Korzystne zmiany dla przedsiębiorców, które wejdą w życie w 2018 r.

W ostatnim czasie w Polsce zostało wprowadzonych wiele ułatwień podatkowych dla przedsiębiorców, a kolejne wejdą w życie już wkrótce. Z drugiej strony równocześnie pojawiają się nowe obowiązki i obostrzenia. Czy polscy przedsiębiorcy mają więc powody do zadowolenia?

„Liczba ostatnio wprowadzonych zachęt i ułatwień dla przedsiębiorców jest duża. Możemy tu wymienić chociażby 15-procentowy podatek CIT dla małych firm, jednorazową amortyzację do kwoty 100 tys. zł, atrakcyjniejszą ulgę na badania i rozwój, likwidację uciążliwego podatku u źródła w przypadku zakupu biletów lotniczych czy wprowadzenie objaśnień podatkowych” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Małgorzata Samborska, doradca podatkowy w firmie Grant Thornton.

Kolejne zmiany korzystne dla przedsiębiorców wejdą w życie w 2018 r. Między innymi z 3,5 tys. zł do 10 tys. zł zostanie zwiększony limit wydatków na zakup składnika majątkowego uprawniający do jednorazowego zaliczenia w koszty, a ulga na badania i rozwój stanie się jeszcze atrakcyjniejsza. Poza tym w planach jest Konstytucja biznesu, która ma przynieść firmom następne korzyści.

Oczywiście nie wolno zapominać, że jednocześnie są wprowadzane obowiązki i obostrzenia, które mogą być dla przedsiębiorców uciążliwe. Wymienić można np. obowiązek raportowania ewidencji VAT w formie jednolitych plików kontrolnych czy sankcje za błędne rozliczenie podatku VAT. Kolejne obowiązki pojawią się już w przyszłym roku.

Na co tymczasem liczą sami przedsiębiorcy? Jak zauważa ekspertka: „Podatnicy oczekują przede wszystkim jasnych i stabilnych przepisów, poczucia bezpieczeństwa oraz gwarancji, że rozliczenia podatkowe, które dzisiaj wydają się prawidłowe, nie zostaną zakwestionowane przez organy podatkowe za kilka lat”.

Kwartalny raport Fortinet: cyberprzestępcy uderzają w firmy średniej wielkości

Fortinet, globalny dostawca rozwiązań cyberbezpieczeństwa, przedstawił wyniki najnowszego kwartalnego badania cyberzagrożeń. Wynika z niego, że zautomatyzowane ataki na szeroką skalę stają się normą, aktywność ransomware jest coraz powszechniejsza i niemal 80% organizacji odnotowało w ciągu ostatnich trzech miesięcy poważne naruszenie bezpieczeństwa.

Wyniki badania z trzeciego kwartału 2017 roku potwierdzają wiele prognoz, które zostały niedawno zaprezentowane przez globalny zespół badawczy Fortinet FortiGuard Labs na rok 2018. Zarówno trendy, jak i dane o zagrożeniach mogą zapowiadać falę nowych rodzajów ataków, które będą rozprzestrzeniać się z dużą prędkością i na szeroką skalęprzestrzega Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet na Polskę, Białoruś i Ukrainę.

Najważniejsze wnioski z badania Fortinet:

  • Nasilenie ataków. 79% firm odnotowało poważne ataki w trzecim kwartale 2017 r.
    Wykryto 5 973 unikalne eksploity, 14 904 unikatowe warianty złośliwego oprogramowania z 2646 różnych rodzin oraz 245 unikatowych botnetów. Najbardziej rozpowszechniony w ostatnim kwartale był eksploit wykorzystany do ataku na amerykańską firmę Equifax – wykryto ponad 6000 przypadków jego użycia. Ponadto Fortinet zidentyfikował w tym roku już 185 zagrożeń typu zero-day.
  • Średnie firmy na celowniku. Firmy średniej wielkości odnotowały wyższy wskaźnik aktywności botnetów, co wskazuje na coś więcej niż na ich „statystyczny udział” w liczbie przypadków naruszeń bezpieczeństwa. – Cyberprzestępcy postrzegają organizacje średniej wielkości jako atrakcyjne cele, ponieważ często nie mają one takiego poziomu zabezpieczeń jak duże przedsiębiorstwa, ale posiadają cenne zasoby danych – wyjaśnia Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet. Jednocześnie powierzchnia ataków na średnie firmy rośnie w szybkim tempie ze względu na przenoszenie danych do chmury.
  • Ransomware wciąż powszechne. Po przerwie w pierwszej połowie roku przypomniał o sobie ransomware Locky – w dużym stopniu dzięki trzem nowym kampaniom, co zgłosiło około 10% firm. Ponadto 22% organizacji doświadczyło aktywności oprogramowania ransomware w ciągu ostatniego kwartału.
  • Ponowne pojawianie się botnetów. Wiele organizacji wielokrotnie doświadczało tych samych infekcji botnetowych. To alarmujące, ponieważ albo organizacje nie do końca zrozumiały całkowity zakres naruszenia, a botnet uaktywnił się ponownie po tym, jak działalność firmy wróciła do ​​normy, albo główna przyczyna nie została znaleziona, a organizacje zostały ponownie zainfekowane tym samym złośliwym oprogramowaniem.
  • Rozpowszechnione i nieuchwytne złośliwe oprogramowanie.. Najczęściej spotykaną funkcją najpopularniejszych rodzin złośliwego oprogramowania było pobieranie i przesyłanie złośliwego kodu oraz infekowanie nim nowych systemów. Popularne były również szczepy destrukcyjne, które ustanawiają połączenia dostępu zdalnego, przechwytują dane wprowadzane przez użytkownika i zbierają informacje o systemie. Te zaawansowane techniki stają się ostatnio standardem, co wskazuje na coraz bardziej inteligentny i zautomatyzowany charakter złośliwego oprogramowania.

Metodologia badania

Globalny raport zagrożeń informatycznych Fortinet to kwartalny przegląd, który stanowi zestawienie danych analitycznych zebranych przez laboratoria FortiGuard Labs w III kw. 2017 roku. Dane są prezentowane w ujęciu globalnym i regionalnym, oraz w rozbiciu na poszczególne sektory i przedsiębiorstwa. Ponadto Fortinet publikuje bezpłatny biuletyn informacyjny o zagrożeniach (Threat Intelligence Brief), analizujący największe niebezpieczeństwa związane ze złośliwym oprogramowaniem, wirusami i innymi zagrożeniami internetowymi, które zostały wykryte w ostatnim czasie wraz z linkami do wyników najważniejszych badań nad zdarzeniami ostatniego tygodnia.

Japończycy stawiają na wodór

Toyota, Nissan i Honda oraz inni partnerzy z sektora infrastruktury i finansów powołają do życia nową spółkę do budowy sieci 160 stacji tankowania wodoru w Japonii. Porozumienie w tej sprawie podpisało 11 koncernów. Nowa firma rozpocznie działalność wiosną przyszłego roku.

Rozmowy w sprawie nowego przedsięwzięcia rozpoczęły się w maju 2017 roku. W wyniku zawartej właśnie umowy powstanie rozbudowana sieć stacji tankowania wodoru dla samochodów na ogniwa paliwowe. Porozumienie podpisały Toyota, Nissan, Honda, JXTG Nippon Oil & Energy Corporation, Idemitsu Kosan, Iwatani Corporation, Tokyo Gas, Toho Gas, Air Liquide Japan, Toyota Tsusho Corporation i Development Bank of Japan Inc.

Podstawowym zadaniem nowego przedsiębiorstwa będzie budowa 80 stacji w ciągu pierwszych 4 lat oraz łącznie 160 stacji w 10 lat. Zarząd opracuje własny plan działania, którego celem będzie stworzenie takich warunków, które zachęcą jak największą liczbę kierowców do przesiadania się do samochodów na ogniwa paliwowe. W tym celu firma będzie starała się nieustanie zwiększać wygodę korzystania z samochodów na wodór, a jednocześnie będzie monitorowała regulacje prawne pod kątem ich wpływu na rynek wodoru i szukała sposobów na standaryzację rozwiązań i redukcję kosztów.

Członkowie konsorcjum będą uczestniczyć w nowym przedsięwzięciu w sposób wynikający z ich podstawowej działalności. Firmy zajmujące się produkcją wodoru i budową infrastruktury będą odpowiadały za budowę stacji oraz ich prowadzenie w imieniu nowego przedsiębiorstwa. Toyota, Nissan i Honda będą wspierać je finansowo oraz dążyć do wzmacniania popytu na samochody na ogniwa paliwowe. Instytucje finansowe, czyli Toyota Tsusho Corporation i Development Bank of Japan, częściowo pokryją koszty uruchomienia stacji tankowania wodoru oraz ich funkcjonowania do czasu, aż staną się finansowo niezależne.

Członkowie konsorcjum są podmiotami najbardziej zaangażowanymi w realizację narodowej strategii Japonii, mającej na celu szeroką adaptację wodoru w gospodarce. Zgodnie z polityką „Strategic Road Map for Hydrogen and Fuel Cells” opracowaną przez Radę Strategii Wodoru i Ogniw Paliwowych przy Ministerstwie Gospodarki, Handlu i Przemysłu Japonii, do 2020 roku powstanie 160 stacji, a na drogach będzie się poruszać 40 000 samochodów na ogniwa paliwowe.

Im młodszy przedsiębiorca, tym częściej korzysta z IT oraz zaawansowanych technologii

EFL w badaniu „Milenialsi w MŚP. Pod lupą” zapytał przedsiębiorców z pokolenia Y o nowoczesne technologie, z jakich korzystają w swoich firmach. Blisko połowa wskazała na tradycyjne narzędzia jak sprzęt komputerowy, telefony, internet, co trzeci – na maszyny, zaawansowane programy i aplikacje, a co szósty – na technologie czerpiące z IT, m.in. nawigację, monitoring czy terminale płatnicze. Biorąc pod uwagę branże, z podstawowego IT najczęściej korzystają przedstawiciele firm usługowych. Natomiast z rozkładu odpowiedzi w podziale na grupy wiekowe wynika, że im młodszy właściciel przedsiębiorstwa, tym częściej korzysta z IT oraz zaawansowanych maszyn, aplikacji, programów.

Milenialsi w MŚP. Pod lupą– Nowoczesne technologie dają przedsiębiorstwom niezwykle efektywne narzędzia budowania przewagi konkurencyjnej. Z badań Konfederacji Lewiatan wynika, że „analogowe” firmy są zdecydowanie bardziej zachowawcze niż „cyfrowe”, gdyż ich priorytetem jest przede wszystkim przetrwanie i utrzymanie się na rynku. Tymczasem wśród „cyfrowych” przedsiębiorstw przeważa nastawienie prowzrostowe – w tej grupie dynamiczny rozwój jest celem nadrzędnym. Najlepiej wśród nowinek technologicznych orientują się najmłodsi przedsiębiorcy, którym od dziecka towarzyszą Internet, telefony czy inne technologiczne gadżety. Widać to na przykładzie rynku e-commerce, który jest obecnie jednym z najdynamiczniej rozwijających się, a którego uczestnikami są w zdecydowanej większości milenialsi. Dlatego, cytując jednego z naszych klientów Y, Mikołaja Golatowskiego, prezesa Follow – nie korzystać dziś z nowoczesnych technologii to grzech. One stanowią nie tylko podstawowe narzędzie pracy, ale bardzo często są głównymi produktami czy usługami firm – mówi Radosław Woźniak, wiceprezes EFL S.A.

Nowe technologie w opinii milenialsa

EFL w badaniu „Milenialsi w MŚP. Pod lupą” poprosił przedsiębiorczych Y, aby sami sprecyzowali, co rozumieją pod pojęciem nowoczesnych technologii nie czytając możliwych odpowiedzi. Co ciekawe, 12 proc. badanych wskazało, że w pracy nie wykorzystuje nowoczesnych technologii, a kolejne 15 proc. odpowiedziało, że nie wie. Wśród pozostałych rzuca się w oczy tradycyjne rozumienie tego pojęcia. Blisko połowa wskazywała na wykorzystywanie w pracy sprzętu komputerowego, telefonów komórkowych i narzędzi internetowych – najczęściej maili. Blisko co trzeci korzysta ze specjalistycznych maszyn oraz zaawansowanych programów i aplikacji. Rzadziej wskazywano na technologie czerpiące z IT takie jak nawigacja (np. w traktorach), monitoring, karty automatyczne (np. wstępu) czy wreszcie terminale płatnicze.

Marta Jasiukiewicz, partner Translation Street, podkreśla, że nowe technologie pomagają, bo dzięki nim klienci mają większe zaufanie i postrzegają firmę jako bardziej rzetelną i bezpieczną. – Nowoczesne technologie wykorzystujemy do przechowywania danych, archiwizowania ich oraz do ochrony danych klientów – to dla nas podstawowa higiena. Mamy właściwe oprogramowanie, odpowiednio zabezpieczoną stronę, sieć i serwery oraz informatyków, którzy pomagają nam dbać o najwyższy standard tej ochrony – mówi Marta Jasiukiewicz.

Im młodszy, tym bardziej cyfrowy

Rozkłady odpowiedzi w podziale na trzy grupy wiekowe pokazują wyraźnie tendencję, że im młodszy przedsiębiorca, tym jest bardziej za pan brat z nowymi technologiami. Najczęściej z podstawowego IT korzystają milenialsi do 24 roku życia (63 proc.), a zdecydowanie rzadziej przedsiębiorcy od 31 do 37 roku życia – 44 proc. odpowiedzi. Również z zaawansowanymi maszynami, aplikacjami i programami bardziej zaznajomione są najmłodsze Y, wśród których połowa korzysta z tego typu narzędzi technologicznych. W przypadku starszych kolegów-przedsiębiorców ten odsetek jest niższy i wynosi 29 proc. Najmłodsi rzadziej zaś korzystają z pochodnych IT, takich jak GPS, monitoring, terminale płatnicze.

Najbardziej technologiczne są firmy usługowe i z największymi obrotami

W ujęciu branżowym, z podstawowego IT najczęściej korzystają przedstawiciele firm usługowych (63 proc.) oraz produkcyjnych (52 proc.). Z maszyn oraz zaawansowanych technologii, programów i aplikacji najchętniej korzysta natomiast branża IT – 52 proc. Co zrozumiałe, widać wyraźnie, że dla tej branży podstawowe IT nie jest zaliczane do nowoczesnych technologii, gdyż jedynie 48 proc. wskazało, że mogłoby używać internetu, maili czy komputerów. Firmy niekorzystające z nowoczesnych technologii najczęściej można znaleźć wśród podmiotów handlowych (27 proc.).

Biorąc pod uwagę obroty majątku firmowego milenialsów, z internetu oraz sprzętu elektronicznego najczęściej korzystają firmy o najwyższych obrotach, czyli powyżej 5 mln zł – 67 proc. One też najczęściej używają maszyn, zaawansowanych technologii, programów i aplikacji – 33 proc. Korzystanie z pochodnych IT najczęściej deklarują przedstawiciele firm o obrotach do 1 mln zł.

Strona i profil społecznościowy nie w każdej firmie

W dobie powszechnego dostępu do internetu z każdym rokiem coraz więcej przedsiębiorstw postrzega swoją stronę internetową jako narzędzie marketingowe. W 2016 r. własną www dysponowało 67 proc. przedsiębiorstw. Im większa firma, tym częściej ma stronę – wśród dużych przedsiębiorstw ten odsetek wyniósł 91,8 proc., a wśród małych – 62 proc.[1]

Obok witryny firmowej, ważnym kanałem utrzymywania relacji z klientami oraz pracownikami, są media społecznościowe. Z raportu PARP wynika, że ponad jedna czwarta przedsiębiorstw w Polsce w 2016 r. korzystała przynajmniej z jednego z mediów społecznościowych. W większości przypadków wykorzystywane są serwisy społecznościowe, w mniejszym stopniu blogi i portale umożliwiające udostępnianie multimediów. Uwzględniając wielkość organizacji, najchętniej z mediów społecznościowych korzystały firmy duże – 54,4 proc.

Siódmy raz pod lupą

Raport „Milenialsi w MŚP. Pod lupą” jest siódmym z kolei opracowaniem z serii „Pod lupą”. Pierwszy charakteryzował kondycję mikro-, małych i średnich firm w Polsce („MŚP pod lupą”, 2011), drugi poświęcony był sytuacji gospodarstw rolnych w Polsce („Agro pod lupą”, 2012). Trzecie opracowanie analizowało finansowe aspekty prowadzenia działalności transportowej w Polsce („Transport pod lupą”, 2013), czwarte – wsparcie młodych na rynku pracy („Młodzi na rynku pracy. Pod lupą”, 2014), piąte – innowacje („Innowacje w MŚP. Pod lupą”, 2015). Natomiast ubiegłoroczny, szósty, przedstawiał inwestycje prowadzone przez MŚP w Polsce („Inwestycje w MŚP. Pod lupą”, 2016).

Raport, oparty m.in. na badaniach firm, w szerszym kontekście odpowiada na pytanie o specyfikę milenialsów jako przedsiębiorców z obszaru MŚP, także w zestawieniu z obrazem poprzedniego pokolenia X. Opiera się na badaniach zleconych przez EFL S.A. niezależnemu podmiotowi (Ecorys Polska), rozbudowanych o kontekst społeczno-ekonomiczny i psychologiczno-społeczny dotyczący procesów związanych ze zmianą pokoleniową w polskiej gospodarce.

Pokolenie Y, czyli milenialsów, określają ramy czasowe, w których się urodzili. Są to lata 1980-2000.

Metodologia badania:

Badanie „Milenialsi w MŚP. Pod lupą” zostało zrealizowane przez Ecorys Polska na zlecenie EFL S.A. na reprezentatywnej grupie 500 firm z sektora MŚP prowadzonych przez milenialsów, dobranych w sposób losowo-kwotowy. Przebadano przedsiębiorców z pokolenia Y ze wszystkich województw z następujących branż: budownictwo, handel, hotele i gastronomia, ICT, produkcja, rolnictwo i przetwórstwo, transport, usługi. 40 proc. stanowili mikroprzedsiębiorcy zatrudniający do 9 osób, tyle samo mali przedsiębiorcy zatrudniający do 49 osób, a 20 proc. średni przedsiębiorcy z maksimum 249 osobami na pokładzie.

Ogólnopolska próba uwzględnia zróżnicowanie ze względu na zatrudnienie, działalność i liczbę firm przypadających na województwo. Respondentami były osoby decyzyjne, odpowiedzialne za rozwój firmy (właściciel, wspólnik, prezes, dyrektor zarządzający, dyrektor finansowy, dyrektor ds. rozwoju, szef działu B+R, specjalista ds. inwestycji lub inne z wskazane jako odpowiedzialne za rozwój). Badanie wykonano metodą ilościową, techniką CATI (wywiad telefoniczny) w lipcu i sierpniu 2017 roku.

[1] O stanie sektora małych i średnich firm w Polsce, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Warszawa 2017, https://www.parp.gov.pl/images/PARP_publications/pdf/raport%20o%20stanie%20sektora%20msp%20w%20polsce_2017.pdf

Nie ma już firm niedotkniętych cyberprzestępczością wymierzoną w urządzenia mobilne?

Najnowsza publikacja firmy Check Point rozwiewa wszelkie wątpliwości związane ze skalą cyberataków na urządzenia przenośne. Każda z 850 zaproszonych do międzynarodowego badania organizacji przyznała, że padła ofiarą ataku na podłączone do firmowej infrastruktury IT urządzenia mobilne.

Zdaniem analityków Check Point Software Technologies z mobilnymi atakami malware spotkało się 100% przedsiębiorstw uczestniczących w badaniu, a każde z nich doświadczyło ich średnio 54 w okresie od 1 czerwca 2016 do 1 czerwca 2017.

Man in the middle

Check Point wziął pod uwagę firmy z całego świata zarządzające infrastrukturą, w ramach której połączonych jest co najmniej 500 urządzeń mobilnych. Mimo że przed atakami malware nie była w stanie uchronić się żadna uczestnicząca w badaniu organizacja, jest to zaledwie jeden z typów cyberagresji ukierunkowanej na smartfony, tablety itp. Analitycy stwierdzili także wysoką częstotliwość występowania ataków typu „man in the middle”, w przypadku których cyberprzestępcy całkowicie incognito, bez wiedzy użytkowników urządzeń przenośnych uczestniczyli w zachodzącej pomiędzy nimi komunikacji, zyskując dostęp zarówno do przesyłanych w ten sposób informacji, jak i kluczowych danych całego przedsiębiorstwa. Tego typu aktywność twórcy raportu stwierdzili aż w 89% przebadanych wewnętrznych sieciach Wi-Fi.

Co więcej, mimo że w większości przebadanych przedsiębiorstw funkcjonowały systemy zarządzania firmowym środowiskiem urządzeń mobilnych (EMM – Enterprise Mobility Management), aż 75% z nich miało w swojej infrastrukturze co najmniej jedno urządzenie po jailbreaku lub rootingu, czyli operacji rozszerzającej zestaw funkcji urządzenia i jednocześnie usuwającej wszystkie wewnętrzne zabezpieczenia systemów operacyjnych IOS czy Android. Średnia liczba takich urządzeń w organizacji wynosiła 35.

To kolejne potwierdzenie tezy, że polityki cyberbezpieczeństwa w wielu firmach wciąż pozostawiają wiele do życzenia, ograniczając się jedynie do utworzenia powierzchownego modelu zarządzania bezpieczeństwem. Warto podkreślić, że utrzymanie wysokiej stopnia bezpieczeństwa firmowej sieci jest działaniem ciągłym, polegającym m.in. na cyklicznych szkoleniach personelu i regularnym sprawdzaniu odporności administrowanej infrastruktury na stale ewoluujące rodzaje zagrożeń. Fakt, że absolutnie wszystkie badane firmy doświadczyły ataków na urządzenia mobilne powinien zwrócić uwagę menadżerów przedsiębiorstw otwartych na politykę BYOD na konieczność systematycznego przeprowadzania testów penetracyjnych systemów teleinformatycznych i niezwłocznego wdrażania napraw wskazanych w raportach po pentestach – zaznacza Adam Dzielnicki z Atmana, lidera polskiego rynku data center.

Branże podwyższonego ryzyka

Jak wynika z publikacji Check Point, cyberprzestępcy atakujący urządzenia mobilne najczęściej wybierali instytucje finansowe (29%) i rządowe (26%), a następnie firmy technologiczne (18%). Dalsza klasyfikacja obejmuje operatorów telekomunikacyjnych, przedsiębiorstwa z z sektora przemysłowego i firmy z branży retail – ataki na nie stanowiły odpowiednio 8, 7 i 6% ogółu.

Nieco ponad połowa uczestniczących w badaniu firm (51%) pochodziła z rejonu Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (EMEA), 31% z Ameryki Północnej i Południowej, a 18% z regionu Azji i Pacyfiku.

Wzrost inwestycji w bezpieczeństwo

Wielkoskalowe cyberataki z użyciem złośliwego oprogramowania, w tym m.in. słynne infekcje Petya czy WannaCry, a także stopień zagrożenia mobilnych urządzeń połączonych z firmową infrastrukturą teleinformatyczną tłumaczą przewidywany przez Gartnera wzrost wydatków światowych przedsiębiorstw na rozwiązania z zakresu cyberbezpieczeństwa. Firma analityczna podaje, że nakłady związane z produktami i usługami chroniącymi dane organizacji w 2016 r. wyniosły 80,3 mld dolarów, w tym roku mają wzrosnąć do 86,4 mld, by na koniec 2018 r. osiągnąć 93 mld dolarów.

Optymizm na rynku pracy największy od 2010 roku

Pracodawcy w Polsce 19. kwartał z rzędu planują powiększać swoje zespoły, a odnotowany wzrost jest najwyższym od 2010 roku. Jak pokazują wyniki Barometru ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia, pozytywne prognozy na I kwartał 2018 roku odnotowano w 9 z 10 badanych sektorach rynku. Dla szukających pracy najkorzystniejsza będzie sytuacja w branżach Handel detaliczny i hurtowy, Produkcja przemysłowa oraz Restauracje/Hotele.

Jak wynika z opublikowanego dziś przez firmę doradztwa personalnego ManpowerGroup, kwartalnego raportu Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia, pracodawcy w Polsce są zauważalnie optymistyczni co do planów zwiększania zatrudnienia w najbliższych trzech miesiącach. Prognoza netto zatrudnienia po korekcie sezonowej plasuje się na poziomie +11%. To najwyższy wynik dla naszego kraju od IV kwartału 201 O roku. Zarówno w ujęciu kwartalnym jak i rocznym prognoza uległa poprawie, odpowiednio o 2 i 3 punkty procentowe. Spośród 750 przebadanych pracodawców, 14% planuje wzrost całkowitego zatrudnienia, 7% zamierza redukować etaty, a 77% nie planuje zmian personalnych w najbliższym kwartale.

– Tempo zatrudniania nie zwalnia i w nadchodzących miesiącach, osoby poszukujące pracy mogą spodziewać się kontynuacji korzystnej sytuacji na rynku, – komentuje Iwona Janas, Dyrektor Generalna ManpowerGroup w Polsce. – Jak wynika z naszych badań oraz obserwacji rynku, prognozy dotyczące zatrudnienia w poszczególnych branżach są mieszane, jednak w prawie każdym z sektorów odnotowujemy wzrost liczby ofert. Jak każdego roku, w styczniu spadnie liczba rekrutacji do prac sezonowych, które są dodatkowym zastrzykiem dla rynku pracy w okresie około świątecznym. Nie wpłynie to jednak na obraz rynku, który w dalszym ciągu będzie przyjazny pracownikom, – dodaje Iwona Janas.

W I kwartale 2018 r. w dziewięciu z dziesięciu badanych sektorach prognoza netto zatrudnienia jest dodatnia. Największy optymizm widoczny jest w sektorze Handel detaliczny i hurtowy (+22%) oraz Produkcja przemysłowa (+19%). Kolejne branże, które uzyskały wysoką prognozę netto zatrudnienia to Restauracje/ Hotele (+14%), Kopalnie/Przemysł wydobywczy (+11 %) oraz Budownictwo (+10%). Dodatnie wyniki odnotowano również dla Instytucji sektora publicznego (+9), Transport/Logistyka/Komunikacja (+8%), Rolnictwo/Leśnictwo/Rybołówstwo (+4%) oraz Energetyka/Gazownictwo/Wodociągi (+2%). Ujemną prognozę netto zatrudnienia uzyskano dla sektora Finanse/ Ubezpieczenia/Nieruchomości/Usługi (-2%).

W porównaniu do poprzedniego kwartału prognoza uległa poprawie w pięciu z dziesięciu badanych sektorów. Najistotniejszy wzrost, o 11 punktów procentowych, zadeklarowano w sektorze Handel detaliczny i hurtowy, podczas gdy w sektorach Restauracje/Hotele oraz Kopalnie/Przemysł wydobywczy prognoza zatrudnienia wzrosła o odpowiednio 7 i 4 punkty procentowe. Jednocześnie pracodawcy czterech sektorów deklarują pogorszenie prognoz; dla sektora Finanse/ Ubezpieczenia/Nieruchomości/Usługi wynosi ona o 5 punktów procentowych mniej, podczas gdy pracodawcy Budownictwa deklarują spadek o 4 punkty procentowe.

Pracodawcy w sześciu z dziesięciu badanych sektorów wskazują na wzrost zatrudnienia w porównaniu do pierwszego kwartału 2017 r. Najwyższą poprawę o 15 i 14 punktów procentowych odnotowano odpowiednio w sektorach Kopalnie/Przemysł wydobywczy oraz Handel detaliczny i hurtowy. W Energetyce/Gazownictwie/Wodociągach odnotowano poprawę o 9 punktów procentowych, a w sektorze Instytucje sektora publicznego wynik jest wyższy o 6 punktów procentowych. Natomiast prognoza dla trzech sektorów ulega znacznemu pogorszeniu, co szczególnie widoczne jest w Budownictwie, gdzie wskaźnik spadł o 13 punktów procentowych. Pracodawcy w sektorze Rolnictwo/ Leśnictwo/Rybołówstwo deklarują spadek o 6 punktów procentowych, a prognoza dla Transportu/Logistyki/Komunikacji pogorszyła się o 5 punktów procentowych.

We wszystkich sześciu regionach w okresie styczeń-marzec przewidywany jest wzrost zatrudnienia. Największego wzrostu wskaźnika spodziewają się pracodawcy w regionie Południowym, którzy deklarują prognozę netto zatrudnienia na poziomie +17%. W dwóch regionach, Północno-Zachodnim i Południowo-Zachodnim odnotowany jest umiarkowany optymizm pracodawców na poziomie +10%, podczas gdy prognoza zatrudnienia w Polsce Centralnej wynosi +9%. Najmniejszy optymizm cechuje pracodawców na Północy i Wschodzie, gdzie prognoza zatrudnienia jest na poziomie odpowiednio +8% oraz+ 7%. W porównaniu do ostatniego kwartału 2017 r. prognoza pogorszyła się w trzech z sześciu regionów, w tym w regionie Wschodnim i Południowo-Zachodnim, gdzie odnotowano lekki spadek o 2 punkty procentowe. Jednakże pracodawcy w regionie Południowym deklarują znaczną poprawę o 9 punktów procentowych, a prognoza dla regionu Północno-Zachodniego wzrasta o 3 punkty procentowe.

W badaniu Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia dla I kwartału 2018 r. deklaracje polskich respondentów przedstawiono również w podziale pod względem rodzajów organizacji na przedsiębiorstwa duże, średnie, małe oraz mikroprzedsiębiorstwa. Największy wzrost zatrudnienia deklarują duże przedsiębiorstwa, przy prognozie netto zatrudnienia wynoszącej +21 %. Prognoza dla średnich przedsiębiorstw wynosi +9%, a małe przedsiębiorstwa przewidują wzrost zatrudnienia przy perspektywie na poziomie +11 %. Najbardziej umiarkowaną perspektywę deklarują mikroprzedsiębiorstwa, dla których odnotowuje się wynik na poziomie +3%.

Polska a Świat:

W badaniu ManpowerGroup wzięło udział blisko 59.000 pracodawców z 43 krajów i terytoriów. Pracodawcy w 41 z 43 krajów i terytoriów zamierzają w różnym stopniu zwiększać zatrudnienie w okresie od stycznia do marca 2018 roku. Jest to drugi kwartał z rzędu od światowego kryzysu finansowego z 2009 roku, kiedy pracodawcy ze wszystkich badanych państw nie wykazują negatywnej prognozy zatrudnienia. Ponadto pracodawcy w wielu krajach, w tym w Australii, Japonii, Norwegii, Polsce, Rumunii i USA, odnotowują najsilniejsze plany rekrutacyjne od około 5 lat. W porównaniu do ostatniego kwartału 2017 r. plany rekrutacyjne poprawiły się w 20 z 43 krajów i terytoriów, pogorszyły w 15, a w 8 pozostały bez zmian. W ujęciu rocznym można zaobserwować większą pewność pracodawców; wzrost zatrudnienia prognozowany jest w 26 krajach, spadek spodziewany jest w jedynie 11 krajach, natomiast bez zmian pozostanie sytuacja w 6 krajach. Najlepsze nastroje związane ze zwiększaniem zatrudnienia w I kwartale panują wśród pracodawców na Tajwanie, w Japonii oraz Indiach. Najsłabsze prognozy odnotowano we Włoszech, Austrii i Francji. Kwartalne badanie Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia przeprowadzono w Polsce już po raz 40.

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów i terytoriów a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę są dostępne na stronie na stronie: http://manpowergroup.com/meos.

###
Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich oddziale w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od przeszło 50 lat, aktualnie wśród blisko 59 OOO pracodawców w 43 krajach i jest jednym z najbardziej wiarygodnych badań rynku pracy na świecie. Raport dla I kwartału 2018 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych pomiędzy 18 a 31 października 2017 r. W Polsce wyniki raportu ManpowerGroup publikowane są od li kwartału 2008 r. Badanie jest przeprowadzane na reprezentatywnej grupie co najmniej 750 pracodawców. Więcej informacji na temat raportu dostępnych jest na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy.

Białorusini będą drugą największą grupą imigrantów zarobkowych w Polsce?

Już nie tylko Ukraińcy, ale również Białorusini chętnie odwiedzają Polskę. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że od maja do października br. Białorusini przekroczyli polską granicę 2,2 mln razy. Oznacza to wzrost o 20% w porównaniu rok do roku. Eksperci Personnel Service wskazują, że Białorusini coraz częściej ustawiają się w kolejce po pracę w Polsce. Nadal jednak odsetek firm, które ich zatrudniają jest niewielki. Z „Barometru Imigracji Zarobkowej” wynika, że Białorusinów znajdziemy w 4% polskich przedsiębiorstw.

Białorusini, podobnie jak Ukraińcy, mogą przyjeżdżać do Polski w ramach uproszczonej procedury zatrudniania. I jak wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej coraz chętniej są rekrutowani. W pierwszym półroczu tego roku liczba oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy Białorusinom może nie była tak imponująca jak w przypadku Ukraińców – 24 tys., ale potroiła się w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Zakładam, że wzrostowy trend się utrzyma. Pracodawcy nadal chętniej będą sięgali po obywateli Ukrainy, ale rosnąca konkurencja między firmami, zachęca część przedsiębiorców do sięgania po kadrę również na inne rynki. Białorusini to naturalny wybór, bo podobnie jak Ukraińcy, są nam bliscy kulturowo – mówi Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service.

Zwiększony ruch na Białoruskiej granicy

Z danych GUS wynika, że od maja do października 2017 roku Białorusini przekroczyli polską granicę 2,2 mln razy. W tym samym czasie, Ukraińcy, którzy stanowią najliczniejszą grupę imigrantów zarobkowych w Polsce, wjeżdżali do Polski 5,5 mln razy. Warto jednak odnotować, że liczba przekroczeń granicy przez obywateli Białorusi w stosunku rok do roku wzrosła o 20%, podczas gdy w przypadku Ukraińców o 5%.

Obywatele obu krajów najchętniej odwiedzali Polskę w miesiącach wakacyjnych, kiedy liczba przekroczeń granicy była rekordowa. Tylko w lipcu i sierpniu Białorusini 813 tys. razy wjeżdżali do Polski, a Ukraińcy 1,9 mln razy.

Są co najmniej dwa powody, dla których Ukraińcy i Białorusini najczęściej przekraczają polską granicę w miesiącach wakacyjnych. Z jednej strony, to szczyt prac sezonowych, a wielu obywateli Białorusi czy Ukrainy przyjeżdża tu za pracą. Z drugiej strony, lipiec i sierpień to miesiące wakacyjne. Zapewne część z odwiedzających wybiera się do Polski na urlop, często odwiedzając mieszkających czy pracujących w Polsce znajomych lub rodzinę – mówi Krzysztof Inglot.

Czy firmy stawiają na Białorusinów?

Z przygotowanego przez Personnel Service „Barometru Imigracji Zarobkowej” wynika, że tylko 4% pracodawców zatrudnia obecnie Białorusinów. Odsetek ten jest dwukrotnie wyższy w największych przedsiębiorstwach, wśród których co dziesiąta zatrudnia obywateli Białorusi. Najczęściej pracują oni w branży usługowej (zadeklarowało tak 8% firm z tego sektora), natomiast w przedsiębiorstwach produkcyjnych ten odsetek wynosi 4%.

Białorusini, podobnie jak Ukraińcy, Gruzini, Mołdawianie, Rosjanie i Armeńczycy, mogą w Polsce pracować w ramach uproszczonej procedury zatrudniania. Nadal jednak rekrutowanie obywateli krajów innych niż Ukraina czy dużo mniej popularna Białoruś jest niszowe. Zatrudnienie Mołdawian deklaruje zaledwie 0,17% przedsiębiorstw, Gruzinów 0,08%, a Rosjan i Armeńczyków nie zatrudnia prawie żadna polska firma.

W perspektywie najbliższych kilku lat nie ma raczej możliwości, żeby obywatele jakiekolwiek innego kraju niż Ukraina zaczęli dominować na polskim rynku pracy. Można jednak zakładać, że udział m.in. Białorusinów będzie rósł. Będzie miała na to wpływ rosnąca konkurencja między firmami w zakresie pozyskiwania pracowników z Ukrainy, połączona z pogłębiającymi się deficytami kadrowymi – podsumowuje Krzysztof Inglot.

Metodologia badania:

Dane prezentowane w raporcie „Barometr Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2017” zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Personnel Service S.A. przez instytut Kantar Millward Brown. Badanie zostało podzielone na dwie kategorie:

  • Pracodawców – badanie pracodawców zostało przeprowadzone metodą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych w ramach dedykowanego badania CATI Ad Hoc. Próbę pracodawców N=300 dobrano w kwotach dla wielkości zatrudnienia, po 100 wywiadów dla firm małych (10-49 pracowników), średnich (50-249 pracowników) oraz dużych (250+ pracowników), z uwzględnieniem województwa – miejsca prowadzenia działalności oraz branży firmy. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby N=300 to +/- 4,2%, a dla klas wielkości zatrudnienia N=100 +/- 10,2%. Wywiady z pracodawcami zostały zrealizowane w lipcu 2017 r.
  • Pracowników – badanie pracowników zostało przeprowadzone metodą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych w ramach badania syndykatowego CATIBUS. Badanie zrealizowano na 515 osobach, które dobrano z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków (18+ lat) N=1000. Próba bazowa odpowiadała strukturze populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania – dzięki losowo-kwotowemu doborowi badanych oraz ważeniu wyników. Dokładność wyników zależy od liczebności analizowanej grupy i odsetka odpowiedzi. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących N=515 to +/-4,4%. Wywiady z pracownikami zostały zrealizowane w lipcu 2017 roku.

Zaległości alimentacyjne Polaków wynoszą już 11,3 mld zł

Zaległości alimentacyjne Polaków wynoszą już 11,3 mld zł – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Rekordzista jest winny dzieciom prawie pół miliona złotych. Zadłużenie rośnie, jednak zdecydowanie wolniej niż w I połowie roku. To m.in. efekt zaostrzenia przepisów kodeksu karnego. Przeprowadzone na zlecenie BIG InfoMonitor badanie potwierdza, że osoby unikające płacenia zmieniają postępowanie głównie pod wpływem poprawy sytuacji materialnej oraz ze strachu przed wyrokiem sądowym. Co do tego czy zaostrzone prawo karne zmobilizuje dłużników alimentacyjnych zdania są podzielone. 37 proc. badanych uważa, że pomoże, 38 proc. uważa, że nie, a jedna czwarta jak na razie jeszcze nie wie co sądzić.

W porównaniu z poprzednim kwartałem, przyrost liczby dłużników alimentacyjnych wyhamował prawie we wszystkich regionach. W ciągu trzech miesięcy (od sierpnia do końca października) w sześciu województwach: łódzkim, warmińsko-mazurskim, małopolskim, podlaskim, pomorskim i opolskim, odnotowano wręcz nieznaczny spadek liczby dłużników alimentacyjnych. Choć i tak liczba osób niepłacących na dzieci wzrosła w tym okresie o 4 520 osób, zmiana jest jednak zauważalna, w poprzednich trzech miesiącach (maj-lipiec) przybyło 8 166 dłużników alimentacyjnych. Obecnie zaległości wzrosły o prawie 365 mln zł do 11 334 748 746 zł, podczas gdy poprzednim razem dług powiększył się o 485 mln zł.

Po zmianie art. 209 kodeksu karnego rodzic, który nie płaci na dziecko przez trzy miesiące może zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Wezwany przez prokuratora ma miesiąc na uregulowanie zaległości, jeśli tego nie zrobi sąd może go ukarać pozbawieniem wolności lub dozorem elektronicznym – mówi Sławomir Grzelczak prezes BIG InfoMonitor. – To spora zmiana, bo wcześniej, zanim 31 maja tego roku weszła w życie nowelizacja, kodeks mówił o karze pozbawienia wolności za uporczywe uchylanie się od płacenia świadczenia, ale określenie „uporczywe” było trudne do interpretacji i wielu dłużnikom alimentacyjnym unikanie płacenia uchodziło na sucho – dodaje prezes BIG InfoMonitor.

Jak wynika z ostatniego badania „Postawy Polaków wobec dłużników alimentacyjnych”* wykonanego przez Instytut ARC Rynek i Opinia na zlecenie BIG InfoMonitor jedna trzecia badanych zna dłużników alimentacyjnych, którzy zmienili swoją postawę i zaczęli płacić na dzieci. Główne powody, to znalezienie lepszej pracy (24 proc.) oraz poprawa sytuacji materialnej (18 proc.). Spore znaczenie dla przemiany ma także strach przed wyrokiem sądowym (21 proc.) czy komornikiem (9 proc.). Choć należy zaznaczyć, że po zmianie prawa do kary bezwzględnego pozbawienia wolności doszła też możliwość skazywania na dozór elektroniczny. Jak wynika z danych prokuratury Krajowej wpływ spraw o czyn z art. 209 kk po nowelizacji prawa gwałtownie wzrósł. Gdy przez pierwszych pięć miesięcy roku wpłynęło ponad 16,7 tys. spraw, po nowelizacji w ciągu czterech miesięcy było to prawie 20 tys. Dla porównania w całym 2016 r. wpłynęło 32 293 spraw.

– Z oceną tego czy nowe prawo rzeczywiście działa jak straszak i powoduje, że więcej rodziców jest skłonnych dobrowolnie zacząć łożyć na utrzymanie własnych dzieci, musimy jeszcze poczekać. Dochodzenia policyjne i sprawy karne trwają, a wielu dłużników ukrywa swoje miejsce zamieszkania, co wydłuża całe postępowanie. Wielu jeszcze zapewne nie odbyło rozmów „dyscyplinujących” z prokuratorem – mówi Katarzyna Tatar, wiceprezeska stowarzyszenia Alimenty to nie prezenty.

Badanie pokazuje także, że znaleźli się i tacy, którzy zaczęli płacić, bo ruszyło ich sumienie lub ulegli pozytywnemu wpływowi otoczenia. Jest ich jednak zdecydowanie mniej, odpowiednio 6 i 4 proc.Zaległości alimentacyjne Polaków

Respondenci są podzieleni co do tego czy nowe przepisy okażą się skuteczne. 37 proc. uważa, że pomogą wyeliminować długi alimentacyjne, a 38 proc., że nie. Co czwarty ankietowany jeszcze nie ma zdania.Zaległości alimentacyjne Polaków 2

Zatrudnienie alimenciarzy sposobem na niskie bezrobocie?

Według zdecydowanej większości Polaków należy wprowadzić obowiązek odpracowywania długów w pracach publicznych oraz monitorować aktywność zawodową dłużnika.Zaległości alimentacyjne Polaków 3

– Aktywizacja zawodowa dłużników alimentacyjnych, możliwość odpracowywania długów wobec Funduszu i dzieci nieotrzymujących alimentów z Funduszu, poprzez roboty publiczne, które mogą m.in. organizować gminy – to jest coś o co zabiegamy już od dłuższego czasu. Dopiero wtedy, kiedy zdrowy i zdolny do pracy dłużnik nie zechce podjąć zatrudnienia lub odpracować długu powinno wkraczać, już wtedy bezwzględnie, prawo karne – mówi Katarzyna Tatar.

Prawo skłaniające do zarejestrowania się dłużnika w urzędzie pracy i wykorzystaniu go do prac publicznych obowiązuje już dziś. Według ostatniego raportu Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej za 2015 r. mniej niż 18 tys. osób zostało zobowiązanych do zarejestrowania się w urzędzie pracy w 1,4 tys. przypadków pomogło to w ściągnięciu alimentów. Z kolei próba aktywizacji zawodowej podjęta została wobec 37 tys. osób i sprawdziła się u 3 tys. dłużników.

– Obecnie zastosowaniu tych regulacji sprzyja dodatkowo dobra koniunktura gospodarcza i brak ludzi do pracy. Należy sięgać po wszelkie możliwe sposoby dyscyplinowania dłużników m.in. po słabo wykorzystywaną konfiskatę prawa jazdy dłużników. Im szerszy zakres działań, tym większe szanse osiągnięcia efektu, bo każdą osobę może zmobilizować co innego – zauważa Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. Zaległości alimentacyjne Polaków 4

Wiek i płeć dłużników alimentacyjnych

Niezmiennie, najliczniejszą grupę niepłacących na swoje dzieci stanowią osoby między 35 a 44 rokiem życia i to zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet.Zaległości alimentacyjne Polaków 5

Średni dług alimentacyjny przypadający na osobę

Średnia wartość zobowiązania z tytułu niezapłaconych alimentów przypadająca na jednego dłużnika alimentacyjnego wynosi już 36 034 zł. Od sierpnia do października wzrosła o 651 zł. Zwiększyła się we wszystkich województwach. Najwyższe średnie zadłużenie, przekraczające średnią dla kraju, występuje w województwach: lubelskim, kujawsko-pomorskim oraz świętokrzyskim. Najniższe na Śląsku oraz w Lubuskiem.Zaległości alimentacyjne Polaków 6

Skala zadłużenia alimentacyjnego w miastach w Polsce

Niezmiennie, w porównaniu z poprzednim kwartałem, najwięcej dłużników alimentacyjnych zamieszkuje w Warszawie, Łodzi oraz Wrocławiu. Łódź, Białystok oraz Gdańsk, to miasta, gdzie liczba dłużników alimentacyjnych nieznacznie spadła. Z kolei największy przyrost odnotowano w Warszawie (o 777 osób) oraz w Poznaniu – o 312 osób. Łączna kwota zadłużenia największa jest w Łodzi, Warszawie i Bydgoszczy. Najmniejszą liczbą dłużników alimentacyjnych i ich łączną kwotą zadłużenia może pochwalić się Opole.Zaległości alimentacyjne Polaków 7

Rekordziści alimentacyjni na tle województw

W sumie ponad 6,4 mln zł wynoszą niespłacone zobowiązania wobec dzieci 16 osób reprezentujących niechlubny ranking wojewódzkich rekordzistów alimentacyjnych. Dług pierwszego na liście wynosi już prawie pół miliona złotych. Średnia zaległość każdego z nich waha się pomiędzy 400 a 300 tys. zł. W porównaniu z poprzednim kwartałem zmiany zaszły w województwie lubelskim, gdzie na miejsce 37-letniego ojca z długiem o wartości 398 tys. zł, wskoczył 50-letni mężczyzna z kwotą  ponad 405 tys. zł. Nowi rekordziści pojawili się także w regionie świętokrzyskim i warmińsko-mazurskim.alimenty

Akcja BIG InfoMonitor „Odzyskuj alimenty”

W ramach akcji „Odzyskuj alimenty”, do BIG InfoMonitor zgłasza się coraz więcej osób zainteresowanych wpisem dłużników alimentacyjnych do rejestru za symboliczne 1 zł. Ostatnie dane mówią o 865 osobach, które skorzystały z tej możliwości. W sumie wpisały do BIG InfoMonitor długi na ponad 4,5 mln zł. Do tej pory udało im się odzyskać 309,4 tys. zł. Średnia wartość zgłaszanych w ramach akcji zobowiązań alimentacyjnych wynosi obecnie 29 949 zł.Zaległości alimentacyjne Polaków 9

Skarbiec TFI tworzy zespół odpowiedzialny za nową linię produktową

Agnieszka Łukawska
Agnieszka Łukawska

Skarbiec TFI, zgodnie z ogłoszoną strategią rozwoju, rozpoczyna przygotowania do wejścia w kolejny segment rynku produktów oszczędnościowych – długoterminowe programy emerytalne. Nowym obszarem działalności pokieruje Agnieszka Łukawska, twórczyni najdłużej funkcjonującego w Polsce pracowniczego programu emerytalnego, która 1 marca 2018 roku dołączy do zespołu Towarzystwa i obejmie stanowisko Dyrektora ds. programów emerytalnych.

Plan wzrostu Skarbiec TFI do 2020 roku zakłada podwojenie wartości aktywów w funduszach skierowanych do szerokiego grona inwestorów, rozbudowę oferty produktowej, a także zwiększenie liczby kanałów dotarcia do klientów. Towarzystwo, realizując przyjętą strategię rozwoju, rozbudowuje struktury sprzedażowe, zarówno w obszarze sieci agencyjnej, jak również wykorzystania potencjału klientów instytucjonalnych, poszukujący alternatywnych rozwiązań inwestycyjnych wobec lokat bankowych. Kolejnym obszarem rynku, w którym Skarbiec TFI chce zintensyfikować swoją obecność, jest segment długoterminowych produktów oszczędnościowych.

– Z punktu widzenia zachodzących zmian demograficznych, rosnącej świadomości społeczeństwa w zakresie oszczędzania na emeryturę oraz planów Rządu dotyczących powstania Pracowniczych Planów Kapitałowych, grupowe programy emerytalne będą znakomitym uzupełnieniem naszej oferty produktów oszczędnościowych – mówi Ewa Radkowska-Świętoń, prezes zarządu Skarbiec TFI.

Utworzeniem i rozwojem obszaru długoterminowych programów emerytalnych w Skarbiec TFI zajmie się Agnieszka Łukawska, która posiada 25 letnie doświadczenie w obszarze ubezpieczeń i funduszy inwestycyjnych. Przez pierwsze lata aktywności zawodowej związana z towarzystwami ubezpieczeniowymi, a od ponad 19 lat w Legg Mason TFI S.A., obecnie Esaliens TFI S.A., jednym z trzech głównych graczy w segmencie grupowych programów emerytalnych oferowanych przez TFI. Agnieszka Łukawska posiada doświadczenie we wszystkich fazach tworzenia programów emerytalnych, począwszy od etapu koncepcji, przez implementację, aż po bieżące utrzymywanie planów i programów emerytalnych, współpracując przy tym z przedstawicielami pracodawców, strony społecznej, Komisji Nadzoru Finansowego i kancelariami prawnymi. Jest absolwentką wydziału Finansów i Statystyki na SGPiS oraz studiów doktoranckich z zakresu ubezpieczeń i funduszy emerytalnych w Kolegium Ekonomiczno-Społecznym SGH.

– Produkty emerytalne, PPE, IKE, IKZE czy PPK mają stanowić ważną pozycję w naszej ofercie rozwiązań oszczędnościowych, dlatego tworzenie i rozwój tego segmentu naszej działalności powierzyliśmy osobie z bardzo dużym doświadczeniem w tym obszarze. Agnieszka Łukawska jest uznaną na rynku ekspertką, doskonale znającą zarówno specyfikę tych rozwiązań, jak i ich otoczenie prawne i instytucjonalne. W naszej ocenie, taka specjalistka w zespole Skarbiec TFI jest gwarancją, że nasza oferta produktów emerytalnych będzie wyróżniała się na rynku, nie tylko sprawnością regulowania procedur związanych z uruchamianiem programów emerytalnych, ale i optymalnym dopasowaniem polityk inwestycyjnych funduszy objętych programami emerytalnymi do preferencji podmiotów zainteresowanych ich tworzeniem – mówi Jacek Janiuk, członek zarządu Skarbiec TFI odpowiedzialny za rozwój produktów oraz sprzedaż. – Naszą ambicją jest wejście do czołówki instytucji finansowych działających na rynku grupowych i indywidualnych rozwiązań emerytalnych, co wydaje się być jak najbardziej realne w perspektywie najbliższych kilku lat. – dodaje Jacek Janiuk.

Długoterminowe programy emerytalne uzupełnią ofertę Skarbiec TFI w obszarze rozwiązań oszczędnościowo-emerytalnych, która obecnie składa się z czterech produktów: Planu Systematycznego Oszczędzania, koncentrującego się na regularnym inwestowaniu środków w jednostki uczestnictwa Skarbiec FIO, Planu Skarbiec Rentier, skierowanego do klientów inwestujących znaczny kapitał, pozwalający na wypłacanie wypracowanych zysków, Indywidualnego Konta Emerytalnego – Skarbiec jako III filaru w polskim systemie emerytalnym oraz Skarbiec Programu Emerytalnego, łączącego zalety trzech produktów oszczędnościowych w jeden Program: Indywidualnego Konta Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE), Indywidualnego Konta Emerytalnego (IKE) oraz Planu Systematycznego Oszczędzania (PSO).

Inflacja w celu (nie na długo)

  • Listopadowy odczyt inflacji w Wielkiej Brytanii może przynieść jej stabilizację na poziomie 3,0% r/r, umożliwiając BoE utrzymanie stóp procentowych na stabilnym poziomie na czwartkowym posiedzeniu. Według projekcji banku, po osiągnięciu szczytu w 4q17 inflacja CPI powinna w 2018r spadać ze względu na koniec wpływu słabego funta na ceny energii.
  • Komponent ZEW dotyczący oczekiwań pozostanie prawdopodobnie na niskich poziomach, wskazując na obawy niemieckich inwestorów co do trwałości ożywienia, którym sprzyjać może brak rozstrzygnięć politycznych.
  • Struktura wczorajszego odczytu inflacji wskazuje na wzrost inflacji bazowej do 0,9% r/r w listopadzie z 0,8% r/r miesiąc wcześniej.

Przegląd wydarzeń:

Inflacja w celu (nie na długo)

Inflacja CPI wzrosła w listopadzie do 2,5% r/r (PKO: 2,4% r/r; konsensus: 2,4% r/r) z 2,1% r/r w październiku, a ostateczne dane potwierdziły szacunek flash. Tym samym inflacja osiągnęła cel NBP po raz pierwszy od pięciu lat.

Główną przyczyną wzrostu inflacji było listopadowe przyspieszenie dynamiki cen paliw wywołane przez odbicie cen ropy naftowej (spekulacje przed decyzją OPEC z końca listopada, konflikt w irackim Kurdystanie oraz sytuacja geopolityczna na Półwyspie Arabskim).

Kolejny miesiąc drożała żywność i napoje bezalkoholowe, których dynamika przyspieszyła do 6,0% r/r z 5,4% r/r w październiku i była najwyższa od maja 2011 roku. Rosnące ceny odnotowano niemal we wszystkich kategoriach (uwagę zwraca 30% m/m dynamika cen jaj; spadały zaś ceny cukru i owoców). W najbliższych miesiącach ceny żywności będą prawdopodobnie nadal pozostawały na wysokich poziomach, niemniej z uwagi na silne efekty wysokiej bazy (wysokie wzrosty cen żywności na przełomie ubiegłego roku spowodowane czynnikami pogodowymi na południu Europy) ich dynamika zacznie wyhamowywać począwszy od grudnia stanowiąc (obok spadku dynamiki cen paliw) główny czynnik stojący za spadkiem inflacji na przełomie roku. Nieznacznie przyspieszyła dynamika cen energii, przy czym wzrost cen opału był najsilniejszy od grudnia 2011 r.

Inflacja usług spadła do 2,5% z 2,7% w październiku, podczas gdy dynamika cen towarów wzrosła do 2,5% r/r z 2,0% r/r w październiku. Szacujemy, że inflacja bazowa przyspieszyła w listopadzie do 0,9% r/r z 0,8% r/r.

Prognozujemy, że inflacja CPI wyhamuje w grudniu w okolice 2,1% r/r i utrzyma się na podobnym (lub nieco niższym poziomie aż do lutego), aby później rozpocząć silny trend wzrostowy (do ok. 2,9-3,0% r/r w czerwcu 2018 r.), którego ważnym silnikiem będzie inflacja bazowa.

inflacja CPI

Wciąż spodziewamy się pierwszej podwyżki stóp procentowych NBP pod koniec 2018r., nie wykluczając wcześniejszych wniosków o podwyżki stóp (i intensyfikacji dyskusji w RPP) w obliczu wzrostu dynamiki cen konsumenckich, w tym w kategoriach bazowych.

R. Sura (RPP) powiedział, że „jeżeli marcowa projekcja inflacji będzie wskazywać na niekorzystne tendencje inflacyjne, to w drugiej połowie 2018 r. możliwa jest dyskusja nad zmianą nastawienia w polityce pieniężnej”. Do zmiany nastawienia skłoniłoby go trwałe utrzymywanie się inflacji powyżej celu w nowej projekcji NBP. Tym samym, R. Sura jest kolejnym członkiem Rady, który w obliczu ostatnich mocnych danych z gospodarki nie wyklucza zacieśnienia polityki pieniężnej w 2018 r.

Zgodnie z oczekiwaniami czeska inflacja wyhamowała w listopadzie do 2,6% r/r z 2,9% r/r w paź., do czego przyczyniły się głównie efekty wysokiej bazy cen żywności. Ceny jajek wzrosły o 37,8% m/m, na co (podobnie jak w przypadku Polski) miał wpływ silniejszy popyt z zagranicy związany ze skażeniem jaj w Europie Zachodniej fipronilem. Czeska inflacja powinna w najbliższych miesiącach kontynuować spowolnienie w związku z efektami wysokiej bazy cen paliw i żywności. Umożliwi to bankowi centralnemu pozostawienie stóp na niezmienionym poziomie (0,50%) po listopadowej podwyżce (najbliższe posiedzenie 21 grudnia).

Dane GUS o handlu zagranicznym w październiku wskazują na ryzyko w dół dla prognoz salda na rachunku obrotów bieżących (PKO: 274 mln EUR, konsensus: 188 mln EUR, publikacja w czwartek).

Dług publiczny (ESA2010) obniżył się po 3q17 do 52,0% PKB (wobec 53,2%PKB po 2q17).

Źródło: PKO Bank Polski

Złoty czeka na Fed, na EURPLN oscylując w okolicach 4,20

Nadchodzące posiedzenie Fed i aukcja zamiany będą ciążyć wycenie obligacji skarbowych. Złoty czeka na Fed, na EURPLN oscylując w okolicach 4,20.

Rynek stopy procentowej

Na krajowym rynku stopy procentowej początek tygodnia przyniósł dosyć silne umocnienie notowań długoterminowych obligacji skarbowych. W efekcie doszło do dalszego wypłaszczenia się krzywej. Aktualnie spread 2Y10Y na rynku polskich obligacji skarbowych spadł już w okolice 155 pb. podczas, gdy jeszcze niedawno przekraczał 180 pb. Widać, że cały czas stabilizację na krótkim końcu krzywej podtrzymują obawy przed potencjalnymi podwyżkami stóp procentowych w 2018 r. w Polsce. Z drugiej strony długoterminowe obligacje zyskują przede wszystkim dzięki utrzymującemu się popytowi na obligacji na globalnym rynku długu (m.in. dzięki EBC). Tym razem w poniedziałek popyt na obligacje krótkoterminowo pobudził wzrost awersji do ryzyka po informacji o zamachu terrorystycznym w Nowym Jorku.

W kraju druga publikacja danych nt. inflacji w listopadzie nie przyniosła istotniejszych zmian notowań, niemniej mogła powstrzymywać inwestorów przed kupowaniem krótkoterminowych papierów skarbowych. Jak podał GUS, zgodnie ze wstępnym odczytem, ceny konsumpcyjne w Polsce wzrosły w listopadzie o 2,5% r/r. Chociaż generalnie dane były neutralne dla rynku, to jednak struktura zmian cen sugeruje, że inflacja bazowa po wyłączeniu cen żywności i energii powinna przyspieszyć w okolice 0,9% r/r wobec 0,8% w październiku. Lekki wzrost inflacji bazowej będzie negatywną informacją dla rynku (dane zostaną opublikowane przez NBP we wtorek). Trudno jednak oczekiwać silniejszej zmiany notowań w sytuacji, gdy cały czas nominalne odczyty pozostają wyraźnie poniżej dolnego ograniczenia odchylenia od celu inflacyjnego NBP (1,5%), sugerując brak fundamentalnej presji inflacyjnej. Jest to o tyle ciekawe, że systematycznie rośnie z kolei presja płacowa w sektorze przedsiębiorstw, w niektórych sektorach przekraczając nawet poziomy dwucyfrowe.

W najbliższych dniach głównym wydarzeniem będzie rozpoczynające się we wtorek dwudniowe posiedzenie Fed. Scenariuszem bazowym pozostaje podwyżka stóp procentowych o 25 pb. Zakładając, że wzrost awersji do ryzyka był jedynie krótkoterminowy (na co może wskazywać chociażby reakcja amerykańskich giełd), to decyzja FOMC i konferencja prasowa banku centralnego powinny mieć negatywny wpływ na wyceny obligacji skarbowych w perspektywie najbliższych tygodni.

Na koniec tygodnia (15 grudnia) Ministerstwo Finansów zorganizuje jeszcze aukcję zamiany, na której oferowane będą papiery serii OK0720, WZ1122, PS0123, DS0727 i WZ0528, a odkupowane będą WZ0118, PS0418, PS0718 i OK1018. Prawdopodobnie dużym zainteresowaniem będą cieszyć się papiery OK0720 ze względu stosunkowe wysokie rentowności bliskie 1,87%. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę, że papiery o krótszych terminach wykupu niż PS0420 notowane są już poniżej 1,65%, w tym większość nawet poniżej stopy referencyjnej NBP. To wyraźnie pokazuje, że część instytucji finansowych zgłasza wysoki popyt na najkrótsze papiery wzmacniając ich wyceny (w ich przypadku ryzyko negatywnego wpływu ze strony wzrostu stóp procentowych jest mniejsze).

Rynek stopy procentowejAutor: Mirosław Budzicki, PKO Bank Polski

Rynek walutowy

Poniedziałek na krajowym rynku walutowym rozpoczął się lekkim osłabieniem złotego (do 4,206), przy jednocześnie dalej utrzymującym się dolarze do euro w okolicach 1,18. Listopadowe dane z rynku pracy w USA wskazały na wyższy od oczekiwań wzrost liczby etatów poza rolnictwem w USA, ale również na wciąż umiarkowany wzrost wynagrodzeń. W ub. miesiącu średnie wynagrodzenie wzrosło o 2,5% r/r wobec 2,3% w październiku (w ujęciu miesięcznym wzrost wyniósł 0,2%, czyli nieco poniżej oczekiwanego wzrostu na poziomie 0,3% m/m). Rynek spodziewa się podwyżki stóp na kończącym się w środę posiedzeniu Fed oraz dwóch lub trzech podwyżek w 2018 roku. Perspektywy te pogarsza jednak wciąż niska dynamika płac oraz inflacja. Jak pokazują dane amerykańska gospodarka jest bliska stanu pełnego zatrudnienia (bezrobocie na poziomie 4,1% jest najniższe od 17 lat), co powoduje, że rosną oczekiwania na wyższy wzrost dynamiki wynagrodzeń, czyli jedną z kluczowych składowych dla prognoz inflacji. Tymczasem płace nie rosną tak jak by tego oczekiwali ekonomiści, co powoduje, że jastrzębi wydźwięk Fed traci nieco na blasku. Nie zmienia to faktu, że środowe posiedzenie FOMC zakończy się zapewne trzecią w tym roku podwyżką stóp procentowych o 25 pb., ale ten ruch jest od dawna już przez rynek oczekiwany. Można więc spodziewać się, że dla dolara ważniejszy okaże się fragment komunikatu dot. skali podwyżek stóp w 2018 roku. Jeśli Fed potwierdzi trzy możliwe ruchy stóp w górę, dolar powinien wyraźnie zacząć zyskiwać wobec euro.

W tym tygodniu nie tylko obradować będzie Fed, ale posiedzenie decyzyjne zaplanowane ma również EBC. Tu jednak nie należy oczekiwać zmian parametry polityki pieniężnej. Podczas konferencji prasowej z udziałem prezesa M. Draghi’ego mogą zostać poruszone kwestie dotyczące perspektyw polityki pieniężnej, w tym szczegóły dot. prowadzonego programu luzowania ilościowego lub potencjalne zmiany w forward guidance.  Rynki będą zapewne w przekazie EBC doszukiwać się argumentów przemawiających za zakończeniem programu QE we wrześniu 2018 roku. Czwartkowemu posiedzeniu będzie towarzyszyła publikacja najnowszych prognoz.

Wyższy dolar oznaczać będzie słabszego złotego, któremu dodatkowo ciąży gołębia RPP, dla której bieżące mocne dane gospodarcze nadal nie są argumentami przemawiającymi za odejściem od twardej gołębiej postawy. Wręcz przeciwnie, w ocenie prezesa Adama Glapińskiego to właśnie bieżące odczyty m.in. pokazujące wciąż niską inflację bazową, malejącą presję płacową oraz spadającą dynamikę jednostkowych kosztów pracy, nie poddają w wątpliwość zakładanego przez niego scenariusza utrzymania stóp NBP bez zmian do końca 2018 roku. Pod koniec tygodnia kurs EURPLN powinien więc zbliżać się do poziomu 4,23 przy EURUSD notowanym poniżej 1,18. Tymczasem, w poniedziałek GUS potwierdził wstępny szacunek listopadowej inflacji CPI na poziomie 2,5% r/r, we wtorek NBP opublikuje zaś inflację bazową CPI. Potwierdziło się, że osiągnięcie celu inflacyjnego NBP było możliwe przede wszystkim dzięki przyspieszeniu dynamiki cen paliw wywołanego przez odbicie cen ropy naftowej i wysokim kosztom utrzymania mieszkania (drożejący opał) oraz częściowo również dalszemu wzrostowi cen żywności.

Tymczasem we wtorek w centrum uwagi rynków znajdzie się indeks ZEW mierzący nastroje niemieckich analityków finansowych. Rynek oczekuje spadku do 18 pkt w grudniu z 18,7 miesiąc wcześniej, zakładając, że nastroje niemieckich inwestorów pozostają w stanie umiarkowanego optymizmu. Tymczasem niemiecka giełda jest już rozgrzana do czerwoności. Indeks DAX przez ostatnie 12 miesięcy zyskał blisko 25%, na przełomie października i listopada zbliża się do poziomu powyżej 13.500 pkt. Hossa na parkiecie we Frankfurcie podobnie jak na Wall Street trwa od marca 2009 roku. I podobnie jak w Nowym Jorku także u naszych zachodnich sąsiadów wyceny akcji nie należą do niskich. Trudno więc oczekiwać znacznego pogorszenia nastrojów wśród niemieckich konsumentów. Nie zmienia to faktu, że pozostając pod wpływem oczekiwań na jastrzębi Fed nawet wyższy od oczekiwanego ZEW może niewiele pomóc wspólnej walucie.

indeks DAXAutor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski

Zmienność na giełdach najniższa od kryzysu

  • Akcje pozostają najatrakcyjniejszą klasą aktywów. Krótkoterminowo silniejsze powinny być giełdy na rynkach rozwiniętych.
  • Po zakończeniu korekty spadkowej na indeksie MSCI Emerging Markets, lepsze perspektywy mają rynki wschodzące. Przemawiają za tym wyższe prognozowane zyski spółek oraz atrakcyjniejsze wyceny.
  • Najniższa od czasu kryzysu finansowego zmienność na światowych giełdach sugeruje, by przy inwestowaniu w akcje zachować większą ostrożność.
UI TFI - Michał Milewski
UI TFI – Michał Milewski

Indeks MSCI ACWI, który odzwierciedla koniunkturę na światowych giełdach, zyskał w tym roku już ponad 20%. Także w perspektywie miesiąca jest na delikatnym plusie. To zasługa rynków rozwiniętych, ponieważ na wielu rynkach wschodzących wciąż trwa zasłużona korekta spadkowa. Przypomnę, że do końca listopada indeks MSCI Emerging Markets wzrósł o 30%, co na tle poprzednich lat jest świetnym wynikiem.

Przy nieco głębszej analizie źródła globalnego wzrostu cen akcji zauważymy, że indeksy giełdowe w USA są obecnie wyraźnie mocniejsze niż europejskie. Ma to związek z ostatnimi wynikami finansowymi zaraportowanymi przez spółki.

W III kwartale 2017 r. w USA aż trzy czwarte spółek wypracowało zyski wyższe od oczekiwań analityków. Zdecydowanie na plus wyróżnił się amerykański sektor IT, który ma silną reprezentację w indeksie NASDAQ Composite. W Europie tylko połowa spółek zdołała pobić konsensusy. Druga połowa, niestety, zawiodła inwestorów.

Niska zmienność na giełdach nakazuje ostrożność

Niezmiennie uważamy, że w tym momencie cyklu gospodarczego akcje, jako klasa aktywów, mają największy potencjał. Poczyniliśmy jednak kilka obserwacji.

Po pierwsze, hossa na świecie jest już w dojrzałym stadium. Spółki wzrostowe (growth), choćby wspomniane podmioty z branży IT, mają za sobą bardzo solidne wzrosty. Ponadto w przypadku USA weszliśmy już w fazę, w której wyceny spółek nie wynikają bezpośrednio z fundamentów i są nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do osiąganych przez spółki zysków.

W związku z powyższym, coraz bardziej racjonalnym wyborem inwestycyjnym stają się spółki o charakterze wartościowym (value) wypłacające dywidendę, np. banki.

Po drugie, rośnie zróżnicowanie pomiędzy poszczególnymi rynkami akcji. To tworzy środowisko, w którym coraz większy wpływ na końcową wartość inwestycji w przypadku globalnych funduszy typu absolutnej stopy zwrotu czy asset allocation będzie miała selekcja. W ramach krajów, sektorów i samych spółek.

Po trzecie, zmienność na globalnych rynkach akcji jest obecnie najniższa od czasu ostatniego kryzysu finansowego. Na bardzo wysokich poziomach kształtuje się też liczba inwestorów grających na dalszy spadek indeksu zmienności VIX.

Ten „spokój” sam w sobie nie oznacza, że tuż za rogiem czai się krach. Nakazuje natomiast większą niż dotąd ostrożność przy inwestowaniu w akcje.

Przed exposé nowego premiera

W poniedziałek amerykański dolar ograniczał swoje wcześniejsze straty w oczekiwaniu inwestorów na posiedzenie Rezerwy Federalnej. Analitycy są zdania, że w środę Federalny Komitet Otwartego Rynku podniesie stopy procentowe o 25 punktów bazowych. To byłaby trzecia podwyżka stóp w tym roku. Z kolei w czwartek Europejski Bank Centralny i Bank Anglii mają ogłosić swoje decyzje dotyczące polityki monetarnej. Choć nie oczekuje się żadnych zmian, rynki będą doszukiwać się sygnałów na temat przewidywania inflacji i stanu gospodarki. W Polsce nie było większych ruchów na złotówce w związku ze zmianą premiera, a dzisiaj rynki będą śledzić exposé nowego szefa rządu.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do dolara australijskiego (-0,19%) i japońskiego jena (-0,02%), a zyskuje do euro (+0,03%), brytyjskiego funta (+0,6%) oraz dolara kanadyjskiego (+0,06%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,178, GBP/USD – 1,335, USD/CAD – 1,284, AUD/USD – 0,754 i USD/JPY – 113,4. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,1%) i kurs EUR/JPY wynosi 133,5, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,883. Złotówka zyskuje do funta, a traci do innych głównych walut. We wtorek rano dolar kosztuje 3,57 zł, euro – 4,2 zł, funt – 4,76 zł, a frank szwajcarski – 3,6 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru zielonego i czerwonego. W poniedziałek w Europie londyński indeks FTSE 100 wzrósł o 0,8%, frankfurcki indeks DAX i paryski indeks CAC 40 spadły po 0,23%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,32%, meksykański indeks Bolsa – 0,27%, a brazylijski indeks Bovespa – 0,09%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei obniżył się o 0,32%, chiński indeks Shanghai Composite – o 1,25%, a hongkoński indeks Hang Seng – o 0,63%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej rosną kolejny dzień z rzędu. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 64,69 USD (+1,99%), a ropy WTI – 57,99 USD (+1,09%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca podniosła się o 1 USD do 66 USD. Z kolei ceny złota idą w dół. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1245 USD. To 5 USD mniej (-0,4%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 8:00 – Rumunia – Inflacja CPI (r/r), listopad – 3,2% (prognoza 2,95%)
  • 9:00 – Słowacja – Produkcja przemysłowa (r/r), październik 5,4% (prognoza 5,1%)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Inflacja PPI (r/r), listopad (prognoza 3%)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Inflacja CPI (r/r), listopad (prognoza 3%)
  • 11:00 – Niemcy – Indeks instytutu ZEW, grudzień (prognoza 18 pkt.)
  • 14:00 – Polska – Inflacja bez cen żywności i energii (r/r), listopad (prognoza 0,9%)
  • 14:30 – USA – Inflacja PPI (r/r), listopad (prognoza 2,9%)
  • 20:00 – Strefa euro – Wystąpienie szefa EBC
  • 23:15 – Australia – Wystąpienie szefa RBA

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Pracownik już nie oszuka swojego szefa. Beacony znajdą go wszędzie, nawet… w toalecie

Zdaniem ekspertów, w ciągu 3-5 najbliższych lat beacony mogą stać się powszechnym narzędziem nadzoru w polskich firmach. Znajdą zastosowanie w biurowcach, sklepach i fabrykach. Pozwolą bez trudu zlokalizować konkretnego pracownika w danym obiekcie. Będą mierzyły stopień aktywności personelu, np. lekarzy na dyżurach. Zebrane informacje posłużą pracodawcom do lepszego tworzenia planów optymalizacji kosztów związanych z zatrudnianiem. W pewnym sensie urządzenia będą im podpowiadać, kogo zwolnić, a komu dać upomnienie. Wskażą także, czyja obecność w przedsiębiorstwie jest kompletnie nieefektywna lub za mało produktywna. Zarejestrują więcej, niż kamery. Z kolei, pracownicy zyskają narzędzie, które zapewni im potencjalne dowody, m.in. w kwestii przepracowanych nadgodzin.

Jak przewiduje Fabian Pietras z międzynarodowej firmy rekrutacyjnej Antal, beacony to technologia przyszłości, która może sprawdzić się w każdej gałęzi gospodarki. Najszybciej należy spodziewać się wprowadzenia ich w dużych firmach z sektorów handlu, logistyki i produkcji. Wynika to z prostego faktu – w przedsiębiorstwach, w których zatrudnia się wiele osób, najtrudniej kontrolować rzeczywisty czas pracy. Beacony to ułatwią. Nadajniki, uruchamiane na aplikacji mobilnej w smartfonach z technologią Bluetooth, zapewnią dokładniejszy i szybszy pomiar, m.in. wskazując konkretną godzinę wejścia do firmy i wyjścia z niej. Aplikacja w ciągu dnia na bieżąco zliczy czas pracy danej osoby, spędzony na wykonywaniu określonych czynności, np. przy taśmie produkcyjnej czy na kasie. Wiadomo będzie też, o której dokładnie godzinie pracownik wykonał obchód po magazynie, czy ile razy przejechał wózkiem widłowym po hali. Zostaną zarejestrowane wszystkie jego ścieżki, przebyte na terenie zakładu pracy.

– Warto posłużyć się przykładem służby zdrowia. Dzięki beaconom, będzie można mierzyć faktyczną aktywność personelu medycznego. Dyrektor szpitala będzie wiedział, czy podczas nocnego dyżuru lekarz zaglądał do pacjentów, czy cały czas był w swojej dyżurce, a może opuścił placówkę na krótko. Nadajniki umożliwią też zlokalizowanie specjalisty, np. urologa na bloku operacyjnym w momencie, gdy będzie go szukał internista ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. W innym przypadku, mogą one pomóc znaleźć konkretny sprzęt medyczny w jednej z kilku sal do ćwiczeń. Warunkiem tego będzie umiejscowiony na urządzeniu beacon – mówi Krzysztof Łuczak, Prezes Zarządu firmy technologicznej Proxi.cloud.

Tymczasem adwokat Bartłomiej Raczkowski, Partner w Kancelarii Raczkowski Paruch, podkreśla, że wymaganie od pracownika uruchomienia w telefonie aplikacji, współpracującej z beaconami, powinno być ściśle uzasadnione. Zgodnie z obecnymi przepisami, jak również z tymi, które zaczną obowiązywać w maju 2018 roku, wkraczanie w prywatność zatrudnionego musi być proporcjonalne do zamierzonego celu. Jeżeli jest on osiągalny w inny sposób, to wybór środków ingerujących w życie człowieka w wyższym stopniu nie będzie zgodny z prawem, a więc, jak zaznacza ekspert, w każdym przypadku pracodawca będzie musiał ocenić, czy aplikacja nie stanowi nadmiernej inwazji w prywatność pracownika.

– Oczywiście konieczna będzie pisemna zgoda zatrudnionego na poddawanie go kontroli. Może być ujęta np. jako jeden z punktów umowy z pracodawcą. Natomiast istotne jest to, że w przeciwieństwie do technologii geolokalizacyjnej, infrastruktura beaconowa rejestruje zdarzenia wyłącznie w odległości od 2 do 90 m od nadajnika. Oznacza to, że fizycznie pracownik nie może być obserwowany przez 24 godziny na dobę, chyba że np. mieszkałby i pracowałby w tym samym budynku. I w takim przypadku faktycznie mogłoby to naruszać jego prywatność – wyjaśnia Krzysztof Łuczak.

Jeżeli w konkretnym miejscu pracy uznamy beacony i samą aplikację „śledzącą” za dopuszczalne rozwiązanie, to według mec. Raczkowskiego, za odmowę ich stosowania będzie można dyscyplinować pracowników, w tym zwalniać ich. Wówczas dane, uzyskane z tego systemu, również będą mogły służyć do analizy, a następnie podejmowania ewentualnych decyzji dyscyplinarnych.

– W moim przekonaniu, wprowadzenie beaconów do kontroli i pomiaru czasu pracy przyniesie korzyści nie tylko firmom, ale też samym pracownikom. Nadajniki będą automatycznie sumowały i zapisywały w systemie przepracowane nadgodziny, co oczywiście ułatwi rozliczenie ich z pracodawcą. Jeżeli dany projekt okaże się sukcesem, to osoba, która pracowała nad nim najdłużej, będzie mogła dostać premię. To narzędzie wskaże przełożonym najbardziej pracowitych ludzi w zespołach, najmocniej skupionych na swoich obowiązkach i najmniej zabiegających o własną popularność – wymienia ekspert z firmy technologicznej Proxi.cloud.

Beaconami najpierw zainteresują się duże firmy, bo ta technologia może znacząco rozładować kolejki przy przechodzeniu przez bramki w biurowcach czy fabrykach. Fabian Pietras podaje przykład zakładów produkcyjnych, do których codziennie na tę samą godzinę przychodzą do pracy tysiące osób. Obecnie wszyscy czekają w kolejce, aby zarejestrować swoją obecność. Gdyby natomiast wprowadzić beacony, mogliby bez większego trudu wejść na teren obiektu, bez konieczności przykładania karty do czytnika. Podobnie byłoby w sytuacji opuszczania budynku. Przygotowana w ten sposób infrastruktura miałaby szansę wygenerować dużą oszczędność czasu dla pracowników. Ponadto nie musieliby oni podpisywać list obecności i dodatkowo dokumentować wykonanych zadań.

– Po wprowadzeniu oprogramowania do służbowej komórki monitoring będzie działał automatycznie, z pominięciem jakiejkolwiek aktywności ze strony pracownika. Czas pracy na danym obszarze będzie automatycznie zapisywany w tzw. chmurach. Informacje na ten temat będą na bieżąco dostępne dla szefów, mających stały dostęp do Internetu. Warto dodać, że rozwiązania chmurowe są bezpieczne i powszechnie wykorzystywane m.in. w zespołach współpracujących ze sobą na odległość. W ich przypadku szczególnie sprawdzą się nadajniki. Przełożeni nie widzą bowiem, co fizycznie robią ich podwładni. Ale dzięki beaconom zyskają pewność w tym względzie – przekonuje Łuczak.

Według eksperta z firmy rekrutacyjnej Antal, pracownicy nie powinni obawiać się wprowadzenia beaconów. Ich główną rolą nie jest kontrola czasu pracy, a jego rzetelna analiza. Aplikacja może np. sugerować, kiedy należy zrobić przerwę od intensywnego wysiłku w pracy. Pracodawca natomiast otrzyma konkretną informację dotyczącą tego, o której godzinie dana osoba przychodzi do firmy i z niej wychodzi, ile czasu poświęca na wykonywanie określonej czynności czy jak długo trwa praca nad specyficznym projektem. Stąd nie ma raczej większych niebezpieczeństw związanych z wprowadzeniem beaconów, zarówno po stronie pracodawców, jak i pracowników.

– Beacony stanowią uzupełnienie systemu monitoringu w postaci kamer. Są od nich tańsze w instalacji, dlatego część pracodawców już się nimi interesuje. Dotyczy to przedsiębiorców otwartych na innowacje. Koszt inwestycji zależy od ilości punktów wyznaczonych do obserwacji. Nadajniki sięgają dalej, niż kamery. Zbierają też dokładniejsze dane, np. związane z przemieszczaniem się ekipy sprzątającej. Niektóre miejsca w biurowcach, m.in. toalety, nie mogą być filmowane. Beacony rozwiążą ten problem. Pracodawcy nie będą zastanawiać się już nad tym, gdzie są jego pracownicy. Ci z kolei nie będą musieli podpisywać kartek umieszczanych zwykle na drzwiach łazienek – dodaje Krzysztof Łuczak.

Należy jednak zaznaczyć, że pracodawcy w Polsce jeszcze nie oswoili się z technologią beaconów. Fabian Pietras wskazuje, że może się to zmienić w perspektywie najbliższych 3 lat, kiedy to duże koncerny zaczną inwestować w tego typu urządzenia. Jeżeli okaże się, że to rozwiązanie przynosi korzyści, w ciągu kolejnych 2 lat do tego trendu dołączą następne przedsiębiorstwa, również mniejsze. Wszystko jest kwestią czasu. Jeszcze niedawno pracownicy sceptycznie podchodzili do systemów CCTV, czyli monitorowania kamerami w miejscu pracy. Obawiali się, że każdy ich ruch będzie oceniany, ale ostatecznie szybko przeszli nad tym do porządku dziennego. Zastosowanie tego sprzętu wpłynęło na zmniejszenie ilości kradzieży, np. materiałów budowlanych z magazynów przez nieuczciwych pracowników. Właściciele firm mogli też skutecznie eliminować na bieżąco zaobserwowane błędy.

– Dzięki tego typu rozwiązaniu, ludzie stale kontrolowani w pracy staną się bardziej efektywni. Będzie to dotyczyło zarówno pracowników fizycznych, m.in. na budowach, jak i osób pracujących umysłowo, choćby w dużych bankach. Wszak powszechnym problemem polskich firm jest niska wydajność. Natomiast we współczesnym zarządzaniu liczy się optymalizacja kosztów i umiejętne wykorzystywanie posiadanych zasobów. W wielu przypadkach okaże się, że obowiązki, które do tej pory należały do trzech osób, może teraz wykonywać tylko jedna z nich – stwierdza Prezes Łuczak.

Ekspert z firmy Antal wskazuje, że technologia beaconów ma szansę przynieść firmom wiele korzyści. Poza rejestrowaniem ludzkiej pracy, nadajniki w niektórych fabrykach podniosą poziom bezpieczeństwa. Dla przykładu, człowiek idąc zakładem produkcyjnym, może wejść w nieznany mu wcześniej obszar zagrożenia. Wówczas aplikacja da mu wyraźny sygnał do tego, że powinien niezwłocznie opuścić daną strefę.

– Oczywiście istnieją również zagrożenia związane z wdrożeniem tego rozwiązania. Jednym z nich może być uprzedmiotowienie pracowników. Oznaczałoby to ograniczenie oceny ich pracy tylko do pomiarów wykonanych ścieżek. Problemem dla zatrudnionych i pracodawców może też okazać się zawodność systemu. Winni temu mogą być jednak sami ludzie, którzy będą zapominać o nierozstawaniu się z telefonami w pracy. Niektórzy na pewno będą próbować oszukiwać swoich szefów i specjalnie zostawiać komórki w miejscach, w których powinni siedzieć lub stać. I to niestety będzie zafałszowywać dane – podsumowuje ekspert z Proxi.Cloud.

Dryfowanie ku ciekawszemu

Kiedy kalendarz dopiero w drugiej części tygodnia jest napakowany kluczowymi wydarzeniami, nie powinna dziwić poniedziałkowa flauta. Płynność na rynku walutowym podupadła, a za nią zmienność i klimat jest kontynuowany w pierwszych godzinach wtorkowego handlu. Wyróżnia się za to ropa naftowa, która korzysta na awarii jednego z ważniejszych rurociągów. W kalendarzu mamy inflację ze Szwecji i Wielkiej Brytanii, niemiecki ZEW, a w nocy uwaga będzie na wyborach uzupełniających do Senatu USA.

Największy brytyjski rurociąg transportujący ropę naftową z dna Morza Północnego może zostać zamknięty na kilka tygodni w związku z odkrytym wyciekiem. Ropa naftowa Brent skoczyła do wczoraj o ponad 3 proc. i na 65 USD/b jest najwyżej od ponad dwóch lat, gdyż zamknięcie rurociągu oznacza ograniczenie wydobycia o ok. 450 tys. baryłek/dzień. Z rynkowego punktu widzenia doniesienia mogą usunąć widmo z rynku ropy, że pustka informacyjna po szczycie OPEC mogłaby rozpętać spiralę realizacji zysków z długich pozycji w kontraktach na ropę. Teraz zakłócenia po stronie podaży mogą być punktem zaczepienia dla rynku, który chce pozostać wysoko.

W Szwecji listopadowy odczyt CPI będzie ważną wskazówką przed posiedzeniem Riksbanku w przyszłym tygodniu. Prognozy zakładają pozostanie inflacji poniżej celu 2 proc. r/r, zatem rozmowy o zacieśnianiu monetarnym pozostają odłożone na później, podobnie jak perspektywa umocnienia SEK. Inflacja konsumencka w Wielkiej Brytanii ma pozostać na 3 proc, ale ponieważ Bank Anglii dopiero co jest po podwyżce stóp procentowych, dane na tym etapie nie stanowią istotnego punktu zaczepienia. Obecnie polityczne zamieszanie wokół Brexitu odgrywa ważniejszą rolę z przewaga zagrożeń i szans, więc rozsądniejsze wydaje się wygaszanie ewentualnej siły funta po danych. Niemiecki raport ZEW powinien pokazać, że największej gospodarce strefy euro wszytko jest bardziej niż w porządku, nawet jeśli dzisiejsze odczyty będą nieco niższe od listopadowych. Inflacja bazowa z Polski i PPI z USA powinny przejść bez echa. W nocy przemawia prezes RBA Lowe, a ryzyko leży po stronie lekko gołębiego wydźwięku.

Także w nocy polityka ponownie będzie dotykać USD. W Alabamie odbędą się wybory uzupełniające do Senatu na miejsce Jeffa Sessionsa, który objął stanowisko prokuratora generalnego. Republikanie potrzebują wygranej, gdyż ich przewaga w Senacie jest niewielka, także ze względu na bunty wśród własnych członków. Wystarczy wspomnieć, że głosowanie nad ustawą podatkową przeszło stosunkiem zaledwie 51:49. Alabama to republikański stan, a w zeszłym roku Donald Trump wygrał tam przewagą 28 pkt proc. Jednak kandydat GOP Roy Moore jest zaplątany w skandal obyczajowy, co może zaważyć na jego poparciu. Zatem wygrana Demokratów nie jest całkowicie wykluczona i jeśli się zrealizuje, może to za zatrząść długimi pozycjami w dolarze, gdyż postawi w wątpliwość szanse na łatwe forsowanie przyszłych projektów fiskalnych w Kongresie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Deloitte: Za pięć lat będzie się sprzedawać na świecie ponad pięć milionów smartfonów dziennie

Do końca 2023 roku użytkownikami smartfonów w krajach rozwiniętych będzie ponad 90 proc. dorosłych osób. Roczna sprzedaż telefonów w 2023 wyniesie 1,85 miliarda sztuk. Ale rosnąć będzie nie tylko ich ilość, ale też jakość. Jak przewiduje 17. edycja raportu „Global TMT Predictions 2018”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, w ciągu pięciu najbliższych lat elementy sztucznej inteligencji w smartfonach będą standardem, a już w 2018 roku przynajmniej miliard użytkowników za ich pośrednictwem będzie tworzyć treści w rozszerzonej rzeczywistości. Między innymi na smartfonach będziemy oglądać transmisje na żywo, z których przychody w przyszłym roku wyniosą 545 mld dolarów w skali globalnej. W tym samym czasie samoloty przestaną być jedną z ostatnich wolnych od połączeń internetowych stref.        

Raport „Global TMT Predictions 2018” prezentuje główne trendy z dziedziny technologii, mediów i telekomunikacji, które mogą wywrzeć istotny wpływ na rynek w perspektywie najbliższych pięciu lat.

Wszechobecny smartfon

W 2023 roku sprzedaż smartfonów wyniesie ponad 5 mln sztuk dziennie. Eksperci Deloitte przewidują, że w tym samym roku będziemy mieć kontakt ze swoim telefonem średnio 65 razy dziennie, co będzie stanowiło 20 proc. wzrost w stosunku do 2018 roku. Odsetek właścicieli smartfonów, którzy codziennie używają swoich urządzeń, wzrośnie z 93 proc. w 2018 r. do 96 proc. w 2023 roku. Rosnąca częstotliwość korzystania ze smartfonu oznacza, że będzie on posiadał coraz to więcej funkcji.

Już obecnie około 45 proc. pracowników w Unii Europejskiej używa smartfonu lub innego urządzenia mobilnego jako głównego lub jedynego narzędzia do pracy. Udostępnianie w większym stopniu niż dotychczas procesów biznesowych za pośrednictwem smartfonu może wpłynąć na produktywność pracowników – mówi Jan Michalski, Partner, Lider sektora TMT, Deloitte. Do końca 2023 roku smartfon oprócz funkcji telefonu i komputera będzie również kartą wstępu do biura, kluczami do domu i samochodu, kartą debetową, kredytową, naszym pośrednikiem z bankiem, sklepami i urzędami. Aby się tak jednak stało, smartfony nieustannie muszą się uczyć – dodaje.

Sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe

Prognozy Deloitte zakładają, że do 2023 roku chipy sztucznej inteligencji w smartfonach staną się prawdopodobnie standardem. Ich zadaniem będzie wspomaganie uczenia maszynowego. Już w bieżącym roku smartfony w segmencie premium (około 300 milionów sztuk) były wyposażone w chipy AI. Według badań Deloitte około dwóch trzecich dorosłych właścicieli smartfonów w krajach rozwiniętych korzysta z co najmniej jednej aplikacji z funkcjami uczenia maszynowego, a 79 proc. zna takie aplikacje. Najczęściej korzystamy z funkcji podpowiedzi przy pisaniu.

Przeciętny nowy smartfon sprzedany w roku 2023 będzie miał 128 GB lub więcej pamięci do przechowywania danych, w porównaniu z około 32 GB w 2018 roku. Z kolei pamięć RAM może wynosić od 2 GB do 16 GB. Oba ulepszenia powinny sprawić, że smartfony będą jeszcze bardziej przydatne i funkcjonalne. W 2018 roku ponad miliard użytkowników smartfonów stworzy najprawdopodobniej treść w rozszerzonej rzeczywistości (AR) przynajmniej raz. Co najmniej 300 milionów zrobi to raz w miesiącu, a dziesiątki milionów raz w tygodniu. – Przewidujemy również, że dziesiątki tysięcy aplikacji wykorzystujących możliwości AR staną się dostępne w ciągu roku, tak aby na koniec 2018 roku miliardy użytkowników smartfonów mogło pobierać aplikacje lub aktualizację aplikacji lub systemu operacyjnego umożliwiające tworzenie treści AR – mówi Jakub Wróbel, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Transmisja na żywo, ale bez reklam

Mimo, że ostatnie lata to dynamiczny rozwój platform VoD, które sprawiają, że wybrane przez nas treści oglądamy w dowolnym czasie, nie oznacza to, że transmisje na żywo idą w niepamięć. Wręcz odwrotnie.

Coraz częściej traktujemy smartfony również jako przenośne odbiorniki telewizyjne, na których oglądamy wydarzenia emitowane na żywo, w tym przede wszystkim transmisje sportowe.

Deloitte przewiduje, że transmisje na żywo wygenerują 545 miliardów dolarów bezpośrednich przychodów w 2018 roku, co stanowi wzrost o jeden procent w stosunku do roku poprzedniego. Aż 72 proc. z tej sumy będzie pochodzić z transmisji telewizyjnych i radiowych, przy czym transmisje telewizyjne wygenerują 358 miliardów dolarów z reklam i subskrypcji.

Co prawda w coraz większym zakresie będziemy korzystać z mediów na naszym smartfonie i innych urządzeniach mobilnych, ale to nie znaczy, że chcemy by były one zakłócane reklamami. W 2018 roku co dziesiąty dorosły Amerykanin skorzysta jednocześnie z czterech lub więcej rozwiązań, które pozwalają na blokowanie reklam. Z kolei aż trzy czwarte obywateli USA i Kanady korzysta z co najmniej jednej takiej opcji.

Raport Deloitte przewiduje, że do końca 2018 roku połowa dorosłych osób w krajach rozwiniętych będzie posiadać co najmniej dwie subskrypcje mediów w kanałach on-line, a do końca 2020 roku liczba ta wzrośnie do czterech. Koszt tych subskrypcji, obejmujący głównie telewizję, filmy, muzykę, wiadomości i prasę, w 2018 roku wyniesie poniżej 10 dolarów miesięcznie. Natomiast liczba subskrybentów na świecie wyniesie 350 mln osób, w których posiadaniu będzie 680 milionów subskrypcji. Aż 20 proc. osób dorosłych w krajach rozwiniętych wykupi co najmniej pięć płatnych subskrypcji mediów online, a do 2020 roku aż dziesięć. Poniesione przez nich opłaty miesięczne z tego tytułu będą wynosić ponad 100 dolarów.

Internet mobilny w domu i samolocie

Raport Deloitte przewiduje, że w 2018 roku jedna piąta mieszkańców Ameryki Północnej z dostępem do internetu będzie korzystać jedynie z sieci mobilnej. W 2022 roku takich osób może być już 30-40 proc. Osoby te w ogóle zrezygnują z internetu stacjonarnego. – Ludzie, którzy korzystają z sieci mobilnej w miejscach publicznych, w szkole i czasem w pracy przeniosą ten zwyczaj również do domu. Istnieje wiele powodów takiego podejścia, zarówno o charakterze demograficznym, społecznym, jak i ekonomicznym. Najczęściej jednak internet mobilny jest jedyną dostępną opcją transmisji danych, zwłaszcza poza miastami – mówi Jakub Wróbel.

Do tej pory jednym z nielicznych miejsc, w których używanie telefonu było mocno ograniczone był samolot. Teraz ma się to jednak zmienić. Według ekspertów Deloitte w przyszłym roku około jedna czwarta wszystkich podróży lotniczych (czyli około miliarda) będzie odbywać się samolotami pasażerskimi wyposażonymi w łączność internetową (IFC). Może ona być używana do transmisji danych, jak również do rozmów. W porównaniu rok do roku będzie to wzrost o 20 proc. Przychody linii lotniczych z tego tytułu powinny być zbliżone do 1 mld dolarów. – Dzięki

rosnącej liczbie tras lotniczych z łącznością internetową, zwiększającej się prędkości połączeń i przepustowości danych w ciągu kolejnych kilku lat samolot przestanie być jedną z ostatnich wolnych stref na świecie bez połączeń internetowych. Niewykluczone więc, że za kilka lat tryb samolotowy w naszych smartfonach przestanie istnieć – mówi Agnieszka Zielińska, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Czy dzięki sztucznej inteligencji możemy mieć sprawniejszy wymiar sprawiedliwości?

Nie ma idealnych sędziów, ale można będzie ich zastąpić algorytmami i sztuczną inteligencją. Każdy sędzia jest przecież obciążony własnymi przeżyciami, które mogą mieć wpływ na orzekane wyroki. Algorytmy tej wady nie mają, procesy sądowe trwałyby krócej, ale to jeszcze nie oznacza, że tak działający wymiar sprawiedliwości byłby lepszy.

Sztuczna inteligencja to technologia i dziedzina badań naukowych informatyki na styku z neurologią, psychologią, a nawet ze współczesną filozofią. Głównym zadaniem badań nad sztuczną inteligencją (Al) jest konstruowanie maszyn i programów komputerowych zdolnych do realizacji wybranych funkcji umysłu i ludzkich zmysłów. Problemy takie są nazywane AI-trudnymi i zalicza się do nich systemy eksperckie i diagnostyczne. Rozwiązywane są dzięki algorytmom, które ułatwiają podejmowanie decyzji w warunkach braku wszystkich danych.

Już obecnie algorytmy wykorzystywane są na lotniskach. Jeżeli słyszymy, że ktoś losowo został wybrany do kontroli podczas odprawy, to prawdopodobnie nie jest to wybór przypadkowy. Algorytmy wybrały taką osobę na podstawie tego, co zapisane jest w naszej twarzy.

A czy dzięki Al możemy mieć sprawniejszy wymiar sprawiedliwości? – Rodzi się pokusa, zwłaszcza w takich sytuacjach, o których mówimy: ten sędzia nigdy nie prowadził samochodu więc nie ma pojęcia, jak się zachować na drodze, a ten sędzia był pokrzywdzony kradzieżą, więc wymierzył większą karę – mówi dr Mateusz Woiński, z Kolegium Prawa Akademii Leona Koźmińskiego. – Wykorzystanie algorytmów może być pewną pomocą, ale nie wyobrażam sobie sytuacji, by zastąpiły sędziego.

– Przy obecnym stanie wiedzy nie wyobrażam sobie także takiej sytuacji, gdy algorytmy oceniałyby wiarygodność świadka – dodaje M.Woiński.

Jak podaje Grand View Research, do 2025 r. wartość światowego rynku sztucznej inteligencji wyniesie już ponad 35 mld dolarów. To oznacza wzrost o blisko 60 proc. Inwestują w nią banki, ale nie tylko, bo tworzy potężne zasoby wiedzy o naszej prywatności, która może być wykorzystana na różne sposoby, dlatego Al i algorytmy to także zagrożenie dla praw obywatelskich.

Konstytucja Biznesu w komisji sejmowej – potrzebne wsparcie przedsiębiorców

Obecnie trwają prace sejmowe nad Konstytucją Biznesu. To akt prawny wyczekiwany przez przedsiębiorców. Proces jego powstawania nie był łatwy, a samo skierowanie go do Sejmu długo odkładane. Tymi, którzy najbardziej atakowali ten projekt w konsultacjach społecznych i prawdopodobnie będą robić to dalej, są urzędnicy.

– Konstytucja Biznesu jest korzystna dla przedsiębiorców, jednak narusza urzędnicze status quo, co będzie stanowić dla nich poważny problem – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich – Należy mówić o tym w tej chwili, ponieważ napisanie dobrego prawa to jedynie 40 proc. sukcesu. Następnym etapem stanowiącym kolejne 20 proc. jest przegłosowanie regulacji w Sejmie bez zmian, które mogą je osłabić. Pozostała część to wdrożenie nowego prawa. W przypadku projektu Ministerstwa Rozwoju można obawiać się właśnie obstrukcji ze strony urzędników, mimo że przepisy te są napisane dobrze. Dlatego właśnie jeszcze na etapie stanowienia prawa należałoby pomyśleć o wprowadzeniu odpowiednich rozporządzeń, które będą na tyle precyzyjne, aby nie pozwolić na sprzeniewierzenie tego, co zostało dotychczas wypracowane. Apelujemy do wszystkich przedsiębiorców oraz łączących ich organizacji o udział w obradach komisji sejmowej.Należy wesprzeć rząd w kwestii dobrych rozwiązań, a te niedostateczne – spróbować poprawić, ale przede wszystkim, być tam – podkreślił Kowalski.

Grywalizacja – gdy biznes i rozrywka idą w parze

Głównym założeniem grywalizacji jest fakt, że ludzie lubią mechanizm gry, czyli zabawę i nagrody. Firmy dostrzegły w tym potencjał i zaczynają wykorzystywać mechanizmy z gier do zwiększania swojej skuteczności biznesowej. Bazując na elementach wirtualnej rzeczywistości i systemie pozytywnych wzmocnień w postaci punktów i nagród, organizacje angażują, motywują oraz rozwijają pożądane u pracowników kompetencje. Grywalizacja jest uznawana za jeden z najciekawszych i coraz bardziej liczących się trendów rynkowych najbliższych lat.

Firmy z ciekawością analizują możliwości wynikające z zastosowania mechanizmów z gier do zwiększania swojej konkurencyjności i efektywności. Część z nich, idzie o krok dalej i inwestuje środki w realizację projektów opartych na grywalizacji, aby stworzyć przydatne menedżerom narzędzia do zarządzania.

Eniro Polska, dostawca rozwiązań marketingu internetowego jako jedna z niewielu firm w Polsce, wdrożyła i realizuje od kilku miesięcy kompleksowy projekt grywalizacyjny, wspierający wzrost kompetencji i efektywności konsultantów sprzedaży. Bazując na grywalizacji, czyli wykorzystaniu mechanizmów z gier do budowania motywacji i aktywizowania pracowników, firma pozyskała nowe rozwiązanie, które wspiera procesy biznesowe i działania employer branding.

W projekcie uczestniczy cała, 400-osobowa organizacja, składająca się z Telesprzedaży oraz Sprzedaży Bezpośredniej. Pracownicy Działu Sprzedaży w Eniro Polska doradzają polskim przedsiębiorcom w zakresie marketingu internetowego. Ich wiedza na temat nowoczesnych rozwiązań z zakresu reklamy online, SEO czy innych narzędzi musi być regularnie utrwalana i poszerzana. Firma myśląc o skutecznym rozwoju kompetencji pracowników, na bieżąco poszukuje ciekawych i nowych metod, które mogą wesprzeć proces szkoleń i rekrutacji. Szczególnie inwestuje w pomysły, które pozwalają digitalizować wewnętrzne procesy. Grywalizacja w nowoczesny sposób łączy codzienne obowiązki z edukacją i rozrywką. Wyznacza również jasno określone cele, których zdobycie jest dla pracowników wyzwaniem pozwalającym zdobywać wiedzę i umiejętności kluczowe dla organizacji.

Grywalizacja polega na wprowadzaniu do codziennej pracy mechanizmów znanych z gier takich jak zadania, wyzwania, zdobywanie punktów czy gromadzenie odznak lub wirtualnej waluty. Od grudnia 2016 r. zespół sprzedażowy Eniro Polska rozpracowywał tajemnice miasta NI York Salescity, w którym podejrzany przedsiębiorca Krystian Cień próbował wprowadzić monopol i usuwał konkurencję z rynku. Uczestnicy grywalizacji wcielali się w rolę dziennikarza śledczego, który stopniowo odsłaniał kulisy intrygi, doprowadzając do uzdrowienia sytuacji w mieście. Fabule towarzyszyły liczne misje edukacyjne oraz wyzwania sprzedażowe, za które można było zebrać punkty doświadczenia oraz tzw. „bitsy” czyli wirtualne pieniądze. Zarówno punkty, jak i „bitsy” pozwalały na zdobycie nagród – a tych było ponad 1000!

Anna Strutyńska, Dyrektor HR w Eniro Polska
Anna Strutyńska, Dyrektor HR w Eniro Polska

Grywalizacja pozwoliła nam zintegrować w jednym miejscu wiele istniejących wcześniej aktywności motywujących i edukujących Dział Sprzedaży, takich jak rankingi, konkursy, szkolenia produktowe czy sprzedażowe. Pozytywnie zaskoczyła nas frekwencja – aż 97% uczestników zalogowało się do systemu, a blisko 50% ukończyło wszystkie misje i wyzwania. Grywalizacja przełożyła się na wzrost kompetencji cyfrowych, które teraz potwierdzamy wewnętrznym programem certyfikacji. – mówi Anna Strutyńska, Dyrektor HR w Eniro Polska. Dodatkowym aspektem jest też wzrost zaangażowania i entuzjazmu. Osoby biorące aktywny udział w NI York Salescity chwaliły zarówno atrakcyjność tej formy edukacji, jak i możliwość zdobycia różnych nagród. Pojawiały się, charakterystyczne dla gier, zachowania i emocje. W jednym z regionów skrócono nawet codzienne spotkanie sprzedaży, aby zdążyć na otwarcie sklepu z nagrodami. – dodaje Anna Strutyńska.

Projekt został bardzo dobrze przyjęty przez menedżerów sprzedaży, którzy otrzymali dodatkowe narzędzie do motywowania zespołów.

Joanna Hampel, Dyrektor Sprzedaży w Eniro Polska
Joanna Hampel, Dyrektor Sprzedaży w Eniro Polska

Jesteśmy jedną z niewielu firm, które zdecydowały się na wdrożenie tak dużego projektu grywalizacyjnego dedykowanego wyłącznie sprzedaży. W firmie, która opiera swój biznes na codziennej sprzedaży wprowadzanie nowoczesnych rozwiązań, które zachęcają do systematycznej pracy i stałego wzrostu kompetencji jest niezwykle istotne. W ostatnim czasie znacząco poszerzyliśmy ofertę dla biznesu (m.in. SEO, NETskaner), dlatego w grywalizacji położyliśmy nacisk na umiejętność oferowania pełnego portfolio produktów. Dodatkowym celem biznesowym w 2017 roku jest wzrost sprzedaży do nowych klientów, którzy jak wiadomo są podstawą rozwoju każdej firmy. W tym roku, m.in. dzięki grywalizacji, uda się ten wzrost osiągnąć. – mówi Joanna Hampel, Dyrektor Sprzedaży w Eniro Polska.

Obecnie Eniro Polska kontynuuje projekt w nowej odsłonie – tym razem sportowej. W „Mistrzostwach Eniro” (bo tak nazywa się druga edycja grywalizacji) ponownie bierze udział cała organizacja sprzedażowa, a rywalizacja odbywa się zarówno na poziomie grupowym jak i indywidualnym. Dostawcą rozwiązań grywalizacyjnych dla Eniro Polska jest firma Gamfi.

Grywalizacja jest jednym z najciekawszych konceptów łączących biznes i edukację, który pojawił się niedawno na polskim rynku i budzi coraz większe zainteresowanie firm. Zastosowanie rozwiązań opartych na grywalizacji, pozytywnie wpływa na rozwój organizacji, zwiększa motywacje i zaangażowanie pracowników. Pozyskanie i utrzymanie dobrego zespołu jest coraz większym wyzwaniem dla wielu organizacji, dlatego firmy myślące proaktywnie, sięgają po niestandardowe rozwiązania – takie jak grywalizacja.

Wysoki wkład własny przy kredycie na zakup mieszkania hamuje rynek. Wyklucza też dużą część potencjalnych nabywców

Wysoki wkład własny przy kredycie na zakup mieszkania hamuje rynek. Wyklucza też dużą część potencjalnych nabywców 1

Wymagany obecnie 20-proc. wkład własny przy zaciąganiu kredytu na zakup mieszkania pozytywnie wpływa na stabilność rynku, ale wyklucza z niego wielu kredytobiorców, którzy nie dysponują kilkudziesięcioma tysiącami złotych na swoje pierwsze lokum. Wysokość wkładu własnego można regulować, w zależności od kondycji branży nieruchomości i oceny ryzyka – podkreślają eksperci fundacji HRE Think Thank. Przy ścisłym nadzorze pozwoli to kupić własne M osobom, które do tej pory nie mieściły się w restrykcyjnych wymogach. 

– Polacy powinni mieć szansę zaciągnięcia kredytu z mniejszym wkładem własnym na pierwsze mieszkanie. W tej chwili system traktuje jednakowo tych, którzy kupują w celach inwestycyjnych, oraz tych, którzy kupują pierwsze lokum. Ryzyko wśród tych dwóch rodzajów kredytobiorców jest różne. Patrząc całościowo na nasz rynek i stabilność systemu finansowego, wkład własny może być bardziej elastyczny i brać pod uwagę końcowe ryzyko po stronie kredytobiorców – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Grabowski, prezes fundacji Centrum Myśli Strategicznej, członek zarządu HRE Think Tank.

Począwszy od 2014 roku Komisja Nadzoru Finansowego stopniowo zaostrzała wymogi dotyczące wysokości wkładu własnego na zakup mieszkania – miało to skłonić banki do prowadzenia bardziej restrykcyjnej polityki kredytowej i wyeliminowania z oferty kredytów na 100 proc. wartości kupowanej nieruchomości. Od stycznia 2017 roku minimalny wkład własny przy zakupie mieszkania wynosi 20 proc. jego wartości. To oznacza, że przy zakupie 55-metrowego mieszkania w Warszawie potencjalny kredytobiorca musi wyłożyć na start co najmniej 80 tys. zł.

To duża bariera wykluczająca wielu nabywców, którzy nie dysponują kilkudziesięcioma tysiącami złotych na swoje pierwsze mieszkanie – to główny wniosek z raportu opracowanego przez analityków HRE Think Thank.

Wkład własny był najbardziej popularnym narzędziem polityki makroostrożnościowej. Został przyjęty przez wiele krajów po kryzysie z lat 2007–2008 roku, którego jednym ze sprawców był właśnie rynek mieszkaniowy. Polska na początku przyjmowała instrument wkładu własnego jako miękkie zalecenie, ale już od czterech lat jest to zalecenie twarde i banki muszą się stosować do tych wytycznych – mówi Maciej Grabowski.

Przykłady innych rynków europejskich pokazują, że limit LtV (czyli wielkości kredytu do wartości nieruchomości) ma pozytywny wpływ na wyhamowanie dynamiki cen na rynku nieruchomości i pozytywnie wpływa na jakość portfela kredytów mieszkaniowych. W Irlandii po wprowadzeniu tego instrumentu odsetek kredytów mieszkaniowych opóźnionych w spłacie powyżej 90 dni obniżył się z 16,9 do poziomu 10,6 proc. (lata 2013–2017).

Jak pokazują doświadczenia innych krajów europejskich wkład własny jako instrument ma bardzo różne możliwości oddziaływania. Generalnie uznaje się, że jest skuteczny, natomiast w przypadku rynku, gdzie występuje popyt gotówkowy albo popyt spekulacyjny nieoparty o kredyt znaczenie tego instrumentu jest słabsze. Przykładem jest Hiszpania, jeden z nielicznych krajów, w których przed kryzysem obowiązywał wkład własny, co w ogóle nie zabezpieczyło tamtejszego rynku przed gigantycznym krachem na rynku nieruchomości – mówi Maciej Grabowski.

Czynnikiem, który może zaburzać skuteczność tego instrumentu, jest też rosnąca liczba mieszkań kupowanych za gotówkę – tak jak obecnie dzieje się w Polsce.

Wysokość wkładu własnego jest zróżnicowana na poszczególnych rynkach. Rozwiązania przyjęte w różnych krajach są odmienne pod względem elastyczności, możliwych wyjątków od tej reguły czy podmiotów, których ona dotyczy. Niektóre kraje wprowadziły różnicowanie wielkości LtV w zależności od celu, na który udzielany jest kredyt mieszkaniowy (np. Irlandia, Finlandia, Cypr). Eksperci wskazują, że kredytobiorcy, którzy kupują nieruchomość w celach inwestycyjnych, mają większy apetyt na ryzyko.

Kredyty zaciągane na zakup pierwszego mieszkania są lepiej spłacane niż kredyty w celach inwestycyjnych. To mocny argument za tym, żeby wysokość wkładu własnego była niższa dla takich kredytobiorców – mówi Maciej Grabowski.

Dlatego wysokość wskaźnika LtV należałoby zróżnicować w zależności od tego, na jaki cel zaciągany jest kredyt mieszkaniowy. Niższe ryzyko kredytobiorców finansujących kredytem zakup pierwszego M powinno być uwzględnione w wyższym LtV. Ze względów ostrożnościowych taką preferencję można też powiązać z limitem wysokości udzielanego kredytu (np. maksymalnie do 350 tys. zł). Takie rozwiązanie otworzyłoby rynek mieszkaniowy dla gospodarstw o niskim ryzyku kredytowym, nie stwarzając przy tym zagrożenia dla systemu finansowego.

Jak zauważają analitycy HRE Think Tanku, w przypadku Polski trzeba też brać po uwagę ryzyko wzrostu stóp procentowych (które są w tej chwili na historycznie niskim poziomie) jako czynnika, który destabilizuje rynek nieruchomości i rynek kredytowy.

Biorąc pod uwagę perspektywę roczną czy dwuletnią, podwyżki wydają się raczej przesądzone. Jeżeli kredyt byłby zaciągany na stałą stopę, można sobie wyobrazić, że wtedy ten wkład własny również byłby mniejszy – zauważa Maciej Grabowski.

Prezes fundacji Centrum Myśli Strategicznej zauważa, że w tej chwili po stronie kredytów mieszkaniowych nie widać żadnych sygnałów świadczących, żeby było to źródło ewentualnych przyszłych kłopotów na rynku finansowym. Jednak stały monitoring rynku i stworzenie systemu wczesnego ostrzegania o nadchodzących problemach czy narastaniu bańki cenowej to warunek oceny kondycji rynku nieruchomości.

Monitoring na rynku i wczesne ostrzeganie przed narastającymi niekorzystnymi zjawiskami jest niezwykle potrzebnym narzędziem. Biorąc pod uwagę cykliczność na rynku kredytów mieszkaniowych i nieruchomości w ogóle, można sobie wyobrazić, że narzędzie makroostrożnościowe, jakim jest wkład własny, może być powiązane z tymi cyklami. Jeżeli wskaźnik wyprzedzający wskazuje, że rynek idzie ku dołowi i zmierzamy w kierunku przegrzania, wtedy automatycznie ten wskaźnik może być zaostrzany – mówi Maciej Grabowski.

Jak wskazują eksperci, wysokość wskaźnika LtV powinna być elastycznie powiązana z cenami na rynki nieruchomości. Przy bardzo dobrej koniunkturze i gwałtownym wzroście cen automatyczne zaostrzenie wymogów dotyczących wkładu własnego może ograniczać presję cenową. Z drugiej strony jeżeli rynek wejdzie w fazę spowolnienia, obniżenie tych wymogów może skutkować ożywieniem na rynku mieszkaniowym.

HRE Think Tank jest wspólnym przedsięwzięciem fundacji Centrum Myśli Strategicznych, Heritage Real Estate i Murapolu.

W Polsce segment mieszkań na wynajem praktycznie nie istnieje. To nisza, którą w kolejnych latach będą rozwijać inwestorzy

W Polsce segment mieszkań na wynajem praktycznie nie istnieje. To nisza, którą w kolejnych latach będą rozwijać inwestorzy 2

Polski rynek nieruchomości komercyjnych dynamicznie się rozwija. Napędza go głównie sektor biurowy i handlowy, które wciąż mają przed sobą bardzo dobre perspektywy. W porównaniu z rynkami zachodnimi w tyle wciąż pozostaje sektor hotelowo-turystyczny. Brak też dużych inwestycji w mieszkania na wynajem. W tym kierunku będą w kolejnych latach podążać inwestorzy – ocenia szef sprzedaży zagranicznej banku hipotecznego Deutsche Hypo.

Najistotniejsza różnica pomiędzy rynkiem polskim a bardziej rozwiniętymi rynkami europejskimi polega na tym, że stosunkowo niewiele jest transakcji na rynku hotelowym i turystycznym. Czas tego segmentu dopiero nadejdzie. Powinien się do tego przyczynić znaczący wzrost ruchu turystycznego w Warszawie i w innych miastach regionalnych. Powstaje coraz więcej hoteli i ktoś te inwestycje musi sfinansować – mówi Thomas Staats, dyrektor Departamentu Sprzedaży Zagranicznej w banku Deutsche Hypothekenbank.

W pierwszym półroczu 2016 roku w inwestycje na polskim rynku hotelowym sięgnęły zaledwie 4 mln euro. Jednak w tym roku Polska awansowała na pozycję lidera regionu Europy Środkowo-Wschodniej zarówno pod względem wolumenu zainwestowanego kapitału, jak i liczby transakcji. W I półroczu br. sfinalizowano 16 transakcji na kwotę 350 mln euro. Dla porównania na najważniejszych rynkach hotelowych regionu CEE odnotowano łącznie 34 transakcje na ponad 700 mln euro – wynika z podsumowania firmy doradczej Cushman&Wakefield.

Polski rynek hotelowy wciąż jest w fazie rozkwitu. W latach 2006–2015 liczba turystów korzystających z usług hoteli wzrosła w Polsce o 86 proc., natomiast krajowa baza noclegowa zwiększyła się o 80 proc. – wynika z danych firmy doradczej Christie&Co.

Rynek wciąż jest chłonny, a dużo przestrzeni na nowe inwestycje jest szczególnie w segmencie budżetowym. Według GUS na koniec ubiegłego roku liczba skategoryzowanych hoteli w Polsce wyniosła 2450, a liczba pokoi – 126 tys. Tylko 14 proc. obiektów to hotele sieciowe, podczas gdy w innych krajach jest to średnio 30 proc. – zauważa firma doradcza EY („Poland. The real state of real estate”).

Najbardziej atrakcyjne rynki hotelowe to Warszawa, Wrocław, Trójmiasto czy Kraków, odwiedzany rokrocznie przez około 10 mln turystów. Tylko w ubiegłym roku krakowska baza hotelowa powiększyła się o pięć nowych inwestycji i ponad 520 pokoi.

Sektorem, który w Polsce praktycznie nie istnieje – w porównaniu z rynkami zachodnimi – są mieszkania na wynajem. Chodzi o sytuację, gdy inwestorzy instytucjonalni kupują dużą działkę, budują kilkaset mieszkań i wynajmują je ludziom, którzy nie chcą mieć lokum na własność. Taki produkt jest w tej chwili praktycznie niedostępny, ale rynek będzie się rozwijał w tym kierunku w kolejnych latach – uważa Thomas Staats.

Dane Eurostatu pokazują, że raptem 5 proc. Polaków wynajmuje mieszkania na rynkowych zasadach. Rynek najmu jest słabo rozwinięty, co wynika głównie z faktu, że Polacy nadal wolą kupować niż wynajmować lokum – nawet jeżeli muszą się posiłkować kredytem hipotecznym. Ponad 80 proc. mieszkań w Polsce znajduje się w rękach prywatnych.

Inwestycje w nieruchomości na wynajem są bezpieczne dla banków. To długoterminowy biznes, bardzo dochodowy, a jednocześnie obciążony niewielkim ryzykiem. Takie rozwiązania trzeba rozwijać też na rynku polskim – mówi Thomas Staats.

Deutsche Hypothekenbank jest bankiem hipotecznym, który specjalizuje się w finansowaniu nieruchomości komercyjnych oraz transakcjach na rynku kapitałowym. Prowadzi działalność od blisko 150 lat. W 2014 roku niemiecki gigant wszedł do Polski, uznając ją jeden z najbardziej perspektywicznych i najszybciej rosnących rynków nieruchomości komercyjnych w Europie.

Koncentrujemy się na tradycyjnych sektorach, takich jak powierzchnie handlowe i biurowe. To są dla nas główne motory wzrostu. Dziś inwestycje w segmencie biur lekko wyhamowują, co wynika z faktu, że w ostatnich kilku latach pojawiło się wielu inwestorów instytucjonalnych, którzy zamierzają trzymać swoje inwestycje przez dłuższy czas. Stąd lekki spadek płynności w całym sektorze, ale nowych inwestycji nie brakuje. Warszawa ma dziś 5 mln mkw. powierzchni biurowych i jest sporo nowych umów, ale przedłużane są również te już istniejące. To główny czynnik napędzający rynek – mówi Thomas Staats.

Polska jest w tej chwili największym rynkiem i liderem Europy Środkowo-Wschodniej pod względem wolumenu transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych – wynika z danych firmy doradczej EY. W ubiegłym roku ich wartość wyniosła blisko 4,6 mld euro – to najwyższy wynik od 2006 roku. W największym stopniu odpowiadają za to nieruchomości handlowe i biurowe.

W ubiegłym roku inwestorzy oddali też do użytku rekordową liczbę biur (ponad 900 tys. mkw.), a łączna dostępna na polskim rynku powierzchnia biurowa przekroczyła już 9 mln mkw. Zapotrzebowanie kreuje w głównej mierze sektor nowoczesnych usług dla biznesu (w Polsce działa już około tysiąca centrów BPO/SSC) – podaje EY.

Z kolei całkowite zasoby powierzchni handlowej wyniosły w I połowie tego roku około 11,2 mln mkw. Na koniec półrocza w budowie znajdowało się ok. 750 tys. mkw. centrów handlowych, z czego około połowa z terminem oddania do użytku przypadającym jeszcze w tym roku. Nasycenie powierzchnią centrów handlowych w Polsce na koniec półrocza wyniosło 293 mkw. na tysiąc mieszkańców i wciąż jest niższe niż w Europie Zachodniej. W tym samym okresie w aktywa handlowe zainwestowano 860 mln euro (dane Colliers)

Przedstawiciel Deutsche Hypo ocenia, że poza rynkiem biurowym i handlowym dobre perspektywy ma przed sobą również segment logistyczny. Ze względu na centralne położenie i coraz lepszą infrastrukturę drogową Polska jest bardzo atrakcyjna dla firm logistycznych. Na koniec ubiegłego roku łączna powierzchnia magazynowa przekraczała 11 mln mkw., a w budowie było kolejne 1,5 mln mkw. magazynów.

Segment logistyczny rozwija się w całej Europie i próbujemy na tym zarabiać. W Polsce połączenia drogowe są coraz lepsze i będzie ich przybywać. Dzięki temu rozwijają się centra regionalne, takie jak Lublin, który może przyciągać coraz więcej inwestycji z sektora BPO. Bezrobocie jest bardzo niskie, zaczyna więc brakować utalentowanych pracowników, w związku z tym dla firm z sektora BPO bardzo ważne jest, by dotrzeć do uniwersytetów, do dobrze wykształconych ludzi. Niektóre miasta nie nadążają już z podażą pracowników, co powoduje konieczność rozbudowania sektora biurowego w innych miastach – mówi Thomas Staats.

W 61 proc. dużych firm doszło do wycieku danych przez brak zabezpieczeń w urządzeniach drukujących. Takich ataków będzie coraz więcej

W 61 proc. dużych firm doszło do wycieku danych przez brak zabezpieczeń w urządzeniach drukujących. Takich ataków będzie coraz więcej 3

W tym roku 61 proc. dużych firm w Stanach Zjednoczonych i Europie zgłosiło wyciek danych spowodowany brakiem zabezpieczeń w urządzeniach drukujących. Dostęp do wrażliwych danych przez osoby nieuprawnione może mieć poważne skutki dla przedsiębiorstwa, wśród nich straty finansowe i wizerunkowe. Urządzenia drukujące mają istotny wpływ na bezpieczeństwo informacji, a ich rola jest często bagatelizowana w kontekście dbania o bezpieczeństwo dokumentów.

– Z najnowszych badań wynika, że 61 proc. firm w ciągu ostatniego roku odnotowało nieuprawniony dostęp do danych z poziomu urządzenia drukującego. Niesie to za sobą dwojakie konsekwencje dla przedsiębiorstwa. Z jednej strony wizerunkowe, z drugiej strony – finansowe, wynikające z przepisów o ochronie danych osobowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Zwierzchowski z Ricoh Polska.

Brak zabezpieczeń w urządzeniach drukujących ma istotny wpływ na bezpieczeństwo całej firmy. Potwierdza to raport Quocirca, według którego ponad 60 proc. największych firm w Stanach Zjednoczonych i Europie zgłosiło wyciek danych związany właśnie z brakiem zabezpieczeń na urządzeniach drukujących. Dla firmy może to oznaczać pokaźne kary, zwłaszcza w świetle przepisów RODO, które wejdą w życie w maju 2018 roku. Obecne przepisy umożliwiają nałożenie na przedsiębiorców kar nieprzekraczających jednorazowo 50 tys. zł. Po wejściu w życie przepisów RODO kary będą już znacznie bardziej dotkliwe.

– W myśl nowej ustawy na firmę, w której dojdzie do takiego incydentu, mogą być nałożone kary pieniężne w wysokości nawet 20 mln euro lub 4 proc. jej rocznego globalnego obrotu – przypomina Tomasz Zwierzchowski.

Firmy i organizacje będą zmuszone wdrożyć rozwiązania i procedury, które zagwarantują wysoki poziom bezpieczeństwa informacji o ich klientach. Będą musiały również każdorazowo uzyskiwać zgodę swoich klientów na przetwarzanie ich danych osobowych oraz raportować każdy wyciek danych i nieautoryzowany dostęp.

– Procedury ochrony danych osobowych w firmie powinny być oparte na trzech podstawowych filarach. To poufność, dostępność i integralność. Firmy muszą pamiętać o tym, żeby procedury, które wdrażają, nie miały negatywnego wpływu na jakość dostępu do tych informacji. Skala zagrożeń rośnie wprost proporcjonalnie do liczby danych przetwarzanych przez daną firmę. Przedsiębiorstwa powinny podchodzić do tego procesu w sposób holistyczny, dbać o bezpieczeństwo danych od samego początku ich przetwarzania – wskazuje ekspert Ricoh Polska.

Zwierzchowski podkreśla, że obieg dokumentów obejmuje teraz znacznie więcej różnych urządzeń. To powoduje, że rośnie też liczba potencjalnych zagrożeń. Odpowiednia strategia bezpieczeństwa informacji powinna uwzględniać większe możliwości ataku. Z raportu „Co wiemy o ochronie danych” przygotowanego przez Fundację Wiedza To Bezpieczeństwo wynika zaś, że jednym z największych zagrożeń dla bezpieczeństwa jest nieprzywiązywanie dostatecznej uwagi przez przedsiębiorców do ochrony przetwarzanych informacji.

– Firma przede wszystkim powinna być świadoma swoich najsłabszych punktów, żeby móc przygotować odpowiednią strategię. Natomiast bardzo często okazuje się, że najsłabszym elementem, niestety, jest człowiek, bo np. jakiś ważny dokument może pozostać na szybie skanera – tłumaczy przedstawiciel Ricoh Polska.

Nawet najlepsze zabezpieczenia mogą się okazać niewystarczające, jeśli pracownicy nie będą przykładać wystarczającej wagi do poufności danych i bezpieczeństwa informacji. Podczas planowania szkoleń firmy powinny powinny brać też pod uwagę informatyczne kompetencje pracowników. Zwłaszcza że – jak wynika z badania zrealizowanego przez Censuswide na zlecenie Ricoh – 34 proc. pracowników nie ma odpowiednich umiejętności, aby korzystać z podstawowego sprzętu biurowego czy oprogramowania.

– Infrastruktura druku to często niedostrzegane ogniwo całego łańcucha obiegu dokumentów w firmie. Na przestrzeni ostatniej dekady funkcje w tych urządzeniach znacznie się rozszerzyły. To nie jest już tylko funkcja druku czy skaner. Te urządzenia pełnią bardzo ważną rolę w całym procesie obiegu dokumentów, przenoszą dokumenty do zasobów sieciowych, digitalizują je i archiwizują – mówi Zwierzchowski.

Cyberbezpieczeństwo to jedno z głównych wyzwań dla biznesu. Zespół CERT Orange Polska prognozuje, że w tym roku nastąpi wzrost liczby ataków z wykorzystaniem internetu rzeczy, m.in. właśnie urządzeń drukujących. Dlatego istotne jest odpowiednie zabezpieczenie drukowanych czy skanowanych informacji. Nowoczesne urządzenia drukujące Ricoh są wyposażone w szereg funkcji, które znacznie zwiększają bezpieczeństwo dokumentów.

– To m.in. dziewięciokrotne nadpisywanie danych na dysku twardym, skanowanie do formatu PDF szyfrowanego hasłem czy cyfrowym podpisem. Do urządzeń autoryzujemy się kartą lub możemy korzystać z funkcji wydruku podążającego. Polega to na tym, że wypuszcza się wydruk ze swojego komputera, a następnie można go zwolnić na urządzeniu, z którego chce się wydrukować, za pomocą takiej karty, jaką otwiera się drzwi do biura – wymienia Tomasz Zwierzchowski.

Polska branża spożywcza nie radzi sobie z marketingiem. Spada wartość wydatków na reklamę

Polska branża spożywcza nie radzi sobie z marketingiem. Spada wartość wydatków na reklamę 4

Firmy z sektora spożywczego nie traktują marketingu jako priorytetu i tną wydatki na promocję – mówi Jakub Bierzyński, dyrektor zarządzający OMD Poland. A to przekłada się na problemy z budowaniem siły marki wśród konsumentów. Jak podkreśla ekspert, branża niewystarczająco wykorzystuje potencjał, jaki dają media społecznościowe. To ogranicza jej możliwość reagowania na kryzysy wizerunkowe.

Polskie firmy z sektora spożywczego borykają się z problemem właściwego brandingu, a więc budowania marki i inwestowania w marketing. Dotyczy to zarówno nowych, dopiero wprowadzanych na rynek towarów, jak i produktów istniejących na nim od dłuższego czasu.

– Widziałbym dwie linie, bardzo mocno rozchodzące się, mówię tu o wydatkach na reklamę w branży spożywczej i w branży handlu detalicznego. Jeszcze 5 lat temu handel wydawał tyle samo na reklamę, ile spożywka, dzisiaj wydaje dwa razy więcej niż firmy spożywcze – mówi agencji informacyjnej Newseria Jakub Bierzyński, dyrektor zarządzający OMD Poland.

Badania rynkowe pokazują, że branża spożywcza nie wykorzystuje potencjału reklamy, choć jest jednym z liderów w nakładach na reklamę na polskim rynku. W rankingu wartości sektorów reklamowych firmy Starcom branża żywności zajmuje trzecią pozycję.

W trzech kwartałach 2017 roku wydała na reklamę ponad 608 mln zł, podczas gdy rok wcześniej wydatki te wyniosły blisko 650 mln zł. Oznacza to, że sektor żywności zanotował spadek inwestycji reklamowych o 6,3 proc. Sektor handlu detalicznego natomiast zwiększył wydatki na reklamę o prawie 11 mln zł – w ciągu 9 miesięcy 2017 roku inwestycje branży handlowej w tym zakresie były o ponad 300 mln zł większe niż sektora spożywczego. Zdaniem ekspertów jest to bardzo niebezpieczny trend dla rynku żywności.

– Budowanie marek i inwestycje w marketing nigdy nie były priorytetem tej branży. Pamiętajmy, że to w większości są albo przedsiębiorstwa kiedyś państwowe, albo przedsiębiorstwa budowane jako firmy rodzinne od wielu lat. One muszą dojrzeć do koncepcji, że marketing nie jest wydatkiem, a jest inwestycją – mówi Jakub Bierzyński.

Dla działań reklamowych branży spożywczej istotnym narzędziem powinny być media społecznościowe, zwłaszcza najpopularniejsze z nich, czyli Facebook. Platformy te dają możliwość kreowania wizerunku marki, efektywnej komunikacji z potencjalnym klientem poprzez zindywidualizowanie przekazu reklamowego oraz testowania nowych produktów czy opakowań. Testy w mediach społecznościowych przy niewielkim nakładzie finansowym,niejednokrotnie dają lepsze efekty niż kosztowne badania i analizy marketingowe.

– Facebook to medium docierające do 12 milionów ludzi, średnio dwanaście razy dziennie, to ogromna platforma komunikacji nadająca się do promowania nowych i starych marek – mówi Jakub Bierzyński.

Media społecznościowe są także doskonałą formą komunikacji zwrotnej z klientem, zwłaszcza w zakresie zarządzania kryzysowego. Firmy obecne na Facebooku, Instagramie czy Twitterze bardzo szybko otrzymują bowiem informację o problemie wizerunkowym, dzięki czemu są w stanie sprawnie na niego zareagować.

– Bez tego kanału mamy zamknięte oczy, jak dziecko, zamykamy oczy i udajemy, że nas nie ma. Niestety jest to o wiele bardziej skomplikowane, my tam będziemy, ten kryzys się odbędzie, tylko albo możemy mieć na niego wpływ, albo nie – mówi Jakub Bierzyński.

W 2022 r. rynek modowy w Polsce osiągnie wartość ponad 43 mld zł. To coraz bardziej perspektywiczna branża dla młodych ludzi

W 2022 r. rynek modowy w Polsce osiągnie wartość ponad 43 mld zł. To coraz bardziej perspektywiczna branża dla młodych ludzi 5

Polskie firmy odzieżowe nie boją się rywalizacji nawet na zagranicznych rynkach i nie mają wobec zachodniej konkurencji kompleksów. Według prognoz PMR rynek odzieży i obuwia w Polsce w 2022 roku osiągnie wartość 43,2 mld zł. Także globalnie staje się coraz większą siłą gospodarczą. Sukcesy krajowych firm powodują, że branża ta przyciąga coraz więcej młodych osób, które wybierają tę ścieżkę kariery. 

– Przemysł modowy stał się ogromnym biznesem. Do tej pory postrzegany był jako część show-biznesu, ale wiemy, że jest on już bardzo mocno poparty liczbami. Chociażby samym faktem, że ta gospodarka globalnie jest warta ponad 2,5 tryliona dolarów rocznie i stanowi ok. 2 proc. PKB – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Urszula Wiszowata, kierownik studiów podyplomowych Prawo i zarządzanie w sektorze mody na Uczelni Łazarskiego. – W Polsce ten biznes ma się znakomicie, co możemy obserwować od kilkunastu lat. Polskie firmy już rywalizują z zagranicznymi jak równy z równym. Znamy przypadek ekspansji LPP w Londynie. Dwie nasze spółki są w WIG20. Jest czym się chwalić. 

Na warszawskiej giełdzie notowanych jest kilka polskich firm odzieżowych i obuwniczych. Roczne przychody największych z nich liczone są w miliardach złotych, a zysk netto – w setkach milionów. Są na tyle istotne, że wyznaczono specjalny subindeks sektorowy WIG-odzież. Jego wartość od początku roku wzrosła o ponad 30 proc., nieco mocniej niż WIG20, który zwiększył wartość o niespełna 28 proc.

– Sektor modowy w Polsce rozwija się w tempie bardzo dynamicznym. W latach 90. polskie fabryki były nierentowne w stosunku do fabryk zachodnich. Dziś ta sytuacja się zmieniła – ocenia Agnieszka Oleksyn-Wajda, radca prawny, kierownik studiów podyplomowych Prawo i zarządzanie w sektorze mody na Uczelni Łazarskiego. – Na naszym rynku modowym mamy ponad dwa tysiące zarejestrowanych podmiotów, które zajmują się produkcją odzieży. W rankingach europejskich jesteśmy coraz wyżej – zajmujemy 8. pozycję, jeżeli chodzi o rynek modowy w znaczeniu gospodarczym. Polacy coraz więcej wydają rocznie na ubrania. Jeszcze w 2013 roku wydawaliśmy rocznie około sześciuset złotych, a dziś ponad tysiąc złotych rocznie.

Jak wynika z raportu PMR „Handel detaliczny odzieżą i obuwiem w Polsce 2017. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2017-2022” polski rynek w 2022 r. osiągnie wartość 43,2 mld zł. Oznacza to wzrost w ciągu niespełna dekady o niemal połowę. Już w tym roku wart jest niemal 36 mld zł. Tworzą go nie tylko polskie przedsiębiorstwa, lecz także znane luksusowe zachodnie marki, znane z najdroższych ulic handlowych całego świata.

– Trzeba powiedzieć o dużej polaryzacji. Z jednej strony mamy slow fashion, z drugiej – fast fashion, czyli sieciówki, które rozwijają się w szalonym tempie –tłumaczy Agnieszka Oleksyn-Wajda. – Ale one też są tworzone z myślą o młodej grupie odbiorczej. Firmy z sektora slow fashion kierują się zupełnie inną filozofią sprzedażową, są bardzo mocno nastawione na swoją klientkę, oferują bardzo wiele usług okołoproduktowych. Na oba te kierunki jest na rynku miejsce.

Modą i wizerunkiem interesuje się coraz więcej Polaków – obecnie jest to już 68 proc. społeczeństwa. Wciąż jeszcze głównie są to kobiety, ale w młodszych grupach wiekowych (od 19 do 24 roku życia) ta proporcja się zmienia i widać coraz większą rolę mężczyzn. Wyższy dochód rozporządzalny chętnie przeznaczany jest na zakup ubrań. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że tylko w ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy roku sprzedaż tekstyliów, odzieży i obuwia wzrosła rok do roku o 17,5 proc. w cenach stałych. To najszybciej rosnąca kategoria spośród wyróżnianych przez GUS. W cenach bieżących wynik jest niższy, ale też dwucyfrowy – 11,7 proc.

Rozwój branży mierzy się jednak nie tylko liczbami, lecz także zmianami jakościowymi. Sygnałem szybkich przemian jest np. fakt kształtowania się nowych, nieznanych jeszcze kilkanaście lat temu zawodów, takich jak choreograf czy reżyser modowy.

– Branża modowa jest niezwykle perspektywiczna, chociażby ze względu na jej dynamiczny rozwój. Rynek rośnie o co najmniej 5–6 proc. rocznie, a więc podmiotów jest coraz więcej i możliwości rozwoju również – podkreśla Urszula Wiszowata. – Skoro polskie spółki wychodzą za granicę, to jak najbardziej potrzebują talentów, nie dość, że możemy się zrealizować artystycznie i biznesowo, to jeszcze jest gdzie. Dlatego zachęcam do rozwoju w tej branży, bo sukces jest niemalże gwarantowany.

Mateusz Grzesiak: własny biznes nie jest dla ludzi, którzy szukają w życiu wygody

Mateusz Grzesiak: własny biznes nie jest dla ludzi, którzy szukają w życiu wygody 6

Startując w biznesie, trzeba wybrać dziedzinę, którą się kocha – uważa konsultant i psycholog biznesu dr Mateusz Grzesiak. Dopiero na tej podstawie można opracować wizję firmy, którą się buduje, i właściwe plany strategiczne jego osiągnięcia. Warunkami powodzenia są również wyzbycie się lęku przed porażką, skłonności do wygody i niechęci do podejmowania ryzyka.

Polacy coraz chętniej decydują się na założenie własnej działalności, wciąż jednak zdecydowana większość woli pracę na rzecz innego przedsiębiorcy. Z raportu firmy Provident wynika, że tylko co piąty Polak chciałby zamienić etat na własny biznes. Jedną z przyczyn jest obawa przed porażką, zwłaszcza przed utratą zainwestowanych pieniędzy lub dobrej opinii innych na swój temat. Umowa o pracę daje natomiast poczucie bezpieczeństwa i zdejmuje odpowiedzialność za losy firmy.

– Poczucie bezpieczeństwa jest jedną z podstawowych potrzeb indywidualnych jednostek i grup społecznych. Jednak przesadne przywiązanie do niego jest ograniczające w biznesie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Mateusz Grzesiak, psycholog biznesu.

Zdaniem eksperta człowiek jest w stanie przewidzieć pewne rzeczy i zabezpieczyć się przed nimi, a te elementy naszego życia, które pozostają nieprzewidywalne, powodują powstanie dyskomfortu psychicznego i emocjonalnego. Warunkiem rozwoju jest natomiast pokonywanie problemów pozornie przewyższających nasze możliwości. Psycholog biznesu podkreśla, że na działalność biznesową nie powinny się decydować osoby, które w życiu szukają przede wszystkim wygody i przewidywalności.

 To jest obszar i sposób funkcjonowania dla ludzi, którzy mają wysoką skłonność do ryzyka, którzy są gotowi na to, że na drodze do sukcesu czekają również porażki i nie boją się tego, że im nie wyjdzie – mówi dr Mateusz Grzesiak.

Punktem wyjścia przy rozpoczynaniu działalności biznesowej jest wybór dziedziny, która jest naszą prawdziwą pasją. Robienie tego, co się kocha, nie stanowi gwarancji sukcesu, znacznie ułatwia jednak przezwyciężenie strachu przed porażką. Równie ważne jest pozytywne nastawienie psychiczne do projektu: wiara w siebie i w powodzenie tworzonego przedsięwzięcia. Dopiero wtedy można zacząć wytyczać jasny plan tego, co chce się osiągnąć i opracowywać strategię biznesową.

– Gdy już się pozna to coś, co nas pasjonuje, co moglibyśmy robić przez resztę życia, to wtedy zaczynamy planowanie strategiczne – obmyślamy wizję, misję, obszary naszego działania, za pomocą wartości budujemy kręgosłup moralny firmy, robimy plany strategiczne – mówi dr Mateusz Grzesiak.

Warunkiem sukcesu jest również przyszłościowe, długofalowe myślenie, stały rozwój zawodowy i osobisty, stawianie sobie coraz większych celów, branie feedbacku i ulepszania tego, co już udało się osiągnąć.

Dwa wymiary politycznego poniedziałku

Początek tygodnia na rynku walutowym nie należał do wysoce spektakularnych. Do chwilowego odpływu kapitału w stronę bezpiecznych przystani przyczyniły się doniesienia z Nowego Jorku, gdzie potwierdzono przeprowadzenie ataku z wykorzystaniem improwizowanej bomby. Na czele koszyka walut G10 w dalszej mierze plasuje się nowozelandzki dolar. Za zwyżką kiwi na poziomie 1,1 proc. stoi wybór Adriana Orra na gubernatora RBNZ następnej kadencji. Swoje pięć minut ma również polska polityka, bowiem tekę premiera oraz ministra dwóch resortów obejmie Mateusz Morawiecki.

Udana sesja w wykonaniu miedzi (1,2 proc.) pozytywnie wpłynęła na wycenę dolara australijskiego, który zyskując 0,4 proc. wypycha kurs AUD/USD w okolicę poziomu 0,7540. Niewiele dalej znajdują się frank szwajcarski (0,3 proc.) oraz japoński jen (0,2 proc.). Na koniec dnia walkę o ponowne przebicie poziomu 1,1800 toczy EUR/USD. Obecnie listę zamyka norweska korona (-0,9 proc.), która stała się zakładnikiem odczytów inflacji wyraźnie rozczarowujących rynkowy konsensus. Uwagę inwestorów wyraźnie zwróciły wskazania cen bazowych, które z miesiąca na miesiąc spadły o 0,3 proc. (konsensus: 0,0 proc.).

Na szczycie walut państw Emerging Markets znalazł się południowoafrykański rand (0,7 proc.). Jego zwyżkę usilnie próbowały gonić turecka lira (0,4 proc.) oraz rosyjski rubel (0,4 proc.), aczkolwiek bez większego skutku. Najsłabszą walutą regionu okazała się być czeska korona (-0,1 proc.), która wypchnęła kurs EUR/CHF w okolicę poziomu 25,6300. Kosmetyczne zmiany w polskim rządzie nie przyczyniły się do przetasowania sentymentu wobec złotego. Na koniec dnia EUR/PLN balansuje przy 4,2070, USD/PLN czeka na impuls przy piątkowym zamknięciu (3,5660), CHF/PLN oscyluje wokół 3,6000, a GBP/PLN podchodzi pod 4,7620.

Główny Urząd Statystyczny zdecydował się na potwierdzenie wstępnego odczytu inflacji CPI (2,5 proc. r/r), która pierwszy raz od pięciu lat znalazła się w środku pasma dozwolonych wahań. Największy cios w budżet gospodarstw domowych ponownie wymierzyły ceny żywności – ich roczna dynamika uplasowała się na poziomie 6,5 proc., co było zgodne z naszymi oczekiwaniami. Wyższe ceny jajek (30,0 proc.) czy serów i twarogów (1,4 proc.) to między innymi efekt dość silnego podbicia cen paliw (4,7 proc.). Według naszych kalkulacji w listopadzie rozpiętość średniej ceny benzyny bezołowiowej 95-oktanowej wyniosła aż 18 groszy. Nie lada zaskoczeniem jest podbicie kosztów mieszkaniowych, które podwyższyły inflację CPI o 0,06 pp. do góry. W tej kategorii należy mówić o skoku cen związanych z użytkowaniem mieszkania lub domu oraz o nieco mniej przystępnych nośnikach energii – w tym opału (1,3 proc. m/m). Powyższy efekt próbowały usilnie rekompensować niższe opłaty za usługi kanalizacyjne, które z miesiąca na miesiąc spadły o 0,2 proc.

Na europejskich parkietach obserwowano wyraźny podział nastrojów. Ze spadków udało się skutecznie wyłamać giełdzie w Londynie, gdzie miano lidera indeksu FTSE 100 (0,8 proc.) objęły walory WPP. Za ich 2,6 proc. zwyżką stała przychylna nota UBS (1,2 proc.), w której zwrócono na możliwość podtrzymania względnie optymistycznych tendencji w agencjach reklamowych. Pozytywny obrót spraw odnotowało HSBC (2,5 proc.) kończące pięcioletnią przepychankę z amerykańskim Departamentem Sprawiedliwości w zakresie rzekomego prania brudnych pieniędzy. Na szczycie znalazły się również spółki z sektora wydobywczego. W trakcie poniedziałkowych notowań przewodził im BHP Billiton, który zakończył sesję 2,3 proc. wyżej względem piątkowego zamknięcia. Listę spółek zamknął Whitbread (-2,7 proc.) mający poważny problem z aktywistami.

Na giełdzie we Frankfurcie wyraźnie ciążyły walory Adidasa (-3,1 proc.), który częściowo dostał rykoszetem za sprawą noty OTR Global wskazującej na możliwość zwiększenia dynamiki przychodów oraz udziału rynkowego przez Nike. Dość nisko znalazły się również walory E.ON-u (-1,5 proc.) pomimo oddalenia perspektyw realizacji postulatów Zielonych za sprawą powrotu do „Wielkiej Koalicji”. Zniżkę indeksu DAX (-0,2 proc.) próbował usilnie minimalizować Siemens (1,6 proc.) podpisujący umowę na realizację przedsięwzięć z sektora energetycznego w Libii na kwotę 700 mln EUR. Na podium znalazł się również ThyssenKrupp osiągający konsensus ze związkami zawodowymi – na koniec dnia walory największego producenta stali na świecie znajdowały się 1,0 proc. powyżej poziomu z piątkowego zamknięcia.

Apetyt na wzrosty przy Książęcej wyraźnie popsuły spółki z branży paliwowej. Za kolosalną przeceną Orlenu (-7,8 proc.) oraz Lotosu (-7,0 proc.) stoją obawy związane z utrzymaniem marż paliwowych na relatywnie wysokich poziomach. Po drugiej stronie zestawienia wyraźnie rządził Alior Bank (2,2 proc.), który okrył dzisiejszą zwyżkę PGE (1,4 proc.) oraz LPP (1,2 proc.). Przez moment w centrum uwagi znalazły się akcje Banku Pekao (-0,6 proc.), który poinformował o zamknięciu transakcji zakupu 51 proc. akcji Pioneer Pekao Investment Management za kwotę 138 mln EUR. Nabycie podmiotu spowoduje obniżenie wskaźnika CET na poziomie skonsolidowanym o około -0,4 pp.

Poniedziałek na rynku metali szlachetnych nie należy do dość optymistycznych. Najsilniejszy ruch w stronę południa wykonuje srebro (-0,6 proc.), którego uncja schodzi w okolicę poziomu 15,7650 USD. W przypadku złota (-0,2 proc.) należy mówić o nieco skromniejszym ruchu, bowiem podstawowa jednostka kruszcu jest wyceniana po 1 245,50 USD. W przypadku surowców energetycznych należy mówić o lekkiej euforii. Na ich szczycie znajdują się styczniowe kontrakty na gaz ziemny (1,9 proc.), które dystansują się od zwyżek w wykonaniu ropy Brent (1,8 proc.; 64,50 USD) oraz ropy WTI (0,9 proc.; 57,90 USD).

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Od stycznia 2018 limity kosztów finansowania dłużnego

Będą zmiany w Krajowym Rejestrze Sądowym

Wprowadzenie obowiązku składania przez przedsiębiorców wniosków do Krajowego Rejestru Sądowego w formie elektronicznej, sprawozdań finansowych w formie elektronicznej, prowadzenia akt rejestrowych w formie elektronicznej, likwidacja instytucji kuratora rejestrowego – to niektóre zmiany zaproponowane w rządowym projekcie nowelizacji ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym oraz niektórych innych ustaw.

W myśl rządowego projektu nowelizacji ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym oraz niektórych innych ustaw od 1 marca 2020 r. przedsiębiorcy będą mieli obowiązek składania wniosków do Krajowego Rejestru Sądowego w formie elektronicznej. Stowarzyszenia, fundacje i publiczne zakłady opieki zdrowotnej będą miały wybór, czy skorzystać z formy elektronicznej.

W tej formie będą również wysyłane wezwania do uzupełnienia braków, składane pisma oraz środki odwoławcze.

Od 1 marca 2020 r. akta rejestrowe mają być prowadzone w formie elektronicznej, ale już przed tą datą dokumenty finansowe będą składane w formie elektronicznej.

Przedsiębiorcy będą mieli obowiązek składania sprawozdań finansowych w formie elektronicznej. Sprawozdanie finansowe będzie przekazywane przez KRS do Ministerstwa Finansów.

Do wniosku o wpis osób reprezentujących przedsiębiorcę oraz likwidatorów i prokurentów będzie konieczne dołączanie – poza oświadczeniem o powołaniu – także adresów.

Orzeczenia kończące postępowanie będą wydawane i doręczane w formie elektronicznej.

Sporządzenie uzasadnienia postanowienia w sprawach innych niż wpis nie będzie konieczne również wtedy, gdy w postępowaniu brali udział wnioskodawca i uczestnicy.

W razie złożenia wniosku w formie elektronicznej kolejne pisma będą musiały zostać złożone również w postaci elektronicznej.

Omawiany projekt przewiduje zmiany w postępowaniu przymuszającym. Sąd będzie mógł wezwać w terminie, w jakim uzna za stosowne, osoby uprawnione do reprezentacji do wskazania, że organ reprezentacji został powołany i że braki w jego składzie zostały uzupełnione. Sąd będzie mógł nałożyć grzywnę tylko na osoby, które zupełnie zlekceważą obowiązek. Sąd rejestrowy będzie mógł umorzyć postępowanie przymuszające, jeżeli okoliczności sprawy wskażą, że obowiązki zostaną dopełnione.

W myśl projektu w sprawach rejestrowych wyłącznie właściwy jest sąd rejonowy (sąd gospodarczy) właściwy ze względu na miejsce zamieszkania lub siedzibę podmiotu, którego wpis dotyczy.

Projekt przewiduje stworzenie Centralnego Repozytorium Elektronicznych Wypisów Aktów Notarialnych.

Projekt likwiduje instytucję kuratora rejestrowego.

Do postępowań przed sądem rejestrowym wszczętych i niezakończonych przed dniem wejścia w życie omawianej nowelizacji ustawy będą stosowane przepisy dotychczasowe.

Omawiany projekt nowelizacji ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym oraz niektórych innych ustaw trafił do prac w Sejmie.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Kurs funta w odwrocie. Dolar przed ważnym rozstrzygnięciem

RPP nie zepsuła klimatu wokół krajowej waluty. Fitch pozytywnie o Polsce mimo to jednak bez zmiany ratingu. Ważny tydzień pod znakiem posiedzeń głównych banków centralnych. Na pierwszym planie FED i EBC. EUR/PLN po raz kolejny łamie granice 4,20 ale tylko na chwilę. USD/PLN przed ważnym rozstrzygnięciem. Spory rollercoaster na funcie. Mimo pozytywnego zakończenia negocjacji na temat rachunku za Brexit brytyjska walucie w odwrocie. Dane o inflacji z Wielkiej Brytanii mogą dobić funta.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 04.10.2017-11.12.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,1912 3,5846 3,5130 4,6823
Maksimum 4,2580 3,6710 3,6690 4,8420

 

EuroKurs EUR/PLN cały czas znajduje się trendzie spadkowym. Były już dwie próby złamania granicy 4,20. Pierwsza zakończyła się niepowodzeniem i od razu doszło do kontry kupujących co poskutkowało odbiciem ponad granice 4,21. W piątek znów nastąpiło zejście poniżej 4,20. Ale po raz kolejny doszło do korekcyjnego odbicia. Widać więc, że ten poziom ma spore znaczenie. Dobra passa złotego to zasługa przede wszystkim świetnych danych z gospodarki. Mimo tak mocnych danych RPP nie zmieniła nastawienia i nadal chce utrzymywać stopy na obecnym poziomie aż do końca 2018 roku. Złoty w relacji do euro jednak stracił niewiele po tym komunikacie. Nie było również zaskoczenie ze strony agencji Fitch, która publikowała rating dla Polski. Ocena pozostała bez zmian. Spora jednak ciekawostka dotyczyła polityki monetarnej. Agencja Fitch uważa, że stopy w Polsce będą podnoszone 6 razy do poziomu 3% do końca 2019 roku. Brzmienie komunikatu musiało więc mieć pozytywny wpływ na krajową walutę i stąd piątkowy spadek poniżej 4,20. Tydzień jednak może przynieść spore przetasowania na rynkach. Mamy posiedzenie 3 banków centralnych i to kluczowych dla złotego a więc FED, EBC i BoE. Wsparciem będzie ostatnie minimum. Przed większymi wzrostami bronić będzie linia trendu spadkowego.

FrankKredytobiorcy frankowi nadal pozostają w dobrych humorach. Kurs CHF/PLN pozostaje w trendzie spadkowym. Chwilowy wzrost awersji do ryzyka po informacjach o rzekomych kontaktach Trumpa ze stroną rosyjską szybko odszedł w niepamięć. EUR/CHF, który pokazuje siłę szwajcarskiej waluty szybko odbił się od granicy 1,16 i poszybował powyżej 1,17. Dzisiaj są to nieco niższe poziomy ale nadal świadczące o słabości szwajcarskiej waluty. Jeśli nie pojawi się nagłe załamanie na rynkach choćby akcyjnych to CHF/PLN ma szansę zaatakować lokalne minimum. Oporem będzie linia trendu spadkowego.

FrankNa USD/PLN mamy formację trójkąta. Zwężające się ramiona mogą spowodować większe wybicie. A okazja będzie ku temu idealna a więc posiedzenie Fed i decyzja o stopach. Podwyżka o 25pkt bazowych jest już w cenach. Pytanie jednak zasadnicze czy Fed za wszelką cenę będzie forsował swoją strategię 3 podwyżek w kolejnym roku. Od piątku dolar jest nieco słabszy na szerokim rynku. Zdecydowało o tym słabsze tempo wzrostu wynagrodzeń co może jasno dawać do zrozumienia o braku presji inflacyjnej. Efekt na głównej parze był taki, że z poziomu 1,17 kurs skoczył na 1,18. Co spowodowało kilkugroszowe umocnienie złotego. Teraz dalsze losy zależą od posiedzenia Fed. Poznamy m.in. nowe projekcje makro. Jeśli pokażą one słabszą trajektorię wzrostu cen to inwestorzy mogą dojść do wniosku, że 3 podwyżek nie będzie w 2018 roku. Wtedy USD/PLN może zaatakować nawet ostatnie minimum. Jeśli jednak władze monetarne USA nic nie zmienią to kurs powinien podążyć na północ. Oporem wtedy będzie granica 3,60.

FuntNa funcie mamy spore zawirowania. Najpierw spore wzrosty po doniesieniach prasowych o dogadaniu się władz Wielkiej Brytanii z UE na temat rachunku za Brexit. Potem nastąpił mały krach po informacjach o kryzysie negocjacyjnym w sprawie granic z Irlandią. Strony długo nie mogły dojść do konsensusu. W końcu gdy konflikt został rozwiązany zamiast kolejnej fali wzrostów na funcie mamy spadki. I to mimo tak naprawdę otwarcia drogi do następnej rundy negocjacji z UE o warunkach handlowych. Inwestorzy doszli jednak do wniosku jak słabą pozycję ma Theresa May w Wielkiej Brytanii. Temat granic z Irlandią wywołał tarcia we własnej partii. Mimo więc oddalenia twardego Brexitu inwestorzy boją się kolejnych trudnych spraw, które są do rozwiązania. I jak może to się wydłużyć w czasie. Ten tydzień zapowiada się bardzo nerwowo dla funta. Jutro mamy dane o inflacji CPI w środę o przeciętnym wynagrodzeniu. Obie miary pomogą wskazać dalszą drogę polityki monetarnej. Niższe wartości przyczynią się do spadków na funcie. W czwartek natomiast decyzja Banku Anglii. Wydaje się, że zatrzymanie wzrostu cen powinno skutkować brakiem zmiany stopy procentowej i poziomu skupu aktywów. Jeśli komunikat Banku Anglii pozostanie gołębi w zderzeniu ze słabszymi danymi o inflacji może przynieść znaczną przecenę brytyjskiej waluty. Kurs mógłby się osunąć nawet w okolice 4,70. Jeśli jednak dojdzie do zaskoczenia choćby danymi to możemy zobaczyć ruch w kierunku ostatnich maksimów.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Dobre prognozy dla frankowiczów. Nowy rząd

Ankietowani przez Reutersa analitycy potwierdzają, że nie należy się spodziewać zmian stóp procentowych w Szwajcarii w przyszłym roku. Dzisiaj o 17:00 zaprzysiężony zostanie nowy rząd w Polsce. Dobre dane z Turcji bez wpływu na walutę.

Niskie odsetki dla frankowiczów

Agencja Reuters podała oczekiwania analityków co do kształtowania się stóp procentowy przez Szwajcarski Narodowy Bank. W 2018 roku, nie spodziewają, się oni żadnych zmian w tym temacie. Jest to bardzo dobra wiadomość dla kredytobiorców frankowych. Kredyty te z jednej strony bardzo podrożały od kiedy frank poszedł w górę. Z drugiej strony ujemne stopy procentowe są tym co powoduje, że wysokość rat nie wyskoczyła jeszcze bardziej w górę. Jeżeli stopy procentowe będą wzrastać z pewnością odbije się to podwójnie negatywnie na tych kredytach. Po pierwsze wyższe stopy, to więcej odsetek, które trzeba zapłacić. Po drugie wyższe stopy procentowe to umocnienie się waluty. Scenariusz umocnienia waluty zakłada oczywiście, że w innych krajach stopy nie rosną. Jeżeli i w Polsce i w Szwajcarii wzrosną porównywalnie stopy, kurs wymiany powinien względnie stały.

Nowy rząd Polski

Dzisiaj o godzinie 17:00 nastąpi zaprzysiężenie rządu Mateusza Morawieckiego. We wtorek ma odbyć się głosowanie nad wotum zaufania, a w ciągu dwóch tygodni nowy premier wygłosi expose. Wątpliwym jest by znalazły się w nim jakieś gwałtowne zmiany wobec obecnie prowadzonej polityki. Zaplecze polityczne pozostaje wszakże to samo. Rynki obecnie nie reagują na te zmiany. Z pewnością będzie widać natomiast jeżeli inwestorów zaskoczy expose. Jeżeli pojawiłby się tam pakiet przyjaźniejszy dla biznesu możemy zobaczyć szybko euro poniżej granicy 4,20 zł. Z drugiej strony jeżeli pojawi się więcej sprawiedliwości społecznej niż dotychczas możemy zobaczyć osłabienie złotego.

Wzrost gospodarczy w Turcji

Turcja okazuje się najszybciej rozwijającym się państwem z grupy G20. W 3 kwartale PKB wzrósł o imponujące 11,1%. Analitycy oczekiwali i tak bardzo dobrego rezultatu bo 10%. Wzrost oparty był zarówno o inwestycje, wydatki gospodarstw domowych jak i rewelacyjne dane o wymianie handlowej. Co ciekawe inwestorzy w dalszym ciągu niechętnie patrzą na turecką walutę i pomimo tych danych nie było widać wyraźnego odbicia.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:00 – Polska – finalny odczyt inflacji konsumenckiej,

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

John Deere inwestuje w Polsce i otwiera Centrum Usług Biznesowych na Europę

  • Amerykański czołowy producent maszyn rolniczych oraz urządzeń do pielęgnacji zieleni John Deere wzmacnia swoją obecność w Polsce;
  • Obecnie trwa rekrutacja na nowe stanowiska pracy;
  • Do zadań nowej placówki należeć będzie obsługa globalna fabryk i oddziałów John Deere w takich obszarach jak: księgowość i finanse, logistyka oraz kadry.

Amerykański gigant maszyn rolniczy John Deere wzmacnia swoją obecność w Polsce, otwierając Centrum Usług Biznesowych w Poznaniu, w którym docelowo pracować będzie 120 osób. Obecnie trwa rekrutacja na nowe stanowiska.

Liczba Centrum Usług Biznesowych w Polsce w ostatnich latach rośnie w coraz większym tempie. Ich głównym zadaniem jest świadczenie usług na rzecz innych jednostek wielooddziałowego przedsiębiorstwa w takich zakresach, jak: HR, IT, obsługa klienta, księgowość czy logistyka. Według najnowszych danych („Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych”) w I kwartale 2017 r. w Polsce działało 1078 centrów tego typu(w tym 748 zagranicznych). Inwestorzy cenią sobie u polskich specjalistów wykształcenie oraz zaangażowanie, co przekłada się na liczbę zatrudnionych pracowników, która w tym sektorze sięga już ponad 244 tys. osób.

Rosnący trend dotyczy również Poznania, który pod względem zatrudnienia zajmuje siódmą̨ pozycję wśród centrum usług biznesowych w Polsce oraz trzynastą w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Od 2015r. w stolicy Wielkopolski powstały 23 nowe centra usług dla biznesu, a liczba zatrudnionych w nich to ponad 16 tys. osób. Do Poznania wprowadza się kolejna słynna marka, która właśnie tu otworzy swoje pierwsze Centrum Usług Biznesowych w Polsce.

John Deere, amerykański producent maszyn rolniczych, sprzętu budowlanego, leśnego i urządzeń do pielęgnacji zieleni, zdecydował się na otwarcie wielofunkcyjnego Centrum Biznesowego w nowo powstałym kompleksie biurowym Business Garden w Poznaniu, przy ul. Kolorowej. – Do zadań nowo utworzonej placówki należy globalna obsługa fabryk i oddziałów John Deere w różnych obszarach, takich jak: finanse i księgowość, logistyka czy kadry – mówi Mirosław Leszczyński, Prezes Zarządu John Deere Polska.

Inwestycja w Poznaniu jest kolejnym świadectwem naszego zaangażowania w dalszy rozwój w Polsce, jednym z najlepiej rozwijających się dla nas rynków w Europie argumentuje Christoph Wigger, wiceprezes John Deere ds. Sprzedaży i Marketingu, Region 2 (Europa, Afryka Północna, Bliski i Środkowy Wschód)Poznań jest ważnym ośrodkiem akademickim w Polsce, z którego na rynek pracy trafiają wykształceni w rozmaitych dziedzinach absolwenci. Ponadto stolica Wielkopolski jest doskonale zlokalizowana z punktu widzenia granic Unii Europejskiejdodaje.

Dlaczego Poznań?

Za wyborem Poznania jako centrum usługowego dla zagranicznych podmiotów, wpływ ma kilka czynników. Pierwszym z nich jest rozwijający się i jeszcze nie przepełniony hub dla centrum usług biznesowych. Drugi czynnik to wysoki poziom edukacji. Poznań to ważny ośrodek akademicki, posiadający dużą pulę talentów dedykowanych usługą dla biznesu. Trzeci czynnik to zdywersyfikowana gospodarka, która czyni stolicę wielkopolski miejscem bardziej interesującym i odmiennym w porównaniu do innych lokalizacji tego typu inwestycji w Polsce.

Atutem Poznania są przede wszystkim wykwalifikowane kadry. Około 30 tys. absolwentów szkół wyższych stanowi ogromny potencjał dla firm, które otwierają centra usług biznesowych w naszym mieście. Poznań zmienia się, a kierunki tych zmian odpowiadają na potrzeby inwestorów z sektora usług nowoczesnych. W trakcie realizacji jest około 100 tys. m2 nowoczesnej powierzchni biurowej. Miasto dba o poprawę jakości życia mieszkańców poprzez rewitalizację centrum i terenów nadrzecznych, promowanie i unowocześnianie komunikacji miejskiej oraz rowerowej. Lotnisko Poznań-Ławica dynamicznie rozwija siatkę połączeń i tylko w tym roku zyskało 10 nowych połączeń lotniczych oraz dodatkowe loty do największych europejskich hubów (Frankfurt, Londyn, Warszawa). Powstają nowe hotele globalnie znanych marek (m.in. Hilton, Marriott). Ze strony Biura Obsługi Inwestorów inwestor, który planuje otworzyć centrum usług nowoczesnych w Poznaniu, może liczyć na pełne wsparcie na każdym etapie procesu inwestycyjnego. To wszystko wpływa pozytywnie na wizerunek Poznania w oczach inwestorów – mówi Katja Lõžina, dyrektor Biura Obsługi Inwestorów Urzędu Miasta Poznania.

Polskie Centrum Usług Biznesowych John Deere, które zostało otwarte 11 grudnia, to już druga poważna inwestycja amerykańskiej firmy w Wielkopolsce. Pierwszą z nich było stworzenie w naszym regionie centrum szkoleniowego i oddziału sprzedaży na Polskę, który jest zlokalizowany w Tarnowie Podgórnym pod Poznaniem. Obecnie firma prowadzi rekrutację nowych pracowników do Centrum Usług Biznesowych, która będzie kontynuowana w 2018 roku.

Acer z najwyższym zyskiem od sześciu lat. Przychody ze sprzętu gamingowego wzrosły o 168%

Rekordowa sprzedaż modeli z serii Predator przeznaczonych na rynek gamingowy oraz popyt na laptopy biznesowe spowodowały, że w trzecim kwartale 2017 roku dochód netto Acera wyniósł 48 mln dolarów (USD). To najwyższy wynik od dwudziestu siedmiu kwartałów oraz blisko sześciokrotnie wyższy niż w analogicznym okresie w poprzednim roku.

Acer_wyniki_Q3_2017Skonsolidowane przychody wyniosły ponad 2 miliardy dolarów i jest to wzrost o 13% kwartał do kwartału. Natomiast przy marży brutto wynoszącej 11,1% zyski brutto wyniosły 222 mln dolarów i są większe o 20% niż rok wcześniej. Oznacza to silną dynamikę działalności firmy, stabilizację działalności operacyjnej i rentowności.

Wzrost przychodów w trzecim kwartale 2017 roku wynika w dużej mierze z przychodów ze sprzętu gamingowego Acer, które wzrosły o 168% i przyczyniły się rok do roku do ponad 10% przychodów ogółem. Przychody z laptopów biznesowych wzrosły o 40% rok do roku, a z chromebooków o 27%. Inne działalności Acera jak usługi w chmurze, rzeczywistość wirtualna (VR) i rzeczywistość rozszerzona (AR) pozwoliły na wzrost o 30% rok do roku.

Opłaty za usługi wodne po nowemu

1 stycznia 2018 r. wejdzie w życie nowa ustawa Prawo wodne, a wraz z nią wiele zmian, które bezpośrednio wpłyną na przedsiębiorców. Jedną z najistotniejszych, a jednocześnie budzących najwięcej kontrowersji nowości jest zmiana systemu naliczania i uiszczania opłat za tzw. usługi wodne.

Obecnie rozliczenie należności za pobór wód z własnego ujęcia oraz odprowadzanie ścieków do środowiska odbywa się w ramach rocznego sprawozdania o zakresie korzystania ze środowiska. Od nowego roku system ten ulegnie zmianie, co pociągnie za sobą konieczność wprowadzenia zmian do dotychczasowego wzoru formularza „opłatowego”.

Zwrot kosztu usług wodnych

Zgodnie z nowym systemem, opłaty naliczane będą z urzędu przez zupełnie nową instytucję –  Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie. Kluczowym założeniem systemu naliczania, który wprowadza nowe Prawo wodne, jest zasada zwrotu kosztów usług wodnych świadczonych przez Wody Polskie.

– Nowy system obejmie więcej niż obecnie aktywności mieszczących się w pojęciu tzw. usług wodnych. Nowością będzie opłata za odprowadzanie wód opadowych i roztopowych z terenów nieskanalizowanych. Niestety, wiele zapisów ustawy odnoszących się do sposobu wyliczania kwot budzi wątpliwości i nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, jak w praktyce opłaty za usługi wodne będą naliczane – zauważa Marta Banasiak, audytor i konsultant w EcoMS Consulting oraz trener w Akademii EcoMS, która prowadzi m.in. szkolenia z zakresu nowych wymagań prawnych.

Opłaty naliczane będą za:

  • pobór wód podziemnych lub powierzchniowych, w tym na potrzeby chowu i hodowli ryb oraz innych organizmów wodnych,
  • wprowadzanie ścieków do wód lub do ziemi, także ze wspomnianego już chowu czy hodowli,
  • odprowadzanie do wód opadowych lub roztopowych ujętych w otwarte lub zamknięte systemy kanalizacji deszczowej albo systemy kanalizacji zbiorczej, a także pochodzących z odwodnienia gruntów – w granicach administracyjnych miast.

To nie wszystko. Opłatom podlegać będą także:

  • zmniejszenie naturalnej retencji terenowej na skutek wykonywania na nieruchomości o powierzchni powyżej 3500 m2 robót lub obiektów budowlanych trwale związanych z gruntem, mających wpływ na zmniejszenie tej retencji przez wyłączenie więcej niż 70% powierzchni nieruchomości z powierzchni biologicznie czynnej na obszarach nieujętych w systemy kanalizacji otwartej lub zamkniętej,
  • wydobywanie z wód powierzchniowych, w tym z morskich wód wewnętrznych wraz z wodami wewnętrznymi Zatoki Gdańskiej oraz wód morza terytorialnego, kamienia, żwiru, piasku i innych materiałów, a także wycinanie roślin z wód lub brzegu.

Podwyżki niewykluczone

Zasady wprowadzane przez nowe Prawo wodne nie będą miały bezpośredniego wpływu na pobierających wodę z sieci wodociągowej lub odprowadzających ścieki do sieci kanalizacyjnej.

  • Takie podmioty – zarówno osoby fizyczne, jak i prawne – wciąż będą rozliczały się na podstawie umów zawartych z dostawcą usług. Teoretycznie ustawa wprowadza mechanizm blokujący podwyżkę cen związaną ze zmianą systemu pobierania opłat za korzystanie z usług wodnych, na okres dwóch lat od jej wejścia w życie. Przyszłość pokaże jednak, czy zabezpieczenie to okaże się skuteczne – przewiduje Marta Banasiak.

Nowy system naliczania i uiszczania należności za korzystanie z usług wodnych obowiązywać będzie od 1 stycznia 2018 r. Do opłat za korzystanie ze środowiska za okres do 31 grudnia 2017 r. oraz wpływów z tego tytułu stosuje się przepisy dotychczasowe. Opłatę za rok 2017 należy zatem naliczyć i uiścić zgodnie z dotychczas obowiązującymi zasadami.

Simpact – pierwszy w Polsce fundusz inwestycyjny oparty na idei impact investing, właśnie wystartował

Simpact to pierwszy w Polsce fundusz inwestycyjny oparty na idei tzw. impact investing, w którym kluczowym kryterium inwestowania i zaangażowania w projekty technologiczne będzie ich pozytywny wpływ na społeczeństwo i środowisko naturalne. Fundusz powstał w ramach koordynowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju programu Bridge Alfa. Startupy zainteresowane pozyskaniem kapitału mogą otrzymać nawet do 3 milionów złotych.

Fundusz Simpact to fundusz typu venture capital, który jako pierwszy w Polsce i jeden z pierwszych w Europie środkowo – wschodniej  działa w oparciu o ideę impact investing – czyli nowatorskiej strategii inwestycyjnej, polegającej na świadomym zaangażowaniu kapitału w projekty, które oprócz wyników finansowych generują również zysk społeczny lub środowiskowy. Projekty w które inwestuje Simpact – z założenia – mają przyczyniać się do pozytywnej zmiany świata na lepsze. Fundusz koncentruje się na poszukiwaniu rozwiązań technologicznych z takich obszarów, jak: usprawnienie codziennego trybu życia mieszkańców krajów rozwiniętych, ochrona zdrowia, poprawa stanu środowiska i warunków życia, redukcja zanieczyszczeń i inne wpisujące się w ideę impact investing. Startupy zainteresowane pozyskaniem kapitału mogą otrzymać nawet 3 miliony złotych, przy jednoczesnym objęciu przez fundusz mniejszościowego pakietu udziałowego.

Krzysztof Grochowski, Dyrektor Zarządzający funduszem Simpact
Krzysztof Grochowski, Dyrektor Zarządzający funduszem Simpact

– Postępujące zanieczyszczenie środowiska, starzenie się społeczeństwa czy wykluczenia społeczne to tylko niektóre z dzisiejszych wyzwań cywilizacyjnych i demograficznych. W Simpact planujemy inwestować w projekty, które przy wykorzystaniu nowych technologii, chcą zmieniać świat na lepsze – wzbogacać kluczowe aspekty życia, i ta misja stanowi dla nich fundament modelu biznesowego. Nie zamierzamy ograniczać się do konkretnego sektora czy gałęzi przemysłu. Wierzymy, że w każdej dziedzinie jest przestrzeń do wykorzystania innowacji w służbie zrównoważonego rozwoju – mówi Krzysztof Grochowski, Dyrektor Zarządzający funduszem Simpact.

SiDLY – pierwsza inwestycja Simpactu

Simpact pierwszą inwestycję ma już za sobą. W październiku br., wraz z funduszem INNOventure, dołączył do grona udziałowców polskiego startupu SiDLY, który konstruuje innowacyjne urządzenia telemedyczne. Łączna wartość finansowania przekazanego przez oba fundusze wyniosła 2 mln PLN, z możliwością zwiększenia jej do 5 mln PLN.

– SiDLY to startup, który idealnie wpisuje się w filozofię działalności Simpactu. SiDLY Care – kluczowy produkt firmy – to opaska umożliwiająca stały pomiar parametrów medycznych, na bieżąco analizuje rytm serca czy temperaturę skóry. Rozwiązanie to jest szczególnie ważne dla osób starszych, u których wzrasta ryzyko wystąpienia czynników zagrażających ich zdrowiu czy życiu. SiDLY jest zatem doskonałym przykładem wykorzystania technologii w celu poprawienia życia określonym grupom społecznym, a przy tym jest to również prężnie funkcjonująca firma z konkretnym celem finansowym. Jestem niezwykle dumny, że mogliśmy zostać udziałowcem tak dynamicznie działającego – zarówno w sferze społecznej, jak i biznesowej – startupu – dodaje Krzysztof Grochowski.

Impact investing – nowy trend w obszarze inwestycji

Wg GIIN The Global Impact Investing Network – największej instytucji zrzeszającej fundusze impact investment na świecie, w 2010 roku światowy rynek impact investment wynosił 50 miliardów dolarów,  ale już na koniec 2016 roku jego wartość szacowano na 114 miliardów dolarów. Połączenie zysku finansowego z korzyściami społecznymi to coraz częściej preferowany kierunek  – dla inwestorów poszukujących ciekawych opcji inwestycyjnych, ale i startupów, które chcą tworzyć projekty zmieniające świat na lepsze.  To również sposób myślenia, który łączy coraz większą liczbę przedsiębiorców i zarządzających funduszami.

Jacek Ostrowski
Jacek Ostrowski

– Kluczowymi zadaniami stojącymi przed funduszami typu impact investment są: z jednej strony definiowanie, a z drugiej mierzenie osiągniętego wpływu społecznego i środowiskowego. Dobra inwestycja powinna wykazać realny i mierzalny pozytywny wpływ na świat na równi z wynikami finansowymi – tłumaczy Jacek Ostrowski, członek Simpactu.  – Liczmy się również z  wyzwaniami na polu edukacji. Jako pierwsze tego typu przedsięwzięcie nie tylko w Polsce, ale i w tej części Europy, pracujemy również nad tym, aby uświadomić rynek  czym jest a czym nie jest fundusz impact investment. Ważne jest także wskazanie różnic pomiędzy naszymi działaniami a filantropią czy społeczną odpowiedzialnością biznesu – dodaje.

Oficjalnie fundusz Simpact zadebiutował 4 grudnia podczas Gali kończącej III edycję spotkania CEE Capital Market Leaders Forum, odbywającej się na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych.

W tegoroczne święta pracownicy tymczasowi zarobią więcej

Pracownicy do obsługi sezonu świątecznego poszukiwani są już od wielu tygodni, ale wraz z rozpoczęciem grudnia nadchodzi szczyt zapotrzebowania na pracę tymczasową. Pod koniec roku prawdziwy boom przeżywają sektor handlowy, logistyczny i promocyjny, co powoduje powstanie tysięcy nowych miejsc pracy. W tym roku wobec rekordowo niskich poziomów bezrobocia i małej dostępności kandydatów wiele firm podniosło stawki wynagrodzeń. Z danych Work Service wynika, że w tym roku średnie płace godzinowe sięgają od 14 do niemal 20 zł brutto, i pomimo, że są często o ponad 15% wyższe niż poza sezonem to mogą nie wystarczyć, aby znaleźć polskich pracowników. Dlatego wiele firm logistycznych i produkcyjnych będzie się ratować kadrami z Ukrainy.

Okres świąteczny to nie tylko czas spokoju i kontaktu z rodziną. Od wielu lat to okres, gdy po raz ostatni w roku Polacy sięgają znacznie częściej do portfeli i kreują prawdziwy boom konsumpcyjny. Tak duże ożywienie powoduje, że do obsługi tej wielkiej świątecznej machiny potrzebne są tysiące nowych pracowników. Jednak w tym roku w sezonie świątecznym będziemy obserwować jeszcze większą niż w ciągu roku rywalizację o kadry, a wielu firmom może zabraknąć rąk do pracy. Dzieje się tak ze względu na rekordowo niskie bezrobocie i ogromny, niezaspokojony popyt na pracowników, który występuje poza okresami zwiększonego zatrudnienia.

Grudzień to szczyt sezonu na pracowników tymczasowych w okresie przedświątecznym. W wielu sklepach i galeriach handlowych nawet o połowę potrafi wzrastać zatrudnienie. Z uwagi na to, że sezon jest dość krótki, wymaga  on atrakcyjniejszych stawek wynagrodzeń niż w ciągu roku. To sposób na zachęcenie kandydatów do podjęcia pracy. W tym roku widzimy, że wynagrodzenia są o 15-20% wyższe niż poza sezonem, a patrząc wstecz dzisiejsze stawki od których zaczyna się negocjacje z pracownikami, jeszcze rok-dwa lata temu stanowiły górne widełki płacowe – mówi Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz w Work Service S.A.

Stanowisko Godzinowe wynagrodzenia brutto w zł
Od Do Średnia
Hostessa 18 21 19,5
Merchandiser 16 18 17
Pracownik inwentaryzacji 16 18 17
Magazynier 14 19 16,5
Kasjer/doradca klienta 14 17 15,5
Pracownik do produkcji kalendarzy 13 15 14
Dane własne: Work Service S.A.

 

W okresie świątecznym najwięcej miejsc pracy powstaje w sektorach powiązanych ze sprzedażą. Otwierają się wtedy rekrutacje na doradców klienta i kasjerów w sklepach wielkopowierzchniowych, z zabawkami, elektroniką czy książkami. Na tych stanowiskach stawki wynagrodzeń sięgają między 14 a 17 zł brutto za godzinę. Wyższe płace oferowane są dla osób odpowiadających za wykładanie towaru i jego odpowiednią ekspozycję. Na tych stanowiskach można liczyć na stawiki sięgające między 16 a 18 zł brutto za godzinę. Najwyższe wynagrodzenia tradycyjnie otrzymują osoby odpowiedzialne za promocję i stworzenie odpowiedniego nastroju świątecznego, ale więc hostessy przebrane za elfy, śnieżynki czy mikołajki. Tu stawki potrafią przekraczać 20 zł za godzinę.

Wiele miejsc pracy powstaje również w branży logistycznej i magazynowej, która przeżywa duże obłożenie zarówno ze względu na konieczność dostarczenia towarów do sklepów, jak również ze względu obsługę sklepów internetowych, które coraz częściej stają się miejscem zakupów prezentów na święta. Dlatego też już od października aż do stycznia występuje wzmożone zapotrzebowanie na magazynierów, których stawki kształtują się na poziomach od 14 do 19 zł brutto za godzinę.

– Rosnące trudności rekrutacyjne powodują, że tegoroczne oferty zatrudnienia w znaczącej większości przekraczają poziomy stawek minimalnych na poziomie 13 zł brutto. Pracodawcy chcąc zachęcić osoby młode oferują również elastyczne grafiki pracy. A gdy nie są wstanie przyciągnąć rodzimych pracowników, to wówczas sięgają po kadry z Ukrainy. Obcokrajowcy głównie wypełniają wakaty na zapleczu świątecznego biznesu, a więc w logistyce czy magazynach – dodaje Andrzej Kubisiak.

W grudniu pojawiają się również ciekawe możliwości zawodowe, które są powiązane z końcem roku. Wiele firm poszukuje wsparcia przy procesach inwentaryzacji, oferując kandydatom do pracy stawki sięgające nawet 18 zł brutto za godzinę. Co więcej, w punktach poligraficznych trwają również prace nad przygotowaniem kalendarzy na 2018 rok. Pracownicy do takich zadań mogą liczyć na średnie stawki sięgające 14 zł brutto za godzinę.

Przedsiębiorcy zadowoleni z rozwoju polskiej gospodarki, ale liczą na więcej

Są już kontrakty terminowe na bitcoina

W niedzielę po raz pierwszy uruchomiono notowania kontraktów terminowych na bitcoina. To dzieło spółki Cboe Global Markets, podczas gdy firma CME Group chce zrobić to samo za tydzień. Podczas kilku pierwszych godzin handlu trzeba było dwa razy wstrzymywać notowania kryptowaluty z powodu zbyt dużych wzrostów. W ciągu ostatniej doby kurs bitcoina podniósł się o 20% i w poniedziałek rano wynosi ok. 16,7 tys. USD. Tymczasem zagrożeniem dla kryptowaluty może być wiadomość z Bułgarii. Otóż tamtejszy rząd poinformował o przejęciu od przestępców w maju 200 tys. bitcoinów, które są aktualnie warte ponad 3 mld USD. Próba ich sprzedaży spowodowałaby spadek wartości kryptowaluty.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do japońskiego jena (+0,01%), a traci do euro (-0,1%), brytyjskiego funta (-0,27%), dolara kanadyjskiego (-0,06%) oraz dolara australijskiego (-0,22%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,178, GBP/USD – 1,324, USD/CAD – 1,284, AUD/USD – 0,753 i USD/JPY – 113,4. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,11%) i kurs EUR/JPY wynosi 133,7, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,878. W porównaniu z sytuacją sprzed weekendu złotówka zyskuje do głównych walut światowych. W poniedziałek rano dolar kosztuje 3,56 zł, euro – poniżej 4,2 zł, funt – poniżej 4,78 zł, a frank szwajcarski – 3,59 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru zielonego. W piątek w Europie londyński indeks FTSE 100 wzrósł o 1%, frankfurcki indeks DAX – o 0,83%, a paryski indeks CAC 40 – o 0,28%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,55%, meksykański indeks Bolsa – 1,25%, a brazylijski indeks Bovespa – 0,34%. W poniedziałek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 0,56%, chiński indeks Shanghai Composite – o 0,98%, a hongkoński indeks Hang Seng – o 1,18%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej kontynuują wzrosty. W niedzielę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 63,4 USD (+1,89%), a ropy WTI – 57,36 USD (+1,17%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostaje na poziomie 65 USD. Rosną także ceny złota. W poniedziałek rano uncję metalu rynek wycenia na 1250 USD. To 2 USD więcej (+0,16%) niż przed weekendem.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 8:00 – Turcja – PKB (r/r), III kw. – 11,1% (prognoza 10%)
  • 9:00 – Polska – Wskaźnik Przyszłej Inflacji wg BIEC, listopad – 80,8 pkt. (poprzednio 80,4 pkt.)
  • 9:00 – Czechy – Inflacja CPI (r/r), listopad – 2,6% (prognoza 2,6%)
  • 14:00 – Polska – Inflacja CPI (r/r), listopad (prognoza 2,5%)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

IBMR Samar: rośnie zainteresowanie wynajmowaniem samochodów

Na rynku wciąż dominuje zakup samochodów, a nie uch wynajem. Wiąże się to z chęcią posiadania auta, chociaż dziś już częściej patrzy się na ofertę wypożyczania samochodu, czyli pozyskiwania mobilności. Carsharing to inna formuła – wynajem auta na minuty. To przemieszczanie w ramach ośrodków miejskich. Jest wygodnym uzupełnieniem transportu publicznego – autobusów i tramwajów oraz taksówek. Usługa wprowadza elastyczność w użytkowaniu samochodu.

– Ta formuła będzie się w przyszłości rozwijała. Nie trzeba być właścicielem pojazdu, ważne, aby można było swobodnie z niego korzystać. Wynajem pozwala przewidzieć koszt w całym okresie używania, co ma pozytywny wpływ na nasze fundusze – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Drzewiecki, prezes IBMR Samar – Jesteśmy w stanie wcześniej zaplanować wypożyczenie auta i wiedzieć, ile za niego zapłacimy. Fundusze, które przeznaczylibyśmy na zakup, mogą zostać zainwestowane w firmę. Mając pojazd w pobliżu można w dowolny sposób go pozyskać za pomocą aplikacji, przemieścić się oraz zostawić go w dogodnym dla nas miejscu. Nie jesteśmy z nim na stałe związani. Taka forma mobilności będzie się rozwijać właśnie dzięki udogodnieniom, jakie oferuje. To zależy też jednak od kosztów i warunków, na jakich będzie działać – dodał Drzewiecki.

Portret frankowicza

Systematycznie maleje kwota do spłaty z tytułu kredytów mieszkaniowych, zaciągniętych w szwajcarskiej walucie. Obecnie do spłaty pozostaje 114,03 mld zł. i jest to o 6,8% mniej niż w czerwcu br. Jednocześnie, aktualne całkowite zadłużenie kredytobiorców frankowych z tytułu wszystkich posiadanych produktów kredytowych wynosi 141,60 mld zł, co stanowi wartościowo 24% zadłużenia wszystkich kredytobiorców w Polsce. Na dzień 08.12.2017 r. kurs złotego do franka wynosi 3,59 zł, czyli najmniej od „pamiętnego” stycznia 2015 r.

Dane Biura Informacji Kredytowej potwierdzają obserwację, że liczba kredytobiorców złotowych, obsługujących kredyty mieszkaniowe wzrasta. W okresie styczeń – październik 2017 r. liczba kredytobiorców wzrosła o 136 tys. Z kolei liczba osób obsługujących kredyty frankowe stale zmniejsza się – w tym samym okresie ubyło 33,6 tys. frankowiczów.

Portfel kredytowy Polaków

Kredyty walutowe obecnie występują w ofercie banków w minimalnym stopniu, dotyczy to również zobowiązań w szwajcarskiej walucie. Bazy BIK, zawierające informacje o 15,13 mln kredytobiorców w Polsce, odnotowują obecnie 5,7% udział osób spłacających zobowiązania we frankach. Kwota do spłaty wszystkich kredytobiorców bez względu na walutę wynosi w przeliczeniu na złote 583,03 mld zł, z czego 141,60 mld zł to wartość do spłaty wszystkich rodzajów kredytów posiadanych przez kredytobiorców frankowych. Liczba wszystkich kredytów posiadanych przez frankowiczów wynosi 1,77 mln szt., co stanowi 6,4% spośród 27,57 mln szt. kredytów obsługiwanych przez wszystkich Polaków łącznie.

BIK kredytobiorcy frankowi infografika

Kredytobiorcy frankowi i ich kredyty

Łączna kwota do spłaty z tytułu kredytów mieszkaniowych w CHF to 114,03 mld zł a całkowite aktualne zadłużenie kredytobiorców frankowych z tytułu wszystkich posiadanych produktów kredytowych to 141,60 mld zł. Na tę wartość składają się oprócz frankowych, i zaciągniętych w innych walutach (głównie w zł) kredytów mieszkaniowych na kwotę 131,4 mld zł, kredyty konsumpcyjne o wartości 7,39 mld zł, następnie karty kredytowe na kwotę do spłaty wynoszącą 1,52 mld zł, a także udzielone limity kredytowe w wysokości do spłaty 1,29 mld zł.

– Wśród czynników wpływających na spadek zadłużenia w kredytach spłacanych w szwajcarskiej walucie należy odnotować m.in. najniższą wartość kursu franka szwajcarskiego od „pamiętnego stycznia 2015 r.” – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk kredytowy BIK. – W tym roku złoty umocnił się już o ponad 12 proc. w stosunku do kursu CHF z tamtego okresu. Warto także zaznaczyć, że wpływ na spadek zadłużenia w mieszkaniowych kredytach zaciągniętych w CHF mają sami frankowicze, którzy rzetelnie spłacają swoje raty kredytowe, co powoduje spadek zadłużenia– dodaje prof. Rogowski.

Jakość spłat kredytów na mieszkania

Opóźnienie w spłacie samego kredytu mieszkaniowego udzielonego w walucie CHF, ma 10 225 osób – jest to 1,1% osób spośród wszystkich kredytobiorców frankowych.

– BIK, w oparciu o swoje dane, od lat obserwuje bardzo dobrą jakość obsługi kredytów mieszkaniowych zarówno złotowych, jak i walutowych. Solidność obsługi wpływa znacząco na dobrą jakość portfela, można powiedzieć, odpornego na wahania kursowe w przypadku kredytów walutowych – mówi prof. Rogowski. – Na koniec października br. na ponad 2,3 mln obecnie czynnych kredytów mieszkaniowych tylko w przypadku 32 tys. – 1,4% występuje opóźnienie w spłacie powyżej 90 dni – dodaje.

Portret Frankowicza

Udział kobiet i mężczyzn w zawieraniu umów na kredyty mieszkaniowe w szwajcarskiej walucie stanowi niemal parytet. Na 868,32 tys. osób, spłacających mieszkanie we franku przypada 50,3% pań w stosunku do 49,7% panów. Najwięcej kredytobiorców posiadających takie zobowiązanie znajduje się w przedziale wiekowym 35 – 44 lat i stanowią ponad połowę (50,58%) wszystkich frankowiczów. Co pocieszające, osoby w tej grupie wykazują się wysoką i bardzo wysoką wiarygodnością kredytową na poziomie 90,40%, co potwierdza zarówno scoring BIK, jak i sami kredytobiorcy.

W ankiecie opinii, przeprowadzonej w listopadzie 2017 r. przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie BIK*, większość badanych dobrze oceniło swoją kondycję kredytową, co oznacza, że są w stanie bez większego problemu spłacać obecne długi. Wskaźnik kondycji kredytowej w badaniu wyniósł 67 w 100 stopniowej skali – im wyższa jego wartość, tym szacowana kondycja kredytowa jednostki lepsza. BIK Aglomeracje CHF

Polska i frankowicze

frankowiczeW ocenie swojej kondycji oraz historii kredytowej bardziej optymistycznie ocenili się mieszkańcy regionu południowego (zgodnie z klasyfikacją Głównego Urzędu Statystycznego). To oni, częściej niż mieszkańcy pozostałych regionów, podkreślają rolę oszczędzania, deklarują również, że kredyty biorą tylko wtedy, gdy mają pewność, że je spłacą oraz częściej nie wyobrażają sobie sytuacji, że kredytu nie spłacą.

Dane z bazy BIK, które pokrywają się z opiniami w badaniu, potwierdzają od lat obserwacje, że relatywnie lepiej spłacane są kredyty w województwach południowo-wschodnich.

Na pytanie, skąd może wynikać to zjawisko, związane z bardziej sumiennym i odpowiedzialnym podejściem do spłacania rat kredytowych, odpowiedzieli sami badani. Osoby z tych województw podkreślali, częściej niż inni badani, że na ich stosunek do kredytów i zobowiązań wpływają zarówno wychowanie i wartości wyniesione z domu rodzinnego (60%), jak i możliwość polegania na rodzinie w trudnych sytuacjach, czyli np. pomocy krewnych, w przypadku kłopotów finansowych.

– Analizując liczbę kredytobiorców posiadających kredyt mieszkaniowy we franku szwajcarskim należy podkreślić, że są to mieszkańcy 10 aglomeracji Polski. Stanowią oni aż 56% wszystkich osób spłacających kredyty na mieszkanie w CHF – mówi prof. Rogowski z BIK. I dodaje: – Co ciekawe 18% osób spłacających taki kredyt mieszka w aglomeracji warszawskiej.

* Polacy na rynku kredytowym, ARC Rynek i Opinia dla BIK S.A., listopad 2017 r., 18-65 lat, N=1000.

Wydarzenia w krajowej polityce na razie przechodzą bez echa

Ani podtrzymanie ratingu Polski przez Fitch, ani wymiana premiera nie zdołały wpłynąć na stabilizację złotego, choć ryzyka przeważają po negatywnej stronie. Nowy kandydat na prezesa RBNZ daje wsparcie dla NZD, gdyż gwarantuje ortodoksyjne podejście do polityki monetarnej. Po staremu w raporcie z rynku pracy USA (solidne zatrudnienie, słabe płace) przemawiają za nieciekawym komunikatem FOMC w dalszej części tygodnia.

Zgodnie z oczekiwaniami agencja Fitch podtrzymała rating Polski A minus z perspektywą stabilną. Zdaniem agencji ocena odzwierciedla silne fundamenty makroekonomiczne, rozsądną politykę monetarną i solidny sektor bankowy. Fitch chwalił siłę konsumpcji i liczy na przyspieszanie inwestycji. Wśród potencjalnych pozytywnych ryzyk widzi wzmocnienie popytu zewnętrznego. Agencja oczekuje też, że RPP w przyszłym roku rozpocznie podwyżki stóp procentowych. Wśród zagrożeń mogących wpłynąć na obniżenie oceny wymieniono pogorszenie współczynników zadłużenia oraz zapaść klimatu inwestycyjnego pod wpływem niekorzystnych zmian w polityce gospodarczej. Ogólnie otrzymaliśmy mnie więcej to, co wszystkie trzy główne agencje powtarzają od jakiegoś czasu. Dla złotego była to neutralna informacja, ale ogólnorynkowy klimat sprzyjał ponownego testowi 4,20 z euro. Jednak nie mamy przekonania, aby złoty mógł wiele „ugrać” przed końcem roku. Wydarzenia w krajowej polityce na razie przechodzą bez echa (nowy premier, reforma sądownictwa), ale ten drugi temat może generować ostrą odpowiedź ze strony Brukseli, co może położyć się cieniem na sentymencie w stosunku do złotego.

Na starcie tygodnia NZD skoczył po informacji, że nowym prezesem RBNZ zostanie Adrian Orr, prezes NZ Super Fund. Nazwa ta niewiele nam mówi, ale wystarczy dodać, że Orr w swojej karierze dwukrotnie zatrudniony był w banku centralnym, a krajowa polityka monetarna jest jego domeną. Choć nie da się na razie powiedzieć dużo o nastawieniu nowego prezesa (jastrząb/gołąb), to jego wybór zdejmuje z NZD ryzyko, że rząd mógłby mianować mniej przewidywalnego kandydata bardziej sprzyjającego forsowanej polityce gospodarczej (czy. bardziej gołębiego). Od dawna podkreślamy, że w NZD wycenione jest przesadna premia za ryzyko polityczne i w krótkim terminie kiwi wygląda najatrakcyjniej spośród walut surowcowych.

Raport z rynku pracy USA wskazał na solidny przyrost zatrudnienia (228 tys.) i niską stopę bezrobocia (4,1 proc.), ale kolejny raz rozczarował po stronie dynamiki płac (2,5 proc. r/r, prog. 2,7 proc.). Dane nic nie zmieniają w kontekście środowej decyzji FOMC w tym tygodniu (podwyżka o 25 pb), jednak bez wątpienia dają amunicję gołębiom, by wstrzymać cykl zacieśniania przynajmniej na pół roku. Rynek jednak waży szanse kolejnej podwyżki w marcu (ok. 70 proc.) i widzi argumenty za w niskim bezrobociu i perspektywach polityki fiskalnej. Choć słabość płac implikuje, że rynek nie nastawia się jastrzębio przed posiedzeniem Fed, to też trudno oczekiwać, aby komunikat mógł zaskoczyć wyraźnie pozytywnie. W rezultacie USD może wybiórczo mieć przewagę nad walutami defensywnymi (JPY i CHF), ale podda się względem walut z klarowniejszą sytuacją fundamentalną (EUR).

Dziś w kalendarzu mamy finalny odczyt inflacji CPI z Polski, który powinien potwierdzić, że za przyspieszenie do 2,5 proc. r/r przede wszystkim odpowiadają wyższe ceny żywności i paliw, czyli dwóch komponentów pozostających poza kontrolą RPP. Stąd nie widzimy podstaw do zmiany nastawienia Rady w najbliższym czasie, co z resztą potwierdził prezes NBP na konferencji w tym tygodniu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.