Polska w obliczu elektryfikacji sektora motoryzacyjnego

Samochody elektryczne to nie pieśń przyszłości, to rzeczywistość – mówili eksperci podczas konferencji prasowej zorganizowanej przez Włoską Izbę Handlowo-Przemysłową w Polsce.

7 czerwca w Ambasadzie Włoch w Warszawie odbyła się konferencja prasowa „Przyszłość elektrycznych i autonomicznych pojazdów w Polsce” zorganizowana przez Włoską Izbę Handlowo-Przemysłową. Podczas spotkania eksperci rozmawiali na temat wyzwań, jakie czekają ewoluujący w kierunku elektryfikacji sektor motoryzacyjny w Polsce i Europie.

Gości przywitali: Roberto Neccia, Radca Handlowy Ambasady Włoch i Piero Cannas, Prezes Włoskiej Izby Handlowo-Przemysłowej, którzy zapowiedzieli kolejną, drugą edycję International Automotive Business Meeting. Podkreślili oni, że IABM to jedno z największych spotkań branży motoryzacyjnej w Polsce, które skupia przedstawicieli europejskich, polskich i lokalnych władz, liderów branży motoryzacyjnej oraz jej ekspertów.

Wydarzenie w tym roku odbędzie się w dniach 27-28 listopada w Expo Silesia w Sosnowcu. Gościem honorowym konferencji w Ambasadzie był Arkadiusz Chęciński Prezydent Miasta Sosnowiec, który wyraził swoje przekonanie, iż przyszłość motoryzacji leży w rozwoju elektromobilności i na tym polu mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją.

– Polska postanowiła postawić na elektromobilność i ekologiczne środki transportu, tym bardziej cieszę się, że miasto Sosnowiec będzie w tym roku gospodarzem International Automotive Business Meeting. Sosnowiec był kiedyś miastem przemysłu ciężkiego, podobnie jak cały region, dziś natomiast, to przemysł motoryzacyjny jest podstawą napędzającą gospodarkę naszego miasta – powiedział Arkadiusz Chęciński.

Kilka słów dodał również Łukasz Górecki, Menedżer Klastra SA&AM Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna S.A., który zaznaczył, że południe Polski jest bardzo ważnym centrum dla przemysłu motoryzacyjnego.

Dialog wszystkich stron zaangażowanych w proces przeobrażania się branży motoryzacyjnej

International Automotive Business Meeting to wydarzenie B2B skierowane do dużych producentów samochodów, największych dostawców Tier 1 i 2, a także instytucji oraz stowarzyszeń branżowych. Tegorocznym, szeroko omawianym tematem będzie elektromobilność, systemy wspomagające kierowcę ADAS (advanced driver assistance systems) oraz najnowsze trendy w branży motoryzacyjnej.  W wydarzeniu weźmie udział około 400 firm, nie tylko z Polski i Europy, ale także z największych światowych rynków motoryzacyjnych takich jak Chiny, Japonia, Indie oraz Stany Zjednoczone. W programie przewidziana jest konferencja z udziałem znanych międzynarodowych ekspertów z branży oraz kolacja galowa, a drugiego dnia działania networkingowe: Speed Business Mixer i spotkania B2B. Została uruchomiona także strona internetowa IABM, na której można już teraz dokonywać rejestracji: www.iabmevent.com.

– Polska i Europa stają obecnie w obliczu wielkiego wyzwania, jakie niesie ze sobą elektryfikacja sektora motoryzacyjnego. By stworzyć silny, konkurencyjny, zelektryfikowany przemysł motoryzacyjny musimy wspólnie wypracować ścieżkę rozwoju i być spójni w naszych działaniach –  mówi Piero Cannas. Celem IABM jest uzyskanie jasnej wizji zmian w sektorze motoryzacyjnym w najbliższej przyszłości i jej wpływu na łańcuch dostaw oraz określenie, w jaki sposób elektromobilność i zaawansowane systemy wspomagania kierowcy będą miały wpływ na rozwój sektora motoryzacyjnego w Polsce i na świecie – dodaje.

Organizatorem International Automotive Business Meeting jest Izba Włoska, a honorowy patronat nad wydarzeniem objęła Ambasada Włoch. Współorganizatorami wydarzenia są Miasto Sosnowiec, Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna (KSSE), Klaster „Silesia Automotive & Advanced Manufacturing oraz Japan External Trade Organization (JETRO). W organizacji IABM2018 współpracują też Polsko-Niemiecka Izba Przemysłowo-Handlowa, Francusko-Polska Izba Gospodarcza, Niderlandzko-Polska Izba Gospodarcza i Brytyjsko-Polska Izba Handlowa.

– Newralgiczna jest teraz kwestia czasu i nasza szybkość reakcji. Wierzymy, że wymiana opinii i doświadczeń realnie przełoży się na kształt czekających nas zmian, dlatego IABM inicjuje dialog wszystkich stron zaangażowanych w proces przeobrażania się branży – dodaje Piero Cannas.

Transformacja w kierunku elektromobilności

Obecny stan i perspektywy elektryfikacji transportu drogowego w Polsce, a także jej wpływ na polską gospodarkę omówił podczas konferencji w swoim wystąpieniu Marcin Korolec, Prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych, który podkreślił:

– Samochody elektryczne to nasza przyszłość, ważne żebyśmy umieli zadbać, aby były też przyszłością europejskiego przemysłu samochodowego.

Eksperci są zgodni, że przemysł motoryzacyjny ulega ciągłemu przeobrażeniu i już teraz ewoluuje w kierunku całkowitej elektryfikacji.

– W ostatnich latach przemysł samochodowy przeszedł wiele zmian. Niektóre z nich są już w toku, inne zostaną wprowadzone w życie w niedalekiej przyszłości. Wiążą się one znacząco ze wzrostem obecności elektroniki w pojazdach i ich zwiększoną elektryfikacją. Zmiany te mają również wpływ na układ hamulcowy, co zasadniczo dotyczy mechatroniki, tj. zarządzania częścią mechaniczną za pomocą układów elektronicznych. Firma Brembo kontynuuje prace nad systemem BBW (Brake By Wire), którego celem jest przewidywanie ewolucji poszczególnych elementów układu hamulcowego i utrzymanie wiodącej pozycji w dziedzinie innowacji produktowych. Osobiście, a przynajmniej w odniesieniu do układu hamulcowego, nie sądzę też, aby stopniowa elektryfikacja miała znaczący wpływ na koszty produkcji, jestem za to pewien, że aspekty działania i bezpieczeństwa mogą na tym wiele zyskać – powiedział Enrico Bologna, Country Manager Brembo Poland.

Światowy przemysł motoryzacyjny będzie ewoluował w kierunku elektromobilności, a Polska ma szansę na odegranie dużej roli w tym rozwoju. Nasz kraj posiada bardzo dobrą bazę przemysłową, aby stać się ważnym graczem na rynku producentów pojazdów elektrycznych, a elektryfikacja sektora transportu drogowego jest jednym z priorytetów gospodarczych rządu. Rozwój wydajnych i efektywnych samochodów elektrycznych może w znaczący sposób wpłynąć na gospodarkę, a poprawa powietrza, dbałość o środowisko naturalne, zmniejszenie ilości hałasu to dodatkowe, przyjemne „skutki uboczne” tego procesu.

– Branża motoryzacyjna znajduje się obecnie w bardzo ważnym momencie, a nadchodzące zmiany mogą w najbliższym czasie zdecydowanie odmienić obraz motoryzacji. Najbardziej widoczną zmianą jest dynamiczny rozwój pojazdów z napędami alternatywnymi. W ślad za e-mobilnością podążają cyfryzacja i automatyzacja pojazdów. Zmiany te wymagają jednak odpowiedniego otoczenia regulacyjnego i akceptacji konsumentów dla nowych rozwiązań – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Temat elektromobilności jest niezwykle istotny zarówno dla samej branży motoryzacyjnej, jak i dla polskiej i europejskiej gospodarki, dlatego tak istotna jest wymiana doświadczeń, wzajemne wsparcie i współpraca firm oraz instytucji. Listopadowe spotkanie International Automotive Business Meeting (IABM2018) będzie doskonałą okazją do budowania relacji i kreowania konstruktywnych wniosków, mających realny wpływ na przyszłe losy sektora motoryzacyjnego.

Dlaczego warto chronić znak towarowy? 5 najważniejszych korzyści

Ze znakami towarowymi spotykamy się na każdym kroku. Na przykład robiąc zakupy spożywcze, wybierając operatora telefonii komórkowej czy idąc do salonu kosmetycznego. Decydując się na zakup danego produktu wybieramy go sugerując się jego nazwą lub logo. Dobrze wypromowana marka staje się magnesem na klientów. A to oznacza, że jest cenna. Czasami dużo cenniejsza niż samochody, budynki czy maszyny danego przedsiębiorcy. 

Poniżej przedstawiam 5 powodów, dla których warto chronić znak towarowy.

  1. Uzyskujesz wyłączne prawo do nazwy w Twojej branży.

Chroniąc znak towarowy, przedsiębiorca nabywa wyłączne prawo do używania danego określenia w sposób zarobkowy i zawodowy na terenie całej Polski. Oznacza to, że żadna inna firma działająca w tej samej branży nie będzie mogła używać identycznej ani podobnej nazwy. A to sprawia, że można  z poczuciem bezpieczeństwa inwestować czas i pieniądze w jej dalszy rozwój i reklamę.

Przy tej okazji należy jednak pamiętać, że w procedurze rejestracji znaków towarowych obowiązuje zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. Tworząc chwytliwą nazwę warto ją jak najszybciej zgłosić do ochrony w Urzędzie Patentowym, aby nikt nas nie wyprzedził.

Zobacz: Ile kosztuje rejestracja znaku towarowego w Polsce, UE i na świecie?

Z drugiej strony zastrzeżenie znaku towarowego nie jest zwykłą formalnością. Niektórych określeń zarejestrować się nie da. Ochrony nie otrzymają na przykład oznaczenia, które mają charakter opisowy oraz takie, które są podobne do już zarejestrowanych znaków towarowych. Więcej na ten temat można dowiedzieć się z poniższego nagrania:

  1. Symbol ® przy firmowym logo wzbudza zaufanie wśród konsumentów.

Po zarejestrowaniu znaku towarowego przedsiębiorca może umieścić przy nim charakterystyczny symbol R-ki w kółku. Jest to skrót od angielskiego słowa „registered” i oznacza, że jest to zarejestrowany znak towarowy. Zabronione jest umieszczanie tego symbolu przy znaku niezarejestrowanym. Postępowanie takie zagrożone jest karą grzywny do 5 tys. zł.

Co ciekawe, ludzie powszechnie utożsamiają symbol ® z informacją o tym, że dany produkt jest oryginalny. To oczywiście błędne tłumaczenie, ale korzystne dla właściciela takiej marki. Oznacza bowiem, że konsumenci odbierają takie produkty jako te wyższej jakości. Podnosi to więc zaufanie do marki. I po części można się z tym zgodzić. Znaki towarowe są rejestrowane na okres 10 lat. Przedsiębiorca, który się na to decyduje, daje więc jasny sygnał, że planuje na rynku działać przynajmniej dekadę.

  1. Zarejestrowany znak towarowy jest narzędziem do walki z nieuczciwą konkurencją.

Zastrzeżenie znaku towarowego umożliwia skuteczną walkę z nieuczciwą konkurencją.

Informacja o tym jakie znaki towarowe są zarejestrowane publikuje Urząd Patentowy RP. Oznacza to, że konkurencja wybierając nazwę, pod którą chce działać, może wcześniej zweryfikować jej dostępność.

Niestety w praktyce często bywa tak, że przedsiębiorcy zamiast działać pod oryginalną nazwą, wolą iść na skróty, zbliżając się do marek o utrwalonej pozycji na rynku. W sytuacji, gdy konkurent próbuje podszywać się pod istniejącą markę, można wezwać go do zaprzestania naruszania praw przysługujących właścicielowi zarejestrowanego znaku towarowego. A udowodnienie przysługujących praw ogranicza się jedynie do przedstawienia świadectwa rejestracji.

Jest tam napisane:

  • jaki znak towarowy podlega ochronie (nazwa czy logo);
  • na jakie towary lub usługi;
  • na jakie terytorium oraz
  • kto jest jego właścicielem.

Mając zarejestrowany znak towarowy można także zablokować konkurencji możliwość używania znaku w reklamach tekstowych AdWords. Google umożliwia blokowanie tekstowych reklam AdWords, w których używane są zarejestrowane znaki towarowe. Każdy podmiot, który będzie chciał posłużyć się takim oznaczeniem, będzie musiał mieć zgodę właściciela znaku.

Więcej informacji na ten temat można znaleźć w poniższym nagraniu:

  1. Zarejestrowany znak towarowy chroni domenę internetową.

Rejestrując domenę nie stajemy się automatycznie jej właścicielami. Uzyskujemy jedynie możliwość czasowego posługiwania się nią. Tymczasem zastrzegając znak towarowy w Urzędzie Patentowym, uzyskujemy przynajmniej 10-cio letni monopol prawny na dane oznaczenie (taką ochronę można później przedłużać na kolejne okresy). W takim przypadku konkurent nie może się posługiwać określeniem identycznym ani podobnym do chronionego znaku.

Mając ochronę na słowny znak towarowy zabezpieczamy firmową domenę internetową. Natomiast znak słowno-graficzny chroni domenę jedynie w sytuacji, gdy jest on fantazyjny na płaszczyźnie fonetycznej. Więcej na ten temat można dowiedzieć się z poniższego nagrania:

Zastrzegając swoją markę w Urzędzie Patentowym możemy skutecznie walczyć z szantażem domenowym. Proceder ten polega na tym, że przedsiębiorca zostaje poinformowany, o tym że konkurent chce kupić domenę internetową zawierającą w sobie nazwę jego firmy. Domena różni się np. końcówką com. Przedsiębiorca otrzymuje ofertę jej odkupienie w ramach „prawa pierwokupu”. Zjawisko to jest dość powszechne i występuje w różnych odmianach. Oferty kupna są często wysyłane mailowo od podmiotów z Chin.

Jeżeli markę firmy zarejestrowaliśmy, to można o tym poinformować szantażystę. W przypadku, gdyby konkurent faktycznie użył takiej domeny, to na drodze spornej będzie można mu ją odebrać.

  1. Znak towarowy może być dodatkowym źródłem dochodu.

Znak towarowy posiada ekonomicznie mierzalną wartość. Ma na nią wpływ między innymi rozpoznawalność znaku oraz dochody jakie przynosi firma. Właściciel znaku może udzielać odpłatnej licencji na korzystanie z niego. To też dobry sposób na skalowanie swojego biznesu. Dla wielu osób atrakcyjniejsze będzie wejście we współpracę na zasadzie franczyzy, niż budowanie własnej marki od zera. Tak przykładowo rozwija się sieć sklepów ŻABKA.

Z drugiej strony taka umowa licencyjna może być podpisana z dystrybutorem w obcym kraju. Ochrona marki w takim kraju staje się szczególnie ważna. Chodzi bowiem o to, że jeżeli jej nie ma, to dystrybutor może dokonać zgłoszenia znaku na siebie. Będzie to wtedy dla niego silna karta przetargowa aby negocjować warunki współpracy z producentem. Jeżeli nie dojdą do kompromisu, dystrybutor na lata może zablokować mu rynek danego kraju. I takie sytuacje się zdarzają.

Zdarza się też tak, że firmy wpadają w problemy finansowe. Muszą znaleźć środki na spłatę zobowiązań wobec wierzycieli. Mając zarejestrowany znak towarowy mogą go sprzedać (alternatywnie zrobi to za nich likwidator). Kwota, którą uda się uzyskać ze sprzedaży pomniejszy dług przedsiębiorstwa. Jeżeli marka jest popularna na rynku, to jej wartość może być duża, a chętnych na jej kupno prawdopodobnie nie zabraknie. Łatwiej bowiem jest zapłacić za rozpoznawalną markę, która ma już swoich stałych odbiorców, niż inwestować finanse w reklamę nowej nazwy na rynku.

Powodów, dla których warto zarejestrować znak towarowy jest wiele. Taka ochrona może się  przydać na każdym etapie działalności firmy. Na początku zabezpieczy chwytliwą nazwę. Później umożliwia walkę z nieuczciwą konkurencją. Finalnie, dobrze rozpoznawalną markę można sprzedać lub zarabiać na jej licencjonowaniu. W takim przypadku znak towarowy może się stać źródłem dochodu pasywnego.

Mikołaj Lech

Tekst opublikowany przy współpracy z Mikołajem Lechem, autorem bloga o prawnej ochronie znaków towarowych nagrodzonego przez Urząd Patentowy RP: https://znakitowarowe-blog.pl/

Czy innovation box pozwoli zatrzymać przedsiębiorców w Polsce?

Preferencyjny system podatkowy dla innowacyjnych przedsiębiorstw funkcjonuje już w 13 krajach europejskich. Oferujący niską stawkę opodatkowania dochodów z tytułu własności intelektualnej program ma wkrótce trafić do Polski. Oby jak najszybciej, choć w obliczu złamanych obietnic obniżenia stawki VAT, rosnących obciążeń fiskalnych i kar dla przedsiębiorców tzw. innovation box wydaje się skórką niewartą wyprawki.

Już w 2000 r. Unia Europejska dostrzegła słabnącą konkurencyjność wspólnotowej gospodarki wobec innych rynków. Remedium na to miała być tzw. strategia lizbońska, czyli społeczno-gospodarczy plan rozwoju UE na lata 2000–2010. Jednym z jej głównych filarów była innowacyjność. Niestety, Polska nie spełniła oczekiwań. W rankingu państw opublikowanym przez Komisję Europejską w czerwcu 2017 r. w zakresie działań w obszarze innowacji nasz kraj zajął 4. miejsce od końca – wyprzedził tylko Chorwację, Bułgarię i Rumunię.

Czym jest innovation box?

Większość państw wyprzedzających Polskę w przywołanym zestawieniu KE oferuje korzystniejsze środowisko biznesowe dla przedsiębiorstw kładących nacisk na badania i rozwój. Patent box to system preferencyjnego opodatkowania dochodów uzyskiwanych z tytułu własności intelektualnej, głównie z patentów. Może obejmować inne przejawy własności intelektualnej, jak wspomniane wzory przemysłowe czy znaki towarowe – wówczas nazywany jest innovation box.

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii chce, by przedsiębiorcy, którzy stworzą nową technologię lub usługę, a następnie zaczną ją sprzedawać, byli opodatkowani w zakresie uzyskiwanych dzięki temu dochodów maksymalną stawką 4%. Rządowa propozycja preferencyjnej stawki CIT miałaby zacząć obowiązywać jeszcze w 2018 r.

Polska rajem podatkowym

Państwa oferują różne zakresy innovation box. Część ogranicza się tylko do preferencyjnego opodatkowania dochodów z patentów, inne przewidują je dla szerszej skali innowacji uzyskanych przez przedsiębiorstwo wskutek działań badawczo-rozwojowych.

Różne stawki opodatkowania i różne ulgi oferowane w ramach systemu innovation box są dla przedsiębiorców niczym innym, jak zachętą do dokonywania optymalizacji podatkowej. Zaskakujące więc, że choć polski rząd intensywnie pracuje nad uszczelnianiem systemu podatkowego, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii chce, by innovation box w Polsce sprawiło, że stanie się ona rajem podatkowym na tle innych państw.

Czy to tylko kolejna obietnica?

Czy zapowiedź wprowadzenia preferencyjnych i konkurencyjnych wobec systemów innych państw regulacji podatkowych stanie się faktem? Byłaby to miła odmiana dla przedsiębiorców, bo dotąd nurt ustawodawstwa podatkowego zdecydowanie zmierzał w stronę zwiększania obciążeń fiskalnych. Już od 1 stycznia 2019 r. ma obowiązywać w Polsce nowy podatek od zysków, których nie ma, tzw. exit tax. Jeśli to się ziści, przedsiębiorcy przenoszący swoją działalność za granicę będą musieli zapłacić z tego tytułu podatek od zysków, jakie zrealizowaliby na terytorium RP. To unijny podatek, który ma rekompensować krajom „narodzin” firmy koszty poniesione w związku z tworzeniem przedsiębiorstwa, a także udzielone w tym zakresie ulgi.

Innovation box, będący zachętą do pozostania w Polsce, a nie karą za jej opuszczenie, to właściwy oręż w walce o pieniądze przedsiębiorców. Ale ci zdążyli się już przyzwyczaić, że obietnice to jedno, a ich realizacja – drugie, jak choćby w przypadku deklarowanej od dawna obniżki stawki VAT z 23% na 22%.

A o podatki z kieszeni przedsiębiorców walczyć trzeba. Bo podczas gdy w Polsce składane są dopiero obietnice, już teraz stawka CIT w ramach innovation box w Holandii wynosi 5%, a na Cyprze – tylko 2,5%.

Swoboda tworzenia

Ze względu na swój specyficzny charakter własność intelektualna ma to do siebie, że jest ściśle związana nie z miejscem powstania, a z osobą twórcy. Wynalazki, wzory przemysłowe czy znaki towarowe można tworzyć gdziekolwiek – dlatego też twórcy mogą pracować nad swoimi pomysłami w dowolnym państwie, wedle swoich upodobań. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii dostrzegło ten fakt. Zwróciło uwagę, że polscy przedsiębiorcy i wynalazcy mogą chcieć spieniężać swoje innowacje w obcym państwie ze względu na panujący w nim korzystny klimat ekonomiczny.

Przedsiębiorcy w Polsce borykają się na co dzień z podwójnym, a nawet wielokrotnym opodatkowaniem poszczególnych segmentów swojej działalności. Jednocześnie nie otrzymują wsparcia finansowego ze strony państwa w zakresie nakładów na badania i rozwój – co pokazuje opublikowane przez Komisję Europejską zestawienie. Innowacyjni przedsiębiorcy już teraz wolą więc przenosić swoje przedsięwzięcia np. na Cypr lub do Wielkiej Brytanii. Cypr jest jurysdykcyjnym rajem dla przedsiębiorstw opierających swoją działalność na przychodach z tytułów praw licencyjnych i własności intelektualnej. Zjednoczone Królestwo w 2017 r. po raz pierwszy dołączyło do grona europejskich liderów innowacji.

Ograniczenia OECD

Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) dostrzegła już wiele lat temu, że firmy wykorzystywały innovation box głównie do optymalizacji podatkowej – prace badawcze przeprowadzały w państwach, w których warunki były ku temu najkorzystniejsze, a komercjalizowały ich wyniki tam, gdzie obowiązywały najniższe stawki CIT. Dlatego OECD obwarowuje możliwość wprowadzenia preferencyjnych stawek innovation box. Innowacyjne przedsiębiorstwo musi m.in. wykazać, że co najmniej część prac badawczych prowadzona była na terenie kraju, pod którego jurysdykcją chce potem korzystać z niskiej stawki CIT.

Ograniczenia mają też zawęzić zakres innowacji, które można będzie objąć innovation box, do tych powstałych w branży technologicznej. A to już grozi urzędniczymi nadużyciami i swobodą interpretacyjną organów podatkowych. Cóż jednak zrobić, gdy sami urzędnicy z Brukseli uznają marchewkę za owoc, a ślimaka za rybę?

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Klimat risk-off, jaki powrócił pod koniec mijającego tygodnia, dowodzi o niepewności, jaka panuje wśród inwestorów w obliczu wydarzeń zbliżających się dni. Poza weekendowym szczyt G7 rynkom przyjdzie się zmierzyć z ważnymi decyzjami Fed, EBC i BoJ, głosowaniami ws. Brexitu oraz śledzić spotkanie Trump-Kim. A to wszystko zanim inwestorzy zaczną śledzić Mundial.

Przyszły tydzień: FOMC, CPI z USA, EBC, Brexit, CPI i rynek pracy z Wlk. Brytanii, BoJ, rynek pracy z Australii

USA

Powszechnie oczekuje się, że posiedzenie FOMC (wt-śr) przyniesie podwyżkę stóp procentowych o 25 pb, ale nie ma silnego uzasadnienia za tym, aby Fed wpływał na oczekiwania w kwestii szans na łącznie cztery podwyżki w całym 2018 r. Jednak „dot plot” agreguje indywidualne oceny poszczególnych członków, więc przesunięcie mediany z trzech na cztery nie jest całkowicie wykluczone, choć istotniejsze będzie, jak szybkie tempo zacieśniania będzie realizowane w kolejnych latach. Ogólnie przekaz FOMC powinien być neutralny z ryzykiem umiarkowanych niespodzianek zarówno gołębich, jak i jastrzębich. Głównym ryzykiem dla dolara jest fakt, że sporo pozytywnych informacji jest już zdyskontowanych (solidne dane, oczekiwania przed FOMC) i trudniej będzie o wzbudzenie świeżego popytu przy publikacjach sprzedaży detalicznej (czw) i produkcji przemysłowej (pt). Dane o inflacji (wt) mają wskazać przyspieszenie, ale reakcja rynku może być opóźniona przez wyczekiwanie na decyzję Fed.

Strefa euro

W strefie euro wszystko będzie się kręcić wokół posiedzenia EBC (czw). Po komentarzach członków Rady Prezesów w mijającym tygodniu rozgorzała debata o tym, czy już teraz poznamy szczegóły przyszłości programu. Jakkolwiek rozpoczęcie debaty o strategii wygaszania QE jest pewne, nie sądzimy, aby EBC ogłosił szczegółowy plan przedłużenia po wrześniu (i prawdopodobnego zakończenia programu do końca 2018 r.). Na konferencji prezes Draghi z optymizmem może wypowiadać się o perspektywach gospodarczych, ale nie udzieli wskazówek odnośnie terminu pierwszej podwyżki stóp procentowych. Brak konkretów może być rozczarowujący dla uczestników rynku, ale okres do decyzji może przynieść aprecjację EUR.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii premier May czekają ciężkie dni (wt-śr) głosowań nad poprawkami do ustawy o wyjściu z UE. Jeśli poprawki dotyczące pozostania Wlk. Brytanii w Europejskim Obszarze Gospodarczym przejdą, będzie to sygnał, że parlament chce „miękkiego Brexitu”, ale jednocześnie będzie to cios w przywództwo May i zagraża stabilności rządu. Stąd wpływ na funta jest trudny do przewidzenia z wyprzedzeniem. Jeśli ryzyko polityczne wygaśnie, uwaga powinna przerzucić się na dane pod kątem budowy oczekiwań przyszłych posunięć BoE (czyt. szans na sierpniową podwyżkę). Podczas gdy inflacja CPI (śr) może się stabilizować, tak raport z rynku pracy (śr) powinien wysyłać dobre sygnały, a potwierdzenie przyspieszenia dynamiki płac będzie wspierać GBP. Do skoku sprzedaży detalicznej trzeba będzie podejść z rezerwą przez skutki ślubu księcia Harry’ego i Meghan Markle.

Polska

W Polsce dane o bilansie płatniczym (śr) i finalne szacunki inflacji (czw) nie zachwieją oceną fundamentów gospodarczych, ale dla złotego ważniejszy będzie generalny sentyment w stosunku do rynków wschodzących. Końcówka mijającego tygodnia przynosi powrót presji na waluty EM, ale wcześniej wspomniane fundamenty powinny chronić złotego i skłaniać inwestorów do taktycznej sprzedaży EUR/PLN przed 4,30. Premia za ryzyko pozostaje jednak podwyższona, co może skutkować silnymi wahaniami.

Japonia

W Japonii na pierwszym planie będzie decyzja Banku Japonii (pt), gdzie nie spodziewamy się zmian w polityce. Inflacja bazowa spadła w kwietniu do 0,7 proc. i nawet nie wykazuje podstaw do zakładania jej powrotu do celu 2 proc. Ale o rozszerzeniu luzowania monetarnego raczej nie ma mowy, gdyż BoJ bardziej martwi się o negatywne konsekwencje drenowania płynności rynku długu (poprzez skup obligacji). Oczekiwalibyśmy, że bank potwierdzi swoje zobowiązanie do kontynuacji ultra-łagodnej polityki z nadziejami na powrót inflacji do celu z średnim terminie. Nie ma tu nic, co mogłoby pobudzić handel JPY, ale nerwowość na rynkach będzie sprzyjać odpływowi kapitału do bezpiecznych przystani.

Australia

W Australii indeks zaufania biznesu (wt) powinien potwierdzać dobre tempo ożywienia, a dane z rynku pracy (czw) prawdopodobnie wskażą na kontynuację poprawy warunków zatrudnienia. Przemówienie prezesa RBA Lowe’a (śr) ma dotyczyć produktywności i wynagrodzeń, stąd istotne będzie poznanie opinii na temat perspektyw płac. Jakkolwiek dane mają potencjał dać AUD krótkoterminowe wsparcie, dobre odczyty nie powinny być zaskoczeniem. Dla AUD kluczowe znaczenie teraz ma sentyment zewnętrzny i trend USD, które ostatnio nie są przychylne Aussie i mogą przyćmić czynniki lokalne. Kalendarz dla NZD jest pusty, więc kiwi będzie na łasce globalnego apetytu na ryzyko, choć zdaje się on bardziej odporny na osłabienie niż AUD.

Kanada

W Kanadzie tydzień nie przynosi istotnych publikacji makro. CAD jest w trudnym położeniu, z jednej strony z dobrą postawą fundamentalną wspierającą oczekiwania na podwyżkę stopy procentowej BoC w lipcu, a z drugiej przy niepewności o przyszłość NAFTA oraz generalnym zagubieniem inwestorów w odniesieniu do nastawienia do ryzyka. Ścieranie się przeciwstawnych sił może zamknąć USD/CAD w dotychczasowej konsolidacji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kim są użytkownicy social media w Polsce?

NapoleonCat – platforma do zarządzania komunikacją w social media – postanowiła przeanalizować udział procentowy osób korzystających z największych platform społecznościowych w Polsce. Pod lupę wzięto użytkowników Facebooka, Instagrama oraz Messengera. Kim są osoby korzystające z tych serwisów? Odpowiedź poniżej.

NapoleonCat_FacebookNiekwestionowanym liderem wśród mediów społecznościowych w Polsce jest Facebook. Obecnie korzysta z niego 16,3 mln osób powyżej trzynastego roku życia. Największą grupę, bo aż 29%, stanowią osoby w przedziale wiekowym 25 – 34 lata. Na drugim miejscu plasują się użytkownicy pomiędzy 18 a 24 rokiem życia, które stanowią 23% społeczności. Natomiast ostatnie miejsce na podium zajmuje grupa wiekowa 35 – 44 lat, co daje 20% użytkowników serwisu. Podział korzystających z Facebooka ze względu na płeć kształtuje się następująco: 52% kobiet i 48% mężczyzn.

NapoleonCat_MessengerDrugą platformą pod względem liczby użytkowników jest Messenger. Korzysta z niej 11 milionów Polaków. Podobnie jak w przypadku Facebooka, największą grupą, stanowiącą 30% są osoby pomiędzy 25 a 34 rokiem życia. Z aplikacji korzysta 25%  użytkowników w wieku 18 – 24 lata. Na trzecim miejscu, z wynikiem 19% plasują się osoby pomiędzy 35 a 44 rokiem życia. Aplikację posiada 53% kobiet i 47% mężczyzn.

NapoleonCat_InstagramOstatnią platformą poddaną analizie jest Instagram, z którego korzysta 5,9 mln Polaków. Największą grupą użytkowników, stanowiącą 37%, są osoby w wieku 18 – 24 lata. Na drugiej pozycji znalazły się osoby pomiędzy 24 a 35 rokiem życia, z wynikiem 27%. Dużym zaskoczeniem może być grupa zamykająca podium, czyli użytkownicy w wieku 13 – 17 lat, którzy stanowią 17% społeczności aplikacji. Głównymi użytkownikami Instagrama w Polsce są kobiety – 58%. Natomiast z Instagrama rzadziej korzystają mężczyźni, których jest 42%.

Bank Turcji znów działa. MFW wspiera Argentynę

Jeszcze nie tak dawno inwestorzy oprócz Wenezueli obawiali się przyszłości Turcji i Argentyny. Dzisiaj pierwsze z tych państw stabilizuje nierozważną politykę monetarną a drugie wychodzi na prostą wsparte przez MWF.

Turcja podnosi stopy procentowe

Wczoraj zgodnie z oczekiwaniami analityków w Turcji podniesiono stopy procentowe. Jak widać dotychczasowa doktryna ekonomiczna prezydenta, że to wysokie stopy procentowe powodują inflację idzie w zapomnienie i bank centralny zaczyna wreszcie reagować. Podwyżka była wyższa od oczekiwań a główna stopa procentowa wzrosła o 1,25% podczas gdy rynki oczekiwały zaledwie 0,5%. Mocniej wzrosła tylko stopa płynnościowa. Jak zareagowały rynki walutowe? Po decyzji było widać silne umocnienie liry tureckiej. Przed decyzją za dolara płacono 4,57 liry, niedługo po decyzji 4,46 liry. Dzisiaj co prawda obserwujemy korektę, ale inwestorzy przychylniej patrzą na Turcję. Politycznie dalej jest to ryzykowny kraj, biorąc pod uwagę nadchodzące wybory, ale przynajmniej nie wynajduje ekonomii od nowa.

MFW ratuje Argentynę

Międzynarodowy Fundusz Walutowy zawarł umowę z Argentyną na trzyletnią promesę kredytową na imponującą kwotę 50 miliardów dolarów. Wciąż co prawda zarząd Funduszu może zawetować porozumienie, ale analitycy wskazują, że to mało prawdopodobny scenariusz. Jaki jest koszt takiego porozumienia? Są to oszczędności budżetowe. Szybsze cięcie deficytu budżetowego oraz wypracowanie nadwyżki już w 2020 roku. W planach jest też walka z inflacją, którą w ciągu 3 lat planuje się obniżyć do 9% w skali roku. Biorąc pod uwagę 40% stopy procentowe należy się spodziewać ich szybkiej obniżki jak tylko kraj zacznie wychodzić na prostą. W przeciwnym razie zduszą one nie tylko inflację ale również wzrost gospodarczy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych pozornie brak ważnych danych. Warto zwrócić uwagę, że rozpoczyna się posiedzenie państw z Grupy G7, a po zamknięciu rynków poznamy decyzję Fitch w sprawie ratingu naszego kraju. Analitycy nie spodziewają się niespodzianek. Ocena agencji już jest przyzwoita, aczkolwiek bardziej należy brać obecnie pod uwagę jej poprawę patrząc na zachowanie polskiej gospodarki na tle Europy niż bać się pogorszenia.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Anna Pawlak-Kuliga obejmie stanowisko prezesa IKEA w Chinach

Po pięciu latach pracy w Polsce, w tym dwóch na stanowisku prezesa IKEA Retail, Anna Pawlak-Kuliga obejmie stanowisko prezesa IKEA w Chinach. Tymczasowo obowiązki prezesa firmy w Polsce przejmie Iwona Szczęka, członek zarządu.

Anna Pawlak-Kuliga, IKEA
Anna Pawlak-Kuliga, IKEA

Ostatnie lata to okres bardzo dynamicznego rozwoju IKEA w Polsce. Razem z zespołem stworzyliśmy wiele ciekawych inicjatyw, w tym nowe kanały sprzedaży, tak by klienci mogli robić zakupy gdzie, kiedy i jak chcą. Otworzyliśmy innowacyjne punkty sprzedaży jak IKEA Centrum dla Firm. Uruchomiliśmy pierwszy na świecie Hub Innowacyjny dla IKEA oraz centrum rekrutacji Twoje Studio Pracy – mówi Anna Pawlak-Kuliga, Prezes IKEA Retail w Polsce. W 2017 roku otworzyliśmy sklep w Lublinie, a teraz intensywnie pracujemy nad nowym formatem sprzedaży w Warszawie, w centrum handlowym Blue City.

Moim osobistym celem zawsze było to, by Polacy mogli pięknie i wygodnie mieszkać, a nasi pracownicy czuć prawdziwą dumę z tego, że pracują w IKEA. Za jedno z najważniejszych osiągnięć uważam podniesienie minimalnej stawki godzinowej do 20 zł. W IKEA stawiamy na równy udział kobiet i mężczyzn – na stanowiskach kierowniczych zatrudniamy 50% kobiet, niewielu firmom w Polsce udało się osiągnąć ten wskaźnik. Polski zespół ma swój wkład w to, żeby IKEA była firmą zrównoważoną, przyjazną środowisku i ludziom. Chcemy być prekursorem poważnego podejścia biznesu do gospodarki obiegu zamkniętego. A wszystko to przy utrzymaniu stałego, dwucyfrowego wzrostu sprzedaży – dodaje Anna Pawlak-Kuliga.

Obejmując stanowisko prezesa IKEA Retail we wrześniu 2016 roku, Anna Pawlak-Kuliga została pierwszą Polką kierującą polskim oddziałem firmy. Z IKEA związana jest od 10 lat. Od 2008 roku pełniła rolę Nawigatora Biznesu dla IKEA w Wielkiej Brytanii. Do Polski wróciła w 2012 roku, początkowo jako członek zarządu IKEA Retail, a rok później – także wiceprezes. Jednocześnie zasiada w zarządzie spółki IKEA Property oraz w radzie nadzorczej IKEA Distribution na Europę południowo-wschodnią i radzie nadzorczej IKEA Centers Polska. Jest również Członkiem Rady Programowej UN Global Compact Poland.

Na rynki powraca awersja do ryzyka. Kurs euro wraca na 4,28

Awersja do ryzyka powraca na rynki, choć bez konkretnego zapalnika, za to z garścią potencjalnych powodów do obaw, które teraz na szybko są podciągane pod zmiany cen aktywów. Osobiście odbieram to jako dalsze zagubienie rynków, które potwierdza moje obawy z początku tygodnia, że sielankowemu rajdowi ryzykownych aktywów brakowało przekonania, a za to łatwo będzie go złamać.

To miałby tydzień oddechu po huśtawce z maja i do wczoraj tak było. Jednak potwierdziło się też, że odbicie jest budowane na kruchych podstawach i trzeba pozostać czujnym, bo z byle powodu wszystko może się zawalić. Wczoraj nagłe tąpnięcie na rynku długu USA (rentowność 10-latek spadła z 2,99 proc. o 2,92 proc.) podniosło obawy, że jest powód, by uciekać w bezpieczne obligacje. Awersja do ryzyka wsparła USD (mimo spadku rentowności), a zyskiwać zaczęły JPY i CHF. Dziś rano widzimy dalsze konsekwencje trybu risk-off z przeceną na rynkach akcji, czy walut ryzykownych (AUD, CAD, PLN).
Szum informacyjny dodaje paliwa do niepokojów i każdy temat jest wykorzystywany jako potencjalny powód zmian cen aktywów, nawet jeśli od żadnego z nich nie wypłynął konkretny impuls mogący poruszyć inwestorów. Niemniej jednak dyskusje obracają wokół startującego szczytu G7, przez przyszłotygodniowe posiedzenia Fed i EBC aż do spotkania prezydenta USA Donalda Trumpa z liderem Korei Płn. Kim Dzong Unem. Nie twierdzę, że wydarzenia te powinny zostać zignorowane – w żadnym wypadku – ale też na ten moment nie ma podstaw do mocnych spekulacji. To jednak pokazuje, jak głębokie rany mają inwestorzy po poprzednim miesiącu (rajd dolara, włoski kryzys polityczny) i powstała trauma powoduje, że boją się własnego cienia.

Dziś w Charlevoix w kanadyjskiej prowincji Quebec rozpoczyna się dwudniowy szczyt państw G7. Tych, którzy liczą na przełomowe postanowienia, musze rozczarować. Ważne decyzje liderów najbardziej wpływowych państw świata zwykle są podejmowane przy zgodzie wszystkich członków, co teraz jest niemożliwe, kiedy USA jest w sporze z resztą odnośnie polityki handlowej. Oczekiwanie rynkowe nie są wygórowane, stąd i poniedziałkowa reakcja na finałowy komunikat po szczycie powinna być ograniczona. Jeśli już cokolwiek można wiązać z G7, to przewidywania, że napięcia w relacjach handlowych pozostaną, albo nawet się nasilą, co z czasem może ponownie odbijać się na sentymencie rynkowym. Jednak na razie nie ma solidnych podstaw, by wzbudzać panikę.

Pogorszenie klimatu na rynkach zewnętrznych uderza w złotego i EUR/PLN i dziś rano wraca na 4,28. Jednak z uwagi na to, że nie mamy bezpośredniego powodu wzrostu awersji do ryzyka, nie sądzę, aby złotemu groziła silniejsza przecena. Przed 4,30 EUR/PLN powinni pojawić się poszukiwacze tanich okazji, którzy przychylnym okiem patrzą na fundamenty polskiej gospodarki (silny wzrost, poprawa sytuacji fiskalnej). Pomocnym może być, jeśli równie pozytywnie o Polsce pomyśli agencja Fitch i podniesie perspektywę ratingu Polski ze stabilnej do pozytywnej. Obecnie Polska ma rating A-, wyżej niż ocena S&P, ale niżej niż Moody’s. Kwietniowa decyzja S&P o podwyżce perspektywy do pozytywnej rodzi nadzieję na podobny ruch Fitch, ale naszym zdaniem zbyt daleko posunięte porównania. W końcu S&P miało do odpokutowania radykalną decyzję o cięciu ratingu na początku 2016 r., podczas gdy Fitch był bardziej powściągliwy w swoich decyzjach i teraz może być tak samo, choć pewnie z pozytywnym akcentem w komentarzu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rynek europejskiej piłki nożnej jest już wart ponad 25 mld euro

Już niebawem oczy całego świata zwrócone będą w stronę Rosji, gdzie 14 czerwca rozpoczną się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Futbol przyciąga nie tylko kibiców, ale także sponsorów, a co za tym idzie wielkie pieniądze. W sezonie 2016/2017 przychody europejskiego rynku futbolowego pobiły kolejny rekord i wyniosły 25,5 mld euro. Na dobrą kondycję piłkarskiego biznesu wpłynęły przede wszystkim wyniki europejskich lig z „wielkiej piątki” (Bundesliga, La Liga, Ligue 1, Premier League i Serie A), w tym w szczególności angielskiej ligi, która umocniła się na pozycji lidera pod względem osiąganych przychodów. Na drugie miejsce awansowała hiszpańska La Liga. To główne wnioski 27. edycji raportu „Annual Review of Football Finance” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

Wzrost o 4 proc. wartości europejskiego rynku piłki nożnej w stosunku do poprzedniego sezonu był w głównej mierze napędzany przez „wielką piątkę” lig europejskich, w których łączne przychody wzrosły w okresie 2016/17 o 1,3 mld euro do 14,7 mld euro. Mniejsze ligi piłkarskie w Europie również zanotowały wzrosty przychodów, ale nie tak znaczące, jak ligi w Anglii, Francji, Niemczech, Włoszech i Hiszpanii. Łączny zysk operacyjny tych pięciu lig wyniósł 300 mln euro.

Sytuacja finansowa europejskiej piłki nożnej nigdy nie była zdrowsza. Spodziewamy się dalszego wzrostu i zainteresowania europejskimi ligami w nadchodzących latach. Sukces finansowy odzwierciedla nie tylko globalną popularność piłki nożnej, ale także profesjonalizm czołowych klubów i stabilność otoczenia regulacyjnego, stanowiącego ramy ich działalności – mówi Dan Jones, Partner, Lider Sports Business Group, Deloitte UK.

La Liga przed Bundesligą

Największą ligą na świecie pozostaje Premier League, ale na uwagę zasługuje fakt, że w omawianym okresie na skutek podpisania nowych praw telewizyjnych awansowała hiszpańska La Liga.

Fakt, że hiszpańska La Liga była w stanie podważyć pozycję Bundesligi, która od ponad dekady zajmowała drugie miejsce pod względem przychodów, jest świadectwem dużych zmian w branży, które zaszły w ciągu ostatnich kilku lat. Teraz wyzwaniem będzie to, czy uda im się zmniejszyć przewagę w stosunku do Premier League, która pozostaje zdecydowanym liderem – mówi Dan Jones.

Wzrost przychodów z 4,9 do 5,3 mld euro spowodował, że Premier League jeszcze wyraźniej zaznaczyła swą dominującą pozycję wśród najbardziej dochodowych lig na świecie. Kluby angielskie generują przychody o 86 proc. wyższe niż La Liga, a nowo zawarte umowy o prawa transmisji przełożyły się na ich rekordową wartość.

Zdaniem ekspertów Deloitte niemiecka Bundesliga, dzięki rosnącym przychodom komercyjnym nie jest na straconej pozycji i może wkrótce odzyskać pozycję wicelidera. Nowe ustalenia dotyczące praw do transmisji, zarówno w kraju, jak i zagranicą, wygenerują średnio 1,4 miliarda euro przychodów w dwóch czołowych dywizjach w Niemczech i to już w sezonie 2017/18. Bundesliga może też pochwalić się największą średnią widownią na mecz, która w omawianym sezonie przekroczyła 44 tys. kibiców.

Włoskie kluby Serie A po raz pierwszy osiągnęły łączne przychody przekraczające 2 mld euro (wzrost o 8 proc.), do czego przyczynił się przede wszystkim jeden klub – Internazionale. To właśnie kluby włoskie najwięcej skorzystały na zmianie kryteriów kwalifikacji do rozgrywek UEFA. Cztery z nich mają zagwarantowane miejsca w fazie grupowej rozgrywek Ligi Mistrzów począwszy od sezonu 2018/2019, a zmienione umowy dotyczące praw do transmisji, wchodzące w życie w tym samym sezonie, dają im podstawy do osiągnięcia jeszcze lepszych wyników finansowych.

Choć francuska Ligue 1 zajmuje ostatnie miejsce w „wielkiej piątce”, łączny wzrost przychodów odnotowanych przez kluby francuskie jest szybszy niż w latach ubiegłych, głównie dzięki wejściu w życie nowych krajowych umów o prawa transmisji. Świeżo podpisana z Mediapro umowa na sezony 2020/2021 – 2023/2024 daje solidne podstawy wzrostu średnioterminowych wyników finansowych tej ligi.

Poza „wielką piątką”

Tuż za „wielką piątką” znajdują się turecka Süper Lig (734 mln euro) i rosyjska Premier League (701 mln euro). Finały Mistrzostw Świata w Rosji, które rozpoczną się w przyszłym tygodniu prawdopodobnie będą miały wpływ na europejski rynek piłkarski w ciągu najbliższych dwóch lat, początkowo dzięki przychodom bezpośrednio związanym z samym turniejem, a później także dzięki modernizacji infrastruktury rosyjskich stadionów.

Pomimo tych potencjalnych wzrostów jest mało prawdopodobne, że rosyjska Premier League dołączy w najbliższej przyszłości do wielkiej piątki. Jeszcze długo w Europie nie będzie mowy o „wielkiej szóstce” – mówi Tim Bridge, Dyrektor w Sports Business Group. – Nadchodzące rozgrywki pucharowe będą dla piłkarzy okazją do zademonstrowania najwyższych umiejętności. Oczekujemy znaczącego ożywienia transferów, bo kluby będą zainteresowane nabyciem najlepszych zawodników. W tym sezonie może paść kolejny rekord transferowy – dodaje.

Raport Deloitte wspomina również o polskiej Ekstraklasie w kontekście nieudanych występów rodzimych klubów w europejskich pucharach w sezonie 2017/2018. W związku z tym eksperci Deloitte w przypadku Ekstraklasy, podobnie jak ligi szwedzkiej i duńskiej, nie przewidują znaczących wzrostów przychodów w kolejnej edycji raportu.

Kurs wymiany

Do przeliczenia wartości podanych w euro oraz funcie brytyjskim zastosowano średni kurs wymiany z roku zakończonego 30 czerwca 2017 r. (1 GBP = 1,16 EUR).

Koszty wynagrodzeń

Koszty wynagrodzeń dotyczą wszystkich pracowników (w tym zawodników, a także personelu technicznego i administracyjnego) i obejmują wynagrodzenia, opłaty z tytułu transferu zawodników, premie, odprawy, składki na ubezpieczenie społeczne, a także inne koszty świadczeń pracowniczych

Wśród inwestorów nadal dominują pozytywne nastroje

Doniesienia ze strony EBC wpływają na wzrost rentowności obligacji w Europie. Czwartkowy handel przyniósł kontynuację zwyżki kursu EURUSD do 1,184 i spadku EURPLN do 4,255. Dzisiaj Fitch dokona przeglądu oceny kredytowej Polski.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Ustabilizowanie się sytuacji politycznej w Europie i rosnące oczekiwania na szybsze wyjście z QE rozbudzone przez głównego ekonomistę EBC nadal poprawiają klimat inwestycyjny. W rezultacie czwartkowy handel przyniósł kontynuację zwyżki kursu EURUSD do 1,184 i spadku EURPLN do 4,255. Lokalne czynniki nadal mają mniejsze znaczenie dla notowań naszej waluty, niemniej dobra sytuacja budżetowa, czy brak nasilania łagodnego nastawienia w polityce monetarnej przez RPP dodatkowo sprzyjają złotemu. Stopy procentowe NBP nadal pozostają bez zmian, a Rada podtrzymuje zapowiedź stabilnego kosztu pieniądza w Polsce w perspektywie najbliższych lat. Tym samym wręcz ostatnio ostudziła oczekiwania odnośnie kształtowania się stóp w 2019 roku narosłe na skutek wyższych na świecie cen ropy naftowej, w maju sięgających 80 dolarów za baryłkę ropy Brent.

Z danych gospodarczych na rynek dotarły kolejne słabe wyniki dla Niemiec. W kwietniu zamówienia w przemyśle spadły o 2,5% m/m wobec oczekiwanego wzrostu o 0,8%. Przy obecnych pozytywnych nastrojach względem euro dane nie miały wpływu na euro. W piątek rynek pozna niemiecką produkcję przemysłową, która również może nie być za mocna (prognoza: w kwietniu 0,3% m/m wobec 1,0% wcześniej) potwierdzając wytracanie momentum przez europejską gospodarkę.

Fitch dokona dzisiaj przeglądu oceny ratingowej Polski. Oczekuje się, że agencja podtrzyma dotychczasową ocenę A- oraz utrzyma stabilną perspektywę ratingu pomimo korzystnej obecnie sytuacji gospodarczej i fiskalnej kraju. Na braku zmian zaważyć mogą czynniki średniookresowe. W kwietniu wyższą perspektywą ratingu Polski zaskoczyła S&P. Należy jednak zwrócić uwagę, że bieżący rating Polski (A-) wg Fitch jest i tak o jeden poziom wyższy niż wg S&P (BBB+). Pomimo spodziewanego braku poprawy oceny dla Polski ze strony Fitcha, komentarz agencji może okazać się pozytywny dla notowań obligacji skarbowych. W ostatnim czasie wyniki deficytu budżetowego czy też wzrostu PKB okazywały się lepsze od oczekiwań agencji, a ponadto od czasu ostatniego przeglądu ratingu Fitch podniósł swoje prognozy dla Polski. Niski poziom ryzyka kredytowego Polski widoczny jest również w notowaniach instrumentów finansowych. Choć 5-letni CDS dla Polski wzrósł w skali ostatniego miesiąca o blisko 15pb, to było to raczej skutkiem wydarzeń zagranicznych niż lokalnych. W analogicznym okresie CDS dla Hiszpanii wzrosły o blisko 30pb, a dla Włoch o blisko 150pb. Adekwatną miarą dla oceny ryzyka kredytowego w ostatnim czasie może być poziom ASW, który w sektorze 10-letnim znajduje się poniżej 30pb, a w 5-letnim spadł nawet poniżej zera. Jednak pomimo stosunkowo przyjaznego środowiska lokalnego dla obligacji, w czwartek doszło do wzrostu rentowności w Polsce o około 3pb. Ruch ten był jednak w dużym stopniu wywołany przez doniesienia rynkowe na temat zaostrzenia stanowiska EBC. Do analogicznego przesunięcia się krzywej dochodowości w górę dochodziło w krajach strefy euro, gdzie Bund 10Y przekraczał poziom 0,50%.

Wykres dnia: Notowania ASW w Polsce utrzymują się w pobliżu tegorocznych dołków, odzwierciedlając pozytywny wpływ czynników lokalnych.

Notowania ASW w Polsce utrzymują się w pobliżu tegorocznych dołków, odzwierciedlając pozytywny wpływ czynników lokalnych
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Żródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Rośnie popyt na pracowników zza granicy

Sytuacja na polskim rynku pracy pozostaje korzystna – na koniec kwietnia stopa bezrobocia sięgnęła 6,3%. Zgodnie z przewidywaniami firmy Coface, bezrobocie będzie się obniżać – głównie za sprawą pracowników sezonowych. Wynik powinien spaść poniżej 6%. Ta dobra koniunktura jest odczuwana przez gospodarstwa domowe, ale dla firm i pracodawców sytuacja jest odwrotnaZmagają się oni z rosnącą presją płacową – kolejny rok z rzędu – coraz trudniej jest zapełnić dostępne wakaty. Badania GUS mówią, że jedną z najbardziej istotnych barier rozwoju są niedobory kadrowe. Stały się one bardziej istotne, niż niepewność co do kształtowania się popytu na naszym rynku.

– W Polsce mamy pewien zasób osób, którzy nie mają pracy – około milion bezrobotnych. Wydaje się, że nie są to pracownicy kwalifikowani z aktualnym zapotrzebowaniem pracy. Z drugiej strony rosnący udział świadczeń socjalnych powoduje, że niektóre osoby pozostają bez pracy z własnego wyboru – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w regionie Europy Centralnej – Analizując całokształt rynku pracy, będziemy obserwowali rosnący popyt na pracowników zza granicy, ponieważ zasób Polaków na rynku pracy już się skurczył i nie pozwala na zaspokojenie bieżących potrzeb. Nie dziwi nas, że nie tylko pracownicy z Ukrainy pojawili się w Polsce – są to także Białorusini czy Nepalczycy, którzy zajmują trzecie miejsce obcych narodowości obecnych na naszym rynku pracy. Będziemy obserwowali także napływ dodatkowej siły roboczej z byłych krajów ZSRR – jak Kazachstan czy Tadżykistan. Napływ zagranicznej siły roboczej na polski rynek pracy jest pewną ulgą dla przedsiębiorstw i kurczących się zasobów kadrowych, jednak nadal jest on niewystarczający – szczególnie patrząc na prognozy demograficzne. Pracodawcy wciąż będą odczuwali wpływ ograniczonego zasobu i dostępu do pracowników, a presja płacowa będzie rosła – wskazał Sielewicz.

Waluta i gospodarka faworyta Mistrzostw Świata w piłce nożnej

Brazylijska piłka nożna od dziesięcioleci jest światową potęgą. Z gospodarką tego kraju – na przestrzeni choćby ostatnich lat – już nie jest tak dobrze. Ale perspektywy są dobre. Jest to o tyle ważne, że Brazylia jest jednym z największych partnerów biznesowych Polski w Ameryce Łacińskiej.

Na początku 2018 roku, jak i przez cały poprzedni rok, real brazylijski (BRL) był poddany stosunkowo niewielkim zmianom kursu – w przeciwieństwie do dwóch poprzednich lat, kiedy był jedną z najbardziej zmiennych światowych walut. Na początku kwietnia waluta Brazylii uległa jednak wyprzedaży i okazała się być jedną z bardziej wrażliwych na umocnienie dolara amerykańskiego. Kurs reala do dolara amerykańskiego spadł w okolice najniższych poziomów od marca 2016 r., a sama waluta osłabiła się o ok. 15% od początku roku.

Kurs USD/BRL (czerwiec ‘17-czerwiec ‘18)

brazyliaŹródło: Thomsons Reuters Datastream Data: 07/06/18

Ryzyko polityczne

W związku z faktem, iż w październiku bieżącego roku Brazylię czekają kolejne wybory, niestabilność polityczna również ma obecnie istotny wpływ na kurs reala. Wyniki sondaży wskazują silne poparcie dla uznawanego za praworządnego, kongresmana Jaira Bolsonaro. Jego nieprzewidywalność w kontekście polityki gospodarczej i fiskalnej niepokoi jednak inwestorów. Nie uwzględniając kandydatury byłego prezydenta Brazylii, Luiza Inacio Luli de Silvy, który najpewniej nie będzie mógł jednak wystartować w wyborach ze względu na odsiadywany wyrok, Bolsonaro jawi się liderem zestawienia. Wyprzedza obecnie większość kontrkandydatów, jednak pozostali pretendenci już teraz próbują formować koalicje. Obawy związane z wyborami związane są m.in. ze sporym ryzykiem, że administracja państwowa nie będzie kontynuować reform fiskalnych zapoczątkowanych przez urzędującego prezydenta Michela Temera.

Niestabilność polityczna jest nieobca Brazylii. Szereg skandali z udziałem wysokich rangą urzędników negatywnie wpływał na wartość reala na przestrzeni ostatnich lat. Byłą prezydent kraju, Dilmę Rousseff, poddano impeachmentowi w kwietniu 2016 r, a obecnie urzędującego prezydenta, Michela Temera, oskarża się o udział w tuszowaniu korupcji – w tym odpowiedzialności byłego marszałka parlamentu, Eduardo Cunhę. Oskarżenia nie doprowadziły dotychczas do jego dymisji. W październiku prezydent stanął przed Kongresem Narodowym, jednak utrzymał stanowisko.

Poprawa w gospodarce

Inwestorów ostatnimi czasy niepokoi również stan brazylijskiej gospodarki. Po dwóch latach recesji, kraj wynurzył się z jednego z najgłębszych kryzysów od dziesięcioleci. W ubiegłym roku wreszcie zaczęły rosnąć wydatki gospodarstw domowych, które stymulowały m.in. środki rządowe. Specjalny fundusz umożliwia pracownikom pobieranie środków z tytułu odprawy. W ten sposób gospodarka otrzymała zastrzyk o wartości około 14 mld USD. Tempo ożywienia mimo wszystko pozostaje jednak stosunkowo niskie. Roczny wzrost PKB wyniósł 2,1% w ostatnim kwartale ubiegłego roku, obniżył się jednak do 1,2% rocznie w pierwszym kwartale 2018 r. – w tym przypadku negatywnie zaważyła statystyka, niemniej dane nie imponują.

Roczny wzrost PKB w Brazylii (2006-2018)

Roczny wzrost PKB w BrazyliiŹródło: Thomsons Reuters Datastream Data: 07/06/18

Bilans handlowy kraju jest dodatni. Licząc od marca 2015 r. gospodarka w każdym miesiącu odnotowywała nadwyżki handlowe. Poprawa sytuacji w gospodarkach świata i względnie słaby BRL przyczyniły się do wzrostu eksportu. Z kolei słabość rynku wewnętrznego nie sprzyjała importerom. Indeks PMI dla przemysłu znajdował się powyżej poziomu 50 w każdym miesiącu ubiegłego jak i bieżącego roku, co oznacza, utrzymującą się ekspansję sektora. Sama produkcja przemysłowa rośnie nieustannie od maja 2017 roku. Odmiana nastąpiła po trzyletnim okresie spadków.

Inflacja w Brazylii stanowi jeden z powodów do optymizmu co do przyszłości kraju. Od początku ubiegłego roku dynamika cen znajduje się na poziomach, które znacznie bardziej odpowiadają ekonomistom – jest to niezwykle istotne, bowiem kraj historycznie miał spore problemy z panowaniem nad nieprzewidzianym wzrostem inflacji. W kwietniu inflacja CPI osiągnęła poziom 2,76% i znajduje się niewiele poniżej celu inflacyjnego 3-6%. Obecny poziom inflacji jest w okolicy najniższego od 1998 r. Nie wykluczamy jednak, że w 2018 r. tempo wzrostu cen w Brazylii zwiększy się.

Z uwagi na osłabienie presji inflacyjnej, Centralny Bank Brazylii (BACEN) miał możliwość prowadzenia polityki pieniężnej nastawionej na stymulację gospodarki. Dotychczas w 2018 r, jak i w całym ubiegłym roku, bank kilkakrotnie obniżał stopy procentowe. Redukcja głównej stopy w marcu sprawiła, że obniżyła się ona do rekordowo niskiego poziomu 6,5%. Tym samym stopa SELIC na przestrzeni niemal roku spadła o ok 800 punktów bazowych. W maju bank zrezygnował jednak z kolejnej rundy obniżek, tłumacząc się silną aprecjacją dolara, która zniechęca inwestorów do aktywności na rynkach wschodzących. Prawdopodobieństwo kolejnych cięć wydaje się być coraz bardziej odległe, zważając na niedawną słabość waluty. Tym samym ostatnia redukcja głównej stopy procentowej może oznaczać koniec okresu luzowania polityki monetarnej. Nagłe wyhamowanie wzrostu cen oznacza, że realne stopy procentowe w Brazylii pozostają wysokie, niewiele niższe niż od poziomu 5%. Są to jedne z najwyższych realnych stóp w regionie, co powinno stanowić wsparcie dla reala.

Wysoki poziom rezerw walut obcych pozostaje jednym z głównych czynników wspierających reala, z uwagi na fakt, iż daje bankowi centralnemu możliwość interwencji na rynku walutowym, jeżeli tylko BACEN uzna za konieczne powstrzymanie dalszej deprecjacji BRL. Wartość rezerw obecnie odpowiada wartości aż 30 miesięcy krajowego importu.

Prognoza Ebury

Premia za ryzyko, związana z październikowymi wyborami i zawarta w wycenie BRL, naszym zdaniem oznacza, że w najbliższych miesiącach real może być bardziej wrażliwy na aprecjację dolara. Z drugiej strony, zaobserwowana w ostatnich tygodniach wyprzedaż waluty była w naszej opinii nieco przesadzona. Warunki gospodarcze w kraju ulegają stopniowej poprawie, a wysoki poziom realnych stóp procentowych i ogromne rezerwy walutowe powinny nadal wspierać BRL, i tym samym pozwolić na odrobienie większości ostatnich strat na przestrzeni nadchodzących miesięcy. Na koniec roku USD/BRL powinien wynosić 3,45 a BRL/PLN 1,04.

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Zabezpieczenia na poziomie oprogramowania są łatwe do zhakowania. To istotny problem zwłaszcza w przypadku Internetu Rzeczy

Zabezpieczenia na poziomie oprogramowania są łatwe do zhakowania. To istotny problem zwłaszcza w przypadku Internetu Rzeczy 1

Hakerzy bez trudu radzą sobie za złamaniem zabezpieczeń na poziomie oprogramowania. Otwiera im to furtkę dostępu do ważnych dla użytkowników danych. Specjaliści w zakresie cyberbezpieczeństwa radzą, by zabezpieczenia znajdowały się nie tylko na poziomie oprogramowania, lecz także samych urządzeń. Może oznaczać to wyższy koszt, ale uchroni przed przykrymi skutkami złamania zabezpieczeń np. w licznikach energii elektrycznej. Straty spowodowane atakami hakerskimi w 2021 roku mogą wynieść nawet 6 bln dol.

– Ogólna tendencja jest taka, żeby w tej chwili wszystkie zabezpieczenia robić w oprogramowaniu. Powód jest banalny, bo to jest tanie i łatwe w rozpowszechnianiu, sprzedaży. Jednak rozwiązania czysto software’owe są niestety stosunkowo łatwe do zhakowania, ponieważ albo można włamać się na serwer, albo podłożyć dane, które oszukają system. Jeżeli zhakujemy software, to mamy wszystkie klucze, co oznacza, że bezpieczeństwa systemu już nie ma, że system jest transparentny. Do tego, żeby ten system był bezpieczny, miejsce, gdzie przechowywane są klucze, musi być też bezpieczne, to nie może być plik zaszyfrowany w sofcie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Smołko z STMicroelectronics.

Na rynku dostępne są klucze sprzętowe podłączane do komputera przez port USB. Dostęp do takich urządzeń kontrolowany może być na przykład przez 128-bitowe algorytmy szyfrujące. Urządzenie umożliwia dostęp i korzystanie z danego oprogramowania tylko po podłączeniu urządzenia do komputera. W ten sposób powstaje kanał bezpośredniej komunikacji odporny na ataki hakerów i zapewniający wysoki poziom bezpieczeństwa przy próbie dostępu z pominięciem klucza sprzętowego. Koszt takiego rozwiązania to około 400 zł.

Podstawą zabezpieczenia sieci przed atakami hakerskimi są natomiast firewalle. Urządzenia te mają za zadanie umożliwić odseparowanie sieci lokalnej od internetu. Ich praca polega na ograniczaniu dostępu do sieci wewnętrznej, a tym samym na blokowaniu ataków hakerskich. Cena urządzenia waha się od niespełna 200 do nawet ponad 5 tys. zł, w zależności od stopnia zaawansowania urządzenia.

Rozwiązaniem mogą być też specjalne chipy służące do zapisywania certyfikatów i kluczy, czyli wszystkich danych, które są używane w procesie uwiarygodnienia. Włamanie się do nich jest dużo trudniejsze, niż ma to miejsce w przypadku zabezpieczeń tylko systemowych. Urządzenia zabezpieczone są również przed rozkodowaniem z użyciem tak zaawansowanych technologii, jak mikroskopy elektronowe rozpoznające ładunki. Bezpieczeństwo gwarantuje m.in. rozproszenie bloków funkcjonalnych.

– Procesor wykonany jest w specjalny sposób, z dodatkowymi procesami technologicznymi, które uniemożliwiają skanowanie mikroskopem skanującym, tzw. elektronowym, który sczytuje ładunki. Wykorzystują technologię spread, która powoduje, że bloki funkcjonalne nie są skupione w jednym miejscu, są rozrzucone w sposób dość losowy po chipie. Taki układ służy do zapisania certyfikatów oraz kluczy. Certyfikat to coś, czego używamy w procesie uwiarygodniania do stwierdzenia czy komunikujemy się naprawdę z urządzeniem, które jest nam znane – tłumaczy Krzysztof Smołko.

Poważnym problemem, z jakim borykają się m.in. użytkownicy smartfonów, są zagrożenia związane ze stosowaniem podrobionego sprzętu, takiego jak słuchawki. Nie chodzi w tym przypadku o ataki hakerskie, lecz możliwe mechaniczne uszkodzenia wynikające chociażby z niedopasowania wtyczek. W skrajnych przypadkach podrobiony sprzęt może doprowadzić do zwarcia i uszkodzenia telefonu. Producenci urządzeń, w trosce również o własny biznes, zaczęli więc stosować chipy uwierzytelniające opierające się na algorytmach kryptograficznych czy czujnikach wykrywających niebezpieczeństwo o charakterze elektrycznym lub fizycznym

Zastosowanie solidnych mechanizmów uwierzytelniających jest szczególnie istotne w przypadku urządzeń Internetu Rzeczy, które w różny sposób wiążą się z zarządzaniem pieniędzmi. Złamanie dostępu do liczników energii elektrycznej może się okazać bardzo kosztowne.

– Jeżeli ktoś zhakuje nasz gazomierz, może nam podkładać fałszywe dane. W rezultacie może się okazać, że płacimy rachunki nie tylko za siebie, lecz także za sąsiada. Jeżeli mówimy o tak banalnej rzeczy, jak licznik energii elektrycznej, sytuacja jest banalna wtedy, kiedy to jest mój prywatny licznik i płacę 200 zł miesięcznie. Jeżeli jest to zakład produkcyjny, który pobiera energii milion razy więcej ode mnie i rachunki za prąd idą w miliony, to zhakowanie takiego licznika zbiorczego i dorzucenie do niego drobnych 200 tys. może przejść niezauważone. Strona, która te dane zbiera, czyli operator, musi mieć gwarancję, że dane, które otrzymał są wiarygodne, że na pewno pochodzą z tego konkretnie źródła, a nie z innego. Jedyną metodą na dzisiaj znaną jest uwiarygodnienie na bazie sprzętu, wszelkie metody software’owe są niestety proste do złamania – twierdzi przedstawiciel STMicroelectronics.

Z przewidywań Grand View Research wynika, że rynek mikrokontrolerów zabezpieczających urządzenia Internetu rzeczy do 2022 roku osiągnie wartość ponad 3,5 mld dol. Według Gartnera w 2020 r. do sieci będzie podłączonych 20 mld urządzeń IoT.

Prognozy Cybersecurrity Ventures wskazują, że do 2021 roku roczne koszty spowodowane przez cyberprzestępców wyniosą 6 bln dol., tymczasem wydatki na cyberbezpieczeństwo w latach 2017–2021 mają wynieść 1 bln dol. Do 2022 roku z internetu będzie korzystać już 6 mld ludzi (75 proc. całej populacji).

Firmy płacą coraz większe odszkodowania za korzystanie z nielegalnego oprogramowania. Naraża ich to również na cyberataki

Firmy płacą coraz większe odszkodowania za korzystanie z nielegalnego oprogramowania. Naraża ich to również na cyberataki 2

W Polsce 46 proc. oprogramowania jest wykorzystywane nielegalnie, a jego wartość oszacowano na 415 mln dol. – wynika z najnowszych danych BSA, międzynarodowej organizacji zajmującej się walką z piractwem. To naraża firmy na wysokie kary, a także na straty wizerunkowe. Nielegalne oprogramowanie może zagrozić bezpieczeństwu informatycznemu firmy i stać się źródłem złośliwych ataków, które mogą być brzemienne w skutkach finansowych. 

Prawie połowa (46 proc.) używanego w Polsce oprogramowania jest wykorzystywana nielegalnie, bez odpowiednich licencji – wynika z najnowszego raportu BSA (Business Software Alliance), działającej na całym świecie branżowej organizacji, reprezentującej producentów oprogramowania i sprzętu komputerowego, która zajmuje się walką z piractwem. W porównaniu z poprzednim badaniem z 2015 roku skala naruszeń praw autorskich spadła o 2 pkt proc., ale wciąż jest dużo wyższa niż unijna średnia (28 proc.).

– Od krajów UE dzieli nas przepaść, nie wspominając już o USA czy Japonii, gdzie skala naruszeń nie przekracza 20 proc. Problem jest istotny, a o jego skali świadczy również wartość nielegalnego oprogramowania. Analitycy oszacowali, że w 2017 roku oprogramowanie wykorzystywane w Polsce bez licencji było warte 415 mln dol. – mówi agencji Newseria Biznes Bartłomiej Witucki, przedstawiciel BSA w Polsce.

Licencja oprogramowania to pozwalająca na korzystanie z danej aplikacji umowa zawarta pomiędzy jej użytkownikiem a podmiotem, który dysponuje do niej prawami autorskimi. Niemal każde oprogramowanie jest prawnie chronione licencją.

Brak licencji może być przyczyną poważnych kłopotów dla przedsiębiorstw, które – w przypadku audytu – będą zmuszone zapłacić wysokie kary. W ubiegłym roku polskie firmy musiały zapłacić w sumie 2,2 mln zł odszkodowań za korzystanie z pirackiego oprogramowania na rzecz producentów zrzeszonych w BSA – to o 46 proc. więcej rok do roku.

Główną przyczyną wykorzystywania nielegalnego oprogramowania jest szukanie oszczędności, ponieważ wydatki na oprogramowanie często nie są traktowane jako pierwsza potrzeba. Druga przyczyna to nieświadomość konsekwencji. W ankiecie przeprowadzonej wśród 20 tys. szefów działów IT ponad połowa wskazała zagrożenie bezpieczeństwa informatycznego jako motyw dla korzystania jedynie z licencjonowanego oprogramowania. Okazuje się, że rok temu 54 proc. ataków i awarii było spowodowane zainfekowanym komputerem użytkownika końcowego, przyczyną awarii był tzw. malware – podkreśla Bartłomiej Witucki.

Koszty oprogramowania stanowią znaczną część firmowego budżetu na IT. Mimo to wpływ umów licencyjnych na całą organizację jest niedoceniany. Firmy nie są świadome, że dzięki właściwemu zarządzaniu licencjami oprogramowania mogą znacznie obniżyć koszty. Jak wynika z czerwcowego raportu BSA, już 20-proc. wzrost legalności oprogramowania potrafi zwiększyć zyski firmy o 11 proc. (ponad 0,5 mln dol. w przypadku przeciętnej wielkości firm objętych badaniem).

Z drugiej strony firmy, które instalują pakiet nielicencjonowanego oprogramowania albo nabywają komputer z preinstalowanym oprogramowaniem bez licencji, są narażone na złośliwe cyberataki, które mogą się okazać brzemienne w skutkach finansowych. Jak wynika z danych przytaczanych przez BSA, ataki złośliwego oprogramowania są wykrywane przeciętnie dopiero po 243 dniach i każdorazowo kosztują firmy około 2,4 mln dol. Eksperci podkreślają, że infekcje złośliwym oprogramowaniem są ściśle związane z wykorzystywaniem oprogramowania bez licencji.

– Średni koszt usunięcia awarii na jednym komputerze sięga 10 tys. dol. W dużych organizacjach koszty usuwania awarii wskutek infekcji sieci czy komputerów to ponad 4 mln dol. – mówi Bartłomiej Witucki. – Cyberbezpieczeństwo należy traktować jako podstawowy motywator do wprowadzenia odpowiedniej polityki licencyjnej, do korzystania wyłącznie z legalnego oprogramowania. Mówiąc o konsekwencjach, mamy na myśli nie tylko koszty, lecz także straty, które trudno oszacować, jak utrata poufnych danych, które stanowią tajemnicę przedsiębiorstwa.

Przedstawiciel BSA w Polsce podkreśla, że konsekwencje finansowe, straty wizerunkowe i ryzyko w kontekście bezpieczeństwa informatycznego to najpoważniejsze konsekwencje korzystania z nielegalnego oprogramowania.

Nie można też zapominać o konsekwencjach prawnych. W Polsce uzyskanie programu komputerowego bez zgody osoby uprawnionej w celu osiągnięcia korzyści majątkowej jest traktowane jak kradzież i wiąże się z sankcją karną sięgającą nawet pięciu lat pozbawienia wolności – mówi ekspert BSA.

Polskie firmy poligraficzne gonią Zachód pod względem innowacji. Motorem wzrostu branży są zamówienia z zagranicy

Polskie firmy poligraficzne gonią Zachód pod względem innowacji. Motorem wzrostu branży są zamówienia z zagranicy 3

Polski rynek poligraficzny należy do największych w Europie. Rośnie wartość produkcji, a motorem napędowym branży są zamówienia zagraniczne. Obecnie eksport stanowi ok. 30 proc. sprzedaży, głównie do Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji i krajów skandynawskich. Wielu wydawców z zagranicy decyduje się drukować w Polsce. Mamy dużą przewagę zwłaszcza przy małych zamówieniach i usługach, które wymagają pracy manualnej, ponieważ wygrywamy stosunkowo niskim kosztem pracy. Dodatkowo coraz więcej firm inwestuje w innowacje i zwiększa wydajność. Pod tym względem szybko zbliżamy się do europejskiej czołówki.

– Przez kilkanaście ostatnich lat rynek poligraficzny w Polsce bardzo się rozwinął. Przede wszystkim bardzo pomogły środki unijne, dzięki którym wiele firm zainwestowało i mogło się rozwijać. Ten rynek jest już bardzo dojrzały – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Waldemar Lipka, prezes zarządu firmy Kompap.

Rynek poligraficzny w Polsce notuje szybkie wzrosty. W 2015 roku wartość produkcji sprzedanej branży wyniosła 13,9 mld zł, w 2016 roku – już blisko 15 mld zł. Polska korzysta na stosunkowo niewielkiej różnicy między euro a dolarem. Jeszcze kilka lat temu za jedno euro trzeba było płacić 1,40 dol., obecnie 1,16 dol. Wielu wydawców z zagranicy, którzy wcześniej drukowali książki w Chinach, decyduje się teraz na Europę, a Polska jest beneficjentem tego trendu. Dodatkowo także koszty pracy w Polsce należą do jednych z najniższych w Europie. Według Eurostatu wynoszą 9,4 euro, dla porównania w Danii to 42,5 euro, a w Belgii – blisko 40 euro.

– Przez wiele lat konkurowaliśmy kosztem pracy. W usługach, które wymagają dużo pracy ręcznej, mamy bardzo dużą przewagę. Tam, gdzie potrzebne są prace bardzo zautomatyzowane, to wciąż jeszcze przegrywamy z zachodnimi firmami, ale już nie słyszy się, żeby wydawcy tak gremialnie jak kiedyś odchodzili do Chin – wskazuje Waldemar Lipka.

Jak podkreśla ekspert, Polska nie może jednak spocząć na laurach i budować przewagi konkurencyjnej wyłącznie na niskich kosztach pracy. Zwłaszcza że pojawia się coraz więcej firm poligraficznych w krajach o jeszcze niższych kosztach pracy, np. w Turcji.

Francja, Wielka Brytania, Benelux walczą, w Niemczech upadło kilkanaście tysięcy małych drukarń, ale na rynku są potężne drukarnie, które mają bardzo duże moce produkcyjne, bardzo dobry sprzęt i z nimi bardzo trudno walczyć – podkreśla Waldemar Lipka. – Tam, gdzie są bardzo małe zamówienia, my mamy przewagę, ale tam, gdzie są zamówienia bardzo duże i wymagają dużych nakładów inwestycyjnych, to firmy z zachodu jeszcze nas przerastają. Myślę jednak, że zbliżamy się milowymi krokami.

Do tego konieczne są jednak inwestycje. Na nie stawia również Kompap. W kwietniu firma uruchomiła w drukarni OZGraf – pierwszą w Polsce kompletną linię do oprawy twardej linii Kolbus. Jej instalacja oznacza wzrost potencjału olsztyńskich zakładów w zakresie produkcji książek w twardej oprawie niemal o połowę – do ok. 7–8 mln egzemplarzy.

 Mam nadzieję, że firmy będą inwestowały w innowacje i wydajność. To spowoduje, że będziemy jeszcze bardziej konkurencyjni, nie tylko pod względem kosztów pracowników, lecz także pod względem jakości usług. W Norwegii już nie ma żadnej drukarni dziełowej, bo koszt druku jest tak wysoki. Skandynawia to nasz najlepszy rynek – mówi prezes firmy Kompap.

Według raportu Polskiego Bractwa Kawalerów Gutenberga i KPMG najwięcej eksportujemy do Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji. Coraz częściej pojawiają się też zamówienia z krajów skandynawskich.

– Eksport stanowi 20–30 proc. wartości sprzedanej. W naszych olsztyńskich i białostockich zakładach udział wynosi ponad 25 proc., Imprimus też ma około 30 proc. eksportu. Oczywiście, każdy chciałby więcej, ponieważ ta produkcja jest znacznie bardziej atrakcyjna marżowo, ale rynek też ma swoje ograniczenia – wskazuje Waldemar Lipka.

Największy udział w eksporcie mają książki, gazety i inne wyroby przemysłu poligraficznego, także opakowania i etykiety papierowe czy kartonowe.

Nawet 1/3 kierowców mogła prowadzić auto w stanie nietrzeźwości. Polacy rzadko badają swoją trzeźwość alkomatami

Nawet 1/3 kierowców mogła prowadzić auto w stanie nietrzeźwości. Polacy rzadko badają swoją trzeźwość alkomatami 4

30 proc. polskich kierowców przyznaje, że mogło świadomie lub nieświadomie prowadzić samochód, mając we krwi powyżej 0,2 promila alkoholu – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie firmy AlcoSense Laboratories. Na pytanie o czas potrzebny do wydalenia całego alkoholu ze krwi często udzielali błędnej odpowiedzi, wskazując czas krótszy niż rzeczywiście jest wymagany. Jedynie 14 proc. kierowców przyznaje, że kontroluje swoją trzeźwość przed prowadzeniem samochodu przy użyciu alkomatu, gdy dzień wcześniej spożywało alkohol.

 Prawie jedna trzecia kierowców źle szacuje czas, jaki musi upłynąć, by powrócić do stanu trzeźwości. Szczególnie jeżeli pili poprzedniej nocy i mają jechać kolejnego dnia. Zapytaliśmy ich, kiedy mogą wsiąść za kierownicę po wypiciu poprzedniego dnia pięciu półlitrowych piw. Większość z nich odpowiedziała błędnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Hunter Abbott, dyrektor zarządzający AlcoSense.

30 proc. badanych kierowców wsiadłoby do samochodu następnego dnia przed godziną 10.00, mimo że alkohol nadal krążyłby w ich organizmie. 22 proc. pytanych wsiadłoby za kierownicę nawet przed godziną 9.00, a o tej godzinie przekroczenie dopuszczalnego limitu zawartości alkoholu jest pewne.

– Czas trzeźwienia to bardzo indywidualna kwestia, bo wszyscy się od siebie różnimy. Trudno jest powiedzieć, kiedy jesteśmy gotowi wsiąść za kierownicę, ponieważ około godziny zajmuje wydalenie z organizmu 10 gramów alkoholu. Problem w tym, że nie wiemy, ile gramów alkoholu znajduje się w danym drinku. Przykładowo, w półlitrowym piwie to może być między 20 a 40 gramów. To oznacza, że w przypadku większości ludzi jedno piwo ulatnia się z naszego organizmu w czasie od dwóch do trzech godzin – podkreśla Hunter Abbott.

Co trzeci biorący udział w badaniu kierowca wsiadłby za kółko w mniej niż dwie godziny od wypicia jednego piwa.

Na tej podstawie zakładamy, że co trzeci kierowca w Polsce mógł nieświadomie prowadzić samochód pod wpływem alkoholu spożytego dzień wcześniej. To poważny problem – mówi Abbott.

Prowadzenie samochodu, mając we krwi powyżej 0,2 promila alkoholu, według polskich przepisów jest wykroczeniem. A to oznacza konsekwencje prawne w przypadku kontroli drogowej i obniżenie bezpieczeństwa na drodze.

 Nawet niewielka zawartość alkoholu we krwi zmniejsza możliwości kierowcy, ogranicza zdolność do podejmowania decyzji, wydłuża czas reakcji i obniża prawdopodobieństwo dokonania właściwego wyboru. Również z prawnego punktu widzenia to, czy piłeś wczoraj czy dziś rano, ma takie same konsekwencje. To może być utrata prawa jazdy, kara i koszty dodatkowe. Jeżeli masz pracę, która wymaga poruszania się samochodem, to wraz z prawem jazdy możesz stracić również pracę – podkreśla Hunter Abbott.

Z danych policji wynika, że tylko w 2017 roku funkcjonariusze 17,8 mln razy sprawdzili trzeźwość kierowców. Z badania SW Research dla AlcoSense Laboratories wynika, że 84 proc. kierowców przechodziło w ostatnim roku taką kontrolę przynajmniej raz, a 70 proc. z nich przynajmniej raz w życiu było badanych na obecność alkoholu w organizmie w godzinach między 6.00 a 12.00. Mimo to niewielu kierowców samodzielnie kontroluje swoją trzeźwość.

– Z naszego badania wynika, że robi to mniej niż 14 procent kierowców. A ci, którzy to robią regularnie, zanim wsiądą do samochodu, to bardzo nieliczna grupa. Istnieje więc realna potrzeba zwiększania świadomości na temat tego, dlaczego sprawdzanie swojej trzeźwości w dzień po spożyciu alkoholu jest tak istotne – dodaje Hunter Abbott.

Rośnie zainteresowanie księgowością online. Nowe technologie pomagają małym przedsiębiorcom

Rośnie zainteresowanie księgowością online. Nowe technologie pomagają małym przedsiębiorcom 5

Co piąty Polak chce w ciągu najbliższych lat otworzyć własną firmę. Choć pod względem przedsiębiorczości jesteśmy w europejskiej czołówce, to rośnie liczba firm, które ogłaszają upadłość. Co trzecie przedsiębiorstwo upada po roku działalności, a 70 proc. – po pięciu lat funkcjonowania na rynku. Często odpowiadają za to brak wystarczającej wiedzy finansowej i niekontrolowane płatności. Przed bankructwem może chronić odpowiednio prowadzona księgowość, coraz częściej wybierana w formie online. Nowoczesne platformy służą nie tylko do rozliczeń podatkowych, lecz także do zarządzania sprzedażą czy analiz finansowych.

 Około 30 proc. firm upada w pierwszym roku prowadzenia działalności głównie z powodu utraty płynności finansowej. Już w momencie zakładania firmy na przedsiębiorcę nakładane są liczne obciążenia, począwszy od podatkowo-ubezpieczeniowych, czyli podatek dochodowy, VAT czy składki ZUS, skończywszy na kosztach obsługi księgowej czy prawnej firmy. Wpływ na utratę płynności finansowej firmy ma przede wszystkim brak wiedzy finansowej przedsiębiorców, co przekłada się na to, że brakuje odpowiednich przychodów mogących pokryć ponoszone wydatki – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Angelika Borowska, dyrektor ds. obsługi klienta w platformie wFirma.pl, dedykowanej mikro- i małym przedsiębiorstwom do prowadzenia księgowości online.

Z raportu Global Entrepreneurship Monitor Polska, opracowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości, wynika, że ponad 20 proc. dorosłych Polaków chce założyć firmę w ciągu najbliższych trzech lat (przy 12 proc. średniej w UE). Wysoka jest też samoocena zdolności przedsiębiorczych – 60 proc. osób uznaje swoje umiejętności i wiedzę za wystarczające do prowadzenia firmy. Jednocześnie jednak rośnie liczba firm, które upadają. Euler Hermes podaje, że w 2017 roku odnotowano dziewięćset przypadków niewypłacalności przedsiębiorstw, co oznacza wzrost o 12 proc. w porównaniu z 2016 rokiem.

– Powodem trudności często jest brak wiedzy finansowej oraz brak umiejętności wykorzystania informacji, jej przetwarzania i niezbędnych do tego narzędzi – tłumaczy Angelika Borowska.

Jak podkreśla ekspertka, przed bankructwem pomaga chronić odpowiednie prowadzenie księgowości. Obecne technologie pozwalają na prowadzenie jej we własnym zakresie, nawet początkującym przedsiębiorcom. Na rynku pojawia się coraz więcej usług udostępnianych online oraz oprogramowania, które dostarcza niezbędnych informacji o kondycji firmy.

– Służą temu wszelkiego rodzaju systemy ERP, z których dla mniejszych firm przydatna jest przede wszystkim księgowość internetowa. To nie tylko narzędzie do prowadzenia rozliczeń podatkowych, lecz także rozwiązania wspierające zarządzanie sprzedażą, relacje z klientem, gospodarkę magazynową i wszelkiego rodzaju analizy, finansowe i magazynowe – wskazuje Angelika Borowska.

Księgowość online to programy fakturująco-sprzedażowe wyposażone w takie funkcje, jak np. moduł CRM, który służy do zarządzania relacjami z klientami. Oprogramowania są też zintegrowane z bankowością, urzędami skarbowymi czy z ZUS – to zaś pozwala na bezpośrednie przesłanie deklaracji czy Jednolitego Pliku Kontrolnego. Księgowość internetowa oprócz wygody dzięki automatyzacji procesów pozwala ograniczyć koszty związane z rozliczeniami księgowymi.

– Technologia internetowa pozwala na daleko idące zautomatyzowanie procesów księgowych, zaciąganie dokumentów w formie elektronicznej do systemu, a następnie przetwarzanie według zaprogramowanych wcześniej schematów księgowych. Dodatkowo, integracja księgowości online z bankowością elektroniczną daje możliwość szybkiego rozliczania płatności – przekonuje Ewa Szpytko-Waszczyszyn, dyrektor administracyjny wFirma.pl.

Obecnie w Polsce zarejestrowanych jest ponad 3 mln działalności gospodarczych. Zdecydowana większość przedsiębiorców korzysta z księgowości prowadzonej przez specjalistów. Jak podaje portal ksiegowynastart.pl, ponad 62 proc. firm wybiera biura księgowe, a blisko 10 proc. samodzielnie zatrudnia księgową. Blisko 28 proc. prowadzi księgowość samodzielnie.

 Wśród przedsiębiorców wybierających samodzielne prowadzenie księgowości, już ok. 20 proc. wybiera obecnie księgowość online, w biurach rachunkowych widoczny jest jeszcze pewien konserwatyzm – mówi Ewa Szpytko-Waszczyszyn.

Szacuje się, że w Polsce jest ok. 40 tys. biur rachunkowych. Wartość rynku usług księgowych wycenia się na ok. 5 mld zł.

Jeszcze w 2012 roku, jak wynika z analizy rynku usług księgowych online przygotowanej przez Fundację Rozwoju Biznesu „Starter”, ponad 60 proc. przedsiębiorców nie miało zaufania do księgowości internetowej. Z roku na rok odsetek ten jednak systematycznie spada.

 Widzimy duży wzrost zainteresowania księgowością online, około 30–40 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Sprzyja temu na pewno polityka rządu, doba cyfryzacji i zmiana pokoleniowa – podkreśla Ewa Szpytko-Waszczyszyn.

Bank Millennium z rekordową sprzedażą swojego konta. Liczba Kont 360° po czterech latach przekroczyła milion

Bank Millennium z rekordową sprzedażą swojego konta. Liczba Kont 360° po czterech latach przekroczyła milion 6

Bankowość zmierza w kierunku upraszczania produktów – w ofercie wielu polskich banków zaczyna dominować jeden uniwersalny rachunek. Dyktują to potrzeby klientów ukierunkowane na wygodne, nowoczesne i możliwie jak najprostsze rozwiązania. Bank Millennium otworzył niedawno milionowy rachunek swojego flagowego produktu – Konta 360°. Do jego niesłabnącej od czterech lat popularności przyczynia się wygoda w korzystaniu z rachunku, dostęp do nowoczesnej bankowości mobilnej, dodatkowych funkcjonalności oraz pakiet usług assistance.

– Konto 360° cieszy się niesłabnącą popularnością. W I kwartale otworzyliśmy ponad 100 tys. rachunków, a w ostatnich dniach liczba Kont 360° przekroczyła milion. To wielki sukces produktu, który niezmiennie od czterech lat oferuje klientom szereg korzyści po spełnieniu dwóch prostych warunków – w tym przede wszystkim bezpłatne konto i kartę oraz wypłaty ze wszystkich bankomatów. Wraz z kontem oferowany jest też pakiet assistance, bezpłatny przez pierwsze dwanaście miesięcy korzystania z rachunku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Rybak, członek zarządu Banku Millennium.

Konto 360° jest jednym z najlepiej sprzedających się rachunków osobistych w Polsce. Jego oferta cenowa od samego początku pozostaje niezmieniona.

– W tym roku otwieramy o 16 proc. więcej nowych Kont 360° w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego. Jego rosnącej popularności sprzyjają rekomendacje. Bazując na doskonałej opinii klientów o usługach Banku Millennium, mamy najwyższy współczynnik skłonności do rekomendacji w branży – NPS na poziomie 51 – mówi Wojciech Rybak.

Wskaźnik NPS (miara lojalności klientów wyrażona prawdopodobieństwem polecenia banku rodzinie lub znajomym) dla Banku Millennium obecnie wynosi 51, jednak dla posiadaczy Kont 360° jest jeszcze wyższy i sięga 58. Popularność tego produktu potwierdzają też wyniki programu rekomendacyjnego „Lubię to, polecam”, w którym klienci polecają swoim znajomym założenie Konta 360° i Konta 360° Student. Przez rok trwania pierwszej edycji programu zarejestrowało się w nim ponad 240 tys. klientów.

Jak podkreśla Członek Zarządu Banku Millennium, to zasługa z jednej strony dobrej ceny i oferty, a z drugiej – wygodnej dla klientów sieci dystrybucji, ponieważ rachunek można założyć zarówno w oddziałach banku, jak i w kanałach elektronicznych. Na jego popularność wpływa także wygoda w korzystaniu z rachunku, dostęp do bankowości mobilnej i dodatkowych funkcjonalności oraz pakiet assistance.

– Dostęp do czołowej na rynku aplikacji mobilnej jest ważnym wyróżnikiem. Możliwości realizowania operacji we wszystkich dostępnych kanałach, czyli w oddziałach, bankowości mobilnej, internetowej oraz za pośrednictwem contact center Banku Millennium powoduje, że klient z każdej strony ma zapewniony serwis na najwyższym poziomie. Wreszcie ważnym elementem korzystania z rachunku jest dostęp do innowacyjnych i nowoczesnych funkcjonalności, takich jak uruchomiona w ostatnim czasie tokenizacja kart, dzięki której telefon może pełnić funkcję karty płatniczej, co pozwala płacić nim w sposób bardzo prosty, zbliżeniowy, bez konieczności noszenia ze sobą plastiku. – mówi Wojciech Rybak.

Do Konta 360° oferowany jest „Pakiet Bardzo Pomocny”, który uprawnia posiadacza rachunku do skorzystania z siedmiu świadczeń assistance w ciągu roku. W razie nagłej choroby lub nieszczęśliwego wypadku właściciel konta może przez całą dobę skorzystać z wizyty domowej lekarza lub pielęgniarki, a w razie zdarzenia losowego – m.in. z interwencji hydraulika czy elektryka oraz z naprawy sprzętu AGD, RTV, PC lub smartfona. Pakiet assistance jest bezpłatny przez pierwszych dwanaście miesięcy od założenia rachunku (potem opłata wynosi 4,98 zł miesięcznie).

– Nasza strategia w zakresie Konta 360° nie ulega zmianie. Dzięki niemu mamy bardzo dobre wyniki w pozyskiwaniu nowych klientów. Klienci je doceniają, więc będziemy raczej dążyli w kierunku ciągłego uatrakcyjniania usług, które są dostępne za pośrednictwem Konta 360°, niż zmiany samej konstrukcji –zapowiada Wojciech Rybak.

W czerwcu naukowcy rozpoczną poszukiwania życia na Marsie. Pomogą w tym trójwymiarowe zdjęcia wykonane przez kamerę CaSSIS

Misja Trace Gas Orbiter wchodzi w fazę naukową. Sonda krążąca od 1,5 roku wokół Marsa wykona precyzyjne zdjęcia wytypowanych przez naukowców obszarów, dzięki czemu będzie można lepiej zidentyfikować i scharakteryzować miejsca potencjalnych źródeł gazów powierzchniowych. Może to mieć kluczowe znaczenie dla zbadania, czy i jakie formy życia występują na Marsie. W misji biorą udział Polacy, którzy zbudowali zasilacz do kamery, która służy do przechwytywania obrazów i dźwięków z Marsa.

– Misja Trace Gas Orbiter to wspólna misja europejskiej oraz rosyjskiej agencji kosmicznej, natomiast CaSSIS (Colour and Stereo Surface Imaging System – przyp. red.) jest jednym z czterech instrumentów, które znajdują się na pokładzie sondy krążącej od około 1,5 roku wokół Marsa. Zdjęcia powierzchni Marsa są przesyłane już od ponad roku, a w czerwcu rozpoczyna się faza naukowa misji. Będziemy mieli możliwość wybierania obszarów powierzchni Marsa, które sfotografuje kamera CaSSIS. Spodziewamy się bardzo owocnych wyników z tej misji – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Paweł Wajer z Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk.

CaSSIS, czyli kolorowy i stereofoniczny system obrazowania powierzchniowego pomoże scharakteryzować miejsca, które zostały zidentyfikowane jako potencjalne źródła gazów śladowych i zbadać dynamiczne procesy powierzchniowe, takie jak np. sublimację, procesy erozji i wulkanizm. Przyrząd będzie również używany do certyfikowania potencjalnych miejsc lądowania poprzez charakteryzowanie lokalnych wzniesień, obecności skał i innych możliwych zagrożeń.

– Jedną z zagadek dotyczących Marsa jest pochodzenie metanu, który wydobywa się z powierzchni i znika. Do tej pory nie są znane źródła wydobywania się oraz znikania metanu. Myślimy, że CaSSIS, jak również inne instrumenty, przyczynią się do poznania tych źródeł – przewiduje Paweł Wajer.

Wykonanie tych zadań będzie możliwe dzięki temu, w jaki sposób pracuje kamera CaSSIS. Zdjęcia wykonywane są przez nią w kilku pasmach – podczerwieni, bliskiej podczerwieni, paśmie niebieskim, zielonym oraz panchromatycznym. Istnieje też możliwość wykonywania zdjęć trójwymiarowych.

– Kamera ma możliwość wykonywania zdjęcia tego samego obszaru z tej samej orbity pod różnym kątem. Wykonując w ten sposób zdjęcia, mamy możliwość uzyskania zdjęcia trójwymiarowego powierzchni, a co za tym idzie – mamy możliwość lepszego poznania budowy tej powierzchni. Zdjęcia te będą wykorzystywane do analizy ciekawych geologicznie obszarów Marsa – tłumaczy przedstawiciel Centrum Badań Kosmicznych PAN.

W przygotowaniu wspólnej misji europejskiej i rosyjskiej agencji kosmicznej swój wkład mają Polacy. W Centrum Badań Kosmicznych PAN powstał zasilacz do kamery CaSSIS, jej elementy zasilania zostały zamontowane przez Creotech Instruments z Piaseczna, a znajdujące się na pokładzie lądownika detektory podczerwieni wykonała ożarowska firma Virgo Systems.

Mars stanowi cel badań kosmicznych już od niemal 60 lat. Pierwszą próbę wysłania w jego stronę sondy międzyplanetarnej podjęli naukowcy ze Związku Radzieckiego w 1960 roku, jednak dopiero cztery lata później amerykańska sonda Mariner 4 dokonała udanego przelotu w pobliżu tej planety i dostarczyła jej pierwszych zdjęć.

Rząd dopłaci do czynszów. Program „Mieszkanie na start” ruszy od 2019 roku

Rząd dopłaci do czynszów. Program „Mieszkanie na start” ruszy od 2019 roku 7

Projekt ustawy dotyczącej programu „Mieszkanie na start” został przyjęty przez Komitet Stały Rady Ministrów i teraz trafi pod obrady rządu. Zakłada on dopłaty do czynszów w pierwszych latach najmu mieszkania. Będą z niego korzystać osoby, które mają zbyt wysokie zarobki na mieszkania komunalne, ale których nie stać na kredyt hipoteczny. O tym, kto będzie mieć pierwszeństwo przy staraniach o dopłaty, będą decydować gminy. Program ma zacząć obowiązywać od początku przyszłego roku.

Program „Mieszkanie na start” to kluczowy element pakietu Mieszkanie Plus, obok budowy mieszkań czynszowych.

To pomoc dla tych wszystkich, którzy zechcą zamieszkać w mieszkaniach wybudowanych w ramach programu Mieszkanie Plus, adresowany do wszystkich, którzy będą budowali w budownictwie czynszowym. Korzystać z niego będą mogli ci najemcy, którzy spełnią kryterium dochodowe, czyli zarobki będą niższe niż przeciętne – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Artur Soboń, sekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Wysokość  dopłaty będzie uzależniona od wielkości gospodarstwa domowego i jego dochodów oraz lokalizacji nieruchomości. Próg dochodowy w ustawie dla gospodarstwa jednoosobowego określono na 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia (ok. 2,5 tys. zł). Będzie on zwiększany o 30 pkt proc. na każdą kolejną osobę. W gospodarstwie trzyosobowym wyniesie więc 120 proc. przeciętnego wynagrodzenia.

Przykładowo rodzina 2+2, płacąca czynsz w wysokości ok. 1,5 tys. zł, dostanie blisko 1/3 w ramach dopłaty z tej ustawy przez 9 lat – mówi Artur Soboń. – Wszystko po to, by zachęcać osoby do korzystania z programu Mieszkanie Plus, żeby zostawały w Polsce, tutaj planowały przyszłość zawodową i rodzinę.

Osoby, które będą się ubiegały o dopłaty, będą musiały przedstawić dokumenty potwierdzające zdolność do regularnego opłacania czynszu, a gminy okresowo będą mogły weryfikować prawo najemcy do dopłaty. Kryteria pierwszeństwa przyznawania dopłat określą gminy.

Program jest skierowany przede wszystkim do młodych polskich rodzin, bo to one są dziś najbardziej wykluczone z możliwości uzyskania pomocy ze strony państwa. Często nie są to osoby najuboższe, dla których mamy mieszkania komunalne czy socjalne, ale nie stać ich też na własne mieszkanie i kredyt hipoteczny – podkreśla Artur Soboń.

Jak szacuje ministerstwo, ok. 40 proc. społeczeństwa z różnych przyczyn nie stać na kupno mieszkania.

W katalogu kryteriów pierwszeństwa, które ministerstwo zaproponowało gminom, są m.in. liczba dzieci, niepełnosprawność, migracje za pracą.

Po programie spodziewamy się dwóch efektów. Z jednej strony to efekt społeczny, a z drugiej – proinwestycyjny – kilkadziesiąt tysięcy nowych mieszkań. To jest duży zastrzyk dla gospodarki – mówi sekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju. – Dziś mamy taką strukturę mieszkaniową, że ok. 5 proc. ogółu stanowią mieszkania czynszowe. W UE to jest średnio 30 proc. Chcemy, żeby ten odsetek cały czas wzrastał, żeby te mieszkania czynszowe, dostępne cenowo, sprzyjały mobilności na rynku pracy i temu, by polskie rodziny zostawały w Polsce.

Jednocześnie rząd chce zachęcić inwestorów do budowania lokali na wynajem. Celem jest zwiększenie podaży do ok. 250 tys. mieszkań oddawanych rocznie do użytkowania.

Takich mieszkań jest w Polsce za mało. Dotychczasowe przepisy raczej nie zachęcały do tego, by inwestować w mieszkania inne niż na sprzedaż, choćby dlatego, że partnerzy – najemca i wynajmujący – nie mieli równych praw w tym systemie. Wyraźnie preferowany był najemca. Umowa w postaci najmu instytucjonalnego, który wprowadziliśmy ustawą o KZN, zostanie jeszcze doregulowana specustawą mieszkaniową, którą za chwilę pokażemy na Radzie Ministrów, bo zakładam, że w przyszłym tygodniu zajmie się nią Komitet Stały Rady Ministrów. To będzie dobra formuła, która zabezpieczy interesy i najemcy, i wynajmującego, nie tworząc sytuacji, w której nie będzie się opłacać budować mieszkań czynszowych – podkreśla Artur Soboń.

Jak zbudować halę produkcyjną?

Każdy zakład przemysłowy potrzebuje odpowiedniej przestrzeni do prowadzenia działalności produkcyjnej. Dlatego też nawet niewielkie przedsiębiorstwa prędzej czy później muszą pomyśleć o odpowiednim budynku. Jednak jak dobrze wybrać i szybko zbudować halę produkcyjną?

Hala produkcyjna – jaka powinna być?

Wbrew pozorom decyzja o budowie hali produkcyjnej wcale nie musi być prosta. Wiąże się ona z poważnymi wydatkami inwestycyjnymi, koniecznością określenia wymagań odnośnie budynku, znalezienia odpowiedniej lokalizacji i wreszcie – dobrego wykonawcy. Co ważne, zaniedbania na tym wstępnym etapie mogą być bardzo bolesne w skutkach. Przykładowo zbyt mała hala bardzo szybko okaże się za ciasna na potrzeby rozwoju firmy, co poskutkuje dodatkowymi kosztami, zła lokalizacja może z kolei znacznie utrudnić logistykę, a kiepski wykonawca może doprowadzić do opóźnień w budowie czy słabej jakości całego budynku. Dlatego też tak ważne jest odpowiednie przygotowanie inwestycji i dokładne określenie oczekiwanych parametrów budynku.

Hala stalowa czy murowana – która lepsza?

Bardzo ważną kwestią związaną z budową hali produkcyjnej jest z pewnością wybór metody budowy. Obecnie na rynku największe znaczenie mają dwa rozwiązania – klasyczne murowane i nowoczesne – stalowe. Które z nich jest lepsze?

Porównując hale stalowe z murowanymi przede wszystkim warto zwrócić uwagę na czas budowy i walory użytkowe. W obu tych przypadkach zdecydowanie lepiej wypada nowsze rozwiązanie, które postawić można w kilka miesięcy. Dodatkowo nie wymaga ono też sezonowania celem pozbycia się wilgoci. Pod względem użytkowym przewagą hal stalowych jest z kolei mniejsza liczba podpór wewnątrz – lub nawet ich brak – oraz modułowa konstrukcja, która umożliwia szybką i bezproblemową rozbudowę obiektu z zachowaniem ciągłości architektonicznej. Innymi zaletami hal stalowych jest też łatwiejsze ich utrzymanie, a także możliwość odzyskania i sprzedaży około 90% elementów konstrukcyjnych w przypadku rozbiórki budynku. Bez wątpienia więc hala stalowa jest zdecydowanie lepszym rozwiązaniem – mówi specjalista z firmy Frisomat.

Hale stalowe – co jest potrzebne do ich budowy?

Hala produkcyjna magazyn
autor: Alexey Fursov, stock.adobe.com

Podjęcie decyzji o budowie hali produkcyjnej, wybranie technologii wykonania i określenie potrzeb to jednak tylko początek drogi do powstania budynku. Kolejnym krokiem powinno być wykonanie planu architektonicznego, który zawierać będzie ogólne informacje na temat inwestycji. Plan ten jest niezbędny do złożenia wniosku w urzędzie miasta lub gminy dotyczącej warunków zabudowy i zagospodarowania terenu. Po jej uzyskaniu konieczne jest też wykonanie mapy geodezyjnej, z naniesionym budynkiem i innymi instalacjami. Kolejnym krokiem w kierunku budowy hali produkcyjnej będzie wystąpienie o samo pozwolenie na budowę. Podstawowym warunkiem jej uzyskania jest z kolei przedstawienie projektu budynku i zagospodarowania terenu, który rzecz jasna powinien spełniać wszelkie normy (przeciwpożarowe, BHP, sanitarno-epidemiologiczne itp.) oraz musi być skonsultowany z innymi lokalnymi instytucjami np. z zarządem dróg. Sam wniosek o wydanie pozwolenia złożyć trzeba w wydziale architektury danego powiatu, który ma 65 dni na podjęcie decyzji. Dopiero po jej wydaniu możliwe jest rozpoczęcie prac budowlanych przez konkretnego wykonawcę.

Ile kosztuje hala stalowa?

Jak więc widać, proces uzyskiwania zgody na budowę hali stalowej przebiega dokładnie tak samo jak w przypadku budynków murowanych. A ile kosztuje sama budowa hali stalowej?

Niestety odpowiedź na to, zdawałoby się, proste pytanie nie jest wcale łatwa. Wynika to z szeregu czynników, które mają zasadniczy wpływ na końcową cenę, a także różnego podejścia wykonawców. Zaczynając od drugiej kwestii – często zdarza się, że oferty prezentowane jako zdecydowanie najtańsze uwzględniają tylko samo postawienie hali, bez jej wykończenia i wyposażenia w niezbędne instalacje. Dlatego też zawsze trzeba dokładnie sprawdzić, jaki zakres robót obejmuje umowa. Realna różnica w cenie wykonania zależy z kolei przede wszystkim od rodzaju zastosowanych materiałów, typu wypełnienia ścian, posadzki, wytrzymałości dachu, liczby okien, bram i drzwi. Warto przy tym podkreślić, że rzadko kiedy opłaca się w tych kwestiach przesadnie oszczędzać, gdyż różnice użytkowe między dobrymi i kiepskimi rozwiązaniami są naprawdę duże, a cenowe – niewielkie. Dobrą informacją dla inwestorów jest też z pewnością fakt, że koszt budowy nowoczesnej hali stalowej realnie jest zbliżony do ceny budynku murowanego – co z całą pewnością w wielu przypadkach może być kwestią decydującą – dodaje specjalista z firmy Frisomat.

Jak więc zbudować halę produkcyjną? Przede wszystkim – rozsądnie i po kolei! Kluczem do sukcesu jest z całą pewnością dokładne zaplanowanie inwestycji, określenie potrzeb, wybór dobrego wykonawcy i pozytywne przejście przez wszystkie formalności. Jeśli te elementy wykonamy dobrze, to sama budowa będzie najprostszym etapem!

ABC leasingu nowego auta. Kilka sprawdzonych wskazówek

Leasing nowych samochodów cieszy się ogromną popularnością – korzysta z niego nawet 40 proc. małych przedsiębiorców. Aby jednak tego rodzaju forma finansowania przyniosła maksymalne korzyści, warto zwrócić uwagę na kilka kwestii. Jeżeli przymierzasz się do leasingu, skorzystaj z poniższych wskazówek.

Leasing samochodowy to rozwiązanie, dzięki któremu można wiele zyskać: począwszy od niższych podatków, a skończywszy na zachowaniu płynności finansowej. Grunt to znaleźć ofertę leasingową dopasowaną do indywidualnych potrzeb i oczekiwań przedsiębiorcy. Stojąc przed tą ważna decyzją, warto wziąć pod uwagę kilka ważnych aspektów.

Leasing operacyjny czy finansowy?

Jeśli chodzi o leasing, nowe samochody najczęściej finansowane są leasingiem operacyjnym. Jednak część przedsiębiorców decyduje się na leasing finansowy. Chociaż istota obu wariantów jest identyczna, kilka szczegółów wpływa na opłacalność w przypadku konkretnego przedsiębiorstwa.

Na leasing operacyjny zdecyduj się, gdy:

  • jesteś płatnikiem podatku VAT,
  • nie chcesz dokonywać odpisów amortyzacyjnych.

Leasing finansowy rozważ wówczas, gdy:

  • nie jesteś płatnikiem podatku VAT,
  • chcesz, aby spłata ostatniej raty oznaczała jednocześnie przejęcie auta – bez wykupu,
  • korzystne jest dla Ciebie dokonywanie odpisów amortyzacyjnych.

Ustal optymalną wysokość wpłaty własnej

Chcąc skorzystać z leasingu na nowe pojazdy, musisz ustalić wysokość wpłaty własnej (tzw. czynszu inicjalnego). Jest to kwota, która stanowi określony procent wartości pojazdu – nie więcej niż 45%.

Maksymalny czynsz inicjalny to dobre rozwiązanie dla przedsiębiorstw, które:

  • potrzebują jednorazowego dużego kosztu
  • chcą obniżyć wysokość rat
  • nie mają historii kredytowej – wysoka wpłata własna stanowi zabezpieczenie transakcji.

Minimalny czynsz inicjalny to natomiast korzystna opcja w przypadku, gdy np. przedsiębiorca nie chce angażować wszystkich wolnych środków. Wpłacając np. 10%, możesz uzyskać leasing na uproszczonych zasadach.

Wykup na firmę czy osobę prywatną?

Zamierzając wziąć samochód w leasing operacyjny, warto uwzględnić także formę wykupu. Przedsiębiorca ma trzy  opcje:

  • wykupić pojazd na firmę,
  • wykupić auto na osobę prywatną,
  • zrezygnować z wykupu samochodu.

Nie da się wskazać jednego uniwersalnego wariantu, który byłby najkorzystniejszy. Wiele zależy m.in. od tego, do jakich celów ma służyć pojazd, czy przedsiębiorca ma w planach wymienić samochód na nowy, czy użytkować go przez kolejne lata.

Decydując się na wykup na osobę fizyczną, warto ustalić wykup na poziomie 1%. Taka opcja sprawi, że większą część wartości pojazdu będzie można wliczyć w koszty uzyskania przychodu, zaś tylko niewielka kwota (wynosząca 1% wartości pojazdu) nie zostanie wliczona – straty będą więc minimalne.

Obniż wysokość raty nawet o 50%

Jeśli chodzi o leasing na nowe pojazdy, największym wydatkiem dla przedsiębiorcy są miesięczne raty. Dlatego warto zadbać o to, aby ich wysokość nie była obciążeniem firmowego budżetu. Pomaga w tym wybór odpowiedniego leasingu, np. opartego na wartości rezydualnej. Jego przykładem jest Leasing SMARTPLAN dostępny w ofercie Toyota Leasing, dzięki któremu wysokość comiesięcznych rat można obniżyć o 50% (w stosunku do Standard Leasingu).

Jak to możliwe? Wysokość raty jest wyliczana w oparciu o wartość pojazdu pomniejszoną o wysokość czynszu inicjalnego oraz kwoty wykupu. Warto przy tym pamiętać, że leasingobiorca spłaca jedynie tę część wartości samochodu, która odpowiada rzeczywistej utracie wartości w trakcie trwania umowy leasingowej.

Jak wziąć samochód w leasing?

Cała procedura uzyskania leasingu samochodowego sprowadza się do kilku kroków. Mając już wybrany pojazd, udajesz się do dealera w celu wypełnienia wniosku leasingowego. Kolejny krok to przedstawienie dokumentów firmy oraz dokumentów finansowych (o ile zachodzi taka potrzeba). Nawet tego samego dnia odbierasz decyzję leasingową, a po kilku dniach odjeżdżasz nowym autem prosto z salonu.

O czym jeszcze pamiętać?

Decydując się na leasing samochodowy, weź pod uwagę także inne kwestie, np.:

  • czas trwania umowy leasingowej,
  • wymagane dokumenty,
  • możliwość dopełnienia formalności bezpośrednio u dealera,
  • możliwość skorzystania z dodatkowych pakietów.

Im więcej parametrów porównasz, tym bardziej dopasowany będzie leasing. To z kolei przełoży się na większe korzyści.

Prezes Gaspol: Rośnie sprzedaż gazu płynnego, LPG i gazu do celów grzewczych

Ubiegły rok był okresem wzrostu sprzedaży gazu płynnego, copotwierdza tendencję notowaną na rynku. Dokonując podziału na subsegmenty, widać rosnące zainteresowanie autogazem i gazem do celów grzewczych. Stabilna jest także sprzedaż gazu w butlach, co od wielu lat jest normalnym zjawiskiem. W ubiegłym roku popyt na autogaz wyniósł prawie 1,9 mln ton, a w 2018 rok powinien być jeszcze większy.Wzrost cen paliw tradycyjnych spowoduje jego większą opłacalność. Zwiększy się także sprzedaż gazu do celów grzewczych. Wielu ludzi dostrzega pozytywne strony gazu płynnego – to czyste paliwo, które nie emituje cząstek stałychRosnące potrzeby społeczeństwa związane z ekologią powodują coraz częstsze wybieranie właśnie tego surowca – w 2017 roku w Polsce sprzedano łącznie prawie 2,5 mln ton gazu.

– Rynek gazu rośnie – w stosunku do 2016 roku dynamika wyniosła prawie 6 proc. – powiedział serwisowi eNewsroom Sylwester Śmigiel, prezes Gaspol – Taki wynik cieszy tym bardziej, że przez wiele lat obserwowano spadki sprzedaży. Cena gazu płynnego przez wiele lat była stabilna. Dzięki temu staje się on coraz bardziej konkurencyjny względem innych paliw. W przypadku gazu w butlach spadki odnotowywane w ubiegłych latach powinny wyhamować i nastąpi pewna stabilizacja. Używanie tego paliwa w celach rekreacyjnych stają się coraz bardziej popularne. Te nowe zastosowania będą rekompensowały straty, które następują w segmencie tradycyjnym – głównie w kuchenkach gazowych w gospodarstwach domowych. Następowały one głównie na skutek używania nowych aplikacji elektrycznych – jak czajniki czy kuchenki mikrofalowe. Wydaje się, że rynek ten jest już wysycony, więc nie przewiduje się dalszych strat. Jednocześnie wzrastało będzie zużycie do nowych zastosowań, stąd też spodziewana stabilizacja na rynku gazu w butlach – podsumował Śmigiel.

Stopy procentowe mają pozostać stabilne

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej podczas spotkania w czerwcu utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie, ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Istotnie nie zmienił się również ton prezesa Glapińskiego i przewodzonej przez niego RPP. Prezes i towarzyszący mu członkowie Rady (prof. Gatnar i prof. Sura) powtarzają, że obecnie nie ma szans na podwyżki stóp procentowych.

Zgodnie ze słowami prezesa oraz członków RPP powodów do zacieśnienia polityki monetarnej prawdopodobnie nie będzie nawet na przestrzeni najbliższych dwóch lat, a może i dłużej.

Prezes Glapiński podczas dzisiejszego spotkania potwierdził, że sytuacja w polskiej gospodarce jest dobra: wzrost gospodarczy w pierwszym kwartale był imponujący. Struktura wzrostu (w I kwartale istotną rolę odegrał wzrost zapasów) zdaje się nie budzić obaw członków RPP. Prof. Eugeniusz Gatnar zwrócił uwagę, że wzrost zapasów w I kwartale może oznaczać wzrost eksportu lub inwestycji w kolejnych miesiącach.

Członkowie RPP zdają się nie obawiać wpływu słabszego złotego i zmian na rynku pracy na perspektywy inflacji w kolejnych kwartałach. Na pytanie o to, jaki wpływ na działania RPP miałaby decyzja o zacieśnieniu polityki monetarnej ze strony EBC (rynki oczekują, że do zakończenia programu QE dojdzie pod koniec roku) prezes Glapiński nie udzielił jasnej odpowiedzi. Wpływ oczekiwanych działań EBC nadal jeszcze zdaje się być nie w pełni oszacowany.

Póki co jednak kredytobiorcy nie mają się póki co czego obawiać. Biorąc pod uwagę stanowisko Rady, stopy procentowe w 2018 r powinny pozostać niezmienione. Prawdopodobne jest, że stopy procentowe pozostaną stabilne również przez większość 2019 r, a nawet jeszcze dłużej.

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Zdjęcia satelitarne coraz chętniej wykorzystywane przez urzędy państwowe i biznes. Pozwalają przewidzieć powódź, pomagają też rolnikom

Wraz z prężnym rozwojem branży kosmicznej rośnie zapotrzebowanie na zdjęcia satelitarne, które wykorzystywane są zarówno przez jednostki rządowe, jak i prywatnych przedsiębiorców. Firmy coraz częściej sięgają po możliwości, jakie daje im przemysł kosmiczny, aby zwiększyć swoją konkurencyjność na rynku. We wrześniu 2018 r. ma wystartować Krajowy Program Kosmiczny, którego jednym z priorytetowych założeń będzie rozwój technologii oraz infrastruktury satelitarnej. Tymczasem liczba zastosowań zdjęć satelitarnych dynamicznie rośnie. Wykorzystywane są m.in. w rolnictwie, do monitorowania budynków, a nawet zapobiegania powodziom.

– Satelita na orbicie okołoziemskiej okrąża Ziemię w około 90 minut, dostarczając zdjęcia widzialne, zdjęcia w podczerwieni bądź radarowe obszaru, na który aktualnie jest skierowany. Z danych radarowych jesteśmy w stanie ocenić np. zmianę wysokości gruntu. Podczas budowy metra w Warszawie możemy z milimetrową dokładnością zmierzyć przesunięcie dachów w stosunku do czasu sprzed budowy metra. Jesteśmy w stanie monitorować w ten sposób budynki w czasie rzeczywistym, zaobserwować zmiany, które trudno jest dostrzec z Ziemi, gdy np. któryś budynek znacznie bardziej osiada lub nawet się przechyla – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jan Miedzik z firmy GMV.

Polski rząd i Polska Agencja Kosmiczna przygotowują obecnie ostateczną treść Krajowego Programu Kosmicznego. Program ma oficjalnie wystartować we wrześniu 2018 roku. Jednym z jego priorytetowych założeń będzie rozwój technologii oraz infrastruktury satelitarnej w celu zwiększenia konkurencyjności polskiego sektora kosmicznego na arenie międzynarodowej.

Polskie firmy z sektora kosmicznego już teraz notują coraz większe sukcesy. Pod koniec maja wrocławska firma SatRevolution wystrzeliła w stratosferę prototyp pierwszego polskiego nanosatelity. Testy wykonano w ramach projektu Światowid, który zakłada stworzenie roju sześćdziesięciu sześciu satelitów, zdolnego do obrazowania powierzchni Ziemi w czasie rzeczywistym. Tego typu system komercyjnych satelitów będzie można wykorzystywać nie tylko w biznesie, lecz także do ratowania ludzkiego życia.

– Takie rozwiązanie może być wykorzystywane do monitorowania wałów przeciwpowodziowych. Wały mogą ulegać erozji z różnych powodów, a monitorując ich stan satelitami jesteśmy w stanie zapobiec ewentualnej powodzi. Czy trzeba to robić z satelitów, czy można to zrobić z samolotu lub z Ziemi? Lot samolotem jest zdecydowanie bardziej kosztowny w porównaniu do zdjęć z satelity, które można pozyskać. Dane satelitarne są dostarczane w sposób praktycznie ciągły, czas rewizyty to przeważnie kilka dni, ewentualnie tydzień, więc co tydzień mamy nowe dane. Poza tym zdjęcia obejmują bardzo duży teren, na którym możemy wykonać analizę – przekonuje Jan Miedzik.

W latach 2021–2027 Komisja Europejska chce przeznaczyć 16 mld euro na nowy program kosmiczny. W jego założeniach jest poprawa dostępu do finansowania ryzyka dla start-upów działających w sektorze kosmicznym oraz ułatwienie im dostępu do obiektów badawczych i obiektów przetwarzania. W ramach nowego budżetu KE chce przeznaczyć 9,7 mld euro na programy Galileo i EGNOS w celu m.in. uzupełnienia i utrzymania konstelacji satelitów.

Komisja Europejska 22 maja wprowadziła nowe przepisy zezwalające na wykorzystanie danych z satelitów podczas kontroli osób korzystających z dopłat w ramach Wspólnej Polityki Rolnej. Zastosowanie zdjęć satelitarnych zautomatyzuje przeprowadzanie inspekcji terenowych i zmniejszy ich koszty. Sami rolnicy również mogą wykorzystać technologię kosmiczną w swojej codziennej pracy. Wykorzystując obrazowanie multispektralne, mogą na bieżąco oceniać jakość plonów.

– Ze zobrazowań multispektralnych, czyli zdjęć Ziemi wykonywanych w różnych kolorach – zielonym, czerwonym, niebieskim i w podczerwieni – jesteśmy w stanie oceniać również jakość plonów. Są to narzędzia bardzo przydatne dla rolników. Dzięki tym danym rolnicy wiedzą, że w jakimś miejscu ich uprawy występuje choroba bądź brakuje nawozu, wiedzą, jakie dawki, jakiego nawozu i kiedy trzeba zastosować. To duża oszczędność dla rolnika. Z punktu widzenia państwa dane, które możemy dostarczyć na temat jakości plonów, są też istotną informacją, bo wiemy, czy jest nadprodukcja, będzie nadpodaż czy zbyt mało plonów – mówi ekspert.

Polska przeznacza na rozwój sektora kosmicznego zaledwie 0,01 proc. PKB. Zgodnie z założeniami przyjętymi w ramach Polskiej Strategii Kosmicznej do 2030 roku polski przemysł kosmiczny ma mieć 3 proc. udział w rynku europejskim.

Dzięki specjalnym algorytmom sztuczna inteligencja może już czytać ludzkie myśli. Technologia znajdzie zastosowanie w grach i biznesie

Dzięki specjalnym algorytmom sztuczna inteligencja może już czytać ludzkie myśli. Technologia znajdzie zastosowanie w grach i biznesie 8

Wykorzystując specjalne hełmy analizujące aktywność mózgu, możemy się porozumieć z komputerami za pomocą samych myśli. Choć technologia wciąż jest we wczesnej fazie rozwoju, może zrewolucjonizować zarówno sektor biznesowy, jak i branżę rozrywkową. Zainteresowane są nią takie firmy, jak Microsoft czy Facebook. Zastosowanie może znaleźć m.in. w bankowości. Pojawia się także coraz więcej przykładów wykorzystania interfejsu mózg-komputer, np. w symulatorze wyścigów samochodowych, w którym prędkość prowadzonego pojazdu zależy od stopnia koncentracji gracza.

– Skupiamy się na złożonych procesach, które wymagają stosowania sygnałów cyfrowych przetwarzanych automatycznie przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji, np. sieci neuronowych. Technologię tę można porównać do przetwarzania obrazów przez mózg: kiedy oglądamy np. nagranie, fale mózgowe są przekształcane w sygnały, dzięki czemu widzimy obraz przedstawiający samochód czy kobietę. I to jest naszym zdaniem przyszłość rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Manoj Krishnan Nair z firmy Wipro.

Za jednego z pierwszych cyborgów na świecie uważa się Kevina Warwicka, cybernetyka i wykładowcę z University of Readin, który wszczepił sobie pod skórę implant umożliwiający wymianę informacji między układem nerwowym a komputerem. Trzymiesięczny eksperyment dowiódł, że człowiek może w pełni zintegrować się z maszyną, zyskać nowe zmysły i zmusić mózg do komunikacji z procesorem. Eksperyment wymagał przeprowadzenia operacji chirurgicznej, aby połączyć mózg z komputerem. Obecnie interfejs BCI (Brain-computer interface) można już wykonać nieinwazyjnymi metodami, które do odczytywania myśli wykorzystują detektory fal mózgowych.

Na początku tego roku brazylijscy naukowcy z D’Or Institute for Research and Education na łamach magazynu „Science Reports” opisali algorytm zdolny do rozpoznawania słuchanej muzyki za pośrednictwem funkcjonalnego obrazowania metodą rezonansu magnetycznego. Ich detektor wyłapywał fale mózgowe, a następnie wykorzystywał sztuczną inteligencję do przetworzenia przechwyconych sygnałów i rozpoznania w nich odtwarzanych utworów. Stworzyli tym samym podwaliny bezprzewodowego interfejsu mózg-komputer zdolnego do przetwarzania i analizowania myśli człowieka w czasie rzeczywistym.

Technologią odczytywania fal mózgowych interesuje się także branża rozrywkowa. Już w 2012 roku światło dzienne ujrzał Puzzlebox Orbit, prosty dron sterowany za pośrednictwem hełmu ze zintegrowanym skanerem EEG. Z kolei firma Looxid opracowuje w ramach programu akceleracyjnego HTC Vive X gogle rzeczywistości wirtualnej z wbudowanym systemem rozpoznawania fal mózgowych.

Wipro swoje możliwości w dziedzinie interfejsów mózg-komputer demonstrowało podczas konferencji infoShare 2018 w Gdańsku w postaci symulatora wyścigu samochodowego. Gracze zakładali na głowy specjalne opaski, które przechwytywały ich fale mózgowe, wprawiając wirtualny pojazd w ruch.

– Nasz symulator samochodu opiera się na przetwarzaniu sygnałów cyfrowych, które są zmieniane na instrukcje określające, czy np. samochód ma ruszyć z miejsca czy też nie. Przy odpowiednim poziomie koncentracji możliwe jest jednoczesne myślenie o wielu rzeczach oraz prowadzi do szybkiego i precyzyjnego przekształcania odbieranych sygnałów w informacje. Gdy gracz odpowiednio skupi się na poruszeniu samochodu, wygra wyścig. Obecnie tej technologii nie ma jeszcze na rynku, ale w przyszłości takie wykorzystanie sztucznej inteligencji może się pojawić także w grach – prognozuje ekspert.

Biznesowy potencjał interfejsów mózg-komputer współpracujących ze sztuczną inteligencją dostrzegły korporacje Facebook i Microsoft. W zeszłym roku Mark Zuckerberg zapowiedział, że jego współpracownicy opracują system rozpoznawania myśli i przelewania ich na papier w tempie stu słów na minutę. Z kolei firma z Redmond chce stworzyć oprogramowanie wykorzystujące fale mózgowe m.in. do sterowania systemem operacyjnym, przemieszczania się w wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości oraz modelowania trójwymiarowych obiektów.

Według raportu „ Artificial Intelligence Technologies 2018” w 2017 roku wartość rynku technologii sztucznej inteligencji wyniosła 2,4 mld dol., a do 2025 roku ma wzrosnąć do 59 mld dol.

Transparency Market Research prognozuje, że wartość rynku rozwiązań BCI w 2024 roku wyniesie 1,2 mld dol. przy tempie wzrostu 15 proc. średniorocznie.

Rynek targowy w Polsce rośnie. Coraz więcej imprez to konferencje i kongresy światowego formatu

Rynek targowy w Polsce rośnie. Coraz więcej imprez to konferencje i kongresy światowego formatu 9

Na tle europejskiego polski rynek targów jest niewielki, ale dojrzały i od kilku lat notuje systematyczny wzrost. Coraz więcej imprez organizowanych w Polsce to kongresy i targi światowego formatu, które przyciągają zagranicznych wystawców i gości. To napędza turystykę biznesową i rynek nieruchomości komercyjnych. Z drugiej strony dzięki organizacji targów i konferencji rosną też firmy i całe sektory gospodarki, którym takie imprezy pomagają się spopularyzować. Baza ośrodków targowych i konferencyjnych wymaga jednak rozbudowy i modernizacji, aby rynek ten dalej mógł rosnąć.

Rynek targowy w Polsce rośnie, co potwierdzają badania i raporty Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Jest coraz więcej nowych imprez targowych. Mamy coraz więcej zwiedzających, wystawców i organizatorów z zagranicy, którzy przyjeżdżają z całego świata, nawet z dalekiej Azji, żeby pokazywać się w Polsce na targach, ale dalej jesteśmy małym krajem pod tym względem. Ze względu na nasze strategiczne położenie w Europie branża targowa będzie się rozwijała – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Sosnowski, wiceprezes zarządu Centrum Targowo-Kongresowego.

Wzrost liczby zwiedzających na targach o 7,2 proc. rok do roku (do 1,54 mln osób), wzrost liczby wystawców o 1,7 proc. (28,9 tys. firm) oraz przyrost powierzchni wynajętej o 9,6 proc. – to efekty dwustu jedenastu imprez targowych zorganizowanych w Polsce w 2016 roku, monitorowanych przez Polską Izbę Przemysłu Targowego. Polski rynek targowy systematycznie rośnie już od kilku lat. W porównaniu z największymi rynkami targowymi Europy – jest niewielki, ale dojrzały. Większość organizowanych w Polsce targów cieszy się zainteresowaniem wystawców zagranicznych, choćby dlatego, że polski rynek stanowi pomost między wschodem a zachodem Europy  – wynika z ostatniego raportu PIPT za 2016 rok.

Dzięki inwestycjom w infrastrukturę transportową i targową oraz rozwiązania technologiczne, poczynionym w ciągu ostatnich kilkunastu lat, w polskich obiektach organizowane są obecnie nie tylko wydarzenia targowe wraz z towarzyszącym im programem konferencji i eventów, lecz także dużego formatu światowe konferencje i kongresy.

W Polsce jest baza do organizacji dużych imprez targowych. Niestety, jest umiejscowiona głównie poza Warszawą i nie należy do podmiotów prywatnych. Są to na przykład ośrodki targowe w Poznaniu czy Kielcach, które są miejskie albo publiczno-prywatne. To na ogół duże obiekty, natomiast infrastrukturalnie niełatwo do nich dojechać i trafić. Na pewno Międzynarodowe Targi Poznańskie cieszyły się renomą przed laty. Poznań zdecydowanie lepiej wygląda pod tym względem niż na przykład Kielce, natomiast są to obiekty mające już kilkadziesiąt lat. Te elementy wystawiennicze, hale – one wymagają nakładów. Warszawa ma natomiast deficyt tego typu obiektów – mówi Bartosz Sosnowski.

Wiceprezes zarządu Centrum Targowo-Kongresowego ocenia też, że ośrodki targowe w Polsce są dużo mniejsze niż te w Niemczech, Francji, Hiszpanii, nie wspominając już Stanach czy Azji. Podkreśla również, że taki obiekt, aby być interesującym dla organizatorów targów, konferencji i eventów, musi spełniać wiele wymogów.

– Poza tym, że musi być ciekawy architektonicznie i dobrze skomunikowany infrastrukturalnie, musi spełniać szereg wymogów technicznych jeśli chodzi o ciężar podwieszeń, podłączenia prądu, kanalizację, obciążenie podłoża, place manewrowe do załadowania i rozładowania przed imprezą i po imprezie –wylicza Bartosz Sosnowski.

Organizacja kongresów, konferencji i targów ma szersze przełożenie na gospodarkę, ponieważ napędza turystykę biznesową i rynek nieruchomości komercyjnych (inwestycje w powierzchnie konferencyjno-hotelowe). Według raportu „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2016”, opracowanego przez Poland Convention Bureau Polskiej Organizacji Turystycznej, przemysł spotkań przynosi polskiej gospodarce ponad 1,57 mld zł i tworzy ponad 30 tys. miejsc pracy w skali całego kraju. Przełożenie branży MICE na gospodarkę to też 13,9 mln noclegów w hotelach, 122 mln zł wydatków na usługi kulturalno-rekreacyjne i koszty związane z transportem oraz ponad 1 mld zł na usługi gastronomiczne.

Na każde targi przyjeżdżają wystawcy i zwiedzający. Jeżeli mamy targi o randze międzynarodowej, to wiadomo, że wystawcy w dużej mierze będą z zagranicy, to są firmy z całego świata. Kupują bilety lotnicze, płacą za hotele, jedzą w restauracjach, więc zostawiają tu pieniądze. Tak samo zwiedzający. Dużo jest dzisiaj zwiedzających zza wschodniej granicy, którzy przyjeżdżają do Polski na międzynarodowe targi. Wpływ turystyki biznesowej związanej z targami na lokalne samorządy jest ogromny – podkreśla Bartosz Sosnowski.

Wiceprezes zarządu Centrum Targowo-Kongresowego zwraca uwagę, że z drugiej strony dzięki organizacji targów i konferencji rosną też firmy i całe sektory gospodarki, którym takie imprezy pomagają się spopularyzować. Najbardziej jest to widoczne choćby na przykładzie branży kosmetyczno-fryzjerskiej czy motoryzacyjnej.

Jest kilka branż, które znacząco rosną na targach. Myślę tutaj przede wszystkim o targach gastronomicznych, tekstylnych, laboratoryjnych, motoryzacyjnych, targach związanych z wyposażeniem wnętrz czy budownictwem. W Warszawie mamy wspaniałe imprezy związane z jachtami, targi książki i prasy. Po klientach, którzy są z nami od lat, widzimy, jak bardzo rosną ich imprezy. Takim przykładem są targi kosmetyczno-fryzjerskie, które kilka lat temu były małą imprezą, a dziś są to trzy ogromne imprezy rocznie, które każdorazowo ściągają kilkanaście tysięcy zwiedzających – mówi Bartosz Sosnowski.

Prawie 7,5 mln Polaków spędzi w tym roku wakacyjny urlop za granicą. Większość kupi przed wyjazdem polisę turystyczną

Prawie 7,5 mln Polaków spędzi w tym roku wakacyjny urlop za granicą. Większość kupi przed wyjazdem polisę turystyczną 10

Na wakacje w tym roku wyjedzie rekordowe 18,5 mln Polaków – wynika z raportu Mondial Assistance „Plany wakacyjne Polaków”. Choć większość planuje wypoczynek w kraju, szybko rośnie grupa, która wybiera zagraniczny wyjazd. Najpopularniejsze kierunki to niezmiennie od lat Hiszpania i Wyspy Kanaryjskie, a także Chorwacja, Grecja i Włochy. Do łask turystów wracają też Tunezja, Egipt i Turcja. 74 proc. osób planuje przed wakacyjnym wyjazdem zakup ubezpieczenia turystycznego. Coraz chętniej zamiast podstawowych kupujemy kompleksowe pakiety.

– W tym roku około 18,5 mln osób planuje wakacje, to o 2 mln więcej niż w zeszłym roku. To dane bardzo cieszące całą branżę turystyczną, ale też ubezpieczeniową. Dlaczego ubezpieczeniową? Istotnie rośnie liczba osób planujących wyjazd zagraniczny, podczas którego przydatne może okazać się ubezpieczenie turystyczne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance.

Z badania „Plany wakacyjne Polaków” zrealizowanego przez Ipsos Polska na zlecenie Mondial Assistance wynika, że zdecydowana większość urlop zamierza spędzić w kraju (60 proc.). Jednak dynamicznie rośnie liczba tych, którzy wyjadą za granicę (7,4 mln – wzrost o 3,2 mln. w ujęciu rocznym).

– Z perspektywy biur podróży obsługujących część wyjazdów turystycznych plany wakacyjne Polaków wyglądają bardzo optymistyczne. Liczba klientów w biurach podróży rok do roku rośnie w tempie ok. 25 proc. – wskazuje Krzysztof Piątek, prezes Polskiego Związku Organizatorów Turystyki.

Ponad połowa turystów przy organizacji zagranicznego wyjazdu korzysta z usług biura podróży (wzrost o 7 pkt proc. – ok. 2 mln). Kusi ich brak formalności, wygoda i poczucie bezpieczeństwa. Przeważnie wybierają to biuro, z którego usług już korzystali (33 proc.) lub największe na rynku (24 proc.).

Z badania wynika, że największą popularnością cieszy się Hiszpania i jej Wyspy Kanaryjskie (14 proc.), niewiele mniej osób wybiera Chorwację (12 proc.), Grecję (10 proc.) i Włochy (9 proc.). Do łask wracają niegdyś popularne kraje arabskie, takie jak Egipt czy Tunezja, które w poprzednich latach zniknęły z czołówki ulubionych wakacyjnych destynacji. Dużą popularnością cieszy się także Turcja.

– Króluje Hiszpania z Wyspami Kanaryjskimi, około 14 proc. deklaruje chęć wyjazdu do tego regionu, nieustannie na drugim miejscu jest Chorwacja, na trzecim miejscu Grecja. Istotniejszy jest dół tabeli, jest wielki powrót rynków nieobecnych przez kilka lat, takich jak Turcja, Egipt i Tunezja. To cieszy, bo Polacy lubili tam jeździć, to są fajne wyjazdy, pełne słońca, jest to nowy, wielki powrót – mówi Tomasz Frączek.

Osoby, które wolą samodzielnie zorganizować swój wyjazd, tłumaczą ten wybór głównie możliwością samodzielnego decydowania o własnym czasie (63 proc.) oraz ceną (27 proc.).

W tegorocznych deklaracjach Polaków wyjeżdżających za granicę widać większą chęć zakupu polis turystycznych.

– Cieszy nas, że rośnie świadomość Polaków w tym zakresie. Zamiar zakupu ubezpieczenia deklaruje 74 proc. ankietowanych. To kolejny wzrost, wprawdzie tylko o 1 pkt proc. w ciągu ostatniego roku, ale 7 lat temu zaczynaliśmy od 57 proc. Polacy wykupują coraz bardziej kompleksowe pakiety ubezpieczeniowe, te oszczędne już nie cieszą się popularnością – wskazuje Tomasz Frączek.

W tym roku zakup ubezpieczenia turystycznego w związku z planowanym wyjazdem deklaruje ponad 5,5 mln Polaków. Jeszcze rok temu było to nieco ponad 3 mln. Na ubezpieczenie najczęściej decydują się osoby w wieku 30–49 lat, z większych miast i o dochodach netto na gospodarstwo domowe przekraczających 3,5 tys. zł.

– Często w mediach widzimy osoby pokrzywdzone różnymi wydarzeniami, które nie były ubezpieczone. To powoduje wzrost świadomości. Wzrost naszej zasobności i większa chęć korzystania z uciech tego świata w poczuciu pełnego bezpieczeństwa, a tym jest dodatkowe ubezpieczenie na wyjazd zagraniczny, powoduje, że częściej niż w minionym okresie kupujemy ubezpieczenie na wyjazd turystyczny – tłumaczy Krzysztof Piątek.

Polskie spółki o wycenie przekraczającej miliard dolarów mogą powstać w przemyśle i biotechnologii. Na razie dominują IT i fintechy

Polskie spółki o wycenie przekraczającej miliard dolarów mogą powstać w przemyśle i biotechnologii. Na razie dominują IT i fintechy 11

W Polsce jest potrzeba finansowania nie tylko małych start-upów, ale i większych projektów, które wymagają zaangażowania większych kwot – mówi Krzysztof Domarecki, założyciel funduszu inwestycyjnego Fidiasz. Jeden z najbogatszych Polaków i twórca sukcesu grupy Selena ocenia też, że inwestorzy powinni stosować bardziej wyśrubowane kryteria wobec projektów, które wspierają. Pierwszego polskiego jednorożca należałoby szukać wśród fintechów albo w e-commerce, jednak w dłuższej perspektywie czasowej może to być także przemysł lub biotechnologia.

– Jeżeli chodzi o wymarzonego polskiego jednorożca, to moim zdaniem kilka z nich już chodzi po rynku. Jednak trzeba pamiętać, że nawet w USA jednorożce powstają średnio po około 8 latach od momentu założenia spółki, a w Europie z reguły trwa to trochę dłużej. Rzadko zdarzają się firmy, które osiągnęły wartość miliarda dolarów w krótkim okresie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Domarecki, założyciel funduszu inwestycyjnego Fidiasz. – Gdzie ich szukać? Jedną z pierwszych branż będzie szeroko rozumiana informatyka, e-commerce, fintechy, bo tam skalowanie jest najłatwiejsze, ale w dłuższej perspektywie czasowej spodziewam się jednorożców w przemyśle albo w biotechnologii.

W I kwartale br. fundusze venture capital zainwestowały łącznie 49,3 mld dolarów w start-upy na całym świecie (ponad 70 proc. więcej niż kwartał wcześniej) – wynika z raportu KPMG International. W centrum zainteresowania inwestorów są przede wszystkim cyfrowe innowacje – blisko połowa (43 proc.) transakcji to inwestycje w przedsiębiorstwa rozwijające nowoczesne oprogramowanie specjalistyczne. Europejscy interesują się przede wszystkim fintechami i rozwiązaniami bazującymi na sztucznej inteligencji. Niestety – jak zauważają eksperci KPMG – polski rynek venture capital znajduje się wciąż w bardzo wczesnej fazie rozwoju.

– Większość funduszy inwestujących w polskie start-upy jest powiązana z dotacjami europejskimi. To z jednej strony bardzo dobrze, ponieważ fundusze europejskie – zarówno te zarządzane przez PFR czy NCBiR – wspierają przedsiębiorczość i innowacyjność. Mamy natomiast niewiele funduszy niezależnych – takich jak Fidiasz, które nie korzystają ze środków europejskich. Dzięki temu możemy inwestować w znacznie większe zespoły i bardziej skomplikowane projekty. Jesteśmy w stanie wspierać ambitne start-upy w kilku rundach finansowania i możemy sięgać po projekty wymagające kwoty 10–40 mln zł, co jest niedostępne dla większości polskich funduszy VC – powiedział Krzysztof Domarecki podczas kongresu InfoShare 2018 w Gdańsku.

Fidiasz EVC jest funduszem inwestycyjnym powołanym do życia w ubiegłym roku przez Krzysztofa Domareckiego – założyciela i autora globalnego sukcesu chemicznej grupy Selena FM, która operuje dziś na kilkudziesięciu rynkach zagranicznych. Dysponuje budżetem 200 mln zł na kompleksowe wsparcie start-upów, począwszy od finansowania, know-how, marketingu i sprzedaży, logistyki, aż po pomoc w zagranicznej ekspansji.

Fidiasz nie będzie korzystać z unijnych funduszy – dzięki prywatnemu charakterowi będzie mieć większą elastyczność w doborze projektów i kapitału, który chce w nie zainwestować, bez presji na exit, czyli wyjście z inwestycji. W odróżnieniu od innych funduszy ma koncentrować się nie tylko na finansowaniu i zabezpieczeniu swoich przyszłych udziałów, lecz również na mocnym wsparciu merytorycznym dla wybranych projektów. W obszarze zainteresowań Fidiasza są m.in. nowe materiały i rozwiązania dla przemysłu i sektor bio-agro, ale także niekonwencjonalne źródła energii, internet rzeczy i przede wszystkim szybko rosnąca branża fintech.

– Jesteśmy w okresie transformacji technologicznej, mnóstwo branż się przekształca. Nie tylko branża informatyczna, ale także przemysł i rolnictwo wprowadzają obecnie nowe technologie. Innowacje są top tematem dla rządów i dla organizacji biznesowych na całym świecie, więc naturalnie – jako inwestor – próbuję znaleźć w tym coś dobrego – mówi Domarecki.

Jak podkreśla, na razie fundusze VC finansują głównie małe start-upy, wymagające zainwestowania 2–4 mln zł. W Polsce jest jednak potrzeba finansowania większych przedsięwzięć, które wymagają też zaangażowania większego kapitału.

– Największy polski start-up fintechowy, czyli FinAi, w rundzie seed dostał 12 mln zł, pracuje w nim 50 osób – i to jeszcze przed launchem rynkowym. Wprowadzane przez nich rozwiązania mogą być ekstrapolowane na większość rynków europejskich. Dlatego – moim zdaniem – na przyciągnięcie większej ilości funduszy prywatnych mają szanse duże, ambitne projekty. My w Fidiaszu lokalizujemy takie największe, najbardziej ambitne projekty, które mają długą perspektywę rozwoju czy skalowania – mówi Krzysztof Domarecki.

FinAi to pierwsza spółka, w którą zainwestował Fidiasz (4,6 mln zł). Start-up z branży fintech stworzył platformę, która skraca i upraszcza proces uzyskiwania kredytu bankowego. Docelowo fundusz chciałby stworzyć i zainwestować w grupę 5–6 wybranych fintechów, które będą się wzajemnie uzupełniać na poziomie rozwijanych rozwiązań i które będą miały potencjał, żeby podbić europejski rynek. Jak podkreśla Krzysztof Domarecki, jednym z kluczowych kryteriów przy wyborze projektów jest właśnie ich potencjał do ekspansji, rozwijania się na zagranicznych rynkach.

– Zgodnie z raportem Fundacji Startup Poland 1/3 funduszy venture capital jest oceniona negatywnie, ale pamiętajmy, że jest to względnie młoda branża. Uważam natomiast, że tutaj większe wymagania powinni stawiać inwestorzy, bo to oni wykładają pieniądze. Inwestorzy powinni zwracać uwagę komu powierzają środki i według jakich standardów działa fundusz. My w Fidiaszu mamy bardzo rygorystyczne kryteria inwestycyjne, a produkt lub usługa musi tworzyć realną wartość dodaną dla klientów. To nie może być każda innowacja – bo nie każda tworzy wartość dodaną – mówi Krzysztof Domarecki.

Ponad połowa Polaków zna przynajmniej jeden język obcy. W nauce coraz częściej pomagają nowe technologie

Znajomość języków obcych to przepustka nie tylko do lepszej pracy, lecz także wyższych zarobków. Przynajmniej jeden język obcy – najczęściej angielski – to obecnie warunek konieczny zatrudnienia, jednak osoby ze znajomością dwóch lub trzech języków obcych są bardzo cenione przez pracodawców. Rośnie zapotrzebowanie na pracowników, którzy płynnie posługują się niemieckim czy hiszpańskim. Nauka nawet najtrudniejszych języków staje się coraz prostsza dzięki nowym technologiom i aplikacjom edukacyjnym.

Polacy najczęściej uczą się języka angielskiego, który jest naszym współczesnym lingua franca. Mocną pozycję ma też język niemiecki, który razem z angielskim należy do najczęściej nauczanych w szkołach publicznych w Polsce. Istotne są też inne języki europejskie, takie jak francuski, włoski czy hiszpański, ale coraz większą popularnością cieszą się też języki skandynawskie czy azjatyckie: koreański, japoński czy chiński – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Kaja Winiarz z Fiszkoteki.

Choć w Polsce 44 proc. osób nie mówi w żadnym języku obcym (badanie TNS Polska), to ten odsetek stopniowo spada. Według wskaźnika EF English Proficiency Index zajmujemy 11. miejsce wśród 80 krajów pod względem znajomości języka angielskiego. Z danych HRK wynika, że 79 proc. pracodawców oczekuje od kandydatów znajomości języka angielskiego na poziomie C1/C2, a 40 proc. również znajomości słownictwa biznesowego. Większość pracodawców traktuje znajomość języka angielskiego jako coś oczywistego. To kolejny język może dać przewagę na rynku. Coraz częściej w ofertach pracy pojawiają się wymagania dotyczące innych języków, również tych bardziej egzotycznych.

– Pracownik, który zna więcej języków, jest bardziej wartościowy dla pracodawcy, a mądry pracodawca zapewnia pracownikowi miejsce do rozwoju. To obopólna korzyść. Korzysta na tym i pracownik, i pracodawca, który ma lepiej wyszkolonego pracownika, któremu może pozwolić na przejmowanie nowych obowiązków – mówi Kaja Winiarz.

Z tego powodu pracodawcy sami często inwestują w rozwój kompetencji językowych swoich pracowników, dofinansowując im kursy językowe czy nawet organizując lekcje.

Niestety, zorganizowanie takich szkoleń językowych nie jest łatwe, trzeba zebrać większą grupę osób i na jakiś czas wyłączyć firmę z działania. Z pomocą przychodzą nowe technologie i aplikacje edukacyjne, takie jak Fiszkoteka, które pozwalają na wykorzystywanie ich w dużych firmach, kontrolowanie postępów w nauce pracowników, a ich koszt jest nieporównywalnie mniejszy niż koszt tradycyjnych kursów językowych – przekonuje Kaja Winiarz.

Znajomość języków obcych oznacza nie tylko większą satysfakcję i możliwość znalezienia lepszej pracy, lecz także lepsze zarobki. Z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń za 2017 rok wynika, że pensje rosną wraz z lepszą znajomością języka. O ile wśród osób, które nie znają żadnego obcego języka, średnia zarobków wyniosła 3,9 tys. zł, to u znających języki była już wyższa. Znajomość języka angielskiego na poziomie zaawansowanym dawała pensję w wysokości ponad 6 tys. zł brutto miesięcznie, francuskiego – 5,9 tys. zł, niemieckiego – 5,8 tys. zł czy hiszpańskiego – ok. 5 tys. zł. To dlatego na rynku coraz więcej jest ofert szkół językowych czy kursów, w których można się nauczyć praktycznie każdego języka.

Kluczowe jest przede wszystkim to, jak zbliżony jest język, którego chcemy się nauczyć, do naszego języka ojczystego i innych języków, które znamy. Ważna jest też motywacja, podejście uczącego się do nauki czy dostęp do materiałów edukacyjnych – przekonuje Winiarz.

Zdaniem ekspertów stosunkowo najłatwiejsze do nauczenia są język angielski, francuski, hiszpański, włoski oraz swahili. Poza tym łatwiej przyswajamy języki podobne do tych, które już znamy lub których się uczymy. Czasem wystarczy nawet przynależność do jednej grupy językowej.

Pozornie różne od siebie języki polski i norweski należą do jednej rodziny języków indoeuropejskich. Mimo że wydają nam się tak odległe, będą wykazywały pewne podobieństwa. Znacznie trudniej będzie nam się nauczyć języków uralskich, takich jak fiński czy węgierski, czy zaliczanych do języków izolowanych koreańskiego czy japońskiego – podkreśla Kaja Winiarz.

Za trudne uznaje się zwłaszcza te języki z innym alfabetem, mocno oparte na fonetyce.

Większym wyzwaniem będzie dla nas przyswojenie tych elementów języka, które nie występują w języku polskim, np. w porównaniu do osoby anglojęzycznej mamy znacznie większą przewagę w zrozumieniu odmiany przez przypadki czy rodzaju gramatycznego. Trudniejsze może być dla nas opanowanie obcego alfabetu czy fonetykia, która w języku polskim nie jest rozbudowana, obce są nam np. tony występujące m.in. w języku mandaryńskim (standardowym języku chińskim) – wskazuje przedstawicielka Fiszkoteki.

Nawet najtrudniejszego języka obcego można się jednak nauczyć. Kluczowa jest systematyczność, a pomocne mogą się okazać nowe technologie. Większość osób przegląda smartfona i media społecznościowe podczas jazdy komunikacją miejską. Wystarczy ten czas poświęcić na naukę języka – powtarzanie słówek czy naukę gramatyki.

To, że mamy dostęp do nauki przez laptopa czy telefon, sprawia, że możemy się uczyć w dowolnym miejscu i w dowolnym czasie, nie musimy jeździć na kurs językowy, wracać do domu i siedzieć nad książkami. Wystarczy, że wyciągniemy telefon z kieszeni, jadąc autobusem do pracy. To jest kluczowe w kwestii zaprzestania marnowania czasu i uczenia się mimochodem, a na to pozwalają nam nowe technologie – podkreśla Kaja Winiarz.

Zastosowanie wycinarek laserowych w obróbce metalu

Obróbka metali poprzez wycinanie to jeden z największych obszarów zastosowania wszelkiego rodzaju maszyn CNC. Wycinarki laserowe, stosowane przede wszystkim do obróbki cienkich płacht stali, stali nierdzewnej, miedzi i innych metali nieżelaznych, charakteryzują się przede wszystkim wysoką dokładnością i precyzją pracy, która w niektórych odłamach przemysłu metalurgicznego jest niezwykle istotna. Jak jednak w przypadku każdego rodzaju maszyn przemysłowych, nawet wśród wycinarek laserowych możemy znaleźć różne rodzaje i warianty pracy. Jak pracują, gdzie znajdują zastosowanie i jak kupić je korzystnie?

Czym jest wycinarka laserowa?

Wycinarka laserowa to urządzenie przeznaczone do wykonywania precyzyjnych cięć i wykrojów w cienkich płachtach metali takich jak stal, stal nierdzewna, oraz miedź, ale też innych materiałach takich jak drewno czy tkanina. Podstawową cechą charakterystyczną wycinarek laserowych, odróżniającą ją na tle innych tego typu urządzeń, jest jej wysoka precyzja wymiarowo-kształtowa i możliwość uzyskania nawet najmniejszych detali. Istotnym elementem procesu obróbki przy wykorzystaniu wycinarki laserowej jest niska krawędź cięcia z małą strefą wpływu ciepła, co gwarantuje oczywiście bardzo gładkie krawędzie równie istotne przy precyzyjnej pracy i małych detalach.

Najważniejsze rodzaje wycinarek laserowych i ich istotne parametry

Szybkie i efektywne cięcie metali gwarantują popularne dziś wycinarki YAG, cechujące się przede wszystkim bardzo minimalną długością fali – 1,066 mikrona to doskonały wynik pozwalający nie tylko na niskie przenikanie ciepła do materiału (co jak zostało już wspomniane skutkuje gładszymi krawędziami), ale i bardzo precyzyjne cięcie podczas pracy z maleńkimi detalami.

Silniejszym wariantem są wycinarki FIBER, czyli te bazujące na laserach światłowodowych. Wycinarki te są wydajne i sprawne, a przy tym bardzo korzystne energetycznie, co w przypadku wielu konkurencyjnych urządzeń jest niezwykle istotne.

Parametry, na które trzeba zwrócić uwagę podczas wyboru odpowiedniej wycinarki laserowej to oczywiście moc lasera i prędkość cięcia dostosowana do konkretnego rodzaju i grubości blachy. To z kolei sprawia, że znaczącą rolę odegrają tu możliwości manipulacji ustawieniami i parametrami maszyny, dostępne jako standard w urządzeniach topowych producentów.

Wycinarka laserowa LVD Impuls 4030. wycinarki laseroweŹródło: exapro.pl

Gdzie stosuje się wycinarki laserowe?

Choć początkowym zastosowaniem precyzyjnych wycinarek laserowych było wycinanie elementów z blachy i różnego rodzaju metali i to właśnie tam najczęściej się je spotyka, z urządzeń tego typu korzysta dziś naprawdę wiele branż i gałęzi przemysłu. Jednym z częstych materiałów poddawanych obróbce przez wycinarki laserowe jest drewno, w którym można dzięki nim z łatwością rzeźbić, grawerować i modelować.

Wycinarki laserowe są też często obecne przy produkcji biżuterii i metalowych elementów dekoracyjnych, w których niewielkie rozmiary i ogromna precyzja są przecież elementem najistotniejszym. Wycinarki umożliwiają jednocześnie grawerowanie w metalach, co w przypadku biżuterii jest zawsze ciekawym akcentem. Wycinarki laserowe stosuje się też w przemyśle odzieżowym, jako sposób na szybkie wykonywanie zdobień i wycięć w ubraniach oraz tekstyliach dekoracyjnych. Doskonałym przykładem będą tu obrusy i serwetki, których dziś już nie robi się ręcznie.

Używane wycinarki laserowe

Zakup wysokiej jakości profesjonalnej wycinarki laserowej wymaga nie tylko doskonałej znajomości branży i umiejętności określenia własnych potrzeb, ale i umiejętnego planowania budżetu i wydatków firmy. Nie da się bowiem ukryć, że najnowocześniejsze maszyny oferujące nieporównywalnie wyższą jakość pracy i precyzję, na której może ci zależeć, kosztują krocie. Na szczęście na rynku pojawiają się dziś portale aukcyjne pozwalające na znalezienie naprawdę korzystnych ofert zakupu dobrej jakości maszyn używanych, które zwykle nie odbiegają swoją jakością i precyzją pracy od tych zakupionych prosto od producenta. W przypadku tego typu urządzeń dobra konserwacja i umiejętne korzystanie z maszyn pozwalają na naprawdę długie użytkowanie, dzięki czemu korzystanie z maszyn używanych nie przysparza wielu problemów i jest wspaniałym rozwiązaniem zarówno dla firm rozpoczynających swoją działalność w branży, jak i tych, które zwyczajnie nie widzą potrzeby zakupu nowych urządzeń.

RINGY – widget, który rozwinie Twój biznes

Na polskim rynku pojawiła się nowa usługa typu call back, o nazwie RINGY, którą oferuje telefonia  TeleCube.pl. Rozwiązanie można zakupić w promocyjnej cenie, do końca sierpnia br.

Klienci coraz bardziej zwracają uwagę na jakość ich obsługi. Dotyczy to również oferowanych przez daną firmę narzędzi do bezpośredniego kontaktu. Im ten kontakt jest prostszy, szybszy i najlepiej bezpłatny, tym bardziej Klient będzie z niego zadowolony. Jedną z najczęściej wykorzystywanych form kontaktu są nadal rozmowy telefoniczne. Jest to spowodowane faktem, że przez telefon, można w błyskawiczny sposób i do tego z żywym człowiekiem, uzyskać wiele informacji i odpowiedzi, co stanowi w tych aspektach przewagę nad czatem, emailem bądź komunikacją SMSową.

Obsługę telefoniczną można jednak także realizować stricte w standardowy sposób, albo też wprowadzić ją na wyższy poziom, tak aby bardziej zadowolić, a nieraz i pozytywnie zaskoczyć, Klienta.

Jedno z takich niestandardowych rozwiązań dotyczących telefonicznej obsługi Klienta proponuje telefonia TeleCube.

RINGY – jeden przycisk, wachlarz możliwości

Usługi telefoniczne typu call back nie są nowością, nawet na polskim rynku. Kilku dostawców ma je w swojej ofercie od pewnego czasu, a firmy, zaopatrują się w nie i wykorzystują na swojej stronie internetowej. Usługa ta działa w ten sposób, że umożliwia (za pomocą widgetu umieszczonego na stronie www) chcącemu porozmawiać telefonicznie Klientowi automatyczne zestawienie połączenia z konsultantem, i do tego bez konieczności ponoszenia kosztów tej rozmowy przez Klienta. Taką właśnie usługę, ale z wieloma ciekawymi opcjami oraz w konkurencyjnej cenie, wprowadziła też telefonia TeleCube.pl i nazwała ją RINGY.

RINGY to widget, który umieszcza się na stronie internetowej. Składa się on z przycisku, po kliknięciu w którego następuje wywołanie pop-upa (okienka). W tymże okienku można wpisać swój numer telefonu i określić kiedy oczekujemy połączenia. Czy ma ono nastąpić teraz czy w późniejszym terminie (który można też od razu wyznaczyć).

Połączenie niezależnie od tego czy ma nastąpić obecnie, czy w ustalonym czasie, w przyszłości, zawsze zostanie zainicjowane przez RINGY tj. w danym momencie zadzwoni telefon zarówno Klienta, jak i jego konsultanta. Nastąpi tzw. automatyczne zestawienie rozmowy.

Za rozmowę zapłaci firma, na której stronie znajduje się widget, a nie Klient.

TeleCube daje bardzo dużą swobodę firmom, które zakupią RINGY, jeśli chodzi o wygląd tego widgetu, jak i umieszczane w okienku treści. Firma może sama ustalać bardzo wiele parametrów, m.in. wygląd, jak i animację przycisku czy jego kolorystykę, jak również treści wszelkich komunikatów czy też kolory czcionek w pop-upie.Call_back_Ringy_Telecube_CEO

Co więcej w RINGY można ustawić możliwość zadeklarowania przez dzwoniącego z kim albo w jakiej sprawie chce on rozmawiać. Jest to do zrealizowania przy użyciu wirtualnej centrali telefonicznej.

RINGY, w połączeniu z wirtualną centralą telefoniczną

Telefonia TeleCube.pl posiada w swojej ofercie wirtualną centralę telefoniczną. Mówiąc kolokwialnie jest to usługa służąca do zarządzania kwestiami telekomunikacyjnymi w firmie, spinająca wszystkie urządzenia za pomocą których w danym przedsiębiorstwie są prowadzone rozmowy i automatyzująca proces realizacji połączeń telefonicznych.

Wirtualna centrala może zostać zintegrowana z RINGY. Dzięki temu nie ma przeszkód aby do niego wprowadzić listę odbiorców, których będzie miał do wyboru dzwoniący Klient. To sprawia, że ścieżka tegoż wyboru zostaje doprecyzowana, a przez to skrócona.  Zamiast wprowadzania na listę konkretnych działów czy też osób, można na niej umieścić rodzaje świadczonych usług czy np. konkretne pytania/sprawy.

Wirtualna centrala spowoduje, że połączenie zostanie od razu skierowane do danego adresata lub pojawi się najpierw odpowiedni komunikat, gdyby trzeba było jeszcze bardziej doprecyzować pewne kwestie i wybrać przez to adekwatny numer tonowy.

Ile kosztuje RINGY i jak zacząć z niego korzystać?

RINGY do końca sierpnia br. można nabyć w cenie 19 zł netto / miesiąc, za 1 widget tj. na 1 stronę www. Od września, zakup będzie możliwy, już za 29 zł netto / miesiąc / 1 widget.

RINGY nie działa jednak samodzielnie. Aby móc z niego korzystać należy posiadać w TeleCube pakiet Mini VoIP (kosztuje 9 zł netto / miesiąc) albo dowolny pakiet wirtualnej centrali (od 29 zł netto / miesiąc).

Koszty połączeń, które ponosimy są zgodne z cennikiem TeleCube, i wynoszą od 5 groszy netto / minutę (przykładowa stawka za połączenia z polskimi bądź niemieckimi numerami stacjonarnymi).

Ważne jest jednak, że firma, która zakupi RINGY, może zdecydować czy chce realizować wszystkie połączenia czy też ograniczy je do numerów z konkretnych krajów np. tylko polskich. W tym drugim przypadku, połączenie z numeru z innego kraju niż Polska, nie dojdzie do skutku.

Obsługa RINGY odbywa się na panelu Klienta i jest bardzo intuicyjna. Oprócz narzędzia, którego służy do edycji graficznej, znajdują się tam m.in. również zakładki zawierające wszystkie oczekujące połączenia oraz statystyki widgetu, prezentowane w sposób tabelaryczny, bądź jako wykresy.

Celem uzyskania dostępu do panelu Klienta, należy zarejestrować się na okres próbny pakietu Mini VoIP lub dowolnego pakietu wirtualnej centrali. Rozpoczęcia korzystania z usługi RINGY, będzie możliwe po opłaceniu miesięcznego abonamentu, za nią.

Komplet wiadomości na temat RINGY został zamieszczony na stronie: https://www.telecube.pl/callback-ringy/ zachęcamy do zapoznania się z nimi

W przypadku dodatkowych pytań do dyspozycji pozostaje dział sprzedaży telefonii TeleCube.pl, dostępny pod numerem: 22 1131415 wew. 2, pod adresem mailowym: [email protected] lub przy wykorzystaniu…widgetu RINGY, umieszczonego na stronie internetowej TeleCube.pl.

Komercyjne firmy tracą zlecenia na ochronę od podmiotów publicznych

Usługi ochrony osób i mienia, które świadczone były dla sektora publicznego przez prywatne firmy, powierzane są podmiotom publicznym – informuje Polski Holding Ochrony (PHO) i wysyła w tej sprawie pytanie do premiera Mateusza Morawieckiego. Eksperci z PHO wskazują, że ochronę dla sektora publicznego coraz częściej przejmują od prywatnych spółek specjalnie tworzone w tym celu przez państwowych zleceniodawców firmy lub podmioty, które zaczynają specjalizować się w usługach security bądź – jak w przypadku niektórych resortów – służby. Jak wynika z wyliczeń PHO, realizowane przez te podmioty zadania mogą być ponad dwukrotnie droższe od świadczonych dotąd przez firmy komercyjne.

W skierowanym do premiera Mateusza Morawieckiego piśmie, PHO pyta o podstawę decyzji, na mocy których stosowany do niedawna powszechnie od lat outsourcing usług ochrony dla podmiotów publicznych, zastępowany jest przez powoływanie własnych jednostek realizujących coraz częściej zadania związane z zapewnieniem bezpieczeństwa dla publicznych zleceniodawców.

Ich usługa kosztować może ponad 2 razy więcej niż powierzana komercyjnym firmom, a do tego nie wiadomo, czy przekłada się ona na wyższą jakość, bo realizacją tych zadań zajmują się w większości wypadków te same osoby, które do tej pory świadczyły tę usługę – uważają autorzy listu Polskiego Holdingu Ochrony do premiera Mateusza Morawieckiego.

Polski Holding Ochrony wskazuje, że – zwłaszcza w ostatnich dwóch latach – zastępowanie komercyjnych (czyli prywatnych) firm przez podmioty należące do sektora państwowego przy realizacji kontraktów publicznych, a więc – na ochronę urzędów czy obiektów należących do firm z udziałami Skarbu Państwa – przybrało niespotykany dotąd w 28 letniej historii gospodarki rynkowej w Polsce rozmiar.

– Niemal codziennie dowiaduję się, i to zarówno z mediów, jak i od zaprzyjaźnionych przedsiębiorców, że komercyjne przedsiębiorstwa tracą zlecenia na rzecz różnych jednostek publicznych, co przypominać zaczyna już poprzednią epokę, w której za ochronę odpowiadało wojsko albo Straż Przemysłowa – zauważa Sławomir Wagner z Rady Nadzorczej Polskiego Holdingu Ochrony i przypomina, że jeszcze w 2017 roku około 30 procent zleceń dla komercyjnych firm security pochodziło z sektora publicznego.

Sławomir Wagner wymienia 3 najczęstsze sposoby „wypychania” prywatnych firm z rynku publicznych zleceń. Chodzi o przejmowanie zleceń przez:

  • Tworzone przez zleceniodawców specjalne podmioty zajmujące się ochroną. Mogą mieć np. formę spółek – córek lub wydzielonych biur (zwanymi potocznie „wewnętrznymi służbami ochrony”), które często do realizacji zadań przejmują pracowników z firm świadczących tę usługę wcześniej dla tych samych zleceniodawców. W tym przypadku zleceniodawcami najczęściej są państwowe firmy lub mające znaczące udziały Skarbu Państwa. Zlecenia są takim spółkom lub biurom przyznawane jak zwykłe zadania wewnątrz przedsiębiorstwa, a więc oczywiście bez żadnego przetargu. W ten sposób np. Jastrzębska Spółka Węglowa tworzy własną agencję ochrony – o nazwie JSW Ochrona – do zapewniania bezpieczeństwa swoim obiektom.
  • Służby Państwowe (np. mundurowe) zajmujące się dotychczas specjalnymi rodzajami ochrony w obiektach podległych resortom, które najczęściej są zleceniodawcami kontraktu. W tym przypadku dochodzi też do swoistego wskrzeszenia służb, które wcześniej mocno ograniczyły swoją działalność, przekazując zadania komercyjnym firmom. Tak stało się np. na kolei, gdzie ochrona wróciła do Służby Ochrony Kolei lub w obiektach należących do resortu sprawiedliwości, gdzie zadania związane z ochroną przejmują niektóre jednostki Służby Więziennej.
  • Należące do Skarbu Państwa podmioty, które od kilku lat rozwijają działalność w obszarze ochrony. Dziś chronią one m.in. lotniska, fabryki czy jednostki wojskowe. Konkurują z komercyjnymi firmami o zlecenia sektora publicznego, a czasem nawet – prywatnego. Do tej kategorii należą np. Naftor, Polski Holding Obronny (obejmuje ochronę dla PGZ, wypierając dotychczasowego wykonawcę usługi – prywatną firmę) czy Poczta Polska – Ochrona.

Polski Holding Ochrony zwraca uwagę na cenę, która w nowych okolicznościach może być nawet dwa razy wyższa niż wcześniej.

– Koszty te obciążają wszystkich podatników. Przecież to z płaconych przez każdego z nas podatków finansowane są urzędy czy państwowe przedsięwzięcia – mówi Sławomir Wagner i pyta: – Czy przekłada się to na wyższą jakość usługi? Przypominam, że w wielu przypadkach realizują ją ci sami pracownicy ochrony, którzy robili to w prywatnych firmach poprzednio wykonujących te zlecenia.

Sławomir Wagner nawiązuje tu do powszechnie stosowanej praktyki, według której zatrudnione przy realizacji danego kontraktu osoby, znajdują, niejako automatycznie, pracę przy tym samym kontrakcie, ale już dla innego zleceniobiorcy. W tym przypadku – państwowego, który jako pracodawca spełnić musi znacznie bardziej wyśrubowane wymagania niż prywatne firmy.

– Najważniejszym skutkiem przedstawianego przez nas procesu jest jednak faktyczne ograniczanie konkurencji na wolnym rynku. – ostrzega Sławomir Wagner. W skierowanym do premiera liście PHO pisze między innymi: „Zajmujące się ochroną nowo powstałe jednostki sektora publicznego już występują o koncesje, chcąc świadczyć usługi na zewnątrz, co z pewnością przyczynia się do odbierania kontraktów firmom komercyjnym, ograniczając zatem ich działalność na rynku. Ta swoista „konkurencja” toczy się przy wsparciu ww. jednostek przez państwo, a więc z państwowym sponsoringiem.” Nawet bowiem, jeśli państwowe przedsiębiorstwa świadczące usługi ochrony uczestniczą w rynkowej rywalizacji, to już na starcie mają lepszą pozycję w postaci swoistego wsparcia.

– Wiadomo, że takie firmy dysponują dodatkową bazą – np. hotelami, które i tak muszą utrzymywać. Przy jednym z przetargów, zaproponowana przez nich stawka może być więc niższa, bo zatrudnione przez nie osoby korzystają z takich właśnie udogodnień. Inna kwestia to sprzęt, który takie firmy finansować mogą nie koniecznie z własnego zysku, a nawet pokrycie straty bilansowej – mówi Sławomir Wagner.

Sygnalizowany w liście do szefa rządu proces nie jest nowy, mimo, że faktycznie znacznie przybrał na sile w ostatnich 2 latach. Jak zauważa Polski Holding Ochrony, podobne praktyki miały miejsce już na przykład ponad 6 lat temu, kiedy konsorcjum Poczty Polskiej – Ochrona rozpoczęło realizację kontroli bezpieczeństwa na jednym z nowo powstałych w Polsce lotnisk.

– To jednak były jednostkowe przykłady, które nie układały się jeszcze w żaden trend, a z takim mamy, i to coraz wyraźniej, do czynienia obecnie – mówi Sławomir Wagner.

„Wypychanie” prywatnych firm z publicznych kontraktów zdecydowanie stało się bardziej intensywne na początku 2017 roku, gdy rozwijające usługę ochrony państwowe firmy zapowiedziały wzmocnienie swego udziału w rynku.

– To trend zupełnie odwrotny niż w Unii Europejskiej. Ochrona publicznych obiektów przez pracowników komercyjnych firm to w wielu krajach norma. Przypomnę, że prywatne podmioty chronią tam m.in. lotniska, urzędy, w tym Parlament Europejski, a w Skandynawii – nawet posterunki policji, nie mówiąc już o jednostkach wojskowych – podsumowuje Sławomir Wagner.

Polski resort obrony już blisko 2 lata temu sugerował, że zastąpi prywatne firmy służbą wartowniczą. Na razie ochronę obiektów wojskowych systematycznie przejmują konsorcja, w skład których wchodzą m.in. państwowe firmy.

Premier Włoch chce zmieniać Unię Europejską

Miękkie dane zwiastują spowolnienie w strefie euro. Premier Włoch chce zmieniać Unię Europejską i dalej zadłużać swój kraj, tyle wiemy po expose. Bloomberg zwiastuje decyzje EBC o podaniu daty zakończenia QE już w przyszłym tygodniu. Gospodarka USA wciąż na fali wznoszącej. RPP powinno pozostać dzisiaj gołębie.

Widoczny zastój w strefie euro

Wczorajszy dzień upłynął pod znakiem osłabienia się wspólnej waluty. Kurs EUR/USD zanurkował poniżej poziomu 1.17. Powodów takich ruchów można doszukiwać się w nieco słabszych danych makro ze strefy euro. Większość PMI zarówno dla całej strefy euro jak i poszczególnych krajów rozczarowały. Także dane o sprzedaży detalicznej pokazały to o czym się mówi od kilku tygodni. Tempo rozwoju strefy euro słabnie.

A już był spokój

Bez wątpienia pozytywne dla euro nie było też expose nowego premiera Włoch. Inwestorzy przyjęli je póki co mocno na chłodno ale pomysły, które przedstawił warto jednak zapamiętać. Zapowiedziano wszystkie programowe koncepcje Ruchu 5 Gwiazd a więc choćby dochód podstawowy, obniżkę podatków. Tylko te dwa kosztować mają 120 mld euro. I nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że Włochy są jedną z najbardziej zadłużonych gospodarek strefy euro. W efekcie rentowności włoskich obligacji znów wzrosły. Niepewność związana z Italią więc nieco ustała jednak niepewność na pewno pozostaje szczególnie jeśli któreś z pomysłów zaczną być realizowane.

Wystarczy tak niewiele

Jak nieprzewidywalny jest jednak rynek walutowy widzimy dzisiaj rano. Wystarczyła informacja z Bloomberga o tym, że EBC w przyszłym tygodniu poda datę zakończenia QE, i wspólna waluta z nawiązką odrobiła straty. EUR/USD z poziomu 1,1670 wzrasta obecnie do poziomu 1,1760. Oczywiście informacja może dziwić, gdyż obserwowane lekkie spowolnienie w strefie euro raczej wyklucza taką komunikację. Informacje nie były też poparte słowami członków EBC.

Sytuacja klarowna

Odmienna sytuacja panuje za oceanem. Kolejne dane z USA potwierdzają, że gospodarka znajduje się w wysokiej formie. Po ostatnich spadkach wczorajszy indeks ISM znów odbił i znacznie przewyższa barierę 50 pkt. Sygnałów spowolnienia więc zupełnie nie widać. Warto więc wyciągnąć wnioski przed przyszło tygodniowymi posiedzeniami banków centralnych. Sytuacja ekonomiczna strefy euro pozostaje w opozycji do tej w USA. Patrząc więc przez pryzmat przyszłych ruchów w polityce monetarnej EUR/USD powinien wrócić na południe.

RPP ze znikomym wpływem

Osłabienie poranne dolara przynosi lekką ulgę w notowaniach złotego. Można powiedzieć, że w tym tygodniu na krajowej walucie mamy istny rollercoaster. Poniedziałek spore umocnienie, wtorek spore osłabienie i dzisiaj znów umocnienie. Dzisiaj w kalendarzu przede wszystkim posiedzenie RPP. Nadal jednak zmiany retoryki prezesa się nie ma co spodziewać. Tempo inflacji owszem wzrosło ale nadal znajduje się poniżej celu RPP. Wydaje się więc, że złoty pozostanie pod wpływem czynników zewnętrznych.

Dane teoretycznie mniejszego kalibru

Na szerokim rynku brakuje publikacji ważnych danych dzisiaj. Niemniej jednak w obliczu zaostrzenia w ostatnich dniach wojny handlowej warto zwrócić uwagę na bilans handlu zagranicznego USA za kwiecień o 14.30. Większy deficyt od prognoz może znów wywołać reakcję prezydenta Trumpa. O 16.30 pojawią się dane na temat zapasów ropy, które są dość bacznie w ostatnich tygodniach śledzone.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

EUR/USD na fali odreagowania. Umocnienie złotówki możliwe jeszcze w pierwszej połowie czerwca 2018

Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI
Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI

Doniesienia agencji Bloomberg – wskazujące na to, że EBC podczas posiedzenia zaplanowanego na przyszły tydzień może podać datę zakończenia programu QE – wsparły nieco notowania europejskiej waluty. Jednak kurs EUR/USD w dalszym ciągu pozostaje poniżej 1,1750 USD, z tendencją do kolejnej fali odreagowania, co według ekspertów Aforti Exchange może przynieść jeszcze w pierwszej połowie czerwca umocnienie się polskiej waluty.

Jednocześnie dane dotyczące bieżącej sytuacji na rynku FX powodują dalsze podbicie EUR/USD, co pośrednio wzmacnia notowania PLN. Krajowa waluta wyceniana jest na 4,2782 PLN względem euro, przy 3,6517 PLN wobec dolara amerykańskiego, nawet 3,7036 PLN w relacji do CHF i na 4,8908 PLN w odniesieniu do funta szterlinga.

EUR/USD – możliwe odreagowanie notowań pod formację RGR

Po tym, jak w kwietniu 2018 roku doszło do naruszenia zakresu 1.2190 – 1.2410 na parze EUR/USD, potwierdziła się silna strefa oporu. Kolejny miesiąc przyniósł potwierdzenie siły podaży, która w maju 2018 roku doprowadziła do testu górnego ograniczenia wybitego w listopadzie 2017 roku kanału spadkowego oraz kluczowego wsparcia 1.1450.

Ostatecznie doszło do odreagowania w rejon poziomu 1.1650, z którego rozpocznie się kolejna fala odreagowania, spodziewana przez ekspertów Aforti Exchange co najmniej w pierwszej połowie czerwca 2018. Jego celem może okazać się poziom 1.1920, odpowiadający za powstanie formacji RGR, co jednocześnie może doprowadzić do umocnienia się złotówki.

Docelowo jednak widać gotowość do większej przeceny, której celem będzie ponownie poziom 1.1450. Jeżeli utrzyma on presję podaży w najbliższych tygodniach, dopiero wtedy możemy liczyć na powrót silniejszego euro względem dolara. Tym samym trwałe zanegowanie omawianego poziomu (1.1450) będzie ciosem dla euro, jak również dla złotówki. Rynek otworzy sobie wtedy drogę do lokalnego minimum w okolicach poziomu 1.0520.

2018-06-06 Aforti Exchange_EUR_USD_wykres miesięczny
Źródło: Aforti Exchange – notowania ropy w układzie miesięcznym

Jastrzębia retoryka członków EBC wspiera euro

Ostatnie godziny przyniosły umocnienie euro w relacji do głównych walut. Wzrosty na wspólnej walucie są związane z komentarzami członków EBC, które sugerują, że bank centralny w najbliższym czasie powinien ogłosić zakończenie programu luzowania ilościowego (QE).

W swojej ostatniej wypowiedzi główny ekonomista EBC, Peter Praet stwierdził, że członkowie banku centralnego podczas spotkania w przyszłym tygodniu będą dyskutowali nad tym, czy należy stopniowo wygaszać program QE. Prezes duńskiego banku centralnego, Klaas Knot ogłosił z kolei, że “odpowiednim” byłoby ogłoszenie zakończenia programu QE w niedalekiej przyszłości, w kontekście perspektyw wzrostu inflacji i faktu, iż jej dynamika jest w mniejszym stopniu zależna od stymulacji ze strony banku centralnego.

Zwrot w retoryce ze strony reprezentantów EBC nastąpił po ostatnim wzroście inflacji. Dynamika cen podskoczyła z poziomu 1,2% do 1,9% w maju, z kolei bazowa dynamika cen podskoczyła z poziomu 0,7% do 1,1% rocznie.

SYTUACJA WE WŁOSZECH NADAL WPŁYWA NA RYNEK

Wczorajszy dzień był stosunkowo mieszany dla euro. Wspólna waluta z jednej strony zyskiwała na słabości dolara amerykańskiego, z drugiej natomiast cierpiała nieco ze względu na wzrost ryzyka we Włoszech po zapowiedziach nowego, populistycznego premiera, które trudno nazwać “fiskalnie odpowiedzialnymi”.

Świeżo desygnowany premier kraju, Giuseppe Conte w trakcie przemówienia w Senacie, które towarzyszyło wotum zaufania dla nowego rządu nieco zaskoczył rynki finansowe. Z jednej strony pozytywnie wyrażał się na temat relacji z “Europą”, próżno w jego wypowiedzi było szukać wątków sugerujących, że Italia rozważa opuszczenie UE, czy bloku walutowego. Z drugiej natomiast Conte szokował planami prowadzenia bardzo ekspansywnej polityki fiskalnej. Nowy premier wspominał zarówno o wzroście wydatków państwa, jak i obniżeniu podatków, w swojej wypowiedzi informując również o planie wprowadzenia programu, który mógłby być włoską wersją dochodu podstawowego.

Wzrost ryzyka ponownie dostrzegalny był we wzroście rentowności włoskich obligacji. Rentowności 2-letnich papierów podskoczyły z okolic 0,8% do ok. 1,4%, obecnie znów jednak znajduje się w okolicy 1%. Skok może wydawać się duży, jednak w niczym nie przypomina wyprzedaży, z którą mieliśmy do czynienia w początkach ubiegłego tygodnia.

Rentowności włoskich obligacji 2 i 10-letnich (kwiecień ‘18-czerwiec ‘18)Rentowności włoskich obligacji 2 i 10-letnichŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 06/06/18

Ograniczona reakcja rynków sugeruje, że niespecjalnie przejęły się one populistycznymi zapowiedziami. Ich realizacja wiązałaby się z istotnym zwiększeniem włoskiego deficytu i pogorszeniem zaufania do kraju, przekładającego się na wzrost kosztów obsługi włoskiego długu, a na to populiści raczej nie mogą sobie pozwolić.

Dzisiaj uwagę inwestorów nadal powinna zwracać sytuacja we Włoszech. Nowy premier będzie dziś przemawiał w niższej izbie parlamentu, która będzie głosować nad wotum zaufania dla nowego rządu (powinna to być formalność, koalicja populistów ma bowiem większość w niższej izbie).

POLSKI ZŁOTY

Krajowa waluta w relacji do dolara amerykańskiego i euro zakończyła wczorajszy dzień w okolicy poziomów na których go rozpoczęła. Złoty nieco osłabił się natomiast w parze z funtem brytyjskim (o ok. 0,6%), nie było to jednak związane z wewnętrzną słabością PLN. GBP zyskiwał również w parze z głównymi walutami, wspierany przez dobre dane PMI opisujące aktywność w brytyjskim sektorze usług w maju.

Wczorajszy dzień nie obfitował w dane z krajowej gospodarki. Wtorek pod tym względem zapowiada się podobnie. Dziś jednak warto będzie zwrócić uwagę na konferencję po spotkaniu Rady Polityki Pieniężnej – interesujące będzie przede wszystkim to, czy RPP odniesie się do zmian w europejskich gospodarkach (poprawy otoczenia inflacyjnego i pogorszenia perspektyw wzrostu) i ewentualnego wpływu tych zmian na krajową gospodarkę i politykę monetarną prowadzoną przez NBP.

Jeśli sytuacja na Półwyspie Apenińskim będzie się uspokajać, a siła dolara amerykańskiego będzie trzymana w ryzach, wspólna waluta i złoty powinny zyskiwać. Pole do umocnienia nadal jest spore, biorąc pod uwagę, że europejskie aktywa (i bardziej „ryzykownych” krajów strefy euro i krajów CEE) wyprzedawane właśnie m.in. ze względu na wzrost ryzyka na południu Europy nadal pozostają na relatywnie niskich poziomach.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – dane o amerykańskim bilansie handlowym w kwietniu
  • 14:30 – produktywność pozarolnicza i jednostkowe koszty pracy w USA w I kwartale
  • 16:00 – konferencja prasowa po spotkaniu decyzyjnym PRP
  • 18:00 – przemawia Ian McCafferty z BoE

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Małe firmy w najlepszej kondycji od 3 lat. Niemal połowa z nich liczy na wzrost sprzedaży

Małe firmy, zatrudniające od 10 do 49 pracowników, są w najlepszych nastrojach od 3 lat. Subindeks „Barometru EFL” dla tej grupy w II kwartale br. wyniósł 62,4 pkt., wyższy był tylko w II kwartale 2015 roku (65,5 pkt.). Co więcej, po raz pierwszy w historii badania, odczyt dla małych firm był wyższy niż dla średnich. Na uwagę zasługuje również fakt, że aż 47% „maluchów” liczy na wzrost zamówień na ich usługi i produkty. Odczyty dla mikro i średnich firm wyniosły odpowiednio 58,9 pkt. oraz 62 pkt.

Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL
Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL

– Drugi pomiar Barometru EFL w tym roku lekko nas zaskoczył i to bardzo pozytywnie, jeśli chodzi o różnice nastrojów pomiędzy trzema grupami przedsiębiorców w polskim sektorze MŚP. Do tej pory mieliśmy do czynienia z najwyższymi wskaźnikami wśród średnich firm, a w tym kwartale po raz pierwszy w historii naszego badania najlepsze nastroje wykazują mali przedsiębiorcy. To nas bardzo cieszy, gdyż w grupie MŚP małych firm jest zdecydowanie więcej niż średnich. Wzrost sprzedaży produktów i usług oraz więcej inwestycji z pewnością są kluczowymi czynnikami do wzrostu skali ich biznesów i awansu z poziomu małej firmy na średnią – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Mały wielki biznes

Subindeks „Barometru EFL”, który informuje o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu, w II kwartale tego roku, po raz pierwszy w historii badania był najwyższy wśród małych przedsiębiorstw i wyniósł 62,4 pkt. Jest to wynik o 5,5 pkt. wyższy niż na początku tego roku i co ważniejsze, najlepszy od 3 lat (II kwartał 2015: 65,5 pkt.). Na taki odczyt miały wpływ przede wszystkim dobre prognozy w obszarze sprzedaży. Niemal połowa małych przedsiębiorców (47,1%) liczy na wzrost zamówień, o 7,1 pp. więcej niż kwartał wcześniej. Więcej maluchów, niż 3 miesiące temu, spodziewa się też lepszej płynności finansowej – 28,9% vs. 24%.

Mikro radzą sobie coraz lepiej

Średnie firmy oceniają swoją sytuację odrobinę gorzej niż małe – wartość subindeksu wyniosła 62 pkt., czyli tyle samo, ile w poprzednim kwartale. Na uwagę zasługują jednak również mikro firmy. Choć odczyt dla tej grupy ponownie jest niższy od odczytu dla małych i średnich firm, który wyniósł 58,9 pkt., to jest to wynik aż o 7,1 pkt. wyższy niż w I kwartale. Należy przy tym zaznaczyć, że obecna wartość indeksu wśród firm mikro jest drugą najwyższą w historii Barometru, po II kwartale 2017 (61,5 pkt.).

Im większa firma, tym chętniej sięga po leasing

Niezmiennie od początku badania zauważalna jest tendencja, zgodnie z którą, im firma zatrudnia więcej pracowników, tym częściej korzysta z leasingu. Podczas gdy wśród mikro firm 36,5 proc. zarządzających bazuje na tym produkcie, to wśród małych ten odsetek wynosi 53,6 proc., a wśród średnich podmiotów aż 2/3 przedsiębiorców finansuje swoją działalność leasingiem (65,8 proc.).

Stabilna sytuacja w MŚP

Odczyt „Barometru EFL”[1] za II kwartał tego roku wyniósł 61,2 pkt. i wyraźnie znajduje się ponad progiem OR[2]. Po trzech spadkowych kwartałach, mamy do czynienia ze wzrostem wskaźnika w porównaniu do poprzedniego kwartału – o 4,4 pkt. Lekki spadek (o 1,8 pkt.) widać natomiast w porównaniu do rekordowego odczytu sprzed roku (63 pkt.).

[1] Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 19-27 kwietnia 2018 r.

[2] Próg OR jest podstawową miarą analityczną zastosowaną do wyników badania, który stanowi algorytm stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców. Przyjmuje on wartości od 0 do 100, przy czym zagregowany wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju sektora MŚP, natomiast wynik niższy oznacza, że warunki te są niekorzystne. Zatem poziom 50 pkt. stanowi próg OR, czyli poziom ograniczonego rozwoju.


Polska potęgą w branży gier

Mateusz Adamkiewicz, Wiceprezes Zarządu GameInvest Fund S.A.
Mateusz Adamkiewicz, Wiceprezes Zarządu GameInvest Fund S.A.

Polska stała się prawdziwą potęgą w branży elektronicznej rozrywki i nie ma w tym stwierdzeniu ani trochę przesady. O ile polskie produkcje filmowe rzadko przebijają się na międzynarodowych rynkach, o tyle nasze gry komputerowe są rozpoznawalne na całym świecie. Utalentowani programiści, stosunkowo niskie koszty pracy i renoma tworzona między innymi przez takie tytuły jak Wiedźmin powodują, iż produkcje znad Wisły znajdują się na listach światowych bestsellerów.

Wystarczy spojrzeć na listę najczęściej sprzedawanych gier na Steam – jednej z największych na świecie platform dystrybucji cyfrowej, która zrzesza aktualnie ponad 125 milionów użytkowników i oferuje w sprzedaży ponad 20 000 gier. Przy tak dużej konkurencji nie jest łatwo się przebić, a mimo to pod koniec maja aż trzy polskie gry utrzymywały się tam w rankingu 10 największych bestsellerów.

Mowa o Moonlighter, grze przygodowej wydanej przez 11 bit studios oraz Agony i House Flipper ze stajni PlayWay. Mimo stosunkowo wysokiej sprzedaży, Agony nie zostało ciepło przyjęte przez graczy, natomiast sporym zaskoczeniem może być rewelacyjna sprzedaż i opinie o House Flipper. Rozgrywka oparta na pracach remontowych w domu okazała się strzałem w dziesiątkę, a gra o łącznym budżecie poniżej 550 tys. złotych skutecznie konkurowała z tytułami od światowych potęg, z budżetami liczonymi w kilkudziesięciu milionach dolarów.

Najbardziej udaną polską premierą tego roku była póki co gra Frostpunk od 11 bit studios. Budżet oscylujący w granicach 10 milionów złotych udało się odrobić w 66 godzin, kiedy  to sprzedaż osiągnęła 250 tysięcy sztuk. Obecnie gra jest na dobrej drodze, aby osiągnąć milion kopii sprzedanych na całym świecie, zaś kapitalizacja notowanej na GPW  spółki  11 bit sudios przekracza miliard złotych.

Dużo dzieje się też na małej giełdzie. Pod koniec maja swój debiut miało warszawskie studio CreativeFroge Games S.A., a kolejną Spółką, która już w połowie czerwca zadebiutuje  na NewConnect, jest Ultimate Games S.A.

Ultimate Games koncentruje swoje działania na symulatorach, przede wszystkim wędkarskich. Ich flagową produkcją jest seria Ultimate Fishing Simulator, w którą można zagrać na PC, jak i Mobile. Wersję mobilną pobrało dotychczas ponad 3 miliony graczy. To oznacza stałe zyski, które pozwalają na finansowanie kilkunastu nowych gier.

Plany są ambitne. W wakacje wychodzi pełna wersja gry Ultimate Fishing Simulator na PC, a także Pro Fishing 2018 na PC – w wersji free to play. Decydujący będzie jednak przyszły rok, kiedy m.in. Ultimate Fishing Simulator wyjdzie na konsole (Nintendo Switch, PlayStation, Xbox) a także wydany zostanie Ultimate Fishing Simulator Mobile 2019. Strzałem w dziesiątkę może okazać się też współpraca z Discovery Channel, z którym Ultimate Games będzie wspólnie wydawać grę Deadliest Catch: The Game.

Polska branża rozrywki elektronicznej jest w doskonałej kondycji, rośnie w siłę i można spodziewać się kolejnych spektakularnych sukcesów. „Made in Poland” to obecnie w branży gier synonim najwyższej jakości i rozrywki na poziomie.

Autorem komentarza jest Mateusz Adamkiewicz, Wiceprezes Zarządu GameInvest Fund S.A.

Wiceprezes Zarządu GameInvest Fund S.A. odpowiedzialny za inwestycje. Wcześniej przez 10 lat pracował na stanowiskach analitycznych w domach maklerskich i sektorze bankowym. Prywatnie inwestor giełdowy.

Prezesi globalnych spółek ostrożnie prognozują wzrost przychodów

Prezesi dużych spółek z największych światowych rynków z optymizmem patrzą na rozwój biznesu w ciągu najbliższych 3 lat. Jednak ponad połowa CEO zakłada, że wzrost przychodów ich spółek nie przekroczy 2% rocznie. Jednym z głównych zagrożeń dla zakładanych wzrostów jest obecna sytuacja geopolityczna, której przejawem jest trend ochrony rynków lokalnych. Zarządzający przedsiębiorstwami przykładają równocześnie coraz większą wagę do kwestii związanych z cyberbezpieczeństwem – 49% prezesów ma świadomość, że wizja cybarataku na ich firmę jest nieunikniona, jedyną niewiadomą jest moment, w którym do niego dojdzie. W opinii 45% CEO największym wyzwaniem staje się zrozumienie potrzeb i preferencji pokolenia milenialsów.

Doroczne badanie KPMG przeprowadzone wśród 1 300 prezesów (CEO) globalnych spółek z 11 krajów o najbardziej rozwiniętych gospodarkach, podsumowuje opinie kluczowych menedżerów odnośnie perspektyw rozwoju ich biznesu w ciągu najbliższych 3 lat, głównych zagrożeń dla rozwoju biznesu oraz wyzwań związanych z osiągnieciem celów strategicznych.

Prezesi globalnych spółek pozytywnie o perspektywach wzrostu gospodarczego

Aż 90% prezesów spółek jest przekonanych o dobrych pespektywach rozwoju własnej firmy w ciągu kolejnych 3 lat. Oznacza to wzrost o 7 p.p. w porównaniu z ubiegłoroczną edycją badania KPMG. Zdecydowana większość CEO (78%) przewiduje rozwój całej branży, spodziewając się również dobrej koniunktury zarówno na rynku lokalnym (74% wskazań), jak i globalnie (67% wskazań). Jednak ponad połowa CEO (55%) oczekuje, że roczny wzrost przychodów osiągnięty przez ich firmy nie będzie większy niż 2% rocznie. Jednocześnie prezesi podchodzą dość ostrożnie do zatrudniania nowych pracowników – zaledwie 37% CEO planuje zwiększyć zatrudnienie w swojej organizacji o więcej niż 6% w ciągu najbliższych 3 lat. Siedmiu na dziesięciu prezesów przyznało, że największym priorytetem ekspansji geograficznej będą inwestycje w rynki wschodzące.

Pokolenie milenialsów wyzwaniem dla firm

4 na 10 prezesów spółek przyznało, że jednym z największych wyzwań dla dalszego rozwoju biznesu  będzie dostosowanie produktów i usług oraz organizacji tak, aby spełniały oczekiwania pokolenia milenialsów – czyli osób urodzonych w latach 1980-2000. Jest to pierwsza generacja, która kształtowała się już w cyfrowym świecie, ma zupełnie inne potrzeby, preferencje i oczekiwania, co powoduje, że firmy muszą znaleźć nowe produkty czy rozwiązania (np. wykorzystanie cyfrowych kanałów w marketingu i dystrybucji) pozwalające w pełni zaangażować milenialsów zarówno jako konsumentów, jak i pracowników. Prezesi spółek muszą stawiać czoła wielu nowym wyzwaniom, z którymi – jak wskazują – nie spotykali się do tej pory. Jednak aż 95% z nich jest zdania, że napotykane przeszkody i zmiany związane z nowymi technologiami i modelami biznesowymi stanowią dla nich szansę, a nie zagrożenie.

Prezesi globalnych spółek wyrażają przekonanie, że geopolityczna niepewność oraz stałe zagrożenie cyberprzestępczością to rzeczywistość, w której zarządzają swoimi firmami. Najlepsi z nich szukają nowych możliwości rozwoju zmieniając firmowe systemy, a nawet dokonując reorganizacji modelu prowadzonego biznesu. Zapewnienie wzrostu gospodarczego w 2018 r. i kolejnych latach będzie wymagało od CEO dużej przedsiębiorczości i jednocześnie realistycznego podejścia do biznesu  mówi Bill Thomas, Chairman, KPMG International.

Nieunikniony cyberatak jest tylko kwestią czasu

Blisko połowa CEO przyznaje, że cyberatak wymierzony w ich organizację jest tylko kwestią czasu. Jednocześnie 51% prezesów wierzy, że ich organizacja jest dobrze przygotowana na odparcie cyberzagrożeń.  Spowodowało to zmianę myślenia prezesów, którzy cyberatak postrzegają obecnie jako coś nieuniknionego.

Dynamicznie zmieniające się otoczenie geopolityczne na całym świecie spowodowało, że na pierwszym miejscu wśród zagrożeń, które mogą stać na przeszkodzie w zapewnieniu założonego wzrostu gospodarczego prezesi upatrują odejście od gospodarki globalnej na rzecz gospodarek lokalnych. Na kolejnych miejscach wśród zagrożeń CEO wymieniają ryzyko technologiczne oraz zagrożenie cyberprzestępczością.

Wcześniejsze analizy KPMG przeprowadzone wśród polskich menedżerów pokazują, że praktycznie prawie każde z badanych przedsiębiorstw (81%)  doświadczyło przynajmniej jednego cyberincydentu w 2017 r., a  37%  firm działających w Polsce obserwuje istotny wzrost liczby cyberataków. Polscy menedżerowie patrzą jednak bardziej optymistycznie na stosowane zabezpieczenia przed cyberatakami – ponad dwie trzecie jest przekonanych, że ich przedsiębiorstwa mają w pełni dojrzałe rozwiązania – mówi Leszek Wroński, partner, szef działu usług doradczych w KPMG w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej.

Cyfrowa rewolucja kluczem do sukcesu przedsiębiorstwa

Cyfryzacja stanowi największe wyzwanie dla skutecznego dopasowania przedsiębiorstw do dynamicznie zmieniających się rynków. Tzw. cyfrowa transformacja, której celem jest efektywne wykorzystanie najnowszych technologii cyfrowych oraz rozwiązań biznesowych bazujących na tych technologiach, jest w tej chwili najważniejszym priorytetem dla zdecydowanej większości przedsiębiorstw. Aż 95% CEO jest przekonanych, że cyfryzacja jest bardziej szansą na przyspieszony rozwój, a nie zagrożeniem dla ich biznesu.

Jednocześnie 71% prezesów wierzy, że są osobiście dobrze przygotowani do pełnienia roli lidera programu transformacji cyfrowej w swoich firmach. W przeciwieństwie do powszechnych opinii na temat wpływu sztucznej inteligencji i robotyzacji na zatrudnienie, prezesi wyrażają opinię, że rozwój tych technologii będzie okazją do stworzenia większej liczby nowych miejsc pracy, niż liczba etatów, która zostanie wyparta w związku z automatyzacją, robotyzacją czy sztuczną inteligencją. Większość z kluczowych menedżerów (6 na 10) przyznała, że ochrona danych klientów, które są w posiadaniu ich organizacji, jest krytycznym wyzwaniem, za które ponoszą osobistą odpowiedzialność.

Cyfryzacja jest największym wyzwaniem dla polskich przedsiębiorstw, nie tylko tych z branży usługowej. Przemysł jest bardzo ważnym kołem zamachowym polskiej gospodarki i cyfryzacja przedsiębiorstw produkcyjnych musi być naszym priorytetem, jeśli polskie fabryki mają być konkurencyjne na globalnym rynku. Prezesi muszą wziąć na siebie więcej odpowiedzialności za transformację cyfrową ich biznesów – mówi Leszek Wroński, partner, szef działu usług doradczych w KPMG w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej.

Bycie „agile” to hasło przewodnie biznesu na całym świecie

Na dynamicznie zmieniającym się rynku, umiejętność szybkiego i efektywnego wprowadzania innowacji w celu dostosowania organizacji i jej produktów, staje się krytycznym czynnikiem sukcesu dla każdego przedsiębiorstwa. Już blisko 60% CEO uważa, że szybkość działania ma priorytetowe znaczenie. Prezesi są również świadomi roli innowacji w biznesie, przywiązując dużą wagę do budowy proinnowacyjnego ekosystemu – 53% przedsiębiorstw objętych badaniem posiadało swój własny inkubator lub akcelerator. Pomimo coraz bardziej zaawansowanych rozwiązań analityki danych oraz sztucznej inteligencji, 67% CEO przyznaje, że w ostatnich 3 latach podjęli decyzję intuicyjnie, nie biorąc pod uwagę wyników dostarczonych analiz danych i prognoz. Połowa prezesów dużo bardziej ufa analizom historycznym niż wynikom predykcji analitycznych.

Julia Patorska ponownie przewodniczącą Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich

Julia Patorska Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte
Julia Patorska
Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte

Julia Patorska, lider zespołu ds. analiz ekonomicznych w firmie doradczej Deloitte, została wybrana przewodniczącą Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich na kolejną kadencję. Do Rady TEP dołączył również Rafał Rudzki, starszy menedżer w zespole zrównoważonego rozwoju w Europie Środkowej Deloitte.

Głównym zadaniem TEP jest popularyzowanie wiedzy ekonomicznej, wyjaśnianie zjawisk gospodarczych i społecznych współczesnego świata, dyskusja nad kształtowaniem ładu gospodarczego w Polsce i świecie oraz wspieranie rozwoju ekonomistów młodego pokolenia.

Niezmiernie cieszy nas fakt, że eksperci Deloitte zasiadają we władzach Towarzystwa Ekonomistów Polskich. Szczególne gratulacje należą się Julii Patorskiej, która kolejny raz została wybrana na przewodniczącą, co potwierdza, że jej wiedza i doświadczenie są doceniane przez tak zacne gremium – mówi Marek Metrycki, Partner zarządzający Deloitte w Polsce.

Julia Patorska posiada kilkunastoletnie doświadczenie zawodowe. Z wykształcenia jest ekonomistką. Ukończyła Szkołę Główną Handlową oraz Universidad de Seville w Hiszpanii. Ma za sobą również studia doktoranckie na SGH.

Przewodnicząca TEP od dziesięciu lat pracuje w konsultingu, z czego od trzech lat w Deloitte. Realizowała projekty z różnych sektorów, wspierając zarówno podmioty publiczne, jak i prywatne. W Deloitte rozwija usługi doradcze w obszarze analiz ekonomicznych w zespole Sustainability Consulting Central Europe. Jej specjalizacją jest znalezienie związków pomiędzy zrównoważonym rozwojem i ekonomią. Od dwóch lat intensywnie zajmuje się zagadnieniami gospodarki o obiegu zamkniętym.

Z kolei Rafał Rudzki jest doradcą biznesowym i ekspertem od zarządzania w obszarze zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialnego biznesu.  Od 2015 r. związany zawodowo z Deloitte na stanowisku starszego menedżera, gdzie odpowiada za koordynację działań zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w 19 krajach Europy Środkowej oraz pracą z klientami polskimi oraz zagranicznymi. Koncentruje się na doradztwie w obszarze strategii i transformacji biznesowych, analiz rynkowych i ekonomicznych, w tym raportowania wpływu, a także zarządzania reputacją.

Rafał jest absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, Erasmus University w Rotterdamie oraz University of Cambridge. Jest autorem publikacji m.in. w tygodniku POLITYKA i uczy strategii społecznej odpowiedzialności biznesu w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.