Nowa karuzela vatowska nazywa się split payment

Nadużycia w podatku VAT są faktem. Olbrzymia skala wyłudzeń sprawia, że budżet państwa każdego roku traci miliardy złotych. Problem ten występuje nie tylko w Polsce – walkę z tym zjawiskiem podejmują wszystkie państwa Unii Europejskiej. Tym samym przyjmowanie regulacji prawnych, które pozwolą ten szkodliwy proceder ograniczyć, jest bez wątpienia słuszne. Konieczne jest jednak zachowanie pewnych zasad i norm, które pozwolą chronić także uczciwego podatnika. Tymczasem coraz częściej mówi się, że obok walki z nadużyciami w podatku VAT pojawiają się nowe nadużycia – tym razem dokonywane przez fiskusa. Jednym z nich jest podejście do mechanizmu podzielonej płatności, czyli tzw. split payment.

„Nowa karuzela vatowska nazywa się split payment”

Skutki związane z uszczelnianiem systemu VAT są od lat podobne – nowe regulacje oznaczają liczne problemy po stronie uczciwych przedsiębiorców. Nie inaczej jest w przypadku split payment. Zamrożenie znacznej części środków może prowadzić do utraty płynności finansowej i problemów związanych z regulowaniem bieżących należności. To może znacznie utrudniać, a często wręcz uniemożliwiać prowadzenie normalnej działalności gospodarczej. Organy podatkowe, mając ten oczywisty fakt na uwadze, powinny możliwie sprawnie badać wnioski o zwolnienie środków z rachunku VAT i zgadzać się na ich przeniesienia na rachunek bieżący niezwłocznie, najpóźniej w terminie przewidzianym w ustawie. W praktyce tak się jednak nie dzieje.

Problem ten w ostatnim czasie został podniesiony przez jednego z przedsiębiorców, który postawił bardzo odważną tezę – „Nowa karuzela vatowska nazywa się split payment”. Bartłomiej Austen w liście otwartym do Przewodniczącego sejmowej komisji śledczej ds. wyłudzeń podatku VAT posła Marcina Horały opisał, jak w praktyce wygląda zwrot podatku z rachunku VAT. Przedsiębiorca zauważył, iż brakuje jasnych zasad zwrotu zablokowanych środków. Dodatkowo wnioski o zgodę na ich wypłatę, mimo wskazanego w ustawie terminu na ich rozpatrzenie, przez wiele miesięcy pozostają bez odpowiedzi. Jego zdaniem korzystają na tym banki, które faktycznie dysponują przez dłuższy czas zgromadzonymi środkami z podatku VAT. Tracą zaś przedsiębiorcy, dla których brak dostępu do znacznej części należących do nich środków stanowi olbrzymi problem. Utrudniona jest normalna działalność, zaś inwestycje i faktyczny rozwój, zwłaszcza małych przedsiębiorstw, są jego zdaniem zupełnie niemożliwe.

Jak radzić sobie z opieszałością fiskusa?

Przypadek przedsiębiorcy będącego autorem listu jest szczególnie jaskrawy – zmuszony jest on korzystać z usług faktoringu świadczonych przez bank przez co mechanizm split payment – wciąż zasadniczo dobrowolny – decyzją banku staje się dla niego rozwiązaniem obligatoryjnym. W podobnej sytuacji znajduje się jednak wielu innych przedsiębiorców. Często są oni zmuszeni do korzystania z tego systemu także za sprawą swoich kontrahentów, dla których kluczowe są korzyści wynikające z mechanizmu podzielonej płatności – bezpieczeństwo, że nie staną się elementem łańcucha transakcji zmierzających do wyłudzenia podatku. Tym samym problem może stanowić realne utrudnienie w prowadzeniu przez wielu przedsiębiorców działalności.

Opisana w liście praktyka urzędów skarbowych sprawia, że mechanizm podzielonej płatności może budzić jeszcze więcej wątpliwości niż dotychczas. Fiskus, nie wydając postanowień o uwolnieniu środków z rachunku VAT w ustawowym terminie, częściowo zabezpiecza interes budżetu państwa, jednak korzyści te są bez porównania mniejsze niż problemy po stronie przedsiębiorców. Wątpliwa staje się także realizacja podstawowych założeń podatku VAT – opodatkowanie tylko konsumpcji i jego neutralność dla przedsiębiorców. Tym samym naruszone wydają się także kluczowe zasady przewidziane w przepisach unijnych, które są nadrzędne w stosunku do polskich regulacji. To zaś może oznaczać już niebawem liczne postępowania przed sądami polskimi i Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej, gdzie konieczne może stać się dochodzenie przez przedsiębiorców swoich praw. Niezależnie od tego, wskazane staje się jednak dokładne przemyślenie i zbadanie schematów współpracy z kontrahentami, a nierzadko też negocjacje co do ewentualnego stosowania mechanizmu podzielonej płatności w dokonywanych transakcjach. W tym celu konieczne może okazać się profesjonalne wsparcie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Kurs funta szybko „pozbierał się” po porażce brytyjskiego rządu

Niska inflacja nie daje powodów do przeceny papierów z krótszym terminem do wykupu. GBP szybko „pozbierał się” po odrzuceniu przez parlament projektu porozumienia przedstawionego przez rząd T.May. Na innych parach walutowych nie widać było istotnego przełożenia wyniku głosowania na notowania rynkowe.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Kluczowym wydarzeniem wtorkowej sesji było wieczorne głosowanie w brytyjskim parlamencie dot. Brexitu. Zgodnie z oczekiwaniami projekt porozumienia przedstawiony przez rząd T.May został odrzucony. To może poskutkować opóźnieniem wyjścia Wielkiej Brytanii z UE (planowanym na 29 marca) lub nawet rezygnacją z takiego postanowienia. Funt, który tuż po ogłoszeniu wyniku tracił nawet 1,5% na wartości (GBP/USD spadł chwilowo do 1,266), zaczął jednak szybko odrabiać straty, obecnie oscylując w okolicach 1,286. Rynek zakłada zapewne, że skala przegranej premier May (432 do 202 głosów) może zmusić parlamentarzystów do szukania innych rozwiązań korzystnych dla UK.  Teraz, zgodnie z przyjętą w ubiegłym tygodniu zmianą proceduralną T. May będzie musiała przedstawić plany dotyczące następnych kroków w ciągu trzech dni obrad Izby Gmin. W odpowiedzi na wynik głosowania szef KE Jean-Claude Juncker oświadczył, że UE zintensyfikuje przygotowania na wypadek wyjścia Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty bez umowy.

Na innych parach walutowych nie widać było istotnego przełożenia wyniku glosowania na notowania rynkowe. We wtorek euro traciło na wartości względem dolara, kurs EUR/USD spadł do 1,138. Przecena wspólnej waluty była reakcją rynku na opublikowane słabe dane z Niemiec. W 2018 roku PKB największej gospodarki strefy euro wzrósł o 1,5% (wobec 2,2% w 2017 i 1,9% 2016 bez uwzględnienia czynników sezonowych – nsa). To najsłabsza dynamika wzrostu od pięciu lat będąca skutkiem osłabienia globalnego popytu oraz wzrostu niepewności spowodowanego przez konflikt handlowy wywołany przez USA, a także zbliżający się Brexit..

Złoty, pomimo spadku kursu EUR/USD utrzymywał stabilne poziomy, oscylując przez cały dzień w okolicach 4,29-4,295. Wsparciem dla naszej waluty (podobnie jak i dla innych z regionu EM) stały się zapewne doniesienia z Chin.

Władze w Pekinie szybko bowiem odpowiedziały na publikację słabych danych handlowych. Tamtejsze MF zasygnalizowało, że państwo dokona „cięć podatków w dużej skali” by wesprzeć spowalniającą gospodarkę. Z obniżek mają skorzystać małe przedsiębiorstwa w sektorze wytwórczym, czyli te, które tracą na chińsko-amerykańskim konflikcie. Dodatkowo od wtorku zaczęła też obowiązywać zapowiedziana w ubiegłym tygodniu obniżka stopy rezerw obowiązkowych, która poprawia płynność w sektorze bankowym. Nastroje na EM wsparła więc perspektywa oddalenia „twardego lądowania” Chin.

Na rynku stopy procentowej nie doszło do większych zmian w trakcie trwania sesji, co oznacza, że bezpieczne aktywa wciąż pozostawały w orbicie zainteresowań inwestorów, w związku z głosowaniem dot. Brexitu. W kraju GUS potwierdziły wstępnie szacowany spadek inflacji w grudniu do najniższego poziomu od dwóch lat 1,1% r/r z 1,3% miesiąc wcześniej. Odczyt ten jest drugim z rzędu poniżej akceptowalnego odchylenia od 2,5% celu inflacyjnego na poziomie 1,5%. Finalne dane o inflacji nie wywarły większego wpływu na notowania obligacji skarbowych, jednak możliwe utrzymanie się inflacji poniżej dolnego ograniczenia wahań wokół celu (ekonomiści PKO zakładają możliwość spadku inflacji w styczniu poniżej 1%) wspierało papiery z krótszym terminem do wykupu.

Niska presja cenowa (wg ekonomistów Banku inflacja bazowa, po wyłączeniu cen żywności i energii wyhamowała do 0,6% r/r z 0,7% r/r przed miesiącem) wspiera RPP w dążeniu do utrzymania rekordowo niskich stóp procentowych co najmniej do 2020 roku. Co więcej podczas styczniowego posiedzenia Rady prezes A.Glapiński nie wykluczył, iż koszt pieniądza w Polsce może nie zmienić się nawet do końca kadencji obecnej Rady, czyli do roku 2022. Z punktu widzenia perspektyw inflacyjnych ważne będzie kształtowanie się cen energii elektrycznej w nadchodzących miesiącach. Odmienne zdanie od lokalnych władz monetarnych mają analitycy agencji Fitch, którzy oczekują podwyżki stóp NBP o 25 pb pod koniec 2019r.

Brak presji do zauważalnego przesunięcia się krzywych dochodowości w Europie w górę płynie również z wątpliwości wobec polityki EBC w tym roku. Spowolnienie wzrostu gospodarczego (widoczne m.in. w danych z Niemiec) zaczął zauważać również M.Draghi, który podczas wystąpienia w PE w Strasburgu podkreślał, że ostatnie wyniki gospodarcze były słabsze niż oczekiwano. W związku z tym prezes EBC podtrzymuje, iż konieczne jest utrzymanie akomodacyjnej polityki monetarnej.

Wykres dnia: Obniżenie inflacji pod koniec zeszłego roku sprzyjało zejściu w dół rentowności papierów z krótszym terminem do wykupu.

Obniżenie inflacji pod koniec zeszłego roku sprzyjało zejściu w dół rentowności papierów z krótszym terminem do wykupu
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Historyczna porażka rządu Theresy May przybliża nas do pozytywnego rozstrzygnięcia

Premier May poniosła historyczną w skali porażkę w głosowaniu nad swoim projektem brexitu, czeka ją wotum nieufności i paradoksalnie wszystko zmierza w dobrym kierunku. GBP/USD dziś rano jest na tym samym poziomie, co 24 godziny temu, gdyż porażka tak naprawdę przybliża nas do pozytywnego rozstrzygnięcia.

Odrzucenie projektu porozumienia z UE ws. brexitu w brytyjskim parlamencie przewaga 230 głosów zapisze się w historii Wielkiej Brytanii jako największa porażka rządu. Scenariusz nie jest dużym zaskoczeniem, gdyż szeroki opór opozycji, jak i rebeliantów w Partii Konserwatywnej był dobrze komunikowany. Zaczynając od złych wiadomości, trudno powiedzieć, w którym kierunku premier May teraz zamierza pokierować kwestię brexitu i czy w ogóle będzie to jej zadanie? Dziś ok. 20:00 ma odbyć się głosowanie nad wotum nieufności dla rządu. Dobra wiadomość jest taka, że pro-brexitowi torysi, nawet jeśli nie cierpią May i jej decyzji, to jeszcze bardziej nienawidzą lidera Partii Pracy Corbyna i nie zaryzykują nowych wyborów. Zatem są duże szanse (podparte deklaracjami poparcia ze strony ERG i DUP), że May przetrwa dzisiejsze głosowanie.

Co dalej? Przede wszystkim sytuację wczoraj uratowało opanowanie May, która przygotowana na porażkę od razu przedstawiła swój dalszy plan działania. May chce konsultować ze wszystkimi partiami poszukiwanie nowego rozwiązania, a jednocześnie szukać dalszych ustępstw ze strony UE. Proces ten może zając czas, którego Wielka Brytania nie ma wiele i w efekcie prawdopodobnie jest odsunięcie daty brexitu (pierwotnie 29 marca). Jednak co ważniejsze, rośnie prawdopodobieństwo łagodniejszej formy brexitu (poprzez wypracowanie międzypartyjnego konsensusu) lub całkowitego porzucenia pomysłu brexitu (przez powtórzone referendum), za to wyraźnie maleje szansa na rozstanie z UE bez porozumienia i związany z tym chaos.

W krótkim terminie to nie zmienia wiele w sytuacji funta. Podtrzymujemy nasze przekonanie, że łagodny brexit ma większe szanse niż chaotyczny scenariusz, jednak ścieżka do ostatecznego rozstrzygnięcia jest wyboista. Po wczoraj bilans ryzyk przesunął się w pozytywną stronę, ale wątpliwe jest, aby międzypartyjne dyskusje odbywały się w atmosferze spokoju i wzajemnego zrozumienia. Kłótnie i próby zbicia indywidualnego kapitału politycznego będą podnosić nerwowość wokół debaty, co podtrzyma podwyższoną zmienność notowań GBP. Najbliższe dni i tygodnie będą obarczone dużym ładunkiem niepewności, czyli są okazją dla agresywnej spekulacji (co z resztą było widać we wczorajszej huśtawce na GBP/USD), ale czynią bezowocnym dogłębne prognozowanie poziomów.

Dziś prawdopodobnie nic nie przyćmi głosowania nad wotum nieufności wobec May i wyczekiwanie będzie wyciszać aktywność inwestorów. Spośród danych z Wielkiej Brytanii dostaniemy dane o inflacji, które w obliczu powyższego tracą na istotności. Z USA napłyną dane o cenach importu, podczas gdy raport o sprzedaży detalicznej został odwołany z powodu government shutdown.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polska gospodarka z kolejnym rekordowym rokiem niewypłacalności

  • Dlaczego rośnie liczba niewypłacalności? Trzeci rok z rzędu, bijąc rekordy ich liczby w skali miesiąca czy kwartału, gdy jednocześnie wzrost PKB osiągał w tym samym okresie również rekordowe tempo?
  • Polskie firmy nie korzystają na wzroście PKB? Raczej jest to kres modelu gospodarki rozwijającej się w oparciu o zdobywanie rynku za wszelka cenę.
  • Bieżące kwestie koniunkturalne nie pozostają bez wpływu, ale nie są decydujące, o czym świadczy przecież wysokie tempo rozwoju gospodarczego, a więc i wzrost obrotów polskich firm.
  • Zmiany w prawie – wyodrębnienie postępowania naprawczego podobnie jak bieżące czynniki rynkowe nie były decydujące.
  • Decydujący jest mający korzenie w latach 90-ych model działalności wielu polskich firm, polegający na walce o wciąż rosnący rynek (i obrót), a nie o rentowność prowadzonego biznesu. Wiąże się z tym niska wartość dodana, bazowanie na nieaktualnych już niskich kosztach pracy i usług.
  • Większość, nawet 80% przypadków gdy firma chyli się ku niewypłacalności z perspektywy czasu dało się przewidzieć, chociaż ustalenie dokładnego momentu nie jest proste. Ryzyko biznesowe w Polsce jest więc duże – z rynku znikają firmy o wieloletnim stażu, zazwyczaj wcale niemałej skali działalności i dotychczas dobrej historii płatniczej, co może zaskakiwać wielu dostawców.

Euler Hermes, wiodący globalny ubezpieczyciel należności handlowych, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. W całym 2018 roku w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informacje o 988 przypadkach niewypłacalności przedsiębiorstw wobec 900 w 2017 roku (wzrost r/r o 10%).

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

 Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Dlaczego trzeci rok z rzędu rośnie liczba niewypłacalności, gdy jednocześnie wzrost PKB osiągał w tym samym okresie tak duże tempo? Można nawet rzec – rekordowe, tak jak tempo narastania i sama liczba niewypłacalności.

Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes
Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes

– Dopiero niedawno, po blisko 30 latach od przełomu Polska zaliczona została przez jedną z globalnych agencji indeksowych FTSE Russell do grona gospodarek dojrzałych, ale wciąż wiele polskich firm działa jak na rozwijającym się rynku – ocenia Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka. – W oparciu o kurs obrany wiele lat temu walczą o udziały w rynku nieprzerwanie rosnącym. Tymczasem realia są już niejednokrotnie inne: rynek nawet jeśli rośnie, to zazwyczaj już nie w tempie dwucyfrowym, a atuty w postaci niskich kosztów pracy czy cen usług towarzyszących również są nieaktualne. Wiele firm przespało moment zmiany, nie dokonały wewnętrznej transformacji, optymalizacji modelu biznesowego do nowych warunków w bardziej sprzyjających okolicznościach. Tymczasem ich skala działalności (i w ślad za tym – zobowiązań), wykraczająca zazwyczaj od dawna poza przysłowiowy „garaż” lub warsztat sprawia, że obecnie nagłe zmiany są trudne – jeśli nie niemożliwe.

Gwałtownie rosnące koszty pracy uzasadniają większą automatyzację, jeśli nie robotyzację procesów, ale inwestycje te są trudne w sytuacji załamującej się rentowności. Nowa fala inwestycji budowlanych nie przynosi spodziewanych efektów nie tylko z powodu wzrostu kosztów pracy czy materiałów, jej skala po prostu przerosła finansowo możliwości wielu wykonawców, którzy nie zgromadzili środków własnych na skalę przystająca do skali inwestycji. Polski rynek jest wymagający – wzrost gospodarczy pociąga za sobą wzrost obrotów, przy jednocześnie utrzymującym się wysokim poziomie ryzyka w wymianie handlowej, za czym stoją problemy niekoniecznie tylko startupów, ale równie często zdecydowanie bardziej okrzepłych na rynku podmiotów, większych i z dobrą tradycją.

– Czy trend wzrostu liczby firm mających problemy i popadających w niewypłacalność zmieni się w najbliższym czasie? Nie, gdyż czynniki zewnętrzne są coraz mniej sprzyjające niezbędnym zmianom – nie sprzyja im zarówno koniunktura międzynarodowa, jak i lokalnie oddziałująca w postaci kosztów pracy czy obciążeń fiskalnych. Spadek tempa wzrostu liczby niewypłacalności wiąże się ze statystycznym efektem rosnącej bazy odniesienia, a nie poprawy i końca tego zjawiska – dodaje Tomasz Starus.

Kwestie koniunkturalne nie są decydujące – koniunktura się zmienia, a niewypłacalności wciąż rosną

Najprościej byłoby wytłumaczyć wzrost niewypłacalności firm w Polsce bieżącymi kwestiami koniunkturalnymi: spowolnieniem eksportu (jako wyniku wojny handlowej, zbliżającego się Brexitu, etc), wzrostem obciążeń skarbowych (zacieśnianie podatkowe, split payment, aktualnie nowe regulacje leasingowe a wcześniej m.in. odwrócony VAT), wzrostem cen nośników energii, kosztów pracy, etc. Ale to odnieść można co najwyżej do ostatniego roku, a nie całego trzyletniego cyklu. Ponadto – nie podważając każdego z tych argumentów z osobna (a można by – np. spowolnienie w strefie euro, w gospodarce niemieckiej, a w ślad za tym spadek zamówień eksportowych to kwestia co najwyżej drugiego półrocza ubiegłego roku, zbierająca dodatkowo swoje żniwo z pewnym opóźnieniem, nie zaś wyprzedzeniem – czym więc tłumaczyć problemy firm przemysłowych i wzrost liczby ich niewypłacalności w I półroczu?), warto zauważyć, że w tym samym czasie występowały inne czynniki sprzyjające wzrostowi gospodarczemu: wzrost inwestycji, wzrost płac i skali zatrudnienia – a więc dalszy wzrost popytu konsumpcyjnego, zwiększenie się obrotów przedsiębiorstw i wpływów podatkowych państwa. Nie mniej liczne, gdyż jak bez nich tłumaczyć można wzrost gospodarczy o takiej skali i przez taki okres, co wyklucza jego sezonowość.

Ponadto – pozostając wciąż przy pierwszej z wymienionych kwestii eksportu: w latach ubiegłych koniunktura eksportowa była bardziej sprzyjająca, rosły zamówienia i w ślad za tym sprzedaż za granicę polskich firm, skutkujące nawet nadwyżką handlową, a mimo to w tym okresie liczba niewypłacalności także rosła, w tym w przetwórstwie przemysłowym.

Nawet rosnące obciążenia fiskalne są wciąż i tak realnie niższe niż na wielu innych rynkach unijnych, a firmy tam operujące potrafią skutecznie działać i wypracowywać w takich warunkach zysk, o czym świadczy brak analogicznie wysokiej skali wzrostu niewypłacalności.brak analogicznie wysokiej skali wzrostu niewypłacalności

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

– Oczywiście kondycja finansowa firm produkcyjnych, eksporterów jest skorelowana z popytem na ich produkty, koniunkturą także zagraniczną, a w ślad za tym – związek ten dotyczy również niewypłacalności – mówi Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes. Patrząc w szerszej perspektywie: bieżące czynniki koniunkturalne mają oczywiście wpływ na kondycję firm i w ślad za tym – liczbę niewypłacalności, ale w Polsce skala tego zjawiska świadczy o głębszej, strukturalnej przyczynie kształtującej wspomnianą liczbę niewypłacalności firm. Tylko w ten sposób wytłumaczyć można współwystępowanie tych dwóch faktów – nieprzerwanego, wieloletniego wzrostu liczby niewypłacalności w okresie trwania dynamicznego wzrostu gospodarczego. W tej sytuacji wspomniane bieżące czynniki koniunkturalne są raczej inicjującym katalizatorem, niż czynnikiem decydującym o kłopotach i niewypłacalności tak wielu polskich firm.

Zmiany w prawie upadłościowym odzwierciedlały potrzeby rynku, nie kreowały nowej rzeczywistości

Czy można powiązać tak dużą liczbę niewypłacalności ułatwieniami w postępowaniu naprawczym, jakie wprowadziło nowe prawo restrukturyzacyjne? Zapewne usystematyzowanie i w ślad za tym uproszczenie procedur restrukturyzacyjnych wpłynęło na zwiększenie ich liczby, ale raczej odpowiadało potrzebom rynku, niż wykreowało nowe trendy.

Pomimo występowania nagannego zjawiska nadużywania procesu naprawczego, zastępującego niekiedy możliwą jeszcze wewnętrzną reorganizację firmy postępowaniem restrukturyzacyjnym, odbywającym się na koszt wierzycieli, to takie przypadki są raczej wyjątkiem, a nie regułą. Nawet jeśli się zdarzają, to trzeba zwrócić uwagę, że prawie każde postępowanie naprawcze (nie mówiąc o upadłościowym) pociąga za sobą lawinę kolejnych takich przypadków, kulę śnieżną problemów ich wierzycieli. Rynek naprawdę potrzebował więc uporządkowania i uproszczenia postępowań naprawczych – a świadczy o tym właśnie ten efekt domina, ujawniający słabość finansową tak wielu polskich firm. Wciąż wniosków o rozmaite formy niewypłacalności wpływa kilkakrotnie (nawet 5-6 krotnie) więcej niż liczba orzeczeń, z którymi mamy do czynienia w oficjalnych publikacjach. W większości przypadków nie są one bezzasadne, a oddalane są głównie z powodu braku majątku dłużnika na pokrycie kosztów postępowania.

Firmy trwają, a nie rozwijają się – ich problemy nie są trudne do przewidzenia

Bieżąca działalność odracza w czasie konfrontację z problemami, przede wszystkim z konstatacją, iż w kasie firmy jest pusto. I stąd walka o bieżące zamówienia i dopływ środków z tym związany, nawet jeśli nie generuje to zysków i nie zwiększa kapitału firmy, a raczej go uszczupla. Analiza opublikowanych w 2018 roku niewypłacalności skłania do refleksji, że w większości przypadków, może nawet w skali 80% z perspektywy czasu dało się przewidzieć taki właśnie finał (chociaż nie zawsze dokładny moment) działalności tych przedsiębiorstw. W ich przypadku uprawnione jest stwierdzenie występowania „odroczonej w czasie niewypłacalności”, o czym świadczyły wyniki osiągane w ostatnich latach. Spadały wszystkie wskaźniki charakteryzujące ich sytuację finansową, może poza obrotami – tu akurat nie było to powszechne, firmy te gremialnie nie traciły rynku, a często wręcz odwrotnie – zwiększały skalę działalności (zwłaszcza firmy budowlane).

Tomasz Starus podsumowuje: Polskie firmy operują generalnie na niskich w porównaniu do swoich zagranicznych konkurentów marżach. Są więc niejako wciąż na etapie zdobywania rynku, walki ceną o miejsce na nim, odkładając wciąż na później zmianę modelu działalności. Ograniczeniu kosztów i zwiększeniu zysków nie sprzyja niska często wartość dodana, jaką wypracowują rodzime firmy. Nakłady na badania i rozwój są w Polsce zazwyczaj domeną dużych, z reguły międzynarodowych przedsiębiorstw. Inna droga jej zwiększenia – budowa wartości marki wymagała świadomych, długoletnich starań, które podjęło z sukcesem nieliczne grono polskich firm. Wyłamujących się z frontu walki niska ceną, świadomie stawiających na jakość, serwis itp. atuty kosztem bieżących obrotów.Firmy trwają, a nie rozwijają się – ich problemy nie są trudne do przewidzenia 1 Firmy trwają, a nie rozwijają się – ich problemy nie są trudne do przewidzenia 2

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Noworoczne wyprzedaże to tylko chwyt marketingowy

Hasło „noworocznych wyprzedaży” co roku przyciąga do sklepów tradycyjnych i internetowych tłumy klientów. Jak wynika z kolejnej edycji „Świątecznego Barometru Cenowego”, ceny w największych sklepach online w pierwszej połowie stycznia 2019 roku w porównaniu z cenami z połowy listopada 2018 roku, pozostały właściwie na niezmienionym poziomie. Przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą Dealavo analiza ofert ponad 1000 sklepów z branży e-commerce pokazała, że wbrew intensywnej komunikacji marketingowej klientom mogło być ciężko znaleźć produkty, które faktycznie były znacząco przecenione. Najatrakcyjniejsze oferty znaleźć można było przede wszystkim kupując gry komputerowe i smartfony.

Eksperci Deloitte i Dealavo w okresie pomiędzy 16 listopada 2018 (tydzień przed Black Friday) a 7 stycznia 2019 roku analizowali ceny kategorii produktów, które w międzynarodowym badaniu Deloitte „Zakupy świąteczne 2018” Polacy wskazywali jako najczęściej wybierane na prezenty dla najbliższych. Po świętach Bożego Narodzenia analiza skupiła się na ogłaszanych przez sprzedawców e-commerce noworocznych wyprzedażach. – Stały się one już stałym elementem okresu świąteczno-noworocznego. Tuż po Bożym Narodzeniu handlowcy, zarówno internetowi, jak i tradycyjni ruszają z intensywną komunikacją marketingową, zachęcającą klientów do zakupów podczas wyprzedaży – mówi Radosław Pidzik, Starszy Menadżer w zespole strategii, Deloitte.

Do analizy wybrano: kosmetyki i perfumy, słodycze, książki, gry, zegarki, zabawki, muzykę, a także drobny sprzęt AGD, konsole, laptopy, okulary wirtualnej rzeczywistości (VR), planszówki, smartfony, artykuły sportowe, tablety, telewizory, DYI czy wearables (akcesoria oraz ubrania wyposażone w zaawansowane technologie).

Za pomocą oprogramowania Dealavo Smart Prices wyszukano konkretne oferty tych produktów, które poddano codziennemu monitoringowi w zakresie cen. Łącznie przebadano ponad 300 produktów, które znajdują się w ofercie ponad 1 000 sklepów online.

Obniżki o 70 proc. tylko w reklamach

Jak wynika z analizy pięciu dużych i znanych sklepów internetowych, które reklamowały się naprawdę dużymi obniżkami (nawet do 70 proc.), prowadzone kampanie marketingowe miały niewiele wspólnego z rzeczywistością. Przede wszystkim promocje obejmowały ceny zaledwie 30-50 proc. produktów, które dany sklep ma w swojej ofercie. – Obniżki te, wbrew przekazom marketingowym, na pewno nie sięgały 50-70 proc. Maksymalne obniżki pojedynczych produktów wynosiły 40 proc. Średnio było to jednak od 5 do 12 proc. – mówi Agnieszka Szapiel, Menedżer w zespole strategii, Deloitte. Co ciekawe, ceny niektórych produktów po Nowym Roku wzrosły w porównaniu z cenami sprzed Black Friday. – Nie mówimy tu o pojedynczych przypadkach. Nasza analiza pokazała, że w sklepach, które promowały się naprawdę dużymi obniżkami, w górę poszły ceny aż 30-40 proc. produktów – mówi Jakub Kot, Prezes Dealavo.

Podobnie jak w ubiegłym roku, nie widać zależności pomiędzy ruchami cenowymi a komunikatami (lub ich brakiem) o akcjach promocyjnych. Podobne obniżki cen były widoczne w sklepach komunikujących znaczące wyprzedaże, jak i tych bez podobnych reklam.

Po zestawieniu cen z noworocznych wyprzedaży z tymi z okresu przed Black Friday, niemal 39 proc. z nich zostało obniżonych. Średni spadek wyniósł 6,6 proc. Z kolei ceny aż 40,3 proc. produktów wzrosły. – Okres noworocznych wyprzedaży niekoniecznie oznacza rzeczywiste okazje dla klientów. Ceny wielu produktów wzrosły w porównaniu do okresu sprzed wyprzedaży, podczas gdy oferowane obniżki były w wielu przypadkach marginalne. Aż ponad połowa obniżek była mniejsza niż 4 proc. – mówi Agnieszka Szapiel.

Minimalne ceny na wybrane produkty w okresie 16 XI – 7 I.

Kategoria Produkt 16 XI 2018

(tydz.

przed BF)

23 XI 2018 (BF) 10 XII 2018 21 XII 2018 28 XII 2018 7 I 2019
AGD drobne Maszynka do strzyżenia Philips HC 3410/15 Series 3000 60,00 60,49 65,60 65,00 64,00 64,00
AGD drobne Szczoteczka elektryczna Oral-B PRO 750 119,00 119,00 119,00 119,00 119,00 119,00
AGD drobne Odkurzacz automatyczny XIAOMI MIJIA MI ROBOT VACUUM 1099,00 1120,00 1149,00 1149,00 1149,00 1149,00
Gry CALL OF DUTY: BLACK OPS 4 (GRA XBOX) 199,00 179,90 175,00 188,00 179,00 164,00
Gry FIFA 19 (PC) 128,84 138,00 134,99 128,00 128,00 125,76
Gry RED DEAD REDEMPTION 2 (PS4) 242,90 234,80 239,00 242,00 238,90 229,00
Konsole KONSOLA SONY PLAYSTATION 4 PRO 1TB + FIFA 19 1928,00 1559,00 1599,00 1599,00 1937,99 1937,99
Konsole XBOX ONE S 1TB 949,00 939,00 899,00 899,00 899,00 899,00
Kosmetyki Long 4 Lashes – Serum Przyspieszające Wzrost Rzęs, 3 ml 45,99 45,99 45,99 45,99 45,99 44,99
Kosmetyki Odżywczy Krem-Olejek L’Oréal Nutri Gold 24,90 24,90 28,27 25,90 21,90 21,90
Książki Coben Harlan, Nie odpuszczaj 23,70 23,70 23,70 21,60 21,60 23,70
Laptopy APPLE MACBOOK PRO 13″/128GB/I5 GWIEZDNA SZAROŚĆ 5498,00 5399,00 5429,00 5429,00 5199,00 5199,00
Muzyka Dawid Podsiadło, Małomiasteczkowy 29,99 29,99 29,99 29,99 29,99 29,99
Okulary VR SAMSUNG GEAR VR 399,00 399,00 399,00 399,00 399,00 399,00
Perfumy Tiffany Tiffany & Co woda perfumowana 75ml 298,99 306,99 304,99 308,99 304,99 280,99
Planszówki Monopoly Junior 49,08 49,95 54,00 58,00 58,00 58,00
Smartfony APPLE IPHONE X 64GB SREBRNY 3641,00 3799,00 3815,00 3834,00 3792,00 3699,00
Smartfony SAMSUNG GALAXY S9 SM-G960F 64GB MIDNIGHT BLACK 2238,00 2235,00 2205,00 2205,00 2219,00 2219,00
Smartfony APPLE IPHONE SE 32GB RÓŻOWE ZŁOTO 1099,00 999,00 999,00 1299,00 1299,00 1299,00
Tablety HUAWEI MEDIAPAD T3 10 16GB WI-FI SZARY 519,00 517,90 519,00 514,00 514,00 519,00
Tablety SAMSUNG GALAXY TAB S4 10,5” 64GB LTE SZARY 2598,00 2525,00 2749,00 2749,00 2749,00 2749,00
TV SAMSUNG UE50MU6102 1899,00 1949,00 1949,00 1949,00 1949,00 1949,00
TV Panasonic TX-55FX780E 4499,00 3999,00 3999,00 3999,00 3899,00 3999,00
Wearables GARMIN VIVOSPORT SZARY L 100178922 536,00 533,00 569,00 539,95 539,95 539,95
Zabawki Hot Wheels Pętle grozy Zestaw z napędem 174,99 177,00 195,00 209,00 209,00 219,00

Do sklepu po grę i smartfon

W przypadku najbardziej popularnych produktów detaliści starali się odpowiednio obniżyć ceny ponoworoczne. Aż blisko 77 proc. gier najniższe ceny osiągnęło na początku stycznia. W przypadku smartfonów odsetek ten wynosi 42,1 proc. Tym samym potwierdza się teza z wcześniejszych analiz Deloitte, że z zakupem nowego telefonu lub popularnych gier warto było czekać do początku roku.

Okazuje się także, że dla wielu produktów w pozostałych kategoriach cena minimalna jest na tym samym poziomie, niezależnie od momentu zakupu, a więc nie zawsze okresy promocyjne wiążą się z rzeczywistymi okazjami. – Nie oznacza to, że nieistotny jest moment robienia zakupów. W związku z brakiem widocznych spójnych polityk cenowych sprzedawców internetowych diabeł tkwi jak zwykle w szczegółach, czyli w tym przypadku w zrozumieniu co się dzieje na poziomie poszczególnych kategorii, a nawet pojedynczych produktów – mówi Mateusz Mańkowski, Konsultant w zespole strategii, Deloitte.

Eksperci Deloitte porównali tegoroczny okres wyprzedaży z okazji Black Friday i Nowego Roku z analogicznym okresem z przełomu 2017/2018 roku. W 2017 roku na tydzień przed Black Friday, jak i w czasie samego BF 34,4 proc. produktów miało najniższą cenę. W tym samym okresie w 2018 cenę minimalną miało już ok 42-44 proc. produktów, co pokazuje, że tygodnie po Nowym Roku zyskują coraz większe znaczenie w strategiach sprzedawców. W zeszłym roku najwięcej produktów najniższe ceny miało podczas noworocznych wyprzedaży (aż 48,7 proc.), z kolei w tym roku akcje promocyjne rozłożyły się na podobnym poziomie pomiędzy Black Friday (ok. 44 proc.), a okresem noworocznym (ok. 42 proc.). Zarówno w tym, jak i w zeszłym roku, najmniejszy udział produktów z minimalnymi cenami nastąpił niedługo przed świętami (w okolicy 20-21 grudnia).

Dr Faliński: Zakaz handlu w niedziele zostanie utrzymany

W tym roku zamiast dwóch handlowych niedziel w miesiącu jest jedna. W przyszłym roku będziemy je mieli jeszcze rzadziej. Na razie zwolenników tego rozwiązania jest tylu, ilu przeciwników. Zaostrzenia mogą zwiększyć liczbę niechętnych. Ale na poluzowanie restrykcji nie ma co liczyć. Głos obywateli jest bez znaczenia. Nieważny jest też bilans zysków i strat. Tutaj liczy się tylko polityka. Rząd wprowadził ustawę pod naciskiem związkowców i nieprędko wycofa się z tego ruchu. O problemach z liberalizacją niedzielnego handlu mówi dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji w latach 2000-2017.

Dr Andrzej Maria Faliński
Dr Andrzej Maria Faliński

W 2018 r. były dwie niedziele handlowe w miesiącu. Teraz jest jedna. W 2020 r. zostaną tylko cztery (obok niedziel przed Wielkanocą i Bożym Narodzeniem). Do tej pory nie było widać oporu społecznego. Czy jednak nie pojawi się on ze względu na bardziej rygorystyczne rozwiązania?

Dr Faliński: Dotychczas odpowiednio prowadzona działalność informacyjna, rekompensacja i marketing przyzwyczajały konsumentów do ograniczeń. Jednak wyniki badań pokazują, że zwolennicy i przeciwnicy zakazu dzielą się mniej więcej po połowie. Konsumenci zmienili swoje postawy i zaczęli kupować produkty na zapas. W efekcie tracą najmniejsze sklepy, a zyskują przede wszystkim dyskonty. To zjawisko znane z doświadczeń innych krajów, a najlepszym przykładem są Węgry, gdzie struktura rynku przypomina nasze krajowe podwórko.

Jak obowiązujące dotychczas przepisy wpłynęły na konsumentów?

Dr Faliński: Klienci formalnie zyskali. Szczególnie ci, którzy korzystają z dyskontów, supermarketów czy hipermarketów. Zaczęli się odzwyczajać od małych, lokalnych sklepów, traktując je jako miejsce uzupełniające czy ratunkowe. Większość sprzedaży przeniosła się do sieci organizujących promocje, a Polacy przestali chodzić w niedziele na zakupy. Wzrosła natomiast świadomość konsumencka, co przejawia się w częstszym przeglądaniu gazetek online i offline, a także w bacznym śledzeniu reklam z atrakcyjnymi ofertami. To jaśniejsza strona zakazu. Krótko mówiąc, doszło do samodzielnej edukacji.

Polacy w takim razie zyskali, ale czy nowe, coraz bardziej restrykcyjne zakazy nie spowodują narastającej niechęci do takich regulacji?

Dr Faliński: Na razie opinie klientów są podzielone, ale już pojawił się dyskomfort konsumencki. Dotyczy to przede wszystkim tej części nabywców, którzy ze względu na organizację pracy czy przyzwyczajenia cenili sobie niedzielne zakupy. Zostaną bowiem całkowicie pozbawieni tej możliwości. Sieci handlowe chcą za wszelką cenę utrzymać wysoką sprzedaż, więc nowe przepisy nie są jeszcze odczuwalne dla kieszeni. Ale co się stanie, kiedy skończy się dobra koniunktura? Właśnie dochodzimy do tego momentu, który może zakończyć etap niskich, często promocyjnych cen. Jednak na zmianę podejścia rządzących nie ma wielkich szans.

Na Węgrzech zakaz przetrwał tylko 13 miesięcy, a zniesiono go pod wpływem rozwścieczonych obywateli. Jak to może wyglądać w Polsce?

Dr Faliński: Tam występują inne zwyczaje. Sobota to spotkania towarzyskie i inne rozrywki, a niedziela to dzień zakupów. W Polsce pracujemy ciężej, mamy inny styl spędzania tego czasu, a stopniowo wprowadzane ograniczenia do tej pory nie były dolegliwe. Ale także u nas dojdzie wkrótce do niechęci i protestów przeciwko całkowitemu zakazowi. Już ograniczenie handlu do jednej niedzieli w miesiącu spowoduje widoczny opór społeczeństwa, ponieważ utrudni codzienne życie. I nie ma to związku z żadnymi ideologiami, nawet jeśli za takim rozwiązaniem stoją argumenty pracownicze.

Wprowadzając wolne od zakupów niedziele, argumentowano, że dzięki temu wierni będą koncentrować się na nabożeństwach, a wszyscy obywatele spędzać więcej czasu na życiu rodzinnym i wypoczynku. Może to zapobiegnie wzrostowi niechęci?

Dr Faliński: Do buntu konsumentów dojdzie niezależnie od ich światopoglądu. Kwestie religijne są tu drugorzędne. Ci, którzy odwiedzają kościoły, później ruszają na zakupy. Z tego stworzyli problem ostentacyjnie religijni działacze związkowi. W świecie handlu wyznanie nie ma znaczenia. Można społeczeństwo odzwyczajać od przyjętego stylu życia, ale w końcu odczuje ono takie działania jako pewnego rodzaju deprywację czy dyskomfort. Pomysł ograniczeń sprawdził się w okresie dobrej koniunktury światowej, ale to złe rozwiązanie. Zaostrzenie restrykcji połączone z końcem gospodarczej prosperity pokaże negatywne skutki takich posunięć. Odczują je zarówno konsumenci, jak i rynek pracy.

Czy i kiedy władze mogłyby podjąć decyzję o cofnięciu zakazu? Czy to realny scenariusz?

Dr Faliński: Do momentu, w którym mamy obecny rząd, poddany wpływom NSZZ „Solidarność” i jego postulatom, to raczej niemożliwe do wykonania. Wpływa na to silnie lewicowa narracja połączona z populistycznymi hasłami dotyczącymi rodziny, narodu i wiary. Do tego dochodzi potępienie zagranicznego kapitału, choć właśnie on najbardziej korzysta z tego zakazu, niestety kosztem niewielkich polskich przedsiębiorców.

A jeśli dojdzie do zmiany rządu? Czy wtedy szanse się zwiększą?

Dr Faliński: Nawet jeśli stery przejmie dzisiejsza opozycja, do szybkiego zniesienia zakazu handlu w niedziele nie dojdzie. Takie działania muszą się wiązać z programem kompensującym zmiany pracownikom. To efekt utwardzenia pozycji zarówno związkowców, jak i zarządów sieci handlowych. Nie skorzystano z innych propozycji, jak podniesienie płac za niedzielną pracę. Niektórzy liczyli na to, że – tak jak w przypadku podatku od sieci handlowych – zareaguje Bruksela. Jednak kwestie czasu pracy pozostają w gestii rządów krajowych. Potencjalnie można zaproponować właśnie wyższe wynagrodzenia i zapewnić podstawy prawne do negocjacji świątecznych regulaminów płacowych, uwzględniających atrakcyjne pensje, także w przypadku pracowników czasowych. W ten sposób zainteresowani nie czuliby się pokrzywdzeni. Ale to długa i niepewna droga do pokonania.

I pewnie trzeba będzie negocjować ze związkowcami? Czy to możliwe?

Dr Faliński: Związki takie, jak NSZZ „Solidarność”, będą zawsze bronić zakazu jak niepodległości. To dla nich kwestia tożsamościowa, istotna część legendy o obrońcach pracowników itd. Będą tłumaczyć, że rynek nie upadł, pensje wzrosły, a z zakupami nie ma żadnych problemów. Nie przyjmą natomiast żadnych argumentów przeciwnych. Są zafiksowani na celu, dopisując do niego ideologię, a każdy, kto ma inne zdanie, jest ich naturalnym wrogiem. A jeśli okaże się, że zniesienie tego zakazu będzie lepszym rozwiązaniem, to włączą argumenty światopoglądowe czy religijne. I zawsze znajdzie się biskup, który będzie grzmiał i straszył Polaków piekłem. Tak to niestety u nas wygląda.

IPO Watch Europe – Podsumowanie pierwotnych ofert publicznych w 2018

Wartość pierwotnych ofert publicznych (Initial Public Offering, IPO) przeprowadzonych na europejskich giełdach w 2018 r. wyniosła 36,6 mld euro – to spadek o 19% w porównaniu do 2017 r. (45,1 mld euro). Aż 60% pozyskanych środków w ramach debiutów na giełdach w Europie w ubiegłym roku przypada na giełdę w Londynie i niemiecką Deutsche Börse. W Warszawie w 2018 roku odnotowano zaledwie 20 ofert, których wartość wyniosła 81 mln euro. To najsłabszy pod względem aktywności IPO okres w Warszawie od 2003 roku – wynika z najnowszego raportu „IPO Watch Europe” przygotowanego przez firmę doradczą PwC.

Podsumowanie 2018 roku na GPW w Warszawie

W 2018 roku na giełdzie w Warszawie odnotowano 20 ofert pierwotnych (co oznacza spadek o 7 ofert w porównaniu do 2017 roku), z czego 5 miało miejsce na rynku głównym. Łączna wartość IPO w Warszawie wyniosła jedynie 81 mln euro, co oznacza najsłabszy rok pod względem wartości ofert od 2003 roku. Niska aktywność na rynku ofert pierwotnych na warszawskim parkiecie w minionym roku jest szczególnie wyraźna w zestawieniu z rekordowym 2017 rokiem, w którym łączna wartość IPO osiągnęła poziom 1,8 mld euro (największym debiutem była wówczas oferta spółki Play Communications S.A. o wartości 1,0 mld euro). Ponadto, koniec roku, zwykle będący czasem wzmożonej aktywności, w 2018 roku nie przyniósł ożywienia na rynku pierwotnym – w szczególności w ostatnim kwartale zabrakło nowych emitentów na rynku głównym.

Jedynie trzy IPO przeprowadzone na GPW w 2018 roku przekroczyły próg 10 mln euro, wśród nich największą wartość (ponad 22 mln euro) osiągnął debiut wydawcy gier komputerowych Ten Square Games (IPO w II kwartale ubiegłego roku). Na drugim i trzecim miejscu uplasowały się odpowiednio IPO litewskiej spółki Novaturas (w I kwartale 2018 roku spółka funkcjonująca jako operator turystyczny pozyskała blisko 22 mln euro w ramach jednoczesnego wprowadzenia do obrotu akcji na rynku w Warszawie oraz na Nasdaq Vilnius) oraz spółki biotechnologicznej OncoArendi Therapeutics (IPO w II kwartale 2018 roku o wartości prawie 14 mln euro).

Rynek dotknięty był przez większą część roku niskimi wycenami, utrzymującą się niepewnością dotyczącą OFE/PPK oraz głośnymi sprawami związanymi z kłopotami GetBack, części TFI oraz problemami byłego szefa KNF. Mogło mieć to wpływ na mniejsze zaufanie inwestorów oraz odpływ pieniędzy z rynku. W efekcie, kolejny rok z rzędu obserwowaliśmy odwrót emitentów i spadek liczby notowanych spółek. Zabrakło też debiutów o wartości większej niż 100 mln zł, które mogłyby ożywić inwestorów i przyciągnąć nowych emitentów. Tak niski poziom aktywności na rynku IPO oznacza, że bardzo trudno mówić o znaczącej roli giełdy w finansowaniu polskich przedsiębiorstw. Perspektywy na kolejne miesiące i rok 2019 są niepewne. Cały czas obserwujemy zainteresowanie rynkiem pierwotnym ze strony potencjalnych emitentów, którzy pracują nad przygotowaniem ofert. Jednak rosnące wymagania i sankcje regulacyjne oraz trudna sytuacja rynkowa powodują, że decyzja o IPO jest przez część spółek odkładana ‘na lepsze czasy’” mówi Bartosz Margol, dyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

Podsumowanie europejskiego rynku ofert pierwotnych w 2018 roku

Zgodnie z danymi uzyskanymi przez PwC, łączna wartość IPO w Europie wyniosła 36,6 mld euro i spadła w minionym roku (w porównaniu do 2017 r.) o 8,5 mld euro. Odnotowano 313 debiutów (wobec 359 w 2017 r.). W minionym roku dwie największe oferty w ramach IPO miały miejsce na niemieckiej giełdzie – odnotowały je reprezentująca sektor dóbr konsumenckich spółka Knorr-Bremse AG (3,9 mld euro) oraz Siemens Healthineers AG z sektora opieki zdrowotnej (3,7 mld euro). Na trzecim miejscu uplasował się debiut spółki z sektora przemysłowego – SIG Combibloc Group AG na szwajcarskiej SIX Swiss Exchange (1,7 mld euro).

„Niska aktywność na giełdach w Europie w 2018 roku to wynik przede wszystkim dużej zmienności rynku oraz znacznej korekty światowych indeksów w pierwszej połowie ubiegłego roku. Utrzymująca się w ostatnich miesiącach sytuacja to skutek niepewności wokół relacji handlowych pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami, sytuacji geopolitycznej oraz widma potencjalnego końca hossy” – podsumowuje Tomasz Konieczny, lider zespołu ds. rynków kapitałowych PwC.

Aktywność na europejskim rynku IPO od 2009* r.

IPO Watch Europe 1*Dane przed 2011 r. nie uwzględniają giełd w Stambule, Zagrzebiu i Bukareszcie

Aktywność na europejskim rynku IPO (kwartalnie) od 2014

IPO Watch Europe 2Aktywność na polskim rynku IPO od 2009 roku

IPO Watch Europe 3O raporcie IPO Watch Europe

Bieżąca i poprzednie edycje IPO Watch Europe są dostępne pod adresem: www.pwc.pl/ipowatch. Dostępne są również podsumowania roczne za lata 2004-2017.

Raport IPO Watch Europe obejmuje wszystkie debiuty na głównych giełdach w Europie (włączając w to giełdy w Unii Europejskiej, Islandii, Norwegii, Turcji, Serbii i Szwajcarii) i jest publikowany kwartalnie. Debiuty podmiotów, które przeprowadzały wcześniej pierwszą ofertę publiczną oraz przeniesienie pomiędzy rynkami w ramach jednej giełdy, nie zostały uwzględnione w statystykach. Raport dotyczy okresu od 1 stycznia do 31 grudnia 2018 roku i został sporządzony w oparciu o daty debiutów akcji lub praw do akcji. Dodatkowe informacje, w tym tabele danych, są dołączone do niniejszej informacji prasowej.

Polskie jachty znane na zagranicznych rynkach. Dobre perspektywy eksporterów

Chociaż sprzedaż zagraniczna polskich jachtów stanowi jedynie 0,2 proc. polskiego eksportu, to systematycznie rośnie. W opinii KUKE branża może być świetną wizytówką Polski, jako eksportera wysokiej jakości dóbr luksusowych. Głównymi odbiorcami w tym sektorze są kraje rozwinięte, o wysokim dochodzie narodowym na mieszkańca – jak Norwegia, Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, czy nawet bardziej egzotyczny rynek Zjednoczonych Emiratów Arabskich. W 2017 roku sektor ten wyprodukował 22 tysiące jachtów, z czego 17 tys. to łodzie motorowe do 9 metrów. W tym segmencie Polska jest jednym z liderów produkcji na świecie. Zajmujemy drugiej miejsce – zaraz po USA.

– Branża rozwija się bardzo dynamicznie. W Polsce funkcjonuje w niej około 150-170 podmiotów z czego sześć największych zatrudnia zespoły liczące od 500 do 1500 pracowników – powiedział serwisowi eNewsroom Tomasz Ślagórski, wiceprezes KUKE – Od 2009 roku coroczny wzrost produkcji w branży jachtowej wynosi ok. 10 proc. Na rynki zagraniczne eksportuje się aż 90 proc. towarów. Dla utrzymania dynamicznego rozwoju branży konieczne będzie odpowiednie zabezpieczenie kontraktów eksportowych – co pozwoli wyeliminować ryzyka finansowe związane z ekspansją zagraniczną. KUKE oferuje ubezpieczenie należności eksportowych na wypadek nieotrzymania płatności od kontrahenta zagranicznego, jak również niewypłacalności danego podmiotu – dodał Ślagórski.

Prawie 60 proc. domów jednorodzinnych w Polsce jest w złym stanie technicznym. To wpływa na zdrowie mieszkańców

Prawie 60 proc. domów jednorodzinnych w Polsce jest w złym stanie technicznym. To wpływa na zdrowie mieszkańców 1

58 proc. budynków w Polsce ma powyżej 40 lat, jest w złym stanie technicznym i negatywnie wpływa zarówno na zdrowie mieszkańców, jak i jakość powietrza – wynika z ostatniego „Barometru zdrowych domów”. Eksperci podkreślają, że niezbędne są preferencyjne narzędzia finansowe i programy wsparcia, bo Polacy najczęściej nie dysponują odpowiednim kapitałem, który mogliby przeznaczyć na termomodernizację. Jednym z takich narzędzi, które ma przyczynić się do ograniczenia niskiej emisji i smogu w Polsce, ma być wprowadzona w tym roku ulga termomodernizacyjna, dzięki której będzie można odliczyć od podatku wydatki poniesione na docieplenie domu jednorodzinnego do 53 tys. zł. 

– Termomodernizacja budynków jest ważnym wyzwaniem. To część rządowego programu „Czyste powietrze”. Mamy fundusz na termomodernizację budynków publicznych czy budynków wielomieszkaniowych, którym zarządza BGK. Przeznaczyliśmy na ten cel około 300 mln zł, ale nadchodzący rok to również dofinansowanie do termomodernizacji budynków jednorodzinnych, czyli możliwość skorzystania z programu „Ciepły dom”. Tych możliwości, które wprowadzamy w zakresie termomodernizacji, jest coraz więcej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Soboń, sekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Termomodernizacja obejmuje wszystkie działania, które mają na celu poprawę efektywności energetycznej budynku, takie jak np. docieplenie ścian i stropów czy wymiana kotła grzewczego, wymiana okien. To skuteczne narzędzie w walce z niską emisją, która jest w Polsce główną przyczyną smogu.

Z początkiem tego roku zaczęła obowiązywać nowa ulga podatkowa, w ramach której przez trzy kolejne lata będzie można odliczyć od przychodu wydatki poniesione na termomodernizację do maksymalnej wysokości 53 tys. zł. Resort finansów szacuje, że w tym roku skorzysta z niej ok. 100 tys. podatników, a w kolejnych latach ich liczba będzie rosnąć. Ulga termomodernizacyjna przypomina dawną ulgę remontową, ale obejmuje tylko termomodernizację budynków jednorodzinnych, w tym m.in. wymianę kotła grzewczego na bardziej ekologiczny. Mogą skorzystać z niej podatnicy PIT opłacający podatek według skali podatkowej (18 i 32 proc.), 19-proc. stawki podatku liniowego oraz ryczałt od przychodów ewidencjonowanych. Co istotne, do odliczenia uprawnieni są również ci, którzy są już w trakcie inwestycji termomodernizacyjnej, co oznacza, że od podatku można odliczyć również wydatki poniesione przed 1 stycznia 2019 roku.

– Ulga termomodernizacyjna to pieniądze, które możemy zachować w kieszeni, odliczając je od podatku. Zainteresowanie termomodernizacją budynków jednorodzinnych jest naprawdę ogromne – podkreśla Artur Soboń.

Termomodernizacja jest o tyle istotna, że – jak wynika z ostatniego raportu „Barometr zdrowych domów 2018” przygotowanego na zlecenie firmy VELUX – aż 58 proc. polskich zasobów budowlanych to budynki starsze niż 40 lat. Ich renowacja jest niezbędna, żeby poprawić efektywność energetyczną i jakość powietrza, która jest w Polsce dużym problemem. Stężenie szkodliwych substancji jest przekroczone na większości obszarów, na co dzień wdycha je 90 proc. mieszkańców. Z powodu chorób, do których przyczynia się zanieczyszczenie powietrza – takich jak astma, obturacyjna choroba płuc czy niewydolność – każdego roku umiera około 45 tys. Polaków.

– W Polsce mamy około 5,5 mln budynków, z których około 5 mln to budynki jednorodzinne, które nie spełniają podstawowych standardów energooszczędności ani  standardów zdrowego budynku. To oznacza, że warunki, w których mieszka duża część polskiego społeczeństwa, źle odbijają się na ich zdrowiu, wydajności i ogólnej kondycji – mówi Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

– Dom to miejsce, w którym spędzamy dużo czasu, jego jakość wpływa na prawie wszystkie aspekty życia rodziny. Inwestycja w zdrowy budynek, który można ogrzać stosunkowo niewielkim kosztem, to inwestycja w nasze zdrowie, dobre samopoczucie i domowy budżet. To niższy koszt zwolnień lekarskich, lepsza jakość pomieszczeń, w których uczą i bawią się nasze dzieci, lepsza jakość snu i odpoczynku – podkreśla Magdalena Ruszkowska-Cieślak, prezes zarządu Fundacji Habitat for Humanity Poland.

Jak podkreśla prezes VELUX Polska, na ogólną kondycję i dobry stan techniczny budynku składa się nie tylko docieplenie i komfort techniczny latem i zimą, ale również elementy takie jak poziom hałasu, doświetlenie światłem dziennym (z najnowszego „Barometru zdrowych domów” wynika, że Polacy mieszkający w ciemnych domach jednorodzinnych dwa razy częściej zgłaszają zły stan zdrowia), jakość powietrza czy wilgotność panująca wewnątrz pomieszczeń.

– Jeżeli budynek jest niezdrowy, to mamy skutki w postaci zachorowań, słabej kondycji, niskiego poziomu energii i chęci do życia, dużego stresu. Można wręcz powiedzieć, że mieszkanie w takich warunkach może prowadzić do stanów depresyjnych. Aby poprawić sytuację – potrzebne są programy, które będą wspierać i przyspieszać tempo renowacji budynków. W 2050 roku będziemy użytkować 9 na 10 już istniejących budynków, co oznacza, że dobudujemy niewiele nowych, ale większość trzeba będzie wyremontować – mówi Jacek Siwiński.

Jak podkreśla, jedną z głównych barier w renowacji budownictwa mieszkaniowego w Polsce jest niska świadomość właścicieli budynków. Druga to finanse – Polacy często nie dysponują dużym kapitałem, który mogliby przeznaczyć na remont. Stąd niezbędne są preferencyjne narzędzie finansowe i dedykowane programy wsparcia. Od 2018 roku jednym z takich kluczowych działań jest rządowy program „Czyste powietrze”.

– W Polsce jest wiele ludzi żyjących na granicy ubóstwa energetycznego, którym trzeba pomóc w postaci dotacji, innym trzeba zaoferować preferencyjne narzędzia finansowe czy ulgi podatkowe. To się już dzieje w ramach programu „Czyste powietrze” – mamy zaproponowany program dotacji uzależnionych od przychodów czy od zasobności portfela inwestorów. To dobry kierunek, aczkolwiek musimy zadbać o to, aby remonty i renowacje były przeprowadzane mądrze, kompleksowo i rzetelnie, przy użyciu właściwej jakości materiałów – podkreśla Jacek Siwiński.

Raport „Barometr zdrowych domów 2018” pokazuje, że zły stan techniczny budynków mieszkalnych to także problem gospodarczy, który kosztuje gospodarki krajów UE prawie 194 mld euro rocznie w postaci kosztów bezpośrednich – związanych z opieką zdrowotną i powiązanymi usługami medycznymi i socjalnymi – oraz kosztów pośrednich, takich jak utrata produktywności i jakość życia. Autorzy raportu szacują, że koszty podniesienia standardu mieszkalnictwa do akceptowalnego poziomu wyniosłyby ok. 295 mld euro w całej Europie, ale taka inwestycja zwróciłaby się już w 18 miesięcy m.in. dzięki oszczędnościom w opiece zdrowotnej.

Inwestowanie w badania i rozwój w Polsce coraz bardziej opłacalne. Dzięki nowej uldze podatkowej firmy sporo zaoszczędzą

Inwestowanie w badania i rozwój w Polsce coraz bardziej opłacalne. Dzięki nowej uldze podatkowej firmy sporo zaoszczędzą 2

Dzięki nowej uldze podatkowej, tzw. innovation box, inwestowanie w badania i rozwój jest w Polsce coraz bardziej opłacalne. W połączeniu z już obowiązującą ulgą na B+R ma ona zachęcić firmy do zwiększania nakładów na działalność badawczo-rozwojową. Zwłaszcza że zaproponowana przez rząd preferencyjna 5-proc. stawka podatku jest jedną z najniższych w Europie, a ustawodawca zadbał o szeroki katalog kwalifikowanych praw własności intelektualnej. Polska wprowadziła takie rozwiązanie w swoim systemie podatkowym jako czternasty kraj w Europie. 

IP Box to obowiązująca od 1 stycznia 2019 roku ulga podatkowa, która ma zachęcić polskich przedsiębiorców do prowadzenia działalności badawczo-rozwojowej. Nowa ulga dotyczy podatku dochodowego i polega na objęciu 5-proc., preferencyjną stawką podatkową dochodów z komercjalizacji kwalifikowanych praw własności intelektualnej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Popardowski, project manager w Ayming Polska.

Komercjalizacja oznacza w tym przypadku zarówno czerpanie dochodów ze sprzedaży, jak i pobieranie opłat licencyjnych za udostępnienie swojego produktu bądź usługi. Obejmuje m.in. wzory użytkowe, wzory przemysłowe, wynalazki czy programy komputerowe. Warunek jest taki, aby prawo własności intelektualnej było chronione prawem krajowym albo międzynarodowym.

Aby skorzystać z IP Box, przede wszystkim trzeba posiadać kwalifikowane prawa własności intelektualnej. Prawami tymi są np. patenty, wzory użytkowe, wzory przemysłowe czy autorskie prawo do programu komputerowego. Co istotne, prawo do skorzystania z ulgi nabywa się już w momencie zgłoszenia do odpowiedniej instytucji dokumentów związanych z objęciem ochroną własności intelektualnej – precyzuje Wojciech Popardowski.

Podobnie jak w przypadku ulgi na badania i rozwój, przedsiębiorca planujący skorzystanie z IP Box jest zobowiązany do wyodrębnienia w prowadzonej ewidencji rachunkowej kosztów B+R danego projektu. Wyodrębnienie kosztów B+R na potrzeby jednej z tych dwóch zachęt podatkowych może więc być dla przedsiębiorcy punktem wyjścia do skorzystania z obu.

Zasadnicza różnica będzie polegać na tym, że w przypadku IP Box konieczne jest prowadzenie szczegółowej ewidencji rachunkowej projektu, która umożliwi udowodnienie związku między dochodem kwalifikującym się do ulgi a wydatkami poniesionymi w celu jego uzyskania.

Wprowadzenie IP Box powoduje, że inwestowanie w działalność badawczo-rozwojową w Polsce staje się coraz bardziej opłacalne. Na świecie IP Box stosowany jest od wielu lat. Polska jako czternasty kraj Europy wprowadziła to rozwiązanie w swoim systemie podatkowym. Zaproponowana przez polski rząd 5-proc. stawka podatku dochodowego na tle innych krajów europejskich jest jedną z najniższych – zauważa Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, dyrektor linii biznesowej Finance and Innovation w Ayming Polska.

Ustawodawca zadbał o szeroki katalog kosztów kwalifikowanych praw własności intelektualnej. Dodatkową zachętą jest też możliwość skorzystania z ulgi już od momentu zgłoszenia wniosku we właściwym urzędzie i jeszcze przed wydaniem decyzji przyznającej prawo ochronne. Nowa preferencja podatkowa pozwoli firmom sporo zaoszczędzić.

Przykładowo, jeżeli przedsiębiorca inwestuje w B+R i uzyskuje roczny dochód na poziomie 1 mln zł z komercjalizacji działalności badawczo-rozwojowej, może zyskać na tym 140 tys. Dla działów finansowo-księgowych wyzwaniem może być szczegółowa ewidencja kosztów i przychodów związanych z prawem własności intelektualnej, które są niezbędne do określenia podstawy dochodu do objęcia preferencyjną stawką podatku dochodowego – mówi Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik.

Wymiana gospodarcza Polski z Iranem ma duży potencjał. Zagrożeniem są sankcje i trudności z dystrybucją towaru

Wymiana gospodarcza Polski z Iranem ma duży potencjał. Zagrożeniem są sankcje i trudności z dystrybucją towaru 3

Rośnie wymiana handlowa Polski z Iranem. Tylko w 2017 roku Polska wyeksportowała do tego kraju towary za ponad 121 mln euro, a wartość importu sięgnęła 83 mln euro. W ciągu kilku lat wymiana handlowa wzrosła kilkukrotnie, ale jej potencjał jest znacznie większy. Chociaż sankcje nałożone na Iran utrudniają handel, mniejsze firmy coraz chętniej wchodzą na tamtejszy rynek. Wyzwaniem jest dla nich zorganizowanie dostaw na tamtejszy rynek. Na tym wykłada się wiele firm.

– Wymiana handlowa w relacji Polska–Iran na pewno się będzie rozwijać. Upatruję szans raczej dla przedsiębiorstw z sektora MŚP, na które polityka nie ma żadnego wpływu. Jeżeli chodzi o duże korporacje, tam widzę dużo przeszkód, które są głównie spowodowane względami politycznymi. Widzę również duże szanse dla transportu drogowego, który też nie jest związany kapitałem amerykańskim, mającym dziś bardzo duży wpływ na negocjacje z Iranem i na to, z kim będą handlować i kto będzie towar dostarczał – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Szenejko, właściciel firmy spedycyjnej Go Logis.

Z danych Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju wynika, że w 2017 roku Polska wyeksportowała do Iranu towary za ponad 121 mln euro, a wartość importu sięgnęła 83 mln euro. Jeszcze w 2014 roku polski eksport wynosił 34,9 mln euro, a import 22,4 mln euro, jednak w 2016 roku po zniesieniu sankcji gospodarczych nałożonych na Iran w związku z jego programem atomowym wymiana handlowa wzrosła kilkukrotnie – wynika z danych Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu.

W Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju polski rząd uznał Iran za jeden z perspektywicznych rynków dla polskiej gospodarki. Nałożone w połowie 2018 roku kolejne sankcje mogą wymianę handlową utrudnić, jednak zdaniem eksperta może to raczej dotknąć największych graczy. Mniejsze firmy będą korzystać z możliwości, jakie otwiera przed nimi irański rynek.

– Rynek irański dysponuje bardzo dużym kapitałem, więc dla nas to jest świetny potencjał zakupowy, dzięki któremu moglibyśmy rozwijać nasz eksport. Rynek jest również chłonny, dopiero niedawno się otworzył na Europę, a Europa na Iran. Pytanie: czy polityka nam będzie w tym pomagać, czy przeszkadzać – mówi Grzegorz Szenejko.

Po zniesieniu sankcji w 2016 roku z Polski wyeksportowano do Iranu produkty związane z branżą motoryzacyjną warte 6,1 mln dol. Pod koniec 2016 roku umowy z Iranem miał już zawiązane m.in. Ursus czy narodowe Centrum Badań Jądrowych. Od lat na rynek irański eksportowane są również polskie słodycze, a rynek jest na tyle istotny, że firma Wawel zdobyła nawet certyfikat potwierdzający, że dany produkt jest zgodny z prawem halal.

– Jeżeli chodzi o zlecenia, widać powolny rozwój, jednocześnie pojawiło się bardzo dużo nowych klientów, głównie z sektora MŚP, producentów maszyn produkcyjnych, żywności, środków higienicznych. Te branże najczęściej poszukują tam nowych rynków zbytu – tłumaczy właściciel Go Logis.

Duży rynek zbytu (80 mln mieszkańców) sprawia, że Iranem interesuje się coraz więcej firm, zwłaszcza tych mniejszych. Wyzwaniem dla nich jest jednak nie tylko samo wejście na rynek, lecz także dystrybucja towaru.

– Specyfika bardzo się różni od Europy Zachodniej. Po pierwsze, jest tam bardzo daleko, po drugie, dostawy odbywają się również przez kraje poza UE. To, co jest najbardziej istotne, to są certyfikaty dotyczące specyficznych towarów, które są wymagane, aby ten towar został dopuszczony do obrotu w Iranie i procedury celno-skarbowe – to jest clue biznesu, który powinien tam dobrze iść – przekonuje ekspert Go Logis.

Wznowienie sankcji na Iran sprawiło, że dostawa towarów na tamtejszy rynek stała się trudniejsza. Z rynku wycofują się duzi armatorzy powiązani z USA, rośnie więc zainteresowanie transportem drogowym. Ten jednak warto wcześniej zaplanować.

 W organizacji transportu do Iranu istotne jest wszystko. Po pierwsze, sieć partnerów, ponieważ bardzo mało przewoźników polskich jeździ tam na kołach. Po drugie, niezbędne jest doświadczenie i choćby podstawowa znajomość przepisów prawa w Iranie w zakresie czynności celno-skarbowych. Doświadczenie to clue dostaw – jeżeli tego nie mamy, to bardzo łatwo nigdy nie dojechać na miejsce. Doświadczenie to jest również istotne w momencie podpisywania kontraktów, kiedy to strony, czyli sprzedający i kupujący, ustalają warunki dostaw. Tam wiele firm wykłada się już w przedbiegach, a później mają problemy z realizacją terminowych dostaw – podkreśla Grzegorz Szenejko.

Ubiegły rok pod znakiem kryzysów wizerunkowych. Nie ominęły instytucji państwowych i mediów

Ubiegły rok pod znakiem kryzysów wizerunkowych. Nie ominęły instytucji państwowych i mediów 4

Z kryzysami wizerunkowymi mierzą się już nie tylko marki, lecz również media, także społecznościowe, instytucje państwowe, a nawet organizacje pożytku publicznego. Bohaterem jednej z najgłośniejszych afer w ubiegłym roku, z której musiał się tłumaczyć Mark Zuckerberg, był Facebook, ale nie brakuje też przykładów z polskiego podwórka.  Wizerunkowym wpadkom musiały stawić czoła m.in. linie lotnicze LOT, marka Reserved i organizator Szlachetnej Paczki. Zdaniem ekspertów w tym roku kryzysy mogą dotknąć także influencerów i polityków, a ich źródłem mogą być m.in. fake newsy i kwestie społeczno-kulturowe. 

– Redakcja PRoto co roku prosi ekspertów do spraw komunikacji o podsumowanie wydarzeń z mijającego roku i prognozy na następny. Jednym z obszarów, o który zawsze pytamy, są kryzysy. W 2018 roku mogliśmy obserwować wiele kryzysów. Eksperci zwracają uwagę na to, że ich bohaterami były nie tylko marki, lecz także m.in. media, w tym portale społecznościowe, instytucje państwowe czy organizacje, które działają na rzecz społeczeństwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paulina Piotrowska, redaktor PRoto.pl.

Jednym z najgłośniejszych kryzysów wizerunkowych, który w minionym roku opisywały media z całego świata, była tzw. afera Cambridge Analytica, której głównym bohaterem był Facebook. Chodziło o wyciek danych kilkudziesięciu milionów użytkowników serwisu, które później zostały wykorzystane w kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa. W konsekwencji głośnej afery wycena społecznościowego giganta spadła o kilkadziesiąt miliardów dolarów, a szef Facebooka Mark Zuckerberg musiał złożyć zeznania przed amerykańskim Kongresem i Parlamentem Europejskim. Kilka miesięcy później Facebook znów znalazł się w ogniu krytyki, kiedy pojawiły się doniesienia o wynajęciu agencji, której zadaniem było dyskredytowanie przeciwników portalu społecznościowego.

Eksperci zwrócili też uwagę na wiele kryzysów z polskiego podwórka, które rozgrywały się w 2018 roku. Z wpadkami wizerunkowymi musiały się mierzyć m.in. linie lotnicze PLL LOT – gdzie doszło do głośnego konfliktu między zarządem a związkowcami – oraz Reserved. Wizerunek marki ucierpiał w wyniku niefortunnego komentarza dyrektor ds. marketingu: „W naszej kampanii zwrot »Yes Sir, I can Boogie« nabiera nowego znaczenia. Zachęcamy w niej wszystkie kobiety do klasycznego flirtu i sztuki uwodzenia, jak za starych, dobrych czasów Marilyn Monroe. Czasów, w których kobieta była kobietą, nosiła spódniczki, miała biust i talię”. Jej wypowiedź na temat flirtu i spódniczek znalazła się w oficjalnym komunikacie prasowym, który zapowiadał kampanię marki na sezon jesień/zima 2018.

Kolejną marką, która musiała w ubiegłym roku stawić czoła sytuacji kryzysowej, była sieć kawiarni Green Café Nero, gdzie doszło do masowego zatrucia klientów.

– Eksperci do spraw komunikacji już w czerwcu, kiedy wybuchł ten kryzys, chwalili markę za sposób reagowania, zwracając uwagę na otwartość działania, aktywną postawę, język komunikacji czy umiejętne wykorzystywanie mediów społecznościowych – mówi Paulina Piotrowska.

Jak podkreśla, w 2018 roku z wizerunkowymi wpadkami mierzyły się też media. Przykładem jest dziennik „Fakt”, który spotkał się z ostrą reakcją odbiorców po tym, jak opublikował kontrowersyjny materiał na temat syna Leszka Millera. W efekcie redaktor naczelny gazety przeprosił i podał się do dymisji. Z kolei TVN musiał stawić czoła nieprzychylnym komentarzom po jednym z odcinków programu „Ameryka Express”, w którym uczestnicy mieli za zadanie całować przypadkowo spotkane na ulicy kobiety.

– W ubiegłym roku doszło także do nadwyrężenia reputacji niektórych instytucji państwowych. Kryzys nie ominął Komisji Nadzoru Finansowego. W listopadzie, kiedy wybuchła afera KNF, eksperci oceniali, że może ona doprowadzić do nadszarpnięcia wizerunku całej branży finansowej – zauważa Piotrowska.

W ubiegłym roku media szeroko rozpisywały się również o kryzysie w Stowarzyszeniu Wiosna, które jest organizatorem akcji Szlachetna Paczka. Wywołały go oskarżenia o mobbing wobec ówczesnego prezesa organizacji, księdza Jacka Stryczka.

– Kogo może dotknąć kryzys w rozpoczynającym się w tym roku? Eksperci wymieniają kilka grup podmiotów. Mogą to być oczywiście marki, lecz także influencerzy, którzy coraz częściej działają w myśl zasady „nieważne jak, ważne, żeby mówili”. Bohaterami kryzysów mogą być również politycy, ludzie biznesu czy media. Specjaliści ds. komunikacji przewidują, że w 2019 roku możemy być świadkami m.in. kryzysów dotyczących kwestii społeczno-kulturowych, rozpowszechniania fake newsów czy cyberzagrożeń – mówi redaktor PRoto.pl.

Praca w IT daje kobietom duże możliwości. Pozwala łączyć karierę z życiem rodzinnym

Praca w IT daje kobietom duże możliwości. Pozwala łączyć karierę z życiem rodzinnym 5

Możliwość pracy zdalnej, łączenia kariery z życiem rodzinnym, swobodna atmosfera i satysfakcjonujące zarobki – to zdaniem kobiet główne zalety pracy w branży IT. Co istotne, żeby pracować w IT, nie trzeba mieć wykształcenia kierunkowego ani studiów technicznych. W Polsce 1/3 kobiet zatrudnionych w tej branży stanowią absolwentki kierunków społecznych, humanistycznych i artystycznych. – Za mniej więcej dekadę kobiety będą stanowiły już około 40 proc. pracowników branży IT – prognozuje założycielka Femtech Sheela Subramanian. Jak podkreśla, ważne jest jednak, aby kompetencje w zakresie nowych technologii zaczynać rozwijać już na etapie przedszkoli i podstawówek. 

Zauważyłam, że kobiety w branży IT są o krok do tyłu. Uważają, że nie nadają się do tego tak dobrze jak mężczyźni. Ale moim zdaniem to nie mężczyźni stoją im na drodze, ale one same stanowią dla siebie przeszkodę. Chodzi o to, aby one same zdecydowały się na ten krok. Najwyższa pora, aby zrobiły krok naprzód i weszły do branży, ponieważ się do tego nadają, są bardzo inteligentne. Jesteśmy obecne w różnych branżach technicznych, a nawet w NASA. Dlaczego więc miałoby nas nie być w IT? Każdy może tutaj spróbować swoich sił – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sheela Subramanian, założycielka Femtech, organizacji zajmującej się promowaniem kobiet w IT i nowych technologiach.

Jak podkreśla, IT stwarza kobietom ogromne możliwości, z których powinny w większym stopniu korzystać. Zwłaszcza że jest to branża, która nie wymaga robienia przerwy w karierze zawodowej po założeniu rodziny i urodzeniu dzieci.

Kobiety po założeniu rodziny często mają przerwę w pracy. Natomiast w IT mogłyby dalej pracować, ponieważ firmy chętnie udzielają zleceń, które można realizować z domu. Jest to ścieżka kariery, która pozwala na zdalne wykonywanie zleceń i zachowanie produktywności bez potrzeby przerywania kariery –mówi Sheela Subramanian.

Co istotne, żeby zacząć pracę w IT nie trzeba także mieć wykształcenia kierunkowego ani studiów technicznych – ważniejsze są zainteresowania i determinacja. W Polsce tylko połowa (48,3 proc.) kobiet zatrudnionych w IT skończyła studia na kierunku ścisłym. 1/3 stanowią natomiast absolwentki kierunków społecznych, humanistycznych i artystycznych – wynika z raportu SW Research „Kobiety w IT 2018” dla Fundacji Carrots. Zdecydowana większość (72 proc.) kobiet zatrudnionych w branży IT jest zadowolonych ze swojej pracy. Na plus zaliczają m.in. wysokość zarobków i możliwość pracy zdalnej.

Z drugiej strony, jak wynika z raportu, 53 proc. kobiet zatrudnionych w IT uważa, że jest im trudniej niż mężczyznom poradzić sobie w branży nowych technologii. Połowa z nich ocenia też, że zarabiają mniej niż mężczyźni na tych samych stanowiskach. Jednak 76 proc. wskazuje, że powodem takiego stanu jest fakt, że kobiety same stwarzają sobie ograniczenia z powodu panujących stereotypów i ról społecznych.

Myślę, że za około 10 lat około 40 proc. pracowników branży IT będą stanowiły kobiety. W porównaniu do stanu obecnego będzie to ogromny wzrost. W jednej z firm z branży IT, dla której pracowałam, na dziesięć zatrudnionych osób była tylko jedna kobieta, zajmująca się tylko tworzeniem grafiki. Nie robiła nic związanego ze sztuczną inteligencją czy z nowymi technologiami. Kobiety chyba jeszcze nie dojrzały do tego, aby spróbować swoich sił w tym obszarze, ale powinny do tego dążyć, aby móc się dalej rozwijać – mówi Sheela Subramanian.

Założyciela Femtech podkreśla również, że kształcenie w kierunku nowych technologii trzeba zaczynać jak najwcześniej, już na etapie przedszkoli i podstawówek. Zwłaszcza że według prognoz World Economic Forum 65 proc. uczniów podstawówek będzie w przyszłości pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją, związanych właśnie z nowymi technologiami. Tymczasem, jak pokazało badanie EU Kids Online 2018, 85 proc. nastolatków codziennie lub prawie codziennie łączy się z siecią, ale technologii używają przeważnie w sposób bierny. 60 proc. nigdy nie stworzyło niczego za pomocą aplikacji. Dlatego ważne jest, aby uczyć dzieci i młodzież lepiej wykorzystywać potencjał, jaki stwarzają internet i nowe technologie.

Naukę w tym kierunku warto zacząć już na etapie szkolnym – wśród uczniów i przedszkolaków. Technologia jest obecna wszędzie – każdy dziś ma przy sobie telefon czy tablet, nawet małe dzieci wiedzą, jak scrollować. Trzeba zatem zacząć tutaj – nauczyć je, jak wykorzystywać te możliwości – podkreśla Sheela Subramanian.

Raport KE „Women in Digital Age” pokazuje, że tylko 13 proc. kobiet, które kończą kierunki informatyczne i technologiczne, podejmuje dalszą pracę w swojej branży. Udział kobiet w  sektorze cyfrowym nie zmienił się znacząco w ciągu ostatnich dekad. Potwierdza to również raport Frost&Sullivan dla ISC oraz Centre for Cyber Safety and Education, z którego wynika, że kobiety stanowią raptem 11 proc. pracowników zatrudnionych w branży cyberbezpieczeństwa na całym świecie i taka sytuacja utrzymuje się od 2013 roku.

CES 2019: Elastyczne ekrany przyszłością smartfonów i telewizorów. Pierwszy zginany telefon trafia do sprzedaży w Chinach, w Europie pojawi się pod koniec roku

CES 2019: Elastyczne ekrany przyszłością smartfonów i telewizorów. Pierwszy zginany telefon trafia do sprzedaży w Chinach, w Europie pojawi się pod koniec roku 6

Pierwszy na świecie składany smartfon został zaprezentowany na targach CES 2019 w Las Vegas i już jest dostępny w sprzedaży w Chinach. Urządzenie opracowane przez firmę Royole ma rozmiary tabletu, ale można je złożyć i korzystać z niego jak ze smartfona. Oprócz elastycznego wyświetlacza, wyposażono je w najnowszy procesor Snapdragon, czy najnowszy system Android. Prace nad elastycznymi wyświetlaczami trwają od kilku lat. Poza smartfonami będą obecne wkrótce także w telewizorach. Już niebawem do sprzedaży trafi pierwszy rozwijany telewizor LG.

– FlexPai to smartfon, który można rozłożyć do rozmiarów tabletu, co w efekcie daje produktywność tabletu, ale mobilność smartfona. Urządzenie ma elastyczny wyświetlacz, najnowszy procesor Qualcomm Snapdragon 855 oraz najnowszy system operacyjny Android – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje podczas targów CES 2019 w Las Vegas William Strand z Royole Corporation.

W pełni elastyczny wyświetlacz telefonu FlexPai o przekątnej 7,8 cala może być podzielony na ekrany, w zależności od tego, czy wyświetlacz jest złożony, czy rozłożony. Według producenta, ekran smartfona jest praktycznie niezniszczalny i wyjątkowo wytrzymały. Podczas testów został on wygięty ponad 200 tysięcy razy. W wyposażeniu smartfona znajdziemy m.in. procesor Qualcomm Snapdragon 855, pierwszy procesor na świecie dostosowany do pracy w technologii 5G.

Ponadto urządzenie ma podwójny aparat o rozdzielczości 20 + 16 Mpix z szerokokątnymi obiektywami. W trybie Dual View Camera fotografowany obiekt jest widoczny po złożeniu na obu ekranach. Dzięki temu dużo łatwiej uchwycić właściwe ujęcie. Najważniejszym elementem smartfona jest jednak elastyczny ekran. Jak zapewnia Royole, firma pracuje już także nad elastycznością innych komponentów, takich jak bateria czy układy scalone.

– Technologia elastycznych ekranów pozwala zmieścić większy wyświetlacz w mniejszym urządzeniu, co jest niepodważalną zaletą. Technologia będzie się rozwijać błyskawicznie. Mamy już opracowane także inne, niż wyświetlacz elastyczne komponenty, ale jak na razie nie są one jeszcze dość efektywne. Zatem na razie na rynku pojawiać się będą urządzenia podobne do FlexPai, czyli rozkładane i składane smartfony – przewiduje ekspert.

Pojawienie się na rynku smartfona od Royole wyprzedziło zapowiadany od dłuższego czasu debiut smartfona Galaxy F z elastycznym ekranem Infinity Flex od Samsunga. Ten nie został jeszcze oficjalnie zaprezentowany. Tymczasem prace nad taką technologią trwają już od kilku lat. Jedną z pierwszych prób było pojawienie się na rynku modelu LG G Flex, który odporny był na niewielkie odkształcenia i po lekkim zgięciu wracał do pierwotnego kształtu.

Elastyczne ekrany pojawiają się także w telewizorach. Zaprezentowany na ubiegłorocznych targach CES zwijany ekran OLED o przekątnej 65 cali od LG, na tegorocznych pokazany już został jako konkretny model telewizora, który do sprzedaży ma trafić już w drugiej połowie 2019 roku. Technologia rozwija się także w kierunku urządzeń wearables.

– Przyszłość elastycznych wyświetlaczy i czujników jest świetlana. Możemy je nie tylko umieścić w elastycznych smartfonach, co właśnie uczyniliśmy, lecz także w ubraniach. To będzie w przyszłości potężny sektor. Za 10–15 lat będzie można nałożyć na siebie kompletnie interaktywną kurtkę. Już dziś mamy kapelusz z elastycznym ekranem, ale w przyszłości wszystko będzie wyposażane w elastyczne wyświetlacze, które będą pełnić bardziej użyteczną rolę, dziś przyciągają jedynie wzrok – mówi William Strand.

Flexpai jest już sprzedawany w Chinach. W Stanach Zjednoczonych oferowany jest na razie jako model deweloperski, a na świecie sprzedawany będzie pod koniec 2019 roku. Dokładna data premiery rynkowej jeszcze nie jest znana.

Z raportu Transparency Market Research wynika, że rynek elastycznych wyświetlaczy zarejestruje w najbliższych latach tempo wzrostu na poziomie 33,5 proc. średniorocznie. Do 2025 roku ma on osiągnąć wartość niemal 48 mld dol. Dla porównania, w 2016 roku było to 4,5 mld dol.

Polski trenażer laparoskopowy może zrewolucjonizować kształcenie chirurgów urologicznych. Błędy medyczne w szpitalach są wciąż częstą przyczyną zgonów

Polski trenażer laparoskopowy może zrewolucjonizować kształcenie chirurgów urologicznych. Błędy medyczne w szpitalach są wciąż częstą przyczyną zgonów 7

Błędy medyczne w szpitalach i innych placówkach opieki zdrowotnej są trzecią najczęstszą przyczyną zgonów w Stanach Zjednoczonych. Coraz bardziej zaawansowane symulatory medyczne mogą rozwiązać ten problem. Czas szkolenia operatorów laparoskopowych można skrócić nawet kilkakrotnie, bez ryzyka dla pacjentów. Trenażer oferowany przez polski start-up łączy w sobie cechy charakterystyczne dla standardowego urządzenia z pracą szeregu czujników i zaawansowanego oprogramowania, dzięki czemu lekarz jest w stanie dużo szybciej opanować obsługę narzędzi i schemat przeprowadzania procedur medycznych.

– Opracowaliśmy bardzo innowacyjne rozwiązanie – standardowy trenażer, w którym dotykamy normalnych obiektów, wyposażyliśmy w szereg czujników, całą elektronikę i bardzo rozwinięte oprogramowanie, które trening laparoskopowy, od tych podstawowych umiejętności aż po naukę szycia i nawet procedur, nie w wirtualnym środowisku, ale normalnych procedur na sztucznych organach, wprowadza na wyższy poziom, dzięki automatycznej ocenie treningu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Radosław Nowosielski, wiceprezes zarządu firmy Laparo.

Trenażer zaprojektowany przez Polaków jest pierwszym na świecie rozwiązaniem, które pozwala kompleksowo monitorować parametry treningu od momentu wprowadzenia narzędzi aż do zakończenia procedury. Zautomatyzowany system oceny pozwala nakreślić krzywą uczenia, a pomiary czujników są uzupełniane zapisem z trzech kamer. To wszystko sprawia, że urządzenie jest optymalne do zastosowania w centrach symulacji medycznych.

– Jest to świetne narzędzie, jeżeli chodzi o centra symulacji medycznych, również jeżeli chodzi o uniwersytety medyczne, gdzie studenci już na tym etapie doskonalą swoje umiejętności, ćwiczą i wybierając później swoją ścieżkę w kierunku chirurgii, będą już dużo lepiej przygotowani niż ich poprzednicy z poprzednich lat, gdyż centra symulacji są dość nowym tworem w Polsce – mówi Radosław Nowosielski.

Coraz częściej w symulacjach medycznych wykorzystuje się również technologię wirtualnej rzeczywistości. Na korzystanie z VR w kształceniu lekarzy stawia amerykańskie centrum medyczne Cedars-Sinai. We współpracy z platformą GIBLIB opracowało ono akredytowany kurs kształcenia chirurgów. Moduł szkoleniowy wykorzystuje 360-stopniowe widoki wirtualnych sal operacyjnych w jakości 4K. Użytkownicy mogą się przełączać w symulacji między widokami chirurgów i personelu pomocniczego oraz np. obrazem narzędzi laparoskopowych.

– Tak naprawdę polega to na tym, że mamy grę komputerową, którą wykonujemy kontrolerami ruchu, które wyglądają jak narzędzia laparoskopowe, jednak trening jest wykonywany bez dotykania prawdziwych obiektów. To uczucie dotyku, które generowane jest czasami przez elektromechanikę wewnątrz trenażera, nie do końca odpowiada temu, co rzeczywiście czuje operator podczas nauki. Często potrzebny jest równoległy trening, zarówno na podstawowych trenażerach, jak i trenażerach wirtualnej rzeczywistości – twierdzi ekspert.

Choć zaawansowane trenażery laparoskopowe są w stanie nawet kilkukrotnie skrócić okres treningowy w pracy rezydenta, to taka forma kształcenia lekarzy wciąż nie jest w Polsce wystarczająco spopularyzowana. Uniwersytet Opolski planuje stworzyć Centrum Symulacji Medycznych. Znajdą się tam takie urządzenia jak symulator noworodka i fantom człowieka dorosłego oraz trenażer laparoskopowy. Centrum zostanie otwarte za dwa lata.

– Obecnie trening laparoskopowy często niestety nie jest przeprowadzany optymalnie, np. w niektórych szpitalach w dalszym ciągu rezydenci w dużym stopniu muszą  np. tylko trzymać kamerę laparoskopową. Zdarza się nawet, że tego typu trening trwa wiele lat, zanim zostaną rzeczywiście dopuszczeni do stołu operacyjnego jako operatorzy. Symulacja medyczna zdecydowanie przyspiesza ten trening – mówi Radosław Nowosielski.

Według najnowszego raportu Grand View Research światowy rynek symulacji medycznych do 2026 roku osiągnie wartość 5,25 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 16,3 proc. Jak wynika z badania opublikowanego w 2016 r. przez British Medical Journal, błędy medyczne w szpitalach i innych placówkach opieki zdrowotnej są trzecią najczęstszą przyczyną zgonów w Stanach Zjednoczonych.

Od 1 września 2019 w Krakowie zacznie obowiązywać uchwała antysmogowa

Od 1 września tego roku w Krakowie zacznie obowiązywać uchwała antysmogowa, która zakaże używania paliw stałych do ogrzewania domów i mieszkań. Poszukiwaniom rozwiązania problemu towarzyszy dyskusja, która przypomina nieco słynny paradoks jajka i kury. Lepiej skupić się na wymianie instalacji i urządzeń generujących smog tu i teraz, czy też docieplać stare budynki, ograniczając tym samym ich zapotrzebowanie energetyczne i emisję gazów?

Dylemat o jajku i kurze odnosi się nie tyle do pochodzenia drobiu, co do problemów logicznych wynikających z kolistej przyczynowości wydarzeń. Do kluczowych źródeł niskiej jakości powietrza w Polsce należy bez wątpienia zaliczyć powszechnie stosowane, nieefektywne źródła energii oparte na wykorzystywaniu paliw stałych, jak również niedostateczny standard energetyczny budynków, wynikający wprost z mniej restrykcyjnych wymagań budowlanych obowiązujących w przeszłości. – Obydwa zagadnienia pozostają w ścisłej relacji – podkreśla Adam Buszko, ekspert firmy Paroc Polska. Pojawia się więc pytanie: od czego zacząć walkę ze smogiem? – To dylemat złożony, bo zanurzony w kontekście politycznym i, rzecz jasna, nierozerwalnie związany z wysiłkiem finansowym – dodaje Adam Buszko.

Zdania inwestorów podzielone

O złożoności problemu świadczyć mogą wyniki badania Instytutu Ekonomii Środowiska, zawarte w raporcie „Stan techniczny budynków jednorodzinnych w Polsce – potrzebny remontowe”[1]. Właścicieli budynków jednorodzinnych zapytano m.in. o to, które działania na rzecz utrzymania dobrego stanu technicznego domu uważają za najpilniejsze. Co piąty ankietowany jako kluczową inwestycję wskazał modernizację instalacji grzewczej bądź wymianę kotła. Wybór ten najczęściej padał wśród respondentów mieszkających na terenie miast. Niemal tyle samo badanych (19% głosów), za pierwszą potrzebę uznało remont dachu wraz z ociepleniem, na trzecim miejscu (14,7% głosów) uplasowało się ocieplenie ścian budynku. To ostatnie działanie zdecydowanie częściej wskazywali ankietowani zamieszkujący tereny wiejskie. Gdzie należy zatem wytyczyć linię obrony przed smogiem?

Głos za dociepleniem

Ludomir Duda i Marcin Popkiewicz, propagatorzy idei zrównoważonego budownictwa, w swoim manifeście antysmogowym[2] identyfikują wysokie nakłady na wymianę kotłów, kosztowną eksploatację budynków wynikającą ze wzrostu kosztów wysokiej jakości paliw oraz konieczność dopłat do energii jako najpoważniejsze bariery w walce ze smogiem. Autorzy postulują przy tym uzupełnienie Polityki Antysmogowej Państwa i Samorządów o szeroko zakrojone działania termomodernizacyjne, które w przypadku najbardziej energochłonnych budynków powinny zapewnić nie tylko największy efekt ekologiczny, ale i najwyższą stopę zwrotu z inwestycji. Jak wynika z raportu Instytutu Ekonomii Środowiska, na termomodernizację budynków jednorodzinnych opalanych paliwami stałymi w najbardziej zanieczyszczonych miejscowościach, obejmującą remont i docieplenie ścian i dachu, potrzeba by około 50 mld zł.

Modernizacja instalacji grzewczej, czyli rozwiązanie na tu i teraz

Wyraźnie mniej, bo około 16 mld zł, pochłonęłaby zakrojona na skalę ogólnopolską modernizacja instalacji wraz z wymianą kotła grzewczego. Jakub Jędrak, członek Polskiego Alarmu Smogowego, zwraca uwagę na konieczność walki z niekorzystnym zjawiskiem na dwóch frontach: poprzez obniżanie stężenia zanieczyszczeń w powietrzu oraz ograniczenie czasu, w jakim ludzie pozostają na owe zanieczyszczenia narażeni[3]. Warto bowiem podkreślić, że wymiana „kopcącego” kotła węglowego na nowoczesną wersję czy kocioł gazowy, nawet bez dodatkowej inwestycji w postaci termoizolacji budynku, pomaga znacząco ograniczyć lokalną emisję pyłu i zawartych w nim niebezpiecznych związków z grupy WWA. W przypadku miejsc, gdzie nie występują zanieczyszczenia przemysłowe czy intensywny ruch samochodowy, takie systemowe przedsięwzięcie praktycznie w całości rozwiązałoby problem smogu.

Synergia działań – klucz do sukcesu

Jak widać, oba podejścia niosą ze sobą niewątpliwe korzyści. Zdaniem ekspertów, rozważając problem walki ze smogiem poprzez podnoszenie standardu energetycznego budynków, nie warto się jednak ograniczać tylko do jednej ścieżki. – Na termomodernizację składają się zarówno usprawnienia pasywne, jak i aktywne. To poprzez ich synergię budynek może osiągnąć minimalne zapotrzebowanie na energię użytkową i końcową, co rzutuje na ogólne oddziaływanie obiektu na środowisko. Działania podejmowane doraźnie, bez szerzej zakrojonego planu, zwiększają faktyczne koszty termomodernizacji, co utrudnia podejmowanie jakichkolwiek działań systemowych – podkreśla Adam Buszko. Aby uzyskać optymalny efekt, ekspert zaleca zachowanie właściwej kolejności działań. – Odpowiednia izolacja przegród budowlanych pozwala ograniczyć zużycie energii nawet o 50-70%. Mniejsze zapotrzebowanie to mniejsza instalacja, mniejszy kocioł i summa summarum – niższy koszt inwestycji – podsumowuje ekspert firmy Paroc.

[1] http://www.iee.org.pl/?a=text&b=32

[2] https://smoglab.pl/duda-popkiewicz-efektywna-strategia-likwidacji-smogu/

[3] https://smoglab.pl/jedrak-do-dudy-i-popkiewicza-potrzebujemy-rozwiazan-na-tu-i-teraz/

Infekcja układu moczowego – jak leczyć zapalenie pęcherza?

Woman with hands holding her crotchZapalenie pęcherza moczowego to częściej kobieca niż męska przypadłość. Jest to typowa choroba o charakterystycznych i nieprzyjemnych objawach; powinniśmy więc wiedzieć, jak się obchodzić. Ze względu na budowę układu moczowego ryzyko infekcji pęcherza moczowego u pań jest większe. Cewka moczowa kobiety jest bowiem znacznie krótsza niż mężczyzny (ma 4-5 cm w porównaniu do 15-20 cm). Ujście pochwy sąsiaduje również z odbytem, które jest miejscem bytowania wielu drobnoustrojów. Bakterie i grzyby w swoim naturalnym środowisku są raczej niegroźne, kiedy jednak przeniosą się w głąb dróg moczowych – mogą wywołać stan zapalny.

Pierwsze obserwacje

Pierwsze objawy zapalenia pęcherza moczowego są raczej mało charakterystyczne i ciężko wyczuć, co nam dolega. Choroba zaczyna się od lekkiego pieczenia przy oddawaniu moczu. Potem proces zapalny zaczyna postępować i możemy z dużą pewnością podejrzewać zapalenie pęcherza. Następnym objawem zapalenia układu moczowego jest zwiększenie częstotliwości oddawania moczu. Pęcherz moczowy objęty zapaleniem częściej „domaga się” opróżnienia, co jednocześnie służy oczyszczeniu dróg moczowych. Poprzez mikcję ze strumieniem moczu usuwane są groźne bakterie i drobnoustroje. Jest to naturalny mechanizm obronny naszego organizmu. Nawet kiedy mało pijemy, parcie na mocz i bieganie do toalety jest częstsze. Jednak mimo pojawienia się potrzeby oddania moczu, sama czynność staje się niestety problemem. Zapalenie pęcherza moczowego i cewki moczowej powoduje obrzmienie tych okolic i mocz z trudem przeciska się przez układ moczowy. Towarzyszy temu silne pieczenie i ból w okolicy cewki moczowej.

Innymi objawami zapalenia pęcherza są:

  • bolesność w podbrzuszu,
  • niekontrolowane oddawanie moczu,
  • obecność krwi i/lub ropnej wydzieliny w moczu.

Kiedy pojawią się u nas któreś z tych objawów, koniecznie należy podjąć leczenie.

Domowe sposoby na zapalenie pęcherza

Gdy tylko poczujemy nieprzyjemne objawy, warto zacząć działać. Wiadomo, że lepiej zapobiegać niż leczyć. W tym przypadku – im szybciej zaczniemy działać, tym bardziej prawdopodobne jest, że nie dopuścimy do rozszerzenia się obszaru zakażenia.

Przede wszystkim należy zadbać o nawodnienie. Warto systematycznie, małymi porcjami wypijać 3 litry wody na dzień. Można spróbować wypić odrobinę więcej. Przyspieszy to wypłukiwanie bakterii z dróg moczowych. Do wody można dodać sok z cytryny, żurawiny, malin lub czarnej porzeczki. Zawierają one witaminę C, która podniesie odporność i wpłynie na hamowanie rozwoju bakterii.

Czego unikać?

Należy unikać kawy, czarnej herbaty i alkoholu. Substancje te działają silnie odwadniająco i bardzo mocno moczopędnie, co będzie dodatkowo podrażniało pęcherz moczowy.

Trzeba pamiętać, że w trakcie objawów należałoby ograniczyć seks. Podrażnienia okolic intymnych wydłużają proces leczenia. Stosunek w trakcie tej przypadłości nie da pełni przyjemności, gdyż pewne jest, że zbliżenie będzie bolesne. Zapalenie spowodowane przez bakterie może przenosić się drogą płciową z jednej osoby na drugą. Warto się przebadać, jeśli nie możemy sobie poradzić z nawracającymi dolegliwościami i wyleczyć się w 100% przed podejmowaniem kolejnej aktywności seksualnej.

A co można?

Napar z pokrzywy, mniszka lekarskiego lub fiołka trójbarwnego działają umiarkowanie moczopędnie i dodatkowo łagodnie przeciwzapalnie. Będą one łagodziły objawy infekcji.

Bogatą ofertę preparatów pomocnych w leczeniu zapalenia pęcherza znajdziesz w aptekach stacjonarnych i na stronach internetowych – na przykład na https://www.doz.pl/apteka/k105-Infekcje_stany_zapalne.

Ciepłe łóżko naszym przyjacielem

Warto się wygrzać, wykorzystując nawet koc elektryczny lub termofor. Ogrzewając dolną część pleców zadbamy o lepsze ukrwienie błon śluzowych. Nasze babcie wykorzystywały tę metodę bardzo często. Taki zabieg przyspiesza leczenie.

Leczenie – antybiotykoterapia

Jeśli po dwóch dniach kuracji domowymi sposobami choroba nie ustępuje, należy udać się do lekarza. W szczególności niepokoić powinny takie objawy jak gorączka, nudności i wymioty, bądź gdy zauważymy krew lub ropę w moczu. Kobiety w ciąży już przy pierwszych podstawowych objawach powinny zgłosić się do ginekologa lub lekarza prowadzącego. Zapalenie pęcherza stanowi zagrożenie dla rozwijającego się płodu.

Lekarz powinien zlecić odpowiednie badania (badanie moczu, posiew) i na ich podstawie wybrać odpowiednią terapię. Z reguły podaje się leki przeciwzapalne, w niektórych przypadkach niezbędny okazuje się antybiotyk. Antybiotyki nie są jednak lekami pierwszego rzutu. Sami nie powinniśmy po nie sięgać. W zależności od przebiegu choroby wyróżniamy po dwa podtypy choroby: zapalenie niepowikłane lub powikłane oraz zapalenie przewlekłe lub ostre. Leczenie antybiotykiem ostrego niepowikłanego zapalenia pęcherza moczowego zwykle nie trwa dłużej niż trzy dni. Leczenie nawracających zapaleń (nie mniej niż trzy infekcje w ciągu roku) może być takie, jak leczenie zapaleń ostrych z tym, że antybiotyk stosuje się przez tydzień lub dłużej. Co bardzo ważne, zaleconą kurację powinno się kontynuować tak długo, jak każe lekarz. Nie wolno jej przerywać w momencie, gdy pierwsze objawy ustąpią. Przerwanie leczenia tworzy ryzyko rozwoju ciężkiego zakażenia nerek.

Profilaktyka

Metody zapobiegania rozwojowi zapalenia pęcherza obejmują następujące metody:

  • picie odpowiedniej ilości wody (2-3 litry na dzień),
  • stosowanie podstawowych zasad higieny osobistej (prawidłowe i częste mycie się, stosowanie płynów do higieny intymnej i odpowiednich kosmetyków),
  • noszenie bielizny z naturalnych włókien, rezygnacja z noszenia stringów i obcisłych spodni,
  • przyjmowanie probiotyków (w postaci naturalnych jogurtów, kefirów, maślanki lub odpowiednich preparatów aptecznych).

Najważniejsze jest niebagatelizowanie pierwszych objawów zapalenia pęcherza. Wówczas o wiele łatwiej jest uchronić się przed pełnoobjawowym manifestem choroby i wrócić – przy użyciu łatwiejszych i naturalnych sposobów – do pełni zdrowia. Wczesne zdiagnozowanie choroby pozwala na szybkie rozpoczęcie leczenia i zmniejszenie ryzyka powstania powikłań. Właściwe leczenie umożliwia uzyskanie trwałego efektu terapeutycznego i zapobiega nawrotom choroby. Trzeba też pamiętać, że zakażenia układu moczowego należą do częstych chorób i występują one u osób w każdym wieku. Objawy związane z tą grupą schorzeń są jednymi z najczęstszych dolegliwości, z którymi pacjenci zgłaszają się do lekarza. Nie wolno się zatem ich wstydzić i ukrywać ich, gdyż skutki takiego zachowania mogą być katastrofalne (nadżerki, zapalenie nerek, a nawet bezpłodność).

Jaki jest najodpowiedniejszy kształt kuchni?

Z punktu widzenia odległości, które trzeba pokonywać pomiędzy poszczególnymi strefami roboczymi, najmniej praktyczna jest kuchnia jednorzędowa. W pozostałych typach kuchni odległości te są znacznie mniejsze, dzięki czemu przygotowywanie posiłków będzie prostsze i przyjemniejsze. Ilość pracy pozostanie oczywiście taka sama, ale przyspieszy ją organizacja trzech stref roboczych przechowywanie – mycie – gotowanie w formie trójkąta.image001

Roboczy trójkąt jest bardzo wygodny, ponieważ każda ze stref łączy się z pozostałymi dwiema. Do pokonania pozostaje więc tylko jedna odległość, podczas gdy w kuchniach jednorzędowych często trzeba przemieszczać się z jednego końca na drugi.

Jeśli gotujesz z przyjemnością lub musisz to robić każdego dnia, wybierz kuchnię w kształcie „L“ lub „U“. Ten typ ułożenia mebli wymaga jednak odpowiedniej przestrzeni. Jednorzędowe kuchnie możemy spotkać najczęściej w małych mieszkaniach, które nie pozwalają na zastosowanie innych rozwiązań.

KUCHNIA JEDNORZĘDOWA

W dzisiejszych czasach kuchnie niczym nie odbiegają od nowoczesnych i designerskich salonów i sypialni. Projektanci stają na wysokości zadania, tworząc piękne i stylowe meble czy sprzęty AGD. Za przemianę tę częściowo odpowiada także stale malejąca potrzeba gotowania – ludzie coraz częściej sięgają po szybkie przekąski lub jedzenie na telefon i zamiast przyrządzać obiady po prostu je podgrzewają.

image003
Źródło: https://favi.pl/produkty/p/meble-kuchenne-multiline-ii?v=1018940

Jednorzędowe ułożenie mebli nie jest najlepszym wyborem z punktu widzenia ergonomii pracy podczas gotowania. Jeśli urządzisz tego typu kuchnię zgodnie z zalecanym porządkiem czynności, czyli przechowywanie-mycie-gotowanie będziesz skazany na nieustanne bieganie z jednego końca na drugi. Wyobraź sobie, że mieszasz sos na kuchence, ale musisz do niego dodać kolejny składnik, który znajduje się w lodówce na drugim końcu kuchni. Takie przypadki nie będą należeć do rzadkości, dlatego też dużo wygodniejszą opcją są kuchnie w kształcie litery „U“, w których wystarczy się obrócić, by sięgnąć do lodówki po brakujący produkt (wizualizację tej sytuacji możesz zobaczyć na poniższych obrazkach).

image005Jednorzędowe ułożenie mebli to jednak często jedyna możliwość w małych mieszkaniach. Jeśli sam posiadasz niewiele miejsca w kuchni, nie bagatelizuj roli projektu i koncepcji połączenia stref roboczych. Tylko w ten sposób będziesz w stanie dobrze wykorzystać każdy centymetr. Pamiętaj też, że niewielkie przestrzenie niemal niwelują największe minusy jednorzędowych kuchni, czyli konieczność biegania z jednego końca na drugi. ( https://favi.pl/produkty/kategoria/meble-kuchenne )image007

Przykład niewielkiej kuchni z uwzględnieniem porządku pracy.

Niewłaściwy porządek

Nie daj się zwieść przyjemnym wrażeniem z nowych mebli kuchennych, ponieważ to, co nowe i błyszczące, nie zawsze musi być praktyczne. Nawet jeśli Twoja kuchnia nie oferuje zbyt wiele miejsca dla komfortowych rozwiązań, nie pozwól, by projektant uznał to za powód do wciśnięcia Ci nieodpowiedniego projektu. Pamiętaj, że najwięcej przestrzeni powinno być pomiędzy zlewem a płytą grzewczą. Jeśli właściwa organizacja kuchni wymaga przerobienia instalacji wodnej lub elektrycznej, może się zdarzyć, że producent mebli nie będzie chętny do przeprowadzania tego typu zmian. Zastanów się jednak, czy funkcjonalnie urządzona kuchnia nie jest warta tych kilku poprawek?

image009Źródło: https://favi.pl/produkty/p/kuchnia-elena?v=1018983

Wbudowane meble kuchenne

Niezwykle efektownym rozwiązaniem jest umieszczenie mebli kuchennych w istniejącej wnęce lub stworzenie tego typu wnęki za pomocą  płyty gipsowo-kartonowej. Tego typu rozwiązanie pozwala na umieszczenie w „ściance”  lodówki i wpisuje się w aktualne trendy dotyczące urządzania przestrzeni kuchennej. Zwolennicy spiżarni mogą wykorzystać przestrzeń za „ścianką“ do wybudowania wymarzonego magazynu na produkty żywnościowe i przetwory. Pamiętaj jednak, by zadbać o regularne wietrzenie tego pomieszczenia. Zastane powietrze ma negatywny wpływ na przechowywane jedzenie.

WSKAZÓWKA:  Jeśli planujesz zamówić meble kuchenne na miarę, zastanów się nad wyborem szerszego blatu roboczego. Rozwiązanie to sprawdzi się przede wszystkim w pomieszczeniach, w których nie ma wystarczająco dużo miejsca na długi blat (zwłaszcza w kuchniach jednorzędowych).

Szeroki wybór mebli i akcesoriów kuchennych znajdziesz  na FAVI.pl – najpopularniejszej w Polsce wyszukiwarce mebli i dekoracji.

image011Źródło: https://favi.pl/produkty/p/kuchnia-multiline-i?v=1018945

Dobry prawnik w Krakowie? – Prawo gospodarcze i handlowe

Prawo gospodarcze reguluje działalność gospodarczą. W skład tego pojęcia wchodzi zarówno prawo gospodarcze prywatne, jak i prawo gospodarcze publiczne, będące jednoznaczne z publicznym prawem gospodarczym. Zastanawiasz się czego konkretnie dotyczy prawo gospodarcze i chciałbyś poznać odpowiedzi od specjalisty z pewnej ręki? Jeżeli tak, skontaktuj się właśnie z nami. Jako radcy prawni jesteśmy w stanie udzielić Ci wyczerpujących odpowiedzi na zagadnienia dotyczące nie tylko prawa gospodarczego, ale również innych dziedzin i zagadnień prawnych. Prawo gospodarcze dotyczy funkcjonowania gospodarki państwa i stosunków gospodarczych między osobami fizycznymi, prawnymi oraz innymi podmiotami, które mogą być podmiotem stosunków gospodarczych. Podczas rozmowy z nami poznasz także podstawowe cechy prawa gospodarczego, jakimi są: brak kompleksowej regulacji prawnej dla stosunków gospodarczych; informacje o rozpatrywaniu sporów z zakresu działalności gospodarczej, które są rozpatrywane według postępowania specjalnie przeznaczonego dla tych stosunków. Oprócz suchych wiadomości, czysto teoretycznych, pomożemy Ci w każdej sprawie sądowej oraz sytuacji problemowej. Z każdym problemem możesz się do nas zgłosić i poprosić o pomoc. Nie odmawiamy jej nigdy. W swojej pracy i działalności opieramy się na podstawach prawnych, jakimi są między innymi: Prawo Unii Europejskiej, ustawa z dnia 23 kwietnia 1964 roku Kodeksu cywilnego, ustawa z dnia 15 kwietnia 2000 roku Kodeksu spółek handlowych, ustawa z dnia 19 listopada 1999 roku Prawa działalności gospodarczej, ustawa z dnia 20 sierpnia 1997 roku o Krajowym Rejestrze Sądowym oraz ustawa z dnia 22 grudnia 1995 roku o wydawaniu „Monitora Sądowego i Gospodarczego”. Na ich podstawie jesteśmy w stanie udzielić Ci pomocy oraz wyczerpujących odpowiedzi na Twoje szczegółowe pytania. Czekamy na nie drogą zarówno e-mailową, jak i telefoniczną. Jeżeli życzysz sobie osobistego spotkania, powinieneś się z nami skontaktować i umówić. Będziemy na Ciebie czekać w biurze porad prawnych w Krakowie. Jeżeli rzecz idzie o prawo gospodarcze dowiesz się jakie są najważniejsze jego zasady, którymi się kierujemy. Podstawową zasadą jest zasada swobody gospodarczej, która określa iż jest nieodzowną od człowieka zasadą, całkowicie mu przysługującą. Kolejne zasady dotyczą zasady ochrony własności oraz zasady praworządności, która oznacza, że organy administracji publicznej działają na podstawie i w granicach prawa. Bardzo ważne zasady, które zawsze brane są pod uwagę to zasady: ochrony sądowej, ograniczonej ingerencji państwa w gospodarkę, proporcjonalności oraz zasada 3 „D”: decentralizacji, demonopolizacji oraz deregulacji. U nas poznasz także różnice pomiędzy koncesją a zezwoleniem. Jeżeli zawsze zastanawiała Cię ta różnica lub ta wiedza jest Ci koniecznie niezbędna, informujemy iż koncesja jest aktem administracyjnym, który uprawnia do wykonywania ściśle określonej działalności gospodarczej na warunkach określonych w przepisach prawa. Odmowa udzielenia, zmiany, cofnięcia koncesji lub ograniczenie jej zakresu należy do właściwego ministra. Koncesji udziela się na czas nie krótszy niż 5 lat i nie dłuższy niż lat 50. Zezwolenie natomiast oznacza dopuszczenie przedsiębiorcy do wykonywania określonej działalności gospodarczej. Oczywiście przedsiębiorca musi spełniać określone warunki. Jeżeli chcesz ubiegać się o zezwolenie, poinformujemy Cię jakie są to warunki i co zrobić, aby je wszystkie spełniać. Z każdą poradą prawną możesz zwrócić się do nas. Mamy wieloletnie doświadczenie i ogromną ilość spraw poprowadzonych oraz rozwiązanych. Czekamy na Ciebie w krakowskim biurze porad prawnych!

Potrzebujesz tłumaczenia dokumentu prawnego? Zapoznaj się z ofertą tłumaczeń dokumentów Biura Tłumaczeń 123tlumacz.pl

GLS Poland podsumowuje 2018 rok

Inwestycje, zaawansowane narzędzia IT, elastyczne rozwiązania dla klientów
i rozbudowa infrastruktury bazowej – tak GLS Poland, jeden z najważniejszych operatorów na polskim rynku logistycznym podsumowuje rok. To był jubileuszowy, bo 20 rok obecności firmy w Polsce.

Polski rynek logistyczny był w 2018 roku na wysokiej fali. Przede wszystkim w bardzo szybkim tempie rośnie e-commerce, jednak nie brakuje też wyzwań.

– Polacy coraz chętniej robią zakupy online, co bezpośrednio przekłada się na zapotrzebowanie na usługi kurierskie. Rośnie wolumen przesyłek w tym segmencie, ale szybko zmieniają się i rosną też oczekiwania związane z jakością usług, co wymaga m.in. wdrażania zaawansowanych rozwiązań technologicznych – mówi Tomasz Kroll, dyrektor zarządzający GLS Poland.

Kierunek: elastyczność, personalizacja, rozwiązania IT

W 2018 roku GLS Poland znacznie poszerzył i wzbogacił wachlarz swoich usług, zwłaszcza w obszarze tzw. ostatniej mili. Usługa FlexDeliveryService została uzupełniona o nową funkcjonalność, umożliwiającą pozostawienie paczki bez podpisu we wskazanym przez odbiorcę miejscu. Firma wprowadziła też nową usługę – InfoCourierService – umożliwiającą bezpośredni kontakt telefoniczny kuriera z odbiorcą, w trakcie którego pojawia się możliwość indywidualnego ustalenia szczegółów dostawy. Operator systematycznie rozbudowuje też sieć punktów nadania i odbioru. Obecnie klienci mają do dyspozycji już ponad 1500 takich punktów w całym kraju, a zasięg sieci stale się poszerza.

Chcemy być najlepszą firmą kurierską, dlatego stale dostosowujemy zestaw i funkcjonalności naszych usług do wymagań współczesnego stylu życia oraz rzeczywistych potrzeb zarówno nadawców, jak i odbiorców. Kluczowym komponentem kompleksowych rozwiązań stają się dziś elastyczność oraz personalizacja usług, wymagające coraz bardziej efektywnej i indywidualnej komunikacji z klientami. W 2019 roku wprowadzimy kolejne usługi dodatkowe oraz funkcjonalności – zapowiada Tomasz Kroll.

GLS stale optymalizuje system dostaw, kładąc nacisk na informatyzację, automatyzację oraz integrację systemów operacyjno-logistycznych.

GLS rozbudowuje bazę

Dla GLS Poland był to również rok znaczących inwestycji w bazową infrastrukturę. Wiosną operator uruchomił swoje największe centrum dystrybucji przesyłek w Polsce, zlokalizowane w Wypędach pod Warszawą, z bardzo dogodnym dostępem do drogi S8 oraz do autostrady A2. Całkowita powierzchnia obiektu wynosi 7,6 tys. mkw., z czego 6,6 tys. mkw. zajmuje hala załadunkowa. Nowoczesne centrum jest w stanie obsłużyć średnio 80 tys. paczek dziennie i jest  wyposażone w nowoczesną infrastrukturę, m.in. do szybkiego sortowania.

Tomasz Kroll, dyrektor zarządzający GLS Poland
Tomasz Kroll, dyrektor zarządzający GLS Poland

– Obiekt dysponuje szeregiem zaawansowanych technologicznie rozwiązań. Co równie istotne, został od podstaw zaprojektowany tak, by dokładnie odpowiadał potrzebom naszej działalności operacyjnej i wysokim wymaganiom dotyczącym jakości – podkreśla Tomasz Kroll, dyrektor zarządzający GLS Poland.

Obiekt został zrealizowany przez Panattoni Europe, lidera rynku powierzchni przemysłowych w Europie, w modelu BTO (build-to-own) i BTS (build-to-suit). Wraz z nim, GLS ma już 36 filii w Polsce. Centralnym punktem przeładunkowym dla przesyłek krajowych i międzynarodowych jest Stryków. Wraz z dwoma sortowniami regionalnymi w Bydgoszczy i we Wrocławiu łączy polską i międzynarodową sieć.

Dodajmy, że w centrum w Wypędach na stałe znajduje się motocykl Tomasza Golloba, na którym zdobył on indywidualne mistrzostwo świata w 2010 roku. Kupując tę maszynę firma kurierska wsparła rehabilitację legendy polskiego sportu. Warto przypomnieć, że od 2017 roku GLS Poland jest Sponsorem Generalnym Żużlowej Reprezentacji Polski i partnerem najważniejszych wydarzeń żużlowych na świecie.

Optymalizacja przesyłek międzynarodowych

Grupa GLS to jeden z liderów jakości w europejskiej logistyce przesyłek. Cała sieć operatora, za pośrednictwem spółek-córek oraz partnerów transportowych, obejmuje 41 krajów w Europie (działa też na terenie USA i Kanady).

– W 2018 roku odnotowaliśmy dalszy, bardzo szybki rozwój segmentu przesyłek międzynarodowych, również dlatego, że polskie sklepy online zaczynają coraz intensywniej działać na zagranicznych rynkach. Sukcesywnie, w ścisłej współpracy z oddziałami GLS w innych krajach, wzbogacamy nasze usługi o komponenty dodatkowo usprawniające międzynarodowy handel online. To jeden z przykładów działań, które podejmujemy po to, by wspierać rozwój e-commerce – mówi Tomasz Kroll.

Np. usługa FlexDeliveryService, z pełnym pakietem funkcjonalności, jest dostępna już w 18 krajach Europy, w tym w Polsce. Współpraca w ramach Grupy umożliwia GLS bardzo skuteczne usprawnianie różnego rodzaju elementów obsługi przesyłek międzynarodowych, w tym spedycji drogowej.

Już 20 lat w Polsce

W tym roku firma świętowała 20-lecie działania na polskim rynku. W tej chwili ma już ponad 11 tys. klientów w Polsce. Flota GLS Poland to 1,7 tys. samochodów kurierskich, z których każdy pokonuje średnio 187 km dziennie podczas jednej trasy, a także 141 pojazdów liniowych. Po dwóch dekadach GLS Poland jest jednym z głównych dostawców usług transportowych w kraju – zarówno dla firm, jak i osób prywatnych.

– Mamy za sobą kolejny rok dynamicznego rozwoju naszej firmy. Regularnie notujemy dwucyfrowy wynik w sprzedaży, co stanowi obecnie najlepszy rezultat w segmencie usług kurierskich w Polsce. To oczywiście powód do satysfakcji, ale inwestycje realizujemy w planie długofalowego rozwoju. Cieszymy się, że już od 20 lat mamy aktywny udział w rozwoju polskiego rynku logistycznego – podsumowuje Tomasz Kroll.

Dodajmy, że w tym roku GLS Poland otrzymał prestiżową nagrodę dla najlepszej firmy logistycznej w kategorii „Ekspresowy serwis krajowy”, w ramach XVII edycji badania Operator Logistyczny Roku. Kluczowi klienci docenili m.in takie usługi jak obsługa finansowa, odbiór dokumentów zwrotnych, pobranie gotówki za towar, płatności on-line, gwarantowana godzina dostawy następnego dnia czy obsługę paczek.

Głosowanie brexitowe. Wspomnienia Czarnego Czwartku

Już dzisiaj dowiemy się, w którą stronę idzie temat Brexitu. Dokładnie 4 lata temu Bank Szwajcarii uwolnił kurs franka.

Ważne głosowanie na wyspach

Dzisiaj odbędzie się głosowanie w sprawie wynegocjowanych warunków Brexitu. Było ono już kilkakrotnie przekładane i wygląda na to, że dzisiaj w końcu poznamy werdykt. Co ciekawe pomimo, że głosowanie wydaje się mieć tylko dwa możliwe scenariusze jest ich w praktyce znacznie więcej. Wśród tych, które zdaniem specjalistów wiążą się z osłabieniem funta są wyjście bez umowy oraz nowe wybory. Oba te scenariusze wrzucają na rynek nowe niewiadome, a duże pieniądze tego nie lubią. W przypadku wyborów wpływ będzie zależny od sondaży oczywiście. W miarę neutralnie oceniana jest z kolei możliwość dalszego przekładania daty wyjścia. Co ciekawe jest to scenariusz, który wielu analityków uważa za najbardziej prawdopodobny pomimo ostrych deklaracji ze strony UE o nieprzekraczalności marcowego terminu. Korzystne dla funta jest zarówno przyjęcie umowy jak również ponowne referendum. Wydarzenia te są korzystne dlatego, że te ryzyka są już uwzględnione w kursach a wyeliminowane zostaną inne. Dzisiejszy dzień może być zatem bardzo emocjonujący na parach z funtem.

4 rocznica czarnego czwartku

Dokładnie 4 lata temu miało miejsce wydarzenie, które w świecie walut często określane jest czarnym czwartkiem jako nawiązanie do początku kryzysu z końca lat 20 XX wieku. Tego dnia Bank Narodowy Szwajcarii ogłosił, że przestaje interweniować na rynkach sztucznie obniżając kurs franka względem euro. W tym samym momencie parytet wymiany 1,2 franka za 1 euro przestał istnieć. Inwestorzy bardzo sprawnie doprowadzili franka do jego rynkowej wyceny. Nie odbyło się to bez reperkusji na innych walutach, szczególnie naszego regionu. W rezultacie jednego dnia kurs franka skoczył o 20% w górę i tyle samo podskoczyły raty kredytów. W dół poszły co prawda stopy procentowe, które to z kolei po przeliczeniu spowodowały, że raty część tej podwyżki spadły.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Uwaga całego świata dziś wieczorem skupi się na Wielkiej Brytanii

Kluczowe głosowanie może zadecydować o losie funta. Złoty również nie pozostanie na nie obojętny.

Zmienność na rynku walutowym – tak na głównych parach, jak i złotym –  wczoraj pozostawała wyjątkowo niska. Dziś jednak, zwłaszcza wieczorem, silne ruchy są wyjątkowo prawdopodobne. Wyższa zmienność nie powinna ominąć również samego złotego. Jeśli w dzisiejszym głosowaniu w brytyjskiej Izbie Gmin zrealizuje się scenariusz korzystny dla funta brytyjskiego, polska waluta powinna również zyskiwać w relacji do głównych walut. Jeśli nie – złoty może się osłabić. Jest to związane z faktem, iż tak istotne wydarzenie nie powinno pozostać bez wpływu na sentyment do aktywów europejskich oraz aktywów ryzykownych – a złotego można zaliczyć do obu tych grup.

Odrzucenie porozumienia wynegocjowanego przez Theresę May może wiązać się z wyprzedażą brytyjskiej waluty, zwłaszcza jeśli umowa zostanie odrzucona znaczącą przewagą głosów. Akceptacja obecnej wersji porozumienia – mimo, iż mało realna – niemal na pewno wiązałaby się z silnym umocnieniem brytyjskiej waluty. Jak silnym? Naszym zdaniem w relacji do dolara amerykańskiego funt mógłby umocnić się o ok. 4% z obecnych poziomów, nieco mniej zyskując w parze ze złotym, dla którego pozytywna informacja płynąca z Wielkiej Brytanii również byłaby korzystna.

Istotne dla funta brytyjskiego – oraz w kontekście sentymentu, mającego wpływ również na złotego – będzie to, co wydarzy się w następstwie głosowania, scenariuszy jest bowiem bardzo dużo i trudno wykluczyć jakikolwiek z nich. Obecnie najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje się być odrzucenie umowy i wydłużenie okresu poprzedzającego Brexit, powyżej obecnego horyzontu zakładanego przez artykuł 50 (29 marca).

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Wahania na euro wczoraj były bardzo ograniczone – po obu stronach Atlantyku brakowało wydarzeń mogących istotnie wpłynąć na główną parę.

Dziś rano wspólna europejska waluta traci, co związane jest z publikacją słabych danych z Niemiec. Roczna ekspansja gospodarcza kraju w 2018 r. wyniosła 1,5% rocznie, tym samym kraj odnotował najniższe tempo wzrostu PKB od 5 lat.

W drugiej części dnia uwaga inwestorów powinna skupić się przede wszystkim na kwestii głosowania nad porozumieniem dotyczącym Brexitu i jego konsekwencji. Rezultat pozytywny dla brytyjskiej waluty będzie pozytywny również dla euro, negatywne rozstrzygnięcie z kolei może zaszkodzić wspólnej walucie. Kilka godzin przed głosowaniem, w Parlamencie Europejskim przemawiać i odpowiadać na pytania będzie prezes EBC, Mario Draghi. Nawet jeśli jego ton w kwestii perspektyw gospodarek wspólnego bloku, czy polityki monetarnej ulegnie zmianie niewykluczone, że efekt jego wypowiedzi będzie ograniczony i pochłonięty przez oczekiwania względem brytyjskiego głosowania.

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,80-4,83. Brytyjska waluta również w relacji do głównych walut zakończyła wczorajszy dzień w okolicy poziomu, na którym go rozpoczęła. W ciągu dnia notowaliśmy jednak wyższą zmienność, która związana była z informacjami dotyczącymi Brexitu. Początkowo, pojawiły się komentarze o tym, iż frakcja najbardziej zagorzałych zwolenników „twardego Brexitu” w Partii Konserwatywnej licząca około 70 osób może poprzeć porozumienie May, plotki niedługo potem zostały jednak rozwiane, co sprawiło, że funt powrócił do wcześniejszych poziomów.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,74-3,75. Początek tygodnia nie przyniósł znaczącej zmienności na USD. We wczorajszej wypowiedzi Richard Clarida z FOMC stwierdził, że nie widzi recesji „na horyzoncie”, tym samym uspokajając część obaw o rosnące prawdopodobieństwo realizacji takiego scenariusza.

W kontekście Stanów Zjednoczonych warto wspomnieć o wczorajszych, porannych danych z Chin, które są pierwszymi odczytami wyraźnie wskazującymi na problemy chińskiego handlu w kontekście wojny handlowej. Pod koniec roku wyraźnie spadł eksport, słabo radził sobie również import. Szczególnie martwi ten pierwszy – ujemna dynamika rzędu 4,4% w ujęciu rocznym oznacza, że chiński eksport w końcówce roku radził sobie najgorzej od dwóch lat. Wieści z Chin nie przeszły bez echa i zwłaszcza w pierwszej części dnia ciążyły aktywom ryzykownym, szczególnie uderzając w surowce – to właśnie m.in. z tego powodu wczoraj słabo radziła sobie ropa naftowa.

Wtorek przyniesie dość dużo danych z USA, poznamy m.in. szacunki bilansu handlowego i inflacji PPI w końcówce roku, nie zabraknie również przemówień członków FOMC. Uwaga inwestorów w USA, podobnie zresztą jak tych z całego świata, dziś jednak powinna skupić się na kwestii Brexitu. Rezultat i konsekwencje głosowania, w związku z tym, iż wpłyną zarówno na sentyment do ryzyka, jak i aktywa europejskie, nie pozostaną też bez wpływu na USD.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – inflacja PPI w USA w grudniu
  • 16:00 – przemawia przewodniczący EBC, Mario Draghi
  • 19:00 – głosowanie brytyjskiego parlamentu ws. umowy o Brexicie

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Zagrożenia „twardego Brexitu”

Do 29 marca pozostało już tylko 81 dni, a warunki opuszczenia przez Wielką Brytanię struktur Unii Europejskiej nadal nie są jasne. Zdaniem analityków Polskiego Instytutu Ekonomicznego brak porozumienia i tak zwany „twardy Brexit” przełożą się na wzrost stawek celnych, utrudnienia dla firm transportowych, a także ograniczenia w dostępie do brytyjskiego rynku pracy.

Twardy Brexit uderzy w eksporterów żywności do Wielkiej Brytanii

Wyjście Wielkiej Brytanii z UE bez umowy oznaczać będzie powrót stawek celnych oraz zwiększenie poziomu barier pozataryfowych we wzajemnym handlu. Przy zachowaniu obecnej struktury towarowej średnia ważona stawka celna w polskim eksporcie do Wielkiej Brytanii może wzrosnąć do 8,5% – wynika z szacunków Łukasza Ambroziaka, analityka Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Twardy Brexit w szczególności uderzyłby w producentów mięsa i przetworów mięsnych oraz produktów mleczarskich, sprzedających na rynek brytyjski. Średnia ważona stawka celna w eksporcie rolno-spożywczym do Wielkiej Brytanii może bowiem przekroczyć nawet 28%. Żywność stanowi około 20% polskich dostaw do Wielkiej Brytanii, która jest drugim pod względem wielkości jej odbiorcą – podkreśla analityk PIE.

Wpływ na sektor transportu

Jak zaznacza Łukasz Ambroziak, przywrócenie kontroli celnych w sytuacji twardego Brexitu spowoduje także duże zakłócenia w działalności polskich firm przewozowych transportujących towary przez Kanał La Manche. Wydłuży się bowiem czas transportu ładunków oraz wzrosną jego koszty. Większa część ładunków może docierać na rynek brytyjski drogą morską, co wykluczy polskie firmy przewozowe. Dodatkowo twardy Brexit może oznaczać dla transportu drogowego powrót do zezwoleń na wykonywanie przewozów – dodaje Ambroziak.

Wyjazdy do Wielkiej Brytanii

Według zapewnień brytyjskich polityków, z Premier Theresą May na czele, Polacy przebywający na Wyspach powinni być spokojni o swój byt. Ich dotychczasowe prawa mają być w pełni zachowane. Należy się jednak spodziewać wprowadzenia nowej polityki migracyjnej, która obejmie osoby dopiero planujące przyjazd do Zjednoczonego Królestwa. Jej głównym założeniem jest zakończenie swobody przepływu osób, a tym samym ograniczenie napływu pracowników, szczególnie tych niskowykwalifikowanych. W tym celu mają pojawić się wizy i pozwolenia na pracę. Dla osób zarabiających powyżej poziomów 30 tysięcy funtów rocznie, które definiowane są jako osoby wykwalifikowane, ma powstać specjalna ścieżka przyznawania wiz na okres pięciu lat. Z kolei osoby poniżej tego progu dochodowego będą mogły liczyć jedynie na roczne wizy wjazdowe połączone z pozwoleniem na pracę. Co istotne wizy nie będą konieczne w przypadku podróży służbowych czy turystycznych, a więc w przypadku pobytu tymczasowego. Należy się spodziewać, że Brexit przełoży się na ograniczenie wyjazdów zarobkowych Polaków na Wyspy Brytyjskie, szczególnie w sytuacji, gdy na polskim rynku pracy występuje rekordowy popyt na pracowników – podsumowuje Andrzej Kubisiak, Ekspert ds. Rynku Pracy w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

***

Założenia przyjęte do szacunków:

  1. Przyjęto, że w sytuacji „twardego Brexitu” Wielka Brytania przyjmie taryfę celną UE.
  2. Stawki celne w przywozie UE dotyczą 2017 r. Dla stawek celnych specyficznych zastosowano ekwiwalenty ad valorem dostępne w bazie WITS-Trains.
  3. Wartości eksportu do Wielkiej Brytanii z 2017 r. pochodzą z bazy GUS.
  4. Obliczenia wykonano na poziomie ośmiocyfrowym klasyfikacji CN, a następnie zagregowano je do odpowiedniego poziomu.

Które branże najbardziej potrzebują pracowników z zagranicy?

Niskie bezrobocie oraz rosnący problem z zapełnianiem braków kadrowych w Polsce doprowadził do sytuacji, iż pracownicy zagraniczni przestali być sposobem na oszczędność, lecz stali się ratunkiem dla funkcjonowania polskich firm. W jakich branżach aktualnie odnotowuje się ich największą obecność? Na to pytanie odpowiada Mariusz Hoszowski, prezes firmy Smart Work.

Mariusz Hoszowski -  Prezes firmy Smart Work
Mariusz Hoszowski –  Prezes firmy Smart Work

Od czterech lat rośnie liczba zagranicznych pracowników decydujących się na podjęcie legalnej pracy w Polsce. Według danych zgromadzonych przez Agencję Pracy Smart Work na stałe w naszym kraju przebywa już ponad pół miliona obcokrajowców, z czego lwią część stanowią obywatele Ukrainy. Bez ich obecności znacząca liczba polskich przedsiębiorstw aktualnie miałaby problemy nie tylko w prowadzeniu swojej działalności, ale także w dalszym rozwoju oraz samej rentowności. Zatem, gdzie najbardziej potrzeba pracowników z zagranicy?

„Na dzień dzisiejszy w Polsce nie istnieje gałąź gospodarki, w której nie odnotowuje się działalności pracowników ze Wschodu. W ciągu ostatnich lat popyt na tego typu kadry pracownicze rozłożył się równomiernie na większą liczbę branż, dlatego cudzoziemców spotyka się już nie tylko w budownictwie, rolnictwie czy przetwórstwie przemysłowym, ale także w sektorze usług – transporcie, handlu, turystyce czy gastronomii. Warto również wspomnieć o rosnącej liczbie osób z zagranicy, które zdecydowały się na założenie własnej działalności gospodarczej w naszym kraju.” – mówi Mariusz Hoszowski, prezes firmy Smart Work.

Kim jest mój pracownik?

Jacy pracownicy trafiają na nasz rynek? Zdecydowana większość wykonuje pracę, która nie wymaga konkretnych kwalifikacji, czyli na przykład związaną z szeroko pojętym montażem przemysłowym, czy rolnictwem. Z drugiej strony, polskie firmy pozyskują ze Wschodu także całą rzeszę specjalistów, czyli spawaczy, ślusarzy, szwaczki, operatorów CNC, wszelkiego rodzaju kierowców, operatorów maszyn budowlanych czy pracowników logistyki. Najmniejszy odsetek zagranicznych pracowników piastuje stanowiska kierownicze. Jak mówi Mariusz Hoszowski: „Niezależnie od branży, pozyskiwane ze Wschodu kadry pracownicze zapełniają braki kadrowe powstające w związku ze zwiększaniem wolumenu produkcji, zmianami demograficznymi, przejściami pracowników na emerytury oraz samą sezonowością popytu.”

Trochę statystyki

Wśród obcokrajowców decydujących się na pracę w Polsce, przeważającym odsetkiem są osoby w wieku produkcyjnym – według danych, największą grupą z ponad pół miliona cudzoziemców są ludzie w przedziale wiekowym 25 – 29 lat, a zaraz potem od 30 do 34 lat. „Do Polski ze Wschodu przyjeżdża bardzo dużo małżeństw oraz młodych osób. Choć dominującym modelem zatrudnienia dla nich jest wciąż praca dorywcza, ponad 10% pracowników wiąże jednak przyszłość z naszym krajem.” – wyjaśnia prezes firmy Smart Work. W przypadku płci, wśród obcokrajowców jest niemalże dwa razy więcej mężczyzn niż kobiet: „Problemem, z jakim wciąż się borykamy, jest preferowanie w większości miejsc pracy zatrudniania mężczyzn – stosunek wynosi tu 65 do 35. Oczywiście są branże, w których to kobiety podejmują głównie zatrudnienie –  na przykład w przemyśle włókienniczym, odzieżowym, skórzanym i spożywczym. Co więcej, pracownice wykonują także zajęcia wymagające cierpliwości i uwagi takie jak precyzyjny montaż czy opieka nad osobami starszymi.”.

Dlaczego Polska?

Z jakich względów zagraniczni pracownicy aktualnie decydują się na pracę w Polsce? Jak wyjaśnia Mariusz Hoszowski, Prezes firmy Smart Work, do Polski aktualnie przyjeżdżają osoby, które w swoim kraju nie mogą znaleźć zatrudnienia spełniającego ich finansowych oczekiwań. „Są to pracownicy aktywni, posiadający wysoką motywację związaną przede wszystkim z różnicami płacowymi w Polsce i na wchodzie Europy. Atrakcyjnym aspektem jest także coraz liczniejsza obecność danych mniejszości narodowych oraz brak izolacji kulturowej. Niestety nadal występuje problem zatrudniania pracowników wysoko wykwalifikowanych, posiadających na przykład, tytuły naukowe, na stanowiskach absolutnie podstawowych. Jest to takie samo zjawisko jak to, z którym mieliśmy do czynienia w latach ubiegłych w ramach migracji Polaków na Zachód. Niestety, rozwiązanie tego problemu w przypadku pracowników ze Wschodu póki co może być trudne lub wręcz niemożliwe.” – podsumowuje Mariusz Hoszowski, prezes firmy Smart Work.

Ultimate Games planuje wydać rekordową liczbę 54 gier w 2019 roku

Ultimate Games S.A. zamierza wydać w tym roku 54 gry. Wśród nich są długo wyczekiwane tytuły jak Phantom Doctrine, Hard West, Professional Fishing (Pro Fishing) Mobile, Unlucky 7, Agony, Deadliest Catch: The Game, Thief Simulator, Bug Academy oraz Woodzone.

Spółka zapowiedziała 54 tytuły, w tym porty starszych gier na nowe platformy. Wydawca nie wyklucza, że do tej listy w 2019 roku mogą dołączyć kolejne produkcje.

Mateusz Zawadzki
Mateusz Zawadzki, CEO Ultimate Games

Ten rok zapowiada się dla nas  rekordowo jeśli chodzi o plany wydawnicze. W wielu grach upatruję duży potencjał komercyjny. Ich sukces pomoże nam dalej realizować strategię długoterminową ocenia Mateusz Zawadzki, CEO Ultimate Games.

Wśród zapowiedzi jest Phantom Doctrine na Nintendo Switch – strategia szpiegowska, której akcja toczy się w latach 80. ubiegłego wieku i prezentuje alternatywną wersję zimnej wojny. Hard West na Nintendo Switch to z kolei turowa gra taktyczna, rozgrywająca się na fikcyjnej wersji Dzikiego Zachodu, gdzie oprócz napadania na banki i walki z siejącymi postrach bandytami spotkać można diabły, duchy i nieumarłych.

Professional Fishing (Pro Fishing) Mobile na smartfony to popularny symulator wędkarstwa, dzięki któremu gracz może się poczuć jak prawdziwy wędkarz. W tej wersji można dodatkowo stworzyć własny klub wędkarski i rywalizować z innymi graczami.

Unlucky 7 na PC to przygodowa gra akcji w klimacie horroru. Gracze wcielają się tu           w zwierzęta, którym nadano ludzkie cechy, istoty z problemami, mające na sumieniach niejeden grzech. Bohaterowie ruszają w kosmiczną, fotorealistyczną podróż, która opowiada o miłości, nienawiści i wilczym apetycie na ludzkie mięso.

Agony na Nintendo Switch to pierwszoosobowy horror osadzony w piekle. Gracz rozpoczyna podróż jako udręczona dusza, nie pamiętająca swojej przeszłości. Grający posiada jednak umiejętność przejmowania kontroli nad ludźmi i demonami i to pomaga mu przetrwać.

Stworzone we współpracy z telewizją Discovery Deadliest Catch: The Game na PC to symulator poławiania krabów, w którym gracze – jako kapitanowie statku – wyruszają na Morze Beringa. Poławianie krabów to niezwykle trudna profesja, gracze muszą zmagać się ze sztormami, walką z czasem, mierzeniem złowionych sztuk i sukcesywnym zbijaniem fortuny.

Dwa kolejne tytuły to: Woodzone (na PC) – wyjątkowa okazja na zostanie przedsiębiorczym drwalem, w której gracz posiada firmę rozwijającą się na jego oczach lub wchodzi po szczeblach kariery w innej korporacji, aby w końcu zostać w niej szefem oraz Bug Academy (na Nintendo Switch) – produkcja umożliwiająca szkolenie owadów, która ma się wyróżniać m.in. zwariowanym klimatem, rozgrywką opartą na radosnym chaosie oraz urokliwą oprawą audiowizualną.

Ciekawą propozycją będzie też Thief Simulator na Nintendo Switch, gdzie głównym bohaterem jest złodziej włamujący się do domów i wykradający z nich cenne przedmioty. Zadaniem gracza jest poprowadzenie jego „kariery” tak, by nigdy nie trafił w ręce wymiaru sprawiedliwości.

Długoterminowa prognoza walutowa euro, dolar na lata 2019-2020

Rok 2018 przyniósł wiele zmian na rynku walut. W przeciwieństwie do 2017 roku, nie był to szczególnie dobry okres dla polskiej złotówki. Jednak według przewidywań ekspertów Aforti Exchange kondycja PLN ma szansę wzmocnić się w kolejnych miesiącach 2019 roku.

Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI
Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI

Analitycy Aforti Exchange wskazują, że długoterminowe analizy walutowe na lata 2019-2020 wyglądają dosyć optymistycznie względem złotówki:

  • spowolnienie gospodarcze w Europie – w tym w Niemczech, czyli największej gospodarce strefy euro – będzie sprzyjać osłabieniu europejskiej waluty
  • kurs PLN względem EUR może oscylować w 2019 roku nawet w okolicach 4,30 za euro
  • złoty może wzmocnić się w 2019 roku do nawet 3,60 za dolara

Bez wątpienia skutki światowych, jak też europejskich wydarzeń politycznych odcisnęły piętno na rynkach finansowych. Głównymi czynnikami, które znacząco wpłynęły na wycenę EUR, USD i tym samym PLN, były z pewnością: wojna handlowa na linii USA-Chiny, podwyżki stóp procentowych w USA, niestabilna sytuacja Włoch, w tym m.in. skoki rentowności włoskich obligacji, wyprzedaż włoskiego długu, przy jednoczesnym wzroście deficytu Włoch, osłabienie niemieckiej gospodarki czy Brexit.

Jednocześnie, największy wpływ na światowe rynki walutowe w 2019 roku będą miały – wynik negocjacji handlowych między Stanami Zjednoczonymi a Chinami oraz polityka pieniężna Fed. Z kolei kluczowa z perspektywy rynków europejskich będzie – bieżąca polityka UE, w tym m.in. finalne warunki wyjścia UK z Unii Europejskiej.

EUR/USD – rok 2019 rokiem podaży

W przypadku pary walut EUR/USD rok 2018 należał bezdyskusyjnie do podaży. Po tym, jak rok wcześniej doszło do podejścia w rejon poziomu 1.2000 i wybicia wcześniejszego kanału spadkowego, realizacja zysków jest czymś jak najbardziej naturalnym.

Warto mieć jednak świadomość, że dominująca pozostała wciąż popytowa świeca z roku 2017, co oznacza, że silne wsparcie w cenie 1.1260 – wynikające z 50-proc. jej zniesienia – utrzymało się. Ponadto, cofnięcie z roku 2018 pozostało powyżej górnego ograniczenia wybitego kanału spadkowego, zatem możliwe jest to, że aktualnie mamy do czynienia z ruchem powrotnym, potwierdzającym gotowość do większego ruchu wzrostowego w 2019 roku.

Oczywiście okolice poziomu 1.1260 muszą się dalej bronić, co nie zmienia faktu, że chwilowe zejścia w rejon poziomu 1.1090 są możliwe w pierwszych miesiącach 2019 roku.

Silnym oporem dla rynku w perspektywie kolejnych lat jest wspomniana już bariera 1.20 i w przypadku jej trwałego pokonania, celem stanie się wewnętrzna linia trendu spadkowego, czyli obecnie okolice poziomu 1.29.

Z kolei trwałe zanegowanie bariery 1.10, z czym musimy się wciąż liczyć, biorąc pod uwagę aktualną tendencję spadkową, z którą mamy do czynienia do 2009 roku, to sygnał na kolejną podfalę spadkową (5) o potencjale ruchu do lokalnego wsparcia (minimum fali 3) w cenie 1.0520.

kurs euro do dolara
Źródło: Aforti Exchange – notowania EUR/USD w układzie rocznym

Kurs dolara do złotego USD/PLN – złotówka z szansą na wzrosty względem amerykańskiej waluty

Szczególnie istotną informacją dla pary walut USD/PLN jest fakt, iż stopy procentowe w USA są już wyższe niż w Polsce. Skutki tej sytuacji były już widoczne w wycenie złotego wobec dolara, w okresie, gdy amerykańska waluta umacniała się przez większą część 2018 roku. Natomiast Jednak – w ocenie ekspertów Aforti Exchange – w bieżącym roku złoty może się wzmocnić do nawet 3,60 zł za dolara.

W odniesieniu do pary walut USD/PLNformacja podwójnego szczytu, rozpościerająca się nad rynkiem od 2000 roku, wygląda na niezagrożoną. Wąski zakres 4.1300 – 4.1800 wywołał rok temu silne tąpniecie, które było potwierdzeniem siły wspomnianej strefy. Co ciekawe, spadki z 2017 roku zatrzymały się idealnie na kluczowej strefie wsparcia 3.4400 – 3.4800, a więc odreagowanie, z którym mięliśmy do czynienia rok później, było czymś niemal oczywistym.

Rok 2018 przyniósł wzrosty wartości dolara amerykańskiego w rejon poziomu 3.8340, który wynika z 50-proc. zniesienia poprzedzających go spadków. To kluczowe zniesienie, biorąc pod uwagę dominację podaży. Jeżeli w 2019 roku nie dojdzie do trwałego przekroczenia okolic 3.8340, możemy mieć do czynienia z powtórką schematu, który wystąpił na rynku w latach 2000 – 2007. Jednocześnie analogia do lat 2017 – 2018 wystąpiła w latach 2004 – 2005.

Gdyby rok 2018 okazał się tylko korektą spadków z poprzedniego roku, notowania dolara amerykańskiego mogą mieć poważne problemy, wynikające poniekąd ze zbyt dynamicznych podwyżek stóp procentowych w 2018 roku. Technicznie możliwe byłoby wówczas zejście USD w kierunku dolnego ograniczenia aktualnego, szerokiego kanału wzrostowego, czyli nawet w rejon poziomu 3.2000 w latach 2019 – 2020.

kurs dolara do złotego prognoza 2019
Źródło: Aforti Exchange – notowania USD/PLN w układzie rocznym

Kurs euro do złotego EUR/PLN – kurs PLN względem EUR może oscylować w 2019 roku w okolicach 4,15 – 4,40.

kurs euro do złotego w 2019
Źródło: Aforti Exchange – notowania EUR/PLN w układzie rocznym

Analizując kurs EUR/PLN okazuje się, że od 2011 roku barierą nie do przejścia pozostaje wąska strefa 4.4000 – 4.4600. Zdecydowanie zmniejszona zmienność w ostatnich latach jest z pewnością przejściowa, a problemy z kontynuacja wzrostów mogą zapowiadać mocniejsze cofnięcie. Jest to możliwe tym bardziej, że spadki z 2017 roku nie zostały zanegowane w kolejnym roku, przez co wstępny sygnał sprzedaży na rynku jest utrzymany.

Mimo to, ewentualna przecena będzie ograniczona przez barierę psychologiczną na poziomie 4.0000, pokrywającą się z minimami z 2015 roku i dopiero jej trwałe i zdecydowane zanegowanie będzie sygnałem na test minimów z 2007/2008 roku w cenie 3.6000.

Obawy o Brexit zwiększyły popyt na obligacje skarbowe

Odczyt inflacji powinien sprzyjać stabilizacji notowań polskich obligacji z krótkiego końca krzywej dochodowości. W oczekiwaniu na wtorkowe głosowanie dot. brexitu rynek stabilizuje się. W poniedziałek przy EUR/USD notowanym w okolicach 1,145 kurs EUR/PLN „trzymał się” poziomów 4,287-4,297.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Na rynku walutowym poniedziałkową sesję cechowała relatywna stabilizacja w oczekiwaniu na dzisiejsze głosowanie w parlamencie brytyjskim dot. wynegocjowanej umowy Brexitu. Przy EUR/USD notowanym w okolicach 1,145 kurs EUR/PLN „trzymał się” poziomów 4,287-4,297. Po południu lekkie wsparcie dały złotemu krajowe dane dot. rachunku obrotów handlowych, wskazujące na listopadowy deficyt na poziomie 221 mln euro wobec oczekiwanych -484 mln. Szczególnie pozytywnie zaskoczył eksport, słabszym niż oczekiwano spowolnieniem dynamiki. W ostatnich miesiącach obserwujemy spadek aktywności przemysłowej w krajach strefy euro, w tym silny w Niemczech, co wpływa na słabsze wyniki w Polsce, choć jak pokazała publikacja NBP w nieporównywalnie mniejszej skali. To pokazuje, że dane dot. Niemiec (naszego największego partnera handlowego) i dane dot. Polski rozkorelowały się, co jest pozytywnym sygnałem, stad to niewielkie popołudniowe umocnienie złotego. Trudno jest jednak oczekiwać, aby spadki kursu EUR/PLN utrzymywały się w kolejnych dniach tygodnia.

Z ostatnich doniesień wynika, że premier T. May będzie miała duże trudności z uzyskaniem poparcia i ostatecznie wtorkowe głosowanie może zakończyć się niepowodzeniem rządu, zwiększając jednocześnie ryzyko „niekontrolowanego” opuszczenia UE przez Wielką Brytanię. Na rynku finansowym może to doprowadzić do wzrostu awersji do ryzyka, podbijając wyceny bezpiecznych walut kosztem tych ryzykowniejszych. Taki scenariusz wspiera też ciągły brak porozumienia pomiędzy USA a Chinami w sprawie współpracy handlowej, pomimo docierających na rynek pozytywnych sygnałów. Opublikowane w poniedziałek fatalne dane handlowe z Chin mogą wskazywać na poważne konsekwencje globalnego sporu i zwiastować głębsze spowolnienie Państwa Środka (w grudniu chiński eksport spadł o 4,4% a import zmniejszył się o 7,6% wobec oczekiwanych odpowiednio: +3% i +5%). W efekcie, w najbliższych dniach utrzymać się może popyt na dolara, co nie będzie sprzyjać złotemu. Biorąc dodatkowo pod uwagę, że krajowe dane dot. rynku pracy i sfery realnej (produkcja przemysłowa + płace) zapewne potwierdzą umiarkowany wzrost aktywności pod koniec ub. roku oraz brak presji inflacyjnej i płacowej, a gołębie publikacje ze strefy euro m.in. wskażą na utrzymującą się słabą presję wzrostową cen, kurs EUR/PLN powinien powrócić w okolice 4,30.

Wspomniane gorsze dane z Chin oraz obawy o głosowanie Brexitowe dały podstawę do zwiększonego popytu na obligacje skarbowe. Nie oznacza to, że w pełni zostały odwrócone globalne wzrosty rentowności (po tym jak inwestorzy śmielej interesowali się aktywami bardziej ryzykownymi w związku z możliwym spowolnieniem zacieśniania polityki monetarnej przez Fed), jednak ich skala została w przeciągu ostatnich dwóch sesji wyraźnie zredukowana. W takim otoczeniu publikacje z lokalnej gospodarki schodzą tymczasowo na drugim plan w kontekście notowań instrumentów dłużnych. Do wzrostu zmienności nie powinna się więc przyczynić publikacja finalnych danych CPI za grudzień, gdzie prawdopodobnie potwierdzony pozostanie wstępny odczyt na poziomie 1,1% r/r. W takim wypadku notowania papierów 2-letnich powinny pozostawać w okolicy 1,40%, czemu sprzyja również nieoficjalnie rozszerzenie forward guidance prezesa Glapińskiego o braku zmian stóp nawet do końca kadencji obecnej RPP (wygasa w 2022 r.).

Wykres dnia: Obawy o losy umowy Brexitowej przyczyniają się do wzrostu ryzyka kredytowego.

Obawy o losy umowy Brexitowej przyczyniają się do wzrostu ryzyka kredytowego
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Inflacja hamuje zgodnie z planem. W grudniu inflacja wyniosła 1,1 proc.

W grudniu inflacja wyniosła 1,1 proc., to wynik zgodny z oczekiwaniami ekonomistów i jednocześnie najniższy od grudnia 2016 r. Tempo wzrostu cen w obecnym roku stanowi jedną z większych niewiadomych.

Według GUS, wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych był w grudniu o 1,1 proc. wyższy niż przed rokiem. W porównaniu do listopada nie zmienił wartości. To wynik najlepszy od dwóch lat, między innymi z powodu wysokiego punktu odniesienia z ubiegłego roku, gdy ceny rosły dość mocno. W grudniu 2017 r. ich dynamika sięgała 2,1 proc. W ostatnim miesiącu ubiegłego roku żywność i napoje bezalkoholowe drożały o 0,9 proc., a więc nieco mocniej niż w listopadzie, gdy poszły w górę o zaledwie 0,7 proc. Niższy z kolei był wzrost cen paliw. W grudniu wyniósł on 7,6 proc., podczas gdy w listopadzie sięgnął 10,6 proc. Nadal dość mocno, o 12,9 proc., drożał olej napędowy, zaś ceny benzyny były wyższe niż przed rokiem o 4,4 proc. To i tak ulga w porównaniu do listopada, gdy olej był droższy o 15,3 proc., a benzyna o 7,3 proc. Spadek notowań ropy naftowej na giełdach dość powoli przekłada się na ceny płacone przez kierowców na polskich stacjach benzynowych. Powodów do zadowolenia nie mają też korzystający z instalacji gazowych w swych pojazdach. Za gaz trzeba było płacić o 11,8 proc. więcej niż przed rokiem. Z kolei gaz używany w gospodarstwach domowych zdrożał o 3 proc.

Ceny związane z mieszkaniem wzrosły ogółem o 1,7 proc., ale najmocniej odczuwalny był wzrost opłat na rzecz właścicieli (czynsze), sięgający 4,4 proc., wywóz śmieci podrożał o 3,5 proc., a różnego rodzaju inne usługi związane z prowadzeniem gospodarstwa domowego podrożały o 3,9 proc. Koszty związane z mieszkaniem stanowią 20,35 proc. wszystkich wydatków gospodarstw domowych, a więc są na drugim miejscu po żywności, na którą statystyczny Polak wydaje 24,36 proc. swoich dochodów.

Żywność akurat drożeje znacznie wolniej niż w ubiegłym roku, ale i w tym przypadku mamy do czynienia z dużym zróżnicowaniem dynamiki. Potwierdzają się obawy dotyczące cen pieczywa, które poszły w górę o 9,1 proc. (w listopadzie rosły o 8,8 proc.). Z 9,4 do 10,1 proc. zwiększyła się dynamika wzrostu cen warzyw. Owoce były w grudniu tańsze niż przed rokiem o 12 proc., mleko potaniało o 1,3 proc., masło o 1,2 , a jaja o 14,5 proc. O 17,3 proc. mniej trzeba było płacić za cukier. Nadal tańsze było mięso wieprzowe (o 2,9 proc.) i drób (o 1,7 proc.). Za usługi telekomunikacyjne trzeba było w grudniu płacić o 5,9 proc. mniej niż przed rokiem, a sprzęt potaniał o 13 proc.

Niska dynamika inflacji oraz działania zmierzające do utrzymania cen energii na niezmienionym poziomie powodują, że w obecnym roku zbyt wielkie podwyżki nam nie grożą, jednak wciąż jest w tej kwestii wiele niewiadomych. Poziom inflacji niełatwo prognozować, więc negatywne niespodzianki mogą się przytrafić. Według GUS, średnioroczny jej poziom wyniósł 1,6 proc. Przewidywania ekonomistów na 2019 r. są mocno zróżnicowane. W każdym razie inflacja nie powinna skłonić Rady Polityki Pieniężnej do podwyżek stóp procentowych, a z ostatnich zapowiedzi tego gremium wynika, że mogą pozostać na niezmienionym, rekordowo niskim poziomie nawet do 2022 r.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

IPOPEMA Obligacji Korporacyjnych SFIO TFI numerem 1 wśród polskich funduszy długu korporacyjnego

IPOPEMA Obligacji Korporacyjnych wypracował roczną stopę zwrotu wynoszącą 3,08% w 2018, stając się najlepszym funduszem w grupie porównawczej polskich funduszy dłużnych korporacyjnych publikowanych przez Analizy Online. Średnia stopa zwrotu w ww. grupie za 2018 wyniosła 0,6%.

Analizy Online

Ponadprzeciętny wynik IPOPEMA Obligacji Korporacyjnych został osiągnięty w bardzo niesprzyjającym otoczeniu rynkowym, przy jednoczesnym zachowaniu konserwatywnego podejścia do zarządzania ryzykiem kredytowym.

Boguslaw Stefaniak – szef rynku obligacji w Ipopema TFI
Bogusław Stefaniak – szef rynku obligacji w Ipopema TFI

– Zamieszanie wokół spółki GetBack, dyskutowane oraz wprowadzane zmiany regulacyjne, a także negatywny sentyment inwestorów do obligacji korporacyjnych, przejawiający się wycofywaniem środków z tego segmentu rynku (ponad 3 mld zł w całym 2018 r.),  to jedynie niektóre czynniki, które wpłynęły ujemnie na wyceny funduszy w analizowanej grupie. Fala umorzeń, która przeszła przez rynek w czwartym kwartale (ok. 2 mld zł), dotknęła także nasz fundusz. Stosowane przez nas konserwatywne podejście do zarządzania płynnością pozwoliło uchronić inwestorów przed jej negatywnymi skutkami poprzez wypracowanie dodatnich stóp zwrotu w perspektywie kwartału oraz miesiąca – podkreśla Bogusław Stefaniak – szef rynku obligacji IPOPEMA TFI.

Na przestrzeni całego 2018 roku dominujący udział w aktywach funduszu posiadał rodzimy sektor bankowy – państwowych grup finansowych oraz instytucji z dominującym udziałem kapitału zagranicznego. Jednocześnie fundusz wykorzystał dobrą sytuację płynnościową czołowych deweloperów – spółek posiadających bank ziemi, pozwalający na swobodne funkcjonowanie w horyzoncie zapadalności wyemitowanych obligacji, akceptowalnym poziomem zadłużenia oraz odpowiednimi poziomami marż. Dywersyfikację portfela zapewniały m.in. obligacje przedsiębiorstw z sektorów: przemysł, chemia, telekomunikacja, ubezpieczenia oraz handel detaliczny. Bufor płynnościowy stanowiły m.in. inwestycje w obligacje skarbowe o zmiennym kuponie oraz wspomniane obligacje emitentów o wysokiej ocenie kredytowej.

Taka konstrukcja portfela pozwoliła zminimalizować ekspozycję na ryzyko stopy procentowej. Koncentracja na papierach emitowanych przez rodzime przedsiębiorstwa uchroniła fundusz przed negatywnym wpływem m.in. załamania waluty w Turcji. W portfelu nie ma i nigdy nie było emitentów zagrożonych niewypłacalnością  – dodaje Bogusław Stefaniak z IPOPEMA TFI.

Co przyniesie 2019 rok

W perspektywie najbliższych miesięcy zarządzający IPOPEMA TFI widzą kilka czynników, które powinny kształtować sytuację w segmencie obligacji korporacyjnych. Wśród czynników ryzyka znajdują się wprowadzane oraz dyskutowane zmiany legislacyjne (m.in. obowiązek dematerializacji oraz rejestracji

każdej emisji w KDPW), powracające echa afery GetBack oraz zamieszanie wokół KNF, które negatywnie wpływają na sentyment inwestorów.

Z drugiej strony liczne umorzenia z końca ubiegłego roku i dodatkowa podaż tworzą okazję atrakcyjnych zakupów i uzupełnienia portfela. Pozytywne tendencje w polskiej gospodarce powinny utrzymywać się w najbliższych kwartałach, co może przełożyć się pozytywnie na sytuację płynnościową emitentów. Dodatkowo, utrzymujące się niskie oprocentowanie depozytów winno ponownie skierować uwagę inwestorów na rozwiązania dające możliwość uzyskania wyższych stóp zwrotu.

Największe obniżki cen OC dla młodych kierowców

Średnia cena OC w 2018 r. wyniosła 741 zł. Zdecydowanie więcej na obowiązkową polisę musieli przeznaczyć kierowcy do 25. roku życia – 1793 zł. Obniżka od 2017 r. dla osób z tej grupy wiekowej była jednak największa i wyniosła aż 9,2%.

Średnie składki obowiązkowego ubezpieczenia zaczęły spadać w ostatnim kwartale 2017 r., jednak dopiero 2018 r. przyniósł długą wyczekiwaną stabilizację cen. Kierowcy płacili średnio o 5% mniej niż przed rokiem. Którzy kierowcy mogli liczyć na najniższe ceny obowiązkowej polisy? O tym w raporcie podsumowującym 2018 r. na rynku OC, przygotowanym przez zespół porównywarki ubezpieczeń rankomat.pl.Średnie ceny OC w 2018 r.

Młodzi kierowcy – najwyższa cena i największa obniżka

Spośród kierowców we wszystkich grupach wiekowych, najwięcej za ubezpieczenie OC w 2018 r. płacili młodzi kierowcy (18-25 lat). Cena polisy wyniosła w ich przypadku 1793 zł. Jednocześnie to właśnie oni mogli liczyć na największy spadek cen. Płacili oni bowiem aż 9,2% mniej niż w roku 2017. Najniższe składki płacili kierowcy powyżej 55. roku życia (626 zł).Cena OC a wiek

Młodych kierowców z reguły cechuje brak doświadczenia w prowadzeniu pojazdów oraz brak lub krótka historia bezszkodowej jazdy. Czynniki te mogą dodatkowo podwyższać oferowane osobom z tej grupy wiekowej ceny OC.

Najwyższe ceny dla kawalerów i panien

Biorąc pod uwagę stan cywilny właściciela pojazdu, najwięcej za polisę OC w 2018 r. płacili kawalerowie i panny. Obniżka w ich przypadku była jednak największa i wyniosła -10,8%.Stan cywilny a cena OC

Najmniej na OC w 2018 roku wydawały osoby będące w związkach małżeńskich (656 zł). Spadek cen był jednak dla nich najniższy i wyniósł -5,1%.

„Zobowiązany” według projektu nowej Ordynacji podatkowej

Projekt nowej Ordynacji podatkowej z dnia 4 lipca 2018 r. wprowadza instytucję „zobowiązanego”. Pod tym pojęciem według słowniczka do ustawy należy rozumieć podatnika, płatnika, inkasenta, osobę trzecią oraz następcę prawnego. Ustawodawca w Rozdziale 3 projektu ustawy składającym się z dwóch artykułów wymienił przysługujące tym osobom uprawnienia oraz ciążące na nich obowiązki. Czym są i co z nich będzie wynikało?

Uprawnienia

Z treści art. 33 projektu ustawy wynika, że na zasadach przewidzianych w przepisach prawa podatkowego zobowiązany jest w szczególności uprawniony do rzetelnego, bezstronnego, sprawnego i terminowego załatwiania jego spraw, otrzymania informacji i wsparcia, ochrony prywatności oraz zachowania danych w poufności, wyboru sposobu opodatkowania, zapłaty podatku w kwocie nie wyższej niż wymagana przez przepisy prawa podatkowego, korygowania deklaracji, uzyskania zwrotu nadpłaty oraz zwrotu podatku, stabilizacji stosunków prawnych przez przedawnienie, ubiegania się o ulgi w spłacie, reprezentowania przez pełnomocnika, czynnego udziału w postępowaniu podatkowym, załatwienia sprawy w porozumieniu z organem podatkowym, zaskarżenia rozstrzygnięć organów podatkowych, składania skarg i wniosków, otrzymania zaświadczenia.

Z powyższego przepisu wynikają zatem podstawowe uprawnienia, jakie otrzyma zobowiązany po wejściu w życie nowej Ordynacji podatkowej (styczeń 2019 r.). Wygląda to bardzo ładnie, jednak nie jest to żadna nowość. Uprawnienia takie istnieją od dawna, choć nie zostały zebrane jeszcze w jeden artykuł. Najistotniejszą kwestią jest jednak możliwość wykonywania tych uprawnień oraz przestrzeganie ich przez organy podatkowe. A jak doskonale wiadomo, na chwilę obecną jest z tym problem, chociażby ze zwrotem podatku (głównie VAT). Przedsiębiorcy boją się występować o jego zwrot, bo wiedzą, że zostanie on wstrzymany przez organ. Zmiana kosmetyczna nic nie wnosi.

Obowiązki

Art. 34 nowej Ordynacji podatkowej przewiduje natomiast, że do obowiązków zobowiązanego będzie należało w szczególności: rzetelne i niewadliwe prowadzenie ksiąg podatkowych oraz ich przechowywanie w sposób gwarantujący dostęp do nich uprawnionym organom, współdziałanie z organami podatkowymi, terminowe zgłaszanie właściwym organom podatkowym okoliczności powodujących powstanie, zmianę lub ustanie obowiązków lub praw, samoobliczenie podatku, rzetelne sporządzanie i terminowe składanie deklaracji, terminowa zapłata podatku, zwrot kwoty pieniężnej otrzymanej od organu podatkowego nienależnie, terminowe dostarczanie informacji i dokumentów oraz przedstawianie innych dowodów będących w jego posiadaniu, niepodejmowanie działań utrudniających weryfikację prawidłowości wykonywania obowiązków.

Jak wynika z powyższego i w tym przypadku zebrano znane od dawna obowiązki podatnika w jeden artykuł. W uzasadnieniu do projektu ustawy czytamy, że „taka konstrukcja umożliwia równoważenie podatkowych obowiązków zobowiązanych z przysługującymi im prawami, a jednocześnie uświadamia zarówno im, jak i organom podatkowym, jaki jest zakres uprawnień oraz powinności ciążących na zobowiązanym. W ten sposób zostają należycie zabezpieczone interesy obydwu stron stosunku podatkowoprawnego”.

A co z uprawnieniami i obowiązkami organów podatkowych?

Co ciekawe, nie przeprowadzono podobnego zabiegu odnośnie do obowiązków i uprawnień organów podatkowych. Z uzasadnienia do projektu ustawy wynika, że „odstąpiono od zaprezentowania katalogu uprawnień i obowiązków organów podatkowych. Uprawnienia i obowiązki tychże wyznaczane są ich kompetencjami”.

Jest to bardzo interesujące podejście ustawodawcy do obowiązków i uprawnień organów, głównie do podatników i podatników do organów, którzy to faktycznie mają poczuć się „zobowiązanymi” do wykonania ustawowych zaleceń fiskusa, a gdyby chcieli powołać się na obowiązki organów, wówczas sami muszą je wydedukować z innych norm prawnych. Co więcej, odstąpiono także od uregulowania kompetencji samych organów, a przecież to właśnie one mają dawać gwarancję, że realizacja uprawnień zobowiązanego będzie przestrzegana. To wszystko brzmi trochę tak, jakby fiskus chciał pokazać podatnikowi jego miejsce w systemie podatkowym. Tylko w jakim celu dokonywać spisywania owych uprawnień i obowiązków, skoro i tak wynikają one z ustawy i zostały wymienione tylko przykładowo, bowiem w każdym przypadku jest to katalog otwarty? Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że pomimo tych pięknie wyliczonych i zaprezentowanych uprawnień i obowiązków podatnika, płatnika itd. mają oni mieć poczucie winy, gdyby nie zrealizowali swoich skatalogowanych obowiązków – wszak ich nowe miano jest literalnie zobowiązujące. Ewidentnie zabrakło tutaj lustrzanego odbicia uprawnień i obowiązków, jakie winny spoczywać na organach podatkowych. Z pewnością nie wzmacnia to poczucia zaufania do organów podatkowych. Niewątpliwie w dalszym ciągu niezbędna będzie pomoc profesjonalisty w zakresie przestrzegania owych uprawnień zobowiązanych oraz obowiązków organów podatkowych w tym zakresie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ponad 10 tysięcy PLN kary za brak dokumentu o badaniu technicznym na Węgrzech

Jak donoszą przewoźnicy, węgierskie służby zaczęły wymagać podczas kontroli drogowych okazania dokumentu potwierdzającego przeprowadzenie badania technicznego. Czy wiesz, że za jego brak grozi grzywna ponad 10 tysięcy PLN? Uwaga, w myśl unijnej dyrektywy z 14 kwietnia 2014 roku, inne kraje członkowskie również mogą wprowadzić taką zasadę. Warto o tym pamiętać. Sprawa została już zgłoszona do Ministerstwa Transportu.

Stanowisko Węgier

Mateusz Włoch, ekspert firmy INELO
Mateusz Włoch, ekspert firmy INELO

– Zrzeszenie Międzynarodowych Przewoźników Drogowych zaleca wyposażenie pojazdów w dodatkowy dokument, jakim jest zaświadczenie o przeprowadzeniu badania technicznego wydanego przez diagnostów na stacjach kontroli pojazdów. Dlaczego? Okazuje się, że w przypadku kontroli na terytorium Węgier brak takiego dokumentu może skończyć się mandatem nawet w wysokości 800 000 UHF, a to ponad 10 tysięcy PLN – informuje Mateusz Włoch, ekspert firmy Inelo. Sprawa jest istotna. Polscy przewoźnicy powinni pamiętać o tym fakcie podczas podróży do Węgier lub przejazdów przez terytorium tego kraju. ZMPD zgłosiło się już z tą sprawą bezpośrednio do Ministerstwa Transportu. Tymczasem strona węgierska powołuje się na Dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/47/UE z 3 kwietnia 2014 roku w sprawie drogowej kontroli technicznej dotyczącej zdatności do ruchu drogowego pojazdów użytkowych poruszających się w obrębie Unii Europejskiej, a dokładnie na art. 7.

Jak brzmi artykuł 7?

1.Państwa członkowskie wymagają, aby świadectwo zdatności do ruchu drogowego odpowiadające najbardziej aktualnemu badaniu zdatności do ruchu drogowego lub jego kopia lub – w przypadku wydania elektronicznego świadectwa zdatności do ruchu drogowego – uwierzytelniony lub oryginalny wydruk takiego świadectwa oraz protokół najbardziej aktualnej drogowej kontroli technicznej były przechowywane w pojeździe, jeżeli są one dostępne. Państwa członkowskie mogą zezwolić swoim organom na akceptowanie elektronicznych materiałów dowodowych takich kontroli, jeżeli informacje na ten temat są dostępne.

2.Państwa członkowskie wymagają, aby przedsiębiorcy i kierowcy pojazdu podlegającego drogowej kontroli technicznej współpracowali z funkcjonariuszami służb kontrolnych oraz zapewniali dostęp do pojazdu, jego części i wszelkiej właściwej dokumentacji do celów kontroli.

3.Państwa członkowskie zapewniają, aby odpowiedzialność przedsiębiorców za utrzymywanie wykorzystywanych przez nich pojazdów w stanie zapewniającym bezpieczeństwo i w stanie zdatności do ruchu drogowego została określona, bez uszczerbku dla odpowiedzialności kierowców tych pojazdów.

Zalecane

– Może to oznaczać, że nie tylko Węgry, ale wszystkie kraje członkowskie UE będą w przyszłości chciały wprowadzić podobne wymagania – komentuje ekspert Inelo. – Zgodnie z tymi przepisami w pojeździe powinno znaleźć się zaświadczenie (lub jego kopia) o przeprowadzeniu badania technicznego wydanego przez diagnostów na stacjach kontroli pojazdów. Wprawdzie wprowadzone obostrzenia dokumentacyjne mogą zaskakiwać – tym bardziej, że poruszając się na terenie Polski te obowiązki zostały ograniczone do minimum i już od października ubiegłego roku nie jest wymagane przewożenie w pojeździe nawet dowodu rejestracyjnego czy polisy ubezpieczeniowej – jednak w celu złagodzenia przebiegu kontroli warto wyposażyć pojazd w dodatkowe dokumenty – dodaje Mateusz Włoch.

Obligacje skarbowe oszczędnościowym hitem w 2018 r.

W 2018 r. Polacy kupili obligacje skarbowe za 12,7 mld zł, bijąc historyczny rekord. Ta forma lokowania oszczędności zyskuje na popularności kosztem lokat bankowych oraz większości innych instrumentów finansowych.

Zainteresowanie obligacjami skarbowymi zaczęło wyraźnie się zwiększać od 2015 r., czyli od czasu, gdy Rada Polityki Pieniężnej obniżyła podstawową stopę procentową do 1,5 proc. a wraz z nią w dół poszły odsetki od lokat bankowych. Rok później rozpoczął się odpływ oszczędności z lokat. Od lutego 2016 r. do listopada 2018 r. ich wartość zmniejszyła się o 25 mld zł, przybywać zaś zaczęło chętnych na obligacje. W 2016 r. wydano na nie 4,6 mld zł, o 44 proc. więcej niż rok wcześniej, w 2017 r. kupiono papiery za 6,9 mld zł, co oznaczało wzrost o 50 proc., a w 2018 r. rekordowe 12,7 mld zł, czyli 84 proc, więcej. Warto zauważyć, że wcześniejsze rekordy sprzedaży pochodzą z 2001 r. i 2008 r., czyli z lat słynących z poważnych kryzysów na rynkach finansowych i w globalnej gospodarce. Co prawda 2018 r. do najspokojniejszych nie należał, ale w przypadku polskiej gospodarki był wyjątkowo pomyślny. Tym, co skłaniało do kupna obligacji, poza wspomnianym niskim oprocentowaniem lokat bankowych, była nie tyle obawa przed pogorszeniem się sytuacji, lecz niechęć do bardziej ryzykownych inwestycji.

Swego rodzaju fenomenem jest fakt, że w 2018 r. największym zainteresowaniem cieszyły się obligacje trzymiesięczne, których oprocentowanie, wynoszące 1,5 proc. w skali rocznej, nie różniło się wiele od średniego oprocentowania lokat bankowych i nie chroniło przed inflacją. Te papiery stanowiły jedną trzecią wszystkich sprzedanych przez ministerstwo finansów obligacji detalicznych, czyli 4,2 mld zł. Dla części nabywców okazały się one jednak bardziej atrakcyjne niż lokaty, a dodatkowo swoją popularność zawdzięczały krótkiemu okresowi zamrożenia kapitału. Ta cecha, czyli krótki horyzont, jest przez posiadaczy oszczędności wyraźnie preferowana, nawet kosztem niższej opłacalności. Dla przykładu, obligacje dziesięcioletnie, dające w pierwszym roku 2,7 proc. odsetek, a w następnych latach skutecznie chroniące przed inflacją, stanowiły jedynie 8 proc. sprzedanych papierów (nieco ponad miliard złotych). Jeszcze mniej chętnych było na 6- i 12 letnie obligacje rodzinne, dedykowane beneficjentom programu 500+, mimo, że można było dzięki nim uzyskać odpowiednio 2,8 i 3,2 proc. w pierwszym roku, a w następnych latach korzystać z sięgającej 1,75 i 2 punktu procentowego premii powyżej wskaźnika inflacji. Na ich zakup wydano łącznie zaledwie 30,2 mln zł.

Na drugim miejscu pod względem popularności, z udziałem wynoszącym 28,1 proc. (3,6 mld zł), znalazły się obligacje dwuletnie o stałym, wynoszącym 2,1 proc. oprocentowaniu w skali rocznej. Ich zalety to prosta konstrukcja, z góry określająca kwotę odsetek oraz ich konkurencyjna wobec lokat bankowych i papierów 3-miesięcznych wysokość, a także relatywnie krótki okres zamrożenia oszczędności. Obligacje o stałym oprocentowaniu są szczególnie użyteczne w warunkach niskiej i spadającej inflacji. Z tego też powodu, w 2016 r. ich udział w sprzedaży sięgał aż 76,5 proc., a rok wcześniej 50,9 proc. W warunkach wysokiej i rosnącej inflacji lepiej sprawdzają się obligacje czteroletnie, których oprocentowanie w pierwszym roku sięga 2,4 proc., a w kolejnych jest uzależnione od wskaźnika inflacji i powiększone o 1,25 punktu procentowego. W 2016 r., gdy inflacja poszła mocniej w górę, ich udział w sprzedaży podskoczył do prawie 36 proc. z niecałych 13 proc. rok wcześniej. W 2018 r. wyniósł 26,3 proc. (3,3 mld zł).

W ubiegłym roku ministerstwo finansów podjęło dwie inicjatywy, mające na celu zwiększenie zainteresowania obligacjami detalicznymi. W czerwcu przeprowadziło pilotażową emisję dziesięciomiesięcznych obligacji premiowych. Oprócz wynoszącego 1,5 proc. w skali rocznej oprocentowania, papiery te biorą udział w losowaniu premii pieniężnych, w wysokości od 10 zł do 10 tys. zł. (w sumie na nagrody przeznaczono 1,48 mln zł). Cieszyły się one umiarkowanie dużym powodzeniem, nabywców znalazły obligacje o wartości 371 mln zł. W październiku z kolei zachętą była obniżona cena zakupu obligacji za środki pochodzące z wykupu papierów z wcześniejszych emisji. Podbiło to październikową sprzedaż obligacji do rekordowych ponad 1,5 mld zł, a na zamianę przeznaczono ponad dwuipółkrotnie więcej pieniędzy niż miesiąc wcześniej.

Choć popularność obligacji wśród posiadaczy oszczędności rośnie, to jednak ich udział w finansowaniu potrzeb pożyczkowych państwa jest niewielka i ledwie przekracza 2 proc. Na 934 mld zł zadłużenia skarbu państwa jedynie około 20 mld zł przypada na nabywców detalicznych (według stanu na październik 2018 r. było to dokładnie 18,9 mld zł). Szacuje się, że około 100 tys. Polaków ma w swym portfelu detaliczne obligacje skarbowe.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Złe wieści, to dobre wieści – edycje chińska i brytyjska

We wtorek handel w Azji dla odmiany przynosi falę pozytywnego nastawienia, gdyż władze Chin wiedzą, jak neutralizować rozczarowujący wydźwięk danych z gospodarki. Indeksy wracają do wzrostów, a na rynku walutowym widać tradycyjne oznaki wzrostu apetytu na ryzyko: silniejszy AUD i NZD, słabszy JPY. Dalej w ciągu dnia tematem nr 1 będzie brexit, gdyż wieczorem brytyjski parlament niemal na pewno odrzuci projekt porozumienia z UE. I wcale nie musi być z tego dramat dla Wielkiej Brytanii.

Po poniedziałkowym pesymizmie nie ma już śladu, a wodze przejmuje pozytywne odreagowanie. Impulsem do ocieplenia klimatu stały się wieści z Chin, tym razem dobre. Co już niemal jest tradycją, gdy zbyt głośna staje się dyskusja o problemach gospodarczych Chin (a tak było wczoraj po słabych danych z handlu zagranicznego), władze w Pekinie szybko reagują zapowiedzią działań stymulacyjnych – Ministerstwo Finansów zasygnalizowało, że państwo dokona „cięć podatków w dużej skali” by wesprzeć spowalniającą gospodarkę. Z obniżek mają skorzystać małe przedsiębiorstwa w sektorze wytwórczym, czyli te, które cierpią na zaostrzeniu polityki celnej z USA. Dodatkowo dziś zaczęła obowiązywać zapowiedziana w ubiegłym tygodniu obniżka stopy rezerw obowiązkowych, która poprawi płynność w sektorze bankowym. Ogólnie rynkowi zostało przypomniane, że temat „twardego lądowania” Chin nie może mieć miejsca, póki Pekin może zrobić wszystko w temacie stymulacji gospodarczej. Dla rynku nie jest to wielkie zaskoczenie i patrząc na płytkość wczorajszej korekty inwestorzy nie popadali w panikę po danych z handlu, jakby licząc na rychłą odpowiedź chińskich władz. Tryb „zła wiadomość to dobra wiadomość” został włączony.

W podobny sposób rynek podchodzi też do niemal pewnej porażki premier May w głosowaniu (po 20:00 polskiego czasu) w brytyjskim parlamencie nad projektem porozumienia z UE ws. brexitu. Premier May nawet nie walczy o zwycięstwo, ale od skali porażki zależy, co będzie mogła zrobić dalej. Druzgocąca klęska ponad 200-oma głosami (liczba pojawiająca się w medialnych spekulacjach) równie dobrze oznacza koniec tego rządu. Partia Pracy prawdopodobnie zawnioskuje o wotum nieufności, ale rebelianci w Partii Konserwatywnej bardziej niż May nienawidzą lidera laburzystów Corbyna, więc ta opcja ma małe szanse powodzenia. Przegrana mniej niż setką głosów wciąż daje pole do manewru, a przede wszystkim umożliwi powrót do rozmów z Brukselą nad szczegółami umowy wyjścia z UE. Wachlarz potencjalnych rozwiązań wciąż będzie szeroki, ale debata parlamentarna z ostatnich dni zmieniła trochę rozkład prawdopodobieństw dla przyszłych scenariuszy. Zatwierdzone poprawki zamknęły drogę dla wyjścia z UE bez uzgodnionych warunków. Mimo to nic nie jest pewne. Dzisiejsza porażka rządu oznacza, że May będzie miała trzy dni na wypracowanie nowej strategii. Co wybierze? Ubłaganie Brukseli o złagodzenie stanowiska wobec backstopu? Odroczenie brexitu (z 28 marca na lipiec)? Oddanie negocjacji w ręce parlamentu? Powtórzenie referendum? A może anulowanie brexitu? Jakkolwiek tzw. opcja „no-deal brexit” przestała straszyć, co tłumaczy rajd GBP w ostatnich dniach, tak konflikty na brytyjskiej scenie politycznej dla inwestorów oznaczają podtrzymanie chaosu. Sprawy posuwają się w dobrą stronę, ale nie liniowo i łatwiej jest obstawić, gdzie będzie funt za pół roku niż za dwa dni.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Gospodarka cyrkularna – najważniejsze trendy na 2019 rok

Szczyt klimatyczny COP24 sprawił, że oczy całego świata zwróciły się w stronę problemów związanych z ociepleniem klimatu i zanieczyszczeniem środowiska. Deklaracje przedstawicieli państw, a także regulacje unijne z 2018 roku pozwalają sądzić, że działania zmierzające do minimalizowania negatywnego wpływu człowieka na środowisko, stanowić będą jeden z głównych trendów na 2019 rok. Jak na tym tle wypada gospodarz szczytu klimatycznego?

Ograniczenie zużycia zasobów naturalnych oraz wykorzystania tworzyw sztucznych, zmniejszenie masy odpadów na składowiskach i wreszcie redukcja emisji gazów cieplarnianych to istotne trendy z zakresu zrównoważonego rozwoju, które będą kształtować gospodarkę światową w 2019 roku.

Trend 1. Ograniczenie zużycia zasobów naturalnych

Według danych zawartych w raporcie Global Footprint Network w 2018 roku już w sierpniu wykorzystaliśmy zasoby naturalne, które powinny starczyć do końca roku. W Polsce poziom ten został osiągnięty nawet wcześniej, bo już w maju. Zgodnie z szacunkami, co roku tzw. Dzień Długu Ekologicznego, przypada o kilka dni wcześniej. Jednocześnie, według danych Eurostatu, w 2016 roku w Europie wytworzono aż 5 ton odpadów na mieszkańca (w Polsce dokładnie 4 793 kg/mieszkańca).

Odpowiedzią na tę sytuację jest m.in. korzystanie z surowców pochodzących z recyklingu. Postanowienia Rady Unii Europejskiej obligują kraje członkowskie do podążania tą ścieżką. Zgodnie z nowymi przepisami dotyczącymi gospodarki odpadami poziom recyklingu papieru, metali, tworzyw sztucznych i szkła powinien wynosić minimum 50% do 2020 roku.

Obecnie w Polsce poziom recyklingu jest jednym z niższych w Europie. W przypadku odpadów komunalnych wynosi zaledwie 26,7% i jest niemal dwukrotnie niższy niż średnia europejska. Jednak, jak zaznaczyła w swoim wystąpieniu podczas COP24  Minister Przedsiębiorczości i Technologii, Jadwiga Emilewicz, głównym problemem Polski nie są odpady komunalne: „Najwięcej odpadów, które produkujemy w Polsce, to odpady przemysłowe: odpady powydobywcze i wszystko, co wiąże się z przemysłem wydobywczym oraz z ciężkim przemysłem przetwórczym”. Minister zaznaczyła przy tym, że te odpady są jednocześnie najtrudniejsze do przetworzenia. „Recykling związany z tymi odpadami jest dzisiaj jednym z najpoważniejszych wyzwań, w jaki sposób prowadzić tak naprawdę politykę rekultywacyjną, bo o odzyskiwaniu tu mówić bardzo trudno” – dodała.

– Problem związany z niskim poziomem recyklingu istnieje w debacie publicznej w Polsce od dawna. Brakuje natomiast konkretnych rozwiązań i pomysłów, jak sobie z tym zagadnieniem poradzić. Póki co naszym głównym wyznacznikiem są normy unijne. Wiemy, jaki jest cel, lecz nie do końca wiemy, jak go osiągnąć. I choć sytuacja w tym zakresie nieco się poprawiła, wielu przedsiębiorców nadal  nie potrafi spojrzeć na odpady, jak na potencjalne źródło surowców do ponownego wykorzystania.  – komentuje sytuację Anna Wójcik-Przybył, ekspert Stena Recycling.

Trend 2. Ograniczenie masy odpadów na składowiskach

Składowiska odpadów, zwłaszcza te nielegalne, stanowią istotny problem nie tylko w Polsce. Ten sposób radzenia sobie z odpadami wpływa negatywnie na stan wód, gruntów i powietrza. Naprzeciw tym wyzwaniom wychodzą dwa rozwiązania: zasada Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta oraz projektowanie dla recyklingu.

Zasada Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta wynikająca z dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2008/98/WE w sprawie odpadów zakłada, że „zanieczyszczający płaci”, odpowiedzialność producenta za produkt zostaje przedłużona do końca cyklu życia produktu.

Nałożenie na producentów zasady EPR skłania przedsiębiorców do innego podejścia do wytwarzanych  produktów. Dzięki temu następuje zwrot w stronę projektowania dla recyklingu. To podejście do produktu oznacza całościowe myślenie o jego cyklu życia – od chwili zaprojektowania do ponownego użycia. Głównym celem tego rozwiązania jest uzyskanie jak najwyższego wskaźnika recyklingu po zakończeniu pierwszego cyklu życia.

– To rozwiązanie powoduje sytuację win-win. Wygrywa zarówno przedsiębiorca, jak i środowisko. Ten pierwszy zmniejsza masę odpadów, za które będzie musiał uiścić opłaty. Dla środowiska oznacza to zarówno zmniejszenie ilości odpadów na składowiskach, jak i ograniczenie zużycia zasobów naturalnych, poprzez wprowadzenie do obiegu surowców wtórnych. Niestety, obecnie przedsiębiorcy w Polsce nie mają ani obowiązku, ani właściwego wsparcia, aby projektować dla recyklingu. – komentuje Wójcik-Przybył.

Niemniej kwestia odpadów na składowiskach jest głównym obszarem z zakresu odpowiedzialnego gospodarowania odpadami, który faktycznie znajduje uznanie decydentów w Polsce. Dowód stanowią nowelizacje ustaw o odpadach oraz o Inspekcji Ochrony Środowiska, które weszły w życie w 2018 roku. Choć branża odpadowa szeroko je komentowała, nie można zaprzeczyć, że jest to pierwszy krok w stronę ograniczenia szarej strefy i zmniejszenia wykroczeń w zakresie składowania odpadów, które mogły być przyczyną licznych pożarów w minionym roku.

– Brakuje szerszego spojrzenia na problem. Uregulowanie sytuacji istniejących składowisk odpadów jest ważne. Ważniejsze jednak jest wdrażanie działań zmierzających do ograniczenia powstawania odpadów. ­– podsumowuje Piotr Bruździak, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu w  Stena Recycling.

Trend 3. Ograniczenie wykorzystania tworzyw sztucznych

Obecnie na powierzchni oceanów znajduje się aż pięć „wysp” utworzonych z plastikowych odpadów. Reakcją na tę sytuację była rezolucja przyjęta w październiku ubiegłego roku przez Parlament Europejski. Zgodnie z jej postanowieniami, do 2021 roku w krajach unijnych mają być zakazane plastikowe przedmioty jednorazowe, które stanowią główne źródło problemu. Wykorzystanie części innych produktów, dla których nie istnieje alternatywa, jak np. pojemniki na żywność, ma zostać ograniczone przez państwa członkowskie do 2025 r. Ponadto kraje te są zobligowane do opracowania krajowego planu odpowiadającego za zachęcanie obywateli do używania produktów wielokrotnego użytku oraz takich, które nadają się do recyklingu.

– Z punktu widzenia producentów, największym wyzwaniem wynikającym z tej dyrektywy, jest znalezienie odpowiedniej alternatywy dla plastiku. Jedną z głównych zalet tego tworzywa jest stosunkowo niska cena. Obecnie materiały alternatywne są droższe, co może podnieść koszty produkcji, a ostatecznie cenę końcową produktu. Niemniej możemy liczyć, że nałożone obowiązki sprawią, że prace nad innymi tworzywami będą się toczyć w szybkim tempie. ­– zauważa Piotr Bruździak, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu w  Stena Recycling.

Warto jednak pamiętać, że plastik także może być poddawany recyklingowi i przeznaczany do ponownego wykorzystania. Wystarczy stworzyć produkt zgodnie ze wspomnianą już ideą projektowania dla recyklingu.

– W naszym zakładzie Stena Nordic Recycling Center w Halmstad  opracowano nowe procesy, które umożliwiają ponowne wykorzystanie tworzyw sztucznych. Problemem nie jest sam plastik, lecz niewłaściwe podejście do tego tworzywa. Tworzywo często niesłusznie trafia np. do spalenia, zamiast do ponownego użycia. – komentuje Piotr Bruździak.

Trend 4. Redukcja emisji gazów cieplarnianych

Widoczne zmiany klimatyczne skłoniły Unię Europejską do przyjęcia ambitnego planu redukcji emisji gazów cieplarnianych już w październiku 2014 roku. Do 2030 roku poziom emisji gazów cieplarnianych powinien spaść minimum o 40% w stosunku do roku 1990. Aby ten cel osiągnąć, powołano m.in. Europejski System Handlu Emisjami. Ponadto państwa członkowskie zobowiązane są do wspierania innowacji w zakresie odnawialnych źródeł energii.

Według raportu agencji ratingowej Moody’s, Polska do 2020 roku zrealizuje cele związane z emisją gazów cieplarnianych, ale może mieć problem z osiągnięciem 15 proc. udziału energii odnawialnej w całościowej konsumpcji energii. Sytuacja ta wynika przede wszystkim z niesprzyjającej ustawy o OZE, przyjętej w 2016 roku. Ministerstwo Energii znowelizowało ją w październiku 2018, lecz zapowiada kolejne prace już w 2019 roku, co może powstrzymywać przed inwestycjami w tym zakresie.  Kolejnym sposobem na rozwiązanie problemu emisji gazów cieplarnianych do atmosfery, jest elektromobilność. Obecnie samochody elektryczne cieszą się największą popularnością w Chinach, w Europie ich sprzedaż stanowi 2,3 proc całego rynku.  Podążając za trendami, w Polsce przyjęto Strategię na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju i Planu Rozwoju Elektromobilności. Jednak, mimo deklaracji, elektromobilność nie stała się jeszcze kołem zamachowym reindustrializacji naszej gospodarki. Polska znalazła się wśród 4 krajów, które nie zachęcają do kupowania elektrycznych aut. W Szwecji, w której odpowiednich zachęt fiskalnych i niefiskalnych jest bardzo dużo, udział samochodów elektrycznych wynosi 5,2% rynku (w Polsce 0,6%). Nie bez znaczenia pozostaje także infrastruktura – w Polsce jest zaledwie 552 stacji ładowania samochodów elektrycznych (dla porównania w Holandii 33 tysiące.).– Szansę na poprawę sytuacji stanowi ustawa o zwolnieniu z akcyzy samochodów elektrycznych. Jednak, aby dogonić europejskich liderów, powinniśmy zwiększyć tempo i nakład inwestycji na rozwój elektromobilności. – komentuje Piotr Bruździak ze Stena Recycling.

Gospodarka cyrkularna w Polsce

– Analizując obecność trendów w zakresie zrównoważonego rozwoju w polskiej gospodarce, można śmiało powiedzieć, że możemy robić znacznie więcej, by stać się liderem. Większość działań stanowi odpowiedź na wymogi unijne. Brakuje spojrzenia na gospodarkę cyrkularną, jako nie tylko szansę dla środowiska naturalnego, lecz także dla naszej gospodarki. Aby skutecznie odejść od modelu linearnego, nie musimy od razu dokonywać rewolucji przemysłowej. Musimy natomiast podejmować stałe wysiłki zmierzające w tym kierunku. Zmiana jednak nie przyjdzie od dołu i niezbędne jest tworzenie warunków, które zachęcą przedsiębiorców do wdrażania GOZ. Pierwszym krokiem powinien być dialog między przedsiębiorstwami, firmami odpadowymi i decydentami. – podsumowuje Piotr Bruździak, Stena Recycling.

Orion Investment S.A. terminowo wykupił obligacje serii A i rozpoczął skup akcji własnych

Grupa Orion Investment S.A., Spółka notowana na GPW w Warszawie, zajmująca się realizacją projektów deweloperskich, dokonała terminowego wykupu obligacji serii A o wartości nominalnej wynoszącej 10 mln zł. Spółka rozpoczęła także skup akcji własnych realizowany w ramach przyjętego Regulaminu.

Emitent wykupił w terminie obligacje serii A, których łączna wartość nominalna wynosiła 10 mln zł. Obligacje serii A zostały wyemitowane przez Grupę Orion Investment S.A. w grudniu 2015 r. Środki pozyskane z tej emisji zostały przeznaczone na prowadzenie kolejnych projektów deweloperskich, m.in. na nabywanie nowych działek inwestycyjnych usytuowanych w bardzo dobrych lokalizacjach. Jedną z takich inwestycji był zakup nieruchomości gruntowej w Skawinie, na której prowadzony jest projekt deweloperski o nazwie „Krakowskie Przedmieście”. Terminowy wykup obligacji serii A dokonany przez Orion Investment S.A. stanowi potwierdzenie bardzo dobrej kondycji finansowej Spółki.

„Przeprowadzenie wykupu obligacji serii A w terminie potwierdza naszą bardzo dobrą sytuację finansową. Dzięki pozyskanym środkom mogliśmy zrealizować nowe projekty deweloperskie, które przełożyły się na dalszy rozwój całej Grupy oraz na jej wyniki finansowe i dalsze umacnianie pozycji rynkowej.” – wyjaśnia Tadeusz Marszalik, Prezes Zarządu Spółki Orion Investment S.A.

Spółka rozpoczęła również buy-back realizowany w ramach przyjętego Regulaminu skupu akcji własnych. Grupa Orion Investment S.A. zamierza przeznaczyć na ten cel do 2 mln zł, a skup akcji własnych potrwa najpóźniej do czerwca 2021 r. Zgodnie z przyjętym Regulaminem łączna liczba nabywanych akcji nie przekroczy 100.000 szt., a cena nabywania nie będzie niższa niż 1,00 zł akcję oraz wyższa niż 20,00 zł za akcję. Głównym celem prowadzenia przez Emitenta skupu akcji własnych jest przede wszystkim zabezpieczenie interesów Spółki i jej Akcjonariuszy, zwłaszcza, że w ocenie Zarządu obecny kurs akcji nie odzwierciedla ich rzeczywistej wartości godziwej.

„Naszym zdaniem obecna wycena rynkowa Spółki oraz kurs akcji są na zbyt niskim poziomie w odniesieniu do ich rzeczywistej wartości godziwej. Poprzez realizację programu skupu akcji własnych mamy zamiar urealnić stan aktywów naszych długoterminowych inwestorów oraz umożliwić uzyskanie atrakcyjnej stopy zwrotu z zainwestowanych kapitałów przez krótkoterminowych inwestorów. Jestem przekonany o słuszności tej decyzji.” – dodaje Prezes Marszalik.

Po trzech kwartałach 2018 r. Grupa Orion Investment S.A. zanotowała na poziomie skonsolidowanym blisko 6,43 mln zł zysku netto przy przychodach netto ze sprzedaży w wysokości 20,47 mln zł. Wyniki finansowe Spółki wykazują utrzymanie stabilnego poziomu przychodów w odniesieniu do analogicznego okresu 2017 r. oraz wzrost osiągniętego zysku netto.

Do najważniejszych projektów Grupy Orion Investment S.A. można zaliczyć 4-etapową inwestycję deweloperską w Krakowie o nazwie „Trzy Ogrody”, budowę w apartamentowca „Przemysłowa 15” w Krakowie oraz osiedla domów jednorodzinnych w Zabierzowie o nazwie „Zacisze-Zabierzów”. Następnym istotnym projektem Grupy będzie inwestycja deweloperska w Krakowie w rejonie ul. Domagały obejmująca łącznie ok. 980 mieszkań. Spółka zrealizuje także projekt deweloperski w centrum Krakowa przy ul. Grzegórzeckiej, który stanowi element wejścia w wyższy segment.

Toyota sprzedała prawie pół miliona hybryd w Europie w 2018 roku

  • Toyota Motor Europe sprzedała 1 035 400 samochodów w 2018;
  • Wzrost o +3% rok do roku, przy braku wzrostu rynku;
  • Udział TME w europejskim rynku wzrósł do 5%;
  • Kolejny rekord sprzedaży hybryd – 480 800 samochodów (+18%);
  • Hybrydy stanowią 46% sprzedaży TME (61% w Europie Zachodniej i Środkowej);
  • Najpopularniejszymi modelami hybrydowymi w Europie są Yaris Hybrid (ponad 129 000 egz.) i Toyota C-HR Hybrid (ponad 128 000 egz.).

Wyniki sprzedaży Toyota Motor Europe

W 2018 roku Toyota Motor Europe (TME) sprzedała 1 035 400 samochodów, o 3% więcej niż rok wcześniej. Udział koncernu w europejskim rynku wzrósł o 0,2 punktu procentowego do 5%.

Sprzedaż hybryd zwiększyła się w ciągu roku o 18% do 480 800 egzemplarzy. Niewymagające ładowania z gniazdka półelektryczne auta hybrydowe stanowią już 46% sprzedaży TME i aż 61% aut dostarczonych klientom w Europie Zachodniej i Środkowej.

Wyniki sprzedaży marki Toyota

Europejscy klienci kupili w 2018 roku prawie 960 000 samochodów Toyoty, o 3,5% więcej niż rok wcześniej. Najpopularniejszymi modelami marki są Yaris (223 694 egz.), Toyota C-HR (147 276 egz.) i Auris (116 129 egz.). Największe wzrosty zanotowały PROACE Verso (+52%), Toyota C-HR Hybrid (+36%), wodorowa Toyota Mirai (+29%) oraz Yaris (+7%).

Ogromne powodzenie Toyoty C-HR wzmocniło sprzedaż hybryd od początku 2018 roku. Hybrydową wersję tego modelu wybiera ponad 87% nabywców (128 139 egz.) – to pokazuje, że klienci Toyoty coraz chętniej zwracają się ku elektryfikacji samochodów. Do ogromnego powodzenia hybryd przyczyniają się również takie modele jak Yaris Hybrid (129 286 egz.) – już tradycyjnie najpopularniejszy samochód hybrydowy w Europie, a także Auris Hybrid (89 761 egz.) i RAV4 Hybrid (64 283 egz.). Każdy z nich pobił w ubiegłym roku rekord sprzedaży.

Łącznie sprzedaż aut hybrydowych Toyoty na kontynencie wzrosła w ubiegłym roku o 21% do 435 119 egzemplarzy. Hybrydy stanowią 45% sprzedaży marki w Europie, w tym 58% sprzedaży w Europie Zachodniej i Środkowej.

„Jesteśmy bardzo zadowoleni z naszych wyników w 2018 roku, szczególnie wobec towarzyszącej im trudniejszej sytuacji na rynku. Nasza strategia elektryfikacji za pośrednictwem hybryd, zapoczątkowana ponad 20 lat temu, nieustannie przynosi świetne rezultaty – w tym roku osiągnęliśmy rekordową sprzedaż prawie pół miliona hybryd nieładowanych z zewnętrznej sieci. Za sprawą największej gamy hybryd na rynku, na którą składa się 17 modeli Toyoty i Lexusa, udział hybryd w sprzedaży Toyota Motor Europe stanowi aż 46%. Chcę podziękować naszym klientom za zaufanie i lojalność. Jesteśmy przekonani, że w 2019 roku nasza sprzedaż i udział w rynku nadal będą rosły za sprawą ofensywy nowych modeli w gamie obu marek – w szczególności nowej Corolli w trzech odmianach nadwozia i nowego Lexusa UX” – powiedział dr Johan van Zyl, prezydent i CEO Toyota Motor Europe.

Wyniki sprzedaży Toyoty w 2018 roku

 

Toyota Motor Europe 1 035 430
   
TOYOTA 959 242
AYGO 91 758
Yaris (łącznie) 223 694
  Yaris Hybrid 129 286
Auris (łącznie) 116 129
  Auris Hybrid 89 761
Toyota C-HR (łącznie) 147 276
  Toyota C-HR Hybrid   128 139
Corolla 55 686
Verso 7 600
Avensis 18 239
Rodzina Priusa 23 416
Prius 10 083
Prius+ 10 408
Prius Plug-in Hybrid 2 925
Mirai 174
Camry (łącznie) 42 195
  Camry Hybrid 234
GT86 1 260
RAV4 (łącznie) 107 937
  RAV4 Hybrid 64 283
Highlander 1 771
Land Cruiser 47 992
Hilux 40 171
PROACE 26 772
Hiace 41
Inne modele 7 131

 

Ranking OC, AC, NNW – grudzień 2018 r./IV kw. 2018 r.

Koniec roku był bardzo ciekawym okresem w ubezpieczeniach komunikacyjnych. Sprawdziliśmy, która firma miała wtedy najlepszą ofertę.

Jak wybraliśmy liderów naszego rankingu?

Grudniowi zwycięzcy rankingu Ubea.pl musieli uzyskać największą liczbę punktów spośród uwzględnionych ubezpieczycieli. Wszystkie zakłady ubezpieczeń zostały ocenione w skali od 0,00 punktów do 5,00 punktów. „Najniższy wynik oznacza, że dany ubezpieczyciel we wszystkich pojedynczych porównaniach (uwzględniających tę firmę), ulokował się na ostatniej pozycji. Towarzystwo ubezpieczeń uzyskujące najwyższą liczbę punktów (5,00 pkt.), musiałoby zająć pierwsze miejsce w każdej kalkulacji z jego udziałem. W praktyce ubezpieczyciele osiągają zwykle wyniki na poziomie 2,00 punktów – 4,00 punktów” – tłumaczy Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Końcówka roku była bardzo dobra dla Link4

Najważniejszą informacja dotyczącą rankingu Ubea.pl są oczywiście nazwy firm lub marek ubezpieczeniowych zajmujących pierwsze miejsca. Pod koniec 2018 roku następujący ubezpieczyciele mogli się cieszyć z wygranej:

  • You Can Drive – 4,23 pkt. w rankingu polis OC
  • Link4 – 4,05 pkt. w rankingu pakietów OC + NNW
  • Link4 – 4,35 pkt. w rankingu pakietów OC + AC
  • Aviva – 4,32 pkt. w rankingu pakietów OC + AC + NNW

Po porównaniu grudniowych oraz listopadowych wyników rankingu Ubea.pl okazuje się, że zmiana na pierwszym miejscu dotyczyła dwóch kategorii: OC + AC i OC + NNW. Tym razem zostały one zdominowane przez firmę Link4, która zdystansowała You Can Drive (OC + NNW) oraz nieznacznie wyprzedziła Avivę (OC + AC). Polisy komunikacyjne Link4 przez cały czas utrzymują się w cenowej czołówce. Nie można się zatem dziwić, że wspomniana firma zakończyła grudzień i cały 2018 rok bardzo dobrym wynikiem. „Powody do zadowolenia ma również Ergo Hestia będąca właścicielem marki handlowej MTU24. W grudniu 2018 r. polisy OC oferowane pod marką MTU24 utrzymały się na bardzo wysokim, drugim miejscu w kategorii OC. To duże osiągnięcie zważywszy na sporą konkurencję między liderami cenowymi” – komentuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Kwartalni zwycięzcy dwóch kategorii są nowi

Każdy ranking Ubea.pl z okresu kończącego kolejny kwartał, zawiera analizę punktowych wyników ubezpieczycieli dotyczących trzech poprzednich miesięcy. Na przełomie 2018 roku oraz 2019 roku, eksperci Ubea.pl również pokusili się o takie podsumowanie. Po zebraniu informacji dotyczących października, listopada oraz grudnia 2018 roku okazało się, że najwięcej punktów uzyskali następujący ubezpieczyciele:

  • You Can Drive – 12,74 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu polis OC
  • Aviva – 11,76 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + NNW
  • Link4 – 12,86 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + AC
  • Aviva – 12,87 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + AC + NNW

Ciekawe wydaje się porównanie powyższych wyników w stosunku do III kw. 2018 roku. Pomiędzy lipcem oraz wrześniem minionego roku, najwięcej punktów zebrali następujący ubezpieczyciele:

  • Benefia – 12,24 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu polis OC
  • Benefia – 11,69 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + NNW
  • Link4 – 12,47 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + AC
  • Aviva – 12,21 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + AC + NNW

Zestawienie wyników z III kw. oraz IV kw. 2018 r. pokazuje, że w skali czasowej trzech miesięcy może dojść do sporych zmian. Tym razem były one niekorzystne dla marki Benefia. Powody do zadowolenia ma natomiast Aviva, Link4 oraz Ergo Hestia (właściciel marki You Can Drive). Warto jednak pamiętać, że różnice punktowe pomiędzy „najtańszymi” ubezpieczycielami bywają bardzo małe. „Przykładowo w kategoriach OC + NNW i OC + AC o kwartalnym zwycięstwie zadecydowała różnica wynosząca zaledwie 0,02 punktu” – podsumowuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Polski rynek e-commerce nie zwalnia tempa. Do zgarnięcia są miliardy złotych

Polacy pokochali zakupy w Internecie i trudno wyobrazić sobie cokolwiek, co mogłoby ten trend zahamować. Osoby, które chcą zacząć przygodę z e-handlem, muszą jak najszybciej zająć swoje miejsce w sieci. Konkurencja robi się coraz większa, ale i rynek rośnie w ekspresowym tempie.

Toczy się zacięta walka o 15 milionów Polaków, którzy decydują się na zakupy w Internecie, a tym samym o miliony złotych dla firm kurierskich, logistycznych czy agencji interaktywnych. Prognozy rynkowe tętnią optymizmem, więc do zgarnięcia będzie jeszcze więcej. Według najnowszych danych z raportu Statista Digital Market Outlook, Polska znajduje się na 13. miejscu w zestawieniu najszybciej rosnących rynków e-commerce na świecie. W latach 2018-2022 jego wartość ma się zwiększyć w naszym kraju o 6 mld dol. W tym roku wzrośnie ona do 50 mld zł. To sporo, bo jeszcze w 2015 r. wartość polskiego rynku e-commerce szacowano na „zaledwie” 30 mld.

Globalny e-handel pędzi jak szalony

Polska goni resztę świata, ale jest za czym pędzić. Według danych z Digital Market Outlook Statista, całkowita wartość rynku e-commerce na świecie wzrosła w ciągu ostatniego roku o 16 proc, a w 2017 roku całkowite roczne wydatki w internacie wyniosły 1,5 biliona dolarów. Łącznie kupuje w nim już 1,8 miliarda osób.

Miliony transakcji, niezależnie od granic, zmieniają doświadczenia zakupowe konsumentów. Klienci są bardziej wymagający i przykładają coraz większą uwagę do szczegółów, które jeszcze 5 lat temu zdawały się nieistotne. Za kilka lat, właściciele sklepów internetowych staną przed wyzwaniem, nie tylko jak zdobyć nowych klientów, lecz również jak zbudować lojalność u obecnych. Kluczowa będzie nie tylko cena, ale wygoda, terminowość i jakość obsługi.

Internet nie bierze jeńców

Co zatem sprawia, że cały świat przekonuje się do internetowych transakcji? Głównym czynnikiem jest digitalizacja społeczeństwa i coraz większa dojrzałość cyfrowa statystycznego Kowalskiego. Na potęgę korzystamy z mediów społecznościowych, a tym samym ze smartfonów, które dają możliwość zrobienia zakupów niemal z każdego miejsca na świecie – wystarczy połączenie z Internetem. Jako społeczeństwo przekonujemy się, że w porównaniu ze sklepami stacjonarnymi, sieć jest wygodniejsza i daje większą możliwość wyboru, jednak walka o klienta jest w niej równie zacięta. Wraz z rosnącą dojrzałością rynku dokonuje się jego weryfikacja. Odpadają najsłabsi, a firmy, które inwestowały w rozwój, zaczynają odcinać kupony. – Udoskonalanie serwisu internetowego, badanie potrzeb klienta, marketing, pozycjonowanie, wszystko to wymaga zasobów ludzkich, czasu i energii. Biorąc pod uwagę tempo, w jakim rośnie rynek, brak przemyślanej strategii rozwoju to igranie z ogniem. Firmy, które to rozumieją, myślą przyszłościowo i skupiają się na umacnianiu swojej pozycji. Stąd rosnąca popularność outsourcingu logistyki w e-commerce. Oddając ją w ręce profesjonalistów, można zbudować zespół tak, by skutecznie rozwijał pozostałe gałęzie działalności – uważa Tomek Kasperski, CEO firmy Omnipack, która zajmuje się kompleksową logistyką dla sklepów internetowych, w tym m.in. magazynowaniem, pakowaniem, wysyłką paczek i obsługą zwrotów.

Potwierdzają to analitycy z ResearchAndMarkets. Z ich raportu „Global e-commerce Logistics Market 2018” wynika, że aby zachować konkurencyjność, firmy z branży z e-commerce powinny zadbać o właściwą realizację zamówień i przyjazną konsumentowi obsługę zwrotów. Usprawnienie tych procesów, zarówno pod kątem niezawodności, jak również dostawania rosnących oczekiwań klientów, jest niezwykle istotne. Tymczasem wiele z nich wpada w pułapkę samodzielnej realizacji fulfilmentu, przy niewystarczających kompetencjach i możliwościach kadrowych. W efekcie jest on co najwyżej przeciętny, a inne działy kuleją i pozostają niedoinwestowane.

Wiele średnich e-commerce, które jeszcze niedawno zatrudniały garstkę pracowników, ma dziś trudny orzech do zgryzienia. Metody, z którymi zaczynały, stały się niewystarczające, a nowa skala działalności wymaga inwestycji w magazyny, systemy informatyczne i specjalistów, którzy zaprojektują nowe procesy logistyczne i będą nimi zarządzać. Są to spore koszty i zazwyczaj nie obędzie się bez zaciągnięcia niewygodnych zobowiązań – tłumaczy Kasperski.

Jego zdaniem największą barierą, która powstrzymuje sprzedawców internetowych przed outsourcingiem fulfillmentu jest błędne przekonanie, co tego charakteru tego typu usług. Tymczasem okazuje się, że partnerstwo w tym obszarze przypomina posiadanie własnego magazynu, tyle że odpowiedzialność za jego prowadzenie spoczywa na wysoce wyspecjalizowanym podmiocie.

Posiadamy magazyn klasy „A” z ogrzewaną, ubezpieczoną powierzchnią i atestem Sanepidu. Dzięki zintegrowanemu systemowi informatycznemu, klient ma nieograniczony wgląd w swój stan magazynowy, tak, jakby posiadał własny obiekt. Pralnie, szycie, prasowanie, dostawa z wniesieniem, przydatna w przypadku dużych gabarytów, to dla nas standard. Niestety, właściciele e-commerce często mają błędne wyobrażenie, że są to zbyt drobiazgowe lub skomplikowane działania, aby podjął się ich zewnętrzny partner – zwraca uwagę CEO Omnipack.

Nowe branże, nowe możliwości

Sektor e-commerce posiada jeszcze sporo przestrzeni do zagospodarowania. Jak grzyby po deszczu pojawiają się nowi gracze, z nowatorskimi pomysłami i elastycznymi modelami biznesowymi, jednak zasłużone marki w Internecie radzą sobie równie dobrze. W odróżnieniu od większości startupów dysponują one dużo większym budżetem na eksperymentowanie z nowymi rozwiązaniami. Najbliżej przestawienia swoich biznesów na cyfrowe tory są dziś m.in. firmy z branży FMCG, sektora wnętrzarskiego i beauty. Zaskakujących przykładów nie brakuje. Carrefeour oferuje klientom wirtualne przebieralnie, Ikea zeskanuje nasz pokój i dobierze ten właściwy mebel z bazy 2000 wirtualnych, a Sephora poprosi o wysłanie zdjęcia, na podstawie którego zarekomenduje kosmetyki, idealnie pasujące do naszej skóry.

Wśród technologii, które rewolucjonizują e-zakupy i mogą pomóc sprzedawcom internetowym w rozwinięciu biznesu, znajdują się również chatboty. Nie jest tajemnicą, że współczesny klient to klient coraz bardziej wymagający, który zadając pytanie oczekuje błyskawicznej odpowiedzi, a nie otrzymawszy jej udaje się pod inny adres. Dzięki rozwojowi sztucznej inteligencji chatboty mogą sprawnie odpowiadać na większość najczęściej zadawanych pytań związanych z działalnością sklepu oraz jego ofertą. To spore wsparcie w obszarze client service, które może się bezpośrednio przełożyć na wyniki sklepu.  

Technologiczny postęp sprawia, że wiele branż, które do niedawna funkcjonowały poza światem wirtualnym, zaczyna powoli pojawiać się w onlinie. Dobrym przykładem takiej ekspansji jest np. telemedycyna. Internetowe konsultacje lekarskie mają niebawem usprawnić działanie wielu placówek medycznych, oferując szybki i łatwy kontakt z wykwalifikowanym specjalistą. To m.in. dzięki takim inicjatywom rynek e-commerce rozwija się w tak szybkim tempie.

Rynek Pracy Specjalistów 2018. Kogo szukali pracodawcy?

W 2018 roku pracodawcy zamieścili na Pracuj.pl 571 804 ofert pracy – o ponad 7% więcej niż rok wcześniej. To drugi rok z rzędu, w którym liczba ogłoszeń przekroczyła pół miliona. Nadal najczęściej poszukiwano handlowców, specjalistów obsługi klienta i ekspertów ds. IT. Minione 12 miesięcy przyniosło również wzrost zainteresowania specjalistami technicznymi oraz pracownikami fizycznymi. W raporcie przyglądamy się także trendom, które towarzyszyły zapotrzebowaniu na kadry.

2018 rok – wybrane liczby i fakty

  • Liczba ofert na Pracuj.pl wyniosła 571 804 i wzrosła rok do roku o 7,1%.
  • Pracodawcy byli najbardziej aktywni w rekrutacji we wrześniu i styczniu.
  • Najczęściej szukano handlowców (31%), choć zainteresowanie nimi spadło.
  • Najwięcej pracowników poszukiwano w branży finansowej, handlu B2C i produkcji FMCG.
  • 24% ofert pochodziło z województwa mazowieckiego, co 10 – z dolnośląskiego i małopolskiego.

Rynek Pracy Specjalistów: 2012-2018

W ciągu ostatnich sześciu lat liczba ofert pracy zamieszczanych na Pracuj.pl wzrosła aż o 73%. Tylko w ciągu ostatnich 12 miesięcy zwiększyła się rok do roku o ponad 7%. Od dwóch lat liczba ogłoszeń na portalu przekracza poziom pół miliona.liczba ofert

W 2018 roku pracodawcy byli szczególnie aktywni we wrześniu (53 396 ofert), styczniu (52 581) oraz październiku (52 134). Ogółem największa liczba ofert została zamieszczona w trzecim kwartale 2018 (148 454 oferty) oraz w pierwszych trzech miesiącach roku (146 960). Oba okresy to czas wzmożonej aktywności rekrutacyjnej w firmach.RPS 2018_2

Kogo szukali pracodawcy?

Najpopularniejszą grupą pracowników kolejny rok z rzędu byli eksperci od handlu i sprzedaży – dotyczyło ich 31% ofert pracy. Co jednak ciekawe, to jedyna grupa specjalistów, w której odnotowano w minionych 12 miesiącach niewielki spadek liczby zamieszczonych ofert. Przy jednoczesnych wzrostach zapotrzebowania na kadry w innych branżach, tendencja ta w konsekwencji przełożyła się na zmniejszenie udziału handlowców oraz sprzedawców w ogólnej puli rekrutacji na Pracuj.pl. Dla porównania, rok wcześniej do tej grupy kierowano 35% ogłoszeń na portalu, a w 2016 roku – 37%.RPS 2018_3

Drugą najbardziej popularną specjalizacją była obsługa klienta (22%), a trzecią – specjaliści ds. IT (15%). Niewiele mniejszym zainteresowaniem pracodawców cieszyli się finansiści (14%) oraz inżynierowie (12%).

O ile w czołówce najczęściej poszukiwanych specjalizacji znalazły się grupy popularne wśród pracodawców od co najmniej kilku lat, o tyle w 2018 roku charakterystyczny był duży wzrost zapotrzebowania na specjalistów z obszarów technicznych, m.in. budownictwa (23%), produkcji i inżynierii (po 21%) oraz logistyki 20% i nieruchomości – 18%.RPS 2018_4

Warto zwrócić uwagę na pracowników fizycznych (ujętych ogólnie, w ramach różnych specjalizacji). Łącznie kierowane  było do nich 12% ogłoszeń na Pracuj.pl. Jeszcze w 2017 roku było to znacznie mniej, bo 8% wszystkich ofert. Według ekspertów Pracuj.pl te liczby wskazują zarówno na rosnącą rolę tej grupy pracowników na rynku pracy, jak i coraz szersze wykorzystanie rekrutacji online przez pracodawców poszukujących pracowników fizycznych, zwłaszcza kandydatów posiadających specjalistyczne kwalifikacje i certyfikaty.

Które branże rekrutowały najczęściej?

W 2018 roku najwięcej ofert na Pracuj.pl zamieścili pracodawcy z branży bankowo-finansowej (11%).  Drugie miejsce zajął handel detaliczny B2C (10%). Trzecia pod względem udziału we wszystkich ofertach pracy była produkcja FMCG (9%). Co ciekawe, w minionych 12 miesiącach 7% ogłoszeń pochodziło z branży handlu B2B. W 2017 roku ta kategoria była liderem zestawienia.RPS 2018_5

W których branżach zaobserwowano wysokie wzrosty? O 23% zwiększyła się liczba ofert zamieszczanych przez firmy z branży energetycznej, o 18% – w budownictwie i inżynierii. Dane te pokazują wzmożoną aktywność na rynku firm zatrudniających przede wszystkim osoby z wykształceniem technicznym oraz pracowników fizycznych.RPS 2018_6

Gdzie rekrutowano najwięcej?

Województwo mazowieckie – to z niego pochodziła blisko co czwarta oferta na Pracuj.pl (24%). Było ono liderem ofert w minionych sześciu latach. Za stołecznym województwem plasują się regiony południowej Polski – województwo dolnośląskie, małopolskie (po 10%) i śląskie (9%). Podobny wynik osiągnęło jeszcze województwo wielkopolskie (9%).RPS 2018_7

Najwyższy wzrost liczby ogłoszeń odnotowano także w czołowych województwach pod względem liczby ofert: śląskim (12%) oraz mazowieckim, pomorskim i małopolskim (9%). Jedynym regionem poza czołówką który zanotował znaczne zwiększenie liczby ogłoszeń, było województwo zachodniopomorskie (9%).RPS 2018_8

Rekrutacja 2018 w świetle trendów rynkowych

Działania rekrutacyjne pracodawców obserwowane w 2018 roku na Pracuj.pl wiążą się z wieloma istotnymi rynkowymi trendami, na które w minionych 12 miesiącach zwracali uwagę eksperci portalu.

HANDEL. Nowe trendy w rekrutacji

Na nieco słabnącą rolę rekrutacji handlowców i sprzedawców analitycy Pracuj.pl zwracali uwagę już w III kwartale ubiegłego roku. W specjalnej sekcji kwartalnego raportu Rynek Pracy Specjalistów zwracaliśmy jednocześnie uwagę na rywalizację firm o najlepszych specjalistów z tego obszaru. Z kolei w raporcie poświęconym handlowcom wykazaliśmy, które specjalizacje handlowców aktywnych mogą liczyć na najwyższe wynagrodzenia – wiodą w tym zakresie branże o dużym poziomie specjalizacji. Pisaliśmy także o poprawiających się warunkach zatrudnienia i pensjach kasjerów, pytając o opinie ekspertów rynkowych.

REGIONY. Miejsce wpływa na wynagrodzenia i oferty

Wszystkie z sześciu województw, w których opublikowano najwięcej ogłoszeń w 2018 roku, są dużymi ośrodkami akademickimi oraz zagłębiami inwestycji biznesowych z rozwiniętym przemysłem. Jak pokazuje raport Pracuj.pl dotyczący zarobków w regionach – to także w tych województwach pracownicy mogą liczyć na najwyższe wynagrodzenia od pracodawców, osiągając znaczące różnice na analogicznych stanowiskach.

NOWE TECHNOLOGIE. Nowe dziedziny i walka o talenty

Do specjalistów IT skierowano aż 15% ogłoszeń na Pracuj.pl w 2018 roku – choć według danych Komisji Europejskiej stanowią oni zaledwie 2,8% całej siły roboczej w Polsce. Zapotrzebowanie na kadry w branży IT napędzają nowe, dynamicznie rozwijające się dziedziny – jedną z nich jest automatyzacja pracy. Ze wsparcia botów i algorytmów korzystają także specjaliści Grupy Pracuj – m.in. w celu usprawniania procesów rekrutacyjnych i skuteczności ogłoszeń.

PRACA FIZYCZNA. Ewolucja oczekiwań pracowników

Rosnąca liczba ofert dla pracowników fizycznych wykazana w 2018 roku ma także wpływ na zmieniające się postawy i oczekiwania tej grupy. Jak pokazał raport Pracuj.pl „Na tropie dobrej pracy” , połowa z nich czuje się specjalistami w swojej dziedzinie i wierzy, że szybko znaleźliby nową pracę. Aż 77% byłoby skłonnych zmienić pracodawcę za wyższe zarobki. Pracodawcy wysokie pensje oferują już m.in. kierowcom z uprawnieniami do przewozu niebezpiecznych materiałów.

Komentarz Rafała Nachyny, Dyrektora Zarządzającego Pracuj.pl

Rafał Nachyna
Rafał Nachyna,
Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl

73-procentowy wzrost liczby ofert od 2012 roku, a w samym 2018 – aż 571 tysięcy ogłoszeń i tyle samo szans na nowy krok w karierze dla Polaków. To dane liczbowe dotyczące Pracuj.pl, które dobrze podsumowują 2018 rok oraz drogę, jaką przeszedł rynek pracy w Polsce. Według Ministerstwa Pracy minione 12 miesięcy zamknęło się niskim bezrobociem – na poziomie 5,9%.

Wysoka liczba rekrutacji jest jednak także jednym z symptomów wyzwań, przed jakimi staną pracodawcy w 2019 roku. Wzrostowe tendencje na rynku pracy są silnie związane z deklaracjami przedsiębiorców, którzy pozytywnie oceniają bieżącą sytuację biznesową i zamierzają zwiększać liczbę miejsc pracy. Chcieć, a móc to jednak dwie różne rzeczy – głównym ryzykiem jest oczywiście niedobór rąk do pracy. Sposób, w jaki firmy odpowiedzą na to wyzwanie, będzie wpływał także istotnie na sytuację na rynku w 2019 roku.

Oprócz niedoboru kandydatów w części branż zwiększa się także rotacja pracowników i ich otwartość na zmiany. Jesienią 2018 już 63% specjalistów badanych przez Pracuj.pl  deklarowało, że planują zmienić pracę. Dlatego w kontekście rynku pracownika dla firm coraz ważniejsze będzie, by wyróżnić się na tle innych pracodawców – nie tylko pensją. Rosnąć musi także jakość współpracy HR z innymi działami organizacji w budowaniu spójnych polityk rekrutacji i rozwoju pracowników. Sprawniejsze musi być także wykorzystanie cyfrowych narzędzi technologicznych do zarządzania kadrami i rekrutacją. Wszystkie te czynniki zwiększają bowiem skuteczność działań HR w obliczu dużej rywalizacji o kadry.

U progu 2019 roku widzimy jeszcze wyraźniej, że polski rynek rekrutacji od kilku lat napędzają przede wszystkim zarówno zapotrzebowanie firm na kadry, jak i rosnąca pozycja kandydatów w relacji z pracodawcami – przynajmniej w części branż. Rynek pracy stale się zmienia, ale nadrzędne wyzwania pozostają wciąż te same – to utrzymanie talentów i przyciąganie kolejnych dobrych pracowników.