Polską armię należy modernizować równolegle z polskim przemysłem obronnym – przekonuje Krzysztof Krystowski, wiceprezes zarządu Leonardo Helicopters, właściciela PZL-Świdnik. Szansą na to jest udział krajowych podmiotów w przetargach na wyposażenie armii organizowanych przez MON. Ze względu na skalę i złożoność zamówień ich realizacja będzie przebiegać w ścisłej współpracy wielu polskich firm. Przykładem mogłaby być potencjalna współpraca PZL-Świdnik z Polską Grupą Zbrojeniową przy budowie śmigłowca bojowego.
– Polską armię należy modernizować równolegle z polskim przemysłem obronnym. Mamy tutaj do czynienia z dwoma równorzędnymi filarami polskiej obronności. Z jednej strony jest armia i jej potencjał. Z drugiej strony jest potencjał polskiego przemysłu obronnego. Większość krajów, które mają ambicje strategiczne bycia dużym graczem, a takim krajem jest też Polska, nie mogą zapomnieć o rozwoju własnego potencjału przemysłowego, intelektualnego i technologicznego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes zarządu Leonardo Helicopters, właściciela PZL-Świdnik.
Zakłady, które produkują sprzęt dla wojska, napędzają gospodarkę. Kraje rozwinięte traktują przemysł zbrojeniowy jako priorytet i jeden z fundamentów obronności państwa. Także w Polsce podkreślana jest konieczność wzmacniania polskiej zbrojeniówki. Z danych MON wynika, że w ostatnich dwóch latach z dwustu pięćdziesięciu umów na modernizację sił zbrojnych na łączną kwotę ok. 20 mld zł, sto sześćdziesiąt (o wartości 13 mld zł) ulokowano właśnie w polskim przemyśle.
– To bardzo ważne, żeby skomplikowane systemy uzbrojenia powstawały w Polsce i były wspierane przez polskie zakłady. Wiąże się to bezpośrednio z bezpieczeństwem państwa – przekonuje Krzysztof Krystowski.
Jak wskazuje wiceprezes Leonardo Helicopters, polskie firmy mają duży potencjał, zarówno w kontekście uzbrojenia lądowego, jak i lotniczego. Na rynku działa kilka zakładów, które mogą rywalizować z największymi światowymi firmami pod kątem rozwoju technologii i innowacji.
– Pytanie, jak wykorzystać ten potencjał w momencie przeznaczania pieniędzy na uzbrojenie tak, żeby ten potencjał nie tylko został utrzymany, lecz także się rozwijał. Choćby ze względu na miejsca pracy dla utalentowanych inżynierów. Jeśli będziemy kupowali całe uzbrojenie za granicą, polskie firmy przemysłu obronnego sprowadzą się do roli pośredników. Gdzie będzie tam więc miejsce dla inżyniera, technologa, gdzie będzie rozwój polskiej myśli technologicznej? To jest zagwarantowane tylko wtedy, gdy mamy w Polsce działający na dużą skalę przemysł, który pracuje dla polskiej armii, dzięki temu jest mocniejszy i eksportuje – tłumaczy Krystowski.
PZL-Świdnik startuje w dwóch przetargach MON na dostawę w sumie szesnastu śmigłowców: ośmiu dla wojsk specjalnych zdolnych do prowadzenia misji poszukiwawczo-ratowniczych w warunkach bojowych oraz ośmiu maszyn dla Marynarki Wojennej przeznaczonych do zwalczania okrętów podwodnych i prowadzenia misji ratowniczych na morzu. MON przyznaje jednak, że trwają prace nad zmianą założeń obu postępowań.
– W obu przetargach oferujemy śmigłowiec AW101, który jest największym obecnie śmigłowcem produkowanym w Europie – bardzo doświadczonym, a jednocześnie ciągle niezwykle nowoczesnym rozwiązaniem. Nie wiemy, czy potrzeby armii wyrażone w postaci zapytania ofertowego nie będą się zmieniały – mówi wiceprezes Leonardo Helicopters.
Śmigłowiec AW101 to największy śmigłowiec opracowany i produkowany w Europie. Ma trzy silniki, zasięg wynoszący ponad 1,3 tys. km, pozwala na prowadzenie długotrwałych akcji poszukiwawczo-ratowniczych. Jego największa przewagą jest jednak to, że w istotnej części byłby produkowany w Polsce. Leonardo Helicopters zapowiedział już, że w razie wyboru ich śmigłowca udział w produkcji będą miały nie tylko należące do grupy zakłady w Świdniku, lecz także Polska Grupa Zbrojeniowa.
Kwestia zakupu przetargów robi się szczególnie istotna ze względu na ostatnie informacje z MON. Na początku maja wiceminister obrony narodowej Wojciech Skurkiewicz poinformował o tym, że pokładowe śmigłowce zwalczania okrętów podwodnych Kaman SH-2G Super Seasprite będą musiały zostać wycofane w najbliższych latach. Powodem jest brak wsparcia ze strony producenta. To może spowodować zmianę w zapytaniach ofertowych. Krzysztof Krystowski zapewnia, że Świdnik jest na to przygotowany.
– Mamy śmigłowiec AW159, który jest doskonałym rozwiązaniem. Będziemy więc elastycznie reagowali na zmieniające się potrzeby armii. Niech to jednak będzie dla nas wszystkich memento – kupowanie sprzętu za granicą bez wsparcia serwisowego, intelektualnego czy bez możliwości modernizacji w kraju w długim okresie doprowadza do takiej sytuacji, jaką mamy obecnie – mówi Krzysztof Krystowski.







Euro jeszcze na początku maja dwukrotnie próbowało pokonać wsparcie na poziomie 4,236 zł. Obie próby okazały się nieudane i od prawie dwóch tygodni wspólna waluta systematycznie drożeje. Efektem tego jest dzisiejszy atak na 4,30 zł, który prawdopodobnie zakończy się trwałym złamaniem tej bariery. Ostatni raz euro kosztowało aż tyle w październiku zeszłego roku, kiedy to udało się tylko na chwilę pokonać tę barierę. Jeśli obecny ruch się nie zatrzyma EUR/PLN, wróci na poziomy ostatnio widziane na przełomie 2016 i 2017 roku. Warto pamiętać, że jeszcze na początku kwietnia euro było o 15 groszy tańsze, więc dynamika ruchu jest wyjątkowo duża. Prędzej czy później zapewne będziemy obserwować jakiś ruch korekcyjny, co nie zmienia faktu, że obecny trend spokojnie może sięgnąć co najmniej 4,35 zł.
Jeszcze większe ruchy obserwujemy ostatnio na dolarze. Tak naprawdę to on jest odpowiedzialny za ostatnie osłabienie złotego. Silny ruch spadkowy na głównej parze walutowej świata, zwyczajowo już przyniósł osłabienie się walut z koszyka EM (emerging markets). Dodatkowo nastrój wokół tego koszyka psują argentyńskie peso oraz turecka lira, które gwałtownie ostatnio tracą na wartości. W takim otoczeniu złotemu trudno się bronić przed spadkami, zwłaszcza że brakuje impulsu choćby z banku centralnego. Spowodowało to, że dolar zdecydowanie przebił poziom 3,60 zł i bez przerwy kieruje się na północ. Na początku maja można było mieć jeszcze nadzieje na zakończenie złej passy złotego zwłaszcza ze względu na wcześniejszy nieudany atak na ten opór. Po nim dolar potaniał do 3,55 zł. Ostatni tydzień jednak już zdecydowanie należał do amerykańskiej waluty, dlatego dzisiaj dolar jest już 12 groszy droższy.
Para GBP/PLN od początku maja znajduje się w kanale wzrostowym, który ma szerokość blisko 10 groszy. W ostatnim czasie zdążyliśmy się już przyzwyczaić do większej zmienności na tym instrumencie. Obie waluty mają swoje problemy i obie są podatne na mocniejsze tąpnięcia. Funtowi cały czas ciąży zamieszania związane z brexitem. Dodatkowo coraz częściej odczyty makroekonomiczne zawodzą, co może wskazywać na to, że rachunek za rozwód będzie większy, niż pierwotnie się spodziewano. Złotemu z kolei nie pomaga sytuacja w Niemczech, gdzie coraz więcej wskazuje na nadchodzące spowolnienie. Nikt chyba już nie ma wątpliwości, że uderzy ono także w naszą gospodarkę i to pomimo rezygnacji z normalizacji polityki pieniężnej przez RPP. Funt ostatnio przebił 4,90 zł, patrząc jednak na to, że obecnie znajdujemy się przy górnym ograniczeniu kanału, to w najbliższym czasie prawdopodobnie możemy się spodziewać osłabienia brytyjskiej waluty.
Frank jeszcze niedawno, bo w połowie kwietnia kosztował zaledwie 3,46 zł. Wiele wskazywało wtedy, że szwajcarska waluta poszuka spokoju na szerokim rynku, co by miało oznaczać stabilizację kursu CHF/PLN w okolicach 3,50 zł. Tak się jednak nie stało, rosnące rentowności amerykańskiego długu, a co za tym idzie, turbulencje dla euro i złotego spowodowały powrót do silnego franka. Ten kosztuje już 3,67 zł, a to jeszcze może nie być koniec ruchu w górę. Już teraz jesteśmy na tegorocznych maksimach, więc silniejsze opory znajdują się wysoko ponad obecnym kursem. Sobotnie porozumienie między Chinami a USA może zwiastować powrót sentymentu dla bardziej ryzykownych aktywów, jednak jest zdecydowanie za wcześnie by wyciągać z tego jakieś optymistyczne wnioski dla złotego.
Dane o płacach, chociaż lepsze niż zakładaliśmy, wpisują się w oczekiwane przez nas utrzymanie wzrostu płac w przedziale 7-8% r/r w 2018. Buforem przed wyraźnie szybszym wzrostem wynagrodzeń są wciąż niewykorzystane zasoby na krajowym rynku pracy (zatrudnienie w rolnictwie, niska aktywność kobiet) oraz napływ pracowników z zagranicy (chociaż oceniamy, że potencjał migracyjny Ukrainy stopniowo się wyczerpuje). Dane nie muszą też być sprzeczne z obrazem rynku pracy nakreślonym przez RPP podczas ostatniej konferencji prasowej.
Co ciekawe sami pracownicy bardzo pozytywnie oceniają swoje umiejętności. Ponad 60% specjalistów, ekspertów i managerów z branży twierdzi, że posiada dobrze lub wysoko rozwinięte kompetencje pożądane wśród kandydatów na rynku InsurTech. Również ponad 60% pracowników zadeklarowało, że w przypadku otrzymania oferty pracy ze spółki InsurTech na stanowisko podobne do obecnie zajmowanego, rozważyłoby jej przyjęcie. – Może to oznaczać, że firma ubezpieczeniowa, która będzie wdrażać innowacje z ogromną łatwością będzie pozyskiwać najlepszych specjalistów z branży – komentuje ekspert HRK S.A.
Gotowość zmiany po stronie klientów stała się już faktem, nie tylko w branży ubezpieczeniowej. Tradycyjne firmy, które w najbliższej przyszłości nie wykorzystają swojej szansy, mogą mieć pewność, że firmy z obszaru InsurTech wyjdą naprzeciw oczekiwaniom klientów, odpowiadając na ich potrzeby w najlepszy możliwy sposób. I choć sam proces technologicznej rewolucji w branży ubezpieczeń dopiero się zaczyna, już dziś można śmiało stwierdzić, że na rynku „wygranymi” będą te spółki, które szybciej podążą za technologicznymi trendami.
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz















