Brak kierowców, drogie paliwa. Branża transportowa obciążona ponad normę – do udźwignięcia już ponad 1,2 mld zł długów

Według danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej, w pandemii długi firm transportowych wzrosły o 27% i obecnie przekraczają już 1,2 mld zł. Liczba dłużników w tym czasie powiększyła się o 925 podmiotów do 23,5 tys. W koronakryzysie wzrosło również o 9,5 tys. zł średnie zadłużenie jednego dłużnika. Ale miliardowe długi to niejedyny problem polskich przewoźników. Powodów do niepokoju nastręcza także unijny Pakiet mobilności. Obowiązujące od przyszłego roku przepisy rodzą wiele niewiadomych oraz nakładają na TSL nowe obowiązki.

Branża transportowa jest jedną z najważniejszych gałęzi gospodarki – jej kondycja ma strategiczne znaczenie dla rozwoju ekonomicznego całego rynku, w tym przede wszystkim dla przemysłu, budownictwa, handlu, farmacji, producentów żywności i innych. Według danych Związku Pracodawców „Transport i Logistyka Polska”, w naszym kraju działa 125 tys. firm transportowych, które zatrudniają około 750 tysięcy osób.

Pod górkę z ciężarem

36,5 tys. przedsiębiorstw transportowych, według Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego, posiada licencje na międzynarodowy przewóz rzeczy. Dysponują one łącznie 256,3 tys. ciężarówkami. Według danych systemów telematycznych GBox, w IV kwartale 2020 r. ciężarówki polskich przewoźników pokonały 190 mln km więcej, niż w tym samym okresie roku poprzedniego. Mimo rosnącej z roku na rok liczby przewozów, zarówno krajowych, jak i zagranicznych, branża boryka się problemami, które skutecznie hamują jej rozwój. Wśród największych barier trzeba wymienić: niską rentowność, restrykcyjne przepisy, wysokie koszty zatrudnienia i niedobór wykwalifikowanej kadry, rosnące koszty przewozów, wysokie opłaty drogowe, kosztowne naprawy, długie terminy płatności.

Duży wpływ na polski rynek przewozów ma także sama pandemia, choć nie wszyscy przedsiębiorcy odczuwają jej skutki w jednakowy sposób: najbardziej poszkodowani w koronakryzysie zostali przewoźnicy pasażerscy. W dużo lepszej sytuacji znaleźli się przedsiębiorcy przewożący towary. Przyczyniły się do tego zarówno: dobra kondycja branży e-commerce, z którą transport silnie kooperuje oraz budownictwa i przemysłu, które również zgłaszały w pandemii zwiększone zapotrzebowanie na usługi przewozowe, jak i pieniądze, które zostały „wpompowane” przez rządy poszczególnych państw do lokalnych gospodarek, dla przeciwdziałania negatywnym skutkom COVID-19. W przyszłym roku natomiast branżę czekają kolejne wyzwania.

Już w lutym 2022 roku wchodzą w życie przepisy drugiej części Pakietu mobilności i zrewidowanej dyrektywy o pracownikach delegowanych. Będą one wyzwaniem zarówno pod względem kosztowym (wymuszony przez te przepisy wzrost wynagrodzeń kierowców), pod względem rynkowym (konieczność uwzględnienie ograniczeń w wykonywaniu kabotażu i w przewozach typu cross-trade), jak pod względem administracyjnym (m.in. nowe obowiązki związane z rozliczaniem różnych typów przewozów). O ile duże firmy powinny sobie z tymi wyzwaniami poradzić, to w przypadku mniejszych przewoźników można mieć o to duże obawy – uważa Maciej Wroński, prezes Związku Pracodawców „Transport i Logistyka Polska”.

Przewoźnicy na zakręcie

Według danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej, zadłużenie firm transportowych rośnie sukcesywnie, ale od początku pandemii w 2020 r., kiedy wynosiło ono 979,3 mln zł, do dziś, wzrosło prawie o 27% (do 1,24 mld zł). Liczba dłużników w tym czasie powiększyła się o 925 podmiotów i obecnie wynosi 23,5 tys. W koronakryzysie wzrosło również o 9,5 tys. zł średnie zadłużenie jednego dłużnika (z 43,2 tys. zł w marcu 2020 r. do 52,6 tys. zł obecnie).

Gros tego zadłużenia, czyli 1,1 mld zł, należy do przewoźników drogowych. To grupa 21,2 tys. przedsiębiorstw świadczących usługi transportu drogowego towarów oraz działalność usługową związaną z przeprowadzkami.

Około 76% łącznej sumy zadłużenia branży TSL stanowią przeterminowane zobowiązania jednoosobowych działalności gospodarczych. W sumie ponad 18 tys. JDG-ów transportowych zalega na kwotę 941 mln zł.

19%, czyli 237 mln zł, to długi spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, których jest w KRD 4,3 tys. Pozostałe zadłużenie (5%), czyli 62,8 mln zł rozkłada się pomiędzy: spółki akcyjne, cywilne, jawne, komandytowe, komandytowo-akcyjne, spółdzielnie oraz oddziały zagranicznego przedsiębiorcy – których łącznie jest 1122.

Najbardziej zadłużoną firmą transportową w Polsce jest spółka z o.o. z Warszawy, która posiada 38 nieuregulowanych zobowiązań finansowych na łączną kwotę 11 mln zł wobec firm z branży handlowej i dostawcy energii.

Zatory w transporcie

Patrząc przez pryzmat mapy Polski, najbardziej zadłużonym regionem kraju jest województwo mazowieckie. Firmy transportowe z Mazowsza są winne swoim wierzycielom w sumie 236,5 mln zł. Nieco mniej, bo 147,4 mln zł zaległości, mają przewoźnicy ze Śląska, a 142,8 mln zł z Wielkopolski. Na drugim biegunie, czyli z najmniejszym zadłużeniem, znaleźli się przedsiębiorcy z województw: opolskiego (21,6 mln zł), podlaskiego (23,8 mln zł) i świętokrzyskiego (29,3 mln zł).

Branża TSL jest jedną z tych branż, które w największym stopniu narażone są na ryzyko zatorów płatniczych. Duża konkurencja i zmieniające się regulacje wymuszają na przedsiębiorcach ciągłe inwestycje w nowoczesny sprzęt. Utrzymanie floty kosztuje, podobnie jak utrzymanie załogi. Niewiele potrzeba, by stracić wypłacalność, zwłaszcza że marże są tu niskie, na poziomie 3-5 procent. Do tego dochodzi uciążliwa norma w postaci długich terminów zapłaty, sięgających w tej branży nawet kilku miesięcy. Aby przetrwać, w oczekiwaniu na płatność od kontrahenta, przedsiębiorcy zaciągają kolejne zobowiązania i w ten sposób koło się zamyka – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Największym wierzycielem firm z branży transportowej są instytucje finansowe: banki i firmy leasingowe mają do odzyskania łącznie 580 mln zł. Ponad 234 mln zł stanowią długi wobec wtórnych wierzycieli, czyli firm windykacyjnych i funduszy sekurytyzacyjnych. 116,5 mln zł firmy transportowe są winne koncernom paliwowym, w tym niemal po połowie za sprzedaż hurtową i karty paliwowe. 77 mln zł to zobowiązania wobec ubezpieczycieli.

Kierunek: płynność finansowa

Branża TSL ma również swoich dłużników, którzy są jej winni 171,6 mln zł. Nie tylko wykorzystują długie terminy zapłaty na fakturze, ale też opóźniają płatności lub nie płacą w ogóle.

Najwięcej, bo 55,5 mln zł, stanowią zobowiązania firm transportowych wobec kolegów po fachu. Blisko 40 mln zł są winne przewoźnikom firmy handlowe, z czego 30 mln zł to długi hurtowników. Następne 23 mln zł stanowią przeterminowane zobowiązania firm przemysłowych, z czego najwięcej to długi producentów artykułów spożywczych. Branża transportowa czeka również na odzyskanie 19 mln zł od budownictwa.

W przypadku finansowania zewnętrznego w branży TSL kluczowe powinno być wsparcie płynności finansowej, dlatego zdaniem ekspertów, zainteresowanie firm transportowych będzie zmierzać coraz bardziej w kierunku faktoringu.

Od początku 2021 roku w ramach eFaktoringu sfinansowaliśmy dla przewoźników faktury na łączną kwotę 24,5 mln zł. W 94 procentach były to mikrofirmy działające w sektorze transportu drogowego towarów. Średni przyznany limit wynosił blisko 30 tys. zł. Można przypuszczać, że 2022 rok upłynie pod znakiem coraz większego zainteresowania usługą faktoringu wśród firm z branży TSL z uwagi na zapowiadany wzrost wynagrodzeń kierowców, rosnącą konkurencję i związaną z tym rozbudowę floty czy konieczność inwestycji w ekologiczne środki transportu. Ponadto pieniądze uzyskane w ramach faktoringu można przeznaczyć na dowolny cel biznesowy: na paliwo, frachty, podatki, towar, wynagrodzenia dla załogi, naprawy czy szkolenia – mówi Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu firmy faktoringowej NFG.

Dogodne rozwiązania IT dla Twojej firmy

Właściwie dobrany sprzęt oraz oprogramowanie stanowią podstawę funkcjonowania każdej nowoczesnej firmy. Jeśli chcesz wprowadzić innowacje informatyczne bez ponoszenia dużych kosztów, koniecznie sprawdź co może zaoferować Ci outsourcing IT. Warszawa to miejsce, w którym działa wielu zewnętrznych partnerów pozwalających na dobór dokładnie tych usług, na których zależy Klientowi.

Zewnętrzna obsługa informatyczna posiada wiele zalet, które przekonują coraz więcej małych i średnich firm do rezygnacji z utrzymywania informatyków i programistów na etatach. Okazuje się bowiem, że dostęp do najnowocześniejszych technologii i wiedzy świetnie wykwalifikowanych specjalistów może być na wyciągnięcie ręki. Warto dodać, że wsparcie IT dla firm to nie tylko ograniczenie kosztów prowadzenia działalności, ale także więcej czasu na rozwój innych obszarów organizacji.

Na czym polega outsourcing IT?

Zlecenie obsługi informatycznej naszej firmy zewnętrznemu partnerowi – tak jednym zdaniem można zdefiniować outsourcing IT. Warszawa to miasto, w którym funkcjonuje wiele firm świadczących tego typu usługi. Właściwie dobrany partner powinien zapewniać nie tylko wysoki standard obsługi, ale także gwarantować rzetelne doradztwo i zminimalizować ryzyko przestojów w działaniu sprzętu i oprogramowania. Większość partnerów jest bardzo elastyczna jeśli chodzi o wybór usług wchodzących w skład umowy. Możesz postawić na obsługę częściową lub kompleksową, to na jakie rozwiązania się zdecydujesz powinno zależeć od Twoich celów biznesowych oraz budżetu.

Dlaczego warto wybrać outsourcing IT?

Wyróżnić można szereg korzyści, które może zagwarantować nam outsourcing IT. Warszawa jako miasto stwarzające duże możliwości rozwoju dla przedsiębiorców cieszy się dużym zainteresowaniem tego typu usługami. Firmy decydujące się na to rozwiązanie doceniają przede wszystkim:

  • Ograniczenie kosztów prowadzenia działalności – wyrażające się w braku konieczności zatrudniania odpowiednio wykwalifikowanych specjalistów na etatach oraz redukcji kosztów związanych z rozwojem infrastruktury informatycznej firmy. Podejmując współpracę ze sprawdzonym partnerem zewnętrznym zyskasz dostęp do ekspertów z różnych obszarów IT, co pozwoli Ci na uzyskanie kompleksowego wsparcia.
  • Indywidualna obsługa informatyczna – firmy świadczące wsparcie IT dla firm chętnie dopasowują się do potrzeb Klientów, proponując im dokładnie te usługi, które znajdują się w kręgu ich zainteresowań.
  • Reagowanie na usterki – zarówno sprzęt, jak i oprogramowanie bywają zawodne, dlatego warto upewnić się, że nasza umowa z zewnętrznym dostawcą usług obejmuje helpdesk IT. Wiążę się on szybkim reagowaniem na pojawiające się przestoje w funkcjonowaniu infrastruktury IT. Pamiętajmy, aby wynegocjować jak najkorzystniejszy zapis dotyczący „SLA” (gwarantowanego poziomu świadczenia usług) określający czas w jakim nasz dostawca deklaruje się podjąć działania mające na celu rozwiązanie problemu informatycznego.

Dokładnie sprawdź wybranego partnera

Zanim zdecydujemy się na podpisanie umowy z zewnętrznym partnerem, upewnijmy się, że jego oferta oraz proponowane modele współpracy wpisują się w nasze potrzeby oraz możliwości budżetowe. Pozwoli to uzyskać idealnie dopasowaną propozycje, która przyczyni się do optymalizacji kosztów generowanych przez outsourcing IT. Warszawa to siedziba m.in. firmy NetSupport, która zapewnia indywidualne podejście do Klienta oraz dbałość o każdy aspekt realizowanych zadań.

Rynek nieruchomości oswoił się z nową rzeczywistością i odzyskuje tempo

Firma doradcza Savills wstępnie podsumowała 2021 rok i prognozuje trendy na kolejne miesiące. Z analiz Savills wyłania się obraz rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce, który odzyskuje tempo, ale uległ znaczącym przemianom. Wśród trendów na przyszły rok Savills prognozuje m.in. wzrost czynszów, dalszą popularyzację ESG i stawianie na innowacje.

Zgodnie z przewidywaniami, w 2021 roku na rynku nieruchomości komercyjnych dało się zaobserwować pozytywny efekt programu szczepień. Inwestorzy byli aktywni, a wartość transakcji na rynku inwestycyjnych ma szanse osiągnąć poziom 5 mld euro. Według Savills, z dużym prawdopodobieństwem utrzymana zostanie tendencja z ostatnich miesięcy i na koniec roku za blisko połowę wolumenu odpowiadać będą nieruchomości magazynowe.

„W 2021 roku rynek bez wątpienia odbił, ale wciąż wyczuwalna była atmosfera niepewności. Do obaw dotyczących dalszego przebiegu pandemii, doszły zagrożenia geopolityczne oraz gospodarcze. Nie przeszkodziło to jednak najemcom i inwestorom stopniowo powracać do aktywności. Kluczowe wskaźniki za minione 12 miesięcy, dotyczące wartości transakcji inwestycyjnych czy popytu na rynku najmu powierzchni biurowych, prawdopodobnie utrzymają się na poziomie zbliżonym do zeszłego roku, ale z dobrymi prognozami na przyszłość. Pozytywnym wyjątkiem jest sektor magazynowy, który już teraz, niezrażony pandemią, notuje kolejne rekordy. Rynek nieruchomości komercyjnych oswoił się z nową rzeczywistością i zaczyna powoli wracać do formy” – mówi Tomasz Buras, CEO Savills w Polsce.

2021 rok na rynku biurowym upłynął pod znakiem poszukiwania optymalnego modelu pracy. Wielu najemców zdecydowało się na wdrożenie na stałe systemu hybrydowego, łączącego pracę z biura oraz z domu. Zgodnie z danymi Savills, całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Polsce wzrosły do ponad 12 315 000 m kw. Nastąpiła dalsza popularyzacja biur elastycznych, a operatorzy takich powierzchni skupili się na ekspansji w miastach regionalnych.

Sektor Build-to-Rent (mieszkania na wynajem instytucjonalny) powoli zadomawia się na polskim rynku. Jak podaje Savills w swoim podsumowaniu, na koniec 2021 roku w Polsce funkcjonowało już blisko 40 takich inwestycji. Projekty znajdujące się obecnie w budowie pozwolą wkrótce dwukrotnie zwiększyć podaż apartamentów oferowanych w tej formule.

Obserwowany na rynku dynamiczny rozwój firm technologicznych i podmiotów z branży e-commerce, sprawia, że zatrudnienie w tych sektorach rośnie. W opinii Savills, nawet jeśli nie przekłada się to jeszcze wprost na wzrost popytu na biura, to wobec wzmacniania się trendu pracy hybrydowej, oznacza większe zapotrzebowanie na nowoczesne inwestycje mieszkaniowe.

W 2021 roku udział kanału online w sprzedaży ogółem wzrósł do niemal 9% z około 5% notowanych przed pandemią. Strategie omnichannel nabrały tempa, łącząc świat zakupów przez internet z tradycyjnymi obiektami handlowymi. Rozwój rynku e-commerce pozostaje jednym z motorów napędowych popytu na powierzchnie logistyczne. Nowością w świecie handlu były tzw. dark stores, czyli sklepy będące w rzeczywistości niewielkimi centrami dystrybucyjnymi zlokalizowanymi w obrębie miast i pomagającymi skrócić czas dostaw. W 2021 roku otwarcie tego formatu w Polsce ogłosiła m.in. sieć Żabka. Swoje platformy mają też Lisek, Jokr i Swyft, a Biedronka rozpoczęła współpracę w tym zakresie z Glovo.

Z kolei w 2022 roku, według Savills, oprócz ryzyka postępującej inflacji, możemy się spodziewać dalszych wzrostów kosztów budowy, cen gruntów oraz presji na zwiększanie wynagrodzeń. Przełoży się to w pierwszej kolejności na wzrost opłat eksploatacyjnych. Najemcy będą także odczuwać różnicę kursową, ze względu na standard rynkowy jakim jest rozliczanie opłat za wynajem w euro. Może być to też pierwszy rok od dawna, kiedy w górę pójdą stawki czynszu za wynajem powierzchni magazynowych i biurowych.

„2022 rok może być czasem większych zakupów na rynku inwestycyjnym. Nadal obserwować będziemy wysoki popyt na nieruchomości magazynowe oraz zwiększający się udział sektora PRS. Na nowych właścicieli czeka kilka spektakularnych projektów biurowych. Wartość transakcji inwestycyjnych może w przyszłym roku zbliżyć się do poziomów odnotowywanych przed pandemią. Lokowaniu kapitału w nieruchomościach komercyjnych sprzyjać będzie postrzeganie ich jako bezpiecznej przystani, w obliczu dużych wahań na rynku walut, giełdy i obligacji” – dodaje Tomasz Buras z Savills.

Przyszły rok na rynku nieruchomości będzie też prawdopodobnie czasem, kiedy bardzo wyraźnie zacznie być widoczne realne przełożenie strategii ESG na rynek nieruchomości. W wyniku tzw. taksonomii Unii Europejskiej, czyli zmiany przepisów dotyczących raportowania pozafinansowego w zakresie zrównoważonego rozwoju oraz wejścia w życie dyrektywy CSRD, a także ze względu na preferencje najemców, na rynku rośnie znaczenie ESG. Termin ten oznacza nie tylko troskę o środowisko, ale również o człowieka. Według Savills, będzie to widoczne m.in. na rynku magazynowym, gdzie chcący się wyróżnić deweloperzy, oprócz inwestowania w energooszczędność, zaczną również stawiać na drugi z filarów ESG, czyli aspekt ludzki.

Na rynku biurowym różnice pomiędzy budynkami, które spełnią wytyczne ESG, a tymi, których właściciele przegapią okres zmian, staną się coraz bardziej widoczne. Obecnie starsze biurowce i te w lokalizacjach pozacentralnych borykają się z wyzwaniami związanymi z refinansowaniem inwestycji. Pojawiają się jednak powoli chętni na zakup istniejących budynków, z zamiarem dokonania gruntowych modernizacji, a czasem zmiany ich funkcji czy wręcz wyburzenia. Dotyczy to nie tylko nieruchomości biurowych. Również wśród deweloperów magazynowych pojawiła się większa wola do inwestycji typu brownfield, aby zabezpieczyć dobre lokalizacje.

Zjawisko pewnego rodzaju dychotomii i podziału na obiekty, którym wkrótce może pozostać jedynie zamiana funkcji i te, w których poczyniono inwestycje, będzie widoczne m.in. na warszawskim Służewcu. Na obszarze tym biurowce, które będą spełniać wysokie standardy, mogą przyciągać najemców perspektywą optymalizacji kosztów najmu. Jak podaje Savills, obiekty te mogą w ten sposób okazać się wielkimi wygranymi pandemii.

W 2022 roku, rynek biurowy w Warszawie może powoli zacząć przejawiać pewne cechy rynku właściciela. Ilość powierzchni w budowie jest najniższa od 10 lat. Zgodnie z prognozami Savills, wobec stopniowego zapełniania się projektów rozpoczętych jeszcze przed pandemią, w drugiej połowie roku możemy zacząć obserwować pierwsze oznaki luki podażowej i usztywnienia się wynajmujących w negocjacjach. Początki takiego trendu widać już teraz w odniesieniu do najlepszych biurowców w Warszawie.

Ostatnim z trendów prognozowanych przez Savills na 2022 rok są innowacje, pod postacią implementacji nowych technologii w nieruchomościach (proptech) i wykorzystania dużej ilości danych w ich obsłudze (big data). Pęd w kierunku coraz większej automatyzacji będziemy obserwować na powierzchniach produkcyjnych, w budynkach biurowych oraz w autonomicznych sklepach. Do coraz większej ilości zadań związanych z zarządzaniem i wyceną nieruchomości będą wykorzystywane nowoczesne narzędzia oparte o analizę danych.

Polski Ład – jak wpłynie na inflację i wzrost gospodarczy?

Polski Ład, czyli największa rewolucja podatkowa od dekad, wejdzie w życie już 1 stycznia 2022 r. Ustawa o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych oraz niektórych innych ustaw została uchwalona 29 października. Jest to plan rozwoju przewidziany na najbliższą dekadę, który w teorii miał zwiększyć wzrost gospodarczy, a co za tym idzie poprawić jakość życia Polaków. Jednak specjaliści są zdania, że program został realnie nastawiony na inne cele niż początkowo przewidywał. W obecnej wersji kładziony jest nacisk na redystrybucję, zamiast na rozwój polskiej gospodarki. Wielu ekonomistów jest zdania, że działania rządu pchają nas w coraz to większe problemy związane z inflacją. Wskazują na liczne błędy rządzących – a sam Polski Ład określają mianem programu wyborczego. Z powodu wysokiego wzrostu cen podatkowy Polski Ład coraz bardziej zaczyna przypominać kolejny komponent tarczy antyinflacyjnej niż dopalacz dla osób o niższych dochodach, jakim miał być.

– Z Polskim Ładem jest tak, że jest to program redystrybucji, a nie tak jak zapowiadano, program rozwoju. Główny koncept jest taki, że trochę zabieramy bogatszym, a trochę dajemy uboższym. Z punktu widzenia społecznego można się z tym zgadzać lub nie – ale jest to rzecz, która absolutnie może być realizowana i odpowiada programowi wyborczemu. Natomiast problem leży gdzie indziej. Polskiemu Ładowi miał towarzyszyć program gospodarczy, czyli przyspieszenia rozwoju gospodarczego – powiedział serwisowi eNewsroom Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC Polska. – Na początku miała to być strategia zrównoważonego rozwoju, o której premier Morawiecki wyraźnie zapomniał – bo nie słyszałem o niej już wiele lat. Także wnioskuję, że zakończyła się ona niepowodzeniem. Z kolei około pół roku temu słyszeliśmy, że ten program rozwoju to 70 mld z Unii Europejskiej. Obecnie przestaliśmy o tym słyszeć w momencie, w którym pieniądze te zostały zablokowane. Oczywiście Polski Ład zmieni w pewnym stopniu dystrybucję – jednak Polsce potrzebny jest przede wszystkim program rozwoju, zwłaszcza po pandemii. Programu tego oczywiście jak dotąd nie ma. Polityka gospodarcza przez ostatnie lata koncentrowała się na tym, aby wzbogacić ludzi przez zwiększenie popytu na rynku. Co przy niedostatecznym wzroście podażowym wywołało inflację. Natomiast najwyższy czas, aby przypomnieć sobie o tym, że stymulowanie popytu w momencie, gdy gospodarka nie jest w stanie tak szybko się rozwijać – to prosta droga do wzrostu inflacji. Zwłaszcza przy tak małym poziomie inwestowania. W związku z tym bardzo potrzebny jest program skierowany do przedsiębiorców, zachęcający do inwestowania, podniesienia poziomu technologicznego czy też wprowadzenia bardziej pracooszczędnych technologii. Szczególnie w momencie barku pracowników – co z kolei w ostatnim czasie jest olbrzymim problemem. Bez tych działań czeka nas już tylko dalszy wzrost inflacji i spadek wzrostu gospodarczego – wyjaśnia Orłowski.

56% firm z polskiego automotive jest obecnych za granicą. To trzeci najniższy wynik

Ponad połowa firm z branży motoryzacyjnej w Polsce prowadzi działalność eksportową lub ma swoje przedstawicielstwa za granicą. To trzeci najniższy wynik wśród 11 krajów objętych badaniem zrealizowanym przez Exact Systems „MotoBarometr 2021. Nastroje w automotive w Polsce i Europie”. Tylko w dwóch państwach umiędzynarodowienie motobranży jest mniejsze – w Portugalii (47%) i Rumunii (48%). Pomimo trwającego kryzysu spowodowanego pandemią COVID-19, co dziewiąta firma w Polsce planuje jednak „wyjechać” ze swoimi produktami za granicę. Eksperci Exact Systems zwracają uwagę, że choć większość produkcji motoryzacyjnej jest eksportowana do Europy Zachodniej, to pierwszym polem ekspansji zagranicznej dla polskich firm są kraje Europy Środkowo-Wschodniej.

Umiędzynarodowienie polskiej gospodarki postępuje bardzo dynamicznie. Jedną z miar tego procesu jest relacja eksportu wyrobów i usług do PKB. Z „Raportu o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce, 2021” przygotowanego przez PARP wynika, że w latach 2010–2019 zwiększyła się ona z 40% do 56%. Drugą ważną miarą internacjonalizacji gospodarki jest liczba przedsiębiorstw zajmujących się eksportem lub importem. Z szacunków Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości wynika, że tylko 4,6% firm w Polsce sprzedaje wyroby za granicę, a zaledwie 1% – usługi. Za tak niskie odsetki odpowiadają przede wszystkim słabe wyniki mikroprzedsiębiorstw (3,2%). Wśród małych firm działalność eksportową prowadzi co trzeci podmiot, w średnich co druga, a dużych prawie 70%.

Eksport ma jeszcze potencjał

Biorąc pod uwagę powyższe dane i fakt, że przedstawiciele polskiego automotive to w większości średnie i duże podmioty, wynik 56% nie odbiega od średniej. Tyle firm na pytanie „Czy Państwa firma planuje podjąć działalność eksportową lub ekspansję zagraniczną?” odpowiedziało, że nie ma takich planów, gdyż już są obecni za granicą. 11% przedstawicieli polskiego automotive odpowiedziało twierdząco, a 14% w najbliższej przyszłości nie myśli o umiędzynarodowieniu swojego biznesu.

W porównaniu z innymi krajami objętymi badaniem „MotoBarometr 2021” umiędzynarodowienie branży motoryzacyjnej w Polsce wygląda słabiej. Tylko w dwóch państwach ten odsetek jest niższy – w Portugalii (47%) i Rumunii (48%). W pozostałych jest wyższy. Najwięcej firm prowadzi działalność eksportową lub ekspansję zagraniczną w Belgii (85%), na Słowacji (75%), w Holandii (74%) i w Czechach (73%).

– Nasze automotive wyzbywa się kompleksów i coraz odważniej wychodzi nie tylko za granicę, ale i poza kraje Unii Europejskiej. Może tego nie widać w wynikach naszego badania – bo tuta rzeczywiście mamy jeszcze sporo do nadrobienia wobec innych krajów – ale prawie nikt nie wyobraża sobie prowadzić działalność w automotive będąc jedynie na rynku polskim. O sukces wówczas bardzo trudno, bo funkcjonujemy w branży, w której łańcuchy dostaw są bardzo umiędzynarodowione – zwraca uwagę Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems.

Przez CEE na Zachód

Z danych AutomotiveSuppliers.pl za pierwsze półrocze 2021 roku wynika, że najważniejszymi odbiorcami produkowanych w Polsce wyrobów motoryzacyjnych są kraje Europy Zachodniej. 33% motoprodukcji „wyjechało” do Niemiec,  po 7% do Francji i Włoch. Dopiero numerem cztery są nasi południowi sąsiedzi – Czechy (6%). Przedstawiciele Exact Systems zwracają jednak uwagę, że to Europa Środkowo-Wschodnia jest naturalnym pierwszym polem ekspansji dla polskich firm, także w branży motoryzacyjnej. Głównie ze względu na podobny cykl wzrostu gospodarek oraz brak twardych różnic kulturowych.

– Także dla Exact Systems region CEE był pierwszym kierunkiem ekspansji zagranicznej. Już dwa lata po rozpoczęciu działalności zdecydowaliśmy się na wyjście poza Polskę i na pierwszy plan poszli nasi południowi sąsiedzi. Czesi, Słowacy czy Rumuni i Węgrzy podobnie myślą jak my i mają podobną historię gospodarczą ostatnich lat. Dużo nas łączy. Oczywiście czynnikiem kluczowym dla nas, ale i większości motofirm, jest obecność sektora automotive w danym kraju oraz to, jak rozwinięty jest przemysł poddostawczy. I to jest powód, dlaczego w tych krajach jesteśmy obecni, a w Bułgarii, Albanii już nie. Ponadto, dzisiaj wszyscy jesteśmy w Unii Europejskiej, co znacznie ułatwia prowadzenie działalności gospodarczej. I często obecność w krajach CEE ułatwia dojście do rynków zachodnich czy nawet wyjście poza Europę. Bo na kierunki ekspansji zagranicznej wybieramy coraz częściej te rynki, których potencjał ludnościowy jest duży, co ma bezpośrednie przełożenie na popyt. Bardzo ważna jest też dywersyfikacja rynków zbytu, która pozwala na zmniejszenie uzależnienia naszej branży motoryzacyjnej od popytu – mówi Paweł Gos z Exact Systems.

Badanie „MotoBarometr 2021. Nastroje w automotive w Polsce i Europie” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora automotive. Wśród nich znajdują̨ się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczki, szyby samochodowe, dachy, kolumny kierownicze czy elementy bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 776 respondentów z 11 państw (Polska, Belgia, Czechy, Hiszpania, Holandia, Niemcy, Portugalia, Rumunia, Słowacja, Turcja, Węgry). Respondentami byli przedstawiciele zakładów motoryzacyjnych, w tym OEM i Tier, a w szczególności inżynierowie ds. jakości, dyrektorzy zakładów, managerowie ds. jakości i produkcji. Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI), ankiet online oraz ankiet indywidualnych od maja do lipca 2021 roku. Raport dostępny jest na stronie www.motobarometr.pl.

7R sprzedał kompleks pięciu budynków logistycznych do Savills Investment Management za ponad 101 mln euro

Savills Investment Management sfinalizował transakcję nabycia aktywów logistycznych w Polsce od 7R w imieniu Vestas Investment Management. Kompleks 7R Park Beskid II zlokalizowany jest w jednym z największych klastrów produkcji przemysłu motoryzacyjnego oraz centrów dystrybucji w Europie. Całkowita wartość transakcji przekroczy 101 mln euro.

Savills Investment Management (Savills IM), międzynarodowy menedżer inwestycyjny, poinformował o nabyciu 7R Park Beskid II. Wielkopowierzchniowy obiekt logistyczny w Czechowicach-Dziedzicach został zakupiony od polskiego dewelopera 7R i VRE w imieniu Vestas Investment Management (Vestas). Transakcja będzie przeprowadzona w trzech etapach, a ostatni z nich zostanie ukończony w marcu 2022 roku. Finansowanie zapewnił Bayerische Landesbank (BayernLB). Transakcja zwiększa wartość aktywów firmy Vestas w Europie do 1,4 mld EUR, obejmując 15 obiektów biurowych i logistycznych.

7R Park Beskid II zlokalizowany jest w regionie Śląska, który stał się jednym z największych skupisk zakładów produkcyjnych dla przemysłu motoryzacyjnego oraz centrów dystrybucyjnych na Starym Kontynencie. Region ten jest dobrze rozwiniętym węzłem transgranicznym, obsługującym transport z Czechami i Słowacją. Sama nieruchomość 7R Park Beskid II jest strategicznie położona – bezpośrednio przy drodze krajowej nr 1, która łączy ją z autostradą A4, najważniejszym korytarzem transportowym w południowej Polsce.

Deweloper 7R dostarczył kompleks logistyczny o powierzchni około 90 000 mkw., składający się z pięciu budynków, oferujący powierzchnię magazynowo-produkcyjną dla wielu najemców. Cztery z nich mają standardową specyfikację, a jeden jest obiektem typu BTS (Build-to-Suit), wybudowanym dla joint venture pomiędzy firmami Valeo i Siemens. Powstał on z myślą o rozwoju i produkcji innowacyjnych komponentów napędowych do pojazdów elektrycznych. 7R Park Beskid II posiada certyfikat BREEAM na poziomie Very Good.

Savills IM w transakcji doradzali: Dentons, Arcadis oraz Cushman & Wakefield. Firmom 7R i VRE doradzała kancelaria Baker McKenzie oraz JLL.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z zawarcia kolejnej transakcji z firmą Vestas i jej inwestorami, szczególnie, że dotyczy ona tego wysokiej jakości obiektu zrealizowanego przez 7R. Jest on idealnie zlokalizowany w jednym z największych klastrów produkcji motoryzacyjnej w Europie i jest atrakcyjny dla najemców z najwyższej półki. Wierzymy, że jest to właściwy kompleks w odpowiedniej lokalizacji, który w perspektywie długoterminowej skorzysta na kluczowych czynnikach rozwoju sektora logistycznego, – mówi Alistair Ennever, Head of Industrial & Logistics, Europe, Savills Investment Management.

Przygotowując nowe inwestycje w 7R stawiamy na wysoką jakość naszych obiektów, wzbogaconych o technologię i ekologiczne rozwiązania. Cieszymy się, że nasze podejście zyskuje coraz większe zainteresowanie inwestorów, czego potwierdzeniem jest współpraca z kolejnym prestiżowym podmiotem, jakim jest Savills Investment Management. Jestem przekonany, że łączy nas wspólny cel, jakim jest tworzenie długoterminowej wartości obiektów logistycznych, – dodaje Łukasz Jachna, Chief Capital Markets Officer, członek zarządu, 7R.

Finansowanie 7R Beskid Park doskonale wpisuje się w naszą strategię kredytową, która koncentruje się na aktywach w kluczowych lokalizacjach z długoterminowymi prognozami wzrostu i pozytywnymi wskaźnikami ESG. Cieszymy się, że mogliśmy wesprzeć tę transakcję jako wyłączny subemitent i agent, – komentuje Robert Hetzner, Vice President, Real Estate Division, BayernLB.

Trudne decyzje banków centralnych

Ten tydzień jest naszpikowany decyzjami banków centralnych. Oprócz największych (Fed, BoE, EBC, BoJ, SNB) o kształcie polityki monetarnej będą decydować banki centralne Węgier, Chile, Norwegii, Rosji oraz Meksyku. Wszystkie instytucje znajdują się pod coraz większą presją wynikającą z galopującej inflacji.

Być może nadzieje pokładane w bankach centralnych są przesadzone. Jeśli wzrost cen wynika tylko i wyłącznie z niedoborów podaży, to wówczas zbyt restrykcyjna polityka monetarna może zdławić zagregowany popyt. Przedstawiciele instytucji martwią się jednak o to, że inflacja nie ma w tym momencie charakteru przejściowego i jest duża szansa, że wysoki poziom cen ulegnie utrwaleniu. Ryzyko efektu drugiej rundy powoduje, że instytucje coraz częściej odchodzą od skrajnie ekspansywnej polityki. Podejście bardziej restrykcyjne w dłuższym terminie ma zapobiec wystąpienia tego zjawiska.

Klarowana ocena inflacji jest jednak o tyle trudna w tym momencie, gdyż pandemia się nie skończyła, a przybrała po prostu nową formę. Po raz pierwszy od dłuższego czasu ponownie pojawia się konflikt w polityce pieniężnej między realnymi celami gospodarczymi (wzrost/ zatrudnienie) a celami dotyczącymi stabilności cen – coś co w czasach niskiej inflacji nie miało dużego znaczenia. Jednocześnie zdolność banków centralnych do dokonywania prognoz została znacznie ograniczona. W rezultacie prowadzenie dalekowzrocznej polityki monetarnej jest trudniejsze, niż wynikałoby to z teorii.

Decyzje i komunikaty banków centralnych w tym tygodniu mogą mieć charakter tymczasowy. Oczywiście większość instytucji będzie starała się dostarczyć rynkowi pewnych wskazówek. Jednak będą one być może za jakiś czas wymagały korekty, jeśli rozwój pandemii oraz inflacja zaskoczą – co wcale nie jest tak mało prawdopodobne.
Wyciąganie wniosków na temat fundamentalnego podejścia banków centralnych do polityki monetarnej z decyzji z tego tygodnia będzie utrudnione. Instytucja, która obierze drogę pozostawienia wszystkiego w zawieszeniu i utrzymania ekspansywnego podejścia niekoniecznie musi być gołębia. Być może ma nieco inne spojrzenie na pandemię i inflację i ich realne skutki gospodarcze. Coraz częściej pojawiają się wypowiedzi, że firmy i całe społeczeństwa nauczyły się żyć w środowisku obwarowanym restrykcjami i tak naprawdę każda kolejna fala ma coraz mniejsze negatywne skutki.

W środowisku silnego dolara i braku porozumienia wokół KPO ponownie słabo radzi sobie złoty. Z polskiego rządu nie płynie jednoznaczne stanowisko ws. relacji z Brukselą, natomiast z Komisji Europejskiej docierają niepokojące sygnały o braku jakiejkolwiek nici porozumienia. W takim otoczeniu złoty jest najsłabszy od początku miesiąca, a kurs EUR/PLN odbija w okolice 4,64. Wczorajsze osłabienie PLN to również pokłosie pogorszenia sentymentu na globalnych rynkach, czego obrazem były spadki na największych giełdach światowych.

Łukasz Zembik
DM TMS Brokers

Do 17 grudnia największe firmy muszą wdrożyć procedury chroniące sygnalistów – choć ustawy nadal nie ma

Na wdrożenie przepisów wynikających z dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/1937 w sprawie ochrony osób zgłaszających naruszenia prawa pozostało już niewiele czasu, bo do 17 grudnia br. Tymczasem zarówno prace nad ustawą, jak i przygotowanie do stosowania prawa unijnego w tym zakresie w firmach i podmiotach sektora publicznego są mocno opóźnione. W odróżnieniu od RODO projekt polskiej ustawy nie przewiduje kar dla firm, ale indywidualne kary dla zarządzających przedsiębiorstwami.

W odniesieniu do przepisów dyrektywy i projektu polskiej ustawy warto przygotować odpowiednie procedury, by w przyszłości uniknąć odpowiedzialności karnej i dotkliwych sankcji dla kadry menadżerskiej, zwłaszcza że projekt ustawy zakłada zaledwie 14.dniowe vacatio legis.” – mówi Arkadiusz Matusiak, były prokurator, a obecnie szef zespołu White-Collar Crime w Wolf Theiss.

Unijna dyrektywa z 23 października 2019 r. nakłada na firmy i sektor publiczny obowiązek wdrożenia mechanizmów, które będą osobom zgłaszającym nieprawidłowości zapewniały poufność ich danych oraz ochronę przed działaniami odwetowymi. W pierwszym etapie dyrektywa obejmie przedsiębiorstwa zatrudniające więcej niż 249 osób. Firmy zatrudniające od 50 do 249 osób mają czas na wdrożenie nowych procedur do grudnia 2023 roku. Projekt ustawy o ochronie sygnalistów opublikowano 18 października 2021 r. na stronie Rządowego Centrum Legislacji i znajduje się on dopiero na początku ścieżki legislacyjnej na etapie opiniowania min. przez pracodawców i związki zawodowe.

„Naszym klientom zalecamy aktualizację i opracowanie wewnętrznych regulaminów już teraz – nie czekając na uchwalenie ustawy w Polsce, gdyż dyrektywa unijna może być później kluczowa w przypadku ewentualnych konsekwencji dla poszczególnych podmiotów gospodarczych. O skali odpowiedzialności świadczą sankcje, jakie przewiduje projekt ustawy, który zakłada karę grzywny, ograniczenia wolności albo do 3 lat pozbawienia wolności za utrudnianie dokonywania zgłoszenia, dokonywanie działań odwetowych wobec sygnalisty, naruszenie poufności tożsamości sygnalisty czy brak ustanowienia procedury wewnętrznej” – zauważa Arkadiusz Matusiak.

Jak przewiduje projekt ustawy, tożsamość osoby dokonującej zgłoszenia wewnętrznego w ramach organizacji będzie chroniona jako poufna. Zgłoszenie anonimowe, będzie możliwe – o ile pracodawca zawrze takie rozwiązanie w wewnętrznym regulaminie. „Jak wynika z opinii jakie zebraliśmy podczas szkoleń w tym zakresie od firm, właśnie zapewnienie poufności dla zgłaszających naruszenia budzi najwięcej obaw przedsiębiorców. Wątpliwości te są tym bardziej uzasadnione, że zgodnie ze stanowiskiem Komisji Europejskiej z 2 czerwca 2021 r. kanały raportowania nie mogą być tworzone w sposób scentralizowany tylko na poziomie grupy, lecz osobno dla poszczególnych spółek z grup. Zwłaszcza że w przypadku koncernów międzynarodowych nie wystarczy by była przygotowana jedna globalna komórka umożliwiająca dokonanie zgłoszenia, należy w każdym kraju przygotować indywidualne rozwiązania. Należy też mieć świadomość, że zachowanie poufności danych osobowych lub informacji dotyczących zgłoszeń może być utrudnione lub wręcz niemożliwe, zwłaszcza gdy te poufne dane staną się przedmiotem zainteresowania organów ścigania, Warto więc rozważyć by rolę podmiotu wewnętrznego upoważnionego do przyjmowania zgłoszeń oraz niezależnego organizacyjnie podmiotu upoważnionego do podejmowania działań następczych w przedsiębiorstwie pełniła osoba z zewnątrz, która jest związana również tajemnicą adwokacką lub radcowską.” – dodaje szef zespołu White-Collar Crime w Wolf Theiss.

Zgłoszenia dokonywane przez sygnalistów wedle projektu ustawy mają dotyczyć naruszenia prawa unijnego bądź krajowego m.in. w zakresie: zamówień publicznych, bezpieczeństwa produktów, ochrony konsumentów i konkurencji, ochrony danych osobowych, bezpieczeństwa sieci i systemów teleinformatycznych, czy też interesów finansowych Unii Europejskiej oraz opodatkowania osób prawnych. W polskim projekcie wyłączono sprawy indywidualne, czyli np. dotyczące mobbingu i dyskryminacji, choć pracodawca może zdecydować o ich ujęciu w wewnętrznych regulaminach.

„Naszym klientom rekomendujemy wprowadzenie szerszego zakresu zgłoszeń niż przewiduje projekt ustawy. Jak pokazuje przykład branży gamingowej na świecie – brak reakcji na doniesienia dotyczące łamania prawa pracy czy lobbingu może skutkować ogromnymi stratami wizerunkowymi i finansowymi, przed czym firmy chronić mają właśnie odpowiednie procedury compliance.” – podsumowuje Arkadiusz Matusiak.

Projekt ustawy przewiduje, że osoba uznana za sygnalistę ma być chroniona przed działaniami odwetowymi, takimi jak wypowiedzenie lub rozwiązanie umowy bez wypowiedzenia stosunku pracy, obniżenie wynagrodzenia, wstrzymanie awansu albo pominięcie przy awansowaniu, przeniesienie na niższe stanowisko pracy lub zawieszenie w wykonywaniu obowiązków, oraz przed nałożeniem lub zastosowaniem środka dyscyplinarnego, w tym kary finansowej, lub środka o podobnym charakterze.

Deloitte: Instytucje finansowe muszą zwinnie reagować i stale rozwijać podstawowe narzędzia cyfrowego bezpieczeństwa

Rozwój technologiczny i rosnąca skala cyberzagrożeń powoduje, że kwestie efektywnej ochrony systemów bankowych i środków klientów nie schodzą z agendy zarządzających firmami sektora finansowego. Nadal jednak tylko co dziesiąta z nich wprowadziła jednocześnie wszystkie podstawowe narzędzia bezpieczeństwa informatycznego. Jak wynika z badania Financial Cyber Survey, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, za największe zagrożenie ankietowani uznają phishing i złośliwe oprogramowanie. Niezbędnym elementem obrony przed cyberatakami, skutecznie poprawiającym odporność organizacji są właściwie wyszkoleni pracownicy oraz strategiczny plan reagowania.

Sektor finansowy ze swej natury jest bardzo podatny na wszelkiej maści zagrożenia, wśród których do rangi najważniejszego urosły w ostatnich latach cyberataki. To powoduje, że branża znana jest z wysokiego poziomu dojrzałości w zakresie bezpieczeństwa informatycznego. Musimy stale testować nowe rozwiązania i badać potencjalne luki, wprowadzać efektywne strategie reagowania na zagrożenia i bacznie przyglądać się regulacjom prawnym; poczucie samozadowolenia i brak aktywności w tym obszarze będą zgubne – mówi Przemysław Szczygielski, partner, lider sektora finansowego w Polsce, lider zarządzania ryzykiem oraz doradztwa regulacyjnego, Deloitte.

Zagrożenie cybernetyczne stale rośnie

Błyskawicznie zmieniające się regulacje, napędzane dynamicznym rozwojem technologicznym, często pojawiającymi się innowacyjnymi produktami i usługami powodują, że zagadnienia z zakresu cyberbezpieczeństwa nie przestają zaprzątać uwagi odpowiedzialnych za zarządzanie instytucjami finansowymi. Tym bardziej, że za postępem informatycznym idą adekwatnie coraz bardziej zaawansowane techniki skrzętnie wykorzystywane przez przestępców szukających korzyści finansowych.

Badanie Deloitte wskazuje, że w 42 proc. przypadków ta tematyka jest analizowana przez zarządzających instytucjami finansowymi przynajmniej co miesiąc. 35 proc. omawia cyberbezpieczeństwo raz na kwartał, podczas gdy 23 proc. wskazuje, że jest ono przedmiotem uwagi najwyższego kierownictwa dwa razy w roku lub rzadziej.

Zagrożenie cybernetyczne stale rośnie – 72 proc. respondentów ocenia, że w ciągu ostatnich dwóch lat jego poziom wzrósł lub znacząco wzrósł. Ponad jedna trzecia uznaje, że do tego wzrostu przyczynił się czas pandemii Covid-19. Zdaniem ekspertów Deloitte w ostatnim czasie zmienił się jednak kształt zagrożeń – dziś chodzi nie tylko i nie zawsze o kradzież pieniędzy czy danych osobowych, ale czasami także o wyrządzenie szkód tylko dla samej szkody.

Głównym sposobem penetracji organizacji sektora finansowego pozostaje phishing i złośliwe oprogramowanie, np. wykorzystujące rozmaite narzędzia socjotechniczne. Za największe zagrożenie uważa je ponad połowa respondentów.

– Nie jest niespodzianką, że phishing jest uważany przez przedsiębiorstwa finansowe za największe zagrożenie dla cyberbezpieczeństwa. Badania pokazują, że 91 proc. udanych ataków kradzieży danych rozpoczęło się od celowanego ataku – poprzez spreparowany email lub spear phishing. Jednocześnie prawie 30 proc. pracowników instytucji statystycznie ulega takim atakom podczas wykonywanych testów phishingowych – mówi Adam Rafajeński, dyrektor, lider usług cyber, Deloitte.

Ekspert podkreśla, że w ciągu miesiąca notuje się powstawanie średnio aż 1,5 mln stron phishingowych. Dla przestępców jest to w dalszym ciągu bardzo skuteczna droga albo do wprowadzenia złośliwego oprogramowania do systemów informatycznych organizacji, albo do bezpośredniego oszustwa i przetransferowania środków z rachunku bankowego niczego niepodejrzewającego konsumenta. To na tym drugim przypadku od wielu lat najczęściej skupiają się aktywności zabezpieczające banków, mające przy tym bardzo ograniczone możliwości monitorowania środowiska pracy klienta.

Zbyt optymistyczna ocena własnej odporności na zagrożenia cybernetyczne

Z racji wieloletniej ekspozycji na potencjalne zagrożenia wiele przedsiębiorstw sektora finansowego ma całkiem pozytywny obraz własnej polityki bezpieczeństwa w tym zakresie. Zdaniem ekspertów Deloitte to poczucie może być jednak fałszywe. Szczególnie, że jak wynika z badania tylko jedna na dziesięć firm w pełni i jednocześnie wdrożyła wszystkie cztery elementy, które są powszechnie uważane za podstawowe narzędzia bezpieczeństwa cybernetycznego. Najczęściej instytucje finansowe koncentrują się na: planach samoobrony (53 proc.), strategiach reagowania (44 proc.), regularnie przeprowadzanych szkoleniach w zakresie świadomości grożących niebezpieczeństw (43 proc.) i tzw. cyberhigienie (37 proc.), czyli umiejętności odpowiedzialnego i efektywnego korzystania z nowych technologii.

W ciągu ostatnich 10 lat zagrożenia cyfrowe przestały być niedostrzegane i są powszechnie uznawane za integralną część procesów rozwoju produktów i systemów instytucji finansowych. Ta kompleksowość oznacza proaktywne podejście i uwzględnianie zagadnień cyberbezpieczeństwa już na najwcześniejszych etapach projektowania i budowania jakichkolwiek rozwiązań czy narzędzi. Ich brak już w początkowych fazach działania jest kosztowny, nieefektywny i stawia firmę w trudnej sytuacji. Dążenie do wysokiego poziomu dojrzałości cybernetycznej, oznacza jednak konieczność niezależnej weryfikacji poziomu i zakresu przyjętych rozwiązań, aby skutecznie unikać luk i nieścisłości wynikających ze zbyt wysokiej samooceny firm.

Niezależnie od przyjętych rozwiązań systemowych czy technicznych, najważniejszym ogniwem w procesie ochrony przed cyfrowymi zagrożeniami są pracownicy banków. To właściwie przeszkolony i świadomy personel ma na tym polu fundamentalne i elementarne znaczenie. Ponadto, konieczne jest posiadanie zarówno planu strategicznego, jak i planu operacyjnego, w jaki sposób należy bronić się przed niebezpieczeństwami, których aktualnie doświadcza lub w przyszłości może doświadczać organizacja – mówi Adam Rafajeński.

Lepiej być o krok przed regulacjami

Firmy sektora finansowego muszą przestrzegać wielu przepisów i brać pod uwagę wiele organów regulacyjnych, których rozstrzygnięcia nie zawsze są ze sobą w pełni zgodne. To z pewnością nie ułatwia codziennego funkcjonowania i powoduje, że także podejście do zagadnień cyberbezpieczeństwa jest złożonym zadaniem.

Niemal połowa (47 proc.) badanych wskazuje, że jest w stanie w wysokim stopniu przestrzegać rządowych przepisów w zakresie prywatności IT i cyberbezpieczeństwa (np. RODO, prywatność danych w cyberprzestrzeni, outsourcing), a 41 proc. uważa może to robić w pewnym stopniu. Co istotne, jedna trzecia uznaje, że przestrzeganie tych przepisów jest dla nich trudne, a przeciwnego zdania jest niewiele mniej, bo 29 proc. respondentów. Najwięcej, 37 proc., odpowiadających nie uważa tego ani za trudne, ani za łatwe.

– W takiej sytuacji najlepszym rozwiązaniem jest nie tyle nadążanie za istniejącym prawem, ale stałe wyprzedzanie regulacji. Wprowadzanie innowacyjnych rozwiązań nie tylko daje przewagę w zakresie cyberbezpieczeństwa, ale jest także znacznie mniej kosztowne. Zgodność zaczyna mieć bardzo istotnie znaczenie w kontekście pojawiających się w Polsce coraz bardziej restrykcyjnych regulacji, które wysoko podnoszą stawkę zarówno w zakresie odpowiedzialności zarządu za cyberbezpieczeństwo, jak i ustalają potencjalne kary za utratę danych na poziomie zbliżonym do kar RODO – mówi Przemysław Szczygielski. Nowe regulacje obejmują m.in. nową wersję Ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa, przygotowaną regulację DORA (Digital Operational Resilience Act) oraz ostatnie zmiany w dyrektywie NIS 2.0.

Kryzys na rynku gazu

Europa sprowadza z Rosji ok. 30% gazu. Nominalnie jest to ok. 180-200 mld m³ gazu rocznie. Trudno będzie zastąpić w pełni Rosję jako dostawcę gazu, ponieważ obecna sytuacja na rynku gazu spowodowała duże perturbacje związane m.in. z podażą gazu. Pandemia Covid-19 w pierwszych miesiącach 2020 r. spowodowała dramatyczny spadek cen surowców na giełdach. Przełożyło się to również na proces inwestycyjny firm energetycznych: zaczęły one mniej inwestować w produkcję, poszukiwanie nowych złóż oraz utrzymanie obecnego wydobycia. W konsekwencji spowodowało to, że po kilku miesiącach widać było spadki w podaży węglowodorów – zarówno ropy naftowej jak i gazu ziemnego. Sytuacja zaczęła być krytyczna, kiedy poszczególne państwa – najpierw azjatyckie, a następnie europejskie – zaczęły wychodzić z pandemii, znosząc ograniczenia i obostrzenia pandemiczne. Spowodowało to odżycie gospodarki w bardzo szybkim tempie. Nie przełożyło się to jednak na zwiększenie produkcji węglowodorów, ponieważ ten proces został zahamowany wskutek wcześniejszego zmniejszenia nakładów finansowych na poszukiwanie i wydobycie nowych złóż.

– W związku z tym pojawił się deficyt i bardzo duży przerost popytu nad podażą – powiedział serwisowi eNewsroom  Mariusz Marszałkowski, ekspert portalu BiznesAlert. – Jest to jeden z elementów, który obecnie wpływa na sytuację na rynku węglowodorowym na świecie. Pewne elementy – jak np. dostawy gazu z innych krajów niż Rosja – są związane właśnie z sytuacją globalną. O ile polskie gazownictwo naftowe i górnictwo opierają się w kontraktach, np. na dostawy LNG i na umowach długoterminowych z dostawcami – to np. w Hiszpanii 80% kontraktów było zawieranych na rynku spot. W sytuacji, gdy gazu LNG na rynku nie ma, lub jego ceny są dramatycznie wysokie – powstają problemy rynkowe w takich państwach jak Hiszpania, Wielka Brytania czy Holandia. Producentów LNG w stosunku do kupujących jest relatywnie mało. Liczących się na świecie producentów LNG jest jedynie pięciu – natomiast tendencja importu LNG w ostatnich latach dramatycznie rosła. To także przekłada się na obecną trudną sytuację na rynku gazu i ropy naftowej w Europie – tłumaczy Marszałkowski.

Przed nami rozstrzygające posiedzenia banków centralnych

Banki centralne krajów rozwiniętych przygotowują się do wycofania ogromnej stymulacji monetarnej, która napędza inflację, nie wiadomo jednak dokładnie, kiedy i w jakim zakresie do tego dojdzie. W tym tygodniu odbędą się posiedzenia Rezerwy Federalnej, Europejskiego Banku Centralnego i Banku Anglii. Oczekuje się, że Fed będzie jastrzębi, EBC gołębi, zaś co do BoE nikt nie ma pewności.

Wczesne dane dotyczące wariantu Omikron sugerują, że nie jest bardziej zjadliwy niż wcześniejsze i może być mniej dotkliwy. To dobra wiadomość dla aktywów ryzykownych na całym świecie. Akcje, surowce i aktywa zawierające ryzyko kredytowe w ubiegłym tygodniu zyskiwały, czemu sprzyja też niezwykle stymulujące otoczenie polityki monetarnej i fiskalnej. Waluty w większości poszły w ich ślady – te rynków wschodzących radziły sobie świetnie, zaś safe haven słabiej. Dolar osłabił się względem przeważającej części głównych walut, co jest nieco zaskakujące.

W tym tygodniu za to kluczowe dla kształtowania się rynku walutowego powinny być decyzje i retoryka banków centralnych w zestawieniu z rynkowymi oczekiwaniami względem nich. Wyniki posiedzenia Rezerwy Federalnej rynek pozna w środę 15.12, zaś Europejskiego Banku Centralnego, Szwajcarskiego Banku Narodowego i Banku Anglii – w czwartek 16.12.

PLN

Zgodnie z oczekiwaniami konsensusu i naszymi Rada Polityki Pieniężnej podniosła stopy procentowe o 50 pb., w konsekwencji czego stopa referencyjna wzrosła do 1,75% i znalazła się najwyżej od ponad sześciu lat. Ton decydentów w kontekście stóp sugeruje, że podwyżki powinny być kontynuowane, o ile sytuacja gospodarcza czy też w zakresie pandemii nie ulegnie istotnemu pogorszeniu. Prawdopodobnie nie będą to ruchy silniejsze od ostatniego, aczkolwiek nieco za wcześnie na spekulowanie co do tempa konkretnych podwyżek.

Zachowanie złotego, który osłabił się po informacji z RPP, sugeruje, że rynek był nieco rozczarowany skalą podwyżki lub brakiem jaśniejszych deklaracji dotyczących przyszłości. Ostatecznie jednak posiedzenie nie zmieniło wiele w zakresie oczekiwań rynku i naszych. Nadal zakładamy, że podwyżki stóp procentowych powinny wesprzeć złotego w kolejnych miesiącach.

W czwartek 16.12 poznamy wyliczenia krajowej inflacji bazowej w listopadzie. Uwaga rynku będzie jednak skupiać się na posiedzeniach decyzyjnych dużej liczby istotnych dla nas banków centralnych, które mogą mieć wpływ również na kurs EUR/PLN. Punkt ciężkości tygodnia zdecydowanie przypada na okres środa–czwartek, więc zmienność może być wtedy podwyższona.

EUR

Mocne dane o produkcji przemysłowej w Niemczech w zeszłym tygodniu pomogły euro ustabilizować się względem dolara amerykańskiego, lecz inwestorzy pozostają skupieni na posiedzeniu EBC w ten czwartek. Rynek oczekuje bardzo gołębiego sygnału, w którym bank wyrazi chęć kontynuacji skupu aktywów w dużej części 2022 r., mimo że inne banki centralne, w szczególności Fed, planują wygasić skup dużo szybciej.

Jest jednak nadzieja dla euro – jeśli wbrew oczekiwaniom poznamy bardziej agresywny terminarz ograniczenia skupu lub jeśli w EBC pojawi się jastrzębi sprzeciw. Może to doprowadzić do gwałtownego wzrostu pary EUR/USD w konsekwencji pokrywania krótkich pozycji przez inwestorów.

USD

W listopadzie odnotowano kolejny wzrost inflacji w USA do 6,8% w przypadku głównej miary CPI i 4,9% w przypadku miary bazowej (z wyłączeniem żywności i energii) – są to najwyższe poziomy od kilkudziesięciu lat. Rynek był jednak przygotowany na takie odczyty i nie wpłynęły one w istotnym stopniu na ruchy walut. Powszechnie oczekuje się jastrzębiego zwrotu Fedu w najbliższą środę – konsensus spodziewa się zakończenia skupu aktywów do marca i pierwszej podwyżki stóp procentowych zanim nadejdzie lato.

Kolejnym istotnym punktem zebrania będzie dot plot, na którym poszczególni członkowie FOMC zaznaczają swoje oczekiwania dotyczące terminów przyszłych podwyżek. Rynki już teraz wyceniają trzy podwyżki w 2022 r. Jeśli mediana dot plotu będzie wskazywać inaczej, prawdopodobnie znacznie wpłynie to na dolara.

GBP

Zeszły tydzień nie obfitował w informacje z gospodarki, więc handel funtem względem dolara i euro odbywał się w wąskim zakresie w oczekiwaniu na decyzję Banku Anglii ws. stóp procentowych w ten czwartek. Nagłówki dotyczące wariantu Omikron prawdopodobnie wykluczają zmiany polityki w tym tygodniu. Oczekujemy jednak, że zarówno wyniki głosowania, jak i komunikaty banku pozostawią otwartą furtkę do podwyżki na kolejnym zebraniu, jeśli wariant Omikron rzeczywiście będzie względnie łagodny.

Reakcja waluty w bezpośrednim następstwie czwartkowej decyzji prawdopodobnie będzie zależała od rozkładu głosów za podwyżką stóp. Naszym zdaniem najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest 7 z 9 głosów za utrzymaniem stóp procentowych. Jednomyślne głosowanie lub takie, w którym jeden z dwóch jastrzębi zagłosowałoby za brakiem zmian stóp, byłoby istotnym rozczarowaniem dla rynków i mogłoby wywołać wyraźne osłabienie funta.

CHF

Frank szwajcarski oddał w zeszłym tygodniu część swoich niedawnych zysków i spośród walut G10 gorzej od niego radził sobie tylko jen japoński. Ta zmiana sytuacji o 180 stopni względem wcześniejszego tygodnia jest wspierana przez nowe, optymistyczne nastawienie rynku do wariantu Omikron, a raczej do jego przypuszczalnie niewielkiego wpływu na gospodarkę.

Ten tydzień będzie dla franka szczególnie ważny, ponieważ w czwartek odbywa się posiedzenie Szwajcarskiego Banku Narodowego (SNB). Stopa referencyjna niemal na pewno pozostanie niezmieniona, a uwaga skupi się na warunkowej prognozie inflacji i retoryce odnośnie do franka. Ostatnie zaskoczenia w górę pchnęły inflację powyżej poziomu prognozowanego przez bank, więc możemy spodziewać się rewizji prognozy w górę.

Dość ograniczone działania SNB w obliczu ogólnie silniejszego franka były nieco zaskakujące, jeśli weźmiemy pod uwagę wcześniejsze podejście banku i skalę aprecjacji waluty. Może to oznaczać zmianę jego polityki. Jeśli bank nie wyśle sygnału, że siła franka nie jest mile widziana, inwestorzy prawdopodobnie będą jeszcze bardziej zachęceni do kupowania waluty w okresach pogorszenia sentymentu do ryzyka.

Uważamy za prawdopodobne, że SNB nieco wzmocni język w odniesieniu do waluty, ale powstrzyma się przed nazwaniem franka „przewartościowanym”. Przyszłe działania banku i jego tolerancja dla okresów aprecjacji franka będą naszym zdaniem zależeć w dużej mierze od rozwoju sytuacji inflacyjnej, ponieważ dopuszczenie do pewnego umocnienia waluty może być sposobem na zacieśnienie polityki bez podnoszenia stóp procentowych.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Itsaso Apezteguia – analitycy Ebury

Columbus Energy bez emisji akcji i z nowymi nazwiskami w Radzie Nadzorczej

Akcjonariusze Columbus Energy na Nadzwyczajnym Walnym Zgromadzeniu podjęli decyzję o zmianach w Radzie Nadzorczej Spółki i przychylili się do wniosku Zarządu w sprawie odstąpienia od głosowania nad uchwałami dotyczącymi IPO. Decyzja została podyktowania potrzebą rozważenia potencjalnych nowych możliwości współpracy i finansowania, które pojawiły się już po terminie zwołania Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia, w obszarze rozwoju nowych projektów farm fotowoltaicznych na terenie Polski.

Konsekwentnie realizujemy strategię rozwoju, aby wybudować dla siebie GW mocy w farmach fotowoltaicznych i innych OZE. Droga do tego celu może być różna, bo do ich wybudowania potrzebny jest kapitał. Aktualnie rozważamy równoległe działania do emisji akcji, możliwie bardziej korzystne dla akcjonariuszy, dlatego wstrzymujemy się z decyzją o emisji.  Dynamika działań niezmiennie pozostaje naszym wyróżnikiem, bo lider rynku nowoczesnej energetyki musi aktywnie i elastycznie reagować na tempo zmian zachodzących na rynku. Decyzje podjęte na NZWA, w tym zmiany w Radzie Nadzorczej, to kolejny krok na drodze umacniania naszej rynkowej pozycji. Cieszę się, że akcjonariusze podzielają wizję i plany Zarządu, a Rada Nadzorcza została wzmocniona o doświadczonych profesjonalistów wierzących w rozwój Columbus Energy jako lidera zielonej transformacji. Obecna mocna pozycja Spółki  została wypracowana przy wsparciu dotychczasowych członków Rady Nadzorczej, za co pragnę im serdecznie podziękować mówi Dawid Zieliński, prezes Zarządu Columbus Energy.  

W skład Rady Nadzorczej Columbus Energy weszli:

Wojciech Wolny – prezes i założyciel technologicznej Grupy Euvic, jednego z czołowych graczy na krajowym rynku usług IT.

Tomasz Misiak – doświadczony menedżer i zarządzający. Tworzył m.in. grupę inwestycyjną Mizyak Investment, przez kilkanaście lat był przewodniczącym Rady Nadzorczej Work Service. Venture Partner w bValue Venture Capital.

Adrian Stachura – twórca Barel Poland,  polskiego wiodącego producenta elektroniki użytkowej z ponad 20 letnim doświadczeniem.

Paweł Piotrowski – doświadczony menedżer, od 20 lat związany z Grupą RMF, gdzie od 14 pełni funkcję Dyrektora Administracyjnego. Przewodniczący Rady Nadzorczej Nexity Global S.A.

Michał Bochowicz – doświadczony w ważnych dla rozwoju Spółki obszarach prawnik, wspólnik w Kancelarii GESSEL Adwokaci i Radcowie Prawni. Jest doradcą Campus Residency Program w Google Campus Warsaw.

–– Rosnące znaczenie nowych i zielonych technologii oraz zmieniające się otoczenie prawne, ekonomiczne i społeczne motywują nas do zwiększania wysiłków w zakresie budowania przewag konkurencyjnych Spółki w oparciu o know-how, ludzi i zasoby, jakimi już dysponujemy i jakie możemy jeszcze pozyskać. Realizując cele strategiczne, rozważamy różne scenariusze działań, a analiza potencjalnych możliwości współpracy i finansowania pozwoli nam w przyszłości wdrożyć te najlepsze dla rozwoju spółki komentuje  Janusz Sterna, wiceprezes Zarządu Columbus Energy.

Jednocześnie Spółka w dalszym ciągu podtrzymuje intencję realizacji IPO, co ma nastąpić po dokonaniu analizy co do potencjalnych możliwości współpracy i finansowania w obszarze rozwoju nowych projektów farm fotowoltaicznych. Zarząd Spółki ocenia, iż decyzja o odstąpieniu od głosowania nad IPO w tym terminie została podjęta zarówno z korzyścią dla samej Spółki, jak również akcjonariuszy i nowych inwestorów, którzy w przyszłości będą mogli być beneficjentami dalszego rozwoju Grupy. Wyniki trwającej analizy i potencjalne nawiązanie współpracy w obszarze rozwoju nowych projektów farm fotowoltaicznych mogą wpływać na plany Spółki oraz strukturę IPO.

Columbus Energy aktualnie posiada prawa do projektów farm fotowoltaicznych o łącznej mocy 5 270 MW. Przychody ze sprzedaży energii elektrycznej wyprodukowanej przez farmy Columbus Energy w tym roku przekroczyły już koszty operacyjne. Jednocześnie Spółka utrzymuje wysoką sprzedaż fotowoltaiki do klientów indywidualnych i biznesowych – w pierwszych trzech kwartałach 2021 r. zamontowała ponad 15 000 instalacji fotowoltaicznych.. Inne obszary działalności Spółki to sprzedaż pomp ciepła, rozproszona sieć prosumentów, stacje ładowania pojazdów elektrycznych oraz nowe technologie, takie jak perowskity – Columbus Energy ma 20% akcji w Saule.

Urzędnicy od lat testują swoją znajomość przepisów na jednym przedsiębiorcy, nieudolnie próbując ściągnąć od niego pieniądze

Dokonująca milionowych obrotów mała firma wpadła w oko urzędnikom skarbowym. Wzięli ją pod lupę i od kliku lat próbują udowodnić, że ma wobec Skarbu Państwa zaległości podatkowe za lata 2014, 2015 i 2016. Toczące się latami kontrole i postępowania nic takiego jednak nie wykazują, a mimo to kolejne urzędy skarbowe starają się znaleźć na przedsiębiorcę haka. Na próżno. Stąd wniosek, że fiskus albo działa nieudolnie, bo poza rzuceniem oskarżenia o oszustwo nie potrafi wykazać na to żadnych dowodów albo po prostu nie zna prawa, na którego straży podobno stoi.

Oskarżenie o wyłudzenie 400 tys. zł zwrotu VAT

Przedsiębiorca prowadzący działalność gospodarczą od 2013 r. działa w branży fotograficznej i trudni się hurtową sprzedażą sprzętu elektronicznego oraz telekomunikacyjnego. W 2017 r. naczelnik urzędu skarbowego w Warszawie wszczął wobec niego kontrolę w podatku VAT za grudzień 2015 r. i styczeń 2016 r. W jej wyniku doszedł do wniosku, że firma próbowała wyłudzić 400 tys. zł zwrot VAT w ramach udziału w oszustwie podatkowym karuzeli VAT.

Na początku bieżącego roku przedsiębiorca, reprezentowany przez adwokata Pawła Chmielowca z Kancelarii Prawnej Skarbiec, odzyskał część wstrzymanego mu zwrotu VAT. Naczelnik warszawskiej skarbówki częściowo przychylił się do podniesionych przez pełnomocnika dowodów i argumentacji uwiarygadniających dokonanie zakwestionowanych przez fiskusa dostaw. Naczelnik przyznał, że w odniesieniu do poszczególnych, podanych wcześniej w wątpliwość transakcji, brak jest podstaw do utrzymania zarzutu o świadomym uczestnictwie przedsiębiorcy w oszustwie podatkowym.

Brak dowodów

Przedsiębiorca walczył dalej o odzyskanie pozostałej kwoty ponad 260 tys. zł zwrotu VAT. W sierpniu 2021 r. Dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Warszawie uznał argumentację podniesioną przez pełnomocnika firmy, przyznając, że naczelnik urzędu skarbowego nie zgromadził dowodów potwierdzających fikcyjność przedstawionych przez przedsiębiorcę faktur, i uchylił jego decyzję.

Inny urząd, nowe postępowanie

Jak się jednak okazało, nie był to koniec walki przedsiębiorcy ze skarbówką. W lipcu 2020 r. naczelnik jednego z urzędów skarbowych w Bielsku-Białej wszczął wobec niego postępowanie podatkowe w zakresie rozliczeń VAT za 2014 r. W dniu 2 lutego 2021 r. wydał decyzję, w

której określił firmie zobowiązanie w podatku od towarów i usług za sierpień 2014 r., a więc ponad 6 lat od upływu ustawowego terminu rozliczenia tego miesiąca. Przy współpracy z adwokatem Pawłem Chmielowcem z Kancelarii Prawnej Skarbiec przedsiębiorca 22 lutego 2021 r. odwołał się od tej decyzji.

Nie ma się od czego odwoływać, bo organ źle wszczął postępowanie

Po pół roku oczekiwania na rozstrzygnięcie odwołania, 8 listopada 2021 r., do pełnomocnika przedsiębiorcy dotarło postanowienie Dyrektora Izby Administracji Skarbowej w Katowicach, z którego jasno wynika, że wniesione odwołanie jest niedopuszczalne. Dlaczego? Organ odwoławczy stwierdził, że nie może rozpoznać odwołania firmy, bowiem naczelnik urzędu skarbowego doręczył pełnomocnikowi przedsiębiorcy postanowienie z 7 lipca 2020 r. o wszczęciu postępowania podatkowego. Co w tym dziwnego, skoro zgodnie z art. 138a § 1 Ordynacji podatkowej strona może działać przez pełnomocnika? DIAS skonstatował jednak, że firma ustanowiła pełnomocnika 13 listopada 2019 r., a postępowanie podatkowe zostało wszczęte przez organ I instancji niespełna rok po tym fakcie. W opinii dyrektora przedsiębiorca mógł ustanowić w tym postępowaniu pełnomocnika, składając odpowiednie oświadczenie do akt sprawy dopiero po wszczęciu postępowania podatkowego. I dopiero od tego momentu organ podatkowy, który wszczął postępowanie, mógł doręczać wszelkie pisma temu ujawnionemu w aktach sprawy reprezentantowi.

Dyrektor katowickiej izby stwierdził więc, że nie może on rozpoznawać wniesionego przez firmę odwołania, bowiem nie było od czego się odwoływać – naczelnik bielskiego urzędu skarbowego nie dokonał wobec przedsiębiorcy skutecznego wszczęcia postępowania. Dla organu odwoławczego bez znaczenia jest to, czy przedsiębiorca i radca prawny mieli świadomość wszczęcia postępowania podatkowego i jaka była ich postawa wobec czynności podejmowanych przez organ I instancji.

Podsumowanie

Organ podatkowy musi się teraz głęboko zastanowić, co zrobić z pismem dyrektora izby skarbowej. Niewykluczone, że zdecyduje o ponownym wszczęciu postępowania podatkowego i powtórzeniu wszystkich czynności procesowych w tej sprawie, a może to zrobić, z uwagi na wciąż funkcjonujące zawieszenie biegu terminu zobowiązania podatkowego sprzed 7 już lat – powiedział pełnomocnik przedsiębiorcy z Kancelarii Prawnej Skarbiec.

Cała sprawa nasuwa pytanie – co z firmą, która przez te wszystkie lata musi funkcjonować w zawieszeniu, obciążona oskarżeniami o oszustwa? Sytuacja jest szczególnie uciążliwa, również z uwagi na proceduralne błędy organów i ich nieznajomość przepisów prawa, co dodatkowo wydłuża cały proces. Kilkumilionowy obrót, a może sam fakt prowadzenia działalności hurtowej sprzedaży sprzętu elektronicznego i telekomunikacyjnego, a więc w tzw. branży wrażliwej, sprawia, że organy automatycznie obejmują przedsiębiorcę szczegółową kontrolą?

Pozytywnym aspektem tej sytuacji jest fakt, że mimo trwających latami kontroli i postępowań firma wciąż działa. Jeszcze.

Autor: mec. Paweł Chmielowiec

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Gwarantowany kredyt hipoteczny – zakup mieszkania lub domu bez wkładu własnego

W połowie listopada br. prezydent podpisał ustawę o gwarantowanym kredycie mieszkaniowym. Choć nowe przepisy wejdą w życie pół roku po ich ogłoszeniu w Dzienniku Ustaw, to kredytobiorcy planujący zakup nieruchomości w przyszłości zastanawiają się nad tym, co to dla nich oznacza.

15 listopada br. prezydent podpisał ustawę, dzięki której kredytobiorcy posiadający zdolność kredytową będą mogli uzyskać kredyt hipoteczny na budowę lub zakup nieruchomości (domu lub mieszkania) bez wnoszenia wkładu własnego. Dlaczego tak się stanie?

„Część kredytu będzie objęta gwarancją Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK). Chodzi o przynajmniej 10% wartości nieruchomości, ale nie więcej niż 20%. Maksymalnie gwarancją może zostać objęta kwota w wysokości 100 tys. złotych” – wyjaśnia Agnieszka Rapcewicz, Compliance Officerka w Grupie ANG. „Jeśli w czasie spłaty kredytu rodzina kredytobiorcy powiększy się o drugie albo kolejne dziecko, będzie mógł on skorzystać z instytucji spłaty rodzinnej. W praktyce polega to na spłacie części kredytu przez Bank Gospodarstwa Krajowego. I tak w przypadku powiększenia gospodarstwa domowego kredytobiorcy o drugie dziecko wpłata dokonana przez BGK wyniesie 20 tys. zł. W przypadku powiększenia gospodarstwa domowego kredytobiorcy o trzecie albo kolejne dziecko mowa o kwocie 60 tys. zł” – wylicza ekspertka Grupy ANG.

Kiedy nie będzie można skorzystać z gwarantowanego kredytu?

Ustawa definiuje również sytuacje, w których potencjalny kredytobiorca nie będzie mógł skorzystać z gwarantowanego kredytu mieszkaniowego. O jakich sytuacjach mowa?

„Z gwarantowanego kredytu mieszkaniowego nie będzie można skorzystać przede wszystkim w dwóch okolicznościach. W pierwszym przypadku mowa o sytuacji, kiedy cena nieruchomości, której zakup ma być sfinansowany kredytem, przekracza limity ustawowe. Z gwarantowanego kredytu nie będą mogli skorzystać ci, którzy posiadają już prawo do innej nieruchomości. Tu jednak mamy odstępstwo od wskazanego ograniczenia – gdy w skład gospodarstwa domowego kredytobiorcy wchodzi przynajmniej dwoje dzieci, a powierzchnia użytkowa nieruchomości nie przekracza limitów wskazanych w ustawie” – wyjaśnia Agnieszka Rapcewicz z Grupy ANG.

Sztuczna inteligencja pewnym krokiem wkracza do biznesu, jednak nie bez przeszkód

Biznes w Polsce coraz częściej dostrzega potencjał drzemiący w sztucznej inteligencji. Według danych z raportu The People & Technology Report 2022, blisko 30% organizacji wykorzystuje już algorytmy AI, aby usprawnić komunikację z klientami i zwiększyć jakość produktów lub usług. Jednak już wkrótce to grono zwiększy się ponad dwukrotnie. Niemal 40% firm deklaruje chęć wdrożenia rozwiązań bazujących na sztucznej inteligencji.

W okresie pandemii polskie firmy wykonały ogromny krok w kierunku cyfrowej transformacji. Nawet 86% rodzimego biznesu deklaruje, że miała ona wpływ na przyspieszenie procesu digitalizacji1. Upowszechnienie usług chmurowych, automatyzacji czy też chęć gromadzenia i analizowania jakościowych danych dodatkowo skierowały zainteresowanie na obszar sztucznej inteligencji. Już dziś korzysta z niej co trzecie polskie przedsiębiorstwo. Najczęściej jest angażowana w procesy nużące i powtarzalne, które wymagają jednocześnie precyzji oraz dokładności, tj. analiza danych.

Świadomość budowania przewagi konkurencyjnej poprzez AI jest stosunkowo wysoka. Kolejnych 38% organizacji ma jej wdrożenie w planach, a zdecydowana większość (92%) z nich zrobi to w ciągu najbliższych dwóch lat2. Na przeciwległym biegunie znajduje się 27% firm, które nie korzystają z algorytmów sztucznej inteligencji i na chwilę obecną nie biorą pod uwagę ich implementacji. Z czego wynika niechęć?

Co powstrzymuje firmy przed wdrożeniem AI?

Jak wynika z badania przeprowadzonego dla Fellowmind, największą barierą wciąż pozostaje kwestia finansowania. 35% organizacji, które świadomie zrezygnowały z wdrożenia AI, uważa, że koszt takiego projektu jest zbyt wysoki, a 16% wstrzymuje się z inwestycją ze względu na niewystarczającą dojrzałość rynku. Co ciekawe, spośród krajów, w których przeprowadzono badanie (Polska, Niemcy, Holandia, Szwecja, Finlandia i Dania), tylko w Polsce wysoki koszt inwestycji znajduje się na samym szczycie listy. W przypadku wszystkich pozostałych państw niechęć do sztucznej inteligencji wynika przede wszystkim z tego, że organizacje nie dostrzegają w niej wartości dla swojej firmy. Na rodzimym rynku na ten problem wskazuje 30% respondentów.

Badania, które zrealizowaliśmy jako Fellowmind, udowadniają nam, że choć polski biznes jest pozytywnie nastawiony do sztucznej inteligencji, wciąż zaskakująco często problemem okazuje się brak świadomości w zakresie oferowanych przez nią korzyści. Jak pokazują wyniki, 35% firm nie decyduje się na implementację AI ze względu na wysoki koszt inwestycji. Wdrożenie nowoczesnych technologii wprowadza jednak szereg rozwiązań, które wpływają na późniejsze oszczędności. Optymalizacja procesów znacząco przyspiesza zwrot z inwestycji. Sztuczna inteligencja usprawnia również obsługę klientów. Odpowiadając na ich potrzeby w zakresie całodobowego wsparcia, realizacja celów biznesowych jest znacznie skuteczniejsza. – Daniel Olejniczak, Fellowmind Poland

Branża finansowa w ścisłej czołówce w Polsce i Europie

Obecnie prym w zakresie implementacji sztucznej inteligencji w Polsce wiedzie branża finansowa, która jest z natury cyfrowa. Z rozwiązań AI korzysta blisko 50% organizacji z tego sektora w Polsce3. Dane z rodzimego rynku odzwierciedlają w tym zakresie globalne tendencje. Z tą różnicą, że na poziomie europejskim wdrożenie sztucznej inteligencji deklaruje ponad 75% organizacji finansowych4. Podium uzupełniają branże: energetyczna (59%) i handlowa (54%).

Ze względu na swoją specyfikę, branża finansowa stała się cyfrowa zdecydowanie wcześniej od innych. Firmy z tego sektora już od lat wdrażają nowoczesne rozwiązania technologiczne, również bazujące na sztucznej inteligencji. Blisko połowa przedstawicieli tego rynku w Polsce największą wartość AI dostrzega w zwiększeniu samoobsługi klientów poprzez uproszczenie procesów, a 41% zwiększa dzięki niej efektywność komunikacji[5]. Klientocentryczność wyznacza również kierunki rozwoju w branży. W przypadku planowanych na najbliższe 3-5 lat inwestycji, ponad połowa organizacji finansowych (51%) wskazuje na systemy CRM. – Daniel Olejniczak, Fellowmind Poland

Branża zdrowotna ma aktualnie najniższy wskaźnik wdrożeń rozwiązań AI w Polsce6. Dotychczas na taki krok zdecydowało się zaledwie 12% organizacji. Jednak przy tym bardzo wysoki odsetek planuje wkrótce zaimplementować nowoczesne rozwiązania technologiczne związane ze sztuczną inteligencją. Na zwiększone zainteresowanie z pewnością mają wpływ postępująca cyfryzacja tego sektora, wzrost znaczenia telemedycyny, ale także zmiany legislacyjne, m.in. w zakresie digitalizacji dokumentacji medycznej.

1 The People & Technology Report 2022, Fellowmind
2 Tamże
3 Tamże
4 Tamże
5 Tamże
6 Tamże

Specjalista / freelancer SEO – czym się zajmuje?

Posiadanie własnej strony internetowej to początek działań nad promowaniem swojego biznesu. Znalezienie się na szczycie wyników wyszukiwania na wybrane słowa kluczowe, które w punkt opisują profil działania konkretnego biznesu jest marzeniem wielu przedsiębiorców. Aby osiągnąć ten cel warto nawiązać współpracę z doświadczonym specjalistą SEO. Czym się zajmuje? Na czym właściwie polega jego praca i jak może pomóc w ekspansji firmy? O tym poniżej!

Kim jest freelancer ds. pozycjonowania?

Specjalista od SEO pracuje nad tym, aby powierzona mu do opieki strona internetowa znalazła się na szczycie w SERPach, czyli organicznych wynikach wyszukiwania. Dobrą cechą pozycjonera jest przede wszystkim gotowość do nieustannego śledzenia zmieniających się algorytmów Google’a i do ciągłej nauki. Warto przy tym zaznaczyć, że czynniki rankingowe Google’a są owiane tajemnicą, jednak nie jest to równoznaczne z tym, że SEOwiec działa po omacku. Można bowiem wyróżnić pewne reguły, których stosowanie pozwoli poprawić dotychczasowe pozycje w wyszukiwarce. Grunt to wiedza dotycząca tego, jak zoptymalizować treść z myślą o użytkownikach sieci jak i o robotach Google’a. Bazę tych działań stanowi bowiem:

  • optymalizacja witryny,
  • właściwe nazywanie poszczególnych podstron (title, meta description, stosowanie właściwej struktury nagłówków H1-H6),
  • nasycanie treści słowami kluczowymi,
  • konsekwencji w pozyskiwaniu linków zewnętrznych oraz wprowadzaniu linkowań wewnętrznych.

Te dobre praktyki powinny mieć charakter uzupełniający. Punktem wyjściowym powinno być tu zawsze przeprowadzenie gruntownego audytu strony, który wykaże obszary do poprawy i wytyczne do dalszej pracy freelancera ds. pozycjonowania. Opracowanie takiej strategii, a następnie realizacja tych wytycznych pozwolą stworzyć solidne fundamenty pod skuteczne wywindowanie strony na wyższe pozycje.

Praca jako specjalista SEO – perspektywy

Niezależnie od rodzaju biznesu (zasięg lokalny czy ogólnopolski) – każdy z nich powinien posiadać własną stronę internetową. To z kolei będzie stanowiło bazę do prowadzenia dalszych działań zmierzających do pozyskania wartościowego ruchu na stronie. Z uwagi na to, że coraz więcej przedsiębiorców jest świadomych tej konieczności – praca jako freelancer ds. pozycjonowania staje się coraz bardziej perspektywicznym zajęciem. Dobry SEOwiec z pewnością nie będzie narzekać na brak pracy – może również liczyć na dużą różnorodność branż w ramach prowadzonych przez niego projektów. To z kolei jeden z elementów pozwalających na poszerzanie horyzontów. Każdy kolejny potencjalny klient, który wchodzi na stronę internetową konkretnego biznesu jest na wagę złota. Zadaniem specjalisty SEO jest doprowadzenie do sytuacji, kiedy ten ruch będzie naprawdę wzmożony. Nie ma wówczas innej opcji jak to, aby to zwiększenie zainteresowania na stronie nie przełożyło się na też na większą ilość zapytań, a tym samym – sprzedaż. 

Czego potrzebuje specjalista SEO?

Cały kapitał tej profesji opiera się na gruntownej i stale aktualizowanej wiedzy dotyczącej pozycjonowania i zmieniających się algorytmów Google’a. Nie trzeba tutaj kończyć specjalistycznych studiów – bazę mogą stanowić kursy online oraz doświadczenie. To ono jest czynnikiem zwiększającym atrakcyjność takiego kandydata. W kwestii zapotrzebowania technologicznego – tutaj wystarczy komputer z dostępem do internetu. To wszystko powoduje, że freelancer specjalista SEO może realizować swoje obowiązki z dowolnego miejsca na ziemi. Praca zdalna, możliwość dobierania projektów i pracy nad wybranymi niszami (sklepy internetowe, strony firmowe) – to wszystko powoduje, że pozycjonerzy mogą samodzielnie kierować swoją ścieżką kariery oraz upatrzoną specjalizacją.

Warto przy tym wspomnieć, że na efekty pozycjonowania trzeba poczekać niekiedy nawet kilka miesięcy. Warto jednak uzbroić się w cierpliwość – w momencie, gdy strona finalnie zacznie zajmować pożądane pozycje w SERPach – będzie to wyraźnie odczuwalne w kontaktach nawiązywanych z firmą oraz nadsyłanymi zapytaniami.

Jakich ozdób Polacy szukają na święta? Trendy Google

W tym roku hasło ekskluzywne ozdoby świąteczne szczególnie zyskało na popularności w wyszukiwarce Google w porównaniu z 2020 rokiem. Chcemy poczuć w te święta odrobinę luksusu. Polacy szukali także świątecznych ozdób z makramy, poszewek świątecznych oraz krasnali. Jakie ozdoby świąteczne zyskują na popularności w ostatnim czasie?

Grudzień to czas, kiedy szykujemy się na Święta oraz nowy rok: kupujemy prezenty dla najbliższych, robimy listy zakupów, przygotowujemy wigilijne potrawy, a także podsumowujemy rok i czekamy na zabawę sylwestrową. Niewątpliwie ważnym elementem świątecznej atmosfery jest ubrana choinka oraz wyjątkowe dekoracje, którymi przyozdabiamy nasze mieszkania i otoczenie. Google sprawdził, jakich świątecznych ozdób szukamy w tym roku i które zyskują na popularności w ostatnim czasie.

Okazuje się, że w tym roku jednym z najpopularniejszych świątecznych haseł w Google są ekskluzywne ozdoby świąteczne, które zanotowały wzrost o 2562% r/r. Może to wynikać z tego, że poszukujemy eleganckich dekoracji w określonym stylu, gdyż w tym roku chcemy poczuć odrobinę luksusu i jeszcze bardziej uroczyście celebrować tegoroczne święta. Ogólne frazy takie jak ozdoby świąteczne zewnętrzne oraz ozdoby świąteczne do domu były wyszukiwane częściej odpowiednio o 587% oraz 454% w porównaniu do 2020 roku. Prawdopodobnie wynika to z tego, że poprzednie święta spędzaliśmy raczej w kameralnym gronie i ograniczyliśmy spotkania rodzinne ze względu na sytuację pandemiczną. Według danych, 57% Polek i Polaków w tym roku zamierza to nadrobić, gdyż tęskni za spotkaniami w większym gronie[1].

Ozdoby z makramy czy skrzaty świąteczne

Wśród ozdób świątecznych w tym roku prym wiodą ozdoby świąteczne makrama (wzrost o 866% r/r), które jednak największy wzrost popularności zaliczyły w 2020 roku – aż o 2226% w okresie świątecznym. Szukamy także stroików świątecznych (wzrost o 189% r/r), lampek świątecznych zewnętrznych (113% r/r) oraz ozdób świątecznych na okno (109% r/r). Nadal interesują nas także krasnale lub skrzaty świąteczne (wzrost popularności haseł kolejno o 67% r/r oraz 30% r/r), które były prawdziwym hitem poprzedniego roku. W 2020 r. Polki i Polacy szukali m.in. skrzatów świątecznych stojących oraz instrukcji jak zrobić skrzaty świąteczne, bardzo popularna była też jemioła na święta (wzrost w okresie świątecznym o 2555%).

Dekoracje robimy też sami

Wśród haseł dotyczących ozdób świątecznych, które zyskują na popularności w okresie przedświątecznym, zawsze znajdują się ozdoby robione samodzielnie – nie inaczej jest w tym roku. Polki i Polacy bardzo często poszukują w internecie pomysłów na takie dekoracje. Wyszukiwania hasła 50 pomysłów na oryginalne dekoracje świąteczne w tym roku wzrosły o 332% w porównaniu do ubiegłego. Najpopularniejszą frazą są jednak kartki świąteczne ręcznie robione (wzrost o 52% r/r). Interesuje nas także to jak zrobić ozdoby świąteczne z papieru. Nieznaczny wzrost zaliczyło zaś hasło ozdoby świąteczne diy.

Tradycja w nowoczesny sposób

Od wielu lat tradycyjnymi ozdobami świątecznymi w naszych domach są bombki. Zainteresowanie tymi ozdobami także w tym roku zaczęło wyraźnie wzrastać pod koniec października. Polacy szukają oczywiście bombek szklanych, ale często wpisują też nietypowe warianty, takie jak bombki z imieniem, świecące bombki lub bombki na szydełku.[2]

Czy Polacy szukają szklanych ozdób, w tym bombek w internecie, czy wolą kupować je w sklepach stacjonarnych? Okazuje się, że coraz częściej takich ozdób szukamy w internecie. Potwierdza to przykład rodzinnej firmy Luxorna z Warszawy, założonej przez Annę Kołodziejską. Firma tworzy ozdoby choinkowe już od ponad 20 lat. Dziś Luxorna.com w swoim portfolio ma ponad 400 wzorów, a klienci firmy mogą zamawiać dodatkowo bombki reklamowe, personalizowane oraz okolicznościowe, np. ślubne lub te, które świetnie sprawdzą się jako prezent dla dziecka czy świeżo upieczonych rodziców. Dwa lata temu postanowiła wystartować z własnym sklepem internetowym, któremu w rozwoju pomógł program wsparcia dla przedsiębiorców w sieci – Firmy Jutra.

W poprzednich latach sprzedawaliśmy bombki głównie w centrach handlowych oraz hurtownikom na całym świecie. Nasza strona internetowa pełniła więc funkcję katalogu online. Dwa lata temu postanowiliśmy dotrzeć również do klientów detalicznych i założyć sklep online “z prawdziwego zdarzenia”. Potrzebowaliśmy profesjonalnego wsparcia w jego rozwoju, by dotrzeć do jak najszerszego grona klientów – mówi Anna Kołodziejska. – Widzimy coraz większe zainteresowanie kupowaniem bombek przez internet, chociaż mogłoby wydawać się, że nie jest to produkt kojarzony z zakupami online. Wszystkie zmiany wprowadzone dzięki szkoleniom zaowocowały wzrostem sprzedaży o ponad 70% i zdecydowanie większym ruchem na naszej stronie. Zakładamy, że ruch na naszej stronie w tym sezonie zwiększy się o co najmniej 100% – dodaje.

[1]Badanie Inquiry przeprowadzone w dniach 15.03- 4.04 2021 roku, na próbie  2128 respondentów z wykorzystaniem metody CAWI

[2] Źródło: Google Trends

Rynek gier mobilnych zyskał w trakcie pandemii

Jak wynika z analiz agencji Spicy Mobile, pandemia przyspieszyła rozwój rynku gier mobilnych. Pod względem przychodów jest to obecnie największy i najszybciej rosnący segment gier. W 2023 roku jego wartość powinna przekroczyć 100 mld USD.

Rynek gier mobilnych zyskał w trakcie pandemiiNajnowszy raport Newzoo dotyczący globalnego rynku gier mobilnych potwierdza jego szybki rozwój. W 2020 r. branża gier mobilnych wzrosła o 13% w porównaniu do roku poprzedniego i była warta 77 mld USD. W 2023 roku przychody powinny wynieść już 102 mld USD[1]. Duży udział w tym wzroście mają nowi gracze, których izolacja i lockdown skłoniły do poszukiwania nowych form taniej rozrywki. Jak wynika z danych AppsFlyer, platformy monitorującej rynek aplikacji mobilnych, liczba instalacji w trakcie pandemii wzrosła o 45% rok do roku[2]. Najwyższy wzrost odnotowano w przypadku gier najłatwiejszych z kategorii „Hyper Casual” (90%), „Casual” (54%) i „Midcore” (44%).

Zdaniem Dominika Stockiego, eksperta Spicy Mobile, można to zinterpretować jako napływ nowych użytkowników, którzy dotąd nie grali w gry mobilne i szukali dość niewymagającej rozrywki. Na tę potrzebę szybko odpowiedzieli twórcy gier – szczególnie w kategorii „Hyper Casual” zintensyfikowali oni działania promocyjne związane z pozyskaniem nowych użytkowników. Pobrania nieorganiczne, jak podkreśla ekspert Spicy Mobile, wzrosły w tym segmencie aż o 250%[3]. Szacuje się, że do 2023 r. liczba osób grających w gry mobilne przekroczy 3 mld graczy[4]. Do tego czasu aż 43% wszystkich aktywnych smartfonów będzie kompatybilnych z technologią 5G, co wpłynie na to, jak użytkownicy korzystają z urządzeń mobilnych i samych gier.

Polska nie odbiega od globalnych trendów. Wartość polskiego rynku gier (w tym gier mobilnych) wyniosła na koniec 2020 roku 2,49 mld złotych. Niemal połowę z tej liczby stanowią przychody z gier mobilnych, notując wzrost na poziomie 12% rok do roku. Drugim segmentem, pod względem przychodów, są gry PC (pudełkowe i przeglądarkowe łącznie) z wynikiem przeszło 770 mln zł. Z kolei przychody z gier konsolowych wyniosły ponad 620 mln zł[5].

Po jakie konkretnie tytuły sięgają gracze w Polsce? Jak wynika z pasywnego pomiaru aktywności na urządzeniach mobilnych – badania, które Spicy Mobile realizuje od 2016 r. – w maju 2021 r. ranking według zasięgu otwiera opracowana przez Supercell gra Brawl Stars (3,90%), która umożliwia toczenie dynamicznych bitew pomiędzy drużynami graczy lub w trybie „battle royale” – ten popularny rodzaj rozgrywki w grach na PC i konsolach coraz częściej pojawia się w grach mobilnych. Na drugim miejscu uplasowała się gra logiczna Match Masters (3,49%), która łączy w sobie wyzwania gry logicznej z doświadczeniem gry dla wielu graczy. Podium zamyka Coin Master (3,26%), jednoosobowa gra rekreacyjna stworzona przez izraelskie studio Moon Active.

„W trakcie lockdownu wzrósł odsetek graczy, których motywacją do zagrania jest możliwość kontaktu z innymi osobami” – podkreśla Dominik Stocki. – „W trybie wieloosobowym woli grać jedna czwarta regularnych graczy w Stanach Zjednoczonych, w przypadku osób, które dopiero zaczęły swoją przygodę z grami mobilnymi, ten odsetek jest jeszcze wyższy”.

Z analiz Spicy Mobile wynika, że w strukturze graczy w Polsce przeważają kobiety. W tej grupie użytkowników do najpopularniejszych gier mobilnych należą, poza wspomnianą już grą Match Masters (5,12%), aż dwie produkcje Playrix: Gardenscapes (pierwsze miejsce z zasięgiem 5,32%) oraz Homescapes (trzecie miejsce z zasięgiem 3,27%). Obie gry łączą w sobie elementy symulacyjne i tradycyjną mechanikę match-three.

Nieco inaczej wygląda ranking według zasięgu według wieku graczy. W najmłodszej badanej grupie wiekowej najpopularniejszą grą mobilną w maju 2021 r. była Pokémon GO – gra w nią niemal co dziesiąty użytkownik w wieku 15-24 lata (9,11%). W pierwszej trójce pojawiły się też symulator gry w bilard 8 Ball Pool (8,95%) oraz gra Quiz House (7,79%), która pozwala sprawdzić swoją wiedzę w wielu wybranych dziedzinach i rywalizować z innymi graczami. Z kolei w najstarszej grupie wiekowej na pozycję lidera wysunęła się gra w pasjansa Solitaire (4%), wyprzedzając wspomniane wyżej gry Brawl Stars (3,84%) oraz Homescapes (3,84%).

Jak podkreśla ekspert Spicy Mobile, ranking gier mobilnych jest niezwykle dynamiczny. Wahania zasięgów dotykają nie tylko gier walczących o wyższą pozycję w rankingu, ale i tak zwanych topowych tytułów. To, co w szczególności powinno ucieszyć producentów, to napływ w wyniku pandemii nowej grupy graczy. Te osoby są bardziej skłonne do wydawania pieniędzy w porównaniu z dotychczasowymi graczami, którzy w efekcie pandemii grają na smartfonach więcej, ale wydają mniej[6]. W Polsce pieniądze na gry mobilne wydaje 32% graczy[7].

„Interesujące wnioski dotyczące preferencji graczy w obszarze monetyzacji płyną z badania zrealizowanego przez Facebook. Wynika z niego, że zasadniczo gracze nie mają problemu z oglądaniem reklam w grach mobilnych. Na wszystkich badanych rynkach – tj. w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Korei Południowej – „regularni” gracze wolą bezpłatne gry z reklamami. Z kolei osoby, które zaczęły swoją przygodę z grami mobilnymi w wyniku pandemii, łaskawiej oceniają inne modele monetyzacji, np. zakupy w aplikacji” – komentuje ekspert Spicy Mobile.

[1] Newzoo, „2020 Global Mobile Market Report”.

[2] AppsFlyer, „The State of Gaming App Marketing”, listopad 2020.

[3] Ibidem.

[4] Krakowski Park Technologiczny (KPT), „Kondycja polskiej branży gier 2020″.

[5] Ibidem.

[6] Facebook, „Statystyki marketingowe dotyczące gier w 2021 r.”

[7] Krakowski Park Technologiczny (KPT), „Kondycja polskiej branży gier 2020″.

Sieci ekonomiczne kuszą klientów w regionie CEE

Jak wynika z nowego raportu firmy Colliers pt. „ExCEEding Borders | CEE-16[1] Retail – Alive and Kicking”, rynek Europy Środkowo-Wschodniej wciąż leży w polu zainteresowania marek ekonomicznych, gdyż konsumenci z tego regionu poszukują „jakości w rozsądnej cenie” (ang. value for money).

— Pomimo trwającej pandemii widać pozytywne odbicie w PKB we wszystkich krajach w regionie CEE. Jednak wzrost inflacji oraz problemy związane z globalnym łańcuchem dostaw przekładają się na rosnące koszty towarów i zasobów. To potęguje wyzwania, przed którymi stoją producenci, sprzedawcy, a ostatecznie sami konsumenci. Dlatego też wszyscy gracze rynku handlowego powinni być gotowi na zmiany, aby zaadaptować się do nowej rzeczywistości — mówi Kevin Turpin, Dyrektor ds. badań na region Europy Środkowo-Wschodniej w Colliers i dodaje:

— Z racji tego, że długoterminowe skutki pandemii są wciąż nieznane, rośnie znaczenie mniejszych centrów i parków handlowych, które w tym trudnym czasie cieszą się dużą popularnością wśród konsumentów. Duża liczba obiektów w budowie lub na zaawansowanym etapie planowania potwierdza ten trend.

Stawiają na małe

Już kilku deweloperów, także lokalnych, zintensyfikowało swoją aktywność w tym segmencie rynku. Wśród nich wymienić można: Immofinanz, Saller, EDS RP, Trei Real Estate czy Fidurock. Zaznaczyć jednak trzeba, że stopień rozwoju segmentu mniejszych obiektów i parków handlowych różni się w poszczególnych krajach Europy Środkowo-Wschodniej.

— Na bardziej dojrzałych rynkach odnotowujemy aktywność deweloperów nawet w miastach z liczbą mieszkańców poniżej 50 tysięcy — mówi Kevin Turpin.

Dyskontowe kotwice

Mniejsze parki handlowe nastawione są na lokalnych klientów, którzy odwiedzają je regularnie, dlatego w większości z nich głównymi najemcami są dyskonty spożywcze lub niespożywcze (stanowią one tzw. anchor tenant). Trend ten dotyczy zarówno parków handlowych w głównych miastach, jak i obiektów w mniejszych miejscowościach. Jest to wynik zmieniających się zachowań zakupowych mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej.

— Pandemia sprawiła, że klienci chętniej zaczęli odwiedzać obiekty zlokalizowane blisko domu. Wynika to przede wszystkim z oszczędności czasu i chęci sprawnego zaspokojenia podstawowych potrzeb — mówi Katarzyna Kamińska-Nobis, Associate Director w Dziale Powierzchni Handlowych w Colliers w Polsce.

Widać również rosnące zainteresowanie sieci dyskontowych lokalizowaniem sklepów w ramach tradycyjnych centrów handlowych.

— Sieci dyskontowe coraz częściej wchodzą także do galerii handlowych, których właściciele jeszcze kilka lat temu niechętnie decydowali się na wprowadzanie marek ekonomicznych do swoich obiektów. Obserwowana zmiana zachowań konsumentów, a także coraz silniejsza pozycja tego typu marek sprawiła, że zmienili swoją strategię i zaczęli postrzegać je jako istotny element urozmaicenia swojej oferty, przyciągający większą liczbę klientów — wyjaśnia Katarzyna Kamińska-Nobis.

Liderzy spożywczy w regionie CEE

W regionie CEE-16 działa ponad 30 sieci dyskontów spożywczych. Jednak warto zauważyć, że powoli zaciera się różnica między dyskontami spożywczymi a supermarketami. Niektóre dyskonty spożywcze zaczęły bowiem zmieniać swoją pierwotną ofertę, aby móc konkurować z tradycyjnymi supermarketami. Jednocześnie wybrane supermarkety zmieniły swoją strategię i zaczęły koncentrować się na marketingu „najniższej ceny”, wprowadzając do oferty produkty pod własną marką.

Jak wynika z danych firmy Colliers, od początku 2020 r. do końca I półrocza 2021 r. w całej Europie Środkowo-Wschodniej powstało ponad 1350 dyskontów spożywczych. Potwierdza to, że region wciąż znajduje się na ścieżce rozwoju i jest w stanie wchłonąć wiele nowych obiektów.

Pod względem liczby sklepów w regionie CEE-16 liderem wśród sieci ekonomicznych jest Biedronka, należąca do portugalskiej spółki Jeronimo Martins z ponad 3100 sklepami w Polsce. Drugie miejsce zajmuje należący do Schwarz Group niemiecki Lidl posiadający ponad 2000 sklepów. Podium zamyka największa spożywcza sieć dyskontowa na Ukrainie – ATB. Mocną pozycję w regionie CEE mają także niemieckie marki Kaufland, Aldi, obecny w Polsce jako Aldi Nord i na Węgrzech jako Aldi Süd, oraz Penny, działający w Czechach, na Węgrzech i w Rumunii.

Magdalena Chruściel, Associate Director w Dziale Powierzchni Handlowych w Colliers w Polsce
Magdalena Chruściel, Associate Director w Dziale Powierzchni Handlowych w Colliers w Polsce

— Rynek dyskontów spożywczych w Polsce jest już nasycony, ale wciąż istnieją możliwości rozwoju. Sieci kierują swoją uwagę na lokalizacje w obrębie dzielnic mieszkaniowych w dużych miastach. Ten kierunek ekspansji zmusza kluczowych graczy, takich jak Biedronka i Lidl do bycia elastycznymi i wpasowania swoich formatów w dostępne lokale — mówi Magdalena Chruściel, Associate Director w Dziale Powierzchni Handlowych w Colliers w Polsce.

Liderzy niespożywczy

W Europie Środkowo-Wschodniej działa ponad 45 niespożywczych sieci dyskontowych. Największa pod względem liczby sklepów jest grupa Pepco, obecna w 11 krajach z prawie 2500 sklepami. Grupa jest również właścicielem marki Dealz z ok. 100 sklepami w Polsce. KiK – druga co do wielkości sieć w CEE posiada prawie 1000 sklepów w 8 krajach. Sieci te, obok holenderskiej marki Action i niemieckiej marki TEDi, zdecydowały się wejść na rynki Europy Środkowo-Wschodniej poprzez otwieranie sklepów w parkach handlowych. Jednak w ramach swojego szybkiego rozwoju poszukują nowych możliwości również w tradycyjnych centrach handlowych. Wśród liderów niespożywczych wymienić moża także sieci Avrora i Ostrov Chistoty.

W kierunku „inteligentnych zakupów”

Nadal istnieje ogromny potencjał rozwoju sklepów dyskontowych, co wiąże się m.in. z tredem „inteligentnego kupowania”. Znaczna część konsumentów z Europy Środkowo-Wschodniej miejsce zakupów wybiera bowiem zależnie od warunków cenowych, co daje sieciom ekonomicznym pole do rywalizacji o klientów. Ponadto wydaje się, że sklepy dyskontowe w mniejszym stopniu ucierpiały z powodu pandemii niż tradycyjne sieci handlowe. Wynika to w dużej mierze z uwarunkowań technicznych – dostępu do zewnętrznego parkingu i indywidualnych wejść „z ulicy”.

Kluczowe dane za rok 2021:

  • Liczba tradycyjnych centrów handlowych w regionie CEE-16 przekroczyła 1200 obiektów.
  • Podaż tradycyjnych centrów handlowych wynosi ok. 28,5 mln mkw.
  • 1350 obiektów handlowych w regionie CEE stanowią parki handlowe o łącznej powierzchni ok. 9 mln mkw.

[1] Raport dotyczy 16 krajów w regionie Europy Środkowo-Wschodniej: Polski, Czech, Słowacji, Węgier, Chorwacji, Słowenii, Bośni i Hercegowiny, Czarnogóry, Łotwy, Litwy, Estonii, Białorusi, Ukrainy, Rumunii, Bułgarii, Albanii.

Ile kosztują dwa pokoje od dewelopera

Ile trzeba mieć na nowe mieszkanie dwupokojowe? W których projektach deweloperskich znajdziemy najtańsze? Jaką powierzchnię mają najmniejsze dwójki? Ile kosztują? Sondę opracował serwis nieruchomości dompress.pl

Tomasz Kaleta, dyrektor Departamentu Sprzedaży, Develia S.A.

Ceny mieszkań dwupokojowych uzależnione są od miasta i konkretnej lokalizacji. Najtańsze lokale z dwoma pokojami w naszej ofercie znajdują się w osiedlach położonych na przedmieściach. W cenie 300-325 tys. zł można nabyć takie mieszkania w inwestycjach Szmaragdowy Park w Gdańsku czy Słoneczne Miasteczko w Krakowie. W projektach realizowanych bliżej centrum miasta trzeba już liczyć się z wydatkiem rzędu 400-500 tys. zł.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Wśród mieszkań, jakie mamy w ofercie w osiedlach zlokalizowanych w aglomeracji śląskiej najtańszy dwupokojowy lokal dostępny jest w gliwickim projekcie Apartamenty Karolinki. Mieszkanie o metrażu 44 mkw. można kupić w cenie ponad 305 tys. zł. W Łodzi najkorzystniejszą cenowo propozycję otrzymać można aktualnie w osiedlu Nowe Miasto Polesie, gdzie zakup dwójki o powierzchni 35 mkw. wiąże się z kosztem przeszło 228 tys. zł.

We Wrocławiu najmniej, bo zaledwie 294,5 tys. kosztuje lokal dwupokojowy o metrażu 33 mkw. w osiedlu Nowe Miasto Jagodno. W Warszawie najtańsze dwupokojowe mieszkanie, które ma 36 mkw. za nieco ponad 324 tys. zł można znaleźć w inwestycji Osiedle Poematu. W Poznaniu licząca 37 mkw. w inwestycji Zacisze Marcelin jest do nabycia w cenie 294,4 tys. zł.

W Krakowie w inwestycji Atal Aleja Pokoju dwupokojowe mieszkanie o powierzchni 38 mkw. mamy w kwocie 378,5 tys. zł. Najtańsza dwójka w trójmiejskiej ofercie to lokal liczący 50 mkw. w projekcie Atal Bosmańska, który kosztuje 377,5 tys. zł.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

W naszej ofercie mieszkania dwupokojowe można znaleźć w czterech miastach, Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu oraz Gdyni. We wrocławskim projekcie Le Vert na osiedlu Pilczyce, zlokalizowanym obok stadionu zbudowanego na Euro 2012 zostały dwa ostatnie mieszkania dwupokojowe o powierzchni około 43 mkw. i 52 mkw. w cenie 9,3 tys. zł/mkw. W stolicy Dolnego Śląska dostępne są również dwójki w projekcie Perspective przy ulicy Kwidzyńskiej. Lokale o powierzchni 40 mkw. i 47 mkw. oferujemy w cenie 11,5 tys. zł/mkw.

W Poznaniu mamy dwupokojowe mieszkania o powierzchni 38 mkw. i 52 mkw. w inwestycji Vilda Moderne przy ulicy Spychalskiego. Ich ceny zaczynają się od 9,7 tys. zł/mkw. Część z nich to z założenia kawalerki, jednak z możliwością wydzielenia oddzielnego pokoju.

W Warszawie oferujemy dwupokojowe mieszkania w ramach dwóch inwestycji. Przy ulicy Wieśniaczej powstaje Novelia Bemowo, gdzie do wyboru są powierzchnie od 37 mkw. do 47 mkw. w cenie od 11,3 tys. zł/mkw. Przy ulicy Polskiej realizujemy projekt Aparte Mokotów z mieszkaniami o metrażu od 37 mkw. do 47 mkw. w cenie od 12,2 tys. zł/mkw. Natomiast w Gdyni w prestiżowej inwestycji Żeromskiego 7 proponujemy mieszkania o powierzchniach od 47 mkw. do 52 mkw., których ceny wynoszą od około 20,4 tys. zł/mkw. do 22,5 tys. zł/mkw.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

W inwestycji Bliska Wola Tower w Warszawie zostały ostatnie mniejsze, dwupokojowe mieszkania o powierzchni 44 mkw. Trzeba na nie wydać 600 tys. zł, tj. 13 636 zł/mkw. Budowę tej inwestycji zakończymy w tym roku.

W Osiedlu Kościuszki w centrum Chorzowa mieszkania dwupokojowe o metrażu od 35 mkw. do 48 mkw. są do nabycia w cenie od 7900 zł do 8100 zł/mkw. Za mieszkanie dwupokojowe trzeba zapłacić od 285,4 tys. zł do 387,3 tys. zł.

Joanna Janowicz, dyrektor zarządzająca w Constructa Plus

W tej chwili oferujemy dwupokojowe mieszkania w inwestycji Kościelna 23 w Poznaniu. Najniższa cena za taki lokal to 471 728 zł. Dotyczy mieszkania o powierzchni 54 mkw. z 14-metrowym balkonem usytuowanym na pierwszym piętrze. Zakres cen zamyka się kwotą 584 545 zł za 70-metrowe mieszkanie na pierwszym piętrze z ogródkiem o powierzchni 29 mkw., na który wychodzi się z tarasu. Chciałabym zaznaczyć, że wszystkie oferowane przez nas mieszkania dwupokojowe mają balkon lub taras, a niektóre dodatkowo ogródek. Pierwsze piętro to w Kościelnej 23 najniższa kondygnacja mieszkalna. W parterze usytuowane są lokale usługowe i hala garażowa.

Michał Witkowski, dyrektor ds. sprzedaży Lokum Deweloper

Mieszkania dwupokojowe cieszą się niesłabnącą popularnością, zarówno wśród klientów realizujących swoje potrzeby mieszkaniowe, jak i planujących zakupy inwestycyjne. Tego typu nieruchomości dostępne są w ofercie naszych wrocławskich i krakowskich osiedli. Ceny mieszkań dwupokojowych w osiedlu Lokum Verde, które powstaje na Zakrzowie zaczynają się od 339 tys. zł. W tej samej kwocie oferujemy dwa pokoje na terenie Lokum Monte, inwestycji zlokalizowanej w podwrocławskiej Sobótce, tuż przy parku krajobrazowym. Dużą popularnością cieszy się także Lokum Porto położone na Starym Mieście, w pobliżu Odry. Ceny mieszkań dwupokojowych zaczynają się tam od 429 tys. zł.

W krakowskich osiedlach Lokum Salsa, Lokum Siesta i Lokum Vista wciąż dostępne są mieszkania dwupokojowe. Do części z nich przynależą prywatne ogródki lub tarasy. Ceny takich mieszkań w osiedlu Lokum Vista zaczynają się od 419 tys. zł.

Marcin Michalec, CEO Okam

W inwestycji Central House na warszawskim Mokotowie ceny dla dostępnych jeszcze mieszkań o powierzchni między 40 mkw. a 50 mkw. oscylują w okolicy 14 500 zł za mkw.

W naszej, pierwszej łódzkiej inwestycji mieszkaniowej – Strefa PROGRESS, której budowa wkrótce się rozpocznie, cena mieszkania o powierzchni ponad 40 mkw. sięga 10 000 zł/mkw. Za dwupokojowe mieszkanie o metrażu przeszło 50 mkw. trzeba zapłacić 9500 zł/mkw.

W osiedlu INSPIRE w Dolinie Trzech Stawów w Katowicach oferujemy z kolei mieszkania średnio w cenie 9000 – 9500 zł/mkw.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

Dwupokojowe mieszkania cieszą się największym zainteresowaniem nabywców, dlatego najszybciej znikają z oferty. Aktualnie w naszych inwestycjach mamy je dostępne jedynie w inwestycji FIQUS Marcelin. Ceny mieszkań o powierzchni od 36 mkw. do 63 mkw. kształtują się odpowiednio od 350,9 tys. zł do 423,3 tys. zł.

Bartłomiej Mandryga, kierownik działu sprzedaży i marketingu PCG S.A.

W inwestycji Nowe Podzamcze w Wałbrzychu najtańsze dwupokojowe mieszkanie o powierzchni 35 mkw. kosztuje 252 tys. zł. Lokal usytuowany jest na pierwszym piętrze i składa się z pokoju dziennego z aneksem kuchennym, sypialni, przedpokoju i łazienki.

W osiedlu Lavor w Jaworze jedno z ostatnich dwupokojowych mieszkań o metrażu 51 mkw. znajduje się na parterze. Z przestronnego salonu z aneksem kuchennym można wyjść z niego na taras i do prywatnego ogródka. Cena lokalu to niemal 300 tys. zł.

W osiedlu Scala Park w Legnicy dwupokojowe mieszkanie o powierzchni 42 mkw. można kupić z kolei za 302 tys. zł.

W Szczecinie nad Jeziorem Dąbie w inwestycji Victoria Apartments jest do nabycia mieszkanie dwupokojowe wielkości 42 mkw. w cenie 423 tys. zł. Lokal z tarasem i ogródkiem usytuowany jest na parterze i pozwala cieszyć się pięknem sąsiedztwa jeziora.

Karolina Bronszewska, członek zarządu, dyrektor Marketingu i Innowacji Ronson Development

Budujemy w czterech miastach w Polsce, gdzie ceny za metr kw. różnią się. Czynnikiem decydującym o cenie jest charakter danego projektu. Najtańsze mieszkania można kupić w naszych inwestycjach z segmentu popularnego. W Warszawie są to projekty Ursus Centralny oraz Miasto moje. Tworzone jako osiedla samowystarczalne, budowane wieloetapowo i na dużą skalę są doskonałym wyborem dla rodzin z dziećmi. Tak ze względu na tworzoną tam bogatą bazę infrastrukturalną, jak i konkurencyjne ceny. W Ursusie Centralnym mieszkanie o powierzchni 42 mkw. kosztuje 467,7 zł, a w inwestycji Miasto moje za mieszkanie o powierzchni 40 mkw. trzeba zapłacić prawie 395 tys. zł.

W popularnym projekcie Viva Jagodno we Wrocławiu mieszkanie o metrażu 42 mkw. oferujemy w kwocie 327 tys. zł. W Poznaniu w inwestycji Grunwaldzka 240 najniższa cena wynosi nieco ponad 359 tys. zł i dotyczy mieszkania o powierzchni 36 mkw. W projekcie Nowe Warzymice pod Szczecinem mieszkanie o metrażu 47 mkw. kosztuje 380,7 tys. zł.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg S.A.

W Osiedlu Życzliwa Praga w Warszawie oferujemy dwupokojowy lokal o powierzchni 43 mkw. w cenie 10 200 zł/mkw. W warszawskim Ursusie dwójkę wielkości 37 mkw. mamy w kwocie 10 650 zł/mkw.

We Wrocławiu ceny mieszkań dwupokojowych wahają się od 305,7 tys. zł do 481,7 tys. zł. Najtańszy lokal z dwoma pokojami o powierzchni 37 mkw. w inwestycji Osiedle nad Widawą kosztuje 305,7 tys. zł. W Gdańsku najtańsza dwójka o powierzchni 37 mkw. dostępna jest w inwestycji Park Południe w cenie 301 tys. zł.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Budujemy obecnie na warszawskich Bielanach, Targówku i Białołęce. Najtańsze mieszkanie dwupokojowe można kupić w inwestycji Nadwiślańska Kaskada w dzielnicy Białołęka. Lokal o metrażu około 40 mkw. wyceniony jest na kwotę 384 tys. zł. Poza tym, tego typu mieszkania znajdują się w osiedlu Warszawski Świt i Apartamenty Oszmiańska 20 na warszawskim Targówku. Najtańsze mieszkanie dwupokojowe w tej dzielnicy o powierzchni około 42 mkw. kosztuje 463 tys. zł. W inwestycjach Apartamenty Przy Agorze 6 i Metro Park na Bielanach z kolei dostępne są ostatnie mieszkania dwupokojowe. Najtańsze dwójka o powierzchni 47 mkw. oferowana jest w kwocie 691 tys. zł.

Mariola Żak, dyrektor sprzedaży i marketingu w Aurec Home

Cena za lokal zależy m.in. od jego usytuowania i opcji dodatkowych. Dziś klienci poszukują mieszkań z tarasami lub ogrodami. Tym samym, mieszkanie na parterze wcale nie musi być najtańsze. Wyceniając dany lokal bierzemy pod uwagę wiele aspektów. W naszej ofercie 40 proc. mieszkań to te rodzinne, trzy i czteropokojowe, a mniejsze, dwupokojowe stanowią pozostałą część. Ich metraże zaczynają się od blisko 39 mkw. a ceny od 378 950 zł.

Agata Zambrzycka, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Aria Development

Najmniejsze mieszkania dwupokojowe o powierzchni około 40 mkw. dostępne są jeszcze w ofercie Osiedla Natura 2 w Wieliszewie koło Warszawy. Cena takiego lokalu to blisko 300 tys. zł. Nowe Osiedle Natura 2 jest przepełnionym zielenią miejscem dla osób lubiących spokój, bliskość przyrody oraz funkcjonalne i ekologiczne rozwiązania. W ramach trzyetapowej inwestycji powstaje sześć czterokondygnacyjnych budynków z windami i podziemnymi garażami, fotowoltaiką i rozwiązaniami smart.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Mamy szeroki wybór lokali dwupokojowych w cenach od 6 600 zł/mkw. do 28 000 zł/mkw. brutto w projektach premium. Najtańsze lokale oferujemy w Osiedlu Kociewskim w Rokitkach koło Tczewa. Mieszkania o powierzchni 35-36 mkw. można kupić w cenach od 245,5 tys. zł do 263 tys. zł brutto.

Hybrydowy model pracy z korzyścią dla firmy i pracownika

Sprawnie i efektywnie działający zespół jest jednym z najważniejszych filarów funkcjonowania każdej firmy. Odpowiedni podział obowiązków, ciągły rozwój kompetencji pracowników oraz właściwie przebiegająca komunikacja w teamie to czynniki, które przekładają się na skuteczność wykonywanych działań i siłę firmy. O tym, jak te działania będą przebiegać, decyduje również wybrany model pracy.

W obecnej rzeczywistości coraz bardziej powszechna staje się praca w systemie hybrydowym. Jak czytamy w tegorocznym raporcie Accenture „The Future of Work” aż 83% respondentów ocenia jako optymalny i najlepszy na przyszłość właśnie hybrydowy model pracy[1].

System ten sprzyja utrzymaniu work-life balance oraz dostosowaniu, w zależności od zakresu obowiązków, sposobu pracy do danej sytuacji. Dzięki tej metodzie możemy jednocześnie czerpać z zalet pracy w biurze i integrować się z zespołem, jak i korzystać z możliwości, które daje nam home office, np. oszczędzając czas przeznaczany na dojazdy.

Model działania według potrzeb

Niewątpliwą zaletą pracy w modelu hybrydowym jest jego elastyczność oraz możliwość dopasowania miejsca pracy do aktualnych potrzeb i działań w firmie. Dzięki temu, pracownicy mogą pojawiać się w biurze wówczas, gdy faktycznie jest taka potrzeba, a resztę zadań wykonywać zdalnie, zyskując przy tym większą swobodę działania.

– Hybrydowy model pracy w dzisiejszych czasach wydaje się być dobrze funkcjonującym rozwiązaniem, zarówno dla każdego z pracowników, jak i dla całej firmy. Nasz polski oddział Perfetti Van Melle również korzysta z tego systemu pracy, co pozytywnie wpływa na efektywność działań i daje możliwość łączenia zalet home office ze stacjonarną pracą w biurze – mówi Stephane Tikhomiroff, Dyrektor Generalny Perfetti Van Melle Polska.

Dzisiejsze rozwiązania technologiczne dają nam mnóstwo możliwości do komunikacji, dzięki czemu codzienny kontakt, podział obowiązków oraz przepływ informacji może odbywać się zdalnie. Jednak nic nie zastąpi kontaktu „na żywo” i możliwości integracji zespołu. Praca hybrydowa wydaje się wobec tego idealnym sposobem na to, żeby zachować balans pomiędzy indywidualnymi potrzebami pracowników, a działaniami typowo zespołowymi.

[1] Raport Accenture „The Future of Work”, https://www.accenture.com/_acnmedia/PDF-155/Accenture-Future-Of-Work-Global-Report.pdf

WhatsApp umożliwi płatności krypto

WhatsApp testuje płatności kryptowalutami w swojej aplikacji za pośrednictwem portfela Novi.

Firma należąca do Meta (dawniej Facebook) otwiera program pilotażowy dla ograniczonej liczby użytkowników w USA.

Osoby zarejestrowane będą mogły w okresie próbnym wysyłać i odbierać Osobiste Dolary Amerykańskie (US Pax Dollars, USDP) – stabelcoiny stabilne z dolarem amerykańskim.

Meta mówi jednak, że gdy tylko jej wewnętrzne kryptoaktywo Diem, które przez lata cierpiało z powodu niepowodzeń będących skutkiem działań organów regulacyjnych, zostanie zatwierdzone, zastąpi USDP w tym procesie.

Dyrektor naczelny Novi, Stephane Kasriel, skomentował: „Wciąż jesteśmy na bardzo wczesnym etapie pilotażowej podróży Novi, więc podjęliśmy decyzję o testach na start w jednym kraju i będziemy starać się rozszerzyć projekt, gdy usłyszymy od ludzi, co myślą o tym nowym doświadczeniu”.

Obecnie brakuje informacji na temat tego, kiedy projekt może zostać wdrożony w innych regionach lub czy inne kryptowaluty, takie jak BTC lub ETH, staną się dostępne dla użytkowników WhatsApp.

Mężczyźni i kobiety różnie patrzą na pracę zdalną

Kobiety chcą pracować zdalnie, a mężczyźni stawiają na model hybrydowy, tak wynika z badania serwisu FlexJobs. Pracodawcy, którzy wymagają od pracowników powrotu do dawnej rutyny, mogą się srogo rozczarować. Jedynie co pięćdziesiąty pracownik, bez względu na płeć, chce pracować jak dawniej, wyłącznie w biurze.

Od kilkunastu miesięcy na całym świecie dzielnice biurowe pozostają znacznie cichsze niż jeszcze dwa lata temu. Kto może, pracuje zdalnie lub hybrydowo. Praca z domu zazwyczaj kojarzona z wolnymi zawodami lub branżą IT rozlała się na nowe sektory. Handel, opieka zdrowotna, bankowość, obsługa klienta, a nawet zakłady produkcyjne, obszary wydawać by się mogło bez potencjału do zmiany modelu wykonywania obowiązków zawodowych, dały się przekonać do pracy zdalnej. Tylko nieliczni pracują stacjonarnie, najczęściej z powodu specyfiki swojego zajęcia. Nie dlatego, że otworzyły się na cyfryzacje, bardziej dlatego, że musiały.

– Istnieje wiele powodów, dla których praca zdalna jest i będzie na fali. Jednak dwa są kluczowe. – mówi Dorota Gardoń z BPSC i wyjaśnia – Pierwszym jest postęp w technologii, który pozwala ludziom wykonywać swoją pracę z dowolnego miejsca na świecie. Drugi to rosnący odsetek osób ceniących elastyczność i równowagę między życiem zawodowym a prywatnym. – tłumaczy HR Business Partner z katowickiej spółki technologicznej.

Zdalna, hybrydowa czy stacjonarna

W listopadzie firma konsultingowa Global Workplace Analytics poinformowała, że od 2009 roku odsetek osób pracujących zdalnie wzrósł o 159%. To pokazuje, jak bardzo rozwinęła się praca poza biurem i to nie tylko w modelu mieszanym, ale stałym. Jak podaje firma Owl Labs w corocznym raporcie State of remote work, w 16% firm na świecie pracuje się tylko zdalnie, a firmy te nie posiadają biura, do których pracownicy mogą przychodzić.

– Praca zdalna zyskiwała na popularności przez ostatnie kilka lat, ale w 2020 r., nawet przedsiębiorstwa, które nie wierzyły w siłę telepracy, nie miały innego wyjścia, jak tylko dołączyć do tego trendu. – podkreśla Dorota Gardoń.

Zdalna, hybrydowa czy stacjonarna, każdy z modeli ma swoje wyzwania, ale też korzyści. Bo, jak wynika z raportu serwisu FlexJobs, na rewolucję w sposobie pracy inaczej patrzą kobiety, a inaczej mężczyźni.

Zacznijmy od tego, w czym przedstawiciele obu płci są zgodni. Zarówno panie, jak i panowie z podobną niechęcią patrzą na powrót do tego, co jeszcze do niedawna nazywaliśmy normalnością. Zalewie co pięćdziesiąty pracownik, bez względu na płeć, chciałby wrócić do biura, gdy będzie to już bezpieczne. Przytłaczająca większość pytanych kobiet i mężczyzn stawia na model, który zyskał na pandemii. Pierwszym wyborem w obu przypadkach jest praca zdalna w modelu stałym. Panie (68%) częściej niż panowie (57%) preferują wykonywanie zadań bez konieczności pokazywania się w biurze. Permanentne home office, jest bliższe kobietom, ale nie znaczy to, że nie ma wśród nich zwolenniczek modelu hybrydowego. Jednak, jak pokazują wyniki ankiety, ten wariant bliższy jest mężczyznom. 41% panów preferuje taki model, pań jest znacznie mniej. Odsetek kobiet najchętniej pracujących czasem z domu, czasem z biura sięga 30%.

Za co lubimy pracę zdalną?

Jakie są największe korzyści pracy w nowym wydaniu, w którym dominują model zdalny i hybrydowy? Uczestnicy ankiety nie mają wątpliwości, najważniejszym benefitem jest brak konieczności dojeżdżania do pracy. 87% kobiet i 74% mężczyzn podaje to, jako największą korzyść. ¾ pytanych podkreśla, że zdalne wykonywanie obowiązków pozwala sporo zaoszczędzić. Odpowiednio 79% pań i 70% panów uważa, że dzięki pracy w domu w ich portfelach zostanie sporo pieniędzy, głównie dzięki temu, że do biura nie trzeba dojeżdżać 5 dni w tygodniu i jeść poza domem. Dla 71% pytanych znaczącym plusem pracy poza biurem jest unikanie ryzyka zarażenia wirusem.

Dla 70% pań jednym z głównych benefitów pracy zdalnej jest brak konieczności ubierania się do pracy w bardziej formalny strój. Kobiety tę korzyść stawiają wyżej niż lepsza równowaga między pracą a życiem prywatnym dzięki pracy poza biurem na stałe lub hybrydowo (67%). Ponad połowa panów (57%) również docenia, że może odformalizować swój roboczy strój, ale wyżej stawiają oszczędność czasu (67%). Czy to koniec business casual?

Słabe strony technologii

W ciągu ostatniego roku pracownicy szybko przekonali się, że praca zdalna ma wiele korzyści. Niemniej jednak pojawiają się też wyzwania.

– Biznes otworzył się na cyfryzację nie dlatego, że tak chciał, ale musiał. Sęk w tym, że wiele firm było nieprzygotowanych do pracy w innych realiach niż biuro. To pokłosie bardzo hermetycznego i archaicznego myślenia oraz długu technologicznego spowodowanego cyfrowymi opóźnieniami. Firmy bardzo opornie się digitalizowały, a pojawienie się wirusa było egzaminem dojrzałości, który wiele organizacji oblało. Wszystkie grzeszki wypłynęły na powierzchnię. – mówi Dorota Gardoń z BPSC.

Zdaniem ankietowych najbardziej ucierpiała możliwość współpracy. Takiego zdania jest 35% pytanych. Na ten minus pracy poza biurem częściej wskazują panowie (39%) niż panie (30%). ⅕ pytanych zwraca uwagę na trudności związane z rozwiązywaniem problemów technologicznych. Pytani wytypowali jeszcze kłopoty ze skuteczną komunikacją w czasie rzeczywistym (21%) oraz zarządzaniem relacjami ze współpracownikami w sposób wirtualny (19%).

– Patrząc na listę zażaleń, nie sposób nie zauważyć wspólnego mianownika, jakim jest technologia. Mówiąc bardziej precyzyjnie, pracownicy dostrzegają, że narzędzia, które dostali do pracy nie spełniają wymagań współczesności. – podkreśla ekspert i dodaje
– Rozwiązanie jest jedno: modernizacja środowiska pracy. – kończy Gardoń.

Jak deweloperzy widzą rozwój branży w miejscowościach powiatowych i gminnych. Czy warto podejmować takie inwestycje?

Sprzedaż mieszkań nieprzerwanie ma tendencję wzrostową – zainteresowanie potencjalnych klientów nie maleje i dot. to zarówno rynku pierwotnego, jak i wtórnego. Ludzie uważają zakup lokali mieszkalnych za idealną lokatę kapitału przy coraz bardziej rosnącej inflacji i traktują to, jako nietracące na wartości „pieniądze”. Oczywiście zauważa się niewielkie spadki dot. poszczególnych miesięcy, ale w porównaniu do roku poprzedniego widać, że sprzedaż przyśpieszyła po koronawirusowym spowolnieniu. Wg statystyk w III kwartale tego roku sprzedano 6,5 tys. mieszkań. Natomiast w zeszłym roku w analogicznym okresie sprzedano 5,4 tys. lokali[1].

Budowa mieszkań w małej miejscowości w porównaniu do dużej aglomeracji

Aktualnie zauważa się wzrost inwestycji w mniejszych miejscowościach – powodem tego rodzaju sytuacji może być mniejsza liczba wydawanych pozwoleń na budowę, przeciągająca się biurokracja oraz niedostateczna ilość gruntów. Otrzymanie pozytywnej decyzji administracyjnej zezwalającej na rozpoczęcie prac w większości dużych miast jest aktualnie bardzo mocno opóźnione. Statystyki pokazują, że w Warszawie udział pozwoleń na budowę mieszkań wzrósł, ale tylko z 8 do 9 proc. (w stosunku do II kwartału 2020 r.). Natomiast w perspektywie ogólnopolskiej zauważa się 4 proc. wzrost – tj. nastąpiło zwiększenie z 66 do ok. 70 proc.[2] wydawanych zezwoleń. Dlatego też, aby uniknąć przestojów, deweloperzy coraz częściej decydują się na rozpoczęcie inwestycji w regionach ze sprawniejszą administracją, w miastach, gdzie pozwolenia rozpatrywane są w znacznie szybszym tempie. To wszystko sprawia, że np. miasto powiatowe staje się atrakcyjnym miejscem dla inwestycji deweloperskich.

Potencjał małych miast

Poza łatwiejszym i szybszym otrzymywaniem decyzji administracyjnych, deweloperzy znajdują także inne korzyści z budowania w miastach powiatowych, gminnych itp. Wielu młodych ludzi niestety nie może liczyć na otrzymanie kredytu na mieszkanie w znanych aglomeracjach, w związku z tym decydują się na kupno lokalu w regionie, który uchodzi za tańszy, ale jest np. dobrze skomunikowany z dużym ośrodkiem miejskim. Ponadto w małych miejscowościach zauważa się również boom gospodarczy – wiele firm lokuje tam swoje zakłady produkcyjne. To sprawia, że posiadanie w tych rejonach lokali mieszkalnych staje się kuszącą perspektywą pod wynajem i na sprzedaż. Czyli inwestowanie w mieszkania w małych miejscowościach jest po prostu dobrą lokatą kapitału.

Czy Waryński S.A. ma także plany związane z inwestycjami w mniejszych miastach?

Waryński S.A. Grupa Holdingowa przygląda się aktualnym zachowaniom rynkowym, nowym trendom konsumenckim w branży deweloperskiej oraz działaniom innych firm. Wszystko jest na bieżąco poddawane wnikliwej analizie – na tej podstawie planujemy następne kroki. Grupa Waryński dotychczas działała w większych ośrodkach i tutaj nadal obserwujemy rynki, i szukamy nowych możliwości. W kręgu naszych zainteresowań jest Wielkopolska, Katowice, a także Gdańsk. Ponadto monitorujemy również koniunkturę w mniejszych miejscowościach i nie wykluczamy w przyszłości realizacji tam inwestycji. Najważniejsze dla nas to reagowanie na zmiany oraz nowe trendy rynkowe i podejmowanie w związku z tym odpowiednich decyzji biznesowych.

[1] Deweloperzy nacierają na małe miasta. W dużych paraliż

[2] Raport o cenach mieszkań i sytuacji na rynku nieruchomości: budownictwo mieszkaniowe i rynek komercyjny mocno poturbowane przez pandemię!

GfK: Ponad połowa Polaków preferuje polskie i lokalne produkty

Wybuch pandemii COVID-19 bezpośrednio wpłynął na bardziej świadome wybory konsumentów oraz preferencje dotyczące lokalnych produktów. Jak wynika z badania „Corona Mood” przeprowadzonego przez GfK, aż 52 proc. Polaków chętniej sięgnie po artykuły spożywcze pochodzące od rodzimych producentów. To bardzo dobra wiadomość dla krajowego rynku i lokalnych przedsiębiorców.

Lockdown oraz szereg obostrzeń, które towarzyszyły nam wraz ogłoszeniem stanu pandemii, znacząco zmieniły postawy konsumenckie. W trosce o swoje zdrowie i bezpieczeństwo, na przestrzeni mijającego roku, skróciliśmy czas poświęcany na dokonywanie zakupów do minimum, a jednocześnie wybieraliśmy sklepy znajdujące się najbliżej naszego miejsca zamieszkania. Polacy zaczęli również zwracać większą uwagę na pochodzenie kupowanych artykułów spożywczych – chętniej sięgają po lokalne artykuły od krajowych producentów. Pomimo zniesienia niektórych pandemicznych restrykcji, tendencja ta pozostała z nami na dłużej. Jak wynika z najnowszego badania „Corona Mood”, przeprowadzonego przez GfK, obecnie już 52% proc. Polaków deklaruje zamiar kupna rodzimych wyrobów.

Z danych GfK wynika, że obecnie najczęstszymi kryteriami zakupu produktów jest wzmacnianie krajowej gospodarki oraz wspieranie miejscowych dostawców. Wskazało je kolejno: 38 proc. i 35 proc. konsumentów. Zmiana trendów jest zauważalna zwłaszcza w przypadku popularności lokalnych artykułów – w porównaniu do poprzedniego, majowego badania „Corona Mood” tę odpowiedź wskazało o 7 punktów procentowych więcej respondentów. – Pandemia sprawiła, że zaczęliśmy się troszczyć nie tylko o siebie i swoje zdrowie, ale także o interesy innych. Świadomość trudności i zagrożeń, jakie dotknęły polskich przedsiębiorców, miała duży wpływ na dynamikę zachowań konsumenckich także w sektorze spożywczymmówi Dominika Grusznic-Drobińska, director marketing & consumer intelligence w GfK – Zaczęliśmy zwracać większą uwagę na to, skąd pochodzi kupowana przez nas żywność. Wolimy wydawać pieniądze na produkty polskich producentów, a tym samym pomagać w utrzymaniu ich biznesów dodaje.

Wyniki badań GfK pokazują, że „wspieranie swoich” jest ważniejsze nawet od sięgania po produkty ulubionych marek czy produkty bezpieczne dla zdrowia. Oba te kryteria wskazało 34 proc. ankietowanych. Nawet niska cena nie stanowi dla Polaków najważniejszego czynnika – najtańsze produkty będzie wybierało 33 proc. nabywców.

Ekologia jest na czasie – również na talerzu

Polacy coraz częściej wybierają także ekologiczne artykuły spożywcze. Jak podaje GfK, co piąty konsument deklaruje kupno żywności wyprodukowanej w zgodzie z naturą. To o 5 punktów procentowych więcej niż w poprzednim badaniu „Corona Mood”. – Świadomość bieżących wyzwań ekologicznych i skutków wynikających z ciągle zbyt niskiego poziomu ochrony środowiska przekłada się na preferencje Polaków także w kontekście produktów eko. Popyt na wyroby wyprodukowane w zgodzie z naturą stale rośnie i staje się coraz istotniejszym kryterium zakupowym – komentuje Dominika Grusznic-Drobińska.

Jest to szczególnie ważne w sytuacji, w której rolnicy dotkliwie odczuli skutki pandemii. Ograniczenia działalności gastronomii, zerwanie łańcuchów dostaw, ale także trudne warunki atmosferyczne spowodowały zauważalny spadek popytu na produkty rolne. Biorąc jednak pod uwagę wzrost znaczenia pochodzenia w bieżących wyborach konsumentów, polscy rolnicy i producenci artykułów spożywczych bio mają szanse na znaczący rozwój biznesu.

Małe i średnie przedsiębiorstwa mogą stracić na nowych unijnych regulacjach cyfrowych

Proponowane w obecnym kształcie regulacje – Akt o Rynkach Cyfrowych (DMA) oraz Akt o Usługach Cyfrowych (DSA) – będą miały fundamentalny i niekorzystny wpływ na działalność małych i średnich przedsiębiorstw w UE. Choć w debacie publicznej mówi się o obu Aktach w kontekście gigantów technologicznych, to proponowane zmiany wpłyną tak naprawdę na najmniejsze podmioty na rynku – ostrzega Michał Kanownik, Prezes Związku Cyfrowa Polska. W czasie spotkania z członkami Parlamentu Europejskiego zaprezentowano najważniejsze zastrzeżenia sektora MŚP wobec unijnych regulacji.

W czasie zorganizowanego w piątek przez Związek Cyfrowa Polska oraz INFOBALT, partnerską organizację branży cyfrowej i nowoczesnych technologii z Litwy spotkania przedstawicieli biznesu i eurodeputowanych, które poświęcono problematyce wpływu procedowanych w UE regulacji: Aktów o Rynkach Cyfrowych oraz o Usługach Cyfrowych na małe i średnie przedsiębiorstwa, omówiono kluczowe obawy sektora MŚP. Mniejsze podmioty na rynku UE alarmują, że odebrane zostaną im nowoczesne narzędzia komunikacji z klientami oraz że staną się niewidoczne dla potencjalnych odbiorców swoich usług.

Mity i fakty

Gospodarze spotkania zwracali uwagę, że regulacje (DMA i DSA) są często błędnie przedstawiane w debacie publicznej jako dotyczące wyłącznie największych platform online i gigantów technologicznych. Zdaniem prezesa Związku Cyfrowa Polska choć projektowane są one z myślą o ochronie praw konsumentów i wyrównaniu szans podmiotów rynku innych niż najwięksi gracze, to wiele ich elementów stoi w sprzeczności z tymi założeniami. – Restrykcje dotyczące reklam online, czy łączenia danych pomiędzy usługami dostawców usług online będą miały fatalne konsekwencje dla najmniejszych graczy na rynku, którzy polegają na ich możliwościach. Klient szukający w wyszukiwarce online np. kwiaciarni nie zobaczy mapki ze wskazaniem adresów, czy godzin otwarcia okolicznych przedsiębiorstw. Zamiast tego zobaczy listę linków. Pamiętajmy, że stronę online ma zaledwie 30% europejskich MŚP. Małe firmy utracą potężny kanał interakcji z klientami – objaśniał konsekwencje regulacji Michał Kanownik.

Ogromny uszczerbek mają odnieść małe i średnie przedsiębiorstwa w związku z planami zakazania usług z zakresu celowanych reklam (targeted advertisement). Mindaugas Ubartas, CEO INFOBALT objaśniał, że to kuriozalna sytuacja, w której przegranymi będą zarówno MŚP, tracąc dostęp do nowoczesnego, wydajnego i przystępnego cenowo narzędzia marketingowego – Małej firmy nie stać na reklamę w telewizji, czy gazetach. Czy chcemy cofać rynek do poprzedniej ery? Małej firmie na nic zda się dotarcie do klientów oddalonych o setki, czy tysiące kilometrów od miejsca działalności biznesu. Na restrykcjach nałożonych na mechanizm reklam ucierpią małe firmy i konsumenci. To obustronna porażka. Trzeba również ponownie wyjaśnić, że reklama nigdy nie jest skierowana do indywidualnego użytkownika. Celowanie oznacza, że ogłoszenie widzi grupa użytkowników, bez wpływu na bezpieczeństwo, czy prywatność danych jednostek – tłumaczył Mindaugas Ubartas.

Uczestnicy spotkania zwracali uwagę, że interes sektora MŚP był często ignorowany w czasie prac nad omawianymi regulacjami. – MŚP i ich interes nie były brane pod uwagę w wystarczającym stopniu w czasie procesu legislacyjnego, a wpływ DSA i DMA na ich codzienną działalność nie został dotychczas wystarczająco zakomunikowany – stwierdził Brandon Mitchener, reprezentujący Connected Commerce Council w Europie oraz mały przedsiębiorca zajmujący się sprzedażą wina online.

Brak świadomości wśród eurodeputowanych

W czasie spotkania poruszano problem niedostatecznej świadomości wśród parlamentarzystów na temat skutków projektowanych przepisów. W odpowiedzi na pytanie litewskiego europarlamentarzysty Andriusa Kubiliusa o odezwę struktur unijnych na prezentowane w czasie konsultacji i prac legislacyjnych nad Aktami stanowiska i odezwy branży cyfrowej oraz środowisk małych i średnich przedsiębiorstw, organizatorzy spotkania wyjaśniali, że reakcja widziana w treści legislacji była dostrzegalna, lecz niekompletna i wciąż borykają się z problemem braku świadomości członków PE. – Część naszych postulatów została uwzględniona w projektach regulacji, za co jesteśmy wdzięczni. Niestety, nie są one wciąż idealne. Liczymy, że przedstawione dziś obawy zostaną rozważone przez Parlament Europejski. Wciąż borykamy się z niedostateczną świadomością wśród Europosłów na temat konsekwencji Aktów dla mniejszych graczy na rynku – powiedział Prezes Związku Cyfrowa Polska.

Do udziału w spotkaniu zaproszono przedstawicieli Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów Parlamentu Europejskiego (IMCO) oraz polskich i litewskich eurodeputowanych. W spotkaniu udział wzięli przedstawiciele Parlamentu Europejskiego oraz stowarzyszeń i organizacji przedsiębiorców i pracodawców, m.in. ZPP, czy włoskiego InnovUp, a także przedstawiciele mediów krajowych. W czasie grudniowego posiedzenia Parlamentu Europejskiego Akt o Usługach Cyfrowych procedowany będzie w europarlamentarnej komisji IMCO, a Akt o Rynkach Cyfrowych poddany będzie pod głosowanie plenarne.

Hotele bez dzieci. Rośnie popularność destynacji „children free”

Są świetną propozycją nie tylko dla szukających spokoju seniorów, czy możliwości koncentracji twórców i biznesmenów, ale właśnie dla rodziców, którzy jak wszyscy inni zasługują na chwilę wytchnienia. W ostatnich latach na całym świecie rośnie popularność miejsc adresowanych do osób w wieku pow. 16 lat. Przybywa ich również w Polsce. Dostrzegając rynkową potrzebę, szereg z nich stworzyły firmy posiadające też hotele z ofertą familijną. Nie chodzi tu przecież o to, że ktoś nie akceptuje dzieci, a wręcz przeciwnie. 

Psychologowie twierdzą, że aby rodzina mogła prawidłowo funkcjonować, również rodzice potrzebują czasem przestrzeni wyłącznie dla siebie. Jednocześnie dzieci wolą mieć wypoczętych rodziców, a takie odskocznie pozwalają nie tylko naładować akumulatory, nabrać dystansu, innej perspektywy, ale też lepiej budować zdrowe relacje rodzinne.

Ma to też korzystny wpływ na nasze pociechy, które w tym czasie najczęściej budują więzi z najbliższymi, często z dziadkami lub rówieśnikami z otoczenia rodziny lub przyjaciół. Jak twierdzą eksperci, zostawiając nawet kilkuletnie dziecko pod opieką bliskich osób, do których mamy pełne zaufanie, możemy czuć się bardziej komfortowo niż wtedy, gdy już starsze dziecko, w wieku szkolnym, wyjeżdża samodzielnie na 2 tyg. obóz lub kolonię.  Jeżeli weźmiemy pod uwagę uwarunkowania psychologiczne i rozwojowe dzieci, to dłuższe, niż tygodniowe, wakacje bez pociech, możemy już planować, gdy mają one pow. trzech lat. Nie oznacza to wcale, że we wcześniejszym okresie krótkie weekendowe wyjazdy są niedopuszczalne.

Dawny trend

Nie jest to nic odkrywczego, od wieków, wiele form aktywności dostępnych było po przekroczeniu progu pewnego wieku. Dla przykładu filmy z repertuaru kinowego, przedstawienia teatralne i operowe, czy wyjazdowe imprezy brydżowo-dancingowe adresowane były wyłącznie do osób dorosłych. Również pandemia oraz globalny lockdown pokazały jak destrukcyjne skutki w relacjach rodzinnych dla wszystkich stron, miało “uwięzienie” rodzin, szczególnie w ciasnych mieszkaniach. Zmiana otoczenia dostarcza nam nowych bodźców, co jest zbawienne dla umysłu. Natomiast możliwość relaksu na wyjeździe pozwala nam jednocześnie na regenerację fizyczną, co z kolei przekłada się na dobrą kondycję zdrowotną. Jest to niezwykle ważne dla dobrego funkcjonowania zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym.

– Zdaję sobie sprawę, że temat budzi różne emocje, ale oferta familijna wśród hoteli jest duża, więc rodzice chcący wybrać się na wypoczynek z dziećmi naprawdę mają z czego wybierać. Nie mam nic przeciwko hotelom tylko dla dorosłych. Sama mam czwórkę dzieci i kiedy raz na jakiś czas z mężem chcemy się wybrać na romantyczny wyjazd we dwójkę, chętnie odpoczywamy od tego, co mamy na co dzień. Dobrze, że są miejsca odpowiadające na potrzeby różnych osób i jako mama, rozumiem potrzebę odpoczynku bez dzieci wokół. I nie mam tu na myśli, tylko osób czy par bez dzieci. Taki wypad polecam również rodzicom. Weekend bez dzieci pozwoli mamie i tacie skupić się na sobie nawzajem i zadbać o relację, jaka między nimi – podkreśla Sylwia Ziemacka, Członek Rady Fundacji Share the Care, która promuje partnerski model rodziny i potrzebę dbania o relację między rodzicami.

Zdrowy balans

Czasem dobrze jest znaleźć czas dla siebie, wyjechać bez dzieci, odpocząć od obowiązków, zamieszania i hałasu. Nawet PKP oferuje przejazdy, przeznaczone dla podróżnych potrzebujących ciszy oraz szanujących to, że inni również chcą podróżować w spokoju. W każdym pociągu Express InterCity Premium, Strefą Ciszy objęty jest cały wagon, a firma z tego tytułu nie pobiera żadnych dodatkowych opłat. Na świecie od lat powodzeniem cieszą się hotele dla osób w wieku od 16 lat, które mocno promują cieszące się olbrzymim zainteresowaniem oferty. Stale przybywa ich również w Polsce.

– Z roku na rok obserwujemy coraz większe zainteresowanie hotelami 16+. I jak się okazuje, takie obiekty są popularne wśród naszych klientów w różnym wieku. Z jednej strony hotele “children free” wybierają osoby młode, które szukają miejsca, w którym będą mogły swobodnie się wybawić, połączyć plażowanie z zabawą w klubie. Z drugiej strony, wyjazdy do obiektów dla dorosłych lub oferujących wydzielone części bez dzieci, cieszą się popularnością wśród osób 35+, które w czasie urlopu chcą się przede wszystkim zrelaksować. Co ciekawe, nawet rodziny wyjeżdżające na wakacje z dziećmi często pytają o hotele ze strefą wyłącznie dla dorosłych. Wybierając taki obiekt, rodzice mają możliwość skorzystania z usług opiekunki na miejscu lub miniklubu. W czasie, gdy pociechy bawią się pod nadzorem animatorów, dorośli mogą wypocząć w spokoju np. przy tzw. cichym basenie, bez wszechogarniającego gwaru — mówi Grzegorz Bosowski, prezes fly.pl multiagenta, który skupia w jednym miejscu największą ofertę podróżniczą różnych touroperatorów.

– Przybywa Klientów zainteresowanych wypoczynkiem w luźnej, nieformalnej atmosferze, szukających relaksu i dobrej zabawy. W przypadku wielu destynacji, także w formule „adults only” byliśmy pierwsi na rynku, publikując odrębne katalogi, zawierające właśnie „hotele dla dorosłych”. Poszliśmy więc jeszcze dalej i oprócz hoteli, które zapraszają gości od określonego wieku (może być to 16+ czy 18+) zaproponowaliśmy nasz autorski koncept, czyli ItaKarma, wybrane hotele „adults only” z naszą formułą klubową. Zadebiutowaliśmy w lecie 2021 i po dużym sukcesie komercyjnym kontynuujemy ItaKarmę w zimie i w dużo szerszym wymiarze w sezonie Lato 2022. Nasi klienci „kupili” pomysł i deklarują chęć ponownego skorzystania z tej formuły wypoczynku – informuje Piotr Henicz, wiceprezes czołowego w Polsce Biura Podróży ITAKA, i jednocześnie wiceprezes Polskiej Izby Turystyki.

Rosnąca oferta

W ofertach biur podróży znajdziemy coraz więcej propozycji dla osób, które chcą wybrać się na wakacje bez dzieci. Hotele dla dorosłych znajdziemy w wielu popularnych destynacjach m.in. w Turcji, Egipcie, Hiszpanii czy Portugalii, a także w krajach egzotycznych — Meksyku, Kubie czy na Dominikanie. Największym zainteresowaniem cieszą się jednak obiekty miejskie, położone w pobliżu rozrywkowego centrum kurortu. Wyróżniają się one infrastrukturą i dostępnością usług bardziej dopasowanych do potrzeb osób dorosłych, np.: liczne bary i restauracje, luksusowe centra SPA, kluby z występami znanych DJ-ów to tylko kilka przykładów. A, drugi popularny rodzaj ofert dla klientów podróżujących bez dzieci to duże resorty np. w Turcji lub Dominikanie, które udostępniają strefy „children free”. Osoby dorosłe mają tam do dyspozycji osobne baseny i restauracje, gdzie dzieci nie mają wstępu. Pełnoletni klienci mogą korzystać też ze stref wspólnych, takich jak aquaparki czy baseny z animacjami.

– Część hoteli wyczuła ten trend i rozpoczęła dostosowywać infrastrukturę i rozrywkę do preferencji osób dorosłych. Dla tego rodzaju Klienta to ideał — na miejscu baseny dla dzieciaków, a nawet całe aquaparki, angażujące animacje. Także mniejsze hotele zaczęły nastawiać się na wypoczynek rodzinny, dokładając atrakcje, które przyciągną również tę grupę Klientów. Zaczęło brakować miejsc, gdzie można spędzić wakacje w inny sposób, niekoniecznie bardzo spokojnie, ale bez towarzystwa dzieciaków. Ta dywersyfikacja hoteli to zjawisko niezwykle pozytywne zarówno dla touroperatorów, jak i Klientów: nam pozwala jeszcze lepiej spełniać ich oczekiwania, a Klientom spędzić wakacje tak jak sobie wymarzyli — wyjaśnia jeden z najbardziej doświadczonych ekspertów sektora, Piotr Henicz, wiceprezes Biura Podróży ITAKA i wiceprezes PIT.

W ciągu ostatnich lat już kilka linii lotniczych, oferuje przeloty w “strefach ciszy”, aby zapewnić swoim pasażerom spokojny lot. Choć na początku oferty były postrzegane jako kontrowersyjne posunięcie, a nawet przeraziło to młode rodziny z małymi dziećmi tak samo, jak zachwyciło podróżujących służbowo lub szukających odprężenia klientów. Oferta ta cieszy się coraz większą popularnością wśród przewoźników międzynarodowych. Dla przykładu AirAsia uruchomiła “strefę ciszy” na początku 2013 r. i obejmuje ona pierwsze siedem rzędów siedzeń bezpośrednio za kabiną dla klasy premium. Na tych siedzeniach mogą przebywać tylko pasażerowie, którzy ukończyli 10 lat. Wybór miejsca w cichej strefie to jednak dodatkowa opłata w stosunku do zwykłej taryfy lotniczej.

Natomiast indyjski tani przewoźnik IndiGo Airlines w 2016 r. wprowadził miejsca w rzędach 1-4 i 11-14, które są w tzw. strefie ciszy z przeznaczeniem dla pasażerów powyżej 12. roku życia. Malezyjskie linie lotnicze Malaysia Air już od dekady nie pozwalają dzieciom na wstęp do pierwszej klasy w odrzutowcach Boeing 747. A, w 2012 r. przewoźnik ten ogłosił politykę zabraniającą dzieciom poniżej 12 roku życia siedzenia w sekcji ekonomicznej na piętrze w samolotach super jumbo jet. Kolejne przykłady można by mnożyć.

W Polsce przybywa miejsc „children free”

Gdy kilka lat temu powstawały pierwsze polskie obiekty dedykowane dla gości bez dzieci, podniósł się krzyk oburzenia. Jednak z czasem oferty hotelowe „children free” zyskują coraz większą popularność również w naszym kraju. Ich polityka z założenia wyklucza obecność rozwrzeszczanych maluchów. Nie uświadczymy w nich dostawek w pokojach, krzesełek do karmienia czy animacji dla najmłodszych. Także na basenach i w spa możemy czuć się w pełni swobodnie.

– Nie mamy większych problemów w postrzeganiu miejsca i naszej oferty. Oczywiście zdarzają się dwa lub trzy telefony w roku z pretensjami, że “tak nie można” i “nie wolno stosować takich ograniczeń”. Większym problemem mogą być jedynie goście rezerwujący pokój poprzez platformy internetowe, jak booking.com, czy inne, którzy nie do końca przeczytali warunki pobytu. Kiedy przyjeżdżają z dzieciakami na miejsce i musimy wspólnie szukać rozwiązań. Myślę, że wraz ze wzrostem zamożności społeczeństwa i jego starzeniem się, tego typu oferta będzie miała swoich klientów – wyjaśnia Piotr Ciszek właściciel Pałacu Nakomiady na Mazurach.

– My również obserwujemy tendencję wzrostową w zakresie podróży bez dzieci. Coś, co jeszcze niedawno wielu osobom kojarzyło się negatywnie, teraz zyskuje na popularności, a to z kolei zmienia powszechny odbiór. Raczej nie spotykamy się już z krytyką, a wręcz przeciwnie — z entuzjazmem lub chociaż akceptacją. Nasz hotel od początku był miejscem dla świadomego Gościa, chociażby ze względu na charakter jego wystroju, spokojną atmosferę oraz kuchnię typu fine dining. Można powiedzieć, że trafiliśmy na niszę przynajmniej na polskim gruncie. Przyjeżdżają do nas single, pary które nie mają dzieci, ale i osoby, które swoje już odchowały lub chcą po prostu od nich odpocząć. W pierwszym roku działalności zdarzało nam się gościć dzieci, jednak po prostu czuliśmy, że nie jesteśmy miejscem dla nich. Nie mamy udogodnień dla najmłodszych, cenimy sobie ciszę, także na strefie wodnej SPA czy w restauracji. Ostateczna decyzja zapadła w 2016 r. i zaczęliśmy to konsekwentnie komunikować na każdym punkcie styku z Gościem. Coraz bardziej modne staje się dbanie o dobrostan pary i pielęgnowanie związku właśnie poprzez takie wypady we dwoje. I naprawdę nie muszą to być dalekie wojaże, co ciekawe odwiedza nas sporo osób z Trójmiasta, które z przyjemnością planują takie „ucieczki” od codzienności – zdradza Marta Dworak dyrektor marketingu Hotelu Quadrille w Gdyni.

– Jako rodzice dwóch łobuziaków rozumiemy, że czasem dla zdrowia psychicznego dobrze pojechać gdzieś samemu. Na początku spotkaliśmy się z niezrozumieniem i małym hejtem. Gdy zaczynaliśmy ponad 3 lata temu, rynek miejsc „children free” był jeszcze bardzo mały. Teraz coraz częściej goście doceniają taką możliwość i traktują ją jako oczywisty pozytyw, chociaż wciąż zdarzają się sytuacje, gdzie odwiedzające nas pary próbują „przemycić” smyka gdzieś z tyłu samochodu. Jednak naszą zasadą jest nie robienie wyjątków, dzięki czemu każdy może odpocząć od dzieci. Największą zaletą pobytu u nas jest odcięcie się od codziennej gonitwy i życia w mieście. Podczas wakacji z dziećmi, nawet najgrzeczniejszymi nie jesteśmy w stanie osiągnąć absolutnej ciszy. To niezwykle ważne, żeby czasami zwolnić i zmienić perspektywę, z której patrzymy na otaczający nas świat. Jest to istotne zarówno dla dynamicznych ludzi zaangażowanych w rozwój swoich karier, jak i dla młodych rodziców — mówi Gosia Bryl z 4rest Camp, firma oferuje jurty wypoczynkowe znajdujące się wśród zielonych lasów i łąk na pograniczu Kaszub i Kociewia.

– Zmienia się sposób podróżowania. Odpoczynek jest bardziej świadomy i naszym gościom zależy, nie tylko na tym, aby spędzić urlop w wyjątkowym miejscu, ale także, żeby znaleźć ukojenie, niezależnie czy jest się singlem, narzeczeństwem czy rodzicem. Pojawiały się nieśmiałe pytania, czy w obiekcie są dodatkowe atrakcje tylko dla dorosłych lub najzwyklejszy brak zrozumienia polityki hotelu w stosunku do dzieci, jednak zawsze zaznaczamy, że jesteśmy częścią Bukovina Resort i zapraszamy do drugiego obiektu, który jest prorodzinny – podsumowuje Justyna Buńda dyrektor hotelu Harnaś w Bukowinie Tatrzańskiej.

Autor ©: Adam Białas, ekspert rynku, dyr. BIALAS Consulting & Solutions, dziennikarz biznesowy.

Black Friday: Sklepom z elektroniką ciężko wrócić do ruchu sprzed pandemii. Straty są na ponad 40% minusie

Placówki największych w Polsce sieci z RTV i AGD odnotowały w Black Friday o 43% mniejszy ruch niż w 2019 roku, czyli przed pandemią. I odwiedziło je o blisko 45% mniej klientów. Te wyniki są lepsze niż w 2020 roku, gdy spadki w relacji rocznej wyniosły 61% i prawie 59%. Jednak, według ekspertów, sytuacja jest poważna. Co prawda w porównaniu z ub.r. w tym roku nieco więcej osób pojawiło się w kilku różnych sklepach, ale było ich mniej niż dwa lata temu. Widać też, że już drugi rok z rzędu klienci rezygnują z piątkowych wizyt na rzecz sobotnich odwiedzin. Dzięki temu unikają tłumów, a ruch w ramach Black Week zaczyna rozkładać się dość równomiernie. I akurat to jest pozytywnym zjawiskiem.

Jak wynika z analizy Proxi.cloud i UCE RESEARCH, przeprowadzonej na podstawie monitoringu zachowań przeszło 180 tys. konsumentów w ponad tysiącu sklepów, w miniony Black Friday w placówkach sieci handlowych ze sprzętem RTV i AGD ruch był o 43% słabszy niż dwa lata temu. I ten wynik jest lepszy w porównaniu z ubiegłorocznym. W pierwszy pandemiczny Czarny Piątek zanotowano aż o 61% mniej wizyt niż rok wcześniej. Analitycy z Proxi.cloud zauważają, że odwiedzalność sklepów nieco się poprawiła od zeszłego roku. Jednak zarówno zdrowotne, jak i finansowe problemy wielu Polaków wciąż uniemożliwiają powrót do zachowań konsumenckich sprzed pandemii.

– Uważam, że sklepom stacjonarnym trudno będzie odbudować pozycję bez względu na sytuację zdrowotną i ekonomiczną w kraju. Od wybuchu pandemii klienci zdążyli już zmienić swoje nawyki zakupowe i znaczna część z nich na dobre przeniosła się do kanału online. Oczywiście wciąż wiele osób potrzebuje zapoznać się ze sprzętem elektronicznym na żywo, aby podjąć decyzję o jego ewentualnym nabyciu. Ale w celu finalizacji zakupu kieruje się do Internetu – komentuje Mateusz Chołuj z Proxi.cloud.

Na podstawie ww. obserwacji zachowań konsumentów, można też wnioskować, że zmniejszył się nie tylko ruch. Spadła też liczba unikalnych klientów. W tym roku sklepy odwiedziło o 44,6% mniej osób niż dwa lata temu. I był to zdecydowanie lepszy wynik w porównaniu z przedostatnim Czarnym Piątkiem, gdy nastąpił spadek o 58,6% rok do roku.

– Obawa przed wirusem prowadzi do zawężania ilości odwiedzanych miejsc. Niemniej polityka promocyjna sieci, które czasem oferują korzystniejsze ceny offline, ciągle znajduje zwolenników zakupu sprzętu trwałego użytku w sklepie stacjonarnym. Byłoby to klęską wizerunkową, gdyby placówki zostały zamknięte lub zawęziły asortyment do półkowego minimum. Rynek usilnie dąży do utrzymania obrotów i cały handel chwyta się różnych strategii, na co klient reaguje, szukając ucieczki przed inflacją – mówi dr Maria Andrzej Faliński, były wieloletni dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.

Analiza wykazała również, że w tegoroczny Czarny Piątek aż 81,3% osób odwiedziło tylko jedną placówkę ze sprzętem elektronicznym. Rok wcześniej 84,5% konsumentów wykazało taką aktywność, a dwa lata temu – 78,4%. Natomiast w dwóch punktach sprzedaży było tym razem 15,9% klientów, poprzednio – 13,4%, a w 2019 roku – 17,9%. W trzech lub w większej ilości sklepów pojawiło się ostatnio zaledwie 2,8% shopperów, poprzednio – 2%, a tuż przed pandemią – 3,7%.

– Generalnie koniunktura zakupowa stygnie nawet w Black Friday. Nastroje kryzysowe i obawy przed kontaktami z innymi ludźmi nie zachęcają do wizyt w wielu placówkach. Polakom nastawionym na zakupy wystarczy odwiedzenie jednego sklepu, po uprzednim zapoznaniu się z ofertą w Internecie. Większość woli nawet nie rozglądać się zbytnio za produktami, które nie należą do niezbędnych i najtańszych. Tak łatwiej jest oszczędzać w niepewnych czasach – przekonuje dr Faliński.

Dwa lata temu w ramach Black Week aż 58% wizyt odbyło się w piątek. W ub.r. i ostatnio było ich odpowiednio 49% oraz 51%. W 2019 roku odnotowano prawie o połowę wyższy ruch w piątek w porównaniu do soboty, która po nim nastąpiła. Natomiast w trakcie pandemii wyniki z dwóch dni bardziej się wyrównały, jedynie z lekką przewagą piątku w br. (o 2,5 p.p.).

– To wyraźnie pokazuje, że konsumenci zachowują się bardzo ostrożnie. W czasie pandemii wolą omijać największe zatłoczenie w Black Friday i skorzystać z promocji następnego dnia. Wiele sklepów im to umożliwia. Nie ma więc powodu, aby pchać się tam, gdzie można spodziewać się tłumów. Dla wielu Polaków cenniejsze stało się zdrowie niż upolowanie świetnej okazji – dodaje Mateusz Chołuj.

Z kolei dr Faliński zwraca uwagę na to, że dwa lata temu w soboty Polacy bardziej koncentrowali się na kupowaniu żywności i chemii gospodarczej niż dóbr trwałego użytku. Od roku wiele sieci spożywczych otwiera również swoje placówki w niedziele, pomimo zakazu. Konsumenci mogą więc pozwolić sobie na piątkowe i sobotnie wizyty w sklepach z elektroniką w trakcie „czarnych” super wyprzedaży.

Wydział Zarządzania UW najlepszą szkołą biznesu w Polsce według rankingu Eduniversal

W najnowszym rankingu Eduniversal, prezentującym najlepsze szkoły biznesu z całego świata, Wydział Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego odniósł potrójny sukces. Utrzymał pozycję lidera wśród polskich uczelni, stanął na podium w klasyfikacji szkół z Europy Wschodniej, zajmując trzecie miejsce oraz jako jedyny w naszym kraju kolejny raz otrzymał „5 Palmes of Excellence”.

Eduniversal Ranking Business School przedstawia 1000 najlepszych szkół biznesu ze 154 krajów podzielonych na dziewięć regionów. Celem organizowanego od 2007 r. zestawienia jest zaprezentowanie szkół wyższych o międzynarodowych aspiracjach, kształcących kadrę menadżerską na najwyższym poziomie.

W ogłoszonym pod koniec listopada br. Eduniversal Ranking Business School 2021, Wydział Zarządzania UW po raz kolejny zajął czołowe lokaty. W rankingu krajowym WZ UW uplasował się na pierwszym miejscu, przed Akademią Leona Koźmińskiego, Szkołą Główną Handlową i Uniwersytetem Ekonomicznym w Poznaniu, utrzymując wieloletnią już pozycję lidera. W regionie Europy Wschodniej został wyróżniony jako jedna z „Top 3 Business School”, zdobywając trzecie miejsce. Pierwsze przypadło Prague University of Economics and Business, natomiast drugie – Graduate School of Management – St. Petersburg University.

Jako jedna ze 100 jednostek na całym świecie, Wydział Zarządzania UW, otrzymał ponadto najwyższą kategorię „5 Palmes of Excellence” dla szkół biznesu o silnym wpływie globalnym („Universal Business School with strong global influence”). Klasyfikacja uczelni odbywa się tutaj w oparciu o ich międzynarodowy wpływ, reputację i jakość edukacji.

– Lista jest weryfikowana każdego roku, aby zapewnić aktualną mapę najlepszych instytucji szkolnictwa wyższego na świecie. Jesteśmy na niej obecni już od kilku lat, zajmując wysokie miejsca, co jest potwierdzeniem silnej i stabilnej pozycji Wydziału Zarządzania UW nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej – mówi prof. dr hab. Grzegorz Karasiewicz, dziekan WZ UW. Wyniki tegorocznej edycji ogłoszono podczas Eduniversal 3D World Convention, która odbyła się w dn. 17- 19 listopada 2021 r.

Wydział Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego od prawie 50 lat kształci menedżerów i liderów biznesu – powstał w 1972 roku i jest najstarszą w Europie Środkowo-Wschodniej jednostką edukującą w zakresie zarządzania. Odzwierciedleniem tej pozycji są przyznane akredytacje, m.in. EQUIS (jedna z 3 najważniejszych akredytacji dla uczelni biznesowych na świecie) i AMBA (dla programu Executive MBA) oraz wysokie pozycje w rankingach.

Pełne zestawienie i opis metodologii Eduniversal Ranking Business School są dostępne na stronie:

https://www.eduniversal-ranking.com/

Intenson Europe zapowiada emisję crowdinvestingową. W planach rozwój eksportu i wejście na rynek USA

Intenson Europe, producent zdrowej żywności, suplementów diety i innowacyjnych produktów spożywczych, działający na rynku już ponad 10 lat, planuje wzmocnić swoją pozycję za granicą. Chce pozyskać dodatkowy kapitał przez emisję akcji w crowdfundingu udziałowym, rozważa też debiut na giełdzie.

Produkty spółki można dziś kupić w większości krajów Europy. Eksport odpowiada za nieco ponad jedną trzecią sprzedaży, a spółka chciałaby dalej rozwijać zagraniczną sieć dystrybucji i zwiększyć przychody z tego kanału.

W Intenson Europe stawiamy przede wszystkim na jakość produktów i nowoczesne metody produkcji. Dzięki temu śmiało możemy konkurować z zagranicznymi firmami i zawalczyć o udział nie tylko na rynku krajowym, ale też światowym. W Polsce jesteśmy obecni w największych sieciach sprzedaży, eksportujemy do większości krajów Europy, zarówno do Niemiec czy Francji, jak i na Ukrainę. Planujemy pojawić się też na kolejnym kontynencie i rozwijać dystrybucję w Stanach Zjednoczonych, które są największym rynkiem superfoods na świecie – mówi Michał Lasocki, prezes zarządu Intenson Europe.

Spółka intensywnie rozwija także sprzedaż online, w tym roku w e-commerce odnotowała 270% wzrostu. Udział tego kanału sprzedaży w przychodach to ok. 13%,  sprzedaż krajowa odpowiada za 52%. W 2011 roku produkty superfoods marki Intenson trafiły na rynek, dziś można je kupić w największych sieciach handlowych w Polsce, takich jak Biedronka, Aldi, Rossmann czy Żabka. Firma rozwija także sprzedaż produktów konopnych. W tym celu powołała Polskie Konopie SA, które zamknęły rundę inwestycyjną, pozyskując pół miliona złotych na rozwój marki Cannabis Nature, skierowanej na rynek Europy Zachodniej. W 2020 r. Intenson Europe  odnotował 28 mln zł przychodów.

Start emisji crowdinvestingowej jest planowany na początek 2022 roku. W przyszłości spółka rozważa też debiut giełdowy. – Myślimy od razu o dużym parkiecie, jednak decyzja jest zależna od przyszłej sytuacji spółki, otoczenia rynkowego i spełnienia wymogów regulacyjnych – mówi prezes Michał Lasocki.

Pionierzy na rynku superfoods

Superfoods Intensona pojawiły się w sprzedaży w 2011, wówczas była to jedna z pierwszych marek zdrowej żywności na polskim rynku. Swoje sukcesy spółka zawdzięcza m.in. zaangażowaniu w prace badawcze i prawdziwie innowacyjnemu podejściu. Rozwija własny dział R&D, który odpowiada za nowoczesne podejście do produkcji, innowacyjne formulacje i kategorie produktowe. Zakład produkcyjny Intenson Europe jest jednym z najnowocześniejszych w Polsce, który zyskał m.in. certyfikat IFS – Międzynarodowy Standard Jakości, certyfikat branżowy BIO, potwierdzający etyczne podejście do biznesu certyfikat SMETA oraz wdrożony standard AOECS – produktów bezglutenowych.

Doświadczony zespół, od wielu lat związany ze spółką, odpowiada za nowe, innowacyjne produkty, ale także ich szeroką dystrybucję, w Polsce i za granicą. Dziś zdrowa żywność polskiego producenta jest sprzedawana w największych sieciach sprzedażowych w kraju, a także eksportowana do 31 innych państw. Wśród rynków eksportowych są m.in. Niemcy, Francja, Hiszpania, Wielka Brytania, Włochy, Ukraina i Arabia Saudyjska.

Więcej informacji można znaleźć na stronie: crowdway.pl/intenson/

Marcin Zaleński skupuje akcje Image Power i pożycza spółce 2 mln zł

Image Power poinformowała podpisaniu umowy lock up przez głównych akcjonariuszy. Marcin Zaleński udzielił Image Power SA pożyczki w wysokości 2 milionów zł, które zostaną przeznaczone na rozbudowanie zespołu deweloperów i pracę nad nowymi produkcjami.

Głowni akcjonariusze, Zarząd i Rada Nadzorcza, podpisali aneksy zobowiązując się do niesprzedawania akcji przez kolejny rok do 7 kwietnia 2023 r. Lock-upem zostało objętych 1 371 017 akcji stanowiących 88,27% udziału w kapitale zakładowym Spółki.

Dynamicznie się rozwijamy, rozbudowujemy zespół produkcyjny i jeżeli uda nam się zrealizować nasze cele to najbliższy rok będzie przełomowy dla naszego studia. Dostrzegają to nasi inwestorzy dla których liczy się długoterminowa wartość Spółki. – ocenia Marcin Zaleński, główny akcjonariusz oraz Dyrektor Kreatywny w Image Power S.A.

Ostatnio Spółka informowała o zmianach w Zarządzie i Radzie Nadzorczej, rozbudowie zespołu produkcyjnego oraz rewizji strategii.

Główny akcjonariusz w 2021 znacząco zwiększył zaangażowanie i udziela Spółce pożyczkę.

Zakupów insiderskich na rynku NewConnect jest mało, a w branży gier to prawdziwa rzadkość. Z reguły są one podyktowane są silną wiarą w Spółkę i jej duży potencjał do wzrostu wartości, co potwierdza Marcin Zaleński. W sumie główny akcjonariusz zwiększył zaangażowanie w 2021 roku o 20 958 akcji, inwestując około 600 tys. złotych.

Decyzje o zakupach oraz udzieleniu Spółce pożyczki wynikaj z mojego przekonania, że produkcje, nad którymi aktualnie pracujemy, odniosą sukces komercyjny. Ostatni czas to był okres intensywnej pracy dlatego jestem dużym optymistą w przypadku roku 2022 – skomentował Marcin Zaleński, główny akcjonariusz oraz Dyrektor Kreatywny w Image Power S.A.

Pożyczka w wysokości 2 mln zł podzielona została na maksymalnie cztery transze, z których każda nie będzie przekraczać 500 tys zł. Oprocentowanie obliczone zostanie jako stawka WIBOR1R powiększona o 2,00% w skali roku, a cała kwota, podobnie jak odsetki, płatne będą jednorazowo. Pożyczka została udzielona na 2 lata.

W listopadzie br. nowym Prezesem Zarządu Spółki został Łukasz Mach, doświadczony specjalista z piętnastoletnim stażem w polskim gamedevie, a w ostatnim roku zespół wewnętrzny uległ niemal podwojeniu. Plany Image Power są ambitne – Spółka zamierza wejść w nowe segmenty gier A+, oraz AA. W 2022 roku Spółka planuje wydać Yacht Mechanic Simulator oraz Creature Lab na PC. Image Power pracuje również nad pierwszą w jej historii premierą konsolową – gra Dieselpunk Wars pojawi się na sprzętach Microsoftu, Sony oraz Nintendo. Kolejne planowane produkcje to m.in. Offroad Mechanic Simulator oraz Cruise Ship Manager. Szczegółowe założenia strategii i nowy plan wydawniczy zostaną zaprezentowane w 1Q 2022 r.

Szeroka presja inflacyjna w USA

Inflacja w USA bije rekordy. Odczyt na poziomie 6,8 proc. jest najwyższy od czerwca 1982 roku. Rynek nie został jednak w żaden sposób zaskoczony, ponieważ wszystkie wskaźniki wypadły „w punkt” i były zgodne z oczekiwaniami. Dolar osłabił się a złoto zyskało. Indeksy giełdowe zakończyły piątkową sesję nad kreską. Dane te mogą wpłynąć na środową decyzję Rezerwy Federalnej.

Ceny konsumpcyjne w USA wzrosły w listopadzie o 0,8 proc. w stosunku do października. Po wyłączeniu cen energii i żywności, dynamika cen miesiąc do miesiąca wyniosła solidne 0,5 proc. W ujęciu rocznym CPI urósł z 6,2 proc. do 6,8 proc. To rekord od czerwca 1982 roku. Wskaźnik bazowy podniósł się z 4,6 proc. do 4,9 proc.

Dane wskazują szeroką presję inflacyjną. Ceny energii urosły o 3,5 proc., auta używane o 2,5 proc., nowe samochody o 1,1 proc., bilety lotnicze o 4,7 proc. a noclegi o 3,2 proc. Dużą rolę odegrał tu czynnik tzw. „wąskich gardeł” w produkcji oraz silniejszy popyt na usługi wymagające kontaktu z klientem. Wzrost tych składowych jest prawdopodobnie przejściowy. Bardziej Rezerwę Federalną powinna martwić sytuacja związana z cenami czynszów, które ponownie wzrosły. Stanowią one jedną trzecią koszyka CPI. W przyszłym roku presja cenowa prawdopodobnie utrzyma się na podwyższonym poziomie, nawet jeśli zatory w produkcji i niedobór materiałów znikną.

Patrząc na piątkowe dane rośnie prawdopodobieństwo wcześniejszego wyjścia Fed-u z QE i taka decyzja może zapaść już w najbliższą środę. Ostatnio poznaliśmy także dobre dane z rynku pracy. Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych spadła do najniższego poziomu od ponad pół wieku. Możliwe jest, że padnie decyzja o podwojeniu ograniczenia do 30 mld USD miesięcznie. Oznaczałoby to wówczas, że zakupy aktywów z rynku zostałyby zakończone nie w połowie roku a pod koniec I kwartału.

Dolar zareagował po 14:30 osłabieniem. Dane CPI były identyczne co konsensus rynkowy, co oznacza, że w dużym stopniu były już wycenione. W średnim terminie USD powinien nadal zyskiwać w szczególności do euro. Polityka EBC wydaje się być nadal mocno akomodacyjna a pierwsza podwyżka stóp w strefie euro jest położona zdecydowanie dalej na horyzoncie niż ta w USA. Ponowne zejście w EUR/USD do poziomu 1,1200 to moim zdaniem tylko kwestia czasu.

Złoty cały czas od momentu ostatniej podwyżki stóp procentowych jest dość stabilny. EUR/PLN oscyluje między 4,62 a 4,60. Konferencja prasowa prezesa NBP lekko wpłynęła na umocnienie PLN, jednak ruch aprecjacyjny był kosmetyczny. Notowania pary walutowej cały czas znajdują się nad średnioterminową linią trendu wzrostowego. W tym tygodniu poznamy odczyt inflacji CPI (finalny) oraz wskaźnik bazowy. Wyższe od oczekiwań wartości mogą być katalizatorem do tego, aby ten poziom techniczny został przełamany. Złotemu z pewnością pomogłaby gołębia decyzja Rezerwy Federalnej (mniej prawdopodobna), która osłabiła by dolara a tym samym pozytywnie wpłynęła na waluty CEE.

Łukasz Zembik
DM TMS Brokers

Rada Polityki Pieniężnej ponownie podnosi stopy procentowe

W tym tygodniu odbyło się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Z góry było wiadomo, że RPP ponownie podniesie stopy procentowe, kluczowym pytaniem było o ile. W rezultacie Rada podniosła główną stopę procentową o 50 punktów bazowych, do 1,75%. Głównym bodźcem podwyżki jest inflacja, zarówno obecny gwałtowny wzrost cen, jak i zmiana jej percepcji w średnioterminowym horyzoncie. Prezes NBP A. Glapiński przyznał niedawno, że wysoka inflacja nie będzie kwestią przejściową, a szybszy wzrost inflacji utrzyma się przez dłuższy czas.

Przyglądając się bliżej decyzji NBP, nie sposób nie zadać pytania, czy podwyżka stóp jest wystarczająca. NBP wyznaczył cel inflacyjny na poziomie 2,5% z przedziałem wahań +/- 1 punkt procentowy, czyli w przedziale 1,5% – 3,5%. Obecnie inflacja w Polsce wynosi powyżej 7%, czyli naprawdę dużo powyżej celu inflacyjnego, a inflacja bazowa, czyli ta część inflacji, która lepiej obrazuje zmiany cen w polskiej gospodarce, jest mniejsza niż 5%. Według listopadowej prognozy NBP wysoka inflacja będzie się utrzymywać w ciągu całego przyszłego roku (prognoza 5,8%) i na górną granicę tolerancji, tj. 3,5%, dostanie się dopiero w I połowie 2023 r. Zdaniem NBP do końca 2023 roku inflacja nie powróci do celu inflacyjnego, który wynosi 2,5%. Biorąc pod uwagę, że bezrobocie w Polsce jest obecnie niemal na poziomie sprzed pandemii, oznacza to, że w połączeniu ze wzrostem PKB, w najbliższych kwartałach, silna presja wzrostowa na inflację konsumencką będzie eskalować po stronie popytowej. Z tego punktu widzenia obecny poziom stóp procentowych w Polsce jest niewystarczający, pomimo wzrostu w ostatnich miesiącach. Można więc oczekiwać, że w najbliższych miesiącach RPP będzie zmuszona do dalszych podwyżek stóp.

Kurs złotego w stosunku do EUR w tym tygodniu oscylował w przedziale 4,58-4,62 PLN/EUR, a do dolara w przedziale 4,06-4,09 PLN/USD. Kurs EURUSD również poruszał się w trendzie bocznym w przedziale 1,123-1,135 USD/EUR.
Magdalena Peterko, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

Prezes RPP nie zatrząsł rynkiem

Wbrew powszechnym oczekiwaniom konferencja prasowa prezesa NBP nie przyniosła znaczących zmian na rynku. Dzisiaj poznamy odczyty inflacji za Oceanem.

Prezes nie zatrząsł rynkiem

Konferencja prasowa Adama Glapińskiego nie spowodowała żadnych znaczących zmian na rynkach walutowych. Nie znaczy to wcale, że wiało nudą. Dowiedzieliśmy się między innymi, że szczyt inflacji przypadnie na grudzień, a nie styczeń. W pierwszym kwartale 2022 roku ma się rozpocząć stabilizacja cen. Dowiedzieliśmy się również, że istnieje jeszcze przestrzeń do podwyżek stóp procentowych. Większość analityków wskazuje, że zrozumiało ten zawiły wywód jako zapowiedź kolejnej podwyżki stóp procentowych o 0,50% w styczniu. Najprawdopodobniej to będzie teraz nowy scenariusz. Jeżeli pojawiać się będą plotki o mniejszym wzroście, lub jego braku złoty powinien tracić na wartości. Przy informacjach o szybszym wzroście stóp powinien zyskiwać.

Ubywa bezrobotnych za Oceanem

Wczorajsze dane na temat wniosków o zasiłek dla bezrobotnych znów zaskoczyły rynki. 184 tysiące wniosków o zasiłek dla bezrobotnych miesięcznie to nie tylko najniższy wynik od początku pandemii, ale w ogóle bardzo dobry rezultat w standardowych warunkach. Pokazuje to, że pomimo ostatnich bardzo dobrych danych na amerykańskim rynku pracy dobra passa trwa. Nie może zatem dziwić, że po raz kolejnym byliśmy świadkami nawrotu notowań poniżej granicy dolara i trzynastu centów za jedno euro. Jesteśmy obecnie niecały procent od najsilniejszego dolara od półtora roku.

Inflacja na świecie ciąg dalszy

Podczas gdy niemal cały świat zmaga się z gwałtownymi wzrostami cen, w Chinach rosną one o zaledwie 2,3%. Co ciekawe jest to nawet o 0,2% poniżej oczekiwań. Sytuacja wcale nie jest taka różowa, gdyż ceny producentów rosną o 12,9%, co pokazuje, że prawdopodobnie zaraz nie będzie możliwe obniżanie marż i również w detalu one wzrosną. Pozytywny sygnał płynie jednak z Czech. Tamtejsza inflacja wzrosła w listopadzie zaledwie o 0,2% do poziomu 6%, to o 0,1% mniej niż oczekiwali analitycy. Nie można mówić jeszcze o stabilizacji, ale z pewnością jest to dobry sygnał.

W kalendarium danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – inflacja konsumencka.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Opieszałość organów skarbowych

Organ wszczął postępowanie o przestępstwo karne skarbowe wobec przedsiębiorcy i dopiero po roku wezwał go jako podejrzanego.

Naczelnik urzędu celno-skarbowego stwierdził, że firma budowlana, widniejąca na fakturach opiewających na kwotę 300 tys. zł netto, nie była faktycznym wykonawcą wskazanych tam usług. Organ prócz protokołu zeznań dwóch świadków nie zgromadził niemal żadnych dowodów przeciw przedsiębiorcy, mimo że sprawa ciągnie się już 7 lat. Ponadto miesiąc przed upływem terminu przedawnienia jego zobowiązań fiskus wszczął postępowanie karne skarbowe, czym zawiesił bieg tego terminu. Tyle że jako podejrzanego wezwał przedsiębiorcę… dopiero rok później.

Fałszywe faktury

Przedsiębiorca świadczący usługi budowlane w 2014 r. wykonywał prace na rzecz głównego wykonawcy przy budowie centrum wystawienniczego. Naczelnik urzędu celno-skarbowego po przeprowadzonej w firmie kontroli stwierdził nieprawidłowości w rozliczeniach w podatku od towarów i usług i samodzielnie określił jej zobowiązanie w tym podatku. Po pierwsze zdaniem organu przedsiębiorca wystawił m.in. fakturę VAT o wartości 297 tys. zł netto na usługi, których sam nie wykonał. Po drugie zakwestionował jego prawo do odliczenia kwoty blisko 280 tys. zł VAT wykazanego na jedenastu fakturach mających dokumentować dokonane przez przedsiębiorcę zakupy usług budowlanych, których wystawcami nie były podmioty wykonujące usługi.

Karuzela fakturowa dla obniżenia podatku VAT

W odpowiedzi na odwołanie firmy naczelnik UCS podniósł, że inny organ skarbowy dokonał wobec dwóch uczestniczących w łańcuchu usług podwykonawców ustalenia, z których wynika, że w poszczególnych miesiącach 2014 r. ich działalność polegała wyłącznie na wprowadzaniu do obrotu tzw. pustych faktur. Zdaniem organu, ponieważ firma była głównym podwykonawcą głównego wykonawcy budowlanego inwestycji budowy centrum wystawienniczego, i za zlecone prace wystawiła mu łącznie 8 faktur na blisko 3 mln zł netto, to kupowała ona puste faktury celem obniżenia sobie należnego VAT.

Wszczęcie postępowania karnego skarbowego

We wniesionej do wojewódzkiego sądu administracyjnego skardze przedsiębiorca budowlany zarzucił organowi skarbowemu, że ten w sposób instrumentalny wykorzystał instytucję art. 70 § 6 pkt 1 Ordynacji podatkowej wyłącznie w celu wydłużenia 5-letniego terminu przedawnienia jego zobowiązań podatkowych. Zgodnie bowiem z tym przepisem bieg terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega zawieszeniu z dniem wszczęcia postępowania w sprawie o przestępstwo skarbowe lub wykroczenie skarbowe, o którym podatnik został zawiadomiony, jeżeli podejrzenie popełnienia przestępstwa lub wykroczenia wiąże się z niewykonaniem tego zobowiązania. Większość „badanych” przez skarbówkę rozliczeń przedsiębiorcy z 2014 r. przedawniła się 31 grudnia 2019 r., natomiast zawiadomienie o wszczęciu postępowania karnego skarbowego sporządzono 19 listopada 2019 r.

Wszczęcie postępowania karnego bez twardych dowodów

Co więcej, owo postępowanie karne skarbowe zostało wszczęte w trakcie toczącej się kontroli celno-skarbowej, a przed jej zakończeniem. W chwili wszczynania tego postępowania organy nie dysponowały więc decyzją wymiarową, nawet nieostateczną, co według przedsiębiorcy oznacza, że wszczynając je, urzędnicy nie dysponowali również materiałem dowodowym, który dawałby podstawy do podejrzeń, że mógł się on dopuścić przestępstw. Zgodnie z art. 70 § 6 pkt 1 Ordynacji podatkowej dla wywołania skutku w postaci zawieszenia biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego, ocena odpowiedzialności za przestępstwo karne skarbowe musi być związana z tym zobowiązaniem, a ostateczna wysokość zobowiązania zostanie ustalona dopiero prawomocną decyzją podatkową.

Główny podejrzany wezwany jako podejrzany dopiero po roku

Przedsiębiorca nie mógł również zrozumieć dlaczego, skoro wszczęto przeciw niemu tak pilne postępowanie karne skarbowe, został wezwany jako podejrzany dopiero rok po jego wszczęciu, 13 listopada 2020 r., a cały zebrany przez organ materiał dowodowy ogranicza się do akt kontroli celno-skarbowej, przeprowadzonej wobec niego w związku z postępowaniem prowadzonym w sprawie głównego wykonawcy robót budowlanych.

Postępowanie przeciw firmie wszczęto, a dalej nie zrobiono niemal nic

WSA w Olsztynie po analizie akt sprawy stwierdził, że w postępowaniu przygotowawczym, do momentu upływu terminu przedawnienia, poza zawiadomieniem przedsiębiorcy o wszczęciu postępowania karnego skarbowego i przekazaniem dokumentacji komórce dochodzeniowej, skarbówka nie przeprowadziła żadnych czynności. Natomiast już po upływie terminu przedawnienia jedynym, co zrobiono, było przesłuchanie dwóch świadków.

W konsekwencji sąd uchylił zaskarżoną przez przedsiębiorcę decyzję naczelnika urzędu celno-skarbowego. Jak orzekł: „W aktach rozpatrywanej sprawy znajdują się tylko te dokumenty dotyczące postępowania karnoskarbowego, które zostały wymienione w wyroku. Brak w nich dokumentów dotyczących czynności wskazywanych przez organ w odpowiedzi na skargę jako podjęte w trakcie postępowania przygotowawczego, poza protokołami przesłuchania dwóch świadków (…) Jeżeli akta sprawy nie zostaną uzupełnione o dowody wykluczające instrumentalne wszczęcie postępowania karnoskarbowego, organ nie będzie mógł wydać ponownie decyzji określającej zobowiązanie podatkowe…” (wyrok WSA w Olsztynie z 7 października 2021 r., sygn. akt I SA/Ol 496/21).

Nadużycie prawa

Organy podatkowe obchodzą prawo i wydłużają sobie czas na dochodzenie zobowiązań od podatników, wszczynając postępowania karne skarbowe przeciw nim tuż przed upływem 5-letniego terminu przedawnienia. Takie instrumentalne wykorzystywanie instytucji postępowań karnych skarbowych nie pozostaje bez wpływu na newralgiczne z punktu widzenia prowadzenia biznesu kwestie, takie jak dobre imię, marka czy wiarygodność handlowa przedsiębiorcy. Ponadto wstrzymywane zwroty VAT i odmowa prawa do odliczeń czy wreszcie zawyżone domiary podatkowe mogą zachwiać płynnością finansową firmy i ostatecznie doprowadzić na skraj bankructwa. Dlatego w takich sytuacjach warto podjąć walkę przed sądem, który stoi na straży prawa i egzekwuje jego przestrzeganie również przez skarbówkę.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czy mieszkania od deweloperów faktycznie się kurczą?

Często pojawiają się doniesienia na temat coraz mniejszego metrażu lokali oferowanych przez deweloperów. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili je zweryfikować.

Spadek średniej powierzchni mieszkań oferowanych przez deweloperów to dość popularny temat. Niestety, czasem zdarza się, że autorzy analiz prezentują dane uwzględniające łącznie nowe mieszkania oraz domy jednorodzinne. To ważna kwestia, bo rosnąca rola budownictwa jednorodzinnego na rynku pierwotnym może częściowo zniekształcać statystyki. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl wykonali obliczenia uwzględniające tylko średnią powierzchnię lokali mieszkalnych z rynku deweloperskiego.

Na podstawie szczegółowych informacji Głównego Urzędu Statystycznego można obliczyć, jaką średnią powierzchnię użytkową w poszczególnych latach miały lokale mieszkalne ukończone przez deweloperów. Jak się okazuje w skali całego kraju średni metraż mieszkań oddanych do użytkowania zdecydowanie zmalał z 60,8 mkw. w 2009 r. do 52,7 mkw. w III kw. 2021.10.12 – Średni metraż lokali oddanych do użytkowania w atach 2009 – 2021

Co roku sytuacja zmieniała się następująco:

 

  • 2009 r. – 60,8 mkw.
  • 2010 r. – 59,8 mkw.
  • 2011 r. – 58,6 mkw.
  • 2012 r. – 56,9 mkw.
  • 2013 r. – 56,3 mkw.
  • 2014 r. – 54,8 mkw.
  • 2015 r. – 53,6 mkw.
  • 2016 r. – 53,4 mkw.
  • 2017 r. – 54,0 mkw.
  • 2018 r. – 53,2 mkw.
  • 2019 r. – 53,1 mkw.
  • 2020 r. – 52,8 mkw.
  • I kw. – III kw. 2021 r. – 52,7 mkw.

Jak tłumaczy Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl w kontekście powyższych wyników uwagę zwraca nie tylko skala wieloletniego spadku średniego metrażu mieszkań (-13,4%), ale również obecność praktycznie nieprzerwanego trendu. Przeciętna powierzchnia lokali mieszkalnych oddawanych do użytku przez deweloperów malała niemal co roku. Ten trend na pewno można częściowo wytłumaczyć spadkiem średniej liczby osób w polskim mieszkaniu (2009 r. – 2,87 osoby, 2020 r. – 2,55 osoby).

Warto też odnotować, że od początku 2020 r. średni metraż lokali ukończonych przez deweloperów nie malał szczególnie szybko. Odczuwalne obecnie zmniejszenie zdolności kredytowej oraz dostępności cenowej metrażu może jednak skłonić inwestorów do budowy większej liczby kompaktowych lokali (zwłaszcza małych M2).

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Świat notuje kolejne rekordowe wzrosty cen nieruchomości mieszkaniowych

Firma Knight Frank opublikowała kolejny, kwartalny Global House Price Index Q3 2021 – indeks śledzący zmiany cen nieruchomości mieszkaniowych w 56 krajach i regionach na świecie. W tym kwartale, biorąc pod uwagę rosnącą inflację, w indeksie uwzględniliśmy procentową zmianę cen nieruchomości w ujęciu nominalnym i realnym, czyli skorygowanym o inflację, w stosunku do końca września 2020 roku.

Kluczowe wnioski:

  • Ceny nieruchomości mieszkaniowych w 56 krajach krajach wzrosły średnio o 9,4%
  • W Polsce ceny nieruchomości w ujęciu nominalnym wzrosły o 8,3%, a w ujęciu realnym o 2,4%
  • 96% (54 z 56 śledzonych rynków) odnotowało dodatnie wzrosty cen w ujęciu r/r
  • 48% śledzonych krajów i regionów odnotowało roczny wzrost cen o ponad 10% w ciągu 12 miesięcy w stosunku do trzeciego kwartału 2021 r.
  • Turcja prowadzi w rocznym rankingu cen domów w ujęciu nominalnym (+35,5%), podczas gdy Korea Południowa (+23,9%) prowadzi w ujęciu realnym.

Pomimo boomu są oznaki, że tempo wzrostu mogło w niektórych krajach osiągnąć już swój szczyt. Osiemnaście z badanych krajów odnotowało umiarkowane tempo rocznego wzrostu cen od czerwca do września 2021 roku, w tym kraje, które od poczatku wybuchu pandemii notowały najbardziej dynamiczne wzrosty cen: Nowa Zelandia, Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. Przyczyniły się do tego podwyżki stóp procentowych, zmiany w podatku od nieruchomości oraz zwiększająca się przystępność cenowa nieruchomości. Pomimo to przewidujemy, że boom mieszkaniowy oraz wzrost cen będzie trwał w 2022 roku. Przyczyną będą kolejne fale koronawirusa i powracające obostrzenia.

Knight Frank Global House Price Index – III kwartał 2021

  Kraj/Region % wzrost nominalny %wzrost realny (skorygowany o inflację)
1 Turcja 35.5% 15.9%
2 Korea Południowa 26.4% 23.9%
3 Nowa Zelandia 21.9% 17%
4 Szwecja 20.3% 17.8%
5 Australia 18.9% 15.9%
6 USA 18.7% 13.3%
7 Jersey 18.4% 14.9%
8 Holandia 18.4% 15.7%
9 Słowacja 18.4% 13.9%
10 Kanada 17.3% 12.9%
11 Estonia 16.1% 9.4%
12 Islandia 14.7% 10.3%
13 Czechy 14.6% 9.6%
14 Rosja 14.6% 7.1%
15 Luksemburg 13.7% 11%
16 Peru 13.4% 8.0%
17 Dania 13.3% 11.1%
18 Niemcy 12.5% 8.4%
19 Irlandia 12.4% 8.7%
20 Łotwa 12.4% 7.6%
21 Wielka Brytania 11.8% 8.7%
22 Węgry 11.5% 6.1%
23 Litwa 11.2% 4.8%
24 Ukraina 11% 0.0%
25 Chile 10.7% 5.4%
26 Norwegia 10.6% 6.5%
27 Austria 10.4% 7.2%
28 Słowenia 9.9% 7.5%
29 Portugalia 9.6% 8.1%
30 Tajwan 9.3% 6.9%
31 Bułgaria 9.1% 4.3%
32 Japonia 8.9% 8.7%
33 Meksyk 8.7% 2.7%
34 Polska 8.3% 2.4%
35 Grecja 8.0% 5.8%
36 Izrael 7.9% 5.4%
37 Francja 7.5% 5.4%
38 Singapur 7.5% 4.9%
39 Belgia 7.4% 4.5%
40 Chorwacja 6.5% 3.3%
41 Szwajcaria 6.2% 5.2%
42 Finlandia 5.5% 3.0%
43 Brazylia 5.2% -5.1%
44 Kong Kong 3.8% 2.4%
45 Malta 3.7% 3.0%
46 Kolumbia 3.4% -1.1%
47 Chiny Kontynentalne 3.2% 2.5%
48 RPA 3.2% -1.8%
49 Rumunia 3.1% -3.2%
50 Hiszpania 2.6% -1.4%
51 Indonezja 1.4% -0.2%
52 Włochy 0.4% -2.2%
53 Cypr 0.2% -3.8%
54 Indie 0.1% -4.2%
55 Malezja -0.7% -2.9%
56 Maroko -2.3% -3.4%

 

Polski Ład zmieni zasadniczo opodatkowanie najmu prywatnego. Kto straci?

Podatnicy bez możliwości wyboru. Kto na tym straci? Jak wpłynie to na rynek wynajmu mieszkań w Polsce?

„Polski Ład” zmieni zasadniczo opodatkowanie najmu prywatnego. Do tej pory można było wybrać formę opodatkowania, a od 2023 roku podatnicy zostaną pozbawieni wyboru, ponieważ jedyną możliwością będzie ryczałt od przychodów ewidencjonowanych. Czy i jaki wpływ będzie miało to na rynek najmu?

Dobre czasy dla wynajmujących

Z danych jednego z największych serwisów rynku nieruchomości w Polsce tabelaofert.pl wynika, iż w ostatnich miesiącach można zauważyć tendencję wzrostową, jeśli chodzi o wynajem mieszkań w Polsce. Największym powodzeniem nadal cieszą się kawalerki i dwupokojowe mieszkania o powierzchni do 38 mkw. W ich przypadku również stawki za najem najmocniej poszybowały w górę.

– Chwilowy spadek stawek za najem mieszkań można było zauważyć na początku drugiej fali pandemii, kiedy pojawiła się groźba lockdownu. Wiązało się to w dużej mierze z oferowaniem na rynku najmu długoterminowego mieszkań, które były wcześniej wynajmowane krótkoterminowo – ten rodzaj najmu w pandemii ucierpiał najbardziej. Dodatkowo dużo osób w związku z pracą zdalną wróciło w rodzinne strony i wypowiedziało umowy najmu. Teraz jednak zauważamy znaczny wzrost stawek, a wpływ na to mają studenci, którzy wrócili w październiku do nauki stacjonarnej oraz cudzoziemcy, w tym przyjeżdzający do pracy – najczęściej Ukraińcy – mówi Maciej Dymkowski, prezes zarządzający serwisem tabelaofert.pl

Wynajem prywatny – jak liczony jest podatek obecnie?

Obecnie osoba fizyczna, nieprowadząca działalności gospodarczej ma możliwość wyboru odprowadzania podatku od wynajmu swojej nieruchomości. Jedną z najczęściej wybieranych opcji jest opodatkowanie według skali podatkowej dochodu (17% lub 32%), czyli opodatkowanie przychodów pomniejszanych o koszty. Do kosztów można zaliczyć min. składki na ubezpieczenie przedmiotu najmu, remonty, naprawy, wyposażenie czy amortyzację. W momencie, kiedy inwestycje w nieruchomość przewyższą wpływy z czynszu, to podatku w ogóle nie płacimy, ponieważ ponosimy stratę. Alternatywą dla tej formy jest ryczałt od przychodów ewidencjonowanych. Podstawę obliczenia podatku stanowi przychód, w tym przypadku nie jest możliwe pomniejszanie jej o nakłady ponoszone na nieruchomość. Podatek trzeba zatem zapłacić nawet wtedy, kiedy ponosimy straty.

Co zmieni „Polski Ład”?

Od 1 stycznia 2023 roku w myśl zmian zaproponowanych w „Polskim Ładzie” nastąpi brak możliwości wyboru formy opodatkowania najmu prywatnego (w 2022 roku będzie jeszcze możliwość, by niektórzy rozliczali się według skali podatkowej). Jedyną dostępną formą zostanie ryczałt od przychodów ewidencjonowanych obliczany na dotychczasowych zasadach – 8,5% do kwoty 100 000 zł rocznych przychodów oraz 12,5% od nadwyżki ponad kwotę 100 000 zł przychodów. Dla osób, które teraz korzystają z tej formy nic się zmieni. Najmocniej zmiany odczują ci, którzy korzystali ze skali podatkowej i chcieli wysokie koszty inwestycyjne nieruchomości odliczyć od podatku. W myśl nowej ustawy już nie będzie to możliwe.

Kto straci na tych zmianach?

Dziś najem to bardzo popularny sposób inwestowania pieniędzy. Nie trudno się zorientować, że zmiana prawa okaże się dla wielu finansowo dotkliwa. Najbardziej stracą Ci, którzy kupowali mieszkania specjalnie pod wynajem lub remontowali stare, ponosząc bardzo duże koszty remontu, które mogli jednak odliczyć potem od podatku.

– Zaproponowane zmiany prawa, mogą spowodować jeszcze większy wzrost cen najmu niż do tej pory, a jak wiadomo, szczególnie w dużych miastach stawki poszybowały już bardzo wysoko w górę. Podatnicy będą w ten sposób szukać możliwości rekompensaty za zryczałtowany podatek. W związku z tym zmiany dotkną bezpośrednio również najemców – podkreśla Maciej Dymkowski, prezes zarządzający serwisem tabelaofert.pl

Ekipa Holding ogłasza debiut pierwszej gry mobilnej

Spółka Ekipa Holding wraz z T‑Bull S.A. oraz ze swoją spółką zależną GG Bay (dawniej Ekipa Games) ogłosiły premierę pierwszej gry firmowanej przez Ekipę: „My Dino Friend”. Pierwszy softlaunch odbył się 8 listopada, a po premierze 9 grudnia gra dostępna jest w sklepie Google Play. Na przestrzeni najbliższych tygodni pojawi się na iOS.

To pierwsza z gier, której koncepcja i projekt zostały opracowane wspólnie z zespołem Ekipy. Zgodnie z zapowiedziami przygotowaliśmy grę, która skierowana jest do szerokiego grona odbiorców na całym Świecie. Nasz tytuł będąc w kategorii casual pozwala nam dotrzeć do międzynarodowej publiczności. Zakładamy, że dotarcie do naszych fanów, którzy np. poszukiwali naszych lodów tego lata, pomoże nam zyskać bazę pierwszych użytkowników, co będzie niewątpliwie wsparciem dla promocji gry na rynkach zagranicznych – deklaruje Prezez Ekpia Holding S.A. – Krzysztof Misiałkiewicz.

Nad grą pracował od grudnia ub. roku zespół kilkunastu osób, zgodnie z umową, koszt produkcji wyniósł około 1,2 mln zł. Rozgrywka w „My Dino Friend” polega na opiece i zapewnianiu rozrywki dinozaurowi, który na początku gry wykluwa się z jaja. Gracze będą zaspokajać potrzeby swojego wirtualnego przyjaciela, a także urządzać jego dom. Z czasem dinozaur będzie się rozwijał i ewoluował. Gra przeznaczona do bezpłatnego pobrania (free to play), skierowana jest do szerokiego grona odbiorców, od najmłodszych graczy po młodszych nastolatków (PEGI 3+). W grze możliwe są zakupy przedmiotów przyspieszających lub uatrakcyjniających rozgrywkę (boosty, kryształy oraz itemy dla dinozaura – np. ubrania).

W celu urozmaicenia gry twórcy przewidzieli szereg dodatkowych aktywności (mini gier) z których młody gracz może skorzystać:

Dino Rafter – zadaniem gracza jest rozrzucanie przeszkód znajdujących się na rzece mając w celu zapewnienia swojemu dinozaurowi możliwość pokonania jak najdłuższego dystansu;

Dino Match – gracz ma za zadanie oczyścić plansze z puzzli zdobywając tym samym jak najwyższy wynik w określonej liczbie ruchów;

Dino Rush – gracz kieruje swoim dinozaurem w celu ominięcia aut oraz pokonania jak najdłuższego odcinka drogi;

Dino Jumper – zadaniem gracza jest sterowanie dinozaurem w celu pokonania jak największej wysokości w kosmosie omijając tym samym przeszkody.

Każda z aktywności posiada swoją ligę, w której gracz zdobywa nagrody i może awansować w rankingach – wszystko w zależności od tego, jak często wygrywał i jak bardzo był aktywny. W ramach nagrody gracz otrzymuje również dwa kolejne, różne od siebie, stworzenia. Zaplanowano również duże aktualizacje gry w nadchodzącym roku.

Cieszę się że pierwszą grę udało się Ekipie przygotować jeszcze przed spodziewanym debiutem na NewConnect. Już widać, że z pewnością nie będzie jedną ze spółek które tylko mówią o tworzeniu gier. Pokazuje to że zamiary twórców i managerów zgormadzonych w Ekipie nie są tylko obietnicami ale są konsekwentnie wprowadzane w życie. Wierzę, że również pozostałe plany tego dynamicznego zespołu będą realizowane zgodnie z zapowiedziami, a cała grupa spółek Ekipy będzie mocnym punktem w portfelu JRH – powiedział January Ciszewski, Prezes JR Holding ASI S.A. – udziałowca Ekipy Holding.

Oprócz GG Bay w grupie Ekipy Holding znajdują się też spółki które zarządzają wizerunkiem twórców (EKIPA MANAGEMENT), prowadzą produkcję i sprzedaż odzieży (EKIPATONOSI) oraz zajmują się produkcją filmową (PIGEON PICTURES). We wrześniu spółka ogłosiła przyjęcie planu połączenia z notowaną na NewConnect spółką Beskidzkie Biuro Inwestycyjne S.A., efektem połączenia będzie wejście Ekipy na mały parkiet GPW w ciągu najbliższych kilku miesięcy.

STS Holding debiutuje na GPW

  • Grupa STS („Grupa”) – grupa kapitałowa, na czele której stoi STS Holding S.A. („STS Holding”, „Spółka”), największy bukmacher w Polsce[1] działający w oparciu o autorską technologię – ogłasza debiut akcji spółki na rynku regulowanym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.
  • Całkowita wielkość Oferty to ok. 1,1 mld zł, natomiast kapitalizacja spółki wynikająca z Ceny Ostatecznej Akcji Oferowanych to ok. 3,6 mld zł.
  • Inwestorzy nabyli 46 874 998 akcji, czyli 30% kapitału zakładowego STS Holding S.A. Średnia redukcja zapisów złożonych przez Inwestorów Indywidualnych wyniosła ok. 87,2%. Mateusz Juroszek wraz z rodziną utrzymuje 70% akcjonariatu w Spółce.

Grupa jest największym pod względem obrotów bukmacherem w Polsce[2], który działa również na skalę międzynarodową dzięki licencjom w Wielkiej Brytanii oraz Estonii, skąd oferuje usługi na kilku rynkach. Produkty oferowane przez Grupę obejmują zakłady sportowe, zakłady na sporty wirtualne, kasyno internetowe (poza Polską), BetGames oraz szeroką ofertę zakładów na wyniki wydarzeń esportowych.

Mateusz Juroszek STS Holding
Mateusz Juroszek, prezes zarządu STS Holding

Pierwszy dzień notowań akcji STS Holding na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie to zwieńczenie wielomiesięcznej wytężonej pracy całego zespołu Grupy, jak i naszych partnerów, którzy wspierali nas w tym wymagającym procesie. Giełda jest miejsce liderów rynków i naszych rodzinnych biznesów. Po latach intensywnego wzrostu organicznego, Grupa STS jest w pełni gotowa do nowego rozdziału, jakim jest bycie spółką publiczną. Witamy zdywersyfikowane grono inwestorów z całego świata. Wierzymy, że wspólnie będziemy rozwijać Grupę, by nie tylko dalej z sukcesem dynamicznie wzrastała w Polsce, ale również zwiększała skalę operacji i rozpoznawalność na rynkach międzynarodowych mówi Mateusz Juroszek, prezes zarządu STS Holding.

Cieszymy się, że osiągnęliśmy nasz strategiczny cel, jakim jest debiut akcji na GPW. Silny popyt ze strony inwestorów, który odnotowaliśmy podczas IPO, świadczy o jakości naszego biznesu. Teraz koncentrujemy się na dalszym zwiększaniu wartości Spółki dla wszystkich akcjonariuszy. Nasz unikalny model biznesowy i przemyślana strategia będą nadal umacniać naszą pozycję lidera w branży bukmacherskiej – dodaje Mateusz Juroszek.

Podsumowanie oferty publicznej

  • Całkowita wielkość Oferty to ok. 1,1 mld zł, natomiast kapitalizacja spółki wynikająca z Ceny Ostatecznej Akcji Oferowanych to ok. 3,6 mld zł.
  • Cena Ostateczna Akcji Oferowanych dla Inwestorów Indywidualnych i Cena Ostateczna Akcji Oferowanych dla Inwestorów Instytucjonalnych została ustalona na poziomie 23zł za jedną akcję
  • Ostateczna Liczba Akcji Oferowanych wyniosła 46 874 998 (w tym 42 613 636 Akcji Sprzedawanych oraz 4 261 362 Akcji Dodatkowego Przydziału), czyli 30% kapitału zakładowego STS Holding S.A.
  • Ostateczna liczba Akcji Sprzedawanych oferowanych Inwestorom Indywidualnym została ustalona na 1 890 000 (ok. 4% Akcji Oferowanych), natomiast 44 984 998 Akcji Oferowanych zostało zaoferowanych Inwestorom Instytucjonalnym (ok. 96% Akcji Oferowanych).
  • Średnia redukcja zapisów złożonych przez Inwestorów Indywidualnych wyniosła ok. 87,2%.
  • Mateusz Juroszek, kluczowy akcjonariusz i prezes zarządu (wraz z rodziną), pozostaje dominującym akcjonariuszem Spółki, kontrolując 70% akcji, co odpowiada takiemu samemu procentowi ogólnej liczby głosów na walnym zgromadzeniu.
  • Spółka, Oferujący oraz dwaj członkowie zarządu Spółki zostali objęci umową typu lock-up – obowiązuje ona 360 dni od dnia pierwszego notowania.
  • Goldman Sachs Bank Europe SE i UBS Europe SE działali jako Globalni Koordynatorzy i Współprowadzący Księgę Popytu, a mBank S.A. („mBank”), Powszechna Kasa Oszczędności Bank Polski Spółka Akcyjna Oddział – Biuro Maklerskie w Warszawie („PKO BP”) oraz WOOD & Company Financial Services a.s. Spółka Akcyjna Oddział w Polsce jako Współprowadzący Księgę Popytu.
  • mBank i PKO BP pełnili rolę firm inwestycyjnych pośredniczących w ofercie publicznej akcji.

[1] Grupa działa na podstawie zezwoleń Ministra Finansów

[2] na podstawie szacunków opartych na danych Ministerstwa Finansów