Założona przez polskich innowatorów i naukowców Prosoma pomaga chorym na nowotwory w walce lękiem i depresją łącząc terapię behawioralną i technologię wirtualnej rzeczywistości. Spółka właśnie pozyskała inwestora – fundusz Black Pearls VC, który wesprze rozwój unikatowej metodologii terapeutycznej kwotą 1,2 mln złotych. Współzałożycielem Prosoma jest Marek Ostrowski, twórca sukcesu Luxon LED.
Prosoma została stworzona z myślą o potrzebach psychologicznych pacjentów cierpiących na choroby nowotworowe. Projekt łączy techniki obrazowe i poznawczą terapię behawioralną w środowisku wirtualnym z analizą danych określających skuteczność terapii. Wszystko po to, aby obniżyć u pacjentów onkologicznych poziom stresu i lęku oraz zapewnić im psychoedukację, a także badać efektywność wsparcia psychoterapii w walce z nowotworem. Badania pokazują, że techniki obrazowania stosowane u pacjentów z rakiem nie tylko zmniejszają stres, a tym samym lęk i depresję, ale także poprawiają funkcjonowanie układu odpornościowego. Właśnie w tym obszarze Prosoma wnosi zupełnie nową wartość.
Psychoterapia behawioralna to obecnie najskuteczniejsza i najbardziej powszechna forma wsparcia psychologicznego dla pacjentów onkologicznych. Wzbogacamy ten obszar o najnowsze osiągnięcia technologiczne tworząc interaktywną, wirtualną przestrzeń do pracy z pacjentem. Jesteśmy głęboko przekonani, że w ten sposób przyczynimy się do podniesienia efektywności terapii nowotworowych i poprawy jakości życia pacjentów. – Ema Kufel, CEO w Prosoma
Za projektem Prosoma stoi interdyscyplinarny zespół certyfikowanych psychoonkologów, psychologów klinicznych, psychoterapeutów behawioralnych, oraz inżynierów oprogramowania. W projekt zaangażowani są także światowej klasy eksperci z obszarów onkologii i psychoterapii: prof. Afaf Girgis z Uniwersytetu Nowej Walii Południowej (Sydney, Australia), dr Luzia Travado z Uniwersytetu w Lizbonie, dr Tit Albreht z Uniwersytetu w Amsterdamie, czy dr Mariusz Wirga z Todd Cancer Institute w Centrum Medycznym Long Beach (USA).
Jeśli naprawdę chcemy zapewnić opiekę skoncentrowaną na pacjencie, musimy zaoferować pacjentom pewną elastyczność w tym kiedy i jak mogą uzyskać dostęp do tej opieki. Wykorzystanie technologii cyfrowych w terapii daje pacjentom możliwość zajęcia się swoimi potrzebami psychologicznymi w zaciszu własnego domu, w czasie, który najbardziej im odpowiada. Jest to bardzo ważne zwłaszcza dla pacjentów mieszkających poza dużymi miastami, gdzie usługi psychologiczne bezpośrednio z terapeutą mogą być znacznie bardziej ograniczone. Pomimo znacznych postępów w leczeniu onkologicznym, wielu pacjentów nadal doświadcza znacznego stresu. Musimy zaoferować pacjentom pomoc, zanim brak opieki psychologicznej i wzrastający poziom stresu doprowadzą do stadium kryzysowego, ponieważ może to negatywnie wpłynąć na ich ogólny powrót do zdrowia i leczenie farmakologiczne. – prof. Afaf Girgis z Uniwersytetu Nowej Walii Południowej w Australii
Black Pearls VC zainwestował w Prosoma 1,2 mln złotych z funduszu LQT Fund II, utworzonego w ramach programu BRIdge Alfa Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Ze strony funduszu, transakcję realizował Maciej Skórkiewicz (Partner) i Aleksander Dobrzyniecki (Menedżer Inwestycyjny).
Prosoma to unikatowy projekt naukowy z polskimi korzeniami, który dzięki zaangażowaniu ekspertów o światowej renomie i doświadczeniu biznesowemu jego twórców, przekracza granice polskiego świata naukowego. Jest to przede wszystkim projekt o dużym międzynarodowym potencjale, ponieważ zapotrzebowanie na narzędzia wsparcia psychologicznego dla pacjentów onkologicznych występuje w skali globalnej. – Maciej Skórkiewicz, Partner w Black Pearls VC
EIT InnoEnergy, największy w Europie fundusz inwestujący w rozwiązania z obszaru energii, cleantech, mobilności oraz szeroko pojętych technologii smart, na nowo zdefiniował największe wyzwania energetyczne Europy, obejmujące mobilność i przejście na gospodarkę obiegową.
Ponieważ transport odpowiada za około 25% emisji dwutlenku węgla w Europie, kluczowe znaczenie ma dekarbonizacja transportu ludzi i towarów. Ponadto, znaczący postęp można uzyskać przyjmując holistyczne podejście do pełnego obiegu energetycznego, uwzględniając badanie wzajemnych powiązań między wykorzystywanymi zasobami, ich transportem, konwersją, magazynowaniem, dystrybucją oraz sposobem ich utylizacji.
Aby w pełni sprostać tym wyzwaniom, InnoEnergy uruchomiło dwa nowe obszary tematyczne: energia dla gospodarki obiegowej oraz energia dla transportu i mobilności. Specjalizacje te skupiają przedsiębiorców, start-upy, przedstawicieli branżowych oraz uczelnie wyższe w celu opracowania kolejnych innowacyjnych rozwiązań w kluczowych obszarach tematycznych, takich jak inteligentne miasta i sieci, magazynowanie, efektywność energetyczna i technologie odnawialne.
InnoEnergy zaprasza innowatorów i przedsiębiorców, którzy opracowali sprawdzone rozwiązania technologiczne do aplikowania do Rundy Inwestycyjnej – inicjatywy mającej na celu skrócenie czasu wprowadzenia na rynek innowacyjnych rozwiązań energetycznych. Oprócz finansowania, InnoEnergy zapewnia również dostęp do wiedzy i zasobów oraz zapewnia przedsiębiorstwom o każdej wielkości dostęp do rynku i możliwość komercjalizacji w całej Europie, dzięki sieci ponad 430 partnerów branżowych.
Jakub Miler, dyrektor generalny InnoEnergy Central Europe
Runda Inwestycyjna wspiera projekty mogące sprostać najbardziej palącym wyzwaniom, przed którymi stoi obecnie nasz system energetyczny, jakimi są między innymi magazynowanie energii i elektromobilność, pozwalające jednocześnie ograniczyć zanieczyszczenie powietrza. Stworzenie zrównoważonego łańcucha dostaw baterii jest kluczowym wymogiem do spełnienia. Dlatego zainwestowaliśmy 3,5 mln euro w utworzenie pierwszej w Europie dużej fabryki baterii. Opierając się na dotychczasowych sukcesach, oczekujemy zgłoszeń nowych start-upów, którym możemy zaoferować wsparcie poprzez połączenie finansowania z zasobami technicznymi i wsparciem rynkowym – komentuje Jakub Miler, CEO w InnoEnergy Central Europe
Jedna z polskich firm zamierza wybudować w Palm Beach na Florydzie luksusowy dom spokojnej starości.[1] W kompleksie dla seniorów, który będzie pozbawiony barier architektonicznych znajdzie się ponad 100 apartamentów, zarówno dla osób samodzielnych, jak i tych, które potrzebują opieki. W Stanach Zjednoczonych liczba takich obiektów wciąż rośnie, a tzw. „senior housing” jest segmentem rynku nieruchomości, który wciąż się rozwija. Staje się również coraz bardziej atrakcyjny dla inwestorów. Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM przekonuje, że polski rynek jest gotowy na najwyższy poziom opieki nad seniorami. Problemem wciąż pozostają jednak pieniądze. Polskie emerytury są tak niskie, że wielu emerytów nie stać na codzienne leczenie, rehabilitację czy ośrodek spokojnej starości o umiarkowanym standardzie, nie mówiąc o tym luksusowym.
Wynajęcie apartamentu w ośrodku z podstawową opieką to wydatek rzędu ok. 3-4 tys. zł miesięcznie. Za wzmożoną opiekę (tzw. intensywną asystę) trzeba zapłacić ok. 7-8 tys. zł. Luksusowy dom spokojnej starości to nie tylko specjalnie zaprojektowane apartamenty, ale również strefa rehabilitacji, basen, kino czy możliwość zamówienia różnego rodzaju usług np. sprzątania lub fryzjera. Oddzielną kwestię stanowi profesjonalna opieka medyczna, zarówno dla seniorów, którzy są samodzielni, jak i tych, którzy potrzebują stałego nadzoru. W Polsce obiektów w wysokim standardzie jest jeszcze niewiele. Na rynku nieruchomości królują w tej chwili biurowce i magazyny, ale za to rynek powierzchni handlowych jest coraz bardziej nasycony, dlatego wielu inwestorów zaczyna szukać alternatyw takich jak domy studenckie, mieszkania na wynajem, czy domy spokojnej starości. Czy polskich seniorów stać na taki wydatek? Czy są skłonni przeprowadzić się na stare lata?
Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM fot. Adam Cisowski
Komentarz Roberta Majkowskiego, Prezesa Funduszu Hipotecznego DOM
W pełni rozumiem zainteresowanie, jakie budzą luksusowe domy spokojnej starości. Liczba emerytów wciąż rośnie. Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że już w 2017 roku żyło w Polsce ponad 9 mln osób w wieku 60 lat i więcej. Prognozy na kilkanaście lub kilkadziesiąt lat wskazują, że społeczeństwo starzeje się i będzie się starzeć. Według analiz MRPiPS w 2050 roku będzie 13,7 mln seniorów i będą oni stanowić ponad 40 proc. ogółu ludności. Powstawanie kolejnych domów opieki dla seniorów wydaje się być naturalną koleją rzeczy. Z jednej strony powstają placówki o umiarkowanym standardzie, z drugiej strony – rośnie zainteresowanie usługami z wyższej półki.
W Stanach Zjednoczonych „senior housing” jest jednym z najszybciej rozwijających się segmentów rynku nieruchomości. W tej chwili polskie ośrodki znacznie odbiegają standardem od tych amerykańskich, czy europejskich. Polacy są jednak gotowi na usługi wysokiej jakości zarówno mieszkaniowe (np. apartamenty dla aktywnych seniorów) jak i medyczne, czy opiekuńcze. Dobrym pomysłem mogą być również profilowane ośrodki specjalizujące się w różnych zaburzeniach pojawiających się z wiekiem (np. demencją).
Pomimo dobrych prognoz oraz analiz dotyczących starzejącego się społeczeństwa dostrzegam dwie bariery, które mogą mieć wpływ na „senior housing” w Polsce. Po pierwsze – stereotypy i postrzeganie zarówno samych domów spokojnej starości, jak i pobytu w tychże ośrodkach. W Polskich obiektach, które często nie mogą pochwalić się wysokim standardem, brakuje niejednokrotnie profesjonalnej opieki medycznej, czy nowoczesnego sprzętu rehabilitacyjnego, a jedyną rozrywką wydaje się być telewizor zamontowany w sali. Być może dlatego domy spokojnej starości są po prostu określane jako „domy starców”, a pobyt w takich miejscach kojarzy się seniorom z najwyższą koniecznością. Dla takich warunków, bezradności oraz samotności seniorzy nie chcą opuszczać swoich mieszkań, kierując się zasadą, że „starych drzew się nie przesadza”. Drugą barierą są niskie emerytury. Z danych GUS wynika, że średnia emerytura w Polsce oscyluje na poziomie ok. 2500 zł brutto, a to oznacza, że polskich seniorów zwyczajnie nie stać na wydatek rzędu 3-4 tys. zł miesięcznie, nie mówiąc o 7-8 tys. zł. Polskich seniorów nie stać często nawet na leki.
A może dostosowywanie mieszkań do potrzeb osób starszych?
Co ciekawe – analizując szereg badań na temat jakości życia seniorów i długoterminowej opieki – można wyciągnąć wnioski, że w krajach Unii Europejskiej zamiast idei „assited living”, czyli przeprowadzki do domów opieki, promowana jest idea „ageing in place”, czyli takiego przygotowania obecnego miejsca zamieszkania seniora, aby spełniało on potrzeby wieku emerytalnego. Ze względu na możliwości finansowe polskiego seniora bardziej realna i o zdecydowanie większym potencjale wydaje się właśnie koncepcja adaptacji mieszkań. Amerykańscy seniorzy z tzw. pokolenia ‘baby boomers” przeważnie są właścicielami domów wolnostojących, których prowadzenie – na stare lata – jest często wręcz fizycznie niemożliwe. W Polskich realiach większość seniorów jest właścicielami mieszkań i dlatego model dostosowania, „ageing in place”, wydaje się być racjonalniejszy, a poza tym niweluje barierę konieczności przeprowadzki.
Dobrym pomysłem na adaptację nieruchomości do potrzeb seniora może być skorzystanie z pieniędzy zamrożonych w mieszkaniu, czyli z renty dożywotniej lub tzw. hipoteki odwróconej. W zamian za przekazanie prawa własności do nieruchomości senior otrzymuje dodatkowe pieniądze, ale nadal może korzystać z zamieszkiwanego lokalu aż do swojej śmierci. Może podjąć decyzję, czy będzie w nim nadal mieszkał (a otrzymane środki przeznaczy na modernizację mieszkania), czy przeniesie się do domu spokojnej starości, który będzie finansował np. z emerytury oraz comiesięcznej renty dożywotniej lub wynajmowania posiadanego mieszkania. W przypadku przeprowadzki do domu opieki seniora nadal będzie miał świadomość, że ma plan B. Będzie wiedział, że jego mieszkanie na niego czeka i zawsze może do niego wrócić. A to dla seniorów ważna perspektywa.
[1] Polska firma Metropolitan Investment (MI) chce wybudować kompleks dla seniorów w miejscowości Tequesta, w hrabstwie Palm Beach na Florydzie. Źródło: Puls Biznesu, Amerykański sen o seniorach, 21.03.2019
Biuro Inwestycji Kapitałowych podpisało przedwstępne umowy sprzedaży Śląskiego Centrum Logistycznego w Sosnowcu oraz Centrum Logistycznego Kraków II. Finalizacja obu transakcji opiewających łącznie na blisko 21 mln euro netto (ok. 90 mln zł), planowana jest do 28 czerwca br.
Biuro Inwestycji Kapitałowych, działając przez podmioty zależne, zawarło umowy przedwstępne z „MIR Poland” Sp. z o.o., spółką celową funduszu „Exeter Property Group”, dotyczące sprzedaży dwóch parków logistycznych. Wartość obu transakcji została ustalona na łącznym poziomie blisko 21 mln euro netto (ok. 90 mln zł). Kwota zostanie powiększona o należny podatek VAT. Śląskie Centrum Logistyczne w Sosnowcu składające się z hali nr 1, 3 i 4 zostało wycenione na blisko 15,2 mln euro netto. Z kolei za Centrum Logistyczne Kraków II nabywca gotowy jest zapłacić około 5,8 mln euro netto. Sfinalizowanie obu transakcji planowane jest do 28 czerwca br.
„Konsekwentnie realizujemy naszą długoterminową strategię, zgodnie z którą obiekty dobrze skomercjalizowane i o ugruntowanej pozycji na swoich rynkach, będą sprzedawane po wartościach gwarantujących akcjonariuszom ponad przeciętną stopę zwrotu. Kwoty uzyskane za te dwa parki w pełni spełniają oczekiwania akcjonariuszy. Na pewno sporą część środków przeznaczymy na inwestycje, przede wszystkim w nowe projekty logistyczne, również w projekt we Wrocławiu ale mamy zamiar również poszerzać naszą ofertę Retail Parków” – podkreślił Mirosław Koszany, Prezes Zarządu Biura Inwestycji Kapitałowych S.A.
Śląskie Centrum Logistyczne w Sosnowcu jest największym przedsięwzięciem inwestycyjnym zrealizowanym przez Biuro Inwestycji Kapitałowych. Na powierzchni 9,5 ha zbudowane zostały dotychczas hale magazynowe o łącznej powierzchni 46,5 tys. m2, z czego 2 tys. m2 przeznaczone jest na powierzchnie biurowo – socjalne.
Z kolei Centrum Logistyczne Kraków II zlokalizowane jest w przemysłowej części Krakowa – w dzielnicy Rybitwy, zaledwie 1,5 km od wschodniej obwodnicy Krakowa. Powierzchnia budynku liczy 11 tys. m2, z czego na cele magazynowe wykorzystywane jest 10 tys. m2, a pozostałe blisko 1 tys. m2 mkw. przeznaczone jest na cele socjalno-biurowe.
Grupa BIK zarządza aktualnie trzema parkami logistycznymi: Centrum Logistycznym Kraków I, Centrum Logistycznym Kraków II oraz Śląskim Centrum Logistycznym w Sosnowcu o łącznej powierzchni najmu wynoszącej 67,8 tys. m2. W ramach dywersyfikacji działalności zajmuje się także budową i wynajmem nowoczesnych powierzchni handlowych w segmencie parków handlowych (retail parków). Obecnie w portfelu spółki jest Retail Park Karpacka w Bielsku – Białej o powierzchni najmu prawie 7,0 tys. m2 oraz Galeria Nad Potokiem w Radomiu oferująca 5,2 tys. m2 powierzchni użytkowej.
O niemałym szczęściu mogą mówić pracownicy lubiący swojego szefa. Nie zawsze bowiem (są tacy, co mówią, że nader rzadko) szefami zostają ludzie nie tylko kompetentni, ale też umiejący zarządzać pracą i ludźmi, życzliwi, sprawiedliwi i cieszący się autorytetem u podwładnych. Bywa, że są to osoby powszechnie nielubiane, których pracownicy unikają jak ognia. Takim przełożonym z wielu przyczyn nie kupuje się prezentów.
Kiedy jednak szef to ktoś, kogo wszyscy cenią, a ponadto da się lubić – zdarzają się okazje do wyrażenia sympatii czymś więcej niż tylko dobre słowo. Mogą to być urodziny szefa, świętowanie jakiegoś jego sukcesu, pożegnanie, mikołajki albo święta Bożego Narodzenia. Kolektyw zastanawia się wtedy, czym można by szefowi sprawić radość. Zadanie nie jest łatwe, bo gusta przełożonego mogą być jego tajemnicą i nietrudno o prezent nietrafiony.
Lepiej unikać prezentów ryzykownych
Dość ryzykowne są prezenty wręczane trochę na zasadzie żartu: na rynku pełno jest śmiesznych gadżetów, które jednak nie zawsze są w dobrym guście, a i poczucie humoru szefa może być nieco odmienne od wyobrażeń jego pracowników. Lepiej nie ryzykować. Podobnie jest z alkoholem: nie zawsze wiadomo, czy szef ma w tym zakresie jakieś preferencje, a nawet najlepszy koniak kupiony komuś, kto pije tylko piwo albo żadnego alkoholu nie uznaje, będzie strzałem chybionym. Mniej ryzykowny jest prezent elegancki, np. w postaci dobrej marki pióra wiecznego do podpisywania dokumentów. Wytworny notes lub organizer też nie spowoduje konsternacji, nawet jeżeli nie będzie potem używany.
Przeżycia zamiast przedmiotów
Zamiast przedmiotów można jednak zafundować szefowi jakieś przeżycie, o ile wiadomo, co szef lubi lub co mu się marzy, a składających się na prezent pracowników jest tylu, że wystarczy na pokrycie kosztów. Rozmaite prezenty dla szefa sugeruje strona http://prezentmarzen.com/dla-szefa/. Czy jest tam coś godnego uwagi? Jak najbardziej, choć powtórzmy raz jeszcze: trzeba wiedzieć, co szef lubi. Jeśli jest zwolennikiem weekendowego wypoczynku, może go ucieszyć weekend w luksusowym domku na wodzie w Mielnie nieopodal Koszalina. Tamże czekają również domki na plaży i w drzewach.
Jazda czymś, co jest poza zasięgiem
Interesującym, a bezpiecznym prezentem może być okazja do przejażdżki czymś, do czego większość zwykłych śmiertelników nie ma dostępu. Może to być szybki samochód marki Lamborghini Gallardo, McLaren 650s, Ferrari California lub Audi R8 V8, ale też czołg T-55, wojskowa amfibia gąsienicowa, haubica samobieżna Goździk, transporter opancerzony SKOT albo… ciągnik. Niejeden szef w firmach budowlanych nie wie zapewne, jak to jest być operatorem koparko-ładowarki, a za sprawą swoich podwładnych może się o tym bezpiecznie przekonać.
Loty, rejsy i strzelanie
Być może szef marzy o pilotażu – można wtedy zafundować mu krótki kurs pilota połączony z samodzielnym trzymaniem sterów, oczywiście w towarzystwie doświadczonego instruktora. Czekają też loty balonem, szybowcem i śmigłowcem. Jeżeli nie ciągnie go w przestworza, to być może ucieszy go indywidualny rejs jachtem po Zalewie Zegrzyńskim albo tydzień pod żaglami na Mazurach. Kto wie, może szef chciałby sobie postrzelać z broni palnej albo z kuszy? To też jest możliwe. Atrakcji jest bez liku, byleby tylko dobrze wybrać, a z pewnością obdarowany w taki sposób szef będzie miał się czym nacieszyć.
Tylko w ubiegłym roku polscy użytkownicy wykorzystali w sumie ponad 3 mld GB danych – to ponad dwa razy więcej niż jeszcze w 2016 roku. Do 2025 roku średnie miesięczne użycie danych w mobilnym internecie w Polsce wzrośnie już prawie 25-krotnie. Aby zaspokoić rosnące zapotrzebowanie, operatorzy muszą zwiększać pojemność sieci, co zdaniem ekspertów nie jest możliwe przy obecnie obowiązujących, archaicznych normach pól elektromagnetycznych (PEM). Te wymagają pilnych zmian, bez których pojemność istniejących sieci wyczerpie się już za 2–3 lata – wynika z symulacji przeprowadzonych przez Instytut Łączności.
Internet mobilny ma 14-procentowy udział w całkowitym ruchu internetowym w Polsce, przy średniej europejskiej na poziomie 6 proc. – wynika z raportu opracowanego przez Instytut Łączności na zlecenie Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Tylko w ubiegłym roku polscy użytkownicy wykorzystali w sumie ponad 3 mld GB danych, to ponad dwa razy więcej niż jeszcze w 2016 roku. 21 proc. danych w sieciach mobilnych jest przesyłanych na obszarach wsi i mniejszych miast – czyli tam, gdzie dostęp do szerokopasmowego internetu przewodowego bywa ograniczony.
Przytaczane przez Instytut prognozy Cisco pokazują, że w 2022 roku udział mobilnego internetu w całkowitym ruchu w Polsce wzrośnie już do 22 proc. (i do 10 proc. w Europie), natomiast prędkość mobilnego internetu wzrośnie z 11,3 Mb/s do zaledwie 33 M/s. Dla porównania w tym samym czasie Europa zanotuje skok z 16 Mb/s do 50 Mb/s. Instytut szacuje też, że do 2025 roku średnie miesięczne użycie danych w mobilnym internecie w Polsce wzrośnie prawie 25-krotnie.
– Jeżeli konsumpcja danych będzie nadal rosła w dotychczasowym tempie, a operatorzy będą chcieli zaspokoić to zapotrzebowanie, to będą po prostu zmuszeni zwiększać pojemność sieci. Natomiast zwiększanie pojemności sieci w dzisiejszych technologiach i dzisiejszymi metodami musi się wiązać z tym, że w wielu miejscach wartości normatywne PEM będą musiały zostać przekroczone. W świetle obecnych regulacji byłoby to złamania prawa – mówi dr inż. Jerzy Żurek, dyrektor Instytut Łączności.
Polska ma obecnie jedne z najbardziej wyśrubowanych w Europie norm poziomów pól elektromagnetycznych (PEM), zarówno w zakresie poziomu pól, jak i sposobu ich pomiaru, obowiązujące od prawie 40 lat. Dopuszczalne 0,1 W/mkw. to gęstość mocy nadajników nawet stukrotnie mniejsza niż w wielu innych krajach UE, gdzie limity dosięgają 10 W/mkw. Obowiązujące w Polsce normy opracowano w oparciu o założenia sprzed okresu dostępności telefonii komórkowej, kiedy dysponowano znacznie mniejszą niż obecnie wiedzą na temat pól elektromagnetycznych. Teraz archaiczne regulacje uniemożliwiają rozbudowę nowoczesnej infrastruktury dla mobilnego internetu.
W efekcie hamuje to rozwój gospodarki i powoduje trudności m.in. w zaprojektowaniu sieci 5G. Ze względu na zbyt niskie normy PEM niemożliwe jest zastosowanie gęstej sieci mikro- i pikokomórek. Typowa wysokość zawieszenia anten w takich przypadkach to kilka, kilkanaście metrów, a obowiązujący limit PEM wymaga zachowania znacznie większych odległości. To powoduje, że budowa sieci następnej generacji będzie praktycznie niemożliwa.
– Jeżeli nie zaadresujemy tego problemu – operatorzy nie będą mogli rozbudowywać sieci. Tym samym z punktu widzenia użytkownika końcowego dostęp do internetu mobilnego będzie coraz wolniejszy, jeżeli nie podejmiemy żadnych działań. Z naszych symulacji wynika, że ten punkt, w którym zaczniemy wyraźnie doświadczać spadku szybkości transmisji, nastąpi już za 2 lata.
Według Instytutu Łączności już obecnie, nawet przy stosunkowo niskim zagęszczeniu stacji bazowych, poziomy pola elektromagnetycznego (PEM) w wielu miejscach w Polsce są bliskie obowiązującym limitom. To w praktyce oznacza brak możliwości rozbudowy istniejących sieci zarówno na obszarach wielkomiejskich, jak i wiejskich. Z szacunków Instytutu wynika, że już za 2–3 lata obecna konfiguracja sieci nie będzie w stanie obsłużyć prognozowanego ruchu, a na obszarach wiejskich pojemność istniejących sieci wyczerpie się w 2019 roku. Stąd konieczne jest co najmniej podwojenie liczby stacji bazowych i dodanie nowych zasobów częstotliwości (pasma 700 MHz, 2,6 GHz, 3,6 GHz).
– Patrząc na stację bazową sieci komórkowej, widzimy antenę, najczęściej o rozmiarach 2,4 m na 60 cm, ale mało osób zdaje sobie sprawę z tego, że energia emitowana przez tę antenę w formie fali elektromagnetycznej wynosi ok. 50 W. Można to porównać do 50-watowej żarówki. Nasza norma nie pozwala nam się zbliżyć do tej anteny z odległości 100 m. Zmniejszenie tej normy spowoduje, że zgodnie z prawem anteny urządzeń nadawczych będą bliżej ludzi. Według wszelkich badań naukowych nie jest to w żaden sposób szkodliwe. Natomiast dzięki temu będzie można zapewnić o wiele większą i lepszą jakość sygnału i zaadresować problem szybkości transmisji. Tak to działa w Europie Zachodniej – mówi dr inż. Jerzy Żurek, dyrektor Instytut Łączności.
Jak wynika z szacunków Instytutu, operatorzy mogą zadziałać doraźnie, stosując wyższe modulacje (256 QAM) oraz wydajniejszą konfigurację transmisji (MIMO 4×4). Jednak to nie rozwiąże problemu, a tylko odsunie go w czasie o około 2–3 lata. Rozbudowa istniejących sieci i budowa 5G – które mają obsłużyć prognozowany do 2025 roku ruch telekomunikacyjny oraz nowe usługi, jak choćby internet rzeczy – będą możliwe tylko, jeżeli zmienią się obowiązujące w Polsce limity PEM.
Zdaniem ekspertów tylko ekonomiści mogą mieć problem ze znalezieniem pracy w swoim zawodzie. Pozostałe branże mają problem ze znalezieniem pracowników, z biegiem czasu coraz większy. Najgorsza sytuacja panuje w branży budowlanej i produkcyjnej. Choć pracodawcy narzekają na problemy z zapełnieniem wakatów, to w rejestrach urzędów pracy figuruje 986 tys. osób, z czego blisko połowa to długotrwale bezrobotni. Rozwiązaniem może być aktywizacja osób biernych zawodowo czy wykorzystanie potencjału osób 50+. Kluczowe jest też optymalne wykorzystanie absolwentów uczelni i szkół zawodowych.
– Już od pewnego czasu rynek boryka się z niedoborami pracowników, w szczególności w segmencie produkcyjnym. To bardzo wyraźny trend, na który wpływa wiele czynników. Jeśli chodzi o dostępność samych miejsc pracy, tu na szczęście jest dobrze, widać to także po wskaźniku bezrobocia. Ale problemem są bardzo subtelne, lokalne kwestie, jak same lokalizacje miejsc, w których pracownicy mają podjąć pracę i też dosyć twarde rzeczy takie jak dostępność wykwalifikowanych pracowników – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Glogier-Osiński, dyrektor marketingu w Grafton Recruitment.
Z najnowszej prognozy Barometru zawodów na 2019 rok wynika, że coraz więcej branży ma problem ze znalezieniem wykwalifikowanej kadry. Przybędzie zawodów deficytowych, a więc takich, w których ofert pracy będzie więcej niż pracowników chętnych do jej podjęcia i spełniających kryteria rekrutacyjne. W 2018 roku deficytowe profesje stanowiły 16 proc. ogółu analizowanych zawodów, obecnie to już 19 proc. Problem mają branża budowlana, produkcyjna, transportowa czy gastronomiczna.
– Zmagamy się z niedoborami zarówno pracowników niewykwalifikowanych, i tutaj coraz większy odsetek pracowników w tym segmencie zajmują pracownicy spoza granic Polski, jak i pracowników wykwalifikowanych – wskazuje Rafał Glogier-Osiński.
Najnowsze statystyki resortu pracy mówią o tym, że bezrobocie w marcu spadło do 5,9 proc. wobec 6,1 proc. w lutym. Na koniec marca w urzędach pracy zarejestrowanych było 986 tys. bezrobotnych, o ok. 31 tys. mniej niż miesiąc wcześniej. Zdaniem ekspertów zapotrzebowania na pracowników nie będą jednak w stanie wypełnić bezrobotni zarejestrowani w urzędach pracy. Problemem jest też duże zróżnicowanie rynku pracy w całym kraju.
– Rynek pracownika oglądany z perspektywy makro- i średnich statystyk to jest jedna rzecz, a bardzo lokalny rynek pracownika, ten, z którym na co dzień spotyka się statystyczny Kowalski, to jest zupełnie inna sprawa. I to jest główna różnica pomiędzy statystykami oficjalnie komunikowanymi a rzeczywistością – przekonuje ekspert.
Dane resortu wskazują, że najgorsza sytuacja panuje w warmińsko-mazurskim, gdzie pracy nie ma ponad 10 proc. mieszkańców. O zatrudnienie nie jest łatwo też w kujawsko-pomorskim, podkarpackim, świętokrzyskim i lubelskim (ponad 8 proc. bezrobocia). Z kolei w przypadku województwa dolnośląskiego, lubuskiego i wielkopolskiego żadna z grup zawodowych nie została zaklasyfikowana jako nadwyżka poszukujących pracy.
– Polski kandydat i polski pracownik jest średnio migrującym pracownikiem, trudno się też dziwić, bo Polska na tle innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej jest dosyć duża i każde miasto jest innym ekosystemem rynku pracy. Biorąc pod uwagę dominantę wynagrodzeń w Polsce, gdzie najczęściej występuje kwota zdecydowanie niższa od średniego wynagrodzenia krajowego, nie jest to dostateczny motywator i nie pozwala też na zapewnienie bezpieczeństwa finansowego w typowym poszukiwaniu pracy daleko poza miejscem zamieszkania – tłumaczy Glogier-Osiński.
W regionach o największym deficycie pracowników, bezrobotni i nieaktywni zawodowo nie zawsze mogą uzupełnić lukę. Jednym z rozwiązań, które mogą pomóc pracodawcom zapełnić luki kadrowej, jest przekwalifikowanie pracowników, gdzie wsparciem dla pracodawców w tym zakresie jest Krajowy Fundusz Szkoleniowy. Pracodawcy mogą się starać o uzyskanie refundacji części lub całości kosztów szkoleń. W 2019 roku na ten cel trafi 228 mln zł. Brakuje jednak programów, które pomogłyby w lepszym wykorzystaniu potencjału młodych osób – absolwentów szkół zawodowych czy uczelni wyższych.
– Uważam, że na polskim rynku pracy są zasoby, do których możemy sięgnąć. Na pewno jest to pula absolwentów i studentów, ale też jest to pula uczniów szkół zawodowych. Choć system szkolnictwa zawodowego nie tkwi w miejscu i jednym z pierwszych impulsów do dosyć dużych zmian było otwarcie niemieckiego rynku pracy ładnych parę lat temu, to w dalszym ciągu jest tutaj jeszcze dosyć duże pole do poprawy. Więc ta pula istnieje i jest statystycznie interesująca, bo samych studentów i absolwentów w ubiegłym roku akademickim było ponad 1,2 mln osób w Polsce – zauważa ekspert.
Z raportu Global Talent Competitiveness Index przygotowanego przez Adecco, INSEAD i Tata Communications wynika, że pod względem pozyskiwania utalentowanych pracowników Polska zajmuje dopiero 42. miejsce i stopniowo spada w tym rankingu. Problemem jest wciąż zbyt mała liczba osób, które decydują się na szkolnictwo zawodowe.
– Pytanie, czy ten zasób rynku pracy jest optymalnie wykorzystywany, to oczywiście wiąże się z faktem, w jakim kierunku kształcą się ci studenci i absolwenci, czy w poinformowany sposób dokonują swoich wyborów edukacyjnych, a co za tym idzie – zawodowych – zaznacza Glogier-Osiński.
Zaktywizowania wymaga też grupa kobiet, które zrezygnowały z pracy w związku z programem 500+, oraz osoby starsze – obecnie co trzecia jest aktywna zawodowo.
– Osoby po 50. roku życia mają oczywiście zupełnie inny zestaw kompetencji niż w momencie wchodzenia na rynek pracy. I pytanie, czy te osoby są w dosyć dużym stopniu rozpoznawane jako atrakcyjne przez pracodawców na rynku pracy – analizuje Rafał Glogier-Osiński
Od lipca 2019 roku do Pracowniczych Planów Kapitałowych mają przystąpić najwięksi pracodawcy, zatrudniający powyżej 250 pracowników. Docelowo od 2021 roku PPK mają być obowiązkowe we wszystkich firmach. Blisko 3 tys. największych firm już teraz muszą ustalić wspólnie z pracownikami, kto będzie obsługiwał nowy program i przygotować rezerwy na składki. Za nakłanianie do nieoszczędzania i niewdrożenie w określonym terminie PPK przedsiębiorcy grozi kara grzywny do 1,5 proc. funduszu wynagrodzeń. Brak wpłat do umówionej instytucji może zaś oznaczać nawet milion złotych kary.
– Od 1 lipca 2019, pracodawcy, którzy na koniec 2018 roku zatrudniali co najmniej 250 pracowników, będą musieli przystąpić i zawrzeć umowy o zarządzanie z wybraną instytucją finansową. To oznacza, że już teraz powinni rozpocząć kampanie informacyjną wśród pracowników – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Renata Bugiel, adwokat, partner w Kancelarii GKR Legal.
Po wejściu w życie ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych docelowo każda firma musi utworzyć PPK dla swoich pracowników. Od lipca 2019 obowiązek zapisania pracownika do PPK spoczywa na przedsiębiorstwach zatrudniających minimum 250 pracowników. Co istotne, liczy się liczba pracowników na koniec 2018 roku. Nawet jeśli obecnie ich liczba jest mniejsza, nie zwalnia to przedsiębiorstwa z obowiązku wprowadzenia PPK.
– Instytucja finansowa musi być wybrana w porozumieniu z pracownikami, w porozumieniu ze związkiem zawodowym, jeżeli nie działa związek zawodowy, z wybraną reprezentacją pracowników w trybie ustalonym u danego pracodawcy. Zatem nie możemy sami decydować, czy to będą wybrane zakłady ubezpieczeń na życie czy TFI. Po prostu decydujemy o tym wspólnie z pracownikami – podkreśla Renata Bugiel.
Docelowo taką umowę będzie musiała zawrzeć każda firma. Co do zasady umowę o zarządzaniu można podpisać z instytucją, która zagwarantuje gospodarowanie środkami i spełnia wszystkie wymogi.
Od 2020 roku taki obowiązek będą miały przedsiębiorstwa zatrudniające co najmniej 50 pracowników, od 1 lipca 2020 – co najmniej 20 pracowników, a z początkiem 2021 roku już wszystkie firmy, nawet zatrudniające jedną osobę, będą musiały podpisać umowę na prowadzenie PPK.
– Wszyscy pracodawcy muszą te umowy zawrzeć, gdyż założenia są długoterminowe. To forma oszczędzania na emeryturę, pozyskania oszczędzania, dodatkowych środków. I w tej perspektywie wszyscy pracodawcy będą musieli te umowy zawrzeć – przypomina ekspertka.
Ustawa zakłada też kary, które mogą spotkać przedsiębiorcę działającego niezgodnie z prawem. Niedopełnienie obowiązku zawarcia umowy o zarządzanie PPK w przewidzianym terminie podlega karze grzywny w wysokości do 1,5 proc. funduszu wynagrodzeń za rok poprzedzający.
– Kara grzywny jest uzależniona od wielkości przedsiębiorstwa, od liczby zatrudnionych osób, bo ten fundusz wynagrodzeń oczywiście jest zdeterminowany liczbą osób i funduszami, jakie na wynagrodzenia pracodawca przeznacza – mówi Bugiel.
Z kolei niedopełnienie przez pracodawcę obowiązku zawarcia umowy o prowadzenie PPK, niedopełnienie obowiązku dokonywania wpłat, niezgłaszanie lub zgłaszanie nieprawdziwych danych czy brak prowadzenia dokumentacji związanej z obliczaniem wpłat jest zagrożone karą od tysiąca do miliona złotych.
– Zwracam również uwagę na to, że kara grzywny grozi pracodawcom również za zniechęcanie pracowników, osób zatrudnionych do uczestnictwa w PPK. I na to zwróćmy szczególną uwagę, aby wszelkie komunikaty, e-maile informujące pracowników o tym programie, nie przekroczyły takiej granicy dozwolonej informacyjnej i nie zostały uznane za zniechęcanie osób zatrudnionych do rezygnacji – podkreśla adwokat.
Pracownicze Plany Kapitałowe mają podnieść jakość życia Polaków po zakończeniu zawodowej aktywności. Pieniądze zgromadzone w PPK będą pochodziły zarówno od pracowników, jak i pracodawców, a wysokość wpłaty podstawowej została określona na 2 proc. wynagrodzenia pobieranego od pracownika oraz 1,5 proc. od pracodawcy.
– Jeżeli pracownik pozyskuje środki z różnych źródeł, jednak w końcowym efekcie wynagrodzenie, które otrzymuje, nie przekracza kwoty 2,7 tys. zł, może złożyć do pracodawcy deklarację o obniżenie jego wpłaty podstawowej, która pochodzi od pracownika, ale nie mniej niż 0,5 proc. – zaznacza Bugiel.
Obie strony mogą też zadeklarować wpłaty dodatkowe (do 2 proc.), co oznacza, że na konto PPK pracownika może wpływać w sumie od 3,5 proc. do maksymalnie 8 proc. wynagrodzenia.
– Ustawodawca przewidział też dopłaty roczne sfinansowane ze Skarbu Państwa, czyli 250 zł. Jeżeli uczestnik zrezygnuje, to tej dopłaty rocznej nie otrzymuje. I też w tej deklaracji, jeżeli pracownik będzie rezygnował, też musi potwierdzić, że jest świadomy tego, że ta dopłata roczna ze strony Skarbu Państwa, z Funduszu Pracy nie zostanie mu doliczona – mówi Renata Bugiel.
Na chorobę Leśniowskiego-Crohna, należącą do nieswoistych chorób zapalnych jelit, cierpi w Polsce około 10–15 tys. pacjentów, w tym większość to chorzy poniżej 35 roku życia. Ze względu na nierzadko agresywny przebieg choroba często zmusza ich do rezygnacji z pracy zawodowej, utrudnia normalne funkcjonowanie, a w długim okresie może prowadzić do kalectwa. Wczesne rozpoczęcie skutecznych terapii i dostęp do nowoczesnych leków jest szansą na powrót do normalności, ograniczenie cierpienia pacjentów i zredukowanie kosztów dla budżetu państwa – zarówno bezpośrednich, związanych z leczeniem, jak i pośrednich, z tytułu rent oraz utraconej produktywności i niezdolności do pracy.
– Największym problemem, z jakim borykają się pacjenci z chorobą Leśniowskiego-Crohna w Polsce, jest dostępność do wszystkich nowoczesnych form leczenia. Zwłaszcza chodzi tutaj o dostęp do najnowszych leków biologicznych, takich jak np. vedolizumab, który zarejestrowany został już w 2014 roku, czy ustekinumab, który został zarejestrowany w 2016 roku, a nadal nie jest powszechnie dostępny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Piotr Eder z Katedry i Kliniki Gastroenterologii, Dietetyki i Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.
ChLC objawia się m.in. biegunką, ostrymi bólami brzucha, gorączką, nagłym spadkiem masy ciała, osłabieniem i przewlekłym zmęczeniem. Pacjenci mają zajęte stanem zapalnym różne odcinki przewodu pokarmowego, ale choroba może obejmować swym zasięgiem też inne narządy, m.in. wątrobę, oczy czy skórę, są to tzw. manifestacje pozajelitowe choroby. Choroba Leśniowskiego-Crohna jest przewlekła i nieuleczalna. Może prowadzić do przetok i perforacji jelit wymagających leczenia operacyjnego, a nieprawidłowo leczona może skończyć się trwałym kalectwem.
– Sytuacja pacjentów z chorobą Leśniowskiego-Crohna w jej najbardziej zaawansowanym stadium jest dość skomplikowana. Oni wymagają wielospecjalistycznej opieki. To są pacjenci, którzy często przebyli już szereg interwencji chirurgicznych, mają w wywiadzie mnóstwo prób zastosowania różnych leków. Nierzadko zdarza się, że mamy duży problem, aby zaoferować takiemu pacjentowi jakieś nowe leczenie, które diametralnie zmieni jego sytuację – mówi dr hab. Piotr Eder. – W najtrudniejszej sytuacji są na pewno pacjenci z powikłaniami choroby Leśniowskiego-Crohna, takimi jak przetoki, w tym przede wszystkim przetoki okołoodbytnicze. Szansy dla nich upatrujemy w nowoczesnych lekach.
Jak ocenia, w ostatnich latach w Polsce systematycznie poprawia się dostęp do tzw. leków anty-TNF-α – leków biologicznych znanych na świecie już od ponad 20 lat.
– Aktualnie jesteśmy w erze leków biopodobnych, co powoduje, że cena leku spada i jego dostępność jest większa. W tym zakresie dokonuje się duży postęp. Możemy też leczyć pacjentów tymi lekami lepiej, intensyfikować dawkowanie, co jeszcze do niedawna było w Polsce niemożliwe – mówi dr hab. n. med. Piotr Eder. – Mamy też coraz lepsze kryteria włączenia do programów leczenia biologicznego. Natomiast ciągle jest wiele ograniczeń wynikających chociażby z faktu, że nie zawsze możemy stosować leki anty-TNF-α tak długo, jak wymaga tego sytuacja kliniczna.
Poza zasięgiem polskich pacjentów z chorobą Leśniowskiego-Crohna wciąż pozostają najnowsze leki, zarejestrowane w Unii Europejskiej już kilka lat temu: vedolizumab i ustekinumab. Dają bardzo dobre efekty terapeutyczne zwłaszcza w ciężkich przypadkach choroby i są już powszechnym standardem leczenia na świecie. Substancje te są najbardziej potrzebne chorym, u których nie powiodła się terapia lekami anty-TNF-α. W Polsce pacjenci wciąż czekają na ich refundację.
– Dostępność do starszych leków jest już całkiem niezła, aczkolwiek bardzo byśmy chcieli, żeby decyzja o tym, jak długo i w jaki sposób stosować to leczenie, była przede wszystkim decyzją lekarza w porozumieniu z pacjentem, opartą o aktualne algorytmy i najnowszą wiedzę – podkreśla dr hab. n. med. Piotr Eder.
Jak podkreśla, zastosowanie nowoczesnych leków i skoordynowanej, wielospecjalistycznej opieki we wcześniejszych etapach choroby Leśniowskiego-Crohna to dla pacjentów szansa, żeby nie dopuścić do groźnych powikłań i rozwinięcia zaawansowanej formy choroby.
– Celem leczenia jest to, żeby pacjent nie miał dolegliwości. To jednak za mało – chcemy doprowadzić do remisji nie tylko objawów choroby, lecz także stanu zapalnego w przewodzie pokarmowym, czyli do tzw. remisji śluzówkowej czy remisji obserwowanej w badaniach obrazowych. To jest cel leczenia, który przekłada się na najbardziej pozytywne rokowanie dla pacjentów. Dla samych pacjentów natomiast najważniejsze jest to, żeby leczenie było skuteczne i bezpieczne – mówi dr hab. n. med. Piotr Eder.
Ze względu na agresywny przebieg choroba Leśniowskiego-Crohna utrudnia normalne funkcjonowanie i często zmusza do rezygnacji z pracy zawodowej. Pacjenci chorzy na ChLC zmagają się z bólami brzucha, biegunką i rytm ich życia często wyznacza możliwość dostępu do toalety. Wczesne rozpoczęcie skutecznego leczenia i dostęp do nowoczesnych leków to szansa na powrót do normalności, uniknięcie kalectwa i zredukowanie kosztów dla budżetu państwa – zarówno bezpośrednich, związanych z leczeniem, jak i pośrednich, z tytułu rent oraz utraconej produktywności i niezdolności do pracy.
– Na ChLC chorują młodzi ludzie, nastolatkowie, którzy wchodzą w dorosłość. Oni chcą się uczyć, podejmować pracę, zakładać rodziny i nagle się pojawia bardzo poważne, nieuleczalne schorzenie, które to życie zaburza. Powoduje, że zamiast zakładać rodziny i odnajdywać się na rynku pracy, borykają się oni z codziennymi problemami wynikającymi z przewlekłej choroby. Związane z tym koszty pośrednie są ponad wszelką wątpliwość bardzo dużym obciążeniem dla budżetu państwa. Dlatego finalnie bardziej się opłaca wydać te pieniądze na optymalne leczenie czy wręcz zapobieganie niepełnosprawności – podkreśla dr hab. n. med. Piotr Eder.
Jak wynika z raportu, który w 2017 roku opracowała Uczelnia Łazarskiego, w 2015 roku NFZ przeznaczył około 70 mln zł na leczenie choroby Leśniowskiego-Crohna. Natomiast wydatki ZUS na świadczenia związane z niezdolnością do pracy na skutek tej choroby wyniosły ok. 20 mln zł. W tej kwocie 50 proc. stanowiły renty, a 35 proc. to koszty 102 tys. dni absencji chorobowej. Co roku przybywa młodych rencistów z chorobą Leśniowskiego-Crohna, a w gronie pacjentów, którym przynajmniej raz wystawiono L4 z powodu tego schorzenia, aż 63 proc. stanowili młodzi ludzie w wieku 20–39 lat.
Polacy mają coraz wyższe oczekiwania dotyczące warunków wypoczynku. W ubiegłym roku największym powodzeniem cieszyły się hotele o wysokim standardzie, a ponad 3/4 zdecydowało się na opcję all inclusive – wynika z raportu Polskiej Izby Turystyki. Biura podróży zauważają także, że rezerwowane są dłuższe wyjazdy i z coraz większym wyprzedzeniem. W tegorocznej ofercie Rainbow Tours stawia na egzotyczne kierunki, loty z nowych lotnisk i pobyty w apartamentach. W lipcu firma otworzy też trzeci hotel własny na greckiej wyspie Zakynthos.
– Nasi klienci nadal chętnie wybierają objazdy, czyli zwiedzanie połączone z wypoczynkiem. Notujemy natomiast bardzo duży wzrost zainteresowania dłuższymi wyjazdami, w trakcie których klienci mogą przez tydzień zwiedzać i przez tydzień wypoczywać. Coraz większą popularnością cieszą się też pobyty w apartamentach – tutaj możemy się pochwalić bardzo dobrym produktem, zwłaszcza w Grecji. W tym roku apartamenty pojawią się w naszej ofercie chociażby na wyspie Lesbos – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Edyta Romanowska, rzecznik prasowy Rainbow Tours.
Jak podkreśla, turyści wybierający wypoczynek w apartamentach to grupa, która ceni sobie spokój i ucieka od hałasu dużych hoteli. Szuka za to lokalnych atrakcji i regionalnej kuchni, korzysta z oferty lokalnych restauracji.
Z raportu „Zagraniczne wakacje Polaków 2018” Polskiej Izby Turystyki wynika, że Polacy mają coraz większe oczekiwania dotyczące warunków wypoczynku. W ubiegłym roku 95 proc. wybrało transport lotniczy, a największym powodzeniem cieszyły się hotele o wysokim standardzie. 75 proc. klientów zdecydowało się na formułę wyżywienia all inclusive, a 49 proc. – na pobyt w hotelu czterogwiazdkowym. W sumie obiekty cztero- i pięciogwiazdkowe wybiera już 2/3 klientów biur podróży i ten odsetek z roku na rok rośnie. Turyści zwracają uwagę na położenie i standard hotelu, dodatkowe atrakcje czy wyżywienie. Oczekują też dostępu do wi-fi, leżaków na plaży i przy basenie oraz bogatej oferty wycieczek fakultatywnych. Autorzy raportu podkreślili, że all inclusive staje się już standardem, nie luksusem.
W 2018 roku Polacy najchętniej decydowali się na wakacje w Grecji (30-proc. udział w rynku, choć dynamika popularności tego kierunku jest coraz mniejsza), Turcji, Bułgarii, Hiszpanii i Egipcie. Coraz popularniejszym kierunkiem śródziemnomorskim staje się Albania, przyciągając klientów korzystną ceną. W pierwszej dziesiątce najpopularniejszych destynacji w ubiegłym roku uplasowały się też Włochy, Tunezja, Chorwacja i Cypr.
– Na lato 2019 przygotowaliśmy nowości polegające przede wszystkim na rozszerzeniu liczby lotnisk, z których będzie można wylecieć na wakacje. Ze Szczecina po raz pierwszy polecimy do Turcji, a z Łodzi – do Bułgarii, Turcji czy na grecką wyspę Zakynthos. Mamy również w ofercie egzotyczne kierunki cieszące się coraz większą popularnością, jak Chiny czy Japonia – mówi Edyta Romanowska. – Dzięki współpracy z dużymi liniami lotniczymi w tej chwili jesteśmy w stanie zaoferować egzotyczne kierunki, chociażby Karaiby, Bliski Wschód czy Azja na lotach bezpośrednich, czyli bez konieczności przesiadki ani międzylądowania.
Polacy rezerwują swoje wakacje z coraz większym wyprzedzeniem. Według ekspertów Travelplanet w 2018 roku formuła last minute przegrywała z wczesnymi rezerwacjami. Wybierają je przede wszystkim rodziny, które planując wypoczynek z dziećmi, stawiają głównie na obiekty dostosowane do ich potrzeb. Korzyścią rezerwacji firm minute są też spore oszczędności, bo rabaty przy wcześniejszej rezerwacji sięgają nawet 50 proc.
– Chcielibyśmy, żeby nasi klienci korzystali z promocji, kupowali jak najwcześniej przed wyjazdem i nie czekali na ostatnią chwilę. Stąd przygotowaliśmy bardzo wiele korzyści dla klientów decydujących się na wcześniejszy zakup – mówi Edyta Romanowska.
Jak wynika z badania „Trendy na rynku turystycznym”, prezentowanego w ubiegłym roku przez Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinie, 60 proc. Polaków twierdzi, że lubi odkrywać nowe miejsca, w których nie ma turystów. Natomiast 24 proc. ankietowanych nie zależy na zwiedzaniu i preferują bierny wypoczynek.
Rainbow Tours to jedno z trzech największych na polskim rynku biur podróży. Jednym z elementów jego strategii na kolejne lata jest inwestowanie w rozwój sieci własnych hoteli. Grecka spółka touropertaora, White Olive Hotels (WOH), ma w tej chwili na greckiej wyspie Zakynthos dwa obiekty czterogwiazdkowe (razem 270 pokoi) i buduje kolejny, pięciogwiazdkowy (200 pokoi), którego otwarcie planowane jest w lipcu br. W lutym Rainbow pozyskał już inwestora do rozbudowy sieci hoteli własnych w Grecji. Spółka WOH podpisała umowę inwestycyjną z Funduszem Ekspansji Zagranicznej (FEZ współfinansuje zagraniczne przedsięwzięcia polskich firm), dzięki czemu pozyskała na ten cel 9 mln euro (z opcją zwiększenia finansowania do 12,5 mln euro).
– Na kolejne lata planujemy rozwój naszej sieci hoteli własnych, będą to kolejne obiekty na greckich wyspach, tych, które się cieszą największą popularnością wśród turystów – mówi rzecznik prasowy Rainbow Tours. – Rozwój sieci hoteli własnych White Olive Hotels planowany jest na lata 2020–2021. Chcemy rozszerzyć sieć o kolejne 2 do 4 obiektów, w standardzie cztero- i pięciogwiazdkowym.
Technologia uczenia maszynowego wkracza do branży prawniczej. Dzięki sztucznej inteligencji adwokaci będą mogli zautomatyzować powtarzalne czynności i przyspieszyć proces analizowania stanu prawnego. Powstały już pierwsze aplikacje potrafiące przetwarzać akty normatywne czy ułatwiać klientom składanie wniosków odszkodowawczych. Wkrótce sztuczna inteligencja może nawet rozstrzygać najprostsze sprawy cywilne. Prawnicy chętnie oddadzą część zadań maszynom, jednak sądzić oskarżonego i bronić klienta musi człowiek.
– Sztuczna inteligencja nie ma wyręczyć prawników, ona ma ich wspomóc w pracy, czyli dać gotowe rozwiązania, dokonać analizy predykcyjnej, która pozwoli też na określenie pewnego ryzyka zastosowania. Natomiast absolutnie nie chodzi o to, żeby ich wyręczać, bardziej, żeby wspomagać – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Kamil Stępniak, twórca projektu SalIN.
Na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań wykorzystujących sztuczną inteligencję, które mają usprawnić pracę wymiaru sprawiedliwości. Systemy uczenia maszynowego i analizy big data takie jak OpenText Magellan pozwalają zautomatyzować proces weryfikacji informacji. Firma Pillsbury Winthrop Shaw Pittman LLP wykorzystała tę platformę do stworzenia wirtualnego asystenta, który przyspiesza wstępną analizę dokumentów. Równie przydatne mogą się okazać narzędzia takie jak Kira, platforma sztucznej inteligencji zaprojektowana do identyfikowania powiązań pomiędzy poszczególnymi dokumentami. Oprogramowanie wyspecjalizowano w rozpoznawaniu i wyodrębnianiu danych kluczowych takich jak klauzule czy pojęcia prawne.
Polski projekt System of Artificial Legal Intelligence (SalIN) powstał po to, aby w oparciu o technologię sieci neuronowych skonstruować narzędzie do przetwarzania i analizy aktów normatywnych oraz dokonywania wykładni w oparciu o założenia teoretyczne. Zadaniem SalIN będzie zaproponowanie wstępnych rozwiązań prawnych oraz oszacowanie ryzyka ich zastosowania. System zmieni zakres obowiązków prawników, ale nie pozbawi ich pracy.
– SalIN ma uwydatnić pracę prawników. Pomoże tworzyć analizy prawne i analizować stan prawny. Uwydatni prawników i ograniczy ryzyko stosowania przez nich prawa, czyli zapewni bezpieczeństwo prawne dla klientów. Sam program polega na ciągłej analizie stanu prawnego, pozwala na dokonanie wykładni norm prawnych, uwzględnia różne czynniki pozanormatywne, aksjologiczne i wartościujące normy generalne, a na koniec zebrane dane zostaną poddane analizie – tłumaczy Kamil Stępniak.
Twórcy programu CaseCrunch Alfa udowodnili, że sztuczna inteligencja lepiej sprawdza się np. w procesie predykcji rezultatów sporów prawnych. Programiści poprosili grupę stu londyńskich prawników pracujących dla dużych korporacji o przewidzenie wyniku ponad 750 spraw dotyczących prawa dochodzeniowego oraz wierzytelności. Prawnicy prawidłowo przewidzieli, jak zakończyło się 66,3 proc. spraw, zaś sztuczna inteligencja wykazała się znacznie wyższą skutecznością rzędu 86,6 proc.
Estońskie Ministerstwo Sprawiedliwości planuje z kolei usprawnić działanie sądów poprzez wdrożenie do użytku automatycznych sędziów. Program wykorzystywałby systemy uczenia maszynowego oraz sztuczną inteligencję do wydawania wyroków w najprostszych sprawach dotyczących roszczeń nieprzekraczających wartości 7 tys. euro. Wyroki wydawane przez automatycznego sędziego nie byłyby ostateczne, strony mogłyby się od nich odwołać. Ponadto na każdym etapie procesu istniałaby możliwość weryfikacji postępowania algorytmu.
– Są na świecie projekty, które dążą do tego, żeby np. sądził nas komputer czy algorytm. Jestem od tego daleki. Przede wszystkim dlatego, że komputera nigdy nie nauczymy sprawiedliwości. Myślę, że oddanie sprawiedliwości w ręce komputera wiązałoby się z różnymi implikacjami niekoniecznie pożądanymi dla klienta czy dla osoby, która jest sądzona – twierdzi ekspert.
Na rynku funkcjonują już aplikacje, które w niektórych przypadkach mogą zastąpić prawników. Dobrym przykładem są tu wirtualni adwokaci z aplikacji AirHelp wyspecjalizowani w prowadzeniu spraw dotyczących rekompensaty za anulowane loty. Prawnik Herman został zaprojektowany do dobierania optymalnych kroków prawnych w oparciu o Regulacje WE261. Z kolei Lara wykorzystuje technologię uczenia maszynowego w procesie oceny merytorycznej zasadności wniosków o odszkodowanie.
Warto jednak zauważyć, że wdrożenie wysoce zaawansowanych projektów pokroju SalIN na szeroką skalę wymaga czasu. Opracowanie podstaw teoretycznych systemu to dopiero początek drogi ku jego upowszechnieniu. Proces finansowania i testowania projektu może się rozciągnąć na kilka lat. Powszechność systemów automatycznego przetwarzania danych w branży prawniczej może znacząco przyspieszyć prowadzenie spraw sądowych.
– To ma być narzędzie pomocnicze, które pozwoli wspierać prawników i pracować im bardziej efektywnie. Analizy pokazują, że około 75 proc. czasu zostanie zaoszczędzonego przez prawnika, czyli będzie w stanie obsługiwać większą liczbę spraw – przekonuje Kamil Stępniak.
Według Allied Market Research, wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji wzrośnie z 4 mld dol. w 2016 roku do 169,4 mld w 2025 roku, wykazując średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 55,6 proc.
Rozwój internetu rzeczy przyczynił się do powstania usług przetwarzających informacje w ramach cloud computingu. Jednak moc obliczeniowa chmur danych nie jest wystarczająca, aby w czasie rzeczywistym analizować wszystkie dane podłączone do internetu rzeczy. Z pomocą przyjdzie nowe rozwiązanie – brzegowe przetwarzanie informacji. Dzięki zaawansowanym systemom sztucznej inteligencji dane będą mogły być analizowane tam, gdzie powstają, co znacząco przyspieszy proces przetwarzania informacji w ramach internetu rzeczy. Nowa technologia pozwoli lepiej przewidzieć zachowania rynku finansowego, usprawni wykrywanie nowotworów czy funkcjonowanie systemów inteligentnego miasta.
Postępująca cyfrowa transformacja społeczeństwa wymusiła opracowanie nowych metod gromadzenia, selekcji oraz analizy dużych zasobów informacji. Powstanie usług działających w oparciu o technologię przetwarzania w chmurze ułatwiło zautomatyzowanie części czasochłonnych procesów. To jednak dopiero pierwszy krok na drodze do upłynnienia przepływu danych w ramach internetu rzeczy. Kolejnym będzie upowszechnienie mechanizmów brzegowego przetwarzania informacji przy wykorzystaniu algorytmów sztucznej inteligencji.
– Życie danych przenosi się ze środowisk scentralizowanych, przechodzimy do mocnej decentralizacji. I my to właśnie nazywamy edge, czyli działanie na brzegu. To jest to miejsce, gdzie dane powstają, są zbierane i gdzie najszybciej możemy je przeanalizować. Przez edge computing rozumiemy nie tylko access pointy i rozwiązania bezprzewodowe, które pozwalają nam się zalogować np. do sieci, lecz przede wszystkim zaczynamy to rozumieć jako moc przetwarzania danych w miejscu. Dzięki temu unikamy przesyłania ich na duże odległości, co powoduje stratę czasu i możliwości biznesowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Michał Zajączkowski, prezes zarządu Hewlett Packard Enterprise
Już teraz powstają przemysłowe rozwiązania funkcjonujące w oparciu o edge computing. Satelita Intuition-1 stworzony w ramach konsorcjum FP Space jest wyposażony w instrument hiperspektralny fotografujący Ziemię w świetle widzialnym i podczerwieni. Przesłanie wszystkich danych pozyskanych przez sondę byłoby zbyt czasochłonne, dlatego informacje poddawane są wstępnej selekcji przez pokładową sztuczną inteligencję. Do naukowców docierają wyselekcjonowane, najbardziej wartościowe dane.
Potencjał edge computing wykracza poza projekty naukowe. Technologia ta może się przyczynić także do usprawnienia codziennego życia. Według analiz przeprowadzonych przez firmę badawczą Gartner, aż 70 proc. danych wygenerowanych w ramach internetu rzeczy nie trafia do centrum danych, co oznacza, że można przetwarzać je na urządzeniu, które je wytwarza.
Firma Hewlett Packard Enterprise wykorzystała tę wiedzę do stworzenia HPE Edgeline, komputerów wyspecjalizowanych w analizie dużych zasobów informacji pochodzących z urządzeń funkcjonujących w ramach internetu rzeczy. HPE Edgeline w czasie rzeczywistym analizują dane spływające z najróżniejszych czujników IoT. Dzięki temu potrafią szybciej wyłapać usterkę bądź nieprawidłowości w działaniu systemu, jeszcze zanim dane zostaną przetworzone przez chmurę obliczeniową.
– Edge computing działa w hotelach, szpitalach, rolnictwie. We wszystkich branżach, w których mamy jakikolwiek kontakt z technologią, ale też tam, gdzie firmy mają interakcje ze swoimi klientami. Banki w oddziałach bankowych, fabryki, w których możemy na bieżąco sprawdzać stan maszyn i w predykcyjny sposób wykrywać potencjalne awarie. To jest wielka i szeroka branża, dotyka w zasadzie każdego aspektu życia, nie tylko tego biznesowego, lecz także tego prywatnego – wskazuje Michał Zajączkowski.
W rozwój technologii przetwarzania brzegowego zaangażowała się także firma Nvidia. Inżynierowie korporacji wyspecjalizowali się w projektowaniu systemów sztucznej inteligencji automatyzujących i usprawniających wykonywanie najbardziej wymagających obliczeń. Nvidia współpracuje m.in. z zespołami medycznymi zajmującymi się procesem identyfikacji komórek nowotworowych czy firmami wykorzystującymi technologię rozpoznawania i wykrywania obiektów za pośrednictwem kamer. Dzięki sztucznej inteligencji procesy te mogą być przeprowadzane w miejscu, w którym dane są gromadzone, bez potrzeby wysyłania ich do chmury obliczeniowej, co znacząco przyspiesza ich przetwarzanie.
Rozwiązaniami z zakresu edge computing interesują się także producenci systemów bezpieczeństwa IT. Firma Rittal stworzyła szereg sejfów komputerowych dla przemysłu, branży motoryzacyjnej czy zdrowotnej. Micro Data Center Level E to sejf do ochrony serwerów i pamięci masowych, wykorzystywanych w diagnostyce obrazowej. Level E mają umożliwiać błyskawiczne przetwarzanie danych i chronić informacje przed dostępem osób niepowołanych czy pożarem.
Z myślą o rozwoju technologii edge computingu Intel z kolei przeprojektował swoje procesory z linii Xeon, przystosowując je do pracy z dużą liczbą informacji przetwarzanych na obrzeżach internetu rzeczy. Serwery z linii Xeon D-2100 będą bardziej energooszczędne niż klasyczne procesory serwerowe i lepiej przygotowane do działania w niesprzyjających warunkach atmosferycznych. Dzięki temu sprawdzą się np. w systemach zarządzania inteligentnym miastem.
Ta nowa technologia wymaga zmiany samego podejścia do sposobu przetwarzania informacji. To dlatego korporacja Hewlett Packard Enterprise wykupiła firmy Aruba Networks oraz IntroSpect, wyspecjalizowane w edge computingu. Przejęcia te pozwoliły wykorzystać know-how w konstrukcji wydajnych systemów łączności bezprzewodowej oraz projektowania bezpiecznych systemów wymiany danych.
– Hewlett Packard Enterprise w ciągu najbliższych 4 lat planuje zainwestować 4 mld dol. w przetwarzanie na brzegu sieci, analizę danych, które tam są zbierane, i algorytmy sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego po to, żeby te dane na miejscu również przeanalizować i móc podjąć decyzję jak najszybciej. Wierzymy w to, że edge computing to przyszłość biznesu, że to jest to miejsce, w którym tak naprawdę 75 proc. danych jest przetwarzane i będzie przetwarzane. Te dane nigdy nie zobaczą serwerowni – przekonuje ekspert.
Według firmy badawczej Orbis Research wartość globalnego rynku edge computingu do 2023 roku wzrośnie do 8,96 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie blisko 32,6 proc. w skali roku.
Realizacja obietnic rządowych będzie problemem dla budżetu państwa
Zagraniczni inwestorzy sprzedają polskie obligacje
Rynek wycenia, że FED obniży stopy procentowe
Zamieszanie z turecką walutą skutkuje wycofywaniem inwestycji zagranicznych
Krzysztof Izdebski, Zarządzający Funduszami Obligacji Union Investment TFI
Krzysztof Izdebski, Zarządzający funduszami dłużnymi Union Investment TFI
Po dobrym pierwszym kwartale obecnie na rynku notujemy spadki rentowności na najważniejszych obligacjach skarbowych. Jednym z powodów są przeciągające się polityczne spory wokół opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej.
W kraju gorącym tematem jest wciąż tzw. Piątka PiS. Realizacja obietnic rządowych będzie problemem dla budżetu. Minister Finansów mówi jednak, że nie będzie jego nowelizacji, ale opinia rynków jest inna. Analitycy są zgodni, większe o 20 mld zł wydatki od planowanych przełożą się na wzrost długu. Ministerstwo Finansów planuje w II kw. roku przetargi nowych obligacji na kwotę ok. 15-25 mld zł i zapowiedziało też przetargi zamiany, które powinny pokryć lukę finansową. Oficjalne komunikaty płynące z ministerstwa mówią, że rząd nie jest zdeterminowany sprzedawać obligacje za wszelką cenę, ale rynki nie są co do tego przekonane.
Zaangażowanie inwestorów zagranicznych w polskie papiery skarbowe spadło
w lutym o 9,2 mld zł do poziomu 172,3 mld zł. To spadek o ok. 20 mld zł w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, podczas gdy w całym 2018 r. zagranica sprzedała tylko 10 mln zł polskiego długu. Pomimo tego polskie obligacje cieszą się dużym zainteresowaniem ze strony krajowych banków, które w pierwszych dwóch miesiącach roku kupiły obligacje o wartości 30 mld zł. Pokazuje to, że rynek jest płynny i był w stanie zaabsorbować tę podaż, a polski rynek długu jest relatywnie mocny.
Tuż przed wyborami mieliśmy do czynienia z atakiem spekulacyjnym na turecką walutę. W ciągu dwóch dni doszło najpierw do osłabienia liry, po czym nastąpiło jej wyraźne umocnienie. Wpłynęło to znacząco na sprzedaż obligacji tureckich i odpływ inwestycji zagranicznych po ok. 500-600 mld USD tygodniowo oraz spowodowało wzrost rentowności tureckich obligacji.
Na świecie rynek wycenia, że FED obniży stopy procentowe. Jest to dość niespodziewane biorąc pod uwagę, że jeszcze w listopadzie mówił o podwyżkach stóp, a w marcu br. o ich zatrzymaniu na obecnym poziomie. W opinii rynku to byłaby gwałtowna reakcja, ale jesteśmy w okresie szybkich zmian.
Inwestorzy korzystają z ubiegłorocznej reformy podatkowej w USA
Pozytywne oczekiwania odnośnie rozmów USA-Chiny
Zatrzymanie lub spowolnienie spadku wskaźników PMI
Michał Milewski, Zarządzający Funduszami Union Investment TFI
Michał Milewski, Zarządzający Funduszami Union Investment TFI
Rynki akcji w Stanach Zjednoczonych są bardzo silne, obserwujemy wzrosty od początku roku. Indeks S&P500 w I kwartale roku urósł już o 15%.
Bieżący kwartał 2019 r. może być jeszcze mocny, ale druga połowa roku powinna przynieść ochłodzenie nastrojów. Istotny będzie tu efekt bazy, bo trzeba pamiętać o tym, że w 2018 r. w Stanach Zjednoczonych miała miejsce reforma podatkowa, która poprawiła pozycje gotówkowe spółek przez obniżenie podatku dochodowego. Dziś te spółki przeznaczają dodatkowe zyski na skupy akcji. Nie umknęło to uwadze inwestorów, którzy zaczęli lokować kapitał w fundusze. Mocne napływy do funduszy typu ETF były widoczne np. w ubiegłym tygodniu.
Pomimo pozytywnych sygnałów w krótkim terminie trzeba równocześnie pamiętać o ryzyku. W ub. tygodniu szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego Christine Lagarde zwróciła uwagę, że ewentualne bardzo szybkie odbicie gospodarek w II półroczu 2019 r. nie jest pewne. Tego typu wypowiedź może mieć negatywny wpływ na rynki akcji. Dodatkowo wskaźniki wyprzedzające (np. przemysłowe PMI) są słabe, ale już widzimy, że tempo tych spadków nie powinno być wysokie. Wyjątkiem są Niemcy, gdzie przemysłowe PMI utrzymuje się na niskich poziomach, nie widzianych od 2012 r. Pozostałe wskaźniki PMI spadły, ale nie obniżają się dalej. Jedynie w sektorze usług obserwujemy dalsze spadki.
W Chinach zaczyna działać stymulus fiskalny. Rynkom akcji może pomóc porozumienie w rozmowach handlowych pomiędzy Washingtonem a Pekinem. Doniesienia o trwających negocjacjach są pozytywne (np. przedstawiciele Chin po raz pierwszy przyznali, że mogą rozpocząć rozmowy o prawach własności intelektualnej, czego wcześniej konsekwentnie odmawiali). Na decydujące rozstrzygnięcia w negocjacjach jeszcze jednak musimy poczekać. Gdy decyzje już zapadną, ważna będzie właściwa ocena ich wpływu na gospodarkę, czyli tego, czy sankcje zostaną zniesione i wrócimy do stanu sprzed ich wprowadzenia, czy np. przyjęte rozwiązania będą polegały na jakiejś formie automatyzacji uruchamiania sankcji.
W ostatnich tygodniach na rynki akcji wpływa też wolta w polityce pieniężnej FED. Decyzje banków centralnych wpływają na wszystkie klasy aktywów i tak było też w tym przypadku – obserwowaliśmy wzrosty zarówno obligacji, jak też akcji i cen surowców.
Dla europejskich rynków akcji ważne są wydarzenia związane z brexitem. W tym przypadku istotna jest data 12 kwietnia, jednak większość rynku przewiduje przedłużenie terminu wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej o rok. Potencjalny hard brexit (opuszczenie przez Wielką Brytanię UE bez umowy) wpłynie negatywnie na gospodarki wszystkich krajów, przynajmniej do czasu, gdy nie zostaną ustrukturyzowane i zawarte odpowiednie umowy handlowe z Wielką Brytanią.
Obecnie na rynku pojawia się nacisk na zmniejszenie kosztów pracy i zwiększenie środków w kieszeniach pracowników. Warto podjąć działania w kwestii nakładanych na nich obciążeń. Jednym z omawianych elementów, który miałby pozwolić na ich zmniejszenie, jest uznanie większej kwoty związanej z kosztami. Dotychczas było to ponad sto złotych miesięcznie, w zależności od pracownika. To rozsądne stawki, ale w odniesieniu do realiów z czasów ich ustanawiania. Od wielu lat nie były waloryzowane. Koszt uzyskania przychodu na takim poziomie odpowiada co najwyżej cenie biletu komunikacyjnego, dzięki któremu zatrudniony dociera do pracy.
– Funkcjonowanie w sferze zawodowej wymaga jednak o wiele większych nakładów – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista KIG – Wydatki te obejmują wiele elementów – od odpowiedniej odzieży, po inwestowanie w rozwój i materiały naukowe – fachowe czasopisma czy książki branżowe. To także kwestia dodatkowej nauki języków obcych, której koszt nie zawsze pokrywa pracodawca. Zaistnienie na rynku pracy wymaga odpowiednich środków. Pracownik ponosi więc spore koszty, a państwo do tej pory ich nie dostrzegało. Nie wprowadzano zmian, jakie miałyby nadgonić sytuację gospodarczą. Korzystano z sytuacji, aby podnieść fiskalizm. Próba uporządkowania tego obszaru wymaga dalszego rozważenia. Wszystkie działania powinny prowadzić do zbalansowania budżetu. Ulgi dla pracowników powinny jednak pozostawić kilkadziesiąt, być może nawet sto złotych miesięcznie w kieszeni zatrudnionych. To rozwiązanie korzystne także dla pracodawców, którzy będą mogli pokazać, że pensje netto są wyższe niż do tej pory. Pozwoli to choć trochę zahamować presję płacową – podkreślił Soroczyński.
Rośnie potencjał logistyczny Polski zachodniej – firmy coraz częściej dostrzegają walory regionu i chętniej lokują tam obiekty magazynowe. Wzrost liczby nowych inwestycji powodowany jest nie tylko zwiększeniem popytu i rekordowo niskim, bliskim zera wskaźnikiem pustostanów, ale również dobrą koniunkturą w Polsce. Inwestorzy zachęceni stabilną sytuacją gospodarczą kraju oraz sukcesem innych inwestycji w regionie chętniej lokują w nim swój kapitał. Ponadto, województwo lubuskie zapewnia im dobrą infrastrukturę drogową oraz bliskość niemieckiego rynku. Jak wynika z najnowszego raportu CBRE „Poland Industrial Destinations 2019”, szczególnie widoczny jest wzmożony rozwój nowych lokalizacji przemysłowo-logistycznych w rejonie Zielonej Góry, Świebodzina, Nowej Soli czy Sulechowa.
Województwo lubuskie posiada ponad 351 tys. mkw. nowoczesnej przestrzeni magazynowej. Tylko w 2018 r. popyt kształtował się tam na poziomie przeszło 74 tys. mkw., a każda dodatkowa powierzchnia cieszyła się ogromnym zainteresowaniem inwestorów. Aktualnie wskaźnik pustostanów jest bliski zeru. W budowie jest niemal 17 tys. mkw. nowych magazynów, na które podpisane są już umowy najmu.
Wszechstronny potencjał
Zachodni region Polski w ostatnich latach bardzo dynamicznie się rozwija. Dzięki stosunkowo wysokiej dostępności pracowników oraz ośrodkom akademickim zlokalizowanym w Gorzowie i Zielonej Górze, inwestorzy mają łatwy dostęp do wykwalifikowanej kadry pracowniczej, w porównaniu np. do Poznania czy Wrocławia. Istotne znaczenie ma również bliskość niemieckiej granicy, co ułatwia dystrybucję na tamtejszy rynek. Co więcej, region może się pochwalić dobrze rozwiniętą siecią dróg ekspresowych i autostrad. Zmodernizowana i rozbudowana infrastruktura transportowa jest jednym ze elementów wpływających w znaczny sposób na rozwój gospodarczy regionu zachodniego – przebiegają tu dwa ważne szlaki transportowe: północ-południe (S3) oraz wschód-zachód (A2). Obszar ten jest bardzo różnorodny pod względem znajdujących się tutaj ośrodków przemysłowych. Główne gałęzie to: chemiczna, elektroniczna, meblarska, tekstylno-konfekcyjna, przetwórstwa spożywczego i drzewna.
Wyzwania rynku
Aleksander Kuźniewski, CBRE
– Ten mały, z punktu widzenia dostępności powierzchni magazynowych, region o wielkim potencjale ma przed sobą wiele wyzwań. Jednym z nich jest sąsiedztwo bardziej rozwiniętych rynków – aglomeracji Wrocławia, Poznania i Szczecina. Jednak to nie odstrasza ani rodzimych, ani zagranicznych inwestorów. Zainteresowanie tym obszarem nie słabnie przede wszystkim ze względu na dogodną lokalizację i połączenie drogą ekspresową z autostradą A2, co znacząco ułatwia transport. Potencjał województwa lubuskiego potwierdza także obecność międzynarodowych firm takich jak TPV Polska, SC Johnson, czy Borne Furniture – zauważa Aleksander Kuźniewski, Dyrektor w Dziale Powierzchni Magazynowych i Przemysłowych na północną i zachodnią Polskę.
W nadchodzących latach region zachodni ma szansę na jeszcze szybszy przyrost powierzchni magazynowej, napędzanej dużym popytem. Każdy nowy obiekt cieszy się zainteresowaniem ze strony najemców i inwestorów, dlatego prognozy nie wydają się być tworzone na wyrost. Dodatkowo, na terenie Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej inwestorzy mogą skorzystać z pomocy publicznej i zwolnienia z podatków jeśli spełnią odpowiednie kryteria prawne.
Aż 43,3 proc. Polaków pracuje ponad wyznaczony czas pracy za darmo
Sytuacja w Europie jest jeszcze gorsza – na brak wynagrodzenia za nadgodziny narzeka niemal 60 proc. Europejczyków
W najgorszej sytuacji są Niemcy, Hiszpanie i Brytyjczycy
Niemal dwie trzecie pracowników w Europie (60 proc.) deklaruje, iż nie otrzymuje wynagrodzenia za nadgodziny – wynika z najnowszego badania „Workforce View in Europe” przeprowadzonego przez ADP. W Polsce ten wskaźnik jest niższy, jednak wciąż niepokojący – aż 43,3 proc. polskich pracowników przyznaje, że zdarza im się pracować poza standardowymi godzinami zupełnie za darmo.
Europejscy pracownicy spędzają w pracy przeciętnie niemal o 5 godzin (4 godziny 47 minut) tygodniowo ponad ustawowy czas pracy – nie otrzymując za to wynagrodzenia. Wynika tak z badania ADP „Workforce View in Europe 2019” przeprowadzonego pośród ponad 10 tys. pracowników z ośmiu państw europejskich. Niemal co trzeci respondent wyrabia za darmo 6-10 nadgodzin (27,2 proc.), natomiast 12,2 proc. pracuje bez wynagrodzenia średnio ponad 10 godzin każdego tygodnia.
W zestawieniu z wynikami europejskimi sytuacja polskich pracowników prezentuje się znacznie lepiej. Polacy przepracowują za darmo średnio 3,5 godziny ponad standardowy czas 40 godzin tygodniowo. Natomiast powyżej 10 godzin tygodniowo, bez dodatkowego wynagrodzenia, pracuje zaledwie 8,5 proc. polskich pracowników.
– Mimo, iż od wielu miesięcy toczy się debata publiczna dot. trudnego rynku pracy, na którym panuje deficyt pracowników, wielu pracodawców zawodzi w najbardziej podstawowej kwestii – sprawiedliwego wynagradzania za przepracowany czas. To niepokojąca tendencja, która w dłuższej perspektywie wiąże się z wypaleniem zawodowym i utratą motywacji pracowników, a to najczęściej oznacza obniżenie wydajności, motywacji lub zmianę pracodawcy – komentuje wyniki badań Anna Barbachowska, HR Business Partner ADP Polska.
Pracodawcy od wielu lat dostrzegali konieczność zapewnienia swoim pracownikom możliwości wypoczynku i utrzymania równowagi między pracą, a życiem prywatnym. Wyniki sugerują jednak, że przed pracownikami wciąż stawiane są nierealne wymagania. To sprawia, że pracują oni dłużej, niż przewiduje to umowa i nie są za to wynagradzani.
– Rolą liderów i managerów jest wyznaczanie realistycznych terminów realizacji zadań. Ważne jest też adekwatne wsparcie i zasoby umożliwiające osiąganie wyznaczonych celów w trakcie standardowych godzin pracy – mówi Anna Barbachowska. – Większailość pracy często przekłada się na niższą jakość jej wykonania, co może negatywnie wpływać na samych pracowników. To praca o wysokich standardach, zgodna z misją firmy, angażuje nas i motywuje. Jeśli natomiast nadgodziny naprawdę są konieczne – pracodawca powinien dodatkowo docenić i wynagrodzić to ponadstandardowe zaangażowanie zespołu – kontynuuje Anna Barbachowska.
Europejscy pracownicy oświaty to osoby, którym zdarza się najczęściej przepracowywać przynajmniej 5 godzin tygodniowo za darmo (69,2 proc.). Jednak najdłuższe godziny pracy występują w sektorze usług informatycznych i telekomunikacyjnych oraz w sektorze usług finansowych. To tam najwięcej pracowników przepracowuje ponad 10 dodatkowych godzin tygodniowo.
Problem jest powszechny szczególnie w Niemczech (71,1 proc.), Hiszpanii (66,9 proc.) i Wielkiej Brytanii (65,9 proc.), a najmniej w Polsce (43,3 proc.). Niemal jedna czwarta (22,3 proc.) pracowników w Wielkiej Brytanii uważa, że przepracowuje przynajmniej 10 dodatkowych godzin, nie otrzymując wynagrodzenia. To ponad dwa razy więcej niż w innych krajach europejskich. Zjawisko nieopłacania nadgodzin rośnie znacząco również wśród najmłodszych pracowników. 16,8 proc. europejskich pracowników w wieku od 16 do 24 lat twierdzi, że przepracowuje w ten sposób ponad 10 godzin tygodniowo.
W badaniu ADP „Workforce View in Europe 2019” przeprowadzono ankiety dotyczące bieżących problemów w miejscu pracy wśród 10.000 pracowników we Francji, Niemczech, Włoszech, Holandii, Polsce, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii.
Wydatki na badania i rozwój, które zostały ujęte w firmowych kosztach, mogą być ponownie odliczone jako ulga podatkowa. Przedsiębiorca, który chce z niej skorzystać, musi do rozliczenia PIT za 2018 r. dołączyć druk PIT-BR.
Ulga na działalność badawczo-rozwojową (B+R) została wprowadzona w 2016 roku, zastępując wcześniej istniejącą ulgę technologiczną. Wciąż bardzo mały odsetek przedsiębiorców korzysta jednak z tej ulgi. Część z nich nie identyfikuje u siebie działalności badawczo-rozwojowej, mimo że mogłaby. Część natomiast w ogóle nie słyszała o uldze B+R. Sprawę dodatkowo komplikuje to, że do rozliczeń za 2018 rok należy stosować przepisy w postaci zmienionej pod koniec 2017 roku.
Czym więc jest ulga B+R i jaki jest jej mechanizm?
Cztery przesłanki
Na podstawie ustawy o PIT można stwierdzić, że działalność B+R:
obejmuje swoim zakresem badania naukowe albo prace rozwojowe,
ma twórczy charakter,
jest podejmowana w sposób systematyczny,
jest podejmowana w celu zwiększenia zasobów wiedzy oraz wykorzystania zasobów wiedzy do tworzenia nowych zastosowań.
Mimo iż na pierwszy rzut oka może się wydawać, że wskazane wyżej przesłanki są trudne do spełnienia, a ulga B+R będzie miała zastosowanie w bardzo ograniczonej liczbie przypadków, to jest to wrażenie mylne. Kryteria te nie są nadmiernie wygórowane, a ww. przesłanki wystarczy zrelatywizować do danego przedsiębiorcy, a nie do całego kraju czy całego świata.
Należy jednak mieć na uwadze, że prac badawczo-rozwojowych nie stanowią w szczególności rutynowe oraz okresowe zmiany wprowadzane do produktów, istniejących usług oraz innych operacji w toku, nawet jeżeli takie zmiany mają charakter ulepszeń.
Koszty kwalifikowane
Wraz z wprowadzeniem ulgi badawczo-rozwojowej, pojawiło się również pojęcie kosztów kwalifikowanych. Koszty kwalifikowane to nic innego jak koszty uzyskania przychodów poniesione na działalność badawczo-rozwojową. Koszty te są odliczane od przychodu, a więc zmniejszają podstawę opodatkowania. Muszą one być wyodrębnione w prowadzonych przez podatnika księgach podatkowych.
W najczęstszych przypadkach, możliwość odliczenia kwalifikowanych kosztów uzyskania przychodów istnieje przy spełnieniu następujących warunków:
koszty nie zostały podatnikowi zwrócone w jakiejkolwiek formie;
koszty nie zostały już odliczone od podstawy obliczenia podatku;
działalność nie jest prowadzona w specjalnej strefie ekonomicznej;
ulga mieści się w ramach limitów przewidzianych w ustawie.
Co ważne, od 2018 roku w życie weszły zmiany, które
rozszerzyły katalog kosztów uznawanych za koszty kwalifikowane,
poszerzyły krąg podmiotów uprawnionych do skorzystania z niektórych odliczeń oraz
podniosły wysokość dostępnego odliczenia.
Zmiany te powodują, że ulga na działalność badawczo-rozwojową staje się coraz bardziej atrakcyjna dla podatników.
Poszerzony katalog…
W pierwszej grupie najważniejsze są trzy zmiany. Po pierwsze, obok wynagrodzeń wypłacanych pracownikom zatrudnionym na umowę o pracę, wprowadzono możliwość zaliczenia do kosztów kwalifikowanych również wynagrodzeń wypłaconych pracownikom z tytułu umowy zlecenie lub umowy o dzieło. Po drugie, katalog kosztów kwalifikowanych został poszerzony o nabycie niebędącego środkami trwałymi sprzętu specjalistycznego wykorzystywanego bezpośrednio w prowadzonej działalności B+R, takiego jak np. przybory laboratoryjne. Po trzecie, w przypadku wartości niematerialnych i prawnych w postaci kosztów prac rozwojowych zakończonych pozytywnym wynikiem, dodano możliwość zaliczenia do kosztów kwalifikowanych odpisów amortyzacyjnych w proporcji w jakiej w jej wartości początkowej pozostają wskazane w ustawie koszty kwalifikowane (np. koszty pracownicze).
…i krąg uprawnionych
W drugiej grupie zmian najważniejsza to możliwość skorzystania z kosztów patentowych przez wszystkich przedsiębiorców, a nie jak dotychczas tylko przez mikroprzedsiębiorców, małych oraz średnich przedsiębiorców.
Wyższe kwoty
Jeżeli chodzi o wysokość dostępnych odliczeń, to zostały one podwyższone dla wszystkich rodzajów kosztów kwalifikowanych. Pozostają one jednak różne dla poszczególnych rodzajów kosztów. Przykładowo, w rozliczeniu podatkowym za 2017 rok mikroprzedsiębiorcy mogli odliczyć 50 proc. kosztów pracowniczych jako koszty kwalifikowane. Obecnie mogą odliczyć 150 proc. takich kosztów.
Podwójna korzyść
Mechanizm zastosowany przy uldze badawczo-rozwojowej polega na tym, że koszty związane z działalnością badawczo-rozwojową dwukrotnie wpływają na wysokość podstawy obliczenia podatku dochodowego. Po raz pierwszy koszty te podlegają odliczeniu jako koszty uzyskania przychodów. Po raz drugi podlegają odliczeniu w momencie odliczenia od podstawy opodatkowania w ramach ulgi B+R (np. dla dużych przedsiębiorców w kwocie 100 proc. w przypadku kosztów pracowniczych).
Jeżeli przedsiębiorca decyduje się na odliczenie kosztów B+R, to powinien do zeznania podatkowego dołączyć załącznik PIT/BR.
Przykład: W 2018 r. koszty pracownicze zaliczone do kosztów uzyskania przychodów wynosiły dla mikroprzedsiębiorcy 100 tys. zł (możliwe odliczenie: 150 proc.). W zeznaniu rocznym mikroprzedsiębiorca może więc odliczyć od podstawy opodatkowania 150 tys. zł. KONIEC PRZYKLADU
Strata i zwrot bezpośredni Gdy podatnik w 2018 r. poniósł stratę albo gdy podstawa opodatkowania jest niższa od przysługujących odliczeń, istnieje możliwość rozliczenia straty podatkowej w zeznaniach za kolejno następujące po sobie sześć lat podatkowych. Bezpośredni zwrot wydatków na działalność B+R jest przewidziany dla przedsiębiorców w roku rozpoczęcia działalności gospodarczej oraz dla małych, średnich i mikroprzedsiębiorców także w drugim roku podatkowym prowadzenia działalności. Kwota zwrotu bezpośredniego wynosi 18 proc. nieodliczonej kwoty w przypadku przedsiębiorców opodatkowanych na zasadach ogólnych oraz 19 proc. w przypadku przedsiębiorców opodatkowanych podatkiem liniowym. Zwrot bezpośredni, tak jak w przypadku samej ulgi B+R, wykazuje się podczas składania rocznego zeznania podatkowego w załączniku do zeznania rocznego PIT/BR.
Przykład:
Dużemu przedsiębiorcy opodatkowanemu na zasadach ogólnych przysługiwało prawo do odliczenia kosztów patentowych w wysokości 100 tys. złotych, ale mógł odliczyć tylko 50 tys. złotych. Pozostałe 50 tys. zł należy przemnożyć przez współczynnik limitu kosztów (100 proc.) oraz 18 proc., co daje zwrot bezpośredni w wysokości 9 000 zł.
KONIEC PRZYKLADU
Podsumowując, istotą ulgi B+R jest odliczenie wydatków na działalność badawczo-rozwojową od dochodu. Wydatki zaliczone do kosztów uzyskania przychodów mogą być ponownie odliczone jako ulga podatkowa. Systematyczne podnoszenie przez ustawodawcę progu kosztów kwalifikowanych możliwych do odliczenia w ramach działalności badawczo-rozwojowej prowadzi do wzrostu atrakcyjności ulgi B+R.
Autor: Sebastian Kałuża jest aplikantem adwokackim, ekspertem w zespole Global Mobility Services – PIT w KPMG w Polsce
Podstawa prawna: art. 26e ustawy z 26 lipca 1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych (tekst jedn. Dz.U z 2018 r. poz. 1509 ze zm.)
Źródło: Artykuł pt. „Ulgę B+R rozlicza się w zeznaniu rocznym ukazał się w dzienniku Rzeczpospolita 8 kwietnia 2019 r.
Już na początku 2019 roku pracodawcy rozpoczęli intensywne poszukiwania nowych pracowników do swoich zespołów. Jednym ze skutecznych sposobów dotarcia do kandydata jest metoda direct search, czyli bezpośredni kontakt z potencjalnym pracownikiem. W I kwartale roku za pośrednictwem Wyszukiwarki Kandydatów wiadomość od rekrutera otrzymało 66 230 osób posiadających profil zawodowy w serwisie GoldenLine. Najczęściej poszukiwani byli specjaliści z obszarów: IT – rozwój oprogramowania, Inżynieria, Finanse/Ekonomia, Sprzedaż oraz Produkcja. Najwięcej wiadomości rekruterzy wysłali do osób mieszkających w województwie mazowieckim, śląskim i dolnośląskim oraz do tych w wieku 27-36 lat.
Kogo szukali rekruterzy za pomocą Wyszukiwarki Kandydatów na GoldenLine?
Wyszukiwarka Kandydatów jest narzędziem umożliwiającym bezpośrednie dotarcie do odpowiednich kandydatów. W I kwartale 2019 roku wiadomość od rekrutera z zaproszeniem do procesu rekrutacji za pośrednictwem GoldenLine otrzymało 66 230 użytkowników posiadających profil zawodowy w serwisie. Jak wynika z analiz GoldenLine, wśród osób, które otrzymały wiadomość od rekrutera, 14% miało zaznaczoną na profilu specjalizację IT – rozwój oprogramowania. Na drugim miejscu znaleźli się kandydaci z zaznaczoną specjalizacją Inżynieria (13%), na trzecim zaś Finanse/Ekonomia (10%). Tuż za podium uplasowały się osoby ze specjalizacją Sprzedaż (10%) oraz Produkcja (9% osób, które otrzymały zaproszenie do procesu rekrutacji, miało zaznaczoną na profilu tę specjalizację).
Jaki jest wiek poszukiwanych pracowników?
W I kwartale 2019 roku rekruterzy wysłali najwięcej ofert pracy do kandydatów pomiędzy 27. a 36. rokiem życia – w tym wieku było 53% osób, które otrzymały zaproszenie do procesu rekrutacji. 25% osób, z którymi skontaktowali się rekruterzy, znalazło się w przedziale wiekowym 37 – 44 lata . Natomiast 7% osób, które otrzymały wiadomość rekrutacyjną za pośrednictwem serwisu GoldenLine, było w wieku 18 – 26 lat.
Z jakich województw pochodzą najczęściej poszukiwani pracownicy?
W I kwartale najwięcej wiadomości od rekrutera otrzymały osoby mieszkające w województwie mazowieckim (24%), śląskim (13%), dolnośląskim (11%), wielkopolskim (11%) i małopolskim (10%). Przy tym największe zapotrzebowanie rekrutacyjne jest w dużych miastach – spośród osób, które otrzymały w ubiegłym miesiącu wiadomość od rekrutera, 16% mieszka w Warszawie, 7% w Krakowie, 6% we Wrocławiu, 6% w Poznaniu oraz 4% w Łodzi.
Znajomość języków obcych – kogo szukali rekruterzy?
Znajomość języków obcych również jest istotna dla rekruterów. Wśród 66 230 osób, które otrzymały na GoldenLine zaproszenie do procesu rekrutacji bezpośrednio od pracodawcy, 77% włada językiem angielskim na poziomie podstawowym, dobrym lub biegłym. Innym często występującym językiem jest język niemiecki (zna go 29% użytkowników, którzy otrzymali wiadomość od rekrutera) oraz rosyjski (10% użytkowników). Język francuski zna 5% osób, które dostały zaproszenie do procesu rekrutacji, a język hiszpański 4%.
Jakich pracowników poszukiwali rekruterzy za pośrednictwem ogłoszeń o pracę?
W I kwartale 2019 roku pracodawcy zamieścili w serwisie GoldenLine 7 528 ogłoszeń. Większość z nich została skierowana do kandydatów zamieszkujących województwo mazowieckie (19%), dolnośląskie (10%), śląskie (10%), małopolskie (8%) oraz łódzkie (7%).
Jak wynika z analiz GoldenLine, największa liczba ofert była skierowana do osób pracujących w obszarze Produkcja i objęła 23% wszystkich opublikowanych ogłoszeń. Na kolejnych miejscach znalazły się: Sprzedaż (18%), Obsługa klienta/Call Center (15% wszystkich ofert), Inżynieria/Elektronika/Technologia (12% ofert) oraz Budownictwo/Geodezja (8%).
Polacy, mimo że w znacznej większości znają rozwiązania smart home, to wciąż rzadko się na nie decydują – wynika z najnowszego badania Oferteo.pl. Urządzenia z kategorii inteligentnego domu znalazły zastosowanie rzadziej niż w co czwartym domu budowanym w 2018 roku.
Co czwarty dom w Polsce jest „inteligentny”?
Ponad połowa ankietowanych przez Oferteo.pl, największy polski serwis łączący poszukujących towarów i usług z ich dostawcami, zadeklarowała, że zna pojęcie smart home, ale nie zdecydowała się na zastosowanie ich w budowanych przez siebie domach.
Na wdrożenia smart home zdecydowało się 23% ankietowanych, którzy w 2018 roku budowali dom. Jest to taki sam odsetek, jak w ubiegłorocznym badaniu. Z kolei 18% badanych przyznało, że nie wie, czym są systemy inteligentnego domu.
– Planując wdrożenia systemów smart home warto zwrócić się o pomoc do fachowej firmy, która doradzi, jakie rozwiązania i od którego producenta wybrać – radzi Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. – Podobnych specjalistów jest coraz więcej, a popyt na ich usługi będzie wzrastał razem z rozwojem rynku smart home w Polsce.
Jaki rodzaj urządzeń wybierają Polacy?
Największą popularnością wśród polskich użytkowników smart home cieszyły się w 2018 roku urządzenia mające zapewnić bezpieczeństwo. Były to zwłaszcza różnego rodzaju inteligentne czujniki (np. tlenku węgla, dymu, a także czujniki ruchu), alarmy i kamery monitoringu. Jednak na inteligentne zamki zdecydowało się już tylko 18% badanych przez Oferteo.pl. Wśród najczęściej wybieranych urządzeń znalazły się także zdalnie sterowane termostaty.
Stosunkowo rzadko wybierane były rozwiązania służące dostarczeniu rozrywki, jak inteligentne systemy audio, a także – co może zaskakiwać, biorąc pod uwagę jakość powietrza w Polsce – oczyszczacze powietrza. Relatywnie niewiele osób zdecydowało się także na smart klimatyzatory.
– Wyniki badania pokazują, że największym zainteresowaniem cieszą się produkty zwiększające bezpieczeństwo i komfort oraz pozwalające na dodatkowe oszczędności. Oznacza to, że użytkownicy są coraz bardziej świadomi, że automatyzacja domowych zadań ułatwia życie – mówi Fred Potter, założyciel firmy Netatmo – producenta rozwiązań inteligentnego domu. – Z pewnością przełoży się to na wzrost rynku rozwiązań inteligentnego domu w Polsce w perspektywie kolejnych kilku lat.
Google Home przed Fibaro
Użytkownicy urządzeń smart home najczęściej korzystali z pojedynczych, niescentralizowanych urządzeń (24% odpowiedzi). Natomiast najczęściej używanymi centralnymi systemami sterowania były: Google Home (15%), Fibaro i Samsung SmartThings (po 13%). Na ich tle wyraźnie odstaje system Apple HomeKit, na który zdecydowało się tylko 5% badanych oraz Amazon Alexa z 3% odpowiedzi.
Analizując powyższe wyniki warto mieć na uwadze, że aż 22% ankietowanych nie wiedziało, jakiego systemu sterującego używa.
Czym są systemy smart home?
Systemy inteligentnego domu (ang. smart home) umożliwiają zdalne sterowanie urządzeniami podłączonymi do domowej sieci internetowej. Za ich pomocą, wykorzystując aplikację zainstalowaną na smartfonie lub tablecie, można sterować np. oświetleniem lub ogrzewaniem. W ramach inteligentnego domu można również uzyskać zdalny dostęp do obrazu z kamer monitoringu, pomiarów jakości powietrza i temperatury czy też skorzystać z czujników ruchu w pomieszczeniach. Smart home pozwala także na automatyzację poleceń na bazie określonych warunków.
Metodologia badania
Przedstawione w „Raporcie o budowie domów w Polsce” dane pochodzą z analizy ponad 17 tysięcy zapytań ofertowych złożonych w 2018 roku w serwisie Oferteo.pl przez osoby poszukujące towarów i usług związanych z budową domów oraz z badania ankietowego przeprowadzonego w styczniu 2019 roku metodą CAWI na próbie 600 osób, które w 2018 roku budowały dom.
31 marca 2019 r. upłynęło równo 10 lat odkąd można w Polsce ogłosić upadłość konsumencką. Wniosek w tej sprawie osoby fizyczne nieprowadzące działalności gospodarczej mogą składać raz na 10 lat. Wniosek zostanie jednak oddalony, jeśli niewypłacalność dłużnika nastąpiła wskutek jego rażącego niedbalstwa. Jak potwierdził Sąd Okręgowy w Toruniu w postanowieniu z 14 lutego 2019 r., za taki przejaw rażącego niedbalstwa uznać należy zaciąganie nowych zobowiązań, bez gwarancji spłaty już zaciągniętych (sygn. akt VI Gz 251/18).
Przepis art. 491⁴ ust. 1 Ustawy z dnia 28 lutego 2003 r. – Prawo upadłościowe (dalej: p.u.) stanowi: „Sąd oddala wniosek o ogłoszenie upadłości, jeżeli dłużnik doprowadził do swojej niewypłacalności lub istotnie zwiększył jej stopień umyślnie lub wskutek rażącego niedbalstwa” (Dz.U. 2003 nr 60, poz. 535, ze zm.).
Kredyt we frankach za zgodą małżonki
Nieprowadząca działalności gospodarczej małżonka prowadzącego firmę transportową przedsiębiorcy złożyła wniosek o ogłoszenie upadłości. Powodem były problemy finansowe, które dotknęły małżeństwo w 2015 r. wskutek nagłego wzrostu kursu franka szwajcarskiego. Mąż wnioskodawczyni zaciągnął bowiem za jej zgodą kredyt we frankach na zakup aut na potrzeby firmy.
Tytułem prowadzonych już przeciw wnioskodawczyni postępowań egzekucyjnych po potrąceniach komorniczych pozostawało jej miesięcznie do dyspozycji niewiele ponad 770 zł. Łącznie zobowiązania wnioskodawczyni przekraczały sumę 420 000 zł.
Rażące niedbalstwo, czyli lekkomyślność
We wrześniu 2018 r. Sąd Rejonowy w Toruniu oddalił wniosek dłużniczki o ogłoszenie upadłości konsumenckiej. Sąd stwierdził, że wypełniła się negatywna przesłanka z art. 491⁴ ust. 1 p.u., tj. „dłużniczka doprowadziła do swojej niewypłacalności lub istotnie zwiększyła jej stopień wskutek rażącego niedbalstwa” (postanowienie z 06.09.2018 r., sygn. akt V GU 183/18). Ustaleń takich sąd dokonał na podstawie zarówno dokumentów, jak i samych oświadczeń dłużniczki i jej zeznań. Sąd wskazał m.in. na zaciągnięcie przez wnioskodawczynię kredytu w wysokości ponad 58 000 zł w 2016 r., czyli już po wystąpieniu problemów finansowych jej i małżonka. Dodatkowo, jak wnioskodawczyni przyznała, środki z kredytu przeznaczyła na własne potrzeby, których nie potrafiła bliżej sprecyzować, ograniczając się, poza wskazaniem na zakup obuwia i odzieży, do stwierdzenia, że pieniądze po prostu „się rozeszły”.
„Rażące niedbalstwo, zwane w języku prawniczym także lekkomyślnością, to kwalifikowana postać tzw. winy nieumyślnej, polegającej na niedołożeniu należytej staranności wymaganej w danych okolicznościach (…) Zaciągając zobowiązanie dłużnik znała swoją sytuację finansową i powinna sobie zdawać sprawę, że spłata kredytu w wysokości ponad 50 tysięcy złotych będzie wyjątkowo trudna. O niedbalstwie dłużnika świadczy w tym przypadku również to, że dłużniczka tak naprawdę nie potrafiła sprecyzować na co konkretnie przeznaczyła uzyskane z kredytu pieniądze” (sygn. akt V GU 183/18).
Celem zaciąganych przez dłużnika nowych zobowiązań powinna być spłata starych
Dłużniczka wniosła zażalenie. Nie zgodziła się m.in. z ustaleniem sądu, aby do jej niewypłacalności miały doprowadzić własne rażące zaniedbania, podczas gdy stan ten wystąpił wskutek niezależnych od niej zdarzeń losowych. Jak zarzuciła sądowi pierwszej instancji, odmiennie należało ocenić przede wszystkim jej zeznania.
Rozpoznający zażalenie Sąd Okręgowy w Toruniu zawarł w swym postanowieniu pouczenie, że zarzut naruszenia granic swobodnej oceny dowodów nie może się obronić, mając oparcie jedynie w odmiennej, subiektywnej ich ocenie przez stronę. Wzrost kursu franka szwajcarskiego nie można uznać za zdarzenie losowe wpływające na odmienną ocenę postępowania skarżącej w doprowadzeniu się do niewypłacalności. Skarżąca w żaden sposób nie wykazała bowiem, że zaciągnięty przez nią po 2015 r. kredyt został przeznaczony na spłatę kredytów zaciągniętych przez jej męża we frankach. Zgodził się z sądem pierwszej instancji, że na niekorzyść wnioskującej o ogłoszenie upadłości działa przeznaczenie przez nią środków z kredytu na bliżej nieskonkretyzowane potrzeby własne, nawet jeśli jedną z nich byłoby bieżące utrzymanie siebie i męża. Co istotne, sąd odwoławczy stwierdził, że nawet częściowa spłata zobowiązań kredytowych i wyrażona przez dłużnika chęć spłaty ciążących na nim zobowiązań, w braku posiadania realnych do tego możliwości, nie może wpłynąć na uwzględnienie wniosku o ogłoszenie upadłości.
„Ratio legis art. 4914 ust. 1 p.u. należy upatrywać w powstrzymaniu się od takich zachowań przez dłużnika, którymi wpędza się on w spiralę pogłębiającego się nadmiernego zadłużenia. Przykładem takiego zachowania jest zaciąganie nowych zobowiązań o znacznej wartości w stosunku do dochodów dłużnika w sytuacji, gdy nie spłaca już wcześniejszych zobowiązań” (sygn. akt VI Gz 251/19).
Zarządzanie sytuacjami kryzysowymi
Pierwszym krokiem do skutecznego ogłoszenia upadłości jest przygotowanie wniosku o upadłość. Należy w nim wskazać rzetelne uzasadnienie celowości ogłoszenia upadłości. Pomocne jest również przedstawienie dowodów uwiarygadniających wystąpienie niezawinionych przez dłużnika przyczyn jego niewypłacalności, jak np. szpitalny wypis czy zaświadczenie lekarskie. Jak widać na przykładzie niniejszej sprawy, przemawiającym na korzyść dłużnika argumentem może być wykazanie przeznaczenia zaciąganych przez niego nowych zobowiązań na spłatę już istniejących, będących przyczyną jego złej sytuacji majątkowej. Ma to znaczenie zwłaszcza dla przedsiębiorstwa. W sytuacjach kryzysowych przedsiębiorca powinien bowiem wiedzieć nie tylko, jak pozyskać środki na bieżącą działalność i w jaki sposób ochronić posiadany majątek. Powinien przede wszystkim wiedzieć, jak w tej kryzysowej dla firmy sytuacji posiadanym majątkiem zarządzać, aby ta ochrona okazała się jak najbardziej skuteczna.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Aż 70 proc. ukraińskich migrantów zarobkowych pozytywnie ocenia doświadczenie pracy w Polsce, a 61 proc. chciałoby zamieszkać u nas na stałe – wynika z raportu opracowanego przez Polsko-Ukraińską Izbę Gospodarczą. 40 proc. badanych zdecyduje się na długotrwałe zatrudnienie w Polsce pod warunkiem, że wzrosną płace. Czynnikiem przyciągającym do pozostania w naszym kraju będą również: możliwość kupna mieszkania oraz kursy językowe.
Badanie zrealizowane wśród ukraińskich migrantów zostało oficjalnie przedstawione podczas odbywającego się od 10 kwietnia w Świnoujściu 11. Baltic Business Forum, największego wydarzenia gospodarczego na Pomorzu Zachodnim. Jak wynika z przedstawionego podczas Forum raportu, Ukraińcy pomimo tego, że od 2020 r. będą mieli otwartą drogę do legalnego podjęcia pracy w Niemczech, deklarują chęć pracy, a nawet stałego zamieszkania w Polsce. Warunek? Wynagrodzenia w Polsce za ich pracę muszą wzrosnąć. Dodatkowo 13 proc. ukraińskich migrantów chciałoby mieć możliwość nabycia w Polsce nieruchomości. Ważnym czynnikiem warunkującym pozostanie w Polsce jest również znajomość języka.
Z badania wynika, że aż dla 27 proc. ukraińskich migrantów zarobkowych trudności podczas pracy w Polsce powodowała nieznajomość języka. Na ciężkie warunki pracy i złe warunki zamieszkania narzeka 25 proc. badanych. Dla 30 proc. pracowników z Ukrainy właśnie to stało się powodem do rezygnacji z pracy.
Potrzebne regulacje ułatwiające pracę i życie Ukraińców w Polsce
Zdaniem prezesa Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej Jacka Piechoty, by poprawić sytuację, potrzebne jest wdrożenie regulacji prawnych, które pomogłyby cudzoziemcom nie tylko podejmowania pracy w Polsce, ale ułatwiałyby ich życie codzienne w naszym kraju. – Np. bezpłatne kursy językowe, ułatwienie procesu legalizacji, dostępne porady prawne oraz infolinia w języku ukraińskim – to pozwoliłoby pracownikom z Ukrainy czuć się w Polsce bardziej komfortowo i eliminowałoby patologie, występujące po obu stronach granicy – mówi Jacek Piechota.
W opinii prezes Fundacji „Nasz Wybór” Myroslavy Keryk zarówno Polska, jak i Ukraina zyskują na tym, że obywatele Ukrainy pracują w naszym kraju. – Konieczne jest, aby oba państwa zaangażowały się w informowanie obywateli ukraińskich o ich prawach i obowiązkach za granicą – powiedziała prezes Keryk podczas debaty na Baltic Business Forum w Świnoujściu.
Partnerstwo i zatrudnienie
Badanie zostało przeprowadzone na grupie 1025 osób badania migrantów zarobkowych z Ukrainy na zlecenie Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej oraz Foreign Personnel Service przez Centrum Badań Społecznych Narodowego Uniwersytetu „Akademia Ostrogska” w ramach kampanii społecznej „Partnerstwo i Zatrudnienie”, zainaugurowanej w kwietniu 2018 r. podczas 10. Baltic Business Forum w Świnoujściu. Jej głównym celem jest przeciwdziałaniu patologiom po ukraińskiej i polskiej stronie rynku pracy, a także upowszechnianie dobrych praktyk w zatrudnieniu. W ramach kampanii Polsko-Ukraińska Izba Gospodarcza wspólnie z partnerami pracuje nad upowszechnianiem dobrych praktyk w zatrudnianiu i wprowadzeniem rozwiązań, które pomogłyby Ukraińcom przybywającym do Polski w poszukiwaniu pracy.
Wsparcie w polityce informacyjnej skierowanej do obywateli Ukrainy deklaruje Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Radca minister Elżbiety Rafalskiej, Magdalena Sweklej przypomniała podczas debaty w Świnoujściu, że na początku 2018 r. weszły w życie zmiany przepisów w zatrudnianiu obcokrajowców, które – w jej opinii – znacznie poprawiły sytuację cudzoziemców pracujących w Polsce. Przyznała również, że w najbliższym czasie rząd nie zaskoczy pracodawców nowymi przepisami w tym zakresie. – Natomiast pracujemy nad nową polityką migracyjną, której elementem jest polityka integracyjna. W jej ramach zostaną wygospodarowane pieniądze, które posłużą do prowadzenia kampanii informacyjnej skierowanej do zagranicznych obywateli znajdujących zatrudnienie w Polsce – zapowiedziała Magdalena Sweklej.
W I kwartale 2019 firmy zamieściły na Pracuj.pl 152 576 ofert zatrudnienia – o 4% więcej, niż przed rokiem. Rekrutacja online cieszyła się niesłabnącym zainteresowaniem – mimo prognoz części ekspertów, dotyczących mniejszej aktywności pracodawców w zakresie zatrudnienia. W specjalnej sekcji raportu – „W centrum uwagi” – przyglądamy się uważniej ofertom z zakresu obsługi klienta – drugiej najpopularniejszej specjalizacji na portalu.
Handlowcy, obsługa klienta i IT to najpopularniejsze specjalizacje
Lekki spadek udziału handlowców i sprzedawców w ogóle ofert
Najwięcej ofert na 1000 mieszkańców w woj. mazowieckim i dolnośląskim
Najwięcej ofert branżowych w bankowości, handlu i produkcji
Rosnące zainteresowanie pracownikami fizycznymi
OFERTY: kolejny stabilny wzrost
W pierwszym kwartale 2019 roku liczba ofert na Pracuj.pl ponownie osiągnęła historyczny pułap. Po raz pierwszy pracodawcy zamieścili na początku roku ponad 150 000 ogłoszeń. Wzrost liczby ofert wyniósł 4% i był nieco mniejszy, niż przed rokiem (6,2%). Dane pokazują, że na rynku rekrutacji online na początku roku nie było widać wyraźnych symptomów spowolnienia gospodarczego, prognozowanych przez część ekspertów.
Warto zwrócić uwagę na wyraźnie największą aktywność pracodawców w pierwszym miesiącu roku. W styczniu zamieszczonych zostało 37% ogłoszeń z całego kwartału. Dane te dają argumenty na potwierdzenie tezy, że początek roku jest okresem szczególnie intensywnych działań rekrutacyjnych części firm – m.in. dzięki wdrażaniu nowych strategii kadrowych czy uwolnieniu dodatkowych budżetów na rekrutację.
SPECJALIZACJE: Liderzy wciąż silni
Blisko co trzecie ogłoszenie (30%) na Pracuj.pl w I kwartale 2019 roku dotyczyło specjalistów ds. handlu i sprzedaży – podobnie, jak w minionych latach była to najpopularniejsza grupa pracowników. Jednocześnie jednak udział sprzedawców i handlowców w ogólnej liczbie ofert spadł o 3,6% rok do roku – co może mieć związek z krokami części pracodawców podjętymi w związku z regulacjami wprowadzonymi w 2018 roku, m.in. z zakazem handlu w niedzielę.
W I kwartale 2019 pracodawcy aktywnie poszukiwali także specjalistów od obsługi klienta (22%). To jedna z najbardziej stabilnych specjalizacji pod względem zainteresowania pracodawców – od kilku lat dotyczy jej około 1/5 ofert na portalu. W sekcji „W centrum uwagi” przyglądamy się tej specjalizacji bardziej szczegółowo.
Trzecią najpopularniejszą grupę stanowili eksperci ds. IT (15% ofert). Dużym zainteresowaniem cieszyli się także finansiści (13%), inżynierowie (11%) i logistycy (8%). Ta ostatnia grupa specjalistów odnotowała także największy wzrost liczby zamieszczanych ofert w stosunku do ubiegłego roku – o 17%.
Podobnie jak w kilku ostatnich kwartałach, znacząco wzrosła liczba ogłoszeń kierowanych do pracowników fizycznych (niezależnie od specjalizacji). Łącznie kierowane było do nich 13% ogłoszeń w I kwartale 2019 roku.
BRANŻE: Bankowość, handel i produkcja na czele
W I kwartale 2019 w czołówce branż rekrutujących na Pracuj.pl znalazło się kilka, które generowały podobną liczbę ofert. Najwięcej ogłoszeń pochodziło z branży bankowo-finansowej (10%), niemal tyle samo – z branży handlu detalicznego / sprzedaży B2C (10%). Tuż za nimi uplasowała się produkcja FMCG (9%). Aktywnie rekrutowały także firmy o profilu handel / sprzedaż B2B oraz pracodawcy IT (po 7%).
WOJEWÓDZTWA: Gdzie najwięcej ofert na mieszkańca?
Wśród województw liderem niezmiennie pozostaje województwo mazowieckie – pochodziło z niego niemal co czwarte ogłoszenie opublikowane w I kwartale 2019. Drugie miejsce zajęło województwo dolnośląskie (10,4%), a trzecie – ex aequo śląskie i małopolskie (oba po 9,4%). Niewiele mniej ofert dostępnych było w woj. wielkopolskim (8,6%).
Co jednak ciekawe, duża liczba ofert nie zawsze jest równoznaczna równie dużemu wyborowi ofert dla każdego mieszkańca. Czołówka województw pod względem liczby ogłoszeń różni się od czołówki dysponujących największą liczbą ofert na 1000 mieszkańców. Liderami są pod tym względem nadal woj. mazowieckie (6,9 ofert) i dolnośląskie (5,5), ale na trzecim miejscu uplasowało się pomorskie (4,5) – nieobecne w top 5 pod względem ogólnej liczby ofert.
W CENTRUM UWAGI:
Obsługa klienta
W kolejnej edycji sekcji „W centrum uwagi” przyglądamy się tym razem specjalistom ds. obsługi klienta. To grupa, która od lat utrzymuje się na drugim miejscu pod względem liczby ofert pracy zamieszczanych na Pracuj.pl.
Specjalizacja ta obejmuje szerokie spektrum stanowisk w niemal wszystkich branżach na rynku. Za każdym razem wymaga jednak podobnego podstawowego zestawu kompetencji. Składają się na niego zdolności negocjacyjne, empatia, elastyczność, a w wielu wypadkach także żyłka do biznesu. W gronie tym znajdują się zarówno osoby wspierające pierwszą linię kontaktu z klientem, jak i m.in. doradcy i konsultanci biznesowi czy opiekunowie klienta.
Obsługa klienta w ostatnich kwartałach
Zarówno w ostatnich kwartałach, jak i latach specjaliści ds. obsługi klienta odnotowują stabilne zainteresowanie pracodawców. Do tej grupy kierowane jest co piąte ogłoszenie na Pracuj.pl. Pomijając nieco słabszą końcówkę 2018 roku, liczba ofert w ostatnich kwartałach utrzymuje się na poziomie około 32-33 tysięcy ofert.
Kiedy rekrutowano najczęściej?
Dane o ogłoszeniach dotyczących obsługi klienta dają kolejne potwierdzenie tezy o większej aktywności rekruterów na początku roku. I kwartał 2019 roku przyniósł najwięcej ofert w tej kategorii od końca 2017. Szczególną aktywność można było zauważyć w styczniu – pojawiło się w nim 38% wszystkich ogłoszeń z I kwartału. Z drugiej strony zauważalna jest także wyraźnie mniejsza aktywność rekruterów w grudniu – zamieszczano wówczas najmniej ogłoszeń zarówno w 2018, jak i 2017 roku.
Komentarz eksperta:
Rafał Stępień, Customer Relations Manager w Grupie Pracuj
Obsługa klienta to – jak zaznaczamy w naszym raporcie – jedna z najważniejszych i jednocześnie najmniej jednorodnych grup specjalistów, poszukiwanych przez rekruterów. Niezależnie, czy mówimy o pracowniku dużego centrum obsługi, doradcy w fizycznej placówce czy ekspercie wyższego szczebla, każda z tych osób tworzy wizerunek swojej firmy. Jakość usług oraz relacje z marką, budowane poprzez działania pracowników obsługi klienta, są obok produktu drugim kluczowym czynnikiem wpływającym na efekty osiągane przez biznes. Mając tego świadomość, w Grupie Pracuj przykładamy bardzo dużą wagę do rekrutacji osób, które zajmą się obsługą naszych Klientów.
Czy rola specjalistów ds. obsługi klienta będzie się zmieniać? Oczywiście. Według danych firmy EY, 79% działań realizowanych w ramach obsługi klienta w Stanach Zjednoczonych ma potencjał do automatyzacji. Nie dysponujemy podobnymi danymi dla Polski, lecz pewne jest, że rozwój „sztucznej inteligencji” będzie miał istotny wpływ na wiele aspektów pracy specjalistów ds. obsługi klienta. Przykładem mogą być m.in. boty wspierające Klientów w podstawowych procesach obsługi czy odpowiedziach na najczęściej zadawane pytania.
Jednocześnie, dane Pracuj.pl pokazują, że choć temat robotyzacji przetacza się w dyskusjach o customer service od wielu lat, zapotrzebowanie na kadry o tym profilu utrzymuje się na stabilnym, wysokim poziomie. Stopniowo jednak zmieniają się kompetencje oczekiwane od pracowników obsługi klienta i poszukiwane przez pracodawców obecnych na Pracuj.pl. Rośnie nacisk na zdolności technologiczne kandydatów oraz na ich umiejętności odnalezienia się w mniej przewidywalnych zadaniach, które są jednocześnie trudniejsze do zautomatyzowania.
Doświadczenia ostatnich lat pokazują, że o ile na rynku wciąż obserwowane jest podobne zainteresowanie specjalistami ds. obsługi klienta, przed grupą tą wiele wyzwań. W bliskiej przyszłości prawdopodobnie nastąpią kolejne zmiany kluczowych kompetencji oraz profilu pracownika poszukiwanego przez pracodawców.
Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl
Na przełomie 2018 i 2019 roku na rynku toczyła się dyskusja o potencjalnym spowolnieniu gospodarczym w Polsce. Niektórzy eksperci spodziewali się odczuwalnego wpływu zmian w gospodarce na popyt na pracowników już na początku roku. Nasze dane za ostatnie trzy miesiące nie potwierdzają tych prognoz – pracodawcy zamieścili w tym czasie na Pracuj.pl ponad 152 tysiące ofert zatrudnienia.
–
W porównaniu do analogicznego okresu w ub.r. liczba ogłoszeń wzrosła o 4%, osiągając najwyższy wynik w I kwartale w historii portalu. Nie oznacza to jednak, że nie warto czujnie przyglądać się ważnym zjawiskom na różnych polach rekrutacji.
Przyglądając się kontekstowi sytuacji pracodawców, można zauważyć, że zatrudnienie wciąż utrzymuje się na bardzo wysokim pułapie. Według Ministerstwa Pracy stopa bezrobocia osiągnęła w marcu poziom 5,9%. Według ostatnich przewidywań Narodowego Banku Polskiego, wzrost gospodarczy w 2019 roku powinien osiągnąć poziom 4,5%, rok później zwalniając jednak do około 3,7%. Pracodawcy borykają się także z dużą presją w kwestii utrzymania pracowników – 63% specjalistów badanych przez Pracuj.pl rozgląda się za nową pracą, a według raportu Work Service 62% z ankietowanych polskich pracowników oczekuje w najbliższych miesiącach podwyżki. Według tego samego raportu połowa pracodawców ma problemy z rekrutacją odpowiednich kandydatów, a wynagrodzenia chce zwiększyć tylko 27% firm.
W działaniach pracodawców powinna być więc uwzględniania zarówno wysoka liczba rekrutacji na rynku, jak też rosnące oczekiwania pracowników oraz możliwość wystąpienia wkrótce lekkiego spowolnienia koniunktury. W rozmowach z wieloma naszymi klientami, prowadzonych w I kwartale 2019 roku, dostrzegliśmy z jednej strony chęć jeszcze bardziej dynamicznej rekrutacji, a z drugiej – potrzebę dalszego rozwoju działań HR w kierunku automatyzacji, wzrostu efektywności, doboru trafnych narzędzi. To ważne sygnały także dla naszego działu rozwoju produktu, testującego kolejne nowe funkcje Pracuj.pl. Wszystkie te tendencje będą miały wpływ na rekrutację także w następnych kwartałach 2019.
Błyskawicznie rozwijający się rynek nieruchomości nie przestaje zaskakiwać. Zgodnie z szacunkami Eurostatu ponad 40 proc. Polaków żyje w zbyt ciasnych mieszkaniach, a Polska znajduje się w czołówce rankingu europejskich państw jeśli chodzi o przeludnienie. Jak informuje Domiporta.pl, w marcu br. pierwszy raz od 6 lat użytkownicy serwisu najchętniej przeglądali oferty mieszkań trzypokojowych. W porównaniu do stycznia wzrost zainteresowania większym metrażem wyniósł aż 40 proc. kosztem mniej popularnych kawalerek.
Boom w budownictwie mieszkaniowym wciąż trwa, co realnie może wpłynąć na zniwelowanie problemu przeludnienia w naszym kraju, które obecnie jest ponad dwukrotnie wyższe niż unijna średnia. Dla porównania w Wielkiej Brytanii wynosi ono zaledwie 8 proc. a w Niemczech 7,2 proc.
Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem
– Gorszą sytuację mieszkaniową niż w Polsce odnotowano tylko w czterech państwach: Rumunii Łotwie, Bułgarii i Chorwacji. Przeludnienie w naszym kraju w dużym stopniu spowodowane jest tym, że znaczna część Polaków zajmuje lokale wybudowane jeszcze w poprzednim ustroju, kiedy niewielki metraż był na porządku dziennym – zauważa Rafał Malik z Funduszu Mieszkań na Wynajem.
Powodów zmian preferencji mieszkaniowych w ostatnim czasie może być kilka. Na pewno istotny jest dynamiczny rozwój gospodarczy – jesteśmy jednym z najszybciej i najlepiej rozwijających się krajów Europy Wschodniej. Potwierdzają to min. systematyczne wzrosty zarobków, co niewątpliwie przekłada się na lepszą kondycję gospodarstw domowych. Znacząca jest także obecna niska stopa bezrobocia, która utrzymuje się na poziomie 6,1 proc.
– Do tej pory najczęściej poszukiwane były lokale dwupokojowe, co widać również w preferencjach wynajmujących Funduszu Mieszkań na Wynajem. W związku z poprawą jakości życia, Polacy zarówno na zakup, jak i wynajem, szukają lokali o większych metrażach. To, czy trend się utrzyma czy okaże chwilowym zjawiskiem, zależy od dalszych wzrostów pensji i cen mieszkań w kolejnych miesiącach. A te drugie wciąż rosną, głównie za sprawą systematycznie drożejących materiałów, rosnących kosztów robocizny i windujących cen gruntów pozyskiwanych pod inwestycje – komentuje Rafał Malik z Funduszu Mieszkań na Wynajem.
Duże w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu, a mniejsze w Łodzi i Gdańsku
Z danych innego serwisu nieruchomościowego Morizon.pl wynika, że mieszkań trzypokojowych poszukuje już ponad 30 proc. jego użytkowników, natomiast jak pokazują badania agencji nieruchomości Metrohouse, osoby zamieszkałe w Warszawie preferują zakup mieszkań o metrażu przekraczającym 60 mkw. Podobnie sytuacja wygląda w Krakowie. We Wrocławiu minimalny metraż poszukiwanych mieszkań wynosi 50 mkw, natomiast inaczej sytuacja wygląda w Łodzi i Gdańsku. Najwięcej łodzian preferuje zakup lokalu o małym metrażu, zazwyczaj do 39 mkw. W Gdańsku lokali do 29 mkw. poszukuje 28 proc. przyszłych nabywców. Podobny odsetek osób zainteresowanych jest metrażem 40-49 mkw.
Lokalne rynki mieszkaniowe rozwijają się w błyskawicznym tempie. Fundusz widząc ten potencjał powiększył w styczniu br. swoją ofertę mieszkaniową i udostępnił do wynajęcia prawie 80 lokali w swojej nowej inwestycji w Gdańsku przy ul. Kołodzieja. W ofercie znalazły się mieszkania o powierzchni od 31 mkw. do 57 mkw. – mówi Rafał Malik z Funduszu.
Jak wynika z najnowszych danych GUS, w lutym br. oddano do użytkowania o 6,9 proc. więcej mieszkań niż jeszcze przed rokiem. O 13,2 proc. zwiększyła się też liczba mieszkań zrealizowanych w budownictwie przeznaczonym na sprzedaż lub wynajem. W styczniu i lutym oddano do użytkowania ogółem ponad 32 tys. mieszkań. Względem roku 2018 to wzrost rzędu 7,8 proc.
Brexit to proces iście koszmarny i po unijnym szczycie wszystko wskazuje, że może mieć on finał 31 października, czyli w Halloween. May chciała krótszego odroczenia, strona unijna (z wyjątkiem Francji) dążyła do dłuższego, więc można mówić o pewnym kompromisie. Funt ledwo zareagował na taki rozwój wypadków, co świadczy o liczbie wątpliwości uczestników rynku i braku wiary w przełom.
Jeśli tylko w brytyjskim parlamencie zostanie poparta umowa wynegocjowana przez May, to możliwy jest wcześniejszy rozwód. Z góry nie zostało ustalone ani czy Wielka Brytania będzie uczestniczyć w wyborach do Parlamentu Europejskiego, niejasna jest też przyszłość May. Na razie deklaruje ona chęć kontynuowania swojej misji. W wycenie funta wciąż jest sporo premii za ryzyko, ale brak klarowności będzie hamować jest rozładowanie.
Posiedzenie ECB znika za horyzontem – groźba dalszego pognębienia euro przez władze monetarne chwilowo znika. Kurs EUR/USD ma jednak wyraźny problem ze sforsowaniem 1,13. Mimo to naszym scenariuszem bazowym pozostaje stopniowy wzrost eurodolara na wyższe pułapy wraz z poprawą danych napływających z europejskich gospodarek. Zmienność notowań jest jednak minimalna i nie należy spodziewać się szybkiej akceleracji zwyżek.
Z kolei w protokole z marcowego posiedzenia FOMC nie odnajdujemy nic przełomowego. Sceptycznie należy podchodzić do nadziei na to, że jeszcze w tym roku możliwa jest dodatkowa podwyżka stóp. Widać też jednoznacznie, że decydenci w tej chwili poważnie nie rozważają możliwości redukcji kosztu pieniądza i trzymają się oceny, że problemy leżą na zewnątrz a gospodarka USA jest silna.
W gronie głównych walut pozytywnie postrzegamy perspektywy dolara nowozelandzkiego. Ostatnia przecena była zbyt mocna. Obrona dolnego ograniczenia wielomiesięcznego przedziału wahań przy jednoczesnym utrzymywaniu się pozytywnych nastrojów na rynkach ryzykownych aktywów daje szansę na korektę. Mniej pozytywnie postrzegamy dolara kanadyjskiego, któremu może zagrozić wisząca w powietrzu korekta notowań ropy naftowej. W tym tygodniu rekomendowaliśmy kupno EUR/CAD. Złoty pozostaje stabilny, EUR/PLN jest blisko 4,28. W przypadku rodzimej waluty nie widzimy dużej przestrzeni do umocnienia i wyrwania się z rekordowo niskiej zmienności. W koszyku CEE3 pozytywnie rysują się natomiast perspektywy forinta. EUR/HUF zdecydowanie ma przestrzeń do odrabiania ostatniej słabości.
Za trzydzieści lat może zabraknąć czekolady. Światowe zasoby kakaowca gwałtownie maleją, o czym alarmują Mars i Barry Callebaut1. Według ich szacunków pokłady kakao zmniejszają się z roku na rok. W 2018 r. na świecie zużyto o 70 tysięcy ton więcej niż wyprodukowano. Giganci spożywczy zapowiadają, że w 2020 r. deficyt może sięgnąć miliona ton2.
Obecnie większość światowej produkcji kakao pochodzi z Ghany i Wybrzeża Kości Słoniowej3. Tamtejszym plantacjom zagraża jednak susza spowodowana zmianami klimatu oraz pasożyty i nieodpowiednie gospodarowanie gruntem. Kakaowiec to roślina wymagająca: potrzebuje dużo słońca, ale też odpowiedniego poziomu wilgotności. Miejsc dogodnych do uprawy wciąż ubywa. Dlatego z roku na rok produkcja czekolady spada, choć popyt na nią stale rośnie. Być może rozwiązanie przyniesie nauka. Mars już nawiązał współpracę z badaczami z Uniwersytetu Kalifornijskiego, którzy prowadzą próby genetycznej modyfikacji kakaowca tak, by uzyskać odmianę bardziej odporną na suszę.
Coraz głośniej w kontekście czekolady podnoszona jest też kwestia etyki produkcji i sprawiedliwego handlu. Rolnicy pracujący na afrykańskich plantacjach w bardzo trudnych warunkach zarabiają kilka dolarów dziennie. Szacuje się, że w Afryce zostaje zaledwie 5% przychodów ze sprzedaży czekolady. Zdecydowana większość zysków zasila budżet światowych gigantów czekoladowej branży – Nestle, Ferrero, Barry Callebaut oraz wspomnianego już Marsa.
dr Aleksandra Drzał-Sierocka, kulturoznawczyni, School of Ideas Uniwersytet SWPS
Okazuje się zatem, że w każdej kostce czekolady – nawet tej najsłodszej – kryje się sporo goryczy. Zresztą, cała jej licząca kilka tysięcy lat historia naznaczona jest sporami i społecznymi nierównościami. – dr Aleksandra Drzał-Sierocka, kulturoznawczyni, School of Ideas Uniwersytet SWPS
Przygotowywany na bazie ziaren kakaowca napar Majowie uznawali za napój bogów. Słowo cacahuaquchtl oznaczające w ich języku drzewo kakaowca, można przetłumaczyć jako „drzewo bogów”. Majowie kakaowy wywar pijali z dodatkiem ostrej papryki, muszkatu i miodu, a czasami zagęszczali mąką kukurydzianą. Aztekowie wierzyli, że czekolada zapewnia pijącemu siłę. Ziaren kakaowca używali także jako środek płatniczy. Na słodko czekoladę zaczęto podawać dopiero w Europie, gdzie trafiła za sprawą hiszpańskich konkwistadorów w drugiej dekadzie XVI wieku.
Smakołyk szybko zyskiwał popularność, stając się powodem zachwytów, ale też sporów. Papież Klemens VIII jako pierwszy – ale nie ostatni – musiał się zmierzyć z dylematem, czy spożycie czekolady narusza post. Zgodności w tym zakresie nie udało się osiągnąć przez kolejne dekady. Ryzyko grzesznej przyjemności nie zmniejszało grona fanów czekolady, która w XVII wieku szczególnie popularna była we Francji. Właśnie tam powstała prawdopodobnie pierwsza na świecie czekoladziarnia, założona przez Davida Chaliona w Paryżu w maju 1659 roku, oraz pierwsza fabryka czekolady (1770).
Jeśli dziś z czekoladą kojarzona jest przede wszystkim Szwajcaria, to głównie za sprawą Daniela Petera, który w 1875 roku opracował recepturę na mleczną czekoladę – obecnie zapewne najpopularniejszą wśród smakoszy.
3 Edyta Bryła, Produkują większość światowego kakao, a ze sprzedaży czekolady dostają ledwie 5 proc. Afrykańskie kraje mają pomysł, „Gazeta Wyborcza” 29 września 2017.
PKN ORLEN SA złożył ofertę finansowania w związku z zamiarem przejęcia pakietu 100 proc. akcji Ruch SA. Decyzję poprzedziło badanie due dilligence spółki. Inwestor zakłada restrukturyzację i wykorzystanie synergii pomiędzy dotychczasowym modelem biznesowym Ruchu, a dynamicznie rozwijającym się segmentem detalicznym PKN ORLEN. Sfinalizowanie oferty zależeć będzie od decyzji wierzycieli Ruchu oraz pozostałych podmiotów zaangażowanych w proces.
Daniel Obajtek
– Ten projekt ma dla nas potencjał, zwłaszcza w kontekście wyników osiąganych przez segment detaliczny ORLENu, które potwierdzają nasze kompetencje i ambicje biznesowe w tym obszarze. Nasze analizy pokazują, że możemy mieć synergie z działalnością spółki Ruch i przy konsekwentnie realizowanym programie restrukturyzacyjnym możemy odnieść sukces. To dobra perspektywa biznesowa dla wszystkich zainteresowanych stron. Zdajemy sobie sprawę, że spółka znajduje się obecnie w trudnym położeniu, mamy jednak plan jej rozwoju, który, pozwoli Ruchowi wyjść na prostą. Po złożeniu oferty oczekujemy na decyzje wierzycieli spółki – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.
Rozwój segmentu detalicznego PKN ORLEN, który z roku na rok osiąga bardzo dobre wyniki finansowe, jest jednym z filarów zaktualizowanej w ubiegłym roku strategii Koncernu. Strategia zakłada m.in. rozwój oferty pozapaliwowej, w tym również w ramach formatów funkcjonujących poza stacjami paliw. Podobną strategię realizuje na rynkach zagranicznych m.in. MOL i Circle-K. Analizy rynkowe przeprowadzone przez Koncern wskazały na potencjał rozwoju takiego formatu z wykorzystaniem aktywów spółki Ruch. Doświadczenie i know-how ORLENu w zakresie budowania relacji z klientami i sprzedaży produktów FMCG będzie stanowiło podstawę do poprawy efektywności działalności spółki Ruch, zakładającej utrzymanie kolportażu prasy.
W ubiegłym roku wdrożenie RODO rozpoczęło rewolucję na rynku reklamy internetowej. Dotyczy to także modelu programmatic, którego wciąż czeka szereg zmian. Co jeszcze wpłynie na jego kształt?
Paweł Treściński, Wiceprezes YieldRiser
Wprowadzenie unijnej dyrektywy o ochronie danych osobowych spowodowało wiele zawirowań. Pomimo tego, reklamodawcy wciąż są skłonni inwestować w programmatic. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez firmę Zenith, marketerzy planują przeznaczyć 65% budżetów z reklamy cyfrowej na programmatic. Tym samym, wydatki na reklamę programatyczną wzrosną z 70 miliardów USD w 2018 roku do 84 mld w 2019 roku. Niemniej jednak nie jest tajemnicą, że w najbliższym czasie przejdzie ona szereg zmian. Oto pięć najważniejszych kwestii, które ukształtują ten model w najbliższym czasie:
RODO przestanie wpływać na decyzyjność i działanie. W ubiegłym roku po wejściu tego rozporządzenia, reklamodawcy zmniejszyli użycie programmatic o 20 – 50%. Mimo czasu który upłynął, rynek wciąż obawia się wysokich kar. Dlatego też 2019 ma przynieść pełną przejrzystość prawną w tym zakresie.
Sztuczna inteligencja umocni pozycję
AI pomaga w prowadzeniu aukcji oraz optymalizacji, umożliwiając wydawcom i twórcom bardziej kreatywne i produktywne rozwiązania. Sztuczna inteligencja jest wykorzystywana w remarketingu oraz mechanizmie targetingu — look-alike, aby jeszcze dokładniej personalizować przekaz. Pomaga także w procesie zakupu mediów, przewidując prawdopodobieństwo, czy klient zareaguje na reklamę i zacznie ją licytować.
Blockchain i Ads.txt przyjdą na ratunek
– w samym 2018 roku z powodu oszustw reklamodawcy stracili 19 miliardów dolarów. Z tego powodu branża stale nadzoruje kwestię przejrzystości transakcji oraz eliminuje nieuczciwe podmioty. Reklamodawcy pokładają nadzieję w rozwiązania BlAdTech (Blockchain + AdTech). Oparte na zasadzie decentralizacji rozwiązują najczęstsze problemy, z którymi borykają się reklamodawcy i wydawcy. Produkty oparte na technologii blockchain są w stanie zwalczyć oszustwa reklamowe poprzez usuwanie fałszywych domen, weryfikację legalności wydawców oraz możliwość transakcji za pomocą kryptowalut. Innym sposobem na nieautoryzowaną sprzedaż jest ads.txt. To umieszczony na stronie plik z listą firm, którym wolno sprzedawać zasoby danego wydawcy.
5G przyśpieszy rozwój wideo
– piąta generacja telefonów komórkowych, tj. 5G została w niedawnym czasie poddana pierwszej fazie komercjalizacji. Przepustowość sieci 5G to 1000 Mb/s, czyli 10 razy więcej niż poprzedniej – 4G. Wysokie łącze nowej sieci umożliwi szybsze ładowanie reklam zmniejszając milisekundowe opóźnienia, które zwykle powodują zamknięcie strony przez użytkownika. Ponadto, wzrost liczby wideo daje reklamodawcom doskonałą okazję do dostarczenia odbiorcom wysokiej jakości reklam 4k.
Moc omnichannelu
– marketerzy przechodzą powoli z marketingu wielokanałowego na omnichannel, ponieważ stają się bardziej świadomi zachowań i preferencji grupy docelowej. Obecnie jeden użytkownik cyfrowy posiada średnio 3,2 urządzenia z dostępem do Internetu. W tym przypadku reklamodawcy, aby dotrzeć do użytkownika bez względu na to gdzie się znajduje, muszą być obecni na smartfonach, desktopach, telewizorach, tabletach czy różnego rodzaju cyfrowych asystentach. Przewiduje się, że w tym roku omnichannel osiągnie szczytowy potencjał.
Pomimo trudnej sytuacji z jaką zamknęliśmy poprzedni rok, reklama programmatic ma się dobrze. Stabilizacja sytuacji jest już widoczna, a jej pozycję dodatkowo umacnia rozwój wspomnianych wyżej technologii. Który kierunek ukształtuje ten model? Wyborów jest kilka ale na ich rezultaty musimy jeszcze poczekać.
Paweł Treściński – wiceprezes i dyrektor sprzedaży YieldRiser
Startup Pethelp chce upowszechnić profilaktykę zdrowotną zwierząt domowych, oferując pakiety medyczne dla psów i kotów jako nową formę benefitów pracowniczych. Fundusz venture capital AgriTech Hub właśnie zainwestował w projekt 400 tys. zł.
Obecnie już ponad połowa Polaków posiada przynajmniej jedno zwierzę domowe i często traktuje je jak członka rodziny. Z badań przeprowadzonych przez Pethelp wynika jednak, że aż 40 proc. ankietowanych musiało odłożyć wizytę u weterynarza z powodu braku pieniędzy, a zapytani przez startup lekarze przyznali zgodnie, że przynajmniej raz musieli uśpić zwierzę ponieważ właściciel nie miał środków na jego dalsze leczenie. Okazuje się również, że początkowe wysokie koszty jednorazowe, stanowią istotną barierę adopcji zwierzęcia. Odpowiedzią na te wyzwania jest usługa oferowana przez Pethelp w postaci abonamentów weterynaryjnych dla właścicieli zwierząt.
Profilaktyka jest tańsza niż leczenie – naszym celem jest jej upowszechnienie poprzez zniwelowanie bariery finansowej. Dzięki stałym, dostosowanym do potrzeb opłatom miesięcznym, niemal każdy będzie mógł pozwolić sobie na regularne wizyty w placówce weterynaryjnej. To z kolei przyczyni się do polepszenia jakości i wydłużenia życia psów oraz kotów, tak aby właściciele mogli cieszyć się ich obecnością jak najdłużej – wyjaśnia Sławomir Wiatr, Prezes Zarządu Pethelp.
Startup oferuje pierwsze w Polsce pakiety opieki weterynaryjnej dla psów i kotów, które można zrealizować w placówkach w Warszawie, Krakowie oraz Łodzi. Oferta skierowana jest głównie do firm i korporacji, które mogą wzbogacić o Pethelp swoją ofertę benefitów pracowniczych.
Pieniądze od inwestora zostaną przeznaczone na rozbudowaniu programu gamifikacyjnego, którego celem jest zachęcenie klientów do dbania o zdrowie, bezpieczeństwo, wychowanie oraz dobrą zabawę zwierzaka. W dalszej kolejności w planach jest rozwój aplikacji mobilnej.
Do wejścia w inwestycję przekonały nas ambitne plany rozwojowe spółki oraz model biznesowy, łączący działania na rynku usług weterynaryjnych z usługami B2B. Projekt charakteryzuje istotny pierwiastek innowacyjności, który zespół chce w najbliższym czasie mocno rozwijać, szczególnie w obszarze gamifikacji i wykorzystania nowych technologii w rozwoju profilaktyki chorób u zwierząt. Ta perspektywa i zaangażowanie zespołu szczególnie przekonały nas do inwestycji w rozwój Pethelp – wyjaśnia Marcin Woźniak, Prezes Zarządu funduszu AgriTech Hub.
Inwestycja została przeprowadzona w ramach działania BRIdge Alfa, współfinansowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.
Znamy wyniki największego badania o programistach z 2019 roku. Tym razem ceniona analiza Stack Overflow Developer Survey objęła aż 90 tys. pracowników IT na całym świecie. Jak wypadają Polacy?
Najszybciej zyskującym popularność językiem programowania jest Python. Wyprzedził już Javę, a szybciej rośnie tylko Rust.
Stereotypy o świecie IT niestety nie biorą się znikąd: ok. 90 proc to mężczyźni, ok. 70 proc. to biali Europejczycy.
Większość z aktywnych zawodowo kodować zaczyna naprawdę wcześnie: w wieku nastoletnim.
Programiści z Europy są największymi pesymistami, optymistów najłatwiej znaleźć w Chinach.
Inicjacja programisty
Na świecie większość programistów zaczęło swoją przygodę z kodowaniem jako nastolatkowie. Ponad połowa programistów pierwsze linijki kodu napisała w wieku 12-17 lat. Autorzy badania zwracają jednak uwagę na to, że dane zawyżają programiści z krajów wysoko rozwiniętych, jak Australia czy Wielka Brytania. W Indiach czy Brazylii przygoda z programowaniem następuje znacznie później. Niestety później niż mężczyźni zaczynają też kodować kobiety.
Z drugiej strony – mimo statystycznie wczesnego startu – “ponad 40 proc. praktykujących w zawodzie ma krótsze, niż 5-letnie doświadczenie koderskie”, czytamy w raporcie.
Pasje? Programowanie
Specyfikę świata IT pokazuje kolejna dana: dla ponad 80 proc. przebadanych programowanie to… pasja! – Powiem więcej: tylko takie osoby tak naprawdę sprawdzą się w świecie IT. Jeśli dla kogoś jedyną motywacją są wysokie zarobki, które po kilku latach od startu kariery rzeczywiście przyjdą, to nie zajdzie zbyt daleko – uważa Marcin Tchórzewski, założyciel Coders Lab, największej szkoły IT w Polsce.
Z tego może wynikać, że przygniatająca większość programistów (85 proc.) na własną rękę uczy lub uczyło się nowych języków czy środowisk programowania. Sześciu na dziesięciu ankietowanych brało udział w oficjalnych kursach online, a czterech na dziesięciu ma swój wkład w tzw. open-source’owe oprogramowanie.
Najpopularniejszym językiem programowania wciąż jest JavaScript (programuje w nim prawie siedmiu na dziesięciu programistów), który wyprzedza HTML/CSS (63 proc.) i SQL (54 proc.). Python uzyskał największe zainteresowanie wśród programistów w zeszłym roku, wyprzedzając Javę. Wysoko w zestawieniu pozostaje PHP, C++ i C#.
Ciekawą obserwacją twórców badania jest to, że programiści z Europy Zachodniej należą do najbardziej pesymistycznych. Optymizm bije za to od chińskich specjalistów IT. Jak zmierzono tę zmienną? Zapytano, czy osoby urodzone dzisiaj będą miały lepszą przyszłość, niż ich rodzice.
Co najbardziej uwiera programistów w pracy? Tu odpowiedzi znacznie różnią się w zależności od płci. Mężczyźni nie znoszą zlecania im zadań, które nie wiążą się bezpośrednio z kodowaniem. Kobiety wskazują natomiast na toksyczne relacje i niesprzyjające otoczenie w pracy.
Programista = biały mężczyzna pochodzący z Europy?
Świat IT nie jest wolny stereotypów, które wciąż znajdują swoje potwierdzenie w liczbach. Znaczna większość przebadanych programistów to mężczyźni białej rasy.
W badaniu Stack Overflow tylko 11 proc. ankietowanych stanowią kobiety, natomiast platforma zwraca uwagę, że wg amerykańskiej Bureau of Labor Statistics, kobiet w IT (przynajmniej w Stanach Zjednoczonych) jest ok. 20 proc. – Jeśli zobaczymy porównanie wszystkich respondentów najnowszego badania i studentów, którzy też zostali przebadani, to jasne jest, że w ciągu kilku-kilkunastu lat proporcje się nieco zrównają. Będziemy mieli więcej reprezentantów branży m.in. z Azji i Bliskiego Wschodu – tłumaczy Marcin Tchórzewski, prezes szkoły Coders Lab.
A jak jest w Polsce? – W roku akademickim 2017/18 udział kobiet wśród studentów kierunków informatycznych wyniósł 14,3 proc. Choć to wciąż znaczna mniejszość, z raportu „Kobiety na politechnikach 2018. Rewolucja informatyczek?” wynika, że wzrost tego odsetka wyniósł jedną ósmą. Oznacza to, że ponad 1,1 tys. więcej dziewczyn zostało przyjętych na studia w roku 2017 niż w 2016. Sami też robimy wszystko, żeby propagować równość w branży IT. W 2013 roku, kiedy powstała szkoła Coders Lab, 100 proc. absolwentów stanowili mężczyźni. Rok później odsetek kobiet wynosił 20 proc., w 2018 roku już 30 proc. naszych absolwentów to kobiety – mówi Tchórzewski.
Kobiety stanowiły zaledwie 6 proc. wszystkich programistów z Polski biorących udział w badaniu Stack Overflow.
Kogo przebadano?
Wśród 90 tys. respondentów z całego świata najwięcej zajmowało się full-stack’iem (ok. 52 proc.), na drugim miejscu znalazł się back-end (50 proc.), a na trzecim front-end (33 proc.) – procenty nie sumują się, bo wypełniający ankietę zaznaczali wszystkie opcje, które ich dotyczą. Większość respondentów pochodzi z Europy (35 tys.), Ameryki Północnej (25 tys.) i Azji (18 proc.), ale nie zabrakło przedstawicieli Ameryki Południowej, Australii i Oceanii oraz Afryki (zbliżona liczba badanych – od 2,5 do 3,5 tys.). Wśród Polaków średni wiek badanych wyniósł 28,4 lat. Pełne wyniki dostępne są na blogu Coders Lab oraz na StackOverflow.com.
Liczba zagrożeń związanych z Internetem rzeczy[1] podwoiła się w 2018 r.[2] Jak wynika z analizy firmy F-Secure, cyberprzestępcy nadal stosują znane i sprawdzone metody – aż 87% ataków wykorzystuje luki w zabezpieczeniach urządzeń lub słabe hasła.
Według prognoz poza smartfonami, tabletami i komputerami przeciętny Amerykanin do 2020 roku będzie miał 14 urządzeń połączonych z siecią, a mieszkaniec Europy Zachodniej – dziewięć[3]. Już w ubiegłym roku Interpol i FBI ostrzegały o konieczności zabezpieczania urządzeń IoT takich jak routery czy kamerki internetowe w stopniu równym komputerom[4]. Podatności, które także bez wiedzy użytkownika mogą wykorzystać cyberprzestępcy, posiada nawet 83% routerów[5].
Znane metody, niebezpieczne urządzenia
Liczba zagrożeń związanych z IoT zaobserwowanych przez analityków F-Secure Labs w 2018 r. wzrosła z 19 do 38 w porównaniu z rokiem poprzednim. W 87% odnotowanych przypadków przestępcy wykorzystali luki w urządzeniach oraz słabe hasła lub ich całkowity brak.
– Giganci tacy jak Google czy Amazon poprawiają zabezpieczenia swoich inteligentnych urządzeń m.in. dzięki etycznym hakerom. Tak było w przypadku analityka firmy MWR Infosecurity, Marka Barnesa, który w 2017 r. jako pierwszy znalazł sposób na włamanie się do Echo. Na rynku ciągle jest jednak ogromna liczba urządzeń podatnych na ataki – ostrzega konsultant firmy F-Secure,Tom Gaffney.
Botnet wciąż żywy
Zagrożenia związane z Internetem rzeczy nie były powszechne aż do 2014 roku, gdy upubliczniono złośliwy kod źródłowy Gafgyt[6]. Jego cel stanowiły m.in. urządzenia BusyBox, telewizja przemysłowa czy cyfrowe rejestratory wideo. Niedługo potem kod został rozwinięty w złośliwe oprogramowanieMirai, które w 2016 roku zainfekowało 2,5 mln inteligentnych urządzeń[7]. Według analiz wciąż może ono być groźne. Około 59% ataków wykrytych przez honeypoty[8] F-Secure w 2018 r. było charakterystycznych dla sposobu rozprzestrzeniania się Mirai[9]. W ostatnich miesiącach posłużył on przestępcom m.in. do kopania kryptowalut (cryptojacking)[10].
Świadomi, ale nieostrożni
Coraz więcej korzystających z urządzeń IoT użytkowników ma obawy związane ze złośliwym oprogramowaniem czy prywatnością. We Francji wyraża je już 75% konsumentów, a w USA nawet 80%[11].
Karolina Małagocka, ekspert ds. prywatności w firmie F-Secure
– Często popełnianym błędem jest zostawianie domyślnych, standardowych ustawień, jak np. konto administratora, w posiadanych urządzeniach. Użytkownicy powinni przede wszystkim zadbać o silne hasło oraz o regularne instalowanie aktualizacji. W przypadku zainfekowania danego systemu należy natychmiast zresetować urządzenie, zmienić dane uwierzytelniające oraz skontaktować się z dostawcą usług. W każdym przypadku warto jednak najpierw zastanowić się, czy podłączanie danego sprzętu do Internetu jest w ogóle konieczne – radzi Karolina Małagocka, ekspert ds. prywatności w firmie F-Secure.
[5] Według raportu American Consumer Institute z 2018 roku: https://www.theamericanconsumer.org/wp-content/uploads/2018/09/FINAL-Wi-Fi-Router-Vulnerabilities.pdf
[6] Rodzaj złośliwego oprogramowania wykrywającego i zarażającego słabo zabezpieczone urządzenia z zakresu internetu rzeczy, a następnie przekształcającego je w botnety służące do przeprowadzania cyberataków.
Rok 2019 to czas kampanii wyborczych prowadzonych przez kandydatów do polskiego i europejskiego parlamentu. Niektórzy z nich wykorzystują warunkowe sformułowanie zakazu agitacji wyborczej i prowadzą ją również w zakładzie pracy. Dzieje się tak ponieważ Kodeks wyborczy zakazuje agitacji na terenie zakładów pracy, ale tylko w sposób i w formach zakłócających ich normalne funkcjonowanie. Takie ujęcie otwiera furtkę dla osób ubiegających się o fotel parlamentarzysty.
Niedoprecyzowanie kwestii agitacji wyborczych prowadzonych w miejscu pracy pozwala przyjąć, że tego typu działania są dozwolone. Jednak dbający o swój wizerunek i bezpieczeństwo prawne pracodawcy powinni zastanowić się, zanim zgodzą się na agitację w zakładzie pracy. Mogą one prowadzić do podziałów wśród załogi, zepsucia atmosfery w pracy, pojawienia się zachowań mających znamiona dyskryminacji ze względu na poglądy i innych niepożądanych zjawisk w środowisku zatrudnionych.
Regulamin zakazuje agitacji
Firmy chcące zakazać prowadzenia agitacji wśród pracowników powinny uregulować tę kwestię w regulaminie. – Z moich doświadczeń wynika, że wielu pracodawców nie godzi się na agitację wyborczą w ich firmie. Są świadomi konsekwencji, które takie działanie może przynieść, dlatego coraz częściej formalnie zakazują agitacji za pomocą regulaminu firmy – mówi Jacek Grzywa, Radca Prawny i Kierownik Działu Prawnego Grupy Progres. – Mniej lub bardziej nachalna agitacja wyborcza prowadzona w firmie to prosta droga do sprowokowania aktów dyskryminacji, a przynajmniej sytuacji, w której te akty będą wyglądać jak dyskryminacja. Zwłaszcza, gdy przyjmuje treści i formy znane nam z przestrzeni publicznej. Zaangażowany politycznie szef, dający upust swoim sympatiom i antypatiom politycznym w środowisku pracy, może stanowić poważne zagrożenie. Tak jak ten, który obnosi się z innymi uprzedzeniami, np. dotyczącymi religii, wyznania czy bezwyznaniowości, orientacji seksualnej– zaznacza Jacek Grzywa.
Kary za naciski dla pracodawców
Pracodawca nie może też wymagać od pracownika jego podpisu pod kandydaturami na radnych i parlamentarzystów. Jeśli w związku z wyborami wywiera nacisk na pracownika by zyskać podpisy na liście, zgodnie z art. 497 Kodeksu wyborczego, podlega grzywnie w wysokości od 1000 do 10 000 zł. Mimo tego zbieranie podpisów pod kandydaturami na radnych czy parlamentarzystów przez szefów wśród podwładnych to jedna z częściej praktykowanych form agitacji, w rzeczywistości mogących skutkować mniej lub bardziej bezpośrednimi aktami dyskryminacji. W szczególności dotykającymi tych, którzy odmówili złożenia podpisu, czy prezentują odmienne poglądy niż te, które głosi szef.
Pracownik ma prawo do poglądów politycznych
– Co do zasady, wyznawanie poglądów politycznych – lewicowych, prawicowych, centralnych – nie może stanowić uzasadnionej przyczyny rozwiązania stosunku pracy z pracownikiem. Wynika to bezpośrednio z jednej z naczelnych zasad pracy – niedyskryminowania w zatrudnieniu – podkreśla Jacek Grzywa z Grupy Progres. – Art. 183a KP zakazuje dyskryminacji bezpośredniej lub pośredniej i obejmuje wszystkie etapy stosunku pracy, tj. zarówno nawiązanie, trwanie, jak i zakończenie stosunku pracy. Na podstawie art. 183d KP osoba, wobec której pracodawca naruszył zasadę równego traktowania w zatrudnieniu, ma prawo do odszkodowania w wysokości nie niższej niż minimalne wynagrodzenie za pracę, ustalane na podstawie odrębnych przepisów – zaznacza Radca Prawny i Kierownik Działu Prawnego Grupy Progres.
Kodeks pracy nie reguluje też kwestii prawa do urlopu pracownika kandydującego w wyborach w związku z prowadzoną przez niego kampanią wyborczą. Niemniej jednak pracownik będący w takiej sytuacji ma prawo do złożenia wniosku o bezpłatny urlop, a pracodawca może go udzielić.
Choć aktualnie kondycja gospodarki Państwa Środka nie należy do najlepszych, to analizując sytuację w dłuższym okresie rynek chiński nadal przysparza wiele okazji polskim przedsiębiorcom.
Jakub Makurat – dyrektor generalny Ebury Polska
Nie tak dawno chiński eksport spadł w lutym br. aż o 20,7%. Mimo, że analitycy spodziewali się pogorszenia, to jego skala mocno ich zaskoczyła. Analitycy zakładali, że eksport zmniejszy się o ok. 5%. Z kolei import do Chin spadł o 5,2%, i to także było więcej niż zakładały prognozy.
Chińska nadwyżka handlowa, czyli wskaźnik, który od lat spędza sen z oczu amerykańskim władzom, w lutym wyniosła zaledwie 4,12 mld dolarów – choć analitycy spodziewali się, że przekroczy poziom ponad 26 mld dolarów.
Powyższe dane nie napawają optymizmem. Jednak z punktu widzenia przedsiębiorcy zawsze lepiej spojrzeć na chiński eksport i import w dłuższej perspektywie, a nie przez pryzmat bieżących wydarzeń.
Zwłaszcza, że od wielu już lat obserwujemy pozytywną tendencję rosnącego eksportu polskich produktów do Chin.
Duża szansa dla polskich eksporterów
Z danych Eurostatu wynika, że Chiny są drugim głównym partnerem handlowym Unii Europejskiej, zaraz po Stanach Zjednoczonych. Wymiana handlowa z Państwem Środka wyniosła aż 573 mld euro w 2017 r., co stanowi 15,3% całkowitych obrotów i jest najwyższym wynikiem w historii.
W naszym kraju Chiny nadal kojarzą się społeczeństwu z produkcją na szeroką skalę towarów przeznaczonych na zachodnie rynki. Na szczęście jest też grupa – coraz większa – polskich przedsiębiorców widząca w Azji nie tylko możliwość importu tanich towarów, ale także wciąż szybko rosnący rynek zbytu.
Potwierdzają to m.in. moje liczne rozmowy z krajowymi producentami. Dobrze to też przedstawia także raport „Polsko-chińskie stosunki gospodarcze w 2017 r. w ujęciu porównawczym”. W tym opracowaniu pokazano, że polski eksport do Chin od 2008 r. do 2017 r. zwiększył się o ponad 80 proc. Warto podkreślić, że Chiny są największym odbiorcą polskich produktów w Azji (drugie są Indie, ale wartość nabywanych towarów jest ponad trzykrotnie mniejsza niż przedsiębiorców z Chin).
Czym handlujemy?
Eksport do Chin może być dużą szansą dla wielu polskich firm, zwłaszcza, że krajowy i europejski rynek jest coraz bardziej nasycony. Aby się rozwijać, trzeba zatem szukać odbiorców na dalej położonych rynkach.
Co więc najchętniej kupują od polskich przedsiębiorców ich chińscy partnerzy? W 2017 roku struktura eksportu do Chin była zdominowana przez dwie kategorie. Pierwszym są metale nieszlachetne i artykuły z metali nieszlachetnych (ponad 31% całości krajowego eksportu do Chin) oraz maszyny i urządzenia mechaniczne, elektryczne oraz ich części (ponad 26%).
To w drugim obszarze polscy przedsiębiorcy powinni szukać swoich dalszych szans. Zwłaszcza, że jak wskazuje portal worldstopexports.com, pokrywa się to ze strukturą produktów importowanych z Chin. W 2018 roku najwięcej do Państwa Środka sprzedano maszyn i sprzętu elektrycznego (24,4% całego importu tego kraju).
Jednak nie każdy z polskich hitów eksportowych dobrze sobie radzi również na rynku Państwa Środka. Np. od lat wskazywana jest rzekoma duża szansa, która stoi przed polską żywnością. Jednak z bezpośrednich rozmów z nimi wynika, że działalność na tym rynku nie jest tak prosta, jak mogłoby się to wydawać. Wciąż kulejące nasza dyplomacja gospodarcza na tamtejszym rynku a realne działania drugiej strony – pomimo tzw. dobrego klimatu politycznego – nie ułatwiają eksportu polskim producentom żywności.
Potwierdza to fakt, że nadal – mimo znacznej poprawy – na tle całej Unii Europejskiej, polski eksport do Chin wygląda dość blado. Stanowi on zaledwie 1% całego eksportu UE do azjatyckiego mocarstwa. Dlatego jest o co walczyć.
Podpowiedzi prosto z Chin
Dla uzyskania aktualnego obrazu, poprosiłem o komentarz Isabel Ye, szefową rynków dalekowschodnich w Ebury, która na co dzień wspiera europejskich przedsiębiorców w Państwie Środka.
Wskazała ona, że według przewidywań lokalnych analityków gospodarka Chin ma rosnąć w tempie 4,2 proc. rocznie. Do tego Pekin coraz większą wagę przykłada do importu, co widać m.in. poprzez liczne inicjatywy rządu – choćby zmniejszenie podatków na część importowanych produktów. Zaczyna to przynosić wymierne efekty, np. sporym sukcesem ostatnie zakończyły się targi importowe w Szanghaju.
Czy te zmiany są szansą dla polskich przedsiębiorców? Jak podkreśla Isabel Ye – jak najbardziej. Zwłaszcza, że pozycja krajów Europy Środkowo-Wschodniej znacznie wzrosła od czasu zaproponowania tym krajom współpracy regionalnej przez Chiny w ramach formuły „16+1”.
Od tego momentu współpraca Chin z krajami Europy Środkowo-Wschodniej znacznie się nasiliła, co widać zarówno w przeprowadzanych projektach inwestycyjnych, jak i stosunkach handlowych. Pomóc ma także nadmorskie miasto Ningbo we wschodniej części Chin, które zostało uznane za najważniejszy punkt w kontaktach handlowych z krajami Europy Środkowo-Wschodniej. Port w Ningbo ma w znacznym stopniu ułatwić handel Polska-Chiny.
Poszukując nowych trendów, które mogą wykorzystać polscy przedsiębiorcy, warto wskazać na oczekiwany wzrost popytu na maszyny i sprzęt elektroniczny, produkty chemiczne oraz minerały. Dlatego Isabel Ye zachęca przede wszystkim polskie firmy działające w tych branżach do większej aktywności na chińskim rynku.
Dodatkowo Chińczycy stają się coraz bardziej ciekawi świata i powoli przekonują się do zagranicznych produktów spożywczych. Warto nie zniechęcać się i spróbować zainteresować mieszkańców Państwa Środka „polskimi specjałami”. W Chinach nadal jest też spore zapotrzebowanie na importowane kosmetyki oraz biżuterię.
A co realnie pomaga w kontaktach biznesowych? Szefowa rynków dalekowschodnich w Ebury podkreśla istotną rolę zatrudnienia chińskich pracowników w strukturach polskich eksporterów. Oczywiście pozwala to na przełamanie bariery językowej, ale istotnie zwiększa poziom zaufania u azjatyckich kontrahentów. Coraz lepiej widziane jest także rozliczanie w chińskim juanie.
Warto więc poszukać swojej handlowej szansy w eksporcie do Chin.
– Jakub Makurat, Dyrektor Generalny Ebury Polska
Analitycy Ebury najlepiej prognozowali USD/CNY
Specjaliści walutowi Ebury zajęli pierwsze miejsce w prognozach kursu juana chińskiego w relacji do dolara amerykańskiego w rankingu agencji Bloomberg za I kwartał 2019 r.
Analitycy Ebury już po raz kolejny zostali wyróżnieni w rankingu agencji Bloomberg za najbardziej dokładne prognozy kursów walut. W ostatnim kwartale 2018 r. Ebury zajęło pierwsze miejscu spośród najlepszych prognostyków kursu pary EUR/USD.
Dłuższy niż w części innych województw średni obieg należności na Śląsku i w Małopolsce wynika z otwartego charakteru wymiany handlowej w tych województwach – m.in. znacznej skali eksportu, wymagającego z reguły większej elastyczności kredytowej. Firmy z tych województw oczekują więc również analogicznych warunków od swoich dostawców
Stabilizacja r/r średniego okresu obiegu należności na Śląsku, Podkarpaciu i w Małopolsce, pomimo wzrostu liczby niewypłacalności w przemyśle (a Polska płd.-wsch to centrum wytwórcze m.in. przemysłu maszynowego, metalowego, chemicznego)
Małopolska, Śląsk – firmy tu działające zalegają z regulowaniem zobowiązań przeciętnie na tle innych województw: nie są ani najgorsze, ani najlepsze pod tym względem (jak np. Wielkopolska). W marcu średnia wartość znacznie przeterminowanych należności (ponad 120 dni po terminie) wynosiła tu 6-7% ich wartości
Podkarpacie – moralność płatnicza tutejszych firm jedna z najwyższych w kraju (trudne długi to w marcu jedynie 4,3% wartości ich zobowiązań). Niestety – jednocześnie mamy tu do czynienia ze znacznym wzrostem liczby niewypłacalności (+16 firm r/r w I kwartale 2019)
Struktura niewypłacalności – największy procentowo wzrost kłopotów wyrażonych niewypłacalnością na Śląsku i w Małopolsce ma miejsce w sektorze handlu i usług. Aktualnie nie jest ich tak dużo w sektorze produkcyjnym, jak można by się tego spodziewać
Z Programu Analiz Należności Euler Hermes, będącego największym tego typu projektem w kraju (analiza należności od 200 tys. odbiorców na kwotę blisko 40 mld złotych w skali miesiąca) wynika, iż firmy z województw małopolskiego i śląskiego pod względem spłaty swoich zobowiązań są w środku stawki. Jest kilka województw, w których firmy regulują należności z reguły wolniej (jak m.in. lubelskie, dolnośląskie – w obydwu średni obieg należności jest jeszcze poniżej 90 dni; w mazowieckim to już blisko 100 dni, a w pomorskim – znacznie powyżej…).
Lokalna specyfika – duże uprzemysłowienie, innowacyjność i w ślad za tym otwartość na wymianę handlową w skali nie tylko ponadregionalnej, ale także transgranicznej sprawiają, że firmy z województw małopolskiego i śląskiego mają bardziej otwartą politykę handlową. Akceptując dłuższe terminy płatności, same z reguły oczekują analogicznych od swoich dostawców. Czy to oznacza, że sprzedający do Małopolski i Śląska nie mają powodów do niepokoju?
Tomasz Starus
– Co prawda przeciętne tempo obiegu należności wydaje się uzasadnione skalą i dużym zróżnicowaniem kierunków wymiany handlowej zlokalizowanych w Małopolsce i na Śląsku firm, co przekłada się na ich większe w stosunku do dostawców oczekiwania kredytowe, ale… Stosunkowo duża na tle innych województw skala eksportu realizowanego przez zlokalizowane tutaj firmy potencjalnie naraża je na straty w związku z aktualnym spowolnieniem tempa wzrostu gospodarczego na wielu europejskich rynkach, m.in. w Niemczech – mówi Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. Ten scenariusz nie musi być jednak realny, gdyż większe zróżnicowanie kierunków sprzedaży sprzyja zachowaniu bezpiecznej płynności finansowej, a sam eksport jest z reguły bardziej rentowny niż sprzedaż na rynku lokalnym, co sprzyja zbudowaniu tzw. „poduszki finansowej”. Wiele zależy więc od samych eksporterów, bezpieczeństwa prowadzonych przez nich transakcji.
Pomimo wzrostu liczby niewypłacalności w przemyśle – zarówno w roku ubiegłym, jak i w marcu oraz w całym I kwartale 2019r., nie wpłynęło to w sposób spektakularny na obieg należności w tych województwach. Średni obieg należności od nabywców z Małopolski i Śląska wydłużył się nieznacznie, a poziom generowanych przez nich strat – znacznie przeterminowanych należności w ogóle nie uległ zmianie. Jeszcze mniejszą skłonność do generowania złych długów mają przedsiębiorcy z powiązanego m.in. z powodów komunikacyjnych ze wspomnianymi województwami Podkarpacia. Dostawcy mają tego świadomość – godzą się na dłuższy kredyt kupiecki dla firm z tych województw (ok. 60 dni), podczas gdy np. nabywcy z sąsiedniego woj. świętokrzyskiego uzyskują gorsze warunki sprzedaży (kredyt kupiecki przeciętnie jedynie do 50 dni – dłuższe są za to z ich strony opóźnienia w jego spłacie, wynoszące ok. miesiąca, a nie dwóch-trzech tygodni jak w omawianych regionach).
– Stabilizacja obiegu należności w Polsce płd.-wschodniej jest godna uznania, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę specyfikę przemysłu w tych trzech województwach (śląskim, małopolskim i podkarpackim) – dodaje Tomasz Starus. Produkuje on w większym stopniu niż w innych regionach kraju wyroby inwestycyjne (metalowe, maszynowe czy chemiczne), a nie konsumenckie – nie korzysta więc na koniunkturze konsumenckiej, a raczej boryka się m.in. ze spadkiem skali inwestycji przedsiębiorstw. Świadczy to o tym, iż firmy z tych województw są konkurencyjne – miejmy nadzieję, że niełatwy 2019 rok, prawdopodobnego spowolnienia przemysłowego w Europie, nie wpłynie zbyt negatywnie na kondycję i moralność płatniczą śląskich, małopolskich a także podkarpackich firm.
Sprzyjały temu bardzo niewielkie na tle całego kraju zmiany w skali niewypłacalności w woj. małopolskim (niewielki wzrost ich liczby w I kwartale 2019r.) i śląskim (analogicznie – spadek). Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia w tych województwach w 2018 roku. Co więcej, analiza najbardziej aktualnych danych o niewypłacalnościach opublikowanych w marcu może nawet być zaskakująca. W Małopolsce 4 z 7 niewypłacalności opublikowanych w marcu br. to firmy handlowe, nie było za to wśród nich firm produkcyjnych. Również na Śląsku najliczniejsze w ubiegłym miesiącu były niewypłacalności firm handlowych (6 z 16), ale ponadto widoczne były problemy budownictwa i jednak… firm produkcyjnych.
Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.
Suma upadłości polskich firm na przestrzeni ostatnich miesięcy pozostaje stabilna. Pomimo rewizji w górę tempa tegorocznego wzrostu PKB Polski, KUKE podtrzymuje prognozę, że w tym roku nastąpi wzrost liczby niewypłacalności, biorąc pod uwagę przede wszystkim ryzyka płynące z rynków zewnętrznych.
W marcu 2019 roku sądy gospodarcze ogłosiły upadłość 53 przedsiębiorstw, czyli o 13 proc. więcej niż przed miesiącem i o 14,5 proc. mniej niż w marcu ubiegłego roku – wynika z danych pochodzących z Monitora Sądowego i Gospodarczego zebranych przez KUKE. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy (kwiecień 2018 – marzec 2019) na skutek niewypłacalności działalność gospodarczą zakończyły 623 przedsiębiorstwa. Porównując do lutego, 12-miesięczna suma upadłości spadła o 1,4 proc., a wobec sytuacji sprzed roku odnotowano wzrost o 1 proc. (w marcu 2018 roku roczna krocząca wynosiła 618 upadłości).
Tomasz Ślagórski, wiceprezes Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych
„Przy założeniu, że w tym roku tempo wzrostu gospodarczego obniży się do około 4 proc., podtrzymujemy prognozę wzrostu liczby upadłości o niecałe 10 proc., co oznaczałoby, że dotkniętych bankructwem zostanie około 680 podmiotów. Chociaż zdecydowana większość ośrodków analitycznych podwyższyła projekcje tegorocznego wzrostu PKB po ogłoszeniu nowych planów fiskalnych rządu, które powinny pozytywnie przełożyć się na popyt i sytuację płynnościową polskich przedsiębiorstw, to należy mieć na uwadze, że w minionym roku, pomimo doskonałej koniunktury, wyniki firm niefinansowych były znacznie słabsze niż rok wcześniej, a największe zagrożenia płynące z rynków zewnętrznych wciąż mogą się zmaterializować. Mamy tu na myśli ryzyko „nieuporządkowanego” brexitu, dalsze osłabienie europejskiej gospodarki, w tym przede wszystkim niemieckiej, czy spowolnienie w globalnym handlu na skutek tendencji protekcjonistycznych” – powiedział Tomasz Ślagórski, wiceprezes KUKE.
Jak pokazują najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego, zysk netto przedsiębiorstw niefinansowych był w 2018 roku o ponad 10 proc. niższy rok do roku, a wskaźnik rentowności obrotu netto obniżył się do poziomu 3,7 proc. z 4,4 proc. w 2017 roku. Z kolei wskaźnik płynności drugiego stopnia spadł do 98,4 proc. ze 102,2 proc. Dodatkowo należy pamiętać, że polska gospodarka boryka się ze strukturalnym problemem niskiej podaży siły roboczej, choć pojawiają się sygnały, że większa część pracowników z Ukrainy pozostanie na dłużej w Polsce, pomimo stwarzania im dogodnych warunków przez władze innych krajów Unii Europejskiej.
W zestawieniu z marcem 2018 roku istotny spadek natężenia upadłości widoczny był m.in. w produkcji urządzeń elektrycznych (0,61 proc. wobec 1,21 proc.), produkcji pojazdów samochodowych i ich części (0,46 proc. wobec 1,15 proc.) oraz produkcji chemikaliów i wyrobów chemicznych (0,20 proc. wobec 1,02 proc.). Z kolei największy wzrost natężenia upadłości wystąpił w farmacji i lekach (0,99 proc. wobec 0,00 proc.), produkcji mebli (1,04 proc. wobec 0,14 proc.), wytwarzaniu i zaopatrywaniu w energię i gaz (1,78 proc. wobec 0,44 proc.). Na koniec marca 2019 roku stosunek upadłości spółek prawa handlowego w odniesieniu do liczby średnich i dużych firm kształtował się na poziomie 0,88 proc.
Upadłości wg rodzaju działalności
W marcu ogłoszono upadłość 45 przedsiębiorstw prowadzących działalność gospodarczą w formie spółki prawa handlowego. Jest to wynik o 29 proc. wyższy niż w lutym 2019 roku i o 12,5 proc. większy w ujęciu rok do roku. W marcu upadłości firm prowadzonych w postaci indywidualnej działalności gospodarczej wynosiły 15 proc. wszystkich upadłości. W ciągu ostatnich 12 miesięcy ten udział sięgał średnio ok. 25 proc.
Damian Ziąber został nowym dyrektorem Biura Komunikacji Korporacyjnej Grupy PZU. Zastąpił Marka Barana, który pozostanie w strukturach Grupy.
Ziąber będzie odpowiedzialny za strategię komunikacji zewnętrznej i wewnętrznej, rozwój i bieżącą działalność biura prasowego największego polskiego ubezpieczyciela oraz obecność w social media, organizację wydarzeń korporacyjnych i sponsoring.
Damian Ziąber ma za sobą ponad 15-letnie doświadczenie w komunikacji korporacyjnej, zdobyte w różnych branżach. Pracował między innymi dla takich marek jak Link4 i Sygma Bank (obecnie BNP Paribas Bank Polska). W Sygma Banku pełnił również rolę rzecznika klientów. Przez ostatnie pięć lat pracował jako rzecznik prasowy i PR manager Prudential w Polsce. W swojej karierze zajmował się wszystkimi obszarami komunikacji, w tym wewnętrzną i zewnętrzną, a także corporate affairs i relacjami inwestorskimi.
Damian Ziąber jest absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego, studiował również w Europejskim Instytucie Uniwersyteckim we Florencji oraz w Uniwersytecie Quadriga w Berlinie. Jest członkiem Polskiego Stowarzyszenia Public Relations oraz uczestnikiem i prelegentem licznych spotkań poświęconych teorii i praktyce komunikacji w biznesie.
Ekonomiści wskazują na cztery podstawowe obszary globalnego ryzyka, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć w 2019 roku. Pierwszy z nich to oczywiście obszar polityczny. Na ryzyko polityczne w zakresie globalnym mają wpływ między innymi Brexit, wyniki wyborów w takich państwach jak Grecja, Węgry i Wenezuela, oraz wybrany na prezydenta Brazylii Jair Bolsonaro – który przez analityków porównywany jest do prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wraz z rosnącym ryzykiem politycznym wzrasta także ryzyko militarne, mogące prowadzić do konfliktów zbrojnych. W tym obszarze znajduje się także konflikt na linii Chiny – Stany Zjednoczone, który pogłębił się w zeszłym roku za sprawą podwyższonych ceł, nałożonych przez USA na chińskie produkty. Ten przykład protekcjonizmu gospodarczego, czyli prowadzenia polityki chroniącej własne towary przed wpływem eksportu, stanowi kolejny obszar globalnego ryzyka, utrzymujący się od lat w globalnej gospodarce.
– Trzeci obszar globalnego ryzyka to nowe technologie. Stwarzają wiele szans i możliwości, ale jednocześnie stanowią duże zagrożenie – powiedział serwisowi eNewsroomDeclan Daly, dyrektor Coface w Centralnej i Środkowej Europie.
– Firmy zakorzenione na rynku i działające na nim od lat nie zawsze umieją dostosować się do rozwoju technologii. To może doprowadzić do znaczących przetasowań na globalnym rynku. Szczególnie, gdy ten stoi przed zagrożeniem zadłużenia. To czwarty, ostatni ze zdiagnozowanych obszar ryzyka. Wzrost globalnego zadłużenia wyniósł w tym roku 230 bilionów dolarów, czyli 50% więcej niż dziesięć lat temu. To bardzo poważne ryzyko. Nie może być ono w prosty sposób rozwiązane przez banki centralne, które nie mają obecnie takich warunków kredytowych, jakie miały w 2008 roku – ostrzega Daly.
Rosnący udział kanału mobilnego, personalizacja i rozwój fintechów – to obecnie główne trendy w bankowości. Jak podkreśla Wojciech Rybak, członek zarządu Banku Millennium, w nadchodzących latach usługi bankowe będą w coraz większym stopniu spersonalizowane i oparte na nowych technologiach, przez co staną się jeszcze bardziej intuicyjne dla klientów. – Klienci nie będą już nawet dostrzegali, że korzystają z usług banku. Dobrym tego przykładem jest nowa bankowość internetowa i mobilna, którą wdrożymy w najbliższych tygodniach – zapowiada Wojciech Rybak.
– W bankowości dostrzegamy dzisiaj kilka kluczowych trendów. Pierwszy z nich to zmiana zachowań klientów – rosnący apetyt na technologie i chęć bankowania za pomocą urządzenia mobilnego. Telefon komórkowy staje się coraz częściej centrum kontaktu z bankiem – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Rybak, członek zarządu Banku Millennium.
Z badania HASHfinanseprzyszłości, przeprowadzonego przez IBRIS dla Banku Millennium, wynika że trend „mobile only” będzie coraz bardziej zyskiwać na znaczeniu, a aplikacja mobilna stanie się najważniejszym narzędziem do zarządzania finansami osobistymi. Potwierdzają to też statystyki Związku Banków Polskich, z których wynika, że na koniec IV kwartału 2018 roku odnotowano znaczny wzrost użytkowników mobilnych aplikacji bankowych, których liczba sięgnęła już 11,2 mln, w tym 8,7 mln aktywnie loguje się do serwisu bankowego przez smartfony. W ciągu roku liczba klientów bankujących mobilnie wzrosła aż o 28 proc. (o 2,4 mln), a w ujęciu kwartalnym – o 10,5 proc. (800 tys.).
Jak wynika z badania HASHfinanseprzyszłości, 40 proc. Polaków sądzi, że za mniej niż 10 lat codziennie lub prawie codziennie będzie korzystać z aplikacji mobilnej swojego banku. 80 proc. uważa, że będą zaciągać kredyt i zakładać lokaty w tym kanale. Natomiast zdaniem ponad 90 proc. do tego czasu kupowanie biletów, funduszy inwestycyjnych i ubezpieczeń albo płacenie za buty czy wypożyczenie roweru będzie już w mobilnym banku oczywistością.
– W zakresie działań banków widzimy olbrzymi postęp technologiczny, rosnącą cyfryzację oraz skłonność do dostarczania klientom usług na nowym, niedostępnym do tej pory poziomie. To staje się możliwe dzięki personalizacji usług, behawioralnej segmentacji klientów oraz postępowi w zakresie przetwarzania danych – wyjaśnia Wojciech Rybak. – Personalizacja jest dzisiaj bardzo ważnym trendem. Dzięki temu, że banki są w stanie przetwarzać ogromne i danych w czasie rzeczywistym, mogą dostarczyć klientowi spersonalizowaną usługę dopasowaną do jego potrzeb, w czasie i w miejscu, w którym jej potrzebuje.
Modele segmentacji klientów tworzone na podstawie ich zachowań i wyborów, w połączeniu z coraz szerszym wykorzystaniem aplikacji mobilnych, pozwalają bankom konkurować „tu i teraz” produktem dopasowanym do realnej sytuacji, w której znajduje się klient. Co więcej, według badań Banku Millennium, personalizacja w najsilniejszym stopniu wpływa na lojalność klienta i skłonność do rekomendacji (NPS). W przypadku klientów, którzy uznają, że otrzymują spersonalizowane usługi, poziom NPS wynosi 82, przy braku personalizacji – jest ujemny.
– Kolejnym, ważnym trendem jest pojawianie się na rynku fintechów, nowych podmiotów niebędących bankami, a oferujących rozwiązania finansowe oparte na technologiach – mówi Wojciech Rybak.
Wiele z nich jest adaptowanych przez polski sektor bankowy, który sam w sobie jest jednym z najbardziej zaawansowanych technologicznie na świecie – według raportu Deloitte „Digital Banking Maturity 2018” polskie banki są liderami cyfryzacji na tle Europy. Wynika to m.in. z faktu, że Polacy bardzo szybko adaptują nowinki w finansach, czego dobrym przykładem są chociażby płatności bezgotówkowe.
– Z drugiej strony klienci darzą zaufaniem instytucje finansowe, które im te technologie dostarczają. Nie chodzi już tylko o tradycyjne zaufanie do bezpieczeństwa powierzonych pieniędzy, ale m.in. do jakości produktów dostarczanych przez instytucje finansowe czy zaufanie w zakresie powierzonych bankom danych osobowych – mówi Wojciech Rybak.
Potwierdzają to też wyniki badania Kantar TNS na zlecenie Związku Banków Polskich, z których wynika że 91 proc. Polaków uważa korzystanie z bankowości internetowej i mobilnej za bezpieczne, a 42 proc. postrzega banki jako liderów cyberbezpieczeństwa.
Członek zarządu Banku Millennium podkreśla, że w nadchodzących latach bankowość będzie coraz bardziej oparta na cyfryzacji, przez co stanie się jeszcze bardziej intuicyjna dla klientów, będzie działać niejako „w tle”.
– Klienci nie będą już nawet dostrzegali, że korzystają z usług banku. Dobrym przykładem jest nowa bankowość internetowa i mobilna, którą zamierzamy w najbliższych tygodniach wdrożyć do codziennego użytkowania. To będzie zupełnie nowe doświadczenie klienta w bankowości elektronicznej. Otrzyma on od nas bardzo spersonalizowaną, swoją własną bankowość. – mówi Wojciech Rybak.
Strategia Banku Millennium zakłada zorientowanie na klienta, oparta jest na jakości, personalizacji na masową skalę i wykorzystaniu technologii. Bank postawił na dużą zmianę i całkowicie przebudował swój kanał internetowy i mobilny. Co istotne, liczba użytkowników bankowości mobilnej Banku Millennium rośnie błyskawicznie – o 40 proc rok do roku – i są to bardzo aktywni klienci. Logują się do banku prawie codziennie.
– Widzimy, jak szybko zmieniają się oczekiwania klientów. Spędzają oni coraz więcej czasu w cyfrowej przestrzeni, mediach społecznościwych i oczekują od nas standardów, z którymi stykają się poza bankiem, a więc również personalizacji. Nasz projekt odpowiada na te potrzeby, a nawet trochę je wyprzedza. Chcemy zaskakiwać klienta, wywołać „efekt wow” i uśmiech na jego twarzy, proponując rzeczy, których nie spodziewa się po banku. Przystosowaliśmy też nową bankowość elektoniczną do możliwości, jakie daje regulacja PSD II, więc pracujemy również nad tym, by klient mógł zobaczyć w Millenecie swoje środki zgromadzone w innych bankach – mówi Halina Karpińska, Dyrektor Departamentu Bankowości Elektronicznej w Banku Millennium.
Nowa bankowość elektroniczna jest rezultatem pracy 40-osobowego zespołu deweloperskiego i powstała na bazie rozwiązań open source. Zaskoczy klienta życzeniami urodzinowymi, przypomni o ubezpieczeniu bagażu dostępnym w jego karcie płatniczej i podpowie, jak zaoszczędzić na codziennych zakupach. Dodatki na stronie głównej mają ułatwić klientowi codzienne życie i bankowanie. Przykładowo dodatek „Zbiórka” ułatwi zebranie pieniędzy na prezent dla znajomego czy na wycieczkę klasową dziecka. Z kolei dodatek „Nadchodzące płatności” pozwoli na łatwe monitorowanie i planowanie wydatków, a z pomocą dodatku „Wygodny Przelew” klient zrobi przelew w kilka sekund wprost ze strony głównej.
Podróże służbowe to doskonała inwestycja w rozwój firmy. Warto wiedzieć, co zmienić w ich organizacji, żeby były atrakcyjne dla pracowników, a przez to efektywniejsze.
Filip Błoch, prezes i współzałożyciel Hotailors
W Hotailors cały czas rozmawiamy z klientami i analizujemy zachowania pracowników, by nasza platforma coraz lepiej pomagała w organizacji i rozliczaniu podróży służbowych. Cały czas szukamy też na całym świecie inspiracji i ciekawych rozwiązań. Oto najważniejsze trendy w zarządzaniu wyjazdami biznesowymi, które polscy przedsiębiorcy powinni poznać i wykorzystać do własnych potrzeb.
Bleisure: praca i wypoczynek
To połączenie jest modne już od kilku lat, ale w 2019 r. przestaje być ciekawostką, a staje się właściwie oczywistością. Bleisure to wyjazd służbowy (business) i prywatny (leisure – odpoczynek) w jednym. Wyobraźmy sobie konferencję w Rzymie, która kończy w piątkowe popołudnie. Po co wracać wieczornym samolotem do Polski, skoro można spędzić w Wiecznym Mieście weekend? Wizja przedłużonego wyjazdu staje się tym bardziej kusząca, im o bardziej odległych i egzotycznych miejscach mówimy. W końcu możliwość połączenia podróży prywatnej i służbowej pozwala pracownikowi zmniejszyć własne wydatki, przede wszystkim na bilety lotnicze. Pozostając przy przykładzie Rzymu: dla firmy nie ma zazwyczaj różnicy czy opłaci podróż powrotną w piątek czy w niedzielę.
Oczywiście z punktu widzenia firmy sprawy nie zawsze są takie proste. Jak podzielić koszty podróży, noclegów i wydatków, żeby łatwo je rozliczyć? Sama organizacja wyjazdu też może być bardziej kłopotliwa. Najłatwiej zarezerwować jeden hotel na cały wyjazd, ale nie zawsze jest to możliwe. Miejsce idealne dla uczestnika konferencji może być zbyt drogie dla pracownika, gdy musi opłacić swoją prywatną część podróży. Jak to zorganizować, by wyjazd biznesowy był efektywny? Zresztą i pracownicy mogą mieć problemy. W ubiegłym roku sieć Hilton przeprowadziła badanie wśród amerykańskich millenialsów – ludzi urodzonych mniej więcej między 1980 a 2000 r. Prawie połowa z nich przyznała, że źle zrozumiała zasady podziału na część służbową i prywatną i nie mogła rozliczyć części kosztów. Mniej więcej tyle samo osób obawiało się, że szefowie krzywym okiem spojrzą na wyjazd przedłużony o wypoczynek.
Skoro z tym tyle problemów, to może lepiej machnąć ręką i kazać pracownikowi wracać z Rzymu w piątkowy wieczór?
To byłby zły krok. Aż trzy czwarte pracowników twierdzi, że podróże służbowe to jedna z ważniejszych wartości ich pracy. Zamiast więc ich ograniczać, lepiej wykorzystać najnowsze technologie (polecam punkt 4: sztuczna inteligencja oraz automatyzacja procesów), by ułatwić organizację i rozliczanie wyjazdów typu bleisure. To może polepszyć atmosferę w pracy i zwiększyć satysfakcję i efektywność pracowników.
Podróże służbowe jako element budowania marki
Wizytówką firmy mogą być wszystkie wyjazdy służbowe. Ich planowanie, organizowanie i rozliczanie musi być jednak proste i szybkie, żeby nie stało się uciążliwością. Z naszego doświadczenia w Hotailors wynika, że dla wyjeżdżających ważne jest również, by nie musieli finansować delegacji sami, a potem czekać na zwrot kosztów.
Dobrze funkcjonująca i przejrzysta polityka podróży sprawi, że wyjazdy będą atrakcyjne i motywujące dla pracowników. Będą również kartą przetargową w czasie rekrutacji. Według badań dla większości zatrudnionych możliwość podróżowania to dodatkowy prestiż, więc delegacje mogą stanowić wartościowy element oferty pracy. A przecież w Polsce już teraz brakuje pracowników, również na stanowiskach specjalistów. Według danych Unii Europejskiej w samym 2017 r. z Polski wyjechało ponad pół miliona osób z wyższym wykształceniem. Dlatego warto zadbać o każdy szczegół, który może przyciągnąć do pracy najlepszych kandydatów.
Dochodzi jeszcze jeden element: bezpieczeństwo kobiet. Według badania Global Business Travel Association aż 40 proc. podróżujących służbowo to panie, a tylko 18 proc. firm w politykach podróży bierze pod uwagę ich potrzeby. Tymczasem według GBTA aż 82 proc. kobiet obawia się wyjazdów do niektórych krajów ze względu na różnice kulturowe i kwestię praw kobiet, 75 proc. obawia się molestowania seksualnego, a 73 proc. fizycznej napaści.
W polityce podróży firmy mogą zapisać rozwiązania, które będą chroniły kobiety. Może być to lista krajów podwyższonego ryzyka, w których będą wymagane dodatkowe zabezpieczenia – na przykład całodobowa lokalizacja pracowniczki i możliwość natychmiastowego kontaktu w celu wezwania szybkiej i skutecznej pomocy. Może być to wymóg rezerwowania hoteli z 24-godzinną ochroną czy pokojów z dodatkowymi zamkami. Można też zawsze wynajmować paniom sprawdzone auto z kierowcą w drodze z i na lotnisko – taksówki bowiem, szczególnie w nocy, mogą być dla kobiet ryzykownym środkiem transportu.
Warto o takich rozwiązaniach pomyśleć, bo wypracowanie szczegółowych zasad daje firmom przewagę w przyciąganiu specjalistek.
Rozsądne oszczędności czyli optymalizacja kosztów
Global Business Travel Association przewiduje, że w 2019 r. ceny lotów wzrosną o 2,6 proc., a hoteli o 3,7 proc. Dla firm, których pracownicy często wyjeżdżają, może to być poważne obciążenie. W epoce wideokonferencji wydawałoby się jednak, że łatwo zrezygnować z kosztownych podróży służbowych.
To jest jednak bardziej skomplikowane. Wyjazd biznesowy to inwestycja. Żeby zbudować trwałe relacje z partnerami trzeba się dobrze poznać. Bez spotkań to właściwie niemożliwe.
Firmy powinny jednak próbować wykorzystać najnowsze technologie komunikacyjne. Nie warto przy tym szukać prostych oszczędności. Są ważne spotkania, na których trzeba być obecnym osobiście i w świetnej formie: wtedy nie można oszczędzać na hotelu czy przelotach. Część spotkań roboczych z pewnością jednak można zastąpić telekonferencjami. Trzeba wziąć też pod uwagę dobro pracowników. Czy podróż przez pół świata na jedno spotkanie ma sens? Będzie poważnym wydatkiem, a pracownik może dojść do wniosku, że firma zupełnie nie szanuje jego czasu.
Dlatego optymalizację kosztów trzeba rozpocząć od dokładnej analizy wszystkich wyjazdów służbowych ze względu na ich zasadność, koszt i zaangażowanie czasowe pracowników. Później trzeba pamiętać, by oszczędności nie wpłynęły na efektywność pracowników: dodatkowe przesiadki, niski standard hotelu czy jego złe położenie spowodują zmęczenie pracownika, a w końcu – gorsze wyniki firmy.
Firmowa polityka podróży powinna być elastyczna i uwzględniać również – w miarę możliwości – alternatywne sposoby organizacji spotkań biznesowych. Może uwzględniać apartamenty czy wysokiej jakości hostele jako noclegi, a oprócz tradycyjnych przestrzeni konferencyjnych – również przestrzenie coworkingowe. Warto zwrócić uwagę na popularność ekonomii współdzielenia wśród młodszych pracowników i uwzględnić możliwość korzystania np. z przejazdów Uberem zamiast taksówkami. Pracownicy będą zadowoleni, polepszy się wizerunek firmy, a jednocześnie wydatki będą niższe. Wszyscy na tym wygrywają.
Sztuczna inteligencja oraz automatyzacja procesów
Lepiej zorganizowane podróże, wykorzystanie ekonomii współdzielenia, uwzględnienie wyjazdów bleisure, a do tego elastyczna polityka podróży uwzględniająca zmieniające się okoliczności – pracodawcy muszą wziąć pod uwagę coraz więcej czynników. A do tego dochodzą zmieniające się przyzwyczajenia podróżujących. Pracownicy chcą mieć wpływ na swoje wyjazdy i możliwość wyboru hotelu czy samolotu. Przyzwyczaili się do tego organizując prywatne podróże i tę wygodę chcieliby mieć również w pracy. Z drugiej strony firmy chcą skutecznie zarządzać budżetem na podróże służbowe, żeby móc reagować na bieżąco na zmieniające się okoliczności. Wyzwaniem jest też organizowanie i rozliczanie podróży służbowych pracowników zewnętrznych.
Rozwiązaniem jest automatyzacja części procesów i wykorzystanie sztucznej inteligencji, która szybciej, efektywniej i taniej uwzględni wszystkie potrzeby firmy. To właśnie z takich potrzeb wyrosło Hotailors. Z jednej strony za pomocą naszej platformy do organizacji podróży służbowych wszyscy pracownicy mogą rezerwować wyjazdy w ramach przysługujących im limitów. Z drugiej firma otrzymuje dokładną kontrolę wydatków w czasie rzeczywistym, a na koniec miesiąca jedną zbiorczą fakturę. Rozliczanie kosztów staje się dziecinnie łatwe.
Co ważne – podróżujący mają zapewnione przez cały czas wsparcie agentów podróży. A to kolejny ciekawy trend: wszyscy chcą automatyzacji oraz wsparcia sztucznej inteligencji, ale jednocześnie w sytuacjach kryzysowych liczą na pomoc drugiego człowieka. Dlatego zmienia się też rola agentów podróży. Technologia staje się narzędziem do codziennej obsługi, a agent – ekspertem. Amerykańskie Stowarzyszenie Doradców Turystycznych (American Society of Travel Advisors – ASTA) w ubiegłym roku zmieniło zresztą nazwę. „Agenci” stali się „doradcami”. Wynika to właśnie ze zmiany roli agentów podróży, spowodowanej również przez rozwój technologii.
Zawsze pod ręką
W 2019 r. klient chce mieć łatwy dostęp do wszystkich potrzebnych informacji. Oznacza to, że firma obsługująca podróże służbowe powinna obsługiwać zapytania na różnych kanałach (idea multichannel), które powinny być ze sobą zintegrowane. Kluczowa jest łatwość dostępu i kontaktu. Współczesny podróżujący oczekuje, że proces wyszukiwania oferty będzie szybki i efektywny: propozycje mają idealnie pasować do jego potrzeb. Ważny jest system rekomendacji i opinii innych klientów, wysokiej jakości zdjęcia – nie tylko te dostarczane przez biuro podróży. Ciekawym elementem będzie możliwość rozpoznawania mowy. To jeszcze bardziej ułatwi obsługę i wsparcie podróżnego, na przykład w sytuacji kryzysowej, dlatego jest to rozwiązanie, które będziemy chcieli rozwijać w Hotailors.
Dostępność oznacza również rozwój aplikacji mobilnych i możliwość korzystania z usług na ekranie smartfona. Ale to tylko jeden z aspektów tego trendu, bo równie ważne jest doskonałe zaprojektowanie przyjaznej strony internetowej.
Na pewno będą się rozwijały narzędzia dodatkowe, również usługowe, które ułatwiają i zwiększają komfort podróży. Mogą być to rekomendacje atrakcji (tak jak TripAdisor), fryzjera w nieznanym dla przyjezdnego miejsca (np. Booksy), a także aplikacje umożliwiające niedrogie i sprawne poruszanie się po nieznanym mieście (tak jak Uber czy Taxify).
Program Budowy Dróg Krajowych i Autostrad na półmetku. Do tej pory kierowcom udostępniono już ponad 725 km nowych dróg, z czego 321,4 km tylko w ubiegłym roku. W 2019 roku Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad ogłosi warte 20 mld zł przetargi na realizację kolejnych 435 km nowych dróg, chodzi o 17 odcinków obwodnic, dróg ekspresowych i autostrad, które po oddaniu do użytku wydłużą istniejące ciągi tras. Na koniec tego roku zakontraktowanie środków unijnych na budowę dróg z obecnej perspektywy Unii Europejskiej ma sięgnąć już 90 proc.
– Program Budowy Dróg Krajowych i Autostrad do 2023 roku to największy program inwestycyjny w Polsce. Jest współfinansowany ze środków europejskich, i muszę powiedzieć z satysfakcją, że duża część tych środków została już realnie wykorzystana. Ponad 50 proc. środków alokowanych dla Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad zostało już realnie wykorzystanych, tzn. ściągniętych z Unii Europejskiej i zainwestowanych w tę infrastrukturę, z której korzystają już mieszkańcy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Gorgol, p.o. dyrektora Centrum Unijnych Projektów Transportowych.
Program Budowy Dróg Krajowych i Autostrad na lata 2014–2023 (z perspektywą do 2025 roku) zakłada wybudowanie 3 262,7 km nowych dróg – w tym 253,2 km autostrad, 2 568,7 km dróg ekspresowych oraz 43 obwodnic o łącznej długości 445,8 km.
W ramach PBDK do tej pory kierowcom udostępniono już ponad 725 km nowych dróg (z czego 321,4 km tylko w 2018 roku), a w przygotowaniu jest kolejne 2 831,7 km (113 projektów o łącznej długości 1 396,4 km jest w trakcie realizacji, a 11 projektów o długości 135,8 km – w trakcie postępowań przetargowych).
– Ta perspektywa finansowa charakteryzuje się głównie kończeniem sieci dróg ekspresowych. Realizujemy w niej przede wszystkim drogi ekspresowe, które tworzą ciąg komunikacyjny w naszym kraju. Mamy jedną autostradę, to jest obwodnica autostradowa Częstochowy. Mamy też nadzieję na odcinek autostrady od Częstochowy do Tuszyna – ten projekt jest w realizacji, więc mówię tu o ogromnych inwestycjach, o największych inwestycjach drogowych w kraju – podkreśla Przemysław Gorgol.
Od początku programu GDDKiA ogłosiła już 176 postępowań przetargowych na roboty budowlane o łącznej długości 2 257,9 km. Podpisano 165 umów (o wartości ok. 70 mld zł) na 2 122,1 km nowych dróg. Łączny budżet PBDK wynosi 135 mln zł, ale budowa dróg jest dofinansowana ze środków unijnego Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko na lata 2014–2020. Całkowita wartość projektów dofinansowywanych z POIiŚ to około 61,8 mld zł.
Pod koniec marca GDDKiA podpisała już 50. umowę o dofinansowanie dla projektu drogowego ze środków unijnych (67 mln zł dofinansowania do budowy obwodnicy Bolkowa w ciągu dróg krajowych nr 3 i 5, która ma zakończyć się w kwietniu 2020 roku). Do końca bieżącego 2019 roku planuje podpisać kolejnych 11 umów, dzięki czemu poziom zakontraktowanych środków z UE w obecnej perspektywie finansowej sięgnie 90 proc.
– Ruch jest coraz większy, wzrasta mobilność mieszkańców Polski, wzrasta mobilność naszych przedsiębiorców – i w związku z tym również potrzeby. Dlatego m.in. będą też rozwijane, rozszerzane korytarze, które już zostały wybudowane, jak autostrada A2 do Warszawy. Każdy mieszkaniec Warszawy i każdy przyjeżdżający widzi, jak ona jest ograniczona – mówi Przemysław Gorgol, p.o. dyrektora Centrum Unijnych Projektów Transportowych.
Jak podkreśla, ważnym aspektem rozwoju infrastruktury jest realizowany przez GDDKiA projekt Krajowego Systemu Zarządzania Ruchem. W końcówce marca dyrekcja ogłosiła już przetarg na serce, kluczowy element KSZR, który będzie sterował całym systemem i jego regionalnymi sekcjami (na które przetarg został już ogłoszony wcześniej).
KSZR to zintegrowany system zarządzania ruchem, dzięki któremu jazda po drogach krajowych będzie płynna i znacznie bezpieczniejsza. System będzie wspierać kierowców, m.in. ostrzegając przed utrudnieniami, informując o aktualnych i prognozowanych warunkach ruchu oraz czasach dojazdu do celu, wskazując trasę objazdu w miejscach zatoru oraz usprawniając akcje ratunkowe. Projekt uzyskał dofinansowanie w kwocie ponad 123 mln euro z środków unijnych w ramach instrumentu „Łącząc Europę” i jest on prowadzony pod nadzorem Komisji Europejskiej.
– System Zarządzania Ruchem to taka oś cyfryzująca naszą sieć komunikacyjną, dostarczająca główne dane wszystkim użytkownikom korzystającym z dróg – mówi Przemysław Gogol.
W przygotowaniu jest również nowa Strategia Rozwoju Transportu do 2030 roku, wraz z prognozą oddziaływania na środowisko. To aktualizacja dokumentu z 2013 roku, która wyznaczy najważniejsze kierunki rozwoju transportu w Polsce i priorytety inwestycyjne na nadchodzące lata.
– Strategia Rozwoju Transportu to element planowania strategicznego, który ma kształtować priorytety inwestycyjne i określać, w co rząd oraz inwestorzy publiczni będą inwestowali w najbliższych latach. W tym zakresie ta strategia podąża za priorytetami Unii Europejskiej wskazanymi w projektach aktów prawnych do nowej perspektywy finansowej na lata 2021–2027. Obecnie strategia jest w konsultacjach społecznych i myślę, że Ministerstwo Infrastruktury, które za nią odpowiada, będzie wsłuchiwało się w te potrzeby, które płyną ze strony zainteresowanych podmiotów, czyli głównie użytkowników, ale też inwestorów i wykonawców – mówi Przemysław Gorgol, p.o. dyrektora Centrum Unijnych Projektów Transportowych.
Jak podaje GDDKiA, obecnie kierowcy mają do dyspozycji 3 730,7 km dróg szybkiego ruchu – w tym 1 638,5 km autostrad i 2 092,2 km dróg ekspresowych. W 2019 roku zarządca ogłosi przetargi na realizację kolejnych 435 km nowych dróg – w sumie 17 odcinków obwodnic, dróg ekspresowych i autostrad, które po oddaniu do użytku wydłużą istniejące ciągi tras. Szacowana wartość ich realizacji to ok. 20 mld zł, a wszystkie mają już zapewnione finansowanie w ramach PBDK. Wśród nich znajdzie się m.in.: 172 km drogi ekspresowej S19 na terenie woj. podlaskiego i podkarpackiego, blisko 60 km S7 na Mazowszu i w Małopolsce, prawie 50 km S11 w woj. zachodniopomorskim, blisko 47 km S1 w woj. śląskim czy ponad 37 km autostrady A2 w stronę Siedlec. W tym roku ma zostać też ogłoszony przetarg na ostatni w ciągu S3 odcinek umożliwiający dojazd do Świnoujścia, a także fragment S14 domykający zachodnią obwodnicę Łodzi. Większość tych inwestycji realizowana będzie w systemie „projektuj i buduj”.