Branża budowlana w Polsce pod lupą

Przedstawiciele branży budowlanej w Polsce lepiej postrzegają przeszłość, niż oceniają perspektywy rozwoju w przyszłości. O ile aż 57 proc. firm budowlanych z sektora MŚP, uważa, że sytuacja społeczno-gospodarcza w minionej dekadzie sprzyjała rozwojowi budownictwa w Polsce, to już jedynie 37 proc. wyraziło opinię, że będzie mu ona sprzyjać w ciągu najbliższych 10 lat. Najczęściej wskazywaną barierą przyszłego rozwoju branży są braki kadrowe (82 proc.), pomimo to aż 2 na 3 zapytane firmy nie obawiają się konkurencji ze strony podmiotów zagranicznych. Co więcej, wzrost gospodarczy, podnoszący poziom życia, będzie najmocniej wspierać rozwój budownictwa mieszkaniowego w Polsce, a nowe technologie i aspekty ekologiczne będą kluczowe dla rozwoju nieruchomości komercyjnych. Takie są najważniejsze wyniki badania „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” przedstawionego podczas konferencji przez EFL .

Co w szczególności będzie wspierać rozwój branży budowlanej w ciągu najbliższych 10 lat? Zdaniem podmiotów MŚP z szeroko rozumianej branży budowlanej będzie to wzrost gospodarczy, podnoszący poziom życia i zwiększający obszary dobrobytu w Polsce. Na ten czynnik wskazało najwięcej, bo aż 85 proc. respondentów. Drugi w kolejności jest rozwój technologii (81 proc.), następnie inwestycje współfinansowane ze środków unijnych (80 proc.) oraz wzrost popytu na rynkach konsumenckich (78 proc.).

– W ósmym wydaniu raportu z serii „Pod lupą” pytamy mikro, małych i średnich przedsiębiorców z szeroko rozumianego sektora budownictwa, a także architektury, inżynierii budowlanej, urbanistyki, o budownictwo, które jest sercem naszej gospodarki i stanowi trzecie źródło polskiego PKB. Choć dzisiejsze budownictwo opiera się na dość zachowawczym modelu biznesowym, to ze względu na zmiany, głównie społeczne, ewoluuje na naszych oczach. Jeszcze niedawno podstawowym czynnikiem decydującym o konkurencyjności krajowych podmiotów był łatwy dostęp do siły roboczej. Teraz, gdy jest on ograniczony, rynek wymusza poszukiwanie innowacyjnych rozwiązań Stanowi to wyzwanie, biorąc pod uwagę ograniczone możliwości inwestycyjne branży, która jest rozdrobniona. Dodatkową barierą rozwoju jest także wysoki koszt nowoczesnych maszyn i zaawansowanych technologii. I w nowej rzeczywistości, wyznaczonej przez trendy społeczne i zawodowe tj. coworking, coliving i cothinking, naszą rolą jako projektantów usług finansowych jest udział w zdefiniowaniu tych wyzwań i udzielenie odpowiedzi na nie – zauważył Radosław Woźniak, wiceprezes EFL S.A.

Branża obawia się przyszłości

Ostatnie 10 lat, mimo wielu perturbacji, to czas boomu budowlanego w Polsce, który większość małych i średnich firm z branży budowlanej dobrze wspomina. 57 proc. przedsiębiorców, którzy wzięli udział w badaniu „Budownictwo przyszłości. Pod lupą”, uznało, że w tym okresie sytuacja społeczno-gospodarcza sprzyjała rozwojowi branży budowlanej. Tylko co czwarta firma była przeciwnego zdania.

Minione lata najlepiej ocenili przedstawiciele najmłodszych firm, działających na rynku od niespełna 5 lat, które wystartowały, gdy koniunktura w budownictwie zaczęła się poprawiać. Natomiast przedsiębiorcy z dłuższym stażem patrzyli przez pryzmat kryzysu, który dotknął tę branżę, stąd wyższy odsetek wskazań negatywnych. Biorąc pod uwagę rodzaj specjalizacji budowlanej, najwyższy odsetek pozytywnych ocen wystawili przedsiębiorcy, których firmy budowały nieruchomości komercyjne takie jak biurowce, magazyny czy centra handlowe.

Z mniejszym optymizmem przedsiębiorcy spoglądają w przyszłość. 37 proc. zapytanych (o 20 p.p. mniej niż w przypadku oceny przeszłości) wyraziło opinię, że sytuacja społeczno-gospodarcza w ciągu najbliższych 10 lat będzie im sprzyjać. Co więcej, najwyższy odsetek firm (38 proc.) nie wie, co je czeka w przyszłości. Mimo trwającego boomu w budownictwie, prawie co piąty podmiot (19 proc.) jest pesymistą, przewidując, że w nadchodzących 10 latach sytuacja społeczno-gospodarcza kraju nie będzie sprzyjała rozwojowi branży budowlanej. Relatywnie największym optymizmem cechują się firmy o średnim wieku i wielkości, z podsektora budownictwa niemieszkaniowego.

Rządzi ekonomia, na ekologię przyjdzie czas

To uwarunkowania ekonomiczne będą w pierwszej kolejności decydować o przyszłych losach budownictwa w naszym kraju – tak twierdzi niemal połowa przebadanych (49 proc.). Na drugim miejscu znalazła się polityka (27 proc.), a trzecim – rozwój technologii (10 proc. wskazań). Liczne badania potwierdzają wprawdzie, że jako społeczeństwo coraz chętniej sięgamy po rozwiązania energooszczędne, to robimy to jednak głównie w trosce o własną kieszeń. Na ekologiczny aspekt zwróciło uwagę jedynie 6 proc. zapytanych.

Kadry piętą Achillesa

Najczęściej wskazywaną barierą przyszłego rozwoju branży budowlanej w Polsce jest niewystarczająca liczba wykwalifikowanej kadry. Na ten fakt wskazuje 82 proc. respondentów. Wyzwaniem jest także niska podaż pracowników produkcyjnych, o czym wspomina 59 proc. podmiotów MŚP z branży budowlanej. Dodatkowo, branża obserwuje stale rosnące koszty zatrudnienia – wspomina o tym aż 78 proc. badanych.

Firmom podcinają także skrzydła skomplikowane procedury administracyjne (71 proc.), brak środków własnych na inwestycje i rozwój (65 proc. wskazań), niska dostępność terenów inwestycyjnych (45 proc.) oraz brak planów zagospodarowania przestrzennego (44 proc.). Warto jednak podkreślić, że 2 na 3 zapytane firmy nie obawiają się konkurencji ze strony podmiotów zagranicznych.

O budownictwie przyszłości dyskutowali

Premiera raportu EFL „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” odbyła się podczas prezentacji EFL w siedzibie głównej grupy Skanska w Polsce, 11 października br. Prezentacji wyników towarzyszyły dwie debaty. W pierwszej, na temat finansowania inwestycji infrastrukturalnych, udział wzięli: Robert Dzierzgwa, dyr. departamentu strategi i rozwoju w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju, Radosław Woźniak, wiceprezes EFL, Jan Styliński, prezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa, Grzegorz Buczek, architekt i urbanista oraz Patrik Choleva, dyrektor finansowy spółki budowlanej Skanska. Prelegentami drugiej debaty dotyczącej uwzględniania potrzeb człowieka w szeroko rozumianym budownictwie byli Radosław Kuczyński, prezes EFL, Arkadiusz Rudzki, dyrektor zarządzający w spółce biurowej Skanska, Marcin Grzelewski, architekt, członek zarządu APA Wojciechowski Architekci oraz Monika Arczyńska, architektka, blogerka, właścicielka firmy projektowej oraz Zbigniew Kostrzewa – architekt, Indesign.

Ósmy raz pod lupą

Raport „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” jest ósmym z kolei opracowaniem z serii „Pod lupą”. Pierwszy charakteryzował kondycję mikro-, małych i średnich firm w Polsce („MŚP pod lupą”, 2011), drugi poświęcony był sytuacji gospodarstw rolnych w Polsce („Agro pod lupą”, 2012). Trzecie opracowanie analizowało finansowe aspekty prowadzenia działalności transportowej w Polsce („Transport pod lupą”, 2013), czwarte – wsparcie młodych na rynku pracy („Młodzi na rynku pracy. Pod lupą”, 2014), piąte – innowacje („Innowacje w MŚP. Pod lupą”, 2015). Szósty raport przedstawiał inwestycje prowadzone przez MŚP w Polsce („Inwestycje w MŚP. Pod lupą”, 2016). Natomiast ubiegłoroczne, siódme wydanie, dotyczyło pokolenia milenialsów („Millenialsi w MŚP. Pod lupą”, 2017).

Raport przekazuje wielostronny obraz obszaru, jakim jest budownictwo, które jest kołem zamachowym gospodarki, stanowiąc trzecie źródło PKB w Polsce. Raport, podobnie jak w poprzednich edycjach, opiera się na badaniach opinii, rozbudowanych o szeroki kontekst problematyki związanej z budownictwem, inżynierią budowlaną, architekturą, urbanistyką i procesami społecznymi w obszarze zamieszkiwania. Źródłem treści są również opracowania branżowe (raporty sektora leasingu, bankowego, budowlanego), dane GUS, a także dostępna publicystyka dotycząca inwestycji infrastrukturalnych i mieszkalnictwa. Raport wzbogacają wywiady ze specjalistami wielu dziedzin wprost lub pośrednio związanych z budowaniem: architektami, urbanistami czy naukowcami.

Metodologia badania:

Badanie „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” zostało zrealizowane przez Ecorys Polska na zlecenie EFL S.A. na reprezentatywnej grupie 500 firm z branży budowlanej (budownictwo mieszkaniowe, komercyjne, inżynieryjne, działalność projektowa) dobranych w sposób losowo-kwotowy. 40 proc. stanowili mikroprzedsiębiorcy zatrudniający do 9 osób, tyle samo mali przedsiębiorcy zatrudniający do 49 osób, a 20 proc. średni przedsiębiorcy z maksimum 249 osobami na pokładzie. Badanie wykonano metodą ilościową, techniką CATI (wywiad telefoniczny) od 7 czerwca do 4 lipca 2018 roku.

Uwaga inwestorów skupiona na globalnych rynkach akcji

Inwestorzy ponownie przeżyli chwile grozy po tym jak największe amerykańskie indeksy akcji zanurkowały o kilka procent. Skąd ten spadek? Giełdowi analitycy jeszcze nie mają gotowej odpowiedzi. 

Wczorajszy handel na rynku walutowym nie był przesadnie interesujący: polski złoty ponownie osłabił się w relacji do euro i funta brytyjskiego, nieznacznie słabszy był również w parze z dolarem amerykańskim. Kurs EUR/PLN w ostatnim czasie porusza się w trendzie bocznym o dość ograniczonym zakresie wahań osłabiając się jednego dnia i odrabiając straty w kolejnym.

Dużo bardziej interesująca sytuacja ma miejsce na pozostałych rynkach. Wczorajszy dzień przyniósł silną wyprzedaż globalnych akcji, na czele których stały amerykańskie spółki technologiczne. Największe indeksy, amerykańskie S&P 500, NASDAQ, niemiecki DAX, czy japoński NIKKEI 225 notowały spadki dochodzące do 3-4%. „Indeks strachu”, czyli VIX, obrazujący postrzegany przez inwestorów poziom przyszłej zmienności głównego amerykańskiego indeksu doświadczył wzrostu o 44% – największego od ośmiu miesięcy. Co ciekawe, trudno jednoznacznie wskazać przyczynę zmian na giełdach.

Możliwe, że korekta w wycenie akcji następuje ze względu na wzrost rentowności amerykańskich obligacji (co sprawia, że akcje stają się relatywnie mniej atrakcyjne oraz obrazuje wzrost kosztów kredytu, co też nie sprzyja spółkom). Pytanie, dlaczego do tak silnych spadków doszło wczoraj, mimo, że rentowności największy wzrost zaliczyły w połowie poprzedniego tygodnia? Może to być też próba „urealnienia” często nieodpowiadających fundamentom wycen rynkowych amerykańskich spółek, jak i kolejna odsłona obaw o działania FED, czy o konflikt handlowy.

W kontekście ostatnich zmian warto obserwować dzisiejsze dane inflacyjne ze Stanów Zjednoczonych – jeśli okaże się, że wrześniowa inflacja w USA była wyższa od oczekiwań, naturalnie może przełożyć się to na kontynuację wzrostu rentowności amerykańskich obligacji oraz negatywnie wpłynąć na doświadczający trudności rynek akcji. Jeśli wyprzedaż będzie kontynuowana, a niepokój inwestorów wzrośnie, niewykluczone, że może to szkodzić również innym aktywom ryzykownym, takim jak polska waluta.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,30-4,32. Wspólna waluta radziła sobie wczoraj całkiem nieźle i istotnie umocniła się w parze ze słabszym dolarem amerykańskim, nieznacznie tracąc natomiast w relacji do silniejszego funta brytyjskiego. Wczorajszy dzień nie obfitował w istotne informacje ze strefy euro, dziś z kolei poznamy protokół z posiedzenia EBC. Niemal na pewno uwaga inwestorów będzie jednak skupiać się na sytuacji po drugiej stronie Atlantyku.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę wzrósł o 0,6%, wahając się w widełkach 4,91-4,95, para znalazła się najwyżej od lipca. Brytyjska waluta istotnie umocniła się również w relacji do dolara amerykańskiego i nieznacznie zyskała nawet względem dość silnego euro.

W ostatnim czasie funt brytyjski był jedną z najlepiej radzących sobie głównych walut. W umocnieniu sprzyjają kolejne pozytywne informacje dotyczące negocjacji ws. Brexitu. Wczoraj walucie pomogły komentarze ze strony głównego negocjatora z ramienia UE, który stwierdził, że 80-85% warunków porozumienia jest uzgodnionych, jednocześnie sugerując, że problemem nadal pozostaje kwestia granicy z Irlandią Północną. Biorąc pod uwagę to, że za siedem dni czeka nas szczyt UE, do czasu którego Wielka Brytania powinna osiągnąć porozumienie ze Wspólnotą, zmienność GBP w kolejnych dniach prawdopodobnie pozostanie wysoka.

W umocnieniu brytyjskiej walucie wczoraj istotnie nie wadziły nawet słabsze dane makroekonomiczne. Produkcja przemysłowa i szacunek dynamiki PKB w sierpniu zaskoczyły in minus, jednak odczyty nie miały większego wpływu na handel. Różnice między odczytami, a szacunkami konsensusu nie były zbyt duże. Brak reakcji nie jest niczym dziwnym biorąc pod uwagę fakt, iż inwestorzy przed październikowym szczytem UE skupiają się przede wszystkim na negocjacjach dotyczących Brexitu. Istotne w kontekście braku silnej reakcji jest również to, że perspektywy działań BoE w najbliższym czasie pozostają ograniczone. Dane bowiem zazwyczaj rozpatruje się pod kątem tego, jakie zmiany mogą wywołać w polityce monetarnej.

USD

Kurs USD/PLN w środę wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,74-3,75. Nieznaczne umocnienie dolara względem złotego było związane jedynie ze słabością tego ostatniego. Sam dolar nie radził sobie wczoraj dobrze i zakończył dzień osłabieniem w relacji do głównych walut. Oprócz wyprzedaży amerykańskich akcji warto zwrócić uwagę na wczorajsze wypowiedzi. James Bullard, najbardziej gołębi członek FOMC w kontrze do większej części komitetu stwierdził, że stopy procentowe w USA są obecnie w dobrym miejscu i nie powinny rosnąć istotnie ponad bieżące poziomy. Podobną opinię wyraził Donald Trump, który ponownie skrytykował Rezerwę Federalną, określając działania banku centralnego mianem „szalonych”.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Aktywność specjalistów i menedżerów

Z najnowszej edycji raportu Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów” wynika, że już co drugi pracownik chce pracować zdalnie i mieć elastyczne godziny pracy. Stale zwiększa się również liczba ofert pracy przypadających na jednego kandydata, jednak aż 72 proc. z nich nie szuka aktywnie zatrudnienia. Bierny kandydat oczekuje zatem, że to pracodawca do niego dotrze, a on będzie mógł wybrać najbardziej atrakcyjną ofertę.

Aż 60% specjalistów i menedżerów deklaruje poprawę swojej sytuacji zawodowej, a 65% badanych otrzymało podwyżki. Ponadto, już co drugi uczestnik rynku pracy jest przekonany, że znajdzie adekwatne do swoich kompetencji i oczekiwań zatrudnienie w mniej niż 3 miesiące. To przekłada się na rosnące wymagania również w kontekście procesów rekrutacyjnych, ponieważ kandydaci coraz bardziej cenią swój czas.

Dotychczasowe działania firm, zorientowane na pozyskiwanie wykwalifikowanych pracowników, już dawno przestały przynosić oczekiwane efekty. Wynika to z faktu, że rynek kandydata zaczyna przybierać nową, bardziej radykalną formę. Oprócz pogłębiającego się deficytu kadrowego, obserwujemy również, że zwiększa się odsetek pracowników pasywnych, którzy czekają na bezpośrednie zaproszenia do rekrutacji. Z pewnością coraz większą rolę w zatrudnieniu najlepszych specjalistów będzie odgrywał wizerunek pracodawcy. To jednak tylko kropla w morzu realnych wymagań dzisiejszego rynku kandydata.

Liczba otrzymywanych zaproszeń do procesu rekrutacyjnego rośnie. Przeciętnie specjaliści i menedżerowie otrzymują 9 ofert pracy rocznie. Tradycyjnie, najbardziej rozchwytywani na rynku są specjaliści z obszaru IT. Drugą grupą, która cieszy się największym zainteresowaniem pracodawców są inżynierowie – tutaj obserwujemy 25 proc. wzrost zaproszeń do rekrutacji. Niewiele mniej ofert otrzymują finansiści, którzy razem z liderami, są szczególnie chętnie zatrudniani przez prężnie rozwijające się w Polsce centra usług wspólnych. Przekłada się to na coraz większą liczbę kandydatów wycofujących się z procesów rekrutacyjnych ze względu na konkurencyjną ofertę, awans lub podwyżkę w dotychczasowym miejscu zatrudnienia.

Z roku na rok coraz bardziej cenione są na rynku wszelkie benefity pomagające w zachowaniu work-life balance. Pracodawcy powinni przede wszystkim zwrócić uwagę na rosnące znaczenie elastycznych godzin pracy, a także możliwości pracy zdalnej – już dla co drugiego pracownika jest to warunek konieczny do rozpatrzenia propozycji nowego zatrudnienia (wzrost o 7% w stosunku do ubiegłego roku). 54% respondentów oczekuje również umowy o pracę, choć coraz więcej z nich jest otwarta na podjęcie pracy w oparciu o umowę B2B (10% względem 7% ubiegłego roku). Bardzo ważnym argumentem w walce o pracownika są również kwestie związane z wakacjami – 26% osób oczekuje dodatkowych dni urlopu, a 12% – dofinansowania do wakacji.

Tylko 11 proc. badanych spośród osób, które uczestniczyły w ciągu ostatniego roku w procesach rekrutacyjnych oceniło je, jako prowadzone bezbłędnie. Najczęściej rozczarowanie specjalistów i menedżerów budzi długi czas oczekiwania na decyzję pracodawcy – z tym problemem spotkała się połowa badanych. Z kolei 23% osób otrzymało finalnie ofertę poniżej wcześniej przedstawionych oczekiwań finansowych.

Na czoło listy powodów, z jakich specjaliści i menedżerowie decydują się na zmianę pracy w tym roku wysunęły się bardziej atrakcyjne możliwości kariery, które są decydujące dla 45 proc. respondentów. Propozycja wyższego wynagrodzenia jest kluczowa dla 40 proc. badanych, podobnie jak w ubiegłym roku. Następnie specjaliści i menedżerowie wskazują powody negatywne – złe zarządzanie i złą atmosferę w dotychczasowym miejscu pracy.

Prezentowane dane potwierdzają, że rynek kandydata rozwija się w zawrotnym tempie, a pracownicy są coraz bardziej wymagający. Oczekują większej wolności, elastyczności, a przede wszystkim możliwości zarządzania swoim czasem pracy. Co więcej, braki kadrowe są obecnie tak duże, że każdy specjalista jest na wagę złota – szczególnie w tych branżach, w których deficyt jest najbardziej odczuwalny. To stawia coraz większe wyzwania zarówno przed firmami, jak i osobami odpowiedzialnymi za pozyskanie nowych pracowników.

Jantoń przejmuje działalność operacyjną marek Roberta i Mikołaja Makłowiczów

W dniu 11 października 2018 została podpisana wieloletnia umowa współpracy pomiędzy firmą Jantoń – jednym z największych  na polskim rynku producentów i dystrybutorów wina, a Robertem Makłowiczem – znanym podróżnikiem i krytykiem kulinarnym i jego synem Mikołajem Makłowiczem, sommelierem. Na mocy umowy Spółka przejmuje działalność operacyjną marek Wino Makłowicz oraz Selekcja Makłowicz i będzie odpowiedzialna za ich rozwój. Planowane są także nowe, wspólne projekty. Kontrakt obejmuje również współpracę marketingową, w ramach której firma Jantoń posiada wyłączność na wykorzystanie wizerunku Roberta i Mikołaja Makłowiczów w zakresie wina.

Bardzo cieszymy się na współpracę z Panami Robertem i Mikołajem Makłowiczami, widzimy w tym projekcie ogromny potencjał, ponieważ wszyscy podążamy wspólną drogą, drogą rozwoju. Partnerskie połączenie naszego doświadczenia, szerokiego dostępu do rynku oraz rozbudowanych struktur sprzedażowych z ogromną wiedzą zarówno kulinarną, jak i winiarską obu Panów, pozwoli osiągnąć efekt synergii. Jestem przekonany, że projekt ten wpłynie zarówno na wzrost rynku, jak i kulturę picia wina w Polsce – mówi Jakub Nowak, Prezes Zarządu Jantoń S.A. Sp. K.

Umowa firmy Jantoń oraz Roberta i Mikołaja Makłowiczów zakłada współpracę w wielu obszarach. Planowany jest dynamiczny rozwój marki Wino Makłowicz. Będzie ona oferować branży HoReCa unikatową na rynku, specjalnie dobraną przez Roberta i Mikołaja Makłowiczów kartę win. Klienci, którzy się na nią zdecydują, będą mogli czerpać z połączenia doświadczeń winiarskich oraz z ogromnej wiedzy kulinarnej autorów. Jednocześnie rozwijana będzie ciesząca się dużym zainteresowaniem oferta win na stacjach BP pod marką Selekcja Makłowicz. W ramach nowych wspólnych działań przygotowana zostanie m.in. propozycja dla rynku detalicznego, która umożliwi konsumentom podróż do najciekawszych regionów świata win.

Jestem bardzo zadowolony, a nawet lekko podekscytowany – mówi Robert Makłowicz – gdyż współpraca z firmą Jantoń pozwoli dotrzeć z naszym przesłaniem i naszą ofertą do nieporównywalnie większej liczby odbiorców. Podczas swych kulinarnych podróży starałem się tłumaczyć telewidzom, że w wielu częściach świata wino to nie tylko napój uroczysty, służący do wznoszenia toastów, lecz przede wszystkim codzienny element większości posiłków. Każde wino, które pijemy, powinno być dobre, lecz z pewnością pite na co dzień znacznie mniej kosztowne od tego, które pijamy wyłącznie od święta. Mamy jedno i drugie. Już się cieszę, że będziemy mogli o tym głośniej i donośniej opowiadać.

Nowa inicjatywa to jeden z elementów strategii, w ramach której firma Jantoń chce rozwijać ofertę w zakresie jakościowych win gronowych.

Projekt ten inicjuje działania, które w przyszłości pozwolą nam na zostanie liderem w tej kategorii. Mamy rozległe plany w tym zakresie.  – wyjaśnia Jakub Nowak, prezes firmy Jantoń. – W ramach naszej strategii planujemy bowiem dalsze akwizycje, które umożliwią nam rozbudowę asortymentu win gronowych.

Jacy pracownicy byli poszukiwani w III kwartale 2018 roku?

Direct search, czyli metoda bezpośredniego dotarcia do kandydata, staje się niezbędnikiem w pracy rekrutera. Umożliwia samodzielne wyszukanie kandydatów, których pozyskanie jest wyzwaniem na aktualnym rynku pracownika. W tym celu pracodawcy korzystają z Wyszukiwarki Kandydatów GoldenLine – w III kwartale 2018 roku za jej pośrednictwem rekruterzy wysłali 107 153 wiadomości do osób posiadających profil zawodowy na GoldenLine, co wskazuje na 1,5% wzrost w porównaniu do II kwartału 2018 roku. Najczęściej poszukiwani byli specjaliści z obszarów IT, Inżynieria, Sprzedaż i Obsługa Klienta.

Kogo szukali rekruterzy za pomocą Wyszukiwarki Kandydatów?

Metoda ditect search jest coraz chętniej wybierana przez rekruterów, przede wszystkim dzięki możliwości dotarcia do kandydatów pasywnych i znalezienia tych najlepszych, kontroli nad jakością kandydatów oraz poufności, jaką nadaje procesowi rekrutacyjnemu (badanie GoldenLine „Efektywność narzędzi rekrutacyjnych”, maj 2017). Bezpośrednie dotarcie do potencjalnych pracowników na GoldenLine ułatwia pracodawcom Wyszukiwarka Kandydatów. W III kwartale 2018 roku wiadomość od rekrutera otrzymały 107 153 osoby posiadające profil zawodowy w serwisie. Jak wynika z analiz GoldenLine, w III kwartale 2018 roku wśród osób, które otrzymały wiadomości od rekrutera, 11% miało zaznaczoną na profilu specjalizację IT-Rozwój oprogramowania. Na drugim miejscu znaleźli się kandydaci z zaznaczoną specjalizacją Inżynieria (stanowili 10% osób, które otrzymało propozycję pracy od rekrutera), a na trzecim – ze specjalizacją Sprzedaż (9% otrzymujących propozycje pracy). Tuż za podium uplasowały się  osoby o specjalizacji Obsługa klienta (8% osób, które otrzymało propozycję pracy od rekrutera). Kandydaci mogą zaznaczyć na profilu więcej niż jedną specjalizację.

Wiek poszukiwanych pracowników

Jak wynika z danych GoldenLine wśród osób, które dostały wiadomość od rekrutera, 47% jest w wieku 27-37 lat. 16% osób, które dostały wiadomość od rekrutera, jest w wieku 38-47 lat. Na trzecim miejscu uplasowały się osoby w wieku 23-26 lat – 8% osób, które otrzymały wiadomość od rekrutera, znalazło się w tym przedziale wiekowym.

Z jakich województw pochodzą najczęściej poszukiwani pracownicy?

Wiadomość od rekrutera otrzymały przede wszystkim osoby zamieszkałe w województwie mazowieckim (21%), śląskim (11%), dolnośląskim (9%), wielkopolskim (8%) oraz małopolskim (6%). Najwięcej pracowników poszukiwanych jest w dużych ośrodkach miejskich i aglomeracjach, takich jak Warszawa (16%), Wrocław (6%), Poznań (5%) czy Kraków (4%).

Specjalizacja, umiejętności oraz znajomość języków obcych – kogo szukali rekruterzy?

Jak wynika z analiz GoldenLine, większość kandydatów, którzy otrzymali wiadomość od rekrutera, posiada umiejętność obsługi pakietu Microsoft Office oraz prawo jazdy kat. B. Pozostałe często występujące umiejętności to m.in. znajomość programu AutoCad, a także języków programowania (przede wszystkim JavaScript, Java, SQL). Istotną rolę odgrywały również umiejętności miękkie. U osób, które otrzymały wiadomości od rekruterów, pojawiają się najczęściej takie kompetencje jak project management, zarządzanie zespołem, obsługa klienta czy negocjacje.

Dla rekruterów istotny jest również poziom znajomości języka obcego. Wśród 107 153 osób, które otrzymały wiadomość bezpośrednio od pracodawcy, 65% włada językiem angielskim na poziomie podstawowym, dobrym lub biegłym. Innym często występującym językiem jest język niemiecki (zna go 23% użytkowników, którzy otrzymali wiadomość od rekrutera) oraz rosyjski (9% użytkowników). Język francuski zna 6% osób, które dostały zaproszenie do procesu rekrutacji, zaś 4% zna język hiszpański.

Kogo szukali rekruterzy za pośrednictwem ogłoszeń o pracę?

Jak wynika z analiz GoldenLine, w trzecim kwartale 2018 roku pracodawcy zamieścili w serwisie GoldenLine 10 240 ogłoszeń. Większość z nich została skierowana do kandydatów zamieszkujących województwo mazowieckie (23%), śląskie (12%), dolnośląskie (10%), małopolskie (9%) oraz do tych mieszkających za granicą (8%).

W największej liczbie ofert pracy mogły wybierać osoby pracujące w obszarze Produkcja – dedykowanych im było 24% ze wszystkich opublikowanych ogłoszeń. Na kolejnych miejscach znalazły się: Sprzedaż (15%), Obsługa klienta/Call Center (13%), Inżynieria/Elektronika/Technologia (11%), Informatyka/Programowanie (10%),  oraz Praca fizyczna (9%).

Raport z rynku pracy – Q3 2018

Praca.pl przeanalizowała ogłoszenia zamieszczane na portalu w podziale na województwa, wyodrębniając największe miasta oraz obszary zawodowe i stanowiska. Sprawdziła również, na które ogłoszenia kandydaci aplikują najczęściej i jakie oferty najchętniej wyświetlają.

Na pierwszym miejscu wśród najczęściej poszukiwanych na Praca.pl pracowników znalazł się sprzedawca. Całe podium należy do obszaru sprzedaży. Ogłoszenia na stanowiska sprzedawcy, specjalisty ds. sprzedaży i przedstawiciela handlowego stanowiły 7% wszystkich ogłoszeń zamieszczonych w trzecim  kwartale na portalu.  Duże zapotrzebowanie jest również na specjalistów ds. administracyjnych i doradców klienta w bankowości.

Najczęściej poszukiwani na rynku pracy – Q3 2018
1.Sprzedawca
2.Specjalista ds. sprzedaży
3.Przedstawiciel handlowy
4.Specjalista ds. administracyjnych
5.Doradca klienta w bankowości

 Jakiej pracy najczęściej szukali kandydaci?

Kandydaci najczęściej wyszukują ofert z obszaru pracy biurowej i administracyjnej oraz stanowisk asystenckich. Praca.pl często odwiedzają  też kierowcy.
Rekruterzy nie mieli też problemu ze spływem aplikacji na tego typu stanowiska. Największa konkurencja była na stanowisku asystentki oraz pracownika biurowego – na jedno miejsce kandydaci nadsyłali średnio 40 aplikacji.

Stanowiska najbardziej popularne wśród kandydatów – Q3 2018
1.Asystent/asystentka  średnio 276 odsłon 1 ogłoszenia 48 CV na 1 ogłoszenie
2.Recepcjonista/recepcjonistka średnio 186 odsłon 1 ogłoszenia 21 CV na 1 ogłoszenie
3.Kierowca średnio 130 odsłon 1 ogłoszenia 10 CV na 1 ogłoszenie
4.Specjalista ds. administracyjnych średnio 121 odsłon 1 ogłoszenia 40 CV na 1 ogłoszenie
5.Pracownik biurowy średnio 111 odsłon 1 ogłoszenia 32 CV na 1 ogłoszenie

 Gdzie najłatwiej znaleźć pracę?

Województwo % wszystkich ogłoszeń Q3 2018
mazowieckie 18%
śląskie 10%
dolnośląskie 9%
małopolskie 8%
wielkopolskie 8%
pomorskie 6%
łódzkie 6%
zachodniopomorskie 5%
kujawsko-pomorskie 5%
lubelskie 5%
lubuskie 4%
opolskie 4%
warmińsko – mazurskie 4%
podkarpackie 4%
podlaskie 3%
świętokrzyskie 3%

Analiza ofert pracy zamieszczonych na Praca.pl w trzecim kwartale 2018 roku wskazuje, że 1/4 wszystkich ofert dotyczyła pracy w największych miastach w Polsce.
Najłatwiej pracę znaleźć w Warszawie, na brak ofert nie mogą też narzekać kandydaci z Krakowa i Wrocławia.

Gdzie najłatwiej znaleźć pracę? % wszystkich ogłoszeń
Q3 2018
Warszawa 10%
Kraków 4%
Wrocław 4%
Poznań 2%
Gdańsk 2%

Największe od lutego spadki na rynku akcji w USA

Przez globalny rynek akcji przeszedł huragan podobny do tego, który właśnie uderza w wybrzeże USA. Mamy kilka małych powodów panicznej wyprzedaży, niektóre obecne od dawna, ale dopiero teraz obawy znalazły ujście. Nie jest to jednak klasyczna awersja do ryzyka, a bardziej wyraz upłynniania „zatłoczonych” pozycji.

Indeks z nowojorskiego Wall Street S&P500 spadkiem o 3,29 proc. zaliczył najgorszy dzień od lutego, a z rynku wyparowało 850 mld USD. Nie mamy jednego bezpośredniego powodu wyprzedaży, a raczej kombinacja czynników spowodowała, że trudno już ignorować problemy, które nad rynkiem wisiały od jakiegoś czasu. Toczący się spór handlowy USA-Chiny zagraża perspektywom globalnego wzrostu; skok rentowności obligacji USA przez jastrzębie nastawienie Fed czyni dług alternatywą dla wygrzanego rynku akcji; wreszcie uderzenie huraganu Michael we wschodnie wybrzeże USA jest dobrym pretekstem do spadków na giełdzie. W takim klimacie nawet słowa prezydenta USA Trumpa, że „Fed jest szalony” są o jeden powód do obaw za dużo. Połowa tych czynników jest znana (i ignorowana) od dawna, połowa jest nowa, ale o nietrwałych implikacjach. Hossa na Wall Street żyje na pożyczonym czasie dzięki reformie podatkowej, której efekty w przyszłym roku przestaną być odczuwalne. Nie oznacza to od razu, że gospodarkę czeka rychła zapaść i Wall Street już powinien to wyceniać. Ożywienie w USA ma kilka mocnych filarów, które pozwolą utrzymać rozsądny wzrost PKB w tempie 2-3 proc. jeszcze przez kilka kwartałów. Stąd bardziej skłaniam się do opinii, że rynek akcji potrzebował oczyszczenia i takie otrzymuje, choć wykrwawianie może jeszcze trochę potrwać. Powstrzymam się natomiast od ogłaszania bessy.

Jakkolwiek na rynku akcji wyprzedaż przybiera postać efektu kuli śnieżnej, tak po rynku walutowym nie widać dramatycznych zmian. Jeśli już, to widzimy upłynnianie pozycji, które były gromadzone w poprzednich dniach. W głównej mierze uderza to w USD, a sprzedaż jest podsycana spadającymi rentownościami obligacji skarbowych USA (po silnych wzrostach sprzed tygodnia). Pojawiają się głosy, że podwyższona zmienność rynku akcji w klimacie awersji do ryzyka podkopie zaufanie Fed do stabilności warunków finansowych i wpłynie na zmianę kursu polityki monetarnej. Mniej podwyżek oznacza niższego USD. Osobiście nie liczyłbym na taki ciąg przyczynowo-skutkowy. Po lutowym tąpnięciu Wall Street Lael Brainard z Fed zbagatelizowała zmienność rynkową, nie widząc w tym zagrożenia dla wzrostu gospodarczego. Podobnie w sierpniu Fed wykazywał obojętność na skutki wojen handlowych i narastając presję na aktywa rynków wschodzących. Nie widzę, jak wczorajsze wydarzenia miałyby nagle zmienić narrację Fed. Dziś jednak przyjdzie się nam zmierzyć z fundamentami przy odczycie CPI z USA. Konsensus zakłada spójny z trendem wzrost o 0,2 proc. m/m, ale silne efekty bazy obniżą dynamikę roczną z 2,7 proc. do 2,4 proc. Słaby odczyt uderzy w rentowności obligacji USA, co odbije się na dolarze, a rynek akcji przyjmie takie dane z ulgą. Wysoki odczyt przyniesie rozpacz na Wall Street.

W całym tym ambarasie złoty radzi sobie relatywnie dobrze. Z jednej strony skok awersji do ryzyka to zawsze zła wiadomość dla PLN, ale korekta na rynku długu USA przynosi ulgę dla rynków wschodzących. Jeśli jednak obecne warunki utrzymają się dłużej, sądzę, że ucieczka od aktywów ryzykownych weźmie górę i złoty będzie tracił. Na EUR/PLN 4,32 jest teraz „miękkim sufitem” przed potencjalnym wzrostem do 4,34/35. Na więcej nie liczę.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

LS Tech-Homes S.A. zmienia nazwę na Module Technologies

LS Tech-Homes S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, zmienia nazwę na Module Technologies S.A. Przeprowadzenie rebrandingu jest związane z ewolucją strategii rozwoju Spółki w kierunku generalnego wykonawstwa budownictwa modułowego 3D i 2D, z wykorzystaniem płyt drewnianych klejonych warstwowo w technologii BBS (CLT).

Sąd Rejonowy w Bielski Białej zarejestrował w dniu 9 października zmianę nazwy Spółki z LS Tech-Homes S.A. na Module Technologies S.A. Dokonanie zmiany nazwy, wraz z nową identyfikacją wizualną, stanowi jeden z kluczowych elementów, niezbędnych do zakomunikowania nowego kierunku strategicznego rozwoju Emitenta. Głównym celem rebrandingu jest dążenie do wzmocnienia koncentracji działań Spółki w obszarze generalnego wykonawstwa, jak i podwykonawstwa, dla realizacji inwestycji budownictwa modułowego. Nowy kierunek rozwoju będzie oparty na dwóch zasadniczych filarach:

  • Głównym obszarem aktywności biznesowej Module Technologies, będą nowe inwestycje wielkopowierzchniowe oparte o płytę BBS (CLT). Wartością dodaną oferowaną przez Module Technologies S.A. będzie wykorzystywanie technologii łączenia materiałów wykonanych z BBS (CLT) w gotowe moduły 3D (stanowiące finalny produkt użytkowy), w oparciu o know-how licencjonowany przez spółkę Module Investment Sp. z o.o.
  • Drugi filar w strategii rozwoju Spółki stanowiła będzie kontynuacja realizacji mniejszych inwestycji, z użyciem paneli SIP oraz konstrukcji wykonanych w technologii pultruzji.

Zarząd Module Technologies S.A. jest przekonany, że obranie nowego kierunku strategicznego rozwoju Spółki, w połączeniu ze zmianą identyfikacji wizualnej, wpłyną korzystanie umacnianie jej pozycji rynkowej, a w konsekwencji na wyniki finansowe.

„Zmiana marki z LS Tech-Homes na Module Technologies jest ukoronowaniem realizacji strategicznego rozwoju Spółki w kierunku wykonawstwa wielkopowierzchniowego, z wykorzystaniem nowoczesnej technologii modułowej. Dzięki temu krokowi, stosowana dotychczas technologia SIP zostanie wsparta przez silne zaplecze technologiczne, otwierając tym samym przed budownictwem modułowym nowe perspektywy dla dalszej ekspansji na wymagające rynki zagraniczne. Zarząd Spółki podejmując decyzję o zmianach wizerunkowych, postawił również przed Spółką wysokie oczekiwania odnośnie organizacji pracy, w celu zwiększenia konkurencyjności oraz jakości realizowanych pod nową marką inwestycji.” – podkreśla Mirosław Pasieka, Prezes Zarządu Spółki Module Technologies S.A.

Technologia BBS (CLT) posiada wiele zalet, do których można zaliczyć przede wszystkim jej wysoką izolacyjność termiczną oraz akustyczną. Jest ona również technologią, która umożliwia czyste, suche, proste i szybkie wznoszenie obiektów z wykorzystaniem prefabrykowanych elementów budowlanych (2D) lub gotowych modułów (3D). Płyty BBS (CLT) cechuje też znaczna pojemność cieplna oraz wilgotnościowa, wpływająca korzystanie na komfort użytkowania budynków, jak i prozdrowotny charakter wykonanych z nich pomieszczeń mieszkalnych. Technologia ta posiada również bardzo wysoką zdolność do przenoszenia obciążeń zarówno w płaszczyźnie, jak i prostopadle do płaszczyzny płyty. Dzięki tym wszystkim właściwościom  BBS (CLT) staje się istotnym konkurentem dla powszechnie używanych materiałów budowlanych. Zarząd Module Technologies S.A. uważa, że równoległy rozwój dwóch segmentów biznesowych tj. BBS (CLT) jak i SIP, przełoży się na uzyskanie korzystnego efektu synergii oraz wzrost wartości Spółki.

„W stosunku do stosowanych dotychczas paneli SIP, nowe elementy budowlane wykonane w technologii BBS (CLT) znajdą szerokie zastosowanie w budownictwie wielokondygnacyjnym, szczególnie jako alternatywa dla stalowych stropów, stropów betonowych czy ścian blokowych (również ognioodpornych). Pozwolą one również na obniżenie kosztów już we wstępnym etapie budowy, dzięki uzyskaniu gładkich powierzchni ścian, zmniejszając wyraźnie koszty ich wykończenia w stosunku do stosowanych powszechnie płyt gipsowych. Nie bez znaczenia są również doskonałe współczynniki akustyczne, termoizolacyjne czy zdrowotne elementów budowlanych wykonanych z użyciem BBS (CLT) – będzie to mieć szczególne znaczenie przy realizacji inwestycji takich jak np. budownictwo mieszkaniowe, hotelowe oraz użytkowe.” – dodaje Prezes Pasieka.

Nowy etap w działalności Spółki został zainaugurowany podpisaniem w dniu 5 października br. Umowy z RIM Investment sp. z o.o. S.K.A. na zaprojektowanie i generalne wykonanie inwestycji „DuoVita Smart Apartments” w Wiśle. Elementami inwestycji będą budynki apartamentowe wraz z infrastrukturą komercyjną, przewidywana wartość jej wykonania przez Module Technologies S.A. wyniesie około 50 milionów złotych netto.

Dodatkowe zaplecze finansowania rozwoju Spółki na kolejne lata stanowić będą podpisane przez LS Tech-Homes S.A. 30 lipca br. oraz 27 września br.  porozumienia (LOI) z niemieckimi inwestorami na generalne wykonawstwo dwóch projektów, o wartości odpowiednio: 42,4 milionów Euro oraz 45,5 milionów Euro. Obie inwestycje zostaną wykonane w technologii modułowej  z użyciem płyty BBS (CLT).

Spółka zakończyła 2017 r. zyskiem netto w wysokości 1,05 mln zł zysku netto przy przychodach netto ze sprzedaży na poziomie 36,35 mln zł.

Module Technologies S.A. (poprzednio LS Tech-Homes S.A.) jest Spółką notowaną na rynku NewConnect od czerwca 2012 r. zajmując się produkcją na rynek Europejski paneli kompozytowych w technologii SIP, które są wykorzystywane do budowy domów jednorodzinnych i wielorodzinnych  oraz obiektów przemysłowych.

Umiejętność współpracy najbardziej doceniana przez polskich pracodawców

Umiejętność współpracy, dobrej organizacji czasu pracy i komunikacji to kompetencje miękkie pracowników najbardziej pożądane przez polskich pracodawców – potwierdzają badania przeprowadzone przez ManpowerGroup. Zdolność współpracy najbardziej doceniają firmy z Polski północnej, o komunikacji mówią przedsiębiorstwa z regionu południowo-zachodniego, a obsługa klienta jest najważniejsza dla firm z Polski południowej. W ujęciu globalnym najbardziej pożądaną cechą jest umiejętność komunikacji.

Co drugi polski pracodawca za najbardziej wartościową cechę pracownika uważa umiejętność współpracy (źródło: „Niedobór  Talentów 2018”). Na podium najbardziej pożądanych tak zwanych kompetencji miękkich jest też dobra organizacja czasu pracy (potwierdza 49% firm) i umiejętność komunikacji (44%). Dla porównania w ujęciu globalnym dla pracodawców najważniejsza jest umiejętność komunikacji (57%), współpracy (55%), rozwiązywania problemów (53%).

– Jednym z kluczowych czynników warunkujących zapotrzebowanie na wskazane kompetencje miękkie jest dynamicznie postępująca automatyzacja procesów oraz przetwarzanie i wymiana danych na dużą skalę. Coraz częściej pracujemy w zespołach, które są zróżnicowane pod względem zarówno wiedzy czy umiejętności, jak również wieku, pochodzenia etnicznego, (nie)pełnosprawności, stylu życia. Możemy również uczestniczyć w różnych formach zespołowego działania, na przykład być częścią zespołu wirtualnego lub rozproszonego. Umiejętność sprawnej komunikacji i współpracy w zespole są zatem kluczowe, by ludzie w organizacjach efektywniej realizowali procesy i osiągali cele.
Ukierunkowanie organizacji na poszukiwanie innowacji i efektywności sprawia, że umiejętność rozwiązywania problemów jest pożądaną kompetencją. Pracownik, którego cechuje ta umiejętność, sam inicjuje i nieustannie szuka najlepszych rozwiązań i dlatego właśnie jest cenny dla organizacji – mówi Agnieszka Krzemień, ekspert ds. zmiany kariery z ManpowerGroup.

– Organizacje cenią pracowników, którzy wykazują się wysokim poziomem umiejętności obsługi klienta. Firmy, które nie potrafią wysłuchać potrzeb swojego klienta i dobrze dopasować produktu i usługi do jego oczekiwań, a potem utrzymać jego lojalności, będą ponosiły straty. Przedsiębiorstwa przegrają na rynku z firmami, które wiedzą, jak ważne jest ukierunkowanie na klienta i realizacja usług na najwyższym poziomie. Obecnie pracownik jest rozliczany za efekt końcowy swoich działań, a współczesny manager oddaje mu coraz więcej odpowiedzialności i swobody w działaniu, dlatego ważne jest, by dobrze zarządzał swoją pracą, optymalnie wykorzystywał czas w pracy i był efektywny.  Coraz częściej spotykamy się w organizacjach ze strukturami macierzowymi, coraz częściej pracujemy jednocześnie nad kilkoma projektami, w różnych zespołach, mamy kilku przełożonych i to dodatkowo wymusza na pracownikach konieczność skutecznego wyznaczania i realizowania priorytetów oraz sprawnych działań – dodaje Agnieszka Krzemień.

– W Polsce widzimy też niższy niż w ujęciu globalnym odsetek firm, dla których ważne są umiejętności zarządzania i przywództwa. Uzyskany wynik może być niepokojącym sygnałem, że nad Wisłą nadal dominują organizacje z wyraźnie hierarchiczną strukturą i dyrektywnym sposobem kierowania na poziomie zarządczym. Płaskie struktury są coraz częściej uznawane za bardziej efektywne. W takim środowisku pracownik ma większą inicjatywę i sprawczość działania, a umiejętność zarządzania może być częściej wykorzystywana w pracy na co dzień, nawet jeśli pracownik formalnie nie pełni roli managera. Umiejętność zarządzania dotyczy nie tylko kierowania ludźmi, zespołem, lecz także projektami, procesami – wyjaśnia ekspertka.

Jakie kompetencje miękkie są ważne dla firm z sześciu regionów Polski?

Umiejętność współpracy, czyli numer jeden w zestawieniu ogólnopolskim, jest najbardziej doceniana przez pracodawców z Polski północnej – wskazało na nią 60% firm z tego obszaru. Najmniejsze uznanie znajduje natomiast w regionie centralnym (41%). Zdolności organizacyjne są najbardziej pożądane przez firmy z Polski centralnej (58%), najmniej z południowo-zachodniej (42%). Jakich jeszcze kompetencji miękkich poszukują polscy pracodawcy? Umiejętność rozwiązywania problemów jest najważniejsza dla przedsiębiorstw z Polski południowo-zachodniej (54%), natomiast o obsłudze klienta mówią firmy z południa (35%). Najwyższy odsetek firm, które wskazują na umiejętności przywódcze i zarządzania jest zlokalizowany w południowo-zachodniej części kraju – odpowiednio 25% i 28%.

– Kluczowym czynnikiem warunkującym różnice w deklaracjach pracodawców jest rodzaj działalności biznesowej, który dominuje w danym regionie. Wpływ mają też procesy migracyjne w danym obszarze kraju oraz jego struktura demograficzna. Kompetencje miękkie wskazane przez polskich pracodawców to kompetencje uniwersalne, które determinują sukces w życiu zawodowym bez względu na region, branżę i wielkość firmy. Osoby, u których są one rozwinięte na wysokim poziomie to atrakcyjni pracownicy na rynku pracy. Miękkie kompetencje sprzyjają rozwojowi zawodowemu, zdobywaniu osiągnięć zawodowych, czy też przebranżowieniu się. Zdecydowanie trudniejszym i bardziej czasochłonnym jest wykształcenie kompetencji uniwersalnych niż zdobycie fragmentu wiedzy, by na przykład dobrze obsłużyć system lub maszynę. Bez względu na postępującą automatyzację atrakcyjność tych kompetencji na rynku będzie w najbliższym czasie niezmiennie wysoka, ponieważ są one ściśle związane z efektywną pracą z ludźmi, a to ludzie osiągają cele dla organizacji. Te kompetencje są wykorzystywane w pracy zarówno do kierowania zespołami, jak i do współpracy z nimi. Automatyzacja wspiera uzyskiwanie pożądanych rezultatów, jest narzędziem w rękach człowieka – dodaje Agnieszka Krzemień.

Jakie działania mogą podjąć firmy, które mają trudności w rekrutacji pracowników o pożądanych kompetencjach miękkich? –Rekomendowanym działaniem jest zaplanowanie polityki rozwoju talentów wewnątrz organizacji, w tym programów rozwojowych dla mniej i bardziej doświadczonych pracowników. Dodatkowo, kluczowe jest umożliwianie zmiany ścieżek kariery wewnątrz organizacji, czyli zwiększenie mobilności pracowników w ramach firmy – tłumaczy ekspertka ManpowerGroup. – Warto w organizacjach tworzyć zróżnicowane zespoły, które składają się z osób mających wysoko rozwinięte kompetencje miękkie oraz tych, które dopiero je rozwijają. Takie środowisko pracy i współpracy opartej na wymianie doświadczeń wspiera rozwój pracownika – dodaje.

O badaniu: 

Bieżące wydanie raportu „Niedobór talentów” to 12. globalna edycja i 10. polska edycja badania ManpowerGroup. Na świecie wzięło w nim udział blisko 40 000 respondentów z 43 krajów, w tym reprezentatywna grupa 750 z Polski. Ankietowani to osoby odpowiedzialne za politykę personalną w małych, średnich i dużych firmach. Celem powadzonego przez ManpowerGroup badania przedsiębiorców „Niedobór talentów” jest określenie ich trudności w pozyskiwaniu pracowników a także sprawdzenie, które zawody, i dlaczego, jest najtrudniej obsadzić. Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów są dostępne na stronie na stronie: www.go.manpowergroup.com.

Najważniejsze informacje o PPK – Pracowniczych Planach Kapitałowych

Na 16 października br. zaplanowane jest posiedzenie senackiej Komisji Budżetu i Finansów Publicznych w sprawie ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych. Jest to propozycja rządu, której celem jest poprawienie sytuacji finansowej Polaków na emeryturze. Zgodnie z założeniami mają one zacząć działać od początku przyszłego roku. Jakie są najważniejsze założenia projektu, które każdy pracownik powinien znać?

Według instytutu badawczego MANDS, Polacy uważają, że 3 tys. zł to kwota, która pozwoli im godnie żyć na emeryturze. Nic jednak nie wskazuje na to, by mieli otrzymywać takie świadczenia. Mimo szumnych zapowiedzi, system z OFE nie zadziałał jak powinien. Dziś pozostały wspomnienia haseł i spotów reklamowych sprzed prawie 20 lat, które obiecywały życie jak w raju.

Dla bezpieczeństwa finansowego Polacy coraz częściej po przejściu na emeryturę decydują się nadal pracować. – W przyszłości to zjawisko może się zintensyfikować. I nic dziwnego, bo według prognoz dzisiejsi 20- i 30-latkowie mogą liczyć na emeryturę w wysokości zaledwie jednej trzeciej swojego wynagrodzenia – zaznacza Bartosz Kucharczyk, ekspert BGŻOptima.

Najnowszy pomysł na dodatkowe pieniądze na emeryturze to PPK – Pracownicze Plany Kapitałowe. Prace nad ustawą zbliżają się do końca, warto więc zapoznać się z nowym sposobem na oszczędzanie.

1) Dla kogo przeznaczone są PPK?

Osoby zatrudnione, podlegające składkom ZUS, zostaną do PPK zapisane automatycznie, będzie to obowiązek pracodawcy. Ale co do zasady PPK są dobrowolne, zatem pracownik będzie mógł wnioskować o zawieszenie wpłat, deklarację taką trzeba będzie złożyć u pracodawcy na piśmie. Ale uwaga, bo co cztery lata ma następować „reset” systemu i przedsiębiorstwa będą od nowa zapisywać do niego pracowników, także tych, którzy wcześniej z programu się wypisali. I znów pracownik będzie mógł złożyć wniosek o zawieszenie wpłat.

2) Kto opłaci składki i ile będą one wynosić?

Wpłaty na PPK mają być uiszczane zarówno przez pracownika jak i pracodawcę. Podstawowa składka to 2 proc. od pracownika i 1,5 proc. od pracodawcy. Stawki te będą wyliczane z wynagrodzenia, stanowiącego podstawę wymiaru składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe. Składki można jednak dowolnie zwiększać do 4 proc. z każdej ze stron. Zatem łącznie na konto PPK może trafiać od 3,5 do 8 proc. wynagrodzenia. Osoby które zarabiają najmniej (poniżej 120 proc. minimalnego wynagrodzenia) będą mogły wpłacać ze swojej strony mniej niż 2 proc., ale nie mniej niż 0,5 proc. pensji.

Z punktu widzenia firmy PPK to dodatkowe koszty i dodatkowa praca do wykonania. To bowiem pracodawca będzie odpowiedzialny za zapisanie pracowników do programu, dodatkowo będzie musiał podpisać umowę z instytucją finansową (mogą to być fundusze inwestycyjne, powszechne towarzystwa emerytalne i firmy ubezpieczeniowe), a przede wszystkim uiszczać składki, co znacząco podniesie koszt utrzymania pracowników. Z drugiej strony zaangażowanie firmy w składkę wyższą niż minimalna, może wzmocnić jego wizerunek jako dobrego pracodawcy, który przyciąga wartościowych pracowników. Z punktu widzenia pracownika PPK zmniejszy jego pensję netto, ale decydując się na oszczędzanie w tej formie otrzyma on szereg korzyści.

3) Od kiedy PPK będą działać?

Przedsiębiorstwa, a wraz z nimi ich pracownicy będą przystępować do PPK etapami. Jako pierwsi, w połowie 2019 r., do projektu dołączą największe firmy zatrudniające ponad 250 pracowników. Następnie, co pół roku przystępować będą kolejne grupy firm według liczby zatrudnionych (z wyjątkiem sektora publicznego, który do PPK dołączy najpóźniej), aż do początku 2021 r. Realizację obowiązków pracodawców będzie kontrolować Państwowa Inspekcja Pracy, a przedsiębiorstwom uchylającym się od tego grozi grzywna od tysiąca do miliona złotych.

4) Kiedy będzie można skorzystać ze zgromadzonych pieniędzy?

Co do zasady oszczędności zgromadzone w PPK będą stanowić własność prywatną pracownika, a w przypadku śmierci otrzyma je małżonek lub inni spadkobiercy. Ale za życia nie będzie można nimi dowolnie dysponować. PPK to oszczędności przeznaczone na emeryturę, zostaną one wypłacone po osiągnięciu 60 roku życia. Wtedy też uczestnik będzie mógł otrzymać w gotówce 25 proc. zgromadzonych środków, a reszta będzie wypłacana w comiesięcznych ratach przez co najmniej 10 lat. Z wypłaty jednorazowej będzie można zrezygnować i wówczas cała pula środków zostanie przeliczona na raty.

Wprowadzono też ułatwienie dla małżeństw – po ukończeniu 60. roku życia można wnioskować o wypłatę środków w formie świadczenia małżeńskiego. Nastąpi ona gdy drugie z małżonków osiągnie ten wiek i złoży podobny wniosek. Wówczas pieniądze także będą wypłacane przez 10 lat, ale gdy jedno z małżonków umrze, drugie będzie otrzymywać całą kwotę – za oboje. W ustalonych przypadkach, tj. poważne zachorowanie uczestnika, małżonka lub dziecka, będzie można wnioskować o wypłatę 25 proc. środków przed 60. urodzinami. Przed czasem pieniądze będzie można też wypłacić na sfinansowanie wkładu własnego do kredytu mieszkaniowego. W takim przypadku występować będzie obowiązek ich zwrotu w ciągu 15 lat.

5) Jakie będą korzyści z oszczędzania w ramach PPK?

Aby zwiększyć szanse powodzenia i popularyzacji PPK, ustawa wprowadza dodatkowe zachęty dla korzystających z tej formy oszczędzania. Aby nadać pomysłowi rozpędu, osoby, które będą w PPK przez co najmniej trzy miesiące, otrzymają ze środków Funduszu Pracy tak zwaną składkę powitalną w kwocie 250 zł.

Dodatkowo będzie można skorzystać z corocznej dopłaty w wysokości 240 zł, która będzie przeznaczona dla tych, którzy w ciągu roku zgromadzą na swoim koncie kwotę równą co najmniej sumie składek podstawowych od sześciokrotności płacy minimalnej. Według dzisiejszych stawek (pensja minimalna to 2100 zł brutto) dodatkowe 240 zł otrzymają ci, którzy w ciągu roku zbiorą co najmniej 441 zł.

– Według raportu BGŻOptima „Polak Oszczędny. Dlaczego przechodzimy obojętnie obok zysków?” prawie 40 proc. respondentów w ogóle nie oszczędza na emeryturę. Więcej niż co trzeci przeznacza na ten cel nie więcej, niż 10 proc. miesięcznych dochodów – mówi Bartosz Kucharczyk. – Udział pracodawcy i państwa w programie oszczędzania jest więc szansą dla pracowników, na zbudowanie większego buforu finansowego bezpieczeństwa na przyszłość – dodaje ekspert.

PGNiG chce zwiększać wydobycie gazu i ropy w Lubuskiem i Wielkopolsce. Do 2022 roku zainwestuje w 38 nowych odwiertów na Niżu Polskim

0

PGNiG chce zwiększać wydobycie gazu i ropy w Lubuskiem i Wielkopolsce. Do 2022 roku zainwestuje w 38 nowych odwiertów na Niżu Polskim 1

Do 2022 roku Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo wykona 38 nowych odwiertów oraz rozbuduje kopalnie ropy naftowej i gazu ziemnego w Lubuskiem i Wielkopolsce, co pozwoli zwiększyć możliwości produkcyjne. Inwestycje wynikają głównie ze zwiększonego zapotrzebowania na gaz Elektrociepłowni Gorzów i Elektrociepłowni Zielona Góra, a także dużych zakładów przemysłowych w regionie. Przedstawiciele spółki podkreślają, że rynek gazu ziemnego, który łączy wysoką efektywność z korzyściami środowiskowymi, szybko się rozwija, a na nowych inwestycjach PGNiG skorzystają lokalni przedsiębiorcy, mieszkańcy i budżety gmin.

 Z wydobycia na Niżu Polskim pochodzi 2/3 krajowej produkcji gazu ziemnego, czyli blisko 2,5 mld m³ rocznie, oraz niemalże 95 proc. wydobywanej  w kraju ropy naftowej, czyli blisko 747 tys. ton rocznie. Dzisiaj wygrywamy jako gazownicy, zwiększamy swoją produkcję, temu służą właśnie nowe technologie. Wiemy, że Elektrociepłownia Gorzów i Elektrociepłownia Zielona Góra, czyli nasi najwięksi odbiorcy w tym regionie, na tym korzystają. Dzięki rozbudowie sieci dystrybucyjnej przez należącą do grupy PGNiG Polską Spółkę Gazownictwa m.in. w Zielonej Górze czy Nowej Soli z paliwa gazowego będą mogli korzystać mieszkańcy i przedsiębiorcy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Kroplewski, wiceprezes zarządu ds. rozwoju w PGNiG SA.

W tracie konferencji „Czysta Energia”, zorganizowanej w Skwierzynie (woj. lubuskie) z okazji 50-lecia górnictwa naftowego na Niżu Polskim grupa PGNiG przedstawiła swoje plany inwestycyjne w tej części kraju. W ciągu najbliższych czterech lat koncern zamierza wykonać 38 nowych odwiertów oraz rozbudować kopalnie ropy naftowej i gazu ziemnego w Lubuskiem i w Wielkopolsce.

 W tej chwili staramy się o cztery nowe koncesje na terenie Niżu Polskiego, co umożliwi nam realizację badań sejsmicznych oraz wykonanie kolejnych otworów – mówi Krzysztof Potera, dyrektor Oddziału Geologii i Eksploatacji w PGNiG SA.

Spółka planuje także inwestycje w rozbudowę Kopalni Ropy Naftowej i Gazu Ziemnego Lubiatów oraz w zagospodarowanie złoża Różańsko. Pozwoli to zwiększyć możliwości produkcyjne, co z kolei ma zaspokoić zwiększone zapotrzebowanie na gaz ziemny zarówno elektrociepłowni, jak i innych dużych odbiorców z regionu, np. przedsiębiorstw.

Odwierciliśmy dodatkowy otwór eksploatacyjny na złożu Międzychód. Na początku nie przewidywaliśmy takich wolumenów gazu na Kopalni Ropy Naftowej i Gazu Ziemnego Lubiatów. Teraz jest ona rozbudowywana i tam będziemy wydobywać dodatkowo prawie 74 mln m³ gazu rocznie – mówi Krzysztof Potera.

Jak podkreśla, gaz ziemny jest paliwem łączącym dużą efektywność z korzyściami środowiskowymi. Dzięki wykorzystaniu gazu w blokach parowo-gazowych elektrociepłowni poprawia się jakość powietrza, ponieważ zmniejsza się ilość emitowanych do atmosfery pyłów, tlenków siarki i azotu. Budżety gmin zasilają natomiast podatki od nieruchomości i opłaty z tytułu wydobycia węglowodorów. Wszędzie tam, gdzie PGNiG prowadzi działalność poszukiwawczą i wydobywczą, spółka angażuje się w miejscowe przedsięwzięcia, współpracując z lokalnymi społecznościami czy pomagając np. szkołom.

– Zapotrzebowanie na gaz w Polsce wzrosło skokowo o 2 mld m³ w ciągu dwóch lat. Paliwo to może być tańsze dzięki dywersyfikacji zarówno źródeł, jak i kierunków dostaw. Inwestujemy w krajowe wydobycie, realizujemy projekt przedeksploatacyjnego wydobycia metanu z pokładów węgla. W zakresie dywersyfikacji kierunków dostaw importujemy LNG z Kataru, Norwegii i USA, a w niedalekiej przyszłości będziemy sprowadzać gaz z szelfu norweskiego poprzez Baltic Pipe. Robimy ten biznes najlepiej, jak umiemy, z korzyścią dla 7 mln klientów. To ogromne zobowiązanie – dodaje Łukasz Kroplewski.

Co dziesiąty pracownik tymczasowy prawdopodobnie będzie musiał zmienić formę zatrudnienia. W listopadzie kończą się limity pracy u jednego pracodawcy

Co dziesiąty pracownik tymczasowy prawdopodobnie będzie musiał zmienić formę zatrudnienia. W listopadzie kończą się limity pracy u jednego pracodawcy 2

Co dziesiąty pracownik tymczasowy może być dotknięty konsekwencjami kończącego się 18-miesięcznego limitu długości zatrudnienia u jednego pracodawcy użytkownika. Wielu z nich prawdopodobnie zostanie przyjętych na stałe do pracy w danej firmie. Liczba pracowników tymczasowych zmniejsza się od 2017 roku. Jak podkreśla ekspertka z Polskiego Forum HR, na spadek popularności takiej formy zatrudnienia wpływają również niskie bezrobocie i rynek pracownika.

– W listopadzie kończą się limity 18-miesięcznego zatrudnienia pracowników tymczasowych, wprowadzone nowelizacją ustawy, która weszła w życie w czerwcu 2017 roku. Limity te dotyczą zatrudnienia jednego pracownika tymczasowego u jednego pracodawcy użytkownika. Nie będzie możliwości delegowania tego samego pracownika za pośrednictwem innej agencji do pracy w tej samej firmie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Zielińska, kierownik Polskiego Forum HR.

Przed wejściem w życie tych przepisów pracownik mógł pracować nie dłużej niż 18 miesięcy dla danej agencji pracy tymczasowej. De facto mógł więc kontynuować pracę u danego pracodawcy-użytkownika, ale zatrudniony przez inną agencję. Ustawa, która obowiązuje od ubiegłego roku, miała na celu przeciwdziałać takim sytuacjom. Teraz nawet po zmianie agencji obowiązuje go limit 18 miesięcy pracy dla jednego pracodawcy.

– Szacujemy, że około 10 proc. pracowników tymczasowych będzie musiało zmienić swoją formę zatrudnienia. Pytanie, w jaki sposób to będzie przebiegało. Biorąc pod uwagę sytuację na rynku pracy duża część tych pracowników najprawdopodobniej zostanie zatrudnionych bezpośrednio, pozostała będzie kontynuowała współpracę w ramach innych form zewnętrznego zatrudnienia – mówi Agnieszka Zielińska.

Zdaniem ekspertów nowe przepisy mogą oznaczać dalsze problemy branży pracy tymczasowej, która od pewnego czasu boryka się z systematycznie spadającą liczbą pracowników tymczasowych. Według szacunków Polskiego Forum HR wynosi ona obecnie  323 tys. osób. Dla porównania jeszcze w I kwartale 2018 roku było ich 338 tys., a w II kwartale 2017 roku – 394 tys. osób. Coraz większa jest rotacja pracowników i coraz krótsze są okresy ich zatrudnienia.

– Konsekwencją przechodzenia pracowników tymczasowych na stałe zatrudnienie u pracodawców użytkowników oraz niewielkiego napływu nowych pracowników jest bardzo duży spadek liczby pracowników tymczasowych w Polsce, który zanotowaliśmy w II kwartale. Wyniósł on aż 18 proc. To jest jeden z większych spadków, które odnotowaliśmy w historii rozwoju tego rynku. Rynek pracownika jest dużym zagrożeniem dla usługi pracy tymczasowej – ocenia kierownik Polskiego Forum HR.

Niskie bezrobocie i brak rąk do pracy sprawiają, że coraz więcej firm decyduje się na zatrudnianie pracowników w sposób bezpośredni.

– Najczęściej wskazywaną barierą rozwoju przedsiębiorstw jest właśnie deficyt kandydatów do pracy, deficyt talentów, które ci pracodawcy chcieliby przyciągnąć i rozwijać w swoich organizacjach. Co za tym idzie, coraz większa liczba pracowników tymczasowych, którzy do tej pory pracowali za pośrednictwem agencji, przechodzą do stałego zatrudnienia u pracodawców użytkowników – mówi kierownik Polskiego Forum HR.

Ta sytuacja może zmusić agencje pracy tymczasowej do przedefiniowania swojej działalności i jej znacznego rozszerzenia. Przykładowo na świecie już nawet 30 proc. agencji świadczy usługi RPO (Recruitment Process Outsourcing), czyli kompleksowy outsourcing procesów rekrutacji i zatrudniania pracowników. Gama usług oferowanych przez agencję będzie coraz bardziej kompleksowa.

 Branża musi przemyśleć swoją rolę. Jesteśmy pewni, że dopóki sytuacja na rynku pracy się nie zmieni, będziemy mieli do czynienia z dalszym spadkiem zatrudnienia pracowników tymczasowych w Polsce – ocenia Agnieszka Zielińska.

Zbyt częste jedzenie mięsa zwiększa ryzyko zachorowania na niektóre nowotwory i choroby układu krążenia. Eksperci zalecają ograniczenie jego spożycia do 0,5 kg tygodniowo

Zbyt częste jedzenie mięsa zwiększa ryzyko zachorowania na niektóre nowotwory i choroby układu krążenia. Eksperci zalecają ograniczenie jego spożycia do 0,5 kg tygodniowo 3

Nadmierne spożycie mięsa, zwłaszcza czerwonego i przetworzonego, istotnie zwiększa ryzyko wystąpienia raka jelita grubego, udaru lub wylewu. Światowa Organizacja Zdrowia zaleca ograniczenie jego konsumpcji do 0,5 kg tygodniowo. Eksperci podkreślają jednak, że przejście na dietę bardziej roślinną wymaga jednak odpowiednich substytutów mięsa. Rośliny strączkowe, jajka i ryby morskie pomogą uniknąć niedoborów białka. Potrzebne będą również produkty bogate w witaminę B12.

Mięso to wciąż podstawa polskiego jadłospisu. Z danych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej wynika, że w 2017 roku jego spożycie wyniosło blisko 80 kg na jednego mieszkańca kraju. Polacy gustują przede wszystkim w wieprzowinie – roczne spożycie tego mięsa to ok. 40 kg. Na drugim miejscu w preferencjach Polaków znajduje się drób, zjadamy go aż 30 kg rocznie. Tymczasem zgodnie z najnowszymi wytycznymi ekspertów spożywanie mięsa powinno być mocno ograniczane. W opublikowanej dwa lata temu piramidzie żywieniowej znalazło się ono na przedostatnim piętrze.

 Jest bardzo dużo danych naukowych, które wskazują na to, że produkty pochodzenia zwierzęcego mogą stanowić istotny czynnik ryzyka w przypadku najbardziej popularnych chorób cywilizacyjnych, czyli nowotworów, chorób układu krążenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr inż. Katarzyna Świąder, ekspert ds. żywności z Wydziału Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Zgodnie z informacjami Światowej Organizacji Zdrowia jedzenie 50 gramów przetworzonego mięsa dziennie zwiększa ryzyko zachorowania na raka jelita grubego o 18 proc. Wyroby z czerwonego i mocno przetworzonego mięsa należy więc ograniczać na rzecz chudego mięsa drobiowego, np. kurczaka czy indyka.

Mięso jest źródłem niezbędnych dla prawidłowej pracy organizmu aminokwasów, białka, minerałów oraz witamin, głównie z grupy A, E, C i B. Ograniczanie jego spożycia lub całkowita z niego rezygnacja wymagają więc znalezienia ekwiwalentu bogatego w te składniki odżywcze.

 Osoby, które całkowicie rezygnują z produktów pochodzenia zwierzęcego, muszą stosować zbilansowaną dietę i dostarczać swojemu organizmowi wszelkich składników odżywczych, białka, tłuszcze, węglowodany, składniki mineralne i witaminy. To jest nie lada wyzwanie, ponieważ zbilansowanie prawidłowej diety wegańskiej wymaga dużego zaangażowania, przede wszystkim dobierania odpowiednich potraw – mówi dr Katarzyna Świąder.

Szczególnie ważne jest wzbogacenie codziennej diety w produkty będące cennym źródłem białka. Świetnie sprawdzają się tu rośliny strączkowe, takie jak soczewica, fasola, groch oraz soja. W jadłospisie powinny się znaleźć również jajka oraz ryby pochodzenia morskiego, dostarczające kwasów nienasyconych omega-3. Ich regularne spożywanie zmniejsza ryzyko wystąpienia miażdżycy. Równie istotne jest uzupełnianie niedoborów witaminy B12, pełniącej istotną rolę w funkcjonowaniu układu nerwowego, a występującej głównie w produktach pochodzenia zwierzęcego.

 Weganie suplementują sobie tę witaminę, natomiast producenci żywności coraz częściej zauważają ten problem i starają się wzbogacać różnego rodzaju produkty o witaminę B12 – mówi dr Katarzyna Świąder.

Polacy coraz mocniej interesują się produktami żywieniowymi pochodzenia roślinnego. Wpływają na to nie tylko informacje o szkodliwym oddziaływaniu mięsa na zdrowie człowieka, lecz także moda na świadome odżywianie, zakładająca m.in. eliminację przetworzonych produktów spożywczych.

Zarządzania czasem można się nauczyć. Pomaga się to uporać ze stresem i realizować wyznaczone cele

Zarządzania czasem można się nauczyć. Pomaga się to uporać ze <a title=stresem i realizować wyznaczone cele" title="Zarządzania czasem można się nauczyć. Pomaga się to uporać ze stresem i realizować wyznaczone cele" />

stresem-i-realizować-wyznaczone-cele.png” alt=”” align=”left” hspace=”10″ />

Internet, media społecznościowe, natłok obowiązków służbowych i domowych powodują, że tempo życia przyspiesza i brakuje nam czasu na codzienne aktywności. Eksperci zaznaczają, że stosując się do kilku prostych zasad, można skutecznie zarządzać swoim czasem. Nie chodzi o upychanie większej liczby zadań w ciągu dnia, ale o eliminacje mniej ważnych aktywności – podkreśla dr Agnieszka Jarzębowska. Umiejętne zarządzanie czasem pomaga się uporać ze stresem i realizować założone cele.

Wiele osób narzeka współcześnie na ciągły brak czasu. Jest to spowodowane tym, że żyjemy w świecie, który pędzi coraz szybciej, mamy dostęp do bardzo wielu informacji, a do tego rozwój mediów społecznościowych sprawił, że obserwujemy życie innych ludzi i to wywołuje w nas poczucie chaosu. Też chcielibyśmy mieć czas na te wszystkie aktywności, którymi zajmują się inni ludzie. Czujemy z tego powodu frustrację, napięcie związane z tym, że nie wystarcza nam czasu na wszystko, na co chcielibyśmy go mieć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Agnieszka Jarzębowska, trener biznesu i autorka książki „Nawyk produktywności”.

Powszechny dostęp do internetu i social mediów, nowe technologie, szybsze tempo życia i stres w pracy, z którym według badań OECD boryka się już prawie 54 proc. Polaków, powodują, że czujemy się bardziej zabiegani niż kiedykolwiek wcześniej. Mało komu wystarcza dziś czasu na zrealizowanie wszystkich zadań w pracy, znalezienie go na hobby, dla rodziny, nie wspominając o czasie dla siebie. Zdaniem ekspertów, stosując się do kilku prostych zasad, możemy mieć więcej czasu na wszystko.

– Należy zacząć świadomie decydować o tym, na jakie aktywności chcemy znaleźć czas. Zarządzanie czasem nie jest cechą charakteru. To umiejętność i tak jak każdej innej można się jej nauczyć. Nie jest to trudne, aczkolwiek wymaga bardzo dużo determinacji i chęci. W tym celu trzeba zacząć wdrażać do swojego codziennego życia zasady zarządzania czasem – mówi dr Agnieszka Jarzębowska.

Jak podkreśla, zarządzanie czasem nie jest sztuką upychania jak największej liczby zadań w ciągu doby. To raczej sztuka eliminowania tego, co mniej ważne, żeby mieć czas na priorytety.

Czasem jest to bolesne, ludzie nie potrafią rezygnować ze swoich aktywności, ale bez tego nie da się wydłużyć 24 godzin, więc jest to po prostu konieczne – podkreśla dr Agnieszka Jarzębowska.

Organizację dnia codziennego warto zacząć od planowania i decyzji dotyczącej tego, co chcemy w danym dniu zrealizować, a z czego rezygnujemy. Warto prowadzić kalendarz i notować wszystkie swoje aktywności, dzięki czemu można też zaobserwować, na co tracimy najwięcej czasu.

Osobom,  które chcą zacząć zarządzać swoim czasem, polecam zacząć od poszukiwania wiedzy na ten temat. Można wykorzystać książki, których jest na rynku bardzo wiele, skorzystać z bezpłatnych artykułów w internecie albo zapisać się na specjalne szkolenie. Sama wiedza, bez umiejętności wykorzystania jej, nie jest nic warta, dlatego trzeba jeszcze opanować umiejętność zarządzania swoim czasem. Można to zrobić albo metodą prób i błędów, albo skorzystać z pomocy kogoś, kto przeprowadzi nas przez cały ten proces – mówi Agnieszka Jarzębowska.

Autorka książki „Nawyk produktywności” podkreśla, że umiejętne zarządzanie czasem pozwala realizować złożone cele, ale także uporać się ze stresem, poczuciem życia w ciągłym biegu. To wymiernie wpływa na jego jakość oraz na zadowolenia z niego.

– Zarządzanie czasem jest potrzebne przede wszystkim po to, żeby mieć satysfakcjonujące życie. Jeżeli potrzebujemy mieć trwałe więzi rodzinne, warto przeznaczyć czas na ich budowanie i utrzymywanie. Jeśli naszym celem jest pięcie się po szczeblach kariery, wtedy więcej czasu przeznaczamy na aktywność zawodową i rezygnujemy z czegoś innego. Dzięki temu jesteśmy bardziej zadowoleni z tego, jak wygląda nasze życie i jak spędzamy swój czas. Mamy poczucie, że robimy coś, co jest dla nas ważne – podkreśla Agnieszka Jarzębowska.

ACTA2 zachwieje monopolem internetowych gigantów jak Facebook czy Google. Trudno jednak przewidzieć jej wpływ na internautów

ACTA2 zachwieje monopolem internetowych gigantów jak Facebook czy Google. Trudno jednak przewidzieć jej wpływ na internautów 4

Przegłosowana w połowie września unijna dyrektywa ACTA2 na nowo reguluje kwestię praw autorskich w internecie. Ma stanowić oręż w walce z takimi gigantami jak Google czy Facebook, które do tej pory nie płaciły ani grosza za treści wytwarzane przez artystów i inne media. Prezes fundacji Centrum Cyfrowe Alek Tarkowski podkreśla, że nowe przepisy nie mają nic wspólnego z porozumieniem ACTA, które wywołało falę protestów i ataków hakerskich na instytucje rządowe w 2012 roku. Z drugiej strony – są mocno niedoskonałe, niejasne i trudno przewidzieć jak będą egzekwowane w praktyce oraz jaki będzie ich wpływ na indywidualnych użytkowników sieci. 

– Nowe przepisy stawiają na rozwiązanie kwestii wynagrodzeń – nie tylko dla artystów, ale w ogóle dla posiadaczy praw autorskich. Należy pamiętać, że takie prawa posiadają również firmy muzyczne, wytwórnie filmowe, tytuły prasowe. Kłopot nie polega na tym, że próbuje się odgórnie ustalić jak będą przepływać pieniądze między internetowymi gigantami, a firmami z sektora kreatywnego. Problemem jest fakt, że te przepisy dotykają także ludzi, dotyczą ich swobody tworzenia, zdobywania wiedzy, swobody komunikowania się – mówi agencji Newseria Innowacje Alek Tarkowski, prezes fundacji Centrum Cyfrowe.

ACTA2 na nowo reguluje kwestię praw autorskich w internecie i zmienia zasady publikowania treści w sieci. Ma być przede wszystkim orężem w walce z takimi gigantami jak Google, Facebook czy Twitter, które do tej pory nie płaciły ani grosza za treści wytwarzane przez inne media. Teraz internetowi potentaci mają zostać zobowiązani do usuwania treści naruszających prawa autorskie i dzielenia się przychodami uzyskiwanymi dzięki korzystaniu z treści wytwarzanych przez artystów, twórców i dziennikarzy. Dlatego nową regulację szeroko poparły środowiska artystyczne (w tym polski ZAiKS), spółki medialne, wydawcy i wytwórnie filmowe.

Unijna dyrektywa o prawach autorskich od początku wzbudza jednak bardzo wiele kontrowersji. W lipcu europosłowie – po licznych apelach, protestach i tysiącach petycji – odrzucili jej pierwszą wersję, a do projektu wprowadzono ponad 200 poprawek. Przeciwnicy nowych przepisów argumentują, że ACTA2 zagrozi start-upom, małym wydawnictwom, a przede wszystkim – wprowadzi cenzurę internetu. Podkreślają też, że nowe przepisy są niedoprecyzowane i trudno przewidzieć jak będą stosowane w praktyce.

– To jest okazja, która się zdarza raz na 15-20 lat. Mniej więcej tak często zmieniamy w  Europie kształt prawa autorskiego, więc warto zadbać, żeby było ono dobre. Niestety, ta propozycja dobra nie jest i trzeba będzie pogodzić się z faktem, że te przepisy nie będą doskonałe – mówi Alek Tarkowski, prezes fundacji Centrum Cyfrowe – Nasza fundacja przygląda się temu uważnie i martwimy się, że te przepisy będą niedobre dla ludzi. Nie chodzi tylko o te tytułowe memy i śmieszne obrazki, ale w ogóle o amatorską twórczość czy produkcje, które wykorzystują inne treści np. w celu komentowania. Istnieje szansa, że będą zagrożone, częściej usuwane. Nie z tego powodu, że są obraźliwe, ale dlatego, że zostanie w nich wykorzystana treść do której ktoś inny ma prawa autorskie, a system będzie bardzo rygorystycznie je egzekwować, stawiając na to, żeby ktoś mógł zarobić, a nie na swobodę tworzenia – dodaje.

Unijna reforma prawa autorskiego, potocznie nazywana ACTA2, została przyjęta przez Parlament Europejski 12 września br. Nie oznacza to jednak końca prac, ponieważ teraz rozpoczną się negocjacje z Radą UE i państwami członkowskimi, które będą mieć wpływ na ostateczny kształt regulacji w poszczególnych krajach.

– Słychać argumenty, że mamy jeszcze 2 lata i dopiero potem te przepisy będą wdrażane do polskiego prawa. Rzeczywiście, w Polsce i w pozostałych krajach Europy odbędzie się dyskusja nad tym, jak dokładnie te przepisy będą wyglądać. Przyznam jednak, że mnie to nie uspokaja, bo jednak kierunek tych przepisów jest ustalany teraz w dyrektywie. Ja bym chciał, żeby ten kierunek był zupełnie inny, żeby gwarantował dużo więcej swobód użytkownikom. Skupiamy się na zagrożeniach, tymczasem dyrektywa ACTA2 była szansą wprowadzenia kilku dobrych przepisów, które nie przeszły. To się już nie zmieni i kolejne dwa lata nic tu nie pomogą, bo kierunek zmian został już wyznaczony – ocenia Alek Tarkowski.

Jednocześnie podkreśla, że dyskutowana obecnie unijna dyrektywa – która została potocznie okrzyknięta mianem ACTA2 – ma niewiele wspólnego z porozumieniem ACTA, które wywołało falę ogólnoeuropejskich protestów i ataków hakerskich na instytucje rządowe w 2012 roku. Przede wszystkim – unijna regulacja nie dotyczy indywidualnych użytkowników sieci, a jedynie internetowych potentatów jak Google czy Facebook. Wprowadzone niedawno poprawki ograniczają też jej wpływ na mikroprzedsiębiorców, małych wydawców i niekomercyjną działalność. Jednak z drugiej strony – trudno przewidzieć, jaki kształt nowa regulacja będzie mieć w poszczególnych krajach UE i jak będzie egzekwowana w praktyce.

– Warto pamiętać, że tak naprawdę nie mamy do czynienia z ACTA2. Dyskutowana pięć lat temu ACTA1 była porozumieniem, traktatem międzynarodowym. Teraz mamy do czynienia z dyrektywą unijną, a więc zupełnie innym dokumentem. Mówienie o ACTA2 ma sens wyłącznie w kontekście sytuacji, w której kolejny raz rozpoczęły się protesty i wielka, rozpalająca emocje dyskusja o prawach autorskich, o tym co można w internecie. W tym kontekście nazwa ACTA2 ma jakiś sens, ale odnosząc się do samych przepisów – jest nieporozumieniem – zaznacza ekspert.

Prezes fundacji Centrum Cyfrowe ocenia również, że obecnie funkcjonujące przepisy, które regulują twórczość w internecie, są anachroniczne i wymagają dostosowania do nowej, cyfrowej rzeczywistości.

– Internet dzisiaj nie opiera się na zasadzie „hulaj dusza, piekła nie ma”, są w nim przepisy. Niestety, są anachroniczne, dobrze byłoby je zmodernizować. Kłopot polega na tym, że część z tych wizji modernizacyjnych nie bierze pod uwagę potencjalnych zagrożeń. W środowisku działaczy internetowych trwa duża dyskusja: czy lepiej było tę ustawę przyjąć, bo są w niej jakieś pozytywne elementy i po raz pierwszy od kilkunastu lat wprowadza się jakieś zmiany? Czy też jednak te nowe przepisy są zbyt dużym zagrożeniem? Myślę, że to wykrystalizuje się, gdy rozpocznie się dyskusja między Parlamentem, Komisją i Radą – konkluduje Alek Tarkowski.

We wrześniu ruszył rządowy program „Czyste Powietrze”

Od 19 września 2018 r. można składać wnioski, aby uzyskać dofinansowanie na wymianę źródła ciepła oraz termomodernizację domów jednorodzinnych. Ruszył rządowy program Czyste Powietrze.

Wsparcie można przeznaczyć na wymianę źródeł ciepła, modernizację systemu ogrzewania, systemu wentylacji, izolację przegród zewnętrznych, czy wymianę stolarki. Właściciele domów jednorodzinnych mogą otrzymać dotacje w wysokości nawet do 90 proc.  kosztów kwalifikowalnych. Będzie to uzależnione od dochodów rodziny.

– Jednak dla biedniejszych rodzin wymagany wkład własny, to może być kilka tysięcy złotych, co oznaczałoby, że wielu rodzin nie będzie na to stać – mówi w rozmowie z MarketNews24 Magdalena Skłodowska z WysokieNapiecie.pl. – Bank Światowy sugerował, że skuteczniejszy w walce ze smogiem byłby taki program, w którym rodziny o szczególnie niskich dochodach otrzymają 100 proc. dofinansowanie.

SherLOCK od Aliora

Podczas odbywającego się w Krakowie IV. Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa – CYBERSEC 2018, Alior Bank zaprezentował finalny prototyp autorskiego urządzenia kryptograficznego, służącego do szyfrowania przelewów internetowych. Już wkrótce rusza z pilotażem mającego podnieść bezpieczeństwo transakcji SherLOCKa wśród klientów biznesowych. Organizowana przez Instytut Kościuszki konferencja to jedno z najważniejszych wydarzeń poświęconych problematyce cyberbezpieczeństwa w Europie.

Forum CYBERSEC Alior BankForum CYBERSEC to dwa dni intensywnych debat, ponad 140 prelegentów i blisko 1000 uczestników z całego świata. Alior Bank drugi rok z rzędu był partnerem strategicznym wydarzenia, którego misją jest wspieranie procesu budowy europejskiego systemu cyberbezpieczeństwa. Pierwszego dnia, tj. w poniedziałek 8 października br. na scenie Innovation Hydepark, Krzysztof Darmetko, Dyrektor Działu Bankowości Cyfrowej Klienta Biznesowego Alior Banku i Paweł Ogonowski, Menedżer Zespołu Bezpieczeństwa Sieci Alior Banku zaprezentowali uczestnikom SherLOCKa. Pod tą nazwą kryje się urządzenie przypominające wyglądem telefon komórkowy, które podłączone przez USB do komputera, skutecznie chroni transakcje przed złośliwym oprogramowaniem mogącym wykraść dane oraz pieniądze.

Forum CYBERSEC AliorDo tej pory banki, by zabezpieczyć środki finansowe na rachunkach klientów przed atakami cyberprzestępców, stosowały kody jednorazowe, hasła maskowane, karty mikroprocesowe, kody SMS itd. Stworzony przez ekspertów z Alior Banku SherLOCK wprowadza zupełnie nowy sposób ochrony przelewów internetowych i działa niezależnie od poziomu bezpieczeństwa komputera klienta. Użytkownik na ekranie narzędzia zatwierdza wykonywaną przez siebie transakcję. Zaszyfrowany kryptogram, który jest generowany po stronie banku, jest przekazywany do urządzenia bezpośrednio, bez modyfikacji, więc każda próba ingerencji w komunikację lub próba zmiany kryptogramu w przypadku danej transakcji, uniemożliwia wykonanie przelewu. SherLOCK skutecznie zabezpiecza więc klucz prywatny klienta przed skopiowaniem i nieuprawnionym użyciem.

Urządzenie zostało stworzone z myślą o klientach firmowych, którzy wykonują więcej transakcji niż klienci indywidualni i zazwyczaj na większe kwoty. Wierzymy, że wprowadzone przez nas teraz rozwiązanie jest dużym krokiem w kierunku podniesienia bezpieczeństwa środków biznesowych użytkowników bankowości internetowej – wyjaśnił podczas prezentacji SherLOCKa Krzysztof Darmetko, Dyrektor Działu Bankowości Cyfrowej Klienta Biznesowego Alior Banku. Eksperci byli dostępni też przy stoisku, gdzie można było dowiedzieć się więcej na temat urządzenia i zobaczyć jak działa w praktyce.

Drugiego dnia CYBERSEC 2018, uczestnicy Forum mieli okazję posłuchać wykładu Artura Rudzińskiego, Dyrektora Działu Ryzyka i Ciągłości Działania IT Alior Banku na temat wyzwań technologicznych w bankowości. Ekspert opowiedział o tym, jak na przestrzeni lat zmieniała się bankowość i z jakimi ryzykami przychodziło się mierzyć bankowcom. Opisał też współczesne zagrożenia związane z finansowym cyberbezpieczeństwem i sposoby obrony przed nimi.

PFRON i rząd chcą zwiększyć zatrudnienie niepełnosprawnych w Polsce

Zatrudnienie osób niepełnosprawnych można podzielić na dwa segmenty – chroniony i otwarty. Do pierwszego wchodzą zakłady pracy chronionej i zakłady aktywności zawodowej. Obecnie jest łącznie ich nieco ponad tysiąc. Pozostałe to rynek otwarty, czyli wszyscy pozostali pracodawcy zatrudniający osoby niepełnosprawne. PFRON i rząd starają się, aby pracę podejmowało jak najwięcej z nich.Współczynnik zatrudnienia cały czas jest poniżej średniej unijnej, która oscyluje w granicach 45 proc. W Polsce to zaledwie 27 proc. – w związku z tym jest jeszcze wiele do zrobienia w tym zakresie.

– Główną zachętą dla pracodawców jest wysokość dofinansowania. Od jakiegoś czasu pozostaje ona na niezmienionym poziomie, oczywiście w zależności od stopnia niepełnosprawności – powiedział serwisowi eNewsroom Tomasz Maruszewski, zastępca prezesa PFRON – Największe dotacje uzyskiwane są w przypadku niepełnosprawności znacznej i wynoszą 1800 złotych. Stopień umiarkowany to już 1125 złotych, a dla lekkiego przewidziane jest 450 złotych. Przedsiębiorcy w dużej mierze korzystają z tej zachęty finansowej. Obecnie takie dofinansowanie udzielane jest blisko 250 tysiącom niepełnosprawnych pracowników. PFRON prowadzi specjalne, prozatrudnieniowe programy – takie jak Praca i Integracja czy Stabilne Zatrudnienie. Pierwszy jest skierowany do pracodawców państwowych, dużych spółek. Umowa została podpisana m.in. z Pocztą Polską i zakłada zatrudnienie 400 pracowników. Realizowane jest także porozumienie z PKP SA, w ramach którego pracę znajdzie znaczna liczba niepełnosprawnych. Program Stabilne Zatrudnienie powstał z myślą o administracji państwowej, w tym także samorządowej. Wskaźnik zatrudnienia w tym sektorze jest również wielce niezadowalający i wynosi teraz niecałe 4,5 proc. W służbie cywilnej to zaledwie 2,5 proc.Prowadzone przez PFRON programy mają to zmienić – podsumował Maruszewski.

Wysportowany pracownik to kreatywny i wydajny pracownik

Pracodawcy zachęcają do aktywności fizycznejRozwój technologiczny, który rewolucjonizuje świat na naszych oczach, wprowadza nieuchronnie zmiany w sposobie naszego życia i pracy. Rozwój sztucznej inteligencji, robotyzacja, zarządzanie ogromną ilością danych – wszystko to sprawia, że zmienia się model kompetencyjny pracowników, również polskich firm. Na znaczeniu zyskują: kompleksowe rozwiązywanie problemów, kreatywność, innowacyjność, umiejętność współpracy, empatia. Tylko czy wszyscy pracownicy i liderzy mają siłę, aby takimi się stać?

Z badania „Praca, moc, energia w polskich firmach”, zrealizowanego przez Human Power, wyłania się dość alarmujący obraz. Analizy pokazują, że w polskich firmach funkcjonują cztery typy pracowników – tylko jeden z nich jest wysoce efektywny i wpisuje się w profil pracownika przyszłości. A co z resztą?

Prawie 30 proc. pracowników to osoby przemęczone, zniechęcone, sfrustrowane i bez energii. Mają przeświadczenie, że w pracy nie wykorzystują ani swojego potencjału, ani umiejętności. Ich głównym motywatorem pozostają pieniądze. – Określiliśmy ich mianem Wypalonych Rutyniarzy – mówi Małgorzata Czernecka, szefowa Human Power i autorka badania. – Ta nazwa wskazuje na ważną część problemu, związaną z niskim poziomem efektywności. Wypalonych Rutyniarzy cechuje brak dbałości o siebie – za mało śpią, nie ćwiczą, jedzą „fast foody”, spadki energii niwelują kawą, energetykami i słodkimi przekąskami. Mają najniższy poziom energii do działania i najczęściej myślą o zmianie pracy z powodu zmęczenia obowiązkami zawodowymi.

Jeśli dodamy do tego drugi wyłoniony w badaniu typ – Rzemieślnika bez Wigoru – który stanowi 27,5 proc., to stwierdzimy, że znacznie ponad połowa pracowników często odczuwa zniechęcenie, irytację, strach i niepokój, nie wykonuje zadań, które sprawiają im satysfakcję i radość, a także nie do końca zna sens i cel swoich obowiązków służbowych. Na takich fundamentach nie sposób budować kompetencji przyszłości, które pomogą wygrać ze sztuczną inteligencją.

Pracownicy o niskim poziomie energii, odczuwający frustrację, irytację czy lęk, nie są w stanie kompleksowo rozwiązywać problemów, krytycznie i twórczo myśleć, wykazywać empatii, dobrze współpracować z innymi, czy być elastyczni poznawczo. Według World Economic Forum osoby z takimi właśnie kompetencjami będą najbardziej potrzebne w najbliższych latach – dodaje Małgorzata Czernecka.

Na podstawie wyników badania „Praca, moc, energia w polskich firmach” udział silnych, efektywnych pracowników, którzy potrafią skutecznie zarządzać własną energią i w pełni korzystać ze swojego fizycznego, emocjonalnego i mentalnego potencjału, szacować można na jedyne 16,8 proc. To tak zwani Spełnieni Maksymaliści. Spodziewać się można, że grupa ta stopniowo będzie stawać się coraz bardziej liczna, a to za sprawą liderów. Tych pełnych energii, najbardziej efektywnych, jest 21,5 proc. (tzw. Liderzy na Pełnej Petardzie). Niepokoić może fakt, że Liderów na Oparach, którzy każdy nowy dzień pracy rozpoczynają z lękiem i pesymistycznym nastawieniem, jest w polskich firmach prawie ¼. Tymczasem z badań Aon wynika, że zaangażowanie pracowników w blisko 60 proc. zależy od poziomu zaangażowania samego lidera. – Bez zaangażowanego szefa nie można myśleć o budowaniu zaangażowanego zespołu – wskazuje Magdalena Warzybok, Talent Practice Director w Aon. – W tym kontekście alarmujące wydaje się, że blisko co czwarty lider to „Lider na Oparach”. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przypuszczać, że jego zespół również działa „na oparach”.

Jak pracodawcy mogą wspierać najbardziej efektywne jednostki i inspirować pozostałych do zmiany? Odpowiedzi należy szukać w dziedzinie zarządzania energią. – Wyniki badania „Praca, moc, energia w polskich firmach” dobitnie pokazują, jak ważna dla samopoczucia i efektywności pracowników jest regularna aktywność fizyczna – komentuje Robert Moreń, dyrektor ds. komunikacji w Benefit Systems. – Najkrócej mówiąc, im więcej się ruszamy, tym wyższy mamy poziom energii i tym lepsze osiągamy efekty w pracy. Dlatego firmy powinny namawiać pracowników do aktywności.

Osoby, które dbają o swoje samopoczucie i zdrowie, są bardziej efektywne, a wręcz… bardziej zmotywowane – dodaje Monika Szymczuk, marketing manager Dailyfruits. – To one zwracają uwagę na to, aby jeść posiłki regularnie, również w pracy; jedzą co najmniej pół kilograma owoców i warzyw dziennie i tak komponują dania, aby dawały im więcej energii.

Podobnie istotne znaczenie, m.in. dla poziomu skupienia, organizacji pracy czy poziomu kreatywności może mieć aranżacja przestrzeni biurowej. Aleksandra Krawsz, Marketing & PR Manager w Kinnarps Polska, podkreśla wagę wydzielenia miejsc do koncentracji i pracy w ciszy. Tego typu rozwiązania mają istotny wpływ na ogólną kondycję psychofizyczną pracowników i wpływają na jakość ich pracy. – A to właśnie z ciała i emocji płynie największe, choć często niedoceniane, wsparcie naszej efektywności mentalnej – podsumowuje Małgorzata Czernecka.

Upowszechnienie mediacji usprawni funkcjonowanie sądów pracy

Mediacja to najprostsza i najskuteczniejsza metoda uzdrowienia prawa pracy – taki wniosek przyniosła ekspercka debata „Postępowanie sądowe w sprawach pracowniczych” zorganizowana przez Pracodawców RP. Nie można bowiem skupiać się tylko na samym Kodeksie Pracy, bo przy niewydolnych sądach jego przepisy pozostaną martwe.

JAK USPRAWNIĆ FUNKCJONOWANIE SĄDÓW PRACYDebatę otworzył Prezydent Pracodawców RP Andrzej Malinowski przypominając, że konieczności zmian w regulacjach rynku i prawa pracy nikt dziś nie kwestionuje. Jednak dyskusja o zmianach podąża w niewłaściwym kierunku.

– To oczywiste, że zmiany są potrzebne, ale musimy pamiętać, że prawo pracy to nie tylko Kodeks pracy. Nie możemy zapominać o instytucji, która wprowadza w życie zapisy kodeksu – Sądach Pracy – mówił Prezydent Malinowski. – Sądy Pracy wydzielono po to, by przyspieszyć postępowanie. Tymczasem sprawy ciągną się latami, co utrudnia życie obu stronom – pracodawcom i pracownikom. Zmiany trzeba wprowadzać systemowo – traktując Kodeks pracy i sądownictwo pracy jako całość – zaznaczył.

W sądach rejonowych merytoryczne załatwienie postępowania w sprawach pracowniczych trwa średnio ok. 380 dni, w sądach okręgowych I instancji – 760 dni, w sądach okręgowych II instancji – 98 dni, w sądach apelacyjnych – 272 dni. Jeżeli więc sprawa przechodzi przez dwie instancje, a tak przeważnie się dzieje, trwa ona odpowiednio dłużej.

Obserwując długość procesu sądowego w sprawach pracowniczych pojawia się pytanie, czy funkcja ochronna pracownika ma charakter rzeczywisty czy iluzoryczny. Przyczyną tego stanu rzeczy często jest niemożność obsadzenia pełnego składu sędziowskiego. Okazuje się, że prawo do sądu formalnie istnieje, lecz jego realizacja zdaje się odbiegać od standardów ustawowych, a nawet konstytucyjnych. Nie chodzi tylko o realizację funkcji ochronnej prawa pracy, lecz także o czas przedsiębiorcy. Nawet po zwolnieniu pracownika zgodnie z prawem może on spędzić w sądzie wiele godzin, które mógłby przecież przeznaczyć na prowadzenie firmy.

– Przedłużające się postępowanie w sądzie pracy wcale nie jest na rękę pracodawcy. Z punktu widzenia przedsiębiorcy zajmuje to czas i generuje koszty – mówiła prof. Monika Gładoch, doradca Prezydenta Pracodawców RP. Jej zdaniem kluczem do udrożnienia sądownictwa pracy jest rozwiązanie części spraw na poziomie mediacji.

– Mediacja z pewnością przyspiesza postępowanie sądowe, ale powinna być rozumiana szerzej: nie tylko jako narzędzie ułatwiające pracę sądu, ale także jako sposób na usprawnienie komunikacji między stronami – uważa dr Katarzyna Antolak-Szymański z Uniwersytetu SWPS. – Mediacja tak naprawdę powinna zaczynać się zanim dojdzie do sprawy w sądzie pracy . Trzeba upowszechniać wśród pracodawców i pracowników wiedzę o tym, czym jest mediacja i jakie korzyści przynosi obu stronom.

Debata jasno pokazała, że najpilniejszym problemem związanym z prawem pracy jest udrożnienie sądów pracy. Uczynić to można przez umiejętne wprowadzenie do relacji pracodawca-pracownik elementu mediacji. Odpowiedź na pytania jak to zrobić pozostaje nadal otwarte. Jest to jednak niezbędne.

– Najprostszą i najskuteczniejszą metodą przyspieszenia postępowania przed sądem pracy w tej chwili byłaby promocja mediacji oraz wprowadzenie do przepisów zapisów w tym zakresie – podsumowała debatę prof. Monika Gładoch.

PKN ORLEN i TAURON podpisały list intencyjny dot. gruntu pod budowę elektrociepłowni w czeskich Neratowicach

PKN ORLEN i TAURON podpisały list intencyjny dotyczący warunków udostępnienia gruntu pod budowę elektrociepłowni w Czechach.

podpisanie listu intencyjnego ORLEN TAURON

W ramach podpisanego Listu Intencyjnego TAURON i PKN ORLEN zadeklarowały powołanie zespołu roboczego. Jego zadaniem będzie m.in. analiza warunków współpracy na jakich spółka z Grupy Kapitałowej ORLEN udostępni Tauronowi teren do ewentualnej budowy nowoczesnego źródła wytwarzania w czeskich Neratowicach. Zespół będzie się składał z przedstawicieli każdej z firm, a liderem oraz koordynatorem jego prac będzie TAURON.

Inwestycja, której dotyczą analizy, ma być wysokosprawnym źródłem energii elektrycznej i ciepła w postaci pary m.in. dla należącej do Grupy Kapitałowej ORLEN, jednej z największych firm chemicznych w czeskim przemyśle – spółki Spolana.

Spółki z udziałem skarbu państwa powinny ze sobą współpracować i wspierać, tam gdzie jest to możliwe i ma uzasadnienie ekonomiczne. Rozwój polskich aktywów w regionie Europy Środkowo – Wschodniej jest dla nas istotny. Założenia listu intencyjnego wpisują się w tę politykę. Zwłaszcza, że analizujemy możliwości inwestycyjne w zakresie nowych technologii chemicznych i instalacji produkcyjnych w Czechach. Istotnym kryterium realizacji tych projektów inwestycyjnych jest zapewnienie dostępu do źródeł energii po jak najbardziej atrakcyjnej cenie – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

W efekcie realizacji rozważanej inwestycji będzie można również wytwarzać energię elektryczną dla spółki obrotu TAURON Czech s.r.o., z przeznaczeniem na czeski lub polski rynek energii.

– Z myślą o zapewnianiu bezpieczeństwa energetycznego analizujemy projekty dywersyfikujące nasze źródła zasilania. Współpraca dwóch wiodących polskich koncernów w przedsięwzięciach energetycznych wpisuje się w rządową Strategię na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju – mówi Filip Grzegorczyk, Prezes Zarządu TAURON Polska Energia. – TAURON, zarządzając spółką obrotu energią elektryczną w Republice Czeskiej, jest zainteresowany posiadaniem nowoczesnego i efektywnego energetycznie źródła wytwórczego na tym rynku – dodaje prezes TAURONA.

Dywersyfikacja źródeł wytwarzania w Grupie TAURON

podpisanie listu intencyjnego ORLEN TAURONTAURON konsekwentnie różnicuje posiadane portfolio wytwórcze. Stan zaawansowania realizacji flagowej inwestycji Grupy TAURON, czyli budowy bloku energetycznego o mocy 910 MW w Jaworznie osiągnął już 80 procent. Pozwoliło to na rozpoczęcie prac rozruchowych. Zakończenie inwestycji planowane jest na czwarty kwartał 2019 roku. Nowy blok 910 MW będzie wysokosprawną jednostką wytwórczą, którą charakteryzować będzie najwyższa sprawność w swojej klasie w Polsce, czyli 45,9% netto, stanowiąc przy tym znaczący element bezpieczeństwa energetycznego Polski.

Grupa dąży również do zwiększenia mocy wytwórczych w technologii wiatrowej. TAURON Polska Energia otrzymał zaproszenie do rozpoczęcia negocjacji w sprawie nabycia pięciu farm wiatrowych należących do grupy in.ventus. Farmy wiatrowe, będące przedmiotem negocjacji, zlokalizowane są w północnej części Polski, a ich łączna moc zainstalowana wynosi około 200 MW.

Dobry e-marketingowiec w cenie. Zarabiają krocie i wciąż liczą na więcej

Krzysztof Borkowski, headhunter Sales & Marketing w Antal
Krzysztof Borkowski, headhunter Sales & Marketing w Antal

Choć do niedawna nie było wcale łatwo ze znalezieniem pracy w marketingu, to dziś sytuacja diametralnie się zmienia. Rozwój technologii spowodował, że tylko w lutym ubiegłego roku, pracodawcy zwiększyli zapotrzebowanie na pracowników ds. marketingu o 14,6 proc. (rok do roku). Rośnie również wartość rynku technologii marketingowych, a jak wynika z prognoz do 2025 roku firmy wydadzą na oprogramowanie marketingowe prawie 130 mld USD – 60% zakupów dokonają działy marketingu, a pozostałe 40% działy IT[1].

Marketing przez wiele lat cieszył się opinią jednego z najpopularniejszych kierunków studiów, na jaki decydowali się absolwenci szkół średnich. W efekcie po czasie zaczęliśmy obserwować  nadwyżkę specjalistów. Dziś branża przeżywa swoiste ożywienie, co ma związek ze stale rosnącą świadomością konieczności promowania marki i docierania do klienta różnymi kanałami. Firmy inwestują coraz więcej w działania marketingowe, a szczególnym zainteresowaniem cieszą się przemyślane działania internetowe, realizowane m.in. w mediach społecznościowych. Gdzie specjaliści ds. marketingu znajdą dziś zatrudnienie?

Nowoczesny marketing kluczem do skutecznej sprzedaży

Organizacje, które zakładają utrzymanie świadomości marki na dynamicznie zmieniającym się rynku i planują stabilny rozwój działalności nie mogą pozwolić sobie na brak obecności w Internecie. Skuteczny e-mail marketing, grupy branżowe w serwisie Facebook oraz LinkedIn, precyzyjne reklamy targetowe, Google AdWords, chatbox w e-commerce czy w końcu video wizytówki, to tylko nieliczne narzędzia wspierające działania sprzedażowe i ciężko byłoby wyobrazić sobie bez nich współczesny marketing. Co za tym idzie, do najbardziej pożądanych należą kandydaci o doświadczeniu w e-marketingu, czyli ci z praktyczną znajomością narzędzi internetowych. Kluczową rolę ogrywają również kompetencje miękkie, a przede wszystkim kreatywność i nowatorskie podejście do kampanii w świecie digital.

Specjaliści otrzymują średnio 7 ofert pracy rocznie

Rosnąca digitalizacja i stopniowe odchodzenie od tradycyjnych form marketingu przyczynia się do polepszenia sytuacji specjalistów ds. marketingu na rynku pracy. Liczba otrzymywanych zaproszeń do procesów rekrutacyjnych stale rośnie, a specjaliści czy menedżerowie otrzymują przeciętnie około 9 ofert rocznie. Jak wynika z najnowszego raportu Antal, Aktywność Specjalistów i Menedżerów, marketingowcy otrzymali w 2017 roku średnio 7 ofert pracy –  to 15 % więcej niż w 2016 roku. Największe zapotrzebowanie obserwujemy nie tylko w dynamicznie rozwijającym się przemyśle spożywczym i farmaceutycznym, ale również w branży motoryzacyjnej, elektrotechnicznej czy budowlanej.

Dobry e-marketingowiec w cenie, czyli w jakiej?

Aktualna sytuacja na rynku pracy jasno wskazuje na dominację kandydatów, a stale rosnące zapotrzebowanie na tych najbardziej wykwalifikowanych specjalistów umacnia ich pozycję. Obecnie, gdy wielu pracodawców boryka się z brakami kadrowymi, a największym wyzwaniem jest zarówno pozyskanie, jak i utrzymanie w swoich strukturach najlepszych pracowników.

Jak pokazuje Raport płacowy Antal, specjalista ds. marketingu internetowego może liczyć dziś na wynagrodzenie pomiędzy 5000 a 8000 zł brutto, a zarobki menedżera plasują się na poziomie 12.000 – 18.000 zł brutto.

To jednak nie wszystko, gdyż wynagrodzenie podstawowe uzupełniane jest o różnego rodzaju premie, a sama oferta zatrudnienia wiąże się również z coraz bogatszym pakietem benefitów pozapłacowych, elastycznymi godzinami pracy czy możliwością pracy zdalnej. Pracodawcy kładą obecnie coraz większy nacisk na politykę zarządzania talentami w organizacji, dlatego oferują również  różnego rodzaju szkolenia, czy rozwój kompetencji w określonym kierunku.

Jakich kompetencji szukają dziś pracodawcy?

Skuteczny marketing wymaga określonych kompetencji, a firmy inwestując w rozwój działu marketingu szukają kandydatów o bardzo zróżnicowanym doświadczeniu czy o określonych cechach charakteru. Współczesny dział marketingu nie może obejść się bez umiejętności atrakcyjnego, często również perswazyjnego stylu pisania – tzw. call to action. Przy czym marketing potrzebuje obecnie jakościowych treści, tym bardziej, że materiał z całą pewnością zostanie wykorzystany w formie artykułu, wpisu na blogu w mediach społecznościowych lub jako newsletter. Współczesny marketing wymaga również znajomości różnorodnych narzędzi, a marketingowcy, którzy sprawnie posługuję się choćby narzędziami Google cieszą się szczególnym zainteresowaniem pracodawców.

Warto także zwrócić uwagę na kompetencje miękkie, wśród których kluczową rolę odgrywa kreatywność, elastyczność, ale także zdolności analityczne, bez których współczesny marketing nie może istnieć. Żadna firma nie może wyobrazić sobie obecnie realizacji kampanii bez jej dokładnej analizy pod kątem efektywności i dokonania jej optymalizacji.

Stabilne zatrudnienie i kusząca perspektywa na przyszłość?

Nie ulega wątpliwości, że praca w obszarze e-marketingu może być przyszłościowym zawodem. Zakładając rozwój nowych technologii, digitalizację i automatyzację procesów, wiązanie swojej przyszłości z marketingiem pozwoli z całą pewnością na wiele możliwości zawodowych. Wszystko zależy jednak od umiejętności dostosowania się do dynamicznie zmieniającego się środowiska i trendów, biegłością w zaawansowanych technologiach  i motywacją do ciągłego kształcenia w tym zakresie.

Krzysztof Borkowski, headhunter Sales & Marketing w Antal

[1] IDC report „Worldwide Marketing software Forecast 2014 – 2018”

Zarządzanie danymi wyzwaniem w sektorze ochrony zdrowia

Przy obecnej skali przyrostu danych w cyfrowym świecie, umiejętność zidentyfikowania tych danych, które są istotne z perspektywy procesów decyzyjnych firmy oraz ich umiejętnego przetworzenia, skorelowania i włączenia w procesy zarządzania jest niezwykłym wyzwaniem. Dotyczy to wszystkich obszarów gospodarki, ale w sektorze ochrony zdrowia jest to szczególnie widoczne, między innymi ze względu na mnogość form i źródeł z jakich pochodzą dane. Zarządzanie danymi w ten sposób, by zmaksymalizować ich praktyczną wartość dla organizacji wymaga jednak systemowego podejścia. Raport KPMG International pt. „Data governance: Driving value in healthcare” prezentuje podstawy strategii zarządzania danymi, tak aby w pełni wspierały strategiczny rozwój organizacji.

Nowe narzędzia do pozyskiwania i przetwarzania wielkich ilości danych są wykorzystywane w wielu aspektach działań organizacji obecnych w sektorze ochrony zdrowia. Wspaniale rozwijającym się obszarem, w którym mogą być wykorzystane takie narzędzia jest usprawnienie zarządzania w segmencie finansowym i regulacyjnym. Dzięki właściwemu przetwarzaniu danych kierujący organizacją zyskują możliwość realnej kontroli nad procesami nawet w bardzo dużych podmiotach i przy skomplikowanych systemach rozliczeń. Zwiększa to efektywność całego systemu ochrony zdrowia, a docelowo wpływa na jakość obsługi pacjentów – mówi Sabina Sampławska, dyrektor i szef sektora Life Science w KPMG w Polsce.

Wdrażając nowe technologie wspierające transformację biznesową i kliniczną, organizacje z sektora opieki zdrowotnej koncentrują się zazwyczaj na dwóch poziomach wpływu: natychmiastowej korzyści taktycznej technologii w zakresie przepływu pracy i związanych z nią kluczowych wskaźników wydajności oraz korzyści strategicznej płynącej z wykorzystania nowo dostępnych danych i zintegrowania ich z istniejącymi zbiorami w celu stworzenia nowej wartości.

Świat cyfrowy wkracza w kolejne dziedziny życia. W sposób nieunikniony dzieje się to także w sektorze farmaceutycznym i szeroko rozumianym sektorze opieki zdrowotnej. Sektory te ze względu na swoją specyfikę i ogromny wpływ na wiele dziedzin życia społecznego są również coraz bardziej regulowane. Od 2019 roku w życie wchodzą przepisy Dyrektywy 2011/62/UE (nazywanej „Dyrektywą fałszywkową”) dotyczące serializacji leków. W tym samym roku obowiązkowe będzie wykorzystywanie systemów i słowników przygotowanych przez European Medicines Agency czyli SPOR Data Services. Od 2018 roku dostępne jest produkcyjne środowisko Zintegrowanego Systemu Monitorowania Obrotu Produktami Leczniczymi. Każda z tych inicjatyw wymaga połączenia informatycznych „krwioobiegów” firm farmaceutycznych, hurtowni leków, aptek, zakładów opieki zdrowotnej i regulatorów rynku. Każda wymaga od uczestników systemu wymiany ogromnych ilości danych. I nic nie wskazuje, aby obciążenia w tym zakresie w przyszłości uległy redukcji. Wprowadzenie zasad zarządzania danymi i uporządkowanie procesów zarządzania danymi podstawowymi (MDM) jest podstawowym narzędziem, które pozwoli firmom zachować zgodność i ograniczyć koszty związane z wymogami regulacji, a docelowo czerpać również większe korzyści z zasobów informacyjnych będących w posiadaniu organizacji – mówi Krzysztof Radziwon, partner w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.

O RAPORCIE
„Data governance: Driving value in healthcare” to publikacja KPMG International wskazująca wyzwania w zakresie zarządzania danymi opracowane na podstawie wywiadów z liderami organizacji oraz wynikające z doświadczeń ekspertów KPMG, a także sygnalizująca wybrane ryzyka, które powinny zostać wzięte pod uwagę w procesie projektowania systemu zarządzania danymi. Raport omawia również model dojrzałości w zakresie zarządzania danymi.

Nastroje producentów coraz gorsze. Giełdowy Indeks Produkcji stracił 3,82%

We wrześniu GIP60 podążył śladami całej GPW i zamknął miesiąc na poziomie 946 punktów, co oznacza spadek o 3,82% w porównaniu z końcem sierpnia, kiedy GIP60 zakończył wakacyjną serię wzrostów. Pogorszenie nastrojów widoczne jest zarówno wśród inwestorów, jak i w realnej sferze przemysłu produkcyjnego.

Pierwsza połowa miesiąca była surowa dla całej GPW, co odbiło się na cenach akcji polskich producentów, a w konsekwencji także na wartości Giełdowego Indeksu Produkcji. Pierwsze dwie sesje we wrześniu pozwoliły indeksowi GIP60 powrócić nad wartość bazową wyznaczoną na początku 2016 roku, jednak od tego momentu aż do połowy miesiąca jego kurs podążał już tylko w dół, głównie za sprawą negatywnych nastrojów panujących na całym warszawskim parkiecie. W drugiej połowie miesiąca indeks powoli odrabiał straty, ale ostatnia sesja przyniosła największy dzienny spadek w tym miesiącu ustalając wrześniowy wynik GIP60 na poziomie 946 punktów, a więc 3.82% mniej niż w minionym miesiącu.

Wrzesień przyniósł straty wszystkim indeksom WIG, a największymi ofiarami negatywnych nastrojów okazały się małe spółki z indeksu sWIG80, które straciły w tym czasie aż 8.57% m/m. Znacznie lepiej, poradziły sobie największe spółki z WIG20, ale również one straciły we wrześniu 2.25% m/m. Średnie spółki z indeksu mWIG40 zamknęły wrzesień z wynikiem -1.47% m/m, a cały rynek monitorowany za pomocą indeksu WIG osiągnął w tym czasie wynik -2.26% m/m.

Wszystkie branże tracą solidarnie

Analizując wrześniowe ceny akcji polskich producentów w przekroju branżowym widać, że był to ciężki miesiąc praktycznie dla każdej branży. Najgorzej w tym czasie poradziły sobie spółki z branży metalurgicznej (średnio -12.24% m/m), chemicznej (-10.73% m/m) i materiałów budowlanych (-8.63% m/m), a najlepiej spółki z branży spożywczej (-1.22% m/m), producenci tworzyw sztucznych (-3.54% m/m) i projektanci-dystrybutorzy odzieży (-3.84% m/m) – wszystkie one skończyły wrzesień na minusie.

Analizując wyniki spółek z powyższych branż pod kątem narodowości zaangażowanego kapitału, można dojść do wniosku, że w negatywnej ocenie rynkowej spółek polski charakter kapitału nie miał decydującego znaczenia. Subindeksy WIG-CHEMIA (-12.99% m/m) i WIG-BUDOW (-9.82% m/m) to obok WIG-MEDIA (-10.82% m/m) i WIG-MOTO (-9.65% m/m) najgorsze subindeksy tegorocznego września. Stosunkowo lepiej poradził sobie WIG-SPOŻYWCZY (-1.64% m/m) i WIG-ODZIEŻ (-3.41% m/m), a cały WIG-POLAND zamknął wrzesień z wynikiem -2.08% m/m.

Roszady w akcjonariacie u liderów wrześniowego rankingu GIP60

Pierwsze miejsce wrześniowego rankingu GIP60 z miesięcznym wzrostem wartości rynkowej na poziomie 13.1% przypadło FERRUM. Drugim stopniem podium może pochwalić dla ALCHEMIA za wzrost wartości o 8.2%, a trzecim miejscem LENA LIGHTING za wzrost ceny akcji o 8.1%. Paradoksalnie, mimo ogólnie złej koniunktury giełdowej na akcjach spółek z branży hutniczej i metalurgicznej, najwyższymi stopami zwrotu wśród wszystkich spółek GIP60 osiągnęły dwie spółki z tej branży.

Największy wpływ na wyniki FERRUM miały informacje o wysokości pakietu zamówień między nią, a spółką IZOSTAL, który opiewa na kwotę 24.9 mln EUR. Innym czynnikiem, który wywołał pozytywną reakcję rynku była informacja o zmianach w statucie spółki, dokonanych przez Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie, pozwalających na jej reorganizację.

W październiku miało miejsce kolejne ciekawe zdarzenie związane z tą spółką, a mianowicie wezwanie do zapisu na sprzedaż jej akcji, ogłoszone przez Fundusz Inwestycji Polskich Przedsiębiorstw. Potwierdził on planowane zwiększenie zaangażowania udziału Skarbu Państwa w FERRUM, pozwalające uzyskać ponad 50% udziału.

Na kurs akcji ALCHEMIA duży wpływ mają obecnie działania zakulisowe związane w tym przypadku z programem skupu akcji własnych przez zarząd, w celu dalszej odsprzedaży. We wrześniu na kurs akcji ALCHEMII pozytywnie wpłynęły ogłoszone pod koniec sierpnia bardzo dobre wyniki finansowe za pierwsze półrocze 2018 roku. Wzrost przychodów do poziomu 586 mln zł (+24,8% r/r) i wypracowanie solidnego zysku na poziomie 26 mln zł w porównaniu ze stratą 0.5 mln zł rok wcześniej, a także wysokie nakłady inwestycyjne, zostały pozytywnie odebrane przez inwestorów.

Wzrost przychodów w pierwszym półroczu zaraportowała również spółka LENA LIGHTING, jednak w jej przypadku wiązało się to ze spadkiem zysku niemalże o połowę, co wywołało mieszane reakcje inwestorów. Pozytywnymi sygnałami płynącymi z raportu okresowego są znaczna poprawa płynności i wzrost dodatniego salda przepływów pieniężnych z działalności operacyjnych. Również w przypadku LENA LIGHTING członkowie zarządu, korzystając z atrakcyjnych wycen na GPW, przystąpili do zakupu akcji spółki.

Załamanie nastrojów w spółkach produkcyjnych

Przyglądając się realnym aspektom działalności polskich firm produkcyjnych należy zwrócić uwagę na największy od ponad 4 lat spadek nowych zamówień eksportowych. Patrząc szerzej, ogólnie koniunktura w polskim sektorze przemysłowym, po długim okresie doskonałych wyników, znalazła się blisko stagnacji. Ogólna liczba zamówień spadła po raz pierwszy od października 2016 roku, podczas gdy nastroje kadry menedżerskiej badane za pomocą wskaźnika PMI spadają już trzeci miesiąc z rzędu. Tym razem wskaźnik PMI dla polskiego przemysłu zatrzymał się na poziomie 50.5 punktów, wydłużając sekwencję odczytów powyżej granicy 50 punktów do 4 lat, ale jest to poziom tak niski, że może się okazać, iż był to ostatni pozytywny odczyt tej serii.

PMI spadło nie tylko w Polsce, ale również w całej strefie Euro, gdzie nastąpiła redukcja z 54.6 punktów w sierpniu do 53.2 we wrześniu. Duży wpływ na to miało ochłodzenie nastrojów w Niemczech, gdzie PMI spadł z 55.9 do 53.7 punktów, co z oczywistych względów miało spore znaczenia na nastroje panujące w naszym rodzimym przemyśle. Korektę zaliczył także zagregowany wskaźnik PMI obliczany dla całego świata przemysłowego, który z poziomu 52.6 spadł w ciągu ostatniego miesiąca do poziomu 52.2, a chiński PMI przemysłowy zatrzymał się w tym miesiącu na magicznej granicy 50 punktów. Jednak nie wszędzie panowały negatywne nastroje, wzrost PMI zanotowano np. w Stanach Zjednoczonych (z 54.7 do 55.6). Czas pokaże, czy jesień przyniesie nam powrót na ścieżkę wzrostów, czy pogłębi jeszcze bardziej załamanie nastrojów w przemyśle.

Osłabienie nastrojów wśród operacyjnej kadry menedżerskiej i spadek nowych zamówień to połączenie, które zwykle nie wróży nic dobrego dla wartości rynkowej spółek. Jednak właściciele spółek produkcyjnych, korzystając z rekordowo niskich wycen, zwiększają swoje zaangażowanie w akcjonariacie. Może to być sygnał oznaczający, że jesteśmy już blisko dołka i oczekuje się odbicia na rynku. Myślę, że najbliższy czas pokaże, który szczebel kadry menedżerskiej w spółkach produkcyjnych jest bliżej prawdy. Z pewnością dużo będzie zależało od wyników finansowych spółek, które mimo wzrostu przychodów bardzo często w ostatnim czasie notowały spadek zysków – komentuje Maciej Zaręba z DSR, współtwórca Giełdowego Indeksu Produkcji.

***

Giełdowy Indeks Produkcji to wspólne przedsięwzięcie firmy DSR, serwisu analitycznego „Produkcja.Expert” oraz Wydziału Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej.

Indeks obejmuje 60 spółek produkcyjnych notowanych na Rynku Podstawowym GPW i pokazuje zmianę nastrojów inwestorów w stosunku do spółek z branży produkcyjnej. Ze względu na precyzyjną analizę wyników poszczególnych przedsiębiorstw produkcyjnych indeks GIP może stanowić wiarygodny barometr faktycznego stanu sektora produkcyjnego.

Giełdowy Indeks Produkcji jest indeksem typu cenowego, więc przy jego kalkulacji nie uwzględnia się dochodów z tytułu dywidend. Za dzień bazowy (pierwszy dzień publikacji, w którym indeks przyjął wartość 1000) został uznany dzień 1 stycznia 2016 roku.

Słabszy wzrost na wyspach. Walka z inflacją nad Bosforem

Wielka Brytania pokazała dzisiaj dane na temat wzrostu PKB oraz sprzedaży detalicznej. Turcja ponownie odkrywa makroekonomię. Rzym stara się uspokoić rynki.

Dane z wysp

Dzisiaj o 10:30 poznaliśmy dwa ważne odczyty dla brytyjskiej gospodarki. Wzrost PKB oraz produkcję przemysłową. Pierwszy odczyt spowolnił do 1,5% z oczekiwanych 1,6% z kolei produkcja rośnie o 1,3% wobec spodziewanego 1%. Oznacza to, że znacznie bardziej tracą usługi. Jak zareagował na te dane funt? Pomimo tego, że można je uznać za  w miarę neutralne brytyjska waluta zareagowała spadkiem. W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że od kilku dni funt wyraźnie zyskiwał na wartości i wielu inwestorów czekało na moment do realizacji zysków.

Turcja walczy z inflacją

Problem rosnących cen w Turcji nie jest nowy. Nie zmienia to faktu, że ostatnimi czasu nasila się. We wrześniu ceny rosły już o 24,5% w skali roku, nie jest to oczywiście Wenezuela, ale budzi już niepokój bo to ósmy najgorszy wynik na świecie. Powodem jest słabnąca waluta, która powoduje, że nie opłaca się import z zagranicy, a krajowi producenci wolą eksportować towar zamiast sprzedać go w kraju. Kraj ten znany jest natomiast z niekonwencjonalnych rozwiązań. Jak można zwalczyć inflację? Można namówić sprzedawców by nie podnosili cen. Proste? Niby tak, ale wielu ekonomistów powie, że to się nie powinno udać z wielu powodów i że prawa popytu i podaży spowodują brak towaru po niższych cenach. Nie mniej zięć prezydenta Erdogana piastujący stanowisko ministra finansów sprawdzi czy teoria pokryje się z praktyką. Co ciekawe część sieci odpowiedziała pozytywnie na apel. Skala obniżek nie jest oczywiście wystarczająca na razie.

Włoski dług straszy

Zapowiedzi Włoch na temat spełniania zapowiedzi wyborczych w tym dochodu gwarantowanego nie budzą zrozumienia na rynkach finansowych. Dowodem tego jest rosnąca rentowność włoskich papierów dłużnych. Wczoraj przez chwilę była ona aż o 3% wyższa od rentowności niemieckiej opartej wszakże na tej samej stopie procentowej. Oznacza to, że inwestorzy każą sobie płacić 3% rocznie więcej za ryzyko trzymania włoskich obligacji względem niemieckich. Minister finansów Włoch uspokoił sytuację, ale co najwyżej ograniczył skalę problemu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Home staging – odpowiednio przygotowane nieruchomości sprzedają się dwa razy szybciej

Wartość sprzedawanego mieszkania na rynku wtórnym można podnieść, jednocześnie skracając okres oczekiwania na przeprowadzenie transakcji. Jednak jest to też dodatkowy koszt, z którym związany jest home staging.

Home staging polega na przygotowaniu nieruchomości do sprzedaży bądź do wynajmu. Celem takiego przygotowania jest zainteresowanie jak największej liczby oglądających nieruchomość, a przez to przyspieszenie sprzedaży lub wynajmu za możliwie najwyższą cenę. Techniki home stagingu opierają się na marketingu.

– Home staging popularny jest w USA, na polskim rynku dopiero się pojawia – mówi w rozmowie z MarketNews24 Agnieszka Sołczyńska z Emmerson. – W Stanach, jak wynika z przeprowadzanych tam badań skraca o 40-60 proc. czas przeprowadzenia transakcji.

Jednak przeprowadzenie remontu czy dodatkowe wyposażenie mieszkania, co podniesie cenę sprzedaży to także dodatkowy koszt dla sprzedającego. Taki koszt to 1,5-8,0 proc. wartości nieruchomości.

Dzięki analityce małe i średnie przedsiębiorstwa mogą wykorzystać potencjał dostępnych danych do budowania przewagi konkurencyjnej

Obecność analityki w dużych przedsiębiorstwach nikogo już nie zaskakuje. Natomiast jej potencjał w sektorze MŚP wciąż jest bardzo duży. Tym bardziej, że narzędzia analityczne są obecnie powszechnie dostępne. Sposoby najlepszego wykorzystania danych w każdym biznesie były tematem konferencji Advanced Analytics and Data Science organizowanej przez Szkołę Główną Handlową w Warszawie we współpracy z SAS Institute i AMA Institute.

– Jak wynika z badania „The cost of poor customer service” przeprowadzonego przez Genesys, polskie przedsiębiorstwa tracą 20 mld dolarów w związku z odpływem klientów. Ta kwota pokazuje, że rotacja kupujących jest bardzo duża, a przywiązanie do marki niewielkie, co stanowi szansę dla organizacji z sektora MŚP. Mogą one potencjalnie pozyskiwać klientów rezygnujących z usług dużych korporacji. Właśnie tym stwierdzeniem rozpoczęto konferencję Advanced Analytics and Data Science.

Przyjęło się, że w SGH kształci się kadry, które następnie często znajdują zatrudnienie w korporacjach. Zależy nam, aby stworzyć również warunki rozwoju dla małych i średnich przedsiębiorstw. Mamy bardzo bogatą ofertę dydaktyczną, włączając Studia Podyplomowe. Katalog Studiów Podyplomowych SGH zawiera opisy 140 programów kształcenia podyplomowego oraz 3 programy Studiów MBA.  Spotkanie środowiska nauki i biznesu, które miało miejsce podczas konferencji Advanced Analytics and Data Science, stwarza szansę na dialog i rozwój współpracy – mówi Profesor Hanna Godlewska – Majkowska, Prorektor ds. Współpracy z Otoczeniem w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Jak wynika z danych PARP, małe i średnie przedsiębiorstwa mają ogromny wpływ na rozwój gospodarki, a ich udział w tworzeniu PKB na przestrzeni ostatnich lat systematycznie rośnie. W Polsce działa ponad 1,9 mln firm, z których zdecydowana większość to reprezentanci sektora MŚP (99,8%). Mimo to, ze względu na skalę działania, korporacje produkują zdecydowanie więcej. Przeszkodą jest brak budżetu i zasobów, których zwiększenie często dodatkowo utrudniają ograniczone możliwości uzyskania finansowania, np. te wynikające z krótkiego okresu działalności organizacji na rynku, co wpływa na negatywny scoring kredytowy.

Jak podkreślają specjaliści SAS i przedstawiciele środowisk naukowych, małe i średnie firmy muszą aktywnie szukać swoich szans biznesowych. Należy do nich m.in. duża elastyczność decyzyjna, która poprzez rozbudowane procedury i centralne zarządzanie jest niemożliwa do zastosowania w większych organizacjach. Przedstawicieli sektora MŚP charakteryzuje również większa skłonność do ryzyka, na którą duże firmy często nie mogą sobie pozwolić.

Firmy zaczynające drogę z zaawansowaną analityką danych muszą też budować wewnętrzne kompetencje w tym zakresie, dlatego bardzo ważna jest współpraca biznesu z uczelniami wyższymi w celu budowania kadr i rozwijania kompetencji analitycznych.

Szkoła Główna Handlowa chce aktywnie uczestniczyć w rozwoju ekonomicznym Polski, dlatego korzystając z konsultacji z przedstawicielami biznesu, tworzymy plan nauczania obejmujący kierunki dedykowane analityce. W Kolegium Analiz Ekonomicznych SGH oferujemy 3 kierunki studiów oraz 14 programów studiów podyplomowych związanych z analityką. Wraz z SAS Instituterealizujemy program edukacyjny, którego uczestnicy otrzymują certyfikaty SAS, w tym m.in. Certyfikat „Analityk Statystyczny z Systemem SAS” oraz Certyfikat „Data Scientist z Systemem SAS” – na kierunku Analiza Danych Big Data, który cieszy się wśród studentów bardzo dużym zainteresowaniem. Certyfikaty uroczyście wręczamy podczas konferencji Advanced Analytics and Data Science – mówi Profesor Joanna Plebaniak, Dziekan Kolegium Analiz Ekonomicznych w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Analityka dla MŚP

Podczas konferencji Advanced Analytics and Data Science zaprezentowano przykłady zastosowania analityki w wielu branżach. Jedno z przytoczonych case study dotyczyło firmy Baltona, polskiego przedsiębiorstwa handlu zagranicznego z wieloletnią tradycją, które we współpracy z Samsung Business Consulting zrealizowało projekt integracji danych pochodzących z portów lotniczych w celu optymalizacji akcji marketingowych. Inny przykład stanowił dostawca usług finansowych – Kasa Centrum, który wykorzystał narzędzia analityczne do maksymalizacji korzyści współpracy z klientami i opracowywania produktów odpowiadających ich potrzebom. W efekcie 75% decyzji, które były podejmowane przez ekspertów zostało zautomatyzowane. Trzecie przedstawione case study dotyczyło firmy Apotex i problemu segmentacji sieci aptecznych. Aktualnie w Polsce działa aż 15 tysięcy aptek. Wyzwaniem jest zarządzanie danymi pochodzącymi z tak ogromnej liczby placówek i wykorzystanie ich do zwiększenia zysku.

Kilka przykładów prezentowanych w trakcie konferencji dotyczyło projektów zrealizowanych przez AMA Institute. Z branży bankowej przedstawiono ekosystem zarządzania całym biznesem kredytowym w oparciu o zautomatyzowane narzędzia analityczne i raportowe, pozwalające na skuteczne konkurowanie małym organizacjom z bankami uniwersalnymi. Inny przykład dotyczył procesu analizy danych paragonowych w małej firmie, która posiada kilka sklepów. Dzięki informacjom znajdującym się na dowodzie zakupu można dowiedzieć się, w jakich godzinach placówkę odwiedza najwięcej klientów lub na jakie kwoty dokonują oni najczęściej zakupów. Ułatwia to m.in. planowanie działań promocyjnych czy podjęcie odpowiednich decyzji odnośnie zatowarowania poszczególnych sklepów. W logistyce analityka pozwala bardziej optymalnie zarządzać zleceniami lub oceniać, czy dany transport lepiej zrealizować, wykorzystując własną flotę czy skorzystać z usług podwykonawcy.

Jak przekonywał w trakcie swojej prezentacji dr Mariusz Cholewa, Prezes Zarządu BIK, małe i średnie firmy powinny współpracować z dużymi operatorami danych. Skuteczne wykorzystanie analityki wymaga odpowiedniego przygotowania, stworzenia planu biznesowego i zbudowania ekosystemu partnerów, wspieranych przez informacje pochodzące z danych. Wśród największych barier stojących na drodze do wdrożenia analityki wymienia się: brak gruntownej analizy potrzeb, nieprawidłowe określenie celów wdrożenia oraz niską jakość danych. Podczas panelu dyskusyjnego, prelegenci rozmawiali o tym, jak pokonać powyższe bariery oraz doprowadzić do sytuacji, kiedy sektor małych i średnich przedsiębiorstw będzie korzystał z rozwiązań analitycznych na szeroką skalę.

Z jednej strony w dzisiejszych czasach istnieją już zaawansowane metody i narzędzia, wykorzystywane powszechnie przez duże przedsiębiorstwa. Z drugiej, można postawić hipotezę, że w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw zarówno wiedza i świadomość dotycząca wartości ekonomicznej narzędzi analitycznych, jak i ich praktyczne wykorzystanie w celu budowy przewag konkurencyjnych jest bardzo ograniczona. W celu pokonania tego ograniczenia potrzebne jest zaangażowanie dużych partnerów biznesowych i instytucji, które wezmą na siebie ciężar rozpowszechnienia istniejących rozwiązań oraz budowy świadomości wśród małych organizacji. To wymaga kompleksowej wizji i zaangażowania, ale przyniesie istotną wartość biznesową dla wszystkich – mówi Serhij Fuks, Prezes AMA Institute.

Konferencja Advanced Analytics and Data Science odbyła się pod honorowym patronatem JM Rektora SGH, prof. dr. hab. Marka Rockiego. Partnerami wydarzenia byli SAS Institute oraz AMA Institute. Patronem wydarzenia był Polski Związek Instytucji Pożyczkowych. Patronat medialny nad konferencją objęły redakcje Harvard Business Review Polska, ITwiz i Wydawnictwo Business Manager Magazine.

Oczekiwane wzrosty kursu dolara osłabią wycenę złotego do euro

Wyższy poziom inflacji w pozostałych krajach CEE przyczynia się do mocniejszych wzrostów rentowności obligacji niż w Polsce. EUR/PLN powrócił do wsparcia na 4,30 wspierany rosnącymi notowaniami EUR/USD m.in. w reakcji na doniesienia o możliwym porozumieniu w sprawie umowy handlowej pomiędzy Wielką Brytanią a UE.

Rynek walutowy i stopy procentowej

We wtorek złoty umocnił się, wspierany rosnącymi notowaniami EURUSD m.in. w reakcji na informację, że do poniedziałku Londyn i Bruksela mogą zawrzeć porozumienie w sprawie umowy handlowej po opuszczeniu UE przez Wielką Brytanię. Kurs EURUSD powrócił w okolice 1,15 co pozwoliło EURPLN zejść do 4,30. Nie zmienia to faktu, że atmosfera na rynku walutowym pozostaje ciężka, ograniczająca wzrosty euro i złotego. Inwestorzy nadal utrzymują duże pozycje dolarowe (pozostając pod wpływem Fed-u oraz spowolnienia w strefie euro, na które dodatkowo nakłada się zaostrzający się spór włoskiego rządu z Brukselą), co czynią m.in. kosztem walut o podwyższonym ryzyku, jak PLN. Kolejne dane z Niemiec potwierdziły spowalnianie tej największej gospodarki EZ. W sierpniu wartość wyrównanego sezonowo niemieckiego eksportu spadła o 0,1% w stosunku do lipca, zaś importu o 2,7% m/m. Nastrojów inwestycyjnych na EM dodatkowo nie wspiera powrót obaw o eskalację wojny handlowej pomiędzy USA a Chinami oraz o kondycję gospodarki Państwa Środka. Te ostatnie pogłębiły się po decyzji o obniżeniu rezerw obowiązkowych dla chińskich banków. Z kolei amerykański Departament Skarbu niepokoi pogłębiająca się deprecjacja chińskiej waluty, która może być wykorzystywana do podniesienia atrakcyjności chińskich towarów eksportowych w sytuacji spowolnienia gospodarczego, za które przynajmniej częściowo odpowiada wojna handlowa ze Stanami Zjednoczonymi. USA rozważają nawet, aby w raporcie, który zostanie opublikowany w przyszłym tygodniu wprost nazwać Chiny manipulatorem walutowym. Dla nastrojów kluczowe pozostaną najbliższe dni. Do poniedziałku Włosi powinni przedstawić do KE szczegółowy projekt budżetu, a nastawienie KE jest znane (negatywne dla euro). W czwartek poznamy zaś dane CPI z USA, które również powinny osłabiać wspólną walutę kosztem dolara, zwiększając zaufanie rynku do dalszych podwyżek stóp przez Fed. Oczekiwane wzrosty dolara powinny wpłynąć na zmiany notowań euro do złotego, w kierunku osłabienia naszej waluty.

Od początku tego tygodnia rentowności polskich obligacji skarbowych pozostają stabilne, utrzymując wzrosty, które nastąpiły w ślad za ruchem na amerykańskiej krzywej dochodowości. Na tle krajów z regionu Europy Środkowo Wschodniej polskie papiery traciły mniej na wartości, na co wpływały przede wszystkim procesy inflacyjne oraz działania banków centralnych. Na Węgrzech inflacja we wrześniu nieoczekiwanie przyspieszyła do 3,6% r/r, co spowodowało, że rentowności tamtejszych 10-letnich obligacji zbliżyły się do 4%, a spread polskich papierów nad węgierskimi, który jeszcze na początku tego roku przekraczał 120pb obecnie spadł w okolice -60pb. Czeska inflacja co prawda obniżyła się do 2,3% r/r, jednak wciąż przekracza cel inflacyjna, co nie zmienia stanowiska Narodowego Banku Czech, którego prezes wciąż bierze pod uwagę możliwość podwyżki stóp procentowych podczas listopadowego spotkania. W przypadku podwyżki, stopy procentowe w Czechach po raz pierwszy znalazłyby się na wyższym poziomie niż w Polsce (obecnie stawki bazowe w obu krajach wynoszą 1,50%). W wyniku podwyżek stóp procentowych przez CNB spread polskich papierów 2-letnich nad czeskimi zawęził się o około 100pb w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy.

Kalendarz makroekonomiczny na środę pozostaje relatywnie pusty, a główną publikacją będą dane o inflacji cen producenckiej w USA za wrzesień. Dane o PPI mogą wpisywać się w retoryką wskazującą na utrzymywanie się presji inflacyjnej w USA (która prowadzi do podwyżek stóp procentowych) i stanowić zapowiedź wspomnianych czwartkowych danych CPI.

Wykres dnia: Mocniejszy wzrost inflacji na Węgrzech niż w Polsce przyczynia się do pozostania spreadu polskich obligacji nad węgierskimi na ujemnych poziomach.

Mocniejszy wzrost inflacji na Węgrzech niż w Polsce przyczynia się do pozostania spreadu polskich obligacji nad węgierskimi na ujemnych poziomach
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Na jakie mieszkania deweloperzy mają najwięcej chętnych

Jakie mieszkania wyprzedają się najszybciej w inwestycjach wprowadzanych na rynek? Do jakiej kwoty poszukuje lokali największa grupa nabywców? Sondę prezentuje serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Na rynku mamy dwie podstawowe grupy klientów, są to klienci inwestycyjni i osoby poszukujące mieszkań dla zaspokojenia swoich potrzeb. Pierwsza grupa klientów zainteresowana jest głównie mieszkaniami w centrach dużych miast, blisko ośrodków akademickich i biurowych o możliwie najmniejszym metrażu, w cenach mieszczących się w przedziale 250-300 tys. zł. W przypadku zakupów na cele mieszkaniowe oczekiwania klientów są uzależnione od wielkości gospodarstwa domowego. W zależności od tego, czy jest to pierwsze mieszkanie dla singla, lokal dla młodego małżeństwa, czy większej rodziny, ceny wahają się średnio od 200 tys. zł do 500 tys. zł.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Kwota, do jakiej klienci preferują mieszkania zależy w znacznej mierze od grupy nabywców, do której kierowany jest projekt. Upraszczając można jednak powiedzieć, że nabywcy inwestycyjni w interesujących ich lokalizacjach chętnie kupują mieszkania o małym metrażu w cenie do 300 tys. zł. Natomiast na przykład w projektach premium często w pierwszej kolejności sprzedają się największe mieszkania, nabywane przez najbardziej wymagających klientów, poszukujących komfortowych nieruchomości.

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

Wśród najchętniej kupowanych mieszkań od lat znajdują się lokale dwupokojowe w cenie, która nie przekracza 300 tys. zł. Dotyczy to wszystkich naszych lokalizacji i lokali nabywanych, zarówno na cele własne, jak i inwestycyjnie. Wrocławianie poszukują również nieruchomości o kompaktowym metrażu, ale większej ilości pokoi, dlatego z dużym zainteresowaniem spotykają się mieszkania trzypokojowe. Od lat popularnością cieszą się osiedla społeczne z bogatą ofertą spędzania wolnego czasu, jak Olimpia Port, Cztery Pory Roku i Słoneczne Stabłowice. Coraz większe znaczenie ma dla klientów także krótki termin odbioru kluczy.

Rafał Zdebski, dyrektor handlowy Inpro S.A.

Największy odsetek klientów decyduje się na mieszkania o wartości 200 tys. zł – 400 tys. zł brutto. Takie lokale powstają m.in. w osiedlach Optima w Gdańsku Jasieniu, czy Debiut w Pruszczu Gdańskim. Jednocześnie notujemy coraz wyższy popyt na inwestycje droższe, w wyższym standardzie, z dużą liczbą udogodnień. Przykładem jest nowoczesne osiedle Harmonia Oliwska w Gdańsku, na którym ceny lokali zaczynają się od około 430 tys. zł brutto, osiedle Kwartał Uniwersytecki w Gdańsku z cenami od około 350 tys. zł brutto, czy osiedle Azymut w Gdyni z mieszkaniami w cenie od około 330 tys. zł brutto.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Największym zainteresowaniem klientów niezmiennie cieszą się mieszkania w kwocie do około 350 tys. zł. Są to najczęściej kawalerki lub małe lokale dwupokojowe o powierzchni do około 40 mkw.

Eryk Nalberczyński, dyrektor ds. Sprzedaży Lokum Deweloper S.A.

W przypadku każdej, naszej inwestycji obserwujemy podobne granice cenowe przyjęte przez klientów. Największa grupa nabywców poszukuje dwu i trzypokojowych mieszkań w cenie do około 370 tys. zł. To kwota do akceptowalna przez wiele osób kupujących lokale, zarówno na kredyt, jak i za gotówkę.

Monika Golec, dyrektor ds. Marketingu i Sprzedaży w firmie Budnex

Ceny nieruchomości oferowanych przez nas w poszczególnych miastach są niejednokrotnie bardzo atrakcyjne w porównaniu z tymi, jakie proponuje konkurencja. Zasadą jest, że im tańsze mieszkanie tym szybciej znajdzie nabywcę. Na przykład w Gorzowie Wielkopolskim są to lokale o powierzchni trzydziestu kilku metrów w cenach od 148 tys. zł do 157 tys. zł, w Zielonej Górze mieszkania o metrażu powyżej 30 mkw. w kwocie od 143 tys. zł do 151 tys. zł. W Szczecinie największym powodzeniem cieszą się lokale niespełna 40 metrowe w cenie ponad 212 tys. zł, w Poznaniu mieszkania o powierzchni 33 mkw. za 210 tys. zł, w Dziwnówku lokale mierzące nieco ponad 30 mkw. w kwocie 269 tys. zł, a w Kołobrzegu nieruchomości wycenione do 299 tys. zł.

Andrzej Swoboda, wiceprezes zarządu Grupy CTE

Obserwujemy rosnące zapotrzebowanie na mieszkania o większym metrażu niż kilka lat temu. Obecnie coraz większą popularnością cieszą się mieszkania trzypokojowe. Również coraz więcej osób decyduje się na zakup niewielkiego domu w zabudowie szeregowej i bliźniaczej. Nie bez znaczenia jest fakt, że miesięczne obciążenie finansowe związane z zakupem tego typu domu jest zbliżone do mieszkania w budynku wielorodzinnym, gdzie poza ratami spłaty kredytu należy liczyć się z czynszem w wysokości kilkuset złotych miesięcznie. Grupa CTE jest aktywna w tym segmencie rynku, realizuje Osiedle Familia we Wrocławiu i planuje kolejne inwestycje o podobnym charakterze.

Agata Nowaczyk z poznańskiego biura sprzedaży EBF Development

Sporym zainteresowaniem wśród klientów cieszą się mniejsze lokale, których metraże wahają się od 39 mkw. do 60 mkw. W przypadku osiedla Reduta Nowe Podolany w Poznaniu za metr kwadratowy mieszkania trzeba zapłacić 5850 zł. Natomiast mieszkania w Zielonej Górze wycenione są niżej, dlatego w ostatnim czasie sporą część naszych klientów stanowią także osoby kupujące inwestycyjnie.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

W naszej gdańskiej inwestycji Wolne Miasto kwota 400 tys. zł jest najczęściej ceną graniczną dla klientów. Przewagę stanowią natomiast transakcje do ceny około 300 tys. zł W kwotach zbliżających się do 500 tys. można już nabyć dom, stąd jest też znacznie mniejsze zainteresowanie dużymi lokalami cztero i pięciopokojowymi w tej cenie.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Prowadzimy aktualnie inwestycje wyłącznie na terenie Warszawy. Zauważamy, że klienci mają różne kryteria wyboru mieszkań także w zależności od dzielnicy, w której znajduje się projekt. W przypadku inwestycji Willa Ochota na warszawskiej Ochocie największa grupa klientów poszukuje mieszkań do 450 tys. zł. Z kolei w projekcie Warszawski Świt na Targówku nabywcy wybierają lokale do kwoty 350 tys. zł . Na warszawskiej Woli w inwestycji Apartamenty Okopowa 59A klienci skłonni są wydać do 600 tys. zł.

Maciej Bartczak, współwłaściciel w KM Building

W naszych inwestycjach klienci najchętniej wybierają mieszkania w kwocie do 300 tys. zł

Lucyna Jarczyńska, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Agrobex

W naszych inwestycjach oferujemy mieszkania w budynkach wielorodzinnych realizowanych w Poznaniu. Największa część klientów interesuje się mniejszymi mieszkaniami dwupokojowymi w cenie do 200 tys. zł.

Agnieszka Jaworska-Goździewska, specjalista ds. komunikacji wewnętrznej i PR w Nickel Development

Klientów kupujących pierwsze mieszkanie zwykle ogranicza zdolność kredytowa, która determinuje wybór lokum. W tej grupie nabywców największą popularnością cieszą się mieszkania do 300 tys. zł. Osoby poszukujące apartamentów, czy domów są skłonni zapłacić dwu, czy nawet trzykrotnie więcej. Dla klientów, którzy oczekują produktu w wyższym standardzie mamy ofertę w Osiedlu Botaniczna, czy Willa Wodziczki na poznańskim Sołaczu. Zupełnie innymi kategoriami kierują się natomiast klienci inwestujący w nieruchomości. Dla kupujących apartamenty wakacyjne istotniejsza od ceny jest prognozowana stopa zwrotu z inwestycji.

Agnieszka Jałoszyńska, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w firmie Sky Investments

Dużym powodzeniem wśród klientów cieszyły się domy, jakie oferowaliśmy w promocyjnej cenie 299 tys. zł w inwestycji Rodzinne Komorniki, która powstaje 5 km od Poznania. Około 40 proc. budów prowadzimy na przedmieściach Poznania. To pokazuje, że poznaniacy chętnie wybierają takie projekty, bo w cenie mieszkania mogą otrzymać nie tylko przestronny dom, ale również ogród i dwa miejsca postojowe.

Marcin Komuda, kierownik Biura Sprzedaży w firmie Profbud

W naszych inwestycjach zdecydowanie największą popularnością cieszą się mieszkania z przynależnym ogródkiem, usytuowane na parterze i lokale położone na najwyższych kondygnacjach w budynkach, oferujące zazwyczaj największy metraż i panoramiczny widok. Zachętą do zakupu takich mieszkań są również atrakcyjne rozwiązania designerskie, stanowiące wartość dodaną lokalu, takie jak ogrody dachowe, czy tarasy widokowe np. w osiedlu Stella na warszawskim Bemowie. Mieszkania na najwyższych piętrach nabywane są w naszych inwestycjach w pierwszej kolejności. Świadczy o tym wskaźnik sprzedanych lokali w warszawskich projektach Haven House i Ligia oraz łódzkim Primo, który wynosi w nich łącznie 90 proc.

Marek Szmolke, prezes Grupy Deweloperskiej Start

Największa grupa naszych klientów poszukuje kawalerek w cenie od 200 tys. zł do 230 tys. zł oraz mieszkań dwu i trzypokojowych o powierzchni około 50 mkw. od 350 tys. zł do 400 tys. zł.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Największa grupa naszych klientów poszukuje w Krakowie mieszkań, których cena za metr kwadratowy wynosi około 5000 zł, tak jak było to w przypadku sprzedaży lokali w inwestycji Piasta Park, której premiera miała miejsce dwa lata temu. Od tego czasu ceny poszły w górę już o około 20 proc. i na krakowskim rynku utrzymują się już od dłuższego czasu w granicach 6000 zł/mkw.

Piotr Zagórski, Marketing Manager w Nexity Polska

Patrząc na ceny sprzedanych mieszkań w naszych inwestycjach można zauważyć, że kwota do jakiej wybierane są mieszkania waha się między 350 tys. zł a 500 tys. zł.

Autor: Dompress.pl

Mały ZUS od 2019 roku. Dla kogo? Kto zaoszczędzi i ile?

Od 2019 roku niektórzy przedsiębiorcy będą mogli opłacać składki ZUS w zależności od uzyskiwanego przychodu. Takie rozwiązanie będzie dostępne tylko dla osób opłacających tzw. „duży ZUS”. Oprócz osób będących na „małym ZUS” ustawodawca wskazał także innych przedsiębiorców, których nie obejmie to rozwiązanie.

Będą to np. osoby, które w poprzednim roku kalendarzowym:

  • wykonywały działalność jako twórca
  • prowadziły działalność przez mniej niż 60 dni kalendarzowych,
  • były wspólnikami jednoosobowej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością lub wspólnikami spółki jawnej, komandytowej lub partnerskiej,
  • wykonywały działalność o tym samym profilu, co na umowie o pracę na rzecz byłego pracodawcy.

Wyliczona przez przedsiębiorcę podstawa naliczania składek uzależniona od przychodu nie będzie mogła być:

  • niższa niż 30% minimalnego wynagrodzenia za pracę ustalonego na dany rok kalendarzowy (minimum dla małego ZUS),
  • wyższa niż 60% prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia (minimum dla dużego ZUS).

Podstawa uzależniona od przychodu będzie mogła być stosowana w przypadku wyliczania składek społecznych i Funduszu Pracy, natomiast nie będzie odnosić się do składki zdrowotnej – jej wyliczenie pozostaje na dotychczasowych zasadach. Oczywiście stosowanie tego rozwiązania jest dobrowolne, więc przedsiębiorca może, ale nie musi się na nie zdecydować.

Należy pamiętać o limitowanym czasie tego rozwiązania. Można będzie je stosować maksymalnie przez 36 miesięcy kalendarzowych w ciągu ostatnich 60 miesięcy kalendarzowych prowadzenia pozarolniczej działalności gospodarczej.

Warto spojrzeć na to rozwiązanie pod kątem plusów i minusów dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Jego zaletą jest to, że więcej pieniędzy zostanie w portfelu przedsiębiorcy, natomiast w konsekwencji główną wadą to, że niższa podstawa do opłacania składek oznacza niższy zasiłek chorobowy (w sytuacji opłacania składki chorobowej) i niższą późniejsza rentę czy emeryturę.

Zapewne wiele osób będzie zainteresowanych tym rozwiązaniem, więc należy pamiętać że przedsiębiorcy prowadzący działalność gospodarczą przez cały 2018 rok będą mogli wyliczać składki od przychodu w 2019 roku pod warunkiem, że wartość ich sprzedaży netto w 2018 roku nie przekroczyła kwoty 63 000 zł.

Trzy razy więcej firm zatrudnia pracowników z Białorusi

Liczba firm zatrudniających Białorusinów wzrosła z 2,6% w pierwszym półroczu 2018 r. do 8,3% w drugim półroczu – wskazują analizy Personnel Service. To zmiana o niemal 6 p.p. w ciągu sześciu miesięcy. Ten wzrost widać również w liczbie składanych oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy obywatelom Białorusi. Tylko w I półroczu 2018 roku złożono 32,8 tys. tego typu dokumentów, o 37% więcej niż w I półroczu 2017 roku.

– Białorusini coraz częściej ustawiają się w kolejce po pracę w Polsce, bo podobnie jak Ukraińcy, mogą przyjeżdżać do Polski w ramach uproszczonej procedury zatrudniania. I jak wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej coraz chętniej są rekrutowani. W pierwszym półroczu tego roku liczba oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy Białorusinom może nie była tak imponująca jak w przypadku Ukraińców – niemal 33 tys., ale istotnie wzrosła w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Spodziewamy się, że wzrostowy trend się utrzyma, choć w perspektywie najbliższych kilku lat nie ma raczej możliwości, żeby obywatele jakiekolwiek innego kraju niż Ukraina zaczęli dominować na polskim rynku pracymówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.

Białorusini drugą siłą kadrową po Ukraińcach

Z analiz Personnel Service wynika, że pracowników z Białorusi zatrudnia 1 na 12 firm w Polsce. To o aż 5,7 p.p. więcej niż w I półroczu 2018 roku. Białorusini są pierwszym po Ukraińcach wyborem jeśli chodzi o pracowników spoza Unii Europejskiej. Za nimi są Gruzini, których zatrudnia 2,7% firm, potem Mołdawianie (1,1%) i Armeńczycy (0,9%).

Na 8% może się nie skończyć, gdyż kolejne firmy planują rekrutacje Białorusinów. Taką deklarację złożyła podobna liczba przedsiębiorców jak pół roku temu – niecałe 3%. Zdecydowanie wyróżnia się tu branża produkcyjna, w której prawie co dziesiąta instytucja chce w najbliższym czasie poszukiwać do pracy obywateli Białorusi.

Największy wzrost w małych firmach

Biorąc pod uwagę wielkość podmiotów zatrudniających Białorusinów, najwięcej małych firm zadeklarowało, że zatrudnia obywateli Białorusi – 9%. W firmach średnich i dużych na taki krok zdecydowało się po 7% ankietowanych. Co więcej, również w przypadku małych firm najbardziej wzrosła liczba tych, które zaczęły zatrudniać Białorusinów – w I półroczu 2018 r. byli oni w zespołach tylko 2% takich przedsiębiorstw. Obywatele Białorusi zajmują wolne miejsca pracy przede wszystkim w handlu i produkcji, są już odpowiednio w 12% i 11% firm z tych branż.

– Białorusini są bardzo dobrym wyborem – mają do nas niedaleko, są nam bliscy językowo i kulturowo podobnie jak pracownicy z Ukrainy. Coraz więcej krajów Europy zaczyna konkurować z nami, rekrutując Ukraińców na swój rynek. Aby utrzymać obecny wzrost gospodarczy w naszym kraju potrzebny jest ciągły dopływ pracowników i wypełnianie wakatów tak, by firmy mogły zachowywać ciągłość swojej działalności. W tej sytuacji sięganie po pracowników z Białorusi jest najlepszym wyborem – mówi Krzysztof Inglot z Personnel Service.

Metodologia badania:

Dane prezentowane w raporcie „Barometr Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2018” zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Personnel Service S.A. przez instytut Kantar Millward Brown. Badanie pracodawców zostało przeprowadzone metodą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI. Próbę pracodawców N=300 dobrano w kwotach dla wielkości zatrudnienia, po 100 wywiadów dla firm małych (10-49 pracowników), średnich (50-249 pracowników) oraz dużych (250+ pracowników), z uwzględnieniem województwa – miejsca prowadzenia działalności oraz branży firmy. Wywiady z pracodawcami zostały zrealizowane w lipcu 2018 r.

Nowa Ordynacja podatkowa od 2020 r. – rewolucja czy pozorna zmiana?

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Ministerialny projekt nowej ordynacji podatkowej ma wkrótce trafić do konsultacji publicznych. Zgodnie z założeniami ma być on krokiem milowym w kierunku stworzenia prostego, przejrzystego i przyjaznego systemu podatkowego. Resort finansów zapowiada, że nowa regulacja zagwarantuje przede wszystkim wzmocnienie mechanizmów ochronnych podatnika, poprawę relacji na linii podatnik – urzędnik oraz zwiększenie świadomości na temat obowiązków podatkowych. Zdaniem władz obecną ustawę trzeba zmienić, ponieważ jest przestarzała i nie nadąża za światowymi oraz unijnymi standardami podatkowymi. Planowany termin wejścia w życie nowych przepisów to 1 stycznia 2020 r. Czy szumnie zapowiadane reformy to prawdziwa rewolucja podatkowa, czy tylko pozorna zmiana?

Założenia nowej Ordynacji podatkowej

Kluczowym elementem projektu jest zmiana sposobu kontaktu organów skarbowych z podatnikiem. Znane dotychczas decyzje i wezwania mają zostać zastąpione procedurą mediacyjną, czy też umową zawartą pomiędzy organem podatkowym a podatnikiem, która będzie wiązała obie strony. Mediacja zakłada procedurę rozwiązywania sporu z udziałem osoby trzeciej, wskazanej na liście prowadzonej przez Ministerstwo Finansów. Zawierane umowy będą udokumentowane protokołem, a organ będzie zobowiązany do uwzględniania uzgodnień w wydawanej decyzji podatkowej. Bardziej zaawansowaną formą będzie natomiast umowa o współdziałanie (tzw. Cooperative Compliance), jednakże w tym przypadku przedsiębiorca chcący skorzystać z tej instytucji zostanie zobowiązany do ujawnienia organom skarbowym szczegółowych informacji o prowadzonej przez siebie działalności. Taka umowa ma umożliwić przedsiębiorcy konsultowanie na bieżąco wszelkich wątpliwości dotyczących rozliczeń podatkowych, które organ będzie analizował, a następnie udzielał odpowiedzi. Projekt zakłada również wprowadzenie tzw. procedury konsultacyjnej, która umożliwi niepewnemu podatnikowi zwrócenie się do urzędu z zapytaniem, czy dokonywane przez niego rozliczenia są właściwe. Rozwiązanie to może okazać się bardzo przydatne dla przedsiębiorców, którzy nie są pewni skutków podatkowych przekształcenia działalności. Usługa ta ma być jednak płatna i wyniesie około 1% wartości transakcji, ona także będzie uzależniona od wielkości danego przedsiębiorstwa.

Inne rozwiązania

Powołanie urzędu Rzecznika Praw Podatnika, którego zadaniem będzie przede wszystkim wspieranie podatników w sprawach indywidualnych oraz analizowanie zgłaszanych problemów związanych ze stosowaniem i tworzeniem prawa podatkowego. Ma to być realizowane poprzez aktywny udział w postępowaniach podatkowych oraz możliwość przedłożenia pod rozwagę ministra wniosku o uchylenie decyzji. Do kompetencji Rzecznika należeć będzie także monitorowanie stanu prawa podatkowego oraz proponowanie nowych rozwiązań ustawowych. Projekt zakłada również powstanie przy Krajowej Informacji Skarbowej Centrum Kompetencyjnego Podatków Lokalnych, które ma wspomagać organy samorządowe w szczególnie zawiłych i skomplikowanych sprawach dotyczących w szczególności podatków lokalnych np. podatku od nieruchomości. Resort finansów proponuje również wprowadzenie cząstkowych postępowań i decyzji dotyczących np. nie całego zobowiązania, a tylko nadpłaty. Jest to bardzo korzystne rozwiązanie, które z pewnością pozwoli znacznie przyspieszyć rozpoznawanie spraw, a przy tym zaoszczędzić podatnikom sporo czasu. Projektowane przepisy przewidują instytucję ponaglenia w razie przewlekania postępowania oraz możliwość złożenia w takim przypadku skargi na urzędnika do jego przełożonego.

Ponadto w projekcie pojawiła się możliwość zaskarżenia decyzji Urzędu Skarbowego do sądu, bez odwołania do izby skarbowej. Zostało też wprowadzone postępowanie uproszczone w przypadku zobowiązań do 5 000 złotych. Opracowano także rozwiązanie mające jednocześnie spowodować obniżenie kosztów postępowania i pozwolić podatnikowi uniknąć stresu: w przypadku nieznacznych kwot, których wyegzekwowanie przewyższałoby kwotę należności podatkowych przewidziano możliwość umorzenia.

Rewolucja czy tylko pozorna zmiana?

Projekt nie jest zupełną nowością, bowiem znaczną jego część stanowi redefinicja obecnie obowiązujących przepisów. Zapowiadana zmiana nie będzie zatem szumnie ogłaszaną rewolucją, ale raczej odważną ewolucją. Czy zatem proponowane przez MF rozwiązania sprawdzą się w praktyce? Obecnie często trudno dojść podatnikom do porozumienia z organami skarbowymi, a niekiedy jest to po prostu niemożliwe. Propozycja polubownych trybów rozwiązywania sporów to teoretycznie krok milowy w relacjach z fiskusem. W praktyce jednak trudno sobie wyobrazić sytuację, w której urzędnicy dobrowolnie, na drodze negocjacji, rozwiązują spór na korzyść podatnika. Do stosowania proponowanych rozwiązań potrzebna byłaby przede wszystkim zmiana utrwalonego sposobu myślenia i działania urzędników. Same przepisy, nawet te najbardziej przejrzyste i przyjazne, nie rozwiążą tego problemu.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Ricoh: 59% firm z sektora MŚP nie jest gotowych na cyfrową transformację

34% zarządzających europejskimi małymi i średnimi przedsiębiorstwami uważa, że ich organizacja nie przetrwa do roku 2020, jeśli nie postawi na innowacyjność – wynika z badań zrealizowanych na zlecenie Ricoh. Jednocześnie wyraźne jest asekuracyjne podejście do zmian. Niemalże połowa badanych (47%) przyznała, że ich branża nie lubi dużych zmian, a według 59% innowacje powinny być wprowadzane metodą małych kroków.

Firmy z sektora MŚP muszą być w stanie poradzić sobie z wyzwaniami, jakie niesie ze sobą cyfrowa rewolucja, zmieniające się wymogi prawne oraz elastycznie dostosowywać się do trendów gospodarczych. Planując inwestycje w nowe technologie powinny skoncentrować się na trzech podstawowych obszarach: obsłudze klienta, efektywności wewnętrznych procesów oraz odpowiednim zagospodarowaniu wiedzy i umiejętności swoich pracowników. Tylko w ten sposób dotrzymają kroku najlepszym na rynku.

Dla osiągnięcia sukcesu kluczowe znaczenie ma analiza dotychczasowej strategii działania i efektywności wdrożonych rozwiązań. Zarządzający muszą mieć odwagę by zmienić dotychczasowy kurs.  Świadomość tego faktu rośnie. Aż 92% zarządzających małymi i średnimi firmami rozumie, jakie znaczenie dla ich sektora ma i będzie miała cyfrowa rewolucja. Jednocześnie aż 59% z nich przyznaje, że ich organizacja nie jest gotowa, aby w pełni wykorzystać jej potencjał. 25% z nich przewiduje, że w ciągu najbliższych dwóch lat nie będą mogli odpowiednio szybko zareagować i dostosowywać się do zmian w obowiązujących przepisach a 20% wskazuje, że nie jest w stanie wprowadzić i wykorzystać narzędzi do automatyzacji.

“Nasze badanie pokazuje, że firmy z sektora MŚP mają przed sobą bardzo dużo pracy. Cieszy rosnąca świadomość roli, jaką w rozwoju firmy pełnią innowacyjne technologie. Odpowiednie wykorzystanie nowoczesnych narzędzi jest konieczne by firma mogła szybko i sprawnie dostosować się do nowych wyzwań stawianych przez rynek i konkurencję” – powiedział David Mills, CEO w Ricoh Europe. “Zrealizowaliśmy wiele wdrożeń z firmami z całej Europy. Dzięki temu możemy obserwować, w jaki sposób dzięki możliwościom oferowanym przez nowoczesne technologie rozwijają swój potencjał.”

O badaniu

Badanie przeprowadzono w sierpniu 2018 r. na grupie 3300 przedstawicieli kadry zarządzającej małymi i średnimi firmami m.in. z Austrii, Belgii, Luksemburga, Czech, Danii, Finlandii, Francji, Niemiec, Węgier, Włoch, Holandii, Norwegii, Polski, Portugalii, Rosji, Słowacji, RPA, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Turcji, Wielkiej Brytanii i Irlandii.

Czy koniec roku przyniesie nam kryzys? Analizujemy ceny mieszkań w Warszawie

Dyskusje o zbliżającym się pęknięciu bańki spekulacyjnej trwają od dawna. W ostatnim czasie rozgorzały, bo dokładnie 15 września minęło 10 lat od upadku banku Lehman Brothers. W 2008 problemy tej instytucji finansowej stały się punktem zwrotnym, początkiem globalnego kryzysu na rynku nieruchomości.

Choć ceny mieszkań od 5 lat regularnie idą w górę, to w Polsce sytuacja nadal jest stabilna. Jesteśmy w innym punkcie niż przed laty. Polacy zarabiają więcej, a ponad 60-70% nieruchomości kupowanych jest za gotówkę. Choć we wrześniu średnia cena za m2 wyniosła 9005 zł, to rynek jeszcze przyjmie kolejne podwyżki. A one są pewne. Z analiz cen mieszkań w Warszawie, wykonanych przez wyceniarkę mieszkań Sonarhome.pl wynika, że w grudniu stawki dobiją do 9191 zł za m2, a tym samym przekroczą kwotę z chwili kryzysu – 9137 zł za m2.raport-sonarhome-pl-pazdziernik

Polska to stabilny rynek nieruchomości

Nie da się zaprzeczyć, że ceny mieszkań są rekordowe. Od stycznia 2018 roku skoczyły o 6,5%. Jednak na tle innych krajów Polska wypada bardzo korzystnie. Wzrosty są stałe, regularne i w porównaniu z innymi państwami Unii – niewielkie. W Szwecji podwyżki są bardzo duże – już o 67% przekroczyły stawki z chwili kryzysu. W Niemczech o 37%. Polska jest na minusie – wciąż brakuje nam ok. 5% do cen z 2008 roku.

Co więcej, jak pokazuje wydany w tym roku raport Deloitte, zajmujemy 3 miejsce w Europie pod kątem dostępności mieszkań. Przed nami są tylko Rumunia i Bułgaria.

Z czego to wynika? Zarabiamy więcej, kredyty są łatwo dostępne, a do tego roku funkcjonowały też państwowe programy dofinansowania dla młodych. W 2008 średnia pensja wynosiła 2943,88 zł brutto, a mieszkania kosztowały 9137 zł za m2. Ponad 3 pensje za 1 m2. Teraz 4848,16 zł brutto wynagrodzenia i 9005 zł za m2. Niecałe 2 pensje za 1m2.

baner-kwadrat-3

107 dni na sprzedaż nieruchomości?

Z raportu Sonar wynika, że mieszkania w Warszawie sprzedawane są średnio w 107 dni. W każdym miesiącu ten czas się zmienia. Ale od dawna prezentuje się podobnie, wahając się od 90 do 122 dni. Czyli od chwili publikacji ogłoszenia do jego wygaśnięcia (sprzedaż nieruchomości) mija 3-4 miesiące.

Tylko we wrześniu Sonar przeanalizował 20 829 ogłoszeń z najpopularniejszych portali. Jak na tak dużą konkurencyjność na rynku, nieruchomości kupowane są dosyć szybko. Jest duża podaż, ale równie wysoki popyt.

Warszawa liczy 1,7 mln mieszkańców, a nieustannie osiedlają się tam kolejne osoby z Polski i zza granicy. Pojawia się coraz więcej inwestorów, którzy zarabiają na flippingu – kupując nieruchomości, remontując je i sprzedając drożej. Mieszkań szukają single i rodziny z dziećmi. Biznesmeni i imigranci. Za kilka lat może okazać się, że zapotrzebowanie na nieruchomości jest duże, ale deweloperzy nie mają terenów pod budowę.

Będzie kryzys czy nie?

Sonar na bieżąco analizuje rynek nieruchomości. Sytuacja zmienia się dynamicznie, ale stabilnie. Mieszkania sprzedają się szybko i za wysokie ceny. Wydaje się, że pomimo podwyżek, w najbliższym czasie nie grozi nam kryzys.

Aktualne wyceny, comiesięczne raporty i analizy znajdziemy na stronie wyceniarki mieszkań Sonar. Pełny raport dostępny pod adresem: https://sonarhome.pl/raporty/raport-ceny-mieszkan-w-warszawie-pazdziernik-2018

Dlaczego wciąż przepłacasz za prąd? Wybierz tani prąd dla firm

Jeśli prowadzisz własną firmę, to z pewnością wiesz, jak wiele pieniędzy pochłania utrzymanie biura. Nic dziwnego, że pracodawcy szukają w tym zakresie oszczędności. Jednak jak oszczędzać? Ograniczenie wydatków na sprzęt elektroniczny, artykuły biurowe czy udogodnienia dla pracowników najczęściej pociąga za sobą niezadowolenie z warunków panujących w miejscu zatrudnienia. Jak więc oszczędzać, nie zmniejszając komfortu pracy? To proste! Wystarczy, że zapłacisz mniej za prąd. Podpowiadamy, jak to zrobić.

Gdzie szukać oszczędności na prądzie w firmie?

W pierwszej kolejności należy przeanalizować rachunki i zapisy umów.

Warto sprawdzić, czy taryfę oraz poziom mocy umownej dobraliśmy odpowiednio do naszych potrzeb. Zdarza się, że moc umowna jest wyższa od faktycznego zapotrzebowania przedsiębiorstwa. Wówczas warto skontaktować się z firmą dystrybucyjną i dokonać zmian w umowie. Natomiast jeśli firma przekracza poziom mocy umownej, to oczywiście wtedy optymalne będzie jego podwyższenie. Dlatego stawiajcie na współpracę z doświadczonymi sprzedawcami, jak EWE, którzy nie tylko sprzedadzą prąd dla firmy, ale doradzą również w zakresie optymalizacji – mówi ekspert EWE.

Cena prądu dla firmy – czy można ją zmienić?

Wielu przedsiębiorców nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie są uzależnieni od jednego sprzedawcy prądu, który systematycznie podnosi ceny. Sprzedawcę prądu można zmienić równie łatwo, jak operatora sieci komórkowej czy dostawcę internetu. Jak to możliwe?

Na terenie Polski działa pięciu operatorów sieci dystrybucyjnej, którzy dostarczają prąd odbiorcom. Konkretni operatorzy przypisani są do konkretnych obszarów kraju i ich zmienić nie możemy. Co innego jednak ze sprzedawcami – tych jest znacznie więcej. Działają oni na zasadach wolnorynkowych, a więc konkurują między sobą zarówno cenami, jak i jakością swoich usług. Nie chodzi tu jednak o jakość dostarczanego prądu, bo ta w przypadku podpisania umowy z nowym sprzedawcą prądu się nie zmieni – chodzi o inne kwestie, takie jak na przykład obsługa klientów, długość trwania umowy czy gwarancja stałej ceny przez określony czas.

Jak więc uzyskać najtańszy prąd dla firm?

Należy przede wszystkim wybrać nowego sprzedawcę prądu, którego oferta jest korzystna cenowo i najlepiej dopasowana do potrzeb naszej firmy, a także zapewnia profesjonalną obsługę oraz stabilność i bezpieczeństwo energetyczne, a następnie podpisać z nim umowę. Jeśli nie chcemy tracić czasu na formalności, możemy zlecić je nowemu sprzedawcy – podpisując odpowiednie upoważnienie, zobowiążemy go do dopełnienia za nas wszelkich procedur – mówi ekspert z EWE.

Ile można zaoszczędzić na zmianie sprzedawcy prądu?

Wszystko zależy od tego, jakiego sprzedawcę prądu wybierzemy. Jednak w przypadku pierwszej zmiany oszczędności mogą wynieść aż do 25% w skali roku! Taka kwota jest znacząca nawet w przypadku małych firm, a w przypadku tych większych są to już duże oszczędności, które można przeznaczyć na inwestycje w rozwój przedsiębiorstwa.

Na co zwrócić uwagę, wybierając tańszy prąd dla firmy?

Zanim zdecydujemy się na podpisanie nowej umowy, zwróćmy uwagę także na inne jej aspekty niż tylko to, ile kosztuje 1 Mwh prądu dla firmy. Ważne są również:

  • gwarancja stałej ceny prądu,
  • brak dodatkowych opłat, które mogą znacząco wpłynąć na końcową cenę,
  • długość trwania umowy.

Szczególną uwagę warto zwrócić na gwarancję stałej ceny prądu, dzięki której będziemy mieć pewność, że nasze rachunki nie wzrosną przez czas trwania umowy nawet, gdy sytuacja na rynku znacząco się zmieni. Tylko biorąc pod uwagę te wszystkie kwestie, będziemy w stanie wybrać najlepszą ofertę energii elektrycznej dla naszej firmy.

Cena prądu dla firmy nie musi spędzać przedsiębiorcy snu z powiek. Wystarczy prosty research oraz spotkanie z nowym sprzedawcą prądu, by w ciągu miesiąca móc cieszyć się znacznie niższym rachunkiem za energię – a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć na inwestycję w przedsiębiorstwo i jego pracowników.

Dziś rano odbicie EUR/USD

Wtorek odwrotu uderzył ponownie. Odpadnięcie rentowności długu USA od 7-letnich szczytów dało pretekst do korekty siły USD. Poza tym niewiele uległo zmianie i na globalnym rynku dominującymi tematami pozostaje siła USA i problemy Włoch. Jest spokojniej, ale nie można stwierdzić, czy już jest po burzy, czy znaleźliśmy się w oku cyklonu.

Dziś rano odbicie EUR/USD zatrzymały słowa członka rządzącej partii Lega, według którego „obniżenie ratingu krajowego długu jest możliwe z uwagi na klimat, który zostały stworzony”. Rentowności 10-letnich obligacji skarbowych Włoch na 3,60 proc. przewyższają o 300 pb oprocentowanie podobnych papierów Niemiec – różnica tych dwóch wycenianych w EUR instrumentów jest największa od 5 lat. Nawet od samego ministra finansów Włoch dochodzą głosy, że rozwój sytuacji na rynku długu jest niepokojący, co mogłoby sugerować, że kolejne etapy „negocjacji” z Brukselą założeń przyszłorocznego budżetu będą bardziej „oszczędne”, by osłabić rynkowe obawy o rozkręcanie się spirali zadłużenia. Jeśli jednak dziś rano słyszmy od wicepremiera Salviniego, że rząd może zachęcać obywateli do kupna obligacji, wygląda, że do końca sporu jest jeszcze daleka droga. Jedyne, co w tej sytuacji może ratować EUR, to zmęczenie rynku tematem Włoch. Powtarzanie tego samego każdego dnia powoduje, że z czasem wrażliwość uczestników rynku na dany bodziec maleje.

Podobnie USD potrzebuje świeżego impulsu, by kontynuować rajd w tandemie z rentownościami obligacji skarbowych USA. Uspokojenie handlu na chińskiej giełdzie (dziś Shanghai Composite skromnie wzrósł o 0,2 proc.) odbiera dolarowi popyt ze strony inwestorów uciekających do bezpieczeństwa. Z perspektywy makro czekamy na ważny odczyt CPI w czwartek, gdzie solidne dane będą kolejnym argumentem wzmacniającym Fed na ścieżce podwyżek stóp procentowych. W międzyczasie dziś popołudniu inflacja PPI ma drugorzędne znaczenie, ale jeśli pozytywny odczyt zbuduje oczekiwania przed jutrem, USD może znaleźć impuls do umocnienia. Na marginesie, wczoraj prezydent Trump ponownie wyraził woje niezadowolenie z podwyżek przeprowadzanych przez Fed, gdyż jego zdaniem nie widać presji inflacyjnej. Jednocześnie dodał, że nie zamierza ingerować w politykę monetarną. Nie uważam, aby te komentarze miały już wpływ na USD i analizując reakcję rynku w okolicach przemówienia (czyt. jej brak), nie jestem w tej opinii odosobniony.
Rynek funta pozostaje polem minowym, gdzie jednak są „złe” i „dobre” miny, w zależności jaką pozycję ma dany inwestor. Szum informacyjny jest podstawowym ryzykiem, choć w ostatnim czasie więcej przenika optymistycznych doniesień związanych z negocjacjami Brexitu. Wielka Brytania w ciągu kilku dni ma przedstawić nowe alternatywne propozycje dotyczące „backstopu” (rozwiązanie kwestii irlandzkiej granicy na wypadek braku porozumienia). Według anonimowych źródeł agencji Dow Jones warunki wyjścia z UE mogą zostać uregulowane do najbliższego poniedziałku. Rynek GBP prawdopodobnie zdyskontował zbyt wiele pesymizmu i teraz, gdy zaczyna być wdać światełko na końcu tunelu, sentyment może się odwracać. Zalecam jednak nie wyzbywać się przezorności. Podobne sytuacje zdarzały się już kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich miesięcy i często zaskakująca informacja gasiła ślepy entuzjazm. Oby i tym razem nie okazało się, że światełko w tunelu to nadjeżdżająca z naprzeciwka lokomotywa.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Nie wszystko na raz – jak wyznaczać priorytety?

Liczba zadań do wykonania znowu cię przytłacza i nie masz pojęcia, od czego zacząć? Wiele osób doskonale zna ten scenariusz z codziennej pracy. Stres związany z natłokiem obowiązków nie sprzyja efektywności. Jak więc skupić się na tym, co najważniejsze lub pomóc w tym swoim pracownikom?

Ważne czy pilne? – oto jest pytanie

Zaczynasz pracę nad danym zadaniem dopiero, gdy zbliża się termin jego wykonania? Wiele osób kieruje się pilnością pozycji z listy rzeczy do zrobienia, w efekcie są stale bardzo zajęci i często przemęczeni. – Załatwianie spraw tylko według tego klucza utrudnia pracę nie tylko nam samym, ale i całemu zespołowi czy działowi. Właśnie z tego powodu ważne jest ustalanie priorytetów według ważności spraw. Pamiętajmy, że ich pilność to zazwyczaj cecha drugorzędna – zauważa Sylwia Szymańska, trener biznesu z firmy szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. Specjaliści podpowiadają, że za te zadania, które są istotne, a zarazem ich termin wykonania się zbliża, najlepiej zabrać się natychmiast i doprowadzić je do końca w pierwszej kolejności. Te ważne, ale niezbyt pilne mogą chwilę poczekać (żeby jednak nie odkładać ich w nieskończoność, ustal termin końcowy lub zleć je komuś, dając sobie czas na sprawdzenie jakości wykonania). Na działania, które są pilne, a przy tym mało ważne najlepiej znajdź szybki sposób realizacji bez potrzeby poważnego, osobistego angażowania się. Jeśli masz taką możliwość, deleguj je, podobnie jak kwestie mało ważne i niezbyt naglące. W przypadku tych ostatnich zastanów się też dobrze, czy aby na pewno w ogóle muszą one być wykonane. Często bywa bowiem tak, że tracimy czas na działania tak naprawdę zupełnie niepotrzebne. Jeśli tak jest w przypadku sprawy, którą właśnie chciałeś dodać do listy, nie miej oporów przed tym, by z niej zrezygnować.

Wszystko się zmienia

Częstym błędem i przyczyną nieosiągania wielu celów głównych jest zajmowanie się w pierwszej kolejności sprawami drugorzędnymi, poświęcanie zbyt dużej ilości czasu i energii na sprawy ważne, lecz nie najważniejsze. W efekcie zdarza się, że czas na realizację tych ostatnich się kurczy, przez co jakość ich wykonania może być mniej satysfakcjonująca. Pamiętaj też o tym, że priorytety mogą się zmieniać. Dlatego też warto na bieżąco je oceniać, weryfikując np. co miesiąc wymagania, możliwości i wyznaczniki satysfakcji. Dobrze też zastanowić się, czy robisz coś, co mógłby wykonać ktoś inny, a jeśli tak, staraj się eliminować takie działania ze swojej „to-do list”. Określ też, które przedsięwzięcia są najważniejsze w danym miesiącu lub tygodniu i oszacuj, ile czasu potrzebujesz na ich realizację. Warto rozważyć też stosunek czasu do zysku wynikającego z szybkiego wykonania sprawy mniej ważnej i pilnej. Takie działanie może bowiem okazać się na tyle opłacalne, że stanie się wyjątkiem od ogólnej zasady mówiącej, że „najważniejsze sprawy należy robić najpierw”.

Co dwie listy, to nie jedna

Poza długofalową priorytetyzacją skup się też na odpowiednim zaplanowaniu pracy na dany dzień, pozwala to bowiem oszczędzić sporo czasu. Jak to zrobić? – Skuteczną metodą jest tworzenie codziennie dwóch list zadań, najlepiej na tej samej kartce papieru. Po jednej stronie spisujemy swoje działania przewidziane na określoną porę dnia, np. praca nad ekspozycją, spotkanie z szefem. Po drugiej zaś – pod nagłówkiem „do zrobienia” – wszystko to, co planujemy na dany dzień. Następnie przeglądamy takie zestawienie i oznaczmy literami ich priorytety: A (A1, A2…), B, C. Na zadania o najwyższym priorytecie wydzielmy określone godziny, a w przypadku pozostałych przystępujemy do realizacji zgodnie z ustaloną hierarchią w miarę wolnego czasu. Pamiętajmy jednak o zachowaniu pewnego marginesu na nieprzewidziane przerwy w pracy – mówi Sylwia Szymańska z Integra Consulting Poland.

Co za dużo, to niezdrowo

Eksperci zwracają uwagę, że zbyt wiele priorytetów może paraliżować. – Skuteczni przywódcy potrafią porzucić to, co dobre, dla tego, co najlepsze – bierzmy z nich przykład. Miejmy świadomość tego, że nie można mieć wszystkiego, a dodatkowo wiele działań jest tak naprawdę nieważnych. Dlatego tak istotna jest umiejętność rezygnacji z niektórych z nich i rozeznanie tego, które sprawy możemy pominąć bez większych konsekwencji – zauważa Sylwia Szymańska z Integra Consulting Poland. Bywa jednak i tak, że do wyboru mamy dwie ważne i dobre możliwości. Co wówczas zrobić? W takiej sytuacji możemy zapytać o zdanie zwierzchnika i współpracowników. Zastanówmy się też, czy jedna z opcji może być zrealizowana przez kogoś innego. Jeżeli tak, przekażmy ją i skoncentrujmy się na tej drugiej. Rozważmy też, które rozwiązanie jest korzystniejsze dla klienta lub całości projektu. Starajmy się także powiązać swoją decyzję z ogólnym celem firmy – podpowiada ekspert.

Coraz odważniej konsumujemy na kredyt

Coraz szybciej rośnie zadłużenie Polaków z tytułu kredytów konsumpcyjnych. W sierpniu jego dynamika sięgnęła 10 proc. i była najwyższa od prawie ośmiu lat. NBP nie widzi powodów do niepokoju, ale ostrożność jest wskazana. Dobra koniunktura nie będzie trwała wiecznie.

Według najnowszych dostępnych danych Narodowego Banku Polskiego, w sierpniu wartość kredytów konsumpcyjnych przekroczyła 185,7 mld zł. Oznacza to wzrost w porównaniu do sierpnia ubiegłego roku o prawie 16 mld zł, czyli o 10 procent. Jeszcze przed rokiem dynamika nieznacznie przekraczała 6 proc. Coraz chętniej pożyczamy na konsumpcję od sierpnia 2013 r., czyli od pięciu lat. Jednak z tak wysokim tempem wzrostu jak ostatnio, mieliśmy do czynienia wiosną 2010 r., a więc prawie osiem lat temu. Różnica jest taka, że wówczas chęć do zadłużania się wyraźnie hamowała, a teraz przybiera na sile.

Podejmując decyzje o zaciągnięciu kredytu konsumpcyjnego warto robić to w sposób przemyślany, kierując się nie tylko bieżącymi potrzebami i biorąc za dobrą monetę obecne bardzo korzystne warunki, dotyczące zarówno sytuacji na rynku pracy, jak i rekordowo niskie stopy procentowe. Warto pamiętać, że koniunktura, podobnie jak fortuna, kołem się toczy i po okresie wzrostu przychodzi spowolnienie, a wraz z nim trudniejsze czasy dla zadłużonych. Koszty życia rosną, a pensje nie będą bez końca szły w górę średnio o 7 proc. rocznie, jak obecnie. Już teraz nikt nie ma wątpliwości, że najbliższe lata będą trudniejsze. Rząd w projekcie budżetu przyjął, że w przyszłym roku tempo wzrostu gospodarczego spowolni do 3,8 proc. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że będzie to jedynie 3,5 proc. Jednocześnie inflacja przyspieszy do 2,3 proc., według źródeł rządowych, a prawdopodobnie wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych będzie jeszcze bardziej dokuczliwy. Sytuacja na rynku pracy raczej nie pogorszy się tak szybko, więc utraty źródeł utrzymania większość zatrudnionych nie musi się obawiać, ale warunki nie będą już tak korzystne jak obecnie.

Stopy procentowe prawdopodobnie także nie pójdą w górę jeszcze w przyszłym roku, ale myśląc o kredycie konsumpcyjnym należy pamiętać, że jest to najdroższa forma finansowania konsumpcji. Oprocentowanie nominalne sięga 8 proc., ale rzeczywista roczna stopa oprocentowania, uwzględniająca wszystkie koszty, wynosi prawie 14 proc. Ponadto już obecnie, w komfortowych wydawało by się warunkach, ponad 11 proc. kredytów konsumpcyjnych kwalifikowanych jest w kategorii zagrożonych, a więc nie są terminowo spłacane. W gorszych, choć przecież nie tak bardzo kryzysowych czasach, w latach 2010-2012 odsetek ten sięgał 15-18 proc. Warto jednak mieć świadomość, że wówczas na tę niezbyt optymistyczną statystykę „pracowały” kredyty zaciągane w czasie gospodarczego boomu, zakończonego w 2009 r. Teraz może być podobnie.

Bank centralny na razie nie widzi zagrożeń na rynku kredytowym, ale jeśli dynamika zadłużenia będzie nadal rosła, może okazać się skłonny do przykręcenia kurka, tym bardziej, że zadłużenie z tytułu kredytów mieszkaniowych także zwiększa się w tempie 10-11 proc. (nie licząc kredytów walutowych), a ich kwota sięga 280 mld zł i powiększa się o prawie 30 mln zł rocznie, przy czym wartość nowych kredytów hipotecznych rośnie o ponad 40 mld zł rocznie. Na problem nadmiernego zadłużenie należy też spojrzeć z szerszego punktu widzenia. Według danych Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor w połowie roku zaległości Polaków wynikające z niespłacanych kredytów, pożyczek i innych zobowiązań sięgnęły prawie 71 mld zł, a od początku roku zwiększyły się o niemal 6,5 mld zł.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Deloitte rozpoczyna kolejną edycję Akademii Biznesu

Akademia Biznesu to już tradycja w firmie doradczej Deloitte. Wraz z początkiem roku akademickiego ruszyła czternasta edycja programu edukacyjnego,
w którym eksperci Deloitte dzielą się ze studentami studiów licencjackich, inżynierskich i magisterskich swoją wiedzą z zakresu rachunkowości, podatków, prawa, konsultingu, zarządzania ryzykiem czy rozwiązań IT. W ubiegłym roku w dziewięciu miastach Polski, w 99 bezpłatnych warsztatach, uczestniczyło 1100 studentów. Aplikacje online do tegorocznej edycji można składać do 3 listopada.

W tym roku uczestnicy Akademii będą zdobywać wiedzę podczas ponad stu warsztatów.
Przekazywanie wiedzy młodym pokoleniom jest wpisane w DNA Deloitte oraz w nasze globalne motto „Making an impact that matters”, czyli wywierania pozytywnego wpływu na otaczający nas świat. Akademia Biznesu to dla studentów unikalna możliwość zdobycia praktycznego doświadczenia jeszcze przed rozpoczęciem pracy w wybranej przez siebie branży. Podczas spotkań ich uczestnicy rozwiązują realne problemy biznesowe. Każdego roku, po zakończeniu Akademii Biznesu, kilkadziesiąt osób kontynuuje swój rozwój w Deloitte, rozpoczynając płatne praktyki, a w dalszej perspektywie stałą pracę
– mówi
Krzysztof Kwiecień, dyrektor HR, Deloitte.

Dwanaście ścieżek rozwoju

Doświadczenie od najlepszych ekspertów w branży mogą zdobywać studenci III roku studiów licencjackich i inżynierskich oraz I i II roku studiów magisterskich. Kandydaci, którzy najlepiej rozwiązali testy zapraszani są do udziału w Akademii. W tym roku projekt edukacyjny Deloitte obejmuje warsztaty z prawa, zarządzania ryzykiem, roli metod i modeli matematycznych w doradztwie biznesowym, fuzji i przejęć, zarządzania projektami, rachunkowości, IT, designu, konsultingu strategicznego, finansów, audytu czy podatków. Warsztaty Akademii Biznesu odbędą się w dziewięciu miastach i zarazem największych ośrodkach biznesowych oraz naukowych: Gdańsku, Szczecinie, Poznaniu, Warszawie, Łodzi, Wrocławiu, Katowicach, Krakowie i Rzeszowie.

Praktyczne doświadczenie

Dotychczasowi uczestnicy najbardziej chwalą praktyczny aspekt zajęć, które są interaktywne, a prowadzący je specjaliści stawiają na praktykę. To przede wszystkim wyróżnia warsztaty Akademii od tradycyjnych zajęć akademickich. – Podczas warsztatów studenci rozwiązują przygotowane case study, które odzwierciedla rzeczywiste problemy, z którymi mają do czynienia nasi klienci. To szansa, żeby „od kuchni” poznać pracę konsultantów i przekonać się jak wyglądają ich codzienne wyzwania. To także okazja do konfrontacji swojej teoretycznej wiedzy nabytej podczas studiów z praktyką. Coraz większego znaczenia dla młodych nabiera także fakt, że dzięki Akademii mogą poznać naszych ekspertów i „z pierwszej ręki” dowiedzieć się jak wygląda praca w Deloitte – mówi Jakub Bojanowski, Partner, odpowiadający za program rozwoju talentów w zespole Konsultingu Deloitte.

Wielowymiarowe korzyści

Dzięki Akademii Biznesu firma dociera do grupy najbardziej utalentowanych i najlepiej rokujących studentów, którzy w przyszłości zyskają możliwość rozwoju zawodowego w Deloitte. Zajęcia w ramach Akademii Biznesu, poza wiedzą i doświadczeniem, oferują także wymierne korzyści. Każdy uczestnik zyskuje cenny wpis w CV poparty certyfikatem udziału w Akademii. Najlepsi zakończą warsztaty z nagrodami finansowymi i rzeczowymi, a ci najbardziej się wyróżniający odbędą płatne praktyki w firmie doradczej Deloitte. Po ubiegłorocznej Akademii Biznesu Deloitte zatrudnił ponad pięćdziesięciu uczestników warsztatów. – O skuteczności naszego projektu edukacyjnego najlepiej świadczą statystyki
– od czternastu lat regularnie rośnie liczba chętnych do nauki pod okiem ekspertów Deloitte. W 2017 roku było to 3500 osób. Wybraliśmy 1100. Kandydaci przechodzą testy, które sprawdzają ich wiedzę 

i poziom języka angielskiego, ale decydując, kto będzie uczył się od fachowców Deloitte, przede wszystkim zwracamy uwagę na zdolności analityczne kandydatów, otwarty umysł, umiejętność pracy w zespole oraz zainteresowanie tematem, który wybrali – dodaje Krzysztof Kwiecień.

Branża tytoniowa inwestuje miliardy w produkty nowej generacji. Do 2020 roku z mniej szkodliwych rozwiązań będzie korzystać 20 mln palaczy

0

Branża tytoniowa inwestuje miliardy w produkty nowej generacji. Do 2020 roku z mniej szkodliwych rozwiązań będzie korzystać 20 mln palaczy 5

W coraz większym stopniu branża tytoniowa rozwija produkty nowej generacji, potencjalnie mniej szkodliwe dla zdrowia. Przykładem są urządzenia podgrzewające tytoń. Rynek NGP (Next Generation Products) jest bardzo perspektywiczny. British American Tobacco prognozuje, że do 2020 roku przychody z ich sprzedaży mogą sięgnąć około 6,5 mld dol., a na świecie będzie około 20 mln użytkowników produktów podgrzewających tytoń. Grupa wprowadza właśnie na polski rynek nowy, innowacyjny produkt z tej kategorii, w którym emisja substancji toksycznych ma być nawet o 95 proc. niższa w porównaniu do tradycyjnych papierosów.

Na polski rynek koncern British American Tobacco wprowadza obecnie nowy produkt – glo. Innowacyjne urządzenie podgrzewa tytoń do około 240 stopni Celsjusza. Ponieważ nie dochodzi do procesu spalania, to – jak przekonuje producent – emisja substancji toksycznych została zmniejszona o 90–95 proc. w porównaniu do tradycyjnych papierosów. Wkłady do urządzenia glo (neo sticks) zawierają 100 proc. wysokiej jakości, wyselekcjonowanego tytoniu.

– Glo to innowacyjny produkt tytoniowy, który oferuje konsumentom doświadczenie podobne do palenia, ale przy potencjalnie obniżonej szkodliwości. To proste urządzenie obsługiwane jednym przyciskiem, z baterią, która wystarcza na 30 sesji i w eleganckiej obudowie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dragos Constantinescu, dyrektor zarządzający British American Tobacco na Europę Środkową.

Poza Polską, grupa British American Tobacco wprowadziła glo także na dwunastu rynkach zagranicznych, m.in. w Japonii, Szwajcarii, Kanadzie, Czechach i we Włoszech.

W odróżnieniu od tradycyjnych papierosów w wyrobach NGP (Next Generation Products) tytoń nie jest spalany, a jedynie podgrzewany. Oznacza to, że nie wydzielają się szkodliwe związki chemiczne, które powodują m.in. choroby płuc i układu krążenia. Koncern British American Tobacco w ciągu pięciu ostatnich lat zainwestował globalnie 2,5 mld dol. w prace naukowo-badawcze i komercjalizację wyrobów tytoniowych nowej generacji. Sukcesywnie rozszerza asortyment o produkty podgrzewające tytoń i redukujące wytwarzanie substancji szkodliwych. Firma szacuje, że do 2020 roku przychody ze sprzedaży NGP mogą sięgnąć już 5 mld funtów, czyli około 6,5 mld dol.

Rynek NGP jest bardzo perspektywiczny. Prognozy firmy zakładają, że w 2020 roku na świecie będzie 80 mln osób używających e-papierosy i ok. 20 mln użytkowników produktów podgrzewających tytoń.

– Z racji tego, że 80 proc. palaczy w Polsce wie o istnieniu tego rodzaju produktów, możemy uznać, że jesteśmy gotowi na rozpoczęcie nowego rozdziału. O wielkości tej kategorii produktów zadecydują konsumenci – mówi Dragos Constantinescu. Wprowadzenie nowych produktów nie wpłynie raczej znacząco na ogólne trendy na rynku tytoniowym. Od wielu lat obserwujemy powolną tendencję spadkową, więc nie spodziewamy się znacznych zmian. Chodzi o to, że wprowadzenie nowego produktu daje palaczom kolejną możliwość ograniczenia szkodliwych skutków palenia, na jakie są narażeni.

BAT chce osiągnąć na polskim rynku pozycję lidera w kategorii wyrobów nowej generacji. Kilka lat temu grupa przejęła firmę Chic, producenta i dystrybutora papierosów elektronicznych, który miał połowę udziałów w polskim rynku.

W Polsce działa również nowoczesne centrum naukowo-badawcze British American Tobacco.

– Grupa BAT przygotowała strategię przekształcenia sektora tytoniowego. Polska ma tu do odegrania kluczową rolę. Dzisiaj zatrudniamy 1,5 tys. osób, które pracują nad produktami nowej generacji. To mniej więcej połowa wszystkich zatrudnionych w BAT Polska. Taka sytuacja jeszcze kilka lat temu byłaby nie do pomyślenia. Działalność firmy już uległa przekształceniu, a dzięki wprowadzeniu glo jej rozwój będzie kontynuowany – zapowiada Dragos Constantinescu.