Facebook wprowadza kolejne zmiany w odpowiedzi na skandal Cambridge Analytica. Będzie też dokładniej weryfikował reklamodawców

Facebook wprowadza kolejne zmiany w odpowiedzi na skandal Cambridge Analytica. Będzie też dokładniej weryfikował reklamodawców 1

Facebook zapowiada, że będzie dokładnie weryfikował reklamodawców i wyraźnie oznaczał reklamy problemowe dotyczące wyborów bądź tematów politycznych. Weryfikację będą przechodzić również administratorzy stron z dużą liczbą fanów, co ma utrudnić zarządzanie stronami za pomocą fałszywych kont. Zmiany są już w fazie testów, jeszcze wiosną mają zostać wprowadzone w Stanach Zjednoczonych. Serwis Marka Zuckerberga będzie też nagradzać osoby, które zgłoszą nadużycia dotyczące wykorzystywania danych osobowych użytkowników. To kolejne zmiany będące pokłosiem skandalu Cambridge Analytica.

Po tzw. aferze Cambridge Analytica, w której mogło dojść do wycieku danych nawet 87 mln użytkowników Facebooka, portal Marka Zuckerberga postanowił wprowadzić zmiany, dzięki którym chce lepiej chronić dane osób korzystających z serwisu. Nie będzie można już wyszukiwać użytkowników na platformie za pomocą ich adresu e-mail czy numeru telefonu. Poza tym serwis wprowadził też program o nazwie Data Abuse Bounty, w ramach którego chce nagradzać osoby zgłaszające nadużycia w zakresie wykorzystywania danych przez aplikacje działające na Facebooku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paulina Piotrowska, redaktor PRoto.pl.

Program Data Abuse Bounty będzie wynagradzać osoby, które mają „wiedzę z pierwszej ręki i dowody” na to, że aplikacja funkcjonująca na Facebooku zbiera informacje na temat użytkowników i przesyła je dalej. Chodzi o przypadki kradzieży i sprzedaży danych, wykorzystywania ich do oszustw bądź wywierania wpływów politycznych. Osoby, które zgłoszą i udowodnią takie przypadki, będą nagradzane kwotą nawet 40 tys. dol. Jeśli zgłoszone nadużycia się potwierdzą, Facebook będzie zamykał aplikacje łamiące regulamin i w razie konieczności podejmował kroki prawne.

Data Abuse Bounty to kolejne działanie wprowadzone w odpowiedzi na aferę Cambridge Analytica, która wybuchła na początku tego roku. Okazało się, że dane użytkowników Facebooka – zbierane za pośrednictwem aplikacji „thisisyourdigitallife” – mogły zostać wykorzystane przez brytyjską firmę konsultingową do manipulowania wynikami wyborów. Na ich podstawie firma budowała modele i tworzyła przekazy polityczne, które miały efektywnie wpływać na decyzje wyborców. CA to firma, z której usług w trakcie ostatniej kampanii korzystał sztab wyborczy Donalda Trumpa, prowadziła również kampanię Leave.UE dotyczącą opuszczenia przez Wielką Brytanię unijnych struktur.

Sprawa, która wyszła na jaw dzięki dziennikarskiemu śledztwu „The Observera”, spowodowała największy jak do tej pory kryzys wizerunkowy Facebooka. W mediach społecznościowych powstała akcja HASHDeleteFacebook, zachęcająca do usunięcia profilu w serwisie. Zuckerberg opublikował całostronicowe oświadczenie z przeprosinami na łamach najważniejszych światowych tytułów. Zapowiedział też zmiany, które mają zwiększyć bezpieczeństwo użytkowników serwisu. Facebook będzie uważnie przyglądał się aplikacjom, które mają dostęp do dużej liczby danych i sprawdzał te, które wykazują podejrzaną aktywność.

 Facebook zapowiedział też kolejne zmiany, które mają zwiększyć autentyczność stron i wiarygodność reklamodawców. Reklamodawcy, którzy chcą publikować tzw. reklamy problemowe, dotyczące na przykład szeroko komentowanych tematów politycznych, będą musieli przejść proces weryfikacji. Aby uzyskać autoryzację, będą musieli potwierdzić swoją tożsamość oraz lokalizację. Tego typu reklamy mają być też wyraźnie oznaczone w serwisie, a oprócz tego użytkownicy będą mogli zobaczyć, kto opłacił daną kampanię – mówi Paulina Piotrowska.

Weryfikację będą przechodzić nie tylko reklamodawcy, lecz także administratorzy stron z dużą liczbą fanów. Ma to utrudnić zarządzanie stronami za pomocą fałszywych kont.

Facebook jest już na etapie testowania nowej funkcji – wiosną ma być ona dostępna w Stanach Zjednoczonych. Zmiany obejmą nie tylko Facebooka, będą obowiązywać też na Instagramie. Duża zmiana czeka także użytkowników Messengera.

Po tym, jak okazało się, że Mark Zuckerberg może kasować wysyłane wiadomości i w konsekwencji znikają one też ze skrzynek odbiorczych osób, z którymi korespondował, Facebook zapowiedział, że w Messengerze ta opcja zostanie udostępniona także wszystkim pozostałym użytkownikom aplikacji –mówi Paulina Piotrowska.

Do tej pory kasowanie wysłanych wiadomości w Messengerze było możliwie wyłącznie dla osób, które korzystały z opcji tajnych konwersacji.

 Nową funkcję wprowadził też serwis LinkedIn, który udostępnił użytkownikom możliwość wysyłania w wiadomościach GIF-ów. Ponadto platforma społecznościowa testuje dodawanie hasztagów w postach oraz opcję o nazwie Find Nearby. Z jej pomocą użytkownicy będą mogli odnaleźć inne osoby korzystające z LinkedIna, które znajdują się w pobliżu i uczestniczą np. w konferencjach czy innego rodzaju wydarzeniach – mówi redaktor PRoto.pl.

Same promocje nie wystarczą. Marki szukają nowych sposobów na zwiększenie sprzedaży i zatrzymanie klientów

Same promocje nie wystarczą. Marki szukają nowych sposobów na zwiększenie sprzedaży i zatrzymanie klientów 2

Firmy coraz częściej inwestują w kampanie lojalnościowe budujące emocjonalną więź z klientem. Dobrze przeprowadzona akcja przekłada się na nawet kilkuprocentowy wzrost sprzedaży. Ponad 70 proc. osób, które czują, że ich lojalność jest wynagradzana, deklaruje chęć polecenia danej marki swoim znajomym i rodzinie. Częściej też odwiedzają oni jej sklepy i wydają w nich więcej pieniędzy. Trend dostrzegły już polskie firmy działające w branżach z dużą konkurencją – dla nich jest to sposób, aby się wyróżnić.

– Kampanie marketingu lojalnościowego to krótkoterminowe akcje, które pomagają budować lojalność i wzmacniać emocjonalną więź pomiędzy konsumentem a marką. Celem kampanii jest zmiana sposobu, w jaki konsumenci postrzegają daną firmę, korzystają z jej usług bądź produktów. Za ich pomocą wynagradzamy klienta przede wszystkim za zakupy oraz za to, że zdecydował się na naszą sieć. Ponadto takie akcje służą długoterminowemu i stabilnemu budowaniu wzrostu sprzedaży – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartłomiej Górzny, dyrektor zarządzający na Polskę, Ukrainę i Kraje bałtyckie w TCC Retail Marketing.

Z badania Comarch i Kantar TNS „Przyszłość zakupów. Najważniejsze trendy w retail dziś i w 2030 roku” wynika, że już ponad 70 proc. polskich konsumentów należy do przynajmniej jednego programu lojalnościowego. Choć wciąż jeszcze część marek w ramach programu oferuje wiernym klientom np. premię za kolejne zakupy, to powoli się to zmienia. Firmy zdają sobie sprawę z tego, że programy lojalnościowe mogą zbudować trwałe relacje z klientami.

 Ponad 70 proc. klientów, którzy czują że ich lojalność jest wynagradzana, jest gotowych polecać daną markę czy firmę swoim znajomym i rodzinie. Pamiętajmy, że rekomendacja to najsilniejsze narzędzie w marketingu. Dlatego dobrze przeprowadzone kampanie lojalnościowe pozwalają osiągnąć nawet kilkuprocentowy wzrost sprzedaży w krótkim okresie, a także mieć wpływ na długoterminowe wyniki sieci – tłumaczy Górzny.

Badania Customer Thermometer pokazują, że o przywiązaniu do marki decyduje m.in. poczucie, że dba ona o klientów (65 proc.). Lojalni emocjonalnie klienci częściej odwiedzają jej sklepy i wydają znacznie więcej pieniędzy oraz są skłonni zostać z marką, nawet jeśli będą mieli korzystną alternatywę. Żeby tak się stało, kampania musi powstać w oparciu o spersonalizowane podejście do klienta danej marki. Bond Loyalty Report wskazuje, że firmy oferujące sprofilowane programy lojalnościowe mają 2,7 razy więcej zadowolonych odbiorców. To istotne zwłaszcza dla firm, które działają w bardzo konkurencyjnych branżach, jak handel detaliczny, bankowość czy usługi telekomunikacyjne.

– Zabiegając o klienta, firmy prześcigają się na promocje i ceny. Są to narzędzia bardzo skuteczne, ale jednocześnie standardowe i powszechne. Dlatego firmy chcą dotrzeć do swoich konsumentów poprzez nawiązanie z nimi relacji, to znaczy przejście z nimi na taki poziom interakcji, przy którym cena czy jednostkowa promocja nie są już kluczowe dla jego decyzji. Znaczące natomiast będzie to, czym dana marka jest, o czym mówi, jakimi kieruje się wartościami i czy dzieli je z konsumentami. To wszystko można opowiedzieć za pośrednictwem odpowiedniej, spersonalizowanej kampanii – przekonuje ekspert TCC Retail Marketing.

Nawiązanie kontaktu z klientami przekłada się na wysokość sprzedaży sieci. Jak pokazują badania ARC Rynek i Opinia, 35 proc. klientów kupuje więcej dzięki programom lojalnościowym.

Przykładem programu, który spotkał się z dużym zainteresowaniem wśród konsumentów, była akcja „Gang Świeżaków” w sklepach Biedronka. Z badania TCC Retail Marketing i Nielsena wynika, że po zakończeniu kampanii 40 proc. klientów częściej odwiedzało sklepy tej sieci, a 83 proc. chciałoby kolejnych edycji akcji. Ponad połowa oceniła, że dzięki takim działaniom Biedronka docenia lojalność swoich klientów.

– Polska w Europie Środkowej jest liderem tak zaawansowanego podejścia do lojalności klienta. Coraz więcej firm na naszym rynku dostrzega, że konsumenci szukają czegoś więcej niż tylko dobrej ceny, szerokiego asortymentu czy przejrzystości oferty. Ich ulubiona sieć spożywcza powinna pozytywnie zaskakiwać, a przede wszystkim wynagradzać ich za lojalność. Widzimy, że nie tylko firmy z rynku handlu detalicznego, lecz także z innych sektorów coraz częściej poszukują nowych narzędzi i rozwiązań, aby nawiązać z klientami trwałą relację i podziękować im w inny sposób niż tylko poprzez danie rabatu czy kolejnej promocyjnej oferty – podkreśla Bartłomiej Górzny.

W Polsce prowadzonych jest coraz więcej badań klinicznych. Wysoko wykwalifikowani pracownicy przyciągają do kraju inwestycje sektora farmaceutycznego

W Polsce prowadzonych jest coraz więcej badań klinicznych. Wysoko wykwalifikowani pracownicy przyciągają do kraju inwestycje sektora farmaceutycznego 3

Polska przyciąga coraz więcej inwestycji z obszaru biotechnologii i farmacji. Jako jedne z najbardziej innowacyjnych gałęzi przemysłu są one kluczowe dla rozwoju polskiej gospodarki. Firma MSD w tym roku zainwestuje blisko 20 mln dol. w badania kliniczne prowadzone we współpracy z dwustoma ośrodkami i szpitalami uniwersyteckimi. W Polsce znajduje się także należące do firmy Centrum Zarządzania Danymi, do którego spływają informacje o badaniach klinicznych prowadzonych na całym świecie. To jedna z czterech takich placówek MSD i jedyna w Europie.

– Biotechnologia ma wielki wpływ na to, jak leczymy chorych i jak zajmujemy się pacjentami. Jedną z rewolucyjnych zmian było odczytanie ludzkiego genomu, dzięki czemu uzyskaliśmy dostęp do bardzo wielu danych. Dziś wiemy dużo więcej o chorobach, różnego typu mutacjach, odmianach nowotworów i o tym, jak pacjenci reagują na konkretne choroby. Dla pacjenta oznacza to, że jeżeli dokonamy precyzyjnej diagnozy, możemy od razu określić, jak zareaguje on na określony typ leczenia. W przeszłości odbywało się to metodą prób i błędów. Dziś – dzięki użyciu biomarkerów – przed rozpoczęciem leczenia można określić szanse na to, czy okaże się ono skuteczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Gabriele Grom, wiceprezes MSD na Europę Środkowo-Wschodnią.

W Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju biotechnologia została wskazana jako jeden z filarów wzrostu gospodarczego w Polsce. Podobnie, jak przemysł farmaceutyczny, który należy do grona najbardziej innowacyjnych segmentów gospodarki.

Przemysł farmaceutyczny oparty na działalności badawczej inwestuje dużą część swoich zasobów w rozwój biotechnologii i prace nad nowymi technologiami. MSD co roku przeznacza jedną czwartą swoich przychodów na badania i opracowywanie nowych leków i szczepionek.

– Badania i rozwój są kluczowe dla firm farmaceutycznych, ponieważ są podstawą naszego istnienia. Bez badań i rozwoju nie byłoby nowoczesnych leków, bez nowoczesnych leków nie mielibyśmy co oferować pacjentom i lekarzom. MSD osiąga globalnie przychody rzędu około 40 mld dol., z tego 10 mld dol. wydajemy co roku właśnie na badania i rozwój – mówi Karol Poznański, dyrektor ds. polityki zdrowotnej i komunikacji w MSD Polska.

W Polsce MSD tylko w tym roku zainwestuje 19 mln dol., a ta kwota wzrasta wraz z rosnącą liczbą badań klinicznych. Obecnie firma prowadzi w Polsce 63 badania kliniczne, które przyspieszają dostępność innowacyjnych metod leczenia dla pacjentów, zaś lekarzom dają dostęp do najnowszej wiedzy medycznej. Oprócz najliczniejszej grupy badań III fazy firma prowadzi także jedenaście badań fazy II i dwa fazy I (obszar onkologii i chorób zakaźnych), analizuje też możliwość wdrożenia projektów medycyny translacyjnej.

– To są badania, w których uczestniczą pacjenci z Polski i polskie ośrodki badawcze. Współpracujemy przy nich z dwustoma ośrodkami i szpitalami uniwersyteckimi – mówi Karol Poznański. – Drugą częścią naszej aktywności jest Centrum Zarządzania Danymi dotyczącymi badań klinicznych, które zatrudnia w tej chwili około dwieście siedemdziesiąt osób. 

 W Centrum Zarządzania Danymi około 20 proc. zatrudnionych ma tytuł doktora lub ma otwarte przewody doktorskie. To część globalnej sieci, pozostałe takie placówki znajdują się w Chinach, Ameryce Łacińskiej i Stanach Zjednoczonych. Są odpowiedzialne za zbieranie i analizowanie wszystkich danych, które spływają z tysięcy badań klinicznych przeprowadzanych corocznie na całym świecie – uzupełnia Joseph BenAmram, prezes MSD na region EURAM (Europa, Rosja, Bliski Wschód i Afryka).

O wyborze Polski na siedzibę Centrum Zarządzania Danymi przesądziły dostęp do wykształconych absolwentów polskich uczelni wyższych i rozwinięta branża IT.

– Połączenie trzech czynników, czyli świata akademickiego, instytutów badawczych i technologii informatycznych, sprawiło, że wybór Polski był dla nas naturalny – mówi Joseph BenAmram.

Plany MSD dotyczące polskiego rynku zakładają zwiększanie liczby badań klinicznych oraz dalszą rozbudowę Centrum Zarządzania Danymi. W tym roku farmaceutyczny koncern zainwestuje na polskim rynku około 19 mln dol.

 Warunki do rozwoju są w Polsce bardzo dobre – mamy wykwalifikowane kadry, chętne do pracy i rozwoju w tej branży. To dla nas bardzo pozytywny sygnał – mówi Gabriele Grom.

MSD jest obecne w Polsce od 27 lat. Zatrudnia dziś w sumie ponad 0,5 tys. osób.

Udziałowcy lotniska w Modlinie mają różne wizje jego rozwoju. Pojawiła się szansa na zakończenie sporu

Udziałowcy lotniska w Modlinie mają różne wizje jego rozwoju. Pojawiła się szansa na zakończenie sporu 4

Przedsiębiorstwo Porty Lotnicze, które ma jedną trzecią udziałów w porcie lotniczym Warszawa-Modlin, nie zgadza się na emisję nowych obligacji i rozbudowę lotniska. Spółka chce inwestować i rozwijać port lotniczy w Radomiu, który w przyszłości miałby przejąć rolę zapasowego lotniska dla Warszawy. Pat trwa od miesięcy, ponieważ Modlin ma czterech udziałowców, a decyzja o rozbudowie musi zapaść jednomyślnie. – Znieśmy jednomyślność – każdy z udziałowców zagłosuje stosownie do swojego przekonania i decyzja zapadnie większością głosów – deklaruje Mariusz Szpikowski, prezes PPL.

Z analiz ruchowych i możliwości rozbudowy Lotniska Chopina wynika, że nie będziemy w stanie obsłużyć od 6 do 15 mln pasażerów do 2027 roku. Stąd też, skupiając się na ruchu tranzytowym, przesiadkowym na Lotnisku Chopina, potrzebujemy drugiego lotniska, które ten ruch obsłuży. Byłby to ruch dedykowany, niskokosztowy i czarterowy – mówi agencji Newseria Mariusz Szpikowski, prezes zarządu PPL oraz dyrektor warszawskiego Lotniska Chopina.

Dzisiaj tę funkcję pełni podwarszawski Modlin, ale w przyszłości ma ją przejąć lotnisko w Radomiu. List intencyjny w sprawie przejęcia tego portu lotniczego został podpisany 17 stycznia br. PPL – uzasadniając decyzję o wyborze Radomia na lotnisko zapasowe dla stolicy – opiera się na przedstawionej w kwietniu analizie, której dokonała firma Arup. Z jej szacunków wynika, że rozbudowa Modlina zajęłaby 45 miesięcy i pochłonęła blisko 1,5 mld zł. Natomiast infrastrukturę w Radomiu można zbudować taniej, szybciej i w etapach.

– Jednym z istotnych czynników przy wyborze były ograniczenia środowiskowe. Zgodnie z decyzją środowiskową dla Modlina można tam wykonać 66 operacji w ciągu doby, my potrzebowalibyśmy około 170. Kolejne czynniki to czas i koszty. Inwestycja w Radom może być fazowana – w pierwszej fazie jesteśmy w stanie zbudować lotnisko do obsługi 3 mln pasażerów czarterowych kosztem 425 mln zł. W drugiej fazie 467 mln zł pozwoli nam rozwinąć lotnisko do około 10 mln pasażerów. W przypadku Modlina takie fazowanie byłoby niemożliwe – uzasadnia Mariusz Szpikowski.

Jak podkreśla, w Radomiu po dwóch latach możliwe będzie osiągnięcie liczby 3 mln pasażerów, a zwiększanie przepustowości do 10 mln będzie wiązało się głównie z wydłużeniem istniejącej drogi startowej. W związku z rozbudową lotniska potrzebne będą także m.in. inwestycje w terminal, drogi szybkiego zjazdu i infrastrukturę dojazdową. W Modlinie do obsługi 10 mln pasażerów potrzebna

W przypadku Modlina, wymagana jest do obsługi ruchu na poziomie do 10 milionów pasażerów natychmiastowa decyzja o budowie drugiej, równoległej drogi startowej, gdyż ta droga startowa nie nadaje się do użytku przy takim obłożeniu ruchu operacji lotniczych – mówi prezes PPL.

Władze lotniska w Modlinie uważają, że koszty w raporcie są zawyżone. Zarząd deklaruje, że za kwotę wyliczoną przez Arup można by zwiększyć przepustowość Modlina nie do planowanych 7 mln, ale nawet do 17 mln pasażerów rocznie. Podtrzymuje też chęć inwestycji w rozbudowę lotniska i jego dalszy rozwój. Pieniądze na rozbudowę terminala i płyt postojowych dla samolotów miały być pozyskane z emisji obligacji na kwotę 60 mln zł (spłacanych z wypracowanych zysków).

– Jesteśmy oskarżani o to, że blokujemy zgodę na uzyskanie kredytowania w wysokości 60 mln zł. Kierują nami względy merytoryczne, gdyż nie zgadzamy się na zadłużanie po to, żeby spłacać długi i generować dodatkowe zadłużenie, pogarszając sytuację lotniska – podkreśla Szpikowski.

Sytuacja jest patowa, ponieważ decyzja o ewentualnej rozbudowie Modlina musi zapaść jednomyślnie. Pozostali udziałowcy (Agencja Mienia Wojskowego  40,01 proc. udziałów, województwo mazowieckie  30,60 proc. i miasto Nowy Dwór Mazowiecki  3,22 proc.) są na „tak”. Spór o lokalizację zapasowego lotniska dla Warszawy trwa już od kilku miesięcy. Aby zakończyć pat, spółka PPL zwróciła się jednak do marszałka Adama Struzika z propozycją zniesienia jednomyślności i wprowadzenia zwykłej większości głosów.

To pozwoli PPL oddać zwykły głos – zgodnie z naszym przekonaniem merytorycznym, ale nie blokując dalszego rozwoju lotniska. Każdy z udziałowców zagłosuje stosownie do swojego przekonania, decyzja zapadnie większością głosów. PPL nie będzie w stanie zablokować takiej decyzji – mówi Mariusz Szpikowski.

Prezes PPL podkreśla, że spółka nie straciła zainteresowania lotniskiem w Modlinie i dalej chce je rozwijać, ale w modelu innym niż dotychczasowy. Zwraca też uwagę na preferencyjne traktowanie Ryanaira, który w tej chwili jest jedynym przewoźnikiem latającym z podwarszawskiego portu.

– Dziś to lotnisko funkcjonuje prawie jak prywatny port przewoźnika Ryanair, który na nim zarabia, natomiast lotnisko generuje straty w wyniku netto – im większa liczba operacji, tym wyższe straty. Lotnisko praktycznie pokrywa swoje koszty i nie jest w stanie spłacać istniejącego zadłużenia. Dodatkowo obniża Ryanairowi opłaty pasażerskie z 6 zł na 5 zł. W związku z tym zwróciliśmy się do udziałowców z prośbą, żeby zmienić model funkcjonowania tego lotniska. Do tego potrzebujemy rzetelnego planu inwestycyjnego – mówi Mariusz Szpikowski.

Ryanair to największe w Polsce linie lotnicze (przed LOT-em) pod względem liczby pasażerów  – w I półroczu 2017 miały jedną trzecią udziałów w rynku rejsów regularnych (5,32 mln pasażerów). W styczniu przewoźnik zapowiedział, że w ciągu najbliższych 5 lat podwoi liczbę pasażerów przewożonych na swoich lotach do Warszawy z 3 do 6 mln rocznie – w tym celu niezbędna jest jednak rozbudowa Modlina. Ryanair zadeklarował także, że po rozbudowie otworzy nowe trasy. Władze Modlina podkreślały też wcześniej, że jedynym powodem braku kolejnych przewoźników jest obecne ograniczenie przepustowości lotniska.

Port lotniczy Warszawa-Modlin działa od sześciu lat. Liczba jego pasażerów stale rośnie. W ubiegłym roku było ich 2,9 mln, a w tym roku będzie to już ponad 3 mln pasażerów. Ubiegły rok Modlin zakończył zyskiem EBITDA na poziomie 12 mln zł, przychodami 60 mln zł i stratą netto na poziomie 0,5 mln zł.

Rosną ceny i konsumpcja gazu w Polsce. Taka tendencja będzie się utrzymywać

Rosną ceny i konsumpcja gazu w Polsce. Taka tendencja będzie się utrzymywać 5

Mimo zbliżającego się sezonu letniego nic nie wskazuje na to, że ceny gazu ziemnego będą spadać – podkreśla Ireneusz Sawicki z gazowniczej spółki Handen. Na wzrost cen wpływa m.in. sytuacja na sąsiednich rynkach, zwłaszcza że ponad 70 proc. gazu w Polsce pochodzi z importu, do niedawna głównie z Rosji. Dzięki dywersyfikacji kierunków importowych sytuacja powoli się zmienia. Bez poluzowania regulacji prawnych, zwłaszcza przepisów ustawy o zapasach, może się to nie udać – podkreśla Sawicki.

Rynek gazu w Polsce jest zmonopolizowany. Klienci mają możliwość wyboru sprzedawcy, gwarantuje to prawo, natomiast oferta na rynku jest niezwykle uboga i regulacje prawne, które ustalają ramy rynku, są sztywne i zostały bardzo mocno narzucone. To powoduje, że chęć zmiany sprzedawcy przez odbiorców zarówno indywidualnych, jak i biznesowych oraz korzyści z tym związane są ograniczone – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ireneusz Sawicki, członek zarządu Handen.

W 2011 roku odnotowano jedynie kilka przypadków zmiany sprzedawcy gazu, jednak od 2012 roku liczba ta systematycznie rośnie. Z danych URE wynika, że na koniec I kwartału 2018 roku odnotowano łącznie 154,5 tys. zmian sprzedawcy gazu (136,4 tys. na koniec 2017 roku). Wszyscy sprzedawcy dostosują swoje taryfy do PGNiG, bo ten ma w Polsce monopol (99 proc. klientów).

 Zbliża się okres letni i ceny na giełdach powinny spadać, tak się jednak nie dzieje. Porównując okresy maj–kwiecień 2018 i maj–kwiecień 2017, widzimy ok. 10-proc. różnice w cenach. To powoduje, że w okresie letnim, kiedy odbiorcy paliwa gazowego, szczególnie biznesowi, dokonywali wyboru sprzedawcy paliwa gazowego na kolejne lata, mają naprawdę twardy orzech do zgryzienia. To może spowodować duże zachwiania na rynku i niechęć klientów do zmiany dostawcy paliwa gazowego – prognozuje Ireneusz Sawicki.

Według danych TGE w kwietniu średnioważona cena na rynku kontraktów terminowych z dostawą w roku 2019 wyniosła 87,46 zł/MWh, a więc o 4,84 zł/MWh więcej niż w marcu. Zdaniem eksperta można się spodziewać dalszego wzrostu cen.

Cena paliwa gazowego jest wielokrotnie obarczana podatkami i opłatami. Mając na uwadze rozwój, szczególnie w Polsce, kierunek elektromobilności i efektywności elektrycznej, dbania o środowisko, oczekuję, że w paliwie gazowym – tak samo jak w energii elektrycznej – pojawią się opłaty, które będą obciążały dodatkowo cenę gazu – dodaje członek zarządu firmy Handen.

W Polsce także widoczna jest chęć przestawienia wytwarzania energii na bardziej przyjazną środowisku, dlatego rośnie zapotrzebowanie na gaz. Na niestabilność cen wpływa też sytuacja na zagranicznych rynkach, zwłaszcza na Wschodzie.

Dostawca wschodni, aby utrzymać rynek, będzie wykonywał pewne ruchy, np. ekonomiczne lub techniczne, wykazujące jakieś inicjatywy do tego, by te dostawy kontynuować, utrzymać lub zmienić. Jaki będzie tego wynik, nie wie nikt, ale będzie to niewątpliwie miało wpływ nie tylko na cenę, lecz także na stabilność dostaw do naszego kraju – mówi Ireneusz Sawicki.

Na wzrost cen mogą też wpłynąć inwestycje w dywersyfikację dostaw, m.in. budowa Baltic Pipe, rozbudowa terminala LNG i innych połączeń infrastrukturalnych. Obecnie PGNiG wydobywa rocznie ok. 4 mld metrów sześciennych gazu, pozostałą część, ok. 75 proc., importujemy, przy czym 13 proc. z zachodu i południa, a 55 proc. ze wschodu. Jeszcze w 2015 roku import gazu w 90 proc. pochodził z Gazpromu. W 2017 roku było to już ok. 70 proc. Budowa Baltic Pipe, który miałby być gotowy w 2022 roku, pomogłaby uniezależnić Polskę od Rosji. Jednak zdaniem Sawickiego, aby dywersyfikacja miała szanse się udać, konieczne są nie tylko inwestycje, lecz także zmiany w prawie.

– Prawo mocno uszczelnia rynek. Mam na myśli ustawę o zapasach, która ekonomicznie uniemożliwia import gazu do Polski. Obecnie mamy około 200 koncesji, które są przydzielone firmom do obrotu gazem ziemnym w Polsce, i ok. 50 koncesji na import gazu z zagranicy. Z danych rynkowych wynika, że kilkunastu przedsiębiorców importuje gaz do Polski, a na rynku jest aktywnych może 50, przy czym lwią część rynku utrzymuje jeden dominant – mówi Ireneusz Sawicki.

Eksperci podkreślają, że ustawa o obowiązku magazynowania gazu stoi niejako w sprzeczności z przepisami liberalizującymi rynek. Bez zmian w przepisach pełna dywersyfikacja może nie być możliwa.

Finlandia: Wärtsilä buduje terminal LNG w Porcie Hamina

Wärtsilä, wiodąca grupa technologiczna w obrębie Morza Bałtyckiego, poinformowała, że zabezpieczyła finansowanie budowy nowego terminala LNG w fińskim Porcie Hamina. Spółka uzyskała też niezbędne pozwolenia na budowę. Według planu inwestycja ma zostać oddana do użytku w 2020 r.

17 maja br. grupa Wärtsilä poinformowała, że zawarła umowę na sfinansowanie budowy terminala LNG ze Skandinaviska Enskilda Banken and Finnvera. To spółka należąca do fińskiego skarbu państwa, specjalizująca się w finansowaniu inwestycji.

Budowa terminala LNG w Porcie Hamina będzie kosztowała ok. 100 mln euro. Wärtsilä odpowiada w tym projekcie za dostawę elementów inżynieryjnych i technologii oraz konstrukcję terminala.  Poza tym grupa za pośrednictwem swojej spółki zależnej Wärtsilä Development and Financial Services (WDFS) będzie mniejszościowym udziałowcem w spółce Hamina LNG Oy, do której należeć będzie nowo budowany terminal. Główni udziałowcy tej spółki to fińska Hamina Energy Ltd oraz estońska grupa energetyczna Alexela.

Jak podała Wärtsilä,  w pierwszej kolejności zostanie zbudowany zbiornik LNG o pojemności 30 tys. m3. Później ma zostać zbudowany kolejny zbiornik o pojemności 20 tys. m3. Fińska spółka poinformowała, że prace ziemne zakończono zgodnie z harmonogramem, a roboty budowlane już ruszyły.

W związku z globalnym zapotrzebowaniem na LNG postępuje rozwój w zakresie technologii do obsługi przesyłu i magazynowania tego paliwa. Fińska grupa Wärtsilä dostarcza rozwiązania, które implementowane są przez spółki energetyczne na każdym odcinku łańcucha dostaw gazu. Technologie opracowane przez grupę wykorzystywane są w początkowych procesach poszukiwania i odwiertów, produkcji i upłynniania gazu ziemnego, jak i transportu do magazynów oraz instalacji dystrybucyjnych i finalnego przesyłu do odbiorców.

– Nowy terminal LNG w Haminie będzie ważnym dodatkiem to już istniejącej infrastruktury gazowej, ponieważ będzie od dostarczał gaz dla przedsiębiorstw oraz biznesu żeglugowego, a także zasili sieć dystrybucji gazu Hamina Energy. Terminal będzie mógł zostać podłączony do sieci gazowej Finlandii. Doceniamy szerokie kompetencje Wärtsilä w zakresie inżynierii LNG, które umożliwiły nam uruchomienie projektu zgodnie z harmonogramem – powiedział Marku Tommiska, prezes zarządu Hamina Energy Ltd.

– Wärtsilä odgrywa wiodącą rolę w zakresie kompleksowych systemów LNG, które umożliwiają rozwój zrównoważony środowiskowo i ekonomicznie. Projekt Hamina to trzeci terminal LNG w Finlandii, w budowie którego uczestniczy Wärtsilä. Dwa pozostałe terminale to Manga Tornio i Raahe. To pokazuje, że nasza firma jest silna w zakresie rozwoju i zarządzania projektami – dodał Alexandre Eykerman wiceprezes ds. systemów LNG Wärtsilä Energy Systems z grupy Wärtsilä.

Wärtsilä jest wiodącym na świecie dostawcą kompletnych rozwiązań energetycznych dla przemysłu okrętowego i energetycznego. Kładąc nacisk na innowacje techniczne oraz optymalizację efektywności energetycznej, Wärtsilä umożliwia swoim klientom zwiększenie efektywności ekonomicznej eksploatowanych instalacji i statków, przy jednoczesnym ograniczeniu ich wpływu na środowisko naturalne. W 2017 r. Wärtsilä zanotowała 4,9 mld euro przychodu ze sprzedaży i wypracowała zysk netto wynoszący 590 mln euro. Obecnie firma zatrudnia ponad 18 tys. pracowników.

Podpis: Łukasz Prus

Materiał Portalu Stoczniowego – www.portalstoczniowy.pl

Zapomnijmy o prostej segmentacji klientów, wkraczamy w erę konsumpcjonizmu hybrydowego

Przygotowując strategie sprzedażowe, firmy często stosują segmentowanie swoich klientów, m.in. pod kątem zasobności portfela. Tymczasem patrząc na współczesne trendy i analizując czynniki wpływające na decyzje zakupowe Polaków, można zauważyć, że coraz trudniej jest ich jednoznacznie skategoryzować i połączyć w jednorodne grupy o standardowych zrachowaniach. Na światło dzienne wychodzi pojęcie konsumenta hybrydowego, czyli osoby, która kupuje produkty z różnych półek cenowych w zależności od specyficznych potrzeb i priorytetów, bez względu na zasobność portfela. Nielsen wraz z PAYBACK wyróżnili cztery powody hybrydyzacji konsumpcji wśród konsumentów. 

Po pierwsze – Lubię się pokazać!

Bardzo ciekawych obserwacji dostarcza spojrzenie w koszyki zakupowe młodych mężczyzn, średnio zarabiających i nieposiadających jeszcze rodziny. Hybrydyzacja konsumpcji w ich wykonaniu polega na wyborze artykułów premium z kategorii, które są widoczne dla innych, np. gości, znajomych. W koszyku znajdziemy markowe alkohole oraz napoje gazowane, które wystawiamy na stół. Z drugiej strony paluszki, orzeszki, chipsy lub nawet soki mogą być już marki własnej. Te i tak podajemy na talerzach, w miskach lub dzbankach, więc marka nie jest widoczna, a jednocześnie różnica w smaku niewielka. Również produkty używane na własne potrzeby, np. do gotowania codziennych posiłków dla siebie, będą wyróżniały się niskimi cenami.

Po drugie – Skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać!

Duża grupa konsumentów nie lubi przepłacać. Jeśli chcemy zjeść dobrej jakości rybę lub mięso, to cena będzie miała dla nas drugorzędne znaczenie, ponieważ np. halibut smakuje nam bardziej niż makrela. Tak samo szynkę z mniejszą ilością dodatków chętniej kładziemy na kanapki. Natomiast dla artykułów typu ręczniki papierowe czy worki na śmieci, jeśli konsument znajdzie produkty dobrej jakości, to nie widzi sensu przepłacania. W końcu lepiej zainwestować zaoszczędzone pieniądze właśnie w tę kategorię, gdzie różnica jest odczuwalna. 

Aż 46% spośród badanych deklaruje dużą gotowość do płacenia więcej za produkty wyższej jakości w kategoriach spożywczych. Produkty premium to te, które oferują m.in. dodatkową funkcję (a to może być choćby zaadresowanie nietolerancji pokarmowych albo spełnienie potrzeby wygodnego i szybkiego użycia). Deklaracje konsumentów znajdują potwierdzenie w danych sprzedażowych. Na przykład, w sklepach chemicznych, w kategorii szamponów do włosów oraz kremów do twarzy, wartość sprzedaży produktów, których cena jest dwa razy większa, rośnie szybciej lub też przynajmniej w tym samym tempie jak sprzedaż produktów z tzw. „średniej półki”. Mówiąc o rozwoju segmentu produktów premium, warto wspomnieć o tym, że nawet w kontekście marek własnych prawie co trzeci konsument (31%) twierdzi, że wybiera marki lepszej jakości niż wcześniej. Oczywiście, nie można lekceważyć znaczenia ceny. Na pytanie, jakie produkty są poszukiwane, blisko połowa kupujących odpowiada „produkty w dostępnych cenach” – komentuje Szymon Mordasiewicz, dyrektor zarządzający Nielsen Polska.

Po trzecie – Na zdrowiu nie oszczędzam!

Prywatna wizyta u lekarza kosztuje dużo. Dlatego dbam o siebie i swoich bliskich. Jestem świadomym konsumentem, który wie, że produkty BIO zawierają mniej szkodliwych substancji dla mojego organizmu. Co za tym idzie – jestem skłonny płacić za nie więcej. Z drugiej strony w kategoriach, które nie maja wpływu na moje zdrowie kieruję się ceną.

Widać to na przykładzie wyboru paliw pomiędzy tymi zwykłymi a „wzbogaconymi”, czyli zazwyczaj droższymi o 20-30 groszy na litrze. Okazuje się, że klient zamożny, korzystający z samochodów klasy premium, niekoniecznie będzie kupował droższe paliwo – mówi Dawid Ledziński, New Business Director w PAYBACK Polska.

Sieci detaliczne, komunikując niskie ceny, walczą o konsumentów, natomiast mając świadomość tego, że permanentne obniżki cenowe w dłuższej perspektywie nie są najlepszym rozwiązaniem, szukają też innych możliwości przyciągnięcia kupujących. Taką szansę daje między innymi, umieszczenie na półce produktów, które odpowiedzą na specyficzne potrzeby Polaków i wpiszą się w panujące trendy. Obecnie bardzo istotny jest trend prozdrowotny.

Jak wykazał ostatni raport Nielsena „Make it Healthy”, w Polsce 28% ankietowanych deklaruje, że największą obawą jest dla nich ich stan zdrowia. Co drugi kupujący zwraca dużą uwagę na skład oraz pochodzenie produktu. 62% respondentów zadeklarowało gotowość zapłacić więcej za produkty, które nie zawierają szkodliwych substancji. Dla co czwartego kupującego bardzo ważne jest, żeby produkt był BIO, ekologiczny albo organiczny – dodaje Szymon Mordasiewicz.

Po czwarte – Duży wydatek to jeszcze większa szansa na bycie smart!

Duży wydatek możemy rozpatrywać w dwóch kategoriach – wydatku jednorazowego lub powtarzających się regularnie kosztów produktów codziennego użytku, które po zsumowaniu również stanowią dużą kwotę. W takich przypadkach nawet zamożni konsumenci chcą postępować mądrze.

Przy zakupie telewizora za 5 000 złotych najpierw znajdujemy model, który nam odpowiada a dopiero później szukamy miejsca, w którym możemy kupić go najtaniej lub z dodatkowym benefitem. Prowadzimy research zarówno w sklepach internetowych, jak i stacjonarnych. Zakup takiego samego modelu telewizora, ale z rabatem lub dodatkowym benefitem jest ważny dla większości konsumentów. Takie same zachowania obserwujemy w kategoriach odzieżowych, nawet przy zakupie lepszych marek.

Przykładem produktu z kategorii wielokrotnych wydatków, stanowiących dużą część domowego budżetu, są pieluchy. Cena jednostkowa jest relatywnie wysoka i jednocześnie kupujemy je często.

Tutaj przykładem zachowania hybrydowego będzie np. kupowanie na zapas – jest świetna promocja, więc wezmę więcej – stać mnie, żeby teraz jednorazowo zapłacić ponadprzeciętny rachunek, a wiem, że w długim terminie wyjdę na tym lepiej. Przy produktach o niższych cenach jednostkowych, wśród konsumentów premium nie widać takich zachowań. Mam nawet silną hipotezę, że ich znajomość przeciętnej ceny ryżu, mleka czy warzyw i owoców jest bardzo słaba. Temat wymaga jednak dalszych badań – dodaje Dawid Ledziński, New Business Director w PAYBACK Polska.

Kim więc jest hybrydowy konsument?

Zdecydowana większość z nas to konsumenci hybrydowi, czyli smart-shopperzy, którzy w zależności od swoich potrzeb obierają optymalną strategię robienia zakupów.

Wiadomo, że cena i dodatkowe benefity odgrywają dużą rolę przy podejmowaniu decyzji o zakupie produktów i wyborze sklepu. Można wnioskować, że dotyczy to nie tylko konsumentów z niskim i średnim poziomem dochodów, ale też i tych zarabiających znacznie więcej.

Potwierdza to chociażby fakt, iż osoby z wyższym dochodem tak samo często, jak i ci zarabiający mniej, nabywają marki własne, a główną motywacją przy wyborze marek własnych jest niechęć do przepłacania także dla osób zamożnych – uzupełnia Mordasiewicz.

Dlatego tak ważne jest poznanie potrzeb i zachowań naszych klientów: analiza historii zakupowej (np. z paragonów) i bazujące na tym dopasowanie metod dotarcia i komunikacji. Taką możliwość daje dobrze zrobiony program lojalnościowy, który pomaga zbierać nam te dane. Dzięki temu nasze zrozumienie efektów promocji, którą przeprowadziliśmy dla klientów, może być jeszcze lepsze. Oprócz tego, że zaobserwujemy wzrost sprzedaży, będziemy w stanie stwierdzić, które segmenty konsumentów i w jaki sposób zareagowały na promocje. To w kolejnych krokach pozwoli nam lepiej dopasować ofertę do klientów i jeszcze bardziej zwiększyć efektywność naszych działań – podsumowuje Dawid Ledziński.

* Z badania Nielsen Shopper Trends Report 2017/2018 wynika, że głównym motywem zakupu produktów own-label wśród klientów zamożnych jest niższa cena w porównaniu do wyrobów markowych (wskazało na to 53% respondentów).

Wizja zacieśniania się rynku winduje ropę na maksima

Kurs baryłki ropy w Londynie zbliża się do 80 USD, w Nowym Jorku narusza 72 USD. Oznacza to, że surowiec w tym kwartale zanotował dwucyfrową zwyżkę a jego ceny od końca grudnia 2017 roku wzrosły o prawie 20 proc. Kurs ropy jest w efekcie najwyższy od ponad trzech lat. Notowane w ostatnich kilkunastu godzinach zwyżki to pochodna szczegółów cotygodniowego raportu DoE.Wizja zacieśniania się rynku winduje ropę na maksima

Zapasy ropy w USA na tle średniej z ostatnich pięciu lat. Źródło: Bloomberg

Wg danych Departamentu Energii USA zapasy surowca w tygodniu (5-11 maja) spadły (wbrew oczekiwaniom zbudowanym na kanwie Raportu API) o 1,4 mln baryłek. To wynik zbliżony do przeciętnej zmiany zapasów w tym okresie roku notowanej w ostatnim pięcioleciu. Warto jednak zauważyć, że w jego pokłosiu zapasy są o 10 mln baryłek niższe niż ich pięcioletnia średnia. Pamiętać przy tym należy, że przez długi okres nadpodaży ropy, średnia ta w ostatnich latach mocno się obniżyła. Dane potwierdzają jednak szybkie bilansowanie się rynku surowca, gdyż obecna dostępność surowca jest o prawie 90 mln baryłek niższa niż przed rokiem.Wizja zacieśniania się rynku winduje ropę na maksima 2

Eksport ropy z USA. Źródło: Bloomberg

Głównym motorem zacieśniania się sytuacji w zapasach w USA są nowe rekordy eksportu ropy. W ubiegłym tygodniu jego wolumen sięgnął rekordowych 2,57 mln baryłek. Dla porównania: jego roczna zmiana to aż 136 proc. (prawie 1,5 mln baryłek). Czynnikiem windującym zapotrzebowanie na amerykańską ropę jest najszerszy od lat spread brent – WTI, który wynosi ponad 7 USD.

Wizja zacieśniania się rynku winduje ropę na maksima 3Wydobycie ropy w USA i liczba aktywnych wież wiertniczych. Źródło: Bloomberg

Jednocześnie wydobycie w Stanach Zjednoczonych ustanowiło nowy historyczny rekord bliski 10,75 mln baryłek/ na dzień. Mamy tutaj również również do czynienia z gigantycznymi wzrostami, gdyż produkcja jest kilkanaście proc. wyższa niż przed rokiem i nie ma podstaw by oczekiwać, że aktywność wydobywcza przestanie rosnąć.

Przytoczenie dwóch rekordów dotyczących amerykańskiego rynku surowca: produkcji oraz eksportu jest w tej chwili kluczową kwestią dla perspektyw ropy. O ile wydobycie będzie dalej rosnąć, to potencjał by wolumen eksportu podnosił się jest mocno ograniczony. Wynika to nie tylko z nieodzownego zawężenia się spreadu brent – WTI, ale również ograniczeń infrastrukturalnych. Sufit dla eksportu z USA jest przy tym problematyczny, gdyż większość branży szacowała go na pułapie niższym niż obecnie notowany… Zresztą warto nadmienić, że wczorajsze dane w wielu uczestnikach rynku wzbudziły duże zdumienie – m.in. szacunki bazujące na ruchu tankowców, nie sugerowały zdaniem wielu branżowych obserwatorów, by wolumen mógł przekroczyć 2 mln baryłek.

Wizja zacieśniania się rynku winduje ropę na maksima 4Kurs brent i WTI i ich spread. Źródło: Bloomberg

W obecnym położeniu fundamentalnym, czyli spadających zapasach, obudzeniu się popytu ze strony rafinerii nie ma większych szans na silne i głębokie spadki cen surowca. Do silniejszego zachwiania tendencją wzrostową potrzebny byłby ruch brent o 4 USD (spadek pod 75,50) -w tej chwili w krótkim terminie wydaje się on mało realny. Wszystkie propopytowe czynniki wydają się przy tym w znacznym stopniu zdyskontowane. Dotyczy to także geopolityki i sytuacji na Bliskim Wschodzie. Wydaje nam się, że jedynie jej zaognienie może obecnie dać impuls do silnych wzrostów cen ropy na globalnych rynkach. Jeśli taki scenariusz nie zmaterializuje się, to wkrótce może zacząć dominować pogląd, że rynek nie jest aż tak dobrze zbilansowany jak widzi to obecnie konsensus. W tym świetle naszym scenariuszem bazowym jest utrzymywanie się cen ropy na podwyższonych pułapach, co w przypadku brent oznaczać będzie krążenie wokół 80 USD za baryłkę. W średnim i dalszym horyzoncie zakładamy natomiast, że ceny powinny być wyraźnie niższe.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers

Rynek e-commerce w Polsce – wzrosty coraz bardziej stabilne

Z badań Barometr E-shopper 2017, przeprowadzonych na zlecenie DPDgroup, wynika, że polski rynek e-commerce coraz bardziej się stabilizuje, choć jego rozwój wciąż jest dynamiczny. Zwyczaje zakupowe nie zmieniają się gwałtownie, natomiast konsumenci coraz częściej korzystają ze smartfonów, robiąc e-zakupy. Na popularności zyskuje również e-handel zagraniczny, głównie chińskie portale e-commerce.

Systematyczny wzrost

Według raportu Barometr E-shopper 2017, odsetek zakupów elektronicznych w Polsce osiągnął w ubiegłym roku 12,4%, przy średniej europejskiej wynoszącej 11,3%. Wynik ten jest wyższy o 2,2% w stosunku do badań z 2016 r. Obuwie, odzież, książki oraz uroda/zdrowie to nadal główne kategorie produktów kupowanych online. Oprócz odzieży, zamówienia w tych kategoriach przekraczają średnią europejską. Największą szansę rozwoju zaobserwowano w kategoriach małe meble/art. dekoracyjne, DVD/CD/gry wideo oraz elektronika.

Coraz bliżej na Daleki Wschód

– Zagraniczne e-zakupy w Polsce nie są aż tak bardzo popularne. Jest to zasługa tego, że nasz rynek wewnętrzny jest bardzo dobrze rozwinięty i wszystkie produkty są dostępne. Jednocześnie wygląda na to, że odkryliśmy zalety chińskich platform internetowych, bowiem w 2017 r. aż 44% polskich internautów zdecydowało się na zakupy w Chinach – 8% więcej niż w 2016 r.   mówi Rafał Nawłoka, prezes zarządu DPD Polska.

Polscy nabywcy online, którzy co najmniej raz dokonali zakupu na zagranicznej stronie internetowej, tworzą średni udział w rynku e-zakupów zagranicznych na poziomie 15,6%, czyli poniżej średniej europejskiej stanowiącej 19,2%. Odsetek ten jest podobny w innych krajach, w których tak jak w Polsce funkcjonuje dobrze rozwinięta lokalna oferta e-commerce.

Millenialsi i smartfony

Według badań aż 40% nabywców online w Europie stanowią osoby w wieku 18-34 lata. Są oni bardziej świadomymi e-konsumentami. Szczególne ważne dla tej grupy nabywców są nie tylko transparentne zasady zakupów w sklepach internetowych, ale także możliwość wyboru spośród różnych wariantów dostarczenia przedmiotów. Oprócz najpopularniejszej usługi przesyłek kurierskich nabywcy chętnie wybierają usługę click and collect (zamów online, odbierz w sklepie), czy odbiór w punkcie nadań i odbiorów. Oczekują oni także szybkiego doręczenia przesyłki z możliwością określenia godziny wizyty kuriera.

– Millenialsi coraz chętniej korzystają ze smartfonów, robiąc e-zakupy. W Polsce aż 48% przedstawicieli tej grupy kupuje za pomocą tych urządzeń. Jednak inni nabywcy również z większą częstotliwością dokonują transakcji przy użyciu smartfonów. W ubiegłym roku było ich 38%, czyli o 2 p.p. więcej niż rok wcześniej – mówi Rafał Nawłoka.

***

Badanie DPDgroup Barometr E-shopper przeprowadziła firma Kantar TNS w okresie od 1 czerwca do 3 lipca 2017 r. Próby przeprowadzono online wśród  prawie 23 tys. respondentów z 22 krajów Europy (Austria, Belgia, Chorwacja, Czechy, Estonia, Francja, Niemcy, Węgry, Irlandia, Łotwa, Włochy, Litwa, Holandia, Polska, Portugalia, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Hiszpania, Szwajcaria, Wielka Brytania, Rosja).

Badaniem objęto wyłącznie internautów powyżej 18 roku życia, którzy od stycznia 2017 roku złożyli i otrzymali co najmniej jedno zamówienie online.

Kontrowersje wokół specustawy mieszkaniowej

Trwają prace nad rządowym projektem ustawy o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji mieszkaniowych oraz inwestycji towarzyszących. Zakończyły się konsultacje publiczne projektu, w których wpłynęło kilkaset uwag – często bardzo krytycznych – do proponowanego projektu. Polski rynek budowlany boryka się z wieloma problemami, oczywiście specustawa nie jest ich kompleksowym rozwiązaniem – jej celem jest przede wszystkim ułatwienie kompleksowej realizacji inwestycji mieszkaniowych. Oczywiście nie mogą na tym cierpieć takie wartości, jak np. ład przestrzenny, dlatego warto w toku dalszych prac legislacyjnych dopracować niektóre kwestie.

Specustawa dla dużych inwestycji

Głównym założeniem projektowanej specustawy jest stworzenie optymalnych warunków do rozwoju budownictwa mieszkaniowego, zwłaszcza na terenach najbardziej pod tym względem zaniedbanych. Poza tym projekt zakłada uregulowanie budowy zarówno powierzchni mieszkalnej, jak i infrastruktury niezbędnej do rozwoju mieszkalnictwa na danym terenie (np. szkół, obiektów handlowych, przystanków komunikacyjnych). Planowanymi regulacjami mają zostać objęte prace polegające na budowie, przebudowie lub zmianie sposobu użytkowania, w wyniku których mają powstać nie mniej niż dwa budynki mieszkalne wielorodzinne o łącznej liczbie lokali mieszkalnych nie mniejszej niż 50 lub nie mniej niż 25 budynków mieszkalnych wielorodzinnych wraz w urządzeniami budowlanymi z nimi związanymi. Jednocześnie tego typu inwestycja nie będzie mogła być dowolnie lokalizowana – w myśl projektu jej realizacja będzie możliwa jedynie na terenie wyposażonym we wspominaną już infrastrukturę. Jednak – co bardzo ważne – projektodawcy zakładają także możliwość budowy zarówno mieszkań, jak i infrastruktury towarzyszącej „od podstaw”. Mówiąc inaczej z regulacji specustawy będzie można skorzystać także w sytuacji, gdy inwestor będzie chciał wykorzystać tereny dotąd w żaden sposób nie przeznaczone pod zabudowę mieszkaniową.

Budowa „od podstaw”

A więc inwestor będzie mógł jednocześnie zająć się realizacją zabudowy mieszkaniowej i takiej infrastruktury, jak szkoły, przedszkola obiekty handlowe, place zabaw czy przystanki transportu publicznego – nawet na terenach nie przeznaczonych pod tego typu cele w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. W takiej sytuacji wystarczy uzyskanie od rady gminy specjalnej zgody. Zgodnie z planami ustawodawcy po złożeniu przez inwestora wniosku o wyrażenie takiej zgody rada gminy będzie zobowiązana rozpatrzeć go w ciągu 60 dni. Natomiast w przypadku braku na danym terytorium miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego inwestor będzie mógł wystąpić o wyrażenie zgody na budowę do właściwego wójta. Uzyskanie zgody rady gminy lub wójta otworzy możliwość ubiegania się przez inwestora o uzyskanie decyzji ustalającej lokalizację inwestycji będącej odpowiednikiem aktualnej decyzji o warunkach zabudowy. Zgodnie z projektem jej wydanie stanie się kompetencją wojewody.

Konkurs na projekt inwestycji

Poza tym w projekcie ustawy znalazło się bardzo ciekawe i dotąd nieznane polskiemu prawu rozwiązanie. Zgodnie z projektem inwestor przed złożeniem wniosku o wydanie decyzji lokalizacyjnej będzie musiał przeprowadzić publiczny konkurs na koncepcję urbanistyczno-architektoniczną inwestycji. Inwestor nie będzie miał możliwości pominięcia tego etapu, gdyż dokumentację z przebiegu konkursu trzeba będzie dołączyć do wniosku o wydanie decyzji przez wojewodę. Co prawda na obecnym etapie prac legislacyjnych tryb i warunki przeprowadzania tego konkursu nie zostały sprecyzowane, jednak jest rozwiązanie ułatwiające wybór najbardziej optymalnej koncepcji realizacji inwestycji.

Duża ilość uwag do projektu

Obecnie zakończyły się konsultacje publiczne projektu. W ramach tego etapu zgłoszono łącznie kilkaset uwag. Już sama ich ilość wskazuje, że projekt specustawy wzbudza duże zainteresowanie, a jednocześnie kontrowersje. Uczestnicy konsultacji zarzucają projektowanej specustawie m.in. doprowadzenie do możliwości omijania postanowień miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, czy ich „punktową” zmianę – co może pogłębić istniejący chaos urbanistyczny, a jednocześnie wprowadzić wysoki poziom niepewności związany z niestabilnością prawa miejscowego. W tym zakresie wielu uczestników podkreśliło, że w uchwalonych obecnie miejscowych planach pod zabudowę mieszkaniową przeznaczono znacznie więcej terytoriów niż wymagają tego faktyczne potrzeby ludności, natomiast projektowana specustawa jest niezgodna z projektem Kodeksu urbanistyczno-budowlanego i pozbawia lokalną społeczność możliwości uczestnictwa w kształtowaniu ładu przestrzennego.

Oczywiście projekt specustawy mieszkaniowej wymaga poprawek. Jednak wiele ze zgłoszonych uwag można uznać za zbyt radykalne. Co prawda niewłaściwe, czy lekkomyślne wykorzystywanie przez wójtów, czy rady gmin przyznanych im w obecnym kształcie uprawnień mogłoby doprowadzić do wielu niepożądanych zjawisk. Ale trzeba sobie uzmysłowić, że nawet najlepsze rozwiązania prawne nie zastąpią zdrowego rozsądku w ich stosowaniu. Poza tym wydaje się, że dobrym przeciwdziałaniem ewentualnym nadużyciom byłoby dopracowanie rozwiązań z zakresu wspomnianego już konkursu na koncepcję architektoniczno-budowlaną inwestycji. W jego ramach można by przeprowadzić niezbędne konsultacje społeczne, a przede wszystkim zapewnić zgodność z lokalną koncepcją urbanistyczną. Warto pamiętać, że projekt umożliwia także kompleksowe inwestycje budowlane na terenach pozbawionych infrastruktury mieszkaniowej, a więc nie tyle wybudowanie kilku budynków, co całościowe zagospodarowanie danej przestrzeni. Przy tego typu projektach odstąpienie od postanowień miejscowego planu często jest uzasadnione, a niejednokrotnie nawet konieczne.

Jacek Kosiński – Partner zarządzający kancelarii Jacek Kosiński Adwokaci i Radcowie Prawni

Biurowy Mokotów wciąż się rozbudowuje

Służewieckie centrum biznesowe walczy o swoją pozycję. Na terenie największej, polskiej dzielnicy biurowej powstają kolejne obiekty, które oferują różne funkcje 

Warszawski rynek biurowy znajduje się w swojej szczytowej formie. Nigdy wcześniej w stolicy nie budowało się tyle, co dziś. We wszystkich  rejonach miasta rosną nowe biurowce. Największą rozbudowę obserwować można w okolicy ronda Daszyńskiego. Bliska Wola, która bezpośrednio sąsiaduje z warszawskim Śródmieściem w szybkim tempie zapełnia się nowoczesnymi kompleksami i stanowi już mocną konkurencję dla stołecznego Służewca, największej dzielnicy biurowej w kraju.

Dziś przestrzeń miejska projektowana jest jednak inaczej niż kiedyś, kiedy powstawało słynne zagłębie biurowe na Mokotowie. Najlepsze, warszawskie kwartały aranżowane są teraz w bardziej przemyślany sposób, dzięki czemu zabudowa jest bardziej zróżnicowana pod względem urbanistycznym. Takie, prowadzone teraz w Warszawie inwestycje, jak Browary Warszawskie, ArtN, Centrum Praskie Koneser, czy EC Powiśle to typowe przykłady budownictwa wielofunkcyjnego, w których poza biurami projektowane są powierzchnie handlowe i usługowe, rozrywkowe i kulturalne, a także mieszkaniowe i hotelowe. Dzięki tego typu realizacjom i atrakcyjnemu zagospodarowywaniu terenu wokół nowych obiektów rozbudowywane obszary Warszawy obfitują w różne, ciekawe dla mieszkańców funkcje.

Przełamywanie służewieckiej monokultury biurowej

Inwestorzy odebrali naukę i nie popełniają już tych samych błędów co deweloperzy budujący mokotowskie centrum biznesowe, które jeszcze do niedawna miało jednolity, biurowy charakter, a teraz przechodzi swoistą transformację. Pod wpływem przemiany biurowy Mokotów, skupiający na swoim obszarze największą ilość powierzchni biurowej w Polsce, więcej niż w niektóre duże miasta, zmienia swój monokulturowy profil.

Jak informuje Mateusz Strzelecki, partner w Walter Herz, obszar nadal dynamicznie się rozwija, a w jego obrębie budują już nie tylko inwestorzy działający w segmencie biurowym, ale także deweloperzy mieszkaniowi i hotelowi. – Na terenie stołecznego Służewca w prowadzonych inwestycjach mieszkaniowych powstaje łącznie prawie 2,5 tys. lokali, a w nowych hotelach, które zostaną otwarte na tym terenie znajdzie się około 1,1 tys. pokojów – informuje ekspert Walter Herz.

– Ponadto Służewiec rozwija sieć usługowo-handlową i na terenie dzielnicy realizowane są liczne inwestycje, które wpływają na poprawę infrastruktury drogowej i komunikacyjnej w tej części miasta – dodaje Mateusz Strzelecki.

Nowe biurowce na Mokotowie

Z danych Walter Herz wynika, że na działkach posiadanych przez deweloperów na obszarze służewieckiego zagłębia może powstać jeszcze około 300 tys. mkw. powierzchni biurowej. Na Mokotowie realizowane są kolejne projekty biurowe, ale skala inwestycji prowadzonych w tym segmencie nie jest już tak duża, jak wcześniej.

– Deweloperzy odchodzą od zagęszczania służewieckiej zabudowy. Nowe inwestycje biurowe na Mokotowie jeszcze się pojawiają, ale projektowane budynki są już znacznie mniejsze. Przykładem może być oddany niedawno do użytkowania kameralny biurowiec Witosa Point usytuowany przy ulicy Idzikowskiego 30. Sześciopiętrowy obiekt z dwupoziomowym parkingiem podziemnym, którego jesteśmy wyłącznym agentem komercjalizacji, oferuje 6680 mkw. powierzchni całkowitej – podaje specjalista Walter Herz.

Ponadto, przy ulicy Cybernetyki w kompleksie biurowym Neopark w trzecim kwartale bieżącego roku ma zostać oddany do użytku kolejny budynek, którym dostarczy około 12 tys. mkw. biur. W ukończonym niedawno obiekcie D48 na 11 kondygnacjach biurowych od strony ulicy Domaniewskiej i 8 kondygnacjach biurowych od strony ulicy Postępu znalazło się natomiast ponad 26 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni.

Służewieckie hotele

Na warszawskim Służewcu dobiega też końca budowa pierwszego etapu wielofunkcyjnego kompleksu P4. W jednym z dwóch budynków, które realizowane są w ramach tego projektu powstać ma czterogwiazdkowy hotel biznesowy Vienna House Mokotów ze 164 pokojami, przestronnymi salami konferencyjnymi i częścią rekreacyjną. Placówka ma zostać otwarta pod koniec tego roku.

Już na przełomie maja i czerwca br. w biznesowej części Mokotowa u zbiegu ulicy Cybernetyki i Postępu gości przyjmie też hotel Hampton by Hilton Warsaw Mokotow, który zaoferuje 163 pokoje.

W ostatnim kwartale tego roku zaplanowane zostało również otwarcie hotelu Four Points by Sheraton Warsaw Mokotów, w którym znajdzie się 190 pokojów, część  konferencyjna o łącznej powierzchni około 400 mkw., restauracja z barem i centrum fitness.

Walka o najemców

Nowe obiekty komercyjne i inwestycje mieszkaniowe urozmaicają infrastrukturę Służewca, który także dzięki otwieranym placówkom gastronomicznym i rozrywkowym, poprawia swoją konkurencyjność. Po piętach depcze mu bowiem nowe centrum biznesowe, rozrastające się w rejonie ronda Daszyńskiego, które oferuje już 630 tys. mkw. biur.

Z danych Walter Herz wynika, że inwestycje powstające obecnie w promieniu 1,5 km od ronda dostarczą wkrótce na warszawski rynek kolejne ponad 600 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni. Najbardziej spektakularnym projektem, jakiego budowę można obserwować na tym terenie jest kompleks Varso Tower z ponad 140 tys. mkw. powierzchni, w którym znajdzie się najwyższy budynek w Unii Europejskiej, mierzący z iglicą 310 metrów.

Zdaniem Mateusza Strzeleckiego mokotowskie centrum biurowe ma jednak pewne atuty, które pozwalają mu utrzymać dobrą pozycję na rynku. – Wola może się poszczycić bardzo nowoczesnymi, często spektakularnymi inwestycjami i bogatą infrastrukturą komunikacyjną, ale ma to swoje przełożenie na czynsze za wynajem powierzchni biurowej, które na Mokotowie są o około 30 proc. niższe – zauważa specjalista.

Zaznacza również, że dużym walorem mokotowskiego zagłębia jest skupienie na jego terenie licznych międzynarodowych podmiotów i liczących się światowych marek, co przyciąga kolejne firmy, stawiające na sąsiedztwo ułatwiające kontakty B2B. Wśród atutów Służewca Mateusz Strzelecki wymienia także bogatą i różnorodną ofertę biurową oraz sąsiedztwo lotniska Chopina.

Autor: Walter Herz

Osłabiony złoty próbuje odrabiać straty

Wczorajsze umocnienie polskiej waluty miało miejsce pomimo dalszego wzrostu rentowności amerykańskich papierów dłużnych i umocnienia dolara amerykańskiego w relacji do koszyka walut. Lekki wzrost na parach z polską walutą wygląda na odreagowanie po ostatnich, silnych spadkach.

Polskiemu złotemu wczoraj nie zaszkodziło spotkanie Rady Polityki Pieniężnej, którego wydźwięk był gołębi. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Istotnie nie zmienił się również ton prezesa Glapińskiego i przewodzonej przez niego RPP. Przewodniczący i towarzyszący mu członkowie Rady (prof. Osiatyński i dr Zubelewicz) powtarzają, że obecnie nie ma szans na podwyżki stóp procentowych.

Wczoraj opublikowane zostały również wyliczenia Narodowego Banku Polskiego, który podał, iż bazowa dynamika cen w kwietniu była niższa niż w poprzednim miesiącu – inflacja bazowa, zgodnie z szacunkami konsensusu ekonomistów spadła z 0,7% do 0,6% rocznie i obecnie jest najniższa od ponad roku. W kwietniu widać również wyraźną różnicę w zachowaniu się inflacji CPI i bazowej dynamiki cen. Ta pierwsza wzrosła dość istotnie w porównaniu z odczytem z poprzedniego miesiąca, głównie ze względu na wzrost cen paliw i żywności. Wyjątkowo niska inflacja bazowa sugeruje niską presję na wzrost cen, nie wróżąc szybkiego wzrostu ogólnej dynamiki cen w przyszłości i rychłych podwyżek stóp procentowych.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę osłabił się o 0,6%, wahając się w widełkach 4,27-4,30. We wtorek euro zakończyło dzień osłabieniem w relacji do głównych walut i złotego. Wspólnej walucie oprócz siły USD nie sprzyjały m.in. informacje płynące z Włoch – zgodnie z doniesieniami koalicja partii populistycznych chce żądać umorzenia długu Włoch o wartości 250 mld EUR. Ryzyko inwestowania we Włoszech rośnie, widać to wyraźnie po podbiciu rentowności obligacji – ich poziom znajduje się w okolicy tego notowanego przed wyborami w marcu.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę osłabił się o 0,2%, wahając się w widełkach 4,87-4,91. Wczoraj funt brytyjski zakończył dzień na plusie w relacji do głównych walut, osłabił się nieco natomiast w parze ze złotym. Mimo ostatniej stabilizacji GBP w relacji do koszyka walut, widać, że brytyjskiej walucie nadal ciążą obawy dotyczące negocjacji w sprawie Brexitu i odsunięcie w czasie podwyżek stóp procentowych ze strony BoE.

USD

Kurs USD/PLN w środę osłabił się o 0,5%, wahając się w widełkach 3,62-3,65. Wczoraj dolar amerykański zyskiwał w relacji do euro i polskiego złotego, wspierany przez rosnące rentowności amerykańskich obligacji. Kontynuują one rajd w górę, przebijając kolejne psychologiczne poziomy. Spread między rentownościami obligacji niemieckich i amerykańskich nadal ulega rozszerzeniu.

Wczorajsze dane z USA okazały się lepsze od oczekiwań. Liczba pozwoleń na budowę w kwietniu w ujęciu miesięcznym wprawdzie spadła, spadek był jednak niższy od oczekiwań (-1,8% vs. -2,3%), w górę zaktualizowano również odczyt z poprzedniego miesiąca (z 2,5% do 4,1% miesięcznie). Pozytywnie zaskoczyła również dynamika produkcji przemysłowej, która wyniosła 0,7% w ujęciu miesięcznym wobec oczekiwanych 0,5%. Również w tym wypadku w górę zaktualizowano odczyt z poprzedniego miesiąca (z 0,5% do 0,7% miesięcznie).

Wczorajsze wypowiedzi członków FOMC przeszły raczej bez większego echa. Warto mimo to zwrócić uwagę na słowa Jamesa Bullarda, który stwierdził, że oczekiwania inflacyjne wzmacniają się z uwagi na rosnące ceny ropy naftowej. Dla samego Bullarda nie jest to informacja pozytywna – wyższe oczekiwania inflacyjne i wyższa inflacja sugerują, że tempo podwyżek stóp procentowych w USA w 2018 r. może być wyższe niż w poprzednich latach, a Bullard wielokrotnie wyrażał obawy względem szybkich podwyżek stóp procentowych i ich konsekwencji (w tym wypadku – inwersji krzywej dochodowości).

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:00 – przemawia Vitor Constancio z EBC
  • 14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA
  • 14:30 – wskaźnik przemysłowy wg FED z Filadelfii
  • 16:45 – przemawia Neel Kashkari z FOMC
  • 18:00 – przemawia Andy Haldane z BoE
  • 19:30 – przemawia Robert Kaplan z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury

RODO – jaki ma wpływ na małe firmy?

Ewa Szpytko-Waszczyszyn, ekspert wFirma.pl i MojeBiuro24.pl
Ewa Szpytko-Waszczyszyn, ekspert wFirma.pl i MojeBiuro24.pl

25 maja to dzień wejścia w życie rozporządzenia w sprawie ochrony danych osobowych – RODO. Unijne przepisy dotyczące zapewnienia bezpieczeństwa danych osobowych od tej daty dotyczą wszystkich firm. Nie ma zatem znaczenia, czy jest to jednoosobowa działalność gospodarcza, spółka cywilna czy spółka z o.o. – każde z tych podmiotów obowiązuje ochrona danych osobowych. Bez znaczenia jest również liczba  zatrudnianych pracowników.

RODO w małej firmie – jak się odnaleźć?

Nie każdy jest świadomy tego, że ochrona danych osobowych na gruncie krajowym działała już od 1997 roku i również nakładała na firmy określone wytyczne dotyczące zabezpieczeń danych osobowych. RODO w porównaniu do tych przepisów jest mniej konkretne, bowiem mówi o tym, co trzeba chronić, ale nie wskazuje wprost, jak to robić. Zatem koncepcja ochrony danych osobowych ma być przede wszystkim dostosowana do zakresu przetwarzanych danych w firmie, uwzględniając ryzyko utraty i skutków, jakie będzie to niosło dla osób, których dane dotyczą.

Dane osobowe w małej firmie

Zawsze wdrażanie ochrony i dostosowywanie środków bezpieczeństwa zaczyna się od udzielenia odpowiedzi na dwa podstawowe pytania:

  1. Jakie dane osobowe w firmie przetwarzam?
  2. W jakich codziennych sytuacjach, czynnościach ich używam?

Odpowiedź na te pytania jest niczym innym jak tzw. identyfikacją zbiorów danych i procesów ich przetwarzania. Najczęstszą odpowiedzią małych firm będzie wskazanie obszarów takich jak:

  • dane kontrahentów – w procesie zamówienia, fakturowania, prowadzenia ewidencji księgowych (czy to samodzielnej księgowości, czy też poprzez powierzanie danych fachowcom – biurom rachunkowym), czat, mail
  • dane kontaktowe – wizytówki, kalendarze, zeszyty planowania spotkań, systemy CRM, formularz kontaktowy na stronie internetowej, czat, mail
  • dane pracowników – w procesie zatrudnienia, rozliczania podczas przebiegu pracy z tytułu podatków i ZUS, ale także czasem i przy szkoleniach, udzielaniu benefitów jak prywatna opieka medyczna.

W przypadku firm na co dzień działających w internecie dochodzą czynności zapisów i wysyłki newsletterów czy wpinanie na własnej stronie internetowej narzędzi typu Pixel Facebooka, które powodują tzw. profilowanie dla celów wyświetlania odpowiednio dobranych komunikatów marketingowych w postaci reklam na Facebooku, na podstawie zaczytanych z poruszania się po stronach internetowych zachowań.

Dostosowanie zabezpieczeń i środków ochrony danych w małej firmie

Jeśli już wiemy, jakie dane przetwarzamy w firmie oraz w jakich codziennych czynnościach, kolejną rzeczą jest określenie zabezpieczeń i środków ochrony danych. Brzmi groźnie, natomiast jest to nic innego, jak podjęcie pewnych działań w celu zabezpieczenia przetwarzanych w firmie danych przed ich utratą, wykradnięciem czy przetwarzaniem niezgodnym z prawem.

Przykładowe formy zabezpieczeń danych w małej firmie to:

  • sporządzenie spisu: jakie dane przetwarzamy, w których czynnościach, czy komuś je udostępniamy/powierzamy, a następnie uszeregowanie ich według kolejności – które dane są najbardziej cenne z punktu widzenia firmy oraz wyciek których danych osobowych mógłby spowodować największe niechciane skutki (ingerencja w godność i prawa osoby fizycznej) – w ten sposób przeprowadzisz uproszczoną analizę ryzyka
  • korzystanie z usług firm, które dbają o bezpieczeństwo i dają narzędzia wspomagające przedsiębiorcę w wypełnianiu obowiązków RODO
  • podpisywanie umów powierzenia z podmiotami, którym przekazujemy dane dla celów korzystania z ich usług
  • zwiększanie świadomości i pilnowanie wydawania upoważnień do przetwarzania danych – przy zatrudnianiu pracowników zanim powierzysz pracę z danymi, przeszkol ich, tłumacząc, że są to chronione informacje, których ujawnienie osobom nieuprawnionym (wyciek) może powodować nałożenie bardzo wysokich kar prowadzących do zamknięcia firmy, a co za tym idzie utraty przez nich miejsca pracy
  • określenie procedur – czyli wyznaczanie schematów działań, jakie pozwolą zabezpieczyć przetwarzane dane osobowe, np. zakaz wynoszenia dokumentów z firmy, obowiązek zahasłowania komputerów i dostępów do programów komputerowych, zakaz wyrzucania do zwykłych śmieci czy pozostawiania na drukarce dokumentów, na których widnieją dane osobowe, przechowywanie ważnych danych w zamykanych na klucz szafach (polityka kluczy, gdzie je umieszczamy po zakończonej pracy czy przy wyjściu z pokoju), procedury archiwizacji – tworzenia kopii zapasowych w przypadku danych przetwarzanych w komputerze.

Te wszystkie czynności przyczyniają się do zabezpieczenia danych. Ważne, by co jakiś czas zadawać sobie pytanie sprawdzające, czy wszystko to w praktyce działa, a jeśli tak, to czy coś jeszcze można zrobić, by lepiej chronić dane?

Wpływ RODO na małe firmy

Wejście w życie na gruncie krajowym nowych przepisów małym firmom może przysporzyć kłopotów, gdyż firmy te na co dzień dotąd raczej nie zastanawiały się nad ochroną danych osobowych. Zwiększenie możliwości nakładania kar w tym zakresie i dochodzenia odszkodowań motywuje je, by zacząć działać. Nie jest to proste, gdyż generuje to koszty. Mała firma, która ma zabezpieczyć komputery, prowadzić politykę tworzenia, odtwarzania i przechowywania kopii zapasowych w odrębnej lokalizacji niż ta, w której na co dzień dane są przechowywane, to konieczność zakupu dysku/małego serwera, zatrudnienia fachowca i utrzymywania całego procesu. RODO bowiem zmienia dotychczasowe podejście do ochrony danych, mówiąc, że nie wystarczy raz coś zrobić – trzeba to nieustannie monitorować, z uwagi na to, że firma żyje, a procesy nieustannie się zmieniają, dostosowując do rynku.

Z pomocą małym firmom mogą przyjść pojawiające się na rynku rozwiązania online, które powodują, że przy świadczeniu usług dużą część obowiązków małej firmy, jak m.in. tworzenie i ochrona kopii zapasowych, darmowe i automatyczne aktualizacje dostosowujące systemy do nowych przepisów, dostawca oprogramowania w formie SaaS przejmuje na siebie. Ważne przy tym, by wybierać sprawdzonych dostawców, których programy są zgodne z RODO i którzy podpisują umowy powierzenia przetwarzania danych osobowych.

Ewa Szpytko-Waszczyszyn – Ekspert wFirma.pl oraz MojeBiuro24.pl

Nowelizacje w VAT w 2018 r. – realne zmiany czy „mowa trawa” fiskusa?

Obszerna ustawa o podatku od towarów i usług jest przedmiotem nieustannych prac legislacyjnych. Planowana na 2018 rok nowelizacja ma nie tylko służyć dalszej walce z nadużyciami w obszarze VAT, ale również ułatwić życie rzetelnie rozliczającym się podatnikom. Jakkolwiek dążenie ustawodawcy do doskonałości należy ocenić pozytywnie, to można nabrać wątpliwości, czy w dalszym ciągu ma on na uwadze zasady pewności i stabilności prawa oraz czy rzeczywiście wychodzi naprzeciw realnym problemom, z jakimi zmagają się przedsiębiorcy.

Nowe pomysły na walkę z szarą strefą

Jedna ze zmian planowanych w projekcie z dnia 13 lutego 2018 r. ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw wymierzona jest w oszukańczy proceder polegający na wystawianiu faktur do paragonów, które zostały wygenerowane przez kasę fiskalną, ale klient ich nie odebrał. W takich przypadkach niejednokrotnie dochodziło do sytuacji, w której sprzedawca na podstawie pozostawionego przez klienta paragonu oraz z wykorzystaniem tzw. fakturomatu wystawiał fakturę, którą za opłatą udostępniał innym zainteresowanym przedsiębiorcom. Na podstawie takich „pustych” faktur mogli oni dokumentować koszty uzyskania przychodu w podatku dochodowym oraz odliczać podatek naliczony dla potrzeb rozliczenia podatku od towarów i usług. Zaproponowane rozwiązanie ma ukrócić ten proceder. Zgodnie z projektowanymi przepisami fakturę do paragonu na rzecz nabywcy, który posługuje się określonym numerem NIP, będzie można wystawić jedynie w sytuacji, gdy paragon dokumentujący transakcję zawiera ten konkretny numer. Takie rozwiązanie pozwoli organom podatkowym zweryfikować, czy faktura, z której korzysta podatnik, rzeczywiście dokumentuje sprzedaż dokonaną na jego rzecz, a tym samym stanowi podstawę do jej wykorzystania w rozliczeniach podatkowych. W założeniu ustawodawcy ma to być kolejny cios w szarą strefę i nierzetelnych podatników, którzy zaniżają podatki dochodowy i VAT, pomimo że w istocie nie ponieśli kosztów udokumentowanych tymi fakturami.

W ramach walki z oszustwami w obszarze podatku VAT projektodawca zmierza do ograniczenia zwolnienia od podatku od towarów i usług ze względu na rodzaj towarów będących przedmiotem obrotu. Zgodnie z planowaną nowelizacją obowiązujący co do zasady limit zwolnienia (sprzedaż nieprzekraczająca 200 tys. złotych rocznie) nie będzie dotyczył m.in. sprzedaży artykułów elektronicznych. O ile nadużycia w tym obszarze zostały częściowo wyeliminowane dzięki wprowadzeniu instytucji odwrotnego obciążenia, o tyle w dalszym ciągu prowadzenie sprzedaży tego typu artykułów naraża budżet państwa na uszczuplenia. Biorąc pod uwagę również trudności wiążące się z dotarciem do rzeczywistego dostawcy towaru handlującego np. za pośrednictwem portalu aukcyjnego, kwestią czasu było podjęcie przez ustawodawcę działań mających na celu walkę z nadużyciami w tym obszarze. Jak bowiem podkreślają przedstawiciele Ministerstwa Finansów, w przypadku prowadzenia działalności gospodarczej przez Internet nie ma fizycznej możliwości skontrolowania i oszacowania, czy taka działalność mieści się w limicie zwolnienia. Daje to duże pole do nadużyć. Resort nie wyklucza również, że w przypadku gdy likwidacja zwolnienia z VAT w obszarze elektroniki przyniesie oczekiwane skutki, rozwiązanie to może być zastosowane w odniesieniu do innych grup towarów.

Precyzyjne przesłanki wykreślenia z rejestru VAT

Planowane zmiany legislacyjne dotyczą również doprecyzowania przesłanek wykreślenia podatników z rejestru VAT. Praktyka stosowania obecnie obowiązujących przepisów pokazuje, że przesłanki wykreślenia nie zostały określone w sposób wystarczająco jasny, przez co budzą wątpliwości interpretacyjne. Spory budzi m.in. to, czy wykreślenie z rejestru podatników VAT następuje tylko w przypadku złożenia deklaracji, w której podatnik nie wykazał podatku do zapłaty (tzw. deklaracja „zerowa”), czy też w razie niewykazania w złożonym zeznaniu kwoty podatku do odliczenia. W celu wyeliminowania tej niejasności projektodawca w omawianym projekcie zmienił spójnik „lub” na „ani”, co oznacza, że wykreślenie z rejestru VAT możliwe będzie w razie wystąpienia dwóch wyżej wymienionych przesłanek.

Niestety, planowane zmiany ustawodawcze w obszarze podatku od towarów i usług nie zmierzają na chwilę obecną do rozwiązania innego problemu, na który coraz częściej wskazują w swych orzeczeniach sądy administracyjne. Chodzi o wydawanie przez organy podatkowe decyzji w przedmiocie wykreślenia z VAT, która dawałaby podatnikom możliwość odwołania się od niej, a w dalszej kolejności – wnoszenia skargi do wojewódzkiego sądu administracyjnego. Brak precyzyjnych regulacji w tym zakresie w dalszym ciągu naraża podatników wykreślonych z rejestru na niepewność i utrudnia im sądową weryfikację rozstrzygnięć fiskusa.

Korekta deklaracji możliwa po wszczęciu kontroli

Całkowitą nowością, jeśli chodzi o zasady korygowania rozliczeń podatkowych, jest możliwość złożenia korekty deklaracji podatkowej po wszczęciu kontroli celno-skarbowej. To rozwiązanie pozwoli podatnikowi na uniknięcie dodatkowego zobowiązania podatkowego w wysokości 20% np. w razie zaniżenia zobowiązania ujawnionego w toku kontroli. Zgodnie z projektowanymi przepisami w przypadku złożenia korekty deklaracji i uiszczenia zobowiązania lub zwrotu nienależnie otrzymanej kwoty zwrotu VAT w terminie 14 dni od wszczęcia kontroli sankcja będzie mniej dotkliwa, gdyż wyniesie jedynie 15% wysokości uszczuplonego zobowiązania. Resort finansów uzasadnia wprowadzenie takiej konstrukcji koniecznością zachęcenia podatnika do złożenia korekty deklaracji. W obecnie obowiązującym stanie prawnym sytuacja podatnika jest taka sama w sytuacji, gdy skoryguje on zeznanie po wszczęciu kontroli, jak wtedy, gdy zrobi to po otrzymaniu jej wyniku. Należy jednak podkreślić, że projektowane rozwiązanie dotyczy jedynie możliwości złożenia korekty deklaracji po wszczęciu kontroli celno-skarbowej na podstawie ustawy z dnia 16 listopada 2016 r. o Krajowej Administracji Skarbowej. Prawo do złożenia korekty za badany przez organy okres w dalszym ciągu ulega zawieszeniu na czas trwania postępowania podatkowego lub kontroli podatkowej prowadzonych w trybie określonym w ustawie z dnia 29 sierpnia 1997 r. Ordynacja podatkowa. Takie rozwiązanie budzi wątpliwości z punktu widzenia zasady równości, ale może również świadczyć o tym, że priorytetem fiskusa będzie wszczynanie kontroli celno-skarbowych ukierunkowanych na zwalczanie nadużyć podatkowych w najbardziej newralgicznych obszarach. Intencją ustawodawcy najwyraźniej nie jest samo „prowadzenie” kontroli, ale dążenie do tego, aby działania organów Krajowej Administracji Skarbowej przynosiły Skarbowi Państwa wymierne i realne wpływy – w myśl zasady, że nie liczy się ilość, lecz jakość.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

To jeszcze nie koniec podwyżek na polskich stacjach benzynowych

To jeszcze nie koniec podwyżek kosztów tankowania na polskich stacjach. Ceny paliw wyrażone w złotym na europejskim rynku cały czas rosną, a benzyna bezołowiowa osiąga poziomy jak wtedy, gdy baryłka ropy kosztowała w okolicach 100 dolarów – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Niestety, cały czas na rynek napływają negatywne informacje dla kierowców. Ropa Brent jest notowana blisko granicy 80 dolarów za baryłkę i w tym tygodniu osiągnęła najwyższe poziomy od listopada 2014 r. Wydarzenia geopolityczne na Bliskim Wschodzie powodują obawy o utrzymanie podaży surowca energetycznego w kolejnych miesiącach.

Wenezuela ważna dla polskich kierowców

Dodatkowo sytuację na rynku paliwowym komplikuje pogrążona w olbrzymim kryzysie gospodarczym oraz humanitarnym Wenezuela. Chociaż kraj ten dysponuje ogromnymi złożami ropy, władze w Caracas mają poważne problemy z jej wydobyciem i przygotowaniem do sprzedaży swoim globalnym odbiorcom.

Według majowego raportu Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) produkcja ropy z Wenezueli spadła w kwietniu o kolejne 50 tys. baryłek dziennie (bpd) do 1,42 mln bpd i jest najniższa od lat 50. ubiegłego stulecia. Od października 2016 r. wydobycie surowca z tego kraju uległo wręcz załamaniu i obniżyło się o 650 tys. bpd, czyli o ponad 30 proc.

W niedzielę 20 mają się odbyć wybory prezydenckie w Wenezueli, które wygra sprawujący obecnie władzę Nicolas Maduro. IEA ocenia, że produkcja ropy z tego kraju może zmniejszyć się o kolejne kilkaset tys. bpd ze względu na ryzyko wprowadzenia sankcji przez USA czy rezygnacji z pracy pracowników sektora naftowego. Wszystkie te wydarzenia powodują zaburzenia bilansu podaży i popytu ropy naftowej, zmniejszają zapasy i zwiększają ryzyko dalszego wzrostu cen w kolejnych tygodniach.

Ceny benzyny jak przy ropie za 100 dol.

Na Europejskim rynku ARA (Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia) ceny diesla oraz benzyny bezołowiowej osiągają nowe rekordy praktycznie każdego dnia. Olej napędowy jest notowany po 2,14 zł za litr, a benzyna bezołowiowa sprzedawana po 2,13 zł. W obu przypadkach jest to 8 gr więcej niż w połowie zeszłego tygodnia i najwięcej od października 2014 r.

Warto również zauważyć, że cena benzyny zbliżyła się już do wartości, gdy ropa kosztowała ponad 100 dol. za baryłkę. W okresie październik 2013 – marzec 2014 średnia cena popularnej 95 wynosiła 2,19 zł/litr, czyli zaledwie 6 gr więcej niż obecnie. Przez ten cały czas ropa Brent poruszała się powyżej wartości 100 dol. za baryłkę. Dlaczego więc paliwo jest takie drogie?

Przede wszystkim to efekt znacznie droższego dolara. W analizowanym przedziale czasowym kosztował on przeciętnie 3,06 zł. Bieżący kurs oscyluje powyżej granicy 3,60 zł, a to 18-19 proc. więcej. Czasami mamy także do czynienia ze zbyt dużą podażą niektórych paliw w porównaniu do popytu. Stąd w pewnych okresach np. benzyna czy olej napędowy jest nieco tańszy niż wynikałoby to z cen ropy naftowej.

Ile zapłacimy w kolejnych tygodniach? Nawet 5,30 zł/litr

Według danych Komisji Europejskiej z 14 maja przeciętna cena benzyny bezołowiowej 95 wynosiła w Polsce 5,06 zł/litr, a diesla 4,99 zł/litr. Biorąc pod uwagę sytuację na europejskim rynku paliw i zależności pomiędzy ceną hurtową oraz detaliczną, można oczekiwać, że popularna „95” pod koniec maja będzie średnio kosztować w przedziale 5,15-5,20 zł/litr. To również oznacza, że na niektórych stacjach zobaczymy poziomy zbliżone 5,30 zł/litr. Posiadacze diesla natomiast muszą przygotować się na ceny oscylujące przy granicy 5,10 zł/litr, czyli ok. 10 gr więcej niż obecnie.

Grupa BGŻ BNP Paribas po I kw. 2018 r.

Cele zrównoważonego rozwoju ONZ – CIMA publikuje wytyczne

  • CIMA publikuje wytyczne, które pomogą organizacjom w osiągnięciu celów zrównoważonego rozwoju ONZ
  • Nowy przewodnik podkreśla wpływ, jaki specjaliści ds. rachunkowości zarządczej mają na zrównoważony rozwój biznesu

Specjaliści ds. rachunkowości zarządczej odgrywają kluczową rolę w przyczynianiu się do zwiększenia zaufania, szans i dobrobytu, a ostatecznie do stworzenia zrównoważonej przyszłości tak dla przedsiębiorstw, jak i całego społeczeństwa.  Nowy przewodnik opublikowany przez CIMA i AICPA, zawiera wskazówki, które pomogą tego typu ekspertom oraz organizacjom, które reprezentują, w osiągnięciu celów zrównoważonego rozwoju ONZ.

Łącznie Organizacja Narodów Zjednoczonych określiła 17 celów i 169 zdań z nimi związanych, które docelowo mają wesprzeć w rozwiązaniu światowych problemów dotyczących ubóstwa, głodu, zdrowia, dostępu do edukacji, zmian klimatycznych, równości płci, dostępu do wody pitnej, warunków sanitarnych, energii, środowiska i sprawiedliwości społecznej.

Przewodnik The role of the accountant in implementing the Sustainable Development Goals,” zapewnia wskazówki, które pomogą organizacjom osiągnąć niektóre z ich celów społecznych i społeczno-gospodarczych. Mówiąc ściślej, opracowanie sugeruje, że umiejętności, rola organizacyjna i etyczne zaangażowanie specjalistów ds. rachunkowości zarządczej stawiają ich na czele planowania i wdrażania celów postawionych przez ONZ. Dlaczego? Eksperci z tej dziedziny są odpowiedzialni za opracowywanie nowych programów biznesowych, zarządzanie ryzykiem i proponowanie alternatywnych kierunków działań swoich organizacji.

Jakub Bejnarowicz, Associate Director, Central and Eastern Europe, Association of International Certified Professional Accountants
Jakub Bejnarowicz, Associate Director, Central and Eastern Europe, Association of International Certified Professional Accountants

– Specjaliści z tytułem CGMA są zobowiązani do przestrzegania najwyższych standardów etycznego postępowania i dlatego świetnie sprawdzają się w realizacji celów zrównoważonego rozwoju ONZ. Ponieważ zyskują one na znaczeniu, zestaw umiejętności CGMA, który obejmuje między innymi ekspertyzę w zakresie zarządzania ryzykiem, analizy biznesowej i wspomagania decyzji, stanie się coraz bardziej pożądany i cenny – tłumaczy Jakub Bejnarowicz, Associate Director, Association of International Certified Professional Accountants.

Według przewodnika, specjaliści ds. rachunkowości zarządczej mogą pomóc firmom osiągnąć takie cele poprzez:

  • zachęcanie przedsiębiorstw do poprawy ich możliwości w zakresie tworzenia innowacji
  • skupienie się na najlepszych praktykach w zakresie zarządzania
  • nawiązywanie strategicznych partnerstw
  • pomoc przedsiębiorstwom w oparciu swoich raportów korporacyjnych na sześciu zasadach tworzenia zintegrowanych raportów, które obejmują m.in. czynnik finansowy, produkcyjny i społeczny

Ponadto przewodnik zawiera przykłady tego, w jaki sposób organizacje z różnych sektorów i regionów spełniają już wymagania ONZ. Opracowanie wskazuje również narzędzia i metody, które firmy mogą wykorzystać, w celu zarządzania ryzykiem utraty reputacji, reagowania na globalizację, cyfryzację i zmiany natury politycznej.

Jednym z narzędzi uwzględnionych w przewodniku jest CGMA Business Model Framework. Oprócz zwiększania potencjału organizacji w zakresie tworzenia długoterminowych wartości, narzędzie to może pomóc w radzeniu sobie z zagrożeniami i szansami związanymi z realizacją celów zrównoważonego rozwoju. Analiza informacji i dostarczenie jej zainteresowanym stronom jako dowód postępu w realizacji celów to cenne wsparcie dla organizacji w uzyskaniu zaufania do ich określonych wartości i intencji.

Italexit na horyzoncie?

Przy bardzo ubogim kalendarium makro (tygodniowe dane z rynku pracy, i indeks Philadelphia Fed) w centrum uwagi znajdą się dziś wypowiedzi przedstawicieli banków centralnych (J. Bullard, N. Kashkari, R. Kaplan z Fed oraz V. Constâncio z EBC) oraz wydarzenia polityczne. Źródłem ryzyka będzie postęp rozmów koalicyjnych we Włoszechpo tym, jak zdobyta przez prasę wstępna umowa koalicyjna pomiędzy Ruchem 5 Gwiazd i Ligą (datowana na 14 maja) zawierała rewolucyjne pomysły (mechanizm opuszczenia strefy euro, żądanie umorzenia długu przez EBC, zniesienie zasad z Maastricht).

Przegląd wydarzeń:

RPP nie zmieniła stóp procentowych, a w krajowej polityce pieniężnej powiało nudąItalexit

Kolejne dane z USA potwierdzają bardzo dobrą kondycję gospodarki na początku 2q18 i uzasadniają kontynuację zacieśniania polityki pieniężnej. Produkcja przemysłowa w USA wzrosła w kwietniu o 0,7% m/m, podobnie jak miesiąc wcześniej i silniej od oczekiwań. Produkcja w przetwórstwie wzrosła o 0,5% m/m, a dane za ostatnie trzy miesiące dają solidny zannualizowany wzrost o 7,8%. Produkcja w górnictwie wzrosła w kwietniu o 1,1% m/m, potwierdzając że wzrost cen ropy naftowej prowadzi do większego wydobycia w USA, za którym prawdopodobnie podąży wzrost inwestycji w sektorze wydobywczym. Inną oznaką ożywienia inwestycji jest odnotowany w kwietniu, najwyższy od roku, wzrost produkcji maszyn i urządzeń (1,2% m/m).

Krajowa inflacja bazowa (bez cen żywności i energii) spadła w kwietniu do 0,6% r/r z 0,7% r/r w marcu. Główną przyczyną był efekt bazy w cenach biletów lotniczych sprzed roku. Inflacja bazowa w ostatnich miesiącach ustabilizowała się na niskim poziomie (poniżej 1,0% r/r), co stanowi jeden z argumentów za stabilizacją polityki pieniężnej. Nadal jednak oczekujemy wzrostu inflacji bazowej w kolejnych miesiącach (począwszy od danych za maj), docelowo do poziomów wyraźnie powyżej 1% na koniec roku.

Ostateczne dane inflacyjne ze strefy europotwierdziły spadek inflacji HICP w kwietniu do 1,2% r/r z 1,3% r/r w marcu. Inflacja bazowa wyhamowała natomiast do 0,7% r/r z 1,0% r/r. Spadek inflacji nastąpił pomimo wzrostu cen energii i był spowodowany przez niższą dynamikę cen usług (1,0% r/r vs 1,5% r/r miesiąc wcześniej), częściowo odwracając widoczny w poprzednim miesiącu efekt Wielkanocy. Niska inflacja w strefie euro może wstrzymać ogłoszenie zakończenia QE przez EBC do lipca.

Źródło: PKO Bank Polski

Inflacja zbliża się wielkimi krokami. Koalicja we Włoszech

Gwałtownie rosnące ceny ropy naftowej zapowiadają rychły powrót inflacji. Nowo utworzona koalicja we Włoszech nie budzi zaufania inwestorów. Euro w odwrocie.

Inflacja zbliża się wielkimi krokami

Ceny ropy naftowej będącej głównym składnikiem cen transportu dalej idą w górę. Wczoraj baryłka ropy dotarła już niemal do 80 dolarów w przypadku ropy na giełdzie w Londynie. W USA ropa przekroczyła 71 dolarów. Z jednej strony mam silną oczekiwaną nierównowagę powodowaną na rynku potencjalnym odcięciem dostaw z Iranu i ceny surowca rosną. Z drugiej wzrasta ilość odwiertów a ceny ropy uzasadniają wydobycie z łupków. Jaki to wszystko ma wpływ na waluty? Gwałtownie drożejąca ropa podniesie ceny paliw. Tym bardziej, że stacje benzynowe z obniżkami czekają, natomiast wzrosty cen następują szybciej. W rezultacie można się spodziewać wzrostu inflacji jeszcze w te wakacje. Wzrost inflacji będzie powiększał presję na wzrost stóp procentowych. To z kolei będzie powodować umacnianie się walut, których stopy procentowe będą rosnąć. W tym scenariuszu na szczególną uwagę zasługuje EUR i CHF, które ostatnio są w odwrocie względem dolara, którego stopy procentowe regularnie rosną.

Problemy Włoch

Tworząca się koalicja koalicji prawicowej oraz ruchu 5 gwiazd nie budzi entuzjazmu inwestorów. Zapowiadane są obniżki podatków i dalsze świadczenia socjalne. Wygląda to jakby kolejni politycy nie wiedzieli, że budżet nie jest z gumy. Mają oni jednak pomysł na sfinansowanie dodatkowego deficytu. Chcą poprosić EBC o umorzenie 250 mld euro długów. Sam pomysł, że bank w ogóle mógłby się zgodzić jest absurdem. Oznaczałoby to wtedy, że program QE, który miał się kiedyś zakończyć byłby zwykłym drukiem pieniądza bez pokrycia. O tym, że inwestorzy nie patrzą przychylnie na włoską gospodarkę świadczy to co się dzieje na rynku długu. Włochy to najmocniej zadłużone państwo w Europie i drugie pod kątem procentowego deficytu po Grecji. To, że taki kraj może się kredytować na tylko trochę powyżej 2% i tak należy uznać za bardzo dobry wynik i wiarę w solidarność Unii Europejskiej. To właśnie zamieszanie w ramach utworzenia rządu są powodem odwrotu inwestorów od euro ostatnich dni, które to przełożyło się na słabość złotego.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Pogarszające się warunki inwestycyjne

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Po względnie stabilnym kwietniu drugi tydzień maja przyniósł dość zaskakującą poprawę koniunktury, która objęła wiele parkietów, w tym warszawski. Po części wynikało to z publikacji niższych od oczekiwań danych o amerykańskiej inflacji, co daje Rezerwie Federalnej większy komfort działania przy niemalże rekordowo niskiej stopie bezrobocia.

W tym tygodniu ta poprawa klimatu została przerwana, a główną tego przyczyną było wznowienie trendu umacniania się dolara oraz wyraźny wzrost rentowności amerykańskich obligacji dziesięcioletnich powyżej psychologicznego poziomu 3%. Silniejszy dolar i wyższy koszt pieniądza szczególnie uderzają w rynki wschodzące i dlatego indeks MSCI Emerging Markets dotkliwie odczuł pogorszenie sentymentu. Zresztą pozostaje on w bliskich okolicach lekko poprawionych z początkiem maja tegorocznych minimów.

Nasz rynek mimo zbliżającej się reklasyfikacji przez FTSE Russell jeszcze długo pozostanie zaliczany do grona wschodzących, gdyż ważniejszy dostawca indeksów – MSCI – stosuje ostrzejsze kryteria dla rozwiniętego rynku. Tym samym pogarszające się środowisko inwestycyjne w całym spektrum rynków wschodzących nadal będzie nam ciążyło, i to mimo braku istnienia ważnej fundamentalnej przesłanki, czyli drożejącego dolarowego długu. Obciąża on najsłabsze ogniwa całej inwestycyjnej grupy, i to do tego stopnia, że Argentyna już zmuszona została do poproszenia o pomoc Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Inaczej prezentują się rynki rozwinięte.

Główne parkiety Eurolandu znalazły wsparcie w słabości waluty wspólnotowej. W przypadku Wall Street silniejszy dolar stał się pewną przeszkodą, ale głównie dla największych podmiotów. Małe amerykańskie spółki mają się całkiem dobrze i indeks Russell 2000 ustanowił w tym tygodniu nowe historyczne maksima. Zupełnie inaczej wyglądają krajowe mniejsze podmioty, które de facto pozostają w bessie, przygniecione własnymi problemami oraz deficytem kapitału. Zresztą skąpa baza kapitałowa w połączeniu z gorszym sentymentem prowadzą do ponadprzeciętnego spadku notowań kursów akcji spółek podających niekorzystne informacje i relatywnie skromną reakcję po stronie podmiotów przekazujących pozytywne komunikaty. Ciężko będzie na wyraźną poprawę tego stanu rzeczy, gdyż Polacy w tym cyklu nadzwyczaj konsekwentnie stronią od krajowych akcji, a tej luki nie jest w stanie zasypać żaden alternatywny dostawa środków. Teoretycznie mogłyby się nim stać planowane Pracownicze Plany Kapitałowe, ale do ich startu jeszcze daleka droga.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Polscy eksporterzy pod presją związaną z przepływem środków pieniężnych

  • Wydłużenie okresu obiegu należności (DSO – Dales Sales Outstanding) w skali globalnej stwarza ryzyko przepływu należności dla polskich eksporterów,
  • Globalny średni wskaźnik DSO osiągnie rekordowy poziom w 2018 roku, ulegając wydłużeniu do 67 dni,
  • Chińskie (92 dni), greckie (89 dni), włoskie i tureckie (83 dni) przedsiębiorstwa płacą za towary i usługi najdłużej podczas, gdy średnia w Polsce wynosi 59 dni

Ostrzeżenie przynosi publikacja Euler Hermes „PAYMENT BEHAVIOR: Payment delays up 2 days globally: Don’t lower your guard too early!” z maja 2018 roku, gdzie dokonano rocznego przeglądu i prezentacji prognoz dotyczących średniego w skali globalnej wskaźnika długości okresu obiegu należności – DSO (Days Sales Outstanding), które opierają się próbie spółek notowanych na giełdach w 36 krajach i reprezentujących 20 sektorów. DSO oznacza średnią liczbę dni, po upływie których przedsiębiorstwo może liczyć na otrzymanie zapłaty po dokonanej sprzedaży.

Średni światowy wskaźnik DSO wzrósł z 64 dni do 66 dni w latach 2016-2017, co stanowi najwyższy poziom od 2007 roku. Euler Hermes spodziewa się, że już w 2018 roku wzrośnie on w skali globalnej o kolejny dzień, ustanawiając tym samym nowy rekord.

Według tych badań, firma działająca w Chinach (lokalnie lub tam eksportująca) będzie musiała poczekać na zapłatę średnio 92 dni, czyli o 3 dni dłużej w porównaniu do ubiegłego roku, osiągając najwyższy poziom w ciągu dziesięcioleciu. Na drugim miejscu pod względem najwyższego wskaźnika DSO znalazły się Grecja (89 dni), Włochy i Turcja (83 dni).

Tymczasem polskie firmy płacą za towary i usługi średnio po 59 dniach, nieznacznie dłużej w porównaniu do zeszłego roku (58 dni). Najszybszymi płatnikami są Nowa Zelandia (43 dni), Austria i Dania (47 dni). Z kolei firmy z największych rynków zbytu polskiego eksportu regulują swe należności po 54 dniach – Niemcy, 53 dniach – Wielka Brytania oraz 74 dniach – Francja.

Ludovic Subran, Główny Ekonomista w Euler Hermes
Ludovic Subran, Główny Ekonomista w Euler Hermes

Ludovic Subran, główny ekonomista Euler Hermes przytoczone dane komentuje następująco: „Wydłużenie okresu spłaty należności odzwierciedla rozluźnienie standardów płatności pomiędzy przedsiębiorstwami. Wskaźnik DSO ma tendencję do wydłużania się wraz z poprawą sytuacji gospodarczej na świecie. Innymi słowy teraz, gdy gospodarka światowa radzi sobie lepiej, przedsiębiorstwa mają większe wzajemne zaufanie do siebie nawzajem w regulowaniu należności za towary i usługi. Spodziewamy się, że trend ten utrzyma się w tym roku, a średnia światowa wartość DSO przekroczy dziesięcioletni poziom”.

Podczas, gdy wzrost DSO jest jak zielone światło dla kondycji globalnej gospodarki, powinno to być jednocześnie żółte światło ostrzegawcze dla polskich eksporterów. Rosnąca różnica między dostawą a płatnościami jest ryzykiem, zwłaszcza w świetle ostatnich głośnych upadłości dużych firm, które wywołują efekt domina w całym łańcuchu dostaw. Zarządzający finansami – sprzedażą w kredycie powinni łączyć zaufanie ze zdrowym rozsądkiem finansowym i wykazać się szczególną ostrożnością przy uzgadnianiu nowych umów eksportowych.

Trzy czwarte z przeanalizowanych przez Euler Hermes sektorów wykazało wzrost długości DSO. Sektor lotniczy odnotował w 2017 roku wzrost o cztery dni – co daje łącznie sumę 12 dni od 2012 r. W ubiegłym roku w sektorze motoryzacyjnym, w budownictwie i elektronice średni wskaźnik długości obiegu należności – DSO wzrósł w ubiegłym roku o trzy dni.

Przytaczane badanie wykazało również, że najdłuższe terminy płatności mają miejsce w sektorach o długich procesach produkcyjnych. Na drugim końcu spektrum znajdują się sektory bliskie konsumentowi końcowemu, takie jak żywność (46 dni), transport (49 dni) i AGD – sprzęt gospodarstwa domowego (49 dni).

Sądy mają już do odzyskania ponad 309 mln zł, głównie za grzywny

W Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor jest już prawie 116 tys. dłużników wymiaru sprawiedliwości. Polacy najczęściej nie płacą grzywien oraz kosztów sądowych. W ciągu roku liczba dłużników Temidy wzrosła dwukrotnie, a ich łączna zaległość zwiększyła się ze 104 mln zł do ponad 309 mln zł. Najwyższa nieopłacona grzywna wynosi 7 mln zł, a wartość niezwróconego majątku pochodzącego z przestępstwa przekracza 45 mln zł. Na duże wzrosty długów wobec wymiaru sprawiedliwości ma wpływ rosnące zaangażowanie sądów we wpisywanie dłużników do rejestrów.

Na 370 sądów powszechnych działających w Polsce, tylko 30 nie mobilizuje dłużników do spłaty np. zaległych grzywien czy kosztów sądowych. Reszta przekazuje już dane niepłacących osób do BIG-ów w tym BIG InfoMonitor. Widać efekty. W Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor, w ciągu roku o prawie 100 proc. wzrosła liczba dłużników sądowych, a zaległość niemal trzykrotnie. W sumie sądy wpisały do rejestru BIG InfoMonitor 115 895 osób i mają do odzyskania 309 114 673 zł.

– Z pewnością, duże znaczenie w ułatwieniu przekazywania dłużników do rejestrów, dla mocno obciążonych pracą sądów miała platforma, nad którą pracowaliśmy wspólnie z innymi BIG-ami i Ministerstwem Sprawiedliwości. Za pomocą jednego kliknięcia sądy mogą teraz przesyłać informacje o swoich dłużnikach do wszystkich BIG-ów jednocześnie – przypomina Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Dzięki temu rozwiązaniu mogą w szybki i prosty sposób zwiększyć szanse na odzyskanie, jak widać z naszych danych, całkiem sporych sum – dodaje. Jedną z przyczyn umożliwienia wpisywania dłużników sądowych do rejestrów BIG było zwiększenie skuteczności ściągalności grzywien. Statystyki BIG InfoMonitor nie pozostawiają wątpliwości, że to właśnie skazani na kary finansowe najczęściej unikają ich uregulowania, choć w większości przypadku nie są to ogromne sumy, bo średnia wartość nieopłaconej grzywny to ok. 1 460 zł.

101 tys. osób nie zapłaciło grzywien wartych niemal 208 mln zł

Wśród blisko 116 tys. dłużników sądowych najwięcej osób – 101,8 tys. trafiło do rejestru z powodu grzywien. Wiele osób nie uregulowało też kosztów sądowych. Z tego właśnie powodu wpisanych jest ponad 58,2 tys. dłużników. Pozostałe powody wpisu są już zdecydowanie mniej znaczące, ponad tysiąc osób znajduje się w rejestrze ze względu na nieopłacone nawiązki na rzecz Skarbu Państwa (orzekane w sytuacjach, gdy przepadek przedmiotów pochodzących z przestępstwa jest niewspółmierny do wagi popełnionego czynu), a 249 dłużników nie zapłaciło sumy uznanej przez sąd za przedmiot przepadku (chodzi tu o zwrot korzyści pochodzących z przestępstwa). Z kolei 53 osoby nie uregulowały kar porządkowych (które można dostać za zabieranie głosu bez zgody sądu, czy używanie nieparlamentarnego słownictwa na sali rozpraw).

długi

Maksymalna zaległość, widniejąca w BIG InfoMonitor, to suma jaką według sądu skazany powinien oddać, ponieważ wzbogacił się w wyniku przestępstwa – wynosi prawie 45,3 mln zł. Wrażenie robi też najwyższa nieopłacona grzywna, jest to niemal 7 mln zł. Znaczący jest też maksymalny dług powstały z powodu nieopłaconych kosztów sądowych – 226,7 tys. zł. Przeciętna zaległość z tytułu nieopłaconej grzywny to jednak znacznie mniej, bo 1459 zł, a z tytułu kosztów sądowych 491 zł.

Widać po danych, że wiele osób jest wpisanych przez sądy kilkukrotnie. Na 116 tys. osób przypada ponad 212 tys. różnego rodzaju długów wobec Temidy. Większość sądowych dłużników nie ma czystej karty również w innych instytucjach. 67,7 tys. osób ma także inne długi wpisane do BIG InfoMonitor, w grę wchodzi ponad 1,5 mld zł. Z tego m.in. 571 mln zł to zobowiązania alimentacyjne, 311 mln zł pożyczki i kredyty, 41 mln zł niezapłacone rachunki telefoniczne i prawie 11 mln zł opłaty karne za jazdę bez biletu.

długi 2

Niemal co czwarty sądowy dłużnik to Ślązak

Najwięcej pracy z wpisywaniem dłużników mają sądy ze Śląska, stąd pochodzi ponad 27 tys. osób, które nie zapłaciły m.in. kosztów rozpraw czy grzywien. Łączna wartość ich zaległości przekracza 63,1 mln zł. Na kolejnym miejscu znajduje się Mazowsze, gdzie liczba dłużników dochodzi do 16 tys. osób, a dług do 51 mln zł. Następny jest Dolny Śląsk, tutaj sądom niemal 29 mln zł, winnych jest pieniądze ponad 14 tys. osób – wynika z danych BIG InfoMonitor.

długi 3

Źródło: BIG InfoMonitor

W pozostałych województwach liczba dłużników nie przekracza 10 tys. osób. Najsolidniej do zobowiązań wobec wymiaru sprawiedliwości podchodzą mieszkańcy województw: lubuskiego, świętokrzyskiego i podkarpackiego. Osoby zgłoszone do BIG z informacją o niezapłaconym zobowiązaniu mogą mieć problem z uzyskaniem kredytu, pożyczki, a także z podpisanie umowy na telefon, internet, czy telewizję kablową.

SSK S.A. kończy 1 kw. 2018 r. z zyskiem EBITDA

Surfland Systemy Komputerowe S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od sierpnia 2011 r., działająca w branży IT, wypracowała w 1 kw. 2018 r. dodatni wynik na poziomie EBITDA oraz zwiększyła przychody netto ze sprzedaży do blisko 863 tys. zł. Spółka odczuwa pozytywne skutki przeprowadzonej restrukturyzacji w wielu obszarach jej funkcjonowania.

Emitent zanotował w 1 kw. 2018 r. zysk EBITDA w wysokości 14 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 863 tys. zł. W analogicznym okresie 2017 r. wartość przychodów Spółki wynosiła prawie 742 tys. zł, więc tegoroczny wynik wykazuje ponad 16% wzrost. Głównym czynnikiem mającym wpływ na poprawę wyników finansowych SSK S.A. ma zakończona restrukturyzacja oraz utrzymywanie wysokiej dyscypliny kosztowej. Zarząd Spółki pracuje nad uzyskaniem nowych strumieni finansowych, które pozwolą na realizację nowych projektów i przedsięwzięć biznesowych, dzięki czemu możliwy będzie dalszy wzrost przychodów oraz rentowności.

„Zauważalna poprawa wyników to efekt restrukturyzacji, której głównym elementem była taka przebudowa zespołów merytorycznych i organizacji Spółki, żeby dostosować je do bieżącej sytuacji rynkowej i wyeliminować niedochodowe obszary działalności. Istotne znaczenie dla poprawy wyników ma również ciągły monitoring ponoszonych kosztów i stałe poszukiwanie możliwości optymalizacji wybranych składników. Spółka zamierza również zmodernizować swoje zaplecze techniczne i poszerzać kompetencje w zakresie szeroko rozumianego bezpieczeństwa przetwarzania informacji, co pozwoli oferować rynkowi komplementarne produkty i usługi w tym segmencie.” podkreśla Bogusław Bartoń, Prezes Zarządu Spółki Surfland Systemy Komputerowe S.A.

W pierwszym kwartale br. Emitent prowadził intensywne działania handlowe związane z wprowadzeniem na rynek kompleksowej oferty w zakresie przygotowania podmiotów do spełniania wymogów rozporządzenia RODO wykorzystując przy tym know-how, kompetencje oraz wieloletnie doświadczenie w zakresie doradztwa prawnego (partnerskie kancelarie prawne), informatyki i zarządzania projektami. W ten sposób Spółka uzyskała efekt synergii, który umożliwia planowanie oraz nadzorowanie procesu przygotowań zarówno w warstwie organizacyjno-prawnej, jak i technologicznej. SSK S.A. pracuje również nad poszerzeniem swojej oferty o rozwiązania służące ochronie przed zagrożeniami płynącymi z cyberprzestrzeni, w tym przede wszystkim ochronie przed niekontrolowanym wyciekiem danych, co pozwoli na zaoferowanie dedykowanych rozwiązań firmom z segmentu MSP. W podstawowym segmencie biznesowym, czyli świadczeniu usług nadzoru i opieki serwisowej oraz outsourcingu IT Emitent pozyskał w ostatnich miesiącach trzech nowych, długoterminowych klientów.

„W pierwszych miesiącach roku Spółka podpisała pięć umów na realizację usług w zakresie przygotowania klientów do spełnienia wymogów Rozporządzenia RODO. Cztery projekty znajdują się w zaawansowanej bądź końcowej fazie, jeden właśnie rozpoczynamy. Jednocześnie obserwujemy w ostatnim czasie coraz większe zainteresowanie tymi usługami i na bieżąco składamy potencjalnym klientom oferty na wykonanie audytu organizacyjno-prawnego i audytu bezpieczeństwa przetwarzania danych osobowych. Oceniamy, że popyt na te usługi będzie się utrzymywał co najmniej do późnej jesieni tego roku. Realizacja audytów bezpieczeństwa przetwarzania to w dużej mierze weryfikacja ochrony przez zagrożeniami płynącymi z cyberprzestrzeni. Doświadczenia wyniesione z tych prac w naturalny sposób budują dalsze kompetencje i korelują z planami zwiększenia aktywności Spółki w tym obszarze.” – podsumowuje Prezes Bartoń.

Spółka zrealizowała w 1 kw. 2018 r. pierwszy etap projektu w ramach realizacji umowy z Gminą Strzegom na dostawę, montaż, instalację i konfigurację sprzętu multimedialnego oraz utworzenie ścieżki dydaktycznej w budynku CAS „Karmel” w Strzegomiu dla potrzeb zadania inwestycyjnego pn. „Szlak Kamienia”. Wartość pierwszego etapu zadania wyniosła 236 tys. zł brutto. Realizacja drugiego etapu prac o wartości 102 tys. zł brutto powinna nastąpić do końca maja 2018 r.

SSK S.A. przeprowadziła w pierwszym kwartale 2018 r. emisję akcji serii J pozyskując z niej ponad 566 tys. zł. Inwestorzy objęli łącznie 566.200 szt. akcji po cenie emisyjnej wynoszącej 1,00 zł. Pozyskane środki pozwoliły m.in. na spłatę większości zaciągniętych w 2017 r. pożyczek oraz częściową odbudowę kapitałów Spółki.

Deloitte: Świat inwestuje w obronność – przychody sektora obronnego zwiększą się w tym roku o 3,6 proc.

W 2018 roku przychody przemysłu lotniczo-obronnego powinny wzrosnąć o około 4,1 proc. w porównaniu do roku poprzedniego. Na ten wynik składa się zarówno dobra kondycja sektora obronnego, jak i producentów samolotów pasażerskich. Według raportu „2018 Global aerospace and defense sector outlook. On a solid profitable growth path”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, globalne przychody całego sektora obronnego zwiększą się w tym roku o 3,6 proc., a wydatki na zbrojenia będą rosnąć w tempie średnio 3 proc. w latach 2017-2022. Z kolei branża lotnictwa cywilnego w tym roku odnotuje wzrost przychodów aż o 4,8 proc.

Globalne wydatki na obronność wyniosły w 2016 roku 1,68 bln dolarów, w 2017 roku było to 1,73 bln dolarów. Budżet obronny USA na poziomie 606,2 mld dolarów odpowiadał w 2016 roku za 36 proc. globalnych nakładów zbrojeniowych. Na skutek napięć w polityce światowej Rządy Indii, Rosji i Chin również zwiększały nakłady na zbrojenia (odpowiednio o 8,5 procent, 5,9 procent i 5,4 procent w porównaniu z rokiem 2015). Polska z wydatkami na poziomie 9,8 mld dolarów (2016 roku) znalazła się na 25 miejscu wśród krajów, które na obronność wydają najwięcej. – W obliczu przyszłości zdominowanej przez zagrożenia i globalne napięcia, mocarstwa rewidują swoje podejście do obronności. W tym roku przychody branży obronnej na świecie wzrosną prawdopodobnie o 3,6 proc., a wydatki przekroczą 2 biliony dolarów do 2022 r. W latach 2017-2022 średnia roczna stopa wzrostu globalnych wydatków na zbrojenia wyniesie około 3 proc. – mówi Piotr Świętochowski, Partner w Dziale Audit & Assurance, Ekspert ds. przemysłu obronnego, Deloitte. Szacowany zysk z działalności operacyjnej firm z branży obronnej wyniesie w tym roku 10,2 proc.

Na całym świecie wzrasta popyt na produkty przemysłu zbrojeniowego, a w obliczu rosnącego zagrożenia cyberprzestępczością państwa wzmacniają mechanizmy obronne. Wyższe wydatki na zbrojenia w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Arabii Saudyjskiej, Indiach, Korei Południowej, Japonii i innych krajach prawdopodobnie będą powodować podobne tendencje w krajach NATO, ponieważ liderzy nadal starają się zapobiegać potencjalnym zagrożeniom i utrzymać przewagę konkurencyjną. W 2022 wydatki krajów europejskich na obronność wyniosą prawdopodobnie około 372 mld dolarów, co będzie stanowiło 18,4 proc. nakładów globalnych. Liderem pod tym względem pozostanie USA.

Lotniczy boom

W związku z obserwowanym ożywieniem w światowej gospodarce i zwiększonym popytem na lotnicze przewozy pasażerskie, rynek lotnictwa cywilnego wzrośnie w tym roku o 4,8 procent, głównie dzięki zwiększeniu produkcji, która musi nadążać za rosnącym popytem. Zysk z działalności operacyjnej w przemyśle lotniczym na ten rok przewidywany jest na poziomie 18,5 proc.

W 2017 roku rynek lotów pasażerskich napędzał przede wszystkim region Azji i Pacyfiku. Prawdopodobnie w najbliższym czasie się to nie zmieni. Z wyliczeń Deloitte wynika, że globalny popyt na podróże lotnicze w ciągu ostatnich dziesięciu lat wzrósł o 5,1 proc. W 2008 roku linie lotnicze obsłużyły 2,5 mld pasażerów, w ubiegłym roku było to 4 mld. Pomiędzy 1981 a 2017 rokiem liczba podróżujących samolotami wzrosła pięciokrotnie. Wpływ na to zjawisko miały, m.in. taniejące bilety lotnicze. Średnia cena biletu lotniczego w 2017 roku wynosiła 355 dolarów, o 64 proc. mniej niż w 1996 roku.

Produkcja rośnie

Prognozuje się, że globalny popyt na nowe samoloty wzrośnie, roczna produkcja zwiększy się przez następną dekadę o 25 proc., a w ciągu najbliższych 20 lat powstanie 36 780 nowych samolotów.

– Nie zmienia to faktu, że najważniejsze problemy pozostają nierozwiązane. Portfel zamówień na produkcję samolotów w całym sektorze wyniósł na koniec 2017 ponad 14 tys. jednostek, co przekłada się na 9,5 roku produkcji. Spółki muszą skupić się na wzmacnianiu łańcucha dostaw, wprowadzeniu skutecznego i bardziej efektywnego zarządzania oraz wdrażaniu nowych, zaawansowanych technologii, które pozwolą poprawić wydajność – dodaje Piotr Świętochowski.

W 2018 roku zostanie wyprodukowanych o 100 samolotów więcej niż rok wcześniej, co oznacza wzrost do 1 585 jednostek. Zwiększenie produkcji jest planowane zarówno w tym, jak i w przyszłym roku. I tak w przypadku jednego z najpopularniejszych samolotów pasażerskich Boeinga 737 będzie to zwiększenie z 47 do 52 maszyn miesięcznie w 2018 i do 57 w 2019 roku.

Jak wskazują eksperci Deloitte wartość transakcji fuzji i przejęć w globalnej branży lotniczej i obronnej osiągnęła 51,5 miliarda dolarów w 2017 roku, mimo że liczba transakcji nieznacznie spadła w stosunku do 2016 roku.  Presja cenowa ze strony producentów sprzętu lotniczego i rozwój wysokomarżowych usług posprzedażowych skłania dostawców do konsolidacji w celu uzyskania korzyści skali i poprawy efektywności kosztowej.

Jak wskazuje raport Deloitte wciąż największymi firmami na świecie w sektorze A&D pozostaje Boeing, Airbus Group oraz Lockheed Martin. Przychody największych 20 przedsiębiorstw w tym sektorze wyniosły w 2017 roku 502,3 mld dolarów.

Umocnienie kursu dolara ciężarem dla złotego

Czynniki odwracające uwagę od dominujących schematów zawsze są czymś odświeżającym handel, pod warunkiem, że mają w sobie choć odrobinę sensu. Nie można tego powiedzieć o wczorajszych informacjach z Włoch, gdzie formująca rząd koalicja rozważała żądanie od EBC umorzenia posiadanych włoskich obligacji. Postulat absurdalny, ale EUR odczuło presję.

Pomysły populistycznych polityków zawsze wywołują u mnie mieszane uczucia drwiny i bezsilności. Nie inaczej jest w przypadku wczorajszych doniesień z Włoch, jakoby formująca rząd koalicja Ruchu Pięciu Gwiazd i Ligi w jednym z postulatów zamierzała żądać od EBC umorzenia 250 mld EUR obligacji nabytych w ramach programu QE, aby w ten sposób obniżyć ogromne zadłużenie kraju (132 proc. PKB). Proste, prawda? Z końcem dnia przedstawiciele partii zdementowali doniesienia (taki postulat był we wstępnym szkicu porozumienia między partiami, ale ma nie trafić do finalnej wersji), ale przywołanie koszmarów europejskiego kryzysu zadłużenia pozostawiło ślad na rynkach. Włoski FTSE MIB spadł wczoraj 2,5 proc., spread rentowności 10-latek Włoch nad niemieckimi Bundami skoczył o 20 pb, a EUR/USD zanurkował pod 1,18. Problem w tym, że szanse na spełnienie takiego postulatu są zerowe. Umorzenia długu posiadanego przez publiczne instytucje jest niedozwolone w ramach obecnego prawa UE. Odpisy greckiego zadłużenia odbyły się kosztem prywatnych podmiotów, m.in. funduszy i banków komercyjnych. We Włoszech głównym wierzycielem są zwykli Włosi – wątpię, aby populistyczne partie chciały puścić z dymem oszczędności obywateli. Jednak z perspektywy rynku dostaliśmy próbkę tego, co przyniesie nowy rząd włoski i przynajmniej w krótkim terminie oznacza do podwyższoną zmienność dla aktywów powiązanych.

Odbicie EUR/USD, jakie nastąpiło po dementi, dziś rano już jest wygaszane, a rynek wraca do śledzenia tematu tygodnia – rentowności 10-letnich obligacji skarbowych USA powyżej 3,10 proc. są najwyżej od 7 lat i po wczorajszym rozproszeniu uwagi dolar wraca do umocnienia. Dziś kalendarz nie oferuje punktów zaczepienia (z USA tylko wnioski o zasiłek dla bezrobotnych, Philly Fed i indeks wskaźników wyprzedzających), więc rynek jest zdany na trzymanie się tego, co zna (śledzimy rentowności), albo reagowanie na niespodzianki (np. tweety prezydenta USA).

Uważam, że umocnienie złotego w trakcie konferencji prasowej prezesa NBP Glapińskiego było zbiegiem okoliczności. Okrzyknięty już najnudniejszym bankiem centralnym w segmencie rynków wschodzących nie dostarczył nic, co mogłoby zostać odebrane pozytywnie. Wręcz przeciwnie, Kamil Zubelewicz, uznawany za czołowego jastrzębia w RPP, przyznał, że nie widzi podwyżki do końca 2019 r., albo nawet dłużej. Prezes Glapiński podziela to zdanie, jak również w odniesieniu do złotego przyznał, że ostatnie osłabienie nie niepokoju Rady. W kryzysowych czasach zabrzmiałoby to jak zaproszenie do ataku spekulacyjnego, ale na szczęście czasy są teraz inne. Nie zmienia to faktu, że neutralno-gołębie nastawienie RPP mocno kontrastuję z perspektywami zacieśniania Fed i w dobie rajdu rentowności obligacji USA i umocnienia USD będzie ciężarem dla złotego. I dlatego dziś rano złoty wraca do osłabienia.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

NSZZ „Solidarność” i FPP apelują w sprawie umów śmieciowych

NSZZ „Solidarność” od wielu lat zabiega o to, aby walka z umowami śmieciowymi była coraz bardziej skuteczna. Porozumienie podpisane przez przewodniczącego Piotra Dudę oraz Marka Kowalskiego, przewodniczącego Federacji Przedsiębiorców Polskich jest dla związków zawodowych bardzo ważne. Pokazuje, że przedsiębiorcy także przekonują się do tego, że na rynku pracy potrzebna jest równowaga. Dotyczy to zwłaszcza pracowników zatrudnianych na umowach agencyjnych i zlecenie. Pracodawcy będą mogli być spokojni, że kontrole ZUS nie narzucą im kar za umowy z poprzednich lat. Taka sytuacja groziła nawet zaprzestaniem działalności gospodarczej.

– Po trudnych rozmowach udało się dojść do porozumienia. Tyle, ile zostanie wpisane każdemu pracownikowi na jego indywidualne konto składek emerytalnych, tyle zostanie umorzone przedsiębiorcom. To dobre rozwiązanie, które również zobowiązuje przedsiębiorców od tego momentu do odprowadzania składek zgodnie z przepisami. Rząd powinien pochylić się nad tym problemem. W przyszłości w przypadku pracowników zatrudnianych na umowach agencyjnych czy zlecenie składki powinny być odprowadzane od pełnego dochodu. To jest właściwy kierunek i główne punkty podpisanego porozumienia – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Duda, przewodniczący NSZZ „Solidarność” – W dalszym ciągu promowana jest zmiana ustawy o zamówieniach publicznych. Chodzi o specyfikację zamówień. Wysoko punktowane powinno być wyłącznie stosowanie umowy o pracę oraz przepisów o minimalnym wynagrodzeniu. Przedstawiciele rządu wiedzieli wcześniej, że powstaje taka inicjatywa. O porozumieniu byli informowani już w czasie trwania negocjacji między obiema stronami. Wiadomo już, że rząd jest zadowolony z przedstawionej propozycji i uważa ją za dobry kierunek. NSZZ „Solidarność” i FPP pozostają otwarci na innych przedsiębiorców, związki zawodowe i związki pracodawców, które chcą przystąpić do porozumienia. Obecnie wyrażamy przekonanie, że polski rząd przychyli się do proponowanych zmian i będzie próbował je wdrażać. Chodzi o utrzymanie równowagi zarówno dla pracowników, jak i pracodawców.Warto przypomnieć, że rząd Prawa i Sprawiedliwości w kampanii wyborczej obiecywał rozwiązanie we współpracy z Solidarnością problemu umów śmieciowych. Pierwszym etapem było wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej w wysokości 13 zł oraz zmiana ustawy o prawie zamówień publicznych – wskazał Duda.

Salony samochodowe w Polsce mają za sobą najlepszy kwiecień w XXI wieku

Kwiecień był 37. miesiącem z rzędu, w którym Polacy kupowali więcej nowych aut osobowych rok do roku. Z polskich salonów wyjechało 44 716 samochodów, o ponad 13% więcej niż rok temu. Ponadto kontynuowany jest trzycyfrowy wzrost sprzedaży aut elektrycznych – w ciągu 4 miesięcy zarejestrowaliśmy ich więcej niż w całym pierwszym półroczu 2017 roku. Eksperci Exact Systems zwracają jednak uwagę, że o optymizmie będziemy mogli powiedzieć dopiero, gdy ekoauta będą stanowić minimum 10% łącznej sprzedaży nowych osobówek w Polsce.

Paweł Gos, prezes Exact Systems
Paweł Gos, prezes Exact Systems

– Zgodnie z naszymi prognozami, w kolejnych miesiącach tego roku padają kolejne rekordy sprzedaży nowych aut osobowych i nic nie wskazuje na to, żeby w dalszej części roku sytuacja miała się zmienić. W szczególności cieszy dynamika rejestracji aut elektrycznych i hybrydowych, jednak wciąż mamy do czynienia z niskimi wolumenami. Udział ekoaut w łącznej sprzedaży nowych osobówek od stycznia do kwietnia wyniósł nieco ponad 4%, co w zestawieniu z Norwegią czy Niemcami stanowi słaby wynik. Pierwszym ważnym powodem do optymizmu będzie osiągnięcie 10% udziału samochodów elektrycznych i hybrydowych w całkowitej sprzedaży. A drugim wypracowanie takiego udziału tylko przez pojazdy z napędem elektrycznym. Do tego konieczne są udogodnienia dla właścicieli, zarówno finansowe jak i infrastrukturalne, stąd pozytywnie oceniamy pierwsze deklaracje rządu dotyczące dopłaty na zakup samochodu elektrycznego – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems.

Rekordowy kwiecień w Polsce

W kwietniu br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 44 716 sztuk nowych samochodów osobowych, czyli o 13,3% więcej niż w tym samym miesiącu 2017 roku.[1] Jest to najwyższy kwietniowy wynik od kilkunastu lat. Kołem zamachowym rynku wciąż pozostają firmy, które stanowią aż 73,1% kupujących. Tylko 26,9% nabywców to klienci indywidualni. TOP3 marek nie zmienił się zarówno w porównaniu do sytuacji sprzed miesiąca jak i sprzed roku: najchętniej kupowane są modele Skody, druga na liście uplasowała się Toyota, a trzeci był Volkswagen.

Od początku 2018 roku w Polsce zarejestrowano w Polsce 184 601 nowych samochodów osobowych, czyli o 11,6% więcej rok do roku. – Warto zwrócić uwagę, że Polacy cały czas zdecydowanie częściej decydują się na auta używane, które są kilkakrotnie tańsze niż te z salonu. Od początku roku liczba rejestracji używanych osobówek wyniosła ponad 300 tys., czyli prawie dwa razy więcej niż nowych samochodów – mówi Paweł Gos.

Auta elektryczne i hybrydy nie zwalniają tempa

Z danych PZPM wynika, że w kwietniu z salonów w Polsce wyjechało 1900 hybryd (+35,1% r/r) oraz 133 aut z napędem elektrycznym (+171,4% r/r). W porównaniu z ubiegłym rokiem zmniejszył się udział diesli (z 28,1% do 25,2%), a zwiększył silników benzynowych (z 66,1% do 68,8%). Natomiast od początku roku, w Polsce zostało zarejestrowanych 7200 hybryd (+17% r/r) oraz 474 samochody z napędem elektrycznym lub hybrydowym plug-in (+128% r/r). Samochody z silnikami benzynowymi mają 70,6% udziału w rynku, a diesle 23,27% (I-IV 2017: odpowiednio 66,7% i 27,4%).

W 2018 roku ponad 500 tys. nowych aut na polskich drogach

Exact Systems podtrzymuje swoją prognozę, z której wynika, że roczna sprzedaż nowych samochodów osobowych przekroczy w 2018 roku 500 tys. sztuk. Dynamika rzędu 10-15% r/r powinna dać wynik na poziomie 530-550 tys. sprzedanych aut.

W UE powrót do wzrostów

Dobra passa powróciła do Unii Europejskiej po słabym marcu. Z danych ACEA wynika, że w kwietniu br. Europejczycy kupili ponad 1,3 mln nowych osobówek (+9,6% r/r). W czwartym miesiącu na zielono możemy zaznaczyć takie rynki europejskie jak Francja (+9% r/r), Hiszpania (+12% r/r), Niemcy (+8 r/r), Włochy (+6,5%) oraz Wielka Brytania (+10 r/r). Pozycją nr 1 w całej Unii Europejskiej ze wzrostem na poziomie prawie 20% r/r może pochwalić się marka Volkswagen.

http://www.pzpm.org.pl/Rynek-motoryzacyjny/Rejestracje-samochody-osobowe-i-dostawcze/Kwiecien-2018r

Aplikacje na smartfona pomagają w nauce języków. Korzystają przy tym z najnowszych technologii, jak sztuczna inteligencja czy VR

Aplikacje na smartfona pomagają w nauce języków. Korzystają przy tym z najnowszych technologii, jak sztuczna inteligencja czy VR 6

Aplikacje mobilne umożliwiają już zarządzanie inteligentnym domem, pocztą elektroniczną czy pieniędzmi ulokowanymi na bankowym koncie. Coraz częściej wyręczają nas też w codziennym życiu, pełniąc rolę osobistego trenera czy pośrednika w zakupach. Za pomocą smartfona nauczymy się także języka obcego. Na rynku dostępnych jest szereg aplikacji mobilnych umożliwiających naukę angielskiego, niemieckiego czy rosyjskiego, wykorzystujących w tym celu sztuczną inteligencję. W większości są to produkty zagraniczne. Dostępne są jednak także polskie aplikacje, stawiające przede wszystkim na naukę słówek.

– Aplikacje do nauki języków są bardzo skuteczne. Należy jednak pamiętać, że jest to też zależne od osoby uczącej się. Kluczowa jest tutaj przede wszystkim systematyczność i poważne podejście do samej nauki. Jeśli uruchomimy telefon, wejdziemy w sklep z aplikacjami i przejdziemy do zakładki edukacja, znajdziemy tam całkiem sporo pozycji. Nie należy jednak mylić gier edukacyjnych z aplikacjami do nauki, które są nieco bardziej poważne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Kaja Winiarz z Fiszkoteki.

Na rynku aplikacji do nauki języków obcych przeważają produkty o charakterze międzynarodowym. Oferują one różne profile nauczania i cechują się różnymi opcjami odpłatności. Dla przykładu pobranie aplikacji Memrise i korzystanie z niej jest bezpłatne. Na konieczność uiszczenia opłaty natkniemy się jednak w przypadku dostępu do usług takich jak obejrzenie filmików z native speakerem. Sama aplikacja skupia się natomiast głównie na nauce słówek – element sztucznej inteligencji identyfikuje, z jakimi wyrazami użytkownik ma największy problem. W polskiej wersji językowej można się uczyć tylko języka angielskiego.

Busuu jest również aplikacją darmową, jednak dostęp do konkretnych jej funkcji jest już odpłatny. Za podstawowe zapłacimy kilka złotych, bardziej zaawansowane, takie jak kompletny kurs językowy, mogą kosztować nawet kilkaset złotych. Z Busuu można się uczyć dwunastu języków, między innymi angielskiego, niemieckiego, arabskiego czy japońskiego. Aplikacja jest nastawiona na naukę języka codziennego i wykorzystuje do nauki asystentów głosowych od Amazona i Google. Z kolei technologię wirtualnej rzeczywistości wykorzystuje aplikacja Mondly VR. Za jej pomocą użytkownik przenoszony jest do konkretnych sytuacji, w których musi użyć obcego języka, jak np. zameldowanie w hotelu.

Aplikacji stworzonych przez Polaków jest na rynku niewiele i cieszą się one stosunkowo niedużym zainteresowaniem wśród użytkowników. Jednym z ciekawszych rodzimych rozwiązań jest Fiszkoteka, umożliwiająca naukę trzynastu języków, m.in. angielskiego, niemieckiego, rosyjskiego czy hiszpańskiego za pomocą fiszek.

– Fiszki w podstawowej wersji to małe karteczki, które z jednej strony mają pytanie, a z drugiej odpowiedź. Pytanie i odpowiedź możemy tu rozumieć szeroko, może to być np. państwo i jego stolica. Poziom wyżej są fiszki multimedialne, które przenieśliśmy do strefy internetu i nowych technologii. Są to fiszki, które umożliwiają nam naukę wielozmysłową – nie tylko widzimy samo pytanie i odpowiedź, lecz także np. możemy je usłyszeć, możemy zobaczyć obrazki czy przykłady użycia – wyjaśnia Kaja Winiarz.

Aplikacje mobilne mają zróżnicowane modele biznesowe. W większości polegają jednak na dofinansowaniu ze strony różnych instytucji – prywatnych i państwowych lub międzynarodowych. Sposobem na finansowanie są różnego rodzaju fundusze, inwestujące w najciekawsze projekty.

– Start i rozwijanie aplikacji tego typu nie jest tak łatwe. Dla Fiszkoteki ogromną pomocą był fundusz Simpact, zajmujący się impact investing – inwestuje w firmy, które nie tylko generują zysk finansowy, lecz także w jakiś sposób zmieniają świat na lepsze, na przykład poprzez pozytywny wpływ na środowisko czy społeczeństwo. W przypadku Fiszkoteki, w którą zainwestował ostatnio milion złotych, jest to wyrównywanie dostępu do efektywnej edukacji – zauważa przedstawicielka Fiszkoteki.

Według prognoz analityków Markets and Markets do 2020 roku globalny rynek aplikacji mobilnych przeznaczonych do nauki osiągnie wartość niemal 38 mld dol. Z kolei analitycy Research and Markets przewidują, że globalny rynek e-learningowy osiągnie wartość ponad 65 mld dol. w 2023 roku.

Powstaje pierwszy symulator VR do szkolenia lekarzy medycyny estetycznej. Zwiększy bezpieczeństwo i innowacyjność zabiegów dermatologicznych

Medycyna jest jedną z najszybciej rozwijających się dziedzin pod względem technologicznym. Nowe możliwość odkrywa wirtualna rzeczywistość, dzięki której możliwe są zabiegi telemedyczne oraz zaawansowane szkolenia bez eksperymentowania na żywym organizmie. Wkrótce lekarze zajmujący się dermatologią plastyczną i dermatologią kliniczną będą mieli szansę na odbycie szkoleń na symulatorze VR. Urządzenie ma zapewnić wysoki poziom realizmu dzięki podwójnej immersji. Wsparcie merytoryczne w jego opracowywaniu zapewniają polskie autorytety z dziedziny medycyny estetycznej. Rynkowy debiut symulatora jest zaplanowany na 2020 rok.

Symulatory wirtualnej rzeczywistości znajdują zastosowanie nie tylko w branży rozrywkowej i grach wideo. Szkoli się na nich już coraz więcej maszynistów, pilotów czy pracowników linii produkcyjnych. Do grona zawodów wspieranych szkoleniowo przez rozwiązania VR dołączą również lekarze medycyny estetycznej.

– Projekt TutorDerm polega na wdrożeniu symulatora opartego na rzeczywistości wirtualnej, dzięki któremu będziemy mogli symulować zabiegi związane z dermatologią estetyczną i dermatologią kliniczną. Nie jest to klasyczne rozwiązanie VR-owe, takie jakie mamy w grach czy w branży rozrywkowej, ponieważ wykorzystuje podwójną immersję. Lekarz nakładając gogle VR i dotykając oczujnikowanej manetki, która symuluje końcówkę sprzętu dermatologicznego, widzi i dotyka wirtualną głowę pacjenta w VR, a na manetce poczuje opór, tak jakby pracował na żywym pacjencie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Tomasz Kierul, prezes InventionMed.

Rozwiązanie nie jest pierwszym, które ma łączyć wirtualną rzeczywistość z praktyką lekarską. Projekt NOViSE to symulator do szkoleń chirurgów w zakresie eksperymentalnych zabiegów przeprowadzanych przez naturalne otwory w ciele człowieka. Lekarze pracujący w Instytucie Kardiologii w Aninie korzystają natomiast z Google Glass przy operacjach udrażniania tętnic wieńcowych. Rozwiązanie pozwala im na dostęp w trakcie zabiegu do parametrów życiowych i wyników badań operowanego pacjenta. Powstają również aplikacje mobilne umożliwiające oglądanie poprzez HoloLens czy gogle AR narządów wewnętrznych pacjenta odwzorowanych w czterech wymiarach przy użyciu badań obrazowych. Technologia VR jest naturalnym kierunkiem rozwoju medycyny.

– Branża symulatorów wchodzi w każdy obręb naszego życia, naszej gospodarki. Kiedyś to było lotnictwo, komunikacja, dzisiaj jest przemysł. Naturalne jest to, że symulatory pojawiają się już w medycynie. Uważamy, że tego typu rozwiązania są przyszłością w medycynie. Przyszły lekarz, który będzie kiedyś pracował z żywym pacjentem, przejdzie od literatury do naszego urządzenia, a potem do właściwego pacjenta. Wydaje się, że to jest nieodzowna część, przyszłość całej medycyny. Dzisiaj dermatologia, jutro może być chirurgia. Docelowo myślimy o takich rozwiązaniach jak cały wirtualny szpital – twierdzi Tomasz Kierul.

Symulatory VR w procesie szkolenia lekarzy mogą się przełożyć na bezpieczeństwo pacjenta. Zanim nowa lub trudna procedura medyczna zostanie przeprowadzona na żywym organizmie, będzie ją można wielokrotnie przećwiczyć na symulatorze, zakładając różne scenariusze. Może to być kluczowe zwłaszcza przy opracowywaniu nowatorskich metod leczenia.

Urządzenie TutorDerm ma zadebiutować na rynku w 2020 roku, ale producenci planują wcześniejsze udostępnienie jego prototypu jednostkom medycznym w Polsce i na świecie. W pierwszej fazie będzie oferował możliwość przeprowadzenia wirtualnej operacji na głowie, ale planowane są już kolejne wersje symulatora.

– Planujemy rozwinięcie naszego symulatora o klatkę piersiową, ręce czy plecy, tak żeby symulować tam schorzenia dermatologiczne, a w trzeciej wersji będzie całe ciało człowieka z różnymi schorzeniami dermatologicznym. Głowa jest świadomym wyborem, bo jest najbardziej widoczna, na niej dokonuje się najwięcej zabiegów dermatologicznych – podsumowuje prezes InventionMed.

Według prognoz Markets and Markets światowy rynek symulatorów medycznych ma osiągnąć do 2022 roku wartość ponad 2,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie niemal 15 proc.

Język publiczny staje się coraz bardziej brutalny. To jedna z przyczyn braku porozumienia, również w biznesie

Język publiczny staje się coraz bardziej brutalny. To jedna z przyczyn braku porozumienia, również w biznesie 7

Brutalizacja języka uniemożliwia skuteczny dialog i utrudnia porozumienie. W konfliktach społecznych język jest pierwszą granicą. Jeśli zostanie przekroczona, następuje niszczenie relacji. Język ma kluczowe znaczenie także w biznesie, bo efektywność firmy zależy od skutecznej komunikacji. Rozwiązaniem jest postawienie na konstruktywny dialog między różnymi grupami. Dlatego Orange Polska we współpracy z norweską organizacją Nansen Center for Peace and Dialogue chce umożliwić przedstawicielom organizacji pozarządowych udział w profesjonalnych szkoleniach z prowadzenia dialogu metodą Nansen Center.

 W różnych sytuacjach życiowych i zawodowych dość powszechnie odnotowujemy wysoki poziom napięcia i konfliktu. To nasze doświadczenia jednostkowe, ale też wnioski wynikające z różnego rodzaju badań opinii publicznej. Gdyby dialog był wszechobecny i gdybyśmy potrafili ze sobą rozmawiać, to temperatura emocji i konfliktu byłaby dużo niższa. Skoro badania wskazują, że poziom konfliktu towarzyszącego naszemu codziennemu życiu jest bardzo wysoki, to znaczy, że mamy lekcje do odrobienia – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Drożdż, dyrektor wykonawczy ds. korporacyjnych w Orange Polska.

Z raportu „Mowa nienawiści, mowa pogardy”, przygotowanego przez zespół Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego i Fundacji im. Stefana Batorego, wynika, że ponad 95 proc. młodych ludzi spotyka się w internecie z mową nienawiści. Kierowana jest zwłaszcza do mniejszości etnicznych czy seksualnych, ale brutalizowanie języka jest widoczne niemal w każdej sferze życia. Już w latach 50. Gordon Allport, amerykański psycholog społeczny, który badał naturę konfliktów społecznych twierdził, że język wyznacza pierwszą granicę. Jeżeli zostanie przekroczona przez język stygmatyzujący i wykluczający, relacje ulegają destrukcji i niemożliwe staje się porozumienie między różnymi grupami.

Dialog jest potrzebny nam wszystkim, niezależnie od tego, czy myślimy o naszej roli biznesowej, bardziej osobistej, naukowej czy zawodowej. Pozwala zbliżyć się do prawdy. Bez dialogu, spotkania i rozmowy z drugim człowiekiem bardzo trudno jest nam zdobyć wiedzę o świecie wykraczającą poza naszą osobistą perspektywę, która siłą rzeczy jest niepełna i niedoskonała. Także wiedza o tym, jak dany problem jest postrzegany przez innych ludzi, jest czymś, co buduje w miarę obiektywny obraz świata – przekonuje Witold Drożdż.

Język ma kluczowe znaczenie także w biznesie, wpływa na zarządzanie ludźmi i pomaga w osiąganiu założonych celów. Pozwala budować atmosferę współpracy, unikania konfliktów i sytuacji stresowych. To istotne na linii pracodawca pracownik. Istotne także, by unikać np. wprowadzania do miejsca pracy silnych różnic politycznych. W Stanach Zjednoczonych podczas trwającej ostatnio kampanii wyborczej silna polaryzacja związana z polityką w miejscu pracy zwiększa poziom odczuwanego stresu i obniża efektywność.

Jako Orange Polska wychodzimy z założenia, że skoro świadczone przez nas usługi odciskają duże piętno na otaczającym nas świecie, to powinniśmy sobie zadawać pytanie o konsekwencje. Czujemy się współodpowiedzialni i tu już prosta droga do angażowania się w projekty, które w naszym odczuciu są istotne. Jednym z takich przedsięwzięć, które nas bardzo angażuje, realizowanym we współpracy z szeregiem krajowych i zagranicznych partnerów, jest projekt związany z rozwijaniem kultury dialogu w Polsce – mówi Witold Drożdż.

Orange Polska we współpracy z norweską organizacją Nansen Center for Peace and Dialogue chce kształcić lokalnych liderów w prowadzeniu dialogu wolnego od uprzedzeń. Umożliwi przedstawicielom kilkudziesięciu organizacji pozarządowych udział w szkoleniach z prowadzenia dialogu metodą Nansen Center. Została ona wypracowana podczas działalności norweskiego ośrodka w skonfliktowanych społecznościach.

Od 3–5 lat polskie społeczeństwo się mocno polaryzuje. Widzimy, że dotychczas stosowane przez nas metody są nieadekwatne i niewystarczające. Wiemy, że nasi liderzy, w większości w małych miejscowościach, spotykają się z różnymi frontami. Są osobami, które działają na rzecz zmian, ale muszą się mierzyć z różnym oporem, brakuje im często kompetencji do tego, żeby w tych różnicach się odnajdywać – mówi Maria Makowska z Fundacji Szkoła Liderów.

Dzięki szkoleniom z prowadzenia dialogu przedstawiciele organizacji będą mogli skuteczniej działać w lokalnych środowiskach. Zdobędą umiejętności prowadzenia dialogu bazującego na zrozumieniu i otwartości na innych.

Chcemy się uczyć, jako organizacja, ale też chcemy dać szansę naszym liderom i absolwentom, żeby też nauczyli się dialogu i zyskali konkretne narzędzia. Będą mogli wrócić do swoich społeczności, żeby łączyć ludzi, umieć rozmawiać ze sobą i nawet różnić się, ale w szacunku i zgodzie na tę różnorodność – podkreśla Maria Makowska.

Rekrutacja do projektu „Wyłącz ego. Zrozum drugiego” planowana jest na czerwiec tego roku.

Niskie obroty na polskiej giełdzie są powodem do niepokoju. Wiedza inwestorów o polskim rynku wciąż niewielka

Niskie obroty na polskiej giełdzie są powodem do niepokoju. Wiedza inwestorów o polskim rynku wciąż niewielka 8

Od co najmniej dwóch lat trend na polskiej giełdzie jest niepokojący – uważa Michał Stępniewski, wiceprezes Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. Zła sytuacja warszawskiego parkietu wynika z bardzo niskich obrotów, które są spowodowane niewielką aktywnością inwestorów na rynkach finansowym i towarowym. Do pobudzenia polskiej giełdy konieczna jest edukacja, bo jak podkreślają eksperci, świadomość Polaków o rynku kapitałowym wciąż jest niewielka. 

– Trend, jaki jest w Polsce od 2–3 lat, a szczególnie w ciągu pierwszego kwartału, kiedy obroty na giełdzie istotnie spadły, jest niepokojący. Poziom obrotów jest pewnym wyznacznikiem sytuacji na rynku. Skoro spadają, a poza czynnikami związanymi z aktywnością inwestorów nie ma powodu do spadków, to jednak giełda w Warszawie nie przeżywa najlepszych czasów. Jeśli nie będzie wysokich obrotów, nie będzie płynności, jeśli nie będzie płynności, nie będzie inwestorów, czyli popadamy w błędne koło, tym bardziej, że nie ma nowych emisji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Stępniewski, wiceprezes zarządu Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych.

W I kwartale br. wartość obrotów akcjami w transakcjach sesyjnych na rynku głównym wyniosła 54 mld zł. W IV kwartale ubiegłego roku było to 58 mld zł, a przed rokiem – 67 mld zł. W tym czasie na parkiecie zadebiutowały dwie spółki, podczas gdy w ostatnich miesiącach 2017 roku było ich pięć.

Ważnym elementem, aby giełda w Polsce działała dobrze, jest edukacja. W ciągu ostatnich 25 lat funkcjonowania rynku w Polsce trochę o tym elemencie zapomniano – ocenia Michał Stępniewski. – Na każdym poziomie edukacji, począwszy od szkoły podstawowej, poprzez poszczególne segmenty nauczania, trzeba inwestorów edukować, bo każdy obywatel jest potencjalnym inwestorem. Nie można być aktywnym na rynku, uczestniczyć w tym, co się dzieje w kraju, bez znajomości mechanizmów rynku kapitałowego – tłumaczy.

Badanie „Postawy Polaków wobec finansów” przeprowadzone przez Fundację Kronenberga przy Citi Handlowym wskazuje, że wiedza Polaków o giełdzie jest niewielka. Ponad połowa nie wie, jaka jest jej rola, a co piąta osoba ocenia, że giełda to raj dla spekulantów. Tylko 12 proc. wskazało, że giełda sprzyja rozwojowi gospodarczemu kraju.

Brakuje przekonania wśród obywateli, że rynek kapitałowy jest czymś, co wiąże się z ryzykiem, ale mimo wszystko warto być na nim aktywnym, niekoniecznie samodzielnie jako inwestor indywidualny, który sam podejmuje decyzje inwestycyjne, ale za pośrednictwem firm inwestycyjnych, instytucji, które do tego są dedykowane. Niestety, tego nie ma, stąd tak duży poziom depozytów w stosunku do inwestycji na rynku kapitałowym – powiedział wiceprezes KDPW podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Jak wynika z badania Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych oraz Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH, ponad połowa polskich gospodarstw domowych trzyma oszczędności w formie gotówki. Na lokatach bankowych oszczędza 43 proc., a na inwestowanie decyduje się zaś niewielki odsetek. Sondaż Deutsche Banku wskazuje, że w tym roku jednostki funduszy inwestycyjnych chce kupić 7,1 proc. badanych, a akcje – 4,1 proc. Stopniowo rośnie popularność indywidualnych kont emerytalnych i zabezpieczenia emerytalnego (IKE oraz IKZE), które ma 7,3 proc. polskich gospodarstw domowych.

Aby zachęcić inwestorów do inwestowania na polskiej giełdzie, trzeba pokazywać pozytywne przykłady – inwestycje podjęte historycznie w sposób przemyślany dają teraz efekty. Z drugiej strony w wieku 30–50 lat mamy przed sobą jeszcze – według statystyk – kilkadziesiąt lat życia. Przychodzi taki moment, że człowiek przestaje już być aktywny zawodowo i chciałby przynajmniej utrzymać standard życia, na którym żył wcześnie – mówi Stępniewski.

Pozytywne przykłady trzeba pokazywać także firmom, potencjalnym emitentom. Wiceprezes KDPW podkreśla, że nie mogą one patrzeć na giełdę tylko przez pryzmat spółek, którym się nie udaje. Wskazuje, że w 2017 roku sto spółek ogłosiło chęć wypłaty dywidendy, przy czym czterdzieści trzy wyższą niż rok wcześniej, w tym osiem – powyżej 6 proc. W tym roku siedem spółek oferuje dywidendy przekraczające 9 proc.

Pozyskiwanie emitentów to umiejętność odpowiedniego sprzedania tej rzeczywistości, która jest na giełdzie, i plusów, które wiążą się z funkcjonowaniem spółki w ramach Giełdy Papierów Wartościowych. Tu również należy pokazywać dobre przykłady. Są spółki, które zadebiutowały jako małe, często garażowe firmy, a z czasem rozwinęły się do wielkich podmiotów, o wartości kilkuset milionów złotych. Było to możliwe tylko dzięki GPW. Ta forma pozyskiwania kapitału przez giełdę, czyli robienie kolejnych emisji i uczestnictwo inwestorów, to najtańszy sposób – podkreśla Michał Stępniewski.

PGNiG szuka sposobów na obniżenie cen gazu. Pomoże mu w tym współpraca z innowacyjnymi firmami

PGNiG szuka sposobów na obniżenie cen gazu. Pomoże mu w tym współpraca z innowacyjnymi firmami 9

700 mln zł – to środki, jakie Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo zamierza w najbliższych pięciu latach przeznaczyć na innowacje. Celem jest usprawnienie działalności spółki w każdym obszarze, a w rezultacie stopniowe obniżanie kosztów dostaw gazu do odbiorców końcowych. Ma w tym pomagać współpraca ze start-upami na przykład w ramach centrum startupowego InnVento. W ciągu roku działalności tego programu PGNiG otrzymało ponad sto zgłoszeń od innowacyjnych młodych firm. Na stałe współpracuje z osiemnaście, a z jednym z nich lada dzień nawiąże współpracę komercyjną.

– Innowacje, rozwój, najnowocześniejsze technologie są wpisane w DNA sektora oil & gas – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Kroplewski, wiceprezes zarządu ds. rozwoju w PGNiG SA podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego i European Startup Days w Katowicach. – PGNiG nie robi innowacji dla innowacji, tylko ze względu na biznes, budujemy wartość kapitałową całej Grupy. Start-upy dedykowane są spółkom zależnym, to szeroka branża, bo to gaz, ropa, prąd, ciepło i obrót detaliczny. Mamy siedem milionów klientów, co zobowiązuje, a innowacje mogą sprawić, że gaz będzie tanim paliwem.

Inkubator InnVento został uruchomiony w czerwcu 2017 roku. Oferuje innowacyjnym, ale początkującym firmom sześćsetmetrową przestrzeń, w której mogą testować swoje pomysły skrojone na potrzeby przemysłu energetycznego i samego PGNiG-u. Zapewnia także opiekę mentora, wsparcie specjalistów z Agencji Rozwoju Przemysłu, Izby Gospodarczej Gazownictwa, PGNiG, i to nie tylko w ramach działalności Grupy, lecz także pomoc prawną, finansową czy księgową. Zabezpiecza też obie strony pod kątem praw autorskich.

– Bardzo poważnie podchodzimy do biznesu i do partnerów biznesowych, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z gigantami, czy ze start-upami. Formuła open innovation naprawdę się sprawdza. W tej chwili mamy za sobą sto zgłoszeń start-upów do InnVento, z piędziesięcioma rozmawialiśmy, a osiemnaście w tej chwili współpracuje z nami na co dzień – wymienia Łukasz Kroplewski. – Za moment odsłona współpracy już typowo komercyjnej, biznesowej, bo niebawem zawiązujemy spółkę z jednym ze start-upów.

PGNiG nadal poszukuje kolejnych firm do współpracy. Pomysły muszą dotyczyć zagadnień, którymi Grupa się zajmuje, ale ich spektrum jest szerokie: od przemysłu naftowo-gazowego, przez obrót, dystrybucję, energię, kogenerację, po big data i analizę danych. Obecne obszary zainteresowania inkubatora to m.in. nowe materiały i technologie cyfrowe w łańcuchu wartości gazu ziemnego, nowe źródła energii, rozproszone źródła energii czy technologie wydobywcze.

– Nie chciałbym, żeby PGNiG kojarzyło się tylko z gazownią, bo jesteśmy grupą kapitałową prężnie działającą w wielu segmentach. Liczymy się w tej części Europy, ale również na świecie, bo jesteśmy już rozpoznawalni choćby poprzez naszą działalność w Norwegii, Pakistanie czy zbudowane relacje w USA. Jesteśmy faktycznie globalnym graczem. Jeżeli stawiacie na nas – zwracam się do start-upów – budujecie swoją silną pozycję i przyszłość – mówi Łukasz Kroplewski.

Współpraca gigantów ze start-upami to coraz częściej stosowany model rozwoju innowacji danej branży. Jego rosnąca popularność wynika stąd, że obie strony czerpią z niego wiele korzyści.

– Korporacje szukają innowacyjnych rozwiązań, ale proces wytwarzania takiej innowacji wewnątrz trwa bardzo długo. One chciałyby mieć dostęp do tych rozwiązań szybko, a jednocześnie skorzystać z elastyczności, jaką oferują start-upy – mówi Justyna Janicka, współzałożycielka, dyrektor operacyjny w 1000 realities, jednym ze start-upów współpracujących z PGNiG. – Korzyścią dla start-upów, która wynika ze współpracy z korporacjami, jest fakt dostępu do dużego partnera biznesowego, do sieci jego kontaktów, również możliwość przetestowania tej technologii w rzeczywistych warunkach.

Jak to działa w praktyce? Firma, która ma innowacyjny pomysł, musi poświęcić około pół godziny na wypełnienie formularza zgłoszeniowego na stronie InnVento. Po etapie oceny i weryfikacji start-up dostaje możliwość rozwijania swojego projektu w praktyce w ramach inkubatora. Po osiągnięciu stopnia dojrzałości umożliwiającego wykorzystanie pomysłu w praktyce następuje etap współpracy biznesowej.

Duże marki w ogniu krytyki w mediach społecznościowych. Oskarżenia dotyczą rasizmu i żerowania na emocjach

Duże marki w ogniu krytyki w mediach społecznościowych. Oskarżenia dotyczą rasizmu i żerowania na emocjach 10

Większość firm choć raz doświadczyła kryzysu wizerunkowego. Choć nie zawsze przekłada się on na spadek obrotów, kluczowa w jego zażegnaniu jest odpowiednia strategia, szczególnie w mediach społecznościowych. W kwietniu przekonała się o tym sieć kawiarni Starbucks, która została oskarżona o rasizm. Dzięki sprawnej reakcji kryzys udało się zażegnać. W Polsce fala negatywnych komentarzy dotknęła też Dom Development. Internauci wytykają, że w ostatniej reklamie firma zbyt mocno gra na emocjach.

– W kwietniu przydarzyło się kilka kryzysów wizerunkowych, które są szczególnie ciekawe ze względu na to, jak marki na nie reagowały. Swój mały koszmar przeżyła sieć kawiarni Starbucks, która zmierzyła się z krytyką związaną z oskarżeniami o rasizm – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Przybylski z PRoto.pl.

Z jednej z kawiarni Starbucks w Filadelfii dwaj czarnoskórzy mężczyźni zostali wyprowadzeni w kajdankach przez policję, którą zawiadomił pracownik kawiarni. Powodem wezwania był fakt, że mężczyźni chcieli skorzystać z toalety, choć wcześniej nic nie zamówili – czekali tylko na spotkanie biznesowe. Całą sytuację nagrała jedna z klientek. Wideo obejrzano na Twitterze już ponaddziesięć milionów razy, a film pojawił się też w innych mediach społecznościowych.

– Dzięki udostępnieniom to wideo obejrzało kilkanaście milionów osób na całym świecie. Starbucks zmierzył się z falą krytyki, ponieważ pod publikacjami na ten temat i postami w sieciach społecznościowych pojawiło się mnóstwo oskarżeń o rasizm pod adresem kawiarni. W sieci powstał hashtag nawołujący do bojkotu sieci, a ona sama była krytykowana przez burmistrza Filadelfii – wskazuje Maciej Przybylski.

Obu czarnoskórych mężczyzn w specjalnym oświadczeniu przeprosił Kevin Johnson, dyrektor sieci Starbucks. Dodatkowo pod koniec maja sieć czasowo zamknie 8 tys. kawiarni w Stanach Zjednoczonych – w tym czasie będzie edukować ok. 175 tys. pracowników firmy z zakresu zapobiegania dyskryminacji rasowej.

– Cała historia zakończyła się ugodami. Starbucks na początku maja ogłosił, że podpisał porozumienie z oboma panami. Panowie porozumieli się też z Filadelfią – w ramach współpracy i wzajemnego dialogu miasto stworzyło specjalny fundusz w wysokości 200 tys. dol., w ramach którego będzie starało się pomagać młodym przedsiębiorcom, którymi są też ci czarnoskórzy mężczyźni – mówi redaktor PRoto.pl.

W kwietniu kryzys dotknął też dewelopera mieszkaniowego Dom Development, który wystartował z kampanią „Dobrzy ludzie powinni mieszkać w dobrym miejscu”. W ramach kampanii stworzono dwa spoty. Jeden przedstawia znaną aktorkę Kingę Preis, która „zabiera mamy ciężko chorych dzieci do kina”. Internauci nie zostawili na reklamach suchej nitki. Oskarżali firmę, że bazuje na emocjach, a na potrzeby kampanii wykorzystuje chore dzieci.

– Internauci stwierdzili, że jest to zbyt mocna gra na emocjach i wszystko to w połączeniu z przekazem komercyjnym brzmi mało wiarygodnie. Największy kłopot polegał na tym, że marka reagowała na właściwie każdy głos krytyki identycznie, czyli dziękowała za opinię, krótko opisywała kampanię i to, że nie widzi nic złego w tym, że bohaterka kampanii pomaga innym osobom i w bezinteresowny sposób stara się poprawiać świat – tłumaczy Maciej Przybylski.

W sieci pojawiły się komentarze o bojkocie dewelopera. Fala negatywnych komentarzy przetoczyła się też na profilu facebookowym marki. Pod postem, w którym marka opublikowała spot z udziałem aktorki, pojawiły się zarzuty, że kampania jest żenująca i niestosowna.

– Trudno powiedzieć, że wizerunek Dom Development jakoś specjalnie ucierpiał, jak na razie tego nie wiadomo. Niesmak jednak pozostał, podobnie jak komentarze na Facebooku – ocenia Maciej Przybylski.

Ograniczenie handlu w niedziele szansą dla sklepów internetowych. Polacy powoli zmieniają swoje nawyki zakupowe

Ograniczenie handlu w niedziele szansą dla sklepów internetowych. Polacy powoli zmieniają swoje nawyki zakupowe 11

Polacy powoli przyzwyczajają się do robienia zakupów przed weekendem. Co więcej, w obawie przed zamkniętymi sklepami w niedzielę robią zakupy na zapas. Według danych GUS w marcu sprzedaż detaliczna wzrosła aż o 17,9 proc. względem ubiegłego miesiąca, mimo dwóch niehandlowych niedziel. Nowe prawo może też przynieść skutek w postaci rozwoju branży e-commerce, bo część Polaków decyduje się robić niedzielne zakupy przez internet. Niektóre sieci rozważają też otworzenie showroomów, w których konsumenci mogliby przymierzyć towar, a następnie dokonać zakupu online.

Zgodnie z obowiązującą od marca tego roku ustawą łącznie w 2018 roku sklepy będą w Polsce otwarte o 39 dni krócej niż w roku ubiegłym. Natomiast od 2020 roku zakaz handlu będzie obejmował już niemal wszystkie niedziele w roku, z wyjątkiem siedmiu (trzech niedziel okołoświątecznych i czterech przypadających w sezonie wyprzedaży). Opinie dotyczące zakazu handlu w niedzielę – zarówno wśród konsumentów, jak i detalistów handlowych – są od początku mocno podzielone.

– Odczucia konsumentów są skrajne. Zadowoleni z nowej ustawy są przede wszystkim pracownicy dużych sieci, którzy cieszą się dniem wolnym od pracy. Dla części Polaków, zwłaszcza tych zapracowanych, odebranie możliwości zrobienia zakupów w niedzielę stanowi duży problem. Ludzie przyzwyczajeni do niedzielnych zakupów łapią się na tym, że pod koniec tygodnia zostają z pustymi lodówkami. Mam nadzieję, że za jakiś czas przywykniemy do nowej sytuacji, ludzie już nie będą tego tak bardzo odczuwać. To kwestia reorganizacji tygodniowego grafiku zajęć i przeniesienia ciężaru robienia zakupów z niedzieli na inne dni tygodnia. W innych krajach działa to podobnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anatolii Khodziuk, prezes zarządu Modern-Expo.

Całkowity zakaz handlu w niedzielę obowiązuje już w takich krajach, jak Niemcy, Austria czy Szwajcaria. Tam w niedzielę otwarte są jedynie stacje benzynowe oraz sklepiki na stacjach i dworcach kolejowych, a także te zlokalizowane w bezpośrednim sąsiedztwie atrakcji turystycznych. Niemcom to konstytucja gwarantuje niedziele wolne od pracy w sektorze handlowym. Jest to czas przeznaczony na wypoczynek z rodziną i przyjaciółmi, a sąsiedzi zza zachodniej granicy nie mają problemu z robieniem zakupów przed weekendem.

Również Polacy powoli się do nich przyzwyczajają. Co więcej, w obawie przed zamkniętymi sklepami w niedziele – klienci robią większe zakupy na zapas. Potwierdzają to statystyki – w marcu sprzedaż detaliczna wzrosła o 8,8 proc. w ujęciu rocznym. Pomimo zakazu handlu w stosunku do lutego ten wskaźnik był wyższy o 17,9 proc.– wynika z danych GUS.

Większość ekspertów jest jednak zdania, że niedziele wolne od handlu spowodują straty wśród właścicieli sklepów i najemców. Potwierdził to przypadek znanej sieci lodziarni Grycan, która w marcu w jednym z lokali w niehandlową niedzielę odnotowała utarg w wysokości 134 zł (kawiarnie, piekarnie i cukiernie nie są objęte zakazem). Grycan ma obecnie sieć ok. 150 lokali, z których większość znajduje się właśnie w galeriach handlowych.

Spadek dochodów zauważyły też sieci kinowe (w marcu liczba sprzedanych biletów spadła o ok. 10 proc.), ponieważ zakaz handlu sprawił, że mniej osób chodzi do kina przy okazji niedzielnych zakupów w centrum handlowym.

– Przedsiębiorcy już odczuli zmniejszenie obrotów w swoich sklepach – oczywiście dotyczy to  głównie sieci handlowych i dużych retailerów. Jest jednak za wcześnie, żeby mówić o tym, jakie będą skutki zakazu handlu. Myślę, że za kilka miesięcy  będzie widać, czy konsumenci częściej dokonują zakupów od poniedziałku do soboty i jaki to ma wpływ na niedziele. To też siła przyzwyczajenia i za jakiś czas poziom obrotów wróci do tego, który sieci handlowe notowały przed zakazem handlu – uważa Anatolii Khodziuk.

W pierwszym miesiącu obowiązywania zakazu – 11 i 18 marca – inspektorzy Państwowej Inspekcji Pracy skontrolowali  w sumie ponad 12 tys. punktów handlowych, z których 60 proc. było zamkniętych (otwartych było ok. 5 tys. sklepów). Inspektorzy ustalili, że 147 punktów handlowych (prawie 3 proc. objętych kontrolą) zostało otwartych wbrew ustawie o ograniczeniu handlu w niedzielę. Nałożyli na nie 54 mandaty, skierowali do sądu 38 wniosków o ukaranie, a w 55 przypadkach sprzedawcy zostali jedynie pouczeni.

– Oczywiście zdarzają się przypadki łamania prawa i próby omijania zakazu handlu w niedzielę, jednak są one sporadyczne – komentuje Anatolii Khodziuk.

Właściciele sklepów bardzo kreatywnie podeszli do kwestii ominięcia ustawy o ograniczeniu handlu w niedzielę. Przekształcają placówki handlowe w punkty pocztowe, a nawet galerie sztuki.

– Kiedy poziom lęku o rentowność sklepów spadnie, przedsiębiorcy zapewne przestaną szukać sposobów na omijanie prawa – uważa Anatolii Khodziuk.

Prezes Modern-Expo SA ocenia, że ustawa o ograniczeniu handlu w niedzielę stworzy szansę dla rozwoju e-sklepów, których działalności nowe prawo nie obejmuje. Część Polaków już od dawna robi niedzielne zakupy przez internet.

– Zakaz niedzielnego handlu już teraz spowodował wzrost sprzedaży przez internet. Przedsiębiorcy działający w sektorze e-commerce już odczuli przewagę i zwiększenie obrotów. Na razie trudno mi oszacować wzrosty, ale sądzę, że obszar handlu odnotuje bardzo dobre wyniki – podkreśla Anatolii Khodziuk.

Wynajem krótkoterminowy – czy to się opłaca?

Trend wynajmu krótkoterminowego przyszedł do nas z zachodu, gdzie już od dawna cieszy się ogromną popularnością, a serwisy internetowe mu poświęcone zdobywają kolejnych użytkowników na całym świecie. To dobry sposób na osiągnięcie zysku z mieszkania, które nie jest użytkowane przez właścicieli, a mogłoby generować przychody i na siebie zarabiać.

Rynek wynajmu rośnie

Wynajem nieruchomości jest coraz bardziej popularnym sposobem na wykorzystanie potencjału mieszkania, które tymczasowo stoi puste. Z danych Raportu Property Index, Overview of European Residential Markets firmy Deloitte wynika, że w Polsce 15,3% ogółu lokali stanowią te przeznaczone na wynajem. Korzystają z nich zarówno osoby prywatne, jak i firmy. W dużych polskich miastach, takich jak Warszawa czy Kraków, nieruchomości cieszą się wielkim powodzeniem wśród osób przyjeżdżających z innych miejscowości – studentów i turystów. Problemem, z którym często spotykają się właściciele mieszkania, jest jednak nagła utrata klienta i brak możliwości szybkiego ponownego zainteresowania ofertą. Lokal, który stoi pusty generuje tylko koszty, a mógłby przynosić zysk.

Dlaczego to się opłaca?

Rynek ten szybko się rozwija, ponieważ coraz więcej klientów rozumie, że wynajem krótkoterminowy po prostu się opłaca. Stopa zwrotu z mieszkania wynajmowanego tą drogą jest znacznie wyższa w porównaniu z tym samym lokalem wynajmowanym długoterminowo. To podstawowa zachęta dla właścicieli nieruchomości.

Zobaczmy to na przykładzie dwóch największych polskich miast. Średnia cena za noc w warszawskim lub krakowskim mieszkaniu wynosi 180 zł. Z kolei średni koszt miesięcznego wynajmu dwupokojowego mieszkania w Warszawie to 2600 zł, a w Krakowie odpowiednio 2100 zł. Oznacza to, że minimalny okres, w którym mieszkanie musi być wynajęte, aby przychód z wynajmu krótkoterminowego zrównał się z tym z długoterminowego, to w przybliżeniu 14 dni dla Warszawy i ok. 11 dla Krakowa.

Zyskać możemy więc nawet wtedy, gdy obniżymy cenę, by stworzyć konkurencyjną ofertę dla hoteli i hosteli. Przykładowo – wynajmując mieszkanie czteroosobowej rodzinie za 50 zł od osoby, już w tydzień (pobyt zwykle nie trwa dłużej) możemy zarobić 1400 zł.

Jeśli chcemy przewidzieć zyski z krótkoterminowego wynajmu mieszkań, warto sprawdzić ceny obowiązujące w hostelach i hotelach. W Krakowie, Warszawie czy Wrocławiu, czyli największych miastach Polski, do których co roku przyjeżdża dużo turystów – za nocleg trzeba zapłacić ok. 60-70 zł.

Kolejną istotną zaletą jest bezpieczeństwo wynajmu dla właściciela nieruchomości. Przy wynajmie krótkoterminowym nie ma zastosowania Ustawa o ochronie praw lokatorów, mieszkaniowym zasobie gminy i o zmianie Kodeksu cywilnego. Według art. 2, ust. 1, pkt 4, tego aktu prawnego – nie jest lokalem pomieszczenie przeznaczone do krótkotrwałego pobytu osób, w szczególności znajdujące się w budynkach (…) pensjonatów, hoteli, domów wypoczynkowych lub w innych budynkach służących do celów turystycznych lub wypoczynkowych. Ten zapis w jednoznaczny sposób chroni wynajmujących przed ewentualnymi nadużyciami czy oszustwami ze strony lokatorów.

Trzecim, równie ważnym argumentem za wynajmem krótkoterminowym, jest elastyczność. Korzystając z tej formy zarabiania, możemy udostępniać mieszkanie przez cały rok, ale też na przykład tylko na sezon letni, szczególnie w sytuacji, gdy wynajmujący długoterminowo mieszkanie studenci wyjeżdżają. Wtedy można przeznaczyć je na wynajem na zasadzie krótkoterminowych pobytów, bez ryzyka utraty zysku w trakcie wakacji. Co istotne, nie jesteśmy tu związani umową na długi okres z jednym wynajmującym, możemy więc w razie potrzeby skorzystać z naszego lokalu, kiedy tylko potrzebujemy.

Na co zwracać uwagę

Na wynajmie krótkoterminowym można zarobić, ale wiele czynników ma wpływ na to, czy lokal będzie atrakcyjny dla poszukujących oferty dla siebie. Oczywiście wpływa na to standard mieszkania i jego położenie. Te lepiej urządzone i takie, które są blisko centrum lub kluczowych lokalizacji w mieście, będą cieszyły się większym zainteresowaniem.

Z perspektywy właściciela nieruchomości, w wynajem krótkoterminowy należy włożyć więcej wysiłku niż przy wynajmie długoterminowym. Nieodzowny jest zakup niezbędnych urządzeń, trzeba też podłączyć internet czy telewizję kablową, a to oznacza koszty. Do tego dochodzą nowe obowiązki, takie jak sprzątanie, naprawy, przekazywanie kluczy, aktualizacja ogłoszenia, odbieranie telefonów (czasem nawet w środku nocy) czy pilnowanie rezerwacji.

Alternatywą są firmy, które zajmują się kompleksową obsługą wynajmu krótkoterminowego. Dzięki temu właściciel lokalu może zlecić na zewnątrz przygotowanie atrakcyjnej oferty, zarządzanie rezerwacją, ale przede wszystkim obsługę lokalu w zamian za drobną część zysku z każdego bookingu. Taki podmiot przygotowuje mieszkanie na pobyt każdego nowego klienta, może je też doposażyć oraz sprawić, aby wnętrze było bardziej atrakcyjne.

Opcję rozpoczęcia współpracy z wyspecjalizowaną firmą warto rozważyć już na samym początku, nawet gdy dysponujemy tylko jednym lokalem. Zarządzając samodzielnie nieruchomością, możemy stracić wiele okazji na zarobek, na przykład, gdy ktoś zechce wynająć lokal natychmiast, a my nie będziemy mieli czasu na jego przygotowanie. Specjalistyczna firma w takich wypadkach jest gotowa zrealizować zamówienie.

Co ważne, mieszkanie oddane do zarządzania ma dedykowanego opiekuna, który dba o zapełnienie kalendarza wynajmu. We współpracy z analitykami dokłada on starań o stałe zainteresowanie nieruchomością. Na koniec każdego miesiąca właściciel otrzymuje raport z przedstawionym grafikiem wynajmu oraz kwotami, jakie za nie uzyskał.

Autorem komentarza jest Krystian Kowalik, Dyrektor Zarządzający Homeprime

Polski sektor kosmiczny coraz mocniejszy w Europie

Z końcem maja odbędzie się Forum Sektora Kosmicznego 2018, czyli najważniejsze wydarzenie gospodarcze dla firm, instytucji i przedstawicieli świata nauki, zaangażowanych w rozwój tej dynamicznej gałęzi polskiego biznesu. Jednym z najważniejszych punktów programu będzie prezentacja sukcesów osiągniętych dzięki Polskiej Strategii Kosmicznej, a także możliwości współpracy polskich firm w ramach nowych programów i misji realizowanych przez ESA, Unię Europejską oraz liderów światowego sektora kosmicznego. Podczas Forum wystąpią również specjalni goście, reprezentujący ESA, Komisję Europejską oraz Europejskie Obserwatorium Południowe.

24 maja konferencję otworzą przedstawiciele ministerstw i instytucji bezpośrednio zaangażowanych w rozwój tego sektora – Przedstawiciel Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Jadwiga Emilewicz, Minister Przedsiębiorczości i Technologii oraz Dariusz Śliwowski, Wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu S.A. Poza prezentacją wdrożeń
w ramach Polskiej Strategii Kosmicznej, zaplanowano również prezentację poświęconą tworzonemu właśnie Krajowemu Programowi Kosmicznemu, z udziałem nowego Prezesa Polskiej Agencji Kosmicznej dra Grzegorza Brony.

Drugą część konferencji otworzą prezentacje specjalnych gości zagranicznych, poświęcone m.in. planowanym misjom ESA i programom ESO, które mogą stać się szansą dla polskich firm oraz możliwościom transferu technologii, co ma szczególne znaczenie w obliczu powstającego w naszym kraju pierwszego akceleratora biznesowego Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA BIC).

Konferencję zakończy niezwykle ciekawy blok tematyczny poświęcony tematowi innowacji i przykładom współpracy w sektorze kosmicznym. Będzie to okazja do wysłuchania
i dyskusji z przedstawicielami największych firm w sektorze kosmicznym w Europie oraz zapoznania się z możliwościami współpracy w projektach ESA, Unii Europejskiej oraz komercyjnych.

Konferencji towarzyszyć będzie także największa wystawa polskich podmiotów sektora kosmicznego oraz instytucji wspierających, w czasie której będzie możliwość bezpośrednich rozmów na temat ich projektów. Na wystawie zaprezentują się przedstawiciele firm realizujących innowacyjne projekty m.in. z dziedziny mechaniki, elektroniki, optoelektroniki, programowania, analizy danych, wykorzystywania lokalizacji i obrazowania satelitarnego, a także podmioty zajmujące się animowaniem środowiska startupowego.

– Druga edycja naszego Forum będzie na pewno doskonałą okazją do dyskusji na temat obecnego potencjału polskiego sektora kosmicznego oraz wykorzystania już istniejących możliwości dla rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw w tym obszarze gospodarczym. – mówi Paweł Wojtkiewicz, Prezes Związku Pracodawców Sektora Kosmicznego.- Pierwsza edycja wydarzenia w roku 2016 zgromadziła 400 uczestników, 34 wystawców oraz liczne media. Została bardzo wysoko oceniona przez przedstawicieli sektora, którzy docenili wysoki poziom merytoryczny konferencji i możliwość dyskusji przedstawicieli najważniejszych instytucji oraz firm zaangażowanych w rozwój sektora kosmicznego – dodaje Wojtkiewicz.

Patronat nad Konferencją objęło Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, Ministerstwo Obrony Narodowej, Krajowy Punkt Kontaktowy Projektów Badawczych Unii Europejskiej i Polska Agencja Kosmiczna. Forum Sektora Kosmicznego 2018 odbędzie się pod patronatem Komisji Europejskiej w ramach cyklu wydarzeń Industry Day 2018.

Organizatorami Konferencji są Związek Pracodawców Sektora Kosmicznego – organizacja zrzeszająca firmy i podmioty polskiego sektora kosmicznego, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Agencja Rozwoju  Przemysłu S.A – instytucja aktywnie wspierająca rozwój podmiotów inwestujących w polski sektor kosmiczny.

Udział w konferencji wymaga rejestracji.

Aktualne informacje na temat Forum Sektora Kosmicznego 2018: 

http://space.biz.pl/forum-sektora-kosmicznego/konferencja-fsk-2018/

Jak ograniczenia wydatków na politykę migracyjną wprowadzone przez prezydenta Trumpa dotkną chorych w podeszłym wieku oraz młodych niepełnosprawnych

Administracja prezydenta Trumpa nie przebiera w środkach jeśli chodzi o rozprawianie się z imigrantami i  ostrzega przed znacznie bardziej radykalnym posunięciem, które może pogorszyć już i tak złą sytuację osób opiekujących się starszymi pacjentami czy młodymi niepełnosprawnymi.

Niedobór opiekunów wpływa negatywnie nie tylko na chorych przebywających w domu ale także na tych rezydujących w domu opieki zdrowotnej. Już teraz głównie domy spokojnej starości, ośrodki oferujące stałą pomoc dla osób cierpiących oraz sami pacjenci borykają się z niedoborem opiekunów. W szczególności problem ten  daje się odczuć w wielkich miastach, ponieważ znaczny odsetek pomocników to osoby przyjezdne. Najbardziej potrzebni są opiekunowie socjalni, jednak małe wynagrodzenie nie zachęca do podjęcia się tej profesji.

Nieuniknione braki na rynku pracy

Kiedy liczba opiekunów maleje, nieubłagalnie wzrasta liczba osób potrzebujących pomocy. Według przewidywań CareerCast, do 2025 roku zapotrzebowanie na opiekę domową wzrośnie do 500 tys., a na opiekę indywidualną do 750 tys. .

Jednak już obecnie braki są dosyć mocno zauważalne. Wraz z dążeniami rynku do stałego zatrudnienia osób będzie znacznie trudniej znaleźć osoby chętne do wykonywania nisko opłacalnego zawodu. Nawet głowa państwa musi liczyć się z ryzykiem związanym z ograniczeniami w polityce migracyjnej, w szczególności gdy kraj dąży do zatrudniania pracowników na pełen wymiar. Jednak działanie Donalda Trumpa nadal w głównej mierze zdaje się być surowe.

Niestety to właśnie opiekunowie medyczni oraz rodziny zależne od ich pomocy  zapłacą najwyższą cenę za działania podejmowane przez administrację. Według danych PHI, organizacji wspierającej pracowników medycznych, około jedna czwarta pomocy, czyli prawie milion osób, to osoby przyjezdne. W rzeczywistości jednak liczba ta może być znacznie wyższa, a to dlatego, iż oficjalne dane szacunkowe wykluczają pracowników z „szarego ryku”, a zatem osoby wykonujące zawód często bez odpowiednich uprawnień i nie odprowadzające od niego należnego opodatkowania, którzy są jednocześnie tanią opcją oraz wsparciem dla ludzi z niepełnosprawnościami fizycznymi i metalnymi.

Deportacje

Ponieważ mamy mało informacji na temat osób zatrudnionych „na szaro”, bardzo prawdopodobne jest to, że są to migranci (oczywiście nie stanowi to żadnej reguły).

O ile milion zarejestwowanych pracowników przebywa w USA legalnie mając zielone karty albo inne pozwolenia na wykonywanie pracy są oni często stygmatyzowani w ten sam sposób jak nielegalni imigranci. Również działania prowadzone przez administrację prezydenta, która ‘rozprawia się’ z nowo przybyłymi do Stanów w żaden sposób nie faworyzują osób legalnie przebywających. A to chociażby dlatego, że „wierzących w amerykański sen”, którzy przybyli do Stanów Zjednoczonych jako dzieci rodziców nieudokumentowanych prezydent Trump chce deportować.

Idąc nieco dalej w związku z radykalnymi działaniami ucierpią też mieszkańcy Haiti, Salwadoru czy Hondurasu, którzy rezydują na terytorium USA w ramach programu Temporary Protected Status (TPS). Według danych szacunkowych PHI około 35 tys. pracowników opieki to osoby przebywające legalnie właśnie dzięki TPS, który pozwala na pobyt ze względu na wojnę, katastrofy naturalne w krajach rodzimych. Administracja prezydenta Trumpa zdecydowała się jednak na likwidację program TPS w niektórych krajach a Departament Bezpieczeństwa Krajowego USA kończy program w Hondurasie w wyniku czego pracownicy pochodzący z  wymienionych krajów zostaną deportowani w ciągu nadchodzących miesięcy.

Wyższe koszty

O ile obecnie ciężko jest oszacować koszty działań prezydenta Trumpa, to jeszcze więszą zagadką pozostają przyszłe wydatki, na które niewątpliwie wpłyną ograniczenia wprowadzane w polityce międzynarodowej. Niewiadomo ile „rąk gotowych do pracy” nie przybędzie do Stanów Zjednoczoych dlatego, że albo nie mogą albo zdecydują się na wyjazd do państw, które przyjmą ich z otwartymi ramionami, bo przecież nie można zapominać o tym, że stary kontynent się starzeje. Nie tylko USA potrzebuje osób świadczących opiekę.

W przyszlości jednak świadczenia pielegnacyjne będą nieuniknione a wszystko za sprawą niżu demograficznego. W Stanach Zjednoczonych najdłużej żyjącym pokoleniem są tzw. Baby Boomers (urodzeni w latach 1946-1964), osoby te z reguły charakteryzuje bardzo mała liczba dzieci, dlatego też prawdopodbnie w podeszłym wieku pokolenie będzie borykać się z brakiem opieki. W związku z czym pryiorytetem dla zdrowia tych osób stanie się płatna opieka z zagranicy, gdyż rodowici mieszkańcy Stanów Zjednoczonych niechętnie godzą się na wykonywanie mało płatnego zawodu. W ciągu ostatnich kilku lat to właśnie emigraci uzupełniali tą lukę, wielu z nich szkoliło się na pielęgniarzy w krajach rodzimych są oni również bardziej wykfalifikowani niż ich amerykańscy koledzy.

Działania obecnej polityki migracyjnej będą prowadzić do zmiejszenia się liczby wykwalifikowanych pracowników, i co nieuniknione, do także do pomniejszenia wynagrodzeń. W konsekwencji doprowadzi do finansowego obciążania rodzin pacjentów, najbliższym pozostanie kwestia wyboru między: płaceniem pomocnikom więcej (jeśli w ogóle ich znajdą) lub samodzielną opieką nad schorowanymi.

Nic nie wskazuje na to, że ktokolwiek z administracji prezydenta Trumpa pomyślał o konsekwencjach jakie niosą ze sobą radykalne działania w polityce zagranicznej. Nie oznacza to jednak, iż są one mniej realne zarówno dla samych pacjentów i ich krewnych.

ZPP krytycznie ocenia pomysł wprowadzenia III progu podatkowego i likwidacji podatku liniowego w działalności gospodarczej

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców bardzo krytycznie ocenia pomysł wprowadzenia III progu podatkowego w wysokości 36% od dochodów powyżej 1 mln PLN oraz likwidacji podatku liniowego w działalności gospodarczej i wprowadzenie II progu podatkowego w wysokości 23% pod fałszywą nazwą tzw. „daniny solidarnościowej”.

Jest to ewidentne i oczywiste złamanie obietnicy wyborczej i późniejszych przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. Jeszcze w listopadzie 2017 obecni przedstawiciele rządu zapewniali, że nie planują wprowadzenia żadnych nowych podatków, a wręcz chcą zmniejszać obciążenie Polaków daninami publicznymi. Zaledwie kilka miesięcy później słyszymy o zmianach prawnych, oznaczających stworzenie nie jednego, a dwóch nowych podatków – pod postacią opłaty emisyjnej oraz nowych progów podatkowych.

Uważamy, że takie różnice pomiędzy deklaracjami władz publicznych a prowadzoną przez nie polityką, są niemożliwe do zaakceptowania, tak samo jak tuszowanie charakteru przedstawianej propozycji i krycie jej rzeczywistej istoty pod pojęciem solidaryzmu. Rządzącym nawet brak odwagi, żeby nazywać rzeczy po imieniu – wykorzystują kryzys związany z protestem opiekunów niepełnosprawnych do nakładania nowych podatków. Powstrzymamy się z etyczną oceną takich działań.

Poza jednak generalną nieuczciwością, wyrażaną w rozdźwięku pomiędzy sferą deklaracji a czynów, należy zwrócić uwagę na potencjalnie fatalne skutki wprowadzenia omawianej propozycji w życie. Oznacza ona bowiem wprowadzenie nowego progu podatkowego od dochodów osobistych. W tej chwili, osoby o dochodzie przekraczającym 85 528 zł, płacą podatek dochodowy o podwyższonej stawce 32%. W obecnym kształcie proponowanego rozwiązania, w przypadku przekroczenia progu miliona złotych dochodu w ciągu roku, nadwyżka ponad ten próg opodatkowana byłaby dodatkowo stawką 4%. Zatem milion złotych rocznie stanowiłby kwotę graniczną dla trzeciego progu podatkowego, w którym skumulowana stawka wyniosłaby 36%. Tak sytuacja prezentuje się w przypadku skali podatkowej, jednak wygląda na to, że rząd planuje wprowadzenie progresji w przypadku każdego sposobu rozliczenia podatku od dochodów osób fizycznych – koniec zatem z liniowym podatkiem dochodowym dla przedsiębiorców, ponieważ po przekroczeniu poziomu miliona złotych rocznie, stawka będzie wynosić już nie 19%, a 23%.

Zwracamy jednocześnie uwagę na fakt, że dochodów przekraczających milion złotych rocznie nie uzyskują wyłącznie rentierzy lecz także prezesi spółek, czy przedsiębiorcy rozwijający swoje firmy. Obciążając ich wyższym podatkiem rząd zniechęca do podejmowania dalszych aktywności w celu rozwijania swoich karier i przedsiębiorstw. Wydawałoby się, że już jakiś czas temu wyszliśmy z epoki, w której karano ludzi za bogacenie się (z którym wiąże się przecież nie tylko osobista korzyść, ale także większe wpływy podatkowe do budżetu, więcej miejsc pracy, a zatem i szybszy wzrost gospodarczy) – okazuje się jednak, że wciąż istnieją zakusy na uzupełnianie państwowej kasy pieniędzmi od ludzi, którym powodzi się relatywnie lepiej. Uderzanie w aspirującą wyższą klasę średnią, bardzo w Polsce słabą i nieliczną, jest działaniem wprost sprzecznym z podstawowymi interesami gospodarczymi naszego kraju. To klasa średnia bowiem, bogacąc się i konsumując lub inwestując, napędza koniunkturę.

Zwracamy ponadto uwagę na fakt, że ogromna część osób najbogatszych nie ma rezydentury podatkowej w Polsce. Tym samym, nie płacą oni w naszym kraju żadnych podatków, więc szacunki około miliarda złotych rocznie wpływów z tytułu nowych progów podatkowych są znacznie przesadzone – zwłaszcza, że nakładając na grupę najzamożniejszych dodatkowe obciążenia, skłaniamy tych, którzy rozliczają się w Polsce do podatkowej ucieczki za granicę. Okazuje się zatem, że proponowane rozwiązanie, przy całej swojej szkodliwości, może dodatkowo okazać się skrajnie nieskuteczne.

Generalnie wprowadzenie nowych progów podatkowych pod flagą wydatku celowego jest bardzo niebezpieczne. Jak raz wprowadzi się tego typu podatek to droga otwarta do kolejnych pomysłów: może 2% dla górników, 3% dla ciężko chorych, 1% domy dziecka, 3% dla poszkodowanych w klęskach żywiołowych etc. Powstaje zatem pytanie: na co teraz płacimy podatki, skoro trzeba wprowadzać dodatkowe podatki na niepełnosprawnych i drogi?

Nie sposób nie zwrócić uwagi także na rozdźwięk pomiędzy tezami o znakomitej sytuacji finansów publicznych i budżetu a kolejnymi próbami egzekwowania coraz większych środków w postaci kolejnych podatków, „danin” i opłat. W istotny sposób podważa to zaufanie do rządu i sprawia, że trudno jest uwierzyć w kolejne deklaracje dotyczące świetnej kondycji gospodarczej Polski. Zwłaszcza, jeśli nakładanie na obywateli kolejnych obciążeń odbywa się pod pozorem dbałości o dobro osób niepełnosprawnych. Zaznaczamy jednocześnie, że wbrew obowiązującej narracji, dodatkową pomoc mają sfinansować nie tylko ci „najbogatsi”, lecz wszyscy, którzy opłacają składki na Fundusz Pracy, z których to określona część ma trafiać do nowego funduszu dla osób niepełnosprawnych. Warto zwrócić uwagę, że tworzy się podmiot konkurencyjny, a tak naprawdę dublujący Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

Reasumując, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców negatywnie ocenia pomysł wprowadzenia nowych progów podatkowych. Jest to propozycja potencjalnie szkodliwa ekonomicznie (uderzająca w bogacącą się klasę średnią), sprzeczna z programowymi zapowiedziami partii rządzącej, a jednocześnie wprowadzana w otoczeniu narracji niemożliwej do zaakceptowania i tuszującej jej rzeczywisty charakter. Tym samym, apelujemy o wycofanie się z tego pomysłu. ZPP nie sprzeciwia się wspieraniu osób wykluczonych i znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej – trzeba to jednak robić w sposób systemowy i przemyślany, nie reagując na okresowe problemy sondażowe wynikające z bieżących wydarzeń politycznych.

Stopy procentowe jeszcze długo mają pozostać stabilne

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej podczas spotkania w maju utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie, ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Istotnie nie zmienił się również ton prezesa Glapińskiego i przewodzonej przez niego RPP. Prezes i towarzyszący mu członkowie Rady (prof. Osiatyński i dr Zubelewicz) powtarzają, że obecnie nie ma szans na podwyżki stóp procentowych.

Zgodnie z ostatnimi komentarzami członków RPP powodów do zacieśnienia polityki monetarnej prawdopodobnie nie będzie nawet na przestrzeni najbliższych dwóch lat, a może i dłużej.

Prezes Glapiński podczas dzisiejszego spotkania potwierdził, że sytuacja w polskiej gospodarce jest dobra: wzrost gospodarczy pozostaje wysoki, inflacja z kolei jest stosunkowo niska. W otoczeniu gospodarczym nie widać również istotnych nierównowag.

Przewodniczący Rady w odpowiedzi na pytanie jednego z dziennikarzy odniósł się do osłabienia złotego, które zgodnie z jego słowami (jak i z naszą opinią) związane jest z czynnikami zewnętrznymi, przede wszystkim z umocnieniem dolara amerykańskiego, stwierdzając również wcześniej, że Polska (polskie aktywa – przyp. Ebury) cierpi z uwagi na znajdowanie się w koszyku emerging markets.

Jednym z ciekawszych tematów dzisiejszego spotkania były zmiany na rynku pracy i perspektywy wzrostu płac. Zdaniem dr Zubelewicza w kontekście nadchodzących wyborów warto będzie obserwować to, czy pracownicy sektora publicznego nie zaczną wysuwać żądań płacowych. Tego typu żądania wspomnianej grupy, która cierpiała z powodu praktycznie sztywnych płac naszym zdaniem potencjalnie mogłyby mieć wpływ na poziom dynamiki cen w przyszłości.

Póki co jednak kredytobiorcy nie mają się póki co czego obawiać. Biorąc pod uwagę stanowisko Rady, stopy procentowe w 2018 r. powinny pozostać niezmienione. Prawdopodobne jest, że stopy procentowe pozostaną stabilne również przez większość 2019 r. a nawet jeszcze dłużej.

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Cała prawda o tureckiej gospodarce

Tureckie PKB rośnie szybko jak na drożdżach. Ten wzrost jest jednak niewiele wart ze względu na pikującą wartość lokalnej waluty. Ostatnia fala wyprzedaży liry to efekt wypowiedzi prezydenta Erdogana sugerującej, że administracja rządowa z tylnego siedzenia kieruje działaniami banku centralnego – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W zeszłym roku turecka gospodarka urosła o 7,4 proc. Pozytywne trendy było widać także w produkcji przemysłowej czy na rynku pracy, gdzie w ciągu 12 miesięcy nastąpił spadek bezrobocia o ponad 2 pkt proc. do 10,6 proc. Faktycznie jednak wszystkie poprawiające się wskaźniki są niewiele warte ze względu na znaczne przestymulowanie gospodarki, wysoką inflację oraz jawny wpływ władzy wykonawczej na działania banku centralnego.

Załamanie kursu liry

Tylko przez ostatni rok turecka waluta straciła 25 proc. wartości do euro i 20 proc. do dolara, osiągając przy tym najniższe poziomy w historii. Przede wszystkim jest to rezultat zbyt łagodnej polityki pieniężnej banku centralnego oraz stymulacji fiskalnej w postaci dotowanych przez państwo kredytów. Rezultatem tego jest wymykającą się spod kontroli inflacja, która w kwietniu br. wyniosła 12,24 proc. r/r. i jest o włos od osiągnięcia najwyższych poziomów od przynajmniej 13 lat. Wzrost cen odbiega także poważnie od celu banku centralnego, wyznaczonego na poziomie 5 proc.

Poza inflacją i stymulacją fiskalną kraj boryka się z bardzo wysokim deficytem na rachunku obrotów bieżących, który dochodzi do 6 proc. PKB. To oznacza, że państwo nie jest zbilansowane zewnętrznie i cierpi na chroniczny brak twardej waluty. Kapitał zagraniczny oczywiście chętnie pożyczy Turcji dolary czy euro, ale domaga się za to bardzo wysokiej premii – rentowności 10-letnich obligacji skarbowych sięgnęły w połowie maja 14,25 proc., czyli najwięcej do co najmniej 7 lat.

Brak zaufania inwestorów wynika z tego, że tureckie władze z tylnego siedzenia zarządzają działaniami banku centralnego. Potwierdził to ostatnio prezydent Erdogan w wywiadzie dla agencji Bloomberg. „Gdy ludzie popadną w kłopoty ze względu na politykę monetarną, kogo będą za to obwiniać? Będą obwiniać za to prezydenta. Musimy pokazać obraz prezydenta, który ma wpływ na politykę pieniężną” – mówił turecki przywódca Recep Erdogan.

Ułuda wzrostu zamożności

Konsekwencje nieodpowiedniej polityki gospodarczej widać w bardziej szczegółowych danych. W latach 2011-2017 nominalna wartość tureckiego PKB uległa podwojeniu. Przez te 6 lat również w ujęciu realnym (z uwzględnieniem inflacji) wzrost wyniósł 40 proc., czyli średniorocznie ok. 5 proc. Takie statystyki powinny sugerować, że kraj stał się bogatszy,  a obywatele zamożniejsi. W przypadku większości państw to byłaby prawda, ale nie w kontekście Turcji.

Mimo podwojenia się nominalnego PKB wyrażonego w tureckiej lirze jego nominalna wartość przedstawiona w dolarze spadła o ok. 3 proc. z 874 do 851 mld dol. (dane S&P Global Ratings). Statystyka wygląda jeszcze gorzej, gdy wyrażamy ją w PKB na mieszkańca. Tutaj w ciągu 6 lat spadek wyniósł 10 proc. z 11,6 do 10,5 tys. dol. To jednak nie koniec problemów, gdyż te wyliczenia nie uwzględniają inflacji, która w strefie dolarowej (czyli w Stanach Zjednoczonych) podniosła ceny ok. 10 proc. w analizowanym okresie.

W rezultacie zamiast średniorocznego wzrostu PKB na poziomie 5 proc. turecka gospodarka zaliczyła realny spadek PKB na mieszkańca wyrażony w dolarze na przeciętnym poziomie 3 proc. każdego roku. To dobrze pokazuje, że nie ma darmowych lunchów, jeżeli prowadzona polityka gospodarcza zbyt mocno odbiega od ogólnego konsensusu.

Co dalej z lirą?

Przy wysokiej inflacji i zagrożeniu, że rząd w celu utrzymaniu koniunktury nadal będzie stymulować gospodarkę tanim kredytem, perspektywy tureckiej waluty są bardzo słabe. Koniec końców oczywiście za nieodpowiednią politykę monetarną oraz fiskalną zapłacą obywatele – albo utratą realnej siły nabywczej, albo gwałtownym załamaniem koniunktury, gdy pompowanie gospodarki stanie się niemożliwe.