Wyrok na korzyść frankowiczów, bezrobocie w dół

Beata Szydło zaprzecza na razie informacjom jakoby miała utracić funkcję premiera. Bezrobocie w Polsce spadło do 6,8%. Sąd wydał korzystny dla kredytobiorcy frankowego wyrok.

Zmiany w rządzie Beaty Szydło

Temat zmian w polskim rządzie wraca jak bumerang. Jest to o tyle zastanawiające, że przeważnie zmienia się ludzi, którzy sobie nie radzą. Patrząc jednak na tempo wdrażania obietnicy wyborczych i wskaźniki makroekonomiczne można oczywiście obecnej ekipy rządowej nie lubić, ale nie można odmówić im skuteczności i determinacji w dążeniu do celu. Wedle niektórych mediów premierem ma zostać prezes PiS a dotychczas piastująca to stanowisko Beata Szydło ma startować do europarlamentu. Nie wiadomo ile jest w tym prawdy. Jak zareagują rynki? Inwestorzy lubią pewność. W rezultacie tego typu spekulacje powodują, że raczej ostrożnie patrzą na nasz kraj. Z drugiej strony przejęcie sterów przez szefa partii byłoby potwierdzeniem tego, kto naprawdę rządzi.

Dalszy spadek bezrobocia w Polsce

We wrześniu stopa bezrobocia spadła według danych GUS do 6,8% to nawet 0,1% poniżej tego co podało Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki społecznej. Jest to oczywiście wynik dla całego kraju. W poszczególnych województwach są jednak spore różnice. Najniższe bezrobocie zanotowano w Wielkopolsce – 4%, a najwyższe w Warmińsko-mazurskim 11,8%. Warto natomiast zwrócić uwagę na kontynuację trendu spadkowego. Jeszcze w 2013 roku sięgało ono 13%. Od tego czasu co roku spada po 1-2%.

Wyrok na korzyść frankowiczów

Zapadł wyrok nakazujący bankowi zwrot kwoty odsetek oraz strat kursowych. Co ciekawe sprawa dotyczyła nie kredytu na nieruchomość ale inwestycyjnego. Powodem takiego wyroku był fakt, że doradcy nie informowali o realnych kosztach i ryzykach związanych z inwestycją pod kredyt w walucie obcej. Co ważne, sąd nie podważył samej umowy, a jedynie nierzetelny proces informacyjny wprowadzający w błąd klienta. Oznacza to, że ciężko będzie tą samą metodę zastosować w ramach kredytów hipotecznych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Landing page – alternatywa dla strony firmowej

Współczesny rynek daje nam ogrom możliwości na zaistnienie w sieci. Niestety, wybór tej właściwej staje się coraz trudniejszy.

Prosty schemat, który opierał się na posiadaniu strony internetowej firmy, przestał wystarczać. Nie każde przedsięwzięcie tak naprawdę jej potrzebuje. W wielu przypadkach zdecydowanie lepiej sprawdzi się landing page, którego zadaniem jest bezpośrednie skłonienie klienta do zainteresowania się naszym produktem lub świadczonymi usługami.

Co to jest landing page?

Landing page (dosłownie – strona lądowania), to finalna strona, na którą trafiają użytkownicy po kliknięciu w udostępnioną przez nas reklamę lub odnośnik. Czym różni się od tradycyjnej strony internetowej? Przede wszystkim zawartością. Landing page skupia się na wybranym zagadnieniu, nie ma w nim miejsca na obszerne informacje i bardzo skomplikowaną strukturę. Jego siłą jest prosty przekaz i błyskawiczne dotarcie do jak największej liczby użytkowników. Wielu z nich doceni taką formę promocji firmy lub jej konkretnego produktu i skorzysta z zaproszenia do wypróbowania oferty.

Strona firmowa czy landing page?

Oczywiście nie w każdym przypadku landing page będzie idealną alternatywą dla tradycyjnej strony firmowej. Jego wdrożenie powinni rozważyć przede wszystkim przedsiębiorcy, którzy traktują internet jako narzędzie sprzedaży. Landing dotyczy konkretnego produktu, a wszystkie niezbędne informacje znajdują się bezpośrednio na jednej stronie. Dzięki temu łatwo zachęcić klienta do skorzystania z oferty lub zainteresowania się nią. To także wielka szansa dla przedsiębiorców, którzy dopiero ruszają ze swoim biznesem, a w ich ofercie nie ma jeszcze zbyt wielu pozycji. Landing page raczej nie zadowoli biznesmenów, którzy poprzez zaistnienie w sieci chcą osiągnąć określony efekt PRowy. Taka propozycja nie buduje świadomości marki, nie jest także w stanie przekazać zbyt wielu informacji na jej temat. Pamiętajmy jednak, że często to w prostocie drzemie największy potencjał. Koniec końców, niektórzy przedsiębiorcy podejmują decyzję o równoległym prowadzeniu zarówno langingów jak i rozbudowanych stron internetowych. Dzięki temu możliwe jest oddziaływanie na klienta na kilku poziomach jednocześnie.

Strona a landing page – różnice

Tradycyjną stronę od landingu odróżnia przede wszystkim struktura. Ta druga opcja jest najczęściej pozbawiona jakichkolwiek podstron oraz menu. Wszystko, co ważne, powinno znaleźć się na jednej stronie. Na co wobec tego stawiać? Na czytelność i idealnie skrojone materiały. Zadbajmy o to, aby wszelkie wątpliwości użytkownika zostały rozwiane, a w centrum jego uwagi znalazł się przycisk, który pozwoli mu dokonać zamówienia, uzyskać więcej informacji lub skontaktować się bezpośrednio z nami. Jakość tekstów i grafik odgrywa jeszcze ważniejszą rolę – powinny odpowiadać treści landingu i zachęcać gości do skorzystania z naszej oferty.

Artykuł został przygotowany przez firmę Landingi oferującą kreator stron landingowych.

HUAWEI z nagrodą „Best IoV Innovation”

Podczas Światowej Konferencji Inteligentnych Pojazdów 2017 rozwiązanie Connected Car firmy HUAWEI, opracowane na platformie OceanConnect IoT, zostało uhonorowane nagrodą „Best IoV Innovation”.

Stale zmieniające się technologie komunikacyjne niosą za sobą szybsze połączenia i nieograniczone możliwości w każdym aspekcie życia. W transporcie samochody stały się więc już bardziej inteligentne niż kiedykolwiek. Technologia Internet of Vehicles (IoV) napędza bowiem rozwój motoryzacji w kierunku smart car, a producenci samochodów starają się przekształcić z tradycyjnych wytwórców na dostawców usług transportowych.

Dzięki rozwiązaniu Huawei – Connected Car – informacje o pojazdach są teraz przesyłane do chmury przez bezpieczne, niezawodne i skuteczne połączenia, pomagając fizycznym zasobom w ruchu cyfrowym oraz promując cyfrową transformację przedsiębiorstw motoryzacyjnych.

Rozwiązanie to oferuje także usługi w zakresie zarządzania transportem, pod kątem gromadzenia i analizy ogromnych ilości danych, a także połączeń wzajemnych we flocie. Ponadto, dzięki ujednoliconym i bezpiecznym połączeniom z siecią umożliwia ono elastyczne dopasowane do wielu terminali.

Xie Hong, Dyrektor Cloud Core Network Connected Car Solution w Huawei

W Huawei dążymy do stworzenia otwartego i korzystnego środowiska do współpracy z wieloma frimami oparetgo na zasadzie win-win – mówi Xie Hong, Dyrektor Cloud Core Network Connected Car Solution w Huawei. – Czekamy więc z niecierpliwością na możliwość wejścia wraz z większą liczbą partnerów na szerszy rynek. Chcemy przy tym, aby nasze jednolite i otwarte rozwiązanie Connected Car stało się kluczowym czynnikiem umożliwiającym cyfrowe przekształcanie przedsiębiorstw – dodaje Xie Hong.

Obecnie firma Huawei pracuje nad wdrożeniem rozwiązanie Connected Car wraz z Grupą FAW, siecią ZAIN Arabia Saudyjska i malezyjskim telekomem Axiata.

Dalsza redukcja emisji CO2 osłabia pozycję silników Diesla

Branża motoryzacyjna nieprzerwanie dąży do obniżania emisji gazów cieplarnianych, wprowadzając coraz to nowe technologie. Przyjmuje się, że w 2021 roku wszystkie opłacalne rozwiązania stosowane w samochodach z napędem konwencjonalnym zostaną już wykorzystane. Dzisiaj wiadomo, że kończy się era diesla, a przyszłość należy do aut z napędami alternatywnymi.

Przemysł motoryzacyjny – pod wpływem coraz bardziej wymagających norm spalin wprowadzanych przez władze publiczne – poczynił niewątpliwie duże postępy w ograniczaniu ilości emisji CO2 przez poruszające się po drogach samochody. W 2015 roku średnia emisja nowych samochodów wynosiła 119,6 g CO2/km i była o 36,5 proc. niższa w porównaniu z 1995 rokiem (186 g CO2/km).

Jaka przyszłość czeka motoryzację w kontekście dalszego ograniczania emisji szkodliwych substancji do atmosfery? Dieter Zetsche, prezes Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów, twierdzi, że w 2021 roku emisja CO2 będzie mniejsza w porównaniu z 2005 rokiem o 42 proc.

Eksperci pracują nad nowymi normami emisji CO2

Według europejskich przepisów dot. norm emisji dwutlenku węgla na 2021 rok samochody osobowe nie będą mogły emitować więcej niż 95 g CO2/km. Należy tu dodać, że poziom ten to uśredniona wartość całej gamy modelowej każdej marki.

Czy przy obecnej średniej emisji dwutlenku węgla emitowanego przez nowe samochody wartości te są realne do osiągnięcia? Na 4 lata przed wspomnianym terminem niektórzy z producentów mają już w swojej ofercie samochody, które z nawiązką spełniają te parametry. Zgodnie z danymi Next Green Car – najpopularniejszego brytyjskiego portalu zajmującego się ekologią w motoryzacji – najniższym poziomem emisji CO2 wśród samochodów wyposażonych w silnik spalinowy może poszczycić się hybrydowa Toyota Prius (70 g CO2/km) oraz znajdująca się na drugim miejscu Toyota Yaris Hybrid (75 g CO2/km). W przypadku modeli wyposażonych w układ plug-in umożliwiający doładowywanie akumulatorów z gniazdka na pierwszym miejscu znalazło się elektryczne BMW i3 wyposażone w Range Extender (13 g CO2/km) oraz Toyota Prius Plug-in Hybrid (22 g CO2/km). Oczywiście w przypadku aut w stu procentach elektrycznych lub z napędem wodorowym – np. samochody Tesli lub Toyota Mirai – poziom emisji CO2 wynosi zero.

Samochody konwencjonalne zdrożeją? Zapowiadany jest nowy podatek

Samochody osobowe oraz dostawcze – według danych European Automobile Manufacturers Association – odpowiadają za emisję do atmosfery 13 proc. gazów cieplarnianych. Dlatego też Unia Europejska znalazła sposób na dodatkowe zmotywowanie koncernów motoryzacyjnych w dążeniu do spełniania nowych norm emisji spalin, przygotowując zestaw bonusów oraz kar.

Od 2019 roku każdy gram CO2 ponad ustaloną normę będzie kosztował producenta 95 euro. Co więcej kara będzie nakładana na każdy sprzedany pojazd! Bonusem ma być natomiast korzystny przelicznik dla modeli, które będą emitowały poniżej 50 g CO2/km – w 2020 roku przy obliczaniu średniej emisji samochodów sprzedanych przez danego producenta taki samochód będzie liczony jako dwa, rok później jako 1,67 i  następnie jako 1,33 w 2021 roku. W 2022 roku program bonusów zostanie zakończony.

Jak przewidują specjaliści JATO Dynamics, nie każdy z producentów ma szasnę uniknąć kary. Na straty narażone są koncerny motoryzacyjne, które mają znacznie rozbudowaną ofertę samochodów z dużymi silnikami. Rekordziści mogą zapłacić od 126 mln do nawet 1,36 mld euro kary. Czy są firmy, którym na pewno uda się tego uniknąć? Według PA Consulting restrykcje nie obejmą Toyoty, Lexusa oraz Volvo i grupy Renault-Nissan.

Koniec ery diesla już nie tylko wśród samochodów osobowych

Na początku drugiego kwartału 2017 roku skończyła się dominacja silników Diesla na europejskim rynku. Kwiecień – według danych JATO Dynamics – okazał się miesiącem, w którym sprzedaż samochodów zasilanych olejem napędowym spadła o 15 proc. rok do roku (cały rynek samochodów nowych w Europie spadł o 7,1 proc.). W efekcie udział diesli w rynku wyniósł zaledwie 46 proc. To była pierwsza taka sytuacja od czasów prowadzenia przez JATO Dynamics statystyk sprzedaży samochodów w Europie.

Wyniki za pierwsze półrocze 2017 roku nie poprawiły sytuacji diesli. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy br. ilość rejestracji samochodów zasilanych olejem napędowym spadła w Europie o 4,3 proc. Oznacza to, że udział diesla w całkowitej sprzedaży nowych samochodów na tym rynku znajduje się obecnie według danych JATO Dynamics na poziomie 45,3 proc. – to najgorszy wynik od 2009 roku, kiedy to udział tego rodzaju napędu wynosił 44,4 proc.

Równocześnie specjaliści JATO Dynamics zauważyli wyraźny wzrost zainteresowania samochodami z napędem alternatywnym. Dekadę temu stanowiły one zaledwie 0,4 proc. całego europejskiego rynku, dzisiaj ich udział znajduje się na poziomie 4,2 proc. Największymi wzrostami może pochwalić się Toyota – w okresie od stycznia do czerwca 2017 roku aż 40 proc. samochodów sprzedanych w Europie przez tego producenta stanowią auta z napędem alternatywnym.

Dwutlenek węgla nie jest jedynym problemem

Dzięki restrykcyjnym normom emisji spalin udało się zredukować nie tylko emisję CO2 do atmosfery, ale również spadła emisja tlenków azotu (NOx) oraz pyłów (PM). Jedne i drugie są szkodliwe dla zdrowia – te pierwsze powodują astmę, zapalenie oskrzeli, a nawet zawały i nowotwory – i są jednym z głównych składników smogu; te drugie są cząsteczkami sadzy, popiołów i toksycznych metali ciężkich. Tak więc, to czy samochód jest przyjazny środowisku, zależy nie tylko od tego, ile wynosi emisja dwutlenku węgla na każdy przejechany kilometr, ale także tlenków azotu i cząstek stałych.

Każdego roku zanieczyszczenie powietrza przyczynia się na terenie Unii Europejskiej do ponad 400 tys. przedwczesnych zgonów i szkód w środowisku naturalnym na około 330–940 mld euro rocznie. Już w 2010 roku European Comission Impact Assessment on Clean Air Policy Package ostrzegała, że zanieczyszczenia powietrza spowodowały w Polsce ponad 44 tys. przedwczesnych zgonów. Transport drogowy odpowiada za emisję 40 proc. NOx w Europie, a około 80 proc. tych emisji pochodzi z samochodów z silnikiem Diesla.

Osiągnięcie w 2021 roku założonego przez Parlament Europejski poziomu pozwoli na ograniczenie emisji dwutlenku węgla o 50 mln ton. Jakie będą normy emisji CO2 w trzeciej dekadzie dwutysięcznego roku? Europejskie Stowarzyszenie Producentów Samochodowych przyznaje, że obecnie nie zostały jeszcze określone ostateczne wartości, ale przyjmuje się, że w latach 2021 – 2030 powinna nastąpić redukcja emisji o 20 proc.

Prezes Dieter Zetsche dodaje, że po 2020 roku wiele opłacalnych technologii stosowanych w silnikach napędzanych benzyną lub olejem napędowym zostanie już wykorzystanych, umożliwiając osiągnięcie norm CO2 na rok 2021. Dalsze redukcje CO2 będą możliwe już tylko dzięki wzrostowi sprzedaży samochodów z napędem hybrydowym, wodorowym oraz elektrycznym.

Wyższy wzrost PKB w 2016

Amerykański dolar pozostaje silny wobec euro, dolara kanadyjskiego i szwedzkiej korony. Te trzy waluty tracą przed decyzjami banków centralnych w sprawie polityki monetarnej, które zostaną podjęte jeszcze w tym tygodniu. W czwartek EBC może ogłosić swój plan ograniczenia skupu aktywów. Zdaniem niektórych analityków miesięczny skup może zostać zmniejszony o co najmniej połowę.

W tej sytuacji dobrze trzyma się złotówka wsparta oceną agencji S&P, która potwierdziła długoterminowy i krótkoterminowy rating Polski w walucie obcej na poziomie „BBB+/A-2” z perspektywą stabilną. Z kolei GUS skorygował wzrost PKB Polski w 2016 r. z 2,7% do 2,9% oraz podał korzystniejsze dane dotyczące deficytu sektora instytucji rządowych i samorządowych oraz długu sektora finansów publicznych w 2016 r.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do brytyjskiego funta (-0,03%) i japońskiego jena (-0,14%), a zyskuje do euro (+0,06%), dolara kanadyjskiego (+0,16%) oraz dolara australijskiego (+0,29%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,176, GBP/USD – 1,322, USD/CAD – 1,264, AUD/USD – 0,781 i USD/JPY – 113,5. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,23%) i kurs EUR/JPY wynosi 133,5, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,89. Złotówka zyskuje do walut światowych. We wtorek rano dolar kosztuje ponad 3,59 zł, euro – poniżej 4,23 zł, funt – 4,75 zł, a frank szwajcarski – poniżej 3,65 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru zielonego i czerwonego. W poniedziałek londyński indeks FTSE 100 zyskał 0,02%, frankfurcki indeks DAX – 0,09%, a paryski indeks CAC 40 – 0,27%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 spadł o 0,4%, meksykański indeks Bolsa – o 0,88%, a brazylijski Bovespa – o 1,28%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 0,5%, chiński indeks Shanghai Composite zyskał 0,22%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem tracił 0,7%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej wahają się. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 57,37 USD (-0,66%), a ropy WTI – 51,9 USD (+0,12%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostała na poziomie 59 USD. Z kolei cena złota po wcześniejszym spadku idzie w górę. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1281 USD. To 5 USD więcej (+0,39%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 2:30 – Japonia – Indeks PMI dla przemysłu, październik – 52,5 pkt. (prognoza 51,3 pkt.)
  • 9:30 – Niemcy – Indeks PMI dla usług, październik (prognoza 55,6 pkt.)
  • 9:30 – Niemcy – Indeks PMI dla przemysłu, październik (prognoza 60 pkt.)
  • 10:00 – Polska – Stopa bezrobocia wg GUS, wrzesień (prognoza 6,9%)
  • 10:00 – Strefa euro – Indeks PMI dla usług, październik (prognoza 55,7 pkt.)
  • 10:00 – Strefa euro – Indeks PMI dla przemysłu, październik (prognoza 57,8 pkt.)
  • 14:00 – Węgry – Decyzja ws. stóp procentowych, październik
  • 15:45 – USA – PMI dla usług, październik (prognoza 55,6 pkt.)
  • 15:45 – USA – PMI dla przemysłu, październik (prognoza 53,6 pkt.)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Polscy inwestorzy gotowi na decyzję EBC (komentarz obligacyjny UI TFI)

  • Październikowe posiedzenie EBC będzie bardzo ważne dla obligacji.
  • Oczekujemy decyzji o łagodnym wygaszaniu programu luzowania ilościowego w strefie euro.
  • Jeśli EBC zdecyduje się na ostrzejsze cięcie, przecena obligacji w Polsce powinna zostać zamortyzowana przez krajowych inwestorów.
Tomasz Pawluć, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI
Tomasz Pawluć, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI

Na czwartkowym posiedzeniu Europejskiego Banku Centralnego mają zapaść wiążące decyzje dotyczące przyszłości programu quantitative easing (QE) w 2018 roku. Dla inwestorów kluczowe są dwie informacje – ile pieniędzy bank centralny strefy euro na niego przeznaczy i o ile miesięcy go przedłuży. Dlaczego jest to tak ważne dla inwestorów?

W ramach programu luzowania ilościowego EBC skupuje przede wszystkim obligacje skarbowe państw strefy euro, płacąc za nie nowo wykreowanymi pieniędzmi. Od marca 2015 roku bank przeznaczył na niego już ponad 2 biliony euro, przyczyniając się do znacznego obniżenia rentowności (wzrostu cen) obligacji krajów członkowskich. Dalsze losy QE będą więc miały olbrzymi wpływ na potencjał europejskich papierów skarbowych.

Wygaszanie QE przebiegnie łagodnie

Najnowsze analizy wskazują na to, że od stycznia 2018 roku EBC przedłuży program skupu obligacji o kolejne sześć do dwunastu miesięcy, ale obniży jego skalę do 20-40 mld euro miesięcznie (z obecnych 60 mld euro).

Najbardziej optymistyczny scenariusz jest taki, że EBC ogłasza kontynuację skupu papierów skarbowych o wartości 40 mld euro miesięcznie przez kolejne dwanaście miesięcy. W tym wypadku oczekujemy wzrostu cen obligacji w strefie euro, ale także na świecie. W przypadku skrajnie negatywnego scenariusza bank ogranicza program QE do 20 mld euro miesięcznie i przedłuża go tylko o sześć miesięcy. Wówczas możemy się spodziewać się znacznej przeceny na rynku długu.

Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest jednak powolne wygaszanie luzowania ilościowego w strefie euro. Oczekujemy, że w październiku EBC wydłuży program QE o kolejne sześć miesięcy i ograniczy jego skalę do 40 mld euro miesięcznie.

Dlaczego? Europejski Bank Centralny ma świadomość, że nagłe cięcie programu wywołałoby perturbacje na rynku obligacji, generując problemy państw członkowskich. Ponadto spowodowałoby silne umocnienie wspólnej waluty i docelowo doprowadziło do spadku inflacji w strefie euro. Skutki takiej decyzji byłyby więc całkowicie sprzeczne z priorytetami polityki prowadzonej przez EBC.

Negatywne zaskoczenie okazją do zakupów polskich obligacji

Decyzja EBC ogłoszona przez Mario Draghiego po czwartkowym posiedzeniu zdeterminuje zachowanie rynków obligacji w najbliższych tygodniach. Jeśli (choć to mało prawdopodobne) EBC negatywnie zaskoczy inwestorów, pierwszą reakcją będzie wyprzedaż obligacji w Europie, w tym także w Polsce. W przypadku polskich papierów skarbowych wzrost rentowności może być dobrą okazją do zakupów.

Oceniamy, że krajowi inwestorzy są niedoważeni w polskich obligacjach skarbowych, co daje im znaczną siłę zakupową. Jeśli więc polskie papiery się przecenią (ich ceny staną się atrakcyjniejsze), a odpływ zagranicznego kapitału z rynku długu w Polsce nie będzie zbyt duży, krajowi inwestorzy będą w stanie zamortyzować tę przecenę.

Jak sygnalizowałem, jest to jednak scenariusz awaryjny. Trudno oczekiwać, że po latach ostrożnej i wspierającej polityki Europejski Bank Centralny zrobi inwestorom tak niemiłą „niespodziankę”.

Tomasz Pawluć, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI

Luksusowa nieruchomość jako inwestycja, czyli kto ma najwyżej położoną sypialnię w Unii Europejskiej

Coraz więcej osób stać na luksus. Coraz chętniej zamożni Polacy inwestują w nieruchomości z najwyższej półki, oczekując, że nie tylko ich wartość w czasie będzie rosła, ale także, że będą niepowtarzalne. Jeszcze nie tak dawno na życie w otoczeniu luksusu mogła sobie pozwolić tylko niewielka grupa Polaków. Jak jednak wynika z badań KPMG, liczba zamożnych i bogatych Polaków pierwszy raz w historii przekroczyła w 2016 roku milion. Ich łączne dochody netto szacowane były wtedy na około 171 mld zł. Najbliższe lata zapowiadają się obiecująco zarówno pod względem wzrostu liczby osób zamożnych i bogatych, jak i łącznego dochodu, którym dysponują.

– Prognozujemy, że w 2019 roku w Polsce będzie mieszkać blisko 1,3 mln osób zamożnych i bogatych, a ich dochód netto sięgnie około 220 mld zł – komentował wyniki raportu Andrzej Marczak, partner w KPMG w Polsce – Ta właśnie grupa osób chętnie lokuje kapitał w nieruchomościach z górnej półki.

Luksusowe domy i auta

Z ankiety przeprowadzonej wśród klientów Sotheby’s International Realty wynika, że zamożni Polacy coraz chętniej inwestują na rynku nieruchomości – aż 84 proc. ankietowanych osób przyznało, że uważa taką inwestycję za dobry sposób na pomnożenie swojego kapitału. Jednocześnie ponad 92 proc. badanych ma już przynajmniej jedną nieruchomość na własność. 54 proc. z nich mieszka w apartamencie, 33 proc. w nowoczesnej rezydencji, a 10 proc. jako miejsce zamieszkania podaje zabytkową nieruchomość.

Zdaniem doradców z Poland Sotheby’s polski rynek nieruchomości premium i luksusowych ma przed sobą bardzo optymistyczną perspektywę wzrostu. I wszystko wskazuje na to, że będzie się on rozwijał m.in. dzięki rosnącej zamożności Polaków i ich wzmożonym zainteresowaniu inwestowaniem w nieruchomości.

– Niewątpliwie osoby poszukujące aut, nieruchomości czy innych dóbr z najwyższej półki, to wyjątkowi klienci. Są to zazwyczaj ludzie, którzy dokonali w życiu celnych wyborów, wykorzystali swój talent, stworzyli coś unikalnego. Dlatego sami oczekują rzeczy niepowtarzalnych, luksusowych, wyjątkowych. To ich styl życia. Odważają się sięgać po ikony, bo one symbolizują sukces. Na rynku aut ikoną jest z pewnością Ferrari – mówi Michał Maske, marketing manager Ferrari Warszawa.

Jakie warunki powinien spełniać apartament, aby był najlepszą lokatą kapitału?

– Aby luksusowa nieruchomość była dobrą inwestycją i nie traciła na wartości, tylko zyskiwała, z wielką starannością należy oceniać wybrany apartament. Doskonała lokalizacja, niepowtarzalna jak w przypadku Złotej 44, świetny projekt spod ręki sławy – Daniela Libeskinda, funkcjonalne rozwiązania we wnętrzach, ale też jedyny w swoim rodzaju widok z okien – to bardzo ważne cechy luksusowej nieruchomości, która ma być trwałym składnikiem majątku – podkreśla Rafał Szczepański, wiceprezes spółki BBI Development, która jest inwestorem Złotej 44.

Dodaje, że luksusowa wieża z apartamentami z najwyższej półki to projekt niszowy. Nie jest to ani oferta dla wszystkich, ani zadanie, które może zrealizować każdy deweloper.

– Na polskim rynku jest sporo inwestycji udających apartamenty, o których słychać, że są niepowtarzalne nie tylko w Warszawie, ale i na skalę Polski. I pewnie są … jedyne w swoim rodzaju, ale żaden z tych projektów nie dorównuje ani udogodnieniami, lokalizacją, ani jakością Złotej 44, która już stała się ikoną – uważa Rafał Szczepański.

Po czym poznać prawdziwy luksus? W Złotej 44 całe ósme piętro zostało przeznaczone na strefę wypoczynku, w której znajduje się 25-metrowy basen, SPA z obsługą, sauna, łaźnia parowa, jacuzzi, w pełni wyposażoną siłownia, a nawet sala kinowa z symulatorem do gry w golfa.

– Dlatego Złota 44 jest najlepszym wyborem, jeśli chodzi o inwestycje w apartamenty z prawdziwego zdarzenia. I to nie tylko w Polsce, ale także w całej Europie. Jako jedyna spełnia wszystkie wymogi idealnej inwestycji. To na szczycie naszej wieży mieszkalnej znajduje się najwyżej położona sypialnia spośród wszystkich w Unii Europejskiej. Tylko my możemy spełnić takie marzenia – podsumowuje Rafał Szczepański.

Inwestycja na lata

Za w pełni wyposażone apartamenty w Złotej 44 trzeba zapłacić od 28 tys. zł za mkw. Całkowita cena najtańszego wynosi 3 miliony zł, a najbardziej luksusowy penthouse kosztuje kilkanaście milionów zł.

– Bardzo prawdopodobną korzyścią z inwestycji w mieszkanie w Złotej 44 jest również przewidywany wzrost jego wartości w czasie. Wynika to z faktu niepowtarzalności lokalizacji Żagla Libeskinda, jak też i samej inwestycji – uważa Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Jego zdaniem, kiedy apartamenty w Złotej 44 zostaną wyprzedane, amatorom luksusu pozostanie tylko rynek wtórny. – A ten wyceni apartamenty z pewnością w oparciu o przewidywany deficyt podobnych lokali. Nawet jeśli kiedyś w przyszłości powstanie w Warszawie kolejna atrakcyjna wieża apartamentowa, to z pewnością już nie w tak doskonałej lokalizacji i z tak unikatową panoramą jak w przypadku Złotej 44. A lokalizacja to jak wiadomo czynnik numer 1 w nieruchomościach – podsumowuje Jarosław Jędrzyński.

Więcej niż precyzyjne targowanie. Poznaj gigantyczne możliwość audience data

Żyjemy w czasach cyfrowej transformacji. Jeszcze nigdy nie produkowaliśmy tyle danych, co dzisiaj. Wolumen Big Data w internecie szacuje się obecnie na ponad 8 Zettabajtów danych, a w 2020 r. jego rozmiar ma wzrosnąć do 45. Cyfrowe informacje generowane są już nie tylko przez nasze komputery osobiste, gdy surfujemy w sieci, robimy zakupy w e-sklepach czy deklarujemy swoje zainteresowania w mediach społecznościowych. To tylko wierzchołek góry lodowej, która zamiast topnieć, rośnie jak na drożdżach.

Coraz więcej danych zbieranych jest przez firmy, m.in. dzięki systemom CRM i ERP. Dotyczą one np. interakcji z klientem, zrealizowanych transakcji, jak również procesów zachodzących wewnątrz przedsiębiorstw, cykli produkcyjnych czy dostaw towarów. Przykłady można by mnożyć i mnożyć. W rzeczywistości, w dużych podmiotach gospodarczych istnieje już niewiele aktywności, które nie byłyby rejestrowane przez systemy IT. Im nowocześniejsza firma, tym więcej danych przetwarza i monetyzuje. Regalix podaje, że przychody firm, które zaprzęgły analitykę danych do działań marketingowych, wzrosły nawet o ponad 50 proc. Marketing to jednak nie wszystko, z czego doskonale zdają sobie sprawę najwięksi rynkowi gracze, którzy dzięki zaawansowanym analizom wielkich zbiorów cyfrowych informacji podejmują lepsze decyzje biznesowe, co bezpośrednio przekłada się na ich wyniki finansowe. O tym, jak ważną rolę w zmieniającym się świecie odgrywają dane przekonują również eksperci z IDC. Ich zdaniem, w nowej gospodarce najlepiej poradzą sobie te organizacje, które nie tylko zbudują strumienie przepływu cyfrowych informacji – zarówno wpływających do firmy, jak z niej wypływających – lecz także nauczą się te informacje skutecznie przetwarzać i monetyzować.

Platformy, które mogą więcej

Jeszcze kilka lat temu brakowało technologii, która pozwoliłaby na przetwarzanie wielkich, często nieustrukturyzowanych zbiorów danych, pochodzących z wielu źródeł. Standardowe systemy BI ledwo radziły sobie z danymi, generowanymi przez przedsiębiorstwa, a analityka wolumenów Big Data pozostawała w sferze marzeń nielicznych wizjonerów. Wszystko zmieniło się wraz z rozwojem platform DMP (data management platform), które powstały w odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie na zaawansowaną analitykę danych i przyczyniły się do prawdziwej rewolucji. Żaden sektor IT nie rozwija się dziś tak szybko, jak sektor analityki Big Data. Najnowszy raport MarketsandMarkets wskazuje na 31 proc. wzrost wartości rynku BDaaS (Big Data as a Service) rok do roku. Do 2020 r. rynek analityki danych świadczonej w formie usługi ma być warty ponad 7 mld dolarów.

Możliwości nowoczesnych platform DMP są ogromne, a w swoich obliczeniach wykorzystują one zaawansowane algorytmy sztucznej inteligencji, takie jak np. uczenie maszynowe. Dostarczają one nieosiągalne dotychczas wyniki, wprawiające w osłupienie najlepszych specjalistów. Przekonał się o tym m.in. Joel Dudley, przewodniczący zespołu badaczy w szpitalu Mount Sinai Hospital w Nowym Jorku. Prowadzony przez niego program „Deep Patient” miał wykorzystać potencjał sztucznej inteligencji do przewidywania chorób. System wziął pod lupę karty 700 tys. pacjentów, analizując sprawozdania z wizyt w przychodni, wyniki badań, dane fizjologiczne i setki zmiennych. Korzystając z technologii deep learningu, pozbawiony reguł narzuconych przez programistów, system odkrył wzorce, ukryte w szpitalnej bazie danych i na ich podstawie stawiał zadziwiająco precyzyjne diagnozy. Prawdziwa konsternacja zapanowała, gdy okazało się, że system doskonale radzi sobie z rozpoznawaniem schorzeń psychicznych, takich jak schizofrenia. Choroby tego typu są trudne do zdiagnozowania nawet przez najlepszych specjalistów w dziedzinie psychiatrii.

Platformy DMP, a nowy marketing

Korzyści płynących z wykorzystania przez firmy zaawansowanych platformom DMP jest wiele. Ich najważniejszą cechą, której pozbawione są inne narzędzia do analityki danych, jest możliwość przetwarzania ogromnych ilości nieustrukturyzowanych cyfrowych informacji z licznych źródeł. Do najliczniejszych należą anonimowe dane o preferencjach i aktywności internautów, wykorzystywane m.in. do tworzenia kampanii w systemie programmatic. Stanowią one smakowity kąsek dla marketerów, pragnących dotrzeć z dopasowanym przekazem reklamowym do najlepiej konwertującej grupy docelowej. Pozyskuje się je z hurtowni danych, a zbiera najczęściej za pośrednictwem plików cookies. Największa taka hurtownia w Europie należy do Cloud Technologies i przetwarza ponad 9 mld anonimowych profili internautów. Z gromadzonych przez nią cyfrowych informacji dowiemy się m.in o decyzjach i intencjach zakupowych użytkowników sieci, ich zainteresowaniach, odwiedzanych stronach czy wyszukiwanych hasłach. Poza takimi danymi platformy DMP przetwarzają również szczegółowe dane demograficzne, pochodzące z renomowanych firm badawczych, dane geolokalizacyjne, bazy mailingowe i niezwykle istotne w działaniach marketingowych dane typu 1st party, pochodzące najczęściej z wewnętrznych systemów klasy CRM oraz tysiące zmiennych.

By zobaczyć, jak dane z poszczególnych źródeł się uzupełniają, weźmy pod lupę hipotetyczny przykład: operator sieci komórkowych chce reklamować nową ofertę z debiutującym na rynku smartfonem. Dzięki wykorzystaniu danych z systemu CRM będzie on mógł wyświetlić reklamę zachęcającą do przedłużenia kontraktu klientom, których umowa niebawem dobiegnie końca i pominąć tych, co zdecydowali się na zakup abonamentu w niedalekiej przeszłości. Odmienna kreacja i landing page przeznaczone będą dla osób, które nie znajdują się w gronie klientów operatora. Jeśli udałoby się mu pozyskać, jako dodatkowe źródło danych informacje z systemu CRM firmy zajmującej się na przykład naprawą urządzeń mobilnych, to odpowiednio dopasowaną reklamę mógłby skierować do osób, które uszkodziły swój dotychczasowy telefon i prawdopodobnie nie zdążyły jeszcze zakupić nowego. Przy takim targetowaniu można by było wziąć pod uwagę dane dot. zarobków, bo przecież nie każdy może pozwolić sobie na zakup smartfona z wyższej półki. Z pewnością należy również uwzględnić osoby, które szukały w sieci informacji o telefonach komórkowych, oglądały ich recenzje i wchodziły na strony z porównaniem ofert operatorów. Powinno się również pamiętać o analizie danych typu 2nd party czyli na przykład wyników poprzednich kampanii, kliknięciach i konwersjach przypisanych do konkretnych plików cookies.

Marketerzy specjalizujący się w digitalu doskonale rozumieją, że reklama online to zawsze „work in progress”.  Nie ma znaczenia, że kreacja jest świetna, a profile behawioralne odbiorców to data science przez duże S ze sporą domieszką psychologii i socjologii. Ilość i jakość pracy włożonej w przygotowanie kampanii rzecz jasna przekłada się na jej wyniki, ale nie bądźmy naiwni: jeśli chcemy mieć ponadprzeciętne rezultaty musimy poświęcić czas na optymalizację działań reklamowych podczas trwania kampanii, poprzedzoną szczegółową analizą wyników. Może okazać się np. że internauci mieszczący się w segmentach biznes i nowe technologie klikają w nasz baner kilkanaście razy częściej od tych, interesujących się np. modą czy zdrowiem. W takiej sytuacji należy pomyśleć nad zmianą kreacji dla zobojętniałych grup internautów lub zaprzestaniem wyświetlania im reklam oraz intensyfikacją emisji dla najlepiej konwertującego segmentu. Aby odpowiednio zoptymalizować tego typu proces z pomocą przychodzą nam raporty Adience-Insight’owe, które są zaawansowaną funkcjonalnością każdej profesjonalnej technologii Data Managment Platform.

Kolejną istotną zaletą posiadania platformy DMP jest możliwość gromadzenia i aktualizowania licznych zbiorów danych oraz wykorzystywania ich do realizacji działań reklamowych za pośrednictwem różnych platform DSP (Demand Side Platforms). Bez własnej platformy DMP reklamodawca ograniczony jest zazwyczaj do jednej platformy DSP, na której gromadzi dane ze realizowanych kampanii, co znacząca ogranicza zasięg prowadzonych przez niego działań reklamowych. Posiadanie własnej platformy DMP daje marketerom olbrzymią niezależność i nieograniczone możliwości integracji innych systemów oraz komplementarnych źródeł danych.

CRM, jakiego jeszcze nie znacie

Systemy CRM, które wykorzystuje się m.in. do zbierania informacji o klientach, bogate są w wartościowe dane typu 1st party, ale brakuje im dodatkowych informacji, które można wykorzystać m.in. do prowadzenia spersonalizowanych działań marketingowych. Z tego powodu, wiele przedsiębiorstw decyduje się na wdrożenie procesu, który w języku angielskim nazywa się „Data Enrichment”. Wzbogacając systemy CRM o dane zewnętrzne, firmy mogą nie tylko lepiej poznać swoich klientów, lecz również odpowiednim kanałem o najlepszej porze dotrzeć do nich z mocno spersonalizowaną ofertą.

Połączenie danych z systemu CRM, aplikacji i stron internetowych firmy z danymi typu 3rd party pomaga w utworzeniu cyfrowych portretów osób najczęściej korzystających z jej produktów lub usług. Znając ich zainteresowania, stopień zamożności i inne szczegóły z życia prywatnego tworzy się profile behawioralne idealnych klientów i na ich podstawie dociera z reklamą internetową do internautów o podobnej charakterystyce. Dzięki danym typu 3rd party możliwe jest również utworzenie 360 stopniowych profili klientów i ich szczegółowa segmentacja. W ten sposób można kierować komunikaty marketingowe dopasowane do potrzeb i zainteresowań poszczególnych grup, pomijając segmenty przynoszące najmniejsze zyski lub najgorzej rokujące.

Maciej Sawa, Chief Commercial Officer w OnAudience.com

PKO Leasing niezmiennie liderem rynku leasingu

W ciągu pierwszych trzech kwartałów miesięcy PKO Leasing udzielił łącznego finansowania w kwocie 6 mld PLN z dynamiką na poziomie ok. 6%. Kolejny rekord obrotów umocnił pozycję spółki jako lidera polskiego rynku. Potwierdza to istotną rolę leasingu w finansowaniu działalności MŚP, który stanowi drugie, obok kredytu, zewnętrze źródło finansowania ich działalności.

– PKO Leasing potwierdza swoją obecność przede wszystkim w segmencie MŚP, istotnie zwiększając skalę finansowania polskich firm, wspierając przedsiębiorców szeroką ofertą, na każdym etapie rozwoju firmy, niezależnie od jej wielkości, mówi Andrzej Krzemiński, Prezes Zarządu PKO Leasing.

Głównymi odbiorcami usług finansowych PKO Leasing są przedsiębiorstwa z grup: transportu 30%, przemysłu 19%, usług 15%, handlu 18% i budownictwa 8%.

Według danych Związku Polskiego Leasingu pojazdy lekkie, w tym osobowe i ciężarowe do 3,5t są najczęściej leasingowanymi aktywami na rynku z 43,9% udziałem w portfelu polskich firm leasingowych. W PKO Leasing ten segment stanowi 46% całościowej kwoty udzielonego finansowania. Na tak wysoki popyt wpływają: dynamiczny wzrost leasingowania samochodów osobowych na poziomie ok. 22% r/r oraz wysoka wartość sfinansowanych środków tego segmentu wynosząca 17,7 mld PLN. Wg danych skumulowanych Instytutu Samar od początku roku zarejestrowano 355,5 tys. nowych samochodów osobowych, to 17,3% wzrost r/r., z czego ok. 238,2 tys. zakupili przedsiębiorcy, co stanowi 67% zakupów całego rynku. Przedstawiciele branży wynajmu samochodów osobowych zakupili ponad 20,5 tys. szt. na potrzeby użytkowania w firmach oraz przez klientów indywidualnych.

Segment Maszyn i Urządzeń w PKO Leasing (w tym IT) po 3 kw. 2017 roku stanowi 23% udzielonej kwoty finansowania, odnotowując 16% wzrost r/r. Utrzymująca się wysoka 20% dynamika rynku i niegasnący popyt, wskazują na dobrą koniunkturę w sektorze przemysłowym, stanowiący 27,7% udziału w ogólnej sprzedaży leasingu. Rynek finansowania IT w PKO Leasing konsekwentnie rozwija skrzydła dzięki nowym strategicznym partnerstwom, m.in. z Comarch oraz wzrostowi świadomości możliwości finansowania tego typu aktywów. Rynek, dzięki dużemu wykorzystaniu zdolności produkcyjnych przedsiębiorstw, popytowi krajowemu napędzanemu głównie niskimi stopami procentowymi, stabilnemu kursowi Euro oraz stabilnej gospodarce będzie nadal wzrastał.

Wzrost gospodarczy, zwiększona liczba zamówień krajowych, rozwój eksportu oraz start funduszy unijnych z perspektywy finansowej na lata 2014-2020 napędzają gospodarkę, a co za tym idzie, dynamiczny wzrost rynku finansowania inwestycji leasingiem, dodaje Andrzej Krzemiński, Prezes Zarządu PKO Leasing.

PKO Leasing osiągnął 1,62 mld zł po III kw. w segmencie transportu ciężkiego, co stanowi 27% udzielonej kwoty finansowania przez spółkę. Sytuacja rynkowa transportu ciężkiego jest stabilna, utrzymuje się na tym samym poziomie, odnotowując drobny spadek -0,1% w porównaniu z poprzednim kwartałem. Wielkość portfela segmentu również znajduje się na podobnym poziomie stanowiącym 27,7% rynku leasingu. Trwająca od początku roku bessa w transporcie ciężkim wpłynęła na obniżenie popytu na ciągniki siodłowe (-1,9%) oraz autobusy (-3%), jednak wzrosty w obszarach samochodów dostawczych i ciężarowych powyżej 3,5 (+11,1%) oraz naczep (+1%) wpłynęły na ustabilizowanie ogólnego wyniku.

Leasing jest jednym z szerokiej gamy produktów oferowanych przez Spółki z Grupy Kapitałowej PKO. Klienci mogą korzystać również z kredytów obrotowych i inwestycyjnych, pożyczek oraz usługi faktoringu.

RODO – ponad 20 nowych obowiązków i nowych uprawnień

Obecne unijne prawo o ochronie danych osobowych, obowiązujące od 1995 r., w wielu kwestiach nie przystaje już do rzeczywistości. Przede wszystkim jest to związane z rozwojem nowych technologii. Nic dziwnego, że zdecydowano się na reformę. Wejdzie ona w życie już w maju 2018 r. – właśnie wtedy w Unii Europejskiej zacznie obowiązywać Rozporządzenie Ogólne o Ochronie Danych Osobowych (RODO).

Ochrona danych osobowych 2.0

Jak mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl dr Maciej Kawecki, zastępca dyrektora Departamentu Zarządzania Danymi w Ministerstwie Cyfryzacji: „Rozporządzenie unijne wprowadza ponad 20 nowych obowiązków, dlatego że przyznaje obywatelom 20 nowych uprawnień […]. Są to m.in. prawo do bycia zapomnianym, prawo do przeniesienia danych osobowych czy prawo do bycia poinformowanym o tym, że doszło do naruszenia zasad naszej prywatności”. Twórcy regulacji położyli bardzo duży nacisk na szybkość postępowań, otwartość organu nadzorczego oraz jego sprawność funkcjonowania.

Wysokie kary dla firm

Rozporządzenie obejmie wszystkie branże. Przedsiębiorców za naruszenia w obszarze ochrony danych osobowych będą czekały surowe kary finansowe – w wysokości do 20 mln euro lub 4% światowego obrotu. To jednak nie wszystko. Osoba, która poczuje, że jej prawa zostały naruszone (np. jakaś firma będzie przetwarzała jej dane bez udzielonego pozwolenia), będzie mogła wystąpić nie tylko ze skargą do Urzędu Ochrony Danych Osobowych, lecz także z pozwem do sądu powszechnego.

Najwyższy czas na rozpoczęcie przygotowań

Chociaż wprowadzenie nowego rozporządzenia będzie wiązać się dla firm z różnymi trudnościami, nie należy się go bać. Bardzo ważne jest przy tym to, aby na zmiany zacząć przygotowywać się już teraz. „Przedsiębiorcom mogę poradzić, żeby zapoznać się z treścią nowych regulacji unijnych oraz projektem przepisów krajowych, starać się odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób najszybciej i najsprawniej wdrożyć reformę u siebie, a także zastanowić się, czy przypadkiem nie da się spojrzeć na nią również z komercyjnego, probiznesowego punktu widzenia” – radzi rozmówca.

Podnosi się dłuższy koniec złotowej krzywej FRA

Początek tygodnia nie przyniósł istotniejszych zmian notowań obligacji skarbowych, ale doszło do wzrostu dłuższego końca krzywej FRA. Złoty utrzymuje okolice zeszłotygodniowych maksimów. Kolejne dni mogą już mu tak nie sprzyjać.

Rynek stopy procentowej

Na krajowym rynku stopy procentowej początek tygodnia nie przyniósł istotniejszych zmian notowań obligacji skarbowych. Doszło natomiast do wzrostu dłuższego końca krzywej FRA. W tym przypadku widać było bezpośredni efekt ostatnich wypowiedzi przedstawicieli RPP sugerujących rosnące prawdopodobieństwo zaostrzenia polityki pieniężnej w 2018 r. W efekcie teraz inwestorzy zaczynają dopiero dostrzegać, że bilans ryzyk zaczyna przechylać się w kierunku podwyżek stóp procentowych, co było tylko częściowo uwzględnione w cenach. Biorąc pod uwagę, że zbliżająca się listopadowa publikacja najnowszej projekcji makroekonomicznej NBP może dodatkowo wzmocnić ten trend, w najbliższych miesiącach spodziewać się można dalszej tendencji do wzrostu notowań instrumentów z krótkiego końca krzywej dochodowości.

W krótkiej perspektywie najważniejszym wydarzeniem na krajowym rynku długu będzie środowa aukcja obligacji skarbowych. W poniedziałek Ministerstwo Finansów podało, że wyemituje OK0720, WZ1122, PS0123, WZ0126, DS0727 i WS0447 za 4,0-8,0 mld PLN. Neutralna reakcja rynku na komunikat MF wynikała głównie z faktu, że taką samą podaż ogłoszono w komunikacie na koniec września. Mimo wysokiej nominalnej wartości oferty należy pamiętać, że tego samego dnia zapada seria DS1017 i wypłacane będą odsetki od obligacji (łącznie 17,8 mld PLN). Tym samym netto na rynek trafią środki w wysokości ponad 10 mld PLN, co w najbliższych dniach wspierać powinno wyceny obligacji skarbowych mimo, że to wydarzenie zostało już w dużej wycenione.

Wśród nielicznych pozytywnych czynników wpływających w najbliższych miesiącach na wyceny polskich obligacji wymienić należy lepszą od oczekiwań realizację budżetu państwa. Według nieoficjalnych informacji (wg wypowiedzi G. Ancyparowicz z RPP) po wrześniowej nadwyżce, do 18 października deficyt wyniósł zaledwie 7 mld PLN. Dla porównania warto wspomnieć, że po dziesięciu miesiącach tego roku deficytu planowany był na poziomie 39,6 mld PLN. Tym samym może okazać się, że deficyt budżetu będzie znacznie niższy od planowanego wyniku po ostatniej korekcie. Dodatkowo na uwagę zasługuje fakt, że poduszka płynnościowa wraz z już dokonanymi emisjami obligacji prefinansującymi 2018 r. stanowi blisko połowę przyszłorocznych potrzeb pożyczkowych brutto. Oznacza to, że MF poważnie będzie musiało rozważyć ograniczenie wartości emisji papierów skarbowych w IV kw. 2017 r. Jak pokazane zostało w Raporcie specjalnym z 28 września 2017 r., w tym kwartale Ministerstwo Finansów może zdecydować się na emisję obligacji na łączną kwotę 25 mld PLN. Ze względu na korzystną sytuację budżetu, w optymistycznym scenariuszu podaż może zostać ograniczona nawet do 20 mld PLN. Oznaczać to może, że resort finansów może lekko ograniczać maksymalną podaż papierów, a także preferować aukcje zamiany i emisje papierów o dłuższych terminach wykupu korzystając z wciąż bardzo atrakcyjnych wycen.Podnosi się dłuższy koniec złotowej krzywej FRA

Autor: Mirosław Budzicki, PKO Bank Polski

Rynek walutowy

Podczas poniedziałkowego handlu zloty utrzymywał okolice poziomów z końca ub. tygodnia. Nie mając nowych impulsów kurs EURPLN od rana lekko spadał, pod koniec sesji europejskiej stabilizując się w okolicach 4,225. Wczorajszy kalendarz publikacji makroekonomicznych nie zawierał istotnych pozycji, stąd rynek pozostawał głównie pod wpływem doniesień zeszłotygodniowych. Solidne dane makro i w reakcji na nie jastrzębie komentarze członków RPP sugerują bowiem stopniowe przesuwanie się konsensusu w Radzie w kierunku nieco wcześniejszego rozpoczęcia podwyżek stóp procentowych. Dotychczas J. Kropiwnicki i J. Osiatyński byli postrzegani jako zwolennicy linii prezesa NBP, zakładającej brak zaostrzenia polityki pieniężnej do końca 2018 r. Nie wydaje się jednak, aby do ewentualnej podwyżki stóp w Polsce doszło wcześniej niż w IV kw. przyszłego roku, stąd nie jest to zapewne główny czynnik pchający złotego w górę, ale wspierający jego aprecjacją. Tak samo można powiedzieć o poniedziałkowej rewizji w górę danych o PKB za 2016 rok. GUS podnosząc realny wzrost do 2,9% wobec 2,7% szacowanych w kwietniu potwierdził dobry stan polskiej gospodarki, jednak z racji, iż dane dotyczyły ub. roku nie miały one istotnego wpływu na nastroje rynkowe. Jak podkreślono w komunikacie, zanotowano większy pozytywny wpływ eksportu netto na tempo wzrostu gospodarczego (+0,7 pp wobec +0,3 pp), ale zmniejszył się pozytywny wpływ popytu krajowego (+2,2 pp wobec +2,4 pp).

Podobnie może być też z wtorkową publikacją danych nt. stopy bezrobocia. Oczekuje się, że we wrześniu stopa bezrobocia rejestrowanego obniżyła się do 6,9% z 7,0% notowanych w sierpniu. Można spodziewać się, że w dalszym ciągu spadek bezrobocia to głównie wynik pozytywnych efektów cyklicznych m.in. wzrostu popytu na pracę. Choć dane potwierdzą utrzymywanie się pozytywnych trendów na krajowym rynku pracy, to ich wpływ na decyzje inwestycyjne na PLN nie będzie zapewne zbyt duży.

W tym tygodniu o losach złotego zadecyduje bowiem EBC, który podczas październikowego posiedzenia powinien zaprezentować plany dot. przyszłości programu skupu aktywów (QE). Obecny program wygasa wraz z końcem tego roku, a rynek zakłada jego wydłużenie (potencjalnie o 9 miesięcy) wraz z obniżeniem miesięcznej sumy, za którą bank centralny strefy euro będzie dokonywał skupu papierów wartościowych z rynku. Od decyzji EBC będzie zależał kurs EURUSD, a więc i losy złotego.

Posiedzenie EBC zaplanowane jest dopiero na czwartek (26.10), stąd w poniedziałek na szerokim rynku uwagę inwestorów przyciągały przyspieszone wybory w Japonii, które odbyły się weekend. Wynik potwierdził zdecydowane zwycięstwo premiera S. Abe. To daje szanse na kolejną kadencję uważanego za gołębia Haruhiko Kurody na stanowisku prezesa Banku Japonii i utrzymanie wsparcia dla gospodarki ze strony polityki pieniężnej. Inwestorzy na te informacje zareagowali ruchem w górę kursu USDJPY w rejony 114 jenów. Utrzymująca się dywergencja w polityce pieniężnej USA i Japonii sprzyja dalszej kontynuacji wzrostów na tej parze walutowej.

Poza EBC w tym tygodniu uwagę warto jest też zwrócić na piątkowe raporty o PKB z USA. Wpływ na wynik z pewnością będą miały huragany, które właśnie w trzecim kwartale uderzyły w południowe stany USA. Oczekuje się jednak, że dane powinny być wystarczająco mocne, aby wspierać oczekiwania rynku na dalsze podwyżki stóp procentowych w 2017r. i kolejne w 2018r. Wraz z oczekiwanym ostrożnym stanowiskiem prezentowanym podczas decyzyjnego posiedzenia EBC dotyczącym planu redukowania programu QE publikacja amerykańskiego PKB powinna negatywnie wpływać na notowania złotego.

W najbliższych dniach nadal też rynki będą wypatrywać decyzji prezydenta D. Trumpa dot. wyboru nowego prezesa Fed. W grze pozostają przede wszystkim gubernator Fed Jerome Powell oraz ekonomista z Uniwersytetu Stanforda John Taylor.Podnosi się dłuższy koniec złotowej krzywej FRA 2

Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski

Poranny raport walutowy 2017-10-24

Lista tematów, która może ruszyć rynkami w tym tygodniu, jest długa, ale na razie nic na niej się nie rusza. Skutkiem tego ostatnie 24 godziny nie przyniosły większych zmian poza NZD, na którym ciąży klątwa zmiany warty w lokalnej polityce. Dziś dzień z PMI z Eurolandu i USA, w nocy infalcja z Australii.

Rynki posiadają bogaty pakiet tematów, które mogą mieć wymierny wpływ na zmienność, ale na razie pozostają wielkim niewiadomymi. Wydarzeniem tygodnia jest oczywiście czwartkowe posiedzenie ECB, gdzie jest sporo miejsca dla jastrzębich i gołębich zaskoczeń, w zależności na jakie wydłużenie programu QE bank się zdecyduje. Europa żyje też postępami w negocjacjach Brexitu i jak to wpłynie na politykę Banku Anglii – negocjacje idą jak po grudzie, a od BoE oczekuje się podwyżki za tydzień, ale nie ma konsensusu, co dalej? Po drugiej stronie Atlantyku prezydent Trump jest „bardzo, bardzo blisko” wyłonienia nowego prezesa Fed z zawężeniem kandydatów do Powella, Yellen i Taylora, przy czym temu pierwszemu rynek daje największe szanse. Wybór Powella byłby interpretowany gołębio, ale wysokie notowania jastrzębiego Taylora nie pozwalają na przedwczesne dyskontowanie wyniku. USD pozostaje też wrażliwy na postępy w procedowaniu ustawy budżetowej, która otworzy drogę dla reformy podatkowej. Izba Reprezentantów może już w czwartek zatwierdzić budżet, co byłoby świeżym zastrzykiem optymizmu dla dolara. Nie można też zapominać o kończącym się Kongresie Komunistycznej Partii Chin, gdzie decyduje się o polityce gospodarczej na kolejne pięć lat. W obliczu całego tego zestawu nie ma nawet miejsca, by wyrażać przedwczesne obawy o zaognienie sporu na linii Barcelona-Madryt.

W rezultacie EUR pozostaje zamrożone aż do czwartku, a inwestorzy nie mają nawet chęci zajmować wyprzedzających pozycji. GBP musi zapomnieć o Brexicie i skupić się na decyzji BoE, jeśli mamy obejrzeć jakieś solidniejsze odbicie. Postępy prac w Kongresie USA oferują pozytywne impulsy dla USD, ale dolar od czwartku ma już za sobą pewien ruch i bez potwierdzenia będzie ciężko o kontynuację. Klimat na rynku jest pozytywny, co ułatwi umocnienie wobec walut defensywnych z największą wrażliwością USD/JPY. W nocy kurs już zdążył skorygować wstępny skok powyborczy (wygrana premiera Abe w Japonii) i teraz rynek może na spokojnie budować podstawę do dalszego wzrostu.

Zwykle mocny w okresach apetytu na ryzyko NZD, w ostatnich dniach nie ma lekko przez krajową politykę. Nocne tąpnięcie wywołały doniesienia, że nowy rząd planuje dokonać „rewizji i reformy” ustawy regulującej bank centralny. Co na pierwszy rzut oka brzmi niepokojąco, w rzeczywistości może takie nie być. ustawa z 1989 r. daje wyłączne prawo decyzje prezesowi RBNZ, podczas gdy obecnie decyzje podejmowane są przez komitet złożony z prezesa i dwóch wiceprezesów. Ustaw nie przewiduje też publikacji komunikatu po posiedzeniu, co jednak ma miejsce. Co więcej, dziś koalicja rządząca ogłosiła plany podniesienia płacy minimalnej – czynnik proinflacyjny, który powinien wzmacniać oczekiwania podwyżek stóp procentowych. W mojej opinii dalsze gonienie wyprzedaży NZD staje się zbyt ryzykowne i jesteśmy blisko odreagowania.

Przed nami w kalendarzu publikacji nic pasjonującego. W Europie tylko niespodziewanie załamanie wskaźników PMI obudzi obawy o niekorzystny wpływ silnego EUR, ale poza tym dane pozostają w pozytywnym trendzie. PMI z przemysłu USA wciąż mogą znaleźć ukryte wsparcie w pracach rekonstrukcyjnych po huraganach. W nocy mamy odczyt CPI z Australii, gdzie brak innych niż ceny energii powodów do przyspieszenia inflacji nie zmieni nastawienia RBA.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Dyrektorzy finansowi nie obawiają się nowej polityki fiskalnej

CFO w Polsce czują zaostrzenie polityki fiskalnej, jednak ją akceptują – wynika z badania przeprowadzonego przez Grant Thornton i Euler Hermes.

W ostatnich dwóch latach polski system podatkowy doświadczył istotnych zmian. Od początku obecnej kadencji parlamentu, w życie weszło 45 ustaw podatkowych i 34 rozporządzenia Ministra Finansów dotyczących podatków. Wprowadzono tak ważne i daleko idące zmiany, jak klauzula o unikaniu opodatkowania, obowiązek przekazywania jednolitego pliku kontrolnego podatku VAT czy odwrócony VAT w budownictwie. Postanowiliśmy sprawdzić, jak te zmiany odbierane są przez działające w Polsce firmy. A ponieważ za poprawne rozliczanie podatków odpowiada w przedsiębiorstwie zwykle zespół finansowy, badaniem objęliśmy szefów tych zespołów – dyrektorów finansowych.

Co wynika z badania? Pierwszy wniosek jest taki, że polscy CFO dość wyraźnie dostrzegają zaostrzenie polityki fiskalnej przez rząd. 43 proc. dyrektorów finansowych zapytanych o to, jak zmieniła się praktyka urzędów skarbowych, odpowiedziało, że uległa ona zaostrzeniu, tymczasem żaden z ankietowanych nie odczuł złagodzenia. Pozostałe 57 proc. nie zauważyło zmian.

Dyrektorzy finansowi nie obawiają się nowej polityki fiskalnej
Źródło: Badanie Grant Thornton i Euler Hermes przeprowadzone wśród 208 dyrektorów finansowych działających w Polsce firm.

W jakich obszarach – zdaniem CFO – zmiany były najbardziej widoczne? Spośród dyrektorów, którzy dostrzegają zaostrzenie polityki fiskalnej, aż 66 proc. stwierdziło, że odbyło się to poprzez wprowadzenie bardziej drastycznych przepisów podatkowych, natomiast 63 proc. wskazało na zwiększone wymagania sprawozdawcze. Kolejno 49 proc. i 45 proc. skarżyło się na zwiększoną częstotliwość oraz szczegółowość kontroli skarbowych. Najmniej, bo 16 proc. ankietowanych, odpowiedziało się, że organy skarbowe rzadziej niż dotąd wydają korzystne dla podatnika interpretacje podatkowe, a 15 proc. wskazało na rzadziej wydawane decyzje podatkowe.

Dyrektorzy finansowi nie obawiają się nowej polityki fiskalnej 2
Źródło: Raport został opracowany na podstawie 208 ankiet zebranych podczas czterech kongresów Dyrektor Finansowy Roku, które odbyły się w drugim kwartale 2017 roku w Poznaniu, Sopocie, Katowicach i Rzeszowie.

Podatki były, są i zawsze będą, więc musimy je zaakceptować. To, co głównie może budzić pewne niepokoje, to brak stabilności systemu podatkowego, który – w szczególności finansistom – nie ułatwia życia. Zauważalne w ostatnim czasie w Polsce zaostrzenie się praktyki podatkowej jest właśnie przykładem owego zachwiania stabilności. W takiej sytuacji zmiany, które w ostatecznej perspektywie oceniane są jako właściwe i skuteczne, mogą budzić wątpliwości– stwierdza Waldemar Wojtkowiak Członek Zarządu Euler Hermes.

Zapytaliśmy też dyrektorów finansowych o to, jak ostatnie zmiany w systemie podatkowym wpływają na działalność ich firm. Co ciekawe, większość ankietowanych (66 proc.) twierdzi, że zmiany nie mają wpływu na ich przedsiębiorstwo. Grupa CFO, która twierdzi, że zmiany utrudniają działalność, jest ponad dwukrotnie mniej liczba – odpowiada tak 32 proc. badanych.

Wyniki badań są – co może zaskakiwać – potwierdzeniem zasadności działań podejmowanych przez Ministra Finansów, a może wręcz ich akceptacją. Z jednej strony to zapewne efekt dobrej aktualnie sytuacji gospodarczej w Polsce, która motywuje CFO do osiągania wzrostu przychodów, a nie przejmowaniem się nowymi obowiązkami podatkowymi. Z drugiej strony – co jest plusem – pokazuje zdolność podatników do szybkiego przystosowania się do nowego otoczenia prawno-podatkowego – mówi Dariusz Gałązka, Partner Grant Thornton.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. kupuje kolejny pakiet wierzytelności

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r., nabyła pakiet nieprzedawnionych wierzytelności z tytułu świadczenia usług IT o wartości nominalnej przekraczającej 0,3 mln zł. Jest to tym samym już kolejny pakiet wierzytelności, który Emitent zakupił w ostatnim czasie.

Spółka dokonała zakupu nieprzedawnionych wierzytelności z tytułu świadczenia usług IT o wartości nominalnej wynoszącej ponad 301 tys. zł. Składanie ofert i zawieranie umów zakupu pakietów oraz portfeli pakietów wierzytelności B2C jest ważnym elementem dywersyfikacji źródeł przychodów Emitenta. We wrześniu br. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. nabyła pakiet wierzytelności konsumenckich, którego wartość nominalna przekracza 2 mln zł. Zarząd Spółki dostrzega bardzo duży potencjał tego obszaru biznesowego i planuje go rozwijać, co powinno pozytywnie wpłynąć na poziom osiąganych przychodów przez Grupę Kapitałową oraz na wzrost jej wartości. 

„Uważamy, że zakupy wierzytelności, w tym także pakietów, otwierają dla Spółki dodatkowe możliwości zwiększania przychodów. Szukamy atrakcyjnych wierzytelności, których dochodzenie będzie jak najmniej kosztowne i pozwoli osiągnąć jak największy zwrot. Obsługa takich pakietów jest dla nas elementem dywersyfikacji przychodów, gdyż w żaden sposób nie zamierzamy zmniejszać naszej aktywności na rynku wierzytelności B2B i będziemy dalej pozyskiwać zlecenia inkasa windykacyjnego, jak również klientów faktoringowych i pożyczkowych.” – podkreśla Remigiusz Brzeziński, Prezes Zarządu Spółki Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A.

W sierpniu 2017 r. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. przedstawiła prognozy finansowe na ten rok, które przewidują, że wypracuje co najmniej 600 tys. zł zysku netto, a jej przychody wyniosą minimum 6,5 mln zł. Po dwóch kwartałach 2017 r. Spółka zanotowała na poziomie jednostkowym zysk netto w kwocie 316 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 2,7 mln zł.

W całym 2016 r. Emitent osiągnął 550 tys. zł skonsolidowanego zysku netto, a jego przychody netto ze sprzedaży wyniosły 5.632 tys. zł. Natomiast jednostkowy zysk netto Spółki w minionym roku wyniósł blisko 515 tys. zł, a jej przychody netto ze sprzedaży przekroczyły 5.408 tys. zł. W 2016 r. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. przeprowadziła z sukcesem emisję obligacji, z której pozyskała środki w wysokości 823 tys. zł. Pozyskany kapitał jest przeznaczany na rozwój nowej usługi – mikroFaktoring WEC. Emitent wypłacił również w tym roku dywidendę z zysku za 2016 r. w kwocie 0,04 zł na akcję.

Fundacja założona przez Roberta De Niro chce rozpocząć działalność w Polsce. Pomoże na starcie polskim twórcom mediów interaktywnych

Fundacja założona przez Roberta De Niro chce rozpocząć działalność w Polsce. Pomoże na starcie polskim twórcom mediów interaktywnych 1

W 2017 roku wartość rynku mediów interaktywnych wzrośnie o 12 proc. rdr. i wyniesie blisko 105 mld dolarów. Do roku 2020 wartość tego rynku zwiększy się do ok. 170 mld dolarów. W bieżącym roku sam rynek gier wideo po raz pierwszy w historii będzie wart 100 mld dolarów. Jednak do mediów interaktywnych zaliczane są nie tylko gry, lecz także m.in. związane z nimi filmy internetowe. Szansą na rozwój tego segmentu są niezależne organizacje wspierające młodych twórców. Jedną z nich jest Tribeca Film Institute, fundacja założona m.in. przez Roberta De Niro, która zapowiada rozpoczęcie swojej działalności także w Polsce.

– Pod nazwą „media interaktywne” kryją się wszystkie nowe media, które wymagają interakcji z publicznością, wymagają odpowiedzi publiczności, by popchnąć projekt do przodu. To oznacza niezliczoną liczbę opcji. Interesują nas dokumenty kręcone w sieci, rozszerzona i wirtualna rzeczywistość, gry, sztuczna inteligencja, instalacje interaktywne. Wszystko, co wymaga od publiczności czegoś więcej, niż tylko siedzenia w fotelu i patrzenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Zeina Abi Assy, dyrektor Departamentu Interaktywnego w Tribeca Film Institute, nowojorskiej organizacji filmowej non-profit założonej m.in. przez Roberta De Niro.

Zdaniem analityków firmy SuperData cały rynek mediów interaktywnych, w tym gier, e-sportu, treści wideo związanych z grami, wirtualnej rzeczywistości i rzeczywistości rozszerzonej, będzie warty na koniec 2017 roku 104,6 mld dolarów. Do roku 2020 rynek ten ma wzrosnąć do 168,8 mld dolarów. Media interaktywne stanowią coraz większą konkurencję dla mediów tradycyjnych. Dzięki globalnemu podejściu do mediów internetowych, coraz łatwiej dotrzeć do tysięcy czy nawet milionów odbiorców. Niezależni twórcy, stawiający pierwsze kroki w branży mediów interaktywnych, zwykle potrzebują jednak pomocy na początku swojej kariery.

– Departament realizuje kilka różnych programów, poprzez które wspieramy i finansujemy niezależnych twórców i artystów. Pomagamy wielu ludziom z branży filmowej, dziennikarzom, specjalistom od nowych technologii, by mogli się spotkać, popracować razem i zacząć tworzyć język dla tej nowej przestrzeni. Mamy różne fundusze, na przykład fundusz prototypowy dla ludzi, którzy są na wczesnym etapie realizacji projektów, albo dla tych, którzy są nowi w przestrzeni interaktywnej – zapewnia Zeina Abi Assy.

Tribeca Film Institute to organizacja non-profit założona m.in. przez Roberta De Niro. Wspomaga niezależnych artystów i filmowców działających na pograniczu filmu, nowych mediów, spraw społecznych, dziennikarstwa i technologii. Organizacja utrzymuje się z dobrowolnych datków, a pieniądze otrzymuje zarówno od wielkich fundacji czy przedsiębiorstw, jak i od indywidualnych darczyńców. Sama natomiast wspiera nie tylko stawiających pierwsze kroki w branży, lecz także tych, którzy potrzebują pomocy w końcowej fazie projektu.

– Mamy fundusz nowych mediów, który jest przeznaczony na projekty już będące na etapie produkcji. To są często projekty od ludzi już dobrze osadzonych w branży. Oni przeszli z tymi projektami długą drogę i potrzebują tylko ostatecznego, dodatkowego impulsu, by je zakończyć – wyjaśnia dyrektor Departamentu Interaktywnego w Tribeca Film Institute

Coraz częściej w produkcji treści, zwłaszcza tych internetowych, ale również coraz częściej skierowanych do mediów tradycyjnych, wykorzystuje się najnowsze zdobycze technologii. Z raportu SuperData wynika, że do 2020 roku, globalny rynek VR (wirtualnej rzeczywistości) osiągnie wartość ponad 28 mld dolarów. Dzięki wykorzystaniu technologii takich jak VR czy kamer sportowych można skrócić dystans pomiędzy twórcą a widzem.

– Najpopularniejsze narzędzia w mediach interaktywnych to wirtualna, rozszerzona i mieszana rzeczywistość, internetowe filmy dokumentalne, strony interaktywne. Używamy również kamer GoPro do dokumentowania przypadków brutalności policji. Ponadto komiksy z rozszerzoną rzeczywistością, roboty i sztuczna inteligencja oraz metody uczenia robotów reagowania na bodźce, a także mapowanie, które jest użytecznie przy historiach związanych z geografią i lokalizacją – twierdzi Zeina Abi Assy.

Interaktywne media starają się także podejmować kwestie współcześnie istotne, oddziałujące na całe społeczeństwo. Jedną z takich kwestii są imigranci. W nowym projekcie Tribeca Film Institute, który ruszy w grudniu 2017 roku, chodzi o zamianę perspektywy i ustawienie imigrantów za kamerą.

– Cały projekt będzie zbudowany przez imigrantów i dla imigrantów. Media cyfrowe i interaktywne mają charakter transformatywny i wpływają na nasze zachowanie, na sposób, w jaki kontaktujemy się ze sobą. Chcemy sprawdzić, jak te media mogą zmienić ludzkie życie i opinie o tym życiu. Projekty interaktywne z zakresu nowych mediów mogą pomóc imigrantom w asymilacji – przewiduje ekspertka.

Najbardziej znaną imprezą organizowaną przez Instytut jest Tribeca Film Festival. W tegorocznej edycji pokazano 97 filmów pełnometrażowych, 57 krótkometrażowych, 15 programów telewizyjnych, 16 projektów z gatunków New Online Work i 31 projektów z gatunku immersive storytelling (wciągających historii). Festiwal odwiedziło 153 tys. widzów, a relacje i spotkania na żywo prowadzone na platformie Facebook Live przyciągnęły 3,8 mln osób. Tribeca Film Institute zapowiada także prowadzenie działalności w Polsce.

– To moja pierwsza wizyta w Polsce, ale mam nadzieję, że uda się tu nawiązać pewne kontakty i wrócić, by przeprowadzić hackathon albo warsztaty związane z polskimi tematami, polskimi wspólnotami, projektami wychodzącymi stąd – twierdzi Zeina Abi Assy.

Work Service sfinalizował umowę przejęcia węgierskiej Spółki Prohuman

Grupa Work Service zawarła umowę przejęcia brakujących 25 proc. udziałów w węgierskiej spółce Prohuman. Przejmowana spółka jest liderem węgierskiego rynku usług pracy tymczasowej z udziałem przekraczającym 22 proc. rynku oraz najszybciej rosnącym podmiotem w strukturach Grupy. Wartość transakcji wyniesie do 7 325 mld HUF i będzie płatna w 3 transzach. Całkowite rozliczenie transakcji nastąpi najpóźniej do 29 czerwca 2018 roku.

Work Service podpisał z Profólió Projekt Tanácsadó warunkową umowę zakupu 25 proc. udziałów w węgierskiej spółce Prohuman. Zamkniecie tej transakcji da grupie 100-proc. udział w jej kapitale zakładowym Prohuman.

Podpisanie umowy inwestycyjnej z Profólió Projekt Tanácsadó przybliża nas istotnie do finalizacji tej transakcji. Przez ostatnie miesiące trwały intensywne prace nad umową. To dobry wynik, biorąc pod uwagę złożoność procesu. Jej ostateczne zamknięcie, spodziewane jest w pierwszej połowie 2018 roku – mówi Maciej Witucki, Prezes Works Service S.A.

Work Service w ramach pierwszej transzy, w terminie 25 października 2017 roku, nabędzie akcje uprawniające łącznie do wykonywania 80,22 proc. na walnym zgromadzeniu spółki. Pozostałe 19,78 proc. WSE kupi w dwóch kolejnych transzach, zrealizowanych po spełnieniu wszystkich wskazanych w umowie warunków, które odbędzie się  31 stycznia 2018 r. (4,98 proc.) oraz 29 czerwca 2018 r. (14,8 proc.). Wartość transakcji wyniesie do 7,325 mld HUF, co według średniego kursu NBP z oznacza kwotę 100,6 mln zł.

Prohuman jest nr 1. na Węgrzech, a wzrost biznesu na tym rynku, jest istotnym elementem realizowanej przez nas strategii rozwoju międzynarodowego. W samym pierwszym półroczy tego roku, na Węgrzech wypracowaliśmy ponad 200 mln zł przychodów. Ponadto jeśli uwzględnilibyśmy efekt tegorocznych akwizycji Grupa PHU, to możemy pochwalić się blisko 20 proc. wzrostem skali węgierskiego biznesu – dodaje Maciej Witucki.

Prohuman od 2010 roku o 600% zwiększyła swój poziom przychodów. Spółka zatrudnia łącznie ponad 17 tys. pracowników tymczasowych i jest to najlepszy wynik na tle konkurencji. Jednocześnie utrzymujące się na Węgrzech niskie bezrobocie i rosnące deficyty kadrowe zwiększają zapotrzebowanie na usługi agencji zatrudnienia.

Dobre perspektywy dla rynku kosmicznego w Polsce. Jego motorem napędowym będzie popyt na dostęp do usług internetowych i budowa wojskowego satelity

Wartość przemysłu kosmicznego wzrośnie z obecnych 350 mld dol. do 1,1 bln dol. w 2040 roku. Jego głównym motorem napędowym będzie zapotrzebowanie na dostęp do jak najlepszych usług internetowych. W Polsce obecnie działa w tym sektorze prawie trzysta firm, a rynek rozwija się w tempie dwucyfrowym. Najważniejszym projektem w skali kraju jest budowa satelity wojskowego, który wpłynie na obronność, w tym także na bezpieczeństwo cywilne.

– Polski rynek kosmiczny jest w tej chwili dość nieduży. Określamy go na około trzysta firm, które w tym otoczeniu, w ekosystemie firm kosmicznych i w jakichkolwiek zamówieniach, działają. Ważne jest to, że ten rynek rozwija się bardzo dynamicznie, to są cały czas dwucyfrowe wzrosty. Oczywiście, gdy zaczynamy z małej skali, to te wzrosty są dużo szybsze niż w dużych sektorach – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Bartosz Sokoliński, dyrektor Biura Rozwoju i Innowacji w Agencji Rozwoju Przemysłu.

Analitycy firmy Morgan Stanley przewidują, że przemysł kosmiczny, którego wartość określa się obecnie na 350 mld dol., osiągnie w 2040 roku wartość 1,1 bln dol. Same wpływy z tytułu dostarczenia dostępu do internetu w miejsca, gdzie obecnie dostępu takiego nie ma lub jest on niewystarczający, sięgną 400 mld dol. Polski przemysł kosmiczny ma jednak inne cele.

– W polskiej strategii kosmicznej jest kilka ważnych punktów. Pierwszy jest taki, aby zamówienia do polskich firm kosmicznych miały wartość co najmniej 3 proc. ogólnych zamówień w ESA. Drugi punkt to zabezpieczenie bezpieczeństwa Polski, wewnętrznego i zewnętrznego, oraz obronności kraju, strategia kosmiczna do tego również jest potrzebna. Trzecim punktem jest zwiększenie zamówień usług satelitarnych przez administrację – wylicza Bartosz Sokoliński.

W listopadzie 2012 roku Polska stała się członkiem Europejskiej Agencji Kosmicznej. W publikacji „Sięgając gwiazd. Polski sektor kosmiczny. 4 lata w ESA” Ministerstwa Rozwoju i Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości czytamy, że liczba organizacji zainteresowanych zamówieniami ESA wzrosła od niespełna 50 w 2012 roku do ponad 300 w 2016 r. Wedle założeń polskiej strategii kosmicznej, polski przemysł kosmiczny ma mieć w 2030 roku 3-procentowy udział w rynku europejskim.

– Biorąc za przykład rynek hiszpański, który kilkanaście lat temu był w podobnej sytuacji jak polski, chcielibyśmy mieć kilka firm liderów, które mogłyby zdobyć swoje specjalizacje i dobrze wpisać się w Europejską Agencję Kosmiczną. Aby kontrakty, które przychodzą z ESA, trafiały do polskich, innowacyjnych przedsiębiorstw kosmicznych – twierdzi ekspert.

Do roku 2020 Polska chce zbudować dwa satelity, których zadaniem będzie monitorowanie zagrożeń dla kraju oraz krytycznej infrastruktury i granic. Satelity będą np. dostarczały zdjęcia wybranych obiektów, weryfikowały i wyznaczały cele dla pocisków JASSM wystrzeliwanych z F-16 oraz do pozyskiwania danych z podsłuchu radioelektronicznego. Satelity mają też monitorować terytorium kraju i dostarczać dane np. o uprawach, klęskach żywiołowych czy pożarach lasu. Na budowę satelitów oraz centrum kontroli Polska ma wydać nawet 1,2 mld zł.

– Dla Polski najważniejszym projektem jest zbudowanie satelity wojskowego. Takiego, który wpłynie na obronność naszego kraju, al także na bezpieczeństwo cywilne, czyli takiego, który będzie nam dawał dane, które możemy wykorzystać w sytuacjach kryzysowych, takich jak różne powodzie, pożary, klęski żywiołowe itd. – wylicza dyrektor Biura Rozwoju i Innowacji w Agencji Rozwoju Przemysłu.

Jednym z przykładów polskiej firmy działającej na rynku kosmicznym jest SatRevolution, która ma zamiar wybudować fabrykę niewielkich satelitów. W przemyśle kosmicznym działa też SENER Polska, która m.in. bierze udział w budowie Ekstremalnie Wielkiego Teleskopu. Innym przykładem jest Creotech Instruments, która współtworzyła kamerę dla sondy ExoMars. Należąca do Creotech pierwsza w Polsce komercyjna fabryka satelitów przechodzi właśnie proces certyfikacji Europejskiej Agencji Kosmicznej.

– Liczymy na to, że będziemy coraz lepiej gospodarowali trzy nisze: pierwsza to robotyka kosmiczna. To bardzo ważny aspekt, mamy tu kilka mocnych podmiotów. Druga to mikrosatelity, ten rynek mocno się rozwija na całym świecie. Chcielibyśmy m.in. przez naszą spółkę CreoTech kawałek tego rynku zdobyć, choć nie tylko CreoTech walczy i próbuje zaznaczyć tu swoją rolę. Trzecia to wydobywanie złóż, czyli kopalnie w kosmosie, to jeszcze brzmi jak science-fiction, ale jest coraz częściej poruszanym tematem – twierdzi Bartosz Sokoliński.

Rośnie popularność crowdfundingu w Polsce. Jego wartość szacowana jest na 200 mln zł rocznie

Rośnie popularność crowdfundingu w Polsce. Jego wartość szacowana jest na 200 mln zł rocznie 2

Crowdfunding rozwija się bardzo dynamicznie. Do 2020 roku globalny rynek tego rodzaju finansowania pomysłów i prototypów będzie się rozwijał w tempie 27 proc. średniorocznie. Jego popularność rośnie także w Polsce, gdzie wyceniany jest na ok 200 mln zł rocznie. W Polsce działa kilka rodzimych platform umożliwiających tego rodzaju finansowanie. Największym jest portal charytatywny SiePomaga.pl. Na polskim rynku funkcjonują także zagraniczni giganci.

Według raportu Technavio do 2020 roku wzrost na rynku crowdfundingu wyniesie niemal 27 proc. średniorocznie. W 2016 roku światowy rynek crowdfundingu był wart blisko 52 mld dol., choć jeszcze w roku 2012 jego wartość wynosiła 2,7 mld dol. Popularność tego rodzaju finansowania bierze się przede wszystkim z tego, że zwykli ludzie mają wpływ na rozwój jakiegoś produktu, zostają inwestorami.

– W skrócie polega to na tym, że masz projekt i chcesz, by ludzie wsparli cię pieniędzmi w zamian za udział w przyszłych zyskach. Umożliwiamy po prostu ludziom wzbudzenie zainteresowania ich projektami ze strony inwestorów – wyjaśnia agencji informacyjnej Newseria Innowacje Pascal Condamine z platformy crowdfundingowej Indiegogo.

Najpopularniejszą formą crowdfundingu jest P2P lending, która stanowi ponad 70 proc. tego rynku. To sytuacja, gdy osoby indywidualne pożyczają pieniądze innym osobom lub firmom na rozwijanie biznesu. Pożyczki takie są tańsze od pożyczek bankowych, dzięki czemu pożyczkodawcy mogą liczyć na wyższe zwroty niż w przypadku produktów bankowych, a pożyczkobiorcy na tańsza pożyczkę. Dodatkowym aspektem jest budowanie od razu społeczności wokół danego produktu.

– Przeprowadzenie takiej kampanii wymaga znacznych środków. Najważniejsze jest zbudowanie wspólnoty jeszcze przed startem. Taka wspólnota pomoże mocno wejść w kampanię i wzbudzić nią zainteresowanie – tłumaczy przedstawiciel serwisu Indiegogo.

Indiegogo to jeden z największych i najpopularniejszych portali crowdfundingowych. Średnia kwota zbierana przez finansowane projekty wynosi około 7 tys. dol., a kampania trwa przeciętnie 9 tygodni. Do przeprowadzenia kampanii sam pomysł nie wystarczy, zwykle trzeba mieć już zbudowany prototyp produktu lub usługi.

– Chodzi o produkty, które mają już swoje finalne prototypy, ale brakuje pieniędzy na wdrożenie produkcji na skalę przemysłową. Trzeba skłonić ludzi do zapłacenia za produkcję, dzięki której produkt może trafić do sprzedaży sześć miesięcy później. Crowdfunding może skrócić drogę od pomysłu do realizacji – zapewnia Pascal Condamine.

Firma ARC Rynek i Opinia przeprowadziła badania odnośnie zaangażowania Polaków w crowdfunding. Wynika z nich, że co prawda obecnie tylko 11 proc. Polaków angażuje się w niego, ale deklarację o zamiarze wspierania tego typu działań wyraziło już 41 proc. obywateli. Najczęściej wspierane w crowdfundingu są projekty sprzętowe.

– Technologie medyczne, technologie ekologiczne, biotechnologia – na tych polach wprowadza się wiele innowacji sprzętowych, które zmieniają codzienne życie ludzi – tłumaczy ekspert.

Według raportu WeTheCrowd największym polskim serwisem crowdfundingowym jest SiePomaga.pl, na którym zebrano dotąd 124 mln zł i który ma zarejestrowanych 754 tys. użytkowników. To portal, który prowadzi zbiórki charytatywne. Z kolei wśród platform uniwersalnych, zbierających pieniądze na różne cele wyróżniają się Wspieram.to, gdzie zebrano 13 mln zł, oraz PolakPotrafi.pl, na którym udało się zebrać 16 mln zł. W naszym kraju działają też światowi giganci.

– Już działamy w Polsce i w ponad dwudziestu innych krajach na świecie. W tej chwili prowadzimy tutaj kampanię dla firmy zajmującej się nagrywaniem kamerą 360 stopni. Wiele kampanii pochodzi z Polski – zapewnia Pascal Condamine z Indiegogo.

Najbogatszym rynkiem crowdfundingowym jest USA. Jego wartość sięgnęła w ubiegłym roku 21,8 mld dol. Tymczasem bardzo dynamicznie rośnie crowdfundingowy rynek w rejonie Azji i Pacyfiku. Jego wartość ma wzrosnąć z 14,7 mld dol. w 2016 r. do 42,39 mld dol. w roku 2021.

Rynek crowdfundingowy w Polsce wart jest ok 200 mln zł rocznie (dane Zrzutka.pl).

Do 2020 r. na świecie ma jeździć 35 mln podłączonych do sieci ciężarówek. Od 2019 roku nowe pojazdy muszą zostać wyposażone w inteligentne tachografy

Do 2020 r. na świecie ma jeździć 35 mln podłączonych do sieci ciężarówek. Od 2019 roku nowe pojazdy muszą zostać wyposażone w inteligentne tachografy 3

Od 15 czerwca 2019 r. każdy nowy pojazd wykonujący na terenie Unii Europejskiej usługi transportowe będzie musiał zostać wyposażony w inteligentny tachograf. Urządzenia te nie tylko zbiorą więcej parametrów pojazdu niż obecne, lecz także będą wyposażone w moduły nawigacji satelitarnej oraz w moduły łączności bezprzewodowej pozwalające na zdalne odczytanie danych o pozycji danego pojazdu. Nowoczesne tachografy mają zwiększać bezpieczeństwo na drogach.

– Główny cel tej zmiany to walka z plagą oszustw, które są stosowane w obecnych tachografach, a ma to duży wpływ na bezpieczeństwo na drodze. Tachografy montowane są w pojazdach po to, aby pokazywać, rejestrować czy ograniczać czas pracy danego kierowcy, żeby ten kierowca nie był przemęczony. Niestety, w obecnej sytuacji, którą mamy – ostatnie zmiany w tachografach to był 2012 rok – te zmiany utrudniły stosowanie różnych oszustw czy manipulacji w tachografach, natomiast nie zakończyły ich definitywnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mateusz Włoch, ekspert firmy Inelo.

Z danych Frost & Sullivan Research wynika, że do 2020 roku na świecie będzie 35 mln podłączonych do sieci ciężarówek, a do roku 2025 będzie ich ponad 65 mln. Rozwiązania cyfrowe i technologie telematyczne zrewolucjonizują rynek samochodów ciężarowych, dzięki czemu sektor ten ma się stać bardziej efektywny i produktywny.

– W nowych, inteligentnych tachografach będą montowane m.in. odbiorniki lokalizacji, coś podobnego do systemu GPS, ale będą to systemy europejskie, taki tachograf obok zapisywania czasu pracy, tak jak robi to obecnie, będzie również zapisywał lokalizację pojazdu na mapie, nie będzie to ciągłe, będzie to kilka razy w ciągu dnia, na początku i na końcu dnia pracy oraz co trzy godziny jazdy – wyjaśnia Mateusz Włoch.

Unia Europejska szacuje, że w co trzecim samochodzie ciężarowym fałszowane są wskazania tachografu. W ciągu jedenastu miesięcy 2016 roku inspektorzy Inspekcji Transportu Drogowego przeprowadzili ponad 196 tys. kontroli drogowych pojazdów. W ich wyniku wydano ponad 15 tys. decyzji administracyjnych o nałożeniu kary pieniężnej za naruszenie przepisów dotyczących transportu drogowego i niemal 40 tys. mandatów karnych. 51 proc. stwierdzonych naruszeń dotyczyło czasu prowadzenia pojazdu i przerw, a około 36 proc. było związanych z niewłaściwym użytkowaniem urządzeń rejestrujących. Inteligentne tachografy mają pozwolić uniknąć kosztownych kontroli.

– Inspektor będzie miał możliwość zdalnego odczytu niektórych danych z tachografów, pomoże to również uczciwym przedsiębiorcom. Będzie to tzw. preselekcja, do kontroli będą zatrzymywane podejrzane pojazdy, z których inspektorzy zdalnie otrzymają informację, że coś jest nie tak, są jakieś błędy sugerujące oszustwa w tachografach, a ci uczciwi przedsiębiorcy, którzy nie będą mieli błędów w tachografach, będą mogli kontynuować jazdę bez stresu kontroli – zapewnia ekspert Inelo.

Raport „Global Truck Video Safety Solutions Market, Forecast to 2023” sugeruje, że 40 proc. menadżerów flot jest zdania, że podłączenie do sieci ciężarówek jest niezbędne. Rozwój zarówno dróg, jak i całych miast ma wymusić pojawienie się coraz większej liczby inteligentnych ciężarówek. Ciężarówki w przyszłości mają pozwolić kierowcom na znacznie łatwiejsze płacenie za paliwo, parkowanie czy nawet śledzenie różnego rodzaju informacji w czasie rzeczywistym.

– Dla całej branży znaczenie będzie miało to, że nowe tachografy będą ułatwiać komunikację z systemami informatycznymi, które są już stosowane w firmach transportowych. W obecnej chwili, aby firma miała na bieżąco informacje z tachografu, ile jeszcze kierowca może jechać, aby spedytor odpowiednio zaplanował trasę, konieczne jest połączenie po kablu. W nowych, inteligentnych tachografach tę funkcję będzie pełnić połączenie Bluetooth – wyjaśnia Mateusz Włoch.

Z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA) wynika, że średni wiek ciężarówki poruszającej się po drogach UE wynosi 11,7 roku. Problemem może być fakt, że od lat średnia ta rośnie. Może mieć to poważne konsekwencje w obliczu przepisów o cyfrowych tachografach, gdyż w ciągu 17 lat nowe tachografy powinny mieć wszystkie samochody zobowiązane do rejestrowania czasu pracy kierowców.

– Warto dodać, że dla użytkowników, którzy mają starsze samochody, nie ma obawy, że trzeba będzie ponieść jakieś wydatki finansowe na wymianę tych tachografów, ponieważ obowiązek wymiany tachografów na inteligentne w obecnych pojazdach, to dopiero 15 lat po 2019 roku, więc 2034 rok. Myślę, że do tej pory wszyscy wymienią flotę, zresztą widać to po flocie w Polsce, gdzie te pojazdy raczej są młode, to jest co najwyżej kilka lat – twierdzi ekspert.

Dane firmy doradczej Deloitte wskazują, że w 2016 roku na całym świecie sprzedaż ciężarówek przekroczyła 2,5 mln egzemplarzy. Do roku 2021 rynek ten ma rosnąć o 1,3 proc. średniorocznie, by osiągnąć wartość blisko 2,7 mln sprzedanych sztuk. W kolejnych pięciu latach rynek ten czeka jednak stagnacja – do roku 2026 odnotowany zostanie spadek o 0,1 proc. średniorocznie.

Inwestycje w nieruchomości coraz popularniejsze. Na rynkach regionalnych zwrot z inwestycji może być dwa razy większy niż w Warszawie

Inwestycje w nieruchomości coraz popularniejsze. Na rynkach regionalnych zwrot z inwestycji może być dwa razy większy niż w Warszawie 4

Z racji na niskie oprocentowanie lokat bankowych Polacy coraz częściej inwestują w rynek nieruchomości. W Warszawie stopa zwrotu wynosi ok. 3–4 proc., a na rynkach regionalnych może być prawie dwukrotnie wyższa – oceniają eksperci OPG Property Professionals. Osobnym segmentem tego rynku, który także mocno zyskuje na popularności, są inwestycje w nieruchomości premium oraz domy wakacyjne.

– Nieruchomości są zdecydowanie najlepszą formą inwestowania, jeśli chodzi o ochronę kapitału. Czasami można zarobić na nich więcej, ale jest to ściśle uzależnione od momentu wejścia i wyjścia z inwestycji w cyklu koniunkturalnym. Standardowo na rynku mieszkaniowym w Warszawie te stopy zwrotu są niewielkie, rzędu 3–4 proc. Na rynkach regionalnych ten zysk często jest prawie dwukrotnie wyższy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Styś, dyrektor zarządzający OPG Property Professionals.

Przy obecnym poziomie inflacji i stóp procentowych nieruchomości są postrzegane jako bardziej zyskowna i bezpieczna forma lokowania kapitału. Generują stałe przepływy w postaci dochodów z najmu albo zysk ze sprzedaży. To w połączeniu z dobrą koniunkturą na polskim rynku nieruchomości przyciąga coraz większe grono inwestorów.

Z danych Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami wynika, że w ubiegłym roku 51 proc. Polaków wskazywało nieruchomości jako najlepszą formę lokaty kapitału. Popyt na mieszkania wzrósł w tym czasie o 20 proc., a deweloperzy oddali do użytku w 2016 roku blisko 80 tys. nowych lokali (wzrost o prawie jedną trzecią). Jak wskazuje firma Reas, w I połowie 2017 roku na sześciu największych rynkach w Polsce na sprzedaż trafiło ponad 33 tys. nowych mieszkań.

Systematycznie rośnie też rynek nieruchomości luksusowych. Poland Sotheby&HASH39;s International Realty szacuje, że jego obecna wartość sięga około 3,6 mld zł. W 2016 roku zamożni inwestorzy kupili ponad dwa tysiące nieruchomości zaliczanych do luksusowych (ich cena przekracza 1 mln zł). Najbardziej pożądane są duże, przestronne apartamenty w Warszawie.

– Inwestorzy zamożni szukają przede wszystkim prestiżu i unikalnego produktu. Chcą się wyróżniać i nie do końca chodzi im o zwrot kapitału. Bardzo często jest to chęć posiadania czegoś unikatowego, bo niekoniecznie są to inwestycje, które mają przynosić pasywny dochód. Raczej jest to drugie albo nawet trzecie miejsce do pomieszkiwania – mówi Michał Styś.

Z kwietniowego raportu „Luxury Realty Map” Poland Sotheby&HASH39;s International Realty wynika, że rynek nieruchomości luksusowych jest skupiony w dużych miastach. W latach 2012–2016 zwiększył swoją wartość o 40 proc. Ten segment rośnie już od około trzech lat, jednak Polska w dalszym ciągu jest pod tym względem wschodzącym rynkiem i ma duży potencjał.

– Rynek nieruchomości luksusowych to segment, który dopiero się kształtuje. Jest mało tego typu transakcji, ponieważ muszą to być bardzo dobrze dopracowane projekty – takie, które mają specyficzną lokalizację, są bardzo dobrze zaprojektowane i mają ciekawe otoczenie – mówi Michał Styś. – W zeszłym roku było przeprowadzonych kilka zakupów zagranicznych funduszy mieszkaniowych, głównie niemieckich, które kupują już całe pakiety mieszkań, również z trochę wyższego segmentu. Bardziej luksusowych inwestycji jest jednak bardzo niewiele.

W ostatnich latach coraz popularniejsze są domy wakacyjne i aparthotele. Inwestycja polega na tym, że deweloper buduje hotel, a inwestorzy wykupują w nim na własność poszczególne apartamenty, które później wynajmują, czerpiąc z nich zyski. Całością zarządza operator, który dba o wszystko: począwszy od promocji i marketingu, poprzez konserwację, aż po pozyskiwanie nowych klientów i obsługę gości hotelowych.

– Domy wakacyjne to kolejny segment rynku, który dopiero w Polsce raczkuje. Społeczeństwo sukcesywnie się bogaci, część stać na coraz bardziej zróżnicowane formy wypoczynku, z perspektywą posiadania nieruchomości, na której można zarobić, przy okazji przebywając w niej przez kilka tygodni w roku na urlopie. Jest to dość popularna forma lokowania kapitału w rejonie największych miast turystycznych na północy i w górach – mówi dyrektor zarządzający OPG Property Professionals.

Wraz ze stażem pracy rośnie przywiązanie pracownika do firmy, ale często też jego niezadowolenie. Pracownicy więźniowie stanowią w Polsce 5 proc. zatrudnionych

Wraz ze stażem pracy rośnie przywiązanie pracownika do firmy, ale często też jego niezadowolenie. Pracownicy więźniowie stanowią w Polsce 5 proc. zatrudnionych 5

Co dwunasty pracownik na świecie czuje się w pracy więźniem, w Polsce – co dwudziesty. Odsetek niezadowolonych z pracy rośnie wraz ze stażem. Negatywne nastawienie tej grupy wpływa demotywująco na pozostałych zatrudnionych. Poradzenie sobie z tą sytuacja jest zadaniem bezpośrednich przełożonych, czyli kierowników działów. Eksperci podkreślają, że warto postawić na ich szkolenie w tym zakresie.

 Nasze badania skupiają się na tym, aby ocenić, na ile pracownicy są angażowani przez środowisko pracy i jak oceniają środowisko pracy, czy są usatysfakcjonowani czy nie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Olga Kwiatkowska, menedżer programu Aon Best Employers w firmie Aon Hewitt. – Na podstawie tych dwóch zmiennych możemy wyodrębnić kilka ciekawych grup pracowniczych. Są wśród nich „siły napędowe”, czyli zaangażowani i zadowoleni pracownicy, ale mogą to też być „więźniowie”, którzy są niezaangażowani, niezadowoleni, mają dosyć krytyczny stosunek do pracodawcy, natomiast z jakiegoś powodu są też związani z miejscem pracy i niechętnie je opuszczają.

Z badania Aon Hewitt „Actively Disengaged & Staying. Dealing with prisoners in the workplace” (Aktywnie niezaangażowani, lecz pozostający. Jak sobie radzić z „więźniami” w miejscu pracy) wynika, że do grupy pracowników więźniów częściej należą osoby z kilku- lub kilkunastoletnim stażem pracy. Wśród osób zatrudnionych od jednego do dwóch lat taką postawę reprezentuje 6,3 proc. zatrudnionych. W grupie ze stażem 6–10 lat jest to już 8,9 proc., natomiast dla pracujących ponad 25 lat wskaźnik ten wzrasta do 17 proc.

 Dłuższy staż pracy sprzyja budowaniu przynależności albo przyzwyczajeniu się do miejsca pracy i może wpływać na budowanie niepożądanych zachowań wśród pracowników, które mogą się objawiać dużą krytyką systemu rozwoju pracowników w organizacji. Może się to też objawiać krytyką systemu wynagrodzeń – tłumaczy Kwiatkowska.

Niespełna jedna czwarta pracowników więźniów (24 proc.) jest zdania, że ich wynagrodzenie za prace jest należyte. Podobny odsetek uważa, że zarządzanie rozwojem pracowników w firmie jest odpowiednie. W pozostałych grupach pracowników opinię taką podziela dwa razy więcej osób. Paradoksem jest natomiast fakt, że wśród „więźniów” odsetek zarabiających lepiej niż wynosi średnia rynkowa dla całej grupy jest wyższy niż wśród „niewięźniów”. To niemal 61 proc. versus 48,1 proc. Zarabiających średnią dla rynku jest również więcej wśród „więźniów” (11,7 proc. wobec 11,2 proc. wśród „niewięźniów”). Natomiast „więźniów” z gorszą pensją od średniej rynkowej jest 24,7 proc., podczas gdy w pozostałych grupach odsetek ten stanowi 40,7 proc. Warto zauważyć, że udział niezadowolonych z wynagrodzenia „więźniów” pokrywa się z udziałem gorzej wynagradzanych w tej grupie, a struktura płac może mieć związek ze stażem pracy.

Globalna średnia pracowników „uwięzionych” w miejscu pracy to 8 proc. W Polsce jest nieco lepiej.

– Średnio w Polsce jest ich 5 proc., natomiast co ciekawe wśród najlepszych pracodawców, czyli tych, którzy najskuteczniej budują angażujące środowisko pracy, jest tylko 1 proc. – zaznacza Olga Kwiatkowska. – Pracownicy więźniowie to grupa, która wpływa destrukcyjnie nie tylko na siebie samych, lecz także na swoje środowisko. Musimy się zastanowić, jak pomóc tym pracownikom, jak przekuć ich w siły napędowe albo jak pomóc im obrać inną ścieżkę kariery.

Zdaniem Aon Hewitt receptą na zmianę z tej sytuacji jest odpowiednie podejście menadżerów do pracy z podwładnymi. Niejednokrotnie wymaga to wyedukowania samych kierowników, by potrafili zidentyfikować nastroje panujące wśród pracowników.

72 proc. uczniów szkół podstawowych skarży się na czystość szkolnych toalet. Często brakuje w nich podstawowych środków higienicznych

72 proc. uczniów szkół podstawowych skarży się na czystość szkolnych toalet. Często brakuje w nich podstawowych środków higienicznych 6

Ponad 30 proc. uczniów w wieku 6–12 lat unika korzystania ze szkolnych toalet – wynika z badania marki Domestos. Dzieci najczęściej skarżą się na brzydki zapach, brak ręczników papierowych, papieru toaletowego i mydła oraz brudne deski klozetowe. Szkoły powinny przywiązywać większą wagę nie tylko do odpowiedniego wyposażenia łazienek, lecz także do właściwego stanu higienicznego toalet.

– Polskie dzieci niechętnie korzystają ze szkolnych łazienek. Ponad 30 proc. dzieci unika tego, ponieważ uważają toalety za nieczyste i niehigieniczne. 72 proc. dzieci w szkołach podstawowych w Polsce uważa, że ich szkolne łazienki nie zawsze są czyste i że warto zmienić ich stan. 43 proc. uczniów korzysta z toalet tylko w nagłych przypadkach lub nie korzysta w ogóle – mówi agencji informacyjnej Newseria Dominika Janikowska z programu „Wzorowa łazienka” marki Domestos.

Szkolna toaleta powinna być przede wszystkim czysta, tak by dziecko nie obawiało się dotykania elementów jej wyposażenia. Nie może brakować środków higienicznych, musi też panować w niej ładny zapach. Poza tym sprzęty powinny być dopasowane do fizycznych możliwości dziecka – krany i umywalki muszą być umiejscowione na odpowiedniej wysokości, podobnie miski WC czy spłuczki.

– Toaleta jest pewną wizytówką, pokazuje, że to, co mówimy o higienie i czystości, ma przełożenie na praktykę – dziecko, które słyszy o tym, jak ważne jest mycie rąk, i wchodzi do toalety, w której nie może umyć rąk, dlatego że nie ma wody, mydła lub jest tak brudno, że się brzydzi, nie będzie tego zadania wykonywało. Pojawia się pytanie, na ile my, dorośli, jesteśmy wiarygodni, kiedy przekazujemy różne ważne treści, a w tej podstawowej zawodzimy – mówi dr Magdalena Śniegulska, psycholog z Zakładu Psychologii Klinicznej Dziecka Wydziału Psychologii Uniwersytetu SWPS, Szkoły Edukacji Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności i Uniwersytetu Warszawskiego.

Brak podstawowego wyposażenia w szkolnej toalecie może skutkować wieloma niepożądanymi konsekwencjami. Funkcjonalność łazienek ma też duży wpływ na komfort przebywania dziecka w szkole, a nawet na koncentrację i wyniki w nauce.

– Stan czystości toalet jest bardzo ważny dla uczniów z wielu aspektów psychologicznych. Po pierwsze, toaleta jest miejscem, które ma dawać poczucie bezpieczeństwa, ma dawać intymność. To miejsce, w którym dziecko ma czuć, że może zaspokoić swoje podstawowe potrzeby fizjologiczne. Jeśli tego brakuje, nie może zaspokajać innych potrzeb: przynależności, uczenia się, rozwoju, nie może wchodzić w interakcje z innymi dziećmi, bo w głowie ma cały czas coś innego – mówi dr Magdalena Śniegulska.

Dzieci najczęściej skarżą się, że w toalecie jest brzydki zapach (53 proc.), nie ma ręczników papierowych (52 proc.), papieru toaletowego (51 proc.), często jest niespuszczona woda (48 proc.) i nie ma mydła (43 proc.) Psycholog tłumaczy, że toaleta na różnych etapach rozwoju pełni inną funkcję.

– Dzieci w klasach I–III mają potrzebę częstszego korzystania z toalety. Ich fizjologia jest trochę inna. W momencie pojawienia się napięcia, które często towarzyszy dzieciom, bo wszystko jest nowe, trzeba się podporządkować nowym regułom, częstotliwość korzystania z toalety jest zdecydowanie większa. Na kolejnych etapach edukacji toaleta jest miejscem, gdzie dziecko dba o swój wizerunek. Staje się też miejscem rozmów, wymiany doświadczeń, miejscem bycia we wspólnocie. Łazienka musi zapewniać intymność – wyjaśnia dr Magdalena Śniegulska.

Tym bardziej że toaleta jest nie tylko miejscem, w którym dba się o higienę czy poprawia wygląd, lecz także miejscem, w którym można się wyciszyć. Spędzając najwięcej czasu w salach lekcyjnych, uczniowie w sposób naturalny szukają miejsc integracji czy dających możliwość spokojnej rozmowy poza nimi. Są to szkolne korytarze, stołówki, a także właśnie toalety.

Szkoły nie zawsze jednak dysponują budżetem, który mogą przeznaczyć na remont czy wyposażenie toalet, by spełniały wszystkie wymogi. Wiele łazienek wymaga gruntownego remontu i poprawy czystości. Poprawa ich stanu oraz edukacja dzieci w zakresie właściwych nawyków higienicznych są kluczowymi celami programu „Wzorowa łazienka”.

– Marka Domestos zainicjowała program „Wzorowa łazienka”, który ma na celu edukację na temat higieny, jak często myć ręce, w jaki sposób korzystać z toalety, jak zachowywać higienę, oraz daje szkołom możliwość wygrania głównej nagrody, którą jest remont szkolnej łazienki – mówi Dominika Janikowska

W pierwszym kroku szkoły rejestrują się na platformie www.wzorowalazienka.pl, następnie muszą postępować według zamieszczonych tam wytycznych.

– Szkoły otrzymują dostęp do materiałów z lekcjami higieny oraz dostęp do galerii swojej szkoły. Następnie przeprowadzają w klasach lekcje higieny, w trakcie których ostatnim zadaniem dzieci jest narysowanie wymarzonej łazienki. Nauczyciele zbierają prace graficzne, skanują je i wrzucają do swojej galerii na stronie internetowej. Tam następuje głosowanie i szkoły z największą liczbą głosów wygrywają remonty łazienek bądź roczny zapas produktów Domestos – wyjaśnia Dominika Janikowska.

Konsumenci częściej szukają żywności ekologicznej i lokalnej. To wymaga nowych sposobów promocji krajowych producentów

Konsumenci częściej szukają żywności ekologicznej i lokalnej. To wymaga nowych sposobów promocji krajowych producentów 7

Producenci wyrobów ekologicznych, regionalnych i certyfikowanych mogą liczyć na promocję ze strony instytucji państwowych. Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa powstały kilka tygodni temu z połączenia dwóch agencji rolnych i będzie wspierać zarówno rodzimych drobnych producentów, jak i prozdrowotne trendy w zachowaniach konsumentów, którzy coraz częściej odchodzą od produktów masowych.

Rynek polski na przestrzeni ostatnich kilku lat bardzo mocno się zmienił. Mamy nowe pokolenia konsumentów, nowe technologie, nowe sposoby komunikacji. To wszystko sprawia, że trzeba trochę inaczej patrzeć dziś na komunikację, trzeba operować trochę innym językiem, trochę inaczej stawiać argumenty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Kocon z Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa. – Na przykład gdy przechodzimy na dietę, to wcale nie oznacza to, że mamy problem z nadwagą czy otyłością, ale chcemy się trzymać pewnych reżimów, bo chcemy dobrze jeść i dobrze żyć.

Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa działa od 1 września 2017 roku. Scala w sobie kompetencje dawnej Agencji Rynku Rolnego (częściowo) oraz Agencji Nieruchomości Rolnych. Zajmuje się m.in. zarządzaniem państwowymi nieruchomościami rolnymi, nadzorem nad spółkami hodowli roślin i zwierząt o szczególnym znaczeniu dla gospodarki narodowej czy wspieraniem działań promocyjnych i informacyjnych na rynkach wybranych produktów rolnych i żywnościowych.

– Do nowych, świadomych konsumentów czy osób po 30. roku życia chcemy trafiać z komunikatem o wysokiej jakości polskich produktów, o systemach jakości, w ramach których te polskie produkty powstają, i przekonywać ich, aby wybierali te produkty – zapowiada Kocon. – Jednym z takich przykładów będzie strona i aplikacja „Polska smakuje”. Chcemy, aby to hasło się zakorzeniło i było synonimem polskiej żywności wysokiej jakości. Aplikacja dzisiaj gromadzi około 300 producentów, którzy produkują żywność w ramach certyfikatów, ale chcemy, aby było ich więcej. Chcemy zmieniać świadomość konsumentów, aby wybierali zdrowe polskie produkty.

Na portalu „Polska smakuje” mogą prezentować swoje produkty ci wytwórcy, którzy produkują żywność w systemie jakości, np. QMP czy QAFP, żywność ekologiczną, produkty znajdujące się w rejestrze Chroniona Nazwa Pochodzenia, Chronione Oznaczenie Geograficzne czy Gwarantowana Tradycyjna Specjalność lub na ministerialnej liście produktów tradycyjnych, mające oznaczenia Poznaj Dobrą Żywność, Produkt Polski, produkt górski. Tego typu produktów coraz częściej szukają dzisiejsi konsumenci.

 Świadomość się zmienia. Widzimy, że konsumenci odchodzą od produkcji wielkoprzemysłowej i od sprzedaży wielkoformatowej, mamy renesans bazarków, kooperatyw spożywczych – mówi przedstawiciel KOWR. – My chcemy mocno tę tendencję wspomóc i pokazać, że z jednej strony jest popyt na produkty, ale jest i podaż – gdzie szukać produktów regionalnych, co jest ich wyróżnikiem, czyli właśnie znaki jakości, krajowe i unijne, które są honorowane przez ministra rolnictwa.

Z przeprowadzonego przez GUS pod koniec 2014 roku badania stylu życia Polaków „Zdrowie i zachowanie zdrowotne mieszkańców Polski w świetle Europejskiego Ankietowego Badania Zdrowia (EHIS) 2014 r.” (badanie to dotyczące zdrowia i wpływających na zdrowie mieszkańców UE zachowań i nawyków wykonywane jest raz na pięć lat) wynika, że 73 proc. polskich dzieci zjada owoce co najmniej raz dziennie, a 62 proc. dzieci – warzywa. Co najmniej cztery razy w tygodniu owoce spożywa 17 proc. dzieci, a warzywa – co piąte dziecko. Jednak blisko 4 proc. dzieci nie jada warzyw w ogóle. Z dorosłymi jest jeszcze gorzej: tylko co drugi dorosły mężczyzna i zaledwie dwie trzecie kobiet je codziennie zarówno warzywa, inne niż ziemniaki, jak i owoce. KOWR chce zmienić ten stan.

Chcemy rozwijać wszystkie kategorie, także te, które są dziś najbardziej związane ze sposobem życia Polaków. Jeżeli przechodzimy na dietę, wchodzimy w różnego rodzaju reżimy żywieniowe, to chcemy takich produktów dostarczać, m.in. owoce i warzywa. To jest kategoria, która rośnie, jednak nasze spożycie owoców i warzyw, choć wydaje się nam, że jemy dużo, pozostaje na dużo niższym poziomie niż średnia europejska – tłumaczy Paweł Kocon. – Takie stwierdzenie znalazło odzwierciedlenie w strategii promocji Funduszu Promocji Owoców i Warzyw na przyszły rok: trzeba zwiększać świadomość konsumentów o tym, że jemy jeszcze za mało owoców i warzyw.

Niska konsumpcja owoców i warzyw to problem globalny. Uczestnicy wrześniowego Międzynarodowego Kongresu Promocji Warzyw i Owoców powoływali się na badania, które wskazują, że większość Europejczyków nie osiąga minimalnego poziomu spożycia 400 g dziennie na osobę, który jest zalecany przez Światową Organizację Zdrowia. To zaś ma znaczenie dla zdrowia społeczeństw. Przywoływane badania wskazują, że jedzenie minimum siedmiu porcji warzyw i owoców dziennie znacznie zmniejsza ryzyko zachorowań na miażdżycę czy nowotwory.

E-paragony fiskalne mają pomóc w walce z szarą strefą. Jej udział w stratach VAT może sięgać 50 mld zł

E-paragony fiskalne mają pomóc w walce z szarą strefą. Jej udział w stratach VAT może sięgać 50 mld zł 8

Szara strefa odpowiada nawet za 40 proc. luki w VAT. Straty budżetu z tego tytułu szacuje się na ok. 50 mld zł. Dlatego rząd wprowadza kolejne zmiany, które mają uszczelnić system. Jednym z elementów walki z szarą strefą jest wprowadzenie elektronicznych paragonów fiskalnych, co jest zaplanowane na 2018 rok. Trwają prace nad systemem, który pozwoli połączyć klienta z danymi. Wyzwaniem jest też opracowanie sposobu otrzymywania informacji o przesłaniu paragonu.

Od przyszłego roku zamiast dostawać tradycyjny, papierowy paragon, każdy obywatel Polski będzie otrzymywał jego elektroniczną wersję. To, w jaki sposób ten paragon będzie dostarczony, nadal podlega dyskusji: czy będzie to aplikacja, czy będzie to powiązane z systemem bankowym, czy stworzone zostanie elektroniczne biuro obsługi klienta, gdzie każdy będzie mógł się zalogować i pobrać swój paragon, czy będzie on dostarczany za pomocą e-maila lub SMS-a – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Walachowski, dyrektor zarządzający EmailLabs.

Projekt nowelizacji ustawy o podatku od towarów i usług zakłada, że od I kwartału 2018 roku kasy fiskalne będą musiały być dostosowane do wymogu emitowania elektronicznych paragonów fiskalnych. Będą one przesyłać dane bezpośrednio do fiskusa. Obowiązek wymiany kas będzie wprowadzany stopniowo. W pierwszej kolejności zostanie nałożony na stacje benzynowe oraz firmy z branży motoryzacyjnej i wulkanizacyjnej – od 1 stycznia 2019 roku. W połowie 2019 roku nowe przepisy obejmą branżę gastronomiczną i budowlaną, a od 1 stycznia 2020 roku z fiskalizacji online będą musiały korzystać także zakłady fryzjerskie i kosmetyczne, hotele oraz kluby fitness.

Jak podkreśla ekspert EmailLabs, to dobre rozwiązanie dla klientów, zwłaszcza kupujących towary objęte długą gwarancją, bo e-paragonu nie można zgubić, a jest on konieczny do reklamacji. Elektroniczne paragony to także korzyść dla rządu, który chce w ten sposób uszczelnić system podatkowy.

Mamy w Polsce olbrzymią szarą strefę, wielu przedsiębiorców zaniża dochody, aby obniżyć podatki, które muszą zapłacić do państwa. Dzięki przejściu na e-paragony będziemy mogli ten system uszczelnić, a wpływy do budżetu będą liczone w miliardach złotych – tłumaczy Walachowski.

Zgodnie z przepisami ustawy o VAT podatnicy mają obowiązek stosowania kas rejestrujących przy sprzedaży na rzecz osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej. Część sprzedawców próbuje tego obowiązku unikać, nie wydając faktury lub paragonu. Według różnych szacunków z powodu tzw. luki w VAT Polska traci rocznie 45–50 mld zł. Skumulowana luka w VAT za okres 2008–2015 wyniosła ponad 262 mld zł.

Obecnie rząd poszukuje najlepszego i najbardziej bezpiecznego rozwiązania, które będzie wygodne dla klienta. Jednym z pomysłów na pewno jest połączenie e-paragonów z kontem bankowym, jednak istnieje obawa, aby nie było zbyt dużej ingerencji instytucji finansowych. Innym pomysłem jest wprowadzanie e-BOK-u, gdzie użytkownik po zalogowaniu będzie mógł pobrać e-paragon poprzez wyszukiwarkę internetową na swoim koncie. Jest też pomysł, aby wprowadzić powiadomienia, które mogłyby przychodzić za pomocą e-maila lub SMS-a, albo za pomocą notyfikacji PUSH, jeżeli mielibyśmy aplikację mobilną – wymienia dyrektor zarządzający EmailLabs.

Stworzony system ma pozwolić na połączenie klienta z jego danymi. Wyzwaniem jest sposób dostarczania e-paragonu. Biorąc pod uwagę liczbę transakcji bezgotówkowych (854,6 mln tylko w I kwartale 2017 roku), można oszacować, że miesięcznie należałoby wysłać ok. 300 mln informacji o e-paragonach. Do tego dochodzą paragony z transakcji gotówkowych.

Moim zdaniem najwygodniejszym rozwiązaniem byłoby udostępnienie możliwości wyboru dla każdego obywatela. Po zalogowaniu się do systemu internetowego, gdzie są wszystkie paragony, mógłby on wybrać, czy chce się otrzymywać notyfikacje push, e-maila czy SMS – zaznacza Walachowski.

Własny adres e-mailowy ma większość Polaków. Z raportu CBOS wynika, że z 67 proc. Polaków, którzy korzystają z internetu co najmniej raz w tygodniu, najczęściej wybieraną formą komunikacji jest poczta e-mailowa. Korzysta z niej 97 proc. internautów. Dlatego Michał Walachowski podkreśla, że e-mail to jeden z najlepszych sposobów dostarczania e-paragonów. Zwłaszcza że platformy takie jak EmailLabs pozwalają śledzić każdą pojedynczą wiadomość, niezależnie od skali wysyłki (z jakiego serwera i do kogo została wysłana, czy użytkownik ją otrzymał i odczytał). Zapewnia to nie tylko dużą szybkość i dostarczalność e-maili, lecz także bezpieczeństwo.

Ministerstwo Zdrowia: nowy lek na zaawansowanego szpiczaka mnogiego ma szansę trafić na styczniową listę refundacyjną

Ministerstwo Zdrowia: nowy lek na zaawansowanego szpiczaka mnogiego ma szansę trafić na styczniową listę refundacyjną 9

Resort zdrowia nie wyklucza, że w styczniu na listę refundacyjną trafi nowoczesny lek dla chorych na zaawansowanego szpiczaka plazmocytowego. Obecnie trwają rozmowy ministerstwa z producentem leku, pomalidomid, który podaje się w trzeciej linii leczenia pacjentom z opornym i nawrotowym szpiczakiem. Wiceminister Marcin Czech zapowiada również, że w kolejnych rozdaniach refundacyjnych znajdą się leki hematoonkologiczne w innych wskazaniach.

W Polsce stale rośnie liczba chorych na nowotwory krwi. Według statystyk choroba ta dotyka obecnie 17 osób na 100 tys. mieszkańców. Do najczęściej diagnozowanych nowotworów z tej grupy należy przewlekła białaczka szpikowa, chłoniak Hodgkina oraz szpiczak plazmocytowy. Jednocześnie hematoonkologia stanowi najbardziej dynamicznie rozwijający się dział onkologii. Pacjenci otrzymują coraz bardziej skuteczne terapie, pozwalające nie tylko znacznie wydłużyć czas przeżycia wolny od progresji, lecz także w znacznym stopniu poprawić jego jakość. W ostatnim czasie polscy pacjenci otrzymali dostęp do nowoczesnych terapii w przypadku białaczki limfocytowej oraz chłoniaków.

–  Leki stosowane w chorobach hematoonkologicznych znalazły się na poprzedniej liście refundacyjnej, w związku z czym poszerzyliśmy to spektrum chorób i myślę, że w tej dziedzinie mogą Państwo liczyć na pozytywne rozwiązanie przy najbliższej liście – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes wiceminister zdrowia Marcin Czech.

Szpiczak plazmocytowy co roku diagnozowany jest u prawie dwóch tysięcy Polaków. Ze względu na nieswoiste objawy rozpoznanie choroby często następuje późno, gdy znajduje się ona już w zaawansowanym stadium. Dzięki nowym terapiom nowotwór nie musi oznaczać wyroku, działanie leków sprawia, że szpiczak staje się chorobą przewlekłą. Terapie te są jednak niedostępne dla polskiego pacjenta.

– Prowadzimy rozmowy na temat szpiczaka, w tej chwili one są zaawansowane, ale najprawdopodobniej zmiany nie znajdą się na najbliższej liście refundacyjnej, natomiast mamy nadzieję na uzyskanie porozumienia, jeśli chodzi o kolejne rozwiązanie refundacyjne – mówi Marcin Czech.

Na świecie zarejestrowanych jest obecnie sześć cząsteczek stosowanych w terapii zaawansowanej, nawrotowej oraz opornej na leczenie postaci szpiczaka plazmocytowego. Tylko jedna z nich jest w zaawansowanym procesie administracyjnym w Polsce. Jest to pomalidomid, nowoczesny lek immunomodulujący, hamujący rozwój komórek nowotworowych poprzez stymulację układu odpornościowego chorego. Lek ten został dopuszczony do leczenia szpiczaka plazmocytowego w 2013 roku. Ministerstwo Zdrowia nie wyklucza, że wkrótce terapia pomalidomidem stanie się dostępna również dla polskich pacjentów.

– Prowadzone są rozmowy, mamy nadzieję na ruch cenowy ze strony producenta. Naszą ambicją byłoby, aby ten lek w styczniu znalazł się na liście refundacyjnej. Proszę nie traktować tego jako deklarację, natomiast rozmowy są zaawansowane – mówi Marcin Czech.

Terapia pomalidomidem, zwłaszcza w skojarzeniu z innym lekiem o nazwie deksametazon, może wydłużyć życie chorych z zaawansowanym szpiczakiem plazmocytowym nawet o pięć lat. Lek ma ograniczoną toksyczność, nie powoduje więc uciążliwych skutków ubocznych. Podawany jest doustnie, co oznacza, że chorzy mogą być leczeni w warunkach domowych, bez konieczności hospitalizacji.

Zdrowy przemysł – jak wykorzystać potencjał krajowych producentów leków

Ustalenie wydatków na leki na poziomie 17% budżetu NFZ, zwolnienie z paybacku krajowych producentów leków oraz zmiany w ustawie o CIT – to najważniejsze deklaracje wiceministrów rozwoju i zdrowia – Jadwigi Emilewicz oraz Marcina Czecha, jakie padły podczas debaty nad raportem „Zdrowy przemysł. Reindustrializacja krajowej branży farmaceutycznej”. Jak wynika z przygotowanego na zlecenie PZPPF raportu, zmiany te powinny być elementem szerokiej, międzyresortowej strategii sektorowej. 

Raport przygotowany przez Politykę Insight i Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego diagnozuje obecną kondycję krajowego przemysłu farmaceutycznego oraz wskazuje na potencjał i bariery w jego rozwoju. Analiza zawiera również szczegółowe rekomendacje dla rządu, w jaki sposób inteligentnie wspierać branżę. Zdaniem autorów, kluczowa jest zmiana podejścia rządu do tego sektora i zaprzestanie traktowania go jako zasobów dla prowadzenia polityki lekowej oraz uczynienie partnerem rozwoju gospodarczego Polski.

Innowacyjny przemysł krajowy

Przygotowany przez Politykę Insight raport już na wstępie zwraca uwagę na bardzo ważny aspekt, jakim jest wyjście poza standardowy podział branży na firm krajowe – generyczne, i międzynarodowe – innowacyjne. Autorzy zwracają uwagę na mylący charakter etykietowania firm w oparciu o ich portfolio produktowe i niezgodność takiego podejścia z definicją innowacyjności stosowaną przez Eurostat i OECD. W kontekście sektora farmaceutycznego jest to bowiem kategoria zdecydowanie szersza. Produkt innowacyjny to nie tylko zupełnie nowa substancja czynna, ale również taki lek, którego formulacja, skład czy forma podania zostały udoskonalone. Innowacją są też nowe i ulepszone metody syntezy leków.

Oznacza to, że wiele produktów i aktywności realizowanych przez krajowy przemysł spełnia kryteria innowacyjności. Jeśli rozpatruje się faktyczną działalność firm na terenie Polski, a nie w skali globalnej, to pojęcie innowacyjności czy produkcji opartej na działalności badawczo-rozwojowej również powinno ulec przewartościowaniu. Krajowi producenci, określani jako „generyczni”, najczęściej inwestują w działalność badawczą więcej niż lokalne oddziały firm międzynarodowych. Z kolei firmy „innowacyjne” często produkują w swoich lokalnych zakładach leki generyczne.

Strategiczny sektor farmaceutyczny

Autorzy raportu zwracają uwagę, że przemysł farmaceutyczny dotychczas nie należał do priorytetowych gałęzi krajowej gospodarki, czego przykładem jest m.in. brak obowiązującego dokumentu strategicznego, który dotyczyłby tego sektora czy jasno określonej wizji polityki lekowej państwa.  Wywołuje to niepewność, traktowaną jako ryzyko biznesowe – zarówno przez firmy krajowe, jak i zagraniczne.

Zarówno minister Jadwiga Emilewicz jak i Marcin Czech zadeklarowali, że to podejście ulega zmianie. Podkreślali, że nie chodzi jedynie o deklarację, lecz o konkretne działania. – Jesteśmy głęboko zainteresowani rozwojem sektora farmaceutycznego. (…) Kończy nam się paliwo naszej gospodarki, którym były niskie koszty pracy. Dlatego tworzenie dobrze wynagradzanych miejsc pracy dla specjalistów staje się istotną wartością. Naszą ambicją jest dołączyć do grona państw produkujących leki innowacyjne – leki biologiczne, innowacyjne chemiczne i bionastępcze oraz leki generyczne „plus”. ­­– podkreśliła wiceminister Emilewicz. Jej zdaniem główne atuty branży to 14 mld zł kontrybucji do PKB, najwyższy poziom wydatków na badania i rozwój oraz wysokopłatne miejsca pracy.

Wiceminister zdrowia Marcin Czech z kolei zwrócił uwagę na inne, stricte zdrowotne korzyści płynące z obecności krajowego przemysłu farmaceutycznego. Jak podkreślił – Dzięki wykorzystaniu leków generycznych jesteśmy w stanie leczyć większą część polskiego społeczeństwa i najczęściej dotykające je choroby jak nadciśnienie, cukrzycę, astmę. Dlatego z ogromną przychylnością patrzymy na ich producentów. Poza tym, dzięki konkurencji cenowej wywołanej przez leki generyczne i biopodobne możliwe jest finansowanie terapii innowacyjnych.

Współpraca międzyresortowa

Zdaniem autorów raportu jedną z istotnych barier w rozwoju krajowego przemysłu jest brak odpowiedniej koordynacji polityki pomiędzy poszczególnymi resortami. Jak zauważył prezes PZPPF Zdzisław Sabiłło, tworzone regulacje nie zawsze są spójne i nie uwzględniają specyfiki branży. Ustawa o innowacyjności i RTR mają na celu wspomagać krajowy przemysł farmaceutyczny, ale pakiet ustaw związanych z podatkiem CIT niweluje efekt tego wsparcia. – Niestety rachunek korzyści i strat  wynikających z proponowanych rozwiązań jest dla branży niekorzystny. Każdy z resortów działa wedle odmiennej, własnej logiki, tymczasem my musimy funkcjonować w obydwu równolegle ­­– zauważył.

Wiceminister Emilewicz podkreśliła jednak, że jej resort blisko współpracuje z ministerstwem zdrowia przełamując silosowość zarządzania. Przykładem międzyresortowego porozumienia są wspólne deklaracje dotyczące poziomu wydatków na refundacje leków. Przedstawiciele rządu zgodnie zadeklarowali, że zobligują NFZ do ustalenia go na poziomie 17% budżetu płatnika.

Innym, bardzo dla branży istotnym obszarem współpracy miałaby być zmiany w mechanizmie payback. Jak podkreślał prezes Sabiłło jego proponowany kształt nieproporcjonalnie obciąża producentów leków generycznych, którzy de facto odpowiadają za powszechny dostęp do leków i byłby kolejnym elementem wpływającym na destabilizację otoczenia prawnego, w którym działa branża. Jednak w zgodnych deklaracjach przedstawicieli obu resortów zwolnione z jego płacenia miałyby być te firmy, które spełnią kryteria partnerów polskiej gospodarki – prowadzą w Polsce m.in. działalności produkcyjną, inwestycyjną lub badawczo-rozwojową.

Kolejne kroki

Szansą na rozwój sektora jest nie tylko większa koordynacja polityki na forum rządu, ale także zmiana perspektywy z oszczędzania na generowanie przychodów. Na negatywne skutki presji cenowej zwrócił uwagę m.in. Krzysztof Kopeć, wiceprezes PZPPF – Leki w Polsce należą do najtańszych w UE. Ciągłe dążenie do obniżenia ich cen i ich dodatkowa redukcja, jaka nastąpiłaby w efekcie płacenia paybacku nie sprzyja zwiększaniu wydatków na badania i rozwój. Jak podkreślił, biorąc pod uwagę, że wydatki na leki krajowych producentów pokrywają się z generowanymi przez nich przychodami dla budżetu, polityka ta nie doprowadzi do rozwoju sektora. Wiceprezes Kopeć podał przykład Irlandii, która nie prowadzi polityki oszczędności w zakresie farmakoterapii, ale działa przez inteligentne wsparcie i analizę zróżnicowanych aspektów inwestycji i profitów dla zdrowia i gospodarki.

Według raportu „Zdrowy przemysł. Reindustrializacja krajowej branży farmaceutycznej” kolejne kroki powinny objąć przede wszystkim rozpoczęcie prac nad średnio- i długookresową strategią rozwoju przemysłu farmaceutycznego, a także wprowadzenie konkretnych rozwiązań, które powiążą wydatki refundacyjne z inwestycjami. Państwo powinno także aktywnie wspierać działalności badawczo-rozwojową poprzez ulgi podatkowe oraz eksport i ekspansję zagraniczną krajowych producentów wyrobów farmaceutycznych.

Rozwój e-commerce napędza popyt na powierzchnie logistyczne w miastach

eBay udostępnia polskim sprzedawcom nowe narzędzie do wystawiania ofert na zagranicznych rynkach

eBay, jeden z największych portali aukcyjnych na świecie, udostępnia polskim sprzedawcom nowoczesne narzędzie „eBaymag” służące do wystawiania ofert na zagranicznych rynkach. Dzięki temu rozwiązaniu sprzedawcy mogą wystawiać swoje aukcje w języku danego kraju na kilku rynkach jednocześnie, zwiększając tym samym zasięg swojej oferty nawet do 168 mln aktywnych kupujących.

eBaymag jak to działaeBaymag to bezpłatne, zautomatyzowane narzędzie, które umożliwia sprzedawcom skuteczne poszerzenie swojej oferty o zagraniczne rynki i sukcesywny rozwój międzynarodowej sprzedaży. Sprzedający udostępnia na stronie eBaymag.com dane o wystawianych produktach, a narzędzie automatycznie generuje oferty przetłumaczone na język kupujących w wybranym kraju. Dzięki temu sprzedawcy mogą bezpośrednio wystawiać swoje produkty na kilku zagranicznych serwisach eBay jednocześnie. Ponadto eBaymag aktualizuje stany magazynowe po sprzedaży i określa właściwą kategorię oraz kluczowe parametry wystawianego produktu, co wpływa na efektywniejsze pozycjonowanie w wyszukiwarce eBay. Sprzedający ma także możliwość filtrowania przedmiotów według cen, kategorii lub lokalizacji magazynu, co daje pełną kontrolę nad tym, jakie produkty chce sprzedawać. Narzędzie umożliwia również elastyczne ustalanie cen, zwiększanie lub zmniejszanie ich na wybranych rynkach, a także zarządzanie kosztami wysyłki i polityką zwrotów.

Do tej pory funkcjonalności eBaymag były dostępne w języku angielskim wyłącznie dla wybranych sprzedawców. W tej chwili narzędzie jest po raz pierwszy udostępnione w języku polskim i mogą z niego korzystać wszyscy sprzedawcy biznesowi.

Poprzez takie rozwiązania, jak eBaymag chcemy łączyć kupujących i sprzedających online bez względu na to, gdzie się znajdują i w jakim języku mówią. Dziś prawie 60% wszystkich transakcji na eBay to transakcje międzynarodowe, dlatego też nowoczesne narzędzia, takie jak eBaymag, mają za zadanie wspierać naszych polskich sprzedawców w rozwoju swojej działalności i ekspansji na rynki zagraniczne – mówi Małgorzata Gliszczyńska, dyrektor zarządzająca na Polskę i Europę Centralną w eBay.

eBay stawia na polski rynek e-commerce

Pod koniec ubiegłego roku eBay ogłosił zmiany dla kupujących i sprzedających w Polsce w ramach planu transformacji portalu, które objęły m.in. zniesienie w Polsce opłaty za wystawienie przedmiotów na eBay.pl, zarówno dla firm, jak i osób prywatnych. W maju serwis rozpoczął także współpracę z firmą Borderlinx, która umożliwia polskim użytkownikom zamawianie produktów z niemieckiej platformy eBay.de z dostawą do Polski. Ponadto od sierpnia br. funkcjonuje także spersonalizowana strona główna eBay w języku polskim.

Konieczne usunięcie klauzul waloryzacyjnych i indeksacyjnych z kredytów frankowych

Nie mamy żadnego ustawowego rozwiązania tzw. problemu kredytu frankowych. W pojęciu tym jest pewien fałsz, ponieważ nikomu nie pożyczano franków ani innych walut. Pożyczający także ich nie posiadaliKredyty były formą zakładu bukmacherskiego, nielegalną w momencie ich udzielania. Prawo w drugiej połowie pierwszego dziesięciolecia tego wieku nie dawało podstaw do udzielania kredytów tego rodzaju, gdzie jest tzw. klauzula waloryzacyjna lub indeksacyjna. Polegało to na pożyczeniu pewnej kwoty, a zwróceni innej, nieznanej sumy w relacji do jakiegoś miernika, jakim w tym przypadku była waluta. Dotychczas powstające projekty były zbyt daleko idące. Twórcy uważali, że za pomocy ustaw można zmienić treści umów. Jest to jednak niemożliwe, dlatego należy stworzyć tryb dla ich zmiany w sposób konsyliacyjny, albo procesowy. Te projekty – społeczne lub wychodzące z Kancelarii Prezydenta – zbyt wysoko stawiały barierę legislacyjną, trudną do obrony, ale i dla samych zainteresowanych. Gdyby tego rodzaju ustawa została uchwalona, zapewne zostałaby zaskarżona i skutecznie podważona.

– Mamy do czynienia z patologią kredytowania. W formie kredytu udzielano czegoś, co przypominało zakład bukmacherski. Stąd nazywano je kredytami toksycznymi, zaprzeczającymi istocie kredytu, czyli zwracaniu tego, co zostało pożyczone z uwzględnieniem odsetek i ewentualnie prowizji. Nie da się tego zagadnienia rozwiązać przy pomocy stosowania prawa, ale jego stworzenia. Stąd idea napisania ustawy restrukturyzacyjnej – powiedział serwisowi eNewsroom prof. Witold Modzelewski, profesor nauk prawnych, ekonomista i były wiceminister finansów – Znane są tego typu przypadki – np. ustawa antydolaryzacyjna przed wojną, która regulowała dolaryzację kredytów. Mino silnego złotego kredyty były wtedy głównie zawierane w walutach obcych. Ustawodawca nakazał ich odwalutowanie. Dzisiaj potrzebne jest usunięcie z tych umów ich istoty, czyli zaprzeczających kredytowemu charakterowi klauzul waloryzacyjnych i indeksacyjnych. Projekty, które wyszły z czynników oficjalnych, początkowo ograniczały całe zagadnienie do tzw. spreadów, czyli zwrotu części ceny niesprzedanych faktycznie walut kredytobiorcom. Fikcja goniła fikcję – sprzedawano nieposiadane przez bank waluty, które następnie jakoby posiadane przez tego, kto je kupił służyły spłacie zadłużenia. Zarabiano na tym w postaci marży, tzw. spreadu, czyli sprzedając to, czego się nie ma i w dodatku przy pomocy nieistniejących walut formalnie zaliczano ten zwrot na spłatę kredytów. Problem jest bardzo złożony i wymaga rozwiązania kompleksowego, na pewno nie fragmentarycznego, które dotyczy wyłącznie tej fikcyjnej marży w postaci spreadów. Ciągle jesteśmy w punkcie wyjścia. Nawet ten projekt został skrytykowany. Pojawiła się kolejna koncepcja ustawy pomocowej, która bardziej jednak pomagałaby bankom niż kredytobiorcom, którym chce się umożliwić spłatę sztucznie powstałego zadłużenia. Pozostajemy w tej kwestii w tym samym punkcie, co w 2015 roku i nie ma pewności, czy pojawi się jakaś istotna zmiana – dodał Modzelewski.

Poniedziałek z czeskim zacieśnianiem w tle

Pustki w poniedziałkowym kalendarzu makroekonomicznym skutecznie zwróciły uwagę inwestorów w stronę rynku akcyjnego czy rynku surowców. Początek tygodnia z solidnym przytupem zaczynają listopadowe kontrakty na gaz ziemny (2,2 proc.), które obecnie uznają wyższość bawełny mającej za sobą aż 3,9 proc. zwyżkę. W koszyku walut G10 sile amerykańskiej waluty udaje się oprzeć jedynie nowozelandzkiemu dolarowi (0,1 proc.) oraz funtowi szterlingowi (0,1 proc.) próbującemu ponownie uplasować kurs GBP/USD nad okrągłym poziomem 1,3200.

Pierwsze godziny nowego tygodnia zdecydowanie nie należały do szwedzkiej korony (0,5 proc.). W jej cieniu znajduje się przecenione 0,3 proc. euro, które spycha notowania EUR/USD w okolice poziomu 1,1750. W gronie walut Emerging Markets największym przegranym pozostaje turecka lira (-1,2 proc.) solidnie dystansująca się od przeceny południowoafrykańskiego randa (-0,6 proc.) czy węgierskiego forinta (-0,3 proc.). Liderem regionu pozostaje czeska korona (0,2 proc.), która stała się beneficjentem jastrzębich słów Marka Mory, członka zarządu ČNB, opowiadającego się za dalszym zacieśnianiem prowadzonej polityki pieniężnej. W przypadku złotego (0,1 proc.) należy mówić o nieco skromniejszym ruchu. Na koniec dnia EUR/PLN notuje groszowy ruch w okolice 4,2230, USD/PLN osuwa się do 3,5920, GBP/PLN stabilizuje się przy piątkowym zamknięciu (4,7430), a CHF/PLN przebija się w okolice 3,6450.

Początek tygodnia na Starym Kontynencie stał pod znakiem stosunkowo skromnych wzrostów, z którym skutecznie wyłamała się giełda w Madrycie. Zniżce indeksu IBEX 35 (-0,6 proc.) przeciwstawiły się między innymi spółki notowane przy Książęcej, gdzie obserwuje się stopniowy powrót WIG 20 (0,3 proc.) w okolice kotwicy przy 2 500 pkt. Z niezbyt przychylnej rekomendacji Vestora nic nie zrobili sobie inwestorzy LPP, którzy finalnie wypchnęli walory odzieżowego giganta aż 4,2 proc. powyżej piątkowego zamknięcia. Według noty analitycznej walory LPP mają odnotować ruch w stronę poziomu 6962 PLN (obecnie: 7 992,45 PLN), przy jednoczesnym wzroście wyceny wicelidera – CCC (2,3 proc.) – dzisiejszej sesji do poziomu 322 PLN (obecnie: 271,60 PLN). W dolnej części stawki znalazła się Jastrzębska Spółka Węglowa (-1,2 proc.) pomimo zmiany wyceny spółki przez BOŚ do poziomu 125 PLN za walor (obecnie: 100,25 PLN, poprzednio: 100,25 PLN). Listę komponentów ostatecznie zamknął PKO Bank Polski (-1,3 proc.) z niewiele silniejszą stratą.

W trakcie poniedziałkowych notowań nad poziom 13 000 pkt wrócił frankfurcki DAX, na czele którego znalazło się Linde (2,3 proc.) za sprawą poluzowania warunków porozumienia z Praxair. Mniej pokaźny ruch ku wyższym poziomom zanotował Infineon (1,2 proc.) planujący rozszerzenie modelu biznesowego o dostawę mikroprocesorów dla sektora motoryzacyjnego. Najsilniejszy zwrot na południe ma za sobą Commerzbank, którego 1,6 proc. przecena wynika z zawartego porozumienia w sprawie masowej redukcji etatów. Niemiecki bank zobowiązał się do prezentacji efektów synergii wynikającej z wdrożonej automatyzacji procesów czy podniesienia odpraw o kolejne 10 tys. EUR.

Mniej fascynującą sesję obserwowano na giełdzie w Londynie. Miano najsilniej zniżkującego komponentu indeksu FTSE 100 (0,0 proc.) zyskał Mediclinic (-2,7 proc.) za sprawą odrzucenia oferty pozyskania pakietu większościowego przez Spire. Efekt wynikający z przeceny giganta z branży opieki zdrowotnej próbowało najsilniej wymazać GKN (5,1 proc.) po zmianie rekomendacji przez Liberum. Na dalszych pozycjach znalazł się Micro Focus (2,2 proc.) za sprawą wyraźnie podbitego wolumenu czy Fresnillo (1,3 proc.) będące na fali masowego ustawienia długich pozycji.

Blisko piątkowego zamknięcia balansuje złoto. Na przestrzeni dnia żółty kruszec zdołał wypracować jedynie 0,1 proc. zwyżkę, która zapewniła rajd w okolice poziomu 1 281,20 USD. Nieco bardziej pokaźny ruch ma za sobą srebro (0,3 proc.) wyceniane po 17,0750 USD za uncję. W wyraźnym odwrocie znajduje się platyna, która z 1,6 proc. zniżką zamyka spis głównych surowców.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Skandynawscy inwestorzy i pracodawcy w Polsce

Polsko-skandynawska współpraca gospodarcza. Inwestycje, wymiana handlowa i skandynawscy inwestorzy w Polsce.

Skandynawia jednym z największych bezpośrednich inwestorów w Polsce

Napływ zagranicznych inwestycji bezpośrednich (Foreign Direct Investment – FDI) jest jednym z najważniejszych impulsów pobudzających gospodarkę – napędza popyt konsumpcyjny i inwestycyjny, podnosi produktywność firm i ich pracowników, zwiększa wynagrodzenia oraz obniża bezrobocie.

W ciągu ostatniego ćwierćwiecza co roku do Polski napływało średnio 26 mld zł kapitału rocznie, obecna wartość zagranicznych inwestycji bezpośrednich w Polsce wynosi ponad 712 mld zł  wskazuje raport ośrodka analitycznego Polityka Insight, ogłoszony w marcu 2017 roku w Ministerstwie Rozwoju. Inwestycje te przyczyniły się do wzrostu popytu konsumpcyjnego i inwestycyjnego, pojawienia się nowoczesnych technologii, rozwoju przedsiębiorstw, usprawnienia procesów produkcyjnych i łańcuchów dostaw, poprawy produktywności firm i ich pracowników, podwyżek płac i spadku bezrobocia, a w konsekwencji wzrostu PKB Polski – podkreślają autorzy opracowania.

Według raportu największym inwestorem zagranicznym w Polsce były Niemcy (19,1 proc. ogółu inwestycji), potem USA (10,9 proc.) i Francja (10,8 proc.). Za nimi uplasowały się m.in. Wielka Brytania (6,2 proc.), Włochy (5,7 proc.) oraz kraje Skandynawii (5,3 proc.).

Raport Polityka Insight „Co przyniosły inwestycje zagraniczne. Wpływ na gospodarkę Polski w ostatnim ćwierćwieczu”, potwierdza, że firmy skandynawskie są jednym z najważniejszych inwestorów w Polsce i stanowią trzecią pod względem liczebności grupę firm zagranicznych.

W naszym kraju zarejestrowanych jest ponad 2 000 spółek z udziałem kapitału skandynawskiego. Obecność w Polsce pierwszych firm z tego regionu Europy sięga początków XX wieku, co oznacza, że niektóre firmy są nieprzerwanie obecne w naszym kraju od ponad 100 lat. W ciągu ostatnich 10 lat liczba zarejestrowanych spółek z udziałem kapitału skandynawskiego w Polsce wzrosła o 37%, co przełożyło się na inwestycje rzędu 11 mld euro. Największym inwestorem pozostawała Szwecja, której inwestycje w Polsce były warte prawie 7 mld euro, czyli przeszło połowę całego zainwestowanego przez Skandynawów kapitału.

Skandynawskie firmy działają we wszystkich gałęziach gospodarki w Polsce. Są obecne w bankowości, w przemyśle meblowym i w motoryzacji. Ostatnio największą popularnością cieszą się centra usług wspólnych (BPO, SSC) – wskazuje Carsten Nilsen, przewodniczący Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej. – Szybko rozwija się sektor IT. Jesteśmy także obecni w sektorze spożywczym, m.in. w przetwórstwie rybnym. Polacy kupują dużo ryb ze Skandynawii. Do tego dochodzi przemysł stoczniowy i sektor handlowy -wymienia.

Firmy ze Skandynawii wyróżniają się poziomem innowacyjności, zaś wypracowane nad Wisłą innowacyjne rozwiązania wdrażają na innych rynkach.

Obecni w Polsce skandynawscy inwestorzy cały czas rozwijają swoje biznesy. Wprowadzają więcej innowacji i nowych technologii. W ten sposób przyczyniają się do rozwoju polskiej gospodarki. Polska jest bardzo dużym rynkiem, więc trudno się dziwić zainteresowaniu inwestorów. Dzięki rozbudowanej infrastrukturze mają oni łatwy dostęp do innych państw unijnych – podkreśla przewodniczący Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej.

Polsko-skandynawska współpraca gospodarcza

Kraje skandynawskie pozostają także w czołówce partnerów handlowych Polski, zarówno w kategoriach importu, jak i eksportu. Niezmiennie od kilku lat Skandynawia (kraje skandynawskie liczone razem)  utrzymuje się w pierwszej trójce kierunków polskiego eksportu (ok. 6-7% całości eksportu) i w pierwszej piątce kierunków polskiego importu (około 5-6% całości importu), po Niemczech, Chinach, Rosji i Włoszech. Biorąc pod uwagę handel tylko z krajami europejskimi, znaczenie rynków skandynawskich jako partnerów handlowych Polski jeszcze bardziej wzrasta.

Wg wstępnych danych GUS, rok 2016  przyniósł wzrost polskiego eksportu o 2,3 proc. (do 183,6 mld euro), importu o 0,9 proc. (do 178,9 mld euro) oraz dalsze znaczące zwiększenie nadwyżki obrotów (ponad 2-krotne, do blisko 4,8 mld euro).

W 2016 r. odnotowano wzrost eksportu do wszystkich krajów z pierwszej dziesiątki naszych partnerów, czyli do Szwecji, Hiszpanii, Holandii, Niemiec, Rosji, Włoch, Francji, Czech, na Węgry oraz do Wielkiej Brytanii.

Najwyższy wzrost eksportu Polska zanotowała w obrotach ze Szwecją, bo o 12,2 proc, zaś w wartość wyeksportowanych towarów wyniosła ponad 5 mld EUR.  Polskie obroty towarowe ze Szwecją w ostatnich latach charakteryzowały się bardzo dynamicznym wzrostem. Od roku 1998 uległy podwojeniu. Udział Polski w obrotach Szwecji jest również istotny. W 2016 r. Polska znajdowała się na 11 miejscu wśród odbiorców szwedzkich towarów i 10 miejscu wśród krajów eksportujących na rynek szwedzki – z udziałem odpowiednio 3,2 % i 3,7 %.

Tendencja ta utrzymuje się nadal w 2017 roku. Po siedmiu miesiącach br. wśród głównych partnerów handlowych Polski odnotowano wzrost eksportu do wszystkich krajów z pierwszej dziesiątki naszych partnerów, w tym również do  Szwecji.

Obroty z pierwszą dziesiątką naszych partnerów handlowych stanowiły 66,3 proc. eksportu (w analogicznym okresie ub.r. 66 proc.), a importu ogółem – 65,6 proc. (wobec 66,2 proc. w styczniu–lipcu 2016 r.)” – poinformował GUS. Tym samym eksport wyrażony w euro wyniósł 114 mld 648,6 mln euro, a import 114 mld 18 mln euro (wzrost w eksporcie o 8,4 proc., a w imporcie o 11,1 proc.). Dodatnie saldo wyniosło 630,6 mln euro wobec 3 mld 121,3 mln euro w analogicznym okresie ub. roku.

***

Źródło: SPCC/ https://www.spcc.pl/node/20645

Jak będzie wyglądać rynek pracy w branży IT?

Coraz więcej osób chce zostać programistą. Branża IT kusi dobrym wynagrodzeniem, benefitami i stabilną pracą. Czy ta bańka za chwilę pęknie? Eksperci ze szkoły programowania online Kodilla.com uspokajają: firmy z branży IT mają się dobrze i będą miały jeszcze lepiej.

Pracodawcy wciąż poszukują specjalistów IT. Wiele osób decyduje się nawet na przebranżowienie, aby dołączyć do tej branży. Czy rynek pracy nasyci się programistami? Na pewno nie nastąpi to w ciągu kilku następnych lat – potwierdzają to raporty finansowe firm z branży IT. Te przedsiębiorstwa zatrudniają i będą zatrudniać programistów, bo ich sytuacja na rynku wygląda bardzo optymistycznie.

Od 2009 roku rosną przychody firm z branży IT

Mówi się, że wszystko co dobre, szybko się kończy – to jednak nie dotyczy tej branży. A dowodem są dane z GUS, zgodnie z którymi od 2009 do 2017 roku przychody firm z branży IT wzrosły o 16 mld złotych. Według prognoz ekspertów ze szkoły programowania online Kodilla.com, przy takiej tendencji, do 2020 roku przychody przedsiębiorstw z tego segmentu będą zwiększać się o ok. 10% rocznie, aby za nieco ponad 2 lata osiągnąć zawrotne 23 mld złotych. Co to oznacza dla rynku pracy?

IT – to jest i będzie rynek pracownika

kodilla_tabela_przychody-rok

Konkurencja o najlepszych specjalistów jest bardzo duża. Pracodawcy decydują się zapłacić więcej, aby zachęcić i zatrzymać najlepszych z nich. Aby to osiągnąć, konieczne są podwyżki oraz pakiety świadczeń dodatkowych, dopasowane do indywidualnych potrzeb pracowników. Z drugiej strony pracownicy, szczególnie z branży IT, są świadomi niedoborów kadrowych i wymagają coraz więcej. Czy pracodawcy są w stanie zapewnić im to, czego oczekują?

Z analizy ekspertów ze szkoły programowania online Kodilla.com wynika, że obecnie, jak i w przyszłości, firmy z sektora IT nie będą miały z tym problemu. Ich przychody rosną, a jednocześnie charakteryzują się stosunkowo małym procentem kosztów (76,7%), więc mają do dyspozycji kapitał na podwyżki albo dodatkowy program socjalny. Dla porównania, w całej gospodarce udział kosztów do przychodów wynosi 94%. Im niższy udział kosztów, tym wyższa jest efektywność danego sektora, a firmom zostaje więcej zysku.

kodilla_tabela_koszty

Z roku na rok rosną wynagrodzenia dla pracowników IT

kodilla_tabela_przychody-wynagrodzeniaWynagrodzenia pracowników firm z sektora IT rosną wolniej niż przychody tych przedsiębiorstw, ale mimo to od 2009 do 2017 wzrosły o 1153 złote. Według prognoz ekspertów Kodilla.com, do 2020 roku pensje wzrosną o 1572 zł. W 2017 roku wynagrodzenie w branży IT wyniosło średnio 3894 złotych. Może się wydawać, że to nieduża kwota, ale w danych GUS zawarte są wynagrodzenia wszystkich pracowników, czyli programistów, ale też np. asystentów, stażystów czy osób zajmujących się sprzątaniem. Jeśli chodzi o pensje programistów, według raportów Sedlak&Sedlak mediana wynagrodzeń na stanowisku javascript/frontend webdeveloper w 2017 roku wyniosła 5430 zł, a java developera 6774 zł (brutto na umowie o pracę). Porównując do roku 2016, jest to więcej o 230 zł w obu przypadkach, nawet mimo dołączenia do branży kilkunastu tysięcy nowych pracowników, którzy mogli zaniżyć średnią.

Wynagrodzenia w IT a inne branże

Analiza wynagrodzeń w poszczególnych sektorach rynku potwierdza, że sektor IT charakteryzuje się najwyższym średnim wynagrodzeniem – wynosi ono 3900 zł. Powyżej 3 tys. zł zarabiają również pracownicy nieruchomości (3318 zł) i firm z sektora Nauka i technika. Najmniejsze pensje są odnotowane w branży Leśnictwo i rybactwo.kodilla_tabela_wynagrodzenie-branza

Jak będzie wyglądać IT w przyszłości?

W 2020 roku firmy z branży IT odnotują wzrost przychodów o 23 mld złotych, koszty utrzymają się na poziomie 28 mld zł, a pensje pracowników IT wzrosną o 1572 zł w stosunku do roku 2009. Zarówno wyniki finansowe, jak i prognozy zachęcają coraz więcej osób do dołączenia do branży IT. – Przebranżowienie się jest możliwe w ciągu 3-6 miesięcy na bootcampie programistycznym, choć wymaga pracy i poświęcenia min. 15-20 godzin tygodniowo. Wśród kursantów są jednak osoby, które rozpoczynają naukę bez znajomości podstaw programowania, a mimo tego, już jako absolwenci, dostają pracę na stanowisku junior developer. Z bootcampów bardzo często korzystają też marketingowcy czy nauczyciele, którzy chcą podnieść swoją konkurencyjność na rynku pracy, zyskując umiejętności programistyczne – komentuje Marcin Kosedowski ze szkoły programowania online Kodilla.com.

Wyniki finansowe firm z branży IT, jak i prognozy na rok 2020 obalają mit, że na polskim rynku pracy będzie przesyt programistów. W ciągu kilku następnych lat pracodawcy będą szukać osób z umiejętnościami programowania.

Źródło: Kodilla.com

W krótkim okresie więcej spadków niż wzrostów cen produktów rolnych

  • Zboża: Wysokie zbiory rzepaku oraz znacząca podaż innych surowców oleistych hamują wzrost jego cen. Możliwa słabsza dynamika cen pszenicy. Najnowsze prognozy produkcji tego zboża na świecie są o 13,4 mln t wyższe w porównaniu do pierwotnych oczekiwań, co oznacza spadek tylko 0,4% r/r.
  • Mleko: Ceny masła spadają wskutek odbudowy produkcji w UE-28 i w pozostałych krajach. Jednocześnie spadki cen odtłuszczonego mleka w proszku pogarszają koniunkturę na rynku mleka. Odbudowa produkcji w Nowej Zelandii przebiega wolniej od oczekiwań, co ogranicza dynamikę spadków cen przetworów mleczarskich, jak również samego mleka.
  • Mięso: Oczekiwana w 2018 r. kontynuacja wzrostu produkcji wieprzowiny w Chinach może skutkować dalszym, choć już wolniejszym spadkiem eksportu mięsa wieprzowego z UE do tego kraju. Dodatkowym czynnikiem oddziałującym negatywnie na koniunkturę na unijnym rynku jest postępujący wzrost produkcji wieprzowiny w USA. W przeciwieństwie do cen żywca wieprzowego, ceny drobiu na rynku krajowym we wrześniu były wyższe r/r.
  • Owoce i warzywa: Ceny warzyw spod osłon dynamicznie wzrosły na koniec 3q17 wskutek zmniejszenia podaży na południu Europy. Presja na koszty skutkować może wzrostem cen soków pitnych w kolejnych miesiącach.

Rynek cukru w UE:

  • Od sez. 2017/18 unijny rynek cukru będzie funkcjonował w warunkach zniesionych limitów produkcyjnych oraz eksportowych. Brak ograniczeń pozwoli na zwiększanie produkcji w Unii, co może przełożyć się na spadek cen w obliczu poprawy światowego bilansu cukru w sez. 2017/18.

W krótkim okresie więcej spadków niż wzrostów cen produktów rolnych

Źródło: PKO Bank Polski

Elektronizacja i krótsza archiwizacja coraz bliżej

We wtorek rząd zajmie się projektem, który zlikwiduje obecne absurdy prawne związane z prowadzeniem i przechowywaniem dokumentacji pracowniczej. To bardzo dobra wiadomość dla przedsiębiorców.

Przygotowany przez resort rozwoju projekt przewiduje możliwość prowadzenia i przechowywania dokumentacji pracowniczej w postaci elektronicznej. Wybór formy będzie należał do pracodawcy. Obecne przepisy nie przewidują takiej możliwości. Niemniej jednak w niektórych firmach, w związku z powszechną cyfryzacją, jest to praktykowane. Stosuje się w nich jednocześnie obie formy – tradycyjną papierową oraz elektroniczną. Jednostki zajmujące się sprawami kadrowo-płacowymi pracują na dokumentach w wersji elektronicznej, a forma papierowa jest zachowana do celów dowodowych i na wypadek kontroli ze strony PIP. Trzeba jednak zaznaczyć, że zgodnie z projektem zmiana postaci z papierowej na elektroniczną będzie wymagała opatrzenia kwalifikowanym podpisem elektronicznym lub kwalifikowaną pieczęcią elektroniczną. To zaś spowoduje, że stosowanie formy elektronicznej może nie być powszechne.

Kolejna istotna zmiana proponowana przez resort to skrócenie okresu archiwizowania dokumentacji pracowniczej z obecnych 50 do 10 lat. Obowiązek półwiecznej archiwizacji to absurd i biurokratyczny koszmar. Ponadto wiąże się on z dużymi kosztami finansowymi i logistycznymi po stronie pracodawców, szacowanymi na 130 mln zł rocznie. Tak długi okres archiwizacji jest ewenementem na skalę europejską – funkcjonuje on jedynie w Polsce. Przykładowo w Wielkiej Brytanii dokumenty kadrowo-płacowe przechowuje się 6 lat, w Niemczech i Finlandii – 10 lat, a w Danii – 5 lat. Odejście od 50—letniej archiwizacji jest zatem jak najbardziej uzasadnione i konieczne. Ważne jest to, że krótszy okres archiwizacji ma być powiązany z obowiązkiem po stronie pracodawcy przekazywania do ZUS comiesięcznych raportów informacyjnych. Będą one zawierały dane niezbędne do ustalenia prawa do świadczenia oraz jego wysokości.

Szkoda, że ostatecznie z projektu usunięto wcześniejsze propozycje dotyczące elektronicznej komunikacji z pracownikiem. Zgodnie z nimi dokumenty takie jak np. świadectwo pracy, ewidencja czasu pracy czy wnioski urlopowe pracowników mogłyby mieć postać elektroniczną. Dzięki takim zmianom przepisy byłyby bardziej dostosowane do rzeczywistości, ponieważ komunikacja z pracownikiem zazwyczaj i tak odbywa się za pośrednictwem e-maila, a nie wymiany pism.

Pomysł wprowadzenia projektowanych zmian nie jest nowy – pojawił się on już w ramach tzw. pierwszej ustawy deregulacyjnej z 2011 r. Teraz jako element pakietu „100 zmian dla firm” mają one w końcu szansę na wprowadzenie i prawdopodobnie zaczną obowiązywać od 2019 r. Prace nad projektem nie były łatwe, a ministerstwo starało się znaleźć złoty środek, który pogodzi interesy pracodawców, pracowników i ZUS. W efekcie pracodawcy muszą liczyć się z tym, że stosowanie elektronizacji i krótszej archiwizacji będzie się również wiązało z określonymi obwarowaniami prawnymi. Niemniej jednak każda zmiana likwidująca nadmierne obowiązki po stronie pracodawców jest dobrą zmianą.
Wioletta Żukowska-Czaplicka, Ekspert Pracodawców RP

Pracodawcy będą krócej przechowywać akta pracowników

We wtorek rząd przyjmie projekt ustawy skracający z 50 do 10 lat okres obowiązkowego przechowywania akt pracowniczych. To dobre rozwiązanie. Konfederacja Lewiatan od dawna postulowała zmniejszenie obowiązków pracodawców związanych z prowadzeniem i przechowywaniem akt pracowniczych.

– Skrócenie okresu przechowywania akt pracowniczych spowoduje znaczące zmniejszenie obciążeń i kosztów pracodawców. Na tle innych krajów Unii Europejskiej w Polsce mamy do czynienia z bardzo długim – 50 letnim, obowiązkiem przechowywania, archiwizowania akt pracowniczych przez pracodawców w formie papierowej. Dlatego dobrze się stało, że ten stan rzeczy ulegnie zmianie. Nowe regulacje mają wejść w życie z dniem 1 stycznia 2019 r. – mówi Robert Lisicki, radca prawny, dyrektor departamentu pracy, dialogu i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan.

Pracodawcy popierają też zmianę, która umożliwi firmom przechowywanie akt pracowniczych także w wersji elektronicznej.

Wykaz podatników VAT może pomóc weryfikować partnera

Prowadzenie publicznego rejestru podatników VAT, może stać się ważnym i skutecznym narzędziem weryfikacji kontrahenta, jednak aby tak było, powinny zostać uwzględnione uwagi zgłaszane przez przedsiębiorców.

Projekt ustawy o podatku od towarów i usług przewiduje prowadzenie przez szefa Krajowej Administracji Skarbowej publicznego rejestru podatników VAT. W wykazie miałyby być takie dane jak: imię i nazwisko lub pełna nazwa podatnika, adres miejsca prowadzenia działalności gospodarczej lub adres siedziby, numery rachunków rozliczeniowych podatnika lub imiennych rachunków podatnika w spółdzielczej kasie oszczędnościowo kredytowej – zgłoszonych w urzędzie skarbowym, data: rejestracji/wykreślenia/przywrócenia do rejestru podatnika VAT czynnego oraz podstawę prawną wykreślenia/przywrócenia zarejestrowania jako podatnika VAT czynnego.

Prowadzenie publicznego rejestru podatników VAT, może stać się ważnym i skutecznym narzędziem weryfikacji kontrahenta, jednak sprawdzanie przy każdej płatności, czy rachunek bankowy, na który dokonywany jest przelew, został zgłoszony w wykazie podatników VAT czynnych mocno obciąży podatników dodatkowymi kosztami związanymi z obsługą administracyjno – księgową – uważa Rada Podatkowa Konfederacji Lewiatan.

W przypadku, gdy płatność na kwotę ponad 15 tys. zł, nie zostanie dokonana na konto znajdujące się w wykazie, nabywca nie będzie mógł zaliczyć takiego wydatku do kosztów uzyskania przychodów. Dla dużych przedsiębiorców, współpracujących z wieloma dostawcami, sprawdzanie czy ich rachunki są w wykazie podatników VAT, będzie oznaczać konieczność wprowadzenia dodatkowej weryfikacji na etapie księgowania faktury/zlecania płatności i poniesienie z tego tytułu dodatkowych kosztów.

– Naszym zdaniem należy dostarczyć przedsiębiorcom narzędzie, które pozwoli, aby wykonanie nakładanych obowiązków, było dla nich niedokuczliwe i bezkosztowe. Może nim być weryfikator (narzędzie IT), który w momencie dokonywania przelewu wskaże przedsiębiorcy, że rachunek, na który dokonuje przelewu nie widnieje w wykazie podatników VAT czynnych prowadzonym przez Szefa Krajowej Administracji Skarbowej – mówi Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, sekretarz Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Projekt ustawy nie przewiduje sytuacji, kiedy podatnicy, dostarczający usługi na masową skalę (np. operatorzy sieci komórkowych, dostawcy mediów – w tym prądu, gazu), wykorzystują do obsługi płatności z tytułu dostarczonych przez siebie usług rachunki wirtualne przypisane do konkretnych klientów, a podpięte pod jeden rachunek rozliczeniowy. Czy w takim przypadku zgłoszeniu podlegać powinien rachunek główny, czy też każdy indywidualny rachunek podpięty po ten rachunek główny – subrachunek przypisany do indywidualnego klienta?

Wątpliwości budzi także aktualizowanie wykazu podatników w dni robocze, raz na dobę. Istnieje niebezpieczeństwo, że dane w rejestrze będą nieaktualne. Formularze aktualizacyjne NIP są przesyłane drogą papierową, a zatem zawsze będą istnieć rozbieżności pomiędzy datą zgłoszenia danego rachunku do urzędu, a datą wprowadzenia tych danych do systemu urzędu.

Rada Podatkowa Konfederacji Lewiatan postuluje, aby w przypadku weryfikacji podatnika na dany dzień, np. jako czynnego podatnika VAT lub weryfikacji numeru rachunku bankowego, był on w odpowiedni sposób chroniony. Nawet gdyby okazało się, że na dany dzień dane jego dotyczące nie są aktualne, ze względu na opóźnienie aktualizacji względem zdarzenia powodującego zmianę.

Analiza techniczna – kurs złotego do euro, dolara, funta i franka

Euro wróciło do poziomów poniżej 4,25 zł. Dolar znalazł się w okolicach długoterminowej linii trendu. Frank na kolejnych minimach. Funt przetestował 4,70 zł i wrócił do wzrostów.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 16.10.2017-23.10.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2180 3,6360 3,5655 4,6870
Maksimum 4,2500 3,6930 3,6060 4,7930

 

EURPLN

EURPLNH1Wspólna waluta po tym, jak wyłamała formację klina na początku miesiąca, rozpoczęła dynamiczny ruch na południe. W krótkim czasie potaniała o 7 groszy, dochodząc do poziomu 4,22 zł. Ostatni tydzień to już konsolidacja w wąskim zakresie dwóch groszy. W okolicach 4,24 zł wypadają dwa poziomy fibonacciego, które wspierane przez ważny historycznie pułap 4,25 zł, skutecznie wstrzymują ruch w górę. Na początku obecnego tygodnia brakuje znaczących odczytów makroekonomicznych, więc wykres EURPLN jeszcze przez pewien czas może znajdować się w konsolidacji. Warto zauważyć, że ostatni ruch spadkowy, przełamał średniookresową linię trendu wzrostowego, co w najbliższym czasie może wspierać złotego. Pokonanie wsparcia przy 4,22 zł, może otworzyć drogę ku tegorocznym minimów.

USDPLN

USDPLNH1Na przełomie września i października na wykresie USDPLN obserwowaliśmy tworzenie się formacji potrójnego szczytu. Warto zauważyć, że ostatni wierzchołek naruszył na chwilę długoterminową linię trendu spadkowego. Ma ona swój zalążek jeszcze w grudniu poprzedniego roku i od tego czasu była testowana kilkukrotnie. Za każdym razem próba jej wyłamania kończyła się nie tylko niepowodzeniem, ale prowadziła również do intensywniejszych spadków. Podobnie jest obecnie, gdzie dolar na skutek nieudanego ataku potaniał o blisko 10 groszy. Obecnie znajduje się w okolicach 3,60 i walczy z oporem, który ukształtował się niecałe dwa tygodnie temu. Wiele wskazuje na to, że i tym razem ta walka zakończy się niepowodzeniem. Dolar znajduje się o 10 groszy od tegorocznego minimum i niewykluczone, że w najbliższym czasie spróbuje je naruszyć.

GBPLN

GBPPLNH1Funt po blisko trzech tygodniach spadków nieśmiało próbuje wyłamać linię trendu. Od początku miesiąca brytyjska waluta potaniała o około 25 groszy, przez co znacząco oddaliliśmy od poziomu 5 zł. Początek obecnego tygodnia mija pod znakiem próby zakończenia trendu spadkowego i wiele wskazuje na to, że się uda. Funt od czwartkowego minimum podrożał już o 6 groszy. Brytyjska waluta umacnia się na szerokim rynku efektem czego jest obecny ruch na GBPPLN. Jeśli tendencja się utrzyma, to prawdopodobnie jeszcze w tym tygodniu funt będzie testował poziom 4,80 zł.

CHFPLN

CHFPLNH1Bieżący miesiąc przynosi znaczną ulgę dla wszystkich osób, które wzięły kredyt we frankach. Tak zwanych frankowiczów zapewne cieszy fakt, że szwajcarska waluta obecnie kosztuje naście groszy mniej niż na początku października. Kolejnym powodem do zadowolenia jest wyłamanie tegorocznego minimum, co może zwiastować dalszą przecenę. Frank jest obecnie najtańszy od pamiętnego czarnego czwartku ze stycznia 2015 roku. Dzisiaj co prawda nieznacznie drożeje, jest to jednak najprawdopodobniej chwilowa korekta ostatnich spadków. Bazowym scenariuszem wydaje się chwilowy powrót do 3,68 zł, czyli ostatniego minimum, oraz późniejsza kontynuacja spadków.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Polska potęgą przemysłową? Eksperci wierzą w taki scenariusz

W ostatnim czasie o polskiej gospodarce media rozpisywały się obficie. Najpierw na łamach portalu The New York Times ukazał się wielokrotnie cytowany artykuł wychwalający polską gospodarkę, następnie Central European Financial Observer, anglojęzyczny portal należący do Narodowego Banku Polskiego, opublikował tekst o dynamicznym rozwoju Europy Środkowej, w który koncentruje się nad nadwiślańskim sektorze usług biznesowych i przemysłu. Choć sytuacja polityczna wciąż wzbudza obawy inwestorów, to eksperci z optymizmem patrzą w przyszłość. Polska staje się w niej ekonomicznym liderem regionu.

Czytelnicy portalu New York Times z pewnością zdziwili się na wieść o tym, że nadbałtycki kraj niewiele większy od stanu Alaska ma szanse stać się przemysłową potęgą regionu. Jednak Ruchir Sharma związany z Morgan Stanley Investment Management widzi przyszłość Polski w jasnych kolorach. Amerykański ekonomista zwraca uwagę na dane o zwiększających się zarobkach mieszkańców nadwiślańskiej krainy i odważnie stawia tezy o szybkim rozwoju gospodarczym, który ma sprawić, że będzie ona mlekiem i miodem płynąca. Na pierwszy rzut oka takie predykcje mogą wydawać się odrealnione, jednak wszystko wskazuje na to, że z dystansu nasza gospodarka wygląda lepiej niż nam się wydaje. Zresztą Sharma ma na potwierdzenie swojej tezy twarde dowody. Jednym z nich jest sposób, w jaki Międzynarodowy Fundusz Walutowy definiuje rozwinięte gospodarczo kraje. Ich wspólnym mianownikiem jest dochód na jednego mieszkańca kształtujący się na poziomie 15 tys. dol. W Polsce, zaraz po obaleniu komunizmu w 1991 r. wskaźnik ten wynosił 2,3 tys. dol., a dziś kształtuje się on na poziomie niemal 13 tys. dol. Zawdzięczamy to nieprzerwanemu wzrostowi gospodarczemu, który wynosi średnio 4 proc. rdr. Szacuje się, że już w 2020 dochód na jednego mieszkańca Polski wynosić będzie 15 tys. dol., co da nam miejsce w prestiżowym gronie państw rozwiniętych ekonomicznie. Powodem do dumy może być również fakt, że nasza gospodarka pod względem wielkości w rankingu światowym plasuje się na 24 miejscu, co jest sporym osiągnięciem.

W pogoni za tygrysami

Zdaniem felietonisty New York Times, Polska ma szansę podzielić los azjatyckich tygrysów, takich jak − Korea Południowa czy Tajwan, które przez długi czas pozostawały niezauważone, aż do momentu, gdy ich wyniki zaczęły wprawiać w osłupienie. Dopiero wtedy okrzyknięto je gospodarczymi cudami Azji. Tyle, że nasza droga jest trudniejsza z powodu malejącego udziału przemysłu w światowej gospodarce. Poza Chinami istnieje niewiele państw zwiększających eksport. Są to m.in. Korea Południowa, Czechy i Polska. Z niską wartością złotego jesteśmy groźną konkurencją dla azjatyckich producentów i jeśli dobrze to rozegramy, to mamy szanse utrzeć im nosa. Przemysł, jak nic innego jest w stanie sprawić, że kraj w błyskawicznym tempie stanie się bogaty, a bezrobocie zmaleje. W wyścigu o pozycję na globalnym rynku warto zwrócić uwagę na działania, jakie podejmują najwięksi gracze. Chiny np. ruszyły niedawno z dziesięcioletnim programem „Made in China 2025”, wspierającym firmy w automatyzacji i wdrażaniu strategii Przemysłu 4.0. Pozwoli on Pekinowi rozwinąć nowe sektory gospodarki, a dzięki robotyzacji, zachować również te stare. Ponadto, Państwo Środka aktywnie szuka rynków zbytu dla swoich produktów. Stąd inicjatywa mająca na celu wskrzeszenie Szlaku Jedwabnego. Mimo licznych zapewnień o charakterze propagandowym, że wymiana handlowa ma mieć charakter obopólny, Pekin liczy przede wszystkim na zwiększenie eksportu. Przemysł jest silnikiem chińskiej gospodarki, a rząd robi wszystko by zapewnić mu paliwo. – Chińscy politycy rozumieją, jak duże znaczenie dla rozwoju przemysłu i utrzymania konkurencyjności mają nowe technologie. Stąd gigantyczne inwestycje wspierane przez program „Made in China 2025”. Chińscy przetwórcy wdrażają systemy ERP, Internet Rzeczy i nowoczesne narzędzia analityczne, a w ich fabrykach pojawia się coraz więcej robotów. Jeśli chcemy osiągnąć pozycję przemysłowego lidera regionu, to podobnie jak w przypadku Państwa Środka musimy postawić na gruntowną cyfryzację i robotyzację – uważa Piotr Rojek, dyrektor generalny w firmie DSR, dostarczającej zaawansowane rozwiązania informatyczne dla firm produkcyjnych.

W grupie siła

O sytuacji ekonomicznej nad Wisłą napisał również Central European Financial Observer, anglojęzyczny portal należący do Narodowego Banku Polskiego.  Ignacy Morawski, autor publikacji pochyla się nad dynamicznym rozwojem gospodarczym Europy Środkowej. Rodzimy ekonomista zauważa, że wzrost produktu krajowego brutto w pierwszym kwartale 2017 r. ukształtował się na optymistycznym poziomie 4 proc., zwracając uwagę, że w dużej mierze przyczyniły się do tego tymczasowe czynniki cykliczne, takie jak np. zmiany w wydawaniu funduszy europejskich czy rosnący handel międzynarodowy. – Istnieje jednak strukturalna siła regionu w postaci firm, które coraz bardziej angażują się w globalny łańcuch produkcji – dodaje Morawski. Chodzi o łańcuchy zorganizowane głównie wokół niemieckich firm, które mimo skutecznej ekspansji oraz dominacji Berlina w regionie, nie występują w roli eksploratora naszego rynku. Są one raczej źródłem technologii, kapitału i rozwoju.  Autor cytuje również ekonomistów Macieja Bukowskiego i Aleksandra Śniegockiego, którzy uważają, że głęboka integracja z najbliższym centrum przemysłowym jest kluczem do utrzymaniu szybkiego, długoterminowego wzrostu. W przypadku Polski takie centra zorganizowane są wokół Niemiec i Francji, jednak to nasi zachodni sąsiedzi odgrywają tu najważniejszą rolę.

Morawski zwraca również uwagę, że w globalny łańcuch produkcji zaangażowane są dwa sektory: przemysł i usługi biznesowe. Pierwszy jest bardziej umiędzynarodowiony, drugi natomiast posiada dużo większy potencjał do dalszego szybkiego rozwoju. W ostatnich latach państwa Europy Centralnej (Grupa Wyszehradzka i Rumunia) w błyskawicznym tempie włączone zostały w łańcuch produkcji skoncentrowany wokół niemieckich firm. Sektor przemysłowy pięciu państw z tego regionu dostarcza już globalnym niemieckim producentom towarów i usług podobną wartość co wytwórcy z Francji, Włoszech i Hiszpanii oraz niewiele więcej niż firmy pochodzące z USA.  Europa Centrala ma być również ważniejsza niż Chiny i Indie razem wzięte. W przypadku usług biznesowych sprawy mają się inaczej. Europa Centralna wciąż pozostaje w tyle za Zachodnią i za Stanami Zjednoczonymi, gdzie sektor usług jest dużo bardziej rozwinięty. – Nie jesteśmy samotną wyspą. Nasz przemysł w dużej mierze zależny jest od zagranicznych koncernów i zewnętrznych rynków zbytu, a jego dalszy rozwój na satysfakcjonującym poziomie możliwy jest jedynie przy utrzymaniu dobrych relacji z zagranicznymi partnerami. Im więcej rodzimych producentów odnosić będzie rynkowy sukces z własnymi markami, tym bardziej niezależny będzie nasz sektor przemysłowy, jednak nigdy nie będzie on samowystarczalny. W dobie postępującej globalizacji musimy uczestniczyć w największych, międzynarodowych łańcuchach produkcji. Nie widzę innej drogi – uważa Piotr Rojek z DSR.

Artur Grynkiewicz, Prezes Zarządu Valmont Polska, również zwraca uwagę na wpływ kapitału zagranicznego na sytuację rodzimych producentów. Jego zdaniem, rozwój polskiego przemysłu opiera się na dwóch solidnych filarach. Pierwszy związany jest z ogromnym wzrostem inwestycji lokalnych firm, napędzanym funduszami inwestycyjnymi oraz rosnącym eksportem rodzimych produktów. – Zdecydowana większość funduszy unijnych dedykowana jest rozwojowi nowych technologii i uzyskaniu gwarancji opłacalności inwestycji. To solidny zastrzyk dobrze nakierowanych wydatków na rozwój przemysłu. Jego efekty można z przyjemnością obserwować zwiedzając lokalne polskie przedsiębiorstwa, które nie odstają technologicznie od podobnych firm zagranicznych – zauważa Grynkiewicz. Drugi filar wynika z nieprzerwanego napływu inwestycji zagranicznych do Polski, która od wielu lat jest najbardziej atrakcyjną lokalizacją w ujęciu FDI w naszym regionie. Wielkość inwestycji zagranicznych nad Wisłą szacuje się dzisiaj na blisko 750 mld PLN. Zagraniczne firmy otwierają w Polsce swoje najnowocześniejsze zakłady i niejednokrotnie to właśnie tutaj testują i rozwijają nowe technologie. – Te dwa filary stwarzają unikalną sytuację biznesową, gdzie nowoczesne i sprawnie funkcjonujące polskie przedsiębiorstwa przeplatają się z doświadczeniem i stabilizacją rozwiniętych firm zagranicznych. Ciekawy mix, który w długim okresie może ewoluować w kierunku tworzenia synergii, konsolidacji, a nawet dalszej ekspansji poza Polskę. Taka sytuacja nie bez powodu przyciąga uwagę wielu ekonomistów na świecie – dodaje ekspert.

Gonimy Europę

Tymczasem europejski przemysł przeżywa istny rozkwit. Nastroje wśród kadry menedżerskiej firm produkcyjnych ze starego kontynentu wskazują na bardzo dobrą koniunkturę w branży przemysłowej, która wpływa na poprawę nastrojów wśród menedżerów polskich spółek produkcyjnych. Indeks PMI dla polskiego przemysłu wzrósł w sierpniu o 0.2 pkt do poziomu 52.5, by miesiąc później zyskać dodatkowe 1,2 pkt. Wśród przyczyn dobrego nastroju ankietowani wymieniali najczęściej wzrost wielkości produkcji i liczby nowych zamówień pochodzących zarówno z rynku krajowego jak i z rynków zagranicznych. – Rosnący portfel zamówień przy ograniczonych możliwościach zwiększenia zdolności produkcyjnych spowodowały wzrost zaległości produkcyjnych i cen wyrobów gotowych. Polska w tym kontekście nie jest wyjątkiem na mapie świata. Globalny przemysł ma się dobrze i stale zwiększa poziom produkcji oraz zatrudnienia, głównie w Europie i Azji, ale także w Ameryce – mówi Maciej Zaręba z firmy DSR SA. O dobrym stanie polskiego przemysłu świadczy również wynik Giełdowego Indeksu Produkcji, który we wrześniu wzrósł o 3.6 pkt (0.31 proc. m/m) do poziomu 1160.4 pkt.

Czy dobra koniunktura w Europie wystarczy, by spełniło się proroctwo Ruchira Sharma z New York Times? Według Piotra Rojka jesteśmy na dobrej drodze, jednak wciąż potrzebujemy reform, które sprawią, że inwestycje w naszym regionie będą prostsze i bardziej opłacalne. – Uproszenie prawa gospodarczego i reforma podatkowa to ważne kroki na drodze do gospodarczego sukcesu. Nie możemy o tym zapominać. Istotną rolę pełnią również technologie informatyczne. Choć polskie firmy zainwestowały w nie w ostatnich latach znaczące środki, to analizując dane zagraniczne, jesteśmy jednym z krajów, które najwolniej wdrażają nowe rozwiązania. Bez nich niestety nie zwiększymy wydajności i nie zredukujemy kosztów produkcji, a to właśnie może uczynić nasz przemysł bardziej atrakcyjnym – uważa ekspert.

Kosmetyki i produkty piorąco-kosmetyczne – zwyczaje zakupowe seniorów

Co trzecia złotówka przeznaczana przez seniorów na kosmetyki i produkty piorąco-kosmetyczne jest wydawana w sklepach drogeryjno-kosmetycznych. W porównaniu do sytuacji sprzed 5 lat, największy wzrost udziału w wydatkach seniorów na te kategorie odnotowano w przypadku zakupów online (o 204 proc.) oraz dyskontów (o 45 proc.).

W Polsce na koniec 2016 roku udział osób w wieku 60+ w populacji wynosił 23,6 proc. (około 9 mln osób). W populacji polskich gospodarstw domowych gospodarstwa seniorów, prowadzonych przez osobę w wieku 60+, stanowiły 30 proc. (około 4,2 mln gospodarstw). Przewiduje się, iż w 2050 roku liczba osób w wieku emerytalnym w Polsce wzrośnie do niemal 10 mln, co będzie stanowić prawie 30 proc. populacji w porównaniu do 19 proc. w 2015 roku.

Oceniając własną sytuację finansową w porównaniu do roku ubiegłego, seniorzy deklarują, iż nie zmieniła się lub wręcz się pogorszyła (81 proc.). Ocena seniorów w tym zakresie jest zdecydowanie bardziej pesymistyczna niż ocena reszty populacji (68 proc.). Jednak siła nabywcza seniorów nie różni się znacząco od siły nabywczej na osobę w populacji ogółem. Średnio w ciągu roku senior może dokonać zakupu towarów i usług o wartości ponad 25 tys. zł.

Biorąc pod uwagę wydatki seniorów na produkty z kategorii FMCG, wydatki na kosmetyki stanowią 5 proc. całego koszyka, produkty piorąco-czyszczące 3 proc. Najwięcej pieniędzy seniorzy wydają na produkty do higieny ciała i włosów (28 proc. całości wydatków) i jest to odsetek zbliżony do tego, dla całej populacji). W porównaniu do populacji relatywnie większy udział w ich koszykach mają z kolei produkty do pielęgnacji ciała (16 proc.), prania (15 proc.) i sprzątania (11 proc.).

83 proc. seniorów dokonuje zakupów kosmetyków i produktów piorąco-czyszczących w sklepach drogeryjno-kosmetycznych. W ciągu 5 ostatnich lat odsetek ten pozostał na niezmienionym poziomie. Podczas pojedynczej wizyty seniorzy wydają na te kategorie średnio 26 zł.

72 proc. seniorów posiada dostęp do internetu, natomiast zakupów kosmetyków i produktów piorąco-czyszczących dokonuje w nim jedynie 8 proc. Choć 5 lat temu odsetek ten był jeszcze niższy i wynosił zaledwie 3 proc. Dokonując zakupów wymienionych kategorii w internecie seniorzy płacą jednorazowo dwukrotnie więcej niż w przypadku zakupów w sklepach drogeryjno-kosmetycznych (za 53 zł).

4 na 5 seniorów twierdzi, że dobry wygląd jest dla nich ważny, a co drugiemu seniorowi kupowanie kosmetyków sprawia przyjemność. Seniorzy są lojalni wobec marki, którą znają (55 proc.) i produktu kosmetycznego, który już spróbowali i który ich nie zawiódł (65 proc.).

Monika Hasslinger-Pawlak, ekspert GfK w dziale Consumer Goods & Retail, komentuje: „Senior to trudny, ale wartościowy klient. Aby wykorzystać potencjał konsumenta-seniora, należy znaleźć indywidualne podejście, które pozwoli do niego dotrzeć i przekonać go do zakupu. Gdy już tak się stanie, możemy liczyć na lojalnego klienta.”

O badaniu
Powyższe analizy powstały w oparciu o trzy niezależne źródła informacji:

  1. Badanie własne omnibus przeprowadzone metodą wywiadów bezpośrednich CAPI w lipcu 2017 roku na próbie reprezentatywnej dla ludności Polski w wieku 15 i więcej lat.
  2. Prowadzony od ponad 20 lat Panel Gospodarstw Domowych GfK Polonia. Jego próbę stanowi 8000 polskich gospodarstw domowych, zbierających dane za pomocą skanerów i raportujących o dokonywanych przez siebie zakupach produktów FMCG.
  3. Dane z Głównego Urzędu Statystycznego.

Holenderska sieć dyskontów ACTION do końca 2017 roku otworzy 6 sklepów

ACTION, sieć dyskontów oferujących artykuły nieżywnościowe, uczyniła pierwszy krok na drodze do podboju polskiego rynku. Sieć otworzyła dwa pierwsze sklepy w Lesznie i Legnicy. Cztery kolejne sklepy powstaną w ciągu najbliższych miesięcy.

Rozsiane po Europie sklepy sieci Action w każdym tygodniu przyciągają ponad 6 milionów
klientów. Ponad 38 000 pracowników zatrudnionych już w siedmiu krajach – Holandii, Belgii, Luksemburgu, Niemczech, Francji, Austrii i Polsce – dokłada starań, aby zakupy przebiegały w wyjątkowej i przyjemnej atmosferze. Spółka otworzyła już swój tysięczny sklep w Europie i będzie rozwijać się dalej dzięki wkroczeniu na polski rynek.

Oficjalne otwarcie pierwszego polskiego sklepu w Lesznie, które odbyło się 12 października, było kolejnym kamieniem milowym w historii rozwoju sieci. W uroczystości wziął udział zarząd spółki, lokalny zespół, a także Pierwszy Zastępca Prezydenta Miasta Leszna, Adam Mytych. Kolejny sklep pod szyldem Action otwarto 19 października w Legnicy, a plany spółki na najbliższe miesiące zakładają uruchomienie kolejnych lokalizacji w Głogowie, Świdnicy, Wałbrzychu i Lubaniu. W każdym z tych miejsc pod szyldem Action zostanie zatrudnionych średnio 20 osób.

Zdecydowaliśmy się wejść na polski rynek ze względu na jego atrakcyjną infrastrukturę,
stabilność gospodarczą, kapitał ludzki i potencjał gospodarczy. Jesteśmy przekonani, że klienci z Polski docenią nasz model biznesowy tak, jak doceniają go nasi klienci z innych europejskich krajów. Odnieśliśmy wielki sukces dzięki naszej wyjątkowej formule: oferujemy klientom szeroki i zaskakujący asortyment oraz najniższe ceny. Jednak mimo niskich cen nie idziemy na ustępstwa, gdy chodzi o jakość naszych produktów. Klienci cenią sobie właśnie takie podejście – mówi Sander van der Laan, dyrektor generalny Action.

W 2016 roku wartość sprzedaży w Action sięgnęła 2,7 miliarda euro, zaś firma nieustannie się rozwija. W tym roku otworzono tysięczny sklep Action w Europie oraz uruchomiono piąte centrum dystrybucyjne sieci. W 2018 roku powstanie szóste centrum dystrybucyjne, które znajdzie się w północnych Niemczech.