Aktualne stawki wynagrodzeń w sektorach farmaceutycznym oraz sprzętu medycznego

Dynamika i konkurencyjność branży farmaceutycznej oraz technologii medycznych powoduje, że rekrutacja zaangażowanych i wysoce wykwalifikowanych pracowników jeszcze bardziej zyskała na znaczeniu. Monika Kaźmierczak, manager w zespole Healthcare & Life Sciences w firmie rekrutacyjnej Michael Page, analizuje potrzeby firm z tych obszarów oraz omawia możliwe wynagrodzenia.    

Potrzeba potencjału przywódczego

Zgodnie z raportem firmy IQVIA w 2017 r. rynek farmaceutyczny w Polsce wart jest ponad 38 mld zł, co oznacza 4,9 proc. wzrost rok do roku. Z kolei wg danych Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju (MIiR) szacunkowa wartość polskiego rynku sprzętu medycznego to ok. 9,1 mld złotych.

Z uwagi na wartość tych rynków nie dziwi fakt, że MIiR uwzględniło producentów leków i wyrobów medycznych w Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, jako ważne obszary dla krajowej gospodarki. Branże te nieustannie stoją przed wymogiem zwiększonej efektywności z naciskiem na badania i rozwój, a przy tym muszą być elastyczne pod kątem pojawiających się regulacji oraz zmian wynikających z nowoczesnych technologii – mówi Monika Kaźmierczak manager w zespole Healthcare & Life Sciences w Michael Page. – Wszystko to wpływa na fakt, że oprócz potencjału kompetencyjnego i eksperckiego rozumianego jako umiejętność wykonania danej pracy tu i teraz, firmy coraz większą uwagę zwracają na zdolności przywódcze oraz zaangażowanie i zbieżność aspiracji kandydata z wizją firmy. Umiejętność wyłonienia takiej osoby z pasywnego rynku pracownika oraz profesjonalnie i sprawnie poprowadzony proces rekrutacji wpływa na to, czy kandydaci finalnie decydują się na zmianę zawodową– wskazuje ekspertka.

Atrakcyjne wynagrodzenia i benefity

Wśród kandydatów poszukiwanych na rynku farmaceutycznym są m.in. doradcy medyczni z naciskiem na osoby w terenie współpracujące ściśle z działami komercyjnymi oraz managerowie ds. medycznych, a także eksperci ds. refundacji i kontaktów instytucjonalnych, co wynika z coraz bardziej nasyconego nowoczesnymi terapiami rynku, dużego wzrostu rejestracji w amerykańskiej Agencji Żywności i Leków oraz Europejskiej Agencji Leków, a także ograniczonego budżetu ochrony zdrowia i zawiłości przepisów regulacyjnych w Polsce.

Opracowany przez ekspertów Michael Page przegląd płac wskazuje, że zarobki doradcy medycznego zaczynają się na poziomie 12 tys. zł brutto, a mogą wynieść 20 tys., co uzależnione jest od posiadanego doświadczenia. Do miesięcznego wynagrodzenia należy także doliczyć bonusy wynoszące między 20-30 proc. oraz samochód służbowy lub ekwiwalent. Pensja osoby na stanowisku Medical Sciences Liaison to natomiast przedział między 10-15 tys. zł brutto oraz bonusy na poziomie 10-20 proc. Wynagrodzenie kierownika ds. medycznych to z kolei 15-22 tys. zł plus premia w wysokości 20-25 proc., auto oraz dodatkowe benefity – wymienia Monika Kaźmierczak. – Tymczasem osoba pełniąca funkcję managera w dziale refundacji może liczyć na wynagrodzenie w przedziale 18-25 tys. zł brutto oraz bonusy wynoszące 20-25 proc. i służbowy samochód czy też ekwiwalent. Należy także zaznaczyć, że coraz więcej pracowników z doświadczeniem w tym dziale obejmuje role w zarządach. Warto też wspomnieć, że w kwestii dodatków do wynagrodzenia na rynku farmaceutycznym w mniejszych organizacjach, pracownicy mogą także otrzymać pakiet firmowych akcji – dodaje ekspertka Michael Page.

Otwarcie na osoby spoza branży w sektorze sprzętu medycznego  

Na rynku sprzętu medycznego, który do niedawna charakteryzował się wysokim poziomem hermetyczności w przepływie pracowników, a niska rotacja i wieloletni staż pracy były siłą firm z uwagi na bardzo relacyjny i regulowany rynek, nastąpiła widoczna zmiana. W obliczu konieczności poszukiwania przez firmy nowych rozwiązań, zwłaszcza w sposobie sprzedaży ich produktów, sektor urządzeń medycznych otworzył się na rekrutację pracowników z takich branż jak farmacja, biotechnologia czy też innych obszarów, w których ważne jest doświadczenie w sprzedaży przetargowej oraz znajomość prawa zamówień publicznych.

Jednymi z najbardziej poszukiwanych ekspertów w tym obszarze są Kierownicy Produktu, których zarobki w zależności od doświadczenia mogą wynieść od 10 do 18 tys. zł brutto. Wynagrodzenie Kierowników Regionalnych w sprzedaży waha się z kolei między 8 a 14 tys. zł brutto miesięcznie. W firmach widoczne jest także zapotrzebowanie na specjalistów ds. produktu z wiedzą techniczną, wspierających często dział serwisu , których pensja zaczyna się od 6,5 tys. zł brutto, a może wynieść 10 tys. zł brutto. W przypadku Kierowników Produktu i Kierowników Regionalnych należy doliczyć bonusy wynoszące 15-25 proc. oraz samochód służbowy lub ekwiwalent.

Ewolucja w podejściu firm z sektora urządzeń medycznych do zarządzania talentami wymaga przełamania dotychczasowych schematów i mentalności, ale zarządzający tymi spółkami w Polsce potwierdzają skuteczność wprowadzania „świeżego” spojrzenia do zespołów, co dodatkowo wspiera procesy zmiany w organizacji i przyczynia się do większej skuteczności  – zauważa Monika Kaźmierczak.

Czyja to wina? Kiedy sprawca wypadku jest jednocześnie jego ofiarą

W Polsce doszło do ponad 32,8 tys. wypadków drogowych w 2017 r. (dane za Komendą Główną Policji). Statystyki są bezwzględne, mimo że z roku na rok wypadków jest coraz mniej (w ostatnim dziesięcioleciu ich liczba spadła o ponad 16 tys. rocznie), to liczba ofiar jest i tak wysoka. W 2017 r. w wyniku takich zdarzeń zmarło 2,8 tys. osób, a rannych zostało 39,5 tys.

Wypadek drogowy może zmienić życie o 180 stopni, jednak osoby poszkodowane mogą starać się o odszkodowanie za takie zdarzenie. Warunek jest jeden – nie można być sprawcą wypadku! Z przyczyn oczywistych sprawca nie ma szans na odszkodowanie. Jednak życie pisze różne scenariusze. Co wtedy, kiedy wina jednej strony nie jest oczywista?

Wymieniał koło na autostradzie i… zginął

Pan Andrzej* złapał gumę na autostradzie, nie miał wyjścia – musiał zatrzymać się w miejscu niedozwolonym. Wymiana dotyczyła koła lewego, więc strony bliżej pasa ruchu. Doszło do wypadku i to śmiertelnego – potrąciła go ciężarówka. Całą winą za wypadek obarczono Pana Andrzeja, a prokuratura umorzyła śledztwo. Jednak żona zmarłego przekazała sprawę do kancelarii odszkodowawczej Auxilia.

Kierowca samochodu dostawczego jechał pojazdem przeładowanym o ponad tonę. Poza tym we krwi kierowcy pojazdu ciężarowego została wykryta obecność dopalaczy. – mówi Kamila Barszczewska, Wiceprezes Zarządu spółki Auxilia – Dlatego współpracująca z nami kancelaria prawna zgłosiła zarzuty do opinii biegłych i złożyła zażalenie na umorzenie śledztwa. Kolejne ekspertyzy  wykazały, że obecność substancji odurzającej we organizmie kierowcy miała znaczny wpływ na jego czas reakcji i stan psychofizyczny. – dodaje.

Ostatecznie bliscy zmarłego doczekali się sprawiedliwego wyroku, bo proces wykazał, że winnym  spowodowania wypadku jest również kierowca ciężarówki, który został skazany prawomocnym wyrokiem.

Jazda na podwójnym gazie

Jeśli kierowca prowadzi auto na podwójnym gazie, to wina wydaje się oczywista. Ale co wtedy, kiedy obaj kierowcy znajdują się pod wpływem alkoholu? Po czyjej wówczas stronie leży odpowiedzialność?

Do takiej sytuacji doszło w centralnej Polsce, gdzie zderzyły się dwa samochody osobowe. W wyniku wypadku jeden z kierowców zmarł. Po fakcie okazało się, że obaj prowadzący byli nietrzeźwi. Jednak prokuratura obarczyła winą tylko jednego, twierdząc że zjechał na przeciwny pas ruchu.

Dopiero interwencja pełnomocnika rodziny zmarłego spowodowała ponowne ekspertyzy biegłych. Biegli ustalili, że obaj kierowcy znajdowali się za blisko osi jezdni. Ostatecznie sąd orzekł, że winę ponoszą obie strony zdarzenia, a nie tylko zmarły kierowca.

Trudno jest usprawiedliwiać zmarłego kierowcę. Zasiadł za kółkiem z promilami we krwi. I to jest fakt. Jednak dzięki sprawiedliwemu rozstrzygnięciu sprawy karnej, jego bliscy mogą starać się o zadośćuczynienie za śmiertelny wypadek.

Nie zapiął pasów i jechał z pijanym kierowcą – czy to jego wina?

17-letni Piotrek wracał z imprezy zakrapianej alkoholem jako pasażer samochodu osobowego. Sam również znajdował się pod wpływem. Być może dlatego nie zapiął pasów bezpieczeństwa. Kiedy doszło do wypadku i auto uderzyło w przydrożne drzewo, wypadł z pojazdu. Zmarł w wyniku doznanych obrażeń. Jak się okazało, kierowca posiadał 2 promile alkoholu we krwi.

W sprawach o określenie przyczyn wypadku i określenie odpowiedzialność za wypadek ustala się swego rodzaju proporcje odpowiedzialności. Kto, w jakim stopniu przyczynił się do wypadku bądź doznanych w jego efekcie obrażeń. W tym przypadku zakład ubezpieczeń likwidując szkodę, uznał aż 80% przyczynienia do wypadku po stronie zmarłego.

Podczas rozprawy sądowej o zadośćuczynienie dla rodziców, sąd obniżył przyczynienie do 65%, uznając winę Piotrka za niezapięcie pasów oraz świadomą jazdę z pijanym kierowcą. Jednak prowadzący sprawę adwokat nie poprzestał na tym i złożył apelację od wyroku.

Kolejne opinie biegłych wykazały, że nawet zapięte pasy nie uchroniłyby przed śmiertelnym skutkiem uderzenia w drzewo. Sąd przychylił się ostatecznie do argumentacji, że Piotrek niekoniecznie wiedział, iż jego kolega znajduje się pod wpływem alkoholu, zaś niezapięcie pasów nie miało żadnego wpływu na zakres obrażeń pasażera.

Ostatecznie sąd uznał odpowiedzialność zmarłego w zaledwie 30% a nie w 80 %, jak  przyjął zakład ubezpieczeń. Dzięki takiemu rozstrzygnięciu rodzice otrzymali 140 tys. zadośćuczynienia zamiast uznanych pierwotnie przez ubezpieczyciela 8000 zł.

Istotne jest ustalenie odpowiedzialności za wypadek

Dlaczego tak istotne jest określenie winy czy współwiny uczestników wypadku? Szczególnie wtedy, kiedy jeden z uczestników zmarł. Przecież i tak nie jesteśmy w stanie pomóc mu w żaden sposób.

Możemy jednak pomóc rodzinie zmarłej w wypadku osoby. Przede wszystkim chodzi o poczucie sprawiedliwości. Poza tym określenie winnego ma znaczenie dla prowadzonych procesów sądowych dotyczących uzyskania odszkodowań czy zadośćuczynienia dla bliskich osób zmarłych. Sprawca oraz jego rodzina nie ma prawa do uzyskania takich roszczeń. – wyjaśnia Kamila Barszczewska, Wiceprezes Zarządu Auxilia S.A.

Nie zawsze jednoznaczne określenie sprawcy wypadku jest łatwe, ani oczywiste. Bywają i takie sytuacje, w których sprawca jest jednocześnie ofiarą, a wina rozkłada się na wszystkich uczestników wypadku. Dlatego sprawy karne prowadzone po wypadkach samochodowym rozgrywają się w oparciu o opinie biegłych, obie strony postępowania szukają dowodów i przedstawiają swoje racje.

Warto wówczas zwrócić się do wyspecjalizowanej kancelarii odszkodowawczej, która rozpozna sprawę i podejmie decyzję o prowadzeniu lub nie sprawy karnej. Należy pamiętać, że wygrana sprawa karna otwiera drogę do postępowania mającego na celu uzyskanie często bardzo wysokiego odszkodowania bądź zadośćuczynienia za straty poniesione  w wyniku wypadku drogowego.

Auxilia już od 15 lat wspiera osoby poszkodowane w wypadkach oraz pomaga ich bliskim uzyskać zadośćuczynienie i rekompensatę za poniesione krzywdy. W tym okresie jej pracownicy obsłużyli 6 tys. spraw, a łączna kwota wypłaconych z tego tytułu odszkodowań wynosi 280 mln zł. Od 2016 roku Auxilia jest notowana na rynku New Connect prowadzonym przez Giełdę Papierów Wartościowych S.A.

* Dane osobowe wymienionych w tekście uczestników wypadków zostały zmienione.

Co daje PPK w porównaniu do OFE?

Pracownicze Plany Kapitałowe to zupełnie inny system niż Otwarte Fundusze Emerytalne. W ustawie o OFE było zapisane, że jest to część powszechnego, publicznego systemu ubezpieczeń społecznych. Sposób ich finansowania pochodził z podziału składek płaconych z tego właśnie tytułu.

– PPK są systemem w pełni dobrowolnym i prywatnym. Gwarancja prywatności środków wpisana jest jasno w ustawie. Najlepszym tego potwierdzeniem ich bezpieczeństwa jest możliwość wypłacenia ich w dowolnym momencie – powiedział serwisowi eNewsroom Paweł Borys, prezes zarządu Polskiego Funduszu Rozwoju – To, co wpłacamy oraz część, którą dokłada pracodawca – po potrąceniu dopłat ze strony budżetu państwa (ich przeznaczeniem są świadczenia emerytalne), można w każdej chwili wypłacić. Możliwe jest także pobranie ich po ukończeniu 60-tego roku życia. OFE nie oferowało takich rozwiązań. Pracownicze Plany Kapitałowe są naszym prywatnym systemem dodatkowego oszczędzania długoterminowego. Możemy robić to w depozytach, PPK czy w IKE. Sądzę, że dzięki PPK wzrośnie oferta różnych form gromadzenia środków na przyszłość dla osób pracujących – dodał Borys.

RPP bez zmian? Ceny w Turcji wystrzeliły

Posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej nie powinno zmienić stóp procentowych. Włosi idą powoli na ustępstwa w sprawie polityki budżetowej. Turecka inflacja wśród 10 najwyższych na świecie.

Decyzja w sprawie stóp procentowych w Polsce

Dzisiaj odbędzie się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Decyzja w sprawie stóp procentowych zdaniem niemal wszystkich analityków powinna okazać się formalnością. Są oni zgodni, że stopy nie zmienią się, nie tylko na dzisiejszym spotkaniu ale również na kilku kolejnych. Inflacja wciąż pozostaje poniżej celu inflacyjnego co powoduje, że nie ma presji na zwiększanie kosztu pieniądza. Taki ruch mógłby zdusić bardzo dobry wzrost gospodarczy. Wiele osób wskazuje, że stopy zaczną rosnąć dopiero gdy podobny ruch rozpoczną w Unii Europejskiej. Z kolei patrząc na beztroskę budżetową Włochów dzień kiedy to się zacznie znów się oddala.

Włosi niby uginają się pod naciskiem Unii

Rząd w Rzymie po krytyce spowodowanej podwyższeniem deficytu budżetowego na 2019 rok trzykrotnie zobowiązał się na lata 2020 i 2021 obniżyć go. Zmiana ma wynieść odpowiednio 0,2% i 0,4%. W rezultacie zamiast jak wcześniej niecałego procenta zobaczymy odpowiednio 2,2% i 2,0%. Nawet jeżeli politycy odnotowują to jako sukces inwestorzy wiedzą swoje. Miernikiem ich zaufania jest koszt na jaki pożyczają Włochom kapitał. Na początku tygodnia okazało się, że jest to już droższe niż w przypadku Polski pomimo niższych stóp procentowych. W ciagu tygodnia zresztą koszt ten wzrósł o 0,5%. Jeżeli ta tendencja się utrzyma, to biorąc pod uwagę zadłużenie Włoch na ponad 130% PKB łatwo można oszacować ile dodatkowo będzie ich kosztować obsługa długu.

Turcja znów straszy

Po tym jak lira turecka gwałtownie straciła na wartości stało się to czego spodziewała się większość analityków. Gwałtownie w górę skoczyła inflacja. Powód jest prosty. Słaba waluta, to drogie towary importowane i wsparcie dla eksportu. W rezultacie wielu przedsiębiorców podniosło ceny na rynek krajowy mogąc korzystnie sprzedać za granicę. Wzrost cen wynosi już niemal 25% w skali roku. Jest to 8 najgorszy wynik na świecie, co nie brzmi tak źle, jak nie spojrzy się jakie państwa są powyżej. W rezultacie tych danych doszło zresztą do dalszego osłabienia liry.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,
  • 16:00 – Polska – konferencja po posiedzeniu RPP.

Do tego warto zwrócić uwagę, że dzisiaj Rumunia również zadecyduje o zmianie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Rolnicy dostają zbyt mało za warzywa i owoce. Jednocześnie w sklepach jest za drogo

Blisko 80% konsumentów uważa, że producenci warzyw i owoców otrzymują w skupie zbyt mało za swoje plony. Jednocześnie klienci oczekują niższych cen w sklepach. Dodatkowo, ponad 60% ankietowanych stwierdza, że sieci handlowe za dużo zarabiają na sprzedaży tego typu produktów względem tego, ile płaci się za nie rolnikom. Zdaniem ekspertów, łatwo jest uznać, że ktoś na nich „żeruje”. Ludziom zwyczajnie brakuje wiedzy na temat nowoczesnego handlu. Nabywcy towarów nie zdają sobie sprawy z tego, że niewielkie dochody wytwórców są efektem rozdrobnienia produkcji, jej obsługi, logistyki, a także niskiej siły negocjacyjnej tej grupy zawodowej. Takie wnioski przynosi badanie Hiper-com Poland oraz zarządcy aplikacji mobilnej Blix.  

Niskie ceny w skupach

– Opinia o krzywdzie rolników jest wyrazem pewnego stanu świadomości społecznej, która ma mniejszy związek z byciem konsumentem, niż z faktem odbierania komunikatów politycznych i medialnego funkcjonowania tej grupy zawodowej. Ukryty postulat, by więcej płacić producentowi, uderza więc hipotetycznie w portfel klienta, co ma swoją przyczynę w moralizatorskim, a nie w ekonomicznym przekazie publicznym. Nabywca towaru nie może samodzielnie zweryfikować jego treści – tłumaczy dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Z kolei według Marcina Lenkiewicza, wiceprezesa Grupy Mobilnej Qpony-Blix, postrzeganie przez konsumentów faktu, iż rolnicy otrzymują zbyt małe kwoty za płody rolne, wynika z dwóch zasadniczych przesłanek. Po pierwsze klienci uważają polskie warzywa i owoce za produkty wysokiej jakości, a po drugie cenią ich ciężką pracę i podejmowane ryzyko biznesowe, m.in. związane z pogodą.

– Wygląda na to, że prasa i telewizja, a także rodzinne opowieści przekonują konsumentów o zaniżaniu cen w skupach. Gdy porównujemy je z kosztami zakupu produktów w sklepach, rzeczywiście różnice są bardzo duże. Niedawne protesty rolników oraz dodatkowe kontrole UOKiK tym bardziej zwracają uwagę na całą sprawę – tłumaczy Hubert Majkowski, Country Manager Hiper-com Polska.

Nabywcy użalają się nad losem rolników otrzymujących groszowe kwoty za warzywa i owoce, ale z drugiej strony oczekują niższych cen w sklepach. Według dr. Marii Andrzeja Falińskiego, decyduje o tym potoczna świadomość, oparta o stereotypy i uproszczenia, odwołujące się zwyczajnie do emocji. A komentarz ekonomiczny jest przez tzw. przeciętnego odbiorcę odrzucany, ponieważ powoduje dyskomfort emocjonalny.

– Warto też zauważyć, że solidarność z rolnikami często kończy się wtedy, kiedy polski konsument ma finalnie zapłacić więcej za warzywa i owoce. Oczekiwania co do jeszcze niższych cen tego typu asortymentu tworzą narastającą presję wśród sieci handlowych. A to bezpośrednio i w sposób konsekwentny odbija się na zarobku producentów – uważa Marcin Lenkiewicz.

W sklepach za drogo

Zdaniem Huberta Majkowskiego, poczucie społecznej więzi z rolnikami wynika z faktu, że przez dziesiątki lat klienci kupowali warzywa i owoce na lokalnych targowiskach i bazarach lub w inny sposób, np. bezpośrednio od producentów. Jednak obecnie to się mocno zmieniło, pojawili się pośrednicy, uznawani za kombinatorów, chętnych do maksymalizacji zysków kosztem rolników i konsumentów. I rzeczywiście, takie praktyki na rynku się zdarzają. Gdy klient porównuje cenę w skupie z wielokrotnie droższymi ofertami w sklepach, obwinia za to m.in. wielkie sieci handlowe.

– Aż 61% ankietowanych uważa, że sieci handlowe zbyt dużo zarabiają na sprzedaży owoców i warzyw w stosunku do stawek w skupach. Tylko 13% respondentów ma odmienne zdanie na ten temat. Pozostali nie potrafią tego osądzić lub nie interesują się tą sprawą. Polacy tak samo troszczą się o rolników, jak i o zasobność własnych portfeli. Z jednej strony nie chcą wydawać więcej na ich produkty, a z drugiej – chcieliby, aby duży biznes stawiał na odpowiedzialność społeczną – twierdzi Marcin Lenkiewicz.

Natomiast ekspert z Hiper-com Poland wskazuje, że w związku z bliskim kontaktem konsumentów ze sklepami są one bezpośrednio obciążane złym wizerunkiem za ceny warzyw i owoców. Jednak należy zauważyć także to, że 22% badanych nie potrafi stwierdzić, czy sprzedawcy detaliczni rzeczywiście zarabiają za dużo. Wiadomo jaka jest cena na wejściu w skupie i jaka na wyjściu, ale nie znamy zysków kolejnych ogniw, tj. wszelkiego rodzaju pośredników. A to powoduje realny problem rzetelnej oceny tej sytuacji.

– Nowoczesny handel stał się medialnym chłopcem do bicia. Zrozumienie kosztów w łańcuchu dostaw u producenta, pośrednika, logistyka, handlowca i konieczności uwzględnienia strat w świeżych produktach nie jest proste. Łatwiej uznać, że ktoś się obłowił albo żeruje. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że niskie stawki dla rolników to skutek rozdrobnienia produkcji, jej obsługi, logistyki, a także niskiej siły negocjacyjnej i braku efektywnej organizacji producenckiej – informuje dr Faliński.

Powinno być taniej?

Kolejny wynik pokazuje, że 80% ankietowanych oczekuje obniżenia cen przez sieci handlowe, skoro rolnicy otrzymują zbyt niskie stawki za plony. W opinii Huberta Majkowskiego, takie wnioski są prawidłowe. Wytwórcy powinni zarabiać na swojej produkcji, a nie sprzedawać po tzw. kosztach, gdy w tym samym czasie pośrednicy na tym zarabiają. Ekspert podkreśla, że powinno się wprowadzić kontraktację przed sezonem, zamiast określania cen w danym dniu, co wymusza sprzedaż po narzuconych wartościach. Dotyczy to przede wszystkim trudnych w przechowywaniu warzyw i owoców. Country Manager Hiper-com Polska uważa również, że sieci handlowe mają swój udział w dyktacie cen, ale ważniejsze jest zrozumienie, co się dzieje z towarem pomiędzy producentem a detalistą. A o tym już mało kto wspomina.

– Opinia badanych potwierdza absurdalność potocznego myślenia. Rozproszony rynek producentów, w zderzeniu ze skoncentrowanym rynkiem odbiorców, głównie przetwórców, reaguje niską ceną, szczególnie w warunkach nadprodukcji. Polityka rolna, zamiast planować wolumen produkcji, komponować ją z koniecznym importem i kreować skonsolidowane jednostki produkcyjne, brnie w dopłaty, odszkodowania i inne instrumenty – szczególnie w okresach przedwyborczych. Niestety trend polityczny i stan prawny rozwija się w odwrotnym kierunku, a problemy propagandowo przykrywane są agrarystycznym, plebejskim moralizatorstwem – zaznacza dr Maria Andrzej Faliński.

Łącznie tylko 9% ankietowanych stwierdza, że sieci handlowe nie powinny obniżać swoich cen. W sumie 11% nie ma zdania na ten temat lub nie interesuje się sprawą. Jednak, jak podsumowuje Marcin Lenkiewicz, dla większości Polaków koszty zakupów mają ogromne znaczenie. Dominuje oczekiwanie, żeby zawsze były jak najmniejsze. To po części wynika z oszczędności, ale także z braku powszechnej wiedzy o prawach rządzących rynkiem. Ekspert nie przewiduje, aby pod wpływem opinii klientów sieci mogły jeszcze taniej sprzedawać warzywa i owoce. Już i tak często wprowadzają na nie promocje. I dodaje – że takie rabaty są zwykle widoczne na pierwszych stronach gazetek. Zatem krytykowanie sklepów za ich oferty może tylko doprowadzić do tego, że rzadziej będą zaopatrywały się u rodzimych producentów. A oni na tym z pewnością nie zyskają.

Badanie zostało przeprowadzone przez Hiper-com Poland oraz zarządcę aplikacji mobilnej Blix na przełomie sierpnia i września br. na terenie 6 dużych miast (Warszawa, Kraków, Katowice, Wrocław, Poznań i Łódź). Próba obejmowała 514 osób bezpośrednio robiących zakupy w sieciach handlowych. Ankietowano tylko tych, którzy na początku zadeklarowali, że regularnie sami robią zakupy (przynajmniej raz w tygodniu), a także czytają lub szukają promocji w papierowych bądź elektronicznych gazetkach reklamowych.

Rząd ma plan na zatory płatnicze. Eksperci: Nie termin jest problemem, ale niepłacący kontrahenci

Długie terminy płatności mogą doprowadzić do poważnych problemów finansowych wielu przedsiębiorstw. A dla małych firm – podwykonawców w dużych kontraktach – często bywają wyrokiem śmierci. Remedium ma być narzucenie odgórnych terminów płatności. Pytanie, czy będzie ono skuteczne. Eksperci są w tej sprawie podzieleni. Jedni uważają, że to krok w dobrym kierunku, a inni mają poważne wątpliwości i wskazują raczej na konieczność poprawy praw wierzycieli w postępowaniach sądowych. Brak środków za wykonane prace ogranicza ich płynność finansową. Utrudnia też prowadzenie inwestycji niezbędnych dla rozwoju gospodarki.

Rząd walczy z zatorami

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii proponuje nowe rozwiązania, które mają ukrócić praktyki przedłużania w nieskończoność spłaty zaległości. Przede wszystkim podmioty publiczne miałyby 30 dni na płatności, a duże firmy – 60. Jakub Bińkowski, sekretarz Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, informuje, że projekt ustawy skierowano do konsultacji. Udostępniono też Białą Księgę, stanowiącą zbiór praktyk stosowanych w państwach członkowskich UE. Mają one rozmaity charakter i w znacznym stopniu różnią się od siebie zakresem ingerencji w prawo przedsiębiorców do swobodnego kontraktowania, w tym również określania terminów zapłaty.

– Rządowy pomysł nie przyniesie skutków zakładanych przez ustawodawcę. Głównym problemem nie są długie terminy, ale ich niedotrzymywanie. Zwykle lepszy jest dłuższy okres zagwarantowanej zapłaty od krótszego bez takich zobowiązań. Planowane regulacje mogą też ingerować w swobodę zawierania umów. Lepiej skupić się na przyspieszeniu spraw windykacyjnych i zapewnieniu realnej możliwości zabezpieczenia majątku dłużnika na wczesnym etapie postępowania – uważa adwokat Radosław Płonka, ekspert z Business Centre Club.

Odmienny pogląd wyraża Arkadiusz Pączka, szef centrum monitoringu legislacji Pracodawców RP, przekonując, że skrócenie terminów płatności, zwłaszcza w sektorze publicznym, powinno doprowadzić do ograniczenia zatorów płatniczych. Będzie też wzorcem postępowania dla sektora prywatnego, gdzie płatności także są odsuwane w odległą przyszłość. Często sięgają nawet 180 dni, czyli niemal pół roku. To niebezpieczne zjawiska. Bez kapitału nie da się przeprowadzić inwestycji, a opóźnienia ograniczają płynność finansową i możliwość odłożenia środków na nowe przedsięwzięcia.

– Problemy z zatorami przejawiają się na dwóch płaszczyznach. Pierwsza to długie terminy zapłaty przewidziane w umowach. W niektórych przypadkach wiążą się z faktycznym wykorzystywaniem lepszej pozycji negocjacyjnej większych podmiotów względem mniejszych kontrahentów. Drugi aspekt to przedłużanie czasu zapłaty poza przewidziane możliwości w przepisach lub umowie. Z tymi dwoma zjawiskami należy postępować w różny sposób, dlatego też ważne jest, by je dostrzegać – wskazuje Jakub Bińkowski, sekretarz departamentu prawa i legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Trudna windykacja

Na razie wierzycielom pozostaje prowadzenie windykacji. Radosław Płonka podkreśla jednak, że choć w ciągu kilku tygodni można uzyskać nakaz zapłaty, później pojawiają się problemy. Dłużnik może złożyć sprzeciw i przedłużać postępowanie o miesiące, a nawet lata. Zdaniem eksperta z BCC, państwo koncentruje się na relacjach między przedsiębiorcami, a nie na naprawie opieszale działającego systemu wymiaru sprawiedliwości. Adwokat uważa też, że jeśli duże podmioty narzucają odległe terminy płatności, to nie ma obowiązku zawierania z nimi umów. Co więcej, większość z nich płaci na czas. Jednak planowane regulacje mają zmusić do regulowania należności w umówionym czasie.

– Zgodnie z projektem limity czasowe obejmą podmioty publiczne i duże przedsiębiorstwa. Sektor MŚP jest od ich zleceń uzależniony i zwykle ponosi konsekwencje przedłużających się terminów płatności. Ale i w tej grupie dochodzi do nieprawidłowości i opóźniania spłaty należności. Poczekajmy jednak rok, by móc ocenić skutki działania ustawy. Wtedy będzie można myśleć o jej ewentualnym rozszerzeniu na mniejsze firmy. A na razie należy wzmocnić ochronę właśnie tej grupy przedsiębiorstw przede wszystkim w umowach z dużymi klientami i koncernami – stwierdza Arkadiusz Pączka.

Największe problemy z zatorami płatniczymi ma branża budowlana. Pojawia się więc pytanie, czy planowane regulacje mają dotyczyć wszystkich, czy tylko tych, którzy najczęściej zwlekają z zapłatą. Jakub Bińkowski uważa, że potrzebujemy po prostu dobrych i przejrzystych przepisów, a podział branżowy to droga donikąd.

– Jestem przeciwnikiem wyjątków. Jeśli wprowadzamy zmiany, to powinny one dotyczyć wszystkich. Wyłączenia zawsze prowadzą do problemów. Teraz mówimy głównie o budowlance, ale wkrótce problemy z zatorami mogą dotknąć branży chemicznej, spożywczej czy energetycznej. Powinniśmy stosować jednakową miarę dla każdego – przekonuje szef centrum monitoringu legislacji Pracodawców RP.

Głos przedsiębiorców

Proponowane przepisy podlegają konsultacjom, jednak niektórzy reprezentanci przedsiębiorców są nastawieni pesymistycznie. Radosław Płonka przypomina, że BCC wielokrotnie proponowało rozwiązania rządowi w przypadku pokrewnych ustaw, ale nie przynosiło to żadnych efektów. Nie było zainteresowania po drugiej stronie. Ekspert uważa, że przedstawicieli rządu trudno jest skłonić nawet do dyskusji, choć dialog dotyczy spraw gospodarczych, odległych od polityki. Narzuca się odgórne rozwiązania, czasem przygotowane przez osoby o innych specjalnościach. Nie dyskutuje się też z zainteresowanymi stronami. A przecież to od władz powinien iść przykład dobrego postępowania.

– Wzorcem rzetelności powinny być podmioty z sektora państwowego. Ale właśnie one często przedłużały płatności i kredytowały działalność środkami sektora prywatnego. Brak terminowej zapłaty za towary czy usługi generuje szereg negatywnych konsekwencji, zwłaszcza wobec mikrofirm i małych przedsiębiorców. Mam nadzieję, że planowana ustawa ułatwi im egzekucję należnych pieniędzy za wykonaną pracę od dużych spółek i podmiotów publicznych – mówi Arkadiusz Pączka.

Według części przedstawicieli biznesu, np. Pracodawców RP, propozycje rządowe zasługują na uwagę. Wyznaczenie sztywnych terminów płatności powinno w pewnym stopniu poprawić sytuację przedsiębiorstw dotkniętych zatorami płatniczymi, szczególnie kiedy dłużnikiem jest podmiot publiczny. Jednak, jak wiadomo, często nawet najlepsze rozwiązania prawne pozostają martwe.

– Nie termin jest głównym problemem, ale niepłacący kontrahenci. Tym bardziej, że wierzyciel musi wystawić fakturę, zapłacić VAT i inne podatki, zatrudnić prawnika, długo czekać w sądzie, wyjaśniać, że dane wynagrodzenie mu się należy itd. Większość tych niedogodności należy przerzucić na dłużnika – w końcu to on nie dopełnił warunków umowy. Na razie jest odwrotnie – poszkodowany ma problemy. Sam musi zorganizować działania, poczekać np. kilka lat i dopiero wtedy oczekiwać wymierzenia sprawiedliwości. Czasem wcześniej będzie zmuszony ogłosić upadłość – podsumowuje adwokat Radosław Płonka.

FPP: Czy potrzebny nam jest Rzecznik Praw Podatnika

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że – choć intencje w odniesieniu do instytucji Rzecznika Praw Podatnika są bardzo dobre – to jednak powołanie kolejnej dużej struktury administracyjnej może rodzić znaczące koszty bez oczekiwanych efektów. Powołano już bowiem Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorstw – którego kompetencje częściowo pokrywają się z tymi planowanymi dla Rzecznika Praw Podatnika. Ponadto instytucja Rzecznika w każdym przypadku powinna być maksymalnie niezależna od polityków – nie może być zatem powoływany przez Ministra. Warto zaś szczegółowo określić wymagania dla kandydatów na takie stanowisko – w tym całkowitą odrębność i brak powiązań z polityką.

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorstw w procesie legislacyjnym został pozbawiony kluczowych, ważnych dla przedsiębiorców kompetencji, takich jak: reprezentacja przed organami państwowymi czy wstrzymywanie kontroli w uzasadnionych przypadkach, obniżono także wymagania dla kandydatów.

„Powołanie Rzecznika Praw Podatnika, jeśli ograniczy się jego kompetencje i kwalifikacje – tak, jak miało to miejsce w przypadku Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorstw – może oznaczać, że taka instytucja nie spełni swojej roli, a zatem będzie zupełnie niepotrzebna. Takie analizy należy prowadzić, decydując się na powołanie kolejnej – zwłaszcza terenowej – struktury, która obciąży budżet państwa wielomilionowymi kosztami. Ponadto należy rozważyć, by kompetencje poszczególnych rzeczników nie dublowały się – a uprawnienia Rzecznika Praw Podatnika są częściowo wyczerpane w obszarach przypisanych Rzecznikowi Małych i Średnich Przedsiębiorstw, jak i Rzecznikowi Praw Obywatelskich. Instytucja każdego rzecznika powinna być wreszcie całkowicie apolityczna – powinien być powoływany przez większość parlamentarną na określoną kadencję. Jak bowiem rzecznik ma identyfikować się z obywatelem, jeśli jego przełożonym jest Minister?” – mówi Mariusz Korzeb, wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Rzecznik Praw Podatnika ma pełnić funkcję „ingerencyjną”. W jego kompetencjach będzie:

  • udział w toczących się postępowaniach
  • możliwość wglądu do akt
  • przedstawianie wniosków do władz skarbowych w trakcie toczącego się postępowania
  • wniesienia odwołania i skargi do sądu
  • wnioski o interpretację podatkową
  • prowadzenie przewidzianej w projekcie nowej Ordynacji podatkowej procedury mediacyjnej

W celu zapewnienia profesjonalizmu pomocy udzielanej przez Rzecznika, jednym z kryteriów zapisanych w przepisach będzie wymaganie, by miał on doświadczenie w stosowaniu prawa. Rzecznik będzie musiał mieć 10-letnie doświadczenie w praktyce stosowania prawa podatkowego, a jego zastępcy – 5-letnie.

Giuseppe Conte: Euro jest włoską walutą nieodwracalnie

Premier Włoch Giuseppe Conte zapewnił, że euro jest włoską walutą i jest to nieodwracalne. Zapewnił też, że wszystkie inne komentarze należy traktować jako subiektywną opinię, która nie jest częścią polityki obecnego rządu. Premier próbował odwrócić skutki (utrata zaufania inwestorów) wypowiedzi Claudio Borghiego, szefa komisji budżetowej w niższej izbie włoskiego parlamentu, który ocenił, że własna waluta rozwiązałaby większość problemów gospodarczych Włoch. Jednocześnie trwa spór pomiędzy rządem Włoch a Komisją Europejską w sprawie przyszłorocznego budżetu, którego projekt musi być przedłożony KE do 15 października. J. C. Juncker wezwał, by Włochy nie przyjmowały budżetu w proponowanym kształcie (2,4% deficytu w relacji do PKB) oraz ostrzegł, że nieodpowiedzialna polityka fiskalna może doprowadzić do powtórki kryzysu greckiego.

MON planuje modernizację Sokołów. Śmigłowce mają być przystosowane do wsparcia pola walki

MON planuje modernizację Sokołów. Śmigłowce mają być przystosowane do wsparcia pola walki 1

Na wyposażeniu polskiej armii znajduje się około 70 wielozadaniowych śmigłowców Sokół, wykorzystywanych od lat 90. Ministerstwo Obrony Narodowej planuje zmodernizować część floty tych wiropłatów i przystosować je do standardu wsparcia pola walki. Inspektorat Uzbrojenia ogłosił już zamiar przeprowadzenia dialogu technicznego, który ma się rozpocząć w październiku. Najpoważniejszym kandydatem do rozmów z MON jest producent śmigłowców Sokół, czyli PZL-Świdnik. Przedstawiciele firmy potwierdzają, że możliwe jest m.in. uzbrojenie śmigłowców w kierowane pociski przeciwpancerne, wyposażenie maszyn w tzw. glass cockpit i łopaty wykonane w nowoczesnej technologii kompozytowej.

– Sokół jest najpopularniejszym śmigłowcem służącym obecnie w polskiej armii, która dysponuje około 70 takimi maszynami. Sokoły wykorzystywane są do szerokiego spektrum zadań, służą m.in. w wojskach lądowych, ale również występują w wersji morskiego poszukiwania i ratownictwa, czyli tzw. Anakonda. Najbardziej zaawansowaną technologicznie wersją Sokoła jest śmigłowiec Głuszec. Sądzimy, że mniej więcej w tym kierunku będą zmierzać oczekiwania MON dotyczące modernizacji Sokołów do standardu wsparcia pola walki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters.

Na początku września Inspektorat Uzbrojenia MON ogłosił zamiar rozpoczęcia dialogu technicznego dotyczącego modernizacji śmigłowców W-3 Wojsk Lądowych do wersji W-3WA WPW (Wsparcia Pola Walki). Rozmowy z zainteresowanymi firmami rozpoczną się w październiku, a dialog techniczny ma potrwać do lutego 2019 roku.

– PZL-Świdnik odpowiedział na zaproszenie do przystąpienia do dialogu technicznego na modernizację śmigłowców W-3 Sokół do wersji śmigłowca wsparcia pola walki. Mamy odpowiednią wiedzę, jesteśmy w końcu wynalazcą i producentem tych śmigłowców i mamy wszelkie prawa intelektualne do tego, aby rozwijać te maszyny. Wojsko potrzebuje maszyn o lepszych parametrach, ale także silnych, uzbrojonych. Dość powszechnie mówi się, że nasze śmigłowce powinny zostać uzbrojone w przeciwpancerne pociski kierowane, służące do zwalczania pojazdów pancernych – mówi Krzysztof Krystowski.

Śmigłowce Sokół to flagowy produkt zakładów lotniczych PZL-Świdnik, należących do włoskiej grupy zbrojeniowej Leonardo. W Polsce Sokoły są powszechnie wykorzystywane od lat 90., służąc zarówno w wojsku, policji, ratownictwie górskim, jak i w straży granicznej. Najnowocześniejsza, bojowa wersja Sokoła to śmigłowiec W-3PL Głuszec, który powstał w wyniku współpracy świdnickich zakładów lotniczych, polskiego wojska i sektora B+R.

Generał brygady rezerwy pilot Dariusz Wroński, ekspert Warszawskiego Instytutu Inicjatyw Strategicznych, podkreśla, że nowoczesne, cyfrowe wyposażenie Sokołów jest koniecznością, bo bez wsparcia informatycznego żaden sprzęt bojowy nie przedstawia dziś większej wartości.

– Jeżeli ta modernizacja dostanie akceptację decydentów – wszyscy wokół będą bili brawo. Sokoły potrzebują świetnego, nowego uzbrojenia, wyposażenia, systemów awionicznych, systemów łączności i przede wszystkim systemów celowania, bo takie są dziś wymogi pola walki. Nowy, zmodernizowany Sokół potrzebuje rakiet przeciwpancernych, to jest numer jeden. Świdnik ma w zanadrzu doskonały, nowoczesny wirnik do śmigłowca Sokół, nad którym pracowali również polscy konstruktorzy. Wiemy ponad wszelką wątpliwość, że po jego zastosowaniu moc udźwigowa wzrośnie o co najmniej 200 kg. To pozwoli dalej polecieć, zabrać więcej uzbrojenia – podkreśla generał Dariusz Wroński.

– Technologie, nad którymi obecnie pracujemy, są w naturalny sposób związane z modernizacją Sokoła. Pracujemy nad nowymi łopatami, które będą wykonywane w nowocześniejszej technologii kompozytowej, dzięki czemu śmigłowiec osiągnie lepsze parametry lotu i będzie miał większy udźwig. W efekcie będziemy mogli m.in. zintegrować z nim pociski przeciwpancerne – dodaje Krzysztof Krystowski.

Jak podkreśla, PZL-Świdnik przystępuje do dialogu technicznego z Inspektoratem Uzbrojenia MON wspólnie z Polską Grupą Zbrojeniową, której spółki będą mogły uczestniczyć w modernizacji śmigłowców Sokół. Firma chce też współpracować z Instytutem Technicznym Wojsk Lotniczych, który był już wcześniej zaangażowany w modernizację Sokoła do wersji W-3PL Głuszec.

– Chcemy wspólnie rozmawiać z wojskiem na temat oczekiwań i wspólnie nad tym projektem pracować. W ten sposób nasze partnerstwo z PGZ, które ma w przyszłości dotyczyć też budowy nowego europejskiego śmigłowca bojowego, może zacząć się tu i teraz, w oparciu o te produkty, do których mamy pełne prawa własności przemysłowej – podkreśla Krzysztof Krystowski.

Marco Lupo, wiceprezes Leonardo na region Bałkanów i Europy Wschodniej, podkreśla, że włoski koncern już od kilku lat współpracuje z Polską Grupą Zbrojeniową, rozwijając dzięki temu możliwości polskiego przemysłu obronnego. Począwszy od 2016 roku firmy zawarły szereg porozumień. Ostatnie dotyczy partnerstwa w zakresie projektowania, produkcji, montażu i  sprzedaży nowego europejskiego śmigłowca uderzeniowego AW249.

– PGZ to z przemysłowego punktu widzenia nasz naturalny partner w Polsce. W lipcu podpisaliśmy list intencyjny, który dotyczy współpracy przemysłowej w zakresie nowego programu śmigłowca szturmowego AW249. Ten list określa ramy współpracy w różnych obszarach, począwszy od projektowania, przez produkcję, po wsparcie logistyczne i kwestię eksportu. (…) Jeśli chodzi o modernizację floty śmigłowców Sokół, uważamy, że PGZ będzie naszym naturalnym partnerem. Działania, które będziemy realizować i nad którymi włoscy inżynierowie z Leonardo już pracują wspólnie z Polakami, nie wiążą się z żadnym ryzykiem, gdyż wykonywaliśmy już tego rodzaju prace w dziedzinie systemów awionicznych, systemów misji oraz systemów uzbrojenia dla nowych modeli helikopterów – podkreśla Marco Lupo.

Od zakupu PZL-Świdnik w 2010 roku grupa Leonardo zainwestowała w firmę łącznie około 900 mln zł. Polskie zakłady zyskały status centrum doskonałości w zakresie produkcji kompozytowych struktur lotniczych dla całego koncernu i pracują nad wszystkimi programami śmigłowcowymi Leonardo.

– PZL-Świdnik to klejnot w globalnej sieci Leonardo. Firma została całkowicie zintegrowana z siecią technologiczną i produkcyjną śmigłowcowej dywizji Leonardo i produkuje co roku 140–150 kadłubów oraz innych struktur. Poza tymi działaniami PZL-Świdnik utrzymał, a wręcz rozwinął, swoje zdolności jako oryginalny producent śmigłowców rodziny W-3 Sokół i SW-4. Leonardo doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że Sokoły i maszyny SW-4 są i będą stanowić podstawę śmigłowcowej floty polskich Sił Zbrojnych. Dlatego zamierzamy wspierać je w możliwie najlepszy sposób – podkreśla Marco Lupo, wiceprezes Leonardo na region Bałkanów i Europy Wschodniej.

– Świdnik jest w tej chwili jedynym kompletnym producentem śmigłowców nie tylko w Polsce, lecz także w całej Europie Środkowo-Wschodniej oraz jedną z nielicznych firm w całej Europie, które produkują i rozwijają śmigłowce. Od ponad 60 lat dostarczamy śmigłowce dla polskiej armii, policji, straży granicznej i nie tylko. Sprzedajemy również nasze śmigłowce poza granice Polski, w tym także do zastosowań cywilnych, np. gaszenia pożarów – dodaje Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters.

Rolnicy będą mogli łatwiej sprzedawać swoje produkty. Sejm kończy prace nad zmianami przepisów

0

Rolnicy będą mogli łatwiej sprzedawać swoje produkty. Sejm kończy prace nad zmianami przepisów 2

Rolnicy będą mogli sprzedawać swoje produkty nie tylko klientom detalicznym, lecz również lokalnym restauracjom czy stołówkom. Zostaną też zwolnieni z obowiązków administracyjnych na starcie takiej działalności i będą mogli skorzystać z zachęt podatkowych – to główne zmiany w ustawie dotyczącej małych producentów żywności, nad którą pracuje Sejm.

– Bardzo ważne, żeby małe gospodarstwa, które mają kilka czy kilkanaście hektarów, mogły sprzedawać swoje produkty nie tylko pośrednikom, bo wtedy ktoś inny na nich zarobi, gdyż marże i dochody powstają dopiero w przetwórstwie i sprzedaży. Dla rolników będzie korzystna, atrakcyjna zachęta – możliwość bezpośredniej sprzedaży produktów z gospodarstwa – surowych, nieprzetworzonych czy przetworzonych – bez konieczności budowania fabryki. Produkcja może się odbywać w kuchni. Wszystkie przetwory z gospodarstwa będzie można sprzedawać legalnie – nie tylko konsumentom końcowym, lecz również sklepom, restauracjom, jadłodajniom czy gospodarstwom agroturystycznym – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jan Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Ustawa ma ułatwić im produkcję i sprzedaż żywności na małą skalę m.in. dzięki zniesieniu obowiązku zatwierdzenia tego rodzaju działalności przez właściwy organ Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Dotyczy to produkcji odbywającej się w pomieszczeniach używanych głównie jako prywatne domy mieszkalne, gdzie regularnie przygotowuje się żywność, aby wprowadzić ją do handlu.

Drugim ułatwieniem w nowej ustawie będzie zniesienie obowiązku przygotowania i zatwierdzenia projektu technologicznego zakładu przez powiatowego lekarza weterynarii. Zamiast tego konieczne będzie jedynie złożenie pisemnego wniosku o wpis do rejestru zakładów produkcyjnych z 30-dniowym wyprzedzeniem. Ma to ułatwić rozpoczęcie działalności m.in. rolnikom, którzy prowadzą rolniczy handel detaliczny i chcieliby rozszerzyć sprzedaż swoich produktów o lokalne sklepy czy restauracje.

Nowa ustawa przewiduje również zachęty podatkowe dla gospodarstw, które uzyskują dodatkowe przychody z przetwarzania produktów rolnych domowym sposobem i zwiększa z 20 do 40 tys. zł kwotę wolną od podatku. Dopiero powyżej tej sumy rolnik będzie zobowiązany płacić zryczałtowany, 2-proc. podatek.

– Ten podatek nie jest wysoki. Jeżeli rolnik sprzeda swoje produkty za 100 zł, zapłaci tylko 2 zł podatku, więc jest to korzystne dla małych gospodarstw i jak najwięcej z nich powinno z tej możliwości skorzystać – mówi Jan Krzysztof Ardanowski.

1 października odbyło się pierwsze czytanie rządowego projektu ustawy, która ma ułatwić produkcję żywności na małą skalę. Projekt został przyjęty bez poprawek przez wszystkie kluby i skierowany do drugiego czytania w Sejmie. Minister rolnictwa i rozwoju wsi spodziewa się, że zostanie on przyjęty na najbliższym posiedzeniu Sejmu.

Do 2035 roku polskie lotniska będą obsługiwać dwa razy więcej pasażerów niż dziś. Sektor ma ogromny deficyt mechaników, pilotów i personelu pokładowego

Do 2035 roku polskie lotniska będą obsługiwać dwa razy więcej pasażerów niż dziś. Sektor ma ogromny deficyt mechaników, pilotów i personelu pokładowego 3

W 2035 roku polskie lotniska będą obsługiwać średnio 94 mln pasażerów rocznie, czyli ponaddwukrotnie więcej niż obecnie – szacuje Urząd Lotnictwa Cywilnego. Szybki rozwój transportu lotniczego pociąga za sobą popyt na nowe kadry dla całego sektora. Tych niestety brakuje – szacuje się, że w kolejnych latach w Europie potrzebnych będzie nawet 100 tys. mechaników lotniczych, a duże deficyty dotyczą także pilotów, personelu pokładowego i pracowników obsługi naziemnej. Konieczne są zmiany w systemie szkolenia kadr dla lotnictwa, ale również podniesienie prestiżu lotniska jako miejsca pracy.

Niedobór pracowników to w tej chwili największy problem. Dynamika rozwoju branży w sektorze usług, które realizujemy, wykracza poza aktualne możliwości rynku pracy. Największe braki dotyczą podstawowego personelu płytowego, który realizuje usługi związane z rozładunkiem i załadunkiem samolotu. To tak naprawdę podstawowa grupa. Natomiast w całym sektorze usług związanych z obsługą naziemną, jak również w zakresie usług związanych z obsługą techniczną samolotów obserwujemy deficyt mechaników lotniczych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Opaliński, prezes zarządu LS Airport Services.

Dane Rady ds. Edukacji Techników Lotniczych (ATEC) z początku tego roku pokazują, że na rynku brakuje przedstawicieli tego zawodu. Ok. 30 proc. mechaników lotniczych jest lub zbliża się do wieku emerytalnego, podczas gdy nowi przedstawiciele tego zawodu, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy, stanowią ok. 2 proc. kadr. Szacuje się, że tylko w Europie w kolejnych latach będzie potrzebnych nawet 100 tys. mechaników lotniczych. Duże deficyty dotyczą także pilotów, personelu pokładowego i pracowników obsługi naziemnej.

– Jesteśmy w o tyle komfortowej sytuacji, że od 1,5 roku wprowadzamy zintensyfikowane działania employer brandingowe. Dołożyliśmy wszelkich starań, aby pozyskać odpowiednią grupę personelu. Nie jest na tyle źle, że jesteśmy zmuszani do rezygnowania z kontraktów, które mamy już zawiązane, jednak od dwóch lat nie podejmujemy żadnych nowych kontraktów – mówi Marcin Opaliński.

Dzięki kampanii employer brandingowej i stronie poświęconej rekrutacji w tym roku do firmy napłynęło w sumie 9 tys. CV. Zatrudnionych zostało 800 nowych pracowników, co stanowi 18-proc. wzrost zatrudnienia rok do roku. LS Airport Services łata braki kadrowe, rekrutując także pracowników z innych krajów. Obecnie firma zatrudnia 46 obywateli Indii. Jej prezes podkreśla, że zmian wymaga również system szkolenia kadr dla lotnictwa.

W kwestii kształcenia kadr jesteśmy gotowi, aby zostać partnerem w odbudowie szkolnictwa zawodowego i budowania szkół branżowych. W tym celu powołaliśmy projekt edukacyjny LS Academy. Jest poświęcony nie tylko pracownikom już zatrudnionym w spółce, obejmując m.in. akademię menadżerów czy szkolenia i dokształcanie personelu, lecz przede wszystkim zakłada formy szkół patronackich, tworzenie patronackich klas w celu pozyskania nowych kadr – mówi Marcin Opaliński.

Jak ocenia, odbudowa kadr dla sektora lotniczego wymaga także podniesienia prestiżu lotniska jako miejsca pracy. Upowszechnienie się transportu lotniczego i pojawienie tanich przewoźników spowodowało, że praca personelu lotniskowego straciła na znaczeniu i z tą problematyką również w tej chwili boryka się LS Airport Services.

W kontekście szukania odpowiedzi na pytanie, jak poradzić sobie ze spadkiem atrakcyjności lotniska jako miejsca pracy, zachęcamy całe środowisko i otoczenie biznesowe do określonej retoryki. To jest również element naszej kampanii employer brandingowej. Wszystkie materiały filmowe, które przygotowujemy, mają przede wszystkim za zadanie ponownie uatrakcyjnić lotnisko jako miejsce pracy – podkreśla Marcin Opaliński.

Ekspert zaznacza, że praca w branży jest perspektywiczna, bo tylko w ubiegłym roku polskie lotniska obsłużyły w sumie blisko 40 mln pasażerów, co stanowiło 18-proc. wzrost rok do roku. Urząd Lotnictwa Cywilnego szacuje, że już w 2035 roku polskie lotniska będą obsługiwać średnio 94 mln pasażerów rocznie, czyli ponaddwukrotnie więcej niż obecnie.

LS Airport Services zapewnia profesjonalną obsługę naziemną samolotów. Współpracuje z ponad 80 przewoźnikami z całego świata, w tym największymi liniami lotniczymi. Jest jednym z największych pracodawców w polskiej branży lotniczej. Spółka jest obecna na pięciu lotniskach (Gdańsk, Modlin, Warszawa, Katowice, Kraków).

Kryptowaluty wymagają regulacji. Z czasem mogą się stać pełnoprawnym środkiem płatniczym

Kryptowaluty wymagają regulacji. Z czasem mogą się stać pełnoprawnym środkiem płatniczym 4

Wartość bitcoina w ciągu kolejnych pięciu lat może sięgnąć 100 tys. dol., natomiast całkowita kapitalizacja rynku kryptowalut ma szansę osiągnąć 3,6 bln dol. na przestrzeni nadchodzącej dekady – szacują eksperci Satis Group w opublikowanym miesiąc temu raporcie „Crypto Asset Market Coverage”. Na razie inwestorzy nie mają jednak dobrej passy, bo od początku flagowe kryptowaluty znacząco straciły na wartości, a kapitalizacja rynku zmniejszyła się prawie czterokrotnie. Prezes Merlin Group Łukasz Szczepański ocenia, że pozytywne są za to dążenia do uregulowania tego rynku.

– Trudno na tym etapie przewidzieć przyszłość kryptowalut i technologii blockchain. Porównujemy ten rynek do internetu połowy lat 90. Wtedy trudno było sobie wyobrazić, że największe biznesy świata – typu Google, Facebook czy Amazon – powstaną dzięki internetowi. Myślę, że jest to dobra analogia do obecnego etapu rozwoju technologii blockchain i kryptowalut. Na pewno odegrają one istotną rolę w rozwoju fintechów i bankowości. Bez wątpienia wymagają jednak regulacji i jako rynek bardzo się cieszymy, że te regulacje się pojawiają – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Szczepański, prezes zarządu Merlin Group SA.

Kryptowaluty, nazywane gorączką złota XXI wieku, biły w ostatnim czasie rekordy popularności. Duża część inwestorów postrzega je jako szansę na łatwy zarobek – dużo większy w porównaniu z tym, co oferuje rynek regulowany. Według badań opublikowanych w lipcu br. przez brytyjską firmę GetLiving, 27 proc. milenialsów uważa bitcoina za lepszą inwestycję niż zakup nieruchomości.

Część ekspertów uważa jednak kryptowaluty za bańkę spekulacyjną, porównując je do gorączki spekulacyjnej wokół cebulek tulipanów w XVII wieku w Holandii, która doprowadziła do ekonomicznego kryzysu. W gronie sceptyków są m.in. legendarny inwestor Warren Buffet, „Wilk z Wall Street”, czyli Jordan Belfort, oraz Robert Shiller – laureat Nagrody Nobla za pracę dotyczącą baniek spekulacyjnych. Ze względu na niestabilność tego rynku i ogromne wahania przed inwestowaniem w kryptowaluty przestrzegały również NBP i Komisja Nadzoru Finansowego.

Te obawy potwierdzają ostatnie spadki notowań. Obecna kapitalizacja rynku kryptowalut wynosi nieco ponad 199 mld dol., podczas gdy jeszcze na początku stycznia sięgała 830 mld dol. To oznacza, że z rynku w przeciągu pół roku „wyparowało” około 630 mld dol.

Z drugiej strony w opublikowanym w zeszłym miesiącu raporcie „Crypto asset Market Coverage” Satis Group analitycy przewidują dalszy stopniowy wzrost rynku kryptowalut, choć zaznaczają, że niektóre z projektów całkiem stracą na wartości. Natomiast bitcoin – flagowa kryptowaluta – może według nich osiągnąć wartość nawet 100 tys. dol. w przeciągu kolejnych pięciu lat. Natomiast całkowita kapitalizacja rynku kryptowalut ma sięgnąć 500 mld dol. do końca 2019 roku – co nie jest abstrakcyjne, wziąwszy pod uwagę styczniowe szczyty dochodzące do 830 mld dol. – a do 2028 roku może sięgnąć już 3,6 bln dol. Część ekspertów nie wyklucza, że w przyszłości na bazie kryptowalut może powstać całkowicie nowy, globalny system monetarny.

 Kryptowaluty absolutnie nie stanowią zagrożenia dla systemów pieniężnych. Są czymś zgoła innym, nowym, na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Musimy pamiętać, że kryptowaluty są coraz bardziej regulowane, są z nami od niedawna i z czasem pewnie staną się regulowanym środkiem płatniczym. Będzie wiadomo, do kogo należą i w jaki sposób można je wykorzystywać – uważa Łukasz Szczepański.

Prezes Merlin Group przestrzega jednocześnie przed wrzucaniem do jednego worka kryptowalut i technologii blockchain, na której opierają się wirtualne pieniądze. Różnica polega na tym, że technologia łańcucha bloków – uważana na najbezpieczniejszą obecnie metodę zapisu i przechowywania danych – znajduje coraz więcej zastosowań, na przykład w branży finansowej i ubezpieczeniowej. Przykładem może być PKO Bank Polski, który stosuje ją przy wysyłce regulaminów produktowych do klientów, jako wymagany prawem tzw. trwały nośnik. Dzięki temu obie strony mają gwarancję niezmienialności danego dokumentu

Łukasz Szczepański pozytywnie ocenia również prace zmierzające do uregulowania rynku kryptowalut, tak aby wykluczyć uniknięcie opodatkowania takich transakcji.

 Istnieje szereg regulacji, które są już wdrażane i które zmierzają do uregulowania rynku kryptowalut. Rzecz sprowadza się do kontroli tego, kto jest ich właścicielem, oraz kontroli ich przepływu. Większość giełd jest zobligowana do wdrożenia polityki AML, polityki „know your client”. Problem nie leży w naturze kryptowalut, tylko w tym, na ile anonimowe są konta, na których są one przechowywane. W sytuacji, kiedy będzie wiadomo, do kogo należy konkretne konto, nie będzie już różnicy, czy są tam dolary czy bitcoiny, pozostanie tylko ryzyko zmienności kursu, ale ono dotyczy każdej waluty – mówi Łukasz Szczepański.

Ministerstwo Finansów w kwietniu br. poinformowało, że odstępuje na razie od opodatkowania kryptowalut podatkiem od czynności cywilno-prawnych (PCC), a jednocześnie pracuje nad docelowymi regulacjami dotyczącymi opodatkowania takich instrumentów. W ostatnim projekcie nowelizacji ustaw podatkowych pojawiła się propozycja, aby w podatku PIT zaliczyć przychody z tytułu obrotu kryptowalutami do przychodów z kapitałów pieniężnych.

Na świecie ponad połowa internautów robi zakupy online. Niewielu kupuje w polskich sklepach

Na świecie ponad połowa internautów robi zakupy online. Niewielu kupuje w polskich sklepach 5

55 proc. internetowych konsumentów z 31 państw zadeklarowało, że robi zakupy online – wynika z badania przeprowadzonego przez PayPal i Ipsos. W pierwszej dwudziestce krajów najczęściej wybieranych przez zagranicznych klientów nie ma jednak Polski. Powodem może być to, że polskie e-sklepy rzadko otwierają się na klientów zagranicznych. Sposobem na ich przyciągniecie są strony tłumaczone na języki obce, różnorodne opcje płatności, które będą gwarantować bezpieczeństwo transakcji, czy konkurencyjne ceny.

 Polska nie jest, nawet jeżeli patrzymy na skalę europejską, w topowej dwudziestce krajów, z których klienci kupują, oczywiście poza drobnymi wyjątkami. Wśród klientów z Niemiec Polska jest na miejscu 9., a wśród czeskich – na pozycji 5. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Glogowski, dyrektor generalny PayPal na Europę Środkowo-Wschodnią.

Wysoko znajdujemy się także wśród klientów z Irlandii i Węgier (9. miejsce). Jak pokazało badanie PayPal i Ipsos, wciąż wiele polskich sklepów ma obawy przed otworzeniem się na e-sprzedaż za granicą. Brakuje im wiedzy nie tylko o tym, w jaki sposób rozpocząć, lecz także na temat tego, czy w ogóle warto walczyć o konsumentów zagranicznych.

 Żeby przyciągnąć klientów z zagranicy, nie trzeba robić dużo. Po pierwsze, wystawiać stronę skierowaną do klientów z jakiegoś konkretnego kraju w ich lokalnym języku. Po drugie, dać im możliwość płatności w ich walucie. Po trzecie, zapewnić taką metodę płatności, z którą kupujący będzie się czuł bezpiecznie ze względu na ryzyka związane z niedostarczeniem produktu bądź z procesem zwrotu – mówi Marcin Glogowski.

Dla 72 proc. kupujących za granicą konsumentów kluczowa jest konkurencyjna cena. Sprzedawcy, którzy oferują rabaty, a także darmowe dostawy, mają większe szanse na pozyskanie klientów. Kupujący doceniają także wypunktowanie poszczególnych kosztów związanych z zakupem.

Podczas wybierania metody płatności jej bezpieczeństwo jest ważne dla 44 proc. międzynarodowych konsumentów. Ankietowani klienci zaznaczyli, że główną obawą, która powstrzymuje ich przed zakupami z zagranicznych sklepów, jest obawa, czy przesyłka do nich dotrze (24 proc.), oraz kłopoty związane z ewentualnymi zwrotami (22 proc.).

– Klient zadaje sobie pytanie, czy płacąc w sklepie zagranicznym, często nieznanej marki, czuje się bezpiecznie. W związku z tym sklepy powinny zwrócić uwagę na to, czy metoda płatności, którą dostarczają klientowi, zaspokaja jego potrzeby związane z poczuciem bezpieczeństwa. Ponad 20 proc. klientów na świecie podejmuje decyzje o zakupie, jeżeli kwestia bezpieczeństwa jest odpowiednio zaadresowana. Dla 20 proc. klientów nawet samo poczucie bezpieczeństwa, nie tylko wygoda w płatności, są kluczowe – mówi Marcin Glogowski.

Inne najczęściej wymieniane przyczyny kupowania za granicą to dostępność towarów, które trudno znaleźć w kraju klienta (48 proc.), lub możliwość odkrywania nowych i interesujących produktów (34 proc.). Ponad połowa konsumentów robiących zakupy w Norwegii, Meksyku, Irlandii czy Kanadzie szuka tam produktów, które nie są dostępne w ich państwach.

Według danych PayPal, od polskich sprzedawców najwięcej kupują klienci w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i Holandii. Zagraniczni klienci najczęściej zainteresowani są częściami samochodowymi, muzyką, filmami, modą, grami oraz ekwipunkiem sportowym.

Samochody będziemy kontrolować za pomocą poleceń głosowych. W przyszłości także za pomocą gestów czy mimiki twarzy

Samochody będziemy kontrolować za pomocą poleceń głosowych. W przyszłości także za pomocą gestów czy mimiki twarzy 6

Postępująca automatyzacja branży motoryzacyjnej przyczyniła się do rozwoju zaawansowanych systemów rozrywki. Współczesne samochody coraz częściej wyposaża się w ekrany dotykowe i asystentów głosowych, które pozwalają już nie tylko zdalnie odbierać i prowadzić rozmowy telefoniczne, lecz także kontrolować niektóre funkcje samochodu za pomocą głosu. W przyszłości klasyczne deski rozdzielcze zostaną zastąpione wyświetlaczami holograficznymi, a różnymi funkcjami aut będzie można sterować za pomocą gestów rąk. Opracowywany jest także samochód bezgłośnikowy, który zamiast tradycyjnych głośników wyposażony będzie w system przekazywania dźwięków za pomocą wibracji.

– Przyszłość systemów rozrywkowych w samochodach należy do systemów zintegrowanych. Wszystkie urządzenia będą kontrolowane za pomocą iPada, dotykowych lub głosowych systemów sterowania czy przy użyciu ekranów lub innego rodzaju materiałów lub komponentów – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Ton van Bodegraven z JVCKenwood.

Pod koniec września największy na świecie sojusz motoryzacyjny Renault–Nissan–Mitsubishi Alliance zawiązał strategiczną współpracę z firmą Google, której celem będzie wdrożenie na masową skalę systemów infotainment bazujących na Androidzie. Dzięki temu kierowcy aut powyższych marek otrzymają dostęp do Map Google oraz sklepu Play z aplikacjami dla inteligentnych samochodów. Oprócz tego będą mogli prowadzić rozmowy i odbierać SMS-y bez wyjmowania smartfona z kieszeni. Auta sparują się z urządzeniami mobilnymi, dzięki czemu kierowcy otrzymają do nich zdalny dostęp.

Upowszechnienie systemu Android w samochodach pozwoli kierowcom przejąć pełną kontrolę nad systemem infotainment, który obsłużą za pośrednictwem Asystenta Google. Oprogramowanie pozwoli za pomocą komend głosowych m.in. sterować nawigacją czy systemem audio. System operacyjny od Google nie przejmie jednak w pełni kontroli nad samym pojazdem.

– Kierowca nie powinien być bezczynny. Systemy, nad którymi pracujemy, wymagają, żeby kierowcy pełnili aktywną rolę – nie tworzymy rozwiązań, które przewidują, że kierowca może sobie siedzieć i czytać gazetę. Kierowca musi w dalszym ciągu brać udział w kierowaniu pojazdem. W przeciwnym wypadku mamy do czynienia ze sterowaniem autonomicznym, ale my uważamy, że kierowca powinien dalej za coś odpowiadać – przekonuje ekspert.

W samochodach Tesli już dziś stosuje się duże wyświetlacze multimedialne, które pozwalają kontrolować wszystkie parametry jazdy, wyświetlać nawigację czy sterować odtwarzaczem muzyki. Z kolei BMW planuje porzucić klasyczne deski rozdzielcze na rzecz systemów holograficznych HoloActive Touch. Hologramy byłyby wyświetlane na przedniej szybie, aby kierowca mógł śledzić najważniejsze informacje o stanie pojazdu bez odrywania wzroku od drogi. Taki wirtualny interfejs umożliwiłby także sterowanie samochodem za pomocą gestów. Według wstępnych założeń koncernu system ten miałby działać tak, jak technologia rozpoznawania ruchów w goglach VR czy urządzenia pokroju Microsoft Kinect.

Pierwszy na świecie system śledzenia oka szwedzkiej firmy Tobii Tech może wykrywać zamknięcie oczu u kierowcy i aktywować systemy bezpieczeństwa. Czujnik wykrywa też rozproszenie uwagi. W przyszłości system mógłby też posłużyć do kontrolowania funkcji pojazdu za pomocą wzroku.

– Za pięć lat spodziewamy się, że pojazdy będą kontrolowane za pomocą gestów. Będzie można kierować nimi przy pomocy rąk lub samym wzrokiem. Potrzebne będą dodatkowe systemy sterujące, np. kamery, które śledzą mimikę twarzy człowieka, aby stwierdzić, czy ktoś jest smutny lub szczęśliwy i zapewnić właściwą reakcję – przewiduje Ton van Bodegraven.

Inteligentna rewolucja nie ominie także znacznie starszych pojazdów, powstałych na wiele lat przed pojawieniem się rozwiązań autonomicznych. Koncern Jaguar zapowiedział, że zamierza wprowadzić klasyczne auta do XXI wieku, wyposażając je w system infotainment Jaguar Classic, który będzie montowany w miejscu przeznaczonym na radio samochodowe. To hybrydowe rozwiązanie, które łączy fizyczne pokrętła i przyciski z nowoczesnym ekranem dotykowym.

Firma JVCKenwood opracowuje obecnie bezgłośnikowy system audio do samochodów, który może zrewolucjonizować sposób, w jaki kierowcy słuchają muzyki czy rozmawiają przez telefon. Technologia na razie owiana jest tajemnicą, ale niedawno podobne rozwiązanie zaprezentowała firma Continental. Tradycyjne głośniki zamieni w system przekazywania dźwięku za pomocą powierzchniowych wibracji.

– W przyszłości tradycyjne głośniki zostaną zastąpione innymi urządzeniami, nad którymi obecnie pracujemy. Nowy typ samochodu określamy mianem samochodu bezgłośnikowego, ale oczywiście nie będzie on pozbawiony dźwięków. Jego produkcja rozpocznie się w okolicy roku 2024 lub 2025 – podsumowuje ekspert.

Według raportu opublikowanego przez firmę badawczą Research and Markets wartość rynku samochodowych systemów infotainment w latach 2018–2022 będzie wykazywać średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 14 proc., a na koniec 2022 roku osiągnie wartość 58 mld dol.

Do 2030 roku roboty będą już obecne w każdej dziedzinie życia. Coraz częściej znajdują zastosowanie w kulturze i sztuce

Do 2030 roku roboty będą już obecne w każdej dziedzinie życia. Coraz częściej znajdują zastosowanie w kulturze i sztuce 7

Dell Technologies prognozuje, że do 2030 roku nowe technologie i roboty będą obecne już prawie w każdej dziedzinie życia. Zapoczątkuje to nową erę relacji ludzi i maszyn. Spersonalizowani, zintegrowani asystenci oparci na mechanizmach sztucznej inteligencji będą dbać o nas w sposób predykcyjny i zautomatyzowany. Z kolei ludzie będą pełnić rolę cyfrowych dyrygentów. Maszyny i programy komputerowe już w tej chwili znajdują zastosowanie w telemedycynie czy wielu gałęziach przemysłu. Powoli wkraczają także do świata kultury i sztuki.

– Relacje ludzi z maszynami to temat, o którym ciągle jeszcze myślimy jak o czymś bardzo futurystycznym, z XXII wieku, a tymczasem to dotyczy nas tu i teraz. Roboty i maszyny, o których myślimy, to nie są te roboty z filmów, pięknie wypolerowany plastik i błyszczące na niebiesko oczy. Te roboty to m.in. programy komputerowe, które się pojawiają we wszystkich sferach życia – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Alek Tarkowski, prezes Fundacji Centrum Cyfrowe.

Robotyzacja i maszyny znajdują coraz szersze zastosowanie we wszystkich dziedzinach życia – od IT, poprzez usługi, bankowość, medycynę, działy HR aż po przemysł produkcyjny. W grudniowym raporcie „The robots are ready. Are you? Untapped advantage in your digital workforce” eksperci firmy doradczej Deloitte wskazują, że już ponad połowa największych firm na świecie rozpoczęła wdrażanie automatyzacji procesów z wykorzystaniem robotów. Kolejne 19 proc. zamierza to zrobić w ciągu najbliższych dwóch lat. Globalne przedsiębiorstwa wydały na ten cel już w sumie 3,5 mln dol., a 78 proc. zakłada, że w ciągu najbliższych trzech lat istotnie zwiększy nakłady na ten cel. Eksperci podkreślają, że w tym tempie automatyzacja procesów z wykorzystaniem robotów osiągnie niemal powszechne zastosowanie w ciągu kolejnych pięciu lat.

Roboty znajdują też coraz szersze zastosowanie w medycynie – od profilaktyki i diagnostyki po leczenie. Zabiegi wykonuje się już dziś przy pomocy robotów medycznych, a telemedycyna, która umożliwia m.in. zdalne konsultacje lekarskie, rozwija się w oparciu o chatboty bazujące na sztucznej inteligencji – takie, jakie wykorzystuje się coraz powszechniej w bankowości.

Z tegorocznego raportu PwC „Dlaczego sztuczna inteligencja i roboty na nowo zdefiniują opiekę zdrowotną” wynika, że 55 proc. pacjentów jest już gotowych na zastąpienie lekarzy przez zaawansowane technologie oraz roboty wyposażone w narzędzia sztucznej inteligencji. Taki odsetek (w zależności od kraju sięgający nawet 73 proc.) pacjentów preferuje wykonywanie drobnych zabiegów chirurgicznych przez roboty, a nie przez lekarzy.

Prezes Fundacji Centrum Cyfrowe ocenia, że roboty z czasem znajdą także szerokie zastosowanie w kulturze, nie tylko w filmach science fiction.

– Roboty będą się pojawiać w naszej kulturze, będą się prawdopodobnie pojawiać w systemach bibliotecznych, pośredniczyć w naszym kontakcie z muzeami, np. w postaci inteligentnych chatbotów, które opowiedzą nam o wystawie. Generalnie wyrosną wokół nich pewnie nowe formy kultury, nowe formy opowiadania historii – mówi Alek Tarkowski.

Google już od kilku lat pracuje nad stworzeniem robota wykorzystującego SI i uczenie maszynowe, który będzie tworzyć sztukę (program Magenta). Treści audiowizualne mają powstawać w oparciu o specjalne algorytmy. Już w 2016 roku maszyna stworzyła pierwsze dzieło: 90-sekundową melodię na pianinie.

Dwa lata temu bardzo głośno było również o innym projekcie – „nowym Rembrandcie”. Nowy obraz holenderskiego mistrza powstał 347 lat po jego śmierci i został stworzony przez specjalny program oparty na sztucznej inteligencji, który poddał dokładnej analizie wszystkie znane prace artysty i stworzył całkiem nowe dzieło, składające się ze 148 mln pikseli. Obraz został wydrukowany w drukarce 3D, która nałożyła na płótno 13 warstw tuszu opartego na farbie UV, i zaprezentowany przez muzeum w Amsterdamie.

– Wielu badaczy twierdzi, że najlepsze rzeczy będą powstawać nie w konflikcie ludzi z maszynami – czyli w sytuacji, kiedy ludzie będą bronić się przed korzystaniem robotów albo kiedy oddamy robotom całą twórczość – ale w wyniku współpracy. Bardzo ciekawe projekty artystyczne powstają, gdy ludzie inspirują się tym, co niejako podrzucą im maszyny. Podobno w szachy najlepiej grają dziś tandemy, w których człowiek gra z komputerem siedzącym obok, który mu podpowiada. Jestem absolutnie przekonany, że przyszłość to współpraca ludzi z maszynami – mówi prezes fundacji Centrum Cyfrowe.

W ubiegłorocznym raporcie Dell Technologies „The Next Era of Human-Machine Partnerships” eksperci prognozują, że do końca przyszłej dekady nowe technologie i roboty będą obecne już niemal w każdej dziedzinie życia. Zapoczątkuje to nową erę relacji ludzi i maszyn, które staną się wszechobecne. Spersonalizowani, zintegrowani asystenci oparci na mechanizmach sztucznej inteligencji będą dbać o nas w sposób predykcyjny i zautomatyzowany. Z kolei ludzie będą pełnić rolę cyfrowych dyrygentów, zarządzających pracą maszyn.

Według analityków MarketsandMarkets globalny rynek robotów wykorzystujących sztuczną inteligencję osiągnie w 2023 r. wartość blisko 12,5 mld dol.

Czas goni nas. Czy warto kupić gotową spółkę „bez historii”?

Rejestracja spółki w Polsce może w praktyce potrwać od kilku dni nawet do kilku miesięcy. „Może” to właściwe słowo, bo nigdy nie ma gwarancji, że nawet zakreślony teoretycznie przez dany sąd rejestrowy termin nie wydłuży się na przykład wskutek stwierdzonych we wniosku uchybień. Wydłużająca się procedura rejestracyjna może nie tylko narazić na straty, ale i całkowicie zniweczyć cel, dla którego spółka była zakładana. Remedium na to ryzyko jest zakup gotowej spółki.

W teorii wszystko wygląda banalnie. Rejestracji spółki zgodnie z art. 19 ust. 2 ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym (dalej: KRS, Dz.U. 2018 poz. 986) można dokonać na dwa sposoby. Pierwszym z nich jest tradycyjna droga „papierowa”, wykorzystująca do tego celu urzędowy formularz. W sądzie rejestrowym składa się go wraz z wymaganymi załącznikami dotyczącymi m.in. jej reprezentacji, organów, osób wspólników czy przedmiotu działalności. Drugi sposób, z założenia uproszczony, wykorzystuje drogę elektroniczną w tzw. systemie teleinformatycznym.

Uproszczony = ograniczony

Procedura zakładania spółki przez Internet jest szybsza od tradycyjnej i teoretycznie ma trwać kilka dni roboczych. Do rejestracji wykorzystuje bowiem wzorzec umowy i nie wymaga formy aktu notarialnego, a jedynie opatrzenia kwalifikowanym podpisem elektronicznym lub podpisem potwierdzonym przez profil zaufany ePUAP (art. 19 ust. 2b ustawy o KRS).

Uproszczenie jest zaletą teleinformatycznej formy rejestracji, a jednocześnie jej największą wadą, często dyskredytującą ją w profesjonalnym obrocie gospodarczym. Stosując się do z góry narzuconych wzorców umownych, przedsiębiorcy są ograniczeni w kształtowaniu swoich stosunków prawnych. Przy tworzeniu skomplikowanych, rozbudowanych struktur spółek taka forma rejestracji okazuje się niewystarczająca. Co więcej, mimo iż w założeniu ma być znacznie krótszą drogą rejestracji, to w razie stwierdzenia braków formalnych wydłużała się będzie tak samo, jak tradycyjna.

Braki we wniosku

Tradycyjna procedura zakładania spółki polega na zawarciu przed notariuszem umowy spółki złożonej w sądzie osobiście lub przesłanej pocztą. Na szybkie załatwienie sprawy można liczyć, jeśli sąd nie dopatrzy się we wniosku braków. Jeśli są usuwalne, sąd wyznaczy dodatkowy, siedmiodniowy (art. 130 § 1 Kodeksu postępowania cywilnego Dz.U. z 2018 r. poz. 155 w zw. z art. 19 ust. 3a ustawy o KRS), a w przypadku wniosków złożonych przez osobę zamieszkałą lub mającą siedzibę za granicą, która nie ma w kraju przedstawiciela (art. 130 § 1¹ KPC), co najmniej miesięczny termin na ich usunięcie.

Od kilku dni do kilku miesięcy

W październiku 2017 r. Gazeta Wyborcza opublikowała wyniki badań wykonanych przez agencję ABR SESTA. Wynika z nich, że na rejestrację spółki w KRS trzeba czekać od kilku dni nawet do kilku miesięcy. Przy czym trudno jest określić, ile mniej więcej zajmie załatwienie „naszej sprawy”. Wszystko zależy bowiem od dostępnych w chwili składania w danym sądzie zasobów kadrowych sędziów i referendarzy oraz liczby rozpatrywanych równolegle wniosków. A zajmują się oni nie tylko rejestracją nowych podmiotów, ale i dokonywaniem zmian we wpisach i wykreślaniem już istniejących. W kieleckim wydziale KRS sądu rejonowego na 1 sędziego i 7 referendarzy przypada 8000 zarejestrowanych podmiotów, czyli 1000 na jedną osobę. W Warszawie stosunek ten wynosi już 1700:1.

Spółka bez historii, czyli spółka w 1 dzień

Wydłużający się proces rejestracji spółki może podważyć sens jej powołania. Instytucja spółki oparta jest na wspólnym zaufaniu tworzących ją przyszłych wspólników. A to może zostać poważnie zachwiane np. w sytuacji, gdy wyznaczony do dokonania formalności zgłoszeniowych wspólnik w kraju nie będzie potrafił racjonalnie wytłumaczyć zagranicznemu partnerowi przeciągającego się procesu rejestracji.

Tego niepotrzebnego biznesowego ryzyka można uniknąć, dokonując zakupu gotowej spółki, czystej, „bez historii”. Zarejestrowana struktura posiada już numery KRS, NIP, REGON, zgłoszenie do VAT, a w razie potrzeby VAT UE. Jedynym koniecznym wymogiem jest stawiennictwo nabywców u notariusza w celu złożenia podpisów i ich notarialnego poświadczenia. Oznacza to, że w przypadku zakupu spółki bez historii, od chwili podjęcia przez wspólników decyzji o jej zawiązaniu do uruchomienia jej działalności wystarczyć może 1 dzień.

Liczy się bezpieczeństwo i funkcjonalność

Największą zaletą zakupu gotowej struktury jest oszczędność czasu. Jednak zakup spółki z niepewnego źródła niesie za sobą niebezpieczeństwo nabycia jej wraz z ukrytymi, ciążącymi na niej zobowiązaniami. Oprócz czystej historii i braku obciążeń oraz zaległości ważne jest, aby nabywana struktura była funkcjonalna. W zależności od terytorium i rynku, na którym będzie za jej pośrednictwem prowadzona działalność, spółka musi odpowiadać ich wymogom i uwarunkowaniom. A przecież wspólnikami mogą być nie tylko polskie, ale i zagraniczne podmioty o odmiennym spojrzeniu biznesowym i kierujące się innymi zwyczajami, ukształtowanymi w obcym obrocie gospodarczo-prawnym.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Konferencja BIG DATA SUMMIT 24.10.2018 Warszawa

Kadra zarządzająca w każdej branży, ma do czynienia z dużą ilością danych, którą można postrzegać zarówno jako obciążenie, jak i możliwość. Kierownictwo nadzorujące dane firmy, musi znaleźć równowagę między codziennym zarządzaniem danymi, a skutecznym ich wykorzystaniem.

Konferencja BIG DATA SUMMITUdział w Big Data Summit będzie dla słuchaczy wyjątkową okazją, aby dowiedzieć się jak skutecznie zarządzać, chronić i wykorzystywać rosnące ilości danych w przedsiębiorstwie. Z naciskiem na najlepsze praktyki, podczas wydarzenia eksperci branżowi odpowiedzą na kluczowe pytania:
• Jak zapanować nad lawinowym przyrostem danych?
• Jak wykorzystać w pełni potencjał danych?
• Jak zabezpieczać, archiwizować, przetwarzać i analizować dane?
• Jakie metody wdrażać dla poprawy jakości pracy danych?
Konferencja pomoże nabyć słuchaczom wiedzę, umożliwiającą doprowadzenie firmy do doskonałości w zarządzaniu wydajnością organizacji.

Serdecznie zapraszamy do udziału i rejestracji na konferencję!

która odbędzie się 24.10.2018 w Warszawie.

W programie wydarzenia m.in.:

  • NETWORK MINING – CZYLI JAK WYKORZYSTAĆ ANALIZY GRAFOWE W ŚWIECIE BIG DATA
    Łukasz Ryniewicz, Bank Zachodni WBK S.A.
  • CO JEST WAŻNE W PRAWDZIWYCH PROJEKTACH DATA SCIENCE?
    Artur Suchwałko, QuantUp
  • STOSOWANIE SZTUCZNYCH METOD INTELIGENCJI DO AUTOMATYKI PROCESÓW BIZNESOWYCH
    Adam Karwan, Groupon

Strona internetowa wydarzenia: http://bigdataday.pl/

Udział w konferencji jest bezpłatny, wystarczy wypełnić formularz rejestracyjny!

Uprzejmie informujemy, że ilość miejsc jest ograniczona.

Uczestnikom konferencji zapewniamy przerwy kawowe oraz komplet materiałów konferencyjnych.

Kontakt z organizatorem:
website: http://pureconferences.pl

Zielona energia – energia ze źródeł odnawialnych

solar panelsW ostatnich latach na skutek szybkiego rozwoju gospodarczego, ograniczonej ilości zasobów kopalnych oraz postępującego zanieczyszczenia środowiska zwiększyło się zapotrzebowanie na energię pozyskiwaną ze źródeł odnawialnych. Co więcej, jest ona energią tanią, ekologiczną oraz przyjazną dla człowieka, co bez wątpienia ma niebagatelny wpływ na jej rosnącą popularność.

Czym jest zielona energia?

Energia odnawialna to energia pozyskiwana ze źródeł, których zasoby są praktycznie niewyczerpalne, ponieważ zostają na bieżąco uzupełniane w toku procesów naturalnie zachodzących w przyrodzie. Takie źródła stanowią między innymi: promieniowanie słoneczne, wiatr, fale i prądy morskie oraz biomasa tzn. odpady pochodzące z produkcji rolnej, które ulegają biodegradacji. Ich przeciwieństwem są nieodnawialne źródła energii, w skład których wchodzą głównie paliwa kopalne takie jak: węgiel kamienny, ropa naftowa czy gaz ziemny. W przeciwieństwie do źródeł odnawialnych ich zasoby są odtwarzane znacznie dłużej, przez co istnieje niebezpieczeństwo ich całkowitej eksploatacji przez człowieka. Ponad to, wykorzystanie energii nieodnawialnej wiąże się z znacznym zanieczyszczeniem środowiska naturalnego, głównie na drodze emisji szkodliwych substancji do atmosfery. Problem ten nie występuje w przypadku czerpania energii ze źródeł odnawialnych.

Jak wykorzystać czystą energię?

Istnieje wiele rozwiązań wykorzystujących odnawialne źródła energii, które mogą być stosowane zarówno przez gospodarstwa domowe, jak i przedsiębiorstwa. Energia w postaci promieniowania słonecznego służy panelom fotowoltaicznym do produkcji energii elektrycznej, która zasila urządzenia w naszych domach, oraz kolektorom słonecznym do produkcji energii cieplnej wykorzystywanej do ogrzewania pomieszczeń oraz podgrzewania wody w budynkach mieszkalnych. Panele słoneczne są stosowane m.in. również w sygnalizacji drogowej czy parkometrach. Z kolei baterie słoneczne znalazły zastosowanie w radiach, przenośnych telewizorach, kalkulatorach oraz zabawkach dla dzieci.

Inna możliwość to wykorzystywanie wiatru do produkcji energii elektrycznej. W tym celu buduje się turbiny wiatrowe, których wirniki poruszając się pod wpływem siły wiatru produkują prąd.  W celu zwiększenia ilości wyprodukowanej energii tworzy się całe farmy wiatrowe składające się z kilkunastu lub kilkudziesięciu turbin. Energia wytworzona w ten sposób również może zostać użyta do zasilania gospodarstw domowych, a także w pompach wodnych lub systemach nawadniających uprawy.

Jeszcze innym przykładem jest energia biomasy, którą uzyskuje się poprzez bezpośrednie spalanie produktów, takich jak drewno, słoma lub oleje roślinne. Produkty przetworzone w ten sposób mogą być wykorzystywane, jako dodatki do paliw napędzających silniki spalinowe.

Dlaczego energia odnawialna jest tak istotna?

Stosowanie odnawialnych źródeł energii niesie ze sobą szereg korzyści. Najbardziej oczywistymi są te związane z aspektami ekologicznymi, do których zaliczyć możemy zmniejszenie efektu cieplarnianego, a także zredukowanie zanieczyszczeń i odpadów emitowanych do atmosfery. Spowolnienie procesu degradacji środowiska naturalnego prowadzi również do poprawy naszego zdrowia, gdyż w mniejszym stopniu stykamy się z produktami ubocznymi powstającymi w wyniku spalania paliw kopalnych, które prowadzą m.in. do powstania smogu. Wykorzystywanie energii odnawialnej wpływa także na aspekty ekonomiczno-społeczne i pozwala krajom na uniezależnianie się od zagranicznych dostawców surowców energetycznych.

Wiele firm energetycznych wychodząc naprzeciw zmieniającym się potrzebom rynku inwestuje we własne farmy wiatrowe, aby dostarczać swoim klientom energię elektryczną pochodzącą z odnawialnych źródeł. Dobrym przykładem jest firma innogy, która inwestuje w elektrownie wiatrowe na terenie północnej Polski. Klienci innogy Polska mogą również mogą wspierać produkcję energii z odnawialnych źródeł, wybierając ofertę Zielona Energia. Za swój wkład w poprawę stanu środowiska naturalnego każdy klient otrzymuje certyfikat potwierdzający pochodzenie energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych. Jest to doskonałe rozwiązanie dla wszystkich osób, które przy niewielkich nakładach chcą wspierać  działania proekologiczne.

 

Kamila Wójcik nową dyrektor sprzedaży w Henkel Polska

Kamila Wójcik objęła stanowisko dyrektor sprzedaży w dziale Laundry & Home Care (środki do prania i czystości) w Henkel Polska. Będzie odpowiadała za zarządzanie sprzedażą między innymi takich marek jak Persil, Clin, Bref czy Silan oraz pracą ponad 150 osobowego zespołu.

Kamila Wójcik dołączyła do zespołu firmy Henkel Polska po 6-letniej pracy w firmie Johnson&Johnson, gdzie między innymi stała na czele działu sprzedaży. Wcześniej przez 11 lat pracowała w firmie PepsiCo, stopniowo awansując w strukturach działu sprzedaży tej firmy.

Kamila Wójcik - Henkel
Kamila Wójcik – Henkel

– Rozpoczynam swoją przygodę w Henklu z wielkim entuzjazmem. Praca w Dziale Sprzedaży jest dla mnie czymś więcej niż tylko dążeniem do osiągnięcia jak największych zysków – to przede wszystkim wiara w firmę i każdy jej produkt. Dział Sprzedaży to również zespół zaangażowanych osób, którzy dla mnie stanowią kluczowy zasób firmy. To od nich zależy finalny efekt działań, zadowoleni Klienci i Konsumenci. Dzięki ich pracy budujemy długoletnią lojalność wobec firmy i naszych marek. Taka jest moja filozofia, którą mam nadzieję wdrożyć również w pracy dla firmy Henkel mówi Kamila Wójcik.

Nowa dyrektor sprzedaży jest absolwentką wydziału zarządzania Akademii Ekonomicznej
w Poznaniu. Jest mężatką i ma dwoje synów w wieku 10 i 13 lat. Prywatnie fascynują ją kwiaty a także zamki i pałace Dolnego Śląska.

Fundusz Simpact inwestuje 1 milion złotych w Glaze Prosthetics

Pierwszy w Polsce fundusz oparty na idei impact investing – Simpact zainwestował w innowacyjny projekt protetyczny Glaze Prosthetics. Wartość inwestycji wynosi 1 milion złotych. Dzięki nowatorskiemu podejściu, designerskim produktom i  konsekwentnie realizowanej misji, spółka ma potencjał by zrewolucjonizować branżę protetyczną nie tylko w Polsce, lecz również za granicą.

Caitlin Michelle i Piotr SajdakW Polsce każdego roku dokonuje się około 10 tysięcy amputacji rozległych i dużych czyli dotyczących kończyny górnej lub dolnej.[1]  Z kolei według szacunków organizacji Amputee Coalition, w USA żyje około 2,1 miliona osób po amputacji a co roku przeprowadza się około 185 tysięcy nowych zabiegów. Prognozy wskazują, że do 2050 roku populacja amerykanów żyjących po amputacji wzrośnie do 3,6 milionów.[2]  Znaczna liczba osób pozbawionych kończyny górnej wcale nie używa rozwiązań protetycznych lub korzysta z nich jedynie przez krótki czas po czym rezygnuje. Główne przyczyny tego stanu rzeczy to: wysoka cena, wysoka waga, trudna i czasochłonna nauka użytkownia oraz niska estetyka.  Innowacyjne protezy Glaze produkowane w technologii druku 3D metodą SLS rozwiązują wszystkie wymienione problemy dotyczące tradycyjnych rozwiązań protetycznych. Posiadają bardzo konkurencyjną cenę, ważą 350 gram przedramię, 700 gram ramię. Mają system wymienialnych końcówek umożliwiający odpięcie protezy w bardzo prosty sposób a nauka funkcjonowania w protezie Glaze trwa zaledwie kilka dni. Wszystkie szczegóły estetyczne są starannie dopracowane oferując bardzo stylowy wygląd.

Proteza – nowy modny gadżet

Protezy projektowane przez Glaze Prosthetics mają nie tylko pomagać użytkownikowi w codziennym funkcjonowaniu ale również dobrze wyglądać. Produkt ma być elementem wizerunku danej osoby, wyrażać osobowość i styl. O swojej wizji mówi CEO spółki Grzegorz Kosch: „Problem wyglądu protezy pozornie może wydawać się drugorzędny, jednak w większości przypadków ma on podstawowe znaczenie dla pacjenta. Większość protez charakteryzuje się bardzo niską estetyką. Do niedawna protezy były tematem tabu, czymś co użytkownicy starali się ukryć a inni ludzie starali się nie widzieć. Przez ostatnie lata ludzie coraz częściej pokazują swoje protezy, nie wybierają pokryć kosmetycznych zostawiając elementy mechaniczne na zewnątrz, personalizują swoje protezy. Konwencjonalne metody technologiczne nie dają jednak satysfakcjonujących rezultatów. Glaze Prosthetics stawia mocny nacisk w swoich projektach na stylowy design. Daje możliwość pełnej personalizacji protezy, wybrania różnych kolorów i sposobów wykończenia, zachęca użytkowników do posiadania wielu protez o różnym wyglądzie i przeznaczeniu. Dzięki temu projekt zmienia postrzeganie protez z tematu tabu na przedmiot codziennego użytku który pozwala wyrażać siebie, jest estetyczny i staje się modnym elementem ubioru. Protezy Glaze produkowane w technologii druku 3D minimalizują stopień niepełnosprawności użytkowników, przywracają poczucie własnej wartości dzięki możliwie jak najlepszej estetyce wykonania oraz zwiększają wrażliwość społeczeństwa. Chcemy pozytywnie wpływać na pewność siebie ludzi po amputacji oraz ogólną świadomość społeczną.”

Hybrydowy model biznesowy

Projekt Glaze Prosthetics rozwijany jest w oparciu o innowacyjny model biznesowy, który jest hybrydą modelu B2C i B2B. Podstawą wdrożenia produktu na rynek jest strona internetowa, która jest platformą komunikacji z klientem a także umożliwia klientowi wybór wzoru, koloru, kształtu oraz sposobu wykończenia protezy. Strona internetowa jest głównym kanałem dystrybucji ale sprzedaż odbywa się również w oparciu o bezpośredni kontakt z zakładami protetycznymi w różnych krajach. Spółka współpracuje z zakładami protetycznymi, które pobierają miarę kikuta i są odpowiedzialne za produkcję i dopasowanie leja protezowego. Na podstawie skanu kształtu leja oraz projektu klienta Glaze Prosthetics tworzy protezę idealnie dopasowaną do potrzeb i gustu użytkownika. Dzięki opracowanej technologii i standaryzacji całego procesu przygotowania leja przez zakład protetyczny, klient zmuszony jest odwiedzić protetyka tylko przy wykonaniu pierwszego zamówienia. Po pobraniu pierwszej miary, możliwe jest zamówienie wielu różnych protez korzystając z już tylko z platformy e-commerce i dostępnego na niej specjalnego konfiguratora. Glaze Prosthetics jest już obecne na kilku rynkach międzynarodowych. Spółka posiada partnerów między innymi w USA, Australii, Nowej Zelandii, Belgii oraz Hiszpanii.

Inwestycja funduszu Simpact

Krzysztof Grochowski
Krzysztof Grochowski – CEO funduszu Simpact

Fundusz Simpact zainwestował w projekt 1 milion złotych. Zainwestowane środki zostaną przeznaczone na prace rozwojowe, realizację modelu biznesowego, rozbudowę platformy internetowej oraz ekspansję zagraniczną. Ambitne plany rozwojowe, m.in.  wprowadzenie do oferty protezy Glaze kompatybilnej z mioelektryczną dłonią oraz nowej wersji protezy, która umożliwia sterowanie urządzeniami elektronicznymi komentuje CEO funduszu Simpact – Krzysztof Grochowski.

„Dotychczasowe dokonania Glaze Prosthetics, udowadniają, że zespół potrafi realizować ambitne plany rozwoju i z powodzeniem działać na rynku zdominowanym przez dużych, międzynarodowych graczy, jednocześnie pozostając wierny swojej misji i konsekwentnie realizując obraną strategię. Spółka wpisuje się w najnowsze trendy rynkowe takie jak coraz szersze zastosowanie technologii druku 3D w branży medycznej, personalizacja produktów, sprzedaż e-commerce. Przeprowadzone badania rynku wykazały, że klienci na rynku protetycznym są otwarci na zupełnie nowe, niespotykane do tej pory funkcjonalności protez, które dalece wykraczają poza naturalne funkcjonalności ludzkiej ręki. Zespół Glaze stawia sobie ambitny cel by sprostać tym wymaganiom i my, jako fundusz Simpact, chcemy ich w tych działaniach wpierać.”

Celem funduszu jest wspieranie technologicznych projektów, które posiadają potencjał by generować przychody finansowe i jednocześnie mają realną szansę by zmieniać świat na lepsze. Projekt Glaze Prosthetics idealnie wpisuje się w kryteria określone w strategii inwestycyjnej Simpact. Rozwijana przez spółkę technologia przekłada się na przewagi konkurencyjne oferowanego produktu. Protezy sprzedawane są w oparciu o nowoczesny, hybrydowy model dystrybucji  bazujący na platformie e-commerce i współpracy z parterami. Dzięki czemu potencjał skalowania sprzedaży jest znacznie wyższy niż u pozostałych firmy funkcjonujących na rynku protetycznym. A do tego Glaze Prosthetics posiada bardzo silnie zarysowaną i konsekwentnie realizowaną misję społeczną, którą jest wzmacnianie poczucia własnej wartości osób po amputacji i walka ze stereotypami dotyczącymi osób niepełnosprawnych. Udoskonalenie właściwości użytkowych protez, w tym zwiększenie wytrzymałości, ergonomii i estetyki produktu pozytywnie wpływają na powrót osób po amputacji do normalnego funkcjonowania w życiu społecznym.

[1] Narodowy Fundusz Zdrowia, Katalog: H-Choroby układu mięśniowo-szkieletowego, H27 Amputacje rozległe i duże, dane z lat 2013-2016, https://prog.nfz.gov.pl/app-jgp/Grupa.aspx?id=NZWlnd3pQHI%3D

[2] https://www.advancedamputees.com/amputee-statistics-you-ought-know

Ropa w górę. Rzym straszy rynki

Czarne złoto przebija kolejne poziomy. Analitycy coraz bardziej obawiają się wpływu na inflację. Włoski deficyt budżetowy coraz bardziej niepokoi nie tylko analityków, ale również polityków europejskich.

Ropa nadal wzrasta

Na Londyńskiej giełdzie czarne złoto osiągnęło wczoraj poziom 85 dolarów. Poziom 80 dolarów przebito zaledwie tydzień temu. Jak widać na cenę znacznie większy wpływ niż zapowiadana wojna handlowa ma rosnąca konsumpcja oraz ryzyko wyeliminowania Iranu z rynku dostaw w wyniku sankcji. Jaki wpływ na waluty mają ceny ropy naftowej? W górę idą waluty krajów produkujących ropę. Dobrym przykładem jest rosyjski rubel, który po osiągnięciu dołka na początku września zdołał się wraz z ceną ropy odbić od tego punktu o około 10%. Dla pozostałych walut efekty przyjdą później. Droższa ropa, to wyższe koszty transportu. Droższy transport to wyższa inflacja. Możemy się zatem spodziewać szybciej niż dotychczas sądziliśmy podwyżek stóp procentowych. Taki ruch powinien neutralizować rosnącą inflację. Wzrost cen nie nastąpi oczywiście od razu, ale jeżeli ceny na stałe będą przebywać powyżej dotychczasowych poziomów będzie to wywierać presję na inflację.

Dług Włoch dalej straszy

Nowy budżet Włoch z deficytem na poziomie 2,4% delikatnie mówiąc nie podoba się w Unii. Poprzedni rząd planował niecały 1%. Powodem niepokoju jest zadłużenie kraju na poziomie 131% PKB i ryzyko powtórki sytuacji z Grecji, gdzie kraj był stawiany na nogi, również na koszt europejskich podatników. Warto zwrócić uwagę, że teoretycznie kryteria konwergencji w strefie euro pozwalają nawet na 3% deficyt budżetowy. Nie pozwalają one jednak na przekroczenie przez dług publiczny 60% PKB, czyli ponad dwukrotnie mniej niż obecnie mają Włosi (i niemal trzykrotnie mniej niż Grecy). Jaki wpływ na rynek walutowy mają te problemy? Im gorzej dzieje się we Włoszech tym słabsze jest euro a tym samym złoty. W góry z kolei idzie naturalna alternatywa dla europejskiej waluty czy dolar.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych. Biorąc pod uwagę dzień wolny w Chinach można też się spodziewać spokojniejszego dnia.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Eksport w sierpniu 2018 – prognoza Krajowej Izby Gospodarczej

Dostępne obecnie dane o stanie gospodarki realnej oraz opinie pozyskane od członków KIG pozwalają szacować, że eksport w sierpniu 2018 wyniósł 16 810 mln EUR. Zmniejszył się tym samym w stosunku do wartości notowanych dla lipca o 1,8%, w stosunku zaś do wielkości notowanych przed dwunastu miesiącami wzrósł o 6,1%. Wielkość eksportu we wrześniu może okazać się zdecydowanie wyższa w stosunku do wypracowanej w sierpniu.

W miesiącach wakacyjnych część firm zmniejsza produkcję tak ze względu na okres wakacyjny/urlopowy jak i na przestoje związane z przeglądami czy modernizacją ciągów technologicznych. Dotyczy to zwłaszcza firm, w których wysoka temperatura nie sprzyja produkcji oraz dystrybucji towarów oraz tych, w których trudno o utrzymanie produkcji przy niepełnym stanie załogi (warto więc wszystkich pracowników produkcyjnych urlopować w jednym terminie). W tym roku wynik sierpnia w zakresie eksportu był nieznacznie słabszy od lipcowego – o 1,8%, podczas gdy przed rokiem sierpień przyniósł sięgający 1,6% wzrost eksportu. Było to po części efektem faktu, że sprzedaż zanotowana w lipcu br. okazała się lepsza od zakładanej, po części w wyniku przyspieszenia realizacji części dostaw planowanych wcześniej na sierpień. Spadek rocznej dynamiki sprzedaży nie będzie jednak duży – do 6,1% z 9,8% w lipcu.

Dotychczas odnotowane wyniki eksportu za pierwsze miesiące 2018 roku prezentują się lepiej niż zakładały to scenariusze kreślone przed kilku kwartałami. Odbudowa dynamiki eksportu postępowała szybciej niż w założeniach. Jednocześnie nastąpiło pewne pogorszenie perspektyw gospodarczych u naszych głównych partnerów handlowych. W konsekwencji oczekiwane dla drugiej połowy roku zdynamizowanie eksportu może mieć mniejsze od prognozowanych rozmiary. Przekonują o tym słabnące wskaźniki koniunktur w Polsce i zagranicą oraz niższe od prognozowanych poziomy zamówień (w tym eksportowych).

Oczekiwane zmiany eksportu 2018 2019
Eksport ogółem 7,5% 7,6%
Niemcy 9,5% 7,8%
Pozostałe kraje strefy euro 7,0% 7,2%
Kraje UE nie będące w strefie euro 6,5% 7,0%
Pozostałe kraje rozwinięte 7,3% 8,6%
Kraje Europy Środkowo – Wschodniej 9,9% 10,6%
Kraje rozwijające się 3,1% 6,3%

W sierpniu złoty wzmocnił się wobec euro o 1,0% do 4,2873 i okazał się równocześnie o 0,5% słabszy niż przed rokiem. Wzmocnienie sierpniowe było odreagowaniem po kilku wcześniejszych miesiącach, w których złoty osłabiał się ze względu na globalny wzrost ryzyka politycznego. Mimo umocnienia złotego, pozycja naszych eksporterów nie uległa istotnemu pogorszeniu, aktualne notowania są bowiem wciąż korzystniejsze od tych z początku roku. Ponownej, choć nieznacznej, poprawie uległa sytuacja eksporterów rozliczających sprzedaż w dolarach. W sierpniu złoty osłabił się w stosunku do dolara – o 0,2% do 3,7175. Po tej zmianie złoty okazał się słabszy niż przed rokiem o 2,9%.

Według Narodowego Banku Polskiego w pierwszych siedmiu miesiącach bieżącego roku eksport wyniósł 121 227 mln EUR i okazał się o 6,4% większy niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Według sprawozdawczości prezentowanej przez Główny Urząd Statystyczny eksport wynosząc w okresie I – VII 2018 r. 125 700 mln EUR okazał się wyższy niż przed dwunastoma miesiącami o 6,5%.

Zgodnie z aktualnymi założeniami co do stanu światowej i polskiej gospodarki w latach 2018 – 2019 można oczekiwać zwiększenia naszej sprzedaży ze 198,8 mld EUR w roku 2017 do odpowiednio 213,8 mld EUR (o 7,5%) w roku 2018 oraz do 230,0 mld EUR (o 7,6%) w roku 2019.

Piotr Soroczyński, Główny Ekonomista

Kurs dolara z potencjałem do silnych wzrostów, euro zagrożone

Słabsze od oczekiwanych dane makro dla polskiej gospodarki przekładają się, choć jeszcze nieznacznie, na wycenę rodzimej waluty. Krajowy indeks PMI dla przemysłu – najsłabszy od 2 lat i wynoszący jedynie 50,5 pkt względem oczekiwanych 51,5 pkt – oraz wrześniowa inflacja poniżej rynkowych założeń nie pozostaną jednak w dłuższej perspektywie bez wpływu na wycenę PLN.

Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI
Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI

We wtorkowy poranek złotówka szacowana była na: 4,2835 PLN względem euro, 3,7019 PLN wobec amerykańskiego dolara, 4,8256 PLN w odniesieniu do funta szterlinga i na 3,7617 PLN w relacji do franka szwajcarskiego. W przypadku obligacji 10-letnich rentowności polskiego długu szacowane są na 3,251 proc.

W kontekście umacniającego się dolara, prognozy dla USD/PLN nie będą sprzyjać w kolejnych tygodniach rodzimej walucie, wskazując jednoznacznie na silną tendencję wzrostową USD.

Odmiennie wygląda natomiast relacja EUR/PLN. Niepewność na europejskim rynku – wywołana m.in. planowanym wzrostem deficytu Włoch z 2 proc. do 2,4 proc. PKB w latach 2019-2021 czy skokiem rentowności włoskich obligacji, co może w konsekwencji znacząco zagrażać  paktowi stabilności i wzrostu UE – sprawia, że europejska waluta słabnie, a informacje napływające z Włoch mogą ciążyć nad EUR w kolejnych tygodniach. Nie pomaga jej również wyższa od oczekiwań inflacja odnotowana w niemieckiej gospodarce.

Kurs euro – EUR/PLN – niepewne notowania europejskiej waluty

Zdecydowanie końcówka września 2018 przyniosła obronę kluczowych poziomów wsparcia, ale mimo tego notowania EUR/PLN pozostały poniżej kluczowej strefy oporu 4.2900-4.3080. Siła wspomnianego zakresu jest tym bardziej znaczna, że w minionym miesiącu doszło do próby jej pokonania, jednakże podaż wykorzystała lokalne maksimum do zdecydowanego cofnięcia.

Jak wskazują dostępne dane – lokalne wsparcie w cenie 4.2680 również stawiło czoła podaży, zatem sytuacja w długim terminie – a co najmniej w perspektywie kolejnych miesięcy – nie jest jednoznaczna. Dlatego w październiku 2018 roku kluczowe będzie zachowanie się rynku w obszarze 4.2680 – 4.3080.

2018-10-02 Notowania EUR_PLN wykres - Kurs euro
Źródło: Aforti Exchange – notowania EUR/PLN w układzie miesięcznym

Kurs dolara – USD/PLN – amerykański dolar we wzrostowym trendzie

Ostatni kwartał, w którym rynek mógł zdecydowanie skorygować wartość dolara, pozostał
w konsolidacji pomiędzy poziomami 3.6500 – 3.7400. Biorąc pod uwagę fakt, że znajdujemy się w szerokim kanale wzrostowym, a pięć miesięcy temu doszło do silnego wybicia z wewnętrznego kanału spadkowego, rynek musi liczyć się z powrotem silniejszych wzrostów amerykańskiej waluty.

Dlatego też kolejne, nieudane próby cofnięcia się rynku poniżej poziomu 3.6500 będą motywować popyt do wybicia lokalnego oporu w cenie 3.7400 i otwarcia drogi do pierwszego istotnego oporu w cenie 3.8700.

2018-10-02 Notowania USD PLN wykres - kurs dolara
Źródło: Aforti Exchange – notowania USD/PLN w układzie miesięcznym

Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI

InsERT S.A.– ponad 700 tysięcy sprzedanych licencji własnych systemów dla MŚP

InsERT S.A., lider rynku oprogramowania dla małych i średnich firm, sprzedał łącznie 700 tys. licencji własnych programów. Z tworzonych od 26 lat systemów polskiego producenta skorzystało już ponad 420 tys. firm.

InsERT, dziś największy pod względem liczby sprzedanych licencji producent oprogramowania w Polsce, powstał w 1992 roku. Od 26-ciu lat tworzy programy dla MŚP. a wśród jego produktów znajdują się m.in. systemy do obsługi sprzedaży, księgowości, kadr i płac, ułatwiające prowadzenie e-sklepu czy fakturowanie online, a także kompleksowy system Navireo ERP (650 sprzedanych licencji). Zatrudnia obecnie ponad 240 pracowników.

Tworząc programy, InsERT od samego początku wsłuchiwał się w potrzeby firm małych i średnich, umożliwiając im codzienną działalność i rynkową ekspansję. Producent rozwijał się równie szybko jak korzystające z jego produktów przedsiębiorstwa. W efekcie do 2 października br. sprzedał 700 tys. licencji swoich systemów. Z aplikacji Insertu skorzystało już ponad 420 tys. rodzimych przedsiębiorców, a wielostanowiskowe licencje umożliwiły instalacje programów na kilku milionach komputerów. Systemy z logiem producenta wspierają w codziennej pracy około 800 tys. osób i wystawiają ponad milion faktur dziennie.

Jarosław Szawlis, prezes InsERT S.A.
Jarosław Szawlis, prezes InsERT S.A.

Sprzedaliśmy do tej pory 700 000 programów. Co to oznacza? Że codziennie z naszych programów korzysta ponad 420 000 firm. Że codziennie Subiekty wystawiają ponad milion faktur. Postawię nawet tezę, graniczącą z pewnością, że nie ma w Polsce człowieka, który w taki czy inny sposób nie miałby kontaktu z naszymi programami. To naprawdę imponującemówi Jarosław Szawlis, prezes InsERT SA

Historia Insertu zaczęła się od Subiekta – jednego z pierwszych w Polsce komputerowych systemów obsługi sprzedaży, wykorzystywanego w większości firm rozpoczynających działalność w rodzącej się wolnorynkowej gospodarce. Twórcą Subiekta, do dziś najbardziej popularnego programu w swojej kategorii, był założyciel firmy, Jarosław Szawlis. Obecnie Subiekt jest częścią linii InsERT nexo oraz InsERT GT – zintegrowanych pakietów programów do zarządzania małą firmą.

– InsERT jest na rynku od ponad 26 lat, czyli można powiedzieć, że od zawsze. Z początkowych 5 produktów dopracowaliśmy się aż 57. Poza programami tzw. pudełkowymi oferujemy klientom także system Navireo ERP czy Subiekta 123 – onlinową aplikację do fakturowania i nie tylkowymienia Jarosław Szawlis.

Jak wynika z różnych badań, firmy z sektora MSP stanowią ponad 99% wszystkich przedsiębiorstw w Polsce. Zatrudniają blisko 3/4 Polaków i wytwarzają ponad połowę naszego PKB. Cieszę się, że InsERT, poprzez swoje systemy, może mieć udział w rozwoju, zdobywaniu nowych rynków i tworzeniu nowych marek przez mikro, małe i średnie firmy. Jednocześnie mam jednak świadomość odpowiedzialności, która w związku z tym na nas spoczywadodaje Jarosław Szawlis.

Z badań wynika również, że co piąty dorosły Polak deklaruje chęć założenia firmy do końca przyszłego roku, dwóch na pięciu dostrzega w swoim otoczeniu szanse biznesowe, a grubo ponad połowa uważa, że posiada wystarczające kwalifikacje i umiejętności do prowadzenia własnej działalności. Perspektywy na przyszłość są zatem dobre. Potwierdzają to zresztą tegoroczne wyniki finansowe Insertu. Odnotowujemy rekordowy w naszej historii przychód i fantastyczny wzrost na poziomie 25% rok do rokupodsumowuje Jarosław Szawlis.

W ciągu 26-ciu lat istnienia, InsERT zdobył nie tylko uznanie klientów, ale także branży, czego dowodem są liczne publikacje w opiniotwórczych mediach oraz wiele prestiżowych nagród. Przedsiębiorstwo ma na koncie m.in. tytuł Dobrej Marki oraz Lidera Dekady 2004-2014, nagrody IT Champion, Złoty Paragon czy Turbina Polskiej Gospodarki, a także szereg certyfikatów Solidnej Firmy oraz Złotych Laurów Konsumenta.

Producent posiada ogólnopolską sieć sprzedaży, w skład której wchodzi ok. 2 tysięcy firm partnerskich. Partnerzy, poza sprzedażą programów Insertu, prowadzą również szkolenia z ich obsługi. Są także odpowiednio wykwalifikowani, tak by w razie potrzeby móc udzielać klientom niezbędnych informacji i porad.

Od 2007 r. InsERT obecny jest także w szkolnictwie; decyzją Ministerstwa Edukacji Narodowej programy linii InsERT GT są podstawą w nauczaniu i egzaminowaniu w ponad 800 szkołach średnich o profilu ekonomicznym.

W ciągu ostatnich kilku lat producent wprowadził na rynek wiele nowych produktów, m.in. InsERT nexo – pakiet sześciu zintegrowanych programów kompleksowo wspomagających zarządzanie, aplikację vendero umożliwiającą założenie sklepu internetowego, witryny z ofertą lub firmowego serwisu, nowoczesną odsłonę systemu szybkiej sprzedaży detalicznej – Subiekt Sprint 2, czy Subiekta 123 – onlinową aplikację do fakturowania i nie tylko.

Jakub Makurat: Wysokie zyski są poza Europą

Jakub Makurat – dyrektor generalny Ebury Polska
Jakub Makurat – dyrektor generalny Ebury Polska

Często słyszę od osób zarządzających polskimi firmami, że rynki europejskie – zwłaszcza państw sąsiadujących z Polską – są już dość mocno nasycone. Zdobycie nowych kontraktów handlowych w Europie, które będą przy okazji zapewniały solidny zysk, jest sporym wyzwaniem dla przedsiębiorstw.

Oczywiście ciężko im nie przyznać racji. Jednak dobry CEO w sytuacji tego typu trudności szuka rozwiązania problemu przy wykorzystaniu nieszablonowych rozwiązań. Dlatego część polskich eksporterów i importerów postanowiła poszukać w ostatnich latach bardziej odległych rynków niż europejskie. Niekiedy decydując się na mocno egzotyczne kierunki handlowe. I były to strzały w dziesiątkę.

Znam wielu krajowych producentów i dostawców, którzy skokowo zwiększyli skalę swojego biznesu poprzez nowe rynki – te bardzo odległe od naszych granic. Które to kierunki? Głównie Azja Południowo-Wschodnia, Bliski Wschód oraz Afryka. Są one bardzo chłonne i wciąż zdarza się, że brakuje niektórych produktów. Wiele polskich firm nie docenia jednak ich potencjału, uznaje je za zbyt ryzykowne lub po prostu nie jest gotowa na ekspansję. Ryzyko bywa jednak opłacalne, ponieważ skala potencjalnych zysków jest nieporównywalnie większa niż np. szukanie nowych kontaktów na Liwie, Białorusi, Słowacji czy nawet w krajach Europy Zachodniej i naszego najważniejszego partnera handlowego – Niemców.

Chciałbym przede wszystkim zwrócić uwagę na takie rynki jak: Chiny, Indie, Pakistan, Wietnam, Malezja, Indonezja, Filipiny i Kazachstan. To są kraje, na których – choćby ze względów demograficznych – przedsiębiorcy mogą znaleźć dobre okazje dla rozwoju swojego biznesu. Oczywiście jest także wspomniana wcześniej Afryka, gdzie jest zapotrzebowanie na produkty właściwie z każdej branży. Ostatnie „odkrycie” polskich eksporterów to np. Ghana. Z moich obserwacji wynika, że szczególnie otwarci na polskie produkty i usługi są przede wszystkim przedsiębiorcy z krajów północnej części Afryki: Algierii, Egiptu oraz Maroka. Wymienione rynki coraz bardziej dają zarobić polskim eksporterom. Ten trend powinien się utrzymać także w kolejnych latach.

Oczywiście wejście na rynki egzotyczne łączy się z podwyższonym ryzykiem – ale tym przecież można świadomie zarządzać.

– Jakub Makurat, Ebury Polska

Strategia digital oraz innowacyjne platformy jednym z głównych filarów rozwoju AmRest

Branża gastronomiczna jest w fazie dynamicznego rozwoju. Powstaje coraz więcej restauracji, debiutują nowe koncepty, ale przede wszystkim rozwija się rynek zamówień jedzenia on-line. W gastronomii rozpoczęła się nowa era, w której znaczącą rolę zaczynają odgrywać platformy cyfrowe i nowoczesne technologie.

Coraz lepsza sytuacja ekonomiczna Polaków wpływa na wiele aspektów ich życia, m.in. na nawyki żywieniowe. Według danych PMR Research, wartość rynku gastronomicznego przekroczy w 2018 roku 30 mld zł netto i będzie o 5,8 proc. wyższa niż w ubiegłym roku. Nie tylko przybywa nowych kawiarni czy restauracji, ale obserwujemy również systematyczny rozwój usług związanych z zamawianiem jedzenia on-line. Jak wynika z danych Nielsena, choć e-commerce w branży kulinarnej stanowi obecnie zaledwie 5-6 proc. wszystkich transakcji w gastronomii, to wzrasta o około 60-70 proc. rok do roku – najszybciej w całym sektorze handlu elektronicznego.

Rosnąca popularność zamówień jedzenia on-line w Polsce, przekłada się na wzrost inwestycji dużych graczy w tym segmencie. Rozwój Spółki AmRest, jednego z wiodących publicznie notowanych operatorów gastronomicznych w Europie, związany jest nie tylko z  akwizycjami oraz wzmacnianiem portfela marek. Firma wdraża też rozwiązania cyfrowe do swojego biznesu, inwestując w platformy internetowe i aplikacje mobilne.

Jedną z kluczowych inwestycji dla AmRest w obszarze digital było nabycie pakietu większościowego w serwisie do zamawiania jedzenia pizzaportal.pl. W tym roku, Spółka wzmocniła swoją obecność w segmencie agregatorów gastronomicznych, inwestując w hiszpańską platformę Glovo. Co więcej, AmRest konsekwentnie wdraża do swoich restauracji rozwiązania cyfrowe i mobilne, które ułatwiają kontakt klienta z marką. Przykładem może być aplikacja w ramach sieci KFC, pozwalająca  na zamawianie jedzenia i zapłatę on-line za dostawę do wybranego przez siebie miejsca. Ponadto, użytkownicy mają również dostęp do funkcji „Zamów i odbierz w restauracji” – dzięki czemu mogą odebrać posiłek w lokalu bez czekania w kolejce. AmRest uruchomił także aplikacje na smartfony dla Pizza Hut i Starbucks.

– Realizacja strategii digital oraz inwestycje w innowacyjne platformy stanowią obecnie jeden z głównych filarów rozwoju AmRest. Stale obserwujemy trendy konsumenckie i słuchamy głosu klientów. Podjęte działania są odpowiedzią na ich potrzeby. Naszym celem jest dalszy rozwój w zakresie platform cyfrowych oraz nowych technologii. Otwieramy nowy rozdział w gastronomii – mówi Adam Sawicki, Chief Digital Officer AmRest.

Hewlett Packard Enterprise i VMware Polska łączą siły, by pomóc firmom w digitalizacji

83 proc. CIO z 450 globalnych firm obawia się utraty pracy z powodu opóźnień w cyfryzacji – wynika z badań firmy Couchbase. Wielu ankietowanych jest zdania, że pełna cyfrowa transformacja, w obliczu często sprzecznych wyzwań, to zadanie wręcz niewykonalne. Firmy VMware i HPE łączą swoje rozwiązania technologiczne, by ułatwić szybkie i sprawne wdrażanie innowacji.  

87 proc. z przebadanych przez Couchbase dyrektorów ds. informatyki (CIO) przekonuje, że ich działy muszą nieustannie ograniczać swoje ambicje i postępy. Powodem jest przede wszystkim sprzęt IT, który najczęściej nie przystaje możliwościami do dzisiejszych potrzeb. Wdrożenie cyfrowych środowisk pracy, szybkiej analityki big data czy IoT w efekcie trwa tygodniami lub wręcz spełza na niczym. Czy jednak rzeczywiście biznes skazany jest na porażkę?

Jak przechytrzyć cyfrową rewolucję?

Hewlett Packard Enterprise wspólnie z VMware Polska przekonują, że nie. Firmy podjęły się stworzenia infrastruktury technologicznej, którą można modyfikować do woli i to bez konieczności ponoszenia dodatkowych kosztów sprzętowych oraz poświęcania na ten proces tygodni pracy.

– Dla klientów chcących przyspieszyć swoją podróż do cyfrowych środowisk IT połączyliśmy architekturę komponowalną HPE Synergy z usługami VMware Cloud Foundation. Nasza platforma zamyka cały sprzęt IT – dyski, serwery, urządzenia sieciowe – w jedno centrodanowe środowisko, co obniża koszty posiadania sprzętu oraz znacząco przyspiesza wdrażanie nowych rozwiązań. Współpraca z VMware umożliwia nam skuteczne monitorowanie na każdym poziomie od aplikacji do sprzętu. Dodatkowo dzięki VMware uzyskujemy na platformie HPE Synergy unikalne bezpieczeństwo na poziomie sieci, zarządzanie całością z poziomu inteligentnego, zautomatyzowanego oprogramowania co gwarantuje sukces klientom bez zbędnego ryzyka. Sprawdzone, od lat cieszące się uznaniem klientów oprogramowanie VMware idealnie pasuje do naszej platfomy Synergy – tłumaczy Krzysztof Kowalczyk, Hybrid IT Sales & PreSales Leader w HPE. Razem, technologie te dają firmom możliwość wykorzystania zasobów IT w sposób, który daje nowe możliwości biznesowe. Np. pozwala na wdrażanie większej liczby aplikacji w krótszym czasie – dodaje.

IT nowej generacji

Wśród wdrożonych przez HPE rozwiązań jest m.in. vSAN, który według IDC jest jedną z najczęściej wybieranych przez firmy platform do zarządzania środowiskami hiperkonwergentnymi. HPE Synergy w Polsce otrzyma wsparcie w postaci także takich narzędzi jak NSX, vSphere, vRealize Operations Manager czy vRealize Log Insight. Zaoferowane rozwiązania to nie tylko wygoda zarządzania systemami IT, bezpieczeństwem czy wirtualnymi sieciami, ale także narzędzia, które znacznie skracają procesy decyzyjne.

Bartłomiej Ślawski
Bartłomiej Ślawski

– W dużych organizacjach każda zmiana w systemach musi przejść proceduralną weryfikację. Przykładowo, klinika inwestująca w innowacyjny system medyczny za każdym razem od wdrożenia, przez liczne zmiany musi przechodzić przez uciążliwy i długtrawały proces decyzyjno-weryfikacyjny pod względem rozbudowy sieci oraz bezpieczeństwa sieciowego. Trwa to czasem tygodniami, choć sprawdzane są w praktyce te same czynniki. Opracowane przez VMware i HPE rozwiązanie pozwala uprościć ten proces, a wręcz go zautomatyzować. Przykładowo raz zatwierdzone polityki bezpieczeństwa mogą służyć do implementacji różnych technologii, aplikacji i systemów – tłumaczy Bartłomiej Ślawski, Country Manager VMware Polska i dodaje – Dodatkowo późniejsze ich utrzymanie jest prostsze i bardziej niezawodne ze względu na możliwość diagnozowania całości systemu, a nie jak kiedyś poszczególnych elementów systemu IT. W jednej chwili sprawdzamy zarówno sieci fizyczne, sieci wirtualne, aplikacje, bazy danych, wirtualizator, serwery i dyski. W efekcie biznes szybciej zarabia na nowych funkcjonalnościach, a w momencie wystąpiania awarii istnieje możliwość szybkiego znalezienia jej przyczyny.

Bez innowacji nie ma zysku

Według badania „Digital Transformation Index” jedynie 5% polskich przedsiębiorstw można zakwalifikować jako liderów transformacji cyfrowej. Pozostałym brakuje albo możliwości, albo odwagi by potrzebne zmiany wprowadzić. Eksperci przekonują jednak, że inwestorzy coraz częściej wysoko wyceniają te spółki, które inwestują w nowe technologie i szybkość ich wdrażania.

– Organizacja musi umieć szybko i odważnie wdrażać nowe pomysły, technologie, systemy i aplikacje, by nie zostać w tyle za konkurencją. Według najnowszego raportu firmy Deloitte o wartości firmy w coraz większym stopniu decyduje poziom jej cyfryzacji. Aż 84 proc. wartości rynkowej spółek z indeksu S&P 500 jest obecnie efektem posiadanych przez firmę technologii i bazy klientów. Jedno i drugie jest ze sobą powiązane. Dlatego w HPE stawiamy na rozwiązania, które umożliwiają szybką realizację idei biznesowych – komentuje Krzysztof Kowalczyk z HPE.

HPE planuje w najbliższych tygodniach cykl warsztatów, które obecnym partnerom i klientom, którzy już zainwestowali w HPE Synergy, przybliżą nowe funkcjonalności, jakie platformie umożliwiają rozwiązania VMware. Do ich dyspozycji oddany zostanie specjalny lab, prezentujący adaptację platformy, od procesu instalacji poprzez zarządzanie wraz z komplekoswym monitorowaniem, a kończywszy na zapewnieniu autmatyzacji i bezpieczeństwa.

PMI dla przemysłu strefy euro spadł we wrześniu do 53,2 pkt.

PMI dla przemysłu strefy euro spadł we wrześniu do 53,2 pkt. z 54,6 w sierpniu i był nieznacznie gorszy niż wstępnie szacowano. Spowolnienie miało szeroki zakres, a PMI obniżył się we wszystkich badanych gospodarkach poza Holandią. Szczególnie źle wygląda ocena koniunktury we Włoszech, gdzie PMI znajduje się na neutralnym poziomie 50,0 pkt. i jest najniższy od 25 miesięcy. Źródłem spowolnienia jest popyt zewnętrzny (najniższy od 63 miesięcy wzrost zamówień eksportowych), a napięcia handlowe przyczyniły się do pogorszenia oczekiwań przedsiębiorstw. Podobna sytuacja jest widoczna w Chinach, gdzie PMI spadł do 50,0 pkt., najniżej od 16 miesięcy. Wzrost pesymizmu nie omija gosp. wschodzących, wśród których największy spadek odnotował wskaźnik dla Turcji (42,7 pkt.).

(Cyber) Bezpieczeństwo polskiej branży e-commerce

Wyniki najnowszych badań nie pozostawiają suchej nitki na polskich e-sklepach. Choć 80 proc. z nich padło ofiarą cyberataku, tylko 40 proc. przeprowadza podnoszące bezpieczeństwo testy penetracyjne. Nikogo nie powinno więc dziwić, że aż 3/4 polskich internautów nie ufa zakupom w sieci, a 44 proc. z nich nigdy nic nie kupiło przez internet.

Choć 56 proc. polskich internautów robi zakupy w sieci, to zaledwie jedna czwarta przebadanych przez Gemius w badaniu „E-commerce w Polsce 2018. Gemius dla e-Commerce Polska” uważa e-shopping za w pełni bezpieczny. Powodem niskiego zaufania może być fakt, że właściciele e-sklepów nadal niewystarczająco poważnie podchodzą do kwestii związanych z cyberbezpieczeństwem. Takie wnioski płyną z badania „Stan Cyberbezpieczeństwa Polskiej Branży E-commerce” przeprowadzonego przez TestArmy CyberForces w lipcu 2018 roku.

80 proc. e-sklepów padło ofiarą ataku hakerskiego

Dziś w sieci kupuje ok. 15 milionów Polaków. Nic więc dziwnego, że dla większości firm przebadanych przez TestArmy CyberForces sprzedaż online stanowi ponad 50 proc. obrotów. Zbliża się też grudzień, czyli gorący okres przedświąteczny, podczas którego sklepy będą notować jeszcze większy ruch, a przy tym także przychody. Choćby z tych powodów kwestie bezpieczeństwa i ochrony przed atakami hakerskimi powinny stanowić wartość priorytetową. Czy tak jest? Nie zawsze.

Aż 80 proc. ankietowanych przyznało, że kiedyś doszło (60 proc.) lub prawdopodobnie doszło (20 proc. twierdzących odpowiedzi) do incydentu związanego z naruszeniem bezpieczeństwa, takiego jak np.: wyciek danych, phishing, cyberszpiegostwo, włamanie do sieci czy oszustwo popełnione przez pracownika. Mimo tego, zaledwie 40 proc. e-sklepów przeprowadza testy penetracyjne, choć i tak nie robi tego regularnie.infografika1

60 proc. e-sklepów podatnych na cyberatak

Przypomnijmy, że celem regularnie przeprowadzanych testów penetracyjnych jest wykrycie luk w zabezpieczeniach oraz ich eliminacja tak, aby maksymalnie utrudnić lub uniemożliwić atak hakerski. Im solidniej skonstruowany system bez „dziur” w oprogramowaniu, tym mniejsze zainteresowanie cyberprzestępców, którzy kierując się rachunkiem opłacalności, na przedmiot ataku z reguły wybierają gorzej zabezpieczone e-sklepy.

Tymczasem, zgodnie z badaniem, zaledwie 40 proc. e-sklepów przeprowadza testy penetracyjne, choć i tak najczęściej robi to w sposób nieregularny. Pozostałe 60 proc. nigdy nie zleciło audytu bezpieczeństwa niezależnym ekspertom. Okazuje się, że standardem są wyłącznie konwencjonalne metody zabezpieczeń przed atakami, tj. certyfikaty SSL (100 proc.), systemy antywirusowe (100 proc.), zarządzanie hasłami (80 proc.) i szyfrowanie danych (60 proc. twierdzących odpowiedzi). Mało który przedsiębiorca stosuje rozwiązania pozwalające wykryć zagrożenia w infrastrukturze informatycznej (IDS/IPS/WAF). Odpowiedź „tak” udzieliło tylko 7 proc. ankietowanych.infografika2

Znacząca część przedsiębiorców nie była w stanie stwierdzić, czy systemy bezpieczeństwa w ich firmach są na wystarczająco wysokim poziomie. Mimo że samodzielnie ocenili się neutralnie, to skłanialibyśmy się raczej w stronę stwierdzenia, że są nieprzygotowani do odparcia zagrożeń. Taki wniosek opieramy na fakcie, że bardzo wiele firm nie posiada jakiegokolwiek planu zapasowego na wypadek wystąpienia incydentu. A taki incydent zdarzy się, pytanie tylko kiedy? – tłumaczy Dawid Bałut, CEO TestArmy CyberForces.

50 proc. sklepów nie ma planu na wypadek cyberataku

Co ciekawe, a przy tym dość niepokojące, znaczna część respondentów badania nie obawia się utraty danych. 33 proc. eksportuje dane do innych systemów, mogąc je odtworzyć przy niedużym nakładzie pracy. 20 proc. przechowuje kopie w innej lokalizacji. Blisko 7 proc. przyznała, że odtworzenie większości danych powinno być możliwe, ale przy dużym nakładzie pracy. 20 proc. e-sklepów w ogóle nie tworzy kopii zapasowej, a 20 proc. nie znało odpowiedzi na to pytanie.

Sytuacja dziwi o tyle, że prawie 50 proc. e-sklepów nie ma żadnego planu działania na wypadek wystąpienia cyberataku. Niecałe 27 proc. przebadanych nie spodziewa się wpływu awarii na sprzedaż, ponieważ funkcje automatycznie przejmą serwery z innej lokalizacji. Nieco ponad 6 proc. ma gotowy plan ręcznego uruchomienia sklepu w innej lokalizacji. Tyle samo firm ryzyko wystąpienia przerwy w sprzedaży ma wkalkulowane w biznes.

Większość ankietowanych przyznała, że nigdy nie przeprowadziła analizy ryzyka, która pozwoliłaby ocenić rozmiar potencjalnych strat. Jeszcze więcej przedsiębiorców mówi wprost, że cyberbezpieczeństwo nie jest czymś, co w ogóle biorą pod uwagę przy planowaniu budżetu, a ryzyko przerwy w sprzedaży internetowej traktują jako coś, co po prostu “może się zdarzyć” – dodaje Dawid Bałut.

Reasumując wygląda na to, że polscy przedsiębiorcy rzadko traktują kwestie cyberzabezpieczeń wystarczająco poważnie, narażając tym samym nie tylko siebie, ale też swoich klientów i pracowników. Wyniki ankiety są o tyle zadziwiające, że 60 proc. przebadanych firm deklaruje, że w wewnętrznych strukturach firmowych posiada osobę odpowiedzialną za… cyberbezpieczeństwo!

Badanie „Stan Cyberbezpieczeństwa Polskiej Branży E-commerce” przeprowadzone przez TestArmy CyberForces odbyło się w lipcu 2018 roku na grupie ponad stu polskich sklepów internetowych. Roczne obroty ponad 50 proc. z nich mieściły się w skali od 1 do 10 mln zł. 30 proc. – zarabia poniżej miliona. Pozostali – powyżej 10 mln zł (5 proc. – od 10 do 50 mln zł, 5 proc. – od 50 do 100 mln zł, a kolejne 5 proc. – powyżej 100 mln zł rocznie). 5 proc. ankietowanych odmówiło ujawnienia informacji o osiąganych zarobkach.

O autorach badania:

TestArmy CyberForces to należąca do TestArmy Group spółka specjalizująca się w usługach Cyber Security i Software Quality Assurance, w tym przede wszystkim testowaniem oprogramowania pod kątem bezpieczeństwa, funkcjonalności i wydajności. Firma współpracuje z ponad 7 tys. testerami w Polsce i ponad 50 innych krajach na całym świecie.

Gi Group właścicielem Grafton Recruitment

Gi Group, międzynarodowa agencja pracy i doradztwa personalnego, założona i kierowana przez Stefano Colli-Lanzi, zakończyła proces przejęcia Grafton Recruitment, jednego z największych europejskich dostawców rozwiązań z zakresu stałego oraz czasowego zatrudnienia, rekrutacji oraz selekcji. Gi Group stała się tym samym właścicielem Grafton Recruitment na rynkach czeskim, polskim, słowackim oraz węgierskim.

Przejęcie Grafton Recruitment, firmy z ponad 35-letnim doświadczeniem na rynku jest krokiem milowym dla Gi Group na drodze do wzmocnienia i dywersyfikacji oferowanych usług HR.

Grafton Recruitment zatrudnia ponad 350 pracowników wewnętrznych, pracujących w 26 biurach w całej Europie. Konsultanci Grafton tylko w 2017 z sukcesem przeprowadzili ponad 9000 procesów rekrutacyjnych. Dzięki przejęciu, Gi Group jest właścicielem 100% kapitału Grafton Recruitment Europe Holdings Limited, stając się jednym z największych przedsiębiorstw na rynku stałego i czasowego zatrudnienia.

Przejęcie Grafton Recruitment jest kolejnym działaniem na drodze realizacji globalnej strategii rozwoju Gi Group zwiększającej naszą konkurencyjność oraz obecność „w sercu Europy”, gdzie od lat z sukcesem wdrażamy projekty z zakresu tymczasowego zatrudnienia. Bycie globalnym dostawcą, którym stawaliśmy się od 20 lat, jest szczególnie istotne w kontekście zmieniającego się rynku pracy, który ewoluuje w kierunku tzw. rynku kandydata. Wieloletnie doświadczenie Grafton Recruitment uzupełnia nasze portfolio oraz sprawia, że będziemy w stanie jeszcze lepiej odpowiadać na złożone potrzeby klientów i kandydatów – komentuje Stefano Colli-Lanzi, CEO Gi Group.

Doświadczenie Grafton Recruitment w usługach typu Permanent & Professional poszerza propozycję wartości oraz dywersyfikuje portfolio usług oferowanych przez Gi Group na całym świecie, w szczególności umacniając kompetencje Gi Group w obszarze Search & Selection.

Doradcami Gi Group przy przejęciu Grafton Recruitment były kancelarie: Blackwood Capital Group oraz Baker McKenzie.

Globalne badanie konsumenckie: trzeba zasłużyć na możliwość przechowywania danych o klientach

„O ile konsumenci kwestionują korzyści płynące z udostępniania ich danych osobowych, to badanie pokazuje, że wciąż chcą otrzymywać spersonalizowane, dostosowane do ich potrzeb oferty przy zachowaniu pewnego poziomu anonimowości. Sprzedawcy detaliczni mogą dostarczać takie oferty przez przekształcenie zwykle emocjonalnego stosunku konsumentów do udostępniania danych w owocną interakcję” ¾ powiedział Mike Webster, wiceprezes i dyrektor generalny Oracle Retail. „Podczas gdy sprzedawcy zmagają się z problemem ochrony danych osobowych, ci spośród nich, którzy zdołają przyciągnąć właściwych klientów w momencie zamiaru dokonania zakupu, będą w stanie ich utrzymać i zwiększyć ich lojalność.

Badanie „New Topography of Retail” zostało przeprowadzone w 2018 roku wśród ponad 15 500 konsumentów w pięciu kluczowych regionach: Europie (Francji, Niemczech, Włoszech, Hiszpanii, Szwecji i Wielkiej Brytanii), Ameryce Północnej (Kanadzie i USA), Ameryce Łacińskiej (Brazylii, Chile i Meksyku), Bliskim Wschodzie (Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratach Arabskich) i Indiach oraz Dalekim Wschodzie (Australii i Chinach).

Innowacje w handlu detalicznym na rynkach rozwijających się

Zdaniem konsumentów z rynków rozwijających się (57% respondentów z Brazylii, Chile, Chin, Indii i Bliskiego Wschodu) systemy rozpoznawania twarzy w sklepie, wirtualni asystenci sprzedaży w przymierzalniach, kioski, w których można pobrać zdjęcie produktu i uzyskać rekomendacje, oraz automatyczne uzupełnianie zapasów w oparciu o preferencje subskrypcji są istotne, w porównaniu do zaledwie 28% konsumentów z Europy, Australii i Ameryki Północnej.

 

IPOPEMA TFI wzmocni departament zarządzania aktywami

W związku z opublikowanym w dniu dzisiejszym komunikatem dotyczącym zmiany strategii funduszy zarządzanych przez Quercus TFI oraz związanych z tym zmian kadrowych, Zarząd IPOPEMA TFI informuje, iż w najbliższym czasie zakończy prowadzony proces wzmacniania zespołu zarządzającego aktywami.

Jarosław Wikaliński, prezes IPOPEMA TFI S.A.
Jarosław Wikaliński, prezes IPOPEMA TFI S.A.

‘’Wkrótce do naszego zespołu dołączy grupa doświadczonych specjalistów rynku zarządzania aktywami, z nowym liderem, Chief Investment Officer (CIO), na czele. Nie czujemy się natomiast w obowiązku informowania o szczegółowych zmianach kadrowych na kilka miesięcy przed ich materializacją. Uważamy bowiem, że pieniądze naszych klientów lubią spokój i ciszę. Moment rynkowy nam sprzyja, pozostajemy poza jakimikolwiek głośnymi wydarzeniami, które cieniem położyły się na segmencie funduszy dłużnych oraz absolutnej stopy zwrotu. Odnotowujemy stabilne wyniki inwestycyjne i satysfakcjonującą skalę napływu aktywów do naszych funduszy. Naszym celem jest kontynuowanie historycznych sukcesów inwestycyjnych w obszarach naszych flagowych kompetencji – oferty bezpiecznych funduszy dłużnych, funduszy absolutnej stopy zwrotu, czy globalnych akcji, oferujących oczekiwane stopy zwrotu dla inwestorów na poziomach istotnie przewyższających rentowność lokat bankowych. W IPOPEMA TFI zawsze kładliśmy ogromny nacisk na zespołowe podejście do zarządzania, zarówno w strategiach dłużnych, jak i equity, czy absolute return. Zmiany kadrowe w tych obszarach są rzeczą naturalną i jesteśmy na nie przygotowani. Odejście Jarosława Jamki, dotychczasowego CIO, nie zachwieje sytuacją w zespole zarządzania, ani też wynikami naszych funduszy. W pełni kontrolujemy sytuację, a o pojawieniu się w IPOPEMA TFI nowego szefa zespołu zarządzania aktywami poinformujemy w stosownym dla tego momencie” – podkreśla Jarosław Wikaliński, prezes IPOPEMA TFI S.A.

O sukcesie funduszy zarządzanych przez IPOPEMA TFI może świadczyć stały napływ nowych środków – od początku roku do funduszy zarządzanych przez Towarzystwo wpłynęło netto ponad 330  mln zł.

Zarząd IPOPEMA TFI zwraca uwagę na fakt, iż 58 mld zł aktywów w zarządzaniu nadal pozwala Towarzystwu utrzymać pozycję największej firmy zarządzającej funduszami rynku niepublicznego w Polsce oraz funduszy dostosowanych do indywidualnych potrzeb inwestorów.

‘’Jesteśmy także jednym z pierwszych towarzystw, które zaoferowały możliwość inwestycji o zasięgu globalnym. Uczestnicy funduszy zyskali ekspozycję na zagraniczne rynki akcji i obligacji, do których dostęp inwestorów indywidualnych był dotychczas utrudniony ‘’– dodaje Jarosław Wikaliński, prezes IPOPEMA TFI S.A.

Włochom byłoby lepiej bez euro, a euro bez Włoch

Euro jest niżej i przyciąga awersję do ryzyka, gdyż problemy z budżetem Włoch skupiają na sobie uwagę, szczególnie z komentarzami, że Włochom byłoby lepiej z własną walutą. Dopóki inwestorzy nie znajdą lepszego tematu do dyskusji, może czekać nas przejściowy okres turbulencji.

Szum wokół włoskiego budżetu zaczyna być coraz głośniejszy z udziałem urzędników niższego szczebla, którzy szukają dla siebie 5 minut sławy. Claudio Borghi, eurosceptyczny szef włoskiej komisji budżetowej powiedział, że Włochy poradziłyby sobie z problemami budżetowymi, gdyby miały własną walutę. Wówczas kraj mógłby zdecydować o deficycie na poziomie 3,1 proc. PKB Przypomnijmy, że uchwalone w projekcie na przyszły rok 2,4 proc. PKB już przynosi oburzenie Brukseli, szczególnie że dotyczy kraju z długiem publicznym na poziomie 131,8 proc. PKB. Szczegółowy projekt budżetu ma być zaprezentowany Komisji Europejskiej 15 października, co daje sporo czasu na spekulacje i szokujące komentarze. Reakcja agencji ratingowych stanowi dodatkowe ryzyko. Rentowności 10-letnich obligacji Włoch rosną do 3,40 proc. i poprawiają 4-letnie rekordy. EUR/USD na 1,1535 otarł się o dolną bandę konsolidacji, która obowiązywała przez większą część wakacji. Jak ważna jest to strefa, było widać w sierpniu podczas „kryzysu tureckiego”, kiedy udane przełamanie wywołało lawinowe spadki aż do 1,13. Teraz tąpniecie nie powinno być tak silne, ale stoimy przed ryzykiem przejściowego dołowania.

Ponownie emocje biorąc górę nad fundamentami i dopóki nic innego nie przyciągnie uwagi uczestników rynku, musimy liczyć się z kierunkiem spójnym z awersją do ryzyka. To oznacza słabość rynku akcji, powrót siły JPY i CHF. Na lokalnym rynku EUR/PLN powraca bliżej 4,30 i w takim klimacie prawdopodobnie kurs na chwilę zaparkuje powyżej okrągłego poziomu. GBP, SEK i NOK ściekają niżej jako bliscy sąsiedzi strefy euro. Funt ma dodatkowo do przetrawienia „lekkomyślną” euforię z poniedziałku po informacji, że premier May szykuje nową ofertę rozwiązania spornej kwestii granicy między Irlandią a Irlandią Północną. Pełnych szczegółów nie znamy, ale wygląda na to, że May jest gotowa utrzymać unię celną z UE, co z pewnością nie spodoba się „twardym Brexitowcom” w jej własnej partii. Wzrasta ryzyko puczu, a to idealne środowisko dla Borisa Johnsona, który ma apetyt na zostanie nowym liderem. Dziś Johnson przemawia na konferencji Partii Konserwatywnej. Z pewnością nie będzie brakować krytyki rządu May, a zatem i pretekstów do sprzedaży funta.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Prawie dwie trzecie dyrektorów IT widzi siebie w roli partnerów w biznesie

W dzisiejszym świecie, w którym technologie są głównym katalizatorem zmian, transformacji ulega także rola działów IT. Oprócz usług tradycyjnie świadczonych przez zespoły informatyczne, coraz częściej oczekuje się, że dyrektorzy IT będą brali udział w tworzeniu strategii biznesowej organizacji. Jak wynika z trzeciej edycji globalnego badania firmy doradczej Deloitte „CIO Survey 2018. Patrząc w przyszłość: poza erę cyfrową” w tej roli w przyszłości widzi się 64 proc. menedżerów odpowiedzialnych za IT. Okazję do sprawdzenia się w nowej rzeczywistości stwarza cyfryzacja, która dla 57 proc. polskich CIO jest obszarem, który w nadchodzących latach będzie miał największy wpływ na biznes.

Badanie CIO zostało przeprowadzone w 71 krajach, w tym w Polsce. Łącznie wzięło w nim udział 1437 osób, a 78 proc. ankietowanych stanowili menedżerowie i dyrektorzy IT.

Głównym wnioskiem wypływającym z badania jest zmiana roli, w której widzą się CIO. – Trend ten, który dostrzegliśmy już w dwóch poprzednich edycjach badania, teraz stał się jeszcze bardziej widoczny. Dyrektorzy IT z zaufanych dostawców usług zmieniają się w partnerów w biznesie i inicjatorów zmian – mówi Daniel Martyniuk, Partner, Lider doradztwa technologicznego w Deloitte. – W dobie transformacji cyfrowej technologia jest podstawowym elementem, który warunkuje zmianę i rozwój organizacji. Kończy się czas, w którym szef IT podążał za biznesem, a technologia pełniła funkcję służebną. Firmy i ich liderzy IT osiągający dzisiaj sukcesy to organizacje, w których technologia jest podstawą prowadzenia działalności biznesowej, motorem zmian, rozwoju i generowania przychodów – dodaje.

Obecnie 36 proc. ankietowanych globalnie CIO definiuje swoją rolę jako partnera w biznesie, a 9 proc.

– inicjatora zmian. Należy się spodziewać, że w ciągu kilku najbliższych lat wynik ten będzie wzrastał, bo odpowiednio 64 i 16 proc. ankietowanych zadeklarowało, że ich rola przesunie się w tych kierunkach. Choć ponad połowa CIO (55 proc.) definiuje siebie jako dostawcę usług, to należy zakładać, że odsetek ten będzie malał.

Zmiany roli IT będą zachodzić na poziomie strategicznym, operacyjnym, ale też kompetencyjnym.

Najważniejsze oczekiwania od dyrektorów IT to: dopasowanie się do strategii biznesowej (59 proc. w Polsce, 55 proc. w skali globalnej), transformacja procesów (odpowiednio 35 i 51 proc.) oraz zapewnienie efektywności operacyjnej IT (odpowiednio 41 i 48 proc.).

Aż 83 proc. polskich CIO deklaruje, że ich firmy mają jasno zdefiniowaną strategię cyfrową, jeśli nie w całej organizacji, to w kluczowych obszarach. Dla porównania, na świecie takiej odpowiedzi udzieliło 58 proc. ankietowanych. Większość polskich respondentów wskazała klientów (65 proc.) oraz innowacje (41 proc.) jako priorytet biznesowy ich organizacji. Co istotne, regulacje prawne są w Polsce znacznie ważniejsze niż na świecie (35 proc. w porównaniu z 15 proc.). Globalnie kluczowym celem jest wydajność (55 proc.), podczas gdy w Polsce wskazało na nią 35 proc. badanych.

Klienci w centrum uwagi

Dyrektorzy IT byli również pytani, które z obszarów technologicznych w ciągu najbliższych trzech lat będą miały największy wpływ na biznes. W Polsce na podium znalazły się analiza danych (71 proc.) oraz cyfryzacja i cyberbezpieczeństwo (po 57 proc.).

Jedna czwarta polskich CIO postrzega swoje firmy jako innowacyjne, które wyzwalają zmiany. Dla porównania na świecie było to 13 proc. Z kolei dla 38 proc. ich organizacje to tzw. prekursorzy, którzy są liderami opinii, podążającymi za innowatorami.

10 proc. badanych organizacji (25 proc. z Polski) reprezentuje cyfrową awangardę. Spośród nich 78 proc. zapewnia, że ich obecna architektura technologiczna jest w stanie zaspokoić wszystkie potrzeby biznesowe, podczas gdy 54 proc. całej badanej grupy podkreśla znaczenie cyberbezpieczeństwa, systemów centralnych i rozwiązań w chmurze. Cyfrowa awangarda to liderzy w łączeniu technologii z cyfrową strategią biznesu. Cechują ich zdecydowanie silniejsze (w porównaniu do pozostałych organizacji) relacje z obszarami biznesu odpowiedzialnymi za rozwój nowych produktów.

Liderzy cyfrowej awangardy nie myślą jak sprawić, aby IT rozumiało biznes. Ten etap mają już dawno za sobą. Obecnie skupiają się na zapewnieniu, aby również biznes rozumiał IT. I nie chodzi tu wcale o docenienie, że utrzymanie infrastruktury i systemów wymaga wiedzy i ciężkiej pracy. Ich celem jest to, aby liderzy biznesowi byli świadomi nowych technologii, trendów, produktów oraz możliwości, które one stwarzają. Tylko dzięki takiemu podejściu możliwe jest rzeczywiste współtworzenie strategii organizacji przez biznes i IT – mówi Jakub Garszyński, Dyrektor, Lider usług Cloud w Deloitte.

Kreatywne środowisko IT przyciąga pracowników

W Polsce główne oczekiwania biznesu wobec działu IT to maksymalizacja zwrotu wartości z inwestycji technologicznych oraz optymalizacja i utrzymanie środowisk IT (po 41 proc.).  Niemal połowa badanych dyrektorów IT (47 proc.) z Polski uważa, że wdrożenie narzędzi i metod Agile i DevOps (połączenie zespołu rozwijającego oprogramowanie Dev z zespołem operacji Ops) pozwoli na lepsze dopasowanie technologii i biznesu w organizacji. To o 13 proc. więcej niż globalnie. Polscy respondenci są jednak w mniejszym stopniu przekonani, że wdrożenie rotacji pracowników pomiędzy IT i biznesem jest niezbędne do lepszego dopasowania tych obszarów w organizacji.

Kolejne edycje badania pokazują, że dyrektorzy IT dostrzegają rosnącą potrzebę poszerzenia posiadanych kompetencji o umiejętności miękkie, niezbędne do współpracy z biznesem. Kreatywność, elastyczność poznawcza i inteligencja emocjonalna, to najbardziej pożądane kompetencje z tego obszaru w rekrutacji kadry IT.

W skali globalnej zapewnienie szkoleń pracownikom IT w zakresie nowych umiejętności i narzędzi wydaje się być większym wyzwaniem niż w Polsce (53 proc. vs 29 proc. odpowiedzi). Z drugiej strony, wyniki wskazują, że na polskim rynku utrzymanie obecnego zespołu jest znacznie trudniejsze niż na świecie (41 proc. vs 24 proc. odpowiedzi).

Trzy najważniejsze aspekty kultury organizacyjnej, które pomagają przyciągnąć i zatrzymać talenty informatyczne, to: możliwość pracy z nowymi technologiami (76 proc.), elastyczne godziny pracy (47 proc.) i kreatywne, inspirujące środowisko (47 proc.).

Przed erą cyfryzacji rolą IT było nadążanie za biznesem, który nadawał ton i kierunek rozwoju. Obecnie jesteśmy świadkami rewolucji. Aby sprostać wszystkim wyzwaniom, przed którymi stoją dziś firmy, CIO powinni być równoprawnymi partnerami w biznesie.  Dzieląc się swoją wiedzą, mogą oni stać się naturalnymi liderami zmian – podsumowuje Daniel Martyniuk.

FPP: PPK zapewnią bezpieczeństwo emerytalne i zasilą giełdę

Ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych jest bardzo istotna i wyczekiwana przez rynek. Ma zapewnić bezpieczeństwo emerytalne pracowników. Może także zasilić giełdę i rozwiązać problemy braku środków w sytuacji, kiedy zabraknie funduszy europejskich. Największa zmiana, która nastąpiła w trakcie rozmów w Radzie Dialogu Społecznego, jest zwolnienie i zmniejszenie obciążeń najmniej zarabiających.

– Mamy nadzieję, że zaproponowane rozwiązania rzeczywiście wejdą na masową skalę, bo tylko wtedy sukces tej ustawy będzie realny – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) – Projekt został przyjęty przez partnerów społecznych. Jedyną organizacją, która wyłamała się tego systemu jest OPZZ, który nie zdecydował się na podpisanie porozumienia. Pozostali zrobili to z dużym entuzjazmem, jednogłośnie. Największa zmiana, która nastąpiła w trakcie rozmów w Radzie Dialogu Społecznego, jest zwolnienie i zmniejszenie obciążeń najmniej zarabiających. Zapewni to szerszy dostęp do PPK. Tylko w ten sposób stanie się on programem powszechnym. FPP zgłaszała wiele poprawek. Przyjętych zostało 75 proc. z nich. To dobry wynik jak na proces legislacyjny – wskazał Kowalski.

Raport z badań: Dyrektorzy finansowi wierzą w mocną koniunkturę biznesu

Ostatni rok był dobry dla działających w Polsce firm. Według badania przeprowadzonego wśród CFO, są oni zadowoleni z kondycji swoich przedsiębiorstw i optymistycznie oceniają perspektywy dla ich działalności.

Jak wynika z piątej edycji badania polskich CFO, prowadzonego przez Grant Thornton i Euler Hermes, aż 57 proc. dyrektorów finansowych deklaruje, że kondycja ich firm w ciągu ostatniego roku poprawiła się, a tylko 11 proc. ankietowanych twierdzi, że uległa ona pogorszeniu. W dodatku zdecydowana większość badanych, bo aż 83 proc., deklaruje, że ich firma jest aktualnie w fazie rozwoju, z czego 58 proc. CFO określa ten rozwój jako „umiarkowany”, a 25 proc. jako „silny”. Tylko 5 proc. ankietowanych twierdzi, że ich przedsiębiorstwo jest w regresie, a 12 proc. określa aktualny stan jako stagnację.

Takie wyniki są potwierdzeniem zeszłorocznego badania, w którym polscy CFO rozważnie, ale jednak optymistycznie oceniali perspektywy rozwojowe swoich firm. Ich oczekiwania sprawdziły się. Czego spodziewają się w tym roku? Dyrektorzy finansowi jeszcze odważniej patrzą w przyszłość. Aż 48 proc. badanych optymistycznie ocenia perspektywy ekonomiczne dla polskiej gospodarki, natomiast jedynie 12 proc. postrzega je pesymistycznie.

Wykres 1. Jak ocenia Pan/Pani perspektywy ekonomiczne w Polsce na kolejne 12 miesięcy?

ocena perspektyw ekonomicznychWiara polskich CFO w utrzymanie się silnej koniunktury przekłada się na ich optymistyczne plany w poszczególnych obszarach zarządzania firmą. Badani dyrektorzy finansowi dużo chętniej niż w zeszłym roku zapowiadają podwyżki pensji w ich przedsiębiorstwach – aż 51 proc. deklaruje wzrost wynagrodzeń szybszy niż inflacja (wobec 34 proc. przed rokiem), a 30 proc. badanych zapowiada, że pensje będą rosły w tempie równym inflacji (wobec 29 proc. rok temu). W dodatku żaden z badanych CFO nie przewiduje obniżania płac, choć w zeszłym takie deklaracje się zdarzały (odpowiedziało tak 4 proc.). Według badania zwiększył się również popyt na pracowników – obecnie 47 proc. dyrektorów finansowych deklaruje zwiększenie zatrudnienia w ciągu kolejnych 12 miesięcy (wobec 36 proc. rok temu), a tylko 7 proc. planuje zwolnienia (bez zmian rok do roku).

Pozytywne nastroje z jednej strony dobrze wróżą dla koniunktury w Polsce i dla polskiego rynku pracy, ale z drugiej strony – wiążą się z pewnymi negatywnymi konsekwencjami dla firm. Dotyczy to przede wszystkim obserwowanych symptomów wzrostu kosztów operacyjnych, które w znaczącej części wynikają ze zwiększania kosztów pracowniczych. Powszechna jest ostatnio obawa o brak wykwalifikowanych pracowników na rynku – zwłaszcza pracowników projektowych i produkcyjnych oraz budowlanych – co stwarza silną presję płacową. Potwierdziło się to także w naszym badaniu, gdzie ponad połowa respondentów przewiduje wzrost płac szybszy od wskaźnika inflacji i jednocześnie przewiduje zwiększenie zatrudnienia w związku z rozwojem działalności – mówi Mariusz Maik, Partner w Departamencie Doradztwa Grant Thornton.

CFO firm coraz śmielej myślą też o inwestycjach. Dużo chętniej niż w zeszłym roku deklarują zwiększenie nakładów na nowe maszyny i urządzenia (59 proc. – wzrost o 5 p.p. rok do roku) i na badania i rozwój (42 proc. – wzrost o 9 p.p.). Ponadto, prawie połowa (48 proc.) ankietowanych dyrektorów finansowych, tak jak w zeszłym roku, planuje ekspansję na nowe rynki. W tegorocznej edycji badania dodatkowo spytano polskich CFO o ich plany dotyczące inwestycji w szeroko rozumianą cyfryzację. Z badania wynika, że znaczna większość firm (57 proc.) czuje potrzebę transformacji cyfrowej swoich przedsiębiorstw.

Mimo dobrej koniunktury, ankietowani CFO i ich firmy nie spoczywają na laurach. W tym roku dyrektorzy finansowi – tak jak w poprzednim – podtrzymują chęć restrukturyzacji swoich przedsiębiorstw. Firmy w najbliższym czasie planują szerokie działania w zakresie modernizacji parku maszynowego (39 proc. wobec 32 proc. rok temu) czy zmiany formy prawnej prowadzonej działalności (17 proc. wobec 13 proc. rok temu). W związku z zaostrzoną polityką fiskalną Ministerstwa Finansów, dużo mniej polskich CFO zapowiada wprowadzenie optymalizacji podatkowej – 25 proc. w stosunku do 46 proc. zeszłorocznych badanych dyrektorów finansowych.

Wykres 2. Obszary wskazywane przez CFO, w których w ciągu kolejnych 12 miesięcy planowane są działania optymalizacyjne / restrukturyzacyjne:

Obszary wskazywane przez CFO, w których w ciągu kolejnych 12 miesięcy planowane są działania optymalizacyjne / restrukturyzacyjneBadanie pokazuje, że mimo i tak bardzo dobrej koniunktury, polscy CFO wciąż podejmują wysiłek, aby stale zwiększać efektywność swoich firm.

 Postępująca internacjonalizacja sprzedaży i całych łańcuchów dostaw sprawia, że nawet biznesy o większej skali dzielności, ale prowadzone bardzo tradycyjnie stają przed coraz większymi  wyzwaniami. Nie zawsze znajdują one remedium na koncentrację kolejnych obszarów rynku lub raczej – szukają go zbyt późno, o czym świadczy m.in. tegoroczny blisko 50% wzrost liczby niewypłacalności polskich spółek akcyjnych. CFO mają świadomość, że wiele firm zarówno organizacyjnie, jak i finansowo wykazuje się niezbyt dużą efektywnością działania, a tym samym niskim zwrotem z kapitału. Stąd deklaracja dużej części dyrektorów finansowych o rozwoju ich firm w kierunku cyfryzacji, inwestowaniu w nowe badania, technologie oraz park maszynowy, co ma przeciwdziałać negatywnym procesom. Ankietowani chcą podejmować także optymalizację czysto finansową, jednak bardziej w formie ograniczania kosztów, niż optymalizacji podatkowej – uważa Waldemar Wojtkowiak, Członek Zarządu i CFAO Euler Hermes.

Badanie zostało przeprowadzone przez Euler Hermes, wiodącego globalnego ubezpieczyciela należności handlowych oraz firmę audytorsko-doradczo-outsourcingową Grant Thornton wśród 200 dyrektorów finansowych uczestniczących w cyklu kongresów, towarzyszących projektowi „Dyrektor Finansowy Roku”, które odbyły się w kwietniu, maju i czerwcu 2018 r. w Gdańsku, Lublinie, Krakowie oraz Poznaniu.

Polskie miasta coraz bardziej proekologiczne. Inwestują m.in. w jakość powietrza i tereny zielone

Polskie miasta coraz bardziej proekologiczne. Inwestują m.in. w jakość powietrza i tereny zielone 8

Budowa oczyszczalni ścieków w formule partnerstwa prywatno-publicznego, zapobieganie marnotrawieniu żywności, termomodernizacja 90 proc. budynków użyteczności publicznej, wdrożenie systemu monitoringu powietrza, renowacja ponad 180 ha terenów poprzemysłowych – to część projektów nagrodzonych w tegorocznym konkursie Eco-Miasto, który wyłania najlepsze, proekologiczne inicjatywy polskich miast i gmin. Tegoroczna edycja pokazała, że polskie samorządy w coraz większym stopniu zajmują się tematyką ochrony środowiska i zrównoważonego rozwoju, a przyświeca im przede wszystkim konieczność podnoszenia jakości życia mieszkańców. 

– Szósta edycja konkursu Eco-Miasto jest wielkim sukcesem. Świadczy o dynamice działań podejmowanych przez polskie samorządy, które tworzą coraz lepsze środowisko do życia. Jury miało problem, aby rozstrzygnąć i wyłonić zwycięzców spośród przedstawionych projektów, z których wiele było bardzo wysokiej jakości. Sądzę, że udało się wyłonić rzeczywiście doskonałych laureatów. W tym roku szczególną wagę kładziono na jakość powietrza i przestrzeń, tereny zielone, co świadczy o tym, że dla polskich miast coraz ważniejsze jest, aby mieszkańcom żyło się lepiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Pierre Lévy, ambasador Francji w Polsce.

Eco-Miasto to jedna z największych w Polsce inicjatyw popularyzujących ideę zrównoważonego rozwoju samorządów. W konkursie nagradzane są najlepsze, proekologiczne inicjatywy polskich miast i gmin.

Do tegorocznej edycji konkursu Eco-Miasto zgłosiło się 46 samorządów, a niektóre z nich prezentowały swoje osiągnięcia w kilku kategoriach. W sumie nadesłano 70 zgłoszeń. Spośród nich jury wyłoniło 10 laureatów i przyznało 13 wyróżnień. W każdej z pięciu kategorii konkursowych nagrodzono dwa miasta, liczące poniżej oraz powyżej 100 tys. mieszkańców.

Lublin został w tym roku nagrodzony w dwóch kategoriach (gospodarka wodna i mobilność zrównoważona). Miasta z województwa lubelskiego zdobyły też najwięcej tytułów laureata i wyróżnień. Po raz pierwszy w gronie zwycięzców znalazło się miasto z województwa podlaskiego – Białystok otrzymał nagrodę za działania w dziedzinie gospodarki o obiegu zamkniętym. Bełchatów został natomiast pierwszym wyróżnionym miastem z województwa łódzkiego.

– Zrównoważony rozwój miasta to działania w różnych obszarach, które mają na celu poprawę komfortu życia i troskę o środowisko. Środowisko to przyroda, przestrzeń miejska, ale przede wszystkim – ludzie. Robimy wszystko, żeby w naszym mieście żyło się lepiej, bezpieczniej i oczywiście dłużej, a warunki temu sprzyjały. W Mławie mamy mieszkańców ponad 100-letnich, takich osób przybywa coraz więcej. Te osoby czują się bardzo dobrze, żyją komfortowo i mówią: „nie ma jak w Mławie” – mówi burmistrz miasta Sławomir Kowalewski.

Mława, obok Lublina, została w tym roku nagrodzona w kategorii gospodarka wodna. Jury doceniło ją m.in. za wybudowanie oczyszczalni ścieków w formule partnerstwa publiczno-prywatnego oraz intensywną rozbudowę sieci kanalizacyjnej i promowanie przyłączeń do zbiorczego systemu kanalizacyjnego.

W tym roku po raz pierwszy jury oceniło też miasta za ich działania zmierzające w kierunku wprowadzenia gospodarki o obiegu zamkniętym. Zgodnie z tą ideą odpady nie powinny trafiać na wysypiska śmieci, lecz być przetwarzane w procesie recyklingu albo stać się źródłem energii. W nowej kategorii nagrodzone zostały Białystok (m.in. za wspieranie inicjatyw w zakresie zapobiegania marnotrawieniu żywności) i Radzyń Podlaski, jako miasto poniżej 100 tys. Samorząd został wyróżniony m.in. za wprowadzenie powszechnej zbiórki i kompostowania odpadów biodegradowalnych, które wykorzystywane są jako nawóz, a w planach mają posłużyć jako paliwo dla biogazowni.

W kategorii mobilność zrównoważona zwyciężyły Niepołomnice i Lublin (nagrodzony za osiągnięcie 30 proc. udziału taboru niskoemisyjnego we flocie transportu publicznego oraz za tworzenie infrastruktury sprzyjającej multimodalności, w tym budowę infrastruktury pieszej i rowerowej).

W kategorii efektywność energetyczna budynków nagrody otrzymały Kraków i Czeladź (m.in.za wykonanie termomodernizacji w 90 proc. budynków użyteczności publicznej, wdrożenie systemu monitoringu powietrza i realizację inwestycji w ramach PPP).

Zabrze zostało nagrodzone w kategorii zieleń miejska za projekt kompleksowej rekultywacji 183 ha silnie zdegradowanych terenów poprzemysłowych, z których wywieziono ponad 8 tys. ton odpadów (w tym 500 ton odpadów niebezpiecznych), poddano bioremediacji około 100 tys. m sześciennych zanieczyszczonych gruntów i nasadzono ponad 30 tys. drzew i krzewów. Nagrodzonym miastem poniżej 100 tys. mieszkańców został Złotów, doceniony za projekt rozwoju zieleni miejskiej „Fabryka czystego powietrza”.

– Zaczęliśmy badać, jak faktycznie jest z tym stanem powietrza, zbudowaliśmy system czujników. Zajęliśmy się naszymi, publicznymi obiektami, ale źródłem emisji są głównie domki jednorodzinne. Dlatego wprowadziliśmy dopłaty, do 5 tys. zł dla każdego, kto wymieni stary piec. Poza tym, chcemy zadbać o bezpieczeństwo mieszkańców, więc rozdajemy czujniki w różnych konkursach propagujących zagadnienia dotyczące tego, jak prawidłowo palić w piecu i czym palić w piecu. Co najważniejsze – wprowadziliśmy program rozbudowy miejskiej fabryki czystego powietrza, czyli sadzimy kilkaset drzew rocznie. Są to drzewa o charakterze miododajnym, ponieważ również jesteśmy gminą przyjazną pszczołom i zależy nam, żeby przyłączyć się do ich ratowania – mówi Adam Pulit, burmistrz Złotowa.

Jak podkreśla, projekt Eco-Miasto to dla samorządów nie tylko szansa zaprezentowana swoich osiągnięć i proekologicznych projektów. To również platforma wymiany doświadczeń pomiędzy miastami, która umożliwia podpatrywanie dobrych wzorców i nawiązywanie współpracy.

– Powinniśmy cały czas uczyć się od siebie. Rozwiązujemy te same problemy, więc klasyczne otwieranie otwartych drzwi nie ma sensu. Trzeba się przyglądać, inspirować. Samorządowcy chętnie się wymieniają doświadczeniami i tutaj mieliśmy ku temu okazję – mówi Adam Pulit.

Maria Andrzejewska, dyrektor Centrum UNEP/GRID-Warszawa, podkreśla że konieczność zapewniania mieszkańcom optymalnych warunków do życia to idea, która coraz częściej przyświeca samorządom. Miasta i gminy, które nie prowadzą działań w tym kierunku poniekąd „wypadają z obiegu”.

– Chcemy zapewnić mieszkańcom jak najwyższą jakość życia i to staje się najważniejsze. Niekoniecznie rozwój gospodarczy, niekoniecznie wzrost dochodów miasta za wszelką cenę, ale właśnie zapewnienie tych kolejnych aspektów związanych z kwestiami społecznymi i środowiskowymi – podkreśla Maria Andrzejewska – Każdy samorząd ma coś do poprawienia i każdy samorząd ma świadomość, że są jakieś obszary, które wymagają pochylenia się i zwiększenia działań w tym temacie. Żyjemy w czasach, w których bardzo dużo mówi się o zagrożeniach środowiska, zmian wywołanych przez rozwój przemysłu, konsumpcjonizm i wygodnictwo, które też powoli stają się problemem. Myślę tutaj głównie o odpadach, ale również o jakości powietrza, wody, o jakości funkcjonowania w środowisku miejskim w którym brakuje właściwego gospodarowania przestrzenią.

Włodarze, którzy jeszcze nie dostrzegli powiązania pomiędzy budowaniem rozwoju miasta w sposób zrównoważony, a zadowoleniem mieszkańców, muszą zorientować się, że jest droga nie do uniknięcia – dodaje dyrektor Centrum UNEP/GRID-Warszawa.

Oprócz konkursu dla samorządów, częścią projektu Eco-Miasto jest też projekt edukacyjny dla szkół „Zakręceni w przestrzeni”. Zadaniem jego uczestników jest zaproponowanie zmian w najbliższym otoczeniu – szkole, bibliotece, świetlicy czy domu kultury, tak aby tworzyć bardziej przyjazną i ekologiczną przestrzeń. W tegorocznej edycji “Zakręceni w przestrzeni” organizatorzy otrzymali ponad 200 prac uczniów z 52 szkół w całej Polsce. Nagrodę główną w konkursie zdobyli uczniowie Liceum Ogólnokształcącego w Małogoszczu, autorzy projektu „Zielono nam”.

Tegoroczna, 6. Edycja projektu została podsumowana w trakcie Międzynarodowej Konferencji Innowacyjne Eco-Miasto 2018. Wydarzenie zgromadziło ekspertów w dziedzinie zrównoważonego rozwoju i innowacyjnych technologii, przedstawicieli polskich i zagranicznych miast oraz licznych instytucji.

– W trakcie tej dwudniowej konferencji staramy się kompleksowo zaprezentować obszary związane z rozwojem miasta, kładąc szczególny nacisk na tematykę środowiskową, aczkolwiek nie odrywając się od kwestii społecznych i ekonomicznych. Wszyscy mamy świadomość, że żadne miasto nie będzie się rozwijało tylko i wyłącznie ze względu na kwestie środowiskowe – zawsze musi się wiązać z tym rozwój gospodarczy miasta i zachowanie odpowiednich wartości społecznych dla mieszkańców. Tak naprawdę, wszystko robimy z myślą o nich – podkreśla Maria Andrzejewska, dyrektor Centrum UNEP/GRID-Warszawa.

Organizatorami projektu Eco-Miasto są Ambasada Francji w Polsce i Centrum UNEP/GRID-Warszawa. Eco-Miasto jest realizowane we współpracy z Renault Polska, Saur Polska, Grupą Saint-Gobain, Ceetrus Polska, DK Energy i TIRU – grupa Dalkia, a także Wspólnie – Fundacja LafargeHolcim.

Firmy walczą o pracowników. Benefity i możliwość rozwoju stają się równie ważne, co wysokość pensji

Firmy walczą o pracowników. Benefity i możliwość rozwoju stają się równie ważne, co wysokość pensji 9

Coraz więcej firm odczuwa problemy z rekrutowaniem pracowników i presję płacową. Niemal co piąta nie podejmuje nowych inwestycji z powodu deficytów kadrowych. Problemem jest też rotacja, bo młodzi pracownicy zmieniają zatrudnienie średnio co 2-3 lata. W tym kontekście firmy, chcąc przyciągać nowych kandydatów, muszą podnosić płace i poprawiać warunki zatrudniania. Możliwości rozwoju i pozapłacowe benefity stają się równie ważne, co wysokość pensji. Obok świadczeń takich jak karnet na siłownię czy prywatna opieka medyczna, które powoli stają się standardem – pracownicy coraz większą wagę przywiązują także do wartości firmy i jej społecznego zaangażowania.

– Pracodawcy borykają się z niedoborem pracowników i na rynku jest o tym głośno. Mówi się, że zbyt mało jest siły roboczej, a młodzi pracownicy, którzy szukają zatrudnienia, mają duże aspiracje. Są zainteresowani nie tylko pracą w danym miejscu, ale także swoją ścieżką kariery i rozwoju, są zainteresowani tym, żeby atmosfera w pracy im odpowiadała i żeby mogli połączyć swoje życie zawodowe z życiem prywatnym, które jest dla nich bardzo istotne. To już nie jest pokolenie sprzed 20 lat, dla którego praca była sensem życia, w tej chwili zbilansowanie jednego i drugiego jest koniecznością – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Goleniowska, dyrektor HR w Emitel S.A.

Na polskim rynku od wielu miesięcy utrzymuje się rekordowo niskie bezrobocie. Według GUS, w sierpniu stopa bezrobocia wyniosła 5,8 proc. Liczba bezrobotnych spadła do 959,5 tys. – to o ponad 15 proc. mniej niż przed rokiem. Zgodnie z danymi Eurostatu, bezrobocie w Polsce jest na jednym z najniższych poziomów w całej Unii Europejskiej, niższy odsetek bezrobotnych zarejestrowano tylko w Czechach i w Niemczech. Z drugiej strony – wzrost gospodarczy w I połowie roku był wyższy od oczekiwań, a agencja ratingowa Moody’s podwyższyła prognozy wzrostu PKB w 2019 roku do 4,2 proc.

Niska podaż pracy hamuje rozwój przedsiębiorstw, które borykają się z brakami kadrowymi. Z ostatniego „Barometru Rynku Pracy”, przygotowanego przez instytut Kantar Millward Brown na zlecenie Work Service, wynika że problemy z brakiem specjalistów deklaruje już 49,7 proc. polskich firm, a 16,4 proc. pracodawców nie podejmuje nowych inwestycji z powodu deficytów kadrowych. Presja płacowa utrzymuje się na wysokim poziomie, dynamika wzrostu płac ukształtowała się na poziomie ok. 7 proc. r/r, a, jak wynika z badania Work Service, podwyżek oczekuje prawie 60 proc. pracujących Polaków.

W obliczu trudnej sytuacji na rynku pracy, firmy muszą z jednej strony podnosić wynagrodzenia, a z drugiej – przyciągać pracowników innymi, pozapłacowymi benefitami. Zwłaszcza, że nowe pokolenia pracowników, Millenialsi i Generacja Z, są bardzo wymagające. Jak wynika z raportu Deloitte „Liderzy Przyszłości” – od pracodawców oczekują przede wszystkim wyzwań, umożliwienia im rozwoju zawodowego i łączenia kariery z życiem prywatnym, które gra pierwsze skrzypce. Nie przywiązują się do miejsca pracy, a z drugiej strony, dzięki social mediom, są bardzo dobrze zorientowani w rynku i często zmieniają pracodawcę.

– Zatrzymanie pracownika jest w tej chwili dużym wyzwaniem. Pokolenia, które wchodzą teraz na rynek pracy, będą zmieniać zatrudnienie kilkanaście razy w ciągu swojej kariery zawodowej. To oznacza, że u jednego pracodawcy będą zatrzymywać się na 2-3, maksymalnie 4 lata. Potrzebna jest zmiana nastawienia managerów i przyjęcie do wiadomości, że młodzi pracownicy szukają wyzwań. Zadaniem dla działów HR i menadżerów jest zadbanie o te możliwości rozwoju i budowania kompetencji młodych ludzi w organizacji. To będzie pomocne w zatrzymaniu pracownika na dłużej niż kilka miesięcy czy rok – mówi Anna Goleniowska.

Dyrektor HR w Emitelu podkreśla, że starsi pracownicy wyrośli w innej rzeczywistości zawodowej, z kolei młodzi wchodzą na rynek z zupełnie innymi oczekiwaniami. Widać u nich bardzo dużą presję na możliwości rozwojowe, uczenie się, budowanie ścieżki kariery. Nie chodzi bynajmniej o wspinanie się po szczeblach korporacyjnej kariery i awans w pionowej hierarchii, ale nabywanie nowych kompetencji, które będą mogli wykorzystać u kolejnych pracodawców.

– Ewidentnie to nowe pokolenie, które wchodzi na rynek pracy, jest dużo bardziej wymagające i asertywne. Zwraca uwagę nie tylko na to, co pracodawca może im dać w postaci pensji, ale także na inne rzeczy. Patrzy na pozapłacowe benefity, zwraca uwagę jakiego rodzaju firmą jest przyszły pracodawca i jak zachowuje w obszarze społecznej odpowiedzialności biznesu – mówi Robert Moreń, dyrektor ds. komunikacji Benefit Systems.

Jak podkreśla, teraz firma musi dbać o pracownika w różnych wymiarach. Nie tylko finansowym, ale również tym, który wiąże się z jego aktywnością poza pracą i wpływa na jego samopoczucie. Wiele firm stawia na budowanie więzi z pracownikami poprzez programy wolontariatu bądź wspieranie wybranych przez pracowników inicjatyw społecznych.

– Przed pracodawcami stoi w tej chwili zadanie budowania przyjemnej, miłej i przyjaznej atmosfery w pracy, a więc oferowania pracownikom różnego rodzaju benefitów. Nie mówię tu o benefitach, które są już oczywiste i od lat znane, takich jak opieka medyczna czy ubezpieczenia grupowe. Mowa raczej o angażowaniu się organizacji w życie pracowników, czyli uczestniczeniu w wolontariatach pracowniczych, organizowaniu pracownikom przestrzeni do uprawiania sportu czy rozwijania swoich pasji. To jest w tej chwili duże wyzwanie – mówi Anna Goleniowska.

– Brak pracowników doskwiera chyba każdemu pracodawcy, również Telewizji Polskiej. Podejmujemy wszelkie działania, żeby pozyskać i wyszkolić pracowników. Przy biurze zarządzania kapitałem ludzkim działa akademia telewizyjna, która szkoli kandydatów na nasze, specyficzne potrzeby. Z projektów ponadstandardowych – utworzymy przedszkole dla ponad 150 dzieci. Uważamy, że to będzie bardzo duże ułatwienie. Bieżące działania skupiają się dla przykładu na badaniach profilaktycznych czy szczepieniach, w najbliższy piątek mamy szczepienia przeciw grypie dla wszystkich pracowników, którzy tylko zechcą się zaszczepić – wylicza Mariusz Kozłowski, kierownik działu strategii zarządzania kapitałem ludzkim w TVP.

Eksperci podkreślają, że pozapłacowe benefity odgrywają dziś kluczową rolę w rekrutacji i są dla pracowników równie ważne, co wysokość pensji. Co istotne, takie świadczenia jak prywatna opieka medyczna, dodatkowe ubezpieczenie czy karnet na zajęcia sportowe są już powszechnym standardem. Sami pracownicy coraz większą wagę zaczynają natomiast przykładać do wartości firmy czy jej zaangażowania w obszarze społecznej odpowiedzialności biznesu.

– Pozapłacowe benefity to bardzo szerokie pojęcie, bo są to zarówno ubezpieczenia zdrowotne, dopłaty do wczasów i bony podarunkowe, jak i karty sportowe do siłowni, których w Polsce jest już ponad milion. Na rynku pracownika, z którym mamy w tej chwili do czynienia, nie wystarczy już dobra pensja. Ludzie szukają czegoś więcej. Szukają tego, co pracodawca może im dać poza płacą – podkreśla Robert Moreń, dyrektor ds. komunikacji Benefit Systems.

Zmiany na rynku pracy, nowe pokolenia pracowników i budowanie długofalowej relacji z pracownikiem to główne zagadnienia debaty ekspertów z zakresu CSR, która odbyła się w tym tygodniu w siedzibie Krajowej Izby Gospodarczej. W dyskusji wzięli udział eksperci KIG, Instytutu Społecznej Odpowiedzialności Biznesu i Zrównoważonego Rozwoju i Fundacji Godła Promocyjnego „Teraz Polska”. Debata odbyła się w ramach konkursu „Pracodawca Godny Zaufania”, którego laureaci zostaną wyłonieni 24 października. Ten tytuł jest przyznawany firmom, które wypracowują najciekawsze i skuteczne rozwiązania w zakresie polityki pracowniczej.

Analiza danych coraz ważniejsza w ochronie zdrowia. Komputer pomoże zaplanować terapię i przeciwdziałać nadużyciom finansowym

Analiza danych coraz ważniejsza w ochronie zdrowia. Komputer pomoże zaplanować terapię i przeciwdziałać nadużyciom finansowym 10

Analiza zbiorów danych może znacząco usprawnić system ochrony zdrowia. Innowacyjne narzędzia pozwalają dobrać odpowiednią terapię i ocenić jej skuteczność. Pomogą też planować efektywne wykorzystanie sprzętu medycznego i wdrażanie nowych technologii w placówkach medycznych. Mogą one również zapobiegać nadużyciom w obszarze rozliczeń. Te wszystkie działania powinny sprawić, że rosnące środki na ochronę zdrowia będą wydawane bardziej efektywnie – podkreślają eksperci SAS.

– Koszty służby zdrowia w Polsce i na świecie rosną znacznie szybciej niż środki, które są na nią przekazywane. To oznacza, że coraz większy nacisk kładziony jest na efektywność ich wydawania. W związku z tym odchodzimy od rozliczania liczby świadczeń na rzecz podejścia opartego na efektywności liczenia, z angielskiego „value-based healthcare” – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kramek, lider Praktyki Public Sector & Healthcare w SAS Polska.

W Polsce wydatki publiczne na ochronę zdrowia mieszczą się w przedziale 4,6–4,8 proc. krajowego PKB, podczas gdy średnia dla państw OECD sięga 6,7 proc. W tym roku weszła w życie ustawa, która przewiduje, że w kolejnych latach nakłady na sektor zdrowia będą stopniowo wzrastać, aby w 2024 roku osiągnąć poziom 6 proc. PKB i zrównać się z unijną średnią.

Z drugiej strony może to jednak nie nadrobić długiego okresu niedoinwestowania, podczas gdy wyzwań w ochronie zdrowia wciąż przybywa. Należą do nich m.in. starzejące się społeczeństwo i zwiększony popyt na świadczenia medyczne, niedobór lekarzy i pielęgniarek, który wymusza podwyżki ich wynagrodzeń, oraz konieczność inwestowania w nowoczesne technologie i sprzęt diagnostyczny. Dlatego – obok wzrostu nakładów – potrzebne są także mechanizmy zwiększające efektywność i skuteczność leczenia pacjentów. W tym może pomóc analityka danych.

– Coraz popularniejsze są trendy związane z medycyną precyzyjną, personalizowaną. W tym przypadku zarówno farmakoterapia, jak i środki związane z leczeniem pacjenta są dostosowane do jego konkretnego profilu. Na bazie danych zgromadzonych w systemach szpitalnych możemy wykorzystać historię podobnych przypadków, żeby dobrać najlepszą terapię dla danego pacjenta – wyjaśnia Piotr Kramek.

Zaawansowana analityka w ochronie zdrowia jest pomocna także w wykrywaniu nadużyć. Analiza sieci powiązań pomiędzy lekarzami, aptekami i usługodawcami może zapobiec wyłudzeniom związanym z refundacją leków i przeciwdziałać takim zjawiskom, jak unbundling czy upcoding (wskazywanie do rozliczenia usług medycznych po wyższych stawkach) w kontekście procedur medycznych.

– Zaawansowana analityka znajduje również zastosowanie w obszarze zakażeń szpitalnych. Korzystamy z doświadczeń naszych klientów wykorzystujących techniki predykcyjne po to, aby typować pacjentów, którzy mogą ulec zakażeniu szpitalnemu podczas hospitalizacji. Mając taką wiedzę, można przedsięwziąć środki zapobiegawcze już w momencie rejestracji pobytu pacjenta w szpitalu i zredukować ryzyko takiego zakażenia – mówi Piotr Kramek.

Ekspert SAS Polska podkreśla, że w kontekście wyzwań strojących przed ochroną zdrowia trzeba również zwrócić uwagę na rosnący udział technologii, chociażby w telemedycynie czy diagnostyce. Z raportu „Pacjent w świecie cyfrowym” firmy doradczej PwC wynika, że telediagnostyka, sztuczna inteligencja, dedykowane aplikacje i urządzenia mobilne będą odgrywać w medycynie coraz większą rolę. Już w tym momencie 60 proc. pacjentów z Europy Środkowo-Wschodniej jest gotowych, by korzystać z telemedycyny.

– Zaawansowana analityka jest nieodłączną częścią wykorzystania technologii w ochronie zdrowia. Mówimy o wykorzystaniu jej w zakresie prognozowania – np. tego, ilu pacjentów z danym schorzeniem pojawi się w danym miesiącu czy roku. Dzięki temu można lepiej zaplanować pracę personelu medycznego i wykorzystanie sprzętu medycznego. Zaawansowana analityka sprawdza się również w telemedycynie, gdzie mamy do czynienia z dużą liczbą czujników i pomiarów z aparatury medycznej. Może pomóc przeanalizować strumienie tych danych w poszukiwaniu anomalii, zjawisk niepożądanych z punktu widzenia zdrowia pacjenta – mówi ekspert SAS Polska.

Z ubiegłorocznego raportu „Zdrowe oszczędności”, opracowanego przez ekspertów Pracodawców RP i Polskiej Unii Onkologii, wynika, że w parze ze zwiększaniem nakładów na ochronę zdrowia w Polsce musi iść większa efektywność ich wydatkowania. Eksperci postulują m.in. wdrożenie rozwiązań technologicznych, które pomogą skrócić kolejki do lekarzy (powiadomienia SMS), przyspieszenie informatyzacji i wdrożenie mechanizmów, które pozwolą na wymianę i analizę danych pomiędzy płatnikiem, świadczeniobiorcami i pacjentami. Z raportu wynika, że rozsądne i efektywne wydatkowanie środków na ochronę zdrowia mogłoby ograniczyć niezbędny wzrost publicznych nakładów na ten cel o około 0,5 proc. PKB rocznie.

Polskie firmy transportowe będą sięgać po nowe technologie. Systemy do zarządzania flotą ograniczą koszty ich działania i zmniejszą liczbę wypadków

Polskie firmy transportowe będą sięgać po nowe technologie. Systemy do zarządzania flotą ograniczą koszty ich działania i zmniejszą liczbę wypadków 11

Firmy transportowe są często sprawdzane pod kątem liczby godzin pracy kierowców. W ubiegłym roku takiemu audytowi została poddana ponad połowa przedsiębiorstw. Choć zwiększa to bezpieczeństwo kierowców, konieczne jest wprowadzenie rozwiązań, które jeszcze je poprawią, jak zdalny odczyt z tachografów. Te jednak są w Polsce stosowane znacznie rzadziej niż w innych europejskich krajach. Telematyczne systemy zarządzania flotą pozwalają zaś zmniejszyć liczbę wypadków i ograniczyć koszty dla firm.

– Polscy przedsiębiorcy transportowi kontrolowani są w większości przypadków przynajmniej raz w roku, 55 proc. badanych przedsiębiorców z Polski stwierdziło, że było badanych w ciągu ostatniego roku, co jest znacząco więcej niż w przypadku innych krajów europejskich. Zaledwie 7 proc. polskich kierowców stwierdziło, że w ciągu ostatniego roku w ogóle nie podlegało żadnym kontrolom, przy 14 proc. kierowców z innych krajów europejskich – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Terlecki, dyrektor sprzedaży w TomTom Telematics.

Z badania Tachograph Survey przeprowadzonego przez TomTom Telematics wynika, że w przypadku aż 78 proc. polskich firm kontroli zostali poddani sami kierowcy. Choć zwiększa to bezpieczeństwo uczestników ruchu drogowego, częste kontrole nie zastąpią nowych rozwiązań, które pozwalają bezpieczeństwo znacząco podnieść, jak np. zdalne odczyty tachografów.

– Zdalny odczyt z tachografu stopniowo staje się standardem w Europie. Ponad 60 proc. firm w Europie używa tego typu rozwiązania, w Polsce ten wskaźnik oscyluje wokół 45 proc., więc mamy coś do nadrobienia. Wydaje się, że bardzo szybko ten dystans będzie topniał, są oczywiste korzyści wynikające z zastosowania zdalnego odczytu tachografów. Przedsiębiorcy unikają konieczności ręcznego odczytu danych, specjalnych kursów do bazy, tzw. pustych przebiegów – tłumaczy Terlecki.

Polscy przedsiębiorcy coraz częściej inwestują w technologie. Jednocześnie aż 39 proc. polskich firm transportowych musiało w 2017 roku odwołać przynajmniej jedno zlecenie z powodu braku informacji, czy danemu kierowcy wystarczy pozostałych godzin pracy, aby je zrealizować w danym dniu. Zaledwie połowa monitoruje przebieg pojazdów, aby kontrolować zużycie paliwa, 60 proc. firm prowadzi programy szkoleniowe z zakresu ekonomicznego prowadzenia pojazdów, a 42 proc. monitoruje styl jazdy kierowców.

– Większość naszych przedsiębiorców uważa, że niektóre z technologii dzisiaj traktowanych jako bardzo innowacyjne, typu sztuczna inteligencja czy wirtualna rzeczywistość, za dziesięć lat staną się codziennością. Ciekawa jest również obserwacja, z której wynika, że nasi przedsiębiorcy są dość zadowoleni ze zdolności adaptowania nowych rozwiązań w swoich firmach. 78 proc. z nich uważa, że robią to bardzo sprawnie, podczas kiedy przeanalizujemy, jakie są rzeczywiste wyniki implementacji tych technologii, okazuje się, że nie przekracza to 30 proc. – ocenia ekspert TomTom Telematics.

Nowe technologie podnoszą efektywność firm z sektora. Przyszłością jest telematyka. Analiza danych, które są dostarczane na niemal każdym etapie przewozu towarów, pozwalają ograniczyć koszty paliwa i puste przebiegi oraz kontrolować bezpieczeństwo. Telematyczne systemy zarządzania flotą pozwalają też zdalnie identyfikować niebezpieczne zdarzenia na drodze i kontrolować sposób jazdy.

– Telematyka to połączenia technologii telekomunikacyjnych, informatycznych i informacyjnych, w praktyce to gromadzenie i przetwarzanie danych, które są dostarczane przedsiębiorcy po to, żeby był w stanie analizować ruch swoich pojazdów, dają mu odpowiednie informacje do decyzji. Te informacje to jest położenie samochodu, trasa, jaką on pokonuje, czy też zużycie paliwa – mówi Terlecki.

Bezpieczeństwo firm TSL ma istotne znaczenie, bo rola sektora w polskiej gospodarce jest nie do przecenienia. Problemy rynkowe mogą odczuć wszyscy.

– Polskie firmy generują około 6,5 proc. PKB Polski. Jest to zjawisko unikatowe, dlatego że w innych krajach europejskich ta wartość jest 2-3-krotnie niższa. Warto powiedzieć o tym, że około miliona osób pracuje bezpośrednio lub pośrednio dla firm transportowych zatrudniających około 650 tys. zawodowych kierowców. Pamiętajmy również o transporcie jako barometrze gospodarki  jeśli w transporcie jest dobrze, można oczekiwać dobrej koniunktury również w całej gospodarce – przekonuje Dariusz Terlecki.