usług finansowych”.

Raport potwierdza, że konkurencja i popyt ze strony konsumentów są głównymi czynnikami przyspieszającymi cyfryzację w bankowości. Firmy fintech mogą szybko wprowadzać na rynek usługi dla klientów indywidualnych, a z drugiej strony klienci są zainteresowani oferowaną przez takie firmy wygodą i łatwością obsługi. Aby tradycyjne instytucje finansowe utrzymały konkurencyjność, muszą wdrażać technologie otwartej bankowości i strategie współpracy. Tylko wtedy będą mogły udostępniać inteligentne, pogłębione i zgodne z oczekiwaniami usługi cyfrowe na wszystkich etapach cyklu obsługi klienta.

„Otwarta bankowość nie jest już opcją, lecz koniecznością” ― powiedział Sonny Singh, wiceprezes Oracle i dyrektor Oracle Financial Services Global Business Unit. „Banki, które dołączają do coraz szerszego środowiska potencjalnych partnerów cyfrowych, wdrażają interfejsy API i wykorzystują rozwiązania gotowe do pracy w chmurze, wyprzedzą konkurencję. Będą mogły szybciej udostępnić klientom szeroką ofertę nowoczesnych produktów i usług finansowych”.

Na przykład proces projektowania niestandardowych interfejsów API i udostępniania ich użytkownikom może zająć od 12 do 24 miesięcy, zależnie od stopnia złożoności bankowego środowiska informatycznego. Platforma przystosowana do obsługi chmury, taka jak Oracle Banking API, umożliwia bankom korzystanie ze skonfigurowanego fabrycznie repozytorium zawierającego ponad 1500 interfejsów API w architekturze REST (Representational State Transfer).

Co drugi Polak chciałby pracować w firmie zagranicznej

Francuskich pracodawców wyróżnia kreatywność, innowacyjność i przyjazna atmosfera, Niemcy to pracodawcy na dłużej, a Amerykanie kuszą nieformalnym stylem pracy. Ponad połowa Polaków pozytywnie postrzega firmy francuskie jako miejsce pracy, podobnie firmy niemieckie i amerykańskie. To główne wnioski z najnowszego badania „Firmy z kapitałem francuskim w ocenie pracowników” przeprowadzonego przez Nielsen Polska.

Francja jest drugim największym inwestorem zagranicznym w Polsce, a skumulowana wartość inwestycji wynosi blisko 18 mld euro. Ponad 1300 firm z francuskim kapitałem utworzyło w naszym kraju blisko ćwierć miliona miejsc pracy, w różnych sektorach gospodarki, a kolejnych kilkaset tysięcy powstało u partnerów, dostawców, czy dystrybutorów. Ich wpływ na rynek pracy jest niebagatelny, dlatego też zdecydowaliśmy się na przeprowadzenie badań, które miały na celu poznanie opinii Polaków na temat pracy w firmach z kapitałem zagranicznym, głównie francuskim. – mówi Monika Constant, Dyrektor Generalna Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej.

Jak pokazują wyniki badania przeprowadzonego w lipcu i sierpniu przez Nielsen Polska na reprezentatywnej próbie 1000 Polaków, blisko co drugi badany chciałby zatrudnić się w firmie zagranicznej, a jedynie co czwarty wybrałby firmę lokalną. Dla 31% respondentów narodowość przedsiębiorstwa nie ma znaczenia. Jako pracodawcy firmy francuskie postrzegane są pozytywnie przez ponad połowę Polaków, oceny negatywne deklaruje jedynie 4% respondentów. Największy odsetek pozytywnych odpowiedzi występuje wśród pracowników firm francuskich (blisko 65%), co pokazuje, że dobre opinie potwierdzają się wraz z doświadczeniami zdobytymi u francuskich pracodawców. Firmy znad Sekwany są wybierane głównie ze względu na styl pracy (58% odpowiedzi), zainteresowanie kulturą tego kraju (44%), jak i oferowane przez nie warunki zatrudnienia (39%). Podobnie postrzegane są firmy amerykańskie i niemieckie, które zostały pozytywnie ocenione przez odpowiednio 55% i 59% respondentów.

KREATYWNOŚĆ, INNOWACYJNOŚĆ, DOŚWIADCZENIE – CECHY FRANCUSKICH PRACODAWCÓW

Docenianie kreatywności, nowoczesność i innowacyjność, a także stawianie na doświadczenie, to trzy cechy najczęściej przypisywane przedsiębiorstwom francuskim (odpowiednio 32%, 31% i 30% wskazań). Nowoczesność i innowacyjność (41%), a także dobre warunki rozwoju (39%), są cechami najczęściej przypisywanymi firmom francuskim przez studentów, czyli osoby, które dopiero wchodzą na rynek pracy. Wyróżnikiem firm znad Sekwany, w porównaniu z przedsiębiorstwami amerykańskimi i niemieckimi, są: przyjazna atmosfera i zagranie (22% wskazań) oraz sprzyjanie matkom i rodzinie (14% wskazań). Potwierdzają to również odpowiedzi pracowników firm francuskich. Zachowanie balansu między życiem zawodowym i prywatnym, rozwiązania wspierające matki i ojców, a także prowadzenie polityki sprzyjającej wewnętrznej integracji zespołu, są we francuskich firmach rozwijane od wielu lat.  – mówi Monika Constant. Czasem są to projekty, które trafiły do Polski z centrali, ale często są to nasze, polskie rozwiązania dopasowane do lokalnych potrzeb. Bywa też, że sprawdzają się one tak dobrze, że następnie są wdrażane globalnie na poziomie całej grupy. – dodaje Constant.

Zagraniczni pracodawcy w Polsce, w takich aspektach jak: innowacyjność, nowoczesność, dobre warunki rozwoju, czy atrakcyjne benefity uzyskali oceny na zbliżonym poziomie (różnica między Francuzami, Niemcami i Amerykanami nie przekraczała 5%). Można jednak wyróżnić obszary specyficzne dla danej narodowości. U Francuzów była to kreatywność, przyjazna atmosfera i sprzyjanie matkom i rodzinie. Firmy niemieckie w większym stopniu są postrzegane jako stabilni pracodawcy na dłużej, oferujący atrakcyjne wynagrodzenie. Amerykańskie przedsiębiorstwa są doceniane najczęściej za kreatywność i nieformalny styl pracy.

Wśród blisko dwudziestu cech przypisywanych francuskim firmom, znalazło się kilka elementów wymagających poprawy. Najwięcej wskazań – 16%, co przekłada się 13. pozycję wśród wszystkich odpowiedzi, uzyskała duża rotacja i masowy przepływ pracowników (17% w firmach niemieckich i 18% amerykańskich). Na kolejnych miejscach pracownicy wskazują brak życia prywatnego (12% wskazań w  firmach francuskich, 15% w niemieckich i 18% w amerykańskich) oraz stres i presja (11% w firmach francuskich, 14% u Niemców i 15% u Amerykanów).

WYSOKA ROZPOZNAWALNOŚĆ, NISKA ŚWIADOMOŚĆ POCHODZENIA MAREK

Dla większości Polaków Francja to głównie kraj słynący ze znanych miejsc (wieża Eiffla 27%, Paryż 9%), jedzenia (wino 11%, żaby 8%, ślimaki, ser) oraz „francuskiego” stylu życia (romantyzm, elegancja, moda). Jedynie 35% Polaków było we Francji, a tylko 12% pracowało we francuskiej firmie.

Firmy francuskie są w Polsce znane, choć tylko w niewielu przypadkach respondenci potrafili poprawnie wskazać narodowość marki. Najbardziej rozpoznawalne są firmy z sektorów: telekomunikacja (90% respondentów zna marki z tej branży), handel i dystrybucja (83%) oraz motoryzacja (81%), natomiast najczęściej kojarzone z Francją są marki z branży: motoryzacyjnej (48% respondentów trafnie przypisało firmom z tego sektora francuskie pochodzenie), handlowej (33%), finansowej (25%) oraz FMCG w tym kosmetycznej (24%).

Monika Constant, Dyrektor Generalna Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej
Monika Constant, Dyrektor Generalna Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej

Wiele z firm francuskich jest obecnych w Polsce od ponad dwudziestu lat, przez co na stałe wpisały się w panoramę polskiej gospodarki. Te firmy zatrudniają najczęściej ponad 99% lokalnych pracowników, płacą podatki lokalnie, budują zakłady i rozwijają infrastrukturę lokalnie, kupują od lokalnych dostawców, współpracują z lokalnymi usługodawcami. Dlatego też trudno dziś mówić o takim prostym podziale – firmy polskie i firmy zagraniczne, jak to było na początku lat 90-tych. Często są to firmy działające globalnie, a zatem niekoniecznie kojarzone z jednym tylko krajem. Również z punktu widzenia pracowników, pochodzenie kapitału odgrywa rolę drugorzędną, a najważniejsze są takie cechy jak możliwości rozwoju, atmosfera, docenianie kreatywności, czy innowacyjność. – mówi Monika Constant, Dyrektor Generalna Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej.

O badaniu

Badanie „Firmy z kapitałem francuskim w ocenie pracowników” zostało przeprowadzone przez Nielsen Polska na zlecenie Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej i składało się z dwóch części. Część jakościowa przeprowadzona została w dniach 16-17 lipca 2018 roku, natomiast część ilościowa została przeprowadzona na reprezentatywnej próbie 1000 Polaków, w formie ankiety on-line, w dniach 6-12 sierpnia 2018.

Złoty kontynuuje wyprzedaż z poprzedniego tygodnia

Polska waluta w poniedziałek osłabiła się w relacji do głównych walut. Złotemu nie sprzyjało umocnienie dolara amerykańskiego (którego od połowy poprzedniego tygodnia wspierają rosnące rentowności amerykańskich papierów dłużnych) oraz obawy inwestorów o konflikt Włoch z Komisją Europejską.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

Kurs euro EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,30-4,32. Mimo umocnienia w parze ze złotym, wczorajszy dzień zdecydowanie nie był zbyt dobry dla euro. Wspólna waluta istotnie traciła w relacji do dolara amerykańskiego, była natomiast stabilna w parze z – również słabszym – funtem brytyjskim.

Wspólnej walucie nie sprzyjała wyprzedaż europejskich aktywów w związku z obawami o sytuację we Włoszech. Silnej wyprzedaży były poddane włoskie indeksy oraz papiery dłużne, w istotnym stopniu traciły jednak również aktywa innych europejskich krajów, w tym: niemieckie, hiszpańskie i francuskie akcje.

Konflikt Włoch z Unią Europejską wokół zaplanowanego przez włoskich populistów budżetu kraju nie gaśnie. Wczorajszy dzień przyniósł serię krytycznych wypowiedzi ze strony Matteo Salviniego, wicepremiera Włoch i lidera partii „Liga Północna”, który stwierdził, że prawdziwymi „wrogami Europy” są Pierre Moscovici i Jean Claude-Juncker z Komisji Europejskiej. Salvini oskarżył również spekulantów na rynkach finansowych o atakowanie krajów takich jak Włochy, dodatkowo podburzając nastroje na rynkach.

Kurs funta GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,89-4,92. Wczorajszy dzień charakteryzował się słabością brytyjskiej waluty, która istotnie traciła w parze ze zwyżkującym dolarem amerykańskim i ważonym koszykiem walut. Funtowi brytyjskiemu nie sprzyjała m.in. wspomniana siła amerykańskiej waluty, nie pomagał również brak istotnych pozytywnych informacji w kwestii negocjacji dotyczących Brexitu. A zegar tyka: za nieco ponad tydzień (18 października) odbędzie się szczyt UE, do czasu którego negocjacje powinny zostać zakończone.

Kurs dolara USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,6%, wahając się w widełkach 3,73-3,76. Wczoraj dolar amerykański umocnił się w relacji do większości światowych walut. Amerykańskiej walucie oprócz wzrostu obaw o sytuację we Włoszech i słabości euro w ostatnim czasie sprzyja wspomniany wzrost rentowności amerykańskich papierów dłużnych, które, w przypadku 10-letnich obligacji dziś przebiły kolejny psychologiczny poziom, zwyżkując do 3,25%. Wprawdzie z uwagi na Dzień Kolumba w USA handel obligacjami był wczoraj wstrzymany, jednak nie przeszkodziło to dolarowi w umocnieniu.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 16:00 – przemawia Charles Evans z FED w Chicago
  • 16:35 – przemawia Ben Broadbent z brytyjskiego MPC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Złoto w trendzie spadkowym, miedź z potencjałem do wzrostów

Analiza średnioterminowa dla rynku złota i miedzi wskazuje – według ekspertów Aforti Exchange – na trend spadkowy w odniesieniu do złotego kruszcu, wywołany presją danych z USA, przy jednoczesnym wzroście ceny czerwonego surowca. Zwyżkująca miedź to odpowiedź m.in. na niskie, światowe zapasy. Zagrożeniem na tym rynku może być jednak konflikt na linii USA-Chiny.

Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI
Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI

Dobre dane makroekonomiczne z USA, w tym m.in. wskaźniki zatrudnienia na amerykańskim rynku pracy czy indeksy PMI i ISM dla usług, umacniają amerykańską walutę. Z kolei silny dolar – wzmocniony dodatkowo optymistycznymi wypowiedziami przedstawicieli Rezerwy Federalnej oraz szybkim wzrostem rentowności amerykańskich obligacji 10-letnich – wywołują presję na notowaniach złota. Stąd obserwowany trend spadkowy i zalecana przez analityków ostrożność w odniesieniu do tego surowca.

Jednocześnie, według analityków Aforti Exchange, prognozy dla notowań miedzi są pozytywne, a popyt na metal jest wciąż duży z potencjałem do wzrostów w bieżącym kwartale. Po trzech październikowych sesjach, ceny miedzi – zyskując 2 proc. – osiągnęły najwyższą miesięczną stopę zwrotu, licząc od czerwca 2018 roku. Wynika to między innymi z niskich zapasów tego surowca. Dobrą sytuację na tym rynku mogą jednak zakłócić obawy inwestorów związane między innymi ze skutkami wojny handlowej między Ameryką a Chinami. Niepokój wywołują też wyższe stopy procentowe w USA, a co tym idzie – potencjalnie negatywny wpływ na wzrost gospodarczy Stanów Zjednoczonych i tym samym ograniczenie popytu na metale, a w tym miedź.

Złoto z rekomendacją ‘ostrożnie’

Notowania złota utrzymują się wciąż blisko strefy 1201.00 – 1220.00 USD. Lokalnym wsparciem pozostaje jednak poziom 1190.00 USD, który od początku drugiego tygodnia października 2018 roku znalazł się ponownie pod presją.

Jeżeli dojdzie do jego trwałego zanegowania, notowania złota otworzą sobie drogę w kierunku lokalnego wsparcia w cenie 1133.00 USD. Z takim scenariuszem należy się też liczyć, dopóki popyt nie spowoduje pokonania poziomu 1220.00 USD.

2018-10-09 Notowania złota_wykresŹródło: Aforti Exchange – notowania złota w układzie miesięcznym

Miedź z potencjałem do wzrostów

Po silnym wybiciu sprzed dwóch tygodni, oporem dla ceny miedzi okazał się poziom 284.30 USD. Od tego czasu notowania weszły w korektę, która jednak nie robi większych „szkód” kupującym. Co ważniejsze – na notowaniach miedzi utrzymuje się poziom 272.70 USD, wynikający z 50-proc. zniesienia dominującej świecy tygodniowej. 

Dopóki wspomniany poziom będzie się zachowany, można oczekiwać kolejnych prób powrotu powyżej strefy 277.30 – 279.50 i przekroczenia lokalnego oporu w cenie 284.30 USD, a następnie skierowania się notowań miedzi w okolice 300.00 USD.

2018-10-09 Notowania miedzi_wykresŹródło: Aforti Exchange – notowania miedzi w układzie miesięcznym

Rynek inwestycyjny w CEE obiera kurs na przekraczanie kolejnych granic wzrostu

Inwestorzy dobrze znają przewagi konkurencyjne i mocne strony regionu CEE. Widać jednak też nowe czynniki, które mogą wpływać na ocenę tego rynku w perspektywie średnio- i długoterminowej. Następuje znaczne przesunięcie od efektywności kosztowej w stronę jakości i operacji opartych na wiedzy we wszystkich sektorach gospodarki CEE. W jaki sposób zmienia się struktura najemców w regionie CEE? Czy wzrost w sektorze BSS przejawia oznaki spowolnienia? Czym różnią się struktury prawne i podatkowe w krajach CEE w porównaniu do tych w Europie Zachodniej? Wszystkie odpowiedzi na te i inne ważne pytania można znaleźć w tegorocznym raporcie inwestycyjnym CEE 2018: Nowe granice wzrostu, powstałym dzięki współpracy Skanska, CBRE, Dentons i PwC.

Od poszerzenia CEE w 2004 r. jest to najszybciej rozwijający się region w Unii Europejskiej. Stopa wzrostu w I półroczu 2018 r. wyniosła 4,2%, czyli dwukrotnie więcej niż średnia w całej Unii.

– W ciągu ostatnich 10 lat Europa Środkowo-Wschodnia przeobraziła się z rynku rozwijającego się w coraz częściej uważany za dojrzały. Ostatnia zmiana ratingu FTSE Russell dla Polski do statusu „rynku rozwiniętego ” to przykład na to, że kraje CEE coraz częściej są uznawane za porównywalne z USA, Wielką Brytanią i Niemcami. To wspaniała wiadomość dla całego regionu i jego postrzegania na arenie międzynarodowej. CEE jest od lat kluczowym celem dla sektora nieruchomości komercyjnych. To opłacalny, bezpieczny i stabilny region dla biznesu – mówi Adrian Karczewicz, dyrektor ds. transakcji w spółce biurowej Skanska aktywnej w Europie Środkowo-Wschodniej.

Aktywność inwestycyjna również jest bardzo wysoka. W 2018 r. prawie 5,8 mld EUR zostanie zainwestowanych w rynek biurowy Europy Środkowo-Wschodniej. Inwestorzy w regionie pochodzą z całego świata – z USA, Europy Zachodniej, Izraela i RPA. Według prognoz rynku nieruchomości komercyjnych tegoroczne nakłady inwestycyjne mogą przekroczyć 12 mld EUR.

Struktury prawne i podatkowe CEE

Europa Środkowo-Wschodnia stała się rynkiem dojrzałym zarówno pod względem ekonomicznym, jak i prawnym. Struktury transakcji, stawki podatkowe i inne koszty w CEE są porównywalne do standardów zachodnich. Struktury transakcyjne podobne do, lub wzorowane na zachodnich modelach są dobrze znane inwestorom i są dla nich wygodne. Zapewnia to zrozumiałe środowisko transakcji podlegające przepisom prawa, które na ogół gwarantują ten sam poziom bezpieczeństwa, jaki jest akceptowany przez inwestorów w bardziej dojrzałych jurysdykcjach, takich jak Niemcy czy Holandia. Koszty transakcji są konkurencyjne, a nawet korzystniejsze niż na dojrzałych rynkach. Region Europy Środkowo-Wschodniej oferuje bardzo atrakcyjne warunki w różnych aspektach, takich jak podatek od czynności cywilnoprawnych przy nabywaniu nieruchomości i stawki podatku CIT.

Rynek pracy: przejście od efektywności kosztowej do gospodarki opartej na wiedzy

Jednocześnie Europa Środkowo-Wschodnia znajduje się w trakcie bardzo ważnej transformacji: od wzrostu gospodarczego opartego na konkurencyjności płac do wzrostu opartego na wiedzy. Ten proces zmiany biznesowej można dostrzec w zapotrzebowaniu na umiejętności. Liczba miejsc pracy wymagających wysokiego poziomu wiedzy eksperckiej rośnie najszybciej w Europie Środkowo-Wschodniej, podczas gdy popyt na miejsca pracy, które wymagają jedynie elementarnych zdolności, ulega stagnacji. Wcześniej region CEE zapewniał kadry na rynkach Europy Zachodniej, teraz sam przyciąga coraz więcej pracowników. Ponadto zmiany na rynku pracy, a także trendy demograficzne i społeczne powodują wzrost zainteresowania nowoczesnymi miejscami pracy.

Biuro nabiera nowej roli jako narzędzie do budowania marki pracodawcy

Zmiana rynku pracy spowodowała zapotrzebowanie na wysoko wykwalifikowanych pracowników. W czasach ostrej konkurencji o talenty jakość powierzchni biurowej stała się potężną przewagą konkurencyjną, która ma wpływ na rynek biurowy w regionie. Popyt na nowoczesną powierzchnię biurową jest bardzo silny, a absorpcja netto w największych miastach Europy Środkowo-Wschodniej w I półroczu 2018 r. wyniosła ok. 700 000 mkw. Silny popyt generuje silną aktywność deweloperów. Potwierdzają to liczby – aż 6 mln mkw nowej powierzchni biurowej, zostanie ukończonej w ciągu najbliższych trzech lat, uzupełniając aktualne zasoby 21,1 mln mkw. Oznacza to roczną stopę wzrostu bliską dziewięciu procent.

Inną zauważalną zmianą jest coraz bardziej zróżnicowana struktura popytu w Europie Środkowo-Wschodniej. Przez prawie dwie dekady sektor usług biznesowych, jako jeden z najszybciej rozwijających się w regionie, był również jednym z największych najemców powierzchni biurowej. Zapowiadane niejednokrotnie spowolnienie tempa wzrostu tego sektora nie zmaterializowało się. Wydaje się, że będzie się ono utrzymywać na wysokim poziomie w przewidywalnej przyszłości. Jednak sektor usług biznesowych nie jest jedynym graczem generującym popyt na nowoczesne biura. Instytucje publiczne zaczęły przenosić swoje siedziby do nowoczesnych budynków biurowych, a krajowe firmy rosną i powiększają swoją przestrzeń.

Więcej informacji o trendach w regionie można znaleźć w najnowszym Raporcie Inwestycyjnym CEE 2018: Na drodze wzrostu. Pełną wersję raportu w języku angielskim można pobrać od 9. października pod adresem: www.skanska.pl/CEEinvestmentreport2018.

Zadłużenie przeciętnego Polaka to 5560 zł

Z danych KPF wynika, że przeciętny dług konsumenta, którego zobowiązania zostały scedowane przez wierzycieli pierwotnych, głównie banki, na firmy zarządzające wierzytelnościami, wynosi 5560 zł. Kłopoty z regulowaniem swoich zobowiązań, statystycznie, ma co piąte gospodarstwo domowe. Ich główną przyczyną wcale nie są jednak złe intencje. Okazuje się, że za długami stoi często zwykła niefrasobliwość.

Polacy nie boją się kredytów, pożyczek czy rat. Ponad 70 proc. Polaków sumiennie płaci rachunki i spłaca raty. Wraz z rosnącą zasobnością portfeli rośnie też poczucie finansowego bezpieczeństwa i skłonność do zaciągania zobowiązań, w tym kredytowych. Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w 2017 ich łączna wartość przekroczyła 700 miliardów złotych.

Zadłużenie przeciętnego Kowalskiego
Źródło: Narodowy Bank Polski

W kredytach i pożyczkach oraz innych zobowiązaniach nie ma oczywiście nic złego. Rośnie dzięki temu jakość życia zdecydowanie większej liczby gospodarstw domowych, które nie muszą czekać na spełnienie pozytywnych ambicji w tym zakresie. – To dobre zjawisko – przynajmniej do czasu, gdy perspektywa spłaty zobowiązań, finansujących wzrost jakości życia, nie przekracza możliwości finansowych – ocenia Andrzej Roter, prezes Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych (KPF).

Z raportu KPF dotyczącego sytuacji na rynku consumer finance (dane za III kwartał 2018 roku) wynika, że większość konsumentów nie ma problemów z bieżącą obsługą zobowiązań kredytowych. Aż 74,5 proc. badanych twierdzi, że płaci raty bezproblemowo i w terminie. Ponad 19 proc. przyznaje, że spłaca zobowiązania z małymi problemami, a ponad 5 proc. z dużymi problemami, choć opóźnienie spłaty nie przekracza 6 mies. Największe problemy w spłacie (gdy opóźnienie przekracza 6 miesięcy) deklaruje 0,6 proc. respondentów.

Podczas badania KPF zadano respondentom pytanie o przyczyny nieterminowego regulowania zobowiązań. Aż 56,5 proc. uważa, że główną przyczyną jest lekkomyślne zaciąganie zobowiązań i brak planowania wydatków i dochodów, w tym często zaciąganie zobowiązań na granicy zdolności własnego budżetu. Ponad 14 proc. wskazuje wypadki losowe takie jak utratę pracy, czy ciężką chorobę, a 7,6 proc. nieprzywiązywanie wagi do terminowości regulowania rozliczeń finansowych.

Mała kwota, duży kłopot

Co ciekawe, największe kłopoty ze spłatą zobowiązań nie dotyczą wcale tych najkosztowniejszych. Kredyty mieszkaniowe, opiewające przecież na najwyższe kwoty, spłacane są najlepiej. Zdecydowanie więcej problemów pojawia się tam, gdzie kwoty są znacznie niższe.

Sytuację wziął niedawno pod lupę zespół analityków ERIF Biura Informacji Gospodarczej. Z raportu opublikowanego na początku 2018 roku wynika, że:

Zadłużeni mężczyźni:

  • najczęściej zalegają z wypłacaniem alimentów (25%),
  • unikają regulowania rachunków telefonicznych (24%),
  • nie radzą sobie ze spłatami rat pożyczek (24%).

Zadłużone kobiety:

  • zalegają przede wszystkim ze spłacaniem pożyczek (42%),
  • nie płacą w terminie faktur telekomunikacyjnych (25%),
  • nie są w stanie spłacać zaciągniętych kredytów (15%).

Rzadszym, ale odczuwalnym problemem są też niezapłacone rachunki za media czy opłacanie grzywien oraz mandatów. Warto przy tym zaznaczyć, że w rejestrach dłużników mężczyzn jest nawet czterokrotnie więcej, niż kobiet. Statystycznie – jak wynika z danych Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, zrzeszającej największe, profesjonalne firmy windykacyjne w Polsce – każdy dłużnik winien jest 5560 złotych. Długi rekordzistów liczone są jednak w milionach złotych.

Długi z premedytacją to margines

Z ostatniego raportu KPF wynika, że nominalna wartość wierzytelności obsługiwanych przez firmy zrzeszone w KPF przekroczyła pod koniec II kw. 2018 roku 81 mld PLN, a liczba obsługiwanych wierzytelności 14,51 mln szt.

Wartość obsługiwanych wierzytelności (w mld zł)

Wartość obsługiwanych wierzytelnościŹródło: Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce

Gospodarstwa domowe i osoby zadłużone, którzy nie regulują w terminie swoich zobowiązań, są potężnym problemem dla całej gospodarki i przedsiębiorstw ze wszystkich jej sektorów. Trzeba pamiętać, że polskie przedsiębiorstwa, aby poradzić sobie z problemem niewywiązywania się przez kontrahentów ze zobowiązań, wydają równowartość około 5–6 proc. całości swoich kosztów. Ten problem, w skali całej gospodarki, może być szacowany na około 150–180 mld zł – ocenia Andrzej Roter, prezes Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce.Wyobraźmy sobie, jak bardzo poprawiłaby się kondycja gospodarki, o ile zmniejszyłaby się presja na podnoszenie cen produktów, czy usług, gdyby przedsiębiorstwa nie musiały ponosić tych kosztów – dodaje.

Jak wynika z badań firm windykacyjnych, spora część zobowiązań powstaje wcale nie dlatego, że ktoś faktycznie nie chce spłacać swoich rat czy rachunków. Często za pierwszym krokiem w spirali zadłużenia kryje się zwykła niefrasobliwość:

  • zgubienie lub zapomnienie o rachunku,
  • podanie błędnych danych do kontaktu,
  • przeprowadzka, uniemożliwiająca odbiór faktur,
  • brak kontrolowania wydatków kartą kredytową.

Celowe unikanie regulowania należności okazuje się być raczej efektem niż przyczyną problemów. Tym bardziej, że zdecydowana większość Polaków kwestię spłaty długów traktuje nie tylko w wymiarze finansowym, ale również moralnym. Z badania przeprowadzonego przez KPF wynika, że myśli tak 95 na 100 z nas.

Czy zgadza się Pani/Pan z poglądem, że oddawanie długów jest zawsze obowiązkiem moralnym?

oddawanie długów jest zawsze obowiązkiem moralnymŹródło: Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych. Raport „Moralność finansowa Polaków, 2018”

Do kwestii własnych możliwości finansowych warto więc podchodzić rozsądnie i dokładnie przekalkulować czy pożyczka, kredyt lub sprzęt na raty jest faktycznie w naszym zasięgu. Tym bardziej, że poprawiająca się sytuacja finansowa gospodarstw domowych, sprzyja konsumpcji i zwiększa apetyt na kredyty czy pożyczki w wyższych kwotach. Jesteśmy zamożniejsi, ale to nie oznacza, że możemy być mniej rozsądni i mniej rzetelni – rekomenduje Andrzej Roter.

Potwierdzają to dane na temat średniej wartości kredytu czy pożyczki. Dla przykładu, w 2017 roku średnia wartość pożyczki udzielanej przez instytucje pożyczkowe, skupione w KPF, sięgnęła 2122 zł. To o 30 proc. więcej niż w roku 2016 i dokładnie 137 proc. więcej niż jeszcze dziesięć lat temu. Prognozy koniunktury na rynku kredytowym, zobrazowane przez Barometr CF, opracowany przez KPF i IRG SGH pokazują, że w tym roku chęć do pożyczania również będzie rosła. Ważne więc, żeby pożyczać z głową. Bo – jak podkreślają przedstawiciele branży finansowej – zdrowy rozsądek to zawsze najlepszy doradca.

Złoty coraz słabszy. Kurs euro testuje opór na 4,32

W poniedziałek złoty osłabił się do 4,32 na EUR/PLN przy ponownie obniżających się notowaniach euro do dolara do 1,146. USD/PLN chwilowo wzrósł do 3,765.

W zeszłym tygodniu mocne publikacje z USA (ADP, ISM usług, PMI) nasiliły wzrost wartości dolara i dopiero piątkowy, odbiegający od prognoz NFP przyhamował spadki notowań głównej pary walutowej (przyrost 143 tys. nowych etatów poza rolnictwem rynek odebrał negatywnie). Należy jednak pamiętać, że wrześniowe odczyty znajdują się pod wpływem sezonu huraganowego (spadło zatrudnienie w hotelarstwie i gastronomii) i mimo to stopa bezrobocia obniżyła się do poziomu najniższego od blisko dwóch lat. Ostatecznie więc inwestorzy przekonali się co do utrzymujących się solidnych fundamentów amerykańskiej gospodarki (wspierających jastrzębią politykę Fed). W poniedziałek, na niekorzyść euro dodatkowo działały publikacje produkcji przemysłowej z Niemiec (w sierpniu spadek o 0,3% m/m) oraz indeksu Sentix ze strefy euro (w październiku spadek do 11,4 pkt.). Inwestorzy obawiają się, że problemy gospodarcze Niemiec, które ciągnął całą UE, mogą „rozlać” się na inne kraje Wspólnoty. Europie nadal też ciążą Włochy. KE ostrzegła bowiem, że nowo ustalony deficyt Włoch narusza zobowiązania kraju wobec polityki Unii, co prawdopodobnie oznacza, że projekt włoskiego budżetu zakładający znaczącą podwyżkę deficytu do 2,4% w 2019 roku zostanie odrzucony. Tymczasem Rzym nadal podkreśla, że nie „wycofa się” ze swoich planów budżetowych, co może oznaczać, że brak osiągnięcia porozumienia z Brukselą będzie prowadził do nasilenia się niestabilności na rynku walutowym (rośnie prawdopodobieństwo obniżenia wiarygodności kredytowej Włoch).

W tym tygodniu rynki oczekują publikacji czwartkowych danych inflacyjnych z USA. Wyższe od oczekiwań przyspieszenie wzrostu cen może zwiększyć oczekiwania dotyczące podwyżek stóp procentowych w 2019 roku i w kolejnych latach. We wtorek poznamy analogiczne odczyty inflacji z naszego regionu (dane dla Czech i Węgier).

Na krajowym rynku stopy procentowej poniedziałkowa sesja nie przyniosła istotniejszych zmian notowań. Dla odmiany podwyższoną zmienność widać było w strefie euro, gdzie wyraźnie wzrosły obawy o stabilność polityki fiskalnej Włoch (pojawiły się spekulacje, że KE odrzuca projekt budżetu na 2019 r.). W efekcie rentowności 10-letnich obligacji skarbowych tego kraju wzrosły już do 3,6%, determinując wzrost awersji do ryzyka w całej Europie widoczny m.in. po spadkach indeksów na giełdach akcji. Poza tym widać też było alokację kapitału w kierunku bezpiecznych rynków, jak np. rynek niemieckich obligacji. Rosnące obawy inwestorów, ale i słabsze od oczekiwań dane nt. sierpniowej produkcji przemysłowej w Niemczech były przyczyną spadku rentowności 10-letnich Bundów poniżej 0,55%.

Sytuacja w najbliższych dniach prawdopodobnie nie ulegnie istotniejszej zmianie. Nadal obserwować możemy rosnącą premię za ryzyko kredytowe generowaną przez spór wokół budżetu Włoch, co hamować będzie wzrosty rentowności na rynkach bazowych. Przy bardzo korzystnych uwarunkowaniach lokalnych, rentowności polskich obligacji mogą utrzymywać się na obecnych poziomach lub lekko zniżkować, w sektorze 10-letnim w kierunku 3,20-3,25%. Czynnikiem, który może wzmacniać wyceny krajowych papierów jest piątkowa aktualizacja ocen ratingowych Polski. Chociaż w bazowym scenariuszu należy oczekiwać utrzymanie ich bez zmian, to jednak część inwestorów może liczyć na pozytywne zaskoczenie z tej strony.

Wykres dnia: W 2018 r. różnica pomiędzy rentownościami greckich a włoskich 10-letnich obligacji skarbowych systematycznie spada. Dalsza przecena papierów emitowanych przez Włochy może doprowadzić do tego, że będzie to kraj najdrożej finansujący się w strefie euro (pkt. proc.).

różnica pomiędzy rentownościami greckich a włoskich 10-letnich obligacji skarbowych systematycznie spada
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski

Badanie: Jesienią i zimą Polacy oczekują więcej promocji na owoce i warzywa

Łącznie aż 83% ankietowanych uważa, że sieci handlowe powinny oferować więcej rabatów na owoce i warzywa. 41% respondentów oczekuje częstszych promocji na ten asortyment jesienią, a 26% chce tego zimą. Ponad 60% stwierdza, że o takich akcjach należy najczęściej informować klientów za pośrednictwem gazetek handlowych. Takie są wyniki badania Hiper-com Poland oraz Grupy Mobilnej Qpony-Blix. Tymczasem eksperci zauważają, że sklepy już teraz mocno zwiększyły ilość rabatów na ten asortyment, który jest wyjątkowo trudny w zarządzaniu. Tymczasem Instytut Badawczy ABR SESTA potwierdza, że udział takich ofert w publikacjach promocyjnych był wyższy o 21% w I i II kwartale br. niż w analogicznym okresie ub. roku.

Ciągle za mało

Konsumenci weryfikujący gazetki handlowe oczekują, że owoce i warzywa będą częściej promowane przez sieci handlowe. Zdecydowanie wyraża to 62% badanych. A raczej jest o tym przekonanych 21%. Jak wyjaśnia Hubert Majkowski, Country Manager Hiper-com Polska, w związku z promocją zdrowego stylu życia, w naszym społeczeństwie rośnie świadomość żywieniowa. Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę ze znaczenia ww. produktów w pełnowartościowej diecie. Dlatego oczekiwania względem rabatów również się zwiększają.

– Sieci handlowe już teraz oferują dużo promocji na ten asortyment. Często gazetki zaczynają się właśnie komunikatem o bardzo dobrych cenach warzyw i owoców. Sklepom trudno będzie jeszcze bardziej zwiększyć aktywność w tym zakresie. Jednak świadomość Polaków dopiero się budzi. Będą chcieli odżywiać się coraz lepiej i będą domagać się jeszcze więcej tanich i zdrowych produktów – mówi Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Natomiast Sebastian Starzyński, prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA, przypomina, jak trudną kategorią jest dla sieci ww. asortyment. Bardzo szybko się psuje. A nieświeże produkty potrafią zniszczyć wizerunek nawet najpopularniejszej placówki. Z kolei poszerzanie asortymentu prowadzi do większych strat. Mimo tego sklepy podążają za oczekiwaniami klientów. Jak informuje ekspert, liczba ofert warzyw i owoców w gazetkach w I i II kwartale br. była wyższa o 21% w porównaniu z analogicznym okresem ub. roku. Najaktywniejsze na tym polu okazały się dyskonty. Średnia liczba promowanych artykułów wzrosła w tym kanale aż o 53%.

Najlepszy czas na promocje?

– Konsumenci oczekują największej aktywności promocyjnej w ww. zakresie jesienią – 41%. Takie preferencje wynikają z określonej dostępności świeżych owoców i warzyw o tej porze roku. Jeszcze tak niedawno, latem większość produktów krajowych można było nabywać niemal wszędzie, nawet przy ulicy, na tymczasowych stoiskach. Odkąd zrobiło się zimno, owoce na bazarach i w innych tego typu miejscach stają się mniej dostępne. Głównym źródłem ww. artykułów stają się sieci handlowe. Dlatego właśnie konsumenci oczekują od nich więcej promocji poza sezonem – wyjaśnia Hubert Majkowski.

Z kolei prezes Starzyński zauważa, że jesienią mamy jeszcze sporo tanich i świeżych warzyw, zatem to najlepszy moment na organizowanie promocji. Natomiast zimą ludziom najbardziej brakuje witamin i stąd 26% respondentów oczekuje w tym okresie największej aktywności w niższych cenach. W następnej kolejności badani deklarują, że przez cały rok chcą jednakowych rabatów – 14%. Ekspert przewiduje, że ten wskaźnik będzie stopniowo rósł wraz z rozwojem świadomości żywieniowej konsumentów.

– Dostęp do świeżych, polskich warzyw i owoców jest sezonowy, więc oczekiwanie na ich promocje tylko w poszczególnych okresach jest naturalnym podejściem. Moim zdaniem, nie przestanie ono dominować wśród konsumentów. Może się zmniejszyć udział osób, które preferują największą aktywność promocyjną wiosną – 12% albo latem – 6%. Warto pamiętać o tym, że tego typu asortyment jest jednak najdroższy zimą – ocenia wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Tymczasem Sebastian Starzyński zapewnia, że liczba promocji na produkty świeże utrzymuje się na podobnym poziomie przez większość miesięcy w roku, z nieznacznym spadkiem w styczniu i w lutym. Jak wynika z danych Instytutu Badawczego ABR SESTA, sieci handlowe publikują średnio 4 gazetki w miesiącu. Umieszczają w nich łącznie ponad 30 różnych ofert warzyw i owoców. Wyraźnie widać, że promowanie tej kategorii zyskuje na znaczeniu. Tym samym sklepy wspierają klientów w zdrowym odżywianiu, a to jest elementem świadomego budowania wizerunku marki.

Gdzie są najlepsze okazje?

– Większość badanych twierdzi, że sieci powinny najczęściej prezentować promocje na owoce i warzywa w gazetkach handlowych – 61%. Wynika to z tego, że są one ważnym źródłem informacji dla konsumentów, szczególnie w grupie wiekowej powyżej 50. roku życia. Klienci uważają, że prezentowane w nich okazje są najlepsze na rynku. Dodatkowo publikacje można zachować i porównać z innymi wydaniami, co jest raczej trudne w przypadku pozostałych kanałów marketingowych – tłumaczy ekspert z Hiper-com Poland.

Zdaniem Marcina Lenkiewicza, gazetka jest uznawana za bardzo czytelny format reklamowy, do którego klienci są przyzwyczajeni od wielu lat. Papierowa czy elektroniczna wersja daje konsumentowi dostęp do informacji w taki sposób, jaki jest dla niego najbardziej naturalny. Niemiej trzeba mieć na uwadze, że część osób chce się dowiadywać o promocjach na warzywa i owoce bezpośrednio w sklepach – 14%, a także za pomocą reklam telewizyjnych – 11%. Koncentrując się na tych kanałach, sieci dotrą do większości odbiorów. Powinny przy tym zauważyć, że tracą na znaczeniu bilbordy – 9%, reklamy prasowe – 3% czy radiowe – 2%.

– Przewiduję, że już w perspektywie 5 lat tak chętnie czytane dziś gazetki handlowe, a także różnego rodzaju reklamy zaczną stopniowo tracić na znaczeniu w związku z rozwojem osobistych asystentów AI. Tego typu narzędzia będą wyręczały użytkowników w zamawianiu produktów, w oparciu o ich preferencje, dotyczące m.in. ulubionych warzyw i owoców. Klienci przestaną sami szukać promocji, bo zaczną to robić za nich systemy w sposób najbardziej korzystny dla konsumentów – prognozuje Sebastian Starzyński.

Badanie zostało przeprowadzone na terenie 6 dużych miast (Warszawy, Krakowa, Katowic, Wrocławia, Poznania i Łodzi) na przełomie sierpnia i września na próbie 514 klientów sieci handlowych. W ankiecie uczestniczyły tylko te osoby, które na wstępie rozmowy wyraźnie zadeklarowały, że regularnie same robią zakupy (min. raz w tygodniu), a także czytają lub szukają promocji w papierowych lub elektronicznych gazetkach reklamowych. Badana była grupa w wieku od 18. do 65. roku życia. 58% stanowiły kobiety, 42% – mężczyźni.

Polacy niechętni do ogłaszania upadłości konsumenckiej

Prawie 60% gospodarstw domowych w Polsce zdecydowanie odrzuca możliwość skorzystania z upadłości konsumenckiej w okresie najbliższego roku. To najwyższy poziom tak zdecydowanych deklaracji, jaki zanotowano od 2009 roku w badaniach prowadzonych przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych i Instytut Rozwoju Gospodarczego SGH.

Każdej edycji badania[1], opartego na wystandaryzowanym formularzu ankiety, towarzyszą pytania specjalne, analizujące istotne zagadnienia z punktu widzenia społecznego i ekonomicznego. Jednym z nich jest kwestia zainteresowania polskich gospodarstw domowych korzystaniem z upadłości konsumenckiej. To samo pytanie, odnoszące się do tej ważnej kwestii, zadano respondentom w latach: 2009, 2010, 2014 i 2018.

W bieżącym badaniu blisko 60% odpowiedzi na pytanie o możliwość skorzystania z upadłości konsumenckiej stanowił wariant „zdecydowanie nie, gdyż nie posiadamy żadnych długów”. Jest to jednocześnie najwyższy poziom w całej historii zadawania tego pytania – o 1,8 p.p. wyższy niż w 2015 r. i o 18,5 p.p. niż w 2009 r. Łącznie grupa gospodarstw domowych, odpowiadających na to pytanie „zdecydowanie nie”, „bardzo mało prawdopodobne” i „mało prawdopodobne” stanowi obecnie 96%.

Można postawić wniosek, że w ramach grupy osób, nie mających problemów z wywiązywaniem się z zobowiązań lub posiadających niewielkie problemy w tym obszarze, nastąpiła – co prawda nieznaczna, ale względna – poprawa sytuacji finansowej. To zaś jeszcze bardziej obniża ryzyko konieczności skorzystania z upadłości konsumenckiej przez tą dużą grupę gospodarstw domowych.

Polacy nie mają zamiaru korzystać z upadłości konsumenckiej

Ponadto zmniejszyła się liczba gospodarstw domowych, deklarujących wysokie prawdopodobieństwo skorzystania z upadłości konsumenckiej ze względu na sytuację finansową, nie pozwalającą nawet na zaciągnięcie zobowiązań na spłatę wcześniejszych zobowiązań ani spłatę obecnych długów. Obecnie jest to 0,6% gospodarstw, podczas gdy w badaniu z 2015 roku było to 3,1%, a w 2014 roku nawet 5,2%. To kolejny, bardzo dobry sygnał dotyczący sytuacji finansowej gospodarstw domowych, które coraz lepiej radzą sobie z rozwiązywaniem problemów finansowych. Spora ich część była bowiem w stanie wyjść z grupy niewypłacalnych (prawdopodobny transfer do grupy nadmiernie zadłużonych). Odnosząc ten wskaźnik do liczby gospodarstw domowych w Polsce, daje to grupę około 84 tysięcy osób, które deklarują, że znajdują się w sytuacji niewypłacalności.

Polacy nie mają zamiaru korzystać z upadłości konsumenckiej 2

W porównaniu z liczbą ogłoszonych dotąd upadłości konsumenckich w Polsce nadal mamy do czynienia z względnie dużą grupą gospodarstw domowych, dopuszczających możliwość skorzystania z niej w okresie najbliższych 12 miesięcy. Jednak w skali całej gospodarki dane te należy odbierać bardzo pozytywnie. W ostatnich latach zmniejszyła się bowiem liczba gospodarstw domowych wskazujących na prawdopodobieństwo skorzystania z tej kosztownej społecznie i gospodarczo instytucji prawnej.

– Poprawa w zakresie ocen gospodarstw domowych co do ewentualnego zamiaru skorzystania z upadłości konsumenckiej pozwala postawić tezę, że aktualne przepisy upadłości konsumenckiej ze społecznego punktu widzenia dobrze odpowiadają bieżącej sytuacji w odniesieniu do skali zjawiska niewypłacalności – stwierdził Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF, inicjator badania.

– Pozytywne dla sytuacji finansowej gospodarstw domowych w Polsce efekty wzrostu gospodarczego, malejącej skali bezrobocia, wzrostu dochodów w dyspozycji czy wdrożenie elementów polityki prorodzinnej, takich jak Program 500+, potwierdzają, że rozwiązywanie problemu nadmiernego zadłużenia, a nawet niewypłacalności, może odbywać się nie tylko na drodze upadłości konsumenckiej.

Za przykład takich zmian można uznać zniesienie przesłanki etycznej w dostępie do upadłości. To bowiem zwiększy i tak już nadmierną w Polsce skalę hazardu moralnego przy zaciąganiu nowych zobowiązań kredytowych.

– Taka zmiana będzie wręcz zachętą do zaciągania zobowiązań z pokrzywdzeniem wierzyciela, nierozsądnie, mając świadomość, że spłata będzie bardzo trudna lub niemożliwa. Co prawda, zwiększy ona dostęp do upadłości, ale będzie również przyczyniać się do powiększania skali nadmiernego zadłużenia i niewypłacalności – dodał Andrzej Roter.

[1] „Sytuacja na Rynku Consumer Finance” – badanie realizowane w okresach kwartalnych przez KPF i IRG SGH od roku 2007.

Brak specjalistów hamuje cyfryzację łańcucha dostaw

Michalina Kieś
Michalina Kieś, manager w zespole produkcji i łańcucha dostaw w firmie rekrutacyjnej Michael Page

Ciągły wyścig firm po klienta doprowadził do sytuacji, w której innowacje stały się jednym z kluczowych czynników pozwalającym na uzyskanie przewagi nad konkurencją. Wyścig ten, obejmujący zarówno handel detaliczny jak i dostawców, napędzają dodatkowo rosnące oczekiwania konsumentów i producentów. Dotyczą one lepszej i szybszej obsługi, co wymaga od przedsiębiorców unowocześniania łańcucha dostaw. Michalina Kieś, manager w zespole produkcji i łańcucha dostaw w firmie rekrutacyjnej Michael Page, omawia czynniki, które mogą hamować rozwój organizacji pod tym kątem.

Cyfryzacja na hamulcu

Przedsiębiorstwa z różnych gałęzi przemysłu – np. motoryzacji, automatyki przemysłowej, FMCG, branży opakowań, logistyki i in. – już teraz inwestują znaczne środki w opracowanie inteligentnego łańcucha dostaw. A robotyzacja, automatyzacja procesów, analityka predyktywna, Internet rzeczy, bezzałogowe pojazdy czy też drony oraz czujniki i automatyczna identyfikacja to technologie, które zdaniem respondentów uczestniczących w badaniu Deloitte, będą miały największy wpływ na poprawienie wydajności i optymalizację kosztową łańcucha dostaw. Wspomniane technologie są powszechnie dostępne i na ich wdrożenie ponad połowa firm (53 proc.) z przytoczonego badania przeznaczy w ciągu dwóch lat ponad 1 mln dolarów, a 17 proc. zainwestuje ponad 10 mln. Niemniej jednak, ich szerokie wykorzystanie przez przedsiębiorstwa jest hamowane przez kilka czynników. Jednym z nich, wskazanym przez 44 proc. uczestników badania Deloitte, jest brak wykwalifikowanej kadry, która wdrożyłaby nowoczesną technologię do firmy, a także przeszkoliła pozostałych pracowników.

 

Zgodnie z danymi firmy DHL liczba miejsc pracy w łańcuchu dostaw przekracza podaż co najmniej sześciokrotnie. Niedobór talentów wynika m.in. ze zmieniających się wymagań w zakresie umiejętności oraz braku odpowiedniego ich rozwoju przez ośrodki akademickie. W związku z czym można się pokusić o stwierdzenie, że to właśnie brak odpowiedniej kadry jest największym wyzwaniem dla łańcucha dostaw – mówi Michalina Kieś. – Już dziś brak kultury cyfrowej oraz szkoleń jest dużym problemem dla firm pod kątem unowocześniania łańcucha dostaw. Tym bardziej, że pracownicy odpowiedzialni za niego muszą być w stanie przełożyć właściwe rozwiązanie cyfrowe na potrzeby biznesowe firmy – podkreśla ekspertka.

Zapotrzebowanie na nowych specjalistów

Postępująca cyfryzacja w przedsiębiorstwach powoduje dynamiczny wzrost zapotrzebowania m.in. na project managerów posiadających doświadczenie we wdrażaniu lub zarządzaniu nowoczesnymi systemami, którzy w okresie 2-3 lat zbudowaliby wokół siebie zespół składający się np. z automatyków czy też ekspertów zarządzających ryzykiem informatycznym.

Aktualnie, co 4. rekrutacja dla firm będących już po, lub przymierzających się do wdrożenia innowacyjnych rozwiązań dotyczy specjalistów od nowoczesnych technologii. Firmy, aby jednak zatrudnić najlepszych kandydatów muszą przygotować się na wynagrodzenia rzędu 10 tys. zł brutto plus. Przykładowo project manager z 3-4 letnim doświadczeniem może oczekiwać pensji w zakresie 10-12 tys. zł brutto. Oczekiwania digitalization managera z 5-8 latami praktyki mogą być jeszcze większe i osiągnąć poziom 16-18 tys. zł brutto – wskazuje Kieś. – Silna konkurencja i rosnąca presja ze strony klientów i przemysłu wpłyną zapewne jeszcze na wzrost oferowanych pensji, aby przyciągnąć do firm najlepsze talenty. Ponadto, firmy coraz częściej otwierają się też na rekrutacje kandydatów na stanowiska kierownicze z innych sektorów – np. do sektora farmaceutycznego pracowników szuka się m.in. w SSC, FMCG oraz e-commerce’ie. Inwestycja ta powinna jednak w miarę szybko się zwrócić. Zgodnie bowiem z raportem PwC przedsiębiorstwa, które zdigitalizują swój łańcuch dostaw i zakłady produkcyjne mogą spodziewać się wzrostu wydajności o 4,1 proc. rocznie, przy jednoczesnym wzroście przychodów o 2,9 proc. rocznie – podkreśla Michalina Kieś.

Można też spodziewać się, że firmy same zaczną „wychowywać” sobie talenty współpracując z uczelniami technicznymi przy konkretnych kierunkach kształcenia przyszłych pracowników lub realizując programy stażowe. Przykładem mogą być amerykańskie spółki z listy Fortune 500, spośród których, około 180 w ciągu roku przyjmuje po tysiąc studentów na staże w obszarze łańcucha dostaw.

Ewolucja dotychczasowych stanowisk

Cyfryzacja łańcucha dostaw będzie także związana z redefinicją dotychczasowych stanowisk funkcjonujących w tym obszarze firmy. – Wśród profesji, które mogą ewoluować i rozwijać się w następstwie digitalizacji należy wymienić planistę łańcucha dostaw, który będzie w przyszłości pełnić bardziej rolę diagnostyka ds. biznesu. Wyposażony w rozwiązania chmurowe, a także systemy śledzenia transakcji w czasie rzeczywistym i uczące się algorytmy, będzie on odpowiadać za rozwiązywanie problemów z równoważeniem popytu i podaży zanim jeszcze się pojawią – opisuje ekspertka Michael Page. – Innym przykładem jest kierownik ds. logistyki, który w ramach cyfryzacji będzie pełnić bardziej rolę dyrektora ds. satysfakcji klienta. Pozwoli mu na to analityka i automatyzacja, które skrócą proces kompletowania zamówienia oraz dostawy przy użyciu różnych kanałów, takich jak drony czy bezzałogowe pojazdy – dodaje.

Gomułka: Wojna handlowa spowolni światowy wzrost gospodarczy

Tempo wzrostu gospodarczego w skali światowej wyniosło 3,5% w ostatnim roku. Jest to jeden z najwyższych wyników – między innymi dlatego, że dwie największe gospodarki – Chin i Indii – rosną w wysokim tempie. Nie jest oczekiwane istotne spowolnienie gospodarcze w tych dwóch krajach. Światowe spowolnienie może mieć miejsce na skutek wojny handlowej, jaką zaproponował Donald Trump. Międzynarodowy Fundusz Walutowy ogłosił dane szacunkowe wpływu tej wojny na światowe tempo wzrostu – może być niższe o 0,5 punktu procentowego rocznie.

– Sytuacja nie będzie dramatyczna i katastrofalna. Jest to umiarkowane zmniejszenie światowego wzrostu gospodarczego – między innymi dlatego, że cła narzucone przez USA i inne kraje są na stosunkowo niewielką liczbę towarów – powiedział serwisowi eNewsroom Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club –  To nie jest totalna wojna handlowa, tylko zapowiedź jej. Ma bardziej charakter demonstracji politycznej, niż demonstracji ekonomicznej. Jeżeli dojdzie do totalnej wojny handlowej, to skutki mogą być dużo wyższe, niż 0,5 punktu procentowego – dodał Gomułka.

Lękliwy rynek

Rynki finansowe pozostają w ponurych nastrojach przy sferze informacyjnej skupionej na problemach Chin i Włoch. Rynek akcji dołuje, co pomaga w aprecjacji JPY, ale celem ucieczki pozostaje także USD w obliczu wysokich rentowności długu USA. Słabnie chiński juan, co wysyła złe wibracje m.in. w stronę AUD i rynków wschodzących. Złoty jest pod presją.

Jedyna rzecz, która może uratować nas od nasilenia awersji do ryzyka jest efekt „wtorku odwrotu”, tzn. kiedy rynki bez większego powodu negują załamanie sentymentu z poniedziałku. Coś w stylu: „ok, wyszaleliśmy się wczoraj, dziś pora na uspokojenie”. Problem w tym, że niektóre rany pozostają rozdrapane i nie będą się szybko goić. Włoscy politycy nie oszczędzają języka w krytykowaniu biurokratów z Brukseli i w dalszym ciągu forsują plany budżetowe oparte na ambitnych prognozach wzrostu i wysokim deficycie. Dziś włoski parlament będzie debatował nad projektem rządu, zanim w przyszłym tygodniu oficjalnie go złoży w Brukseli. Agencje prasowe mogą dostarczać zaskakujących komentarzy i przynajmniej do 15 października (deadline na złożenie projektu przed KE) sprawa nie przycichnie. Inwestorzy też skupiają się na negatywnych aspektach decyzji Ludowego Banku Chin o obniżce stopy RRR. Co w dłuższym horyzoncie może przełożyć się na wsparcie wzrostu gospodarczego (niższe stopy to większa akcja kredytowa), na razie ruch odczytywany jest jako zapobieganie negatywnym implikacjom wojen handlowych z USA oraz potęgowanie presji na osłabienie juana. To także sygnał, że rząd w Pekinie zezwala na wzrost USD/CNY powyżej 6,90 – jeszcze kilka miesięcy temu traktowano to jako próg bólu, któremu Chiny będą chciały zapobiec. Kontynuowana deprecjacja juana z jednej strony potwierdza, że Chiny zamierzają w ten sposób łagodzić skutki wojen handlowych; ale z drugiej – otwierają drogę do wzmacniania się presji na wyprzedaż innych walut gospodarek wschodzących.

Przy zwiększonej uwadze na rynek akcji przychodzi teraz obserwować sentyment na giełdach dla przewidywania kierunku dla FX. Europa we wtorek szuka punktu zaczepienia dla stabilizacji z pomocą giełdy w Szanghaju, gdzie udało się uniknąć drugiego dnia silnych spadków. To powinno utrzymać w konsolidacji takie pary jak EUR/USD, USD/JPY i AUD/USD, ale ryzyka dalej przeważają po stronie spadków. EUR/PLN zatrzymał się przed miękkim sufitem na 4,32, ale powrót pod 4,30 w obecnych warunkach wydaje się życzeniem nie do spełniania, a kolejna fala pogorszenia nastrojów z łatwością wywinduje kurs w rejon 4,34/35. Jednak nie dziś.

We wtorkowym kalendarzu trudno znaleźć coś interesującego, co tym bardziej skłania do obserwacji zachowania rynku akcji. Po południu mamy kilka wystąpień członków Fed, EBC i Banku Anglii, więc uwaga na interesujące nagłówki.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sukces biznesowy można zmierzyć społecznym zaangażowaniem. Spółka Benefit System otrzymała jedno z najbardziej prestiżowych wyróżnień na świecie

0

Sukces biznesowy można zmierzyć społecznym zaangażowaniem. Spółka Benefit System otrzymała jedno z najbardziej prestiżowych wyróżnień na świecie 1

Społecznie zaangażowany biznes cieszy się większym zaufaniem klientów, partnerów i inwestorów. W dyskusji dotyczącej CSR pojawiają się głosy, że w przyszłości to właśnie biznes przejmie część odpowiedzialności za rozwiązanie najważniejszych, społecznych problemów. Firmom, dla których społeczne zaangażowanie i pozytywny wpływ na otoczenie już w tej chwili są podstawą działalności, przyznawany jest prestiżowy certyfikat B Corp. Do tego grona dołączył właśnie polski Benefit System.

– Certyfikaty B Corp to świadectwa wydawane firmom za całokształt ich działalności na rzecz środowiska i społeczeństwa. Przyznawane są w wyniku całościowej oceny obejmującej ład korporacyjny, warunki pracownicze, kontakty ze społeczeństwem, wpływ działalności na środowisko naturalne czy wreszcie tworzenie korzyści dla klientów. Certyfikat B Corp ma obecnie 2,6 tys. firm z 60 państw na całym świecie. Reprezentują one ponad 100 różnych branż, od konsumenckiej przez B2B, kancelarie prawne i banki po firmy usługowe. Mówimy o bardzo szerokim spektrum podmiotów, którym zależy na czynieniu dobra w ramach swojej działalności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Nathan Gilbert, dyrektorem wykonawczym B Lab Europe – organizacji pozarządowej będącej twórcą certyfikacji.

W trakcie certyfikacji B Lab prowadzi szczegółową analizę działania firmy i jej otoczenia. Mimo że każda firma, niezależnie od struktury czy branży, może ubiegać się o status B Corp, certyfikat przyznawany jest tym organizacjom, które spełniają rygorystyczne kryteria na wymaganym poziomie. Obecnie jedyną polską firmą z certyfikatem jest Benefit Systems – spółka działająca na rynku benefitów pozapłacowych, oferująca program sportowo-rekreacyjny MultiSport. Benefit Systems jest zarazem pierwszą spółką publiczną z tym wyróżnieniem w regionie CEE.

– Od dłuższego czasu szukaliśmy takiej certyfikacji, która potwierdzi nasz sposób działania w biznesie i będzie faktycznie odzwierciedlała wartości wpisane w nasze DNA. Zależało nam, żeby była to certyfikacja rzetelna, której otrzymanie jest prawdziwym potwierdzeniem wysokich standardów. Chcieliśmy czegoś, co jest uznane na świecie i do czego możemy mieć zaufanie. B Corp jest właśnie takim certyfikatem i tym bardziej cieszymy się, że jesteśmy obecnie jedyną polską spółką, która go ma – mówi Izabela Walczewska-Schneyder, członek zarządu Benefit Systems.

Sam proces certyfikacji firmy trwał ponad 2 lata. Analiza B Lab obejmowała nie tylko główną spółkę z grupy kapitałowej, lecz także zagraniczne spółki zależne z Czech, Słowacji i Bułgarii

– Certyfikacja jest rzeczywiście rzetelna, tutaj nie da się pójść na skróty. Trzeba odpowiedzieć na kilkadziesiąt pytań w pięciu obszarach i udokumentować szczegółowe zasady działania w każdym z nich. Następnie jest to weryfikowane przez B Lab. W przypadku firmy tak dużej jak nasza, która ma wiele spółek zależnych i działa na kilku rynkach, nie jest to łatwy proces. Tym większa satysfakcja, że udało nam się zakończyć go sukcesem – mówi Izabela Walczewska-Schneyder.

Benefit Systems to firma, która realizuje działania odpowiadające na problemy społeczne (np. aktywizacja dzieci i seniorów) i cały czas wzmacnia produkt, który sam w sobie jest społecznie odpowiedzialny.

– Tym, co pomogło nam w uzyskaniu certyfikatu B Corporation, jest przede wszystkim nasz produkt – karta MultiSport, która pomaga ludziom żyć aktywnie. Wierzymy, że przez to zmienia ich życie na lepsze. Druga kwestia to fakt, że jesteśmy pośrednikiem, więc dbamy o wszystkich uczestników rynku, nie tylko klientów i użytkowników, lecz także partnerów, którzy dostarczają usługi. To bardzo pomogło nam w uzyskaniu odpowiedniej liczby punktów, która jest wymagana, żeby uzyskać certyfikat – mówi Izabela Walczewska-Schneyder.

Najwyższy wynik spółka uzyskała w obszarze polityki i zatrudnienia. W trakcie procesu certyfikacji wprowadziła kilka zmian, m.in. wzmacniając funkcje nadzorcze i kontrolne w firmie. Firma podkreśla, że chce się stać ambasadorem takiego sposobu prowadzenia biznesu na polskim rynku i jest otwarta na współpracę z innymi podmiotami, które wyznają tę samą politykę.

– Dla firmy i wszystkich jej pracowników ten certyfikat jest potwierdzeniem, że to, co robimy, jest dobre dla otoczenia. To dla nas ważne. Cieszymy się, że dołączyliśmy do grona tak szacownych spółek na całym świecie, które myślą nie tylko o tym, żeby prowadzić zyskowny biznes, lecz także o tym, jaki mają wpływ na swoje otoczenie, na środowisko, na pracowników, partnerów czy klientów. Wierzymy, że każdy może trochę zmienić świat na lepsze – mówi Izabela Walczewska-Schneyder.

B Corporations to nie tylko tytuł, ale przede wszystkim globalny ruch, który identyfikuje firmy kierujące się tymi samymi wartościami, zachęca do tworzenia odpowiedzialnego biznesu i stwarza platformę współpracy między przedsiębiorstwami.

– Zyskując certyfikat B Corp, firmy pokazują, że są pionierami w doskonaleniu sposobów prowadzenia działalności gospodarczej. Cieszymy się bardzo na współpracę z Benefit Systems i liczymy, że w jego ślady pójdą kolejne firmy, którym zależy na kształtowaniu pozytywnych zmian – dodaje Nathan Gilbert, dyrektor wykonawczy B Lab Europe.

IPCC: Globalne ocieplenie można zahamować. Warunkiem koniecznym rezygnacja z węgla

IPCC: Globalne ocieplenie można zahamować. Warunkiem koniecznym rezygnacja z węgla 2

Do 2050 roku ludzkość musi całkowicie zrezygnować ze spalania węgla, a już obecnie potrzeba szybkich działań, które ograniczą tempo wzrostu średniej globalnej temperatury. Aby nie przekroczyć progu bezpieczeństwa, do 2030 roku globalna emisja dwutlenku węgla musi spaść o 45 proc. w porównaniu do poziomu z 2010 roku – wynika z prognoz blisko stu naukowców, którzy pracowali nad raportem Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC). W przeciwnym razie grożą nam klęski żywiołowe i katastrofa klimatyczna na niespotykaną skalę.

– Jesteśmy na ścieżce wzrostu średniej globalnej temperatury na poziomie znacznie powyżej 3°C do końca bieżącego wieku. To oznacza katastrofę dla nas wszystkich. Dotychczasowe starania nie przynoszą oczekiwanych efektów. Według najnowszego, specjalnego raportu IPCC musimy – i co najważniejsze jeszcze możemy – zatrzymać ten wzrost na poziomie 1,5°C do końca wieku. Jeżeli chcemy to osiągnąć, trzeba podjąć działania natychmiast, nie możemy ich odkładać na później – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Jędrzejewski, rzecznik polityczny Koalicji Klimatycznej.

IPCC potwierdził, że obecna, średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. Jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie gwałtownie zredukowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy 1,5°C już w 2040 roku, 2°C w 2065 roku i 4°C na koniec obecnego stulecia.

 Tempo wzrostu średniej globalnej temperatury w porównaniu do ery przedindustrialnej jest stanowczo za wysokie. Jeżeli zostanie utrzymane, oznacza to katastrofę dla całego świata – mówi Krzysztof Jędrzejewski.

Wraz ze wzrostem średniej temperatury globalnej fale upałów, nawałnice, powodzie i gwałtowne burze będą coraz częstsze. Niebezpiecznie wzrośnie nie tylko częstotliwość ich występowania, lecz także siła rażenia oraz zniszczeń. Wzrost globalnej, średniej temperatury o ponad 3–4°C może spowodować, że do 2100 roku poziom mórz podniesie się nawet o 90 cm, co grozi zalaniem terenów zamieszkałych przez połowę populacji świata. Podczas gdy w latach 1981–2010 gwałtowne zjawiska pogodowe dotykały zaledwie 5 proc. ludności Europy, pod koniec tego wieku klęski żywiołowe mogą dosięgnąć już co najmniej 2/3 Europejczyków.

IPCC podkreśla, że przyszłe szkody będą w dużym stopniu zależały od tego, jak szybko zostanie zredukowana emisja dwutlenku węgla i ograniczone zostanie ocieplenie klimatu.

– Do wzrostu średniej, globalnej temperatury najbardziej przyczynia się spalanie paliw kopalnych – węgla i ropy naftowej, jak również wylesianie, rabunkowa i intensywna gospodarka ziemią. To wszystko powoduje, że temperatura rośnie – mówi Krzysztof Jędrzejewski.

IPCC wskazuje, że ograniczenie wzrostu globalnej temperatury do maksymalnie 1,5°C jest trudne, ale nadal możliwe. To oznacza m.in. konieczność jak najszybszego odejścia od węgla na rzecz odnawianych źródeł energii. Leży to w interesie wszystkich Europejczyków – spowolnienie tempa globalnego ocieplenia sprawi, że mniej osób będzie narażonych na fale upałów, pozwoli też na ograniczenie ryzyka suszy, niedostatków wody i braku żywności w Europie Środkowej i basenie Morza Śródziemnego. Zapobiegnie dramatycznym zmianom w środowisku naturalnym, handlu i przemyśle, a także rozprzestrzenianiu się nowych chorób zakaźnych i wektorowych na terenie całego kontynentu.

– Najprostszym sposobem zahamowania globalnego ocieplenia jest odejście od spalania paliw kopalnych, czyli od węgla, ropy naftowej i gazu oraz przejście na nowe technologie, związane w 100 proc. z odnawialnymi źródłami energii, zwiększaniem efektywności energetycznej, jak również z ekologicznym transportem czy zrównoważonym wykorzystywaniem gruntów – podkreśla rzecznik polityczny Koalicji Klimatycznej.

Raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) stanowi najbardziej wiarygodną ocenę skutków zmiany klimatu w przypadku, gdy wzrost średniej temperatury globalnej przekroczy bezpieczny próg ocieplenia, czyli 1,5°C w porównaniu z poziomem przedindustrialnym. Opracowanie ma ogromny wpływ na politykę klimatyczną prowadzoną zarówno na poziomie międzynarodowym, unijnym, jak i na poziomie poszczególnych państw. Nad najnowszym, specjalnym raportem pracowało 91 naukowców z 40 krajów.

Największe projekty infrastrukturalne w Polsce zagrożone. Konieczne ułatwienia w zatrudnianiu cudzoziemców

Największe projekty infrastrukturalne w Polsce zagrożone. Konieczne ułatwienia w zatrudnianiu cudzoziemców 3

Na rynku budowlanym brakuje nawet 150 tys. wykwalifikowanych pracowników. Firmy posiłkują się pracownikami ze Wschodu, ale i ten zasób powoli się wyczerpuje. Sięgają więc po pracowników z coraz odleglejszych państw, walczą o nich coraz wyższymi pensjami i apelują do rządu o zmianę prawa. Chodzi o ułatwienia w pozyskiwaniu pracowników z innych krajów niż Polska czy uzyskiwaniu zezwolenia na pracę dla obcokrajowców bez testu rynku pracy. Bez tego może być trudno zrealizować część inwestycji infrastrukturalnych, w tym te najważniejsze, jak budowa autostrad, modernizacja linii kolejowych czy budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego.

 Brak pracowników jest jednym z głównych problemów, z jakimi boryka się obecnie branża budowlana. Najwięksi wykonawcy obawiają się, że może to spowodować, że niektórych największych projektów infrastrukturalnych w ogóle nie uda się wykonać. Chodzi o budowę autostrad czy dróg szybkiego ruchu, o modernizację linii kolejowych czy potencjalnie projekty związane np. z budową Centralnego Portu Komunikacyjnego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jędrzej Puzyński, dyrektor programowy Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

W branży budowlanej obecnie brakuje prawie 150 tys. rąk do pracy. Portal Wielkiebudowanie.pl ocenia bezrobocie w branży na 2,8 proc. Na jednego przyszłego pracownika przypada prawie sto miejsc pracy. Sąfirmy, które z marszu gotowe są zatrudnić kilka tysięcy nowych pracowników. Brakuje kadr niemal we wszystkich obszarach. Choć wynagrodzenia plasują się na najwyższym poziomie od 1989 roku i stale rosną, rąk do pracy wciąż brakuje. To zaś przekłada się na sytuację finansową polskich firm z sektora budowlanego. Portal Wielkiebudowanie.pl podaje, że w 2017 roku 70 proc. budów cierpiało na brak podwykonawców lub miało duże kłopoty z ich pozyskaniem.

 Jeżeli wykonawcy nie są w stanie wykonać prac bez pozyskiwania w sposób nadzwyczajny nowych pracowników, to mogą rosnąć koszty inwestycji. To jest problem dla samych firm, ponieważ bez odpowiednich kadr mogą mieć problem z wykonaniem głównych projektów i kontynuowaniem prac. To koniec końców jest też problem dla społeczeństwa. Jeżeli nie uda się do 2023 roku wykonać projektów, które miały być współfinansowane z funduszy UE, to ryzykujemy, że te środki nam przepadną – przekonuje Jędrzej Puzyński.

Kadry budowlane do tej pory ratowali Ukraińcy i Białorusini. Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w 2017 roku wydano ok. 1,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom. Zdecydowana większość dotyczyła obywateli Ukrainy. W budownictwie, gdzie w ubiegłym roku pracowało ich 214 tys., a wzrost w ciągu roku sięgnął 34 proc., powoli jednak brakuje też Ukraińców, firmy sięgają więc po Hindusów i Nepalczyków, których w Polsce jest coraz więcej. W ciągu roku liczba obywateli Nepalu wzrosła aż sześciokrotnie.

 Jest problem podbierania sobie pracowników przez wykonawców i to nawet nie tylko w Polsce. Zdarza się, że firmy wykonawcze zza granicy wysyłają do Polski swoich ludzi, którzy mają zrekrutować odpowiednią liczbę pracowników do pracy w innym kraju. Z drugiej strony firmy wykonawcze również podejmują szereg działań lobbingowych, które mają uświadomić władzom skalę problemu i przekonać, że należałoby zmienić niektóre kwestie legislacyjne tak, by ułatwić pozyskiwanie pracowników z innych krajów – mówi ekspert ZDG TOR.

W 2030 roku pracodawcy będą mieli problemy z obsadzeniem już co piątego stanowiska pracy, a z 20 mln potrzebnych pracowników pracować będzie około 16 mln osób. Niedobory dotyczą nie tylko pracowników wysoko wykwalifikowanych, lecz także tych o kwalifikacjach podstawowych. Dlatego konieczne są ułatwienia w zatrudnianiu obcokrajowców, nie tylko tych ze Wschodu. Na przykład łatwiejsze sprowadzanie cudzoziemców o potrzebnych w Polsce kwalifikacjach czy uzyskanie w takich przypadkach zezwolenia na pracę dla obcokrajowca bez testu rynku pracy.

– Są też kwestie na poziomie lokalnym, np. osoba zatrudniona zza granicy dostawała zgodę na pracę w ramach jednego regionu i jeżeli wykonawca przenosił się z inwestycją do innego regionu kraju, to musiał ponownie uzyskiwać zgodę na zatrudnienie tego pracownika. Najpierw trzeba sprawdzić, czy są na rynku polskim specjaliści, którzy mogliby spełniać takie oczekiwania i dopiero, kiedy się okaże, że ich nie ma, to jest możliwość zatrudnienia pracownika zza granicy – tłumaczy Jędrzej Puzyński.

Zdaniem eksperta teraz jest odpowiedni moment, żeby zacząć działać. Obecnie zapotrzebowanie na pracowników jest największe, bo ogromna jest też skala inwestycji infrastrukturalnych zaplanowanych na lata 2018–2022.

 Na pewno rządzący dostrzegają ten problem. Nie jest tak, że branża budowlana czy wykonawcy mówią jedno, a potem napotykają ścianę. Wręcz przeciwnie, jest chęć władz wsłuchania się w ich głos i wiem, że już są działania prowadzone, żeby przynajmniej część z tych postulatów firm wykonawczych została spełniona – mówi Jędrzej Puzyński.

Dane satelitarne zrewolucjonizują rolnictwo. Uniemożliwią też wyłudzanie unijnych dopłat przez rolników

Dane satelitarne zrewolucjonizują rolnictwo. Uniemożliwią też wyłudzanie unijnych dopłat przez rolników 4

Obrazowanie satelitarne, dzięki szczegółowym zdjęciom i danym z Kosmosu, pozwala na bieżąco kontrolować uprawy na poszczególnych obszarach. Dzięki temu ARiMR, która dotychczas nie dysponowała odpowiednimi narzędziami kontroli, może przeciwdziałać wyłudzeniom unijnych dopłat do działek, które nie istnieją albo nie są uprawiane. Dane z satelitów, które krążą nad Ziemią w ramach programu Copernicus, mogą też wspierać nawożenie i nawadnianie upraw. Obrazowanie satelitarne ma też całe spektrum zastosowań poza rolnictwem – od administracji i geologii po prywatny biznes.

– Technologie kosmiczne mogą zapewnić bieżące dane dotyczące użytkowania poszczególnych fragmentów gruntu, pozwalają ustalić, co jest uprawiane na danym kawałku pola. Co więcej, można myśleć o automatyzacji tego procesu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Krzyżanowski, prezes zarządu CloudFerro.

Do sądów rejonowych systematycznie trafiają akty oskarżenia w sprawach dotyczących wyłudzenia dopłat do działek, które albo nie istnieją, albo nie są uprawiane. W marcu br. funkcjonariusze CBA w Rzeszowie zatrzymali siedem osób zajmujących się wyłudzeniami unijnych dopłat bezpośrednich tzw. dopłat do ziemi, dopłat rolnośrodowiskowych oraz dopłat obszarowych dla terenów rolnych. Podobny przypadek miał miejsce w czerwcu, kiedy funkcjonariusze CBŚP zatrzymali dziesięć osób podejrzanych o wyłudzenie 21 mln zł dotacji.

Dokładna skala tego procederu jest trudna do oszacowania, ale budżet UE i Skarb Państwa mogą tracić na nim miliony złotych rocznie, bo dopłata do jednego hektara wynosi 390 euro. W zależności od skali działalności wysokość dopłat dla rolników może się wahać od kilku do kilkuset tysięcy złotych.

Wiele oszustw pozostaje niewykrytych, ponieważ ARMiR nie dysponuje odpowiednimi środkami kontroli. Agencja może kontrolować uprawy wyłącznie na miejscu, gdzie dana działka jest uprawiana. Teraz ARMiR ma jednak zyskać nowe narzędzie kontroli: obrazowanie satelitarne w czasie rzeczywistym, które pozwoli na kontrolowanie upraw dzięki szczegółowym zdjęciom z Kosmosu.

– Dzięki danym zapewnianym przez satelity UE i system Copernicus można obejrzeć wszystkie pola, sprawdzić, co jest na nich zasiane. Ma to sens nie tylko w kontekście wspólnej polityki rolnej. To rozwiązanie pozwala również przewidzieć wielkość zbiorów danego zboża lub innej rośliny, co może być ciekawe dla Głównego Urzędu Statystycznego. Słyszałem też o przypadkach, kiedy firmy energetyczne szukały danych na temat upraw rzepaku służącego jako biokomponent – mówi Maciej Krzyżanowski.

W ramach projektu Creodias (część międzynarodowego programu Copernicus), który jest efektem współpracy UE i Europejskiej Agencji Kosmicznej, po orbicie krążą nowoczesne satelity z rodziny Sentinel, które w czasie rzeczywistym przekazują obraz z Ziemi. Wysokiej jakości zdjęcia satelitarne i dane trafiają do repozytorium już w kilka godzin po przelocie satelity nad danym obszarem i mogą być wykorzystywane do kontrolowania nielegalnych upraw na masową skalę.

Co więcej, archiwalne zdjęcia nie są kasowane i zapewniają dostęp do danych nawet sprzed kilku lat. To oznacza, że nawet ci rolnicy, którzy kilka lat wstecz nielegalnie wyłudzili unijne dopłaty, mogą zostać pociągnięci do odpowiedzialności.

W programie kosmicznym Creodias uczestniczy m.in. polska firma CloudFerro, która przetwarza blisko 9 petabajtów (PB) danych z satelitów, wykorzystując w tym celu technologie chmurowe. Jej prezes Maciej Krzyżanowski podkreśla, że dane satelitarne – poza kontrolowaniem upraw – mają też całe spektrum innych zastosować w rolnictwie.

– Już w tej chwili są używane do sprawdzania wilgotności gruntu. Są obszary, gdzie podlewanie jest uruchamiane automatycznie właśnie dzięki informacjom z satelitów. Wymaga to kombinacji szeregu danych z satelitów radarowych,  optycznych, ale w ten sposób można się dowiedzieć, czy uprawom grozi susza – wyjaśnia Maciej Krzyżanowski. – Widać również, jak się zmienia poziom wody na rzekach, można zaobserwować po zabarwieniu, jak rozwijają się poszczególne uprawy i czy wymagają nawożenia. Możliwości jest bardzo wiele. Takie rozwiązania stosują na razie głównie państwa, które mają problem z wodą, np. kraje arabskie, południowe stany USA, natomiast będzie to coraz bardziej powszechne.

Copernicus jest koordynowany i zarządzany przez Komisję Europejską we współpracy z państwami członkowskimi UE i Europejską Agencją Kosmiczną. W ramach programu krążąca nad Ziemią konstelacja satelitów Sentinel w czasie rzeczywistym przekazuje dane dotyczące m.in. atmosfery, zmian klimatycznych, stanu lądów i oceanów, które służą np. do monitorowania bezpieczeństwa czy zarządzania zasobami naturalnymi.

Każdego dnia satelity dostarczają miliony gigabajtów danych, zdjęcia optyczne w bliskiej podczerwieni, w bliskim nadfiolecie, jak i obserwacje radarowe, które trafiają do ogólnodostępnego repozytorium. Możliwości ich wykorzystania są nieograniczone. Takie informacje mogę być wykorzystywane zarówno w rolnictwie, administracji (w zarządzaniu kryzysowym czy planowaniu inwestycji), geologii, nawigacji albo monitorowaniu zmian klimatu, jak i komercyjnie – przez firmy, które będą na ich bazie tworzyć nowe rozwiązania i usługi.

Koszty studiów za granicą wielokrotnie wyższe niż w Polsce. W Wielkiej Brytanii czesne sięga nawet 45 tys. zł rocznie

Koszty studiów za granicą wielokrotnie wyższe niż w Polsce. W Wielkiej Brytanii czesne sięga nawet 45 tys. zł rocznie 5

Studia za granicą dają szansę wyższych zarobków, zatrudnienia w międzynarodowych korporacjach, są też okazją do nawiązania cennych kontaktów, które mogą procentować w przyszłości. Polscy studenci najczęściej wybierają uczelnie w Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech, również popularne są uczelnie w USA. Koszty nauki i utrzymania za granicą są jednak wielokrotnie wyższe niż w Polsce, przez co jest to opcja raczej dla osób zamożnych – wynika z najnowszego raportu „Koszty studiowania w Polsce i za granicą” opracowanego na zlecenie Aegonu. 

– Koszty studiowania w Polsce są dziś bardzo zróżnicowane – w zależności od miasta oraz uczelni, na którą student się zdecyduje. Rocznie czesne może wynieść od 4 tys. do nawet ponad 20 tys. zł, natomiast koszty życia zależą nie tylko do miasta, lecz także od trybu życia studenta. Mogą one wynieść od około 1 tys. zł w przypadku osoby oszczędnej, która mieszka w akademiku i porusza się wyłącznie komunikacją miejską, do około 5 tys. zł, jeżeli student wynajmuje całe mieszkanie z telewizją i internetem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Czajka-Kalinowska, specjalista ds. marketingu Aegon.

Raport „Koszty studiowania w Polsce i za granicą” opracowany na zlecenie Aegon podsumowuje informacje o najlepszych możliwościach edukacyjnych w wybranych krajach i związanych z nimi wydatkach. Studenci, którzy chcą się kształcić na najlepszych prywatnych uczelniach, muszą się liczyć ze sporymi wydatkami. Rok studiów informatycznych to koszt sięgający nawet kilkunastu tysięcy złotych rocznie. Równie wysokie bywają opłaty za czesne na studiach psychologicznych. Natomiast studia dzienne na uczelniach publicznych są bezpłatne, ale student musi się liczyć z kosztami utrzymania, których wysokość zależy od miasta i trybu życia.

Alternatywą dla studiów w Polsce mogą być zagraniczne uczelnie. Kształcenie za granicą ma tę zaletę, że stwarza możliwość poznania innych kultur i języków obcych.

– Jeśli chodzi o czesne i koszty studiowania, Polska na tle świata mieści się w normie w porównaniu chociażby do Niemiec. Natomiast koszty utrzymania są zdecydowanie niższe niż gdzie indziej. Trudno ocenić, czy studiowanie za granicą się opłaca, ponieważ to zależy, co dla kogo oznacza to pojęcie. Jeśli patrzymy wyłącznie pod kątem finansowym, to można uznać, że nie, ponieważ jest to naprawdę ogromny wydatek. Natomiast studia za granicą dają możliwość poznania nowych kultur, krajów, nowych osób, nawiązania kontaktów, które być może w przyszłości okażą się dla nas cenne – potwierdza Anna Czajka-Kalinowska.

Plusem studiów za granicą jest również fakt, że taki dyplom ułatwia później znalezienie pracy w międzynarodowych firmach, co może mieć przełożenie na wyższe zarobki.

– Z pewnością ukończenie studiów zagranicznych pomaga w znalezieniu pracy w kraju. Po pierwsze, wygląda to prestiżowo. Po drugie, w Polsce działa coraz więcej firm zagranicznych, które mają centrale w innych krajach. Wiąże się to często z wyjazdami, współpracą międzynarodową, więc znajomość innych kultur, krajów i języków stanowi dobry punkt w CV. Możemy założyć, że osoby, które znają języki obce, mają doświadczenie w kontaktach z obcokrajowcami, mają też większe szanse na zdobycie pracy w międzynarodowych korporacjach na wyższych stanowiskach – mówi ekspertka Aegon.

Jak wynika z raportu, koszty studiowania w krajach najchętniej wybieranych przez młodych Polaków (w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, Hiszpanii i Stanach Zjednoczonych) są zdecydowanie wyższe niż w Polsce i mogą wynieść kilkadziesiąt, a – w przypadku USA – nawet kilkaset tysięcy złotych rocznie. Bardzo wysokie są również koszty utrzymania.

Przykładowo studenci, którzy chcą się kształcić w Niemczech, muszą się liczyć ze stosunkowo niskim czesnym rzędu 1–2 tys. zł, natomiast koszty życia sięgają średnio 10 tys. zł miesięcznie. Natomiast w Wielkiej Brytanii średnie czesne wynosi ok. 45 tys. zł rocznie, a na utrzymanie student musi przeznaczyć dodatkowe kilkanaście tysięcy złotych na miesiąc.

 Polacy, wybierając studia za granicą, zazwyczaj kierują się właśnie do Niemiec, Francji, Hiszpanii lub Wielkiej Brytanii. Prawdopodobnie ma to związek z wprowadzonym w 1999 roku w Unii systemem bolońskim, który ujednolicił system studiowania w krajach UE. Dość popularne są też Stany Zjednoczone, prawdopodobnie ze względu na możliwości rozwoju, być może część osób planuje też spróbować zostać tam na stałe – mówi Anna Czajka-Kalinowska.

Zagraniczne studia najczęściej są finansowane z oszczędności rodziców, więc jest to opcja raczej dla osób zamożnych. Część studentów podejmuje pracę, żeby sfinansować koszty czesnego i utrzymania, ale wymaga to wyrzeczeń i określonej kwoty kapitału na start.

– Istnieje również coś takiego jak polisy posagowe. Jest to ubezpieczenie na życie połączone z oszczędzaniem na przyszłość. Polega to na tym, że rodzic – w zasadzie od pierwszych miesięcy życia dziecka – systematycznie odkłada określoną sumę miesięcznie i potem może przeznaczyć to na jego studia, ewentualnie na zakup potrzebnego dziecku sprzętu. Myślę, że to jest przydatne rozwiązanie – mówi Anna Czajka-Kalinowska.

Inteligentne zegarki zastąpią smartfony. Wyposażone w sztuczną inteligencję pozwolą obsłużyć za pomocą komend głosowych urządzenia domowe

Inteligentne zegarki zastąpią smartfony. Wyposażone w sztuczną inteligencję pozwolą obsłużyć za pomocą komend głosowych urządzenia domowe 6

Smartwatche są wyposażone w coraz więcej funkcji dotychczas dostępnych tylko w smartfonach. Jak przewidują specjaliści, w przyszłości z powodzeniem będą mogły je całkowicie zastąpić. Oprócz żyroskopu czy pulsometru w zegarkach coraz częściej dostępne są elementy sztucznej inteligencji, takie jak na przykład asystent głosowy, dzięki któremu z poziomu zegarka można sterować systemem smart home czy zamówić coś w sklepie internetowym, a także napisać wiadomość tekstową.

– Coraz częściej to zegarek będzie podstawowym urządzeniem użytkownika. Nie będzie on dodatkiem do telefonu, ale w pewnych okolicznościach podstawowym urządzeniem. Nasza spółka specjalizuje się w technologii sztucznej inteligencji aktywowanej głosem. Zegarki powinny być obsługiwane komendami głosowymi, co ważniejsze w inteligentnych domach przyszłości wszystkie urządzenia inteligentne, w tym internet rzeczy, powinny być obsługiwane za pomocą komend głosowych wydawanych za pośrednictwem zegarka – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jason Dunn z Mobvoi, twórcy zegarka Tic Watch.

Integracja inteligentnych zegarków z systemem inteligentnego domu trwa. Urządzenie Xiaomi Amazfit Verge jest zintegrowane z Mija Smart Home, czyli zestawem urządzeń do zamontowania w inteligentnym domu. Składa się z czujnika temperatury i wilgoci, czujnika do okien i drzwi, czujnika ruchu, a także przełącznika do zaadaptowania na dowolne potrzeby. Wszystkimi urządzeniami można zarządzać z poziomu zegarka dzięki aplikacji MiHome.

Zdaniem specjalistów ten trend będzie dominującym zarówno w rozwoju smartwatchy, jak i systemów smart home.

– Środowisko inteligentnego domu odegra prawdopodobnie najważniejszą rolę w kontekście przyszłej pozycji inteligentnych zegarków, ponieważ nikt nie będzie chciał mieć cały czas przy sobie telefonu, kiedy będzie się poruszać po własnym domu. Potrzeba uwolnienia się od telefonu jest coraz większa – przekonuje Jason Dunn.

Kolejnym krokiem w rozwoju smartwatchy ma być integracja z technologiami sztucznej inteligencji i asystentami głosowymi. Na rynku jest już dostępny pierwszy na świecie smartwatch z asystentem Alexa od Amazona. CoWatch odpowiada na pytania o pogodę, pozwala poznać najnowsze wyniki sportowe, zamówić taksówkę, a także wyregulować grzejniki w domu czy sporządzić listę zakupów.

– W wielu przypadkach nie potrzebujemy większych wyświetlaczy, takich jak np. w telefonie, a ponadto często używamy telefonu tylko po to, aby oglądać nagrania wideo lub przeglądać internet, czego nie musimy przecież robić cały czas. Ograniczenie czasu spędzanego z telefonem jest zresztą korzystne dla zdrowia. Zegarki mogą stanowić przedłużenie technologii sztucznej inteligencji aktywowanej głosem, gdzie oprócz tego mamy również inteligentne słuchawki oraz głośniki domowe – tłumaczy przedstawiciel Mobvoi.

Tic Watch jest wyposażony w szereg funkcji dotychczas dostępnych tylko w smartfonach, takich jak nadajnik GPS, aplikacje wspomagające aktywność fizyczną, które wyświetlają takie informacje, jak tętno, kroki czy spalone kalorie, a także możliwość odbierania połączeń telefonicznych ruchem nadgarstka. Dzięki asystentowi głosowemu Ok-Tico można odpowiadać na wiadomości tekstowe czy obsługiwać kalendarz. Jednak im więcej funkcji dostępnych jest w inteligentnym zegarku, tym większe jest jego zapotrzebowanie na energię.

– Problem żywotności baterii zawsze będzie miał znaczenie, dlatego opracowaliśmy dwuwarstwowy wyświetlacz, który został stworzony w odpowiedzi na tę kwestię. Technologia zastosowana w zegarku Tic Watch opiera się na oprogramowaniu Wear OS, które jest nastawione na optymalizację wygody użytkowania. Przyszłość inteligentnych zegarków rysuje się w jasnych barwach, biorąc pod uwagę rozwój platformy Wear OS i to, że firmy Google oraz Qualcomm inwestują pokaźne środki w poprawę jakości urządzeń  twierdzi ekspert.

Analitycy z CCS Insight przewidują, że rynek urządzeń wearables do końca 2019 roku ma osiągnąć wartość 25 mld dol. Smartwatche mają stanowić 60 proc. tego rynku.

 

Wirtualna rzeczywistość wkracza do branży architektonicznej. Deweloperzy i projektanci wnętrz wykorzystują gogle VR w procesie sprzedaży i projektowania

Wirtualna rzeczywistość wkracza do branży architektonicznej. Deweloperzy i projektanci wnętrz wykorzystują gogle VR w procesie sprzedaży i projektowania 7

Wizualizacje architektoniczne coraz częściej ustępują miejsca prezentacjom zrealizowanym za pośrednictwem wirtualnej rzeczywistości. Takie cyfrowe podróże pozwalają się przejść po inwestycji i obejrzeć ją z dowolnej perspektywy. Wirtualna rzeczywistość sprawdza się zarówno podczas prac nad projektami, które nie weszły jeszcze w proces realizacji, jak i np. do sprzedaży lub przeprojektowywania już istniejących domów oraz mieszkań.  

– Narzędzia B2B tworzy się już z wykorzystaniem najnowszych technologii, takich jak w grach komputerowych. Skupiamy się na tworzeniu narzędzi sprzedażowych i marketingowych w wirtualnej rzeczywistości dla deweloperów nieruchomości. Rynek nieruchomości nie jest za bardzo na bieżąco jeżeli chodzi o nowoczesne technologie. Polscy deweloperzy zaczynają dopiero odkrywać strony internetowe – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Pieczątka, współzałożyciel Odyssey Crew.

Biura architektoniczne wciąż polegają na przestarzałych metodach prezentowania inwestycji, ograniczając się niemal wyłącznie do opracowywania planów, statycznych wizualizacji czy prostych makiet. Żadne z tych rozwiązań nie pozwala w pełni zaprezentować danego projektu. Nawet fotorealistyczne wizualizacje prezentują budynki i wnętrza tylko z kilku, ściśle określonych perspektyw. Renderowanie nawet najprostszego ujęcia wymaga wielu godzin pracy. Biura architektoniczne nie mogą pozwolić sobie na wykonywanie dużej liczby wizualizacji, które pokazałyby inwestycję z każdej możliwej perspektywy.

Wraz z przechodzeniem z oprogramowania CAD-owskiego na takie pracujące w oparciu o rozwiązania BIM (modelowanie informacji o budynku), przenoszenie projektów do wersji 3D stało się o wiele prostsze.

– Często deweloperzy prezentują po prostu płaskie plany architektoniczne w plikach .pdf, nie wszyscy klienci mają aż tak rozbudowaną wyobraźnię przestrzenną, żeby sobie wszystko tak ładnie wyobrazić. My to umożliwiamy, stworzyliśmy już około 30 tego typu makiet. One są wykorzystywane w salonach sprzedaży przez wielu deweloperów na terenie Polski. Zmniejszamy tarcie procesu sprzedażowego, ponieważ sprzedawca musi się mniej naprodukować, żeby przedstawić pewną określoną wizję, jaką musi przedstawić potencjalnym klientom – tłumaczy Łukasz Pieczątka.

Firma Autodesk wdrożyła w programie do projektowania Revit funkcję wirtualnego spaceru, który można uruchomić jednym kliknięciem myszki. Użytkownicy mogą wyświetlić ten trójwymiarowy model również za pośrednictwem gogli VR. Dzięki temu architekci mogą na bieżąco wprowadzać zmiany do projektu i od razu prezentować je klientowi, bez konieczności przeprowadzania żmudnego procesu renderowania.

Gogle VR i wirtualne spacery sprawdzają się nie tylko w rękach deweloperów. Sięgają po nie również architekci wnętrz, aby zaprezentować, jak będzie wyglądać w pełni umeblowane i udekorowane pomieszczenie. Potencjał tej technologii dostrzegła IKEA, która stworzyła aplikację mobilną Place. Oprogramowanie przechwytuje obraz z aparatu w smartfonie, analizuje wymiary pomieszczenia i pozwala umieścić wirtualne meble we wnętrzu przed dokonaniem decyzji o ich zakupie.

Technologia VR cieszy się rosnącym zainteresowaniem także wśród pośredników wynajmu. Firma Matterport wykorzystuje kamery sferyczne do wykonywania precyzyjnych, fotorealistycznych wirtualnych spacerów, które pozwalają zwiedzić mieszkanie do wynajmu za pośrednictwem komputera bądź gogli VR. Z kolei holenderska platforma VR-Reizen została zaprojektowana z myślą o podróżnikach, którzy chcą przed wynajęciem pokoju zobaczyć, jak dany hotel prezentuje się w pełnej krasie. Za pośrednictwem wirtualnego spaceru mogą zwiedzić obiekt przed złożeniem rezerwacji.

– Wierzymy w to, że te narzędzia umożliwiają przyspieszenie i zwiększenie sprzedaży mieszkań na etapie dziury w ziemi. Jeżeli mamy do wyboru dwa potencjalnie takie same mieszkania w dwóch podobnych nieruchomościach i w jednym przypadku mamy zaprezentowane plany, makietę i tradycyjne rendery, a w drugim dodatkowo możemy pokazać mieszkanie na stole dotykowym w 3D, w VR lub pod postacią makiet interaktywnych na stronie internetowej, to pozycjonuje takiego dewelopera trochę lepiej względem konkurencji. Te narzędzia są pełniejsze, mogą skłonić klienta do tego, żeby kupił mieszkanie u nich, ponieważ pokazują pełniejszy obraz. Klient ma wrażenie, że kupuje coś, a nie plan – podsumowuje ekspert.

Według analityków Goldman Sachs wartość branży VR w 2025 roku osiągnie  80 mld dol., z czego 2,6 mld dol. będzie pochodzić z inwestycji powiązanych z branżą nieruchomości.

Potrzebny kredyt samochodowy? Kalkulator ułatwi obliczenie kosztów

Przychodzi taki czas, kiedy trzeba się rozstać ze swoim wysłużonym autem i pomyśleć o zakupie nowego, gdyż inwestowanie w stary wóz przestaje się opłacać. Kiedy w takim momencie brakuje oszczędności, trzeba rozejrzeć się za inną formą finansowania pojazdu. Z pomocą przychodzi kredyt samochodowy. Kalkulator kredytowy pomoże wtedy w skonfigurowaniu wyposażenia auta i doborze warunków finansowania.

Kredyt samochodowy – kalkulator ułatwia obliczenia

Planując zakup samochodu na kredyt warto rozważyć wszystkie dostępne dziś na rynku narzędzia. Być może nie ma po co kupować auta za gotówkę lub obciążać się spłacaniem pełnej wartości auta, tylko warto skorzystać z nowoczesnych instrumentów finansowych, które oferują niskie raty. Obliczane są one w oparciu o tę kwotę, o jaką zmaleje wartość użytkowanego samochodu w czasie trwania umowy. Dzięki temu miesięczne raty ulegną znacznemu zmniejszeniu w stosunku do klasycznej formy finansowania auta. Kredyt EasyDrive to właśnie taki nowoczesny kredyt samochodowy. Kalkulator rat udostępniony przez Volkswagen Financial Services, który oferuje narzędzia do sfinansowania wszystkich modeli marki Volkswagen, ułatwi w dodatku obliczenie miesięcznych należności i podjęcie decyzji o podpisaniu umowy.

Kredyt samochodowy – raty za nowego Golfa

Pojęcie niskie raty kredytu najłatwiej będzie zrozumieć, gdy spojrzy się na przykłady. Za podstawę obliczeń niech posłuży Volkswagen Golf z silnikiem diesla 1,6 l TDI-CR i 5-biegową skrzynią w wersji wyposażenia Comfortline. Kosztuje on 90490 zł. Tymczasem w Kredycie EasyDrive auto to można nabyć już za 806 zł miesięcznie. Wystarczy wziąć nowy samochód na kredyt, który uwzględni poniższe warunki:

  • Okres trwania umowy: 48 miesięcy.
  • Wkład własny: 30 proc. wartości auta.
  • Roczny limit przebiegu: 20 tys. km.

Nowy samochód – kalkulator

Kredyt EasyDrive charakteryzuje się niskimi ratami, a dodatkowo jest także bardzo elastyczny. Dlatego np. jeśli dla kogoś barierą w kupnie Volkswagena Golfa mógłby być zbyt wysoki wkład własny, nie ma kłopotów z jego ograniczeniem, nawet do poziomu 0 proc. Wtedy, przy pozostawieniu wszystkich pozostałych kryteriów bez zmian, miesięczna rata kredytu wyniesie 1467 zł.

Kredyt samochodowy – kalkulator wyliczy raty na auto z pełnym wyposażeniem

Do tego auta można dobrać także szereg dodatkowych funkcjonalności, które sprawią, że jazda będzie przyjemniejsza, bardziej komfortowa i/lub bezpieczna, a auto niepowtarzalne. Na przykład przyciemniane szyby (tylna i boczne z tyłu). Kosztują one 650 zł. Ich dołożenie do auta sprawi, że będzie ono kosztować 91140 . A ile w takim razie wyniesie rata, jeśli warunki umowy zostaną takie, jak w pierwszym wyliczeniu? Dokładnie 812 . Jak więc łatwo obliczyć, dokupienie przyciemnionych szyb do nowego samochodu na kredyt to koszt zaledwie 6 zł miesięcznie.

Jak widać, miesięczne raty podane w wyliczeniach nie należą do wysokich. Kalkulator rat kredytu ułatwia zaś dokonanie wyliczeń i wybranie optymalnych rozwiązań. Dlatego każdy, kto zastanawia się nad kredytem na samochód, powinien rozważyć ofertę Volkswagen Financial Services. To naprawdę nowoczesny i elastyczny kredyt.

Oblicza bezrobocia w Polsce

Polski rynek pracy i bezrobocie różnią się od sytuacji w wielu krajach. Wiele osób nie jest zainteresowanych pracą. Stopa aktywności zawodowej należy do najniższych. Polityka gospodarcza tego nie zmienia.

Jedyne grupy wiekowe, gdzie bezrobocie wśród kobiet jest niższe niż wśród mężczyzn, to 25-29 lat i powyżej 55 lat. To także specyfika polskiego rynku pracy, podobnie jak najniższy wiek emerytalny wśród krajów UE.

– Polskie bezrobocie jest wśród najniższych w Europie, ale nie wszystkie wskaźniki pokazują, że rynek pracy jest w wyśmienitej formie – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Mamy też bardzo niski stopień aktywności zawodowej, czyli wiele osób nie jest zainteresowanych poszukiwaniem pracy.

Ta specyfika rynku powoduje, że polskie firmy nie są skłonne, aby inwestować, bo obawiają się, że nie znajdą pracowników. To prowadzi do ograniczenia wzrostu gospodarczego.

Ceny mieszkań spadną. Sprzedaż będzie spadać, a deweloperzy bronić marż

Kiedy zaczną spadać ceny mieszkań? Spór o to nie dotyczy tego czy tak się stanie, pozostaje pytanie: kiedy to się stanie.

– Nie ma wątpliwości, że rynek mieszkaniowy podlega cyklowi koniunkturalnemu, a w tej chwili jest rozgrzany – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jacek Zengteler, członek zarządu Yareal Polska sp. z o.o., dyrektor Działu Projektów Mieszkaniowych. – Ale czy jesteśmy na szczycie cyklu czy ciągle poniżej, to trudno określić. Na pewno rynek nie jest przegrzany.

Koszty, a więc i ceny mieszkań mógłby obniżyć zwiększony dostęp do gruntów pod zabudowę. Na ten koszt mają też wpływ procedury administracyjne. Jak więc ocenić ryzyko?

– Fundamenty popytu są bardzo solidne, dlatego rynek nie jest przegrzany – dodaje Jacek Zengteler.

Trudne odcinanie pępowiny. 2,5 mln dorosłych Polaków mieszka za swoimi rodzicami

Ponad 2,5 mln dorosłych Polaków mieszka ze swoimi rodzicami. Jednak w 2017 r. usamodzielniło się rekordowo wiele osób. Wzrost wynagrodzeń ma tu istotne znaczenie, podobnie jak bardzo niskie bezrobocie.

W 2017 r. 330 tys. Polaków w wieku od 25 do 34 lat zdecydowało się na opuszczenie domu rodzinnego. To o 30 tys. więcej niż rok wcześniej.

– Niestety w Polsce nadal mamy do czynienia z takim problemem, że ponad 2,5 mln osób w tym wieku mieszka ze swoimi rodzicami – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Turek, analityk Open Finance. – Jednak 2017 r. należy uznać za relatywnie dobry, to efekt działania programu mieszkaniowego MdM, ale też wzrostu wynagrodzeń przy spadku bezrobocia.

Cashback na polskim rynku e-commerce

Cashback to wciąż nowość na polskim rynku zakupów internetowych. Jest on niczym innym jak zwrotem części gotówki za zakupy dokonane za pośrednictwem portalu łączącego przeważnie cashback z kodami rabatowymi.

– W Polsce wiara w taki cashback jest jeszcze mała, bo w zasadzie kto normalny rozdawałby pieniądze za zakupy ot tak sobie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Daniel Werner, brand manager w Zrabatowani.pl, Grupa SARE. – W Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych rynek ten jest wart obecnie kilka miliardów złotych. Obawy na rynku cashbacka wynikają głównie z nieświadomości, jak odbywa się cały proces zwrotu pieniędzy.

Cały proces rozliczenia cashbacka odbywa się po stronie portalu, użytkownik musi tylko chwilę poczekać na zaakceptowanie transakcji, wiąże się to z możliwością zwrócenia zakupionego towaru zgodnie z ustawowymi 14 dniami odstąpienia od umowy zawartej na odległość.

Więcej danych musimy natomiast podać w momencie wypłaty tego cashbacka na swoje konto bankowe. Są też portale, jak zaangażowani.pl, oferujące możliwość przelania cashbacka na wybraną przez siebie fundację, co daje nam w sumie możliwość niesienia pomocy robiąc te same zakupy w internecie co zawsze, nie wydając ani złotówki więcej.

– W większości portali nie ma ukrytych haczyków czy gwiazdek, wystarczy rejestracja, głównie adres email, zaś samego zakupu czy też płatności za zakupy dokonuje się w wybranym przez siebie sklepie – wyjaśnia D.Werner.

Sfinks podpisał nowy aneks do umowy kredytowej w BOŚ

Sfinks Polska, zarządzająca sieciami Sphinx, Piwiarnia Warki, Chłopskie Jadło, Fabryka Pizzy oraz WOOK, podpisała nowy aneks do umowy z BOŚ wydłużający termin uregulowania kredytu inwestycyjnego do 31 sierpnia 2028 roku. W rezultacie spółka będzie spłacać niższe raty i więcej wypracowywanych środków będzie mogła przeznaczyć na rozwój zaplanowany w strategii. Jednocześnie na bazie aneksu uzgodniono, że Sfinks do końca roku ma podwyższyć kapitał zakładowy o kwotę nie niższą niż 5,5 mln zł.

– Zmiana warunków umowy kredytowej oznacza istotną poprawę płynności spółki i pozwala nam planować w dłuższej perspektywie rozwój Sfinksa. Dzięki nowym zapisom tylko w ciągu najbliższego roku około 10 mln zł z wypracowanych przez nas środków zamiast na pokrycie rat będziemy mogli przeznaczyć na realizację strategii spółki i budowanie skali działania. Wielokrotnie wspominaliśmy, że chcemy wykorzystać zmieniające się obecnie warunki rynkowe, by zająć mocną pozycję w branży gastronomicznej. Rozwijamy z tą myślą  nasze sieci, które tworzą komplementarne portfolio marek w różnych segmentach rynku, nie wykluczamy także kolejnych przejęć. Jednocześnie finalizujemy wdrażanie strategicznych projektów, które mają pomagać nam w zarządzaniu biznesem. Uzgodniony z BOŚ korzystniejszy harmonogram spłat kredytu oraz zwiększenie kapitałów pozwolą nam sfinansować te plany w zapowiadanej skali – przypomina Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska.

Na mocy nowego aneksu Sfinks będzie mieć czas na spłatę kredytu inwestycyjnego do końca sierpnia 2028 roku, co oznacza wydłużenie harmonogramu do 10 lat. Początkowo, od 30 września 2018  r. do 31 marca 2019 r. spółka będzie regulować miesięczne raty kapitałowo-odsetkowe obniżone do 400 tys. zł, następnie do końca 2021 r. spłacane będą raty odsetkowo-kapitałowe w wysokości 795 tys. zł miesięcznie, a od 31 stycznia 2022 r. do 31 do sierpnia 2028 r. równe raty kapitałowe. Jednocześnie strony uzgodniły, że do końca 2018 roku Sfinks ma podwyższyć kapitał zakładowy o co najmniej 5,5 mln zł. Zgodnie z upoważnieniem Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy może się to odbyć w drodze emisji z wyłączeniem prawa poboru, ale z zastrzeżeniem prawa pierwszeństwa do objęcia nowych akcji dla akcjonariuszy, których udział w kapitale wynosi co najmniej 1%. Podpisany aneks to realizacja pozytywnej decyzji kredytowej BOŚ z końca września br.

TAURON zbuduje szerokopasmową sieć dostępu do internetu

TAURON zbuduje szerokopasmową sieć dostępu do internetu w siedmiu regionach południowej Polski w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa (POPC).

Spółka przedstawiła szczegóły swojego zaangażowania w program rozwoju dostępu do szerokopasmowego internetu podczas konferencji dotyczącej POPC zorganizowanej w poniedziałek w Katowicach.

W trakcie wydarzenia TAURON podjął również wyzwanie Ministra Cyfryzacji Marka Zagórskiego, angażując się w Europejski Tydzień Kodowania. CodeWeek to społeczna inicjatywa, w ramach której europejskie państwa „ścigają się” w liczbie zorganizowanych wydarzeń związanych z programowaniem. Akcja organizowana jest na terenie całej Europy i dedykowana wszystkim, którzy chcą rozpocząć lub kontynuować przygodę z programowaniem.

Dodatkowo Grupa zakupi roboty do kodowania dla szkół podstawowych w Tarnowskich Górach. Klasa informatyczna Zespołu Szkół Technicznych i Ogólnokształcących w tym mieście zostanie z kolei objęta patronatem TAURONA, dzięki czemu otrzyma komputer do kodowania, a najlepszy uczeń klasy będzie miał możliwość odbycia praktyk w Grupie.

TAURON zaangażował się w rozwój sieci światłowodowych w Polsce, uczestnicząc w Programie Operacyjnym Polska Cyfrowa, którego celem jest likwidacja białych plam (miejsc, w których Internet nie jest dostępny wcale lub jakość sygnału nie pozwala na efektywne użytkowanie).

W siedmiu obszarach zlokalizowanych na południu Polski (oświęcimskim, rybnickim, wałbrzyskim A i B, sosnowieckim, katowickim i tyskim, krakowskim i tarnowskim) Grupa wygrała dofinansowanie na realizację projektów światłowodowych w ramach POPC. Wartość dofinansowania na obszarach, na których wygrał TAURON wynosi 187 milionów złotych.

Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia
23.01.2017 Warszawa,
n/z Filip Grzegorczyk prezes Tauron SA
fot. Piotr Waniorek

– Budowa szerokopasmowego internetu oznacza dla TAURONA zaangażowanie w bezprecedensowy program rozwoju cywilizacyjnego Polski, a równocześnie rozszerzenie aktywności biznesowej na nowe obszary – mówi Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia. – Program POPC umożliwi nam dostarczenie szybkiego internetu do 601 szkół i ponad 102 tysięcy klientów w tzw. „białych plamach”, czyli miejscach, które obecnie nie mają dostępu do sieci – dodaje prezes TAURONA.

Celem Programu w skali całego kraju jest zapewnienie możliwości dostępu do internetu o przepustowości co najmniej 30 Mb/s dla gospodarstw domowych i co najmniej 100 Mb/s dla szkół. Pierwszy raz w historii funduszy europejskich przeznaczonych na wsparcie infrastruktury telekomunikacyjnej zorganizowano wsparcie finansowe na taką skalę.

Dofinansowanie projektu POPC dla grupy TAURON zgodnie ze złożonymi wnioskami wynosi ok. 75% środków kwalifikowanych na potrzeby budowy sieci światłowodowej FTTH oraz rozwoju usług dostępu do Internetu szerokopasmowego. Dofinasowanie obejmuje obszary określone jako „białe plamy”.

– W wyniku przystąpienia do konkursu POPC i realizacji projektów konkursowych, TAURON Obsługa Klienta rozpocznie działalność biznesową jako operator dostępu do usług hurtowych na istniejącej infrastrukturze światłowodowej i zbuduje sieć szkieletową na wybranych obszarach konkursowych znajdujących się w zasięgu działalności Grupy TAURON. Model biznesowy zostanie oparty o portfel usług skierowanych do operatorów detalicznych – mówi Andrzej Grochowalski, wiceprezes ds. IT  w TAURON Obsługa Klienta.

Infrastruktura światłowodowa dla klientów indywidulanych (FTTH) szerokopasmowy i niezawodny transfer pomiędzy urządzeniami przesyłowymi. Sam światłowód to przezroczyste włókno szklane z tworzywem sztucznym, a przesyłanie danych odbywa się za pomocą światła. Światłowód zapewnia stabilny dostęp do telefonu, telewizji i Internetu z szybkością do 1000 Mb/s. Obecnie usługami świadczonymi na sieciach światłowodowych FTTH  w Polsce objętych jest jedynie około 4% abonentów.

To nie koniec inwestycji w sieci szerokopasmowe. Właśnie został uruchomiony kolejny nabór dzięki, któremu inwestycje z POPC obejmą pozostałe tereny nie wyłonione w poprzednich edycjach. Środki przeznaczone na ten cel to ponad 143 mln zł. Na projekty operatorów Centrum Projektów Polska Cyfrowa czeka do 11 stycznia 2019 r.

Duży popyt na ubezpieczenia transakcyjne

Ubezpieczenia wspierające transakcje fuzji i przejęć cieszą się w Polsce coraz większą popularnością. Ubezpieczyciele są coraz bardziej elastyczni, pomimo że szkodowość  rośnie. Stawki za ubezpieczenie ciągle jednak maleją, co pokazuje, że szkodowość wciąż nie ma tak dużego wpływu na cenę polisy. Rynek ubezpieczeń transakcyjnych wciąż jest niszowy, jednak mocno rośnie i aktualnie w EMEA liczy ponad 25 ubezpieczycieli, a duża konkurencja wpływa na ceny i zakres ochrony polis jedynie pozytywnie.

Wzrost liczby projektów lokalnych, przy których pracowaliśmy w 2017 r. w stosunku 2016 wyniósł +50%. W roku 2018 spodziewamy się jeszcze większej tendencji wzrostowej. To pokazuje jak dynamicznie rozwija się rynek ubezpieczeń transakcyjnych w Polsce i jaką osiągnął dojrzałość. Rośnie także świadomość Klientów –graczy korporacyjnych aktywnych na arenie fuzji i przejęć i przede wszystkim funduszy Private Equity – komentuje Małgorzata Splett, Dyrektor Działu FINPRO i PEMA, Marsh Polska.

Większość tendencji w Europie jest identyczna dla transakcji polskich – nie widać znaczących różnic jeżeli chodzi o scenariusze zastosowania polis ubezpieczeniowych we wsparciu transakcji.

Podstawowym produktem wspierającym transakcje jest ubezpieczenie Warranty & Indemnity (W&I), które chroni kupującego w transakcji przed złamaniem zapewnień składanych w umowie kupna-sprzedaży przez sprzedającego. W sytuacji złamania zapewnienia kupujący współpracuje z ubezpieczycielem transakcyjnym, aby uzyskać odszkodowanie z tytułu złamania zapewnienia – dodaje Splett.

Podstawową przyczyną wzrostu popularności ubezpieczeń transakcyjnych są odmienne interesy stron transakcji. Dla sprzedającego najbardziej istotne jest, aby limit odpowiedzialności w zakresie składanych zapewnień był jak najniższy kwotowo i najkrótszy czasowo. Natomiast dla strony kupującej najważniejsze jest, żeby miał możliwość uzyskania rekompensaty za  złamane zapewnienie  w jak najszerszym zakresie i  jak najdłużej po domknięciu transakcji. I po to jest właśnie polisa W&I, która najczęściej Zadziała jako tak zwana nadwyżka ponad ten limitowany obszar odpowiedzialności sprzedającego z umowy kupna-sprzedaży.

W dużych i średnich miastach częściej zmieniamy pracę

Do średnio dwóch miesięcy skrócił się czas poszukiwania pracy. Polacy częściej w ostatnim czasie zmieniali miejsce zatrudnienia – ten odsetek wzrósł do jednej czwartej – wynika z 33 edycji badania Monitor Rynku Pracy realizowanego przez Randstad.

– Naszego rynku pracy nie można traktować jak monolitu. Widać wyraźnie, że zwiększona mobilność zawodowa dotyczy konkretnych grup – inżynierów, robotników wykwalifikowanych czy brygadzistów. Na te kwalifikacje występuje nadal bardzo duże zapotrzebowanie w gospodarce, co w praktyce oznacza, że zmiana pracy w tych zawodach jest dużo prostsza niż w przypadku np. wyższej kadry zarządzającej lub pracowników biurowych.

Dodatkowo widać różnice w mobilności zawodowej w zależności od miejsca zamieszkania. Częściej zmiana pracy dotyczy osób z dużych i średnich ośrodków miejskich. Tereny wiejskie, szczególnie te położone poza aglomeracjami, cechują się niższą częstotliwością zarówno zmiany pracodawcy jak i stanowiska pracy, co może wynikać z niskiej dostępności alternatywnych miejsc zatrudnienia. Warto również zwrócić uwagę, iż w ostatnich kwartałach osoby zmieniające pracodawcę przeważają nad tymi, którzy awansują w ramach dotychczasowego miejsca pracy. Wydaje się więc, że pracownicy na dość masową skalę odważyli się szukać nowego, bardziej satysfakcjonującego zatrudnienia. Nie wiadomo, czy sygnały z rynku wskazujące na zbliżające się osłabienie koniunktury, wpłyną na zmianę zachowań i jak szybko się to stanie.

Cały czas spotykamy się ze stereotypami dotyczącymi starszych pracowników. Fakt, iż częściej oddziałują one na osoby młode może wynikać z tego, iż dla przeciętnego dwudziestolatka czy trzydziestolatka perspektywa bycia – w ich mniemaniu – statecznym pięćdziesięciolatkiem jest bardzo odległa, a co za tym idzie oparta głównie na przekonaniach i wyobrażeniach, a nie na faktach czy doświadczeniach własnych.

Kwestia budowania zespołów, w których pracują osoby zróżnicowanie wiekowo jest tematem bardzo aktualnym. Z uwagi zarówno na wysokie zapotrzebowanie na pracę, które skłania pracodawców do podejmowania działań na rzecz zatrzymania osób w wieku przed lub emerytalnym w miejscu pracy i z uwagi na trendy demograficzne – kolejne roczniki pracowników wchodzące na rynek pracy są coraz mniej liczne, a tym samym osoby młode będą w następnych latach stanowić coraz mniejszy odsetek osób pracujących.

Komentarz Moniki Fedorczuk, ekspertki Konfederacji Lewiatan

ONZ ostrzega: katastrofalne skutki zmiany klimatu nastąpią szybciej niż prognozowano

Specjalny raport naukowy ONZ ostrzega: katastrofalne skutki zmiany klimatu nastąpią szybciej niż prognozowano. Musimy działać natychmiast!  Wnioski specjalnego raportu naukowego ONZ są alarmujące.

Okazuje się, że nawet przedział między 1.5ºC a 2ºC, który do tej pory był uznawany za w miarę bezpieczny dla ludzkości, oznacza tak duży wpływ na klimat, że nie będziemy w stanie powstrzymać jego tragicznych skutków, a część gatunków nie zdąży zaadaptować się do nowej rzeczywistości i warunków atmosferycznych [1].  Z raportu wynika, że tylko wyhamowanie ocieplenia poniżej 1,5ºC daje nam pewną gwarancję, że jakość życia ludzi oraz świat, który znamy, będzie uratowany. Przypomnijmy, że Porozumienie Paryskie mówi jeszcze o tym, że 'kraje-sygnatariusze zrobią wszystko, żeby powstrzymać wzrost globalnej temperatury Ziemi poniżej 2ºC’. Już widać, że musimy postarać się bardziej…

W sobotę w Korei Południowej zakończyło się spotkanie grupy naukowej IPCC (Intergovernmental Panel on Climate Change), która miała za zadanie ponownie przeanalizować różne scenariusze zatrzymania globalnego ocieplenia, w tym dwa warianty ustalone w Porozumieniu Paryskim w 2015 roku: wzrost o 1.5ºC i 2ºC. W wyniku tego procesu powstał raport: Special Report on Global Warming of 1.5°C. 

Mamy bardzo mało czasu na reakcję

Już podnieśliśmy średnią temperaturę Ziemi w stosunku do epoki przedprzemysłowej o 1ºC. Aby nie przekroczyć progu 1,5ºC wszystkie kraje świata muszą więc podjąć wspólne działania, tak, aby do 2050 roku, stać się zupełnie neutralne klimatycznie. Oznacza to tyle, że ich bilans emisji musi na ten moment wynosić zero! Pierwszym krokiem w tym kierunku jest obniżenie globalnego poziomu emisji gazów cieplarnianych o połowę do roku 2030 r. Musimy się zatem jak najszybciej uniezależnić od paliw kopalnych. Bez ambitnego podejścia i zmiany nastawienia polityków nie damy rady. To co proponują nam dziś jest niewystarczające i doprowadzi świat do scenariusza ogrzania o 3ºC. Wnioski naukowe jasno pokazują, że takie temperatury znacząco ograniczają możliwości adaptacji, a część terenów naturalnych, takich jak rafy koralowe i regiony polarne, po prostu zniknie na zawsze. Im bardziej będziemy opóźniać ambitne i zdecydowane działania, tym wyższy będzie koszt rozwiązań w przyszłości.

Rozwiązania już są…

Jak mówi Dr Stephen Cornelius, główny doradca WWF ds zmiany klimatu: Jest już jasne, że wpływ, jakiego spodziewaliśmy się na poziomie 2 ℃, ujrzymy znacznie wcześniej. Obserwujemy już utratę naturalnych siedlisk i gatunków, malejącą powierzchnię pokrywy lodowej, podnoszenie się poziomu mórz. To wpływa na nasze zdrowie, źródła utrzymania i wzrost gospodarczy. Ten raport pokazuje, że wiemy jak ograniczyć globalne ocieplenie do 1,5 ℃ i możemy to zrobić, opierając się na sprawdzonych technologiach, takich jak znaczące zwiększenie energii odnawialnej i powstrzymanie wylesiania. Mamy cele, mamy rozwiązania, a różnica między niemożliwym a możliwym leży w rękach politycznych przywódców. WWF wzywa ich do natychmiastowego przyspieszenia działań na rzecz klimatu”

Strajki Ryanair: 66% pasażerów nie zna swoich praw

W ostatnich miesiącach Ryanair musiał zmierzyć się z falą strajków swoich załóg, które wpłyną nie tylko na wyniki finansowe firmy, ale też na dalsze decyzje biznesowe. Widmo strajku wisi też nad PLL LOT. Rozpoczęcie akcji protestacyjnej powstrzymała dopiero decyzja sądu. Tymczasem, jak pokazuje badanie przeprowadzone na zlecenie firmy Skycop[1], pomimo niedogodności dla pasażerów, ponad 40% Polaków popiera walkę pracowników linii lotniczych o lepsze warunki pracy. Badanie wskazuje również, że pasażerowie nie znają swoich praw.

Po serii strajków, które wstrząsnęły funkcjonowaniem przedsiębiorstwa, Ryanair poinformował o zmianach, które nazywa „skromnymi zimowymi cięciami”. Niestety – wygląda na to, że największy tani przewoźnik w Europie zamiast rozwiązać problemy zgłaszane przez związki zawodowe, reaguje zamykając bazy. W praktyce zapowiedziano zamknięcie bazy w Eindhoven (4 samoloty) i w Bremie (2 samoloty). Z kolei w bazie w Niederrhein z 5 stacjonujących obecnie samolotów pozostaną tylko 3, które będą obsługiwać większość połączeń.

Czy jest to początek realizacji wcześniejszych zapowiedzi przeniesienia działalności do innych krajów, na przykład do Polski? Oficjalnie linia informuje, że zadba o poszkodowane załogi. „Będziemy teraz prowadzić konsultacje z naszymi pilotami i personelem pokładowym w tych trzech bazach, aby zapewnić zatrudnienie jak największej liczbie osób” – deklaruje prezes Michael O’Leary. Ale zaraz zaznacza: „spodziewamy się, że możliwe będzie zaoferowanie pilotom pracy w innych bazach, ale ze względu na nadwyżkę personelu pokładowego w sezonie zimowym, będziemy rozważać urlopy bezpłatne i inne możliwe opcje w celu zapewnienia ciągłości zatrudnienia i uniknięcia straty pracowników”. Jedną z przyczyn cięć biznesowych w Ryanair są strajki i coraz większe wydatki na odszkodowania za odwołane loty.

Pasażerowie chcą odszkodowań, ale nie znają swoich praw

Przewoźnik konsekwentnie informuje pasażerów, że strajki są okolicznością nadzwyczajną, w której nie przysługują im odszkodowania od 250 do 600 euro wynikające z rozporządzenia WE 261/2004. Czy tak jest naprawdę? Wbrew opinii linii lotniczej, pasażerom przysługuje rekompensata w przypadku strajku załóg. Potwierdził to już unijny Trybunał, regularnie potwierdzają też władze lotnicze.

Interpretacja ta odzwierciedla opinię społeczną. Aż 81% badanych w ankiecie na zlecenie firmy Skycop wyraziło przekonanie, że za loty opóźnione lub odwołane z powodu strajków powinny być przyznawane odszkodowania.

Badanie pokazało jednocześnie, że Polakom brakuje wiedzy na temat tego czy za odwołane lub opóźnione loty przysługuje odszkodowanie. Odpowiedzi rozkładają się niemal równomiernie między tych, którzy uważają, że tak (35%), tych, którzy uważają, że nie (34%) i osoby, które przyznają się do braku wiedzy w tym obszarze (32%).

Linie lotnicze, które nie potrafią porozumieć się ze swoimi pracownikami i zapewnić im godnych warunków pracy, powinny ponosić odpowiedzialność za zakłócenia lotów spowodowane akcjami protestacyjnymi. Badanie daje jasny sygnał, że wiedza na temat praw pasażerów nie jest jeszcze wystarczająco powszechna. Ze względu na nieznajomość przepisów, poszkodowani często tracą pieniądze, które zgodnie z prawem im się należą – komentuje Marius Stonkus, prezes firmy Skycop.

[1] Badanie zostało zrealizowane we wrześniu 2018 r. przez agencję SW RESEARCH na zlecenie firmy SKYCOP metodą wywiadów CAWI na grupie 1011 osób.

Popyt na gaz ziemny rośnie, a wraz z nim ceny

Ceny gazu ziemnego biją rekordy. To skutek bardzo szybko rosnącego popytu. Przed nami dalsze wzrosty cen.

– Wzrosty cen widoczne są praktycznie na całym świecie, w 2017 r. popyt wzrósł o 40 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak z XTB.

Wzrost popytu wywołała Europa i Chiny. W Europie był to efekt bardzo chłodnego początku jesieni. Natomiast Chiny przestawiają się z węgla na gaz ziemny, ponieważ większą wagę przywiązują do stanu środowiska naturalnego.

Możemy się spodziewać dalszego wzrostu cen: – W tym roku popyt rośnie o 37 proc. – komentuje ekspert XTB.

Inwestycje w nieruchomości osiągnęły rekordowy poziom 1,8 bln USD