NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Czy Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie PKOl może odwołać Prezesa?

Dyskusja dotycząca możliwości odwołania Prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego przez Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie koncentruje się obecnie wokół jednego zasadniczego zagadnienia. Czy statut PKOl przewiduje wyłączną kompetencję Zarządu i Komisji Rewizyjnej do odwoływania członków tych organów, czy też kompetencja ta ma charakter dodatkowy i nie wyłącza uprawnień Walnego Zgromadzenia jako najwyższego organu organizacji?

W mojej ocenie prawidłowa wykładnia statutu prowadzi do wniosku, że Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie może podjąć uchwałę o odwołaniu Prezesa PKOl przed upływem kadencji. Pogląd przeciwny nie znajduje wystarczającego oparcia ani w treści statutu, ani w zasadach funkcjonowania stowarzyszeń.

Każda analiza musi rozpocząć się od ustalenia pozycji ustrojowej Walnego Zgromadzenia. W konstrukcji stowarzyszenia jest ono najwyższym organem władzy. To członkowie zrzeszenia tworzą organizację, a walne zgromadzenie stanowi formę wykonywania przez nich zwierzchniej kompetencji wobec wszystkich pozostałych organów.

Nie jest przypadkiem, że Prawo o stowarzyszeniach przyznaje walnemu zgromadzeniu kompetencje dotyczące najważniejszych spraw organizacji, w tym wyboru władz, zatwierdzania sprawozdań czy zmian statutu. Organy wykonawcze i kontrolne są organami pochodnymi wobec wspólnoty członków wyrażającej swoją wolę na walnym zgromadzeniu. Z tego względu wszelkie ograniczenia kompetencji walnego zgromadzenia powinny wynikać ze statutu jednoznacznie i nie mogą być domniemywane.

W prawie publicznym i korporacyjnym od dawna funkcjonuje zasada, zgodnie z którą kompetencja do powoływania obejmuje co do zasady kompetencję do odwoływania. Nie jest to wprawdzie reguła absolutna, jednak stanowi utrwaloną dyrektywę wykładni przepisów ustrojowych. Znajduje ona odzwierciedlenie zarówno w funkcjonowaniu organów administracji publicznej, jak i w prawie spółek czy organizacji społecznych. Jeżeli określony organ uzyskuje kompetencję kreacyjną, przyjmuje się co do zasady, że może również zakończyć stosunek organizacyjny, który sam stworzył.

Wyłączenie tej zasady wymaga wyraźnej podstawy normatywnej.

W przypadku PKOl statut nie zawiera przepisu stanowiącego, że Prezes wybrany przez Walne Zgromadzenie może zostać odwołany wyłącznie przez Zarząd albo Komisję Rewizyjną. Nie zawiera również przepisu zakazującego Walnemu Zgromadzeniu podejmowania uchwał w przedmiocie odwołania Prezesa.

Brak takiego wyłączenia ma zasadnicze znaczenie dla oceny całej sprawy.

Kluczowym argumentem zwolenników przeciwnego stanowiska jest regulacja statutowa przyznająca Zarządowi i Komisji Rewizyjnej możliwość odwołania członków tych organów, którzy nie wykonują swoich obowiązków albo naruszają statut lub dobre imię PKOl.

Interpretacja wywodząca z tego przepisu wyłączność kompetencyjną budzi jednak zasadnicze zastrzeżenia.

Po pierwsze, statut nie posługuje się żadnym zwrotem wskazującym na wyłączność. Nie pojawiają się sformułowania „jedynie”, „wyłącznie”, „tylko” ani inne równoważne konstrukcje językowe.

Po drugie, przepis ten został skonstruowany jako szczególny mechanizm umożliwiający organom natychmiastową reakcję na sytuacje nadzwyczajne. Jego funkcją jest zapewnienie sprawności działania organizacji pomiędzy walnymi zgromadzeniami.

Po trzecie, od uchwał podejmowanych przez Zarząd lub Komisję Rewizyjną statut przewiduje odwołanie do Walnego Zgromadzenia. Samo to rozwiązanie wskazuje na nadrzędną pozycję Walnego Zgromadzenia w strukturze organizacyjnej PKOl.

W konsekwencji znacznie bardziej przekonująca wydaje się interpretacja, zgodnie z którą mamy do czynienia z kompetencją szczególną, stanowiącą wyjątek od zwykłego trybu działania organizacji, a nie z przepisem eliminującym kompetencje najwyższego organu.

W orzecznictwie sądowym dotyczącym stowarzyszeń wielokrotnie podkreślano, że statut należy interpretować w sposób zapewniający realizację praw członkowskich oraz zasad demokratycznego funkcjonowania organizacji.

Przyjęcie poglądu o braku kompetencji Walnego Zgromadzenia prowadziłoby do wniosku, że członkowie PKOl mogą wybrać Prezesa, ale nie mogą go odwołać nawet wtedy, gdy utraci on zaufanie zdecydowanej większości środowiska.

Trudno pogodzić taki rezultat z zasadą samorządności stowarzyszeń. Jeszcze bardziej problematyczna byłaby sytuacja, w której Zarząd mógłby jednocześnie odmówić zwołania Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia pomimo spełnienia przesłanek statutowych. W praktyce oznaczałoby to możliwość trwałego zablokowania kontroli najwyższego organu nad władzami organizacji.

Tego rodzaju wykładnia pozostawałaby w sprzeczności nie tylko z zasadami prawa stowarzyszeń, lecz również z podstawowymi standardami demokratycznego zarządzania organizacjami członkowskimi.

Jeżeli statut nakłada na Zarząd obowiązek zwołania Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia w terminie 30 dni od złożenia prawidłowego wniosku przez wymaganą liczbę członków, obowiązek ten ma charakter związany. Zarząd nie jest uprawniony do badania politycznej zasadności wniosku ani do oceny jego celowości. Jego zadaniem jest wykonanie postanowień statutu.

Odmowa zwołania zgromadzenia lub bierne ignorowanie obowiązku statutowego może być kwalifikowane jako działanie sprzeczne ze statutem i uzasadniać interwencję sądu rejestrowego oraz organu nadzoru nad stowarzyszeniem.

Nie można również wykluczyć argumentacji, zgodnie z którą uporczywe blokowanie działania najwyższego organu organizacji stanowiłoby nadużycie kompetencji przez Zarząd i nie mogłoby korzystać z ochrony prawnej.

Wykładnia językowa, systemowa i funkcjonalna prowadzi do tego samego rezultatu. Statut PKOl nie zawiera przepisu wyłączającego kompetencję Walnego Zgromadzenia do odwołania Prezesa. Kompetencje przyznane Zarządowi i Komisji Rewizyjnej należy traktować jako rozwiązanie szczególne, służące sprawnemu funkcjonowaniu organizacji pomiędzy posiedzeniami Walnego Zgromadzenia. Nie ma natomiast podstaw do przyjęcia, że przepis ten pozbawia najwyższy organ PKOl prawa do odwołania osoby, którą sam wybrał.

Dlatego należy uznać, że prawidłowo zwołane Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie może podjąć uchwałę o odwołaniu Prezesa PKOl, a wszelkie próby odmiennej interpretacji wymagają wykazania wyraźnej podstawy statutowej, której obecnie trudno się dopatrzyć.

Z rynku kryptowalut w ciągu kilku godzin wyparowały miliardy. Bitcoin znów krwawi, a dolar pokazuje siłę

Rynek kryptowalut został dotknięty kolejną gwałtowną falą wyprzedaży. Jeszcze kilka dni temu bitcoin utrzymywał się powyżej poziomu 73 000 dolarów, obecnie spadł w okolice 67 000 dolarów, osiągając najniższy poziom od początku kwietnia. W ciągu jednego dnia stracił niemal 6%. Mniejsze kryptowaluty ucierpiały jeszcze bardziej: ethereum spadło poniżej 1 900 dolarów, do około 1 875 dolarów, solana osunęła się do poziomu wsparcia przy 76 dolarach, a bitcoin cash tracił w dwucyfrowym tempie.

W krótkim czasie rynek utracił około 7% swojej całkowitej wartości, a przymusowe likwidacje lewarowanych pozycji inwestorów przekroczyły miliard dolarów, jak wynika z danych rynkowych. Dla części inwestorów jest to najbardziej wyraziste przypomnienie od lutowej wyprzedaży, że kryptowaluty pozostają jednymi z aktywów najbardziej wrażliwych na zmiany nastrojów rynkowych.

W przypadku kryptowalut panika rozprzestrzenia się bardzo szybko. Ruch, który na rynku walutowym wyglądałby wyjątkowo dramatycznie, w przypadku bitcoina lub mniejszych kryptowalut może wydarzyć się w ciągu kilku godzin. Właśnie dlatego obecny spadek jest ważny także dla osób, które nie posiadają kryptowalut bezpośrednio – pokazuje bowiem, że inwestorzy ponownie zaczynają ograniczać ryzykomówi Jacek Jurczyński, prezes firmy AKCENTA.

Obecna przecena nie została wywołana przez jedno wydarzenie. Rynek osłabł w momencie, gdy zbiegło się kilka niekorzystnych czynników

Pierwszym z nich był przyspieszający odpływ środków ze spotowych funduszy ETF opartych na bitcoinie. W poprzednich miesiącach fundusze te pomagały wynieść bitcoina na rekordowe poziomy, jednak gdy nastroje się odwracają, działają w przeciwnym kierunku: wraz z wycofywaniem środków przez inwestorów rośnie realna presja sprzedażowa na rynku bazowym. Skala zjawiska przestaje być marginalna. Spotowe ETF-y na bitcoina odnotowały już jedenaście kolejnych sesji z odpływem kapitału, a fundusze spotowe oparte na etherze piętnaście. Maj zakończył się rekordowymi miesięcznymi umorzeniami o wartości około 2,4 miliarda dolarów. Tylko w ostatnim tygodniu maja giełdowe fundusze kryptowalutowe straciły około 1,7 miliarda dolarów, co było drugim największym tygodniowym odpływem w tym roku.

Drugim impulsem była informacja, że spółka Strategy, wcześniej znana jako MicroStrategy, po raz pierwszy od lat sprzedała część swoich bitcoinów. W stosunku do jej ogromnych zasobów była to ilość symboliczna – 32 bitcoiny warte około 2,5 miliona dolarów, czyli praktycznie błąd zaokrąglenia przy ponad 843 tysiącach monet znajdujących się w posiadaniu firmy. Sprzedaż miała sfinansować wypłatę dywidendy z akcji uprzywilejowanych i nie oznaczała odejścia od strategii opartej na bitcoinie. Mimo to psychologiczny efekt był znaczący. Dla części rynku Strategy była symbolem przekonania, że wielcy posiadacze bitcoina po prostu nie sprzedają. Sam fakt, że firma upłynniła część swoich zasobów, wystarczył do wywołania nerwowej reakcji.

W przypadku ethereum rozwija się zupełnie inna historia. Największym korporacyjnym posiadaczem etheru jest BitMine Immersion Technologies, amerykańska spółka giełdowa typu treasury zarządzana przez stratega Fundstrat, Toma Lee, często określana jako odpowiednik Strategy dla etheru. BitMine posiada obecnie około 5,4 miliona ETH, czyli około 4,5% całej istniejącej podaży etheru, zakupionej po średniej cenie szacowanej na około 3 500 dolarów. Przy obecnej cenie etheru poniżej 1 900 dolarów wartość tych aktywów wynosi około 10 miliardów dolarów wobec kosztu nabycia zbliżającego się do 18 miliardów. Oznacza to niezrealizowaną stratę rzędu 8,5 miliarda dolarów – jedną z największych papierowych strat w historii korporacyjnego rynku kryptowalut.

Podczas gdy Strategy po raz pierwszy od lat sprzedała część swoich aktywów, choćby symbolicznie, BitMine dokupuje po spadkach. Przewodniczący spółki uważa ether poniżej 2 000 dolarów za atrakcyjny poziom wejścia, określa obecną wyprzedaż jako „klasyczne zachowanie przy rynkowym dnie” i utrzymuje, że kryptowalutowy „supercykl” dopiero nadejdzie. Liderzy związani z dwiema największymi kryptowalutami wysyłają więc jednocześnie przeciwstawne sygnały – jeden ogranicza ekspozycję, drugi ją zwiększa – co tylko podkreśla, jak bardzo podzielony jest rynek w kwestii dalszego kierunku ryzyka.

Trzecim czynnikiem jest geopolityka. Eskalacja napięć na Bliskim Wschodzie podniosła ceny ropy i ponownie otworzyła debatę o inflacji. Ponieważ transport przez Cieśninę Ormuz, przez którą przepływa około jedna piąta światowego morskiego handlu ropą, został faktycznie sparaliżowany, cena ropy Brent wzrosła w okolice 100 dolarów za baryłkę. Wyższe ceny ropy stanowią problem nie tylko dla konsumentów, ale także dla banków centralnych. Jeśli energia ponownie zacznie napędzać inflację, przestrzeń do szybkiego obniżania stóp procentowych znacząco się zmniejszy.

W tym właśnie miejscu wyprzedaż kryptowalut łączy się z szerszym kontekstem makroekonomicznym. Jeszcze niedawno część rynku zakładała, że amerykańska Rezerwa Federalna będzie mogła w ciągu roku obniżać stopy procentowe. Taki scenariusz zwykle oznaczałby słabszego dolara i mógłby wspierać bardziej ryzykowne aktywa, w tym kryptowaluty. Wyższa inflacja, droższa ropa i niepewność geopolityczna komplikują jednak ten obraz. Fed znajduje się obecnie raczej w sytuacji, w której musi utrzymywać stopy procentowe na wysokim poziomie przez dłuższy czas, a nawet ponownie ostrzegać przed możliwością ich podwyżki.

Europa tymczasem zmaga się z odwrotnym problemem. Według oczekiwań rynkowych Europejski Bank Centralny przygotowuje się do podwyżek stóp procentowych (inwestorzy zakładają obecnie trzy–cztery podwyżki w ciągu najbliższego roku, a ruchy już w czerwcu i lipcu uznają za realne), ponieważ inflacja w strefie euro pozostaje powyżej celu. Teoretycznie odmienny kierunek polityki EBC i Fed mógłby wspierać euro wobec dolara. Jednak w okresach stresu rynkowego inwestorzy nie kierują się wyłącznie różnicą stóp procentowych. Kiedy uciekają od ryzyka, dolar nadal korzysta ze swojego statusu światowej waluty rezerwowej.

Na papierze niektóre argumenty mogą wskazywać na słabszego dolara. Jeśli jednak jednocześnie spadają kryptowaluty, drożeje ropa i rosną napięcia geopolityczne, inwestorzy przyjmują defensywną postawę. W takim otoczeniu dolar często się umacnia – nie dlatego, że amerykańska gospodarka nie ma problemów, ale dlatego, że rynek szuka płynności i bezpieczeństwa – wyjaśnia Jurczyński.

Dlatego sytuacja ta jest ważna również dla przedsiębiorstw. Spadek bitcoina nie jest wyłącznie historią inwestorów obserwujących nocą czerwone wykresy. To ostrzeżenie, że nastroje na rynkach mogą odwrócić się bardzo szybko, a zmiana ta nie musi zatrzymać się na kryptowalutach. Może przenieść się na dolara, euro, koronę czeską, złotego czy forinta. Może także wpłynąć na ceny energii, transportu i surowców.

Importerzy rozliczający się w dolarach mogą znaleźć się pod presją z dwóch stron. Jeśli dolar się umocni, a jednocześnie wzrosną koszty zakupu lub transportu, cała kalkulacja kosztowa zacznie się pogarszać. Eksporterzy mogą natomiast krótkoterminowo skorzystać na ruchach walutowych, ale tylko wtedy, gdy mają właściwie ustawione ceny, warunki płatności i marże. Bez tego nawet pozornie korzystny kurs może maskować inne ryzyka kosztowe.

Firmy często zaczynają śledzić kurs walut dopiero wtedy, gdy zaczyna on bezpośrednio wpływać na ich działalność. Rynek jednak zwykle nie wysyła wcześniej zaproszenia. Obecna wyprzedaż kryptowalut pokazuje, jak szybko mogą zmieniać się nastroje. Dla przedsiębiorstwa posiadającego przychody lub koszty w walucie obcej kluczowe jest więc wiedzieć, przy jakim kursie zlecenie pozostaje jeszcze rentowne, a od którego momentu zaczyna zagrażać marżymówi Jurczyński.

Po wcześniejszych wzrostach kryptowaluty wypracowały sobie wizerunek aktywów zdolnych szybko generować wysokie zyski. Obecny spadek przypomina jednak drugą stronę tej historii. Bitcoin stracił niemal połowę wartości względem ubiegłorocznych szczytów przekraczających 126 000 dolarów. Mniejsze kryptowaluty znajdują się w jeszcze gorszej sytuacji i podczas wyprzedaży zwykle tracą szybciej niż lider rynku.

Dla rynków finansowych nie jest to więc jedynie kolejna „kryptoburza”. To test gotowości inwestorów do podejmowania ryzyka. Jeśli obawy związane z aktywami cyfrowymi rozleją się na inne segmenty rynku, skutkiem może być silniejszy dolar, droższe finansowanie, większa presja na waluty Europy Środkowej oraz trudniejsze planowanie dla firm prowadzących handel zagraniczny.

Wniosek dla przedsiębiorstw jest prosty. Nie trzeba spekulować na bitcoinie, aby jego spadek pośrednio wpłynął na działalność firmy. Wystarczy, że ta sama nerwowość poruszy kursy walut, ceny ropy lub oczekiwania dotyczące polityki banków centralnych. W takim otoczeniu ryzyko walutowe przestaje być teoretyczną pozycją w planie finansowym i staje się bardzo konkretnym czynnikiem, który może przesądzić o marży całego kontraktu.

Pokolenie Z, praca zdalna i AI. Rynek pracy wymusza nowe podejście do zarządzania

Olbrzymie zmiany w stylu i podejściu do pracy między pokoleniami, duża ilość specjalistów korporacyjnych, rozwój AI, napływ pracowników z innych krajów, pogłębiające się kryzysy gospodarcze, drożyzna w sklepach, to tylko część czynników, które wpływają na to, że coraz więcej osób nie może znaleźć wymarzonej pracy. Z drugiej strony, firmy mają problem z zatrudnianiem odpowiednich pracowników. Dlaczego tak ważne jest, aby w firma budowała silny i stabilny zespół oraz co sprawia, że jest to coraz trudniejsze?

Problem ze znalezieniem pracowników

Aż 57 % przedsiębiorstw w Polsce ma problem ze znalezieniem odpowiednich pracowników na oferowane stanowiska[1]. To jedynie o 2% mniej niż rok wcześniej. Rynek pracownika, który miał się bardzo dobrze przed 2020 rokiem, wyraźnie się kończy, a szukający wymarzonego zajęcia mają coraz większy problem. W jaki sposób obecnie firmy szukają pracowników, a kandydaci miejsca zatrudnienia?

Zatrudnianie ludzi to jedno z najtrudniejszych zadań przed jakimi stają przedsiębiorcy. Często zamiast działać w biznesie, tracimy czas i pieniądze na ludzi, którzy nie pasują do naszej firmy. Zatrudniać powinno się w oparciu o kulturę pracy, nie tylko umiejętności kandydata. Obecnie zarówno pracodawcy jak i pracownicy stoją przed trudnym zadaniem, bo obie strony mają niezwykle wysokie wymagania. Warto jednak się im przyjrzeć i wziąć je pod uwagę. Jasno określone zasady, przekazane wyraźnie już na początku współpracy są szansą na to, że będzie trwała ona dłużej – mówi Jakub B. Bączek.

Stworzyć idealny zespół

Według Harvard Business Review, firmy, które zatrudniają osoby pasujące do ich wartości i kultury mają o 27% mniejszy wskaźnik rotacji. Z kolei z badań Gallupa wynika, że osoby, które są dostosowane do kultury firmy o 36% są w nią bardziej zaangażowane.

Badania Glassdoor pokazują, że 75% kandydatów sprawdza opinie o pracodawcy przed aplikowaniem. Z drugiej strony, aż 70% rekruterów sprawdza media społecznościowe kandydatów, aby ocenić ich wartość, zaangażowanie i profesjonalizm,

Jeśli nasza firma jest dobrze postrzegana, może przyciągnąć lepszych pracowników i zmniejszyć rotację. Ja nie od początku potrafiłem zbudować idealny zespół. Mikrozarządzanie, wtrącanie się do wszystkiego, chęć kontroli nad każdym aspektem sprawiały, że mój zespół był dość „sztywny”. Nie działo się to z ich winy. Obawiali się porażki, przyłapania na czymś. Dopiero po latach prowadzenia wielu biznesów doszedłem do wniosku, że to zaufanie do pracowników buduje ich morale. Jest to bardzo trudne, zwłaszcza dla właścicieli przedsiębiorstw czy managerów. Chodzi o to, aby postanowić sobie, że nie wszystko musisz robić sam, że możesz tym ludziom zaufać. Bez delegowania zadań, nie zbudujemy zespołu, a do tego potrzebne jest zaufanie, że sobie poradzą – tłumaczy Jakub B. Bączek.

Aby zespół w firmie działał jak najlepiej, a dany przedsiębiorca mógł zdjąć ciężar ze swoich barków, potrzebna jest duża doza wolności, zaufania, rozmów, gdy coś jest nie tak, bo błędy będą się pojawiać. Pracownicy, którzy czują odpowiedzialność za swoją pracę, ufają pracodawcy, identyfikują się z firmą, pracują po prostu lepiej. Jest to korzyść dla każdej ze stron.

Dostosowanie do warunków rynkowych

Zadowoleni pracownicy i dobrze wykonywane obowiązki, wzrosty wyników w firmie, realizowanie zaplanowanych strategii, to naczynia połączone. Pracę zespołu trzeba budować w oparciu o to, jak wygląda rzeczywistość i co najlepiej sprawdzi się w danym przedsiębiorstwie.

Pokochaliśmy pracę zdalną. Takie są fakty i nie ważne, ile w internecie pojawi się artykułów krytycznych co do tej formy, a według mnie spowodowane jest tym, aby podprogowo przekonać ludzi do powrotu do biur, to komentarze mówią same za siebie. Praca zdalna daje nam olbrzymią wolność i jest dużym plusem w zachowaniu równowagi życiowej. Pokolenie Z, wręcz nie wyobraża sobie zatrudnienia wyłącznie stacjonarnego. Ja doskonale rozumiem tę potrzebę. W moich firmach pracownicy mogą pracować w wybranych przez siebie godzinach i skąd chcą. Kluczowe jest dla mnie osiągnięcie założonych celów, które określamy sobie regularnie. Czyli dajemy wolność i ufamy, ale sprawdzamy rezultaty np. raz na miesiąc. Nie jestem zwolennikiem odsiadywania 8 godzin w biurze. Oczywiście wszystko zależy od rodzaju wykonywanej pracy, nie wszędzie ten model się sprawdzi, dlatego tak istotne jest dopasowanie modelu pracy do pracowników oraz rodzaju działalności – dodaje Jakub B. Bączek.

Budowanie silnego i trwałego zespołu to zadanie czasochłonne, ale możliwe do wykonania. Najważniejsze to być zarówno wspierającym jak i dającym wolność szefem, przy tym jednak określać cele do realizacji i regularnie sprawdzać rezultaty oraz to, czy firma idzie w dobrym kierunku.

Jakub B. Bączek podkreśla także, że w dobie wielu różnic pokoleniowych jakie pojawiać się będą w zespołach, niezwykle istotne są umiejętności miękkie lidera, szefa, właściciela firmy. One pomogą rozwiązywać indywidualne problemy pracowników z należytą uwagą i szacunkiem tak, aby pracownik nie musiał zmieniać pracy co chwilę. Obie strony odnoszą wówczas olbrzymie korzyści. Pracownik czuje się zauważony, doceniony, a w przypadku potrzeby naprawienia błędu otrzymuje wsparcie. Pracodawca natomiast ma zmniejszoną rotację, spójny zespół, który wie w jaki sposób pracować i co firma chce osiągnąć.

[1] https://biuroprasowe.manpowergroup.pl/448722-blisko-6-na-10-firm-w-polsce-nie-moze-zrekrutowac-nowych-pracownikow

Ropa drożeje, kurs dolara zyskuje, złoty traci. Rynki w cieniu napięć na Bliskim Wschodzie

Za nami oczekiwana decyzja Rady Polityki Pieniężnej. Brak ruchu na stopach procentowych w czerwcu to neutralna wiadomość dla złotego, jednak krajowa waluta w środę o poranku traci, ulegając wpływowi czynników zewnętrznych. Podobnie zachowuje się euro, którego notowania względem amerykańskiego dolara po raz kolejny spadają do 1,16 USD, mimo oczekiwanej podwyżki kosztu pieniądza przez EBC.

Kolejna pauza

Zgodnie z oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej nie zmieniła stóp procentowych na czerwcowym posiedzeniu. Decydenci mieli ku temu wiele powodów, o których zapewne dowiemy się więcej podczas dzisiejszej konferencji prasowej Prezesa Narodowego Banku Polskiego o godzinie 15:00. Wśród argumentów za utrzymaniem kosztu pieniądza przy poziomie 3,75% są zapewne najnowsze dane inflacyjne i PKB. Pauza RPP to dla krajowej waluty wiadomość neutralna, która ani jej nie umocniła, ani nie osłabiła. Mimo to, od wczoraj obserwujemy widoczny odpływ kapitału od złotego. Nie jest to jednak skutek czynników wewnętrznych, W tym czasie zdecydowanie większy impakt na notowania PLN-a miały kolejne negatywne doniesienia z Bliskiego Wschodu.

Wzrostowy czerwiec

Trzecia sesja czerwca mija w otoczeniu zwyżek cen ropy. Środowego południa odmiana amerykańska dobiła do 97 USD za baryłkę. Przypomnę, że poniedziałkowa sesja otwierała się „z ósemką” z przodu. Sam wykres mówi nam tyle, że na rynkach dominuje narracja oddalającego się porozumienia na Bliskim Wschodzie. I faktycznie tak jest. Dzisiejszej nocy doszło do wystrzelenia pocisków rakietowych przez Iran w stronę Kuwejtu i Bahrajnu. Mimo że atak był nieskuteczny, wymusił odpowiedź USA, na co potem zareagował Teheran. Mamy więc do czynienia z zupełnie inną rzeczywistością niż perspektywa szybkiego zakończenia konfliktu, a taka narracja wciąż płynie z ust Prezydenta USA. To wzrost globalnego ryzyka po raz kolejny negatywnie wpływa na krajową walutę. W środę o godzinie 13:00 kurs EUR/PLN to 4,24 PLN, a USD/PLN to 3,65 PLN. Przepływ kapitału w stronę bezpiecznej przystani spowodował również umocnienie dolara na wykresie głównej pary walutowej świata. Notowania EUR/USD przed południem po raz kolejny testowały wsparcie 1,16 USD.

Kiedy kapitał polubi euro?

W ostatnich dniach inwestorzy mają mieszane odczucia co do wspólnej waluty. Z jednej strony zawsze kiedy eskaluje sytuacja na Bliskim Wschodzie euro traci do dolara. Z drugiej strony jednak rynek dywaguje nad czerwcową podwyżką stóp procentowych przez EBC. Czy do niej dojdzie, dowiemy się za tydzień w czwartek. Jednak wczorajsze, pierwsze od 2,5 roku przekroczenie poziomu 3% inflacji konsumenckiej w strefie euro przybliża nas do jastrzębiego ruchu. W maju CPI to 3,2% r/r (poprzednio 3% r/r). W połączeniu z czerwcowym wzrostem cen ropy ten czynnik sprawia, że coraz więcej analityków skłania się ku tezie o konieczności działania ze strony europejskich decydentów. Zważając na fakt, że kurs EUR/USD od połowy maja wielokrotnie próbował pokonać wsparcie 1,16 USD (czyli poziom, przy którym ponownie się znajdujemy), najbliższa decyzja EBC wydaje się być bardzo istotna. Podwyżka potencjalnie wesprze unijną walutę, jednak jej brak przyczyni się do osłabienia, co może pogłębiać straty względem amerykańskiego dolara podczas ewentualnych doniesień o eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie w drugiej połowie miesiąca.

CPK przejmie część robót po problemach z tunelem podmiejskim w Łodzi

Spółka Centralny Port Komunikacyjny przejmie komorę przy dworcu Łódź Fabryczna, gdzie swój koniec mają dwa budowane tunele kolejowe w Łodzi. Pierwszy z nich to tunel podmiejski, który pobiegnie w kierunku drugiego łódzkiego dworca Łódź Kaliska i tunel przeznaczony dla Kolei Dużych Prędkości, którym pojadą szybkie pociągi do Wrocławia i Poznania.  Oba przedsięwzięcia w zachodniej części stacji Łódź Fabryczna są ze sobą ściśle powiązane technologicznie i wymagają skoordynowanej realizacji.

Podpisane porozumienie odpowiada na wyzwania związane z realizacją inwestycji. Po wstrzymaniu prac w komorze tunelu podmiejskiego oraz rozwiązaniu umowy z dotychczasowym wykonawcą spółka Centralny Port Komunikacyjny zadeklarowała gotowość przejęcia części robót konstrukcyjnych komory Fabrycznej PLK. Celem tego działania jest zapewnienie ciągłości prac oraz dotrzymanie harmonogramów budowy tunelu dalekobieżnego.

Zgodnie z ustaleniami, strona Port Polska zleci wykonanie przejętego zakresu prac swojemu wykonawcy w ramach tzw. zamówienia podobnego. PKP PLK pozostają odpowiedzialne za finansowanie tych robót.

Port Polska i PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. zawarły porozumienie przyspieszające budowę tuneli kolejowych w Łodzi Port Polska i PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. zawarły porozumienie przyspieszające budowę tuneli kolejowych w Łodzi

Porozumienie precyzuje podział odpowiedzialności między spółkami:

Spółka Centralny Port Komunikacyjny odpowiada za realizację przejętych robót konstrukcyjnych i nadzór inwestorski. PKP PLK zapewnia finansowanie prac, przekazanie dokumentacji projektowej oraz formalne przygotowanie inwestycji, a po zakończeniu robót przejmie gotowy obiekt.

Porozumienie jest kolejnym przykładem na dobrą współpracę między obiema spółkami, a przyjęte w nim rozwiązanie będzie wsparciem dla terminowego wykonana inwestycji i umożliwi kontynuowanie budowy obu tuneli w sposób skoordynowany. Jest to kluczowe dla zachowania spójności całego układu kolejowego w Łodzi oraz dla Kolei Dużych Prędkości.

Tunel dalekobieżny budowany w ramach inwestycji strategicznych Port Polska to kluczowy element magistrali kolejowej z Warszawy przez Łódź do Poznania i Wrocławia, która będzie przystosowana do prędkości 350 km/h. Podróż z Warszawy do Łodzi zajmie najszybszym pociągiem około 40 minut. Według aktualnych wyliczeń, najszybsze pociągi umożliwią pokonanie trasy z Warszawy do Wrocławia w 1 godz. 36 min, a podróż z Łodzi do Wrocławia powinna zając niecałą godzinę. W 2032 r. ma się zakończyć budowa trasy między Warszawą a Łodzią, a w 2035 r. powinny zostać oddane odcinki do Wrocławia i Poznania.

96 proc. firm z incydentem bezpieczeństwa. Rynek cyberochrony przechodzi w tryb proaktywny

Aż 96 proc. firm doświadczyło co najmniej jednego incydentu bezpieczeństwa w 2025 roku. To wzrost o 13 punktów procentowych w porównaniu do poprzedniego okresu[1]. Wykrycie udanych ataków nie zawsze jest proste – zlokalizowanie i opanowanie naruszenia bezpieczeństwa danych w różnych środowiskach IT zajmuje średnio 276 dni[2]. Rosnąca skala zagrożeń jest wyraźnym sygnałem dla organizacji: podstawowa ochrona przed atakiem to zdecydowanie mało. Nic więc dziwnego, że w tym roku aż 78 proc. firm planuje zwiększyć swoje nakłady finansowe na cyberbezpieczeństwo[3]. Wiele wskazuje na to, że inwestycje będą ukierunkowane przede wszystkim na kontrolę i zapobieganie ryzyku. Już teraz większość firm stawia na działania proaktywne – jedynie 21 proc. przeznacza swoje środki głównie na metody reaktywne, których celem jest naprawa błędów dopiero po wystąpieniu ataku lub awarii. Jak zadbać o skuteczną prewencję i ograniczyć ryzyko związane z rosnącym poziomem cyberzagrożeń?

Organizacje stawiają na proaktywność

Rosnąca skala cyberzagrożeń wpływa na podejście organizacji do strategii bezpieczeństwa IT. Najnowsze badania pokazują, że zgodnie z zasadą „lepiej zapobiegać niż leczyć” większość firm inwestuje swoje środki przede wszystkim w takie działania, jak obserwowalność IT, testy czy szkolenia. Aktualnie 56 proc. firm przeznacza większe środki na działania proaktywnie niż reaktywne[4]. Jak wyjaśnia Damian Traczuk, Inżynier ds. Observability w Linux Polska, inwestowanie w tego typu rozwiązania wskazuje na coraz większą świadomość firm w zakresie skutecznej ochrony ekosystemu IT przed zagrożeniami.

Wykorzystując metody proaktywne, organizacja nie ogranicza się do naprawy skutków awarii czy cyberataku, a podejmuje ruchy wyprzedzające, które pozwalają zapobiec tego typu zdarzeniom. Przykładem jest observability, czyli zdolność do określenia stanu wewnętrznego systemów na podstawie ich danych zewnętrznych. Mam na myśli wszystkie poziomy ekosystemów cyfrowych, w tym infrastrukturę sprzętowo-systemową, warstwę sieciową, aplikacje czy procesy biznesowe. Obserwacja IT wykracza poza standardowe monitorowanie problemów. Pozwala na identyfikację tendencji w działaniu systemów, co zwiększa świadomość operacyjną w zakresie tego, co może ulec kolejnym awariom i jak temu zapobiec. Przykładowo: anomalie w zakresie wartości metryk, czyli danych o kondycji i wydajności systemu, mogą być sygnałem zbliżającej się usterki. Dzięki tej informacji możliwe jest podjęcie działań prewencyjnych dodaje Damian Traczuk, Inżynier ds. Observability w Linux Polska.

Co skłania firmy do zwiększania środków na ograniczanie ryzyka?

Firmy stawiają na prewencję w zakresie cyberbezpieczeństwa z różnych przyczyn. U podstaw strategii ograniczania ryzyka stoją przede wszystkim cyberataki motywowane geopolitycznie, co potwierdza 64 proc. osób. Nie bez znaczenia jest również rosnący poziom dezinformacji (49 proc. odpowiedzi) czy konwergencja IT, czyli proces łączenia technologii w jeden spójny, zintegrowany ekosystem (42 proc.)[5]. Jak wyjaśnia Piotr Piętka, Solutions Architect w Linux Polska, ostatni z wymienionych czynników może być zaskakujący ze względu na fakt, że konwergencja jest jednym z głównych globalnych trendów.

Integracje systemów przynoszą wiele korzyści, z których główną jest automatyzacja przepływu danych pomiędzy aplikacjami a warstwą procesową. Dzięki temu firmy ograniczają ryzyko błędów manualnych, oszczędzają czas i pieniądze przeznaczane na żmudne zadania oraz mogą szybciej reagować na zmiany technologiczne i organizacyjne. Konwergencja IT wiąże się jednak z pewnym ryzykiem, wynikającym z tworzenia wysoce współzależnych środowisk. Taka złożoność zwiększa powierzchnię ataku, czyli sumę luk w zabezpieczeniach i punktów wejścia, które mogą zostać wykorzystane przez cyberprzestępców. Ponadto w rozbudowanych ekosystemach zdecydowanie trudniej jest wykrywać, analizować i usuwać awarie, a także zapobiegać im w przyszłości. Z tego powodu w procesie integracji tak istotne jest bezpieczeństwo IT, ze szczególnym uwzględnieniem obserwowalności (observability) systemów, która pozwala na identyfikowanie nawet najtrudniejszych do wychwycenia nieprawidłowości mówi Piotr Piętka, Solutions Architect w Linux Polska.

Nie wszystko da się przewidzieć

Ochrona przed cyberzagrożeniami nie jest standardem wszystkich firm. Co piąta z nich (21 proc.) nadal inwestuje więcej pieniędzy w działania i technologie reaktywne, czyli podejmuje działania dopiero po wystąpieniu incydentu[6]. Mowa między innymi o monitoringu IT, dzięki któremu organizacja jest na bieżąco informowana przy pomocy określonych metryk o tym, czy system działa, czy też doszło do jakiegoś niepożądanego zdarzenia. Informacja taka pozwala podjąć określoną akcję naprawczą. Jak wyjaśnia Marek Najmajer, Product Director w Linux Polska, reaktywne metody zapewnienia bezpieczeństwa IT są ważnym uzupełnieniem działań prewencyjnych.

Nie wszystkie problemy z ekosystemem IT da się przewidzieć. Przykładem są zagrożenia zero-day, czyli nieznane wcześniej luki w oprogramowaniu, które są wykorzystywane przez cyberprzestępców, zanim wykryje je zespół odpowiedzialny za bezpieczeństwo IT. Skala tego zjawiska jest dziś alarmująca: tylko w 2025 roku odnotowano 90 podatności zero-day wykorzystywanych w realnych cyberatakach, z czego niemal połowa uderzyła w systemy klasy enterprise[7]. Co więcej, każdego dnia powstają nowe typy ataków, a sztuczna inteligencja radykalnie przyspiesza ten proces, umożliwiając cyberprzestępcom automatyzację odkrywania podatności i błyskawiczne wdrażanie exploitów[8]. Właśnie dlatego samo monitorowanie IT, które informuje nas o tym, że coś się wydarzyło – nie wystarcza. Potrzebna jest też obserwowalność, pozwalająca zrozumieć, dlaczego do incydentu doszło i jak mu zapobiec w przyszłości. Umiejętność szybkiego reagowania na bieżące wyzwania oraz skutecznego wdrażania nowych procedur i polityk bezpieczeństwa IT w firmie po wystąpieniu incydentu są równie ważne, co podejście proaktywne. Oba te elementy strategii bezpieczeństwa wzajemnie się uzupełniają podsumowuje Marek Najmajer, Product Director w Linux Polska.

Podstawową różnicą między metodami proaktywnymi i reaktywnymi jest czas, w którym są stosowane. Pierwsze pozwalają ograniczyć ryzyko awarii systemu i cyberataku w przyszłości, drugie z kolei służą do szybkiej lokalizacji i naprawy błędów, które powstały po zdarzeniu. Organizacje nie powinny wybierać jednej opcji. Wręcz przeciwnie – to właśnie ich połączenie jest rozwiązaniem, które zapewnia najlepszą ochronę w całym ekosystemie IT.

[1] KPMG, Cyberodporność w erze zmian. Barometr cyberbezpieczeństwa

[2] IBM, Cost of a Data Breach Report 2025

[3] PwC, 2026 Global Digital Trust Insights,

[4] Jak wyżej.

[5] World Economic Forum, Global Cybersecurity Outlook 2026

[6] PwC, 2026 Global Digital Trust Insights

[7] Cybersecurity Dive, Nearly half of exploited zero-day flaws target enterprise-grade technology, March 6, 2026

[8] Google, GTIG AI Threat Tracker: Adversaries Leverage AI for Vulnerability Exploitation, Augmented Operations, and Initial Access, May 11, 2026

GeoScan sprawdzi działkę lub mieszkanie w minutę. Nowe narzędzie analizuje ponad 100 wskaźników nieruchomości

Zakup działki, mieszkania lub domu to decyzja, na którą wpływa znacznie więcej kwestii niż cena. Potencjalni nabywcy muszą wziąć pod uwagę szereg czynników – od ryzyk fizycznych (powodzie, osuwiska, podtopienia), przez hałas i ograniczony dostęp do infrastruktury publicznej, po obiekty uciążliwe znajdujące się w okolicy. Narzędziem umożliwiającym realizację całego procesu w sposób automatyczny jest portal GeoScan, który w niecałą minutę przeprowadza kompleksowy audyt dowolnej nieruchomości czy działki. Projekt otrzymał dofinansowanie z programu Fundusze Europejskie dla Polski Wschodniej, w ramach działania realizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP).

Powódź, która w 2024 r. nawiedziła Polskę, zniszczyła lub uszkodziła ponad 11 tys. budynków. Jedna z największych katastrof naturalnych we współczesnej historii kraju pokazała, jak istotna jest dokładna analiza różnych aspektów działki budowlanej lub nieruchomości przed dokonaniem jej zakupu. Prawdopodobieństwo wystąpienia podtopień, osuwisk czy dostępność placówek edukacyjnych oraz komunikacji publicznej to tylko niektóre z elementów mających wpływ na jakość codziennego funkcjonowania w danej lokalizacji i bezpieczeństwo samej inwestycji. Do tego dochodzą takie kwestie jak historyczne ceny nieruchomości w okolicy, objęcie miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego czy analiza sąsiedztwa. Czynników, które kupujący powinni uwzględnić, jest wiele i są one bardzo zróżnicowane.

Zdobycie wszystkich niezbędnych informacji jest procesem bardzo czasochłonnym i kosztownym. Oprócz samych danych kluczowa jest także ich poprawna interpretacja. Z pomocą potencjalnym nabywcom przychodzi GeoScan – portal umożliwiający błyskawiczną analizę ponad 100 wskaźników opartych o dane przestrzenne, satelitarne oraz instrumenty prawne.

Nie tylko natura

Opracowane przez zespół GeoScan narzędzie bazuje na informacjach pochodzących z ponad 50 źródeł danych, zarówno publicznych, jak i komercyjnych. Przeprowadzenie analizy jest niezwykle proste – po wpisaniu adresu lub identyfikatora działki na stronie internetowej GeoScan automatycznie tworzony jest pełny raport, który kompleksowo prezentuje czynniki mające istotny wpływ na funkcjonowanie w danej lokalizacji. Są to informacje dotyczące m.in. uwarunkowań przestrzennych oraz ryzyk środowiskowych, takich jak ukształtowanie terenu, ryzyko powodziowe lub osuwiskowe czy stan wód gruntowych. Użytkownik platformy może także dowiedzieć się, czy w okolicy znajdują się konkretne usługi publiczne – szkoła, placówka medyczna lub punkt odbioru paczek.

Istotnym z punktu widzenia osoby planującej inwestycję elementem jest też ocena okolicy. Służy temu przeprowadzana w ramach GeoScan analiza Miejscowych Planów Zagospodarowania Przestrzennego oraz weryfikacja istnienia tzw. obiektów uciążliwych – zakładów produkcyjnych, ferm zwierząt itp. Narzędzie umożliwia także porównanie parametrów analizowanych nieruchomości, usprawniając wybór tej, która najlepiej spełnia wymagania nabywcy.

– Wydarzenia sprzed dwóch lat pokazały, jak wiele nieruchomości powstaje w miejscach obarczonych dużym ryzykiem. Według danych z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego “Społeczno-gospodarcze skutki chaosu przestrzennego“ 7,9 mln Polaków mieszka na terenach zagrożonych powodzią lub podtopieniami. Jednocześnie weryfikacja każdego z czynników mających wpływ na inwestycję bywa procesem kosztownym, długotrwałym, a przez to dostępnym głównie dla większych inwestorów i deweloperów. Z tej właśnie idei – wyposażenia kupujących i mniejszych inwestorów w narzędzie, które umożliwi im przeprowadzenie kompleksowego audytu nieruchomości przed inwestycją w sposób intuicyjny, wiarygodny i szybki – powstał GeoScan – mówi Aleksander Łabuć, założyciel i CEO GeoScan.

Pomoc dla każdego

Dotychczas z usług GeoScan skorzystało ponad tysiąc użytkowników, a narzędzie przeprowadziło ponad 3 tys. analiz nieruchomości w różnych lokalizacjach na terenie całej Polski. Użytkownikami platformy są głównie osoby prywatne, chcące ocenić daną lokalizację przed podjęciem decyzji o np. zaciągnięciu kredytu na budowę domu lub wynajmie mieszkania. Jak wskazuje prezes spółki, GeoScan stanowi także wsparcie dla profesjonalistów działających na rynku nieruchomości, od pośredników i rzeczoznawców po inwestorów.

– GeoScan od początku stoi po stronie kupujących, obniżając asymetrię informacji na rynku nieruchomości między sprzedającymi a nabywcami. Klienci indywidualni, wybierający mieszkanie, dom lub działkę na własne potrzeby mieszkaniowe lub inwestycyjne, stanowią główną grupę docelową GeoScan. Z uwagi na fakt, że nasza technologia umożliwia błyskawiczną analizę uwarunkowań przestrzennych, formalnoprawnych, infrastrukturalnych i danych przestrzennych każdego typu nieruchomości, stanowi ona wartość także dla profesjonalistów rynku real estate, codziennie prowadzących liczne audyty nieruchomości w całym kraju – wskazuje Aleksander Łabuć.

Kosmiczne wsparcie

Zalążkiem projektu GeoScan było rozwiązanie, które założyciele firmy zaprezentowali podczas konkursu technologicznego branży kosmicznej w Europie – NASA Space Apps Challenge. Opracowany wówczas prototyp narzędzia do analizy dostępności usług i zagrożeń środowiskowych przyniósł zespołowi zwycięstwo i stał się ważnym impulsem do dalszego rozwoju projektu.

Firma jest także jednym z beneficjentów Platformy Startowej Wschodni Akcelerator Biznesu, w ramach której pozyskała wsparcie merytoryczne ze strony ekspertów oraz środki finansowe, które posłużyły do rozwoju wersji MVP produktu. Obecnie GeoScan jest wspierany także przez Europejską Agencję Kosmiczną.

– Zwycięstwo w hackathonie NASA dodało nam wiatru w żagle i było jednym z pierwszych potwierdzeń, że budujemy technologię rozwiązującą realny, palący problem rynkowy. Udostępnienie platformy użytkownikom to jednak dla nas dopiero początek drogi. Zbudowaliśmy solidny fundament technologiczny i analityczny, ale już teraz intensywnie pracujemy nad wdrożeniem kolejnych modułów dedykowanych także dla sektora B2B, rozbudową zakresu oferowanych usług oraz bazy użytkowników korzystających każdego dnia z analiz GeoScan – tłumaczy Aleksander Łabuć.

Polska administracja wciąż nie ufa biznesowi

Dyskusja nad podejściem polskiej administracji do sektora prywatnego toczy się od lat, a wnioski płynące z porównania naszej rzeczywistości z krajami „starej” Unii Europejskiej są wciąż gorzkie. W państwach o ugruntowanej gospodarce rynkowej relacje na linii urząd–biznes oparte są na znacznie głębszym partnerstwie. Tamtejsi urzędnicy doskonale rozumieją prostą zależność, prężnie działający biznes napędza rozwój kraju i generuje środki, którymi administracja może dysponować. W Polsce niestety wciąż dominuje atmosfera nieufności. Zamiast dialogu, często spotykamy się z podejrzliwością. Urzędnicy zastanawiają się, co przedsiębiorcy „znowu wykombinowali”, by wykorzystać państwo do własnych celów. Choć obserwujemy pewne zmiany mentalne idące w dobrym kierunku, przed nami wciąż długa droga.

– W naszym systemie zbyt łatwo rzuca się oskarżenia o sprzyjanie partykularnym interesom biznesowym. Gdy urzędnik wykazuje inicjatywę, natychmiast pojawiają się złośliwe pytania: „co z tego miał?” lub „o co tu chodzi?” – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Piotr Soroczyński, Główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Rzadko zakłada się, że motywacją mogła być po prostu chęć rozwoju polskiej gospodarki i powiększenia wspólnego „tortu” do podziału. Problem ten jest szczególnie widoczny przy wielkich inwestycjach finansowanych ze środków publicznych. Wiele krajów na świecie świadomie wykorzystuje takie mechanizmy, by budować potęgę swoich firm. Państwowe kontrakty są tam trampoliną, która pozwala przedsiębiorstwom nabrać siły, by następnie mogły one prowadzić skuteczną ekspansję zagraniczną, a zyski z nowych rynków transferować z powrotem do kraju. W Polsce duże przedsięwzięcia, na przykład infrastrukturalne, często od początku ustawiane są na parametrach „na styk”. W przetargach i umowach brakuje przestrzeni na to, by wykonawcy mogli się realnie rozwinąć czy zbudować kapitał na przyszłość. Nierzadko warunki są tak twarde, że firmy balansują na granicy opłacalności, a czasem wręcz dokładają do interesu. Taka polityka, zamiast kreować narodowych czempionów, podcina skrzydła rodzimemu biznesowi, odbierając mu szansę na globalną konkurencyjność – zaznaczył Piotr Soroczyński.

20 tys. zł za drobny błąd w SENT. Branża transportowa domaga się zmian

Nie ma tygodnia, by Zachodniopomorskie Stowarzyszenie Przewoźników Drogowych nie odbierało sygnałów o tym, że przedsiębiorcy karani są bardzo wysokimi mandatami w ramach konsekwencji nałożonych przez mechanizm SENT. Mowa o kwotach rzędu – 20 tysięcy złotych za każde niedopatrzenie. – Jeżeli przewoźnik drogowy świadomie łamie przepisy to należy mu się kara, a co jeżeli popełnił drobny błąd np. pisarski? Nie ma litości. Według Krajowej Administracji Skarbowej kara to jest kara. Zdarzają się sytuacje, że jeden przewoźnik dostaje nawet 60 tysięcy złotych kary za kilka „przewinień”, które nie mają charakteru intencjonalnego. Tak się nie da funkcjonować – mówi Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

Jak mówi prezes Dariusz Matulewicz system SENT jest nieustannie modyfikowany, a system kontroli zagęszcza się i staje dla przedsiębiorców poważnym problemem.

– System kontroli ma za zadanie dbać o przepisy prawa. Tutaj mamy ewidentnie system, którego zadaniem jest generowanie przychodu dla Skarbu Państwa i uderzanie w przedsiębiorców. W takim kształcie te przepisy to jest bat na przedsiębiorców i nie ma naszej zgody na to, by tak to funkcjonowało – mówi Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

System SENT jest ciągle poszerzany i według nowelizacji z marca obejmuje już transport odzieży i obuwia. Teleinformatyczny system monitorowania przewozu towarów wrażliwych utworzony przez Krajową Administrację Skarbową miał dotyczyć wąskiego grona produktów, a stał się systemem regulacji, który jest prawdziwym postrachem przedsiębiorców. Nie tylko nieuczciwych, ale także tych, którzy np. popełnią drobne błędy w raportowaniu. W opinii przewoźników drogowych system jest nastawiony na karanie, a jednostki publiczne nie chcą rozmawiać z przedsiębiorcami.

– Jedno słowo źle i przynajmniej 20 tysięcy złotych kary. Takie przypadki to niemal codzienność i wiele firm transportowych przyznaje, że system SENT dawno minął się już z założeniami. Przewoźnicy postrzegają zarówno przepisy jak i sposób procedowania jako nadużycie i kolejny sposób na ich dręczenie w celu uzyskania jak największych wpływów z kar.  Pomimo możliwości interpretacji przewinienia na korzyść przewoźnika nic takiego się nie wydarza, a argumenty budowania zaufania u obywateli czy nie nieproporcjonalność kary do przewinienia powodują tylko oddalania wniosków od przedsiębiorców – mówi Dariusz Matulewicz.

Dla sektora TSL, ale także dla sektora np. odzieżowego czy e-commerce ostatnie zmiany w systemie SENT są mnożeniem biurokracji, są niezgodne z ideą deregulacji, uderzają w przedsiębiorców i powinny zostać natychmiast zweryfikowane przez Ministerstwo Finansów.

Interwencję w tej sprawie przygotowała Rzecznik MŚP. Jako Zachodniopomorskie Stowarzyszenie Przewoźników Drogowych planujemy szerokie zaangażowanie w dyskusję na ten temat.

Zdolność kredytowa w dół, ceny mieszkań nadal barierą. Kupujący mają coraz mniejszy wybór

Maj przyniósł trzeci z rzędu spadek zdolności kredytowej – i to już we wszystkich modelowych gospodarstwach domowych. W efekcie w wielu miastach w ciągu jednego miesiąca tysiące mieszkań przestało być dostępnych na kieszeń kupujących. Tak wynika z analizy BIG DATA RynekPierwotny.pl i Rankomat.pl.

– To dobrze, że Rada Polityki Pieniężnej nie podwyższyła stóp procentowych. W sytuacji, gdy rynek mieszkaniowy wyraźnie traci impet, taka decyzja mogłaby jeszcze bardziej osłabić popyt na mieszkania. Tym bardziej że już dziś – bez żadnych zmian stóp – widzimy spadek zdolności kredytowej i szybkie kurczenie się dostępności mieszkań – mówi Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Spadek zdolności kredytowej objął wszystkich

Z najnowszej analizy Rankomat.pl obejmującej oferty dziesięciu banków wynika, że w maju zdolność kredytowa spadła trzeci miesiąc z rzędu – i to we wszystkich typach gospodarstw domowych.

Przeciętnie zarabiający singiel (ok. 6 tys. zł netto) mógł liczyć na ok. 420 tys. zł kredytu o przejściowo stałym oprocentowaniu, czyli o ok. 3 proc. mniej niż w kwietniu. W przypadku dwuosobowego gospodarstwa domowego (8 tys. zł netto) spadek był podobny – do ok. 543 tys. zł (-3 proc.). Najmocniej ucierpiały jednak rodziny z dzieckiem (10 tys. zł netto), których zdolność kredytowa skurczyła się aż o ok. 5 proc. – do ok. 641 tys. zł.Rankomat-BG RP-maj 2026-zdolność kredytowa

Kredyt znika, mieszkania znikają szybciej

Spadek zdolności kredytowej natychmiast przełożył się na gwałtowne kurczenie oferty mieszkań dostępnych na kieszeń kupujących – szczególnie w segmencie najmniejszych i najtańszych lokali.

Z danych BIG DATA RynekPierwotny.pl wynika, że w maju liczba mieszkań dostępnych dla singli spadła we wszystkich analizowanych metropoliach – i to często dwucyfrowo. W Łodzi oferta skurczyła się z ok. 5,5 tys. do ok. 5,2 tys. mieszkań (-5 proc.), w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii – z ok. 5,2 tys. do ok. 4,8 tys. (-8 proc.), a w Poznaniu – z ok. 1,9 tys. do ok. 1,7 tys. (-10 proc.). W Trójmieście liczba dostępnych lokali spadła z ok. 1,3 tys. do ok. 1,1 tys. (-13 proc.), we Wrocławiu – z ok. 1,3 tys. do ok. 1 tys. (-24 proc.), a w Warszawie – z ok. 0,9 tys. do ok. 0,7 tys. (-24 proc.). Najbardziej spektakularny spadek odnotowano w Krakowie – z ok. 0,4 tys. do ok. 0,3 tys. mieszkań, czyli aż o 26 proc. w ciągu jednego miesiąca.Rankomat-BG RP-maj 2026-oferta dla singli

Nieco lepiej wygląda sytuacja bezdzietnych par, ale również w tym segmencie dominują spadki liczby dostępnych mieszkań. W Łodzi oferta praktycznie się nie zmieniła (ok. 8,1 tys. mieszkań), natomiast w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii spadła z ok. 8,1 tys. do ok. 7,7 tys. (-5 proc.). W Poznaniu zmniejszyła się z ok. 4,1 tys. do ok. 3,9 tys. (-4 proc.), we Wrocławiu – z ok. 4,3 tys. do ok. 3,7 tys. (-13 proc.), a w Warszawie – z ok. 3,8 tys. do ok. 3,4 tys. (-10 proc.). W Krakowie liczba mieszkań spadła z ok. 3,3 tys. do ok. 2,8 tys. (-16 proc.), a w Trójmieście – z ok. 2,9 tys. do ok. 2,7 tys. (-6 proc.).Rankomat-BG RP-maj 2026-oferta dla par

Maj przyniósł także pogorszenie sytuacji rodzin z dzieckiem, które jeszcze miesiąc wcześniej jako jedyne zwiększały swoją zdolność kredytową. W miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii liczba mieszkań dostępnych dla tej grupy spadła z ok. 9,4 tys. do ok. 9,1 tys. (-3 proc.), podczas gdy w Łodzi utrzymała się na poziomie ok. 9,1 tys. W Warszawie oferta skurczyła się z ok. 7,2 tys. do ok. 6,5 tys. (-8 proc.), we Wrocławiu – z ok. 6,6 tys. do ok. 5,9 tys. (-11 proc.), a w Krakowie – z ok. 6,1 tys. do ok. 5,2 tys. (-14 proc.). W Poznaniu pozostała stabilna (ok. 5,6 tys.), natomiast w Trójmieście zmniejszyła się z ok. 4,3 tys. do ok. 4,0 tys. (-6 proc.).Rankomat-BG RP-maj 2026-oferta dla rodzin

Widać to najlepiej w liczbach – w ciągu jednego miesiąca z rynku w największych metropoliach „zniknęły” tysiące mieszkań dostępnych dla przeciętnie zarabiających gospodarstw domowych. Nawet relatywnie niewielkie pogorszenie zdolności kredytowej wystarczyło, by dostępność oferty gwałtownie się skurczyła.

Niepewność rośnie – i studzi popyt

Na pogarszającą się dostępność mieszkań nakłada się rosnąca niepewność gospodarstw domowych. Choć stopa bezrobocia pozostaje relatywnie niska (6,1% w marcu), to wyraźnie rośnie obawa o przyszłość rynku pracy. Z badania koniunktury konsumenckiej wynika, że ponad 45 proc. Polek i Polaków spodziewa się wzrostu bezrobocia w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a 16 proc. prognozuje jego wyraźne nasilenie – to najwyższy poziom pesymizmu od 2023 r.

– W praktyce oznacza to, że nawet osoby posiadające dziś zdolność kredytową mogą odkładać decyzję o zakupie mieszkania. Obawy o stabilność zatrudnienia bezpośrednio przekładają się bowiem na skłonność do zaciągania długoterminowych zobowiązań – komentuje Marek Wielgo.

Tąpnięcie popytu kredytowego już widać

Pierwsze sygnały ochłodzenia popytu widać już w danych z rynku kredytowego. W kwietniu liczba osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy spadła z 63,3 tys. w marcu do 42,3 tys., czyli aż o jedną trzecią. Jednocześnie liczba faktycznie udzielonych kredytów nie tylko nie spadła, ale nawet nieznacznie wzrosła – z ok. 28,7 tys. do 29,1 tys.

Ten pozorny paradoks ma jednak proste wyjaśnienie. Kwiecień był jeszcze „rozliczeniem” silnego popytu z marca, w dużej mierze napędzanego refinansowaniami. Banki finalizowały wcześniej złożone wnioski, podczas gdy napływ nowych klientów wyraźnie osłabł.Rankomat-maj 2026-kredyty

– Prawdziwy obraz rynku zobaczymy dopiero w kolejnych miesiącach, gdy liczba udzielonych kredytów zacznie odzwierciedlać słabszy napływ nowych wniosków – mówi Marek Wielgo.

Co dalej ze sprzedażą mieszkań?

Ekspert portalu RynekPierwotny.pl zwraca uwagę, że dodatkowym źródłem niepewności pozostaje polityka pieniężna. Jeszcze niedawno rynek oczekiwał kolejnych cięć stóp procentowych, jednak sytuacja geopolityczna i ryzyka inflacyjne wyraźnie zmieniły te oczekiwania.

Majowy odczyt inflacji (3,1 proc. r/r) był wprawdzie niższy od prognoz, ale nie daje jednoznacznych przesłanek do dalszego luzowania polityki pieniężnej. Najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada stabilizację stóp procentowych, co oznacza brak szybkiej poprawy zdolności kredytowej.

– Dla rynku mieszkaniowego oznacza to przedłużenie stanu zawieszenia. Bez wyraźnej poprawy zdolności kredytowej trudno oczekiwać odbudowy dostępności mieszkań, a rosnąca niepewność może dodatkowo ograniczać popyt – podsumowuje Marek Wielgo.

Jego zdaniem wariant optymistyczny zakłada dziś utrzymanie sprzedaży mieszkań na poziomie zbliżonym do 2025 r. Mniej korzystne scenariusze przewidują jednak spadek sprzedaży rzędu kilku, a w skrajnym przypadku nawet kilkunastu procent.

Największy hotel w Polsce zmieni turystykę nad Bałtykiem? Branża patrzy na Pobierowo

Długi czerwcowy weekend według szacunków Północnej Izby Gospodarczej oraz oddziałów w Świnoujściu, Gryficach oraz Koszalinie, będzie cieszyć się dużym zainteresowaniem turystów. Obłożenie w niektórych hotelach sięga stu procent, ale eksperci przyznają, że wiele wyjazdów będzie trwać jeden lub dwa dni. – Czerwcówka jest ostatnim przystankiem przed wypoczynkiem wakacyjnym. Widzimy duże zainteresowanie wypoczynkiem nad Bałtykiem, choć niektórzy przyjeżdżają na chwilę, by nie narażać się na koszty i oszczędzać środki na wakacje – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Cała uwaga zwrócona na największy hotel w Polsce

Jak mówi Hanna Mojsiuk długi czerwcowy weekend jest ostatnim przystankiem przed wakacjami. Hotele są już gotowe na wysoki sezon, podobnie jak gastronomia czy sektor handlowy i rozrywkowy.

– W długi czerwcowy weekend wszystko tak naprawdę zależy od pogody. To jest preludium do sezonu wysokiego i spodziewam się nad morzem tysięcy turystów. Nie jest jednak tak, że wszyscy decydują się na dłuższe wyjazdy teraz, więcej jest turystów jednodniowych lub typowo city-breakowych. Nie należy się jednak na nich obrażać, bo takie krótkie wyjazdy też napędzają ruch w restauracjach, kawiarniach, barach czy w punktach handlowych – przyznaje Hanna Mojsiuk.

Wysokie zainteresowanie utrzyma się zapewne w Świnoujściu, Kołobrzegu i Międzyzdrojach. Oczy całej turystyki zachodniopomorskiej w tym sezonie zwrócone są jednak na Pobierowo.

– Cała turystyka patrzy z dużym zainteresowaniem na to, jaki wpływ na nasz region będzie mieć Hotel Gołębiewski. To jest gargantuiczny obiekt, przyciągający, wymagający pod każdym względem. Takie inwestycje cieszą, bo przyciągają turystów. Mamy jednak nadzieję, że będzie to faktor generujący nowych gości na Pomorzu Zachodnim, a niekoniecznie zabierający gości mniejszym obiektom. Z gospodarczego punktu widzenia patrzę na to miejsce z dużą nadzieją, ale wiem, że w turystyce dużo się mówi o „efekcie Gołębiewskiego”. I mówi się o tym zarówno w Polsce, jak i w Niemczech. Więc czerwiec będzie dla turystyki zachodniopomorskiej najciekawszym miesiącem od lat – mówi Hanna Mojsiuk.

Wysokie, choć nie rekordowe obłożenie

Długi weekend czerwcowy jest początkiem sezonu wysokiego. Bałtyk najwięcej turystów odwiedza w lipcu.

– Mamy wysokie obłożenie w długi weekend, ale widzimy, że goście rozbili  się na trzy długie weekendy, a niektórzy czekają już na wakacje. Mamy rezerwacje z Niemiec, z Czech, ale także ze Skandynawii. Oczywiście dominują Polacy i tak naprawdę zmiana proporcji będzie mieć miejsce dopiero w drugiej połowie sezonu. Klienci pytają o atrakcje kurortu, zauważamy, że to, co dzieje się w mieście i dookoła ma coraz większe znaczenie – przyznaje Grzegorz Dobosz, właściciel hotelu Hamilton.

– Świnoujście zachwyca. Mamy zieleń dookoła, wspaniały pas nadmorski, promy do Skandynawii, bliskość Szczecina, ale także bliskość stolicy Niemiec. Świnoujście ma potencjał zachwycający Europejczyków. Świnoujście rocznie odwiedza ponad 2,5 miliona turystów, co piastuje nadmorski kurort w czołówce miejsc wypoczynkowych nad polskim morzem. Parametry wzrostu turystycznego pozwalają na tezę, że niebawem Świnoujście może nawet wyprzedzić Sopot. Dla inwestorów to ważny wskaźnik pokazujący potencjał Pomorza Zachodniego – mówi Andrzej Spychalski, dyrektor obiektu Wave Świnoujście.

W 2025 roku z bazy noclegowej w kraju skorzystało 58,9 mln turystów, a cały sektor wygenerował 94 mld zł przychodów. Polska zajmuje drugie miejsce w Unii Europejskiej pod względem dynamiki wzrostu liczby udzielonych noclegów. Pomorze Zachodnie jest jednym z silniejszych regionów turystycznych w Polsce.

Błąd w Meta AI umożliwiał przejmowanie kont na Instagramie

W ostatnich tygodniach media zawładnęła informacja o błędzie w Meta AI, który pozwolił atakującym przejmować konta na Instagramie i innych usługach Meta. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że to kolejny błąd „halucynującego” chatbota. W rzeczywistości problem był znacznie głębszy i dotyczył sposobu, w jaki AI została włączona w procesy odzyskiwania kont i autoryzacji – ostrzegają eksperci Check Point Research.

Meta przez dłuższy czas rozwijała systemy AI, które miały wspierać użytkowników w odzyskiwaniu kont, zgłaszaniu nadużyć czy resetowaniu haseł. W teorii miało to usprawnić proces i ograniczyć czas reakcji. Problem w tym, że AI nie była jedynie „asystentem”, a otrzymała realne uprawnienia operacyjne. Mogła inicjować działania, które normalnie wymagają silnej weryfikacji tożsamości, takie jak zmiana powiązanego adresu e-mail czy wysyłanie linków resetujących hasło.

To przesunęło chatbot z roli doradczej do wykonawczej, bez odpowiednio twardych mechanizmów kontroli – to był błąd, który ułatwił ataki cyberprzestępcze, uważają specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa z Check Point Research.

Jak doszło do przejęć kont?

Atakujący wykorzystali prostą, ale skuteczną ścieżkę: podawali nazwę użytkownika ofiary, używając VPN, aby dopasować lokalizację do „zaufanych” sygnałów systemu; manipulowali systemem analizy twarzy, by w końcu zmusić narzędzie do wykonania operacji zmiany danych odzyskiwania konta.

W efekcie AI inicjowała zmianę adresu e-mail i uruchamiała procedurę resetu hasła, umożliwiając przejęcie konta, w tym profili o dużej wartości rynkowej i rozpoznawalności.

Eksperci Check Pointa podkreślają, że sedno problemu nie leżało wyłącznie w podatności typu prompt injection. Kluczowy błąd architektoniczny polegał na tym, że AI miała dostęp do funkcji administracyjnych, brakowało twardych „checkpointów” uwierzytelniania, a decyzje systemu były oparte głównie na kontekście rozmowy, a nie niezależnej weryfikacji tożsamości. W praktyce oznaczało to, że jeśli użytkownik „brzmiał” przekonująco, system mógł wykonać krytyczne operacje.

Szerszy problem niż może się wydawać

Incydent wpisuje się w szerszy trend wdrażania tzw. agentów AI – systemów, które nie tylko odpowiadają na pytania, ale też wykonują różnego rodzaju akcje w imieniu użytkownika.

Kluczowym problemem niekoniecznie jest to, że AI zignorowała instrukcje lub została zmanipulowana przez sprytny komunikat. Wydaje się raczej, że AI była w stanie zainicjować lub ułatwić wrażliwe działania odzyskiwania kont bez wystarczającej, niezależnej weryfikacji. Innymi słowy, awaria bezpieczeństwa mogła dotyczyć samego procesu, a nie modelu – uważa Steve Giguere, główny rzecznik ds. bezpieczeństwa AI w Check Point.

To rodzi nowe ryzyka, bowiem może zostać zmanipulowana do wykonania nieautoryzowanych działań, a granica między pomocą a autoryzacją zaciera się. Jednocześnie klasyczne modele bezpieczeństwa (hasła, 2FA, sygnały urządzenia) mogą zostać ominięte, jeśli AI staje się „bramką” do systemu.

Sztuczna inteligencja nie musi być narażona na ataki, jeśli otrzyma uprawnienia wykraczające poza zabezpieczenia. W miarę jak organizacje wdrażają coraz więcej systemów agentowych, zespoły ds. bezpieczeństwa muszą oceniać nie tylko to, co sztuczna inteligencja potrafi powiedzieć, ale także to, co potrafi zrobić – dodaje ekspert Check Pointa.

Meta potwierdziła lukę i wdrożyła poprawki, zabezpieczając dotknięte konta. Incydent jednak wywołał szerszą debatę w branży o wykorzystanie AI w systemach bezpieczeństwa i projektowaniu „granic zaufania” dla agentów AI.

Działki rekreacyjne tanieją. Pandemiczny boom przechodzi do historii

Boom na działki rekreacyjne, który napędziła pandemia, wyraźnie wygasa. Po rekordowym popycie w latach 2020-2022, kiedy z oferty znikały działki zalegające w bazach od wielu miesięcy, rynek wszedł w fazę stabilizacji. Coraz większa liczba ofert i zmieniające się preferencje kupujących sprawiają, że nieruchomości letniskowe przestają być dobrem pierwszego wyboru.

Działki rekreacyjne, zarówno te zlokalizowane w ramach Rodzinnych Ogrodów Działkowych, ale także grunty stanowiące odrębną własność stały się przedmiotem szczególnego pożądania w czasie lockdownu, kiedy każdy marzył o kawałku własnej ziemi z niewielkim domem, skąd mógłby pracować zdalnie i przestać myśleć o licznych ograniczeniach. Trend szczególnego, choć dość nietypowego zainteresowania tym segmentem nieruchomości był widoczny w czasie największych ograniczeń jakie niosła ze sobą pandemia. Wiosna 2020 r. była czasem swoistego boomu na ten typ nieruchomości. Działki, które w zwyczajnych warunkach rynkowych nie cieszyły się popularnością wśród klientów, zaczęły znikać z baz pośredników, a kolejne wystawiane do sprzedaży nieruchomości miały już znacznie wyższą cenę. Rynek działek rekreacyjnych przeżywał swoje złote lata jak nigdy wcześniej. Po okresie wzmożonego zainteresowania nieruchomościami letniskowymi ostatnie dwa lata pokazują, że rynek ten uległ dość mocnemu wyhamowaniu.

Polacy odwrócili się od nieruchomości letniskowych?

Jak twierdzą eksperci Metrohouse po szczególnie dużej liczbie transakcji w latach 2020-2022 rynek uległ nasyceniu. Powrót do swobodnego podróżowania sprawił, że gospodarstwa domowe ponownie zaczęły inaczej rozkładać swoje wydatki. Środki, które w czasie pandemii były przeznaczane na zakup nieruchomości rekreacyjnych, dziś częściej trafiają na zagraniczne wyjazdy, konsumpcję lub poprawę standardu podstawowego miejsca zamieszkania. Działka rekreacyjna przestała być postrzegana jako konieczny element bezpieczeństwa i komfortu życia, a ponownie stała się dobrem uznaniowym.

Pomimo wzrostów cen paliw, bilety lotnicze pozostają relatywnie tanie, więc wiele turystycznych destynacji pozostaje dostępnych nawet dla portfela przeciętnie zarabiającego Polaka. – Obecnie na rynku, na którym działamy widać korekty w dół – nawet w okolicach 15 proc. r./r. Niższy poziom zainteresowania wynika z odmiennego pomysłu na spędzanie wolnego czasu przez młodsze pokolenia. Ludzie mają mniej czasu, jednocześnie więcej podróżują, a działka to nie tylko przyjemność, ale i obowiązki związane z utrzymaniem domu i obejścia w należytym stanie, mówi Paweł Sokulski, dyrektor oddziału Metrohouse w Serocku. O tym, że dość szybo znudziliśmy się działkami świadczy fakt, że na popularnych portalach ogłoszeniowych domy letniskowe wybudowane w ciągu ostatnich sześciu lat stanowią między 20 a 30 proc. wszystkich nieruchomości letniskowych na sprzedaż.

Gotówka zamiast kredytu

Barierą w dostępie do działek rekreacyjnych pozostaje ich cena oraz możliwości finansowania tego typu zakupów. Po istotnych wzrostach cen w czasie pandemii, nadal wystawiane do sprzedaży nieruchomości są dość kosztowną inwestycją. Większość z działek z domami letniskowymi potrzebuje nakładów inwestycyjnych – jeśli nie na sam dom, to na działkę (nasadzenia, mała architektura). Rosnące koszty materiałów budowlanych i robocizny sprawiają, że postawienie nowego domku letniskowego może być nawet dwukrotnie droższe niż w czasie przed pandemią. – Dodatkową barierą pozostaje ograniczona dostępność finansowania. W przeciwieństwie do mieszkań czy domów całorocznych, wiele nieruchomości rekreacyjnych nie spełnia wymogów umożliwiających sfinansowanie zakupu standardowym kredytem hipotecznym. W efekcie część kupujących musi korzystać z droższych kredytów gotówkowych lub pożyczek hipotecznych zabezpieczonych na innej nieruchomości. To powoduje, że rynek działek rekreacyjnych jest znacznie bardziej uzależniony od klientów dysponujących gotówką niż segment mieszkaniowy, mówi Piotr Rusin, analityk Credipass.

Jednocześnie klienci traktują priorytetowo zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych (zakup pierwszego mieszkania lub zamiana na większe), odsuwając dobra drugiego wyboru, jakimi są nieruchomości rekreacyjne, na dalszy plan. W warunkach rosnących kosztów życia kupujący coraz dokładniej analizują całkowity koszt posiadania nieruchomości rekreacyjnej. Oprócz ceny zakupu właściciel musi uwzględnić wydatki związane z utrzymaniem budynku i działki, opłatami za media, podatkami, dojazdami czy sezonowymi remontami. W praktyce oznacza to, że nawet nieruchomość użytkowana wyłącznie przez kilka tygodni w roku generuje koszty przez dwanaście miesięcy. Współcześni 30- i 40-latkowie (którzy w strukturze klientów stanowią najsilniejszą grupę zakupową), którzy lubią spędzać czas na łonie natury coraz częściej dochodzą do wniosku, że wolą wynająć domek w lesie czy nad jeziorem na dwa tygodnie w roku, niż absorbować swój wolny czas całoroczną opieką nad własnym gruntem. Takie osoby najczęściej już mają kredyt hipoteczny na nieruchomość, w której mieszkają na co dzień. Kolejny comiesięczny stały wydatek może nadmiernie obciążać budżet domowy.

Ile potrzeba na zakup działki z domem?

Jeżeli nie zależy nam na pełnej własności i chcemy posiadać działkę o powierzchni ok. 300-400 m kw. z niewielkim domem letniskowym dobrym wyborem jest dzierżawa jednej z działek umiejscowionych w ramach Rodzinnych Ogródków Działkowych. – Nad morzem dużą część rynku stanowią właśnie działki ROD, bo to dla wielu osób najprostsza i najtańsza forma rekreacji. Działek stricte rekreacyjnych jest mało, a rozstrzał cen jest duży. Najtańsze działki ROD to wydatek od kilkudziesięciu tysięcy złotych. Domek na działce rekreacyjnej w dobrej lokalizacji może kosztować nawet 500 tys. zł, mówi Michał Spieszyński, współwłaściciel biura Metrohouse w Kołobrzegu.

W skali całej Polski działki na ROD-ach są wystawiane na sprzedaż (w zależności od popularności lokalizacji) już od 30-50 tys. zł. Oferty sprzedaży dotyczą też działek o znacznie wyższych cenach, nawet powyżej 200 tys. zł. Pamiętajmy jednak, że działka ROD nie może być wykorzystywana do zamieszkania. Jak określa Regulamin Rodzinnego Ogrodu Działkowego „przez zamieszkiwanie rozumie się przebywanie z zamiarem skupienia i realizacji swoich spraw życiowych”. Altana działkowa w ramach „nie jest obiektem mieszkalnym; przebywanie w niej nie może stanowić podstawy do urzędowego potwierdzenia czasowego lub stałego pobytu”. Zanim zainteresujemy się działkami na popularnych ROD-ach należy prześledzić zapisy Regulaminu, bo posiadanie własnego skrawka ziemi niesie za sobą konieczność licznych kompromisów, m.in. dostosowanie się do regulacji związanych z zagospodarowaniem takiej działki.

Dysponując budżetem między 100 a 200 tys. zł i w sytuacji, gdy nie boimy się remontów możemy nabyć działkę ze starym wiejskim domem. Takie nieruchomości siedliskowe mogą stać się podstawą do stworzenia własnej działalności opartej na agroturystyce. Niestety wspólną cechą takich ofert jest dość wątpliwy stan techniczny zabudowań i o ile dla nabywcy-wizjonera taka działka będzie świetnym początkiem nowej inwestycji, to dla mieszczucha, który chce traktować ją jako obiekt na weekendowe wypady za miasto, nakłady pracy które należałoby ponieść, aby przywrócić zabudowaniom odpowiedni standard powodują, że nie jest to produkt dla każdego.

Najlepszym rozwiązaniem jest zakup działki rekreacyjnej z domem wybudowanym w ostatnich kilku latach. Taki wybór zwykle gwarantuje, że otrzymamy dom, który nadaje się do zamieszkania bez większych inwestycji, wybudowany w oparciu o współczesne projekty, często z zagospodarowaną działką. W tym przypadku musimy posiadać jednak budżet przekraczający 300 tys. zł, co powoduje, że nie jest to opcja zarezerwowana dla szerszego grona fanów daczy pod miastem.

Analityk Credipass zwraca uwagę, że działki rekreacyjne konkurują dziś o budżety klientów przede wszystkim z rynkiem mieszkaniowym. W sytuacji wysokich cen nieruchomości i rosnących kosztów życia wiele gospodarstw domowych koncentruje się na zakupie pierwszego mieszkania, poprawie warunków mieszkaniowych lub wcześniejszej spłacie zobowiązań kredytowych. W takich warunkach nieruchomości letniskowe schodzą na dalszy plan jako zakup, który można odłożyć w czasie.

Po pandemicznym boomie rynek działek rekreacyjnych wraca do swojej tradycyjnej roli segmentu niszowego, obsługiwanego przede wszystkim przez klientów dysponujących gotówką. O zakupie coraz rzadziej decydują emocje, a coraz częściej rachunek ekonomiczny obejmujący cenę nieruchomości, koszty utrzymania oraz dostępność finansowania.

Paypercut pozyskuje 5 mln EUR w rundzie seed na budowę infrastruktury płatniczej nowej generacji w Polsce i w CEE

  • Paypercut działa w Polsce od ubiegłego roku, integrując lokalnych dostawców płatności odroczonych. W 2026 roku fintech wchodzi na polski rynek z impetem – do działających już BNPL i płatności kartą dołączą BLIK i przelewy natychmiastowe, a docelowo również stablecoinowe szyny rozliczeń transgranicznych.
  • Założony przez weteranów branży fintech Paypercut daje sprzedawcom e-commerce w całym regionie CEE dostęp do pełnej oferty płatniczej poprzez jedną integrację. Spółka ma ambicje zostania domyślną infrastrukturą finansową dla biznesów w tej części Europy, z roadmapą obejmującą zarządzanie płynnością, FX, wypłaty i wbudowane usługi finansowe.
  • Liderami jednej z największych rund pre-seed w regionie są globalne fundusze: Concentric, Passion, RTP Global i Araya Ventures. Runda zwiększa łączne finansowanie do 7 mln EUR, przyspieszając ekspansję w Europie Środkowo-Wschodniej.

Paypercut, europejska platforma infrastruktury płatniczej umożliwiająca sprzedawcom internetowym akceptowanie m.in. płatności „Kup teraz, zapłać później” (BNPL) w całej Europie Środkowo-Wschodniej poprzez jedną integrację, ogłosiła dziś zamknięcie rundy seed o wartości 5 mln EUR, współprowadzonej przez Concentric, Passion Capital i Araya Ventures. W rundzie wzięły również udział SMOK Ventures, Portfolio Ventures, BrightCap Ventures, Blackwood, Sabah.fund, MFG Invest, Main Set oraz przedsiębiorca branży płatniczej Matt Doka. Łączne finansowanie Paypercut wynosi tym samym 7 mln EUR. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na przyspieszenie ekspansji w regionie CEE, umocnienie pozycji firmy na dotychczasowych rynkach, dalszy rozwój produktu i infrastruktury, a także dokapitalizowanie spółki w związku z jej wnioskiem o licencję EMI złożonym do Centralnego Banku Irlandii.

Od agregatora BNPL do infrastruktury dla całego regionu

Paypercut nie zaczyna od zera. Od czasu rundy pre-seed o wartości 2 mln EUR w lipcu 2025 roku firma rozwinęła się z agregatora BNPL do pełnoprawnej platformy infrastruktury płatniczej, z ponad 200 aktywnymi sprzedawcami na ośmiu rynkach Europy Środkowo-Wschodniej. Nowa runda to paliwo dla czegoś, co już działa – i tego, co dopiero nadejdzie.

CEE była zawsze traktowana przez branżę płatniczą po macoszemu – postrzegana jako zbyt rozdrobniona, z za wieloma walutami i za dużą komplikacją. Zbudowaliśmy Paypercut właśnie po to, żeby to zmienić. Ta runda daje nam zasoby, by działać szerzej i szybciej: więcej rynków, więcej metod płatności dla sprzedawców, a teraz również infrastruktura do przesyłania pieniędzy przez granice tak, jak zawsze powinno to działać – natychmiast i za ułamek dzisiejszego kosztumówi Stoil Vasilev, współzałożyciel i CEO Paypercut.

Koniec z fragmentacją: płatności w CEE przez jedną bramkę

Paypercut daje sprzedawcom internetowym w Europie Środkowo-Wschodniej dostęp do pełnej oferty płatniczej przez jedną integrację – bez osobnych umów na każdy rynek, bez rozproszonych dostawców i bez problemów związanych z lokalizacją. Karty, lokalne metody płatności, BNPL, linki płatnicze i kody QR, rozliczenia wielowalutowe – wszystko z jednego panelu. Wdrożenie, które zwykle zajmuje tygodnie papierkowej roboty, fintech skraca do kilku dni online – eliminując największą barierę dla sprzedawców wchodzących na kolejne rynki regionu CEE.

Wejście na polski rynek z paneuropejską infrastrukturą i ambicjami lidera

Paypercut jest obecny w Polsce od ubiegłego roku, a teraz przechodzi do ofensywy i szykuje się do pełnego wejścia komercyjnego. Polska to nie tylko kolejny punkt na mapie ekspansji – to jeden z priorytetowych rynków w regionie, z szybko rosnącą bazą sprzedawców i konsumentów coraz chętniej sięgających po nowoczesne metody płatności. Platforma już dziś łączy lokalnych dostawców BNPL działających w Polsce i szerzej w CEE, niedawno uruchomiła też płatności kartą. W najbliższych miesiącach uzupełni ofertę o BLIK i przelewy natychmiastowe, a docelowo również o transgraniczne szyny oparte na stablecoinach. To, co wyróżnia Paypercut na tle lokalnej konkurencji, to paneuropejski zasięg: sprzedawca integruje się raz i od razu uzyskuje dostęp do infrastruktury płatniczej działającej na pozostałych rynkach CEE – bez osobnych wdrożeń.

Polski rynek to dla Paypercut jeden z kluczowych kierunków ekspansji – i nie bez powodu. Polska jest europejskim liderem adopcji BNPL: według danych CRIF za 2025 rok, aż 18 proc. Polaków skorzystało z płatności odroczonych w ciągu ostatniego roku, a łączna wartość udzielonego finansowania sięgnęła 9,6 mld zł[1]. BLIK zakończył 2025 rok z blisko 3 mld transakcji o wartości 441,5 mld zł, obsługując 20,7 mln aktywnych użytkowników[2]. Cały rynek e-commerce osiągnął obroty ok. 92 mld zł, rosnąc niemal dwukrotnie szybciej niż handel tradycyjny[3]. Do tego sprzedaż transgraniczna polskich sklepów rośnie w tempie ponad 25 proc. rocznie[4] – a dla sprzedawców chcących korzystać z tej dynamiki infrastruktura płatnicza staje się nie kwestią wygody, lecz przewagi konkurencyjnej.

Polska jest dziś europejskim liderem płatności odroczonych i jednym z najbardziej dynamicznych rynków e-commerce w regionie. Polscy sprzedawcy zasługują na infrastrukturę, która nie tylko odpowiada na lokalne potrzeby – BLIK, przelewy natychmiastowe, BNPL – ale jednocześnie otwiera im drzwi do całego regionu CEE bez dodatkowego wysiłku. To właśnie oferuje Paypercut: jedno wdrożenie, jeden panel, paneuropejski zasięg. Rynek wyraźnie pokazuje, że czas na takie rozwiązanie nadszedł właśnie terazzaznacza Wojciech Oleksiejuk, Country Manager Poland w Paypercut.

Paypercut przyspiesza checkout i uruchamia transgraniczne płatności

Jeszcze w tym kwartale spółka uruchomi Express Checkout – przenosząc moment płatności na stronę produktu, zanim klient dotrze do koszyka. Płatności jednym kliknięciem przez Apple Pay i Google Pay z uwierzytelnianiem biometrycznym eliminują główną przyczynę porzuconych koszyków mobilnych, dane karty nigdy nie trafiają na serwery sprzedawcy, a cały proces zamyka się w dwóch dotknięciach ekranu. To jednak nie koniec planów produktowych. Płatności transgraniczne w CEE są do dziś powolne i drogie – firmy w regionie płacą szacunkowo ponad 4 mld euro rocznie za opłaty transakcyjne i przewalutowanie. Paypercut buduje własne stablecoinowe szyny rozliczeń, startując od korytarzy EUR-PLN i EUR-RON – umożliwiając sprzedawcom przesyłanie pieniędzy przez granice natychmiast i za ułamek obecnego kosztu.

– Naszych sprzedawców nie interesuje, jaką drogą podróżują ich pieniądze – interesuje ich to, żeby dotarły natychmiast, tanio i bezpiecznie. Stablecoiny to pierwsza technologia, która pozwala nam to zapewnić we wszystkich korytarzach CEE poza strefą euro. Dla internetowych sprzedawców w CEE to nie jest drobna poprawa. To fundamentalna zmianapodkreśla Martin Palazov, Head of Expansion w Paypercut.

[1] https://www.crif.pl/aktualnosci-i-wydarzenia/aktualnosci/prawie-co-piaty-polak-korzysta-z-uslugi-bnpl/

[2] https://www.blik.com/blisko-3-mld-transakcji-blikiem-w-2025-r-i-ponad-2-mln-nowych-uzytkownikow

[3]https://kig.pl/aktualnosc-ekonomicz/e-handel-coraz-mocniejszy-w-polsce-92-mld-zl-obrotu-w-2025-r-i-rekordowe-wyniki-e-grocery/

[4] https://ecdb.com/whitepaper/cross-border-ecommerce-2025

AI w pracy bez zasad i nadzoru. Badanie Sharp pokazuje skalę zjawiska Shadow AI

Nowe badania Sharp Europe sugerują, że dla wielu organizacji infrastruktura kulturowa wspierająca otwarte, odpowiedzialne korzystanie z AI nie nadąża za samą technologią. Spowalnia to odpowiedzialne wdrażanie sztucznej inteligencji w firmach. Badania Sharp, które objęły ankietą 2 500 przedstawicieli kadry zarządzającej w MŚP na 10 rynkach europejskich, pokazują, że tzw. Shadow AI, definiowane jako wykorzystanie AI poza zatwierdzonymi kanałami lub bez wiedzy współpracowników, nie ogranicza się już do eksperymentów młodszych pracowników z nowymi narzędziami. Stało się to wzorcem na każdym szczeblu organizacji, w tym na najwyższym.

Najważniejsze wnioski:

  • 44% przedstawicieli kadry zarządzającej wykorzystuje AI bez informowania o tym kolegów, aby zyskać bardziej kompetentny wizerunek wśród pracowników
  • 45% pracowników korzysta z narzędzi AI bez wiedzy kierownictwa
  • 37% liderów użyło AI przy jakiejś pracy, nie ujawniając tego zespołowi
  • 33% liderów obawia się, że zostaną uznani za leniwych lub oszukujących, jeśli będą mówili otwarcie o korzystaniu ze sztucznej inteligencji
  • 31% liderów już obawia się, że nieśledzone korzystanie z AI stanowi realne ryzyko biznesowe

Dlaczego to wciąż się dzieje

Badania wskazują na prosty powód: organizacje inwestowały w narzędzia AI, ale nie w warunkach, które sprawiają, że ich otwarte korzystanie daje poczucie bezpieczeństwa lub wsparcia. 35% liderów twierdzi, że brakuje im pewności technicznej, 35% nie ufa w pełni wynikom AI, a 33% obawia się, że widoczne wykorzystanie AI podważy ich autorytet.

„Liderzy milczą na temat AI nie dlatego, że robią coś niewłaściwego. Milczą dlatego, że wciąż brakuje odpowiednich ram działania, polityk i wspólnego zrozumienia tego, jak powinno wyglądać właściwe wykorzystanie sztucznej inteligencji. Nie są to obawy osób sprzeciwiających się AI lecz ludzi, którzy próbują odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości bez wystarczającego wsparcia.” – mówi Roland Singer, Vice President, Sharp DX Europe.

„To tak naprawdę nie kwestia indywidualnych zachowań. Chodzi o kulturę organizacyjną. Firmy szybko wdrożyły narzędzia, ale znacznie wolniej budują zaufanie i jasno określają zasady, które pozwalają z tych narzędzi skutecznie korzystać.”

Co będzie dalej

Zdaniem ekspertów z Sharp kolejny etap wdrażania AI nie będzie dotyczył dostępu do technologii. Kluczowe staną się zaufanie, odpowiedni nadzór oraz tworzenie miejsc pracy, w których korzystanie ze sztucznej inteligencji jest transparentne i powszechnie akceptowane, zamiast odbywać się po cichu, poza wspólnie ustalonymi zasadami.

31% liderów już zdaje sobie sprawę z ryzyka. Jednak największy problem tkwi w luce między świadomością a realnym działaniem – to właśnie tam zaczyna się prawdziwa praca. „Liderzy są w najlepszej pozycji, by nadać temu kierunek – dodaje Singer. „Nie poprzez posiadanie wszystkich odpowiedzi, ale poprzez otwarte mówienie o tym, jak sami korzystają z AI. To zmienia kulturę szybciej niż jakiekolwiek regulacje.”

Badania

Ankieta zostały przeprowadzone przez Censuswide w dniach 17 czerwca 2025 – 25 czerwca 2025 i wzięło w nich udział 2 500 właścicieli firm zatrudniających od 50 do 250 pracowników w Austrii, Belgii, Francji, Niemczech, Holandii, Polsce, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii i Wielkiej Brytanii.

Rynek wtórny zaskakuje. Popyt słabnie, ale ceny mieszkań nadal rosną

Majowe dane z rynku wtórnego przynoszą historyczny przełom. Trójmiasto z przeciętną ceną 16 867 zł/mkw. wyprzedziło Kraków i stało się drugim najdroższym rynkiem mieszkaniowym w Polsce. A to nie jedyne zaskoczenie, bo choć zainteresowanie kupujących wyraźnie słabnie, ceny mieszkań używanych wciąż rosną. Wpływ na stawki ma też sama oferta. Lokal z drugiej ręki to dziś nie tylko wielka płyta czy stary blok. Blisko 15% ogłoszeń w serwisie Otodom dotyczy budownictwa po 2020 roku.

Najważniejsze informacje:

  • Spadek popytu o 5% m/m – w maju zainteresowanie lokalami z drugiej ręki (mierzone liczbą zapytań na platformie Otodom) zmalało, co jednak nie powstrzymało dalszych podwyżek.
  • +8,2% wzrostu cen r/r – Trójmiasto jest najszybciej drożejącym rynkiem w Polsce, co pozwoliło mu wyprzedzić cenowo Kraków.
  • -20% zapytań r/r w Białymstoku – popyt w miastach wschodniej i południowej Polski dosłownie tąpnął. Dwucyfrowe spadki w Białymstoku i Kielcach to korekta wykraczająca poza zwykłą sezonowość.

– Rynek wtórny wysyła sygnał, którego nie sposób zignorować. Mieszkania drożeją, choć chętnych ubywa. Ten mechanizm jest prosty. Kurcząca się podaż zdejmuje presję ze sprzedających, którzy po prostu nie muszą iść na ustępstwa i schodzić z cen – zauważa Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.

Ekspert Otodom przyznaje, że prawdziwym zaskoczeniem jest jednak to, co dzieje się w Trójmieście.

– Trójmiejski rynek wyprzedził cenowo Kraków i stał się absolutnym liderem pod względem dynamiki wzrostów (+1,9% miesiąc do miesiąca i aż +8,2% rok do roku). Wielomiesięczny trend powyżej średniej kontynuuje również Poznań (+5,1% w ujęciu rocznym). Warto jednak zauważyć, że tamtejsze stawki pozostają o ponad 4,4 tys. zł/mkw. niższe niż te w Trójmieście – dodaje Paweł Jarząbek.

TOP3 najdroższych rynków:

  1. Warszawa: 18 738 zł/mkw.
  2. Trójmiasto: 16 867 zł/mkw.
  3. Kraków: 16 785 zł/mkw.

Ile kosztuje mieszkanie z rynku wtórnego?

Spośród siedmiu największych miast Polski jedynie w Łodzi i Katowicach średnie stawki ofertowe z rynku wtórnego (na podstawie ogłoszeń z serwisu Otodom) utrzymują się poniżej granicy 10 tys. zł/mkw. Najdrożej niezmiennie jest w Warszawie – 18 738 zł/mkw. Coraz bliżej psychologicznej bariery 17 tys. zł/mkw. znajdują się z kolei Trójmiasto i Kraków. Natomiast środek stawki dopełniają Poznań i Wrocław – tam przeciętne ceny wynoszą odpowiednio 12 398 zł/mkw. i 13 575 zł/mkw.

Pod powierzchnią rosnących cen może kryć się jednak poważny problem, który dotknie obie strony transakcji. Jak zaznacza Paweł Jarząbek, najważniejszym trendem do obserwowania w kolejnych miesiącach będzie pogłębiający się rozdźwięk między kurczącym się popytem a rosnącymi cenami.

– Jeśli zainteresowanie kupujących nie wróci do marcowych poziomów, a ofert nadal będzie ubywać, rynek może wejść w fazę niskiej płynności. Scenariusz, w którym stawki rosną już tylko nominalnie, uderzy zarówno w kupujących, jak i sprzedających. Najbliższe miesiące, tradycyjnie słabsze sezonowo, będą ostatecznym testem prawdy. Czerwiec i lipiec pokażą, czy mamy do czynienia jedynie z przejściowym schłodzeniem, czy z trwalszą zmianą nastrojów – wyjaśnia menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.

Dlaczego używane mieszkanie kosztuje niemal tyle co nowe?

Rynek wtórny, choć z nazwy „używany”, w rzeczywistości ulega strukturalnej transformacji. Dziś to coraz rzadziej lokal w PRL-owskim bloku czy przedwojennej kamienicy. Niemal 15% ofert w serwisie Otodom stanowi nowoczesne budownictwo oddane do użytku po 2020 roku. Kupujący płacą więc za standard porównywalny z rynkiem deweloperskim, zyskując ogromny atut, czyli lokal gotowy do natychmiastowego zamieszkania. Zestawienie majowych stawek doskonale obrazuje ten trend. W Krakowie średnia cena ofertowa mieszkania deweloperskiego to 16 878 zł/mkw., podczas gdy na rynku wtórnym (według bazy ogłoszeń Otodom) przeciętna stawka wynosi aż 16 785 zł/mkw. Różnica jest wręcz symboliczna. Podobny pułap widać w Trójmieście, gdzie nowy lokal kosztuje średnio 17 635 zł/mkw., a używany wystawiony w serwisie Otodom – 16 867 zł/mkw.

Popyt słabnie, a mapa Polski pęka na pół

Majowe dane ostatecznie zweryfikowały wiosenny, marcowy zryw kupujących jako zjawisko chwilowe. Rynek wtórny szybko wrócił do poziomów z początku roku. Popyt skurczył się o 5% miesiąc do miesiąca. To oznacza, że w 13 monitorowanych przez Otodom miastach łączna aktywność poszukujących zamknęła się w liczbie 103 177 zapytań.

Rozkład sił na mapie Polski jest jednak skrajnie nierówny. Warszawa, Wrocław i Poznań to rynki z bardzo silnym popytem, zarówno w ujęciu bezwzględnym, jak i rocznym. Stolica dominuje też strukturalnie, skupiając ponad 37% wszystkich zapytań z 13 analizowanych miast, a wzrost o 8% rok do roku sugeruje realny, trwały popyt, a nie jedynie efekt bazy ogłoszeń.

– Do grona pozytywnych zaskoczeń należą rynki nadmorskie. Szczecin oraz pędzące cenowo Trójmiasto okazały się w maju jedynymi ośrodkami w Polsce, które zanotowały wzrost zainteresowania w ujęciu miesięcznym. Zupełnie inne nastroje panują na południu i wschodzie kraju, gdzie widać wyraźne załamanie. Miasta takie jak Białystok (-20% r/r) czy Kielce (-12% r/r) notują głębokie, dwucyfrowe spadki zainteresowania. Na tych rynkach korekta popytu ma już charakter strukturalny, zdecydowanie wykraczający poza zwykłą sezonowość – podsumowuje Paweł Jarząbek.

Miasta z najniższym popytem m/m:

  1. Białystok: 1 791 (-19,1% m/m).
  2. Kielce: 1 355 (-15,6% m/m)
  3. Bydgoszcz: 3 266 (-10,1% m/m)

Thorium Space i Creotech Instruments łączą siły w obszarze komunikacji satelitarnej

Thorium Space podpisało z Creotech Instruments S.A. umowę o współpracy technologicznej i biznesowej w obszarze nowoczesnych systemów komunikacji satelitarnej. Porozumienie obejmuje m.in. wspólny rozwój technologii i produktów oraz oferowanie kompleksowych systemów satelitarnych dla klientów komercyjnych, instytucjonalnych i sektora obronnego.

Partnerstwo umożliwia obu spółkom potencjalne wykorzystanie swoich produktów i technologii w wybranych obszarach współpracy. Thorium Space dostosuje swoje rozwiązania komunikacji satelitarnej i payloady telekomunikacyjne do integracji z platformą satelitarną HyperSat, przy wykorzystaniu kompetencji Creotech Instruments w zakresie integracji i realizacji misji kosmicznych. Współpraca uwzględnia także wymianę wiedzy i doświadczeń oraz możliwość wspólnego udziału w przyszłych inicjatywach technologicznych lub biznesowych.

Aktualnie trwają prace nad koncepcją wspólnej misji, która planowana jest do zgłoszenia w ramach programów Europejskiej Agencji Kosmicznej. W dalszej perspektywie partnerzy planują realizację operacyjnych misji satelitarnych wykorzystujących rozwijane technologie komunikacyjne w zastosowaniach komercyjnych i rządowych.

Jednym z potencjalnych obszarów współpracy są technologie związane z bezpieczeństwem i odpornością systemów komunikacji satelitarnej. Thorium koncentruje się na rozwiązaniach umożliwiających bezpieczne przekazywanie danych pomiędzy satelitami a użytkownikami końcowymi z wykorzystaniem dedykowanej infrastruktury satelitarnej. Z kolei Creotech Instruments S.A., największy polski integrator misji kosmicznych i producent platform satelitarnych, po uzyskaniu flight heritage oraz przy rosnącym zainteresowaniu swoimi rozwiązaniami, rozwija kolejne generacje platform satelitarnych z myślą o szerokim zakresie zastosowań, w tym również w segmencie SATCOM.

W Thorium Space rozwijamy technologie komunikacji satelitarnej odpowiadające na rosnące zapotrzebowanie rynku europejskiego w zakresie bezpiecznej i niezależnej łączności. Partnerstwo z Creotech Instruments pozwala połączyć rozwijane przez nas payloady telekomunikacyjne i technologie SATCOM z dojrzałą platformą satelitarną HyperSat oraz kompetencjami integracyjnymi partnera. To ważny krok w kierunku budowy kompleksowych systemów satelitarnych rozwijanych
w Polsce i oferowanych na rynkach międzynarodowych
– powiedział dr Piotr Mierzejewski, Prezes Thorium Space.

Porozumienie otwiera możliwość rozmów o stworzeniu kompleksowych rozwiązań obejmujących zarówno segment kosmiczny, jak i naziemny dla rynku secure SATCOM oraz technologii dual-use.

Creotech Instruments od dłuższego czasu z zainteresowaniem przygląda się rozwojowi spółki Thorium Space. Dziś robimy kolejny krok – podjęliśmy decyzję o zacieśnieniu współpracy. Obszar telekomunikacji to segment sektora kosmicznego, który w najbliższych latach przeżyje swój renesans w Europie. Dlatego nowe platformy satelitarne opracowywane przez naszą spółkę w pełni przystosowane są do zastosowań w tym segmencie. Bliska współpraca z Thorium Space przybliża nas do tego celu – skomentował dr hab. Grzegorz Brona, Prezes Creotech Instruments S.A.

Thorium Space zakłada, że porozumienie przyspieszy komercjalizację rozwijanych technologii SATCOM oraz wzmocni pozycję spółki w obszarze secure SATCOM, technologii dual-use i niezależnych systemów komunikacji satelitarnej.

AI zmienia globalny eksport. Europa może zostać w tyle

Sztuczna inteligencja wyszła już poza fazę eksperymentów wśród eksporterów i staje się częścią ich codziennej działalności. W globalnym badaniu Allianz Trade z 2026 r. mniej niż 1% eksporterów twierdzi, że w ogóle nie korzysta ze sztucznej inteligencji. W opinii Aylin Somersan Coqui, dyrektor generalnej Allianz Trade, pytanie nie brzmi już „kto ją wdroży?”, ale „kto potrafi przekształcić wdrożenie w przewagę?”.

Według badania Allianz Trade Global Survey z 2026 r. nowi liderzy w dziedzinie sztucznej inteligencji wcale nie znajdują się tam, gdzie można by się tego spodziewać. Badanie, w którym wzięło udział 6000 firm z 13 rynków[1] , zostało przeprowadzone w dwóch etapach w lutym i końcu marca 2026 r. i ujawnia uderzający paradoks. Prawie połowa firm (43%) wdrożyła już sztuczną inteligencję na dużą skalę w wielu obszarach swojej działalności, ale tylko jedna trzecia (32%) z nich twierdzi, że jest ona w pełni zintegrowana z ich podstawową strategią. Ta rozbieżność ma znaczenie.

Wykorzystanie sztucznej inteligencji do automatyzacji zadań to co prawda postęp, ale wykorzystanie jej do przekształcania decyzji, produktów i dróg dotarcia do rynku to źródło przewagi konkurencyjnejwyjaśnia Aylin Somersan Coqui, dyrektor generalna Allianz Trade.

Eksporterzy z rynków wschodzących przejmują inicjatywę w zakresie strategicznej integracji AI w firmach. Chiny (41%), Zjednoczone Emiraty Arabskie (40%) i Brazylia (36%) przodują w umieszczaniu sztucznej inteligencji w centrum strategii. Tymczasem niektóre gospodarki rozwinięte pozostają bardziej ostrożne: tylko 22% firm w Wielkiej Brytanii i 21% w Singapurze określa AI jako kluczową. Wdrożenia operacyjne są również szeroko rozpowszechnione: Wietnam przoduje na świecie pod względem wdrożeń na dużą skalę (53%), a Singapur również zajmuje wysoką pozycję (51%). Nowa geografia AI staje się więc coraz mniej przewidywalna.

Rosnąca przepaść w oczekiwaniach

Prawdziwą przepaścią nie jest jednak wdrażanie. Jest nią wiara. Eksporterzy z rynków wschodzących są znacznie bardziej optymistyczni co do krótkoterminowych korzyści, a ta pewność wydaje się napędzać inwestycje. W Indiach 61% firm przewiduje, że sztuczna inteligencja zwiększy obroty eksportowe o 10% lub więcej w ciągu 12 miesięcy.

Oczekiwania te są znacznie wyższe niż w niektórych częściach Europy, gdzie tylko 18–24% spośród firm przewiduje porównywalny wpływ integracji narzędzi AI na ich wzrost. Różnica ta sugeruje, że eksporterzy z rynków wschodzących postrzegają sztuczną inteligencję nie jako stopniowy wzrost wydajności, ale jako szansę na wyprzedzenie konkurencji.

Inwestycje rosną, ale bariery strukturalne ograniczają ekspansję

Wzory wydatków odzwierciedlają ten optymizm. W Indiach 65% eksporterów przeznacza ponad 20% swoich budżetów IT na sztuczną inteligencję, a Brazylia (51%) i Zjednoczone Emiraty Arabskie (41%) również wykazują duże zaangażowanie. Europa natomiast pozostaje bardziej powściągliwa: Hiszpania (25%), Wielka Brytania (26%) i Włochy (28%) plasują się na dolnym końcu skali intensywności inwestycji.

Na wszystkich rynkach największą przeszkodą dla inwestycji w sztuczną inteligencję nie jest ani entuzjazm, ani koszty początkowe, ale brak dowodów na zwrot z inwestycji. Niepewność co do zwrotu z inwestycji deklaruje 35% firm w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, 31% w Singapurze i Niemczech oraz 30% w Stanach Zjednoczonych, co wskazuje, że wdrożenie wyprzedziło wymierne zyski. W innych regionach czynnikiem ograniczającym jest dostępność talentów. Na niedobór umiejętności wskazuje 31% firm w Chinach i Indiach, 30% w Wietnamie oraz 28% we Francji, co podkreśla globalną walkę o talenty w dziedzinie sztucznej inteligencji.

Przed nami gospodarka AI o dwóch prędkościach

Dane z badania Allianz Trade Global Survey z 2026 r. sugerują powstanie globalnego krajobrazu o dwóch prędkościach. Eksporterzy w Indiach, Brazylii i Zjednoczonych Emiratach Arabskich wdrażają sztuczną inteligencję, angażują kapitał, włączają ją w strategię swoich firm i oczekują szybkich, namacalnych zwrotów. Tymczasem większość firm w Europie i Ameryce Północnej, choć równie zaangażowanych we wdrażanie, postępuje z większą ostrożnością, napotykając ograniczenia bardziej wymagających progów zwrotu z inwestycji i wyrażając w związku z tym bardziej stopniowe oczekiwania z nią związane.

Ta rozbieżność może również wynikać z różnych punktów wyjścia. Mniejsza presja konkurencyjna, wyższy poziom wydajności oraz niska tolerancja na ryzyko (nietrafionej inwestycji) mogą sprzyjać mniej ambitnemu wdrażaniu sztucznej inteligencji w niektórych gospodarkach rozwiniętych. Dla inwestorów i decydentów konsekwencje są oczywiste. Rynki, na których znaczne inwestycje idą w parze z wysokimi oczekiwaniami, mogą przynieść znaczny wzrost wyników, ale mogą też spotkać się z dużym rozczarowaniem, jeśli zyski nie spełnią oczekiwań. Najbliższe 12 miesięcy powinno pokazać, czy entuzjazm przełoży się na wymierny wzrost eksportu, marż i wydajności tych firm.

[1] Brazylia, Chiny, Francja, Niemcy, Indie, Włochy, Polska, Singapur, Hiszpania, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i Wietnam

Ropa znów drożeje. Bliski Wschód pozostaje jednym z głównych ryzyk dla globalnej gospodarki

Mimo zapewnień prezydenta Donalda Trumpa z ubiegłego tygodnia porozumienie z Iranem nie zostało jeszcze zawarte, a uczestnicy rynku obserwują jedynie kruche zawieszenie broni. Jego trwałość pozostaje niepewna, ponieważ w ostatnich dniach pojawiały się doniesienia o kolejnych wymianach ataków między USA a Iranem, co zwiększa ryzyko ponownej eskalacji konfliktu. Sytuacja na Bliskim Wschodzie po raz kolejny pokazuje, jak silnie rynek ropy jest związany z kondycją światowej gospodarki. Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wskazuje, że konflikt w regionie stał się jednym z kluczowych zagrożeń dla globalnego wzrostu, ponieważ ogranicza podaż surowców energetycznych, podnosi koszty transportu i zwiększa niepewność na rynkach finansowych. Szczególne znaczenie ma Cieśnina Ormuz, przez którą w 2025 roku przechodziło około 20% światowej produkcji ropy i produktów ropopochodnych oraz 25% morskiego handlu ropą. Zakłócenia żeglugi w tym rejonie doprowadziły już do wzrostu cen energii, a dłuższy kryzys mógłby mieć znacznie poważniejsze konsekwencje dla gospodarek importujących surowce energetyczne.

OECD ostrzega, że w scenariuszu przedłużających się zakłóceń inflacja na świecie mogłaby być wyższa o około 0,4 pkt proc. w 2026 roku i o 1,3 pkt proc. w 2027 roku. Oznaczałoby to, że ropa stałaby się nie tylko problemem rynku energii, ale także czynnikiem utrudniającym stabilizację cen w całej gospodarce. Największe zagrożenie polega na jednoczesnym osłabieniu wzrostu gospodarczego i nasileniu presji inflacyjnej. Taka kombinacja jest szczególnie trudna dla rządów i banków centralnych, ponieważ tradycyjne narzędzia polityki gospodarczej działają wtedy w sprzecznych kierunkach. Podwyżki stóp procentowych mogą pomagać w ograniczaniu inflacji, ale jednocześnie pogłębiają spowolnienie gospodarcze. Z kolei wsparcie fiskalne dla gospodarstw domowych i firm może łagodzić skutki droższej energii, lecz przy ograniczonej podaży ropy może dodatkowo zwiększać popyt i wzmocnić presję cenową. Problem jest tym większy, że wiele państw ma już wysoki poziom długu publicznego, co ogranicza ich możliwości reagowania na kryzys. W tym kontekście OECD zakłada w innym raporcie, że Bank Anglii nie podniesie stóp procentowych w tym roku, mimo że średnioroczna inflacja w Wielkiej Brytanii ma wynieść 3,7%, czyli o 170 pb powyżej celu inflacyjnego BoE.

W pesymistycznym scenariuszu opisanym przez OECD globalny wzrost mógłby spaść do 2,1% w 2026 roku i 1,8% w 2027 roku, czyli do poziomów rzadko obserwowanych poza tak dużymi kryzysami jak globalny kryzys finansowy z lat 2008–2009 czy pandemia COVID-19. Część gospodarek mogłaby wejść w recesję lub znaleźć się na jej granicy, a pogorszenie nastrojów inwestycyjnych mogłoby osłabić również sektory uznawane obecnie za źródło odporności gospodarki, w tym inwestycje związane ze sztuczną inteligencją. Wyższe ceny ropy, słabszy popyt i większa zmienność na rynkach finansowych tworzyłyby środowisko, w którym przedsiębiorstwa ostrożniej podejmowałyby decyzje dotyczące rozwoju, zatrudnienia i finansowania nowych projektów.

Jeśli kryzys będzie się przedłużał, ropa może stać się czynnikiem pogłębiającym globalne spowolnienie i zmuszającym banki centralne oraz rządy do podejmowania kosztownych, trudnych decyzji. W tym sensie sytuacja na Bliskim Wschodzie jest jednym z głównych ryzyk dla stabilności gospodarki światowej w najbliższych latach. Ropa Brent odrobiła ponad 9-procentowe spadki z ubiegłego tygodnia, a sierpniowe kontrakty terminowe na tę odmianę surowca na giełdzie ICE Futures Europe są wyceniane na 97,93 USD za baryłkę.

Izba AI: strategia sztucznej inteligencji to dobry fundament, teraz potrzebny jest AI Action Plan

AI Chamber (Izba AI) reaguje na rządową politykę rozwoju sztucznej inteligencji do 2030 roku i wskazuje kierunki dalszego rozwoju.

  • AI Chamber (Izba AI) w imieniu reprezentowanych podmiotów przedstawiła w Ministerstwie Cyfryzacji nowe stanowisko do projektu „Polityka rozwoju sztucznej inteligencji w Polsce do 2030 r.”. Izba pozytywnie ocenia rządowy projekt, wskazując jednocześnie na konieczność dopracowania szczegółów wdrożenia i przedstawiając dodatkowe rekomendacje.
  • Kluczowe postulaty Izby dotyczą opracowania zwięzłego „AI Action Plan” pisanego językiem przedsiębiorcy, konsekwentnego wdrażania przez administrację publiczną zasady „Lead by Example”, tak by pilotaże AI w szpitalach i sądach wyznaczały standardy etyki i jakości dla całego rynku, a także rozpoczęcie prac legislacyjnych nad systemową “Ulgą na adopcję AI”.
  • Izba podtrzymuje zastrzeżenia wobec trzech nierozwiązanych kwestii: ochrony innowacji przed nadmiernym wpływem organizacji zarządzania zbiorowego (OZZ), ryzyka monopolizacji rynku przez model PLLuM oraz ograniczenia map sektorowych wyłącznie do obszarów krytycznych.

AI Chamber – instytucja działająca na rzecz rozwoju AI w regionie Europy Środkowo-Wschodniej – z uznaniem przyjmuje przyjętą w kwietniu 2026 roku „Politykę rozwoju sztucznej inteligencji w Polsce do 2030 r.” i dostrzega w niej solidną podstawę do budowania polskiej pozycji w globalnym wyścigu technologicznym.

Izba z satysfakcją odnotowuje, że w finalnej wersji dokumentu znalazły odzwierciedlenie kluczowe postulaty zgłaszane przez środowisko biznesowe. Wśród ważnych zmian warto wymienić urealnienie wskaźników adopcji AI w sektorze MŚP – cel został obniżony z 50% do bardziej osiągalnych 34% – a także wyznaczenie konkretnej daty uruchomienia piaskownic regulacyjnych na 2 sierpnia 2026 roku. Strategia zyskała również na czytelności dzięki wyraźnemu podziałowi wskaźników na produktowe i rezultatowe, co sprzyja transparentnemu monitorowaniu postępów. Wzmocniono także rolę gospodarczą Strategii poprzez uwzględnienie Ministerstwa Rozwoju i Technologii jako współodpowiedzialnego za wdrażanie Map sektorowych i wsparcie MŚP.

Równocześnie, w drugim stanowisku złożonym do Ministerstwa Cyfryzacji, AI Chamber wskazuje przestrzeń do uzupełnienia dokumentu o zwięzły, maksymalnie dwustronicowy plan operacyjny na 2-4 lata „AI Action Plan”– napisany językiem zrozumiałym przede wszystkim dla przedsiębiorców. Taki dokument mógłby pełnić rolę praktycznego drogowskazu dla firm planujących inwestycje w Polsce i stać się realnym narzędziem komunikacji strategii z rynkiem.

Izba zwraca też uwagę na szczególną rolę administracji publicznej, która wdrażając AI w usługach publicznych, szpitalach czy sądach – powinna konsekwentnie realizować zasadę „Lead by Example”. Odpowiedzialne, sprawne i godne zaufania stosowanie technologii przez sektor publiczny to najskuteczniejsza droga do budowania szerokiego zaufania społecznego do sztucznej inteligencji.

Osobnym, istotnym postulatem Izby jest wprowadzenie do strategii instrumentów fiskalnych wspierających powszechną adopcję AI – nie tylko działalność badawczą. AI Chamber wnosi o podjęcie prac legislacyjnych nad systemową „Ulgą na adopcję AI”, która umożliwiałaby przedsiębiorcom odliczenie od podstawy opodatkowania kwoty przekraczającej 100% wydatków kwalifikowanych – obejmujących licencje, moc obliczeniową w chmurze czy doradztwo wdrożeniowe. Zdaniem Izby taki mechanizm mógłby stać się najskuteczniejszym impulsem do przyspieszenia wdrożeń AI w polskim sektorze MŚP.

  • Polska polityka AI to krok w dobrym kierunku – widzimy w niej rzetelną pracę i otwartość na dialog z branżą. Wierzymy, że uzupełnienie jej o prosty, operacyjny plan działania pozwoli przełożyć ambitne cele na konkretne inwestycje i sukcesy polskich firm. Silny rodzimy ekosystem AI to korzyść dla całej Europy Środkowo-Wschodniej.podkreśla Tomasz Snażyk, CEO AI Chamber.

W duchu otwartego dialogu AI Chamber sygnalizuje również kilka obszarów, które w jej ocenie warto rozważyć w kolejnych etapach wdrażania Strategii. Izba zachęca do refleksji nad zachowaniem właściwej równowagi między interesami organizacji zarządzania zbiorowego (OZZ) a potrzebami dynamicznie rozwijającego się sektora innowacji. Zwraca też uwagę, że zbyt silna promocja jednego, państwowego modelu językowego, jakim jest PLLuM, może niezamierzenie zawęzić przestrzeń dla prywatnych rozwiązań komercyjnych, lepiej dopasowanych do potrzeb rynku. Izba sugeruje ponadto, by mapy wdrożeń koncentrowały się jedynie na sektorach krytycznych, pozostawiając sektorom komercyjnym – takim jak e-commerce – swobodę rynkową, bez potrzeby regulacyjnego sterowania.

AI Chamber pozostaje do dyspozycji Ministerstwa Cyfryzacji oraz wszystkich interesariuszy w dalszych pracach nad wdrożeniem nowej polityki i liczy na kontynuację konstruktywnego dialogu, który zaowocował tak wieloma pozytywnymi zmianami w przyjętym dokumencie.

RPP bez niespodzianki, ale rynki czekają na Glapińskiego. Kurs dolara zyskuje, ropa znów drożeje

RPP wczoraj nie zaskoczyła, a czy może to zrobić szef NBP? Stabilność amerykańskiego rynku pracy pomaga Fed i USD. Forex jeszcze spokojny, giełdy coraz bardziej niepewne, a ropa znowu rozgrzana, czyli kolejna fala eskalacji w Zatoce Perskiej.

Rada w miejscu

Kiedy wczorajsze obrady Rady Polityki Pieniężnej się przedłużały i wreszcie przeciągnęły poza godz. 15, to mały dreszczyk emocji mógł się pojawić gdzieś z tyłu głowy. Jednak był to peak poruszenia wokół tego wydarzenia, ponieważ ostatecznie RPP zgodnie z powszechnym konsensusem (wszyscy ankietowani analitycy tak obstawiali) pozostawiła stopy procentowe na niezmienionym poziomie (referencyjna to 3,75%). W komunikacie do wczorajszej decyzji Rada zwróciła uwagę na niepewność wokół dalszego rozwoju sytuacji gospodarczej wobec wydarzeń geopolitycznych (chociaż nie jest to napisane wprost, to głównym zmartwieniem pozostaje oczywiście konflikt na Bliskim Wschodzie). Równocześnie decydenci zwrócili uwagę na najważniejsze dane makro (PKB, inflacja, rynek pracy), których wskaźniki również nie zmuszają władzy monetarnej do wykonywania gwałtownych ruchów. Decyzja zgodna z oczekiwaniami i wyważony komunikat nie mogły znacząco wpłynąć na notowania złotego, który pozostaje stabilny na forex. Już dziś o godz. 15 stanowisko RPP na konferencji będzie argumentował prezes NBP. Czy Adam Glapiński wprowadzi więcej emocji do monetarnej układanki?

Low hire, low fire potwierdzone

W przeciwieństwie do RPP we wtorek zaskoczył odczyt JOLTS z USA (za kwiecień). Liczba dostępnych etatów wzrosła zdecydowanie powyżej oczekiwań i poprzedniego miesiąca (oba po 6,8 mln) do 7,6 mln, co było najwyższym rezultatem od prawie 2 lat. Podczas gdy liczba wolnych miejsc pracy gwałtownie wzrosła, tempo zatrudnienia spadło. Firmy zatrudniły łącznie 5,1 miliona pracowników, co stanowi spadek o 419 tys. w porównaniu z marcem. Jednak liczba zwolnień również nieznacznie spadła do 1,7 mln. Liczba odejść, czyli wskaźnik mobilności pracowników i pewności co do znalezienia nowej pracy, spadła do niecałych 3 mln, co stanowi najniższy poziom od sierpnia 2020 roku. Podsumowując, wczorajszy raport raz jeszcze potwierdza status low-hire, low-fire amerykańskiego rynku pracy. Taki stan można uznać za stabilność tego kluczowego obszaru, który stanowi (obok inflacji) jeden z dwóch mandatów Fed. Skoro rynek pracy nie wykazuje oznak słabości, a raczej potwierdza stabilność, to bank centralny ma jedno zmartwienie mniej i równocześnie potwierdza się scenariusz przynajmniej utrzymywania poziomu stóp procentowych. Ten układ to sygnał dla umocnienia USD.

Rynkowa fala eskalacji

Mimo wszystko najmocniejszy sygnał dla umocnienia USD ponownie nadszedł z Zatoki Perskiej. Kolejna fala eskalacji, której początku możemy szukać w niesłabnącej ofensywie Izraela na Liban, a której następstwem są irańskie ataki na państwa arabskie, w praktyce wyrzuca do kosza (niby już całkiem niedalekie) porozumienie. Głównie pod wpływem bliskowschodnich impulsów kurs EUR/USD raz jeszcze skierował się do 1,16 $, który na moment pisania tych słów pozostaje skuteczną barierą. A to oznacza, że pomimo napiętej sytuacji geopolitycznej zmienność na forex pozostaje ograniczona. Beneficjentem tej stabilności jest polski złoty, który utrzymuje dobrą pozycję na rynku walutowym. Przed godz. 10 kurs dolara nie przekracza 3,65 zł, a kurs euro balansuje na 4,24 zł. Ponownie jedną z najbaczniej oglądanych par staje się USD/JPY, który docierając do poziomu 160 JPY, rozgrzewa spekulacje o możliwej interwencji Banku Japonii. Na rynkach kapitałowych po mieszanej sesji w Azji otrzymaliśmy słabe otwarcie w Europie. Za rynkami bazowymi podąża GPW, gdzie WIG20 w pierwszej godzinie handlu znalazł się na lekkim minusie. Z oczywistych względów najbardziej rozgrzany jest rynek ropy naftowej, europejski benchmark Brent rośnie o 2% do 98 USD za baryłkę (kontrakt sierpniowy).

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:15 – USA – Zmiana pozarolniczego zatrudnienia AD

Biofund i ACRX nawiązały porozumienie ws. rozwoju projektu multiQure w ramach spółki Pure Biologics

multiQure, nowatorski projekt przełomowej terapii RNAi na chorobę Huntingtona, jest coraz bliżej upublicznienia. Biofund, główny inwestor projektu, podpisał list intencyjny z ACRX, obecnie największym akcjonariuszem notowanej na GPW Pure Biologics w sprawie wprowadzenia do Spółki aportem innowacyjnej platformy RNAi w zamian za jej akcje oraz konwersji na akcje pożyczki udzielonej przez ACRX. Wspomniane deklaracje będą przedmiotem głosowania na NWZA Spółki odbywającym się 10 czerwca br. Zgoda zgromadzenia będzie istotnym krokiem na drodze do wprowadzenia projektu na giełdę. Stroną listu intencyjnego jest również spółka Pure Biologics.

Porozumienie z ACRX jest bardzo ważnym sygnałem: istotny akcjonariusz chce współpracować z nami w zakresie sprawnej transformacji Spółki. Biofund poprzez wprowadzenie do Pure Biologics projektu multiQure zamierza dać dotychczasowym akcjonariuszom ekspozycję na terapię wycenianą przez niezależnych doradców na ponad 400 mln zł oraz pozwolić nowym inwestorom dołączyć do rozwoju projektu. Porozumienie jest dowodem na realizację działań w pełnej zgodzie z dotychczasowym głównym akcjonariuszem, który dzięki konwersji pożyczki na akcje zwiększy swoje zaangażowanie w nowej strukturze akcjonariatu – komentuje dr Kris Siemionow, czołowy inwestor projektu multiQure, jeden z udziałowców funduszu Biofund.

Na podstawie listu intencyjnego, Biofund Capital Management zadeklarował wolę wprowadzenia do spółki projektu multiQure w zamian za nowo wyemitowane akcje serii Q. W przypadku pozytywnej decyzji NWZA Biofund będzie posiadał po dojściu emisji do skutku 49,99% akcji Spółki. ACRX zamierza natomiast objąć akcje serii R w zamian za konwersję pożyczki udzielonej spółce Pure Biologics celem obniżenia jej zadłużenia. Dodatkowo, Pure Biologics wyraziło wolę przeprowadzenia emisji akcji serii S, w ramach której zamierza pozyskać środki na rozwój projektu multiQure.

Naszym zamiarem jest zaszczepienie na polskim rynku kapitałowym amerykańskiego modelu biotechnologii. Celem na nadchodzące 2 lata jest przygotowanie i podanie naszej terapii pierwszym pacjentom oraz uzyskanie jej wstępnych wyników. Właśnie to jest naszym wyróżnikiem na tle krajowego ekosystemu – chcemy jak najszybciej doprowadzić do momentu „sprawdzam” – komentuje Tomasz Nocuń, szef projektu multiQure.

Sztandarowym aktywem w portfolio multiQure jest platforma RNAi, rewolucyjna terapia na chorobę Huntingtona i inne choroby poliglutaminowe. Technologia opracowana przez multiQure uderza w przyczynę choroby, zatrzymując jej postęp, a przy odpowiednio wczesnym i właściwym zastosowaniu ma potencjał zapobiegania wystąpieniu jej objawów. Kolejną ogromną zaletą jest jednorazowy charakter zabiegu. Potencjał ekonomiczny projektu był przedmiotem wyceny ekspertów firmy Baker Tilly, którzy oszacowali jego wartość na obecnym etapie na 111,3 mln USD, co w przeliczeniu na PLN wynosi ponad 400 mln zł.

Chińscy cyberprzestępcy atakują Europę i Polskę. Wykorzystują popularne programy: Discord i usługi Microsoftu

0

Analitycy ESET wykryli nową serię cyberataków wymierzonych w europejskie instytucje rządowe, w tym te w Polsce. Stoi za nimi powiązana z Chinami grupa Webworm. Co ciekawe, przestępcy do szpiegowania i kradzieży danych wykorzystywali popularne, codzienne narzędzia – platformę Discord oraz chmurę OneDrive.

Chińska grupa cyberprzestępców Webworm, która dotychczas działała głównie w Azji, przeniosła swoje działania do Europy. Zaatakowała organizacje rządowe m.in. w Polsce, Belgii, Włoszech i Hiszpanii. Cyberprzestępcy sterowali swoimi złośliwymi programami za pomocą komunikatora Discord oraz biznesowych usług Microsoftu (takich jak dysk sieciowy OneDrive). Analitycy ESET odszyfrowali ponad 400 wiadomości na Discordzie, co pozwoliło odkryć serwer cyberprzestępców i namierzyć ponad 50 zainfekowanych celów.

Jak działali cyfrowi szpiedzy z Webworm?

Grupa Webworm sięgnęła po sprytną taktykę: zamiast tworzyć od zera skomplikowaną infrastrukturę, która szybko wzbudziłaby podejrzenia systemów ochronnych, ukrywała swój ruch wewnątrz legalnych programów, z których korzystają miliony ludzi na świecie. Eksperci zidentyfikowali dwa nowe, ukryte programy szpiegujące (tzw. backdoory), które otwierały atakującym tylne furtki do komputerów ofiar. EchoCreep wykorzystywał popularny wśród graczy i społeczności komunikator Discord do wysyłania raportów z zainfekowanego komputera i odbierania rozkazów. GraphWorm podszywał się pod ruch związany z usługami Microsoftu i używał dysku OneDrive do wykradania informacji o ofiarach oraz pobierania nowych zadań dla wirusa.

Skala i cele ataku

Przełom nastąpił, gdy analitycy ESET rozszyfrowali komunikację grupy Webworm. Dzięki temu trafili na ślady ukrytych serwerów i narzędzi grupy.

  • Udało nam się odzyskać polecenia wykonywane z jednego z serwerów, co dało nam wgląd w potencjalne techniki używane przez tę grupę. Wykorzystywano m.in. open-source’owy skaner podatności, co pozwoliło nam także zidentyfikować niektóre z ich głównych celów – wyjaśnia Eric Howard, analityk firmy ESET, który wykrył najnowszą aktywność grupy Webworm.

Z analizy wynika, że celem cyberprzestępców jest przede wszystkim szpiegostwo i kradzież dokumentów. Na przełomie 2025 i 2026 roku wykorzystywali oni również chmurę Amazon Web Services (AWS) do wyprowadzania skradzionych danych. Analitycy potwierdzili m.in. wyciek poufnych plików z instytucji rządowej w Hiszpanii. Przedstawiciele ESET potwierdzają, że grupa wciąż działa, więc europejskie instytucje – w tym polskie – powinny przygotować się na kolejne próby ataków.

UOKiK bierze pod lupę Nocowanie.pl. Chodzi o opinie, rezerwacje i informacje dla klientów

Prezes UOKiK postawił spółce Nocowanie.pl zarzuty naruszenia zbiorowych interesów konsumentów. Urząd kwestionuje przede wszystkim sposób prezentowania opinii o obiektach noclegowych, brak jasnej informacji o ich weryfikacji oraz możliwość wyłączania panelu ocen przez właścicieli obiektów. Postępowanie może zakończyć się karą do 10 proc. obrotu osiągniętego w poprzednim roku.

Nocowanie.pl to jedna z rozpoznawalnych platform umożliwiających wyszukiwanie i rezerwację noclegów w Polsce oraz za granicą. Dla wielu użytkowników kluczowym elementem przy wyborze konkretnego miejsca są opinie innych gości. Zdaniem UOKiK konsumenci korzystający z portalu mogą jednak nie wiedzieć, czy recenzje rzeczywiście pochodzą od osób, które nocowały w danym obiekcie.

Opinie o noclegach bez jasnej informacji o weryfikacji

Zastrzeżenia Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów dotyczą przede wszystkim tego, że serwis nie informuje w wystarczająco jasny sposób, czy opinie użytkowników są weryfikowane i według jakich zasad. Tymczasem przepisy wymagają, aby przedsiębiorca publikujący recenzje konsumentów wskazał, czy sprawdza ich autentyczność oraz w jaki sposób to robi.

Ma to istotne znaczenie dla osób rezerwujących nocleg. Konsument, który podejmuje decyzję na podstawie ocen i komentarzy, powinien wiedzieć, czy dana opinia została wystawiona przez faktycznego gościa, czy może przez osobę, której pobytu w obiekcie nikt nie potwierdził.

– Konsument, który rezerwuje nocleg i sugeruje się zamieszczoną opinią, powinien wiedzieć, czy właściciel portalu weryfikuje opinie i jakie procedury stosuje w tym celu. Nie spełniając tego obowiązku, spółka Nocowanie.pl może wprowadzać użytkowników swojego serwisu w błąd, a konsumenci mogą mieć mylne przekonanie, że recenzje wystawiły osoby, które faktycznie nocowały w danym miejscu – wskazuje Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.

Panel ocen można wyłączyć. UOKiK mówi o ryzyku manipulacji

Drugim istotnym elementem sprawy jest możliwość wyłączenia panelu ocen przez właścicieli obiektów. Jak wskazuje UOKiK, Nocowanie.pl umożliwia gospodarzom rezygnację z wyświetlania recenzji. W praktyce oznacza to, że dotychczas opublikowane opinie znikają, a użytkownicy nie mogą dodawać nowych. Funkcję można następnie ponownie włączyć.

Według Urzędu taka praktyka może prowadzić do manipulowania ocenami. Właściciel obiektu mógłby bowiem ukryć panel w momencie, gdy pojawi się dużo niekorzystnych komentarzy, a przywrócić go wtedy, gdy sytuacja będzie dla niego bardziej korzystna wizerunkowo. Konsument oglądający ofertę bez recenzji nie wie natomiast, czy obiekt rzeczywiście nie miał opinii, czy też zostały one ukryte.

– Możliwość wyłączania, a następnie włączania panelu ocen stwarza ryzyko manipulacji. Konsument widząc ofertę bez recenzji nie wie, czy ich nie było, czy też właściciel obiektu przestał je pokazywać, bo były dla niego niekorzystne. Przypominam, że zniekształcanie opinii konsumentów o produktach czy usługach, w tym ukrywanie negatywnych ocen, jest nieuczciwą praktyką rynkową – podkreśla Tomasz Chróstny.

UOKiK zwraca uwagę, że Nocowanie.pl nie informuje użytkowników o tym, że przedsiębiorcy korzystający z serwisu mogą ingerować w widoczność panelu ocen. Z punktu widzenia klienta ma to znaczenie, ponieważ brak opinii może zostać odebrany jako neutralna informacja, a nie efekt decyzji właściciela obiektu.

Klient powinien wiedzieć, z kim zawiera umowę

Urząd zarzuca spółce również niedopełnienie obowiązków informacyjnych dotyczących statusu gospodarzy. Na podstronach z ofertami noclegów ma brakować informacji, czy właściciel obiektu działa jako przedsiębiorca, czy jako osoba fizyczna.

To istotne, ponieważ od statusu drugiej strony transakcji zależy zakres ochrony prawnej klienta. Jeśli umowa jest zawierana z przedsiębiorcą, konsumentowi przysługują określone prawa wynikające z przepisów konsumenckich. Jeśli natomiast druga strona nie działa jako przedsiębiorca, sytuacja prawna może wyglądać inaczej.

Zdaniem UOKiK brak takiej informacji może utrudniać użytkownikom ocenę, jakie prawa będą im przysługiwać po dokonaniu rezerwacji.

Niejasna rola samego portalu

Kolejny zarzut dotyczy sposobu przedstawienia roli Nocowanie.pl w procesie rezerwacji. Z regulaminu dostępnego na stronie wynika, że serwis udostępnia platformę internetową oraz dane kontaktowe do właścicieli obiektów, ale nie jest stroną umowy zawieranej z klientem.

Jednocześnie portal może w określonych sytuacjach zapewnić konsumentowi inny nocleg, jeśli pojawią się problemy z rezerwacją. Według Urzędu taka informacja powinna być przekazana w sposób jasny i łatwo dostępny już na etapie korzystania z oferty, a nie wyłącznie w regulaminie.

Dla konsumenta ma to praktyczne znaczenie. Osoba rezerwująca nocleg powinna wiedzieć, czy zawiera umowę bezpośrednio z właścicielem obiektu, czy z platformą, oraz do kogo może kierować roszczenia w przypadku problemów.

Węgierskie podmioty przy rezerwacjach online

UOKiK wskazuje również na brak jasnej informacji, że część procesu rezerwacji online oraz płatności mogą obsługiwać podmioty współpracujące z Nocowanie.pl, zarejestrowane na Węgrzech: Szallas.hu Zrt lub Szallas Group Zrt.

Według Urzędu przy ofertach rezerwacji online brakuje także łatwo dostępnego linku do właściwego regulaminu. Dokument ma być umieszczony wśród różnych regulaminów, co może utrudniać konsumentowi jego odnalezienie i zapoznanie się z zasadami usługi przed dokonaniem rezerwacji.

Możliwa kara do 10 proc. obrotu

Postępowanie prowadzone przez Prezesa UOKiK dotyczy naruszenia zbiorowych interesów konsumentów. Jeśli zarzuty się potwierdzą, spółce Nocowanie.pl może grozić kara finansowa w wysokości do 10 proc. obrotu osiągniętego w poprzednim roku.

Urząd przypomina, że opinie o produktach i usługach nie mogą wprowadzać konsumentów w błąd. Przedsiębiorca, który publikuje recenzje na swojej stronie, musi informować, czy sprawdza ich autentyczność. Jeśli deklaruje weryfikację, powinien wskazać, w jaki sposób ustala, czy opinia pochodzi od osoby, która rzeczywiście kupiła produkt albo skorzystała z usługi.

Za nieuczciwe praktyki rynkowe mogą zostać uznane m.in. zamieszczanie fałszywych opinii, zlecanie ich pisania, usuwanie negatywnych ocen albo takie prezentowanie recenzji, które zniekształca rzeczywisty obraz produktu lub usługi.

Opinie coraz ważniejsze przy zakupach online

Sprawa Nocowanie.pl wpisuje się w szerszy problem wiarygodności opinii publikowanych w internecie. Recenzje stały się jednym z najważniejszych czynników wpływających na decyzje zakupowe, szczególnie w branżach takich jak turystyka, gastronomia, e-commerce czy usługi lokalne.

W przypadku noclegów znaczenie opinii jest szczególnie duże, ponieważ klient często podejmuje decyzję na odległość, nie widząc wcześniej obiektu. Zdjęcia, opis oferty, lokalizacja i cena są ważne, ale to właśnie doświadczenia innych gości często przesądzają o wyborze konkretnego miejsca.

Dlatego – jak podkreśla UOKiK – konsumenci powinni mieć jasną informację, czy publikowane recenzje są autentyczne, czy negatywne opinie również są widoczne oraz czy właściciel obiektu może wpływać na sposób ich prezentowania. Brak takich danych może zaburzać decyzję zakupową i prowadzić do wyboru oferty na podstawie niepełnego lub mylącego obrazu.

Polska przyciągnęła 668 tys. turystów zagranicznych w marcu 2026 roku

W marcu 2026 roku z turystycznych obiektów noclegowych w Polsce skorzystało łącznie 2,95 mln turystów. W tej grupie 667,9 tys. stanowili goście zagraniczni, co odpowiadało 22,6 proc. wszystkich korzystających z bazy noclegowej. Dane pokazują, że mimo wciąż pozasezonowego charakteru marca Polska pozostaje atrakcyjnym kierunkiem zarówno dla turystyki weekendowej, podróży biznesowych, jak i wizyt rodzinnych czy tranzytowych.

Turystom zagranicznym udzielono w tym czasie blisko 1,52 mln noclegów. Oznacza to, że średnio jeden zagraniczny gość spędził w Polsce 2,28 nocy. Udział obcokrajowców w ogólnej liczbie noclegów wyniósł 23,1 proc., a więc był nieco wyższy niż ich udział w liczbie turystów. To sugeruje, że zagraniczni odwiedzający zatrzymują się przeciętnie nieco dłużej niż część turystów krajowych.

Niemcy pozostają najważniejszym rynkiem źródłowym

Największą grupę turystów zagranicznych stanowili Niemcy. W marcu 2026 roku do polskich obiektów noclegowych przyjechało 140,3 tys. gości z Niemiec. Odpowiadali oni za 21 proc. wszystkich turystów zagranicznych. Jednocześnie udzielono im aż 395,7 tys. noclegów, czyli około 26 proc. wszystkich noclegów udzielonych obcokrajowcom.

Niemcy wyróżniali się także długością pobytu. Średnio spędzali w Polsce 2,82 nocy, co było jednym z najwyższych wyników wśród głównych rynków. Tak silna pozycja tego kraju wynika przede wszystkim z bliskości geograficznej, rozwiniętych relacji gospodarczych, podróży służbowych oraz popularności krótkich wyjazdów weekendowych do polskich miast i regionów przygranicznych.

Wielka Brytania na drugim miejscu

Drugim najważniejszym rynkiem była Wielka Brytania. W marcu 2026 roku Polskę odwiedziło 80,4 tys. turystów z tego kraju, którzy skorzystali ze 188,4 tys. noclegów. Ich średni pobyt wyniósł 2,34 nocy.

Znaczenie rynku brytyjskiego jest silnie związane z transportem lotniczym, dużą liczbą połączeń niskokosztowych oraz obecnością licznej polskiej diaspory w Wielkiej Brytanii. Ruch z tego kierunku ma charakter całoroczny. Obejmuje zarówno wizyty rodzinne, podróże turystyczne, jak i wyjazdy biznesowe. Wysoka liczba noclegów wskazuje również, że turyści z Wielkiej Brytanii nie ograniczają się wyłącznie do bardzo krótkich pobytów.

Ukraina trzecim największym źródłem przyjazdów

Trzecie miejsce zajęła Ukraina. W marcu 2026 roku z polskiej bazy noclegowej skorzystało 71,3 tys. turystów z Ukrainy. Udzielono im 151,9 tys. noclegów, a średnia długość pobytu wyniosła 2,13 nocy.

Ten rynek wymaga jednak szczególnej interpretacji. Część przyjazdów może mieć charakter rodzinny, handlowy, zawodowy lub związany z odwiedzinami osób przebywających w Polsce po wybuchu wojny. W porównaniu z turystami z Wielkiej Brytanii czy USA nieco mniejszy odsetek gości z Ukrainy korzystał z hoteli, co może wynikać z większego znaczenia tańszych form zakwaterowania lub pobytów o bardziej praktycznym charakterze.

USA mocne poza sezonem

Na czwartym miejscu znalazły się Stany Zjednoczone. W marcu 2026 roku do Polski przyjechało 44,7 tys. turystów z USA, którym udzielono 89,9 tys. noclegów. Średni pobyt wyniósł 2,01 nocy.

Wysoka pozycja USA potwierdza rosnące znaczenie Polski jako kierunku dla turystów spoza Europy. Dużą rolę odgrywa tu Polonia amerykańska, ale także rosnące zainteresowanie Polską jako krajem atrakcyjnym kulturowo, historycznie i biznesowo. Charakterystyczne jest również to, że ponad 90 proc. gości z USA korzystało z hoteli, co wskazuje na relatywnie wysoki udział zorganizowanych lub komercyjnych form pobytu.

Europa dominuje w strukturze przyjazdów

Zdecydowana większość zagranicznych turystów odwiedzających Polskę w marcu pochodziła z Europy. Kraje Europy Zachodniej i Północnej odpowiadały łącznie za 340,9 tys. przyjazdów. Do tej grupy zaliczają się m.in. Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Holandia oraz państwa skandynawskie.

Drugą dużą grupę stanowiły kraje Europy Wschodniej i Południowej, z których przyjechało 181,3 tys. turystów. W tej kategorii istotne znaczenie miały Ukraina, Czechy, Słowacja, Litwa i Białoruś. To pokazuje, że polska turystyka zagraniczna opiera się nie tylko na dużych rynkach zachodnich, ale także na ruchu regionalnym i sąsiedzkim.

Czesi, Włosi, Hiszpanie i Francuzi w pierwszej dziesiątce

W pierwszej dziesiątce krajów znalazły się również Czechy, Włochy, Hiszpania, Francja, Litwa i Chiny. Z Czech przyjechało 36,9 tys. turystów, którym udzielono 80,5 tys. noclegów. Włochów było 31,3 tys., a liczba ich noclegów wyniosła 68,7 tys.

Hiszpania i Francja osiągnęły bardzo podobne wyniki. Z Hiszpanii przyjechało 19,9 tys. turystów, a z Francji 19,5 tys. W obu przypadkach średnia długość pobytu wyniosła 2,16 nocy. Dane te pokazują, że Polska coraz wyraźniej funkcjonuje jako kierunek city break i podróży kulturowych także dla turystów z Europy Południowej i Zachodniej.

Chiny sygnalizują powrót turystyki azjatyckiej

Warto zwrócić uwagę na Chiny, które znalazły się w pierwszej dziesiątce krajów pod względem liczby turystów. W marcu 2026 roku Polskę odwiedziło 14,3 tys. gości z Chin, którym udzielono 28,3 tys. noclegów. Średni pobyt wyniósł 1,98 nocy.

Choć udział Azji w ogólnej strukturze przyjazdów pozostaje jeszcze niewielki, dane wskazują na stopniowy powrót ruchu turystycznego z tego regionu. Łącznie z Chin, Japonii, Korei, Indii, Izraela i Zjednoczonych Emiratów Arabskich przyjechało w marcu prawie 20 tys. turystów. Jak na miesiąc poza głównym sezonem turystycznym jest to sygnał istotny dla branży hotelarskiej, przewoźników i miast nastawionych na turystykę międzynarodową.

Hotele pozostają podstawową bazą dla turystów zagranicznych

Dane pokazują, że większość zagranicznych turystów korzystała z hoteli. Szczególnie wysoki udział hoteli widoczny był w przypadku gości z USA, Wielkiej Brytanii, Norwegii, Szwecji czy Chin. Wskazuje to na komercyjny i miejski charakter dużej części ruchu zagranicznego.

Inaczej wygląda sytuacja w przypadku części krajów sąsiednich, gdzie większą rolę mogą odgrywać inne formy zakwaterowania. Dotyczy to m.in. Ukrainy, Białorusi czy Litwy. W tych przypadkach struktura podróży jest bardziej zróżnicowana i może obejmować krótkie wyjazdy rodzinne, handlowe, tranzytowe lub lokalne.

Wyniki z marca 2026 roku wskazują, że Polska przyciąga turystów nie tylko w sezonie wakacyjnym. Duże miasta, oferta hotelowa, wydarzenia biznesowe, turystyka weekendowa i połączenia lotnicze pozwalają utrzymywać znaczący ruch zagraniczny także w miesiącach przejściowych.

RPP zostawiła stopy bez zmian. Raty kredytów mogą jednak znów wzrosnąć

RPP nie zmieniła w czerwcu poziomu stóp procentowych. Nie było to zaskoczeniem biorąc pod uwagę niespodziewanie niski poziom inflacji w maju (3,1% r/r). Spada też ryzyko znaczących podwyżek stóp w kolejnych miesiącach. Kontrakty terminowe FRA wciąż przewidują, że w ciągu najbliższych 6 miesięcy stawka WIBOR 6M podskoczy z obecnego poziomu 3,94% do 4,26%. Należy jednak podkreślić, że jeszcze 19 maja przewidywały wzrost do 4,64%. Z wyliczeń Rankomat.pl wynika, że gdyby prognoza się sprawdziła i WIBOR 6M wzrósł do 4,26%, rata kredytu na 500 000 zł na 30 lat wzrosłaby o 113 zł.

Skutki wojny na Bliskim Wschodzie najmocniej widać nie w oprocentowaniu kredytów z oprocentowaniem zmiennym, lecz w nowo udzielanych kredytach z oprocentowaniem stałym. Tymczasem te ostatnie cieszą się w ostatnim czasie większą popularnością. Poziom oprocentowania stałego zależy od notowań IRS 5Y, których poziom mocno wzrósł po rozpoczęciu konfliktu, a szczególnie w maju. Jeszcze 19 maja osiągnęły one 4,79%. Dalszy wzrost powodowałby ryzyko przekroczenia przez oprocentowanie stałe kredytów poziomu 7%.

Na szczęście notowania spadły i obecnie wynoszą 4,41%. To wciąż znacznie więcej niż 3,7% w lutym br., ale zauważalnie mniej niż 4,79%. Jest więc szansa, że jeśli trend się utrzyma, średnie oprocentowanie stałe w ofertach będzie spadało w kierunku 6% (obecnie ok. 6,5%). Na razie jednak pozostaje zauważalnie wyższe niż średnie oprocentowanie zmienne, które wynosi ok. 5,8%.

Z kolei jeśli chodzi o kredyty już spłacane, kończą się czasy obniżek rat. Część osób spłacających kredyty z oprocentowaniem zmiennym, opartym o WIBOR 6M, może jeszcze zobaczyć spadek rat. Będą to jednak niewielkie zmiany. Sześć miesięcy temu stawka wynosiła bowiem 4,04%, a obecnie 3,94%. Po aktualizacji oprocentowania rata może więc spaść o ok. 32 zł.2026-06-02 Zmiany rat kredytów opartych o WIBOR 6M

Rynek inwestycji luksusowych. Sztuka i zegarki bronią wartości, whisky oraz auta kolekcjonerskie tracą

Firma Knight Frank opublikowała jubileuszowe, 20. wydanie raportu The Wealth Report. Zawarty w nim Knight Frank Luxury Investment Index (KFLII) odnotował w 2025 roku niewielki spadek o 0,4%, co może świadczyć o stabilizacji rynku po dwóch latach korekty obejmującej wiele kategorii dóbr kolekcjonerskich.

Najlepsze wyniki osiągały aktywa wyróżniające się rzadkością, znaczeniem kulturowym oraz udokumentowaną historią pochodzenia. To sygnał, że kolekcjonerzy i inwestorzy coraz częściej kierują się jakością i wyjątkowością obiektów, a nie wyłącznie potencjałem wzrostu ich wartości.

Kluczowe wnioski:

  • Wskaźnik KFLII spadł w 2025 roku jedynie o 0,4%, co oznacza wyraźną poprawę po trzech latach spadków.
  • Wartość dzieł impresjonistów wzrosła o 13,6%. Na rynku sztuki uwagę kolekcjonerów przyciągały również rekordowe transakcje, w tym sprzedaż obrazu Portret Elisabeth Lederer autorstwa Gustava Klimta za 236,4 mln USD – najwyższą kwotę uzyskaną dotychczas za nowoczesne dzieło sztuki sprzedane na aukcji.
  • Wartość zegarków kolekcjonerskich wzrosła o 5,1%, napędzana popytem na modele Aquanaut i Nautilus marki Patek Philippe oraz utrzymującą się popularnością marki Rolex.
  • Ceny samochodów kolekcjonerskich spadły o 3,7%, choć najbardziej pożądane modele, takie jak Ferrari F50, nadal osiągały bardzo wysokie ceny podczas najważniejszych aukcji w Europie i Stanach Zjednoczonych.
  • Rynek whisky kolekcjonerskiej zanotował spadek o 10,9%, a szampany i burgundy kontynuowały korektę po wyjątkowo dynamicznych wzrostach z okresu pandemii.
  • Największą odpornością wśród win inwestycyjnych wykazały się Super Tuscans, które jako jedyne utrzymały dodatnią stopę zwrotu.
  • Kolorowe diamenty zachowały stabilną wartość, a ceny niebieskich diamentów wzrosły w ostatnim kwartale roku.
  • Na rynku dóbr luksusowych z drugiej ręki rośnie znaczenie autentyczności, historii i stanu zachowania przedmiotów. Symbolicznym przykładem była sprzedaż osobistej torebki Hermès Birkin należącej do Jane Birkin za rekordowe 10,1 mln USD.
  • Coraz większą popularność zdobywają platformy umożliwiające inwestowanie ułamkowe (fractional ownership), szczególnie wśród inwestorów poniżej 40. roku życia, którzy dzięki nim zyskują dostęp do rzadkich zegarków, dzieł sztuki czy samochodów kolekcjonerskich.

Liam Bailey, Global Head of Research w Knight Frank, komentuje:

„Po okresie rekordowych wzrostów, po których nastąpiła szybka korekta, rynek inwestycji luksusowych wchodzi obecnie w bardziej dojrzałą i racjonalną fazę. Kolekcjonerzy coraz większą wagę przywiązują do unikatowości, pochodzenia oraz kulturowego znaczenia aktywów, a młodsze pokolenia zmieniają sposób inwestowania i posiadania dóbr luksusowych dzięki rozwiązaniom cyfrowym i modelom współwłasności.”

Wyniki Knight Frank Luxury Investment Index – IV kwartał 2025 r.

Aktywo Zmiana r/r (%) Zmiana w ciągu 10 lat (%)
KFLII -0,4 38,6
Sztuka impresjonistyczna 13,6 0,0
Sztuka nowoczesna 7,1 -9,3
Sztuka powojenna 5,2 -0,2
Zegarki 5,1 n/d
Sztuka – Top 100 artystów 3,6 -8,1
Dawni mistrzowie europejscy 1,7 2,2
Torebki Hermès Birkin -0,2 n/d
Kolorowe diamenty -1,0 3,1
Wina włoskie (Liv-ex Italy 100) -1,7 60,8
Wina (Liv-ex 100) -2,5 34,1
Samochody kolekcjonerskie -3,7 31,3
Burgundy (Liv-ex Burgundy 100) -4,8 105,8
Sztuka współczesna -6,0 -0,3
Grafiki i odbitki kolekcjonerskie -6,6 n/d
Whisky kolekcjonerska -10,9 111,9

 

Źródło: Knight Frank, Artnet, WatchCharts, LUXUS, Fancy Colour Research, Liv-ex, MyArtBroker

Dane na koniec IV kwartału 2025 r. KFLII jest ważoną średnią wyników poszczególnych klas aktywów.

Inflacja w strefie euro powyżej celu EBC. Podwyżka stóp coraz bardziej prawdopodobna

Wstępny majowy odczyt inflacji w strefie euro wskazał na wzrost cen o 3,2 proc. w ujęciu rocznym, wobec 3,0 proc. miesiąc wcześniej. W skali miesiąca ceny zwiększyły się o 0,1 proc., a opublikowane dane były zgodne z oczekiwaniami rynkowymi.

Nieco większym zaskoczeniem okazała się inflacja bazowa, która po wyłączeniu cen energii i nieprzetworzonej żywności wyniosła 2,5 proc. rok do roku, przewyższając konsensus rynkowy na poziomie 2,4 proc.

Utrzymująca się presja cenowa sprawia, że inflacja pozostaje wyraźnie powyżej średnioterminowego celu Europejskiego Banku Centralnego wynoszącego 2,0 proc. To z kolei wzmacnia oczekiwania rynku dotyczące rozpoczęcia zacieśniania polityki pieniężnej w strefie euro.

Obecnie wyceny rynkowe sugerują, że pierwsza podwyżka stóp procentowych może zostać ogłoszona już podczas czerwcowego posiedzenia EBC zaplanowanego na 10 – 11 czerwca, choć dalsza ścieżka polityki pieniężnej będzie w dużej mierze zależeć od kolejnych odczytów inflacyjnych.

Pepco wchodzi do Ukrainy. Pierwsze sklepy ruszą w drugiej połowie 2026 roku

Pepco otworzy swoje pierwsze sklepy w Ukrainie w drugiej połowie 2026 roku. Pierwszy sklep rozpocznie działalność w październiku, co będzie oznaczać wejście firmy na jej 20. rynek. Nastąpi to po otwarciu pierwszych sklepów w Macedonii Północnej, zaplanowanym na czerwiec.

Uruchomienie działalności w Ukrainie stanowi kolejny kamień milowy w ambitnej strategii rozwoju Grupy, skoncentrowanej na zrównoważonej ekspansji w Europie oraz selektywnym wchodzeniu na nowe rynki. W połowie czerwca marka otworzy swój pierwszy sklep w Skopje w Macedonii Północnej, a Ukraina będzie kolejnym nowym rynkiem zaplanowanym na 2026 rok.

„Jesteśmy marką, którą kochają miliony klientów w całej Europie – od Portugalii po Rumunię oraz od Estonii po Włochy – i cieszymy się, że już wkrótce dołączą do nich także klienci w Ukrainie. Dlatego czekamy na pilotażowe otwarcie pierwszych sklepów Pepco. Nasz cel jest prosty: ułatwiać klientom codzienne życie poprzez oferowanie wysokiej jakości odzieży oraz artykułów codziennego użytku w najlepszych cenach na rynku. Cieszymy się, że będziemy mogli przedstawić tę ofertę ukraińskim rodzinom i otwierać sklepy, które są blisko i są wygodne do zrobienia zakupów” – powiedział Marcin Stanko, Chief Operating Officer CEE.

Dla milionów klientów w całej Europie Pepco stało się ulubionym miejscem zakupów artykułów codziennego użytku – miejscem, w którym rodziny mogą znaleźć modne, wysokiej jakości i niedrogie ubrania, artykuły gospodarstwa domowego oraz praktyczne gadżety. Wejście Pepco do Ukrainy po raz pierwszy umożliwi lokalnym klientom skorzystanie z tej cieszącej się dużą popularnością oferty.

„Cieszę się, że mogę dołączyć do rodziny Pepco – firmy o silnej kulturze organizacyjnej, która stawia na ludzi. Dziś Pepco ma możliwość stać się ważnym graczem na rynku ukraińskim. Pomimo wyzwań związanych z wojną, Ukraińcy nadal żyją, pracują i budują swoją przyszłość, a ja wierzę, że Pepco może stać się częścią tego procesu odbudowy, pomagając ludziom tworzyć komfortowe warunki codziennego życia w przystępnych cenach, tworząc nowe miejsca pracy oraz wspierając odbudowę ukraińskiej gospodarki” – powiedział Arsen Starchenko, Country Manager Pepco w Ukrainie.

Sprawdzony model, wkraczający w fazę dynamicznego wzrostu

Wejście firmy Pepco na rynek ukraiński następuje w momencie, gdy Grupa odnotowuje dynamiczny rozwój operacyjny i finansowy. Firma zwiększa rentowność poprzez uproszczony, skalowalny format sklepów, zdyscyplinowaną alokację kapitału oraz dopracowaną ofertę dla klientów, skupiającą się na wiodących rynkowo cenach i dostępności produktów. Podczas gdy marka odnotowuje silny wzrost w krajach Europy Zachodniej, region Europy Środkowo-Wschodniej również wykazuje ogromny potencjał, czerpiąc korzyści z silnej i powszechnej rozpoznawalności marki na wielu lokalnych rynkach.

W maju złoto ponownie straciło na wartości, ponieważ kryzys na Bliskim Wschodzie odwrócił uwagę rynków

0
  • W maju złoto straciło na wartości trzeci miesiąc z rzędu, choć w znacznie wolniejszym tempie, ponieważ konflikt na Bliskim Wschodzie skierował uwagę inwestorów na jego szersze konsekwencje dla światowych rynków energii, inflacji, kursu dolara i stóp procentowych.
  • Złoto osiąga zazwyczaj najlepsze wyniki w okresach szoków finansowych lub gospodarczych, które osłabiają dolara i obniżają realne rentowności. Obecny szok inflacyjny napędzany cenami energii przyniósł odwrotny efekt: wspiera rentowności i dolara, jednocześnie ograniczając oczekiwania na obniżki stóp procentowych, co tworzy niekorzystne otoczenie dla złota.
  • Obawy dotyczące zadłużenia fiskalnego, dedolaryzacja, uporczywa inflacja oraz – nie mniej istotny – popyt ze strony banków centralnych powinny pozostać kluczowymi filarami wsparcia, mimo tymczasowej sprzedaży złota związanej z presją wynikającą z wyższych cen energii.

Jak tłumaczy Ole Hansen, dyrektor ds. strategii rynku surowców w Saxo Bank, od osiągnięcia rekordowego szczytu na poziomie blisko 5 600 USD pod koniec stycznia złoto znajduje się w trudniejszym okresie. W maju ceny spadły trzeci miesiąc z rzędu, choć tym razem o mniej niż 2%, ponieważ konflikt na Bliskim Wschodzie przesunął uwagę inwestorów na jego szersze konsekwencje dla globalnych rynków energii, inflacji, dolara i stóp procentowych. Pomimo niedawnego spadku kruszec nadal zyskuje 5% od początku 2026 roku, 36% w ujęciu rocznym i 91% w ciągu ostatnich dwóch lat.

Przedłużające się zakłócenia w żegludze przez Cieśninę Ormuz utrzymują ceny ropy, gazu i paliw rafinowanych na podwyższonym poziomie, tworząc otoczenie rynkowe, które historycznie było mniej sprzyjające dla złota. Zamiast wywołać klasyczną ucieczkę do bezpiecznych aktywów, wyższe ceny energii nasiliły obawy inflacyjne, podniosły rentowności obligacji, umocniły dolara amerykańskiego i ograniczyły oczekiwania na kolejne obniżki stóp procentowych przez Rezerwę Federalną. Wszystkie te czynniki razem stworzyły poważne trudności dla aktywów nieprzynoszących dochodu, takich jak złoto.

Korekta zbiegła się również z ponownym silnym wzrostem na rynkach akcji, szczególnie w sektorach związanych ze sztuczną inteligencją, co ograniczyło apetyt inwestorów na aktywa alternatywne. Jednocześnie kilka państw importujących energię mierzyło się z rosnącą presją finansową, skłaniającą część banków centralnych do sprzedaży części rezerw złota w celu wsparcia krajowych walut lub częściowego złagodzenia skutków wyższych kosztów energii.

Ostatnie osłabienie po raz kolejny uwypukla istotną różnicę, często pomijaną przez inwestorów. Złoto powszechnie uznaje się za zabezpieczenie przed inflacją, ale znaczenie ma charakter samego szoku inflacyjnego.

Historycznie złoto najlepiej zachowuje się w okresach napięć finansowych lub słabości gospodarczej, gdy obawom inflacyjnym towarzyszy spadek realnych rentowności i osłabienie dolara. Obecna sytuacja jest inna. Szok energetyczny wynikający z ograniczeń podażowych podbija inflację, a jednocześnie wspiera rentowności i dolara. Takie połączenie może przejściowo osłabiać atrakcyjność złota, mimo wzrostu cen konsumpcyjnych.

Oczekiwania dotyczące stóp procentowych pozostają jednym z kluczowych punktów uwagi inwestorów na rynku metali szlachetnych. Jako aktywo nieoprocentowane złoto staje się bardziej atrakcyjne, gdy stopy spadają, ponieważ obniża się koszt alternatywny jego posiadania. Z kolei gdy rynki odsuwają w czasie oczekiwania na obniżki stóp, złoto często znajduje się pod presją.

Ta zależność była wyraźnie widoczna w ostatnich miesiącach, gdy inwestorzy ograniczali oczekiwania dotyczące łagodzenia polityki pieniężnej w reakcji na wysokie ceny energii i utrzymujące się ryzyka inflacyjne. Choć oczekiwania dotyczące stóp procentowych miały negatywny wpływ na nastroje, w dłuższym okresie prawdopodobnie nie pozostaną dominującym czynnikiem dla rynku.

Gdy sytuacja geopolityczna się ustabilizuje, a szok energetyczny zacznie maleć, inwestorzy powinni ponownie skupić się na czynnikach strukturalnych, które w ostatnich latach wspierały hossę na rynku złota.

Ole Hansen podkreśla, że na pierwszym miejscu pozostaje popyt ze strony banków centralnych. Choć niektóre kraje ostatnio ograniczyły zasoby złota, sprzedaż ta wydaje się mieć przede wszystkim charakter taktyczny, a nie strategiczny. Szerszy trend dywersyfikacji rezerw pozostaje nienaruszony, zwłaszcza wśród banków centralnych z rynków wschodzących, które nadal utrzymują relatywnie niskie alokacje w złoto w porównaniu z gospodarkami rozwiniętymi.

Ostatnie wydarzenia geopolityczne raczej wzmocniły strategiczne argumenty za posiadaniem złota. Obawy dotyczące ryzyka sankcji, dywersyfikacji rezerw, stabilności fiskalnej i długoterminowej dewaluacji walut nadal skłaniają banki centralne do ograniczania zależności od tradycyjnych aktywów rezerwowych. Dlatego spodziewamy się, że banki centralne pozostaną nabywcami netto złota w nadchodzącym roku.

Ważnym filarem wsparcia pozostaje również popyt z Chin. Choć zaangażowanie inwestorów zmieniało się wraz z ogólnym sentymentem rynkowym, długoterminowa potrzeba dywersyfikacji oszczędności poza nieruchomości i tradycyjne aktywa finansowe nadal wspiera popyt na kruszec. Chiński bank centralny zwiększył rezerwy złota w kwietniu szósty miesiąc z rzędu, prawdopodobnie przyczyniając się do trzykrotnego wzrostu całkowitego importu złota przez Hongkong, do 58,6 ton metrycznych.

Jednocześnie obawy dotyczące zadłużenia fiskalnego w największych gospodarkach nadal wspierają argumenty za twardymi aktywami. Poziom zadłużenia publicznego pozostaje wysoki, a potrzeby inwestycyjne związane z elektryfikacją, sztuczną inteligencją, bezpieczeństwem energetycznym i adaptacją do zmian klimatu prawdopodobnie będą utrzymywać presję wzrostową na popyt na surowce oraz długoterminowe oczekiwania inflacyjne.

Z technicznego punktu widzenia złoto znalazło jak dotąd silne wsparcie w pobliżu swojej 200-dniowej średniej ruchomej, która obecnie wynosi nieco ponad 4400 USD za uncję. Rynek dwukrotnie testował ten poziom podczas ostatniej korekty i za każdym razem wzbudzał ponowne zainteresowanie kupujących. Chociaż nie eliminuje to ryzyka dalszej krótkoterminowej słabości, sugeruje jednak, że inwestorzy długoterminowi pozostają aktywni na rynku.

Na razie wielu inwestorów wydaje się czekać na większą pewność co do dalszego rozwoju konfliktu na Bliskim Wschodzie, zanim zwiększy ekspozycję. Gdy jednak uwaga rynku przesunie się z codziennych wahań cen energii i wydarzeń geopolitycznych na czynniki strukturalne, które wspierały ceny w ostatnich latach, złoto może ponownie znaleźć się w centrum zainteresowania. Ole Hansen podkreśla, że w efekcie podtrzymuje konstruktywne długoterminowe nastawienie na kolejne lata, zwłaszcza jeśli trendy dywersyfikacji rezerw, ekspansji fiskalnej i dedolaryzacji będą dalej nabierać tempa.

Ostatnia korekta na rynku złota pokazuje, że nawet aktywa postrzegane jako ochrona przed inflacją mogą przejściowo tracić, jeśli źródłem presji cenowej jest szok energetyczny wzmacniający dolara i rentowności obligacji. To ważne przypomnienie, że w ocenie metali szlachetnych liczy się nie tylko poziom inflacji, ale także jej charakter oraz reakcja banków centralnych. Długoterminowe argumenty za złotem – dywersyfikacja rezerw, obawy fiskalne i spadek zaufania do części tradycyjnych aktywów rezerwowych – pozostają jednak istotne. W takim otoczeniu kluczowe znaczenie ma patrzenie na portfel przez pryzmat różnych scenariuszy makroekonomicznych, a nie wyłącznie bieżących ruchów cenowych – mówi Aleksander Mrózek, Manager ds. relacji z kluczowymi klientami regionu CEE w Saxo Banku.

Ceny złota

Ceny złota – Źródło: Bloomberg i Saxo

Cena złota, która od marca znajduje się w trendzie spadkowym

Cena złota, która od marca znajduje się w trendzie spadkowym, oscyluje obecnie między dwiema liniami średnich kroczących – Źródło: Saxo

Złoto spot

Złoto spot – źródło: Saxo

 

Izabela Trancygier awansuje na stanowisko Head of Region Central & South w 7R

0

Izabela Trancygier objęła stanowisko Head of Region Central & South w firmie 7R.

Izabela Trancygier jest związana z 7R od 2018 roku i konsekwentnie rozwija swoją karierę w strukturach organizacji. Do firmy dołączyła jako Project Manager, następnie pełniła funkcję Construction Director, a w ostatnim okresie odpowiadała za działania i wprowadzanie nowych projektów jako Development Director. Doświadczenie zawodowe zdobywała także w firmach specjalizujących się w projektowaniu, realizacji oraz doradztwie inwestycyjnym w sektorze nieruchomości komercyjnych.

W nowej roli będzie odpowiedzialna za dalszy rozwój regionu Central & South oraz realizację strategii biznesowej 7R na tym obszarze. Region Central & South obejmuje m.in. Warszawę, Łódź, Lublin, Kraków, Podkarpacie i Górny Śląsk, a co za tym idzie także jedne z najważniejszych projektów realizowanych przez 7R. Inwestycje zlokalizowane m.in. w Krakowie (7R Hub Nowa Huta – największy kompleks logistyki miejskiej w Europie), Sękocinie czy Nadarzynie mają istotny wpływ na wyniki i dalszy rozwój spółki, a ich skala i złożoność wymaga skutecznego zarządzania oraz ścisłej współpracy między zespołami odpowiedzialnymi za przygotowanie i realizację projektów.

Z dużą satysfakcją obserwujemy rozwój kariery zawodowej Izabeli w naszej organizacji. Izabela łączy w sobie silne kompetencje techniczne z wyjątkową umiejętnością budowania relacji, co czyni ją naturalnym liderem i ogromnym wsparciem dla zespołów. Jestem przekonana, że jej doświadczenie, sposób współpracy oraz umiejętność prowadzenia złożonych projektów będą miały pozytywny wpływ zarówno na tempo, jak i jakość realizacji naszych inwestycji. To awans, który jest naturalnym krokiem zarówno w rozwoju Izabeli, jak i całej organizacji. Wierzę, że przed regionem Central & South i całym 7R jest bardzo dobry czas – powiedziała Magdalena Uler-Kłeczek, Członkini Zarządu i CIO w 7R.

Awans Izabeli Trancygier wpisuje się w długofalową strategię rozwoju organizacji i wzmacniania wewnętrznych kompetencji menedżerskich. 7R konsekwentnie stawia na rozwój talentów wewnątrz firmy, powierzając kluczowe role osobom, które doskonale znają kulturę organizacyjną, procesy oraz potrzeby klientów i partnerów biznesowych.

Region Central & South obejmuje kilka z kluczowych projektów realizowanych obecnie przez 7R, dlatego objęcie tej roli traktuję jako duże wyróżnienie, ale przede wszystkim odpowiedzialność. W ostatnich latach miałam okazję uczestniczyć w rozwoju wielu inwestycji, które dziś stanowią istotną część naszego portfolio. Jestem przekonana, że dzięki doświadczeniu naszych zespołów oraz bliskiej współpracy z klientami będziemy nadal skutecznie realizowali ambitne projekty i wzmacniali pozycję 7R jako partnera pierwszego wyboru na kluczowych rynkach logistycznych i przemysłowych w Polsce – skomentowała Izabela Trancygier, Head of Region Central & South w 7R.

Purple Ray Studio zwiększyło przychody w 2025 r. Wishlista gry Koshmar przekroczyła 85 tys. zapisów

Notowana na rynku NewConnect spółka gamedev Purple Ray Studio S.A., działająca w obszarach produkcji gier wideo oraz technologii dual-use dla dronów, w 2025 r. wypracowała 844 tys. zł przychodów. Spółka koncentruje się na dalszym rozwoju swojej najnowszej produkcji – Koshmar: The Last Reverie, której wishlista na platformie Steam przekroczyła już 85 tys. zapisów. Tytuł zostanie zaprezentowany podczas wydarzeń towarzyszących Summer Game Fest, w tym Women Led Games Showcase oraz IGN Live.

Studio skupia się obecnie na fazie produkcyjnej i przedpremierowej gry Koshmar: The Last Reverie. Aktywnie prowadzona kampania promocyjna tytułu przekłada się na rosnącą liczbę zainteresowanych na Steam, gdzie wishlista przekroczyła już 85 tys. zapisów i nadal notuje dynamiczny trend wzrostowy.

– Za nami wymagający rok, który pokazał, że na rynku jest miejsce dla studiów potrafiących tworzyć wciągające i dopracowane gry. W omawianym okresie z jednej strony rozwijaliśmy się w dobrze nam znanym obszarze gier, pracując nad naszym najnowszym tytułem Koshmar: The Last Reverie. Z drugiej strony zdywersyfikowaliśmy działalność o obszar dual-use, realizując zlecenia dla Farada Group. W 2025 r. zadebiutowaliśmy także na rynku NewConnect, co jeszcze mocniej uwiarygodniło naszą pozycję w oczach partnerów – mówi Robert Baranowski, prezes Purple Ray Studio S.A.

W pierwszej połowie 2025 r. spółka przeprowadziła dwie emisje akcji, które umożliwiły dalsze finansowanie rozwoju projektów oraz zwiększenie stabilności finansowej firmy. Pozyskane środki pozwoliły również na rozbudowę zespołu. Obecnie najważniejszą produkcją w portfolio spółki jest Koshmar: The Last Reverie. Tytuł ogłoszony 8 kwietnia szybko osiągnął poziom ponad 50 tys. zapisów wishlist na platformie Steam. Obecnie liczba ta przekroczyła już 85 tys. i nadal rośnie.

– Szczególnie cieszy nas rosnące zainteresowanie społeczności graczy oraz pozytywny odbiór materiałów promocyjnych prezentowanych przez spółkę. W czerwcu Koshmar: The Last Reverie zostanie zaprezentowany podczas wydarzeń towarzyszących Summer Game Fest, w tym Women Led Games Showcase oraz IGN Live, co powinno przełożyć się na dalszy wzrost rozpoznawalności projektu oraz kolejne zwiększenie liczby zapisów wishlist – dodaje Robert Baranowski.

Spółka utrzymuje stabilną sytuację finansową. W 2025 r. wypracowała ponad 844 tys. zł przychodów, wobec 711 tys. zł przychodów w roku poprzednim. Studio koncentruje się na rozwoju produkcji własnych, a kontrakty work for hire pozwalają na dodatkową dywersyfikację strumienia przychodów. Jednocześnie projekty z obszaru dual-use umożliwiają efektywne wykorzystanie doświadczenia technologicznego zespołu w nowym, perspektywicznym segmencie rynku.

Równolegle spółka kontynuuje działania związane z poszukiwaniem nowych partnerstw technologicznych oraz rozwojem kompetencji w obszarach o potencjale komercyjnym i strategicznym.

Creotech Instruments z przychodami ok. 27 mln zł. Segment kosmiczny odpowiada za ponad 70% sprzedaży

Creotech Instruments, notowany na GPW największy polski podmiot działający w branży kosmicznej, w I kwartale 2026 roku kontynuował realizację strategicznych programów satelitarnych, w tym projektów Mikroglob i CAMILA. Przychody ogółem wyniosły ok. 27 mln zł wobec 25,5 mln zł rok wcześniej. Jednocześnie po okresie bilansowym Spółka zakończyła proces wydzielenia działalności kwantowej do Creotech Quantum S.A. Wartość godziwa przekazanych nieodpłatnie akcjonariuszom Creotech Instruments akcji Creotech Quantum została wyceniona na moment podziału na 698,4 mln zł.

Pierwszy kwartał był okresem bardzo intensywnej pracy przy realizacji dwóch największych projektów kosmicznych w historii Spółki. Projekty realizowane są zgodnie z założonym harmonogramem, choć nie jest to odzwierciedlone po stronie przychodów. Raportowane wyniki finansowe odzwierciedlają przede wszystkim rozpoznawanie przychodów w projekcie Mikroglob w momencie osiągnięcia kamieni milowych, które nie są równomiernie rozłożone na poszczególne kwartały okresu realizacji projektu. Równolegle przygotowywaliśmy organizację do realizacji nowej strategii rozwoju, której celem jest dalsze zwiększanie skali działalności i umacnianie naszej pozycji na europejskim rynku kosmicznym komentuje dr hab. Grzegorz Brona, Prezes Zarządu Creotech Instruments S.A.

W I kwartale 2026 roku przychody ogółem wyniosły ok. 27 mln zł, wobec 25,5 mln zł w analogicznym okresie 2025 roku. Największy udział w sprzedaży miał segment projektów kosmicznych, który odpowiadał za ok. 71,5% przychodów Spółki. Uwzględniając korektę kosztów o niegotówkowy koszt wdrożonego w spółce programu motywacyjnego, strata netto wyniosła 5,4 mln zł wobec 1,4 mln zł zysku rok wcześniej.

Na poziomie działalności kontynuowanej przychody ogółem wyniosły ok. 18,0 mln zł wobec blisko
21,7 mln zł rok wcześniej, natomiast strata netto po korekcie o wpływ programu motywacyjnego osiągnęła 6,9 mln zł.

Natomiast wydzielona ze Spółki działalność Creotech Quantum wygenerowała w I kwartale 2026 roku 9,0 mln zł przychodów oraz 1,5 mln zł zysku netto.

Koszty działalności operacyjnej wzrosły o 9,7 mln zł rok do roku, głównie w związku ze wzrostem zatrudnienia oraz większym wykorzystaniem usług podwykonawców przy realizacji kluczowych programów kosmicznych, oraz rozpoznanymi w sprawozdaniu kosztami programu motywacyjnego (wypłaty w akcjach).

Na koniec marca 2026 roku Creotech Instruments posiadał 84 mln zł środków pieniężnych, utrzymując stabilną sytuację płynnościową oraz zabezpieczenie finansowe dla realizacji strategicznych programów rozwojowych.

Podział Spółki i jego wpływ na wyniki finansowe

1 kwietnia 2026 roku formalnie zakończony został proces wydzielenia segmentu technologii kwantowych z Creotech Instruments do spółki Creotech Quantum S.A.

Wartość godziwa wydzielonego segmentu na 31 marca 2026 wynosiła 698,4 mln zł, co odpowiada wartości rynkowej wydanych akcjonariuszom akcji. Wartość ta została ustalona na podstawie cen akcji (średnia ważona obrotami) Creotech Quantum S.A. z pierwszych pięciu dni notowań.

Wydzielenie Creotech Quantum oznaczało przekazanie naszym akcjonariuszom dodatkowej wartości w postaci akcji nowej, notowanej na giełdzie spółki technologicznej, której wartość wynosi już dzisiaj znacznie ponad 1 mld zł – dodaje Grzegorz Brona.

Kluczowe wydarzenia pierwszego kwartału

W pierwszym kwartale 2026 roku Creotech Instruments osiągnął kolejne kamienie milowe w realizacji strategicznych projektów oraz zawarł nowe umowy wspierające rozwój działalności w sektorze kosmicznym. Do najważniejszych z nich zaliczyć można:

  • zakończenie faz uruchamiania wszystkich trzech satelitów konstelacji PIAST: PIAST-M, PIAST-S1 oraz PIAST-S2;
  • zawarcie umowy z PIAP Space na realizację fazy B1 projektu RAVEN (Rendez-Vous and Proximity Vehicle for Enabling Multi-Mission), w ramach której Spółka odpowiada za opracowanie i dostarczenie projektu platformy satelitarnej HyperSat dla demonstratora misji, który umożliwi autonomiczne manewry, dokowanie i przyszłe scenariusze tankowania satelitów na orbicie.
  • pozytywna akceptacja kolejnych kamieni milowych projektu CAMILA przez Europejską Agencję Kosmiczną
  • podpisanie umowy z Polską Agencją Rozwoju Przedsiębiorczości na realizację projektu dotyczącego nowej platformy satelitarnej przeznaczonej dla ładunków użytecznych o dużej masie. Całkowity koszt realizacji Projektu wynosi blisko 58,4 mln zł, a wartość dofinansowania dla Spółki to 26,2 mln zł.

Po zakończeniu okresu sprawozdawczego Spółka przyjęła Strategię Rozwoju na lata 2026–2029, rozpoczęła działania związane z pozyskaniem finansowania na jej realizację oraz uzyskała kolejne zgody i autoryzacje niezbędne do realizacji programu Mikroglob.

Silny portfel projektów i fundament pod realizację strategii

Pomimo przejściowej straty na działalności kontynuowanej Spółka utrzymuje stabilną sytuację finansową i wysoki poziom płynności. Realizowane projekty dla Europejskiej Agencji Kosmicznej, Komisji Europejskiej oraz instytucji krajowych zapewniają wysoką aktywność operacyjną w kolejnych kwartałach.

Spółka oczekuje, że wraz z osiąganiem kolejnych kamieni milowych w największych projektach kosmicznych będzie sukcesywnie rozpoznawać przychody, co powinno przełożyć się na poprawę wyników operacyjnych w kolejnych okresach.

Na koniec 2025 roku wartość backlog na 2026, tj. ceny transakcyjnej przypisanej do niewypełnionych zobowiązań do wykonania świadczeń wynikających z długoterminowych kontraktów wynosiła około 254,7 mln zł. Zgodnie z harmonogramami realizowanych projektów, w pierwszym kwartale 2026 roku nie przypadały istotne kamienie milowe ani odbiory kluczowych etapów prac. W konsekwencji przychody rozpoznane w tym okresie stanowiły jedynie niewielką część wartości kontraktów przewidzianych do realizacji w 2026 roku.

Dodatkowym impulsem rozwojowym dla całego polskiego sektora kosmicznego jest zwiększenie składki Polski do Europejskiej Agencji Kosmicznej na lata 2026–2028. Creotech Instruments aktywnie uczestniczy w postępowaniach przetargowych finansowanych z tych środków, co może przełożyć się na pozyskanie kolejnych kontraktów w najbliższych latach.

Po przyjęciu Strategii Rozwoju na lata 2026–2029 Spółka rozpoczęła również działania związane z pozyskaniem finansowania niezbędnego do jej realizacji. W maju 2026 roku Creotech Instruments ogłosił emisję do 650 tys. nowych akcji, której celem jest pozyskanie środków na dalszy rozwój działalności.

Jednocześnie realizowana Strategia Rozwoju na lata 2026–2029 ma umożliwić dalsze zwiększanie skali działalności, rozbudowę mocy produkcyjnych oraz umocnienie pozycji Creotech Instruments jako jednego z najważniejszych podmiotów sektora kosmicznego w Europie.

Medicalgorithmics rozpoczyna rozmowy z globalnym gigantem MedTech. Chodzi o technologie AI w kardiologii

Medicalgorithmics, notowany na GPW twórca nowatorskich technologii z obszaru kardiologii, rozpoczyna rozmowy z globalnym, wielomiliardowym graczem rynku MedTech – prowadzącym działalność na rynku amerykańskim oraz na rynkach międzynarodowych, notowanym na nowojorskiej giełdzie. Przedmiotem rozmów jest potencjalna współpraca obu podmiotów w zakresie wykorzystania przez wspomnianą firmę autorskich technologii Medicalgorithmics opartych o AI w obszarze ambulatoryjnej diagnostyki kardiologicznej. Rozmowy zostały zainicjowane po podpisaniu przez strony wzajemnej umowy o zachowaniu poufności (NDA).

Rozważany zakres współpracy obejmuje zarówno usługi retrospektywnej analizy zapisów EKG, jak i rozwiązania Mobile Cardiac Telemetry (MCT), umożliwiające monitorowanie pacjentów oraz wykrywanie zaburzeń rytmu serca w czasie zbliżonym do rzeczywistego.

Firma, z którą rozpoczynamy rozmowy, to jedna z największych globalnych firm z sektora MedTech, notowana na giełdzie w Nowym Jorku. To bardzo duże wyróżnienie dla Medicalgorithmics oraz naszych technologii na czele z DRAI i DRP. Przed nami wiele godzin negocjacji oraz dużo pracy, aby rozmowy przebiegły pomyślnie. Takie firmy jak wspomniany gigant, wyróżnia szczególna dbałość o jakość oferowanych rozwiązań, a my właśnie takie oferujemy. Nasza technologia AI wykazała wysoką skuteczność kliniczną w niezależnym badaniu DRAI Martini, którego wyniki zostały opublikowane na początku 2025 roku na łamach Nature Medicine, jednego z najbardziej prestiżowych czasopism medycznych na świecie – komentuje dr Kris Siemionow, CEO Medicalgorithmics.

W ramach kolejnego etapu negocjacji, strony przystąpią do pogłębionych testów technologicznych i operacyjnych. Ich celem będzie weryfikacja potencjału integracji autorskich rozwiązań Medicalgorithmics z obecną ofertą diagnostyczną wspomnianej firmy MedTech.

Rozpoczęcie rozmów wynika z rosnącego zapotrzebowania rynku na innowacyjne technologie Medicalgorithmics i wpisuje się w realizację przez Spółkę strategii rozwoju, zakładającej zacieśnianie relacji z kluczowymi podmiotami sektora medycznego w USA oraz na rynkach globalnych.

Ewentualna współpraca z tak dużym graczem byłaby kolejnym elementem naszej ekspansji na rynku amerykańskim. W zeszłym roku rozpoczęliśmy współpracę z jednym z TOP 5 największych IDTF w USA, która spowodowała m.in. przekroczenie przez nas rentowności EBITDA w skali kwartału oraz operacyjnego cash break-even. USA to największy rynek medyczny na świecie, dlatego obecność na nim oraz rozwój to sprawa priorytetowa – dodaje dr Kris Siemionow.

Na obecnym etapie nie ma gwarancji finalizacji rozmów w formie prawnie wiążącej umowy handlowej. Spółka będzie informowała o wszelkich istotnych zdarzeniach związanych z procesem, zgodnie z wymogami informacyjnymi.

Nadużycia giełdowe w UE. Jak wypada Polska?

Według KNF, w ub.r. liczba zawiadomień STOR spadła o 17% w porównaniu z 2024 r. W okresie ostatnich 5 lat odnotowano ich łącznie nieco ponad pół tysiąca. Zdaniem ekspertów, to stosunkowo niewiele jak na polski rynek kapitałowy. Po danych widać też, że większość zawiadomień dotyczy manipulacji. Do tego eksperci dodają, że nasz rynek jest relatywnie dobrze chroniony, choć dane nie do końca mogą oddawać rzeczywistość. Mimo tego twierdzą, że ww. zawiadomień jest stosunkowo mało, zarówno w ujęciu absolutnym, jak i relatywnym do skali rynku oraz porównań unijnych. Polska w tego typu statystykach wypada całkiem dobrze. Nie pojawia się nawet w pierwszej dziesiątce, a jej wkład jest raczej symboliczny.

Z danych Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) wynika, że w 2025 roku liczba zawiadomień STOR (raportowanie o podejrzanych transakcjach i zleceniach) wyniosła 78. To o 17% mniej niż w 2024 roku, kiedy było ich 94. Patrząc na lata 2021-2025, takich przypadków odnotowano łącznie 539 (w 2021 r. – 136, 2022 r. – 120 oraz 2023 r. – 111). Widać zatem, że trend jest spadkowy. Jak podkreśla Krzysztof Michrowski, makler papierów wartościowych, biegły sądowy i ekspert z zakresu prawa rynku kapitałowego, zawiadomienia składane są przez Giełdę Papierów Wartościowych, domy maklerskie lub TFI. Zdaniem eksperta, spadek liczby zawiadomień to wynik sprawnego eliminowania z rynku podmiotów dopuszczających się manipulacji. Przestępstwa manipulacji oraz wykorzystania informacji poufnej podlegają karze grzywny do 5 mln zł i karze pozbawienia wolności do lat 5.

– Statystyki i ich porównanie na przestrzeni lat potwierdzają włożony przez KNF wysiłek w neutralizację zarówno pojedynczych osób manipulujących w obrocie, jak i zorganizowanych grup. Obecnie rzadko odnotowujemy przypadki nowych, złożonych i szeroko zakrojonych manipulacji, a jeśli je dostrzegamy – reagujemy natychmiast i informujemy o tym rynek w ramach polityki transparentności UKNF. Podjęte kroki, użyte narzędzia oraz doświadczenie pracowników nadzoru pomogły w sposób skuteczny zmniejszyć skalę manipulacji na rynku giełdowym – komentuje Daria Ringwelska, dyrektor Departamentu Infrastruktury i Obrotu Giełdowego w Urzędzie KNF.

Jak stwierdza dr Rafał Parvi z Uniwersytetu WSB Merito, zawiadomień STOR jest mało, zarówno w ujęciu absolutnym, jak i relatywnym do skali polskiego rynku oraz porównań unijnych. W 2024 roku UE i EOG wpłynęło 5981 zawiadomień STOR (spadek o 8% rdr.). Z Niemiec było ich 30%, z Francji – ok. 16%, ze Szwecji i z Włoch – po ok. 8%. Polska nie pojawia się nawet w pierwszej dziesiątce, a jej wkład jest raczej symboliczny (1-2%). Rocznie mamy do czynienia z milionami transakcji zawieranych na GPW i NewConnect. Zdaniem eksperta z WSB Merito, dane za 2025 rok to raczej potwierdzenie tego, że polski rynek kapitałowy jest relatywnie dobrze chroniony i nie ma tu strukturalnego problemu z nadużyciami. Gdyby liczba STOR-ów gwałtownie rosła, jak np. w niektórych dużych krajach w przeszłości, wtedy moglibyśmy mówić o czerwonej fladze. Tutaj w zasadzie jest odwrotnie.

– Osobną kwestią jest insider trading, czyli najtrudniejsze z przestępstw giełdowych do udowodnienia przed wymiarem sprawiedliwości. Zdają sobie z tego sprawę także przestępcy. Jako UKNF podejmujemy jednak kroki, które mają zniechęcić do podejmowania takich nielegalnych działań, ale także uświadomić wszystkich, jak ciążące na integralności rynku jest ujawnienie i wykorzystanie informacji poufnej – dodaje Daria Ringwelska.

Patrząc na bardziej szczegółowe dane KNF z analizowanego okresu, widać, że większość zawiadomień dotyczy manipulacji. W ubiegłym roku było ich 51. Do tego odnotowano 23 związane z wykorzystaniem informacji poufnej i 4 pozostałe. Rok wcześniej było to odpowiednio – 64, 24 i 6, a w 2023 roku – 55, 45 i 11. Z kolei 4 lata temu mieliśmy podział – 75, 26 i 19, a w 2021 roku – 106, 20 i 10.

– Manipulacja instrumentem finansowym polega na stosowaniu różnych nieuczciwych środków w celu szeroko rozumianego wpływania na cenę lub wolumen tego instrumentu, zwykle dla osiągnięcia pewnych korzyści, w tym unikania strat. Kluczowymi czynnikami sprzyjającymi manipulowaniu instrumentami finansowymi jest ograniczona płynność wynikająca z tzw. płytkiego arkusza zleceń. Wówczas każda, nawet niewielka transakcja, może istotnie wpłynąć na kurs instrumentu. Manipulanci na ogół za swój cel wybierają spółki o niewielkiej kapitalizacji lub notowane na alternatywnych rynkach, np. NewConnect – mówi Krzysztof Michrowski.

Z kolei dr Rafał Parvi zaznacza, że manipulacja dominuje w zgłoszeniach, ale skala maleje. Zatem jest to typowy i raczej pozytywny obraz nadzoru. Jak przekonuje ekspert z Uniwersytetu WSB Merito, najczęstsze schematy działań z ostatnich lat to m.in. pump and dump (zawyżanie ceny i wyprzedaż) oraz wash trades (sztuczny obrót). Są też layering and spoofing (składanie dużej liczby zleceń kupna lub sprzedaży, których nie zamierza się wykonać), momentum ignition (inicjowanie sztucznej tendencji wzrostowej bądź spadkowej) czy concealing ownership (ukrywanie rzeczywistej własności przez zmowę).

– Szczególnie groźnym zjawiskiem jest tzw. insider trading. Mowa tu o wykorzystywaniu informacji poufnych, lecz nieujawnionych publicznie do zawierania transakcji giełdowych. To może dotyczyć m.in. wyników finansowych znacząco odbiegających od oczekiwań, planowanych fuzji i przejęć, dużych kontraktów czy decyzji o ogłoszeniu wezwania na akcje. Wykorzystanie takich danych przed ich oficjalnym ujawnieniem prowadzi do asymetrii informacji i narusza podstawową zasadę równości szans inwestorów – dodaje Krzysztof Michrowski.

Jak wynika z danych KNF, w 2025 roku złożono 8 zawiadomień dotyczących naruszenia art. 183 ustawy o obrocie (manipulacja) i 5 zawiadomień odnoszących się do naruszenia art. 180 i 181 ustawy o obrocie (ujawnienie i wykorzystanie informacji poufnej). W 2024 roku było to również – odpowiednio – 8 i 5, rok wcześniej – 8 i 3, w 2022 roku – 5 i 5, a w 2021 roku – 1 i 4. Według Krzysztofa Michrowskiego, pomimo widocznego spadku liczby raportów STOR, wciąż ponad 10% z nich kończy się złożeniem przez UKNF zawiadomienia do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. W opinii eksperta, biorąc pod uwagę szkodę wyrządzoną nieświadomym uczestnikom rynku przez manipulatorów lub osoby wykorzystujące informację poufną, to wciąż relatywnie duża liczba.

– Oficjalne dane STOR nie oddają w pełni rzeczywistości. Skala nadużyć rynkowych jest najprawdopodobniej znacznie większa, a wykrywalność pozostaje ograniczona. To typowa sytuacja w przypadku tzw. przestępczości białych kołnierzyków i nadużyć finansowych. Dodatkowo obowiązek raportowania spoczywa przede wszystkim na firmach inwestycyjnych, operatorach platform i osobach profesjonalnie aranżujących transakcje. Wiele z tych podmiotów ma niewystarczające systemy monitoringu lub obawia się kosztów reputacji – zwraca uwagę dr Parvi.

Z kolei w ocenie Krzysztof Michrowskiego, oficjalne dane, w całym szerokim aspekcie omawianego zjawiska, oddają rzeczywistość. Wiele ze zgłoszeń STOR to tzw. fałszywe alarmy. Firmy inwestycyjne wolą „dmuchać na zimne” i wysyłać raport z ich zdaniem podejrzaną transakcją, niż narazić się na ewent. sankcje administracyjne za niezgłoszenie transakcji.

– Regulatorzy otwarcie wskazują na problem under-reportingu. Nawet zaawansowane narzędzia KNF, w tym automatyka, uczenie maszynowe i analiza anomalii, nie wychwytują wszystkiego, zwłaszcza subtelnych manipulacji, insider tradingu bez wyraźnych śladów, transakcji OTC, cross-border czy na mniejszych instrumentach. Wiele nadużyć jest strukturyzowanych tak, by wyglądać na normalną aktywność rynkową – zapewnia dr Parvi.

Do tego znawca rynku z WSB Merito przypomina, że w Polsce eksperci oraz KNF podkreślają, iż problem jest niedoceniany, a niska liczba STOR wynika raczej z luk w systemie raportowania i nadzoru niż z czystości rynku. UKNF w priorytetach na 2026 r. nadal mocno akcentuje walkę z insider tradingiem i manipulacjami. Badania orzecznictwa pokazują, że procesy trwają bardzo długo – nawet 8 razy dłużej niż średnia, a skuteczność skazań jest umiarkowana. Jednocześnie ekspert zdecydowanie podkreśla, że występuje trend spadkowy.

– KNF nie kieruje do prokuratury setek spraw, a tylko te, które mają realną szansę na akt oskarżenia. Gdyby KNF składała np. 30-40 zawiadomień rocznie, moglibyśmy mówić o narastającym problemie. Tutaj mamy stabilny, niski poziom w latach 2022-2025. To sygnał, że prewencja działa, a nadzór jest skuteczny i racjonalny. Liczba zawiadomień w 2025 roku nie oddaje realnego wpływu na rynek. Jedno dobrze udokumentowane zawiadomienie dotyczące dużej grupy i wysokich kwot ma większe znaczenie niż kilkanaście drobnych spraw – podsumowuje dr Rafał Parvi.

Proacta wróciła na plus. Zysk netto wyniósł 0,6 mln zł po stracie rok wcześniej

Spółka bioinformatyczna Proacta S.A. zakończyła 2025 r. z przychodami i zrównanymi z nimi na poziomie prawie 12 mln zł, co oznacza wzrost o 179% r/r. EBITDA w analizowanym okresie wyniosła 3,4 mln zł względem ujemnej na poziomie 8,6 mln zł w poprzednim roku. Spółka osiągnęła zysk ze sprzedaży na poziomie 2,3 mln zł oraz zysk z działalności operacyjnej w wysokości 1,2 mln zł.  Zysk netto wyniósł prawie 0,6 mln zł wobec straty rok wcześniej. Miniony rok był dla Proacty okresem realizacji celów strategicznych, istotnego wzrostu skali działalności oraz dalszego umacniania pozycji w obszarze technologii medycznych, bioinformatyki i AI dla ochrony zdrowia. Efekty działań podjętych w 2025 r. znajdują już odzwierciedlenie zarówno w obszarze działalności operacyjnej, jak i w dalszej poprawie wyników finansowych spółki w pierwszym kwartale br.

2025 r. był dla nas okresem wyraźnej poprawy sytuacji finansowej oraz uporządkowania modelu działalności operacyjnej. Realizacja kontraktów dla renomowanych instytucji publicznych i medycznych pozwoliła nam zwiększyć skalę przychodów, poprawić rentowność oraz zbudować stabilną bazę do dalszego rozwoju. Jednocześnie konsekwentnie wzmacnialiśmy kompetencje w obszarze bioinformatyki, analizy danych medycznych i klinicznego AI/ML, co dziś przekłada się na możliwość realizacji projektów o coraz większej skali i stopniu zaawansowania technologicznego – podkreśla Paweł Ciesielka, Prezes Zarządu Proacta S.A.

W ubiegłym roku Proacta rozwijała dwa kluczowe obszary działalności: specjalistyczne usługi dla sektora ochrony zdrowia i instytucji publicznych oraz własne produkty MedTech oparte na analizie danych i sztucznej inteligencji.

W segmencie usług spółka pozyskała i realizowała szereg strategicznych kontraktów. W maju 2025 roku, działając w konsorcjum z Euvic S.A., zawarła czteroletnią umowę (z opcją przedłużenia na kolejne 2 lata) z Bankowym Funduszem Gwarancyjnym o wartości 17,5 mln zł brutto, przy 98-proc. udziale Proacta w wynagrodzeniu. W czerwcu podpisano dwie umowy z Uniwersyteckim Centrum Zdrowia Kobiety i Noworodka WUM dotyczącą cyfrowej kolposkopii wspieranej algorytmami sztucznej inteligencji o wartości 6,8 mln zł oraz z Instytutem Fizjologii i Patologii Słuchu dotyczącą rozwoju systemu integrującego dane audiologiczne i genetyczne o wartości 4,9 mln zł. Równolegle spółka konsekwentnie wzmacniała swoją pozycję w środowisku medycznym i naukowym poprzez współpracę z Uniwersytetem Medycznym w Łodzi, udział w Polskiej Sieci Health Labs4Value oraz partnerstwo z Fundacją Healthcare Poland.

Równolegle Proacta rozwijała portfolio własnych produktów medycznych. Kluczowym projektem pozostaje platforma Dbam o siebie Smart Lab, będąca certyfikowanym wyrobem medycznym wykorzystującym algorytmy AI do analizy danych laboratoryjnych i telemedycznych oraz generowania spersonalizowanych raportów zdrowotnych. W 2025 roku rozpoczęto realizację projektu „Rozwój platformy do automatycznej analizy wyników badań laboratoryjnych w oparciu o rozwiązanie Dbam o Siebie Smart LAB”, który uzyskał blisko 4 mln zł dofinansowania z Agencji Badań Medycznych. W analizowanym okresie zakończono prace nad pierwszymi modułami systemu analitycznego, rozpoczęto integrację algorytmów z komponentem użytkowym oraz dostosowywanie modeli do konkretnych obszarów medycznych. Projekt wszedł również w etap pilotaży i Proof of Concept realizowanych z partnerami medycznymi, których celem jest potwierdzenie skuteczności klinicznej i operacyjnej rozwiązania przed komercyjnym skalowaniem. Dodatkowo trzy projekty z udziałem Proacta dotyczące optymalizacji farmakoterapii, analizy glikemii oraz kardioonkologii (i-COPE) – zostały zakwalifikowane do oceny merytorycznej w konkursie Agencji Badań Medycznych TRANSMED I, wzmacniając potencjał rozwoju kolejnych produktów i technologii spółki.

– Rozwój produktów własnych traktujemy jako jeden z najważniejszych elementów budowy wartości spółki w kolejnych latach. Wchodzimy w etap, w którym technologia musi być nie tylko rozwijana, ale przede wszystkim weryfikowana w praktyce klinicznej i przygotowywana do skalowania sprzedaży. Dlatego tak duże znaczenie mają dla nas pilotaże, współpraca z jednostkami medycznymi oraz bieżący feedback od lekarzy i specjalistów. Pozwalają one lepiej dopasować funkcjonalności do realnych potrzeb rynku, skracać drogę od koncepcji do wdrożenia oraz budować wiarygodność rozwiązań. W kolejnych okresach chcemy przekładać te działania na konkretne wdrożenia komercyjne i stopniowo zwiększać udział produktów własnych w strukturze przychodów spółki – podsumowuje Maciej Grzywacki, Wiceprezes Zarządu Proacta S.A.

Pierwsze komercyjne wdrożenie platformy Digital Breast Cancer Unit (DBCU), realizowane w tym roku dla Opolskiego Centrum Onkologii, było istotnym krokiem potwierdzającym potencjał rozwoju produktów własnych spółki. Rozwiązanie wspiera optymalizację diagnostyki i leczenia raka piersi poprzez integrację danych medycznych, wytycznych klinicznych oraz modeli predykcyjnych.

Minister Sprawiedliwości z karą od UODO. Chodzi o dane osobowe sędziów i aferę z 2019 r.

0

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych Mirosław Wróblewski nałożył na Ministra Sprawiedliwości administracyjną karę pieniężną w wysokości 100 tys. zł. Decyzja zapadła po postępowaniu dotyczącym sprawy znanej z doniesień medialnych jako tzw. afera hejterska z 2019 r.

Według UODO doszło do naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych sędziów. Dane pozyskane z zasobów kadrowych Ministerstwa Sprawiedliwości miały być wykorzystywane niezgodnie z prawem, w tym do celów politycznych i prywatnych. Organ nadzorczy uznał, że administrator danych, czyli Minister Sprawiedliwości, nie zapewnił odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych, które zapobiegłyby takim działaniom.

Sprawa znana jako „afera hejterska”

Sprawa naruszenia danych osobowych w Ministerstwie Sprawiedliwości została po raz pierwszy szerzej opisana w mediach w sierpniu 2019 r. Publikacje dotyczyły działań wymierzonych w sędziów krytycznych wobec zmian w wymiarze sprawiedliwości.

Według opisów medialnych oraz późniejszych ustaleń, informacje o sędziach miały być wykorzystywane do przygotowywania i rozpowszechniania treści o charakterze znieważającym lub dyskredytującym. W efekcie sędziowie stali się celem ataków publicznych.

UODO wszczął postępowanie administracyjne jeszcze w 2019 r., po zapoznaniu się z doniesieniami prasowymi. Ówczesny Minister Sprawiedliwości informował jednak, że w wyniku wewnętrznego postępowania wyjaśniającego nie stwierdzono incydentu o charakterze wycieku danych osobowych.

Prokuratura przekazała materiały dopiero w 2024 r.

Równolegle prowadzone było postępowanie karne w sprawie możliwego przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy publicznych. Jak wskazuje UODO, przez wiele lat organ nadzorczy bezskutecznie próbował uzyskać szczegółowe informacje o ustaleniach prokuratury.

Postępowanie prowadziły kolejno jednostki prokuratury w Lublinie i w Świdnicy. W odpowiedzi na pisma Prezesa UODO wskazywano, że ze względu na dobro śledztwa nie można przekazać bliższych informacji.

Dopiero w grudniu 2024 r. Prokuratura Regionalna we Wrocławiu udostępniła Prezesowi UODO materiał dowodowy z postępowania przygotowawczego. Zdaniem organu nadzorczego zgromadzony materiał był wystarczający do wydania decyzji administracyjnej.

Dane sędziów miały być używane poza zakresem upoważnień

Z ustaleń UODO wynika, że osoby mające dostęp do informacji z akt osobowych sędziów wykorzystywały te dane w sposób niezgodny z zakresem udzielonych upoważnień. Dane miały być przekazywane osobom nieupoważnionym, w tym innym funkcjonariuszom publicznym oraz dziennikarzom.

Organ wskazuje również, że część informacji była nielegalnie udostępniana w internecie, m.in. na platformie Twitter, obecnie X. Według ustaleń konto wykorzystywane do tych działań miało zostać założone za pośrednictwem adresu IP pochodzącego z puli przypisanej Ministerstwu Sprawiedliwości.

UODO podkreśla, że sprawa dotyczyła nie tylko zwykłych danych osobowych. Przedmiotem naruszeń miały być także dane szczególnej kategorii, w tym informacje dotyczące stanu zdrowia sędziów, ich poglądów politycznych oraz przynależności organizacyjnej.

Odpowiedzialność administratora danych

Prezes UODO zaznaczył, że decyzja administracyjna nie rozstrzyga o odpowiedzialności prawnej konkretnych osób, które faktycznie dokonały bezprawnego udostępnienia danych. Postępowanie prowadzone przez organ nadzorczy koncentrowało się na odpowiedzialności administratora danych, czyli Ministra Sprawiedliwości.

Zgodnie z RODO administrator musi wdrożyć odpowiednie środki techniczne i organizacyjne, które zapewnią zgodne z prawem przetwarzanie danych osobowych. Musi również zadbać o to, aby osoby mające dostęp do danych przetwarzały je wyłącznie na jego polecenie i w granicach udzielonych upoważnień.

W ocenie UODO w Ministerstwie Sprawiedliwości zabrakło skutecznego nadzoru nad tym, jak pracownicy i osoby upoważnione korzystają z dostępu do danych. Administrator nie miał zapewnić odpowiedniej kontroli nad procesem przetwarzania, co umożliwiło późniejsze nielegalne wykorzystanie informacji.

Naruszenia miały poważny charakter

UODO uznał, że naruszenia miały poważny charakter, ponieważ dotyczyły podstawowych zasad ochrony danych osobowych. Chodziło przede wszystkim o brak nadzoru nad wykorzystaniem udzielonych upoważnień oraz brak skutecznych mechanizmów zapobiegających przetwarzaniu danych w celach niezgodnych z prawem.

Organ nadzorczy wskazał również na szczególną rolę Ministra Sprawiedliwości jako konstytucyjnego organu państwa. Zdaniem UODO podmiot publiczny odpowiedzialny za obszar wymiaru sprawiedliwości powinien zapewniać najwyższy standard przestrzegania prawa, w tym ochrony danych osobowych.

W decyzji zwrócono uwagę, że Minister Sprawiedliwości, pełniąc istotną funkcję w systemie państwa, powinien dawać gwarancję poszanowania praw i wolności osób, których dane są przetwarzane. Dodatkowo sprawa dotyczyła sędziów, czyli osób wykonujących funkcję orzeczniczą.

UODO: kara była nieunikniona

Prezes UODO uznał, że nałożenie administracyjnej kary pieniężnej było w tej sprawie konieczne. W ocenie organu tylko kara finansowa może spełnić funkcję prewencyjną i przyczynić się do przestrzegania przepisów RODO przez administratora.

Na niekorzyść Ministra Sprawiedliwości przemawiało także zachowanie na początkowym etapie postępowania. W 2019 r. administrator poinformował, że nie doszło do wycieku danych z jego zbiorów. UODO wskazuje, że było to sprzeczne z późniejszymi ustaleniami prokuratury i utrudniło sprawne oraz wnikliwe przeprowadzenie postępowania.

Kara wyniosła 100 tys. zł. Zgodnie z RODO została wymierzona administratorowi danych osobowych, a nie konkretnym osobom, które mogły bezprawnie wykorzystywać dostęp do danych.

Możliwa odpowiedzialność osób upoważnionych

UODO przypomina, że przepisy o ochronie danych osobowych pozwalają ukarać administratora danych, jeżeli to on nie zapewnił odpowiednich warunków legalnego i bezpiecznego przetwarzania. Nie oznacza to jednak, że osoby bezpośrednio zaangażowane w naruszenia nie mogą ponieść odpowiedzialności na podstawie innych przepisów.

Administrator może dochodzić roszczeń wobec osób upoważnionych do przetwarzania danych m.in. na gruncie prawa pracy lub prawa cywilnego. W grę może wchodzić odpowiedzialność służbowa, odszkodowawcza lub regresowa.

Decyzja Prezesa UODO zamyka administracyjny etap sprawy po stronie organu ochrony danych, ale nie wyklucza dalszych konsekwencji wobec osób, które faktycznie uczestniczyły w nielegalnym pozyskiwaniu, przekazywaniu lub publikowaniu informacji o sędziach.

Widok z okna podbija ceny mieszkań. Za panoramę morza lub gór kupujący płacą nawet 40% więcej

Jeszcze dekadę temu o prestiżu mieszkania decydował głównie metraż i adres. Dziś coraz częściej najcenniejsza część nieruchomości znajduje się… za oknem. Analiza ofert mieszkań premium dostępnych w bazie portalu RynekPierwotny.pl pokazuje, że lokale z widokiem na morze, jezioro, góry czy park potrafią być droższe od podobnych mieszkań tej samej inwestycji, ale z gorszym widokiem nawet o 30-40 proc., a w skrajnych przypadkach różnice cenowe liczone są w milionach złotych.

Jak zauważają eksperci portalu RynekPierwotny.pl, zjawisko to nie dotyczy już wyłącznie luksusowych apartamentowców w centrach największych metropolii. Coraz wyraźniej widać je także na rynku mieszkań wakacyjnych, inwestycji położonych nad morzem, jeziorami czy w górach. Kupujący coraz częściej płacą bowiem nie tylko za sam lokal, ale również za przestrzeń, światło, prywatność i ponadprzeciętny komfort codziennego życia.

Tym sposobem najdroższe metry coraz częściej znajdują się za oknem.

Widok, który kosztuje więcej niż dodatkowy pokój

W nieruchomościach od lat obowiązuje zasada „lokalizacja, lokalizacja i jeszcze raz lokalizacja”. Dziś jednak coraz częściej integralną częścią tej lokalizacji staje się panorama rozpościerająca się z okien czy tarasów najbardziej pożądanych mieszkań.

W praktyce oznacza to, że dwa niemal identyczne lokale w tym samym budynku mogą różnić się ceną o kilkaset tysięcy złotych, a nawet znacznie więcej – wyłącznie ze względu na kondygnację, ekspozycję lub widok.

Najlepiej widać to w inwestycjach nadmorskich, gdzie kontakt z wodą stał się jednym z najdroższych towarów na rynku nieruchomości. To właśnie panorama na Bałtyk lub Zatokę Gdańską jest dziś jedną z najcenniejszych wartości dodanych mieszkania.

W Świnoujściu, które od kilku lat należy do najdroższych lokalizacji mieszkaniowych w Polsce, podobne lokale w inwestycjach premium potrafią osiągać diametralnie różne ceny tylko dlatego, że jeden znajduje się na wyższej kondygnacji lub oferuje lepszy widok na morze.

Eksperci portalu RynekPierwotny.pl od dawna obserwują prostą zależność: im wyżej położony lokal i lepsza panorama, tym wyższa cena za metr kwadratowy. Najbardziej widoczne jest to w segmencie premium, gdzie najwyższe kondygnacje niemal zawsze zajmują największe i najdroższe apartamenty typu penthouse.

W Świnoujściu widok na Bałtyk może kosztować dodatkowe miliony

W nadmorskich projektach premium apartamenty położone na najwyższych piętrach potrafią osiągać ceny liczone w kilku-, a czasem wręcz kilkunastomilionowych kwotach.

Aktualnie w jednej ze świnoujskich inwestycji prezentowanych w bazie portalu RynekPierwotny.pl apartament o powierzchni 167 mkw. z panoramicznym widokiem na morze został wyceniony na blisko 9 mln zł, czyli około 52 tys. zł za mkw. Lokal znajduje się na ostatniej, siódmej kondygnacji luksusowego budynku położonego zaledwie 200 metrów od plaży.

Sęk w tym, że wspomniane 200 metrów zajmuje pas leśny typowy dla bezpośredniego sąsiedztwa bałtyckiej linii brzegowej. Taki układ sprawia, że panorama morza z najniższych kondygnacji jest mocno ograniczona lub wręcz niewidoczna.

Na tym przykładzie można pokusić się o orientacyjne oszacowanie wartości samego widoku w cenie mieszkania. Nie porównamy go wprawdzie z podobnym lokalem na parterze, ponieważ na najniższej kondygnacji zaprojektowano wyłącznie kompaktowe apartamentowe studia, a wraz z wysokością budynku rosną także metraże mieszkań – aż do największych penthouse’ów na ostatnim piętrze. To zresztą dość często spotykana metodyka projektowania analogicznych inwestycji w najpopularniejszych krajowych kurortach.

Tymczasem niewielkie mieszkania o powierzchni nieco ponad 30 mkw. na parterze omawianej inwestycji deweloper wycenił na około 925 tys. zł, czyli niespełna 30 tys. zł za mkw. To wyraźnie mniej niż w przypadku apartamentów zlokalizowanych na najwyższej kondygnacji, gdzie stawka przekracza już 52 tys. zł za mkw.

Różnica około 22 tys. zł na każdym metrze kwadratowym oznacza, że przy apartamencie o powierzchni 167 mkw. sama „premia za widok” może sięgać nawet około 3,7 mln zł.

Oczywiście porównujemy lokale o różnym metrażu i standardzie, jednak skala tych różnic dobrze pokazuje, jak ogromną rolę zaczyna dziś odgrywać panorama i wysokość położenia mieszkania. Tym bardziej, że koszt budowy metra kwadratowego nieruchomości pozostaje w praktyce niezależny od numeru kondygnacji. Można więc z pewnym przymrużeniem oka uznać wspomnianą różnicę za rynkową wycenę panoramy Bałtyku oglądanej z perspektywy najwyższego piętra.

Trójmiasto: każde piętro podnosi cenę

Podobny mechanizm coraz wyraźniej widać również w Trójmieście, choć oczywiście dotyczy to w pierwszym rzędzie inwestycji w odpowiedniej lokalizacji i większej liczbie kondygnacji.

W najbardziej reprezentatywnej pod tym względem, bo wielopiętrowej inwestycji zlokalizowanej w gdyńskim Redłowie zaledwie 500 m od plaży, analogiczne mieszkania 3-4 pokojowe o dużych metrażach zostały wycenione przez dewelopera na 16-17 tys. zł/mkw. na parterze i ponad 28 tys. na ostatnim 16-tym piętrze. Różnica rzędu 12 tys. zł za każdy mkw. na pewno może budzić respekt.

W praktyce oznacza to, że kilkanaście kondygnacji i nieporównywalnie lepszy widok, a z samej góry wprost na Zatokę Gdańską, mogą wywindować wartość mieszkania nawet o półtora miliona złotych i więcej. Co ciekawe, w tym przypadku bynajmniej nie chodzi o inwestycję stricte premium, ale jedynie w podwyższonym standardzie.

Co ważne, wyższa kondygnacja oznacza dziś nie tylko bardziej prestiżowy widok, ale także realne korzyści użytkowe: większą prywatność, lepsze doświetlenie mieszkania, mniej hałasu ulicznego oraz wyraźnie lepszą jakość powietrza w ruchliwych częściach dużych miast.

Jeszcze kilkanaście lat temu najwyższe piętra wielu budynków nie cieszyły się dużym zainteresowaniem. Dziś sytuacja wygląda odwrotnie – to właśnie one są coraz częściej uznawane za najbardziej pożądane.

Mazury i góry też mają swoją premię za panoramę

Mechanizm „premii za widok” bardzo wyraźnie działa również w inwestycjach położonych nad jeziorami i w górskich kurortach.

Na Mazurach apartamenty z widokiem na wodę osiągają ceny wyraźnie wyższe od lokali o słabszej ekspozycji. W jednej z inwestycji położonej w Giżycku nad samym brzegiem jeziora Niegocin lokale w kameralnych 3-piętrowych apartamentowcach różnią się w cenie za mkw. pomiędzy parterem a najwyższą czwartą kondygnacją o niemal dokładnie jedną trzecią (20 tys. zł /mkw. vs. 27 tys.).

Podobnie wygląda sytuacja w polskich górach. W jednej z zakopiańskich inwestycji wzniesionej w pobliżu Starej Polany różnica w cenie mkw. apartamentów z parteru i ostatniej 4-tej kondygnacji wynosi nawet 40 proc. (22 tys. zł/mkw. vs. 31 tys.). To oznacza, że nawet przy niewielkim, kompaktowym wręcz lokalu 2-pokojowym za 3-cie piętro trzeba wyłożyć o 320 tys. zł więcej niż za parter.

Deweloperzy doskonale zdają sobie sprawę z wartości widoku. Dlatego nowe inwestycje nad morzem, jeziorami czy w górach coraz częściej projektowane są w taki sposób, aby możliwie największa liczba mieszkań miała choć częściową ekspozycję na wodę, zieleń lub panoramę okolicy.

To już nie detal architektoniczny, lecz jeden z najważniejszych elementów strategii sprzedażowej.

Widok staje się inwestycją

Eksperci portalu RynekPierwotny.pl zwracają uwagę, że atrakcyjna panorama coraz częściej okazuje się jednym z najbardziej trwałych elementów wartości mieszkania.

Standard lokalu można podnieść remontem. Układ pomieszczeń można przebudować. Ale widoku na morze, jezioro, pasma górskie, park czy panoramę miasta praktycznie nie da się stworzyć od nowa.

Dlatego mieszkania z ponadprzeciętną ekspozycją zazwyczaj lepiej utrzymują wartość, szybciej drożeją i są znacznie łatwiejsze w odsprzedaży lub wynajmie.

W świecie coraz gęstszej zabudowy i ograniczonej przestrzeni atrakcyjny widok zaczyna stawać się zasobem równie deficytowym jak sama ziemia.

I być może właśnie dlatego za dobrą panoramę coraz częściej płaci się dziś jak za dodatkowy pokój – a czasem nawet znacznie więcej.

NBP utrzyma jastrzębi ton, ale bez podwyżki? RPP zdecyduje o stopach procentowych

Narodowy Bank Polski najprawdopodobniej pozostawi dziś stopy procentowe bez zmian trzeci miesiąc z rzędu. Według wszystkich 32 ekonomistów ankietowanych przez Bloomberg Rada Polityki Pieniężnej utrzyma główną stopę procentową na poziomie 3,75%. Taki scenariusz wydaje się obecnie najbardziej prawdopodobny, ponieważ najnowsze dane inflacyjne okazały się wyraźnie łagodniejsze od oczekiwań rynku. W maju inflacja w Polsce spadła do 3,1% rok do roku, wobec 3,2% w kwietniu. Był to wynik znacznie niższy od prognoz, które zakładały wzrost cen na poziomie 3,6%. Odczyt ten sugeruje, że presja cenowa pozostaje na razie ograniczona, a bank centralny nie ma pilnej potrzeby zaostrzania polityki pieniężnej. Niższa inflacja daje NBP więcej przestrzeni do spokojniejszej oceny sytuacji. Jednocześnie komunikacja banku centralnego może pozostać ostrożna i raczej jastrzębia, aby podkreślić gotowość do walki z inflacją, choć bez wyraźnego zaostrzania dotychczasowego tonu.

Za utrzymaniem stóp procentowych przemawia również słabsza aktywność gospodarcza. W pierwszym kwartale wzrost gospodarczy spowolnił, konsumenci ostrożniej podchodzą do wydatków, a dynamika płac jest najniższa od ponad pięciu lat. W takich warunkach podwyżka stóp mogłaby dodatkowo osłabić gospodarkę, ograniczając popyt i pogarszając warunki finansowania dla firm oraz gospodarstw domowych. Obecne ryzyka inflacyjne wynikają w dużej mierze z czynników zewnętrznych, takich jak ceny surowców czy napięcia geopolityczne, dlatego wyższe stopy procentowe mogłyby przynieść gospodarce więcej szkód niż korzyści.

Bank Pekao obniżył prognozę tegorocznego szczytu inflacji z 4% do 3,5% i przewiduje stabilizację stóp procentowych w 2026 roku. Taka ocena wzmacnia przekonanie, że Rada Polityki Pieniężnej będzie w najbliższym czasie unikać gwałtownych ruchów. Coraz więcej decydentów może też uznawać spowolnienie gospodarcze za większe zagrożenie niż sama inflacja, zwłaszcza jeśli kolejne dane potwierdzą słabszą konsumpcję i wolniejsze tempo wzrostu wynagrodzeń.

Na decyzje i komunikację NBP nakłada się również napięcie polityczne między prezesem banku centralnego Adamem Glapińskim a premierem Donaldem Tuskiem. Spór dotyczy między innymi zmian personalnych w zarządzie NBP oraz wcześniejszego pomysłu finansowania wydatków wojskowych z wykorzystaniem rezerw złota banku centralnego. Choć kwestie polityczne pozostają tłem dla decyzji monetarnych, mogą wpływać na odbiór działań banku i wzmacniać ostrożność w jego przekazie.

Obecna sytuacja wskazuje więc, że NBP nie ma istotnego powodu do podnoszenia stóp procentowych. Inflacja jest niższa od oczekiwań, a gospodarka pokazuje coraz wyraźniejsze oznaki osłabienia. Rada Polityki Pieniężnej prawdopodobnie utrzyma ostrożny ton, aby nie osłabić wiarygodności w walce z inflacją, ale sama decyzja o pozostawieniu stóp bez zmian wydaje się być przesądzona.

Dino Polska z zarzutami UOKiK. Chodzi o porozumienie ograniczające kierowcom zmianę pracodawcy

0

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął postępowanie przeciwko Dino Polska oraz czterem firmom przewozowym obsługującym centra dystrybucyjne tej sieci handlowej. Zarzuty otrzymało również pięciu menedżerów. Sprawa dotyczy podejrzenia zawarcia porozumienia ograniczającego konkurencję na rynku pracy.

Według UOKiK przedsiębiorcy mogli uzgodnić zasady, które utrudniały kierowcom ciężarówek zmianę pracodawcy. W praktyce mogło to oznaczać ograniczenie mobilności pracowników, słabszą pozycję negocjacyjną oraz gorsze warunki zatrudnienia niż w warunkach normalnej konkurencji między firmami.

Zarzuty dla Dino, firm transportowych i menedżerów

Postępowanie prowadzone jest przeciwko spółce Dino Polska oraz firmom: Euro Finannce, Jar-Trans, Martrans Logistics i Mati-Trans. Zarzuty usłyszało także pięć osób fizycznych: trzech menedżerów z Dino Polska oraz po jednym menedżerze z Martrans i Mati-Trans.

UOKiK wskazuje, że osoby te mogły być osobiście odpowiedzialne za niedozwolone ustalenia. W przypadku przedsiębiorców kara za udział w zmowie może wynieść do 10 proc. obrotu. Menedżerom grozi natomiast sankcja finansowa do 2 mln zł.

— Ograniczanie pracownikom możliwości zatrudnienia i zmiany pracy to praktyki kojarzące się z XIX wiekiem, a nie z nowoczesną gospodarką. Rynek pracy powinien opierać się na wolnym wyborze, negocjowaniu warunków zatrudnienia i uczciwym konkurowaniu firm o pracowników. Dlatego przedsiębiorcy, którzy łamią prawo, muszą się liczyć z poważnymi konsekwencjami — mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

Trzymiesięczna „karencja” dla kierowców

Z ustaleń Urzędu wynika, że firmy transportowe mogły uzgodnić, iż nie będą zatrudniać kierowców pracujących u innych uczestników porozumienia. Mechanizm miał obejmować tzw. okres karencji. Przez trzy miesiące kierowca nie mógł przejść do innego przewoźnika, który również obsługiwał sieć Dino.

W ocenie UOKiK tego typu ustalenia mogły ograniczać konkurencję między firmami o pracowników. Jeżeli przedsiębiorcy wiedzieli, że inni uczestnicy porozumienia nie będą przejmować ich kierowców ani oferować im lepszych warunków, mogli mieć mniejszą presję na podnoszenie wynagrodzeń czy poprawę warunków zatrudnienia.

Celem takich działań mogło być zatrzymanie dotychczasowych pracowników, ograniczenie rotacji oraz zmniejszenie kosztów rekrutacji. Skutki mogły jednak ponosić przede wszystkim kierowcy, których możliwość swobodnej zmiany pracy została ograniczona.

Dino miało odgrywać kluczową rolę

Według UOKiK inicjatorem i organizatorem systemu mogła być spółka Dino Polska. Urząd podejrzewa, że to ona weryfikowała, czy konkretny kierowca może wjechać na teren centrum dystrybucyjnego.

Ewentualne odstępstwa od przyjętych ustaleń miały wymagać zgody Dino. Spółka mogła także wywierać presję na przewoźników, aby nie zatrudniali kierowców objętych okresem „karencji”.

Istotną część materiału dowodowego Urząd pozyskał podczas przeszukań w siedzibach firm. Zebrane dowody mają wskazywać na możliwość funkcjonowania niedozwolonego porozumienia między przedsiębiorcami.

Czym są porozumienia no-poach?

Podejrzewana praktyka należy do kategorii tzw. no-poach agreements, czyli porozumień, w ramach których firmy uzgadniają, że nie będą zatrudniać lub aktywnie pozyskiwać pracowników od siebie nawzajem.

Takie ustalenia są zakazane, ponieważ wpływają na jeden z kluczowych elementów konkurencji między przedsiębiorcami — rywalizację o pracowników. Firmy konkurują bowiem nie tylko ceną produktów czy jakością usług, ale również warunkami pracy, wysokością wynagrodzeń i atrakcyjnością zatrudnienia.

W praktyce porozumienia no-poach mogą prowadzić do ograniczenia wzrostu płac. Pracownicy mają wtedy mniejsze możliwości negocjacyjne, bo potencjalni nowi pracodawcy nie konkurują o nich w normalny sposób.

UOKiK koncentruje działania na największych uczestnikach

Prezes UOKiK przeanalizował również możliwy udział innych firm transportowych w porozumieniu. Ostatecznie postępowanie objęło cztery przedsiębiorstwa przewozowe.

Urząd wyjaśnia, że część mniejszych podmiotów z sektora MŚP nie została objęta zarzutami, ponieważ ich potencjalny udział w praktyce oraz wpływ na konkurencję uznano za ograniczone. Takie podejście ma pozwolić na skupienie działań na podmiotach, które mogły najsilniej oddziaływać na rynek.

To nie pierwsze działania UOKiK na rynku pracy

Sprawa Dino i przewoźników wpisuje się w szersze działania UOKiK dotyczące praktyk ograniczających konkurencję na rynku pracy. Urząd prowadzi już postępowanie przeciwko Jeronimo Martins Polska i przewoźnikom.

Równolegle trwa także postępowanie wyjaśniające dotyczące praktyk sieci Lidl i jej kontrahentów oraz możliwej zmowy firm transportowych.

Dla UOKiK rynek pracy jest jednym z obszarów, w których prawo konkurencji ma coraz większe znaczenie. Urząd podkreśla, że niedozwolone porozumienia nie muszą dotyczyć wyłącznie cen towarów czy usług. Mogą obejmować również wynagrodzenia, zasady rekrutacji i możliwość zmiany zatrudnienia przez pracowników.

Co dalej?

Postawienie zarzutów nie oznacza jeszcze stwierdzenia naruszenia prawa. Postępowanie ma wyjaśnić, czy Dino Polska, firmy przewozowe oraz wskazani menedżerowie rzeczywiście uczestniczyli w niedozwolonym porozumieniu.

Jeżeli zarzuty się potwierdzą, przedsiębiorcom grożą wysokie kary finansowe. Dla menedżerów konsekwencje również mogą być dotkliwe, ponieważ prawo przewiduje osobistą odpowiedzialność osób zarządzających za udział w antykonkurencyjnych ustaleniach.