Co roku około 40 tys. seniorów pada ofiarą przestępstwa. To ich najczęściej dotyczą manipulacje nieuczciwych sprzedawców

0

Co roku około 40 tys. seniorów pada ofiarą przestępstwa. To ich najczęściej dotyczą manipulacje nieuczciwych sprzedawców 1

Najczęściej ofiarami trików manipulacyjnych nieuczciwych sprzedawców padają osoby po 65 roku życia. Przychodzą na bezpłatne badania, a wychodzą z drogim kompletem garnków czy urządzeniami pseudomedycznymi. Dotychczas Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zdiagnozował ponad 120 firm prowadzących w sposób ciągły takie pokazy w kilkuset miejscach w Polsce. Akcja „Poznaj swojego kontrahenta” Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej i Federacji Konsumentów pod patronatem UOKiK ma uświadomić skalę nieprawidłowości firmom wynajmującym sale na tego typu wydarzenia.

Co roku dostajemy liczne zgłoszenia osób starszych, które zostały oszukane na tego typu pokazach, czyli dostały zaproszenie na bezpłatne badanie medyczne, a okazało się, że jest tam sprzedaż niepotrzebnych rzeczy lub usług paramedycznych. W skali kraju mamy namierzonych ponad 120 firm prowadzących w sposób ciągły tego typu pokazy w kilkuset miejscach w Polsce – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Niechciał, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Ze statystyk policji wynika, że co roku ofiarą przestępstw w Polsce pada ok. 40 tys. osób starszych. Najczęściej to włamania, kradzieże i oszustwa. Część sprzedawców przychodzi do domu starszych osób i proponuje im niższe rachunki za gaz, prąd lub telefon, sugerując, że reprezentują dotychczasowego dostawcę tych usług. Problemem są też oszustwa dokonywane pod pretekstem zaproszenia na badania czy prezentacje.

– W praktyce okazuje się, że nie jest to ani bezpłatna wycieczka, ani badanie, ale pokaz różnych magicznych rzeczy, np. lamp, pościeli czy cudownego pakietu leczniczego, a kosztuje to kilka czy kilkanaście tysięcy złotych. Konsument musi wziąć kredyt na tego typu produkt, a jego właściwości lecznicze czy przydatność są zerowe – tłumaczy Marek Niechciał.

Jak przekonuje prezes UOKiK, na manipulację nieuczciwych sprzedawców trudno być odpornym. Wielu uczestników takich prezentacji wychodzi z nich z drogim kompletem garnków czy umową na pakiet usług pseudomedycznych, a oszuści skutecznie wmawiają zły stan zdrowia i wprowadzają w błąd co do właściwości oferowanych produktów.

Nawet osoby, które nie mają zamiaru nic kupować na takich pokazach, wychodzą z tego typu produktami. Mieliśmy przykład osoby z sektora finansowego, która chciała sprawdzić, jak wygląda ten pokaz i tylko kolor rączek od garnków spowodował, że nie zakupiła takiego pakietu za kilka tysięcy złotych – wskazuje Marek Niechciał.

Skala oszustw jest ogromna. Dlatego Polskie Stowarzyszenie Sprzedaży Bezpośredniej i Federacja Konsumentów pod patronatem UOKiK ruszyły z akcją „Poznaj swojego kontrahenta”. Kampania jest skierowana m.in. do firm wynajmujących sale na takie spotkania. Do blisko 40 tys. hoteli i restauracji zostanie wysłana ulotka informująca o nieprawidłowościach i o tym, że udostępnianie sali nieuczciwym sprzedawcom jest de facto wzięciem udziału w przestępstwie.

Konsumenci, którzy padli ofiarą oszustwa, również mają możliwości działania.

– Jeśli ktoś padł ofiarą tego typu działalności pseudohandlowej, może skorzystać z 14-dniowego terminu odstąpienia od umowy. Radzimy skorzystać z pomocy miejscowego rzecznika konsumentów, powiatowego lub miejskiego, możemy się też skontaktować z infolinią konsumencką: 801 440 220. Korzystajmy ze swoich praw i nie pozwólmy, aby wykorzystywali nas nieuczciwi przedsiębiorcy – apeluje Marek Niechciał.

System wsparcia dla kogeneracji na nowych zasadach. Przedsiębiorstwa aplikujące o wsparcie muszą pamiętać o obowiązkowym audycie

System wsparcia dla kogeneracji na nowych zasadach. Przedsiębiorstwa aplikujące o wsparcie muszą pamiętać o obowiązkowym audycie 2

Od blisko dwóch tygodni działa ustawa, która wprowadziła nowy system wsparcia dla energii elektrycznej z wysokosprawnej kogeneracji. Wygaszony z końcem 2018 roku system oparty na świadectwach pochodzenia zastąpiła procedura aukcyjna i system premiowy. Jednak aby ubiegać się o wsparcie i poprawnie wyliczyć jego wysokość, wytwórcy muszą przeprowadzić audyt udzielonej pomocy publicznej. Niedopełnienie tego obowiązku spowoduje, że przedsiębiorca będzie narażony na odpowiedzialność finansową i karną.

– Wytwórcy energii elektrycznej pochodzącej z procesu kogeneracyjnego na podstawie nowej ustawy i nowego systemu wsparcia produkcji energii z wysokosprawnej kogeneracji mogą liczyć także na wsparcie z budżetu państwa. Są trzy rodzaje tego wsparcia: system aukcyjny oraz system premii gwarantowanych i premii indywidualnych – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Fornalczyk, założyciel i partner w firmie doradczej Comper Fornalczyk i Wspólnicy.

Kogeneracja jest procesem technologicznym, który polega na jednoczesnym wytwarzaniu w elektrociepłowni energii elektrycznej i ciepła użytkowego. To jedna z najbardziej efektywnych metod przetwarzania energii pierwotnej, na dodatek zapewniająca ponad 10-proc. oszczędności w porównaniu z wytwarzaniem energii i ciepła w systemie rozdzielonym. Dodatkowo jest bardziej ekologiczna i przyczynia się do ograniczania emisji dwutlenku węgla, dlatego wsparcie kogeneracji jest narzędziem polityki energetycznej Polski i UE.

25 stycznia br. weszła w życie ustawa o promowaniu energii elektrycznej z wysokosprawnej kogeneracji, która ma się przyczynić między innymi do poprawy jakości powietrza, rozwoju ciepłownictwa systemowego i zapewnić bezpieczeństwo dostaw ciepła i energii elektrycznej pochodzących z procesu kogeneracyjnego. Ustawa wprowadziła nowy mechanizm wsparcia, który zastąpił system oparty o świadectwa pochodzenia.

– W ślad za prawodawstwem unijnym polski ustawodawca nałożył na wytwórców energii elektrycznej [ubiegających się o wsparcie – red.] obowiązek uwzględnienia inwestycyjnej pomocy publicznej, którą pozyskali w ciągu ostatnich 10 lat – mówi Maciej Fornalczyk. – Niektórzy przedsiębiorcy mają bieżącą pomoc operacyjną, która jest przeznaczana na inwestycje, inni wytwórcy takiego wsparcia nie mają. Dlatego aby wyrównać możliwości konkurowania o wsparcie publiczne, w nowej ustawie znalazł się art.14, który nakazuje odpowiednie wyliczenie wartości pomocy publicznej i uwzględnienie tej wartości przy aplikowaniu o wsparcie.

Jak podkreśla, aby w dopełnieniu nowego obowiązku pomocny będzie audyt udzielonej pomocy publicznej. To rozwiązanie stosowane jest od dekady również w innych sektorach.

– Taki audyt jest połączeniem czterech elementów: audytu prawnego, stricte księgowego, ekonomicznego i audytu rachunkowości zarządczej. Na tej podstawie uzyskujemy wynik w postaci kwoty pomocy publicznej, jaką otrzymał dany wytwórca, w przeliczeniu na jednostkę wytwórczą. Dalej ta wartość jest przeliczana na ekwiwalent dotacji. Sprowadzamy wszystkie formy pomocy publicznej do wspólnego mianownika, czyli do konkretnej kwoty, która ma de facto pomniejszać wartość, o jaką wytwórca będzie aplikował do systemu wsparcia – wyjaśnia Maciej Fornalczyk.

Jak podkreśla ekspert, przedsiębiorcy powinni przyłożyć dużą wagę do zasad wyznaczania wartości pomocy inwestycyjnej w kalkulacji dopłaty. Zwłaszcza że w nowej ustawie definicja pomocy inwestycyjnej jest dosyć lakoniczna, a przepisy nie precyzują dokładnie, jakie środki należy wliczyć do sumy wartości pomocy publicznej.

– Wytwórca musi uzyskać informację o tym, jakie środki pomocowe zostały przez niego pozyskane w ciągu ostatnich 10 lat – i to nie tylko inwestycyjne, lecz także środki o charakterze operacyjnym czy pokrywające koszty operacyjne. Z tej wartości powinny być wyseparowane środki, które mają charakter inwestycyjny. Nie musi być to pomoc inwestycyjna sensu stricto, może być to np. pomoc operacyjna przeznaczona na inwestycje – tłumaczy partner w firmie doradczej Comper Fornalczyk i Wspólnicy.

W momencie, gdy audyt udzielonej pomocy publicznej zostanie przeprowadzony błędnie albo w ogóle zostanie pominięty, ustawodawca przewidział odpowiedzialność finansową oraz karną do 8 lat pozbawienia wolności dla osoby, która umyślnie poświadczyła nieprawdę.

Mniej niż połowa Polaków zamierza obchodzić walentynki. Najchętniej kupowanym prezentem są kwiaty i słodycze

Mniej niż połowa Polaków zamierza obchodzić walentynki. Najchętniej kupowanym prezentem są kwiaty i słodycze 3

Święto zakochanych zamierza celebrować w tym roku tylko 39 proc. Polaków – wynika z badania „Barometr Providenta”. Co czwarty spędzi walentynkowy wieczór na romantycznej kolacji z ukochaną osobą, a najpopularniejszymi prezentami będą kwiaty i słodycze. Z badania wynika też, że Polacy planują przeznaczyć na walentynkowe wydatki średnio 90 zł, przy czym hojniejsi będą mężczyźni. Co ciekawe, Polska dzieli się na bardziej i mniej romantyczne regiony, a w okazywaniu uczuć przodują mieszkańcy Lubuskiego.

W tym roku walentynki będzie świętować ok. 39 proc. badanych. W tej grupie 1/4 przygotuje swojej ukochanej osobie kolację. Podobne grono, 23 proc., badanych wskazuje, że kupi słodycze, a około 20 proc. planuje kupić kwiaty. Natomiast 5 proc. postawi na tradycyjną kartkę walentynkową wysyłaną pocztą – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji wewnętrznej w Provident Polska.

Z badania „Barometr Providenta” wynika, że obchody walentynek różnią się w zależności od regionu Polski. Na mapie można też wskazać bardziej i mniej romantyczne województwa.

Najbardziej romantycznymi możemy nazwać mieszkańców województwa lubuskiego – tutaj aż 49 proc. deklaruje, że mówi „kocham cię” najbliższym osobom. Na drugim biegunie znajdują się mieszkańcy województwa małopolskiego (21 proc.) – mówi Anna Karasińska, ekspert ds. badań rynkowych Provident Polska. – Mieszkańcy województwa dolnośląskiego chętniej przygotowują tego dnia kolację. Z kolei mieszkańcy województw lubuskiego i śląskiego chętniej w tym dniu obdarowują się łakociami. Natomiast jeżeli mieszkamy w województwie zachodniopomorskim, jest większe prawdopodobieństwo, że w ten dzień zostaniemy zaproszeni do kina.

Święto zakochanych planuje obchodzić co druga osoba z wyższym wykształceniem i tylko co czwarta z podstawowym lub zawodowym. To także ważna okazja dla młodych. 58 proc. osób w wieku 15–24 lata i 62 proc. w wieku 25–34 lata zamierza 14 lutego powiedzieć bliskiej osobie o swoich uczuciach.

Uważamy walentynki za mocno skomercjalizowane święto i nie wyobrażamy sobie obchodzenia go w inny sposób niż poprzez obdarowanie najbliższych osób jakimiś drobiazgami czy przygotowanie kolacji, co wiąże się z wydawaniem pieniędzy. Dość powiedzieć, że w gospodarstwach, które deklarują niską zamożność, raczej nie obchodzi się walentynek. W domach, gdzie problemem są potrzeby dnia codziennego, nikt nie zadeklarował, że będzie celebrować to święto – mówi Anna Karasińska.

Walentynki chętniej celebrują kobiety – deklaruje tak 42 proc. pań wobec 36 proc. mężczyzn. Obie płci w różny sposób pokazują też swoje przywiązanie do bliskiej osoby. 38 proc. kobiet wybierze sprawdzoną od lat receptę na udany związek, czyli przez żołądek do serca, i w walentynki przygotuje romantyczną kolację. Z kolei mężczyźni deklarowali, że kupią ukochanej osobie kwiaty (46 proc.), a 9 proc. panów postanowiło sprezentować biżuterię.

Jeśli chodzi o wydatki walentynkowe i finanse, jakie pragniemy przeznaczyć na ten cel, to nasi ankietowani wskazali, że planują wydać około 90 zł. Mężczyźni planują wydać wyższe kwoty, bo około 100 zł, natomiast kobiety wskazują, że będzie to około 80 zł – mówi Karolina Łuczak.

Na pytanie, czy otrzymali kiedyś prezent na walentynki, 62 proc. wszystkich respondentów „Barometru Providenta” odpowiedziało „tak”.  Upominki dostało dużo więcej pań niż panów – materialnymi wyrazami uczuć cieszyło się 70 proc. kobiet i 55 proc. mężczyzn.

Zdecydowana większość, bo 89 proc., osób spośród tych, które zdecydują się obchodzić walentynki, spędzi czas z partnerką lub partnerem. W tym roku święto zakochanych będzie celebrować aż 61 proc. osób będących w stałych związkach.

Zapytaliśmy również osoby, które nie będą świętowały walentynek, jakie są tego powody. Okazuje się, że zdecydowana większość uznaje je za święto osób młodych, jako ideę stworzoną przede wszystkim dla osób poniżej 25 roku życia. Podobna grupa mówi, że miłość celebruje na co dzień i nie jest do tego potrzebne specjalne święto. Ok. 19 proc. twierdzi również, że nie jest to święto polskie, dlatego nie ma ochoty go celebrować – mówi Karolina Łuczak.

Żeglarstwo regatowe w Polsce cieszy się coraz większą popularnością. Nie jest to sport wyłącznie dla bogatych

0

Żeglarstwo regatowe w Polsce cieszy się coraz większą popularnością. Nie jest to sport wyłącznie dla bogatych 4

Rośnie popularność żeglarstwa w Polsce – zauważa Piotr Zygo, współzałożyciel klubu jachtowego Sailing Poland Yacht Club. Jako jedyny w Polsce posiada własny jacht regatowy, umożliwiający starty w morskich i oceanicznych zawodach regatowych. Udział w takich imprezach wiąże się z wielomilionowymi kosztami, ale jest najlepszym sposobem budowania marki tego sportu. Wbrew pozorom żeglarstwo nie jest jednak sportem dla bogatych i na początku nie wymaga wielkich nakładów finansowych. 

W Polsce żeglarstwo kojarzy się przede wszystkim z Mazurami, rekreacją i mistrzostwem olimpijskim Mateusza Kusznierewicza. Natomiast w ostatnich latach coraz więcej mówi się o startach polskich załóg – udanych i mniej udanych – w regatach na całym świecie. Myślę, że popularność morskiego żeglarstwa regatowego to trend, który będzie się umacniał. Tak jest na całym świecie i nie ma powodu, żeby u nas było inaczej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Zygo, współzałożyciel Sailing Poland Yacht Club, były prezes Legii Warszawa.

Jak podkreśla, morskie żeglarstwo regatowe w Polsce rozwija się od wielu lat, natomiast w ostatnich latach można zauważyć, że ten rozwój wyraźnie przyspieszył. Pojawia się coraz więcej projektów żeglarskich związanych ze startami w regatach morskich czy oceanicznych.

– Początki morskiego żeglarstwa regatowego w Polsce sięgają lat 70., potem mieliśmy największe jak do tej pory sukcesy Romana Paszke na przełomie lat 90. i 2000 roku. Teraz pojawiły się kluby żeglarskie, organizowane są starty w regatach. Problemem jest to, że kluby nie posiadają jachtów, na których mogą startować. Te jachty są czarterowane, więc nie ma konsekwencji w budowaniu programu, kalendarza startów. Natomiast to się wszystko ciągle rozwija –mówi Piotr Zygo.

Udział polskich załóg w wielkich takich regatach, jak Puchar Ameryki, Volvo Ocean Race, Sydney Hobart, Fastnet czy Middle Sea Race, jest najlepszym sposobem promocji żeglarstwa. Wiąże się to jednak z wielomilionowym budżetem, kosztami wyposażenia jednostki i skompletowania odpowiedniej załogi.

W tych regatach musimy zacząć startować systematycznie i z czasem zacząć osiągać dobre wyniki. Jednak do tego jest niezbędny zespół profesjonalnych żeglarzy i zespół żeglarzy amatorów, którzy chcą to robić, ponieważ regaty typu Sydney Hobart czy Fastnet odbywają się w formule pro-amatorskiej, gdzie na jednym jachcie startują żeglarze profesjonalni i amatorzy. W tym kierunku zmierzamy jako klub – mówi Piotr Zygo.

Współzałożyciel Sailing Poland Yacht Club podkreśla, że – wbrew obiegowej opinii – żeglarstwo to dość egalitarny sport, który na starcie nie wiąże się z ogromnymi nakładami finansowymi. Nie trzeba mieć ani własnego jachtu, ani od razu zapisywać się na kurs żeglarski i wyrabiać patentu, żeby móc uczyć się żeglować.

Pojęcie drogi albo tani jest umowne. Jazda na rowerze jest tania, natomiast masa Polaków startuje w amatorskich wersjach klasyków typu Tour de France i to już jest dosyć droga impreza. Podobnie jest z żeglarstwem – moja córka trenuje żeglarstwo na Zalewie Zegrzyńskim i jest to relatywnie tania forma spędzania wolnego czasu czy uprawiania sportu, natomiast start w regatach Sydney Hobart to są już zupełnie inne pieniądze – mówi Piotr Zygo.

Sailing Poland Yacht Club to stworzony w 2018 roku prywatny projekt żeglarski. Jest jak na razie jedynym w Polsce klubem, który posiada na stałe własny jacht regatowy (od stycznia w dyspozycji SP jest też jacht – Volvo Ocean 65, wcześniej pod hiszpańską banderą – pierwszy tak nowoczesny oceaniczny jacht regatowy w Polsce). Jednym z celów przedsięwzięcia jest skupianie ludzi i instytucji, które chcą wspierać rozwój żeglarstwa w Polsce, m.in. generować środki finansowe na realizację projektów żeglarskich.

– Sailing Poland jest inicjatywą, która łączy żeglarstwo, media i biznes. To nas w pewnym sensie wyróżnia, bo jesteśmy więcej niż tylko klubem żeglarskim. Mamy cały komponent działalności związany z budową platformy mediowej Sail Explore Win, z produkcją treści wideo właśnie na potrzeby tej platformy, ale także dla odbiorców zewnętrznych w postaci grup mediowych w Polsce – mówi Piotr Zygo.

Na czele załogi Sailing Poland Group stanął Maciej „Świstak” Marczewski, wielokrotny mistrz Polski, jeden z najbardziej doświadczonych morskich żeglarzy regatowych. Załoga ma już za sobą start w Copa del Rey na Majorce i drugie miejsce w grupie IRC B w najsłynniejszych regatach Lazurowego Wybrzeża – Les Voiles de Saint-Tropez.

DNA można już edytować niczym dokument tekstowy. Biohacking daje szansę na dłuższe i lepsze życie, ale też stanowi duże ryzyko

DNA można już edytować niczym dokument tekstowy. Biohacking daje szansę na dłuższe i lepsze życie, ale też stanowi duże ryzyko 5

Hakować można już nie tylko komputery. Coraz popularniejszy staje się biohacking, czyli traktowanie ludzi niemal jak urządzenia. Modyfikując własne DNA, być może już niedługo uda się widzieć w ciemności, a może nawet żyć wiecznie. Wszczepiane chipy i zmywalne tatuaże sprawiają, że można otworzyć drzwi tylko machnięciem ręki. Możliwe jest już nawet eksperymentowanie z DNA na poziomie zarodków, choć eksperci wskazują na wątpliwą etykę takich działań. Ryzyko może być jednak ogromne dla całej ludzkości.

– Najnowsze osiągnięcie, jeśli chodzi o badania nad kodem DNA, to przede wszystkim techniki, które pozwalają na edycję DNA. Tak jak mamy dokument, który wpiszemy i możemy w każdej chwili zmienić pewne słowa, możemy zmienić litery, wstawić przecinki. Teraz te techniki pozwalają nam na manipulacje na całych genomach, na całych komórkach, gdzie możemy zmieniać znaczenie pojedynczych genów, czy nawet całych grup genów, czyli zmieniać różne cechy czy naprawiać błędy – mówi agencji Newseria Innowacje dr inż. Sławomir Dąbrowski, kierownik ds. badań i rozwoju w A&A Biotechnology.

Coraz lepsza znajomość DNA, rozpoznawanie, które geny za co odpowiadają, może być szansą na dłuższe i lepszej jakości życie. Wiadomo, które geny i jaka ich konfiguracja sprawiają, że rośnie ryzyko zachorowania na poszczególne choroby. Wyodrębniono geny, które odpowiadają za problem z utrzymaniem prawidłowej wagi, nawet mimo zdrowego odżywiania. Coraz lepsza wiedza sprawia jednak, że łatwiej wpływać i zmieniać poszczególne grupy genów. Biohacking, czyli traktowanie ludzi jak komputery, może sprawić, że osiągniemy ogromny postęp w zakresie zdrowia i samopoczucia.

– Zawsze jest w człowieku coś, co prowadzi do tego, że chcemy być lepsi, doskonalsi. Takie zagrożenie zawsze istnieje, że chciałbym coś zmienić, może nie u siebie, ale np. chcemy mieć zdrowsze i zdolniejsze dzieci. Każdy podejmie jakieś zabiegi w tym celu, żeby jednak niektóre elementy wykorzystać w ten, a nie inny sposób – zaznacza dr inż. Sławomir Dąbrowski.

Pierwsze przypadki modyfikowania genów przyniosły sukces. Kilka lat temu naukowcom i lekarzom w USA udało się usunąć z ludzkiego embrionu gen odpowiedzialny za chorobę serca. Modyfikując geny udało się – na razie w ramach testów – zlikwidować paraliż kończyn u szczurów. Pokusy są jednak znacznie większe. W 2017 roku były naukowiec NASA zmodyfikował swoje geny podczas transmisji na żywo poprzez usunięcie hamującej przyrost mięśni miostatyny ze swojego przedramienia.

– Obecnie najbardziej popularną sytuacją jest to, że scharakteryzowane są oczywiście geny związane np. ze starzeniem czy z tężyzną fizyczną, przyrostem masy mięśniowej czy z lepszymi wynikami. Niektórzy to stosują w sposób legalny lub mniej legalny, wstrzykując sobie odpowiednie mieszanki, które pozwalają na modyfikację w jakiejś grupie komórek. W miejscu, gdzie doszło do wstrzyknięcia tego materiału i ten materiał wniknął do komórki, taka modyfikacja jest możliwa – przekonuje ekspert.

Biohacking idzie jednak znacznie dalej niż pomaganie w nabraniu większej masy ciała, schudnięciu czy wyregulowaniu snu. Pierwsze przypadki modyfikacji genów zakończyły się pozytywnie, dlatego już teraz próbuje się zbudować lepszą wersję człowieka, np. poprzez wszczepianie odpowiednich czipów. W jednej ze szwedzkich korporacji duża grupa pracowników zdecydowała się na taki krok. W ten sposób jednym ruchem ręki mogą otwierać drzwi, zyskiwać dostęp do dokumentów czy je kserować. Zmywalne tatuaże pozwalają natomiast przesyłać i odbierać informacje. To już nie tyle modyfikacja jednego genu, ile zmienianie całego organizmu tak, by lepiej dopasować go do nowych czasów.

Tatuaże i czipy mogą jednak przestać niedługo być potrzebne. Modyfikacja genów już na poziomie zarodków może wystarczyć, by zbudować idealnego człowieka o określonych z góry umiejętnościach. W Chinach prowadzono już tajny program, którego celem było uodpornienie chorych osób na wirus HIV. Naukowcy modyfikowali zarodki, na urodzone w ten sposób dzieci czekały już wyselekcjonowane pary. Coraz powszechniejsza jest modyfikacja genów wśród zwierząt.

– Prowadzi się badania związane z tym, żeby modyfikować, podnosić użyteczność zwierząt. Naukowcy cały czas starają się jednak wyselekcjonować najlepsze kury, najlepsze byki, najlepsze krowy. Robiliśmy w pewnym sensie taką selekcję już od dawna tradycyjnymi metodami. W tej chwili już wielokrotnie stosuje się techniki, które działają na zarodkach, więc generalnie możliwa jest modyfikacja już na etapie zarodkowym, np. wymiana genów, dołożenie genów, różne elementy, które są związane z tym, żeby poprawić użytkowość danego organizmu – podkreśla dr inż. Sławomir Dąbrowski.

Według analityków Research and Markets globalny rynek sekwencjonowania DNA nowej generacji osiągnie wartość do 2025 r. niemal 23 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu w najbliższych latach wyniesie blisko 22 proc.

Media społecznościowe i aplikacje na potęgę śledzą użytkowników. Niebawem będą także potrafiły przewidzieć popełnienie przestępstwa

Media społecznościowe i aplikacje na potęgę śledzą użytkowników. Niebawem będą także potrafiły przewidzieć popełnienie przestępstwa 6

Już niedługo media społecznościowe mogą przewidywać przestępstwa tylko na podstawie wiedzy o użytkowniku. Techniki śledzenia i profilowania stają się coraz bardziej inwazyjne. Aplikacje sprawdzają lokalizację, na podstawie IP oceniają, z kim dzielimy mieszkanie, jakie są nasze sympatie polityczne i upodobania. Media społecznościowe zbierają wszystkie dane, podsłuchują i manipulują emocjami. To jednak tylko początek. Odgadywanie ludzkich zachowań wykracza daleko poza konsumpcję, a wkracza bardzo mocno w sferę relacji z państwem czy zdolności kredytowej.

– Łatwo jest myśleć, że portale społecznościowe i aplikacje wiedzą o nas tyle, ile im powiemy, ale ich wiedza daleko wykracza poza to, co sami udostępniamy. Każda z nich obserwuje bardzo dokładnie nasze zachowanie – gdzie jesteśmy, jak się łączymy z internetem, z kim wchodzimy w interakcje, kogo unikamy, jak ruszamy palcami na klawiaturze, jak poruszamy się po stronach. Z tych ułamków informacji wyciągają najciekawsze wnioski – mówi agencji Newseria Innowacje Katarzyna Szymielewicz, prezeska Fundacji Panoptykon.

Przeciętny użytkownik internetu nawet nie wie, ile informacji na jego temat krąży w sieci. Reklamy przedstawiające przedmioty, nad zakupem których się zastanawiamy, nie są przypadkiem. Media społecznościowe i aplikacje zbierają niemal wszystkie dane. Zwracają uwagę, na co klikamy, o jakich porach, sprawdzają odwiedzane strony i miejsce logowania.

„Raport o śledzeniu” Fundacji Panoptykon wskazuje, że przeciętny użytkownik smartfona korzysta aktywnie z około 27 aplikacji miesięcznie. Tylko nieliczni poświęcają czas i uwagę na to, by zapoznać się z ich regulaminami i politykami prywatności. W efekcie sami często zgadzamy się na sprawdzanie naszej lokalizacji czy dajemy dostęp do naszych kontaktów. Algorytmy gromadzą i analizują coraz więcej informacji i na tej podstawie budują profil psychologiczny. Następnie dobierane są wyświetlane reklamy, wyniki wyszukiwarek czy informacje pojawiające się na tablicach w mediach społecznościowych

– Nie możemy mieć gwarancji, tak naprawdę nie wiemy, na jakiej zasadzie to jest robione. Wiemy, że profilowanie istnieje, ale nie wiemy, jak ten profil wygląda, bo tego głębokiego profilu wynikającego z obserwacji nikt nam nie udostępnia. To jest duża część problemu, z którą się mierzymy w internecie, że ta najciekawsza wiedza o człowieku jest przed nami ukryta, mimo że to ona właśnie służy do profilowania treści – tłumaczy Katarzyna Szymielewicz.

Najpopularniejsze portale społecznościowe mogą automatycznie uruchamiać mikrofon w komputerze lub smartfonie co jakiś czas, aby sprawdzić, jakie programy użytkownik ogląda w telewizji. Odpowiedni system na podstawie zdjęć i wspólnych numerów IP i identyfikatorów urządzeń ustala, z kim użytkownicy dzielą gospodarstwo domowe. Z kolei opracowana przez Facebook technologia Offline Trajectories przewiduje przyszłe lokalizacje użytkowników.

Popularne gry mobilne można uruchomić tylko wtedy, gdy użytkownik zgodzi się na dostęp do mikrofonu i lokalizacji. Po dokładnym sprawdzeniu ustawień okazuje się jednak, że śledzi nawyki oglądania telewizji w celu serwowania reklam.

– Większość komunikatorów, z których korzystamy, nawet jeśli szyfruje nasze dane, jednocześnie ma dostęp do wysyłanych treści. Facebook, Google czy Skype z całą pewnością analizują również treść naszych komunikatów, czasami także głosowych, bo cały czas trwają prace nad sztuczną inteligencją, która analizuje głos właśnie po to, żeby lepiej zrozumieć, jak człowiek myśli, jak mówi, czego dotyczą nasze rozmowy, jakie są nasze problemy. I ta wiedza jak najbardziej również służy profilowaniu pod kątem reklam – wskazuje prezeska Panoptykon.

Dostęp do informacji na temat zainteresowań i nawyków klientów dostarczają nie tylko smartfony, smartwatche i zainstalowane aplikacje. W dobie internetu rzeczy, także czujniki gazu, inteligentne lodówki czy zabawki i autonomiczne odkurzacze zbierają informacje na temat przyzwyczajeń, trybu życia i upodobań. To nie tylko zagrożenie prywatności, ale w niektórych sytuacjach także fizycznego bezpieczeństwa. Szymielewicz podkreśla, że choć może się wydawać, że dane służą wyłącznie lepszemu profilowaniu i dobieraniu precyzyjnie reklam, rzeczywistość może być znacznie bardziej groźna.

– Wiele rządów prowadzi już eksperymenty z wykorzystaniem profilowania i przewidywania naszych zachowań, np. kto popełni przestępstwo albo gdzie ono będzie popełnione, albo analizę tego, czy przestępca może wyjść wcześniej z więzienia. Ta tendencja do odgadywania ludzkich zachowań wykracza daleko poza konsumpcje, a wkracza w sferę naszej relacji z państwem, relacji społecznych, również rekrutacji do pracy czy analizy ryzyka finansowego. Zanim „Raport mniejszości” stanie się naszą rzeczywistością dobrze byłoby ten proces powstrzymać, a przynajmniej go kontrolować – podsumowuje Katarzyna Szymielewicz.

Komisja Europejska szacuje, że wartość rynkowa ogółu danych przetwarzanych online na terenie Unii Europejskiej osiągnie do 2020 roku 739 mld euro.

Jak obliczyć zysk z inwestycji w fundusze inwestycyjne?

Matematyka to królowa nauk –  to właśnie ona pozwala usystematyzować otaczającą rzeczywistość. Ma również ogromne znaczenie w sferze finansów, jak na przykład w zakresie wyliczania rat kredytów i pożyczek, a także określenia stopy zwrotu z inwestycji w fundusze. Jak obliczyć zyski z funduszy inwestycyjnych? Na co należy szczególnie zwrócić uwagę, żeby szacunki były miarodajne?

Zysk z funduszy inwestycyjnych – na co należy zwrócić uwagę?

Obliczając zyski z funduszy inwestycyjnych, należy zachować szczególną skrupulatność. Bardzo ważne jest, żeby uwzględnić przy tym zasady FIFO, LIFO i HIFO. Na czym polegają?

  • FIFO (First In First Out) – zasada, zgodnie z którą w pierwszej kolejności są odkupywane jednostki, które uczestnik nabył najwcześniej
  • LIFO (Last In First Out) – zgodnie z tą zasadą, jednostki, które uczestnik nabył jako ostatnie, są odkupywane jako pierwsze
  • HIFO (Highest In First Out) – w myśl tej zasady, jako pierwsze są odkupywane jednostki, które uczestnik funduszu nabył po najwyższej cenie

Wzięcie pod uwagę FIFO, LIFO i HIFO jest szczególnie istotne w przypadku osób, które dokonywały więcej niż jednego zakupu jednostek uczestnictwa w danym funduszu inwestycyjnym.

Zyski z inwestycji – jak je policzyć?

W przypadku obliczania zysków z funduszy, przyjęcie zasad FIFO, LIFO i HIFO jest bardzo ważne i należy o nich pamiętać, żeby uzyskać miarodajne wyniki. Zwykle zajmuje się tym profesjonalny podmiot, czyli agent transferowy. Można jednak przyjąć pewne uproszczenia na obliczenie zysków z inwestycji. Wystarczy skorzystać z profesjonalnego kalkulatora inwestycyjnego, takiego, jak ten: https://www.kupfundusz.pl/kalkulator. To narzędzie, które zostało opracowane w taki sposób, żeby obliczyć uzyskane już zyski, ale nie tylko. Kalkulator jest w stanie przeprowadzić symulację, która pozwoli zobrazować ilość pieniędzy, jaką będzie można uzbierać poprzez długoletnie, regularne inwestowanie określonych kwot oraz dzięki jednorazowej inwestycji.

„Największym wynalazkiem ludzkości jest procent składany”. – Einstein


Procent prosty, a procent składany

Przy inwestowaniu w fundusze, mogą być stosowane procenty proste lub składane. W przypadku pierwszej kategorii, uczestnik funduszu otrzymuje określony procent odsetek, który zawsze jest liczony od kapitału początkowego. Przy procentach składanych, odsetki są dopisywane do konta na koniec każdego okresu rozliczeniowego, a na następny okres, liczone od całej kwoty (łącznie z odsetkami). Zatem, w przypadku procentu składanego, siłą napędową zysku są odsetki od odsetek, a baza naliczania zysku stale się zwiększa. Efekt procentu składanego jest najbardziej zauważalny w przypadku dłuższych inwestycji i z wyższym oprocentowaniem.

Wyliczenie stopy zwrotu – na czym polega?

Stopa zwrotu to nic innego, jak pojęcie, które pozwala ocenić skuteczność inwestycji i porównać ją z innymi. Obliczając stopę zwrotu, można się dowiedzieć, ile procent zarobiono lub stracono na konkretnej inwestycji – jednorazowej, rocznej czy niejednorazowej. Jak wyliczyć stopę zwrotu w każdym z wymienionych przypadków?

  • inwestycja jednorazowa (gdy wartość początkowa i końcowa są znane)

[(wartość końcowa / wartość początkowa) -1] * 100%

  • inwestycja jednorazowa (gdy wartość początkowa, czas jej trwania oraz średnioroczna stopa zwrotu są znane)

[(1 + roczna stopa zwrotu) liczba lat -1] * 100%

  • inwestycja roczna

[(1 + stopa zwrotu) * (1/ liczba lat) -1] * 100%

  • inwestycja niejednorazowa

Wyliczenia stopy zwrotu w przypadku inwestycji niejednorazowych są na tyle skomplikowane, że najlepiej jest wykonać je za pomocą specjalnej funkcji w programie MS Excel – XIRR. Do obliczenia będzie potrzebne zestawienie dat płatności oraz wartości – przypływów gotówkowych według dat.

Unijne dofinansowanie na start – browar kraftowy

Andrzej Najda – Dyrektor ds. Inwestycji i Funduszy z UE w firmie Najda Consulting
Andrzej Najda – Dyrektor ds. Inwestycji i Funduszy z UE w firmie Najda Consulting

Mały, niezależny i tradycyjny – te trzy cechy powinny charakteryzować każdy browar kraftowy. A tych w Polsce przybywa z każdym rokiem. Nic dziwnego, nasi rodacy to prawdziwi smakosze piwa, dlatego  wciąż poszukują  jego nowych odmian. Coraz mniej interesuje ich też kupno trunku wytwarzanego na skalę masową, a zamiast tego zdecydowanie wolą rodzinne biznesy, które są gwarancją wyjątkowego produktu. Sukces odnoszą więc browary rzemieślnicze, których tylko w ubiegłym roku na naszym rodzimym rynku pojawiło się aż 51. Zakładają je przede wszystkim rodziny lub grupy przyjaciół, które produkcję piwa traktują jako nowy sposób na życie. Co więcej, okazuje się, że wcale nie tak trudno zacząć, bowiem wsparcie na dobry start oferuje choćby Unia Europejska.

Jak założyć browar kraftowy sięgając po unijne dotacje radzi szef firmy Najda Consulting – jedynej konsultingowej firmy w Polsce, która pozyskała do tej pory dofinansowanie unijne dla pięciu mini browarów.

Polacy wypijają około 4 miliardy litrów piwa rocznie. To zawrotna suma, której sporą część stanowią właśnie piwa kraftowe. Najchętniej pijemy je w małych browarach połączonych z warzelniami, kupujemy w sklepach dedykowanym właśnie małym produkcjom lub przez Internet. Świat piwa wciąż jednak nie został w całości odkryty, dlatego założenie piwnego biznesu nadal  jest dobrym pomysłem. Dla niektórych może stać się nawet sposobem na życie i pasją, bowiem uwarzenie pysznego trunku to prawdziwy rytuał. A sam smak można doskonalić w nieskończoność, tak by w końcu nasz wyjątkowy produkt zyskał sławę nie tylko w kraju, ale też poza jego granicami.

Jak uwarzyć piwo? To wcale nie takie trudne!

Na początek należy wyjaśnić na czym polega sam proces. Podstawowy zestaw do domowej produkcji piwa, która zaspokoi oczekiwania domowników można zakupić już za około 200 złotych. Znajdziemy w nim m.in. pojemnik fermentacyjny, miernik cukru, kranik oraz koncentrat słodu do wyrobu piwa, który wystarczy do wytworzenia około 23 litrów trunku. Ostatni komponent można dokupywać i  zmieniać zgodnie z preferencjami, a cały proces to tak naprawdę kilka godzin pracy, a później tygodniowa fermentacja, po której wystarczy tylko przelać piwo do butelek i zakapslować (kapsle również znajdują się w zestawie). Zatem co musi zrobić warzelnik? Kolejno przygotować zacier, następnie oddzielić pozostałości nierozpuszczonego słodu od reszty syropu, później przychodzi czas na warzenie i chmielenie, a na koniec należy dodać drożdże, co rozpocznie proces fermentacji właśnie. Te wszystkie kroki musi podjąć każdy, kto własnoręcznie chce stworzyć piwo: czy to w domowej piwniczce, czy już w poważniejszym browarze. Musimy jednak pamiętać, że „zestaw małego warzelnika” w tym drugim przypadku nie będzie już wystarczający. Dlatego jeśli myślisz o założeniu biznesu, do sprawy podejść trzeba zdecydowanie poważniej, bo poważniejsze będą już choćby same koszty związane z własną produkcją. W przypadku instalacji browarniczej w mini browarach proces warzenia piwa jest w pełni zautomatyzowany i obywa się poprzez zainstalowane oprogramowanie i wprowadzenie odpowiednich receptur piwa. Do warzenia piwa jest potrzebny przeszkolony browarnik, który prowadzi cały proces zgodnie z instrukcjami producenta linii browarniczej.

Chcę założyć browar kraftowy! Jak zacząć?

Jak w przypadku każdego biznesu musisz kilka razy przemyśleć czy faktycznie jesteś gotowy na jego rozpoczęcie. A jeśli tak, kto będzie twoim sprzymierzeńcem w nowym pomyśle: rodzina, a może przyjaciele? Kto za co dokładnie będzie odpowiadał i na jaką skalę piwo chcecie produkować? Co więcej, jak ma smakować wasz wyrób? Przede wszystkim musi  odróżniać się od tych produkowanych na masową skalę. To oznacza, że m.in. nie będzie zawierał żadnych chemicznych ulepszaczy. Pozbawione ich piwo kraftowe jest  jednak o wiele krócej przydatne do spożycia. Termin ważności nie przekraczający miesiąca będzie jednak przede wszystkim zaletą!  Piwosze docenią bowiem świeżość i naturalność. Ta grupa docelowa, podobnie jak pozostali konsumenci, coraz częściej poszukuje bowiem wyłącznie zdrowych alternatyw.

Powinieneś też pamiętać, że w tym konkretnym przypadku zaprocentuje przede wszystkim zaangażowanie, które z czasem stanie się twoim sposobem na życie.  Piwo rzemieślnicze kojarzone jest bowiem z miłą rodzinną atmosferą i tradycjami, których musisz być żywym dowodem. Nie zapominaj więc o stworzeniu wyjątkowego klimatu, którego przecież oczekują twoi przyszli klienci. Jeżeli go dostaną, są w stanie zapłacić cenę, którą im narzucisz.

Masz już swoją wizję i sprzymierzeńców? Przyszedł czas na wybór lokalizacji. To niezbędny krok do jakiegokolwiek dalszego planowania. Najlepiej jeśli browar znajdzie się w centrum miasta, gdzie z łatwością każdy do niego dotrze. Jeśli jednak zdecydujesz się na  obrzeża, zastanów się czy dojazd nie będzie problemem i jaki jeszcze interesujący punkt znajduje się w pobliżu. Być może sąsiaduje z halą sportową, na której często dobywają się liczne wydarzenia, a może w okolicy znajduje się jeden z popularnych zabytków, który regularnie przyciąga turystów. Wówczas warto zastanowić się czy zarówno nazwą, jak i klimatem nie nawiązać właśnie do tego miejsca. Mógłby to być doskonały pomysł na promocję. Pamiętajmy też, aby inwestycja nie znalazła się na terenie gęsto zabudowanym, gdzie mogłaby przeszkadzać sąsiadom, czy też w samym sercu natury, którą moglibyśmy narazić na zanieczyszczenie. Sam budynek również nie może być przypadkowy, a przystosowany pod działalność  gastronomiczną. Powinien bowiem spełniać podobne wymogi jak miejsce przeznaczone do każdej innej produkcji spożywczej. I tak jeśli chodzi o powierzchnię, niech nie będzie ona mniejsza niż  w 1000 m kw. W przeciwnym wypadku trudno będzie nam zmieścić magazyn, warzelnię, leżakownię czy miejsce gdzie będą myte kegi. Musisz też zadbać o porządną sieć kanalizacyjną i elektryczną. Jeśli chcemy dodatkowo, aby nasz browar był browarem restauracyjnym, niezbędne będzie przygotowanie sali dla klientów. I to właśnie tam warto umieścić kadź warzelno-filtracyjną, tak by goście na własne oczy mogli obserwować proces powstawania piwa, po co w końcu również przyszli do „kraftowni”.

Przyszedł czas na niezbędne formalności

Z żadnym biznesem, również piwnym, nie ruszysz bez założenia działalności gospodarczej. W tym celu musisz złożyć wniosek o wpis do CEIDG, czyli do Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej. Można tego dokonać elektronicznie lub tradycyjnie w urzędzie gminy. Jednocześnie zgłosisz swoją firmę do ZUS/KRUS, GUS i naczelnika urzędu skarbowego W dokumencie należy zawrzeć wiele szczegółowych danych, m.in. adres firmy, NIP, rodzaj opodatkowania czy datę rozpoczęcia działalności. W zdecydowania się na założenie spółki kapitałowej(np. sp. z o.o) istnieje konieczność udania się do Notariusza w celu zawarcia umowy spółki a następnie dokonanie jej rejestracji w Krajowym Rejestrze Sądowym. Jak w przypadku każdego alkoholu potrzebne też będą niezbędne zezwolenia i koncesje. Przygotuj się na liczne wycieczki do urzędów, które każdy piwowar musi odbyć. I tak w powiatowym wydziale architektury musimy załatwić zgodę na zmianę sposoby użytkowania budynku. W gminie natomiast trzeba zwrócić się do wydziału środowiska o kolejne  pozwolenie. Musimy też wystąpić  do Głównego Urzędu Miar o zatwierdzenie rodzaju zbiorników fermentacyjnych i warzelni, sanepidu, który musi dopuścić do użytku wszystkie pomieszczenia czy urzędu marszałkowskiego, gdzie uzyskasz koncesję na sprzedaż piwa.

Ile to kosztuje?

Uruchomienie niewielkiego browaru kraftowego kosztować nas będzie według najbardziej optymistycznych prognoz około 300 tysięcy złotych. Pod warunkiem, że sami znajdziemy dogodny i tani budynek, który częściowo będzie przystosowany do prowadzenia gastronomii i poszukamy używanych sprzętów. W przypadku podjęcia decyzji o zakupie browaru restauracyjnego o pojemności 4000 hl i warzelni 10hl musimy się liczyć z kosztem od 1.2 mln zł do nawet 2 mln zł. Do tego dochodzą oczywiście koszty związane z robotami budowlanymi dostosowującymi dany obiekt. Jeżeli jednak marzy nam się jeszcze klimatyczna sala restauracyjna i nowoczesne wyposażenie, koszty diametralnie wzrosną, nawet do kwot liczonych w milionach złotych. Zakładając, że nasza inwestycja w mini browar wyniesie 1.6 mln zł i będziemy  produkować 5 tysięcy litrów piwa miesięcznie, które oczywiście zostaje sprzedane (do sklepów lub we własnym browarze) poniesione koszty powinny zwrócić się maksymalnie w 3 lata. Wyprodukowanie jednej butelki piwa w niewielkim browarze rzemieślniczym to bowiem koszt rzędu 3 złotych. Sprzedajemy go za około 15 zł złotych, dlatego nietrudno obliczyć spory, bo 5-krotny zysk. To też o wiele wyższa marża niż w przypadku piwa produkowanego na skalę przemysłową. Co więcej, od tego roku browary rzemieślnicze  płacą o połowę mniejszą akcyzę względem lat ubiegłych. To kwota wahająca się pomiędzy 23 a 31 groszy za klasyczną butelkę.

Zwróć się po pomoc

Jeżeli nie masz odłożonych środków na start, nie musisz od razu się zniechęcać. Istnieje wiele programów i dofinansowań, które pomogą ci zrealizować marzenie o własnym browarze. W tych staraniach nie możesz jednak pominąć wielu aspektów. Nie jest to jednak droga niemożliwa do przebycia. Jeśli myślisz o takim biznesie Andrzej Najda, z Najda Consulting wyjaśnia na co zwrócić szczególną uwagę.

Przede wszystkim należy zacząć od wyszukania odpowiedniego Programu, który dofinansuje taki pomysł na biznes. W związku z tym powinniśmy określić konkretną lokalizację takiego biznesu i sprawdzić czy w danym Regionalnym Programie Operacyjnym na lata 2014-2020 są środki na taki cel. Poziom dofinansowania zależy od województwa w którym realizujemy nasz browar wyniesie od 35% do 70%. W dalszej kolejności powinniśmy sprawdzić czy dany Program przewiduje wsparcie produkcji piwa oraz jakie są kryteria oceny wniosku o dofinansowanie. Dopiero po analizie odpowiednich kryteriów i możliwości ich spełnienia powinniśmy ocenić szanse na otrzymanie dofinansowania a następnie podjęcie decyzji o złożeniu wniosku o dofinansowanie.

Firma Najda Consulting jako jedyna w Polsce pozyskała do tej pory dofinansowanie unijne dla pięciu mini browarów. Są to: Browar Miedzianka (Rudawy Janowickie nad doliną Bobru), Nowy Browar Szczecin (Szczecin), Stara Komenda (Szczecin), Miejski Browar Stargard – Warzelnia (Stargard), Browar „Pod Zamkiem” (Szczecin)

O ekspercie: Andrzej Najda – Dyrektor ds. Inwestycji i Funduszy z UE w firmie Najda Consulting

Studia lingwistyczne – ciekawy pomysł na studia licencjackie!

Zazwyczaj w maju i czerwcu (a po decyzji o zmianie kierunku także np. w styczniu i lutym) wiele młodych osób zastanawia się, jakie studia powinno wybrać. Jednym z rozwiązań jest wybór studiów lingwistycznych. To świetna opcja dla wszystkich, którzy wolą skupić się na jednym konkretnym zagadnieniu, a dodatkowo dla tych, którym zależy na opanowaniu praktycznych umiejętności. W tym przypadku – znajomości danego języka.

Studia lingwistyczne: nastawione na praktykę jak żadne inne

Na studiach lingwistycznych niemal nie ma przedmiotów, które są wyłącznie teoretyczne. Oczywiście studenci uczą się o historii czy kulturze danego kraju, jednak warto pamiętać, że jest to niezbędne, by doskonale posługiwać się tym językiem – głównie ze względu na to, że niektóre wyrażenia są mocno osadzone w konkretnym kontekście. Czego zatem będą uczyć się studenci? Będą mieć oddzielne przedmioty gramatyczne, na niektórych zajęciach będą doskonalić swoje tłumaczenia, a na jeszcze innych (jeśli wybiorę specjalizację pedagogiczną) nauczą się, jak przekazywać zdobytą wiedzę. Co ważne, na studiach filologicznych student cały czas ma kontakt z językiem, wręcz „zanurza się w nim”. To sprzyja opanowaniu języka na bardzo wysokim poziomie, nierzadko zbliżonym do poziomu native speakerów.  Co ważne, osoby, które chcą dostać się na konkretną filologię, często wcale nie muszą znać języka, którego chcą się uczyć. Tak jest np. w Wyższej Szkole Filologicznej – o zasadach rekrutacji można przeczytać na stronie https://www.wsf.edu.pl/rekrutacja,rekrutacja.xml.

Absolwent filologii nie ma problemu ze znalezieniem pracy

Absolwenci filologii (niezależnie od wybranego języka) nie powinni mieć problemów ze znalezieniem pracy. Na rynku wciąż brakuje osób, które znałyby język przynajmniej na poziomie C1 (lub w przypadku bardziej egzotycznych filologii – na poziomie B2). Studia lingwistyczne gwarantują natomiast biegłość posługiwania się językiem właśnie na tym poziomie. Absolwenci filologii obcej mogą pracować w biurach tłumaczeniowych, biurach podróży czy w międzynarodowych korporacjach, gdzie będą współodpowiedzialni za kontakt z klientem zagranicznym. Osoby, które ukończyły studia lingwistyczne świetnie sprawdzą się również jako nauczyciele (jeśli podczas studiów wybiorą odpowiednią specjalizację). Co ważne, absolwenci filologii obcej bez przeszkód mogą pracować jako freelancerzy – w sieci znajdą mnóstwo ciekawych ogłoszeń, a w dodatku są wtedy pracować zdalnie, w międzyczasie np. podróżując po świecie.

Karta paliwowa od Circle K i Bibby Financial Services

O tym, że za paliwo można płacić mniej przekonują się właśnie małe i średnie firmy współpracujące z Bibby Financial Services. Korzystając z karty paliwowej – produktu stworzonego we współpracy z Circle K – tankują po specjalnej niższej cenie, a wydatki rozliczają ze środków dostępnych w ramach faktoringu.

Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny firmy faktoringowej Bibby Financial Services
Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny firmy faktoringowej Bibby Financial Services

Współpracujemy z wieloma firmami – transportowymi, handlowymi czy produkcyjnymi – dla których wydatki na paliwo to istotna pozycja po stronie kosztów. Szukaliśmy rozwiązania, które nie tylko pomoże zachować płynność finansową, ale również pozytywnie wpłynie na rozwój biznesu dzięki generowanym oszczędnościom. Tak powstała „nasza” karta paliwowa – mówi Jerzy Dąbrowski, dyrektor generalny Bibby Financial Services.

Karta stworzona we współpracy z Circle K to rozwiązanie dla tych, którzy wydają dużo na paliwo. Zaletą rozwiązania jest m.in. niższa od rynkowej cena paliwa (oparta na cenie hurtowej), możliwość tankowania na blisko 360 stacjach Circle K w Polsce (w tym – co bardzo istotne – na stacjach autostradowych i przygranicznych) oraz dostęp do narzędzi analitycznych, które pozwalają na lepszą kontrolę wydatków.

Nowatorski jest sposób rozliczania wydatków na paliwo – klient płaci za nie środkami dostępnymi w ramach faktoringu od Bibby Financial Services. To bardzo wygodne rozwiązanie – przedsiębiorca nie musi martwić się, czy będzie miał pieniądze na czas. Rozliczeniem z Circle K zajmuje się Bibby Financial Services, a klient dostaje szczegółowe informacje dotyczące wydatków i oszczędności.

Aby móc używać karty paliwowej, należy korzystać z faktoringu oferowanego przez firmę Bibby Financial Services. Karty są wydawane, wymieniane i wznawiane za darmo. Nie ma żadnych opłat za ich użytkowanie.

Blog o ubezpieczeniach

Stres, mało aktywny tryb życia, złe emocje niszczą nasze zdrowie – także fizyczne. Siedzący tryb życia i zła dieta wpływają niekorzystnie zarówno na naszą pracę, ale i zdrowie. Z roku na rok rośnie liczba chorych na raka. Choroby nowotworowe dotykają co roku już blisko 160 tys. Polaków. Leczenie onkologiczne jest długie i kosztowne. Firmy ubezpieczeniowe przygotowały specjalną ofertę tzw. onkopolis.

Nowotwór to nie tylko duże obciążenie emocjonalne, ale i niestety finansowe. Osoba dotknięta rakiem dodatkowo może nie być w stanie pracować podczas terapii. Niekiedy jedynym rozwiązaniem jest kosztowne leczenie w innym kraju. Choć samodzielne odkładanie pieniędzy również może być dobrym rozwiązaniem, to jednak najlepszym wyjściem jest wybranie tzw. onkopolisy, która chroni przed konsekwencjami takiej choroby. Statystyki pokazują, że najczęściej z takiej formy ubezpieczenia korzystają mężczyźni w wieku od 30 do 50 lat.

Onkopolisy, czyli ubezpieczenie na wypadek zachorowania na raka – gdzie można je nabyć?

Jeszcze do niedawna onkopolisy nie były często spotykane. Obecnie oferuje je wiele firm ubezpieczeniowych, a do współpracy z nimi włączyły się także banki. Rozwojowi takich ofert też nie ma się co dziwić, gdyż liczba zgonów z powodu nowotworów złośliwych w Polsce wynosi ok. 100 000 osób rocznie.

Zazwyczaj ubezpieczenia obejmują nowotwory złośliwe. W przypadku wariantów in situ (czyli nowotworów nieinwazyjnych) w rozpisce umowy znajduje się jedynie kilka ich rodzajów. Zwykle wiąże się to także z tym, że cena świadczenia jest odpowiednio niższa niż w sytuacji zachorowania na nowotwór złośliwy.

Onkopolisa – ile kosztuje?

Istnieją firmy, które oferują kwotę ubezpieczenia sięgającą 50 000 złotych w przypadku składki miesięcznej 3,75 złotych. W niektórych przypadkach uzyskanie takiego ubezpieczenia jest dodatkiem i wymaga podpisania całego pakietu ubezpieczenia na życie.

Wśród niektórych ofert da się znaleźć kwoty ubezpieczenia powyżej 50 000 złotych, gdzie składka wynosi od 40 zł na miesiąc. Niektóre firmy, które oferują wysoką kwotę ubezpieczenia za jednocześnie stosunkowo niską składkę, mogą jednocześnie stawiać konkretne wymagania. Przykładowo niektóre nie obejmą ubezpieczeniem osoby, która posiada członków rodziny z historią choroby nowotworowej.

Podsumowanie

Na pewno ofert ubezpieczenia od raka będzie pojawiało się na rynku coraz więcej. Jak zawsze warto podjąć rozsądną decyzję i przeanalizować jak najwięcej dostępnych opcji, aby wybrać ubezpieczenie, które faktycznie pomoże pokryć koszty leczenia.

Więcej informacji znajdziesz na blogu: https://www.metlife.pl/o_metlife/blog/

XIV edycja Akademii Liderów Rynku Kapitałowego

Ruszyła rekrutacja do XIV edycji Akademii Liderów Rynku Kapitałowego organizowanej przez Fundację im. Lesława A. Pagi.

Akademia Liderów Rynku Kapitałowego (2)Akademia Liderów Rynku Kapitałowego to program wyjątkowych szkoleń i staży przeprowadzanych przy współpracy z wiodącymi instytucjami finansowymi. Poprzez udział w Akademii uczestnicy zdobywają praktyczną wiedzę i doświadczenie na rynku, a sam projekt trwa nieprzerwanie od 14 lat.

REKRUTACJA TRWA DO KOŃCA DNIA 7 MAJA 2019!

APLIKUJ klikając tutaj: https://goo.gl/forms/8A2knNIUFRv0djiJ3

Udział w projekcie jest dla jego uczestników BEZPŁATNY!

Więcej informacji: http://paga.org.pl/projekty/akademia-liderow-rynku-kapitalowego/akademia-liderow-rynku-kapitalowego-edycja-xiv/o-projekcie?lang=pl

FB:  https://www.facebook.com/liderzy/

Rynek pracy w 2019 roku – elastyczne rozwiązania i aktywizacja zawodowa

Sytuacja na rynku pracy w 2019 roku będzie porównywalna z rokiem ubiegłym. Poziom bezrobocia jest stabilny i to zapewne się nie zmieni. Pracownicy znajdują zatrudnienie. Większe problemy mają pracodawcy z rekrutowaniem wykwalifikowanej kadry i obsadzeniem wakatów.Ważne jest odpowiednie zagospodarowanie osób bez stałej pracy, zaliczanych do grupy poszukujących zatrudnienia czy bezrobotnych. Partnerstwo publiczno-prywatne powinno przyczyniać się do zwiększania zatrudnienie i wypełniać lukę, jaka pojawia się u niektórych przedsiębiorców. W pewnych branżach i na wybranych stanowiskach braki kadrowe są szczególnie widoczne, a pozyskanie ludzi do pracy staje się bardzo trudne. Wśród publicznych służb zatrudnienia ważne jest nawiązywanie współpracy z agencjami, co pomoże wesprzeć przedsiębiorców zmagających się z deficytem pracowników z odpowiednim wykształceniem i kompetencjami.

– Konieczne jest zastosowanie elastycznych rozwiązań, aktywizacja zawodowa i zachęcanie do podjęcia pracy. Przedsiębiorcy powinni wykorzystać różne formy wsparcia zatrudnienia oferowane przez służby publiczne – powiedziała serwisowi eNewsroom dr hab. Grażyna Spytek-Bandurska, Wydział Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego – Zadowalający jest fakt niskiego poziomu bezrobocia, jednak należy wypełniać lukę na rynku pracy i zagospodarować bierne zasoby. W tym celu trzeba skupić się na szczególnych kategoriach – osobach niepełnosprawnych, kobietach wychowujących dzieci oraz młodych, którzy mają problem z podjęciem zatrudnienia ze względu na niewielkie doświadczenie zawodowe. Należy pamiętać, że pracodawcy poszukują wykwalifikowanych pracowników. Połączenie różnych rozwiązań i dostępnych instrumentów na rynku pracy może przynieść pozytywne efekty i poprawić ogólną sytuację, jaka na nim panuje – dodała Spytek-Bandurska.

Biedny kraj bogatych ludzi – widmo bankructwa Włoch

Bez wojen czy kataklizmów włoska gospodarka stacza się już od ponad dwóch dekad. Wysokie zadłużenie publiczne, niski poziom zatrudnienia, korupcja, nieefektywna administracja czy silne podziały pomiędzy północą i południem tworzą skalę problemu. Czy możliwe jest jednak, że do stagnacji przyczynia się również bogactwo starzejącej się części społeczeństwa? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Niebawem minie rok od ostatnich wyborów do włoskiego parlamentu. Egzotyczna koalicja złożona z prawicowej Ligi i lewicującego Ruchu 5 Gwiazd nie rokowała dobrze, nawet zanim jeszcze powstała. Populistyczne hasła o dochodzie gwarantowanym czy cofnięciu reformy emerytalnej spowodowały dwukrotny wzrost kosztów finansowania nowego zadłużenia Rzymu.

Późniejszy konflikt z Komisją Europejską o budżet na kolejne trzy lata utrzymywał kraj w niepewności, a globalne spowolnienie koniunktury natychmiast pchnęło Italię w recesję. Dlaczego Włochy są tak wrażliwą i niewydolną gospodarką i czyja to wina?

Włoska niewydolność

Przez 20 lat PKB na jednego mieszkańca Włoch uległo zmniejszeniu o ok. 3 proc. W tym samym czasie w Niemczech wzrosło o ponad 20 proc., a w USA prawie o 25 proc. Zmiana PKB na obywatela jest pochodną wydajności pracy. Produktywność Włochów, według danych MFW, jest dziś o ok. 5 proc. niższa niż na początku stulecia, podczas gdy w Niemczech podniosła się o 10 proc.

Włoscy pracownicy nie dość, że nie są produktywni, to jeszcze są drodzy. Jednostkowy koszt pracy we włoskim przemyśle wzrósł o blisko 30 proc. od początku nowego milenium, podczas gdy w całej strefie euro pozostał na stałym poziomie. Mało tego. Nie dość, że włoscy pracownicy są przepłacani i mało wydajni, to jeszcze niechętnie garną się do aktywności zawodowej. Odsetek społeczeństwa pracującego lub szukającego zatrudnienia jest nawet niższy niż w Grecji.

Zabójcze koszty

Niska aktywność zawodowa to rezultat późnego wchodzenia na rynek pracy ludzi młodych, a także jego wczesnego opuszczenia, czyli przechodzenia na emeryturę. To generuje olbrzymie koszty dla systemu finansów publicznych.

Obecnie Włochy wydają na emerytury aż 16 proc. całego PKB, czyli mniej więcej 250 mld euro. W ciągu kolejnych 20 lat te wydatki, według szacunków MFW, zwiększą się do 21 proc. PKB, co może stanowić aż blisko 50 proc. wszystkich wydatków sektora finansów publicznych. Niemal trzy razy więcej niż wynosi obecnie średnia w OECD.

Włosi muszą także finansować swój olbrzymi dług przekraczający 2 biliony euro. Przez fatalne decyzje polityczne z ostatnich miesięcy i brak poważnych reform strukturalnych w trakcie dwóch dekad bieżące koszty finansowania nowego długu są we Włoszech niemal trzy razy wyższe niż w Hiszpanii.

Perspektywy coraz gorsze

Włosi poza silnie zadłużonym sektorem finansów publicznych czy niską wydajnością pracy mają również niezwykle wrażliwy system bankowy, którego kondycja jest zakładnikiem koniunktury. Wysokie koszty finansowania banków, znaczny odsetek kredytów obarczonych wysokim ryzykiem niespłacalności i inwestycje w krajowe instrumenty skarbowe powodują, że nawet przy niewielkim spowolnieniu istnieje niebezpieczeństwo zatrzymania akcji kredytowej, czyli blokada kapitału do rozwoju przedsiębiorstw.

Przy potencjalnym wzroście PKB szacowanym na ok. 0,5 proc. rocznie i poważnych strukturalnych słabościach już w scenariuszu umiarkowanego spowolnienia koniunktury (symulacja MFW w Article IV Consultation) relacja dług do PKB wzrośnie powyżej 150 proc.

 

W tym całym koszyku problemów nad Tybrem istnieje jeden pozytywny, jakby się wydawało, element. Włosi są bogaci. Jednak akurat w tej sytuacji bogactwo raczej im szkodzi, niż pomaga.

Zamożność przekleństwem Włoch

Dane MFW i EBC pokazują, że majątek netto włoskich gospodarstw domowych znacznie przekracza ten w Niemczech czy w strefie euro – i to zarówno dla tych 10 proc. najbogatszych, jak i mediany czy 30 proc. najmniej zamożnych obywateli. Średnie gospodarstwo domowe we Włoszech ma aktywa netto przekraczające 350 tys. euro.

Ten majątek składa się jednak przede wszystkim z nieruchomości (dwie trzecie) oraz lokat bankowych czy obligacji skarbowych (pożyczają własnemu niewydolnemu państwu). Krótko mówiąc, zgromadzone dobra w niewystarczający i nieefektywny sposób pracują na rozwój kraju.

W znacznie większym stopniu niż w innych krajach we Włoszech majątek tkwi w rękach osób starszych, które jednocześnie są beneficjentami niezwykle hojnego systemu emerytalnego (stopa zastąpienia sięga prawie 100 proc. ostatniego wynagrodzenia, chociaż optymalnie powinna wynosić ok. 60-70 proc.). Część kapitału, który jest najbardziej płynny, może także bardzo szybko odpływać za granicę, co pokazał drugi kwartał 2018 r., kiedy odpływ był większy niż w czasie szczytu kryzysu zadłużeniowego w strefie euro w 2012 r.

Ogólne więc bogactwo rodzin w znacznym stopniu jest iluzoryczne. Przy załamaniu gospodarczym spadki cen nieruchomości mogą długo szukać dna, a chroniczna niewydolność państwa szybko może stopić aktywa zgromadzone w obligacjach skarbowych. Kapitał jest zamrożony, ale nie opłaca się go wprawić w ruch ze względu na niski popyt (nowe pokolenie zarabia znacznie mniej niż poprzednie w analogicznym wieku), szereg obciążeń fiskalnych i mało elastyczny rynek pracy (trudno zwolnić nieefektywnego pracownika).

Nie ma szans na poprawę

We Włoszech mamy niezwykłą kumulację negatywnych czynników gospodarczych. Wysokie zadłużenie państwa i olbrzymie zobowiązania wobec emerytów nie pozwalają na inwestycje w kapitał ludzki czy infrastrukturę, by poprawić potencjał gospodarki.

Zamożna część społeczeństwa zastanawia się, jak ochronić swój majątek, gdyż nie widzi perspektyw dla inwestycji, zabijając tym samym przedsiębiorczość czy resztki ducha rywalizacji nowego pokolenia (tzw. animal spirit). Sytuacji nie poprawia także strukturalnie nieefektywny rynek pracy, korupcja (szczególnie na południu kraju) czy populistyczna władza, która tylko cementuje patologiczną sytuację. W tym momencie nie ma praktycznie żadnych szans, by kondycja Włoch uległa poprawie w kolejnych dekadach. Rośnie natomiast ryzyko, że Italia podzieli los Grecji i zbankrutuje.

Czy Ameryka będzie w roku 2019 głównym zagrożeniem dla rynków?

Przegląd elementów generujących ryzyko w otoczeniu rynkowym jest koniecznym punktem w procesie podejmowania decyzji na rynkach finansowych. Ma to wpływ na dobór instrumentów, w które będziemy się angażować, oraz na skalę tego zaangażowania. Dziś zajmiemy się tematyką dotyczącą tego, co niesie nam sytuacja gospodarcza i polityczna w USA. Ameryka jest wciąż liderem światowej gospodarki i bez Ameryki niewiele się może wydarzyć, a dzięki niej może dużo, gdyż to ona nadaje rytm światowym procesom.

Poszukiwanie wątków, które będą uznawane za istotne dla wycen tak naprawdę nigdy się nie kończy. Przełom roku jest naturalnym okresem podsumowań. W prasie pojawiają się listy czynników, które w ocenie analityków będą miały wpływ na notowania, ale nigdy nie jest tak, że taka lista jest zamknięta.

Już w ubiegłym roku wskazywano na kilka obszarów, które mogą wpływać na podejmowane przez uczestników rynków decyzje, a które wciąż pozostają aktualne. Za jeden z najważniejszych to działania protekcjonistyczne administracji Donalda Trumpa. Wojny handlowe mają zgubny wpływ na wielkość obrotów w handlu międzynarodowym, a to wprost przekłada się na poziom globalnej aktywności. Na poniższym wykresie widać dość dokładnie zależność między wolumenem importu, a wielkością produkcji w skali globu. Podwyżki ceł i opłat ograniczają skalę wymiany handlowej, co uznawane jest za jeden w poważnych czynników ryzyka dla kontynuacji aktualnej fazy ożywienia w skali globu, ale i w szczególności w skali gospodarki amerykańskiej.

Produkcja wymiana handlowa
Źródło: Topdowncharts.com

Wątek polityki handlu zagranicznego jest uznawany często za główny czynnik ryzyka ze względu na powyższą zależność oraz zbieg kilku innych składników. Po pierwsze, jest to obszar, który pozostaje pod wpływem Białego Domu i w większości spraw poza możliwościami Kongresu. Skwapliwie jest to przez prezydenta Trumpa wykorzystywane medialnie, gdyż ( i to jest składnik drugi), protekcjonizm w ujęciu populistycznym trafia do elektoratu prezydenta. Wreszcie ma on na ten temat ugruntowaną opinię i raczej nie należy zakładać, że się ona diametralnie zmieni.

Nowy Kongres – nowy punkt zapalny

Także i dziś uznaje się, że wojny handlowe prezydenta Trumpa mają wpływ na wyceny aktywów na rynkach finansowych. Pierwsze problemy dotyczą relacji w najbliższymi sąsiadami USA, czyli Kanadą i Meksykiem. Aktualnie relację między tymi krajami określa trakt NAFTA, ale doszło do umówienia warunków nowej umowy zwanej USMCA (popularnie NAFTA 2.0), która jest teraz forsowana przez Trumpa.

Problem w tym, że to Demokraci mają większość w izbie niższej amerykańskiego parlamentu i nie kwapią się do ratyfikowana nowej umowy. Zwłoka może jednak skutkować ostrym działaniem prezydenta w postaci wypowiedzenia dotychczasowej umowy NAFTA. Taka sytuacja zdecydowanie wpłynęłaby negatywnie na poziom wycen amerykańskich akcji. Dodatkowo w mocy pozostają działania, które mają w założeniu wesprzeć amerykański sektor samochodowy. Analitycy Pimco, czołowego zarządzającego funduszami obligacji, zakładają, że już na wiosnę może wypłynąć temat podwyżek ceł na samochody i części samochodów sprowadzane z zagranicy.

Wojna handlowa z Chinami już mniej straszna?

Inną kwestią jest stan uzgodnień co do relacji z Chinami. W ubiegłym roku właśnie podwyżki opłat za import z Chin generował poruszenie na rynkach. Na początku roku nastroje po tym względem są już nieco spokojniejsze. Zakłada się, że chęć obu stron do prowadzenia rozmów będzie skutkowała odwlekaniem zaplanowanego na początek marca wprowadzenia kolejnej fali podwyżek ceł (tym razem o 25 proc.) na chiński import o wartości 200 mld dolarów.

Rynki żyją nadzieją, że prezydent zluzuje nieco swoje stanowisko i przystanie na porozumienie, które będzie miało mniejsze negatywne skutki dla rynków, ale jednocześnie będzie wystarczające, by ogłosić polityczne zwycięstwo. Szczególnie, że trwa nadal konflikt Trumpa z Demokratami w sprawie finansowania budowy muru na południowej granicy, na co ci ostatni nie chcą się zgodzić. Niedawno po rekordowo długim okresie zatrzymania pracy sfery publicznej (government shutdown) pracownicy sfery publicznej powrócili do pracy, ale temat nie zniknął, gdyż za trzy tygodnie ponownie może dojść do zablokowania finansowania działań publicznych.

Obniżka podatków już tak mocno nie wspiera rynków akcji

Sfera fiskalna to kolejny czynnik, który może mieć wpływ na poziom wycen instrumentów na rynkach finansowych. W tym wypadku jednak nie chodzi o pojawienie się nowego impulsu, ale fakt, że wcześniejszy się wycisza. Program obniżki podatków został wprowadzony na początku ubiegłego roku. W tym roku wpływ obniżek podatków będzie malał.

Będzie to szczególnie dobrze widoczne w dynamice wyników finansowych spółek. W ubiegłym roku skokowo podniosła się rentowność przedsiębiorstw, na co w tym roku już nie można liczyć, a zmiany na poziomie zysków będą zapewne wyraźnie słabsze. Kluczową wielkością może się więc okazać dynamika przychodów, gdyż to ona wskaże, na ile spółki radzą sobie w trudniejszych czasach.

Programy inwestycyjne wciąż z problemami

W kontekście polityki fiskalnej wspomina się o możliwości wdrożenia planu inwestycji infrastrukturalnych. Już chyba niewielu pamięta, że Donald Trump szedł do wyborów z zapowiedzią ogromnych wydatków inwestycyjnych liczonych w bilionach dolarów. Do tej pory nie udało się tego programu uruchomić, choć faktycznie starzejąca się infrastruktura wymaga nakładów. Te, gdyby miały być finansowane/współfinansowane przez rząd, wymagają znaczącego wzrostu zadłużenia. To naturalnie może być kolejny punkt sporu i politycznej walki. Istnieje konieczność, by do 1 marca doszło do ustalenia nowego poziomu maksymalnego zadłużenia. W ramach „nadzwyczajnych środków” jest możliwość przedłużenia tego okresu do lata.

Okazuje się jednak, że obecnie temat progu zadłużenia na poziomie Kongresu już nie musi być tak rozgrzewający. Ostatnio wprowadzono poprawki skutkujące automatyczną zgodę Kongresu na podniesienie zadłużenia w momencie, gdy tenże Kongres godzi się na budżet. Problem wydaje się więc mniejszy, ale pamiętajmy, że tego automatyzmu nie ma w przypadku Senatu. Wprawdzie tam większość mają Republikanie, ale to właśnie wśród tej formacji jest wielu zagorzałych przeciwników nadmuchiwania długu państwowego. Jednak z punktu widzenia inwestorów ten czynnik wydaje się mniej groźny niż poprzednio. Tylko musi przejść budżet. Tylko jaki?

Przepychanki dotyczące finansowania muru przy okazji uchwalania budżetu tylko udowadniają, jak trudna będzie współpraca między republikańską administracją, a demokratycznym Kongresem. Zakłada się, że jakaś forma planu wsparcia dla inwestycji jest możliwa do wypracowania, ale musiałoby się to stać jeszcze w pierwszej połowie roku. Później do głosu dojdą już procesy związane z kampanią prezydencką.

Dochodzenie zespołu Muellera

Dochodzimy do sfery czysto politycznej, czyli trwającego wciąż dochodzenia pod kierownictwem Roberta Muellera w sprawie współpracy Trumpa i jego otoczenia z Rosją jeszcze w trakcie kampanii i zaraz po niej. Gdy pojawia się wątek dochodzenia, niejako automatycznie pojawia się inny – impeachmentu, czyli skrócenia kadencji Donalda Trumpa.

Małe prawdopodobieństwo impeachmentu Trumpa

Przejęcie Kongresu przez Demokratów w trakcie jesiennych wyborów skutkować może wzmożeniem działań śledczych mających na celu udowodnienie powiązań Trumpa z Rosją. To już samo w sobie utrudni działania administracji, oraz odstręczy innych do współpracy z nią. Tym samym śmiałe inicjatywy mogą nie zyskać poparcia i koniecznego impetu politycznego.

Co do impeachmentu, to należy zdawać sobie sprawę, że tu droga jest daleka. Już teraz Demokraci deklarują, że samodzielnie nie będą dążyć do usunięcia prezydenta ze stanowiska. Ma to być ich zdaniem działanie ponad podziałami, czy również z udziałem Partii Republikańskiej. Jak na razie Republikanie wiele Trumpowi wybaczają i wygląda na to, że w najlepszym razie przyjęli strategię przeczekania do końca kadencji i dopiero w trakcie przygotowań do kampanii prezydenckiej zostanie podjęta decyzja o wsparciu Trumpa przy obieganiu się o drugą turę. Innymi słowy, istnieje niewielka szansa na spektakularne usunięcie Trumpa. O ile nie pojawi się powód, wobec którego nawet Republikanie już nie będą mogli przejść obojętnie.

Budowa domu jednorodzinnego? Debata ekspertów

Koszt budowy nieruchomości wzrasta o około 9% rocznie. W 2018 roku za dom jednorodzinny o powierzchni 140 m2 średnio musieliśmy zapłacić 299 tys. zł. Trzeba na niego pracować ponad 8 lat przeznaczając na niego całą średnią pensję. Jak w kolejnych latach będzie się rozwijało budownictwo indywidualne?

– Przede wszystkim budownictwo indywidualne najbardziej rozwija się tam, gdzie nie dociera budownictwo deweloperskie – mówi Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny.

– Coraz łatwiej jest wybrać dom, bo rozwija się infrastruktura drogowa i to jest jedna z przyczyn fali powrotu do domów jednorodzinnych. Ciężko stwierdzić jak to będzie wyglądało w przyszłości, ale po ilości 80 tys. rozpoczętych budów domów jednorodzinnych w ub. roku widać jaką cieszy się to popularnością – komentuje Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny.

– Rodziny, która marzy o tym, aby mieszkać w domu nie przekonamy do kupna mieszkania, tylko dlatego, że koszty wykonawstwa wzrosły. Takiej rodzinie możemy , tylko poradzić co zrobić, aby nie przepłacić za dom i na co zwracać uwagę przy jego kupnie. Myślę, że tu warto zastanowić się, gdzie kupujemy tą działkę? Wybierajmy lokalizacje, które pozwalają nam na dobry dojazd do pracy. – mówi Jarosław Sadowski, Expander.

Dane Głównego Urzędu Nadzoru Budowlanego pokazują, że w 2018 r. największy wzrost w budownictwie domów jednorodzinnych miał miejsce w województwie mazowieckim. Najmniejsze ożywienie odnotowały województwa, np. pomorskie, małopolskie i lubuskie.

– Rodzina z dwójką, trójką dzieci może znaleźć w Warszawie 80 m2 mieszkanie w cenie 750 tys. zł, w którym będą cztery lub pięć pokoi lub za tą cenę zbudować 150 metrowy dom.– mówi Michał Rudnicki, Emmerson Realty.

– Co ważne, koszty utrzymania domu są często niższe niż mieszkania, ale czy będzie nas stać w najbliższych latach na kupienie działki i wybudowanie własnego domu? – podsumowuje Jarosław Mikołaj Skoczeń, Emmerson Realty.

W debacie wzięli udział: Jarosław Sadowski, Expander; Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny; Michał Rudnicki, Emmerson Realty, Aleksander Skirmuntt, Maxon i prowadzący Jarosław Mikołaj Skoczeń, Emmerson Realty.

Lepsze wskaźniki z Niemiec

Pomimo słabych innych danych, eksport z Niemiec wciąż rośnie. Zarówno Bank Anglii, jak i Bank Czech nie zdecydowały się podnieść stóp procentowych.

Wreszcie dobre dane z Niemiec

Po słabych odczytach na temat produkcji przemysłowej oraz spadających indeksach koniunktury, przyszedł czas na dobre dane. Niemiecki eksport jak niemal co roku pobił kolejne historyczne maksimum. Wzrost o 3% jest bardzo dobrym wynikiem, biorąc pod uwagę inne słabsze dane. Warto pamiętać, że średni wzrost tego parametru w Niemczech był wyższy w ostatnich latach stąd niewielka reakcja inwestorów. Najwyraźniej uznano ten wynik raczej za efekt słabego euro, niż siły niemieckiego przemysłu.

Brak zmian stóp procentowych

Zarówno Czesi, jak i Brytyjczycy nie zmienili stóp procentowych. Pozostały one zgodnie z oczekiwaniami na niezmienionym poziomie. Wynoszą odpowiednio 1,75% i 0,75%. Dotychczasowe plany podwyżek były silnie powiązane z sytuacją w Unii Europejskiej. Patrząc na ostatnie dane makroekonomiczne coraz więcej analityków uważa, że podwyżki opóźnią się, o ile w ogóle do nich dojdzie. Z tego też powodu wiele państwa naszego regionu wstrzymuje się, by nie pogłębiać różnic w oprocentowaniu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Rzecznik Praw Pasażera pomoże uzyskać odszkodowanie za odwołany/opóźniony lot

Do dyspozycji pasażerów linii lotniczych oddana zostanie nowa instytucja, która ma pomagać w uzyskaniu odszkodowań za odwołane, opóźnione loty lub odmowy wejścia na pokład z powodu tzw. overbookingu czyli zjawiska polegającego na sprzedaży większej ilości biletów niż jest miejsc w samolocie.

– Wprowadzenie instytucji Rzecznika Praw Pasażerów wynika m.in. z konieczności dostosowania prawa krajowego do przyjętej na szczeblu Unijnym Dyrektywy w sprawie alternatywnych metod rozwiązywania sporów konsumenckich (ADR) – mówi w rozmowie z MarketNews24 Andrzej Pałys, Starszy Prawnik z Praktyki Postępowań Sądowych w kancelarii Kochański i Partnerzy. – Rzecznik prowadził będzie postępowania w sprawie pozasądowego rozwiązywania sporów pasażerskich między przewoźnikiem lotniczym, a pasażerem w przypadku lotów wykonywanych: o z lotnisk na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej o z państw trzecich do Rzeczypospolitej Polskiej, obsługiwanych przez przewoźnika wspólnotowego; o tylko w wypadku wyczerpania drogi reklamacyjnej u przewoźnika lotniczego.

Co istotne, aby postępowanie toczyło się przed RPP potrzebna jest zgoda przewoźnika. W przypadku braku zgody lub gdy przewoźnik nie odniesie się do pisma Rzecznika informującego o wszczęciu postępowania, spór przed Rzecznikiem się kończy. Zgodnie z dotychczasowym orzecznictwem istniała tzw. przemienność drogi sądowej i pasażer mógł wybrać czy chce dochodzić roszczeń przed Prezesem Urzędu Lotnictwa Cywilnego, czy też na drodze postępowania przed sądem powszechnym. Warto nadmienić, że od decyzji Prezesa ULC przysługiwała skarga na do sądu administracyjnego.

– Ponadto podkreślenia wymaga, fakt że ustawa narzuca pewne tempo i co zasady daje stronom 90 dni na rozwiązanie sporu, chyba, że strony zgodnie postanowią go przedłużyć – dodaje mec. A.Pałys.

Ze znowelizowanych przepisów nie wynika, aby wobec zakończenia postępowania przez Rzecznika Praw Pasażera istniała możliwość wniesienia skargi do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. W konsekwencji pasażer pozbawiony jest sądowo-administracyjnej drogi dochodzenia roszczeń i będzie zmuszony dochodzić odszkodowania w postępowaniu cywilnym, co może wiązać się z wyższymi kosztami. Ustawodawca wprawdzie wprowadził przepisy „dyscyplinujące” przewoźnika – polegające na tym, że w ramach czynności nadzorczych Prezes Urzędu Lotnictwa Cywilnego, w przypadku stwierdzenia naruszeń praw pasażerów, może nałożyć na przewoźnika karę administracyjną do 100 tys. zł – ale odpowiedź na pytanie czy ten mechanizm okaże się skuteczny pokaże dopiero praktyka.

Cyberataki na małe i średnie przedsiębiorstwa – nie daj się nabrać

Ostatnie doświadczenia pokazują, że obszar cyberzagrożeń ewoluuje. Znaczącym trendem, z którym mamy ostatnio do czynienia, jest przeniesienie środka zainteresowania cyberprzestępców z dużych organizacji na firmy należące do sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Z punktu widzenia polskiego rynku bardzo wyraźny staje się wzrost liczby odnotowywanych ataków, który rok do roku wynosi ok. 40 proc. W praktyce każde takie działanie rozpoczyna się od etapu, w którym intruzi stosują wybrane socjotechniki. Jeżeli firmy i zatrudnieni w nich użytkownicy nabiorą się na takie sztuczki, droga do zainfekowania komputera złośliwym oprogramowaniem zostaje otwarta. Może spowodować pojawienie się niechcianych działań, takich jak szyfrowanie zasobów w celu wymuszenia okupu czy wprowadzenie nieautoryzowanego dostępu do zgromadzonych w systemie wrażliwych danych. Małe firmy są bezbronne wobec dobrze przygotowanej socjotechnicznej kampanii. Nie są w stanie zneutralizować negatywnych skutków takich akcji.

– W ostatnich miesiącach w Polsce były to próby podszywania się pod organizacje zaufania publicznego, które w swojej korespondencji najczęściej wykorzystują domenę GOV.PL – powiedział serwisowi eNewsroom Radosław Wal z firmy Veronym – Jednym z przykładów złośliwych kampanii jest przypadek podawania się za Zakład Ubezpieczeń Społecznych w korespondencji z małymi przedsiębiorstwami lub za jedną z najbardziej znanych na rynku firm windykacyjnych. Innym sposobem wykorzystywanym w cyberatakach jest korzystanie z gorącego okresu przedświątecznych zakupów, kiedy intruzi próbują podszywać się pod popularną firmę kurierską. Cała odpowiedzialność za odparcie cyberataku i zapewnienie skutecznej prewencji leży po stronie technicznych środków zabezpieczeń. Niestety, mniejszych podmiotów często nie stać na stosowanie złożonych, drogich skutecznych systemów bezpieczeństwa – dlatego zapewnienie odpowiedniej ochrony bywa problematyczne. Na rynku pojawiają się jednak oferty, w ramach których małe i średnie przedsiębiorstwa mogą uzyskiwać złożone, wielowarstwowe zabezpieczenia – serwowane bezpośrednio z chmury i w modelu subskrypcyjnym. Takie rozwiązanie sprawia, że oferta staje się atrakcyjna kosztowo dla małych podmiotów – dodał Wal.

Z Mordoru do Isengardu. Największe warszawskie inwestycje biurowe

Gdyby popatrzyć na Warszawę z góry okazałoby się, że jest wielkim placem budowy. Nowe wieżowce wyrastają w zawrotnym tempie, a skyline miasta zmienia się nie do poznania. Do miana warszawskiego City zaczyna aspirować okolica ronda Daszyńskiego.

Jeszcze niedawno, gdyby spytać Warszawiaka, która okolica kojarzy mu się z zagłębiem biurowym usłyszelibyśmy dwie odpowiedzi: prestiżowe Rondo ONZ oraz będący obiektem żartów i memów okolice ulicy Domaniewskiej, znane również jako słynny „Mordor”. Wciąż te dwa rejony, czyli Centralny Obszar Biznesu (COB) i Mokotów dostarczają największą podaż powierzchni biurowej – kolejno 815 tys. m2 i 1 330 tys. m2 (wg stanu na koniec 2017 r.); ale na znaczeniu zyskują nowe lokalizacje, a zwłaszcza okolice ronda Daszyńskiego na Woli oraz okolice centrum handlowego Arkadia i Dworca Gdańskiego na Żoliborzu. O ich popularności decyduje położenie obok węzłów komunikacyjnych (metro, tramwaje, pociągi, autobusy).

Warszawa to ponad połowa całej polskiej podaży powierzchni biurowej (GLA – gross lease area). Szacunkowo na koniec 2018 r. jest jej ok. 5,7 mln m2, a jeszcze w 2012 r. było to 3,7 mln m2 co oznacza wzrost o 40 proc. w ciągu 6 lat. Obecnie w budowie (lub zatwierdzonych do budowy) jest ok. 1,3 mln m2 powierzchni biurowej z czego ponad 530 tys. m2 ma powstać w rejonie Woli. Dla porównania w COB jest to 220 tys. m2, a na Mokotowie jedynie ok. 100 tys. m2 nowej powierzchni, co pokazuje, w którą stronę przechyla się punkt ciężkości.

W okolicach ronda Daszyńskiego (które przez niektórych prześmiewczo nazywane jest Isengardem) już istnieje 600 tys. m2 GLA, a w ciągu 3-4 lat powstanie drugie tyle. Pomijając aspekt humorystyczny porównywania dzielnic do krain z „Władcy Pierścieni”, przed miastem i deweloperami stoi duże wyzwanie, aby to nowe centrum biurowe Warszawy nie stało się utrapieniem dla mieszkańców i pracowników. Zakładając, że na jednego pracownika przypada ok. 12-14 m2 GLA to już niedługo na Woli może pracować 80-100 tys. osób, które codziennie będzie się przemieszczać do swojej pracy i z powrotem. Docelowo mówi się nawet o 2,5 mln m2 powierzchni i 200 tys. pracowników. Wydaje się jednak, że bliskość zarówno metra jak i kilku linii tramwajowych i autobusowych oraz stacji PKP Warszawa Ochota pozwoli na w miarę sprawne dojazdy.

Tabela: Największe warszawskie inwestycje biurowe

Projekt Rejon Rok zakończenia budowy GLA (tys. m2) Inwestor
Port Praski Wschód 2022+ 190 Port Praski*
Varso COB 2019-2020 140 HB Reavis
Forest Północne Centrum 2021+ 80 HB Reavis
The Warsaw Hub Zachodnie Centrum 2020 75 Ghelamco
Unit Zachodnie Centrum 2021 57 Ghelamco
Mennica Legacy Tower Zachodnie Centrum 2019 64 Golub GetHouse & Mennica Polska
Generation Park (Y i Z) Zachodnie Centrum 2021 63 Skanska
Browary Warszawskie Zachodnie Centrum 2020 50 Echo Investment
Infinicity Mokotów 2020 50 ECI Group
Skyliner Zachodnie Centrum 2020 48 Karimpol

*Spółka powiązana z Zygmuntem Solorzem

Zdecydowanie największą realizowaną obecnie inwestycją w Warszawie i w całej Polsce jest Port Praski, który będzie kompleksem nie tylko biurowym (190 tys. m2), ale też mieszkalnym (160 tys. m2) i handlowo-usługowym (90 tys. m2). Projekt ten jest przykładem wyciągnięcia wniosków ze wszystkiego co poszło źle na Mordorze, co oznacza, że w tej nowej de facto dzielnicy powstaną równolegle biura, ale i mieszkania, co w zamyśle ma pomóc uniknąć komunikacyjnego horroru, który odgrywa się codziennie na Mokotowie. Podobnie dzieje się na Woli, gdzie w sąsiedztwie ronda Daszyńskiego powstają duże inwestycje mieszkaniowe (odległość 1-2 stacji metra, którego kolejny odcinek ma zostać oddany do użytkowania jesienią 2019 r.) oraz w okolicach Dworca Gdańskiego.

Za kilka lat będziemy mieć w Warszawie trzy zagłębia biurowe, każde oferujące ponad 1 mln m2 GLA ścieśnione na stosunkowo niewielkiej powierzchni (w zasadzie nawet cztery jeśli doliczyć rejon Al. Jerozolimskich, aczkolwiek jest to dłuższy odcinek ciągnący się od Ronda Zawiszy, przez Dworzec Zachodni aż do ul Popularnej). Automatycznie narzuca się pytanie, czy popyt nadąży za podażą i czy biura nie będą stały puste. Na ten moment procent pustostanów w Warszawie waha się w okolicy 10 proc. przy czym na Mokotowie jest to ponad 15 proc. Z naszych rozmów z deweloperami wynika, że nie budują oni spekulacyjnie, to znaczy, że już na etapie planowania i przed rozpoczęciem budowy podpisują pierwsze wstępne umowy najmu z przynajmniej jednym dużym najemcą. Duże znaczenie ma tu przenoszenie się do Polski tzw. centrów usług dla biznesu (SSC) – międzynarodowe korporacje chętnie lokują w Polsce swoje siedziby backoffice. Rokiem kiedy można spodziewać się wzrostu pustostanów będzie 2020 r., kiedy według planów ma zostać oddanych do użytkowania ponad 500 tys. m2 GLA (ponad dwa razy więcej niż w 2019 r.).

Sposób w jaki rozbudowywało się zagłębie biurowe na Mokotowie pozostawiał wiele do życzenia. Była to pierwsza faza biurowej urbanizacji na stosunkowo tanich gruntach poprzemysłowych prowadzona bez patrzenia z szerszej perspektywy na tego typu projekty. W okolicy nie było ani dużych osiedli mieszkaniowych, ani rozwiniętej komunikacji miejskiej. Nowe zagłębia biurowe powstają jednak wokół rozwiniętej infrastruktury komunikacyjnej i w pobliżu osiedli mieszkaniowych, lub – jak w przypadku Portu Praskiego –  całość powstaje równolegle. Na szczęście władze miasta i deweloperzy wyciągnęli wnioski, ale taki ogrom powstających biur i tak może zakorkować miasta (o ile nowoczesne wieżowce nie będą stały puste).

Wojciech Bartosik, analityk, Michael/Ström Dom Maklerski

Kierowcy i magazynierzy pod lupą pracodawców

Kierowcy i magazynierzy znaleźli się pod lupą pracodawców. W 2018 roku firmy z sektora transportu, spedycji i logistyki (TSL) zmieściły na Pracuj.pl ponad 27 tysięcy ogłoszeń. W tej branży liczba miejsc pracy rośnie wyjątkowo szybko. Eksperci Pracuj.pl omawiają najważniejsze cechy kierowców i magazynierów poszukiwanych przez pracodawców.

Kierowcy i magazynierzy to ważna część branży transportu i gospodarki magazynowej. Według GUS już dwa lata temu zatrudniała ona ponad pół miliona osób (560 000), a w pierwszej połowie 2018 roku zatrudnienie w niej urosło o blisko 7%. W żadnej innej branży zainteresowanie pracownikami nie zwiększało się tak szybko. Ten wzrost tworzy duże szanse dla kandydatów chcących rozwijać się jako kierowca lub magazynier.

Rola kierowcy i magazyniera

Szeroko rozumiany świat transportu szybko się rozwija. A jakie miejsce zajmują w nim kierowcy i magazynierzy?

Obie te specjalizacje odgrywają w świecie transportu i logistyki bardzo istotną rolę. Od ich pracy zależy terminowe i bezpieczne dotarcie towaru do celu oraz jego sprawne magazynowanie, a finalnie poziom zadowolenia klienta, do którego dociera towar. Dlatego w obu zawodach bardzo doceniane są odpowiednie uprawnienia, wiedza i doświadczenie, co znajduje odzwierciedlenie w wynagrodzeniach
-mówi Artur Kobyliński, ekspert ds. wynagrodzeń Pracuj.pl.

Jak zaimponować pracodawcy

Podobnie jak w wielu innych fachach, w wypadku obu zawodów doceniane są mniej powszechne umiejętności czy udokumentowane doświadczenie przy realizacji różnych zadań. Na początku kariery docenione zostaną z kolei otwartość na różne zadania i chęć nauki. Pracownicy muszą zawzwyczaj na początku pogodzić się z niższym wynagrodzeniem, ale zaangażowanie i otwartość mają duże szanse przynieść po kilku latach bardzo dobre zarobki.

Według analityków serwisu zarobki.pracuj.pl zarówno w pracy kierowcy, jak i magazyniera największy wpływ na poziom wynagrodzenia mają doświadczenie, staż pracy, lokalizacja i skala firmy, w której pracujesz. Decydując się na odpowiedź na ofertę pracy, kandydaci powinni więc nie tylko przygotować listę swoich atutów, ale też sprawdzić informacje o potencjalnym pracodawcy.

Pensje magazyniera i kierowcy

Jak zauważa Artur Kobyliński, kandydaci liczący na wyższe zarobki powinni rozglądać się za firmami, które inwestują w wiedzę pracowników albo mają programy wewnętrznych awansów. Co to oznacza?

Wyżej opłacane stanowiska kierowców wymagają zazwyczaj ukończenia dość skomplikowanych i kosztownych kursów, ale warto w tę wiedzę inwestować. Przede wszystkim przynosi ona znaczący wzrost wynagrodzenia. Na przykład, według serwisu zarobki.pracuj.pl najlepiej wynagradzani kierowcy kategorii C+E, obsługujący transport międzynarodowy, zarabiają licząc ze wszystkimi dodatkami ponad 8000 zł netto miesięcznie. To ponad dwa razy więcej, niż przeciętne wynagrodzenie w Polsce w 2018 roku
-– mówi Artur Kobyliński.

Z kolei osoby chcące rozwijać się jako magazynier powinny szczególną uwagę przykładać do zdobywania doświadczenia. Najlepiej, jeśli pracodawca daje szanse pracownikom niższego szczebla na stopniowe awanse.

Najlepiej zarabiający brygadziści magazynu otrzymują pensję w wysokości 4400 zł netto. To prawie dwa razy więcej, niż przeciętne zarobki pakowacza pracującego na magazynie, nie posiadającego zazwyczaj dodatkowych uprawnień i dużego doświadczenia
— mówi Artur Kobyliński.

Przyszłość zawodów? Technologia

Firmy transportowe czy operatorzy magazynów wydają z roku na rok coraz więcej pieniędzy na technologie – na przykład monitoring towarów i floty czy zarządzanie sposobem składowania produktów w magazynach. Co to oznacza dla potencjalnych pracowników? Muszą być świadomi, że w pracy magazyniera i kierowcy coraz częściej będą pojawiały się technologie.

Już dziś flota samochodów jest często monitorowana przez cały czas jazdy, a wnioski z tego monitoringu mają wpływ na przyszłe trasy albo sposób korzystania z pojazdów. Z kolei na magazynach sposób organizacji pracy często dostosowywany jest do coraz bardziej zaawansowanych programów komputerowych, monitorujących stan magazynu czy pracę zespołu. Te technologie są konieczne w erze digitalizacji i im wcześniej postaramy się je polubić, tym łatwiej będzie radzić sobie ze zmianami, które czekają pracę kierowców i magazynierów w niedalekiej przyszłości
— mówi Sylwia Sosnowska, ekspert Pracuj.pl i Menedżer HR w Grupie Pracuj.

Od technologii nie ma ucieczki – i to nic złego. Na pewno będą one w najbliższych latach zastępować częściowo pracowników przy najprostszych zadaniach, ale trudno wyobrazić sobie życie sektora transportu czy pracę na magazynach bez pracy zaangażowanych, doświadczonych specjalistów.

Cierpliwość i otwartość popłacają

Jak wskazują eksperci – kluczem do rozwoju w świecie transportu jest wiedza i doświadczenie, które wyróżniają najlepszych. Choć na początku kariery oba zawody mogą być trudne i wymagają stawienia czoła wielu trudnościom, zdobywana wiedza i uprawnienia procentują w przyszłości dobrymi pensjami. Warto mieć oczy otwarte na nowe możliwości, jakie tworzą na rynku.

Warunkowy optymizm

Funt zaliczył nadzwyczajne odbicie po komentarzach prezesa Banku Anglii, który zasugerował gotowość do podwyżki stóp procentowych, o ile uniknie się chaotycznego brexitu. Co wygląda na dość istotny warunek o wysokim stopniu niepewności, rynki podchwyciły kontrast względem stanowisk Fed czy EBC. Obawiam się jednak, że ktoś tu zapędził się z pozytywną interpretacją.

Komunikat Banku Anglii był gołębi a zaktualizowane prognozy stanowiły konsekwencje pogorszenia globalnego ożywienia i przeciągającej się niepewności wokół brexitu. Mimo to bank zaznaczył, że zacieśnianie się warunków na rynku pracy i wzrost płac będą prowadzić do wzrostu inflacji, co przemawia za podwyżką stóp procentowych. Oczywiście będzie to możliwe tylko w wypadku, jeśli negocjacje brexitu zakończą się porozumieniem, a Wielka Brytania uniknie chaosu gospodarczego. W takim scenariuszu GBP wyrasta na pretendenta do tytułu najsilniejszej waluty w 2019 r., z łatwością pokonując USD i EUR, gdyż Fed spauzował swój cykl podwyżek, a zła sytuacja ekonomiczna strefy euro zablokuje plany normalizacyjne EBC. Jednak jestem zdumiony, że rynek walutowy przyjął tak prostą konkluzję i przeszedł do kupna GBP. Wiara prezesa BoE Carneya, że do porozumienia w końcu dojdzie (wszak chcą tego wszystkie strony: Westminster, Bruksela, przedsiębiorcy i zwykli Brytyjczycy) to za mało, by budować racjonalne podstawy dla wyceny aktywów. Szczególnie, że premier Theresa May wróciła z rozmów w Brukseli z niczym. Strona unijna nie chce zmian w Umowie Wyjścia i co najwyżej jest gotowa złożyć (niewiążące) polityczne deklaracje, że w okresie przejściowym będzie działać w dobrej wierze, by nigdy nie doszło do backstopu. Takie stanowisko nie zadowoli brexitowców z brytyjskiego parlamentu. Obawiam się, że w weekend brytyjska prasa krytycznie podsumuje wydarzenia tego tygodnia, a czwartkowe umocnienie funta okaże się przelotnym zauroczeniem optymistów.

Koniec tygodnia przynosi gorzkie nastroje z uwagą przerzuconą na kierunek negocjacji handlowych USA-Chiny, gdzie według słów doradcy ekonomicznego Białego Domu jest jeszcze „długa droga do przebycia”. Ciosem dla sentymentu było też wykluczenie przez prezydenta Trumpa z prezydentem Chin Xi pod koniec lutego. Jeśli w poniedziałek temat podchwycą wracający po tygodniowej przerwie inwestorzy z Chin, tryb risk-off zdominuje handel. To może dodać wiatru w skrzydła bezpiecznym walutom, jak JPY, CHF oraz USD. Najbardziej pokrzywdzony może pozostać AUD, który już cierpi przez gołębie sygnały z RBA, a wykruszanie się nadziei na porozumienie handlowe USA-Chiny bez wątpienia utwierdzi rynek w przekonaniu, że czynniki zewnętrzne dla AUD narastają po negatywnej stronie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Liczba zagrożeń w sieci gwałtownie rośnie. Co trzecia nastoletnia ofiara cyberprzemocy w ogóle nie zgłasza się po pomoc

Liczba zagrożeń w sieci gwałtownie rośnie. Co trzecia nastoletnia ofiara cyberprzemocy w ogóle nie zgłasza się po pomoc 7

1/3 nastolatków, którzy doświadczyli przemocy w internecie, nie zawiadomiła o tym fakcie nikogo – wynika z badań NASK. Tylko co piąty zwrócił się do rodziców, a zaledwie 8 proc. do nauczycieli. Eksperci podkreślają, że liczba zagrożeń w sieci rośnie, a kluczem do obrony przed nimi jest edukacja. Edukować trzeba zarówno dzieci i młodzież, jak i dorosłych, którzy powinni mieć świadomość tego, co może spotkać dziecko w sieci, i wiedzieć, jak mu pomóc, kiedy zwróci się z problemem.

Aby budować kulturę szacunku w internecie, musimy przede wszystkim edukować – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Zagórski, minister cyfryzacji. – Edukacja uświadamia, jak korzystać z narzędzi, a z drugiej strony, jak się bronić przed negatywnymi zjawiskami, które mogą dotykać młodych ludzi. To może być agresja, próby wyłudzeń, wszelkiego rodzaju patologie, związane z przestępstwami seksualnymi, z pedofilią. Wszystko to trzeba młodzieży uświadamiać – muszą znać narzędzia, umieć się bronić, filtrować informacje, rozpoznawać fake newsy.

– Dotyczy to zarówno najmłodszych, jak i starszych, a więc edukujmy dzieci i edukujmy się sami. Uczmy się odróżniać prawdę od fałszu, uczmy się, że czasami słowa mogę być gorsze niż rzucenie w kogoś kamieniem, że internet jest taką samą albo nawet bardziej rozwiniętą przestrzenią komunikacji niż świat realny. Internet – przez swoją siłę, moc i szybkość zwielokrotnia i te pozytywne, i negatywne treści – podkreśla Marcin Bochenek, dyrektor Pionu Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego w NASK.

W tym roku po raz 15. w Polsce obchodzony był Dzień Bezpiecznego Internetu (DBI), który przypada 5 lutego. Inicjatywa Komisji Europejskiej angażuje coraz więcej państw, nie tylko w Europie, lecz także na całym świecie. Co roku organizatorzy DBI przybliżają dzieciom i młodzieży, ale też rodzicom i nauczycielom zagrożenia związane z internetem i sposoby bezpiecznego i konstruktywnego korzystania z sieci.

– Dzisiejszy internet to szanse, ale i wiele wyzwań. Oprócz znanych nam zagrożeń, z którymi trzeba walczyć – takich jak hejt – pojawiają się nowe. Wśród nich są przede wszystkim fake newsy, fałszywe informacje, podszywanie się pod naszą tożsamość, pod tożsamość organizacji. To może powodować poważny zamęt. Internet się zmienia, ale, niestety, ta ciemna strona istnieje – mówi Marcin Bochenek.

Jak podkreśla, przeciwdziałanie negatywnym zjawiskom – takim jak hejt, cyberprzemoc, uzależnienie czy szkodliwe treści w sieci – wymaga zarówno profesjonalnego zaangażowania specjalistów z różnych sektorów i branż, jak i uważnego kontaktu z dzieckiem rodziców, nauczycieli i innych bliskich mu osób.

 Musimy pamiętać o tym, że kiedy młodzież zauważa coś niepokojącego w internecie, tylko niespełna 1/3 z nich zgłasza to rodzicom. Dlatego również jako rodzice musimy zadbać o to, żeby uzyskać zaufanie swoich dzieci w takich sprawach, musimy się tym bardziej interesować – dodaje Marek Zagórski.

Jak podkreślają eksperci, niedostatek współpracy i zainteresowania ze strony dorosłych może skutkować brakiem zaufania ze strony młodzieży. Najnowsze badania, prowadzone cyklicznie przez NASK wśród polskich nastolatków, pokazują, że po pomoc do rodziców lub krewnych zwróciło się zaledwie 21,9 proc. osób, które spotkało się z internetową przemocą. Nieco więcej ofiar tego zjawiska szukało pomocy u przyjaciół i znajomych (24,3 proc.), natomiast do nauczycieli zwróciło się raptem 8,2 proc.

 Prowadzimy telefon zaufania dla dzieci i młodzieży w sytuacjach zagrożenia, również wynikających z korzystania z internetu. Wiemy, że dzieci potrzebują pomocy, ponieważ telefon dzwoni non-stop. Staramy się im pomagać, jednak niezmiernie ważne jest to, żeby dziecko mogło przede wszystkim zasięgnąć rady rodzica, nauczyciela, kogoś bliskiego. Jeśli rodzice nie wiedzą, jak sobie poradzić z problemem, zachęcamy, żeby podsuwali dzieciom telefon 116–111, a sami korzystali z numeru 800–100–100, który prowadzimy jako fundacja – mówi Katarzyna Hernandez z Fundacji „Dajemy Dzieciom Siłę”.

W ramach tegorocznego Dnia Bezpiecznego Internetu – pod hasłem „Działajmy Razem!” – w całej Polsce odbyło się ponad 3,3 tys. lokalnych wydarzeń i inicjatyw poświęconych cyberbezpieczeństwu dzieci i młodzieży oraz przeciwdziałaniu zagrożeniom w internecie. Dzień ten jest obchodzony w sumie w 140 krajach, co przekłada się na blisko pół miliona tego typu wydarzeń i inicjatyw.

 Mówimy o pozytywnych rzeczach, ale nie zapominajmy o zagrożeniach. One na pewno będą się zmieniać, ale my też się zmieniajmy. Myślę, że w tej walce mamy szansę na zwycięstwo – mówi Marcin Bochenek.

W Polsce Dzień Bezpiecznego Internetu jest organizowany od 2005 roku przez Polskie Centrum Programu Safer Internet (PCPSI), tworzone przez Państwowy Instytut Badawczy NASK i Fundację „Dajemy Dzieciom Siłę”, które realizują unijny program „Łącząc Europę” (ang. Connecting Europe Facility – CEF). Głównym partnerem wydarzenia jest Fundacja Orange. Partnerami DBI 2019 są Facebook Polska oraz Google Polska.

Program Mieszkanie Plus nabiera tempa. Na koniec roku ma być 100 tys. mieszkań

Program Mieszkanie Plus nabiera tempa. Na koniec roku ma być 100 tys. mieszkań 8

Chcemy, aby do końca tego roku na różnym etapie realizacji było już około 100 tys. mieszkań – mówi Artur Soboń, wiceminister inwestycji i rozwoju. Dziś gotowych do realizacji jest ok. 30 tys. lokali, dla których został zakończony etap przedinwestycyjny, związany z przygotowaniem dokumentacji i formalności. Minister podkreśla, że największym wyzwaniem w realizacji programu Mieszkanie Plus jest cały czas podaż gruntów pod inwestycje mieszkaniowe. Ten stan rzeczy ma zmienić planowana nowelizacja ustawy o Krajowym Zasobie Nieruchomości.

Jesteśmy rozpędzeni. W tej chwili około 30 tys. mieszkań jest już po decyzjach inwestycyjnych. Myślę, że w I kwartale będzie to już o 10–15 tys. mieszkań więcej. Decyzja inwestycyjna oznacza, że jesteśmy po etapie analiz, badań prawnych i geologicznych, wszystkich kwestii związanych z popytem na te mieszkania, mamy kompletną analizę. Oznacza to realizację inwestycji, czyli przygotowanie dokumentacji, uzyskanie wszystkich zgód i faktyczną realizację, potem komercjalizację tych budynków. Chcemy, aby do końca tego roku na różnym etapie realizacji było już około 100 tys. mieszkań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Soboń, sekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Rządowy program Mieszkanie Plus ma zwiększyć liczbę mieszkań na wynajem – dostępnych dla osób o średnich dochodach, które nie mogą zaciągnąć kredytu mieszkaniowego na rynkowych zasadach, ale z drugiej strony ich dochody są zbyt wysokie, żeby ubiegać się o mieszkanie komunalne. Według MIiR w takiej sytuacji może być nawet 40 proc. Polaków, zwłaszcza młodych, dopiero rozpoczynających karierę zawodową. Budowę tanich mieszkań umożliwić ma wykorzystanie nieruchomości, które należą do Skarbu Państwa.

Zakończyliśmy etap prac legislacyjnych. Została nam jeszcze nowelizacja ustawy o Krajowym Zasobie Nieruchomości, czyli banku ziemi. Naprawdę obiecujemy sobie bardzo dużo, bo mamy już zinwentaryzowane grunty we wszystkich województwach, a cały czas dochodzą nowe. To są bardzo atrakcyjne grunty, w szczególności grunty Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa i Agencji Mienia Wojskowego pod budownictwo mieszkaniowe – mówi Artur Soboń.

Ustawa o Krajowym Zasobie Nieruchomości, uchwalona we wrześniu 2017 roku, ma zostać w tym roku znowelizowana. Jak uzasadnia MIiR, „instrumenty prawne przewidziane w ustawie okazały się niewystarczające, aby sprawnie przekazywać grunty na realizację inwestycji mieszkaniowych”. Większość gruntów przekazanych przez starostów oraz wybrane agencje Skarbu Państwa okazała się nieprzydatna do realizacji celów inwestycyjnych. Dlatego planowana nowelizacja ma doprecyzować zasady kwalifikowania i przekazywania nieruchomości do banku ziemi w ramach KZN.

W tym roku chcemy także poprowadzić za rękę kilka samorządów w zakresie partnerstwa publiczno-prywatnego. To  będzie nowy instrument w programie Mieszkanie Plus – mówi Artur Soboń. – Są już chętne samorządy. Przeprowadzimy ten proces tak, żeby zakończył się finalizacją przynajmniej jednego albo kilku projektów mieszkaniowych, aby w kolejnych latach można było nadal korzystać z PPP w budownictwie mieszkaniowym na większą skalę.  

Minister podkreśla, że największym wyzwaniem w realizacji programu Mieszkanie Plus jest cały czas podaż gruntów pod inwestycje mieszkaniowe.

Jesteśmy w stanie znaleźć finansowanie na te inwestycje i przygotować dla nich dobre projekty techniczne. Część z nich będziemy realizować w tych standardach prefabrykacji, które wybraliśmy. To też otworzy rynek na budownictwo prefabrykowane – mówi Artur Soboń.

Jak ocenia, bardzo dobrze przebiega współpraca z PKP w kwestii przekazywania gruntów pod cele mieszkaniowe. Zostały powołane już trzy spółki celowe, trzy kolejne są w przygotowaniu i wszystkie są obliczone na duże projekty, liczące nawet kilka tysięcy mieszkań w jednej lokalizacji. Docelowo takich spółek ma być prawie dwadzieścia.

Te projekty wymagają ogromnej pracy i dobrego przygotowania, jeśli chodzi o koncepcję urbanistyczno-architektoniczną. Chcemy pokazać, że można budować inaczej, np. poprzez przygotowanie gruntu. To są grunty, które często wymagają remediacji. Żaden prywatny inwestor czegoś takiego nie robi – po prostu buduje na gruntach np. pokolejowych w takim stanie, w jakim one są. My natomiast każdy grunt będziemy przygotowywać tak, żeby była gwarancja spełnienia najwyższych standardów, także jeśli chodzi o geologię czy ochronę środowiska – mówi Artur Soboń.

Pierwsze kroki do budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. Niebawem ruszą prace nad masterplanem całej inwestycji

Pierwsze kroki do budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. Niebawem ruszą prace nad masterplanem całej inwestycji 9

Jeszcze w tym roku ma być gotowy wieloletni plan strategiczny dotyczący budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. Wiosną zostanie też powołana rada społeczna, która będzie platformą współpracy z lokalnymi społecznościami – zapowiada wiceminister infrastruktury Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. CPK. Jak podkreśla, zima 2027 roku to niezmiennie planowany termin otwarcia nowego Portu Lotniczego „Solidarność”.

– Chcemy, żeby w 2019 roku został przygotowany rządowy dokument strategiczny – program wieloletni, który określi, jakie inwestycje będą realizowane w ramach CPK, w jakim czasie oraz jakie finansowanie budżetowe będzie na to potrzebne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. CPK. – To jeden z najważniejszych elementów projektowania każdej inwestycji, przygotowanie takiego generalnego planu lotniska.

W nadchodzących miesiącach ma zostać wybrany doradca strategiczny, który pomoże spółce realizującej projekt CPK w przygotowaniu masterplanu. Strategiczny dla tej inwestycji dokument będzie zawierać m.in. wieloletnie prognozy rozwoju lotniska oraz szczegółowy kosztorys przedsięwzięcia i towarzyszących inwestycji infrastrukturalnych.

– Obserwujemy bardzo duże zainteresowanie tym projektem ze strony podmiotów zajmujących się szeroko pojętym sektorem lotniczym. Teraz chcemy znaleźć jak najlepszego partnera, z którym będzie można ten projekt zrealizować – mówi Mikołaj Wild. – Kolejny krok to ścisłe, dobre relacje z mieszkańcami. Środkiem do tego celu będzie powołana już niebawem rada społeczna.

Rada społeczna ma zostać powołana na wiosnę, najprawdopodobniej w marcu br. i będzie platformą współpracy pomiędzy lokalnymi społecznościami a spółką realizującą projekt CPK. W jej skład wejdą przedstawiciele gmin, na terenie których będzie położona inwestycja – Baranowa, Wiskitek i Teresina.

– Zdajemy sobie sprawę z niepokojów, które pojawiły się w zeszłym roku na tych terenach, i zrobimy wszystko, żeby wyjaśniać wszelkie wątpliwości. Wszędzie tam, gdzie to możliwe, zamierzamy włączać mieszkańców w proces inwestycyjny – podkreśla Mikołaj Wild.

W bieżącym roku spółka chce również przeprowadzić rekrutacje, które obejmą nie tylko Polskę, i obsadzić stanowiska kluczowych specjalistów, którzy zajmą się planowaniem i przygotowaniem inwestycji.

– Sezon zimowy 2027 roku to wciąż niezmiennie planowany termin otwarcia CPK. Zdajemy sobie sprawę z tego, że to bardzo ambitny harmonogram, ale – wedle wszelkich dostępnych nam danych – jest on realny. Jesteśmy przekonani, że w tym czasie jego realizacja jest możliwa – podkreśla wiceminister.

Centralny Port Komunikacyjny, inaczej Port Lotniczy „Solidarność”, to sztandarowa inwestycja infrastrukturalna obecnego rządu. Ma powstać między Warszawą i Łodzią, w okolicach Stanisławowa, w gminie Baranów. Według wstępnych założeń jego budowa ma kosztować w pierwszym etapie 35 mld zł, a lotnisko będzie obsługiwać na początek około 45 mln pasażerów rocznie. Budowa CPK to odpowiedź na ograniczoną przepustowość i brak możliwości rozbudowy warszawskiego Lotniska Chopina. W ramach inwestycji powstanie też ok. 1,3 tys. nowych linii kolejowych i węzły przesiadkowe oraz tzw. Airporty City, na terenie którego powstaną hotele, obiekty biurowe i konferencyjne.

Konkurencja w e-handlu zaostrza się. Inwestycje w logistykę szansą dla małych sklepów internetowych

Konkurencja w e-handlu zaostrza się. Inwestycje w logistykę szansą dla małych sklepów internetowych 10

Handel internetowy napędza rozwój rynku logistycznego i oferowanych przez operatorów usług. Inwestycje w obsługę logistyczną mogą stanowić o przewadze małych e-sklepów, dla których konkurowanie z dużymi e-commerce’owymi platformami jest poważnym wyzwaniem. Powinny one wziąć pod uwagę usługę fulfillmentu, czyli zlecenie magazynowania, pakowania zamówień i ich wysyłki do zewnętrznej firmy logistycznej. Taka kompleksowa obsługa może być opłacalna, tym bardziej że branża spodziewa się w tym roku wzrostu cen spowodowanego m.in. przez presję na wzrost wynagrodzeń oraz koszty materiałów opakowaniowych.

– Dla małych sklepów internetowych konkurencja z dużymi e-commerce’ami jest nie lada wyzwaniem. Są jednak przynajmniej dwie rzeczy, dzięki którym mogą odnieść sukces. Pierwsza to skupienie się na niszy, w której zbudują mocną i wyróżniającą się pozycję. Druga to korzystanie z platform, takich jak Allegro, które pozwalają na równi konkurować z dużymi graczami i ułatwiają dotarcie do klientów z ofertą. Innym przykładem są właśnie operatorzy logistyczni, którzy pozwalają zaoferować obsługę logistyczną na najwyższym poziomie, mimo niedużej skali działania danego sklepu internetowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomek Kasperski, prezes Omnipack.

Szybki rozwój internetowego handlu pozostaje czynnikiem napędzającym branżę logistyczną. Zakupy w internecie robi ok. 15 mln Polaków, a w tym roku wartość rynku ma wzrosnąć do 50 mld zł, podczas gdy jeszcze w 2015 roku była szacowana na 30 mld zł. To powoduje, że każdy podmiot działający w tej branży musi doskonalić swoje operacje i podnosić konkurencyjność.

– Jesteśmy w trakcie mocnego cyklu koniunktury, więc jest ogromna presja na wynagrodzenia, koszty usług kurierskich i materiałów opakowaniowych. Teraz wszystkie przedsiębiorstwa uważnie obserwują swoje koszty. Spodziewamy się również, że w branży operatorów logistycznych będą pojawiały się nowe podmioty, kilka pewnie zakończy współpracę. Natomiast myślę, że dla całego sektora będzie to korzystne, ponieważ pozwala edukować sklepy internetowe i pokazuje im, że usługa fulfillmentu funkcjonuje – mówi Tomek Kasperski.

Fulfillment to inaczej oddelegowanie wszystkich zadań logistycznych, z którymi boryka się sklep internetowy, do zewnętrznej firmy logistycznej. Innymi słowy, to outsourcing magazynowania, pakowania zamówień i ich wysyłki do odbiorców.

– Rynek operatorów logistycznych jest jeszcze bardzo młody, ale rośnie dynamicznie. Z jednej strony mamy kilka dużych podmiotów, które skupiają się na obsłudze dużych projektów. Coraz więcej firm, szczególnie z Europy Zachodniej, przenosi swoje operacje logistyczne do Polski i są przez nie obsługiwane. Z drugiej strony, cały czas pojawia się dużo nowych, małych podmiotów, które próbują swoich sił w obszarze fulfillmentu. Jeżeli ktoś prowadzi sklep i ma wolne 500 mkw., to często działa w myśl zasady: „wykorzystam powierzchnię, żeby zaoferować swoją logistykę innym” – mówi Tomek Kasperski.

Omnipack w nadchodzącym roku będzie stawiać na ciągłą poprawę jakości obsługi klientów. Firma zainwestuje w narzędzia software’owe, które zwiększą transparentność łańcucha dostaw i pozwolą klientom na dostęp do informacji o tym, co dzieje się z ich towarem, jak dużo jest go na magazynie oraz jaki jest stan realizacji zamówień i obsługi zwrotów.

– Z drugiej strony będziemy inwestować w ciągłą optymalizację procesów logistycznych i w tym celu planujemy otwarcie kolejnego magazynu, bliżej zachodniej granicy, który umożliwi też obsługę klientów zagranicznych – mówi prezes Omnipack.

W temacie smogu najskuteczniej edukują media. Już 98 proc. Polaków postrzega jakość powietrza jako problem

W temacie smogu najskuteczniej edukują media. Już 98 proc. Polaków postrzega jakość powietrza jako problem 11

Niemal 100 proc. społeczeństwa uważa smog za problem i zagrożenie dla zdrowia – wskazuje badanie przeprowadzone na grupie 12,5 tys. uczniów, rodziców i nauczycieli szkół w całej Polsce. Świadomość na ten temat rośnie, a najczęściej wskazywanym źródłem wiedzy są media i internet. Jak podkreślają inicjatorzy kampanii społecznej Librus „NIE dla smogu”, o konsekwencjach naszych codziennych wyborów dla środowiska trzeba uczyć już najmłodszych, wtedy jest szansa, że jako dorośli ludzie będą podejmować bardziej odpowiedzialne decyzje. 

98 proc. ankietowanych, czyli rodziców, uczniów i nauczycieli, twierdzi, że smog jest problemem. Ponad 90 proc. potrafi wymienić jego negatywne skutki dla zdrowia. Najczęściej wskazywany jest kaszel, katar, swędzenie skóry i problemy z oczami. W otwartych odpowiedziach ankietowani zwracali uwagę na to, że np. kaszlą przez całą zimę i jest to niezdiagnozowany problem. Świadomość zagrożeń płynących z zanieczyszczenia powietrza istnieje i zdecydowanie rośnie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Bigaj, członek zespołu realizującego kampanię społeczną Librus „NIE dla smogu”.

Z ogólnopolskiego badania wynika też, że w kwestii smogu najskuteczniej edukują media. 86 proc. ankietowanych wskazało media i internet jako główne kanały informacyjne, z których czerpią wiedzę o smogu. W porównaniu z poprzednim badaniem z 2017 roku odsetek wskazań tego źródła wzrósł i to znacząco (z 66 proc.). To potwierdza rosnącą rolę mediów w edukacji ekologicznej.

Temat smogu występuje nie tylko w mediach. Okazuje się, że badani poruszają go również w szkole czy w domu. Blisko 50 proc. rozmawia o smogu z rodziną albo w gronie znajomych. Właściwie trudno się temu dziwić, bo wychodzimy z domu i powietrze po prostu śmierdzi, więc to jest ważny temat rozmów – mówi Magdalena Bigaj.

Jak podkreśla, organizatorom kampanii zależy, żeby temat smogu i zanieczyszczenia powietrza szerzej pojawił się w polskich szkołach. W tej chwili 80 proc. nauczycieli deklaruje zaangażowanie w działania antysmogowe, a 64 proc. przeprowadziło specjalne zajęcia poświęcone tematowi smogu.

W ramach kampanii udostępniamy gotowe scenariusze – wystarczy pobrać i mamy gotowy plan atrakcyjnej dla uczniów lekcji – mówi Magdalena Bigaj. – Zależy nam na tym, żeby rozmawiać o tym odpowiedzialnie, bo smog stał się dla niektórych motywem przewodnim komunikacji, okraszonym michałkami – czyli np. pisze się o roślinach oczyszczających powietrze albo segregacji śmieci. Jednak to realnie nie przyczyni się do poprawy jakości powietrza.

Z badania „NIE dla smogu” wynika, że zarówno rodzice i nauczyciele, jak i dzieci w większości potrafią wskazać przyczyny smogu i metody walki z zanieczyszczeniem powietrza.

Źródłem smogu jest palenie drewnem, węglem i śmieciami. Nie wszyscy chcą na ten temat rozmawiać, bo wymiana pieców dla wielu stanowi problem, ale musimy spojrzeć prawdzie w oczy. Kolejna rzecz to źle ocieplone domy, z których ucieka ciepło, oraz masowe korzystanie z samochodów spalinowych. Jeśli chcemy mówić o tym, co może wpłynąć na poprawę jakości powietrza i uczyć o tym dzieci w szkole, to jest to przede wszystkim wymiana pieców, alternatywne źródła energii i rezygnacja z samochodów na rzecz transportu publicznego – podkreśla Bigaj.

W teorii ankietowani to wiedzą. 82 proc. uważa, że zaprzestanie spalania śmieci wpłynie skutecznie na zmniejszenie smogu, 70 proc. wskazuje na alternatywne źródła energii, z kolei 63 proc. – na konieczność ograniczenia transportu samochodowego na rzecz komunikacji miejskiej i rowerów.

Ludzie niechętnie przesiadają się do miejskiego transportu, ale bardzo liczymy, że dzieci, które spotykają się z tematem smogu od najmłodszych klas szkoły podstawowej, jako dorośli będą podejmowali odpowiedzialne decyzje – mówi Magdalena Bigaj.

Organizatorzy kampanii antysmogowej podkreślają, że gospodarstwa domowe i spaliny samochodowe odpowiadają za 90 proc. przypadków przekroczenia norm jakości powietrza. Dlatego to decyzje i postawy polskich rodzin mogą wpłynąć na poprawę jego jakości.

– Uczniowie pisali w ankietach: „Zwracałem uwagę tacie, żeby nie palił śmieciami”, „Mówiłem rodzicom, że nie powinni palić węglem” czy „Zwracam uwagę, czy leci czarny dym z komina”. Dzieci widzą wokół siebie te niewłaściwe zachowania, chociaż same jeszcze czują niemoc. Rozczuliła nas odpowiedź jednej z najmłodszych uczestniczek badania, która napisała, że sama nic nie może zrobić ze smogiem, choć wie, że to przekonanie nie jest słuszne. Jako pojedyncze osoby nie zmienimy wszystkiego, ale razem możemy powiedzieć „NIE dla smogu” – podkreśla Magdalena Bigaj.

Analiza skóry twarzy w 10 sekund dzięki innowacyjnemu urządzeniu. Podpowie też, jakie kosmetyki należy stosować

Analiza skóry twarzy w 10 sekund dzięki innowacyjnemu urządzeniu. Podpowie też, jakie kosmetyki należy stosować 12

Sztuczna inteligencja wyręczy w pracy dermokonsultantów. Asystent pielęgnacji skóry określi jej typ i wybierze najlepszy kosmetyk. Cały proces trwa zaledwie 10 sekund. Urządzenie działa w oparciu o zaawansowane algorytmy opracowane na podstawie wiedzy dermatologicznej i kosmetycznej. Niewłaściwy dobór kosmetyków wciąż jest jednym z dużych problemów konsumentów, a organizowane w drogeriach dermokonsultacje często mają charakter reklamowy i służą wyłącznie zaproponowaniu produktów konkretnej firmy.

– Lumini to asystent pielęgnacji skóry wykorzystujący sztuczną inteligencję. Wykorzystujemy technologie SI i szybki algorytm do skanowania twarzy oraz analizy skóry, a następnie sugerujemy użytkownikowi najlepsze rozwiązania kosmetyczne, jak np. kremy. Urządzenie jest łatwe w obsłudze, a cały proces trwa około 10 sekund – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Yongjoon Choe z firmy Lululab.

Lululab jest jedną ze spółek typu spin-off, utworzonych w ramach programu Samsung C-Lab. Start-up stworzył rozwiązanie oparte na sztucznej inteligencji, które nie tylko analizuje skład skóry i potrafi zdiagnozować różnego rodzaju schorzenia, lecz także podpowiada, jakiego rodzaju kosmetyki powinniśmy stosować. Działanie asystenta jest zatem nowoczesną, zautomatyzowaną dermokonsultacją.

– Jeżeli przyjrzymy się dzisiejszej branży kosmetycznej, możemy zauważyć, że ludzie poświęcają mnóstwo czasu i pieniędzy na wybór kosmetyków, a i tak w rezultacie nie dokonują najlepszego wyboru. Nie znają stanu swojej skóry. Najważniejsza jest tutaj skóra twarzy. Zastosowaliśmy nowoczesną technologię z branży kosmetycznej. Użytkownik poddaje się analizie skóry, po czym otrzymuje możliwie najlepsze rekomendacje na podstawie analizy big data – mówi Yongjoon Choe.

Tymczasem sztuczna i rozszerzona inteligencja to technologie, na które coraz mocniej stawia branża kosmetyczna. Koncern L’Oreal w minionym roku kupił start-up Modiface, który rozwija technologię rzeczywistości rozszerzonej dla marek kosmetycznych. Tworzy m.in. aplikacje, które pomagają konsumentom wirtualnie testować makijaż i fryzury oraz kolory za pomocą telefonów komórkowych, komputerów i cyfrowych luster. Z kolei firma Poietis rozwiązaniami z zakresu sztucznej inteligencji wspiera się w działaniu swojej platformy do projektowania i produkcji tkanek o rozdzielczości komórkowej na potrzeby medycyny regeneracyjnej, badań przedklinicznych i oceny skuteczności produktów kosmetycznych i ich składników.

Rozwiązanie proponowane przez Lululab w kompaktowej wersji trafi do sprzedaży jeszcze w lutym. W dystrybucji na Azję i Europę jest już jego wersja stacjonarna, przeznaczona np. dla salonów kosmetycznych.

– Naszą grupą docelową są klienci z sektora B2B, tacy jak sklepy i salony kosmetyczne czy domy towarowe. Klient może odwiedzić te miejsca i wypróbować tam nasze rozwiązanie – mówi Yongjoon Choe.

Według analityków z Mordor Intelligence światowy rynek produktów kosmetycznych do 2023 roku osiągnie wartość ponad 805 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu w najbliższych latach utrzyma się natomiast na poziomie 7,14 proc.

Okulary rozszerzonej rzeczywistości z coraz większą liczbą nowych funkcji. Pozwolą sprawdzać ceny akcji, zamówić taksówkę oraz zrealizować transmisje na żywo

Okulary rozszerzonej rzeczywistości z coraz większą liczbą nowych funkcji. Pozwolą sprawdzać ceny akcji, zamówić taksówkę oraz zrealizować transmisje na żywo 13

Nadchodzi era inteligentnych okularów. Choć wyglądają jak zwykłe szkła, liczba ich funkcji jest zdecydowanie większa. To minikomputery z procesorem, wbudowaną pamięcią, głośnikami, mikrofonem i systemem wyświetlania. Można przy ich użyciu odpowiedzieć na wiadomości, odebrać połączenie, zamówić Ubera czy sprawdzić ceny akcji. Okulary z wbudowaną kamerą pozwolą natomiast na prowadzenie transmisji na żywo czy skanowanie kodów kreskowych. Możliwości są znacznie większe. Inteligentne okulary wzbogacone o rozszerzoną rzeczywistość to przyszłość rynku.

– Okulary Norm Glasses to inteligentny produkt zamknięty w formie zwyczajnych okularów przeciwsłonecznych. Nasze okulary wyposażyliśmy w minikomputer oraz ekran, który wyświetla informacje w polu widzenia użytkownika. Wyświetlane treści nie zasłaniają widoku – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Qilun Sun z firmy Human Capable Inc.

Inteligentne okulary nie są już nowością. Na rynku pojawia się ich coraz więcej – potrafią rozpoznawać twarze, ocenią stan zdrowia, pomogą w nawigacji, a te stosowane w przemyśle i produkcji wyświetlą przed oczami użytkownika instrukcje obsługi. Google Glass zapoczątkowały erę okularów wykorzystujących technologię rozszerzonej rzeczywistości.

Wszystkie kolejne projekty to okulary o jeszcze większych możliwościach. W Intel Vaunt informacje rzucane są na siatkówkę za pomocą lasera, a okulary Daqri nakładają wirtualny obraz na szkła. Pojawiają się już także okulary zintegrowane z asystentką głosową Amazona. Inteligentne okulary pomagają też młodym matkom, np. podczas karmienia dziecka odpowiadają na pytania dotyczące laktacji. Norm Glasses łączy zaś kilka możliwości w jednych okularach.

– Nasz produkt jest też wyposażony w głośniki i mikrofon, dzięki czemu możemy telefonować, słuchać muzyki i wydawać polecenia głosowe, aby np. zrobić zdjęcie aparatem znajdującym się w przedniej części okularów – wskazuje Qilun Sun.

Norm Glasses to minikomputer. Ma wbudowany procesor, pamięć, jest wyposażony w głośniki i mikrofon, a do tego pozwala wyświetlić obraz przed oczami użytkownika. Dzięki okularom można odbierać połączenia, odpowiadać na wiadomości tekstowe, sprawdzić ceny akcji czy nawet zamówić taksówkę. Wszystko to niemal bez użycia rąk. Dodatkowo okulary wyposażone w kamerę pozwolą prowadzić transmisje na żywo, a nawet zeskanują kody kreskowe. Co przy tym istotne, wyglądają jak zwykłe okulary przeciwsłoneczne.

– To, co odróżnia nasze urządzenie od pozostałych okularów smart, to elegancki wygląd. Inne okulary tego typu wyglądają dziwacznie albo są naprawdę masywne. Nasz produkt jest lekki – jego waga mieści się w zakresie przewidzianym dla zwykłych okularów przeciwsłonecznych – przekonuje ekspert.

Okulary są też wyposażone w funkcję rozpoznawania głosu, która nie zależy od połączenia z internetem. Dzięki temu będzie można wykorzystać okulary np. do połączeń z botami.

– Rozpoczęcie sprzedaży zaplanowaliśmy na okres letni – czerwiec lub lipiec. Okulary będą sprzedawane w cenie 300 dol. na tych rynkach, na których dostępna jest Alexa. Nasz produkt jest wyposażony w to rozwiązanie, więc musimy zapewnić zgodność w tym zakresie – tłumaczy Qilun Sun.

Rynek inteligentnych okularów w latach 2018–2022 będzie rósł w tempie blisko 43 proc. średniorocznie, wynika z prognoz firmy badawczej Research and Markets.

NEXERA członkiem KIGEiT

Z początkiem lutego br. operator telekomunikacyjny NEXERA została członkiem Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji. Firma rozwijająca światłowodową sieć dostępową w 4 regionach należy do grupy największych operatorów telekomunikacyjnych w Polsce.

Firma NEXERA rozpoczęła współpracę z KIGEiT, ekspercką organizacją non-profit, zrzeszającą podmioty z polskiego sektora elektroniki i telekomunikacji. Izba, reprezentując zrzeszone podmioty, działa na rzecz rozwoju rynku elektroniki i telekomunikacji, m.in. w zakresie legislacji

– Jako firma znajdująca się w czołówce polskich operatorów sieci światłowodowych i uczestnicząca w największym projekcie informatyzacji Polski, cieszymy się z wizji jeszcze ściślejszej współpracy z innymi uczestnikami rynku. Mamy nadzieję, że kooperacja na rzecz korzystnych rozwiązań legislacyjnych i regulacyjnych pozwoli nam osiągnąć cel, jakim jest budowa nowoczesnych sieci światłowodowych i dostarczanie usług telekomunikacyjnych najwyższej jakości – mówi Jacek Wiśniewski, prezes zarządu NEXERY.

Przedstawiciel Izby zauważa, że sieć światłowodowa rozwijana przez warszawską spółkę przynosi szereg korzyści operatorom detalicznym i ich klientom. – NEXERA udostępnia operatorom detalicznym gotową, nowoczesną sieć światłowodową, dzięki czemu mogą oni oferować abonentom usługi najwyższej jakości. Otwartość nowego członka Izby na współpracę stwarza bardzo przejrzyste i sprzyjające warunki dla rozwoju skutecznej konkurencji i podnoszenia atrakcyjności oferowanych usług. Wierzymy, że dzięki współpracy z innymi operatorami NEXERA będzie miała znaczący udział w staraniach Izby na rzecz rozwoju rynku telekomunikacyjnego w Polsce – dodaje Eugeniusz Gaca.

Czy systemy wytrzymają zainteresowanie e-PIT-ami?

Już 15 lutego podatnicy będą mogli sprawdzić, jakie zeznania przygotują dla nich urzędy skarbowe. Warto przypomnieć, że ponad 35 mln deklaracji PIT zostało złożonych przez firmy elektronicznie[1]. To kolejny dowód na rosnącą popularność e-dokumentów. Czy serwery udźwigną zainteresowanie podatników sprawdzających deklaracje? Co przyniosły i będą przynosić im nowe realia?

Możliwość sprawdzenia zeznań przygotowanych przez urzędy skarbowe dotyczy osób, które rozliczają się na drukach PIT-37 i PIT-38. Niektórzy z nich otrzymają deklaracje od swoich pracodawców dopiero pod koniec lutego. Część firm przyspieszyła jednak proces dostarczania dokumentów.

Korzyści a konsekwencje

Coraz częściej dostawcy rozwiązań informatycznych upraszczają sposób dostawy, umożliwiając pracownikom pobieranie dokumentów z systemu informatycznego. Generowany jest nie tylko sam dokument, ale też potwierdzenie jego odbioru – mówi Grzegorz Kaliński, prezes zarządu Kalasoft Sp. z o.o. Dodaje on również, że w firmach, które korzystają z różnego rodzaju e-dokumentów, łatwiej wymieniane są informacje: – Korzyścią po stronie pracodawcy są także niższe koszty. Zalety powodują że, według prognoz, firmy będą coraz częściej sięgać po tego typu rozwiązanie – podkreśla Grzegorz Kaliński.

Popularność e-dokumentów może rodzić pytanie, jak zmieniają się konsekwencje prawne. Czy taka forma wymiany informacji to „pójście na łatwiznę”? – Porównując konsekwencje prawne wynikające z e-PIT-ów a deklaracji papierowych, należy zauważyć że nie ma w tym zakresie różnic. Innymi słowy, posiadane, udostępniane i wykorzystywane dane przez pracodawcę będącego płatnikiem podatku dochodowego od osób fizycznych są tożsame – mówi radca prawny Tomasz Bojkowski. Dodaje on również: – Wraz z e-PITami zmieniła się jedynie forma wykonania obowiązku płatnika. Mam tutaj na myśli obliczenie, pobranie, wpłacenie, jak również zadeklarowanie (obowiązek informacyjny) rozliczenia zobowiązania PIT pracownika, tj. podatnika. Odpowiedzialność ma wciąż charakter administracyjny (związany z zaległością podatkową) oraz karny skarbowy związany z zamiarem niewykonania lub nienależytego wykonania obowiązków płatnika – podkreśla Tomasz Bojkowski.

Bezpieczeństwo e-dokumentów

Popularność e-dokumentów zwraca również uwagę opinii publicznej na bezpieczeństwo danych. Istnieją różne zabezpieczenia w postaci np. rozwiązań informatycznych i procedur postępowania. Jak działają systemy, w których e-dokumenty są w obiegu?

Dostęp do systemów o dużym znaczeniu może być chroniony z wykorzystaniem dwuetapowej autentykacji. Użytkownik uwierzytelnia się w systemie informatycznym loginem i hasłem, a także zawsze potwierdza logowanie jednorazowym kodem dostępu. Często wykorzystywana jest w tym celu aplikacja Google Authenticator. Korzysta ona z algorytmu dla haseł jednorazowych, bazujących na czasie zgodnie z RFC 6238 – wyjaśnia Grzegorz Kaliński z Kalasoft Sp. z o.o., firmy będącej liderem na rynku zintegrowanych systemów klasy ERP wspomagających zarządzanie uczelniami wyższymi w Polsce.

Choć wraz z e-PITami zmieniły i będą zmieniać się realia, w których funkcjonują płatnicy i podatnicy, wiele priorytetów wciąż pozostaje bez zmian. Należy do nich znajomość obowiązujących przepisów i dbałość o bezpieczeństwo danych.

[1]              Dane za PAP / Ministerstwo Finansów z dnia 1 lutego 2019: https://www.pap.pl/aktualnosci/news%2C398516%2Cczerwinska-wplynelo-ponad-35-mln-deklaracji-pit-twoj-e-pit-udostepnimy

Zmiana w zarządzie firmy Henkel

Sylvie Nicol zastąpi Kathrin Menges na stanowisku wiceprezesa ds. zarządzania personelem.

Sylvie Nicol, wiceprezes ds. zarządzania personelem
Sylvie Nicol, wiceprezes ds. zarządzania personelem

Sylvie Nicol, pełniąca obecnie funkcję globalnego wiceprezesa ds. zarządzania personelem, została mianowana członkiem zarządu firmy Henkel. Nominacja ta wejdzie w życie 9 kwietnia 2019 r., po dorocznym Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy. Sylvie Nicol będzie odpowiedzialna za obszar zarządzania personelem (HR) oraz usługi z zakresu infrastruktury. Na stanowisku zastąpi Kathrin Menges, która z powodów osobistych nie będzie zasiadać w zarządzie w następnej kadencji. Kathrin Menges jest związana z firmą Henkel od 1999 r., a od 2011 r. pełni funkcję członka zarządu.

„Chcielibyśmy podziękować Kathrin Menges za wiele lat wspaniałej pracy
i zaangażowanie. Dokonała ona strategicznej reorganizacji działu HR i wdrożyła
z powodzeniem liczne nowe koncepcje i programy kadrowe. Jako przewodnicząca Rady Zrównoważonego Rozwoju wprowadziła w firmie Henkel wiele usprawnień na rzecz zrównoważonego rozwoju. A w osobie Sylvie Nicol, wykształciła wysoce wykwalifikowaną następczynię” — powiedziała dr Simone Bagel-Trah, przewodnicząca Rady Nadzorczej oraz Komitetu Akcjonariuszy Henkla.

Kathrin Menges dołączyła do firmy Henkel w 1999 r., obejmując kolejne stanowiska
w obszarze HR. W 2009 r. została mianowana wiceprezesem ds. HR. W 2011 r. weszła w skład zarządu firmy Henkel, gdzie odpowiadała za obszar zarządzania personelem oraz usługi z zakresu infrastruktury. Kathrin Menges jest również przewodniczącą Rady Zrównoważonego Rozwoju w firmie Henkel. W 2013 r. została członkiem niemieckiej Rady Zrównoważonego Rozwoju.

Jej następczyni, Sylvie Nicol, ma ponad 20-letnie doświadczenie na stanowiskach menedżerskich w Henklu. „Bardzo się cieszymy, że Sylvie Nicol, jako osoba
z wieloletnim doświadczeniem w Henklu i sukcesorka z wewnątrz organizacji, dołączy do zarządu w roli wiceprezesa ds. zarządzania personelem. Ma za sobą wybitne osiągnięcia zarówno po stronie biznesu, jak i w dziale HR, doskonale zna firmę, rynki, na których działamy oraz pracowników. Zdobyła cenne doświadczenie, pracując za granicą oraz w centrali firmy w Niemczech” — powiedział Hans Van Bylen, prezes zarządu firmy Henkel.

W 1996 r., po ukończeniu prestiżowej szkoły biznesowej ESCP Europe, Sylvie Nicol rozpoczęła pracę w dziale marketingu Beauty Care Henkla we Francji. W 2010 r. objęła stanowisko wiceprezesa i dyrektora generalnego Beauty Care Retail we Francji.
W 2013 r. przeniosła się do centrali firmy w Düsseldorfie, gdzie odpowiadała za obszar HR działu Beauty Care. Po roku objęła stanowisko wiceprezesa oraz dyrektora Beauty Care Retail w Europie, jak również globalnego dyrektora sprzedaży Beauty Care. Od początku 2018 r. zajmuje stanowisko globalnego wiceprezesa ds. zarządzania personelem, odpowiadając za obszary strategiczne oraz zarządzanie personelem
w regionach.

Sylvie Nicol urodziła się we Francji. Jest mężatką, ma trzech synów i mieszka z rodziną w Düsseldorfie.

Obowiązek raportowania informacji o tzw. schematach podatkowych

Przepisy dotyczące raportowania schematów podatkowych obowiązują od ponad miesiąca. Już dziś wiadomo, że diametralnie wpłynęły na codzienne funkcjonowanie wielu przedsiębiorstw. Nieprawidłowości w zakresie składania raportów stanowią przestępstwo skarbowe. Możliwa kara grzywny to nawet ponad 21 mln zł. Brak procedury wewnętrznej, którą muszą posiadać niektóre podmioty, jest zaś zagrożony sankcją do 2 mln zł.

– Wbrew obiegowej opinii, schematy podatkowe nie powinny się kojarzyć z optymalizacją podatkową, a jak wielokrotnie podkreślało bowiem Ministerstwo Finansów, pojęcie schematu podatkowego jest znacznie szersze – mówi w rozmowie z MarketNews24 Joanna Stolarek, doradca podatkowy, Lider Praktyki Compliance w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – To z kolei oznacza, że schematy podatkowe mogą powstawać w toku bieżącej działalności firmy w sposób zupełnie niezamierzony i niekoniecznie muszą być związane z nadzwyczajnymi zdarzeniami jak np. zakładanie spółek offshore, czy przeprowadzanie skomplikowanych procesów restrukturyzacyjnych.

Ministerstwo Finansów wskazało, że za schematy podatkowe, pod pewnymi warunkami, mogą być uznane: IP BOX, ulga badawczo-rozwojowa, korzystanie z przyspieszonej amortyzacji, niektóre restrukturyzacje (np. przekształcenie spółki kapitałowej w spółkę osobową), czy wprowadzenie struktur wynagrodzenia opartych na świadczeniu usług w ramach działalności gospodarczej, na umowach zlecenia bądź umowach o dzieło.

– Regulacje przewidziane w przepisach są bardzo skomplikowane – wyjaśnia Joanna Stolarek. – Wymienionych zostało kilkadziesiąt kryteriów, które występując w różnych konfiguracjach przesądzają o uznaniu bądź nieuznaniu danego działania za schemat podatkowy. Ponadto rozróżniono kilka typów schematów podatkowych, a także wprowadzono skomplikowaną procedurę raportowania schematów podatkowych.

Kto musi raportować? Ustawa wprowadza tzw. kryterium kwalifikowanego korzystającego, którym w uproszczeniu jest podmiot, jeżeli jego przychody i koszty albo wartość aktywów przekroczyły w obecnym lub poprzednim roku obrotowym równowartość 10 mln euro lub jeżeli udostępniane lub wdrażane uzgodnienie dotyczy rzeczy lub praw o wartości rynkowej przekraczającej równowartość 2,5 mln euro albo taki, który jest podmiotem powiązanym z takim podmiotem. Kryterium to determinuje obowiązek przekazania informacji o schemacie podatkowym. Innymi słowy, podmiot niespełniający tego kryterium nie będzie miał obowiązku raportowania schematu podatkowego, czy schematu podatkowego standaryzowanego.

Warto przy tym zwrócić uwagę, że kryterium kwalifikowanego korzystającego odnosi się nie tylko do przychodów i kosztów danego podmiotu, ale także wartości jego aktywów. Oceniając spełnienie tego kryteriów, musimy więc brać pod uwagę wartość posiadanych przez dany podmiot nieruchomości, gruntów, linii produkcyjnych, floty samochodowej, czy stan rachunków bankowych itp. Jednocześnie, raportowaniu będzie podlegał każdy schemat transgraniczny (tutaj kryterium kwalifikowanego korzystającego nie ma zastosowania).

Raportowanie schematów podatkowych dotyczy trzech kategorii podmiotów, tj. promotor, korzystający oraz wspomagający. Promotorami są przede wszystkim doradcy podatkowi, radcy prawni, adwokaci, czy pracownicy banku lub instytucji finansowej doradzającej klientom. Korzystającymi są przedsiębiorcy. Wspomagającymi są natomiast osoby wspierające promotorów, w tym np. notariusze, biegli rewidenci, księgowi czy dyrektorzy finansowi. Mogą zdarzyć się sytuacje, w których dany podmiot będzie zobowiązany do samodzielnego raportowania schematu podatkowego, a także takie, w których dokona tego za niego promotor, czy wspomagający.

Bardzo istotne jest to, że raportowaniu podlegają nie tylko schematy podatkowe powstałe po 1 stycznia 2019 r. ale także te z przeszłości:

  • schemat podatkowy transgraniczny – podlega raportowaniu, gdy pierwsza czynność związana z jego wdrażaniem wystąpiła nie wcześniej niż po 25 czerwca 2018 r.,
  • schemat podatkowy inny niż schemat podatkowy transgraniczny – pierwsza czynność związana z jego wdrożeniem wystąpiła nie wcześniej niż po 1 listopada 2018 r.

Niektóre podmioty (tj. spółki doradcze i niektórzy przedsiębiorcy) mogą być zobowiązane do posiadania procedury wewnętrznej w zakresie przeciwdziałania niewywiązywaniu się z obowiązku przekazywania informacji o schematach podatkowych. Brak procedury może powodować nałożenie przez szefa Krajowej Administracji Skarbowej kary pieniężnej w wysokości do 2 mln zł.

Aby uniknąć odpowiedzialności, przede wszystkim należy zweryfikować, czy podejmowane obecnie lub planowane w przeszłości działania nie powodują powstania schematów podatkowych podlegających raportowaniu. Warto w firmie stworzyć taką listę działań, mogących prowadzić do powstania schematów podatkowych podlegających raportowaniu. Ponadto należy zweryfikować, czy istnieje konieczność posiadania procedury wewnętrznej w zakresie raportowania schematów podatkowych oraz, o ile okaże się to konieczne, ją wdrożyć – wyjaśnia J.Stolarek z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Komisja Europejska zrewidowała prognozy PKB. Czeka nas wyraźne spowolnienie

Wzrost PKB w światowej gospodarce ulega stopniowemu spowolnieniu, a w strefie euro hamuje wręcz ostro. Ci, których najbardziej dotyka pogarszająca się koniunkturą, najaktywniej szukają przyczyn swoich porażek poza granicami kraju. Paradoksalnie jednak tam ich nie ma, ale takie stawianie sprawy jeszcze bardziej pogarsza perspektywę maruderów na kolejne lata – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Komisja Europejska opublikowała w czwartek nowe szacunki makroekonomiczne dla Unii Europejskiej na najbliższe dwa lata. W dokumencie możemy znaleźć również prognozy dla Polski. W porównaniu do jesiennych szacunków tempo rozwoju zostało zrewidowane w dół o 0,2 pkt proc. do 3,5 proc. na ten rok. Niby niedużo, ale jednak w porównaniu ze wzrostem 5,1 proc. w 2018 r. skala spowolnienia jest wyraźna.

Sprowokowało to komentarz minister finansów Teresy Czerwińskiej, która stwierdziła w wypowiedzi dla PAP, że „niewielka korekta w dół prognoz dynamiki PKB to efekt wyraźnego obniżenia przewidywań dynamiki PKB w strefie euro”. Trudno się z tym nie zgodzić, skoro wzrost na obszarze wspólnej waluty ma wynieść jedynie 1,3 proc., czyli aż 0,6 pkt proc. mniej niż szacowano w listopadzie. Ogólnie jednak piłka została przerzucona daleko od Polski, to chwilowo oddala problem. Co jednak na swoją obronę ma domniemany winowajca tego spowolnienia, czyli cała strefa euro?

To na pewno nie jest nasza wina

W grze o obwinianie („blame game” z ang.) szukamy więc w raporcie Komisji Europejskiej wytłumaczenia, skąd wzięło się spowolnienie, które przeszkadza Polsce. KE, tłumacząc znaczne pogorszenia tempa wzrostu w porównaniu z wcześniejszymi projekcjami, pisze m.in.: „większość utraty tempa wzrostu gospodarczego wiąże się ze zmniejszającym się wsparciem czynników zewnętrznych”.

Trzeba jednak oddać sprawiedliwość KE, że wskazuje także czynniki wewnętrzne, czyli spowolnienie w Niemczech (np. związane z sektorem motoryzacyjnym) i we Włoszech (obniżenie tempa konsumpcji).

Chociaż wydaje się, że już mamy winowajcę, to jednak nieprawda. Peter Altmaier, minister gospodarki Niemiec powiedział kilka dni temu, że koniunkturę w tym kraju pogarszają przede wszystkim „zewnętrzne czynniki handlowe”, wskazując brexit, wojnę celną oraz międzynarodową politykę podatkową.

W bardzo podobnym kierunku migrują także tłumaczenia Włoch, kraju, który w drugiej połowie 2018 r. wszedł w recesję. Premier Giuseppe Conte, tłumacząc katastrofalny wynik Italii, dość zadziornie stwierdził, że „jest wojna handlowa między USA i Chinami, która wpływa na eksport, a to nie ucieknie nawet najbardziej naiwnym analitykom”.

Naiwność nam obca. Trzeba ruszyć przez morza i oceany

Uszczypliwość Conte zadziałała i szukamy winnych poza strefą euro. Traf chciał, że akurat w czwartek było posiedzenie Banku Anglii. Tam władze monetarne nie uciekają od odpowiedzialności brexitu (same de facto prowadziły kampanię za pozostaniem w UE), ale w kontekście spowolnienia wymieniają najpierw słabszą koniunkturę zewnętrzną, a dopiero potem brexit.

W rezultacie nie ma wyboru: trzeba dalej rozszerzyć zasięg poszukiwań i wybrać się za ocean lub do Azji. W końcu wojna handlowa toczy się pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami. To te państwa powinny poczuwać się do winy, skoro wszyscy na nich wskazują.

W USA zwykle unika się szukania winnych poza krajem. Dzieje się tak dlatego, że gospodarka Stanów Zjednoczonych jest zamknięta (stosunkowo niewielka wymiana handlowa w relacji do PKB). Prezydent Donald Trump niecałe dwa miesiące temu pisał na Twitterze: „Chiny właśnie ogłosiły, że ich gospodarka zwalnia bardziej, niż oczekiwano z powodu naszej wojny handlowej z nimi”. Trump podkreślił jednak, że amerykańska gospodarka „radzi sobie bardzo dobrze”.

Winni są, ale to nie ich wina

Patrząc na dane makroekonomiczne z USA rzeczywiście, nie widać tam silnego spowolnienia, czyli Trump w kontekście do swojego kraju ma rację. Paradoksem jest fakt, że Chiny także radzą sobie całkiem nieźle. W ostatnich prognozach MFW to ich wzrost gospodarczy ma wynieść ponad 6 proc. do 2020 r., a w czwartym kwartale 2018 r. miał wartość 6,4 proc. To tylko o 0,3 pkt proc. mniej niż średnio w ostatnich trzech latach. Biorąc pod uwagę, że wzrost we Włoszech został zrewidowany z 1,2 do 0,2 proc. na ten rok, skala spowolnienia w Państwie Środka jest więc znikoma.

Obwinianie wszystkich dookoła za własne porażki stało się ostatnio bardzo modne. Zwykle jednak te porażki są konsekwencją złej polityki wewnętrznej. Dotyczy to szczególnie Włoch, gdzie PKB na mieszkańca skurczyło się w porównaniu z poziomem sprzed 20 lat o ok. 3 proc. W tym samym czasie w USA wzrosło o 25 proc., a w Chinach 4-krotnie.

Najbardziej dochodowe dzielnice polskich miast

Blisko połowa z 30 najbardziej dochodowych dzielnic na rynku mieszkaniowym zlokalizowana jest w Warszawie, gdzie najlepiej wypadła Białołęka. Trzynaście dystryktów znajduje się w stołecznym mieście, dzięki czemu to właśnie Warszawie przypadła palma pierwszeństwa w tegorocznym rankingu. Na drugim miejscu uplasował się Gdańsk z pięcioma dzielnicami, a na trzecim miejscu podium znalazł się Kraków, także z pięcioma.

Choć liczba dystryktów w przypadku tych dwóch ostatnich miejscowości była taka sama, to o ostatecznej klasyfikacji na podium zdecydowały kolejność w zestawieniu końcowym poszczególnych dzielnic Gdańska i Krakowa, tj. w pierwszej 30. rankingu. Najlepszą piątkę miast dopełniają Wrocław z trzema dzielnicami oraz Łódź z dwoma.

Platforma Rentier.io przeanalizowała blisko 0,25 mln ofert najmu mieszkań oraz zakupu lokali mieszkalnych oferowanych w sieci w mijającym roku. Na tej podstawie został wyliczony zwrot z inwestycji (ang. Return on Investment (ROI)) w okresie 12 oraz 11 miesięcy najmu w ciągu roku i przygotowany pierwszy w Polsce ranking najbardziej dochodowych 125 dzielnic największych miast. Wyniki analiz Rentier.io mogą pomóc inwestorom i przyszłym właścicielom nieruchomości w podjęciu decyzji co do wyboru lokalizacji mieszkania, w które zamierzają zainwestować środki i dzięki temu jeszcze więcej zarobić na jego wynajmie.

Rozważając zakup mieszkania na wynajem bierze się zazwyczaj pod uwagę najlepsze dzielnice, tj. te zlokalizowane w centrum lub najbardziej prestiżowe. Jednak jak uświadamia poniższy ranking, to wcale nie musi być najlepsza strategia, a na pewno nie jedyna pozwalająca odnieść sukces. W pierwszej dziesiątce najbardziej dochodowych dzielnic znalazło się bowiem tylko kilka, które spełniają powyższe kryteria. Wśród nich są Gdańsk Strzyża (8,87%), Łódź Śródmieście (8,04%) czy Katowice Śródmieście (7,69%), zajmując odpowiednio 1., 4. i 8. miejsce w zestawieniu Rentier.io.

W opozycji do powyższej strategii, tzn. te dzielnice, które zlokalizowane są poza centrum, raczej na obrzeżach miast lub uznawane za mniej prestiżowe znalazły się, m.in. Warszawa Białołęka (8,26%), Fabryczna we Wrocławiu (8,04%) czy Psie Pole także w stolicy Dolnego Śląska (7,75%), zajmując odpowiednio 2.,3. i 6. miejsce w tegorocznym zestawieniu.

Skąd tak wysoka pozycja i awans Białołęki i kilku innych dzielnic miast, odległych od ich centrum?

– Też byliśmy początkowo zaskoczeni wynikami naszego rankingu. Jednak po głębszej analizie wiemy, że wynika to z tego, że w dzielnicach bardzo bliskich centrum bardzo wzrosły ceny, nawet dwukrotnie, co miało wpływ na pogorszenie rentowności najmu – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Anton Bubiel, prezes zarządu Rentier.io. – Wzrost cen w dzielnicach oddalonych od centrum był mniejszy, natomiast opłaty za najem tam też rosły, stąd tak dobra pozycja w rankingu kilku dzielnic Warszawy, odległych od centrum, a przykładem nie tylko Białołęka, ale również Ursus i Wawer.

Przyczyn takiego stanu rzeczy należy więc upatrywać przede wszystkim w korzystnej relacji kosztu zakupu mieszkania, wynikająca z mniejszej popularności tych obszarów wśród inwestorów, do cen najmu.

Rynek hotelowy urośnie w tym roku o 7 tys. pokojów

W tym roku zasoby hotelowe w kraju zwiększą  się o ponad 7 tys. pokojów. Wiele obiektów otwartych zostanie w miejscowościach turystycznych, a najwięcej miejsc noclegowych przybędzie w Warszawie.

W 2018 roku mogliśmy obserwować dalszy wzrost rynku hotelowego, zarówno pod względem popytu, jak i nowej podaży. Liczba noclegów udzielonych na terenie naszego kraju wzrosła o 7 proc., a polskie lotniska obsłużyły 15 proc. więcej pasażerów (41,74 mln) niż rok wcześniej. W Polsce mamy już ponad 2800 skategoryzowanych obiektów hotelowych, które oferują około 137 tys. pokojów.

Bartłomiej Zagrodnik - Walter Herz.
Bartłomiej Zagrodnik – Walter Herz

W minionym roku większość największych rynków hotelowych w kraju nie odnotowała jednak znaczącego wzrostu wyników operacyjnych. Zdaniem Bartłomieja Zagrodnika, Partnera Zarządzającego w Walter Herz, to rezultat znaczącej liczby otwarć nowych obiektów, które miały miejsce w 2018 roku  – Ubiegły rok nie zapisał się też dużą ilością transakcji inwestycyjnych w segmencie hotelowym, czego przyczyną były przede wszystkim wysokie oczekiwania cenowe oraz niewystarczająca ilość dostępnych ofert – przyznaje Bartłomiej Zagrodnik.

W 2018 roku właściciela zmienił m.in. położony w centrum Warszawy 4* hotel Holiday Inn, krakowski 4* hotel Park Inn by Radisson i 4*hotel Gromada oraz 4* hotel Holiday Inn Express w Gdańsku.

Warszawa z 1300  nowymi miejscami noclegowymi

Warszawę, która dysponuje największą ofertą noclegową w kraju (14,6 tys. pokojów w 97 w skategoryzowanych obiektach), czekają w tym roku kolejne, ciekawe otwarcia. Według szacunkowych danych Walter Herz, warszawski rynek wzbogaci się w tym roku o ponad 1300 pokojów hotelowych. Do użytkowania ma zostać oddany m.in.: hotel Vienna House ze 164 pokojami, Motel One ze 333 pokojami, Four Points by Sheraton ze  192 pokojami, Moxy ze 141  pokojami, Ibis Styles z 214 pokojami, czy hotel Puro ze 120 pokojami.

Drugi pod względem wielkości w kraju, krakowski rynek hotelowy może się pochwalić dobrymi zeszłorocznymi wynikami, jeśli chodzi o ilość udzielonych noclegów, a także zbilansowaną strukturą gości i stabilnymi wynikami operacyjnymi. To sprawia że Kraków skutecznie przyciąga międzynarodowych inwestorów. Sprzyja temu również rosnąca z roku na rok popularność miasta wśród turystów. W 2018 roku stolicę Małopolski odwiedziło blisko 13,5 mln turystów, o 4 proc. więcej niż rok wcześniej. Goście mogą korzystać ze 168 renomowanych obiektów znajdujących się w aglomeracji, które dysponują 11,18 tys. pokoi.

Według danych Walter Herz, w tym roku krakowska baza ma się zwiększyć o 400 pokojów hotelowych. Do najciekawszych, premier zapowiadanych w mieście należy MGallery by Sofitel z 64 pokojami, Radisson Red z 230 pokojami i hotel Ibis Styles Santorini ze 120 pokojami.

W Trójmieście przybędzie dwa razy więcej pokojów hotelowych niż w Krakowie

Dwa razy więcej niż w Krakowie przybędzie w tym roku pokojów hotelowych w Trójmieście. Rok 2019 przyniesie rynkowi trójmiejskiemu 800 nowych miejsc noclegowych w nowo otwieranych hotelach. Gości powitać ma m.in. hotel Deo Plaza (Radisson Blu) z 350 pokojami, Holiday Inn z 236 pokojami i Radisson Blu Sopot z 230 pokojami. W Gdańsku nowe hotele powstają głównie na Wyspie Spichrzów w pobliżu Starego Miasta oraz na postyczniowych terenach Młodego Miasta. Znaczącą liczbę wśród budowanych w Trójmieście hoteli stanowią condohotele, które dominują w ośrodkach turystycznych.

We Wrocławiu, jak podaje Walter Herz w najnowszym raporcie o rynku hotelowym, zasoby hotelowe wzrosną w roku bieżącym o około 430 pokojów. Wśród tegorocznych otwarć znajdzie się hotel Best Western Premier  z 64 pokojami, Altus Palace z 91 pokojami, przylotniskowy hotel Arche ze 120 pokojami, hotel Blue Sky ze 107 pokojami, hotel Traffic z 36 pokojami.

Poznański rynek hotelowy, w przeciwieństwie do innych aglomeracji, odnotował w 2018 roku ponadprzeciętny wzrost cen. Było to wynikiem organizacji w mieście licznych targów, wizyt biznesowych przy ograniczonej w ostatnich latach nowej podaży w segmencie hotelowym. W ubiegłym roku w Poznaniu zostało jednak oddanych kilka nowych hoteli, w tym Altushotel ze 109 pokojami, Focus z 94 pokojami, czy Park Inn by Radisson ze 166 pokojami. W 2019 roku w stolicy Wielkopolski planowane jest otwarcie kolejnych obiektów, które mają przynieść około 240 pokojów hotelowych.

Więcej informacji w raporcie https://walterherz.com/pl/a/raport-hotelowy-w-polsce-2019

Autor: Walter Herz

Trwają konsultacje wokół II edycji ICMS

Międzynarodowa Koalicja ds. Standaryzacji Pomiarów w Budownictwie apeluje o feedback w sprawie drugiej edycji ICMS, uwzględniającej koszty cyklu życia projektu.

Opublikowane w lipcu 2017 r. międzynarodowe standardy pomiarów w budownictwie (ICMS) dostarczyły jedną wspólną metodologię raportowania, grupowania i klasyfikowania kosztów projektu budowlanego na świecie.

W reakcji na opinie płynące od profesjonalistów branży po publikacji pierwszej edycji ICMS, Międzynarodowa Koalicja ICMS opracowała i uruchomiła konsultacje wokół drugiej edycji standardów, która uwzględnia koszty cyklu życia projektów.

Nowa wersja standardów umożliwi praktykom rynku nieruchomości klasyfikowanie kosztów w całym cyklu życia projektu eliminując niespójności i rozbieżności podczas księgowania, porównywania i przewidywania finansów projektu.

Joanna Plaisant Country Manager RICS w Polsce (1)
Joanna Plaisant, Country Manager RICS w Polsce

Joanna Plaisant, Country Manager RICS w Polsce: „Jednolita norma klasyfikacji kosztów w całym cyklu życia projektu umożliwi profesjonalistom branży budownictwa i nieruchomości dokonywanie porównań typu „like-for-like” na różnych rynkach, regionach, stanach i wewnątrz organizacji, prowadząc w efekcie do bardziej skutecznych prognoz kosztów i zarządzania budżetem.

Stworzenie jednej spójnej klasyfikacji kosztów odnowy, eksploatacji i utrzymania budynków pozwoli także na lepsze połączenie facility management z podejmowaniem decyzji na wczesnym etapie inwestycji i opracowywania kosztów budowy.

Opinie profesjonalistów branży nieruchomości na temat drugiej edycji standardów ICMS pozwolą zapewnić, że w największym stopniu spełniają one potrzeby globalnego rynku, opierając się na sukcesie pierwszej edycji”.

Ulf Magnusson nowym Prezesem Zarządu Volvo Polska

Volvo Polska ogłosiło nominację Ulfa Magnussona na stanowisko Prezesa Zarządu Volvo Polska oraz nominację Petteriego Vuori na stanowisko Wiceprezesa Zarządu Volvo Polska Centrum Przemysłowe Autobusy.

Ulf Magnusson - Prezes Zarządu Volvo Polska
Ulf Magnusson – Prezes Zarządu Volvo Polska

Z dniem 1 lutego 2019 roku Ulf Magnusson – Starszy Wiceprezes Europejskiego Regionu Biznesowego Volvo Buses, oprócz dotychczasowego stanowiska, objął także stanowisko Prezesa Zarządu Volvo Polska.

Ulf Magnusson pracuje w Grupie Volvo od ponad 20 lat i ma szerokie doświadczenie komercyjne na rynku europejskim. Przed podjęciem pracy w Volvo Buses był Dyrektorem Zarządzającym Volvo Trucks w Wielkiej Brytanii i Irlandii. W 2013 roku Ulf został powołany na obecne stanowisko Starszego Wiceprezesa Europejskiego Regionu Biznesowego Volvo Buses.

Również 1 lutego 2019 roku Petteri Vuori został mianowany Wiceprezesem Volvo Polska Centrum Przemysłowe Autobusy, zastępując na tym stanowisku Bengta Lundströma.

Petteri posiada szerokie doświadczenie inżynierskie w branży autobusowej. Wcześniej zajmował stanowiska w różnych firmach przemysłowych, a także w organizacji Volvo Buses – w Finlandii, w Polsce i w Indiach. Ostatnio pracował na stanowisku Dyrektora Zarządzającego w firmie Carrus Delta OY, która jest partnerem Volvo w Finlandii.

Słabe dane z Europy szkodzą Polsce

Produkcja przemysłowa w strefie euro dalej spada. Prognozy Komisji Europejskiej zostały obniżone o 0,2% do 3,5%. Indie obniżają stopy procentowe.

Produkcja przemysłowa w Europie

Od rana poznajemy odczyty na temat produkcji przemysłowej z ważnych gospodarek europejskich. Niemiecka spada o 3,9% w skali roku. węgierska rośnie o 5,7%, z kolei hiszpańska spada o 6,2%. Dane te pokazują słabość państw strefy euro. To właśnie dlatego w ciągu ostatniego tygodnia widzimy stabilny zjazd w dół euro względem dolara. Nie można mówić o załamaniu, ale codziennie euro traci stabilnie około ćwierć centa. Proporcjonalnie to tak, jakby złotówka traciła do euro dziennie po 1 grosz.

Gorsze perspektywy dla Polski

Słabe dane z Unii Europejskiej nie są bez wpływu na jej głównych partnerów handlowych. Z tego między innymi powodu prognoza wzrostu PKB na 2019 dla naszego kraju spadła z 3,7% na 3,5%. Biorąc pod uwagę, że obecnie strefa euro rozwija się tylko trochę powyżej jednego procenta takie tempo wzrostu i tak jest dobrym wynikiem. Oznacza to, że gonimy Europę w tempie ponad dwóch procent rocznie. Przewidywania NBP wciąż mówią zresztą o możliwym wzroście 4%.

Indie obniżają stopy procentowe

Dzisiaj nad ranem poznaliśmy decyzję Banku Indii w sprawie stóp procentowych. Wbrew oczekiwaniom większości specjalistów główna stopa procentowa została obniżona z 6,5% do 6,25%. W rezultacie jak to często bywa po obniżkach stóp procentowych doszło do osłabiania się indyjskiej rupii względem innych walut. Obniżka stóp nie była dużym zaskoczeniem dla rynków. Pod koniec roku udało się zdusić inflację w okolicę dwóch procent. Jeszcze w połowie roku wskaźnik ten oscylował w okolicach pięciu.

Dzisiaj dzień wolny w Chinach z okazji Nowego Roku Księżycowego, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:00 – Wielka Brytania – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 14:00 – Czechy – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 14:30- USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

O czym marzą Polacy, co nas motywuje?

Ponad 90% Polaków deklaruje, że ma marzenie, które zamierzają zrealizować. Blisko jedna trzecia z nas marzy o stabilizacji finansowej, a 17% deklaruje, że chce spędzać więcej czasu z rodziną. Wraz z wiekiem napotykamy na coraz więcej przeszkód na drodze do realizacji naszych celów, ale aż 58% ankietowanych twierdzi, że nigdy nie zamierza się poddać. Tak wynika z raportu opracowanego przez Bridgestone, Globalnego Partnera Olimpijskiego, w ramach kampanii „PODĄŻAJ ZA MARZENIAMI, bez względu na wszystko”.

Bridgestone, największy na świecie producent opon i wyrobów z gumy[1], przeprowadził badanie, którego celem było ustalenie jakie marzenia i pragnienia mają Polacy oraz co najczęściej staje na drodze do ich realizacji.

O czym marzymy?

Aż 92% Polaków zadeklarowało, że ma przynajmniej jedno marzenie, a 74% z nas uważa, że ważne jest, aby je realizować. Trzy największe marzenia Polaków to: stabilizacja finansowa (32%), spędzanie większej ilości czasu z rodziną (17%) oraz prowadzenie zdrowszego i aktywniejszego życia (15%). Co ciekawe, kariera nie jest tym, o czym marzą ankietowani i jedynie 5% badanych deklaruje, że ich marzeniem jest sukces zawodowy.

„Cieszę się, że tak duża liczba Polaków ma marzenia i dąży do ich realizacji nie zważając na przeszkody. Historie takie jak moja – sportowca który po ciężkiej kontuzji, latach walki i wyrzeczeń wrócił do rywalizacji na najwyższym światowym poziomie – pokazują jak ważne jest to, aby wierzyć w siebie, swoje możliwości i konsekwentnie dążyć do celu. Jeżeli jeszcze go nie mamy, to teraz jest idealny czas, aby to zmienić – początek roku sprzyja takim decyzjom” – mówi Karol Bielecki, ambasador kampanii PODĄŻAJ ZA MARZENIAMI, bez względu na wszystko.

Co staje nam na drodze?

Mamy marzenia, ale nie zawsze udaje nam się je spełniać. Blisko 70% Polaków napotyka przeszkody na drodze do ich realizacji. Przeważnie są to problemy natury finansowej (44%), słabe zdrowie (25%) lub brak czasu (23%) i najczęściej zmagamy się nie z jedną, a wieloma trudnościami. Trzydziestolatkowie są grupą, która najczęściej rezygnuje z podążania za swoimi marzeniami (28%), jednak im robimy się starsi, tym wytrwalej dążymy do celu. Aż 58% ankietowanych deklaruje, że nigdy nie rezygnuje z walki o marzenia.

Co nas motywuje?

Jak pokazały wyniki badań zleconych przez Bridgestone, przeszkody, jakie napotykamy na drodze, staramy się przezwyciężyć własnymi siłami. Ponad 1/3 z nas deklaruje również, że w chwilach słabości szuka wsparcia wśród najbliższych. Natomiast dla 68% ankietowanych największą motywacją do działania są ich własne dzieci, a w dalszej kolejności przyjaciele. Ważnym czynnikiem w walce o marzenia są dla nas niezwykłe historie innych ludzi, które inspirują 37% badanych.

Kampania „PODĄŻAJ ZA MARZENIAMI, bez względu na wszystko” jest prowadzona w ramach Globalnego Partnerstwa Olimpijskiego i skupia się na historiach byłych i obecnych olimpijczyków opowiadających o swoich, często wyboistych, ścieżkach do realizacji najwyższych celów. Jej założeniem jest dopingowanie ludzi w każdym wieku, o różnych zdolnościach i pasjach do odnalezienia siły, która pozwoli im podążać za marzeniami i pokonywać przeszkody pojawiające się na ich drodze.

W Polsce kampania ma trzech ambasadorów – każdy z nich ma wyjątkową i osobistą historię tego, jak pokonał przeszkody na drodze do realizacji marzeń. Są nimi: olimpijka i brązowa medalistka mistrzostw Europy w biegu na 800 metrów – Joanna Jóźwik, brązowy medalista Igrzysk Olimpijskich Pjongczang 2018 i złoty medalista Mistrzostw Świata Lahti 2017 – Maciej Kot oraz srebrny i brązowy medalista mistrzostw świata w piłce ręcznej i król strzelców Igrzysk Olimpijskich Rio 2016 – Karol Bielecki.

Badanie ankietowe zostało przeprowadzone przez Light Speed w imieniu Bridgestone w 7 krajach w Europie (Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania, Polska i Belgia) na reprezentatywnej dla kraju próbie osób w wieku powyżej 18 lat.

[1] Na podstawie sprzedaży opon w 2016 r. Źródło: Tire Business 2017 – Global Tire Company Rankings [Rankingi globalnych producentów opon]