Jakie są perspektywy rozwoju rynku ubezpieczeniowego w Polsce?

Czy przyszłością ubezpieczeń w Polsce są produkty z kategorii insure tech? W jaki sposób uzyskać w ubezpieczeniach efekt skali? Jak powinien wyglądać system emerytalny? Na te i wiele innych pytań próbowano znaleźć odpowiedź podczas debaty eksperckiej zorganizowanej przez ośrodek dialogu i analiz THINKTANK. Jej wyniki komentuje jeden z uczestników – Michał Kwasek z ANG Spółdzielni Pośredników Ubezpieczeniowych.

Zdrowy tryb życia przełoży się na niższą składkę ubezpieczeń?

W Stanach Zjednoczonych osoba, o której wiadomo z sieci, że biega, ma niższą składkę niż ta, o której można powiedzieć, że źle się odżywia. Na Zachodzie ubezpieczyciele wprowadzają zniżki dla osób, które są w stanie wykazać, że w ciągu dnia dużo spacerują. Czy również w Polsce możemy wkrótce spodziewać się obserwowania przez ubezpieczycieli zachowań swoich klientów w Internecie?

Michał Kwasek: – Przez ostatnie kilkanaście lat działające na terenie Polski towarzystwa ubezpieczeniowe podchodziły do budowania oferty produktowej bardziej ilościowo niż jakościowo. Jak na każdym dziewiczym rynku, i w każdej branży, w pierwszej kolejności dostępne są produkty gorsze dla klienta, ale bardziej dochodowe dla jego producenta. W miarę rozwoju rynku wzrasta konkurencja, świadomość i wiedza klienta. Zmienia się też podejście regulatorów rynku oraz stanowionego przez nich prawa. Moim zdaniem doszliśmy do momentu, kiedy konkurencja między TU wymusza zmianę polityki w firmach i skupienie się na jakości, a nie ilości. Wdrażanie nowych pomysłów, innowacji, ciekawostek, niższych cen, wyspecjalizowanych produktów dedykowanych konkretnym grupom odbiorców. Dzisiaj TU obserwują swoich klientów, próbując chronić się przed wyłudzaniem odszkodowań. Za kilka lat będą to działania coraz bardziej przyjazne i w większym stopniu skupiające się na interesie klienta.

Efekt skali tylko jako efekt regulacyjnego przymusu?

Tradycyjny rynek ubezpieczeniowy także stoi przed nowymi wyzwaniami. Czy można w Polsce uzyskać efekt skali w ubezpieczeniach? W jaki sposób można go osiągnąć?

MK: Jeszcze dużo wody w Wiśle musi upłynąć, żeby świadomość Polaków w temacie ochrony – czy to majątku, zdrowia czy życia, zrównała się z naszymi zachodnimi sąsiadami. Istotny jest też poziom zamożności naszego społeczeństwa. Ubezpieczenia traktowane są przez niektórych, jak fanaberia, kaprys zamożnych ludzi. Dopóki nie zmienimy takiego myślenia, wyskalować da się jedynie ubezpieczenia obowiązkowe czyli np. niektóre OC (np. komunikacyjne). Osobiście widzę ogromną przyszłość dla rynku ubezpieczeniowego i zajmujących się tym osób. Model ich pracy będzie jednak diametralnie różny od dzisiejszego. Cały wachlarz produktów zdrowotnych czy emerytalnych praktycznie w Polsce nie istnieje. Dużo zależy od decyzji Państwa i kierunku, który obiorą rządzący.

Wyzwania rzucane przez system emerytalny

W polskim systemie emerytalnym, brakuje całościowej wizji systemu. Czy w ostatecznym rozrachunku doprowadzi to do tego, że emerytura będzie miała charakter socjalny i będzie wystarczała jedynie na zaspokojenie podstawowych potrzeb obywatela?

MK: O emeryturach z państwowego systemu emerytalnego moje pokolenie może zapomnieć. Czym prędzej zdamy sobie z tego sprawę tym lepiej. Niestety do ludzi nie dociera to w jakiej sytuacji znajdą się za kilka lat. Nasza historia skutecznie wybiła oszczędzanie z mentalności Polaków. Kolejne pokolenia po kilku czy kilkunastu latach oszczędzania dowiadywały się o utracie oszczędności życia z różnych powodów. Indywidualne dbanie o swoją emerytalną przyszłość stanie się jednak naszą codziennością. Już dzisiaj na portalach społecznościowych ludzie chwalą się oficjalnymi informacjami jakie otrzymują z ZUSu na temat wysokości ich przyszłych emerytur. Ja sam otrzymałem ostatnio takie pismo – nie będę w stanie utrzymać siebie za kwotę, którą tam zobaczyłem. A zdarzają się także ludzie, którzy w tych wyliczeniach widzą zero złotych. Brak jest globalnej wizji. Wdrażane są dobre rozwiązania (jak IKE czy IKZE), które nie są w żaden sposób promowane, nie są też częścią czegoś szerszego, jakiegoś większego projektu. Ludzie muszą zobaczyć sens, długoterminową wizję. Nie musi w tym być żadnych obietnic, ważne tylko, żeby pieniądze były przez cały czas własnością osoby która oszczędza, a nie stawały się własnością np. Państwa. Ogólnonarodowy program emerytalny mógłby być niesamowitą maszyną napędową dla naszej gospodarki. Mamy ogromny potencjał w przemyśle, który potrzebuje dopływu kapitału – czemu nie miałby to być kapitał obywatelski? Zamykając oczy jestem w stanie wyobrazić sobie taką ogólnopolską spółdzielnię, w której na rozwoju polskiej gospodarki zarabia każdy z obywateli. Dużo pracy przed nami, ale jestem optymistą. Na pewno jako Grupa ANG bardzo chętnie wzięlibyśmy udział w takim projekcie.

Reputacja zacznie mieć znaczenie

Przewiduje się, że regulator zacznie zwracać szczególną uwagę na zabezpieczenie przed missellingiem produktów ubezpieczeniowych. Dużą rolę w tym procesie odegrają Komisja Nadzoru Finansowego, UOKiK i media, które będą nagłaśniały nadużycia. Czy można liczyć także na to, że same zakłady ubezpieczeń i instytucje je zrzeszające będą przykuwały więcej uwagi do swojej reputacji?

MK: Faktycznie, w ostatnim czasie coraz częściej mówi się o konieczności zadbania o poprawę wizerunku branży ubezpieczeniowej. Lata nieuczciwych praktyk stosowanych przez część agentów ubezpieczeniowych sprawiły, że teraz jest to jedna z mniej szanowanych profesji. Ja mam to szczęście pracować w firmie, która od początku stawiała na długofalowe relacje z klientami, dlatego mogę tylko się cieszyć, że także inne firmy idą w ślady ANG. Wpłynie to z pewnością na całą branżę ubezpieczeniową – przede wszystkim poprawi się komfort pracy agentów. Jednak póki co, są to tylko deklaracje. Czekamy na konkretne działania i pierwsze ich efekty.

Powyższe tezy są efektem debaty eksperckiej w formule okrągłego stołu zorganizowanej przez ośrodek dialogu i analiz THINKTANK 28 czerwca 2016 r. w ramach projektu „Sektor Finansowy w Polsce – bilans i perspektywy”. THINKTANK, ośrodek dialogu i analiz, powstał w 2009 roku. Inspiruje i wzmacnia debatę publiczną w Polsce, tworzy platformę refleksji i wymiany wiedzy między liderami biznesu i administracji. Prowadzi badania, wydaje raporty i analizy, w których opisuje najważniejsze trendy z zakresu zarządzania, przywództwa i polityki państwowej.

Ekwiwalent za urlop wypoczynkowy po urlopie macierzyńskim

Ekwiwalent za urlop wypoczynkowy po urlopie macierzyńskim – tylko po rozwiązaniu umowy

Hanna Prusik, Aplikant Radcowski, Impel Business Solutions

Czy pracodawca na żądanie pracownicy musi wypłacić jej ekwiwalent pieniężny za niewykorzystany urlop wypoczynkowy po powrocie z urlopu macierzyńskiego?

Jeśli pracownica wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim i wnioskuje o wypłacenie ekwiwalentu za zaległy urlop wypoczynkowy, powinna liczyć się z tym, że jej wniosek zostanie odrzucony. Pracodawca nie ma bowiem obowiązku jego wypłaty. Co więcej zgodnie z art. 171 Kodeksu pracy ekwiwalent pieniężny za zaległy urlop wypoczynkowy przysługuje wyłącznie w przypadku niewykorzystania należnego urlopu w całości lub w części z powodu rozwiązania lub wygaśnięcia stosunku pracy. Od tej reguły przewidziany został wyjątek i  pracodawca nie musi wypłacać ekwiwalentu pieniężnego, gdy zawiera z pracownikiem kolejną umowę o pracę bezpośrednio po rozwiązaniu lub wygaśnięciu poprzedniej, ale tylko w sytuacji, gdy strony postanowią, że zaległy urlop wypoczynkowy zostanie wykorzystany w trakcie trwania kolejnej umowy o pracę u tego pracodawcy. Postanowienie w tym zakresie można zawrzeć w treści nowej umowy o pracę, bądź w osobnym porozumieniu.

Powyższe oznacza, że pracownicy, która kontynuuje pracę po urlopie macierzyńskim u tego samego pracodawcy, nie można wypłacić ekwiwalentu pieniężnego za zaległy urlop wypoczynkowy, a urlop powinna ona odebrać w naturze. W przypadku zaległego urlopu wypoczynkowego pracodawca ma prawo samodzielnie zadecydować w jakim terminie udzieli go pracownikowi.

Podstawa prawna:

Kodeks Pracy z dnia 26 czerwca 1974 r. (tj. Dz.U. z 2014 r. poz. 1502 ze zm.)

AUD/USD – kontynuacja trendu wzrostowego

AUD/USD - kontynuacja trendu wzrostowego 1

Po emocjonującym tygodniu przyszedł czas na piątek, który będzie również interesujący. Jak co każdy pierwszy piątek miesiąca poznamy dane z amerykańskiego rynku pracy. W ten sam dzień publikowany jest również koszyk danych makroekonomicznych z Kanady, jednak jest całkowicie przyćmiony tymi ze Stanów Zjednoczonych. Konsensus rynkowy zakłada wzrost liczby miejsc pracy na poziomie 180 tysięcy, natomiast średnia płaca godzinowa ma wzrosnąć o 0.2%. Dane zostaną opublikowane o godzinie 14:30.

Na parze walutowej AUD/USD na interwale dziennym strona kupująca po raz drugi atakuje poziom oporu w okolicy 0.76430. To, czy zostanie pokonany zależy od danych z rynku pracy. Dobre dane mogłyby zapobiec kolejną próbę pokonania silnego oporu. Jednakże bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja trendu wzrostowego.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Do końca tego roku branża IT wyda 111 mld dolarów na technologie chmurowe

„Cloud shift”, czyli nacisk na chmurę. Tak firma analityczna Gartner określa przemianę dokonującą się w dzisiejszym biznesie, który w coraz większym stopniu decyduje się na wykorzystywanie technologii chmurowych. Zwrot przedsiębiorstw w kierunku cloud computingu stopniowo staje się biznesową codziennością w wielu firmach, zwłaszcza z sektora IT. Transformacja biznesu w kierunku coraz większej cyfryzacji zasobów i usług sprawia, że zdaniem Gartnera globalne wydatki przedsiębiorstw na cloud computing do końca tego roku sięgną aż 111 mld dolarów. W 2020 roku wzrosną już do 216 mld dolarów. Ta skala wydatków sprawia, że rynek cloud computingu jest dziś w gronie najdynamiczniej rosnących obszarów biznesowych.

Analitycy Gartnera szacują, że suma około biliona dolarów, jakie branża IT wyda do 2020 r., będzie bezpośrednio lub pośrednio skorelowana właśnie z technologiami chmurowymi. W strukturze wydatków firm na cloud computing na czoło wysuwa się segment IaaS (Infrastructure as a Service). W tym roku ma on osiągnąć wartość ponad 294 mld dolarów. Rosnącą popularność usług IaaS widać także w Polsce – przykładem mogą być wyniki sprzedaży Atmana, operatora największego w Polsce centrum danych i lidera rynku serwerów dedykowanych.

Rosnące zainteresowanie usługami IaaS obserwowaliśmy już w ubiegłym roku, ale z pewnością nie było ono tak znaczące jak obecnie. Tylko w pierwszym kwartale tego roku odnotowaliśmy 50-procentowy wzrost sprzedaży serwerów dedykowanych. Co więcej, liczba zapytań dotyczących dzierżawy sprzętu, infrastruktury sieciowej i chmury zwiększyła się o ponad 70 proc. względem tego samego okresu ubiegłego roku – zauważa Krystian Fydrych z Atmana.

Wysyp nowych firm

Z drugiej strony to właśnie IaaS jest dziś jednym z najwolniej rosnących segmentów „cloud shiftu”: ma on rosnąć do 2020 r. o „zaledwie” o 17 proc. Tu jednak warto zauważyć, że Gartner szacuje wartość rynku na 294 mld dolarów – to więcej niż wynosi łączna wartość usług PaaS i BPaaS. Co ciekawe, to segment Business Process Outsourcing) będzie rósł najszybciej o 43 proc. Wciąż szybko ma rosnąć także rynek usług SaaS. Dziś wartość sprzedaży oprogramowania jako usługi wynosi 177 miliardy dolarów, ale ta kwota ma się zwiększać co roku o 37 proc. w ciągu najbliższych 4 lat. Zainteresowanie oprogramowaniem w modelu usługowym doskonale widać w obszarze HR. Choć ciężko jeszcze mówić o prawdziwej rewolucji, to według respondentów badania Global HR Transformation Survey KPMG, aż 42proc. specjalistów HR zamierza zamienić dotychczas wykorzystywane, stacjonarne rozwiązania HR, na narzędzia działające w modelu chmurowym. Tę tendencję widać także na polskim rynku

– Coraz większa liczba naszych klientów decyduje się model współpracy oparty o SaaS. Należy tutaj wspomnieć choćby o jednej z największych polskich firm z branży oświetleniowej – czyli Kanlux, który zdecydował się na nasze rozwiązanie wspierające zarządzanie kapitałem ludzkim w modelu chmurowym. Takie decyzje podyktowane są głównie elastycznością zarówno w kwestii dostępności, jak i możliwych sposobów rozliczeń. Nie bez znaczenia pozostaje tutaj również kwestia bezpieczeństwa i stabilności danych, które w takim przypadku zapewniają profesjonalne CPD – tłumaczy Błażej Migoń, Dyrektor ds. Rozwoju Systemów HR w BPSC SA.

„Cloud shift”, jak Gartner określa globalny zwrot firm w kierunku chmury obliczeniowej, będzie jedną z najważniejszych przemian, które przemodelują biznesowy krajobraz świata w nadchodzących latach. Amerykański ośrodek badawczy podkreśla, że w ciągu najbliższych 4 lat dzięki chmurze obliczeniowej oraz analityce danych, uda się zmodernizować i zautomatyzować około 80 proc. procesów biznesowych w firmach.

W dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości biznesowej, strategie stawiające na pierwszym miejscu wykorzystanie chmury obliczeniowej stanowią fundament pozwalający firmom pozostać w biznesowej grze – mówi Ed Anderson, Research VP w firmie Gartner – Rynek usług w modelu chmurowym wzrósł już do tego stopnia, że aktualnie wydatki firm na cloud computing stanowią pokaźny procent w strukturze całości wydatków firm na IT i przyczyniły się do pojawienia się nowej generacji startupów, a także dostawców usług nowego rodzaju, którzy swoje firmy stworzyli właśnie dzięki cloud computingowi – dodaje Ed Anderson.

Przykładem jest polska spółka Dealavo. To należący do grupy CodiLime startup, założony kilka lat temu przez informatyków, którzy wcześniej zdobywali szlify w takich firmach jak Facebook czy Google. Opracowali oni narzędzie do tzw. smart-pricingu, czyli automatyzacji polityki cenowej dla dużych firm oraz sektora e-commerce. Dealavo wykorzystuje mechanizmy uczenia maszynowego oraz fuzzy matching, czyli algorytm umożliwiający automatyczne znalezienie i dopasowanie produktów, nawet pomimo różnić w ich nazwach, opisach czy kodach. Oprogramowanie w chmurze adresowane do producentów i właścicieli e-sklepów, gromadzi i przetwarza dane z największych porównywarek cenowych, sklepów internetowych oraz portali aukcyjnych. Z jednej strony: wyszukuje ceny konkretnego produktu, a z drugiej – podpowiada firmom rozwiązania, ułatwiając prowadzenie optymalnej polityki cenowej. Firmie udało się przekonać do swojego pomysłu globalnych graczy, m.in. Samsunga, Acera, Epsona, Geberit czy Remingtona. Od początku tego roku do grona klientów polskiej firmy dołączyli choćby Karcher, ABC Data, DeLonghi, Ceramika Paradyż czy Decathlon. Byłoby to trudne gdyby nie chmura.

Sposób na cyfrowy deszcz

Chmura szturmem podbija dzisiejszy biznes. Dowodem jest choćby badanie zrealizowane przez Riverbed i Wakefield Research, przeprowadzone na grupie 900 osób decyzyjnych z globalnych firm, z 8 krajów. Korzystanie z aplikacji biznesowych opartych na chmurze obliczeniowej potwierdza aż 95 proc. ankietowanych. Wśród korzyści najczęściej wymieniane są: możliwości pojemnościowe chmury (50 proc. wskazań), oszczędność kosztów (39 proc.), zapewnienie elastycznego modelu biznesowego (36 proc.) oraz wzrost współpracy wewnątrz organizacji (36 proc.). Coraz więcej firm decyduje się również na korzystanie z zewnętrznych zasobów cyfrowych, w tym platform danych funkcjonujących w chmurze obliczeniowej i zapewniających odpowiednie szyfrowanie danych.

Kluczowym elementem trwającego w biznesie „cloud shiftu” są zewnętrzne platformy DMP (Data Management Platforms), funkcjonujące w chmurze obliczeniowej. Mogą one służyć zarówno jako repozytoria danych przedsiębiorstwa, ale też jako nowe źródła dodatkowych informacji cyfrowych, które pozwalają firmom na wzbogacenie własnych, firmowych źródeł danych oraz systemów Bi, CRM czy ERP. Ten trend określa się dzisiaj jako tzw. data enrichment, czyli – dosłownie – wzbogacanie danymi z zewnętrznych źródeł. Już teraz, jak twierdzi IDC, 70 proc. dużych firm korzysta z danych o użytkownikach gromadzonych i przetwarzanych przez zewnętrzne platformy Big Data działające w chmurze obliczeniowej. Do końca 2019 roku tym tropem mają pójść już wszystkie duże organizacje – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, spółki będącej właścicielem największej hurtowni danych o zachowaniach i zainteresowaniach internautów w tej części Europy, która dziennie przetwarza ponad 5 Terabajtów danych w chmurze obliczeniowej.

Dzięki „danym z chmury” firmy mogą zweryfikować aktualność i przydatność zgromadzonych przez siebie danych, integrując je z informacjami pochodzącymi ze źródeł zewnętrznych. Cloud computing to jednak nie tylko wzbogacanie danymi. To również nowy sposób na przechowywanie danych, które – za sprawą gigantycznego przyrostu danych w Sieci, przekraczającego już 40 proc. w skali roku – nie mieszczą się na serwerach firmowych. Wyjściem z tej sytuacji jest przechowywanie danych w zewnętrznej chmurze obliczeniowej.

Ulokowanie danych w zasobach zewnętrznego, sprawdzonego dostawcy, który przejmie na siebie obowiązki związane z zapewnieniem bezpieczeństwa cyfrowych informacji oraz i ich archiwizacją, jest rozwiązaniem nie tylko wygodniejszym, ale także bezpieczniejszym i tańszym. Ryzyko utraty czy wycieku informacji przechowywanych w chmurze jest ograniczone do minimum nie tylko ze względu na bardzo restrykcyjną politykę bezpieczeństwa stosowaną przez operatorów, ale także wykorzystywane technologie. O wysokim poziomie bezpieczeństwa niech świadczy fakt, że z chmury coraz częściej korzystają dzisiaj banki, firmy ubezpieczeniowe i medialne, które nie mogą pozwolić sobie na jakąkolwiek przerwę w dostępie do informacji – przekonuje Krystian Fydrych z Atmana.

Dane z chmury

Według ankiety przeprowadzonej na zlecenie IBM, na pytanie: „Gdybyś mógł przenieść do chmury tylko jedną usługę, to co by nią było?” – co czwarty ankietowany (25 proc.) odpowiedział: „Możliwość przechowywania danych”. Transfer firmowych danych do chmury obliczeniowej to wygodne, szybkie i tanie rozwiązanie. Zwłaszcza, że coraz więcej firm decyduje się przenieść do chmury nie tylko własne pliki czy zasoby cyfrowe, ale całą infrastrukturę. To zaś znacznie redukuje koszty wynikające z korzystania ze stacjonarnego zaplecza IT w firmie. To dlatego nakłady inwestycyjne firm na chmurę obliczeniową rosną z roku na rok. Cloud computing po prostu się opłaca: z badania IBM wynika, że 8 na 10 firm (82 proc.) deklaruje, iż dzięki przeniesieniu części usług i procesów do chmury udało się znacząco zredukować koszty prowadzenia przedsiębiorstwa. Deklarowane oszczędności sięgają nawet do 20 proc.

Transfer zasobów do chmury zewnętrznej wynika również z gigantycznego przyrostu danych w Sieci. Z roku na rok Internet powiększa swoją objętość o ponad 40 proc. nowych danych. Już w tym roku liczba danych w Sieci przekroczy próg 10 Zettabajtów. IDC szacuje, że do końca 2018 roku przepływ danych zewnętrznych w przedsiębiorstwach wzrośnie aż pięciokrotnie, zaś liderzy cyfrowej transformacji co najmniej 500-krotnie zwiększą ilość danych wychodzących. Wyzwaniem stanie się zatem przetworzenie i monetyzacja takich danych, ponieważ klasyczne rozwiązania typu BI w firmach nie radzą sobie z przechowywaniem i przetwarzaniem Big Data o takiej wielkości.

– Klasyczne systemy klasy Business Intelligence w firmach już dzisiaj nie są w stanie sprostać wolumenowi cyfrowych informacji, jakie wytwarzane są w Sieci każdego dnia. Mówimy tu o ponad 30 gigabajtach nowych danych na sekundę. W kolejnych latach ta sytuacja będzie się jeszcze pogłębiać – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies – Rozwiązaniem jest właśnie cloud computing. Biznes będzie sięgał po dane z zewnętrznych hurtowni Big Data, przetwarzających dane w chmurze. Do końca tego roku z chmury jako repozytorium danych według IDC ma korzystać co drugie duże przedsiębiorstwo na świecie. Ponadto już teraz 70 proc. dużych firm korzysta z danych o użytkownikach gromadzonych i przetwarzanych przez takie podmioty Do końca 2019 roku tym tropem mają pójść już wszystkie duże organizacje. Analityka Big Data oraz gotowe dane, jako usługa świadczona w chmurze, to zatem kierunek ewolucji dzisiejszego biznesu – dodaje Piotr Prajsnar.

Wspomniana przez Piotra Prajsnara analityka wielkich zbiorów danych w jest dziś jedną z najintensywniej rosnących gałęzi cloud computingu. IDC podaje, że rynek ten rozwija się w tempie sześciokrotnie szybszym, niż cała branża IT, a benefity „zwrotu ku chmurze” biznes odczuwa praktycznie natychmiastowo.

Dowodem jest badanie Computing Technology Industry Association (CompTIA) postanowiło sprawdzić, jak przedsiębiorcy z sektora IT oceniają implementację rozwiązań chmurowych z zakresu analityki danych. Z grupy ponad 400 specjalistów IT z całego świata, 72 proc. z nich stwierdziło, że efekty wdrożenia mechanizmów służących analityce Big Data w chmurze obliczeniowej nie tylko sprostały oczekiwaniom firmy, ale nawet je przerosły. Z kolei 3 na 4 (75 proc.) ekspertów IT uważa, że ich biznes rozwijałby się lepiej, gdyby udało mu się w pełni wykorzystać potencjał danych.

Tymczasem w Polsce, jak wynika z badań PMR „Rynek przetwarzania danych w chmurze 2016. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2016-2021″, z analityki wielkich zbiorów danych w cloud computingu korzysta już co czwarta firma, zatrudniająca powyżej 250 pracowników. Nad Wisłą dynamika rynku rozwiązań IT oferowanych w modelu chmurowym rozwija się dwucyfrowo i do końca tego roku ma przekroczyć próg 30 proc. Z tych powodów eksperci PMR określili chmurę obliczeniową „jednym z motorów napędowych krajowego rynku IT”.

BoE jednak zaskoczył


BoE jednak zaskoczył 2


Bank Anglii zdecydował się na obcięcie głównej stopy procentowej o 25 p.b. pierwszy raz od 2009 roku. Ponadto zapowiedział kolejną taką samą obniżkę do końca 2016 roku.Dodatkowo BoE rozszerzył program skupu aktywów QE z 375 mld GBP do 435 mld oraz uruchomił program skupu obligacji korporacyjnych o wartości 10 mld GBP w przeciągu 18 miesięcy.


Rynek spodziewał się, a w zasadzie był pewien, że Bank Anglii obetnie stopę procentową o 25 p.b. jednak ich zaskoczył rozszerzeniem programu QE oraz skupem obligacji korporacyjnych. Po tych wydarzeniach nastąpiła wyprzedaż funta szterlinga na szerokim rynku.


Bank Anglii obniżył również prognozy makroekonomiczne. Zmiany są dosyć sporę, ponieważ PKB w 2017 roku zrewidowano z poziomu 2.3 procenta do 0.8 procenta.


BoE jednak zaskoczył 3

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

A. Rzońca (TEP): W negatywnym scenariuszu deficyt budżetowy w 2018 roku może wynieść 100 mld zł

CEO Magazyn Polska
Rządowe wydatki na już działający program 500+, procedowane obniżenie wieku emerytalnego czy zapowiadane podniesienie kwoty wolnej od podatku to łącznie kwota ponad 50 mld zł. Podatek bankowy zapewni jedynie ok. 5 mld zł, podatek od sprzedaży detalicznej – 1 mld zł. Tymczasem deficyt planowany już na ten rok wynosi niemal 55 mld zł. Oznacza to, że jeśli rządowi nie uda się uszczelnić systemu podatkowego, za dwa lata dziura budżetowa może się powiększyć dwukrotnie.

– Przewidywania Ministerstwa Finansów opierają się na założeniu, że uda się uszczelnić system podatkowy i że to przyniesie w horyzoncie 2-3 lat od kilkunastu do ponad 20 mld zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Rzońca, przewodniczący rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich, były członek RPP. – Jeżeli minister finansów nie będzie miał szczęścia i nie uda mu się uszczelnić systemu podatkowego, a jednocześnie partia obniży wiek emerytalny i skokowo podniesie kwotę wolną od podatku, wtedy w 2018 roku zamiast 40-mld deficytu, przewidywanego przez Ministerstwo Finansów możemy mieć deficyt w okolicach 100 mld zł i to przy założeniu utrzymania szybkiego wzrostu gospodarki.

Na razie największym nowym kosztem dla gospodarki jest program 500+, funkcjonujący od kwietnia br. i kosztujący ok. 22-23 mld zł rocznie (w tym roku mniej, bo zaczął działać od II kw.). Gdyby kwotę tę udało się odzyskać z uszczelnienia istniejącego systemu podatkowego bez podnoszenia podatków, nie byłoby problemu. Nowe podatki, takie jak bankowy czy od sprzedaży detalicznej zapewnią łącznie jedynie nieco ponad ćwierć potrzebnej kwoty.

Jednak jeśli rząd i prezydent zrealizują pozostałe obietnice, czyli obniżenie wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn (bez warunku przepracowania określonego czasu pracy) oraz podniesienie kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł, roczne koszty zwiększą się o kolejne ponad 30 mld zł. Grozi to wzrostem deficytu w stosunku do PKB ponad poziom 3 proc., który nie powinien być przekraczany.

– Gdyby przyszło spowolnienie, to oczywiście ten stan finansów publicznych jeszcze by się pogorszył. Dzisiaj finanse publiczne są gorzej przygotowane na spowolnienie niż w 2007 roku –  ostrzega Rzońca. – Wtedy deficyt wynosił mniej niż 2 proc. PKB, dzisiaj wynosi prawie 3 proc. PKB. Wtedy dług publiczny wynosił 44 proc. PKB, dzisiaj ma wynieść 52 proc. PKB. Wtedy istniały fundusze emerytalne, które mogły nabywać skarbowe papiery wartościowe, dzisiaj fundusze emerytalne są okrojone i mają zakaz kupowania skarbowych papierów wartościowych, przy czym za chwilę mogą przestać istnieć.

Te czynniki wpływać mogą na słabość złotego. W ostatnich dniach po przedstawieniu nowego, znacznie mniej kosztownego dla banków niż w pierwotnym projekcie planu przewalutowania kredytów frankowych przez Kancelarię Prezydenta polska waluta umocniła się do poziomów niewidzianych od przeszło 3 miesięcy wobec euro, które kosztuje mniej niż 4,30 zł. Dolar również potaniał ale do poziomu sprzed nieco ponad miesiąca i wart jest mniej niż 3,9 zł.

– Złoty jest bardzo słaby, jeżeli zestawimy jego kurs z tzw. kursem równowagi odzwierciedlającym siłę fundamentów polskiej gospodarki, w szczególności tempo jej wzrostu w porównaniu do tempa wzrostu głównych partnerów handlowych. To duże odchylenie kursu obserwowanego od kursu równowagi wskazuje na istotny potencjał aprecjacyjny polskiej waluty –  wskazuje Rzońca.

Wg prognoz Ministerstwa Finansów gospodarka ma przyspieszać, tempo jej wzrostu ma w tym roku wynieść 3,8 proc., w przyszłym 3,9, w 2018 r. 4,0 i w następnym 4,1. Mimo to deficyt ma się utrzymywać w pobliżu 3 proc. PKB: w bieżącym roku ma być to 2,6 proc. PKB, w kolejnym 2,9 proc. Wprawdzie w kolejnych latach ma się on według założeń Ministerstwa Finansów obniżać, ale w obliczu zapowiadanych wydatków wykonanie tego planu może się nie udać.

– Na kurs złotego wpływa nie tylko siła fundamentów polskiej gospodarki, ale i to jak postrzegane są gospodarki wschodzące, do których Polska wciąż się zalicza, a także polityka. A polityka generuje poważną niepewność –  zauważa były członek RPP. – Inwestorzy mają powody, żeby się obawiać, że to odchylenie kursu obserwowanego od kursu równowagi będzie się zmniejszało nie na skutek umacniania się kursu obserwowanego, ale na skutek słabnięcia fundamentów polskiej gospodarki i w efekcie słabnięcia kursu równowagi.

Prof. Gomułka: Sytuacja na rynkach finansowych nie sprzyja zmianom stóp procentowych. Umiarkowanego wzrostu można się spodziewać dopiero w 2017 roku

CEO Magazyn Polska
Przy niepewności na rynkach finansowych i związanej z nią polityce pieniężnej światowych banków centralnych nie należy obniżać stóp procentowych w Polsce – przekonuje prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC. Większość banków centralnych w Europie utrzymuje stopy procentowe na historycznie niskim poziomie. Zdaniem ekonomisty zmiany poziomu stóp w USA również nie należy się w najbliższych miesiącach spodziewać.

– Kredyty bankowe dla przedsiębiorstw i gospodarstw domowych w Polsce rosły w umiarkowanym tempie, nie było bańki spekulacyjnej i dlatego w 2008 roku nie mieliśmy kryzysu bankowego, jak w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i wielu krajach Unii Europejskiej. Ten fakt może najlepiej świadczy o tym, że polityka monetarna w Polsce, a także polityka nadzoru bankowego była właściwa – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Center Club.

Jak zaznacza, mimo początkowych wątpliwości nowy prezes NBP i członkowie Rady Polityki Pieniężnej nie wpłynęli na zmiany w polityce monetarnej, a  stopy procentowe NBP od marca 2015 roku znajdują się na niezmienionym poziomie. Zdaniem Gomułki nieobniżanie stóp procentowych jest dobrym krokiem, zwłaszcza w obecnej sytuacji na rynkach finansowych.

– W sytuacji, w której mamy dużą niepewność wobec polityki pieniężnej innych banków, a także do tego, jaka przyszłość czeka Wielką Brytanię, nie należy obniżać stóp procentowych. Nawet jeśli nie mamy inflacji, a raczej deflację – przekonuje ekonomista BCC.

Dane GUS wskazują, że w czerwcu deflacja wyniosła -0,8 proc. (przy -0,9 w maju i -1,1 w kwietniu). Raport o inflacji przygotowany przez NBP wskazuje, że niska dynamika cen w otoczeniu polskiej gospodarki wynika głównie z wcześniejszego silnego spadku cen surowców wpływającego na obniżenie cen energii, te zaś przyczyniają się do obniżenia cen innych towarów i usług, a w konsekwencji ujemnych wskaźników inflacji bazowej.

– Cel inflacyjny wynosi 2,5 proc. z możliwością odchylenia do 1 pkt proc., czyli w obszarze między od 1,5 proc. do 3,5 proc. My jesteśmy wyraźnie poniżej tego celu. Niemniej obniżenie stóp procentowych teraz dałoby niewiele – analizuje Gomułka.

Inflacja powinna rosnąć stopniowo. Przy założeniu, że stopy procentowe się nie zmienią, to roczna dynamika cen znajdzie się wedle NBP z 50 proc. prawdopodobieństwem w przedziale -0,9–0,3 proc. w tym roku, 0,3–2,2 proc. w 2017 roku oraz 0,3–2,6 proc. w 2018 roku.

O stopach procentowych decyduje się w oparciu o prognozę inflacji za 1,5–2 lata. Rada Polityki Pieniężnej musi się zastanawiać, jaka będzie inflacja właśnie wtedy, a nie za parę miesięcy czy za rok. Obecna sytuacja, kiedy mamy niską stopę bezrobocia, dość wysokie tempo wzrostu gospodarczego, spadki cen energii i żywności zatrzymały się i jest raczej możliwość ich wzrostu, to w takiej sytuacji nie wchodzi nawet w grę obniżanie stóp procentowych – tłumaczy ekonomista.

Bezrobocie spadło w czerwcu poniżej 9 proc. (8,8 proc.), tempo wzrostu PKB utrzymuje się na ok. 3 proc. poziomie, a głównym źródłem wzrostu gospodarczego jest rosnąca aktywność w usługach i przemyśle. W kolejnych kwartałach tempo wzrostu PKB ma rosnąć, przyspieszy też wzrost popytu konsumpcyjnego.

Zdaniem Gomułki stopy procentowe w Polsce nie zmienią się tak długo, jak nie nastąpi to w Stanach Zjednoczonych i w strefie euro. Od podwyższenia stóp procentowych w grudniu ubiegłego roku Rezerwa Federalna utrzymuje je na niezmienionym poziomie. Rośnie prawdopodobieństwo pozostawienia stóp bez zmian do końca tego roku. Również Europejski Bank Centralny utrzymuje stopy procentowe w pobliżu zera.

– Zarówno amerykański, jak i Europejski Bank Centralny na razie wstrzymują się z takimi podwyżkami. Podejrzewam, że nawet do końca tego roku nie będzie wzrostu stóp procentowych. Możliwe, że w przyszłym roku to nastąpi, ale będzie bardzo umiarkowany – przekonuje prof. Stanisław Gomułka.

PKP chce czerpać długoterminowe zyski z nieruchomości i dzielić się nimi z inwestorami poprzez fundusze REIT

CEO Magazyn Polska
PKP wstrzymuje chwilowo transakcje w segmencie projektów deweloperskich. Spółka pracuje nad nową strategią w obszarze nieruchomości. Najbardziej strategiczne grunty i budynki zostaną w rękach PKP. Będą na nich realizowane intratne przedsięwzięcia, które pozwolą spółce osiągać długoterminowe zyski.

Jesteśmy jednym z największych posiadaczy nieruchomości w Polsce. W ostatnich latach działania strategiczne skupiały się tylko na tym, żeby te nieruchomości szybko i drogo sprzedawać. My natomiast nie chcemy, by sprzedaż była celem samym w sobie, ale jednym z narzędzi optymalizowania zarządzania naszym majątkiem. Mamy grunty o dużym potencjale inwestycyjnym i z nich właśnie chcemy czerpać długofalowe zyski – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Kołodziejczyk, członek zarządu PKP SA.

Dlatego na jakiś czas spółka celowa Xcity Investment wstrzymała prowadzone postępowania w zakresie projektów deweloperskich. Potencjał i ewentualne scenariusze dla każdej z nieruchomości będą rozpatrywane osobno. W portfelu PKP SA jest ponad 100 tys. nieruchomości, z czego ok. 30 proc. ma potencjał inwestycyjny. Wśród nich są nie tylko dworce i tereny przy liniach kolejowych, lecz także atrakcyjne lokalizacje w centrach miast.

– Dla każdego gruntu szukamy dobrego sposobu zagospodarowania i staramy się go jak najlepiej ulokować na rynku – zapewnia Kołodziejczyk. – Musimy sprzedać część gruntów, które są nam zbędne. Z kolei część gruntów, które są bardzo interesujące, chcemy wnieść w ciekawe przedsięwzięcia. Zamierzamy również część tych przedsięwzięć finansować ze środków własnych.

PKP SA chce rozszerzyć dotychczasowy model realizacji projektów deweloperskich, w ramach którego zbywała udziały w nieruchomościach.

Rozszerzenie filozofii inwestowania polega na tym, że dotychczas wchodziliśmy w projekt wspólnie z deweloperem i później wspólnie z projektu wychodziliśmy. Natomiast zachowanie udziału w nieruchomości, która powstaje w ramach projektu, jest działaniem bardziej długofalowym i perspektywicznym – wyjaśnia Kołodziejczyk.

Jednym z pomysłów na wykorzystanie atrakcyjnych gruntów PKP SA jest program Mieszkanie Plus. To przygotowywany przez rząd program budowy mieszkań na wynajem, przeznaczonych dla osób, których nie stać na zakup własnego M. Spółka zgłosiła do niego kilkadziesiąt gruntów, na których takie inwestycje mogłyby powstać.

– To muszą być mieszkania niedrogie, ale w dość ciekawych lokalizacjach. Trudno te dwie rzeczy pogodzić. Jak jest ciekawa lokalizacja, to cena nieruchomości nie jest niska. Po stronie firmy BGK Nieruchomości jest wybór nieruchomości i miejsca, w którym będą go budować. My będziemy tylko partnerem, który będzie wskazywał miejsce, w którym naszym zdaniem taką inwestycję można ulokować – mówi Jarosław Kołodziejczyk.

Zarząd spółki PKP wiąże duże nadzieje z wykorzystaniem możliwości, jakie dają fundusze REIT (Real Estate Investment Trust). To nowoczesna forma pośredniego inwestowania w nieruchomości – działające jako spółki akcyjne i notowane na giełdzie fundusze pozwalają na lokowanie kapitału w tym sektorze inwestorom instytucjonalnym i indywidualnym. Trwają prace nad wdrożeniem REIT-ów do polskiego prawa. Dzięki nim inwestorzy, również indywidualni, mogliby czerpać profity z należących do PKP nieruchomości, zwiększyłoby się też zainteresowanie inwestorów warszawską giełdą.

To jest  amerykański instrument finansowy, ale notowany również na giełdach w Europie. Mam nadzieję, że w Polsce też się przyjmie. Zgłosiliśmy się do tego projektu i mamy nadzieję, że będziemy jednym z pierwszych w Polsce debiutantów na rynku funduszy REIT – mówi członek zarządu PKP SA. – Fundusz REIT to bardzo korzystny model dla inwestorów instytucjonalnych. Można dokładnie określić, w co się inwestuje i dokładnie skalkulować ryzyko.

Małe i średnie porty będą modernizowane. Resort gospodarki morskiej zapowiada poprawę dostępu do portów od strony morza i lądu

CEO Magazyn Polska
Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej planuje dołączyć do Narodowego Planu Rozwoju małe i średnie porty. Dzięki ich kategoryzacji popłyną do nich środki budżetowe, które dotychczas trafiały tylko do największych portów. Chcemy pogłębić dostęp do portów od strony morza, poprawić od strony lądu i umocnić nabrzeże – zapowiada Paweł Brzezicki, podsekretarz stanu w resorcie. Nowa strategia może zostać wdrożona do końca 2017 roku.

– Obecnie w Narodowym Planie Rozwoju i we wszystkich planach, z których korzystają duże cztery porty: Szczecin, Świnoujście, Gdańsk i Gdynia, nie ma w ogóle małych i średnich portów. Bardzo trudno jest je zaszeregować ze względu na ich wielkość, bo choć to mikroskala, to są zupełnie różne. Także struktura ładunkowa tych portów jest niejednorodna – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Brzezicki, podsekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej.

Źródłem finansowania inwestycji portowych są środki z Unii Europejskiej, budżetu państwa oraz środki własne podmiotów zarządzających portami. Z programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko w latach 2007–2013 zrealizowano 34 projekty morskie obejmujące m.in. budowę i przebudowę infrastruktury portowej oraz dostępu do portów od strony morza i lądu. Na liście projektów na lata 2014–2020 znajdują się inwestycje o łącznej wartości 11,4 mld zł.

Łącznie w Polsce oprócz czterech portów morskich o podstawowym znaczeniu dla gospodarki działa 57 mniejszych portów i przystani morskich.

– Chcemy je skategoryzować, tak by można było do tych portów kierować środki pomocowe z budżetu, czy środki zewnętrzne, wybierając najwłaściwszy rozwojowo kierunek – zaznacza Brzezicki. – Dołączymy mniejsze porty do Narodowego Planu Rozwoju i zaczniemy dzielić te środki, które są używane w dużych portach, także środki europejskie.

Polska ma duży potencjał rozwoju transportu morskiego z 788 km linii brzegowej. Rozwój portów jest niezbędny ze względu na konieczność obsługi coraz większego wolumenu towarów. Drogą morską odbywa się 75 proc. europejskiego handlu zewnętrznego i 37 proc. wewnętrznego. Słabością polskich portów jest ich oddalenie od oceanicznych szlaków żeglugowych oraz słabe połączenia transportowe na lądzie z głównymi miastami.

 W większości przypadków będziemy pogłębiać i przygotować dostęp do tych portów od strony morza, umacniać nabrzeża i poprawiać dostęp do małych i średnich portów od strony lądu. O ile duże porty mają arterie komunikacyjne z lądem, to w małych portach największą przeszkodą jest dowóz czy zabranie ciężkiego ładunku – tłumaczy przedstawiciel ministerstwa.

Konieczne jest lepsze zintegrowanie transportu morskiego z transportem lądowym, tak by maksymalnie wykorzystać przewagi poszczególnych gałęzi transportu. Istotne jest też dostosowanie parametrów infrastruktury portowej oraz dostępu do portów morskich od strony morza do obsługi większych niż dotychczas statków. Modernizację przejdą pasy nabrzeża (łącznie 2,5 km).

– Potencjał poszczególnych portów tak naprawdę zależy od ładunku. Hel czy Jastarnia to porty rybackie, ale też miejsca turystyczne, więc to trzeba pogodzić. W Darłowie zaś są bardzo duże przeładunki kruszyw różnego rodzaju. Tradycyjnie port Kołobrzeg jest bardzo aktywnym portem, ale też ma bardzo niejednorodną masę ładunkową – wskazuje Brzezicki.

Dane GUS-u wskazują, że potencjał mniejszych portów nie jest wykorzystywany. W ubiegłym roku obroty ładunkowe w portach morskich wyniosły 69,7 mln ton (wzrost o 1,4 proc. względem 2014 roku). Obroty w porcie w Gdańsk stanowiły ponad 45 proc., Gdyni – 22 proc., Świnoujściu – niemal 17 proc., Szczecinie – 12 proc., a tylko 3,5 proc. w pozostałych portach.

 Jesteśmy obecnie na bardzo wstępnym etapie rozmów z portami i samorządami, do których przede wszystkim te porty należą. Chcemy znaleźć motyw przewodni na bardziej agresywne działania marketingowe – tłumaczy przedstawiciel resortu. – Choć znaczenie gospodarcze małych i średnich portów nie jest tak istotne jak w czterech dużych portów, to stopień skomplikowania tej materii jest bardzo wysoki. Myślę, że jeżeli się z tym uporamy do końca przyszłego roku, to będzie dobrze – przyznaje.

Co piąty turysta składa reklamację na biuro podróży. Większości udaje się odzyskać część pieniędzy

CEO Magazyn Polska
Coraz więcej turystów wie, że może się domagać zwrotu pieniędzy, jeśli warunki wyjazdu nie pokrywały się z ofertą biura podróży. Polacy najczęściej skarżą się na warunki zakwaterowania, położenie hoteli i wyżywienie. Już co piąta osoba korzystająca z biur podróży złożyła choć raz reklamację na usługi touroperatora, większość z pozytywnym skutkiem – wynika z badania „Wyjazdy Polaków” Instytutu ARC Rynek i Opinia przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor i BIK.

– Z naszych badań wynika, że co piąty Polak, który podróżuje z touroperatorami, zdecydował się choć raz na złożenie reklamacji. Ich efekty są zachęcające – ponad połowa uzyskała odpowiedź zgodną z oczekiwaniami, która zakończyła się otrzymaniem gratyfikacji finansowej za niedogodności, jakich zaznali na wyjeździe – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Halina Kochalska, rzeczniczka prasowa BIG InfoMonitor.

Najwięcej zastrzeżeń budzi zakwaterowanie. Co trzeci badany reklamował inne niż obiecane położenie obiektu, kiepski standard i nieodpowiedni pokój. Na złą obsługę związaną z zakwaterowaniem, czyli sprzątanie i wymianę ręczników, skarży się 21 proc.

– Polacy najczęściej skarżą się na standard ośrodka, w jakim przyszło im mieszkać, na to, że basenu nie było lub nie w tych rozmiarach, nie było widoku na morze, ale na ścianę sąsiedniego budynku, na niesprzątanie w pokojach, takie zaniedbania jak psująca się klimatyzacja czy windy, niedostosowanie ośrodka do liczby osób, które w nim przebywają – wymienia Kochalska.

Zwracamy także uwagę na jakość wyżywienia. Powodem niezadowolenia bywa też transport, przede wszystkim ze względu na opóźnienia.

Przy szacowaniu roszczeń można skorzystać z tabeli frankfurckiej. Nie stanowi ona co prawda obowiązujących przepisów, ale pozwala mniej więcej określić wysokość odszkodowań przy określonych zastrzeżeniach. O największe zwroty można się ubiegać w przypadku braku wyżywienia (50 proc.), hałasu w nocy czy robaków w pokoju (40–50 proc.).

– Za brak basenu można otrzymać od 10 do 20 proc. kwoty pobytu, za przymusową przeprowadzkę do innego pokoju nie z naszej winy należy nam się połowa dziennej stawki wyjazdu. Jeżeli opóźnienie samolotu przekracza trzy godziny, to za każdą kolejną godzinę należy nam się 5 proc. stawki dziennej wyjazdu – tłumaczy ekspertka BIG InfoMonitor.

Większość reklamacji (66 proc.) biura podróży uznają, w związku z czym wypłacają jeśli nie całość, to część roszczeń. Przeważa zadośćuczynienie, które nie przekracza 1 tys. zł (62 proc.). Co dziesiąty ankietowany otrzymał od 1–1,5 tys. zł, 17 proc. między 1,5 a 2 tys. zł, a 11 proc. powyżej 2,5 tys. zł.

– Wszystko zależy od kwoty wyjściowej, jaką ktoś zapłacił za wyjazd. Ale widać, że biura podróży poczuwają się do swoich pomyłek i niedociągnięć i potrafią się później porozumieć z klientem – zaznacza Kochalska.

Aby móc zareklamować usługę, trzeba dokładnie przeczytać umowę. Choć co roku jest z tym lepiej, to wciąż co czwarty Polak podpisuje umowę bez czytania. Jeszcze rok temu zapoznanie się z warunkami umowy deklarowała blisko połowa badanych, a dwa lata temu – co trzeci.

– Polacy nie do końca się orientują, że mogą złożyć reklamację, większość też nie wie, jaki jest na to termin. Z badań, które UOKiK robi regularnie, wynika, że jest niska świadomością, że można reklamować też wyjazdy last i first minute. Klienci myślą, że jeśli są to oferty specjalne, to reklamacji składać nie można – mówi ekspertka.

Na złożenie skargi jest 30 dni od dnia zakończenia reklamowanego wyjazdu. Po takim samym czasie biuro podróży powinno się do niej ustosunkować. Jeśli nie odpowie w tym terminie, reklamacje uznaje się za przyjętą. Jeśli jednak reakcji wciąż nie ma, a na konto nie wpływają pieniądze, należy złożyć kolejne pismo i załączyć do niego kopię reklamacji.

 Jeśli jest to odpowiedź negatywna, można polemizować i próbować zmienić decyzję biura lub udać się do Federacji Konsumentów, do powiatowych czy miejskich rzeczników konsumentów, którzy działają z ramienia UOKiK-u. Tam możemy szukać pomocy – przypomina Halina Kochalska.

400 osób i 7 ton sprzętu. Transport sportowców do Rio to duże wyzwanie logistyczne

CEO Magazyn Polska
Przewiezienie do Rio de Janeiro polskich olimpijczyków to duże wyzwanie logistyczne – przekonuje Michał Leman, prezes zarządu LOT Travel. Trudności nastręczała rezerwacja lotów już na początku roku, kiedy nie były znane nazwiska wszystkich zakwalifikowanych sportowców. Przelot 400 osób to koszt kilku milionów złotych, zwłaszcza że w okresie igrzysk ceny lotów poszły ostro w górę. Negocjacji z liniami wymaga też kwestia przewozu blisko 7 ton sprzętu sportowego, a najdłuższy ponadwymiarowy bagaż miał 5,5 metra.

– Mamy około 1,8 tys. e-maili wysłanych między naszymi pracownikami a liniami lotniczymi, 40 godzin negocjacji warunków z liniami lotniczymi, które wykorzystują wielką imprezę i usztywniają się w swoim podejściu do negocjacji i w ofertach. To duże wyzwanie, ale na razie wszystko idzie jak z płatka – mówi agencji Newseria Biznes Michał Leman, prezes LOT Travel, agenta, który obsługuje logistycznie wyjazd polskich sportowców na igrzyska.

W organizacji transport sportowców, sztabów i ich sprzętów do Rio były trzy kluczowe wyzwania.

Zaczynaliśmy bukować loty na początku roku, kiedy trwały jeszcze kwalifikacje. Nie było pełnego składu reprezentacji, a my już musieliśmy dokonać rezerwacji, podać nazwiska, a później dokonać ich modyfikacji. Kolejnym wyzwaniem były rosnące ceny, przed samymi igrzyskami ceny przelotów są o ponad 100 proc. wyższe niż standardowo w tym okresie. Istotną kwestią była też organizacja przesiadek i transportu nadbagaży – wymienia Michał Leman.

Teoretycznie pełny skład reprezentacji Polski na igrzyska powinien być znany 18 lipca. Niektórzy jednak o tym, że dostaną szansę walki o medale, dowiedzieli się w ostatniej chwili, jak choćby polskie tenisistki Paula Kania czy Magda Linette.

Na organizatorze spoczywa też obowiązek zapewnienia lotów w razie odwołania tych zarezerwowanych.

– Mamy niespodzianki od Grupy Air France KLM, która postanowiła strajkować podobnie jak przy Euro. Musimy pilnować, żeby żaden z rejsów, na którym są polscy sportowcy, nie został odwołany. A jeśli tak będzie, dokonać odpowiednich zmian, żeby na pewno wszyscy sportowcy dotarli zgodnie z planem – tłumaczy Leman.

Zorganizowanie przelotów to nie tylko wyzwanie logistyczne, lecz także cenowe. Jeszcze w ubiegłym roku, kiedy sportowcy próbowali się zorientować w kosztach przelotów (sportowców i sztabu trenerów) okazało się, że cena taryfowa za przeloty grupowe przekraczała 5 mln zł. Wynajęcie komercyjnego czarteru wiązało się z jeszcze wyższymi kosztami (nawet 8 mln zł).

 Nie mogę powiedzieć, jakie to dokładnie były koszty. Nie jest jednak tajemnicą, że jeśli pomnożymy 400 osób przez orientacyjne ceny biletów wyjdzie nam kilka milionów złotych. Zależy nam na tym, żeby pomóc Polskiemu Komitetowi Olimpijskiemu zrobić to jak najtaniej, a z drugiej strony w odpowiednim standardzie, żeby sportowcy dotarli wypoczęci, w miarę komfortowych warunkach i jak najszybciej, by nie dodawać negatywnych emocji przed samym startem, jednym z najważniejszych w karierze – wyjaśnia prezes LOT Travel.

Jeszcze w ubiegłym roku w terminach bliskich igrzyskom ceny biletów skoczyły do ok. 12 tys. zł. W tym roku było to już ok. 20 tys. w klasie ekonomicznej, a taką poleci większość olimpijczyków. Tylko ci o większych gabarytach mogą liczyć na wyższy standard lotu, zwłaszcza że w trasie ponad 10 tys. km w jedną stronę spędzą 13–16 godzin.

Różne grupy sportowców dotarły do Rio w innych terminach. Najwcześniej, bo 24 lipca, przede wszystkim ze względu na termin startów, pojawili się siatkarze, wioślarze, bokserzy i szermierzy. Jako jedni z ostatnich przylecieli kolarze górscy i pięcioboiści. Jak wskazuje Leman, sportowcy zostali podzieleni zgodnie z wymaganiami PKOl na kilkadziesiąt grup.

 Z reprezentacjami sportów zespołowych podróżuje dużo sprzętu, stoły do masażu, suplementy. Wiążą się z tym dodatkowe wyzwania dla nas jako agenta. Musimy to indywidualnie negocjować z każdą z linii lotniczych. Dla nadbagaży są specjalne zasady, a zazwyczaj linie wymagają, żeby pasażerowie dopiero płacili za niego w strefie check-in, kiedy są już na lotnisku – zaznacza prezes LOT Travel.

Łącznie do przewiezienia było blisko 7 ton sprzętu sportowego, z czego najdłuższe są tyczki – 5,5 metra, które nie mieszczą się do luków bagażowych wszystkich linii. Jeśli zaś polecą innymi liniami niż sportowcy, wyzwaniem jest ich dostarczenie w odpowiednim czasie.

– Ciekawie wygląda też sytuacja z karabinami sportowymi, które sportowcy wolą mieć ze sobą na pokładzie, żeby na pewno się nie uszkodziły. Przepisy mówią, że naboje muszą lecieć w luku. Dodatkowe procedury są z każdym tego typu sprzętem – młotem, kulą, oszczepem. Każdy trzeba dodatkowo zmierzyć, a przed rezerwacją zapytać jeszcze przewoźnika o zgodę – podkreśla Michał Leman.

W ramach oszczędności już po zakończeniu zmagań sportowych powroty odbędą się z przesiadką w São Paulo.

Konopie przemysłowe cieszą się coraz większym zainteresowaniem. Mogą być stosowane w kosmetyce, informatyce czy budownictwie

CEO Magazyn Polska
Z konopi przemysłowych można stworzyć 25 tys. produktów. Mają one szerokie zastosowanie – od przemysłu spożywczego i farmaceutycznego, przez kosmetyczny, aż po informatykę czy produkcję sprzętu sportowego – przekonuje Ewa Gryt, założycielka Dobrych Konopi. I podkreśla, że świadomość Polaków w tym zakresie rośnie. 

– Choć ekstrakty z konopi można zarejestrować tylko jako suplement diety, to zastosowanie lecznicze tej rośliny jest ogromne: od wspomagania leczenia chorób nowotworowych, poprzez leczenie cukrzyc, chorób układu nerwowego jak padaczka, Alzheimer, Parkinson, nerwobóle, do leczenia takich schorzeń jak osteoporoza i chorób cywilizacyjnych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Ewa Gryt, założycielka Dobrych Konopi.

W celu leczniczym można wykorzystać pędy, kwiaty, liście i owoce konopi przemysłowych. Działają uspokajająco, w kwiatostanach znajdują się również substancje, które znieczulają. Włókna konopne mogą mieć natomiast zastosowanie w przemyśle. Są dobrymi przewodnikami, dlatego mogą zastąpić grafen. Można je stosować w informatyce i elektronice.

W krajach Europy Zachodniej zastosowanie konopi jest już bardzo mocno rozwinięte. Tam zyski z tego liczone są już w milionach euro. Cały czas poszerzany jest zakres produktowy – mówi Ewa Gryt. – W tej chwili wiele mówi się o zastąpieniu grafenu czy włókien szklanych włóknami konopnymi. Włókna szklane są dosyć uciążliwe, również ze względu na ochronę środowiska, ponieważ nie można ich zutylizować w żaden sposób. Dlatego firmy, które produkują np. jachty czy sprzęt sportowy, zaczynają się skłaniać ku temu, żeby zastąpić to włóknem konopnym.

Nasiona konopne są z kolei wykorzystywane w przemyśle spożywczym i kosmetycznym.

– Z nasion można stworzyć olej konopny, w którym niezbędne nienasycone kwasy tłuszczowe występują w bardzo dobrej proporcji. Znajduje się w nim rzadko występujący w przyrodzie kwas gamma-linolenowy, naturalny nośnik substancji odżywczych w głąb komórki, który może mieć zastosowanie w kosmetyce. Po zastosowaniu oleju konopnego kosmetyki są bardziej efektywne, ponieważ kwas gamma-linolenowy niesie różne substancje bezpośrednio w głąb komórki – tłumaczy Gryt.

Nasiona konopi są też źródłem białka konopnego, które zawiera komplet aminokwasów, podobnie jak białko zwierzęce, ale jest znacznie łatwiej przyswajalne. Ze względu na wartości odżywcze może być stosowane jako uzupełnienie diety u wegetarian i wegan.

Dietetycy mówią, że jest to najbardziej kompatybilne z układem pokarmowym człowieka białko. Co ciekawe, ono nie zakwasza organizmu. Jako społeczeństwo jesteśmy bardzo „przebiałkowani”, tym sposobem zakwaszamy organizmy – mówi Ewa Gryt.

Konopie przemysłowe stają się w Polsce coraz popularniejsze, wciąż jednak niska jest świadomość szerokiej skali zastosowania i korzyści, jakie ze sobą niosą. Dużo osób kojarzy konopie przemysłowe z indyjskimi. Konopie włókniste w przeciwieństwie do indyjskich zawierają bardzo mało substancji psychoaktywnej THC (do 0,2 proc.), za to substancję leczniczą CBD.

Na niskim poziomie jest też uprawa konopi. Choć w ostatnich dwóch latach – w dużej mierze dzięki dopłatom unijnym – obszar powiększył do kilku tysięcy hektarów, to wciąż bardzo daleko im do sytuacji sprzed 60 lat, kiedy to uprawiano ok. 30 tys. ha. CZEKAM NA DANE O WIELKOŚCI UPRAW

– W Polsce dopiero zaczyna się rozwijać ta świadomość. Coraz więcej osób jednak zaczyna się skłaniać ku naturalnym sposobom leczenia. Widzimy osoby, które już zaczynają stosować te preparaty, mają bardzo szybkie efekty lecznicze, więc mamy nadzieję, że ta świadomość będzie się budowała, zaczniemy rozróżniać THC od CBD i pojawią się nowe możliwości zakupu tego preparatu na konkretne schorzenia – mówi Ewa Gryt.

Jak wskazuje Gryt, zastosowanie konopi tylko w jednej gałęzi przemysłu jest nieopłacalne.

– Trudnością dla ułożenia biznesu jest konieczność globalnego spojrzenia na tę roślinę. Chodzi o to, żeby pozyskiwać też nasiona i kwiaty, a każdy z tych elementów wymaga specjalnego przygotowania kadrowego, maszynowego. Jeżeli uda się to wszystko poskładać w całość, to mamy szanse na to, że poszczególne gałęzie produkcyjne będą mocno opłacalne – tłumaczy Gryt.

Początkowo jej firma zajmowała się wyłącznie produkcją celulozy ze słomy konopnej, jednak szerokie zastosowanie wszystkich części rośliny spowodowało, że poszerza asortyment Dobrych Konopi, m.in. o produkty spożywcze czy terapeutyczno-lecznicze olejki.

– Planujemy również wprowadzenie odżywek białkowych nie tylko dla sportowców, lecz także dla osób starszych, niedożywionych, po lub w trakcie rekonwalescencji. To białko mocno odbudowuje układ odpornościowy, również układ hormonalny człowieka – przekonuje właścicielka Dobrych Konopi.

Segment gier mobilnych rozwija się dużo szybciej niż tradycyjnych. To atrakcyjny rynek dla reklamodawców

CEO Magazyn Polska
69 proc. użytkowników mobilnych to gracze – wynika z badania Mobience. Gry pod względem popularności są wyprzedzane jedynie przez portale społecznościowe, więc rynek ten z roku na rok staje się coraz bardziej dochodowy. Potencjał dostrzegli w nim także reklamodawcy. Inwestując w popularne gry, mają pewność, że zostanie ona wyświetlona przez każdego gracza kilka razy dziennie. Specyfiką gier mobilnych jest bowiem to, że są uruchamiane często, ale na krótko.

Rynek gier mobilnych dynamicznie się rozwija. Napędzają go coraz lepsze parametry techniczne smartfonów i tabletów oraz rosnące wymagania graczy. Gry przynoszą deweloperom największe zyski spośród wielu kategorii dostępnych aplikacji. Stworzenie dochodowej gry mobilnej wymaga jednak sporej wiedzy między innymi na temat monetyzacji.

– Rynek gier jest ogromny, przybywa kolejnych produkcji, kolejnych wydawców i modeli monetyzowania. Pierwszy model to powierzchnia reklamowa, ponieważ jest jej bardzo dużo i jest stosunkowo tania. Żeby to było efektywne, żeby wpływy ze sprzedaży reklam były istotne, zasięg musi być bardzo duży – mówi agencji informacyjnej Newseria Artur Zawadzki ze Spicy Mobile.

Atrakcyjność dla reklamodawców wynika stąd, że gracze włączają grę często, ale zwykle na krótszy czas.

Jeśli używamy konsoli, która jest podłączona do telewizora, to zwykle siadamy do niej wtedy, kiedy mamy dużo czasu – na godzinę, dwie lub całą noc, to zależy od użytkownika. Telefon mamy ciągle przy sobie i zwykle korzystamy z niego, kiedy mamy chwilę: w podróży, w kolejce, czekając na coś. To zwykle jest kilka minut. Te gry, które dają możliwość grania przez kilka minut, a nie godzin, są najbardziej popularne i mają największy zasięg – wyjaśnia Zawadzki.

Z rankingu Mobience wynika, że gry rekreacyjne były uruchamiane przez użytkowników średnio 73 razy w miesiącu, a poświęcony na grę czas wynosił jednorazowo 4–5 min. To daje reklamodawcom pewność, że w przypadku najpopularniejszych gier jego reklama zostanie wyświetlona kilka razy dziennie.

Kolejny model zarabiania na gracz to ich sprzedaż. Żeby jednak użytkownik był skłonny zapłacić za grę, musi ona być bardzo atrakcyjna. Dlatego bardziej efektywny jest model mieszany, czyli wprowadzenie mikropłatności do bezpłatnych gier.

Te mikropłatności polegają na dokupowaniu do swojej gry kolejnych przedmiotów, akcesoriów dla bohatera. One zwykle są nieistotne dla użytkownika, ale zbierając się do większej całości, stają się istotne dla wydawcy gry – mówi Zawadzki.

Wśród gier dostępnych na urządzenia mobilne największym zainteresowaniem cieszą się gry hazardowe. Użytkownicy poświęcają im najwięcej czasu  16 minut dziennie. Na drugim miejscu znajdują się gry rekreacyjne, angażują one graczy na 14 minut dziennie. Na gry strategiczne gracze poświęcają o 3 minuty mniej.

Eksperci widzą w rynku gier mobilnych ogromny potencjał. Do 2019 r. mają one odpowiadać za 44 proc. światowego rynku gier (szacunki Newzoo). W Polsce w ubiegłym roku było to ok. 28 proc..

– Myślę, że rynek będzie dalej rósł, będą się pojawiały nowe modele związane z zagospodarowaniem czasu użytkownika i zarabianiem na nim, ale w sposób niezauważalny, np. reklamy będą bardziej stargetowane, może bardziej subtelne, tak, które powodują mniejsze obciążenie użytkownika reklamami, wykorzystujące jego zainteresowania – mówi dodaje Artur Zawadzki. – Liczba użytkowników cały czas rośnie. Rynek amerykański i rynki rozwiniętych krajów europejskich są już dobrze zagospodarowany, jeśli jednak popatrzymy na kraje naszej części Europy, to jest tu jeszcze wiele lat rozwoju przed nami.

Grupa T4B zapowiada lepsze wyniki w trzecim i czwartym kwartale br. Spółka planuje przejęcie dwóch przedsiębiorstw z branży inżynierii środowiska

CEO Magazyn Polska
Teleinformatyczna Grupa T4B spodziewa się, że najlepsze rezultaty finansowe roku tradycyjnie ogłosi w trzecim, a zwłaszcza czwartym kwartale. W tym roku Grupa chce kupić dwie firmy z branży inżynierii środowiska. Kosztować ma to kilka milionów złotych. Co najmniej drugie tyle, głównie ze środków unijnych, spółka zamierza wydać na rozwój przejmowanych przedsiębiorstw. Mimo planowanych wydatków na giełdę się nie wybiera.

Liczymy, że spółka w tym roku będzie miała wyniki nie gorsze niż w latach ubiegłych, czyli dobre – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Robert Szczepankowski, prezes zarządu w Grupie T4B. – Specyfika naszego biznesu decyduje, że rezultat finansowy w pierwszym i drugim kwartale mamy nieco słaby niż w trzecim i czwartym, czyli najlepsze w tym roku dopiero przed nami.

Działająca od 2003 roku spółka T4B opracowuje koncepcje, projektuje i wdraża, głównie na rzecz sektora przedsiębiorstw, systemy automatyki i rozwiązania informatyczne, telekomunikacyjne oraz elektroniczne. Celem projektów jest wykonywanie nowych i optymalizowanie istniejących procesów biznesowych klientów.

Grupa T4B, w skład której wchodzi także firma budowlana oraz zajmująca się tworzeniem i dostarczaniem rozwiązań informatycznych spółka IPP (Idea, Projekt, Produkt), zatrudnia własnych inżynierów, informatyków, elektryków, elektroników, programistów, analityków i projektantów, a także instalatorów. Na wynik finansowy przedsiębiorstwa, jak zapewnia prezes Robert Szczepankowski, w największym stopniu wpływa jednak sprzedaż własnych, autorskich rozwiązań teleinformatycznych.

 Stan branży teletechnicznej w ostatnich dwóch latach nieco słabnie, ale my mamy się dobrze, poruszając się dość elastycznie po rynku – wskazuje prezes Robert Szczepankowski. – Ostatnio weszliśmy w zamówienia na rzecz wojska oraz policji. Próbujemy tam odnajdować nisze.

W połowie grudnia spółka ukończyła budowę jednego z najnowocześniejszych systemów bezpieczeństwa publicznego w Europie, czyli Systemu Zarządzania Informacją Bezpieczeństwa Fizycznego (Physical Security Information Management, w skrócie PSIM) na rzecz Polskich Kolei Państwowych. W ramach tej inwestycji na jedenastu obiektach Warszawskiego Węzła Kolejowego (WWK) spółka zaprojektowała i wdrożyła innowacyjny system umożliwiający przetwarzanie i gromadzenie informacji według ściśle określonych procedur.

Zainstalowano ponad 800 wysokiej klasy kamer do monitoringu oraz szereg nowoczesnych urządzeń wchodzących w skład złożonego systemu bezpieczeństwa, Centrum Bezpieczeństwa Dworców Kolejowych (CBDK) zostało wyposażone w tzw. sprzęt bazodanowy, czyli m.in. macierz o pojemności 2 PB przestrzeni dyskowej, a pracownicy ochrony zostali wyposażeni w kamery mobilne ze specjalnie przygotowaną do ich obsługi aplikacją.

Inwestycja kosztowała około 33 mln zł i trwała zaledwie sześć miesięcy. Głównym celem przedsięwzięcia była poprawa bezpieczeństwa podróżnych i użytkowników najważniejszych dworców i przystanków kolejowych WWK.

To był projekt, w którym nasza konkurencja w zasadzie się nie liczyła, bo wyznaczono niezwykle krótki czas realizacji – podsumowuje prezes Robert Szczepankowski. – Niewiele firm tak naprawdę mogłoby sobie z tym poradzić, a my sprawdziliśmy się świetnie. Liczę, że w kolejnych projektach skomplikowanych technologicznie i wymagających krótkiego czasu realizacji będziemy odnajdywać się jak ryba w wodzie.

W związku z szybkim rozwojem Grupa T4B, jak informuje szef tego przedsiębiorstwa, planuje w br. przejąć dwie spółki działające w obszarze inżynierii środowiska.

Jedna firma związana jest z gospodarką odpadami, druga to spółka producencka, czyli krótko mówiąc: fabryka wytwarzająca na potrzeby inżynierii środowiska różnego rodzaju taśmociągi, przenośniki i inne tego typu urządzenia – precyzuje prezes Robert Szczepankowski. – W br. zamierzamy przeznaczyć na sfinansowanie fuzji kilka milionów zł. Dodatkowo z funduszy unijnych w kolejnych latach chcemy pozyskać podobną kwotę, być może kilkanaście mln zł, na rozbudowę tych spółek.

T4B na razie nie planuje debiutu ani na warszawskim parkiecie, ani na żadnej innej giełdzie.

Myślimy o inwestowaniu długookresowym, ale raczej z własnych środków – deklaruje Robert Szczepankowski, prezes zarządu w Grupie T4B.

Grupa Idea Banku po II kwartale 2016 r.

  • W II kw. 2016 r. Grupa Idea Bank osiągnęła 276,7 mln zł zysku netto, co oznacza wzrost o 135% r/r; zysk za całe I półrocze wyniósł 337,8 mln zł i podwoił się względem ub.r.
  • Rekordowy wynik jest m.in. efektem rozliczenia transakcji sprzedaży GetBack za kwotę 825 mln zł;
  • Zwrot z inwestycji w spółkę GetBack wyniósł 205% w okresie 2 lat;
  • W II kw. sprzedaż produktów kredytowych osiągnęła rekordowy poziom ponad 2 mld zł;
  • Obniżka kosztu finansowania w okolice 50 pb. oraz sprzedaż produktów wysokomarżowych spowodowały wzrost marży odsetkowej do nowego maksimum – 3,8%;
  • Pomimo utrzymywania się rekordowo niskich stóp rynkowych, wynik odsetkowy zwiększył się o prawie 80% r/r;

W II kw. 2016 r. Grupa Idea Bank wypracowała łącznie 276,7 mln zł zysku netto. Był on o 252,2% większy niż w I kw. i o 135% większy niż przed rokiem. W całym I półroczu Grupa zarobiła netto 337,8 mln zł, o 107% więcej niż przed rokiem. Rekordowy poziom zysku netto ma związek z rozliczeniem transakcji sprzedaży GetBack, która została sfinalizowana15 czerwca br. Grupa sprzedała wówczas GetBack za kwotę 825 mln zł. Środki ze sprzedaży firmy windykacyjnej zostaną przeznaczone na wzmocnienie bazy kapitałowej.

Ujmując zysk ze sprzedaży GetBack w wynikach za drugi kwartał, ostatecznie zakończyliśmy proces sprzedaży tej spółki. Osiągając w ciągu dwóch lat zwrot z inwestycji na poziomie 205% udowodniliśmy akcjonariuszom, że potrafimy wspierać wzrost organiczny Grupy realizując bardzo rentowne inwestycje kapitałowe– podkreśla Jarosław Augustyniak, prezes Idea Banku.  – Tę strategię zamierzamy kontynuować. Obiektem naszego potencjalnego zainteresowania są firmy z otoczenia biznesu: księgowe, flotowe czy fintechowe. Tego typu inwestycje mogą być ważnym wsparciem dla działalności Grupy Idea Banku skupionej na wszechstronnym wspieraniu rozwoju małych firm – dodaje.

Przypomnijmy, że Grupa jest w trakcie procesu zakupu Getin Leasing. Do końca marca 2017 r. kupi 49,98% akcji tej spółki. W wyniku połączenia Getin Leasing z Idea Leasing powstanie największa firma leasingowa w Polsce, mająca 15-proc. udział w rynku i dysponująca portfelem należności leasingowych o wartości prawie 10 mld zł.

Drugi kwartał był również bardzo dobrym okresem w podstawowej działalności Grupy Idea Banku. Sprzedaż produktów kredytowych osiągnęła rekordowy poziom 2,4 mld zł. Na uwagę zasługuje m.in. szybko rosnąca sprzedaż faktoringu, osiągająca już co miesiąc wynik przekraczający 100 mln zł. Szacunkowy udział Grupy Idea Banku w rynku kredytów dla przedsiębiorców indywidulanych, określony na podstawie danych NBP, wyniósł na koniec czerwca 15%.

Bardzo ważnym osiągnięciem Grupy Idea Banku w II kwartale jest też zwiększenie wyniku odsetkowego o prawie 80% r/r – do kwoty 140 mln zł – pomimo utrzymywania się rekordowo niskich stóp rynkowych. Koszt finansowania obniżył się w okolice poziomu 50 pkt. bazowych, co oznacza spadek aż o 70% r/r. NIM, czyli marża odsetkowa, osiągnęła dzięki temu nowe maksimum, rosnąc do 3,8% z 3,6% w I kw. – Naszym celem jest poziom 4%, do którego szybko zbliżamy się z kwartału na kwartał. Udaje nam się osiągać ten cel dzięki sukcesowi projektów Mobilny Wpłatomat czy Idea Hub, szybkiemu umacnianiu pozycji rynkowej, jak również specyfice klienta, którego obsługujemy – zaznacza prezes.

Podkreślenia wymaga fakt, że z początkiem bieżącego roku Grupa przyjęła bardzo konserwatywną metodę rozliczania przychodów prowizyjnych, zgodnie z którą zdecydowana większość przychodów rozliczana jest w czasie. Efektem tej zmiany jest obniżenie wyniku prowizyjnego za II kw. do 74,1 mln zł. Nowa metoda będzie miała jednak pozytywny wpływ na wynik odsetkowy i marżę odsetkową w kolejnych okresach.

Na skutek podjętych działań, a zwłaszcza aktywnej sprzedaży produktów kredytowych, suma aktywów Grupy wyniosła na koniec czerwca 19,5 mld zł, rosnąc o 22% rdr. Pomimo przyrostu sumy bilansowej bank niezmiennie wykazuje bezpieczne poziomy kapitałów i funduszy własnych oraz wskaźników adekwatności kapitałowej. Na koniec czerwca współczynniki adekwatności banku (CAR) wyniósł 13,7%, a TIER 11,3%. Bezpieczne poziomy wykazują też współczynniki w ujęciu skonsolidowanym – współczynniki wypłacalności CAR wyniósł 14,4%, a TIER1 – 11,1%. Należy dodatkowo zauważyć, że w II półroczu współczynniki te zwiększą się na skutek zaliczenia do funduszy własnych wyniku za I półrocze. Będzie to możliwe po uzyskaniu zgody KNF.

– Mamy za sobą kolejny dynamiczny kwartał, który zakończyliśmy rekordową sprzedażą produktów kredytowych  i rekordowym wynikiem. Pomimo niskich stóp rynkowych, niepewności oraz nowych wymogów i obciążeń podatkowych utrzymujemy powtarzalne tempo wzrostu biznesu, do którego przyzwyczailiśmy akcjonariuszy. Cały czas realizujemy nowe projekty, które pozwalają nam umacniać pozycje Grupy na rynku usług finansowych dla małego biznesu – podsumowuje Jarosław Augustyniak.

Pracodawcom coraz trudniej znaleźć pracowników

Wiceminister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej Stanisław Szwed ogłosił wstępne dane o bezrobociu w lipcu br. Stopa bezrobocia osiągnęła 8,6%, czyli spadła w stosunku do poprzedniego miesiąca o 0,2 pkt. proc.

dr Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan
dr Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu pracy, dialogu i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan

To najniższy od 25 lat poziom bezrobocia. Jest już pewne, że ten rok okaże się najlepszym dla rynku pracy od początku lat 90-tych. Niestety malejące bezrobocie oznacza rosnące kłopoty dla pracodawców, którym coraz trudniej znaleźć pracowników.

Od początku 2016 r. stopa bezrobocia spadła o niemal 2 pkt. proc. (z 10,3% do 8,6%). To znaczący spadek, biorąc pod uwagę, że rok zaczynaliśmy już i tak z relatywnie niskim poziomem bezrobocia. Rosnące zatrudnienie i malejące bezrobocie wynikały z korzystnej sytuacji gospodarczej, która sprzyjała tworzeniu dodatkowych miejsc pracy. Dodatkowo w okresie letnim działają czynniki sezonowe: zwiększona aktywność i popyt na pracowników w budownictwie, rolnictwie i sadownictwie, turystyce oraz gastronomii. W tym roku mógł się także ujawnić inny czynnik ograniczania bezrobocia, działający poprzez rezygnację z poszukiwania pracy i przechodzenie z bezrobocia do bierności zawodowej, co wynika z poprawiającej się sytuacji materialnej gospodarstw domowych, m.in. dzięki Programowi 500+. Pracodawcy sygnalizują, że od kwietnia odnotowują zwiększoną liczbę składanych przez pracowników wypowiedzeń. Możliwe, że także część bezrobotnych zrezygnowała z poszukiwania pracy, uznając, że świadczenie wychowawcze dostarcza im wystarczającego dochodu.

Komentując dane o bezrobociu za lipiec warto zwrócić uwagę na gwałtowne odwrócenie trendu w koniunkturze sektora przemysłowego, gdzie ostatnio wskaźnik PMI spadł do 50,3 z 51,8. Niemniej pomimo wyraźnego schłodzenia koniunktury przedsiębiorstwa wciąż sygnalizują plany dynamicznego wzrostu zatrudnienia. Warto jednak zauważyć, że te plany coraz trudniej jest realizować. Spadające bezrobocie to niestety coraz gorsze informacje dla pracodawców, którzy nie mogą znaleźć chętnych do pracy, zwłaszcza przy pracach prostych i sezonowych. Liczba wolnych miejsc pracy zgłoszona do urzędów pracy tylko w czerwcu br. była o 26,6 tys., czyli o 22,2 proc. wyższa w porównaniu do tej z czerwca 2016 r.

Według Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności GUS w I kwartale 2016 r. mieliśmy niemal 360 tys. wolnych miejsc pracy w gospodarce. To o 26,5% więcej niż przed rokiem i niemal 30% więcej niż w poprzednim kwartale. Gospodarka cierpi już nie tylko na brak fachowców, ale także po prostu rąk do pracy. Wkrótce może się to okazać istotną barierą hamującą rozwój. Bez możliwości zwiększenia zatrudnienia trudno będzie realizować wzrost gospodarczy.

Konfederacja Lewiatan

 

II Edycja Kongresu SGS Standardy Zrównoważonego Rozwoju

KONGRES SGS STANDARDY ZRÓWNOWAŻONEGO ROZWOJU (2)Szanowni Czytelnicy,

mamy zaszczyt zaprosić Państwa do uczestnictwa w II Edycji Kongresu SGS Standardy Zrównoważonego Rozwoju, nad którym nasza redakcja objęła patronat medialny. Kongres odbędzie się w dniach 21-22 września 2016 roku w Hotelu Warszawianka w Jachrance.

Gościem specjalnym będzie Profesor Andrzej Jacek Blikle, który rozpocznie Kongres wykładem inauguracyjnym „ Firma XXI wieku”.

Kongres to jedyne tej rangi wydarzenie w Polsce z zakresu zrównoważonego podejścia w zarządzaniu organizacjami skierowane do najwyższego kierownictwa oraz  innych osób zajmujących się systemami zarządzania i rozwojem organizacji.

Kongres to wystąpienia najwyższej klasy specjalistów oraz case-study rozwiązań stosowanych przez największe polskie firmy i koncerny międzynarodowe.

W programie wiele ciekawych wystąpień Klientów SGS, a także Managerów oraz Auditorów SGS, kuluarowych spotkań oraz innych, niezapomnianych atrakcji.

Korzyści ekonomiczne są wynikiem skutecznie funkcjonujących systemów zarządzania organizacjami. Jednakże przetrwanie firmy na rynku jest możliwe tylko wtedy, gdy nadrzędnym celem każdego systemu zarządzania jest jej zrównoważony rozwój związany z 7 zasadami zarządzania.

Kongres pozwoli Państwu poznać korzyści wynikające ze stosowania zrównoważonego rozwoju w organizacjach – na przykładach praktycznych (case-study).

Zachęcamy do zapoznania się z pełnym programem Kongresu http://kongressgs.pl/program

Bilety można zakupić na stronie kongresu SGS http://kongressgs.pl/

Popołudniowy komentarz walutowy z 04.08.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 04.08.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Carney odpalił bazukę

Carney odpalił bazukę 4

Dzisiaj mamy tak zwany „Super Czwartek” na Wyspach, co oznacza posiedzenie i konferencje Banku Anglii oraz publikacje kwartalnego raportu dotyczącego inflacji. BoE nie zawiódł, a nawet zaskoczył rynek in plus mocniej luzując swoją politykę pieniężną, niż zakładały prognozy.

Bank Anglii zdecydował się na obcięcie głównej stopy procentowej o 25 p.b. pierwszy raz od 2009 roku. Ponadto zapowiedział kolejną taką samą obniżkę do końca 2016 roku. Ponadto BoE rozszerzył program skupu aktywów QE z 375 mld GBP do 435 mld oraz uruchomił program skupu obligacji korporacyjnych o wartości 10 mld GBP w przeciągu 18 miesięcy.

Według ekonomistów ankietowanych przez agencję Bloomberg tempo wzrostu gospodarczego na Wyspach w 2017 roku ma spaść do 0,5% z 1,5% w br. Bank Anglii prognozuje nieco wyższe PKB, które ma wynieść w przyszłym roku 0,8%. Tak czy inaczej, Wielką Brytanię czeka mocne hamowanie w najbliższym czasie.

Prognozy makroekonomiczne dla Wielkiej Brytanii

Carney odpalił bazukę 5

Źródło: Bloomberg

Rynek spodziewał się, a w zasadzie był pewien, że Bank Anglii obetnie stopę procentową o 25 p.b. Bank zaskoczył rozszerzeniem programu QE oraz skupem obligacji korporacyjnych. Na fali tych doniesień mocno zaczął tracić funt szterling, który na parze GBP/PLN jest najniżej od ponad dwóch lat i sukcesywnie zmierza w stronę 5 złoty. Z kolei indeks FTSE 100 wystrzelił i obecnie zyskuje ponad 1%. Nieco gorzej radzi sobie dzisiaj polski złoty, oczywiście nie biorąc pod uwagę pary z funtem szterlingiem, ale po silnym umocnieniu naszej waluty w ostatnim czasie przyszedł czas na odreagowanie.

Po decyzji Banku Anglii na rynkach powinien utrzymać się tak zwany „risk-on„. Decyzja powinna wesprzeć europejskie giełdy oraz waluty krajów wschodzących, w tym również polskiego złotego. Na drugim biegunie w tej sytuacji jest funt szterling oraz aktywa uważane za bezpieczne, czyli złoto.

Praca tymczasowa będzie rzadziej stosowana

Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan
Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan

Nowe przepisy dotyczące pracy tymczasowej zniechęcą przedsiębiorców do stosowania tej formy zatrudnienia – uważa Konfederacja Lewiatan, oceniając projekt ustawy, który ma uregulować ten sposób zatrudniania.

Nowelizacja ustawy jest nakierowana na ograniczenie stosowania pracy tymczasowej w ramach umowy o pracę. Niepokoją takie propozycje jak:

– zwiększanie stopnia złożoności regulacji prowadzących do braku pewności po stronie podmiotów je stosujących,
– wprowadzanie nowych obciążeń i kosztów w przypadku umów o pracę (np. przerzucenie na przedsiębiorców kosztów wydłużania umowy o pracę do dnia porodu),
– wzmacnianie umów cywilnoprawnych kosztem umów o pracę,
– brak promowania umów o pracę poprzez wydłużenie okresu skierowania pracownika tymczasowego do 24 miesięcy, przy zatrudnieniu wyłącznie na podstawie umowy o pracę.

Zdaniem Lewiatana kwestia zapewnienia prawa do zasiłku macierzyńskiego w przypadku terminowego rozwiązania umowy o pracę na czas określony w przypadku pracy tymczasowej powinna zostać rozwiązana w ramach systemu ubezpieczeń społecznych. Wyłączenie zastosowania zasady wydłużania umowy w pracy tymczasowej jest uzasadnione obiektywnie specyfiką tych form zatrudnienia. Zasada wydłużania umów terminowych do dnia porodu nie powinna mieć również zastosowania do kodeksowych umów na zastępstwo, co zaproponowano w projekcie.

Co ważne, kierunek zmian w ustawie nie uwzględnia unijnej zasady, iż zwiększaniu minimalnej ochrony pracowników tymczasowych powinna towarzyszyć weryfikacja ograniczeń i zakazów, które mogły zostać nałożone na pracę tymczasową.. Zaproponowane w ustawie zmiany budzą również zastrzeżenia z perspektywy zjawisk zachodzących na rynku pracy (zmiany demograficzne), jak i w kontekście zwiększającej się konkurencyjności i wzajemnej rywalizacji państw członkowskich na rynku wewnętrznym.

– Warto podkreślić, że praca tymczasowa, jako jedyna pośród elastycznych form zatrudnienia, ze swej istoty uwzględnia wzrost poziomu płac (m.in. poprzez wymóg porównywalności warunków zatrudnienia). Żałujemy, iż w projekcie nie skorzystano z możliwości promowania zatrudnienia na podstawie umów o pracę poprzez wydłużenie okresu wykonywania pracy tymczasowej na rzecz pracodawcy użytkownika do 24 miesięcy w przypadku wykonywania pracy w ramach umowy o pracę – mówi Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan

Bank Anglii zwiększa program skupu aktywów do 435 miliardów funtów!

Funt brytyjski mocno traci do innych walut po tym jak Bank Anglii nie tylko obniżył zgodnie z oczekiwaniami stopy procentowe do rekordowo niskiego poziomu 0,25 proc., ale również zwiększył program zakupu obligacji aż o 60 mld funtów! Para GBPUSD traci ponad 1,5 proc. handlując już w pobliżu poziomu 1,3100 dolarów. Pomimo iż od czasu brytyjskiego referendum funt traci już ponad 14 proc. do dolara amerykańskiego, to dalsze spadki są bardzo prawdopodobne, co może doprowadzić parę GBPUSD pod koniec roku do poziomu 1,20 dolara lub nawet niżej. Para EURGBP zyskuje ponad 1,2 proc. handlując powyżej poziomu 0,8450 funta. Para GBPJPY traci ponad 1,5 proc. handlując poniżej poziomu 133 jenów

Była to najbardziej oczekiwana decyzja Banku Anglii od czasu, gdy 3 tygodnie temu zaskoczył on inwestorów pozostawiając stopy na niezmienionym poziomie. Tym razem nie mogło być zaskoczenia, Bank już wcześniej sygnalizował dzisiejszą obniżkę, więc szanse na taką decyzję wynosiły niemal 100 proc. Dodatkowo po lipcowym posiedzeniu Banku pojawiły się wyprzedzające wskaźniki ekonomiczne, wskazujące na spowolnienie gospodarcze. Odczyt indeksu usługowego PMI okazał się najsłabszy od 7 lat, a sondaże wskazują, iż brytyjskie PKB spadnie o 0,4 proc. w III kwartale roku.  Ze względu na powyższe dane większość analityków spodziewała się również wprowadzenia przez Bank Anglii dodatkowych działań mających na celu pobudzenie „schłodzonej” decyzją o Brexicie gospodarki. Tak też się stało i Bank Anglii zwiększył program zakupu brytyjskich obligacji skarbowych, tzw. „gilts” aż o 60 mld funtów do rekordowo wysokiego poziomu 435 mld funtów. Program zakupu aktywów rozpocznie się 8 sierpnia i będzie trwał przez następne 6 miesięcy. Bank Anglii skupi również z rynku obligacje korporacyjne do kwoty 10 mld funtów. Dodatkowo Bank poinformował, iż w razie potrzeby jest gotów na podjęcie dalszych kroków w celu pobudzenia brytyjskiej gospodarki, łącznie z cięciem stóp procentowych do zera.

Polski złoty zareagował umocnieniem do funta na decyzję Banku Anglii. Para GBPPLN traci 0,8 proc. handlując na poziomie 5,07 złotego. Jest to najwyższa wycena złotego w relacji do funta od połowy 2014 roku. Para EURPLN zyskuje obecnie około 0,4 proc. handlując nieco poniżej poziomu 4,30. Para USDPLN zyskuje obecnie około 0,6 proc. handlując powyżej poziomu 3,86. Para CHFPLN zyskuje obecnie około 0,5 proc. handlując powyżej poziomu 3,96.

Europejskie indeksy akcyjne zyskują na wartości po decyzji Banku Anglii. Szczególnie euforycznie na plan skupu obligacji korporacyjnych zareagował brytyjski indeks FTSE 100 który zyskuje już 1,5 proc. zbliżając się do poziomu 6700 punktów. Niemiecki DAX zyskuje 0,6 proc. handlując powyżej poziomu 10250 punktów a francuski CAC 40 zyskuje 0,7 proc. handlując powyżej poziomu 4350 punktów. WIG 20 zareagował bardzo pozytywnie na wieści z Wielkiej Brytanii, kluczowego partnera handlowego Polski, i zyskuje ponad 1,1 proc. handlując powyżej poziomu 1800 punktów. Również kontrakty na amerykańskie indeksy wskazują na plusowe otwarcie tamtejszego rynku.

Ropa naftowa WTI odbiła się o ponad 3 proc. od wczorajszego dołka na poziomie 39,30 dolarów za baryłkę po tym jak wczorajsze amerykańskie dane pokazały największy od kwietnia spadek zapasów benzyny, które w zeszłym tygodniu spadły aż o 3,26 mln baryłek. Mimo to ropa handluje wciąż w pobliżu poziomu 40$ dolarów za baryłkę, najniżej od kwietnia. Miedź traci dziś ponad 1,6 proc. i handluje nieco powyżej 2,16 dolarów za funta.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Czwartek należy do Wielkiej Brytanii

Czwartek należy do Wielkiej Brytanii 6

Większość inwestorów od poniedziałku czekało na czwartek, bowiem jest to „super czwartek” w wykonaniu Banku Anglii. Poznamy najnowszy raport inflacyjny oraz koszt pieniądza. Większość ekonomistów ankietowanych przez agencję ratingową Bloomberg spodziewa się ich obniżki o 25 punktów bazowych. Jeżeli popatrzymy na zmienność implikowaną wyliczoną na podstawie opcji to możemy spodziewać się ruchu podobnego jak był na lipcowym spotkaniu Banku Centralnego, czyli w okolicy 200 pipsów.

Czwartek należy do Wielkiej Brytanii 7

Niewątpliwie będzie to emocjonujący czwartek, jednak nie możemy zapomnieć o jutrzejszych danych z rynku pracy tzw. nonfarm payrolls z Stanów Zjednoczonych.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Igrzyska Olimpijskie Rio 2016 zamiast pomóc, są utrudnieniem dla brazylijskiej gospodarki

Według przewidywań Euler Hermes, światowego lidera w dziedzinie ubezpieczeń kredytu kupieckiego, Igrzyska Olimpijskie wygenerują niewielki i krótkotrwały wzrost gospodarczy i poprawę wskaźników zatrudnienia w Brazylii, ale wynik netto Olimpiady będzie dla jej gospodarza negatywny. Organizacja Olimpiady – w sytuacji rosnącego długu publicznego – zwiększy liczbę upadłości regionalnych firm i napędzi inflację, której skutki będą odczuwalne aż do 2020 roku.

Zwiększona liczba projektów inwestycyjnych i poprawa koniunktury w sektorze turystycznym, które wiążą się z organizacją Igrzysk Olimpijskich, poprawią wskaźniki rzeczywistego wzrostu PKB w Brazylii o zaledwie 0,05 punktów procentowych. Oczekuje się, że w 2016 r. PKB zmniejszy się o 3,5%. Zgodnie z oficjalnymi danymi liczbowymi, w latach 2009-2015 całkowity poziom inwestycji w infrastrukturę związaną z Olimpiadą może osiągnąć kwotę 38,5 miliarda BRL (12 miliardów USD), co stanowi niewielką wartość biorąc pod uwagę wielkość brazylijskiej gospodarki. Sektor turystyczny wygeneruje wzrost gospodarczy na poziomie +1,3 miliardów BRL (0,4 miliarda USD), a w efekcie spowoduje zwiększenie PKB o zaledwie +0.02pp – to mniej niż połowa pierwotnie szacowanego wzrostu.

„Chociaż pozornie taki wzrost w sferze zatrudnienia i turystyki wygląda korzystnie, będzie niewystarczający, aby zrównoważyć poważne problemy gospodarcze, które ‘nawiedziły’ Brazylię przed Igrzyskami Olimpijskimi. Niektóre z tych negatywnych zjawisk, takie jak inflacja, mogą nawet zaostrzyć się w wyniku Olimpiady” – powiedziała Daniela Ordonez, ekonomistka Euler Hermes w Ameryce Łacińskiej. „Same inwestycje w infrastrukturę i wydatki publiczne pogorszyły wskaźniki zadłużenia publicznego w stosunku do PKB o 0,04 pp, a w samym Stanie Rio de Janeiro dług publiczny zwiększył się o rekordowe 17%.”

W okresie przed Olimpiadą – w fazie inwestycji – powstało bardzo dużo nowych firm, w szczególności w sferze mikro i małych przedsiębiorstw. Nagromadzenie się nowych firm we względnie niewielkiej liczbie sektorów gospodarki doprowadzi do efektu „zatłoczenia”, skutkującego wyparciem przez nowe firmy słabszych przedsiębiorstw, które nie są w stanie skorzystać na Olimpiadzie. Ponadto, wiele z takich nowych firm będzie działać tylko przez krótki okres czasu i oczekuje się, że po zakończeniu Olimpiady takie firmy zostaną zlikwidowane. Ogólnie, w 2016 r. organizacja Olimpiady spowoduje zwiększenie wskaźnika upadłości firm w Rio de Janeiro o +5%, a w obszarze małych i mikro-przedsiębiorstw aż o +12%.

Bezpośredni wpływ najważniejszych wydarzeń sportowych na inflację (w punktach procentowych)

Bezpośredni wpływ najważniejszych wydarzeń sportowych na inflację
Źródło: Źródła krajowe i szacunki Euler Hermes

Efekty w postaci zwiększonej inflacji zaczęły być widoczne już w 2009 r., kiedy ogłoszono, że oprócz Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 2014, Brazylia będzie również gospodarzem Igrzysk Olimpijskich w 2016 r. Te dwa wydarzenia sportowe spowodują zwiększenie całkowitej inflacji w kraju o ok. +1pp, z czego +0,4pp można wytłumaczyć utrzymującymi się skutkami inflacji wywołanej Mistrzostwami Świata w Piłce Nożnej, +0,4pp można przypisać do tegorocznych Igrzysk Olimpijskich, natomiast +0,2pp wiąże się z faktem, że oba te wydarzenia zorganizowano w tak krótkim odstępie czasu.

Niestety, w obecnej sytuacji Brazylia jako gospodarz Igrzysk nie jest w stanie wykorzystać potencjalnego, pozytywnego efektu Olimpiady na gospodarkę,” powiedziała Ordonez. „Zamiast pozytywnych skutków, z uwagi na krótki odstęp czasu pomiędzy Mistrzostwami Świata w Piłce Nożnej i Igrzyskami Olimpijskimi, skutki dla gospodarki były zdecydowanie negatywne. Biorąc pod uwagę wszystkie aktualne problemy, które przeżywa brazylijska gospodarka, takie dodatkowe ‘pobudzenie i dramat’ w postaci Olimpiady były zdecydowanie niepotrzebne.”

Rynki pod presją danych makro

Sesja na Starym Kontynencie w środę zakończyła się głównie stratami na bazowych indeksach. Kursy akcji europejskich banków odbiły po kilku ciężkich dniach, jednak nie pomagało to giełdowym indeksom, którym z trudem udało się na krótki czas wyjść ponad kreskę, aby za chwilę znów zaświecić się na czerwono. W rezultacie, francuski CAC40 stracił na koniec dnia 0,16%, a brytyjski FTSE100 spadł o 0,17%. Jedynie u naszych sąsiadów zza Odry dzień zakończył się na plusie, gdzie DAX zyskał 0,26%.

Przy Książęcej wyraźnie brakowało wczoraj paliwa do wzrostów. Po wtorkowych solidnych wzrostach indeksów, na które w głównej mierze wpływały drożejące banki, strona popytowa nie była w stanie utrzymać wysokiego tempa i pozwoliła powrócić indeksowi WIG20 poniżej poziomu 1800 pkt. Wspomniany indeks stracił 0,75%.

W ciągu dnia inwestorzy otrzymali porcję danych z Azji i Europy. To wskaźniki PMI w sektorze usług na koniec lipca i dane o sprzedaży detalicznej w strefie euro w czerwcu. Indeks PMI, określający koniunkturę w sektorze usług Chin wyniósł w lipcu 51,7 pkt. wobec 52,7 pkt w poprzednim miesiącu. W Europie zać PMI we Francji w usługach w lipcu wyniósł 50,5 pkt., w Niemczech 54,4 pkt., a w strefie euro 52,9 pkt. Najsłabszy wynik otrzymali inwestorzy z Wielkiej Brytanii, gdzie powyższy odczyt wyniósł 47,4 pkt. co jest najniższą publikacją od 2009 roku. Jedynie informacyjnie, wartość wskaźnika PMI powyżej 50 punktów oznacza ożywienie w sektorze, a poniżej jego kurczenie.

Sprzedaż detaliczna w strefie euro w czerwcu w ujęciu miesięcznym pozostała bez zmian, a miesiąc wcześniej wzrosła o 0,4% (zgodnie z prognozami). Natomiast w ujęciu rocznym wzrosła o 1,6%, po wzroście w poprzednim miesiącu również o 1,6%. Tu jednak analitycy spodziawali się wzrostu o 1,8%.

W Stanach Zjednoczonych opublikowana została weryfikacja indeksu PMI dla sektora usług w lipcu, który wyniósł 51,4 pkt. (prognoza 50,9 pkt.). Większe znaczenie jednak miała publikacja indeksu ISM dla amerykańskiego sektora usług, który wyniósł w lipcu 55,5 pkt. (oczekiwano 56 pkt.). Niewielki wpływ na zachowanie inwestorów miała publikacja raportu ADP o zmianie zatrudnienia w sektorze prywatnym. Oczekiwano utworzenia 170 tys. miesjc pracy, a w rzeczywistości było to 179 tys.

Dziś, jednym z ważniejszych wydarzeń będzie publiczne wystąpienie szefa Bank of England po ogłoszeniu decyzji w sprawie stóp procentowych. Na poprzednim – pierwszym po decyzji o Brexicie – posiedzeniu, drugi najstarszy bank centralny świata zaskoczył rynek nie obniżając stóp procentowych. Tym razem inwestorzy ponownie spodziewają się kroku w stronę poluzowania polityki monetarnej. Według ekonomistów ankietowanych przez agencję Bloomberg zakładane jest cięcie stóp procentowych o 25 punktów bazowych. Po południu nadejdą dane zza oceanu – liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA oraz dane o zamówieniach na dobra trwałe.

Sesja w USA:
Środowa sesja na nowojorskich giełdach zakończyła się nieznacznymi wzrostami najważniejszych indeksów. Po danych na temat zapasów ropy naftowej w USA o 3% poszły w górę ceny surowca. Z raportu Departamentu Energii USA wynika, że zapasy ropy wzrosły w ubiegłym tygodniu o 1,4 mln baryłek, jednocześnie o 3,26 mln baryłek spadły zapasy benzyny.

Na koniec dnia indeks Dow Jones Industrial Average zyskał 0,23%, S&P500 wzrósł o 0,31%, a Nasdaq Composite o 0,43%.

Waluty:
Kurs EURUSD na koniec środowych notowań dotarł do poziomu 1,1149, a tym samym spadł o 0,69%. Para EURGBP straciła 0,49% i osiągnęła poziom 0,8365, natomiast EURJPY spadła o 0,37% osiągając 112,86.

Polska waluta jest dziś rano wyceniana przez rynek następująco: 4,2938 PLN wobec euro, 3,8557 PLN wobec dolara amerykańskiego, 3,9609 PLN wobec franka szwajcarskiego i 5,1231 PLN wobec funta szterlinga.

Surowce:
Notowania złota w środę spadły o 0,61% do poziomu 1356,10 USD za uncję. Srebro straciło 1,07% i było notowane po 20,453 USD za uncję.

Po publikacji danych dotyczących zapasów ropy naftowej, cena surowca rosła o ponad 3%. Za baryłkę WTI trzeba było zapłacić na koniec środowych notowań 40,83 (+3,34%), a za Brent 43,10 (+3,11%).

Konrad Mikołajko
Head of Support
Patron FX

Jak budują Polacy?

Jeszcze kilka lat temu przy wszelkiego rodzaju inwestycjach liczył się głównie jak najkrótszy czas ich realizacji. Istotnym elementem była również niska cena, przy której jednak na drugi plan schodziła czasem jakość. Na szczęście, kierując się przykładem sąsiadów z Zachodu, coraz bardziej zależy nam na trwałości powstających inwestycji. Zaczynamy zwracać uwagę na pochodzenie materiałów oraz ich wpływ na środowisko.

Obecnie tańszym rozwiązaniem jest budowa własnego domu na terenach podmiejskich, niż zakup gotowego mieszkania w centrum miasta. Według jednego z raportów portalu Oferteo.pl, najpopularniejszym wśród Polaków typem jest dom parterowy o powierzchni od 120 do 150m2, z poddaszem użytkowym. Wykonywany jest zazwyczaj na podstawie gotowego projektu architektonicznego, co jest tańszym rozwiązaniem, niż projekt na zamówienie. Do postawienia budynku wykorzystywane są najczęściej bloczki betonu komórkowego lub cegła ceramiczna. Do pokrycia dachu używamy najczęściej dachówek ceramicznych lub blachodachówki.

Polacy mają coraz rozleglejszą wiedzę na tematy budowlane, a ich wybory są obecnie bardziej przemyślane. Pomaga w tym m.in. łatwa dostępność porównywarek cenowo – jakościowych, gdzie można sprawdzić wybrane produkty oraz dostęp do komentarzy zamieszczanych na forach branżowych. Czasem skorzystanie jedynie z wiedzy internetowej przyczynia się jednak do błędów i źle dobranych komponentów, dlatego najlepiej skorzystać z rad doradców w sklepach budowlanych lub na targach ogólnopolskich i regionalnych oraz w pismach branżowych – zauważa Marek Bednarczyk, Koordynator ds. Inwestycji SIG Sp. z o.o.

Rozpocząć należy oczywiście od fundamentów. Muszą być one odpowiednio dobrane do rodzaju podłoża oraz ostatecznej wagi obiektu. Bardzo pomocne może okazać się wykonanie badania geotechnicznego. Do tej pory najpopularniejszym wyborem były ławy i ściany fundamentowe, a od niedawna również płyta fundamentowa, która sprawdza się na niepewnych gruntach oraz w terenie o nierównym ukształtowaniu.

W przypadku ogrzewania nadal najpopularniejsze są materiały opałowe; głównie ekogroszek, najlepiej rodzimego pochodzenia. Jest to najbardziej wydajne i ekonomiczne rozwiązanie. Polacy niechętnie decydują się na ogrzewanie gazowe lub elektryczne, czy podłączenie do sieci miejskiej.

Polacy najczęściej decydują się na okna PVC, wykonane z plastiku. Swoje powodzenie zawdzięczają one niskiej cenie, w stosunku do wysokiej jakości. Dobrze wykonane i zamocowane, charakteryzują się wysoką szczelnością i izolacją porównywalną do drewnianych odpowiedników, a dzięki temu mogą posłużyć przez długie lata.

Dużym uznaniem cieszą się również sufity podwieszane, czyli konstrukcje wykonane z płyt gipsowo-kartonowych, umocowanych na stelażu. Dobrze sprawdzają się one w łazienkach, przedpokojach oraz powierzchniach biurowych. Pozwalają nie tylko wyregulować proporcje pomieszczeń, ale również ładnie ozdobić wnętrze za pomocą odpowiedniego oświetlenia.

Najczęściej budowę zlecamy wykonawcy, wykończeniem zajmujemy się natomiast samodzielnie lub szukamy małego, lokalnego i taniego fachowca. Z kolei materiałów szukamy osobno, ponieważ wciąż panuje przekonanie, że to tańszy sposób. Polski rynek materiałów budowlanych wstał jednak z kolan po ciężkim okresie. Widzimy ożywienie w budownictwie zarówno w dużych, jak i mniejszych miastach. Większość klientów indywidualnych i komercyjnych korzysta z usług profesjonalnych dystrybutorów materiałów budowlanych, którzy doradzają, jakie materiały można zamienić na tańsze substytuty, a na jakich nie powinno się nigdy oszczędzać.

Modnym trendem jest ostatnio dbałość o środowisko, dlatego też ekologiczne rozwiązania stały się bardzo pożądane we wszystkich aspektach naszego życia. Wzrost świadomości spowodował, że chętniej przychylamy się do budownictwa energooszczędnego. Wybudowanie tradycyjnego budynku może być wprawdzie nawet o 60 tys. tańsze, ale w dłuższej perspektywie ekologiczna inwestycja jest bardziej opłacalna. Dodatkowo, warto zwrócić uwagę na fakt, że utrzymanie takiej nieruchomości jest kilkukrotnie niższe.

Na rynku budynków biurowych już od dłuższego czasu obserwuje się natomiast skupienie na podwyższonych standardach. Kryzys ekonomiczny na świecie wymusił na inwestorach poszukiwa­nie nowych strategii i innowacyjne podejście do realizacji projektów. Inwestorzy chcą, aby ich budynki były konkurencyjne i nowoczesne, a jednocześnie tańsze w budowie i eksploatacji, niż te sprzed kilku lat.

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 4.08.2016

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Czy Bank Anglii obniży stopy procentowe?

Dzisiaj ważne posiedzenie Banku Anglii. To ta decyzja wskaże poziomy na których przez najbliższe dni będziemy oglądać funta. Najniższe bezrobocie w Polsce od 1991 roku. Spadki na bitcoinie. Dobre dane z USA.

Maciej Przygórzewski - główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

Dzisiaj wiadomością dnia powinna być decyzja Banku Anglii. Analitycy spodziewają się obniżki stóp z 0,5% do 0,25%. Pośród ankietowanych przez Bloomberga zgodnych co do tego kierunku ruchu było aż 45 z 47 respondentów. Na rynku wyraźnie widać, że od kilku dni trwa silna presja na funta. W jej wyniku oscyluje on już w okolicach 5,10-5,15 PLN. Cięcie stóp ma być próbą pobudzenia gospodarki po opuszczeniu przez ten kraj Unii Europejskiej. Zdaniem analityków w przyszłym roku wzrost gospodarczy ma w obecnym scenariuszu być dokładnie zerowy. Nie brakuje również głosów o możliwej recesji. Patrząc na zachowanie rynku można się spodziewać, że jeżeli dojdzie do obniżki stóp zobaczymy dalsze spadki funta, aczkolwiek spora część tego ruchu jest już w cenach. Gdyby jednak nie doszło do obniżki stóp należy się spodziewać silnego umocnienia na funcie, gdyż inwestorzy będą odwracać swoje pozycje walutowe.

Kolejny miesiąc możemy się jako kraj pochwalić najniższą stopą bezrobocia od 25 lat. Niestety wynik ten będzie trudny do istotnej poprawy, bo jeszcze na przełomie lat 80. i 90. mieliśmy przecież pełne zatrudnienie. Przynajmniej oficjalnie. Obecnie stopa bezrobocia według Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wynosi 8,6%. Kolejne spadki są wynikiem dwóch czynników – po pierwsze prac sezonowych, po drugie poprawy koniunktury. Na potwierdzenie tych wartości przez Główny Urząd Statystyczny musimy poczekać do połowy sierpnia. Co ważne jeszcze kilka miesięcy powinniśmy spodziewać się spadającego bezrobocia ze względu na prace sezonowe w turystyce i w rolnictwie.

Wczoraj przypomniał o sobie bitcoin. Ze względu na luki w zabezpieczeniach największej dolarowej giełdy z której wyciekło ponad 100 000 bitcoinów, na rynku pojawiła się gwałtowna przecena. Od 29 listopada cena tej kryptowaluty spadła z ponad 650 dolarów do 500. Od tego momentu mamy co prawda korektę, która wymazała połowę spadków, ale wciąż widać jak zmienna jest wartość tej waluty.

Wczorajsze dane z USA znów sprzyjały dolarowi. Raport ADP na temat zatrudnienia pokazał 179 tysięcy wobec oczekiwanych 170 tysięcy. PMI dla usług finansowych również przekroczył oczekiwania. ISM Dla usług był tylko lekkim rozczarowaniem, ale i tak był na wysokim poziomie. W rezultacie tych danych dolar zyskiwał na wartości względem innych walut.

Dzisiaj z danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

EUR/PLN walutą tygodnia!

EUR/PLN walutą tygodnia! 8

W bieżącym tygodniu PLN umocnił się w stosunku do Euro już o 6 groszy. Niewątpliwie, ostatnie 3 tygodnie dla polskiej waluty są bardzo dobre. Rodzima waluty w tym tygodniu zyskuje ze względu na ostatnią decyzję kancelarii prezydenta w sprawie kredytów frankowych lub też raczej pójście na rękę bankom. Czy złoty będzie kontynuował swój rajd? Odpowiedź jest pozytywna. Jeżeli popatrzymy na koszyk walut należących do Państw Emergin Markets oraz indeks naszej waluty, to okaże się, że w kwietniu 2016 roku PLN był najsłabszą walutą w regionie. Jednakże po odejściu dużego ryzyka związanego z przewalutowaniem kredytów powinniśmy nadgonić straty, a tym samym bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja trendu spadkowego w okolicę poziomu 4.25.

EUR/PLN walutą tygodnia! 9

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Do 25 października blisko 200 podmiotów będzie musiało złożyć pierwsze deklaracje uwzględniające podatek od sprzedaży detalicznej

Podatek od sprzedaży detalicznej wejdzie w życie 1 września 2016 roku. 30 lipca prezydent podpisał ustawę wprowadzającą nowe świadczenie. Podatkiem będzie objętych około 200 podmiotów, z czego ponad 90% stanowią firmy zagraniczne. Przepisy budzą wątpliwości Komisji Europejskiej w obszarze naruszenia prawa konkurencji i udzielania mniejszym podmiotom nieuprawnionej pomocy publicznej.

Podatek od sprzedaży detalicznej – jak będzie wyglądał?

Przedmiotem opodatkowania będzie przychód ze sprzedaży detalicznej, czyli dokonywanej na rzecz konsumentów (osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej oraz rolników ryczałtowych). Podstawę opodatkowania stanowić będzie osiągnięta w danym miesiącu nadwyżka przychodu ze sprzedaży detalicznej ponad kwotę 17 mln złotych.

Ustawa o podatku od sprzedaży detalicznej wprowadza dwie stawki podatkowe: 0,8% dla miesięcznej podstawy opodatkowania pomiędzy kwotą 17 mln zł i 170 mln zł oraz 1,4% od miesięcznej nadwyżki podstawy opodatkowania ponad kwotę 170 mln zł.

Wyłączona z podatku będzie sprzedaż m. in. gazu ziemnego dostarczanego do konsumentów za pośrednictwem sieci dystrybucyjnych, wody dostarczanej do konsumentów przez przedsiębiorstwa wodno-kanalizacyjne, węgla kamiennego i innych paliw stałych, używanych do celów opałowych. Towary te są bowiem wykorzystywane przez gospodarstwa domowe dla celów socjalno-bytowych. Wyłączenie dotyczy także refundowanych leków i środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego, finansowanych częściowo z budżetu państwa.

Ograniczony krąg podatników

Ustanowienie wysokiej kwoty wolnej od podatku (17 mln złotych miesięcznie) mocno ograniczyło krąg podatników. Zgodnie z informacjami pojawiającymi się w trakcie prac nad ostatecznym kształtem podatku, jego zakresem ma zostać objętych około 200 podatników. Świadczenia unikną także sklepy internetowe, niezależnie od wysokości osiąganych przychodów. W ostatniej chwili sejmowa Komisja Finansów Publicznych wykreśliła z listy towarów wyłączonych spod opodatkowania towary zbywane w ramach świadczenia usług gastronomicznych.

Wbrew pojawiającym się pogłoskom, ostatecznie nie pojawiła się propozycja wprowadzenia poprawki, która rozszerzałaby krąg podatników o grupy kapitałowe.

Termin wejścia ustawy w życie – bez zmian

Ustawa wchodzi w życie 1 września. Z uwagi na miesięczny charakter rozliczeń, pierwsze deklaracje będą składane do 25 października 2016 roku.

– Mimo licznych głosów przedsiębiorców, nie będzie wydłużenia vacatio legis. Pojawiające się argumenty były przede wszystkim natury praktycznej i dotyczyły systemów księgowo-raportowych oraz przygotowań do przekazywania do Ministerstwa Finansów Jednolitego Pliku Kontrolnego – tłumaczy Stefan Majerowski, menedżer w Dziale Doradztwa Podatkowego EY.

Resort kontrargumentował, że plany wprowadzenia podatku znane są branży od wielu miesięcy. Co równie ważne, w założeniach budżetu na ten rok podatek handlowy miał obowiązywać od 1 stycznia 2016 r. i przynieść ponad 2 mld złotych. Dziś wiadomo, że z uwagi opóźnienie we wprowadzeniu podatku, do końca roku fiskus zainkasuje niecałe 400 mln złotych. Wydłużenie vacatio legis oznaczałoby dodatkowe zmniejszenie wpływów do budżetu.

Wpływ na samorządy

Wejście w życie ustawy będzie niekorzystne także dla samorządów, z racji tego, że część podatku dochodowego (PIT i CIT) trafia właśnie do ich kasy. Plany budżetowe samorządów na 2016 r. były tworzone pod koniec 2015 r., kiedy prace nad podatkiem – wówczas od sklepów wielkopowierzchniowych – dopiero się rozpoczynały. Wówczas nikt nie przewidywał, że podatek handlowy będzie wliczany do kosztów uzyskania przychodów w CIT i PIT, a co za tym idzie, zmniejszy wysokość płaconego podatku dochodowego i tym samym dochody budżetowe samorządów. – Dzisiaj wiemy, iż – zgodnie z uzasadnieniem do projektu ustawy o podatku od sprzedaży detalicznej – podatek ten będzie stanowił koszt dla celów podatków dochodowych. Ministerstwo Finansów ocenia, że sumaryczne uszczuplenie wpływów samorządów w ostatnim kwartale 2016 r. będzie wynosiło około 82 mln złotych – mówi Stefan Majerowski.

Kontrowersje

Wraz z postępem prac legislacyjnych nad ustawą, część sieci handlowych zaczęła zmieniać swoją strukturę biznesową, wydzielając poszczególne sklepy do odrębnych spółek z o.o. Zgodnie z deklaracjami resortu finansów, w takich przypadkach fiskus może korzystać z klauzuli obejścia prawa podatkowego, która została wprowadzona w celu zapobiegania działaniom mającym na celu wyłącznie uniknięcie płacenia danin publicznoprawnych. Celem klauzuli jest uniemożliwienie podatnikom takich działań, które, choć legalne, zmierzają jedynie bądź przede wszystkim do obniżenia opodatkowania. W przypadku zastosowania klauzuli, Minister Finansów będzie miał prawo ocenić skutki podatkowe danej czynności w taki sposób, aby pominąć korzyść podatkową będącą skutkiem tej czynności, czyli np. określić podatnikowi wysokość zobowiązania podatkowego.

Co więcej, szacowana liczba sklepów w Polsce na koniec 2014 r. wyniosła prawie 355 tys. a jeszcze przed skierowaniem projektu do prac sejmowych Ministerstwo Finansów przyznało, że płatników podatku będzie mniej niż 200, z czego ponad 90% to reprezentanci kapitału zagranicznego. To budzi wątpliwości Komisji Europejskiej w zakresie naruszenia prawa konkurencji czy udzielania mniejszym podmiotom nieuprawnionej pomocy publicznej. Pojawiają się także głosy, że konstrukcja podatku (wysoka kwota wolna od podatku w połączeniu z progresją podatkową) narusza art. 32 Konstytucji, czyli zaprzecza zasadzie równości obywateli wobec prawa.

Złoto vs srebro

Złoto vs srebro 10

W 2016 roku srebro dało lepszą stopę zwrotu niż złoto. Niektórzy zastanawiają się co może być powodem, przecież złoto jest metalem szlachetniejszym. Bynajmniej można to wytłumaczyć za pomocą gold-silver ratio, czyli stosunkiem pomiędzy cenami tych kruszców. Aktualnie za jedną uncję złota możemy zakupić więcej niż 65 uncji srebra, historycznie rzecz biorąc srebro jest bardzo tanie względem złota. Natomiast poniżej 50 uncji za jedną uncję złota jest odwrotnie.

Zatem w bieżącej hossie możemy spodziewać się, że srebro zanotuje o wiele większe stopy zwrotu. Spoglądając na wykres tygodniowy srebra po tak mocnym rajdzie przydałaby się korekta w okolicę najbliższego wsparcia w okolicę poziomu 18.

Złoto vs srebro 11

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Ustawa frankowa poruszyła rynek. Czy to początek hossy na GPW?

Daniel Kostecki, dyrektor Departamentu Analiz Rynkowych HFT Brokers
Daniel Kostecki, dyrektor Departamentu Analiz Rynkowych HFT Brokers

Banki odetchnęły z ulgą, nasza waluta się umocniła, a na giełdzie zagościł kolor zielony – to efekt przedstawionych założeń do tzw. ustawy frankowej. Zgodnie z projektem frankowicze mają dostać zwrot niesłusznie naliczonych spreadów. Nie zostanie natomiast spełniona obietnica przewalutowania kredytów po kursie z dnia, w którym były one brane.

Ustawa frankowa elektryzowała inwestorów i same instytucje finansowe, gdyż nie było pewne jak sprawa zostanie rozstrzygnięta. Zostało to rozegrane całkiem przyjaźnie zarówno dla instytucji jak i dla klientów banków. Zostaną zwrócone niesłusznie naliczone spready, czyli różnica miedzy ceną kupna a sprzedażą danej waluty – mówi newsrm.tv Daniel Kostecki, dyrektor Departamentu Analiz Rynkowych HFT Brokers.

Nowy projekt zakłada zwrot niesłusznie naliczonych spreadów, które były zgodnie krytykowane przez wszystkich. Koszt takiej operacji to około 4 miliardy, co nawet w połączeniu z podatkiem bankowym nie powinno stanowić dla sektora problemu. Różnica względem poprzedniego projektu jest olbrzymia, bo wtedy koszty były szacowane na 60-70 miliardów złotych. Władze chcą zachęcić banki do dobrowolnego przewalutowania kredytów, przez specjalne regulacje, które każą im podnieść wymagania kapitałowe w przypadku utrzymywania portfela kredytów walutowych. Podniesienie kapitałów oczywiście wiąże się z kosztami, więc bankom ma się po prostu opłacać negocjowanie z klientem. W pierwszej kolejności ugody mają być podejmowane z tymi, którzy pomocy faktycznie potrzebują. Nowa propozycja Prezydenta z pewności rozczaruje tych, którzy chcieli bezwarunkowego przewalutowania, ale koszty takiej operacji byłyby zbyt duże i jak zauważają eksperci HFT Brokers ostatecznie za kryzys sektora zapłaciłoby całe społeczeństwo, a nie tylko banki.

Jak na nową propozycję zareagowali inwestorzy? Na GPW zapanowała istna euforia – kursy banków zyskiwały kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt procent, a cały indeks WIG20 zdecydowanie wyróżniał się na tle globalnych rynków. Pozytywnie reagowała także polska waluta, która tak mocna była ostatnio w czerwcu.
Czy to jedynie krótkotrwała reakcja, a może początek większego ruchu wzrostowego na GPW? Wiele wskazuje na to, że możemy mieć do czynienia z drugim wariantem. WIG20 jest tradycyjnie niezwykle mocno skorelowany z indeksem rynków wschodzących MSCI Emerging Markets. W ostatnim okresie rozbieżność między tymi indeksami była bardzo duża i teraz WIG20 musi nadrabiać straty. Jeśli nastroje na globalnych rynkach drastycznie się nie pogorszą, a w Europie uda się uniknąć kryzysu bankowego, to jak ocenia analityk możemy liczyć na wzrosty co najmniej do poziomu 2000 punktów.

Bank Standard Chartered wdroży wirtualny system bankowy firmy Ailleron

LiveBank
Źródło: livebank24.com

LiveBank, czyli wirtualny system bankowy opracowany przez polską spółkę Ailleron, zostanie wdrożony przez międzynarodowy bank Standard Chartered do obsługi ponad 5 milionów klientów w Azji, Afryce i Bliskim Wschodzie. To największa w historii tego typu operacja realizowana przez międzynarodowy bank [1]. Lista państw, w których funkcjonuje rozwiązanie Ailleron SA sukcesywnie się wydłuża. 

Standard Chartered wdrożył pilotażowo rozwiązanie opracowane przez Ailleron SA w Malezji i Singapurze. Bardzo szybka adopcja LiveBank w tamtym regionie otworzyła drzwi do uruchomienia platformy m.in. w: Chinach, Indiach, Tajwanie, Bangladeszu, Hongkongu, Kenii oraz Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Standard Chartered realizuje w ten sposób swoją strategię zakładającą wzmocnienie udziału w bankowości detalicznej, dla Ailleron SA to z kolei kontynuacja globalnej ekspansji i kolejny referencyjny projekt realizowany dla jednego z największych banków na świecie.

Obszar działalności banku Standard Chartered obejmuje rynki, na których panują zaostrzone procedury bezpieczeństwa. Aby system mógł zostać wdrożony musi przejść rozbudowany proces akceptacyjny i spełniać w 100% kryteria niezwykle rygorystycznej polityki bezpieczeństwa informacji. Tym bardziej obecne wdrożenie jest dla naszej spółki nobilitujące, ponieważ to świadectwo, że LiveBank przeszedł pomyślnie wszystkie, nawet najbardziej wymagające testy. Z racji historycznej skali wdrożenia to również kolejny referencyjny projekt w naszym portfolio. Już od dłuższego czasu odnotowujemy wykładniczy wzrost liczby zapytań o LiveBank. Skokowo wzrasta liczba partnerstw poszerzających sieć sprzedaży oraz deklaracji odnośnie zakresu poszerzenia wdrożeń u stałych klientów. Szybkość realizowanych wdrożeń i dotychczasowe doświadczenie są naszymi niewątpliwymi atutami w porównaniu zarówno z lokalną jak i światową konkurencją – mówi Rafał Styczeń, Prezes Zarządu Ailleron SA.

Dotychczasowa ekspansja LiveBanku potwierdza przyspieszający wśród globalnych banków trend podążania w kierunku cyfrowej rewolucji. Według badań w samej Wielkiej Brytanii liczba wizyt w tradycyjnych oddziałach bankowych spadła z 476 milionów w 2011 roku do 278 milionów w 2016 roku [2]. W innych regionach świata z kolei brak tradycyjnej infrastruktury oddziałów, w organiczny sposób napędza gwałtowny rozwój bankowości mobilnej. Rozwiązanie polskiej spółki z sukcesem wpisuje się w podobne trendy również na innych lokalnych rynkach.

LiveBank jest zaawansowanym technologicznie rozwiązaniem z obszaru wirtualnej bankowości, które gwarantuje obsługę klienta na najwyższym poziomie bez konieczności wizyty w fizycznym oddziale banku. Zapewnia wiele udogodnień, w tym m.in. możliwość skontaktowania się ze specjalistą, personalnym doradcą, a także dostęp do produktów oferowanych przez bank za pośrednictwem transmisji wideo, audio lub czatu, w zależności od preferencji klienta.

Nasz produkt ułatwia i skraca czas załatwiania formalności bankowych, a także pozwala wygenerować szybkie efekty zarówno dla klientów, jak i dla samego banku. Dodatkowo, system zapewnia pełne bezpieczeństwo zawieranych transakcji dzięki szyfrowanym połączeniom oraz możliwości implementacji innowacyjnej technologii biometrii głosowej używanej do autoryzacji transakcji. Z kolei dzięki wykorzystaniu adaptatywnego streamingu, dostosowującemu jakość wideo do jakości łącza, bank może zapewnić klientowi komfortowe, wysokiej jakości połączenie, co sprzyja interakcji – dodaje Rafał Styczeń.

Jesteśmy dumni ze współpracy ze Standard Chartered. To największe tego typu wdrożenie bankowe na świecie, biorąc pod uwagę skalę i zasięg. Dlatego przy wyborze partnera do takiej operacji nie może być przypadku  – musi mieć doświadczenie i spełniać najwyższe standardy bezpieczeństwa. Fakt, że Standard Chartered zaufał Ailleron SA to duże wyróżnienie i  rękojmia naszego profesjonalizmu. To jednak nie jedyny ambitny projekt, w który angażuje się spółka. Jest o nas głośno w branży bankowej, czego efektem są zaawansowane i perspektywiczne rozmowy odnośnie wdrożeń, które obecnie prowadzimy w Azji, Brazylii i innych regionach. Zwykle po referencyjnych projektach odnotowujemy ogromny wzrost zainteresowania LiveBankiem. Nie inaczej powinno być w tym przypadku – dodaje Piotr Skrabski, General Manager LiveBank.


[1] https://www.sc.com/en/news-and-media/news/global/2016-07-21-video-banking-launch-asia-africa-mideast.html

[2] Dane firmy konsultingowej CACI na podstawie artykułu w Financial Times:https://next.ft.com/content/6d0903f4-4e7e-11e6-8172-e39ecd3b86fc

UI TFI: przyszłość europejskiego sektora bankowego nie rysuje się w kolorowych barwach

Prawdziwy problem europejskich banków to historycznie niskie stopy procentowe

Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI
Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI

Kilka dni temu Europejski Urząd Nadzoru Bankowego (EBA) opublikował wyniki tzw. stress-testów – symulacji pokazującej, jak europejskie banki poradziłyby sobie w przypadku wybuchu trzyletniego kryzysu finansowego. Całościowy obraz, jaki się z nich wyłania, nie jest ani szczególnie dobry (choć polski bank PKO BP wypadł bardzo dobrze), ani też bardzo zły. Trudno też mówić o zaskoczeniu, tym bardziej w kontekście trwającej od wielu miesięcy dyskusji o problemach europejskich banków ze złymi kredytami, szczególnie we Włoszech. Współczynnik wypłacalności banków w przypadku wyimaginowanego kryzysu finansowego schodzi jednak na dalszy plan, jeśli zestawimy go z dużo bardziej palącym, rzeczywistym problemem. Głównym wyzwaniem dla europejskich banków – a tym samym złą informacją dla osób inwestujących w akcje tych spółek na giełdzie – są historycznie niskie stopy procentowe w strefie euro.

Niskie stopy procentowe to niższe zyski europejskich banków

Europejski Bank Centralny obniża stopy procentowe sukcesywnie, od wielu lat. W otoczeniu niskiego wzrostu gospodarczego jest to naturalne, jednak od czerwca 2014 r. stopa depozytowa pozostaje ujemna. Obecnie wynosi -0,4%. Rekordowo niskie są też pozostałe stopy procentowe w strefie euro: referencyjna wynosi 0%, a stopa kredytu 0,25%.

Poprzez wprowadzenie ujemnej stopy depozytowej EBC chciał zmusić banki komercyjne, by zwiększyły akcję kredytową zamiast lokować wolny kapitał na procent w banku centralnym. Cel ten wciąż nie został osiągnięty w satysfakcjonującym stopniu, natomiast odbił się na przychodach banków. Przypomnę tylko, że ujemna stopa depozytowa EBC oznacza, że bank komercyjny, który założy depozyt w banku centralnym (choćby overnight) nie dość, że nie otrzyma odsetek, to jeszcze będzie musiał zapłacić za przechowanie pieniędzy (powyżej stopy rezerwy obowiazkowej). W takim środowisku banki zarabiają mniej na swoich produktach finansowych, choćby kredytach. To dobra informacja dla kredytobiorcy. Gorsza dla samego banku.

Pewną rekompensatą dla banków komercyjnych jest tzw. program luzowania ilościowego (QE). Każdego miesiąca Europejski Bank Centralny skupuje z rynku obligacje o wartości 80 mld euro. Banki generują część przychodów swoich przychodów z handlu obligacjami i na „zakupach” ze strony EBC mogą zarobić. Nawet jeśli rentowności posiadanych przez nie obligacji są nominalnie niskie. Jednak nawet zyski czerpane z portfela obligacyjnego nie są w stanie zastąpić bankom dochodów osiąganych z podstawowej działalności.

Przyszłość też nie rysuje się w kolorowych barwach. Oczekiwania inflacyjne w strefie euro ponownie spadają na skutek umocnienia się wspólnotowej waluty i powrotu do spadków cen ropy naftowej. Niewykluczone więc, że EBC ponownie sięgnie po stopy procentowe jako narzędzie walki z presją deflacyjną, obniżając je jeszcze bardziej. Dla banków nie jest to zbyt dobra wiadomość.

Stress-testy przypomniały o jeszcze jednej istotnej kwestii. Jeśli zestawimy kapitalizację rynkową europejskich banków czy wielkość ich aktywów z rozmiarami europejskiej gospodarki (np. wielkością PKB) nasuwa się jeden wniosek – sektor bankowy w Europie jest zbyt duży.

Raport EY: Cyfrowy świat stawia nowe zadania przed dyrektorami finansowymi

Z raportu EY „Czy to Ty definiujesz swoją rolę jako dyrektor finansowy, czy też ona definiuje Ciebie?” wynika, że rola CFO w organizacjach się zmienia, a największymi wyzwaniami są cyfrowe innowacje, szybko zwiększająca się ilość danych, zmienne ryzyko, regulacje oraz narastające wymagania akcjonariuszy.

Dyrektorzy finansowi (CFO) coraz częściej odpowiadają nie tylko za finanse. Większość z nich aktywnie uczestniczy w tworzeniu strategii przedsiębiorstwa, nie tylko w zakresie finansowania działalności. Niestety, 52% z nich uważa, że łączenie zaangażowania w strategiczne wyzwania z tradycyjnymi zadaniami CFO jest trudne z uwagi na brak możliwości delegowania dotychczasowych obowiązków. 56% ankietowanych większość swego czasu spędza na upewnianiu się, że organizacja działa w zgodzie z regulacjami. Z kolei 51% badanych skupia się na kwestiach operacyjnych. 47% respondentów przyznaje, że ani oni, ani ich zespół nie mają odpowiednich kwalifikacji, by zająć się strategicznymi priorytetami.

Świat cyfrowy

58% badanych przez EY dyrektorów finansowych przyznaje, że musi zdobyć umiejętności pozwalające zrozumieć nowoczesne technologie i skomplikowane analizy danych. Tej wiedzy potrzebują dyrektorzy finansowi ze wszystkich sektorów gospodarki. Jednak najczęściej, bo aż w 70% taką potrzebę zgłaszają CFO z sektora mediów i rozrywki, 65% z sektora motoryzacyjnego i 58% z sektora IT. – Historycznie zarządzanie nie było związane z tak dużą ilością danych. Cyfrowy świat daje nam możliwość szybszego zdobywania infrmacji, a tym samym lepszego ich wykorzystywania do podejmowania decyzji. Jestem przekonana, że informacje wynikające z posiadanych danych będą w przyszłości odgrywały znaczącą rolę w szybszym podejmowaniu decyzji związanych ze strategią, ryzykiem, czy też kwestiami operacyjnymi – mówi Agnieszka Bryl, Dyrektor w Dziale Doradztwa Biznesowego EY.

Analiza danych

Dyrektorzy finansowi zdają sobie sprawę, że w przyszłości niezbędnym elementem ich pracy będzie dostarczanie danych oraz ich zaawansowana analiza. Bez tego podejmowanie zarządczych decyzji nie będzie możliwe – przyznaje 58% z nich. W ciągu ostatnich 5 lat połowa CFO spędziła więcej czasu na dostarczaniu zarządowi zaawansowanych analiz danych, co wiązało się z koniecznymi inwestycjami w ludzi oraz technologie.

Ryzyko oraz niepewność

W ramach zarządzania ryzykiem CFO coraz częściej zajmują się także ryzykiem strategicznym, reputacyjnym, regulacyjnym oraz cyfrowym. Według 66% respondentów w przyszłości dyrektorzy finansowi będą musieli mieć wiedzę na temat ryzyka finansowego, rynkowego, ale też strategicznego, reputacyjnego, regulacyjnego i cyfrowego. Już dziś połowa badanych spędza więcej czasu na zarządzaniu ryzykiem strategicznym niż pięć lat temu. Z kolei 61% z tych, którzy uznają to za przyszły priorytet przyznaje, że musi poprawić swoje umiejętności zarządzania tym ryzykiem.

Nadzór akcjonariuszy i regulacje

Dla połowy respondentów badania EY, ważny jest także rozwój zdolności zarządzania relacjami z akcjonariuszami, prezesem organizacji, jej zarządem czy radą nadzorczą. Dotyczy to przede wszystkim CFO w krajach rozwijających się, gdzie umiejętność efektywnego reagowania na wzmacniający się nadzór oraz wymagania regulacyjne w zakresie systemu kontroli nie są tak powszechne jak w krajach rozwiniętych. W innym badaniu EY[1], 48% CFO przyznaje, że musi kontrolować zgodność finansów z 10 zestawami standardów raportowania finansowego, a 1/3 musi się zmierzyć z 16 lub więcej zestawami. – Dzisiaj CFO jest coraz bardziej angażowany w takie zagadnienia jak cyfrowy świat, analizy danych, analizy strategiczne, czy zapewnienie zgodności z rosnącymi wymaganiami regulacyjnymi. Często nie jest to połączone z odpowiednimi kompetencjami, zasobami i strukturami organizacyjnymi podległymi CFO, które pozwalałaby mu skutecznie wykonywać zarówno nowe, jak i tradycyjne zadania – mówi Agnieszka Bryl.

Lider operacyjny

64% CFO wie, że będzie musiało przejmować zadania związane z operacyjnym zarządzaniem wybranymi aspektami działalności przedsiębiorstwa.

Czy CFO jest kluczowym graczem w transformacji operacyjnej organizacji?

Kluczowy gracz.jpg

– Przejęcie roli operacyjnej wiąże się z dodatkowym ryzykiem – dodaje Agnieszka Bryl. – Jednym z zadań CFO jest, przy zachowaniu zawodowej uczciwości, stawiane niewygodnych pytań. Odpowiedzialność za działalność operacyjną organizacji może prowadzić do złamania tych zasad. Warto jednak pamiętać, że często naturalnym liderem zmian, np. w obszarze procesów finansowych, zarzadzania ryzykiem i systemu kontroli wewnętrznej jest CFO. Wynika to z tego, że najczęściej lepiej widzi ryzyka związane z danym rodzajem działań i ma mniejszy poziom motywacji do wspierania ryzykownych decyzji biznesowych, niż osoby bezpośrednio odpowiedzialne, np. za sprzedaż – dodaje.

Różnice pokoleniowe

Na wielu rynkach i w wielu sektorach coraz ważniejsze staje się etyczne działanie firm. Wymuszają to nie tyko regulacje, ale także często inwestorzy. Znaczenie etyki zmienia się wraz ze zmianą pokoleniową. Jest ona bardzo ważna dla młodszych dyrektorów finansowych, zwraca na nią uwagę aż 78% dyrektorów finansowych z pokolenia Y.

Czy wzrasta znaczenie etyczności procesu podejmowania decyzji (procent odpowiedzi twierdzących)?

Etycznosc.jpg

Różnice pokoleniowe widać także w innych kwestiach. 63% CFO z pokolenia Y wie, że musi się nauczyć przywództwa oraz budowania zespołu. Taką potrzebę widzi z kolei tylko niecała połowa pokolenia „baby boomers”. Jednocześnie zaledwie 23% respondentów z pokolenia Y ma kwalifikacje rachunkowe. W pokoleniu X jest to aż 46%.

– Najważniejsze jest to, że CFO coraz bardziej dostrzegają potrzebę posiadania silnych kompetencji przywódczych, bo to one pozwalają skutecznie tworzyć i zarządzać zespołami. Obecnie w coraz bardziej zmiennych i złożonych okolicznościach prowadzenia biznesu, rośnie rola odpowiednio dobranych i zgranych zespołów. Tylko zespołowo można zapewnić skuteczność i rozwój biznesu – podsumowuje Agnieszka Bryl.

O badaniu

Badanie przeprowadzono między grudniem 2015 a lutym 2016. Przebadano 769 CFO z całego świata, z firm o przychodach od 100 mln USD do ponad 20 mld USD. Najwięcej respondentów pochodziło z sektora produktów konsumenckich, motoryzacyjnego oraz IT. Połowa respondentów miała 40-49 lat, prawie 1/4 50-59 lat, a 1/5 30-39 lat.

[1] Efektywne ujawnianie: firmy akceptują wezwanie do działania, EY/Financial Executives Research Foundation, Listopad 2015.

Ronson Europe wyniki finansowe za I półrocze 2016 r.

  • Ronson Europe wypracował w I półroczu 2016 r. 111,2 mln zł przychodów wobec 94,2 mln zł rok wcześniej, co oznacza wzrost o 18,1%:
    • Spółka przekazała nabywcom 276 lokali o łącznej powierzchni 15,9 tys. m2, podczas gdy przed rokiem było to 270 lokali o powierzchni 14,3 tys. m2.
  • Zysk brutto na sprzedaży wyniósł w I półroczu 2016 r. 19,9 mln zł wobec 16,9 mln zł rok wcześniej, co oznacza wzrost o 17,8%:
    • Marża brutto na sprzedaży wypracowana w I półroczu wyniosła 17,9% i była na podobnym poziomie jak przed rokiem.
    • Największy wpływ na wyniki I półrocza miały zakończone w II kwartale warszawskie projekty Moko I i Espresso II.
  • Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej w I półroczu 2016 r. wyniósł 0,7 mln zł wobec 2,4 mln zł przed rokiem
  • Łącznie w całym 2016 r. Ronson planuje przekazać klientom około 1000 lokali, co powinno przełożyć się na znaczną poprawę wyników finansowych względem 2015 roku.

– Zgodne z zapowiedziami II kwartał br. przyniósł oczekiwaną poprawę wyników, co było możliwe dzięki zakończeniu budowy dwóch kluczowych inwestycji w Warszawie. Znacznie lepsze perspektywy kształtują się przed Ronsonem w II połowie roku. Zakładamy, że w całym 2016 roku możemy przekazać klientom klucze do około 1000 lokali i znacząco poprawić ubiegłoroczne wyniki finansowe – powiedział Tomasz Łapiński, dyrektor finansowy Ronson.

Sprzedaż mieszkań

W I półroczu 2016 r. Ronson sprzedał 362 lokale wobec 410 lokali w tym samym okresie 2015 r. Największą popularnością wśród klientów cieszyły się lokale w warszawskich projektach Espresso (89 sprzedanych lokali) oraz City Link (79 lokale). Nieco niższa sprzedaż w I półroczu 2016 r. w porównaniu z ubiegłym rokiem miała związek z ograniczoną ofertą Spółki w tym czasie. Ronson oczekuje znaczącej poprawy sprzedaży w II połowie 2016 r. dzięki znaczącemu rozszerzeniu oferty o nowe inwestycje i kolejne etapy już realizowanych projektów. Celem Ronsona na 2016 r. jest sprzedaż ponad 900 lokali.

Realizowane i planowane inwestycje

W I półroczu 2016 r. Ronson rozpoczął realizację siedmiu projektów obejmujących łącznie 921 lokali, w tym dwóch zupełnie nowych warszawskich inwestycji: Nova Królikarnia na Mokotowie oraz Miasto Moje na Białołęce, które do sprzedaży trafiły w lipcu. Na koniec czerwca oferta Ronsona obejmowała ok. 1130 mieszkań, a w lipcu, dzięki wspomnianym wyżej projektom, powiększyła się o kolejne 311.

Do końca roku do sprzedaży mogą trafić jeszcze trzy inwestycje obejmujące ponad 360 lokali. W planach jest nowy projekt we Wrocławiu – Marina Miasto nad Odrą przy ul. Na Grobli, a także kolejne etapy warszawskich inwestycji Miasto Moje i Naturalis.

Dobre perspektywy na II połowę 2016 roku

Pod względem przekazań mieszkań i tym samym wyników finansowych bieżący rok zapowiada się jeszcze lepiej niż rok 2015.

Łącznie w 2016 r. Ronson może przekazać klientom klucze do około 1000 mieszkań (z czego 276 zostało przekazanych w I półroczu). Bazą do przekazań na kolejne kwartały będzie ok. 310 lokali w ramach już zakończonych inwestycji oraz lokale, których budowa zakończy się w bieżącym roku. W sumie jest to ponad 1030 lokali, a ok. 740 z nich było już sprzedanych na koniec I półrocza.

Wyniki finansowe zostały przedstawione w poniższej tabeli

Wyniki finansowe

 (w mln zł)

I półrocze

2016 r.

I półrocze  2015 r. Zmiana II kwartał 2016 r. II kwartał 2015 r. Zmiana
 

Przychody

 

111,2 94,2 +18% 69,4 53,8 +29%
 

Zysk brutto na sprzedaży

 

19,9 16,8 +18% 15,9 12,2 +30%
 

Zysk operacyjny

 

4,4 5,3 -17% 8,7 7,7 +8%
 

Zysk netto*

 

0,7 2,4 -30% 5,0 5,2 -4%

* Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej

W trzech firmach na cztery biznes angażuje się w rekrutacje

Aż 75 proc. przełożonych poszukujących pracownika bierze udział w rekrutacjach prowadzonych w swoich firmach, mimo że często nie należy to do ich głównych obowiązków – wynika z ankiety „Współpraca HR-u z biznesem” przeprowadzonej przez eRecruiter. Tylko w co dziesiątej firmie menedżerowie nie angażują się w rekrutacje. To bardzo dobra informacja, zwłaszcza, że współpraca rekrutera i przełożonego daje większą gwarancję znalezienia kandydata, który będzie najlepiej pasował do DNA firmy. Ważne jest jednak takie zoptymalizowanie procesu rekrutacji, by nie obciążał on biznesu.

Wyniki naszej ankiety pokazują, że menedżerowie chętnie angażują się w proces rekrutacji pracowników. To dobra wiadomość, bo właśnie dzięki współpracy bezpośredniego przełożonego z rekruterem, firma jest w stanie zatrudnić najlepszych. Tym bardziej, że jak wynika z naszego ostatniego badania „Candidate Experience”, aż 87 proc. kandydatów na rozmowie kwalifikacyjnej chciałoby poznać bezpośredniego przełożonego. Skoro zaangażowanie biznesu w rekrutację staje się kluczowe, zadaniem spoczywającym na barkach działu HR jest takie zaplanowanie procesu, aby nie obciążał menadżerów – mówi Izabela Bartnicka, ekspert eRecruiter.

Menedżerowie nie uczestniczą w każdym etapie rekrutacji

Z ankiety eRecruiter wynika, że najczęściej menedżerowie włączają się w rekrutację na pierwszym etapie czyli w ustalenie profilu poszukiwanego kandydata (68 proc. wskazań) oraz uczestniczą w spotkaniach z wybranymi osobami (64 proc.). Mniej, bo 41 proc. opiniuje kandydatury poszczególnych osób. Bez względu jednak na to, kiedy biznes jest angażowany, zespół HR powinien jasno ustalić reguły współpracy i zakres odpowiedzialności obu stron. Warto odpowiedzieć na pytania m.in. czy menedżer dokonuje preselekcji życiorysów, czy dzwoni do kandydatów albo jakie kompetencje potencjalnego pracownika ocenia na rozmowie kwalifikacyjnej. Ustalenie szczegółów gwarantuje, że zespołowa gra HR-u i biznesu będzie skutkowała znalezieniem idealnego kandydata do pracy.

TOP3 problemów we współpracy HR-u z biznesem

Według rekruterów głównym problemem we współpracy HR-u i biznesu jest odkładanie na później obowiązków rekrutacyjnych przez menedżerów ze względu na ich liczne obowiązki biznesowe – taką odpowiedź wskazało aż 43 proc. ankietowanych. Biorąc to pod uwagę, bardzo istotne jest, by dział HR zaplanował proces w taki sposób i znalazł takie rozwiązania, które będą wspierały zaangażowanie biznesu, a nie dodatkowo go obciążały. Przykładem są specjalne systemy rekrutacyjne, w tym wprowadzona ostatnio przez eRecruiter Interaktywna Karta Kandydata. Dzięki niej zarówno przełożony, jak i specjalista HR mają łatwy dostęp do informacji o kandydatach, mogą wymieniać się opiniami i wspólnie podejmować szybkie decyzje. Obie strony wiedzą o swoich wzajemnych oczekiwaniach oraz na jakim etapie procesu się znajdują.

Jak wynika z badania eRecruiter kolejne trudności z jakimi mierzą się rekruterzy w przypadku zaangażowania biznesu w proces zatrudniania to: wydłużenie rekrutacji (14 proc. wskazań) oraz trudności komunikacyjne (10 proc.). Oba elementy wpływają niekorzystnie nie tylko na relację biznes-HR, ale również na kandydata, który stara się o pracę w danej firmie. Dlatego warto postarać się o to, by proces przebiegał sprawnie, a komunikacja była bezproblemowa. W tym celu, jak wskazuje Paulina Rubajczyk z Banku BPS S.A., warto skorzystać z systemów do zarządzania rekrutacjami, dzięki którym wszystkie informacje o procesie są zgromadzone w jednym miejscu i każda osoba zaangażowana w rekrutację może do nich szybko dotrzeć.

U nas w banku staramy się, by po każdym spotkaniu rekrutacyjnym omówić uzyskane informacje o kandydacie, a następnie wprowadzić je do systemu. Dzięki temu osoby z biznesu, które mają dostęp do platformy, mogą na bieżąco monitorować nie tylko twarde informacje, jak liczba aplikacji, ale też profil kandydatów – mówi Paulina Rubajczyk, Starszy Specjalista ds. Rekrutacji i Rozwoju w Banku BPS S.A.

Współpraca działu HR i biznesu będzie najefektywniejsza wówczas, jeśli nie tylko menedżer włączy się w proces rekrutacyjny, ale i rekruter wykaże się znajomością specyfiki funkcjonowania firmy, jej strategii biznesowej czy celów na najbliższy czas.

Metodologia:

Badanie „Współpraca HR-u z biznesem” zostało przeprowadzone przez eRecruiter, w dniu 8 czerwca 2016 r. Respondentami badania były osoby zajmujące się rekrutacją lub ją nadzorujące w firmach. Ankiety zostały zebrane za pomocą narzędzi online. Liczba respondentów N=204.

4 prognozy dla Internetu w przemyśle

 

Ireneusz Martyniuk, Dyrektor Pionu Przemysłu w Schneider Electric Polska
Ireneusz Martyniuk, Dyrektor Pionu Przemysłu w Schneider Electric Polska

W tym stuleciu czekają nas ogromne zmiany w technikach komputerowych dla biznesu. Rozkwit przeżywać będzie przemysłowy Internet rzeczy, który będzie miał wpływ nie tylko na przedsiębiorstwa, ale i cały ekosystem oraz społeczeństwa – mówi Ireneusz Martyniuk, Dyrektor Pionu Przemysłu w Schneider Electric Polska.

Podłączanie urządzeń fizycznych do sieci komputerowej nie jest niczym nowym. Jednak zebranie 50 miliardów urządzeń w jednej sieci, zarządzanej, jako pojedynczy ekosystem to zdecydowanie nowa, jakość. Tak skrótowo można zademonstrować skalę przemian technicznych w dziedzinie przemysłowego IoT, których dziś jesteśmy świadkami.

Rozwiązania IIoT – będące jednocześnie logicznym następstwem i siłą napędową rozwoju epoki informacji – zmienią sposób, w jaki żyjemy i pracujemy, zarządzamy cennymi zasobami, realizujemy procesy przemysłowe oraz ulepszamy operacje biznesowe. Co równie ważne przyczynią się one także do stworzenia nowych okazji rynkowych, a ich szacowany wpływ na światowy poziom PKB (w sektorze dóbr konsumpcyjnych i przemyśle) do roku 2020 wyniesie nawet 14 bilionów dolarów.

Umożliwienie komunikacji z Internetem 50 miliardom urządzeń przy pomocy niedrogich czujników sprawia, że zyskują one własny głos. To właśnie transmisja danych o pracy i środowisku roboczym tych urządzeń jest kluczem do ulepszenia procesów. Dzięki postępom w obszarze technik analizy danych, możliwe jest przekształcenie bogactwa informacji dostarczanych do firmowych sieci w praktyczne narzędzia, pozwalające na ulepszenie funkcjonowania każdego systemu. Połączenie nowych technologii sprawia, że obecne przemiany niosą ze sobą olbrzymi potencjał korzyści dla firm, całych gospodarek, społeczeństw oraz kondycji naszej planety. Dlatego cztery najważniejsze przewidywania w zakresie rozwoju przemysłowego Internetu rzeczy to:

  1. Rozwój zastosowań IIoT dorówna ekspansji konsumenckich aplikacji internetowych.

Nieważne czy chodzi o łańcuchy dostaw, linie produkcyjne, rurociągi, systemy gospodarki wodnej, czy inteligentne miasta, trwa rozwój nowej fali aplikacji IIoT na skalę porównywalną do ekspansji internetowych “apek” w sektorze konsumenckim. Będą one wykorzystywane do realizacji procesów, które jeszcze do niedawna wydawały nam się niemożliwe. Już dziś sprawdzane są możliwości technologii IIoT w zakresie zwiększenia zbiorów w rolnictwie, dzięki analizie danych gromadzonych z wielu czujników umieszczonych na polach uprawnych w czasie rzeczywistym. Z kolei z dala od pól w zakładach przemysłowych przedsiębiorstwa podnoszą efektywność maszyn przy pomocy IIoT. Dzięki czujnikom zamontowanym w urządzeniach w całym zakładzie i mobilnej aplikacji rozszerzonej rzeczywistości, operatorzy mogą sprawdzić, czy występują jakieś problemy, czy potrzebna jest ich interwencja oraz jak ją przeprowadzić, podchodząc do maszyny, lub nawet znajdując się poza budynkiem, i korzystając z tabletu. To dopiero początek możliwości.

  1. Liczba “rzeczy” podłączonych do IIoT gwałtownie wzrośnie.

Teraz, gdy urządzenia mogą komunikować się już z systemami sterowania, oprogramowaniem, personelem operacyjnym i aplikacjami do analizy danych, rozwiązania IIoT staną się komponentami wszystkich systemów i procesów smart, o których tyle słyszymy.

Dla przykładu, rury kanalizacyjne wyposażone w czujniki wykrywające wycieki, umożliwią rozwój systemów “smart water.” Inteligentne liczniki będą dostarczać dane o lokalnych prawidłowościach na poziomie konsumpcji energii i aktualizować w czasie rzeczywistym informacje o zapotrzebowaniu, umożliwiając pracę rozwiązaniom “smart grid”. Gdy spojrzymy na miasto to parkometry i sygnalizacja świetlna będą monitorować natężenie ruchu drogowego oraz informować o przestępstwach na ulicach w ramach systemów “smart city.” Z kolei systemy oświetleniowe będą dostarczać systemom automatyki budynków dane o obecności ludzi i wpływie na środowisko – “smart buildings.” W Polsce realizujemy bardzo dużo inwestycji z zakresu inteligentnych budynków. Integracja z innymi systemami to kwestia czasu. Nawet dojazd do pracy będzie bardziej “smart” – czy to przy pomocy samochodu bezzałogowego, czy transportu publicznego, korzystających z systemów IIoT, które podniosą ich wydajność.

W przemyśle maszyny produkcyjno-przetwórcze będą monitorować własną pracę i stan techniczny w ramach tzw. “smart plant.”

  1. Siłą napędową innowacji będą zarówno startupy, jak i duże przedsiębiorstwa.

Jednym z najbardziej ekscytujących aspektów przemian w dziedzinie IIoT jest to, że za rozwój innowacji odpowiadają zarówno przedsiębiorstwa z listy Global 500, jak i startupy oraz partnerstwa między organizacjami z obu tych grup. Nawet rządy państw wchodzą do gry, uruchamiając dobrze finansowane programy krajowe i regionalne, których celem jest kapitalizacja korzyści technologii IIoT. Jako że rozwiązania IIoT pozwalają na ulepszenie każdego procesu, systemu i urządzenia, mamy do czynienia z prawdziwą eksplozją zainteresowania, zaangażowania i nowatorskich pomysłów we wszystkich sektorach gospodarki. Tak wielkie zainteresowanie przeradza się w coraz większą liczbę praktycznych rozwiązań, co oznacza, że nowe urządzenia i platformy nie tylko zapewnią nam większą efektywność, ale doprowadzą do powstania zupełnie nowych modeli biznesowych.

  1. Nowe standardy zapewnią przejrzystość

Czerpanie korzyści z rozwoju IIoT opiera się na współpracy wielu graczy, która z kolei wymaga opracowania powszechnych zasad rozwoju i wykorzystania technologii w rozwiązywaniu problemów biznesowych i społecznych. Tworzenie organizacji, które wspierają sektor prywatny i publiczny we wspólnym rozwoju metod i standardów, uproszczą rozwój interoperacyjnych i efektywnych aplikacji oraz platform IIoT.

Możemy spodziewać się bardzo wiele w perspektywie najbliższych dwóch lat

Już dziś rozwój technologii sprawia, że maszyny i systemy stają się tańsze, szybsze, bardziej inteligentne, a w efekcie także bardziej efektywne i produktywne. Wszystkie te korzyści przyczyniają się do tego, że rozwiązaniom IIoT trudno się oprzeć i będą one napędzać wzrost zysków (zarówno brutto jak i netto) w wielu różnych branżach. Jednak poza wyższymi zyskami dla przedsiębiorstw i szerokimi korzyściami ekonomicznymi, technologie IIoT umożliwią też uzbrojenie przedsiębiorstw i władz publicznych w nowe, lepsze narzędzia, odpowiadające na największe wyzwania współczesnego świata: zanieczyszczenie środowiska, dostęp do energii, żywności i wody oraz globalne zmiany klimatyczne.

Ł. Bugaj (DM BOŚ): reforma OFE w przedstawionej przez Mateusza Morawieckiego formie byłaby korzystna dla rynku kapitałowego

CEO Magazyn Polska

Przedstawiony przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego projekt reformy Otwartych Funduszy Emerytalnych przewiduje likwidację drugiego filara oszczędzania na emeryturę i zakłada przekazanie większości środków do pierwszego oraz trzeciego. Zdaniem Łukasza Bugaja z DM BOŚ jego realizacja w takiej formie byłaby korzystna dla rynku kapitałowego.

– W przypadku dalszych losów Otwartych Funduszy Emerytalnych wciąż jest wiele znaków zapytania i panuje dosyć istotna niepewność – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Łukasz Bugaj, analityk Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska (BOŚ). – Z drugiej strony, jeżeli zaprezentowane zarysy nowego rozwiązania będą rzeczywiście realizowane, to należy ocenić je pozytywnie.

Na początku ubiegłego miesiąca wicepremier Mateusz Morawiecki ogłosił wstępne zarysy projektu zmian systemu emerytalnego. Zapowiedział, że co prawda Otwarte Fundusze Emerytalne zostaną prawdopodobnie zlikwidowane, ale większość zarządzanych przez nie dzisiaj środków (przeszło 100 mld zł) trafi na nowe, indywidualne konta emerytalne, a reszta (35 mld zł) do Funduszu Rezerwy Demograficznej.

– Inwestorzy najbardziej obawiali się nacjonalizacji oraz przeniesienia zarządzania środkami do scentralizowanego podmiotu powiązanego ze Skarbem Państwa, co, wydaje się, nam już nie grozi – precyzuje Łukasz Bugaj. – Raczej nie będzie jednego, scentralizowanego podmiotu zarządzającego środkami. Owszem, drugi filar ma zniknąć, ale pieniądze prawdopodobnie zostaną rozdysponowane pomiędzy pierwszym i trzecim, co de facto oznacza prywatyzację. Jeśli faktycznie tak się stanie, to temat nacjonalizacji zostanie przecięty i nigdy już nie powinien wrócić. Bo co zostało sprywatyzowane, nie może ponownie trafić w zarząd państwa, przynajmniej w normalnych warunkach. To duży plus.

Zdaniem Łukasza Bugaja w sprawie OFE pojawiają się jednak wciąż sprzeczne opinie. Niektórzy eksperci są zdania, że Polski Fundusz Rozwoju (PFR), powołana na początku kwietnia br. jednostka mająca zarządzać środkami przyszłych emerytów, inwestując je między innymi w przyszłościowe, innowacyjne projekty, będzie mogła także dysponować pieniędzmi będącymi obecnie w gestii OFE.

– To nieprawda, ponieważ PFR ma zarządzać środkami zgromadzonymi w ramach planowanych dopiero nowych, pracowniczych planów kapitałowych, z którymi akurat wiąże się dość duża nadzieja – wyjaśnia Łukasz Bugaj. – One mają ruszyć w 2018 roku, na rynek kapitałowy projektowana reforma nie ma więc dzisiaj większego wpływu, ponieważ została odłożona w czasie. Natomiast nadzieja związana z pracowniczymi planami kapitałowymi polega na tym, że ma do nich płynąć kapitał, a w rezultacie powinny się pojawić dodatkowe oszczędności obywateli poza pierwszym filarem, czyli ZUS. Co prawda program będzie dobrowolny, tym niemniej zachęty mają stymulować chęć do uczestnictwa, więc można sądzić, że partycypacja będzie jednak szeroka, na co wskazują przykłady krajów zachodnich.

Plany kapitałowe miałyby zacząć działać od 1 stycznia 2018 r. W przypadku dużych firm pracownicze plany kapitałowe miałyby zacząć działać od początku 2018 r., średnich – od połowy 2018 r., a małych i mikrofirmach – od 1 stycznia 2019 r.

Projektowana przez Mateusza Morawieckiego reforma OFE nie byłaby pierwszą. Dwa i pół roku temu temu rząd poprzedniej koalicji Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego przeniósł ponad 150 mld zł do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Wcześniej, już od maja 2011 r., zredukował składkę przekazywaną przez pracodawców na konto zatrudnionych do tzw. drugiego filara z 7,3 do 2,3 proc. wynagrodzenia.

Według Łukasza Bugaja już te działania zapoczątkowały stopniową marginalizację warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. W ciągu ostatnich pięciu lat od maja 2011 roku najważniejszy indeks giełdowy WIG20 spadł z poziomu 2900 punktów w okolice 1750 (czyli o blisko 40 proc.). Co prawda, dwie trzecie spadku przypadło na okres po maju 2015 roku, co uważane jest za reakcję na zmianę władzy.

– Jeżeli spojrzymy na wykres głównego indeksu krajowego rynku kapitałowego, to wyraźnie widać na nim, że mniej więcej do 2011 roku kondycja krajowego parkietu była całkiem niezła, a potem zaczęła się psuć – potwierdza Łukasz Bugaj. – Działo się tak z tego względu na to, że ciągły strumień kapitału we wcześniejszych latach był stopniowo przerywany. Teraz jest nadzieja, że w 2018 roku kapitał na rynek znowu zacznie płynąć i wówczas czarny, niekorzystny okres mógłby zostać zakończony. To światełko w tunelu i nadzieja dla inwestorów, rzecz jasna, przy założeniu, że rzeczywiście plany zostaną zrealizowane i spełnią oczekiwania.

Każda inicjatywa zachęcająca do oszczędzania – zdaniem analityka DM BOŚ – jest godna pochwały, podobnie jak zapowiedziana obniżka podatku od zysków kapitałowych dla inwestycji długoterminowych. W przypadku tych dłuższych niż 12 miesięcy podatek Belki miałby spaść do 10 proc. z obecnych 19 procent.

– Polakom trzeba po prostu powiedzieć, że ich emerytury będą bardzo niskie, mniejsze niż obecnie – radzi Łukasz Bugaj. – Nikt na to oczywiście nie patrzy nominalnie, tylko według siły nabywczej. Ceny w ciągu najbliższych 20–30 lat prawdopodobnie mocno się zmienią. Jeżeli porównamy ostatnią wypłatę do emerytury, to może się okazać, że będzie można za nią kupić jedną trzecią tego co dzisiaj. Trzeba zatem z jednej strony samemu oszczędzać, z drugiej – popierać programy i zachęty stymulujące aktywność inwestycyjną.

Krajowy rynek kapitałowy – zdaniem Łukasza Bugaja – byłby naturalnym beneficjentem tego rodzaju zmian. Ale skłonienie Polaków do oszczędzania stanowiłoby korzyść nie tylko dla giełdy, lecz także całej gospodarki.

– Na szczęście ucichła negatywna retoryka wobec rynku kapitałowego, która bardzo mu szkodziła we wcześniejszym okresie – podsumowuje Łukasz Bugaj. – Na OFE można być złym, ale nie należy przekreślać całego rynku kapitałowego. Służy on bowiem wzrostowi gospodarczemu, bo dzięki niemu spółki mogą finansować inwestycji prorozwojowe przynoszące korzyści także pracownikom.

Polskie start-upy mogą być bardziej innowacyjne. Dziś tylko 25 proc. z nich współpracuje z naukowcami

CEO Magazyn Polska
Tylko co czwarty start-up współpracuje z naukowcami, a w co szóstym założycielem jest osoba zaangażowana w pracę naukową – wynika z opracowania „Polskie start-upy. Raport 2015”. Eksperci przekonują, że współpraca nauki i biznesu jest warunkiem zwiększania innowacyjności. Niecała polowa start-upów twierdzi, że ich rozwiązanie to nowość w skali światowej.

Jest jeden problem, z którym ciągle walczą polskie start-upy – to brak innowacyjności. Z innowacyjnością jest jak z Yeti – wszyscy o niej mówią, a nikt jej nie widział tak naprawdę. Niektórym wydaje się, że innowacyjność można zadekretować, że przez samo mówienie o niej stanie się ona faktem. Ona staje się faktem wtedy, kiedy jest bardzo ścisła, interdyscyplinarna współpraca pomiędzy nauką i biznesem, a tej ciągle jeszcze brakuje – mówi agencji Newseria Biznes dr Piotr Bucki, wykładowca, trener, specjalista od komunikacji w Wyższej Szkole Bankowej w Gdańsku.

Spośród badanych start-upów w publikacji „Polskie start-upy. Raport 2015” co czwarty przyznaje, że jego produkt to imitacja. Autorzy podkreślają jednak, że start-upy naukowców są skuteczniejsze w zdobywaniu finansowania zewnętrznego, zwłaszcza funduszy venture capital i środków UE, częściej korzystają też z inkubatorów, parków technologicznych i akceleratorów.

Współpracowałem z wieloma wybitnymi młodymi naukowcam z wielu ośrodków przy programie Alfa AC. Ten program pokazał mi, jak wielki potencjał tkwi wśród naukowców. Problem w tym, że naukowcy nieco boją się komercjalizacji, a z kolei firmy boją się czasami wejścia w świat nauki. Tymczasem taka współpraca sprawiłaby, że innowacyjność by zaistniała – mówi dr Bucki.

Autorzy raportu dodają, że głównym źródłem innowacji w startupach jest analiza zachowań klientów. Zdaniem Buckiego innowacje trudno znaleźć w projektach konsumenckich, bo większość potrzeb indywidualnych jest już spełniona. W takiej sytuacji startupy przegrywają, bo nie ma, jak twierdzi Piotr Bucki, na nie zapotrzebowania.

Ale jest bardzo dużo dobrych polskich startupów, które pracują w relacji business-to-business i oferują stricte wyspecjalizowane rozwiązania IT, albo z obszaru internet of things, albo z obszaru analityki czy sztucznej inteligencji. I to jest polska czołówka, na którą warto zwracać uwagę. Oni są czasem mniej medialni, mniej się o nich pisze, ale robią dobrą robotę – mówi Piotr Bucki.

Startupy, które deklarują, ze ich roczne przychody rosną o połowę, są skoncentrowane na obsłudze firm średnich oraz dużych korporacji.

Patrząc na całość krajowego rynku startupów można powiedzieć, że z jednej strony jest bardzo dobrze, ale z drugiej – trudno – zauważa Bucki. – Mamy bardzo dużą rzeszę ludzi zainteresowanych inwestowaniem swojego czasu i kompetencji w start-upy oraz dosyć dobrze rozwinięte ośrodki, które wspomagają takie osoby. Ale funkcjonuje także dużo stereotypów i bardzo krzywdzących czasem sformułowań na temat start-upów.

Wśród najpilniejszych potrzeb wymienianych przez przedsiębiorców jest dostęp do pieniędzy (60 proc. wskazań). Połowa wskazała na problem z dostępem do wykwalifikowanej kadry.

Rocznie pracuję nad komunikacją ponad 500 projektów start-upowych i w większość z nich na tym etapie działalności ciągle jeszcze ma problemy ze zdefiniowaniem modelu biznesowego, polityki cenowej i nie do końca potrafi sprawdzać swoje tezy biznesowe. Bez względu na to, czy pracujemy w firmie, czy w start-upie, czy w korporacji, jest jedna z podstawowych kompetencji miękkich, które możemy dać ludziom – to jest myślenie krytyczne i umiejętność stawiania tez biznesowych i ich weryfikacja – mówi wykładowca Wyższej Szkole Bankowej w Gdańsku.