Brexit, a sprawa polska

Do oficjalnego wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej zostało niewiele czasu. Zgodnie z ustalonym terminem powinno to nastąpić 29 marca 2019 roku. Nadal jednak istnieje wiele niepewności związanych z procesem tzw. Brexitu. Od referendum w tej sprawie przeprowadzonym na Wyspach minęło już prawie 2,5 roku. Polscy eksporterzy już teraz odczuwają utrudnione warunki prowadzenia działalności gospodarczej w Wielkiej Brytanii. Osłabienie funta wymagało dostosowania ich strategii oraz cen i marży, jeśli chodzi o eksportowane towary. Dotychczas zaczęto już odnotowywać wzrost liczby upadłości tamtejszych przedsiębiorstw. W 2016 roku wyniósł on 13 proc., dwa lata później 5 proc., a w tym roku – według szacunków wyniesie ok. 3 proc. Co twardy Brexit oznacza dla krajów współpracujących z Wyspami? Na pewno scenariusz ten – także dla Polski – byłby niekorzystny. Ucierpieć mogłaby branża motoryzacyjna. Nie chodzi tylko bezpośrednio o eksport części i komponentów, ale też uczestnictwo naszego kraju w tzw. globalnych łańcuchach produkcyjnych. Jesteśmy przecież też dostawcami części dla innych krajów – producentów, którzy finalnie eksportują produkty do Wielkiej Brytanii. Tym samym polski eksport na Wyspy stałby się trudniejszy i odnotowywałby słabą dynamikę. W związku z zapowiadanymi wydarzeniami na straty narażony jest także polski sektor spożywczy. Duża część jego produkcji trafia na rynek brytyjski. Oprócz tego ucierpiałaby również branża transportowa. Polska jest jednym z większych przewoźników towarów transportem drogowym w Wielkiej Brytanii, część dostaw kierowana jest też na Wyspy. Obecnie widać już wzrost liczby upadłości i restrukturyzacji w tym sektorze.

– Najbardziej niekorzystnym scenariuszem byłby twardy Brexit – zarówno dla Wielkiej Brytanii, jak i krajów prowadzących z nią relacje handlowe – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w regionie Europy Centralnej – Dla Brytyjczyków oznaczałby wzrost inflacji, a także kosztów komponentów wykorzystywanych w produkcji oraz towarów importowanych. Dotychczas nie ograniczali swoich zakupów – wykorzystując oszczędności, aby utrzymać konsumpcję na wysoki poziomie. Po wyjściu z Unii Europejskiej niepewność konsumentów prawdopodobnie znacznie spadnie. Zarówno dla firm brytyjskich, jak i eksportujących na tamtejszy rynek – z krajów unijnych, oraz pozostałych regionów gospodarczych – byłoby to bardzo niekorzystnePod znakiem zapytania stanęłoby dalsze kształtowanie się relacji handlowych. Zapewne nastąpiłby powrót do taryf celnych Światowej Organizacji Handlu, a także procedur celnych, narzucenia certyfikacji produktów i norm fitosanitarnych. Wprowadziłoby to nowe bariery wejścia na rynek brytyjski. To z kolei oznacza możliwy spadek wzrostu gospodarczego Wielkiej Brytanii. Najbardziej pesymistyczne szacunki przedstawia Brytyjska Konfederacja Przemysłu – spadek PKB nawet o 8 proc. jeszcze w 2019 roku. Pogorszenie się polsko-brytyjskich relacji i wymiany handlowej wpłynęłoby negatywnie na dalszą sytuację płynnościową przedsiębiorstw, a tym samym – spowodowałoby wzrost liczby upadłości – ocenił Sielewicz.

W 2019 firmy czeka karuzela legislacyjna. Wśród najważniejszych procedowanych zmian m.in. nowa matryca stawek VAT

W 2019 firmy czeka karuzela legislacyjna. Wśród najważniejszych procedowanych zmian m.in. nowa matryca stawek VAT 1

Danina solidarnościowa, którą zapłacą osoby o dochodach powyżej 1 mln zł, 9-procentowy CIT dla małych podatników i Innovation Box to tylko początek długiej listy zmian w przepisach podatkowych, które zaczęły obowiązywać z początkiem stycznia tego roku. Na tym jednak nie koniec, bo w przygotowaniu są kolejne. Wśród najważniejszych, do których przedsiębiorcy powinni się przygotować w 2019 roku, są m.in. nowa matryca stawek VAT oraz zmiany związane z kasami fiskalnymi. 

Rok 2019 będzie upływać przedsiębiorcom pod znakiem wdrażania i dostosowywania się do szeregu zmian w przepisach podatkowych. Znaczna ich część obowiązuje już od 1 stycznia bieżącego roku, kolejne będą wchodzić w życie sukcesywnie w trakcie roku. Trzeba mieć świadomość, że w przygotowaniu jest szereg nowelizacji, na różnym etapie procesu legislacyjnego, które są planowane do wdrożenia. Ustawodawca ma w tym zakresie ambitne plany – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Bieńkowska, doradca podatkowy, partner w Gekko Taxens Doradztwo Podatkowe.

Na liście zmian, które mogą wejść w życie w 2019 roku, są m.in. te dotyczące kas fiskalnych online, które będą mogły przesyłać dane o transakcjach do Centralnego Repozytorium Kas i emitować e-paragony. Od 1 stycznia br. obowiązek wprowadzenia takich kas miał objąć mechaników, wulkanizatorów i właścicieli stacji paliw. Termin odroczono, ponieważ niezbędna jest nowelizacja ustawy o podatku VAT, która utknęła w Sejmie. Nowelizacja ma stworzyć podstawy prawne do wydania homologacji kasom online, a tym samym umożliwić producentom wprowadzenie ich na rynek. Prace trwają już od ubiegłego roku, ale dokładny termin wdrożenia nowych przepisów nie jest jeszcze znany.

W zakresie kas fiskalnych kolejną zmianą będzie zakaz wystawiania faktur do transakcji zarejestrowanej w kasie na podstawie paragonu, na którym brak jest numeru identyfikacji podatkowej nabywcy. Ma ona m.in. zapobiec nadużyciom podatkowym.

Ekspertka Gekko Taxens podkreśla, że rewolucyjną dla przedsiębiorców zmianą będzie również nowa matryca stawek VAT, wprowadzająca wykaz towarów i usług opodatkowanych stawkami obniżonymi 8 i 5 proc. Ze względu na skalę tej zmiany firmy muszą się do niej solidnie przygotować, bo mimo że ministerstwo zapowiada, że zmiana ma mieć jedynie charakter techniczny i nie powinna wpłynąć na wysokość stawki, to w praktyce widać, że na niektóre towary stawka VAT się jednak zmieni. Nowe przepisy mają być stosowane od 1 stycznia 2020 roku.

Dzisiaj dla potrzeb ustalenia właściwej stawki podatku VAT posługujemy się Polską Klasyfikacją Wyrobów i Usług, jej wersją z 2008 roku. Dostrzeżono jednak wady tego rozwiązania i ministerstwo postanowiło dokonać nowelizacji przepisów w tym zakresie. Po wprowadzeniu zmian, dla potrzeb ustalania stawek VAT na towary nie będziemy już posługiwali się PKWiU, tylko tzw. nomenklaturą scaloną, czyli klasyfikacją, która obecnie stosowana jest dla potrzeb celnych. PKWiU pozostanie właściwa jedynie dla klasyfikacji usług, ale i tu nastąpi zmiana w miejsce PKWiU 2008 zacznie obowiązywać wersja z roku 2015 – mówi Agnieszka Bieńkowska.

Wśród najważniejszych zmian, które już zaczęły obowiązywać, jest m.in. IP Box, inaczej Innovation Box. To preferencja podatkowa w zakresie podatku dochodowego dla firm, które generują dochód poprzez sprzedaż czy wprowadzanie na rynek tzw. kwalifikowanej własności intelektualnej. Są to m.in. wzory użytkowe, wzory przemysłowe, wynalazki czy programy komputerowe. Warunek jest taki, aby były one zarejestrowane lub w trakcie rejestracji w Urzędzie Patentowym. Firmy, które osiągają dochody z kwalifikowanych praw własności intelektualnej, mogą od 2019 roku skorzystać z preferencyjnej stawki podatku w wysokości 5 proc.

Przyszłość rynku kredytów konsumpcyjnych i pożyczek gotówkowych pod znakiem zapytania. Zagrożeniem ryzyko regulacji i wolniejsze tempo wzrostu PKB

0

Przyszłość rynku kredytów konsumpcyjnych i pożyczek gotówkowych pod znakiem zapytania. Zagrożeniem ryzyko regulacji i wolniejsze tempo wzrostu PKB 2

Rynek consumer finance, choć obecnie korzysta z dobrej koniunktury, zagrożony jest wieloma czynnikami ryzyka, z których najważniejsze są stan gospodarki i dalsze regulacje. Duża rozpiętość prognoz dotyczących wartości udzielanych kredytów i pożyczek w kolejnych latach dowodzi dużej niepewności branży co do własnych perspektyw. W najbliższych 2 latach rynek nie powinien jednak się pogarszać, bo na ewentualne opóźnienie gospodarcze zareaguje z opóźnieniem – wynika z raportu Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową.

Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową przy pomocy ekspertów rynkowych stworzył mapę zagrożeń dla rynku consumer finance w perspektywie 2021 roku. Zagrożenia te ujęto w cztery grupy w zależności od prawdopodobieństwa wystąpienia oraz wpływu, z jakim oddziałują na rynek. Na najbardziej znaczącą składają się wolniejszy rozwój gospodarki, ryzyko regulacyjne oraz wzrost rynkowych stóp procentowych w Polsce.

Rynek consumer finance bardzo mocno reaguje na słabszą koniunkturę. Ona może się przekładać na wzrost bezrobocia, a to jest na pewno niebezpieczne dla rynku kredytów i pożyczek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marta Penczar, dyrektor obszaru badawczego bankowość i rynki finansowe w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową w Gdańsku. – Destymulantem jest też niewspominane przeze mnie wcześniej ryzyko wzrostu stóp procentowych, natomiast jeśli chodzi o stymulanty, to są przede wszystkim kwestie związane z poszukiwaniami nowych rynków zbytu. Są jeszcze nieodkryte sektory klientów, w których w przyszłości będzie można zarabiać.

Kolejne istotne zagrożenia to m.in. pogorszenie jakości portfela kredytowego ograniczające rentowność sektora, rozwój alternatywnych produktów pożyczkowych, np. portali społecznościowych, wzrost skali wyłudzeń i pożyczek, także poprzez kanał internetowy, czy nadmierne zadłużenie społeczeństwa w stosunku do dochodów. Dopóki bezrobocie utrzymuje się na rekordowo niskim poziomie (od czerwca 2018 roku utrzymują się poniżej 6 proc.), wynagrodzenia rosną, a gospodarka pędzi w tempie przekraczającym 5 proc., pożyczkodawcy mogą spać spokojnie. Jednak ekonomiści niemal bez wyjątku są zdania, że mamy do czynienia ze szczytem koniunktury, a w kolejnych latach PKB będzie rozwijało się wolniej niż w ubiegłym roku. Według listopadowego Raportu o inflacji NBP w 2019 roku gospodarka wzrośnie o 3,6 proc., a w 2020 – o 3,4 proc.

– Niektórzy sugerują, że jest to szczyt koniunktury na rynku consumer finance, a wynika ona z kilku elementów. Przede wszystkim wysoki poziom wzrostu PKB, który automatycznie przekłada się na spadek bezrobocia, wzrost zatrudnienia, wzrost dochodów rozporządzalnych, które są podstawą wyznaczania zdolności kredytowej, więc jest to dzisiaj na pewno wymarzona sytuacja dla rynku consumer finance – tłumaczy Marta Penczar. – Taka wysoka koniunktura jest na pewno tym, co uczestnicy rynku chcieliby zatrzymać na dłużej.

Jak podaje Biuro Informacji Kredytowej, w ujęciu wartościowym banki i SKOK-i udzieliły w pierwszych 10 miesiącach 2018 roku prawie 6,1 mln kredytów konsumpcyjnych (wzrost o 4,3 proc.) na kwotę ponad 70,3 mld zł, czyli o 7,4 proc. wyższą niż w tym samym okresie 2017 roku. Z prognozy Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową wynika, że w 2022 roku kwota kredytów udzielonych w bankach najprawdopodobniej wzrośnie o 12 mld zł do 90,4 mld zł, jednak rozpiętość między możliwymi skrajnymi scenariuszami wynosi 30 mld zł (od spadku do 75 mld zł po wzrost do 105 mld zł), co wskazuje na sporą niepewność rozwoju sytuacji w branży.

– Generalnie wszystkie ośrodki zajmujące się prognozami makroekonomicznymi wskazują na spadek tempa rozwoju gospodarczego o 1–2 pkt procentowego, więc na pewno należy oczekiwać, że ta koniunktura przełoży się na spadek wzrostu wolumenu i sprzedaży na rynku kredytów konsumpcyjnych – uważa Marta Penczar. – W naszym przekonaniu rynek consumer finance zareaguje z opóźnieniem na spadek koniunktury gospodarczej, tak że najbliższe 2 lata są na pewno jeszcze takim okresem, gdzie rynek kredytów konsumpcyjnych nie będzie się pogarszał.

Likwidacja użytkowania wieczystego nie skomplikuje sprzedaży nieruchomości. Poświadczenie uwłaszczenia można uzyskać w ciągu 30 dni

Likwidacja użytkowania wieczystego nie skomplikuje sprzedaży nieruchomości. Poświadczenie uwłaszczenia można uzyskać w ciągu 30 dni 3

Z początkiem stycznia ok. 2,5 mln właścicieli domów jednorodzinnych i mieszkań, którzy byli użytkownikami wieczystymi, z mocy prawa uwłaszczyło się na gruncie, na którym znajduje się ich nieruchomość. Maksymalnie w ciągu roku powinni otrzymać z urzędu odpowiednie zaświadczenie o przekształceniu i wpisie do księgi wieczystej. Jeżeli ktoś planuje sprzedać nieruchomość, może wystąpić o taki dokument wcześniej i otrzymać go w ciągu 30 dni. Dlatego nowelizacja nie powinna w żaden sposób spowolnić procesu sprzedaży nieruchomości.

 W ubiegłym roku, aby przekształcić użytkowanie wieczyste we własność, trzeba było mieć zgodę ponad 50 proc. współwłaścicieli lokali mieszkalnych. Mogły wystąpić o to wspólnoty, spółdzielnie mieszkaniowe, natomiast jeden głos blokował przekształcenie, więc łatwo było to zablokować. Jednak po 1 stycznia 2019 roku z mocy ustawy użytkowanie wieczyste zmieniło się we własność. Jest to teraz prawo, które przysługuje każdemu bez ograniczeń, ustawodawca zmienił to z automatu – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Lebensztejn, audytor działu sprzedaży w Maxon Nieruchomości.

To oznacza, że właściciele domów jednorodzinnych i mieszkań, którzy byli użytkownikami wieczystymi, automatycznie uwłaszczyli się na gruncie, na którym znajduje się ich nieruchomość.

Ekspert Maxon Nieruchomości zwraca uwagę na to, że nowe przepisy obejmują również przekształcenie we własność gruntu pod garażami czy miejscami parkingowymi, jeżeli są usytuowane w budynku mieszkalnym.

 Jeżeli jednak mamy użytkowanie wieczyste i garaż wolnostojący, to pozostaje on w użytkowaniu wieczystym, ustawa nie zmienia tego we własność –mówi Łukasz Lebensztejn.

Według danych Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju nowe przepisy obejmują ok. 2,5 mln osób, które dotychczas co roku płaciły opłatę za użytkowanie wieczyste gruntu w wysokości 1 proc. jego wartości.

– Użytkownik wieczysty może poczekać 12 miesięcy, aż właściwy urząd prześle mu zawiadomienie o tym, że użytkowanie wieczyste zostało przekształcone we własność. Takie zawiadomienie urząd przesyła również do Wydziału Ksiąg Wieczystych. Jeżeli ktoś chce sprzedać nieruchomość albo jeżeli deweloper wyodrębnia daną nieruchomość, wtedy można wystąpić o takie zaświadczenie i ten okres jest krótki, 30-dniowy – mówi Łukasz Lebensztejn.

Zgodnie z ustawą płaconą do tej pory opłatę za użytkowanie wieczyste zastąpi tzw. opłata przekształceniowa. Będzie odprowadzana w 20 rocznych ratach. Ich wysokość równa się opłacie rocznej z tytułu użytkowania wieczystego, która obowiązywałaby w dniu przekształcenia, czyli 1 stycznia 2019 roku.

– Termin ich wniesienia to 31 marca każdego roku. Aby nie ponosić opłat przez 20 lat, można skorzystać z bonifikaty. Ich wysokość jest bardzo różna. W Warszawie ta bonifikata sięga nawet 98 proc., jeżeli grunty należały do miasta. Natomiast jeżeli grunty należały do Skarbu Państwa, bonifikata wynosi 60 proc. – mówi Łukasz Lebensztejn.

Jeżeli dana nieruchomość zostanie sprzedana, a opłata przekształceniowa nie została zapłacona w całości, przechodzi ona na nowego nabywcę. Jej wysokość jest zapisana w księdze wieczystej, w dziale trzecim (prawa, roszczenia i ograniczenia).

– W przypadku sprzedaży, jeżeli potrzebujemy zaświadczenia o tym, że prawo użytkowania wieczystego zostało przekształcone we własność, możemy o nie wystąpić do właściwego urzędu już dziś. Urząd ma obowiązek wydać nam takie zaświadczenie w przeciągu 30 dni, za co poniesiemy opłatę w wysokości 50 zł. Jeżeli chcemy zapłacić opłatę przekształceniową wcześniej, to dostaniemy takie zaświadczenie w ciągu 4 miesięcy – mówi Łukasz Lebensztejn.

Ekspert ocenia, że nowelizacja ustawy i automatyczne przekształcenie użytkowania wieczystego we własność w żaden sposób nie powinno spowolnić procesu sprzedaży nieruchomości.

– 30 dni na uzyskanie zaświadczenia jest okresem niedługim. Zazwyczaj i tak do sprzedaży nieruchomości trzeba się przygotować, szczególnie jeżeli mamy hipotekę obciążoną kredytem bądź strona kupująca potrzebuje zaciągnąć kredyt na zakup danej nieruchomości, co trwa do dwóch miesięcy. W Warszawie część rejentów jest w stanie przenieść własność lokalu bez takiego zaświadczenia – mówi Łukasz Lebensztejn. – Dla agencji jest to raptem jeden dokument więcej, który musimy zgromadzić i też nie stanowi to dla nas żadnego problemu.

Spersonalizowane podejście do pacjenta przyszłością medycyny. Jest bardziej kosztowne, ale daje znacznie lepsze efekty terapeutyczne

Spersonalizowane podejście do pacjenta przyszłością medycyny. Jest bardziej kosztowne, ale daje znacznie lepsze efekty terapeutyczne 4

Indywidualne podejście do pacjenta zapewnia precyzyjną diagnostykę i dobranie najlepszych strategii terapeutycznych – podkreśla Robert Śmigielski, ordynator oddziału ortopedii i medycyny sportowej w Instytucie Mirai. Pozwala osiągnąć znacznie lepsze efekty niż w przypadku medycyny masowej, minimalizuje ponadto możliwość wystąpienia powikłań. Szczególnie dobrze sprawdza się w leczeniu niestandardowych schorzeń. Problem jednak w tym, że jest to dużo droższe niż medycyna masowa.

Medycyna spersonalizowana opiera się na stosowaniu indywidualnego podejścia do każdego pacjenta, zarówno na etapie diagnostyki, jak i późniejszego leczenia. Jej istotą jest dobranie odpowiednich leków i strategii terapeutycznych do potrzeb konkretnego człowieka, określanych na podstawie nowoczesnych badań genetycznych, tradycyjnych badań krwi oraz testów farmakogenetycznych. W ten sposób możliwe jest precyzyjne określenie dawek farmaceutyków, zminimalizowanie możliwości wystąpienia powikłań, a jednocześnie uzyskanie znacznie lepszych efektów terapeutycznych niż w przypadku medycyny powszechnej.

– Traktujemy każdego jako jednostkę indywidualną, dlatego że każdy z nas ma inne kolano, łokieć, bark. Przykładanie jednej miary do wszystkich nie jest naturalne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Robert Śmigielski, specjalista ortopedii i traumatologii, ordynator oddziału ortopedii i medycyny sportowej w Instytucie Mirai.

Dotychczas spersonalizowane podejście do pacjenta stosowane jest przede wszystkim w onkologii i kardiologii, powoli zyskuje jednak popularność również w innych dziedzinach medycyny, m.in. neurologii oraz ortopedii. Polska medycyna daje pacjentom duży wachlarz możliwości terapeutycznych, umożliwiających całkowity powrót do zdrowia, nie zawsze są one jednak odpowiednio wykorzystywane – ta sama choroba u dwóch różnych pacjentów może mieć diametralnie odmienny przebieg, a tym samym wymagać będzie innego podejścia ze strony lekarza.

– To wymaga dużego skupienia na każdym pacjencie z osobna. Jest to metoda trudna do powielenia w masowej medycynie, natomiast jeśli mamy skomplikowane problemy, ponadstandardowe, trzeba się skupić na tym, żeby to było indywidualnie – mówi dr Robert Śmigielski.

Medycyna spersonalizowana pozwala także na stałe i skuteczne monitorowanie efektów leczenia, przede wszystkim w zakresie odpowiedzi organizmu pacjenta na zastosowane leki.

Zindywidualizowane podejście zapewnia wiele benefitów, ale jest bardziej kosztowne niż medycyna masowa. Wymaga bowiem nie tylko znacznie większej czasu poświęcanego przez lekarzy, lecz także specjalistycznego sprzętu i nowoczesnych technologii. W ortopedii medycyna specjalistyczna obejmuje m.in. przygotowanie implantów lub protez, których kształt dostosowany jest do potrzeb konkretnej osoby, co oznacza, że mogą być one wykorzystane tylko dla nielicznych grup pacjentów.

– Wyobraźmy sobie sytuację, że robimy jeden kształt jakiegoś implantu, który jest dopasowany do przeciętnego pacjenta. U niektórych to nie będzie pasowało, będzie za duże, za małe, będzie odstawało itd. Jeżeli z kolei chcemy zrobić implant, który będzie pasował do danego pacjenta, to musimy zrobić wzór pacjenta, zrobić jego model i do niego dopasować implant – mówi dr Robert Śmigielski.

Ze względu na wysokie koszty medycyna spersonalizowana ma niewielkie szanse stać się normą leczenia w najbliższym czasie, przynajmniej w niektórych dziedzinach systemu ochrony zdrowia. Zdaniem eksperta w ortopedii mogło by to nastąpić w momencie, gdy technologia pozwoli na szybki wydruk implantów 3D, co znacznie obniżyłoby koszty wykonania implantów.

Żywność ekologiczna zawiera czterokrotnie mniej pestycydów niż tradycyjna. Jej spożywanie zmniejsza ryzyko zachorowania m.in. na raka

Żywność ekologiczna zawiera czterokrotnie mniej pestycydów niż tradycyjna. Jej spożywanie zmniejsza ryzyko zachorowania m.in. na raka 5

Produkty ekologiczne zawierają czterokrotnie mniej pestycydów niż żywność konwencjonalna, są bogatsze w składniki odżywcze. To dlatego regularne jedzenie żywności ekologicznej zmniejsza ryzyko wystąpienia schorzeń dietozależnych i neurodegeneracyjnych, takich jak choroba Parkinsona czy Alzheimera. O 25 proc. minimalizuje również możliwość zachorowania na nowotwory, zwłaszcza raka piersi i chłoniaka. Wskazują na to różnego rodzaju badania międzynarodowe, ale potrzebujemy nadal badać te efekty – podkreśla prof. Ewa Rembiałkowska z SGGW.

Zdrowe odżywianie przestaje być sezonową modą, stając się stylem życia coraz większej liczby Polaków. Przykładają oni wagę nie tylko do odpowiedniego komponowania posiłków, lecz także do jakości produktów, które spożywają – rezygnują z żywności wysoko przetworzonej, półproduktów oraz jedzenia typu fast food, coraz częściej decydują się natomiast na żywność ekologiczną. Ten rodzaj żywności produkowany jest zgodnie z zasadami dbałości o środowisko i utrzymania różnorodności genetycznej roślin i zwierząt, bez użycia pestycydów, syntetycznych nawozów mineralnych oraz antybiotyków i hormonów w przypadku hodowli zwierząt. Jest więc znacznie bezpieczniejszy dla organizmu konsumenta niż żywność konwencjonalna.

– Surowce ekologiczne zawierają cztery razy mniej pestycydów niż żywność konwencjonalna. Zawierają też znacznie mniej związków azotowych, szczególnie azotanów, a zwłaszcza azotynów, które niestety generują zwiększoną zachorowalność na różne nowotwory – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Ewa Rembiałkowska z Zakładu Żywności Ekologicznej na Wydziale Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji, SGGW.

Żywność ekologiczna nie zawiera konserwantów, dodatków chemicznych oraz innych sztucznych substancji pomocniczych. Wyróżnia się zbilansowaną zawartością składników pokarmowych, m.in. związków o charakterze antyoksydacyjnym, dzięki czemu ma większą wartość odżywczą niż żywność konwencjonalna. Badania pokazują, że jej regularne spożywanie zmniejsza ryzyko zachorowania na choroby dietozależne oraz poprawia ogólny stan organizmu. Metaanaliza roślinna wykazuje, że produkty ekologiczne zawierają bioaktywne związki z grupy polifenoli, pozytywnie wpływające na układ odpornościowy człowieka.

– Metaanaliza zwierzęca mówi, że mamy o 50 proc. więcej korzystnych kwasów omega-3 tłuszczowych, które z kolei podnoszą odporność, sprawiają, że mniej chorujemy na różne infekcje, a także prawdopodobnie ogranicza to zachorowalność na Parkinsona, Alzheimera, ADHD, czyli cały szereg chorób neurodegeneracyjnych – wymienia prof. Ewa Rembiałkowska.

Pod koniec 2018 roku francuska agencja badawcza L&HASH39;Institut National De La Recherche Agronomique przedstawiła wyniki badań, które pokazały, że u konsumentów regularnie spożywających żywność ekologiczną o 25 proc. zmniejsza się ryzyko zachorowania na nowotwory. Dotyczy to zwłaszcza raka piersi u kobiet w wieku menopauzalnym (ryzyko mniejsze o 34 proc.) oraz chłoniaka (ryzyko zmniejszone o 76 proc.). Osoby, które na stałe wprowadziły produkty ekologiczne do swojej diety, wykazują ponadto mniejszą nadwagę i otyłość, a tym samym mniejszą zachorowalność na choroby układu krążenia.

 Dotyczy to przede wszystkim mężczyzn – tak wynika z badań francuskich. Kobiet też, ale bardzo wyraźnie dotyczy to mężczyzn, więc to jest szalenie ważne, bo wiemy, że mężczyźni generalnie żyją krócej, a jedną z przyczyn jest właśnie syndrom metaboliczny – mówi prof. Ewa Rembiałkowska.

Badania przeprowadzone przez duńskich i norweskich naukowców wykazały natomiast pozytywny wpływ żywności ekologicznej na rozwój i zdrowie dziecka. Maluchy, których mamy regularnie spożywają produkty ekologiczne, rzadziej zapadają na alergie skórne oraz spodziectwo. Jest to poważna wrodzona wada układu moczowego chłopców, charakteryzująca się nieprawidłowym położeniem zewnętrznego ujścia cewki moczowej. Wada ta przyczynia się do problemów z oddawaniem moczu i musi być korygowana operacyjnie w okresie wczesnego niemowlęctwa.

– Regularne jedzenie żywności ekologicznej przez kobiety w ciąży ogranicza ponadto stan przedrzucawkowy, który jest bardzo poważną patologią i to też chroni przed komplikacjami, skomplikowanym porodem, a nawet zagrożeniem życia matki i dziecka – mówi prof. Ewa Rembiałkowska.

Liczne badania o międzynarodowym charakterze pokazują więc, że regularne spożywane żywności ekologicznej stanowi istotny element profilaktyki wielu chorób, w tym nowotworowych. Eksperci podkreślają jednak, że potrzebne są kolejne badania, pokazujące konkretne mechanizmy pozytywnego wpływu tego rodzaju żywności na zdrowie człowieka, aby możliwe było lepsze zarządzane produkcją ekologiczną i docieraniem do przeciętnego konsumenta.

CES 2019: Pierwsze gry planszowe z ekranami dotykowymi i robo-szachy ze sztuczną inteligencją przesuwającą pionki

CES 2019: Pierwsze gry planszowe z ekranami dotykowymi i robo-szachy ze sztuczną inteligencją przesuwającą pionki 6

Gry planszowe coraz częściej przybierają hybrydową formę. Powstają aplikacje do zapamiętywania postępu, mobilne odsłony najpopularniejszych tytułów, gry wykorzystujące wirtualną rzeczywistość czy cyfrowe urządzenia stworzone z myślą o przeniesieniu gry na cyfrowy ekran. Podczas targów CES w Las Vegas pokazano również magnetyczne szachy, w które można grać ze znajomym przez internet lub ze sztuczną inteligencją.

– Nasze szachy pozwalają grać przeciwko sztucznej inteligencji, która ma 20 poziomów trudności. Można również rzucić wyzwanie dowolnym graczom z całego świata poprzez internet, a także zmierzyć się z człowiekiem na fizycznej planszy bez względu na to, czy dysponuje on faktyczną szachownicą – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje podczas targów CES 2019 Atur Mehta, dyrektor ds. Technologii w firmie Square Off.

Digitalizacja gier planszowych postępuje. Popularyzacja skomplikowanych planszówek przeznaczonych dla starszych graczy oraz osób dorosłych sprawiła, że producenci gier coraz częściej zaczęli sięgać po urządzenia mobilne w procesie projektowania mechanizmów zarządzających rozgrywką. Tak powstali m.in. Alchemicy, w których magiczne eliksiry mieszamy za pośrednictwem aplikacji czy This War of Mine, w której smartfon służy do przeglądania skryptów fabularnych i odtwarzania nastrojowej muzyki.

Smartfony stały się także obiektem zainteresowania gry detektywistycznej Chronicles of Crime, w której część śledztwa prowadzona jest za pośrednictwem wirtualnej rzeczywistości – po zeskanowaniu kodów QR umieszczonych na kartach, gracz może się rozejrzeć po wirtualnym miejscu zbrodni wyświetlanym na ekranie telefonu.

Square Off to magnetyczna plansza do szachów, która łączy się z internetem i pozwala grać z innymi graczami za pośrednictwem serwisu chess.com, na żywo śledzić przebieg partii mistrzostw świata czy wyzwać na pojedynek sztuczną inteligencję, która automatycznie porusza pionkami.

– Do poruszania figurami wykorzystano robotyczne ramię i podstawowe zjawiska magnetyczne. Elementy zostały wykonane ręcznie, a w środku znajdują się magnesy. Szachownica jest w całości wykonana z drewna. Jedną z niepowtarzalnych funkcji, które zawarliśmy w urządzeniu, jest także możliwość automatycznego powrotu wszystkich figur na pozycje początkowe za jednym dotknięciem przycisku – tłumaczy przedstawiciel Square Off.

Równie innowacyjne podejście do projektowania planszówek wykazali twórcy z firmy Wizama, którzy stworzyli hybrydową grę SquareOne, nazywaną konsolą do planszówek. Głównym elementem zestawu jest ekran dotykowy, na którym wyświetlają się wszystkie plansze. W pudełku znajdziemy także kości, pionki i karty, które komunikują się z urządzeniem za pośrednictwem technologii NFC. Dzięki takiej konstrukcji na SquareOne można uruchomić wiele klasycznych gier, a system sam dopasuje wygląd planszy do danego tytułu czy przebiegu rozgrywki.

W przypadku szachów od Square Off wykorzystanie rozwiązań hybrydowych sprowadza się nie tylko do uatrakcyjnienia zabawy. Oddając do dyspozycji sztuczną inteligencję oraz integrując grę z systemem chess.com, umożliwiono rozegranie partii nawet wtedy, gdy nie mamy przy sobie innego gracza.

– Wszystko działa w ten sposób, że włączamy szachy, wybieramy poziom trudności lub opcję gry z przyjacielem za pośrednictwem aplikacji. Potem wykonujesz swój ruch i czekasz, aż figura przeciwnika w magiczny sposób przesunie się po planszy – mówi ekspert.

Firma badawcza Research and Markets szacuje, że w 2023 roku wartość europejskiego rynku gier planszowych wyniesie 4 mld dol. Do tego czasu branża wykaże średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 6 proc.

CES 2019: inteligentny kontroler klimatyzacji z asystentem głosowym dostosuje nie tylko temperaturę, lecz także m.in. wilgotność powietrza

CES 2019: inteligentny kontroler klimatyzacji z asystentem głosowym dostosuje nie tylko temperaturę, lecz także m.in. wilgotność powietrza 7

Coraz więcej urządzeń internetu rzeczy można sterować za pomocą asystentów głosowych. Dla większości z nich sterowanie głosem nie różni się jednak od sterowania pilotem. Zaprezentowany na targach CES 2019 inteligentny kontroler klimatyzacji może zmienić podejście do zarządzania domowymi urządzeniami. Wystarczy jedna komenda głosowa, by klimatyzator nie tylko zmienił temperaturę, lecz także dostosował wilgotność powietrza czy odsłonić rolety w oknie, by dopuścić więcej światła słonecznego. Urządzenie dodatkowo uczy się tego, czego oczekuje użytkownik.  

– Ambi Climate to kontroler do klimatyzatorów i pomp ciepła oparty na sztucznej inteligencji. Może współpracować z każdym klimatyzatorem z funkcją zdalnego sterowania. Problem z współczesnymi klimatyzatorami polega na tym, że możemy ustawić wyłącznie temperaturę, podczas gdy na nasze samopoczucie wpływają też inne czynniki, takie jak wilgotność powietrza, światło słoneczne wpadające do pomieszczenia, zmiany pogody itd. – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje podczas targów CES 2019 Julian Lee, prezes zarządu Ambi Climate.

Na początku roku pierwszy inteligentny termostat, a zarazem kontroler do zarządzania jakością powietrza w domu zaprezentowała firma Daikin, największy na świecie producent urządzeń grzewczych. Sprzęt zapewnia dwukierunkową komunikację i służy jako sterownik dla najbardziej zaawansowanych systemów HVAC. Urządzenie nie jest typowym termostatem. Jego funkcjonalność została poszerzona o moduł zarządzania jakością powietrza. Ponadto zapewnia on możliwość ustawienia różnych temperatur w różnych strefach domu. Użytkownik łączy się z kontrolerem przez internet, a całe urządzenie jest kompatybilne z najbardziej popularnymi asystentami, takimi jak Alexa czy Google Assistant.

Twórcy zaprezentowanego na targach CES 2019 Ambi Climate poszli jednak nieco dalej i stworzyli jeszcze bardziej zaawansowane urządzenie, mogące komunikować się z innymi elementami inteligentnego domu, takimi jak nawilżacz powietrza czy rolety.

– Nie ustawiamy temperatury, tylko mówimy urządzeniu, że jest nam gorąco, zimno lub że nie czujemy się komfortowo. Komunikujemy się z nim za pośrednictwem aplikacji na smartfonie lub asystenta głosowego, np. Amazon Alexa lub Google Home. Sztuczna inteligencja uczy się, jak różne czynniki wpływają na komfort użytkownika. Temperatura wcale nie jest najważniejsza, nasi użytkownicy wskazują raczej na wilgotność powietrza lub pogodę. Nasz system automatycznie reguluje nie tylko temperaturę, co jest bardziej komfortowym rozwiązaniem, prowadzącym również do oszczędności energii – dodaje Julian Lee.

Integracja z asystentami głosowymi będzie najprawdopodobniej głównym nurtem rozwoju internetu rzeczy. Na targach CES 2019 w Las Vegas firma Leviton pokazała swój kontroler pozwalający użytkownikowi sterować inteligentnym oświetleniem w domu. Smart Lock pokazał z kolei Lockly, blokadę drzwi z klawiaturą generującą układ cyfr w losowej kolejności, tak by utrudnione było zidentyfikowanie klucza przez osobę postronną. Również najnowsze, rolowane telewizory LG mają wbudowaną Alexę od Amazona, a niektóre również innych asystentów.

– W ostatnim roku rozwiązania inteligentnego domu cieszyły się dużym zainteresowaniem. Wiele osób sprawiło sobie asystentów głosowych, a teraz szukają urządzeń, które pozwoliłyby im poprawić wygodę użytkowania oraz ich komfort. Obecnie jednak większość asystentów głosowych spełnia jedynie rolę podobną do tradycyjnego pilota. My wierzymy jednak, że można to robić w bardziej inteligentny sposób, wykorzystując uczenie maszynowe. Mamy do czynienia z naprawdę silnym trendem, który napędza cały ekosystem i otwiera szereg możliwości – przekonuje ekspert.

Urządzenie Ambi Climate jest już dostępne na rynku. Zgodnie z przewidywaniami firmy analitycznej Bain, rynek IoT osiągnie do 2021 roku wartość 520 mld dol. Oznacza to ponaddwukrotny wzrost w stosunku do 2017 roku.

Dodatek do oleju, czyli nowa siła dla każdego samochodu

Olej to krew naszego samochodu. Dobry olej gwarantuje odpowiednią pracę całego silnika. Jeśli dbamy o regularną wymianę oraz dobór odpowiedniej jakości produktu, mamy gwarancję, że wszystko będzie sprawnie działać. Jednak silnik, podobnie jak organizm, można suplementować. W tym wypadku pomocny będzie dodatek do oleju TEC 2000 Oil Booster.

Czym jest, jak działa i co daje Oil Booster ?

Ten konkretny dodatek, który składa się m.in. z dodatków przeciwzużyciowych, spowalniających starzenie i pienienie się oleju, czy utrzymujących zanieczyszczenia w jednorodnej zawiesinie, pozwala zwiększyć film olejowy, jednocześnie zmniejszając jego zużycie.

TEC 2000 świetnie sprawdzi się w każdym aucie, motocyklu, ciągniku, maszynie budowlanej  – zarówno w silniku benzynowym, jak i dieslu. Dodatkowo chroni silnik przed szybszym zużyciem, co jest jednoznaczne ze sporymi oszczędnościami w serwisach.

W skład Oil Boostera wchodzi aktywny składnik anti-wear, którego działanie docenią wszyscy kierowcy. Mieszkamy w miejscu, gdzie na przełomie pór roku są dość spore wahania temperatur, a zimy potrafią być bardzo srogie. Stosując dodatek do oleju, możemy być spokojni o jego jakość w najgorszych warunkach – olej zachowa swoje właściwości i z łatwością dotrze to wszystkich ruchomych części silnika.

Dodatkowo zauważymy szybszy zimny rozruch, niższe zużycie paliwa oraz będziemy emitować mniej spalin do atmosfery. Same plusy – zarówno dla nas, jak i dla środowiska. Ponadto, co ważne, Oil Booster dostał rekomendację wielu producentów samochodów, w tym BMW, Mercedesa, Volkswagena, a nawet Rolls Royce’a czy Jaguara oraz spełnia wymagania dotyczące normy CCMC (Komitet Konstruktorów Wspólnego Rynku).

Dodatek do oleju

Jak stosować dodatek do oleju?

To banalnie proste. Wystarczy, że podczas wymiany oleju (lub zaraz po) wlać do silnika Oil Booster. Dobrze też, aby silnik był już po pierwszym uruchomieniu. Należy pamiętać, aby silnik był wtedy rozgrzany do temperatury roboczej, czyli w okolicach 90 stopni Celsjusza.

Kiedy już spełnimy te wszystkie warunki, dolewamy do oleju dodatek i pozwalamy silnikowi popracować na wolnych obrotach przez 5 minut.

Esaliens TFI stawia na PPK

Esaliens TFI zamierza ugruntować swoją pozycję w obszarze prywatnych emerytur, zostając znaczącym podmiotem oferującym Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK). Obecnie Towarzystwo jest największym w Polsce niepaństwowym dostawcą Pracowniczych Programów Emerytalnych (PPE)
z funduszami inwestycyjnymi z 16 proc. udziałem w tym rynku.

TFI działa w Polsce od 20 lat. Wraz z pojawieniem się trzeciofilarowych rozwiązań emerytalnych, takich jak IKE, IKZE i PPE, Esaliens sukcesywnie włączał je do oferty, zyskując miano jednego z liderów tego sektora. Towarzystwo od lat znane jest również z prowadzenia Pracowniczych Programów Emerytalnych (PPE). Jedno z pierwszych w Polsce PPE, które nieprzerwanie funkcjonuje do dziś, zostało zarejestrowane przez Esaliens 19 lat temu (1999 r.). W efekcie ponad połowa wszystkich środków zarządzanych przez firmę (aktywów funduszy inwestycyjnych oraz portfeli asset management) ma charakter emerytalny. Na koniec 2018 roku było to 2,2 mld zł (wzrost o 30% w ciągu ostatniego roku).

Obecnie przygotowujemy się do startu PPK. Rozwój w tym obszarze to dla naszej organizacji naturalna kolej rzeczy. Rynek rozwiązań emerytalnych znamy od podszewki, ponieważ działamy na nim od wielu lat, a prywatne emerytury są od początku strategicznym elementem naszej oferty. Zakładaliśmy pierwsze w Polsce PPE, a PPK w swoich podstawowych założeniach jest bardzo podobne do tego rozwiązania, dlatego nasze doświadczenie może okazać się nieocenione dla wielu firm. Zwłaszcza największych przedsiębiorstw, które w pierwszej kolejności, już za pół roku, muszą wprowadzić PPK. Zatem nasze bogate portfolio doświadczeń w zakresie wdrażania rozwiązań emerytalnych w dużych podmiotach powinno procentować już od samego początku. Co więcej, wiedzą na temat PPK chętnie dzielimy się już teraz z zainteresowanymi firmami, a pytań z rynku jest coraz więcej. Trudno się dziwić, skoro pierwsze wpłaty w ramach PPK mają nastąpić jeszcze w tym rokuwyjaśnia Tomasz Jędrzejczak, prezes zarządu Esaliens TFI.

PPK to powszechny i dobrowolny system oszczędzania długoterminowego na własne cele, skierowany do pracowników odprowadzających składki ZUS. Ustawa zakłada 3 źródła finansowania składek na rzecz pracownika: składkę pracownika, składkę pracodawcy oraz dopłaty ze strony Państwa (Funduszu Pracy). Zgromadzone składki będą inwestowane w tzw. funduszach zdefiniowanej daty.

Kurs euro, franka, dolara i funta. Analiza techniczna 14.01.2019

Niewątpliwie głównym wydarzeniem nadchodzącego tygodnia będzie  jutrzejsze głosowanie w Izbie Gmin nad porozumieniem w sprawie brexitu, należy spodziewać się sporej zmienności na funcie. Liczne odczyty w nadchodzących dniach w Stanach Zjednoczonych mogą pomóc dolarowi.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 07.01.2019-14.01.2019

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2833 3,7826 3,7165 4,7386
Maksimum 4,3060 3,8359 3,7675 4,8164

 

Kurs franka CHF/PLN

Kurs franka CHF/PLN            Na parze CHF/PLN wyklarował się krótkoterminowy trend wzrostowy. Inwestorzy w ostatnim czasie szukają bezpieczniejszych aktywów do inwestycji. Mają zapewne z tyłu głowy wciąż aktywne ryzyka występujące na rynkach. Nadal sytuacja we Francji nie została wyjaśniona, a protesty “żółtych kamizelek” wciąż trwają. Ciągła niewiadoma w sprawie opuszczenia struktur Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię. Dodatkowo ostatnio znajdująca się w kryzysie amerykańska waluta, powoduje, że inwestorzy coraz chętniej spoglądają w stronę franka. Ponadto przewidywane spowolnienie w gospodarce powoduje niechęć do inwestowania w bardziej ryzykowne aktywa. W przypadku dalszej wędrówki tej pary walutowej w kierunku północnym pierwszym ważniejszym poziomem będą okolice 3,83.

Kurs euro EUR/PLN

Kurs euro EUR/PLN            Już chyba wszyscy obserwatorzy rynku przyzwyczaili się do wąskiego w ostatnim czasie pasma wahań pary EUR/PLN. Od początku grudnia amplituda notowań na tym instrumencie nie przekroczyła 5 groszy. Aktualnie cena wspólnej waluty wynosi 4,29 zł. Tak małe ruchy na parze EUR/PLN wiążą się z dwuznaczną sytuacją na rynkach. Wydawać by się mogło, że przy obecnej słabości dolara oraz dość stabilnej sytuacji gospodarczej w naszym kraju złotówka powinna więcej zyskiwać w stosunku do euro. Jednak z drugiej strony pojawiające się zagrożenia chociażby z Francji czy z negocjacji brexitowych, a także perspektywy spowolnienia gospodarczego na szerokim rynku notowania EUR/PLN utrzymują się dość stabilnie w okolicy poziomu 4,30 zł.

Kurs dolara USD/PLN

Kurs dolara USD/PLN           Na wykresie USD/PLN utworzył się krótkoterminowy trend spadkowy. W ciągu kilku ostatnich tygodni amerykańska waluta potaniała o ok 10 groszy. W ostatnim czasie dolarowi ciąży szereg wydarzeń. Jest to między innymi gołębi ton wypowiedzi docierający z Rezerwy Federalnej, gdzie mówi się o tym, że w przyszłym roku nie należy nastawiać się na zbyt wiele ruchów jeżeli chodzi o podnoszenie stóp procentowych. Do tego należy doliczyć ciągnący się już konflikt handlowy z Chinami. Ponadto niejasna sprawa w sprawie tzw. government shutdown, gdzie kością niezgody pozostają koszty zwązane z budowa muru. W tym tygodniu czeka nas seria odczytów makroekonomicznych, która może odwrócić sentyment na parach dolarowych. Do ważniejszych publikacji będą należały odczyty inflacyjne, wyniki sprzedaży detalicznej czy informacje z rynku pracy oraz rynku nieruchomości.

Kurs funta GBP/PLN

GBPPLN+H414

Po tym jak temat brexitu w zeszłym tygodniu trochę osłabł, a inwestorzy zajęli się innymi wydarzeniami spadki na parze GBP/PLN zmalały, a funt brytyjski odzyskał kilka straconych groszy. W tym tygodniu może już nie być tak spokojnie na parach powiązanych z brytyjską walutą. Na jutro bowiem przypada, odkładany przez Theresą May, termin głosowania nad wypracowanym porozumieniem. Wszystko wskazuje na to, że w Izbie Gmin może nie wystarczyć głosów przychylnych aktualnym rozwiązaniom. Może zatem dojść do sytuacji, w której większość brytyjczyków zamiast wychodzić z Unii Europejskiej na niewiadomych warunkach będzie chciała pozostania w jej strukturach. Poza głosowaniem poznamy w nadchodzącym tygodniu również odczyty inflacyjne z Wysp, jednak wobec tak ważnego wydarzenia wydają się one być tym razem mało istotne.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Europa i Polska przygotowują się do e-fakturowej dyrektywy

2019 będzie rokiem upowszechnienia na Starym Kontynencie automatycznie przetwarzanych e-faktur. Wymusi to wprowadzenie od 18 kwietnia dyrektywy KE o obowiązkowym przyjmowaniu takich dokumentów w administracji publicznej. Oznacza to, że urzędy, samorządy i instytucje państwowe będą musiały odbierać, przetwarzać oraz archiwizować dokumenty w formie elektronicznej.

W Polsce, na ostatniej prostej, trwają prace nad oddaniem w ręce użytkowników Platformy Elektronicznego Fakturowania (PEF) służącej do w pełni zautomatyzowanej wymiany rozliczeń. Dostęp do niej będzie możliwy poprzez aplikację webową i desktopową. Przedsiębiorca wybierze czy chce przesłać dokumenty za pośrednictwem strony WWW czy poprzez oprogramowanie instalowane na dysku komputera. Całkowita wartość projektu wynosi ponad 34 mln zł, z czego ponad 29 mln zł pochodzi z Funduszy Europejskich. „PEF  będzie służyć do przesyłania drogą elektroniczną ustrukturyzowanych faktur elektronicznych oraz innych ustrukturyzowanych dokumentów elektronicznych związanych z realizacją zamówień publicznych. Nowe narzędzie pozwoli też na przetwarzanie i udostępnianie informacji związanych z realizacją tych zamówień” – podkreśla Tadeusz Kościński, wiceminister przedsiębiorczości i technologii. Projekt ma jednak dalszą perspektywę, a mianowicie łączenie już nie tylko biznesu z instytucjami publicznymi, ale również biznesu z biznesem czyli w relacjach tzw. B2B. „Początkowo obowiązek wystawiania jednolitych e-faktur planowano nałożyć również na wykonawców zamówień publicznych. Z tego założenia ustawodawca jednak się wycofał, a więc dla dostawców i wykonawców prac stosowanie nowych e-faktur pozostanie całkowicie dobrowolne. Liczymy jednak, że dostosowanie systemów tych podmiotów do przesyłania e-faktur w konsekwencji przyczyni się do wzrostu popularności dokumentowania transakcji fakturami ustrukturyzowanymi. To powinno zmobilizować polski biznes do rozliczeń w formie elektronicznej” – zauważa Tomasz Kuciel, prezes zarządu EDISON S.A, będącego częścią konsorcjum PEF Expert – brokera rządowej Platformy Elektronicznego Fakturowania.

Kraje europejskie także przygotowują się do wdrożenia europejskiej dyrektywy. W Portugalii od 1 stycznia 2019 roku automatycznie przetwarzane faktury są już obowiązkiem w administracji publicznej. Dostawcy są zobowiązani do przesyłania rozliczeń w takiej postaci na poziomie centralnym i regionalnym. Tym samym rząd w Lizbonie wyprzedza ostateczny termin 18 kwietnia nałożony przez UE. W Niemczech pod koniec ubiegłego roku rząd Angeli Merkel opracował harmonogram wprowadzenia systemu PEPPOL na poziomie federalnym, regionalnym i lokalnym. EDISON S.A. jest pierwszą polską firmą, która została przyjęta w poczet stowarzyszenia OpenPEPPOL. Według Tomasza Kuciela to podmiot będący punktem odniesienia dla rządów europejskich i ich dostawców w zakresie eProcurement, czyli obszaru e-biznesu dotyczącego zarządzania wszystkimi działaniami związanymi z elektronicznym procesem zamówień. „Projekt koncentruje się na kluczowych elementach e-zamówień, aby umożliwić firmom komunikowanie się drogą elektroniczną z jakąkolwiek instytucją europejską w procesie zawierania zamówień. Zwiększa to efektywność i obniża koszty.”

We Włoszech w lipcu zeszłego roku wprowadzono nakaz rozliczania się w formie Business To Government (B2G) za pomocą platformy SDI. Podwykonawcy i wykonawcy w ramach zamówień publicznych przesyłają dokumenty poprzez elektroniczny hub, który umożliwia szybki obieg elektronicznych faktur. Od Nowego Roku w system włączono również rozliczenia B2B. Wielka Brytania zmaga się z trudnościami Brexitu, ale pracuje też nad udoskonaleniem elektronicznego systemu zwrotu podatku VAT. Od 1 kwietnia 2019 roku przedsiębiorcy osiągający na fakturach dochód powyżej 85 tys. funtów będą musieli archiwizować swoje księgi w formacie cyfrowym oraz przesyłać je drogą elektroniczną do Urzędu Skarbowego. Taki raport należy dostarczać co kwartał. Na Węgrzech upowszechnienie automatycznego przetwarzania e-faktur doprowadziło do zwiększenia poziomu ściągalności VATu. Przyznał to minister finansów Mihaly Varga. „Miliony e-faktur zawierają ogromną ilość danych. Poprzez ich analizę jesteśmy w stanie odróżnić solidnych płatników od tych, którzy próbują działać niezgodnie z prawem”.

Europejskim potentatem Elektronicznej Wymiany Danych jest Skandynawia. W Szwecji powszechne e-fakturowanie stosowane jest od prawie 20 lat. System nadal jednak podlega rozbudowie i ciągłemu rozwojowi. Od kwietnia br. obowiązkiem będzie elektroniczne fakturowanie w formacie B2G. Administracja publiczna będzie akceptować rozliczenia w formacie PEPPOL lub krajowym Svefaktura. Norwegowie przygotowując się do wdrożenia europejskiej dyrektywy także od 1 stycznia wprowadzili obowiązkowy standard fakturowania w formacie B2G. Powstał na bazie PEPPOL BIS i jest w pełni zgodny z Dyrektywą 2014/55/UE.

W Polsce automatyczne przetwarzanie faktur będzie obowiązywać w ustawach Prawo zamówień publicznych, o partnerstwie publiczno-prywatnym i o umowie koncesji na roboty budowlane i usługi. Wyjątkiem będą zamówienia objęte tajnością ze względu na ochronę bezpieczeństwa państwa. Fakturowanie elektroniczne będzie stosowane również w przypadku małych zamówień publicznych o wartości nieprzekraczającej progu równowartości 30 tys. euro. W tym przypadku można wyłączyć zastosowanie e-faktur w umowie, ogłoszeniu, specyfikacji istotnych warunków zamówienia lub innym dokumencie rozpoczynającym postępowanie o udzielenia zamówienia publicznego.

Ile straci gospodarka na wolnych dniach w 2019 roku?

Mniej odpoczynku oraz więcej pracy – to perspektywa kalendarza na ten rok. Zmiana nie jest rewolucyjna dla etatowców. Stracili tylko jeden dzień wolny w porównaniu z ubiegłym rokiem. Jednak istnieje szansa na to, że ustawodawca wyłączy z dni roboczych Wielki Piątek oraz Wigilię. Eksperci jednak przed tym ostrzegają. Każdy dodatkowy dzień świąteczny oznacza duże koszty dla gospodarki. Jednak ich oszacowanie jest dość trudne. I tutaj padają różne kwoty, wynoszące nawet po kilka miliardów złotych za dzień.

Mniej czy więcej?

W 2019 roku liczba dni ustawowo wolnych od pracy będzie mniejsza o jeden w porównaniu z 2018 rokiem, co podkreśla Robert Lisicki, dyrektor Departamentu Pracy w Konfederacji Lewiatan. Stało się tak, ponieważ w 2018 roku jednorazowo był wolny 12 listopada. Tegoroczny kalendarz obejmuje 251 dni pracujących dla osób zatrudnionych na umowę o pracę. Wymiar czasu pracy wynosi 2008 godzin.

– Mamy 13 dni ustawowo wolnych od pracy, przy czym żaden nie wypada w sobotę, a trzy przypadają na niedziele. Zgodnie z obowiązującym prawem, pracodawca musi wyznaczyć dodatkowe wolne za święto w sobotę. Termin ten ustala pracodawca, a nie wybiera go samodzielnie pracownik. Natomiast w sytuacji gdy święto jest w niedzielę, zatrudnionemu nie przysługuje dodatkowy dzień odpoczynku – informuje Agnieszka Kolenda, dyrektor w Hays Poland.

Za nami dwa z trzynastu dni ustawowo wolnych, tj. Nowy Rok (1 stycznia) i Święto Trzech Króli (6 stycznia). Najbliższymi będą Wielkanoc (21 kwietnia) oraz Poniedziałek Wielkanocny (22 kwietnia). Odpoczynek też można zaplanować na Święto Pracy (1 maja), Święto Narodowe Trzeciego Maja (3 maja), Zesłanie Ducha Świętego (9 czerwca) oraz Boże Ciało (20 czerwca). Ponadto w kalendarzu znajdują się takie terminy, jak Święto Wojska Polskiego, Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia), Wszystkich Świętych (1 listopada), Święto Niepodległości (11 listopada) oraz Boże Narodzenie (25-26 grudnia).

– Otwarta pozostaje kwestia jeszcze dwóch dodatkowych dni wolnych od pracy, tj. Wigilii i Wielkiego Piątku. Projekt zmian w tej sprawie wpłynął do Sejmu pod koniec 2018 roku. Co ciekawe, Wigilia Bożego Narodzenia oraz drugi dzień Triduum Paschalnego są dniami ustawowo wolnymi od pracy w kilkunastu państwach – dodaje Agnieszka Kolenda.

Natomiast Jakub Bińkowski z Departamentu Prawa i Legislacji w Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, przypomina o sytuacji związanej z 12 listopada 2018 roku. Według eksperta, modyfikacje kalendarza dni ustawowo wolnych od pracy trzeba rzetelnie konsultować ze wszystkimi interesariuszami. Należy uniknąć chaosu i nieprzewidzianych kosztów po stronie przedsiębiorców. Ponadto, liczba dni ustawowo wolnych powinna być racjonalna i nie odbiegać od średniej w Europie, ponieważ wciąż jesteśmy krajem „na dorobku”.

Wolne kosztuje

– Co roku PKB jest mniejsze z powodu sobót, niedziel oraz świąt. Wówczas funkcjonuje tylko część przedsiębiorstw i usług, np. hutnictwo, kolejnictwo czy transport. Każdy dodatkowy dzień wolny od pracy ma negatywny wpływ na gospodarkę. Przed lub zaraz po takim ustawowym odpoczynku następuje próba odzyskania utraconych korzyści. Ludzie intensywniej pracują, pojawiają się nadgodziny – stwierdza prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC, były wiceminister finansów.

Zdaniem Roberta Lisickiego, trudno jest jednoznacznie ocenić wpływ dnia wolnego na gospodarkę. W kontekście 12 listopada szacowano, iż dodatkowy dzień wolny oznacza zmniejszanie PKB o ok. 0,3%. W tym przypadku uwzględniono liczbę dni wolnych od pracy oraz założenie, że 25% gospodarki pozostaje w tym dniu aktywna. Oznaczało to dla jednego dnia stratę w wysokości ok. 6 mld złotych. Ekspert podkreśla, że jednak są to tylko szacunki.

– Według niektórych wyliczeń, jeden dzień wolny od pracy może kosztować nawet 4 miliardy złotych. Jednak wiarygodność tego rodzaju estymacji wydaje się być niewielka, zwłaszcza że w grę wchodzi bardzo dużo zmiennych. Oczywiście, w dni ustawowo wolne od pracy nie funkcjonuje duża część przedsiębiorstw, co wiąże się z tym, że w takim okresie po prostu nie wytwarzają żadnej wartości dodanej – mówi Jakub Bińkowski.

Według prof. Gomułki, liczenie kosztów dnia wolnego nie powinno odbywać się w sposób mechaniczny. Były wiceminister finansów ma na myśli dzielenie PKB przez liczbę wszystkich dni pracujących. Ten iloraz określa PKB przypadający na dzień pracy. Wynosi on teraz prawie 8 mld złotych. Jednak taki szacunek zawyża znacznie wpływ dodatkowego wolnego na gospodarkę. Wspomniany iloraz należałoby podzielić przez 2, może nawet 3. Zatem szacunek na poziomie 3, najwyżej 4 mld złotych byłby bardziej zbliżony do rzeczywistych kosztów dodatkowego dnia wolnego od pracy.

– Na poziomie zakładowym pracodawcy wskazują, iż w zależności od układu świąt w kalendarzu mogą one wpływać na stopień obniżenia produktywności. Dobrym przykładem jest początek maja, kiedy ułożenie dni świątecznych powoduje nawet dziewięciodniowe okresy ograniczenia działalności firm. Analiza konsekwencji dni wolnych powinna też uwzględniać zróżnicowane skutki w poszczególnych branżach takich jak handel, transport czy produkcja – przekonuje dyrektor Departamentu Pracy w Konfederacji Lewiatan.

Zbliża się kluczowe głosowanie w sprawie brexitu

Teoretycznie porozumienie rozwodowe zostało już podpisane, jednak nadal najbardziej prawdopodobny scenariusz, to wyjście Wielkiej Brytanii z UE bez żadnego porozumienia. 15 stycznia może się okazać decydującą datą, a dzień ten wstrząsnąć europejską gospodarką. Ponowne referendum jest mało realne, musiałaby je poprzedzić wymiana rządu.

– Brexit pozostaje czarną skrzynką, po otwarciu której, mogą się z niej wysypać nieoczekiwane rzeczy – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Najbardziej prawdopodobny wariant jest taki, że brytyjscy parlamentarzyści 15 stycznia nie zagłosują za przyjęciem przygotowanego już porozumienia. Wtedy rozwód bez porozumienia stanie się najbardziej realnym scenariuszem.

-To scenariusz najbardziej niekorzystny dla europejskiej gospodarki – komentuje P.Kwiecień.

Trudno spodziewać się, że inwestorzy uwierzą, że może dojść do ponownego referendum, w którym Brytyjczycy wypowiedzą się za pozostaniem w UE.

Ustawa o obniżce prądu niezgodna z prawem unijnym?

Czy w styczniu będą obowiązywać wyższe ceny energii, wprowadzone przez tych jej dostawców, którzy zdecydowali się na ich podniesienie, czy zastosowanie znajdzie ustawa, która budzi sporo kontrowersji, w tym co do jej zgodności z prawem UE? Wprawdzie Komisja Europejska łagodzi ton w sprawie ustawy obniżającej ceny energii elektrycznej w Polsce, ale oczekuje na jej notyfikację.

– Pojawia się więc pytanie czy przyjęta ustawa może być stosowana -mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Wrochna , Szef Praktyki Prawa Europejskiego i Europejskich Regulacji Gospodarczych, w kancelarii prawniczej Kochański i Partnerzy. – Bo każda pomoc publiczna, przed jej wejściem w życie, powinna być zgłoszona do Komisji Europejskiej.

Pomoc publiczna bez akceptacji KE jest nielegalna i nie powinna być udzielana. Jakie będą losy ustawy, trudno przewidzieć. Jak jednak obecnie powinni postępować dostawcy energii elektrycznej, dopóki nie zakończą się negocjacje z UE?

– Niezależnie od różnych zastrzeżeń, ta ustawa dziś obowiązuje i należy ją stosować, przyjemniej do momentu w którym formalnie zostaną wszczęte procedury w zakresie kontroli jej zgodności z prawem UE – wyjaśnia mec.Wojciech Wrochna z Kochański i Partnerzy.

2018 rok na rynku publicznych emisji obligacji w liczbach

Wiadomo, że nie był to udany rok dla rynku obligacji korporacyjnych, a przyczyn można wymienić przynajmniej kilka. Natomiast o skutkach najlepiej opowiedzą liczby.

910 mln zł

To łączna wartość publicznych emisji obligacji przeprowadzonych w 2018 r. na podstawie prospektów emisyjnych i kierowanych do inwestorów indywidualnych. To połowa (49,3 proc.) wyniku osiągniętego w rekordowym jak dotąd roku 2017, gdy było to 1,849 mld zł.

600 mln zł

To największa kwota, jaką z publicznych emisji obligacji pozyskał w 2018 r. jeden emitent – PKN Orlen. Stanowiło to 65,9 proc. wartości wszystkich przeprowadzonych emisji. Nie jest to jednak rekord rynkowy. W 2014 r. PKN w jednym roku kalendarzowym uplasował publiczne emisje warte 700 mln zł.

13 emisji

Tyle publicznych emisji obligacji na podstawie prospektów emisyjnych przeprowadzono łącznie w 2018 r. Przed rokiem było ich 31, a dwa lata temu 33 (rekordowy rok).

7 894 zapisów

Tyle zapisów złożono łącznie we wszystkich emisjach publicznych przeprowadzonych w 2018 r. Przed rokiem było ich 14,9 tys. plus inwestorzy, którzy składali zapisy w publicznych emisjach Getin Noble Banku (bank nie podawał liczby składanych zapisów). Dwa lata temu ta liczba wyniosła 16,5 tys. (którą także trzeba powiększyć o emisje GNB). Najwięcej inwestorów wzięło udział w trzeciej z kolei emisji PKN Orlen (1 245). To najlepszy wynik od kwietnia 2016 r., gdy w pierwszej emisji publicznej Alior Banku wzięło udział 1 402 inwestorów. Rekord należy jednak także do PKN Orlen – w 2014 r. w drugiej emisji publicznej zapisy złożyło ponad 2 tys. inwestorów.

136,4 tys. zł

To średnia wartość zapisów złożonych we wszystkich emisjach publicznych z 2018 r. Ich łączna wartość wyniosła 1,077 mld zł. Przed rokiem było to 3,042 mld zł, a przed dwoma laty 3,067 mld zł (rekordowy rok w historii Catalyst).

Najwyższe zapisy składano w emisjach PKN Orlen – w pierwszej z nich średnia wartość zapisu wyniosła 394,9 tys. zł. Rekord pod tym względem należy do emisji Alior Banku z listopada ub.r., gdy średnia wartość zapisu wyniosła prawie 1,7 mln zł (jednak najmniejszy składany zapis nie mógł być wart mniej niż 400 tys. zł).

833,6 mln zł

To nominalna wartość obligacji pochodzących z emisji publicznych adresowanych do inwestorów indywidualnych na podstawie prospektów emisyjnych, które zmieniły właściciela w czasie handlu sesyjnego na Catalyst w okresie ostatnich 12 miesięcy (do końca listopada br.). To 30,3 proc. więcej niż rok wcześniej, gdy było to 639,6 mln zł.

254,2 mln zł

To wartość sesyjnego handlu publicznymi emisjami Orlenu – mają one największy wpływ na łączną wymianę publicznymi emisjami. Na drugim miejscu są obligacje Getin Noble Banku (154,4 mln zł), który wprowadził na Catalyst obligacje z emisji publicznej o największej wartości. Aktualnie w obrocie pozostają obligacje GNB warte 1,9 mld zł.

Obligacje Orlenu są aktualnie także najpłynniejszymi papierami na Catalyst pod względem relacji wartości zawartych transakcji do wartości samych obligacji – prawie co czwarta (23,1 proc.) obligacja Orlenu pochodząca z publicznych emisji zmieniła właściciela w czasie ostatnich 12 miesięcy.

Emil Szweda dla Michael/Ström

Trendy technologiczne, które wpłyną na branżę zabezpieczeń w 2019 roku

Jak co roku, eksperci Axis Communications typują trendy, które będą kształtować branżę nowych technologii, szczególnie w zakresie monitoringu i zabezpieczeń. Kilka kluczowych kierunków pojawiło się już w zeszłorocznym zestawieniu, a ze względu na swój potencjał i nośność będą naturalnie rozwijać się także w tym roku.

Sztuczna inteligencja – także dla sektora zabezpieczeń

Technologiczna moda na sztuczną inteligencję (AI) sprawia, że w opinii publicznej zaczęło pojawiać się przekonanie, że zmieni ona fundamentalnie każdą branżę i sektor. Po drugiej stronie mamy sceptyków, którzy twierdzą, że zauważalne już ograniczenia zastosowań sztucznej inteligencji (w tym uczenia maszynowego i głębokiego uczenia się) wskazują na szczyt możliwości tej technologii (i zarazem “szczyt nadmiernych oczekiwań” wg teorii cykli Gartnera), w której pokłada się zbyt wielkie nadzieje, co z czasem przyniesie jeszcze większe rozczarowanie. Rzeczywistość rynku nowych technologii jest jednak taka, że korelacja między jej wdrażaniem a postępem różni się w zależności od branży i od planowanej funkcjonalności. W niektórych dziedzinach – w szczególności w opiece zdrowotnej, np. w wykrywaniu raka – AI ma już znaczący pozytywny wpływ. W innych obszarach transponowanie dobrodziejstwa AI jest wolniejsze, choć zaczyna już przynosić bardziej konkretne innowacje. Sektor systemów dozoru wizyjnego jest jednym z nich.

Obecnie, narzędzia do głębokiego uczenia się wykorzystywane są głównie do analiz wideo oraz wspierania procesu reagowania. Eksperci z branży monitoringu zakładają, że z czasem będą one kluczowym komponentem wielu zaawansowanych systemów. Jako aplikacje oraz produkty dla inżynierów oprogramowania i nie tylko, staną się bardziej powszechne, proste i gotowe do zastosowania w różnych środowiskach. Pamiętajmy jednak, że katalizatorem rozwoju inteligentnych systemów dozoru będą przede wszystkim udane wdrożenia, a nie same inwestycje w technologię.

W sektorze bezpieczeństwa często pojawia się pokusa, by przy okazji adaptacji AI silić się na zbyt wielkie oczekiwania i jeszcze większe obietnice. Axis, jako jeden z innowatorów, czerpie z wieloletniego doświadczenia w transferze oraz tworzeniu nowej technologii i dąży przede wszystkim do tego, aby uczynić ją funkcjonalną i przydatną. Nie chcemy przedobrzyć ani dokładać się do kolejnej bańki technologicznej. Dlatego stawiamy na solidność i niezawodność, odpowiadając na faktyczne potrzeby klientów, ale i przewidując stojące przed nimi wyzwania w przyszłości.

Poza wszystkim, nie można zapominać, że na głębokie uczenie się składają się dwie różne fazy: faza szkolenia i faza wykonania. Ta pierwsza wymaga dużej mocy obliczeniowej, danych i czasu, więc najprawdopodobniej będzie działała na serwerze i/lub w chmurze, podczas gdy dodatkowe szkolenie (dostrajanie) może być wykonane w ramach tzw. urządzenia brzegowego. Faza wykonania – to, co wymaga “przetestowanych” danych – może być zrealizowana na dowolnym poziomie w systemie, w pełni zależnym od tego, jaka moc obliczeniowa jest potrzebna oraz jak ważny jest czynnik czasu we wdrożeniu.

W tym roku Axis będzie kontynuował swoje prace R&D, dążąc bardziej do odkrywania
i usprawnień funkcjonalności pod kątem korzyści odbiorcy końcowego (także przemysłu), a nie do radykalnych, ryzykownych zmian.

Chmury obliczeniowe, ruch w kierunku krawędzi a dozór wideo

Choć AI znajduje się jeszcze w początkowych fazach cyklu żywotności technologii wg. teorii Gartnera, trudno jednoznacznie stwierdzić, czy cloud computing jest już technologią mocno ugruntowaną, czy może zmierza jeszcze w stronę płaskowyżu produktywności. Jest jeszcze pewnie kilka organizacji w sferze prywatnej lub publicznej, które nie korzystają z chmury obliczeniowej, ale większość rozwija jednak swoją infrastrukturę w stronę modelu opartego na chmurze.

Przetwarzanie w chmurze opiera się na scentralizowanym przetwarzaniu danych w jednym lub wielu centrach danych, a ponieważ liczba podłączonych urządzeń Internetu Rzeczy (IoT) rośnie wykładniczo, rośnie również ilość generowanych danych. Nawet jeśli powstanie więcej centrów danych o coraz większej wydajności, to tsunami danych może stać się przytłaczające.

Aspekt przyrostu, agregacji i skutecznego przetwarzania danych jest również szczególnie istotny dla rozwoju sektora dozoru wizyjnego, gdzie wymagania stale rosną, co zmusza jednocześnie do ciągłego udoskonalania technologii optymalizujących zapotrzebowanie na pamięć masową i przepustowość.

I tu na pierwszy plan wysuwają się korzyści przetwarzania danych w ramach urządzeń brzegowych. W skrócie, operowanie danymi na krawędzi oznacza realizację procesów przetwarzania danych przed przesłaniem do centrum danych na „krawędzi” sieci, tj. blisko miejsca, w którym dane są gromadzone przez sensory. Szczególną zaletą procesowania brzegowego edge processing dla niektórych sektorów jest zwłaszcza poprawa szybkości analizy i zdolności do dalszych operacji w oparciu o uzyskane wyniki. Weźmy na przykład autonomiczny pojazd. Bez obliczeń brzegowych – gdy zarówno przechwytywanie, jak i przetwarzanie danych odbywa się w samym pojeździe – opóźnienie w komunikacji z centrum danych w chmurze, nawet jeśli chodzi tylko o milisekundy, może być tą zmienną, która zdecyduje o uniknięciu kolizji lub wypadku.

W Axis Communications obliczenia brzegowe oznaczają natomiast przetwarzanie danych w obrębie samej kamery. Tak zbudowany system znacząco poprawia jakość, ale i bezpieczeństwo systemów dozoru. Dlaczego? Przede wszystkim, wstępne przetwarzanie danych w kamerze może istotnie zmniejszyć zapotrzebowanie na przepustowość zarówno w przypadku przesyłania danych, jak i ich przechowywania. Ponadto dane mogą być anonimizowane i szyfrowane przed ich przesłaniem, z uwzględnieniem kwestii bezpieczeństwa i prywatności.

Trzeba podkreślić, że para cloud computing i edge computing nie rodzi dylematu  „albo-albo” – obie technologie będą działać w równowadze z korzyścią dla przemysłu.

Personalizacja a prywatność

Rok 2018 może być uznawany za ten, w którym ogólna świadomość prywatności danych osiągnęła punkt krytyczny, szczególnie w odniesieniu do ochrony danych osobowych. Ogólna dyrektywa UE w sprawie ochrony danych (RODO) przyznała bowiem osobom z sektora publicznego i prywatnego wyższy niż kiedykolwiek poziom kontroli nad gromadzeniem, przechowywaniem, udostępnianiem i wykorzystywaniem danych osobowych przez dane organizacje – w tym informacji uzyskanych dzięki monitoringowi wizyjnemu. Jednak w kontekście wyzwań i potencjalnych ryzyk dla szerszej rzeszy konsumentów i obywateli warto zaznaczyć, że bardziej prawdopodobne są problemy związane z wykorzystaniem danych gromadzonych przez media społecznościowe. Ostatnia historia związana z wydobywaniem danych przez Facebook zwiększyła świadomość, a zarazem zaniepokojenie tym, co dzieje się z danymi osobowymi podawanymi online.

W końcu żyjemy w świecie, w którym walutą są dane – otrzymujemy cenne usługi online w zamian za świadome lub nieświadome przekazanie znacznej ilości danych osobowych. W rzeczywistości dane te są wykorzystywane przez takie serwisy jak Facebook, Amazon, Google i inne, tak aby podnieść wartość oferowanych usług poprzez wysoki stopień personalizacji. Jednak coraz więcej osób ma wrażenie, że granica między użyteczną personalizacją a inwazyjnym naruszaniem prywatności została przekroczona, zaś doniesienia, że asystenci domowego, inteligentnego sprzętu potrafią słuchać rozmów i monitorować przestrzeń poza kontrolą użytkownika, tylko ten niepokój podsycają.

Ostatecznie, w kwestii ochrony danych kluczowe jest zaufanie – instytucja publiczna, czy przedsiębiorstwo musi gwarantować klientom taki poziom bezpieczeństwa, aby ci zechcieli zaufać, co z kolei ma przełożenie na wymierne, długoterminowe korzyści dla obu stron. Ciekawe wnioski płyną choćby z ostatnich badań firmy konsultingowej Accenture. Wykazały one związek między zaufaniem interesariuszy a przychodami. Kształtowanie w firmach i instytucjach profesjonalnego podejścia do tematu ochrony prywatności oraz wykorzystywania danych osobowych, a także eliminacja odnośnych obaw społecznych będą – zdaniem ekspertów Axis – jednymi z istotniejszych wyzwań, także w branży zabezpieczeń.

Cyberbezpieczeństwo

Co pojawia się każdego roku w agendzie publicznej i ciągle rodzi nowe pytania? Cyberbezpieczeństwo – kwestie z nim związane dotykają każdego, nie inaczej było w 2018 i będzie w 2019 r. W istocie, nawiązując do poprzedniej refleksji, najszybszym sposobem na zniszczenie zaufania między firmą a jej klientami (i akcjonariuszami), czy też instytucjami publicznymi a obywatelami jest naruszenie bezpieczeństwa cybernetycznego. Jak to zrobić? Można przypomnieć chociażby przypadek British Airways.

Rzecz w tym, że problemy cyberbezpieczeństwa nigdy nie zostaną całkowicie rozwiązane, ponieważ cyberprzestępcy (i coraz częściej państwa narodowe) nigdy nie przestaną próbować wykrywać i wykorzystywać luk w zabezpieczeniach. Zaangażowane w proceder organizacje są niezwykle dobrze finansowane i zorganizowane oraz mogą wprowadzać innowacje znacznie szybciej niż firmy, które muszą przestrzegać branżowych przepisów prawnych. Ataki stają się coraz bardziej wyrafinowane i skoordynowane, zwłaszcza gdy liczba podłączonych do Internetu urządzeń rośnie w postępie geometrycznym, co oznacza jednocześnie większą skalę ​​potencjalnie słabych punktów sieci.

Ostatnio dowiedziono, jak istotne dla przemysłu i konsumentów jest zabezpieczanie przed atakami poszczególnych ogniw w łańcuchach dostaw. Tam, gdzie nie istnieją żadne procedury, czy dobre praktyki cyberbezpieczeństwa, ataki mogą zrujnować niejeden biznes, a to z kolei może prowadzić do efektu domina, co w niektórych przypadkach przekłada się na szeroko rozumiane bezpieczeństwo wewnętrzne. Pochodzenie produktów i kontrola ich jakości są ważniejsze niż kiedykolwiek przedtem, dlatego producenci muszą mieć pewność, że każdy etap w łańcuchu dostaw jest zabezpieczony.

Inteligentna technologia w służbie środowisku

Znane są przypadki, gdzie rozwiązania dozoru wizyjnego wykorzystywano do poprawy efektywności energetycznej w biurach. Warto zaznaczyć, że nowa generacja sensorów może jeszcze dokładniej mierzyć wpływ określonych czynników na środowisko w danych przestrzeniach zamkniętych lub otwartych, zakładach usługowych lub produkcyjnych, działając jako swoiste sztuczne, ale wrażliwe „nosy”, skalibrowane pod kątem monitorowania różnych aktywności i procesów, w tym obrazowania termicznego i identyfikacji przestrzeni marnotrawstwa energii.

Jednym z krytycznych obszarów, w których takie czujniki sprawdzą się doskonale, umożliwiając działania naprawcze, ale też zwiększając świadomość społeczną problemu, jest także monitoring jakości powietrza – czy to w budynkach, czy w otwartych przestrzeniach miejskich. Pracując nad udoskonalaniem inteligentnych urządzeń, eksperci Axis mają świadomość, że jest to działanie nie tylko dla potrzeb komercyjnych, ale też na rzecz jakości życia nas wszystkich.

Od inteligentnych zabezpieczeń do Smart City –  zintegrowane rozwiązania

Już pojedyncze elementy, takie jak te opisane powyżej, mogą przynieść znaczące korzyści. Ważnym trendem w 2019 r. będzie jednak ruch ku budowaniu systemów zintegrowanych, które umożliwią faktyczne wdrażanie inteligentnych rozwiązań.

Dla przykładu, w inteligentnym mieście czujnik ruchu podłączony do określonej platformy może uruchomić kamerę, która z kolei wywoła alarm w centrum operacyjnym, umożliwiając szybką i właściwą reakcję. Z kolei czujnik środowiskowy może ponownie uruchomić kamerę wizyjną lub termowizyjną, aby szybko zidentyfikować pożary lub wycieki, ponownie wysyłając ostrzeżenia, które spowodują szybszą i skuteczniejszą reakcję. Gdy rozważa się zakres i skalę integracji czujników – od termicznego do ruchu, od atmosferycznego po wizyjne – sposoby ich łączenia są nieskończone, podobnie jak potencjalne korzyści z tego płynące.

Zaawansowane systemy, wykorzystujące również wspomnianą AI, niebawem mogą odgrywać centralną rolę w monitorowaniu stanu termoizolacji, energooszczędności, czy efektywności energetycznej budynków w ogóle. Będą też istotnym wsparciem w rozwiązywaniu wielu problemów ekologicznych, przyczyniając się do zrównoważonego rozwoju.

Zdaniem Axis Communications, w 2019 r. będziemy świadkami kolejnego technologicznego kroku naprzód, przy czym istotne jest jednak to – z perspektywy innowatora i podmiotu wdrażającego nowe technologie – aby nie rozpraszać uwagi i nie tracić energii na trzymanie się kurczowo każdego nowego trendu lub konceptu innowacji, i aby skupić się na rozpatrywaniu i testowaniu tych idei oraz rozwiązań, które dobrze rokują w kategoriach tworzenia wartości dodanej i obiektywnie pozytywnego wpływu dla danej organizacji, czy – wreszcie – obywateli. To imperatyw i pewien filtr, poprzez który obserwujemy i odsiewamy trendy technologiczne pod kątem ich efektywnego zastosowania przemysłowego, społecznego, ekologicznego.

Mikro, małe i średnie firmy w „inwestycyjnym dołku”

Pierwszy w 2019 roku pomiar Barometru EFL[1]wskazuje, że przedstawiciele sektora MŚP rozpoczęli nowy rok z jeszcze słabszymi nastrojami niż zakończyli poprzedni. Główny indeks po raz pierwszy w historii pomiarów (od początku roku 2015) osiągnął wartość niższą niż 50 pkt. (49,9 pkt.), co oznacza, że warunki do rozwoju firm w Polsce są obecnie niekorzystne. Eksperci EFL zwracają uwagę, że jeszcze nigdy tak mało mikro, małych i średnich firm nie planowało więcej inwestować (tylko 18 proc.), co zaważyło na głównym wyniku.

Wartość głównego indeksu Barometru EFL wyniosła w I kwartale 2019 roku 49,9 pkt. i była o 1,2 pkt. niższa niż w poprzednim kwartale. W porównaniu z I kwartałem 2018 różnica wynosi już 6,9 pkt. (56,8 pkt.), natomiast w perspektywie 9 miesięcy (od II kwartału 2018 roku) spadek wynosi aż 11,3 pkt.

Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL
Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL

Prezes EFL podkreśla, że jest to wynik spodziewany, gdyż zgodnie z tendencją z lat ubiegłych, na przełomie roku (między IV kw. a I kw.) nastroje przedsiębiorców spadają osiągając najniższą wartość w ciągu roku. – Po raz kolejny ocena własnej sytuacji oraz plany zarządzających mikro, małymi i średnimi firmami koresponduje z tym, co dzieje się w otoczeniu społeczno-gospodarczym. Zarówno w krajowym – mam tutaj na myśli przede wszystkim trudną sytuację na rynku pracy, jak i zagranicznym. Tutaj z kolei bardzo uważnie patrzymy na naszych zachodnich sąsiadów, od których otrzymujemy coraz gorsze informacje, głównie sygnalizujących postępujące spowolnienie niemieckiego przemysłu. One z pewnością będą coraz bardziej ciążyć polskim przedsiębiorcom, dla których niemieckie firmy są najczęściej głównym partnerem handlowym – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL. I dodaje: – To, co zaskoczyło nas przy tym Barometrze, to fakt, że dynamika spadku w ciągu czterech ostatnich pomiarów jest bardzo duża i niestety świadczy o zdecydowanym pogorszeniu nastrojów naszych MŚP. Już piąty rok realizujemy ten pomiar i jeszcze nigdy główny indeks nie spadł poniżej wartości 50 pkt. i tym samym nie osiągnął poziomu ograniczonego rozwoju.

Spowolnienie przekroczyło próg

Próg OR to poziom ograniczonego rozwoju firm z sektora MŚP, który wynosi co najmniej 50 pkt. w Barometrze EFL. Stanowi algorytm stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców dotyczących 4 sfer: poziomu sprzedaży, planowanych inwestycji w środki trwałe, płynności finansowej i zapotrzebowania na zewnętrzne finansowanie. Przyjmuje wartości od 0 do 100, przy czym zagregowany wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju sektora MŚP, natomiast wynik niższy oznacza, że warunki te są niekorzystne. Zatem poziom 49,9 pkt. osiągnięty na początku tego roku nie przekroczył progu OR, co oznacza, że mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa widzą mniejsze szanse na rozwój w najbliższych miesiącach.

Inwestycje w odwrocie

Podobnie jak w poprzednich pomiarach, o niskim poziomie wskaźnika zadecydował pesymizm w odniesieniu do planowanych inwestycji. Optymistów jest o 5,2 p.p. mniej niż kwartał wcześniej (z 23,5 proc. do 18,3 proc.). Jest to najniższy wynik od początku realizacji badania, czyli od stycznia 2015 roku. Co więcej, w obszarze inwestycji, zdecydowanie więcej jest przedsiębiorców, którzy przewidują spadek (27,2 proc.) niż tych, którzy planują ich wzrost. Planowany spadek poziomu inwestycji sprawia, że MŚP wyrażają mniejsze zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne (-3,2 p.p. w ujęciu kwartalnym).

Na spadek nastrojów w ocenie planowanych inwestycji warto spojrzeć w dłuższej perspektywie czasu. Od IV kwartału 2017, gdy poziom optymistów był rekordowy (41,4 proc.), wskaźnik ten stale spada (w sumie już o 23,1 pkt. proc.). Można więc mówić o poważnym załamaniu planów inwestycyjnych w sektorze MŚP.

Wstrzymujemy zakupy

Odsetek osób, które spodziewają się większych zamówień w ciągu I kwartału, spadł o 5,3 p.p. (z 28,3 proc. do 23 proc.) w porównaniu do IV kwartału ubiegłego roku. W porównaniu do sytuacji sprzed roku odsetek optymistów jest aż o 14,6 pkt. proc. niższy. Szacowany spadek sprzedaży nie pociągnął jednak za sobą ocen dotyczących płynności finansowej w porównaniu do ubiegłego kwartału. Odsetek osób spodziewających się wzrostu płynności finansowej wyniósł 19,2 proc., o 1,4 p.p. więcej niż w poprzednim ujęciu kwartalnym.

Odwilż na wiosnę?

Patrząc na tendencje z poprzednich lat, pomiędzy I a II kwartałem należy się spodziewać poprawy nastrojów. – Jeśli ten scenariusz się powtórzy, za 3 miesiące można oczekiwać wartości Barometru na poziomie ok. 52-53 pkt. Inny scenariusz i utrzymanie tendencji spadkowej świadczyć będzie o poważnym załamaniu nastrojów – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

[1] Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 2-8 stycznia 2019 r.

Preferencje konsumentów – zdrowa żywność

Już 40% mieszkańców Polski deklaruje, że przynajmniej raz w tygodniu kupuje produkt, który określa jako zdrową żywność – wynika z badań przeprowadzonych przez agencję badawczą MANDS na zlecenie De Heus. Jako miejsca zakupu respondenci wskazują przede wszystkim na:  sklepy spożywcze (w tym dyskont, hipermarket), zakupy bezpośrednio od rolników, na targowisku i ryneczku. Szczegółowe wyniki badania oraz wnioski zostaną przedstawione podczas Agro Days. Dni Hodowcy, które odbędą się w Warszawie, w dniach 2 i 3 lutego 2019.De Heus-jak często kupujesz zdrową żywność

Zdrowa żywność to krótka lista składników

Respondenci, którzy wzięli udział w badaniu Zwyczaje zakupowe i żywieniowe konsumentów, zdrową żywność określają jako:

  • produkty z krótką listą składników,
  • naturalne – jak najmniej przetworzone,
  • bez konserwantów,
  • bez fosforanów,
  • produkowane z dala od głównych ciągów komunikacyjnych.

Zdrowa żywność to szersze pojęcie, obejmujące bardziej sposób żywienia niż konkretne produkty. Dotyczy również sposobu organizowania zakupów – rozdzielania rodzajów produktów na różne sklepy, czytania etykiet – wszystko to ma na celu zapewnienie sobie poczucia, że zdrowo się odżywiamy. Ogólnopolskie badanie pokazało, że ponad 40% respondentów kupuje zdrową żywność przynajmniej raz w tygodniu, a tylko 10% nigdy tego nie robi.

Żywność kupujemy ze sprawdzonego źródła

Dla osób, które cenią szeroko rozumianą jakość i deklarują zdrowe zakupy, miejsce nabywania produktów  jest uzależnione od kategorii zakupu. I tak, świeże mięso i wędliny kupowane są głównie w sklepie spożywczym ze stoiskiem mięsnym oraz sklepie specjalistycznym/u rzeźnika, jajka – od rolnika, ze wsi, z pewnego źródła, z kolei preferowanym miejscem dokonywania zakupu warzyw i owoców jest warzywniak. To najczęstsze i najbardziej pożądane miejsca dokonywania zakupu tych grup asortymentowych. Konsumentom blisko jest zatem do idei uporządkowania łańcucha żywności od pola do stołu, transparentnych zasad produkcji czy też pochodzenia produktów. Osoby biorące udział w badaniu  nie pozostają obojętni wobec polskości produktów i producentów, liczy się „polskie pochodzenie i bliskość zakładów produkcyjnych co przekłada się na świeżość produktu” (wypowiedź spontaniczna respondenta).

Polska jakość. Światowe trendy

Już 2 lutego 2019 roku konferencją Żywność pod presją? Odpowiedzialna produkcja, świadoma konsumpcja, rozpocznie się druga edycja Agro Days. Dni Hodowcy. Podczas konferencji zostaną zaprezentowane szczegółowe wyniki badania Zwyczaje zakupowe i żywieniowe konsumentów oraz wnioski, które pozwolą odpowiedzieć na wiele pytań, dotyczących preferencji konsumenckich mieszkańców Polski, ale i na tematy związane z zapotrzebowaniem produktowym rynku, poziomem świadomości konsumentów oraz odpowiedzialną produkcją. W panelu wezmą udział m.in. Łukasz Dominiak – dyrektor Krajowej Rady Drobiarstwa, Damian Kordas – zwycięzca programu Masterchef, Wiktor Szmulewicz – prezes Krajowej Izby Rolniczej, ale i hodowca bydła, Adam Zaleski – dyrektor generalny De Heus.

Dodatkowo, podczas Agro Days będzie można uzyskać kompleksową informację o przepisach i procedurach związanych z budownictwem inwentarskim, a także aktualną wiedzę niezbędną w hodowli. W hali Global Expo staną pełnowymiarowe makiety budynków inwentarskich, wewnątrz których odbędą się warsztaty dla hodowców.

Do dyspozycji zwiedzających będzie kilkudziesięciu ekspertów, reprezentujących wszystkie obszary hodowli. Każdy z uczestników będzie mógł także wziąć m.in. udział w konkursie Złota Karta Uczestnika z nagrodami, walcząc o certyfikat odpowiedzialnego hodowcy. Przygotowaliśmy również pokaz gotowania na żywo z degustacją.

IPOPEMA Dłużny SFIO najlepszym funduszem długu na rynku

IPOPEMA Dłużny zyskał w grudniu 0,81% a w całym 2018 wynik 4,4%. To najlepszy wynik wśród polskich funduszy detalicznych obligacji skarbowych, wyprzedzając niemal o 1% kolejny fundusz w swojej kategorii. Aktywa funduszu przekraczają w chwili obecnej 200 mln zł.

Grudzień 2018 pod znakiem wzrostów polskich obligacji

Na dodatnią stopę zwrotu w minionym miesiącu złożyły się w głównej mierze inwestycje w polskie długoterminowe obligacje skarbowe, w obligacje indeksowane inflacją oraz w obligacje zmiennokuponowe. Inwestycje w obligacje zagraniczne miały w minionym miesiącu niewielki wkład do wyniku funduszu.

Grudzień charakteryzował się pozytywnymi tendencjami w polskiej gospodarce. Produkcja przemysłowa wzrosła w listopadzie o 4,7% r/r, a sprzedaż detaliczna nawet o 6,9%. Dynamika płac w sektorze przedsiębiorstw pokazała wzrost o 7,7%, a zatrudnienia wzrost o 3,0%. Bezrobocie utrzymało się na najniższym poziomie w historii na poziomie 5,7%. Pomimo mocnego wzrostu gospodarczego nadal nie widać było presji cenowej.

Boguslaw Stefaniak szef rynku obligacji w Ipopema TFI
Boguslaw Stefaniak – szef rynku obligacji w Ipopema TFI

Grudzień 2018 – podobnie jak cały 2018 rok – był pozytywny dla posiadaczy polskiego długu. Negatywny sentyment, powstały w związku z aferą w KNF i odwołaniem przewodniczącego Komisji szybko się ulotnił, a inwestorzy skupili się na bardzo pozytywnych informacjach dotyczących wykonania budżetu państwa oraz niskich odczytach inflacji.

Na silny popyt ze strony banków i funduszy inwestycyjnych nałożył się popyt inwestorów zagranicznych. W konsekwencji, ceny obligacji skarbowych mocno wzrosły na całej krzywej dochodowości. Rentowność 10-letniego benchmarku spadła z 3,04% do 2,83%, 5-letniego z 2,46% do 2,27%, a dwulatki z 1,53% do 1,33%. Na głównych światowych rynkach długu umocnienie trwało cały miesiąc. Powodem takiego zachowania były spadające ceny ropy naftowej, znacznie obniżające przyszłą ścieżkę inflacyjną oraz obawa o spowolnienie gospodarki światowej. Rentowność niemieckich 10-letnich obligacji spadła z 0,31% do 0,24%, a amerykańskich z 2,98% do 2,68% – podkreśla zarządzający funduszem Boguslaw Stefaniak – szef rynku obligacji w Ipopema TFI.

Obligacje skarbowe w 2019 mogą przyciągnąć więcej inwestorów

W ocenie zarządzających IPOPEMA TFI inwestycje w obligacje skarbowe powinny  być atrakcyjną lokatą kapitału w 2019 roku. Należy mieć na uwadze ostatnie silne wzrosty cen, które mogą przynieść chwilowe korekty, natomiast w dłuższej perspektywie IPOPEMA TFI widzi duży potencjał krajowym rynku obligacji. Takiemu podejściu powinno sprzyjać: łagodne podejście Rady Polityki Pieniężnej do kwestii podwyżek stóp procentowych,  znakomita sytuacja polskiego budżetu, a zatem niska podaż na aukcjach organizowanych przez Ministerstwo Finansów oraz dalsze napływy na rynek funduszy obligacyjnych, związane z niskimi stawkami depozytów.

Blockchain w reklamie cyfrowej

Mariusz Maksymiuk
Mariusz Maksymiuk, CEO agencji interaktywnej Adexon 360

W ubiegłym roku przyszłość kryptowaluty stanęła pod znakiem zapytania, jednak tego samego nie można powiedzieć o blockchain, czyli technologii która umożliwia jej istnienie. Przewiduje się, że globalne wydatki na te rozwiązanie, do 2022 roku wyniosą nawet 115,7 mld dolarów. Blockchain coraz silniej zaznacza też swoją pozycję w marketingu cyfrowym. Co jest powodem tak szybko rosnącej popularności? Jakie znaczenie ma dla marek i konsumentów?

Blockchain i marki

Chociaż blockchain jest synonimem kryptowaluty lub bitcoina, podstawa technologii może być wartością dodaną dla wielu branż, zwłaszcza marketingu, w którym pozwala na budowanie wartościowych i zindywidualizowanych doświadczeń klientów. Przykładem takiego wykorzystania jest marka odzieżowa Babyghost, która w 2016 roku wprowadziła blockchain do swojej strategii marketingowej. Pozwoliło to konsumentom uzyskać dostęp do szczegółowych informacji na temat dowolnego produktu. Mogli oni sprawdzić, gdzie i w jaki sposób zostało zaprojektowane ubranie oraz jakie metody wykorzystano do jego produkcji.

Blockchain zaadaptował się już świetnie chociażby w sektorze FinTech, a teraz wkracza również do świata marketingu. Jak można wykorzystać go w tej branży? Poza udoskonalaniem doświadczenia klientów, może pomóc w poprawie przejrzystości reklam, wydatków czy też w lepszym zrozumieniu potrzeb konsumentów.

Klucz do zaufania

Mimo, że wciąż wiele osób nie rozumie w pełni działania technologii blockchain, to z pewnością coraz częściej dostrzegają oni korzyści płynące z wykorzystywania tego rozwiązania przez firmy. Widać to idealnie na przykładzie wspomnianej już marki Babyghost, która umożliwia klientom wgląd w prowadzone działania. Przykład ten pokazuje, że blockchain nie tylko pozwala budować zaufanie i wpływać korzystnie na doświadczenia odbiorców, ale także umożliwia ograniczenie liczby nieuczciwych praktyk do minimum. Dzięki zastosowaniu tej technologii firmy mogą również lepiej poznać swoich klientów i dowiedzieć się, jakie informacje, oferty czy produkty najlepiej odpowiadają ich potrzebom.

Obustronna kontrola

Ta stosunkowo nowa technologia zapewnia zarówno reklamodawcom, jak i konsumentom większą kontrolę i przejrzystość. Klientom daje możliwość sprawdzenia, czy ich dane są wykorzystywane zgodnie z oczekiwaniami, natomiast marketerom pozwala weryfikować zawierane transakcje. Inną korzyścią, jaką niesie za sobą blockchain jest usprawnienie procesu zakupu reklam. Realizacja takiego kontraktu odbywa się automatycznie, bez pośredników, co pozwala zaoszczędzić czas i pieniądze.

Podobnie jak w przypadku każdej strategii, która wymaga wdrożenia nowej technologii lub bazy danych, pierwszym krokiem jest zrozumienie, w jaki sposób jej wprowadzenie będzie odzwierciedlało wizje i cele danej firmy. Marki, które w 2019 chcą włączyć blockchain do swojej strategii, muszą pamiętać o kluczowej kwestii – odpowiednim dopasowaniu technologii do swoich celów. Marketerzy powinni również odpowiedzieć sobie na pytania, czego oczekują konsumenci i jak budować z nimi bliższe relacje.

Mimo, że technologia blockchain pojawiła się kilka lat temu, dotychczas łączona była głównie z pojęciami kryptowaluta i bitcoin, a także z sektorem FinTech. Dopiero w ostatnim czasie, coraz więcej branż zaczęło dostrzegać jej potencjał i zdecydowało się na włączenie takiego rozwiązania do swojej strategii. Dlatego też, w przyszłości blockchain ma szansę zrewolucjonizować tradycyjne procesy biznesowe.

Mariusz Maksymiuk – Prezes Adexon. Funkcję tę pełni od marca 2016 roku. Posiada ponad 9-letnie doświadczenie w branży mediów, marketingu i reklamy. Jako CEO Adexon kieruje rozwojem agencji.

Aukcje OZE: Branża energetyki wiatrowej z najniższymi cenami

W listopadzie 2018 roku odbyły się kolejne aukcje dotyczące sprzedaży energii z odnawialnych źródeł. Wykazano wysoką elastyczność branży wiatrowej, która zaproponowała tak niskie ceny w dostawie energii elektrycznej, że zdeklasowane zostały wszystkie inne źródła – od konwencjonalnych po OZE. 

W przypadku elektrowni atomowej próg rentowności osiąga się przy cenie 350 złotych za wytworzoną mWh. Przy nowoczesnych blokach na węgiel cenę tę szacuje się na 320 złotych. Tymczasem podczas aukcji okazało się, że branża wiatrowa proponuję kwotę poniżej 200 złotych. W większości są to firmy z kapitałem zagranicznym. Prawdopodobnie pozyskiwanie finansowania bankowego przez te instytucje jest znacznie łatwiejsze, a w wielu przypadkach nawet zbędne. Podmioty te posiadają kapitał własny. Oprócz tego część takich projektów finansowana jest przy wsparciu rządów państw, z których pochodzą dane podmioty. W Polsce spośród przedsiębiorców budujących rozproszoną energetykę wiatrową nie wygrała żadna rodzima firma.

– Taka cena wynika z deklaracji. Należy zauważyć, że wokół aukcji odbywa się dyskusja, czy podane ceny nie są dumpingowe. Były tak niskie, że wygrać mogły jedynie ogromne koncerny – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Musiał, prezes Pracowni Finansowej –To może budzić obawę. Pojawiają się też głosy, że sama aukcja była podyktowana faktem, że niektóre umowy przyłączeniowe do sieci wygasały. Wygrana przedłuża ważność dokumentów na czas z aukcji, czyli na 35 miesięcy. Zatem straty związane z utratą takiego przyłącza byłyby dużo większe, niż ewentualna kara za wygranie aukcji. Stąd cały rynek bacznie obserwuje, co wydarzy się w najbliższych latach. Brak ceny minimalnej powoduje, że można zgłosić dowolną kwotę.Należy unikać powtórzenia sytuacji z 2012 roku, kiedy ceny autostrad na Euro 2012 były tak niskie, że nie sposób było je wybudować. Nie wiadomo jak będzie w tym przypadku – gdyż to dopiero pierwsza aukcja, w której mogły wystąpić duże, przemysłowe instalacje wiatrowe, o mocy powyżej 1 MW. Warto dalej obserwować sytuację w branży, bo niewątpliwie to bardzo ciekawy czas dla energetyki wiatrowej i odnawialnych źródeł energii w Polsce – wskazał Musiał.

Czy zarobki w Polsce będą jawne? (Nie) jawne wynagrodzenia

Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt

Wciąż niewiele firm w Polsce decyduje się na ujawnienie proponowanych zarobków w ogłoszeniu o pracę. Wysokość wynagrodzeń to temat tabu nie tylko podczas procesów rekrutacyjnych. Nie rozmawiają o nich pracownicy, a pracodawcy zobowiązują ich do utrzymania wynagrodzeń w tajemnicy. Jednak w niedługim czasie może się to zmienić.

Propozycja zmian

W Sejmie pojawił się projekt zmieniający kodeks pracy, który wprowadziłby jawność wynagrodzeń. Zgodnie z proponowanymi zmianami pracodawca musiałby w ofercie pracy zamieścić dokładną kwotę brutto zasadniczego wynagrodzenia (wynagrodzenia podstawowego) lub widełki płacy na danym stanowisku. Jeśli podana kwota podlega negocjacji, taka informacja również powinna się znaleźć w ogłoszeniu.

Z kolei podając proponowaną minimalną kwotę wynagrodzenia zasadniczego, pracodawca nie mógłby jej ustalić niższej niż minimalne ustawowe wynagrodzenie za pracę.

Kary za nieprzestrzeganie

Projekt ustawy przewiduje też kary w wysokości od 1000 zł do 30 000 zł dla pracodawcy, który podpisze umowę o pracę:

  • z wynagrodzeniem mniejszym niż określone w opublikowanym ogłoszeniu o pracę;
  • z pracownikiem, który w ogłoszeniu o pracę nie miał możliwości zapoznać się z prognozowanym zasadniczym wynagrodzeniem.

Cel zmian

Jak wskazano w uzasadnieniu do projektu, w Polsce wynagrodzenia są tematem tabu w przeciwieństwie do wielu krajów Unii Europejskiej. Zobowiązanie pracodawców do ujawniania proponowanych zarobków ma przynieść korzyści zarówno dla pracowników, jak i dla pracodawców. Potencjalne korzyści dla pracowników to między innymi:

  • zmniejszenie ryzyka dyskryminacji płacowej;
  • poprawa wydajności procesów rekrutacyjnych, znając widełki wynagrodzenia będą oni mogli odpowiadać tylko na atrakcyjne dla siebie oferty i świadomie wybierać pracę i płacę.

Natomiast pracodawcy dzięki podawaniu kwot w ogłoszeniach będą lepiej postrzegani przez potencjalnych pracowników. Oni również zaoszczędzą czas, ponieważ odpowiadać na ich oferty będą te osoby, dla których zakres płacowy jest odpowiedni i które rzeczywiście będą zainteresowane oferowanymi warunkami pracy.

W 2018 r. OC nie drożało. Jaki będzie przyszły rok?

  • Po dwóch latach podwyżek obowiązkowych polis OC dla właścicieli samochodów miniony rok przyniósł stabilizację cen – wynika z podsumowania multiagencji Superpolisa Ubezpieczenia.
  • Nic nie wskazuje na to, żeby w 2019 r. podwyżki miały wrócić, ale jest także zbyt wcześnie, żeby prognozować spadek cen.
  • Stałymi trendami związanymi z polisami OC są różnice w oferowanych cenach pomiędzy miastami oraz pomiędzy ofertami dla tego samego kierowcy.

Według grudniowych danych Polskiej Izby Ubezpieczeń (za III kwartały 2018 r.) średnia składka z rocznej umowy OC posiadaczy pojazdów mechanicznych wyniosła 568,7 zł – to zaledwie o 0,1 proc. mniej niż rok wcześniej. Trend wzrostowy segmentu obowiązkowych ubezpieczeń komunikacyjnych nieco osłabł, ale jest nadal widoczny i we wspomnianym okresie wyniósł ok. 3% w porównaniu rok do roku.

Przed 2016 rokiem ceny systematycznie malały, a ostra konkurencja cenowa pomiędzy ubezpieczycielami połączona z rosnącymi wypłatami odszkodowań niekorzystnie wpłynęła na wyniki i rentowność branży. Opinia publiczna domagała się zakończenia okresu dynamicznych podwyżek i związanego z nimi szybkiego tempa wzrostu przypisu składki. Po 2-letnim okresie rosnących cen nadszedł więc czas stabilizacji, który obserwowaliśmy przez cały 2018 rok – mówi Jakub Nowiński, członek zarządu w multiagencji Superpolisa Ubezpieczenia.

Cena na pierwszym miejscu

Jedno nie ulega wątpliwości – główną motywacją klientów do zakupu OC w danym towarzystwie ubezpieczeniowym wciąż pozostaje atrakcyjna cena. W 2019 roku będziemy najprawdopodobniej obserwowali, jak ubezpieczyciele używają jej w walce o klientów. Będą to jednak robili na wyższym poziomie cenowym, niż przed okresem podwyżek. Raczej nie należy więc spodziewać się powrotu do sytuacji sprzed paru lat, czyli tzw. wojny cenowej, która polegała na przedstawianiu klientom ofert na granicy rentowności lub nawet poniżej niej.

Monitoring poziomu cen, prowadzony przez Superpolisę Ubezpieczenia dla przykładowego profilu kierowcy, pokazuje, że w Warszawie 32-letni właściciel 3-letniej Skody Octavii, posiadający prawo jazdy i OC od 13 lat (bezszkodowo), zapłaci od 820 zł u jednego z ubezpieczycieli do aż 1800 zł w innej firmie. Różnica w obowiązkowym OC wyniosłaby więc blisko tysiąc złotych!

Różne miasta, różne ceny

Każdy klient, który porówna ceny w kilku czy kilkunastu różnych zakładach ubezpieczeń, znajdzie OC w stosunkowo niskiej, a niekiedy w bardzo wysokiej cenie. Ubezpieczyciele co do zasady stosują te same kryteria w procesie kalkulacji składki, ale różnią się podejściem do jej wyceny. Nigdy nie będzie ona jednolita dla całego rynku, stąd w różnych miastach ten sam kierowca może spodziewać się zupełnie innych cen. Co pokazują kalkulacje, gdyby kierowca z przykładu kupował OC nie w Warszawie, lecz w innym mieście? Z danych Superpolisy Ubezpieczenia wynika, że np. we Wrocławiu zapłaciłby za OC przynajmniej 997 złotych, czyli o 177 zł więcej niż w stolicy. To jedyna w tej lokalizacji dostępna poniżej 1000 zł składka. W Krakowie natomiast takich ofert znalazłby aż siedem. Tu najtańsze OC kosztowałoby go 678 złotych.

– To dobitnie pokazuje, że najskuteczniejszą metodą oszczędzenia na OC jest porównanie składek w kilku, a najlepiej kilkunastu towarzystwach, bo tylko w ten sposób można zyskać pewność, że wybrało się najkorzystniejszą cenowo ofertę – dodaje Jakub Nowiński.

Źródło: multiagencja Superpolisa Ubezpieczenia

Kurs funta pod presją

W tym tygodniu uwaga inwestorów skupi się na polityce. Szczególnie interesujące rozstrzygnięcie nastąpi w Wielkiej Brytanii, istotny będzie również rozwój sytuacji w USA.

Nie pomogły dobre dane gospodarcze płynące ze Stanów Zjednoczonych, ani też względnie słabe odczyty ze strefy euro – w zeszłym tygodniu dolar amerykański osłabił się względem każdej z walut G10. Najwięcej na spadkach dolara zyskały waluty surowcowe. Korona norweska, dolar kanadyjski, nowozelandzki oraz australijski wyraźnie umocniły się dzięki gwałtownemu wzrostowi cen surowców na początku bieżącego roku. Wydaje się, że gołębia retoryka Rezerwy Federalnej sprawiła, że z rynków finansowych zniknęły ostatnie ślady marazmu z końcówki ubiegłego roku. Tym samym inwestorzy obecnie coraz częściej decydują się na wybór bardziej ryzykownych aktywów, co stanowi pretekst do wyprzedaży dolara amerykańskiego.

Drugi tydzień stycznia jest zazwyczaj dość ubogi w dane makroekonomiczne, które miałyby potencjał do wpłynięcia na rynek. W nadchodzących dniach w centrum uwagi znajdzie się polityka. „Zamknięcie rządu” w USA oraz głosowanie brytyjskiego parlamentu ws. tzw. Withdrawal Agreement okażą się kluczowe dla inwestorów.

PLN

Polski złoty w ubiegłym tygodniu pozostawał względnie stabilny w parze z euro, jednocześnie umocnił się do dolara amerykańskiego z uwagi na wspomnianą słabość tego ostatniego.

Kluczowym wydarzeniem ubiegłego tygodnia w Polsce było spotkanie Rady Polityki Pieniężnej. Nie przyniosło ono zbyt wiele zaskoczeń – prezes Glapiński potwierdził, że obecny, niski poziom inflacji wspiera pozostawanie w trybie wait-and-see dodając, że stopy procentowe mogłyby pozostać stabilne nawet do końca kadencji Rady (2022 r.). W tym miejscu jednak należy zaznaczyć, że raczej nie należy przywiązywać zbyt dużej wagi do tego komentarza, ponieważ prognozowanie wysokości stóp procentowych w tak długim horyzoncie czasowym jest narażone na ogromne ryzyko błędu.

Złoty w tym tygodniu prawdopodobnie będzie reagował przede wszystkim na informacje z zewnątrz. Warto jednak mieć na uwadze, że ten tydzień przyniesie również kilka istotnych informacji z Polski. Warto obserwować środowy odczyt inflacji bazowej oraz piątkowe dane z rynku pracy w grudniu. Szczególnie istotny będzie piątkowy odczyt dotyczący produkcji przemysłowej w ostatnim miesiącu ubiegłego roku. Wspomniana produkcja tak w Polsce, jak i strefie euro, ostatnimi czasy wywoływała obawy o perspektywy wzrostu gospodarek, a najświeższy odczyt indeksu PMI zasugerował, że pod koniec roku nastąpiło wyraźne pogorszenie sytuacji w sektorze w Polsce.

GBP

Niedawne porażki brytyjskiego rządu w parlamencie były, paradoksalnie, korzystne dla funta szterlinga – zmniejszają one bowiem szanse na potencjalnie katastrofalny w skutkach „Brexit bez umowy”. Zarówno Theresa May, jak i Jeremy Corbyn, obecnie zdają się wyraźnie odrzucać taką możliwość, co prowadzi nas do wniosku, że najbardziej prawdopodobnym scenariuszem będzie odsunięcie Brexitu w czasie. We wtorek Izba Gmin zagłosuje w sprawie umowy regulującej wyjście z Unii Europejskiej wynegocjowanej przez Theresę May – konsensus oczekuje, że Parlament odrzuci jej wniosek znaczną większością głosów. Taki wynik głosowania jest oczekiwany przez rynki – wahania kursu funta brytyjskiego będą zatem zależały przede wszystkim od dalszych politycznych implikacji odrzucenia porozumienia.

EUR

Dane gospodarcze płynące ze strefy euro po raz kolejny zaskakują w negatywny sposób. Rozczarowujące dane o produkcji przemysłowej w listopadzie można by po części przypisać temu, że przemysł samochodowy musiał dostosować się do zmiany w standardach emisji. Niemniej, jeśli w styczniu nie zaobserwujemy poprawy odczytów indeksów aktywności biznesowej PMI, retoryka Europejskiego Banku Centralnego w najbliższych tygodniach powinna nabrać bardziej „gołębiego” charakteru. Euro do tej pory okazywało się jednak wyjątkowo odporne na negatywne odczyty makro. Zastanawia nas, czy siła wspólnej europejskiej waluty wynika w jakimś stopniu z informacji świadczących o degradacji instytucji państwowych w Stanach Zjednoczonych za administracji Trumpa. Uwagę zwraca zwłaszcza dostrzegalny brak jakichkolwiek zmartwień co do konsekwencji najdłuższego w historii „zamknięcia” amerykańskiego rządu.

USD

W reakcji na niedawne „gołębie” komentarze Rezerwy Federalnej rynki wyceniają prawdopodobieństwo jednej podwyżki stóp procentowych Fedu w tym roku w zaledwie 20%. Po części odzwierciedla to rosnące obawy co do trwającego czwarty tydzień zaprzestania działalności amerykańskich instytucji, które sygnalizuje głęboki kryzys instytucjonalny w Stanach Zjednoczonych. Co więcej, wspomniany „shutdown” powinien sprawić, że w najbliższym tygodniu nie zostaną opublikowane żadne dane makroekonomiczne z USA. To tylko zwiększa niepewność co do losów dolara amerykańskiego. Jeżeli w nadchodzących dniach impas na linii Kongres-Prezydent nie zostanie rozwiązany, oczekujemy, że dolar będzie kierował się w dół zgodnie z ostatnim trendem – zwłaszcza, jeżeli zaobserwujemy jakikolwiek sygnał poprawy w danych makroekonomicznych płynących ze strefy euro.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Kolejny cios dla kryptowalut

Japoński regulator finansowy nie zgodzi się na wprowadzenie instrumentów pochodnych opartych o kontrakty terminowe. Będzie to kolejny cios dla kryptowalut, które nie są w stanie wybić się ze spadkowego trendu obserwowanego przez cały 2018 r. – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Wg doniesień agencji informacyjnej Bloomberg, Financial Services Agency (FSA), czyli nadzorca finansowy w Japonii, nie zezwoli na wprowadzenie do obrotu instrumentów pochodnych, takich jak np. kontrakty terminowe czy opcje. Instrumenty te są notowane już od końcówki 2017 r. na giełdach m.in. w USA. Japonia to jednak jeden z największych na świecie rynków kryptowalut i ruch ten może być kolejnym czynnikiem, który uniemożliwi odreagowanie istotnych spadków cenowych, jakie kryptowaluty poniosły w 2018 r.

Rabunek na 500 mln dolarów – Japonia pamięta

Zapowiadana przez Bloomberg decyzja FSA to pokłosie ubiegłorocznego ataku hakerskiego na japońską giełdę Coincheck, z której w ub.r. skradziono 500 mln dolarów. FSA wprowadziło po tym więcej regulacji dotyczących większości ICO (ofert publicznych z wykorzystaniem kryptowalut), które teraz wpadają w zakres praw dotyczących instrumentów finansowych, a także ograniczyło dźwignię finansową, jaką giełdy mogą oferować.

Światełkiem w tunelu może być fakt, że FSA traktuje fundusze ETF inaczej od wspomnianych instrumentów pochodnych, oceniając, że uruchomienie tych drugich mogłoby przyczynić się do wzrostu spekulacji cenowej. ETF-y charakteryzują się m.in. tym, że śledzą ceny wchodzących w ich skład aktywów, którymi mogłyby być np. kryptowaluty. Produkty te pozostają jednak praktycznie nieuchwytne dla rynku kryptowalut, a próby ich wprowadzenia w USA czy w UE zakończyły się niepowodzeniem.

Wielkie instytucje czekają i obserwują

Ich wprowadzenie w USA, UE czy Japonii mogłoby zwiększyć zainteresowanie dużych inwestorów instytucjonalnych, którzy angażują się w temat kryptowalut w bardzo niewielkim stopniu. Przyjmują oni postawę podobną do stosowanej przez wiele banków centralnych odnośnie do stóp procentowych, czyli „wait and see” („czekaj i obserwuj”).

Problem leży jednak w tym, że rynek kryptowalut także czeka na zwiększenie zainteresowania ze strony wspomnianych instytucji. W takich warunkach ciężko, aby oczekiwania obu stron mogły zostać zaspokojone, co zresztą jasno pokazuje spirala cenowa w dół, jaką obserwujemy od roku. Początek 2019 r. wskazuje, że w pierwszym kwartale ten negatywny trend będzie kontynuowany, po drodze notując tylko relatywnie niewielkie (choć procentowo znaczne) odreagowania wartości. Perspektywa fundamentalnych zmian na rynku kryptowalut jest w najbliższych miesiącach niewielka.

Wprowadzenie ETF-ów w Japonii mogłoby być wyczekiwanym przez wielu uczestników rynku pozytywnym sygnałem, ale trzeba patrzeć realistycznie. Sztuka ta nie udała się, pomimo wielokrotnych prób, w USA, a Japończycy dostali duży bodziec (w postaci skradzionych 500 mln dol.), by być nader ostrożnym w swoich dalszych poczynaniach dotyczących kryptowalut. Japońskie ETF-y należy raczej rozpatrywać w sferze marzenia, z nikłymi szansami na jego ziszczenie.

Polskie firmy zbierają dane, ale… nie zawsze wiedzą po co

Prawie 100 proc. dużych i średnich firm w Polsce przyznaje, że gromadzi dane. Ważniejsze jest jednak, że aż 60 proc. zapytanych deklaruje ich wykorzystanie w analityce biznesowej. Do stosowania rozwiązań z zakresu Big Data przyznaje się już jednak tylko – w zależności od wielkości – od 11 do 16 proc. rodzimych firm. Tak wynika z badania firm OVH i Intel. Co znaczące, spośród firm, które jeszcze nie korzystały z Big Data, po technologię tę zamierza w tym roku sięgnąć tylko 2 proc. przedsiębiorstw. Dlaczego?

Big Data? Dziękuję, ale nie skorzystam

Z badania OVH i Intel wynika, że głównym powodem niskiego zainteresowania Big Data jest „brak takiej potrzeby” – jak odpowiedziało aż 77,5 proc. ankietowanych. Nie zaś ewentualny „brak kompetencji” (deklarowany tylko przez 10 proc. firm) lub zbyt wysokie koszty wprowadzenia takiego rozwiązania – jedynie 2 proc. odpowiedzi badanych.

Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży OVH, Polska
Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży OVH, Polska

– Mimo obiegowych opinii, że na te najbardziej zaawansowane rozwiązania stać tylko największych i że jest to główny czynnik odstraszający MŚP, nasze badanie pokazuje, że przyczyna może leżeć gdzie indziej – polscy przedsiębiorcy nie dostrzegają korzyści płynących z wdrożenia Big Data – mówi Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży OVH Polska. – Istotna jest więc edukacja rynku czym w ogóle jest Big Data, jakie wartości może wnieść, kto może na tym skorzystać i dopiero wtedy – że wykorzystanie cyfrowych danych finalnie niesie ze sobą większe możliwości niż początkowo poniesione koszty.

Z badań OVH i Intel wynika ponadto, że prawie połowa firm, które już stosują Big Data zamierza kontynuować swoje inwestycje w analitykę w przyszłości. Jednak spośród przedsiębiorstw, które wcześniej nie sięgały po Big Data, tylko 2 proc. zamierza to zrobić w 2019 roku. Wydaje się to potwierdzać wniosek, że kluczowa dla popularyzacji technologii jest kwestia podniesienia świadomości korzyści, które niesie ze sobą zastosowanie Big Data.

Big Data po polsku

Stawiając diagnozę, warto zauważyć też, że w Polsce przedsiębiorstwa korzystają z Big Data bardzo wybiórczo. Na pytanie, które spośród zebranych danych poddawane są analizie, badani na pierwszym miejscu wskazywali dane geolokalizacyjne z urządzeń mobilnych (prawie połowa przedsiębiorstw), w drugiej kolejności zaś dane generowane przez media społecznościowe (aż 45 proc. wskazań). Zaledwie 29 proc. firm analizuje natomiast dane własne, pozyskane z inteligentnych urządzeń i sensorów. W efekcie, zebrane dane najczęściej wykorzystywane są do prognozowania rynkowego (aż 55 proc. przypadków).

– Obecnie polski rynek inwestuje w Big Data głównie na potrzeby marketingu i w segmencie e-commerce, by lepiej zrozumieć klientów, a w efekcie zwiększać sprzedaż. Co optymistyczne, rosnące nakłady na Big Data obserwujemy także m.in. w zakresie logistyki i produkcji, oraz w takich branżach jak telekomunikacyjna czy finanse – zauważa Robert Paszkiewicz z OVH Polska.

Czy chmura napędzi rozwój Big Data w Polsce?

Według prognoz, zapotrzebowanie na rozwiązania z zakresu analityki danych może w Polsce wzrosnąć w przyszłym roku nawet o 25-30%. Co ciekawe, jednym z głównych katalizatorów rozwoju „datyzacji” polskiego biznesu, ma być – oprócz łatwiejszej dostępności tego typu narzędzi i wspomnianej wyższej świadomości przedsiębiorców – także rozwój chmury publicznej.

– Samo wdrożenie zaawansowanych narzędzi nie wystarczy. Wraz z rozwojem Big Data będzie również zmieniać się postrzeganie samej technologii. Coraz większą uwagę przedsiębiorcy będą poświęcać odpowiedniemu doborowi danych i procesowi ich analizy. Tym sposobem Big Data, by odpowiedzieć na wymagania nieustannie zmieniającego się środowiska biznesowego, zmieni się w „Smart Data” – twierdzi Robert Paszkiewicz.

Badanie zrealizowało Data Tribe w listopadzie 2018r na zamówienie firm OVH oraz Intel.Polski_Biznes_Big_Data_OVH_01 Polski_Biznes_Big_Data_OVH_02 Polski_Biznes_Big_Data_OVH_03

24 dni impasu w USA. Konflikt Turcja – USA

Budowa muru okazuje się bardzo ważnym postulatem prezydenta Donalda Trumpa. Turcja jest skłonna ryzykować sankcje gospodarcze byle nie dać gwarancji bezpieczeństwa Kurdom.

Najdłuższy impas w historii USA

Tzw. shutdown, czyli częściowe zamknięcie rządu za względu na brak porozumienia budżetowego, trwa już imponujące 24 dni. To dłużej niż dotychczasowy rekord za prezydentury Billa Clintona. Dzisiaj najprawdopodobniej podpisane zostanie rozporządzenia, które będzie miało na celu wypłacenie pensji osobom, które nie otrzymują je z powodu całej sytuacji. Powodem sporu jest kwota 5,7 miliarda dolarów, tyle ma bowiem kosztować budowa muru stanowiącego realizację najbardziej znanej obietnicy wyborczej ostatnich wyborów w USA. Wydawać by się mogło, że takie wydarzenia to niemal trumna dla notowań dolara. Praktyka pokazuje, że jednak nie. Inwestorzy powoli przyzwyczaili się do tego, że ostatnimi laty dwie partie doprowadzają do takich impasów regularnie. W rezultacie dolar jest stabilny względem głównych walut.

Konflikt Turcja – USA

Amerykanie przygotowują się do wycofania wojska w Syrii. Jednym z warunków tej ewakuacji jest gwarancja Turcji, że nie zaatakuje ona współpracujących z USA Kurdów. Co ciekawe Turcja nie tylko odmówiła takiej gwarancji, ale również poinformowała, że w odpowiednim czasie i miejscu dokona owych ataków. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Z typową dla siebie subtelnością Donald Trump poinformował Ankarę o konsekwencjach gospodarczych takich działań. Patrząc na to co dzieje się w tureckiej gospodarce straszenie katastrofą gospodarczą może nie budzić aż takiego lęku, gdyż ta katastrofa już się tam powoli odbywa. Wskaźniki makroekonomiczne ulegają wyraźnemu pogorszeniu. W sumie w ostatnich czasach jedyny dobry sygnał to inflacja, którą udało się zatrzymać niewiele powyżej 20%, co oczywiście nie jest korzystnym poziomem. Lira turecka, która jeszcze rok temu kosztowała niemal złotówkę obecnie wyceniana jest poniżej 70 groszy i spada.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych. Na rynkach może być odrobinę spokojniej, gdyż w Japonii mamy dzisiaj Święto Pełnoletności, będące dniem wolnym od pracy.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Złoty pod presją słabszych danych i głosowania dot. brexitu

Ostatnie dni nie przyniosły zauważalnej zmiany ogólnego obrazu krajowego rynku walutowego, który pozostawał zarówno pod wpływem czynników lokalnych jak i globalnych prowadzących do dużej zmienności notowań. W piątek kurs EUR/PLN nadal oscylował w okolicach 4,29-4,30.  Na rynku głównej pary walutowej euro chwilowo wzrosło powyżej 1,155 USD, tydzień kończąc jednak poniżej 1,15. Utrzymująca się presja na dolara to skutek docierających na rynek „gołębich” komunikatów Fed. Po dokonaniu czterech podwyżek stóp procentowych w ubiegłym roku Rezerwa Federalna zdecydowanie zmieniła ton. W ostatnich dniach zarówno prezes J.Powell, jak i opublikowane minutes z grudniowego posiedzenia FOMC wskazywały na rodzące się wątpliwości, co do utrzymania dotychczasowego tempa normalizacji polityki monetarnej. 

Wzrosty euro (pomimo nasilających się obaw o stan gospodarki europejskiej) wspierało też oczekiwanie na pozytywne zakończenie amerykańsko-chińskich negocjacji handlowych. Zarówno z Chin jak i z Waszyngtonu docierały pozytywne komentarze, a jako postęp w negocjacjach odebrano m.in. zapowiedź wizyty chińskiego wicepremiera Liu (odpowiedzialnego za negocjacje) w USA pod koniec stycznia.

Na nastrojach rynkowych nadal waży też polityka prezydenta D.Trumpa, który ostatnio ostrzegał, że aby zmusić Kongres do przyznania pieniędzy na budowę muru między USA i Meksykiem jest gotów tolerować paraliż amerykańskiej administracji rządowej, jeszcze przez dłuższy czas, a nawet ogłosić stan nadzwyczajny w związku z migracją. Wydaje się więc, że dopóki w USA trwa „government shutdown” a rozmowy handlowe USA-Chiny jeszcze trwają, Fed będzie unikał jasnych deklaracji, co do dalszych posunięć w polityce monetarnej. W ocenie J.Powella taka przedłużająca się niepewność może mieć negatywny wpływ na gospodarkę. Jak ostrzegł Fitch Ratings, w związku z obecną niepewnością, najwyższy z możliwych, rating kredytowy Stanów Zjednoczonych może być zagrożony. Agencja zwróciła uwagę na problematyczny limit długu. Bez jego podniesienia przez Kongres rząd USA nie będzie mógł zwiększać długu publicznego, co przy rocznym deficycie fiskalnym rzędu biliona dolarów na dłuższą metę groziłoby przynajmniej częściową niewypłacalnością państwa.

Tymczasem dzięki wysokim oczekiwaniom na rozwiązanie konfliktu handlowego pomiędzy USA a Chinami juan zakończył tydzień największym umocnieniem od lipca 2005 roku, co dodatkowo wspierało notowania złotego w ostatnich dniach. USD/CNY przetestował wsparcie na 6,735 pomimo zwiększenia płynności przez bank centralny Chin, a także doniesieniom o dużym spadku inflacji cen produkcji w grudniu. EUR/PLN w ub. tyg. spadł poniżej 4,29 pomimo gołębiej RPP.

Z wypowiedzi członków Rady podczas konferencji prasowej (Glapiński, Kropiwnicki, Żyżyński) i treści komunikatu wynikało, że ujawnione plany rządu odnośnie przeciwdziałania wzrostowi cen energii elektrycznej w 2019 r., niskie notowania ropy naftowej oraz dalszy spadek inflacji, utwierdziły większość członków RPP w przekonaniu o ograniczonym ryzyku znaczącego wzrostu cen w tym roku. NBP podtrzymał więc założenia braku zmian stóp w najbliższych kwartałach.  Co więcej, prezes A.Glapiński nie wykluczył, iż koszt pieniądza w Polsce może nie zmienić się nawet do końca kadencji obecnej Rady (tj. do 2022 r.).

W najbliższych dniach złoty powinien pozostawać pod presją słabszych krajowych danych produkcyjnych oraz prawdopodobnego odrzucenia przez parlament brytyjski wynegocjowanej przez T.May umowy brexitowej. Skalę osłabienia złotego może jednak ograniczać oczekiwanie na gołębi Fed i poprawa nastrojów wokół rozmów handlowych pomiędzy USA i Chinami.

Wykres dnia: Chińska waluta zakończyła tydzień największym umocnieniem od lipca 2005 roku, co wspierało notowania złotego.

Chińska waluta zakończyła tydzień największym umocnieniem od lipca 2005 roku, co wspierało notowania złotego
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Źródło: Joanna Bachert / PKO Bank Polski

Brexit – najważniejsze informacje na temat wyjścia UK z UE

W ciągu następnych kilkudziesięciu godzin uwaga inwestorów z całego świata skupi się na rozstrzygającym głosowaniu w brytyjskim parlamencie. Jego efekt – a raczej, to co nastąpi po nim – wpłynie na przyszłość Brexitu, Wielkiej Brytanii i funta brytyjskiego.

Pod koniec listopada Theresa May zdołała ustalić z reprezentantami Unii Europejskiej 585-stronicowy szkic umowy regulującej wyjście Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty. Jednocześnie premier postanowiła odroczyć głosowanie nad umową w brytyjskim parlamencie, które miało odbyć się w grudniu, z uwagi na ryzyko „odrzucenia treści [umowy] w Izbie Gmin ze znaczną przewagą głosów”.

Głosowanie nad umową regulującą wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej odbędzie się we wtorek 15 stycznia, aczkolwiek jej przyjęcie przez brytyjski parlament jest nadal bardzo mało prawdopodobne. May będzie potrzebowała 320 głosów „za” spośród 650 członków niższej izby parlamentu, żeby uzyskać przewagę niezbędną do zaakceptowania Withdrawal Agreement. Wymagana większość nie jest połową całkowitej liczby posłów w izbie, ponieważ 4 z 650 jej członków stanowią speaker z jego zastępcami, a pozostałe 7 głosów przysługuje reprezentantom partii Sinn Fein, którzy nie pojawiają się podczas obrad w Westminsterze.

Wielu Torysów (według nieoficjalnych danych – ponad 90) stwierdziło, że nie zamierza poprzeć umowy wynegocjowanej przez Theresę May. Również członkowie koalicyjnej partii DUP podkreślają, że w głosowaniu nie wesprą obecnej premier Wielkiej Brytanii. Niemal pewnym jest również to, że większość laburzystów zagłosuje „przeciw”. Co więcej, aż 70% członków Partii Pracy domaga się przeprowadzenia kolejnego referendum ws. członkostwa w Unii Europejskiej.

Głosowanie w brytyjskim parlamencie jest obecnie najbardziej krytycznym momentem procesu wychodzenia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej – staje się ono tym bardziej istotne z uwagi na krótki okres poprzedzający dzień 29 marca 2019 r., czyli datę wyjścia Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty według artykułu 50 Traktatu o Unii Europejskiej. W przypadku, gdy brytyjski parlament odrzuci obecną wersję umowy wyjścia z UE, zgodnie z tzw. poprawką Grieve’a, Theresa May będzie miała 21 dni na przedstawienie planu dalszego postępowania w kwestii Brexitu. W tym kontekście realizacji może ulec któryś z poniższych scenariuszy:

  • Wynegocjowanie z Unią Europejską terminu wejścia w życie artykułu 50 (może to wymagać zgody wszystkich pozostałych 27 państw UE).
  • Ogłoszenie kolejnych wyborów parlamentarnych, które mogą stanowić formę referendum ws. przyjęcia treści umowy wynegocjowanej przez Theresę May. Taką decyzję należałoby przyjąć kwalifikowaną większością dwóch-trzecich deputowanych.
  • Opuszczenie Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię bez umowy regulującej dalsze stosunki kraju ze Wspólnotą. Prawdopodobieństwo takiego scenariusza wydaje się jednak niskie ze względu na ostatnią retorykę premier May oraz opinię wyrażoną przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE), według której rząd Wielkiej Brytanii ma prawo do jednostronnego wycofania artykułu 50.
  • Złożenie dymisji przez Theresę May.
  • Ogłoszenie drugiego referendum ws. członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Takie głosowanie może okazać się korzystne dla funta brytyjskiego, ponieważ sugeruje ok. 50-procentową szansę na pozostanie Wielkiej Brytanii we Wspólnocie.

May wielokrotnie podkreślała, że w przypadku Brexitu nie ma innych alternatyw poza akceptacją jej umowy albo brakiem jakichkolwiek ustaleń. Obecnie inwestorzy są jednak mniej przekonani, że odrzucenie umowy będzie oznaczać rychłe wyjście ze Wspólnoty bez porozumienia. Oznacza to, że odrzucenie porozumienia niekoniecznie będzie wiązało się z istotną wyprzedażą funta brytyjskiego, czego oczekiwaliśmy wcześniej. Ze względu na to, że scenariusz odrzucenia porozumienia jest obecnie oczekiwany, reakcja rynku walutowego w przypadku jego realizacji powinna być umiarkowana i wyraźnie mniejsza niż w przypadku materializacji drugiej opcji. Istotne w tym przypadku będzie to, co nastąpi po głosowaniu. Ewentualne przyjęcie umowy powinno wiązać się z kolei z wyraźnym umocnieniem szterlinga z uwagi na zredukowanie obaw związanych z Brexitem.

Słabość funta brytyjskiego, którą obserwowaliśmy wcześniej, w ostatnim czasie ustąpiła aprecjacji waluty. Owo umocnienie funta w końcówce ubiegłego tygodnia było związane m.in. z komentarzami brytyjskich ministrów, którzy sugerowali, że w związku z tym, iż prawdopodobnie do momentu wyjścia Wielkiej Brytanii z UE nie uda się zaakceptować kluczowych dla Brexitu ustaw, jego termin może zostać odsunięty w czasie. W obecnym momencie wygląda na to, że najbardziej prawdopodobne są właśnie brak akceptacji porozumienia Theresy May i odsunięcie Brexitu w czasie.

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Ponad 6,5 tysiąca osób ogłosiło upadłość konsumencką w 2018 r.

W ubiegłym roku upadłość konsumencką ogłosiło o jedną piątą więcej osób niż w 2017 r. i trzykrotnie więcej niż w 2015 r. 6 549 osób, które zbankrutowały w 2018 r. miało według bazy BIK oraz Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor nieopłacone zobowiązania na ponad 732 mln zł. Najczęściej po upadłość konsumencką sięgają mieszkańcy województw: mazowieckiego, śląskiego oraz małopolskiego, większość stanowią kobiety, co czwarty bankrut ma między 36-45 lat, ale powoli rośnie udział dłużników po 56 roku życia.

Z Mazowsza (20 proc.), Śląska (11,8 proc.) i Małopolski (8,4 proc.) pochodzi dwóch na pięciu bankrutujących konsumentów i posiadają oni połowę widocznych w BIK i BIG InfoMonitor zaległości osób ogłaszających upadłość. – Również uwzględniając relacje ogłaszanych upadłości do liczby mieszkańców danego województwa, rozwiązanie to najchętniej jest wykorzystywane na Mazowszu. Na kolejnych pozycjach, przy takim podejściu znajdują się jednak woj. kujawsko-pomorskie, świętokrzyskie, podkarpackie i podlaskie. Sytuacja może zaskakiwać, biorąc pod uwagę, że według naszych danych w Świętokrzyskiem, na Podkarpaciu i Podlasiu, odsetek osób opóźniających spłatę kredytów i bieżących rachunków jest niewysoki w porównaniu z resztą kraju – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Ponad 6,5 tysiąca osób ogłosiło upadłość w 2018 r.

Źródło: BIG InfoMonitor, BIK, dane z Monitora Sądowego i Gospodarczego

Wśród decydujących się na upadłość niezmiennie utrzymuje się przewaga kobiet – ponad 55 proc. Inna prawidłowość to fakt, że blisko co czwarta osoba korzystająca z tego rozwiązania ma między 36 a 45 lat. Ale już rekordziści z milionowymi długami, których jest ponad dziewięćdziesięciu są nieco starsi, bo średnio mają ponad 47 lat. – Widać również, że przybywa bankrutujących, którzy ukończyli 56 lat. O ile w pierwszym roku obowiązywania nowych zasad upadłości w 2015 r. było ich niecałe 32 proc. w minionym roku stanowili już prawie 39 proc. – mówi Sławomir Grzelczak.

Ponad 6,5 tysiąca osób ogłosiło upadłość w 2018 r. 2

Źródło: BIG InfoMonitor, BIK, dane z MSiG

Systematycznie spada natomiast średnia kwota zaległości osób ogłaszających bankructwo. Jak wynika z danych BIK oraz BIG InfoMonitor w zeszłym roku było to niecałe 142 tys. zł, czyli o 15,5 tys. zł mniej niż rok wcześniej i niemal 96 tys. zł mniej niż w 2015 r.

Na tle długów rekordzistów to wyjątkowo niewiele. Zeszłoroczna rekordzistka, która ogłosiła upadłość w wieku 54 lat nie spłaciła kredytu o wartości 8,3 mln zł, kolejny rekordzista – mężczyzna, w momencie korzystania z procedury upadłości miał 48 lat i długi w bankach dochodzące do 5,3 mln zł. Oboje są mieszkańcami woj. mazowieckiego. Na kolejnej pozycji uplasował się 68-letni mężczyzna z Małopolski, nie spłacił co najmniej pięciu kredytów na sumę 4,3 mln zł.Ponad 6,5 tysiąca osób ogłosiło upadłość w 2018 r. 3

Źródło: BIG InfoMonitor, BIK, dane z MSiG

Długi osób, które w 2018 r. ogłosiły upadłość, widoczne w bazach BIK i BIG InfoMonitor, wyniosły 732,4 mln zł. 53 mln zł z tego stanowiły zobowiązania zgłoszone do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, wśród których są m.in. kwoty wpisane przez firmy pożyczkowe, wyroki sądowe nakazujące zwrot długów, długi zgłoszone przez firmy windykacyjne, zaległe alimenty i długi wobec sądów. Większość, bo 679,4 mln zł to kredyty. 145 zeszłorocznych bankrutów miało na koncie wyłącznie kredyty mieszkaniowe o wartości 102,4 mln zł. 347 osób spłacało równolegle kredyty konsumpcyjne i mieszkaniowe na sumę 270,7 mln zł, ale najwięcej – 2 372 osób posiadało ponad 306 mln zł kredytów konsumpcyjnych, o przeciętnej wartości 81 826 zł.

Ponad 6,5 tysiąca osób ogłosiło upadłość w 2018 r. 4

 Źródło: BIG InfoMonitor, BIK, dane z MSiG

W pierwszym roku obowiązywania zliberalizowanych przepisów, czyli w 2015 r. upadłość ogłosiło ponad 2,1 tys. osób, rok później już ponad dwa razy więcej (4,4 tys.), w 2017 r. niecałe 5,5 tys., a w minionym roku 6,55 tys. osób, czyli o 20 proc. więcej niż rok wcześniej i 50 proc. więcej niż w 2017 r.

Ponad 6,5 tysiąca osób ogłosiło upadłość w 2018 r. 5

Źródło: BIG InfoMonitor, BIK, dane z MSiG

Kwota długów osób bankrutujących, widoczna w bazach BIK i BIG InfoMonitor, to po czterech latach 2,46 mld zł. Nie ma wątpliwości, że na szali przesądzającej o upadłości 18 567 osób leży znacznie wyższa suma, bowiem ok. 30 proc. w chwili ogłaszania upadłości nie miało na koncie żadnego kredytu, a 21 proc. bankrutujących osób nie miało widocznych przeterminowanych długów w żadnej z wymienionych baz.

Co to jest upadłość konsumencka?

Obecnie upadłość konsumencka to postępowanie sądowe przewidziane dla osób fizycznych, nieprowadzących działalności gospodarczej. Mogą z niej korzystać osoby, które stały się niewypłacalne – nie mają pieniędzy na bieżące rachunki, zakup artykułów codziennego użytku oraz spłatę kredytów czy pożyczek. W kłopoty wpadły ze względów losowych. Ogłoszenie upadłości konsumenckiej oznacza utratę wszystkiego, co się posiada. Prawo przewiduje jedynie wydzielenie ogłaszającemu bankructwo kwoty na wynajem mieszkania na okres od 12 do 24 miesięcy. W wyjątkowych okolicznościach w grę wchodzi zachowanie nieruchomości, ale pod warunkiem, że zgodzą się na to wierzyciele. Ogłaszający upadłość ma obowiązek wykonywania zatwierdzonego przez sąd planu spłaty wierzycieli, który może być realizowany do 36 miesięcy. W tym czasie nie można rozporządzać majątkiem w sposób, który mógłby zagrozić realizacji planu spłaty wierzycieli, np. zaciągać kredytów czy wyprzedawać majątku. Upadłość konsumencka nie umarza alimentów ani rent odszkodowawczych, sądowych kar grzywny i obowiązku naprawienia szkody oraz zadośćuczynienia za wyrządzone krzywdy.

Jak najlepiej przygotować się do PPK

Wszedł w życie rządowy system długoterminowego oszczędzania. Pracodawco sprawdź, jak najlepiej przygotować się do programu.

Ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych weszła w życie 1 stycznia 2019. Według harmonogramu od lipca zacznie ona dotyczyć największych przedsiębiorstw, zatrudniających powyżej 250 pracowników. Większość z nich jest właśnie na etapie planowania i podejmowania najważniejszych decyzji związanych z programem. Poniżej najważniejsze informacje, które musi wiedzieć o PPK każdy pracodawca.

Pracownicze Plany Kapitałowe to powszechny, dobrowolny i w pełni prywatny system długoterminowego oszczędzania, który ma uzupełnić obowiązujące na rynku rozwiązania emerytalne. Celem programu jest przede wszystkim zwiększenie stopy oszczędności Polaków oraz zapewnienie im większego bezpieczeństwa finansowego na emeryturze. Aby zachęcić społeczeństwo do oszczędzania, projekt przewiduje automatyczny zapis pracowników do 55 roku życia, za których pracodawca odprowadza składki na ubezpieczenie społeczne.

Najwięcej obowiązków z tytułu nowego systemu spocznie na pracodawcach. Obok działań związanych z przygotowaniem do wdrożenia programu, zatrudniający zmierzą się z wyborem instytucji finansowej, zawarciem z nią umów o zarządzanie oraz prowadzenie PPK. Obligatoryjne będzie dla nich również ustrukturyzowanie w firmie procedur administracyjno-komunikacyjnych. Oto najważniejsze zadania, jakie czekają  pracodawców:

Krok 1. Przygotowanie do utworzenia PPK

Mając na względzie wszystkie kryteria przyjęte w ustawie, dobre przygotowanie do utworzenia PPK rozumie się przez staranne przeprowadzenie diagnozy potrzeb i uwarunkowań danej firmy, identyfikację jej dotychczasowych kosztów związanych z długoterminowymi świadczeniami emerytalnymi i ubezpieczeniowymi oraz określenie wydatków związanych z całą operacją. Ważnym aspektem w procesie będzie miała również identyfikacja konsekwencji finansowych wynikających z wprowadzenia planów kapitałowych.

Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE
Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE

– Należy podkreślić, że podstawowe źródło finansowania programu będą stanowiły obowiązkowe wpłaty. Minimalna wysokość składki PPK będzie dotowana przez pracodawcę, pracownika oraz państwo. Zatrudniający, mając na uwadze swój udział w składce, musi uwzględnić ten koszt w planach finansowych firmy – mówi Grzegorz Chłopek, prezes zarządu Nationale-Nederlanden PTE – Pracodawcy będą bowiem zobligowani do odprowadzania minimum 1,5 proc. wynagrodzenia uczestnika programu. Część z nich fakultatywnie dopłaci do PPK danego pracownika dodatkowe 2,5 proc. jego wynagrodzenia – dodaje.

Krok 2. Wybór instytucji finansowej

Kolejnym obowiązkiem po stronie pracodawcy będzie wybór instytucji finansowej figurującej w ewidencji PPK. Decyzja o wyborze konkretnego oferenta powinna zostać podjęta w porozumieniu z reprezentacją pracowników. Aby wytypować właściwą instytucję, zatrudniający powinien przede wszystkim zwrócić uwagę na proponowane warunki gromadzenia środków, efektywność oferenta w zarządzaniu aktywami oraz jego doświadczenie w zarządzaniu funduszami inwestycyjnymi lub emerytalnymi.

– Przy wyborze instytucji finansowej należy kierować się zarówno potrzebami pracowników, jak i doświadczeniem jednostki mającej zarządzać ich pieniędzmi. Warto zaufać firmie, która ma długoletnią praktykę w oferowaniu produktów emerytalnych. Decyzja pracodawcy o wyborze właściwego oferenta, będzie miała istotne znaczenie dla wysokości przyszłego kapitału zgromadzonego przez uczestników w ramach PPK   – podkreśla Grzegorz Chłopek.

Krok 3. Zawarcie umów o zarządzaniu i prowadzeniu PPK

W kolejnym etapie pracodawca będzie zobligowany do zawarcia z wybraną instytucją finansową umowy o zarządzanie i prowadzenie PPK. Wśród firm, które mogą prowadzić PPK znajdują się: powszechne towarzystwa emerytalne (PTE), pracownicze towarzystwa emerytalne (PrTE), towarzystwa funduszy inwestycyjnych (TFI) oraz zakłady ubezpieczeń (ZU). Podpisanie umowy będzie skutkować automatycznym zapisem wszystkich osób zatrudnionych w firmie do powszechnego programu oszczędzania. Decyzja o chęci uczestniczenia w nim, zgodnie z zasadą dobrowolności, będzie jednak należeć do pracowników.

Brak terminowego zawarcia umowy może skutkować nałożeniem na pracodawcę kary finansowej w wysokości do 1,5 proc. funduszu wynagrodzeń za poprzedni rok obrotowy. Kontrakt o zarządzanie PPK może zostać rozwiązany na zasadach i w terminach w nim określonych.

Krok 4. Wdrożenie administracyjne i komunikacyjne PPK

Poza pracami przygotowawczymi, bardzo ważne będzie wdrożenie administracyjne programu w firmach, które spoczywać będzie na pracownikach działów personalnych i płacowych. Ich działania na początku powinny skupić się przede wszystkim na dostosowaniu procedur oraz zapewnieniu uczestnikom możliwości składania dyspozycji. Po stronie działu będzie także leżało przystosowanie systemu kadrowo-płacowego do naliczania wpłat PPK. Wraz z funkcjonowaniem PPK do zadań działów HR należeć będzie bieżąca obsługa programu.

Ostatni kluczowy obszar działań to komunikacja z pracownikami. Mimo że większość obowiązków informacyjnych spocznie na instytucjach finansowych, to w gestii pracodawcy będzie przeszkolenie zatrudnionych z nowo obowiązujących zasad oraz bieżące informowanie ich o wynikach inwestycji.

Rekord wszech czasów na rynku inwestycji w nieruchomości komercyjne w Polsce

Na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce odnotowano rekord wszech czasów, podała firma doradcza Savills. Wolumen transakcji inwestycyjnych przekroczył w 2018 r. 7,2 miliarda euro. Ponad 100 zrealizowanych transakcji przełożyło się na blisko 45-procentowy wzrost ich wartości rok do roku.

Całkowity wolumen transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce w 2018 r. na poziomie ponad 7,2 mld euro to o 2,2 mld euro więcej od wyniku osiągniętego w 2017 r. (5,0 mld euro). Przypomnijmy, że był to wówczas rok rekordowy. Zgodnie z danymi firmy Savills, najwyższe w historii wolumeny transakcji odnotowano również w każdym z głównych sektorów rynku nieruchomości komercyjnych. W 2018 r. w nieruchomości biurowe zainwestowano 2,75 mld euro, a w nieruchomości handlowe 2,5 mld euro. Imponujący wzrost odnotowano w przypadku nieruchomości magazynowych i przemysłowych (1,84 mld euro). Na nieruchomości hotelowe przypadło blisko 120 mln euro.

Marek Paczuski, dyrektor w dziale doradztwa inwestycyjnego w Savills
Marek Paczuski, dyrektor w dziale doradztwa inwestycyjnego w Savills

„Po trzech kolejnych latach dominacji sektora handlowego, która trwała od 2015 roku, nieruchomości biurowe ponownie znalazły się na szczycie listy aktywów preferowanych przez inwestorów. Był to jednak w dalszym ciągu bardzo dobry rok dla nieruchomości handlowych, gdzie za ponad 70% całkowitego wolumenu odpowiadały transakcje przeprowadzone w pierwszym kwartale. W 2018 roku inwestorzy stopniowo zwracali się ku nieruchomościom magazynowym i przemysłowym, co znalazło swoje odzwierciedlenie w regularnych wzrostach w tym sektorze obserwowanych co kwartał” – mówi Marek Paczuski, dyrektor w dziale doradztwa inwestycyjnego w Savills.

Na rynku nieruchomości magazynowych i przemysłowych w 2018 r. odnotowano wzrost wartości transakcji inwestycyjnych aż o 83% rok do roku. Uwaga inwestorów przeniosła się z segmentu handlowego na sektor logistyczny głównie w wyniku jego dynamicznego rozwoju w skali globalnej napędzanego przez branżę e-commerce.

John Palmer, dyrektor zespołu doradztwa inwestycyjnego w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych w Savills
John Palmer, dyrektor zespołu doradztwa inwestycyjnego w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych w Savills

„Inwestorów przyciągają przede wszystkim bardzo silne podstawy do dalszego, długoterminowego wzrostu sektora logistycznego. Dużym atutem nieruchomości magazynowych i przemysłowych jest fakt, że są one bardzo zróżnicowaną klasą aktywów. Sektor oferuje atrakcyjne produkty zarówno dla funduszy typu core, jak i dla inwestorów oportunistycznych, jak również  możliwość przeprowadzania transakcji portfelowych na dużą skalę” – mówi John Palmer, dyrektor zespołu doradztwa inwestycyjnego w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych w Savills.

W 2018 roku wzmocnił się trend związany z napływem kapitału z Azji. Fundusze z tego regionu zainteresowane były głownie najlepszymi budynkami biurowymi i logistycznymi, jak również całymi portfelami obiektów magazynowo-przemysłowych. Również fundusze z Afryki Południowej, które tradycyjnie skupione były na nieruchomościach handlowych, zaczęły interesować się  sektorem logistycznym.

„2018 rok był rekordowy także pod względem stóp kapitalizacji dla najlepszych obiektów, które osiągnęły poziom nieodnotowywany dotąd w żadnym z głównych sektorów rynku nieruchomości komercyjnych, schodząc poniżej psychologicznej bariery 5% w sektorze biurowym i notując poziom niewiele przekraczający 5% w sektorze logistycznym. To ustanawia zupełnie nowy punkt odniesienia dla rynku i pozostawia furtkę dla kompresji stóp kapitalizacji dla nieruchomości i lokalizacji spoza segmentu prime” –  mówi Marek Paczuski, dyrektor w dziale doradztwa inwestycyjnego w Savills.

W 2018 r. zrealizowano transakcje, których stopa zwrotu w sektorze biurowym szacowana jest na ok. 4,70% – 4,75%, a w sektorze handlowym nawet nieco powyżej 4%. W przypadku najlepszych powierzchni magazynowo-przemysłowych stopy kapitalizacji zbliżyły się do poziomu 5,15%.

Zgodnie z prognozami Savills dobra kondycja rynku inwestycyjnego w sektorze nieruchomości komercyjnych w Polsce utrzyma się w 2019 r. m.in. dzięki wzrostowi PKB, wysokiemu poziomowi konsumpcji, a także rekordowo niskiej stopie bezrobocia oraz inwestycjom publicznym. Wysoka aktywność inwestorów spodziewana jest przede wszystkim w sektorze nieruchomości biurowych i magazynowo-przemysłowych. Stopy kapitalizacji powinny utrzymać się na obecnym poziomie.

60 proc. polskich pracowników może pracować zdalnie – badanie Michael Page

6 na 10 polskich pracowników (w tym 69% managerów lub dyrektorów) przyznało, że ma możliwość realizowania swoich obowiązków zdalnie, poza biurem. Niemal co trzeci badany (33 proc.) z takiego udogodnienia korzysta minimum 4 razy w miesiącu.

Spośród pracowników, którzy mają możliwość pracowania zdalnie, największy odsetek badanych (35 proc.) zadeklarowało, że poza biurem swoje obowiązki zawodowe wykonuje średnio raz w miesiącu lub rzadziej. Niewiele mniej, bo 33 proc. korzysta z takiego rozwiązania dużo częściej, bo minimum cztery razy w miesiącu. Poza firmą od 2 do 3 razy w miesiącu pracuje co piąty respondent (21 proc.), a tylko raz na miesiąc zdarza się to co 10. osobie (11 proc.).

Wg badania Michael Page, większą szansę na pracę zdalną mają pracownicy mikro firm zatrudniających do 10 osób (61,5 proc.) w porównaniu do średnich organizacji (46,4 proc.), gdzie pracuje do 250 osób i oraz dużych przedsiębiorstw (59,3 proc.). Co ciekawe, na pracę z domu minimum 4 razy w miesiącu zdecydowanie częściej decydują się mężczyźni (42,8 proc.) niż kobiety (20 proc.). Badanie Michael Page pokazało również, że na częstotliwość wykonywania obowiązków poza biurem niewielki wpływ ma fakt posiadania dzieci – z takiego rozwiązania więcej niż 4 razy w miesiącu korzysta 33 proc. osób bezdzietnych w stosunku do 32 proc. osób z dziećmi.

Możliwość pracy z domu jest doceniana przez polskich pracowników, co potwierdziła ponad połowa (52 proc.) ankietowanych. Równocześnie, jeszcze więcej, bo 65 proc. chciałoby mieć także wpływ na wybór godzin, w których będzie wykonywać swoje obowiązki. Duża potrzeba elastycznego podejścia do czasu, a także miejsca wykonywania pracy wynika m.in. z chęci zachowania work-life balance.

W badaniu Michael Page, 57 proc. respondentów przyznało, że praca zdalna pozytywnie wpływa na zachowanie równowagi między życiem prywatnym, a zawodowym. Jednocześnie, 28 proc. ankietowanych stwierdziło, że takie rozwiązanie negatywnie oddziałuje na harmonię w życiu.

Słabe dane z niemieckiej gospodarki już odbijają się na polskiej. Wciąż jednak jest szansa na 4-proc. wzrost PKB w 2019 roku

Słabe dane z niemieckiej gospodarki już odbijają się na polskiej. Wciąż jednak jest szansa na 4-proc. wzrost PKB w 2019 roku 8

O wiele głębszy od spodziewanego spadek niemieckiej produkcji przemysłowej w listopadzie, poprzedzony oczekiwanymi wprawdzie, ale wyraźnie niższymi wskazaniami PKB za III kwartał znamionują spowolnienie niemieckiej gospodarki. Polskie przedsiębiorstwa są od niej w dużym stopniu uzależnione, bowiem zachodni sąsiad odpowiada za 28 proc. odbioru polskiego eksportu. Według głównego ekonomisty BOŚ niektóre z czynników osłabienia mają jednak charakter incydentalny i nie muszą doprowadzić do gwałtownego spadku impetu polskiej gospodarki.

Dane z niemieckiej gospodarki okazały się w ujęciu miesiąc do miesiąca najsłabsze od 4 lat, natomiast w ujęciu rok do roku nawet od 2009 roku. Jest to kombinacja czynników krótkotrwałych i długotrwałych i w zależności od tego, jak te proporcje będą się utrzymywały w kolejnych miesiącach, będzie to implikowało silniejsze bądź słabsze skutki dla polskiej gospodarki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Tarnawa, główny ekonomista BOŚ.

Na początku stycznia ekonomistów zmroziły dane z polskiego sektora przemysłowego, gdy wskaźnik PMI, określający nastroje wśród osób zajmujących się w zakładach produkcyjnych zakupami materiałów, surowców i półproduktów (co pozwala przewidzieć wielkość przyszłej produkcji), spadł do poziomu najniższego od kwietnia 2013 roku, a sama produkcja i poziom zamówień – od czerwca 2009 roku. Jako podstawową przyczynę tego stanu rzeczy wskazano spadek zamówień od niemieckich kontrahentów. Parę dni później nadeszło wyjaśnienie: okazało się, że produkcja przemysłowa w listopadzie spadła w Niemczech o 1,9 proc. miesiąc do miesiąca, podczas gdy rynek oczekiwał wzrostu o 0,3 proc. Rok do roku było jeszcze gorzej: -4,7 proc. wobec prognoz na poziomie -0,8 proc.

– Wśród krótkoterminowych czynników możemy wskazać czynnik, który już w III kwartale ściągał gospodarkę niemiecką i jej produkcję w dół, czyli kłopoty przemysłu motoryzacyjnego w Niemczech w związku z wejściem w życie we wrześniu nowych norm emisji spalin samochodów, co wpłynęło na zastoje w produkcji tego sektora – wyjaśnia Łukasz Tarnawa. – Po drugie, analitycy wskazują na niski poziom wody w Renie, który ma duże implikacje dla przemysłu chemicznego i transportu w gospodarce niemieckiej.

Trzecim elementem była większa niż zazwyczaj liczba dni wolnych i spowodowane nimi „długie weekendy”. Jednak te krótkotrwałe czynniki jednorazowe to niejedne przyczyny spowolnienia. Jak pokazały dane z zamówień w przemyśle niemieckim, słabość gospodarcza obejmuje zamówienia z dużej części strefy euro, z pozostałych gospodarek europejskich, choćby z Francji, która doświadcza silnego spowolnienia m.in. z powodu protestów społecznych, które miały miejsce w ostatnim czasie.

– Widzimy, że gospodarka strefy euro słabnie. W efekcie polska gospodarka zapewne odczuje to w najbliższych kwartałach – przewiduje Łukasz Tarnawa. – To spowolnienie będzie trwało, choć sądzimy, że Niemcy unikną technicznej recesji w IV kwartale. Tym samym po bardzo dobrym okresie polskiej gospodarki w pierwszych trzech kwartałach 2018 roku, kiedy notowaliśmy wzrost 5 proc., możemy spodziewać się, że najbliższe kwartały przyniosą pewne spowolnienie wzrostu gospodarczego. Jeżeli jednak spowolnienie w Niemczech nie będzie tak silne jak w III kwartale ub.r., to spowolnienie w Polsce nadal będzie łagodne.

Niemcy są jednym z największych eksporterów świata, na wynikach tej gospodarki cieniem położył się zatem spór w handlowych stosunkach między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. Osiągnięte zawieszenie wojny handlowej, które jest czasem na wypracowanie porozumienia – a delegacja amerykańska wróciła z rozmów w Pekinie raczej zadowolona – powinno pozytywnie przełożyć się na wyniki niemieckiego przemysłu już w I kwartale 2019 roku. Możliwy jest nawet wzrost o 0,4 proc, kwartał do kwartału.

Jeżeli gospodarka niemiecka uniknie scenariusza recesyjnego, polska gospodarka wciąż ma szansę w I połowie tego roku na ponad 4-proc. wzrost i w II połowie roku wzrost w okolicach 4 proc. – konkluduje główny ekonomista BOŚ. – Wciąż czynnikami, które powinny pomagać naszej gospodarce, to silna konsumpcja prywatna w warunkach dobrego rynku pracy, niezłych płac, poprawy w zakresie zatrudnienia. Obserwujemy już od kilku kwartałów, że ruszają inwestycje przedsiębiorstw, przede wszystkim spółek publicznych. Jeżeli dodatkowo do tego przedsiębiorstwa prywatne kontynuowałyby nawet umiarkowany wzrost inwestycji, to mamy szansę na solidny 4-proc. wzrost gospodarczy w Polsce w tym roku.

Tylko firmy oparte na danych mogą przetrwać na rynku. Mają nawet 23 razy większą szansę na pozyskiwanie nowych klientów

Tylko firmy oparte na danych mogą przetrwać na rynku. Mają nawet 23 razy większą szansę na pozyskiwanie nowych klientów 9

Polskie przedsiębiorstwa są w fazie transformacji dotychczasowych źródeł konkurencyjności. Coraz większą rolę odgrywają innowacyjność i automatyzacja. Wyzwaniem jest finansowanie wzrostu przedsiębiorstwa z firmy rodzinnej do korporacji. Firmy oparte na danych mają nawet 23 razy większą szansę na pozyskiwanie nowych klientów i sześciokrotnie większą na ich późniejsze zachowanie. Prognozowanie i analiza danych to jednak pięta achillesowa polskich firm.

– Już nie jesteśmy małą firmą, gdzie jeszcze można zapanować nad organizacją, ale nigdy nie będziemy korporacją. Jesteśmy firmą, która aktualnie w siedmiu dużych miastach naszego kraju zatrudnia łącznie 80 osób, więc zapanować nad pracownikami – ze względu na odległość i oczekiwania naszych pracowników – jest dosyć trudno. Dużym wyzwaniem jest możliwość zdobycia trampoliny, która pozwoli nam na odskoczenie od tego poziomu. Porównując, chcemy się przesiąść z poloneza do trochę szybszego auta – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kazimierz Jastrzębski, prezes Office Plus.

Według danych Instytutu Biznesu Rodzinnego firmy rodzinne stanowią ok. 36 proc. przedsiębiorstw w Polsce, a ich działalność odpowiada za 18 proc. polskiego PKB. Podobnie jak w przypadku zdecydowanej większości małych i średnich firm, to najbliższe lata mogą się okazać kluczowe dla dalszego rozwoju. Dotychczasowe czynniki konkurencyjności, związane z niskimi kosztami pracy, będą traciły na znaczeniu, a coraz większą rolę będą odgrywać innowacyjność i automatyzacja. Jak przekonują eksperci, przyszłość należy do inteligentnego przedsiębiorstwa.

– Dosyć dużym kłopotem dla nas jest zdobywanie nowych klientów, dlatego że my działamy głównie przez rekomendacje. Jeśli chodzi o rynek e-commerce, to w zasadzie my tam nie istniejemy, dlatego że jest tak duża liczba ofert firm działających w naszym zakresie i interesujących się naszym polem działania, że nie jesteśmy w stanie wypozycjonować się nawet w pierwszej dziesiątce stron Google  – podkreśla Kazimierz Jastrzębski.

Według McKinsey Global Institute firmy oparte na danych mają o 23 razy większą szansę na pozyskiwanie nowych klientów i sześciokrotnie większą na ich późniejsze zachowanie. Jak jednak pokazuje badanie „Analityka biznesowa, wyzwania 2018”, programowanie i analiza danych to wciąż słabe strony firm. Problemem jest też mocne zaistnienie w sieci, z czym ma problem część mniejszych i rodzinnych firm. Bez tego jednak ich szanse, by przetrwać na coraz bardziej cyfrowym rynku, maleją. Problemem dla większość przedsiębiorstw jest też brak pracowników, zwłaszcza tych, którzy będą potrafili sprostać pojawiającym się wyzwaniom.

– Najważniejsze wyzwania dla nas w najbliższym czasie, w zasadzie od kilku lat, to są problemy kadrowe, to są pracownicy na każdym szczeblu. Mam na myśli montażystów, architektów, handlowców i specjalistów w konkretnych działach – wskazuje prezes Office Plus.

Raport PwC i The Business Higher Education Forum „Investing in America’s Data Science and Analytics Talent: The Case for Action” ocenia, że w 2020 roku już 2,7 mln miejsc pracy będzie opartych na analityce i data science i to właśnie takie umiejętności będą dla pracodawców kluczowe przy rekrutacji nowych pracowników.

Same nowe technologie jednak nie wystarczą. Do dalszego rozwoju firm konieczna jest zagraniczna ekspansja. Z drugiej strony na bardziej konkurencyjnym rynku warunkiem kluczowym przetrwania jest cyfrowa transformacja.

– Polski rynek już jest dosyć mocno nasycony, jeśli chodzi o branżę związaną z wyposażaniem wnętrz, docieramy wyłącznie do klientów B2B. Jednak myślimy o ekspansji na rynki głównie europejskie, takim naszym naturalnym rynkiem, który jest najbliżej i najłatwiej można się tutaj próbować przebijać przez gęstwinę wszelakich przeciwności, jest rynek niemiecki, natomiast z ogromną nadzieją i apetytem patrzymy na Daleki Wschód, Kazachstan. Mamy nadzieję, że tam uda nam się zaistnieć – wskazuje Kazimierz Jastrzębski.

Polska jest jednym z europejskich liderów we wdrażaniu nowinek płatniczych. Wprowadzamy je szybciej niż Zachód

Polska jest jednym z europejskich liderów we wdrażaniu nowinek płatniczych. Wprowadzamy je szybciej niż Zachód 10

Polski rynek finansowy jest pod pewnymi względami bardziej rozwinięty niż ten na Zachodzie. Polacy są otwarci na nowinki technologiczne – system BLIK, portmonetkę Google Play czy zbliżeniowe płatności smartfonem wybiera coraz więcej osób. Większość Polaków uważa, że płatności smartfonem i kartą są wygodniejsze i prostsze niż gotówką. Zdaniem ekspertów Expandera już w tym roku więcej zapłacimy za pomocą kart niż gotówką.

 Polski rynek finansowy jest pod wieloma względami bardziej rozwinięty niż rynki na zachodzie. W USA systemy informatyczne są sprzed II wojny światowej, w Anglii były budowane zaraz po wojnie. Te kraje mają niesamowity dług technologiczny, którego nie są w stanie spłacić, ponieważ – po pierwsze – wiąże się to z dużym kosztem, a po drugie CEO ichniejszych banków są już zmęczeni i czekają na emeryturę. W Polsce fakt, że to wszystko było budowane w latach 90., sprawia, że mogę płacić SMS-em. Kartę zbliżeniową w Polsce miałam 4 lata przed tym, jak dostałam ją w Wielkiej Brytanii i tam musiałam o nią specjalnie poprosić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marta Krupińska, współzałożycielka Azimo, firmy zajmującej się przelewaniem pieniędzy.

Polskie finanse stają się coraz bardziej cyfrowe. To oszczędność czasu, ale i większe bezpieczeństwo. Na popularności zyskują płatności zbliżeniowe. Jak podaje NBP, 66 proc. Polaków uważa, że płatności smartfonem czy kartą są wygodniejsze i prostsze niż gotówką. Jesteśmy też otwarci na nowinki technologiczne. Systemem BLIK, wprowadzonym trzy lata temu, w pierwszym roku dokonano 2 mln transakcji. W pierwszym półroczu 2018 roku było ich już 33 mln – tyle, co w całym 2017 roku, a w III kw. – 24,3 mln, a klienci korzystali z niego średnio 264 tys. razy dziennie. Usługa Apple Pay tylko w tydzień pozyskała 200 tys. użytkowników, z portmonetki Google Pay 1,5 roku po wdrożeniu korzystało 300 tys. osób.

– Przesyłanie pieniędzy przez internet jest najbezpieczniejszą formą przesyłu. Wszystkie instytucje, które mają do czynienia ze środkami finansowymi, muszą być regulowane. Instytucje takie jak KNF w Polsce czy Financial Conduct Authority w Wielkiej Brytanii narzucają na nas bardzo duże ograniczenia związane z tym, jak musimy budować nasze systemy informatyczne. Jeszcze 10 lat temu ktoś mógł wejść do banku, Western Union czy biura pożyczek z ukradzionym kilka minut wcześniej dowodem, podać się za kogoś innego i pożyczyć w jego imieniu dużo pieniędzy albo przesłać je na podane konto – mówi Marta Krupińska.

Z danych NBP „Informacja o kartach płatniczych” wynika, że na koniec II kwartału 2018 roku w Polsce w obrocie znajduje się już 40 mln kart płatniczych, a udział kart zbliżeniowych sięga 82 proc. W okresie od marca do czerwca Polacy wykonali nimi 1,1 mld płatności, czyli o 1/5 więcej niż rok wcześniej.

Z drugiej jednak strony, jak podaje Fundacja Polska Bezgotówkowa, w Polsce 30 proc. transakcji to transakcje bezgotówkowe, reszta realizowana jest przy użyciu gotówki. W Szwecji czy Szwajcarii płatności gotówką stanowią zaledwie kilka procent. W opinii ekspertów Expandera w tym roku w Polsce może zakończyć się dominacja gotówki i możliwe jest, że kartami wydamy więcej, niż wypłacimy w gotówce (w II kwartale relacja ta wynosiła 76 mld zł vs 103 mld zł).

Według NBP w II kwartale ubiegłego roku w Polsce działało ponad 700 tys. terminali płatniczych, o 20 proc. więcej niż rok wcześniej. Z badania „Przedsiębiorca w bezgotówkowym świecie” wynika, że według przedsiębiorców posiadanie terminala w firmie umożliwia podążanie za aktualnymi trendami, a blisko połowa przyznaje, że możliwość płacenia kartą za ich towary pozytywnie wpłynęła na rozwój całego biznesu. Z danych NBP wynika, że do akceptacji kart płatniczych przystosowanych jest blisko 506 tys. punktów handlowo-usługowych.

– Mały przedsiębiorca, prowadzący mały sklepik, jeżeli nie jest w stanie akceptować gotówki albo miałby wyłącznie akceptować karty, to wiąże się z pewnego rodzaju kosztem. Dlatego musimy pamiętać, żeby pęd do technologii nie zostawił naszych małych przedsiębiorców w tyle – ocenia Marta Krupińska.

Budynki mogą zużywać o 80 proc. mniej energii niż dziś. Potrzebne są inwestycje w nowe technologie

Budynki mogą zużywać o 80 proc. mniej energii niż dziś. Potrzebne są inwestycje w nowe technologie 11

Budynki zużywają coraz więcej energii. Dziś odpowiadają za mniej więcej połowę globalnego zapotrzebowania, ale w ciągu kolejnych 20 lat odsetek ten może wzrosnąć do nawet 80 proc. Dlatego potrzebne są rozwiązania, które poprawią efektywność energetyczną budynków. Tym bardziej że szacunki mówią o tym, że dziś zużywają one o 80 proc. energii więcej, niż mogłyby, gdyby wszystkie były wyposażone w nowoczesne technologie. Wdrożenie takich rozwiązań przy okazji większej inwestycji tylko nieznacznie może podnieść jej koszt.

Budownictwo zużywa ponad 50 proc. światowej energii. Szacuje się, że w ciągu najbliższych 20 lat ten odsetek wzrośnie do 80 proc., co oznacza, że większość energii elektrycznej będzie konsumowana przez budynki. Tymczasem już dziś dostępne technologie pozwalają zmniejszyć to zużycie i zaoszczędzić do 80 proc. energii. Innymi słowy, budynki zużywają jej znacznie więcej, niż gdyby wszystkie były wyposażone w najnowsze technologie. To pokazuje potencjał tego rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Łukaszewski, prezes Schneider Electric Polska.

Z najnowszego badania „Barometr zdrowych domów”, przygotowanego na zlecenie firmy Velux, wynika, że 65 proc. europejskich i 58 proc. polskich zasobów budowlanych to budynki starsze niż 40 lat, a jedynie 10 proc. ma świadectwa energetyczne klasy A lub B. W Polsce większość domów jednorodzinnych ma niski bądź bardzo niski standard energetyczny, a tym samym wysokie zapotrzebowanie na ciepło.

Według danych Komisji Europejskiej, budynki odpowiadają za 40 proc. łącznego zużycia energii w UE, przy czym około 75 proc. to energia wykorzystana w nieefektywny sposób. Natomiast ograniczenie zużycia energii w budynkach to jeden z najbardziej efektywnych ekonomicznie sposobów redukcji emisji dwutlenku węgla.

Są już pierwsze budynki zeroemisyjne. Bloomberg uznał za najbardziej efektywny energetycznie budynek THE Edge w Amsterdamie, który wytwarza tyle energii, ile zużywa. My dostarczyliśmy tam system dystrybucji energii elektrycznej i automatyki – mówi Jacek Łukaszewski. – Widzimy, że w Polsce efektywność energetyczna, która wcześniej była realizowana przez duże, międzynarodowe korporacje, zaczyna się przebijać do administracji publicznej i polskich przedsiębiorców. Koszt energii jest dla wielu firm istotny w rachunku wyników i to powoduje, że przybywa nam klientów.

Z badania przeprowadzonego Kantar Millward Brown na zlecenie Ayming Polska wynika, że dla 93 proc. polskich przedsiębiorstw energia elektryczna stanowi istotną pozycję w ich kosztach. Dlatego biznes przykłada coraz większą wagę do efektywności energetycznej. Dzięki działaniom termomodernizacyjnym, wykorzystaniu odnawialnych źródeł i optymalizacji zużycia energii, firmy mogą sporo zaoszczędzić. W Polsce dostrzega to coraz więcej przedsiębiorstw.

– Współpracujemy z kilkoma wiodącymi sieciami sklepów, które przechodzą na niskoemisyjne, efektywne energetycznie systemy, stawiając panele fotowoltaiczne na dachach i starając się w sposób efektywny gospodarować energią – mówi prezes Schneider Electric Polska. – W tym roku na świecie mamy blisko 10-proc. wzrosty, a w Polsce są one dużo wyższe. Jednym z ostatnich naszych projektów jest modernizacja i podniesienie efektywności energetycznej huty szkła Saint-Gobain w Dąbrowie Górniczej. Po modernizacji zwiększyła się ona o kilkanaście procent.

Jak podkreśla, firmy zajmujące się produkcją przemysłową muszą modernizować swoje systemy z uwagi na rosnące koszty, zmieniające się gusta klientów czy postęp technologiczny. Modernizacja wyłącznie w celu podniesienia efektywności energetycznej czy obniżenia śladu węglowego jest jednak kosztowna, dlatego warto przeprowadzić ją przy okazji większej inwestycji – wtedy jej dodatkowy koszt zwiększa się raptem o kilka procent.

Weźmy przykład energetycznej infrastruktury wodnej. Szacuje się, że na świecie zapotrzebowanie związane z modernizacją sieci wodnych w miastach sięga około 6 mld dol., żeby sprostać wymaganiom urbanizacji i dostarczyć odpowiednią niezawodność usług. Zmodernizowanie tej infrastruktury tak, aby była efektywna energetycznie i o niskim śladzie węglowym, to jest dodatkowe 270 mln dol., czyli rozmawiamy o kwotach o 3–4 proc. wyższych – mówi Jacek Łukaszewski.

Co istotne, w Polsce przedsiębiorcy, którzy zdecydują się na działania zwiększające efektywność energetyczną, mogą liczyć na duże wsparcie m.in. z Banku Gospodarstwa Krajowego, NFOŚiGW oraz środków unijnych.

Efektywność energetyczna przekłada się nie tylko na środowisko i finanse przedsiębiorstw, lecz także na gospodarkę w skali makro. W 2016 roku Komisja Europejska przedstawiła pakiet „Czysta energia dla wszystkich Europejczyków”. Jednym z jego celów jest właśnie podnoszenie efektywności energetycznej, która mogłaby nie tylko obniżyć emisję dwutlenku węgla, lecz także przyczynić się do zmniejszenia wydatków na import energii, które wynoszą 350 mld euro rocznie (według danych Parlamentu Europejskiego).

To, co dobre dla klimatu, jest dobre również dla gospodarki. My dostarczamy klientom rozwiązania, które pozwalają na budowanie systemów niskoemisyjnych albo zeroemisyjnych oraz zarządzanie energią w sposób efektywny. Najtańszą energią jest energia niezużyta i niewyprodukowana. Dlatego jeśli korzystamy z niej w sposób odpowiedzialny, to oczywiście obniżamy emisję, ale też obniżamy koszty. Schneider jest dużym, globalnym graczem, z kilkuset zakładami produkcyjnymi, zatrudniającym ponad 150 tys. ludzi na całym świecie. Podjęliśmy zobowiązanie, że będziemy firmą zeroemisyjną najpóźniej do 2030 roku – mówi Jacek Łukaszewski.

Ponad 50 proc. firm w Polsce stara się budować pozytywny wizerunek w oczach pracowników. W obecnej sytuacji na rynku pracy to konieczność

Ponad 50 proc. firm w Polsce stara się budować pozytywny wizerunek w oczach pracowników. W obecnej sytuacji na rynku pracy to konieczność 12

Ponad połowa pracodawców twierdzi, że ma strategię employer brandingową, a co czwarty nad nią pracuje – wynika z badania HRM Institute. Wiele firm prowadzi takie działania z doskoku. Ma to duże znaczenie na dzisiejszym trudnym rynku pracy. Zdaniem ekspertów negatywne opinie o firmie jako pracodawcy oraz brak odpowiednich działań w zakresie employer brandingu mogą oznaczać problemy w rekrutacji, ponieważ dla pracowników – poza wynagrodzeniem i benefitami – coraz bardziej liczą się wartości reprezentowane przez daną firmę i jej prestiż. Ponad 60 proc. śledzi informacje publikowane o ich pracodawcy przez osoby trzecie.

– Employer branding bardzo zyskuje na znaczeniu ze względu na to, jaki mamy rynek pracy w Polsce. Coraz trudniej jest pozyskać pracownika i utrzymać go w organizacji, dlatego działania komunikacyjne wokół pozycjonowania pracodawcy w oczach swoich pracowników i potencjalnych pracowników są bardzo ważne. Organizacje to zauważają – na działania employer brandingowe są przeznaczane coraz większe środki budżetowe – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Jugo, dyrektor zarządzający JJ Communications.

Z raportu Gumtree.pl „Aktywni+. Praca w życiu, życie w pracy” wynika, że atmosfera w pracy jest kluczowym czynnikiem dla 83 proc. pracowników. Tyle samo osób wskazało na zarobki. Przy wyborze pracy liczą się już nie tylko dodatkowe benefity czy wynagrodzenie, lecz także możliwości rozwoju, atmosfera, wygląd biura, elastyczne godziny pracy czy prestiż pracodawcy.

– To też aspekty, które pracodawcy powinni wykorzystywać w swoich działaniach employer brandingowych, eksponując właśnie te miękkie aspekty swojej tożsamości – podkreśla Jakub Jugo.

Dostrzegają to także firmy, które coraz częściej koncentrują się na komunikacji z pracownikami. Na zaniechania nie mogą sobie pozwolić – w 2018 roku stopa bezrobocia spadła w Polsce poniżej 6 proc.

– Już praktycznie 100 proc. dużych firm prowadzi jakieś działania employer brandingowe. Rzadko są to działania strategicznie przygotowane, zwykle działania ad hoc, ale też coraz częściej konkretny budżet employer brandingowy jest przeznaczony na początku roku na takie działania – wskazuje ekspert

Raport HRM Institute „Employer branding w Polsce” wskazuje, że ponad połowa badanych (przedstawiciele firm, zwłaszcza z działów HR, EB, marketingu i komunikacji) twierdzi, że ich firma ma strategię employer brandingową. 42 proc. jej jeszcze nie ma, ale co czwarta deklaruje, że właśnie nad nią pracuje.

Z kolei z raportu JJ Communications „Employer branding w czasach cyfrowych indywidualistów” wynika, że zdaniem 45 proc. pracowników  pracodawcy w ich branży potrafią budować swój pozytywny wizerunek online. Jednocześnie 44 proc. twierdzi, że ich aktualny pracodawca mógłby lepiej zadbać o swój wizerunek online, czyli zwiększyć nacisk na odpowiednie działania employer brandingowe.

– Zdecydowana większość, bo ponad 60 proc. Polaków, sprawdza, co jest publikowane na bieżąco w internecie na temat ich pracodawcy, sprawdza rekomendacje innych, śledzi internet w poszukiwaniu informacji na temat pracodawcy. Jedynie 8 proc. nie jest tym zainteresowanych. Wiemy zatem, że Polacy zwracają na opinię o pracodawcy coraz większą uwagę – mówi dyrektor JJ Communications.

W strategii employer brandingowej bardzo ważne są kanały, jakimi komunikaty docierają do grupy docelowej. Coraz istotniejsza jest aktywność w mediach społecznościowych, a np. LinkedIn pełni kluczową rolę, zwłaszcza w przypadku stanowisk menadżerskich. Eksperci przypominają, że istotna jest także kompatybilność stosowanych narzędzi z urządzeniami mobilnymi.

– Już 24 proc. Polaków przegląda oferty pracy głównie przez swojego smartfona i dlatego też narzędzia, które wykorzystujemy do rekrutacji czy do jej promowania, muszą być dostosowane do ekranów urządzeń mobilnych. 1/3 naszych respondentów stwierdziła, że porzuciła proces rekrutacyjny właśnie ze względu na to, że źle wyświetlał się na ekranie ich telefonu – mówi Jakub Jugo.

Problemem są stosunkowo niskie nakłady na działalność employer brandingową. Najczęściej deklarowany budżet nie przekracza 20 tys. zł, podczas gdy najwięcej respondentów uważa, że potrzebne na ten cel środki to między 50 a 100 tys. zł. Brakuje też odpowiednich kompetencji – za employer branding najczęściej odpowiedzialny jest dział HR i marketing.

– 67 proc. respondentów badania „Employer branding w Polsce”, przygotowywanego przez HRM Institute, stwierdziło, że te kompetencje mogłyby być trochę większe. Mówimy tutaj oczywiście o aspektach technicznych z zakresu nowych trendów w komunikacji, ale też typowo teoretycznej wiedzy o employer brandingu – wskazuje Jakub Jugo.

CES 2019: Opaska monitorująca aktywność mózgu w czasie rzeczywistym pomoże ludziom z zaburzeniami snu

CES 2019: Opaska monitorująca aktywność mózgu w czasie rzeczywistym pomoże ludziom z zaburzeniami snu 13

Blisko połowa ludzkości cierpi na zaburzenia snu. Pomóc walczyć z tą chorobą cywilizacyjną mogą najnowsze technologie. Powstają m.in. inteligentne poduszki, opaski monitorujące jakość snu a także systemy medytacyjne ułatwiające zasypianie. Na targach CES 2019 zaprezentowano m.in. opaskę UrgoNight, pozwalającą w czasie rzeczywistym zobaczyć aktywność mózgu i trenować fale mózgowe odpowiedzialne za dobry sen. Z badań przeprowadzonych przez World Sleep Society wynika, że 45 proc. populacji cierpi na zaburzenia snu, a przewlekła bezsenność dotyka ok. 10 proc Europejczyków.

– Każdy człowiek stale wytwarza fale mózgowe, jednak z pewnych przyczyn, np. w wyniku stresu, można stracić zdolność do emitowania fal mózgowych wspomagających sen. Z pomocą przychodzi opaska UrgoNight, która pomaga wytrenować mózg, aby znów zaczął wytwarzać te fale – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje podczas targów CES 2019 Carole-Anne Brugere z firmy UrgoTech.

Podczas targów CES w Las Vegas zaprezentowano wiele technologii skupionych wokół walki z zaburzeniami snu. Fitbit, producent zegarków fitnessowych, planuje wdrożyć do swoich urządzeń system Sleep Score, który obecnie funkcjonuje w wersji beta. Narzędzie to w oparciu o czujnik saturacji mierzy poziom wysycenia krwi tlenem. Na podstawie zebranych danych podaje czas i głębokość snu oraz poziom wypoczęcia, a informacje te mogą posłużyć do skorygowania niewłaściwych przyzwyczajeń i rozpoznania problemu bezsenności w jej pierwszym stadium.

Firma UrgoTech postanowiła rozwiązać ten problem w odmienny sposób, wykorzystując do tego aplikację treningową UrgoNight oraz opaskę dokonującą pomiar EEG. Oprogramowanie składa się z gier i ćwiczeń wykorzystujących zasady treningu neurologicznego, które mają ułatwić nam przygotowanie mózgu do zaśnięcia.

– Podstawą treningu neurologicznego jest obserwacja aktywności mózgu w czasie rzeczywistym, dzięki czemu użytkownik może nauczyć się ją modyfikować. Na ekranie aplikacji pojawią się obrazy, które użytkownik ma za zadanie kontrolować za pomocą fal mózgowych, dzięki czemu mózg stopniowo zaczyna radzić sobie bez pomocy aplikacji czy urządzenia – twierdzi ekspertka UrgoTech.

Na podobnej zasadzie działa Morphee, inteligentny asystent medytacyjny. Urządzenie wyposażono w pokrętła, które pozwalają ustawić motyw, czas trwania i rodzaj sesji. Użytkownik może także wybrać, czy sesję ma poprowadzić kobieta, czy mężczyzna. Morphee generuje dźwięk relaksacyjne oraz wydaje instrukcje pomagające się odprężyć i łagodnie zapaść w sen. Obecnie urządzenie oferuje wyłącznie francuskojęzycznego asystenta, prace nad innymi wersjami językowymi urządzenia są w toku

Asystent od UrgoTech również jest w fazie testów, według wstępnych planów ma zadebiutować na platformie crowdfundingowej Indiegogo w marcu tego roku.

– UrgoNight w sprzedaży znajdzie się w 2020 r. Opaska będzie kosztowała 500 dolarów, a aplikację będzie można pobrać bezpłatnie w sklepach z aplikacjami, w tym w Apple Store – zapowiada Carole-Anne Brugere.

Specjaliści z firmy analitycznej Future Market Insights szacują, że w latach 2018-2028 rynek przenośnych monitorów jakości snu wykaże średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 7,6 proc.