Polisy OC zdrożały średnio o 15 proc. Jednym z powodów jest wprowadzenie bezpośredniej likwidacji szkód

Agnieszka Burzyńska-Janiec

Pojawienie się na rynku polis OC z usługą bezpośredniej likwidacji szkody spowodowało wzrost cen polis przeciętnie o 15 proc. – wynika z obserwacji CUK Ubezpieczenia. Opcja ta umożliwia kierowcom likwidację szkody w firmie, w której są ubezpieczeni, a nie u ubezpieczyciela sprawcy. Średni koszt najtańszego OC we wrześniu był o 48 zł większy niż pół roku temu. Na podwyżkę cen mogła mieć wpływ także grudniowa rekomendacja Komisji Nadzoru Finansowego.

Sześć miesięcy po wprowadzeniu usługi bezpośredniej likwidacji szkód ceny komunikacyjnych polis od odpowiedzialności cywilnej wzrosły średnio o 15 proc. – mówi agencji Newseria Agnieszka Burzyńska-Janiec, regionalny kierownik sprzedaży w multiagencji ubezpieczeniowej CUK Ubezpieczenia. – Prognozowane zwyżki w wysokości 100-200 proc. nie miały więc miejsca i raczej nie należy się ich spodziewać.

W kwietniu br. pierwszych osiem firm ubezpieczeniowych, pod nadzorem Polskiej Izby Ubezpieczeń, przystąpiło do systemu Bezpośredniej Likwidacji Szkód. Dzięki temu, że za likwidację szkody i wypłatę odszkodowania odpowiedzialny jest ubezpieczyciel poszkodowanego, który następnie rozlicza się z ubezpieczycielem sprawcy, dla poszkodowanego cały proces przebiega szybciej i sprawniej niż w klasycznym wariancie.

Średni koszt najtańszego OC we wrześniu br. wyniósł 389 zł – to 48 zł więcej niż 6 miesięcy temu. W porównaniu ze średnią cen z lipca wakacyjny wzrost wyniósł 2 proc., co oznacza, że ceny się stabilizują. Analizę przeprowadzono dla tego samego profilu kierowcy: osoba w wieku 33 lat, prowadząca samochód bezszkodowo od 10 lat i 60 proc. zniżki w OC, właściciel Opla Astry z 2007 roku o pojemności silnika 1,4 i mocy 90 KM.

Najwyższe wzrosty odnotowali mieszkańcy Szczecina, Olsztyna i Poznania, a najmniejsze – kierowcy z Wrocławia, Torunia i Lublina. W rankingu miast wojewódzkich najwięcej za OC płacą mieszkańcy Wrocławia, Warszawy, Gdańska i Poznania – co najmniej 466-476 zł.

Zwyżka cen jest oczywiście zauważalna – przyznaje Agnieszka Burzyńska-Janiec. – Ale ceny polis OC są uwarunkowane różnymi czynnikami. Może to być spowodowane wprowadzeniem BLS, ale również wydaniem nowych wytycznych przez Komisję Nadzoru Finansowego.

Wytyczne Komisji z 16 grudnia 2014 roku dotyczą likwidacji szkód z ubezpieczeń komunikacyjnych i związanego z tym ryzyka. Zostały wydane ze względu na rosnącą liczbę skarg ze strony konsumentów dotyczących m.in. terminowej wypłaty odszkodowań, ich wysokości, procesu likwidacji szkód oraz niejasnych i niepełnych procedur.

Głównym celem wydanych pod koniec grudnia ubiegłego roku wytycznych KNF było wprowadzenie jednakowych standardów dla towarzystw ubezpieczeniowych podczas likwidacji szkód z OC. Analitycy rynku i przedstawiciele zakładów ostrzegali, że mogą one doprowadzić do znaczących podwyżek cen polis. Zdaniem ekspertki zmiany te na pewno zmusiły ubezpieczycieli do tego, by większą wagę przykładali do jakości oferowanych usług.

To wiąże się z kosztami – tłumaczy Agnieszka Burzyńska-Janiec. – Wiadomo, że ubezpieczyciele stosują w swoich ofertach różne ceny, dlatego każdorazowo przed zakupem polisy warto porównywać składki. Można bowiem znaleźć tańszą polisę o takim samym zakresie i sumie ubezpieczenia. Ubezpieczyciele bacznie obserwują rynek, siebie nawzajem i rosnącą świadomość klientów.

Jak wynika z obserwacji CUK Ubezpieczenia, dla klientów przy wyborze polisy najważniejsza jest cena. W dalszej kolejności uwzględniają poprzednie doświadczenia z danym ubezpieczycielem oraz renomę czy rozpoznawalność marki.

Producent drzwi Porta walczy z podróbkami

Zdzisław Kwidziński

Bezprawne wykorzystywanie cudzej własności intelektualnej zdarza się w prawie każdej branży. Z nieuczciwą konkurencją walczą także producenci drzwi. Firma Porta KMI Poland złożyła zawiadomienie do prokuratury po tym, jak odkryto bezprawne wykorzystanie jej znaków towarowych na ponad 200 parach drzwi zamontowanych w domu studenckim Politechniki Gdańskiej. Łączne straty z tego tytułu szacowane są na co najmniej 300 tys. złotych.

W ostatnim czasie zauważyliśmy intensyfikację działań nieuczciwej konkurencji. Proceder jest o tyle niebezpieczny, że dotyczy drzwi technicznych. W ostatnim czasie zgłosiliśmy do prokuratury sprawę dotyczącą drzwi ogniowych, dokładnie drzwi przeciwpożarowych EI 30, które w dużej liczbie, mowa tu o ponad 200 sztukach, zostały zamontowane w akademiku Politechniki Gdańskiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Zdzisław Kwidziński, szef działu R&D w firmie Porta KMI Poland.

Jak podkreśla, badania certyfikacyjne i audyty wykazały, że podrobiono nie tylko produkt, lecz także znak towarowy firmy.

Proceder naraził nas na straty rzędu około 300 tys. zł. Łączne straty są jednak zdecydowanie wyższe, ponieważ koszt badań certyfikacyjnych oraz audytów nadzoru budowlanego należy oszacować w tym wypadku na kwotę powyżej miliona złotych – mówi Zdzisław Kwidziński.

Walka z podróbkami to coraz poważniejszy problem dla polskich firm. Im produkt lepszej jakości, tym częściej usiłuje się go podrabiać. W Polsce służby celne coraz częściej przechwytują podrabianą odzież, kosmetyki, papierosy czy leki. W skali globalnej rynek podróbek generuje dla gospodarki straty liczone w miliardach dolarów. To wymusza na firmach, również w Polsce, szczególne działania.

W celu utrzymania najwyższej jakości produktów drzwiowych firma Porta prowadzi szeroko zakrojone działania informacyjne. Nie ukrywamy, że know-how, które posiadają nasi inżynierowie i dział R&D, prowadzi do tego, że produkty Porta są na najwyższym światowym poziomie technicznym – wyjaśnia Zdzisław Kwidziński.

Każdy z wyrobów trafiających na rynek opatrzony jest specjalną znamionową tabliczką, która znajduje się w przyldze drzwiowej. Tabliczka zawiera parametry techniczne danego produktu, w tym informacje na temat akustyczności, odporności ogniowej czy dymoszczelności.

Klient, zakupując takie drzwi, może również sprawdzić w dostępnej na naszej stronie internetowej aprobacie technicznej dokładne parametry zakupionego produktu drzwiowego – dodaje Kwidziński. – Aktywnie współpracujemy z nadzorem budowlanym oraz audytami zewnętrznymi, które certyfikują corocznie pod względem jakości firmę Porta oraz reżim technologiczny w naszym parku maszynowym w pięciu fabrykach w Polsce oraz w Europie.

Jak podkreśla przedstawiciel Porta, walka z podróbkami ma nie tylko chronić interes spółki, lecz także zapewnić bezpieczeństwo obecnym i przyszłym użytkownikom dostępnych w Polsce drzwi specjalnego przeznaczenia, które charakteryzują się określonymi parametrami technicznymi, zgodnymi z wymogami Prawa budowlanego. Ma to być wyraźny sygnał od branży, że tego typu nielegalne działania spotkają się ze zdecydowaną reakcją środowiska.

Innowacyjne polskie start-upy na celowniku inwestorów zagranicznych. Zaangażowanie polskich koncernów wciąż niewielkie

Maciej Sadowski

Polska na czele krajów Europy Środkowo-Wschodniej pod względem liczby start-upów. Z coraz większą uwagą przyglądają im się zagraniczni inwestorzy. Dotyczy to szczególnie najbardziej innowacyjnych firm. W ich rozwoju mogłoby pomóc większe zainteresowanie dużych polskich korporacji.

Korporacje w niedostateczny sposób angażują się w inwestowanie w start-upy. Gdyby każda z nich dała listę trzech najbardziej technologicznie palących problemów do rozwiązania, to deklaruję, że przyprowadzę projekty, zarówno z Polski, jak i zagranicy, które będą rozwiązaniem na nie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Sadowski, kierujący fundacją StartUp Hub Poland. – Dla dużych polskich koncernów inwestycja rzędu 10 mln złotych rocznie to nie jest dużo, a dzięki niej wokół tych firm mogłyby powstać małe pęcherzyki w postaci innowacyjnych start-upów.

W ten sposób każdy z koncernów zyskuje innowacyjne pomysły na rozwiązanie swoich problemów, a także zdobywa punkty wizerunkowe. W dłuższej perspektywie takie „pęcherzyki” mogą się stać pełnowartościowym centrum badawczo-rozwojowym dla danej firmy. Jak podkreśla Sadowski, w taki sposób rozwijają się m.in. Google czy Intel.

Większe zaangażowanie korporacji mogłoby się przyczynić do zakorzenienia się innowacji w polskim ekosystemie – mówi Maciej Sadowski.

Zaznacza jednocześnie, że polskim start-upom i tak jest łatwiej niż jeszcze kilka lat temu, bo inwestorzy zagraniczni, np. fundusze venture capital, z coraz większą uwagą przyglądają się tworzonym nad Wisłą innowacjom. Wciąż jednak to zainteresowanie nie jest satysfakcjonujące.

– Chcielibyśmy, żeby było więcej inwestorów. To jest jednak uzależnione od jednego, absolutnie najważniejszego elementu, jakim jest duża podaż wysokokalorycznych, ciekawych start-upów, które naprawdę mają szansę na globalną ekspansję, a nie kolejny jakiś tam serwis randkowy dla wędkarzy, który może zrobi jakąś chwilową karierę w Polsce, ale potem nikt w to nie zainwestuje globalnie – wyjaśnia Maciej Sadowski.

Jego zdaniem w Polsce drzemie ogromny potencjał i ma szanse stać się technologicznym hubem, który będzie sprzyjał rozwojowi innowacyjnych start-upów. Nasz kraj już jest jednym z liderów w regionie Europy Środkowo-Wschodniej pod względem liczby start-upów. Stale rozwija się też startupowy ekosystem. Funkcjonuje tu ponad 50 Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości. Od 2004 roku dzięki nim powstało ponad 7 tys. firm, a obecnie rozwija się w nich więcej niż 1,5 tys. start-upów.

Raport Kompassu mówi o nas jako o tzw. fast runnerów, czyli kraju, który bardzo szybko dobija do czołówki. Do Berlina będzie nam nadal daleko, ale z drugiej strony takie huby jak np. Praga czy Budapeszt – moim zdaniem – są już powoli w cieniu Polski jako zbioru kilku hubów: Warszawy, Krakowa czy Trójmiasta – mówi prezes Fundacji StartUp Hub Poland.

Dzięki temu Polska ma też szanse, by przyciągać młodych i innowacyjnych przedsiębiorców z innych krajów, np. Ukrainy, Mołdawii czy Białorusi. Wyszukiwaniem tego typu projektów zajmuje się właśnie fundacja.

Zachęcamy, żeby w Polsce i z krajowym kapitałem komercjalizowali swoje odkrycia, żeby tu stworzyli miejsca pracy, oddali fiskusowi procent za działalność i jeszcze sławili naszą markę „made in Poland” na świecie – mówi Sadowski.

Rozwojowi innowacyjności i start-upom sprzyjać mogą również inicjatywy ustawodawcze, m.in. przyjęta w ubiegłym tygodniu przez Sejm ustawa o wspieraniu innowacyjności. Wprowadza ona możliwość zaliczania kosztów działalności badawczo-rozwojowej do kosztów uzyskania przychodów w podatkach dochodowych. Umożliwi ona także rozwój rynku venture capital przez premiowanie funduszy inwestujących w najbardziej innowacyjne firmy zajmujące się działalnością B+R.

Według raportu sporządzonego przez Business Link na podstawie ankiet z udziałem około stu aktywnych, młodych biznesmenów do rozwoju start-upów najbardziej potrzebne są: zwiększanie liczby klientów (54 proc.), wsparcie finansowe (38 proc.) oraz nowi partnerzy biznesowi (32 proc.). Prawie dwie trzecie ankietowanych biznesmenów wierzy, że Polska to dobre miejsce na rozwój start-upu.

StartUp Hub Poland skupia się na tworzeniu odpowiednich warunków dla start-upów high technology w Polsce. Fundacja oferuje projektom wsparcie finansowe w postaci do 50 tys. euro kapitału preinkubacyjnego oraz do 1,7 mln euro kapitału zalążkowego, a także dostęp do biur, laboratoriów, mentoring i wsparcie prawne czy operacyjne.

W Polsce ściąganie podatków najmniej efektywne w Unii Europejskiej

W najnowszym raporcie Komisji Europejskiej, podsumowującym reformy podatkowe w Unii, Polska znalazła się w gronie 5 krajów, których system sprawozdawczości podatkowej i ogólnej polityki fiskalnej wymaga reformy. Ściąganie podatków w Polsce generuje największe koszty w skali całej Unii Europejskiej i jedne z największych obciążeń związanych z rozliczeniami po stronie przedsiębiorstw. Nic dziwnego, że znajdujemy się w grupie państw, które mają największy problem z długiem z tytułu niezapłaconych podatków.

Polska, Bułgaria, Czechy, Niemcy i Słowacja to 5 krajów, które według raportu Komisji Europejskiej powinny znacznie poprawić efektywność administracyjną systemu podatkowego. Polska zajmuje ostatnie pozycje w rankingu pod względem efektywnego pozyskiwania pieniędzy z VAT, mamy też trudności z długiem wynikającym z niezapłaconych podatków. Autorzy dokumentu wskazują za raportem Banku Światowego z 2014 r., że Polska jest w czołówce krajów (za Bułgarią i Czechami), gdzie przedsiębiorcy MŚP poświęcają najwięcej czasu na wypełnianie deklaracji podatkowych. Wyjątkowo słabo wypadamy w zakresie kosztów ściągania należności wobec państwa. Raport Komisji powołuje się na dane OECD (2015), według których Polskę charakteryzują najwyższe jednostkowe koszty pobory podatku. Za nami znalazły się Słowacja, Niemcy, Czechy, Bułgaria i Rumunia.

„Talenty polskich urzędników i czas przedsiębiorców są marnowane na ściąganie od małych i średnich firm stosunkowo niewielkich kwot w skali całego budżetu. Dla przykładu stu największych płatników CIT odpowiada za 40% wpływów z tytułu tego podatku. Szacuję, że tysiąc największych płatników CIT odpowiada za 90% kwoty przychodów w tym obszarze. To oznacza, że system można znacznie uprościć zmniejszając obciążenia dla administracji i przedsiębiorców”, komentuje Henryk Siodmok, prezes zarządu grupy Atlas.

Jak wskazują autorzy raportu komisji Europejskiej od władz coraz częściej oczekuje się lepszych efektów przy mniejszym nakładzie pracy i niższych kosztach. Stąd ważne jest wykorzystanie nowych technologii czy rozliczeń on-line. Tutaj niestety Polska również znalazła się w gronie krajów, które stosunkowo wolno wdrażają nowoczesne rozwiązania. Raport wskazuje też potrzebę upraszczania systemu podatkowego i zwiekszania jego stabilności w czasie.

„Polskie przedsiębiorstwa muszą borykać się z ciągłymi zmianami przepisów. Jak wskazuje raport Grant Thornton, w samym 2014 roku weszło w życie blisko 2 tys. aktów prawnych, z czego jedna trzecia miała pośredni lub bezpośredni wpływ na działalność firm. Zamiast dążyć do upraszczania i ujednolicania przepisów, mnoży się ustawy i nowelizacje, także w sferze podatków. Małe i średnie firmy potrzebują prostych, niezmiennych zasad oraz równych szans w stosunku do dużych podmiotów. Będziemy o tym dyskutować pod koniec października na Forum dla Wolności i Rozwoju Law4Growth – kongresu podczas którego zaproponujemy gotowe propozycje zmian przepisów, tak by sprzyjały rozwojowi gospodarczemu“, mówi prof. nadzw. dr hab. Barbara Piontek, sekretarz generalna i opiekun merytoryczny warsztatów eksperckich w ramach Forum.

Z pozytywnych zmian wprowadzonych przez Polskę raport Komisji Europejskiej wymienia m.in. uproszczenia księgowe dla mikroprzedsiębiorstw oraz przepisy utrudniające unikanie opodatkowania.

O raporcie

Raport Komisji Europejskiej “Reformy podatkowe w krajach członkowskich Unii Europejskiej 2015. Wyzwania polityki podatkowej dla wzrostu ekonomicznego i równowagi fiskalnej” został przygotowany przez Dyrekcję Generalną Komisji Europejskiej ds. Gospodarczych i Finansowych oraz Dyrekcję Generalną Komisji Europejskiej ds. Podatków i Unii Celnej. Jest to przygotowywany corocznie dokument, którego głównym celem jest wzbudzenie dyskusji na temat polityki fiskalnej krajów unijnych oraz analiza wyzwań podatkowych oraz niedawnych reform przeprowadzanych przez państwa członkowskie.

Raport dokonuje przeglądu ostatnich trendów w przychodach podatkowych i omawia główne reformy wprowadzone przez państwa członkowskie w ciągu ostatniego roku. Ponadto dokument pochyla się nad kwestiami o szczególnym znaczeniu makroekonomicznym: potencjalnym wpływie, jaki podatki mają na stabilność budżetową państwa oraz nad zmniejszeniem obciążeń podatkowych pracy, jako narzędziu stymulacji wzrostu gospodarczego państw członkowskich. Autorzy dokonują dokładnej analizy obecnych rządów w kontekście administrowania, ściągania i redystrybucji podatków, a także dają propozycje poprawy konstrukcji podatków w wybranych obszarach.

Popołudniowy komentarz walutowy z 28.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 28.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Nieruchomości komercyjne w Polsce – raport RICS za II kwartał 2015

Charakterystyka kluczowych trendów makroekonomicznych

Zgodnie z przewidywaniami w 2015 roku polska gospodarka rozwinie się w równie energicznym tempie, co w minionym roku, przewyższając prawdopodobnie 3.4% wzrost. Przyczyni się do tego w dużej mierze konsumpcja na poziomie gospodarstw domowych, na której ożywienie wpływ mają polepszająca się sytuacja na rynku pracy, wzrost realnych dochodów (wspomagany niską inflacją/deflacją) i rosnące zaufanie konsumentów. Utrzymanie przez bank centralny podstawowych stóp procentowych na historycznie niskim poziomie stymulować będzie gospodarczą aktywność co najmniej do przyszłego roku. Do osłabienia wzrostu może przyczynić się natomiast lekko restrykcyjny kurs polityki budżetowej, który wydaje się uzasadniony w obliczu aktualnego tempa wzrostu gospodarki i który może w efekcie doprowadzić do zwiększenia zobowiązań budżetowych państwa w nadchodzących latach. Ten wyraźnie pozytywny obraz jest sprzeczny z bardziej ostrożną oceną sytuacji wynikającą z raportu RICS za II kwartał br. dotyczącego rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce. Zdaniem autorów raportu na nastrojach najemców i inwestorów negatywnie odcisnął się nienadążający za gwałtownie rosnącą podażą popyt, zarówno na rynku najmu, jak i inwestycji, wywołujący presję na czynsze i kapitał inwestycyjny w wybranych sektorach rynku.

Nastroje na rynku najemców

Wskaźnik nastrojów najemców nieznacznie spadł do -19. To trzynasty konsekutywny kwartał, w którym odnotowano negatywny odczyt nastrojów. Popyt na rynku najmu efektownie wzrósł w segmencie magazynów i skromniej w sektorze powierzchni biurowych. Popyt na powierzchnie handlowe nieznacznie spadł. Dostępność powierzchni zwiększyła się w przekroju całego rynku. Wzrost w sektorach nieruchomości handlowych i magazynowych był relatywnie skromny wobec zdecydowanego wzrostu podaży przestrzeni biurowych. Oczekiwania odnośnie do czynszów są negatywne w każdym obszarze rynku, zarówno w trzy jak i dwunastomiesięcznym horyzoncie czasowym. Zdaniem uczestników badania w segmentach handlowym i magazynowym spadek czynszów będzie niewielki, o wiele bardziej wyraźny natomiast w odniesieniu do czynszów biurowych.

Nastroje na rynku inwestorów

Wskaźnik nastrojów inwestorów nieco się poprawił i osiągnął +7, potwierdzając wcześniejsze sygnały stopniowej poprawy ogólnych warunków na rynku inwestycji w Polsce. Popyt ze strony inwestorów rośnie w miarę równomiernym tempie we wszystkich sektorach rynku. Najwyższy wzrost zainteresowania zagranicznych kupców przyciągnęły segmenty biurowy i handlowy. Podaż nieruchomości na sprzedaż wzrosła zdecydowanie w sektorze biurowym i nieśmiało także w sektorze handlowym. Sektor magazynowy natomiast odnotował spadek podaży. Oczekiwania odnośnie do wartości kapitału w perspektywie 12 miesięcy wskazują na delikatny wzrost w sektorze magazynowym i sugerują znaczny spadek cen w sektorze biurowym. Respondenci przewidują, że w odniesieniu do obiektów handlowych będziemy świadkami umiarkowanego spadku cen.

Na rynku odczuwany jest stały popyt na powierzchnię biurową w Warszawie i w miastach regionalnych, szczególnie tych, które przyciągają do siebie centra BPO/SSC. Zainteresowaniem najemców cieszą się również nowe obiekty handlowe podczas gdy w segmencie nieruchomości magazynowych popyt ze strony najemców dynamicznie rośnie. Z uwagi na znaczne zainteresowanie międzynarodowych inwestorów lokowaniem środków na polskim rynku nieruchomości można się spodziewać kontynuacji powyższych trendów. Fundusze inwestycyjne zainteresowane przejęciem najlepszych nieruchomości powinny oczekiwać wzrostu cen spowodowanego kompresją stóp kapitalizacji we wszystkich segmentach rynku – komentuje Monika Dębska-Pastakia FRICS, Partner, Prezes zarządu Knight Frank.

Mamy do czynienia z typowym na rynku nieruchomości komercyjnych cyklem koniunkturalnym i Polska nie jest tutaj wyjątkiem. Deweloperzy dalej będą budować dlatego będziemy świadkami obniżki czynszów, a być może także dostosowania się rynku do cen. W tym konkretnym cyklu zyska najemca. Inwestorzy nie ustają w poszukiwaniach atrakcyjnych nieruchomości na rynku, czego wyrazem jest niesłabnący na nie popyt w Polsce – komentuje  Nigel Wade, członek zarządu RICS w Polsce, Prezes zarządu Commerson Real Estate.

Zmiany stóp w USA rządzą rynkami

Wracamy do znanej już w historii sytuacji, gdzie “co by się nie działo” jest rozpatrywane z perspektywy wzrostu stóp procentowych w USA. Na niekorzyść euro – głównej przeciwwagi dla dolara – działają kwestie polityczne. Nie tylko kryzys imigracyjny, ale i działania separatystyczne kolejnych regionów.

W piątek miała miejsce ciekawa rzecz podczas publikacji danych z USA. Oczekiwania analityków rozminęły się z oczekiwaniami inwestorów. Poznaliśmy lepsze od oczekiwań dane na temat wzrostu PKB. Annualizowany wzrost PKB wyniósł 3,9% przy oczekiwaniach na 3,7%. Lepsze dane z gospodarki powinny wspierać lokalną walutę. W przypadku USA efekt ten powinien być tym silniejszy, że od danych makroekonomicznych zależy czas podwyżki stóp procentowych. Najwyraźniej inwestorzy liczyli na jeszcze lepsze odczyty.

W niedzielę odbyły się wybory regionalne w Katalonii. Są to dość specyficzne wybory, gdyż region ten od dawna wykazuje tendencje separatystyczne. Partie głośno mówiące o odłączeniu się od Madrytu zdobyły w tych wyborach 72 mandaty w 135 osobowym parlamencie. W efekcie istnieje poważne ryzyko, że będą miały dość głosów by swój program realizować. Na przeszkodzie stoi co prawda trybunał konstytucyjny, ale niewykluczone, że działania takie spowodują jeszcze wiele emocji na rynkach. Gra toczy się w końcu o spore pieniądze, gdyż Katalonia jako bogatszy region nie chce finansować reszty kraju. Rząd w Madrycie od lat próbuje na drodze prawnej uniemożliwić ogłoszenie niepodległości. W ramach tych działań od pięciu lat Katalończycy stracili status osobnego narodu.

Uwaga rynków skupiona jest w dalszym ciągu na Stanach Zjednoczonych. Inwestorzy są już niemal pewni podwyżki stóp procentowych w najbliższych miesiącach. Czy na pewno musi do niej dojść? Patrząc historycznie od 5 lat żyjemy z perspektywą podwyżki stóp procentowych w USA w przeciągu 12 miesięcy. Oczekiwania te pojawiały się i znikały w zależności od sytuacji rynkowej. Na początku tego roku, po serii bardzo słabych danych, temat ten przycichł, ale przecież to zeszłoroczny ruch przenoszący EUR/USD z poziomów powyżej 1,3000 w okolice 1,1000 był spowodowany właśnie lepszymi perspektywami w USA i spodziewanymi w związku z tym wzrostami stóp. Czy nie należy się zatem spodziewać takiego ruchu? FED bardzo boi się zabić tak mozolnie wypracowany wzrost gospodarczy, a to znaczy, że możemy jeszcze miesiącami czekać na dobry moment.

Poznaliśmy dzisiaj Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury według BIEC (Bureau for Investments and Economic Cycles). Po lepszy sierpniowym odczycie wróciliśmy ponownie do poziomów z lipca.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Columbus Capital S.A. planuje połączyć się z Columbus Energy S.A.

Columbus Capital S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, opublikowała zmodyfikowaną Strategię Rozwoju na lata 2015-2016. Emitent zamierza skoncentrować swoją działalność na segmencie Odnawialnych Źródeł Energii oraz na segmencie inwestycyjnym.

Columbus Capital S.A. planuje połączyć się z Columbus Energy S.A., tworząc podmiot, który będzie sprawował działania zarządcze w obszarze biznesu energetycznego oraz inwestycyjnego. COLUMBUS ENERGY S.A., bo tam ma się nazywać nowopowstała Spółka,  będzie dążył do zdobycia mocnej pozycji konkurencyjnej w branży Odnawialnych Źródeł Energii, wykorzystując m.in. efekty synergii wynikające z potencjału obu podmiotów, optymalizacji i zwiększenia skali działania oraz redukcji kosztów działalności. Głównym celem Zarządu Spółki będzie ubieganie się o dopuszczenie jej akcji do obrotu na rynku regulowanym GPW w Warszawie.

„Modyfikacja strategii rozwoju związana jest z zawartym porozumieniem z Columbus Energy S.A. o podstawowych warunkach transakcji połączenia. Widzimy olbrzymi potencjał rozwoju dla rynku OZE w Polsce, a zwłaszcza dla branży fotowoltaiki i zamierzamy dobrze zagospodarować ten segment biznesowy. Naszym nadrzędnym celem jest takie zwiększenie skali działalności, które spowoduje mocny wzrost wartości Spółki oraz umożliwi nam zmianę rynku notowań akcji na rynek regulowany.” – wyjaśnia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki Columbus Capital S.A.

W segmencie Odnawialnych Źródeł Energii Spółka zamierza wykorzystać bardzo dobrą koniunkturę w branży fotowoltaiki, która wynika z wejścia w życie nowej Ustawy o OZE, wprowadzającej taryfy gwarantowane oraz z uruchomienia Programu Prosument. Emitent dzięki otwarciu nowych oddziałów zamierza zwiększyć terytorialny obszar swojego działania z obecnych 30% powierzchni kraju do 80% na koniec 2 kw. 2016 r. Oprócz sprzedaży mikroinstalacji fotowoltaicznych dla klientów indywidualnych, COLUMBUS ENERGY S.A. liczy także na dodatkowe przychody z sektora zamówień publicznych na instalacje fotowoltaiczne oraz umów w sektorze B2B po uruchomieniu dotacji unijnych na lata 2014-2020.

W 2016 r. Spółka w związku z rosnącymi potrzebami finansowymi zamierza aktywnie poszukiwać inwestora strategicznego. Zarząd rozważa także emisję obligacji. W przyszłym roku COLUMBUS ENERGY S.A. ma także zamiar rozszerzyć swoją ofertę o sprzedaż produktu „termomodernizacja domów jednorodzinnych”, co będzie związane z uruchomieniem nowego programu wsparcia z NFOŚiGW o nazwie „RYŚ”. Natomiast od 2017 r. chce stać się pierwszą firmą w Polsce, która wprowadzi na nasz rynek usługę dla klientów indywidualnych o nazwie „Power Purchase Agreement”. Będzie ona polegać na tym, że COLUMBUS ENERGY S.A. będzie montował instalację fotowoltaiczną na obiekcie oraz zarządzał całością przepływów energii elektrycznej i gazu, a także rozliczeń z nimi związanych.

„Dzięki otwarciu nowych oddziałów w Polsce będziemy chcieli istotnie zwiększyć terytorialny obszar naszego działania. Liczymy także na rozwój innych źródeł przychodów, m.in. z sektora zamówień publicznych na instalacje fotowoltaiczne oraz umów w sektorze B2B. Nasze plany na kolejne lata zakładają stałe rozszerzanie oferty o kolejne produkty. Myślę, że prowadzone rozmowy z inwestorami strategicznymi, pozwolą nam pozyskać finansowanie na realizację przyjętej strategii rozwoju.” – dodaje Ciszewski.

Spółka będzie również prowadziła działalność inwestycyjną, a Zarząd nie wyklucza powstania Grupy Kapitałowej, w której poszczególne podmioty będą odpowiedzialne za poszczególne rodzaje działalności gospodarczej. COLUMBUS ENERGY S.A. ma zamiar zbudować portfel spółek, w których będzie posiadała strategiczne pakiety akcji, wspierała ich zarządzanie oraz uzyskiwała dochody powstałe w wyniku zwiększania się ich wartości.

Columbus Capital S.A. zakończyła 2014 r. skonsolidowanym zyskiem netto wynoszącym 936 tys. zł. Plany Emitenta zakładają poszukiwanie nowych projektów inwestycyjnych oraz zbudowanie nowej strategii rozwoju, która pozwoli zmaksymalizować wykorzystanie potencjału zasobów Spółki.

Małe i średnie firmy w Polsce mają niedojrzałe polityki bezpieczeństwa informacji

20 proc. przedstawicieli małych i średnich firm zupełnie nie archiwizuje swoich danych. W przypadku kradzieży lub zniszczenia sprzętu są oni narażeni na ich całkowitą utratę. Kolejna odsłona badań „Nowoczesne IT w MŚP 2015” realizowanych przez Ipsos MORI dla Microsoft wskazuje na brak procedur związanych z bezpieczeństwem informacji w polskich małych i średnich firmach. W przypadku dostępu do danych poza biurem, połowa uczestników badania stawia na najbardziej ryzykowne rozwiązanie, czyli transfer danych przez e-mail na prywatną pocztę. Co ciekawe, 95 proc. szefów firm akceptuje taki proceder. Mimo wciąż niskiej świadomości w kwestii ochrony danych, 11 proc. respondentów z polskich organizacji podkreśla, że pełne poczucie bezpieczeństwa i poufności danych wpływa na produktywność ich pracy.

Główne wnioski z badań:

  • Polskie firmy wciąż nie pamiętają o bezpiecznej archiwizacji danych firmowych: 20 proc. firm z sektora MŚP nie ma dostępu do danych w przypadku kradzieży, czy zniszczenia sprzętu.
  • Bezpieczna archiwizacja w chmurze stosowana tylko wśród 22 proc. firm: biorąc pod uwagę średnią europejską, która wynosi 33 proc., pozostajemy daleko w tyle w adaptacji rozwiązań opartych o chmurę, zapewniających najwyższy poziom ochrony.
  • Zaufany dostawca usług chmurowych może zapewnić znacznie wyższy poziom bezpieczeństwa informatycznego, niż firmy z sektora MŚP są w stanie zrobić to samodzielnie.
  • Niedojrzała polityka bezpieczeństwa: 47 proc. pracowników MŚP działających poza biurem przesyła potrzebne dane na prywatny e-mail. 95 proc. szefów firm daje na to przyzwolenie.

Ups… gdzie podziały się moje dane?

W sytuacji zniszczenia lub kradzieży laptopa, 20 proc. przedstawicieli małych i średnich firm napotyka na ogromny problem, ponieważ zupełnie nie archiwizuje danych związanych z pracą. W tym przypadku znacząco odstajemy od standardów europejskich, gdzie wynik okazał się niższy o 7 punktów procentowych. 46 proc. respondentów z polskich firm przyznaje, że mogłaby mieć trudności z odzyskaniem plików, ale ma szansę odtworzyć je z dysku twardego, gdzie znajdują się kopie zapasowe.

Mniej niż ¼ (22 proc.) pracowników MŚP potwierdza, że dysponuje archiwum on-line w chmurze. Co ciekawe, w tym przypadku również jesteśmy daleko w tyle za Europą, gdzie popularność rozwiązań chmurowych do archiwizacji danych jest dużo wyższa i sięga 33 proc. wskazań. Do pracowników z Finlandii, którzy są najbardziej otwarci na „chmurę” dzieli nas aż 17 punktów procentowych (39 proc. archiwizuje online).

Statystyki pokazują, że swoistymi pionierami w wykorzystaniu możliwości chmury do archiwizacji danych są mikroprzedsiębiorstwa. 29 proc. przedstawicieli tej grupy korzysta właśnie z modelu cloud do zapisu kopii zapasowych. Do chmury przekonane jest również najmłodsze pokolenie polskich pracowników w wieku 18-24, które wskazuje na back-up online jako preferowane miejsce przechowania danych (26 proc.). Z drugiej strony w grupie „młodych” pracowników MŚP zarejestrowano największych odsetek osób, który wcale nie tworzy kopii zapasowych.

Niedojrzała polityka bezpieczeństwa

Osoby, wykonujące obowiązki służbowe poza biurem zapewniają sobie dostęp do danych głównie poprzez transfer plików na prywatną pocztę, co deklaruje 47 proc. badanych. Odsetek ten rośnie aż do 63 proc. wśród firm „analogowych”, które przyznają się do realizacji większości procesów w trybie offline. Niemal 1/3 respondentów dzięki usługom w chmurze korzysta z danych przez smartfon, tablet lub komputer, natomiast 30 proc. wskazuje na dostęp do danych poprzez zdalny desktop. Jedynie 18 proc. korzysta z transferu danych wykorzystując dyski wirtualne typu OneDrive. Wyniki wskazują również, że pracownicy firm europejskich najmocniej przywiązani są do zdalnego dostępu do danych przechowywanych w chmurze (40 proc.). Co ciekawe, osoby korzystające z transferu chmurowego lub te, które wysyłają dane e-mailem twierdzą, że kierownictwo ich firm ma świadomość dostępu do danych w taki właśnie sposób.

„Przestarzałe oprogramowanie, które jest niedostosowane do aktualnego poziomu rozwoju technologii oraz zagrożeń w cyberprzestrzeni, rodzi bardzo duże ryzyko dla biznesu. Zwiększa m.in. potencjał ataków ze strony malware’u i hakerów. Ryzyko to rośnie tym bardziej jeśli mamy do czynienia z pirackim oprogramowaniem, które tylko z pozoru jest tańsze, ale w rezultacie naraża firmę nie tylko na konsekwencje finansowe i prawne, ale również na utratę danych” – przekonuje Przemysław Szuder, dyrektor działu Small & Medium Business Solutions and Partners w Microsoft. „Usługi chmurowe dają gwarancję bezpieczeństwa przy jednoczesnej optymalizacji kosztów i wydajności procesów. Co więcej, użytkownicy mogą mieć pewność, że dostępne oprogramowanie będzie zawsze aktualne i zgodne z ciągle zmieniającymi się wymogami ochrony danych. Decydując się na chmurę, firmy zaszczepiają w swojej organizacji politykę bezpieczeństwa dostosowaną do codziennych wyzwań stawianych przez rosnące zagrożenia w cyberprzestrzeni” – dodaje Przemysław Szuder.

Zaufany dostawca usług chmurowych może zapewnić znacznie wyższy poziom bezpieczeństwa informatycznego, niż firmy z sektora MŚP są w stanie zrobić to samodzielnie i to praktycznie w każdym obszarze biznesowym. Microsoft dysponuje najszerszą ofertą w zakresie bezpiecznych rozwiązań w modelu Cloud dla MŚP. Jako jeden z nielicznych dostawców posiada certyfikat ISO 27018, który gwarantuje bezpieczne i przejrzyste zasady przetwarzania danych dla swoich usług w chmurze – Office 365, Azure i CRM Online. Taki poziom bezpieczeństwa wymagany jest między innymi w Kancelarii Radcy Prawnego Piotra Skrzypczaka, specjalizującej się w obsłudze inwestycji budowlanych, która zdecydowała się na wdrożenie usługi Office 365.

Działamy na rzecz klientów zarówno publicznych jak i prywatnych. Niezwykle istotne jest to, aby dane wrażliwe, które stanowią tajemnicę handlową, a czasem nawet państwową, były w sposób bezpieczny przechowywane i udostępniane za pomocą systemu informatycznego. Usługa Office 365 daje nam tę pewność, a także zapewnia elastyczność i wymierne korzyści finansowe – powiedział Piotr Skrzypczak, właściciel Kancelarii.

Przedstawiciele mikro-, małych i średnich firm deklarują, że kwestia cyberbezpieczeństwa ma dla nich wysoki priorytet, jednak praktyka bywa różna. Słabości najczęściej wynikają z błędów człowieka. Niefrasobliwość pracowników wciąż jest postrzegana jako największe zagrożenie dla bezpieczeństwa informatycznego firm. Kolejnym ważnym czynnikiem są też nadmierne oszczędności, przez które firmy korzystają z przestarzałego oprogramowania. Na te wyzwania pozwalają odpowiedzieć nowoczesne rozwiązania oraz zawsze aktualne usługi w chmurze. Zaufany dostawca może zapewnić znacznie wyższy poziom bezpieczeństwa informatycznego, niż MŚP są w stanie zrobić to samodzielnie i to praktycznie w każdym obszarze biznesowym.

BVT S.A. zadebiutuje jutro na rynku NewConnect

BVT S.A., Spółka zajmująca się windykacją pakietów wierzytelności masowych, zadebiutuje w dniu jutrzejszym na rynku NewConnect. Debiut Spółki na alternatywnym rynku był dla jej Zarządu jednym z najważniejszych celów, a jego osiągnięcie pozwoli realizować przyjęty plan rozwoju.

W dniu 23.09.2015 r. Zarząd GPW w Warszawie podjął uchwałę o wprowadzeniu do alternatywnego systemu obrotu na rynek NewConnect 1.000.000 akcji serii C Spółki o wartości nominalnej 0,10 zł każda. Cena emisyjna akcji, uwzględniając przeprowadzony w lipcu br. split w stosunku 1:50, wynosiła 0,80 zł za szt. W ofercie prywatnej BVT S.A. pozyskało 800 tys. zł. Środki te zostały przeznaczone głównie na nabywanie kolejnych pakietów wierzytelności oraz obsługę już wcześniej zakupionych, co pozytywnie wpłynęło na wyniki finansowe Emitenta.

„Przygotowując się do debiutu na rynku NewConnect Zarząd realizował kolejny etap, który został zawarty w strategii rozwoju Spółki od samego początku jej działalności. Zdaję sobie sprawę, że specyfika rynku wierzytelności wymaga elastyczności, która musi objawiać się także w posiadanych możliwościach dotyczących pozyskiwania środków finansowych. Jedną z takich opcji jest emisja akcji, która przyniosła BVT wpływ w wysokości 800 tys. zł. Środki, jakie Spółka pozyskała poprzez emisję akcji serii C, pozwoliły na zrealizowanie w pełni umowy zakupu pakietów wierzytelności z sektora transportu kolejowego oraz przyśpieszenie tempa, w jakim posiadane wierzytelności wdrożone zostały do realnej windykacji. Miało to znaczący wpływ na osiągnięte przez nas wyniki finansowe w I i II kwartale br. Dbałość Zarządu o utrzymanie proporcji kosztów na poziomie adekwatnym do rzeczywistych potrzeb oraz realna ocena zakupionych pakietów pozwoliły na wygenerowanie wyników dających możliwość wypłaty dywidendy naszym Akcjonariuszom w pierwszym pełnym roku działalności Spółki. Debiut na rynku NewConnect zwiększy także naszą wiarygodność biznesową na rynku wierzytelności i pozwoli nam umacniać pozytywny wizerunek wśród partnerów biznesowych.” – komentuje Katarzyna Szuba, Prezes Zarządu Spółki BVT S.A.

Spółka realizując założenia przyjętej Strategii Rozwoju, która zakłada nabywanie pakietów wierzytelności w nowych branżach, dokonała we wrześniu br. zakupu pakietów wierzytelności polskiego operatora telekomunikacyjnego o łącznej wartości nominalnej sięgającej blisko 3,22 mln zł. W ich skład wchodzi portfel spraw sądowych (usługi mobilne) oraz portfel klientów biznesowych (usługi stacjonarne). Jest to zarazem pierwszy zakup wierzytelności z nowej branży dokonany przez BVT S.A. Emitent złożył także najlepszą ofertę w przetargu na zakup pakietu wierzytelności pochodzących z sektora masowego transportu miejskiego. Jego wartość nominalna wynosi ponad 3 mln zł.

„Zgodnie z przyjętym planem rozwoju uczyniliśmy pierwsze kroki w celu dywersyfikacji posiadanego portfela wierzytelności. Do chwili obecnej nasza działalność oparta była na sektorze transportu masowego. Przygotowując się do wejścia w nowe obszary Zarząd zadbał, aby obszar, w którym się specjalizujemy, działał stabilnie generując przychód adekwatny do realnie windykowanego wolumenu należności. Wchodząc w nową branżę mamy tożsame założenie, aby przy maksymalnej optymalizacji kosztów minimalizować ryzyko związane z rentownością nabywanych pakietów. Jest to nadrzędna zasada, którą się kierujemy, bez względu na to, na jakim obszarze koncentrujemy nasze działania. W związku z powyższym Zarząd podjął decyzję o zakupie dwóch pakietów z branży telekomunikacyjnej, które nie są wobec siebie tożsame. Pozwoli to na wdrożenie nowego schematu windykacji aż w dwóch obszarach, branży usług telekomunikacyjnych jako takiej oraz sferze wierzytelności biznesowych. Do chwili obecnej posiadaliśmy pakiety wierzytelności, które dotyczyły wyłącznie osób fizycznych. Przedmiotowy zakup jest etapem rozwoju BVT S.A., który oparty będzie na dotychczas posiadanych strukturach oraz współpracy z firmą windykacyjną. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że będzie on też w toku windykacji wymagał rozwinięcia tych struktur oraz modyfikowania schematów działania, ale będzie to tylko i wyłącznie potwierdzenie słuszności podjęcia decyzji o rozszerzeniu działalności Spółki na nowe obszary. Spodziewamy się odzwierciedlenia podjętych działań w naszych wynikach finansowych na koniec I kwartału 2016 r. Uważam, że jest to kolejny, bardzo ważny krok Spółki w dążeniu do celu, jakim jest dla nas zdobycie i ugruntowanie pozycji na rynku wierzytelności bankowych.” – zakończyła Prezes Szuba.

W lipcu 2015 r. Emitent nabył pakiet 4.834 sztuk wierzytelności o łącznej wartości nominalnej sięgającej ponad 486 tys. zł. W chwili obecnej BVT S.A. posiada w swoim portfelu ok. 240 tys. szt. wierzytelności, a ich łączna wartość nominalna przekracza 83 mln zł. Prowadzenie skutecznej windykacji tych pakietów Spółce notować wyraźną progresję wyników finansowych. W 2 kw. br. Emitent osiągnął 608 tys. zł zysku netto przy przychodach wynoszących 1.674 tys. zł. Całe pierwsze półrocze 2015 r. Spółka zakończyła zyskiem netto wynoszącym 1.177 tys. zł oraz sprzedażą na poziomie 3.335 tys. zł.

BVT S.A. specjalizuje się w nabywaniu i obsłudze pakietów wierzytelności masowych o dużej dywersyfikacji dłużników, a ich zlokalizowanie obejmuje swoim zasięgiem teren całego kraju. Nabyte przez Spółkę pakiety wierzytelności zlecane są do windykacji firmie prowadzącej działalność w tym zakresie. Emitent specjalizuje się obecnie w obsłudze wierzytelności związanych z przedsiębiorstwami z branży transportu kolejowego.

Głównym akcjonariuszem BVT S.A. jest notowana na rynku NewConnect Spółka Kupiec S.A., która posiada akcje stanowiące 45,12% udziału w kapitale zakładowym oraz 46,12% udziału w ogólnej liczbie głosów na WZA. Rolę Autoryzowanego Doradcy dla BVT S.A. pełni Beskidzkie Biuro Consultingowe S.A. Natomiast Doradcą Finansowym i jednym z akcjonariuszy Spółki jest ABS Investment S.A. BVT S.A. zakończyło 2014 r. zyskiem netto w wysokości 822 tys. zł oraz przychodami na poziomie 2.536 tys. zł. Akcjonariusze Spółki otrzymali również dywidendę z zysku wypracowanego w 2014 r. w łącznej kwocie 532 tys. zł, co stanowiło blisko 65% całego osiągniętego zysku.

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 28.09.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Porta KMI Poland: Dzięki nowej fabryce w ciągu 5 lat możemy zwiększyć przychody o około 100 mln zł

Jacek Woźniak

Uruchomienie nowej fabryki w Ełku ma zapewnić spółce Porta KMI Poland w ciągu najbliższych 5 lat dodatkowe przychody na poziomie 100 mln złotych. Powstający kosztem 70 mln zł zakład będzie jednym z najnowocześniejszych w Polsce i umożliwi konkurowanie pod względem jakości z zagranicznymi producentami. Firma w najbliższym czasie chce wzmocnić swoją pozycję na rynkach zagranicznych, głównie w Europie Zachodniej, oraz wyjść ze swoimi produktami poza granice Starego Kontynentu.

– Dla spółki w najbliższym czasie najważniejszym wydarzeniem będzie inwestycja w nowy zakład do produkcji drzwi i ościeżnic metalowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Woźniak, dyrektor sprzedaży firmy Porta KMI Poland.

Nowy zakład będzie zlokalizowany tuż obok istniejącej fabryki w Ełku. Łączna powierzchnia nowego obiektu wyniesie około 15 tys. mkw., a koszt inwestycji szacowany jest na około 70 mln złotych. Powstający zakład jest niezwykle istotny z punktu widzenia strategii firmy. Pozwoli bowiem na produkcję metalowych skrzydeł i ościeżnic, które mogą konkurować pod względem jakości z międzynarodowymi potentatami.

– Jest to jedyna w swoim rodzaju fabryka szyta na miarę naszej firmy. Przez 15 lat produkcji drzwi metalowych wypracowaliśmy sobie własny, autorski model linii produkcyjnej, dzięki czemu ta linia będzie najnowocześniejsza w kraju – zdradza szef sprzedaży Porta KMI Poland.

Rozmówca oczekuje, że dzięki nowej linii produkcyjnej sprzedaż w ciągu najbliższych 5 lat zwiększy się o około 100 mln złotych. W 2013 roku spółka osiągnęła łącznie przychody na poziomie 258 mln złotych.

– Porta dystrybuuje swoje produkty w Polsce poprzez sieć autoryzowanych dilerów. Łącznie wszystkich punktów dilerskich mamy około stu. Natomiast współpracują z nimi autoryzowane punkty sprzedaży, których jest około tysiąca – informuje Jacek Woźniak.

Spółka ponadto sprzedaje swoje produkty poprzez sieć marketów wielkopowierzchniowych. Łącznie wszystkich punktów jest przeszło 1,5 tysiąca. Firma nie rezygnuje także z inwestycji w posiadane zaplecze technologiczne. Park maszynowy jest na bieżąco modernizowany, a procesy produkcyjne ulegają ciągłej optymalizacji.

– Firma Porta sprzedaje praktycznie do wszystkich krajów Unii Europejskiej, jednak koncentrowaliśmy się przede wszystkim na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej. Są to głównie Rumunia, w której mamy zakład produkcyjny oraz centrum logistyczne, Czechy, Słowacja, Węgry oraz Bułgaria – wylicza Woźniak

Spółka w najbliższym czasie planuje zwiększyć swoją aktywność eksportową na rynkach Europy Zachodniej. Mowa tu przede wszystkim o Niemczech oraz Austrii. Wśród kontrahentów Porty znajdują się także odleglejsze kraje, jak Nigeria, Paragwaj czy Australia.

– Największym zagrożeniem jest protekcjonizm krajów eksportowych, do których chcemy sprzedawać. Rynek drzwi nie jest bowiem jeszcze zharmonizowany z żadnym prawem, a na każdym rynku istnieją bardzo ścisłe regulacje dające pierwszeństwo producentom narodowym – wyjaśnia ekspert.

Przedstawiciel spółki Porta KMI Poland tłumaczy, że oprócz wysokich barier wejścia na rynki zagraniczne, problem są także różnice kursowe. Producent w dużą części materiałów zaopatruje się na zachodzie Europy, a tymczasem przychody uzyskiwane są w lokalnej walucie.

Quad/Graphics chce zostać liderem na europejskim rynku poligraficznym. Planuje wielomilionowe inwestycje

0

CEO Magazyn Polska

Quad/Graphics, polska spółka z amerykańskim właścicielem, która należy do największych firm poligraficznych na kontynencie, zamierza umocnić swoją pozycję w Europie. Zapowiada wielomilionowe inwestycje w rozwój technologiczny i przymierza się do ekspansji na kolejne rynki. Dzięki efektywnej organizacji jest w stanie osiągać wyniki dwukrotnie lepsze od zachodnich konkurentów.

Chcemy stać się jednym z największych i odnoszących największe sukcesy przedsiębiorstw poligraficznych w Europie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Gruszecki, wiceprezes ds. finansów Quad/Graphics Europe. – Chcemy wejść do najwyższej ligi, czyli zdecydowanie zwiększyć naszą obecność w kraju, w którym druk wynaleziono, czyli w Niemczech, gdzie już jesteśmy obecni.

Spółka realizuje zlecenia zarówno dla wydawców gazet czy katalogów, jak i dla agencji reklamowych czy handlu detalicznego. Jak ocenia jej zarząd, sukces Quad/Graphics wynika z możliwości wykraczania poza złożone potrzeby najbardziej wymagających klientów. Należą do niej dwie drukarnie wyposażone w najnowocześniejsze maszyny poligraficzne w Europie. Oferuje różnorodne usługi: od przygotowania materiałów do druku, poprzez produkcję, po dystrybucję.

Dziś Quad/Graphics Europe dostarcza usługi na rynki Wielkiej Brytanii, Niemiec, Skandynawii, Rosji, Francji oraz do krajów Europy Środkowej. By ten obszar poszerzyć, firma zapowiada wydanie wielomilionowych kwot. Finansować zamierza się ze źródeł własnych oraz z kredytów bankowych. Inwestuje głównie w infrastrukturę w Polsce, czyli swą najważniejszą drukarnię w Wyszkowie koło Warszawy. Ambitny plan rozwoju spółka zamierza zrealizować w ciągu najbliższych trzech lat.

– Żeby to zrobić, rozszerzamy naszą platformę produkcyjną, koncentrujemy się na podstawowej działalności i ciągłym udoskonalaniu, wprowadzamy metody lean continuous improvement – mówi Marek Gruszecki. Stosujemy też polskie metody polegające na usprawnieniach organizacyjnych firmy. Jesteśmy bardzo otwarci na wejście w nowe rynki, ale podejmujemy ryzyko w sposób rozsądny.

Rynek poligraficzny nie jest łatwy z racji przenoszenia przez firmy części działalności promocyjnej do internetu. Wiceprezes ds. finansów Quad/Graphics Europe liczy jednak na to, że zlokalizowanie tego typu działalności w Polsce  daje firmie  dużą przewagę konkurencyjną w tym biznesie.

Rynek poligraficzny w każdym z krajów maleje, jest obarczony dużym ryzykiem, jest to trudny rynek. Rynek niemiecki jest jednak kilkakrotnie większy niż rynek polski, są tam ogromne możliwości, tym bardziej że polskie firmy czy firmy polsko-amerykańskie są w stanie konkurować i odnotowywać to, co myśmy odnotowali, czyli wzrost sprzedaży i rentowności na malejącym rynku.

Konkurencja na rynku poligraficznym jest duża, a tradycyjnych wydawnictw drukuje się coraz mniej. Internet szybko zastępuje klasyczne gazety i czasopisma, a zamiast papierowych książek, klienci coraz częściej wybierają elektroniczne.

Śledzimy rentowność, wyliczamy medianę wyników rentowności naszych największych konkurentów i są to minimalne marże na poziomie marży EBITDA 7 proc. czy zyskowności w okolicach 2 proc., zatem prawie nieistniejące – ocenia wiceprezes Marek Gruszecki z Quad/Graphics Europe. Nam się udaje pobijać tę medianę, czyli takie średnie wskaźniki przebijamy ponaddwukrotnie. Korzystamy z bardzo efektywnych metod polskiej myśli organizacyjnej, która daje nam tę przewagę.

Zetor umacnia swą obecność na polskim rynku. Czeski producent ciągników buduje nową siedzibę w Kaliszu

Robert Szewczyk

Czeski Zetor buduje w Kaliszu nową siedzibę swojej polskiej spółki i w przyszłym roku zamierza ją ukończyć. Producent ciągników jest zadowolony z 14-proc. udziału w polskim rynku, bo daje mu to trzecią pozycję na rynku znacznie większym niż rodzimy.

Zetor w tym roku świętował dwudziestolecie obecności w Polsce i jak informuje, sprzedał w tym czasie niemal 34,5 tys. traktorów. Przychody firmy na tym rynku przekraczały w 2014 roku 250 mln zł.

Cały czas staramy się wypuszczać nowe produkty – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Robert Szewczyk, kierownik ds. marketingu Zetor Polska. – Zetor co roku ma jakieś nowe ciągniki. Wszystko jest uzależnione od naszego rynku. Jeżeli rynek będzie czegoś potrzebował, to na pewno to dostarczymy. Jeżeli chodzi o naszą firmę, to będziemy w tym roku budować nową siedzibę. Myślę, że w przyszłym roku możemy się w niej spotkać.

O ile czeska firma rozpoczęła działalność na polskim rynku w latach 90., o tyle jej ciągniki są tu obecne od początku, czyli od 1946 roku, kiedy rozpoczęła działalność. Przez lata PRL-u czeskie traktory sprzedawała kaliska Agroma i dlatego zarówno obecna siedziba firmy, jak i nowo budowana znajdują się właśnie w Kaliszu.

Do tej pory nie mieliśmy przyzwoitej siedziby, takiej, którą moglibyśmy się pochwalić – przyznaje Robert Szewczyk. – Przy naszym udziale w rynku, a jesteśmy na trzecim miejscu w sprzedaży nowych ciągników, to najwyższy czas, by się zaprezentować naszym rolnikom, żeby widzieli, że ta firma jest poważna. Zresztą Zetor w Polsce jest bardzo popularny praktycznie od początku istnienia. Od 1946 roku, czyli od momentu, w którym firma powstała, ciągniki były sprzedawane w Polsce. Szacuje się, że wyprodukowano ponad 1,2 mln zetorów ogólnie, z tego blisko 150 tys. jest cały czas w Polsce. To jest największy rynek dla Zetora.

Choć w Czechach i na Słowacji do tej marki należy połowa rynku, to z racji swej wielkości rynek polski zapewnia producentowi wyższą sprzedaż. Mimo trzeciej pozycji jaką tu zajmuje, firma jest zadowolona z osiągniętego udziału.

– Oczywiście jesteśmy obecni w Czechach i na Słowacji, bo to są rynki strategiczne, ich własne – mówi kierownik ds. marketingu Zetor Polska. – Tam udział procentowy Zetora wynosi prawie 50 proc. U nas to jest około 14 proc., ale myślę, że to i tak bardzo dużo, a przy tej konkurencji, którą mamy w tej chwili w Polsce, to naprawdę jesteśmy na dobrym poziomie.

Obecnie sprzedaż ciągników w Polsce determinowana jest polityką dopłat Unii Europejskiej. Mimo że plantatorzy mają możliwość uzyskania wsparcia finansowego do kupowanych traktorów, nie wpływa to na rynek ożywczo. Raczej sprawia, że wielu potencjalnych kupców ociąga się z decyzją o inwestycji w nowe maszyny do czasu uzyskania pomocy.

– Dopłaty unijne spowodowały, że klient, który może dostać dopłatę, zawsze pomyśli, że nie muszę kupić dzisiaj, poczekam, może mi się uda taką dopłatę uzyskać – opowiada Robert Szewczyk z Zetor Polska. – Każdy z nas zrobiłby to samo, jeżeli miałby tylko taką możliwość.

W Polsce nie powstał jeszcze żaden innowacyjny lek. Nasi naukowcy coraz bardziej zaangażowani w projekty biotechnologiczne

Paweł Nowicki

Rynek leków biotechnologicznych rośnie w tempie ok. 10 proc. rocznie. Coraz więcej firm pracuje nad innowacyjnymi lekami, mimo że polski rynek jest trudny, wymagający dużych nakładów i długotrwałych badań. Za to w dziedzinie innowacyjnych urządzeń medycznych Polacy mają już na swoim koncie wiele sukcesów. Prace nad ich wprowadzeniem na rynek mogłaby jednak przyspieszyć ścisła współpraca między nauką a biznesem.

Średni koszt dotarcia do nowego leku wynosi około 1 mld dolarów – od pomysłu do wdrożenia go na rynek. Niestety, ta wartość często jest dużo wyższa. Na Zachodzie łatwiej wprowadza się wynalazki, bo jest dużo więcej kapitału, w Polsce żadnego jeszcze biotechnologicznego, innowacyjnego polskiego leku nie mamy i biorąc pod uwagę koszty, może się okazać, że jeszcze długo nie będziemy mieli – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Nowicki, prezes zarządu BTM Innovations, koordynator klastra BioTechMed Mazovia.

Polskie firmy zgłaszają coraz więcej wniosków do Europejskiego Urzędu Patentowego. Z danych firmy doradczej Crido Taxand wynika, że w ubiegłym roku było ich ponad 370, to ok. 45 proc. wszystkich patentów zgłaszanych przez kraje regionu. Zgłoszenia najczęściej dotyczą rozwiązań z zakresu biotechnologii. Od krajów zachodnich dzieli nas jednak przepaść – z Niemiec w 2014 roku wpłynęło 25 tys. wniosków patentowych. Brak kapitału sprawia, że wprowadzenie na rynek nowych leków jest trudne, na przeszkodzie stoi też czas. Mimo to zainteresowanie takimi projektami rośnie.

Prace komercjalizacyjne trwają bardzo długo, bo od momentu, kiedy naukowiec albo grupa badawcza spostrzegą jakieś ciekawe rozwiązanie w biotechnologii, do momentu, w którym stanie się ono lekiem i trafi na rynek, mija 7-10 lat – wyjaśnia Nowicki. – Mimo to coraz więcej badań z dziedziny biotechnologii i odkryć na wczesnych etapach jest realizowanych w Polsce. Sukcesy, mamy nadzieję, wkrótce nastąpią, bo jest kilka firm w Polsce, które starają się rozwijać innowacyjne leki biotechnologiczne.

W Polsce wydatki na badania i rozwój nie są jeszcze priorytetem firm. Problemem jest finansowanie wydatków na B+R przez prywatne przedsiębiorstwa – w Polsce stanowią one niewiele ponad 40 proc. Dopóki środków nie będzie więcej, dopóty trudno będzie dogonić Zachód. Choć w ciągu 10 lat wydatki na innowację podwoiły się, to jesteśmy w dziesiątce tych krajów europejskich, w których stanowią one mniej niż 1 proc PKB. Najlepiej wygląda sytuacja na Mazowszu.

Na tle ośrodków naukowych w Polsce Mazowsze i Warszawa wypadają bardzo dobrze. Wedle badań GUS prawie 50 proc. nakładów na badania i rozwój, zarówno publicznych, jak i prywatnych, w obszarze biotechnologii jest wydatkowanych w tym regionie, w szczególności w aglomeracji warszawskiej – wskazuje Nowicki.

Biotechnologia ma coraz większą przyszłość, przybywa studentów na kierunkach z nią związanych. Problemem wciąż są wysokie koszty badań – nawet pomysł i zebrane środki mogą nie wystarczyć na wprowadzenie produktu na rynek. Potrzebna jest współpraca między światem nauki a biznesem, która pomogłaby skomercjalizować wynalazki.

Mazowiecki klaster BioTechMed jest pomostem pomiędzy nauką a biznesem. Staramy się być tłumaczem języka biznesowego i naukowego, żeby pośrodku spotkali się ludzie reprezentujący te środowiska i wspólnie decydowali się na podjęcie ryzyka – mówi ekspert. – Staramy się wspierać proces transferu technologii z jednostek naukowych do biznesu, współpracę z inwestorami i firmami przemysłowymi czy R&D, które funkcjonują w klastrze.

Ze 170 projektów odkrytych przez klaster w ubiegłym roku 40 jest na etapie budowania biznesplanów, zaś 10 projektów zostało już przedstawionych inwestorom.

Jako naukowcy nie mamy doświadczenia w komercjalizacji, dlatego potrzebny jest ktoś, kto wyjaśni, pomoże i pokaże, że jest możliwe wprowadzenie naszego pomysłu na rynek. Często projekty kończą swoją historię ciekawymi osiągnięciami albo lądują w szufladzie. Potrzebny jest ktoś, kto wyłapie pomysł i krok po kroku wyjaśni, jak go wprowadzić na rynek – przekonuje Barbara Ostrowska, doktorantka Politechniki Warszawskiej na Wydziale Inżynierii Materiałowej i prezes MaterialsCare, spółki, która stoi za bioimplantami.

Już wkrótce bioimplant może służyć regeneracji tkanki kostnej oraz chrzęstnej. Jest wytwarzany z ulegającego rozpadowi biologicznego materiału o zwiększonej trwałości. Jego kształt będzie taki, jak ubytek kostny określonego pacjenta, opracowany na podstawie badania chorego. Biologiczne rusztowanie zostanie wydrukowane na drukarce 3D, zasiedlone pobranymi od pacjenta komórkami macierzystymi i wszczepione w miejsce ubytku.

Bioimplant ma pomóc w odbudowie powstałej nieciągłości w kości. Komórki odtworzą kształt implantu, z czasem implant rozpuści się, a w tym miejscu zostanie odtworzona kość w naturalnym wymiarze – tłumaczy Ostrowska.

Przyznaje, że największą trudnością było wprowadzenie wynalazku na rynek. Konieczne było przeprowadzenie badań laboratoryjnych i uzyskanie pomocy ze strony sektora przemysłu, który odpowie za komercjalizację projektu. Dlatego wsparcie biznesu jest nieodzowne.

Zyski zależą od tego, gdzie implant będzie wykorzystywany. Jeżeli będzie wszczepiany zwierzętom, na czym teraz bazujemy, to zysk jest prawdopodobny, ale koszt implantu będzie wyższy. Jeżeli będzie wszczepiany ludziom, to zysk wzrośnie, choćby z tego względu na to, że liczymy na refundację z NFZ-u – mówi Ostrowska.

Sieci handlowe mają coraz większe opóźnienia w płatnościach. W terminie płaconych jest o 10 proc. faktur mniej niż w 2014 r.

0

Robert Kremser

Przez pierwsze trzy miesiące roku 70 proc. faktur wystawianych przez dostawców sieciom handlowym było regulowane w terminie. To o około 10 proc. mniej niż w tym samym okresie 2014 roku. Powodem nie są jednak problemy finansowe sieci, bo ich kondycja jest stabilna, lecz raczej nasycenie rynku oraz szybko rosnąca konkurencja. 

– W całej branży bardzo spadła moralność płatnicza, czyli wywiązywanie się ze zobowiązań wobec dostawców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Kremser, dyrektor ds. rozwoju w firmie Bisnode Polska. – Wyjątkiem są sklepy osiedlowe, gdzie parametry te nie uległy pogorszeniu.

Jak wynika z analizy Bisnode Polska, w pierwszym kwartale 70 proc. zobowiązań sieci handlowych realizowane było po terminie płatności wynoszącym do 30 dni. Rok temu aż 80 proc. faktur było opłacone na czas.

Wynika to nie tyle ze złej sytuacji finansowej sieci handlowych, bo one są w bardzo dobrej kondycji i nie mają problemu z pieniędzmi – tłumaczy Kremser. – Bardziej jest to rezultat spowolnienia rozwoju tej części gospodarki.

Sieci handlowe sprzedaży detalicznej artykułów spożywczych w Polsce mają się bardzo dobrze. Z danych Bisnode Polska wynika, że ponad 53 proc. z ponad 200 badanych podmiotów znajduje się w bardzo dobrej lub dobrej kondycji finansowej, a kolejne 23 proc. w dobrej.

Na rynek wchodzą kolejne sieci handlowe, więc konkurencja rośnie. Te istniejące w ostatnich latach szybko zwiększały liczbę sklepów, a dziś tempo nieco wyhamowało.

Spadek dynamiki przychodów jest wyraźny – wskazuje Kremser. – Przełożyło się to na moralność płatniczą sieci handlowych. Spowolniony rozwój widać w opóźnionym wywiązywaniu się ze zobowiązań.

Według DNB Bank Polska oraz firmy doradczej Deloitte w ciągu ostatniej dekady znacząco zmieniły się obraz i struktura polskiego handlu. Od 2002 roku ogólna liczba sklepów zmniejszyła się o przeszło 21 proc. (z ponad 450 tys. do niespełna 350 tys.). W tym samym czasie szybko rosła liczba formatów wielkopowierzchniowych. Obecnie sklepy mające od 400 mkw. zajmują przeszło połowę całkowitej powierzchni handlowej (wobec 28 proc. w 2005 r.). Ich udział w sprzedaży przewyższa przy tym poziom rozwiniętych gospodarek.

Zdaniem Kremsera coraz mniej osób robi duże zakupy w hipermarkecie raz w tygodniu. Konsumenci wolą mieć sklep bliżej domu, częściej wybierają sklepy osiedlowe. Sieci handlowe w odpowiedzi na tę zmianę zmniejszyły powierzchnie i zaczęły rozglądać się za lokalizacjami bliżej klienta. Widać to między innymi w segmencie hipermarketów, które uruchamiają mniejsze sklepy osiedlowe oraz mikroplacówki na stacjach benzynowych.

– Również hurtownie spożywcze zaczęły otwierać tego rodzaju placówki. Trwa bitwa o lokalizację, żeby ten przemodelowany biznes miał sens. Nowych sklepów powstają znacznie wolniej niż sieci założyły i prognozy są coraz skromniejsze. Rośnie konkurencja i między sieciami, i między placówkami pod tym samym szyldem. Koncentracja na jednym obszarze geograficznym jest już tak duża, że sklepy nawet wewnątrz sieci zaczynają konkurować – zauważa Robert Kremser.

Podkreśla, że ta zmiana modelu biznesowego nie będzie mieć znaczącego wpływu nas moralność płatniczą sieci handlowych.

Ważne, żeby nie ulegała ona pogorszeniu – podkreśla dyrektor ds. rozwoju w Bisnode Polska. – Na szczęście mało jest faktur mających między 30 a 90 dni opóźnienia, to dosłownie kilka procent, więc tutaj nie ma dużego zagrożenia. Sam fakt, że sieci przetrzymują faktury do płacenia, nie jest jednak dobry dla ciągłości biznesu dostawców, którzy nie zawsze mogą protestować.

Nie zanosi się jednak na to, by sytuacja miała ulec znaczącej poprawie.

Platformy wirtualnej obsługi klientów mogą zmienić branżę medyczną. Umożliwią wirtualne konsultacje lekarskie i zapisy do szpitali

Technologie, które unowocześniają branże hotelarską i bankową, mogą mieć zastosowanie w medycynie. Dzięki nowoczesnym platformom obsługi możliwe staną się wirtualne konsultacje lekarskie czy zapisy do szpitali. Wind Mobile, dostawca tego typu rozwiązań dla hoteli i banków, chce mocniej rozwijać się w obszarze medycznym. Na rozwój produktów i wsparcie sprzedaży trafi część z 6 mln zł z emisji akcji. W piątek krakowska spółka zadebiutowała na rynku głównym GPW.

Dzisiaj inwestujemy najwięcej w nasze najnowsze obszary działalności, czyli produkt bankowy LiveBank, który sprzedajemy już na całym świecie, oraz produkt hotelowy iLumio. Oczywiście cały czas wspieramy i rozwijamy sektor bankowy i telekomunikacyjny. To takie obszary grupy, które dziś przynoszą największe przychody – mówi agencji Newseria Rafał Styczeń, prezes Wind Mobile.

iLumio to platforma mobilna, dzięki której klienci hoteli mogą wybrać i zarezerwować pokój, zameldować się w nim oraz zamawiać różne dostępne w obiekcie usługi i za nie płacić. Hotele coraz częściej stawiają na tego typu rozwiązania, nadrabiając w ten sposób zaległości technologiczne wobec innych obszarów turystyki. Z kolei LiveBank, kierowany do instytucji finansowych, ułatwia zaawansowaną komunikację wideo między bankiem a klientem.

Spółka ma plan, jak to narzędzie wykorzystać w branży medycznej.

Lada dzień na rynku polskim będzie miała odsłonę wirtualna przychodnia, którą projekt właśnie zrealizowaliśmy. Wykorzystujemy LiveBank w zupełnie innym segmencie rynku. Za pomocą wideokonferencji będzie można w pewien sposób organizować wizyty lekarskie w świecie wirtualnym. Czyli zamiast iść do lekarza, będzie można przeprowadzić konsultacje lekarskie przez internet – wyjaśnia Rafał Styczeń.

To dla Wind Mobile nowy obszar działalności. Jak podkreśla prezes, również iLumio może mieć na tym rynku zastosowanie – dziś sprzedaje się m.in. w szpitalach.

Krakowska spółka Wind Mobile w piątek zadebiutowała na rynku głównym GPW, przenosząc akcje z NewConnect i emitując nowe. Pozyskała z emisji 5,85 mln zł.

Mamy plany, by pozyskane środki zainwestować przede wszystkim w rozwój sprzedaży naszych produktów, czyli LiveBank i iLumio – mówi Styczeń. – Produkty dzisiaj doskonale konkurują z produktami naszych światowych konkurentów. Chcemy tę część biznesu mocno dofinansować, zarówno sprzedaż, jak i dalszy rozwój produktu, aby utrzymywać przewagę konkurencyjną.

Spółka dostarcza rozwiązania technologiczne głównie firmom telekomunikacyjnym, bankom i branży hotelarskiej. Jej produkty są obecne zarówno na rynkach Europy Zachodniej, jak i Bliskiego Wschodu. Ma przedstawicielstwa w Australii i USA. Chce zwiększyć swoją obecność w Azji.

Pozyskane pieniądze przeznaczymy przede wszystkim na dofinansowanie sprzedaży w Europie Zachodniej i na rynkach Bliskiego Wschodu oraz na rynki azjatyckie, które nam się otwierają w związku z negocjowanymi teraz kontraktami – zapowiada prezes spółki.

Szczególne nadzieje Wind Mobile wiąże z rynkiem Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

W Emiratach jest bardzo młoda populacja korzystająca z nowoczesnych rozwiązań, np. z bankowości elektronicznej, mobilnej czy z wideobankowości, którą dostarczamy w postaci produktu LiveBank – uzasadnia decyzje inwestycyjne Grzegorz Młynarczyk, wiceprezes spółki. – Jest to też rynek, na którym buduje się najwięcej na świecie hoteli, do których kierowany jest nasz drugi produkt flagowy, czyli iLumio. Te hotele potrzebują bardzo nowoczesnych rozwiązań, żeby zachęcić klientów do korzystania z ich usług.

Jak podkreśla zarząd Wind Mobile, choć spółka dziś najmocniej inwestuje w obszar bankowy oraz hotelowy, czyli najnowsze dla siebie sektory, to nie zaniedbuje tradycyjnej telekomunikacji. Plany rozwoju w tym zakresie są dwa. Z jednej strony spółka chce maksymalizować przychody i rentowność działalności usługowej, która w dużej mierze opiera się na współpracy z firmą Wipro w zakresie dostarczania usług outsourcingu dla T-Mobile.

Z drugiej strony chcemy intensyfikować eksport naszych produktów telekomunikacyjnych, przede wszystkim Halodzwonka, oraz produktów, które udaje nam się w ostatnim okresie bardzo skutecznie sprzedawać, jak nowe usługi głosowe, media gatewaye, serwery do wysyłania wiadomości oraz rozwiązań w zakresie sterowania roamingiem, w czym odnosimy ostatnio sukcesy – mówi Tomasz Kiser, wiceprezes Wind Mobile.

Spółka Wind Mobile, która niebawem zmieni nazwę na Ailleron, uzyskała w I półroczu 2015 roku 32,4 mln zł przychodu i niemal podwoiła zysk netto (4,9 mln zł).

Czwarta rewolucja przemysłowa powoli staje się faktem. Wykorzystanie internetu rzeczy i chmury usprawni produkcję i obniży koszty

Paweł Stefański, prezes spółki Balluff

Koncepcja Fabryka 4.0 zakłada, że przed powstaniem fizycznego produktu, możliwe będzie wytworzenie jego modelu w świecie wirtualnym. Pozwoli to zoptymalizować proces produkcji i znacznie ograniczyć koszty. Choć czwarta rewolucja przemysłowa, jak do tej pory, w Polsce stanowi raczej teoretyczną koncepcję, to coraz większa grupa przedsiębiorców przygotowuje się do wykorzystania nowych rozwiązań w praktyce.

Fabryka 4.0, a właściwie idea przemysłu 4.0, to idea, która zrodziła się w Niemczech. Pierwszy raz zaczęto o niej mówić w 2011 roku, podczas targów w Hanowerze. Sam pomysł ma na celu przede wszystkim zapewnić konkurencyjność wytwarzania w oparciu o nowe technologie połączone z internetem – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Stefański, prezes spółki Balluff, działającej w obszarze automatyki biznesowej.

Idea Fabryki 4.0 jest relatywnie nowa. Na polskim rynku jak do tej pory nie wyszła poza obszar koncepcyjnych rozważań. Zdaniem Stefańskiego widać już jednak pierwsze oznaki wskazujące, że koncepcja ta może być wkrótce wdrażana na szerszą skalę.

To np. wszelkie przejawy automatyzacji produkcji i dostarczania informacji z tych automatycznych procesów do warstwy zarządczej w zakładzie produkcyjnym i łączenia się ze swoimi dostawcami lub klientami. Przemysł motoryzacyjny tutaj wiedzie prym – wymienia Stefański.

Duże bardziej zaawansowane prace nad wdrożeniem koncepcji Fabryki 4.0 mają miejsce w Niemczech. Plany zakładają przede wszystkim utworzenie platformy informacyjnej i komunikacyjnej w oparciu o technologię chmury. Wpłynie to na poprawę relacji pomiędzy producentami a dostawcami i pozwoli na optymalizację procesu produkcji.

Firmy, chociażby takie jak Volkswagen czy firmy rodzime jak Wielton, tworząc nowe systemy produkcyjne, starają się, aby były one przygotowane właśnie pod tę ideę przemysłu 4.0 – prezes spółki Balluff podaje przykłady polskich przedsiębiorstw ukierunkowanych na nową ideę.

Trend związany z przenoszeniem coraz większej liczby zadań do internetu oraz usieciowieniem produkcji eksperci określają mianem czwartej rewolucji przemysłowej.

Patrząc wstecz, pierwsza rewolucja przemysłowa, czyli maszyna parowa. Później kolejna rewolucja przemysłowa, czyli procesy oparte na produkcji seryjnej. Następna już w latach 50. i 60. – produkcja oparta o komputery – prezes spółki Balluff wylicza kolejne etapy rewolucji w przemyśle. – W tej chwili mówimy o mocnym usieciowieniu, o internecie rzeczy, który jest jednym z elementów czwartej rewolucji przemysłowej.

Według Pawła Stefańskiego obecna forma edukacji w Polsce nie pozwala na szersza realizację koncepcji Fabryki 4.0. Kształcimy zbyt mało osób związanych z zawodami inżynieryjnymi i technicznymi. Brak wykwalifikowanych kadr hamuje rozwój nowoczesnych technologii przemysłowych w naszym kraju.

– System kształcenia dualnego w Niemczech oparty o możliwość kształcenia bazującego na praktykach zawodowych dobrze się sprawdza. Zresztą wystarczy popatrzeć na gospodarkę niemiecką, która należy do najmocniejszych na świecie – tłumaczy.

Brakuje 50 tys. specjalistów z branży IT. Deficyt co roku powiększa się o kolejne 3-5 proc.

Witold Rogowski

Do końca dekady w całej Unii Europejskiej brakować będzie około 800 tys. specjalistów z sektora IT. Problem dotyczy także Polski. Niedobór informatyków w naszym kraju sięga 50 tys. osób, a deficyt rośnie co roku o kolejne 3-5 procent. Luka wynika z szybkich zmian technologicznych oraz malejącej liczby absolwentów kierunków informatycznych. Rozwiązaniem może być zacieśnienie współpracy między środowiskiem naukowym a biznesem. Dzięki temu osoby trafiające na rynek pracy będą dużo lepiej przygotowane do stawianych im wymagań.

W Unii Europejskiej szacuje się, że do 2020 roku brakować będzie około 800 tys. specjalistów z branży IT. Dziś w Polsce – według badań renomowanych agencji – brakuje około 50 tys. osób – mówi agencji informacyjnej Newseria Witold Rogowski, dyrektor zarządzający Accenture Delivery Center w Polsce

Ekspert ocenia jednak, że rzeczywiste braki wśród specjalistów z branży IT mogą być wyższe. Szacunki na kolejne lata zakładają, że różnica między popytem na pracowników w branży informatycznej a ich podażą będzie rosnąć o kolejne 3-5 procent rocznie.

Po pierwsze, powodem jest rosnące zapotrzebowanie, czyli zmiany technologiczne, wszystko, co się dzieje w nowych technologiach, w każdej z dziedzin naszego życia, które potrzebują coraz więcej informatyków i rozwiązań przez nich przygotowywanych – wymienia Witold Rogowski.

Szef Accenture Delivery Center wymienia także drugi powód. Jest nim niż demograficzny. Obecnie studia informatyczne rozpoczyna i kończy znacznie mniej osób niż jeszcze kilka lat temu. Według raportu spółki Sedlak & Sedlak w 2006 roku w Polsce było ponad 17 tys. absolwentów informatyki. Siedem lat później ich liczba spadła o blisko 20 proc. – do 13,7 tys. W całej UE liczba osób kończących studia informatyczne spadła o 13 proc.

Problemem jest też konkurencja ze strony zagranicznych pracodawców, którzy chętnie zatrudniają wykwalifikowanych Polaków.

W Polsce widzimy duży drenaż młodych talentów. Oni wyjeżdżają pracować do innych krajów, gdzie mają lepsze warunki rozwoju, lepszą karierę i wyższe zarobki – dodaje Rogowski.

Niedobór specjalistów z branży IT najbardziej dotyka szybko rosnące sektory gospodarki, takie jak telekomunikacja czy obszar FMCG. Postęp technologiczny zachodzący w tych branżach generuje duże zapotrzebowanie na informatyków.

W związku z tym w danych technologiach musimy mieć więcej specjalistów, żeby obsłużyć większą liczbę klientów – wyjaśnia ekspert..

Jednym z pomysłów na zatrzymanie w kraju większej liczby absolwentów kierunków informatycznych jest większa elastyczność w procesie edukacji. Ekspert jako przykład tego typu działań podaje współpracę między Accenture Delivery Center a uczelniami w Łodzi. W ramach wspólnego projektu powstają nowe, profilowane kierunki studiów jak np. finanse cyfrowe wykładane na Uniwersytecie Łódzkim.

W ten sposób pokazujemy młodym ludziom: to nie jest tylko twarde IT, możecie być finansistami z wiedzą informatyczną. Ogólnie współpraca, czyli takie informowanie się nawzajem o tym, co jest potrzebne na rynku, jest możliwe do wykształcenia w tym momencie na uczelniach – tłumaczy Witold Rogowski

Elastyczniejsza oferta programowa uczelni wyższych pozwala na nabycie umiejętności, które będą przydatne w momencie zakończenia studiów. Dzięki temu absolwenci wkraczający na rynek pracy będą lepiej przygotowani do wymagań stawianych przez pracodawców i szybciej odnajdą się w zawodzie.

Spożycie gorzkiej czekolady rośnie szybciej niż mlecznej. Konsumenci szukają droższych słodyczy

Maciej Herman

Na polskim rynku słodyczy dominującą kategorią wciąż są czekolady, które odpowiadają za 50 proc. przychodów producentów. Do 2018 roku spożycie tego produktu powinno rosnąć w tempie około 3 proc. rocznie. Rynek czekolady gorzkiej, chociaż jest mniejszy niż wyrobów z czekolady mlecznej, to rośnie szybciej. Konsumenci częściej poszukują słodyczy zdrowych, wybierają też droższe produkty i bardziej wyszukane.

Na krajowym rynku słodyczy coraz popularniejsze są czekolady gorzkie oraz produkty w polewie z gorzkiej czekolady, które mają wysoką zawartość magnezu i słusznie są postrzegane jako zdrowsze słodycze – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Herman, dyrektor ds. sprzedaży LOTTE Wedel. – Rynek ten, mimo że na razie jest mniejszy od czekolady mlecznej, dużo dynamiczniej się rozwija.

Według ostatniego raportu firmy doradczej KPMG rynek słodyczy w Polsce wart jest nieco ponad 13 mld zł. Połowę z tego (blisko 6,5 mld zł) zajmuje segment czekolady.

W Polsce mamy do czynienia z fazą rynku dojrzałego – przekonuje Maciej Herman. – Konsumpcja słodyczy czekoladowych wciąż nie jest wysoka, bo wynosi około 4,5 kg na osobę, podczas gdy w Wielkiej Brytanii jest to 11 kg, ale każdy rynek ma swoją specyfikę, a konsumenci w poszczególnych krajach mają różne upodobania.

Preferencje konsumentów w Polsce również się zmieniają. Szukają nie tylko słodyczy droższych, lecz także takich o nowych smakach.

Widzimy, że na rynku czekolady coraz więcej konsumentów poszukuje produktów droższych, ale też unikalnych, o wyrafinowanych smakach – mówi Herman. – Dlatego też rozwijamy nasz koncept wedlowskich pijalni czekoladowych: otwieramy nowe punkty, gdzie oferujemy specjalne portfolio produktów, których nie ma w sklepach.

Z raportu KPMG wynika, że w latach 2008-2013 wartość sprzedaży wyrobów czekoladowych w Polsce rosła średnio o 2 proc. rocznie. W tym roku – jak podkreśla Herman – sprzedaż lekko hamuje. Jednak wciąż możliwe są kilkuprocentowe wzrosty.

Zdaniem analityków KMPG wartość tej kategorii wzrośnie do 2018 roku w sumie o ponad 17 proc. Rocznie będzie powiększać swoją wartość średnio o 3,3 proc. Prognozowane tempo wzrostu w kolejnych latach będzie wyższe od prognozowanej dynamiki sprzedaży tego rodzaju wyrobów w pozostałych krajach Unii Europejskiej (1 proc.).

– Zakładając, że Wedel i inni producenci będą wprowadzać na rynek produkty innowacyjne, ciekawe dla konsumentów, spodziewam się delikatnego wzrostu konsumpcji, ale już nie takiego jak kiedyś, kilkunastoprocentowego. Myślę jednak, że rozwój rzędu 2,3 czy 4 proc. rocznie jest w Polsce cały czas możliwy – mówi Maciej Herman.

Polskie wyroby czekoladowe trafiają również na eksport, nie tylko do krajów Unii Europejskiej, lecz także do takich państw, jak Arabia Saudyjska czy Stany Zjednoczone. Według KPMG sprzedaż tego rodzaju słodyczy na rynki zagraniczne jest główną siłą napędzającą produkcję w Polsce, która wynosi blisko milion ton rocznie.

Popołudniowy komentarz walutowy z 25.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 25.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Leasing samochodów osobowych w mikroprzedsiębiorstwach

Leasing jest najpopularniejszą w Polsce formą finansowania zakupu samochodów do firm. Z roku na rok rośnie zainteresowanie tą formą finansowania również wśród firm z sektora MSP. Jak wynika z analizy Oferteo.pl – serwisu pośredniczącego między osobami poszukującymi produktów a ich dostawcami – właściciele małych firm stawiają na samochody używane w przedziale cenowym między 30 a 60 tys. zł, a umowę chcą podpisać na okres 4-6 lat.

Samochody używane najpopularniejszym wyborem

Samochody nowe a uzywane

Popularność samochodów używanych to widoczna tendencja w przypadku  „osobówek”. Oferteo.pl notuje dwukrotnie więcej zapytań o samochody używane niż o nowe (61% w stosunku do 32%). 7% przedsiębiorców decyduje się na skorzystanie z obu opcji – kupują zarówno samochody używane jak i nowe.

Mikroprzedsiębiorcy wybierają auta do 100 tys. zł

Jak wynika z analizy zapytań ofertowych w Oferteo.pl przedsiębiorcy najczęściej decydują się na auta w przedziale cenowym od 30 do 60  tys. (40% zapytań). Prawie 1/3 mikroprzedsiębiorców interesuje się względnie niedrogimi samochodami – o wartości do 30 tys. zł.  21% badanych firm zamierza zainwestować w leasing samochodu o wartości od 60 do 100 tys., a 12% powyżej 100 tys. zł.

Dłuższy okres leasingowania – najwygodniejszy dla mikroprzedsiębiorcówDługość okresu leasingowania

Oferteo.pl zauważa, że równo połowa zapytań dotyczących leasingu samochodów osobowych dotyczyła leasingu na okres 4-6 lat. Popularny okazał się również leasing na umowę do 3 lat – chce ją podpisać aż 41% mikroprzedsiębiorców. Stosunkowo długim okresem leasingowania, obejmującym umowy na więcej niż 7 lat, jest zainteresowanych mniej niż 1 na 10 firm (9%).

„Zwykle maksymalny czas umowy leasingu dla samochodów wynosi 5 lat, jednakże niektóre firmy leasingowe dopuszczają dłuższy czas trwania umowy – do 7 lat. Pozwala to znacznie obniżyć wysokość miesięcznej raty, co w przypadku małych firm może być szczególnie istotne” – podkreśla Karol Grygiel, członek Zarządu Oferteo.pl.

Najczęściej wybierane marki

Wśród najpopularniejszych marek samochodów  osobowych,  jakie chcieli wziąć w leasing w ciągu ostatniego roku przedstawiciele mikroprzedsiębiorstw korzystający z Oferteo.pl, znajdują się: Skoda, Ford, Toyota oraz Opel.

Warunki finansowe – to one decydują o wyborze firmy leasingowejczynniki decydujące o wyborze firmy leasingowej

Jak widzimy w analizie przeprowadzonej przez firmę Oferteo.pl, warunki finansowe są głównym czynnikiem decydującym o wyborze firmy leasingowej. Zwraca na nie uwagę aż 84% respondentów. Istotnym aspektem jest również poziom obsługi zapytań (np. szybkość kontaktu, wrażenia z rozmowy) – kieruje się nim 45 % ankietowanych.

Dla około 1/3 badanych firm przy wyborze firmy leasingowej znaczące są takie elementy jak warunki prawne w umowie (31%), reputacja firmy i jej rozpoznawalność (30%) oraz możliwa długość trwania umowy leasingowej (26%). Stosunkowo niewielu ankietowanych polega na opinii i rekomendacji znajomych – odpowiedź tę zaznaczyło 12% respondentów.

Inne czynniki wpływające na wybór firmy leasingowej to zdaniem badanych „ułatwienia proceduralne” – czyli możliwość skorzystania z leasingu bezpośrednio w salonie samochodowym.

Firmy leasingowe – profesjonalizm w podejściu do klienta

Według Oferteo.pl klienci są w przeważającej większości zadowoleni z poziomu obsługi oferowanej przez firmy leasingowe (97%). 96% mikroprzedsiębiorców uważa, że firmy spełniły ich oczekiwania i wywiązały się z zawartych umów.

„Firmy leasingowe coraz lepiej zdają sobie sprawę z potrzeb klientów. Wiedzą, że nie tylko warunki finansowe, ale również np. poziom obsługi stanowią istotny aspekt przy wyborze oferty. To sprawia, że leasingodawcy są coraz bardziej profesjonalni. To korzyść przede wszystkim dla potencjalnych leasingobiorców” – mówi Karol Grygiel, członek Zarządu Oferteo.pl.

Przedstawione dane pochodzą z analizy 365 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl oraz 121 ankiet wypełnionych przez osoby, które nabyły samochód osobowy w leasingu.

W 2015 roku najwięcej zyskali sponsorzy Open’er Festival. Doniesienia medialne były warte 36 mln złotych

Letnie festiwale muzyczne to świetna zabawa, a ze względu na dużą ich popularność także doskonała okazja do promowania marek. W 2015 roku najwięcej zyskali sponsorzy Open’er Festival. Doniesienia medialne opublikowane w nawiązaniu do wydarzenia były warte 36 mln złotych.

We wrześniu zakończył się sezon letnich festiwali muzycznych. „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów” podsumował obecność medialną największych z nich w okresie od 1 czerwca do 13 września 2015 r. Pod względem promocji najbardziej zyskał Open’er Festival. Wartość ekwiwalentu reklamowego oszacowano na 36 mln złotych. Na blisko 10 mln złotych mniej wycenione zostały materiały na temat Przystanku Woodstock. Na podium znalazł się także OFF Festival – AVE publikacji nawiązujących do wydarzenia wyniosło prawie 18 mln złotych.

Wykres 1. Ekwiwalent reklamowy materiałów opublikowanych na temat letnich festiwali muzycznych (1.06-13.09.2015 r.)
Wykres 1. Ekwiwalent reklamowy materiałów opublikowanych na temat letnich festiwali muzycznych (1.06-13.09.2015 r.)

Open’er został liderem także pod względem wskaźnika dotarcia. Zasięg materiałów wyrażony w potencjalnej liczbie kontaktów odbiorców z informacjami mógł wynieść aż 2,9 mld! Kolejne miejsca zajęli Przystanek Woodstock z wynikiem 2,2 mld oraz OFF Festival – 1,3 mld.

– Wyniki raportu „Letnie festiwale muzyczne” za okres VI-IX plasują  Open’er Festival na pierwszym miejscu po zliczeniu wartości ekwiwalentu reklamowego. Przodujemy również w liczbie unikalnych informacji na pierwszych stronach gazet. Te dane bardzo nas cieszą i po raz kolejny potwierdzają szczególną pozycję i wartość Open’era w Polsce. Należy również dodać, że 14. edycja festiwalu okazała się dla nas rekordową pod względem wartości  AVE oszacowanej przez PRESS-SERVICE Monitoring Mediów w dłuższym okresie –  od stycznia do września i wyniosła blisko 70 mln zł netto! Liczba artykułów dedykowanych Open’erowi przekroczyła 24 tys. Te ostatnie wyniki pokazują, że wielomiesięczne działania promocyjne, silna współpraca z partnerami i patronami – tymi sprawdzonymi i nowymi oraz dywersyfikacja kanałów informacyjnych pozwoliła nam osiągnąć zamierzony efekt promocyjny – tłumaczy Mikołaj Ziółkowski, Prezes Alter Art.

Woodstock liderem pod względem liczby publikacji

Zdecydowanie najczęściej w mediach można było spotkać doniesienia odnośnie festiwalu organizowanego przez Jurka Owsiaka. Jedna trzecia ogółu przekazu na temat analizowanych wydarzeń należała właśnie do Przystanku Woodstock – 19,4 tys. materiałów. Najwięcej materiałów w nawiązaniu do tej imprezy ukazało się na portalu Gazetalubuska.pl (137 publikacji) i w Programie Trzecim Polskiego Radia (120).

Open’er tym razem uplasował się na drugim miejscu (11,3 tys. materiałów), przed Off Festival (6,7 tys.). W pierwszej dziesiątce najpopularniejszych eventów muzycznych znaleźli się także Jarocin Festiwal (4,7 tys.), Orange Warsaw Festival (4,2 tys.), Kraków Live Festival (4 tys.), Tauron Nowa Muzyka (2,3 tys.), Impact Festival (1,4 tys.), Audioriver (1,4 tys.) i Festiwal Legend Rocka (1,2 tys.).

Wykres 2. Liczba publikacji na temat letnich festiwali muzycznych (1.06-13.09.2015 r.)
Wykres 2. Liczba publikacji na temat letnich festiwali muzycznych (1.06-13.09.2015 r.)

Audioriver w mediach regionalnych, Kraków Live Festival w ogólnopolskich

Biorąc pod uwagę wszystkie analizowane informacje dotyczące letnich imprez muzycznych największą przewagę w mediach regionalnych odnotowały Audioriver (58 proc. przekazu), Open’er Festival (24,9 proc.) oraz Tauron Nowa Muzyka (20 proc.).

Z kolei w mediach o zasięgu ogólnopolskim dominowały wydarzenia Kraków Life Festival (94,4 proc. informacji), Impact Festival (93,6 proc.) i Jarocin Festiwal (92,9 proc.).

 

 

 

Za co Polacy płacą SMS-ami?

Polacy wspierają akcje charytatywne SMS-ami – wynika z raportu „Komunikacja SMS w Polsce 2014” realizowanego przez platformę SerwerSMS.pl. Blisko 25 proc. wysyłających SMS Premium przyznaje, że zasila w ten sposób konta organizacji pożytku publicznego. Wśród innych funkcji, popularne są również płatności i transakcje finansowe. Korzysta z nich co piąty badany.

SMS-y Premium to wiadomości tekstowe wysyłane na krótkie numery, obciążone są specjalną opłatą. Usługa ta chętnie wykorzystywana jest do organizowania różnego rodzaju pomocowych akcji charytatywnych, gdyż dzięki niej wsparcie ich nie jest wymagające i daje możliwość szybkiego działania. – W trakcie ostatniego finału WOŚP za pomocą płatności online i SMS-ów zebraliśmy ponad 13 mln złotych – mówi Anna Orzech z fundacji WOŚP. Widać, że popularność tego typu płatności znacznie rośnie – dodaje.

Zastosowań dla SMS-sów Premium jest jednak znacznie więcej. Blisko ¼ respondentów za pomocą SMS realizuje płatności i transakcje finansowe. 15 proc. ankietowanych płaci za bilety komunikacji miejskiej lub parkingowe, a 14 proc. za usługi rozrywkowe – wynika z badania przeprowadzonego przez Platformę SerwerSMS.pl. – Dzięki takiemu rozwiązaniu wiele płatności możemy dokonać wprost z domowego fotela. Jego ogromną przewagą nad przelewami bankowymi lub płatnościami internetowymi jest szybkość. Doskonale sprawdza się przy płatnościach na małe kwoty – mówi Daniel Zawiliński z firmy, która prowadziła badanie.Cele SMS Premium

SMS-y Premium to ciągle ważna (ilościowo i kwotowo) oraz szybka i prosta forma zbiórek na cele charytatywne. Praktycznie w każdej komunikacji takiej akcji pojawia się informacja, że operatorzy rezygnują z należnych im kwot, dzięki czemu kanał ten jest bardzo efektywny i powszechny – komentuje Łukasz Makowski Prezes Zarządu LookSoft Sp. z o.o. – Oczywiście obserwowany jest  wzrost innych form płatności jednak brak jednolitego standardu w tej materii i dostępność wielu możliwości sprawia, że SMS-y Premium nadal są najbardziej zrozumiałym narzędziem dla standardowego użytkownika telefonu – dodaje Łukasz Makowski.

SMS w zamian za rozrywkę

Na kolejnych miejscach znalazły się płatności za dzwonki, tapety, gry (8 proc.), udział w konkursach audiotele/ quizach (7 proc.) oraz głosowaniach w programach telewizyjnych/ radiowych/ internetowych (7 proc.). Co piąty ankietowany opłaca krótkimi wiadomościami tekstowymi dostęp do mobilnych wersji gazet i czasopism.

Blisko 1/3 osób, które wzięły udział w badaniu „Komunikacja SMS w Polsce 2014” Platformy SerwerSMS.pl deklaruje, że wysyła krótkie wiadomości tekstowe o podwyższonym koszcie. 2/3 robi to kilka razy do roku, a aż 12 proc. kilka razy w tygodniu. – Dużo  osób (aż 68 proc.) przeznacza na SMS Premium do 5 zł miesięcznie. Co ciekawe, 17 proc. respondentów deklaruje, że wydaje na nie nawet 15 zł miesięcznie – dopowiada Daniel Zawiliński.

Miesieczne kwoty SMS PremiumPremium SMS jest bardzo wygodnym i popularnym sposobem realizowania drobnych transakcji. Łączna wartość tego rynku w 2013 roku była szacowana przez firmę badawczą PMR na około 15 mld złotych.

Kontrola kosztów

Zdarza się jednak, że z informacji na temat zasad funkcjonowania usługi, niekiedy rodzi ona u niektórych obawy. Brak wiedzy zasygnalizowało aż 24 proc. badanych. – Nie wszyscy wiedzą ile kosztuje wysłanie danego SMS-a. Tymczasem wystarczy poznać kilka zasad, które dadzą nam taką informację – komentuje Daniel Zawiliński. Numery SMS Premium bazują na określonym schemacie i w bardzo łatwy sposób można sprawdzić ich koszt. Wystarczy szybka analiza informacji zawartych w numerze SMS, na który planowana jest wysyłka wiadomości. SMS-y na numery rozpoczynające się od cyfry 7, kosztują mniej niż 10 złotych. O dokładniej cenie informuje cyfra znajdująca się po 7. Przykładowo, numer zaczynający się od 75XX(X), oznacza że koszt SMS-a wynosi 5 zł netto (bez VAT). Na rynku funkcjonują również numery SMS rozpoczynające się od cyfry 9. W tym przypadku koszt usługi wynosi ponad 10 złotych. O koszcie rzeczywistym SMS-a można dowiedzieć się dzięki dwóm cyfrom zamieszczonym po 9. Analogicznie, numer zaczynający się od 915XX(X), oznacza, że koszt SMS-a wynosi 15 zł netto (bez VAT).

 

Informacje o badaniu:

Badanie „Komunikacja SMS w Polsce 2014” zostało przeprowadzone za pomocą ankiety zamieszczonej na specjalnym serwisie internetowym wśród ponad 1400 respondentów metodą CAWI.

Opracowanie „Komunikacja SMS w Polsce 2014” podsumowuje zakrojone na szeroką skalę badanie konsumenckie przeprowadzone w Polsce w 2014 roku i przedstawia preferencje komunikacyjne Polaków. Podsumowuje również, jak wygląda sytuacja na rynku SMS-ów Premium. Warto się z nim zapoznać, ponieważ klasyczny SMS, ma już ponad 20 lat. Wydawać by się mogło, że po tak długim czasie, w świecie szybko zmieniających się nowych technologii, usługa ta straci na ważności. SMS ma się jednak bardzo dobrze, nie tylko w swojej klasycznej formie, ale również właśnie w wersji Premium.

Podwyżka stóp w USA jeszcze w tym roku

Japonii znów grozi deflacja. Janet Yellen potwierdziła oczekiwania wobec podwyżki stóp procentowych jeszcze w tym roku. Lepsze dane z Niemiec i neutralny odczyt z USA.

Maciej Przygórzewski - główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

W Japonii opublikowano wskaźniki zmian cen. O ile w przypadku inflacji konsumenckiej mamy wynik +0,2%, to w przypadku inflacji bazowej mamy do czynienia z deflacją. Jest to wskaźnik oczyszczony o składniki o dużej zmienności, np. świeże jedzenie. Dane te osłabiły jena wobec innych walut. Spowodowane jest to oczekiwaniami powiększenia i tak największego obecnie na świecie programu luzowania ilościowego. Jak widać w dalszym ciągu wiara w słuszność drukowania pieniędzy jako metoda wychodzenia z kryzysu jest silna na świecie. Należy mieć nadzieję, że z deflacji Japonia nie przejdzie w stagflację.

Odwrotne podejście prezentują obecnie Stany Zjednoczone. Kraj ten co prawda ma za sobą gigantyczne programy luzowania ilościowego. Obecnie jednak mówi się tam zdecydowanie głośniej o potrzebie podniesienia stóp procentowych niż o kolejnym druku dolarów. Janet Yellen prezes FED podczas wypowiedzi na Uniwersytecie Massachusetts wyraziła opinie, że dobrze gdyby taka decyzja zapadła jeszcze w tym roku. Zwróciła uwagę na dobór odpowiedniego momentu. Zbyt szybkie zaciskanie polityki monetarnej (podwyżka stóp) grozi zduszeniem wzrostu gospodarczego. Z drugiej strony, za długo trzymane niskie stopy procentowe tworzą ryzyko baniek spekulacyjnych do czego zachęca tani pieniądz w rosnącej gospodarce. W wyniku tej deklaracji dolar ponownie umacniał się względem euro. Przełożyło się to na osłabianie się złotówki wobec dolara i umacnianie się względem euro.

Wczorajszy indeks instytutu IFO w Niemczech okazał się lepszy od oczekiwań. Jest to ważny sygnał, gdyż ostatnie dane od naszych zachodnich sąsiadów były raczej słabsze. Różnica nie była na tyle duża by wstrząsnąć rynkami. Zgodnie z oczekiwaniami Czeski Bank Narodowy nie zmienił stóp procentowych. Wynoszą one w dalszym ciągu 0,05%. Jak widać, jeżeli mają być nadal dodatnie nie ma tu już miejsca na manewry. Dane z USA okazały się neutralne. Zamówienia na dobra są delikatnie niższe, ale za to lepiej wypadły wnioski o zasiłek dla bezrobotnych i sprzedaż nowych domów.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane:

  • 14:30 – USA – wzrost PKB,
  • 15:45 – USA – Indeks PMI dla Usług.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

ERNE VENTURES rozwija segment gier komputerowych

ERNE VENTURES S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od lutego 2008 r., zajmująca się działalnością inwestycyjną, otrzymała informację od spółki portfelowej QubicGames Sp. z o.o. o rozpoczęciu przez nią sprzedaży na rynku japońskim gry „Geki Yaba Runner”. Ogólnoświatowa premiera tej produkcji jest planowana na czwarty kwartał tego roku.                  

W sierpniu br. ERNE VENTURES nabyła 326 udziałów w założonej w 2007 r. spółce QubicGames Sp. z o.o. stanowiących 21,11% udziału w jej kapitale zakładowym i ogólnej liczbie głosów za kwotę blisko 750 tys. zł. Podmiot ten specjalizuje się w produkcji gier mobilnych, a pozyskanie inwestora finansowego pozwoli mu realizować przyjętą strategię rozwoju, m.in. poszerzyć skalę działania i w najbliższych miesiącach wprowadzić na rynek szereg produktów zarówno na platformy mobilne iOS/Android, konsole przenośne PS Vita/Nintendo 3DS, a także komputery PC/Mac.

Gra „Geki Yaba Runner” – najważniejsza obecnie produkcja QubicGames – trafiła wczoraj do sprzedaży na rynku japońskim w sklepie Apple Store. Będzie ona dystrybuowana w modelu Free2Play przez Chillingo – spółkę zależną od Electronic Arts. QubicGames przewiduje, że ogólnoświatowa premiera tej produkcji nastąpi w czwartym kwartale br. W ocenie Zarządu ERNE VENTURES sprzedaż gry „Geki Yaba Runner” będzie miała istotny wpływ na wyniki finansowe tego podmiotu oraz całej Grupy Kapitałowej ERNE VENTURES.

Współpraca inwestycyjna z ERNE VENTURES to kolejny krok w rozwoju założonej w 2007 roku QubicGames. Do roku 2012 firma specjalizowała się w tworzeniu gier na platform Nintendo – DS, DSi, Wii, 3DS. W latach 2012-2014 Spółka realizowała wspólnie z Politechniką Warszawską i przy wsparciu Narodowego Centrum Badań i Rozwoju projekt wieloplatformowego silnika C-Way, a budżet całego przedsięwzięcia wynosił łącznie 2 mln zł. Aktualnie trwają prace nad przygotowaniem tego silnika do szerokiej komercjalizacji w 2016 roku.

„Dzięki ERNE VENTURES QubicGames uzyska silne wsparcie merytoryczne i finansowe, które pozwoli na kilkukrotne zwiększenie potencjału sprzedażowego najważniejszej obecnie produkcji – Geki Yaba Runner. Jest to gra w modelu sprzedaży Free2Play, która będzie wydana przez jednego z największych globalnych Wydawców na rynku mobile. Geki Yaba jest grą typu runner o wysokim poziomie trudności, bardzo silnie angażującym gracza. Premiera światowa została przewidziana na listopad 2015 r. Gra zostanie także wydana w przeciągu najbliższych miesięcy na platformy Nintendo 3DS, PS Vita, Pc/Mac oraz Web.” – komentuje Arkadiusz Kuich, Prezes Zarządu Spółki ERNE VENTURES.

Oprócz produkcji gier silnym aktywem QubicGames jest innowacyjny projekt w postaci silnika do produkcji gier o nazwie C-Way, który jest jedynym na rynku tak rozbudowanym rozwiązaniem do tworzenia – przede wszystkim – gier 2D i 2.5D. W chwili obecnej silnik umożliwia tworzenie gier na platformy mobilne (iOS, Android), konsole (Nintendo 3DS, Wii U, PS Vita) oraz komputery PC/Mac. W najbliższym czasie planowane jest rozszerzenie wsparcia o konsole PS4 i XBOX One.

ERNE VENTURES  jest również udziałowcem innej spółki z branży gier komputerowych – Huckleberry Studio Sp. z o.o. – w której posiada 39,02% udziałów. Podmiot ten pracuje nad produkcją wieloosobowej gry typu MMORPG o nazwie „Edengrad”. Jej planowana premiera ma nastąpić do końca 2015 r.

ERNE VENTURES była także przez długi czas znaczącym akcjonariuszem notowanej na rynku NewConnect spółki The Farm 51 Group, produkującej gry wideo na komputery PC, oraz konsole.

„Ponieważ inwestycja w The Farm 51 Group okazała się bardzo udana, a ERNE VENTURES nabyła dużo kompetencji w dziedzinie gier wideo, w sposób wręcz naturalny pojawiły się w portfolio ERNE VENTURES kolejne spółki growe. W obydwu przypadkach – Huckleberry Studio oraz QubicGames – przewidywany jest debiut na NewConnect, co ma pozwolić na dalszą ekspansję tych podmiotów na rynkach światowych.” – dodaje Kuich.

ERNE VENTURES jest notowanym na rynku NewConnect funduszem kapitałowym, który jako inwestor krótkoterminowy lub średnioterminowy nastawia się na inwestycje w produkty i usługi charakteryzujące się potencjałem rozwoju na rynku globalnym.

Konsekwentna realizacja Strategii Spółki została zauważona i doceniona przez inwestorów giełdowych: od początku tego roku kapitalizacja Spółki wzrosła ponad trzykrotnie, a kurs urósł z 0,90 zł na początku stycznia do 3,40 zł we wrześniu. Nadzwyczaj wysokie obroty dzienne na akcjach ERNE VENTURES zostały także zauważone przez GPW, która w dniu 24.09.2015 r. podjęła uchwałę o włączeniu akcji Spółki w skład indeksu NCIndex30, który to obejmuje swoim portfelem 30 najbardziej płynnych spółek spośród blisko 440 notowanych na NewConnect.

Realizacja nowych Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ będzie wyzwaniem dla Polski

Organizacja Narodów Zjednoczonych przyjmie dziś Cele Zrównoważonego Rozwoju do 2030 r, które zastąpią dotychczasowe Milenijne Cele Rozwoju. Według ekspertów firmy doradczej Deloitte w Polsce osiągnięcie tych celów nie będzie łatwym zadaniem m. in. ze względu na ich kompleksowy zakres, który dotyczy zarówno sfery społecznej, środowiskowej, jak i gospodarczej. Choć to rządy będą odpowiedzialne za ich realizację, bez większego zaangażowania biznesu może to być trudne czy wręcz niewykonalne. W Polsce platformą współpracy sektora prywatnego i administracji publicznej na rzecz zrównoważonego rozwoju jest projekt „Wizja zrównoważonego rozwoju dla polskiego biznesu 2050”.

Milenijne Cele Rozwoju zastąpią Cele Zrównoważonego Rozwoju do 2030 r Cele Zrównoważonego Rozwoju (z ang. Sustainable Development Goals – SDGs) to 17 celów, 169 zadań i 304 wskaźników, dzięki którym w 2030 r. ludziom ma się żyć lepiej, zdrowiej i bezpieczniej zarówno pod względem społecznym, środowiskowym, jak i gospodarczym. Od 2016 r. cele zastąpią dotychczasowe 8 celów milenijnych (MDGs), które m.in. przyczyniły się do wyprowadzenia ze skrajnego ubóstwa ponad 1 miliarda osób, eliminacji nierówności między kobietami i mężczyznami w dostępie do edukacji oraz zapewnienia 91 proc. mieszkańców świata dostępu do źródła wody pitnej. Co szczególnie istotne, SDGs będą miały bardziej uniwersalny zasięg i w większym stopniu dotyczyć także krajów wysoko rozwiniętych, a nie jak MDGs odnosić się przede wszystkim do najbiedniejszych części globu.

Realizacja SDGs w Polsce

Poszczególne Cele Zrównoważonego Rozwoju mają prowadzić do bardzo konkretnych wyników. Dlatego ich osiągnięcie będzie uzależnione od mierzenia efektów działań i pozyskiwania wiarygodnych danych. Pomimo stabilnego tempa wzrostu gospodarczego w ostatnich latach, nasz kraj nadal musi się zmierzyć z szeregiem wyzwań społecznych. Np. według celu szczegółowego SDG 1.2. Polska będzie musiała zmniejszyć co najmniej o połowę liczbę osób żyjących w ubóstwie. W 2014 r. wg GUS 2,8 mln ludzi żyło poniżej minimum egzystencji, co stanowiło 7,4 proc. całego naszego społeczeństwa. SDGs kładą też duży nacisk na zmniejszenie poziomu nierówności pomiędzy krajami oraz wewnątrz krajów. W Polsce zasypanie podziału pomiędzy tzw. Polską A i Polską B będzie wyzwaniem. Widać to chociażby po ww. wskaźniku ubóstwa, który na Warmii, Mazurach i w Świętokrzyskiem wynosi powyżej 10 proc., podczas gdy na Śląsku odsetek ten kształtuje się na poziomie 4,7 proc.

Trudnym zadaniem dla naszego kraju będą też cele związane z przestawieniem polskiej gospodarki na bardziej zrównoważony model. Według SDGs powinniśmy do 2030 r. zapewnić powszechny dostęp do taniej, niezawodnej i zrównoważonej energii, wesprzeć zrównoważony przemysł i wprowadzić zrównoważone modele konsumpcji i produkcji

„Cele gospodarcze w dużej mierze oznaczają konieczność zwiększenia efektywności energetycznej, udziału odnawialnych źródeł energii, zmniejszenia ilości odpadów czy też wprowadzania ich w obieg zamknięty (circular economy) oraz wdrożenia nowoczesnych niskoemisyjnych technologii produkcji. Choć efektywność energetyczna polskiej gospodarki poprawia się z roku na rok, a energochłonność Produktu Krajowego Brutto spadła blisko o 1/3 w ciągu ostatnich 10 lat, to wskaźnik ten jest wciąż około 3 razy niższy niż w najbardziej rozwiniętych krajach europejskich i około 2 razy niższy niż średnia unijna” – mówi Irena Pichola, Partner Deloitte, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i w Europie Środkowej.

Większa rola biznesu

„Przyjęcie Celów Zrównoważonego Rozwoju przez 193 państwa tworzące ONZ to bardzo ważny krok w kierunku zapewnienia lepszej jakości życia dla wszystkich mieszkańców naszej planety. Cele są bardzo ambitne, a ich realizacja będzie wymagała ścisłej współpracy państw, biznesu i organizacji pozarządowych. Choć sukces SDGs zależy przede wszystkim od państw, to dużą rolę w finansowaniu zrównoważonego rozwoju będzie musiał też odegrać sektor prywatny” – podkreśla Aleksandra Stanek-Kowalczyk, Starszy Menedżer w zespole Deloitte ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i w Europie Środkowej.

Wiele firm działających w Polsce już od kilku lat wdraża działania, które wspierają zrównoważony rozwój naszej gospodarki, środowiska i społeczeństwa. Od 2011 r. robią to w ramach projektu Wizja Zrównoważonego Rozwoju dla Polskiego Biznesu 2050 (Wizja 2050), którego prace koordynują Ministerstwo Gospodarski, Deloitte i Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Wizja 2050 ma zadanie zintegrować biznes wokół idei zrównoważonego rozwoju, wskazać wyzwania w tym obszarze oraz wzmocnić dialog administracji i sektora prywatnego na rzecz realizacji celów rozwojowych Polski. Aktem podsumowującym działania Wizji 2050 jest Deklaracja Polskiego Biznesu na rzecz Zrównoważonego Rozwoju, którą podpisało już 99 polskich firm.

„Forum Odpowiedzialnego Biznesu od 15 lat wspiera polskie firmy w przekładaniu idei zrównoważonego rozwoju na praktyczne rozwiązania. Jako partner projektu Wizja 2050 wierzymy, że polski biznes będzie aktywnym partnerem rządu w realizowaniu Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ” – mówi Mirella Panek-Owsiańska, prezeska Forum Odpowiedzialnego Biznesu.

Wszystkie cele wymienione w Deklaracji Wizji 2050 pokrywają się z większością nowych globalnych Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ. Pod tym względem Polska może pochwalić się nowatorskim podejściem do realizacji krajowej strategii na rzecz zrównoważonego rozwoju. Spodziewam się, że wraz z oficjalnym przyjęciem SDGs przez ONZ liczba sygnatariuszy Deklaracji Wizji 2050 ponownie wzrośnie. Polskie firmy są coraz bardziej świadome faktu, że włączenie działań na rzecz społeczeństwa, środowiska i gospodarki do strategii biznesowej wynika z coraz większej odpowiedzialności sektora prywatnego za przyszłość. Co ważniejsze, takie podejście przynosi korzyści nie tylko społeczeństwu, ale również samym przedsiębiorstwom, które dzięki podnoszeniu się globalnego poziomu rozwoju społecznego zyskują nowe szanse i możliwości biznesowe.

JR HOLDING S.A. realizuje plany rozwoju

JR HOLDING S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2012 r., zmieniła swoją nazwę, co związane jest z jej większą aktywnością w różnych segmentach biznesowych. Spółka zamierza koncentrować się na branżach stabilnych oraz dochodowych.

Zmiana nazwy odzwierciedla obecne funkcjonowanie Emitenta jako Holdingu, który grupuje podmioty działające w różnych branżach, m.in. nieruchomości oraz Odnawialnych Źródeł Energii. Każda ze spółek wchodzących w skład Grupy Kapitałowej jest rentowna dzięki efektywnemu sposobowi zarządzania. JR HOLDING S.A. będzie koncentrował się obecnie na angażowaniu w projekty inwestycyjne będące stabilnymi oraz posiadającymi dobre perspektywy do osiągania wysokich stóp zwrotu. Zarząd Spółki jest przekonany, że podejmowane działania pozwolą dalej zwiększać wartość rynkową całej Grupy Kapitałowej.

„Nasza obecność w dwóch branżach, a mianowicie w sektorze nieruchomości oraz Odnawialnych Źródeł Energii, skłoniła nas do zmiany nazwy Spółki, która lepiej przedstawia naszą strukturę organizacyjną. Inwestycje w nieruchomości zapewniają nam stabilność biznesową. Natomiast wejście w branżę OZE ma pozwolić na mocny wzrost zysków, dzięki bardzo dobrym perspektywom dla tego sektora. Nadal będziemy oczywiście poszukiwać przedsięwzięć biznesowych, które mogą generować wysokie dochody.” – komentuje January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING S.A.

Jedną z najważniejszych przewag konkurencyjnych Emitenta na rynku nieruchomości jest to, że sprzedaje on cały biznes, a nie tylko samą nieruchomość. Wynika to z przyjętego schematu działania, opartego na dokonywaniu pełnej restrukturyzacji kupowanych nieruchomości, co w konsekwencji pozwala ostatecznemu nabywcy na zakup w pełni zorganizowanego przedsiębiorstwa, które wypracowuje wysokie zyski. Taki model biznesowy jest unikalnym w całej branży, a posiadane know-how umożliwia realizację strategii biznesowej.

Zarząd JR HOLDING S.A. wiąże duże nadzieje z wejściem w segment Odnawialnych Źródeł Energii, głównie w rynek fotowoltaiki. Rozwój Spółki Columbus Energy S.A., w której wraz z podmiotami zależnymi Emitent posiada 49,50% udziałów w kapitale zakładowym, przebiega zgodnie z planem, o czym świadczą osiągnięte wyniki finansowe w pierwszych dwóch miesiącach prowadzenia realnej działalności operacyjnej. W lipcu i sierpniu br. podmiot ten wypracował 1,2 mln zł zysku brutto przy przychodach na poziomie 4,6 mln zł brutto. Columbus Energy S.A. prognozuje osiągnięcie w 2015 r. prawie 4,7 mln zł zysku brutto oraz 20,6 mln zł przychodów brutto. W przyszłym roku wartość sprzedaży ma wynieść 145 mln zł brutto.

„Wyniki finansowe wypracowane przez Columbus Energy S.A. w lipcu i sierpniu 2015 r. wskazują na przyjęcie dobrego modelu biznesowego oraz świadczą o trafności naszej decyzji inwestycyjnej. Duże nadzieje wiążę również z połączeniem tego podmiotu z giełdową spółką Columbus Capital S.A. Zamierzamy dobrze wykorzystać nadchodzące świetlane lata dla rynku fotowoltaiki w Polsce, co z pewnością będzie miało swojego odzwierciedlenie w wynikach finansowych Spółki w kolejnych latach. Uważam, że branża OZE pozwoli rosnąć całemu Holdingowi w bardzo wysokim tempie.” – podsumowuje Ciszewski.

Spółka uruchomiła także swój nowy serwis korporacyjny dostępny pod adresem: http://www.jrholding.pl

W skład Grupy Kapitałowej JR HOLDING S.A. wchodzą podmioty działające na rynku nieruchomości komercyjnych. Ich głównym przedmiotem działalności jest nabywanie nieruchomości w atrakcyjnych cenach, a następnie ich modernizacja oraz zmiana struktury najemców, co pozwala na wzrost generowanych przychodów i uzyskiwanie wyższej kwoty ze sprzedaży tak zrestrukturyzowanych budynków. JR HOLDING S.A. poszerzył również prowadzoną działalność poprzez zwiększenie zaangażowania kapitałowego w branżę OZE.

Branżę budowlaną w Polsce czekają jeszcze trzy lata nieprzerwanych wzrostów

Na potrzeby raportu „Sektor budowlany w Polsce, II połowa 2015”, firma PMR przeprowadziła dziewiętnastą edycję badania wśród największych polskich firm budowlanych. Podobnie jak w przypadku wcześniejszych edycji, głównym celem badania było zebranie informacji na temat aktualnej sytuacji polskiego sektora budowlanego, perspektyw rozwoju tego rynku oraz jego poszczególnych segmentów.

Indeks Koniunktury Budowlanej PMR to sumaryczny wskaźnik obrazujący poziom koniunktury w polskiej branży budowlanej. Powstaje on w oparciu o trzy pytania dotyczące ogólnej sytuacji w branży, a także na podstawie ocen firm dotyczących własnej kondycji finansowej i portfela zamówień.

W tegorocznej edycji badania, Indeks Koniunktury Budowlanej PMR osiągnął wartość 19,9 pkt., co oznacza wzrost wartości indeksu o 5,8 pkt w porównaniu do analogicznego okresu w roku ubiegłym. Mamy wiec do czynienia z utrzymaniem się korzystnej tendencji – po trudnych dla branży latach 2012-2013, wartość indeksu już drugi raz z rzędu osiągnęła wartości dodatnie a firmy spodziewają się dalszych wzrostów rynku, choć nie tak dynamicznych jak w latach 2006-2008.

Indeks Koniunktury Budowlanej PMR 2004-2015
Indeks Koniunktury Budowlanej PMR 2004-2015. Źródło PMR

Tempo rozwoju budownictwa w 2015 r. będzie tylko nieznacznie wyższe w stosunku do roku 2014 i wyniesie ok. 6%. Jest to prognoza niższa o 3 p.p. wobec oczekiwań PMR  z początku 2015 r. PMR ocenia, że na wynik w roku 2015 kluczowy wpływ będą miały wyższe wzrosty budownictwa w II półroczu.

Przewidywania na rok 2016 są już bardziej optymistyczne – wzrost wynieść może 8%, a wartość produkcji sięgnie ok. 101 mld zł, a więc jeszcze poniżej rekordowego poziomu z 2011 r. Natomiast dzięki wzrostowi w 2017 r. wartość produkcji budowlanej firm, zatrudniających powyżej 9 pracowników powinna przekroczyć wreszcie poziom z 2011 r., na co największy wpływ będą miały licznie realizowane duże kontrakty drogowe. Niewielki wzrost powinien mieć jeszcze miejsce w 2018 r., natomiast od 2019 r. rozpocząć się może okres jednocyfrowej korekty na rynku budowlanym.

Co ważne, brak silnego bodźca inwestycyjnego, jakim kilka lat temu było Euro 2012, spowoduje bardziej równomierne rozłożone inwestycji w czasie, dlatego w nadchodzącym okresie PMR nie oczekuje gwałtownych zrywów inwestycyjnych, a potem dwucyfrowych spadków, a raczej stabilnej dawki nowych projektów aż do roku 2022.

W podziale według rodzajów obiektów budowlanych zdecydowanie największym segmentem rynku pozostanie budownictwo inżynieryjne. Po wzroście w 2014 roku odpowiadało ono za ponad 55% wartości robót budowlanych. W 2015 r. udział segmentu inżynieryjnego powinien wzrosnąć do poziomu 57%, głównie kosztem budownictwa niemieszkaniowego.

Struktura produkcji budowlano-montażowej w Polsce według segmentów 2008-2015
Struktura produkcji budowlano-montażowej w Polsce według segmentów 2008-2015. Źródło PMR

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. Sektor budowlany w Polsce, II połowa 2015.

Autor raportu: Bartłomiej Sosna

Stihl zwiększa liczbę punktów dilerskich i sprzedaż urządzeń z napędem akumulatorowym

0

Mariusz Walter

Sprzęt firmy Stihl, niemieckiego producenta urządzeń do pielęgnacji lasów, parków i ogrodów, dystrybuowany jest przez sieć 700 autoryzowanych dilerów, którzy oprócz sprzedaży zajmują się serwisem i doradztwem. Firma z roku na rok zwiększa liczbę punktów sprzedaży w Polsce mimo konkurencji ze strony sieciowych sklepów wielkopowierzchniowych, które sprzedają dużo tańsze urządzenia, najczęściej pochodzące z Chin. W strukturze przychodów firmy rośnie udział urządzeń akumulatorowych.

Obok pilarek spalinowych sprzedajemy także kosy mechaniczne oraz urządzenia do pielęgnacji zieleni, takie jak dmuchawy spalinowe czy odkurzacze ogrodowe – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mariusz Walter, kierownik działu marketingu i sprzedaży w polskiej spółce firmy Stihl. – Oprócz tego w ofercie mamy narzędzia budowlane, jak np. przecinarki, a od kilku lat coraz większy udział w sprzedaży mają urządzenia akumulatorowe – dodaje.

Obecnie Stihl jest liderem na rynku urządzeń do pielęgnacji parku, lasu i ogrodu w Polsce. Według badań ARC Rynek niemiecki koncern jest w Polsce najbardziej znaną marką ogrodniczą. Następną firmą jest Husqvarna, a na trzecim miejscu plasuje się Bosch.

Stihl w Polsce ma sieć około 700 autoryzowanych dilerów. Jak przekonuje Mariusz Walter każdego roku przybywa kilka kolejnych.

Oczywiście mamy swoje plany. Każdego roku o 2-3 proc. zwiększamy liczbę punktów dilerskich w naszym kraju, co oznacza, że dostępność wyrobów firmy Stihl jest coraz większa – twierdzi Mariusz Walter. – Chcemy cały czas rozwijać sprzedaż, rozwijać sieć autoryzowanych dilerów i obsługę naszych klientów, bo najistotniejsza dla nas jest prawidłowa obsługa naszego klienta ostatecznego przez autoryzowanych dilerów – dodaje.

Od kilku lat coraz większy udział w sprzedaży produktów Stihl zajmują wyroby z akumulatorami.

Myślę, że urządzenia akumulatorowe to będą te produkty, których sprzedaż będzie znacząco rosnąć w najbliższych latach, zarówno pilarki z napędem akumulatorowym, kosy mechaniczne z napędem akumulatorowym, jak i wiele innych urządzeń, choćby kosiarki do trawy – twierdzi Mariusz Walter. – System ten polega na tym, że wystarczy nam tylko jeden akumulator i dowolna ilość urządzeń może na tym jednym akumulatorze pracować – dodaje.

Jak podkreśla, w Polsce dla firmy największą konkurencją pozostają wielkopowierzchniowe sieciowe sklepy, które również oferują sprzedaż urządzeń do pielęgnacji parków, pasów i ogrodów. Jak zaznacza Walter, w tych miejscach najczęściej sprzedawane są tańsze produkty, które pochodzą z rynku chińskiego. Mimo to w ubiegłym roku cały koncern osiągnął rekordowe obroty niemal 3 mld euro, z czego prawie 90 proc. wypracowano poza granicami Niemiec.

Kryzys na wschodzie Europy odciął spółkę Sumy Frunze od największego kontrahenta, czyli rosyjskiego Gazpromu. Ukraińcy szukają dostępu do alternatywnych rynków, w tym do Polski.

Wojciech Krupnik

Trudna sytuacja geopolityczna panująca na Wschodzie odcięła spółkę Sumy Frunze od swojego największego kontrahenta, czyli rosyjskiego Gazpromu. W związku z tym firma zwiększyła swoje zaangażowanie w Europie Środkowej, w tym w Polsce. Problemem dla Ukraińców jest jednak niedobór nowoczesnej infrastruktury technologicznej i inne realia ekonomiczne.

Spółka Sumy Frunze na rynku globalnym jest jednym z największych dostawców urządzeń procesowych do przemysłu naftowego i gazowego. Myślę, że to jest pierwsza czwórka. Świadczyć o tym chociażby ich dotychczasowa struktura sprzedaży. Do momentu konfliktu rosyjsko-ukraińskiego odbiorcą prawie 60 proc. produkcji był Gazprom – mówi Wojciech Krupnik, prezes zarządu firmy TLC Polska, polskiego przedstawiciela spółki Sumy Frunze.

Z powodu napiętej sytuacji geopolitycznej współpraca z rosyjskim kontrahentem została w sposób administracyjny przerwana. W związku z tym spółka Sumy Frunze poszukuje obecnie alternatywnych rynków zbytu.

– Odczuwamy to oczywiście, bo konkurencja doskonale zna potencjał, możliwości, siłę, właściwości i zaawansowanie technologiczne sumskich urządzeń. Nie jest nam lekko wejść na rynek europejski, ale mam nadzieję, że po trzech latach intensywnej i mocnej pracy uda nam się w końcu tutaj zaistnieć – wyjaśnia Krupnik.

Ekspert odnosi się także do sprawy europejskich referencji dla spółki, które do tej pory wykluczały Ukraińców ze wszystkich przetargów prowadzonych w Unii Europejskiej. Od października 2014 roku spółka Sumy Frunze jest członkiem CEEP, czyli organizacji integrującej sektor energetyczny w naszej części Europy i mającej zapewnić jej bezpieczeństwo energetyczne. Otwiera to drogę do zaangażowania w projekty realizowane przez państwa członkowskie UE. Natomiast warunki panujące na rynku europejskim wymuszają na ukraińskiej spółce zmiany optymalizacyjne w strukturze i sposobie działania.

 Na razie jest to olbrzymi kombinat przemysłowy, mogący zajmować się wszystkim – mówi prezes zarządu TLC Polska. – Na pewno z punktu widzenia zarządzania kosztowego nie jest on najbardziej ekonomiczną strukturą. Natomiast co do rynku europejskiego, tych wszystkich urządzeń procesowych, to można go porównać może trochę do rynku samochodowego, gdzie wszystkie procesy są już wyśrubowane do końca.

Rozmówca zwraca uwagę na to, że patrząc zarządzanie kosztami, można powiedzieć, że obecna struktura funkcjonowania ukraińskiego przedsiębiorstw pozostawia jeszcze wiele do życzenia. W odniesieniu do rynku europejskiego spółkę odróżnia niższa efektywność kosztowa, ale za to dużo większa żywotność oferowanych produktów.

Zakład Sumy produkuje urządzenia, które działają latami. Są urządzenia, sami się z nimi spotykamy, które działają praktycznie bezawaryjnie po 50 lat w bardzo trudnych warunkach. Natomiast wiąże się to z używaniem bardzo drogich materiałów, z dużym naddatkiem projektowania – zaznacza Tomasz Krupnik.

Produkcja realizowana jest z dużym zapasem, co generuje wyższe koszty wykonania. Ostatnie doświadczenia, które zebrała spółka, skutkują jednak stopniową optymalizacją produkcji i wykorzystaniem bardziej nowoczesnych technologii. Prowadzi to do obniżki cen i wzrostu konkurencyjności.

Tam (przyp. na Ukrainie) marże sięgały kilkudziesięciu procent, a u nas możemy mówić o kilku procentach. Na Dalekim Wschodzie, na Wschodzie na razie ta cena nie jest tak ważnym elementem handlu, jak to jest u nas, szczególnie przy wszystkich tych przetargach publicznych, gdzie waga ceny to prawie 90 proc. –  zauważa.

Cenatorium planuje szybki rozwój i szuka pracowników. Spółka chce wejść w segment usług dla konsumentów i nie wyklucza aliansów z innymi firmami

0

Mariusz Kurzac

Cenatorium planuje dynamiczny rozwój. Największa polska baza informacji o transakcjach na rynku nieruchomości chce uruchomić rozwiązania dla konsumentów (B2C) i co roku podwajać swoją sprzedaż i zatrudnienie. Spółka szuka informatyków, programistów oraz specjalistów od rynku nieruchomości.

 Dzisiaj działamy na rynku B2B, czyli rynku korporacyjnym, gdzie mamy kilkudziesięciu klientów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mariusz Kurzac, dyrektor generalny Cenatorium. – Plan jest taki, żeby szerzej otworzyć się na rynek konsumenta, czyli rynek B2C, ale o tym powiemy trochę więcej wkrótce, jak tylko będziemy gotowi do startu, a jeszcze parę miesięcy do tego momentu zostało. Każdy Kowalski będzie mógł, mam nadzieję, każda osoba fizyczna będzie mogła zebrać  więcej informacji na temat danej nieruchomości w danej lokalizacji, tam, gdzie będą się te osoby znajdować.

W tym celu spółka poszukuje nowych pracowników, wdraża nowe rozwiązania technologiczne i myśli o współpracy z innymi firmami z branży. Jak informuje Mariusz Kurzac, Cenatorium szuka programistów, szeroko rozumianych informatyków oraz osób, które wiedzą coś o planowaniu przestrzennym.

Zwiększenie zatrudnienia na pewno tak, już dzisiaj zatrudniamy młodych ludzi nie tylko w Warszawie, lecz także chociażby w Olsztynie. Na pewno będziemy się dynamicznie rozwijać, jest to nieuniknione, jeśli chcemy wejść na rynek konsumenta, także alianse strategiczne z partnerami. Co do finansowania, to dzisiaj mamy wystarczająco dużo środków, które już pozyskaliśmy, fundusz, który nas na bieżąco wspiera, więc nie oczekiwałbym, że będziemy poszukiwali nie wiadomo ilu pieniędzy, najpierw musimy wykorzystać to, co mamy.

O ewentualnych aliansach dyrektor generalny Cenatorium obiecuje poinformować, jak tylko spółka zacznie działać na rynku B2C, czyli gdy z jej usług będą korzystać nie tylko inne firmy, lecz także osoby fizyczne. Już teraz mówi natomiast o planach rozwoju technologicznego, bo w ramach usług dla konsumentów w Cenatorium pojawią się nowe produkty.

– Nowe technologie to transparentny dostęp do informacji. Misją naszej firmy jest tworzenie nowych rozwiązań dla całego rynku nieruchomości, więc te technologiczne nowinki, nie tylko dla młodzieży, lecz także dla osób już dojrzałych, to jest to, co chcemy zaoferować. Ogólnie chcemy rosnąć dwa razy więcej każdego roku i najlepiej dwa razy więcej też zatrudniać.

Firma pozyskuje dane z rynku nieruchomości, a następnie przekształca je, by umożliwić ich łatwe wyszukiwanie, filtrowanie i porównywanie. Baza umożliwia wyszukiwanie danych ze źródeł publicznych i komercyjnych w oparciu np. o lokalizację na mapie oraz inne kryteria, dzięki czemu umożliwia m.in. opracowywanie regionalnych oraz ogólnopolskich analiz.

Połowa firm ma oprogramowanie bez ważnej licencji. Przedsiębiorcy muszą liczyć się z karami

Sándor Zsoldos

Braki licencyjne to duży problem polskich firm. Badania wskazują, że połowa firma korzysta z oprogramowania bez ważnej licencji. Jego łączna wartość w Polsce to ok. 2 mld zł rocznie – szacuje IDC. Dodatkowo firmy muszą liczyć się z groźbą kar finansowych za brak licencji. Problem w tym, że nawet 1/3 oprogramowania zainstalowanego na firmowych pecetach jest zbędna. Dzięki zmianie zarządzania w tym zakresie każda z nich mogłaby obniżyć koszty o 30 proc.

Kiedy u dużych klientów korporacyjnych audyt wykryje braki licencyjne, muszą oni, po pierwsze, wykupić brakujące licencje, a po drugie, często muszą zapłacić karę. To oznacza konieczność poniesienia jednorazowo wysokich, niezaplanowanych wcześniej wydatków – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Sándor Zsoldos, dyrektor generalny i założyciel IPR-Insights International, firmy doradzającej w zakresie zarządzania oprogramowaniem i licencjami.

Dane IPR-Insights wskazują, że 25 proc. programów w firmach pochodzi z nieznanego źródła. Jak obliczyła firma IDC, w 2013 roku 51 proc. zainstalowanego oprogramowania nie miało ważnej licencji. Dwa lata wcześniej odsetek ten wynosił 53 proc. Szacowana przez IDC wartość tego software’u to ponad 1,7 mld zł. Firmy zapłaciły już 1,5 mln zł kar za braki licencyjne.

Często zdarza się również, że firmy wykupują licencje na oprogramowanie, które de facto nie jest im potrzebne i nie spełnia ich wymagań – podkreśla Zsoldos. – Firma posiadająca średnio tysiąc komputerów wydaje rocznie miliony euro na licencje na oprogramowanie. Poprzez optymalizację zarządzania oprogramowaniem i licencjami możemy pomóc firmom zaoszczędzić nawet 30 proc. wydatków na ten cel. Szacujemy, że w Polsce ten rynek wart jest kilka milionów euro i ma on ogromny potencjał wzrostu.

Firmy tracą również na braku optymalizacji zakupów – nawet 90 proc. z nich kupuje oprogramowanie po niekorzystnych cenach.

Z obserwacji IPR-Insights wynika, że nawet 30-40 proc. oprogramowania może być przedmiotem działania spółki.

Jest to już teraz dosyć duży rynek i jeżeli z tego będziemy mieli kilka procent, to już są milionowe obroty. Słabym punktem rynku przede wszystkim jest brak świadomości. Jesteśmy na etapie budowania świadomości. Firmy się uczą, że licencje oprogramowania stanowią dosyć pokaźną część aktywów firmy – podkreśla Paweł Marciniak, dyrektor zarządzający IPR-Insights Polska.

Zmiany w tym zakresie firma powinna rozpocząć od inwentaryzacji tego, co posiada, czyli komputerów i oprogramowania na nich zainstalowanego. Jak podkreśla Zsoldos, nie jest to łatwe zadanie, bo brakuje narzędzi, które mogłyby pomóc w weryfikacji. Później trzeba porównać to z licencjami oraz prawami do oprogramowania, które są wykupione przez firmę. Szczególnie dotyczy to firm posiadających kilkaset lub kilka tysięcy pecetów. To nie wielkość przedsiębiorstwa jest tutaj jednak kluczowa.

Dostarczamy narzędzie, które automatyzuje tworzenie procesów, które wychodzą naprzeciw różnym potrzebom firmy w zakresie zarządzania licencjami. Jest ono kierowane głównie do firm, które mają wysoki stopień zinformatyzowania, dla których liczą się informacje w postaci plików i danych komputerowych przetwarzane przez wiele różnych oprogramowań, co stanowi dosyć pokaźną część wartości firmy – wyjaśnia Paweł Marciniak.

Dyrektor polskiego oddziału IPR-Insights podkreśla, że polskie firmy coraz więcej wiedzą o oprogramowaniu i licencjach. Zdają sobie sprawę z tego, że nie tylko ma to duże znaczenie dla bezpieczeństwa danych, lecz także może wiązać się z kontrolą i wysokimi karami. Wciąż jednak najczęściej zamawiają jedynie inwentaryzację, co oznacza, że spodziewają się audytu lub też rozważają dalsze inwestycje. To jednak jest jedynie drobny wycinek w całym procesie Software Asset Management.

To jest tak jak z bezpieczeństwem IT. Jeszcze 15-20 lat temu każdy tylko mówił, że to jest ważne, a w praktyce nikt się tym nie zajmował. Tak samo teraz jest z zarządzaniem licencjami na oprogramowanie. Ten rynek będzie bardzo gwałtownie wzrastał. Jestem przekonany, że eksperci pracujący nad tym w Polsce będą w stanie zmniejszyć koszty naszych klientów – mówi Sándor Zsoldos.

Firma IPR-Insights w ostatnim czasie wprowadziła na rynek Audit Protection Shield, program ochrony przedsiębiorstw przed konsekwencjami audytów. Spółka otworzyła swoje przedstawicielstwo w Warszawie. Jest to pierwsze biuro węgierskiej firmy w Polsce. Obecne kompletowany jest zespołu ekspertów, który będzie odpowiadał za doradztwo klientom na polskiego rynku.

Żeby wytłumaczyć, co dokładnie robimy, często używamy metafory: jesteśmy doradcą podatkowym w obszarze IT, a nasi klienci to podatnicy, którzy narażeni są  na kontrole z urzędu skarbowego i płacenie kar. My jesteśmy po to, żeby im pomagać – zaznacza Sándor Zsoldos.

Samochody używane coraz częściej kupowane w kredycie lub leasingu. Zwiększa się zainteresowanie młodszymi autami

Rafał Gajewski

Klienci kupujący za gotówkę wciąż są większością na rynku samochodów używanych. Polacy poszukują jednak coraz nowszych aut, a więc i droższych, stąd rosnąca popularność takich form finansowania zakupu, jak kredyt czy leasing. Klienci wybierają też programy, które dają im gwarancję zakupu samochodu z pewnego i sprawdzonego źródła.

Większość klientów kupujących samochody używane na polskim rynku to głównie klienci gotówkowi. Dzieje się tak z tego powodu, że 90 proc. samochodów to auta w wieku 6 lat i starsze, z czego 70 proc. tej grupy stanowią samochody w wieku powyżej 10 lat. Są to auta stosunkowo tanie – cena zakupu oscyluje w granicach 10 tys. zł, więc klienci posiłkują się własnymi oszczędnościami lub pieniędzmi pożyczonymi od rodziny czy znajomych – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Gajewski, kierownik strefowy w Toyota Bank Polska.

Zakup nowszych aut, czyli maksimum sześcioletnich, i z lepszym wyposażeniem, to większy wydatek. Dlatego klienci częściej posiłkują się kredytami lub leasingiem, tak jak w przypadku aut nowych. Instytucje finansowe dostrzegają rosnące zapotrzebowanie na tego typu produkty. Klienci Toyota Banku najczęściej szukają samochodu w wieku między 3 a 8 lat.

Dwa miesiące temu uruchomiliśmy produkt dla samochodów i dziś jego udział sięga już 30 proc. finansowania używanych aut. Zakładamy, że w ciągu najbliższego roku uda nam się uzyskać około 50 proc., tak jak udało się to osiągnąć w sprzedaży tego produktu dla samochodów nowych – podkreśla przedstawiciel Toyota Bank Polska.

SmartPlan dla aut używanych to produkt kredytowy, którego cechą jest możliwość wykupu auta w ostatniej racie. Klient, zaciągając zobowiązanie w tej formie, ponosi koszty rzędu 50 proc. wartości samochodu. Kapitał ten rozłożony jest na równe bądź malejące raty, a ostatnia rata, tzw. rata wykupowa, jest zdecydowanie wyższa. Stanowi ona do 40 proc. wartości samochodu, przez co wcześniejsze raty mogą być dużo niższe (10 proc. stanowi wkład własny klienta).

Względem klasycznej formy finansowania miesięczna rata jest niższa o około 60 proc., co pozwala klientom na zakup auta lepiej wyposażonego, czasami nawet z segmentu wyżej. Znacząco zwiększają się również możliwości zakupowe klienta i poprawia jego zdolność kredytową – mówi Gajewski.

Oferta banku ma umożliwić cykliczną wymianę samochodów – w cyklu 3-4-letnim. Założenie jest takie, by klient, zamiast spłacać ostatnią ratę, decydował się na finansowanie kolejnego samochodu. Taką decyzję będzie mógł podjąć tuż przed upływem okresu kredytowania.

Klient zostawia auto w rozliczeniu w wybranej stacji dilerskiej i spłaca pozostały do spłaty kapitał. Bazując na tym, że nasze auta mają bardzo wysoką wartość rezydualną i względem konkurencji mamy tutaj sporą przewagę, klient ma środki na dokonanie kolejnej wpłaty wstępnej na poczet kolejnego cyklu – mówi ekspert. – Obserwujemy, że klienci, którzy raz skorzystali z takiej konstrukcji produktu, przesiadają się w kolejne samochody i są bardzo zadowoleni z tego typu rozwiązania.

Bank liczy na to, że co drugi klient przesiądzie się do kolejnego auta, bez spłacania ostatniej raty.

Jak podkreśla Rafał Gajewski, dla klientów na rynku wtórnym bardzo istotna jest gwarancja, że zakupione auto ma pewne źródło i jest sprawdzone.

W większości przypadków są to auta z wtórnego obiegu z naszej sieci, które mają sprawdzoną historię serwisową. Bardzo aktywnie działa program Pewnego Auta, w ramach którego klienci mają możliwość zakupu samochodu, po pierwsze, sprawdzonego, z wykluczonymi wszelkimi usterkami, a po drugie, z gwarancją. Wspólnie z importerem uczestniczymy w tym programie, przygotowując również dla tych aut specjalną ofertę finansową, z której mogą skorzystać nasi klienci – wyjaśnia Rafał Gajewski.

Dziś 35 proc. finansowanych przez Toyota Bank Polska samochodów pochodzi z rynku wtórnego. Do końca tego roku finansowego spółka chce zwiększyć ten odsetek do 50 proc.

Zakusy importera są bardzo ambitnie. W perspektywie kilku najbliższych lat ta proporcja będzie wyglądała następująco: na dwa samochody używane będzie przypadał jeden nowy samochód – mówi Gajewski.

Rola dyrektorów finansowych w firmach rośnie. Mają wpływ na strategiczne decyzje

Rafał Hiszpański

Analiza wyników finansowych i otoczenia gospodarczego firmy to wciąż główne zadanie dyrektorów finansowych. Jednak ich znaczenie dla rozwoju danej organizacji rośnie. Bez akceptacji dyrektora finansowego nie zapada żadna strategiczna decyzja, a często to on jest jej inicjatorem. Dotyczy to decyzji zarówno o nowych inwestycjach i wychodzeniu na zagraniczne rynki, jak i zwiększaniu zatrudnienia. 

Wyzwania rzucane dyrektorom finansowym są dziś coraz większe. Stanowisko to ewoluuje od funkcji stricte księgowych, sprawozdawczych, raportowych, podatkowych do zarządzania finansami, do znajdowania odpowiedniego finansowania, do współdecydowania czy wręcz podejmowania decyzji w kwestiach wsparcia firmy w jej rozwoju, ekspansji na nowe rynki, we wchodzeniu w nowy rodzaj działalności czy w operacjach związanych z fuzjami i przejęciami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Hiszpański, prezes zarządu Towarzystwa Ubezpieczeń Euler Hermes

Jeszcze kilka lat temu główne zadania dyrektora finansowego wiązały się z działem finansowo-księgowym – miał on dbać o finanse firmy, raportować o jej kondycji, naliczać wynagrodzenia i dbać o kwestie podatkowe. To wciąż jest wymagane, ale obowiązków przybywa.

Teraz ich rola dotyczy też nowych obszarów działalności, jak np. zakupy, optymalizacja podatkowa czy kwestie związane z finansowaniem – mówi Marek Gruszecki, wiceprezes ds. finansów w Quad/Graphics Europe, nagrodzony podczas Kongresu Dyrektorów Finansowych tytułem Dyrektor Finansowy Roku w kategorii Dużych Przedsiębiorstw.

Dyrektor finansowy powinien też dbać o to, żeby firma miała finansowanie związane z nowymi projektami, żeby ich realizacja odbywała się w sposób zaplanowany, czyli o czasie i w budżecie. Nie mówiąc już o tym, że projekty te powinny mieć mocne podstawy ekonomiczne – podkreśla Adam Żołnowski, wiceprezes ds. finansowych DCT Gdańsk, wyróżniony podczas Kongresu Dyrektorów Finansowych w kategorii Dużych Przedsiębiorstw. – Ale chodzi też o to, by poprzez swoje skąpstwo nie wylać dziecka z kąpielą i nie dołować w firmie inicjatyw, które w długiej perspektywie mogą się przyczynić do wzrostu jej konkurencyjności.

Dyrektorzy finansowi mają wspierać długofalowy rozwój firmy, dlatego ich zdanie jest kluczowe przy podejmowaniu najważniejszych decyzji dotyczących m.in. ekspansji zagranicznej czy nowych inwestycji. Muszą oni umieć oceniać zarówno szanse, jakie stwarza rynek, jak i ryzyka, które wiążą się z daną decyzją. To wymaga od nich szerszego spojrzenia na dotychczasowe wyniki firmy oraz prognozy dalszej koniunktury.

Dodatkowo mają również ważne zadanie komunikacyjne, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz firmy.

Dyrektor finansowy jest osobą, która motywuje, wskazuje, czy firma weszła już do pierwszej ligi, czy nasi konkurenci nas prześcigają, czyli tworzy benchmark – wyjaśnia Gruszecki. – Powinien w sposób transparentny pokazywać, jaka jest sytuacja i komunikować to w prosty sposób współpracownikom, inwestorom, bankom i audytorom.

Rola dyrektora finansowego polega na edukacji całego zespołu i uświadomieniu każdemu pracownikowi z osobna, że wszystko, co robi, ma wpływ na wynik firmy i na to, gdzie jesteśmy, kim jesteśmy i jak nas postrzegają – mówi Beata Janowska, dyrektor finansowa Conbelts Bytom, nagrodzona tytułem Dyrektor Finansowy Roku w kategorii Małych i Średnich Przedsiębiorstw.

Stale rosnący katalog zadań i oczekiwania zarządów to poważne wyzwanie dla CFO.

To, że mamy tak zmieniające się otoczenie, że musimy się stale dostosowywać, to nieustające wyzwanie, to coś, co zapobiega wpadnięciu w rutynę, co zmusza do ciągłej nauki, do spotykania się z ludźmi i szukania inspiracji wśród tych ludzi – mówi Beata Janowska.

Dlatego stanowisko to mogą zajmować osoby o określonych predyspozycjach.

Trzeba być otwartym, upartym, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, trzeba być odpornym psychicznie, ponieważ rola ta związana jest bardzo często z mówieniem: „nie można”, „nie da się”. Trzeba lubić to, co się robi, i lubić ludzi. Jeżeli tej kombinacji cech zabraknie, to człowiek będzie się czuł źle, pełniąc tę funkcję – mówi Adam Żołnowski.

W środę 23 września po raz dziesiąty przyznano tytuły Dyrektor Finansowy Roku. To nagrody dla osób na tych stanowiskach, które wyróżniają się profesjonalizmem, etyką, skutecznością w działaniu i stają się biznesowymi wizjonerami budującymi wartość firmy. Ogłoszenie wyników konkursu odbyło się na Kongresie Dyrektorów Finansowych zorganizowanych z inicjatywy Euler Hermes, ACCA i magazynu „Forbes”.

Prawo holdingowe oraz ustawa o nadzorze właścicielskim mogłyby wzmocnić pozycję spółek Skarbu Państwa. Potrzebne jest też ich odpolitycznienie

0

Siemiątkowski

Doskonalenie kadr zarządczych i maksymalne odpolitycznienie – to warunki wzmacniania pozycji spółek Skarbu Państwa na rynku. Mimo wielu przykładów prężnie działających państwowych koncernów, są też podmioty, którym trudno sprostać konkurencji rynkowej. W skutecznym zarządzaniu i nadzorowaniu spółek pomogłoby prawo holdingowe i ustawa o nadzorze właścicielskim – uważa prof. Tomasz Siemiątkowski, członek Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego.

 Po pierwsze, czeka nas dużo pracy, po drugie konieczna jest refleksja, co zrobić z tym stanem pośrednim pomiędzy źle zarządzanymi molochami, jak było kiedyś, a najnowocześniejszymi gigantami, jak być powinno i jak jest w starych gospodarkach rynkowych – podkreśla prof. Tomasz Siemiątkowski, przewodniczący rady nadzorczej Polskiej Grupy Zbrojeniowej, członek Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego.

Jak podkreśla, kluczowa jest jakość kadry zarządzającej, a więc także kwestie jej doskonalenia. Drugim warunkiem jest ucieczka od polityków, czyli możliwie jak największe odpolitycznienie spółek. Trzecia kwestia to instrumentarium prawne, które te zmiany pozwoli wprowadzić.

Czy potrzebujemy prawa holdingowego i ustawy o nadzorze właścicielskim, która udoskonaliłaby nie tyle nadzór, ile cały system zarządczy? W obu przypadkach odpowiedź brzmi: tak i powinniśmy się za to zabrać jak najszybciej – mówi prof. Siemiątkowski.

Próby stworzenia prawa holdingowego i prawa grup kapitałowych już były, ale sześć lat temu zostały przerwane. Zdaniem prawnika ostatnie lata pokazują, że rynek jednak tego potrzebuje. Wskazują na to również sami zainteresowani, czyli kadra menadżerska stojąca na czele grup kapitałowych.

Z kolei ustawa o nadzorze właścicielskim musi udoskonalić docelowo cały proces: od samej góry, od właściciela, aż do najniższych poziomów grup kapitałowych. To szeroka ustawa, która ma doprowadzić do odpowiednio profesjonalnego doboru kadr zarządzających, również członków rad nadzorczych, czyli to, na co teraz, po 25 latach transformacji, nas stać. My właściwie transformację skończyliśmy, w tej chwili musimy gruntować swoją gospodarkę rynkową – mówi prof. Tomasz Siemiątkowski.

Dobre zarządzanie połączone z racjonalnym nadzorem przynosi efekty. Widać to na przykładzie kilku największych spółek Skarbu Państwa, które mają silną pozycję w Polsce i na rynkach zagranicznych. To m.in. PKN Orlen, Lotos, PGE, KGHM czy Tauron.

Jak wyjaśnia prof. Siemiątkowski, wiele spółek SP ma strategiczne znaczenie i poza celami ekonomicznymi mają również cele publiczne, które są kluczowe dla polityki energetycznej czy obronnej kraju. To w pewnym stopniu uzasadnia ingerencję polityków w ich działalność. W miarę możliwości ich wpływ na spółki powinien być jednak ograniczany.

Wysyłajmy bardzo jasny przekaz do świata ekonomistów i menadżerów, że grupa kapitałowa Skarbu Państwa jest grupą profesjonalną, gdzie polityki jest tylko tyle, ile potrzeba, natomiast nie ma politykierstwa i politycznego kapitalizmu. Wtedy również osiągniemy efekt pozytywny poprzez to, że wielu ciekawych ludzi, dobrych profesjonalistów będzie chciało przechodzić do tych spółek, bo dziś często ich unikają, bojąc się sezonowości – wyjaśnia ekspert.

Jego zdaniem tylko inwestorzy i rynek kapitałowy mają możliwość wywarcia presji na politykach.

Można sobie wyobrazić, choć nie wiem do jakiego stopnia, że pewna presja, presja środowiska, presja rynku, presja rynku kapitałowego, jeżeli chodzi o największe spółki z grupy kapitałowej Skarbu Państwa, czyli spółki giełdowe, musi doprowadzić do tego, że politycy pokażą nam ten efekt, o który nam chodzi. Lekko się opamiętają, zrobią krok do tyłu i będą robić to, co muszą, a nie to, co chcą.

Rynek zamówień publicznych w ubiegłym roku był wart ponad 133 mld zł. Jego elektronizacja może przynieść znaczne oszczędności

0

CEO Magazyn Polska

Do kwietnia 2016 roku Polska powinna zakończyć prace nad przepisami w sprawie e-zamówień publicznych. Zgodnie z wymogami unijnymi cały proces udzielania zamówień będzie się odbywał drogą elektroniczną. To dla zamawiających oszczędność kosztów na poziomie nawet kilkudziesięciu procent. Z tego narzędzia korzystają już duże grupy kapitałowe, w tym spółki Skarbu Państwa, oraz niektóre jednostki administracyjne.

Na rynku zakupów dzieje się w ostatnich latach bardzo dużo. Widzimy, że w polskich korporacjach, w spółkach Skarbu Państwa wdrażane są strategie globalne. W ciągu ostatnich 10 lat ten rynek i świadomość polskich kupujących bardzo się zmieniła – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Matysik, prezes zarządu spółki Marketplanet, dostawcy platformy zakupowej.

Wciąż jednak większość przetargów rozstrzygana jest wyłącznie w oparciu o kryterium cenowe. Wprawdzie zgodnie z prawem zamawiający częściej określają dodatkowe kryteria, ich waga w całym procesie jest jednak niewielka. Zdaniem Matysika to jedna z przeszkód w efektywnym realizowaniu zamówień publicznych. Drugą jest brak ich elektronizacji, dlatego będzie ona w najbliższych latach dużym wyzwaniem dla wszystkich graczy na tym rynku.

Już teraz mamy w Polsce dwie grupy kupujących, tych, którzy wykorzystują narzędzia elektronicznie. Są to bardzo duże grupy kapitałowe, w tym spółki Skarbu Państwa, które dla uporządkowania swoich wewnętrznych procesów już wdrożyły tego typu narzędzia i bardzo powszechnie z nich korzystają – wyjaśnia Matysik. – Jako dostawca tego typu rozwiązań dokonaliśmy wielu wdrożeń. W oparciu o nasz system pracują departamenty zakupowe takich firm, jak PGNiG, PGE czy Tauron, więc firmy strukturalnie są już do tego gotowe.

Drugą grupą są jednostki administracji publicznej. One najczęściej korzystają z aukcji elektronicznych. Zdaniem Matysika brakuje jednak rozwiązań w zakresie elektronicznej komunikacji z dostawcami.

To obszar, w którym jest bardzo dużo usprawnień, dużo potencjału do uwolnienia i dużo nowych możliwości, które spowodują, że będziemy się posługiwali mniejszą ilością papieru, wszystkie postępowania będą prowadzone szybciej, a dostawcy będą mieli lepszy dostęp do informacji o tym, co dzieje się w postępowaniach – wyjaśnia prezes Marketplanet.

Elektronizacja zamówień publicznych oznacza przede wszystkim oszczędności dla zamawiających, szczególnie dla dużych podmiotów, które procedują kilka czy kilkanaście tysięcy postępowań rocznie,  oraz oszczędność czasu.

Czas, który spędzają na przygotowaniu tych dokumentów i ustaleniu warunków zamówienia w formule analogowej, jest bardzo długi. Gdyby zespół projektowy, który tworzy taką specyfikację, mógł pracować na wspólnym dokumencie i mieć pewność, że ten dokument jest jedyną, niepowtarzalną specyfikacją istotnych warunków zamówienia, toby dynamika tego procesu wzrosła – podkreśla Matysik.

Marketplanet szacuje, że przy e-zamówieniach możliwe są oszczędności procesowe na poziomie 10-15 proc.

Wprowadzając elektroniczne narzędzia, możemy również obniżyć koszty zakupu. Kumulując wolumeny i obliczając sobie, ile nasza grupa kapitałowa kupuje, możemy w skali całej organizacji obniżyć koszty, oczywiście w zależności od kategorii zakupowych, o kilka, a nawet kilkadziesiąt procent – mówi Piotr Matysik.

Do października 2018 r. zamówienia publiczne muszą się stać w pełni elektroniczne. Do tego czasu ma rozpocząć działanie platforma e-Zamówienia, dzięki której udzielający zamówień będą mogli przeprowadzić całe postępowanie o udzielenie zamówienia droga elektroniczną. Czas na przygotowanie nowych przepisów w tym obszarze Polska ma do kwietnia przyszłego roku.

Wartość rynku zamówień publicznych, jak wynika ze sprawozdania Urzędu Zamówień Publicznych, w ubiegłym roku wyniosła 133,2 mld zł, co stanowiło 7,72 proc. PKB. Dla porównania w roku 2013 wartość rynku była szacowana na 143,2 mld zł.

Kolejny kraj dotknięty głębokim kryzysem. Co się dzieje w Brazylii?

Niespełna pięć lat temu Dilma Rousseff objęła władzę w Brazylii. Była minister ds. energii oraz szefowa Rady Nadzorczej kontrolowanego przez państwo koncernu naftowego Petrobras wydawała się idealną kandydatką na urząd prezydenta. Dodatkowo miała poparcie uwielbianego przez społeczeństwo, ustępującego po dwóch kadencjach, prezydenta Luiza Inacio Lula da Silva.

Brazylia bez większego uszczerbku przeszła przez światowy kryzys finansowy w latach 2008/2009, a już w 2010 r. jej gospodarka urosła o 8 proc. Wielkość PKB denominowana w dolarze zwiększyła się przez dekadę czterokrotnie. To sprawiało, że wiodący kraj Ameryki Łacińskiej stawał się coraz poważniejszym partnerem na arenie międzynarodowej.
Rozwój państwa był determinowany kilkoma czynnikami. Brazylia korzystała z wysokich cen metali przemysłowych oraz żywności, których jest wiodącym eksporterem. Gospodarka była także stymulowana przez państwowe wydatki infrastrukturalne. Kraj cieszył się również powodzeniem inwestorów zagranicznych, ale ich kapitał był głównie lokowany w sektorze wydobywczym i dóbr konsumpcyjnych.

Z dobrej sytuacji gospodarczej korzystali także sami Brazylijczycy. Pięć lat temu średnie wynagrodzenie przekroczyło 1 tys. dol. amerykańskich. Sprzedaż detaliczna rosła w tempie powyżej 10 proc. r/r, a stopa bezrobocia od 2000 r. do 2010 r., spadła z ponad 14 do 6 proc.

Pierwsze problemy

Rozwój oparty jedynie o eksport surowców, łatwo dostępny kredyt czy inwestycje w infrastrukturę zwykle kończy się jednak bardzo boleśnie. Pierwsze oznaki lekkiej zadyszki gospodarczej były widoczne już cztery lata temu. Porażką okazały się projekty publiczno-prywatne, które miały odciążyć państwo w kreowaniu wzrostu, a tymczasem utknęły w gąszczu biurokratycznych procedur.

Zbyt rozbudzona konsumpcja również spowodowała negatywne konsekwencje. Inflacja w drugiej połowie 2011 r., osiągnęła 7 proc. To zmusiło bank centralny do podniesienia stóp procentowych do 12.5 proc. Wyższe koszty finansowania zbiegły się ze spowolnieniem gospodarczym na świecie, które objawiło się między innymi cięciem wiarygodności kredytowej USA czy kryzysem zadłużeniowym strefy euro.

Tę pierwszą falę spowolnienia Brazylia jednak przetrwała. Utrzymujący się korzystny trend na surowcach oraz wysoki popyt na nie z Chin, pozwalał dalej na rozwój w granicach 2-3 proc. rocznie. Stopa bezrobocia pozostała również na niskim poziomie.

Poważniejsze oznaki kryzysu

Poważne problemy zaczęły się wraz ze spadkami cen na rynku surowców i metali przemysłowych oraz obniżeniem na nie popytu z Azji. Szybko spowodowało to wejście Brazylii w okres recesji. Do tego na wiarygodności kraju coraz bardziej zaczął ciążyć kryzys w Petrobras. W marcu 2014 r. pod zarzutem korupcji został aresztowany jego szef, a miesiąc później powołano komisję śledczą w tej sprawie. Afera dotknęła również Rousseff, która była przewodniczącą rady nadzorczej w momencie wystąpienia przypadków korupcji. Była to jedna z przyczyn spadku jej społecznego poparcia poniżej 10 proc..

Mniejsze przychody z eksportu szybko przełożyły się na realną gospodarkę. Sprzedaż detaliczna zaczęła spadać i obecnie wynosi minus 3.5 proc r/r. Jeszcze gorzej wygląda produkcja przemysłowa, która obniżyła się w lipcu o 8.9 proc. r/r.

Tylko przez pierwsze dwa miesiące roku brazylijska waluta straciła 20 proc. wartości w relacji do dolara. Powoduje to zwiększenie presji inflacyjnej, która zmusiła bank centralny do podniesienia stóp procentowych. W marcu osiągnęły one poziom 12.75 proc. Bardziej restrykcyjna polityka pieniężna ciąży jednak na rozwoju gospodarki, a wyprzedaż waluty powstrzymana została jedynie do lipca.

Prawdziwie załamanie

W ostatnich tygodniach z brazylijskiej gospodarki napływają tylko złe informacje. Kurczy się ona w tempie prawie 3 proc. PKB r/r. Rząd nie jest w stanie porozumieć się z prezydentem w sprawie budżetu i pakietu oszczędności, co było bezpośrednią przyczyną obcięcia przez S&P ratingu Brazylii 9 września z poziomu inwestycyjnego do spekulacyjnego (potocznie zwanego śmieciowym). Przez półtora miesiąca waluta straciła kolejne 20 proc. wartości w relacji do dolara i powiększyła stratę do niespełna 40 proc. od początku roku. W perspektywie ostatnich czterech lat te zmiany wyglądają jeszcze bardziej spektakularnie. W połowie 2011 r. dolar kosztował 1.55 reala, a obecnie jest to 4.17 reala. To oznacza spadek wartości lokalnej waluty o 63 proc.

W rezultacie średnie wynagrodzenie denominowane w dolarach spadło z 1.1 tys. dol. w połowie 2011 r., do jedynie 550 dol. obecnie. Skala brazylijskiego kryzysu zaczyna być w wielu aspektach większa niż ten, który spotkał Rosję. Tak znaczne osłabienie lokalnej waluty i zmniejszenie siły nabywczej konsumentów, może spowodować załamanie popytu i dalszą presję na inflację. Będzie ona musiała być hamowana przez coraz wyższe stopy procentowe, obecnie wynoszące już 14.25 proc.

Rząd ma także niewiele miejsca na stymulację fiskalną. W kolejnych latach deficyt ma wynieść 7-8 proc. PKB, a dług publiczny może sięgnąć ok. 75 proc. PKB. Przy średniej w granicach 45 proc. na rynkach wschodzących to wysoka wartość. Jest więc bardzo prawdopodobne, że Brazylia w kolejnych miesiącach będzie na nagłówkach prasy finansowej, a załamanie największej gospodarki Ameryki Łacińskiej może być nawet powodem obaw o wzrost poziomu PKB na całym świecie.