Warto inwestować nad Wartą

Wielkopolska to dziś jeden z trzech najszybciej rozwijających się polskich regionów. Według najnowszych danych Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju wskaźnik PKB na mieszkańca przekroczył 76% średniej w UE i jest zaliczany do trzech najwyższych w Polsce. W ślad za tym rozwija się także rynek nieruchomości, również tych luksusowych.

Według ekspertów portalu RynekPierwotny.pl, potencjał poznańskiego rynku mieszkaniowego ujawnił się w ubiegłym – 2018 roku, kiedy to w mieście nastąpił gigantyczny wzrost liczby mieszkań wprowadzonych do sprzedaży – nawet o 2/3 w stosunku do roku 2017. To skutkowało też rekordowym wzrostem liczby lokali w ofercie do 5,2 tys. na koniec roku 2018, czyli 32 proc. więcej r/r. Z kolei popyt na nowe mieszkania utrzymał się w stolicy Wielkopolski na rekordowym poziomie roku 2017, przy średnim spadku w całym kraju o kilkanaście procent. Wszystko to razem oznacza silne przyśpieszenie i uwolnienie potencjału poznańskiego rynku mieszkaniowego.

Prezes PVI Jakub Nieckarz
Jakub Nieckarz, Prezes PVI – Property Value Investments Sp. z o.o. Sp. k.

– To nie tylko statystyka, widzimy, jak szybko miasto się zmienia. Jak dzięki swojej otwartości i swemu potencjałowi przyciąga młodych, ambitnych i zamożnych. W ślad za tym przybywa również inwestycji w przemysł i lokowane są nowe centra usług wspólnych. To z kolei pozwala na planowanie inwestycji w nieruchomości z odpowiednią perspektywą – podkreśla Jakub Nieckarz z PVI. – Systematycznie rośnie grono wymagających klientów, którzy mają bardzo dokładnie sprecyzowane oczekiwania i szukają oryginalnych nieruchomości w dobrych lokalizacjach. Także tych luksusowych – dodaje.

W opiniotwórczym raporcie CBR, w którym oceniane są miasta m.in. z Europy, Poznań znalazł się wśród 10 miast zaklasyfikowanych do kategorii Growth Clusters, czyli wśród metropolii z największym potencjałem. Dziś trudno znaleźć dzielnice, w których nie byłyby prowadzone inwestycje budowlane, zarówno mieszkaniowe, jak i usługowe. Dynamicznie rozwijają się Winiary, Winogrady i Podolany. Zmiany zachodzą także w centrum metropolii.

– W tej sytuacji nie może dziwić fakt, że Poznań zajmuje jedno z czołowych miejsc w kraju pod względem jakości życia swoich mieszkańców, wynikającej głównie z wysokiej jakości rynku pracy. Poznań obok Warszawy jest najczęściej wybieranym miejscem urządzania swych głównych siedzib oraz filii przez firmy zagraniczne, wśród których jest wiele międzynarodowych koncernów. Dlatego też stolica Wielkopolski nie od dziś jest jednym z głównym celów wewnętrznej migracji Polaków, która jest i będzie w przyszłości silnym stymulatorem rozwoju tutejszego rynku mieszkaniowego – zdecydowanie stwierdził Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

W październiku 2018 r. agencja Fitch potwierdziła rating Poznania na poziomie A−.  PVI specjalizuje się w nieruchomościach położonych w newralgicznych punktach miast, tam gdzie „wszystko jest blisko”. W Poznaniu jest to ul. Za Bramką w sąsiedztwie planowanego nowego centrum Poznania, na pl. Kolegiackim.  – To inwestycja znacząco odmieni starą część miasta, która zyska na atrakcyjności i znaczeniu, a nasz budynek został tak zaprojektowany, aby uzupełnić istniejący krajobraz i jego dotychczasowy charakter – przekonuje J. Nieckarz i dodaje. –  Naszym zdaniem coraz bardziej doceniane jest to, co dobre i odbiegające od rozwiązań standardowych. Dla deweloperów, podobnie jak dla inwestorów zaangażowanych na rynku nieruchomości, Poznań należy do miast z przyszłością – podsumowuje J. Nieckarz.

Raport EH: wzrost kosztów wynagrodzeń najbardziej dotkliwy dla sektorów usług i handlu

Euler Hermes, wiodący globalny ubezpieczyciel należności handlowych, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. Kluczowe wnioski:

  • W kwietniu 2019 w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informację o 73 niewypłacalnych polskich firmach wobec 76 w kwietniu 2018 roku – spadek o 4% w porównaniu r/r
  • Jednocześnie od początku roku liczba niewypłacalności wzrosła o 7% w porównaniu do analogicznego okresu przed rokiem (I-IV), co w skali całego roku oznaczać może utrzymanie dynamiki wzrostu tej liczby na poziomie ubiegłorocznym (+10%), pomimo statystycznego efektu wysokiej już bazy w 2018 roku.
  • Ponownie (jak m.in. w lutym br.): liczba niewypłacalności zwiększała się r/r w kwietniu przede wszystkim w handlu oraz usługach, w miejsce firm produkcyjnych i budowlanych, mających problemy na dużą skalę w poprzednich miesiącach.
  • Najwyższa liczba niewypłacalności miała miejsce w sektorze produkcyjnym (20, wobec 22 w kwietniu 2018 roku). Kolejne pod względem skali niewypłacalności były w kwietniu: usługi (17 firm, wobec 15 przed rokiem) i handel hurtowy (13 niewypłacalności wobec 11)

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Liczba niewypłacalności polskich firm w kwietniu była nieznacznie niższa niż przed rokiem – efekt zarówno skokowego zwiększenia się liczby niewypłacalności miesiąc wcześniej, w marcu (na koniec roku finansowego w wielu przedsiębiorstwach) a także ogólnie wysokiego punktu odniesienia już przed rokiem – wzrostu liczby niewypłacalności od czterech już lat, ale też… pewnego oczyszczenia się rynku budowlanego oraz utrzymania a nawet poprawy koniunktury w eksporcie.

wzrost kosztów wynagrodzeń najbardziej dotkliwy dla sektorów usług i handluŹródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Niewypłacalności nie rosną już (lub jak na razie…) w budownictwie i w przemyśle

Wiosna przynosi nadzieję w budownictwie – w tym roku nawet podwójną, ruszyły bowiem nie tylko prace (np. drogowe) zastopowane na czas zimy, ale także rynek „oczyścił się” w znacznej mierze z efektów zatorów płatniczych w ubiegłym sezonie i w kwietniu zmniejszyła się w r/r liczba niewypłacalności w budownictwie, było ich 9 wobec aż 18 przed rokiem.

Z drugiej strony niepokoić muszą kolejne doniesienia o zrywaniu kontraktów infrastrukturalnych – ocenia Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka. Oprócz opóźnień w ich realizacji oraz strat podwykonawców i… dostawców, niesie to za sobą jasny przekaz: skala wzrostu kosztów pracy oraz materiałów budowlanych, jak i popyt na prace budowlane na rynku uzasadniają w ocenie wykonawców porzucanie nierentownych obecnie inwestycji i godzenie się na straty rzędu 15% wartości poniesionych nakładów, które potrącają sobie zamawiający. To nie jest krzepiąca wiadomość – tak niska rentowność tak wielu kontraktów nie jest dobrą perspektywą dla wyspecjalizowanych podwykonawców oraz dla zaopatrujących te inwestycje dostawców materiałów budowlanych. Za jakiś czas, gdy tempa nabiorą zarówno sezon jak i efekty tych rozstrzygnięć, usłyszymy z pewnością o kolejnej fali problemów na rynku budowlanym, niestety zapewne także wśród jego dostawców.wzrost kosztów wynagrodzeń najbardziej dotkliwy dla sektorów usług i handlu 2

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

W przemyśle opublikowano w kwietniu br. mniej niewypłacalności niż przed rokiem (20 wobec 22), ale nie była to znaczna różnica, ich liczba była m.in. wyższa niż w kwietniu 2018 roku (18). Warto zwrócić uwagę na problemy producentów wyrobów konsumenckich (6 przedsiębiorstw) – głównie żywności, ale też np. tekstyliów, bowiem podobną grupę niewypłacalnych firm o tym profilu zaobserwować można wśród dystrybutorów hurtowych (także 6 firm).

Jak co miesiąc, od wielu już kwartałów w statystyce niewypłacalności obecna była grupa firm produkcyjnych wyspecjalizowanych w obsłudze procesów inwestycyjnych – produkcji, montowaniu i serwisowaniu urządzeń produkcyjnych, w kwietniu 2019 ich problemy przełożyły się na 4 niewypłacalności. Kiedy rodzime firmy zaczną ponownie inwestować? Wydaje się, iż oczekiwanie na powrót do rynku pracodawcy – wyraźny spadek płac i większa dostępność pracowników nastąpią nie prędko, jeśli w ogóle…

Liczba niewypłacalności w przemyśle przyhamowała nie tylko dzięki mniejszej aktualnie skali problemów w budownictwie, ale także dzięki powrotowi dynamiki polskiego eksportu (za NBP: +7,9 % r/r w marcu). Wzrost eksportu świadczy o tym, iż jak na razie konkurencyjność cenowa polskiej produkcji jest… wystarczająca – mówi Tomasz Starus. – Jak długo jednak będziemy mieć do czynienia ze wzrostem polskiego eksportu, skoro skala wzrostu kosztów pracy czy cen energii (pomimo prób przeciwdziałania temu już są one wyższe niż np. w Niemczech) przewyższa wzrost produktywności?

Problemy w handlu, usługach, pracochłonnych gałęziach przemysłu – remedium na wzrost kosztów pracy to koncentracja, budowanie skali oraz większa automatyzacja procesów

Wzrost r/r liczby niewypłacalności w handlu oraz w usługach nie był może spektakularny – bo kilkunastoprocentowy, ale miał miejsce w sytuacji dynamicznego wzrostu popytu konsumenckiego. Przyczyna problemów niewypłacalnych firm nie leżała więc w spadku popytu, ale w jeszcze szybszym wzroście kosztów, zwłaszcza kosztów pracy.

Możliwości rekompensowania krajowych niedoborów rąk do pracy napływem pracowników z krajów ościennych są na wyczerpaniu. Remedium na wzrost kosztów pracy może być większa automatyzacja procesów – innowacyjność w tym obszarze jest najbardziej pożądana tam, gdzie udział kosztów pracy jest najwyższy, a wiec w sektorach handlu, usług, niektórych sektorach produkcyjnych (m.in. wspomnianej produkcji żywności). Mamy już „bezobsługowe” nie tylko pojedyncze kasy, ale całe sklepy czy np. usługi ochrony. Na automatyzację stawia też sektor publiczny – m.in. zamiast budowy nowych więzień wdraża się elektroniczną kontrolę skazanych.

Inwestycje lokalnych firm nie będą więc efektem powrotu niskich kosztów pracy. Jak na razie zwiększaniu potencjału tych firm służą przejęcia – koncentracja na lokalnym rynku. Większe w efekcie firmy będą miały inny potencjał skali – nie tylko zakupowy, ale także w sprzedaży, a w efekcie możliwość kształtowania cen w odpowiedzi na wzrost kosztów, co pozwoli im zachować rentowność – podsumowuje Tomasz Starus.wzrost kosztów wynagrodzeń najbardziej dotkliwy dla sektorów usług i handlu 3wzrost kosztów wynagrodzeń najbardziej dotkliwy dla sektorów usług i handlu 4

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Zmiany w polityce podatkowej mogą doprowadzić do problemów całych branż. Zmniejszą też wydatki konsumentów

0

Zmiany w polityce podatkowej mogą doprowadzić do problemów całych branż. Zmniejszą też wydatki konsumentów 1

Podatki, zarówno te bezpośrednie, jak i pośrednie, takie jak akcyza czy VAT, to dla państwa nie tylko sposób na pozyskanie środków do budżetu, ale też narzędzie do stymulowania rozwoju poszczególnych branż i kształtowania pozytywnych zachowań konsumenckich. I w drugą stronę – błędne decyzje w sprawie stawek podatków mogą powodować problemy danego sektora, prowadzić do upadłości działających w nim firm, ale też zniechęcać konsumentów do konkretnych produktów. To dlatego niektóre propozycje zmian w VAT budziły takie wątpliwości.

– Im mniejsze obciążenia podatkowe, tym wzrost gospodarczy powinien być większy, ponieważ wtedy mamy większe możliwości inwestowania w sektorze prywatnym, który znakomicie wie, jak sobie zagospodarować ten niezapłacony zysk w formie podatków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Marian Podstawka z Wydziału Nauk Ekonomicznych Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. – Natomiast drugą stroną medalu jest to, że jeżeli będą niższe podatki, niższe wpływy do budżetu, to nie będzie środków na edukację, administrację, bezpieczeństwo czy ochronę zdrowia. Zatem to wymaga pewnej równowagi i godzenia interesów.

Nowa matryca VAT, zaproponowana przez Ministerstwo Finansów, miała być neutralna dla budżetu, czyli suma wpływów powinna pozostać bez zmian: jedne stawki miały wzrosnąć, inne spaść. Proponowany projekt od początku budził jednak sprzeciwy różnych zainteresowanych branż. Wśród nich byli producenci soków, nektarów i napojów owocowych z wysoką zawartością soku. Resort finansów proponował – zamiast dotychczasowych, obowiązujących od 25 lat dla wszystkich kategorii 5 proc. VAT-u – podniesienie do 23 proc. stawki dla nektarów i napojów. Później ministerstwo złagodziło swoje stanowisko, godząc się najpierw na 8-proc. stawkę na nektary, a potem obniżając ją do 5 proc. Problem jednak w tym, że największy udział w rynku mają napoje. A tu resort pozostał nieugięty. W połowie marca Sejm zawiesił prace nad matrycą, ale jej los nadal nie jest jeszcze przesądzony.

– Gdyby ta matryca była zastosowana, to nie moglibyśmy w zasadzie produkować napojów, bo ich cena na tyle podskoczy, że konsument odejdzie od tych wyrobów – tłumaczy Julian Pawlak, prezes Krajowej Unii Producentów Soków. – Od kiedy w grę wszedł obniżony VAT dla napojów, ich produkcją zajęły się firmy polskie. Smaki, które są preferowane przez konsumentów, są oparte głównie o jabłko, czarną porzeczkę, wiśnię, aronię, czyli polskie owoce. Wyliczyliśmy, że w branży napojów zatrudnienie zmniejszyłoby się o 25 procent, natomiast ubytek zakupu owoców od rolników polskich byłby na poziomie 150 tys. ton, w tym 120 tys. ton jabłek.

To oznaczałoby także problemy dla sadowników, którzy i tak mają trudności ze zbytem swoich surowców przez rosyjskie embargo i konkurencję owoców sprowadzanych z Ukrainy, Turcji czy Chin. Zmniejszenie rynku zbytu na polskie jabłka o 120 tys. ton to duży cios dla rodzimych sadowników. Ta wielkość produkcji przekracza cały eksport polskich jabłek do Afryki i Azji. Tylko w ubiegłym roku wyniosła ona 95 tys. ton.

– Pozostaje jeszcze kolejny obszar – tworzenie takich obciążeń podatkowych, takiej polityki podatkowej, która by sprawiała, że nasze podmioty gospodarcze będą miały szansę konkurować na rynku europejskim i światowym. Jeżeli te obciążenia będą zbyt duże, to siłą rzeczy nasze przedsiębiorstwa utracą konkurencyjność – wskazuje prof. Marian Podstawka.

Dzięki preferencyjnej stawce podatkowej rozwinęła się w Polsce kultura produkcji i zakupu napojów o wysokiej zawartości soków – 20-30-proc. Podniesienie VAT-u o 18 pkt proc. mogłoby zaważyć o wzroście ceny nawet o 1,3 zł na litrze napoju i odstraszyć konsumentów. Ponieważ napoje, inaczej niż soki, zaspokajają potrzebę orzeźwienia, a  nie stanowią substytutu owoców, kupujący prawdopodobnie przerzuciliby się na tańsze, wspomagane sztucznymi barwnikami i aromatami, mniej zdrowe produkty.

Innym przykładem wpływu państwa na kształtowanie postaw konsumenckich poprzez podatki jest branża alkoholowa. Wysoka akcyza na alkohole mocne i preferencyjne warunki fiskalne i reklamowe dla piwa przełożyły się na zmianę struktury spożywania tych kategorii produktowych. O ile przed transformacją 70 proc. alkoholu spożywano w postaci wódki, to od 1996 roku piwo zaczęło przeważać i dziś odpowiada ono za dwie trzecie konsumpcji. Proporcje wpływów z akcyzy pozostały natomiast niezmienione.

– Akcyzę na alkohole wysokoprocentowe podwyższano tyle razy i tak wysoko, że tak naprawdę nie ma już w tej chwili możliwości jej podwyższenia. W 2014 roku próbowano to zrobić, ale okazało się, że natychmiast nastąpił spadek wpływów budżetowych i bardzo istotny spadek legalnych zakupów, a co za tym idzie, spadek produkcji – podkreśla Dawid Piekarz, wiceprezes Instytutu Staszica. – Z drugiej strony fakt istnienia ustawy o wychowaniu w trzeźwości sprawia, że nie ma pewnej woli politycznej ustanowienia jednego spójnego systemu podatkowego dla różnego rodzaju alkoholi. Jednym z uzasadnień jest właśnie to, że trzeba zmieniać strukturę konsumpcji, nie patrząc na to, że ta struktura jest od 20 lat zmieniona.

KE w Polsce: To będą najbardziej europejskie wybory. Będziemy decydować o przyszłości integracji europejskiej

KE w Polsce: To będą najbardziej europejskie wybory. Będziemy decydować o przyszłości integracji europejskiej 2

Wybory do Parlamentu Europejskiego odbędą się w najbliższy weekend. Polacy wybiorą w nich 52 swoich przedstawicieli. Jak ocenia dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce Marek Prawda, nadchodzące eurowybory będą w pewnym sensie najbardziej europejskie z dotychczasowych, ponieważ Unia Europejska będzie musiała określić, w jakim kierunku chce dalej zmierzać.

– Po wyborach do Parlamentu Europejskiego UE musi odzyskać pewność kierunku, w którym należy zmierzać. Myślę, że lepiej wygrać Europę dzięki dobrym pomysłom niż szerzeniu panik. Mamy z jednej strony proeuropejskich liberałów, z drugiej – antyeuropejskich autokratów, przeciwników Unii Europejskiej. Oczywiście, takie podziały się zaznaczą, ale raczej skoncentrujmy się na zadaniach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Prawda, dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

Jak ocenia, Unia Europejska jest w tej chwili bogatsza o doświadczenia poprzednich kryzysów, a zbliżające się wybory będą w pewnym sensie najbardziej europejskie z dotychczasowych, ponieważ UE będzie musiała określić, w jakim kierunku chce dalej zmierzać. Wielu komentatorów podkreśla, że obywatele Wspólnoty będą wybierać między opcją decentralizacji a głębszej integracji UE.

– Po dotychczasowych kryzysach widzimy pewne zależności. Widzimy, że aby utrzymać Schengen i przenikalność granic, musimy lepiej strzec granic zewnętrznych. Musimy wypracować wspólne, europejskie narzędzia, żeby umieć kontrolować nadużycia niektórych korporacji. To jest nasza dodatkowa wiedza i motyw, żeby pracować nad suwerennością europejską – mówi Marek Prawda.

Dyrektor Przedstawicielstwa KE w Polsce ocenia też, że można się spodziewać wzmocnienia grup, które są nie tylko sceptyczne, lecz także przeciwne integracji europejskiej po prawej stronie centrum.

– Mogą otrzymać więcej niż 25 proc. Te grupy będą coraz silniejsze, ale nie będą miały większości. One przyjdą do Europarlamentu po to, żeby tam zostać, więc wyzwaniem będzie właśnie konkurowanie na programy, a nie okładanie się ideologiczne dwóch stron – mówi Marek Prawda. – Dzisiaj świat wygląda w ten sposób, że jeśli chcemy bronić suwerenności narodowej, to musimy to robić na poziomie ponadnarodowym. Na poziomie narodowym nie da się zagwarantować interesów narodowych, ponieważ mamy inną naturę dzisiejszych problemów. To będzie moim zdaniem jedno z głównych wyzwań dla nowego parlamentu.

Wybory do Parlamentu Europejskiego odbędą się w Polsce w niedzielę, 26 maja br. W całej UE odbywają się w dniach 23–26 maja w zależności od państwa. Polacy wybiorą w nich 52 europosłów, o jednego przedstawiciela więcej niż poprzednio. PE jest jedyną unijną instytucją, której członkowie są wybierani w bezpośrednim głosowaniu obywateli. W kadencji 2014–2019 zasiada w nim 751 posłów. Po wystąpieniu Wielkiej Brytanii ta liczba zmniejszy się do 705.

Lokale okręgowych komisji wyborczych będą otwarte w godz. 7.00–21.00. Warunkiem przystąpienia do głosowania jest ukończenie 18. roku życia i posiadanie ważnego dowodu tożsamości. W tegorocznych eurowyborach Polska została podzielona na 13 okręgów – w każdym okręgu wyborcy będą mogli oddać głos na jedną listę wyborczą. Polacy, którzy przebywają za granicą, do 23 maja mogą zgłaszać wnioski o wpisanie do spisu wyborców w obwodach głosowania utworzonych za granicą.

Z przedstawionego w końcówce kwietnia sondażu IBRiS dla „Dziennika Gazety Prawnej”, Dziennik.pl i radia RMF FM wynika, że na PiS zamierza głosować 38,7 proc. ankietowanych. Za partią Jarosława Kaczyńskiego plasuje się Koalicja Europejska z poparciem na poziomie 33 proc., a dalej – Wiosna Roberta Biedronia (8,2 proc.) i Kukiz 15 (5,4 proc.). Ponad 7 proc. ankietowanych jeszcze nie zdecydowało na kogo zamierza głosować, a udział w eurowyborach zadeklarowało 48,9 proc. respondentów. W badaniu Wirtualnej Polski, przeprowadzonym w dniach 10–13 maja, pójście do urn zadeklarowało 58 proc. uprawnionych do głosowania, co byłoby jednym z najwyższych wyników po 1989 roku.

W 2020 roku powinno być w Polsce ponad 120 tys. ładowarek do aut elektrycznych. Taka liczba zaspokoiłaby potrzeby kierowców

W 2020 roku powinno być w Polsce ponad 120 tys. ładowarek do aut elektrycznych. Taka liczba zaspokoiłaby potrzeby kierowców 3

Do 2020 roku musiałoby powstać w Polsce ponad 120 tys. ładowarek do samochodów elektrycznych, aby w pełni wykorzystać potencjał elektromobilności – podaje Fundacja Promocji Pojazdów Elektrycznych. Rządowe plany zakładają wzrost liczby takich punktów do nieco ponad 6 tys. Rozbudowa infrastruktury do ładowania oznacza wyzwania również dla miast. Kolejnym jest współpraca z dystrybutorem sieci energetycznej.

– Elektromobilność jest zjawiskiem, które zupełnie zmieni to, jak poruszamy się w miastach. Z tego punktu widzenia kierowcy samochodów elektrycznych oczekują też trochę innej infrastruktury. Każdy właściciel takiego samochodu oczekuje, że będzie mieć w bliskim zasięgu ładowarkę, tymczasem dzisiaj tych ładowarek praktycznie nie ma – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Bolesta, wiceprezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Brak infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych to jedna z głównych barier związanych z elektryfikacją transportu w Polsce. Rządowe plany zakładają, że do 2025 roku po polskich drogach ma jeździć już milion pojazdów zasilanych napędem elektrycznym. W związku z tym do 2020 roku w Polsce ma powstać już około 400 szybkich punktów ładowania samochodów i ponad 6 tys. publicznych punktów ładowania o normalnej mocy.

– Dzisiaj tych ładowarek praktycznie nie ma. Według różnych szacunków w całej Polsce jest mniej więcej 800 punktów takich otwartych dla każdego. Ministerstwo Energii chciałoby, żeby tych punktów było 6,4 tys. w przyszłym roku. To nie jest jakby duży skok, ale z analizy naszej fundacji wynika, że aby być na drodze do tego miliona aut elektrycznych, to musimy mieć około 120 tys. ładowarek w przyszłym roku [raport „Napędzamy polską przyszłość” Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych i Cambridge Econometrics – red.]. Więc co do szacunków trochę się rozbiegamy z ministerstwem – mówi Krzysztof Bolesta.

Zgodnie z tą analizą do 2025 roku będzie potrzebne ok. 1 mln ładowarek. W kontekście rozbudowy sieci ładowania istotny jest również aspekt wytrzymałości systemu elektroenergetycznego, który dziś nie jest przygotowany na taką eksploatację. Tym bardziej że większość właścicieli aut elektrycznych będzie je ładować w podobnych godzinach, po powrocie pracy, wieczorem lub nocą.

Dla polskich miast rozbudowa sieci ładowarek oznacza szereg wyzwań, z którymi do tej pory nie musiały się mierzyć.

– Polskie miasta są trochę inne od norweskich czy holenderskich, nie mamy wielu domów ani nie mamy bloków, w których są miejsca parkingowe. Ładowarki będą musiały być na ulicach i to dosyć gęsto. Miasto będzie więc musiało współpracować z firmami energetycznymi, żeby te ładowarki dobrze zaplanować, a po drugie – żeby je później ktoś sfinansował, bo miasta raczej nie mają pieniędzy na rozbudowę tej sieci – mówi wiceprezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Do tej pory miasta głównie koncentrowały się na tym, by zapewnić miejsca parkingowe dla prywatnych samochodów mieszkańców. Jednak nowe możliwości transportowe wymuszają na nich podejmowanie większego wysiłku. Mowa tu również o takich trendach, jak rosnąca popularność carsharingu i wypożyczania aut na minuty czy korzystanie z elektrycznych hulajnóg.

– Miasta muszą otwierać się na nowe technologie, co dzisiaj czasem oznacza bałagan, bo np. na trawnikach leżą elektryczne hulajnogi albo rowery. Często też współdzielone samochody są porzucane w takich miejscach, gdzie mogą dostać klamrę od straży miejskiej. Na razie jest to faza burzy i naporu, miasta muszą sobie z tym radzić, ale ten wstępny okres bałaganu zaraz pewnie przejdzie – mówi Krzysztof Bolesta.

Jak ocenia, jednym z państw, które mogą posłużyć za wzorzec rozwoju elektromobilności, jest Norwegia. Jak wynika z oficjalnych danych, w Oslo już 70 proc. noworejestrowanych samochodów to auta elektryczne.

– Norwegowie mają po prostu szereg ułatwień dla właścicieli aut elektrycznych, a poza tym mogą sobie pozwolić na podwyższone opłaty dla kierowców samochodów z tradycyjnymi silnikami. Czyli z jednej strony marchewka w postaci dopłat do zakupu, zniżek w podatkach czy redukcji opłat za korzystanie z mostów i tuneli, a z drugiej strony bat, czyli podwyższenie podatków dla samochodów z silnikiem spalinowym – mówi Krzysztof Bolesta.

Jak wynika z kwietniowych danych Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych (PSPA) i Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego (PZPM), w Polsce zarejestrowanych jest obecnie 5 642 elektrycznych samochodów osobowych. Blisko dwie trzecie (63 proc.) stanowią pojazdy w pełni elektryczne. Pozostałe 37 proc. to hybrydy typu plug-in. Natomiast w całej Unii Europejskiej w I kwartale br. zarejestrowano w sumie 61 789 samochodów całkowicie elektrycznych, co stanowiło aż 85-proc. wzrost rok do roku, oraz 37 385 hybryd typu plug-in (wzrost o 0,1 proc. w ujęciu rocznym) – wynika z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA).

Polki się nie badają. Ponad 3 mln kobiet chodzi do ginekologa rzadziej niż raz w roku

Polki się nie badają. Ponad 3 mln kobiet chodzi do ginekologa rzadziej niż raz w roku 4

27 proc. Polek po raz pierwszy odwiedza gabinet ginekologiczny dopiero w związku z ciążą. 7 proc. kobiet nigdy nie wykonywało badania cytologicznego, 14 proc. nie miało natomiast USG ginekologicznego. Polki rezygnują z wizyty u ginekologa głównie ze względu na poczucie wstydu, brak czasu lub obawę przed negatywnym wynikiem badań. 40 proc. w ogóle nie widzi potrzeby regularnych wizyt u specjalisty.

Regularne poddawanie się badaniom ginekologicznym pozwala na wczesne wykrycie choroby i szybkie wdrożenie leczenia. Wczesna diagnostyka zwiększa natomiast szanse na całkowite wyleczenie, także groźnych dla życia chorób onkologicznych. Jak pokazują dane Krajowego Rejestru Nowotworów, w Polsce stale wzrasta zachorowalność na raka. W ciągu ostatnich trzech dekad liczba nowych przypadków zwiększyła się ponad dwukrotnie. Nowotwory narządów płciowych stanowią ok. 20 proc. zachorowań onkologicznych wśród kobiet w Polsce. Najczęstszym schorzeniem są nowotwory trzonu macicy, jajnika i szyjki macicy. Rak piersi stanowi natomiast 20 proc. wszystkich zachorowań na nowotwory w Polsce.

Wszystkie podstawowe nowotwory, które dzisiaj atakują Polki, są do wykrycia dzięki prostym badaniom profilaktycznym, do których namawiamy Polki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aneta Grzegorzewska, dyrektor korporacyjny Gedeon Richter Polska, inicjator kampanii „W kobiecym interesie”.

Jak pokazują dane zebrane na potrzeby kampanii, 72 proc. Polek wie, że regularne wizyty u ginekologa pozwalają wykryć groźne choroby. Jednocześnie, co roku chodzi do ginekologa i wykonuje badania tylko 57 proc. respondentek, najczęściej są to młodsze kobiety, w wieku 26–30 lat. 39 proc. regularnie, raz w roku, poddaje się badaniu cytologicznemu, 20 proc. wykonuje natomiast badanie dopochwowe USG. Odpowiednio 7 i 14 proc. respondentek nigdy nie miało takich badań. Ponad 3 mln Polek decyduje się na wizytę u specjalisty rzadziej niż raz w roku lub wcale.

Im jesteśmy starsze, tym trudniej jest z tym chodzeniem, czyli po pięćdziesiątce częstotliwość chodzenia do ginekologa się zmniejsza. Młode kobiety, bardziej świadome, chodzą częściej, co pewnie wynika z tego, że są po prostu w okresie ciąży – mówi Aneta Grzegorzewska.

40 proc. kobiet w ogóle nie widzi potrzeby regularnego badania, 38 proc. rezygnuje z niego, gdyż w gabinecie ginekologa nie czuje się komfortowo, 17 proc. ankietowanych nie ma na to czasu, tyle samo wstydzi się takiej wizyty. Znaczna część boi się ponadto, że może dowiedzieć się o chorobie lub otrzymać negatywny wynik badania. Z przeprowadzonego w marcu 2019 roku badania wynika, że 27 proc. Polek po raz pierwszy stawia się w gabinecie ginekologicznym po zajściu w ciążę, 14 proc. ze względu na bolesne dolegliwości lub problemy z miesiączką. Dla 22 proc. impulsem do wizyty u specjalisty są badania kontrolne.

Ta statystyka wygląda jeszcze dużo gorzej, jeżeli rozdzielimy Polki mieszkające w miastach i Polki mieszkające na terenach wiejskich, bo 72 proc. mieszkanek terenów pozamiejskich trafia do ginekologa dopiero wtedy, kiedy zachodzi w ciążę. Statystyki są porażające – mówi Aneta Grzegorzewska.

Prawidłowa profilaktyka ginekologiczna obejmuje przede wszystkim regularne wizyty u ginekologa. Każda kobieta, niezależnie od wieku raz w roku powinna odbyć taką wizytę. Kolejnym elementem diagnostyki jest badania cytologiczne, USG piersi oraz USG dopochwowe. Są to proste i bezbolesne badania, które mogą jednak uratować życie pacjentek. Twórcy kampanii „W kobiecym interesie” wraz z Polskim Towarzystwem Ginekologiczno-Onkologicznym przygotowali kalendarz badań ginekologicznych każdej Polki, który ma pomóc kobietom zadbać o zdrowie.

Zachęcam państwa do wejścia na stronę Wkobiecyminteresie.pl, żeby zobaczyć, w jakim wieku jakie badania powinniśmy robić, jak ta diagnostyka powinna wyglądać, czego możemy oczekiwać od lekarza – mówi Aneta Grzegorzewska.

W czasie trwania kampanii specjalny mobilny gabinet ginekologiczny odwiedzi 8 miejscowości w północnej i wschodniej części województwa mazowieckiego, gdzie w majowe i czerwcowe weekendy przeprowadzane będą bezpłatne konsultacje lekarzy ginekologów oraz badania cytologiczne i USG. Jak pokazuje raport Najwyższej Izby Kontroli, województwo mazowieckie ma drugi najwyższy odsetek gmin bez poradni ginekologiczno-położniczych.

Nawet 75 proc. Polaków raz w tygodniu styka się z fake newsami. Pogłębiają one podziały w społeczeństwie

0

Nawet 75 proc. Polaków raz w tygodniu styka się z fake newsami. Pogłębiają one podziały w społeczeństwie 5

Przynajmniej raz w tygodniu z fake newsami styka się blisko 75 proc. Polaków. Coraz większa jest aktywność hejtujących trolli internetowych. Brakuje instrumentów prawnych, by zwalczać te negatywne zjawiska. To tym groźniejsze, że pojawiają się one również w mediach głównego nurtu. Dopóki nie zrozumiemy, że skala tego zjawiska może w pewnym momencie doprowadzić do zniszczenia sensu, który stoi za budowaniem, to będzie się działo źle – ocenia dr hab. Dariusz Tworzydło, kierownik Katedry Komunikacji Społecznej i Public Relations Uniwersytetu Warszawskiego.

– Mamy ogromny problem z fake newsami, kłamliwymi informacjami publikowanymi przez niektóre media i osoby, które żyją siecią i w sieci. To wynika z paru kwestii. Jedną z nich jest potrzebą odbiorców. Łakniemy takich informacji, sami doprowadzamy do tego, żeby media później odpowiadały na nasze zapotrzebowanie, na to, jakich informacji chcemy słuchać. Wystarczy zobaczyć, jaki nakład mają media uznawane za brukowe – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Dariusz Tworzydło, kierownik Katedry Komunikacji Społecznej i Public Relations na Uniwersytecie Warszawskim.

Raport „Fake news – dezinformacja w świecie nowych mediów” wskazuje, że fake newsy docierają do odbiorców sześciokrotnie szybciej niż informacje prawdziwe. Często są ciekawsze niż prawdziwe newsy i bazują na emocjach, przyciągając uwagę widzów czy internautów. Często oni sami nie zdają sobie sprawy z tego, że kłamstwa kształtują ich poglądy i opinie na dany temat.

Brakuje skutecznych mechanizmów prawnych do zwalczania manipulacji, a edukacja odbiorców nie jest wystarczającym narzędziem. Zwłaszcza że dezinformują nie tylko portale i pojedyncze osoby, ale także media głównego nurtu w Polsce wpisują się w istniejące podziały, a często same je kreują.

– Media są podzielone tak jak podzielone jest nasze społeczeństwo. Każdy, kto stara się wyłowić ważne dla niego informacje, widzi tę okrutną polaryzację. Ale to jest wynikiem głównie bardzo dużego podziału, jaki istnieje w społeczeństwie i to podziału, który pogłębiają politycy, bardzo mocno się przeciwko sobie nakręcając. Społeczeństwo za tym podąża – podkreśla kierownik Katedry Komunikacji Społecznej i Public Relations UW.

W tak spolaryzowanym społeczeństwie problemem jest zamykanie się w tzw. „bańce medialnej”. W mediach społecznościowych algorytmy pokazują użytkownikom tylko informacje zbieżne z ich poglądami, w ten sposób utwierdzają ich w określonym przekonaniu. Odbiorcy o jasnych przekonaniach bezkrytycznie odbierają informację z jednej strony, nie dopuszczając do świadomości, że niekoniecznie są one zgodne z prawdą.

– Powinniśmy racjonalnie podchodzić do tego, co nas otacza i konfrontować informacje, które uzyskujemy, z różnymi źródłami – przekonuje Dariusz Tworzydło.

Raportu Pracowni Badań Społecznych NASK „Bezpieczne wybory. Badanie opinii o (dez)informacji w sieci” wskazuje, że 37 proc. Polaków nigdy nie sprawdza, czy informacje, które czytają w sieci są wiarygodnie. Oceniając ich wiarygodność, zwracają uwagę na to, czy informacja pochodzi z medium, któremu ufają ok. 46 proc.). Co trzeciemu internaucie wystarcza, że publikują ją osoby, do których mają zaufanie. W ten sposób fake newsy stają się równie oczywiste, co informacje prawdziwe. Winę ponoszą też sami dziennikarze.

– Dziennikarze faktycznie w wielu przypadkach są ukierunkowani, co nie sprzyja obiektywizmowi. Ale tego nie zmienimy, będziemy to obserwować z coraz większym natężeniem. Miejmy tylko nadzieję, że odbiorcy będą bardziej świadomi i tak jak w Stanach Zjednoczonych zaczną świadomie podchodzić do przekazu, który jest im serwowany i potrafią już odróżnić to, co jest prawdą, a co fake newsem, co jest tylko ogłupiaczem, z którym musimy się zmierzyć – mówi ekspert.

Wzrost świadomości odbiorców może okazać się gwoździem do trumny tych najbardziej niewiarygodnych mediów.

– Niestety, wciąż skala tego zjawiska narasta w zastraszającym tempie. Jesteśmy obserwatorami coraz to poważniejszych działań ze strony osób, które czują się bezkarne. Prawo i ustawodawca nie nadążają, tworząc normy prawne, za tym, co się dzieje w sieci, za tym okrutnym hejtem, jaki rozlewa się w sieci w zasadzie wobec wszystkich osób, które cokolwiek mają do powiedzenia – ocenia dr hab. Dariusz Tworzydło.

Hasło „mowa nienawiści” stała się modnym sformułowaniem, które jeszcze nigdy nie było tak często wykorzystywane. Internet sprzyja anonimowości – ukrywając się pod nickiem łatwo wyrażać swoje negatywne opinie, także w sposób przekraczający granicę, ale także na swoich prawdziwych profilach na Facebooku czy Instagramie internauci atakują słownie innych użytkowników. Jak podkreśla Tworzydło, krytyka dotyczy w zasadzie wszystkiego, także wydawałoby się neutralnych wpisów czy opinii. Zdaniem części psychologów, jeśli dojdzie do agresji słownej, przestają już istnieć jakiekolwiek bariery, a dozwolone staje się niemal wszystko. Internet to zjawisko znacznie przyspieszył.

– Dopóki po pierwsze, ustawodawca, po drugie, środowiska, a po trzecie, my sami, nie zrozumiemy, że skala tego zjawiska może w pewnym momencie doprowadzić do zniszczenia sensu, który stoi za budowaniem, a nie niszczeniem, to będzie się działo źle – przekonuje ekspert.

Polskie miasta inwestują w platformy smart city. Inteligentne technologie ułatwią komunikowanie się z urzędnikami i znajdowanie miejsc parkingowych

Polskie miasta inwestują w platformy smart city. Inteligentne technologie ułatwią komunikowanie się z urzędnikami i znajdowanie miejsc parkingowych 6

Coraz więcej polskich miast zainteresowanych jest wdrożeniem koncepcji smart city, która pozwoli zautomatyzować pracę urzędników i systemów informatycznych. Powstają sieci inteligentnych latarni, systemy monitorowania ruchu kołowego oraz analizy zanieczyszczenia powietrza. Urzędy inwestują także w platformy ułatwiające komunikowanie się z mieszkańcami miast za pośrednictwem aplikacji mobilnych, które mogą posłużyć jako narzędzie do składania dokumentów oraz projektów obywatelskich.

W badaniu IESE Cities in Motion Index 2019 Warszawa zajęła 69. miejsce na liście najbardziej inteligentnych miast na świecie. Wrocław, drugie polskie miasto na tej liście, uplasowało się na 95. miejscu. Wysoką pozycję Warszawa zawdzięcza m.in. wdrożeniu systemów informatycznych zarządzających aglomeracją i ich komunikacji w ramach wspólnej platformy. Dzięki temu możliwa jest błyskawiczna wymiana danych z najróżniejszych czujników, a co za tym idzie – zautomatyzowanie procesu obsługi miasta.

– Budujemy platformy, które stwarzają możliwości budowania dowolnych rozwiązań w ramach smart city. W ramach projektu „Miasto jako platforma” budujemy platformy komunikacji z mieszkańcami, internetu rzeczy, otwierania danych i taką, w której dostarcza się usług codziennych oraz wysublimowanych dla mieszkańców. Główną platformę usługową skończymy w październiku, natomiast platformy big data, otwierania danych i komunikacyjna są już gotowe. Teraz skupiamy się na tym, żeby dostarczyć w oparciu o nie usługi – mówi agencji Newseria Innowacje Tadeusz Osowski, dyrektor Biura Cyfryzacji Urzędu Miasta m.st. Warszawy.

W ramach wdrażania systemów smart sity Zarząd Dróg Miejskich wprowadził Zintegrowany System Zarządzania Ruchem, monitorujący płynność ruchu na kluczowych skrzyżowaniach w aglomeracji miejskiej. Wykorzystuje on dane telemetryczne do reagowania w czasie rzeczywistym na to, co dzieje się na drogach. Kolejnym elementem inteligentnego zarządzania ruchem będzie system e-parkowania, zaprojektowany jako element Wirtualnego Warszawskiego Obszaru Funkcjonalnego.

Nowe narzędzie ułatwi wyszukiwanie wolnych miejsc postojowych w strefie płatnego parkowania. ZDM zainwestuje w system monitoringu, który w czasie rzeczywistym będzie wskazywał wolne miejsca parkingowe. Następnie dane te zostaną przesłane do aplikacji mobilnej, aby kierowcy mogli szybko i sprawnie ustalać, gdzie mogą znaleźć miejsce postojowe. Wdrożenie tego narzędzia nie tylko pozwoli mieszkańcom zaoszczędzić cenny czas. Poprawi drożność ulic i zmniejszy zużycie paliwa, a co za tym idzie – przyczyni się do obniżenia emisji spalin do atmosfery.

Efektem podjętych działań modernizacji systemów informatycznych jest uruchomienie Miejskiego Centrum Kontaktu Warszawa 19115, które sprawdza się w roli narzędzia do przyjmowania wniosków mieszkańców i uruchamiania procedur administracyjnych. W przeciwieństwie do klasycznych urzędów MCKW działa bez przerwy, zapewniając mieszkańcom dostęp do administracji publicznej 24 godziny na dobę.

– Stworzyliśmy usługę kontaktu całodobowego z mieszkańcami, specjalny contact center. Teraz będziemy dostarczać usługi celowe. Te usługi są naszym głównym celem – budowane wokół Karty Warszawiaka, karty mieszkańca, który eksploatuje to miasto, żyje w nim. To na nim chcemy się skupić – przekonuje ekspert.

Podpisanie przez warszawskich urzędników manifestu „Miasto jako platforma” było krokiem na drodze do upowszechnienia takich zintegrowanych narzędzi. Wdrożenie przez Biuro Cyfryzacji Miasta wspomnianych wcześniej platform smart city ma ułatwić wymianę informacji pozyskiwanych przez miejskie systemy informatyczne z rozwiązaniami opracowanymi przez podmioty zewnętrzne zainteresowane wprowadzeniem usług wykorzystujących technologie inteligentne oraz urządzenia funkcjonujące w ramach internetu rzeczy.

– Myślimy o hubie, w którym testuje się najnowocześniej rozwiązania razem z mieszkańcami. Żeby każdy mógł przyjść, dotknąć, zobaczyć, co to jest, jak się tego używa i żeby odpowiedział nam na pytanie, czy tego chce. Wtedy jest nam o wiele łatwiej wdrażać tę technologię. Jesteśmy w fazie wdrażania normy ISO, która porównuje, czy miasto jest inteligentne, czy nie. Ale tak naprawdę liczy się odczucie mieszkańców. Czy wybiorą to miejsce, bo jest fajne do życia, czy przeniosą się gdzie indziej? To jest miara smart – twierdzi Tadeusz Osowski

Według MarketsandMarkets globalna wartość branży inteligentnych miast w 2018 roku wynosiła 308 mld dol. Szacuje się, że do 2023 roku będzie się rozwijać w średniorocznym tempie na poziomie 18,4 proc.

Codziennie setki loginów i haseł trafia na czarny rynek. Dane wyciekają z polskich firm, ale bezpieczne nie są nawet urzędy

Codziennie setki loginów i haseł trafia na czarny rynek. Dane wyciekają z polskich firm, ale bezpieczne nie są nawet urzędy 7

Co chwilę dochodzi do wycieku wrażliwych danych. Miliony adresów mailowych, haseł, a nawet numerów telefonów codziennie trafiają na czarny rynek, gdzie zostają sprzedane za kilkadziesiąt dolarów. Chociaż twórcy przeglądarek internetowych robią wszystko, by odpowiednio zabezpieczyć nasze dane logowania, nie zastąpią zdrowego rozsądku. Eksperci podkreślają, by nie korzystać z tych samych, prostych haseł do wielu różnych witryn, bo od wycieku danych do zaciągnięcia kredytu na kilkaset tysięcy złotych droga jest krótka. A dane mogą wyciec nie tylko z prywatnej firmy, lecz także z urzędu.

– Dane z polskich firm wyciekają. Operatorzy mają taki problem, że bardzo łatwo się u nich zatrudnić, bo w ogóle jest teraz rynek pracownika i pracownicy są potrzebni. Osoba, która pracuje w biurze obsługi klienta, w małej galerii handlowej, w niewielkim miasteczku, nie zarabia kroci, a ma dostęp do systemów informatycznych, z których może wyciągnąć dane, które niestety w tzw. darknecie, czyli tych podziemnych forach internetowych, są zdecydowanie bardziej cenne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Konieczny, szef Zespołu Bezpieczeństwa Niebezpiecznik.pl.

W ostatnich miesiącach cyberprzestępcy wystawili na sprzedaż bazę zawierającą 773 mln adresów e-mail oraz 21 mln haseł z przeszło 2 000 serwisów, w tym z polskich serwisów internetowych. Za dostęp do bazy Collection HASH1 żądano zaledwie 45 dol., co oznacza, że bezcenne z punktu widzenia użytkowników informacje mogły wpaść w ręce tysięcy cyberprzestępców.

– Codziennie pojawiają się ogłoszenia: pracuję u tego operatora, mam dostęp do bazy, kto mi zapłaci i ile, to mogę coś sprawdzić albo mogę wręcz wyeksportować pewne dane i je przekazać. To jest coś, z czym będziemy musieli sobie jako społeczeństwo coraz bardziej zinternetyzowane poradzić, dbając o to, żeby tych danych podawać jak najmniej. Żeby mieć z tyłu głowy, że zawsze to, co komuś przekazujemy, może z systemów informatycznych wylecieć – mówi Piotr Konieczny.

Aby uchronić się przed takimi wyciekami, producenci przeglądarek wdrażają systemy bezpieczeństwa, które sprawdzają, czy nasze loginy i hasła nie zostały złamane. Firefox Monitor to nowa usługa uruchomiona przez Fundację Mozilla. Jej celem będzie monitorowanie sieci w poszukiwaniu wycieków e-maili, haseł i innych newralgicznych informacji, którymi raczej nikt nie chce dobrowolnie dzielić się ze światem.

Monitor porównuje hasła z bazą serwisu Have I Been Pwned, którego twórca gromadzi od 2013 r. dane logowania, które wyciekły od usługodawców i trafiły w ręce cyberprzestępców. Wpisując naszego e-maila do Firefox Monitor, możemy się dowiedzieć, czy nie trafił on w niepowołane ręce. HIBP pozwala także sprawdzić, czy w bazie nie znajduje się nasze hasło, a logując się do usługi Firefox Monitor będziemy informowani o wszystkich wyciekach danych, których staniemy się ofiarami.

Podobne rozwiązanie wdrożyli programiści Google do przeglądarki Chrome, jednak ich wtyczka Password Checkup korzysta z szyfrowanej i anonimowej bazy Google.

– Jeśli wszędzie używamy hasła ABC123, to nie powinniśmy się dziwić, że jeśli dane wyciekną z jednego z naszych systemów, to przestępcy od razu zweryfikują, czy na nasz adres e-mail są zarejestrowane konta w bardzo popularnych serwisach, takich jak np. Allegro, Uber, czy Netflix i czy przypadkiem tam też nie mamy hasła ABC123. A jeśli mamy, no to oczywiście nasze konto trafi na sprzedaż, ktoś nam zwiększy abonament, ktoś podepnie jeszcze członków rodziny. I tak naprawdę na tym się zarabia. Na wyłudzeniach albo wystawianiu lewych przedmiotów na sprzedaż i przekierowaniu pieniędzy w zupełnie inne miejsce – tłumaczy Piotr Konieczny.

Nasza dane mogą być narażone na niebezpieczeństwo nie tylko przez prywatne firmy. Badania przeprowadzone przez funkcjonariuszy Najwyższej Izby Kontroli dowodzą, że polskie urzędy masowo przetwarzające nasze dane osobowe, nie są w stanie zagwarantować, że nie dostaną się one w ręce osób niepowołanych. Niemal 70 proc. skontrolowanych urzędów ma problem z wdrożeniem systemów bezpiecznego przetwarzania danych, a 75 proc. nie ma aktualnych informacji o przetwarzanych zasobach informatycznych.

W przeszło połowie jednostek nie przestrzega się także zasad prawidłowego zabezpieczania dostępu do informacji, co najczęściej przekłada się na stosowanie haseł niespełniających podstawowych norm bezpieczeństwa. Powszechne jest także gromadzenie informacji na niezabezpieczonych nośnikach – proceder taki stosuje aż 70 proc. skontrolowanych urzędów.

– Musimy mieć świadomość, że ktoś te dane będzie miał w jakimś systemie, ktoś może ich nie skasować, ktoś może mieć gorszy dzień w pracy, ktoś może odejść od komputera. Wreszcie, to może być jakiś stażysta, który zatrudnił się wyłącznie po to, żeby takie dane sobie zebrać i na nich zarobić zdecydowanie więcej niż na stażu – mówi Piotr Konieczny.

Ustawodawcy próbują wyjść naprzeciw wyzwaniom, jakie stawia przed nimi dynamiczny rozwój internetu, i planują wdrożyć zapisy prawne, które zaostrzą kary dla finansowych cyberprzestępców. Do Rządowego Centrum Legislacji trafiła nowelizacja Kodeksu karnego, która zakłada, że złamanie zabezpieczeń internetowych, w tym m.in. nieuprawniony dostęp do serwisów bankowych, będzie utożsamiane z kradzieżą z włamaniem. Pozwoli to nakładać na cyberprzestępców wyższy wymiar kary i skazywać ich nawet na dziesięć lat pozbawienia wolności.

– Jeśli nasze dane zostaną wykradzione, to prawdopodobnie przestępca będzie chciał na nich szybko zarobić. Jeśli są to dane związane z dokumentami tożsamości, to prawdopodobnie na te osoby zostaną pobrane pożyczki, kredyty. Dzisiaj można to zrobić przez internet albo w oddziale, mimo że jesteśmy nie do końca podobni do zdjęcia, które jest na dokumencie. Czasem nawet nie potrzebujemy oficjalnego dokumentu, którego skan mamy, bo możemy wyrobić tzw. dowody kolekcjonerskie. Fałszerzowi podajemy dane z prawdziwego dowodu, który wykradliśmy i zdjęcie naszego słupa, który pójdzie do firmy pożyczkowej – tłumaczy ekspert.

Według analityków z firmy Data Bridge Market Research wartość globalnego rynku cyberbezpieczeństwa w 2017 roku wyniosła 135 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do 246 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie przeszło 16 proc.

Pożyczki bez przelewania grosza. Jak je dostać?

Pożyczki bez przelewania grosza. Jak je dostaćWiększość pożyczkodawców w sieci wymaga weryfikacji tożsamości przez przelew. Zazwyczaj jest to złotówka lub właśnie tytułowy grosz. Takie wymaganie może wydawać się dziwne – w końcu jeśli ktoś stara się o pożyczkę to może nie mieć pieniędzy na koncie. Na szczęście istnieje wiele pożyczek, które można uzyskać bez przelewania 1 grosza. Zobacz, na czym to polega.

W jaki sposób pożyczki bez przelewania 1 grosza są możliwe?

Jest to możliwe dzięki automatycznym systemom weryfikacji konta. Jest to nie tyle alternatywa do przelewu groszowego, co sposób nowocześniejszy, szybszy i wygodniejszy zarówno dla klientów, jak i firm pożyczkowych. To zdecydowanie przyszłość wszelkich pożyczek online. Możesz sprawdzić, które chwilówki dostaniesz bez przelewu groszowego na portalu Ofin.

Wymaganie weryfikacji przez konto bankowe istnieje, gdyż sam dowód osobisty nie wystarcza do rzetelnego ocenienia, czy faktycznie osoba która go posiada jest tą, której go wydano. Dowód osobisty można znaleźć, ukraść czy nawet podrobić. W przypadku konta bankowego jest to znacznie trudniejsze. Kradzież ich obu, wraz z telefonem komórkowym na pewno zostałaby szybko zauważona przez pokrzywdzoną osobę.

Systemy automatycznej weryfikacji są lepsze od przelewu groszowego z wielu istotnych powodów, takich jak:

  • Niemal natychmiastowe działanie. Przelewy bankowe są ograniczone sesjami ELIXIR, przez co nie działają w weekendy, a w dni powszednie trwają kilka godzin.
  • Weryfikacja dochodów. Dzięki temu pożyczkodawca jest w stanie zaproponować niższe opłaty za użyczenie pieniędzy.
  • Brak czynnika ludzkiego. System nie kieruje się uprzedzeniami i jest niemal wolny od błędu.

Zwykły przelew, pod warunkiem, że nie jest to przelew natychmiastowy albo pożyczkobiorca nie ma konta w tym samym banku co pożyczkodawca, podróżuje między kontami przez kilka godzin. Czyni to pożyczki w 15 minut niemożliwymi ze względu na ograniczenia technologiczne. Odpowiedzią na ten problem jest właśnie weryfikacja automatyczna.

Systemy weryfikacji automatycznej działają przez technologię screenscrapingu, czyli odczytywania danych przez program. Firma pożyczkowa sama nie ma dostępu do naszych danych logowania, korzysta jedynie z programu dostarczanego przez dostawcę usługi weryfikacyjnej. Programy te nie przechowują naszych danych – są one wykorzystywane jednorazowo, przez co proces jest całkowicie bezpieczny.

Potwierdzenie tożsamości w inny sposób

Skorzystanie z automatycznej weryfikacji jest bardzo proste. Najpierw wybieramy bank, w którym mamy konto bankowe. Najlepiej jest wybrać konto, na które mamy największe wpływy – zwiększy to naszą zdolność kredytową. Niestety, nie wszystkie banki wspierają usługi automatycznej weryfikacji. Jest to jednak znacząca większość z nich. Najwięcej umów z bankami mają podpisane KontoConnect, BlueMedia i Instantor.

Następnie klikamy ‘pobierz moje dane’ lub podobny przycisk i czekamy na usługę. Powinno to zająć zaledwie kilka minut. Po pobraniu danych przeglądamy je, zatwierdzamy i wysyłamy do pożyczkodawcy. To wszystko. Wystarczy jedynie czekać na pozytywną decyzję o przyznaniu pożyczki i przelew na konto.

Systemy weryfikacji konta bankowego bez przelewu

Istnieje kilka systemów weryfikacji konta. Są to:

  • Kontomatik,
  • GroszConnect,
  • BlueMedia,
  • Szybka Identyfikacja,
  • KontoConnect,
  • Instantor.

Różnią się one od siebie nieznacznie w sposobie działania. Kontomatik, BlueMedia i Instantor badają historię wpływów na konto (zazwyczaj z ostatnich 3 – 12 miesięcy), natomiast KontoConnect i GroszConnect pobierają jedynie podstawowe informacje o tożsamości klienta.

Pożyczki przez internet bez konta bankowego

Co zrobić w sytuacji, jeśli powodem dla którego nie chcemy weryfikować się przez przelew groszowy nie jest lepsza alternatywa w postaci weryfikacji automatycznej, tylko inne czynniki? Nie każdy musi przecież posiadać konto w banku, albo posiadać je w banku obsługiwanym przez usługi weryfikacyjne. Mogą też pojawić się wątpliwości co do bezpieczeństwa usług tego typu.

Dla takich osób również istnieje możliwość uzyskania pożyczki przez internet bez przelewania pieniędzy. Są to jednak metody starsze od przelewu groszowego, przez co wolniejsze i bardziej uciążliwe. Zasadniczo mamy w takim przypadku dwie możliwości: weryfikację telefoniczną i osobistą (przez kuriera lub pracownika firmy pożyczkowej).

Weryfikacja telefoniczna to nic innego jak rozmowa z konsultantem firmy pożyczkowej, który oceni czy jesteśmy osobą, za którą się podajemy. W przypadku braku konta bankowego można przy takiej pożyczce odebrać pieniądze przez np. czek GIRO na poczcie.

Pożyczka z kurierem polega na potwierdzeniu naszej tożsamości przez kuriera i przekazaniu nam przez niego pieniędzy.

Ostatnia możliwość to pożyczka domowa. Zamawiamy przez internet spotkanie z pracownikiem firmy pożyczkowej, który zweryfikuje naszą tożsamość i przekaże nam pożyczkę. Niestety, takie pożyczki wiążą się zazwyczaj z dodatkową prowizją za obsługę w domu.

5 pytań, które warto sobie zadać przed rozpoczęciem współpracy z mediami

Wielu przedsiębiorców marzy o tym, aby ich marka stała się szeroko rozpoznawalna i obecna w mediach. Jeśli jesteś jednym z nich, zanim podejmiesz się współpracy z dziennikarzami, zadaj sobie kilka pytań. Sprawdzić czy aby na pewno jesteś przygotowany na samodzielne budowanie relacji z przedstawicielami mediów.

  1. Co chcę przekazać?

Może już masz upatrzony tytuł prasowy, w którym widzisz swój produkt lub własne nazwisko. Zanim jednak wyślesz pierwszego maila do dziennikarza, pamiętaj, że Twoim celem nie jest pojawienie się w danej gazecie, tylko trafienie do odpowiedniej grupy docelowej. Dokonaj analizy swoich klientów i zastanów się, jak możesz do nich dotrzeć, zbudować swoją wiarygodność i zwiększyć ich zaufanie.

Czy wiesz, co czytają lub oglądają? Jakie informacje są dla nich interesujące i wartościowe? Czy potrzebują materiałów rozrywkowych czy eksperckich?

Pamiętaj również, że zadaniem dziennikarzy nie jest opisywanie, jak fantastyczna jest Twoja firma czy Twój produkt. Dziennikarz szuka tematu, z którego może zrobić materiał. Przemyśl, jakie tematy możesz zaproponować ze swoim udziałem.

  1. Czy znam i rozumiem specyfikę pracy dziennikarzy?

Nie wystarczy, że przygotujesz bazę mediów i wyślesz informację prasową na temat swojej firmy. Warto lepiej poznać dziennikarzy, którzy pracują w wybranej przez Ciebie redakcji. Czy wiesz, na jakie tematy lubią pisać? Jak wyglądają opracowane przez nich artykuły: czy są ramki z ciekawostkami, ramki z produktami? Czy korzystają z wiedzy eksperta? Czy lubią reportaże, poradniki czy wywiady? Kolejna rzecz, czy wiesz, jak wygląda praca dziennikarza w miesięczniku, tygodniku, dzienniku, portalu internetowym, radiu czy telewizji? Jakie materiały będą pomocne dla każdego z nich? Co warto wcześniej przygotować?

  1. Czy lubię budować relacje z ludźmi?

Dobra relacja z dziennikarzami nie buduje się sama czy poprzez wysyłanie notek prasowych. Przede wszystkim potrzebuje czasu, zaangażowania, wzajemnego zaufania, na które sobie trzeba zapracować. Jak? Poprzez rzetelność, rozumienie potrzeb drugiej strony, dostarczanie wartościowych materiałów i bycia w tzw. gotowości.

  1. Czy mam czas na dodatkową aktywność?

Budowanie długotrwałych relacji to nie tylko dobre chęci, ale przede wszystkim czas, który trzeba na to poświęcić. Czy jesteś na tyle dyspozycyjny, aby w każdej chwili dostarczyć dziennikarzowi odpowiedzi na jego pytanie, spotkać się na wywiad, przeprowadzić dłuższą rozmowę telefoniczną czy szybko dostarczyć niezbędne do artykułu materiały. Pamiętaj, że zazwyczaj dziennikarz potrzebuje materiałów na już i jeśli Ty mu nie dostarczysz, to zrobi to ktoś inny.

  1. Czy zamierzam prowadzić uczciwą komunikację?

Budowanie relacji z mediami opiera się na zaufaniu i rzetelności. Jeśli nie znasz odpowiedzi na pytanie dziennikarza, nie podawaj nieprawdziwych informacji. Powiedz, że musisz to sprawdzić, doczytać. Nie naciągaj faktów na swoją korzyść, nie kłam i nie wyolbrzymiaj. Mów prawdę, słuchaj drugiej strony i nie nadwerężaj zaufania.

Jeśli chcesz budować relacje z mediami w sposób efektywny dla obu stron, pobierz bezpłatny ebook „PR w branży health & beauty” i poznaj wskazówki praktyków i dziennikarzy. Link: https://rolingerpr.pl/ebook/

Zmiany w ustawie o kształtowaniu ustroju rolnego. Działki pod budownictwo będą tańsze

W ciągu ostatnich trzech lat handel działkami rolnymi został zablokowany. Zmiany w ustawie o kształtowaniu ustroju rolnego powinny spowodować, że działki pod budownictwo będą tańsze. Zyskają na tym także deweloperzy i rolnicy.

W ciągu ostatnich trzech lat handel działkami rolnymi został zablokowany. Zmiany w ustawie o kształtowaniu ustroju rolnego powinny spowodować, że działki pod budownictwo będą tańsze. Zyskają na tym także deweloperzy i rolnicy.

Z uwagi na upływ 12 letniego okresu ochronnego na zakup ziemi rolnej przez cudzoziemców, polski ustawodawca w 2016 roku przeprowadził prace legislacyjne, które miały na celu poprawę sytuacji ekonomicznej polskich rolników oraz wzmocnienie ochrony ziemi rolnej przed spekulacyjnym wykupem. Poprzez wprowadzenie do polskiego porządku prawnego szeregu unormowań, które miały gwarantować realizację tych postulatów doszło do faktycznego wstrzymania obrotu nieruchomościami rolnymi.

Wprowadzone zmiany bardzo szybko zaczęły budzić kontrowersje. Obiektem krytyki stały się m.in. pięcioletni zakaz sprzedaży gruntów pozostających z zasobach, wówczas Agencji Nieruchomości Rolnych a następnie Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa (KOWR), dopuszczenie do prywatnego obrotu jedynie nieruchomości rolnych o powierzchni mniejszej niż 3000 m2 oraz ograniczenie prawa nabywania nieruchomości rolnych bez konieczności uzyskiwania zgody Dyrektora Generalnego KOWR wyłącznie do grupy tzw. rolników indywidualnych. Zwracano uwagę również na wybiórcze wyłączenie z obostrzeń związków wyznaniowych.

– Eksperci zgodnie zauważali, że ograniczenia w handlu ziemią, które dotychczas obowiązywały spowodowały zastój w budownictwie, co dotknęło nie tylko deweloperów, ale również zakłady przemysłowe, które nie mają szans na rozbudowę w przypadku lokalizacji na terenach rolnych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Patrick Koźliczak, prawnik w kancelarii Zięba&Partners.

W wyniku trwających od 2 lat prac nad projektem zmian w ustawie o kształtowaniu ustroju rolnego parlament przyjął nowelizację przedmiotowej ustawy, która w dniu 10 maja 2019 roku została przekazana prezydentowi do podpisu.

Do najistotniejszych zmian wprowadzonych nowelizacją należy zaliczyć zwiększenie powierzchni nieruchomości rolnej, której nabycie nie wymaga uzyskania zgody Dyrektora Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa. W związku z tym każdy bez kwalifikacji rolniczych, w tym również przedsiębiorcy oraz spółki prawa handlowego będą mieć prawo do nabycia nieruchomości rolnej, której powierzchnia nie przekracza 1 hektara zarówno na terenach miast jak i wsi bez uzyskania wspomnianej zgody.

– Należy jednak podkreślić, że sam fakt iż przeprowadzenie takich transakcji nie będzie wymagało uzyskania zgody Dyrektora KOWR nie oznacza, że KOWR nadal nie będzie uprawniony do wykonania przysługującego mu dotychczas prawa pierwokupu nieruchomości – wyjaśnia prawnik z Zięba&Partners. – W tym zakresie do zmiany nie doszło, wobec czego umowa sprzedaży mająca za przedmiot nieruchomość rolną o powierzchni wahającej się między 3000 m2 a jednym hektarem nadal będzie musiała być umową sprzedaży zawartą pod warunkiem, że KOWR nie wykona przysługującego mu prawa pierwokupu.

W przypadku nabycia nieruchomości rolnej, nowy właściciel obowiązany będzie prowadzić gospodarstwo rolne, w skład którego weszła nabyta nieruchomość przez co najmniej 5 lat co stanowi zmianę w kontekście wcześniej obowiązującego terminu 10 letniego. W tym też okresie nie ma możliwości zbycia takiej nieruchomości bez zgody Dyrektora KOWR. Co istotne zakaz niezbywania nie ma zastosowania do nieruchomości rolnych położonych w granicach administracyjnych miast, w przypadku gdy ich powierzchnia jest mniejsza niż 1 hektar.

Wspomniany okres pięcioletni będzie również obowiązywał nabywców sprzed wejścia w życie nowelizacji.

Co istotne w kontekście funkcjonowania spółek prawa handlowego, KOWR przysługiwać będzie prawo pierwokupu udziałów i akcji w spółkach kapitałowych, w przypadku gdy taka spółka jest właścicielem lub użytkownikiem wieczystym nieruchomości rolnej o powierzchni co najmniej 5 ha albo nieruchomości rolnych o łącznej powierzchni co najmniej 5 ha. Stanowi to istotną zmianę w kontekście dotychczasowych przepisów, które przyznawało prawo pierwokupu udziałów i akcji w przypadku posiadania przez spółkę nieruchomości rolnej o powierzchni powyżej 3000 m2. Te konkretne zmiany zapewne będą stanowić pozytywny impuls na rynku fuzji i przejęć niejako ułatwiając i usprawniając przeprowadzanie tego typu transakcji.

Pomimo tego, że wprowadzone zmiany nadal utrzymują ograniczenie obrotu nieruchomościami rolnymi, w kontekście jednak bardzo restrykcyjnych uregulowań z 2016 r., obecne zmiany należy ocenić co do zasady pozytywnie i ufać, że jest to jedynie początek działań ustawodawcy w tym zakresie i kierunku.

Sytuacja gospodarstw domowych coraz lepsza

Dynamika wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób zwiększyła się w kwietniu do 7,1% r/r wobec 5,7% w marcu. Dochody gospodarstw domowych rosną najszybciej od dwóch lat.

– Niższy wzrost wynagrodzeń w marcu okaże się prawdopodobnie jednorazową anomalią – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Warto też zwrócić uwagę na bardzo stabilną tendencję dotyczącą wzrostu zatrudnienia. Wzrost ten przekracza 3 proc. Dzięki temu poprawiają się dochody rozporządzalne gospodarstw domowych.

– Wzrost tych dochodów jest bardzo solidny, po uwzględnieniu inflacji w kwietniu wynosił 8 proc., a pamiętać trzeba, że nie uwzględnia się tu dodatkowych transferów z budżetu państwa, które też rosną – komentuje ekspert XTB.

Aż 63% kupujących w Internecie korzysta z usług InPost

Według badań Kantar Polska1 kupujący w Internecie deklarują, że najczęściej korzystają z usług oferowanych przez InPost. Wskazanie 63% badanych to najwyższy wynik wśród wszystkich firm logistycznych działających w Polsce. InPost jest drugą najbardziej rozpoznawalną firmą kurierską w Polsce – aż 92% konsumentów zna markę InPost, a 55% wskazuje ją spontanicznie. InPost uzyskał także najwyższy wśród wszystkich kurierów wynik NPS – czyli wskaźnik zadowolenia konsumentów i polecania marki.

Rafał Brzoska, prezes InPost
Rafał Brzoska, prezes InPost

“InPost jest oceniany lepiej od konkurencji pod względem większości badanych elementów wizerunku marki. W porównaniu do pomiaru z października 2018 roku, InPost odnotował wzrost ocen większości aspektów wizerunkowych. Jesteśmy najlepiej oceniani zwłaszcza w obszarach związanych z innowacyjnością, wprowadzaniem nowych rozwiązań, a także z atrakcyjnością i elastycznością oferty oraz prostotą i wygodą korzystania z usług. InPost uzyskał też najwyższy wynik wskaźnika NPS wśród wszystkich kurierów. To pokazuje, że nasze zaangażowanie i ciężka praca przynoszą efekty – nawet, jeśli popełniamy błędy, to staramy się je jak najszybciej wyeliminować. Jesteśmy innowacyjni, a nasi kurierzy mają najlepsze na rynku narzędzia, by realizować usługę szybko i efektywnie” – powiedział Rafał Brzoska, prezes InPost.

W tym roku InPost udostępnił nową aplikację mobilną na telefony pracujące pod kontrolą systemów iOS i Android. W ramach aplikacji użytkownicy mogą skorzystać bezpłatnie z usług, które obejmują m.in. statusy i śledzenie drogi przesyłek, dodatkowe powiadomienia, możliwość odbioru czy zapłaty za pobraniem.

Ponadto InPost w ramach współpracy z ZEBRA Technologies wyposażył 3800 pracowników terenowych w komputery mobilne z ekranem dotykowym Zebra TC56. Modele, działające pod kontrolą systemu Android, umożliwiają szybsze i bardziej precyzyjne wykonywanie zadań związanych z obsługą paczek. Dzięki temu wydajność dostaw InPost wzrosła nawet o 10%.

InPost dostarczył w 2018 roku ponad 86 mln przesyłek, czyli o 52,5% więcej niż rok wcześniej. Dostawy za pośrednictwem Paczkomatów® wzrosły o 56,3%, a przez Kuriera InPost o 45,5%.

We wrześniu 2018 roku InPost i KKR – amerykańska firma inwestycyjna – zawarły porozumienie gwarantujące 125 mln euro finansowania dla InPost w okresie 5,5 roku. Ponadto Advent International i InPost zainwestują w 2018 roku nawet 250 mln zł w infrastrukturę paczkomatową oraz rozwój usług kurierskich.

Według raportu Gemius E-commerce w Polsce w 2018 roku:

  • Paczkomaty® InPost są drugą najbardziej popularną formą dostaw zakupów w sieci, po dostawach kurierem – wskazuje je aż 48% badanych
  • InPost Kurier utrzymał ubiegłoroczne trzecie miejsce wśród najchętniej wybieranych firm kurierskich w Polsce. Wyprzedził m.in. Pocztex (Pocztę Polską) oraz światowych potentatów, takich jak GLS, UPS i FedEx. Usługi kurierskie InPost zanotowały przyrost wskazań o 4 punkty procentowe w stosunku do 2017 roku, co jest sporym osiągnięciem na tak konkurencyjnym rynku

Rośnie także odsetek osób, które dzięki możliwości dostawy do Paczkomatów® motywowane są do zakupów online – to już 55% (wzrost o 5 punktów procentowych z roku na rok).

W 2018 roku InPost zrealizował:

  • ponad 86 mln dostaw, czyli więcej o 52,5% rok do roku
  • 56,3% wzrost wolumenu przesyłek do Paczkomatów® InPost r/r
  • 45,5% wzrost wolumenu paczek kurierskich InPost r/r
  • w szczycie świątecznym wzrosty wolumenów dostaw do Paczkomatów® przekroczyły 92%

InPost notuje jeden z najwyższych wskaźników zadowolenia klientów NPS (styczeń 2019, ankieta wysyłana do klientów po wykonaniu usługi):

  • InPost Kurier: 70,81 /N=4512/
  • Paczkomaty® InPost: 81,5 /N=13278/

FPP i CALPE: Od 2020 roku płaca minimalna powinna wzrosnąć do 2500 zł brutto

Federacja Przedsiębiorców Polskich wskazuje, że płaca minimalna od 2020 roku powinna wzrosnąć do 2500 zł brutto. Stosując metodykę analogiczną do wykorzystywanej w rządowej ocenie skutków regulacji rozporządzeń w sprawie wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę – można szacować, że podwyższenie płacy minimalnej do 2500 zł brutto spowodowałoby wzrost wpływów do sektora finansów publicznych o 2,2 mld zł w skali roku. FPP proponuje, by 1,6 mld zł z tej kwoty przeznaczyć na obniżenie klina podatkowego i podwyższenie kwoty pracowniczych kosztów uzyskania przychodu do ponad 333 zł miesięcznie.

Panująca w ostatnich latach sytuacja na polskim rynku pracy doprowadziła do tego, że rzeczywiste najniższe rynkowe stawki wynagrodzenia zaczęły znacząco przewyższać determinowaną prawnie płacę minimalną. Z punktu widzenia prowadzenia działalności gospodarczej – m.in. w tych sektorach, gdzie często realizowane są zamówienia publiczne – istotne znaczenie ma jednak, by administracyjne stawki minimalne odzwierciedlały realne stawki rynkowe – tylko one bowiem często mogą stanowić podstawę do waloryzacji kontraktów.

Polskie firmy stają również przed koniecznością przyciągnięcia i utrzymania na rynku pracy licznej grupy cudzoziemców, w warunkach coraz silniejszej konkurencji z przedsiębiorcami z innych krajów. W tym segmencie rynku realne minimalne stawki również oderwały się od minimum formalnoprawnego. W sytuacji, gdy to ograniczenia po stronie podaży – zamiast popytu – zaczynają stanowić największą barierę rozwoju, możliwość oferowania wyższych wynagrodzeń staje się źródłem przewagi konkurencyjnej.

Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

„Rynek pracy jest bardzo trudny – przedsiębiorcy regularnie podwyższają wynagrodzenia w celu zatrzymania pracowników i zmniejszenia ich fluktuacji. Nie ma co utrzymywać fikcji – płaca minimalna powinna nadążać za realiami. Poziom 2500 zł brutto jest całkowicie uzasadniony i potrzebny. Mam nadzieję, że do naszego apelu – jako przedsiębiorców – przyłączą się związki zawodowe, a rząd uwzględni te głosy jako racjonalną potrzebę rynkową. Taka zmiana korzystnie wpłynie na warunki funkcjonowania przedsiębiorców – dla których ważne jest, by regulowana przez prawo minimalna stawka odpowiadała istniejącym realiom, zaś dla pozostałych firm byłaby ona neutralna” – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Podwyższenie płacy minimalnej przyczyniłoby się do zwiększenia wpływów do sektora finansów publicznych z tytułu potrącanych zaliczek na podatek dochodowy, składek na ubezpieczenia społeczne, zdrowotne, a także składki na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.

W konsekwencji podwyżka płacy minimalnej o 250 zł brutto spowodowałaby zwiększenie kosztów ponoszonych przez pracodawcę o 301 zł – z czego 176 zł trafiłoby bezpośrednio do pracownika, podnosząc jego wynagrodzenie netto, zaś pozostałe 125 zł zostałoby zaliczone na poczet obowiązkowych danin na rzecz państwa.

Ostateczny koszt pracodawcy ukształtowałby się na poziomie 3012 zł, a wynagrodzenie netto pracownika 1852 zł – po uwzględnieniu zapowiedzianych zmian, takich jak podwyżka kwoty kosztów uzyskania przychodu do 250 zł miesięcznie oraz wprowadzenie najniższej stawki PIT 17%.

Należy ponadto zwrócić uwagę na fakt, iż po podwyżce minimalnego wynagrodzenia, rośnie klin podatkowo-składkowy w odniesieniu do osób otrzymujących najniższe pensje. Jest to efekt proporcjonalnego zanikania korzyści wynikających z odliczeń kwotowych z tytułu kwoty wolnej od podatku oraz kwoty kosztów uzyskania przychodu. W rezultacie po podwyżce płacy minimalnej, dotyczący ją klin podatkowo-składkowy wzrósłby z 38,2% do 38,5%.

W związku z tym Federacja Przedsiębiorców Polskich proponuje, by w połączeniu z podwyższeniem płacy minimalnej została zwiększona kwota pracowniczych kosztów uzyskania przychodu do 3-krotności jej dotychczasowej wartości. Oznaczałoby to, że standardowo zamiast do 250 zł miesięcznie – jak obecnie planuje rząd – wzrosłaby ona do 333,75 zł miesięcznie. Dzięki temu po podwyżce płacy minimalnej o 250 zł brutto, pracownicy zarabiający minimalne wynagrodzenie zyskaliby ponad 190 zł netto, a ich klin podatkowo-składkowy zamiast wzrosnąć, obniżyłby się do 38,1% – co miałoby istotne znaczenie w kontekście wzmacniania bodźców do podejmowania aktywności przez osoby bierne zawodowo.

Koszt takiej zmiany, jak wynika z obliczeń przedstawionych w najnowszym Wieloletnim Planie Finansowym Państwa wyniósłby 1,6 mld zł rocznie i mógłby zostać pokryty z większych wpływów do sektora finansów publicznych, wynikających ze wzrostu podstawy wymiaru podatków i obowiązkowych składek.

Renta dożywotnia, czy zamiana mieszkania na mniejsze?

Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że 80 proc. polskich seniorów posiada na własność nieruchomość.[1] Dzięki uwolnieniu kapitału zamrożonego w tej nieruchomości osoby starsze mogłyby poprawić swoją sytuację finansową, zwłaszcza, że nie mają zbyt wielu oszczędności, a polskie emerytury są jednymi z najniższych w Europie. Sposobów jest kilka. Pierwszy z nich to podnajęcie pokoju lub części domu. Drugi – renta dożywotnia, czyli przekazanie prawa własności do nieruchomości w zamian za dożywotnie świadczenia pieniężne. Trzeci – sprzedaż mieszkania lub domu oraz przeprowadzenie się do mniejszego lokum. Co jest najbardziej opłacalne z ekonomicznego i psychologicznego punktu widzenia?

Eksperci przekonują, że kapitał zamrożony w mieszkaniu można spieniężyć i żyć dostatniej na emeryturze. Wszystko zależy od rodzaju i wielkości nieruchomości oraz tego jaki wariant „spieniężenia” wybierze senior. Jedną z opcji jest wynajęcie pokoju lub części domu. Takie rozwiązanie pozwala „dorobić” ok. 500-1000 zł miesięcznie do emerytury. Powoduje jednak utratę prywatności i mniejszy komfort życia (m.in. przez mniejszą powierzchnię użytkową, z której osoba starsza może korzystać). Wśród najczęściej porównywanych opcji jest zatem renta dożywotnia (czyli przekazanie prawa własności do nieruchomości w zamian za dożywotnie świadczenia pieniężne i gwarancję dożywotniego korzystania z lokum) oraz sprzedaż dotychczasowego i zakup mniejszego mieszkania. Często słyszy się, że z ekonomicznego punktu widzenia ta druga opcja jest bardziej opłacalna. Eksperci z Funduszu Hipotecznego DOM przeanalizowali kilka scenariuszy.

Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM fot. Adam Cisowski
Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM
fot. Adam Cisowski

– Przeanalizowaliśmy trzy scenariusze. W pierwszym z nich senior sprzedaje mieszkanie zlokalizowane w Warszawie, o powierzchni 65 m kw. oraz przeprowadza się do mniejszego w tej samej dzielnicy, ale o metrażu 40 m kw. W drugim scenariuszu senior podpisuje umowę renty dożywotniej na w/w mieszkanie o powierzchni 65 m kw. W trzecim scenariuszu podnajmuje pokój – wyjaśnia Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. – Z naszych wyliczeń wynika, że zarówno senior, który zamienił mieszkanie na mniejsze, jak i ten, który podpisał umowę renty dożywotniej będzie mógł uzyskać miesięcznie odpowiednio 966 zł lub 960 zł. To bardzo podobne kwoty, ale warto podkreślić, że przy zamianie mieszkania na mniejsze senior „straci 25 metrów kwadratowych”, czyli obniży swój komfort życia. Dzięki sprzedaży zyska nadwyżkę finansową w wysokości 142 600 zł, co oznacza, że będzie mógł „wypłacać sobie” dodatkowe środki w kwocie 966 zł do emerytury przez określony czas – 12 lat. Dla takiej wartości przygotowaliśmy wyliczenia, co oznacza, że wypłaty będą ograniczone w czasie. Skąd wzięliśmy 12 lat? To oczekiwania długość życia naszego reprezentatywnego seniora według danych GUS. Jeżeli nasz senior pożyje dłużej, środki pieniężne ze sprzedaży mieszkania skończą się. Będzie zatem musiał wypłacać sobie „coraz mniejsze kwoty” lub zaniechać tych wypłat całkowicie. Senior, który wybrał rentę dożywotnią, będzie otrzymywał świadczenia finansowe w wysokości 960 zł (+ waloryzacja) dożywotnio. Renta dożywotnia to rozwiązanie, w którym fundusz hipoteczny szacuje ryzyko, bierze go na siebie i zobowiązuje się do wypłacania świadczeń, aż do śmierci beneficjenta – dodaje Robert Majkowski.

Scenariusz 1 – sprzedaż mieszkania i przeprowadzka do mniejszego

Z wyliczeń Funduszu Hipotecznego DOM wynika, że senior, który sprzeda mieszkanie o powierzchni 65 m kw. i kupi lokum o pow. 40 m kw. zyska na tej transakcji 142 600 zł. Będzie musiał jednak koszty dodatkowe (m.in. prowizje i opłaty z tytułu transakcji), koszty przeprowadzki czy ewentualnej adaptacji nowego mieszkania. Jeżeli będzie chciał „wypłacać sobie” dodatkowe środki do emerytury z uzyskanego w ten sposób budżetu, to przez 12 lat (bo taka jest oczekiwania długość życia wg GUS) będzie miał dodatkowe 966 zł miesięcznie. Czas realizacji transakcji będzie dość długi, a sam proces – energochłonny, co dla seniora może być dużym wyzwaniem. Warto też pamiętać, że przeprowadzka wiąże się ze zmianą środowiska, sąsiadów, współlokatorów. Zmieni się też metraż nieruchomości, a więc obniży się standard życia. – Ktoś, kto żył dotychczas w „oswojonej przestrzeni”, będzie musiał przyzwyczaić się do nowej. I mowa tu nie tylko o sąsiadach, ale również sprzedawcy z osiedlowego sklepiku, pani na poczcie, czy personelu przychodni lekarskiej. To właśnie dlatego mówi się, że sprzedaż mieszkania w starszym wieku należy rozpatrywać nie tylko z ekonomicznego punktu widzenia. Bardzo ważnym aspektem są emocje, poczucie bezpieczeństwa, znajomość miejsca, w którym żyło się 40 czy 50 lat – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. Tę tezę potwierdza zresztą szereg badań. W przeprowadzonym jakiś czas temu badaniu PolSenior, osoby starsze deklarowały, że mimo wysokich kosztów utrzymania nieruchomości – nie zamierzają zmieniać swoich mieszkań. Tak odpowiedziało 45 proc. ankietowanych. Z kolei seniorzy, którzy przeprowadzali się do domów opieki, mimo dość szybkiej adaptacji, przyznawali, że „wyrwanie ich” z dotychczasowego miejsca zamieszkania powoduje w nich smutek, osamotnienie, z pragnieniem śmierci włącznie. Osoby te twierdziły, że dałyby wszystko, by móc wrócić do domu rodzinnego.[2]

Scenariusz 2 – renta dożywotnia

Ten sam senior (w wieku 75 lat), który jest właścicielem mieszkania o pow. 65 m kw. zlokalizowanego w Warszawie, może podpisać umowę renty dożywotniej, otrzymywać comiesięczne świadczenia pieniężne aż do swojej śmierci, oraz mieszkać dożywotnio we własnym lokum. Świadczenie w przypadku takiego seniora wyniesie 960 zł miesięcznie, więc będzie podobne jak w przypadku sprzedaży mieszkania, tyle tylko, że nieograniczone w czasie, dożywotnie. Takie świadczenie będzie również waloryzowane. Komfort życia pozostanie bez zmian, podobnie z otoczeniem, sąsiadami, współlokatorami. Czas realizacji transakcji będzie znacznie krótszy, ok. 2-4 tygodnie. – Warto pamiętać, że w przypadku sprzedaży mieszkania i zamiany go na mniejsze senior wciąż będzie właścicielem nieruchomości, a mniejsze mieszkanie odziedziczą spadkobiercy. Jeżeli senior zdecyduje się na rentę dożywotnią, mieszkanie stanie się własnością funduszu hipotecznego, a więc nie będzie mogło być dziedziczone. To jeden z najważniejszych czynników, który wpływa na podjęcie decyzji o podpisaniu umowy renty dożywotniej. Mamy natomiast wielu klientów, którzy nie mają żadnych spadkobierców lub ich spadkobiercy nie są zainteresowani dziedziczeniem danej nieruchomości (np. dalecy krewni). W ostatnim badaniu opinii, które przeprowadziliśmy wśród naszych klientów, 62 proc. z nich przyznało, że ich sytuacja rodzinna nie miała wpływu na zawarcie umowy renty dożywotniej, a 73 proc. deklarowało, że ich spadkobiercy (dzieci, wnuki, dalsza rodzina) nie chcą podważać lub unieważnić takiej umowy. To wskazuje, że renta dożywotnia staje się, wzorem innych krajów, jednym ze sposobów poprawy życia na emeryturze, a zrozumienie zalet tego rozwiązania dotyczy nie tylko samych seniorów, ale również ich bliskich – podsumowuje Robert Majkowski.

Scenariusz 3 – podnajęcie pokoju lub części domu

Senior może zdecydować się też na podnajęcie pokoju w swoim mieszkaniu lub wynajęcie części domu. Co prawda komfort życia również będzie mniejszy, a czas pozyskiwania środków ograniczony czasem najmu, ale w takim przypadku emeryt będzie mógł liczyć na dodatkowe 500-1000 zł miesięcznie. – W tym przypadku trudno mówić o prawdziwym i długoterminowym bezpieczeństwie finansowym, bo rzadko wynajmuje się komuś pokój na 12 lat lub dłużej. Mimo to wynajęcie pokoju może być dobrym, dostępnym i dość szybkim w realizacji pomysłem – mówi Robert Majkowski. – Warto pamiętać również o opcjach pośrednich. Nawet, jeżeli sprzedamy mieszkanie i przeprowadzimy się do mniejszego lokum o pow. 40 m kw. to wciąż będziemy właścicielami nieruchomości. Możemy żyć z nadwyżki finansowej, którą uzyskaliśmy w wyniku sprzedaży, a dodatkowo podpisać umowę renty dożywotniej – tyle, że na mniejszy lokal. Jeżeli połączymy wypłaty z obu źródeł, okaże się, że miesięczne wpływy mogą sięgać 1500 zł – podsumowuje Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM.

Analiza Funduszu Hipotecznego DOM:

sprzedaż mieszkania i przeprowadzka do mniejszego, podnajęcie pokoju, renta dożywotnia – porównanie korzyści finansowych oraz innych aspektów związanych z przeprowadzką

  Sprzedaż domu/mieszkania i przeprowadzka do mniejszego Podnajęcie pokoju lub części domu Renta dożywotnia
Korzyść finansowa jednorazowa* 142 600 zł jednorazowo
lub

966 zł miesięcznie

Brak Do negocjacji
Korzyść finansowa miesięcznie* 500-1000 zł 960 zł miesięcznie +waloryzacja
Okres korzyści finansowych* Ograniczony czasem dożycia (wg GUS wyliczenia dla 12,3 lat wypłaty miesięcznego świadczenia) Ograniczony do czasu wynajmowania Nieograniczony, dożywotni
Koszty dodatkowe (prowizje, opłaty, przeprowadzka, adaptacja) Duże Niskie Brak
Czas realizacji transakcji Bardzo długi Średni Krótki (2-4 tyg.)
Komfort i standard życia Mniejszy Mniejszy Większy
Zmiana środowiska, otoczenia (sąsiedzi, współlokatorzy) Istotna zmiana Zmiana Bez zmian
Dziedziczenie Mieszkanie dziedziczą spadkobiercy Mieszkanie dziedziczą spadkobiercy Brak dziedziczenia
Podatek od nieruchomości/użytkowanie wieczyste Jest, kilkaset do kilku tys. zł rocznie Jest, kilkaset do kilku tys. zł rocznie Brak
PIT od dochodu Przeważnie brak. Może występować, jeżeli zbycie przed okresem 5 lat od końca roku, w którym nastąpiło nabycie nieruchomości Jest Przeważnie brak. Może występować, jeżeli zbycie przed okresem 5 lat od końca roku, w którym nastąpiło nabycie nieruchomości
Ubezpieczenie Koszt seniora Koszt seniora Fundusz ubezpiecza wszystkie nieruchomości, nadzoruje i przeprowadza ewentualną likwidację szkód
Podwyżki czynszu Są, koszt seniora Są, koszt seniora Koszt Funduszu

*Przykładowe wyliczenia dla mieszkania 65 m2 w Warszawie, zamienione na 40 m2 w tej samej dzielnicy, średnie ceny za m2 wg danych NBP. Wyliczenia dla kobiety w wieku 75 lat.

Wartość nieruchomości 65 metrów – 8060,21 zł x 65 = 523 914 zł

Wartość nieruchomości 40 metrów – 8388,22 zł x 40 = 335 529 zł

Oczekiwania długość życia wg GUS wynosi 12,3 lat, kapitał z korzyści finansowej przy zamianie mieszkania wypłacany w okresie 12,3 lat przy braku oprocentowania lokaty. Oprocentowanie lokaty kapitału 2% w skali roku zwiększa wysokość korzyści miesięcznej do 1066 zł.

[1] Informacja o sytuacji osób starszych w Polsce, Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, Druk nr 2043, Wyd. Warszawa,  9 listopada 2017

[2] Monografia prawnicza „Hipoteka odwrócona” pod redakcją E.Rutkowskiej-Tomaszewskiej (wyd. C.H. Beck, 2017). Badanie przeprowadzono w 2011 i 2012 roku wśród mieszkańców podlaskich domów społecznych.

Coraz mniej pracowników tymczasowych

Polskie Forum HR, członek Konfederacji Lewiatan, podsumowało sytuację na rynku agencji zatrudnienia w pierwszym kwartale 2019 roku. Odnotowane spadki, zarówno w liczbie pracowników tymczasowych, jak i obrotach, nie są zaskoczeniem. Rynek pracownika trwa w najlepsze.

Rok 2019 przywitaliśmy kolejnymi spadkami na rynku pracy tymczasowej. Liczba pracowników tymczasowych w pierwszym kwartale 2019 roku spadła o 15% porównując z tym samym okresem poprzedniego roku (w porównaniu do ostatniego kwartału 2018 spadek o 12%). Agencje zrzeszone w Polskim Forum HR zatrudniały w tym czasie ponad 90 tys. pracowników tymczasowych, szacujemy że w całej Polsce liczba ta wyniosła ok. 300 tys. osób.Coraz mniej pracowników tymczasowych

Spada liczba etatów

W tym samym tempie spada liczba pełnych etatów przepracowana przez pracowników tymczasowych (FTE) w 1Q2019 – w porównaniu do tego samego okresu poprzedniego roku różnica wyniosła 15%, w porównaniu do 4Q2018 11%.

Anna Wicha, Prezes Polskiego Forum HR
Anna Wicha, Prezes Polskiego Forum HR

– Biorąc pod uwagę sytuację na rynku pracy oraz deficyt kandydatów w wielu branżach i regionach Polski, spadek liczby pracowników tymczasowych nie jest zaskoczeniem. Pracodawcy użytkownicy bardzo chętnie przejmują naszych pracowników i zatrudniają ich na stałe – komentuje Anna Wicha, prezes Polskiego Forum HR.

– Sytuację ratują po części pracownicy z Ukrainy, którzy, jak wynika z danych MRPiPS, stanowią już 32% pracowników tymczasowych w Polsce. Niezwykle istotne jest zatem usprawnienie procedury legalizującej pracę cudzoziemców w naszym kraju. Wspólnie z Konfederacją Lewiatan wystąpiliśmy z postulatami w tym zakresie, m. in. w kwestii efektywnego wykorzystania bardzo szczelnego systemu rejestracji oświadczeń poprzez wydłużenie ich obowiązywania z 6 do 18 miesięcy – dodaje Wojciech Ratajczyk, wiceprezes ds. pracy tymczasowej w Polskim Forum HR.

Agencje Polskiego Forum HR odnotowały utrzymujący się, wysoki odsetek pracowników tymczasowych powyżej 50 roku życia (15%). Ponad 90% pracowników tymczasowych było zatrudnionych na podstawie umowy o pracę. Nadal najwięcej pracowników zatrudniano na stanowiska produkcyjne (69%).

Wartość usług agencji zatrudnienia

W 1Q2019 firmy członkowskie PFHR wygenerowały całkowite obroty ze sprzedaży swoich usług na poziomie 946 mln PLN, o 6% mniej niż w 1Q2018 i 11% mniej niż w 4Q2018. Biorąc pod uwagę tylko pracę tymczasową spadek rok do roku wyniósł 9% (kwartał do kwartału 12%). Możemy szacować, że wartość rynku pracy tymczasowej w Polsce w 1Q2019 wyniosła 1,6 mld PLN.

Danubia NanoTech najlepszym start-upem w regionie CEE. Finał PowerUp! 2019 rozstrzygnięty

Już po raz piąty start-upy z 24 krajów Europy Środkowo-Wschodniej stanęły do walki w organizowanym przez InnoEnergy konkursie PowerUp!. Danubia Nanotech ze Słowacji pokonał ponad 300 konkurentów, otrzymując szansę na globalny rozwój biznesu. Galę finałową podczas konferencji Impact’19 zwycięzcy opuścili z czekiem na 50 000€ oraz szansą na zaproszenie do prestiżowego akceleratora Highway® by InnoEnergy.

Laureaci zaprezentowali grafenowy czujnik przeznaczony do monitorowania temperatury powierzchniowej. Produkt, w postaci bardzo cienkiej folii, można nałożyć na dowolne nie-metalowe podłoże. Rozwiązanie może być stosowane m.in. w bateriach pojazdów elektrycznych i akumulatorach sieciowych, przedłużając ich żywotność i zapewniając bezpieczeństwo użytkowania.

Danubia NanoTech najlepszym start-upem w regionie CEE. Finał PowerUp! 2019 rozstrzygnięty (2)„Zgłosiliśmy się do PowerUp! dlatego, że poszukiwaliśmy wsparcia nie tylko w postaci określonego kapitału, ale również doradztwa i mentoringu. InnoEnergy jest właśnie takim inwestorem, dlatego bardzo cieszymy się, że dostaliśmy szansę, aby z nim współpracować. Nasze plany na najbliższą przyszłość to zakończenie testów i wprowadzenie produktu na rynek.” – mówi Patrik Krizansky, odpowiedzialny za Business Development w Danubia NanoTech

Drugie miejsce i 10 000€ przyznano Atlant 3D z Łotwy, którego projekt umożliwia wykorzystywanie druku 3D do prototypowania mikro i nano systemów oraz urządzeń. Ostatnie miejsce na podium oraz nagrodę w wysokości 5 000€ otrzymał start-up V-Chiller z Węgier, autor urządzenia chłodzącego opartego na metodzie próżniowej.
Tegoroczna gala finałowa odbyła się w Krakowie podczas Impact’19 – jednego z najważniejszych wydarzeń gospodarczych w tej części Europy. Przed jury oraz publicznością, skupiającą m.in. inwestorów, przedstawicieli przemysłu, a także mediów, swoje produkty i usługi zaprezentowało 14 start-upów. Finaliści to laureaci rozgrywek na szczeblu krajowym, które odbyły się na Węgrzech, w Polsce, Czechach, Słowacji, Słowenii, Serbii, Litwie, Łotwie, Estonii, Rumunii, Bułgarii, Chorwacji, Turcji i Grecji. Nasz kraj reprezentował start-up FLYO Boards ze swoim projektem innowacyjnej deski surfingowej.

Danubia NanoTech najlepszym start-upem w regionie CEE. Finał PowerUp! 2019 rozstrzygnięty (1)„Warto podkreślić, że PowerUp! to konkurs nie tylko dla firm energetycznych. Szukamy rozwiązań dla przemysłu także z obszaru mobilności, technologii czystego powietrza, ciepłownictwa, cleantech czy szeroko pojętych technologii smart. Tym, co wyróżnia nas spośród innych konkursów dla start-upów jest wszechstronne i kompleksowe wsparcie w rozwoju działalności. Uczestnicy wiedzą, że oprócz nagród pieniężnych, czeka na nich także solidna dawka mentoringu, a nawet pomoc w pozyskaniu pierwszych partnerów czy klientów.” – tłumaczy Jakub Miler, dyrektor generalny InnoEnergy Central Europe.

Wszystkie finały, zarówno krajowe jak i główny, poprzedziły dwudniowe warsztaty, prowadzone przez uznanych coachów i mentorów biznesowych. Uczestnicy mieli wówczas szansę m.in. zweryfikować swoje modele biznesowe z oczekiwaniami rynku oraz udoskonalić umiejętność prezentacji. Dla wielu jednak, głównym powodem wzięcia udziału w PowerUp! jest perspektywa zaproszenia do prestiżowego akceleratora Highway® by InnoEnergy, jednego z najlepszych tego typu programów w Europie. Dostęp do inwestycji na poziomie 150 000€ i budowanego przez lata know-how InnoEnergy otwierają start-upom drzwi do rozwoju w skali międzynarodowej.

Po raz pierwszy w historii konkursu przyznano dodatkową nagrodę specjalną Clean Air Challenge Award. Otrzymał ją start-up Roofit.solar, producent materiałów do pokrycia dachów, będących jednocześnie panelami do wytwarzania energii. Sponsorem nagrody była firma Veolia, która tworzy, rozwija i wdraża innowacyjne rozwiązania, przyczyniając się do zrównoważonego rozwoju miast i przemysłu.

„W Polsce stan powietrza jest jednym z najważniejszych wyzwań, przed którymi stoją samorządy i przemysł. Dlatego wszystkie rozwiązania, które przyczyniają się do jego poprawy, zasługują na uznanie i wsparcie. Bardzo cieszę się, że firmy start-upowe tworzą nowe technologie w tym zakresie i podzielają misję Veolii – odnawianie zasobów świata i troskę o środowisko. Jestem dumny, że to właśnie Veolia jest pierwszym mecenasem nagrody Clean Air Challenge Award.” – powiedział Fabien Ferrer, wiceprezes zarządu i zastępca dyrektora generalnego grupy Veolia w Polsce.

Udział w konkursie to dla start-upów również szansa na spotkanie z wiodącymi przedstawicielami sektora energii czy cleantech. Wśród głównych partnerów tegorocznej edycji konkursu znalazły się firmy: RAFAKO, D.TEK, ZSE Group oraz Enerjisa, którzy wśród prezentowanych rozwiązań szukali obiecujących technologii.

Michał Maćkowiak, Head of Innovation w RAFAKO S.A. tłumaczy: „PowerUp! jest dla nas szansą na poznanie najnowszych trendów i rozwiązań z obszarów, które uważamy za przyszłościowe i bliskie działalności RAFAKO, a więc m.in.: elektromobilności, odnawialnych źródeł energii, paliw alternatywnych czy magazynów energii. To również świetna okazja do wymiany wzajemnych doświadczeń z innymi partnerami konkursu.”

“Szukamy rozwiązań w zakresie produkcji gazu i węgla, wytwarzania ciepła, energii odnawialnej, budowy sieci, e-mobilności, efektywności energetycznej i obsługi klienta.” – dodaje Emanuele Volpe, DTEK Chief Innovation Officer.

“Grupa ZSE nieustannie oferuje innowacyjne rozwiązania energetyczne swoim klientom i współpracuje z innowacyjnym ekosystemem w sektorze energetycznym. PowerUp! zapewnia wyjątkową możliwość uczenia się od inspirujących startupów energetycznych i wspierania ich.” – mówi Andrej Juris, Executive Director and Chairman of the Board of Directors, Západoslovenská distribučná (ZSD).

Fezal Okur, Chief Strategy and Business Development Officer Enerjisa Enerji AS wyjaśnia: “Jako Enerjisa wierzymy, że zrównoważone rozwiązania mogą być tworzone tylko poprzez partnerstwo wszystkich interesariuszy. Innowacyjne i sprawne rozwiązania, zorientowane na najważniejsze problemy urbanizacyjne i stawiające w centrum klienta, są celem Enerjisa. W związku z tym, jesteśmy dumni z bycia częścią PowerUp!, konkursu dla start-upów, który łączy nas z najbardziej imponującymi pomysłami w całej Europie. ”

W jury konkursu zasiadali Jakob Ruiter, CEO InnoEnergy Benelux oraz reprezentanci tegorocznych partnerów konkursu: DTEK, RAFAKO, ZSE Energia i Enerjisa. Gospodynią wieczoru była LJ Rich, dziennikarka i prezenterka, znana m.in. z programu BBC News’ Click oraz Radio 5 Live. Na scenie, oprócz uczestników tegorocznej edycji, zaprezentowali się przedstawiciele start-upów HYGEN, Gradis i Skeleton Technologies, którym fundusz InnoEnergy pomógł rozwinąć skrzydła w poprzednich latach. W ramach panelu success stores podzielili się z publicznością swoim przepisem na biznesowy sukces.

InnoEnergy jest funduszem wspieranym przez Europejski Instytut Innowacji i Technologii (EIT).

Brexit pogrąża funta

Wtorek przyniósł chwilową poprawę nastrojów względem brytyjskiej waluty. Dziś jednak waluta znowu traci. Co stoi za tymi zmianami?

Po dwóch tygodniach spadków, wczoraj w ciągu dnia brytyjska waluta doświadczyła umocnienia. Było to po tym, jak rynek obeszła wiadomość, że brytyjscy posłowie będą mogli zagłosować nad drugim referendum ws. Brexitu. Euforia nie trwała jednak długo. Theresa May warunkuje głosowanie akceptacją jej umowy z UE, a na to nie ma zbyt wielkich szans. Coraz więcej Torysów, nawet tych popierających umowę May w ostatnim głosowaniu, obecnie sugeruje, że zagłosuje przeciwko porozumieniu.

Z kolei polski złoty nadal pozostaje dość stabilny. Po wczorajszych niezłych danych z krajowego rynku pracy, dziś nadeszły minimalnie wyższe od i tak wysokich oczekiwań dane o produkcji przemysłowej w kwietniu. Ostatnie odczyty wskazują na to, że polska gospodarka weszła w drugi kwartał z przytupem, jednak istotnie nie wpływają na zachowanie polskiego złotego.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,30-4,31. Para EUR/USD wczoraj zakończyła dzień lekkim osłabieniem. Wspólnej europejskiej walucie nie pomogła poprawa nastrojów w strefie euro odzwierciedlona we wzroście indeksu zaufania konsumentów w maju. Indeks w relacji do poprzedniego miesiąca podskoczył o 0,8 punktów do poziomu -6,5, pokazując pewną poprawę.

Dzisiejsze poranne przemówienie prezesa EBC również przeszło bez większego echa, nie zawierało bowiem istotniejszych sugestii względem perspektyw polityki monetarnej banku centralnego.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,89-4,92. Dzisiejsze dane o inflacji w Wielkiej Brytanii pokazały niższą dynamikę od oczekiwań. Inflacja CPI wprawdzie nieco wzrosła, jednak indeks bazowy pozostał na poziomie z poprzedniego miesiąca. Wpływ publikacji na rynek był dość niewielki. Niższa inflacja wprawdzie oznacza nieco niższe perspektywy podwyżek stóp ze strony Banku Anglii, jednak inwestorzy są zdania, że Bank raczej nie będzie podejmował decyzji w kontekście stóp przed rozwiązaniem kwestii Brexitu, a to może odwlekać się w czasie.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 3,85-3,87. Amerykańska waluta zakończyła wczorajszy dzień lekkim umocnieniem w relacji do głównych walut. Początek tygodnia nie przyniósł zbyt wielu istotnych informacji z USA, dziś jednak warto zwrócić uwagę na wieczorną publikację „minutek” z ostatniego posiedzenia FOMC. Będzie ona istotna z uwagi na dość dużą różnicę między neutralną retoryką decydentów, a rynkiem, spodziewającym się obniżek stóp procentowych. Kontrakty fed fund futures sugerują, że wyceniane prawdopodobieństwo obniżki stóp przed końcem roku wynosi blisko 70%. Prędzej czy później retoryka decydentów i oczekiwania rynku powinny zacząć zbiegać się do jednego punktu: zachowanie amerykańskiej waluty w istotnym stopniu będzie zależne od tego, gdzie znajdzie się ów punkt.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 16:00 – przemawia John Williams z FOMC
  • 16:10 – przemawia Raphael Bostic z FOMC
  • 20:00 – „minutki” z ostatniego spotkania FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Wyniki finansowe GK RAFAMET w pierwszym kwartale 2019 roku

Prezes F.O. RAFAMET E. Longin Wons
Prezes F.O. RAFAMET E. Longin Wons

Grupa Kapitałowa RAFAMET podsumowuje wyniki finansowe uzyskane w I kwartale bieżącego roku. W odniesieniu do analogicznego okresu 2018 roku, Grupa uzyskała porównywalne przychody, których większa część zrealizowana została na rynkach zagranicznych.

Wyniki finansowe GK RAFAMET w pierwszym kwartale 2019 roku

W I kwartale 2019 roku Grupa Kapitałowa RAFAMET uzyskała przychody ze sprzedaży w wysokości 24 mln złotych. W analogicznym okresie roku 2018 przychody te wyniosły 29 mln. Grupa Kapitałowa RAFAMET w I kwartale 2019 roku osiągnęła zysk netto w wysokości 194 tys. zł.

Większą część swoich przychodów RAFAMET S.A. (jednostka dominująca GK) zrealizowała na rynku zagranicznym. Sprzedaż na ten obszar w omawianym okresie wyniosła 13 mln, co stanowi ponad 85,3% ogółu sprzedaży  – Należy zaznaczyć, iż w tym roku udział krajowego rynku zbytu obrabiarek znacząco wzrośnie, co potwierdza wysoką dynamikę polskiej gospodarki w branży kolejowej – informuje Prezes Zarządu firmy RAFAMET, E. Longin Wons.

W I kwartale br. Spółka podpisała szereg umów z odbiorcami z zagranicy oraz Polski. Mowa o kontraktach z firmą STADLER SERVICE AG Szwajcaria, której przedmiotem jest dostawa tokarki podtorowej UGE 300 N przeznaczonej dla zakładu w Baku, w Azerbejdżanie a także z firmą NEWAG S.A. Nowy Sącz, której przedmiotem jest dostawa, montaż i uruchomienie: tokarki portalowej z napędem ciernym typu UFD 140 N oraz dwóch sztuk tokarek kłowych typu TCG 135 N. W tym okresie zawarto także umowę z odbiorcą z Indii na dostawę portalowej tokarki kołowej 125 N, jak również z klientem z Czech na dostawę ciężkiej tokarki podtorowej UGE 300 N.

W I kwartale br. podpisano także kontrakt na dostawę tokarki kłowej TRB 155 CNC x 4000 dla tureckiego klienta z branży stalowej. Warto w tym wypadku zaznaczyć, że jest to powrót marki PORĘBA, której właścicielem jest RAFAMET S.A. do Turcji po kilku latach nieobecności .

– Wypracowane wyniki są zadowalające. Warto jednak pamiętać, że dla firmy pierwsze dwa kwartały roku są zawsze trudniejsze z uwagi na tradycyjnie nierównomierną kontraktację na przestrzeni całego roku (większość kontraktów podpisywanych jest w czwartym kwartale roku). Dla oceny wyników finansowych Spółki najbardziej odpowiednim okresem jest więc cały rok kalendarzowy – przypomina Prezes Zarządu RAFAMET S.A.

***Magdalena Matusik/Adventure Media

Tradycyjni sprzedawcy w starciu z e-commerce. Kto wygra walkę na innowacje?

Interaktywne lustra, nowatorskie koszyki – tak tradycyjni sprzedawcy walczą o klienta, który coraz chętniej robi zakupy w sieci, a co za tym idzie, rzadziej odwiedza salony sprzedaży. Sklepy internetowe nie pozostają dłużne, wprowadzając kolejne udogodnienia i usługi. Na handlowym wyścigu zbrojeń najbardziej zyskują dopieszczeni jak nigdy wcześniej klienci.

Dynamiczny rozwój rynku e-commerce to dla tradycyjnych sprzedawców ogromne wyzwanie. Z danych opublikowanych przez PwC wynika, że 17 proc. Polaków kupuje za pomocą smartfona przynajmniej raz w tygodniu, a 47 proc. deklaruje chęć robienia zakupów spożywczych online. Z raportu “Polacy na zakupach” dowiemy się również, że już teraz 23 proc. respondentów zamawia przez internet produkty pierwszej potrzeby, a 37 proc.  zamierza to robić w przyszłości. Utrata klientów, którzy zamiast szukać produktów na sklepowych półkach, wolą z domowego zacisza zamówić je przez internet, dla tradycyjnych sprzedawców oznacza nie tylko malejące przychody, lecz w niektórych przypadkach nawet utratę płynności finansowej i zakończenie działalności.

Firmy, które zbudowały swój model biznesowy na tradycyjnych punktach sprzedaży, nie poddadzą się bez walki, wiedzą bowiem doskonale, że spora część społeczeństwa woli przyjrzeć się ofercie z bliska lub najzwyczajniej w świecie czerpie przyjemność z wypraw do świątynek konsumpcjonizmu. Aby zachować konkurencyjność, o takich klientów należy walczyć ze wszystkich sił. A jak to robić, jeśli nie poprzez wdrażanie atrakcyjnych innowacji? To dlatego coraz więcej firm trudniących się sprzedażą fizyczną inwestuje na potęgę w nowe technologie i poszukuje kreatywnych rozwiązań zwiększających satysfakcję klienta.

Tajemnicze koszyki Sephory

Tradycyjni sprzedawcy w starciu z e-commerceNiedawno internet obiegło zdjęcie nietypowego wyposażenia sklepu z perfumami, zdaniem ekspertów idealnie oddające to, czym jest nowoczesne podejście do tworzenia prokonsumenckich innowacji. Przedstawia od dwa rodzaje koszyków zakupowych: czerwone – przeznaczone dla osób zainteresowanych pomocą sprzedawcy, i czarne – przeznaczone dla klientów, którzy wolą robić zakupy samemu i nie życzą sobie zbędnego kontaktu z pracownikami. Udało się nam dowiedzieć, że wprowadzono je do użytku w ramach testowego projektu w wybranych perfumeriach Sephory w Kanadzie i Rumunii. W oparciu o ewaluację projektu ma zostać podjęta decyzja o umieszczeniu podobnych koszyków w innych krajach.

O to, w jaki sposób powstają tego typu rozwiązania, zapytaliśmy Irka Piętowskiego, konsultanta innowacji z firmy DT Makers, specjalizującej się w projektach realizowanych metodą design thinking. – Wszystko zaczyna się od pogłębionego wywiadu, poznania klienta i zbadania jego potrzeb. Tak prawdopodobnie było i w tym przypadku. Twórcy projektu dowiedzieli się, że część klientów narzeka na nachalność sprzedawców, podczas gdy reszta ceni sobie ich pomoc. Jak rozwiązać taki problem? Najlepiej poprzez burzę mózgów, na której pada setki pomysłów. Kolejny etap to prototypowanie. To dzięki niemu dowiadujemy się o aspektach, które wymagają udoskonalania – wyjaśnia Piętowski.

Z jego doświadczenia wynika, że przy realizacji projektów metodą design thinking na światło dzienne wychodzą najróżniejsze problemy, a powstające w procesie kreatywnym rozwiązania bywają tak oryginalne, że nie powstydziliby się ich najwięksi wynalazcy. Nic więc dziwnego, że na Zachodzie takie marki jak Carrefour, Tesco czy Zara, zachęcone efektami, korzystają z design thinking coraz częściej. – Sprzedawcy detaliczni sięgają po kreatywne metody rozwiązywania problemów, ponieważ rozumieją wagę customer experience. Trudno zadowolić klienta, jeśli nie zbada się jego zachowań na najgłębszym poziomie, wczuwając się w jego życiową sytuację, potrzeby i pragnienia. Dopiero poznawszy człowieka w ten sposób, możemy właściwie dopasować rozwiązanie. Nie zawsze musi to być nowa, kosztowna technologia. Genialne innowacje to również te proste i niskobudżetowe. Ważne, aby trafiały w punkt – dodaje Irek Piętowski.

Ten punkt widzenia znajduje odzwierciedlenie w badaniach Adobe. Okazuje się, że firmy, które kierują się filozofią designu, świadomie stawiają klienta na pierwszym miejscu. 46 proc. spośród największych organizacji tego typu powołuje się na więź emocjonalną z klientem jako definiującą cechę zaawansowanego projektowania. Co ciekawe, aż 50 proc. firm określanych mianem design-led chwali się rosnącą liczbą lojalnych klientów. W przypadku Sephory wdrażanie innowacji mających zwiększyć komfort klienta jest szczególnie istotne, gdyż jak podaje PwC, leki i kosmetyki kupuje w sieci aż 75 proc. konsumentów. Przekonanie do siebie niewielkiej części tej grupy to prawdziwa mission impossible. Przy bieżącym tempie rozwoju rynku e-commerce utrzymanie obecnego klienta to już ogromny sukces.

Lustereczko, powiedz przecie…

Domowa PrzymierzalniaZ problemem migracji klientów do e-sklepów boryka się również branża odzieżowa. Według PwC to właśnie ubrania i obuwie są najczęściej kupowanymi w sieci produktami. Z raportu “Polacy na zakupach” wynika, że w takie produkty zaopatruje się online aż 79 proc. respondentów. Są to potencjalni klienci tradycyjnych sklepów odzieżowych, które robią wszystko, by przyciągnąć ich do siebie. “Wszystko” oznacza m.in. eksperymentowanie z takimi technologiami, jak wirtualne lustra, dzięki którym za zakupy zapłacimy już w przymierzalni. Niedawno w warszawskim centrum handlowym Blue City futurystyczne rozwiązania firmy Abyss Glass testowała sportowa marka 4F. Klienci jej sklepu w przygotowanych na tę okazję wirtualnych przymierzalniach mogli zapłacić za wybrane produkty, wpisując kod BLIK bezpośrednio na taflach luster. Jest to możliwe dzięki technologii RFID, która automatycznie rozpoznaje ubrania wnoszone do przymierzalni i wyświetla je na urządzeniu. Wszystko odbywa się bez udziału kamer, które w takich miejscach jak przymierzalnie są z oczywistych powodów nie do zaakceptowania.

Dzięki lustrom Abyss Glass klienci sklepu mogą również domówić odpowiedni rozmiar ubrania lub zapoznać się ze spersonalizowaną ofertą dodatków, automatycznie dopasowaną do przymierzanych elementów garderoby, i poprosić obsługę o ich przyniesienie. Lustra mają również wyświetlać informację o materiale, z jakiego wykonane jest ubranie, o kolekcji oraz cenie.

O to, jak narodził się pomysł na produkt, który jak żaden inny wzbudza zainteresowanie marek modowych, spytaliśmy jego twórcę, Arkadiusza Adamka. – Wszystko zaczęło się w 2015 roku. Przeglądając internet, natrafiliśmy na rozwiązanie oferowane przez holenderskiego majsterkowicza, który instruował, jak zbudować interaktywne lustro do zastosowania domowego. Zainteresowaliśmy się tematem i zaczęliśmy analizować rynek. Okazało się, że w tamtym czasie nie był to ogólnodostępny popularny produkt, który można było po prostu kupić – wspomina Adamek.

Mobilizacja sił po stronie tradycyjnych sprzedawców detalicznych nie została bez odpowiedzi. Na innowacje prześcigają się również firmy z branży e-commerce, lecz przede wszystkim konkurują one między sobą, dokładając wszelkich starań, aby zwiększyć obroty oraz pulę stałych klientów. Walka o konsumenta przyzwyczajonego do robienia zakupów w punktach handlowych zeszła na drugi plan. Stało się tak przede wszystkim dlatego, że poziom smartfonizacji społeczeństwa oraz cyfrowej dojrzałości Polaków samoistnie nakręca rozwój całej branży. Niemniej, w trosce o rynkową pozycję internetowi sprzedawcy dwoją się i troją, aby dopracować oferowane przez siebie usługi. Najlepszym tego przykładem jest polska firma Muscat, o której mówi się, że customer experience ma opanowane do perfekcji.

Domowa Przymierzalnia

Na pierwszy rzut oka widać, że jej pomysł na biznes tkwi w prostocie. Ta polska marka sprzedaje okulary – stylowe, a zarazem w rozsądnych cenach. Każdy egzemplarz jest ręcznie robiony, więc w porównaniu z sieciówkami optycznymi Muscat oferuje klientom znacznie solidniejszy produkt. Doskonała oferta na nic by się jednak nie zdała, gdyby nie wyjątkowy model sprzedaży internetowej. Jego kluczowym elementem jest domowa przymierzalnia – usługa, którą mogą się pochwalić tylko liderzy e-commerce branży modowej.

Jak to wygląda w praktyce? Po odwiedzeniu sklepu internetowego Muscat można wybrać 5 modeli oprawek, które chcemy przymierzyć w domu. Mamy na to 5 dni, a przymiarka jest bezpłatna i nie zobowiązuje do zakupu. Potencjalny przyszły klient otrzymuje darmową paczkę z zestawem produktów. W ten sposób może obejrzeć okulary z bliska i ocenić ich wykonanie – podobnie jak podczas wizyty w punkcie sprzedaży. Usługa jest wyjściem naprzeciw oczekiwaniom klientów, którym brakuje czasu na odwiedzenie salonu lub nie czują się komfortowo, przymierzając okulary w czyimś towarzystwie. Uruchomienie jej stało się możliwe dzięki outsourcingowi logistyki do zewnętrznego operatora – firmy Omnipack – który w pełni skoordynował ten proces. Sprawne konfekcjonowanie i przygotowywanie zestawów do przymiarki sprawia, że okulary trafiają do zainteresowanych w kolejny dzień roboczy po dokonaniu zamówienia. – Ze względu na zainteresowanie Domową Przymierzalnią, rotacja produktów jest bardzo duża. Dlatego w magazynie Omnipack stworzyliśmy specjalne stanowisko dedykowane tej marce. Powołaliśmy również zespół, który zajmuje się wyłącznie jej obsługą. W specjalnie zaprojektowanych kuwetach przechowujemy wszystkie modele, a sama konstrukcja regału dostosowana jest do okularów. Dzięki temu możemy łatwo reagować na zmienne wolumeny w ciągu dnia, optymalizując pod ich kątem dostawę przesyłek. Tak zaplanowany proces spełnia swoje zadanie, szczególnie gdy kurier odbiera je co kilka godzin – tłumaczy jak za kulisami wygląda obsługa wymagającego klienta Rafał Szcześniewski, COO i założyciel Omnipack.

Siła sklepu internetowego Muscat tkwi w doskonale zorganizowanych i działających jak szwajcarski zegarek procesach logistycznych. Już niebawem jego klienci, obok Domowej Przymierzalni, będą mogli skorzystać z same day-delivery (dostarczenie przesyłki w dniu zamówienia). To kolejna usługa premium, która na Zachodzie cieszy się sporą popularnością. W Polsce zainteresowanie nią nadal rośnie, jednak wciąż daleko nam takich państw, jak Niemcy, Wielka Brytania czy USA.

W pogoni za nowatorskimi rozwiązaniami, zarówno u sprzedawców tradycyjnych, jak również internetowych, widoczny jest wspólny aspekt. Jest nim klientocentryczność. Innowacje, którym brakuje tego pierwiastka, skazane są na porażkę. Wejść w buty klienta i zrozumieć jego potrzeby to misja, która dla sprzedawców detalicznych jest dziś bardziej istotna, niż kiedykolwiek wcześniej, a dzięki nowym technologiom również zaspokojenie tych potrzeb wydaje się być łatwiejsze. Tymczasem praktyka pokazuje, że potrafią to zrobić tylko najlepsi i to oni w najbliższych latach rozdawać będą karty.

Brexit znów w nagłówkach. Kurs funta poniżej 4,90 zł.

Przez chwilę mogliśmy odetchnąć od tematu wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, ale nic nie trwa wiecznie. Po fiasku poprzednich prób rozwiązania zagmatwanej sytuacji wraca pomysł ponownego referendum. Rozwiązanie pozornie wydaje się bardzo dobre, posiada jednak kilka istotnych wad…

Próba wyjścia z brexitowego impasu

Klincz, w którym znalazły się główne brytyjskie partie w kontekście opuszczenia Wspólnoty, sprawia wrażenie niemożliwego do rozerwania bez wdrożenia radykalnych posunięć. W tym celu premier Theresa May zaproponowała ponowne referendum. Na pierwszy rzut oka jest to słuszna propozycja. Ma jednak przynajmniej dwie bardzo poważne wady. Po pierwsze, oznacza, że pewne zagadnienia mogą być głosowane do momentu osiągnięcia wyniku, który odpowiada określonym grupom. Mogłoby to mieć fatalne skutki dla demokracji bezpośredniej. Po drugie, co zdaje się nawet istotniejszą kwestią: jak sformułować pytanie w takim referendum i czy zadać tylko jedno, czy może powinno się pojawić kilka koncepcji do wyboru. Dobrym dowodem na to, jak istotne są to komplikacje, jest fakt, że premier byłaby skłonna zgodzić się na ponowny plebiscyt pod pewnym warunkiem. Możliwość jeszcze jednego głosowania zostanie wpisana do ustawy (następnie przyjętej przez parlament) akceptującej umowę wyjścia, którą wcześniej sama wynegocjowała. Rynki początkowo zareagowały entuzjastycznie, jednak po chwili wrócił pragmatyzm i kurs waluty spadł w miejsce, z którego zaczynał wzrost.

Słabsze dane z Wysp

Wielka Brytania to nie tylko niepokoje związane z przyszłością projektu pt. Brexit. To również słabsze dane z gospodarki. Wczoraj poznaliśmy wskaźnik zamówień wg. CBI. Uzyskał on wynik -10 pkt wobec oczekiwanych -5 pkt. Oznacza to, że zgodnie z badaniem Konfederacji Brytyjskiego Przemysłu zamówienia maleją. Spadające zamówienia to bardzo negatywny sygnał dla gospodarki, sugerujący pogorszenie innych parametrów. Słabszą kondycję widać też na kursie funta. Po górce na 5,04 zł z 6 maja nie ma już śladu. Od tego czasu brytyjska waluta znajduje się na równi pochyłej. W przeciągu przeszło dwóch tygodni straciła względem złotego ponad 3%, spadając poniżej 4,90 zł.

Produkcja przemysłowa w Polsce

Dziś rano poznaliśmy dane na temat wzrostu produkcji przemysłowej. Rośnie ona o 9,2% wobec oczekiwanych 9,1%. Delikatnie powyżej oczekiwań wypadły również odczyty koniunktury konsumenckiej. Przy tak dużych wzrostach nie może dziwić, że w górę pną się także ceny produkcji. Ten parametr budzi lekki niepokój. Większe koszty produkcji to albo niższe marże, albo mniej pieniędzy w naszych portfelach. Rynek zareagował na te dane pozytywnie, umacniając złotego względem głównych walut o ok. pół grosza.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych, aczkolwiek warto mieć na uwadze, że o 20:00 poznamy protokół z posiedzenia FOMC. Jest to kluczowy dokument dla przewidywań zmian stóp procentowych w USA, a tym samym dla dolara amerykańskiego.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Budowa instalacji nawozowych w ANWILU rozpoczęta

ANWIL z Grupy ORLEN rozpoczął budowę dwóch z trzech instalacji do produkcji nawozów azotowych. Inwestycja, której całkowita wartość wyniesie około 1,3 mld zł umożliwi w połowie 2022 roku wzrost mocy wytwórczych ANWILU o około 50 procent. Realizacja projektu to odpowiedź na zapotrzebowanie na wysokojakościowe produkty ze strony polskich rolników. To także istotny krok w kierunku zmniejszenia importu nawozów.

anwil budowaNa terenie chemicznej firmy powstaną trzy nowe instalacje produkcyjne ciągu nawozowego: instalacja do produkcji kwasu azotowego, instalacja do produkcji roztworu azotanu amonu (tzw. neutralizacja) i instalacja do produkcji nawozów metodą granulacji bębnowej.

W środę, 22 maja 2019 r. został wmurowany kamień węgielny pod budowę instalacji kwasu azotowego i neutralizacji, będących kluczowym etapem realizacji inwestycji.

anwilWzmacnianie pozycji ANWILU w stosunku do konkurentów to jeden z naszych priorytetów. Rozbudowa kompetencji w obszarze nawozów azotowych przez włocławską spółkę to wymierne korzyści dla całej Grupy ORLEN, ale też regionu i polskich rolników. Poprzez zwiększenie oferty wysokojakościowych produktów przyczynimy się bowiem do zapewnienia Polsce bezpieczeństwa żywnościowego – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

ANWIL jest jedynym polskim wytwórcą nawozów dysponującym rzeczywistym potencjałem do zwiększenia ich produkcji. Aktualne moce produkcyjne spółki w obszarze nawozów powodują bowiem, że dysponuje ona do 35 proc. nadwyżki amoniaku, której naturalnym odbiorcą są producenci nawozów. Dzięki realizowanej inwestycji ANWIL będzie mógł zagospodarować te wolumeny i uplasować na rynku gotowy, wysokojakościowy produkt w postaci nawozów azotowych, bez utraty marży.

Umowa na projektowanie, dostawy oraz budowę w systemie „pod klucz” instalacji kwasu azotowego o wydajności niemal 1 300 ton dziennie oraz neutralizacji o wydajności 1 200 ton dziennie została zawarta pod koniec kwietnia 2019 r. z firmą thyssenkrupp Industrial Solutions AG.

To pierwszy z trzech najważniejszych kontraktów, jakie zostaną podpisane w ramach strategicznego dla rozwoju włocławskiej spółki projektu. Dwa pozostałe będą dotyczyć budowy instalacji granulacji oraz instalacji pomocniczych.

Uruchomienie w połowie 2022 roku trzeciego ciągu nawozowego zwiększy zdolności produkcyjne ANWILU o około 50 procent – z 966 tys. ton do 1 461 tys. ton rocznie. Jego uruchomienie wzbogaci portfolio produktowe chemicznej firmy o saletrę grubą, saletrosiarczan amonu, saletrzak z siarką i saletrzak z magnezem o ulepszonych własnościach granuli.

anwil orlen– ANWIL stanowi integralny element Grupy ORLEN, która dba o rozwój regionu w każdym miejscu, w którym funkcjonuje. Ma to pozytywny wpływ na sytuację lokalnej społeczności. Już teraz –zatrudniając ponad 1300 osób – jesteśmy jednym z największych pracodawców na Kujawach i Pomorzu, a liczba ta po zrealizowaniu inwestycji nawozowej zwiększy się o kolejnych 100 miejsc pracy. – podkreśla Agnieszka Żyro, Prezes Zarządu ANWIL S.A.

Włocławska spółka z Grupy ORLEN jest też jednym z największych płatników podatków przekazywanych do budżetu miasta. Za 2018 rok spółka odprowadziła 70 mln zł podatku, z czego prawie 50 procent lokalnie, bo aż 35 mln zł. W związku z rozwojem aktywów produkcyjnych we Włocławku wpływy z podatku, które pozostaną w regionie, mogą wzrosnąć aż o ok. 50 mln zł rocznie.

Mubi – nowa porównywarka ubezpieczeniowa chce zdobyć polski rynek

Na polskim rynku internetowych porównywarek ubezpieczeniowych zadebiutowała marka Mubi. Stawia na wygodny i prosty w obsłudze serwis oraz możliwość szybszego porównania ofert ubezpieczenia samochodu.

Dobrą koniunkturę na rynku porównywarek ubezpieczeń komunikacyjnych napędza lawinowo rosnąca liczba samochodów jeżdżących po polskich drogach. Z danych Instytutu Badania Rynku Motoryzacyjnego Samar wynika, że tylko w 2018 r. sprowadzono do naszego kraju prawie milion aut używanych. Do tego zarejestrowano przeszło 520 tys. nowych samochodów osobowych. Oznacza to, że w ciągu ostatniego roku w sumie przybyło prawie 1,6 mln aut, a łączna liczba samochodów poruszająca się po polskich drogach przekracza 22 mln.

Polski sektor porównywarek ubezpieczeniowych jest perspektywiczny, i mimo że konkurencja jest mocna, naszym zdaniem wciąż jest miejsce dla nowych graczy, takich jak Mubi. W modelu biznesowym będziemy się koncentrować na doświadczeniach użytkowników, zapewniając im możliwość najłatwiejszego na rynku porównania wielu ofert ubezpieczeniowych w jednym miejscu. Chodzi o to, aby każdy kierowca mógł szybko znaleźć i kupić optymalne ubezpieczenie. Plany mamy rozsądne, do końca roku chcemy być w czołówce porównywarek ubezpieczeniowych w kraju – komentuje Michał Laskowski, odpowiedzialny za rozwój marki Mubi.

W gronie inwestorów, którzy zdecydowali się wesprzeć projekt są m.in. Marcin Ślotała, szef MJM Holdings, Jacek Olechowski, prezes Mediacap oraz fundusz Solter Capital. Mubi pozyskało także finansowanie od Wirtualna Polska Holding SA.

Kampania promocyjna

Wprowadzeniu marki Mubi na polski rynek towarzyszy kampania reklamowa. Działania obejmują kanały tematyczne stacji Polsat, TVP i TVN, kanały internetowe Ipla i Player, a także serwisy online, m.in. Google i Facebook.

Pojawiło się więcej deweloperskich „dziur w ziemi”

Jedna z niedawnych analiz portalu RynekPierwotny.pl potwierdziła, że przez ostatnie dwa lata wyraźnie zmniejszył się udział gotowych mieszkań w ofercie deweloperów. To nie jedyna interesująca zmiana widoczna na największych rynkach pierwotnych. Równie ciekawym zjawiskiem wydaje się wzrost rynkowego znaczenia mieszkań, na których ukończenie trzeba długo poczekać (czasem nawet więcej niż dwa lata). Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili dokładniej przeanalizować wspomnianą zmianę. Stanowi ona rezultat inwestycyjnej ofensywy podjętej przez deweloperów.

Na 11% mieszkań trzeba poczekać dłużej niż przez 2 lata

Analiza RynekPierwotny.pl dotycząca mieszkań z długim terminem ukończenia, oprócz aktualnej sytuacji (na koniec kwietnia 2019 r.) uwzględnia również stan największych rynków pierwotnych sprzed dwóch lat. W pierwszej kolejności warto przyjrzeć się informacjom, które eksperci RynekPierwotny.pl zaprezentowali na poniższym wykresie. Przedstawia on udział mieszkań deweloperskich w zależności od terminu ukończenia. Prezentowane statystyki RynekPierwotny.pl z końca kwietnia 2019 roku, dotyczą sześciu największych metropolii (Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań i Gdańsk). Skumulowany rozkład nowych mieszkań z tych miast, pod względem terminu ukończenia przedstawia się następująco:

  • mieszkania oddane do użytku – 11% oferty pod koniec kwietnia 2019 r.
  • mieszkania z terminem ukończenia do 3 miesięcy – 3%
  • mieszkania z terminem ukończenia od 3 miesięcy do 6 miesięcy – 6%
  • mieszkania z terminem ukończenia od 6 miesięcy do 12 miesięcy – 25%
  • mieszkania z terminem ukończenia od 12 miesięcy do 24 miesięcy – 44%
  • mieszkania z terminem ukończenia powyżej 24 miesięcy – 11%

Uwagę zwraca fakt, że nowe mieszkania, na które trzeba poczekać od 12 do 24 miesięcy stanowią bardzo dużą część oferty deweloperskiej. Budowa takich lokali w większości przypadków już trwa. Można to wywnioskować biorąc pod uwagę przeciętny czas budowy mieszkań przez polskich deweloperów (ok. 22 miesiące – 24 miesiące). Jeszcze ciekawsza sytuacja dotyczy „M”, które inwestorzy mają oddać do użytku za więcej niż 2 lata. Udział takich mieszkań z najdłuższym terminem ukończenia został specjalnie wyróżniony na poniższym wykresie.

Wspomniane lokale, które często nie znajdują się nawet na etapie „dziury w ziemi”, stanowią od 8% (Warszawa/Gdańsk) do 17% (Poznań) całej oferty deweloperów. W takich metropoliach jak Warszawa, Łódź i Poznań, mamy do czynienia z bardzo ciekawą sytuacją. Chodzi o to, że mieszkań cechujących się ponad dwuletnim terminem ukończenia jest więcej niż gotowych lokali. Taka dysproporcja okazuje się szczególnie duża w Poznaniu.

Termin ukończenia lokali RP wyk.1

Prawdziwy rynkowy przewrót dokonał się w Poznaniu …

Sytuację dotyczącą mieszkań deweloperskich z długim terminem ukończenia, warto przeanalizować w perspektywie dwóch ostatnich lat. Informacji potrzebnych do takiego porównania dostarcza poniższa tabela. Zestawienie opierające się na danych RynekPierwotny.pl pokazuje, jak od końca kwietnia 2017 r. do końca kwietnia 2019 r. zmienił się rynkowy udział mieszkań deweloperskich z terminem ukończenia wynoszącym 12 miesięcy – 24 miesiące, a także ponad 24 miesiące.

Jeżeli chodzi o lokale cechujące się najdłuższym terminem ukończenia, to dwa lata temu prawie w ogóle nie było ich na terenie Warszawy, Wrocławia, Poznania i Gdańska. Ze względu na dobrą sprzedaż zachęcającą do planowania wieloetapowych inwestycji, udział takich mieszkań wzrósł do 8% (Warszawa), 11% (Wrocław), 8% (Gdańsk) oraz 17% (Poznań). W Stolicy Wielkopolski portal RynekPierwotny.pl odnotował także bardzo duży wzrost udziału mieszkań z terminem ukończenia wynoszącym 12 miesięcy – 24 miesiące. Budowa takich lokali ruszyła, gdy inwestorzy zauważyli, że podaż jest zbyt niska w stosunku do popytu. Inwestycyjna ofensywa dopiero za jakiś czas wpłynie na udział gotowych mieszkań od dewelopera.

Na razie znalezienie takich „M” w Poznaniu bywa bardzo trudne, a ich rynkowy udział wynosi zaledwie 3%.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Ponad 1,65 miliarda złotych obrotów Grupy Muszkieterów w pierwszym kwartale 2019 r.

Grupa Muszkieterów zakończyła pierwszy kwartał 2019 roku utrzymując podobnie wysoki wynik, jak przed rokiem. Obroty zarządzanych przez Grupę sieci sklepów Intermarché i Bricomarché w Polsce wyniosły w omawianym okresie ponad 1,65 miliarda złotych. Dobre wyniki to m.in. zasługa wytężonej pracy właścicieli supermarketów oraz pracowników centrali i sklepów. Na wypracowane obroty wpływ miał także rozwój składów budowlanych Bricomarché, a także trwający proces nowego zdefiniowania marki Intermarché.

Intermarché – optymistyczna platforma marki

Sieć supermarketów Intermarché wraz z przymarketowymi stacjami paliw wypracowała w pierwszym kwartale 2019 roku prawie 1,2 miliarda złotych obrotów. Dodatkowo w tym czasie z sukcesem otworzyła dwa nowe supermarkety. Oba sklepy są zlokalizowane w Tarnowie i rozpoczęły działalność w wyniku dołączenia do Grupy franczyzobiorcy, którego markety dotychczas funkcjonowały pod innym szyldem.

„Świeżo, tanio, z optymizmem” – pod tym hasłem sieć supermarketów spożywczych zakończyła pierwszy kwartał 2019 roku w ramach prowadzonej kampanii reklamowej. Jest ona zapowiedzią całkowicie nowej platformy marki Intermarché w Polsce. Kluczowe obszary, w których pozycjonowana jest obecnie sieć to przede wszystkim świeżość, bliskość, inspiracja i optymizm. Dzięki tym założeniom kupujący znajdą w Intermarché nie tylko świeże produkty najwyższej jakości, ale również codzienne inspiracje, dzięki którym bez trudu będą mogli prowadzić zdrowsze życie i lepiej się odżywiać. Innowacyjne zmiany w platformie marki obejmują także nowe standardy ekspozycji warzyw i owoców.

Marc Dherment
Marc Dherment

Z początkiem roku 2019 branża handlowa musiała stawić czoła utrudnieniu, jakim jest tylko jedna niedziela handlowa w miesiącu. Kolejną niesprzyjającą okolicznością było  przesunięcie świąt Wielkanocnych z pierwszego do drugiego kwartału. Cieszymy się, że pomimo takiego układu kalendarza oraz wprowadzonego ograniczenia, udało nam się utrzymać obroty naszej sieci na satysfakcjonującym poziomie. Ponadto także kwietniowe wyniki pokazują dobrą dynamikę obrotów w sklepach porównywalnych mówi Marc Dherment, Dyrektor Generalny Grupy Muszkieterów w Polsce i dodajeDodatkowo z sukcesem udało nam się zaprezentować naszym Klientom zupełnie nową, inspirującą platformę marki Intermarché. Mamy nadzieję, że wprowadzane innowacje pozwolą nam odpowiedzieć na potrzeby jeszcze szerszego grona konsumentów i patrzyć z optymizmem na wyniki do osiągnięcia przez sieć w kolejnych miesiącach.

Bricomarché rośnie w siłę i rozwija segment e-commerce

O udanym kwartale można mówić także w przypadku supermarketów Bricomarché. Obroty sieci z sektora „dom i ogród”, liczącej obecnie 158 punktów handlowych, wyniosły ponad 484 miliony złotych i były wyższe o ponad 16 proc. w porównaniu z analogicznym okresem w roku ubiegłym. Szczególnie dobre wyniki sieć odnotowała w zakresie produktów ogrodniczych i budowlanych – wzrosty o kilkadziesiąt procent. Wpływ na to miało wczesne rozpoczęcie sezonu, a także otwarcie ostatniego z sześciu  zaplanowanych składów budowlanych, które swoim zasięgiem obejmują całą Polskę.

Sieć również aktywnie wychodzi naprzeciw oczekiwaniom współczesnych klientów, którzy coraz częściej decydują się na zakupy przez Internet. W tym celu w 1 kwartale 2019 roku uruchomiona została nowa strona internetowa, dzięki której z e-zakupów mogą korzystać mieszkańcy siedmiu miejscowości: Konina, Skierniewic, Wałcza, Wągrowca, Zduńskiej Woli, Słupcy i Poznania. Takie rozwiązanie daje możliwość przeglądania i nabywania asortymentu online, na który obecnie składa się ponad 13 tysięcy artykułów. Ponadto, od lutego Klienci Bricomarché mogą korzystać z innowacyjnej usługi Click&Collect, która pozwala na odbieranie towaru zamówionego przez Internet, w specjalnie wyznaczonych do tego boksach – Bricomatach. Odbiór zamówień możliwy jest w dowolnym dniu tygodnia przez całą dobę. Na chwilę obecną z takiej usługi korzystać mogą mieszkańcy 5 miast: Nowego Tomyśla, Skierniewic, Wałcza, Wągrowca i Zduńskiej Woli. W ramach dostawy do Bricomatów sieć oferuje szeroką gamę produktów. Można w nich odebrać także towary o dużych gabarytach, co jest całkowicie unikatowe w tego typu rozwiązaniach.

Dodatkowo, w pierwszym kwartale 2019 roku sieć supermarketów Bricomarché poszerzyła się o kolejną lokalizację. Od 27 marca br. z bogatej oferty sklepu mogą także korzystać mieszkańcy Mławy.

W pierwszym kwartale tego roku z sukcesem udało nam się wprowadzić zapowiadane przez nas udogodnienia, jakimi niewątpliwie są usługi z zakresu e-commerce. Jesteśmy również dumni, że nasza siec została wyróżniona w rankingu najcenniejszych firm w Polsce – mówi dr Katarzyna Jańczak-Stefanide, Dyrektor Generalna sieci Bricomarché w Polsce i  dodaje Osiągane przez nas wyniki oraz przyznawane wyróżnienia są najlepszym dowodem na to, że obrana przez nas strategia zapewnia stały wzrost wartości rynkowej naszej sieci marketów typu „dom i ogród”. Na tym jednak nie koniec. Nie zwalniamy tempa i już teraz planujemy kolejne działania, w tym m.in. otwarcia nowych supermarketów.

Misje przyjazdowe do regionu Warmii i Mazur dla przedsiębiorców z Austrii i Niemiec

Samorząd Województwa Warmińsko Mazurskiego, w ramach którego działa Centrum Obsługi Inwestorów i Eksporterów 29.05.2019 r. organizuje przyjazdową misję gospodarczą dla przedsiębiorców z Austrii i Niemiec. Celami misji jest pomoc przedsiębiorcom z regionu Warmii i Mazur w nawiązaniu relacji biznesowych z przedsiębiorcami zza granicy, a także wypromowanie wiodących branż regionu. Podczas misji odbędzie się również prezentacja potencjału gospodarczego województwa pod kątem pozyskania partnerów eksportowej wymiany handlowej, budowania wizerunku Warmii i Mazur jako regionu atrakcyjnego w zakresie bezpośrednich inwestycji zagranicznych jak również wiarygodnego partnera biznesowego.

W dniu 29.05.2019 odbędzie się konferencja tematyczna w sali konferencyjnej Hotelu Kur w Olsztynie z udziałem zaproszonych przedsiębiorców z Austrii i Niemiec oraz regionu Warmii i Mazur, a także indywidualne rozmowy B2B pomiędzy przedsiębiorcami.

PROGRAM KONFERENCJI

09.15 – 09.30    – Rozpoczęcie Konferencji i powitanie Uczestników Piotr Gołacki PGC Kancelaria Konsultingowa, moderator spotkania
09.30 – 10.00    – Przedstawienie dobrych praktyk dotyczących bezpośrednich inwestycji zagranicznych w województwie warmińsko-mazurskim, dr hab. Rafał Warżała, Katedra Makroekonomii UWM
10.00 – 10.30    – Inwestycje firm niemieckich i austriackich w Polsce, dr hab. Rafał Warżała, Katedra Makroekonomii UWM
10.30 – 11.00    – Inwestycje firm polskich w Niemczech i Austrii, Mariola Zaręba, MZ Consulting
11.00 – 11.30    – Przedstawienie profili branżowych firm z Austrii i Niemiec oraz przedsiębiorstw z regionu Warmii i Mazur – uczestników przyjazdowej misji gospodarczej do Olsztyna
11.30 – 11.45    – Rejestracja uczestników spotkań B2B
11.45 – 12.00    – Przerwa kawowa
12.00 – 14.15    – Spotkania B2B

Umowy zlecenie i o dzieło z obowiązkowymi składkami społecznymi?

W ostatnich dniach wiele mówi się o „teście przedsiębiorców”, a tymczasem planowana jest jeszcze inna niekorzystna zmiana. Niekorzystna, bo być może z tytułu umowy zlecenie lub umowy o dzieło mniej pieniędzy zostanie wykonawcom „na rękę”, a na przedsiębiorców zostaną nałożone kolejne daniny na rzecz ZUS.  

Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt
Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt

W załączniku nr 2 do załącznika do uchwały nr 31 Rady Ministrów z dnia 24 kwietnia 2019 roku możemy przeczytać, że – oprócz poboru składek – priorytetowym zadaniem ZUS jest osiągnięcie jak najwyższych przychodów. W wieloletnim planie finansowym na lata 2019–2022 założone jest uszczelnienie zasad podlegania ubezpieczeniom emerytalnemu i rentowemu z tytułu umów cywilnoprawnych. Dlatego też przed ZUS postawiono cztery główne cele:

  • uszczelnienie systemu poboru składek na ubezpieczenia społeczne od umów cywilnoprawnych,
  • ograniczenie unikania płacenia składek polegającego na zawieraniu umów cywilnoprawnych zamiast umów o pracę,
  • poszerzenie bazy przychodów z umów cywilnoprawnych, od których płacone są składki na ubezpieczenia społeczne,
  • wzrost wpływów do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.

Szacuje się, że dzięki tym działaniom w roku 2020 wpływ do budżetu z tytułu składek od umów zlecenie i umów o dzieło zwiększy się o 3,1 mld zł[1].

W obecnym stanie prawnym przy umowie zlecenie składki na ubezpieczenie emerytalne i rentowe są dobrowolne, jeśli z innej umowy, czy to o pracę, czy zlecenie, osiągamy co najmniej minimalne wynagrodzenie (2019 r. – 2250 zł). Zleceniobiorca płaci wtedy jedynie składkę zdrowotną. Powyższe nie dotyczy sytuacji, w której umowa zlecenie zawarta jest z własnym pracownikiem.

Kolejną możliwą zmianą jest „ozusowanie” umów o dzieło. Przypomnijmy, że dziś umowy o dzieło nie podlegają składkom ZUS. Daleko idącym krokiem mogłoby być „ozusowanie” również umów zleceń ze studentami/uczniami, które obecnie nie podlegają obowiązkowym składkom ZUS.

Drugi z celów, czyli ograniczenie unikania płacenia składek, polegające na zawieraniu umów śmieciowych zamiast umów o pracę, może spowodować lawinę kontroli. Miałyby one na celu sprawdzenie, czy zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło nie nosi znamion umowy o pracę. W takim przypadku niejednokrotnie będziemy mieli do czynienia z subiektywną oceną kontrolującego. W przypadku negatywnego wyniku kontroli ZUS może obciążyć składkami nawet do 5 lat wstecz.

Na konkretne działania wprowadzające poszerzenie bazy przychodów należy poczekać, obecnie nie ma jeszcze, przynajmniej oficjalnie, żadnego projektu zmiany przepisów.

[1] https://www.gov.pl/documents/1079560/1080340/Wieloletni_Plan_Finansowy_Pa%C5%84stwa_na_lata_2019-2022.pdf/5670accb-7813-a66f-4630-77a1ba173bbc

Co wspólnego mają cybergangi i korporacje?

W opinii publicznej zapisał się obraz hakera, jako młodego chłopaka w bluzie z kapturem. Tymczasem zaplecze badawcze F5 Networks[1] wskazuje, że cybergangi to porządnie zorganizowane firmy, co więcej, prawdopodobnie najbardziej innowacyjne na świecie.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland
Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

Lider zespołu, administrator sieci, data miner, specjalista ds. finansów – to przykłady stanowisk, bez których trudno sobie wyobrazić współczesne przedsiębiorstwo. Dokładnie tak samo zatrudniają i zarządzają swoim biznesem cybergangi. Przeciętny haker, jak przeciętny pracownik, jest jedynie trybikiem w korporacji, tyle że najprawdopodobniej nie ma ubezpieczenia. Różnicę widać w efektach pracy – przedsiębiorstwa budują wspólne dobro i płacą podatki, a cybergangi wręcz przeciwnie.

Cybergangi – nieuczciwa przewaga konkurencyjna nad twoją firmą

Ustrukturyzowane na kształt firm działających zgodnie z prawem – cybergangi czerpią ze współczesnych metodologii zarządzania i budują swoje struktury oraz procesy tak jak korporacje. Niektóre z tych organizacji podsiadają nawet własne call center, aby zapewnić możliwość kontaktu z ofiarami ataków ransomware. Mają sieci partnerskie, pośredników sprzedaży, handlowców, resercherów i rekruterów. Tak samo, jak poważnie traktujemy konkurencję rynkową i chronimy przed nią swoje tajemnice firmowe, najwyższy czas podobnie zacząć traktować hakerów. Świadomość siły stojącej za mafią cyfrową pomaga w niwelowaniu potencjalnych zaniedbań w ochronie przedsiębiorstw.

Kodować z „elitami”

Ze względu na to, że procesy działania są podobne jak w legalnych firmach – także procesy rekrutacji wydają się adeptom programowania wkraczającym na ścieżkę kryminalną bezpieczne i transparentne. Początkujący programiści mają, niestety, świetną szansę nauki i rozwijania własnych umiejętności zawodowych właśnie w cybergangach. Mogą tworzyć własne narzędzia lub rozwijać potencjał istniejących. Gdy zdobędą odpowiednią wiedzę i kompetencje – mogą stać się członkami wyrafinowanych grup używających skomplikowanych metod. Chęć przynależności do „elit” wyprzedzających w innowacjach cały świat oraz efektowne kariery byłych hakerów w legalnym środowisku, kuszą młodocianych lub zawiedzionych dotychczasową karierą programistów.

Warunki zatrudnienia, struktury

Warunki zatrudnienia oferowane wstępującym na ścieżkę przestępczą są bardzo nowoczesne – elastyczne godziny, home office, nielimitowany czas pracy.

Rynki zbytu – IoT na czele

Według IHS Markit do 2030 roku na świecie będzie 125 miliardów urządzeń IoT. Rozwiązania te powszechnieją w przedsiębiorstwach, a trzeba zaznaczyć, że są słabo zabezpieczone przed cyberatakami.

Grupy przestępcze, podobnie jak przedsiębiorstwa, sięgają najczęściej po te przychody, które najłatwiej osiągnąć, możliwie najniższym kosztem. Warto więc pamiętać, że dużo łatwiej im włamać się poprzez urządzenia IoT niż nakłonić człowieka do kliknięcia w pishingowy link.

Cybergangi dają pole do popisu najbardziej innowacyjnym rozwiązaniom technologicznym: dla utrzymania anonimowości swoich organizacji i zapewnienia sobie przychodu używają zróżnicowanych metod. Warto spojrzeć na nie świeżym okiem.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

[1] F5 Labs – odpowiedzialna za B&R w F5 Networks

Cyberprzestępcy atakują już 50 mln razy dziennie! Polska narażona na ataki z Chin

Aktywność hakerów rośnie, a codziennie na całym świecie dochodzi nawet do 50 mln ataków – wynika z analiz firmy Check Point. Polskę atakują hakerzy głównie za pośrednictwem chińskich IP, najczęściej w drugiej połowie tygodnia. Najbardziej zagrożonymi krajami Europy są Macedonia i Litwa.

Bośnia i Hercegowina, ze wskaźnikiem 31,3 była w kwietniu najbezpieczniejszym krajem w Europie. Na podium znalazły się również Dania (35,4) oraz Islandia (35,6). Z kolei na przeciwległym biegunie uplasowała się Macedonia (indeks zagrożeń 94) oraz Litwa (90,1), które jednocześnie znalazły się wśród siedmiu najbardziej zagrożonych krajów na świecie!

Polska zajęła 18 pozycję w europejskim zestawieniu, wyprzedzając m.in. Niemcy czy Rosję. Dane jednak mogą niepokoić… w porównaniu poprzedniego miesiąca, spadliśmy w Europie o trzy pozycje, natomiast wskaźnik zagrożeń dla naszego kraju wzrósł z 35,3 do 41,9!

Najczęstszymi zagrożeniami wciąż cryptominery

Z analiz Check Pointa wynika, że cryptominery (czyli nielegalne narzędzie wykorzystujące moce obliczeniowe komputerów do kopania kryptowalut) wciąż pozostają najczęściej wykorzystywanymi narzędziami wśród cyberprzestępców. Cryptoloot pozostaje najpopularniejszym z nich, choć jego udział na świecie spada i wynosi obecnie niecałe 5,5%. W Polsce natomiast utrzymuje się na niezmiennym poziomie – szkodnika wykryto w ponad 11% polskich sieci firmowych.

Światowym numerem dwa jest XMRig, cryptominer, który dzięki pracy bezpośrednio na urządzeniu końcowym, a nie na samej przeglądarce internetowej jest w stanie wykopywać kryptowalutę Monero bez potrzeby sesji aktywnej przeglądarki internetowej na komputerze ofiary. Podium z kolei zamyka JSEcoin, czyli cryptominer zarażający przeglądarki internetowe. W Polsce sytuacja wygląda zgoła odmiennie – na drugim miejscu uplasował się sLoad, czyli tzw. downloader, infekujący komputery m.in. trojanami bankowymi; a na trzecim, keylogger i infostealer, Hawkeye.

Jak podają eksperci, po dwóch latach na listę dziesięciu najpopularniejszych na świecie typów malware wrócił trojan bankowy Trickbot, który został wykorzystany w kampanii hakerskiej zbiegającej się z dniem podatkowym w USA.  Kampania spamowa wysyłała e-maile z załączonymi plikami Excel, które pobierały Trickbota na komputery ofiar. Po pobraniu Trickbot mógł rozprzestrzenić się i wykradać dane bankowe oraz poufne dokumenty podatkowe.

Dlaczego wszyscy przestaniemy używać języka polskiego w pracy?

Czy tego chcemy, czy nie, angielski staje się globalnym językiem biznesu. Coraz więcej korporacji transnarodowych przyjmuje angielski jako wspólny język korporacyjny. Głównym celem takiego działania jest ułatwienie komunikacji i wydajności w geograficznie zróżnicowanych oddziałach i przedsięwzięciach biznesowych.

Nie ma wątpliwości, że nieograniczona wielojęzyczność jest nieefektywna i może przeszkodzić w wystąpieniu ważnych interakcji czy osiągnięciu kluczowych celów. Konieczność ścisłej koordynacji zadań i współpracy z klientami oraz partnerami na całym świecie przyspiesza przejście na angielski jako oficjalny język biznesu, bez względu na pochodzenie firmy. Polskie przedsiębiorstwa, skalujące swój biznes za granicą, również prędzej czy później odejdą od komunikacji po polsku.

Angielski językiem biznesowym

Przyjęcie globalnej polityki językowej nie jest łatwe, a firmy niezmiennie natrafiają na drodze takich zmian mniejsze bądź większe problemy, wynikające z tzw. czynnika ludzkiego.

 Adaptowanie takiej strategii jest postrzegane jako radykalne wśród pracowników i zazwyczaj spotyka się z ich zdecydowanym oporem. Pracodawca podejmując decyzję o przyjęciu wspólnej polityki językowej, aby nie stracić najlepszych managerów, powinien zadbać o komfort tej zmiany dla swoich podwładnych np. poprzez benefitową formę nauki w modelu „na żądanie” – mówi Tomasz Jabłoński, członek zarządu, współtwórca Tutlo.

Trzy główne powody, prowadzące do przejścia na język angielski jako standard korporacyjny:

Presja konkurencji

Prowadząc własną firmę, musisz być w stanie komunikować się z klientami, dostawcami i innymi partnerami biznesowymi z innych zakątków świata. Masz wielkie szczęście, jeżeli jesteś w stanie komunikować się z nimi w języku ojczystym – ale nie powinieneś liczyć, że nigdy się to nie zmieni. Firmy, które nie opracowują strategii językowej, zasadniczo ograniczają swoje możliwości rozwoju na obcojęzycznych rynkach, co wyraźnie stawia ich w niekorzystnej sytuacji wobec konkurentów.

Globalizacja zadań i zasobów

Różnice językowe mogą powodować wąskie gardło, kiedy to pracownicy rozproszeni geograficznie muszą ze sobą współpracować, aby osiągnąć wspólne cele korporacyjne. Pracownik z Belgii może potrzebować informacji z oddziału w Bejrucie lub Meksyku. Bez wspólnej podstawy ucierpi komunikacja. Lepsze zrozumienie języka daje pracownikom więcej informacji z pierwszej ręki, co ma zasadnicze znaczenie dla dobrego podejmowania decyzji. Przykładowo, Nestlé, szwajcarski gigant z branży spożywczej dostrzegł znaczną poprawę wydajności w zakupach i wynajmie dzięki przyjęciu angielskiego jako standardu w firmie.

 Integracja fuzji i przejęć ponad granicami krajowymi

Negocjacje dotyczące fuzji lub przejęć spółek są i tak wystarczająco skomplikowane, nawet wtedy, gdy wszyscy mówią tym samym językiem. Ale kiedy tak się nie dzieje, niuanse są często przeoczane, nawet w prostych wymianach wiadomości e-mail. Ponadto międzynarodowe integracje w firmie pomiędzy pracownikami są bardzo trudne, dlatego też, gdy niemieckie Hoechst i francuskie Rhône-Poulenc połączyły się w 1998 r., by stworzyć Aventis, piątą co do wielkości światową firmę farmaceutyczną, nowa firma wybrała jako język operacyjny, nie francuski czy niemiecki, ale najpopularniejszy język angielski. W grę wchodzi także element brandingowy. W latach 90. XX wieku stosunkowo nieznany, średniej wielkości włoski producent urządzeń, Merloni, zaadaptował język angielski, aby wzmocnić swój międzynarodowy wizerunek na rynku, co dało mu znaczącą przewagę konkurencyjną w procesie nabywania kolejnych firm.

Sprzedaż auta z ukrytą wadą może wpędzić sprzedawcę w kłopoty. Niewiedza sporo kosztuje

Dochodzeniu roszczeń przez kupujących sprzyjają przepisy i kolejne wyroki w polskich sądach. Sędziowie coraz częściej orzekają, że odpowiedzialność sprzedającego jest niezależna od jego winy i wiedzy. Nie ma więc znaczenia, czy ktoś ukrył np. zbyt duże spalanie oleju bądź faktycznie nie miał pojęcia o tym problemie. Najczęściej wykrywane są wady silników i eksploatacyjne, ale na drogach nie brakuje aut powypadkowych czy z przekręconym licznikiem. Nabywcy mogą zażądać m.in. obniżenia ceny pojazdu lub odstąpić od umowy sprzedaży. Zarówno sprzedający, jak i kupujący są w stanie przygotować się do transakcji, aby zabezpieczyć się przed kłopotami.

Niewiedza jak podstęp

W zakresie winy sprzedającego, aktualne orzecznictwo dotyczące odpowiedzialności z tytułu rękojmi jest zero-jedynkowe, co podkreśla adwokat Paweł Wróblewski. Jeżeli więc pojazd jest wadliwy, to dotychczasowy właściciel odpowiada za ten stan. Według eksperta, bardzo ważne są wyroki, które potwierdziły, że odpowiedzialność sprzedającego jest obiektywna, czyli niezależna od winy i jego wiedzy. To niezwykle istotne, ponieważ bardzo często pozwani argumentują, że nie wiedzieli o danym problemie.

– Wada ukryta to taka, której nie dało się w sposób oczywisty zauważyć przy zakupie pojazdu. Może być fizyczna, kiedy np. samochód spala nadmierne ilości oleju, albo prawna. Dla przykładu, w tym drugim przypadku umowa sprzedaży może nie wskazywać cudzego prawa do auta. Nie ma żadnego znaczenia okoliczność, czy sprzedający coś zataił czy też nie. Niektóre osoby błędnie rozumieją wadę ukrytą jako tę, którą sprzedający ukrył przed kupującym. Wynika to m.in. z semantycznego brzmienia tego pojęcia – wyjaśnia radca prawny Andrzej Siwek, partner zarządzający w Kancelarii Siwek Gaczyński & Partners.

Przepisy umożliwiające dochodzenie roszczeń są obecne w naszym prawie od wielu lat, co zaznacza prawnik Oskar Możdżyń z Fundacji Autotesto. Sytuacja kupujących poprawiła się po 25 grudnia 2014 roku, kiedy w życie weszła Ustawa o prawach konsumenta. Wyroki związane ze sprzedażą wadliwych pojazdów to naprawdę nic wyjątkowego. Ekspert zaznacza, że współprowadził już kilkadziesiąt podobnych spraw, a kolejne 100 znajduje się w sądach. Łatwiej jest uzyskać pozytywne rozstrzygnięcie dot. tzw. wady nieeksploatacyjnej, jak np. powypadkowość czy fałszywy przebieg. Jednak nie brakuje też rozstrzygnięć związanych z silnikami, skrzyniami biegów itd.

Od transakcji do problemów

– Najczęściej wykrywane są wady silników i eksploatacyjne, następnie powypadkowość, a dopiero później fałszywy przebieg. Jest to dosyć ciekawe zjawisko, bo po naszych drogach jeździ ogrom pojazdów powypadkowych i z przekręconym licznikiem. Jednak ich właściciele nie zdają sobie z tego sprawy. Zaniżony przebieg stanowi nie tylko sprzeczność z zapewnieniami sprzedawcy. Oznacza też więcej wad eksploatacyjnych, które powstaną w trakcie użytkowania – tłumaczy prawnik z Fundacji Autotesto.

Jak wskazuje adwokat Paweł Wróblewski, jeśli występuje fizyczna wada, to kupującemu przysługuje szereg uprawnień. Ma prawo żądać obniżenia ceny, naprawienia pojazdu, usunięcia uszkodzonego elementu lub też odstąpić od umowy. Przy czym obniżenie ceny lub odstąpienie od umowy nie będą możliwe w sytuacji, kiedy usterka zostanie usunięta niezwłocznie i bez nadmiernych niedogodności.  Natomiast kupujący nie może odstąpić od umowy, jeżeli wada jest nieistotna, ale pojęcie to nie zostało zdefiniowane. Z pewnością wady zagrażające życiu lub zdrowiu użytkowników lub osób trzecich można zakwalifikować jako istotne. Ostatecznie sąd decyduje o tym, badający konkretny przypadek.

– Najczęściej przy nowych autach jest wybierane roszczenie wymiany. Wówczas kupujący korzystają z zapisów gwarancji lub rękojmi. Z kolei w przypadku pojazdów używanych dochodzi przeważnie do odstąpienia od umowy, bo nie daje się zamienić auta używanego na takie samo. Ewentualnie może nastąpić obniżenie ceny. To ostatnie rozwiązanie jest dla sprzedającego bardzo niekorzystne. Nie ma zwrotnie samochodu, a zysk ze sprzedaży ulega obniżeniu. Ponadto nie może tego żądania zastąpić odstąpieniem od umowy i zwrotem pieniędzy – informuje radca prawny Andrzej Siwek.

Z kolei adwokat Paweł Wróblewski zaznacza, że w ramach dodatkowych klauzul umownych można zmodyfikować uprawnienia z tytułu rękojmi, np. rozszerzyć, ograniczyć czy w ogóle je wyłączyć. Jednak takie ograniczenie będzie bezskuteczne, jeżeli sprzedawca zataił podstępnie wadę przed kupującym. Ekspert zaznacza, że zawsze bardzo ważne jest, aby dokładnie czytać treść umowy, którą się podpisuje.

Przepis na handel

– Sprzedawca może zabezpieczyć się przed ewentualnymi roszczeniami kupującego. Jeśli w umowie wyłączy rękojmię, to odpowiada tylko za wady, które podstępnie zataił. Jednak nie może tego zrobić przedsiębiorca zawierający transakcję z konsumentem. Ponadto, jeżeli właściciel poinformuje kupującego o istniejących defektach, to również nie odpowiada za nie. Sprzedawca może być względnie spokojny w zakresie tzw. wad eksploatacyjnych, tj. wynikających z normalnego zużycia pojazdu w danym wieku i przebiegu. Za nie również nie odpowiada – podkreśla Oskar Możdżyń.

W opinii radcy prawnego Andrzeja Siwka, kupujący zatem powinien wystrzegać się przede wszystkim rezygnacji z rękojmi. Jest nią np. popularny zapis w umowach o tym, że kupujący zapoznał się ze stanem samochodu, zna go i zrzeka się możliwości składania reklamacji z tytułu nabycia. A nawet taki sam zapis bez zrzeczenia się rękojmi oznacza, że nabywca kupuje auto w takim stanie, że wszelkie wady tego auta zna.

– Należy gromadzić wszelkie dowody na okoliczność stanu pojazdu w momencie kupna i potem. To np. ogłoszenie o sprzedaży, dokumenty z diagnostyki czy nagrania rozmów. Zawsze warto skonsultować umowę, a także wpisać do niej jak najwięcej informacji o stanie pojazdu, które ustaliliśmy ze sprzedawcą. Ewentualne działania po wykryciu wad trzeba skonsultować z prawnikiem. Czasem można popełnić błędy, bo przepisy nie są intuicyjne – stwierdza Oskar Możdżyń.

Kupujący musi dokładnie obejrzeć auto przy kupnie, co podkreśla Andrzej Siwek. Jeśli jest zarysowane, nie ma pełnego wyposażenia, np. brakuje koła zapasowego czy zapalniczki, to potem trudno dochodzić roszczenia. Ciężko bowiem udowodnić, że samemu się nie zarysowało pojazdu lub pozbawiło go poszczególnych elementów. O to trzeba zadbać w momencie zakupu. Natomiast wady ukryte, których nie można zauważyć przy zwykłym oglądzie auta można dochodzić z rękojmi, ale nie wolno jej wyłączyć.

– Jeśli sprzedający chce wyłączyć rękojmię z umowy, to mamy sygnał ostrzegawczy. Takiego typu ryzyko może być zrekompensowane, w moim przekonaniu, wyłącznie pewną okazją, chociażby cenową. Dotyczy to nie tylko samochodów. Często tak się dzieje podczas wyprzedaży różnych towarów w sklepach. Jeżeli więc sprzedawca forsuje wyłączenie/ograniczenie rękojmi i jednocześnie nie oferuje nic w zamian, żądając ceny rynkowej, to kupującemu powinna zapalić się przysłowiowa czerwona lampka. Być może powyższe jest spowodowane wiedzą sprzedającego, że w rzeczy sprzedanej zostaną niebawem ujawnione wady – podsumowuje adwokat Paweł Wróblewski.

Morski wiatr napędzi zieloną gospodarkę w Polsce

Morska energetyka wiatrowa ma być jednym z kluczowych kierunków modernizacji polskiego systemu energetycznego. Ministerstwo Energii zakłada, że do 2040 r. aż 10 GW będzie pochodziło właśnie z sektora offshore. Wydatki na rozwój polskiej energetyki wiatrowej na morzu mogą wynieść nawet 140 mld zł. W ocenie analityków Europejskiego Instytutu Miedzi kwota ta powinna być jednak znacznie wyższa. Dla pełnego wykorzystania potencjału offshore niezbędne są bowiem równoległe inwestycje w modernizację i rozbudowę sieci energetycznych, a także systemów magazynowania i zarządzania energią. 

Brakujące moce

Polska gospodarka rozwija się w coraz szybszym tempie, czego następstwem jest m.in. rosnące zapotrzebowanie na energię elektryczną. Jej zużycie w 2018 r. było wyższe o blisko 1,7% r/r. i osiągnęło historyczny poziom – niemal 171 TWh. Równocześnie krajowa produkcja energii elektrycznej spadła o blisko 0,3% w porównaniu do 2017 r. i wyniosła 165,3 TWh. W efekcie import netto energii elektrycznej do Polski również osiągnął najwyższy poziom w historii – 5,7 TWh. Jeżeli tendencja ta się utrzyma, zdaniem Europejskiego Instytutu Miedzi w perspektywie kilkunastu lat Polsce grozi poważny deficyt energetyczny, tym bardziej, że przestarzałe węglowe bloki energetyczne będą systematycznie wygaszane. Do 2035 r. poziom niedoboru mocy może wynieść nawet 13 GW.

Wiatr w żagle polskiej gospodarki

Rozwój sektora offshore mógłby w znacznej mierze rozwiązać problem deficytu mocy w krajowym systemie energetycznym. Tym bardziej, że realny potencjał morskich farm wiatrowych możliwych do zainstalowania w polskiej strefie ekonomicznej na Bałtyku wynosi 10 GW. Zgodnie z przewidywaniami pierwsze morskie elektrownie mogą zostać przyłączone do sieci w roku 2025. Do końca roku 2030 może zostać wybudowanych ok. 4 GW, a do roku 2035 – 8 GW.

Rozwój morskiej energetyki wiatrowej w polskich warunkach ma również poważne uzasadnienie ekonomiczne. Offshore może dać mocny impuls dla wzrostu polskiego przemysłu stoczniowego i morskiego. Z wyliczeń ekspertów wynika, że jeśli uda się do 2030 roku zbudować na całym Bałtyku elektrownie wiatrowe o łącznej mocy 6 GW, to polski PKB zyska z tego tytułu 60 mld zł, a rynek wzbogaci się o dodatkowe 77 tys. nowych miejsc pracy. Dodatkowo, krajowe przedsiębiorstwa bezpośrednio lub pośrednio będą mogły ubiegać się o kontrakty na realizację fundamentów, wież, kabli, morskich stacji transformatorowych, usług budowlanych czy dostaw statków, stymulując tym samym dalszy wzrost gospodarczy, zarówno w rejonie nadbałtyckim, jak i całego kraju[1].

Zgodnie z zapowiedziami przedstawicieli resortu energetyki wydatki na rozwój pełnomorskich farm wiatrowych w Polsce do 2040 r. mogą wynieść nawet 140 mld zł. W ocenie analityków Europejskiego Instytutu Miedzi kwota ta powinna być jednak znacznie wyższa. Dla pełnego wykorzystania potencjału offshore niezbędne są bowiem równoległe inwestycje w modernizację i rozbudowę sieci energetycznych, a także systemów magazynowania i zarządzania energią.

Bez sieci ani rusz

Jak wskazują analitycy Europejskiego Instytutu Miedzi, bez sprawnych i wydajnych sieci energetycznych energia elektryczna nie dotrze do jej odbiorców, bez względu na to czy będzie pochodziła z morskich farm wiatrowych czy z innych źródeł odnawialnych. Intensywne inwestycje w modernizację oraz rozwój tego sektora wydają się więc nieuniknione, tym bardziej, że zgodnie z celami europejskiej polityki klimatycznej udział źródeł odnawialnych w zużyciu finalnym energii brutto do 2030 r. powinien wynieść co najmniej 32%.

W tym kontekście jednym z priorytetów w działaniach krajowych powinno być osiągnięcie poziomu tzw. okablowania sieci, porównywalnego do tego w państwach UE, tj. około 75% w sieciach średnich napięć (SN) i ok. 65% w przypadku sieci niskich napięć (nn). Ponadto dla zapewnienia odpowiedniego bezpieczeństwa energetycznego Polski, stopień odtworzenia infrastruktury dystrybucji powinien mieć bardziej intensywny charakter niż obecnie.

W tym kontekście warto również rozważyć utworzenie w rejonie Bałtyku transgranicznych inteligentnych sieci energetycznych, łączących morskie farmy wiatrowe z terenów Polski, Szwecji, Finlandii, Litwy, Łotwy, Estonii oraz Danii i Niemiec. W ocenie Europejskiego Instytutu Miedzi takie rozwiązanie w dłuższej perspektywie pozwoli zwiększyć efektywność produkcji i dystrybucji energii elektrycznej, a w efekcie ograniczyć koszty oraz stopień oddziaływania farm wiatrowych na innych użytkowników szlaków morskich, a także na środowisko naturalne. Korzyści są więc bezdyskusyjne. Dla ich osiągnięcia niezbędne są jednak współpraca oraz zaangażowanie w celu wypracowania i wdrożenia odpowiednich regulacji prawnych na szczeblu międzynarodowym, a w ślad za nimi inwestycji infrastrukturalnych.

Solidne zaplecze

Wśród obszarów kluczowych dla rozwoju morskiej energetyki wiatrowej należy również wskazać kwestie dotyczące magazynowania energii. Rozwiązania technologiczne tego typu dają wiele możliwości, ale stworzenie odpowiedniego systemu wymaga dużej rozwagi i solidnej analizy celowości stosowania poszczególnych technologii oraz kosztów. W polskich realiach z jednej strony należy budować obiekty o dużej zdolności magazynowania energii (typu elektrownie szczytowo-pompowe), a z drugiej strony być świadomym docelowej liczby obiektów o relatywnie niewielkiej zdolności do magazynowania energii typu baterie lub kondensatory. W polu widzenia trzeba mieć także kwestie związane zarówno z produkcją, jak i z utylizacją zasobników magazynowania energii oraz silnym oddziaływaniem tych procesów na środowisko. W ocenie Europejskiego Instytutu Miedzi niezbędne jest więc niezwłoczne opracowanie krajowego Programu Rozwoju Magazynów Energii na okres co najmniej 10-letni, tworząc dla niego zawczasu stosowną infrastrukturę prawną.

Bezpieczeństwo zasobów

Zdaniem Europejskiego Instytutu Miedzi dla zapewnienia stabilnego rozwoju morskiej energetyki wiatrowej w Polsce, a tym samym zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego kraju, poza inwestycjami infrastrukturalnymi, konieczne jest także zapewnienie sektorowi offshore stabilnego dostępu do niezbędnych zasobów, takich jak przewidywalne źródła finansowania oraz surowce i materiały.

W pierwszym kontekście rozwiązaniem mogłyby być tak zwane umowy zakupu energii elektrycznej (ang. Power Purchase Agreements, PPA), czyli długoterminowe kontrakty na zakup energii odnawialnej w uzgodnionych ilościach i po cenach odpowiadających potrzebom wytwórcy i konsumenta. Umowy te zapewniają obu stronom nie tylko przejrzyste i stabilne zasady bieżącej współpracy, ale także pozwalają im świadomie zarządzać podażą i popytem energii w dłuższej perspektywie, a tym samym dopasowywać tempo rozwoju sektora offshore do realnych potrzeb rynkowych.

Drugą istotną kwestią jest bezpieczeństwo dostępu do surowców, niezbędnych do wdrażania coraz bardziej efektywnych i przyjaznych dla środowiska technologii. Jednym z materiałów kluczowych w tym aspekcie jest miedź, której nasz kraj jest jednym z wiodących producentów. Właściwości miedzi, takie jak: wysoka przewodność elektryczna, trwałość czy przetwarzalność (100% zdolność do recyclingu), sprawiają, że jest niezbędna dla nowoczesnej energetyki, bazującej na odnawialnych źródłach energii. Miedź jest bowiem powszechnie wykorzystywana do produkcji wszystkich istotnych elementów infrastruktury energetycznej ‒ przewodów i kabli, wysokosprawnych urządzeń przemysłowych, silników elektrycznych i transformatorów, generatorów czy baterii i systemów magazynowania energii.

Szacuje się, że wykorzystując doskonałą przewodność elektryczną miedzi, w ciągu następnych 10-20 lat w Europie będzie można zmniejszyć emisję CO2 o ponad 100 milionów ton rocznie. Zakładając, że w długofalowej perspektywie dążymy do budowania zeroemisyjnej gospodarki – miedź powinna być jej ważnym elementem.

[1] Dane: Fundacja na rzecz Energetyki Zrównoważonej i Europejski Instytut Miedzi

Zwolnienie z VAT przy sprzedaży nieruchomości

W większości przypadków sprzedaż nieruchomości wykorzystywanych do prowadzenia działalności gospodarczej może korzystać ze zwolnienia z opodatkowania podatkiem od towarów i usług. Przepisy regulujące tę preferencję wielokrotnie były przedmiotem interpretacji organów podatkowych, sądów administracyjnych i komentarzy przedstawicieli doktryny prawa podatkowego, a mimo to do tej pory budzą sporo wątpliwości. Sprawę dodatkowo komplikuje bogate orzecznictwo TSUE, choć w ostatnich latach wykładnia Trybunału w tym zakresie coraz bardziej sprzyja podatnikom i jest to kluczowy argument w przypadku sporu przedsiębiorcy z fiskusem.

Zwolnienia przedmiotowe – warianty

Zwolnienia z zapłaty VAT przy dostawie nieruchomości zostały określone w art. 43 ust. 1 ustawy VAT. W pierwszej kolejności Ustawodawca odrębnie sklasyfikował podstawę zwolnienia dla podatników prowadzących działalność zwolnioną z VAT (ust. 1 pkt 2). Zgodnie z tym przepisem sprzedaż nieruchomości korzysta ze zwolnienia z VAT, o ile była wykorzystywana wyłącznie na cele działalności zwolnionej z VAT oraz przy jej nabyciu lub wytworzeniu podatnikowi nie przysługiwało prawo do odliczenia VAT, co jest typowe dla działalności zwolnionej.

Z kolei czynnym podatnikom VAT, którzy nie wykorzystują nieruchomości w działalności zwolnionej, może przysługiwać zwolnienie przedmiotowe z VAT na podstawie art. 43 ust. 1 pkt 10 albo pkt 10a ustawy VAT. Konstrukcja prawna obu zwolnień prowadzi do wniosku, że w pierwszej kolejności możliwość zwolnienia nieruchomości z VAT powinna być weryfikowana pod kątem spełnienia warunków z pkt 10. Dopiero gdy dana transakcja nie będzie spełniać określonych w nim przesłanek, podatnik powinien przeanalizować zasadność zastosowania zwolnienia na podstawie pkt 10a.

I tak zgodnie z treścią art. 43 ust. 1 pkt 10 ustawy VAT zwalnia się dostawę budynków, budowli lub ich części, jeśli nie wystąpiły następujące przesłanki:

  • dostawa jest dokonywana w ramach pierwszego zasiedlenia lub przed nim,
  • pomiędzy pierwszym zasiedleniem a dostawą budynku, budowli lub ich części upłynął okres krótszy niż 2 lata.

Zwolnienie sprzedaży nieruchomości na podstawie pkt 10a będzie natomiast możliwe pod warunkiem, że:

  • w stosunku do tych obiektów nie przysługiwało dokonującemu ich dostawy prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego,
  • dokonujący ich dostawy nie ponosił wydatków na ich ulepszenie, w stosunku do których miał prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego, a jeżeli ponosił takie wydatki, to były one niższe niż 30% wartości początkowej tych obiektów.

Jednocześnie należy zauważyć, że zgodnie z treścią art. 43 ust. 7a ustawy VAT dla zastosowania zwolnienia z pkt 10a nie stosuje się drugiego z ww. warunków (lit. b), jeżeli nieruchomości po ich ulepszeniu były wykorzystywane przez podatnika do czynności opodatkowanych przez okres co najmniej 5 lat.

Problematyczne pierwsze zasiedlenie

Z uwagi na zawiłość powyższych przepisów zastosowanie zwolnienia z VAT przy dostawie nieruchomości powinno być poprzedzone gruntowną analizą stanu faktycznego i prawnego. Szczególną uwagę należy poświęcić definicji „pierwszego zasiedlenia nieruchomości”, przez co ustawa VAT rozumie oddanie do użytkowania, w wykonaniu czynności podlegających opodatkowaniu, pierwszemu nabywcy lub użytkownikowi budynków, budowli lub ich części, po ich:

  • wybudowaniu lub
  • ulepszeniu, jeżeli wydatki poniesione na ulepszenie stanowiły co najmniej 30% wartości początkowej.

Powyższa konstrukcja przepisu warunkuje, aby „pierwsze zasiedlenie” nastąpiło w wykonaniu czynności podlegającej opodatkowaniu (jak np. najem, dzierżawa itp.). Do niedawna organy podatkowe stały na stanowisku, że użytkowanie nieruchomości na potrzeby prowadzenia własnej działalności nie spełnia definicji „pierwszego zasiedlenia” z ustawy VAT, co oznacza, że sprzedaż takiej nieruchomości będzie podlegała opodatkowaniu VAT. Niekorzystna dla polskich podatników definicja „pierwszego zasiedlenia” została dopiero zanegowana przez Trybunał Sprawiedliwości UE.

Interpretacyjne dylematy

Zgodnie z orzecznictwem TSUE warunek wystąpienia „pierwszego zasiedlenia” w ramach czynności podlegającej opodatkowaniu określony w ustawie VAT nie ma uzasadnienia i mija się z celem dyrektywy VAT. Za decydujący należy uznać wyrok TSUE (sygn. C-308/16) z 16 listopada 2017 r. w sprawie Kozuba Premium Selection sp. z o.o. Z konkluzji tego orzeczenia oraz szeregu wyroków krajowych sądów administracyjnych wynikało wprost, iż ograniczenie przewidziane w polskiej ustawie jest sprzeczne z postanowieniami dyrektywy, a pierwsze zasiedlenie należy rozumieć możliwie szeroko jako pierwsze zajęcie, używanie budynku.

Oznacza to, że użytkowanie m.in. w ramach prowadzonej działalności gospodarczej przez pierwszego nabywcę lub użytkownika budynków, budowli lub ich części po ich nabyciu lub wybudowaniu spełnia definicję pierwszego zasiedlenia, a jeśli od tego momentu upłynął okres co najmniej 2 lat, wówczas dostawa takiej nieruchomości będzie korzystała ze zwolnienia z VAT. Z kolei, jeśli podatnik zdecyduje się sprzedać daną nieruchomość przed upływem 2 lat od pierwszego zasiedlenia, wówczas może skorzystać ze zwolnienia, o którym mowa w ust. 10a, o ile zostaną spełnione określone w nim przesłanki.

W szczególnie skomplikowanych stanach faktycznych zaleca się jednak występowanie z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej w zakresie możliwości zastosowania zwolnienia z VAT przy sprzedaży nieruchomości. Urzędowa wykładnia przepisów w tym zakresie może bowiem znacznie zminimalizować ryzyko związane z zastosowaniem podatkowej preferencji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Koszty przewalutowań kulą u nogi polskich eksporterów

Według wstępnych danych GUS w 2018 r. wartość polskiego eksportu towarów wyniosła 940,4 mld zł i była wyższa o 6,5% rok do roku. Powoli zbliża się zatem do osiągnięcia wartości 1 biliona zł. Wyniki polskiej sprzedaży zagranicznej mogłyby być jednak jeszcze lepsze. Krajowi eksporterzy, szczególnie ci z sektora MŚP, tracą na kosztownych przewalutowaniach. W obliczu spowolnienia gospodarczego w Europie, oszczędności w tej sferze będą ważne dla utrzymania konkurencyjności polskiego eksportu, wskazują eksperci międzynarodowej instytucji płatniczej AKCENTA.

Koszty przewalutowań oraz niepewność związana ze zmiennością i nieprzewidywalnością kursów walut wpływają na konkurencyjność polskich firm. Przedsiębiorcy muszą bowiem te czynniki uwzględnić w swojej ofercie. Inaczej ryzykują własną marżą. Bez odpowiednich narzędzi ograniczania ryzyka kursowego i aktywnego poszukiwania najlepszej oferty wymiany walut firmy tracą ułamek swojego zysku. W zależności od miejsca przewalutowania, różnice mogą być liczone w setkach czy nawet tysiącach złotych. W skali całego kraju to daje już realne straty – mówi Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału AKCENTY.

W poszukiwaniu oszczędności …

Mimo coraz mocniejszej specjalizacji Polski w eksporcie duża grupa krajowych firm wciąż niepotrzebnie ponosi znaczne koszty obsługi walutowej i transakcji zagranicznych w swoich bankach. W sektorze klientów indywidualnych lukę na rynku korzystnej wymiany walut wypełniły kantory internetowe. Jednak, mimo ogromnej skali działania, do dziś działają one na podstawie niezaktualizowanych do obecnych realiów przepisów. Przedsiębiorstwa obracają i wymieniają dużo większe kwoty niż użytkownicy indywidualni, więc kwestia bezpieczeństwa ich transakcji jest niezwykle istotna. Podmiotami, które oferują konkurencyjne do oferty bankowej kursy wymiany walut, a jednocześnie zapewniają poziom bezpieczeństwa równy bankom, są instytucje płatnicze. Podlegają one innym, bardziej restrykcyjnym przepisom niż kantory internetowe. Jednocześnie dzięki wąskim specjalizacjom, np. w obsłudze walutowej, mogą zaproponować bardzo atrakcyjne usługi. Ich obecność na rynku pozwala przedsiębiorcom korzystać z najlepszych kursów wymiany walut i płatności zagranicznych i to bez konieczności zmiany banku czy ponoszenia dodatkowych opłat. A różnice w kursie oferowanym przez instytucję płatniczą i bank mogą być spore. –  Przykładowo przy wymianie 10 tys. euro na złotówki przy pomocy instytucji płatniczej oszczędności kształtują się zwykle na poziomie 200-500 zł na jednej transakcji. Przy czym np. w AKCENCIE dodatkowo oferujemy firmom negocjowanie z nami kursu wymiany. To także coś, czego nie oferują ani e-kantory, ani banki – dodaje Radosław Jarema.

… i stabilności

Kolejną usługą, którą eksporterzy, jak i importerzy mogą znaleźć w ofercie instytucji płatniczych, są transakcje forward. Zamrażają one kurs wymiany dla kwoty z danego kontraktu firmy. W ustalonym w umowie terminie firma może przewalutować wskazaną kwotę po wiadomym z góry kursie. – Forward to ogromne ułatwienie w planowaniu i przygotowywaniu oferty. Dzięki temu rozwiązaniu firma nie musi uwzględniać w niej marginesu na możliwe wahania kursu, co często oznacza konieczność większego narzutu na cenie produktu. A trzeba pamiętać, że wiele kontraktów eksportowych jest realizowanych w perspektywie kilku miesięcy, kiedy to już kursy walut mogą znacznie się zmienić – zaznacza ekspert AKCENTY.

W gorszych czasach warto przyjrzeć się finansom

Oszczędności mogą być krajowym przedsiębiorstwom w najbliższym czasie potrzebne szczególnie ze względu na spowolnienie na ważnych rynkach unijnych, w tym gospodarki naszego największego partnera – Niemiec. Dużymi zagrożeniami pozostają także możliwość zaostrzenia wojny handlowej na linii Chiny – USA oraz wciąż utrzymująca się niepewność względem Brexitu i jego scenariusza. – Na ewentualne „gorsze czasy” warto się zawczasu przygotować. Analiza wydatków firmy to jeden ze sposobów na znalezienie możliwości do zaoszczędzenia. Może się okazać, że proste rozwiązania pozwolą na zachowanie marży czy utrzymanie konkurencyjności na rynku – dodaje Radosław Jarema z AKCENTY.

Joanna Kurowska wzmocni działalność operacyjną IHG w Europie Północnej

IHG® (InterContinental Hotels Group), jedna z wiodących firm hotelarskich na świecie, poinformowała dziś o mianowaniu Joanny Kurowskiej na stanowisko Director Operations Luxury & Managed w Europie Północnej [1].

Joanna Kurowska, Director Operations, Luxury & Managed, Northern Europe Copyright IHG
Joanna Kurowska, Director Operations, Luxury & Managed, Northern Europe Copyright IHG

Joanna Kurowska pokieruje podległym jej regionem z biura IHG we Frankfurcie. Będzie odpowiedzialna za systematyczny wzrost obrotów hoteli należących i zarządzanych przez IHG w Europie Północnej. Jej zadaniem na nowym stanowisku będzie współpraca z placówkami IHG w celu usprawnienia procesów biznesowych i zwiększenia efektywności pracy wszystkich zaangażowanych podmiotów. Będzie intensywnie podróżować po regionie i ściśle współpracować z hotelami, by optymalizować zyski, opracowywać strategie handlowe i zwiększać długoterminowe przychody firmy.

Nowe stanowisko Joanny Kurowskiej powstało w celu wypracowania przez IHG efektywnego modelu rynkowego dla Europy z myślą o zapewnieniu właściwych zasobów hotelom i ich właścicielom. Cel ten doprowadził do stworzenia w siedzibie IHG we Frankfurcie nowego zespołu pod kierownictwem Mario Maxeinera, Managing Directora, Northern Europe. Na nowo objętym stanowisku Joanna Kurowska będzie członkiem Leadership team w Europie Północnej, podlegając bezpośrednio Mario Maxeinerowi.

Joanna Kurowska urodziła się i wychowała w Warszawie. W IHG pracuje 8 lat. Na nowym stanowisku wykorzysta swoje doświadczenie w finansach i działaniach operacyjnych. Karierę w IHG rozpoczęła na stanowisku Director of Finance & Business Support w InterContinental Warszawa, które zajmowała trzy lata. Następnie pracowała na różnych stanowiskach związanych z finansami i sprawami operacyjnymi w europejskiej sieci IHG. Ostatnio pełniła funkcję Operations Finance Director dla rynków nieruchomości typu Luxury & Managed w Europie.

Mario Maxeiner, dyrektor zarządzający w Europie Północnej, mówi: „Joanna jest dobrze znana i ceniona w społeczności właścicieli i zarządzających hotelami, co czyni ją idealnym kandydatem na nowo utworzone stanowisko. Dzięki swojej rozległej wiedzy rynkowej i ogromnemu doświadczeniu w działaniach operacyjnych i finansowych jest doskonale przygotowana do optymalizacji wydajności w całym regionie i generowania długoterminowych przychodów dla IHG”.

Joanna Kurowska dodaje: „Objęcie tego stanowiska jest dla mnie zaszczytem, będę kierować regionem północnoeuropejskim w okresie jego dynamicznego wzrostu. Portfolio hoteli, którymi zarządzamy w regionie, jest mocne i planuję jak najszybciej rozpocząć ścisłą współpracę z właścicielami hoteli i ich zespołami, aby pomóc im zwiększać wydajność na każdym etapie działania.”.

Nominacja zbiega się z szybkim rozwojem biznesu IHG w Europie. Już od 10 lat podpisywana jest tu największa liczba nowych umów i otwierana największa liczba obiektów. Najistotniejsze możliwości rozwoju stwarza nowa, ekskluzywna marka vocoi nowa marka avid, szybko rozwijająca się, luksusowa butikowa marka Kimpton® Hotels & Restaurants oraz niedawno zakupiona, jedna z najbardziej luksusowych marek wellness, Six Senses Hotels Resorts Spas.

Rosną oczekiwania na obniżkę stóp procentowych przez FED

Minutes FOMC mogą pokazać czy Fed jest przekonany o braku potrzeb zmian stóp procentowych. Solidne dane z krajowego rynku pracy nie uchroniły złotego przed przeceną.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Przed rynkami rysuje się nowy rozdział amerykańsko-chińskiego konfliktu handlowego po tym jak USA zaatakowały Huawei, a Chińczycy szykują się do kontruderzenia w postaci możliwego nałożenia ceł na produkty Apple’a, oraz piętnowanie tych firm, które nie będą handlować z chińskim koncernem. Uderzenie w łańcuchy dostaw może być bardziej szkodliwe dla obydwu gospodarek, niż wojna celna, bowiem brak zamówień ze strony Chin oznacza brak sprzedaży w USA. Eskalacja sporu handlowego USA-Chiny i płynące z tego zagrożenia również dla gospodarek innych krajów azjatyckich (co pokazują dane dotyczące PKB Singapuru i Tajlandii, czy eksportu Korei) podtrzymują niepokój i powodują, że wciąż wyprzedawane są aktywa ryzykowne. W poniedziałek ucieczka inwestorów w kierunku postrzeganego za bezpieczną przystań dolara sprowadziła kurs EUR/USD do 1,114 jeszcze podczas sesji europejskiej. Choć w dużej mierze za przeceną euro stoi umacniający się dolar, wspólnej walucie ciąży też niepewność związana z zaplanowanymi na ten tydzień wyborami do Parlamentu Europejskiego. Obawy szczególnie dotyczą Włoch, gdzie silne poparcie zdobywają partie prawicowe. W przypadku ewentualnych wcześniejszych wyborów w tym trzecim pod względem wielkości kraju strefy euro przewagę mogą zdobyć partie, znacznie mniej chętne przestrzegające zasad unijnych.

Wysoka awersja do ryzyka uderza w waluty CEE. W poniedziałek EUR/PLN wyraźnie rósł, podchodząc pod 4,31. Notowania dolara dotarły do poziomu 3,86 PLN, osiągając dwuletnie maksimum. Przed przeceną nie ustrzegły złotego solidne dane z krajowego rynku pracy, choć potwierdziły, że sektor ten nadal pozostaje wsparciem dla konsumpcji. Zgodnie z publikacją GUS w kwietniu nastąpiło przyspieszenie wzrostu płac do 7,1% r/r wobec oczekiwanego o 6,5% r/r, co skutkuje powrotem dynamiki powyżej 7,0% po słabszym marcu. Bliskie oczekiwaniom okazały się dane o zatrudnieniu, choć roczna dynamika wyhamowała do 2,9% r/r.

Na rynku stopy procentowej wtorkowa sesja nie przyniosła większych zmian, co przy preferowaniu przez inwestorów bezpiecznych aktywów powoduje, że rentowności obligacji bazowych pozostają w pobliżu tegorocznych minimów. Decyzja amerykańskiego Departamentu Handlu o tymczasowym poluzowanie restrykcji nałożonych na Huawei tylko na krótko poprawiła sentyment inwestycyjny i nie prowadziła ostatecznie do zauważalnego ruchu na krzywych dochodowości. Również zmienność na polskim rynku dłużnym była ograniczona we wtorek, gdzie dane z rynku pracy miały niewielki wpływ na notowania przy wciąż przeważających trendach globalnych. Zgodnie z informacją Ministerstwa Finansów na czwartkowym przetargu zaoferowane zostaną obligacje serii OK0521, PS1024, WZ0525, WZ0528, DS1029 natomiast odkupowane będą PS0719, DS1019, WZ0120, PS0420. Szacujemy, że sprzedaż na tym przetargu może wynieść 5-6mld PLN.

W środę w centrum uwagi inwestorów znajdzie się minutes Fed-u, po którym oczekiwane będą stwierdzenia co do przekonania członków FOMC na temat stabilizacji stóp procentowych w USA w tym roku. Dzisiaj lokalnie rynki poznają też wyniki dla kwietniowej produkcji przemysłowej. Oczekiwane są równie solidne dane (prognoza PKO BP: 9,7% r/r wobec 5,6% miesiąc wcześniej i 8,1% szacowanych przez rynek, które jednak mogą niewiele pomóc złotemu (przy nadal wysokiej awersji do ryzyka jedynie ograniczać skalę osłabienia PLN).

Wykres dnia: Od czasu ostatniego posiedzenia Fed zauważalnie wzrosły oczekiwania na obniżkę stóp procentowych. Minutes FOMC mogą pokazać czy władze zamierzają utrzymać stabilną politykę monetarną.

zmiana stóp procentowych fed
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Drugie referendum w sprawie brexitu? Opozycja przeciwna

Brytyjska premier Theresa May przedstawiła nową propozycję ws. brexitu, uwzględniającą ponowne referendum w przypadku jej uchwalenia Theresa May przez parlament w przyszłym tygodniu (referendum ma dotyczyć jednak tego, „jak”, a nie „czy” wyjść z UE). Jedną z kluczowych modyfikacji wcześniejszej umowy jest unia celna („przejściowa” lub trwała). Pierwsze reakcje na propozycje brytyjskiej premier były chłodne, zarówno w Partii Pracy (J. Corbyn powiedział, że jego partia nie poprze nowej propozycji), jak i w szeregach konserwatystów (pojawiły się naciski na wycofanie ustawy i rezygnację Theresy May ze stanowiska premiera).

QubicGames przekroczył milion sprzedanych kopii swoich gier na Nintendo Switch

Geky Yaba Runner Anniversary Edition za darmo dla graczy, którzy posiadają co najmniej jedną, płatną grę od QubicGames.

Licznik, który został uruchomiony wraz z rozpoczęciem jubileuszowej akcji promocyjnej QubicGames, przekroczył właśnie 1 mln pobrań. Zgodnie z zapowiedziami oznacza to wyjątkową niespodziankę dla fanów wydawcy, którą będzie udostępnienie darmowej wersji Geki Yaba Runner osobom posiadających co najmniej jednen płatny tytuł z portfolio spółki.

Już 31 maja gracze posiadający co najmniej jeden tytuł wydany przez QubicGames na Nintendo Switch otrzymają całkowicie za darmo długo wyczekiwany, autorski tytuł spółki – Geki Yaba Runner. Jest to zapowiedziana wcześniej nagroda-niespodzianka związana z przekroczeniem 1 mln pobrań gier spółki na najnowszej konsoli Nintendo.

Jakub Pieczykolan, prezes zarządu QubicGames
Jakub Pieczykolan, prezes zarządu QubicGames

 Ponad milion sprzedanych kopii gier na Nintendo Switch utwierdza nas w przekonaniu, że skupienie się na roli wydawcy było trafną decyzją. Chcemy podziękować naszym fanom za udział w akcji promocyjnej i przekroczenie tej okrągłej liczby. Dlatego właśnie zdecydowaliśmy się udostępnić całkowicie za darmo każdemu posiadaczowi chociaż jednej gry od QubicGames nasz autorski tytuł, Geki Yaba Runner – mówi Jakub Pieczykolan, prezes QubicGames.

Przypominamy, że w ramach 15-lecia firma przygotowała promocję 12 gier ze swojego portfolio na konsole Nintendo Switch. Gry są dostępne w obniżce sięgającej od 80 do 94%. Dodatkowo, gracze posiadający co najmniej jedną z gier wydawcy mają możliwość zakupienia nowych tytułów wydanych w ramach jubileuszu 50% taniej

Jesteśmy zadowoleni z dotychczasowych wyników jubileuszowej promocji. Akane i Blazing Beaks, dwie gry, które dotychczas miały premierę w jej ramach, osiągnęły dobre wyniki sprzedażowe i obserwujemy, że podobają się naszym użytkownikom – komentuje prezes QubicGames. – Przed nami trzy premiery, które powinny zostać bardzo dobrze przyjęte przez graczy. Mamy nadzieję, że dzięki jubileuszowi dotrzemy do zupełnie nowych odbiorców, jednocześnie dbając o naszych dotychczasowych fanów.

Dlaczego studenci powinni zainteresowac sie sztuczna inteligencja?

Postęp technologiczny zatacza coraz szersze kręgi, a sztuczna inteligencja wspiera dziś inżynierów w największych osiągnięciach ludzkości. Rynek wysokich technologi osiąga roczne wzrosty sięgające blisko 70 proc., co stwarza niepowtarzalną okazję dla potencjalnego pracownika na zatrudnienie rodem z kultury Sci-Fi.

Do niedawna sztuczna inteligencja kojarzyła się głównie z kinem i literaturą Science Fiction. I choć od wielu lat ta idea rozbudzała w nas wyobraźnię, do niedawna traktowaliśmy to zagadnienie jako futurystyczny motyw popkultury. Obecnie jest częścią naszej rzeczywistości.

Pojęcie sztucznej inteligencji (Artificial Intelligence) po raz pierwszy pojawiło się w latach 50-tych ubiegłego wieku, jednak jej prawdziwy rozwój nastąpił dopiero w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Swoim zakresem obejmuje ono rozwiązania technologiczne doskonale naśladujące ludzkie myślenie i zachowanie. Dzięki ich zastosowaniu wiele urządzeń potrafi wyciągać wnioski, przewidywać, podejmować decyzje, a nawet uczyć się. To wszystko dzieje się w sposób autonomiczny i adaptacyjny, ku uciesze technologicznych freak’ów.

Szansa dla branży space

W technologie związane ze sztuczną inteligencją inwestują nie tylko największe koncerny z branży IT, ale również niewielkie start-upy. Jak twierdzą specjaliści zajmujący się wysokimi technologiami, rynek ten osiąga rekordowe roczne wzrosty sięgające blisko 70 proc. Szacują również, że wartość tego sektora w 2022 roku wyniesie ponad 16 mld dolarów. Jednak aby jego rozwój był faktycznie możliwy, dla zainteresowanych firm pozyskanie specjalistów z zakresu IT stanie się niezbędne. Już teraz możemy zaobserwować silny rynek kandydata i ogromne zapotrzebowanie na profesjonalistów, jeśli chodzi o tę branżę.

– Sztuczna inteligencja jest narzędziem pozwalającym lepiej zrozumieć skomplikowane procesy zachodzące w kosmosie. Należy ją jednak postrzegać w kategoriach niszowej  dziedziny, w której wciąż w dużej mierze brakuje specjalistów – mówi Paweł Rymaszewski, prezes Thorium Space, producenta satelitów i urządzeń telekomunikacyjnych dedykowanych branży kosmicznej. – Sektor space w ogóle jest mocno wymagający, jeśli chodzi o potencjalnych pracowników – oprócz  wiedzy z zakresu matematyki i fizyki,  niezbędna jest dobra znajomość  przed wszystkim branżowego języka angielskiego  – dodaje Rymaszewski.

Jak pokazują dane z analizy przeprowadzonej przez Komisję Europejską, niedobory kadrowe w sektorze IT będą się dramatycznie pogłębiać. W raporcie przewidziano, że do 2020 roku zabraknie w Europie około 825 tys. specjalistów od IT. Na polskim rynku informatycznym sytuacja nie przedstawia się lepiej.

– Problem braku specjalistów w branży IT już od kilku lat zauważalny jest w całej Unii Europejskiej. Sytuacja dotyczy także Polski. Mury Politechniki Wrocławskiej rocznie opuszcza prawie 2 tysiące absolwentów kierunków związanych z branżą informatyczną.  Nie mają oni żadnych problemów ze znalezieniem pracy – mówi Andrzej Charytoniuk z Działu Informacji i Promocji Politechniki Wrocławskiej. – Według badań naszego Biura Karier ponad 70% z nich pracuje w zawodzie już trzy miesiące od zakończenia nauki. Popyt na ich usługi jest tak duży, że spora część studentów zaczyna pracować już w trakcie nauki.

Dane GUS potwierdzają to stanowisko – absolwentów co roku jest blisko 400 tysięcy, z czego kierunki techniczne stanowią zaledwie 20%. Te liczby jasno wskazują, że trendem na najbliższe lata będą znaczące braki w kwestii profesjonalnych pracowników z branży IT. Takie uwarunkowanie sprawia, że studenci oraz absolwenci kierunków informatycznych mogą przebierać w ofertach.

– Już od kilku lat to właśnie kierunki związane z IT są najbardziej oblegane w czasie rekrutacji. O jedno miejsce na naszej uczelni stara się nawet 6 kandydatów. I ten trend stale rośnie. – uzupełnia Andrzej Charytoniuk z Działu Informacji i Promocji Politechniki Wrocławskiej

Marzenia stają się rzeczywistością

Wśród tych futurystycznych wizji znajduje się realizacja wielu ludzkich marzeń – od badania kolejnych galaktycznych przestrzeni, poprzez komercyjne podróże, aż po zamieszkiwanie na innych planetach. Jednak sny o podboju kosmosu to jedno – aby móc spełniać te fantazje, należy w pierwszej kolejności skupić się na technologii, która umożliwi dalszą eksplorację galaktyki. Sztuczna inteligencja z dużym prawdopodobieństwem jest odpowiedzią na wiele pytań natury technicznej, jeśli chodzi o postęp sektora kosmicznego.

– Sądzę, że wiele nierealnych z dzisiejszej perspektywy zamierzeń, w przyszłości, m.in. dzięki sztucznej inteligencji, pojawi się w zasięgu ludzkich możliwości – uważa Paweł Rymaszewski. – Choćby autonomiczne misje kosmiczne bez załogi ludzkiej. A co za tym idzie większe bezpieczeństwo i ograniczenie udziału człowieka w misjach kosmicznych do niezbędnego minimum.

Zdaniem naukowców lata 2040–2050 będą pierwszym w historii okresem, kiedy sztuczna inteligencja dorówna ludzkim możliwościom lub nawet je przewyższy. Obecnie wszystkie czynności, które potrafi wykonać, są kreowane przez człowieka. Według naukowców również w najbliższej przyszłości będzie funkcjonowała podobnie. Różnica będzie polegać na tym, że sama określi kryteria działania i będzie w stanie zaproponować nieszablonowe rozwiązania  zadanych  problemów. Aktualne uwarunkowania rynkowe to atrakcyjny moment dla obecnych studentów i absolwentów kierunków technicznych, mają oni szansę  brać udział w procesie tworzenia kolejnych rozwiązań wspierających ewolucję sztucznej inteligencji. Dla rozwoju sektora kosmicznego wzrost zatrudnienia w branży związanej z AI może okazać się szczególnie wartościowy. Dzięki wiedzy specjalistów, stałe ulepszanie sztucznej inteligencji umożliwi nie tylko ograniczenie ryzyka dla ludzi przebywających w kosmosie, co z pewnością będzie bezcenne w sytuacjach kryzysowych. Przyczyni się to również do większego bezpieczeństwa misji kosmicznych.

Sztuczna inteligencja umożliwi także analizę dużej ilości danych oraz bardziej precyzyjne działania w przestrzeni międzyplanetarnej, które pozwolą na duże oszczędności przedsiębiorstwom działającym w branży space. Jednocześnie będzie możliwa optymalizacja wielkości i stopnia zaangażowania zespołów projektowych, które do tej pory odpowiadają za obsługę tych procesów.

Dla wielu sceptyków niebezpieczne może być pozostawienie sztucznej inteligencji zbyt dużej decyzyjności, co mogłoby to obrócić się przeciwko człowiekowi. Na razie jest to jednak wyłącznie emocjonujący wątek wielu filmów science fiction.

Czy wiesz, że…

Sztuczna inteligencja potrzebowała jedynie 4 godzin, aby opanować arcymistrzowską grę w szachy?