Kolejna podwyżka stóp procentowych w USA praktycznie pewna

Rynki finansowe przygotowują się na kolejną podwyżkę stóp procentowych Rezerwy Federalnej. FOMC spotka się w Waszyngtonie już w środę, a potencjalna decyzja o podniesieniu stóp byłaby drugą w bieżącym roku, jak i siódmą podwyżką od czasu rozpoczęcia cyklu zacieśniania polityki pieniężnej w grudniu 2015 roku.

Na początku czerwca w Stanach Zjednoczonych ukazał się raport dotyczący rynku pracy, zgodnie z którym w gospodarce USA kolejny miesiąc z rzędu gwałtownie przybywa stanowisk. Przyspiesza również wzrost wynagrodzeń. Rynki finansowe wyceniają prawdopodobieństwo podwyższenia stóp procentowych na najbliższym spotkaniu na ok. 85%. Wysokie oczekiwania wynikają z dobrej kondycji amerykańskiej gospodarki – Stany Zjednoczone wydają się radzić sobie zdecydowanie lepiej od reszty krajów rozwiniętych. Kraj posiada silny rynek pracy, roczny wzrost PKB utrzymuje się powyżej poziomu 2%, a indeks PCE, czyli preferowany przez Rezerwę Federalną wskaźnik dynamiki cen, znajduje się w okolicach 2-procentowego celu inflacyjnego Fedu, po raz pierwszy od początków 2017 roku. Stąd uważamy, że podwyżka na najbliższym spotkaniu jest praktycznie pewna.

Przy tak wysokiej wycenie prawdopodobieństwa podwyżek stóp procentowych uwaga inwestorów jest zazwyczaj skupiona na komunikatach, które FOMC wyda przy okazji ogłoszenia podjętej przez siebie decyzji. Na ich podstawie będzie można określić, czy w ramach polityki monetarnej bank centralny zdecyduje się na łącznie trzy czy cztery podwyżki w 2018 r. Według marcowego „dot plot” Rezerwy Federalnej, który obrazuje indywidualne oczekiwania członków FOMC ws. wysokości stóp procentowych, mediana oczekiwań decydentów utrzymuje się przy trzech podwyżkach. Minutki z ostatniego spotkania okazały się jednak stosunkowo gołębie, co sugeruje, że Fed chce przyzwolić na „tymczasowy okres” podwyższonej inflacji – tym samym wzrost oczekiwanej liczby podwyżek jest w krótkim okresie raczej mało prawdopodobne. Naszym zdaniem Rezerwa Federalna utrzyma dotychczasowe stanowisko ws. tempa zacieśniania polityki pieniężnej, pozostawiając sobie jednocześnie „furtkę” umożliwiającą czwartą podwyżkę, jeśli tylko przyszłe warunki gospodarcze jej na to pozwolą.

W bieżącym roku z pewnością można oczekiwać łącznie trzech podwyżek stóp procentowych. Nie uważamy jednak, żeby istniały jakiekolwiek przesłanki wykluczające możliwość kolejnej podwyżki stóp w wrześniu, kiedy opublikowana zostanie kolejna prognoza członków FOMC dotycząca poziomu stóp procentowych. Nawet w tak późnym etapie cyklu koniunkturalnego amerykańska gospodarka wytwarza ponad 200 tysięcy miejsc pracy miesięcznie, bez żadnych sygnałów sugerujących spowolnienie. Sugeruje to, że Stany Zjednoczone mają jeszcze przed sobą perspektywę dalszego wzrostu, a tym samym właściwa wydaje się strategia stopniowego zacieśniania polityki pieniężnej.

Inwestorzy będą również bacznie obserwować prognozy FOMC dotyczące długookresowego poziomu stóp procentowych, tj. planów wykraczających poza 2019 r. Ostatni „dot plot” pokazał, że decydenci Rezerwy Federalnej byli dość podzieleni w kwestii projekcji poziomu stóp w 2020 roku – szacują oni, że wyniesie on od 3 do 3,75%. Jakiekolwiek wskazówki sugerujące, że stopy osiągną raczej dolną niż górną wartość tych widełek spowodują, że inwestorzy obniżą swoje oczekiwania dotyczące kolejnych podwyżek stóp procentowych.

Jeśli chodzi o komunikaty ze strony Fed – spodziewamy się, że obecny przewodniczący FOMC, Jerome Powell będzie nadal podkreślał siłę amerykańskiego rynku pracy. Naszym zdaniem powinien również wyrazić opinię, że inflacja utrzyma się w długim okresie na poziomie wyższym od celu inflacyjnego. Warto będzie obserwować, czy FOMC poruszy kwestię ostatniego wzrostu globalnego napięcia w kwestiach handlowych, czy chociażby potencjalnego wpływu politycznych zawirowań we Włoszech i wyprzedaży na europejskich rynkach kapitałowych na globalny wzrost gospodarczy.

Podsumowując, w tym tygodniu spodziewamy się kolejnej podwyżki stóp procentowych ze strony FED o 25 punktów bazowych, a od samego banku oczekujemy również deklaracji o możliwości dwóch kolejnych podwyżek przed końcem bieżącego roku (najpewniej we wrześniu i grudniu). Uważamy bowiem, że rynek nadal nie docenia prawdopodobieństwa łącznie czterech podwyżek przed końcem roku.

Niemniej, istnieje również prawdopodobieństwo, że nowy „dot plot” pokaże spadek prognozy długookresowej stopy równowagi. Stąd sądzimy, że z najbliższym spotkaniem Rezerwy Federalnej wiąże się mimo wszystko spora dawka niepewności, co może znaleźć swoje odzwierciedlenie w podwyższonej zmienności rynkowej.

Autorzy: Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Największe inwestycje petrochemiczne w historii PKN ORLEN

​PKN ORLEN rozpoczyna największe w swojej historii inwestycje w obszarze petrochemii. Ich wartość szacowana jest na ok. 8,3 mld złotych. W ramach przyjętego programu rozwoju petrochemii do 2023 r. zrealizowane zostaną nowe inwestycje w Płocku i we Włocławku. Po zakończeniu inwestycji roczny zysk EBITDA może wzrosnąć nawet o 1,5 miliarda złotych.

– Nowe inwestycje w ramach programu rozwoju polskiej petrochemii pozwolą jeszcze bardziej zintegrować segment rafineryjny i petrochemiczny oraz w większym stopniu zdywersyfikować przychody Koncernu. Jest o co powalczyć, bo szacowana roczna EBITDA po zakończeniu projektów wzrośnie o 1,5 mld zł. Oznacza to zwrot z inwestycji w ciągu 5-6 lat i to jest bardzo dobra informacja dla naszych akcjonariuszy – podkreśla Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Realizacja inwestycji wzmocni pozycję Koncernu na rynku europejskim oraz zapewni wymierne korzyści dla polskiej gospodarki m.in. w zakresie zbilansowania handlu produktami petrochemicznymi, które będą wytwarzane w wyniku realizacji programu. Oznacza to, że Polska z importera stanie się eksporterem tych produktów. Nowy program inwestycyjny PKN ORLEN obejmie budowę i zwiększenie mocy produkcyjnych w obszarze pochodnych aromatów, olefin oraz fenolu. Pozwoli też na znaczącą rozbudowę kompetencji Koncernu w zakresie B+R poprzez inwestycje w Centrum Badawczo Rozwojowe.

– Wartość rynku petrochemikaliów i bazowych tworzyw sztucznych podwoi się do 2040 r. PKN ORLEN chce i musi bardzo dobrze wykorzystać swój potencjał w tym obszarze działalności. Dlatego ostatnie tygodnie poświęciliśmy pracom nad wyborem optymalnej ścieżki rozwoju aktywów produkcyjnych. Realizacja inwestycji oznacza zwiększenie mocy produkcyjnych w segmencie petrochemii o około 30%. Co istotne, nowe produkty będziemy plasować na rynku lokalnym. To gwarantuje znaczącą poprawę bilansu handlowego Polski w obszarze petrochemikaliów – dodał Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Popyt na produkty petrochemiczne będzie rósł, napędzany rosnącą liczbą ludności na świecie, wzrostem gospodarczym oraz zmianą struktury zapotrzebowania na surowce używane w przemyśle. Wzrostowa tendencja dotyczy także naszego kraju, który poprzez wzrost dobrobytu zużywa corocznie coraz więcej tworzyw, przy czym ich konsumpcja na mieszkańca jest nadal znacząco niższa od krajów Europy Zachodniej. Coraz więcej produktów petrochemicznych będzie wykorzystywane w produkcji tworzyw, w tym ich zastosowań dla potrzeb pojazdów. Na przykład udział plastików w samochodach po 2020 r. ma wynosić 25% w porównaniu do 20% w 2000 r. Inwestycje PKN ORLEN w segmencie petrochemicznym wpisują się więc w europejskie i światowe trendy rozwoju aut napędzanych alternatywnymi źródłami energii.

Równolegle do zapowiedzianych inwestycji kontynuowane będą dotychczasowe projekty petrochemiczne mające na celu wydłużenie łańcucha wartości PKN ORLEN. Zgodnie z harmonogramem przebiega budowa Instalacji Metatezy w Płocku, która będzie wytwarzała propylen o jakości polimerowej. Obecny nominalny wolumen produkcji w tym zakresie wynosi 450 tys. ton. Inwestycja o szacowanej wartości ponad 400 mln złotych podniesie moce wytwórcze do poziomu 550 tys. ton rocznie. Zakończenie budowy oraz uruchomienie instalacji planowane jest już w drugiej połowie 2018 roku.

Organy podatkowe mają prawo do skargi pauliańskiej

Trybunał Konstytucyjny orzekł, że Skarb Państwa ma prawo żądać, aby sąd uznał za bezskuteczną czynność dłużnika, która doprowadziła do jego niewypłacalności. Oznacza to, że zbycie majątku w toku postępowania przed organem podatkowym z pokrzywdzeniem fiskusa może skutkować pozwaniem przed sąd cywilny osoby, która taki majątek nabyła. W takim wypadku to Skarb Państwa musi udowodnić, że podatnik działał z zamiarem pokrzywdzenia wierzyciela. Wcale nie oznacza to jednak, że podatnik może pozostać bierny i nie podejmować żadnych działań, by bronić swoich racji.

Fiskus chętnie korzysta ze skargi pauliańskiej w sporze z obywatelem

Niewypłacalność to stan, w którym dłużnik nie jest w stanie regulować swoich zobowiązań. Zgodnie z Kodeksem cywilnym w sytuacji, gdy dłużnik dokona z osobą trzecią czynności, w wyniku której stał się niewypłacalny lub niewypłacalny w stopniu wyższym, niż przed dokonaniem tej czynności, działając tym samym z pokrzywdzeniem wierzyciela, wierzyciel ten może wystąpić wobec tej osoby trzeciej z powództwem do sądu cywilnego o uznanie tej czynności za bezskuteczną wobec niego.

Ze skargi pauliańskiej chętnie korzystają organy podatkowe. Na przykład gdy w toku postępowania podatkowego podatnik zbył nieruchomość, w wyniku czego stał się niewypłacalny, organ podatkowy może skorzystać z tej instytucji i pozwać osobę, która tę nieruchomość nabyła. Warunkiem jest, aby nabywca wiedział o niewypłacalności sprzedającego podatnika, a podatnik działał ze świadomością, że dokonuje transakcji z pokrzywdzeniem obecnego wierzyciela. Jeśli dłużnik dokonał danej czynności z pokrzywdzeniem przyszłego wierzyciela, należy mu udowodnić zamiar jego pokrzywdzenia. W rezultacie sąd może orzec, że zbycie nieruchomości w istocie nie doszło do skutku i w dalszym ciągu jest ona częścią majątku podatnika.

Sądy cywilne, rozpoznając powództwa kierowane przez organy podatkowe w tego rodzaju sprawach, prezentowały różne stanowiska i niejednokrotnie ich wątpliwości rozstrzygać musiał Sąd Najwyższy. W jednym z najnowszych orzeczeń dopuścił on możliwość występowania przez fiskusa ze skargą pauliańską, z tym zastrzeżeniem, że należności podatkowe należy uznać za dług przyszły, zatem podatnikowi należy udowodnić, że miał zamiar pokrzywdzić Skarb Państwa. Dla organu podatkowego jest to dość trudne zadanie.

Rzecznik Praw Obywatelskich stanął w obronie podatników

Dochodzenie należności podatkowych na drodze cywilnoprawnej wzbudziło wątpliwości Rzecznika Praw Obywatelskich. W korespondencji kierowanej do Ministra Finansów podnosił on, że organy podatkowe mają wiele innych sposobów na wyegzekwowanie należności Skarbu Państwa, a korzystanie przez nie ze skargi pauliańskiej prowadzi do zachwiania równowagi między zabezpieczeniem interesów fiskusa a ochroną praw obywatela. Zwrócił również uwagę, że w wielu wypadkach pozwana przez skarbówkę osoba trzecia może nawet nie wiedzieć, że jej kontrahent działał z pokrzywdzeniem fiskusa. Według RPO także podatnik, dokonując danej czynności, nie zawsze jest świadomy tego, że ciąży na nim obowiązek uiszczenia podatku.

Poza tym skarga pauliańska to instytucja uregulowana w Kodeksie cywilnym, a zatem co do zasady znajduje ona zastosowanie w relacjach między osobami prywatnymi. Zdaniem Bodnara organy państwowe nie powinny stosować skargi pauliańskiej w drodze analogii, gdyż narusza to zasadę zaufania obywatela do państwa i pozwala organom podatkowym na zbytnią swobodę.

Z oczywistych względów resort finansów nie podzielił wątpliwości Rzecznika i uznał, że nie ma powodu, aby należności podatkowe podlegały słabszej ochronie niż cywilnoprawne roszczenia. W rezultacie RPO wystąpił o rozstrzygnięcie problemu do Trybunału Konstytucyjnego.

Trybunał uznał racje fiskusa

Trybunał Konstytucyjny w wyroku z dnia 18 kwietnia 2018 r. (sygn. K-52/2016) orzekł, że możliwość korzystania przez organy podatkowe z prawa do uznania za bezskuteczną czynności dokonanej z pokrzywdzeniem Skarbu Państwa jest dopuszczalna, gdyż występując z takim powództwem, organ nie działa w sposób władczy. Nie ingeruje w prawa i obowiązki obywatela wynikające z przepisów podatkowych ani nie tworzy nowych regulacji. Działanie fiskusa zmierza jedynie do efektywnego wyegzekwowania danej należności podatkowej, które mogłoby okazać się niemożliwe, gdyby dłużnik-podatnik wskutek określonej czynności stał się niewypłacalny. Stosowanie skargi pauliańskiej nie jest według Trybunału „pułapką” na podatnika, lecz normalną i akceptowalną w orzecznictwie sądowym instytucją, z której organy podatkowe mają pełne prawo korzystać.

Pamiętajmy zatem, że w razie korzystnego dla fiskusa wyroku będzie mógł on np. obciążyć nieruchomość podatnika hipoteką. Nie oznacza to jednak, że w każdym przypadku sąd uwzględni skargę pauliańską i uzna, że np. osoba trzecia nie nabyła mieszkania, gdyż zbywca sprzedał ją, krzywdząc wierzyciela. Wiele zależy bowiem od tego, w którym momencie dojdzie do sprzedaży – inaczej sąd oceni sytuację, w której podatnik zbywa majątek, otrzymawszy już decyzję urzędu skarbowego, a odmiennie, gdy robi to w toku postępowania bądź nawet przed jego wszczęciem. Każda sprawa jest bowiem indywidualna i wymaga opracowania precyzyjnej, dostosowanej do okoliczności strategii.

Niezależnie od sytuacji to, że w sporze przed sądem obowiązek dowodzenia ciążył będzie na organie podatkowym, nie oznacza, że pozwany nabywca majątku dłużnika może biernie czekać i zaniechać obrony swoich interesów. W sporze z fiskusem zawsze bowiem ważne jest, by trafnie dobrać i dobrze zaprezentować argumenty na poparcie swoich racji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

 

Stopy procentowe w Polsce w górę w 2019 roku?

Agencja Fitch przewiduje, że stopy procentowe w Polsce wzrosną szybciej niż dotychczas sądzono. Dwa ważne posiedzenie banków centralnych w tym tygodniu. Słabsze dane z Wysp Brytyjskich.

Prognozy agencji Fitch dla Polski

Agencja ratingowa w komentarzu do ostatniej aktualizacji ratingu dla Polski przedstawiła prognozy makroekonomiczne dla naszego kraju. Są one z grubsza zbieżne z wartościami prognozowanymi przez rząd i NBP. Jedyna ważna różnica to inflacja i tym samym spodziewany już w przyszłym roku wzrost stóp procentowych o 0,5%. Dotychczasowe prognozy zakładały, że inflacja przekroczy cel najwcześniej w 2020 roku i to wtedy można spodziewać się interwencji Rady Polityki Pieniężnej. Drugim obok inflacji ważnym czynnikiem jest z kolei tempo wzrostu stóp procentowych w Unii Europejskiej. To może się zmienić z kolei już na najbliższym posiedzeniu EBC w czwartek.

Posiedzenia banków centralnych

Obecny tydzień ubiegnie najprawdopodobniej pod dyktando posiedzeń banków centralnych. Najpierw w środę zbierze się Federalny Komitet Otwartego Rynku. Zdaniem większości analityków podniesie on stopy procentowe o 0,25%. Biorąc pod uwagę notowania kontraktów terminowych na stopę procentową zmiana ta jest już niemalże całkowicie uwzględniona w cenach. Drugie posiedzenie będzie miało miejsce w czwartek i będzie to Europejski Bank Centralny. Tutaj oczekiwania są znacznie słabsze, aczkolwiek wielu analityków powoli spekuluje o zaczęciu normalizowania polityki Banku. Oznaczałoby to zmniejszenie programu skupu aktywów. Biorąc pod uwagę sytuację Włoch pomysł ten obecnie może być bardzo ryzykowny.

Produkcja przemysłowa w Wielkiej Brytanii

Wczoraj poznaliśmy dane z Wielkiej Brytanii na temat wzrostu produkcji przemysłowej. W ciągu roku rośnie ona o 1,8%, a nie jak dotychczas sądzono o 2,7%. Inwestorzy przyjęli to jako złą wiadomość i zaczęli sprzedawać. To osłabił niemal momentalnie funta o 1 grosz. Ze względu na nadchodzący duży pakiet danych w środę oraz posiedzenia EBC i FED w najbliższych dniach nie należało spodziewać się większych reakcji. Inwestorzy czekając na większe rozstrzygnięcia nie są zbyt chętni teraz do zmiany pozycji.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

11:00 – Niemcy – indeks instytutu ZEW,

14:30 – USA – inflacja konsumencka,

20:00 – USA – budżet federalny.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

RODO: Piąta generacja bezpieczeństwa danych

Wymagania dotyczące prywatności rosną za sprawą wprowadzenia „piątej generacji bezpieczeństwa danych”. W tym samym czasie wielowektorowe cyberzagrożenia o wielkiej skali ewoluują szybciej niż kiedykolwiek. Wejście w życie RODO to krytyczny moment, w którym nasze prywatne dane są szczególnie narażone – twierdzi firma Check Point Software Technologies.

RODO zwykle określane jest jako „totalna zmiana podejścia do kwestii bezpieczeństwa i prywatności danych”, ale biorąc pod uwagę jego korzenie w XIX-wiecznym traktacie prawa oraz bardziej współczesnych dyrektywach, nadejście tych zmian nie powinno nikogo dziwić.

RODO może – i prawdopodobnie będzie – oznaczać zupełną rewolucję. Mając szczytny cel rozpoczęcia transformacji kulturowej zwracającej kontrolę nad prywatnymi danymi obywatelom, RODO powinno wprowadzić ogromne, i z pewnością pozytywne, zmiany.

Nie należy rozpatrywać RODO jako nagły i niespodziewany zryw. Przez ostatnie dwie dekady narastały naciski  na kwestię  prywatności i odpowiedzialności biznesu za dane klientów. W rzeczywistości historia starań o „piątą generację ochrony danych” rozpoczęła się dużo wcześniej.

Pierwsza generacja ochrony danych

Wprowadzenie RODO jest w wielu aspektach konsekwencją ruchu, którego początki sięgają 1890 roku. Wtedy Samuel Warren i Lous Brandeis opublikowali w Harvard Law Review artykuł uznawany za pierwsze sprecyzowanie prawa do prywatności. Od tego czasu esej ten został uznany za jedną z najbardziej wpływowych prac w prawie amerykańskim i międzynarodowym.

Prywatność jako prawo człowieka

Pierwsza generacja ochrony danych osobowych rozpoczęła ciąg wydarzeń, które spowodowały ustalenie prywatności jako jednego z fundamentalnych praw człowieka. Prawo do prywatności zostało oficjalnie potwierdzone 10 grudnia 1948 roku przez artykuł 12 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka Narodów Zjednoczonych:

„Nie wolno ingerować samowolnie w czyjekolwiek życie prywatne, rodzinne, domowe, ani w jego korespondencję, ani też uwłaczać jego honorowi lub dobremu imieniu. Każdy człowiek ma prawo do ochrony prawnej przeciwko takiej ingerencji lub uwłaczaniu.”

Debata o przetwarzaniu danych

Po roku 1980 uwaga dotycząca kwestii prywatności została skierowana na to, w jaki sposób prywatne dane są przetwarzane i przenoszone. Trzecia generacja ochrony danych osobowych przyjęła formę wytycznych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) opublikowanych we wrześniu 1980 roku, które określiły podstawowe zasady dotyczące zarządzania danymi osobistymi.

Obejmowały one ograniczenia w kwestii zbierania danych, celów ich wykorzystywania i środków, jakie należy przedsięwziąć w celu ich ochrony, a także prawa jednostki do informacji, jakie dane o nich są przechowywane. Wytyczne te nie były jednak wiążące, co spowodowało spore różnice w ich wprowadzeniu pośród krajów europejskich oraz jeszcze większe w skali całego świata.

Następnie, w 1995 roku powstała Dyrektywa Ochrony Danych Unii Europejskiej. Zapoczątkowała ona czwartą generację ochrony danych osobowych i miała na celu rozwiązanie problemów z przepływem danych poprzez ujednolicenie prawa w Europie (oraz, przez rozszerzenie, na całym świecie). Właśnie tutaj możemy dostrzec centralne zasady transparentności, odpowiedniego użytku oraz proporcjonalności, które zostały ujęte również w RODO.

Era RODO

RODO stanowi piątą część wędrówki, która rozpoczęła się na Uniwersytecie Harvard ponad 100 lat temu. Z dniem 25. maja 2018, każda organizacja, która przechowuje dane obywateli  UE, musi dostosować się do bardzo szczegółowych (i po raz pierwszy prawnie wiążących) obowiązków, w dodatku niezależnie od tego, czy znajduje się na terenie Unii Europejskiej. W związku z tym, RODO będzie miało ogromny wpływ na sytuację na całym świecie, nie tylko w Europie.

Główną zasadą RODO jest ochrona prywatności jednostki. Artykuł 5. tego rozporządzenia opisuje to prosto i zwięźle:

„Dane prywatne powinny być przetwarzane w sposób, który zapewnia odpowiedni poziom bezpieczeństwa, (…) włączając w to ochronę przed nieautoryzowanym i niezgodnym z prawem dostępem oraz przypadkową utratą.”

Pozytywna siła dla obywateli i firm

RODO ma za zadanie nie tylko chronić prywatność jednostek, ale również pomóc firmom poprzez utworzenie wspólnego zbioru zasad, aby zarządzać i zachęcać do wolnego przepływu danych w bezpieczny sposób. Zostały one wcześniej zarysowane podczas „trzeciej” i „czwartej generacji”, a teraz zostały w pełni wdrożone dzięki spójności gwarantowanej przez RODO.

Wśród wielu praw przydatnych zarówno dla osób prywatnych jak i firm, jest jeden przykry obowiązek nałożony na tych, którzy będą przetwarzać dane po 25 maja. Jednym z podstawowych wymagań RODO jest wprowadzenie przez organizacje odpowiednich protokołów bezpieczeństwa, lub, jak określa to samo rozporządzenie „bezpieczeństwo z założenia i domyślne”. Zasadniczo wymaga to, aby środki bezpieczeństwa były wbudowane w systemy podczas ich tworzenia, a nie modernizacji.

Piąta generacja bezpieczeństwa danych kontra cyberzagrożenia piątej generacji

Z powodu przykuwających uwagę mediów potencjalnych kar, takich jak np. grzywien w wysokości do 4% światowego obrotu, zrozumiałym jest, że firmy postępują wyjątkowo ostrożnie. Jest to szczególnie istotne w erze zagrożeń internetowych piątej generacji.

Złożona natura tych zagrożeń powoduje, że firmy muszą sprostać rosnącym oczekiwaniom w zakresie bezpieczeństwa danych w obliczu ataków wielowektorowych na szeroką skalę. Wg Check Pointa, te zaawansowane cyberzagrożenia piątej generacji dotyczą wielu platform, poruszając się bardzo szybko i infekując dużą liczbę firm na całym świecie w ciągu kilku godzin.

Oczywiście, istnieją środki zaradcze. Przed cyberzagrożeniami piątej generacji najlepiej chronić się za pomocą bezpieczeństwa internetowego opartego na architekturze, która dzieli się danymi o zagrożeniach i ujednolica zabezpieczenia sieci, chmury oraz urządzeń mobilnych w czasie rzeczywistym. Niepokoi fakt, że według naszych badań, jedynie 3% organizacji zaimplementowało te praktyki bezpieczeństwa.

Idealna ochrona danych

Krótko mówiąc, nigdy wcześniej zapewnienie prywatności i bezpieczeństwa danych nie było tak trudne. Organizacje z całego świata poddawane są naciskom z wielu stron, by odpowiedzieć na rosnące oczekiwania obywateli w kwestii ochrony danych, podczas gdy pojawiają się coraz nowsze zagrożenia.

Właśnie dlatego prostota i bezpieczeństwo wraz z uniwersalną i kompleksową platformą jest ważniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

Kim są współcześni e-konsumenci?

Aż 51 proc.[1] światowej populacji ma dostęp do internetu, a kupujący w sieci wydali w 2017 roku 2,3 biliona dolarów[2]. Dane te ilustrują nie tylko ogromny potencjał i dynamikę rynku, ale też rosnącą konkurencję. Zrozumienie potrzeb e-konsumentów, staje się kluczową wiedzą w niełatwej batalii o podział globalnego tortu zakupów online.

Przyglądając się zachowaniu konsumentów warto przytoczyć ciekawe badania KPMG przeprowadzone na ponad 18 tys. kupujących online w 50 krajach świata (respondenci, od 15 do 70 lat, przynajmniej raz w ostatnim roku musieli dokonać zakupu online). Na potrzeby badania konsumentów podzielono na trzy grupy wiekowe: Baby Boomers (osoby urodzone między 1946 a 1965 rokiem, pokolenie wyżu demograficznego), Pokolenie X (1966-1981) oraz Millenialsów (1982-2001).

Jak kupujemy w sieci?

Dane KPMG pokazują, że najbardziej aktywni zakupowo w internecie są przedstawiciele Pokolenia X. Średnio dokonują 19 transakcji online w roku. Pomimo powszechnego przekonania, że wzrost ilości zakupów online w dużej mierze napędzany jest przez Millenialsów, którzy są technologicznie bardziej doświadczeni od Pokolenia X i można by przypuszczać, że właśnie ta grupa będzie wiodła prym w ilości dokonanych zakupów, jednak to ich starsi koledzy dokonują aż o 20 proc. więcej transakcji w internecie. Wyższy poziom życia i dochodów to z pewnością dwa główne czynniki napędzające zarówno zakupy online, jak i offline u konsumentów Pokolenia X. Przedstawiciele Baby Boomers używają internetu do zakupów tak samo często jak Millenialsi. Natomiast Baby Boomersi wydają jednorazowo największe kwoty na zakupy spośród tych trzech badanych grup wiekowych. Badanie pokazało również, że podczas gdy mężczyźni i kobiety robią zakupy w sklepach internetowych z taką samą częstotliwością, to jednak mężczyźni wydają większe kwoty przy jednej transakcji. Może wynikać to głównie z faktu, że mężczyźni mają słabość do nowoczesnej techniki, najnowszych gadżetów, przywiązują też dużą wagę do produktów markowych, stąd częściej kupują przedmioty z droższych kategorii, takich jak towary luksusowe (55 proc. transakcji z kategorii towarów luksusowych dokonali mężczyźni) lub elektroniki (72 proc. transakcji), natomiast kobiety częściej kupowały w relatywnie tańszych kategoriach, takich jak kosmetyki lub żywność.

Na tym tle ciekawych źródłem informacji o zachowanych zakupowych e-konsumentów są badania Klarny w kooperacji z University of Reading „Emotional eCommerce” zrealizowane w ubiegłym roku w Wielkiej Brytanii[3]. Wynika z nich m.in., że Millenialsi doświadczają wyższego poziomu lęku, impulsywności i niecierpliwości niż ich starsi koledzy. Dwie trzecie (68 proc.) Millenialsów stwierdziło, że czuje podekscytowanie, dodając produkty do koszyka online, w porównaniu do mniej niż 1/4 (24 proc.) Baby Boomersów. Z drugiej strony 52 proc. Millenialsów obawia się, że nie posiada wystarczających środków finansowych, wobec zaledwie 16 proc. konsumentów z pokolenia Baby Boomers. Aż 89 proc. używa koszyka jako narzędzia do przeglądania kosztów, a ponad 3/4 często korzysta z możliwości dodania produktu do „listy życzeń”, w porównaniu z 29 proc. Baby Boomersów. Ponadto 74 proc. Millenialsów przyznaje, że dodaje towary do koszyka bez wyraźnego zamiaru zakupu. Przyglądając się zjawisku porzuconego koszyka, aż 66 proc. Millenialsów jest skłonnych do rezygnacji jeśli proces zakupowy jest skomplikowany, zaś 30 proc. dekoncentruje powiadomienie z portalu społecznościowego, wiadomość SMS czy telefon od znajomego, co w rezultacie skutkuje przerwaniem transakcji. Ze względu na wysokie koszty dostawy 52 proc. konsumentów z generacji Baby Boomersów będzie skłonna ponownie rozważyć zakup, a dla 40 proc. błędy na stronie i utrudniona nawigacja powodują irytacje i zaniechanie zakupów.

Biorąc po uwagę, że cyfrowa rzeczywistość to naturalne środowisko dla przedstawicieli młodego pokolenia, nikogo nie dziwi, że aż 67 proc. Millenialsów dokonuje zakupów online za pomocą laptopa, a 55 proc. korzysta ze smartfona[4]. Jeśli przyjrzymy się tylko niektórym czynnikom wpływającym na wybór e-sklepu, warto zauważyć, że dla Pokolenia Y (42 proc.) pozytywna rekomendacja rodziny i przyjaciół, umieszczona na portalach społecznościowych, stanowi główne kryterium wyboru serwisu. Wynika z tego, że młodzi konsumenci bardziej od starszych pokoleń ufają opiniom innych osób, które polecają produkty.

Intuicyjność, dobra architektura informacji, rezygnacja z niepotrzebnych kroków, dostosowanie strony do przeglądania na smartfonie to tylko niektóre z najważniejszych rozwiązań jakie mogą przyczynić się do zwiększenia satysfakcji konsumentów z doświadczeń zakupowych w sklepach online.

E-konsument dyktuje warunki

Biorąc pod uwagę ogromny potencjał rynku e-commerce walka o klienta online jest warta świeczki. Jak podkreśla SAP Hybris w swoim raporcie „The Global 2017 Consumer Insights Report”[5] fundamentalną kwestią staje się odpowiednia obsługa klienta. Internautom zależy na czasie. Z tego powodu kupują online. I dlatego oczekują od sklepów szybkiego reagowania na ich potrzeby. Aż 89 proc. klientów spodziewa się odpowiedzi ze sklepu w ciągu 24 godzin od kontaktu z nim. Drugą newralgiczną kwestią jest zaufanie – sklep powinien chronić dane osobowe klientów i nie wykorzystywać ich w żaden niepożądany sposób. Najwyższy odsetek wśród przebadanych klientów, którym zależy na ochronie danych osobowych pochodził z Rosji – 84 proc. Zaś Polacy z odpowiedziami na poziomie 61 proc. plasują się przed Francuzami (60 proc.), Japończykami (55 proc.) i Holendrami (51 proc.). Warto przyjrzeć się jakie błędy sklepów powodują porzucenie ich przez klientów. Aż 80 proc. ankietowanych wskazuje na wykorzystanie danych osobowych bez pozwolenia, a 71 proc. na niewystarczający poziom odpowiedzi od obsługi sklepu. Z kolei 57 proc. kupujących nie wróci do sklepu internetowego jeżeli ten będzie uciążliwie spamował mailami, zaś 53 proc. konsumentów dopuszcza tylko jeden poważny błąd w obsłudze klienta, przy drugim uchybieniu rozstaje się ze sklepem. Polscy e-konsumenci są wymagający. 83 proc. z nich wskazało, że nie dokona ponownie zakupów jeśli sklep wykorzystał w niewłaściwy sposób ich dane osobowe. Natomiast 39 proc. nie powróci do sklepu, jeśli ten dwa razy popełni błąd w obsłudze klienta. Jest to jeden z najwyższych odsetków spośród badanych krajów, obok Emiratów Arabskich (46 proc.), Arabii Saudyjskiej (54 proc.) i Rosji (39 proc.).

Dagmara Sobańska, Country Manager Poland, Sofort GmbH

[1] Hybris.com, The 2017 SAP Hybris Global Consumer Insights Report [https://www.hybris.com/en/gmc55-the-global-2017-sap-hybris-consumer-insights-report, dostęp: 15.05.2018]
[2] https://www.statista.com/statistics/379046/worldwide-retail-e-commerce-sales/, dostęp: 15.05.2018]
[3] Klarna i Reading University, Emotional Ecommerce, Wielka Brytania, 2017 r.
[4] https://www.dpd.com/home/insights/e_shopper_barometer/e_shopper_barometer_2017
[5] Hybris.com, The 2017 SAP Hybris Global Consumer Insights Report [https://www.hybris.com/en/gmc55-the-global-2017-sap-hybris-consumer-insights-report, dostęp: 15.05.2018]

Otwartość i trudne pytania – czyli jak budować relacje biznesowe

Niektórym wydaje się, że skuteczność w kontaktach biznesowych jest uzależniona głównie od tego, jak dobrze opanowało się techniki perswazji, a czasem i manipulacji. Tymczasem w perspektywie długofalowej nie do przecenienia jest umiejętność stworzenia dobrej atmosfery w rozmowie. W jaki sposób zadbać o budowanie relacji z klientami i partnerami biznesowymi?

Otwórz się

Otwarte nazywanie swoich intencji, emocji i interesów jest bardzo ważne w budowaniu nie tylko relacji prywatnych, ale także biznesowych. – Zwykle ludzie niechętnie ujawniają prawdziwe motywy swojego postępowania, a tym bardziej ograniczenia, szczególnie jeśli nie widzą podobnej otwartości ze strony rozmówcy. Jeśli odsłonimy swoje intencje, istnieje spora szansa na to, że zadziała zasada wzajemności i partner dialogu odwdzięczy się nam tym samym. Jest ona tym większa, im bardziej „ludzkie” kwestie ujawnimy – komentuje Łukasz Gabryś, trener biznesu z firmy szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. Takie uzewnętrznianie się może też pomóc w budowaniu wizerunku w oczach kontrahenta. Uprzedzając jego domysły, można zawczasu przedstawić swoje intencje wprost oraz ujawnić szczególnie istotne w danym kontekście, np. rozmowy handlowej, elementy własnego obrazu. Wypowiedź można wówczas zacząć od zwrotów takich jak np. „Chcę, aby pan o mnie wiedział, że…” lub „Chcę panu powiedzieć o sobie, że…”. – Również podczas stresującego spotkania warto „przyznać się” do swojego stanu emocjonalnego. Wypowiedzi takie jak „Proszę mi wybaczyć możliwe potknięcia, ale spotkanie z tak ważnym klientem jest dla mnie bardzo stresujące…” czy „Nie jest mi łatwo zacząć to spotkanie, bo się tremuję…” zwykle spotykają się z życzliwą reakcją i odruchem pomocy, przejawiającymi się chociażby przez takie słowa jak „Proszę się nie denerwować…” czy „Może się pan najpierw napije kawy?” – mówi Łukasz Gabryś. Umiejętność komunikowania tworzy podstawę do budowania relacji partnerskich oraz wzmacniania zaufania i szacunku w oczach kontrahentów.

Pytaj, a nie zabłądzisz

Aby współpraca biznesowa była zadowalająca dla obu stron, trzeba wiedzieć, na czym zależy kontrahentowi. W ustaleniu tego mogą pomóc po prostu pytania. Trzeba jednak wiedzieć, w jaki sposób je zadawać, aby poznać okoliczności i motywy podejmowania przez rozmówcę decyzji, a także ewentualne pułapki i niebezpieczeństwa, które warto mieć na uwadze podczas potencjalnej dalszej współpracy. Taka wiedza umożliwia wyjście naprzeciw ważnym interesom kontrahenta. Aby zwiększyć skuteczność zadawanych pytań, najlepiej zacząć od tych otwartych, np. „Co pan sądzi o takim rozwiązaniu lub propozycji?” bądź „Jakie jest pańskie zdanie na temat tej wersji?”. Dają one okazję rozmówcy do osobistej wypowiedzi i wyrażenia zdania na dany temat w jego własnych kategoriach. Kolejnym etapem są nieco bardziej szczegółowe kwestie, jak np. „Czy decyduje się pan dzisiaj?” bądź „Czy to rozwiązanie panu odpowiada?”. Taka struktura jest zgodna z modelem „lejka pytań”, czyli zaczyna się od pytań otwartych o szerszym kontekście, kończąc na zamkniętych i dążąc tym samym do finalizacji.

Zdarzają się sytuacje, w których rozmówca odmawia odpowiedzi lub wręcz mówi „A co to pana obchodzi?!”. Co wówczas zrobić? – Na pewno nie należy przestawać zadawać pytań. Gdy osoba, z którą rozmawiamy, reaguje wrogo, warto „na miękko” się wycofać, mówiąc np. „Bardzo przepraszam, nie chciałem pana urazić, zależy mi tylko na poznaniu wszystkich okoliczności, które pozwolą mi lepiej pana obsłużyć”. Przedstawienie naszych intencji może pomóc w złagodzeniu obaw i negatywnych wyobrażeń drugiej strony, a tym samym zwiększyć szansę na uzyskanie odpowiedzi – komentuje Łukasz Gabryś z Integra Consulting Poland. – Należy też mieć na uwadze to, by dać drugiej stronie szansę na udzielenie odpowiedzi. Wiele bardzo cennych pytań jest „marnowanych”, bo osoba, która je zadaje, zamiast na chwilę zamilknąć i posłuchać, co rozmówca ma do powiedzenia na dany temat, już wypowiada kolejne – dodaje.

Słuchaj i upewnij się, czy dobrze rozumiesz

To właśnie nieumiejętność słuchania jest jednym z największych i najczęściej popełnianych błędów w kontaktach biznesowych, a zarazem problemem z rzeczywistym zrozumieniem podczas dialogu. Sposoby aktywnego odbierania komunikatów można jednak trenować. – Parafraza to najważniejszy z nich, polega na stosunkowo dokładnym powtórzeniu głównej części wypowiedzi partnera. Zwykle zaczynamy ją od fraz takich jak np. „Czy dobrze zrozumiałem, że w pana interesie leży…” czy „Z tego, co pan powiedział, zrozumiałem, że zależy panu najbardziej na …”. W przypadku stosowania tego narzędzia częstym błędem jest skupienie się na tzw. stanowiskach, które w języku negocjacji oznaczają gotowe rozwiązania lub pomysły rozwiązań, które ktoś wymyślił. Zamiast tego powinniśmy parafrazować interesy i potrzeby rozmówcy, stanowią one bowiem motywy jego stanowisk. Dopiero po zadaniu pytania „Dlaczego?” pojawia się szansa na otrzymanie wielu interesujących odpowiedzi, rzucających nowe światło na przebieg rozmowy i umożliwiających kontynuowanie tematu, często tylko pozornie skazanego na niepowodzenie – komentuje Łukasz Gabryś z Integra Consulting Poland. – W ten sposób np. handlowcy mogą poznać najistotniejsze interesy klienta, jak potrzeba bycia traktowanym indywidualnie i wyjątkowo czy też sprawdzenia zawczasu wiarygodności, oraz kontekst niezbędny do jego zrozumienia i ewentualnego pozyskania. Wiedząc, które elementy naszej oferty mogą być dla odbiorcy szczególnie ciekawe i uznane za wyróżniki w zestawieniu z propozycjami konkurencji, zdecydowanie łatwiej będzie zaproponować potencjalnemu kontrahentowi ofertę, którą uzna za spełniającą jego kryteria – dodaje. Parafrazując należy też unikać interpretowania, oceniania i przekręcania wypowiedzi drugiej strony, a także własnego gadulstwa. Dzięki temu często pojawia się w niej chęć dopowiedzenia pewnych wątków, co staje się okazją do zdobycia wielu cennych informacji. Parafraza stanowi zatem jeden z najmniej inwazyjnych sposobów skłaniania do mówienia o ważnych dla danej osoby sprawach.

Relacyjne podejście do sprzedaży i biznesu to inwestycja w głębszy i intensywniejszy kontakt z klientem, kontrahentem czy partnerem. Daje naszemu rozmówcy poczucie, że ważne jest dla nas to, co mówi i staramy się go dobrze zrozumieć. W ten sposób wyrażamy szacunek wobec niego. To także szansa na stworzenie klimatu do ciekawej i poruszającej rozmowy, która może wyróżnić się spośród niestety nieraz dość banalnych i stereotypowych spotkań – zauważa Łukasz Gabryś z Integra Consulting Poland.

Producent iPhone’ów chce, by w jego fabrykach rządziła sztuczna inteligencja

Foxconn, największy producent elektroniki na świecie zapowiada rewolucyjne zmiany. Firma znana z produkcji iPhone’ów dla amerykańskiego koncernu Apple zamierza usprawnić procesy produkcyjne i logistyczne wykorzystując w tym celu nowe technologie. Kluczową rolę w zapowiedzianej transformacji ma odegrać sztuczna inteligencja.

Jak donosi Financial Times, wiodący prym producent elektroniki nie jest usatysfakcjonowany swoim obecnym poziomem cyfryzacji i planuje wprowadzić gruntowne zmiany w sposobie funkcjonowania posiadanych przez siebie fabryk. O tym, jak poważna będzie ta transformacja świadczyć może odważna deklaracja Terry’ego Gou, jego twórcy i prezesa zarządu. —Jesteśmy przeogromną, tradycyjną firmą produkującą technologie. Teraz musimy sięgnąć po potęgę sztucznej inteligencji (…). Foxconn ze wszystkich sił będzie dążyć do tego, by uczynić produkcję inteligentną — ogłosił Gou podczas wydarzenia mającego uczcić 30-lecie działalności firmy na chińskim rynku. Znamiennym wydaje się fakt, że agenda spotkania poświęcona była marce Foxconn Industrial Internet, która w swojej ofercie posiada m.in. roboty przemysłowe, usługi chmury obliczeniowej i rozwiązania oparte o przemysłowy internet rzeczy – pozycje bezpośrednio związane ze sztuczną inteligencją.

Chiny kuszą największych

Nie jest tajemnicą, że Foxconn Industrial Internet planuje zwiększyć swoją obecność w Chinach Kontynentalnych, gdzie w zeszłym roku wygenerowała przychody na poziomie 56 miliardów dolarów. Dla porównania, jej konkurent, amerykański producent elektroniki CISCO, osiągnął przychody w wysokości 58 miliardów. Za obraniem kursu na Pekin przemawiają również badania rynkowe. O korzystnej koniunkturze dla przemysłowego Internetu rzeczy w państwie środka przekonują m.in. analitycy z IDC. Z ich prognoz wynika, że wydatki na IIOT do roku 2020 rosnąć będą z prędkością 14.7 proc. rdr by z nadejściem roku 2020 sięgnąć zawrotną kwotę 128 miliardów dolarów.

Sztuczna inteligencja i internet rzeczy to duet, który Foxconn planuje zaimplementować na szeroką skalę — zarówno w swoich własnych fabrykach, jak również w zakładach produkcyjnych swoich licznych klientów i partnerów bizneoswych. Zdaniem Jana Skowrońskiego z DSR SA, przekonanie ich do inwestycji w takie rozwiązania nie będzie trudne, ponieważ IIOT daje szereg wymiernych korzyści. —W DSR już od pewnego czasu realizujemy wdrożenia rozwiązań opartych o internet rzeczy. Dotyczą one realizacji produkcji, monitoringu maszyn, śledzenia przepływu materiałowego oraz utrzymaniu ruchu. W przypadku tego ostatniego, zbawienna jest konserwacja predykcyjna, która bez przemysłowego Internetu rzeczy byłaby zwyczajnie niemożliwa. Pozwala ona zapobiegać awariom utrzymując ciągłość produkcji. W tej branży przestoje oznaczają straty, a tych należy unikać. Wykorzystanie specjalnych czujników drgań harmonicznych i analiza strumienia danych daje szerokie możliwości w zakresie wykrywania i identyfikacji konkretnych usterek, zanim dojdzie do uszkodzenia całej maszyny i w konsekwencji wstrzymania procesu produkcyjnego— wyjaśnia ekspert z wrocławskiej firmy specjalizującej się w zaawansowanych rozwiązaniach IT dla produkcji i dodaje, że nie zawsze można zapobiec awarii. W takich przypadkach istotne jest to, aby mieć wszystkie informacje na temat przyczyn usterki i na ich podstawie móc szybko przywrócić sprawność maszyny.

Fabryki z pogranicza science fiction

Tymczasem zastosowanie sztucznej inteligencji w przemyśle nie kończy się na wykrywaniu anomalii w pracy maszyn. Odgrywa ona kluczową rolę w automatyzacji produkcji, która wciąż pozostaje mocno ograniczona przez niewystarczające umiejętności robotów przemysłowych. SI ma to zmienić, wyposażając je w zdolności kognitywne. Pozwolą one maszynom wykonywać czynności dotychczas zarezerwowane wyłącznie dla ludzi. Dzięki uczeniu maszynowemu komputery zyskały m.in. zdolność rozpoznawania obrazów i interpretowania mowy. Choć na tym etapie ich sprawność pozostawia wiele do życzenia, to jeśli weźmiemy pod uwagę tempo, z jakim na przestrzeni ostatnich lat rozwijała się sztuczna inteligencja, możemy oczekiwać, że niebawem przepaść dzieląca człowieka i maszynę zmniejszy się diametralnie.

Na taki scenariusz z pewnością liczy Foxconn zapowiadając szeroko zakrojoną implementację SI, której celem nadrzędnym ma być przekształcenie tradycyjnie funkcjonujących fabryk w inteligentne. Takie placówki mają charakteryzować się pełną rozbudowaną łącznością pomiędzy maszynami i niespotykaną dotąd elastycznością. – To dużo więcej niż podłączone do sieci maszyny na hali produkcyjnej. Mówimy tu o całym środowisku przedsiębiorstwa, komunikujących się między sobą robotach i systemie, który w czasie rzeczywistym reaguje na to, co dzieje się na rynku, dostosowuje się do bieżących potrzeb i wykorzystuje analitykę predyktywną do planowania i gospodarowania zapasami. Wszystko odbywa się automatycznie, a rola człowieka sprowadzać się wyłącznie do kontroli, konserwacji maszyn i zarządzania kryzysami. Do tego zmierzamy rozwijając technologie inteligentnych fabryk – tłumaczy Jan Skowroński z DSR. Według raportu opublikowane przez Capgemini, rozwiązania tej klasy do 2022 r. zwiększą wydajność zakładów produkcyjnych siedmiokrotnie.

Krakowski fundusz INNOventure inwestuje w inteligentne domy

System do zarządzania inteligentnym domem – bez kosztownych centralek, wykorzystujący Bluetooth i mierzący poziom zużycia prądu? Dziś jest to już możliwe. Nad nowym rozwiązaniem pracuje krakowska firma Altlight, która otrzymała dofinansowanie od funduszu INNOventure. „Naszym celem jest ułatwienie codziennego życia”, zapewnia Kamil Sumera, pomysłodawca projektu.

Idea rozwiązań Altlight zrodziła się na początku 2017 roku. Twórcy systemu zauważyli lukę w automatyzacji zarządzania inteligentnymi domami. Dostępne produkty nie łączyły w sobie wszystkich pożądanych przez konsumentów cech: prostoty działania, dobrej jakości, przystępnej ceny, łatwej kontroli rachunków i urządzeń.

– Postanowiliśmy stworzyć coś, co spełniałoby wszystkie te wytyczne. Za cel postawiliśmy sobie ułatwienie codziennego życia dzięki zastosowaniu zaawansowanej, ale prostej w obsłudze technologii. Przez ostatni rok dążyliśmy do realizacji tego pomysłu i mamy nadzieję, że nasza propozycja zmieni myślenie konsumentów i ich – często pełne niepewności i strachu – podejście do inteligentnych domów – mówi Kamil Sumera, CEO Altlight.

System inteligentnego domu Altlight działa w oparciu o interfejsy radiowe Bluetooth oraz Thread. Co istotne, nie wymaga rozbudowanych centralek, które zazwyczaj pochłaniają znaczną część budżetu przeznaczonego na domową automatykę. Zamiast z nich, nowa technologia korzysta z telefonów lub tabletów – to one zarządzają siecią i oświetleniem wewnątrz budynku i pozwalają na modyfikację ustawień z dowolnego miejsca.

– Stworzyliśmy system, który ma wiele wygodnych opcji i jest naprawdę prosty w obsłudze. Wiemy, że tego oczekują ludzie, którzy chcą mieć w domach czy biurach inteligentne urządzenia, ale nie mają ochoty jednocześnie stawać się technologicznymi ekspertami. Domowa automatyka musi być intuicyjna, działać niezauważanie, a do tego przynosić nie koszty, a oszczędności – dodaje Kamil Sumera.

Projekt Altlight przez ostatnie miesiące rozwijany był w agencji Summer Agency, która specjalizuje się w projektowaniu inteligentnych urządzeń. Na jej czele stoi Kamil Sumera, który od 2012 roku zrządza projektami technologicznymi z zakresu m.in. druku 3D, medycyny czy Internet of Things. Jest też współzałożycielem spółek Clinic Development czy First 11.

Jego najnowszy projekt wpisuje się w aktualne trendy rynkowe. Według IDC wydatki konsumentów na urządzenia Internetu Rzeczy wyniosą w 2018 roku 62 mld dolarów. Potencjał rynku dostrzegają także inwestorzy – w spółkę Altlight niedawno zainwestował krakowski fundusz INNOventure.

– Automatyka domowa szybko się rozwija i w najbliższym czasie się to nie zmieni. Ale to niejedyny powód naszego zainteresowania firmą Altlight – mówi Marcin Bielówka, partner zarządzający w INNOventure. – Przekonał nas nie tylko sam perspektywiczny rynek, ale podejście do urządzeń tworzonych przez tę spółkę, a właściwie nie do urządzeń, a do ich użytkowników. Wszystkie dotychczasowe rozwiązania wprowadzające inteligencję do domowej automatyki w praktyce okazują się odpowiednie jedynie dla zdeterminowanych technologicznych geeków, a zrażają do siebie przeciętnego posiadacza smartfona. Tu jest inaczej – tak jak w Apple, które z komputerów zrobiło urządzenia dla zwykłych ludzi.

Część pieniędzy z inwestycji INNOventure została wykorzystana już na wyposażenie laboratorium oraz na prace projektowe nad urządzeniami. Dzięki nim Altlight jest dziś gotowy, aby pokazać rezultat kilkumiesięcznych prac i przedstawić pilot produkcji. Kolejne wersje urządzeń powstaną w trzecim kwartale 2018 roku.

Raport ManpowerGroup: Optymizm polskich pracodawców największy od 8 lat

Tak dobrze na polskim rynku pracy nie było od blisko 8 lat – prognoza netto zatrudnienia dla Polski po korekcie sezonowej wynosi +13%. W najbliższym kwartale największe szanse na znalezienie zatrudnienia czekają w produkcji przemysłowej, w budownictwie oraz w sektorze związanym z kopalniami i przemysłem wydobywczym. Wśród sześciu analizowanych regionów najbardziej optymistyczni są pracodawcy z północnej Polski – potwierdza opublikowany dziś raport Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia dla III kwartału 2018 roku.

Prognoza netto* zatrudnienia  po korekcie sezonowej dla III kwartału 2018 roku, zadeklarowana przez polskich pracodawców wynosi +13%. W praktyce oznacza to dobre perspektywy dla osób poszukujących pracy. W porównaniu do poprzedniego kwartału plany rekrutacyjne pracodawców uległy poprawie o 1 punkt procentowy, a w ujęciu rocznym poprawiły się o 6 punktów procentowych. Spośród 750 ankietowanych pracodawców 18% chce powiększać swoje zespoły, 3% planuje redukcję etatów, a 77% nie przewiduje zmian personalnych. Biorąc pod uwagę wielkość przedsiębiorstwa najbardziej optymistyczni są przedstawiciele dużych firm z prognozą +26%, za nimi znajdują się średnie (+13%), mikro (+7%) i małe przedsiębiorstwa (+5%).

Z każdym kwartałem obserwujemy coraz bardziej optymistyczne prognozy zatrudnienia deklarowane przez polskich pracodawców. To efekt coraz większej stabilizacji rynku pracy, której sprzyja nadal szybkie tempo rozwoju gospodarki i płynące z niej dobre dane makroekonomiczne – mówi Iwona Janas, Dyrektor Generalna ManpowerGroup w Polsce. – Jak pokazują zaprezentowane przez nas prognozy najlepszej sytuacji w nadchodzącym kwartale mogą spodziewać się pracownicy i przedsiębiorcy z sektora produkcji przemysłowej. Polskie dane dotyczące zatrudnienia w przemyśle wyróżniają się na tle Europy a prognoza dla tego sektora zadeklarowana przez polskich pracodawców daje nam trzecie miejsce wśród 26 analizowanych rynków z regionu Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki. Dobra passa na polskim rynku pracy będzie trwała również w pozostałych analizowanych sektorach, gdzie pracodawcy z optymizmem patrzą w najbliższy kwartał – dodaje Iwona Janas.

Raport ManpowerGroup Optymizm polskich pracodawców największy od 8 latWykres 1. Prognoza netto zatrudnienia dla Polski w ciągu kolejnych kwartałów. Źródło: Raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”.

Najwięcej miejsc pracy w produkcji przemysłowej

Najbardziej optymistyczne plany rekrutacyjne na III kwartał 2018 roku przedstawiły firmy z sektora Produkcja przemysłowa, gdzie prognoza netto zatrudnienia wynosi +23%. Na dobre perspektywy zatrudnienia mogą też liczyć poszukujący pracy w Budownictwie (+16) i w sektorze Kopalnie/Przemysł wydobywczy (+16%). Najniższy, ale nadal dodatki wynik spośród wszystkich przebadanych sektorów zadeklarowały Instytucje sektora publicznego (+3%) oraz przedstawiciele sektora Rolnictwo/Leśnictwo/Rybołówstwo (+3%). W raporcie Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia zaprezentowano dane dla 10 obszarów rynku, w każdym z nich pracodawcy deklarują dodatnią prognozę zatrudnienia i z optymizmem podchodzą do okresu lipiec-wrzesień 2018 roku. Na szczególną uwagę zasługuje prognoza wskazana przez firmy z obszaru Energetyka/Gazownictwo/Wodociągi, która z wynikiem +10% jest najwyższą prognozą dla tego sektora od 10 lat.

Prognoza netto zatrudnienia dla sektorów w Polsce na Q3 2018Wykres 2. Prognoza netto zatrudnienia dla sektorów w Polsce na Q3 2018 r. Źródło: Raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”.

W porównaniu do poprzedniego kwartału plany rekrutacyjne uległy poprawie w 4 z 10 analizowanych obszarów, co jest szczególnie widoczne w sektorze Kopalnie/Przemysł wydobywczy, gdzie prognoza jest wyższa o 5 punktów procentowych. Jednocześnie, w 5 z 10 obszarów prognoza zatrudnienia pogorszyła się. Największy spadek, o 3 punkty procentowe odnotowano dla sektora Rolnictwo/Leśnictwo/Rybołówstwo.

W porównaniu do danych sprzed roku plany firm w 6 z 10 analizowanych sektorów wskazują na wzrost zatrudnienia. Największa poprawa, o 16 punktów procentowych dotyczy Produkcji przemysłowej. Plany rekrutacyjne polskich pracodawców pogorszyły się w 3 obszarach. Największy spadek widoczny jest w przypadku Instytucji sektora publicznego oraz Rolnictwa/Leśnictwa/Rybołówstwa – o 3 punkty procentowe.

Pracodawcy z Polski Północnej najbardziej optymistyczni

Najlepsze perspektywy dla poszukujących pracy czekają na mieszkańców północnej Polski,  gdzie pracodawcy deklarują prognozę zatrudnienia na poziomie +15%. Jednocześnie jest to najlepsza prognoza dla tego regionu od blisko 10 lat. Równie optymistyczne co do planów zatrudnienia w najbliższym kwartale są firmy z regionów Południowo-Zachodniego oraz Wschodniego, gdzie prognoza wynosi po +14%. Pozytywne plany zatrudnienia odnotowano we wszystkich 6 analizowanych regionach.
W ujęciu kwartalnym plany rekrutacyjne polskich pracodawców poprawiły się w 4 z 6 regionów, pogorszyły w 2. Największy wzrost dotyczy regionów Wschodniego, Północnego i Północno-Zachodniego (o 3 punkty procentowe), a największy spadek regionu Centralnego (o 3 punkty procentowe). W ujęciu rocznym w 5 regionach odnotowano wzrost prognozy, największy dla regionu Północ (o 11 punktów procentowych), dla regionu Południe plany pracodawców pozostały bez zmian.

Prognoza netto zatrudnienia dla regionów Polski na Q3 2018Wykres 3. Prognoza netto zatrudnienia dla regionów Polski na Q3 2018 r.; podział wg Eurostat. Źródło: Raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”.

Polska atrakcyjna na tle rynków z regionu EMEA

Spośród 26 przeanalizowanych rynków z regionu EMEA najbardziej optymistyczne plany rekrutacyjne zadeklarowali pracodawcy z Chorwacji** (+26%), Węgier (+19%), Grecji (+15%) i Portugalii (+15%). Polska z prognozą +13% plasuje się zaraz za nimi, ex aequo z Rumunią. Jedynym krajem, gdzie odnotowano ujemny wynik są Włochy (-2%). W porównaniu do ostatniego kwartału plany rekrutacyjne poprawiły się dla 11 rynków, dla 9 pogorszyły się, a dla 4 pozostają bez zmian*** . W badaniu ManpowerGroup przeanalizowano dane zebrane wśród 21 tys. pracodawców z 26 krajów regionu EMEA. W ujęciu globalnym raport przedstawia dane dla 44 krajów i terytoriów, zebrane wśród 60 000 pracodawców.

Prognoza netto zatrudnienia dla regionu EMEA na Q3 2018Tabela 1. Prognoza netto zatrudnienia dla regionu EMEA na Q3 2018 r.; Źródło: Raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”.

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 44 krajów i terytoriów a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę są dostępne na stronie na stronie: http://manpowergroup.com/meos.

„Bardzo silna więź”, która unieruchamia rynki

Pierwsze doniesienia ze szczytu prezydenta USA Trumpa z przywódcą Korei Płn. Kimem są krzepiące i pomagają podtrzymać spokój na rynkach finansowych. Na rynku FX ruch jakby zamarł w oczekiwaniu na istotne wydarzenia w dalszej części tygodnia. Euro czeka na EBC, USD dziś ma test w postaci danych o inflacji, a losy GBP rozstrzygną dane z rynku pracy oraz brexitowa batalia w parlamencie. PLN pływa po dobrze mu znanych wodach.
Trump i Kim nie oszczędzają sobie komplementów, co należy przyjąć z ulgą, biorąc pod uwagę, jak łatwo obaj potrafią dać ponieść się emocjom. Liderzy podpisali „bardzo ważny” dokument dotyczący „kompletnej denuklearyzacji” Korei Północnej. Trump i Kim utworzyli „bardzo silną więź” i „wiele dobrej woli zostało włożone” w tej projekt. Prezydent USA dodał, że Kim jest „fantastyczny” i jest „wartościowym negocjatorem” oraz „bardzo utalentowanym człowiekiem” (wszystkie cytowania autorstwa Trumpa). Przed nami jeszcze oficjalna konferencja prasowa Trumpa (ok. 10:00 polskiego czasu), ale widać, że najgorszego (załamania rozmów z powodów „emocjonalnych) udało się uniknąć. Nie jest to od razu powód do rajdu ulgi – nikt nie miał wygórowanych oczekiwań przed szczytem. Ponadto w tym tygodniu jeszcze wiele przed nami (decyzje Fed, EBC, BoJ), a inwestorzy nie bardzo wiedzą, jak do tego wszystkiego podejść. Większość stoi z boku, o czym świadczy niska zmienność w poniedziałek.

USD/JPY jest wyżej i rynek akcji świeci się na zielono, ale w przestrzeni FX słabo wczoraj mieli się przedstawiciele rynków wschodzących: MXN, TRY i ZAR (choć złoty trzyma się w ciasnym paśmie 4,26-4,30 za EUR). Mini tryb risk-on wydaje się słaby i nieprzekonujący, a to akurat więcej mówi o podtrzymywanej wrażliwości inwestorów na potencjalne negatywne informacje – inaczej apetyt na ryzyko radziłby sobie lepiej. Jeśli informacje z singapurskiego szczytu nie przebudziły zmienności, to teraz inwestorzy nie ruszą z bocznej ławki i mogą dalej czekać. Dziś USD uwagę skupi na odczycie majowej inflacji. Konsensus zakłada skok CPI do 2,8 proc. r/r z 2,5 proc., a inflacja bazowa ma skromnie wzrosnąć do 2,2 proc. z 2,1 proc. Bazowy trend inflacji jest stabilny i nie będzie zmuszał Fed do bardziej agresywniejszej polityki, z kolei CPI jest podbity przez wyższe ceny paliw. Odchylenia w dzisiejszych odczytach raczej niewiele wzruszą dolarem, gdyż rynek wstrzyma się z oceną do czasu zapoznania z jutrzejszym komunikatem Fed.

Funt brytyjski za to może być gwiazdą sesji. Po wczorajszych fatalnych danych z przemysłu rośnie temperatura wokół spekulacji, czy w sierpniu BoE podniesie stopę procentową. Najgłębszy miesięczny spadek produkcji wytwórczej od pięciu lat nie pokazuje, że drugi kwartał przynosi wyczekiwane odbicie aktywności gospodarczej. Ale dla BoE ważniejsza jest dynamika wynagrodzeń, która przy spadającej inflacji da więcej pieniędzy w portfelach Brytyjczyków i wzmocni konsumpcję. Pozytywna niespodzianka w danych może przynieść odreagowanie wczorajszych spadków funta. Ponadto śledzić należy debatę w brytyjskim parlamencie nad poprawkami do ustawy o wystąpieniu kraju z UE. Dziś odbędzie się głosowanie nad kilkoma z nich, w tym nad tzw. „znaczącym głosem”. Według tego zapisu obie izby parlamentu otrzymają prawo głosowania nad finalną wersją dokumentu, a w przypadku odrzucenia go przez Brukselę lub zerwaniu negocjacji, to parlament będzie decydował o kolejnych krokach. Poprawka ta osłabia rolę rządu, a biorąc pod uwagę, że w parlamencie przeważają zwolennicy „miękkiego Brexitu”, zwiększa to szanse na taki kocowy finał negocjacji. Ale to jest polityka, więc nic nie można brać za pewnik do czasu ostatecznego podpisu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sztuczna inteligencja a przyszłość reklamy online

Mariusz Maksymiuk
Mariusz Maksymiuk, CEO agencji interaktywnej Adexon 360

Sztuczna inteligencja już od dłuższego czasu jest jednym z głównych tematów omawianych w obszarze nowych technologii. W branży reklamowej można zaobserwować stały postęp technologiczny, który marki wykorzystują, aby mieć przewagę nad konkurencją. Jak działa sztuczna inteligencja? Czy będzie przyszłością branży reklamowej? O tym w artykule Mariusza Maksymiuka, CEO Adexon.

Jak działa sztuczna inteligencja?

Algorytmy sztucznej inteligencji pozwalają na zaawansowaną automatyzację i przewidywanie działań potencjalnego konsumenta. Maszyny, wykorzystując dane, uczą się identyfikować wzorce i powiązania, tak aby wyciągać wnioski, wykonywać działania i podejmować decyzje. Algorytmy maszynowego uczenia analizują dane, które konsumenci wpisują w wyszukiwarkach i na podstawie zaawansowanej analizy ich zachowań podsuwają produkty i rekomendacje.

Obecnie, gdy klient szuka produktu za pomocą sieci, może w tym celu użyć jednego słowa, które zostanie zarejestrowane przez wyszukiwarki lub określone witryny zakupowe, a następnie od razu wyszuka docelowy produkt lub usługę. Jeszcze kilka lat temu, konsumenci musieli precyzyjnie opisywać to, czego szukali. Dzisiaj natomiast wystarczy wpisać jedno słowo kluczowe, a technologia wyszukiwania zapewni takie same wyniki, jakie uzyskaliby, gdyby opis był bardzo dokładny. W branży reklamowej, sztuczna inteligencja służy zatem między innymi do maksymalizacji skuteczności dostarczania odpowiedniego contentu i produktu docelowym odbiorcom.

Poprawa doświadczeń konsumentów

Sztuczna inteligencja może pomóc reklamodawcom tworzyć bardziej spersonalizowane i skuteczne kampanie. W cyfrowym świecie, w którym konsumenci są przytłoczeni i bombardowani ogromną ilością reklam, stają się one coraz mniej skuteczne. W jaki sposób AI może poprawić wrażenia użytkowników? Konsumentom bardzo często dostarczane są przekazy całkowicie niedopasowane do ich potrzeb. Chcąc uzyskać jak najlepsze wyniki, należy zastosować spersonalizowane i zindywidualizowane podejście.

Z tego powodu coraz więcej firm opracowuje rozwiązania sztucznej inteligencji, które umożliwiają dostarczanie użytkownikom bardziej osobistych i bezpośrednich przekazów reklamowych. Marketerzy uważają, że ten inteligentny algorytm reklamowy sprawi, że konsumenci będą chętniej reagować na reklamy internetowe, a tym samym zapewni on więcej przychodów reklamodawcom i wydawcom. Podsumowując, konsumenci zobaczą tylko te reklamy, które rzeczywiście do nich przemawiają, co w konsekwencji doprowadzi do zwiększenia ich satysfakcji, większej liczby konwersji i wzrostu przychodów z reklam online.

Przyszłość reklamy

AI zaczyna być coraz mocniej wykorzystywana w marketingu. Począwszy od automatyzacji ogromnej ilości procesów związanych z obsługą klienta, często prostych, ale czasochłonnych. Pełni też rolę wirtualnego konsultanta,  a także służy do zbierania leadów kontaktowych. Już dziś tę technologię można wykorzystać do wykonywania skomplikowanych analiz ekonometrycznych, które pozwolą przewidzieć potencjalne efekty kampanii mediowych.

To dopiero początki tej technologii w Polsce, ponieważ kolejnym krokiem z pewnością będzie machine learning, czyli uczenie AI analizowania bardzo dużych i cennych baz danych. Jedno jest pewne – wykorzystanie sztucznej inteligencji przez firmy i marki na pewno będzie się rozwijać i przynosić korzyści zarówno marketerom, jak i klientom.

 

Jakie pozwolenia wymagane są do budowy hali magazynowej?

pozwoleniahalestalowe
źródło ocmer.com.pl

Zdobycie pozwolenia na budowę to warunek, od którego uzależnione jest rozpoczęcie inwestycji. Aby je uzyskać trzeba dopełnić koniecznych formalności. Artykuł ten krok po kroku wskazuje, jakie dokumenty będą potrzebne by rozpocząć budowę hali magazynowej.

Decyzja o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu

Decyzja o pozwoleniu na budowę hali magazynowej wydawana jest na podstawie projektu budowlanego. Do jego opracowania konieczne jest zdobycie szeregu dokumentów i zezwoleń. Pierwszym z nich jest decyzja o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu, na którym powstać ma obiekt. Aby ją uzyskać, należy złożyć odpowiedni wniosek do urzędu miasta lub gminy, właściwego ze względu na lokalizację inwestycji. We wniosku powinna zostać określona m.in. powierzchnia zabudowy, wysokość obiektu oraz jego przeznaczenie. Ponadto w formularzu należy uwzględnić techniczne warunki przyłączy mediów, czyli sposób, w jaki do obiektu dostarczana będzie woda, gaz, energia elektryczna oraz odprowadzane będą ścieki. Do wniosku o wydanie decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu należy dołączyć kopię mapy zasadniczej (lub w przypadku jej braku mapy katastralnej) w skali 1:500, która posłuży do celów lokalizacyjnych. Mapa powinna obejmować zaznaczony teren inwestycji oraz obszar znajdujący się w promieniu 50 m. Warto pamiętać, że uzyskanie decyzji o warunkach zabudowy nie jest konieczne, jeżeli teren, na którym powstać ma hala magazynowa, objęty jest tzw. miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego. W takim przypadku wystarczy wystąpić do wydziału urbanistyki (lub innego wydziału urzędu miejskiego lub starostwa powiatowego zajmującego się geodezją i katastrem) o wypis i wyrys z planu miejscowego.

Wniosek o warunki techniczne przyłączy

Jeżeli działka, na której powstać ma hala magazynowa nie jest uzbrojona, konieczne jest złożenie wniosków o wydanie warunków technicznych przyłączy. Kieruje się je do przedsiębiorstw, które odpowiadałaby za dostarczanie wody, gazu, łączności telekomunikacyjnej oraz energii elektrycznej do obiektu. Wniosek o wydanie warunków technicznych przyłączy zawiera mapę w skali 1:500, określającą położenie inwestycji względem istniejących sieci przesyłowych. Powinien uwzględniać również informację o rodzaju planowanej budowy. We wniosku składanym do firmy wodociągowej wpisujemy przewidziany pobór wody i jej przeznaczenie. Należy również wskazać ilość ścieków, jaka będzie odprowadzana z budowanego obiektu. Natomiast we wniosku składanym do dostawcy energii elektrycznej należy określić potrzebną moc przyłączeniową. Oblicza się ją na podstawie zestawienia zapotrzebowania wszystkich odbiorników elektrycznych, jakie planujemy zainstalować w hali. Przedsiębiorstwo energetyczne wymaga również sprecyzowania, do jakich celów wykorzystywany będzie doprowadzony prąd.

Uwarunkowania środowiskowe

Oprócz informacji o warunkach technicznych przyłączy, do wniosku o wydanie decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu powinna być dołączona decyzja o środowiskowych uwarunkowaniach zgody na realizację przedsięwzięcia, potocznie zwana decyzją środowiskową. Wydawana jest przez prezydenta miasta, burmistrza lub wójta właściwego ze względu na lokalizację działki, na której powstać ma planowa inwestycja. Jej wydanie poprzedza ocena oddziaływania obiektu na środowisko naturalne. Przed wydaniem decyzji organ musi zyskać pozytywną opinię władz sanitarnych. Konsultuje się także z regionalnym dyrektorem ochrony środowiska oraz regionalnym zarządem gospodarki wodnej. Decyzja środowiskowa może być dla inwestora pozytywna, negatywna lub uwarunkowana wprowadzeniem określonych zmian w projekcie. Jeśli inwestor nie zgodzi się na propozycje przedstawione w decyzji, organ wydaje opinię negatywną. Decyzja środowiskowa jest ważna przez 4 lata od daty jej wydania.

Projekt budowlany

Kolejnym krokiem, jaki należy podjąć, ubiegając się o pozwolenia niezbędne do budowy hali magazynowej, jest opracowanie projektu budowlanego. Z decyzją o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu należy zwrócić się do architekta. Będzie on będzie odpowiedzialny za przygotowanie pełnobranżowego projektu budowlanego, wymaganego do uzyskania pozwolenia na budowę. Tworząc go musi wziąć pod uwagę wytyczne dotyczące:

  • rodzaju i ilość składowanych materiałów,
  • sposobu składowania materiałów (rozstawienie regałów w hali magazynowej),
  • rodzaju transportu wewnętrznego i zewnętrznego oraz natężenie ruchu,
  • rodzaju i ilości zainstalowanych urządzeń, maszyn,
  • ilości zatrudnionych osób w projektowanej hali.

W skład projektu pełnobranżowego wchodzą:

– projekt architektury i zagospodarowania terenu,

– projekt fundamentów budynku (jego stworzenie wymagać będzie przeprowadzenia badań geotechnicznych),

– projekt konstrukcji budynku,

– projekt drogowy,

– projekt instalacji elektrycznych,

– projekt wentylacji i ogrzewania budynku,

– projekt instalacji wodno-kanalizacyjnej i przeciwpożarowej.

Całość musi spełniać wymagania ochrony przeciwpożarowej i sanitarnej, określone przez sanepid, a także normy BHP. Do stworzenia projektu potrzebna jest również opinia wydziału ochrony środowiska pod kątem wymagań związanych z ochroną zieleni na terenie planowanej inwestycji, a także ewentualne pozwolenie na wycięcie drzew.

Wniosek o wydanie pozwolenia na budowę

Po uzyskaniu wszystkich wymaganych zgód i dokumentów (najważniejsze z nich to: decyzja o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu lub wyrys z planu miejscowego, decyzja o warunkach technicznych przyłączy, decyzja środowiskowa) i sporządzeniu wymienionych powyżej projektów, można przystąpić do złożenia wniosku o wydanie pozwolenia na budowę w wydziale architektury właściwego starostwa powiatowego. Organ wydaje pozwolenie na budowę w ciągu 65 dni od daty wpłynięcia wniosku. W przypadku wykrycia możliwych do uzupełnienia braków formalnych, inwestor zostaje wezwany do uzupełnienia dokumentacji. Pozwolenie ważne jest przez 3 lata od daty wydania.

Uzyskanie pozwolenia na budowę stanowi zwieńczenie urzędowego procesu i umożliwia rozpoczęcie budowy.

Polska nie wykorzystuje potencjału współpracy z Ukrainą. Gospodarka tego kraju powoli wychodzi na prostą

Polska nie wykorzystuje potencjału współpracy z Ukrainą. Gospodarka tego kraju powoli wychodzi na prostą 1

Postrzegamy Ukrainę przez pryzmat kryzysu ekonomicznego, konfliktu zbrojnego czy korupcji. Tymczasem wiele już się tam zmieniło, sytuacja jest znacznie bardziej przyjazna dla inwestycji zagranicznych – mówi Jacek Piechota, prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej. W ubiegłym roku PKB Ukrainy zwiększyło się o 2,5 proc., tegoroczne prognozy oscylują już wokół 3 proc. Sytuacja gospodarcza powoli się poprawia, ale Polska nie wykorzystuje potencjału współpracy z Ukrainą.

– Ukraina wciąż jest w trudnej sytuacji gospodarczej. Jednak gospodarka zaczęła odbijać się od dna – rozpoczęto wdrażanie trudnych, sektorowych reform, uwalnianie handlu z krajami UE i przeorientowanie całej ukraińskiej gospodarki na ten kierunek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Piechota, prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej.

W ubiegłym roku PKB Ukrainy zwiększyło się o 2,5 proc. – więcej niż zakładały prognozy Banku Światowego i MFW (wzrost miał wynieść 2 proc.). Według Gosstatu – czyli głównego urzędu statystycznego Ukrainy – było to głównie zasługą wysokiej konsumpcji, hossy w budownictwie i zwiększonej wymiany handlowej z krajami Unii Europejskiej. Przed umową stowarzyszeniową i początkiem reform Ukraina realizowała ponad 40 proc. obrotów handlowych z Federacją Rosyjską. Obecnie pierwsze miejsce pod tym względem zajmują już państwa Unii, a w ubiegłym roku ukraiński eksport na rynki unijne zwiększył się dziewięciokrotnie.

– To są dobre sygnały, ale bez zasilania zewnętrznego, bez wsparcia ze strony MFW i Banku Światowego, nie da się dalej realizować ukraińskich reform. To dobra i zła wiadomość. Zła, bo utrudnia ukraińską sytuację negocjacyjną. Dobra, bo reformy są realizowane pod bardzo ścisłym, precyzyjnym monitoringiem krajów wspierających Ukrainę. To daje gwarancję, że będą one szły w dobrym kierunku, będą służyły budowaniu konkurencyjnej gospodarki ukraińskiej –mówi Jacek Piechota.

Ze względu na monopole ukraińskich oligarchów w określonych sektorach gospodarki największe problemy Ukraina napotyka w reformach w obszarze antymonopolowym i antykorupcyjnym. Jednak UE i Zachód nauczyły się już wymuszać zmiany, stawiać twarde warunki i monitorować ich realizację. Prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej ocenia, że pomoc dla Ukrainy będzie kontynuowana pod bardzo twardymi warunkami i przy egzekwowaniu określonych zobowiązań od ukraińskich elit i rządu.

– Bez wsparcia zewnętrznego Ukraina sobie nie poradzi, dlatego jest zmuszona akceptować te warunki. To są twarde negocjacje, ale Zachód nauczył się już egzekwować od Ukrainy wdrażanie określonych regulacji. Jeżeli jest pewien opór materii, wynikający ze skomplikowanej sytuacji wewnętrznej, to on musi być przełamany po ukraińskiej stronie. Co istotne, Ukraina nie ma już dzisiaj dylematu „ Rosja czy UE”? Nastroje są zdecydowanie antyrosyjskie. Nie ma rodziny, nie ma środowiska, w którym ktoś na tej wschodniej linii konfliktu nie był poszkodowany, ktoś by nie zginął, ktoś nie wróciłby ranny. Ta presja społeczna w kierunku proeuropejskim zmusza władze Ukrainy do tego, by wdrażać określone rozwiązania – mówi Jacek Piechota.

Polska stanowi dla ukraińskich firm bramę do unijnego rynku z blisko 500 mln konsumentów. Z drugiej strony, jest na Ukrainie mało znaczącym inwestorem – zajmuje 11. miejsce pod względem wartości inwestycji zagranicznych. Zdecydowanie aktywniejsi są inwestorzy z zachodniej Europy, Amerykanie, Japończycy i Chińczycy. Jak ocenia prezes PUIG, potencjał współpracy jest wciąż niewykorzystany, a możliwości są znacznie większe.

– Mamy trochę wypaczony obraz ukraińskiej gospodarki. Postrzegamy Ukrainę przez pryzmat kryzysu ekonomicznego, konfliktu zbrojnego czy korupcji. Tymczasem wiele już się tam zmieniło, sytuacja jest znacznie bardziej przyjazna dla inwestycji zagranicznych – podkreśla Jacek Piechota. – Wielu polskich menadżerów zajmuje ważne stanowiska w ukraińskiej gospodarce, chociażby w sektorze gazowym. Jest nas tam tak dużo, wchodzimy szerszym frontem na Ukrainę, ale nie została jeszcze przekroczona pewna masa krytyczna, to wciąż dopiero perspektywa.

DS stawia na własną sieć salonów. Jeszcze w tym roku marka zamierza otworzyć trzy nowe lokalizacje

DS stawia na własną sieć salonów. Jeszcze w tym roku marka zamierza otworzyć trzy nowe lokalizacje 2

Marka DS rozwija własną sieć salonów dealerskich. Do 2020 roku brand planuje otwarcie ośmiu placówek w największych miastach Polski. W ofercie salonów znajdzie się przede wszystkim flagowy model DS7 Crossback, czyli nowoczesny SUV wyróżniający się oryginalnym designem oraz nowinkami technologicznymi z rynku premium.

Marka DS, należąca do francuskiego koncernu PSA, oficjalnie powstała w 2014 roku. Niespełna rok później zadebiutowała na polskim rynku, przy czym samochody marki DS dystrybuowane były przez sieć salonów Citroen. Obecnie najmłodsza marka PSA wdraża nowy plan rozwoju w Polsce, zakładający stworzenie niezależnej sieci obiektów DS – w sierpniu tego roku ma ona całkowicie przejąć dystrybucję wszystkich aut z logo DS. Plany obejmują otwarcie dwóch rodzajów placówek: DS Store oraz DS Salon – dla wyłącznie produktów tej marki.

– W tej chwili otwieramy DS Store w Warszawie. Od dwóch miesięcy można nabyć samochód DS 7 właśnie w tym salonie. Dodatkowo w czerwcu planujemy otwarcie DS Store w Krakowie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Gacek, brand manager DS Automobiles.

Część planowanych obiektów z sieci dystrybucyjnej DS jest już w budowie. We wrześniu otwarty zostanie kolejny DS Store w Katowicach, a pod koniec roku zainauguruje salon w Łodzi. Na tym ekspansja marki DS na polskim rynku nie zostanie zakończona.

– Chcemy pokryć siecią DS główne aglomeracje w Polsce, stąd w następnym roku dołączymy Wrocław, Poznań, Trójmiasto i Szczecin, tak aby w 2020 roku mieć osiem lokalizacji w Polsce – mówi Krzysztof Gacek.

Osiem wybranych przez markę rynków generuje blisko 80 proc. sprzedaży samochodów segmentu premium. Marka DS ma spore ambicje – za 3 lata zamierza bowiem sprzedawać ok. 2 tys. samochodów rocznie. Dystrybucja ma być prowadzona wielokanałowo, co oznacza, że klienci będą mogli dokonać konfiguracji samochodu online i dokończyć zakup w salonie. Obecnie DS Store oferuje przede wszystkim nowy  flagowy model marki, czyli DS 7 Crossback

– Na początku przyszłego roku gamę uzupełni model DS3 Crossback, który jest SUV-em niższego segmentu niż DS7. W 2020 roku spotkamy się z bardzo atrakcyjną limuzyną z segmentu C premium. Będzie to nasz model konkurujący z BMW serii 3 i Audi A4. W każdym kolejnym roku pojawi się nowy model marki DS.– mówi Krzysztof Gacek.

Flagowy model marki DS7 Crossback trafił do sprzedaży w Polsce w marcu. Jest to SUV charakteryzujący się przede wszystkim oryginalnym designem. Z zewnątrz samochód wyróżnia muskularna sylwetka oraz wyszukana forma obręczy aluminiowych. Wnętrze, opracowane przez rzemieślników wyróżnionych nagrodą Francuskiej Izby Rzemieślniczej, ma oddawać charakter paryskiej ekstrawagancji i elegancji. W aucie znaleźć można więc m.in. wzór gilosza ‘Clous de Paris’, przełączniki wykończone kryształem oraz perłowe przeszycia.

– Gdy po raz pierwszy wsiądziemy do DS7 Crossback, poczujemy, że mamy do czynienia z nowszą, lepszą i inną jakością wykonania wnętrza. Prezentowana jakość materiałów, precyzja wykonania i różnorodność wyboru to coś, co do tej pory nie było spotykane w samochodach w tym segmencie. Do wyboru otrzymujemy kilka rodzajów „inspiracji” wnętrza, dopasowując je do swoich gustów – mówi Marcin Kąkol, menedżer produktu i usług DS Automobiles.

Unikatowy design to jednak nie wszystko. DS7 Crossback oferuje bowiem niezwykle zaawansowane technologie. W wyposażeniu auta znalazły się m.in.: system DS Night Vision pozwalający maksymalnie zoptymalizować widoczność w warunkach jazdy nocą. Kamera na podczerwień, umieszczona w osłonie chłodnicy, wykrywa pieszych oraz zwierzęta znajdujące się na drodze w odległości do 100 m. System umożliwia szybką reakcję i minimalizuje ryzyko zderzenia. Z kolei rozwiązanie DS Driver Attention Monitoring podnosi poziom bezpieczeństwa dzięki nieustannej kontroli poziomu koncentracji kierowcy. DS7 Crossback ma także zawieszenie DS Active Scan Suspension, które dzięki kamerze i czujnikom dostosowuje charakter pracy do warunków na drodze, w ten sposób podnosząc poziom komfortu pasażerów.

– Podsumowując, marka DS kusi potencjalnych klientów jakością wykonania, spasowania materiałów wewnątrz samochodu, niezwykle precyzyjnym wykończeniem, detalami, które przyciągają uwagę i najnowszymi technologiami – mówi Marcin Kąkol.

W tym roku polski rynek handlu internetowego notuje 18-proc. wzrost. Sprzedaż żywności online może rosnąć nawet pięć razy szybciej

W tym roku polski rynek handlu internetowego notuje 18-proc. wzrost. Sprzedaż żywności online może rosnąć nawet pięć razy szybciej 3

Rynek e-commerce w Polsce rozwija się w tempie 18 proc. rocznie i na koniec tego roku osiągnie wartość 47 mld zł – wynika z prognoz Grupy Integer.pl. Najszybciej rosnącą kategorią jest sprzedaż żywności online. Ekspansję w tym segmencie planuje już Allegro, a InPost – z rozwijanym od pewnego czasu projektem lodówkomatów – chce skorzystać na rynkowym wzroście. – Za 10 lat rynek handlu żywnością fizyczny i online będzie kształtował się w proporcji 50:50. Czeka nas olbrzymi boom – prognozuje szef InPostu Rafał Brzoska.

 Jeżeli utrzymamy dotychczasowe tempo wzrostu rynku, to w ciągu najbliższych 3–4 lat przegonimy Włochy – dzięki czemu zajmiemy czwartą pozycję w UE, zaraz za Wielką Brytanią, Niemcami i Francją. To byłaby prawdziwa sensacja. Nasz rynek rośnie znacznie bardziej dynamicznie niż włoski, cechuje się większą fragmentacją, z dużym udziałem polskich podmiotów, cały czas silne jest też Allegro – mówi agencji News Rafał Brzoska, prezes zarządu Grupy Integer.pl.

Polska jest jednym z najszybciej rosnących rynków e-commerce w całej Europie. Jak wynika z danych Gemiusa, w ubiegłym roku już 54 proc. polskich internautów robiło zakupy online (w porównaniu do 50 proc. w 2016 roku). Polacy – niezmiennie od kilku lat – najchętniej kupują przez internet odzież, dodatki, obuwie i akcesoria. Równie dużą popularnością cieszą się książki, płyty i filmy oraz sprzęt AGD/RTV. Szybko rośnie też segment home & garden, czyli akcesoria i dodatki do domu, a nawet meble.

– Do tej pory naszą piętą achillesową był tzw. segment fresh, czyli produkty spożywcze. Oferowało je klientom tylko kilka sklepów. Pojawiły się jednak dane, które pokazują, że ta kategoria będzie rosła w kolejnych latach nawet 4–5 razy szybciej niż cały rynek e-commerce. Jeżeli tak będzie, mamy szansę w ciągu najbliższych kilku lat dogonić europejską czołówkę. We Francji, Wielkiej Brytanii czy Niemczech żywność stanowi już ponad 10 proc. wszystkich zamawianych towarów i rośnie dynamicznie. Wierzę, że za 10 lat rynek handlu żywnością fizyczny vs. online – będzie już kształtował się w proporcji 50:50 –ocenia Rafał Brzoska.

Prezes Grupy Integer.pl zauważa, że do wzrostów w tym segmencie przyczyni się też Allegro, które planuje ekspansję na rynku sprzedaży żywności online. Tym samym polski gigant e-commerce może pójść w ślady Amazona, który w USA opanował już około jednej piątej rynku dostaw żywności zamawianej w internecie.

Z raportu Gemiusa wynika, że w ubiegłym roku 22 proc. polskich konsumentów kupowało w sieci produkty spożywcze, a 27 proc. planuje takie zakupy w przyszłości. Zbliżone dane pokazuje również tegoroczny raport Mobile Institue dla Frisco.pl („E-grocery w Polsce – zakupy spożywcze online”), z którego wynika, że regularne zakupy spożywcze w sieci robi 16 proc. konsumentów, jako główną zaletę wskazując oszczędność czasu i pieniędzy. Potencjał rozwoju handlu żywnością online jest ogromny. Szacuje się, że penetracja tej kategorii w Polsce to obecnie ok. 0,7 proc. rynku FMCG, a według danych Euromonitor International średnie tempo wzrostu e-grocery wynosi 15–20 proc. rok do roku.

 Jako InPost mamy nadzieję partycypować w tym wzroście z naszymi lodówkomatami – zapowiada Rafał Brzoska.

Główny problem w handlu żywnością online to zagwarantowanie świeżości towarów, które muszą być przechowywane w odpowiednich warunkach – zarówno w magazynie, jak i w trakcie dostawy. InPost już od pewnego czasu pracuje nad paczkomatami przystosowanymi do przechowywania żywności, które go rozwiążą.

Prezes Grupy Integer.pl podkreśla też, że dynamiczny wzrost w całym e-commerce wyzwala olbrzymią presję na firmy kurierskie i stymuluje rozwój tego rynku. Z drugiej strony – aktualna sytuacja na rynku pracy i utrzymujące się od miesięcy rekordowo niskie bezrobocie zaczynają wpływać na podwyżki cen usług.

– Bardzo trudno jest pozyskać kurierów, rosną też ceny paliwa. Większość sklepów zorientowała się w ostatnich miesiącach, że koszty dostawy niestety idą w górę, ale z drugiej strony mamy olbrzymi skok jakościowy – mówi Rafał Brzoska. – W tej chwili co drugi użytkownik internetu, który deklaruje, że będzie kupował online, decyduje się na opcję wysyłki do Paczkomatu. Stały się one prawdziwym akceleratorem zachowań zakupowych klientów. Możemy powiedzieć, że jesteśmy katalizatorem zmian na polskim rynku.

Według danych Gemiusa w ubiegłym roku Paczkomaty InPostu były drugą – po dostawach kurierskich – najbardziej popularną formą dostawy zakupów zamówionych w internecie. Tę opcję wybiera 22 proc. klientów (wzrost z 11 proc. jeszcze w 2015 roku). Ponadto co drugi klient polskiego e-commerce (50 proc.) decyduje się na zakup, pod warunkiem że istnieje opcja dostarczenia zamówienia do Paczkomatu.

Pod koniec maja InPost dysponował w Polsce siecią 3 tys. Paczkomatów (łącznie 290 tys. skrytek). Od tego momentu w ciągu dwóch tygodni uruchomił już kolejnych 200 maszyn. Paczkomaty cały czas zwiększają swój udział w rynku, a w szczytowych okresach (np. przedświątecznych) wykorzystanie całej sieci sięga 100 proc.

 Budujemy sieć, ponieważ uważamy, że dla rozwoju e-commerce kluczowa jest dostępność. Do tej pory była ona ograniczona do dużych i średnich miast. Dzisiaj stawiamy maszyny często w dużych wsiach lub bardzo małych miasteczkach, czasami z inicjatywy samych mieszkańców, którzy wysyłają do nas apele z prośbą o zainstalowanie maszyny. Dzisiaj mamy ich już 3,2 tys., a będzie jeszcze więcej – zapowiada szef InPostu.

Grupa chwali się również dynamicznym wzrostem w segmencie usług kurierskich, który rośnie w średnim tempie 50 proc. rok do roku, dużo szybciej niż cały rynek (8-12 proc.). Tym samym InPost jest w tej chwili najszybciej rosnącą firmą kurierską na polskim rynku i – według ubiegłorocznych danych Gemiusa – trzecią najczęściej wybieraną przez klientów (przed Pocztą Polską, UPS czy FedExem).

Dostawcy usług cyfrowych pod nadzorem krajowego systemu cyberbezpieczeństwa. Utworzone zostaną specjalne zespoły szybkiego reagowania m.in. na ataki hakerów

Dostawcy usług cyfrowych pod nadzorem krajowego systemu cyberbezpieczeństwa. Utworzone zostaną specjalne zespoły szybkiego reagowania m.in. na ataki hakerów 4

Polski rząd przyjął niedawno ustawę o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa wypełniającą założenia europejskiej Dyrektywy NIS, dotyczącej bezpieczeństwa sieci i informacji. Głównym założeniem nowych przepisów ma być zapewnienie ochrony cyberprzestrzeni na poziomie krajowym. Ustawa obejmie swoim zasięgiem przede wszystkim dostawców usług cyfrowych, którzy będą musieli szybko raportować każdy incydent związany z cyberbezpieczeństwem.

W myśl nowych przepisów NIS (Network and Information Security Directive) m.in. internetowe platformy handlowe, usługodawcy oferujący przetwarzanie w chmurze i dostawcy wyszukiwarek internetowych będą musieli spełnić szereg wymogów związanych z ochroną danych i raportowaniem incydentów zagrażających bezpieczeństwu.

– Raportowanie incydentów dla firm sektora energetycznego, transportowego, bankowości, dostawców usług cyfrowych i całego sektora publicznego będzie oznaczało, że firmy te będą musiały mieć odpowiednie osoby, procedury i narzędzia, które pozwolą na to, żeby wykrywać incydenty bezpieczeństwa, a potem klasyfikować je i w bardzo krótkim czasie, bo w ciągu 24 godzin, przedstawić raport na temat krytycznego, poważnego czy istotnego incydentu bezpieczeństwa – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mariusz Stawowski z firmy Clico dostarczającej produkty zapewniające bezpieczeństwo danych.

Raporty dotyczące cyberbezpieczeństwa mają trafiać do właściwego Zespołu Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego (CSIRT). Zespoły CSIRT na poziomie krajowym będą współpracować ze sobą w celu zapewnienia spójnego i kompletnego systemu zarządzania ryzykiem. Mają one zapewnić też właściwą obsługę zgłoszonych incydentów. Priorytetowe będą incydenty poważne i krytyczne, które są najpoważniejsze z punktu widzenia państwa. Aby tak skonstruowany system mógł funkcjonować, podlegające dyrektywie przedsiębiorstwa będą musiały zatrudnić specjalistów od cyberbezpieczeństwa, którzy zajmą się obsługą i raportowaniem incydentów.

– Zasadniczym celem jest podwyższenie świadomości osób odpowiedzialnych za zarządzanie organizacjami w obszarze bezpieczeństwa. Osiągnięte ma to być poprzez wprowadzenie odpowiednich, lepiej działających procesów związanych z zarządzaniem bezpieczeństwem, a także wyposażenie osoby odpowiedzialnej za bezpieczeństwo w narzędzia i polepszenie koordynacji pomiędzy narodowymi organami czyli CIRT-ami, CERT-ami, a jednostkami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo w organizacjach. To także szansa na poprawienie współpracy mającej na celu wczesne informowanie odpowiednich osób w organizacjach, że w innej organizacji wystąpił jakiś incydent bezpieczeństwa. Całościowo poziom bezpieczeństwa infrastruktury krytycznej naszego kraju oraz wielu istotnych organizacji, w tym sektora publicznego, powinien zostać rozszerzony – twierdzi Mariusz Stawowski.

Wiadomości i alerty dotyczące zagrożeń cyberbezpieczeństwa nie pozostaną jednak wyłącznie w obszarze zainteresowań wdrażających dyrektywę NIS krajów. Przyjęta w Polsce ustawa powołuje pojedynczy punkt kontaktowy ds. cyberbezpieczeństwa prowadzony przez ministra właściwego do spraw informatyzacji. Ma on być odpowiedzialny za wymianę informacji związanych z cyberbezpieczeństwem na poziomie kraju oraz współpracę transgraniczną na poziomie Unii Europejskiej. Dyrektywa NIS jest kolejnym, po RODO (Rozporządzenie Ogólne o Ochronie Danych Osobowych), sposobem na zwiększenie bezpieczeństwa wszelkiego rodzaju wrażliwych danych, w tym zwłaszcza danych osobowych.

– Do tej pory, przed RODO i przed dyrektywą NIS, tylko firmy z sektora telekomunikacyjnego miały obowiązek zgłaszania naruszeń bezpieczeństwa, chodziło tutaj o dane osobowe. W tym momencie ustawa o krajowym systemie bezpieczeństwa i RODO wprowadzają prawny obowiązek zgłaszania naruszeń bezpieczeństwa danych osobowych oraz zgłaszania incydentów poważnych, istotnych i krytycznych. Jest to prawny obowiązek wykrywania i zgłaszania incydentów do właściwych organów. Oznacza to zasadniczą zmianę, gdyż do tej pory większość organizacji nie miała obowiązku zgłaszania incydentów żadnemu formalnemu podmiotowi. Często zdarzało się, że informacje o incydentach bezpieczeństwa były zamiatane pod dywan, teraz będzie to oznaczało złamanie prawa – podsumowuje przedstawiciel firmy Clico.

Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa nie została jeszcze przyjęta przez Sejm. Na posiedzeniu sejmu 5 czerwca zdecydowano o skierowaniu jej do Komisji Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii oraz Komisji Obrony Narodowej.

Z prognozy Cybersecurrity Ventures wynika, że do 2021 roku notowane rocznie straty wynikające z działalności cyberprzestępców wyniosą 6 bln dol. Tymczasem z raportu „Cyber Risks 2017”, dostarczonego przez FireEye i Marsh & McLennan Companies, wynika, że cyberzagrożenia dotyczą niemal każdego sektora gospodarki. Hakerów najbardziej interesują dane handlowe przedsiębiorstw, informacje dotyczące systemów kontroli i plany strategiczne.

Elektryczne pojazdy przyszłością transportu w miastach. Wkrótce na drogach pojawiają się elektryczne samochody dostawcze

Elektryczne pojazdy przyszłością transportu w miastach. Wkrótce na drogach pojawiają się elektryczne samochody dostawcze 5

Rowery hybrydowe i elektryczne skutery to coraz bardziej popularna alternatywa dla samochodu. Pozwalają uniknąć miejskich korków, a jednocześnie są przyjazne dla środowiska. Elektryfikacja dotyczy również środków komunikacji miejskiej – coraz więcej samorządów stawia na autobusy zasilane prądem. Na polskich drogach wkrótce pojawią się też pierwsze elektryczne samochody dostawcze rodzimej produkcji. 

W miastach żyje obecnie ponad połowa ludności świata. Warunki bytowe w tych ośrodkach stale się pogarszają, głównie ze względu na rosnący poziom zanieczyszczenia środowiska. W związku z tym nowoczesne podejście do zarządzania miastem coraz częściej obejmuje wdrażanie programów, których celem jest zrównoważenie środowiska naturalnego ze strukturami urbanistycznymi. Obejmują one m.in. wprowadzanie innowacyjnych rozwiązań architektonicznych oraz oszczędne gospodarowanie surowcami. Zrównoważonemu rozwojowi sprzyjają nowoczesne technologie, takie jak elektromobilność, uważana za przyszłość branży motoryzacyjnej.

 Elektromobilność jest spójna z polityką ekologii. Poczynając od skuterów, przez auta dostawcze, aż do samych rajdów. Nasze projekty w ten trend się wpisują z uwagi na to, że są zasilane bateriami ładowanymi z sieci energetycznej. To oznacza, że efektywność wykorzystania surowca w Polsce nieodnawialnego jest o wiele wyższa, niż ma to miejsce w silniku spalinowym – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Blichewicz, prezes zarządu Assay Investment, podczas premiery pierwszego w Polsce elektrycznego auta dostawczego w ramach II Międzynarodowego Forum Energetyka i Środowisko EKOZAKOPANE.

Ekomobilność to trend, który coraz mocniej wkracza do Polski i zyskuje coraz większą popularność, zwłaszcza jako istotny element tworzenia transportu urban smart. Duże miasta podejmują szereg działań na rzecz tworzenia ekologicznych, zintegrowanych sieci transportu miejskiego, mieszkańcy chętniej korzystają natomiast z form przemieszczania się oszczędzających środowisko naturalne. Eksperci potwierdzają, że w tym zakresie w Polsce zachodzą bardzo korzystne zmiany, a nowoczesne rozwiązania wprowadzane są zarówno w życiu codziennym, jak i w biznesie.

– Branża transportu miejskiego oparta jest o wiele technologii związanych z elektryfikacją, z pojemnością baterii, żyroskopami, które są wykorzystywane w segwayach, z komunikacją bluetooth. Nie wyobrażam sobie transportu urban smart bez nowych technologii – mówi Tomasz Przygucki, prezes zarządu TrybEco.

Rosnącym zainteresowaniem cieszą się pojazdy napędzane ekoenergią, stanowiące najszybszy sposób poruszania się po mieście, a jednocześnie niezanieczyszczające środowiska. Należą do nich skutery elektryczne, charakteryzujące się 100-proc. redukcją spalin i bardzo niskim kosztem eksploatacji, oraz rowery hybrydowe, napędzane za pomocą lekkiej i niewidocznej baterii, którą można wymienić w każdej chwili. Pojazdy te dostępne są w formie wynajmu dla klientów indywidualnych, jak i biznesowych. Firma JedenŚlad obecna jest w największych miastach w Polsce, udostępniając w formie wynajmu swoje skutery zarówno klientom indywidualnym, jak i biznesowym, tj. Poczta Polska, Uber, PizzaPortal, Fabryka Pizzy i inni. Coraz więcej przedsiębiorców decyduje się na to rozwiązanie, ze względu na fakt, że wynajem skutera wraz z serwisem i ładowaniem jest tańszy niż sam koszt paliwa.

– Chcemy zachęcić ludzi do zamiany dotychczasowych środków transportu, typu samochód, autobus czy tramwaj, pociąg, i poruszania się bardziej siłą własnych mięśni. To bliższy kontakt z naturą i sprawniejsze poruszanie się w miejskiej dżungli, w korkach. Dodatkowo daje niesamowitą przyjemność i poczucie wiatru we włosach, co oczyszcza umysł – mówi Tomasz Przygucki.

5 czerwca w Zakopanem podczas II Międzynarodowego Forum Energetyka i Środowisko EKOZAKOPANE miała miejsce premiera pierwszego samochodu elektrycznego opartego o strukturę kompozytową, w całości zaprojektowanego i wyprodukowanego w Polsce  Elimen E-VN1. To samochód elektryczny typu van, bardziej wytrzymały, a jednocześnie lżejszy od klasycznych pojazdów w swojej klasie. Jako pojazd elektryczny jest tani w eksploatacji – koszt przejechania nim 100 km oscyluje w granicach 7 zł, czyli tyle, ile trzeba zapłacić za prąd niezbędny do naładowania baterii. Jego zasięg na jednym ładowaniu wynosi od 100 do 300 km w zależności od wariantu wybranego od klienta. Na dłuższych trasach kierowca może korzystać z ładowarki pokładowej lub szybkiej ładowarki zewnętrznej.

Z roku na rok rosły wymagania potencjalnych klientów zainteresowanych korzystaniem z dobrodziejstw elektromobilności, z 60 do 400–500 km na jednym ładowaniu, tak jak to ma miejsce w obszarze transportu publicznego. Ten zasięg nie jest kluczowy, kluczowe jest to, że jesteśmy w stanie przy obecnym stanie techniki zaspokajać większość potrzeb. Kurierzy w mieście przejeżdżają średnio 60–100 km dziennie i te zasięgi są dla nas jak najbardziej osiągalne, podobnie jak szybkie ładowanie – mówi Przemysław Rozmysłowicz, współtwórca marki Elimen.

Oprócz pokazu Elimen E-VN1 podczas Forum w Zakopanem odbyła się także premiera pierwszego polskiego elektrycznego samochodu rajdowego, za którego konstrukcję również odpowiada marka Elimen.

W filozofię ekomiasta wpisują się również drony wykorzystywane do pomiaru jakości powietrza. Do niedawna pomiary zawartości pyłów w powietrzu wykonywane były w oparciu o czujniki stacji państwowych oraz komercyjnych, należących do samorządów terytorialnych lub przedsiębiorstw. Urządzenia te są w stanie wskazać poziom zanieczyszczenia, drony, które dokonują pomiarów mobilnych pokazują natomiast także podmioty odpowiedzialne za zły stan powietrza na danej przestrzeni. Dzięki temu możliwe jest wygenerowanie mapy rozchodzenia się zanieczyszczenia od źródła emisji.

Jesteśmy w stanie przeanalizować sytuację dotyczącą obwodnic, skrzyżowań, na których powstają korki, czy dużych przedsiębiorstw uważanych za emiterów zanieczyszczeń. Jesteśmy w stanie podać wskazówki, które mogą pomóc chronić ludność zamieszkałą w pobliżu. Przykładowym zastosowaniem może być skrzyżowanie czy obwodnica, stosujemy panele dźwiękoszczelne, pytanie brzmi: czy one nie powinny być również pyłochłonne lub smogoodporne – mówi Sebastian Banaszek, członek zarządu Dron House.

Zdaniem ekspertów rozwój elektromobilności nie spowoduje nagłego upadku biznesu naftowego. Obie gałęzie przemysłu jeszcze przez wiele lat będą funkcjonować równolegle.

Polski start-up chce zrewolucjonizować dystrybucję prasy. Nowy model opiera się na subskrypcji podobnej do Netflixa

Polski start-up chce zrewolucjonizować dystrybucję prasy. Nowy model opiera się na subskrypcji podobnej do Netflixa 6

Publico24 stworzyło model cyfrowej dystrybucji prasy, oparty na subskrypcji na wzór Netflixa. Dzięki niewielkim nadajnikom rozmieszczonych w miejscach publicznych czytelnik za pomocą aplikacji może bez ograniczeń czytać na telefonie lub tablecie wybraną gazetę czy pojedynczy artykuł. Nie płaci nic, bo koszt pokrywa abonament opłacany przez przedsiębiorcę lub właściciela lokalu, który może w ten sposób poszerzyć ofertę. Firma pracuje już nad uruchomieniem dostępu do cyfrowej prasy dla indywidualnych użytkowników w ramach comiesięcznego abonamentu.

Rynek prasy już od kilku lat przechodzi kryzys objawiający się spadkiem nakładów czasopism i przychodów z reklam. Ten problem ma szansę zaadresować Publico24, jeden ze start-upów wyłonionych w programie akceleracyjnym Microsoftu.

– W przypadku innych mediów, takich jak film czy muzyka, dokonała się już rewolucja w modelu dystrybucji. Teraz pora na prasę. Klienci pokochali subskrypcję, to, w jaki sposób mogą dostawać treści w tym modelu. Myślę, że w przypadku prasy będzie podobnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Sokolnicki z Microsoft Polska.

Młoda spółka stworzyła model cyfrowej dystrybucji prasy, oparty na subskrypcji à la Netflix. Rozwiązanie bazuje na aplikacji wykorzystującej beacony – niewielkie nadajniki sygnału radiowego komunikujące się ze smartfonem czy innymi urządzeniami podłączonymi do sieci. Aplikacja łączy się z nimi poprzez bluetooth lub Wi-Fi i otrzymuje darmowy dostęp do ponad 50 tytułów prasowych z oferty cyfrowego kiosku. Każdy, kto znajduje się w pobliżu beacona (jak również do 2 godz. po zerwaniu połączenia), może bez ograniczeń czytać na telefonie lub tablecie wybraną gazetę, a dopasowanie treści do danego formatu i urządzenia zapewnia technologia HTML5. Z kolei technologia Microsoft Azure zapewnia bezpieczeństwo danych użytkowników.

Beacony mogą być rozmieszczone w kawiarniach, zakładach fryzjerskich, poczekalniach, a nawet w środkach komunikacji miejskiej. Czytelnik nie płaci nic za zakup cyfrowej prasy, bo koszty pokrywa abonament opłacany przez przedsiębiorcę lub właściciela lokalu, który może w ten sposób poszerzyć swoją ofertę dla klientów.

– Dla placówek handlowych, kawiarni czy poczekalni szpitalnych – każdego miejsca, w którym czekamy na jakąś usługę – wprowadziliśmy model dostarczania prasy za pomocą beaconów. Krótko mówiąc, za nasze czytanie prasy płaci właściciel lokalu. I płaci niewiele. To zrewolucjonizuje sposób, w jaki będziemy czytać prasę. Dla dystrybucji treści muzycznych to samo zrobił Spotify, dla filmowych – Netflix, dla książek – Amazon Prime i Legimi w Polsce. My robimy to dla gazet. Model abonamentowy à la Netflix jest tym, na co rynek czekał. W taki sposób ludzie chcą korzystać z prasy, chcą mieć kilkaset tytułów za niski abonament – mówi Piotr Przewrocki z Publico24.

– Restaurator robi to, aby przyciągnąć mnie do swojego lokalu, a ja – zamawiając posiłek – mogę przy okazji przeczytać najnowszą prasę. To jest korzyść dla wszystkich – dodaje Jarosław Sokolnicki.

Publico24 to wirtualny kiosk, ale także uniwersalne narzędzie do tworzenia cyfrowych wydań gazet. Obniża koszty i skraca czas, przez co stanowi ułatwienie dla wydawców, którzy chcą uruchomić cyfrowy kanał dystrybucji. Z platformy mogą korzystać również blogerzy, którzy za jej pośrednictwem mogą dystrybuować swoje treści do szerszego grona odbiorców. Aplikacja stworzona przez polski start-up ma już pierwsze wdrożenia.

– Rynek zareagował entuzjastycznie. Od trzech miesięcy nasze beacony są dostępne w sieci kawiarni So Coffee, również w sieci autobusów rejsowych Flixbus – dawniej Polskiego Busa. Dzięki temu można nieodpłatnie delektować się prasą cyfrową podczas podróży – mówi Piotr Przewrocki.

Twórcy aplikacji pracują nad rozwinięciem jej w oparciu o sztuczną inteligencję i technologię blockchain. W najbliższej przyszłości Publico24 planuje też uruchomić dostęp do cyfrowej prasy dla indywidualnych użytkowników w ramach comiesięcznego abonamentu. Dzięki temu czytelnik będzie mieć dostęp do pełnej bazy gazet, magazynów i innych treści – bez konieczności prenumerowania oddzielnie każdego z tytułów.

– Polacy pokochali subskrypcję. Podobnie jak w przypadku muzyki, gdzie zwykle podoba nam się jeden lub dwa utwory danego wykonawcy, tak w przypadku gazet czytamy zazwyczaj tylko 1–2 artykuły z danego tytułu. Teraz z kilkudziesięciu tytułów dostępnych w ofercie Publico mogę wybrać sobie dowolny. To absolutnie bardzo duża zmiana w sposobie konsumowania prasy – podkreśla Jarosław Sokolnicki.

Jeśli kurs dolara wróci do wzrostów to odbije się to niekorzystnie dla złotego

Fitch pozostawia rating Polski na niezmienionym poziomie. Trendy spadkowe na wszystkich głównych par złotowych. Wyciszenie tematu Włoch sprzyja rynkom. Eskalacja konfliktu w kwestiach handlowych po posiedzeniu G7 nieco zlekceważona przez rynki. Trump vs reszta świata. Teoretycznie posiedzenia dwóch banków centralnych w tym tygodniu powinny być na korzyść dolara. Jeśli dolar wróci do wzrostów to odbije się to niekorzystnie dla złotego. Bojowo nastawiony prezydent USA leci do Singapuru na spotkanie z przywódcą Korei.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 02.05.2017-11.06.2018

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2582 3,6370 3,6000 4,8240
Maksimum 4,3387 3,8020 3,7620 4,9830

EUR/PLN

EURPLN..H1Bez wątpienia ostatnie dni na rynkach przebiegają pod znakiem poprawy klimatu inwestycyjnego. Powrót do ryzykownych aktywów doskonale widać po notowaniach złotego. EUR/PLN porusza się od kilku dni w ramach trendu spadkowego. Kurs jest już niżej od ostatniego maksimum o ponad 7 groszy. Bez wątpienia jednak inwestorzy aż takich powodów do optymizmu nie mają. Wynik spotkania krajów G7 jest negatywny dla światowego handlu. Spodziewano się trudnych rozmów, a efekt końcowy to raczej kolejna eskalacja napięcia na linii USA reszta świata. Szczególnie tweety prezydenta USA po samym spotkaniu mogą zaskakiwać. Rozpoczęła się fala obrażania i wzajemnych pretensji szczególnie wymierzonych w Kanadę i UE. Niemniej jednak widać też lekkie znużenie tym tematem przez inwestorów co skutkuje coraz mniejszymi reakcjami na walutach. Ten czynnik powinien nieco zejść na boczny tor w tym tygodniu. W końcu do gry wrócą główne banki centralne świata. W kontekście pary EUR/PLN zarówno Fed i EBC mogą namieszać. Rynki praktycznie jako pewnik uważają kolejną podwyżkę stóp przez FOMC. Ale jak to zwykle bywa inwestorzy czekają na więcej i liczą, że prezes Powell zakomunikuje przyspieszenie tempa zacieśniania monetarnego. Jeśli faktycznie tak się stanie to EUR/PLN będzie pod presją. Wtedy należy spoglądać na opór w postaci linii trendu spadkowego. W czwartek z kolei posiedzenie EBC i tutaj rynki oczekują zapowiedzi końca QE. Wtedy euro miała by szansę nieco się wzmocnić. Widać te oczekiwania w kursie EUR/USD, który momentami był już powyżej 1,18. Jednak w obliczu pogorszenia danych w strefie euro i kryzysie politycznym we Włoszech takiej komunikacji ze strony Draghiego może nie być. Obydwa wydarzenia są więc raczej szansą dla dolara i w efekcie mogą popsuć klimat na rynkach wschodzących. Wtedy EUR/PLN może powrócić w okolice 4,30.

CHF/PLN

CHFPLN..H1Kredytobiorcy frankowi nadal pozostają w dobrych nastrojach. Kurs CHF/PLN dość dynamicznie porusza się na południe i jest już w okolicach 3,66. Widać, że wraz z odejściem czynnika ryzyka dla strefy euro w postaci zamieszania politycznego we Włoszech szwajcarska waluta nie jest już łakomym kąskiem dla inwestorów. Frank szwajcarski na zamieszanie w światowym handlu aż tak nie reaguje. Główną wypadkową jego ruchów pozostaje to czy istnieje zagrożenie, że ktoś może opuścić strefę euro. Na poprawę sytuacji frankowców wpływ miało również odreagowanie na parze EUR/CHF. Kurs podniósł się ponad granicę 1,16. Czynnikiem ryzyka dla dalszego kontynuowania tego ruchu i w efekcie dalszych spadków CHF/PLN pozostaje decyzja EBC. Jeśli Draghi zakomunikuje gołębie stanowisko i nie ogłosi końca QE to euro może stracić na wartości. Wtedy EUR/CHF się osłabi co odbije się rykoszetem na parze CHF/PLN. W tej sytuacji kluczowy będzie opór w postaci linii trendu spadkowego w okolicach 3,70.

USD/PLN

USDPLN..H1Na USD/PLN jesteśmy świadkami dynamicznego trendu spadkowego. Kurs od początku czerwca spadł niemal 16 groszy. Wynika to przede wszystkim z ruchów na głównej parze walutowej świata. Oczekiwania inwestorów na jastrzębi komunikat EBC w czwartek i tym samym zakończenie programu skupu aktywów wywindowało kurs głównej pary z poziomu 1,15 na 1,18. Swoje trzy grosze dołożyło też wyciszenie się sytuacji we Włoszech i powołanie rządu. Który mimo eurosceptycznego programowego nastawienia póki co takiego drastycznego kroku nie zamierza. Co ważne agresywna polityka Trumpa i jego kolejne obraźliwe tweety choćby z dzisiaj rano działają również niekorzystnie na dolara. Ale ten tydzień zapowiada się jednak na odwrócenie tendencji wzrostowej na głównej parze. W środę Fed prawdopodobnie po raz kolejny podwyższy stopy procentowe. Niewykluczone, że zakomunikuje również możliwą czwartą podwyżkę stóp w tym roku. Wtedy w konsekwencji ruchu na południe EUR/USD, dolar w relacji do złotego może się znów zbliżyć nawet do 3,70. Tym bardziej, że jesteśmy blisko wsparcia w okolicach 3,60 więc większe odbicie jest całkiem możliwe. Również prodolarowe może się okazać posiedzenie EBC. Jeśli nie nastąpi deklaracja końca QE inwestorzy mogą się poczuć rozczarowani i tym samym wyprzedawać euro. Przełoży się to na dalsze ruchy spadkowe na głównej parze walutowej świata. Co może pokrzyżować szyki dolarowi? Przede wszystkim prezydent Trump, który już jutro ma się spotkać z przywódcą Korei Północnej. Patrząc na to w jakiej bojowej formie był dzisiaj rano na Tweeterze to aż strach się bać. Zerwanie rozmów czyli najczarniejszy scenariusz mógłby odbić się niekorzystnie na amerykańskiej walucie.

GBP/PLN

GBPPLN..H1Para GBP/PLN nie odbiega tendencjami od innych głównych par złotowych. Także tutaj widać trend spadkowy od początku czerwca. Szczególnie dzisiaj ruch ten został jeszcze bardziej uwidoczniony. Słabość funta na szerokim rynku jest widoczna po danych o produkcji przemysłowej z Wielkiej Brytanii. Spadła ona m/m o 0,8% przy prognozie zakładającej minimalny wzrost. Również niekorzystnie wygląda spory wzrost od oczekiwań analityków deficytu handlowego. Po tych fatalnych danych GBP/PLN testował granice 4,83. Czynnikiem który może odwrócić tę tendencję mogą być środowe dane z Wysp. Poznamy wtedy wskaźnik inflacji CPI za maj. Może się on okazać wyższy zważywszy choćby na wzrosty cen ropy w tym okresie. W czwartek z kolei poznamy sprzedaż detaliczną z Wielkiej Brytanii, która dość silnie wpływa na notowania funta, szczególnie jeśli rozczaruje. Oczywiście należy również wspomnieć o tym, że bilans tygodnia na korzyść dolara przełożyć się może na niekorzyść walut rynków wschodzących. Jeśli dolar po posiedzeniach dwóch banków centralnych znów wróci do wzrostów to para GBP/PLN może nieco wzrosnąć nawet pod opór w postaci linii trendu wzrostowego.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

W krótkim okresie kurs dolara nie powinien znacząco rosnąć

Stosunkowo niskie wahania większości głównych walut względem dolara kontrastowały ze znaczącym stopniem zmienności, jakiej doświadczały kluczowe waluty krajów wschodzących. Najsilniejszym wahaniom poddany był real brazylijski.

W porównaniu z krajami emerging markets, waluty krajów G10 utrzymywały dość stabilne poziomy. Rynki stają się coraz bardziej przekonane, że wraz z końcem roku Europejski Bank Centralny zakończy program luzowania ilościowego. Oczekiwania te pozwoliły na umiarkowane umocnienie euro względem dolara amerykańskiego, co wspierało również waluty europejskie, takie jak złoty.

Bieżący tydzień okaże się kluczowy dla rynków finansowych. W najbliższą środę odbędzie się spotkanie Rezerwy Federalnej, dzień później spotkają się decydenci Europejskiego Banku Centralnego. Co więcej, we wtorek Izba Gmin zagłosuje nad ustawą o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, co również spowoduje nieco szumu medialnego. Opublikowane zostaną również dane dotyczące inflacji – w Stanach Zjednoczonych będą one dostępne we wtorek, w Wielkiej Brytanii – w środę. Równolegle do tych wydarzeń odbędzie się historyczne spotkanie przywódców Stanów Zjednoczonych i Korei Północnej, które również ma potencjał przyczynić się do wzrostu rynkowej zmienności w nadchodzącym tygodniu.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień umocnieniem w relacji do głównych walut. Złotego wspierała m.in. siła EUR i słabość USD. PLN najmocniej zyskiwał w parze z dolarem amerykańskim i funtem brytyjskim (odpowiednio ok. 1,5 i 1%).

Istotnych informacji z kraju nie było wiele. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej podczas spotkania w czerwcu utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie, ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Istotnie nie zmienił się również ton prezesa Glapińskiego i przewodzonej przez niego RPP. Prezes i członkowie Rady powtarzają, że obecnie nie ma szans na podwyżki stóp procentowych.

Agencja ratingowa Fitch, która w piątek wieczorem decydowała w kwestii oceny wiarygodności kredytowej Polski zgodnie z naszymi oczekiwaniami zdecydowała się na podtrzymanie ratingu na poziomie A-. Perspektywa ratingu pozostaje stabilna.

W bieżącym tygodniu inwestorzy powinni skupić się na informacjach z zewnątrz, warto będzie zwrócić uwagę jednak na odczyty krajowej inflacji (w szczególności bazowej dynamiki cen).

GBP

Kurs funta szterlinga zmieniał się niemal kropka w kropkę tak jak kurs euro, na co wpływ ma połączenie pozytywnych przesłanek wynikających z nowych danych makroekonomicznych UK i złych wieści dotyczących obecnego stanu negocjacji ws. Brexitu. Warto zwrócić uwagę na to, że mimo niedawnej słabości wspólnej europejskiej waluty, funt nie umocnił się, a kurs GBP/EUR pozostaje w widełkach 0,88-0,89. Uważamy jednak, że sytuacja może dość szybko ulec zmianie, o ile tylko wieści na temat Brexitu okażą się bardziej pozytywne.

EUR

Z najbliższym spotkaniem EBC wiąże się więcej niepewności niż zazwyczaj. Nie jest bowiem jasne, w jaki sposób członkowie Rady Prezesów zareagują na polityczny i rynkowy zamęt, do którego doprowadziło utworzenie populistycznego rządu we Włoszech, oraz na niezwiązane z tym osłabienie ekspansji gospodarczej krajów strefy euro. Uważamy, że oba te czynniki mogą spowodować odroczenie ogłoszenia decyzji o zakończeniu programu QE do spotkania w lipcu. Patrząc natomiast na długi okres, silne odbicie w dynamice cen, które zaobserwowaliśmy w maju, może być pierwszą oznaką wzrostu tego kluczowego wskaźnika gospodarczego. Może to oznaczać, że powoli kończy się wzrost dolara amerykańskiego kosztem euro.

USD

W najbliższym tygodniu Rezerwa Federalna powinna podnieść stopy procentowe, z kolei opublikowane dane o dynamice cen w Stanach Zjednoczonych powinny po raz kolejny pokazać wzrost wskaźnika. Tym samym, jedynym czynnikiem utrzymującym rentowności 10-letnich obligacji skarbowych poniżej pułapu 3% jest niepewność rynkowa spowodowana zmianami w rentownościach włoskich obligacji, co z kolei spowodowało chaos na bardzo wrażliwych rynkach wschodzących. Już w drugiej połowie tygodnia kraje emerging markets wykazywały jednak oznaki poprawy, a mocno poszkodowany real brazylijski odrobił znaczną część strat po rekordowej deprecjacji ze środka tygodnia. Jeżeli wrażliwe rynki będą nadal wykazywały się tego typu odpornością, stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych powinny kontynuować wzrost. Niemniej, zaczynamy podejrzewać, że obecny kurs dolara zaczyna dość dokładnie odzwierciedlać obecną sytuację rynkową, stąd w krótkim okresie waluta Stanów Zjednoczonych nie powinna znacząco rosnąć.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Skutki podatkowe obrotu kryptowalutami w PIT, VAT, PCC

Na początku kwietnia 2018 r., Ministerstwo Finansów opublikowało wytyczne dotyczące obowiązku rozliczania się z obrotu kryptowalutami. W publikacji ujęto aspekty obejmujące podatek dochodowy, podatek od towarów i usług oraz podatek od czynności cywilnoprawnych. W ten sposób Ministerstwo Finansów pozornie wyszło naprzeciw tym, którzy chcą rozliczyć się w rzetelny sposób z transakcji kryptowalutowych, a dotychczas mieli szereg wątpliwości, co do zasad rozliczeń. Analiza przedstawionych rozwiązań ukazuje jednak liczne absurdy dotyczące ich stosowania w praktyce.

Podatek dochodowy od osób fizycznych (PIT)

W przypadku podatku dochodowego od osób fizycznych, dochody uzyskane z tytułu obrotu kryptowalutami podlegają opodatkowaniu na zasadach ogólnych, natomiast sposób ich opodatkowania zależy od źródła uzyskania dochodu oraz od formy opodatkowania wybranej przez podatnika prowadzącego pozarolniczą działalność gospodarczą. „Przychód z obrotu kryptowalutami generowany jest zarówno w przypadku sprzedaży kryptowaluty, czyli np. zamiany kryptowaluty na walutę tradycyjną, choćby na złotówki (PLN), jak i w przypadku zamiany kryptowaluty na inną kryptowalutę, towar lub usługę. Zamiana kryptowaluty traktowana jest tutaj jako forma jej odpłatnego zbycia – analogicznie, jak ma to miejsce w przypadku zamiany jakichkolwiek innych praw majątkowych”.

Istnieją dwa źródła przychodów z obrotu kryptowalutami. Mogą to być przychody z tytułu praw majątkowych lub z pozarolniczej działalności gospodarczej, przy czym działalność ta musi spełniać określone warunki (m.in. być prowadzona przez podatnika w sposób zorganizowany i ciągły, we własnym imieniu oraz mieć zarobkowy charakter). W pierwszym przypadku przychód powstaje już w momencie otrzymania lub pozostawienia do dyspozycji podatnika waluty tradycyjnej lub kryptowaluty. Natomiast za przychód z działalności gospodarczej uznaje się kwoty należne, choćby nawet nie zostały faktycznie otrzymane; za datę powstania przychodu uważa się dzień zbycia prawa majątkowego, a więc dzień sprzedaży lub zamiany danej kryptowaluty.

Poza tym w razie obrotu kryptowalutą w ramach działalności gospodarczej również rodzaj prowadzonych przez podatnika ksiąg podatkowych ma wpływ na sposób rozliczania oraz księgowania uzyskiwanych przychodów i ponoszonych kosztów. W podatkowej księdze przychodów i rozchodów, ze względu na jej uproszczony charakter, można ewidencjonować zapisy wyłącznie na podstawie ściśle określonych dokumentów, m.in. rachunków i faktur. A więc „wyciąg z konta bankowego czy z historią transakcji giełdowych z internetowej giełdy kryptowalut nie może stanowić dowodu księgowego, a w konsekwencji nie może zostać zaewidencjonowany w podatkowej księdze przychodów i rozchodów”.

Nie oznacza to jednak, że takie przychody automatycznie nie zostaną uznane. Podatnik może je uwzględnić w trakcie roku podatkowego w bieżącej zaliczce na podatek lub rocznym rozliczeniu podatku dochodowego, jeżeli znajdzie sposób, dzięki któremu rzetelnie udokumentuje powstanie danego przychodu albo poniesienie kosztu podatkowego. „Wydatki na zakup kryptowalut powinny być ujmowane w kosztach uzyskania przychodów w momencie poniesienia wydatku, a więc z uwzględnieniem daty i ceny zakupu, przy czym w tym przypadku nie jest możliwe stosowanie metody FIFO”.

W sytuacji natomiast, gdy podatnik prowadzi księgi rachunkowe, wyciągi bankowe będące potwierdzeniem dokonanych transakcji z zakresu obrotu kryptowalutami mogą zostać uznane za dowód księgowy. W przepisach nie ma bowiem zamkniętego katalogu dokumentów księgowych, które mogą stanowić podstawę zapisów. W tej sytuacji możliwe jest również stosowanie przez podatnika metody FIFO celem ustalenia wartości określonych towarów.

Podatek od czynności cywilnoprawnych (PCC)

„Umowa sprzedaży oraz zamiany kryptowaluty, stanowiącej prawo majątkowe, podlega również opodatkowaniu podatkiem od czynności cywilnoprawnych (PCC). W przypadku umowy sprzedaży obowiązek zapłaty tego podatku dotyczy kupującego, natomiast przy umowie zamiany – solidarnie obu stron czynności. Wysokość podatku od czynności cywilnoprawnych wynosi 1% wartości rynkowej nabywanego prawa majątkowego. Umowa sprzedaży lub zamiany kryptowalut objęta podatkiem VAT jest wyłączona z opodatkowania podatkiem od czynności cywilnoprawnych w takim zakresie, w jakim podlega opodatkowaniu VAT, lub jeżeli przynajmniej jedna ze stron czynności jest zwolniona z VAT z tytułu dokonania tej czynności”.

Dlaczego również w tym drugim przypadku? Ponieważ art. 2 pkt 4 lit. b ustawy o PCC wyraźnie wskazuje, że nie podlegają podatkowi PCC czynności cywilnoprawne (w tym na kryptowalucie), jeżeli przynajmniej jedna ze stron jest zwolniona z opodatkowania podatkiem od towarów i usług z tytułu dokonania tej czynności. Transakcje na e-walucie co do zasady podlegają zaś pod system podatku VAT, ale stosujemy do nich zwolnienie. W konsekwencji należy interpretować ww. przepis w ten sposób, że dopuszcza on niepodleganie owych transakcji pod podatek PCC.

Gdybyśmy rozpatrywali wariant z opodatkowaniem owych transakcji podatkiem PCC, to pojawiłby się duży problem, na który Ministerstwo Finansów, publikując wytyczne, nie zwróciło szczególnej uwagi. Zakup jednej jednostki kryptowaluty wymaga często dziesiątek, a nawet setek pomniejszych transakcji. Opodatkowanie ich PCC sprawiłoby zaś, że podatnicy obracający kryptowalutami musieliby składać w urzędzie skarbowym deklaracje PCC dotyczące każdej transakcji. To z kolei niewątpliwie wywołałoby chaos organizacyjny i spotęgowałoby jeszcze przewlekłość działań organów skarbowych. Ten przykład pokazuje, jak absurdalne są miejscami ministerialne wytyczne dotyczące kryptowalut.

Podatek od towarów i usług (VAT)

Obrót kryptowalutami w odniesieniu do VAT podlega opodatkowaniu jako odpłatne świadczenie usług. „Oznacza to, że sprzedaż i wymiana kryptowaluty na walutę tradycyjną i odwrotnie, a także wymiana jednej kryptowaluty na inną, o ile podlega opodatkowaniu VAT, korzysta ze zwolnienia z VAT. W związku z tym należy pamiętać, że co do zasady podatnik nie ma prawa do odliczenia VAT od nabywanych towarów i usług związanych z działalnością w zakresie wydobywania, czyli tzw. miningu, i obrotu kryptowalutami. Obowiązek podatkowy w zakresie podatku VAT powstaje zarówno w momencie sprzedaży i wymiany kryptowaluty na walutę tradycyjną, jak i w momencie wymiany jednej kryptowaluty na inną”.

Podsumowanie

Ministerialne wytyczne wyraźnie wskazują, że zarówno sprzedaż kryptowaluty w postaci jej wymiany na walutę tradycyjną, jak i zamiana jednej kryptowaluty na inną wiąże się ze skutkami podatkowymi na gruncie PIT, VAT oraz PCC. Z całą pewnością opublikowanie omawianych wytycznych ma swoje dobre strony – przede wszystkim potwierdza, że działalność kryptowalutowa jest legalna. Niemniej jednak praktyczna analiza powyższych rozwiązań wskazuje, że z pozoru jasne i klarowne wskazówki, zamiast wyjaśniać wątpliwości, powodują jedynie ich narastanie. W tej sytuacji fiskus powinien wydać interpretację ogólną.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Czy nadchodzi era wspólnej pracy ludzi i czatbotów?

Na działy HR obecnie wywierają wpływ dwie sprzeczne siły. Z jednej strony tempo zmian gospodarczych i społecznych rośnie, co skutkuje coraz bardziej złożonym środowiskiem społeczno-ekonomicznym. Z drugiej strony pracownicy domagają się coraz prostszych, bardziej wciągających i „ludzkich” interakcji. Aby zapewnić równowagę pomiędzy tymi dwoma czynnikami i nadążyć za szybkimi zmianami biznesowymi, najlepsi specjaliści HR zaczynają wykorzystywać nowe technologie takie jak sztuczna inteligencja (AI), uczenie maszynowe i czatboty.

Organizacje już od dawna zdają sobie sprawę z tego, jak ważne jest zapewnienie klientom wyjątkowej obsługi. A w miarę jak pokolenie Y i Z zaczyna stanowić większość globalnego kapitału ludzkiego, coraz więcej organizacji będzie stosować to samo podejście wobec pracowników, aby byli oni zaangażowani i produktywni. Przede wszystkim trzeba zrozumieć, że pracownicy chcą robić coś ważnego i cenią sobie korzyści, kontakty, uznanie i osobisty rozwój. Oczekują, że w pracy będą mieć podobne doświadczenia z technologią jak w domu: intuicyjne interfejsy, szybkie reakcje oraz dostęp do informacji w czasie rzeczywistym.

W niedalekiej przyszłości firmy w wykładniczym tempie zwiększą wykorzystanie sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego, rozwiązań mobilnych oraz mediów społecznościowych, aby praca była przyjemniejsza, prostsza i bardziej angażująca. Według firmy Forrester do 2021 r. ponad 50% przedsiębiorstw będzie rocznie wydawać więcej na projektowanie botów i czatbotów niż na tworzenie tradycyjnych aplikacji mobilnych. Przejście na narzędzia, które naśladują działanie naszych zmysłów, pomoże nam komunikować się w sposób bardziej naturalny, poprzez rozszerzenie interakcji pracowników z technologią, danymi i informacjami.

Platforma dla zarządu

Szefowie działów HR — jako reprezentanci pracowników w zarządzie — odgrywają kluczową rolę w wypracowaniu równowagi pomiędzy umiejętnościami ludzi a wydajnością maszyn. Aby tego dokonać, będą musieli zrozumieć możliwości technologii z zakresu robotyki oraz ich potencjalny wpływ na pracowników. W ten sposób mogą pomóc firmie odpowiednio reagować na zmiany.

Ponieważ maszyny stają się nieodłączną częścią każdej organizacji, działy HR współpracują z kierownikami innych działów w celu opracowania strategii automatyzacji dla ich zespołów. Wiąże się to ze zmianą charakteru i struktury personelu, jak również z koniecznością zidentyfikowania kompetencji wymaganych do stworzenia skutecznych programów szkoleń i rozwoju, które pomogą ludziom lepiej współpracować z maszynami, a w ostatecznym rozrachunku pomogą firmie i pracownikom stworzyć optymalne połączenie obu tych światów. Równie ważne jest to, że dział HR stanowi „sumienie przedsiębiorstwa” i musi zapewnić równowagę pomiędzy dążeniem do wydajności a szerszą perspektywą. W końcu sam fakt, że dany proces można zautomatyzować, nie oznacza jeszcze, że należy to zrobić. Trzeba również odpowiedzieć sobie na ważne pytania dotyczące tego, w jakim zakresie klienci są gotowi do kontaktu z maszynami oraz czy automatyzacja nie spowoduje tak dużej standaryzacji, że firma stanie się nieelastyczna i nie będzie w stanie reagować na potrzeby rynku. 

Produktywność i elastyczność w epoce sztucznej inteligencji

Aby firmy mogły się rozwijać w warunkach coraz szybszych zmian, muszą szybko dostosowywać się do szybko ewoluujących rynków, oczekiwań klientów i innowacji technologicznych. Wymaga to fundamentalnej zmiany sposobu myślenia o pracownikach. Nie chodzi tutaj już tylko o rekrutację, lecz także o maksymalizację produktywności poprzez łączenie zadań, które mogą być w inteligentny sposób automatyzowane, oraz tych wymagających interwencji człowieka.

W tej epoce zmian działy HR współpracują z szefami działów biznesowych, aby redefiniować plany w zakresie rekrutacji i zatrudniania, uwzględniając wpływ automatyzacji na nowe stanowiska, umiejętności i procesy. Będą również korzystać z danych kontekstowych oraz technologii modelowania HR, aby unikać problemów takich jak rotacja i odejścia pracowników, a także lepiej rozumieć ich kompetencje. Dzięki temu praca stanie się bardziej inteligentna, przyjemniejsza i bardziej oparta na współpracy. Przykładem mogą być nowe interfejsy w stylu „newsfeed”, które wykorzystują sztuczną inteligencję do tego, aby pomagać pracownikom skupić się na działaniach i decyzjach.

Rekrutacja staje się bardziej ludzka

Wykorzystanie sztucznej inteligencji do potrzeb rekrutacji znajdzie się w centrum technologii HR-owych. Liderzy w dziedzinie rekrutacji będą korzystać ze sztucznej inteligencji, aby czerpać szczegółowe informacje o potrzebach w zakresie kompetencji, dowiadywać się, gdzie i jak szukać kandydatów, skrócić czasochłonne zadania takie jak ręczne przeglądanie CV oraz wybierać odpowiednich kandydatów z szerszej i bardziej zróżnicowanej puli zainteresowanych. Według raportu firmy Forrester z prognozami na 2018 rok, do 2020 r. kandydaci ubiegający się o pracę w 20% dużych globalnych korporacji będą na początku mieć interakcje z czatbotami, zanim nawiążą z nimi kontakt rekruterzy.

Zaawansowane, wbudowane funkcje AI oraz ukierunkowane ścieżki zapewniają prostą i spersonalizowaną obsługę — od pierwszej interakcji kandydata z firmą, poprzez proces rekrutacji, aż do wdrażania. Na przykład dzięki nowym czatbotom kandydaci mogą szukać ofert pracy i uzyskiwać odpowiedzi na pytania bezpośrednimi kanałami takimi jak Facebook Messenger. Są również automatycznie powiadamiani o wprowadzonych zmianach oraz działaniach, jakie muszą wykonać w wybranym przez siebie kanale. Ponadto zaawansowane funkcje automatycznego uczenia pomagają skrócić czas rekrutacji poprzez wskazywanie najodpowiedniejszych kandydatów oraz proaktywne identyfikowanie kandydatów i pracowników, których warto zachęcić do aplikowania.

Czatbot może być źródłem danych, z którego firma będzie czerpać informacje o swoich pracownikach — podobnie jak Alexa jest źródłem danych dla firmy Amazon. Dzięki analizie pytań i konwersacji przeprowadzanej w technologii uczenia maszynowego firma może uzyskać wyjątkowe, nieznane wcześniej (a także zanonimizowane) opinie pracowników. W ten sposób może wykrywać problemy, jeszcze zanim pracownicy zdadzą sobie sprawę z ich istnienia.

Sztucznej inteligencji towarzyszą duże obawy, ale jej potencjał dla pracowników i przedsiębiorstw jest ogromny. Wykorzystanie jej w strategiach zarządzania ludźmi pozwoli zapewnić, by pracownicy odgrywali główną rolę w tworzeniu nowych modeli zatrudnienia i nowych ról dla zatrudnionych. Aby tego dokonać, potrzebni będą charyzmatyczni szefowie działów HR, którzy wprowadzą zmiany i postawią nowe technologie w centrum swoich strategii.

Autorami artykułu są Antonina Hołówko-Moya, Principal Sales Consultant HCM i Piotr Świętochowski, HCM Senior Sales Manager z firmy Oracle Polska

Ranking najbardziej pożądanych pracodawców

Antal opublikował ósmą edycję rankingu Najbardziej pożądanych pracodawców.
W tegorocznym badaniu udział wzięła rekordowa liczba 4102 specjalistów i menedżerów z całego kraju, którzy wyłonili 67 laureatów w 15 branżach. Jak zauważają eksperci Antal – względem ubiegłego roku w ocenie kandydatów zyskała stabilność zatrudnienia oraz wysokość wynagrodzenia. Na wadze straciły możliwość szkolenia i innowacyjność marki.

W corocznym badaniu Antal nie ma propozycji odpowiedzi – w pytaniu o najbardziej pożądanego pracodawcę respondenci mogą wskazać dowolną organizację działającą na polskim rynku. To znaczy, że zwycięzcy należą do tzw. top of mind w świadomości specjalistów i menedżerów, czyli zostali wybrani spontanicznie i bez dodatkowych sugestii.

Dotychczas firmy nie funkcjonowały na rynku tak bardzo konkurencyjnym i zorientowanym na kandydata. W tym roku zaobserwowaliśmy jednak ciekawą zmianę – respondenci zapytani o źródła pozyskiwania wiedzy na temat pracodawców, coraz częściej zaznaczają odpowiedź: „pracuję w tej firmie”. To oznacza, że obecny pracodawca jest jednocześnie tym najbardziej pożądanym wśród pracowników – komentuje Artur Skiba, prezes Antal.

Jakie są cechy najbardziej pożądanych pracodawców?

Trzy najważniejsze cechy pożądanego pracodawcy, jakie wymienili respondenci to wielkość i prestiż firmy, styl zarządzania i kultura organizacyjna oraz wysokość wynagrodzenia. W przeciwieństwie do poprzedniego roku, innowacyjność firmy straciła na rzecz kwestii finansowych. Ta zmiana może wynikać z rosnącej świadomości kandydatów na temat wynagrodzeń oraz coraz większej presji płacowej. Na znaczeniu zyskały również oferowane benefity oraz równowaga między życiem zawodowym a prywatnym, które plasują się na niemal tym samym poziomie co możliwość awansu.Wykres1_Najsilniejsze_cechy_pozadanych_pracodawcow

– Zmieniają się potrzeby kandydatów, ale nie powinna zmieniać się strategia firmy. Tylko konsekwentne działania i holistyczne podejście do pracownika pozwoli na zbudowanie modelu organizacji, która przyciągnie najlepszych specjalistów. Pracodawcy, którzy próbują budować swoją przewagę np. oferując niestandardowo wysokie zarobki, kosztem złej atmosfery w pracy lub braku równowagi między życiem zawodowym a prywatnym, nie będą w oczach pracowników atrakcyjni. I odwrotnie – doskonała opinia o firmie nie skusi pracowników, jeżeli renoma nie idzie w parze z godnymi warunkami pracy – wyjaśnia Małgorzata Pukropek, menedżer HR Consulting w Antal.

Najbardziej pożądani w swoich branżach

Specjaliści i menedżerowie wytypowali najbardziej pożądanych pracodawców w 15 kategoriach branżowych: bankowość, SSC/BPO, doradztwo, energetyka, paliwa, wydobycie, firmy farmaceutyczne, FMCG, handel detaliczny, Internet, nowe media e-commerce, IT i telekomunikacja, kancelarie prawne, motoryzacja, nieruchomości i branża budowlana, produkcja, transport, spedycja i logistyka, ubezpieczenia. Na 67 wyróżnionych marek, aż 41 to również ubiegłoroczni laureaci. Jednocześnie, tylko 7 firm utrzymało pozycję lidera, a 26 pracodawców debiutuje w zestawieniu lub do niego powraca.Wykres2_Ranking_najbardziej_pozadanych_pracodawcow

Laureatów badania należy postrzegać jako firmy, które sprostały trudnym wymaganiom rynku w kwestii nie tylko pozyskania, ale przede wszystkim stworzenia silnej więzi i zatrzymania kandydatów zatrudnianych na strategicznych stanowiskach. Pamiętajmy jednak, że każda z wyróżnionych organizacji musiała przejść długą drogę, by stać się pracodawcą pierwszego wyboru – podkreśla Artur Skiba.

Raport jest dostępny pod linkiem: https://antal.pl/trendy/raporty-rynku-pracy/18-najbardziej-pozadani-pracodawcy-w-opinii-specjalistow-i-menedzerow-3

***

Badanie Najbardziej pożądani pracodawcy w opinii specjalistów i menedżerów zostało przeprowadzone metodą CAWI oraz CATI w terminie: grudzień 2017 – styczeń 2018. W anonimowym badaniu udział wzięło 4102 specjalistów i menedżerów z całego kraju. Badanie było anonimowe.

Work-life balance polskich matek i ojców. Komentują eksperci

31% pracujących matek badanych przez portal Pracuj.pl deklaruje, że pracodawca ułatwił im godzenie obowiązków zawodowych z życiem prywatnym. Jak pokazuje raport „Rodzice w pracy. Życie na pełen etat”, w utrzymaniu work-life balance pomagają zwłaszcza benefity oferowane rodzicom. Według badań, pracujące matki i ojcowie najczęściej mogą liczyć na elastyczny czas pracy czy dodatkowe urlopy; oczekują jednak coraz większego wsparcia od pracodawców. Przyjrzeliśmy się, jak rodzice radzą sobie z trudną sztuką zachowania równowagi między pracą a życiem rodzinnym.

Pensja przestaje być najważniejsza

Na wyzwania związane z byciem rodzicem zwraca uwagę znany rysownik Maciej „Zuch” Mazurek, mąż Karoliny, ojciec trójki dzieci i autor bloga Zuch.media. O swoim sposobie na łączenie życia zawodowego i rodzinnego mówi „intensywnie, ale rozsądnie”. Według niego, wybierając pracodawcę, warto kierować się kilkoma czynnikami – nie tylko wysokością pensji.

Wszystkie sprawy związane z przerwami w pracy wynikającymi z posiadania dzieci są problematyczne. Od zwykłego chorobowego zaczynając, a kończąc na przerwach macierzyńskich i ojcowskich. Celowo nie używam słowa „urlop” ponieważ z urlopem często nie ma to nic wspólnego. Dlatego ważne jest żeby odpowiednio dobierać sobie pracodawcę, czy firmę lub organizację w której pracujemy. Warto zastanowić się czy wyższa pensja tak naprawdę nam się opłaca. W naszym wypadku wybraliśmy np. stypendium doktoranckie żony. Wiązało się ono z dużą swobodą i elastycznością godzin pracy. Postawiliśmy je ponad pracę w firmie, która oferowała wyższą pensję. Żona zyskała dużo swobody, jednocześnie nie wypadając z rynku pracy. Z kolei ja, mimo wyższej pensji, odrzucałem oferty firm, które były zbyt daleko od domu. Czas rodziny stracony na dojazdy nie byłby wart zyskanych pieniędzy
-– opowiada Maciej „Zuch” Mazurek.

Pracodawcy zauważają podobne podejście u pracowników, co skutkuje rosnącym udziałem firm, które gwarantują rodzicom dedykowane dla nich benefity. Więcej niż co trzeci rodzic badany w raporcie Pracuj.pl „Rodzice w pracy” deklaruje, że firma oferuje mu m.in. elastyczny czas pracy (36%), dodatkowe urlopy (31%) oraz możliwość pracy zdalnej (30%).

Benefity dla rodziców poszukiwane

Mimo coraz szerszych pakietów pozapłacowych benefitów oferowanych przez pracodawców, wielu przebadanym rodzicom wciąż brakuje świadczeń, które mogłyby znacznie poprawić ich work-life balance. 7 na 10 badanych matek i ojców wskazuje na żłobek i przedszkole przy miejscu pracy, tymczasem dostęp do niego ma obecnie mniej niż co dziesiąty rodzic. Z innymi benefitami nie jest lepiej – pięć najbardziej pożądanych przez rodziców benefitów zapewnianych jest u co najwyżej 20% pracodawców zatrudniających matki i ojców.

Zgodnie z wynikami badań Rzecznika Praw Obywatelskich „Godzenie ról rodzinnych i zawodowych. Równe traktowanie rodziców na rynku pracy”, opublikowanych w 2015 r., zapewnienie opieki nad małym dzieckiem stanowiło duże wyzwanie dla pracujących rodziców. Jak zauważa dr Paula Pustułka, socjolog z Uniwersytetu SWPS, wyniki badań pokazują, jak bardzo na znaczeniu w ostatnich latach zyskało wsparcie dla rodziców wykraczające poza bezpośrednie kwestie finansowe.

Widzimy stale podkreślane trudności w jednoczesnym nawigowaniu życia zawodowego oraz rodzinnego. Eksperci diagnozują rozdźwięk między ofertą benefitów a faktycznie pożądanymi rozwiązaniami. Choć ważny pozostaje obszar bezpośredniego wsparcia finansowo-materialnego (np. wyprawki), kluczowy staje się wymiar infrastrukturalny. Innymi słowy, aby dobrze realizować role zawodowe oraz rodzicielskie, wielu rodziców chciałoby móc na przykład skorzystać ze żłobkowo-przedszkolnej opieki instytucjonalnej w miejscu pracy
-– tłumaczy dr Paula Pustułka.

Eksperci podkreślają, że firmy oferujące przemyślane benefity dla rodziców budują swój pozytywny wizerunek, dlatego tego typu inicjatywy będą w najbliższych latach zyskiwać na popularności. Dopasowane świadczenia pozapłacowe wpływają też na lojalność mam i ojców oraz chęć dłuższego związania się z firmą, która umożliwia zachowanie równowagi między pracą a życiem prywatnym.

Co ciekawe, ponad 35% respondentów nie skorzystałoby z możliwości przyprowadzania dziecka do pracy. Pokazuje to między innymi, że pracownicy chcą rozdzielać pracę, od życia prywatnego i w każdym z tych środowisk być „tu i teraz”, z pełnym poświęceniem uwagi.

Długie urlopy i powrót na pełen etat

Pracujące matki  i ojcowie w Polsce – przynajmniej w większości przypadków – mają do dyspozycji stosunkowo długie urlopy w odniesieniu do wielu innych krajów europejskich. Polskie prawo daje młodej mamie możliwość skorzystania z płatnego urlopu macierzyńskiego do 20 tygodni. Do tego dochodzą 32 tygodnie urlopu rodzicielskiego – dostępnego zarówno dla mam, jak i ojców. Według raportu Pracuj.pl, z tych praw korzystają głównie matki. Na 6-12 miesięcy przerwy od pracy po narodzinach dziecka decyduje się 67% kobiet. Panowie zdecydowanie częściej wybierają krótkie urlopy ojcowskie – decyduje się na nie dwóch na trzech z nich.

Długie urlopy są z pewnością dużym udogodnieniem dla rodziców; z drugiej strony po półrocznej czy rocznej nieobecności wiele matek obawia się ponownego wejścia na rynek pracy. Według badań Pracuj.pl, kobiety bardziej niż zmiany stanowiska lub zakresu obowiązków obawiają się trudności związanych z wdrożeniem się po nieobecności w firmie (40%). Ich wątpliwości budzi także jakość pracy, którą wykonają podczas rozłąki z dzieckiem – boją się, że nie będą efektywne, wciąż odbiegając myślami do zostawionego w domu potomka (42%).

Osiągnięcie równowagi między pracą i życiem prywatnym przez pracujących rodziców to sukces zarówno pracownika, jak i pracodawcy. Bez zaangażowania obu stron, nie sposób go osiągnąć. Pod tym względem widzimy w Polsce w ostatnich latach wyraźną poprawę, ale z perspektywy rodzica wciąż jest jeszcze sporo do zrobienia. Wypowiedzi badanych matek i ojców pokazują, że osiągnięcie work-life balance po urlopie rodzicielskim to duży wysiłek emocjonalny, a od pracodawcy w dużym stopniu zależy, jak szybko po narodzinach dziecka pozbędziemy się tych obaw. Matki i ojcowie powinni mieć świadomość, jak ich pracodawca prowadzi proces ponownego wdrożenia do zespołu, rozdzielania zadań oraz jakie mają udostępnione narzędzia czy udogodnienia. Nie mam wątpliwości, że jeśli zasady są jasne, a benefity dopasowane do potrzeb rodziców, będą oni szczęśliwszymi i bardziej efektywnymi pracownikami
— komentuje Sylwia Sosnowska, HR Manager w Grupie Pracuj, mama Matyldy.

Już po powrocie do pracy, młode matki rzadko korzystają z przysługujących im ustawowo dodatkowych praw. Tylko co czwarta badana Polka korzysta z przerw na karmienie, a 22% decyduje się na pracę na niepełny etat.

Zwłaszcza praca w niepełnym wymiarze godzin, przynajmniej na początku, może bardzo pozytywnie wpływać na relację z maluchem i radość z życia prywatnego. Tyle, że wiąże się z pogorszeniem sytuacji finansowej rodziny, a także obawami co do postawy pracodawcy wobec nas. Często więc chęć zachowania równowagi nie wytrzymuje konfrontacji z wyzwaniami zawodowymi
-– dodaje Sylwia Sosnowska.

Wsparcie pracodawcy na wagę złota

Mimo zmian w rolach rodziców, jakie zaszły w ostatnich latach, to wciąż na kobietach skupia się największy ciężar związany z wychowaniem dzieci. Co niepokojące, 33% mam deklaruje brak wsparcia od pracodawcy w zakresie łączenia pracy z życiem osobistym. Jednocześnie jednak również jedna trzecia badanych kobiet twierdzi, że nie spotkały się z trudnościami po powrocie do pracy. O tym, jak taka sytuacja może wyglądać w praktyce, opowiadała badaczom Pracuj.pl jedna z badanych matek.

Moja mała będąc pierwszy raz w żłobku w okresie zimowym zaczęła chorować. Często pracowałam zdalnie, z domu. Pracodawca nie robi mi z tym problemów. Jednocześnie jednak jasno mi powiedział, że najważniejsze jest dla niego, by robota była zrobiona. Jeśli muszę wyjść wcześniej, w porządku. Jednak muszę dopilnować swoich zadań
-– mówiła badana.

Jak podkreśla Sylwia Sosnowska, w zachowaniu work-life balance przez rodziców pomaga elastyczne i życzliwe podejście pracodawców.

Kluczem do zachowania równowagi pracowników jest sprawna organizacja działów HR, przejrzyste zasady pracy i rozliczania wyników, a także świadomość wsparcia od pracodawcy. Przyjazna strategia personalna może obejmować np. mentoring dla wracających na rynek pracy rodziców, stworzenie wyróżniających się benefitów czy po prostu indywidualne podejście do potrzeb zatrudnionych matek i ojców
-– podsumowuje Sylwia Sosnowska.

Więcej informacji o matkach i ojcach w pracy w raporcie Pracuj.pl: Rodzice w pracy. Życie na pełen etat.

Wyjście ze strefy komfortu to recepta na sukces w biznesie

Christian Kurmann
Christian Kurmann – Inclusive Leadership Inspirer

Wdrożenie włączającego modelu zarządzania wymaga opuszczenia strefy komfortu i otwartości na nowe rozwiązania.

Świat wokół nas coraz szybciej się zmienia, a biznes musi nadążać za tymi zmianami. Dla menadżerów, którzy chcą odnieść sukces w realiach współczesnego rynku, coraz bardziej oczywista staje się konieczność zmiany stylu działania. Model zarządzania skuteczny w dzisiejszych czasach, trafnie nazwany włączającym, porzuca autorytarność na rzecz otwartości  i zaufania, a także opiera się na wykorzystaniu potencjału wszystkich członków zespołu. Dlatego kluczowym pytaniem każdego lidera powinno stać się nie czy, ale jak skutecznie wprowadzić włączające zarządzanie na poziomie zespołu i całej firmy.

Nadal jednak wielu z nich stara się utrzymać status quo i broni się przed otwarciem na jakiekolwiek nowości. Argumenty, jakimi się posługują: „ten system działał dobrze przez lata”, „taki sposób zarządzania zawsze przynosił firmie zyski”, często pokrywają lęk przed nieznanym i niechęć do naruszania istniejącego układu.

Z psychologicznego punktu widzenia to zrozumiałe obawy. Większość ludzi wypracowuje sobie w życiu osobistym i w pracy strefę komfortu, czyli schemat działania i myślenia oparty na przewidywalności, rutynie i unikaniu ryzyka. Taka „bańka bezpieczeństwa” rzeczywiście daje komfort i stabilność w codziennym życiu, ale w świecie biznesu może być poważnym zagrożeniem. Dla dobrego lidera komfort oznacza stagnację, a stagnacja uwstecznia i prowadzi do porażki. Dlatego decyzja o wyjściu ze strefy komfortu powinna być pierwszym i najważniejszym zadaniem menadżera, który chce zmienić swój styl zarządzania.

Rutyna niszczy kreatywność

Przedsiębiorcy, którzy mają odwagę podjąć ryzyko i świadomie wchodzą w niekomfortowe dla siebie  sytuacje, stają się bardziej kreatywni, odporni emocjonalnie i otwarci na nowe rozwiązania. W nowoczesnym biznesie to właśnie te cechy mogą zdecydować o sukcesie firmy.

A jednak zaskakująco wiele osób nadal tkwi w pułapce rutyny i wypracowanych latami nawyków. Żyjemy w społeczeństwie zdominowanym przez strach przed porażką, a nawet jakimkolwiek stresem czy niewygodą i właśnie ten lęk trzyma nas w strefie komfortu. Tkwimy więc w miejscu, otoczeni kokonem pozornego bezpieczeństwa, który blokuje nasz rozwój. Dopiero akceptując to uczucie dyskomfortu możemy pójść naprzód i wykorzystać pełnię swoich możliwości.

Jak skutecznie wyjść ze strefy komfortu

Pierwszym krokiem do opuszczenia strefy komfortu jest samo dostrzeżenie, że w niej utknęliśmy. Mając świadomość tego, że jesteśmy zakładnikami własnych obaw i nawyków, możemy podjąć działania, żeby to zmienić. Warto odnaleźć w sobie odwagę i cierpliwość, bo takie zmiany bywają trudne.

  • Regularne podejmowanie nowych wyzwań prowadzi do zmniejszenia związanego z nimi stresu. Jeśli systematycznie będziemy próbować czegoś nowego, ta otwartość stanie się częścią naszego życia i zaakceptujemy ryzyko jako jego nieodłączną część.
  • Nie zawsze odważne rzucenie się głową naprzód w nową sytuację jest dobrym rozwiązaniem. Dla wielu osób łatwiejsza będzie metoda małych kroków. Niewielkie, stopniowo wprowadzane korekty stylu życia czy pracy powoli oswoją nas z poważniejszymi zmianami.
  • Często pomaga sama zmiana podejścia. Negatywne odczucia związane z podejmowaniem ryzyka możemy postarać się zamienić na pozytywne, na przykład lęk przed wyzwaniem uznajmy za ekscytację nowością.
  • Najważniejszy jest cel. Z każdą przeszkodą łatwiej się uporać, kiedy w perspektywie mamy widoki na sukces i pozytywne zmiany. Nie traćmy z oczu szerszej perspektywy.

Oswoić dyskomfort

Wyjście z bezpiecznej strefy wywołuje lęk i poczucie zagrożenia.  To naturalne, ale ten dyskomfort można oswoić i złagodzić.

  • Silny niepokój blokuje i nie pozwala na podejmowanie racjonalnych decyzji. Często towarzyszy mu gonitwa myśli, „wewnętrzny hałas”, który zagłusza rozsądek. Bardzo pomaga wówczas oczyszczenie umysłu ze zbędnych myśli i emocji. Wyciszenie, które możemy osiągnąć medytacją, czy odizolowaniem się od nadmiaru bodźców, wspiera koncentrację i pomoże osiągnąć cel.
  • Podstawowe źródło lęku przed wyjściem ze strefy komfortu jest związane z indywidualnymi problemami. Dla jednych jest to niechęć do wystąpień publicznych, dla innych strach przed porażką zawodową albo podjęciem jakiegokolwiek ryzyka. Rozpoznanie i nazwanie tego lęku „oswoi go” i pozwoli na przygotowanie racjonalnej reakcji. 
  • Przeszłe porażki i upadki mogą stać się trampolinami do przyszłych sukcesów, pod warunkiem, że wyciągamy z nich wnioski. Dlatego w sytuacjach stresogennych dobrze sięgnąć pamięcią wstecz, do podobnych momentów kryzysu. Nawet jeśli wówczas podjęcie ryzyka nie zakończyło się sukcesem, wzbogaciło nas o wiedzę i doświadczenie, z których teraz możemy skorzystać.

Strefa komfortu w biznesie

Charakterystyczna dla współczesnej firmy różnorodność to ogromny potencjał. Aby go dostrzec i wykorzystać, menadżer musi wyjść ze swojej strefy komfortu i skonfrontować się z odmiennymi punktami widzenia, dopuszczając do głosu wszystkich członków zespołu. Taka postawa wymaga odwagi i pokory, ale gra jest warta świeczki, bo głównym celem dobrego lidera powinno być stworzenie bezpiecznego  środowiska, w którym pracownicy także odważą się wyjść ze swojej strefy komfortu i podjąć ryzyko tworzenia innowacyjnych rozwiązań.

Czy deweloper ma prawo udostępniać mieszkania bez miejsc parkingowych?

  • Według danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, w całym 2017 r. zarejestrowano prawie pół miliona nowych samochodów osobowych, o 16,9 proc. więcej niż w 2016 r.
  • Zgodnie z przepisami, zagospodarowując działkę budowlaną, należy urządzić miejsca postojowe dla samochodów użytkowników stałych i przebywających okresowo, stosownie do jej przeznaczenia i sposobu zabudowy.
  • Przepisy te nie wskazują co prawda minimalnej liczby miejsc postojowych, ale ich wskaźnik określają miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego.

Każdego dnia na osiedlach dużych miast toczy się walka o to, gdzie zaparkować samochód. Miejsca parkingowe nie powstają bowiem w tak ekspresowym tempie, w jakim przybywa pojazdów na polskich drogach. Z danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego wynika, że w 2017 r. zarejestrowano blisko pół miliona nowych samochodów osobowych, to o 16,9 proc. więcej niż w 2016 r. Najgorzej sytuacja wygląda w centrach miast, gdzie nie sposób stworzyć dodatkowe miejsc postojowe oraz pod wielopiętrowymi blokami, w których znajduje się nawet kilkaset mieszkań, na które zwykle przypada co najmniej jeden samochód.

Liczba miejsc parkingowych musi być określona w projekcie budowlanym

Konieczność wyznaczenia miejsc parkingowych przy budynku określa Rozdział 3 Rozporządzenia Ministra Infrastruktury z dnia 12 kwietnia 2002 r., w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie. Według paragrafu 18, zagospodarowując działkę budowlaną, należy urządzić, stosownie do jej przeznaczenia i sposobu zabudowy, miejsca postojowe dla samochodów użytkowników stałych i przebywających okresowo, w tym również miejsca postojowe dla samochodów, z których korzystają osoby niepełnosprawne.

Przepisy te nie regulują, ile miejsc parkingowych powinno powstać. W kolejnym punkcie Rozporządzenia, jego twórcy odsyłają nas jednak do zapisów miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego – liczbę i sposób urządzenia miejsc postojowych należy bowiem dostosować do wymagań ustalonych w decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu. W celu otrzymania pozwolenia na budowę, deweloper musi zatem uwzględnić w projekcie budowlanym liczbę oraz lokalizację miejsc parkingowych zgodnie z wytycznymi określonymi w decyzji o warunkach zabudowy – mówi Jacek Kosiński z kancelarii Jacek Kosiński Adwokaci i Radcowie Prawni.

Wskaźniki parkingowe wyzwaniem dla deweloperów

Miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego określa dokładnie, jaki procent powierzchni przeznaczonej na inwestycję musi zajmować parking – w przypadku obiektów handlowych – lub ile miejsc parkingowych powinno przypadać na jedno mieszkanie. Jest to indywidualna kwestia władz danej miejscowości, wskaźniki te mogą się różnić nawet między osiedlami w obrębie jednego miasta, zwykle przyjmuje się jednak, że powinno to być minimum 120 miejsc postojowych na 100 mieszkań. Jest to wyzwanie oraz spore koszty dla deweloperów – praktycznie nie jest możliwe, aby udostępnienie miejsca parkingowego zwróciło koszty jego wybudowania. Do tego dochodzą przepisy określające, w jakiej odległości od budynku mogą zostać wyznaczone miejsca postojowe. Zgodnie z przepisami, które weszły w życie 1 stycznia 2018 r., nowo wybudowane lub przebudowywane miejsca parkingowe powinny być o 20 cm szersze niż dotychczas – ich długość powinna wynosić 5 m, a szerokość 2,5 m. W przypadku miejsc dla osób niepełnosprawnych szerokość musi wynieść co najmniej 3,6 m. Rozporządzenie Ministra Infrastruktury zwiększa natomiast z 4 do 10 maksymalną liczbę miejsc postojowych, które znajdują się w odległości co najmniej 7 m od zabudowań.

Źródło: Jacek Kosiński Adwokaci i Radcowie Prawni

Gdzie czai się licho, czyli jaki kryzys grozi Twojej firmie najbardziej?

Internet to obecnie najpoważniejsze źródło kryzysów wizerunkowych największych polskich firm. Takie są wyniki badania „Zarządzanie sytuacją kryzysową w polskich przedsiębiorstwach”[1], przeprowadzonego wśród największych firm w polskiej gospodarce przez agencje EXACTO i Alert Media Communications wspólnie z Wydziałem Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego. Co trzecie przedsiębiorstwo (31,1%), które doświadczyło kryzysu, jako zarzewie swoich problemów wskazało właśnie na internet – plotki, fake news, hejt, ataki – w tym ze strony blogerów i użytkowników sieci społecznościowych. Drugim najbardziej kryzysogennym czynnikiem okazały się kwestie dotyczące jakości produktów lub świadczonych usług (24,2%). Jako trzecie najpoważniejsze źródło kryzysów wskazano problemy wywołane przez partnerów biznesowych (22,2%). Niezależnie od źródeł kryzysów, ich następstwa zazwyczaj są bardzo dotkliwe – od eskalacji tematu w mediach, po spadek sprzedaży oraz notowań giełdowych, a w skrajnych przypadkach nawet upadłość.

Kryzysy dopadają największe polskie firmy w równym stopniu z zewnątrz, jak i od wewnątrz. Ok. 30% respondentów reprezentujących największe firmy polskiej gospodarki wskazało na przyczyny zewnętrzne, dokładnie tyle samo – na zewnętrzne. Najwięcej kryzysów ma natomiast złożoną strukturę przyczynową – aż 40% kryzysów wynika ze zdarzeń mieszanych – równocześnie pochodzących z wewnątrz organizacji, jak i spoza niej. „Często bowiem problem wewnętrzny, np. z pracownikami, wylewa się do prasy czy mediów społecznościowych, co nakręca spiralę w samej firmie. I odwrotnie – negatywne informacje w mediach potęgują problemy już w przedsiębiorstwie narastające” – tłumaczy Adam Łaszyn, współautor badania i prezes agencji Alert Media Communications, specjalizującej się w komunikacji kryzysowej.

Zwrócił też uwagę, że typowym tego przykładem są trzecie na liście najpoważniejszych przyczyn kryzysów – problemy wywołane przez partnerów biznesowych, czyli np. dostawców, zleceniobiorców czy dealerów. Z pewnością kojarzymy historie, gdy źle wybrana agencja marketingowa wywołuje kryzys poprzez umieszczanie skandalicznych treści na społecznościowym profilu marki. Albo firma spedycyjna, która doprowadza do wady serii produktu poprzez niewłaściwe transportowanie wyrobów czułych na temperaturę. Sam zleceniodawca w takich przypadkach głównie bezpośrednio nie zawinił, ale nie dopilnował spraw i kryzys spada właśnie na niego.

Coraz łatwiej wpaść w kryzys

Istotnym źródłem kryzysów polskich firm jest też zła komunikacja wewnętrzna, która okazała się źródłem aż co piątego kryzysu (20%). Z wewnętrznych przyczyn istotne okazały się też błędy lub niezgodne z prawem działania pracowników szeregowych (17,8%) oraz katastrofy, awarie i wypadki przy pracy (15,6%). Z zewnętrznych – konflikty z organizacjami pozarządowymi lub innymi grupami interesu (17,8%) oraz niekorzystne decyzje lub działania władz (15,6%).

„Skala zagrożeń kryzysowych rośnie wraz z rozwojem kanałów komunikowania się i dostępnej publicznie informacji na temat firm. Każde przedsiębiorstwo obecne w życiu publicznym musi się liczyć z tym, że urzędy lub organizacje pozarządowe a nawet zwykli ludzie patrzą im dokładnie na ręce. Błędy czynione zarówno w bieżącej działalności, jak i prowadzonej komunikacji ze światem zewnętrznym potrafią się mścić. Zwłaszcza, że zarzuty chętnie są podchwytywane przez użytkowników mediów społecznościowych” – wyjaśnia dr hab. Dariusz Tworzydło, prezes agencji doradztwa wizerunkowego EXACTO oraz kierownik katedry PR na Wydziale Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Kryzys uderza po reputacji… i kieszeni

Bez względu na źródło problemu, respondenci są zgodni co do jednego, że ich firmy odczuły następstwa kryzysu. Przyznało to aż 91,3% badanych menadżerów największych polskich firm. Najwięcej, bo dwie trzecie z nich (61,9%) najbardziej bolały negatywne publikacje medialne. 38,1% doświadczyło fali negatywnej krytyki i opinii w social media, w tym hejtu (najczęściej anonimowego), który jest zjawiskiem szczególnie trudnym do opanowania. Więcej niż co czwarta firma (28,6%) odnotowała spadek zaufania ze strony klientów i partnerów biznesowych.

Jednym z najdotkliwszych skutków sytuacji kryzysowej jest spadek sprzedaży, przychodów lub notowań na giełdzie. Ten problem dotknął jedną na cztery z pytanych firm  (23,8%). Co szósta firma (16,7%) miała wskutek kryzysu do czynienia intensyfikacją działań kontrolnych ze strony organów administracyjnych. Co siódma (14,3%) w efekcie sytuacji kryzysowej znalazła się w sądzie, bo kryzys doprowadził do procesu. Każda co czternasta firma (7,1%) musiała zmniejszyć zatrudnienie.

Należy przy tym zauważyć, że przedsiębiorstwa dotknięte kryzysem musiały zazwyczaj stawić czoła przynajmniej dwóm różnym skutkom jednocześnie. A często nakładających się na siebie negatywnych efektów kryzysu było i więcej. Respondenci wskazali też na prawidłowość, że im sytuacja kryzysowa trwała dłużej, tym większa była też skala problemów z nim związanych.

Branże zagrożone

Kryzysy wizerunkowe są nieodłącznym elementem wpisanym w działalność firm, niezależnie od zakresu świadczonych przez nie usług” – mówi dr hab. Dariusz Tworzydło. Zwraca przy tym uwagę, że są sektory szczególnie narażone na tego typu zagrożenia. Potwierdziły to również wyniki przeprowadzonego badania. To branże: budowlana, deweloperska, energetyczna, farmakologiczna, finansowa, FMCG, gastronomiczna, handel detaliczny, motoryzacyjna, paliwowa, przetwórstwo mięsne, spożywcza, transportowa i wydobywcza. „Dlatego odpowiednie przygotowanie kadry zarządzającej przedsiębiorstw zaliczanych do tych sektorów nabiera szczególnego znaczenia” –stwierdza dr hab. D. Tworzydło. Zwraca też uwagę, że znajomość i przestrzeganie zasad skutecznej komunikacji z otoczeniem w obliczu kryzysu są nadal na niskim poziomie, nawet wśród tych branż szczególnie narażonych na problemy.

Problem nas nie dotyczy

W świecie, w którym konsumenci stają się coraz bardziej nieufni wobec marek, a nowoczesne technologie umożliwiają bardzo precyzyjne i głośne wyrażenie swojego zdania, aż dwie na pięć badanych firm ma zdystansowany stosunek do zagrożeń kryzysowych, nie traktując ich jako priorytetowych. Co szóste badane przedsiębiorstwo zostało zaklasyfikowane do grona całkowicie nieprzygotowanych. Jest to niepokojące. Co więcej, 53,1% organizacji nastawiona jest na samodzielne radzenie sobie z kryzysem.  A wiele z nich nie posiada odpowiednich do tego struktur i procedur. W większości firm (56,8%) bardziej rozpowszechnione jest przeniesienie uprawnień na kilka jednostek działających w ramach struktur organizacyjnych, co jest bardzo często jedną z głównych przyczyn chaosu, nieskoordynowanych działań lub ich braku.

Brak odpowiedniego przygotowania do kryzysu w przedsiębiorstwach, które są zaliczane do elity polskiej gospodarki może martwić. Tym bardziej, że przykłady znanych firm pokazują, iż żadne przedsiębiorstwo, nawet o ugruntowanej strukturze i pozycji na rynku, nie jest w pełni bezpieczne i łatwo może wpaść w kryzys” – komentuje Adam Łaszyn, prezes Alert Media Communications i dodaje: „Najefektywniejszym działaniem prewencyjnym jest rozpowszechnianie wiedzy na temat natury kryzysów wśród kadry zarządzającej. Nieodłącznym elementem są więc odpowiednie szkolenia. Bez ich przeprowadzania polscy menadżerowie uczą się zasad komunikacji kryzysowej w najdroższej z możliwych wersji – poprzez doświadczenie kryzysu”.

Z przeprowadzonych badań wynika, że tylko 1/3 kluczowych firm na polskim rynku jest dobrze lub w miarę dobrze przygotowana do zagrożeń kryzysowych. W nowoczesnej gospodarce opartej w ogromnym stopniu na komunikacji i jej wrażliwości to wskaźnik stanowczo zbyt niski. Wśród elity gospodarczej Polski wciąż dominują firmy o słabym zapleczu antykryzysowym. Może to budzić niepokój w kontekście kryzysowego bezpieczeństwa całej polskiej gospodarki.

[1] „Raport Zarządzanie Kryzysem w Polskich Przedsiębiorstwach”, Maj 2018, Autorzy: dr hab. Dariusz Tworzydło, Uniwersytet Warszawski, CEO EXACTO; Adam Łaszyn prezes Alert Media Communications; Przemysła Szuba – zastępca kierownika Działu Badań i Analiza Strategicznych EXACTO. Realizacja badań: Instytut Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego; Działu Badań i Analiza Strategicznych EXACTO. Badanie ilościowe CATI, N: 115; Respondenci: kadra menedżerska odpowiedzialna za procesy komunikacyjne przedsiębiorstw z „Listy 500” Rzeczpospolitej.

Popyt na pracę nie słabnie, gorzej z chętnymi do jej podjęcia

Najnowsze dane GUS dotyczące rynku pracy potwierdzają występowanie zjawisk obserwowanych w poprzednich kwartałach. Firmy utrzymują wysokie tempo tworzenia nowych miejsc pracy i nadal mają kłopoty ze znalezieniem chętnych do ich obsadzenia.

W pierwszym kwartale 2018 r. powstało 258 tys. nowych miejsc pracy, o 14,4 proc. więcej niż rok wcześniej. Tak dużego przyrostu nie notowano od co najmniej dwunastu lat. Początek roku to zwykle okres, w którym zjawisko to szczególnie mocno się nasila, w kolejnych kwartałach etatów przybywa wyraźnie mniej. Ożywienie w tym zakresie utrzymuje się jednak na podobnym poziomie od trzech lat. Jednocześnie od końca 2016 r. zdecydowanie mniej stanowisk pracy ulega likwidacji, średnio 61-62 tys. w każdym kwartale. Tu także widać wyraźny skok w pierwszych trzech miesiącach roku, co świadczy o tym, że w tym okresie przedsiębiorcy „porządkują” swój biznes i energicznie przystępują do realizacji nowych planów i przedsięwzięć. Wynik tych stanowiskowych przetasowań jest od kilku kwartałów zdecydowanie korzystny dla sytuacji na rynku pracy, przyrost nowych miejsc pracy „netto” przekracza 100 tys. kwartalnie, za wyjątkiem tradycyjnie słabszych trzech ostatnich miesięcy każdego roku (przykładowo w czwartym kwartale ubiegłego roku saldo tworzonych i likwidowanych etatów wyniosło jedynie niecałe 81 tys., a rok wcześniej nieco ponad 60 tys.). W pierwszym kwartale firmy zlikwidowały 87,9 tys. stanowisk pracy i choć to spadek największy od pierwszego kwartału 2015 r., to wynoszący 170,1 tys. dodatni bilans tworzonych i likwidowanych etatów jest wynikiem najlepszym od wielu lat.

Nadal jednak widać narastające kłopoty firm z zatrudnianiem pracowników, o czym świadczy utrzymujący się od połowy 2016 r. dynamiczny wzrost liczby wolnych miejsc pracy. Na koniec pierwszego kwartału obecnego roku było ich 152,4 tys., o 27,5 proc. więcej niż w tym samym okresie 2017 r. i najwięcej od pierwszej połowy 2008 r. Na w miarę stałym, choć wysokim poziomie, utrzymuje się od ponad roku liczba nieobsadzonych nowo utworzonych miejsc pracy, oscylując między 24,2 a 27,7 tys. na koniec każdego kwartału, a niedobór pracowników do ich obsadzenia sięga od 15 do 20 proc. Pierwsze trzy miesiące obecnego roku przyniosły duży sięgający 37,2 tys. wzrost nieobsadzonych nowych miejsc pracy (to o prawie 37 proc. więcej niż rok wcześniej).

W pierwszym kwartale najwięcej wolnych miejsc pracy było w przetwórstwie przemysłowym (34,3 tys.), budownictwie (23,9 tys.), w handlu i naprawach samochodów (30 tys.) oraz w transporcie i magazynowaniu (13,2 tys.). Największy skok liczby nieobsadzonych etatów zanotowano w budownictwie, gdzie w czwartym kwartale brakowało 17,9 tys. pracowników i handlu, który potrzebował 11,9 tys. osób. Według kryterium wielkości firm, najwięcej wolnych miejsc pracy było w przedsiębiorstwach zatrudniających powyżej 49 osób (61,5 tys.) oraz w tych najmniejszych, których załoga nie przekracza 9 osób. Te ostatnie kłopoty z zatrudnieniem odczuły szczególnie silnie. O ile w ostatnich miesiącach ubiegłego roku brakowało im 38 tys. chętnych do obsadzenia stanowisk, to w pierwszym kwartale obecnego ich liczba wzrosła do 58,3 tys. Od pięciu kwartałów systematycznie zwiększa się liczba wakatów w firmach sektora publicznego, osiągając w pierwszych miesiącach 16,8 tys. (w czwartym kwartale ubiegłego roku było ich 15,1 tys., a rok wcześniej, w  2016 r. zaledwie 10 tys.).

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

System wczesnego ostrzegania – czyli jak nie zostać „podgrzewaną żabą”

Firma, która nie śledzi i nie ocenia zmian w otoczeniu jest jak „podgrzewana żaba”. Ignorowanie trendów może w końcu doprowadzić do utraty pozycji konkurencyjnej nawet przez najsilniejszych graczy – podkreśla dr Adam Kowalik z Katedry Zarządzania Uniwersytetu SWPS

Dla każdej firmy, która uważnie i systematycznie obserwuje i analizuje swoje otoczenie konkurencyjne i rynkowe, emergencja[2] może być szansą, ponieważ odpowiednio wczesne wykrycie symptomów zmian daje możliwość odpowiedniej reakcji strategicznej. W przeciwnym wypadku, gdy firma nie śledzi otoczenia, emergencja stanowi zagrożenie. Niedostrzegane zmiany zachodzące w otoczeniu mogą doprowadzić do upadku nawet największych graczy. Podobnie jak w znanej historii o żabie w garnku z bardzo powoli podgrzewającą się wodą, która nie jest w stanie wyczuć małych wzrostów temperatury i wyskoczyć, kiedy jeszcze ma siłę.

System wczesnego ostrzegania

Mechanizmem wspierającym dostrzeganie istotnych zmian w otoczeniu jest system wczesnego ostrzegania (ang. Early Warning System, EWS), który polega na identyfikowaniu tzw. słabych sygnałów zmian. Wymusza on przewidywanie pewnych scenariuszy rozwoju sytuacji oraz zwiększa wiedzę o otoczeniu, jego elementach i interesariuszach. EWS nie jest oprogramowaniem informatycznym, tylko zestawem metod zarządzania służącym śledzeniu i krytycznemu analizowaniu zmian w otoczeniu oraz podejmowaniu na tej podstawie odpowiednich decyzji w zakresie posunięć strategicznych firmy. Ruchy te mają adresować zmiany zachodzące w otoczeniu, tak aby odpowiednio pozycjonować strategicznie firmę i utrzymać jej rynkową adekwatność.

Historie upadków

Ignorowanie dynamicznie zmieniającego się środowiska może mieć dla firmy wręcz katastrofalne skutki. „Rafy” pojawiające się w otoczeniu potrafią „zatopić” dużych graczy uznawanych  za niezatapialnych. Niektóre zmiany mogą modyfikować zasady gry w danej branży. Zachowujące równowagę robo-psy, autonomiczne pojazdy, dostawy towarów za pomocą dronów, oprogramowanie wykrywające depresję, „smartfonizacja” życia towarzyskiego, rozwój i popularyzacja gier, druk trójwymiarowy, ekonomia dzielenia się, tabletki komunikujące się z lekarzem – to tylko przykłady pewnych zdarzeń i zjawisk zachodzących w otoczeniu. Mogą one być istotnymi zakłóceniami (ang. disruptor) także w wielu pokrewnych branżach. Przykładowo, dynamiczny rozwój gier – przejawiający się choćby liczbą graczy na świecie szacowaną na ponad miliard osób – zmienia nie tylko samą branżę gier, ale wpływa także na marketing, dla którego gry stają się istotnym nośnikiem reklamowym.

Przeoczenie zmian w otoczeniu może prowadzić do upadku firmy, przy czym w wielu wypadkach nie jest to jedyna, a jedna z wielu przyczyn. Analiza kilku upadków korporacji pod kątem zmian zachodzących w ich otoczeniu jest bardzo ciekawa i pouczająca. Compaq nie zauważył, że producenci tzw. komputerów klonów z Azji są w stanie zaoferować jakość akceptowalną dla klientów. Blockbuster przeoczył rozwój Internetu i modelu VOD. Polaroid nie dostrzegł, że fotografia cyfrowa wypiera tradycyjną. Natomiast Kodak błędnie uznał, że fotografia cyfrowa nie daje takiej jakości jak analogowa. Blackberry nie zauważył na czas, że ludzie wolą klawiatury klawiszowe, a nie dotykowe. Best Buy uznał, że nikt nie kupi telewizora przez Internet i przegapił moment wejścia w e-commerce.

Jednak najciekawszym przykładem firmy, która popadła w poważne tarapaty w wyniku ignorowania zmian w otoczeniu jest Nokia. Choć kulisy sprawy nie są znane, Nokia wydaje się być klasycznym przykładem „podgrzewanej żaby”, która nie wyskoczyła z garnka w odpowiedniej chwili. CEO Nokii Stephen Elop, w 2013 roku, podczas konferencji prasowej zorganizowanej, by ogłosić sprzedaż biznesu telefonii komórkowej Microsoftowi stwierdził: „Nie zrobiliśmy nic złego, ale jakoś przegraliśmy”. Ten przypadek pokazuje bardzo dobitnie, że nie trzeba dokonywać żadnych istotnych posunięć strategicznych, „wystarczy” ignorować otoczenie, by prędzej czy później utracić adekwatność konkurencyjną i w konsekwencji upaść.

Słabe sygnały

Rolą systemu wczesnego ostrzegania jest wychwycenie słabych sygnałów w otoczeniu firmy w celu wykrywania anomalii i ostrzegania przed nieoczekiwaną zmianą (scenariuszem).

EWS stosowany w biznesie, pod względem zasady działania, można porównać do systemu wczesnego ostrzegania przed np. tsunami. Upraszczając, system czujek rozmieszczony w odpowiednich lokalizacjach na oceanie monitoruje na bieżąco sytuację i wykrywa tzw. słabe sygnały specyficzne dla zjawiska tsunami. W przypadku gdy odczyty przekraczają zdefiniowany poziom, zarządzana jest ewakuacja z terenu zagrożonego tsunami. Jest tu zdefiniowany bardzo konkretny scenariusz rozwoju przyszłości (tsunami), są określone sposoby pomiaru, poziomy krytyczne, plany awaryjne, itp.

Jeśli w firmie nie funkcjonuje system wczesnego ostrzegania, to reakcja na zmiany w otoczeniu będzie w najlepszym wypadku spóźniona, o ile w ogóle będzie miała miejsce. Najpierw wystąpią słabe sygnały, ale nie będą one przez firmę zauważone. Po nich nastąpi zdarzenie, które najpewniej już zostanie dostrzeżone, jednak w tym samym czasie pojawią się  implikacje tego zdarzenia, a do  gry wejdą konkurenci (przy założeniu, że nie mają oni systemu EWS). Posunięcie strategiczne firmy następuje na samym końcu  łańcucha zdarzeń i zwykle ma ono charakter defensywny, a nie ofensywny.

W przypadku firm posiadających system wczesnego ostrzegania, ciąg logiczny zdarzeń jest zupełnie inny. Na początku w otoczeniu wystąpią słabe sygnały. Następnie firma dokona ich detekcji i oceni  istotność. Jeśli uzna je za ważne, to zrealizuje określone działania, przeprowadzi konkretne posunięcia strategiczne. Dopiero potem nastąpi właściwe zdarzenie i jego implikacja, a na końcu działanie podejmie konkurencja (znów przy założeniu, że nie posiada systemu EWS). Każda firma musi sama zdefiniować interesujące ją zdarzenia i scenariusze rozwoju przyszłości oraz określić słabe sygnały dla każdego z nich – te dwie rzeczy są bowiem podstawą funkcjonowania systemu EWS.

Scenariusze przyszłości

Kanwą systemu EWS są scenariusze rozwoju sytuacji czy też scenariusze przyszłości. Opracowuje się je różnymi mniej lub bardziej złożonymi metodami. W dojrzałych organizacjach najczęściej wykorzystuje się do tego celu kilka metod jednocześnie. Przykładowe metody, które mogą być w tym celu wykorzystywane to: analiza pre-mortem, analiza „co jeśli” (what-if), analiza alternatywnych przyszłości, analiza scenariuszowa (jedno, dwu, wielo-wymiarowa), krzyżowa analiza wpływów (cross-impact), analiza trendów i megatrendów, symulacja typu „strategy wargame”, analiza grup strategicznych w ujęciu dynamicznym.

Dla każdego scenariusza identyfikuje się następnie wskaźniki słabych sygnałów rynkowych. Muszą być one bardzo dokładnie przemyślane. Przykłady słabych sygnałów wymienia Michael E. Porter w swojej książce „Strategia konkurencji” np: zapowiedzi działań ze strony konkurentów, ujawnianie informacji po posunięciu strategicznym, jawne dyskusje o sytuacji w sektorze, omawianie i wyjaśnianie posunięć, sposób początkowego wdrażania ważnych zmian, rozbieżność z dawnymi celami i normami, parada krzyżowa konkurentów, „wojująca” marka wyrobu, sprawy sądowe.

Skanowanie otoczenia

Po określeniu scenariuszy oraz wskaźników, przystępuje się do regularnego skanowania otoczenia. Odbywa się to w usystematyzowany, ukierunkowany, ustrukturyzowany sposób. Zwykle nie jest efektywne skanowanie całego otoczenia z uwagi na ograniczone zasoby, które można dedykować do tego rodzaju zadań. Regularność skanowania nie musi też wcale oznaczać, że odbywa się ono codziennie. Pewne obszary otoczenia skanuje się np. co 6 miesięcy a inne np. co tydzień. Poszczególne wskaźniki są aktualizowane w razie potrzeby, tak aby zapewnić sprawność systemu. W przypadku wykrycia anomalii, zespół zarządzający systemem EWS generuje alert do zarządu, który następnie pracuje  nad przeprowadzeniem stosownych posunięć strategicznych w odpowiednim momencie. Działania te celują w utrzymanie lub wzmocnienie adekwatności konkurencyjnej firmy w kontekście zmian w otoczeniu.

Metody Cintas

Przykładem firmy dokonującej posunięć strategicznych w wyniku m.in. obserwacji otoczenia, jest amerykański Cintas. To firma, która poprzez rozwój logistyki, technologii i relacji z klientami w latach 1950-2015 wielokrotnie korygowała swój profil działalności – od przemysłowych szmat, poprzez uniformy, maty podłogowe czy środki pierwszej pomocy, po usługi czyszczenia podłóg, ochrony przeciwpożarowej czy archiwizowania dokumentów[1] (). Nie wiadomo jakie dokładnie metody stosuje Cintas, aby utrzymywać i wzmacniać swoją adekwatność konkurencyjną. Sama metoda ma jednak mniejsze znaczenie, ważny jest efekt. Można domniemywać, że Cintas posiada pewien system wczesnego ostrzegania. Jest to przykład firmy bacznie obserwującej otoczenie i zmieniającej się razem z nim, przynajmniej według stanu na koniec okresu objętego przytoczoną analizą.

dr Adam Kowalik, adiunkt w Katedrze Zarządzania Uniwersytetu SWPS

[1] Szczegółowa analiza przypadku: Grow from Your Strengths, G. Adolph, K. D. Greenwood, Strategy&Business, Autumn 2015

[2] Emergencja to „nieoczekiwane pojawienie się na poziomie systemu właściwości, których nie da się prosto przewidzieć ze znajomości właściwości elementów składowych systemu.” (za organizatorami Seminarium „Firma-Idea: Zarządzanie i emergencja” na Uniwersytecie SWPS , 12/6/2018).

Europa najbardziej atrakcyjnym regionem do lokowania Bezpośrednich Inwestycji Zagranicznych

O ponad 10% w ujęciu rocznym wzrosła liczba Bezpośrednich Inwestycji Zagranicznych (BIZ)1 w Europie w minionym roku. W sumie ogłoszono decyzje dotyczące 6.653 projektów. Dzięki nim na Starym Kontynencie powstanie 353 tys. miejsc pracy, w tym ponad połowa w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Najwięcej nowych inwestycji jest lokowanych w Wielkiej Brytanii, Niemczech i we Francji. Dzięki inwestycjom ogłoszonym w Polsce w 2017 roku powstaje 24.000 miejsc pracy, czyli o 2.000 więcej niż rok wcześniej. To główne wnioski z raportu firmy doradczej EY „Atrakcyjność inwestycyjna Europy” (European Attractiveness Survey).

W 2017 roku tempo wzrostu europejskiej gospodarki było najszybsze od dekady. Poprawa koniunktury znalazła odzwierciedlenie we wzroście popytu w Europie i równolegle ożywienie w innych częściach świata spowodowało zwiększenie popytu na towary i usługi z Europy.

W minionym roku zagraniczni inwestorzy zdecydowali o ulokowaniu 6.653 projektów w 50 krajach Europy (z uwzględnieniem Rosji i Turcji). To o 10% więcej niż w poprzedniej edycji. – Kolejny rekordowy rok za nami. Obserwujemy jednak spowolnienie tempa wzrostu liczby nowych inwestycji do Europy z 15% średniorocznie w latach 2014-2016 do 10% w 2017. Mimo niepewności inwestorów w związku z Brexitem, Wielka Brytania obroniła pierwszą pozycję na kontynencie pod względem nowych BIZ, na drugim miejscu znalazły się Niemcy. Równocześnie Francja zanotowała aż 31% wzrost i zajęła trzecie miejsce na podium – mówi Paweł Tynel, Partner EY i lider Działu Ulg i Dotacji EY.Europa najbardziej atrakcyjnym regionem do lokowania Bezpośrednich Inwestycji Zagranicznych

Brexit wywołuje nowy kierunek inwestycji

Zbliżający się Brexit aktywizuje inwestorów brytyjskich i spowodował znaczący wzrost – aż o 35% – nowych inwestycji z Wielkiej Brytanii na kontynencie – przede wszystkim w obszarze usług finansowych oraz usług cyfrowych.

30% ankietowanych inwestorów obecnych w Europie jest zdania, że Brexit przełoży się na ich biznes. Jednak zaledwie 8% inwestorów, którzy prowadzą działalność w Wielkiej Brytanii rozważa przeniesienie inwestycji do innego kraju. Jeśli by do tego doszło, to deklarują przeniesienie do Europy Zachodniej (35%) lub Środkowej i Wschodniej (33%).

W badaniu postrzegania miast, jako atrakcyjnych miejsc do lokowania swoich inwestycji Paryż po raz pierwszy wyprzedził Londyn. Za stolicą Francji opowiedziało się 37% ankietowanych, podczas gdy stolicę Wielkiej Brytanii wskazało 34% ankietowanych.

Europa nadal atrakcyjna

Zdaniem 53% ankietowanych Europa Zachodnia pozostaje najbardziej atrakcyjnym kierunkiem inwestycji zagranicznych. Na drugim miejscu znalazły się Chiny (42%), które nieznacznie wyprzedziły kraje Europy Środkowo-Wschodniej (41%), natomiast 34% ankietowanych wskazało Amerykę Północną jako atrakcyjny kierunek. – W perspektywie kolejnych lat, atrakcyjność regionu Europy Środkowo-Wschodniej będzie zależała od zdolności do zwiększania produktywności. Starzenie się populacji zwiększy presję w tym kierunku. Jedną z odpowiedzi na niedobory siły roboczej powinna być szybsza automatyzacja i robotyzacja wybranych procesów – zauważa Marek Rozkrut, Partner i Główny Ekonomista EY w Polsce.Europa najbardziej atrakcyjnym regionem do lokowania Bezpośrednich Inwestycji Zagranicznych 2

42% z ankietowanych obecnych w Europie obawia się turbulencji wywołanych niestabilnością geopolityczną. Podobne odczucia ma 26% tych, którzy jeszcze tu nie inwestowali. Dla firm o przychodach przekraczających 1,5 mld euro ten czynnik był wskazywany przez blisko połowę badanych.

Brexit, ograniczenia w wolnym handlu, wprowadzanie ceł na poszczególne towary, trudności w zwiększaniu liczby osób mogących podjąć pracę na poszczególnych rynkach, czy też reforma podatkowa w Stanach Zjednoczonych mogą w ocenie inwestorów negatywnie wpływać na liczbę projektów inwestycyjnych lokowanych w Europie.

Polska nadal atrakcyjna

Polska pozostaje atrakcyjnym kierunkiem dla inwestorów zagranicznych. Przez ostatnie lata odpowiadała za około 3% napływu BIZ do Unii Europejskiej. Według danych Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu, w 2017 roku wartość nowych BIZ w Polsce wzrosła o 19% w porównaniu do 2016 roku2– Według raportu EY, ogłoszone w 2017 r. nowe inwestycje w Polsce wiążą się z utworzeniem w sumie 24.000 miejsc pracy – o 2.000 więcej niż rok wcześniej. Taki poziom sytuuje nas w europejskiej czołówce. Zmiana atrakcyjności inwestycyjnej Polski w ostatnich kilkunastu latach znajduje odzwierciedlenie także w naszym awansie w rankingach łatwości prowadzenia działalności biznesowej czy wolności gospodarczej. To, co dodatkowo może generować napływ nowych inwestycji w tym roku i w kolejnych latach, to utworzenie w najbliższych tygodniach Polskiej Strefy Inwestycji, co przyspieszy i uprości możliwości zachęcania przedsiębiorców do inwestowania – mówi Paweł Tynel.

– Przez wiele lat łatwy dostęp do rynków UE, coraz lepiej wykształcona i wykwalifikowana kadra, przy równocześnie relatywnie niskich kosztach pracy przyciągały do Polski firmy, które szukały przewagi kosztowej i korzyści skali. Przykładem są między innymi sektor motoryzacyjny czy producentów sprzętu AGD. Dotychczasowy model wzrostu polskiej gospodarki, opierający się w znacznej mierze o niskie koszty pracy i produkcji, jednak się wyczerpuje. Potrzebę tej zmiany wzmacniają: (1) niekorzystne tendencje demograficzne prowadzące do zmniejszonego zasobu pracowników i wzrostu ich wynagrodzeń; (2) coraz silniejsze włączanie się w międzynarodowe łańcuchy produkcji gospodarek o niskich kosztach pracy; (3) procesy automatyzacji i robotyzacji, które zastępują część pracochłonnych procesów i tym samym pozwalają je przenieść z powrotem do gospodarek rozwiniętych. Rośnie zatem znaczenie takich czynników jak jakość produkcji i usług czy rozszerzanie oferty produktowej, a maleje rola konkurowania głównie w oparciu o cenę. W szczególności, kluczowe znaczenie dla atrakcyjności polskiej gospodarki będą mieć dobrze wykształceni i wykwalifikowani pracownicy, umiejętnie dostosowujący się do zmian i zastosowania nowych rozwiązań technologicznych w praktyce  – dodaje Marek Rozkrut.

Przyszłe siły napędowe Europy

Usługi cyfrowe i sektor usług biznesowych odpowiadały razem za blisko 1/3 (31%) nowych BIZ i pomogły w utworzeniu ponad 63 tys. miejsc pracy w Europie. W ramach sektora przemysłowego powstało blisko 2 tys. nowych inwestycji – to aż o 27% więcej niż przed rokiem. Taki wzrost to efekt rosnącego popytu konsumenckiego na Starym Kontynencie. W minionym roku dominowały inwestycje wewnątrzeuropejskie (56%). Największym inwestorem zagranicznym w Europie są Stany Zjednoczone, które odpowiadały za 21% wszystkich nowych projektów ogłoszonych w 2017 roku. Wyhamował natomiast napływ nowych inwestycji z Chin.

Przepis na atrakcyjność

Mimo że przedsiębiorców niepokoi brak stabilności ekonomicznej i politycznej, połowa ankietowanych uważa, że atrakcyjność Europy wzrośnie w ciągu kolejnego roku. To aż o 15 pkt. proc. więcej niż w poprzedniej edycji badania EY „Atrakcyjność inwestycyjna Europy”. Deklarację odnośnie do realizacji nowych projektów w Europie sygnalizuje 35% inwestorów, co jest wynikiem o 7 pkt proc. lepszym niż rok wcześniej i pierwszym wzrostem od 2013 roku. – Zdaniem przedsiębiorców, Europa powinna skoncentrować się bardzo kompleksowo na kwestiach dotyczących cyfryzacji. Począwszy od wsparcia dla działań inwestycyjnych w technologię i infrastrukturę na potrzeby gospodarki cyfrowej, poprzez zwiększenie liczebności oraz wzmocnienie kompetencji osób mogących w niej pracować, ukierunkowanie administracji i usług publicznych na korzystanie z posiadanych rozwiązań elektronicznych, a na bezpieczeństwie cyfrowym skończywszy – podsumowuje Pawel Tynel.

***

O raporcie EY „Atrakcyjność Inwestycyjna Europy 2018”

Badanie EY „Atrakcyjność inwestycyjna Europy 2018” (Game changers. EY’s Attractiveness Survey Europe) składa się z dwóch części: danych gromadzonych w ramach IBM Global Location Trends o inwestycjach zagranicznych w Europie w roku 2017 opracowanych wspólnie z EY oraz badania postrzegania przez inwestorów zagranicznych poszczególnych krajów oraz miast. Badanie telefoniczne zostało przeprowadzone przez instytut CSA w styczniu i lutym 2018 r. Na pytania EY dotyczące postrzegania atrakcyjności Europy odpowiedziało 502 respondentów – decydentów biznesowych odpowiedzialnych za inwestycje.

1 Analizowane w badaniu BIZ obejmują tylko te projekty, które tworzą nowe jednostki produkcyjne i usługowe oraz nowe miejsca pracy. W szczególności, wyłączono inwestycje realizowane za pośrednictwem rynków kapitałowych oraz transakcje fuzji i przejęć

2 Według raportu EY, w minionym roku liczba nowych BIZ w Polsce wyniosła 197, jednak – ze względu na zmianę metodologii raportu „Atrakcyjność inwestycyjna Europy” – nie można jej porównywać z danymi dla Polski z poprzedniego roku.

Jak obligatariusze GetBack mogą dochodzić swoich praw i roszczeń?

Obecnie istnieje kilka kwestii budzących niepokój wśród obligatariuszy GetBack, na które powinni zwrócić uwagę. Dotyczą one warunków emisji obligacji, jakie zostały im zaproponowane. Należy zgromadzić potwierdzające je dokumenty, jak również wszystkie inne, które przedstawiono im w momencie nabycia – informacje na temat spółki, oświadczenia. Będą potrzebne na etapie postępowania przyspieszonego, jak i później – jeżeli będą dochodzić swoich roszczeń w sądzie. GetBack zaproponował, aby wszystkie odsetki od obligacji w ramach ostatecznie zatwierdzonego układu były umorzone. To o tyle niebezpieczne, że nawet jeśli tak się stanie – finalnie będzie to strata dla obligatariuszy, którzy będą mogli dochodzić ich wypłaty na drodze sądowej, np. od podmiotów dystrybuujących te obligacje. Na tym etapie ważne jest działanie kuratora.Powinien on dążyć, aby roszczenia były zabezpieczone w jak najlepszy sposób w ramach układu oraz uwzględniać to, że niektórzy już po jego zatwierdzeniu będą chcieli dochodzić roszczeń od innych podmiotów. Wiele obaw obligatariuszy budzi także sposób, w jaki należy działać w przypadku przyspieszonego postępowania. Jedną z możliwości jest niepodejmowanie działań przez obligatariusza, kiedy z mocy ustawy i postanowienia sądu działa za niego kurator reprezentujący jego interesy przy współpracy z radą wierzycieli, która ma zostać powołana w najbliższych dniach. Drugim rozwiązaniem jest samodzielne zgłoszenie udziału do postępowania przez osobę, która potrafi wykazać swoje uprawnienie do posiadania obligacji, chociażby za pomocą świadectwa depozytowego. Sąd w zasadzie nie ma możliwości, aby jej tego odmówić.

– Kolejną kwestią jest ustalenie okoliczności faktycznych, jakie miały miejsce podczas nabywania obligacji. Ważne jest określenie kręgu osób, które je oferowały – podmiotów, miejsc, świadków zdarzeń, osób z otoczenia obligatariuszy. To szczególnie istotne w przypadku postępowania sądowego – powiedziała serwisowi eNewsroom Barbara Garlacz, radca prawny – Zgodnie z ustawą Prawo Restrukturyzacyjne odsetki od obligacji są należne, jeżeli w ramach układu nie zostaną umorzone. Przepisy nie definiują, czy chodzi o odsetki za opóźnienie, czy kapitałowe. Doktryna i orzecznictwo jednoznacznie wskazują, że jedne i drugie wchodzą do układu. Jeżeli obligatariusz złoży żądanie przedterminowego wykupu – od momentu upłynięcia wyznaczonego czasu na jego spełnienie – należą mu się ustawowe odsetki za opóźnienie. Obecnie wynoszą one ok. 7 proc. Jeśli żądanie takie nie zostanie złożone – nadal ma prawo do odsetek kapitałowych, pod warunkiem, że nie nadszedł jeszcze termin zapadalności obligacji. Zgłaszając dodatkowe roszczenia można działać osobiście lub przez pełnomocnika. To procedura zalecana o tyle, że na pewnym etapie może się okazać, iż interesy kuratora i danego obligatariusza nie będą zbieżne. W takiej sytuacji można zgłaszać własne uwagi lub sprzeciw do układu, który zostanie zatwierdzony. Ostatnia kwestia pozostaje do późniejszego rozstrzygnięcia, jednak już teraz pojawiają się pytania – czy i w jaki sposób obligatariusze będą mogli dochodzić swoich roszczeń na drodze sądowej już po zatwierdzeniu układu – jak odsetki kapitałowe czy za opóźnienie. W tym zakresie wszystko będzie zależało od tego, czy w konkretnej sytuacji doszło do naruszenia praktyk rynkowych i przepisów prawa związanych z oferowaniem obligacji, czyli tzw. misselingu. Warto pamiętać, że obligatariusz może zostać uznany za konsumenta. Ma to kluczowe znaczenie dla opłaty sądowej uiszczanej od wartości przedmiotu sporu. Standardowo wynosi ona 5 proc., jednak gdy roszczeń dochodzi konsument i wynikają one z czynności bankowej określonej w prawie bankowym, wówczas opłata maksymalna to tysiąc złotych. Istnieją podstawy do uznania, że obligacje oferowane przez bank, to czynność bankowa – dodała Garlacz.

Sprawdź pozycje funduszy lewarowanych na WTI oraz BTC

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Strzałka zielona – na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Strzałka czerwona-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Według ostatniego raportu COT warto zainteresować się ropą naftową oraz – Bitcoinem.

WTI – coraz więcej krótkich pozycji

W poprzednim tygodniu zarządzający po raz kolejny powiększyli swoją pozycję po krótkiej stronie rynku, tym razem o ponad 5 tysięcy kontraktów. Co więcej z rynku zniknęło ponad 9 tysięcy długich pozycji, co daje bardzo niedźwiedzi wydźwięk dla ropy naftowej WTI.

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme group

Z kolei patrząc na analizę techniczną mamy mieszany scenariusz. Z jednej strony ostatnie tygodniowe świece zapowiadają mocniejszą wyprzedaż, za to z drugiej mamy mocne wsparcie, które może przeszkodzić stronie sprzedającej. Jeżeli jednak poziom 65-66 USD zostanie pokonany, to bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja wyprzedaży w okolicę linii trendu wzrostowego. Pod naporem sprzedających notowania mogą pokonać linię trendu i zmierzać w okolicę 59 USD.

Notowania WTI, interwał tygodniowy

Notowania WTI, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Bitcoin – fundusze obstawiają kierunek południowy

Ostatni raport COT pokazuje czarno na białym – fundusze lewarowane obstawiają kierunek południowy. W poprzednim tygodniu po raz kolejny podaż przewyższyła popyt – zostało otwarte 33 kontrakty terminowe na shorta oraz zamknięte 46 kontraktów opierających na pozycję długą.

Warto zauważyć, że pozycja netto funduszy lewarowanych systematycznie spada od kilku tygodni, zatem bazowym scenariuszem pozostanie dalsza wyprzedaż pierwszej kryptowaluty na świecie.

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Według analizy technicznej notowania BTCUSD znajdują się w trendzie spadkowym, aczkolwiek walczą o mocniejszy impuls wzrostowy. Sprzedający po raz drugi będą testować dołek z lutego bieżącego roku kalendarzowego, czy zostanie pokonany? Prawdopodobnie tak, co sprowadzi na rynek kryptowalut nieład. Po pokonanym wsparciu notowania mogą zmierzać w okolicę 4930 USD, po to aby finalnie dotrzeć w okolicę 3000 USD.

Notowania BTCUSD, interwał dzienny

Notowania BTCUSD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Polski sektor kosmiczny czekają ważne zmiany. Ma się szansę znaleźć w gronie największych europejskich graczy

Polski sektor kosmiczny czekają ważne zmiany. Ma się szansę znaleźć w gronie największych europejskich graczy 7

W drugiej połowie tego roku ma być gotowy Priorytetowy Polski Program Kosmiczny, który będzie realizowany przez najbliższe 2–3 lata. Trwają także rozmowy na temat przystąpienia Polski do europejskiego konsorcjum SST, którego zadaniem jest obserwacja i śledzenie obiektów kosmicznych. Krajowy sektor ma szansę uczestniczyć w nowym rozdaniu finansowania po 2021 roku – mówi prezes Polskiej Agencji Kosmicznej. Duże zmiany w najbliższych miesiącach czekają także samą agencję. Te wydarzenia mogą wynieść wykorzystanie technik satelitarnych w naszym kraju na zupełnie nowy poziom.

– Rok 2018 będzie dla Polskiej Agencji Kosmicznej rokiem przełomowym. W tym roku ma się pojawić priorytetowy Krajowy Program Kosmiczny, który ma zdefiniować cele i sposoby rozwoju krajowego sektora kosmicznego w perspektywie 2–3 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Grzegorz Brona, prezes Polskiej Agencji Kosmicznej.

Projekt Krajowego Programu Kosmicznego został przedstawiony w grudniu 2017 roku, a następnie poddany konsultacjom, które zakończyły się w kwietniu br. W wyniku konsultacji zapadła decyzja o przeformułowaniu programu i podzieleniu go na dwa dokumenty dotyczące różnych perspektyw czasowych. Priorytetowy Program Kosmiczny obejmie działania, których realizacja pozwoli w perspektywie 2–3 lat podnieść gotowość technologiczną krajowego sektora kosmicznego, a jednocześnie wesprzeć kluczowe przedsięwzięcia oraz utrzymać i rozwinąć istniejący potencjał podmiotów tego sektora. Program całościowy natomiast wskaże szereg projektów, których realizacja wypełni perspektywę kolejnych 10–15 lat.

– Jest to niesamowicie istotny rok także z punktu widzenia wstąpienia Polski do EUSST, czyli konsorcjum europejskiego, którego celem jest śledzenie obiektów w kosmosie i rozpoznawanie zagrożeń, czy to dla innych obiektów kosmicznych, czy to dla nas na Ziemi – wyjaśnia dr Grzegorz Brona. – Rozmowy z konsorcjum składającym się w tej chwili z dużych państw europejskich toczą się od roku. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie uda się nam jako Polsce przystąpić do niego i uczestniczyć w nowym rozdaniu finansowania po 2021 roku. 

Kolejną istotną dla sektora kwestią jest dostosowanie struktury Polskiej Agencji Kosmicznej zarówno do bardziej efektywnego wykorzystywania funduszy europejskich w przemyśle kosmicznym i intensywniejszego uczestniczenia w jego projektach, jak i do potrzeb krajowych przedsiębiorców z branży.

– Mam nadzieję, że do końca tego roku uda się przeprowadzić gruntowną reformę agencji – mówi prezes PAK.

Polska Agencja Kosmiczna została powołana w 2014 roku. Uczestniczy w realizacji strategicznych celów Polski poprzez podejmowanie działań wspierających zwiększenie wykorzystania systemów satelitarnych i przyspieszenie rozwoju technologii kosmicznych na rzecz krajowej administracji, nauki, gospodarki i obronności. Od 2012 roku Polska należy też do Europejskiej Agencji Kosmicznej i bierze udział w projektach realizowanych w jej ramach.

 W ciągu ostatniego roku prace Agencji były związane głównie z rozpoznaniem rynku europejskiego. Agencją kieruję od dwóch miesięcy, dlatego nie jestem w stanie szczegółowo podsumować wszystkich jej działań z zeszłego roku, natomiast wydaje się, że ten rynek został rozpoznany i wiemy, w jakim kierunku idziemy – ocenia Grzegorz Brona. – Przeprowadzono studia wykonalności pewnych projektów kosmicznych, które znajdą swoje odzwierciedlenie w Priorytetowym Polskim Programie Kosmicznym, a z drugiej strony nawiązano relacje z poszczególnymi graczami zarówno na rynku polskim, jak i na rynku globalnym.

Aniołowie biznesu coraz aktywniejsi. Z ich wsparcia skorzystała już co trzecia młoda, innowacyjna firma

Aniołowie biznesu coraz aktywniejsi. Z ich wsparcia skorzystała już co trzecia młoda, innowacyjna firma 8

33 proc. start-upów pozyskało kapitał na rozwój od anioła biznesu – krajowego lub zagranicznego – wynika z raportu fundacji Startup Poland. Ta forma finansowania staje się w Polsce coraz popularniejsza, bo w poprzedniej edycji badania (2016 rok) odsetek start-upów korzystających ze wsparcia aniołów wynosił 17 proc. Aniołowie biznesu zwykle są bardziej elastyczni niż fundusze inwestycyjne, których głównym zadaniem jest zarządzanie portfelami. Działają w sposób mniej sformalizowany, często podejmują decyzję inwestycyjną na podstawie własnego doświadczenia i łatwiej negocjować z nimi warunki późniejszego wyjścia z inwestycji. 

Wsparcie aniołów biznesu ma charakter finansowy, ale ich wkład to również wiedza specjalistyczna ‒ szczególnie na początkowych etapach rozwoju, kiedy nowo powstałe firmy i młodzi przedsiębiorcy nie mają rozległej wiedzy na temat prowadzenia działalności, wyszukiwania źródeł finansowych, pozyskiwania klientów etc. – mówi agencji Newseria Biznes Luigi Amati, prezes organizacji Business Angels Europe oraz dyrektor generalny META.

Dla start-upów i początkujących przedsiębiorstw jednym ze jednym ze sposobów pozyskania zewnętrznego kapitału są aniołowie biznesu – prywatni inwestorzy, którzy z własnych środków inwestują w przedsięwzięcie, najczęściej we wczesnej fazie jego rozwoju (zasiewu i startu), obejmując w zamian określoną liczbę udziałów.

Po pierwsze, zapewniają spółce kapitał, a po drugie, odgrywają w jej strukturach aktywną rolę. Zwykle są to osoby mające doświadczenie w danym sektorze działalności i realizujące inwestycje w jego obrębie. Mogą oni pomóc przedsiębiorstwu rozwijać się poprzez udostępnienie własnych kontaktów, stworzenie możliwości handlowych, a także powiązania z innymi aniołami biznesu i inwestorami – mówi Luigi Amati.

Aniołowie biznesu mogą inwestować samodzielnie albo w ramach syndykatu, tworzonego przez pięciu, dziesięciu czy dwudziestu aniołów biznesu. Takie grupy są coraz bardziej aktywne na rynku. Realizują wspólne inwestycje, co z kolei zwiększa ich możliwości finansowania i oddziaływania na rzecz sukcesu spółki.

– Anioły biznesu działające pojedynczo zwykle są w stanie zainwestować kwoty rzędu 10, 20 lub 30 tys. zł lub euro, podczas gdy grupy aniołów biznesu mogą zaoferować finansowanie rzędu nawet 0,5 mln euro – mówi Luigi Amati.

Prezes Business Angels Europe i dyrektor generalny META podkreśla, że istotną różnicą pomiędzy aniołami biznesu a funduszami venture capital jest to, że inwestorzy zapewniający wsparcie w ramach VC zwykle rozpoczynają od inwestycji rzędu setek czy tysięcy euro, aż do osiągnięcia kwot kilkumilionowych.

Kolejną różnicą jest aktywne zaangażowanie aniołów biznesu. Wnoszą oni znaczny nakład czasowy na rzecz spółki, podczas gdy inwestorzy typu VC interesują się sprawami spółek tylko w pewnym stopniu, ale ich głównym zadaniem jest zarządzanie portfelami. Z tego względu ich zaangażowanie w działania spółki jest bardziej ograniczone – mówi Luigi Amati.

Aniołowie biznesu zwykle są też bardziej elastyczni niż np. fundusze inwestycyjne działające według ścisłych reguł, których głównym zadaniem jest zarządzanie portfelami. Działają też w sposób mniej sformalizowany, podejmując decyzję inwestycyjną bardziej na podstawie swojego doświadczenia i intuicji.

Nowo powstałe przedsiębiorstwo czy start-up mający potencjał znacznego i szybkiego wzrostu, niezależnie od tego, w jakim sektorze prowadzi działalność, powinien poszukać odpowiedniego anioła biznesu, który będzie wspierać jego rozwój. Do inwestorów typu VC przedsiębiorstwa powinny zgłaszać się już na późniejszych etapach. Niekiedy fundusze venture capital angażują się już we wczesnych fazach rozwoju przedsiębiorstw, zwłaszcza gdy specjalizują się one w określonej dziedzinie działalności. Inwestorzy udzielający wsparcia w ramach venture capital mogą pełnić komplementarną rolę względem aniołów biznesu – uważa Luigi Amati.

Jak wynika z ostatniego raportu fundacji Startup Poland, aniołowie biznesu są w Polsce coraz bardziej aktywni. Z pomocy krajowych lub zagranicznych aniołów biznesu skorzystało rok temu 33 proc. polskich start-upów. W 2016 roku inwestycje w przedsięwzięcia we wczesnej fazie rozwoju w Europie wyniosły 9,9 mld euro, z czego większość – aż 6,7 mld euro – zostało doinwestowana właśnie przez aniołów biznesu. To ponad 8-proc. wzrost rok do roku. Trzy branże, w które najchętniej inwestują aniołowie, to technologie (39 proc. wszystkich inwestycji), ICT (36 proc.) oraz healthcare (13 proc.) – wynika z danych European Business Angel Network.

Słabnie koniunktura na europejskich rynkach nieruchomości. Wyjątkiem jest Polska

Słabnie koniunktura na europejskich rynkach nieruchomości. Wyjątkiem jest Polska 9

Aktywność zagranicznych inwestorów na polskim rynku nieruchomości wciąż rośnie. Dla nich polskie miasta oznaczają stabilną sytuację i pewne zyski, zwłaszcza na tle Europy Zachodniej. Pierwszy kwartał 2018 roku na rynku inwestycyjnym w sektorze nieruchomości komercyjnych w Polsce zakończył się rekordowo wysokim wolumenem transakcji na poziomie ponad 2 mld euro. Popyt jest jednak znacznie większy niż oferta dobrych jakościowo obiektów, co powoduje wzrost cen. W połączeniu ze wzrostem kosztów budowy i brakiem wykwalifikowanej kadry może to zahamować aktywność inwestorów – ocenia Beata Latoszek z Deutsche Hypo.

Analizując dane z I kwartału 2018 roku, sytuacja na rynku nieruchomości w Polsce wygląda stabilnie. Jest zainteresowanie inwestorów rynkiem nieruchomości od grudnia do chwili obecnej, ono nie słabnie, wręcz nasila się. Wskaźniki, które są brane pod uwagę na rynku nieruchomości, takie jak stopy procentowe, tendencja i klimat do ryzyka, wyglądają bardzo pozytywnie, stąd rynek nieruchomości po analizie I kwartału wygląda najstabilniej na tle innych rynków Europy Zachodniej, takich jak Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Hiszpania – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Beata Latoszek, dyrektor zarządzająca Deutsche Hypo w Polsce.

Z raportu międzynarodowej firmy doradczej Savills „European Investment Briefing” wynika, że w Polsce w 2017 roku wolumen obrotów przekroczył rekordowy poziom 5,1 mld euro. Jeszcze lepszy na rynku inwestycyjnym w sektorze nieruchomości komercyjnych może się okazać 2018 rok, na co wskazują wyniki I kwartału – szacowany wolumen transakcji osiągnął ponad 2 mld euro. Z analizy Deutsche Hypo wynika, że obecnie można zaobserwować nasiloną aktywność inwestorów zagranicznych, zwłaszcza z USA, Kanady, Azji i Afryki Południowej. Inwestorów przyciąga stabilna sytuacja i dobra rentowność, wyższa niż w Europie Zachodniej.

– Stabilna sytuacja na rynku nieruchomości wynika z pięciu parametrów, które przedstawiliśmy w naszym indeksie REECOX, który został opracowany za I kwartał dla rynku nieruchomości w Europie – wskazuje Beata Latoszek. – Na indeks składają się takie dane wejściowe, jak WIG20, WIG Nieruchomości, poziom klimatu inwestycyjnego oraz stopy procentowe, stopa bazowa dla euro i oprocentowanie dziesięcioletnich polskich bonów skarbowych – wymienia ekspertka.

Według raportu REECOX koniunktura na europejskim rynku nieruchomości lekko słabnie i jest na najniższym poziomie od maja 2017 roku (Euro-Score na poziomie 241,6 przy 249,8 pkt w poprzednim kwartale). Polska z wynikiem 189 pkt plasuje się znacznie niżej niż pozostałe kraje (Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Hiszpania i Holandia), jednak o ile w Polsce sytuacja jest stabilna (niemal niezauważalny spadek o 0,1 proc.), to inne kraje notują spore spadki.

W I kwartale właściwie we wszystkich krajach, nie tylko w Polsce, lecz także w Europie Zachodniej, giełda wskazuje tendencję spadkową. Jeśli jednak chodzi o WIG Nieruchomości, to właściwie wszystkie kraje pokazują tendencję spadkową, a w Polsce ten czynnik jest stabilny – zauważa dyrektor Deutsche Hypo w Polsce.

W Polsce na koniec I kwartału kurs akcji WIG 20 spadł o 6,5 proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca i nieco ponad 10 proc. w skali kwartału. Rośnie jednak wskaźnik nastrojów gospodarczych (wzrost o 3,1 proc.), indeks WIG sektora nieruchomości znajduje się zaś na stabilnym poziomie (lekki wzrost 0,2–0,3 proc.).

– Patrząc na to, ile transakcji zostało zawartych w I kwartale, widać, jaki jest apetyt inwestorów na inwestowanie w Polsce. Wskaźnik REECOX pokazuje tendencję wzrostową z tego względu, że rentowność projektów na rynku polskim jest wyższa niż w Europie Zachodniej, stąd dane wyjściowe pokazują, że rynek polski jest stabilny, stopy procentowe zostają bez zmian dla euro, dla polskich obligacji też jest w miarę stabilna tendencja – podkreśla Latoszek.

Jak ocenia ekspertka, mimo stabilnej sytuacji w Polsce decyzja o transakcji powinna zostać poprzedzona wnikliwą analizą rynku. Duży popyt na nieruchomości przy stosunkowo niskiej ofercie dobrych jakościowo budynków oznacza wyższe ceny, ale niższe zyski. Różnice będą się pogłębiać, zwłaszcza biorąc pod uwagę rosnące koszty budowy i problemy ze znalezieniem pracowników.

– Sytuacja polityczna na świecie jest dość dynamiczna. To na pewno będzie miało odzwierciedlenie w giełdzie i w rynku nieruchomości, ale jest to indykator wcześniejszego obrazowania sytuacji, ostrzegania bądź potwierdzania, że coś może się zmienić albo pozostanie stabilne – tłumaczy Beata Latoszek.

Innowacyjne paliwa rakietowe rozwiążą problem zanieczyszczania kosmosu. Stworzone przez Polaków ekorakiety znajdą zastosowanie w misjach komercyjnych

Innowacyjne paliwa rakietowe rozwiążą problem zanieczyszczania kosmosu. Stworzone przez Polaków ekorakiety znajdą zastosowanie w misjach komercyjnych 10

Polacy są pionierami w kwestii kosmicznej ekologii. Otrzymane przez polskich naukowców paliwo m.in. z podtlenku azotu, znanego szerzej jako gaz rozweselający, pomoże rozwiązać problem zanieczyszczania kosmosu toksycznymi związkami. Obecnie podczas samego startu promu kosmicznego emitowanych jest do atmosfery co najmniej sto ton szkodliwych związków chlorowych. Opracowana przez polskich naukowców ekorakieta pozwoli w przyszłości zasilić największe rakiety kosmiczne. Polscy naukowcy otrzymują także paliwo kosmiczne z recyklingu, utleniając je nadtlenkiem wodoru.

– Ekologiczny napęd rakietowy to taki, który nie emituje do środowiska toksycznych związków, natomiast najbardziej efektywne paliwo rakietowe, które wciąż jest wykorzystywane w dużych rakietach nośnych, bazuje na związkach chloru. Przy starcie promu kosmicznego co najmniej sto ton kwasu solnego i samego chloru jest emitowanych do atmosfery, a chlorowodór dosyć długo zalega, nie tylko w atmosferze, lecz także potem przechodzi do wód powierzchniowych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Robert Magiera, prezes zarządu Space Forest.

Naukowcy poszukują więc rozwiązań, które sprawią, że eksploracja kosmosu nie będzie tak dużym obciążeniem dla środowiska naturalnego. Wśród opracowywanych rozwiązań jest też projekt polskich inżynierów. Opiera się on na napędzie hybrydowym.

– Używamy podtlenku azotu, czyli znanego gazu rozweselającego, oraz mieszanin parafiny stałej jako paliwa. Przy spalaniu tych dwóch substancji głównym składnikiem spalin jest woda, wodór, dwutlenek węgla, tlenek węgla, czyli zwykłe gazy. Nie wprowadzamy do atmosfery związków chlorów, nie emitujemy ani grama także przy starcie rakiety – przekonuje Robert Magiera.

Firma Space Forest opracowała silniki hybrydowe, na razie o niedużym impulsie całkowitym (zmiana pędu, jaką może wykonać silnik w określonym czasie). Polscy inżynierzy pracują jednak nad bardziej wydajnym napędem. Zgodnie z zapowiedziami do końca roku mają opracować silnik SF200 o impulsie 200 tys. niutonosekund. Silnik znajdzie się na pokładzie cywilnej rakiety o średnicy 20 cm i wadze maksymalnej 120 kg, która będzie w stanie przekroczyć umowną granicę kosmosu, czyli 100 km wysokości.

– Docelowy silnik będzie miał ciąg prawdopodobnie w okolicy 5 ton i całkowity impuls rzędu 1 mln niutonosekund. Żeby wyobrazić sobie wielkość silnika, powiem, że w sumie będzie konsumował podczas pracy około 0,5 tony materiałów pędnych, z czego 100 kg przypada na paliwo, a pozostałe 400 kg przypada na podtlenek azotu – tłumaczy prezes Space Forest.

Ekologiczne silniki rakietowe będą wykorzystywane przede wszystkim do zastosowań cywilnych i komercyjnych. Firma chce świadczyć usługi przede wszystkim na potrzeby eksperymentów naukowych, a także dobrze uzasadnionych prac dyplomowych.

– Nasza rakieta będzie w 100 proc. odzyskiwalna. Zamierzamy obniżyć koszt dostępu do tego najbliższego kosmosu i uważamy, że uda nam się, dzięki temu zdobyć bardzo pokaźną grupę klientów, włączając w to ESA – zapowiada ekspert.

Polacy są pionierami w walce o ekologiczny kosmos. Opracowany przez Centrum Technologii Kosmicznych Instytutu Lotnictwa ILR-33 „Bursztyn” to pierwsza na świecie rakieta, która wykorzystuje jako utleniacz paliwa nadtlenek wodoru w stężeniu 98 proc. To związek chemiczny, który w dużo mniejszym stężeniu (3 proc.) nazywamy wodą utlenioną. Paliwem rakiety jest odpowiednio spreparowany polietylen, który może być pozyskiwany z recyklingu odpadów komunalnych. Opracowaniem bezpiecznej, przemysłowej metody wytwarzania 98 proc. nadtlenku wodoru zajmie się polski start-up Jakusz Spacetech.

Z założeń Polskiej Strategii kosmicznej wynika, że do 2030 r. obroty polskiego sektora kosmicznego będą stanowiły co najmniej 3 proc. europejskich obrotów tego rynku. Z przewidywań analityków Bank of America Merrill Lynch w ciągu najbliższych 30 lat wartość światowej branży kosmicznej może wzrosnąć do 2,7 bln dol.

Mieszkańcy polskich miast coraz chętniej podejmują proekologiczne działania. Czyste powietrze i gospodarka odpadami wśród największych wyzwań

Mieszkańcy polskich miast coraz chętniej podejmują proekologiczne działania. Czyste powietrze i gospodarka odpadami wśród największych wyzwań 11

Poprawa jakości powietrza, ekomobilność, inwestycje w zieloną infrastrukturę i przejście na gospodarkę o obiegu zamkniętym – to najpoważniejsze zadania stojące przed miastami, które chcą być eko. Coraz więcej polskich samorządów aktywnie działa na rzecz ochrony środowiska. Co istotne, te tematy coraz częściej są traktowane priorytetowo przez samych mieszkańców, dzięki czemu samorządom łatwiej wdrażać działania w tym kierunku. Właśnie wystartowała szósta edycja projektu Eco-Miasto, który nagrodzi najlepsze proekologiczne inicjatywy miast.

Celem konkursu Eco-Miasto jest wyłonienie miast, które mają osiągnięcia w dziedzinie rozwoju ekologicznego, promowania rozwiązań ekologicznych, zrównoważonego rozwoju i walki ze zmianami klimatu. Dużo podróżuję po Polsce i widzę ogromne zmiany, widzę, jak dużo samorządy lokalne robią dla środowiska. Radni i władze lokalne podejmują działania po to, żeby życie na co dzień było wygodne i przyjemne, żeby środowisko sprzyjało społeczeństwu. Te działania mają na celu powiększanie zielonych przestrzeni w miastach, poprawę efektywności energetycznej czy budowanie sieci transportu w oparciu o pojazdy z napędem elektrycznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Pierre Lévy, ambasador Francji w Polsce.

Smog, rosnące zapotrzebowanie na wodę i energię elektryczną, które w globalnej skali wzrośnie dwukrotnie do 2050 roku, zmiany klimatyczne czy migracja ludności do miast (według prognoz ONZ w połowie stulecia miasta będzie zamieszkiwać 2/3 światowej populacji) – to tylko część wyzwań, z którymi mierzą się samorządy. Aby im sprostać, muszą wdrażać nowoczesne, proekologiczne rozwiązania. Przykłady najlepszych praktyk ma wyłonić rozpoczynająca się właśnie szósta edycja projektu Eco-Miasto. To jedna z największych w Polsce inicjatyw popularyzujących ideę zrównoważonego rozwoju miast i samorządów lokalnych.

Eco-Miasto to możliwość pokazania, jak wielka odpowiedzialność spoczywa na miastach w kwestii zrównoważonego rozwoju. To również platforma wymiany doświadczeń dotyczących konkretnych rozwiązań, tego, w jaki sposób można sprzyjać zrównoważonemu rozwojowi miast – mówi Pierre Lévy.

Tegoroczna edycja konkursu Eco-Miasto wystartuje 11 czerwca br. Samorządy mogą do 10 września nadsyłać swoje formularze zgłoszeniowe, które są dostępne na stronie internetowej eco-miasto.pl. W tym roku miasta mogą prezentować swoje projekty w pięciu kategoriach: mobilność zrównoważona, gospodarka wodna, gospodarka o obiegu zamkniętym, efektywność energetyczna budynków oraz zieleń a powietrze.

Po raz pierwszy w tym roku jury oceni miasta za ich działania zmierzające w kierunku wprowadzenia gospodarki o obiegu zamkniętym. Zgodnie z tą ideą odpady nie powinny trafiać na wysypiska śmieci, lecz być przetwarzane w procesie recyklingu albo stać się źródłem energii. Przede wszystkim niezbędne jest jednak efektywne gospodarowanie zasobami i zmniejszanie ilości produkowanych odpadów.

W tym roku w formularzach konkursowych znajdzie się również pytanie o projekty realizowane w ramach budżetów obywatelskich. To wydzielona część budżetu miasta, która jest przeznaczona na inwestycje zgłaszane przez samych mieszkańców. Wiele takich inicjatyw wpisuje się w ideę zrównoważonego rozwoju: odpowiadają na potrzeby lokalnych społeczności, a jednocześnie przynoszą korzyści środowiskowe.

W konkursie mogą wystartować wszystkie polskie miasta i gminy. W każdej kategorii zostaną przyznane dwie nagrody – dla ośrodków liczących poniżej i powyżej 100 tys. mieszkańców. Uroczystość wręczenia nagród odbędzie się w ostatnim tygodniu września (27–28.09) w Warszawie, podczas międzynarodowej konferencji dotyczącej zrównoważonego rozwoju miast.

W tym roku w trakcie konferencji skupimy się na tematach związanych z budowaniem szkieletu miasta, omawiając kwestie związane z zieloną i błękitną infrastrukturą. Chcemy się skupić na jakości powietrza. To jeden z ważniejszych elementów zdrowego funkcjonowania miasta. Kolejny temat to „Miasto kopalnią surowców” i dotyczy zagadnień związanych z zagospodarowaniem odpadów, gospodarki o obiegu zamkniętym w mieście. Trzecia sesja tematyczna dotyczy wykorzystania otwartych zasobów danych, budowania miasta przyjaznego mieszkańcom i sposobów finansowania tego rozwoju – mówi Maria Andrzejewska, dyrektor Centrum UNEP/GRID-Warszawa.

Konferencja Eco-Miasto, która w zeszłym roku spotkała się z rekordowym zainteresowaniem, jest otwarta dla wszystkich zainteresowanych. Skierowana jest głównie do przedstawicieli administracji publicznej, organizacji pozarządowych i biznesu. Dla samorządów z całej Polski to wydarzenie jest okazją do wymiany doświadczeń i dobrych praktyk.

Konferencja jest elementem networkingu, umożliwiamy uczestnikom rozmowy w ramach mniejszych grup tematycznych, a jednocześnie nawiązanie kontaktów i dalszej dyskusji pokonferencyjnej. To jeden z bardzo ważnych celów naszej konferencji: połączenie wszystkich uczestników w jedną społeczność, która będzie mogła ze sobą współpracować – podkreśla Maria Andrzejewska.

W dotychczasowych edycjach konkursu Eco-Miasto wzięło udział blisko sto miast. Organizatorzy otrzymali w sumie 262 formularze zgłoszeniowe. Laureatami edycji 2017 zostały Gdynia (w trzech kategoriach), Jaworzno, Karlino, Częstochowa, Leszno, Katowice, Ostrów Wielkopolski, Wołomin, Lublin i Kartuzy.

W ubiegłym roku sześćdziesiąt trzy miasta wzięły udział w konkursie, jeszcze w 2016 roku było ich zaledwie dwadzieścia dziewięć. Sądzę, że w tym roku polskie miasta jeszcze bardziej licznie będą brać w nim udział, bo jest to szczególny rok, w którym odbędzie się konferencja COP24 w Katowicach. Polskie miasta mają okazję pokazać, jak wiele czynią dla środowiska – mówi ambasador Pierre Lévy.

Leszek Drogosz, dyrektor Biura Infrastruktury w Urzędzie Warszawy, zauważa, że polskie miasta zajęły się kwestiami związanymi z ochroną klimatu później niż miasta w Europie Zachodniej, dlatego mają dużo więcej do nadrobienia. Dodaje również, że zrównoważony rozwój i ekologia coraz częściej są traktowane priorytetowo przez samych mieszkańców, co ułatwia wdrażanie działań w tym kierunku.

– Mieszkańcy sami wiedzą, jak bardzo ważne jest czyste, zdrowe otoczenie i poprawa jakości powietrza. Mamy dzisiaj dużo większe poparcie, możemy wydawać więcej środków finansowych na inwestycje środowiskowe, na zieleń wzdłuż ulic Warszawy, na błękitną infrastrukturę, czyli retencję wód deszczowych, na efektywność energetyczną, czyli zmniejszanie zużycia energii w naszych domach, na budowanie budynków bardziej przyjaznych środowisku i efektywnych energetycznie. Te wszystkie działania mają dużo większe poparcie mieszkańców, dzięki temu kwestie środowiskowe jest nam łatwiej realizować – mówi Leszek Drogosz.

Organizatorami projektu Eco-Miasto są Ambasada Francji w Polsce oraz Centrum UNEP/GRID-Warszawa. Projekt jest realizowany we współpracy z firmami Renault Polska, Saur Polska, Grupą Saint-Gobain, Ceetrus Polska, DK Energy i TIRU – grupa Dalkia, a także Wspólnie – Fundacją LafargeHolcim.

Technologia rozpoznawania twarzy wchodzi do banków. Wystarczy spojrzeć w kamerę smartfona, by zalogować się do konta

Technologia rozpoznawania twarzy wchodzi do banków. Wystarczy spojrzeć w kamerę smartfona, by zalogować się do konta 12

Algorytmy są już w stanie rozpoznawać twarze z taką samą skutecznością jak ludzie. Stosuje się także coraz więcej zabezpieczeń uniemożliwiających oszukanie systemów np. poprzez pokazanie zdjęcia twarzy czy nagranego filmiku. Z tego względu na technologię otworzyły się banki, które coraz chętniej stosują ją w celu autoryzacji klientów w aplikacjach mobilnych. Wystarczy spojrzeć w kamerę smartfona, by zalogować się do aplikacji bankowej bez żmudnego wpisywania kodów autoryzacyjnych lub haseł SMS.

Facekey to rozwiązanie bazujące na algorytmie rozpoznawania twarzy. Banki w Polsce mogą je wykorzystywać do weryfikacji klientów za pośrednictwem urządzeń mobilnych. Po włączeniu aplikacji i wybraniu opcji „Chcę zalogować się na konto”, wystarczy spojrzeć na urządzenie i przeskanować autentyczny dokument, może to być paszport albo prawo jady. Aplikacja pobiera wszystkie informacje z dokumentu, w tym zdjęcie, a klient patrzy w kamerkę urządzenia. Już po sekundzie bank ma stuprocentową pewność, że nikt nie podszywa się pod jej klienta – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje podczas konferencji HLS&Cyber Israel Technology Day Ofer Schmidt z izraelskiej firmy Anyvision.

Banki otworzyły się na systemy rozpoznawania twarzy, które do tej pory stosunkowo łatwo było zhakować. Sytuacja zmieniła się po wprowadzeniu na rynek iPhone&HASH39;a X z technologią Face ID, która do autoryzacji użytkownika wykorzystuje nie tylko obraz z przedniego aparatu, lecz także analizuje twarz poprzez widmo podczerwieni, aby mieć pewność, że ma do czynienia z żywym odbiorcą, a nie np. jego zdjęciem.

Technologia FaceKay z kolei do weryfikacji użytkownika wykorzystuje wieloelementowy system autoryzacyjny, który skanuje twarz, ale również analizuje dokument tożsamości. Takie rozwiązanie minimalizuje ryzyko włamania się do aplikacji przez osoby postronne, a przy tym proces autoryzacji klienta trwa zaledwie dwie sekundy.

Cały proces logowania odbywa się niejako za kulisami. Obejmuje wiele elementów, w tym np. pobieranie informacji z dokumentu tożsamości, rozpoznawanie twarzy i sprawdzenie tego, czy bank kontaktuje się z prawdziwym klientem, a nie np. nagraniem wideo z jego podobizną. Jest to bardzo ważne dla wyeliminowania ewentualnych manipulacji i potwierdzenia, że osoba korzystająca z aplikacji jest tą samą osobą, której wizerunek znajduje się na dokumencie. Cały proces rozpoznania zajmuje tylko dwie sekundy – przekonuje ekspert.

Technologie rozpoznawania twarzy są coraz skuteczniejsze. Jonathan Phillips z National Institute of Standards and Technology, naukowiec zawodowo zajmujący się tą dziedziną technologii, skonfrontował system biometryczny z umiejętnościami biegłych sądowych, wyspecjalizowanych w rozpoznawaniu twarzy. Okazało się, że algorytmy radzą sobie z weryfikacją tożsamości równie dobrze co ludzie, a najlepsze rezultaty osiąga się, łącząc technologię biometryczną z doświadczeniem biegłych. Oznacza to, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby wdrożyć tę metodę autoryzacji do powszechnego użytku w aplikacjach przetwarzających najwrażliwsze dane użytkownika.

Już wkrótce rozwiązanie tego typu zostanie wprowadzone w jednej z instytucji finansowych w Polsce. Skorzystają z niego banki i inne instytucje finansowe, na potrzeby obsługi klienta i weryfikacji określonych transakcji, które obarczone są większym ryzykiem. Dzięki temu banki będą mogły zapewnić całkowite bezpieczeństwo transakcji – przekonuje przedstawiciel Anyvision.

Według analityków Markets and Markets światowy rynek rozwiązań biometrycznych w zakresie rozpoznawania twarzy do 2022 roku osiągnie wartość 7,8 mld dol., przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 14 proc.

Polacy oszczędzają na urlop co najmniej przez pół roku. Problemy finansowe głównym powodem rezygnacji z wakacji

Polacy oszczędzają na urlop co najmniej przez pół roku. Problemy finansowe głównym powodem rezygnacji z wakacji 13

W tym roku prawie 50 proc. Polaków wybiera się na wakacyjny urlop. Większość zamierza wypoczywać nie dłużej niż dwa tygodnie – wynika z badania Barometr przeprowadzonego na zlecenie Provident Polska. Najpopularniejsze kierunki to zagranica i polskie morze, nad które wybierają się przeważnie rodziny z dziećmi. Na wakacyjne wyjazdy Polacy wydadzą w tym roku nawet do 4 tys. zł i sfinansują je przeważnie z własnych oszczędności. Ponad połowa polskich rodzin musi odkładać na wakacje od sześciu miesięcy do nawet roku.

– W tym roku na wakacyjne urlopy wybiera się około 48 proc. Polaków. Zwykle będą to wyjazdy do dwóch tygodni. Na dłuższe urlopy pozwalają sobie osoby młode, przed 24. rokiem życia – są to zwykle studenci, którzy mają dłuższą przerwę semestralną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji wewnętrznej  Provident Polska.

Jak wynika z cyklicznego badania Barometr, przeprowadzonego przez PBS na zlecenie Provident Polska, w kierunkach wakacyjnych dominują polskie morze – główny cel wypoczynku rodzin z dziećmi, oraz wycieczki zagraniczne. Mniejszą popularnością cieszą się polskie góry (23 proc.), agroturystyka (14 proc.) czy Mazury (8 proc.).

Ci, którzy w tym roku nie przewidują wakacyjnego urlopu, to głównie osoby starsze, osoby w przedziale wiekowym 40–59 lat oraz ci, którzy znajdują się w gorszej sytuacji materialnej. Głównym powodem pozostawania w domu w większości przypadków są właśnie trudności finansowe.

– Około 50 proc. badanych mówi, że nie może sobie pozwolić na wakacyjny urlop. Natomiast 5 proc. wskazuje na problemy zdrowotne lub brak chęci na wyjazd i wypoczynek – mówi Karolina Łuczak.

Prawie co dziesiąty ankietowany w badaniu Barometr Providenta ma trudności z wzięciem urlopu w pracy, planuje remont lub ciążą na nim obowiązki rodzinne, które uniemożliwiają mu w tym roku wyjazd na wakacje. Z kolei seniorzy częściej wskazują problemy ze zdrowiem albo brak chęci wyjazdu na letni urlop.

Z badania wynika też, że letnie wyjazdy to stosunkowo kosztowna inwestycja. 40 proc. Polaków wyda na ten cel od 1 tys. do nawet 4 tys. zł (średnia 2 732 zł). Najwięcej zamierzają przeznaczyć na wakacje rodziny z dziećmi (3–4 tys. zł), a najmniej seniorzy lub osoby wychowujące samotnie jedno dziecko (średnio 1,1 tys. zł).

– Zadaliśmy Polakom pytanie o formy finansowania wakacji. Okazuje się, że zwykle wyjazdy finansowane są z oszczędności. Na ten cel musimy oszczędzać od pół roku do roku – tak mówi 50 proc. respondentów. Natomiast 25 proc. badanych wskazuje na finansowanie wakacji z bieżących wydatków. Studenci zwykle są finansowani przez rodziców – nie dość, że mogą sobie pozwolić na dłuższy wypoczynek, to również rodzice zapewniają im środki na sfinansowanie wakacji – mówi Karolina Łuczak.

Najczęściej na wakacyjne wyjazdy oszczędzają osoby relatywnie zamożne, z wyższym wykształceniem. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że wybierają również inne kierunki wyjazdów – bardziej egzotyczne i nieco droższe. Osoby mniej zamożne, dla których często jest to wyjazd spontaniczny, odkładają na wakacje mniejsze kwoty. Co ciekawe, w grupie osób sponsorowanych dominują studenci, ale coraz częściej pojawiają się w niej także seniorzy, o których wypoczynek dba ktoś z osób bliskich – wynika z Barometru Providenta.