Trendy na rynku biurowym w 2019 r.

Rynek biurowy znajduje się na stabilnej ścieżce wzrostu. Zainteresowanie najemców powierzchnią nie słabnie, w 2018 r. wynajęto 1,5 mln mkw., co jest wynikiem porównywalnym do osiągniętego w 2017 r. Sektor ma się dobrze i umacnia swoją pozycję, głównie za sprawą rosnącej roli biura w przyciąganiu młodych pokoleń. Mimo, że obecnie obserwujemy powiększającą się lukę podażową (w stolicy w I kw. 2019 oddano tylko 2 projekty – 20 tys. mkw.), prognozy dla sektora są optymistycznie, bowiem w Warszawie buduje się ponad 770 tys. mkw.,  z czego ¼ ma być oddana do użytku jeszcze do końca tego roku. Eksperci działu Office AXI IMMO przygotowali materiał o kierunkach zmian i rozwoju sektora biurowego w Warszawie.

Martin Lipiński, szef działu Office AXI IMMO
Martin Lipiński, szef działu Office AXI IMMO

Sektor biurowy nadal pozostaje na fali, co determinowane jest przez zmieniający się rynek pracy i młode pokolenia pracowników. Biuro, zarówno jego aranżacja jak i lokalizacja nabierają jeszcze większego znaczenia niż dotychczas, stanowiąc jeden z głównym czynników rozpatrywanych przez pracowników wybierających przyszłego pracodawcę. Firmy walczą między sobą o tworzenie nowoczesnych i niekonwencjonalnych powierzchni, szukając ich w lokalizacjach, które zapewniają nie samo atrakcyjne miejsce pracy, ale również szeroki wachlarz możliwość spędzenia wolnego czasu poza nim i organizacji niezbędnych codziennych spraw. Walka o ludzi jaka obecnie trwa pozytywnie odbija się na sektorze biurowym i jego rozwoju, wpływając na tworzenie nowych nurtów w aranżacji, wdrażanie nowych technologii w miejscach pracy czy budowanie miastotwórczości w poszczególnych lokalizacjach. Ma to jednak też mniej korzystne strony jak wzrost kosztów na aranżację biura oraz chwilowy deficyt nowoczesnych powierzchnikomentuje Martin Lipiński, dyrektor działu biurowego w AXI IMMO.

Coraz więcej powierzchni coworkingowych

Popyt na elastyczne powierzchnie rośnie sukcesywnie od kilku lat. W 2018 roku operatorzy coworkingowi działający w Warszawie wynajęli ponad 100 tys. mkw. powierzchni, co stanowi ok. 12% całkowitego popytu na powierzchnie biurowe w mieście. Szacuje się, że w 2019 roku przybędzie w Polsce kolejne 100 000 mkw. tego typu powierzchni, co oznacza że na koniec przyszłego roku dla najemców będzie dostępne już ponad 200 000 mkw. elastycznej powierzchni.

Wzrost zapotrzebowania na ten format wynika ze zmieniającego się rynku pracy, czyli m.in. coraz częściej powszechnych elastycznych form zatrudnienia, możliwości pracy zdalnej, odsetek ludzi pracujących na własny rachunek, dynamicznie przybywające małe i średnie przedsiębiorstwa czy zmieniające się oczekiwania najmłodszych pokoleń.

Powiększająca się luka podażowa

2018 rok charakteryzował się najniższym od 2012 roku wskaźnikiem pustostanów, który w stolicy wyniósł 8,7%. Jeszcze niższy poziom osiągnęły centralne części miasta, gdzie współczynnik wyniósł 5,4%. Deweloperzy oddali do użytku niemal 16% mniej powierzchni biurowych niż w 2017 r. I kw. bieżącego roku nie polepszył sytuacji, gdyż na rynek trafiło jedynie 20 tys. mkw. Niewielka podaż vs. rosnący popyt, szczególnie na nowoczesne powierzchnie powoduje, że na rynku powstała luka podażowa. Dopiero lata 2020 – 2021 przyniosą zmiany, ponieważ szacuje się, iż na rynek trafi ok. 600 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej.

Wzmocnienie roli biura

Nowe pokolenia pracowników zdominują rynek pracy. Firmy coraz częściej starają się tworzyć dla młodej kadry atrakcyjne warunki pracy nie tylko pod kątem płacowym, ale coraz częściej socjalnym. W walce o młode talenty standardem staje się tworzenie innowacyjnych i niestandardowych przestrzeni biurowych. Dlatego w najbliższej przyszłości będą pojawiały się coraz to nowsze rozwiązania w projektowaniu biur. W 2019 będzie królował nurt eko oraz domowy klimat w miejscu pracy.

Wzrost kosztów na aranżację biura

Coraz ważniejsza funkcja biura i tworzenie atrakcyjnych dla pracowników przestrzeni przekłada się na wzrost kosztów na aranżację biura, które na przestrzeni dwóch lat wzrosły dwukrotnie. Dziś za fit-out mkw. biura trzeba zapłacić średnio 600 euro, a nie 300, jak jeszcze kilka lat temu. Ponadto, w najlepszych projektach ten koszt sięga nawet 900 euro za mkw.

Technologie w biurach przyszłości

Zmiana stylu pracy wymaga od firm inwestycji w nowe technologie, które pomagają nie tylko przyciągać do siebie pracowników, ale także zoptymalizują pracę w organizacji. Dlatego biura przyszłości to technologie pozwalające m.in. na sprawdzenie dostępności poszczególnych stref w biurze czy umożliwiające zdalną rezerwację sal spotkań. Codziennością będzie wzajemna geolokalizacja pracowników w biurze i budynku, bezpośrednie drukowanie materiałów ze smartfona czy aplikacje pozwalające na indywidualną regulację natężenia światła. Wszystko w celu usprawnienia pracy.

Nie samym biurem pracownik żyje…czyli miastotwórczość

Kluczowe znaczenie w przyciąganiu i utrzymywaniu talentów zyskuje lokalizacja biura, która dzisiaj nie oznacza tylko i wyłącznie dobrze skomunikowanego położenia obiektu. Coraz ważniejszą rolę odgrywa bowiem otoczenie jakie oferuje dane miejsce. Najemcy są w stanie zapłacić więcej za najem powierzchni w lokalizacji oferującej coś więcej niż dogodny dojazd do pracy i atrakcyjne wnętrze. Dlatego coraz częściej rezygnują z lokalizacji typowo biurowych na rzecz przestrzeni w miejscach z dostępem do miejskich usług, znacząco podnoszących komfort pracy, jak i życia prywatnego. Deweloperzy planując budowę inwestycji biurowych skupiają się coraz bardziej na lokalizacjach gdzie istnieje już tzw. „tkanka miejska”.

Zawody przyszłości – co czeka rynek pracy w 2030 r?

W świecie nieustannie zmieniających się technologii trudno jest przewidzieć, jakie zawody będą potrzebne za 5 lat. Rynek pracy znajduje się w momencie, w którym następuje weryfikacja prac, które można zastąpić maszynami, i umiejętności, od których zależeć będzie dalszy rozwój.

Niezależnie od rozwoju technologii, przewiduje się, że przyszłe kariery nie będą stanowić jednej, doskonalonej przez całe życie ścieżki. Pracownicy przyszłości będą łączyć wiele mikro-karier, stąd ważne jest dbanie o kreatywność, pozytywne podejście do rozwoju i entuzjazm do zmian. „Dobry przykład stanowią programiści, czyli zawód pożądany i chętnie wybierany przez młodych ludzi. Przed zakończeniem pięcioletnich studiów rzeczy, których uczyli się na pierwszym roku, już są nieaktualne. Ale najlepsi studenci będą dążyć do rozwijania się, poszerzania swojej wiedzy i angażowania w dalszą naukę. To stanowi największą wartość pracownika na rynku.” – mówi Jolanta Samul-Kowalska, dyrektor Morgan Philips Group Polska. Biorąc pod uwagę, że 10 najbardziej pożądanych zawodów wskazywanych w 2010 roku nie istniało jeszcze w 2004, również pracownicy na stabilnych stanowiskach mogą pomyśleć nad czekającymi ich możliwościami zmiany ścieżki zawodowej.

Nowe trendy na rynku pracy

Wraz z trendem na łącznie różnorodnych kompetencji, powstają nowe zawody, których próżno szukać w szkołach. Rozwijające się wpływy ekologicznego prowadzenia biznesu stworzyły stanowiska takie jak projektant śmieci, który odpowiada za stworzenie produktu, który może zostać łatwo przetworzony po okresie jego żywotności, czy eksperta ds. uproszczeń, szczególnie ważnego dla dużych korporacji, których funkcjonowanie zależne jest od wielu procedur i czynników. „Na zachodzie wymieniane są też zawody bardziej egzotyczne, jak na przykład nostalgista, czyli osoba, która projektuje wnętrza dla osób starszych, w stylu z konkretnej dekady. Przy przeniesieniu dużej części życia do świata wirtualnego, pojawiają się również takie zawody jak osobisty kurator cyfrowy czy nawet manager śmierci cyfrowej dla osób, które postanowiły zakończyć swoją obecność w mediach społecznościowych.” – dodaje Anna Kowalczyk, dyrektor Fyte.

Pomimo rosnącej wagi wysoko rozwiniętych umiejętności miękkich kandydata, nie słabnie zapotrzebowanie rynku na zawody wymagające konkretnych umiejętności. Prym wiodą biotechnologia, logistyka i wszelkiego rodzaju zawody związane z IT i przetwarzaniem danych. W krótkookresowej perspektywie, weryfikowanej co 5 lat przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, wciąż duży nacisk kładzie się na zawody rzemieślnicze, jednak nie uwzględniają one szybko zmieniającej się technologii.  „Młodzi ludzie chętnie poświęcają swój czas wolny na pasje, które mogą stać się później ich pracą. Wystarczy zobaczyć, jak duży postęp nastąpił w dziedzinie druku 3D, który w ciągu kilku lat z laboratoryjnej ciekawostki dostępnej dla nielicznych rozwinął się niemalże na masową skalę. Podobnie wygląda praca operatora dronów, w których widzi się przyszłość m.in. transportu przesyłek, co będzie wymagać wsparcia programistów, logistyków i operatorów.” – dodaje Anna Kowalczyk.

Europejskie przedsiębiorstwa coraz chętniej korzystają z chmury. Polska nadal sceptyczna

Europejskie firmy chętnie wybierają rozwiązania chmurowe do swoich systemów IT. Przodują w tym Włosi i Brytyjczycy. Z drugiej strony polscy przedsiębiorcy nadal deklarują brak zaufania do tego typu rozwiązań, choć cloud computing może przynieść im znaczące korzyści zarówno w obszarze bezpieczeństwa, jak i wdrażania innowacji. Czy powinni wziąć przykład z krajów Europy Zachodniej?

Chociaż transformacja cyfrowa zachodzi w całej Europie, to sektory IT w poszczególnych krajach mają swoją własną specyfikę. Wyraźnie widać to na przykładzie rynku chmury obliczeniowej. Europejski rynek ICT dynamicznie się rozwija i według analiz IDC  do 2022 r. urośnie o 22 proc., osiągając wyższe stopy wzrostu niż w jakiejkolwiek innej części świata, głównie ze względu na RODO[1]. Z kolei w Polsce poziom sceptycyzmu wobec mury jest nadal wysoki.

Według danych z raportu „Wykorzystanie usług w chmurze w przedsiębiorstwach w Polsce” przygotowanego na zlecenei Aruba Cloud, 87 proc. organizacji w naszym kraju nadal opiera swoją infrastrukturę IT na lokalnych rozwiązaniach, podczas gdy tylko 27 proc. z nich korzysta z rozwiązań chmury. Jak wynika z deklaracji ankietowanych, głównymi czynnikami zachęcającymi do przejścia do chmury są dostępność usług przez Internet (39 proc.), wyższy poziom bezpieczeństwa w obliczu ataków cybernetycznych (38 proc.) i oferowana elastyczność (w 36 proc.). Niemniej jednak 63 proc. respondentów wskazuje, że główną przeszkodą w korzystaniu z usług w chmurze są obawy dotyczące bezpieczeństwa danych. Te firmy, które zdecydowały się na model cloud stosują wszystkie modele chmury, zarówno publiczny, hybrydowy jak i prywatny. Według badania zleconego przez Aruba Cloud, 50 proc. użytkowników zwraca się do rozwiązań chmury prywatnej, 26 proc. do chmury publicznej, a 23 proc. do chmury hybrydowej. Przyczyną popularności modelu chmury prywatnej wśród polskich organizacji wydaje się być bezpośrednia kontrola, jaką rozwiązanie to zapewnia każdej firmie w zakresie bezpieczeństwa danych.

Włoski biznes prezentuje inne podejście do technologii chmurowych. Przeprowadzone w ciągu ostatnich ośmiu lat kampanie uświadamiające lokalnych przedsiębiorców w zakresie technologii chmurowych okazały się skuteczne. Obecnie włoski rynek chmury wart jest 2,34 mld euro, a od 2017 roku urósł o 19 proc. We Włoszech 82 proc. średnich i dużych organizacji korzysta z co najmniej jednej usługi w chmurze publicznej, a 23 proc. stosuje chmurę jako wsparcie dla lokalnych rozwiązań. Tendencja ta dotyczy nie tylko dużych organizacji, ale także MŚP, które w 74 proc. przypadków uznają chmurę za skuteczny sposób wprowadzania innowacji w firmie.

Włoskie nastawienie do chmury dynamicznie się zmienia. W 2017 r. na Półwyspie Apenińskim miał miejsce boom chmurę hybrydową. Jednak w 2018 r. tempo przyjmowania chmury publicznej wzrosło tam ze względu na rosnącą świadomość rozwiązań w zakresie przywracania danych w przypadku awarii, a także ze względu na wdrożenie RODO, które nałożyło na firmy obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa danych przy projektowaniu infrastruktury.

Obecnie we Włoszech mamy do czynienia z trendem wybierania kilku dostawców rozwiązań chmurowych, tzw. multicloud. Wiele czynników może decydować o przeniesieniu niektórych usług do różnych dostawców: od poziomu świadczonych usług i wsparcia (SLA) poprzez rodzaj oferowanych rozwiązań, i  doświadczenie dostawcy w zarządzaniu usługą, do redundancji geograficznej, a nawet ceny.

Innym krajem, który w pełni przekonał się do chmury jest Wielka Brytania. Tempo, z jakim organizacje z Wysp przyjmują chmurę, jest imponujące. Jeszcze siedem lat temu nawet połowa (48 proc.) z nich nie korzystała z usług w chmurze. Obecnie odsetek firm, które przeszły na model cloud wynosi aż 88 proc. Połowa firm, które obecnie nie korzystają z chmury, spodziewa się, że wkrótce to zrobi. Szacuje się, że w ciągu dwóch lat 93 proc. organizacji skorzysta z co najmniej jednej usługi w tym modelu. Coraz większy odsetek brytyjskich organizacji chmurze publicznej ….. w zakresie tworzenia kopii zapasowych i odzyskiwania danych po awarii. Na Wyspach strategia multicloud została przyjęta przez 81 proc. organizacji. Jednocześnie rozwiązania hybrydowe tracą tam na popularności (odnotowały spadek o 7 proc. w stosunku do roku 2017)[2].

Tak duże zainteresowanie chmurą w Europie Zachodniej nie powinno być zaskoczeniem, biorąc pod uwagę fakt, że agencja badawcza Gartner prognozuje, iż w 2021 r. przychody generowane przez chmurę publiczną na całym świecie będą szacowane na około 278 mld dolarów, czyli prawie dwukrotnie więcej niż 145 mld wygenerowanych w 2017 r. Znaczna część tego rynku znajduje się w Europie[3]. Ciekawe będzie obserwowanie dalszego rozwoju europejskiego rynku chmur obliczeniowych w nadchodzących latach. Radykalny wzrost popularności tych rozwiązań to efekt połączenia skuteczności ogólnoeuropejskich kampanii uświadamiających oraz wprowadzenia dyrektywy RODO, która z potencjalnej przeszkody przekształciła się w prawdziwy akcelerator procesu cyfryzacji organizacji w całej Europie. W efekcie synergia tych procesów znacząco zwiększyła świadomość wszystkich w zakresie znaczenia danych i prywatności.

[1] https://www.idc.com/promo/global-ict-spending/forecast

[2] https://www.doherty.co.uk/blog/cloud-trends-2018

[3] https://www.gartner.com/en/newsroom/press-releases/2018-09-12-gartner-forecasts-worldwide-public-cloud-revenue-to-grow-17-percent-in-2019

Insurtechowa rewolucja ubezpieczeń

UBI i telematyka? Tempo, z jakim na polski rynek wchodzą coraz to nowsze pojęcia może zaskakiwać. O ile insurtechy, czyli technologie usprawniające działanie branży ubezpieczeniowej[1] funkcjonują w Polsce już od kilku dobrych lat (i mają się dobrze) jako integralna część rynku FinTech, o tyle pozostałe pojęcia mogą budzić u przeciętnego Kowalskiego lekką konsternację. Czym jest telematyka i jak się ma ona do rynku ubezpieczeniowego nad Wisłą? Czy nowe modele ubezpieczeniowe to rzeczywiście innowacja, czy może jednak… zbytnia ingerencja w decyzje zakupowe konsumentów?

To klient rządzi rynkiem

Branżą insurtech, podobnie jak rynkiem fintechów, rządzą preferencje i potrzeby konsumentów. Doskonałym przykładem może być na przykład możliwość ubezpieczenia podróży zarezerwowanej za pośrednictwem portali ridesharingowych, co oczywiście – było odpowiedzią na potrzeby płynące ze strony rynku. Nie inaczej jest w przypadku rezerwacji podróży za pośrednictwem biura – w pakiecie z wakacyjnym wyjazdem, oczekujemy otrzymania spersonalizowanego planu ubezpieczeniowego, dostosowanego do obranego przez nas kierunku czy okresu trwania wakacyjnego wyjazdu. Podstawą, zwłaszcza dla młodszych pokoleń, są również aplikacje mobilne, które pozwalają na szybkie załatwienie wszelkich, niezbędnych formalności.

Ubezpieczyciel a start-up – współpraca czy rywalizacja?

Choć największą obawą ubezpieczycieli według raportu PwC jest konkurencja ze strony startupów (obawia się tego 90 proc. z nich), w Polsce ten problem – zdawać by się mogło – nie istnieje, bowiem znaczna część insurtechowego rynku należy do banków, takich jak Bank Millenimum, BZ WBK czy PKO BP. Nad Wisłą insurtech stawia dopiero pierwsze kroki. Zauważyć można jednak dość duże zaangażowanie rynku w ich rozwój, zwłaszcza ze strony tradycyjnych ubezpieczycieli, którzy coraz częściej – zamiast wyniszczającej walki o rynek ubezpieczeniowy – podejmują współpracę z technologicznymi startupami, upatrując w tym szansy na dalszy rozwój. Coraz częściej słychać o inwestycjach w start-upy, tworzeniu akceleratorów czy modernizacji struktur od wewnątrz, poprzez powoływanie do życia m.in. zespołów technologicznych.[2] Badania przeprowadzone przez HRK S.A.  pokazują, że te ostatnie rozwijane są dość silnie. 71 proc. badanych (spośród 21 prezesów zarządów i dyrektorów personalnych spółek ubezpieczeniowych w Polsce) deklaruje, że ich pracownicy posiadają wszelkie możliwości do dalszego rozwoju kompetencji cyfrowych, natomiast 80 proc. zawarło w planach biznesowych nowe projekty, które te kompetencje znacznie poszerzą. Nieco inaczej sytuacja jawi się, jeśli chodzi o samych pracowników. Ich zdaniem, tylko 40 proc. ubezpieczycieli stwarza dogodne pracownikom, warunki dalszego rozwoju umiejętności cyfrowych.

Na tle światowych rynków insurtech, rozwój oraz ambicje polskiego rynku technologii ubezpieczeniowych wygląda obiecująco – zgodnie z raportem PwC, 38 proc. ogółu ubezpieczycieli na świecie nie traktuje wdrażania nowych technologii jako priorytetu w ich strategii działania, a jedynie 5 proc. – otworzyło spółkę insurtech lub przejęło taką spółkę z rynku. Współpracę z rynkiem insurtech zadeklarowało niespełna 28 proc. respondentów, pomimo że z takiej współpracy mogłoby płynąć wiele korzyści – m.in znaczna redukcja kosztów. Być może nieufność do rynku innowacji ubezpieczeniowych wynika z bariery, jaką dla ubezpieczycieli jest bezpieczeństwo informacji. Dla start-upów z kolei problem stanowi zupełnie inna kultura organizacji oraz różnice w zarządzaniu biznesem[3].

Światowe inwestycje w insurtech mimo wszystko – pną się w górę. W ciągu ostatnich 3 lat wzrosły one 5-krotnie, a ich łączne finansowanie od 2010 roku wyniosło 3,4 mld dolarów.

InsurtTechy oferując szybszą i mniej skomplikowaną obsługę wychodzą naprzeciw oczekiwaniom klientów. Dzięki łatwiejszej personalizacji odpowiadają one na potrzeby ubezpieczających, wynikające m.in. z zasobności portfela, stylu życia czy charakteru pracy. Przyszłością branży są takie technologie, jak sztuczna inteligencja czy blockchain, których pozytywne efekty wdrożenia odczują klienci – Marcin Grabiec, ekspert w Ocenapolis.pl.

UBI, czyli rewolucja w świecie ubezpieczeń

UBI (usage-based insurance) określa część rynku spersonalizowanych ubezpieczeń komunikacyjnych. To nowy, choć bardzo dobrze rokujący model wśród insurtechów, bowiem ubezpieczenia komunikacyjne to jedne z najlepiej sprzedających się polis. Prym w zakresie telematyki wiodą Włosi, gdzie dzięki zastosowaniu tej technologii częstość szkód obniżyła się trzykrotnie. Obok nich znaczącymi graczami na globalnym rynku UBI jest Wielka Brytania i USA. Szacunkowo wartość rynku UBI ma wzrosnąć do 123 miliardów dolarów w 2022 roku, a liczba osób korzystających z rozwiązań telematycznych w 2016 roku na całym świecie wynosiła niemalże 33 miliony (według firmy Visiongain). IHS Automotive w swym raporcie przewiduje natomiast wzrost liczby konsumentów do 142 milionów (do 2023 roku).

Model ten polega na monitorowaniu stylu jazdy kierowców za pomocą urządzeń telematycznych. Z wykorzystaniem IoT (internetu rzeczy) i za pośrednictwem zainstalowanych w pojeździe, modułów lub urządzeń telematycznych, ubezpieczyciele mają szansę na uzyskanie cennych informacji o stylu jazdy ich klientów.

UBI to jednocześnie ukłon w stronę kierowców, którzy w ramach zastosowania telematyki w swym pojeździe mogą liczyć ze strony ubezpieczyciela na zniżki przy wznowieniu polisy (od 5 do 30 proc.),  ale też krok milowy dla ubezpieczycieli w kierunku poprawy jakości swych usług i personalizacji ofert.  Telematyka umożliwia bowiem lepsze poznanie klientów oraz dokładniejsze szacowanie szkód spowodowanych wypadkami. Oprócz oczywistych korzyści, takich jak przeprowadzanie dokładnych analiz jazdy oraz wypadków drogowych, telematyka pozwala na uzyskanie przewagi konkurencyjnej wśród ubezpieczycieli, którzy nie wdrażają nowoczesnych technologii oraz przyczynia się do zmniejszenia kosztów związanych z próbami wyłudzeń i oszustw[4].

Czy w Polsce technologie telematyczne mają szansę zaistnieć? Oczywiście, że tak, zwłaszcza, że ten segment rodzimego rynku technologii ubezpieczeniowych jest jeszcze niezagospodarowany. Na ten moment funkcjonują w Polsce dwa programy ubezpieczeniowe, choć częściowo oparte na UBI. Nad technologiami telematycznymi pracuje również Centrum Zastosowań Matematyki i Inżynierii Systemów (CZMIS). Ich projekt UBIK zakłada model wysokości składek dla kierowców według ich zachowań „za kółkiem”. Model „pay as you use brane” bierze pod uwagę takie czynniki jak styl jazdy kierowcy czy pokonywane dystanse oraz styl jazdy kierowcy.

–  W Polsce telematyka w ubezpieczeniach ma przyszłość. To już się dzieje – ok. 30 tys. polskich kierowców bierze udział w programie oferowanym przez jednego z dużych ubezpieczycieli. W przypadku dobrej i bezpiecznej jazdy mogą oni otrzymać premię finansową. To dowód na to, że telematyka umożliwiająca ocenę stylu prowadzenia pojazdu również sprawdzi się nad Wisłą pod warunkiem, że kierowcy widzą realną korzyść z jej stosowania. Insurtech to przede wszystkim technologie optymalizujące wycenę składek, a co za tym idzie – mają pozytywny wpływ na alokację finansową. W XXI wieku nie ma od tego ucieczki – komentuje Łukasz Piechowiak, redaktor naczelny Fintek.pl.

[1] https://fintek.pl/insurtech-historia-prawdziwa/

[2] https://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/rynki-finansowe/rozwoj-insurtech-wciaz-zalezny-od-wspolpracy-z-tradycyjnymi-ubezpieczycielami/

[3] https://www.pwc.pl/pl/media/2016/2016-09-30-insurtech-pwc.html

[4] http://it-filolog.pl/ubi-ubezpieczenia-oparte-na-telematyce-iot-i-sieciach-5g/

Czy zarządca nieruchomościami stanie się asystentem?

Firmy zajmujące się zarządzaniem nieruchomościami stają się z każdym rokiem bardziej profesjonalne. Standardem jest już internetowa platforma zrzeszająca wszystkich mieszkańców, coraz szerszy staje się zakres oferowanych usług. Te pozytywne zmiany sprawiają, że coraz więcej wspólnot decyduje się nawiązać współpracę z firmą zarządzającą nieruchomościami.

Mariusz Łubiński, Prezes Zarządu Admus Sp. z o.o.
Mariusz Łubiński, Prezes Zarządu Admus Sp. z o.o.

Stawimy na technologię

Nowoczesna firma zarządzająca nieruchomościami musi przede wszystkim odpowiadać na potrzeby klientów i je rozumieć. Cała branża, którą reprezentuje stara się sukcesywnie wprowadzać udogodnienia, które pozwolą zaoszczędzić czas, zarówno mieszkańcom jak i naszym pracownikom.

Już niemal standardem jest portal mieszkańca. To miejsce, w którym po zalogowaniu się każdy użytkownik może sprawdzić miesięczne opłaty za media czy czynsz. Coraz większa grupa naszych klientów preferuje taką formę komunikacji. Jest to rozwiązanie łatwe w użytkowaniu, intuicyjne, a co ważne daje możliwość sprawdzenia rozliczenia z każdego miejsca. Coraz rzadziej wrzucamy chociażby informacje o zebraniach do skrzynek czy przypinamy je na tablicy ogłoszeń. Większość mieszkańców jako formą kontaktu wybiera właśnie drogę mailową lub platformę mieszkańców.

Znacznej zmianie uległa również sama forma zebrań mieszkańców. Po pierwsze w większości wspólnot istnieje możliwość głosowania zdalnie. To ogromne ułatwienie, zwłaszcza dla osób, które wynajmują mieszkania czy zwyczajnie nie są w stanie dotrzeć na spotkane. Ciekawym, ale jeszcze nie wprowadzonym w wielu wspólnotach pomysłem jest transmitowanie zebrań on-line. To rozwiązanie, podobnie jak głosowanie za pomocą platformy jest skierowane do osób, które nie mogą wziąć udziału osobiście. Dzięki technologii możliwe jest też wzięcie udziału w dyskusji i wyrażenie swojej opinii na poruszane tematy.

Szeroki wachlarz usług

Coraz częściej zarządca zajmuje się integracją mieszkańców, organizując imprezy okolicznościowe, spotkania dla dzieci i rodziców. Bardzo popularne są osiedlowe kluby, w których spotykają się mamy z dziećmi czy też seniorzy. Tego rodzaju inicjatywy budują międzysąsiedzkie więzi i przyczyniają się do powstawania prawdziwej wspólnoty.

Usługą, która ma spory potencjał w perspektywie kilku kolejnych lat jest usługa consierga albo też asystenta. Jest to osoba, która podobnie jak w hotelach wspiera mieszkańców w zadaniach organizacyjnych. Może odebrać rzeczy z pralni, wyprowadzić psa czy nadać paczkę. Nie jest to standardowa usługa, którą świadczą firmy zarządzające nieruchomościami. To raczej wsparcie mieszkańców w codziennych obowiązkach.

Firmy zajmujące się zarządzaniem nieruchomościami swoje usługi powinny skierować w dużej mierze w stronę mieszkańców i zaspokajania ich potrzeba, zwłaszcza na osiedlach luksusowych, gdzie mieszkańcy wymagają dodatkowej atencji.  Typowe usługi zarządcy już nie przekonują wspólnot, które coraz częściej oczekują z jednej strony kompleksowej oferty, z drugiej oczekują czegoś, co nie mieści się w ramach standardowej oferty firmy zarządzającej nieruchomościami.

Szef to zawód – jak być dobrym i skutecznym szefem?

Wyobraź sobie sytuację, że oto zostajesz szefem z związku z zasługami na niższym stanowisku i masz (jak większość szefów) nadzieję, że zdobyte tam doświadczenie wystarczy w nowej roli. Zwłaszcza teraz w Polsce zdarzają się błyskawiczne kariery młodych ludzi, którzy są pełni zapału do pracy i traktują rolę szefa jako nową misję do spełnienia. Brak im jednak doświadczenia życiowego i wielu konkretnych umiejętności. Muszą się po prostu nauczyć nowego zawodu. Przecież nikt nie powierzy niedoświadczonemu i nie przygotowanemu robotnikowi wybudowania nawet prostego domu. A od nowych szefów firma wymaga znacznie bardziej skomplikowanej pracy, nie dając im najczęściej żadnego przygotowania.

Robert Zych
Robert Zych

Czy zastanawiałeś się, jakie jest kluczowe zadanie szefa i dlaczego nie każdy jest predysponowany do pracy na tym stanowisku?

Głównym zadaniem szefa jest motywowanie podwładnych do jak najlepszej pracy. Wielu niedoświadczonych szefów zaczyna wierzyć, że istnieje jeden właściwy sposób (styl kierowania) do wywiązania się z tego obowiązku. Najczęściej prowadzi to do zwiększania presji, kontroli i wymagań. Tak jak nie ma takich samych ludzi, nie ma też jednego sposobu motywowania. Szef musi być przede wszystkim elastyczny i powinien w dodatku umieć oddziaływać na swoich podwładnych na wiele różnych sposobów. W sytuacjach przekazywania decyzji i egzekwowania poleceń szef powinien umieć robić to stanowczo i dyrektywnie, ale bez naruszania godności podwładnych. W sytuacjach konfliktowych lub rozwiązywania problemów szef powinien umieć negocjować i mediować w umiejętny sposób, aby pogodzić interesy różnych osób.

Czy zastanawiałeś się, jaki czyhają na Ciebie pułapki w momencie gdy zostajesz szefem?

Pracownicy nieświadomie zastawiają różne pułapki na młodych szefów. Dają im na przykład do zrozumienia, że chcą przyjacielskich, kumplowskich kontaktów. Niekiedy poddają przełożonych ostrej i niesprawiedliwej krytyce. Często oczekują gotowych rozwiązań w najprostszych sprawach. Szefowie nie mogą ulegać tej presji, a przede wszystkim nie powinni reagować pochopnie i emocjonalnie.

Kluczową umiejętnością szefa w Polsce jest „wymuszanie” odpowiedzialnej postawy u swoich podwładnych. Wszystkie proponowane na naszym warsztacie sposoby i algorytmy działania będą służyły rozwijaniu tej umiejętności. Pamiętaj o metaforze z warsztatu. Zostając szefem, zakładasz na siebie wielki, pusty plecak. Twoi podwładni na pewno będą próbować zapełnić go, wrzucając tam swoje problemy i roszczenia. Jeżeli nie chcesz paść pod jego ciężarem, musisz się nauczyć   pomagać   podwładnym rozwiązywać problemy, a nie wyręczać ich w tym.

Samotność szefa – czy trzeba się na nią skazywać?

Bycie skutecznym szefem wiąże się z pewnym dystansem wobec podwładnych i z samotnością. Z naszych doświadczeń wynika, że najbardziej szanowani są ci przełożeni, którzy potrafią być dla pracowników sprawiedliwym nauczycielem. Oznacza to, że w trudnych momentach biorą całą odpowiedzialność za podjęte decyzje.

Co robią i jak zachowują się „sprawiedliwi nauczyciele”:

  • nie unikają podjęcia problemów i trudnych decyzji,
  • są wymagający – potrafią stawiać granice i egzekwować wykonanie poleceń,
  • doceniają osiągnięcia podwładnych – umieją chwalić i nagradzać,
  • reprezentują odważnie interesy zespołu wobec swoich przełożonych,
  • chronią podwładnych przed osłabiającymi informacjami płynącymi z góry, spełniając rolę bufora,
  • „odtruwają” podwładnych oraz troszczą się o ich rozwój i szkolenie.

Ktoś, kto decyduje się być szefem, musi pogodzić się z tym, że będzie samotny w najtrudniejszych chwilach. Warto jednak podjąć wyzwanie i spróbować zmierzyć się z nowymi obowiązkami i trudnymi zadaniami, które na Ciebie czekają. Bycie dobrym i wymagającym jednocześnie szefem to bardzo trudne zadanie. Jeżeli czujesz, że masz ku temu predyspozycje i dostałeś właśnie awans, podejmij wyzwanie. Po miesiącach trudnej pracy zobaczysz, że było warto.

Robert Zych – współwłaściciel firmy szkoleniowej Kontrakt OSH. Autor książek: „Lider sprzedaży”, „Gen Sprzedawcy”, „Szef w roli coacha” „Klient w centrum uwagi”,  „Szef w relacji z zespołem” oraz najnowszej – „Szefie, angażuj zespół” .

Minister cyfryzacji z nagrodą od polskiej branży cyfrowej

Minister cyfryzacji Marek Zagórski otrzymał od polskiej branżę cyfrowej i nowoczesnych technologii reprezentowaną przez Związek Cyfrowa Polska statuetkę Cyfrowego Orła 2019. To specjalne wyróżnienie przyznawane przez branżę co roku dla najważniejszych osób w państwie, które przyczyniają się do rozwoju cyfryzacji gospodarki. – Mam nadzieję, że nagroda będzie dla pana ministra nie tylko symbolem tego, jak wiele udało się już zrobić, ale że da dodatkowy impuls do dalszych działań – powiedział prezes Związku Michał Kanownik.

Minister cyfryzacji z nagrodą od polskiej branży cyfrowej (1)Nagrodę wręczono we wtorek, 21 maja podczas kongresu gospodarczego Impact’19 w Krakowie. Jak argumentował Michał Kanownik, nagroda dla ministra cyfryzacji to efekt jego działań na rzecz cyfryzacji państwa. – Projekty związane z popularyzacją e-administracji, dostępem do szerokopasmowego internetu, wdrażaniem sieci 5G czy podnoszeniem świadomości zarówno wśród urzędników, przedsiębiorców, jak i konsumentów dot. cyberzagrożeń i tego, jak podnosić poziom cyberbezpieczeństwa w codziennym życiu są z punktu widzenia budowania nowoczesnego państwa priorytetowe. I resort cyfryzacji na czele z ministrem Markiem Zagórskim nie tylko realizuje te wszystkie zadania, ale inicjuje wiele innych, innowacyjnych pomysłów, które mają na celu podniesienie konkurencyjności naszego kraju na globalnym rynku cyfrowym – podkreślił prezes Cyfrowej Polski.

Minister cyfryzacji z nagrodą od polskiej branży cyfrowej (2)– Cieszę się, że wkład  i praca ministerstwa cyfryzacji została dostrzeżona i doceniona. To duże wyróżnienie, dla wszystkich tych, którzy na co dzień zajmują się cyfryzacją. Wspólnie przybliżamy administrację obywatelom – powiedział z kolei minister Marek Zagórski odbierając nagrodę.

Statuetka Cyfrowego Orła przyznawana jest co roku przez polską branżę cyfrową osobom i organizacjom działającym na rzecz rozwoju cyfrowej gospodarki. W tym roku nagrodę przyznano już po raz trzeci. W ubiegłym roku otrzymała ją minister przedsiębiorczości i technologii Jadwiga Emilewicz, zaś w 2017 r. statuetkę odebrał Mateusz Morawiecki, ówczesny wicepremier i minister finansów oraz rozwoju.

Konsumenci, marki i nowa komunikacja – nowy raport na rynku

Dla 80% konsumentów znaczący wpływ na decyzję o zakupie mają treści na temat danej marki znalezione w internecie – to wynik raportu „Konsumenci, marki i nowa komunikacja”, który pod honorowym patronatem IAB Polska przygotowała agencja moderacji ASAP CARE 24.

Interakcje z klientami stają się coraz bardziej skoncentrowane na kanałach cyfrowych. Ta zmiana staje się coraz głębsza wraz z rozwojem technologii, przenoszeniem coraz większej liczby usług z offline do online, a także – co najważniejsze – ze zmianą, jaka zaszła w samych konsumentach. Opublikowany właśnie raport „Konsumenci, marki i nowa komunikacja” prezentuje najnowsze wyniki dotyczące preferencji klientów w kontakcie z firmami, a także naświetla najważniejsze trendy i wyzwania stojące przed markami.

Daniel Grzesiuk z ASAP CARE 24
Daniel Grzesiuk z ASAP CARE 24

„Na przestrzeni najbliższych kilku lat kluczową grupą na rynku konsumpcyjnym stanie się Generacja Z, czyli pokolenie osób urodzonych po 1995 roku. To konsumenci, którzy spodziewają się obsługi tu i teraz, spersonalizowanej pod kątem ich preferencji i wcześniejszego doświadczenia” – wyjaśnia Daniel Grzesiuk z ASAP CARE 24. – „Przygotowując raport, postawiliśmy sobie za cel uchwycenie aktualnych oczekiwań konsumentów względem różnych kanałów i narzędzi służących konsumentom do komunikacji z markami. Na ile kanały cyfrowe, w tym głównie social media, kanibalizują inne formy kontaktu i obsługi klienta? Jakiej komunikacji od marek oczekują konsumenci?”

Jak pokazują wyniki raportu, 26% badanych śledzi na bieżąco marki w internecie. Co trzeci robi to sporadycznie, prawie tyle samo szuka treści na temat marki tylko w przypadku zamiaru zakupu produktu lub usługi. Znalezione opinie według deklaracji badanych mają znaczący wpływ na decyzje o zakupie produktu lub usługi danej marki (80% badanych zaznaczyło tę odpowiedź), a także na indywidualną opinię o marce (76%).

Wyniki badania pokazują także, jaki kontakt z marką jest dla konsumentów satysfakcjonujący. Decydującym czynnikiem oceny okazał się być czas reakcji. Ponad połowa badanych (53%) oczekuje od marki szybkiej odpowiedzi. Przy czym, aby uznać reakcję marki za szybką powinna ona nastąpić przynajmniej w ciągu godziny. Jednak są też i tacy konsumenci, którzy oczekują jeszcze szybszej odpowiedzi – 13% jest w stanie czekać na reakcję marki przez 15 minut, zaś 6% wymaga odpowiedzi niemal w czasie rzeczywistym, tj. w ciągu kilku minut.

„Te wyniki dla nas, agencji wyspecjalizowanej w moderacji i komunikacji w kanałach cyfrowych, nie są dużym zaskoczeniem” – przyznaje Daniel Grzesiuk z ASAP CARE 24. – „Zdajemy sobie jednak sprawę, że wiele firm i marek aktywnych w digital’u nie jest jeszcze przygotowanych do takiej obsługi klienta. W ciągu najbliższych kilku lat głównymi konsumentami stanie się wymagająca i wyspecjalizowano cyfrowo Generacja Z. To sygnał, aby inwestować w rozwiązania, które przenoszą obsługę klienta do internetu i czynią ją jakościową i szybką”.

To wybrane wnioski. W raporcie uwzględniono szereg zagadnień dotyczących komunikacji z markami z perspektywy konsumentów, poczynając od sprawdzenia, w jaki sposób konsumenci kontaktują się z markami, jakie formy kontaktu wykorzystują najczęściej i dlaczego, po określenie oczekiwań względem komunikacji oraz wpływ opinii, treści czy też kryzysów wizerunkowych na decyzje zakupowe oraz postrzeganie marek. Ogólnopolskie badanie opinii na zlecenie ASAP CARE 24 przeprowadził instytut badawczy SW Research. Honorowy patronat nad projektem objął Związek Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska.

Raport jest dostępny na stronie: https://asapcare24.com/raport-nowa-komunikacja/

ASAP CARE 24

Inwestycje w nieruchomości w I kw. 2019 r.

Finansowy portret MŚP w II kwartale 2019 r.

Ponad połowa mikro, małych i średnich firm w Polsce swoje inwestycje finansuje leasingiem (55,2 proc.) – wynika z Barometru EFL na II kwartał br. Powtarza się tendencja z poprzednich pomiarów, że im więcej pracowników firma zatrudnia, tym częściej korzysta z tego instrumentu. Leasing wybiera co trzecia mikro firma, 2 na 3 firmy małe i aż 8 na 10 firm średnich. W drugiej kolejności, biorąc pod uwagę zewnętrzne źródła finansowania, przedsiębiorcy sięgają po kredyt bankowy (49 proc.), a podium domyka ubezpieczenie majątku firmy (48,7 proc.).

Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL
Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL

– Każda branża ma swoje ulubione lub najbardziej odpowiednie do jej specyfiki narzędzia finansowania inwestycji. W przypadku aż czterech branż takich jak transport, produkcja, handel i budownictwo, numerem jeden, jeśli weźmiemy pod uwagę zewnętrzne instrumenty, jest leasing. Przedsiębiorcy tak chętnie sięgają po ten instrument z kilku powodów. Mogą dokonać inwestycji bez angażowania często dużej gotówki, tę mogą przeznaczyć na inne cele – na przykład związane z rozwojem swoich pracowników, a kupione za nią środki trwałe zwiększają wartość firmy i jej konkurencyjność – podkreśla Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Podium bez zmian

Od początku realizacji pomiarów „Barometr EFL”, czyli od stycznia 2015 roku, zarządzający mikro, małym i średnim biznesem najczęściej finansują swoją działalność środkami własnymi. Podobnie sytuacja wygląda w II kwartale br. – ponad 92 proc. przedsiębiorców zadeklarowało, że sięga do swoich portfeli w celu sfinansowania zaplanowanej inwestycji.

Od kilku kwartałów również lider wśród zewnętrznych instrumentów finansowych pozostaje ten sam. Pierwszym wyborem jest leasing, z którego korzysta ponad 55 proc. MŚP. Na drugim miejscu tym razem uplasował się kredyt bankowy (49 proc. wskazań), a miejsce tuż za nim zajęło ubezpieczenie majątku firmy – sięga po nie niecałe 49 proc. przedsiębiorców.

MŚP transportują i produkują w leasingu

Biorąc pod uwagę branże, leasing jest najpopularniejszy w firmach transportowych (74 proc.). W ten sposób przedsiębiorcy najczęściej finansują swoją flotę pojazdów. Z tego instrumentu chętnie korzystają również firmy produkcyjne – 66 proc. z nich finansuje w ten sposób swoją działalność. Trzecią branżą, która jest za pan brat z leasingiem, jest budownictwo (57,5 proc. wskazań), a tuż za nią uplasował się handel (55,8 proc.).

Najczęściej leasingują najwięksi

II kwartał nie przyniósł także zmian, jeśli chodzi o popularność leaisngu biorąc pod uwagę wielkość podmiotu. Po raz kolejny widać tendencję, zgodnie z którą, im większa firma, tym częściej korzysta z leasingu. Podczas gdy wśród mikro firm blisko 32 proc. zarządzających bazuje na tym produkcie, wśród małych ten odsetek jest dwa razy wyższy i wynosi 62 proc., a wśród średnich podmiotów ponad 79 proc.

Podobną tendecję widać w przypadku kredytu bankowego i ubezpieczenia majątku. Z pierwszego korzysta 66 proc. średnich podmiotów, 58 proc. małych i 26 proc. mikro organizacji. Po ubezpieczenie sięga natomiast 59 proc. średnich firm, 55 proc. małych i 34 proc. mikro.

***

Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 28 marca – 5 kwietnia 2019 r.

Polski przedsiębiorca bez prawa do błędu … chyba, że firmę prowadzi zagranicą

Czy początkujący przedsiębiorca w Polsce ma prawo się pomylić? Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii twierdzi, że tak, ale jest w tym zakresie raczej odosobnione.

Resort przedsiębiorczości i technologii pod wodzą Jadwigi Emilewicz przedstawił właśnie projekt zmiany w przepisach, który zezwoliłby początkującym mikro- , małym i średnim przedsiębiorcom na popełnienie błędu.

W Polsce firma tylko dla prymusów?

Chodzi o to, by właściciel firmy, który stawia dopiero pierwsze kroki w trudnym świecie biznesu, miał możliwość skorygowania swoich błędów bez automatycznego ponoszenia za nie konsekwencji. Rzecz jasna błąd musiałby być nieumyślny i musiałby zostać skorygowany niezwłocznie po jego wykryciu.

Na propozycję MPiT nie zgadza się jednak Ministerstwo Finansów. Nieco pokrętna wydaje się argumentacja ministerstwa w tym zakresie, które twierdzi, iż „prawo do błędu” zachęciłoby przedsiębiorców do nierzetelnego wykonywania przez nich obowiązków podatkowych. Resort Teresy Czerwińskiej nie ma wątpliwości, że każdy przedsiębiorca, niezależnie od tego, czy stawia on dopiero pierwsze kroki w biznesie, czy też egzystuje on na polskim rynku od wielu lat, jest zobowiązany do bezwzględnego przestrzegania przepisów. Ministerstwo Finansów stoi też na stanowisku, że dyspensa udzielona początkującym przedsiębiorcom może „naruszać zasadę równości i powszechności opodatkowania”. 

Brytyjskie prawo do błędu to oczywistość

Podczas gdy w Polsce rząd zaczyna się dopiero zastanawiać nad poluzowaniem twardych przepisów odnośnie przedsiębiorców, w Wielkiej Brytanii “prawo do błędu” de facto ma każdy przedsiębiorca – bez względu na jego wielkość czy długość funkcjonowania na rynku. Choć warto zauważyć, że szczególnie łaskawie brytyjski odpowiednik polskiej skarbówki patrzy na mniejsze firmy. Zarówno w przypadku osób fizycznych prowadzących działalność (self – employed), jak i spółek zbliżonych do polskich spółek z o.o. (limited company, LTD) co do zasady w przypadku błędnie wypełnionego zeznania podatkowego PIT lub CIT i samodzielnego wykrycia błędu, podatnik ma 12 miesięcy na ewentualne skorygowanie zeznania tą samą drogą, jaką składał deklarację. Dopiero po tym okresie potrzeba skorygowania zeznania wiąże się z koniecznością złożenia dodatkowego wyjaśnienia. W przypadku, gdy chodzi o nadpłatę podatku dochodowego, korygowanie zeznań i wnioskowanie o zwrot nadpłaty, możliwe jest nawet do czterech lat wstecz.

W przypadku pomyłek w zeznaniach VAT, korekty składa się w kolejnych okresach rozliczeniowych dla podatku VAT (zwyczaj jest to kwartał). Gdy błędy nastąpiły w okresie czterech ostatnich lat i nie przekraczają 10.000 funtów netto, nie ma konieczności składania wyjaśnień. W tym przypadku nie stosuje się także kar. 

Różne podejście do karania w sprawach podatkowych

HMRC nie ma w zwyczaju karać, gdy podatnik sam koryguje swoje błędy. Oczywiście – podobnie jak w Polsce – Wielka Brytania wymierza także kary finansowe. W Polsce kwalifikację czynu określa kwota uszczuplenia podatku, a tym samym straty, jaką poniósł Skarb Państwa. Rozróżnia się wykroczenie i przestępstwo (w 2019 roku granicę tę określa kwota 11.250 zł tj. pięciokrotności najniższego wynagrodzenia za pracę – 5 x 2.250 zł), a ustawodawca określił także minimalną oraz maksymalną wysokość kary grzywny oraz przewidział możliwość karania więzieniem.  W Wielkiej Brytanii zakwalifikowanie czynu nie opiera się o konkretną kwotę uszczuplenia podatku, ale o ocenę stopnia celowości lub uporczywości działania, w wyniku którego nastąpiło uszczuplenie (np. niedbałość, celowe działanie, ignorowanie powinności). Stwierdzenie niedopłaty podatku przez HMRC nie musi skutkować grzywną, nawet gdy to urząd wykrył nieprawidłowość. Kary grzywny naliczane są w przedziałach procentowych w zależności jak celowe było działanie podatnika w ocenie urzędu. Może to być np. dodatkowe 30% od brakującej kwoty należnego podatku. W praktyce, w przypadku odwołania się od kary lub jej wysokości, urząd często przychyla się prośbie. Gdy kwota należności jest duża to dopłata zaległego podatku wraz z odsetkami czy ewentualną grzywną może być rozłożona na raty.

Najczęściej stosowane przez HRMC kary to jednak to raczej niewielkie kwoty, przykładowo około 100 funtów, za przekroczenia terminu składania zeznania. Należy bowiem pamiętać, iż spółki LTD w Wielkiej Brytanii mają indywidualnie określany rok podatkowy, zależny od momentu jest powstania. Możliwe jest także przesuwania rozliczenia w czasie o kilka miesięcy, zatem karę można uznawać raczej za upomnienie niefrasobliwego dyrektora spółki.

Polska na dobrej drodze, ale droga jest daleka

Nie sposób nie dostrzec, że w Polsce Jadwiga Emilewicz przeciera nowe szlaki na linii rząd – biznes i że chce nakłonić swoich kolegów z ław rządowych do wprowadzania dalszych ułatwień dla przedsiębiorców. Nie można wykluczyć, że swoją pracę nad ułatwieniami dla biznesmenów nad Wisłą minister przedsiębiorczości i technologii wzoruje na doświadczeniach brytyjskich. Brytyjski rząd jednak nie tylko zadbał o otoczenie przedsiębiorców na Wyspach szczególną opieką, ale też dał im możliwość skorzystania z darmowego, profesjonalnego doradztwa. Jak pokazuje praktyka, brytyjscy przedsiębiorcy najczęściej popełniają błędy w związku ze złą kwalifikacją kosztów. Bazując na przykładach, którymi chwalą się w sieci anonimowo brytyjscy księgowi, firma budowlana będzie mieć trudność w uzasadnieniu wizyty w SPA, a domek dla lalek raczej nie jest niezbędnym kosztem dyrektora spółki z branży ubezpieczeniowej. Nie będzie jednak podlegało negatywnej ocenie zakwalifikowanie zwrotu kosztów pracownika, jakie poniósł w związku z wyjazdem służbowym. Problemy w ocenie kwalifikowalności kosztów, całkiem zbliżone do tych, które mają czasem firmy w Polsce, zdopingowały brytyjski urząd skarbowy do szerokich działań edukacyjnych. Rządowe programy pomocy przedsiębiorcom obejmują różnego rodzaju szkolenia, szkolenia online i nieodpłatne doradztwo, dzięki którym właściciele firm, zwłaszcza ci stawiający na tym polu pierwsze kroki, mogą uczyć się unikania pomyłek.

W Wielkiej Brytanii urzędnicy są nastawieni przyjaźnie, a przepisy są proste oraz powtarza się często, że mylenie się jest rzeczą ludzką. Brytyjczycy zdecydowanie przodują w zastosowaniu prostego języka w administracji, upraszczaniu przepisów, a każdy błąd przedsiębiorcy jest traktowany jako nieumyślny dopóki nie będzie powtarzany. Nawet, gdy przedsiębiorcy naliczona jest kara to dobrze umotywowane odwołanie często okazuje się skuteczne. Urzędy chętnie także obniżają wysokość kar, aby nie zniechęcać przedsiębiorców do dalszego prowadzenia firmy. Nie dziwi więc fakt, że powracające pogłoski o “teście przedsiębiorcy” czy brak prawa do błędu zachęcają Polaków do otwierania firm w Londynie czy Edynburgu.

Agnieszka Moryc, Dyrektor Zarządzająca Admiral.Tax

Łatwo przyszło, łatwo poszło

Nie zostało nic po wczorajszym rajdzie dolara australijskiego po tym, jak RBA przypomniał o swoim gołębim nastawieniu i niemal przesądził o obniżce stopy procentowej za dwa tygodnie. Poza tym rynek z pewną ulgą przyjmuje wyciszenie wokół sporu handlowego USA-Chiny.

Wczoraj ostrzegałem, że przypomnienie o problemach, jakie stoją przez polityką monetarną w Australii, może zgasić euforię na AUD, która narosła w reakcji na wynik wyborów parlamentarnych. Dzisiejszy przekaz z RBA jest bardziej jednoznaczny niż można było oczekiwać. Pierwszym ciosem był protokół z majowego posiedzenia RBA, w którym napisano, że członkowie banku dyskutowali nad scenariuszem, w którym inflacja pozostaje w miejscu, a bezrobocie wraca do wzrostów i w takich warunkach obniżka będzie stosowna. O braku presji inflacyjnej wiemy już od jakiegoś czasu, a w zeszłym tygodniu pojawił się pierwszy sygnał, że stopa bezrobocia zaczyna wzrastać (z 5 proc. do 5,2 proc.). RBA nie może już zasłaniać się odpornością rynku pracy i raczej nie ma co liczyć na transmisję wzrostu płac na ceny. Co więcej, swoje prognozy wzrostu PKB o 2,75 proc. w tym roku i utrzymanie stopy bezrobocia przy 5 proc. opiera o ścieżkę stóp procentowych zakładaną przez rynek. A rynek dyskontuje obniżenie stopy kasowej z 1,5 proc. do 1 proc. W tych warunkach uzasadnionym było stwierdzenie prezesa Lowe’a, że „na czerwcowym posiedzeniu Rada rozważy obniżkę stopy procentowej”. Był to drugi cios dla AUD, który niejako przesądza ruch na stopach za dwa tygodnie. Spadek AUD nie jest duży i tylko wymazuje wczorajszy wyskok, ponieważ już wcześniej rynek dawał więcej niż 50 proc. szans na obniżkę w czerwcu. To jednak nie zmienia faktu, że jest to tylko częściowy powód słabości AUD. Eskalacja sporu handlowego USA-Chiny i płynące z tego zagrożenia dla globalnego ożywienia budują klimat, w którym ryzykowny i powiązany z surowcami przemysłowymi AUD ma więcej powodów do obaw. I więcej ma ich też RBA, by nie wykluczać dalszych obniżek do końca roku.

Przy chwilowym wyciszeniu tematu wojen handlowych górę biorą tematy lokalne. USD pozostaje silny, gdyż niezdecydowanie o kierunek dla rynków finansowych preferuje bezpieczne i płynne środowiska. Powrót przyjaznego sentymentu wobec dolara jest głównym paliwem spadków EUR/USD, ale też euro nie jest atrakcyjnym wyborem do kupna w obliczu obaw o globalne ożywienie. Z perspektywą niepewnego wyniku odczytów PMI w czwartek możemy obserwować konsolidację na niskich poziomach, ale bez rozczarowujących figur dalej wątpię w potencjał deprecjacyjny unijnej waluty. Są waluty, które cieszą się mniejszą miłością inwestorów, jak wspomniany wcześniej AUD, sąsiadujący NZD czy obarczony brexitem GBP. W oparach niepewności jest zdecydowanie wygodniej trzymać się bezpiecznych walut defensywnych (CHF, JPY) niż podejmować ryzyko. Szczególnie, gdy jedna wiadomość (lub tweet) może odmienić obraz rynku (i prędzej w negatywną stronę).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Akademik LivinnX Kraków od kulis

Studenci zainteresowani zakwaterowaniem w LivinnX Kraków już teraz mogą sprawdzić, jak będą prezentowały się przestrzenie mieszkalne w akademiku. Na terenie obiektu, który realizowany jest w stolicy Małopolski przez Golub GetHouse i CA Ventures International, zaaranżowano pokazowe jednostki mieszkalne – w pełni odzwierciedlające finalny design pomieszczeń LivinnX Kraków. Wraz z rozpoczęciem roku akademickiego 2019/2020, w obiekcie będzie mogło zamieszkać aż 710 studentów, a rezerwacja miejsc właśnie się rozpoczęła.

LivinnX Kraków powstaje w ramach odrestaurowania budynku po dawnych zakładach Telpod przy ul. Romanowicza 4 w Krakowie. Akademik zaoferuje studentom 290 jednostek mieszkalnych o bardzo dobrym standardzie. Dzięki zaaranżowaniu na terenie obiektu pięciu pokazowych jednostek, każdy student zainteresowany wynajmem przestrzeni w LivinnX Kraków, ma możliwość osobiście przekonać się, jak finalnie będą prezentowały się pomieszczenia mieszkalne w akademiku.

Każda z jednostek – w pełni umeblowana – będzie posiadała strefę dzienną, połączoną z aneksem kuchennym, przestrzeń sypialnianą oraz łazienkę. Meble do części mieszkalnej (sofy, łóżka, meble kuchenne i dodatki) dostarczy IKEA, a sprzęt RTV/AGD (TV, lodówki, płyty indukcyjne i mikrofalówki) – Samsung. W zakresie aranżacji wnętrz, inwestorzy współpracują również z firmą Balma – odpowiedzialną za wyposażenie części wspólnych LivinnX Kraków oraz z marką Technogym, której wysokiej klasy sprzęt sportowy znajdzie się na siłowni.

– LivinnX Kraków to nowoczesność w każdym calu – począwszy od projektu architektonicznego i designu, po multifunkcjonalność i udogodnienia. Jest  to nasza pierwsza inwestycja z sektora prywatnych akademików, ale już teraz jestem przekonany o jej sukcesie. Poprzez współpracę z doświadczonym w tym zakresie amerykańskim partnerem CA Ventures, dostarczymy na rodzimy rynek absolutnie nowatorskie rozwiązania – takie, których w Polsce dzisiaj brakuje, a za granicą sprawdziły się doskonale. Postawiliśmy na różnorodność, wysoką jakość i dbałość o każdy detal. Głęboko wierzymy, że oferta akademika znajdzie uznanie zarówno wśród studentów, jak i ich rodziców – powiedział Cezary Jarząbek, Założyciel i Prezes Zarządu Golub GetHouse.

W  dniu otwarcia jednostek pokazowych, uruchomiono również system rezerwacji miejsc
w akademiku. Studenci mają możliwość wyboru rodzaju jednostki, w której zamieszkają. Do ich dyspozycji są przestrzenie 1-, 2-, 3- i 4-osobowe. W ofercie akademika znajdują się również pomieszczenia dedykowane osobom niepełnosprawnym.

Po sukcesach, jakie osiągnęliśmy w Stanach Zjednoczonych i Ameryce Łacińskiej, realizujemy obecnie nasz pierwszy projekt w Europie. Jesteśmy przekonani, że społeczność uniwersytecka w Polsce z zadowoleniem przyjmie nasz akademik, który został zaprojektowany specjalnie dla niej, uwzględniając potrzeby i oczekiwania polskich studentów. Cieszymy się, że możemy zadebiutować w Polsce i zaproponować nasze usługi na tym jakże ważnym rynku – skomentował Tony DiBiase, Principal, CA Ventures International.

Poza jednostkami mieszkalnymi, zlokalizowanymi na sześciu kondygnacjach budynku,
w akademiku LivinnX Kraków znajdzie się także 2000 m kw. udogodnień. Do dyspozycji mieszkańców będą m. in. specjalnie zaaranżowane strefy nauki i rozrywki, duża wspólna kuchnia, całodobowa siłownia, sauna, pokój do jogi, ścianka wspinaczkowa, pracownia artystyczna, a nawet taras z jacuzzi zlokalizowany na dachu budynku. Nie zabraknie także pralni i rowerowni. Na terenie obiektu znajdą się również ogólnodostępne przestrzenie, takie jak sklep, drogeria, restauracja i kawiarnia. Na wzór międzynarodowych kampusów, akademik będzie nadzorowany całodobową telewizją CCTV. 24 godziny na dobę będzie czynna również recepcja i biuro ochrony.

Dzięki dogodnej lokalizacji, akademik będzie dobrze skomunikowany z najważniejszymi szkołami wyższymi na terenie Krakowa. Sąsiedztwo Starego Miasta oraz dzielnicy Kazimierz zapewni z kolei dostęp do infrastruktury kulturalno-usługowej, takiej jak: muzea, galerie sztuki, kluby, restauracje oraz Bulwary Wiślane.

W akademiku znajdzie się 290 jednostek mieszkalnych przeznaczonych dla 710 studentów. Ceny za miesięczne zakwaterowanie w LivinnX Kraków rozpoczynają się od poziomu 1350 zł za osobę. Umowa określająca długość pobytu w akademiku, w zależności od indywidualnych preferencji, może zostać zawarta na okres 5 lub 12 miesięcy.

Za projekt przebudowy budynku Telpod odpowiada renomowana krakowska pracownia architektoniczna IMB Asymetria, a generalnym wykonawcą inwestycji jest UNIBEP S.A. Zakończenie prac budowlanych zaplanowano na lato 2019 r. Pierwsi studenci zamieszkają w LivinnX Kraków wraz z rozpoczęciem roku akademickiego 2019/2020.

Polacy mają już dość pizzy i pierogów z mikrofalówki. Czas na sushi

Porównując wyniki z I kwartału ub. i tego roku, widać, że sieci handlowe zwiększyły zakres promocji sushi w gazetkach o 181%. W sklepach convenience, które w ogóle nie promowały tego asortymentu, nastąpił wzrost aż o 800%. W supermarketach był on na poziomie 275%. A w hipermarketach i dyskontach nie przekroczył 200%. Co ciekawe, w obu badanych okresach japońska potrawa pojawiała się na pierwszych stronach publikacji tylko w hipermarketach. I w br. nastąpił spadek o 50%. Tam też zanotowano największy przyrost promocji. Tak wynika z raportu przygotowanego przez analityków z firmy Hiper-Com Poland.

– Japońska potrawa już dawno przestała być ekskluzywna. Z roku na rok staje się coraz bardziej popularna w naszym kraju. Sieci handlowe dostrzegły potencjał w tym, że Polacy bardzo ją polubili. Dlatego nie dziwi mnie, że średnio przybyło promocji o prawie 200% – mówi Bartłomiej Domański, Data Analyst Manager z Hiper-Com Poland.

Według Macieja Tygielskiego, szefa sprzedaży w Grupie AdRetail, popyt na sushi będzie wciąż rósł. Ta potrawa doskonale wpisuje się w trend spożywania gotowych dań, który jest coraz bardziej widoczny, zwłaszcza w dużych miastach. Z kolei Elżbieta Szarejko, analityk z Centrum Monitorowania Rynku (CMR), zauważa, że Polacy szukają odmiany dla pizzy i pierogów z mikrofalówki. Chcą czuć, że jadają egzotyczne i wyszukane posiłki.

– Oryginalny fast food idealnie pasuje do oferty sklepów convenience, gdzie przychodzą najbardziej zapracowani klienci na szybkie zakupy. Sieci w końcu to dostrzegły i dlatego zwiększyły zerową liczbę promocji aż o 800%. Trzeba podkreślić, w I kwartale 2018 roku w tym formacie w ogóle nie było widać gotowego sushi w gazetkach – informuje Maciej Tygielski.

Powszechnie wiadomo, że taka potrawa jest najlepsza tuż po przyrządzeniu. Zdaniem Bartłomieja Domańskiego, chęć sięgania po nią do sklepowej lodówki wciąż dynamicznie rośnie, ale jeszcze wiele osób boi się tego próbować. Na promocję i sprzedaż gotowego sushi wcześniej mogły sobie pozwolić, niejako eksperymentalnie, większe formaty handlowe. Gdy okazało się, że na rynku jest dla niego miejsce obok innych dań sprzedawanych w sklepach convenience, sieci te zmieniły strategię.

– Nieduże sklepy, które do niedawna raczej nie kojarzyły się z takim asortymentem, mają coraz ciekawszą i bardziej zróżnicowaną ofertę dań gotowych. Większa dostępność i wzrost zainteresowania tego typu produktami to dobry powód do tego, by częściej informować o nich klientów. Trzeba też pamiętać o tym, że w kategoriach niszowych, jakim bez wątpienia jest sushi, nawet niewielkie podniesie promocji czy sprzedaży przekłada się na duże wzrosty procentowe – komentuje Elżbieta Szarejko.

Wyniki innych formatów nie zaskakują Macieja Ptaszyńskiego, dyrektora generalnego z Polskiej Izby Handlu. Supermarkety zwiększyły aktywność aż o 275%, bo coraz ostrzej walczą z pozostałymi kanałami o uwagę klientów. W hipermarketach przybyło promocji o 176%, gdyż szukają one nowych pomysłów na przyciągnięcie klientów. Polacy są zmęczeni wielkopowierzchniowymi placówkami. Dlatego ciekawym rozwiązaniem jednej z sieci jest przyrządzanie sushi na oczach konsumentów w sklepie.

– W ciągu roku dyskonty podniosły zakres promocji sushi o 150%. Wykazały na tym polu najmniejszą aktywność, ponieważ tego typu produkt nie do końca pasuje do ich oferty. Ale danie stało się modne, więc trzeba je również promować. To też pokazuje, jak mocno ten format walczy z innymi na każdym możliwym polu – zwraca uwagę Maciej Tygielski.

W badanych okresach tylko hipermarkety prezentowały sushi na pierwszych stronach gazetek. Ale w br. nastąpił spadek aż o 50%. Bartłomiej Domański wyjaśnia, że ten format oferuje najszerszą gamę produktów. Dlatego jako jedyny odważył się promować to danie na okładkach publikacji. Sieci zrezygnowały jednak z agresywnej promocji, bo jest to art. niszowy. Nie spowoduje, że klienci wyłącznie z jego powodu odwiedzą sklep. Wiedzą już o dostępności tej potrawy w hipermarketach i to wystarczy.

– Biorąc pod uwagę wszystkie pozostałe strony gazetek, największy przyrost promocji zanotowano w hipermarketach – 27,78%. Może to być efektem przeniesienia części tego typu ofert z okładek na dalsze miejsca w publikacjach. Potem w rankingu uplasowały się dyskonty – 13,89%, supermarkety – 3,40% i convenience – 2,47%. Wygląda na to, że ten ostatni format dopiero bada rynek sushi i zapewne jeszcze wzmocni swój udział – podsumowuje ekspert z Grupy AdRetail.

Analiza objęła dania gotowe chłodzone sushi promowane w gazetkach hipermarketów, dyskontów, supermarketów i sieci convenience. Porównano dane z I kwartału 2018 oraz tego samego okresu w 2019 roku.

Początek tygodnia przynosi względną stabilizację rynku

Poniedziałek był dniem dosyć leniwym, nie poznaliśmy zbyt wielu istotnych informacji z globalnych gospodarek, a zmiany tak na głównych parach, jak i na parach ze złotych były dość ograniczone. Wśród głównych walut nadal wyróżnia się funt brytyjski, który jeszcze pogłębił wyprzedaż z ostatnich dwóch tygodni, cierpiąc z powodu presji związanej z Brexitem.

W kontekście ostatnich informacji z Polski warto wspomnieć, że dzisiejsze dane z rynku pracy w kwietniu były całkiem dobre: na plus zaskoczyła dynamika płac, nieco rozczarowało z kolei zatrudnienie. Odczyty wspierają założenie o silnym wzroście gospodarczym i docelowo wyższej inflacji, jednak ich znaczenie dla rynku walutowego w krótkim terminie było bardzo niewielkie: złoty nadal reaguje przede wszystkim na zmiany sentymentu względem ryzyka i ruchy na parze EUR/USD.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,29-4,31. W relacji do dolara amerykańskiego euro zakończyło dzień w okolicy poziomu, na którym go rozpoczęło. Brak istotnych informacji z obu stron Atlantyku sprawił, że zmienność tak na EUR/USD jak i na EUR/PLN była niska.

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,89-4,92. Funt rozpoczął tydzień kontynuacją wyprzedaży również w relacji do głównych walut. Walucie cały czas ciążą obawy związane z Brexitem, a konkretniej rosnące prawdopodobieństwo tego, że po odejściu premier May zastąpi kandydat, który jest zwolennikiem “Brexitu za wszelką cenę”. Niepokój wzmaga to, że liderem sondaży jest Boris Johnson, który był jedną z kluczowych postaci kampanii “Leave”. 

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 3,85-3,86. Wczorajszy dzień nie przyniósł zbyt wielu informacji z USA. Tematem przewodnim pozostaje polityka, jednak ani w przypadku konfliktu handlowego z Chinami, ani w kontekście ostatniego napięcia na linii z Iranem, póki co brak jest istotnych rozstrzygnięć.

Podczas dzisiejszego przemówienia Jerome Powell zwrócił uwagę na kwestię zadłużenia firm, które osiągnęło rekordowy poziom, jednak zgodnie ze słowami prezesa Fed obecnie nie jest większym zagrożeniem dla stabilności systemu. Powell wypowiedział się również w temacie inflacji, stwierdzając, że dynamika cen w USA istotnie różni się od tej z ostatnich dekad, co związane jest m.in. z globalizacją i zmianami technologicznymi. Komentarze Powella odnosiły się do kwestii gospodarczych, jednak brak istotniejszych sugestii dotyczących polityki monetarnej sprawił, że ich wpływ na rynek w bezpośrednim następstwie wypowiedzi był ograniczony. Dziś w końcówce dnia czekają nas jeszcze dwa przemówienia członków FOMC. Na istotniejsze informacje z USA przyjdzie nam jednak poczekać do środy, wtedy bowiem poznamy “minutki” z ostatniego spotkania FOMC.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 16:00 – wstępny odczyt danych o zaufaniu konsumentów w strefie euro w maju
  • 16:45 – przemawia Charles Evans z FOMC
  • 18:00 – przemawia Eric Rosengren z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Wojna handlowa USA i Chin, a sprawa polska

W polskiej polityce brakuje wyraźnego odniesienia do tego, jak należy traktować relacje z Chinami. Bardzo widoczna staje się rywalizacja amerykańsko-chińska – która przebija się w przestrzeń militarnej, jak i gospodarczej. Przez to wpływa na państwa różnych regionów. Pozycja Europy Środkowej, jako bramy do zachodniej części kontynentu, jest bardzo istotna. Amerykanie zauważyli to przy okazji inicjatywy takich projektów, jak np. Trójmorze. Z drugiej strony Chińczycy intensywnie szukają dróg wejścia do Europy. Rywalizacja ta nie przeradza się w konflikt militarny, ale odbywa się na innych przestrzeniach – np. w obszarze wywiadowczymKraje zachodnioeuropejskie kładą bardzo duży nacisk na zwalczanie niektórych chińskich firm telekomunikacyjnych. Rządy odchodzą od całych azjatyckich rozwiązań, traktując je jako niebezpieczne. Zmagania Stanów Zjednoczonych i Chin – jako dwóch mocarstw – przybierają więc na sile.

– Z punktu widzenia Polski, rywalizacja ta powoduje niebezpieczeństwa, ale stwarza też pewne szanse – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego – Nie do końca jasne jest, jaką rolę w tym podziale sił odgrywać będzie Federacja Rosyjska. Kraj ten zmaga się ze swoimi wewnętrznymi problemami. Z tego powodu może dołączać do lokalnych konfliktów, podsycając je dla zdobycia pewnej przewagi, czy przeprowadzając projekcje własnej siły. Zapewne pozycja Rosji zostanie wykorzystana także w rywalizacji amerykańsko-chińskiej. Taka sytuacja może nie zakończyć się korzystnie dla Polski. Z drugiej strony daje to zwiększone zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w Europie Środkowej i Wschodniej – w obronę militarną krajów bałtyckich w ramach NATO. Oprócz tego widoczne staje się wspieranie rozwoju sektora energetycznego oraz infrastruktury. W takiej sytuacji Polska nie może być postrzegana jako przegrany kraj. Jednocześnie brakuje przejrzystej polityki względem Chin. Stosunki z USA bardzo mocno się rozwijają. Stany Zjednoczone stają się naszym sojusznikiem. Tym bardziej pojawia się pytanie o polskie relacje z rządem i biznesem chińskim – zaznaczył Roszkowski.

Sprzedaż kredytów w Polsce w kwietniu 2019 r.

W kwietniu 2019 r., w porównaniu do kwietnia 2018 r. w ujęciu wartościowym, banki i SKOK-i udzieliły kredytów na wyższą kwotę w trzech grupach produktowych. Najwyższy wzrost odnotowano w przypadku limitów przyznawanych na kartach kredytowych – wzrost o (+27,9%) oraz kredytów mieszkaniowych (+18,0%). Kredyty konsumpcyjne w ujęciu wartościowym wzrosły o (+8,0%). Również w ujęciu liczbowym, w stosunku do kwietnia 2018 r. odnotowano wzrost sprzedaży tych samych produktów kredytowych – kart kredytowych (+29,3%), kredytów mieszkaniowych (+7,9%), kredytów konsumpcyjnych (+0,1%). Spadek odnotowały jedynie limity kredytowe (-1,0%).

W kwietniu 2019 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie kredytów konsumpcyjnych na kwotę 7,74 mld zł, zaś mieszkaniowych na kwotę 5,76 mld zł.

W czterech pierwszych miesiącach 2019 r. banki udzieliły o (-5,8%) mniej kredytów mieszkaniowych niż w analogicznym okresie zeszłego roku, a w ujęciu wartościowym udzieliły ich na kwotę wyższą (+7,1%) niż w okresie styczeń – kwiecień 2018 r. W przypadku kredytów konsumpcyjnych spadek liczby udzielonych kredytów w analizowanym okresie wyniósł (-1,5%), jednak w ujęciu wartościowym zanotowano wzrost (+7,2%). Warto zwrócić uwagę na odczyt kart kredytowych, których wysoką dodatnią dynamikę widać zarówno w ujęciu liczbowym (+23,0%), jak i wartościowym (+28,1%).

Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne)

W kwietniu 2019 r. banki i SKOK-i udzieliły 615,9 tys. kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę 7,74 mld zł. Stanowi to wzrost jedynie o 0,1% w ujęciu liczbowym oraz wzrost o 8,0% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2018 r.

W czterech pierwszych miesiącach 2019 r. dodatnie dynamiki liczby udzielonych kredytów konsumpcyjnych dotyczyły jedynie kredytów średnio i wysokokwotowych. Najwyższa dodatnia dynamika wzrostu dotyczyła kredytów wysokokwotowych powyżej 20 tys. zł (8,6%) w ujęciu liczbowym i (10,3%) w wartościowym.

prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej
prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej

– Obecnie 35% udzielanych przez banki kredytów konsumpcyjnych stanowią kredyty średniokwotowe (7 – 20 tys. zł) oraz wysokokwotowe (powyżej 20 tys. zł). W ujęciu wartościowym stanowią one już 86,5% wartości wszystkich udzielanych kredytów konsumpcyjnych. Główną przyczyną tego zjawiska jest wydłużanie przez banki okresu kredytowania, który obecnie wynosi już ponad 35 msc., a w przypadku kredytów gotówkowych już prawie 50 msc.), co przy niskim poziomie stóp procentowych i rosnących dochodach, powoduje wzrost średniej wartości udzielanych kredytów konsumpcyjnych. Średnia wartość udzielonego kredytu konsumpcyjnego w okresie styczeń – kwiecień 2019 r. wyniosła 12 760 zł i była wyższa o 9% od średniej wartości udzielonego kredytu konsumpcyjnego w tym samym okresie zeszłego roku. Co ciekawe wydłużaniu umownego okresu spłaty kredytów gotówkowych nie towarzyszy wydłużanie rzeczywistego okresu, w jakim kredyty te są w całości spłacane. Rzeczywisty okres spłaty przeciętnie jest o połowę krótszy od okresu umownego. Może to wynikać z faktu spłaty kredytów z dochodów gospodarstw domowych nie uwzględnianych przy liczeniu zdolności kredytowej, w tym pochodzących z transferów socjalnych – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Nadal nie obserwujemy wzrostu poziomu ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych. Jakość portfela dla kredytów konsumpcyjnych już od kilku lat utrzymuje się na niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają miesięczne odczyty Indeksu Jakości portfela kredytów konsumpcyjnych. Jego bieżący (kwietniowy) odczyt wynosi 5,15%.

– W porównaniu do kwietnia 2018 r. wartość indeksu poprawiła się o 0,33. W mojej opinii podstawowe ryzyko związane z kredytami konsumpcyjnymi determinowane jest przez wysokokwotowe kredyty, które są obarczone wyższym ryzykiem kredytowym od kredytów niskokwotowych a obecnie 70% sprzedaży kredytów konsumpcyjnych stanowią kredyty powyżej 20 tys. zł. -tłumaczy prof. Rogowski.

Kredyty mieszkaniowe

W kwietniu 2019 r. banki udzieliły 21,5 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną wartość 5,76 mld zł. Stanowi to wzrost o 7,9% w ujęciu liczbowym i wzrost o 18,0% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2018 r.

W kwietniu br. na rynku kredytów mieszkaniowych BIK odnotował ponowny powrót, znanego już z poprzednich miesięcy, zjawiska dodatniej dynamiki zarówno dla liczby udzielanych kredytów, jak i dla wartości udzielonych kredytów. Dynamiki te w ujęciu kwiecień 2019 r. do kwietnia 2018 r. wynoszą odpowiednio (+ 7,9%) dla liczby oraz (+18,0%) dla wartości.

– Dużo wyższe dynamiki wartościowe wynikają głównie ze struktury udzielanych kredytów, w okresie styczeń – kwiecień br. już ponad 67% wartości udzielonych kredytów dotyczyło przedziału kwotowego powyżej 250 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych, określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu ilościowym, jak i wartościowym dotyczą jedynie kredytów powyżej 250 tys. zł., w tym w szczególności kredytów powyżej 350 tys. zł, których w okresie styczeń – kwiecień 2019 r. w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego w ujęciu liczbowym udzielono więcej o 38,2. Tak więc kwiecień to już kolejny miesiąc pokazujący wyraźne zróżnicowanie sytuacji na rynku kredytów mieszkaniowych. Hossa w najlepsze trwa na rynku kredytów wysokokwotowych, które są domeną aglomeracji, gdzie są wyższe ceny nieruchomości oraz dominują zakupy mieszkań, na które całość finansowania musi być zgromadzona w momencie zawierania transakcji. Natomiast spadki obejmują kredyty z czterech przedziałów wartości poniżej 250 tys. zł. Ujemne dynamiki dotyczyły zarówno liczby, jak i wartości udzielanych kredytów. Kredytów do 100 tys. zł banki udzieliły o 30,9% mniej, a w przedziale 100 – 150 tys. zł mniej o 27,7% niż w czterech pierwszych miesiącach 2018 r. Mamy więc już prawie pewność, że jest to negatywny efekt końca programu MdM. W perspektywie kolejnych miesięcy nie widać na horyzoncie zjawisk, które mogłyby ograniczyć sprzedaż kredytów wysokokwotowych, wprost przeciwnie banki mające obecnie nadpłynność planują ograniczać proponowane oprocentowanie lokat, co jeszcze bardziej może spowodować przepływ środków na rynek mieszkaniowy. Część transakcji może być dodatkowo lewarowanych kredytem mieszkaniowym – wyjaśnia prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych w kwietniu 2019 r. wyniósł jedynie (0,62%), co potwierdza wieloletnią już obserwację dotyczącą niskiego poziomu ryzyka kredytowego związanego z udzielaniem kredytów mieszkaniowych. W ostatnich 12 miesiącach (kwiecień 2019 do kwietnia 2018) jakość portfela poprawiła się, o czym świadczy lekki spadek Indeksu o -0,06%.

– Na razie nie widać istotnych zagrożeń, które w krótkim horyzoncie czasowym mogłyby istotnie wpłynąć na istotny wzrost szkodowości tych kredytów, a tym samym na wzrost poziomu ryzyka kredytowego. Zjawiskiem, które w 2019 r. musimy bacznie obserwować jest koniec dopłat do oprocentowania około 50 tys. kredytów mieszkaniowych udzielonych w ramach programu Rodzina na Swoim (poprzednika MdM), które mogą wygenerować dodatkowe ryzyko dla portfela kredytów mieszkaniowych. Obecnie nie widać negatywnych sygnałów – zaznacza prof. Rogowski.

Karty kredytowe

W kwietniu 2019 r. banki wydały 107,8 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 595 mln zł. Stanowi to wzrost o 29,3% w ujęciu liczbowym i wzrost o 27,9% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2018 r.

– W kwietniu 2019 r., podobnie jak w poprzednich miesiącach obserwujemy wysokie wartości sprzedaży kart kredytowych – 27,9% wyższa wartość przyznanych limitów niż w analogicznym okresie 2018 r. Najwyższą dodatnią dynamikę przyznawanych limitów na kartach kredytowych w okresie pierwszych czterech miesięcy 2019 r. w porównaniu do czterech pierwszych miesięcy 2018 r. zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowały karty o limitach w przedziale 1-2 tys. zł, odpowiednio 48,4% oraz 43,6% oraz 2 do 3,5 tys. zł – 36,8% oraz 35,2%. Potwierdziłaby się teza o tym, że na rynek kart kredytowych weszły osoby o niższych dochodach, co może być konsekwencją wzrostu ich dochodów wynikających zarówno ze wzrostu wynagrodzeń, jak i transferów socjalnych, które wcześniej nie korzystały z kart kredytowych, ponieważ niższe dochody w przeszłości uniemożliwiały im korzystanie z tego produktu kredytowego. Drugą najwyższą dynamiką w ujęciu wartościowym charakteryzowały się limity wysokokwotowe > 10 tys. zł. W ich przypadku dynamika kwiecień 2019 r. do kwietnia 2018 r. wynosi 40,6%. Reasumując, możemy już obwieścić w tym momencie mini hossę na rynku kart kredytowych w porównaniu do sytuacji w pierwszej połowie 2018 r. – mówi prof. Rogowski z BIK.

Limity kredytowe w kontach osobistych

W kwietniu 2019 r. banki przyznały łącznie 55,5 tys. limitów kredytowych w kontach osobistych na łączną kwotę 256 mln zł. Stanowi to spadek o 1,0% w ujęciu liczbowym i spadek o 1,4% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2018 r.

– W przypadku limitów w kontach nie obserwujemy typowego zjawiska związanego z rosnącą sprzedażą w obu skrajnych przedziałach kwotowych: nisko i wysokokwotowych. W przypadku limitów dodatnią dynamikę w ujęciu liczbowym odnotowaliśmy jedynie dla trzech przedziałów środkowych tj. 0,5 – 1 tys. zł, 1-2 tys. zł oraz 2-4 tys. zł, których odczyt wynosił odpowiednio: 1,9% i 15,2% oraz 10,2%. W ujęciu wartościowym ujemną dynamiką charakteryzowały się jedynie przedziały limitów średniokwotowych (4 – 7 tys. zł) i wysokokwotowych (> 7 tys. zł) – odpowiednio: (-14,5%) i (-1,4%) – zauważa prof. Rogowski z BIK.

Raport: Niedobór talentów w branży medycznej

Pediatrzy, specjaliści chorób wewnętrznych i anestezjolodzy otwierają polską listę 10 specjalizacji lekarskich najtrudniejszych do pozyskania. O trudnościach w ich rekrutacji mówi co piąta placówka medyczna zapytana przez agencję rekrutacyjną Manpower. A kogo obecnie potrzebują szpitale w Polsce? 72% podmiotów poszukuje pięlęgniarek, 68% lekarzy a 13% położnych. Dowiedz się więcej z raportu “Niedobór talentów w branży medycznej” przygotowanego przez Manpower Life Science.

Trudności w rekrutowaniu pediatrów zgłasza 23% polskich szpitali, tyle samo mówi o problemach w pozyskiwaniu specjalistów chorób wewnętrznych, a 21% sygnalizuje trudności w rekrutowaniu anestezjologów. Na drugim końcu listy 10 specjalizacji lekarskich najtrudniejszych do pozyskania są specjaliści chorób płuc – 7%, neurolodzy – 8% i ginekolodzy – 10%. Poza listą top 10, ale nadal pozostający w sferze dużego zainteresowania polskich szpitali znajdują się ortopedzi, traumatolodzy, okuliści, otorynolaryngolodzy, psychiatrzy, radiolodzy, chirurdzy naczyniowi i lekarze medycyny pracy.Niedobór talentów w branży medycznej

Jak zauważa Jarosław J. Fedorowski, profesor uniwersytecki i prezes Polskiej Federacji Szpitali, wyzwania w obszarze zasobów ludzkich w polskich szpitalach dotyczą także pozyskiwania farmaceutów czy fizjoterapeutów, dla których bardziej atrakcyjna jest praca w lecznictwie otwartym. – Polskie szpitale potrzebują również personelu niemedycznego, także informatyków, dla których inne branże są znacznie bardziej interesujące. Niedawno pojawił się również problem z rekrutacją menedżerów szpitali, co ma związek z dużą rotacją na stanowiskach dyrektorskich – dodaje prof. Fedorowski.

Jacek Kopacz, ekspert Manpower Life Science zwraca uwagę, że brak lekarzy wielu deficytowych specjalności jak choroby wewnętrzne, pediatria, dermatologia, okulistyka, psychiatria czy geriatria już teraz staje się jedną z najistotniejszych systemowych przyczyn wydłużania się średniego czasu oczekiwania na świadczenia medyczne. Przywołuje też opinię Najwyższej Izby Kontroli, która zwraca uwagę na narastający problem tworzącej się luki pokoleniowej wśród personelu lekarskiego. – Ponad 55% lekarzy to osoby w wieku powyżej 45 roku życia. W niektórych specjalnościach luka pokoleniowa jest tak duża, że istnieje coraz bardziej realne zagrożenie braku ciągłości udzielania świadczeń medycznych. Z raportów pokontrolnych wynika, że niektóre szpitale mają już tak duże trudności z pozyskaniem lekarzy specjalistów, że zmuszone będą zaprzestać wykonywania niektórych świadczeń z powodu braku wykwalifikowanej kadry – wyjaśnia Jacek Kopacz.

Manpower Life Science zapytał również szpitale o ich bieżące potrzeby kadrowe. W zakresie personelu medycznego najwięcej z nich zgłasza zapotrzebowanie na stanowiska pielęgniarek wszystkich specjalizacji (72% szpitali) i lekarzy (68%). Zdecydowanie mniej placówek potrzebuje położnych (13%), techników elektroradiologów, tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego (7%) oraz diagnostów laboratoryjnych/laborantów (7%). Jednocześnie wyniki badania nie wskazują na brak dietetyków oraz pielęgniarek oddziałowych. Z kolei w obszarze stanowisk niemedycznych szpitale obecnie najbardziej potrzebują przedstawicieli personelu pomocniczego jak salowe, pomoc kuchenna, sanitariusze, pracownicy pralni (38%) oraz pracowników działów administracji, na przykład punktu rejestracji pacjentów, archiwum, działu kadr i księgowości (38%).

– Wszystkie placówki w Polsce, z wyjątkiem największych szpitali uniwersyteckich mają trudności z pozyskiwaniem pracowników o pożądanych kwalifikacjach. Problemy kadrowe szpitali są zjawiskiem ogólnopolskim, choć znacznie bardziej odczuwają je mniejsze miasta. Trudności dotyczą szczególnie szpitali ogólnych pierwszego i drugiego poziomu zabezpieczenia, a ich przyczyny są złożone i wynikają zarówno z niedostatecznego finansowania szpitali, jak i z niedoboru pracowników na rynku pracy oraz warunków pracy personelu w szpitalach. Znaczenie ma także infrastruktura, łatwiej jest bowiem pozyskać kadrę dla szpitali nowo budowanych i dobrze wyposażonych, niż do szpitali o gorszych warunkach lokalowo-sprzętowych – tłumaczy prof. Jarosław J. Fedorowski.

– W Polsce odnotowujemy trudności w pozyskiwaniu kadr medycznych w całym systemie opieki zdrowotnej. Na polskich uczelniach medycznych kształci się coraz więcej studentów, jednak dużą grupę stanowią obcokrajowcy, którzy po zakończeniu nauki, wracają do swoich krajów. Rośnie także liczba absolwentów, którzy widząc, jak wyglądają realia polskiego rynku pracy, decydują się na emigrację ze względu na brak miejsc specjalizacyjnych. Korzystają na tym kraje sąsiadujące z Polską, głównie Niemcy i Czechy, które są dobrze przygotowane, aby wykorzystać potencjał młodych lekarzy i pielęgniarek, stwarzając im warunki do nauki i pracy w zawodzie – dodaje ekspert Manpower Life Science.

Jak rozwiązać problem niedoboru talentów w polskiej służbie zdrowia?

Eksperci przyznają, że poprawa sytuacji polskich szpitali w obszarze kapitału ludzkiego wymaga wielostronnych działań. – Musimy znacznie poprawić finansowanie tych placówek, szybciej decydować się na modernizację i budowę obiektów, inwestować w wielofunkcyjne poradnie przyszpitalne a także wprowadzać nowe rozwiązania organizacyjne, takie jak na przykład oddziały wieloprofilowe, gdzie pracować będą szpitalni lekarze pierwszego kontaktu, lekarze locum, czyli na zastępstwo, koordynatorzy opieki oraz edukatorzy zdrowotni. Ponadto, musimy sięgać po nowe rozwiązania, jak na przykład telemedycyna czy aktywnie pozyskiwać pracowników z zagranicy. Powinniśmy dokonać analizy warsztatu pracy kadry medycznej poprzez wprowadzenie personelu pomocniczego i ograniczenie pracy związanej z uzupełnianiem dokumentacji medycznej, przy jednoczesnej inwestycji w informatyzację procesów – podsumowuje prof. Jarosław J. Fedorowski.

Badanie zrealizowane przez linię biznesową Manpower Life Science objęło 71 szpitali z całej Polski, zrzeszonych w Polskiej Federacji Szpitali. Dane zbierane były w okresie 31.01.2019–26.02.2019 metodą jakościową z wykorzystaniem ankiety.

Dlaczego Polacy nie chodzą na wybory? Czemu nie głosujemy?

Zbliżające się wybory do Parlamentu Europejskiego, zaplanowane na 26 maja, są kolejnymi w prawie dwuletnim maratonie wyborczym. W listopadzie ubiegłego roku wybraliśmy samorządowców, jesienią zagłosujemy na posłów i senatorów, a wiosną 2020 r. na Prezydenta Rzeczypospolitej. Nadchodzący okres będzie więc (powinien być) czasem wzmożonej obywatelskiej aktywności. W tym kontekście zasadne staje się pytanie o to, czemu w Polsce jedni chodzą na wybory, a drudzy nie – mówi prof. Mikołaj Cześnik, politolog z Uniwersytetu SWPS.

prof. Mikołaj Cześnik, politolog z Uniwersytetu SWPS
prof. Mikołaj Cześnik, politolog z Uniwersytetu SWPS

Prowadzone w Centrum Studiów nad Demokracją Uniwersytetu SWPS badania, projekt Polskie Generalne Studium Wyborcze (PGSW), rzucają sporo światła na tę kwestię. PGSW szuka odpowiedzi na główne pytania dotyczące zachowań politycznych Polaków. Wybory stanowią w naszym kraju główny akt suwerena kształtujący polską rzeczywistość społeczną i polityczną, a także funkcjonowanie instytucji życia społecznego, gospodarczego i politycznego. Pełnią wiele ról, ale cztery z nich wydają się mieć kluczowe znaczenie.

Po pierwsze, wybory są procedurą selekcji i wyłaniania rządzących. Obywatele bądź bezpośrednio wskazują sprawujące władzę jednostki (lub grupy), bądź też wybierają swoich przedstawicieli, którzy następnie decydują o składzie egzekutywy. Nie inaczej będzie w nadchodzących wyborach do Europarlamentu. Po drugie, wybory są procedurą rozliczania. Wystawiamy w nich rachunek osobom sprawującym do tej pory władzę, zwycięzcom poprzednich wyborów. Oceniamy zaangażowanie, działania, ich skuteczność. Rozliczamy ze złożonych obietnic i ich realizacji. Rozliczani są też ze swej postawy i działalności w ławach opozycji przegrani poprzednich wyborów. Wybory są też, po trzecie, procedurą uprawomocnienia – poprzez uczestnictwo w głosowaniach obywatele legitymizują system. Wybory są w końcu, po czwarte, procedurą agregacji interesów. W procesie wyborczym rozpoznawane i artykułowane są preferencje polityczne obywateli, ich postawy, przekonania.

Uczestnictwo w wyborach zależy, co do zasady, zarówno od czynników systemowych, jak i indywidualnych. Te pierwsze, wpływające bezpośrednio lub pośrednio na zachowania obywateli (obowiązek głosowania, głosowanie pocztowe, głosowanie przez pełnomocnika, częstotliwość głosowań, ich proporcjonalność itd.), nie wyjaśnią jednak zróżnicowania wewnątrzkrajowego, mogą natomiast wyjaśniać różnice między krajami. Te drugie dzielimy na społeczne i polityczne: za jedno z ważniejszych „odkryć” studiów nad polityką należy uznać obserwację, że uczestnictwo wyborcze jest nierówno rozłożone między grupami społecznymi i politycznymi.

Cóż zatem wiemy na podstawie wspomnianych badań o aktywności (i bierności) wyborczej Polaków? Po pierwsze, uczestnictwo wyborcze ma w Polsce związek ze strukturą społeczną. Okazuje się najmocniej związane z płcią (kobiety głosują mniej chętnie), wiekiem (najczęściej głosują osoby w średnim wieku, młodzi i starsi – rzadziej), wykształceniem (im wyższe, tym częstsze uczestnictwo), zamożnością (biedni są bardziej bierni) i częstotliwością praktyk religijnych (regularnie praktykujący chętniej głosują).

We współczesnych, dużych demokracjach (a więc i w Polsce) ma to fundamentalne znaczenie dla realizacji jednej z podstawowych wartości systemu demokratycznego – równości. Jedynie, „nieskrzywione” pod względem społecznym uczestnictwo wyborcze jest w stanie zaowocować równą reprezentacją, która z kolei jest warunkiem koniecznym zapewnienia politycznego wpływu wszystkich grup, warstw i klas społecznych. Ponadto umiejscowienie w strukturze społecznej jest źródłem zasobów niezbędnych do uczestnictwa politycznego, w tym wyborczego.

Cechy statusowe nie są jednak jedynymi, które różnicują aktywnych i biernych wyborczo Polaków. W niemniej istotny sposób różnią się oni psychologicznymi profilami, przekonaniami i postawami, powiązanymi zresztą często ze zmiennymi strukturalnymi (przede wszystkim wykształceniem). Uczestnictwo w wyborach jest silnie skorelowane z zainteresowaniem polityką; udział w głosowaniu jest jedynie „behawioralnym zwieńczeniem” skomplikowanego i wieloaspektowego procesu społecznego o złożonych przyczynach. Inną charakterystyką jednostkową silnie powiązaną z uczestnictwem wyborczym jest przekonanie o „obywatelskim obowiązku” głosowania. Liczne analizy empiryczne dowodzą, że jest to jedna ze zmiennych najlepiej tłumaczących wyborczą aktywność. Równie ważne jest przekonanie o politycznym sprawstwie, silna identyfikacja partyjna, przekonanie o znaczeniu i wadze własnego głosu (i jego wpływie na wynik wyborów).

Powyższe wyniki są istotnym argumentem w dyskusji o kondycji polskiej demokracji. Pokazują, dlaczego mamy martwić się wysokim poziomem absencji wyborczej w Polsce. Z przedstawionych analiz jasno wynika, że w naszym kraju, w grupie obywateli podejmujących najważniejsze dla naszej wspólnoty decyzje (a głosowanie jest procedurą zbiorowego podejmowania takich decyzji), systematycznie niedoreprezentowane są duże grupy społeczne: kobiety, ludzie młodsi (a także najstarsi), mniej zamożni, gorzej wykształceni, mniej aktywni religijnie. Ich pozostawanie poza procesem zbiorowego podejmowania decyzji ma prawdopodobnie wpływ na wyniki wyborów i realizowane w ich następstwie polityki. Doświadczany przez nich brak reprezentacji i brak politycznego wpływu nie mogą pozostawać bez wpływu na ich ocenę systemu. A spadek zadowolenia z demokracji, będący zagrożeniem dla jej prawomocności, może mieć dla systemu groźne, a niekiedy wręcz złowrogie konsekwencje.

prof. Mikołaj Cześnik, politolog, Uniwersytet SWPS

2/3 firm w Polsce skorzysta z chmury

Z raportu Cloud Computing przygotowanego przez Xopero Software wynika, że z rozwiązań cloudowych korzysta już 50% ankietowanych firm, a tylko w tym roku do chmury przeniesie swoje zasoby 21,6% przedsiębiorców.

Według IDC, w skali globalnej, aż 9/10 firm korzysta z cloud computingu, a do 2025 roku biznes umieści w chmurze 60% swoich danych. Warto zauważyć, że niestety te statystyki zawyżone są przez firmy, które korzystają wyłącznie z podstawowych usług w chmurze, takich jak poczta mailowa czy programy do przechowywania i współdzielenia dokumentów.

Nie taka chmura straszna…

58,3% przedsiębiorców uważa rozwiązania cloudowe za bezpieczne, w stosunku do 41,7% ankietowanych, którzy nie ufają chmurze. Skąd zatem coraz wyższy stopień wdrożenia rozwiązań cloudowych pomimo wciąż istniejących obaw przed chmurą?

Otóż, ciężko nie zauważyć jej zalet. Aż 92% firm jest zdania, że chmura ułatwia codzienną pracę. Korzyściami, które za nią przemawiają jest stosunkowo niski koszt utrzymania i wdrożenia, brak inwestycji w sprzęt, płatność w przypadku korzystania czy ułatwienie pracy zdalnej.

Mam wrażenie, że te statystyki o nieufności przedsiębiorców do chmury mają swoje podłoże w dwóch źródłach. Pierwszym jest dość abstrakcyjny i nienamacalny charakter rozwiązań cloudowych – mówi Bartosz Jurga, Head of Sales w Xopero Software – Drugą przyczyną są powszechne mity na temat chmury. Obawy o to, że jest ona niebezpieczna, droga czy mało wydajna są bezpodstawne. Dostawcy usług chmurowych korzystają z takiego poziomu zabezpieczeń, którego wdrożenie w pojedynczym przedsiębiorstwie jest co najmniej nieopłacalne, a często wręcz niemożliwe. 

Rozwój rynku SECaaS

Po fali ataków i wycieków danych w 2018 roku, przedsiębiorcy coraz chętniej sięgają również po usługi cyberbezpieczeństwa w chmurze, a więc rozwiązania w modelu SECaaS (ang. Security-as-a-Service), które znacznie szybciej nadążają za błyskawicznie ewoluującymi zagrożeniami.Przewiduje się, że wartość globalna tego rynku do 2020 roku wyniesie ok. 8,5 miliarda USD.

-Firmy świadome cyberzagrożeń i ich wpływu na swój biznes nie myślą o budowaniu własnej „serwerowni-twierdzy” – jest to działanie zbyt kosztowne – mówi Tomasz Stępski, Prezes Zarządu w Sinersio Polska – Takie firmy od razu decydują się oddać najważniejsze systemy w ręce specjalistów, zamiast iść na kompromisy w zakresie zabezpieczeń, spowodowane brakiem środków na dokończenie projektów własnych serwerowni.

Polacy coraz bardziej zadłużeni

Przez ostatnie 20 lat mieliśmy do czynienia ze spektakularnym wzrostem mieszkaniowego zadłużenia Polaków. Portal RynekPierwotny.pl sprawdził, że w 1999 r. łączna wartość kredytów mieszkaniowych nie przekraczała 6 mld zł (dane NBP). Obecnie analogiczny wynik jest już większy od 430 mld zł. Oprócz wartości „hipotek”, bardzo szybko wzrosła również liczba naszych rodaków, którzy muszą spłacać raty kredytów mieszkaniowych. Na podstawie danych Biura Informacji Kredytowej można dokładnie ustalić, ilu osób posiada zadłużenie mieszkaniowe.

Interesujące statystyki na temat liczby kredytobiorców mieszkaniowych znajdują się rocznym raporcie Kredyt Trendy opublikowanym przez Biuro Informacji Kredytowej. Wspomniana instytucja obliczyła, że pod koniec 2018 r. kredyty mieszkaniowe spłacało 3,868 mln osób. Taki wynik oznacza wzrost względem wartości odnotowanych pod koniec 2016 roku (3,650 mln) oraz 2017 roku (3,755 mln).

Jak zauważyli eksperci portalu RynekPierwotny.pl w ciągu dwóch lat wzrosła liczba osób spłacających kredyty mieszkaniowe rozliczane w polskiej walucie. Liczba takich kredytobiorców zmieniała się następująco:

  • grudzień 2016 r. – 2,705 mln
  • grudzień 2017 r. – 2,860 mln
  • grudzień 2018 r. – 3,023 mln

Szybkie wzrosty liczby „złotówkowych” dłużników wynikają z faktu, że obecnie kredyty mieszkaniowe są udzielane praktycznie tylko w krajowej walucie. Pozostałe waluty (np. EUR, CHF oraz USD) stanowią margines akcji kredytowej banków.

Z uwagi na bardzo skromną liczbę nowych umów i systematyczne spłaty, regularnie spada liczba kredytobiorców „frankowych”. Według danych BIK-u, liczba osób obsługujących kredyty mieszkaniowe w CHF przez ostatnie lata zmieniała się następująco:

  • grudzień 2016 r. – 0,904 mln
  • grudzień 2017 r. – 0,863 mln
  • grudzień 2018 r. – 0,818 mln

Jeżeli taki spadkowy trend się utrzyma, to pod koniec bieżącego roku liczba krajowych „frankowców” powinna spaść do około 780 tysięcy.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Drugi front wojny handlowej na razie wstrzymany

W odpowiedzi na podwyższenie ceł przez administrację Donalda Trumpa, Chiny zdecydowały się na nałożenie ceł odwetowych na amerykańskie towary o wartości 60 mld dolarów. Nadzieje na szybkie porozumienie poszły w zapomnienie, co przełożyło się na dominację podaży na rynkach akcyjnych. Dodatkowo, nowy tydzień rozpoczyna się od kolejnych napięć na linii USA-Chiny ze względu na nałożenie sankcji na spółkę Huawei. W skali całego tygodnia indeks S&P500 stracił -0,76%, DJIA -0,69%, a indeks giełdy Nasdaq -1,27%. W Europie sentyment był lepszy ze względu na oddalenie w czasie decyzji przez prezydenta Stanów Zjednoczonych o wprowadzeniu ceł na europejski sektor motoryzacyjny. Niemiecki Dax zyskał 1,49%, francuski CAC 2,08%, a brytyjski FTSE100 wzrósł o 2,02%.

Na polskiej giełdzie w dalszym ciągu dominował kolor czerwony. Indeks szerokiego rynku WIG spadł o -0,62%, w tym największe spółki straciły -0,34%, a indeksy mniejszych i średnich spółek, sWIG80 i mWIG40, zakończyły tydzień z wynikami, odpowiednio, -1,13% oraz -1,89%. Zgodnie z oczekiwaniami, RPP pozostawiła stopy procentowe na niezmienionym poziome, a także nie zmieniła tonu komunikatu i nastawienia.

W tym tygodniu czeka nas bogaty kalendarz makroekonomiczny z polskiej gospodarki. We wtorek poznamy odczyty z rynku pracy, w środę produkcję przemysłową, a w czwartek sprzedaż detaliczną. Na rynkach globalnych najważniejszy będzie czwartek, kiedy opublikowane zostaną wstępne wartości indeksów PMI w przemyśle i usługach z Europy za maj. Warto również zwrócić uwagę na protokół z ostatniego posiedzenia FOMC w środę oraz na odbywające się w tym tygodniu wybory do Parlamentu Europejskiego.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Sondaż: 36% Polaków uważa, że większość lub wszyscy członkowie ich najbliższej rodziny będą głosować w wyborach 26 maja

W najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego więcej kobiet (54%) niż mężczyzn (46%) zamierza oddać swój głos. 36% badanych Polaków uważa, że większość lub wszyscy członkowie ich najbliższej rodziny będą głosować 26 maja. Jednocześnie 28% uważa, że najbliższa rodzina w większości zagłosuje na PiS, a 21% – że na Koalicję Europejską – tak wynika z badania przeprowadzonego dla serwisu ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna.

W najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego zapowiada się dość wysoka frekwencja. Zamiar udziału deklaruje połowa dorosłych Polaków (50%), ale trzeba mieć na uwadze, że wśród tych osób są takie, które nie mają sprecyzowanych preferencji wyborczych i one łatwiej rezygnują w ostatniej chwili z głosowania. Dlatego też deklarowana frekwencja jest zawsze wyższa od tej realnej w dniu wyborów. Można jednak zakładać, biorąc pod uwagę wzrost frekwencji w wyborach samorządowych z ponad 47% w 2014 r. do prawie 55% w 2018 r. oraz zaledwie kilkumiesięczny odstęp między wyborami, że na fali zainteresowania tym swoistym maratonem wyborczym, frekwencja w wyborach do PE może zbliżyć się nawet do 40% (w poprzednich wyborach w 2014 r. frekwencja wyniosła niecałe 24%).większość lub wszyscy członkowie ich najbliższej rodziny będą głosować w wyborach 26 maja

Udział w wyborach deklaruje więcej kobiet (54%) niż mężczyzn (46%). W ostatnich wyborach samorządowych kobiety częściej oddawały swój głos na Koalicję Obywatelską (PO i Nowoczesna) niż na Prawo i Sprawiedliwość. Rzadziej też głosowały na partie radykalne. Mobilizacja wśród mieszkańców wsi i miast jest na zbliżonym poziomie. Może się zatem okazać, że w najbliższych wyborach to mobilizacja lub demobilizacja kobiet przeważy szalę zwycięstwa na rzecz jednego z głównych bloków politycznych.

Prawie co czwarty badany (23%) nie zamierza brać udziału w najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Jako główne powody absencji wyborczej wskazywane są: brak zainteresowania polityką (22%), nieufność wobec polityków (21%), brak opcji politycznej, na którą warto zagłosować (17%) i brak zainteresowania wyborami do PE (17%). Tylko 3% uważa, że ich głos nie ma znaczenia, co jest dobrym prognostykiem, bo pokazuje, że ludzie czują siłę swojego głosu. Jeśli znajdą partię, z którą będą się utożsamiać, a politycy będą wzbudzali większe zaufanie, to jest szansa, że więcej osób, zacznie uczestniczyć w wyborach.większość lub wszyscy członkowie ich najbliższej rodziny będą głosować w wyborach 26 maja 2

„Trudno przewidzieć, czy wygra PiS, czy Koalicja Europejska. O zwycięstwie zdecyduje mobilizacja elektoratu poszczególnych ugrupowań. Duże znaczenie będzie miało to, czy uda się przekonać do głosowania członków rodziny oraz znajomych, którzy nie planowali udziału w wyborach. Może się również okazać, że to kobiety zdecydują o wyniku wyborczym” – mówi Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

O spodziewanej, wyższej frekwencji może również świadczyć fakt, że 16% badanych uważa, że wszyscy członkowie ich rodzin wezmą udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego, a 20% – że większość (łącznie 36%).  21% uważa, że tylko niektórzy będą głosować, 8% sądzi, że nie wezmą udziału, a 35% tego nie wie. Odpowiedzi wyborców PiS i KE odnośnie udziału w wyborach członków ich najbliższych rodzin są podobne: odpowiednio po 31% uważa, że wszyscy wezmą udział, a po 27% – że większość.

większość lub wszyscy członkowie ich najbliższej rodziny będą głosować w wyborach 26 maja 3

Analiza odpowiedzi na pytanie „Na które ugrupowanie polityczne będą głosować członkowie Twojej najbliższej rodziny w wyborach do Parlamentu Europejskiego?” pokazuje, że 28% osób uważa, że większość zagłosuje na PiS, a 21%, że większość na Koalicję Europejską.

Tylko 6% odpowiedziało, że rodziny zagłosują na inne partie niż PiS i KE, co może być prognostykiem, że Wiosna, Kukiz’15, Konfederacja i inne ugrupowania mogą mieć trudności z przekroczeniem progu wyborczego.

Podziały między Polakami na dwa bloki istnieją, ale nie widać tego tak bardzo w obrębie najbliższej rodziny, której członkowie głosują podobnie. Tylko 3% wyborców PiS uważa, że członkowie ich rodzin zagłosują w większości na głównego konkurenta, czyli KE, natomiast 9% wyborców Koalicji Europejskiej uważa, że większość członków rodziny zagłosuje na partię rządzącą.większość lub wszyscy członkowie ich najbliższej rodziny będą głosować w wyborach 26 maja 4

———————————————————————————–

Nota metodologiczna: Badanie przeprowadzone dla serwisu ciekaweliczby.pl na ogólnopolskim panelu badawczym Ariadna w dniach 10-13 maja 2019 roku. Próba ogólnopolska osób od 18 lat wzwyż (N=1053). Kwoty dobrane wg reprezentacji w populacji dla płci, wieku, wykształcenia i wielkości miejscowości zamieszkania. Metoda: CAWI

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. po I kw. 2019 r.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r., miała ponad 211 tys. zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym w 1 kw. 2019 r. Cała Grupa Kapitałowa podtrzymuje wzrostowy trend w zakresie przychodów i zysków poprzez równoległy rozwój wszystkich linii biznesowych.

Spółka zanotowała w 1 kw. 2019 r. ponad 211 tys. zł skonsolidowanego zysku netto, podczas gdy rok wcześniej sięgnął on 187 tys. zł. Grupa Kapitałowa WEC zwiększa łączne przychody dzięki stałemu i zrównoważonemu wzrostowi przychodów w ramach poszczególnych segmentów biznesowych, a więc windykacji pakietów B2C, świadczeniu usług faktoringowych i udzielaniu pożyczek B2B. Emitent pracuje również intensywnie nad obsługą zakupionych portfeli wierzytelności. Zarząd Spółki chce nadal utrzymać wzrost przychodów i rentowności dzięki konsekwentnemu rozwojowi wszystkich linii biznesowych, co pozwoli na umacnianie pozycji rynkowej i budowanie wzrostu wartości Grupy.

„Grupa będzie stale dążyła do dywersyfikacji źródeł przychodów. Chcemy, aby spółki zależne posiadały coraz więcej klientów zewnętrznych spoza grupy. Jednocześnie Emitent kontynuuje działania zmierzające do zwiększania zysku na windykacji masowej oraz faktoringu przy co najmniej utrzymaniu poziomu przychodów w segmencie windykacji przedsiębiorstw.” – mówi Remigiusz Brzeziński, Prezes Zarządu Spółki Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. poinformowała w maju br. o wygraniu postępowania przetargowego na sprzedaż wierzytelności z tytułu umów sprzedaży usług dystrybucyjnych, należności pozostałych oraz odsetek prowadzonego przez polskiego dostawcę energii. Złożona przez Emitenta oferta została wybrana jako najkorzystniejsza, a całkowita wartość nominalna wierzytelności to ponad 2.509 tys. zł. Spółka dokonała już w przeszłości kilku transakcji z tym podmiotem.

„Jesteśmy zadowoleni, że udało nam się wygrać kolejny przetarg organizowany przez ten podmiot. Można powiedzieć, że nasza współpraca ma już charakter ciągły. Mamy nadzieję, że nowy pakiet będzie spłacał się równie dobrze jak poprzednie.” – dodaje Brzeziński.

Spółka zakończyła 2018 r. skonsolidowanym zyskiem netto w kwocie ponad 1,06 mln zł wobec 0,87 mln zł rok wcześniej. Zarząd Emitenta postanowił zarekomendować Zwyczajnemu Walnemu Zgromadzeniu Akcjonariuszy wypłatę dywidendy w wysokości 0,09 zł na jedną akcję z jednostkowego zysku netto za 2018 r., który wyniósł łącznie 1.068.670,51 zł. Będzie to tym samym już kolejny rok, w którym Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. podzieli się osiągniętym zyskiem ze swoimi Akcjonariuszami. Ostateczną decyzję dotyczącą podziału zysku za 2018 rok podejmie Zwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Spółki.

„Planujemy wypłacić dywidendę, aby jak co roku dzielić się zyskiem z naszymi inwestorami. Uważamy bowiem, że jest to polityka, dzięki której do spółki przyciągamy stały i zrównoważony kapitał, co ma dla nas duże znaczenie.” – podsumowuje Prezes Brzeziński.

Spółka realizuje plan ekspansji w zakresie nabywania wierzytelności masowych i jak dotąd dokonała zakupu pakietów wierzytelności konsumenckich o łącznej wartości nominalnej w kwocie ponad 20,86 mln zł. W ramach outsourcingu windykacyjnego wierzytelności masowych Emitent obsługuje pakiety o wartości nominalnej sięgającej 21,1 mln zł. Z kolei wartość nominalna obsługiwanych usługowo przez Spółkę wierzytelności B2B wynosi 99,61 mln zł. W ten sposób całkowita wartość posiadanych oraz obsługiwanych na zlecenie pakietów wierzytelności przekracza 141 mln zł, co świadczy o mocnej pozycji Grupy WEC w tej branży.

4,5 mld zł może w tym roku trafić z NCBR do polskich spółek. Firmy muszą spełnić tylko jeden warunek – muszą być innowacyjne

4,5 mld zł może w tym roku trafić z NCBR do polskich spółek. Firmy muszą spełnić tylko jeden warunek – muszą być innowacyjne 1

Wsparcie w wysokości 50 mld zł i ponad 10 tys. umów zawartych z beneficjentami – to bilans 10 lat działalności Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Tylko w tym roku NCBR ma do rozdysponowania kolejne 4,5 mld zł, z czego blisko połowę w ramach konkursu Szybka Ścieżka, która cieszy się największym zainteresowaniem przedsiębiorstw. O granty może się starać w zasadzie każda firma, głównym warunkiem jest jednak innowacyjność projektu i komponent badawczo-rozwojowy.

– Spektrum dziedzin, które wspomagamy naszymi środkami, jest ogromne. Udzielamy dużego wsparcia medycynie. Są to m.in. projekty związane z bioniczną ręką, bioniczną trzustką, ale również z potrzebną i bardzo popularną ostatnio medycyną spersonalizowaną, polegającą na dobieraniu terapii na podstawie kodów DNA. W energetyce uruchomiliśmy z kolei program Bloki 200+, który pozwoli połączyć nowoczesne, odnawialne źródła energii z tradycyjną energetyką, na której cały czas oparty jest nasz przemysł. Mamy również wiele uruchomionych projektów w edukacji, zarówno podstawowej, jak i w szkolnictwie wyższym. Przykładem jest robot, który w inteligentny sposób uczy programowania – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr inż. Wojciech Kamieniecki, p.o. dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Jak podkreśla, na przestrzeni ostatniej dekady NCBR przyznało różnym beneficjentom wsparcie w wysokości ok. 50 mld zł, co jest dużym zastrzykiem dla rozwoju polskiej gospodarki i innowacyjności. Spektrum firm, które mogą sięgnąć po te środki, jest praktycznie nieograniczone. Jedynym warunkiem, który trzeba spełnić, jest wysoka innowacyjność projektu i komponent badawczo-rozwojowy.

– Granty są uzyskiwane na podstawie konkursów, więc ten komponent jest weryfikowany, podobnie jak sama idea projektu – musi być nowatorski i unikalny w skali kraju. To nie może być powielanie czegoś innego, a jeżeli już, to z tak dużym współczynnikiem zmiany, że praktycznie wychodzi nowy projekt – mówi dr inż. Wojciech Kamieniecki.

NCBR prowadzi zarówno programy dopasowane do specyfiki różnych branż, jak i horyzontalne – o szerokim zakresie tematycznym. Największą popularnością cieszą się konkursy w ramach Szybkiej Ścieżki. Te mają również największą alokację środków – w tym roku jest to 2,2 mld zł, czyli blisko połowa środków, którymi dysponuje NCBR.

– Program Szybkiej Ścieżki polega na tym, że NCBR określa parametry projektu, ale bardzo ogólnie. Dofinansowanie musi się mieścić w skali od 1 do 200 mln zł, a po drugie – mieć ten komponent innowacji, współpracy przemysłu z jednostkami badawczo-rozwojowymi czy naukowymi albo z osobami, które są np. autorytetem w danej dziedzinie nauki, legitymują się jakimiś osiągnięciami i publikacjami, dają gwarancję, że czynnik rozwojowy będzie w danym projekcie mocno rozwijany. Natomiast dziedzina, z której ma pochodzić projekt, jest zupełnie dowolna – mówi dr inż. Wojciech Kamieniecki.

Od początku swojej działalności NCBR zawarło już ponad 10 tys. umów z beneficjentami – większość tego wsparcia popłynęła do małych i średnich firm.

– Gros środków przeznaczanych jest na wsparcie właśnie tego sektora, z ukierunkowaniem zwłaszcza na firmy średnie, jako że w naszym przekonaniu one dają największy impuls do postępu gospodarczego – mówi dr inż. Wojciech Kamieniecki.

Jak podkreśla, granty udzielane przez NCBR przede wszystkim mają się przyczyniać do tworzenia nowoczesnych, innowacyjnych projektów, które można szybko i skutecznie skomercjalizować.

– Sam proces komercjalizacji jest jednym z najtrudniejszych wyzwań na styku nauki z gospodarką – mówi dr inż. Wojciech Kamieniecki. – Te środki budują u przedsiębiorców świadomość, że badania są ważnym elementem przewagi konkurencyjnej na rynku. Mamy przykłady wielu beneficjentów, którzy po wdrożeniu z sukcesem projektów innowacyjnych postanowili dalej, już w oparciu o własne fundusze, tworzyć i rozwijać centra badawczo-rozwojowe. Te ośrodki rozwijają bazę naukowo-badawczą, co też ma duży wpływ na nowoczesność gospodarki i przewagę naszego kraju w skali międzynarodowej.

Pomorskie stawia na innowacyjną branżę stoczniową. Region chce przyciągać kolejne firmy z tego sektora

Pomorskie stawia na innowacyjną branżę stoczniową. Region chce przyciągać kolejne firmy z tego sektora 2

Potencjał sektora stoczniowego w Polsce dynamicznie się rozwija, a firmy działające w tej branży dostają zamówienia na coraz bardziej zaawansowane technologicznie produkty. Na gdańskiej Wyspie Ostrów – dzięki rewitalizacji terenów postoczniowych prowadzonej przez Pomorską Specjalną Strefę Ekonomiczną – powstaje nowoczesna infrastruktura, która ma zachęcać do inwestycji kolejne firmy z sektora morskiego. Powstawanie innowacji w branży napędzane jest także przez programy wsparcia dla start-upów i kształcenie kadr z zakresu automatyzacji i programowania.

Przemysł morski to jeden z najprężniej rosnących sektorów gospodarki na Pomorzu. Trójmiejskie stocznie produkują m.in. wysokospecjalistyczne jednostki dla sektora offshore, kontenerowce arktyczne, wieże wiatrowe i ekskluzywne jachty. Do sektora wkracza coraz więcej innowacji, czego przykładem jest m.in. gdyńska Stocznia Crist. W ostatnich latach zasłynęła dzięki nowoczesnym projektom, np. budowie największego na świecie promu hybrydowego, w którym baterie są ładowane za pomocą kabla zasilającego z obiektów nabrzeżnych.

Nowoczesny przemysł stoczniowy to kilka obszarów. Po pierwsze – projektowanie. Firmy z branży stoczniowej projektują nowoczesne rozwiązania, które są instalowane na statkach, wieżach offshore’owych czy innych, specjalistycznych jednostkach. Z drugiej strony, mówimy o technologii produkcji – tutaj szalenie istotna jest automatyzacja i robotyzacja. W tę stronę będzie się rozwijał przemysł. PSSE przyczynia się do tego, aby te nowoczesne technologie mogły być wdrażane przez firmy z branży stoczniowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Lulewicz, wiceprezes Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Wsparcie Przemysłu 4.0 i nowych technologii w branży stoczniowej to cel prowadzonej przez PSSE rewitalizacji Wyspy Ostrów. Jej front to leżący niemal w centrum Gdańska, dobrze skomunikowany obszar przemysłowy, graniczący bezpośrednio z 550-metrowymi nabrzeżami Kaszubskim i Trawlerowym oraz Stocznią Gdańsk. Rewitalizacja ma przystosować te tereny do prowadzenia nowoczesnej produkcji stoczniowej w oparciu o najnowsze technologie przemysłowe. W efekcie Wyspa Ostrów przekształci się w oparty na innowacjach hub stoczniowy.

Potencjał sektora stoczniowego w Polsce dynamicznie się rozwija. Widzimy to po zamówieniach realizowanych przez firmy działające na tym rynku. Dzięki rewitalizacji Wyspy Ostrów chcemy zwiększyć dostęp do nowoczesnej infrastruktury stoczniowej, żeby firmy mogły z niej korzystać. Jesteśmy po to, aby poprawiać warunki do produkcji stoczniowej – podkreśla Paweł Lulewicz. – Infrastruktura, która tu powstanie, zostanie zrewitalizowana zgodnie z oczekiwaniami klientów, którzy chcą realizować nowoczesne projekty wpisujące się w koncepcję Przemysłu 4.0.

Na przełomie marca i kwietnia ruszyła budowa płyty montażowej na Wyspie Ostrów – będzie to jedyna w Polsce konstrukcja przystosowana do budowy i wodowania dużych jednostek oraz wielkogabarytowych konstrukcji. Inwestycja szacowana na ok. 16,5 mln zł ma być ukończona w pierwszej dekadzie lipca. W tym samym miesiącu produkcję stoczniową oraz wież wiatrowych typu onshore i offshore uruchomi tam Stocznia Gdańsk.

– Infrastruktura na Wyspie Ostrów jest przygotowywana pod trzy obszary produkcji stoczniowej. Z jednej strony mówimy o produkcji jednostek pływających, z drugiej – o rozwiązaniach takich jak wieże wiatrowe, czyli dla branży offshore’owej. Trzeci segment to inne wielkogabarytowe konstrukcje stalowe, które ze względu na swoje wymiary i wagę powinny być wodowane. Unikatowość położenia Wyspy Ostrów polega na bezpośrednim dostępie do kanału żeglugowego. To umożliwia bezpośrednio po wyprodukowaniu transport drogą wodną gotowych wyrobów do klienta – mówi Paweł Lulewicz.

PSSE wspiera nowe technologie i działające w branży stoczniowej innowacyjne firmy m.in. poprzez Gdański Park Naukowo-Technologiczny i skoncentrowany na gospodarce morskiej Bałtycki Port Nowych Technologii, które stały się na Pomorzu ośrodkami stymulującymi rozwój innowacji. Z kolei programy akceleracyjne prowadzone przez PSSE łączą start-upy z dużymi firmami, czego efektem są całkiem nowe rozwiązania w branży stoczniowej. Przykładowo, w ramach Space3ac Intermodal Transportation ponad 20 start-upów zaprojektowało i wdrożyło nowe rozwiązania dla 11 przedsiębiorstw, w tym m.in. Lotosu, Orange, PZU Lab oraz portów w Gdańsku i Gdyni.

W polskiej branży stoczniowej trzeba mówić o Przemyśle 4.0, bo takie są trendy na świecie. Rozwój robotyzacji i automatyzacji jest nieunikniony. Jeżeli już w tej chwili nie zdynamizujemy przygotowań do tego, co nas czeka za chwilę, nie będziemy w stanie konkurować z najlepszymi gospodarkami świata. Dlatego PSSE z jednej strony realizuje projekty infrastrukturalne – ciężkie, stoczniowe tematy, ale w nowoczesnym wydaniu, a z drugiej strony pracujemy nad kształceniem nowych kadr, które będą w stanie obsługiwać roboty i inne skomplikowane urządzenia do produkcji stoczniowej – mówi wiceprezes Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Najbardziej poszukiwani na rynku pracy w województwach kujawsko-pomorskim i pomorskim są m.in. spawacze, elektrycy, ślusarze, mechatronicy, monterzy oraz operatorzy maszyn i urządzeń. PSSE regularnie bada zapotrzebowanie pracodawców na wykwalifikowane kadry i pełni rolę łącznika pomiędzy inwestorami a urzędami i szkołami, które wprowadzają kształcenie zawodowe i klasy patronackie. W lutym PSSE podpisała kolejną umowę z placówkami, które dopasują profile kształcenia do potrzeb inwestorów z branży morskiej.

Takie kadry na potrzeby Przemysłu 4.0 ma kształcić Stoczniowe Centrum Kształcenia Zawodowego – projekt edukacyjny PSSE, który powstaje na Wyspie Ostrów. Przyszli pracownicy przemysłu stoczniowego będą się uczyć na symulatorach, z wykorzystaniem nowoczesnego sprzętu i oprogramowania.

Wspieramy procesy kształcenia poprzez otwarcie kampusu szkoleniowego. W jego ramach udostępniamy nowoczesne roboty przemysłowe, na których zarówno młodzież, jak i osoby dorosłe będą mogły zdobywać i poszerzać kompetencje związane z programowaniem tych robotów. Te kompetencje następnie będą mogły zostać wykorzystane przez firmy z branży stoczniowej w nowoczesnych procesach produkcyjnych – mówi Paweł Lulewicz.

Ubiegły rok PSSE zamknęła z wynikiem 25 nowych inwestorów i 531,5 mln zł deklarowanych inwestycji. Udało się stworzyć 764 nowe miejsca pracy oraz utrzymać 3 570 etatów. W planach na ten rok jest m.in. uruchomienie kolejnego programu akceleracyjnego dla start-upów.

Od lipca program Rodzina 500+ będzie obejmował 6,8 mln dzieci. Nie wpłynął na dzietność, ale ma pozytywny wpływ na gospodarkę

Od lipca program Rodzina 500+ będzie obejmował 6,8 mln dzieci. Nie wpłynął na dzietność, ale ma pozytywny wpływ na gospodarkę 3

Statystyki GUS pokazują, że program Rodzina 500+ nie jest skutecznym narzędziem kształtowania polityki demograficznej, ale – jak podkreśla były minister finansów Stanisław Kluza – należy go pozytywnie oceniać w kontekście jego długoterminowego oddziaływania na gospodarkę i kształtowania polityki prorodzinnej państwa. Rodzina 500+ jest programem o charakterze sprawiedliwościowym, redystrybucyjnym i istotnie przekłada się na stabilny i zrównoważony rozwój gospodarczy – uważa ekonomista.

 Uważam, że program Rodzina 500+ istotnie przekłada się na stabilny i zrównoważony rozwój gospodarczy. Głównie dlatego, że oddziałuje w długim okresie. Po pierwsze, wpływa na bezpieczeństwo tych, którzy wychowują dzieci, co ma bardzo duże znaczenie ekonomiczne. To są pokolenia, które – jeżeli zostaną w Polsce – będą się przysparzać do ciągłości funkcjonowania naszej gospodarki. Po drugie, przekłada się to na kwestie związane z konsumpcją, wydatkami w gospodarce, a co za tym idzie – z podatkami – mówi agencji Newseria Biznes Stanisław Kluza, ekonomista, były minister finansów i przewodniczący KNF, założyciel Instytutu Debaty Eksperckiej i Analiz Quant Tank.

W kwietniu minęły trzy lata od wprowadzenia rządowego programu Rodzina 500+. Finansowym wsparciem – w wysokości nieopodatkowanych 6 tys. zł rocznie – zostało objętych blisko 2,6 mln rodzin i w sumie 3,6 mln dzieci (świadczenie przysługuje na drugie i każde kolejne dziecko w rodzinie). Podsumowując trzylecie działania programu, premier Mateusz Morawiecki podkreślał, że ma on charakter prorodzinny i propaństwowy, a do tej pory Skarb Państwa przeznaczył na niego już 67 mld zł.

W tym roku świadczenie Rodzina 500+ ma zostać rozszerzone (w ramach tzw. „piątki Kaczyńskiego”) i będzie przysługiwać także na pierwsze dziecko. Ustawę w tej sprawie prezydent Andrzej Duda podpisał 16 maja. To oznacza, że finansowe wsparcie obejmie już w sumie 6,8 mln dzieci w Polsce. Wnioski o świadczenie będzie można składać od 1 lipca br. i – jak informowała szefowa MRPiPS Elżbieta Rafalska – będzie kosztować budżet państwa dodatkowe ok. 20 mld zł rocznie.

Były przewodniczący KNF ocenia, że rząd słusznie nie zdecydował się na wprowadzenie kryterium dochodowego, które wyłączyłoby z programu osoby zamożne, osiągające ponadprzeciętne dochody.

Uważam, że nie powinno być progu, bo jest to związane z dzietnością oraz z pewną redystrybucyjną, sprawiedliwościową rolą państwa. To, czy 500 zł oznacza dla kogoś dużą czy relatywnie małą kwotę, nie powinno być więc żadnym kryterium. A jeżeli zwrócimy uwagę na to, że tych osób bardziej zamożnych jest niewiele, to po zsumowaniu wychodzi naprawdę mały ułamek wydatków w ramach tego programu – mówi Stanisław Kluza.

Ekonomista podkreśla, że programu Rodzina 500+ nie należy oceniać przez pryzmat wzrostu dzietności. Z danych GUS wynika, że w 2017 roku – kolejnym po wprowadzeniu świadczenia – liczba urodzeń wzrosła do 402 tys. (o 20 tys. więcej w stosunku do 2016 roku), jednak był to wzrost krótkotrwały. W ubiegłym roku liczba urodzeń ponownie spadła (o 3,5 proc.) – w Polsce urodziło się 388 tys. dzieci.

Obecnie w wiek produkcyjny, w którym jest możliwość posiadania dzieci, wchodzą osoby z pokoleń niżu demograficznego. To oznacza, że liczba osób, które mogłyby mieć dzieci, będzie z roku na rok coraz niższa – mówi Stanisław Kluza. – Po drugie, koszty życia i utrzymania są relatywnie coraz wyższe. Gdyby tego programu nie było, to dla wielu rodzin – w szczególności tych średnio uposażonych – koszt wychowywania dzieci byłby na tyle duży, że kwestie ekonomiczne stałyby się dużo większym dylematem.

Jak podkreśla Stanisław Kluza, z tego powodu program należy oceniać raczej w kontekście jego długoterminowego oddziaływania na gospodarkę i kształtowania polityki prorodzinnej państwa.

– Rodzina 500+ jest programem o charakterze sprawiedliwościowym, redystrybucyjnym. Osoby, które świadomie decydują się na wychowywanie dzieci, podejmują trud opiekuńczy, wychowawczy i przez 20 kolejnych lat ponoszą z tego tytułu bardzo duże wydatki. Beneficjentem tych wydatków nie są de facto tylko ci biologiczni rodzice, ale całe społeczeństwo – ponieważ ich dzieci płacą na emerytury wszystkich, stają się elementem całej gospodarki, a zatem ważne jest zrównoważenie korzyści i kosztów pomiędzy stronami – mówi ekonomista.

Styczniowe dane GUS pokazały też, że Rodzina 500+ ma pozytywny wpływ na rynek pracy. Na podstawie cyklicznych badań aktywności ekonomicznej BAEL i analizy dotyczącej aktywności zawodowej Polaków urząd podał, że program wpłynął na sytuację zawodową prawie 300 tys. rodziców dzieci korzystających ze świadczenia. Pod jego wpływem 76 tys. osób zaczęło pracę, a 75 tys. – zaczęło jej szukać. Natomiast odwrotne, negatywne przełożenie program miał na grupę 67 tys. rodziców, z których 34 tys. zadeklarowało, że przestało szukać pracy, a 33 tys. z niej zrezygnowało.

Przybywa zielonych autobusów w Polsce. W 2018 roku na ulice miast wyjechało 317 autobusów z alternatywnymi napędami

0

Przybywa zielonych autobusów w Polsce. W 2018 roku na ulice miast wyjechało 317 autobusów z alternatywnymi napędami 4

Sprzedaż ekologicznych autobusów miejskich dynamicznie rośnie. W ubiegłym roku na drogi polskich aglomeracji wyjechało 317 ekoautobusów, w tym 63 elektryki i 200 hybryd. – w połączeniach między miastami udział tych pojazdów jest niewielki, bo trudno je wykorzystywać na dalekich trasach – mówi Bogdan Kurys, wiceprezes firmy Sindbad. Jednak flota autokarów także staje się coraz bardziej ekologiczna. – Potrzeba wymiany sprzętu jest wymuszona, inaczej nie moglibyśmy realizować połączeń międzynarodowych – ocenia Kurys.

Norma Euro 6 to obecnie jedyna norma, która pozwala wjechać do dużych aglomeracji miejskich na Zachodzie. To wymusza wymianę sprzętu, bo inaczej nie moglibyśmy realizować połączeń międzynarodowych. To też będzie następowało w Polsce, w związku z tym inwestycje, które są czynione, idą w kierunku ekologii. Bardzo dużo jest rejestrowanych autobusów elektrycznych, hybrydowych i realizują połączenia miejskie i podmiejskie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogdan Kurys, wiceprezes firmy Sindbad.

Rok 2018 był najbardziej ekologicznym w całej historii dla rynku autobusów miejskich. Dane PZPM i JMK wskazują, że ciągu roku pojawiło się 317 autobusów z alternatywnymi napędami, w tym 200 z napędem hybrydowym, 63 elektrobusy i 54 pojazdy z napędem gazowym. Łącznie od początku 2019 roku na ekonapęd jeździły 43 pojazdy (12 proc. z 351 wszystkich nowych autobusów). Dla porównania w 2016 tylko 2,2 proc. pojazdów miało alternatywny napęd, rok później – 7 proc., a w najlepszym pod tym względem 2018 roku – 11,7 proc.

Z danych PZPM i JMK wynika, że tylko od maja 2015 do stycznia 2019 roku liczba zarejestrowanych autobusów elektrycznych w Polsce sięgnęła 178 pojazdów. Obecnie portfel zamówień na autobusy elektryczne obejmuje 274 pojazdy, zarówno na etapie dostaw, jak i produkcji. Najwięcej autobusów elektrycznych jest zarejestrowanych w Zielonej Górze (45) Warszawie (31). Krakowie (26) i Jaworznie (24). Ich liczba będzie stopniowo rosnąć. Jak podkreślają eksperci, wśród autobusów turystycznych, jak i międzymiastowych oraz minibusów dominuje napęd diesla i w najbliższym czasie raczej się to nie zmieni.

Rozwojowi tej części rynku będą sprzyjać zapisy w Ustawie o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Zakładają one, że samorządy mają zlecać świadczenie usług komunikacji miejskiej takim firmom, w których udział autobusów zeroemisyjnych we flocie użytkowanych pojazdów sięgnie co najmniej 5 proc. od 2021 roku.

Miasta poczyniły duże inwestycje, kupują autobusy ze środków unijnych na potrzeby komunikacji miejskiej, ale również komunikacja podmiejska i dalekobieżna dynamicznie się rozwija – podkreśla Bogdan Kurys. – W związku z tym, jeśli 2018 rok był rokiem rekordowym pod względem rejestracji nowych pojazdów czy inwestycji w nowe autokary, to możemy też wnioskować, że wciąż istnieje zapotrzebowanie na te pojazdy.

Ministerstwo Infrastruktury przygotowało projekty ustaw, które mają odbudować efektywny system lokalnych połączeń autobusowych we wszystkich regionach Polski.

– Ubiegły rok był rekordowy pod względem rejestracji nowych autobusów w Polsce. To było ponad 2,7 tys. sztuk, z czego 370 pojazdów to były autokary turystyczne, a pozostałe to autokary miejskie, podmiejskie – mówi Bogdan Kurys.

Ubiegłoroczny wynik był o ponad 18 proc. wyższy niż przed rokiem. W tym roku było już nieco gorzej, ale w kwietniu – po czterech miesiącach spadków – rynek urósł o 5,8 proc. W rankingu marek (za okres styczeń – kwiecień 2019) przoduje Mercedes-Benz, MAN i Solaris.

Wolelibyśmy kupić polski produkt, jednak żaden polski producent nie produkuje autokarów turystycznych na trasy międzynarodowe spełniających nasze oczekiwania. Produkcja krajowa jest ukierunkowana na autokary miejskie, jesteśmy jednym z potentatów w tym zakresie. W związku z tym korzystamy z produktów zachodnich, to głównie autokary Setra – podkreśla wiceprezes firmy Sindbad.

Polską specjalnością eksportową stają się również miejskie autobusy elektryczne. Według danych Eurostatu, podawanych przez Polski Instytut Ekonomiczny, udział krajowych producentów w eksporcie tych pojazdów wyniósł w ubiegłym roku 36 proc. Druga Belgia ma niecałe 30 proc. Sprzedaliśmy za granicę 131 autobusów o napędzie elektrycznym za łączną kwotę 231,8 mln zł. Dla porównania, w 2017 roku były to 24 pojazdy warte niecałe 40 mln zł.

Coraz więcej zielonych autobusów w Polsce. W 2018 roku na ulice miast wyjechało 317 autobusów z alternatywnymi napędami

Coraz więcej zielonych autobusów w Polsce. W 2018 roku na ulice miast wyjechało 317 autobusów z alternatywnymi napędami 5

Sprzedaż ekologicznych autobusów miejskich dynamicznie rośnie. W ubiegłym roku na drogi polskich aglomeracji wyjechało 317 ekoautobusów, w tym 63 elektryki i 200 hybryd. – w połączeniach między miastami udział tych pojazdów jest niewielki, bo trudno je wykorzystywać na dalekich trasach – mówi Bogdan Kurys, wiceprezes firmy Sindbad. Jednak flota autokarów także staje się coraz bardziej ekologiczna. – Potrzeba wymiany sprzętu jest wymuszona, inaczej nie moglibyśmy realizować połączeń międzynarodowych – ocenia Kurys.

Norma Euro 6 to obecnie jedyna norma, która pozwala wjechać do dużych aglomeracji miejskich na Zachodzie. To wymusza wymianę sprzętu, bo inaczej nie moglibyśmy realizować połączeń międzynarodowych. To też będzie następowało w Polsce, w związku z tym inwestycje, które są czynione, idą w kierunku ekologii. Bardzo dużo jest rejestrowanych autobusów elektrycznych, hybrydowych i realizują połączenia miejskie i podmiejskie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogdan Kurys, wiceprezes firmy Sindbad.

Rok 2018 był najbardziej ekologicznym w całej historii dla rynku autobusów miejskich. Dane PZPM i JMK wskazują, że ciągu roku pojawiło się 317 autobusów z alternatywnymi napędami, w tym 200 z napędem hybrydowym, 63 elektrobusy i 54 pojazdy z napędem gazowym. Łącznie od początku 2019 roku na ekonapęd jeździły 43 pojazdy (12 proc. z 351 wszystkich nowych autobusów). Dla porównania w 2016 tylko 2,2 proc. pojazdów miało alternatywny napęd, rok później – 7 proc., a w najlepszym pod tym względem 2018 roku – 11,7 proc.

Z danych PZPM i JMK wynika, że tylko od maja 2015 do stycznia 2019 roku liczba zarejestrowanych autobusów elektrycznych w Polsce sięgnęła 178 pojazdów. Obecnie portfel zamówień na autobusy elektryczne obejmuje 274 pojazdy, zarówno na etapie dostaw, jak i produkcji. Najwięcej autobusów elektrycznych jest zarejestrowanych w Zielonej Górze (45) Warszawie (31). Krakowie (26) i Jaworznie (24). Ich liczba będzie stopniowo rosnąć. Jak podkreślają eksperci, wśród autobusów turystycznych, jak i międzymiastowych oraz minibusów dominuje napęd diesla i w najbliższym czasie raczej się to nie zmieni.

Rozwojowi tej części rynku będą sprzyjać zapisy w Ustawie o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Zakładają one, że samorządy mają zlecać świadczenie usług komunikacji miejskiej takim firmom, w których udział autobusów zeroemisyjnych we flocie użytkowanych pojazdów sięgnie co najmniej 5 proc. od 2021 roku.

Miasta poczyniły duże inwestycje, kupują autobusy ze środków unijnych na potrzeby komunikacji miejskiej, ale również komunikacja podmiejska i dalekobieżna dynamicznie się rozwija – podkreśla Bogdan Kurys. – W związku z tym, jeśli 2018 rok był rokiem rekordowym pod względem rejestracji nowych pojazdów czy inwestycji w nowe autokary, to możemy też wnioskować, że wciąż istnieje zapotrzebowanie na te pojazdy.

Ministerstwo Infrastruktury przygotowało projekty ustaw, które mają odbudować efektywny system lokalnych połączeń autobusowych we wszystkich regionach Polski.

– Ubiegły rok był rekordowy pod względem rejestracji nowych autobusów w Polsce. To było ponad 2,7 tys. sztuk, z czego 370 pojazdów to były autokary turystyczne, a pozostałe to autokary miejskie, podmiejskie – mówi Bogdan Kurys.

Ubiegłoroczny wynik był o ponad 18 proc. wyższy niż przed rokiem. W tym roku było już nieco gorzej, ale w kwietniu – po czterech miesiącach spadków – rynek urósł o 5,8 proc. W rankingu marek (za okres styczeń – kwiecień 2019) przoduje Mercedes-Benz, MAN i Solaris.

Wolelibyśmy kupić polski produkt, jednak żaden polski producent nie produkuje autokarów turystycznych na trasy międzynarodowe spełniających nasze oczekiwania. Produkcja krajowa jest ukierunkowana na autokary miejskie, jesteśmy jednym z potentatów w tym zakresie. W związku z tym korzystamy z produktów zachodnich, to głównie autokary Setra – podkreśla wiceprezes firmy Sindbad.

Polską specjalnością eksportową stają się również miejskie autobusy elektryczne. Według danych Eurostatu, podawanych przez Polski Instytut Ekonomiczny, udział krajowych producentów w eksporcie tych pojazdów wyniósł w ubiegłym roku 36 proc. Druga Belgia ma niecałe 30 proc. Sprzedaliśmy za granicę 131 autobusów o napędzie elektrycznym za łączną kwotę 231,8 mln zł. Dla porównania, w 2017 roku były to 24 pojazdy warte niecałe 40 mln zł.

Coraz więcej Polaków dba o wygląd z wykorzystaniem medycyny estetycznej. Bez oceny stanu zdrowia same zabiegi mogą się okazać niewystarczające

Coraz więcej Polaków dba o wygląd z wykorzystaniem medycyny estetycznej. Bez oceny stanu zdrowia same zabiegi mogą się okazać niewystarczające 6

Zabiegi medycyny estetycznej w Polsce przestają być traktowane jako luksus, na który mogą sobie pozwolić tylko gwiazdy i osoby zamożne. Coraz więcej Polaków chce w ten sposób dbać o swój wygląd. Eksperci podkreślają jednak, że zabiegi medycyny estetycznej nie wystarczą, by robić to skutecznie. Niezbędne jest podejście holistyczne, obejmujące zarówno poprawę stanu skóry, jak i całego organizmu. Punktem wyjścia do wszelkich działań w tym zakresie powinna być precyzyjna ocena stanu zdrowia, na podstawie której lekarz jest w stanie ustalić indywidualne zalecenia dla każdego pacjenta. 

Badania przeprowadzone przez BCMM Badania Marketingowe na zlecenie Galderma Polska pokazują, że zabiegom bazującym na kwasie hialuronowym lub botoksie poddaje się obecnie 600 tys. Polaków, z czego 84 proc. stanowią kobiety. Polacy chcą wyglądać atrakcyjnie, często zapominają jednak, że podstawą dobrej prezencji jest zdrowie całego organizmu.

– To zdrowie decyduje o tym, czy wyglądamy świeżo, czy też w naszym organizmie coś się dzieje i wtedy wyglądamy na zmęczonych, skóra jest bardziej wiotka, jest więcej przebarwień, więcej naczyń i rozszerzonych porów – mówi agencji informacyjnej Newseria dr n. med. Piotr Niedziałkowski, specjalista chorób wewnętrznych i alergologii, dyplomowany lekarz medycyny estetycznej z Centrum Estetyki Medycznej w Warszawie.

Większość pacjentów zgłasza się do lekarzy medycyny estetycznej, żeby poddać się zabiegom poprawiającym stan ich skóry. Zdaniem eksperta znacznie skuteczniejsze jest jednak podejście holistyczne, zakładające przede wszystkim zadbanie o zdrowie całego organizmu. Takie podejście, określane przez dr n. med. Piotra Niedziałkowskiego mianem estetyki medycznej, obejmuje wszelkie działania medyczne prowadzące do ogólnego dobrostanu organizmu, czyli zarówno zabiegi na skórze, jak i procedury poprawiające działanie wnętrza organizmu.

– Do tego właśnie służą wszelkie działania estetyki medycznej, czyli ocena ogólnego stanu zdrowia (Profilaktyczne Bilanse Biologiczne – PBB), odpowiednie odżywianie, suplementacja i aktywność fizyczna. Bez tych działań wszelkie zabiegi medycyny estetycznej są bardzo krótkotrwałe, a nawet mogą się wiązać z wystąpieniem powikłań – mówi dr Piotr Niedziałkowski.

Podstawą działań podejmowanych w ramach estetyki medycznej jest ocena stanu zdrowia, która obejmuje wykonanie szczegółowych bilansów biologicznych określających precyzyjnie stan zdrowia pacjenta. Pierwszym krokiem jest wywiad, na podstawie którego lekarz zleca konkretne badania krwi, moczu, kału czy śliny. Na ich podstawie dokonuje oceny stanu biologicznego organizmu, może także przewidzieć możliwość wystąpienia pewnych chorób. Tego rodzaju badaniom powinny się poddać przede wszystkim osoby skarżące się na przewlekłe zmęczenie lub złe samopoczucie mimo poprawnych wyników badań standardowych, osoby obciążone wystąpieniem chorób takich jak nowotwory, zawały lub cukrzyca, przyjmujące leki hormonalne lub borykające się z nawracającymi infekcjami.

Ocena stanu zdrowia nie musi być wykonywana bardzo często, może być odbyć się raz na kilka lat. Badania, które przeprowadzamy, oceniają aktualny stan zdrowia. Wszelkie działania korygujące, medyczne, które prowadzimy, dają swoje efekty po kilku, kilkunastu miesiącach – mówi dr Piotr Niedziałkowski.

Na podstawie bilansu biologicznego lekarz ustala indywidualne zalecenia dla każdego pacjenta. Obejmują one dietę, suplementację, immunomodulację za pomocą odpowiednio dopasowanych probiotyków oraz zabiegi medycyny estetycznej. Pacjent otrzymuje wytyczne na rok, przy czym w tym czasie 2–3 razy powinien się zgłosić na wizyty kontrolne do lekarza prowadzącego. Zazwyczaj już po upływie 3–4 miesięcy stosowania się do wytycznych estetyki medycznej pacjenci zauważają odczuwalną poprawę stanu zdrowia.

– Niewielki procent osób ma mniejszą poprawę, zazwyczaj są to ci, którzy się nie stosują do zaleceń albo mają bardzo zaawansowane choroby. Ale u każdego z pacjentów, jeżeli stosuje się do zaleceń, widać poprawę, zarówno dotyczy to osób dorosłych, jak i dzieci – mówi dr Piotr Niedziałkowski.

Polski sektor kosmiczny rośnie w siłę. Naukowcy uczestniczą w misjach na Marsa, chcą także rozwiązać problem kosmicznych śmieci

Polacy są coraz silniejsi w branży kosmicznej. Stworzyli m.in. sprzęt do badania głębi powierzchni Marsa czy technologię pozwalającą na walkę z problemem kosmicznych śmieci. Ambicje światowych graczy branży kosmicznej skupiają się jednak na prywatyzacji lotów załogowych i badaniach pozwalających na dotarcie do genezy Układu Słonecznego.

– Rola polskich naukowców w odkrywaniu Kosmosu cały czas intensywnie wzrasta. My do tego wyścigu kosmicznego włączyliśmy się stosunkowo późno, jednak już widzimy, że polskie instytucje i naukowcy bardzo szybko nadrabiają straty, jeśli chodzi o naszych zachodnich i wschodnich kolegów. Jest wiele firm, również polskich, które włączają się do międzynarodowych projektów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Marek Krawczyk z KP Labs.

Polski sektor kosmiczny systematycznie rośnie w siłę. Od momentu przyjęcia do Europejskiej Agencji Kosmicznej liczba polskich podmiotów zarejestrowanych na portalu przetargowym ESA EMITS wzrosła ponad ośmiokrotnie i liczyła 420 podmiotów w 2018 r. W ciągu sześciu lat członkostwa Polski w ESA, polskie podmioty uzyskały pond 330 kontraktów na łączną kwotę prawie 100 mln euro. Polskie firmy są obecne już w największych misjach kosmicznych.

Sprzęt firmy Astronika uczestniczy w misji InSight, zajmującej się badaniem Marsa. Warszawskie przedsiębiorstwo zbudowało mechanizm „Kret HP3”, będący próbnikiem służącym do pomiaru strumienia ciepła na głębokości 5 metrów w marsjańskim gruncie. To jednak nie jest jedyna polska myśl techniczna obecna w przestrzeni kosmicznej.

– Pod koniec zeszłego roku polski satelita PW-Sat2 został wystrzelony na orbitę w celu przetestowania żagla deorbitacyjnego. Bardzo ciekawy eksperyment, nasza firma też miała w tym drobny udział. Zapewnialiśmy misji komputer pokładowy i oprogramowanie do tego komputera – mówi dr Marek Krawczyk.

Żagiel deorbitacyjny ma pozwolić na szybsze usunięcie satelity z orbity, gdy ten wykona już swoją pracę. Kwadratowa struktura oparta na czterech ramionach jest otwierana za satelitą. Taka operacja zwiększy powierzchnię satelity, a więc i jej opór aerodynamiczny. Pozwoli to na wyprowadzenie urządzenia poza orbitę i jego destrukcję przy wejściu w atmosferę. Rozwiązanie opracowane przez studentów Politechniki Warszawskiej pozwoli rozwiązać problem tzw. kosmicznych śmieci krążących w przestrzeni orbitalnej.

– Satelita PW-Sat2 zrobił pierwsze polskie zdjęcie satelitarne. Właśnie w tym celu na pokładzie satelity była zainstalowana prosta kamera, żeby monitorować, jak wygląda i jak zachowuje się ten żagiel, ale dzięki temu udało się uzyskać pierwsze satelitarne zdjęcie polskiego satelity. Trzeba pamiętać, że pierwsze polskie zdjęcie wykonał Mirosław Hermaszewski podczas misji. Jest to więc historyczne wydarzenie – zaznacza ekspert.

Eksploracja kosmosu wchodzi na kolejne, dotychczas nieosiągalne płaszczyzny. Należąca do Elona Muska firma SpaceX wystrzeliła na Międzynarodową Stację Kosmiczną statek Crew Dragon w ramach testowego lotu bezzałogowego przed planowanym na lipiec, kontraktowanym przez NASA lotem załogowym. Warto zaznaczyć, że dotychczas tylko agencje narodowe mogły wysyłać ludzi w kosmos. Ambicje badaczy kosmosu skupiają się jednak na badaniu kolejnych obiektów w przestrzeni pozaziemskiej.

– Japońska sonda kosmiczna Hayabusa-2 pobrała próbki z asteroidy Ryugu, to jest druga misja Hayabusa. W poprzedniej misji taka operacja napotkała wiele problemów, tym razem Japończykom udało się to w pełni. Przed misją Hayabusa stoją następne wyzwania – zrobienie sztucznego krateru na powierzchni Ryugu i pobranie próbek z dna tego krateru, także przyszłe tygodnie też będą owocowały w wiele ciekawych odkryć – przekonuje dr Marek Krawczyk.

Asteroida Ryugu wchodzi w skład Grupy Apolla, czyli grupy planetoid krążących po orbitach przecinających orbitę Ziemi i Wenus, a także Merkurego. Japońska sonda wylądowała na planetoidzie 22 lutego. Już po pobraniu próbek, 5 kwietnia, umieściła na Ryugu materiał wybuchowy, który spowodował powstanie krateru. Dzięki temu doświadczeniu będzie można zbadać, jak kształtował się Układ Słoneczny. Planetoida zawiera bowiem w swoich skałach ślady węgla i wody, które miały powstać w czasie tworzenia się Układu Słonecznego

Według analityków Research and Markets w 2018 roku światowy przemysł kosmiczny wyceniany był na kwotę 360 mld dol. Do 2026 roku jego wartość wzrośnie do 558 mld dol. Zdaniem analityków inwestycje USA, Chin, Rosji i Unii Europejskiej napędzą popyt na urządzenia takie jak nanosatelity czy pojazdy kosmiczne przeznaczone do wielokrotnego użytku.

Konsultantów telefonicznych coraz częściej zastępują roboty. Na wirtualne biura obsługi decydują się kolejne branże

Konsultantów telefonicznych coraz częściej zastępują roboty. Na wirtualne biura obsługi decydują się kolejne branże 7

Sztuczna inteligencja rewolucjonizuje systemy głosowej obsługi klientów. Dzięki delegowaniu wirtualnym konsultantom prac niewymagających analizowania sytuacji problemowych, agenci będą się mogli skupić na dopasowywaniu usług do potrzeb klientów, a także obsłużyć znacznie więcej połączeń. Do 2022 roku jedna piąta rozmów z klientem będzie prowadzona przez roboty. Technologią interesują się także biznes, w tym firmy ubezpieczeniowe.

– Pracujemy obecnie nad projektem rozpoznawania mowy. Chcemy go wykorzystać w procesie przyjmowania zgłoszenia szkody w contact center. Większość szkód jest w tej chwili zgłaszanych kanałem telefonicznym, rozmowa trwa około 15 minut i duża część tej rozmowy to zbieranie danych. Proste wysłuchanie tego, co ma klient do powiedzenia i rejestrowanie tego w systemie. I tę część procesu chcemy zautomatyzować – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Rafał Stankiewicz, wiceprezes zarządu TUiR WARTA.

W wysłuchaniu klienta i zebraniu niezbędnych informacji żywego konsultanta z powodzeniem może zastąpić wirtualny robot. Dzięki zautomatyzowaniu procesu, pracownicy zyskają więcej czasu na rzeczywistą obsługę klienta i dobór odpowiednich usług pomocnych w likwidacji szkody. Program wykorzystywania voice botów w TUiR Warta jest obecnie na etapie pilotażu. Już około 10 proc. klientów towarzystwa ubezpieczeniowego rozmawia z robotem głosowym.

– W projekcie rozpoznawania mowy zbudowaliśmy wirtualnego konsultanta, który prowadzi rozmowę z klientem, zadaje mu pytania i słucha odpowiedzi. Następnie te odpowiedzi zamienia w dane, które zapisujemy w systemie. W kolejnym kroku konsultant prowadzi rozmowę z klientem w oparciu o te dane i organizuje usługi, organizuje pojazd zastępczy, organizuje warsztat – tłumaczy Rafał Stankiewicz.

Trend polegający na przekazywaniu części obsługi klienta automatom działającym w oparciu o sztuczną inteligencję jest dostrzegalny na całym świecie. 15 maja amerykańska firma Sparkcentral zaoferowała swoim klientom usługę Virtual Agent Framework. Stanowi to uzupełnienie platformy cyfrowej obsługi klienta. Usługa umożliwia wdrażanie wirtualnych agentów (chatbotów) we wszystkich kanałach kontaktu z klientem, takich jak czat, media społecznościowe czy połączenia głosowe. Przełączenie pracy żywego agenta na wirtualnego odbywa się jednym kliknięciem. Dzięki temu prostsze do wykonania zadania delegowane są sztucznej inteligencji. Po ich wypełnieniu rozmowa wraca do tego samego konsultanta, który od początku obsługiwał klienta. Sparkcentral współpracuje z firmami takimi, jak AXA, Western Union czy Netflix.

Warta pełną obsługę wirtualnych konsultantów wdroży w sierpniu tego roku. Tymczasem według analityków Gartnera do 2022 roku 20 proc. interakcji z klientami zostanie obsłużonych przez sztuczną inteligencję. 70 proc. kontaktów z klientem będzie natomiast wspomaganych tą technologią. Z kolei Global Market Insights przewiduje, że rynek inteligentnych asystentów przekroczy do 2024 roku wartość 11,5 mld dol. Coraz większe znaczenie będą zyskiwać wdrożenia w procesie obsługi klienta.

– Ta technologia na pewno pozwoli przyspieszyć proces, np. w sytuacjach, kiedy jest duża liczba zgłoszeń. My się uniezależnimy od liczby konsultantów, będziemy w stanie obsłużyć większą liczbę rozmów. A druga rzecz, bardzo istotny parametr, to to, że konsultanci nie będą się zajmowali tymi prostymi czynnościami polegającymi na zbieraniu danych, będą mieli więcej czasu, żeby zaoferować odpowiednią jakość obsługi, odpowiednie usługi klientowi, które pomogą mu zlikwidować szkodę – przekonuje wiceprezes zarządu TUiR WARTA.

Jak reklamują się małe firmy? Reklama w internecie, ale jaka?

Według badania przeprowadzonego na zlecenie ING Banku Śląskiego*, ponad 60% małych firm inwestuje w reklamę internetową, ale wiele z nich przyznaje jednocześnie, że brakuje im wiedzy o narzędziach i sposobach na skuteczną promocję swojej marki w sieci.

Firmy działające na rynku często zdają sobie sprawę, że o powodzeniu biznesu decyduje nie tylko dobre przygotowanie, pomysł i realizacja, ale również odpowiednia reklama. Nie zawsze jednak wystarcza na nią środków, więc warto poszukiwać alternatywnych sposobów na dotarcie do nowych klientów.

Polacy są bardzo przedsiębiorczy i twórczy, dlatego na naszym rynku jest wiele małych firm oferujących produkty tworzone z pasji. Niestety wiele z nich pozostaje niezauważonych, ponieważ przedsiębiorcom brakuje funduszy za zakup klasycznej przestrzeni reklamowej. Model rekomendacji produktów czy usług przez dotychczasowych klientów może być bardzo skuteczną alternatywą dla tradycyjnych reklam, dlatego w naszej kampanii Dobry Głos dla Firm chcemy inspirować do tego, aby wystawianie opinii było naturalną formą doceniania – komentuje Barbara Pasterczyk, Dyrektor Banku odpowiedzialna za komunikację marketingową w ING Banku Śląskim.

Strona www czy fanpage?

Nikogo już nie dziwi, że nawet małe firmy, aby pozyskiwać nowych klientów, muszą być obecne w Internecie. Jak wynika z badania SWPS, aż 85% firm deklaruje posiadanie strony www, a 75% prowadzi fanpage na Facebooku. Co ciekawe, wśród przedsiębiorców powyżej 55 roku życia, posiadanie strony internetowej deklaruje aż 94%, z czego tylko 44% prowadzi fanpage firmy na Facebooku. Na media społecznościowe wskazują młodsi przedsiębiorcy, między 25 a 34 rokiem życia, ale wśród nich wskazanie na promocję firmy przez Facebooka również nie przekracza 80%.

Reklama w internecie, ale jaka?

Na przestrzeni ostatniego roku 64% badanych przedsiębiorców inwestowało w reklamę w Internecie, z czego największą popularnością cieszyły się reklamy w mediach społecznościowych (75%), pozycjonowanie w wyszukiwarce internetowej (59%) oraz reklamy banerowe na różnych stronach internetowych (47%). Wielu przedsiębiorców przyznało jednak, że działania okazały się kosztowne, a przy tym mało skuteczne. Często powodem nieinwestowania w reklamy internetowe jest brak wiedzy o sposobie ich tworzenia.

Nie zawsze duży budżet i sprawne poruszanie się wśród dostępnych narzędzi reklamowych jest kluczem do sukcesu sprzedażowego. Czasami najlepszą reklamą może być opinia zadowolonego klienta. Świadczą o tym wyniki zleconego przez nas badania, jak i pozytywny odbiór teledysków, które dla firm nagrała w naszej akcji Dobry Głos dla Firm Katarzyna Nosowska – dodała Barbara Pasterczyk.

Opinie klientów najcenniejsze dla małych firm

Skoro nie reklamy w Internecie i w mediach, to w jaki sposób małe firmy radzą sobie na rynku? Okazuje się, że bardzo popularny wśród firm jest marketing szeptany. W przypadku 91% małych i 92% mikro firm, głównym narzędziem komunikacji produktów i usług jest tzw. marketing szeptany. Oprócz tego ok. 30% mikro i małych firm korzysta z materiałów drukowanych, czyli ulotek i folderów. Umiarkowaną popularnością cieszą się billboardy, a wśród małych firm widać popyt na działania telemarketingowe.

*badanie przeprowadzono na zlecenie ING Banku Śląskiego w kwietniu 2019 roku. W badaniu wzięło udział N=300 osób z mikro N=134 oraz małych przedsiębiorstw N= 166. Mikro przedsiębiorstwa to firmy zatrudniające poniżej 10 osób, a małe od 10 do 50 osób.

Grupa PMPG Polskie Media po I kwartale 2019 r.

Grupa PMPG odnotowała po pierwszym kwartale 2019 r. 12,15 mln zł przychodów ze sprzedaży towarów i produktów wobec 11,44 mln zł osiągniętych w pierwszym kwartale 2018 r. To o ponad 6% więcej niż w analogicznym okresie 2018 roku. Wzrost przychodów wynikał przede wszystkim z realizacji przez PMPG Polskie Media S.A. usług pośrednictwa sprzedaży na rzecz podmiotów spoza Grupy Kapitałowej, a także z uzyskania wyższych przychodów reklamowych na działalności tygodnika „Do Rzeczy”.

W minionym kwartale Grupa skupiła się na realizowaniu strategii transformacji marek Grupy PMPG (Wprost i Do Rzeczy) z papieru do Internetu. W I kwartale 2019 roku serwisy internetowe Grupy Wprost.pl oraz DoRzeczy.pl odnotowały kolejne wzrosty. Średniomiesięcznie łączna liczba użytkowników serwisu Wprost.pl zwiększyła się o 19% w stosunku do kwartału I roku poprzedniego, a liczba odsłon wzrosła o 38%. Z kolei liczba użytkowników serwisu DoRzeczy.pl wzrosła o 81%, a liczba odsłon o ponad 100%. W kolejnych kwartałach roku 2019 Grupa skupi się na dalszym rozwoju serwisów internetowych i poszerzaniu oferty reklamowej w Internecie.

W minionym kwartale PMPG Polskie Media S.A. rozpoczęła także Program skupu akcji własnych. Skup realizowany był dotychczas w terminie od 15 stycznia do 22 lutego br. W związku z publikacją wyników Grupy za I kwartał 2019 r. i zakończeniem okresu zamkniętego dla transakcji związanych z Programem skupu akcji własnych spółka wznowiła skup i realizować go będzie do połowy sierpnia br.

Skonsolidowany zysk brutto ze sprzedaży wyniósł 5,8 mln zł. W związku jednak ze wzrostem kosztu własnego sprzedaży o 2 mln zł oraz kosztów sprzedaży o 2,1 mln zł, Grupa odnotowała stratę z działalności operacyjnej w wysokości 1,3 mln zł. Większe koszty sprzedaży przełożyły się na wzrost przychodów osiągniętych w I kwartale 2019 r.

Upadek koalicji w Austrii. OPEC chce windować ceny ropy

Opublikowane nagrania, w których pojawiają się wątki korupcyjne, zmusiły wicekanclerza Austrii Heinza-Christiana Strache do dymisji. Przyspieszone wybory zostały już zapowiedziane, ale otwartym pytaniem pozostaje, czy po głosowaniu będzie możliwe skonstruowanie większości parlamentarnej bez Partii Wolności.

Burza polityczna w Austrii

Wicekanclerz i szef koalicyjnej Austriackiej Partii Wolności został nagrany podczas dziennikarskiej prowokacji, a taśmy ujrzały światło dzienne w piątek. Sednem skandalu jest fakt, że uzgadniał przekazanie bardzo korzystnych państwowych kontraktów osobie podającej się za inwestorkę z Rosji. Miała to być forma rekompensaty za wsparcie w kampanii z 2017 roku. Jak nietrudno się domyślić, zmiany kadrowe w rządzie były błyskawiczne. Zastępca szefa rządu podał się do dymisji, a kanclerz Sebastian Kurz (z chadeckiej, sprzymierzonej formacji OeVP), oprócz wielu gorzkich słów, zapowiedział przyspieszone wybory parlamentarne. Na razie kursy walut reagują na te wydarzenia spokojnie. Niestety nie wygląda to tak beztrosko na austriackiej giełdzie, która od rana straciła 1%.

OPEC chce windować ceny ropy

Posiedzenie OPEC przebiegało pod dyktando utrzymania redukcji wydobycia. Docelowo ta strategia miałaby być realizowana nawet do końca 2019 roku. Celem jest utrzymanie wysokich cen surowca. Głównym reprezentantem tego postulatu była Arabia Saudyjska. Trochę inne podejście forsowali Rosjanie. Zachęcali do zmniejszania cięć, ale bez tworzenia nadmiaru surowca na rynku. Ostateczna decyzja kartelu zapadnie na czerwcowym spotkaniu. Reakcja rynków na prawdopodobną dłuższą redukcję wydobycia była łatwa do przewidzenia. Cena czarnego złota poszła w górę o dolara na baryłce na otwarciu giełdy.

Dobre nastroje konsumentów

Ostatnie dane pokazują jedną zadziwiającą prawidłowość. Po obu stronach Oceanu Atlantyckiego nastroje biznesu są znacznie gorsze niż konsumentów. O ile wzrost PKB, szczególnie w Europie, nie zachwyca, to przy wysokim poziomie zatrudnienia konsumenci aktualnie nie odczuwają tego problemu. Wojna handlowa również nie budzi wielkiego niepokoju. Istotnym staje się pytanie: jak długo może się utrzymać taka różnica w podejściu do przyszłości? Skoro zarządzający firmami przewidują recesję w nieodległej perspektywie, to może się to odbić na rynku pracy. W takim scenariuszu pozytywne odczyty, jak chociażby ostatni indeks Uniwersytetu Michigan (wskaźnik nastrojów konsumenckich), najwyższy od 2004 roku, mogą odejść do historii.

Dzisiaj dzień wolny w Kanadzie z okazji Dnia Zwycięstwa, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Esaliens TFI prezentuje ofertę PPK

Esaliens TFI jako jedna z pierwszych instytucji zaprezentowała swoją ofertę Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK) na portalu mojePPK.pl. Produkty emerytalne to od lat strategiczna linia biznesu Esaliens, obejmująca ponad 50% wszystkich zarządzanych środków. W portfolio klientów TFI znajduje się m.in. największy fundusz emerytalny świata.

Jacek Treumann, Członek Zarządu Esaliens TFI
Jacek Treumann, Członek Zarządu Esaliens TFI

Jesteśmy wśród pierwszych podmiotów, które dopełniły wszystkich formalności i wymogów związanych z PPK, co pozwala oficjalnie zaprezentować naszą ofertę na portalu prowadzonym przez PFR. Moment publikacji oferty to symboliczny etap we wprowadzeniu PPK – firmy mogą już oficjalnie rozpatrywać materiały i podejmować selekcję instytucji zarządzających, by w efekcie wybrać jedną z nich. Przy tym wyborze, oprócz zarządzania aktywami, niezmiernie ważne będą kompetencje organizacyjne – umiejętność prawnego i administracyjnego ułożenia procesu, tak aby płynnie funkcjonował nawet w firmach, które dopiero debiutują na tym polu i dotychczas nie miały praktyki w grupowym oszczędzaniu. Cieszy mnie, że możemy się pochwalić osiągnięciami w obu tych obszarach, co czyni z nas poważnego gracza na rynku PPK z potencjałem na wzmocnienie roli w czołówce segmentu rozwiązań emerytalnych. Mamy świadomość, że PPK będzie angażowało nie tylko pracodawcę, ale i pracowników. Dlatego nasza oferta jest zbilansowana i nakierowana na komfort obu stron. Przez 20 lat zbudowaliśmy ogromny kapitał zaufania wśród najbardziej wymagających pracodawców, w tym z branży finansowej, energetycznej czy farmaceutycznej, dla których doświadczenie i bezpieczeństwo, a także operacyjna elastyczność w obsłudze są kluczowe” – komentuje Jacek Treumann, Członek Zarządu Esaliens TFI.

Oferta Esaliens TFI obejmuje kompleksowe wsparcie firmy wprowadzającej PPK, w tym zarówno serwis pracodawcy, jak i usługi dla pracowników. Udogodnienia dla pracodawcy to m.in. konsultacje prawne oraz uruchomienie infolinii dedykowanej wszelkim kwestiom organizacyjnym związanym z programem, a także przygotowanie materiałów informacyjnych i marketingowych. Poza tym Esaliens proponuje pracodawcom specjalistyczną aplikację e-PPK, która pomoże w automatyzacji procesów związanych z PPK, nie angażując przy tym w nadmiernym stopniu kadr HR.

Pracownicy oszczędzający w PPK Esaliens TFI będą korzystali z serwisu Esaliens24, dostępnego 24/7. W jego ramach można monitorować bieżące informacje o swoim rachunku PPK oraz inne inwestycje w Esaliens TFI, a także składać wszelkie dyspozycje związane z PPK. Poza serwisem, Esaliens uruchomi również infolinię dla pracowników oraz cykliczne szkolenia dotyczące programu. Zarówno pracodawca jak i pracownicy będą mieli do dyspozycji dedykowanego w strukturach Esaliens opiekuna.

Środki zgromadzone w programie będą ulokowane zgodnie z treścią ustawy o PPK w 8 subfunduszach zdefiniowanej daty. Wraz z wiekiem oszczędzającego coraz większa część portfela będzie lokowana w aktywach o mniejszym ryzyku inwestycyjnym. Dzięki takiej strategii inwestycyjnej kapitał wraz ze zbliżającym się okresem wypłaty będzie w coraz większym stopniu chroniony.

„Zaprezentowaliśmy ramy naszej oferty, ale warto pamiętać, że jesteśmy przygotowani do dalszych rozmów w celu wypracowania indywidualnych rozwiązań, w tym szytego na miarę zakresu wsparcia operacyjnego pracodawcy. Przykładamy dużą atencję do zdiagnozowania potrzeb pracodawcy i pracowników oraz wypracowania takiego wdrożenia PPK, aby można było podsumować projekt jako dobrze zrealizowany. Zapraszamy do kontaktu z naszymi regionalnymi przedstawicielami” – mówi Przemysław Gawlak, Dyrektor Biura Sprzedaży i Rozwoju Planów Emerytalnych w Esaliens TFI.

Realny wzrost płac szybko wyhamuje

Najlepsze dla pracowników miesiące wzrostu wynagrodzeń mamy już za sobą. Realne wzrosty będą niższe z powodu mniejszych podwyżek i większej inflacji.

W marcu 2019 r. przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto było wyższe o 5,7% r/r i wyniosło 5164,53 zł. Przeciętne wynagrodzenie w pierwszym kwartale 2019 r. wyniosło 4950,94 zł.

Wcześniej mieliśmy miesiące, gdy nominalny wzrost wynagrodzeń liczony r/r przekraczał 7 proc.

– 7 proc. wzrost wynagrodzeń jest nie do utrzymania, pomimo tego, że mamy 400 tys. nieobsadzonych miejsc pracy – mówi w rozmowie z MarketNews24 Monika Fedorczuk, ekspert ds. rynku pracy Konfederacji Lewiatan.

Mniejsze wzrosty nominalne wynagrodzeń związane będą z wprowadzaniem Pracowniczych Planów Kapitałowych, które zacznie się w tym roku, a dotyczyć będzie najpierw największych przedsiębiorstw. Dla pracodawców wprowadzenie PPK oznacza odprowadzanie co najmniej 2 proc. składki liczonej od wynagrodzenia.

Natomiast realny wzrost wynagrodzeń będzie jeszcze bardziej ograniczony z powodu wzrostu inflacji.

– Przez wiele miesięcy wzrost wynagrodzeń nie był odbity przez przedsiębiorców poprzez wzrost cen, ale to się właśnie zmienia – ocenia M.Fedorczuk.

Ustawa o zarządzie sukcesyjnym przedsiębiorstwem osoby fizycznej

Planowana nowelizacja ustawy o zarządzie sukcesyjnym przedsiębiorstwem osoby fizycznej przewiduje także zmiany dotyczące kwestii sukcesyjnych w spółkach prawa handlowego.

Planowana zmiana ma umożliwić ustanowienie przedstawiciela do wykonywania praw w spółce handlowej po śmierci wspólnika, co ma na celu uchronienie spółek przed rozwiązaniem z chwilą śmierci wspólnika (w szczególności dotyczy to spółek osobowych, posiadających dwóch wspólników), a także minimalizowanie ryzyka powstania kryzysu decyzyjnego w spółce w trakcie trwania postępowania spadkowego.

– Taki przedstawiciel może zostać wskazany na trzy sposoby – mówi w rozmowie z MarketNews24 Joanna Karpiuk, radca prawny w Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Po pierwsze, może zostać wskazany już w treści umowy/statutu spółki. Przedstawiciela może też wskazać sam wspólnik, o ile umowa spółki nie reguluje tej kwestii. Wówczas dla ważnego wyznaczenia przedstawiciela niezbędne jest pisemne oświadczenia wspólnika, pisemna zgoda przedstawiciela, a następnie pisemne zawiadomienie spółki o wyznaczeniu przedstawiciela. Wyznaczenie przedstawiciela możliwe jest także po śmierci wspólnika, a uprawnienie to przysługuje małżonkowi zmarłego wspólnika, spadkobiercy ustawowemu oraz testamentowemu, o ile przyjął spadek oraz zapisobiercy windykacyjnemu, o ile zapis przyjął. Do ważnego ustanowienia przedstawiciela wymagana jest zgoda uprawnionych, posiadających łącznie udział w wysokości co najmniej 70/100 w udziale po zmarłym wspólniku.

– Projektowane rozwiązanie należy ocenić pozytywnie, niemniej jednak nie rozwiązuje ono wszystkich problemów związanych z sukcesją biznesu, w szczególności nie gwarantuje trwałości oraz niepodzielności biznesu – ocenia mec. Joanna Karpiuk z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Jak technologia wspiera produkcję miodu i czy pszczoły polecą na Marsa?

Polska należy do ważnych graczy na rynku pszczelarstwa w Europie i na świecie. Wynika to z wytężonej pracy pszczół, ale też kreatywności i świadomości pszczelarzy oraz korzystania z technologii, jak system ULmonitor. Polski koncept stał się częścią projektu badawczego, który będzie prezentowany na… 70. Międzynarodowym Kongresie Astronautycznym w październiku 2019 w Waszyngtonie.

Rynek pszczelarstwa w dobrej kondycji

Produkcja miodu w Polsce w relacji rok do roku wzrosła aż o 46 proc. Według statystyk raportu Instytutu Ogrodnictwa Zakładu Pszczelnictwa w Puławach w 2017 roku produkcja miodu wyniosła 15,2 tys. ton, zaś w minionym roku 2018 – 22,3 tys. ton. Co więcej, Polska znajduje się wśród kluczowych dostawców miodu w Europie. Jak wynika z aktualnych danych Eurostatu nasi pszczelarze w Unii Europejskiej ustępują jedynie kolegom z Hiszpanii, Węgier, Niemiec i Rumunii. Kraje z Unii Europejskiej nie mogą jednak mierzyć się z największymi światowym potęgami – Chinami (ponad 502 tys. ton rocznie) czy Turcją (105 tys. ton).

Wśród regionów, w których produkcja miodu w Polsce jest największa, wymienić możemy Wielkopolskę:

  • Lubelskie – 3 392 t wyprodukowanych w roku 2018
  • Małopolskie – 2 128 ton
  • Mazowieckie – 2 052 ton
  • Wielkopolskie – 1 963 ton

Pszczoły potrzebują wsparcia

Hodowla pszczół i produkcja miodu w obiegowej opinii kojarzy się przede wszystkim z tradycyjnym rzemiosłem. Tymczasem coraz częściej w pasiece pojawiają się nowoczesne urządzenia, jak na przykład inteligentne miodarki, ułatwiające pracę pszczelarzy. Miód to nie jedyna korzyść, jaką przynosi działanie pszczół. Otóż owady te są kluczowe dla człowieka przede wszystkim jako zapylacze, dzięki którym mamy owoce, warzywa czy oleje jadalne. Pszczoły zapylają 80 proc. roślin jadalnych i zwiększają plony o 40 proc., bez użycia środków chemicznych. Tylko w Europie ponad 4 tys. odmian warzyw zależy od zapylania przez pszczoły i inne owady. Co trzecia łyżka pożywienia pokarmu trafia do naszych ust dzięki zapylaczom. Potrzebuje ich również większość innych roślin. Nowe technologie przyczyniają się do zgłębiania wiedzy o pszczołach, ich zachowaniach, chorobach czy potrzebach. W efekcie mogą przynieść rezultaty nie tylko ekologiczne, ale także korzyści dla rolników i producentów miodu. Przykładem jest ULmonitor – system opracowany przez Ryszarda Krzyśkę, prowadzącego niekomercyjną pasiekę w Poznaniu na Grunwaldzie.

ULmonitor oparty jest na nowatorskim rozwiązaniu, umożliwiającym rejestrację i bezprzewodowy przesył danych. Wykorzystuje umieszczane wewnątrz ula rejestratory wielkości karty kredytowej, stworzone przez polsko-francuską firmę Blulog.

Przekazują one kluczowe informacje przy wykorzystaniu internetu, technologii NFC czy fal radiowych. W wygodny sposób, na ekranie smartfona, komputera lub telewizora, można każdego dnia doglądać pszczół, obserwować i interpretować zmiany ciepła, wilgotności i wagi każdego ula, który objęto monitoringiem – wyjaśnia Jérémy Laurens, CEO w firmie Blulog.

Dzięki temu pszczela rodzina jest pod obserwacją cały rok. Zmiany trzech najważniejszych parametrów rodziny pszczelej są rejestrowane i archiwizowane w formie tabel i wykresów. Bez zbędnej ingerencji wewnątrz ula można otrzymać precyzyjne informacje o panujących w nim warunkach: temperatura z dokładnością do 0,1 stopni Celsjusza, wilgotność – do 5 proc. oraz waga z dokładnością do 100 gramów. Rój złożony z ok. 40-50 tys. pszczół jest spójnym, precyzyjnie działającym superorganizmem. Pszczoły utrzymują stałe warunki w różnych częściach ula, a wszelkie zmiany niosą określone informacje o kondycji i działaniach roju. Takie dane to cenne wiadomości dla pszczelarza, który może wykorzystać je do efektywnego zarządzania pasieką… także w mieście.

W mieście i… przestrzeni kosmicznej

Pszczoły w miastach mają paradoksalnie rewelacyjne warunki do życia. Nie są podtruwane pestycydami i mają o wiele bardziej urozmaicone menu. Bioróżnorodność jest dla nich lepsza, niż rolnicze monokultury. Dopływ pyłku przez cały sezon i staranna pielęgnacja powodują, że rodziny są zdrowe, w świetnej kondycji. Mamy miód doskonałej jakości, co potwierdzają badania, ale nie zabieramy pszczołom ich urobku. Jedynym ich zadaniem jest ciągła obecność w ekosystemie naszego miasta, a ostatnio także udział w badaniach naukowych – mówi Ryszard Krzyśka. Co ciekawe, już niedługo poznańskie pszczoły mogą czekać dwutygodniowe „wyprawy na Marsa”. Jak to możliwe?

Otóż system ULmonitor został włączony do pilskiego stanowiska badawczego LUNARES w ramach automatycznej kontroli testowej rodziny pszczelej w projekcie Noah’s Ark. Celem projektu jest badanie i rozwijanie samowystarczalnych mikroekosystemów do produkcji żywności i leków na pokładzie statków kosmicznych i w przyszłych koloniach pozaziemskich. ULmonitor wykorzystany zostanie do obserwacji, jak izolacja rodziny Apis mellifera (pszczoła miodna) umieszczonej w sztucznym środowisku wpływa na parametry wewnątrz ula, a tym samym na kondycję całej rodziny pszczelej. Noah’s Ark będzie przedstawiony na prestiżowym 70. Międzynarodowym Kongresie Astronautycznym w październiku 2019 roku w Waszyngtonie.

– Pszczoły w przyszłych koloniach pozaziemskich mogą być niezbędne jako zapylacze roślin oraz dostarczycielki substancji do celów spożywczych i medycznych. Biorąc pod uwagę ograniczenia przyszłych kolonii Marsa: sztuczne środowisko, mała powierzchnia, intensywność pracy ludzkiej, proces zajmowania się pszczołami powinien być jak najmniej wysiłkowy i maksymalnie autonomiczny – kontynuuje Ryszard Krzyśka.

Dane na temat aktywności roju i jego zachowania w nietypowych warunkach mogą mieć rozległe zastosowanie w wielu dziedzinach nauki, w tym w rozwoju systemów sztucznej inteligencji, ale także bezpośredniej produkcji rolniczej na Ziemi.

BioMaxima S.A. zwiększa sprzedaż eksportową i udział wyrobów w przychodach ogółem

BioMaxima S.A., notowany na NewConnect polski producent podłoży mikrobiologicznych, systemów do oznaczania lekowrażliwości, a także szerokiej gamy odczynników oraz sprzętu do diagnostyki in vitro, osiągnęła w 1 kw. 2019 r. przychody netto ze sprzedaży na poziomie skonsolidowanym w wysokości ponad 7,48 mln zł. Spółka notuje bardzo wysoką dynamikę wzrostu sprzedaży eksportowej i liczy, że uda jej się podtrzymać ten trend.

Na poziomie jednostkowym Emitent zanotował w pierwszym kwartale 2019 r. zysk EBITDA wynoszący 452 tys. zł, a jego przychody ze sprzedaży sięgnęły 6.958 tys. zł., przy stracie netto w wysokości 77 tys. zł. Największy wpływ na wyniki finansowe w ujęciu jednostkowym miało obniżenie generowanej marży z uwagi na ograniczoną ilość dni sprzedażowych w styczniu i marcu, wynikającą z przeprowadzanej inwentaryzacji, uruchomienie nowego systemu informatycznego ERP, a także występujących jeszcze jednorazowych kosztach związanych z rozruchem zakładu. BioMaxima S.A. rozpoczęła już rozbudowę swojej oferty produktowej umacniając w ten sposób jej pozycję jako lidera w segmencie mikrobiologii, co jest rezultatem przeprowadzonych w 2018 roku inwestycji. Spółka zakończyła już opracowanie oraz wdrożyła do produkcji nowe testy do kontroli czystości mikrobiologicznej i pozyskała również pierwsze zamówienia eksportowe od nowego klienta z Niemiec. Wzrost udziału wyrobów własnych w przychodach Emitenta do 58% w 1 kw. 2019 r. z 54% w 1 kw. 2018 r. jest wynikiem uruchamiania rozbudowanych mocy wytwórczych w produkcji testów do oznaczania lekooporności, które wpłyną pozytywnie na marżowość sprzedaży. Zarząd BioMaxima S.A. uważa, że przyjęte kierunki rozwoju oraz podejmowane działania przełożą się w długim okresie na istotną poprawę wyników finansowych.

Łukasz Urban, prezes zarządu BioMaxima SA
Łukasz Urban, prezes zarządu BioMaxima SA

„Uruchomienie nowego systemu informatycznego w pierwszym kwartale 2019 r. to końcowy etap rozpoczętego w 2017 roku ambitnego planu inwestycyjnego o wartości sięgającej 20 milionów złotych. Działają już nowe wydziały produkcyjne w zakładzie w Lublinie, rozpoczęliśmy także sprzedaż nowego asortymentu wprowadzanego dzięki nowym liniom produkcyjnym. W najbliższych kwartałach będziemy wdrażali kolejne nowe pozycje, zwiększając udział przychodów ze sprzedaży wyrobów w przychodach ogółem, co będzie miało wpływ na polepszenie rentowności dzięki wyższej marży uzyskiwanej ze sprzedaży wyrobów. Spodziewamy się szybkiej stabilizacji procesów logistycznych, wynikającej z tego zwiększonej wartości sprzedaży i poprawy wskaźników finansowych w nadchodzących okresach, co będzie miało miejsce również dzięki wpływom z dotacji w wysokości 4,1 mln zł oczekiwanym w drugim kwartale br.” – podkreśla Łukasz Urban, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.

Spółka na poziomie skonsolidowanym osiągnęła w 1 kw. 2019 r. przychody ze sprzedaży w kwocie 7.486 zł, a jej zysk EBITDA wyniósł 376 tys. zł. przy stracie netto na poziomie 176,5 tys. zł Największy wpływ na wynik Grupy Kapitałowej ma sezonowość rynku rumuńskiego w sektorze dominującej tam publicznej służby zdrowia, gdzie najlepszy wynik finansowy oczekiwany jest przez BioMaxima Clinical Srl w drugiej połowie roku.

BioMaxima S.A. w dalszym ciągu prowadzi rozbudowę sieci eksportowej i poprzez uczestnictwo w międzynarodowych targach nawiązuje nowe relacje handlowe. Dynamika wzrostu sprzedaży eksportowej po trzech miesiącach 2019 r. wyniosła 112%, a udział sprzedaży eksportowej w sprzedaży ogółem Emitent wyniósł 31,8%. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że sprzedaż eksportowa po 3 miesiącach 2019 r. była najwyższa w odniesieniu do analogicznych okresów poprzednich lat.

„Zwiększyliśmy wydajność produkcji, więc począwszy od pierwszego kwartału tego roku udało nam się zwiększyć obroty z istniejącymi zagranicznymi kontrahentami, szczególnie w segmencie krążków do oznaczania lekowrażliwości. Wkładamy też wiele wysiłku w rozbudowę naszej sieci dystrybutorskiej, tworząc coraz lepszą ofertę produktową, a także bierzemy systematycznie udział w licznych imprezach branżowych – na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy prezentowaliśmy ofertę BioMaxima w Brazylii, Niemczech, Dubaju oraz Singapurze.” – podsumowuje Prezes Urban.

W marcu br. Spółka podpisała informację pokontrolną w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020, Działanie 2.1 POIR, Projekt „Centrum Badawczo – Rozwojowe BioMaxima S.A.”, gdzie w wyniku kontroli nie stwierdzono nieprawidłowości oraz naruszeń prawa. BioMaxima S.A. oczekuje także na wpływ środków z rozliczenia dotacji 1.4 w kwocie 2,77 mln zł i jest w trakcie końcowego rozliczenia dotacji 3.7, z której oczekuje wpływu w wysokości 1,34 mln zł. W ten sposób Spółka powinna obniżyć zaangażowanie kredytowe o kwotę 4,1 mln zł, co zmniejszy tym samym poziom kosztów finansowych.