W 2019 roku wartość światowego rynku ogrodniczego wyniesie 81 mld euro. Duży potencjał na tym rynku mają polskie szkółki

W 2019 roku wartość światowego rynku ogrodniczego wyniesie 81 mld euro. Duży potencjał na tym rynku mają polskie szkółki 1

Polska branża ogrodnicza rozwija się bardzo dynamicznie. Euromonitor International wskazuje, że światowy rynek w 2019 roku osiągnie wartość 81 mld euro po wzrostach na poziomie ok. 2 proc. rocznie. W Polsce dynamika ta jest znacznie większa. Polskie szkółki dzięki trudniejszym warunkom klimatycznym dostarczają rośliny w niemal każdy zakątek świata, ale coraz więcej krzewów kupują także sami Polacy. Problemem na rynku jest logistyka, która zapewniłaby szybki transport roślin. Ma to zmienić platforma Greenery, której premiera planowana jest na koniec sierpnia.

Wartość rynku ogrodniczego przewiduje się na 81 mld euro w 2019 roku. Wzrost ma wynieść ok. 2 proc. rocznie. Jeśli chodzi o Polskę, jest to rynek niezmiennie rosnący – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marzena Bartosiewicz, właścicielka Centrum Ogrodniczego Hortorus i założycielka platformy Greenery.

Jak wynika z danych „Biznesu Ogrodniczego” przytaczanych przez Greenery, sprzedaż roślin w Europie Zachodniej generuje ponad połowę obrotów w całej kategorii gardening, podczas gdy w Europie Wschodniej jest to 35 proc., a w Polsce – mniej niż 20 proc. To pokazuje duży potencjał wzrostu.

Branża ogrodnicza ma przed sobą dobre perspektywy. Coraz więcej ludzi przeprowadza się do domów jednorodzinnych i dba o przydomowe ogródki. Uprawiamy własne owoce i warzywa, co wpisuje się w trend zdrowego stylu życia. Ważnym klientem są także działkowicze. Choć wydatki Polaków na zieleń są wciąż niższe niż w krajach europejskich, to systematycznie rosną. Duże znaczenie ma także eksport. Polskie szkółki dostarczają rośliny do krajów na całym świecie. Dzięki temu, że warunki klimatyczne są mniej korzystne niż na zachodzie Europy, to wiele z uprawianych u nas roślin jest bardziej odpornych. Dlatego polskie szkółki mogą zaopatrywać także chłodniejsze obszary.

Eksperci podkreślają, że kluczem do sukcesu na rynku jest szeroki i ciekawy asortyment oraz wysoka jakość roślin.

Największą bolączką branży ogrodniczej w kontekście roślinnym jest sprawna logistyka, aby polska produkcja roślinna, której nie musimy się wstydzić na tle krajów europejskich, szybko trafiała do naszych centrów ogrodniczych. O ile jeśli chodzi o produkcję nie odstajemy od konkurencji, o tyle logistyka pozostawia wiele do życzenia – wskazuje Bartosiewicz.

Jak podkreśla ekspertka, w Polsce wyzwaniem dla producentów roślin jest sprawne zaopatrywanie centrów ogrodniczych. Hurtownicy mogą obejrzeć rośliny podczas targów, przeważnie w formie kompozycji z roślin, lub skorzystać z oferty przedstawionej na stronie internetowej. Jak jednak tłumaczy Bartosiewicz, kupowanie w ten sposób roślin przypomina jednak trochę kupowanie kota w worku.

– Rośliny są kupowane w ciemno, bo nie zawsze parametry wskazywane przy opisie tej rośliny naprawdę mówią o jej jakości. Przez to hurtownicy nie kupują roślin tak często, jak mogliby to robić. Brakuje elementu kupowania pod wpływem impulsu, który zawsze nakręca handel w każdej dziedzinie – przekonuje Marzena Bartosiewicz.

Wraz z branżową wystawą „Zieleń to życie”, która rozpocznie się w Warszawie 31 sierpnia, ruszy platforma Greenery, która ma uzupełnić brakujący kanał dystrybucji i ułatwić decyzję zakupową. Ma łączyć odbywające się na żywo targi roślin oraz platformy sprzedażową online. Greenery będzie organizować targi: producenci, którzy przedstawiają rośliny, deklarują ich liczbę i asortyment, a po targach dostarczają zamówiony towar do centrum logistycznego Greenery. Odbiorcy hurtowi zyskają dostęp do pełnej informacji o roślinie, a jeśli nie będą mogli wziąć udziału w targach – możliwość zakupu roślin online na podstawie rzeczywistych zdjęć partii roślin. To także duże ułatwienie dla producentów.

 Rozwój i pozytywne przyjęcie tego rozwiązania na rynku jako nowego kanału dystrybucji nie tylko wpłynie na poziom satysfakcji klientów detalicznych, lecz także poszczególnych ogniw. Producentom pozwoli trafić do klientów, których nie mają w swojej bazie danych, często nie mogą oni dostarczyć swoich produktów na drugi koniec Polski, ponieważ koszty logistyczne zabijają taki pomysł. Dzięki tej platformie będą mogli sprzedać swoją produkcję nie tylko w Polsce, lecz także do krajów ościennych – tłumaczy założycielka platformy Greenery.

W ten sposób polscy producenci będą mogli szerzej zaistnieć na zagranicznych rynkach. W 2016 roku wartość eksportu sadzonek i roślin sięgnęła blisko 360 mln zł, a wraz z grzybnią ponad 640 mln zł (dane GUS).

 Inną korzyścią dla producentów jest skrócenie czasu dostawy do centrów ogrodniczych, usprawnienie formalności, mimo że jest wielu klientów, wystawiają jedną fakturę. Następną jest możliwość sprawnego wprowadzenia na rynek nowości roślinnych, które po przetestowaniu w opinii szkółkarzy są cennymi nasadzeniami. Dzięki projektowi Greenery hurtowi odbiorcy będą mogli kupować je na targach – przekonuje Marzena Bartosiewicz.

Na rowerze jeździ 70 proc. Polaków. Kolarstwo staje się równie popularne jak piłka nożna i siatkówka

Na rowerze jeździ 70 proc. Polaków. Kolarstwo staje się równie popularne jak piłka nożna i siatkówka 2

Z sondażu CBOS wynika, że na rowerach jeździ już 70 proc. Polaków. Między innymi dzięki temu ta dziedzina sportu staje się równie popularna jak piłka nożna czy siatkówka. Wpływ na to mają także sukcesy polskich kolarzy. Wyścig Tour de Pologne co roku przyciąga kilka milionów widzów na żywo i przed telewizorami. Minister sportu Witold Bańka podkreśla, że podstawą kolejnych sukcesów w tym sporcie jest szkolenie młodych zawodników. Temu mają służyć takie inicjatywy jak Nutella Mini Tour de Pologne, którego dziesiąta edycja rozpoczyna się w najbliższą sobotę.

– W Polsce kolarstwo cieszy się dużą popularnością, bo ma przepiękną historię. Mamy mistrzów świata, mistrzów i wicemistrzów olimpijskich. Był moment załamania, ale teraz znów mamy świetnych zawodników jak Rafał Majka, Michał Kwiatkowski, Kaśka Niewiadoma, Łukasz Wiśniowski czy Maciej Bodnar. Rower przeżywa renesans, a prawie 10 mln Polaków deklaruje, że jeździ na rowerze, bo sprawia im to przyjemność – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Czesław Lang, wicemistrz olimpijski oraz dwukrotny medalista mistrzostw świata w kolarstwie, dyrektor generalny Tour de Pologne UCI World Tour.

Rower cieszy się ogromną popularnością. Jak pokazał kwietniowy sondaż CBOS, z jednośladów korzysta 70 proc. Polaków – większość rekreacyjnie, ale dla jednej trzeciej rower jest narzędziem ćwiczeń, które ma zapewnić zdrowie fizyczne, a 5 proc. uprawia kolarstwo wyczynowo. Chociaż to piłka nożna uważana jest za najpopularniejszą w Polsce dyscyplinę, do miana sportu narodowego aspiruje też kolarstwo.

– Mamy za sobą świetne igrzyska olimpijskie, gdzie zdobyliśmy dwa medale i cztery miejsca finałowe, oraz świetny występ naszych torowców na mistrzostwach świata w Hongkongu. Mamy szosowców na najwyższym światowym poziomie. To wszystko sprawia, że przyszłość przed tą dyscypliną sportu jest fantastyczna – uważa minister sportu i turystyki Witold Bańka.

Minister sportu zauważa, że dzięki zwiększeniu środków finansowych przeznaczonych na tę dyscyplinę sportu kolarstwo w Polsce się rozwija, a coraz większy nacisk kładziony jest na szkolenie młodych kadr.

– Powstały szkółki kolarskie: w 2016 roku było 148 szkółek, w których regularnie trenowało ponad dwa tysiące dzieci. Teraz będzie ich zdecydowanie więcej. Polski Związek Kolarski uruchamia wojewódzkie ośrodki szkoleniowe, do tego dochodzi szkolenie kadr narodowych. To pełna piramida szkoleniowa, której zadaniem jest przygotowanie młodych ludzi do sportu wyczynowego na najwyższym poziomie – mówi Witold Bańka.

Młodzi zawodowcy szkolą się też podczas Nutella Mini Tour de Pologne – największej w Europie imprezy kolarskiej dla dzieci i młodzieży. Właśnie startuje po raz dziesiąty. Tegoroczna edycja będzie gościć łącznie w sześciu miastach Polski (w Krakowie, Katowicach, Szczyrku, Zabrzu, Rzeszowie, Zakopanem). Dotychczas w Nutella Mini Tour de Pologne wzięło już udział ponad 12 tys. młodych miłośników dwóch kółek, a część z nich została profesjonalnymi sportowcami.

– Poprzez takie imprezy i kontakt ze sportowcami dzieci mają okazję poznać tę dyscyplinę. Warto ją upowszechniać, łącząc to z promocją i zachęcaniem młodych ludzi do trenowania. Dzisiaj nie jest ważne, ilu z tych młodych ludzi zostanie sportowcami wyczynowymi. Ważne, żeby zarazić ich pasją, miłością do sportu, a na pewno w przyszłości pojawi się kilku zawodników na najwyższym, światowym poziomie – mówi minister Witold Bańka.

– Na tej imprezie pierwsze kroki stawiali między innymi Michał Kwiatkowski, aktualny mistrz świata zawodowców, Rafał Majka i Kasia Niewiadoma. Mini Tour de Pologne odkrywa nowe talenty. W każdej edycji przewija się około 3,5–4 tys. dzieciaków. Startują w tej samej atmosferze i w tej samej oprawie, w której jadą później zawodowcy. Jest takie samo zainteresowanie mediów, takie samo podium do dekoracji zwycięzców. Dla tych dzieci to naprawdę wielka frajda – dodaje Czesław Lang.

Wicemistrz olimpijski oraz dwukrotny medalista mistrzostw świata zaznacza, że celem imprezy jest nie tylko promocja kolarstwa, lecz także wychowanie poprzez sport. Podczas Nutella Mini Tour de Pologne młodzi zawodnicy mogą przez chwilę poczuć się jak wyczynowi sportowcy, bo wyścigi odbywają się na kilkukilometrowym odcinku trasy Tour de Pologne UCI World Tour, który pokonują najlepsi kolarze na świecie. Natomiast zwycięzcy są dekorowani na tym samym podium, na którym stają triumfatorzy Tour de Pologne.

Największej w Europie imprezie kolarskiej dla młodzieży od wielu lat patronuje Michał Kwiatkowski – obecnie zawodnik profesjonalnej drużyny kolarskiej Team SKY i mistrz świata w wyścigu ze startu wspólnego z 2014 roku, który pierwsze kroki w tej dyscyplinie stawiał właśnie podczas Nutella Mini Tour de Pologne.

Młodzi zawodnicy wystartują w nich z podziałem na płeć i trzy kategorie wiekowe: 8–10 lat, 11–12 lat oraz 13–14 lat. Trzecia grupa jest zamknięta i przeznaczona wyłącznie dla młodzieży z licencją kolarską. Natomiast w dwóch młodszych grupach wiekowych każde dziecko może spróbować swoich sił na wyznaczonej trasie. Jak podkreśla Czesław Lang, dla wielu z nich może to być początek nowej pasji.

W przyszłym roku ruszy giełda EraCoinów. Pierwsza polska kryptowaluta niedługo zostanie zaprezentowana w USA

W przyszłym roku ruszy giełda EraCoinów. Pierwsza polska kryptowaluta niedługo zostanie zaprezentowana w USA 3

EraCoiny to pierwsza na świecie kryptowaluta, która ma być prosta w obsłudze, a jej pozyskanie tańsze i łatwiejsze niż w przypadku innych wirtualnych walut. Aplikacja sama naliczy walutę, a następnie wymieni ją na rabaty w e-sklepie. Koncept stworzyła polska spółka Bit Evil, która w połowie lipca zaliczyła jeden z najgorętszych w tym roku debiutów giełdowych. Teraz rozpoczyna podbój globalnego rynku. W 2018 roku zamierza otworzyć giełdę EraCoinów.

 Aplikacja EraCoin powinna być gotowa w ciągu dwóch miesięcy. Będziemy ją udoskonalać, podpisywać kontrakty z producentami i dystrybutorami, zdobywać nowych użytkowników. Zależy nam oczywiście na rynkach międzynarodowych, co oznacza, że chcemy sprawdzić wszystko w Polsce, a następnie eksportować nasze produkty – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maria Belka, prezes zarządu Bit Evil.

Założona w połowie 2015 roku spółka Bit Evil specjalizuje się w innowacyjnych rozwiązaniach informatycznych i marketingu internetowym. Zarządza nią Maria Belka, córka byłego premiera, ministra finansów i prezesa NBP Marka Belki. W portfolio Bit Evil znajduje się aplikacja EraCoin. Działa ona na zasadzie programu lojalnościowego. Użytkownik ściąga aplikację, która zaczyna naliczać mu EraCoiny – walutę, którą specjalny algorytm przelicza następnie na rabaty w sklepach.

– W praktyce wygląda to tak, że użytkownik ściąga aplikację i po prostu czeka, aż system naliczy mu wystarczającą liczbę EraCoinów, żeby wchodząc do sklepu, mógł zobaczyć zniżki przy oferowanych produktach. Przykładowo, jeśli po tygodniu zgromadził 100 ERC, to może kupić produkt o cenie rynkowej 100 zł z 10-proc. rabatem. Gromadząc EraCoiny, przeciętny Kowalski będzie mógł kupować produkty ze zniżką od 5 do 90 proc. Ofertę będziemy powiększać wraz z rozwojem całego systemu – tłumaczy Maria Belka.

Aplikacja działa w tle, co oznacza, że użytkownik nie musi aktywnie z niej korzystać. Aby gromadzić EraCoiny, nie musi też nigdzie się rejestrować.

Jak na razie aplikacja EraCoin została udostępniona wybranemu gronu użytkowników w wersji testowej. Maria Belka informuje, że powszechnie dostępna będzie już za kilka miesięcy, w IV kwartale tego roku. Będzie można pobrać ją pobrać ze strony internetowej, AppStore i Google Play.

– EraCoin to kryptowaluta, z której może korzystać każdy, kto ma smartfon. BitCoiny, które wszyscy znamy, są bardzo skomplikowane i dostępne dla bardzo okrojonej grupy użytkowników. Natomiast EraCoin będzie dla wszystkich. Nasz pomysł na kryptowalutę to odwrócenie mechanizmu marketingu tak, aby budżety reklamowe trafiały wprost do portfeli klientów zainteresowanych danym produktem – wyjaśnia Maria Belka.

– W 2018 roku planujemy uruchomić giełdę EraCoinów, która będzie dostępna dla wszystkich zainteresowanych – zapowiada Maria Belka.

Aplikacja EraCoin najpierw przejdzie fazę testów w Polsce, a potem trafi na globalny rynek. W drugiej połowie tego roku zostanie zaprezentowana za granicą.

 Zaczniemy od USA, następnie planujemy roadshow w Finlandii i Portugalii. W tym roku jedziemy do Azji, zobaczymy, jak nasz koncept będzie odpowiadał tamtejszym rynkom – mówi Maria Belka.

Obok EraCoinów drugim sztandarowym produktem z portfolio Bit Evil jest Brand Sabbath – platforma łącząca firmy z influencerami. Za jej pośrednictwem marka może zlecić blogerowi czy vlogerowi przeprowadzenie akcji reklamowej w konkretnych kanałach społecznościowych. Następnie algorytm przelicza jej skuteczność na pieniądze, które są przelewane do jego wirtualnego portfela.

– Chcemy mierzyć ruch w internecie i wprowadzić inne akcje, nie tylko pozyskiwanie leadów i liczby klików. Klientom zależy na efektach. Wierzymy, że Brand Sabbath rozwinie się dzięki temu, że będzie duże zainteresowanie wśród blogerów i twórców internetu, którzy wcześniej nie mieli szans zarabiania na swojej aktywności – mówi Maria Belka.

Prezes zarządu Bit Evil przyznaje jednak, że influencerzy niechętnie i z dużą dozą ostrożności podchodzą do takich konceptów. Dlatego transparentność jest jedną z najważniejszych zalet Brand Sabbath.

– Myślę, że nasz zautomatyzowany, transparentny system pozwoli uwierzyć influencerom, że można zarabiać w sieci na tym, co się wypracowało –podkreśla Maria Belka.

W portfolio Bit Evil znajduje się jeszcze kilka projektów. Jest to m.in. Sorry Coach – narzędzie dla fanów sportu, którzy za jego pomocą mogą kreować własne marki odzieżowe, platforma sprzedażowo-marketingowa The Ahoy oraz Fuki Stuff – internetowy sklep stworzony we współpracy z Fukari, młodą artystką, która zdobyła międzynarodową sławę.

Prezes spółki podkreśla, że rozwój takich internetowych konceptów determinuje zainteresowanie użytkowników – jeżeli produkt będzie dla nich wygodny i funkcjonalny, to z pewnością przy nim zostaną.

– Jeśli poczują, że mogą na tym faktycznie zarabiać albo kupować tańsze i ciekawsze produkty, to na pewno z nami zostaną. Wówczas bariera wejścia będzie na tyle wysoka, że nawet konkurencja nam nie zagrozi – ocenia Maria Belka.

W połowie lipca spółka Bit Evil zaliczyła bardzo udany debiut na małym parkiecie – w szczytowym momencie jej wycena na NewConnect uległa podwojeniu. Aktualnie zamierza się skupić na rozwijaniu dotychczasowych projektów i nie planuje się angażować w nowe przedsięwzięcia.

 Debiut wyszedł nieźle, zaspokoił oczekiwania nawet tych bardziej wymagających. Myślę, że chwilę poczekamy na kolejne. Na razie mamy wystarczająco dużo pracy i nie będziemy porywać się na wielkie projekty. Na pewno będziemy pomagać inkubować się influencerom, szczególnie początkującym pisarzom czy sportowcom. Cały czas poszukujemy ciekawych, młodych, zdolnych osób, które chętnie promują się w internecie, mają swoje zasoby i talenty, które mogą pokazać w sieci – zapowiada Maria Belka.

Spółka założona w sierpniu 2015 roku przekroczyła próg rentowności już w 2016 roku, po pierwszym pełnym roku działalności.

Kraje azjatyckie szansą dla polskich producentów żywności. Eksport na rynki rozwijające się rośnie najszybciej

Kraje azjatyckie szansą dla polskich producentów żywności. Eksport na rynki rozwijające się rośnie najszybciej 4

O ponad jedną czwartą zwiększył się eksport polskich produktów rolno-spożywczych na pozaeuropejskie rynki rozwijające się w pierwszym kwartale 2017 roku. To wzrost dwuipółkrotnie wyższy niż eksport tych wyrobów ogółem. Rynki azjatyckie czy afrykańskie kryją w sobie pod tym względem duży potencjał wzrostu, gdyż Europa jest już polską żywnością nasycona.

 Na sposób postrzegania polskiej żywności wskazują przede wszystkim wyniki jej sprzedaży za granicę, a te były na bardzo wysokim poziomie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Przybył, prezes zarządu Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”. – Do 2015 roku mieliśmy stały przyrost wzrostu sprzedaży, on lekko osłabł w ostatnim roku, ale masowo cały czas jest to bilans dodatni. Produkcja rolno-spożywcza wyraźnie odznacza się na tle wszystkich innych dziedzin eksportu Polski.

Eksport produktów rolno-spożywczych w I kwartale 2017 roku wzrósł o 10,3 proc. wobec analogicznego okresu 2016 r., jak podaje Główny Urząd Statystyczny. W tym czasie polscy producenci żywności wyeksportowali towary o wartości 27,6 mld zł. Tym samym udział eksportu żywności w całkowitym eksporcie wzrósł do 13 proc. z 12,8 proc. rok wcześniej. Eksport wyrobów rolno-spożywczych do krajów rozwiniętych zwiększył się o 8,1 proc., w tym do krajów UE o 7 proc., do krajów Europy Środkowo-Wschodniej o 15,2 proc., natomiast do państw rozwijających się skoczył o 27,6 proc.

 Niewątpliwie wpływ na wzrost sprzedaży produktów rolno-spożywczych ma cena, ale w ostatnim okresie coraz bardziej zwracamy uwagę na jakość. Szczególnie ważny przy polskiej produkcji rolno-spożywczej jest stosunek ceny do jakości, który wyraźnie odróżnia się od zagranicznych – komentuje Krzysztof Przybył. – Po latach rozpychania się na rynku UE można powiedzieć, że ugruntowaliśmy tam swoją pozycję. Jest ona silna i ma perspektywę dalszego rozwoju, niemniej tutaj wielkich przyrostów nie osiągniemy. Dlatego poszukujemy nowych rynków zbytu, a naturalne kierunki to dziś Azja i Afryka. Mam nadzieję, że osiągniemy tam spektakularny sukces.

Jak wynika z danych ARR, wagowo między styczniem a kwietniem z Polski wyeksportowano o 11 proc. więcej wieprzowiny niż rok wcześniej (wartościowo wzrost o niemal jedną czwartą) natomiast zbóż i ich przetworów sprzedano za granicę o 27 proc. więcej za przychody wyższe o 14 proc.

Polski rząd w swoich działaniach mających na celu promocję polskich wyrobów za granicą za kraje szczególnie dobrze rokujące jako rynki zbytu uznał Algierię, Indie, Iran, Meksyk i Wietnam. Polski eksport ogółem do Meksyku wzrósł w I kwartale o ponad 46 proc., do Iranu o niemal 170 proc., do Indii o 15,5 proc., zaś do Wietnamu o 41 proc.

 Rynki azjatyckie, oprócz masowego zapotrzebowania na produkty, które nie są sprzedawalne w kraju, czyli tzw. odrzuty, mają wielką szansę się rozwijać. Społeczeństwa azjatyckie bogacą się, potrzebują więc lepszych produktów, a wśród nich na pewno mogą znaleźć się wysokiej jakości produkty polskie –wyjaśnia prezes Fundacji „Teraz Polska”. – Mam nadzieję na dalsze dobre efekty pracy, jaką wykonuje rząd i organizacje samorządu gospodarczego, zarówno poprzez uczestnictwo w różnego rodzaju targach czy misjach, jak i poprzez ciężką pracę handlowców w danych przedsiębiorstwach.

Jak podkreśla, wsparcia potrzebują głównie małe i średnie firmy.

– Wielcy producenci korzystają często ze swoich sieci dzięki temu, że weszli na rynki zachodnie i poprzez tamtejsze sieci mogą eksportować swoje produkty na inne rynki – mówi Krzysztof Przybył.

Poziom nasłonecznienia można sprawdzić w dowolnym miejscu w Polsce. Służą do tego specjalne mapy

Poziom nasłonecznienia można sprawdzić w dowolnym miejscu w Polsce. Służą do tego specjalne mapy 5

W Polsce istnieją dobre warunki do rozwoju energetyki słonecznej, ale w zależności od położenia geograficznego w przypadku konkretnych lokalizacji mogą się one mocno różnić. Dlatego przydatne są mapy potencjału solarnego, które pozwalają dokładnie określić możliwości wykorzystania energetyki słonecznej w danej miejscowości czy gminie. Szczegółowe analizy pomagają wytypować optymalne lokalizacje do zainstalowania modułów fotowoltaicznych i gwarantują szybszy zwrot poniesionych kosztów. 

Analiza nasłonecznienia, zacienienia i ilości światła, które dociera na Ziemię, pozwala zwiększyć wydajność instalacji fotowoltaicznych i kolektorów słonecznych, a także pomaga w ich wyborze i lokalizacji w zależności od położenia danego budynku. Tego typu rozwiązania umożliwiają też obliczenie rocznej sumy usłonecznienia np. na dachu budynku. Technologia przeznaczona jest przede wszystkim dla gmin, których mieszkańcy dzięki kilku kliknięciom klawiszem myszki będą w stanie sprawdzić, na których budynkach najlepiej zainstalować słoneczną mikroelektrownię.

Ta usługa ma na celu ułatwienie dostępu do informacji dotyczących potencjalnego rocznego wolumenu produkcji dla każdego mieszkańca. Chodzi o jak najprostsze dotarcie do tych informacji. Każdy mieszkaniec może wykonać tego typu obliczenia na własną rękę, jednak będzie to wymagało od niego większych poszukiwań informacji oraz wykonania osobistych obliczeń, jeśli chodzi o kąt nachylenia dachu oraz obiekty które znajdują się w bezpośrednim pobliżu danej lokalizacji – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr inż. Mateusz Lisowski, prezes zarządu Enetech.

Jak przekonuje ekspert, fotowoltaika jest tą gałęzią odnawialnych źródeł energii, która ma się szanse najlepiej sprawdzić w naszym kraju.

Polska jest dobrym miejscem do inwestycji w instalacje fotowoltaiczne. Sprawność wytwarzania energii w ogniwach fotowoltaicznych jest odwrotnie proporcjonalna do temperatury, w związku z czym wysoka temperatura ogranicza sprawność produkcji energii. Idealna sytuacja dla produkcji energii w ogniwach fotowoltaicznych to chłodne miejsca o sporym nasłonecznieniu. Wbrew pozorom Europa Środkowa i północ kontynentu jak najbardziej nadają się do wykonywania instalacji fotowoltaicznych i jest to opłacalne – wskazuje Mateusz Lisowski.

Z raportu „Rozwój polskiego rynku fotowoltaicznego w latach 2010–2020” przygotowanego przez Stowarzyszenie Branży Fotowoltaicznej Polska PV wynika, że łączna moc zainstalowana w polskich elektrowniach fotowoltaicznych osiągnęła pod koniec roku 2016 pułap niemal 75 MWp, z czego ponad 90 proc. to moc przyłączona w mikroinstalacjach. W Polsce fotowoltaika rozwija się stabilnie niezależnie od regionu.

Stopień nasłonecznienia poszczególnych obszarów w Polsce jest w miarę jednolity, jednak na pewno najlepsze nasłonecznienie to okolice Pomorza, Wielkopolski, południowego Mazowsza oraz górskie okolice na samym południu. Tam jednak bardzo trzeba zwracać uwagę na ukształtowanie terenu – przypomina prezes Enetech.

Szacuje się, że potencjał energetyczny w Polsce to ok. 1 tys. kWh, które można pozyskać z 1 mkw. Wytwarzanie energii ze słońca jest znacznie tańsze dla przeciętnego konsumenta, pozwala też w pewnym stopniu uniezależnić się od sieci energetycznej.

Koszt inwestycyjny instalacji fotowoltaicznej jest bardzo zależny od wykonawcy oraz dostawcy baterii fotowoltaicznych, niemniej jednak można przyjąć, że wynosi on około 68 tys. złotych netto za 1 kWp mocy [kWp to jednostka mocy maksymalnej instalacji – red.]. Czas zwrotu instalacji domowych, ok. 3 kWp, to 1011 lat, przy czym jest to czas zwrotu bez dofinansowania – zaznacza Mateusz Lisowski. – Jeśli chodzi o samą produkcję, można powiedzieć że 1 kWp mocy w polskich warunkach wyprodukuje około 1 tys. kWh energii rocznie. 

Coraz popularniejsze w Polsce stają się jednak programy parasolowe, gdzie to gmina pozyskuje środki, a następnie wydatkuje je na budowę mikroinstalacji wśród mieszkańców, z których ci mogą nieodpłatnie korzystać, a po kilku latach stają się ich właścicielami. W takim przypadku koszty mogą się zwrócić już po 3-4 latach.

W Wielkiej Brytanii Polacy pracują na minimalnych stawkach. Ich wynagrodzenie jest niemal dwukrotnie niższe niż zarobki w Niemczech

W Wielkiej Brytanii Polacy pracują na minimalnych stawkach. Ich wynagrodzenie jest niemal dwukrotnie niższe niż zarobki w Niemczech 6

Rosną wynagrodzenia Polaków pracujących w Niemczech – wynika z raportu Grupy Euro-Tax.pl, który objął emigrantów transferujących środki do kraju. Ich zarobki w tym kraju podobnie jak w Austrii są tylko nieco niższe niż tamtejsze średnie płace, a w Wielkiej Brytanii oscylują w okolicach minimalnego wynagrodzenia. Mimo że na Wyspach pracuje najwięcej Polaków, to łączne ich zarobki były niemal dwukrotnie niższe niż w Niemczech. W sumie ubiegłoroczne wynagrodzenia emigrantów były niższe niż w 2015 roku.

– Polacy zarabiają średnio w Unii Europejskiej ok. 300 zł brutto mniej niż w 2015 roku. Aby jednak prawidłowo to ocenić, musimy wejść w detale i popatrzeć na każdy kraj osobno – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adam Powiertowski, prezes Euro-Tax.pl.

Z raportu Grupy Euro-Tax.pl wynika, że średnie zarobki Polaków pracujących w Unii Europejskiej wyniosły blisko 6,7 tys. zł miesięcznie, przy ponad 7 tys. rok wcześniej. W tym czasie w Polsce średnie wynagrodzenie wzrosło o 3,8 proc. W skali roku to 0,1 mld mniej. Łącznie w całej Europie polscy emigranci zarobili w ubiegłym roku 120 mld zł, czyli ok. 6,5 proc. polskiego PKB. Z tego 77 mld zł przypada tylko na sześć krajów: Austrię, Belgię, Holandię, Irlandię, Niemcy i Wielką Brytanię. Od wejścia Polski do UE zarobki przekroczyły 1,2 bln zł.

 Numerem jeden w Europie według naszego raportu jest rynek niemiecki, gdzie notujemy bardzo duży wzrost zarobków. W 2016 roku Polacy zarobili tam 42 mld zł – to wzrost o ponad 40 proc. Dobrze rozwija się też Austria. Nie jest to jeszcze rynek, gdzie emigracja jest taka jak w Wielkiej Brytanii czy w Niemczech, natomiast mamy tam najwyższe średnie zarobki, ponad 12 tys. zł brutto miesięcznie – wskazuje Powiertowski.

Choć najwięcej Polaków pracuje w Wielkiej Brytanii (720 tys.), to w Niemczech emigranci (655 tys.) zarobili niemal dwukrotnie więcej (42 mld zł przy 22 mld zł). Zarobki za naszą zachodnią granicą najszybciej też idą w górę. Wzrost w skali roku sięgnął 46 proc. Średnie wynagrodzenie Polaków pracujących w Niemczech wyniosło blisko 10,9 tys. zł. Na stabilnym poziomie utrzymują się zarobki w Holandii (6,1 tys. zł), Belgii (6,8 tys. zł) i Irlandii (6,4 tys. zł). W Wielkiej Brytanii zarobki zaś spadły o 20 proc. do średniego poziomu 5,4 tys. zł.

 W Wielkiej Brytanii, Irlandii, Holandii i Belgii najczęściej średnie zarobki Polaków to płaca minimalna. Jeśli weźmiemy pod uwagę te kraje, gdzie polskie firmy delegują swoich specjalistów, informatyków, inżynierów, np. na kontrakty budowlane, Polacy zarabiają znacznie więcej niż płaca minimalna, ale to ciągle mniej niż średnia płaca w danym kraju. W Wielkiej Brytanii Polacy pracują na minimalnych kwotach – tłumaczy prezes Euro-Tax.pl.

Jak podkreśla, nie dotyczy to osób, które osiadły w Wielkiej Brytanii, pracują i mieszkają tam ze swoimi rodzinami, a osób, które pracują za granicą i transferują środki do kraju. To ich bowiem objął raport. Różnica między tymi dwiema grupami polega także na tym, co stanie się z nimi po brexicie.

 W Wielkiej Brytanii jest bardzo duża, osiadła grupa migrantów, której brexit nie będzie dotyczył. Natomiast dla tej grupy Polaków, którzy pracują w Wielkiej Brytanii i którzy transferują środki do Polski, brexit może mieć jednak negatywny wpływ. Wszyscy czekają na to, jakie będą przepisy migracyjne po brexicie. Jeżeli nie będą korzystne dla Polaków, to nasi migranci będą szybko zmieniać miejsce pracy na przykład na Niemcy – ocenia Adam Powiertowski.

J. Gowin: każdą złotówkę wydaną na rozwój i badania będzie można odpisać od podatku. To wielka szansa na wsparcie innowacyjności w Polsce

J. Gowin: każdą złotówkę wydaną na rozwój i badania będzie można odpisać od podatku. To wielka szansa na wsparcie innowacyjności w Polsce 7

Od stycznia 2018 roku przedsiębiorcy inwestujący w badania i rozwój będą mogli uzyskać zwrot podatku na poziomie 100 proc. kwoty przeznaczonej na te aspekty działalności firmy. Podobne programy działają już od lat w innych krajach, choć na przykład w Wielkiej Brytanii maksymalna kwota zwrotu nie przekracza 70 proc. Dzięki drugiej ustawie o innowacyjności Polska może stać się krajem, w którym przedsiębiorstwa w wyraźny będą zwiększać wydatki na badania i rozwój (B+R).

Od początku tego roku obowiązuje ustawa przygotowana przez nasz resort we współpracy z innymi ministerstwami, przede wszystkim Ministerstwem Rozwoju i Finansów. Tam są wprowadzone po raz pierwszy w Polsce realne i duże ulgi podatkowe dla tych przedsiębiorców, którzy inwestują we współpracę z nauką. Kończymy także prace nad drugą ustawą o innowacyjności, ona przede wszystkim zdecydowanie zwiększy skalę ulg, od 1 stycznia 2018 każdą złotówkę zainwestowaną w badanie i rozwój, przedsiębiorca będzie mógł odpisać od podatku, dzięki temu staniemy się jednym ze światowych liderów pod względem wsparcia innowacyjności mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jarosław Gowin, wiceprezes Rady Ministrów, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Niezależnie od prac nad nową ustawą na początku tego miesiąca Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego ogłosiło powstanie specjalnego programu doktoratów wdrożeniowych, który wspiera działania młodych naukowców. Celem tej inicjatywy to kształcenie przyszłych naukowców, którzy swoją pracą akademicką przyczyniają się do powstania nowych technologii. Ministerstwo chce także wspierać przedsiębiorców zgodnie z Planem na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju.

Osobna sprawa to reforma instytutów badawczych. Instytuty badawcze powinny być naukowym zapleczem Planu Odpowiedzialnego Rozwoju. Chcemy połączyć grupę kilkudziesięciu instytutów badawczych w sieć, te instytuty będą ściśle współpracować przy realizacji planu premiera Morawieckiego – podkreśla wicepremier.

W ramach długofalowej strategii ministerstwu udało się rozwiązać problemy związane z tzw. centrami transferu technologii. Niedługo naukowcy pracujący nad nowymi technologiami w ośrodkach akademickich będą wstanie przejmować swoją własność intelektualną w celu jej komercjalizacji.

Zarobki na uczelniach są dramatycznie niskie, to się nie zmieni w najbliższym czasie, mówię to uczciwie, z bólem. Ale możliwości budżetu nie przewidują tego, aby doszło do systemowych podwyżek płac na uczelniach, natomiast niedawno mogłem ogłosić ustalenie, które zapadło na szczytach koalicji rządzącej, ustalenie przyjęte także przez ministra finansów, czyli premiera Morawieckiego, że w przyszłorocznym budżecie znajdzie się dodatkowy miliard środków na naukę. Na podwyżki dla wszystkich pracowników naukowych będziemy musieli jeszcze trochę poczekać – wyjaśnia Jarosław Gowin.

Już 1 października 2017 r. wejdzie w życie ustawa podpisana przez prezydenta Andrzeja Dudę pozwalająca na powołanie Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej. Podpis złożony 25 lipca tego roku pozwoli na ściągnięcie do Polski naukowców z całego świata do naszego kraju, w tym obywateli robiących kariery naukowe na uczelniach zagranicznych.

– Każda reforma musi kosztować, ale nasz rząd ma świadomość, że polskie uczelnie, zwłaszcza nauka, są bardzo niedoinwestowane. Na pewno nie należy się spodziewać manny z nieba, uczelnie nie zostaną nagle obsypane złotem. Wzrost nakładów na szkolnictwo wyższe i naukę musi być skorelowany z podnoszeniem poziomu i z samoreformowaniem się uczelni. Będą dodatkowe pieniądze, będą reformy, a gdy będą efekty, tych pieniędzy będzie więcej – zapewnia wiceprezes Rady Ministrów.

Dotychczasowa możliwość zwrotu podatku dla przedsiębiorstw, które inwestowały w badania i rozwój, sięga poziomu 50 proc. wydatków. Od 1 stycznia 2018 r. firmy, które mocno inwestują w B+R, odczują więc dużą ulgę finansową.

Polski rynek finansowy wrażliwy na zawirowania na rynkach zagranicznych

Silne wzajemne powiązanie międzynarodowych rynków finansowych sprawia, że wszelkie zawirowania błyskawicznie przenoszą się do Polski. Ewentualny kryzys walutowy byłby u nas odczuwalny po 1 dniu, zaś turbulencje na rynkach akcji i obligacji maksymalnie po 5 dniach. Najgroźniejsze byłyby wstrząsy w strefie euro, a także na rynkach: brytyjskim, amerykańskim oraz chińskim – wynika z raportu „Kierunki 2017”przygotowanego przez DNB Bank Polska i firmę doradczą Deloitte. Jednak w dłuższej perspektywie skutki takiego kryzysu dla polskiej gospodarki będą łagodniejsze niż w krajach, z których nadszedł kryzys.

Polski rynek finansowy odczuwa wszelkie wstrząsy na zagranicznych rynkach, jednak ocena ich skutków jest skomplikowana. Sektor finansowy ma dużo większe obroty w porównaniu do realnej gospodarki. Ponadto, mnogość instrumentów finansowych na globalnych rynkach utrudnia śledzenie ich wzajemnych zależności. Jak wskazują autorzy raportu „Kierunki 2017. Negatywne szoki gospodarcze. Stress–testy polskiej gospodarki w 2017 roku”, zawirowania na światowych rynkach finansowych błyskawicznie przenoszą się do Polski.

Silne powiązania rynków finansowych sprawiają, że wszelkie szoki zewnętrzne są natychmiast odczuwalne w Polsce, zwłaszcza w przypadku strefy euro, USA czy Wielkiej Brytanii, ale także innych analizowanych państw (Chiny, Rosja, Turcja). W przypadku tąpnięcia kursów walut zajmuje to 1 dzień, zaś krach na rynku akcji i obligacji dociera do Polski maksymalnie po 5 dniach. Transakcje walutowe opierają się o przewidywaną reakcję rynków, więc inwestorzy błyskawicznie przenoszą swoje aktywa. Z kolei akcje i obligacje mają silniejsze powiązania z realną gospodarką, więc tempo rozprzestrzeniania się kryzysu zależy od mikro– i makroekonomicznych fundamentów gospodarki danego kraju.

Bardzo wrażliwy polski złoty

Analizując rynki walutowe, autorzy raportu śledzili wahania kursu złotówki do dolara. Następnie zaś badali, jak na wspomniany kurs wpływają notowania par walutowych, w których powiązano dolara z euro, brytyjskim funtem, chińskim juanem, rosyjskim rublem, turecką lirą i ukraińską hrywną.

– Z analizy wynika silne powiązanie kursu złotego z kursem euro i brytyjskim funtem; spadkowi wartości tych walut w stosunku do dolara będzie towarzyszyć osłabienie złotego względem amerykańskiej waluty. W przypadku pozostałych walut, ich wahania wobec kursu dolara skutkują analogicznym zachowaniem złotego wobec dolara (jedynie w przypadku tureckiej liry zależność jest odwrotna), choć siła ich wpływu jest mniejsza – mówi Katarzyna Piętka-Kosińska, ekonomistka Deloitte.

Rada Polityki Pieniężnej nie sygnalizuje zamiaru rychłego podniesienia stóp procentowych. Dlatego impulsy walutowe będą miały swoje źródło przede wszystkim w polityce Europejskiego Banku Centralnego i amerykańskiego Fed. Sytuacja gospodarcza w strefie euro poprawia się, a szacunki ECB wskazują na wzrost PKB w strefie euro sięgający 1,9 proc. w tym roku i 1,8 proc. w 2018 r. Stopy depozytowe wciąż są ujemne, co może wpływać na ożywienie akcji kredytowej wśród przedsiębiorstw, a przewidywane wzmocnienie w gospodarce światowej będzie sprzyjać eksportowi ze strefy euro. W przypadku USA, Fed podniósł w czerwcu stopy procentowe o 0,25 pkt proc. do poziomu 1 – 1,25 proc. Fed podtrzymał również zapowiedź kolejnej podwyżki. Może to zwiastować większą zmienność na rynkach walutowych w dalszej części tego roku.

Cena polskiego długu silnie związana z rynkami strefy euro

W przypadku obligacji, autorzy raportu  „Kierunki 2017. Negatywne szoki gospodarcze. Stress–testy polskiej gospodarki w 2017 roku”, posłużyli się rentownościami na rynku wtórnym 10-letnich obligacji skarbowych analizowanych krajów, oprócz Ukrainy (z powodu braku danych).

Rentowność polskich papierów skarbowych najsilniej powiązana jest z rynkami obligacji dużych gospodarek strefy euro; w mniejszym stopniu z brytyjskim i rosyjskim oraz w niewielkim z chińskim, amerykańskim i tureckim. Rentowność polskich papierów skarbowych podąża za notowaniami obligacji we wszystkich analizowanych krajach, za wyjątkiem Rosji. Jeśli w Niemczech rośnie rentowność rządowego długu, to rośnie także w Polsce. Jednak gdy jego rentowność rośnie w Rosji, to w Polsce koszt pożyczania przez rząd maleje. Oznacza to, że kiedy inwestorzy sprzedają niemieckie obligacje doprowadzając do wzrostu ich rentowności, to sprzedają również polskie wywołując podobny efekt. Jednak gdy wyprzedają oni obligacje rosyjskie, to za część uzyskanej w ten sposób gotówki kupują polskie papiery dłużne, co wobec wzrostu na nie popytu wpływa na obniżenie rentowności. Polska gospodarka jest postrzegana przez pryzmat innych gospodarek UE. Dlatego w przypadku zawirowań na rynku rosyjskim, nasze obligacje traktowane są jako pewniejsza inwestycja.

Równie mocne są wzajemne powiązania międzynarodowych rynków akcji, bowiem spadki na zagranicznych giełdach wpływają negatywnie na indeks WIG. Najsilniejsze wahania kursów są przede wszystkim rezultatem zmian w największych gospodarkach strefy euro (w kolejności: Francji, Niemiec, Włoch i Hiszpanii), następnie w Wielkiej Brytanii, USA, Rosji, Chinach, Turcji i w minimalnym stopniu na Ukrainie.

Indeks warszawskiej giełdy odzwierciedla ścisłe relacje handlowe Polski z krajami UE. Z drugiej strony, niezwykle istotny jest globalny wpływ gospodarek USA i Chin oraz bliskość geograficzna Rosji, Turcji i Ukrainy. Dlatego właśnie spadek indeksu WIG następuje w ślad za przecenami akcji w tych krajach.

Polska szybko odreaguje potencjalny kryzys

Zdaniem autorów raportu  „Kierunki 2017. Negatywne szoki gospodarcze. Stress–testy polskiej gospodarki w 2017 roku”, w przypadku kryzysu w gospodarkach UE, Polska będzie najdłużej – bo aż 7 lat – odczuwać szok pochodzący z Włoch, Hiszpanii oraz Wielkiej Brytanii. Najsłabiej odczuwalny będzie skumulowany w ciągu 7 lat impuls kryzysowy z Niemiec i Francji, bowiem osłabienie dynamiki polskiego PKB w stosunku do ścieżki bazowej będzie obserwowane tylko w pierwszym roku kryzysu. W kolejnych latach polska gospodarka zacznie już kryzys „odreagowywać” i powróci na pierwotną ścieżkę wzrostu gospodarczego, choć PKB będzie na niższym poziomie niż przed kryzysem. Efekt ten należy tłumaczyć możliwościami, jakie te duże gospodarki oferują polskim przedsiębiorcom, w tym ich silnym powiązaniem z gospodarką światową.

Jeżeli kryzys nadejdzie ze strony krajów spoza UE, Polska zdecydowanie mocniej odczuje kryzys w Chinach i USA, niż w Rosji i na Ukrainie. Wynika to przede wszystkim z faktu, że amerykańska i chińska gospodarka mają kluczowy wpływ na globalny wzrost gospodarczy. Z kolei w przypadku Rosji i Ukrainy podstawowym czynnikiem jest geograficzna bliskość, a nie kondycja gospodarcza tych krajów.

Kurs euro najwyżej do franka od lutego 2016

Euro jest obecnie najsilniejsze do szwajcarskiego franka od lutego 2016. Ta relacja cieszy frankowiczów. Mocne euro i utrzymujące się dobre nastroje na rynkach globalnych znalazły bowiem przełożenie na ponowny spadek notowań CHF/PLN w okolice 3,80 zł. Jest szansa na przełamanie tego wsparcia.

W czwartek kurs EUR/CHF wzrósł 1,1192 i tym samym był najwyższy od lutego 2016 roku. Obecna fala wzrostów została zainicjowana w czerwcu, ale cały ruch swój początek miał miejsce w marcu na poziomie 1,0637. Euro umacnia się na fali bardzo dobrych wyników gospodarki strefy euro i oczekiwań na przyszłą normalizację polityki monetarnej przez Europejski Bank Centralny (ECB), przy znacznie słabszej koniunkturze w Szwajcarii. Dodatkowo, utrzymujący się w ostatnich miesiącach pozytywny klimat na rynkach finansowych osłabia franka, który tradycyjnie jest uznawany za tzw. bezpieczną przystań, czyli walutę zyskującą w niespokojnych czasach i tracącą gdy apetyt na ryzyko wśród inwestorów rośnie.

Słabnący w relacji do euro frank automatycznie przekłada się na spadek notowań CHF/PLN. Zapewne ku uciesze wszystkich posiadających kredyty mieszkaniowe denominowane w szwajcarskiej walucie. Dziś o godzinie 10:54 kurs CHF/PLN testował poziom 3,8085 zł, po tym jak w 2. dni spadł on o 6 groszy. Tym samym notowania wróciły w rejon silnego wsparcia na 3,80 zł, gdzie w maju i połowie lipca były powstrzymywane spadki. Zgodnie z teorią analizy wykresów, kolejny atak na wsparcie, szczególnie że ma on miejsce zaledwie nieco ponad tydzień od tego ostatniego, zwiększa prawdopodobieństwo jego pokonania. To wprawdzie musiałoby się wiązać z trwałym wybiciem EUR/CHF powyżej 1,12 zł, czemu będą towarzyszyć wciąż dobre nastroje na rynkach globalnych, ale to nie jest taki nierealny scenariusz. Stąd też obecnie pojawia się największe w ciągu ostatnich 3. miesięcy prawdopodobieństwo trwałego przełamania poziomu 3,80 zł i spadku CHF/PLN przynajmniej od 5 groszy.

Wykres dzienny CHF/PLN

Wykres dzienny CHF PLN

Co ciekawe, powyższy scenariusz dla CHF/PLN mógłby już dawno być zrealizowany, gdyby nie trwające zamieszanie wokół niekonstytucyjnych zmian w polskim sądownictwie, co spotkało się z krytyczną reakcją zarówno Unii Europejskiej, jak i USA.

Dobra koniunktura gospodarcza w Polsce, dobra sytuacja budżetu oraz dobre nastroje na świecie, w pełni uzasadniają kurs EUR/PLN w okolicach 4,18-4,20 zł. To poziomy testowane jeszcze przed tygodniem, zanim inwestorzy zaczęli uwzględniać ryzyko polityczne związane z atakiem na Sąd Najwyższy (zmianami w sądownictwie) i notowania euro wzrosły o 7 gr. Gdyby więc nie polska polityka, to przy obecnych poziomach EUR/CHF, za szwajcarską walutę płacilibyśmy teraz 3,74-3,76 zł. A więc najmniej od 15 stycznia 2015 roku (tzw. czarny czwartek), gdy Narodowy Bank Szwajcarii (SNB) zdecydował o zaprzestaniu interwencji walutowych w celu osłabienia franka, co skutkowało skokiem notowań CHF/PLN z poziomu 3,5455 zł do 4,3164 zł na koniec tego „czarnego” dnia.

Dzisiejszej stabilizacji CHF/PLN w pobliżu poziomów z wczorajszego zamknięcia, towarzyszy osłabienie złotego do euro i dolara. Przed południem za wspólna walutę trzeba było zapłacić 4,2650 zł, czyli o 1,6 gr więcej niż w środę. Dolar podrożał o 2 gr do 3,6370 zł

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Poszukiwanie wakacyjnej pracy – dlaczego może być niebezpieczne?

Lato to nie tylko okres odpoczynku i urlopów. Wiele osób podejmuje w nim sezonowe prace lub szuka nowego zatrudnienia. Warto wiedzieć, że część ogłoszeń rekrutacyjnych nie służy znalezieniu pracowników, ale wyłudzaniu danych osobowych kandydatów. Jak uniknąć zagrożenia nie rezygnując z aplikowania na ciekawe stanowiska – podpowiada dr Paweł Mielniczek, specjalista ds. ochrony danych z firmy ODO 24.

Fałszywe ogłoszenia o pracę są zwykle atrakcyjne finansowo, a proponowane w nich zarobki, często nie są adekwatne do zakresu obowiązków. Oferowane w nich stanowiska, a także sami pracodawcy, opisywane są w lakoniczny sposób. Większość z nich nie zawiera informacji pozwalających zidentyfikować ogłoszeniodawcę, zazwyczaj wskazany jest tylko profil działalności firmy – dodaje dr Paweł Mielniczek z ODO 24. Oszuści próbują poprzez takie ogłoszenia zdobyć zarówno dane osobowe osób aplikujących o pracę znajdujące się w CV, jak również wyłudzić kserokopie ich dowodów osobistych oraz informacje dotyczące kont bankowych i kart płatniczych.

W jaki sposób można się zabezpieczyć przed takimi działaniami? Najlepszym rozwiązaniem jest zachowanie spokoju, dokładne czytanie ogłoszeń i nieudostępnianie na etapie rekrutacji ważnych danych. Nigdy nie powinniśmy przekazywać ksera swojego dowodu osobistego, a dane dotyczące swojego konta bankowego bezpiecznie jest podawać dopiero przy podpisywaniu umowy o pracę. Po otrzymaniu odpowiedzi na aplikację, należy zwrócić uwagę, czy firma informuje nas o adresie swojej siedziby i pełnej nazwie. Jeśli tego nie robi, to powinien być to dla nas ważny sygnał ostrzegawczy. Warto pamiętać, że według Kodeksu pracy, na etapie rekrutacji wystarczy podanie imienia, nazwiska, imion rodziców, daty urodzenia, adresu do korespondencji oraz informacji o wykształceniu i przebiegu zatrudnienia. Inne dane podaje się tylko dobrowolnie. Ponadto należy także uważać na podawane przez ogłoszeniodawcę linki, ponieważ mogą prowadzić do niebezpiecznych stron – wskazuje ekspert ODO 24.

Sztuczna inteligencja wyeliminuje cię z rynku pracy? Sprawdź, czy nie jesteś na liście

Eksperci są zgodni: gros wykonywanych dziś zawodów odejdzie do lamusa. Według firmy analitycznej McKinsey & Company, aż 60 proc. zawodów ma być w najbliższym czasie zastąpionych przez komputery. Na liście zagrożonych profesji znajdują się m.in. taksówkarze, księgowi, analitycy bankowi i dziennikarze. Pracy może zabraknąć nawet dla hollywoodzkich gwiazd filmowych. Postępująca automatyzacja ma zmienić rynek nie do poznania, drastycznie redukując liczba etatów. 

Kolejna fala dyslokacji ekonomicznej będzie wynikiem zawrotnego tempa automatyzacji, która sprawi, że wiele dobrych zawodów, wykonywanych przez klasę średnią stanie się nieaktualne — stwierdził były prezydent USA Barack Obama. Zmiany zdają się być nieuniknione, a dyktuje je rozwój sztucznej inteligencji, która powoli zadomawia się w kolejnych branżach, przejmując na siebie coraz więcej pracowniczych obowiązków. Do rewolucji na rynku pracy mają przyczynić się roboty. Ich aktywność do niedawna ograniczała się głównie do fabryk. Swoim wyglądem czy zachowaniem maszyny niczym nie przypominały swoich filmowych odpowiedników, ale i to ma ulec zmianie. Na to, by wizje snute przez kinematografów stały się rzeczywistością nie będziemy musieli długo czekać. Pierwsze policyjne roboty, kształtem podobne do człowieka, pojawiły się już w szeregach dubajskiej policji, a ich zadaniem ma być patrolowanie ulic. Rząd opiewającego w luksusy państwa zapowiedział, że do roku 2030, 25 proc. funkcjonariuszy mają stanowić tego typu maszyny, zapewniając jednocześnie, że nie zastąpią one ludzi. To, że Dubaj zrealizuje swoją daleko posunięte obietnice robotyzacji zdaje się być bardziej prawdopodobne niż to, że dotrzyma on słowa o niezdehumanizowaniu aparatu przestrzegania porządku publicznego.

Zdaniem twórców raportu „The Future of Jobs” ludzkość stoi w przedsionku czwartej rewolucji przemysłowej. Pierwsza wywołana została popularyzacją maszyn napędzanych parą wodną.  Kolejna, gdy wodę zastąpiono elektrycznością. Trzecia towarzyszyła rozwojowi technologii informacyjnych. Szeroko posunięta informatyzacja i dostęp do internetu zmieniły nie tylko sposób funkcjonowania przedsiębiorstw, lecz również całych społeczeństw. Czwarta rewolucja przemysłowa ma być przedłużeniem poprzedniej. To właśnie kombinacja składająca się z nowoczesnych komputerów o wysokiej mocy obliczeniowej, robotów i rozszerzonych technologii informacyjnych ma być jej siłą napędową. Kluczową rolę odegra tu analityka Big Data i nabierająca mądrości sztuczna inteligencja.

Były prezydent USA nie jest jedynym autorytetem, który zapowiada trzęsienie ziemi na rynku pracy. Andy Haldane, główny ekonomista Banku Anglii stwierdził, że 80 milionów pracowników w Stanach i 15 milionów w Anglii może stracić stanowisko na rzecz robotów. Potwierdzają to analitycy z Forrester. Jedna z najbardziej wpływowych firm doradczych na świecie prognozuje, że tzw. inteligentni agenci, czyli maszyny wzorowane na organizmach ludzkich, w nadchodzących latach pozbawią pracy 6 proc. społeczeństwa. Gigantyczna fala zwolnień ma się rozpocząć już w 2021 roku, jednak już dziś na niebie widać małe chmury, zapowiadające wielką burzę.

Japonia wyznacza kierunek

W Fukoku Mutual Life Insurance 34 pracowników dostało wypowiedzenie z powodu sztucznej inteligencji. Nowy system komputerowy, zbudowany na platformie Watson Explorer od IBM, ma ich zastąpić w obliczaniu wypłat osobom ubezpieczonym. Zarząd japońskiej firmy wierzy, że jego wdrożenie zwiększy produktywność o 30 proc., a inwestycja zwróci się w ciągu dwóch lat. Sztuczna inteligencja ma generować oszczędności w wysokości ponad 4,5 mln zł rocznie, a jej utrzymanie w tym przedziale czasowym wyniesie prawie 500 tys. zł.  Systemy analityczne tego pokroju, doskonale radzące sobie z interpretacją nieustrukturyzowanego tekstu, obrazów, dźwięku i materiałów wideo będą coraz popularniejsze w branży ubezpieczeniowej, co przełoży się na znaczącą redukcję zatrudnienia.

Roboty z dobrym smakiem

Zdaniem firmy analitycznej CB Insights, utratą stanowiska z powodu postępującej automatyzacji najczęściej zagrożone są osoby pełniące obowiązki w przewidywalnym środowisku pracy w sektorach nie obciążonych nadmiarem prawnych regulacji. Z opublikowanego przez nią raportu State of Automation wynika, że na liście zawodów najbardziej zagrożonych automatyzacją znaleźli się pracownicy lokali gastronomicznych: kucharze, kelnerzy, a nawet osoby sprzątające. — Powtarzające się zadania, takie jak parzenie kawy czy przygotowanie z góry określonych potraw, szczególnie w sieciach serwujących fast food z mocno ustrukturyzowanymi procesami i menu, łatwo podlegają automatyzacji — twierdzą autorzy raportu. Zmiany w metodzie płatności i sposobnie zamawiania jedzenia do swoich restauracji sukcesywnie wprowadza Mc Donalds. W lokalach na całym świecie goście mogą nie tylko zamawiać ulubione hamburgery za pośrednictwem e-kiosków z ogromnym ekranem dotykowym, lecz również zapłacić za nie bez wchodzenia w interakcje z człowiekiem. Na razie koncern nie zrezygnował w pełni z obdarzonych ludzkim DNA kasjerów, ale kierunek zmian wydaje się oczywisty. Z kolei Greg Creed, dyrektor generalny Yum, do której należy m.in. amerykańska sieć restauracji Taco Bell, przewiduje, że mogą zastąpić ludzkich pracowników za około 10 lat. — Nie wydaje mi się, by wydarzyło się to za rok, lub nawet rok później, ale wierzę, że od 2025 r. do końca dekady zaczniemy oglądać dramatyczną zmianę, polegającą na tym, że maszyny zaczną kierować światem — powiedział Creed.

Analitycy w odstawkę?

Rozwój sztucznej inteligencji odmieni również sektor analityki danych. Dzięki platformom DMP (data management platform) korzystającym z uczenia maszynowego można w czasie rzeczywistym dokonywać analiz, wykraczających poza ludzkie zdolności. Zdaniem Piotra Prasjnara, prezesa zarządu Cloud Technologies, dziś nawet najtęższe umysły nie mogą równać się zaawansowanym narzędziom do analityki danych, które nie tylko prześwietlają historyczne informacje i śledzą te napływające na bieżąco, ale nawet proponują kolejne kroki, jakie firma powinna podjąć, by pomnożyć zyski. — Wykorzystanie danych oraz maszynowego uczenia ma obecnie kluczowe znaczenie na przykład dla reklamy internetowej. Dzięki analityce Big Data możemy identyfikować potencjalnych klientów oraz tym samym zwiększać skuteczność kampanii reklamowych on-line. Codziennie analizujemy miliardy odsłon stron internetowych i profilujemy miliony użytkowników. Przetworzenie takiej ilości danych i wyciągnięcie z nich wniosków bez użycia zaawansowanych algorytmów nie byłoby możliwe — uważa Prajsnar. Prowadzona przez niego spółka posiada największą w Europie hurtownię danych o zachowaniach i preferencjach internautów. Do analizy ponad 3 miliardów anonimowych profili użytkowników sieci Cloud Technologies korzysta z autorskiej platformy DMP „OnAudience.com”, uzbrojonej w zaawansowane algorytmy uczenia maszynowego.

Wspólny wróg

To, jak świat reaguje na technologiczne innowacje, zaburzające dotychczasowy porządek rynkowy, doskonale widać na przykładzie Ubera. Już dziś taksówkarze w swoich głośnych protestach posuwają się coraz dalej, blokując miasta czy fizycznie atakując kierowców, bardziej rozwiniętej technologicznie konkurencji. W wielu państwach politycy zdecydowali się podtrzymać przy życiu wymierający zawód taksówkarza, delegalizując aplikacje pokroju Ubera. Podłączonych do respiratora kierowców taksówek czeka jeszcze kilka lat egzystencji, jednak ich dni są już policzone. Tak samo zresztą, jak dni kierowców Ubera, którzy pewnego dnia staną zapewne ramię w ramię z taksówkarzami, wspólnie protestując przeciwko autonomicznym pojazdom. Amerykański przewoźnik od jakiegoś czasu intensywnie testuje samoprowadzące się samochody, które w przyszłości mają stać się standardowym środkiem lokomocji zamawianym przez aplikacje. Mieszkańcy takich miast jak Tempe w stanie Arizona, czy San Francisco mogli przekonać się na własnej skórze, jak to jest zamówić przejazd w aplikacji Uber i nie zastać kierowcy na przednim siedzeniu.

Gwiazdy wiecznie żywe

W branży filmowej przyzwyczailiśmy się już do efektów specjalnych i komputerowych animacji. Przywykliśmy również do tego, że sceny odbywające się w plenerze często kręcone są w zamkniętym studiu przy wykorzystaniu greenscreena, jednak Hollywood ma nam jeszcze czym zaskoczyć. Dzięki zaawansowanym technikom CGI, twórcom spinn-off’a Gwiezdnych Wojen udało się osiągnąć coś, co do niedawna pozostawało jedynie w sferze marzeń producentów filmowych. Fani stworzonego przez Georga Lucasa uniwersum mogli znów zobaczyć na ekranie angielskiego aktora Petera Cushinga. Nikogo by to zdziwiło, gdyby nie fakt, że odtwórca roli Wilhuffa Tarkina odszedł w 1994 roku. Nowa technologia obrazów generowanych komputerowo pozwoliła wskrzesić wizerunek zmarłego aktora z niezwykłą dokładnością tak, że w zasadzie nie widać różnicy pomiędzy nim, a resztą obsady. Skoro wytwórnie filmowe potrafią na podstawie starych nagrań stworzyć wirtualną postać do złudzenia przypominającą prawdziwego człowieka, to być może na ekranach kin coraz częściej będziemy oglądać popularne gwiazdy w kwiecie wieku, nawet jeśli dawno już przeszły na emeryturę. Komputerowe odtworzenie ich wizerunku może być niebawem o wiele tańsze niż obsadzenie produkcji młodymi gwiazdami. Może to doprowadzić do zabetonowania przemysłu filmowego do tego stopnia, że inni aktorzy będą mieli jeszcze mniejszą szansę na wielką sławę, niż mają obecnie.

Recepta na przetrwanie

W 2013 r. badacze z Uniwersytetu Oksfordzkiego opublikowali listę zawodów najbardziej zagrożonych automatyzacją. Na pierwszym miejscu znaleźli się sprzedawcy kredytów i pożyczek. Drugie miejsce przypadło recepcjonistom i pracownikom udzielającym informacji. Następni na liście znaleźli się asystenci prawni, personel sprzedawców detalicznych, kierowcy, ochroniarze, pracownicy fast foodów, barmani, personalni doradcy finansowi, reporterzy i korespondenci, muzycy i piosenkarze oraz prawnicy. Zdaniem Piotra Grządziela, specjalisty od personal brandingu, osoby pełniące zagrożone zawody powinny już dziś podjąć kroki, które zapewnią im dobrą pracę w przyszłości. — Rynek zmienia się błyskawicznym tempie. Pokolenie Baby Boomersów nie uznawało innej formy zatrudnienia niż etat. Przez Millenialsów i pokolenia Z za jakiś czas etat będzie postrzegany, jako anomalia. Firmy będą rekrutować przede wszystkim do poszczególnych projektów, a te nie trwają przecież wiecznie. Wszystkich nas czekają coraz częstsze procesy rekrutacyjne, dlatego najlepiej poradzą sobie osoby, które nauczą się umiejętnie prezentować swoje umiejętności i będą sukcesywnie budować swoją markę osobistą – uważa Grządziel. — uważa Grządziel.

Defetystyczne nastroje studzi Piotr Prajsnar z Cloud Technologies. Jego zdaniem wprawdzie czeka nas przetasowanie na rynku pracy i wiele stanowisk pójdzie w niepamięć, ale pojawią się nowe zawody, na które z pewnością będzie zapotrzebowanie. — Ważne, by nastawić się na ciągły rozwój i zdobywanie nowych umiejętności, nie koniecznie z branży, w której się obecnie pracuje. Wraz z rozwojem analityki Big Data wyłoniły się nowe zawody. Dziś Data Scientist to chyba najgorętszy z nich. Firmy biją się o takich specjalistów. W przyszłości rosnąć będzie zapotrzebowanie na inżynierów specjalizujących się w robotyce czy trenerów sztucznej inteligencji. To możemy przewidzieć, ale z pewnością powstaną inne zawody, o których dziś nikt jeszcze nie myśli — przewiduje Prajsnar.

Marcel Płoszczyński

Polacy odchodzą od diesla – raport o branży motoryzacyjnej

Liczba nowych samochodów napędzanych silnikami Diesla systematycznie maleje. Według raportu „Branża motoryzacyjna 2017/2018” przygotowanego przez Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego polscy kierowcy znacznie częściej wybierają wersje benzynowe oraz alternatywne źródła napędu.

raport_paliwaZgodnie z danymi Centralnej Ewidencji Pojazdów na koniec 2016 roku samochody z silnikami benzynowymi stanowiły 45 procent odnotowanych w bazie aut. Udział pojazdów zasilanych olejem napędowym to 39 procent. Na końcu rankingu znalazły się auta z LPG (16 procent) oraz inne napędy (1 procent) – czytamy w raporcie przygotowanym przez PZPM.

Diesel traci – wzrasta popyt na benzynę i hybrydy

W 2016 roku diesel wciąż tracił na atrakcyjności – liczba rejestracji aut z silnikami wysokoprężnymi wzrosła co prawda o 10,5 procent, ale przy 17-procentowym wzroście całego rynku udział diesla w rejestracjach zmalał do 31,6 procent. To niemal o 2 punkty procentowe mniej niż rok wcześniej – podkreślają autorzy raportu „Branża motoryzacyjna 2017/2018”.

Równocześnie zwiększyła się popularność samochodów z silnikami benzynowymi – udział w rejestracjach wzrósł w 2016 roku do 64,3 procent, co oznacza zwiększenie udziału w stosunku do 2015 roku na poziomie 19,2 procent.

Eksperci PZPM podkreślają, że samochody z napędem hybrydowym również wyraźnie zyskały na popularności wśród Polaków. Liczba rejestracji tych samochodów sięgnęła w 2016 roku 10,1 tys. sztuk i była o 76,5 procent większa niż w 2015 roku. Udział hybryd w całości rejestracji wynosi 2,4 procent i jest o blisko 1 punkt procentowy większy od samochodów z fabryczną instalacją LPG. Liderem tej części rynku w Polsce niezmiennie jest Toyota i Lexus – marki te sprzedały w 2016 roku ponad 8,3 tys. samochodów z takim napędem, a w pierwszym półroczu bieżącego roku zarejestrowano w sumie już ponad 7,9 tys. hybryd obu japońskich marek (92,8 procent całego rynku aut z napędem hybrydowym).

Hybrydy plug-in liczone razem z elektrycznymi pojazdami zanotowały 100-procentowy przyrost liczby rejestracji – ich liczba jest jednak wciąż niewielka i wynosi w sumie 561 zarejestrowanych w 2016 roku sztuk.

Wolimy silniki benzynowe

Według danych CEP samochody w wieku do 4 lat mają w większości przypadków (58 procent) napęd benzynowy. Co więcej, liczba tych aut zwiększyła się w ciągu roku o dwa punkty procentowe. Równocześnie technologia Diesla straciła 2 punkty procentowe, uzyskując udział w rynku na poziomie 37 procent. Układy LPG również nie są popularne wśród najmłodszej floty – mają tylko 4 procent rynku. Pojazdy hybrydowe zdobyły natomiast 1 procent tego segmentu.

W grupie samochodów starszych – w wieku od 5 do 10 lat – nadal najpopularniejszą wersją silnikową jest diesel (52 procent udziału), ale i w tym przypadku można zauważyć spadek o 2 punkty procentowe w stosunku do zeszłego roku. Na drugim miejscu (39 procent segmentu) znalazły się modele benzynowe, zyskując rok do roku 1 punkt procentowy, natomiast auta z LPG utrzymują się na poziomie 8 procent.

Wśród samochodów w wieku od 11 do 20 lat największy udział (44 procent) mają auta z silnikami benzynowymi. Na drugim miejscu znalazły się diesle (37 procent). Samochody zasilane LPG stanowią natomiast 18 procent.

Również wśród samochodów starszych niż 20 lat najpopularniejsze były silniki benzynowe, stanowiące 47 procent całości. Na drugim miejscu – tu zmiana w stosunku do powyższych przedziałów – znalazło się LPG (27 procent). Samochody z silnikami wysokoprężnymi znalazły się na trzecim miejscu z udziałem na poziomie 22 procent. Inne rodzaje paliwa stanowiły 4 procent parku – czytamy w raporcie Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Gotówkowcy i millenialsi napędzają rynek

Michał Witkowski, dyrektor sprzedaży Skanska Residential Development Poland
Michał Witkowski, dyrektor sprzedaży Skanska Residential Development Poland

Bardzo dobre półrocze na rynku pierwotnym za nami i jeśli tendencje się utrzymają – będzie tak do samego końca 2017 roku. Padł kolejny rekord w sprzedaży mieszkań. Ważną zmianą, która dokonała się w minionych miesiącach jest wyczerpanie budżetu w programie MdM. Dominowały transakcje gotówkowe. Z doświadczenia firmy Skanska wynika, że grupą nabywczą, która rośnie w siłę są millenialsi  

Program „Mieszkanie dla Młodych” cieszy się dużym zainteresowaniem rynku. Pula środków na ten cel wyczerpuje się bardzo szybko, a jednym z beneficjentów są millenialsi, czyli osoby urodzone pomiędzy początkiem lat 80., a końcem lat 90. Co czwarty z nas to millenials. To pokolenie ma swój własny styl konsumpcji. Dużo częściej korzysta z aplikacji i rozwiązań digitalowych oraz chętnie zapoznaje się z ofertami deweloperów, przedstawionymi w formie wirtualnych spacerów czy aplikacji mobilnych. To osoby, które bardzo świadomie podejmują decyzje zakupowe. Wyczerpanie budżetu programu Mieszkanie dla Młodych było niewątpliwie ważną informacją dla wielu młodych klientów, jednak nie zaburzyło stabilności rynku nieruchomości pierwotnych. Być może spowodował to fakt, że Polacy coraz częściej kupują mieszkania za gotówkę. Według najnowszych badań przeprowadzonych przez NBP w 7 największych polskich miastach niemal 70 % transakcji generują „gotówkowcy”.

To było bardzo dobre półrocze na rynku mieszkaniowym. Według raportu REAS w I kwartale 2017 r. padł kolejny rekord. W 6 największych miastach sprzedano 30% więcej mieszkań, niż rok wcześniej.

Obserwując dynamikę sprzedaży na naszych inwestycjach widzimy, że zwiększyło się zaufanie społeczne do deweloperów. Nasi klienci na dobre przekonali się do zakupu nieruchomości w początkowej fazie budowy. Być może przyczyniła się do tego coraz większa dostępność nowoczesnych form prezentacji, wizualizujących powstające nieruchomości. W jednej z naszych inwestycji w Warszawie wyprzedaliśmy blisko połowę mieszkań o podwyższonym standardzie w niecałe pół roku od rozpoczęcia budowy.

Nadal największą popularnością cieszą się mniejsze mieszkania i kawalerki, kupowane jako inwestycje pod wynajem lub na własny użytek. Ważnym parametrem stają się certyfikaty środowiskowe, gwarantujące zachowanie norm jakościowych i ekologicznych. Już ponad 40 % naszych klientów pyta, czy budowane przez nas osiedla posiadają certyfikat środowiskowy.

Jeśli tendencje z pierwszej połowy roku utrzymają się bez zmian – będzie to kolejny bardzo dobry rok na rynku pierwotnym. Warto wspomnieć o zauważalnym i dynamicznym rozwoju usług fit outu, czyli kompleksowych realizacji, obejmujących sprzedaż mieszkań, remont i aranżacje wnętrz. W tej rzeczywistości deweloper powoli staje się tzw. „one stop shop”, czyli jednym przystankiem w zrealizowaniu wielu zadań. Z naszego doświadczenia wynika, że usługę fit out-u szczególnie doceniają klienci, którzy kupują drugie lub kolejne mieszkanie w swoim życiu. To osoby, które mierzyły się już wcześniej z wyzwaniem samodzielnego remontu i aranżacją własnego M.

Deweloperzy z coraz większą odpowiedzialnością zaczynają podchodzić również do projektowania nowych osiedli, pozbawiając ich barier architektonicznych. Wprowadzając szereg udogodnień, takich jak obniżone progi, podjazdy czy niżej zamontowane klamki okienne tworzą przestrzenie, przystosowane dla różnych grup odbiorców: rodziców z małymi dziećmi, osób starszych i z niepełnosprawnościami.

Raport o cenach OC. Które miasta są najtańsze i gdzie płaci się najwięcej?

  • Wrocław i Gdańsk to miasta, w których za komunikacyjne OC płaci się najwięcej – wynika z przeglądu cen w regionach przygotowanego przez multiagencję Superpolisa Ubezpieczenia.
  • Najmniej obowiązkowe OC kosztuje natomiast w Kielcach i Rzeszowie.
  • Niezależnie od miasta każdy kierowca porównując oferty znajdzie dla siebie OC w skrajnie różnych cenach – najtańszą polisę dzieli od najdroższej przynajmniej kilkaset złotych.

 

Raport o cenach OC przygotowano na podstawie kalkulacji dla dwóch przykładowych kierowców we wszystkich stolicach województw. Wyliczenia pokazują, że po dwóch latach dynamicznych wzrostów cen we wszystkich regionach podwyżki w końcu zahamowały, ale podział na wyraźnie droższe i tańsze województwa wciąż się utrzymuje.

 

– W naszym cyklicznym przeglądzie cen sprawdzamy, jak kształtują się składki za OC w miastach wojewódzkich. Na tej podstawie wskazujemy, gdzie kierowcy muszą przygotować się na największy wydatek, a którym właścicielom pojazdu uda się kupić polisę stosunkowo tanio. Bo warto pamiętać, że niezależnie od tego, czy ceny ogólnie na rynku rosną, czy maleją, ich wysokość jest zawsze w dużym stopniu uzależniona od lokalizacji – tłumaczy Jakub Nowiński, członek zarządu w multiagencji Superpolisa Ubezpieczenia.

Najdrożej we Wrocławiu, Gdańsku

Superpolisa Ubezpieczenia porównała składki dla dwóch bezszkodowych kierowców. Pierwszym z nich jest 33-letni mężczyzna, który prawo jazdy ma od 10 lat, od 7 lat wykupuje ubezpieczenie OC i jeździ 5-letnim oplem astrą. Drugi to profil 37-letniego mężczyzny, który prawo jazdy ma od 15 lat, OC wykupuje od 10 lat i jeździ 4-letnim volkswagenem golfem VI.

W obu przypadkach kierowcy najwięcej za OC zapłacą we Wrocławiu (odpowiednio 817 zł i 953 zł), w Gdańsku (792,40 zł i 976 zł). Trzecim najdroższym miastem wojewódzkim w Polsce jest Warszawa, w której pierwszym z kierowców nie kupiłby obecnie OC taniej niż za 719,91 zł, a drugi za mniej niż 914 zł. Różnice pomiędzy pierwszymi w zestawieniu Wrocławiem i Gdańskiem a resztą miast są wyraźne. Dobrze widać to na przykładzie – ceny polis na opla astrę w czwartym Szczecinie zaczynają się od 690 zł, a to aż o 18% taniej w porównaniu z Wrocławiem.

Najdroższe pod względem cen OC miasta wojewódzkie dla przykładowych kierowców
33-letni właściciel 5-letniego opla astry 37-letni właściciel 4-letniego volkswagena golfa
Miasto Najniższa składka OC Miasto Najniższa składka OC
1. Wrocław 817,00 zł Gdańsk 976,00 zł
2. Gdańsk 792,40 zł Wrocław 953,00 zł
3. Warszawa 719,91 zł Warszawa 914,00 zł
4. Szczecin 690,10 zł Łódź 909,00 zł
5. Toruń 683,78 zł Bydgoszcz 869,00 zł
6. Łódź 678,08 zł Szczecin 867,00 zł
7. Poznań 676,82 zł Olsztyn 852,29 zł
8. Bydgoszcz 640,52 zł Poznań 830,00 zł
9. Olsztyn 640,24 zł Kraków 811,00 zł
Dane: Superpolisa Ubezpieczenia

Kielce i Rzeszów najtańsze

Na drugim biegunie rankingu cen polis w miastach wojewódzkich znajdują się Kielce i Rzeszów. W stolicy województwa świętokrzyskiego składki za ubezpieczenie zaczynają się w przypadku pierwszego kierowcy od 529,29 zł, a drugiego od 601 zł. Bardzo podobnie ceny kształtują się na Podkarpaciu, odpowiednio: 542,42 zł i 600 zł dla właściciela opla astry i vw golfa. Różnice między składkami OC w najtańszych i najdroższych miastach mogą więc wynieść nawet kilkaset złotych. Na przykład właściciel volkswagena golfa z Gdańska zapłaci aż o 376 zł więcej niż w Rzeszowie.

Najtańsze pod względem cen OC miasta wojewódzkie dla przykładowych kierowców
33-letni właściciel 5-letniego opla astry 37-letni właściciel 4-letniego volkswagena golfa
Miasto Najniższa składka OC Miasto Najniższa składka OC
1. Kielce 529,29 zł Rzeszów 600,00 zł
2. Rzeszów 542,42 zł Kielce 601,00 zł
3. Lublin 581,17 zł Opole 671,00 zł
4. Katowice 602,84 zł Lublin 693,00 zł
5. Opole 605,22 zł Katowice 704,00 zł
6. Białystok 622,19 zł Gorzów Wielkopolski 705,00 zł
7. Kraków 630,78 zł Toruń 719,00 zł
8. Zielona Góra 631,16 zł Białystok 746,00 zł
9. Gorzów Wielkopolski 633,71 zł Zielona Góra 792,00 zł
Dane: Superpolisa Ubezpieczenia

– Miejsce rejestracji samochodu ma bezpośredni wpływ na wysokość składki za polisy OC. Ubezpieczyciele wiedzą, gdzie dochodzi do największej liczby kolizji i wypadków, dysponują także własnymi statystykami likwidacji szkód – te dane stanowią podstawę do kalkulacji ceny, choć nie są to oczywiście jedyne kryteria brane pod uwagę. Kierowcy powinni pamiętać, że przygotowana dla nich oferta jest zawsze wypadkową wielu czynników i ubezpieczyciele podchodzą do każdego swojego klienta w sposób indywidualny, m.in. oceniając jego historię jazdy, wykonywany zawód czy posiadane auto – dodaje Jakub Nowiński.

Ponad 1100 zł różnicy w cenach OC w obrębie Warszawy

Warto także zwrócić uwagę, że i inne cechy kształtowania się składek OC pozostają od lat niezmienne. Na przykład regułą przy zakupie obowiązkowej polisy jest to, że porównanie ofert różnych towarzystw prowadzi do znalezienia skrajnie różnych propozycji cenowych, nawet w obrębie jednej miejscowości. Dobrze obrazuje to przykład wspomnianego kierowcy opla, dla którego najniższa cena w Warszawie to dziś 719 zł w jednej z firm, ale w innej za OC musiałby zapłacić aż 1901 zł, a więc o 164% więcej.

Źródło: Superpolisa Ubezpieczenia

Jaki będzie świat po atakach ransomworm?

Można przypuszczać, że ostatnie cyberataki z wykorzystaniem ransomware WannaCry i Petya/NonPetya to początek nowego trendu w obszarze cyfrowego bezpieczeństwa. W 2016 roku odnotowywano 4 tysiące ataków ransomware każdego dnia, a suma opłaconych okupów sięgnęła 850 milionów dolarów. Co w takim razie może przynieść nam przyszłość?

Cyberprzestępcy patrzą globalnie

Według analizy specjalistów z FortiGuard Labs firmy Fortinet co trzecia organizacja doświadczyła aktywności botów ransomware. W ostatnim czasie cyberprzestępcy przeprowadzili też wiele ataków na globalną skalę, takich jak WannaCry i Petya/NonPetya. Oczywiście ataki na taką skalę nie są niczym nowym. W przeszłości mieliśmy do czynienia choćby z takimi przypadkami jak ILOVEYOU, Code Red czy Nimda, które dotykały większej liczby organizacji niż podczas najnowszych ataków. Rozprzestrzenianie się WannaCry i Petya/NonPetya było bowiem szybko ograniczone. Nie chodzi jednak tylko o skalę tych ataków. We współczesnej gospodarce cyfrowej ​​dane są dla organizacji zarówno kluczowymi zasobami, jak i podstawowym źródłem dochodów. Dlatego nowe ataki są i będą bardziej wyrafinowane niż kiedykolwiek.

Nadchodzi era ransomworm?

WannaCry zainicjował nowy rodzaj ransomware, który specjaliści z firmy Fortinet nazwali ransomworm.Zamiast zwykłej metody ransomware, polegającej na wybraniu określonego celu, funkcjonalność robaka WannaCry pozwalała mu rozprzestrzeniać się szybko na całym świecie, atakując tysiące urządzeń i organizacji – wyjaśnia Jolanta Malak, regionalna dyrektor sprzedaży Fortinet na Polskę, Białoruś i Ukrainę.

Niedawno byliśmy świadkami pojawienia się kolejnego ransomworm nazwanego Petya, któremu następnie nadano przydomek NonPetya. Ten nowy rodzaj złośliwego oprogramowania działa w podobny sposób jak WannaCry, nawet z wykorzystaniem tej samej luki, ale ze znacznie większą złośliwością. Petya/NonPetya jest w stanie np. skasować dane z systemu lub nawet modyfikować sektor rozruchowy urządzenia, uniemożliwiając korzystanie z niego. Ponieważ ten atak nie okazał się szczególnie dochodowy, można przypuszczać, że celem przestępców nie tyle były zyski z okupu, co odłączenie urządzeń od sieci.

Wygląda na to, że ataki WannaCry i Petya/NonPetya są częścią nowej strategii cyberprzestępców, którzy będą obierali jako cel globalnych ataków nowo odkryte luki w zabezpieczeniach masowych. To tylko wierzchołek góry lodowej i potencjalnie początek nowej fali ataków ransomworm.

Jak zapobiegać?

Skala i zakres tych ataków sprawia, że świat poważnie się niepokoi. Co możemy więc zrobić w tej nowej rzeczywistości? Z pewnością nie warto popadać w panikę, zwłaszcza że istnieje kilka sposobów, dzięki którym można się bronić przed ransomworm.

Jednym z nich jest dbanie o odpowiednią higienę sieci i podłączonych do niej urządzeń, które są obecnie najbardziej zaniedbanymi elementami bezpieczeństwa. WannaCry wykorzystał luki w zabezpieczeniach, które Microsoft załatał dwa miesiące wcześniej. Pomimo nagłośnienia tematu miesiąc później Petya/NonPetya był w stanie z powodzeniem uderzyć w tysiące organizacji dzięki dokładnie tej samej podatności. Ponieważ Petya/NonPetya wykorzystuje dodatkowe wektory ataku, sama aktualizacja systemu operacyjnego nie wystarcza do całkowitej ochrony. Oznacza to, że oprócz aktualizowania oprogramowania konieczne są odpowiednie praktyki i narzędzia zabezpieczające. Z kolei urządzenia, dla których aktualizacje nie są już dostępne, muszą zostać wymienione.

Drugim sposobem jest pełna kontrola nad urządzeniami podłączonymi do lokalnej sieci. Warto zainwestować czas i technologię, aby zidentyfikować każde z nich, określić, jaka jest jego funkcja i jaki ruch przez nie przechodzi. Ważne jest też, aby wiedzieć, kto ma do niego dostęp, na jakim systemie operacyjnym jest uruchomione i czy są na nim ustawione automatyczne aktualizacje.

Biorąc pod uwagę, że nasze sieci obejmują obecnie szeroką gamę urządzeń, użytkowników i aplikacji wdrażanych w wielu sieciowych ekosystemach, pojedyncze narzędzia monitorujące ruch, który przechodzi przez jeden punkt w sieci, nie są już odpowiednie. Dlatego też należałoby wdrożyć skuteczne narzędzia zabezpieczające, które mogą wyświetlać i zatrzymywać najnowsze zagrożenia w wielu miejscach w sieci

Kolejnym wymogiem jest segmentacja sieci. Nie jest to nowe zalecenie, ale większość organizacji niestety tego nie robi. W ich przypadku złośliwe oprogramowanie może dokonać prawdziwego spustoszenia.

Organizacje decydujące się na wprowadzenie segmentacji powinny mieć na uwadze, że powinna ona zapewniać bezpieczeństwo nawet najbardziej złożonym środowiskom sieciowym. Niezbędne jest, aby strategia segmentacji była w stanie zobaczyć, skontrolować i zatrzymywać złośliwe oprogramowanie oraz nieautoryzowanych użytkowników i aplikacje, które próbują przekroczyć segmenty.

Segmentacja musi być zautomatyzowana, obsługiwać ruch pionowy, jak i poziomy, być w stanie zidentyfikować i odizolować niebezpieczne i zainfekowane urządzenia, a także obejmować środowiska sieciowe.

Osoby zarządzające organizacjami muszą zrozumieć, że w obecnej sytuacji należy wprowadzić strategię bezpieczeństwa i przeznaczyć na jej realizację  odpowiednie środki. Jest to  niezbędne w naszej nowej rzeczywistości.

Złośliwe oprogramowanie – podsumowanie pierwszego półrocza 2017

Liczba złośliwego oprogramowania wciąż wzrasta. Nawet po 30 latach prowadzenia statystyk dotyczących wirusów i niebezpiecznego oprogramowania, trend ten nie ulega zmianom.  Dane sprzed 10 lat wykazywały 133 253 nowych wirusów w skali roku (a był to i tak 3-krotny wzrost w porównaniu do wcześniejszego roku). W dzisiejszych czasach liczbę tę osiągamy już po…4 dniach!

W pierwszej połowie 2017 roku liczba nowych „próbek” złośliwego oprogramowania wzrosła do 4 891 304, co pokazuje, że  każdego dnia pojawiało się ponad 27 000 nowych zagrożeń (czyli średnio co 3,2 sekundy!). Więcej! Co piąty malware, który kiedykolwiek powstał od momentu prowadzenia statystyk, powstał w tym roku! Jak zauważają specjaliści z G DATA, jeśli trend ten się utrzyma, w 2017 roku będziemy mieli do czynienia z prawie 10 milionami nowych próbek złośliwego oprogramowania.G DATA grafika

A jakie kategorie złośliwego oprogramowania były najbardziej „popularne” w pierwszej połowie 2017 roku? – Kolejność kategorii złośliwego oprogramowania nie uległa dużym zmianom. Najczęściej odnotowywane są konie trojańskie,  a następnie tzw. PUP, czyli potencjalnie niepożądane oprogramowanie – mówi Robert Dziemianko z G DATA. – Odsetek adware nieco zmalał w stosunku do I kw. 2017 r., ale nadal jest znacznie wyższy od poziomu z 2016 r. Co ważne, liczba samego ransomware również rośnie, czego świadkami byliśmy wszyscy ostatnio podczas tak medialnych ataków, jak WannaCry czy NotPetya – dodaje.GDATA Infografika

  • Średnio każdy komputer był atakowany 47,4 razy w pierwszej połowie 2017 roku.
  • Całkowita liczba złośliwego oprogramowania odnotowana w przeciągu całego 2007 roku jest obecnie osiągana w ciągu zaledwie 4 dni.

Użytkownicy Windows wciąż najbardziej zagrożeni

Najwięcej ataków zostało odnotowanych przez użytkowników systemu Windows (ponad 99%).  Na kolejnych miejscach są: Java, Android i Mac OS. Liczba poszczególnych rodzin złośliwego oprogramowania w pierwszej połowie 2017 roku wyniosła 749. Jest ona o  3,3% wyższa niż liczba z pierwszego kwartału 2016, ale o 16,3% niższa niż w ciągu drugiego półrocza 2016 roku.

Powyższe liczby informują o tym, jak często złośliwe oprogramowanie jest aktualizowane, lecz nie mówią nam, o tym, jak bardzo powszechne jest to zjawisko.  Specjaliści z G DATA co kwartał przygotowują zestawiania związane z atakami i udostępniają je wszystkim użytkownikom.

Od lat najbardziej rozpowszechnionym złośliwym oprogramowaniem jest adware lub PUP, co też miało miejsce w pierwszej połowie tego roku. Jeśli spojrzymy na liczbę ataków na 1000 użytkowników, widać, że PUP jest jednym z najczęściej odnotowanych złośliwych kodów przez oprogramowanie antywirusowe. Warto zwrócić uwagę także na Poweliks, który został sklasyfikowany jako malware, ale działa w obszarze reklam.

Najbardziej rozpowszechnione złośliwe oprogramowanie w pierwszej połowie 2017 (liczba prób ataków na 1000 użytkowników):

  • BAT.Poweliks.Gen (3252)
  • JS:Trojan.JS.Agent.RB (452)
  • Poweliks.Gen.4 (379)
  • Trojan.Binder.A (199)
  • Gen:Variant.Binder.1 (198)
  • JS:Trojan.Cryxos.261 (126)
  • Trojan.Redirector.BA (119)
  • JAVA.CVE-2013-0431.G (110)
  • Snifula.Gen.1 (89)
  • Worm.Autorun.A@gen (64)

Najbardziej rozpowszechniony programy typu PUP (liczba prób ataków na 1000 użytkowników):

  • Application.DownloadGuide.T(3118)
  • Gen:Variant.Application.Bundler.DownloadGuide.24 (2687)
  • Application.FusionCore.B (1367)
  • Application.InstallCore.FE (1186)
  • Application.Uniblue.A (1028)
  • Application.DownloadSponsor.R (987)
  • SearchProtect.BS (817)
  • Application.FusionCore.C (708)
  • Gen:Adware.BrowseFox.1 (665)
  • Application.InstallCore.HL (569)

Frank uznaje wyższość pozostałych walut

Początek notowań przy Wall Street wyraźnie nakreślił kierunek notowań dolara, który w azjatyckiej części sesji znajdował się pod presją niższych rentowności amerykańskiego długu. Jego wyższość uznają wszystkie waluty wchodzące w skład koszyka G10, przy czym najsilniejszą deprecjację notuje szwajcarski frank (-1,5 proc.). W trakcie dzisiejszej sesji para EUR/CHF przebiła technicznie istotny poziom utworzony przez średnią ruchomą z ostatnich 200 tygodni. Przyczyną potężnie osłabiającego się franka jest nie tylko rzekoma interwencja SNB na rynku walutowym, ale również masowa realizacja obronnych zleceń stop-loss przy poziomie 1,1100.

Pod koniec dnia wyższości dolara na rynku walutowym stara się oprzeć japoński jen, którego 0,2 proc. deprecjacja wypycha kurs USD/JPY do poziomu 111,40. Nieco silniejsze przetasowanie dotyczy euro (-0,6 proc.). Zmiany na amerykańskim rynku długu skutecznie spychają eurodolara w okolice maksimów z wtorkowego poranka, tj. do poziomu 1,1670.
W gronie walut Emerging Markets najmniej udaną sesję notują południowoafrykański rand (-0,8 proc.) oraz węgierski forint (-0,8 proc.) będącego zakładnikiem wyższej stopy bezrobocia (4,3 proc., konsensus: 4,2 proc.). Nieco słabsza przecena dotyczy polskiego złotego, który obecnie traci 0,6 proc. względem amerykańskiej waluty. Na koniec dnia kurs USD/PLN znajduje się przy 3,6430, EUR/PLN próbuje powrócić pod 4,2500, GBP/PLN stabilizuje się przy 4,7620, a CHF/PLN wraca do poziomów nienotowanych od czarnego czwartku (3,7770).

Na rynku walutowym do chwilowego podbicia zmienności szwedzkiej korony przyczyniła się publikacja danych z rynku pracy. Czerwcowa stopa bezrobocia uplasowała się 0,1 pp. poniżej rynkowych oczekiwań, które ustabilizowały się przy poziomie 7,5 proc. W pierwszej połowie dnia uwagę próbowały zwrócić szacunki podaży pieniądza z Eurolandu. Roczna dynamika agregatu M3 zrównała się z medianą prognoz (5,0 proc.), tym samym podtrzymując wartość z maja.

W popołudniowej paczce danych z amerykańskiej gospodarki szczególną uwagę zwrócił solidny przyrost zamówień na dobra trwałe (6,5 proc. m/m, konsensus: 3,7 proc.), który wyraźnie złagodził wydźwięk majowego rozczarowania (-0,1 proc.). Potencjalną reakcję dolara na opublikowane dane wyhamował niższy przyrost zamówień z wyłączeniem środków transportu (0,2 proc. m/m, konsensus: 0,4 proc.) oraz nieco silniejszy przyrost osób wnioskujących o zasiłek dla bezrobotnych (244 tys., poprzednio: 234 tys.).
Dzisiejsza sesja na europejskich parkietach przebiegała pod dyktando publikacji wyników za miniony kwartał. Na frankfurckiej giełdzie solidną dawkę zaskoczenia zapewnił Deutsche Bank (-6,5 proc.) spychany ku niższym poziomom przez zdecydowanie niższe przychody (6,6 mld EUR, konsensus: 7,1 mld EUR). Na celowniku inwestorów znalazły się również akcje Deutsche Börse (-3,8 proc.), której sprawozdanie za minione trzy miesiące jest dość niepokojące. Publikacja lekko rozczarowujących wyników ze sprzedaży oraz rewizja zysku EBITDA za 2017 roku przez Bayer (-3,0 proc.) stawiają pod znakiem zapytania perspektywy rychłego przejęcia Monsanto. Finalnie DAX skończył swoje notowania z 0,8 proc. stratą.

Zdecydowanie bardziej optymistycznymi nastrojami mogli pochwalić się inwestorzy w Paryżu, gdzie pod koniec sesji miano najsilniejszej ze spółek przejął Schneider Electric (3,8 proc.) dzięki publikacji wyników oraz doniesieniom o planowanym przejęciu jednego z amerykańskich producentów systemów zasilania. Przez długi czas notowaniom indeksu CAC 40 (-0,1 proc.) przewodziła Nokia (3,1 proc.) publikująca dość optymistyczny raport z wygenerowanych zysków. Dodatkowo optymizm podsycały wypowiedzi prezesa spółki odnośnie sukcesywnego zwiększania udziału w rynku. Listę komponentów zamykają tracące po 3,2 proc. Accor oraz Airbus, który nadal utrzymuje optymistyczne prognozy dotyczące produkcji modelu A320neo.

Podobną skalę zniżki względem francuskiego indeksu odnotował FTSE 100 (-0,1 proc.). W Londynie szczególną uwagę zwracała AstraZeneca, która zakończyła swoją sesję -15,4 proc. pod kreską. Powodem masywnej przeceny farmaceutycznego giganta były wysoce rozczarowujące wyniki testów klinicznych leku na raka płuc. Zgodnie z komunikatem spółki prace pochłonęły blisko 7 mld GBP.

Przy Książęcej najbardziej udaną sesję odnotowały walory spółki Orange Polska (3,5 proc.), która w trakcie ostatnich trzech miesięcy wyraźnie ograniczyła ponoszone koszty komercyjne oraz zapobiegła solidniejszemu odpływowi klientów do konkurencyjnych sieci. Utrzymywanie się pozytywnego sentymentu na rynku miedzi zapewniło walorom KGHM (0,5 proc.) kontynuację zwyżki. Co więcej, inwestorzy pozytywnie odebrali doniesienia o podpisaniu przez zarząd spółki umowy z PGNiG (-0,5 proc.) na dostawy gazu do 2033 roku. Wśród spółek indeksu WIG 20 (-0,4 proc.) najsilniej tracił mBank (-2,8 proc.), który ma za sobą publikację rozczarowującego zysku netto na poziomie 269,7 mln PLN wobec 285,3 mln oczekiwanych przez ankietowanych uczestników rynku. Część dzisiejszej przeceny starał się wymazać prezes spółki komunikując ambitny plan osiągnięcia stopy zwrotu z kapitału na poziomie 10 proc. w trakcie najbliższych trzech lat.

W gronie surowców inwestorską uwagę zwrócić ropa WTI (0,9 proc.), która pod koniec dnia ponawia atak na poziom 49,20 USD za baryłkę. Jej zwyżkę lekko przebijają wrześniowe kontrakty na gaz ziemny (1,1 proc.) dzięki publikacji pomyślnego raportu przez amerykański Departament Energii odnośnie wielkości zapasów surowca. W gronie metali dość wyjątkowo udaną sesję notuje pallad (1,3 proc.), który okrywa cieniem balansujące dość blisko wczorajszych poziomów złoto (-0,2 proc.) oraz srebro (-0,2 proc.). Obecnie uncja żółtego kruszcu jest wyceniana na poziomie 1 258,60 USD. Wśród płodów rolnych najsilniejszy skok notują wrześniowe kontrakty na kakao (4,9 proc.), których zwyżkę próbuje nadgonić zyskujący zaledwie 2,4 proc. sok pomarańczowy.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Europejska słabość

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Od ostatniego komentarza sytuacja na parkietach wiele się nie zmieniła. Nastroje wciąż można uznać za bardzo dobre, nawet wyraźnie w czerwcu słabszy technologiczny Nasdaq przełamał słabość i wzniósł się na nowe historyczne maksima. Utrzymuje się jednak dość zauważalne zróżnicowanie, gdyż opisana wcześniej „pełzająca letnia hossa” tyczy się głównie parkietów azjatyckich, amerykańskich oraz szeroko pojętego spektrum rynków wschodzących. Europa pozostaje w wyraźnym tyle, na co pewien wpływ może mieć silniejsze euro ograniczające konkurencyjność spółek ze Starego Kontynentu.

Wydaje się jednak, że to zaledwie część historii. Z ostatniego odczytu indeksu Ifo wynika bowiem dość wyraźnie, że nastroje w nastawionym na eksport niemieckim biznesie są wyśmienite i silniejsza waluta wspólnotowa pozostaje tutaj bez większego wpływu. Ekonomista instytutu określił klimat wśród przedsiębiorców jako „euforyczny”, co przy podejściu kontrariańskim może budzić pewien niepokój i to z dwóch powodów. Po pierwsze, jeżeli koniunktura gospodarcza jest wyśmienita, podobnie jak klimat inwestycyjny, to dlaczego europejskie parkiety są słabe? Po drugie, gdzie się podziały te wszystkie zagrożenia, których lista jeszcze niedawno była całkiem długa. Przypomnę, że obawiano się Brexitu, protekcjonizmu Trumpa, ale wspominano też o potencjalnych zagrożeniach płynących z Chin.

Aktualnie ta lista wydaje się pusta, a opublikowana półtora tygodnia temu seria dobrych danych z Państwa Środka stała się zarzewiem wzrostu cen surowców, szczególnie metali przemysłowych.

Co interesujące, procykliczny sektor bankowy radzi sobie lepiej od głównych europejskich indeksów, choć pozostaje poniżej maksimów z początku maja. Być może inwestorzy wciąż muszą zmierzyć się z wówczas wygenerowanym optymizmem po zwycięstwie Emanuela Macrona, który z perspektywy czasu okazał się zbyt duży i musi zostać przetrawiony. Szkoda tylko, że w ten sposób marnowany jest czas dobrej letniej koniunktury, co nie pozostaje bez wpływu na GPW. Nasz rynek wydaje się znajdować w niejednoznacznym położeniu, gdzie dobre zachowanie rynków wschodzących działa na korzyść parkietu przy Książęcej, ale słabość Eurolandu pozostaje doraźnym hamulcowym. Nie można też zapominać o obserwowanym ostatnio wzroście ryzyka politycznego, które ponownie ujawniło się po kilkumiesięcznej przerwie. Prawdopodobieństwo pewnych sankcji wobec Polski pozostaje co prawda znikome, ale musi być brane pod uwagę, podobnie jak amerykańskie bony skarbowe wyceniają już możliwość technicznego bankructwa w związku z potrzebą podniesienia limitu zadłużenia tej jesieni.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Dolar reaguje na zapowiedź Fed


Długo oczekiwane posiedzenie Fed zaskoczyło rynki bardziej, niż sądzono. Dolar amerykański znalazł się w głębokiej defensywie. Ponownie rosły parkiety giełdowe w USA oraz Polsce.

Nie kończy się dobra passa indeksu Nasdaq. Wczoraj odnotowano wzrosty rzędu 0.16%, czyli kosmetyczne. Jednak dobra seria tego indeksu nadal trwa. Od rana utrzymywała się też dobra atmosfera wokół indeksu WIG20. Wydarzeniem wczorajszego dnia było posiedzenie i decyzja Fed. Nie zmieniono wysokości stóp procentowych. Pojawił się jednak komunikat przyznający, iż Fed rozpocznie redukcję portfela aktywów „relatywnie niedługo”. Dotychczas sądzono, że o takich krokach można będzie myśleć dopiero pod koniec roku. Informacja ta doprowadziła do osłabienia dolara.

Wydarzenia zza oceanu przyćmiły inne wczorajsze publikacje. PKB Wielkiej Brytanii rósł w Q2 w tempie 0.3%, czyli zgodnie z prognozami. Zmniejszeniu uległy też zapasy ropy w USA, co przełożyło się na kolejne wzrosty cen tego surowca na giełdach. Dziś królować będą publikacje dotyczące rynku pracy-zarówno z Europy jak też z USA. Decyzję w sprawie wysokości stóp procentowych podejmie też bank centralny Turcji.

Dolar reaguje na zapowiedź Fed 8
Osłabienie dolara pomogło euro na wszystkich rynkach. Również i para EUR/PLN mocno wczoraj zyskiwała. Rynek znajduje się jednak przed ważnym obszarem oporu, zlokalizowanym wokół poziomu 4.30. Biegnie tam też wcześniej przebita linia wzrostowa. Wskaźnik RSI sugeruje konsolidację. Wsparcie mamy na 4.2450 oraz 4.2100.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Wyprzedaż dolara

Komunikat FOMC obył się bez niespodzianek, a jednak nie powstrzymało to przed kolejną wyprzedażą dolara. Inwestorzy dalej lepiej czują się grając USD na krótko i w tym kontekście Fed nie dał im powodów do zwątpienia. Dane z USA dziś i jutro prawdopodobnie będą rozgrywane podobnie.

Fed zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopy procentowe bez zmian, a w komunikacie podtrzymał dotychczasowy przekaz. Zmiany w tekście były niewielkie i spójne z komentarzami członków Fed z tygodni od czasu czerwcowego posiedzenia FOMC.

Dostaliśmy skromne gołębie modyfikacje w ocenie inflacji, która pozostaje „poniżej 2 proc.” (zamiast „nieco poniżej 2 proc.”). Jednocześnie podtrzymano przeświadczenie, że cel inflacyjny w szerszym horyzoncie jest niezagrożony. Fed jest tez bardziej optymistyczny w odniesieniu do sytuacji na rynku pracy, oceniając wzrost zatrudnienia jako „solidny”. Fed widzi też start procesu redukcji sumy bilansowej „relatywnie niedługo”, co jest istotną zmianą względem „w tym roku” komunikowanego w czerwcu. To oznacza, że jest wysoce prawdopodobne, że następnym razem we wrześniu bank formalnie rozpocznie redukcję.

Ogólnie zmiany w komunikacie były zgodne z oczekiwaniami rynkowymi ukształtowanymi jeszcze przed posiedzeniem FOMC, a jednak USD znalazł się wczoraj pod silną presją wyprzedaży. To sugeruje, że reakcja rynkowa więcej miała wspólnego z powrotem do budowania pozycji, dla której posiedzenie FOMC było tylko przeszkodą. Inwestorzy od tygodni pozostają sceptycznie nastawieni do dolara, widząc coraz mniej argumentów (słabość inflacji, porażki polityki fiskalnej) dla kontynuacji podwyżek stóp procentowych w założonym przez Fed tempie. Stabilizacja dolara na początku tygodnia mogła wynikać z ograniczania ryzyka na wypadek jastrzębich niespodzianek w komunikacie. Teraz, gdy wiadomo, że Fed „nie zmącił wody”, sprzyja to dalszej sprzedaży dolara. Zakładaliśmy taki rezultat, mimo że pozostajemy w przekonaniu, że rynek zbyt pochopnie postawił krzyżyk na zdolności Fed do kontynuacji podwyżek stóp procentowych. W ciągu najbliższych 18 miesięcy rynek zakłada raptem 25 pb podwyżki przy deklaracji Fed na poziomie 100 pb. Nawet jeśli prawda leży gdzieś po środku, to wciąż pozytywny scenariusz dla USD. Jednak ciężko będzie przekonać rynek do zmiany zdania, dopóki nie zobaczymy wyraźnego zwrotu w danych makro, przede wszystkim dotyczących cen. Do tego czasu przypadek dolara pozostaje beznadziejny.

Czwartkowe odczyty o zamówieniach na dobra trwałe nie zaliczają się do grupy danych pomagających w ocenie siły presji cenowej, stąd mają większe szanse napędzać sprzedaż USD niż ją odwrócić. Konsensus zakłada solidne odbicie w czerwcu o 3 proc. m/m po majowym spadku o 0,8 proc. Ale to zdrowe odbicie zamówień bez środków transportu o co najmniej 0,5 proc. może jasnym punktem dla dolara, choć raczej nie na długo.
Po politycznym zamieszaniu w sprawie reformy sądownictwa rynek stracił zapał do kupowania złotego, ale też nie przeszedł do totalnej kapitulacji i EUR/PLN broni 4,27.

Minima tego tygodnia na 4,24 zamykają range od dołu. Rynek teraz czeka na dalszy rozwój wypadków, ale przy prasie zagranicznej podkreślającej narastający konflikt między prezesem Kaczyńskim i prezydentem Dudą oraz ostrzeżenia ze strony Komisji Europejskiej, inwestorzy mogą rozglądać się za bardziej stabilnymi kierunkami do inwestycji na rynkach wschodzących. To jeszcze nie zapowiedź marszu na 4,30, ale 4,20 zaczyna się oddalać.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Cyberprzestępcy w natarciu: aktywność hakerów rośnie na całym świecie

Intensywność działań hakerów na całym świecie rośnie. Indeks zagrożenia firm wzrósł o 16,77 pkt.! Jednocześnie 28% organizacji na całym świecie zostało zarażonych kampanią malvertisingową RoughTed. Polska trochę bardziej bezpieczna, ale wciąż na celowniku hakerów – wynika z najnowszego raportu na temat bezpieczeństwa firmy Check Point Software Technologies.

Wedle danych pozyskanych z chmury wywiadowczej ThreatCloud trzema najbardziej zainfekowanymi sieciami w czerwcu były Ugandyjska (indeks 96,2 pkt), Nigeryjska (95,3) oraz Gruzińska (94,8). W Europie najbardziej zagrożonymi były komputery w Macedonii (75,6).Wykres_czerwiec

Polska odnotowała co prawda spadek w ogólnoświatowym rankingu aż o 44 pozycje w stosunku do zeszłomiesięcznego zestawienia, jednak nie oznacza to, że aktywność hakerów była niższa. Indeks zagrożeń dla Polski (47,5) wzrósł o 13,1 punktów! Niższą pozycję zawdzięczamy zatem ogólnoświatowym wzrostom infekcji.

Jak donoszą analitycy Check Pointa, w czerwcu najpowszechniejszym typem malware był RoughTed, będący dużą kampanią malvertisingowową (odmiana reklam internetowych służących do rozprzestrzeniania złośliwego oprogramowania), której początki datuje się na koniec maja. RoughTed zidentyfikowany został w 150 krajach i odpowiada za infekcję aż 28% sieci firmowych na całym świecie.

W czołówce najpowszechniejszych malware znalazł się również Fireball – którego udział w zarażeniach sieci spadł czterokrotnie w stosunku do zeszłomiesięcznych wskaźników (z 20% do 5%) – oraz Slammer z odpowiadający za 4% infekcji.

W świecie urządzeń mobilnych trzema najaktywniejszymi „szkodnikami” były HummingBad, Hidad oraz Lotoor – wszystkie atakujące urządzenia z systemem Android.

W maju i czerwcu organizacje koncentrowały się głównie na zapewnieniu ochrony przed ransomware, w odpowiedzi na głośne ataki WannaCry i Petya – twierdzi Maya Horowitz, Manager w dziale Threat Inteligence firmy Check Point – Jednak szeroka gama wektorów ataku odnotowana w tym miesiącu powinna przypomnieć firmom i organizacjom o konieczności zapewnienia skutecznej ochrony przed wszelkimi taktykami i metodami używanymi przez cyberprzestępców – dodaje Horowitz.tabela

Polska myśl technologiczna – cichy bohater krajowego eksportu

Eksport w I kwartale 2017 roku wzrósł o 9,2 proc. i jest niemal 4-krotnie większy niż wzrost za cały rok 2016[1]. Na rynkach zagranicznych uznaniem cieszą się polskie produkty i usługi z branży spożywczej, budowlanej oraz przemysłu meblarskiego. Jednak największym popytem cieszy się polska myśl technologiczna. Dlatego potrzebna jest silna inwestycja w ten sektor.

Jednym z najważniejszych kryteriów rozwoju gospodarczego jest absorpcja technologii z innych krajów[2]. Zapotrzebowanie na usługi i produkty technologiczne jest więc jasną informacją płynącą z zagranicznych rynków. W tym zakresie wiele do powiedzenia mają polscy specjaliści IT, którzy znacznie wyróżniają się na tle zagranicznych zespołów. Co buduje naszą przewagę? Przede wszystkim unikatowe know-how, wysokie kompetencje, jak również wysoki potencjał badawczo-rozwojowy.

Zagraniczni inwestorzy stawiają na polskie innowacje

W „Globalnym Raporcie Konkurencyjności 2016-2017” opracowanym przez Światowe Forum Gospodarcze, Polska znalazła się na 36 miejscu. To skok aż o 5 pozycji w porównaniu z rokiem 2015 i jednocześnie najlepsze miejsce w historii. Z kolei według danych Banku Światowego wskazują, że eksport nowoczesnych technologii z Polski wzrósł o ponad 5 proc. na przełomie ostatnich 9 lat (2007-2016).  Tak dobre wyniki świadczą o tym, że rosnący stopień innowacyjności przyciąga zagranicznych inwestorów na polski rynek. – Jest się z czego cieszyć, ponieważ nasz sektor technologiczny cechuje szczególnie wysoki potencjał. Względem usług eksportowych jesteśmy najbardziej konkurencyjni pod względem jakości i wysokości cen. Warto też zaznaczyć, że mocno pracujemy nad naszym poziomem innowacyjności, co przejawia się tym jak korzystamy z unijnych dofinansowań. Pod tym względem jesteśmy liderem wśród nowych państw Unii. Teraz potrzeba nam jeszcze większego wsparcia finansowego innowacji na poziomie wewnętrznym kraju, co przełoży się na widoczny wzrost gospodarczy – mówi prof. Konrad Świrski, Prezes Zarządu Grupy Kapitałowej Transition Technologies.

Polska myśl technologiczna jest docenia przez największe światowe korporacje. Jest to szczególnie zauważalne w obszarze outsourcingu usług IT, gdzie obecnie nasz kraj jest w pierwszej trójce firm wraz z Indiami i Rumunią. Polskich specjalistów IT cechuje wysoki poziom kompetencji, know-how, a także potencjał badawczo-rozwojowy.

Ekspansja na zagraniczne rynki 

Polskie firmy świadczące usługi z zakresu IT coraz silniej wkraczają również na zagraniczne rynki. Wynika to przede wszystkim z kierunku ich rozwoju, jak również chęci osiągnięcia nowego wymiaru biznesowego. – W maju tego roku otworzyliśmy nasze kolejne biuro, tym razem w Malezji. Jego otwarcie wiązało się z kompleksowym wsparciem w zakresie outsourcingu usług IT jednego z naszych klientów, ale także z nowymi szansami biznesowymi na rynku azjatyckim. Dywersyfikacja kierunku naszej działalności wynika przede wszystkim z dynamicznego rozwoju całej Grupy. Nasz krajowy rynek staje się po prostu niewystarczający  – dodaje prof. Świrski.

Polska słynie na całym świecie ze świetnych produktów spożywczo-rolniczych, mebli czy stolarki okiennej. W obliczu aktualnie panujących trendów technologicznych i wysokiego potencjału polskich specjalistów, nasz kraj ma szanse stać się jednym z głównych graczy w zakresie eksportu technologii IT-  szczególnie w zakresie outsourcingu usług. Tym bardziej, że polscy programiści już dziś są doceniani przez międzynarodowe korporacje i chwaleni na międzynarodowym rynku. Dodatkowym impulsem stymulującym do prac nad technologiami powinien stać się wzrost inwestycji w działalność badawczo-rozwojową, prowadzącą do wdrożenia na rynek nowych, atrakcyjnych dla odbiorcy produktów i usług.

[1] Ministerstwo Rozwoju, https://www.mr.gov.pl/strony/aktualnosci/handel-zagraniczny-polski-po-i-kwartale-2017-r/

[2] GEDI, The Global Entreprenership Index 2017

Badanie płatności wśród firm w Azji w 2016 roku: wzrost najdłuższych zaległości płatniczych

Najnowsze badanie Coface dotyczące płatności w 2016 roku objęło 2795 firm z regionu Azji i Pacyfiku, koncentrując się na 8 rynkach: Australii, Chin, Hongkongu, Indii, Japonii, Tajwanu i Tajlandii. W badaniu przeanalizowano również rozwój płatności firmowych w 11[1] sektorach.

  • 64 proc. ankietowanych podmiotów doświadczyło opóźnień w płatnościach w 2016 r.
  • 12,5 proc. przedsiębiorstw (wzrost o 4,3 p.p. w porównaniu z rokiem 2015) odnotowało zaległości w płatnościach przekraczające 120 dni, co stanowi najwyższy poziom w ciągu ostatnich 4 lat.
  • Ponad jedna czwarta firm doświadczyła długich opóźnień w płatnościach. 2
  • Pogorszenie sytuacji odnotowano w Chinach, Indiach i Tajlandii, natomiast w pozostałych krajach sytuacja dotycząca płatności pozostała bez zmian.
  • Największym ryzykiem zagrożone są sektory: budowlany, maszyn przemysłowych i elektroniki przemysłowej, IT i telekomunikacji oraz metalowy.

„Wszystko wskazuje na to, że rok 2017 będzie kolejnym trudnym rokiem pełnym niepewności na świecie w zwiąż ku ze spowolnieniem gospodarczym w Chinach. Do tego dojdą trudności fiskalne, jakich doświadczą kraje eksportujące towary, oraz zacieśnienie polityki pieniężnej w USA. Po uwzględnieniu wszystkich powyższych czynników ogólna sytuacja dotycząca płatności firmowych w ośmiu wybranych gospodarkach regionalnych pozostanie osłabiona” — stwierdził Carlos Casanova, ekonomista ds. regionu Azji i Pacyfiku w Coface.

Chiny, Indie i Tajlandia: pogorszenie sytuacji pod względem płatności wśród firm

64 proc. ankietowanych podmiotów doświadczyło opóźnień w spłacie należności w 2016 r. Ryzyko związane z występowaniem zaległości w płatnościach firmowych wydaje się nieustannie rosnąć w całym regionie. W 2016 r. średnia liczba dni opóźnienia w płatnościach wydłużyła się. Nastąpił znaczny wzrost liczby respondentów, którzy doświadczyli zaległości w płatnościach przekraczających 120 dni, z poziomu 8,2 proc. w 2015 r. do 12,5 proc. w 2016 r.

Średnie zaległości płatnicze w dniach, proc. respondentów

Średnie zaległości płatnicze w dniach, proc. respondentów

W 2016 roku więcej respondentów (25,8 proc. w porównaniu z 24,2 proc. w 2015 r.) wskazało, że bardzo długie zaległości płatnicze stanowiły ponad 2 proc. ich łącznych rocznych obrotów[2]. W ujęciu bardziej szczegółowym, dane wskazują na stałe pogarszanie się sytuacji pod względem liczby przedsiębiorstw doświadczających bardzo długich opóźnień w płatnościach kwot równych lub przekraczających 10 proc. ich łącznych rocznych obrotów. Odsetek takich firm wzrósł z poziomu 3,4 proc. w 2014 r. i 5,1 proc. w 2015 r. do 5,4 proc. w 2016 r., skutkując znacznym ograniczeniem przepływów pieniężnych.

Wartość najdłuższych przeterminowań, jako udział w rocznym obrocie firmy

Wartość najdłuższych przeterminowań, jako udział w rocznym obrocie firmy

Ogólne pogorszenie sytuacji odnotowano w całym regionie, jednak zauważalne są określone różnice geograficzne. Najbardziej widoczny wzrost ryzyka braku spłaty należności dotyczy Chin, na kolejnych pozycjach znalazły się Tajlandia i Indie. Wiele przedsiębiorstw w Australii (14 proc.) i Japonii (9 proc.) odnotowało bardzo przeterminowane zaległości, które przekraczają 2 proc. ich rocznych obrotów. Jednak nadal plasują się one na względnie niskim poziomie. Poprawę zaobserwowano w Singapurze i Hongkongu, natomiast sytuacja w Tajwanie pozostaje stabilna.

Problemy z zaległymi płatnościami nasiliły się w połowie sektorów objętych badaniem

Budownictwo było sektorem o największym ryzyku w regionie Azji i Pacyfiku w 2016 roku. Kształtujący się na poziomie 33 proc. odsetek respondentów, którzy doświadczyli bardzo przeterminowanych płatności, przekraczających wartość 2 proc. ich rocznych obrotów, był najwyższy spośród wszystkich sektorów objętych badaniem Coface. Trudności wynikające ze spowolnienia gospodarczego w Chinach w połączeniu z niepewną sytuacją dotyczącą polityki pieniężnej i fiskalnej Stanów Zjednoczonych, z pewnością wpłyną na perspektywy gospodarcze regionu. Taka sytuacja osłabia zarówno zaufanie na rynku inwestycji prywatnych, jak i zaufanie konsumentów kupujących nieruchomości. Ponadto, w niektórych krajach regionu Azji i Pacyfiku (w Australii, Tajlandii, Singapurze, Malezji i Korei Południowej) poziom zadłużenia gospodarstw domowych pozostaje wysoki. Może to ograniczyć zdolności w zakresie zakupu nieruchomości, szczególnie jeśli stopy procentowe będą rosnąć w porównywalnym tempie do wzrostu stóp procentowych w USA. Inwestycje w infrastrukturę publiczną w niektórych regionach pomogą zahamować załamanie sektora budowlanego w 2017 roku.

Sektor maszyn przemysłowych i elektroniki przemysłowej plasuje się tuż za budownictwem, jako sektor najbardziej dotknięty zaległościami w spłacie należności w 2016 r. Odsetek respondentów, którzy odnotowali bardzo przeterminowane płatności przekraczające 2 proc. rocznych obrotów, w roku 2016 utrzymywał się jednak na wysokim poziomie (32 proc.). To oznacza, że rok 2017 będzie kolejnym trudnym rokiem dla tego sektora. W oparciu o czynniki procykliczne możemy prognozować uśpienie popytu do końca roku wskutek spowolnienia gospodarczego w Chinach i mniejszych nakładów inwestycyjnych w regionie Azji i Pacyfiku. Oznaki nasycenia rynku chińskiego oraz znaczna fragmentacja rynku przyczynią się do wzrostu konkurencji. Ponadto powrót nacisków deflacyjnych na głównych rynkach Azji i Pacyfiku, włączając Chiny (gdzie inflacja cen produkcyjnych spada od lutego), może przyczynić się do dalszego obniżenia marż.

Ryzyko niespłacania należności wydaje się również większe w sektorze IT i telekomunikacji, na co wskazuje większa liczba respondentów (68 proc. w 2016 r. w porównaniu z 63 proc. w 2015 r.) odnotowujących więcej zaległości płatniczych. Inwestycje w infrastrukturę publiczną w niektórych krajach regionu Azji i Pacyfiku oraz strategiczne, ogromne projekty, jak na przykład chińska inicjatywa Pasa i Szlaku, zaowocują dodatkowym popytem w nadchodzących latach. Przyniesie to wyczekiwaną ulgę, szczególnie w sektorze telekomunikacji. Niemniej jednak ostra konkurencja rynkowa w sektorze IT w połączeniu z pogarszającymi się warunkami płynności będzie zapewne sprzyjać fuzjom i przejęciom w 2017 roku.

Choć sektor metalowy jest jednym z sektorów, w których można zaobserwować najwyższy poziom ryzyka, w 2016 r. wyniki poszybowały w górę dzięki ożywieniu cen towarów. W 2017 r. sektor metalowy prawdopodobnie nadal będzie doświadczał trudności. W gospodarce Chin widoczne są pierwsze oznaki spowolnienia, więc władze wdrażają środki, aby uspokoić spekulacje i popyt na rynku mieszkaniowym. Takie działania mogą przełożyć się na powrót niższych cen metali, co zapewne będzie miało wpływ na marże. Restrukturyzacja w tym sektorze, zapoczątkowana fuzją Baosteel i Wuhan Iron and Steel w 2016 roku, prawdopodobnie wciąż będzie kontynuowana. W 2017 r. oczekuje się likwidacji chińskich

firm – zombie w sektorze stali oraz zwiększonej aktywności w zakresie fuzji i przejęć.

[1]Wśród 11 sektorów objętych badaniem znalazły się: motoryzacja i transport, sektor chemiczny, budowlany, elektronika użytkowa, maszyny przemysłowe i elektronika przemysłowa, IT i telekomunikacja, sektor metalowy, papierniczy i drzewny, farmaceutyczny, handlu detalicznego i tekstylno-odzieżowego.

[2] Doświadczenie Coface wskazuje, że około 80 proc. bardzo przeterminowanych płatności w ogóle nie zostanie spłaconych. Podczas gdy ponad 2 proc. łącznych rocznych obrotów jest zamrożonych w bardzo przeterminowanych płatnościach, przedsiębiorstwo musi się liczyć z ograniczeniem przepływów pieniężnych w przypadku zmaterializowania ryzyka niespłacenia należności, co skutkuje pogorszeniem płynności i trudnościami finansowymi dla firmy.

 

W 2018 roku bezrobocie może spaść poniżej 6 proc. Pracodawcy muszą uważać na politykę kadrową i koszty rotacji

Jak zauważa Łukasz Komuda z Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, stopa bezrobocia rejestrowanego ma niezwykle regularną 12-miesięczną dynamikę. Jeżeli z ujemnej staje się dodatnią, to taką pozostaje od 4 lat do 5,5 roku. Podobnie jest, gdy ponownie spada poniżej zera. Ta reguła nie została złamana od 27 lat. W związku z tym, że bezrobocie spada od stycznia 2014 roku, można przypuszczać, iż obecny stan utrzyma się minimum do końca br. Maksymalnie powinno to potrwać do połowy 2019 roku. Dla firm oznacza to m.in. pogłębienie problemów z zapełnianiem wakatów.

Ekspert zaobserwował, że polski rynek pracy zmienia się w stałych cyklach. Można to zweryfikować od 1990 roku, czyli od momentu, gdy zaczęto w Polsce mierzyć wskaźnik bezrobocia rejestrowanego. Łukasz Komuda nie wyklucza, że wczesną jesienią tego roku stopa bezrobocia osiągnie poziom niższy, niż 7%. I jest niemal pewny, że w naszym kraju liczba osób pozostających bez pracy będzie stale się obniżać. Jednak za 2 lata, a zapewne nieco wcześniej, wskaźnik bezrobocia znowu zacznie rosnąć i ten wzrost powinien potrwać co najmniej 4 lata.

– Od września 2014 roku, czyli przez 33 miesiące bez przerwy, dynamika bezrobocia zachowywała wartość minus 1,4 pkt. proc. lub mniej. W czerwcu 2017 roku wyniosła minus 1,5 pkt. proc. Natomiast, stopa bezrobocia rejestrowanego była na poziomie 7,1%. Przy tej dynamice, za rok powinna ona osiągnąć poziom 5,7%. A w związku z tym, że zazwyczaj najniższe bezrobocie odnotowujemy przeważnie w październiku i listopadzie, jesienią przyszłego roku przewiduję ok. 5,5%, o ile wcześniej nie nastąpi jakieś załamanie – prognozuje Łukasz Komuda.

Zdaniem eksperta, to ostatni dzwonek dla pracodawców, żeby dobrze zastanowili się nad swoją polityką kadrową i kosztami rotacji. Obejmują one zarówno rekrutację, jak i szkolenia nowych pracowników, którzy muszą wdrożyć się do swoich obowiązków, zanim staną się efektywni. Ponoszone inwestycje powinny skłonić przedsiębiorców do tego, żeby płacowo i benefitowo lepiej traktowali obecnych zatrudnionych. Dotyczy to szczególnie tych pracowników, którzy są strategicznie ważni dla firmy. Potrafią np. najefektywniej przekazywać swoją wiedzę innym osobom.

– Pracodawcy, którzy nie chcą wydłużać okresu poszukiwania pracowników, powinni proponować wynagrodzenie choćby o 100 zł większe, niż na początku rekrutacji. W Polsce taka kwota często wystarcza, aby przekonać ludzi do zmiany pracodawcy, ze względu na relatywnie niskie płace. Najczęstsza wysokość płac w naszym kraju wynosi przecież niewiele ponad 1,8 tys. zł netto. Firmy, np. Dr Irena Eris, skarżą się, że tak niewielka różnica wystarczy, żeby stracić pracownika – donosi Łukasz Komuda.

Jak podkreśla ekspert, na lojalność zatrudnionego trzeba zasłużyć, dbając o jego oczywiste potrzeby. W kraju, gdzie połowa ludzi zarabia mniej niż 2400 zł netto, 100 zł to całkiem sporo. Pracownicy nie powinni rezygnować z dodatkowych dochodów. Jak wynika z obserwacji Łukasza Komudy, w nowym miejscu pracy łatwiej jest uzyskać wyższą pensję i dodatki pozapłacowe, niż u dotychczasowych pracodawców. Nierzadko zdarza się, że nowi pracownicy zarabiają więcej, niż osoby z tych samych działów z dłuższym stażem pracy. Tymczasem, problemy z zapełnianiem wakatów narastają, co ostatnio coraz częściej sygnalizują szefowie firm w rozmowach z agencjami pracy.

– Jeśli dotychczas powszechna w Polsce była zgoda pracownika na niskie wynagrodzenie lub kiepski kontrakt, to pracodawcy nie chcą pogodzić sie z faktem, że potulnych ludzi do pracy będzie im coraz trudniej znaleźć. Po prostu warunki się zmieniły. Część firm wybierze oczywiście strategię przeczekania, co w jaskrawy sposób pokazuje przewagę pracodawców nad pracownikami. Ci pierwsi mogą wstrzymać się z wypełnieniem wakatu np. 2 lata, a drudzy już nie. Dwa lata bez pracy dla wielu ludzi, przyzwyczajonych do życia na etacie, to katastrofa, nie tylko ze względów finansowych. Taka sytuacja bywa też źródłem problemów osobistych – tłumaczy Łukasz Komuda.

W Polsce najszybciej rosną i wykazują najwyższą dynamikę pensje tych, którzy najmniej potrzebują podwyżek, czyli wysoko opłacanym specjalistom. Dobra koniunktura na rynku pracy zwiększa nadwyżkę popytu nad podażą pracowników, a to pompuje płace. Wzrost wynagrodzeń aktualnie obserwowany jest w wielu branżach. W sektorach, w których pensje są najniższe i rosną najwolniej, coraz trudniej jest znaleźć chętnych do pracy. Dla wszystkich pracowników, to jest moment, w którym powinni negocjować dla siebie jak najlepsze warunki zatrudnienia. Komuda zachęca do tego, żeby rozsyłać swoje aplikacje do konkurencyjnych firm. Według niego, to najskuteczniejszy sposób na poprawę swojego bytu. Jeśli dostaniemy wyjątkowo atrakcyjną propozycję, to warto z takim zabezpieczeniem postarać się o podwyżkę u dotychczasowego pracodawcy. Może się okazać, że „przelicytuje” konkurencję.

– Za dwa lata sytuacja na polskim rynku pracy zacznie się pogarszać. Nie nastąpi to od razu, ani lawinowo, ale zmiana będzie odczuwalna. Gdy rynek wróci do fazy wzrostu bezrobocia, spadku liczby miejsc pracy, kurczenia poziomu konsumpcji i inwestycji, jako pierwsi odczują to ci, którzy obecnie zarabiają najmniej. To będą przede wszystkim pracownicy fizyczni, zatrudnieni w rolnictwie, szeregowi robotnicy przy liniach produkcyjnych i na budowach, a także wykonawcy nisko opłacanych usług, czyli np. sprzedawcy, telemarketerzy i ochroniarze – zapowiada Łukasz Komuda.

W połowie 2019 roku znowu zacznie rosnąć liczba przesyłanych aplikacji na każde wolne stanowisko i pracownicy odczują pewne trudności w negocjacjach z pracodawcami, dotyczące m.in. rodzaju umowy. Jak zaznacza ekspert, przestaniemy wreszcie mówić o tzw. rynku pracownika, który tak naprawdę nigdy w Polsce nie nastąpi, przynajmniej dla większości z nas. Gdyby faktycznie istniał, to zatrudniony znałby lepiej wartość ekonomiczną swojej pracy, niż jego szef. Pracodawców byłoby więcej, niż pracowników, a konieczność zawarcia umowy byłaby przede wszystkim w interesie firm.

– Jeśli pracownikowi nie odpowiadałaby dana praca, to po prostu by z niej rezygnował i mógł przeżyć wystarczająco długo, by znaleźć dla siebie satysfakcjonującą ofertę. Nie szukałby jej rozpaczliwie i nie zgadzałby się na niekorzystne warunki. W Polsce to kompletnie nierealna perspektywa. Ale możemy się starać, żeby podnosić świadomość społeczną i stopniowo dążyć do równowagi w rozkładzie sił na rynku pracy. Zarówno pracownicy, jak i pracodawcy powinni wiedzieć na przykład, ile zwykle w miastach o podobnej wielkości płaci się za pracę na danym stanowisku – przekonuje Łukasz Komuda.

Tymczasem, od 1989 roku wysokość pensji jest tematem tabu. Nawet bliscy nie wiedzą, ile dokładnie zarabiamy, a co dopiero obcy ludzie. To nasz sekret. Dzięki temu, dwie osoby w tej samej firmie mogą wykonywać podobne obowiązki i jedna z nich pobiera 2 tys. zł, a druga – 4 tys. zł. To dosyć często wynika z osobistych relacji między pracownikami a właścicielami firm. Dlatego, pracodawcy wygrywają w negacjach z kandydatami do pracy, standardowo nie podając w swoich ogłoszeniach wysokości wynagrodzenia.

– Czasem kandydaci do pracy poznają wielkość oferowanej pensji dopiero na koniec procesu rekrutacyjnego. Jeśli w ich odczuciu, proponuje się im zbyt niską pensję, np. w porównaniu do aktualnie pobieranej, rezygnują z takiej oferty. Część rekruterów nazywa taką postawę roszczeniową, ale nierzadko oni sami zachowują się bez szacunku wobec kandydatów. Dla porównania, w większości krajów zachodnioeuropejskich widełki wynagrodzenia to niezbędny element ogłoszenia o pracę, żeby w ogóle móc je opublikować, np. w serwisie internetowym – podsumowuje Łukasz Komuda.

Planowana pomoc dla frankowiczów może zostać przerzucona na pozostałych klientów banków

Zgodnie z projektem zgłoszonym przez Kancelarię Prezydenta RP, banki sfinansowałyby nowy subfundusz pomocy dla frankowiczów. Raz na kwartał płaciłyby składki nie większe, niż 0,5% wartości swoich kredytów walutowych. Według eksperta, to podniosłoby koszty usług bankowych. Byłoby tak, jak w przypadku podatku bankowego, gdy widocznie wzrosły opłaty za prowadzenie konta i wydanie karty kredytowej. Z drugiej strony, szacowana suma 100 mln rocznie od wszystkich banków, które mają w swoich aktywach portfele kredytów frankowych, raczej nie rozwiąże problemu.

Prace nad tzw. ustawą frankową wciąż trwają. Ostateczny projekt powinien być poprzedzony konsultacjami z Komitetem Stabilności Finansowej i środowiskiem bankowym. Krzysztof Michrowski z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office uważa, że nowe przepisy najwcześniej wejdą w życie w przyszłym roku. Jak podkreśla analityk i makler papierów wartościowych, ich bezpośrednim skutkiem będzie podniesienie opłat i prowizji bankowych oraz marży od udzielanych kredytów. Ponadto, jeszcze mocniej obniży się oprocentowanie depozytów, które już dziś zbliża się do poziomu 1%. Tymi sposobami, banki będą chciały zrekompensować sobie wydatki związane ze składkami na nowy subfundusz pomocy dla frankowiczów.

– Oczywiście nie uważam tego za słuszne, żeby wszyscy klienci banków mieli ponosić ciężar zobowiązań frankowiczów. Ale przewiduję, że wszelkie koszty, związane z wejściem w życie nowej ustawy frankowej, instytucje finansowe i tak przeniosą na konsumentów. Dlatego, należy opracować optymalną wysokość składek płaconych przez banki. Oczywiście instytucje finansowe, mające największe portfele kredytów walutowych, powinny wpłacać do funduszu najwięcej. Natomiast, banki, które nominalnie udzieliły mniej kredytów we frankach, takie jak Alior Bank, ING Bank Śląski, BOŚ Bank czy Citi Bank, należy obciążyć niższymi zobowiązaniami – zwraca uwagę Krzysztof Michrowski.

Według danych NBP, niespłacane walutowe kredyty mieszkaniowe były warte na koniec maja tego roku ok. 5,1 mld zł. Zgodnie z projektem prezydenckim, przy 0,5% składce kwartalnej, do subfunduszu trafiałoby niewiele ponad 100 mln zł rocznie od wszystkich banków, które udzielały kredytów we frankach. Zdaniem eksperta, to nie jest wystarczająca kwota, żeby faktycznie i wydatnie im pomóc. Liczba kredytobiorców frankowych to przecież ok. 700 tys. Polaków. Natomiast, wartość zaciągniętych przez nich kredytów sięga blisko 150 mld złotych.

– Działający już Fundusz Wsparcia Kredytobiorców przy BGK nie jest w pełni wykorzystywany. Od lutego 2016 do lipca 2017 roku, czyli przez prawie półtora roku skorzystało z niego około 600 zadłużonych osób, nie tylko we frankach. W sumie wypłacono wszystkim niecałe 15 mln zł. W związku z tym, rezerwa wynosi ok. 600 mln zł. Te środki, które nie są wykorzystywane, BGK mógłby pomnażać. Zachowując najwyższą staranność, ma prawo inwestować w papiery gwarantowane bądź emitowane przez Skarb Państwa, NBP, względnie wpuszczane do obiegu przez rządy lub banki centralne państw należących do OECD. Ewentualnie, może kupować lokaty w bankach – zaznacza Krzysztof Michrowski.

Zdaniem eksperta, jeśli zmienią się warunki korzystania z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców, zainteresowanie nim na pewno zwiększy się wśród frankowiczów. Obecnie zadłużony może otrzymać pomoc np. jeśli w dniu złożenia wniosku o wsparcie ma status bezrobotnego. W innej sytuacji, możliwe jest to, gdy ponosi miesięczne koszty obsługi kredytu mieszkaniowego w wysokości przekraczającej 60% dochodów, jakie w miesiącu osiąga jego gospodarstwo domowe. Jak wyjaśnia analityk, chcąc obliczyć, czy spełniamy ten wymóg, należy podzielić kwotę miesięcznej raty kapitałowo-odsetkowej, z miesiąca poprzedzającego dzień złożenia wniosku o udzielenie wsparcia, przez dochód gospodarstwa domowego w rozumieniu ustawy o pomocy społecznej.

– Pomoc jest udzielana też wówczas, gdy miesięczny dochód gospodarstwa jednoosobowego, pomniejszony o miesięczne koszty obsługi kredytu mieszkaniowego, nie przekracza zwaloryzowanej, zgodnie z przepisami ustawy o pomocy społecznej, kwoty wskazanej w art. 8 ust. 1 pkt 1 tej ustawy. Aktualnie wynosi ona 634 zł. Natomiast, w przypadku gospodarstwa wieloosobowego, miesięczny dochód pomniejszony o koszty obsługi kredytu mieszkaniowego, nie może być wyższy od iloczynu liczby członków gospodarstwa domowego kredytobiorcy i zwaloryzowanej, zgodnie z przepisami ustawy o pomocy społecznej, kwoty wskazanej w art. 8 ust. 1 pkt 2 tej ustawy. Ta kwota z kolei jest równa obecnie 514 zł – dodaje analityk z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

Maksymalna wielkość pomocy, którą może uzyskać frankowicz z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców, wynosi 1500 zł miesięcznie. Zadłużony ma prawo otrzymywać ją nie dłużej, niż przez półtora roku. Po upływie 24 miesięcy od momentu zakończenia przekazywania wsparcia, kredytobiorca zobowiązany jest do oddania otrzymanej kwoty w ciągu 8 lat. Zwrot dokonywany jest w nieoprocentowanych ratach miesięcznych. Kredytobiorca jest informowany listownie przez BGK o harmonogramie spłat, kwotach rat oraz numerze rachunku do zwrotu wsparcia.

– Oferowana suma powinna być większa i uzależniona od wysokości raty kredytu lub salda zadłużenia. 1500 zł nieoprocentowanej pożyczki nie rozwiązuje problemu osoby, która utraciła stałe źródło dochodu i spłaca kredyt z 2007 roku np. w kwocie 260 tys. złotych. W związku z tym, że rata tego zobowiązana wzrosła już o 60-70%, frankowicz może płacić miesięcznie np. 2500 zł. Ponadto, okres pomocy powinien zostać wydłużony z obecnych 18 miesięcy do minimum 2 lub 3 lat – podsumowuje Krzysztof Michrowski.

Prawie 4 mln Polaków spędzi w tym roku urlop za granicą. Większość organizuje wakacje samodzielnie

Prawie 4 mln Polaków spędzi w tym roku urlop za granicą. Większość organizuje wakacje samodzielnie 9

Trzy czwarte Polaków planuje spędzić tegoroczny urlop w kraju, a prawie 4 mln wybierze się za granicę. Najpopularniejsze są europejskie kierunki, uważane za bezpieczne i wolne od zagrożenia terrorystycznego. Polakom wyjeżdżającym za granicę, niezależnie od kierunku, eksperci i MSZ przypominają o zachowaniu podstawowych zasad bezpieczeństwa. Przed wyjazdem trzeba się odpowiednio przygotować do wycieczki oraz wykupić ubezpieczenie turystyczne.

– Po podjęciu decyzji o wyjeździe za granicę należy sprawdzić, czy w danym kraju znajdują się polskie przedstawicielstwa dyplomatyczne, ambasady czy urzędy konsularne. Dobrze jest też się dowiedzieć, jakie panują tam obyczaje – co nam wolno, a czego robić nie wypada. To, co w Polsce uchodzi za normę, w wielu krajach może nas wpędzić w kłopoty – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Dobrowolski, radca prawny, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej.

Z sondażu, który na zlecenie Mondial Assistance przeprowadził w maju instytut badawczy Ipsos Polska, wynika, że wakacyjny urlop planuje w tym roku 16 mln Polaków, z których ponad 12 mln (74 proc.) zamierza spędzić go w kraju. Około 4 mln Polaków wybierze się za granicę – większość z nich woli zorganizować taki wyjazd samodzielnie, zamiast korzystać z oferty biura podróży.

Podobnie jak w poprzednim sezonie, najczęściej wybierane przez Polaków kierunki to Hiszpania i Wyspy Kanaryjskie, Chorwacja, Włochy i Grecja. Coraz większą popularnością cieszą się kraje uważane za bezpieczne, a coraz mniejszą – kraje islamskie i zagrożone terroryzmem. Dlatego w porównaniu do sytuacji sprzed kilku lat spadła liczba wakacyjnych wyjazdów do państw takich jak Egipt czy Turcja. Obawy o bezpieczeństwo to zresztą główny powód, dla którego z roku na rok większość Polaków decyduje się spędzić urlop w kraju.

Podstawą bezpieczeństwa za granicą jest odpowiednie ubezpieczenie. Przed wyborem polisy należy dokładnie przeczytać jej warunki i dopasować jej zakres do ryzyka i charakteru zagranicznej wycieczki. Zakłady ubezpieczeniowe mają w swojej ofercie zarówno produkty dla wypoczywających pod palmą, jak i dla planujących aktywny, sportowy wyjazd.

– Zwyczajne ubezpieczenie niekoniecznie będzie obejmować szkody, które powstaną w trakcie wyjazdu sportowego, np. podczas wspinaczki. Dodatkowo, jeżeli np. jedziemy w Tatry i przechodzimy na stronę słowacką, a tam dochodzi do wypadku, to akcja ratunkowa z udziałem śmigłowca będzie tam rozliczana zupełnie inaczej niż w Polsce. Tam turysta za nią zapłaci z własnej kieszeni. Dlatego warto wcześniej dopasować sobie odpowiednie ubezpieczenie – mówi Piotr Dobrowolski.

Osobom, które planują wyjazd za granicę, eksperci doradzają wcześniejsze przygotowanie. Na swojej stronie internetowej MSZ udostępnia bezpłatną aplikację iPolak 3.0, z której można się dowiedzieć o bieżących zagrożeniach w danym kraju.

– Warto obserwować stronę MSZ. Tam cyklicznie publikowane są komunikaty na temat potencjalnych zagrożeń dla turystów. Można znaleźć tam krótkie charakterystyki poszczególnych państw pod kątem tego, na co należy zwrócić uwagę – wyjaśnia Dobrowolski.

Opiekę nad obywatelami Polski poza granicami kraju sprawują placówki dyplomatyczne, ambasady i konsulaty. Niezależnie od miejsca, do którego zwróci się poszkodowany, powinna zostać mu udzielona pomoc. W przypadku utraty dokumentów można się zwrócić do placówki dyplomatycznej z prośbą o wystawienie zastępczych. Placówka udzieli też pomocy w razie kradzieży pieniędzy czy kart kredytowych.

– W przypadku kradzieży najpierw zawiadamiamy miejscowe organy ścigania. Pierwszym adresem powinien być najbliższy posterunek policji. Warto też skontaktować się z bliską osobą na miejscu albo w Polsce. Kolejne kroki należy skierować do placówki konsularnej. Jeżeli nie możemy wypłacić pieniędzy z bankomatu, to możemy się zwrócić do niej z prośbą o wypłacenie środków, które rodzina powinna wcześniej wpłacić na rachunek MSZ. Jeżeli nie ma takiej możliwości, to w skrajnej sytuacji obywatelowi Polski może zostać udzielona pożyczka, którą później musi zwrócić – mówi Piotr Dobrowolski.

Wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej przypomina też o kilku podstawowych zasadach bezpieczeństwa, których absolutnie trzeba przestrzegać podczas pobytu za granicą.

 Wszędzie należy zachować rozsądek. Wchodząc w tłum, nie można mieć przy sobie dużych pieniędzy. Sprzęt fotograficzny należy nosić w taki sposób, żeby utrudnić kradzież. Warto też zwrócić uwagę na bagaż – co się z nim dzieje i czy nie interesują się nim osoby trzecie. Nie należy zostawiać go również bez opieki na lotniskach czy w innych miejscach publicznych. W dobie zagrożenia terroryzmem samotna torba czy walizka może wzbudzić zainteresowanie stosownych służb. Nikt z nas nie chciałby przecież wywołać alarmu bombowego na lotnisku – dodaje ekspert.

Szczególną czujność powinny zachować osoby podróżujące z dziećmi.

 Należy zawsze mieć je blisko siebie. Nie mówimy nawet o ryzyku porwania, ale mogą się po prostu zgubić. Pod żadnym pozorem nie wolno przyjmować propozycji i ulegać prośbom o przewiezienie czegokolwiek przez granicę. To metody wykorzystywane przez przemytników. Zostaniemy potraktowani jak przemytnicy, a sankcją za to może być wieloletnie więzienie lub nawet kara śmierci. Trzeba mieć oczy dookoła głowy i myśleć o tym, co się dzieje i co robimy – przestrzega Piotr Dobrowolski.

Pracownicy z Ukrainy coraz ważniejsi dla polskiego rynku pracy. Rośnie ich zainteresowanie pracą na Zachodzie

Pracownicy z Ukrainy coraz ważniejsi dla polskiego rynku pracy. Rośnie ich zainteresowanie pracą na Zachodzie 10

Dziennie tylko przez Dworzec Zachodni przybywa do pracy w Polsce blisko 4 tys. Ukraińców. W 2016 roku pracowało ich w naszym kraju ponad 1,2 mln, a ich liczba wciąż dynamicznie rośnie. Z roku na rok pracownicy ze Wschodu stają się coraz istotniejszą grupą na rynku pracy, szczególnie w okresie prac sezonowych. Liberalizacja przepisów wizowych Unii Europejskiej dla Ukraińców sprawia jednak, że Polska może przestać być dla nich krajem docelowym. Z regionu szczecińskiego 90 proc. Ukraińców wyjechało do Niemiec.

Zgodnie z raportem opublikowanym przez NBP w Polsce pracuje 1,2 mln pracowników ze Wschodu. Według danych naszego oddziału, który pracuje na Dworcu Zachodnim, tylko przez to miejsce do pracy do Polski dziennie przybywa 4 tys. osób – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Iwona Załuska, członek zarządu Upper Job, agencji pośrednictwa pracy, która specjalizuje się w pozyskiwaniu pracowników ze Wschodu.

Dane Straży Granicznej wskazują, że tylko przez pierwsze 3 dni obowiązywania bezwizowego ruchu między Polską a Ukrainą (od 11 czerwca) granicę przekroczyło 8 tys. Ukraińców. W ubiegłym roku zarejestrowano ponad 1,3 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy dla cudzoziemców, z czego zdecydowanie najwięcej dla Ukraińców, których łącznie pracuje w Polsce 1,26 mln.

Pracowników ze Wschodu szukają przede wszystkim branża budowlana, hotelarstwo, przemysł spożywczy, prace magazynowe. Duże zapotrzebowanie jest w logistyce, w szpitalach, w opiece paliatywnej. Każdy zawód, gdzie Polscy pracownicy wyjechali pracować za granicę, wypełniają pracownicy ukraińscy. Dodatkowo świetnie radzą sobie z językiem polskim, wybierają nasz kraj, ponieważ mają blisko do domu – tłumaczy Załuska.

Ukraińcy zatrudniani są nie tylko w pracach sezonowych, jak prace w rolnictwie czy w produkcji, lecz także jako specjaliści, przede wszystkim w branży stoczniowej czy kierowcy z kategorią C+E.

– Poszukiwani są wszyscy: zarówno pracownicy niewykwalifikowani, jak i wykwalifikowani. Wśród wykwalifikowanych dużą popularnością cieszą się informatycy – ocenia ekspertka.

Zniesienie przez UE wiz dla obywateli Ukrainy otworzyło naszym sąsiadom możliwość łatwiejszego podróżowania do krajów unijnych. Ci, którzy mają paszporty biometryczne, będą mogli wjechać do krajów członkowskich bez wizy na 90 dni w ciągu pół roku. Dla Polski może to oznaczać duże zmiany na rynku pracy.

Liberalizacja przepisów wizowych to duży problem polskich pracodawców. Widzimy duże zapotrzebowanie strony ukraińskiej, jeżeli chodzi o pracę w Niemczech. Pytają, jaka jest procedura zatrudnienia, czy można tam pracować legalnie. Na razie na wizie turystycznej nie można pracować za granicą, ale myślę, że nasi sąsiedzi będą się starali o zliberalizowanie tego rynku jeszcze bardziej – analizuje przedstawicielka Upper Job.

Duża konkurencja płacowa ze strony krajów zachodnich sprawia, że polscy pracodawcy są zmuszeni podnosić wynagrodzenia. Z danych Upper Job wynika, że rosną oczekiwania płacowe Ukraińców – w ciągu miesiąca w zależności od branży nawet o 15–30 proc., przede wszystkim pracowników fizycznych (wzrost z 9 do 12 zł za godzinę).

Obecnie ponad 90 proc. pracowników ukraińskich zostaje w Polsce. Na razie tylko dopytują o pracę za granicą, ale w regionie szczecińskim ponad 90 proc. Ukraińców wyjechało do Niemiec. Najprawdopodobniej mieli już tam rozpoznane prace przez znajomych. Za ok. 3 miesiące będziemy wiedzieć, jaki odsetek pracowników z Ukrainy wyjechał do Niemiec – podkreśla Załuska.

Duże zapotrzebowanie na chętnych do pracy powoduje, że firmy podkupują sobie pracowników.

Jeśli pracownik fizyczny u jednego pracodawcy dostaje 12 zł netto, to sąsiad zza płotu może mu zaproponować, że zapłaci 14 złotych. Przy 300 godzinach pracy to kilkaset złotych więcej, decydują się więc na pracę u sąsiada, mimo że pierwszy pracodawca załatwia całą dokumentację wizową –tłumaczy Iwona Załuska.

Resort nauki i szkolnictwa wyższego stawia na doktorantów. Chce im ułatwić prace badawcze

Resort nauki i szkolnictwa wyższego stawia na doktorantów. Chce im ułatwić prace badawcze 11

W październiku startuje program doktoratów wdrożeniowych. Studenci, którzy wezmą w nim udział, będą równolegle pracować zawodowo i pisać rozprawę doktorską. Zarówno pracodawca, jak i uczelnia będą nadzorować ten proces, a przyszły doktorant będzie otrzymywać podwójne wynagrodzenie. Program ma zacieśnić współpracę przedsiębiorstw ze środowiskiem naukowym i poprawić sytuację doktorantów tak, aby mogli skupić się na badaniach naukowych. Kolejne propozycje w tym kierunku resort zawrze w projekcie nowej ustawy o szkolnictwie wyższym. 

W założeniach nowej ustawy o szkolnictwie wyższym chcielibyśmy, żeby doktoranci stali się badaczami, a nie studentami. To są nierzadko ludzie dojrzali, którzy mają rodziny i muszą się utrzymać, więc trudno mówić o nich jako o wiecznych studentach. To są badacze i powinni otrzymać wynagrodzenie. Chcielibyśmy, aby wszyscy doktoranci mieli stypendia doktorskie w takiej wysokości, która pozwoli skupić się na badaniach, żeby nie musieli szukać dodatkowych zajęć w celu utrzymania – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Szumowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

W październiku wystartują pierwsze doktoraty wdrożeniowe, które mają spowodować, że studenci nie będą musieli wybierać między karierą naukową a dobrze płatną pracą zawodową. Uruchomiony przez MNiSW program doktoratów wdrożeniowych ma też zacieśnić współpracę środowiska naukowego i akademickiego z biznesem.

Pierwsi uczestnicy programu rozpoczną za dwa miesiące studia doktoranckie i pracę pod okiem dwóch opiekunów merytorycznych (jeden zostanie wyznaczony przez pracodawcę, drugi – przez jednostkę naukową). W praktyce student będzie pracował nad rozprawą doktorską i równolegle będzie zatrudniony w firmie (jego praca będzie ukierunkowana na rozwiązanie konkretnego problemu wskazanego przez pracodawcę). Uczelnia albo jednostka naukowa i pracodawca, który zatrudnia doktoranta, będą wspólnie ustalać plan badań i kontrolować postępy.

Tego typu doktoraty niczym nie różnią się od zwyczajnych, są tak samo oceniane przez rady wydziałów, trzeba spełnić te same kryteria. To jest taki sam doktorat, ale nazywamy go wdrożeniowym po to, aby móc uruchomić strumień finansowania we współpracy z sektorem gospodarczym. Chcemy skłaniać polskich badaczy do wyjścia poza mury uczelni, aby współpracowali z odbiorcą ich pomysłów i wyników badań, czyli z sektorem gospodarki – mówi wiceminister Łukasz Szumowski.

Uczestnicy programu doktoratów wdrożeniowych będą dostawać podwójne wynagrodzenie: oprócz pensji od pracodawcy otrzymają stypendium z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Doświadczenia innych państw europejskich, które realizują program doktoratów wdrożeniowych (m.in. Francja, Wielka Brytania, Niemcy i Dania), pokazują, że ich absolwenci szybciej znajdują pracę i zarabiają więcej od absolwentów tradycyjnych studiów doktoranckich. Natomiast przedsiębiorstwa, które ich zatrudniają, wykazują większą aktywność patentową. Na taki efekt liczy również MNiSW.

Liczymy na to, że polscy naukowcy będą współpracowali z przedsiębiorstwami i wdrażali to, co wymyślą w czasie badań. Z drugiej strony chcemy, aby przedsiębiorstwa czerpały korzyści ze współpracy z nauką, aby stawały się coraz bardziej nowoczesne, a nowe rozwiązania krążące w świecie akademickim znalazły zastosowanie z korzyścią dla tych firm – mówi wiceminister.

Doktoraty wdrożeniowe mają być również nową, przyspieszoną ścieżką dojścia do pierwszego stopnia naukowego. Podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego zauważa, że z ponad 40 tys. studentów doktorantów rocznie tylko 20 tys. rzeczywiście uzyskuje doktorat – studiuje, ale nie może w wystarczającym stopniu skupić się na prowadzeniu badań.

Według zapowiedzi MNiSW każdego roku do programu doktoratów wdrożeniowych będzie mogło przystąpić 500 doktorantów. Koszt programu resort oszacował na 85 mln zł rocznie. W roku akademickim, który rozpocznie się w październiku, na sfinansowanie doktoratów wdrożeniowych przewidziano 21 mln zł. Resort w wyniku naboru wyłonił 54 jednostki naukowe z całego kraju, które przystąpiły do programu. W zamian za wsparcie i zapewnienie doktorantowi dostępu do laboratoriów, otrzymają dofinansowanie kosztów wykorzystania infrastruktury badawczej.

Trwają również dyskusje, czy habilitacja powinna zostać jako stopień naukowy, czy jako pewien cenzus, który pozwala na promowanie kolejnych doktorantów. To wciąż jest przedmiotem dyskusji. Natomiast droga dojścia do habilitacji powinna być szersza, bardziej otwarta. W tej chwili średnia wieku to 46 lat. To bardzo późno na uzyskanie samodzielności w nauce. Być może opcją dla tych wybitnych jest uzyskanie doktoratu i prowadzenie grantu badawczego. To skutkowałoby samodzielnością naukową, czyli – w dzisiejszym rozumieniu – uzyskaniem stopnia doktora habilitowanego – dodaje Łukasz Szumowski.

Blisko 50 proc. leków kupowanych w internecie to fałszywki. Polacy wydają na podróbki 100 mln zł rocznie

Blisko 50 proc. leków kupowanych w internecie to fałszywki. Polacy wydają na podróbki 100 mln zł rocznie 12

Blisko połowa leków kupowanych w internecie może być podrobiona. Coraz częściej proceder ten dotyczy nie tylko suplementów diety, lecz także leków ratujących życie. W Polsce wciąż nie ma rozwiązań prawnych wymierzonych w to zjawisko, a za fałszowanie leków i wprowadzanie ich do sieci dystrybucji grożą stosunkowo niewielkie kary, więc proceder kwitnie. W ubiegłym roku wykryto pod Bydgoszczą największą w Europie fabrykę podróbek. Szansą na poprawę sytuacji są przepisy unijnej dyrektywy fałszywkowej, które muszą zostać wdrożone najpóźniej do 2019 roku.

– Szacuje się, że około 50 proc. leków oferowanych w internecie to podróbki. Według WHO co setny lek na polskim rynku jest podrobiony, a Polacy wydają na fałszywki 100 mln zł rocznie. W globalnej skali wartość czarnego rynku podrabianych leków sięga 200 mld dol. Interpol wskazuje, że każdego roku z powodu zażywania podrobionych leków ginie około miliona osób – mówi agencji Newseria Biznes dr Natalia Daśko z Wydziału Prawa i Administracji na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Podrabianie leków to coraz większy problem, który dotyczy nie tylko krajów Azji i Afryki, lecz także państw europejskich. Komisja Europejska szacuje, że do 2020 roku w legalnej sieci dystrybucji znajdzie się około 183 mln opakowań sfałszowanych leków, a konsumenci będą wydawać na podróbki ok. 850 mln euro rocznie. Wartość polskiego rynku została z kolei oszacowana przez KE na 62 mln euro. W Europie najczęściej fałszowane są leki na problemy z potencją, tzw. viagropodobne. Na drugim miejscu są produkty i leki odchudzające oraz sterydy anaboliczne. Ze względu na cenę coraz częściej fałszowane są również cytostatyki stosowane w leczeniu nowotworów.

 Leki podrabiane są groźne, ponieważ zawierają mniejszą ilość substancji czynnej albo nie mają jej wcale. Tego typu produkty przede wszystkim nie leczą. Leki przeciwmalaryczne, cytostatyczne czy kardiologiczne bez substancji czynnej mogą spowodować śmierć pacjenta, który tak naprawdę nie jest leczony. Część może również zawierać substancje szkodliwe. W tej chwili obserwujemy – szczególnie w USA i Kanadzie – groźny proceder fałszowania leków przeciwbólowych i psychotropowych. Zamiast substancji czynnej te leki zawierają fentanyl albo jego pochodne. W ciągu ostatnich kilku lat w USA z powodu tych produktów zmarło ponad 5 tys. osób – mówi prof. dr hab. n. farm. Zbigniew Edward Fijałek, prezes stowarzyszenia „Stop Nielegalnym Farmaceutykom – Stowarzyszenia Wspierania Ochrony Zdrowia i Praworządności”.

Wytwórcy podrabianych leków nie stosują się do systemów jakości i nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za działanie sfałszowanych medykamentów. W Polsce zajmują się tym głównie grupy przestępcze. Fałszowane są nie tylko suplementy diety, lecz także leki ratujące życie. W wielu przypadkach podróbki wytwarza się np. ze zmielonej kredy albo leków znacznie przeterminowanych.

Ani pacjent, ani lekarz czy farmaceuta nie są w stanie odróżnić podrobionego leku. Dla fałszerzy największym wysiłkiem i kosztem jest opakowanie. Do tabletki czy ampułki, która się w środku znajduje, przykładają najmniejszą uwagę. Nierzadko hologramy na opakowaniu sfałszowanego leku są lepsze niż oryginalne – mówi prof. dr hab. n. farm. Zbigniew Edward Fijałek.

Dotąd w Polsce nie obowiązywały systemowe rozwiązania ani szczegółowe przepisy dotyczące podrabiania leków. To istotne o tyle, że polski rynek farmaceutyczny jest jednym z najbardziej zagrożonych tym procederem.

 Polska jest ważnym punktem tranzytowym, biegną tędy szlaki przemytu podrobionych leków ze wschodu na zachód oraz w drugą stronę. Poza tym Polska sąsiaduje z państwami byłego bloku wschodniego, gdzie problem podrabianych leków jest bardzo duży. Dlatego w ocenie Interpolu i WHO jesteśmy krajem podwyższonego ryzyka, jeśli chodzi o występowania podróbek leków na rynku – mówi dr Natalia Daśko.

Począwszy od 2009 roku polskie służby regularnie uczestniczą w prowadzonej przez Interpol operacji Pangea, której celem jest zwalczanie czarnego rynku fałszywych leków, głównie sprzedawanych w internecie. W ostatniej edycji tej operacji w 2015 roku zatrzymano 156 osób i zamknięto 2,5 tys. stron internetowych, które oferowały podrabiane leki. W Polsce służby zatrzymały natomiast cztery osoby i zabezpieczyły podrobione leki o wartości przekraczającej 20 tys. złotych.

– Z tymi problemami mierzymy się niemal co dzień. W ubiegłym roku CBŚP wykryło pod Bydgoszczą olbrzymią fabrykę sfałszowanych leków, największą w Europie. W niewielkiej miejscowości fałszerze przez kilka lat wytwarzali na dużą skalę leki czterech dużych koncernów farmaceutycznych. Były tam różne postacie leków, nie tylko tabletki, które są bardzo proste do wyprodukowania, lecz także fiolki i ampułki o bardzo dużej różnorodności substancji aktywnych. Musimy mieć świadomość, że coraz więcej grup przestępczych przerzuca się na wytwarzanie i handel takimi produktami – podkreśla prof. dr. hab. n. farm. Zbigniew Edward Fijałek.

Zgodnie z ustawą Prawo farmaceutyczne przestępstwo fałszowania produktów leczniczych podlega karze grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do 5 lat. Jeżeli zażycie sfałszowanego leku zagraża czyjemuś życiu lub zdrowiu, wówczas sądy posiłkują się przepisami Kodeksu karnego (zgodnie z artykułem 165. za sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia grozi kara pozbawienia wolności do 8 lat, w szczególnych przypadkach – do 12 lat).

W praktyce, chociaż liczba przestępstw farmaceutycznych z roku na rok rośnie, nie przekłada się to na liczbę skazań, których jest ciągle stosunkowo niewiele. Profesor Fijałek podkreśla, że to skłania grupy przestępcze do fałszowania leków na coraz większą skalę.

– Zorganizowane grupy przestępcze starają się dotrzeć do pośredników, dystrybutorów i przenikać do legalnego łańcucha dystrybucji, bo to zdecydowanie zwiększa zyski płynące z tej działalności. Trzeba jednak zaznaczyć, że podrobione leki w legalnym łańcuchu to rzadkość, większość fałszywek funkcjonuje na czarnym rynku – mówi dr Natalia Daśko.

– Leki powinniśmy kupować tylko w legalnej sieci dystrybucji. Daje to 99 proc. pewności, że kupimy dobry lek. Mieliśmy już do czynienia z fałszowaniem bardzo poważnych leków w ramach importu równoległego. Ten import, który ma bardzo wiele plusów, ale niesie za sobą również bardzo wiele zagrożeń, ponieważ im dłuższa jest sieć dystrybucji, np. jeśli mamy przepakowanie leku oryginalnego na opakowania krajowe, tym większe prawdopodobieństwo, że fałszerze znajdą drogę, aby sfałszowany produkt wszedł do legalnej sieci dystrybucji – dodaje prof. Zbigniew Edward Fijałek.

Na początku lipca tego roku została powołana Krajowa Organizacja Weryfikacji Autentyczności Leków, której głównym zadaniem jest wdrożenie informatycznego systemu weryfikacji autentyczności produktów leczniczych. Obowiązek utworzenia przez przedstawicieli branży farmaceutycznej takiego organu nakłada na poszczególne kraje członkowskie UE tzw. dyrektywa fałszywkowa uchwalona w 2014 roku. Zgodnie z jej wymogami do 2019 roku w Polsce powinien funkcjonować system zabezpieczania rynku przed sfałszowanymi lekami.

– Proceder podrabiania leków ma wiele negatywnych konsekwencji. Źle wpływa na innowacje i rozwój, na bezpośrednie inwestycje zagraniczne, na handel, środowisko i zatrudnienie. Szacuje się, że z tego powodu w samej UE likwiduje się 91 tys. miejsc pracy rocznie. Nielegalny obrót podrabianymi lekami to także ogromne straty dla budżetu państwa z tytułu nieodprowadzania podatków i opłat. Budżety państw UE tracą na tym średnio 1,7 mld euro rocznie – mówi dr Natalia Daśko.

Rekordowy debiut na warszawskiej giełdzie. Play z największą ofertą publiczną w historii GPW

Rekordowy debiut na warszawskiej giełdzie. Play z największą ofertą publiczną w historii GPW 13

Kolejny operator telekomunikacyjny wchodzi na warszawską giełdę. Dzisiejszy debiut firmy Play na głównym parkiecie jest największą pierwszą ofertą publiczną w całej historii GPW i największą w Europie w ciągu ostatnich 2 lat. Przeprowadzona w lipcu oferta publiczna telekomu cieszyła się rekordowym zainteresowaniem. Inwestorów przyciągają dobre perspektywy rozwoju zarówno spółki, jak i całego rynku telekomunikacyjnego – podkreślają przedstawiciele Play. Tak duży debiut może pozytywnie wpłynąć na rynek finansowy.

 Ze względu na bardzo duże zainteresowanie ten debiut może przyciągnąć na giełdę nowych inwestorów indywidualnych oraz poprawić płynność na giełdzie. Obecność firmy z sektora nowoczesnych technologii temu sprzyja – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Dobrzyński, dyrektor marketingu oraz członek zarządu Play.

Play Communications, właściciel operatora sieci Play, debiutuje na warszawskiej giełdzie jako 485. spółka notowana na rynku głównym. Oferta publiczna telekomu cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, zwłaszcza inwestorów indywidualnych, którzy złożyli zapisy na 18 mln akcji. Play zaoferował im 5,89 mln akcji (blisko 5 proc. całej oferty), co oznacza, że popyt ponadtrzykrotnie przewyższył podaż. Pozostałe 115,43 mln akcji zostało przeznaczonych dla inwestorów instytucjonalnych. Cena akcji została ustalona na 36 zł za sztukę.

Wejście na giełdę oznacza dla nas nowy etap w rozwoju. Play pojawił się na polskim rynku 10 lat temu i z małego operatora stał się jednym z największych usługodawców telefonii mobilnej w Polsce. Teraz stajemy się spółką publiczną. To kolejny krok do umocnienia się na rynku oraz zobowiązanie wobec nowych udziałowców, że będziemy dostarczać dobre wyniki – podkreśla Dobrzyński.

Łączna wartość oferty wyniesie prawie 4,4 mld zł. Tym samym debiut giełdowy Play będzie największym w historii GPW (nie wliczając ofert prywatyzacyjnych). Rekord padnie też w skali europejskiej – to IPO będzie największą ofertą publiczną firmy telekomunikacyjnej w Europie od 2015 roku.

Zainteresowanie subskrypcją naszych akcji jest bardzo duże, zarówno po stronie inwestorów indywidualnych, jak i inwestorów instytucjonalnych. Przyciąga ich to, że jesteśmy dużą i stabilną firmą, z dobrymi perspektywami rozwoju. Bez telefonii komórkowej klienci nie mogą wyobrazić sobie życia, każdy z nas coraz intensywniej korzysta ze swojego smartfona. Perspektywy rozwoju dla Play i całej branży są bardzo dobre – mówi Bartosz Dobrzyński.

Kapitalizacja rynkowa spółki po debiucie będzie wynosić 9,1 mld zł (ok. 2,2 mld euro). Play planuje w II kwartale przyszłego roku wypłacić akcjonariuszom dywidendę w łącznej wysokości 650 mln zł (za rok obrotowy kończący się w grudniu 2017 roku). W kolejnych latach wskaźnik wypłaty dywidendy ma wynosić 65–75 proc. skonsolidowanych wolnych przepływów za rok poprzedzający.

Przy okazji debiutu Play ujawnił swoje plany na nadchodzące miesiące. Zarząd spółki spodziewa się dalszego, przynajmniej jednocyfrowego, wzrostu przychodów i zakończenia budowy własnej sieci telekomunikacyjnej obejmującej terytorium całego kraju. Tylko w 2017 roku nakłady inwestycyjne operatora wyniosą około 700 mln zł. Począwszy od przyszłego roku, nakłady na inwestycje mają stanowić równowartość ok. 8 proc. przychodów operacyjnych plus dodatkowe 500 mln zł w latach 2018–2020.

Pod względem liczby klientów Play jest drugim największym w Polsce operatorem telefonii komórkowej (14,3 mln klientów na koniec marca br.). Jest również najszybciej rosnącym telekomem – w ciągu niecałej dekady (koniec 2008–2017) jego udział w rynku zwiększył się z 4,6 do 27,6 proc.

W zeszłym roku osiągnęliśmy ponad 25-proc. udział w rynku telekomunikacyjnym. Uznaliśmy, że jest to dobry moment, aby na giełdę wchodziła spółka, która ma solidne wyniki, dobry standing finansowy oraz bardzo dużą i mam nadzieję zadowoloną rzeszę klientów – mówi Bartosz Dobrzyński.

Najnowsze filtry fotograficzne są niemal niezniszczalne. Wykonane są ze specjalnie wzmacnianego szkła ceramicznego

Najnowsze filtry fotograficzne są niemal niezniszczalne. Wykonane są ze specjalnie wzmacnianego szkła ceramicznego 14

Filtry fotograficzne mocowane przed przednią soczewką obiektywu aparatu są chętnie wykorzystywane przez fotografów nie tylko do uzyskania dodatkowych efektów na zdjęciach, lecz także do ochrony samego obiektywu przed uszkodzeniem. Do tej pory problemem była jednak niska trwałość samych filtrów, które często pękają, kruszą się czy ulegają zarysowaniu. Nowe filtry fotograficzne są jednak znacznie bardziej odporne na uszkodzenia. 

Filtry z pancernego szkła, ze szkła ceramicznego, to nowość na rynku; do tej pory nie były dostępne w powszechnej sprzedaży. Rozwój technologii związanych z produkcją szkła i zapotrzebowaniem na tego typu produkty – fotografowie pracują coraz bardziej ekstremalnie w coraz trudniejszych warunkach – wymusiły na producentach zaoferowanie takiego produktu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Łukasz Jędrzejewicz, kierownik ds. sprzedaży w Sigma ProCentrum.

Popularnym materiałem do produkcji filtrów pozostaje nadal szkło, odpowiednio wzmacniane podczas produkcji. Stosowane w nowych filtrach szkło ceramiczne powstaje dzięki częściowemu krystalizowaniu jego powierzchni poprzez obróbkę cieplną materiału. Początkowo, z powodu wysokich kosztów, ten typ szkła stosowany był jedynie w zwierciadłach teleskopowych. Dopiero później szkło ceramiczne stało się m.in. elementem gospodarstwa domowego w postaci blatów kuchenek elektronicznych czy naczyń żaroodpornych.

Pancerne filtry, jak przyjęło się je nazywać, są wykonane z praktycznie tych samych materiałów, które występują w lotnictwie czy wręcz promach kosmicznych. To specjalne szkło, które wytrzymuje naprawdę olbrzymie naprężenia. Filtry są wykonane ze szkła, które jest odporne na ukruszenia, które jest bardzo wytrzymałe i jednocześnie elastyczne, w przypadku uderzenia filtr się odkształci, natomiast nie pęknie ani się nie zarysuje – deklaruje ekspert.

Najbardziej uniwersalny filtr fotograficzny to filtr odcinający promienie UV, nie jest już tak naprawdę potrzebny przy fotografii cyfrowej, ale nadal często wykorzystywany przez fotografów jako podstawowa ochrona szkła obiektywu. Sprawdza się jako dodatkowa osłona przed wszelkiego rodzaju zabrudzeniami, urazami mechanicznymi czy nawet bryzgami wody deszczowej lub morskiej, mogącej uszkodzić delikatne powłoki przedniej soczewki obiektywu.

Do tego filtry mają specjalne warstwy hydrofobowe, mają warstwy wpierające transmisję [przepuszczalność – red.] światła. Filtr nie może zatrzymywać na swojej powierzchni transmisji światła, to bardzo ważne, zawodowi fotografowie zwracają na to szczególną uwagę. Do tego warstwy antystatyczne, powłoki teflonowe itd. Wszystkie te technologie wykorzystane w służbie fotografii są zastosowane w tych najwyższej jakości filtrach, one faktycznie zrewolucjonizowały pojęcie filtra ochronnego na filtr pancerny – Łukasz Jędrzejewicz.

Na rynku dostępne są także filtry kwadratowe, które montuję się na dodatkowym uchwycie przed obiektywem aparatu. Można dzięki temu stosować te same filtry do obiektywów o różnej średnicy przedniej soczewki. Nie zapewnią one jednak odporności, jaką oferują filtry okrągłe, które wkręca się w obudowę obiektywu.

Ich zastosowanie też jest dość szczególne, do tej pory fotografowie sportów ekstremalnych mogli mieć trochę większy problem z osłoną swojego sprzętu, swoich obiektywów. Dziś ta technologia jest dostępna na rynku powszechnym. Filtry te są około 23 razy droższe niż klasyczne filtry UV, ale mają swoje unikalne własności, ceny zaczynają się od 400 zł w górę – opowiada kierownik ds. sprzedaży w Sigma ProCentrum.

Fotografowanie sportów ekstremalnych to zajęcie, które w wielu przypadkach wymusza stosowania ochrony obiektywu. Jego soczewki to nie tylko najbardziej narażony element podczas kadrowania, lecz także jeden z droższych. Dlatego fotografowie chętnie stosują odporne filtry, które wytrzymają spotkanie z twardymi przedmiotami czy odpowiednio rozproszą wodę.

Innowacyjność szkła użytego do budowy tych filtrów opiera się na strukturze całej szyby, która jest w nim zastosowana. Tafla szkła jest utwardzona na całej jego powierzchni, w całym przekroju, nie tak jak w klasycznych filtrach, gdzie szczególnie utwardzane są tylko brzegi, górne warstwy tego filtra – tłumaczy Łukasz Jędrzejewicz z Sigma ProCentrum.

Rozwój fotografii cyfrowej i programów do edycji zdjęć i wideo sprawił, że stosowanie wielu rodzajów filtrów stało się niepotrzebne. Nadal nie da się jednak zastąpić na drodze cyfrowej filtra polaryzacyjnego czy szarego, ale gdyby to kiedyś nastąpiło, to pozostanie jeszcze aspekt ochronny wykorzystania filtrów. Im bardziej będą one zatem „pancerne”, tym lepiej.

Polscy naukowcy opracowali przenośne laboratorium diagnostyczne. Mieści się w kieszeni fartucha lekarskiego

Polscy naukowcy opracowali przenośne laboratorium diagnostyczne. Mieści się w kieszeni fartucha lekarskiego 15

Postawienie trafnej i równocześnie szybkiej diagnozy ma kluczowe znaczenie w walce o ludzkie życie i zdrowie, jaka toczy się w szpitalach czy przychodniach lekarskich. W przypadku problemów takich jak sepsa to krótki czas podjęcia odpowiednich przeciwdziałań decyduje o ich skuteczności, ale dla terapii równie ważne jest też właściwe rozpoznanie bakterii i jej odporności na antybiotyki. W tych wszystkich problemach pomocny okaże się wynalazek opracowany przez polskich naukowców. 

Genomtec ID to przenośne laboratorium oparte na biologii molekularnej. Umożliwia detekcję patogenów zarówno bakteryjnych, jak i wirusowych, w dowolnym miejscu opieki nad pacjentem. Genomtec ID wykorzystuje unikalną technologię amplifikacji kwasów nukleinowych, która pozwala na określenie obecności DNA patogenów w dowolnej próbce materiału biologicznego z dokładnością nawet do jednej kopii, co umożliwia lekarzom postawienie dokładniejszych i szybszych diagnoz – opowiada agencji informacyjnej Newseria Innowacje Miron Tokarski z Zakładu Technik Molekularnych, współzałożyciel Genomtec.

Rozwiązanie stworzone przez polskich naukowców to innowacja na skalę światową, w zdecydowany sposób upraszczająca proces diagnostyki chorób zakaźnych. Już sama informacja, czy mamy do czynienia z infekcją bakteryjną czy wirusową, jest ogromną pomocą przy farmakoterapii. Oznacza też zasadniczy postęp w walce z antybiotykoopornością.

– Genomtec ID opiera się na autorskiej metodzie, która pozwala na przeprowadzenie całego procesu od nałożenia próbki do uzyskania wyniku na karcie reakcji, zamkniętej wewnątrz urządzenia. To rozwiązanie unikatowe na skalę zarówno polską, jak i światową, w tej chwili przebiega proces zgłoszenia patentowego, na którego rezultaty czekamy – dopowiada współzałożyciel firmy.

Urządzenie pozwala na przeprowadzenie badań o bardzo wysokiej czułości, dzięki czemu pomoże np. wykryć obecność wirusa HCV (żółtaczka typu C) już po kilkudziesięciu godzinach od infekcji, a więc wcześniej niż w przypadku obecnie stosowanych metod. Ale zalety nowego urządzenia to nie tylko jego mobilność i niezwykle wysoka czułość, przydatna jest także możliwość szybkiego zdiagnozowania odporności na antybiotyki i sepsy.

– Pozwala na stwierdzenie obecności kwasów nukleinowych, szczególnie tam, gdzie istotna jest szybkość diagnozy, np. przy intensywnych zakażeniach ogólnoustrojowych, w sepsie. Pozwala również na wstępne określenie antybiotykoodporności, co umożliwia stwierdzenie, który z wybranych antybiotyków będzie najbardziej dopasowany i skuteczny w przypadku danego pacjenta – wyjaśnia Miron Tokarski.

Specjalista zaznacza, że urządzenie będzie z blisko stuprocentową skutecznością wykrywać każdy zdefiniowany wcześniej wirus, co wesprze np. lekarzy pierwszego kontaktu czy pediatrów podczas diagnozowania najmłodszych pacjentów.

– O ile technologie amplifikacji kwasów nukleinowych [zwiększenia ich ilości w celach badawczych – red.] są znane już od lat 80. XX wieku, o tyle ich zastosowanie w przenośnych urządzeniach do tej pory nie było możliwe. Genomtec ID pozwala na detekcję patogenów w miejscu opieki nad pacjentem. W urządzeniu następuje izolacja kwasów nukleinowych, a następnie detekcja specyficznych fragmentów kwasów nukleinowych DNA lub RNA danego patogenu. Dzięki ich powieleniu możemy stwierdzić, czy w danej próbce znajduje się ten materiał i pochodzi od danej bakterii czy wirusa – tłumaczy ekspert.

Z tego powodu opracowane przez polskich naukowców przenośne laboratorium może się wydatnie przyczynić do usprawnienia działalności polskich szpitali i przychodni. Umożliwi bowiem lekarzom pierwszego kontaktu i pediatrom szybkie i tanie wykrywanie często występujących chorób zakaźnych, m.in. gronkowca złocistego czy chorób przenoszonych drogą płciową.

Obecnie, aby przeprowadzić badanie z wykorzystaniem metod biologii molekularnej, konieczne jest posiadanie wyspecjalizowanego laboratorium i sprzętu. Termocyklery, które służą do diagnostyki in vitro, w tej chwili kosztują setki tysięcy złotych, do tego trzeba doliczyć odczynniki niezbędne do przeprowadzenia badania oraz dodatkowo zużywane materiały. W przypadku Genomtec ID koszt urządzenia szacujemy na około 1600 zł, a koszt wykonania jednego badania na około 50 zł, co jest bardzo konkurencyjne względem obecnych metod – podsumowuje Miron Tokarski.

Wyniki Grupy mBanku za I półrocze 2017 r.

Grupa mBanku zakończyła I półrocze 2017 roku zyskiem netto w wysokości 488,5 mln zł wobec 696,3 mln zł przed rokiem. Za niższym wynikiem stoją przede wszystkim czynniki jednorazowe oraz obciążenia podatkowe. Przez pierwsze sześć miesięcy 2017 roku bank rozwijał się organicznie, pozyskując niemal 200 tys. klientów indywidualnych i 560 korporacyjnych.

Na wynik finansowy Grupy mBanku w I półroczu 2017 roku miał wpływ przede wszystkim spadek dochodów o 2,2 proc. w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego, związany z zaksięgowaniem transakcji przejęcia Visa Europe Limited przez Visa Inc. rok temu. Warto zaznaczyć, że dochody z działalności podstawowej wzrosły w tym czasie o 13,1 proc. Pierwsze sześć miesięcy to również wzrost kosztów związany z zaksięgowaniem składki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny i zwiększenie tzw. podatku bankowego do poziomu 184,3 mln zł w porównaniu z 146,3 mln zł w I półroczu 2016 roku. Wyższe były również rezerwy na kredyty.

Pierwsza połowa roku to jednocześnie czas solidnego wzrostu organicznego mBanku. Wartość kredytów i pożyczek brutto wzrosła o 1,9 proc. w porównaniu do końca 2016 roku, dzięki intensywnym działaniom sprzedażowym zarówno w segmencie detalicznym, jak i korporacyjnym. Wyłączając transakcje reverse repo/buy sell back i efekt zmian kursów walutowych, kredyty brutto wzrosły w pierwszym półroczu o 4,3 proc. Ekspansja na rynku kredytów detalicznych znalazła odzwierciedlenie w rekordowej sprzedaży kredytów niehipotecznych, która wyniosła 3,7 mld zł, co stanowi wzrost o 20,2 proc. w stosunku do I półrocza 2016 roku. Odnotowano też znaczące zwiększenie sprzedaży kredytów hipotecznych – w I półroczu 2017 roku sprzedano ich 1,8 mld zł, co oznacza wzrost o 22,3 proc. w stosunku do ubiegłego roku.

Z kolei w samym II kwartale 2017 roku mBank wypracował 269,7 mln zł zysku netto, w porównaniu do 218,8 mln zł w I kwartale 2017 roku. W tym czasie wynik z tytułu odsetek wzrósł o 2,1 proc., co wynikało głównie ze spadku kosztów odsetkowych o 3,4% w ujęciu kwartalnym. Kolejnym pozytywnym czynnikiem było zwiększenie wyniku z tytułu opłat i prowizji o 1,2 proc., związane przede wszystkim ze wzrostem prowizji z tytułu działalności maklerskiej i za organizację emisji, trade finance oraz prowizji za pośrednictwo w sprzedaży produktów zewnętrznych podmiotów finansowych.

Spadek wyniku na działalności handlowej o 15,8 mln zł w ujęciu kwartalnym spowodowany był z kolei negatywną wyceną instrumentów CIRS oraz niższą zmiennością na rynku. W II kwartale 2017 roku mBank zaksięgował również wyższe rezerwy na niespłacane kredyty, głównie w segmencie korporacyjnym.

Kredyty i pożyczki brutto udzielone klientom wzrosły w II kwartale 2017 roku o 1,7 mld zł. Wzrost wartości kredytów zanotowano zarówno w segmencie klientów detalicznych (+0,4 mld zł), jak i korporacyjnych (+1,3 mld zł). Wyłączając wpływ wahań kursów walutowych, wartość kredytów i pożyczek udzielonych klientom indywidualnym wzrosła o około 1,4 proc. W II kwartale 2017 roku Grupa mBanku udzieliła 1 mld zł kredytów hipotecznych oraz 1,9 mln zł kredytów niehipotecznych.

Prognozowane obroty w europejskim handlu detalicznym

Największe i najbardziej rozwinięte rynki w Europie oferują detalistom korzystne warunki, ale jednocześnie mogą też okazać się dla nich wymagające, czy to pod względem konkurencyjności, czy, w niektórych przypadkach, także pod względem niemal całkowitego nasycenia.

Wyniki najnowszego raportu GfK dotyczącego trendów w europejskim handlu detalicznym pokazują, że największy wzrost obrotów w handlu detalicznym w 2017 r. jest prognozowany dla średniej wielkości rynków europejskich, takich jak Ukraina (+12,3%), Rumunia (+9,8%), Norwegia (+6,2%), Węgry (+5,7%), Estonia (+5,5%) i Polska (+5,3%). Z kolei dla większych gospodarek, takich jak Niemcy (+1,0%), Włochy (+1,2%), Francja (+2,0%) czy Hiszpania (+2,9%), przewidywany wzrost jest znacznie mniejszy. Mapa miesiąca GfK ilustruje prognozowane tempo wzrostu obrotów w handlu detalicznym w Europie w 2017 r.

Przed FOMC: dwie dobrze znane kwestie

Brak oznak przyspieszenia inflacji stanowi problem dla Fed, ale rynek pracy biski stanu pełnego zatrudnienia i solidne tempo wzrostu gospodarczego wspierają powziętą strategię normalizacji. W tym tygodniu Fed powinien pozostawić stopy procentowe bez zmian, a w komunikacie ważny będzie język dotyczący inflacji i terminu redukcji sumy bilansowej. Niepewność o pierwsze przeważy nad bliskością drugiego.

Dwudniowe posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku (FOMC) kończy się publikacją komunikatu w środę 26 lipca o 20:00 polskiego czasu. My i konsensus oczekujemy utrzymania stóp procentowych na niezmienionym poziomie (1,00-1,25 proc.). W lipcu nie ma konferencji prasowej ani prezentacji nowych prognoz gospodarczych.

Po dopiero co dokonanej podwyżce stóp procentowych w czerwcu, posiedzenie FOMC w tym tygodniu powinno przynieść pauzę w procesie normalizacji polityki pieniężnej. Mimo to komunikat po posiedzeniu będzie analizowany pod kątem zmian w języku. Dwie kwestie będą przyciągały szczególną uwagę: inflacja i redukcja sumy bilansowej. Inflacja stała się powodem do niepokoju po czterech miesiącach rozczarowujących odczytów. Preferowana przez Fed miara inflacji, PCE Core, obniżyła się z 1,8 proc. r/r na początku roku do 1,4 proc. w maju. Podczas przesłuchania w Kongresie prezes Fed Janet Yellen przyznała, że niższe odczyty inflacji związane są z „nadzwyczajnymi obniżkami w niektórych kategoriach dóbr”, ale jednocześnie podkreśliła niepewność o przyszłą ścieżkę inflacji, a szczególnie o to, „kiedy i jak bardzo inflacja odpowie na wyczerpywanie się wolnych mocy produkcyjnych”. Jeśli komunikat wskaże na wzrost obaw o trwałość niskich cen przez większą część członków komitetu, zmiana ta będzie miała gołębi wydźwięk. Nie musi to jednak oznaczać, że Fed porzuci dotychczasową strategię, gdyż rozwój gospodarczy przebiega zgodnie z oczekiwaniami FOMC. Rynek pracy dalej zmierza w kierunku stanu pełnego zatrudnienia – w drugim kwartale stopa bezrobocia spadła do 4,4 proc., tj. poniżej poziomy określanego przez Fed jako stopa „naturalna” (4,6 proc.). Jednocześnie cel dla tempa wzrostu PKB w całym 2017 r. (2,2 proc.) w drugim kwartale powinien zostać przekroczony.

Zatem jeśli Fed miałby nie zmieniać swojego nastawienia, oznaczałoby to zmierzanie do startu procesu redukcji sumy bilansowej we wrześniu i kolejnej podwyżki stóp procentowych w grudniu. Szczególnie ten pierwszy element może znaleźć mocniejszy akcent w komunikacie w środę. W czerwcu Komitet oczekiwał, że normalizacja sumy bilansowej rozpocznie się „jeszcze w tym roku”. Zmiana języka na „względnie szybko” lub „na najbliższym posiedzeniu” potwierdziłaby wrzesień jako termin. Ograniczenie sumy bilansowej ma więcej zwolenników w Fed niż podwyżki stóp procentowych, nawet wśród konserwatywnych członków jak Lael Brainard. Jeśli Fed chce zostawić sobie wiarygodną opcję na ruch na stopach w grudniu (i utrzymać przerwę pasywnego posiedzenia w październiku), musi mierzyć z redukcją bilansu we wrzesień.

Fed od tygodni komunikował swoje zdanie odnośnie inflacji i sumy bilansowej, stąd rynki są przygotowane na potencjalne zmiany w komunikacie. Jakkolwiek potwierdzenie startu redukcji sumy bilansowej we wrześniu niesie pozytywny impuls dla USD, obawy o inflację będą ważyć na oczekiwanej ścieżce podwyżek stóp procentowych, wywierając tym samym presję na krzywą rentowności (i pośrednio na USD). Uważamy, że rynek niedoszacowuje determinację Fed do normalizacji polityki monetarnej i jest zbyt mocno skupiony na przejściowej słabości inflacji i porażkach w implementacji bodźców fiskalnych. Jednak lipcowy komunikat FOMC nie pomoże rozwiązać tych problemów, stąd mało realne, aby rynek walutowy porzucił swój sceptycyzm w stosunku do USD. Konieczny jest wyraźny zwrot w odczytach makro z USA (przede wszystkim inflacji) z USA, by rynek uwierzył w jastrzębie nastawie Fed i siłę USD.

Materiał opracował Konrad Białas, Główny Ekonomista, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Stopy procentowe w USA. Ropa drożeje

Dzisiaj o 20:00 poznamy decyzję FOMC w sprawie stóp procentowych w USA. Wzrost gospodarczy na wyspach zgodny z oczekiwaniami. Ropa przekroczyła 50 dolarów za baryłkę.

Decyzja w sprawie stóp procentowych w USA

Dzisiaj Federalny Komitet Otwartego Rynku, czyli amerykański odpowiednik polskiej Rady Polityki Pieniężnej podejmie decyzje w sprawie stóp procentowych. Analitycy są niemal zgodni, że nie dojdzie do żadnych zmian. Biorąc pod uwagę wyceny kontraktów na stopę procentową w USA można odnieść wrażenie, że podobne przeczucia mają inwestorzy. Wedle tych danych zaledwie 3% z nich spodziewa się wzrostu stóp procentowych. Przeciw podwyżkom stóp przemawiają również słabsze dane, jakie w ostatnich tygodniach nadchodziły zza oceanu. Wczorajszy lepszy od oczekiwań indeks zaufania konsumentów – Conference Board, jest tutaj raczej wyjątkiem niż regułą. Jeżeli nie dojdzie dzisiaj do wzrostu stóp rynek powinien przyjąć tę wiadomość w miarę neutralnie. Gdyby jednak podniesiono stopy można oczekiwać gwałtownego wzrostu cen dolara. Zdaniem specjalistów najważniejszy będzie komentarz do decyzji. To od niego będzie zależeć jak szybko będziemy się spodziewać kolejnej podwyżki stóp procentowych.

Bez niespodzianki w Wielkiej Brytanii

Brytyjskie PKB zgodnie z oczekiwaniami wzrosło w ciągu roku o 1,7%. Było to równo zgodne z oczekiwaniami analityków. Spowolnienie wzrostu jest łączone z niepewnością co do przyszłości po decyzji o opuszczeniu Unii Europejskiej. Wiele firm wstrzymało inwestycje czekają na informacje jakie będą realne konsekwencje Brexitu. Rynek walutowy nie zareagował jak to często ma miejsce gdy odczyt pokrywa się z oczekiwaniami.

Ropa powyżej 50 USD za baryłkę

Wczoraj mogliśmy oglądać kolejny skok w górę cen ropy. Dzień rozpoczął się po 48,6 USD za baryłkę, a zakończył aż 2 USD wyżej. Są dwa powody dla których drożeje. Pierwszy to ograniczanie wydobycia przez państwa członkowskie OPEC. Obecnie do istotnego ograniczenia eksportu ropy zobowiązała się Arabia Saudyjska. Ma to być 1 milion baryłek dziennie (około 15%). Inne państwa mają również brać w tym udział. Drugim ważnym elementem pchającym ceny czarnego złota w górę były wieczorne dane z USA. Zmiana zapasów paliw wyniosła -10,2 miliona baryłek. Już oczekiwania analityków mówiące o redukcji o 3,2 miliona uchodził już za spory spadek. Dane te przez chwilę spowodowały, że ropa zbliżyła się nawet do 51 dolarów. Drożejąca ropa oczywiście wsparła walutę Rosji. Rubel zyskał około 1% na wartości.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

  • 16:00 – USA – sprzedaż nowych domów,
  • 16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw,
  • 20:00 – USA – decyzja FOMC w sprawie stóp procentowych,

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 26.07.2017

Przez ostatnie tygodnie waluty surowcowe znalazły się w trendzie wzrostowym. Przodował w tym dolar kanadyjski, australijski, nowozelandzki oraz korona norweska. Trzy z nich znalazły się na mocnym oporze lub też wsparciu, który może przeszkodzić dalszym wzrostom. Tylko jedna z nich pokonała swój tygodniowy opór – dolar australijski.

USD/CAD

Siła dolara kanadyjskiego wynika z podwyżki stóp procentowych przez Bank Kanady oraz mocniejszej ropy naftowej. Dzięki temu para walutowa USD/CAD znalazła się na silnym wsparciu, które może nie zostać pokonane bez napotkania oporu ze strony niedźwiedzi.

Notowania USD/CAD, interwał tygodniowy

Notowania USD/CAD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Przerwanie tygodniowego oporu 1.245-1.257 jest prawdziwym wyzwaniem. O ile w krótkim terminie może okazać się problematyczne, o tyle w długim nie powinno stanowić żadnego problemu. Ponadto warto zwrócić uwagę na indeks dolara, który również znalazł się na silnym wsparciu. Zatem bazowym scenariuszem pozostanie korekta, która zniesie część ruchu spadkowego lecz długoterminowo obecny kierunek powinien zostać utrzymany.

USD/NOK

Kolejna para walutowa, której notowania znalazły się na długoterminowym wsparciu. Jego przebicie również uzależnione jest od notowań ropy naftowej. Norweska gospodarka w dużym stopniu oparta jest na eksporcie ropy naftowej, dlatego notowania tegoż surowca wpływają na siłę waluty norweskiej.

Notowania USD/NOK, interwał tygodniowy

Notowania USD/NOK, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Po przerwaniu tygodniowego wsparcia możemy spodziewać się kontynuacji trendu spadkowego nawet w okolicę 7.27. Niemniej jednak musimy zobaczyć jego przerwanie.

Reasumując, indeks dolara oraz większość głównych par walutowych powiązanych z dolarem amerykańskim znalazła się na wsparciu lub oporze. Czy trend osłabiania dolara amerykańskiego będzie kontynuowany? Najprawdopodobniej tak, ale na samym początku należy przeczekać korektę.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Kluczowe miejsce dla złota

Do najbardziej aktywnych rynków należał we wtorek rynek ropy. Utrzymały się też wzrosty na amerykańskich parkietach giełdowych. Na rynku walutowym wzrosty zagościły na funcie , a spadki na jenie.

Spośród głównych walut najmocniej tracił wczoraj jen japoński. Spore zrosty w ciągu dnia odnotowano też na funcie, który ostatecznie zakończył dzień blisko poziomów otwarcia. Jednak największe zmiany odnotowano na rynku ropy. Informacje o zmniejszającym się w USA wydobyciu z łupków wypchnęły notowania WTI o ponad 3.3%, a Brent o ponad 4%. Tymczasem w USA indeks Nasdaq odnotował kolejna sesję wzrostową.

Wzrosty zagościły też w Warszawie, gdzie indeks WIG20 zakończył dzień z wynikiem blisko +0.3%. Wzrostom mogły pomóc dobre dane z gospodarki. Stopa bezrobocia spadła w Polsce do poziomu 7.1%, z poziomu 7.4%. Dziś napłyną dane z Wielkiej Brytanii, dotyczące tempa wzrostu PKB w Q2. Wieczorem na inwestorów czekać będzie decyzja Fed w sprawie wysokości stóp procentowych. Nie oczekuje się tu żadnych zmian.

Kluczowe miejsce dla złota 16

Tymczasem złoto dotarło do poziomu oporu na 1250. Biegnie tam też górna linia kanału spadkowego – w zasadzie nawet dwie. Co ciekawe, wskaźnik RSI dotarł też do swojej górnej linii. Mamy więc do czynienia z ważnym momentem. Albo wspomniane bariery zostaną pokonane, albo nastąpi odwrót i spore spadki. Ich teoretyczny zasięg to nawet poziom 1110$. W przypadku wzrostów otworzy się potencjał długoterminowego ruchu nawet na wysokość 1390$.

Sylwester Majewski

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Brak regulacji prawnych i odpowiedniej infrastruktury może opóźnić pojawienie się na polskich drogach pojazdów autonomicznych

Brak regulacji prawnych i odpowiedniej infrastruktury może opóźnić pojawienie się na polskich drogach pojazdów autonomicznych 17

Pierwsze próby stworzenia pojazdów, które poruszałyby się bez ingerencji kierowcy, rozpoczęły się już niemal sto lat temu, jednak dopiero ostatnio stworzenie w pełni autonomicznych samochodów stało się możliwe z technicznego punktu widzenia. Na na ulicach zauważyć można coraz więcej całkowicie autonomicznych prototypów (autonomia poziomu 4) lub samochodów w znacznym stopniu wyręczających kierowcę (niepełna autonomia poziomu 2 i 3). Problemem, który spowalnia rozwój tego typu aut, są nienadążające za rozwojem techniki regulacje prawne. 

Próby stworzenia samochodu autonomicznego podejmowano kilka lat po stworzeniu pierwszego komercyjnego samochodu, który zjechał z taśmy fabrycznej, czyli Forda T. Już bowiem w latach 20. zeszłego wieku, konstruktorzy eksperymentowali z sterowanymi samochodami za pomocą fal radiowych. W latach późniejszych wiele ośrodków akademickich podejmowało się wprowadzenia do powszechnego użytku samochodu, który mógłby przemierzać drogi bez potrzeby ingerencji kierowcy. Efektem tych badań jest choćby tempomat. Jego pierwsza wersja powstała już w roku 1948 i nadal – odpowiednio modernizowana – wykorzystywana jest w samochodach.

Uważamy, że nie da się zatrzymać postępu. Z całą pewnością będziemy takie rozwiązania eksploatować, będziemy starali się dostosować swoją filozofię i swoje przedsiębiorstwa do możliwości technologicznych i do potrzeb rynku – opowiada agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jan Buczek, prezes zarządu Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych.

Dopiero w latach ‘80 Mercedesowi udało się stworzyć samochód, który był wstanie poradzić sobie z jazdą na pustych drogach. Nie była to zatem pełna autonomia, określana w popularnie stosowanym podziale jako poziom 4, ale raczej poziom 3, czyli samodzielna jazda pojazdu w określonych warunkach. Niżej znajduje się poziom 2, czyli współpraca różnego typu systemów wspomagających jazdę (np. zwykłego tempomatu i radaru, co przełożyło się na tempomat adaptacyjny), a jeszcze niżej poziom 1 (pojedyncze systemy wspomagające, np. ABS, ESP).

Dopiero niedawno powstał pierwszy komercyjny samochód, poruszający się wśród innych uczestników ruchu, który uważany jest za pojazd autonomiczny (ale poziomu 3). Chodzi o Teslę Model S, w której ze względów bezpieczeństwa kierowca nadal powinien cały czas czuwać nad tym, jak się porusza jego samochód. Inne firmy starają się jednak nie pozostawać w tyle i niemal wszyscy producenci aut w mniej lub bardziej zaangażowany sposób pracują nad swoimi autonomicznymi pojazdami.

Wszystkie fabryki produkujące samochody: zarówno osobowe, jak i ciężarowe, pracują nad stworzeniem w pełni autonomicznego pojazdu. Wiemy, że prace są zaawansowane praktycznie we wszystkich firmach produkujących ciężarówki, jednakże jest wiele barier natury prawnej, infrastrukturalnej itd. Pomysły są różne, na przykład kolumna złożona z czterech czy pięciu pojazdów, w pierwszym jedzie kierowca a pozostałe w bliźniaczy sposób powtarzają te ruchy kierowcy. Część rozwiązań objętych jest tajemnicą, na tym polu też jest dosyć ostra konkurencja – dodaje Jan Buczek.

Jednym z liderów pod względem rozwoju samochodów autonomicznych jest firma Google. Samochody Waymo, spółki córki Alphabet (dawniej Google) od 2009 roku do połowy 2017 pokonały łącznie blisko 5 milionów kilometrów, a tylko w zeszłym roku ponad 1,5 mln kilometrów. Do tej pory samochody amerykańskiego giganta technologicznego uczestniczyły też w 14 wypadkach i kolizjach, ale większość – jak twierdzi firma – wydarzyła się z powodu nieodpowiedniego zachowania innych kierowców. W przypadku Tesli pierwszy wypadek śmiertelny z udziałem autopilota nastąpił po 208 mln przejechanych kilometrów w trybie autonomicznym przez wszystkie pojazdy firmy. Jak udało się ustalić podczas śledztwa, kierowca miał jednak dość czasu na reakcję i mógł uniknąć śmierci. Zatem do pełnej autonomii, w której kierowca zwolniony będzie całkowicie z obowiązku czuwania nad zachowaniem pojazdu, trochę jeszcze brakuje.

Spodziewamy się, że taka rewolucja nastąpi nieprędko, dlatego też robimy wszystko co możliwe, aby uruchomić kształcenie kierowców, bo już dziś potrzeby naszej gospodarki są na poziomie około 100 tys. kierowców. A gdyby ustabilizować deficyt, rokrocznie jesteśmy w stanie zatrudnić około 30 tys. kierowców – deklaruje prezes zarządu Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych.

Firmą, która posiada sprawny prototyp ciężarówki autonomicznej, jest Starsky Robotics. Przedsiębiorstwo na początku 2016 roku przeprowadziło test na amerykańskich drogach, podczas którego zmodyfikowany tir wraz z ładunkiem przejechał prawie 195 kilometrów (120 mil). Ta firma próbuje przeforsować swoją wizję dotyczącą jazdy ciężarówkami autonomicznymi; według niej wyszkoleni kierowcy mieliby zdalnie nadzorować trasę, po której poruszałaby się maszyna. W razie problemu mogliby przejąć stery i dojechać do miejsca docelowego. Nad rozwiązaniami dla tirów pracują także m.in. Volvo Trucks i Daimler, ale wdrożenie tych rozwiązań w życie hamowane jest m.in. przez brak odpowiednich regulacji prawnych.

Barierą prawną jest chociażby fakt odpowiedzialności, kto ma odpowiadać – czy ten, kto kupił robota, czy może ten, kto go programował. Więc jest jeszcze sporo do zrobienia. To jest największą barierą jeśli chodzi o wdrożenie ich do pełnej służby, bo problemy techniczne są łatwiejsze do pokonania – podkreśla Jan Buczek.

W niektórych stanach USA istnieją już odpowiednie normy prawne czy definicje określające, czym dokładnie jest pojazd autonomiczny. W stanach takich jak Kalifornia czy Newada poruszanie się samochodem, który może jechać samodzielnie, jedynie z kontrolą kierowcy, jest też w pełni dozwolone. Oprócz tego w trzech stanach (Waszyngton D.C, Newada, Michigan) prawo zrzuca odpowiedzialność za usterki autonomicznych pojazdów na producenta, zależnie jednak od rodzaju wypadku. Szacuje się, że choć w Stanach Zjednoczonych długo jeszcze jednak nie pojawi się prawo dotyczące samochodów autonomicznych na poziomie federalnym, to ten kraj przoduje zarówno w produkcji jak i używaniu tego typu pojazdów. W Europie – w tym w Polsce – regulacje prawne związane z tym zagadnieniem są jeszcze bardziej opóźnione.

Dobra reputacja miast przyciąga inwestorów. Budowanie wizerunku coraz częściej priorytetem samorządowców

Dobra reputacja miast przyciąga inwestorów. Budowanie wizerunku coraz częściej priorytetem samorządowców 18

Reputacja i pierwsze skojarzenia mają coraz większy wpływ na decyzje konsumentów. Dotyczy to nie tylko produktów czy marek, lecz także odwiedzanych miast i regionów. Takie podejście zarówno konsumentów, jak i partnerów biznesowych. Ogólna reputacja miasta może przyciągać lub zniechęcać inwestorów do lokowania w nich projektów. Dlatego miasta przykładają coraz większą wagę do dbania o swój wizerunek. Dużą rolę pełnią tu odpowiednia komunikacja z mediami i eksponowanie osiągnięć, także wśród mieszkańców.

– Reputacja to wrażenie, które przychodzi nam do głowy, gdy myślimy o marce, produkcie, mieście. To pierwsze emocje i skojarzenia, gdy słyszymy nazwę marki. Jak pokazują badania, ma to wpływ na decyzje konsumenckie. W przypadku miasta decyzją konsumencką może być wybór miejsca, w którym spędzimy wolny czas, czy to na wyjazd wakacyjny czy na weekendowy. Ogólna reputacja miasta może mieć wpływ na przyciąganie inwestorów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Tomasz Baran z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Z „Rankingu reputacji miast wojewódzkich” Premium Brand 2017 wynika, że najwyższą reputacją cieszą się Kraków (73 pkt), Gdańsk i Wrocław (72 pkt ex aequo), Poznań (71 pkt), Szczecin (69 pkt) i Warszawa (69 pkt). Jeszcze w ubiegłym roku liderem był Wrocław.

– Na zmianę lidera rankingu wpływ mogły mieć wydarzenia medialne związane z Wrocławiem, przede wszystkim głośna sprawa Igora Stachowiaka. To pokazuje, że jedna ze składowych, czyli atmosfera medialna wokół miasta, może pociągnąć wskaźnik reputacji w dół – analizuje Tomasz Baran.

W tym przypadku pod uwagę bierze się zaufanie (czy na mieście można polegać), referencje (miasto, które można polecić znajomym), atmosferę medialną, społeczną odpowiedzialność i dobre warunki pracy.

Raport „Ranking reputacji miast wojewódzkich” wskazuje, że najczęściej odwiedzanym miastem jest Warszawa, którą w ciągu ostatnich 12 miesięcy odwiedziło 25 proc. badanych, także Gdańsk i Kraków (20 proc.) oraz Katowice i Poznań (15 proc.). Podobnie wygląda czołówka miast, które zostały polecone do zobaczenia: Warszawa i Gdańsk – 15 proc., Kraków – 14 proc., Łódź i Wrocław – 9 proc.

– Miasto, jako miejsce, gdzie spędzamy czas, w którym pracujemy, może mieć wpływ na to, czy udaje się przyciągnąć osoby, które w poszukiwaniu pracy rozważają zmianę miejsca zamieszkania. Jest to związane z potencjałem inwestycyjnym danego miasta. Reputacja to dziś jeden z ważniejszych wskaźników, na które zwłaszcza w dobie marketingu, który wyszedł poza produkty i usługi, samorządy powinny zwracać uwagę, a liderzy odpowiedzialni za zarządzanie miastem powinni się skupiać – tłumaczy Tomasz Baran.

Wedle raportu konsumenci potrafią odrzucić produkty, o których wiadomo, że wytwarzająca je firma postępuje w sposób nieuczciwy. Niekiedy w ramach bojkotu konsumenckiego, świadomie rezygnują z marek, które mimo dobrej jakości mają złą reputację. Podobne znaczenie ma także reputacja miast, co coraz częściej dostrzegają włodarze miast.

– Z roku na rok obserwujemy coraz większe zainteresowanie miast tym, aby dbać o swój wizerunek i reputację. Można zwrócić uwagę na kampanie promocyjne miast, które pojawiają się w mediach. Stało się to ważnym elementem planowania marketingu i będzie nim nadal. Samorządowcy powinni dbać o swoją atmosferę medialną i w odpowiedni sposób komunikowania się z mediami – mówi ekspert.

Jak wskazuje, konieczna jest dbałość o odpowiednią atmosferę medialną i profesjonalny kontakt z mediami. Miasta starają się dotrzeć do całego społeczeństwa, nie tylko mieszkańców, tak aby szerzyć pozytywne skojarzenia.

– Nieocenianą rolę odgrywa zarządzanie komunikacją z mediami, czyli profesjonalna osoba lub sztab osób, które zajmują się analizą bieżącego wizerunku miasta i kontaktem z mediami w celu promowania tego miejsca w mediach. Za tym idą zorganizowane akcje promocyjne oraz dbałość o to, by dokonania miasta i jego inwestycje były odpowiednio eksponowane, a najlepszym przekaźnikiem informacji o mieście są jego mieszkańcy – tłumaczy dr Tomasz Baran.