W dniach 21-22 czerwca br. na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego odbyła się II edycja konferencji dydaktycznej podsumowująca studia podyplomowe „Innowacyjna gospodarka. Rola polityki ekonomicznej”. Ten wyjątkowy program studiów był owocem współpracy WNE UW z Narodowym Bankiem Polskim w ramach programu edukacji ekonomicznej.
Słuchacze przez cały rok kształcili się w dziedzinie innowacji i poznawali narzędzia polityki gospodarczej, stanowiącej wsparcie dla rozwoju innowacyjności. Jako zwieńczenie studiów przygotowali prace dyplomowe. Konferencja naukowa „Innowacyjność gospodarki w badaniach słuchaczy studiów podyplomowych”, organizowana przy współpracy z Kołem Naukowym Negocjacji UW, pozwoliła uczestnikom studiów na zaprezentowanie swoich prac. Mogli oni podzielić się swoją wiedzą, a także poprowadzić dyskusje dotyczące obszaru ich badań. Ponadto, wszyscy uczestnicy konferencji mieli okazję do posłuchania specjalistów z dziedziny wsparcia innowacji.
W piątek 21 czerwca konferencję urozmaicił wykład członka zarządu UWRC Sp. z o.o., pana Krzysztofa Guldy. Jego wystąpienie pozwoliło nam zastanowić się nad tym jak kraje Kaukazu i Mołdawii zrewolucjonizowały swoje gospodarki po rozpadzie Związku Radzieckiego
Elżbieta Mączyńska-Ziemacka
W sobotę 22 czerwca spotkanie rozpoczęła prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, prof. dr hab. Elżbieta Mączyńska-Ziemacka, która opowiedziała nam o trendach w gospodarce globalnej. Zwróciła nam uwagę na sprawy, które są elementem życia każdego z nas, nie zauważając jakie nastąpiły przełomy w gospodarce na przestrzeni ostatnich lat.
Konferencja dydaktyczna była okazją do spotkania się entuzjastów innowacyjnej gospodarki. Na audytorium zasiedli ludzie z wielu branż i pokoleń. Gośćmi konferencji byli nie tylko słuchacze studiów podyplomowych, którzy na co dzień nierzadko podejmują pracę na wysokich stanowiskach w polskiej administracji, ale także studenci innych kierunków Wydziału Nauk Ekonomicznych UW oraz osoby spoza społeczności akademickiej, zainteresowane tematyką konferencji.
Oprócz nich mieliśmy okazję gościć ludzi nauki – m.in. dr hab. Cecylię Leszczyńską, dra hab. Marcina Gruszczyńskiego, dr Katarzynę Dąbrowską-Gruszczyńską, dr Annę Białek-Jaworską, dra Piotra Modzelewskiego, dra Krzysztofa Szczygielskiego oraz dra Jarosława Górskiego (kierownika studiów).
Rok 2018 był rokiem dużych zmian w podatkach dochodowych. Zmiany dotknęły m.in. tzw. cienkiej kapitalizacji, czyli możliwości zaliczenia kosztów finansowania dłużnego do kosztów podatkowych. Wprowadzony został także przepis określający limit kosztów podatkowych dla niektórych usług niematerialnych, wszelkiego rodzaju opłat i należności za korzystanie lub prawo do korzystania z praw lub wartości oraz przeniesienia ryzyka niewypłacalności dłużnika z tytułu pożyczek. Jak wynika z liczby złożonych wniosków o wydanie indywidualnych interpretacji podatkowych (ponad 1000) oraz pojawiających się już wyroków sądów administracyjnych, powyższe zmiany nie są dla podatników oczywiste i proste do zrozumienia oraz wdrożenia. Jednym z problemów jest rozliczenie gwarancji i poręczeń udzielanych pomiędzy podmiotami powiązanymi. Do tej tematyki nawiązał Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w interpretacji z dnia 19 kwietnia 2019 r., nr 0111-KDIB1-1.4010.77.2019.1.ŚS (dalej: Interpretacja).
Nowa „Cienka kapitalizacja”
W myśl art. 15c ust. 1 ustawy o CIT podatnicy są obowiązani wyłączyć z kosztów uzyskania przychodów koszty finansowania dłużnego w części, w jakiej nadwyżka kosztów finansowania dłużnego przewyższa 30% kwoty odpowiadającej nadwyżce sumy przychodów ze wszystkich źródeł przychodów pomniejszonej o przychody o charakterze odsetkowym nad sumą kosztów uzyskania przychodów pomniejszonych o wartość zaliczonych w roku podatkowym do kosztów uzyskania przychodów odpisów amortyzacyjnych oraz kosztów finansowania dłużnego nieuwzględnionych w wartości początkowej środka trwałego lub wartości niematerialnej i prawnej.
Warto zwrócić uwagę, że nowe przepisy rozciągają stosowanie ograniczenia zaliczania odsetek do kosztów uzyskania przychodów na wszystkich podatników, a nie tylko podatników otrzymujących pożyczkę od podmiotu powiązanego. Zatem do kalkulacji limitu brane będą pod uwagę wszystkie pożyczki i kredyty.
W sytuacji, gdy u danego podatnika nadwyżka kosztów finansowania dłużnego przekracza 3 mln zł, wskaźnik obliczony na podstawie EBITDA należy stosować dopiero do nadwyżki ponad wspomnianą kwotę 3 mln zł, zgodnie z art. 15c ust. 14 ustawy o CIT (wyrok z dnia 3 kwietnia 2019 r., sygn. I SA/Wr 7/19).
Pomimo że w art. 15c ust. 12 ustawy o CIT nie wskazano bezpośrednio kosztów poręczenia i gwarancji, to zgodnie z wykładnią celowościową tego przepisu należy uznać, że ta kategoria zawiera się w szerokim stwierdzeniu wymienionym w tym przepisie „wszelkiego rodzaju koszty związane z uzyskaniem od innych podmiotów, w tym od podmiotów niepowiązanych, środków finansowych i z korzystaniem z tych środków”. Zatem ograniczenie w kosztach uzyskania przychodów będzie miało zastosowanie do otrzymywanych gwarancji i poręczeń. Do takich samych wniosków doszedł Dyrektor KIS w Interpretacji.
Limitowanie kosztów usług niematerialnych
Koszty gwarancji i poręczeń związanych z zabezpieczeniem spłaty zaciągniętych kredytów/pożyczek poniesione na rzecz podmiotów powiązanych stanowiące koszty finansowania dłużnego, o których mowa w art. 15c ustawy o CIT, zostały literalnie wymienione w treści art. 15e tej ustawy.
Limit z art. 15e ustawy o CIT dotyczy usług niematerialnych nabywanych tylko od podmiotów powiązanych. Ograniczenie stosuje się do kosztów przekraczających w skali roku 5% kwoty podatkowego EBITDA powiększonego o 3 mln zł. Podsumowując, koszty gwarancji i poręczeń zaliczają się do usług niematerialnych podlegających limitacji, co stwierdził także Dyrektor KIS w wydanej Interpretacji.
Podsumowanie
Dyrektor KIS w omawianej interpretacji stwierdził, że koszty gwarancji i poręczeń związanych z zabezpieczeniem spłaty kredytów/pożyczek zaciągniętych przez spółkę stanowią koszty finansowania dłużnego, o których mowa w art. 15c ustawy o CIT oraz koszty usług lub wartości niematerialnych określone w art. 15e ustawy o CIT. Mamy więc do czynienia z podwójnym ograniczeniem w sytuacji, gdy nabywane są gwarancje lub poręczenia spłaty kredytów/pożyczek od podmiotów powiązanych. Tym samym przy ocenie możliwości zaliczenia do kosztów uzyskania przychodów gwarancji i poręczeń związanych z zabezpieczeniem spłaty kredytów/pożyczek zaciągniętych przez podatnika powinien on uwzględnić oba ograniczenia. Pozytywnym znakiem wynikającym z interpretacji jest brak nakładania się ograniczeń. Innymi słowy, w takim przypadku koszt gwarancji/poręczeń, który został już w jakiejś wysokości wyłączony z kosztów uzyskania przychodów na podstawie limitu wynikającego z art. 15c ustawy o CIT jako koszt finansowania dłużnego, w takiej wartości nie będzie już brany pod uwagę przy kalkulacji ograniczenia w zaliczeniu do kosztów uzyskania przychodów na podstawie art. 15e ustawy o CIT.
Skutki
Tematyka kalkulacji limitów wynikających z art. 15c oraz 15e ustawy o CIT jest bardzo skomplikowana. W szczególności z uwagi na liczne wątpliwości podatników wynikające z różnych interpretacji przepisów. Omówiona powyżej Interpretacja dodatkowo pogłębia problem, gdyż wskazuje, że są koszty, które mogą być kwalifikowane do obu kategorii i należy to ująć przy kalkulacji limitów. W związku z tym, przy rozliczeniu podatku, zwłaszcza w przypadku dużej współpracy z podmiotami finansowymi albo korzystania z finansowania dłużnego, warto skorzystać z pomocy doświadczonych doradców podatkowych.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Ponad 80% programistów uważa, że w pracy najważniejsza jest dla nich możliwość rozwoju – wynika z raportu No Fluff Jobs. Co ciekawe, według badanych najmniejsze znaczenie ma renoma firmy, która bardzo ważna okazała się jedynie dla 5% ankietowanych.
Branża IT nie zwalnia tempa. To jeden z lepiej wynagradzanych i najbardziej dynamicznie rozwijających się segmentów rynku, w którym popyt na pracowników ciągle rośnie. Programiści są dziś na wagę złota i nic nie wskazuje na to, aby ta sytuacja miała się zmienić. Znalezienie dobrego informatyka nie jest prostym zadaniem, o czym najlepiej wiedzą pracownicy HR. Jak do nich dotrzeć i co zaoferować, by aplikowali do naszej firmy?Raport No Fluff Jobs pokazuje, że specjaliści IT cały czas chcą poszerzać swoje kompetencje oraz realizować się w ciekawych i rozwojowych projektach. Potwierdziło to aż 80,1% respondentów, którzy przyznali że to właśnie możliwość rozwoju jest dla nich w wymarzonej pracy numerem jeden. Aż 68% za najważniejsze uznało atmosferę w miejscu zatrudnienia, a 65,1% jako bardzo ważne wymieniło zarobki. Dodatkowe benefity pozapłacowe są ważne dla 50% badanych. Pracy bez nich nie wyobraża sobie 5%, a 45% określa je jako nieistotne. Co ciekawe okazuje się też programiści lubią wyzwania i często rozwiązują niesztampowe problemy – aż 55% z nich jest zdania, że ciekawy i rozwojowy projekt jest w pracy najważniejszy. Pożądana jest także możliwość pracy zdalnej, którą chce mieć 45% ankietowanych.
Sukces firmy Nethansa w Polsce pociągnął za sobą ekspansję na następne rynki. Na początek – niemiecki – w segmencie e-commerce w 62 proc. zdominowany przez Amazona. Sopocki start-up oferuje kompleksowe usługi wsparcia sprzedaży na platformie Amazon, na którą wprowadza firmy przy pomocy autorskiego systemu IT i sztucznej inteligencji.
Polska firma Nethansa z Sopotu – lider rynku, jedyna na świecie w sposób tak zautomatyzowany zajmująca się kompleksowym prowadzeniem kont sprzedażowych na platformie Amazon – wchodzi na rynek niemiecki. Nethansa, która do pracy dla swoich partnerów wykorzystuje sztuczną inteligencję i autorski system, zatrudniła już w Niemczech specjalistów, którzy organizują oddział firmy w tym kraju. W centrali w Polsce Nethansa zatrudnia blisko 30 osób i obecnie trwa rekrutacja na sześć kolejnych stanowisk. Nie bez przyczyny to polska firma rozwija usługi dla Amazona. Mimo że w Polsce nie ma dedykowanej platformy zakupowej Amazona, ten gigant e-commerce’u dostrzegł możliwości Polski i jej geograficznego położenia sam – chociażby budując tu centra logistyczne. Nethansa pomaga polskim firmom na tym skorzystać.
Nethansa opiera swe działania na autorskim systemie korzystającym ze sztucznej inteligencji, który poprzez analizę danych o produktach i konkurencji wspomaga i prognozuje sprzedaż. System jest tworzony od trzech lat. – Jesteśmy bezkonkurencyjni. Nasz system Clipperon jest wyjątkowo rozbudowany, ma wiele funkcji. Dodatkowo, jesteśmy jedyną firmą na świecie, która łączy wsparcie sprzedaży z autorskim systemem automatyzującym sprzedaż z kompleksowymi usługami prowadzenia kont. To oznacza opiekę nad partnerami od analiz przed wejściem na zagraniczne rynki Amazona, przez marketing, po sprzedaż, usługę zamówień kurierskich i system magazynowy. Clipperon sprzedaje sam. My prowadzimy całą obsługę klienta końcowego, i to w najważniejszych językach Amazona. Nasz partner biznesowy musi jedynie spakować paczkę. A nawet tego, odpowiedniego pakowania paczek, uczymy naszych partnerów – wyjaśnia Sascha Stockem, prezes i założyciel firmy Nethansa. System Clipperon jest zintegrowany m.in. z systemem dostaw DHL, co pozwala na automatyzację procesu logistycznego. Firma pomaga wprowadzić polskim producentom i dystrybutorom produkty na rynki Europy Zachodniej, gdzie Amazon ma silną pozycję na rynku e-commerce: niemieckim, hiszpańskim, włoskim, francuskim i brytyjskim.
Firma, po dynamicznym i pełnym sukcesów rozwoju na rynku polskim, wkracza na rynek niemiecki. Tamtejszy Amazon to ponad 40 mln kupujących i ponad 30 mld euro rocznego obrotu – to trzy–cztery razy więcej niż cały sektor e-commerce w Polsce. Firma przeszła rebranding około rok temu w związku z planem wejścia na rynek niemiecki. Wcześniej funkcjonowała pod marką Webbiz.
Ujarzmić giganta
Założyciel firmy, Sascha Stockem, postawił na Amazona ze względu na jego pozycję na rynku e-commerce, a e-commerce to obecnie jedna z najszybciej rozwijających się branży gospodarki światowej. Światowy rynek e-commerce statystycznie rośnie na poziomie 20 proc. w skali roku. Amazon to kwintesencja rynku e-commerce: największa platforma zajmująca się e-handlem. Amazon to 48 razy większy rynek, niż cały polski e-commerce. Serwis nie ograniczania zasięgu i skali sprzedaży do poszczególnych krajów. Amazon to szansa na dotarcie do 100 mln klientów w Europie. Internauci coraz częściej rozpoczynają poszukiwania produktów na Amazonie, a nie w wyszukiwarce Google. Ponad 60 proc. zapytań o produkt w Niemczech i USA jest wpisywane najpierw w wyszukiwarkę na platformie Amazon.
Obecnie tworzona jest kolejna wersja systemu Clipperon. – Działająca do tej pory z sukcesem wersja 1.0 została zastąpiona 1.5 w czerwcu, a w przyszłym roku zostanie zastąpiona wersją 2.0, która będzie miała jeszcze więcej funkcji – mówi Sascha Stockem, CEO firmy Nethansa, pomysłodawca systemu Clipperon. – System potrafi prognozować sprzedaż, dlatego przed podjęciem współpracy dajemy naszym potencjalnym partnerom biznesowym informacje o ich potencjale sprzedażowym w oparciu o specjalistyczne wyliczenia i najświeższe dane Amazona. Firmy, które korzystają z naszych usług, nazywamy partnerami, a nie klientami, ponieważ pracujemy nad sukcesem wspólnie. My zarabiamy wtedy, kiedy zarabia nasz partner. To wspólny sukces – wyjaśnia założyciel firmy Nethansa.
Nethansa współpracuje zarówno z dystrybutorami, jak i z producentami. W przypadku dystrybutorów sprawa jest nieco prostsza, ponieważ w bazie Amazona zazwyczaj istnieją już obowiązujące karty produktów. W przypadku producentów karty produktowe trzeba stworzyć od zera. Tym także zajmuje się Nethansa. – Dajemy naszym partnerom pełen marketing produktu. Bez tego nie ma szans nic sprzedać, ponieważ bez tego nowy produkt znajdzie się na bardzo dalekiej stronie kategorii i mało kto do niego dotrze. Każdego dnia na platformie Amazona pojawia się 200 tys. nowych produktów – mówi Sascha Stockem. Eksperci Nethansy obsługują także komunikację z kupującymi w pięciu językach. – To ważne, ponieważ Amazon może zablokować konto danej firmy i zamrozić pieniądze, kiedy ta nie zajmie się problemem kupującego w ciągu 24h, a odblokowanie konta nie jest łatwe. To długotrwały proces wymagający przygotowania planu naprawczego. A i tak nie ma gwarancji sukcesu. Amazon może konta nie odblokować, a drugi raz założyć go nie można – wyjaśnia twórca systemu Clipperon. Zablokowanie konta może także być skutkiem wysyłania paczek niezgodnych z zamówieniem, przekroczenia terminów czy błędnie podanych adresów – tego wszystkiego jednak pilnują za swych partnerów eksperci Nethansy za pomocą Clipperonu.
Pośrednik potrzebny od zaraz
Polskie firmy boją się Amazona jak ognia. Jak mówi Sascha Stockem, większość tych, które próbowały na nim zaistnieć, poniosła porażkę. Ta fobia, po części uzasadniona, w połączeniu z brakiem odpowiedniego know-how, dla polskich producentów i resellerów szukających intratnych kanałów sprzedaży to potężne hamulce. Na Amazonie można świetnie rozwinąć sprzedaż i zwiększyć obroty. Dlaczego więc firmy tak panicznie się go boją? – Amazon jest bardzo prokliencki. To klient końcowy jest dla niego najważniejszy. Stąd restrykcyjna polityka wobec sprzedawców. Każdy najmniejszy błąd może skończyć się „żółtą kartką”. Aby narazić się na blokadę konta, wystarczy nie odpowiedzieć na pytanie klienta w ciągu 24 godzin. Istnieje również bariera językowa. Komunikację z klientami należy prowadzić w odpowiednim dla danego rynku języku. Tutaj niezastąpieni są nasi konsultanci, którzy biegle posługują się wszystkimi pięcioma językami Amazona – tłumaczy prezes Nethansy.
Amazon przykłada również sporą wagę do formalności i nieustannie sprawdza sprzedawców. Często prosi o przedstawienie dokumentów poświadczających zakup towaru, aby upewnić się, że jest oryginalny. Zdarza się, że bierze pod lupę samą spółkę. Jeśli pojawią się wątpliwości, może nawet zamrozić sprzedaż. Wtedy trzeba wiedzieć, jak z nim rozmawiać, żeby szybko rozwiązać problem. Większość polskich firm nie posiada takiego know-how.
Ich obawy dotyczą również kwestii finansowych. – Z naszego doświadczenia wynika, że najwięcej wątpliwości związanych jest z wymogami księgowymi, które nakłada na sprzedawców Amazon. Do tego dochodzi lęk przed ukrytymi kosztami, przewalutowaniami oraz innymi międzynarodowymi kwestiami – wylicza Sascha Stockem. Na tej liście fobii znajdują się również koszty wynikające z obsługi międzynarodowych zwrotów. – Na koniec pojawia się odwieczne pytanie o gwarancję zarobku. My tymczasem bierzemy to wszystko na siebie, tak jak przeszkolenie księgowych czy rozmowy z Amazonem. Nasz system ustala ceny tak, by klient zawsze był na plusie – dodaje CEO Nethansy.
Reklamowe Eldorado
Promocja na Amazonie jest bardzo opłacalna w porównaniu do kampanii na innych portalach, jak podaje prezes Nethansy – jest średnio sześć razy tańsza niż Google Adds, ponieważ Amazon dba teraz o rozwój firm na swojej platformie. – Przekonujemy polskich przedsiębiorców, że Amazona nie należy się bać, lecz by na nim zaistnieć, należy się bardzo dobrze przygotować. Powiem więcej: na Amazonie trzeba być. Na rynku niemieckim o przyszłość boją się ci, którzy przegapili moment i nie weszli na Amazon. W Polsce przekonujemy przedsiębiorców, by nie popełnili tego błędu. Amazon to 100 mln klientów w Europie i 310 mln na świecie. Nie ma nigdzie indziej takiej szansy – dodaje Sascha Stockem. Nethansa oferuje wszystkie usługi, które pomagają wejść na platformę Amazon, łącznie ze szkoleniem logistyków, księgowości, załatwieniem umowy z firmą logistyczną czy planem rozwoju na następne lata.
Ważną rolę odgrywa również kwestia opinii sprzedającego – istotne są pozytywne opinie oraz brak negatywnych ocen na koncie. Dlatego tak ważna jest komunikacja w języku kupującego – co robi za polską firmę Nethansa. Oznacza to oszczędność kosztów na tłumaczach i dodatkowych stanowiskach pracy.
Nethansa pozwala także polskim firmom na skrócenie czasu przesyłki. Amazon często uniemożliwia polskim sprzedawcom ustawianie rzeczywistego czasu przesyłki, przez co klient może być informowany nawet o 11 dniach oczekiwania. Nethansa pomaga partnerom ominąć tę niedogodność i skrócić czas wysyłki do 1–2 dni – partnerzy otrzymują instrukcję, jak wysyłać paczki bezpośrednio z Niemiec.
Nethansa chce, poza Polską i Niemcami, rozwijać się dalej, jeśli chodzi o następne rynki. Firma kontynuuje także rozwój w Polsce i Niemczech, zatrudniając kolejnych specjalistów – w tym momencie trwa rekrutacja na sześć stanowisk.
BioMaxima S.A., notowany na NewConnect polski producent podłoży mikrobiologicznych, systemów do oznaczania lekowrażliwości, a także szerokiej gamy odczynników oraz sprzętu do diagnostyki in vitro, osiągnęła 14.492 tys. zł przychodów netto ze sprzedaży po sześciu miesiącach 2019 r. wobec 14.208 tys. zł rok wcześniej. Spółka zanotowała w tym okresie wyraźny wzrost sprzedaży w segmencie mikrobiologii oraz aparatury.
BioMaxima S.A. zwiększyła w pierwszym półroczu 2019 r. poziom sprzedaży do 14.492 tys. zł z 14.208 tys. zł w analogicznym okresie ub. roku, co stanowi o 2% dynamice wzrostu w ujęciu rdr. Największy wzrost sprzedaży nastąpił w obszarze mikrobiologii oraz aparatury. Bardzo istotny jest także wzrastający udział przychodów ze sprzedaży wyrobów własnych w przychodach ogółem, który w pierwszych dwóch kwartałach 2019 r. osiągnął poziom 54,7%. Spółka notuje także bardzo dobre wyniki sprzedażowe w działalności eksportowej. Sprzedaż na rynkach zagranicznych wzrosła w pierwszym półroczu 2019 r. do 4.070 tys. zł wobec 3.604 tys. zł rok wcześniej. Jest to zatem blisko 13% wzrost w ujęciu rdr. Zarząd BioMaxima S.A. jest zadowolony z osiągniętych wyników i będzie dążył do utrzymania pozytywnego trendu.
Łukasz Urban, prezes zarządu BioMaxima SA
„Przeprowadzone inwestycje usunęły bariery infrastrukturalne do szybkiego wzrostu Spółki. Powracamy na rynek z nową, lepszą ofertą. Cieszą dobre wyniki sprzedaży w porównaniu z pierwszym półroczem 2018, kiedy to osiągaliśmy rekordowe obroty. Owocuje ciężka praca naszego zespołu handlowego i wysiłek, który włożyliśmy w utrzymywanie dobrych relacji z naszymi największymi odbiorcami w okresie wstrzymanej produkcji i przebudowy systemów IT.” – wyjaśnia Łukasz Urban, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.
Emitent w czerwcu br. otrzymał informację, że jego wniosek o dofinansowanie projektu „Uruchomienie produkcji testów do oznaczania lekowrażliwości MIC” w ramach działania 3.7 „Wzrost konkurencyjności MŚP” został wybrany do dofinansowania. Pod koniec czerwca Zarząd Spółki podpisał umowę o dofinansowanie. Wydatki kwalifikowane w tym projekcie wynoszą ponad 1.207 tys. zł brutto, a wartość dofinansowania sięga 589 tys. zł. Dofinansowanie zostanie przeznaczone na zakup maszyn związanych z produkcją gradientowych testów do oznaczania minimalnego stężenia hamującego antybiotyku (MIC) w zakażeniach bakteryjnych. Głównym celem projektu jest komercjalizacja prac badawczo-rozwojowych przeprowadzonych już przez Biomaxima S.A. oraz UMCS. Projekt doprowadzi do uruchomienia w CBR w Lublinie produkcji testów do oznaczania lekowrażliwości MIC, dzięki temu wzrośnie konkurencyjność Spółki na rynku krajowym i zagranicznym, ponieważ BioMaxima będzie jedynym w Polsce i czwartym w Europie producentem takich systemów.
Globalny rynek badania lekowrażliwości (krążkowe systemy dyfuzyjne, testy MIC, podłoża oraz systemy zautomatyzowanie) w 2017 roku został oszacowany na 2,71 miliarda USD i przewiduje się, że będzie rósł w średnim tempie 5,1% rocznie osiągając w 2022 roku wartość 3,47 miliarda USD (BusinessWire, maj 2018). BioMaxima S.A. specjalizuje się we własnych technologiach badania lekowrażliwości metodą dyfuzyjną, która ma dzisiaj największy udział w tym rynku na świecie. Emitent jest jedynym producentem krążków antybiotykowych w Polsce oraz jednym z sześciu wytwórców w Europie.
BioMaxima jest wyłącznym dystrybutorem w Polsce systemu Accelerate Pheno™, który pozwala lekarzom optymalizować terapię antybiotykową w leczeniu sepsy średnio o 24 do 40 godzin szybciej niż dotychczas dostępne najszybsze metody diagnostyczne. W czerwcu br. We Wrocławiu w trakcie III Kongresu POKONAĆ SEPSĘ odbyła się sesja naukowa pt.: „Postępy w diagnostyce zakażeń” zorganizowana przy współudziale BioMaxima SA – w jej trakcie dr hab. Barbara Adamik, kierownik Pracowni Diagnostyki i Monitorowania Niewydolności Wielonarządowej w Katedrze i Klinice Anestezjologii i Intensywnej Terapii Uniwersyteckiego we Wrocławiu, gdzie obecnie jest oceniany system Accelerate Pheno, wskazała istotne znaczenie diagnostyczne tego systemu jako najszybszego aktualnie dostępnego systemu do oznaczania lekowrażliwości w leczeniu sepsy.
Spółka zakończyła 2018 rok skonsolidowanymi przychodami netto ze sprzedaży w wysokości 32,66 mln zł oraz zyskiem EBITDA w kwocie 1,16 mln zł. Był to zarazem najbardziej intensywny rok w historii Grupy Kapitałowej, w którym realizowała ona bardzo wiele projektów inwestycyjnych i wdrażała wiele zmian. W sierpniu ub. roku BioMaxima S.A. zakończyła budowę i uzyskała pozwolenie na użytkowanie nowego Zakładu Produkcyjnego oraz Centrum Badawczo-Rozwojowego w Lublinie. Do nowego zakładu przeniesiono zostały istniejące linie produkcyjne, a także uzupełniono je o nowe urządzenia, które pozwolą Emitentowi rozszerzyć wytwarzany asortyment. Dzięki automatyzacji kolejnych procesów zwiększeniu ulegnie też wydajność w porównaniu do zlikwidowanych zakładów w Warszawie oraz w Gdańsku.
W marcu ub. roku BioMaxima S.A. zakończyła trwające ponad 2 lata prace nad nowym analizatorem biochemicznym BM 200. Seryjna produkcja tego urządzenia ruszyła we wrześniu 2018 r. Z kolei pod koniec grudnia 2018 r. Spółka dokonała zgłoszenia analizatora biochemicznego BM 300 w Urzędzie Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych.
W minionym roku Spółka przeprowadziła także zmiany w wewnętrznej strukturze organizacyjnej i realizowała prace wdrożeniowe nowego systemu informatycznego klasy ERP. Dokonane zostało również ujednolicenie identyfikacji wizualnej, która dotychczas nie była uporządkowana z uwagi na przeprowadzone fuzje i przejęcia. BioMaxima S.A. odświeżyła logo, uruchomiła nowy serwis internetowy i zmieniła wzornictwo aparatów, opakowań oraz materiałów marketingowych. Poprzez takie działania Emitent chce wzmocnić swój przekaz rynkowy identyfikujący go jako dynamiczny podmiot, który wprowadza na rynek nowe produkty. Ważnym procesem było także połączenie zależnych spółek rumuńskich zakończone już w 2019 r.
W przestrzeni publicznej coraz częściej pojawia się informacja o objęciu przez obecnego ministra finansów Mariana Banasia funkcji prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Oznaczałoby to konieczność znalezienia następcy na drugie najbardziej kluczowe z punktu widzenia rynków finansowych stanowisko w rządzie (zaraz po premierze).
Reorganizacja w Ministerstwie Finansów już latem?
Marian Banaś jest przedstawiany jako faworyt na stanowisko prezesa NIK. Swoją drogą jest on obecnie pracownikiem tego urzędu, ale przebywa od dłuższego czasu na bezpłatnym urlopie. Nie wiadomo, czy do zmiany miałoby dojść jeszcze przed jesiennymi wyborami, czy może dopiero po nich. Wymiana polityka na tym stanowisku jest bardzo istotna dla rynków, a niepewność w tym zakresie nie służy złotemu. Szczególnie jeżeli weźmiemy pod uwagę ostatnie ruchy osłabiające polską walutę. W ciągu dwóch dni złoty stracił względem euro dwa grosze, wyraźnie przebijając barierę 4,25 zł.
Członek RPP o polityce monetarnej
Eryk Łon w notatce wysłanej do PAP podzielił się swoimi przemyśleniami na temat stóp procentowych. Należy pamiętać, że jest to jeden z najbardziej “gołębich” członków RPP. Oznacza to, że jest zwolennikiem utrzymywania niższych stóp. Tym razem jako powód obniżki wskazał zagrożenie deflacją. W jego komunikacie pojawiają się również informacje o instrumentach niestandardowych, ale niestety nie precyzuje, czym dokładnie miałyby one być. Warto zwrócić uwagę, że wielu analityków spodziewa się cięć stóp procentowych, tym bardziej że niektóre państwa już wykonują takie działania. Ruch ten spowoduje, że deflacja raczej nie powinna być problemem. Zazwyczaj tani pieniądz zachęca do wydawania, a nie do oszczędzania, co zwiększa inflację. Jeżeli rzeczywiście doszłoby do obniżki stóp, to należałoby się spodziewać osłabiania złotego.
Chorwacja chce do strefy euro
Republika Chorwacji złożyła wczoraj formalny wniosek o wejście do “poczekalni” przed przystąpieniem do wspólnej waluty. Od momentu akceptacji tego wniosku przez eurogrupę przez dwa lata chorwacka kuna będzie musiała przebywać w “korytarzu” walutowym. Oznacza to, że jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Zagrzeb przyjmie euro w 2023 roku. Kurs europejskiej waluty nie zareagował na te informacje. Jednak nie można się temu dziwić, ponieważ na razie są to formalne ruchy, które były spodziewane już od dawna.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Komisja Europejska opublikowała nowe wytyczne mające usprawnić proces raportowania przez firmy informacji związanych z ochroną klimatu.
Wytyczne dostarczają firmom praktycznych zaleceń dotyczących sprawniejszego raportowania wpływu ich aktywności na klimat, a także wpływu zmian klimatu na prowadzoną przez nie działalność biznesową. Są częścią bieżących wysiłków Komisji Europejskiej w kierunku zapewnienia, że sektor finansowy – kapitał prywatny – może odegrać kluczową rolę w przejściu do gospodarki neutralnej dla klimatu i w finansowaniu inwestycji na niezbędną skalę.
Komisja Europejska z zadowoleniem przyjęła również fakt opublikowania trzech ważnych sprawozdań grupy ekspertów technicznych ds. zrównoważonego finansowania (TEG)*, w tym kluczowych zaleceń dotyczących rodzajów działalności gospodarczej, które mogą mieć rzeczywisty wkład w łagodzenie skutków zmian klimatu lub adaptację do nich.
Od sierpnia 2018 r., jako jeden z członków TEG, RICS aktywnie wspiera Komisję Europejską w opracowywaniu unijnego systemu klasyfikacji – tzw. „taksonomii zrównoważonego rozwoju UE” – mającego pomóc w określeniu, czy dana działalność gospodarcza jest zrównoważona pod względem środowiskowym.
Ursula Hartenberger, globalny kierownik działu zrównoważonego rozwoju, RICS
Według Ursuli Hartenberger, reprezentującej RICS w TEG: „RICS odegrał kluczową rolę jako przewodniczący i koordynator grupy ds. budynków, w skład której wchodzą eksperci branżowi z Europejskiego Banku Inwestycyjnego, Inicjatywy na rzecz Zobowiązań w Zakresie Klimatu, Wspólnego Centrum Badawczego Komisji Europejskiej, trzech Dyrekcji Komisji, AIG ubezpieczenia, a także przedstawiciele ONZ odpowiedzialni za opracowanie zasad odpowiedzialnego inwestowania.
W zakresie budynków otrzymaliśmy wyczerpujące informacje zwrotne od 96 zainteresowanych stron. Ponadto, we współpracy z dyrekcją generalną ds. energii KE, zorganizowaliśmy w kwietniu warsztaty z przedstawicielami inwestycji i finansów, po których przeprowadzony został szeroko zakrojony dialog z wiodącymi bankami kredytów hipotecznych z całej Europy.
Tym, co udało nam się zasadniczo osiągnąć, jest stworzenie wspólnego języka na temat „zielonego budownictwa”. To niemały sukces biorąc pod uwagę, że w naszym sektorze dyskusje na temat tego, „czym jest zielony budynek”, trwają od lat! ”.
*Grupa ekspertów technicznych ds. zrównoważonego finansowania (TEG) rozpoczęła działalność w lipcu 2018 r. w składzie 35 członków – przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego, środowiska akademickiego, biznesu i sektora finansowego. Sprawozdania Grupy są wynikiem trwających ponad rok szeroko zakrojonych prac nad kluczowymi aspektami planu działania KE na rzecz zrównoważonej transformacji gospodarki europejskiej. Uzupełniają wnioski legislacyjne w zakresie taksonomii i przedstawione w maju 2018 r. przez Komisję ramy odniesienia. Mają na celu dalsze pobudzanie inwestycji sektora prywatnego w zrównoważony rozwój, zwiększenie świadomości inwestorów nt. zrównoważonych inwestycji oraz dostarczenie im narzędzi do inwestowania w zrównoważony sposób.
W dalszym etapie Komisja Europejska przeprowadzi dialog z zainteresowanymi stronami na temat sprawozdawczości w zakresie ochrony klimatu oraz raportów TEG, po którym TEG zaapeluje o feedback w zakresie sprawozdania dotyczącego taksonomii UE oraz tymczasowego raportu dotyczącego wskaźników klimatycznych.
Istotnym czynnikiem napędzającym zmiany w kierunku większej ochrony klimatu w UE jest budżet UE. Mając na uwadze realizację postanowień Porozumienia Paryskiego i zobowiązania do wypełnienia celów zrównoważonego rozwoju Organizacji Narodów Zjednoczonych, Komisja Europejska zaproponowała podniesienie poziomu ambicji w zakresie włączenia problematyki ochrony klimatu do głównego nurtu wszystkich programów UE, przyjmując za cel co najmniej 25% wydatków UE prowadzących do osiągnięcia zobowiązań klimatycznych między 2017 a 2021 r.
Blisko 20 proc. – o tyle wzrosło PKB od momentu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Tak podaje NIK. Dodajmy, że jednym z trzech największych sektorów odpowiedzialnych za ten wynik jest transport. GUS natomiast wskazuje, że wartość rodzimego eksportu wynosiła prawie czterokrotnie więcej w 2018 niż na rok przed integracją. Między innymi to przyczyniło się do nawet 30 proc. udziału w rynku międzynarodowych frachtów – taki wskaźnik świadczy o dominacji polskich firm transportowych w przewożeniu towarów między krajami UE. 15 lat w szeregach Wspólnoty wystarczyło, by wyprzedzić Niemcy oraz Hiszpanię. Nic dziwnego – przedsiębiorczym Polakom sprzyjały fundamentalne zasady wolnego rynku i swobody wymiany towarowej i usług.
Tak było do tej pory. A jak będzie teraz? W Brukseli zapadły decyzje dotyczące przywódców najważniejszych unijnych instytucji. Znamy też członków Komisji Transportu i Turystyki. Co czeka polskich przedsiębiorców po okresie wzrostów?
Pierwsze kilometry
Początek rozwoju polskiego sektora transportowego przypada na lata 90 ubiegłego wieku. Wtedy powstawały największe firmy rozpoczynające stopniową ekspansję krajowego rynku. Trzeba zaznaczyć, że koniec wieku był dla Polski czasem transformacji systemowej i procesem integracji europejskiej – przygotowaniem kraju na wejście do grona państw członkowskich. Oznaczało to również podniesienie wiarygodności w oczach zagranicznych inwestorów, a co za tym idzie wzrost gospodarczy i możliwości rozwoju wielu przedsiębiorstw.
Integracja Polski z innymi krajami członkowskimi doprowadziła do powstania regulacji, mających dostosować rodzimą przedsiębiorczość do standardów unijnych i tym samym zmienić warunki prawne różnych obszarów gospodarczych. Wiele ze wspomnianych regulacji miało bezpośredni wpływ na kondycję sektora transportowego w Polsce. Jednymi z takich zmian były te dotyczące warunków celnych, regulacji bezpieczeństwa produktów, praw pracowniczych czy transportu, a nawet ochrony środowiska. Zmiany te dawały przewoźnikom realne możliwości rozwoju i nawiązania współpracy z sektorem logistycznym oraz przedsiębiorstwami produkcyjnymi i sieciami handlowymi – mówi Bartosz Najman, wiceprezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców i Inelo.[1]
To właśnie w tym czasie zaczął się rozwijać outsourcing usług transportowych, czyli zlecanie przewożenia towarów zewnętrznym firmom. Był to moment, kiedy centra logistyczne zaczęły nawiązywać współpracę z przedsiębiorstwami produkcyjnymi czy sieciami handlowymi i na wzór UE tworzyć tzw. wyspecjalizowane operatory. Obecnie przekazywanie działań transportowych firmom zewnętrznym stosuje około 80-90 proc. przedsiębiorstw, a polska branża TSL stała się drugim, co do wysokości wytwarzanego PKB, sektorem gospodarki narodowej.[2]
Bezgranicznie
Według raportu GUS o polskim transporcie w 2017 roku łączny międzynarodowy transport ładunków samochodami wyniósł 30,7 proc. ogólnych przewozów Unii Europejskiej. Oznacza to, że jesteśmy liderem w tym zakresie.[3] Szacuje się, że już w pierwszym roku po wstąpieniu do krajów Wspólnoty odnotowano 50 proc. wzrost przychodu przedsiębiorstw transportowych względem pięciu poprzednich lat.[4] Swobodny przepływ towarów i późniejsze otwarcie granic w ramach strefy Schengen wpłynęły pozytywnie na rozwój krajowego rynku usług TSL.
Bartosz Najman ocenia, że to właśnie obniżenie cen usług przewozowych i optymalizowanie łańcuchów dostaw stało się kluczowymi czynnikami dynamicznego rozwoju rodzimego transportu, a idący za tym swobodny przepływ towarów wpłynął na wzrost sprzedaży zagranicznej krajowych produktów w ostatnich latach. – Już w niespełna 10 lat po wejściu do UE nastąpił eksportowy boom, w ramach którego liczba polskich firm dostarczających swoje produkty i usługi za granicę wzrosła niemal dwukrotnie w stosunku do ogólnej liczby podmiotów gospodarczych na rynku krajowym.[5] Obecnie według raportu GUS w 2018 roku wartość polskiego eksportu wyniosła 221 miliardów euro, czyli prawie czterokrotnie więcej niż w roku przed integracją, co miało znaczący wpływ na rozwój krajowych przewoźników w skali międzynarodowej[6] – dodaje wiceprezes OCRK i Inelo.
Pytania o przyszłość
Polski transport drogowy na przestrzeni ostatnich 15 lat doznał pozytywnej przemiany, ale również i wahań koniunktury. Rynek europejski miał dwa poważne załamania. W 2008 i 2009 roku, gdy odczuwalny był globalny kryzys, oraz w 2011 i 2012 roku – kryzys zadłużenia w strefie euro. W obu tych przypadkach, pomimo trudnej sytuacji i spowolnienia gospodarczego, rodzimi przewoźnicy odnotowali wzrosty o 20% w pierwszym i o 10%[7] w drugim. Dodatkowo od ponad czterech lat
w międzynarodowych transportach drogowych jest coraz bardziej niestabilnie i niepewnie. Przewoźnicy i kierowcy pracują w chaosie legislacyjnym. Kraje założycielskie, dbając o rynki wewnętrzne, wprowadzają nowe regulacje dotyczące w szczególności płacy minimalnej oraz odbioru odpoczynków tygodniowych, które w znaczny sposób mają utrudnić działalność firm między innymi
z Polski oraz ograniczyć dostęp do przewozów między krajami UE. Okazuje się, że obecnie największym zagrożeniem jest widmo zatwierdzenia pakietu mobilności w takim kształcie, jaki pozostawili go europarlamentarzyści minionej kadencji.
Bartosz Najman, wiceprezes OCRK i Inelo
To być może najtrudniejsza sytuacja dla przewoźników z Europy Środkowo-Wschodniej od momentu wejścia Polski w struktury unijnych instytucji. O ile nowe prawo, czyli zbiór zasad nazywany pakietem mobilności, nad którym Komisja TRAN pracuje od 2017 roku, na pewno wejdzie w życie, pozostaje pytanie, w jakim brzmieniu i jakie będzie mieć skutki. Zaproponowane przez posłów sprawozdawców ograniczenie dostępu do usług kabotażowych, konieczność powrotów do kraju nawet bez załadunku, a także zrównanie płac kierowców zawodowych ze Wschodu Europy z truckerami z Francji, Niemiec czy Holandii, spowoduje zwiększenie kosztów ponoszonych przez przedsiębiorstwa, zobliguje do reorganizacji administracji, a w dłuższej perspektywie obniży konkurencyjność polskich przewoźników na arenie międzynarodowej. Jest to jedno z poważniejszych zagrożeń od lat, z którym będzie się musiała zmierzyć gospodarka wschodnioeuropejska, a w tym polska branża transportowa – podsumowuje Bartosz Najman, wiceprezes OCRK i Inelo.
Prawie połowa badanych zabiera paragony podczas finalizowania zakupów. Najbardziej aktywni pod tym względem są klienci dyskontów – 80%, a nieco mniej – kupujący w hipermarketach – 65%. Dalej w rankingu są konsumenci zaopatrujący się w sieciach typu convenience – 25%. A na końcu są osoby chodzące do supermarketów – 16%. Głównym celem ww. działania jest chęć sprawdzenia cen określonych towarów. Niemal równie często stoi za tym przyzwyczajenie, a także chęć zweryfikowania poprawności rozliczenia. Z kolei ci, którzy postępują odwrotnie, w większości twierdzą, że dowód zapłaty nie jest im do niczego potrzebny.
Postawy konsumenckie
Badanie, przeprowadzone przez Hiper-Com Poland i Grupę Mobilną Qpony-Blix, wykazało, że 47% klientów sieci handlowych zabiera ze sklepów paragony, a 49% zostawia je przy kasach. Według ekspertów, to pokazuje, jak mocno zróżnicowane są zachowania konsumenckie. Można też stwierdzić, że niemal połowa badanych skrupulatnie podchodzi do zakupów. I prawie tyle samo osób nie przywiązuje do nich większej uwagi. Tylko 4% nie potrafi określić swojej postawy.
– Paragony są po to, aby je ze sobą zabierać, a nie zaśmiecać otoczenie kasjera. Przyjmowanie ich jest dobrym obyczajem konsumenckim. Świadczy o uważności klienta na to, co dzieje się wokół niego w sklepie. Pokazuje też szacunek do wydawanych pieniędzy, nawet niedużych kwot – komentuje socjolog, prof. Janusz Hryniewicz z Uniwersytetu Warszawskiego.
Najbardziej nastawieni na zabieranie paragonów są klienci dyskontów. 80% z nich tak deklaruje. Prof. Krzysztof Piech z Uczelni Łazarskiego stwierdza, że te osoby mogą być bardziej wrażliwe cenowo od konsumentów zaopatrujących się w innych sklepach. Może wiązać się z tym chęć kontrolowania ponoszonych wydatków. I dodaje, że mniej zamożne osoby liczą każdą złotówkę, a w ostatnich miesiącach widać wzrosty cen żywności.
– Zarówno w dyskontach, jak i w hipermarketach, gdzie 65% klientów zabiera ze sobą paragony, Polacy robią regularnie duże zakupy. Wydawanie większych sum pieniędzy wymaga staranności i odpowiedzialności. Przynajmniej wielu ludzi tak uważa. W obu formatach konsumenci dość często kupują również produkty non-food. W tym przypadku posiadanie dowodu zakupu jest ważne na wypadek ewentualnej reklamacji – wyjaśnia Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix.
Natomiast Hubert Majkowski, Country Manager z Hiper-Com Poland, zauważa, że duża ilość promocji w ww. kanałach sprzedaży czasami bywa myląca dla klientów. Dlatego konsumenci sprawdzają przy kasach, czy zakupione przez nich towary zostały faktycznie sprzedane w cenach widocznych na półkach lub w gazetkach. Część osób zbiera także paragony w celu kontrolowania bieżących wydatków.
– W sieciach typu convenience 25% klientów bierze ze sobą dowód zakupu, a w supermarketach – tylko 16% konsumentów tak robi. W tych formatach Polacy często kupują pojedyncze produkty w pośpiechu. Mogą więc zapomnieć o tym, aby wziąć paragon. W przypadku mniejszych zakupów część osób nie przywiązuje do niego większej wagi – tłumaczy Marcin Lenkiewicz.
Przyczyny zachowań
Klienci, którzy zabierają dowody zapłaty, wymieniają trzy główne powody swojego działania. 32% osób z tej grupy wskazuje na chęć sprawdzenia cen określonych towarów. 31% twierdzi, że robi to z przyzwyczajenia i bez konkretnej przyczyny. 30% weryfikuje, czy wszystko zostało właściwie ujęte na paragonie. Pozostali badani nie potrafią wyjaśnić, dlaczego postępują w ten sposób.
– Z powyższych danych wynika, że ponad 60% klientów postępuje bardzo świadomie. Konsumenci upewniają się, że nie zostali wprowadzeni w błąd. To świadczy o ograniczonym zaufaniu do sieci handlowych. Często agresywna polityka promocyjna sklepów wręcz wymusza takie zachowanie. Dlatego ludzie nauczyli się już być ostrożni. Przezorność nie dotyczy tylko osób, które działają bezrefleksyjnie i według nawyków – dodaje Hubert Majkowski.
Patrząc na poszczególne formaty, można zauważyć, że w dyskontach główną przyczyną zabierania paragonów jest chęć sprawdzenia cen określonych towarów – 46%. W hipermarketach dominującym motywem jest potrzeba zweryfikowania poprawności rozliczenia – 53%. W supermarketach większość klientów przyznaje, że działa na zasadzie przyzwyczajenia i bez konkretnej przyczyny – 45%. Tak samo jest w sieciach typu convenience – 58%.
– Zdarza się, że mniej zamożne osoby sprawdzają paragony, bo mają nadzieję na to, że sprzedawca się pomylił i np. policzył jakiś towar podwójnie. To może dotyczyć klientów robiących zakupy w sklepach, które oferują najniższe ceny na rynku. Natomiast ciekawym dla mnie zjawiskiem jest to, że badani nie deklarują chęci brania udziału w loterii paragonowej, organizowanej przez Ministerstwo Finansów. Należy zatem bardziej ją nagłośnić – przekonuje prof. Hryniewicz.
Osoby, które nie zabierają ze sobą dowodów zakupów, przeważnie twierdzą, że nie są im one do niczego potrzebne – 49%. Klienci z tej grupy często też nie znają konkretnej przyczyny swojego działania – 24%. Niektórzy nie potrafią jej wyjaśnić – 16%. Pozostali konsumenci przyznają, że z reguły zapominają o paragonie. Zdaniem eksperta z Hiper-Com Poland, za tego typu zachowaniem stoi głównie brak potrzeby kontrolowania domowego budżetu. Często ma to związek z wystarczającą zasobnością portfela.
– W dyskontach główną przyczyną niezabierania ze sobą paragonów jest brak potrzeby posiadania ich – 29%. W hipermarketach konsumenci zazwyczaj nie znają konkretnej przyczyny swojego zachowania – 39%. Co ciekawe, 65% osób kupujących w supermarketach i aż 77% klientów sieciach convenience twierdzi, że dowód zakupu jest dla nich zbędny. W przypadku drobnych zakupów ostatnia odpowiedź może być faktycznie uzasadniona – podsumowuje Marcin Lenkiewicz.
Badanie było realizowane w maju i czerwcu br. Wykonano je na terenie 10 dużych miast, tj. Gdańska, Szczecina, Bydgoszczy, Białegostoku, Poznania, Warszawy, Łodzi, Wrocławia, Katowic i Krakowa oraz ich najbliższych okolic, w tym 11 średnich i mniejszych ośrodków. Analizą objęto 213 placówek handlowych – 59 hipermarketów, 54 dyskonty, 51 supermarketów i 49 sieci convenience. Łącznie przeprowadzono 507 bezpośrednich wywiadów z osobami w wieku od 18. do 49. roku życia. Wśród nich było 54% kobiet i 46% mężczyzn.
Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że najnowszy projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu przeciwdziałania lichwie ograniczy możliwość udzielania drobnych pożyczek przez banki. Ponadto może wpłynąć na rozwój szarej strefy w zakresie pożyczek. Projekt nie reguluje działalności lombardów – co jest wyjątkowo negatywne dla porządkowania rynku. FPP apeluje, by Ministerstwo Sprawiedliwości mocniej postawiło na egzekucję prawa przez nielegalnych pożyczkodawców.
Według nowego projektu oprocentowanie pożyczek nie będzie mogło przekraczać rocznie 10 proc. Tak rygorystyczny wymóg nie jest możliwy do spełnienia przez banki – co uniemożliwi im udzielanie pożyczek, a tym samym wykluczy je z tego segmentu rynku.
Ponadto nowe prawo będzie sprzyjać rozwojowi nielegalnie działających w sferze pożyczek lombardów. Udzielają one lichwiarskich pożyczek poza prawem. Z dostępnych opracowań wynika, że w Polsce istnieje od 15 do 25 tysięcy punktów lombardowych. Wszystkie, które udzielają pożyczek, powinny pod rygorem odpowiedzialności karnej uzyskać wpis do Rejestru Instytucji Pożyczkowych. Tymczasem w prowadzonym przez Komisję Nadzoru Finansowego rejestrze, zarejestrowanych jest tylko 463 przedsiębiorców.
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich
„Już dziś pożyczki, których koszty przekraczają limity przewidziane w ustawie podlegają tak zwanej „sankcji kredytu darmowego” (art. 45 ustawy o kredycie konsumenckim). Oznacza to, że pożyczkodawca, który naruszył właściwe przepisy ustawy otrzymuje jedynie zwrot pożyczonego kapitału, bez odsetek i żadnych dodatkowych kosztów. To doskonałe zabezpieczenie przez lichwiarskimi pożyczkami, które już dziś mogą egzekwować pożyczkobiorcy, jeśli czują się oszukani przez zbyt drogie pożyczki. Jednak tak drastyczne ograniczenie kosztów odsetkowych ograniczy działalność legalnych podmiotów, a także banków – które nie będą mogły oferować pożyczek. Ponadto lombardy, które formalnie utrzymują, że nie udzielają pożyczek, nie chcą respektować obecnie obowiązującego prawa. Jak to możliwe, skoro na większości szyldów lombardów znajdziemy reklamy pożyczek?Jest to istotne, bo klienci, którzy zawierają tego rodzaju parapożyczkowe umowy nie mogą korzystać z praw, które przewiduje ustawa o kredycie konsumenckim – np. do odstąpienia od umowy w ciągu 14 dni, limitowanych kosztów pożyczki, wcześniejszej spłaty i wielu innych. W rezultacie nie są należycie informowani o warunkach zobowiązania, a same koszty zazwyczaj przekraczają ustawowe limity – nie tylko pozaodsetkowe, ale również odsetkowe. Nie jest również tajemnicą, że z usług lombardów korzystają najczęściej osoby zdesperowane, które muszą zastawiać rzeczy osobiste – ponieważ już wcześniej spotkały się z odmową w banku czy firmach pożyczkowych. Znajdują się więc w sytuacji przymusowej i muszą godzić się na niejasne zasady i drakońskie koszty – co w pełni wyczerpuje znamiona lichwy.Tymczasem przygotowana przez resort sprawiedliwości nowelizacja antylichwiarska ignoruje istnienie lombardów. Nie obejmuje ich regulacjami i pozwala tak samo jak dziś ukryć się w szarej strefie – mimo że często oznacza to główne ulice i deptaki małych oraz średnich miasteczek” – wskazuje Marek Kowalski,przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).
Lombardy najczęściej prowadzone są przez przedsiębiorców w formie jednoosobowej działalności gospodarczej. Ustawa o kredycie konsumenckim wskazuje jednak, że działalności pożyczkowa wymaga odpowiedniej formy prawnej, tj. spółki z kapitałem minimum 200 tys. zł w całości pokrytym ze środków pieniężnych. Ponadto należy uzyskać wpis do rejestru Komisji Nadzoru Finansowego i złożyć odpowiednie oświadczenie w Krajowym Rejestrze Sądowym.
Obecnie we wspomnianym Rejestrze Instytucji Pożyczkowych zidentyfikować można tylko dwie spółki prowadzące działalność lombardową. Tysiące pozostałych punktów lombardowych, które udzielają pożyczek, o wpis do rejestru nawet się nie starało. Tym samym działają bez interwencji państwa w szarej strefie.
Działalność lombardowa jest potrzebna, wypełnia ona pewne luki. Natomiast powinna być profesjonalna i regulowana. Instytucje pożyczkowe i lombardy nie są konkurencją – trafiają ze swoją ofertą do zupełnie innego klienta. To, co je łączy, to obowiązki z ustawy o kredycie konsumenckim, która reguluje wszelkie formy zawodowego, profesjonalnego udzielania pożyczek i kredytów, również pod zastaw. Praktyka pokazuje, że lombardy nie chcą się pod tą regulacją znajdować, choć powinny. W tej kwestii nie ma dyskusji, bo obowiązujące przepisy w jasny i precyzyjny sposób określają sankcje za prowadzenie nierejestrowanej działalności pożyczkowej – grzywna do 500 tys. zł i pozbawienie wolności do 2 lat.
Grupa ROBYG w pierwszym półroczu 2019 zakontraktowała 1077 lokali netto w Warszawie, Wrocławiu i Gdańsku. Grupa posiada łączny bank ziem umożliwiający realizację około 12 000 lokali, co zabezpiecza płynność działalności spółki. Obecnie w ofercie sprzedażowej Grupy w Warszawie, Gdańsku i Wrocławiu znajduje się łącznie ponad 2000 lokali – co stanowi dobrą bazę do budowania kontraktacji w kolejnych kwartałach.
Grupa utrzymuje silną pozycję na rynku deweloperskim. Po okresie przedłużających się postępowań administracyjnych, w II kwartale 2019 Grupa uzyskała pozwolenia na ponad 1500 lokali, co jest dobrym prognostykiem w odniesieniu do możliwej skali sprzedaży. Grupa ROBYG działa w Warszawie, Gdańsku i Wrocławiu. ROBYG to ponad 20 000 sprzedanych lokali i 60 000 zadowolonych klientów.
„Osiągnięty w pierwszym półroczu poziomkontraktacji jest zgodny z obserwowanymi obecnie przez Grupę trendami na rynkach działania. Zbudowane portfolio lokali oraz wprowadzenia do sprzedaży zrealizowane w ostatnich miesiącach powinny pozytywnie wpłynąć na rezultat osiągnięty na koniec 2019 roku. Dodatkowo, biorąc pod uwagę potencjał lokali do uznania w przychodach w kolejnych kwartałach, zapasy gruntów pod zabudowę oraz aktywne poszukiwanie kolejnych atrakcyjnych lokalizacji, jestem przekonany, że Grupa ROBYG ma przed sobą stabilny czas. Tym bardziej, że sytuacja gotówkowa Grupy jest bardzo dobra, zaufanie wśród instytucji finansowych wysokie, a potencjał budowlany duży” – powiedział Artur Ceglarz, wiceprezes zarządu ROBYG SA, CFO.
Grupa ROBYG jest wiarygodnym i stabilnym deweloperem. W 2018 roku ROBYG odnotowała przychody w wysokości ponad 1 mld zł – co oznacza wzrost o ponad 40% rok do roku i uwzględnia wpływy z przekazania ponad 2700 lokali. Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 134 mln zł, czyli o 21% więcej niż w 2017 roku. EBIT osiągnął 224 mln zł, co oznacza wzrost wobec 2017 roku o prawie 29%. Grupa zakontraktowała łącznie 2520 lokali. W 2018 roku spółka nabyła grunty umożliwiające wybudowanie ponad 4000 lokali mieszkalnych za kwotę ponad 200 mln zł.
Murapol w ciągu pierwszych sześciu miesięcy br. sprzedał 1 696 mieszkań wobec 1 798 w analogicznym okresie ubiegłego roku, osiągając drugi najwyższy rynkowy wynik za ten okres. W tym samym czasie deweloper przekazał klientom 1 213 lokali czyli o blisko 221 proc. więcej r/r oraz wprowadził do oferty blisko 2,5 tys. nowych mieszkań. W ciągu ostatnich 12 miesięcy GK Murapol przekazała klientom 3,4 tys. lokali mieszkalnych.
SPRZEDAŻ
W pierwszym półroczu 2019 r. Grupa Murapol sprzedała 1 696 mieszkań o łącznej powierzchni użytkowej wynoszącej blisko 76 tys. mkw.
Najwięcej, bo 291 umów sprzedaży dotyczyło mieszkań powstających w projektach realizowanych w Katowicach. Na drugim miejscu uplasował się Kraków z Wieliczką, gdzie nabywców znalazły 252 lokale mieszkalne, a na trzecim Wrocław z 211 sprzedanymi mieszkaniami. Wysokie wyniki Murapol odnotował także w Warszawie, Poznaniu i Trójmieście, gdzie sprzedał kolejno 184, 174 i 137 lokali. Powyżej 100 umów zostało zawartych także w Łodzi – 126 i Toruniu – 124.
Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol S.A.
– Jesteśmy usatysfakcjonowani rezultatami sprzedażowymi uzyskanymi w pierwszym półroczu, które są zbliżone do osiągniętych w analogicznym okresie ubiegłego roku. Konsekwentnie realizujemy założony cel, jakim jest utrzymanie stabilnych i powtarzalnych wyników działalności, mieszczących się w zakładanych miernikach strategicznych. Rocznie chcemy sprzedawać i przekazywać klientom od 3 do 3,5 tys. mieszkań. Analizując dotychczasową sprzedaż oraz biorąc pod uwagę liczbę lokali, które mamy zamiar zaoferować w drugiej połowie br. myślę, że nasz plan jest jak najbardziej realny do osiągnięcia w tym roku – mówi Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol SA.
PRZEKAZANIA
W okresie od stycznia do czerwca 2019 r. Grupa Murapol przekazała klucze do 1 213 lokali mieszkalnych, wobec 378 w analogicznym okresie minionego roku, co oznacza wzrost aż o 221 proc. r/r. Najwięcej mieszkań zostało przekazanych klientom z Poznania – 278, Łodzi – 173, Warszawy – 169, Krakowa i Wieliczki – 157 oraz Torunia – 143.
– W zakresie przekazań mieszkań, w ciągu ostatnich 12 miesięcy, licząc do końca czerwca br. wydaliśmy klucze do 3,4 tys. mieszkań, zaś w całym 2018 r. do blisko 2,6 lokali. Obydwa wyniki są rekordowe w całej naszej historii działalności. W trakcie niespełna dwóch najbliższych lat przekażemy kolejne ok. 6 tys. lokali, które znajdują się obecnie w budowie – dodaje Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol SA.
LICZBA MIESZKAŃ W BUDOWIE
Na koniec czerwca 2019 r. portfel projektów w budowie Grupy Murapol obejmował 6 072 lokale powstające w 36 projektach na terenie 13 miast.
Najwięcej mieszkań Murapol buduje obecnie w Katowicach – 1 119, Warszawie – 906 oraz Łodzi – 792.
WPROWADZENIE DO OFERTY
Zgodnie z przyjętą strategią zakładającą konsekwentne umacnianie pozycji rynkowej poprzez regularne poszerzanie oferty, w ciągu pierwszego półrocza br. Murapol wprowadził do sprzedaży blisko 2,5 tys. nowych mieszkań o łącznej powierzchni użytkowej przekraczającej 102,5 tys. mkw., powstających w 15 projektach inwestycyjnych zarówno na głównych krajowych rynkach mieszkaniowych, tj. w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu, Łodzi i Trójmieście, ale także w mniejszych lokalizacjach, takich jak Gliwice, Tychy czy Wieliczka. Wszystkie inwestycje wprowadzone do sprzedaży od początku br. będą posiadały wdrożony Home Management System, autorski system infrastruktury technicznej i instalacji, obejmujący m.in. unikalne pakiety antysmogowe zapewniające czyste powietrze w mieszkaniach. Ponadto klienci tych projektów otrzymają możliwość wyposażenia nabywanych lokali w rozwiązania smart home – Murapol Appartme, umożliwiające zdalne sterowanie za pomocą smartfonu czy tabletu oświetleniem, ogrzewaniem, wodą oraz urządzeniami zapewniającymi bezpieczeństwo mieszkania.
Do końca 2019 roku deweloper planuje wprowadzić do oferty kolejne ok. tysiąc mieszkań, co łącznie wraz z lokalami zaoferowanymi w pierwszym półroczu, da zakładaną w strategii liczbę 3,5 tys. mieszkań rocznie wprowadzonych do sprzedaży.
O tym, że na rynku brakuje ciekawych i dogodnych lokalizacji pod budowę osiedli czy biurowców – nikogo nie trzeba przekonywać. Wynika to z rekordowej aktywności deweloperów i wciąż wysokiego popytu na nowe mieszkania. Mimo to, jak pokazują najnowsze badania przeprowadzone przez Deloitte, inwestorzy optymistycznie podchodzą do realizacji kolejnych projektów. Na drodze do osiągnięcia sukcesu często jednak stoją nieprzywidziane trudności czy wyzwania, z którymi deweloperzy muszą się zmierzyć.
Mogłoby się wydawać, że okres boomu mieszkaniowego już za nami. Jednak jak pokazują statystyki GUS, w pierwszym kwartale 2019 r. oddano do użytkowania 47,4 tys. mieszkań, tj. o 5,8% więcej niż przed rokiem. Deweloperzy natomiast przekazali do eksploatacji 28,6 tys. mieszkań, co stanowi wartość 11,5% większą niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Z kolei w okresie styczeń-marzec 2019 r. rozpoczęto budowę 53,9 tys. mieszkań, tj. o 12,3% więcej niż w analogicznym okresie ub. roku. [1] Popyt na mieszkania nie spada, pomimo wciąż rosnących cen. Wydaje się więc, że jest to idealna sytuacja dla inwestorów, którzy mogliby na niej bardzo skorzystać, tymczasem dużym problemem okazują się grunty, których dostępność sukcesywnie spada. – Z własnego doświadczenia wiemy, jak trudno pozyskać atrakcyjne tereny pod stworzenie funkcjonalnego i komfortowego osiedla. Można powiedzieć, że najlepsze działki to obecnie produkt deficytowy. Nic w tym dziwnego – dużo budujemy, bo takie jest zapotrzebowanie na rynku – tłumaczy Anna Bialik, Dyrektor Rozwoju Biznesu w Profbud.
Trudność w uzupełnieniu banków ziemi wynika zwłaszcza z mocnego nasycenia rynku, dużej konkurencji, a przede wszystkim ograniczonej podaży terenów. Ich niska dostępność przełożyła się na znaczący wzrost cen, w konsekwencji ograniczając deweloperom możliwość nałożenia oczekiwanych marż. To, wraz ze stale zwiększającymi się kosztami realizacji inwestycji oraz trudnościami w podjęciu współpracy z zaufanymi i sprawdzonymi podmiotami, zaowocowało bardzo dużymi podwyżkami cen lokali na rynku pierwotnym.
Obecnie, istotnymi problemami są bez wątpienia niewielka liczba gruntów, objęta planem zagospodarowania przestrzennego – w Warszawie to tylko 37%, a także ustawa o ochronie gruntów rolnych, ograniczająca nabycie tego typu terenów przez deweloperów. Jeśli powierzchnia działki przekracza 1 hektar, może być zakupiona wyłącznie przez rolnika indywidualnego, na specjalnie określonych warunkach. – Najatrakcyjniejsze tereny to oczywiście te, które posiadają unormowaną sytuację prawną oraz planistyczną. Przez cały okres naszej działalności, sukcesywnie nabywamy ciekawe lokalizacyjnie grunty, które jak pokazują wyniki sprzedaży cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem wśród nabywców. Na naszych warszawskich osiedlach, których realizację rozpoczęliśmy w zeszłym roku pozostały już ostatnie mieszkania – dodaje Aleksandra Stawiska Lider Biura Sprzedaży osiedla Haven House firmy Profbud.
Pomimo wielu przeciwności inwestorzy mieszkaniowi zaczęli skupiać się na mniejszych rynkach, obrzeżach aglomeracji, a nawet otwierać się na trudniejsze projekty, jak poddawanie budynków działaniom rewitalizacyjnym. Te ostatnie z kolei mogą stwarzać problemy w zakresie braku uregulowania kwestii reprywatyzacji. Coraz popularniejszą alternatywą do w/w rozwiązań staje się realizacja obiektów wielofunkcyjnych, łączących funkcje biurową, mieszkalną czy kulturalną. Jest to duża szansa dla deweloperów, dająca możliwość elastycznego planowania zastosowań budynków, na miarę aktualnych potrzeb nabywców.
Jak jednak pokazują najnowsze badania przeprowadzone przez firmę doradczą Deloitte „Deloitte Real Estate Confidence Survey for Central Europe (CE)”, najwięksi gracze w środkowoeuropejskim sektorze nieruchomości są optymistami w zakresie planów inwestycyjnych. Wyraźna większość respondentów (62 proc.) oczekuje, że ogólny klimat gospodarczy pozostanie stabilny, a 78 proc. jest zdania, że dostępność kredytów pozostanie na niezmienionym poziomie. Opinie na temat możliwości inwestycyjnych w ciągu najbliższych trzech lat rozkładają się porównywalnie – 38 proc. respondentów spodziewa się ich wzrostu, podczas gdy 36 proc. oczekuje spadku. Liczby dla Polski są jeszcze bardziej zachęcające – 45 proc. respondentów prognozuje, że dostępność produktów inwestycyjnych wzrośnie w najbliższej przyszłości.[2]
Zmniejszająca się dostępność atrakcyjnych gruntów pod realizację inwestycji wymusza na inwestorach weryfikację swoich dotychczasowych strategii planowania, jak i sprzedaży. W efekcie tych zmian zwiększa się zainteresowanie wspomnianymi wyżej alternatywami.
[1] Budownictwo mieszkaniowe w okresie styczeń-marzec 2019 roku, GUS, 24.04.2019 r.
Inwestorzy w piątek otrzymali cios pod postacią silnej wyprzedaży obligacji po dobrym raporcie z rynku pracy. Zadał on kłam pesymistycznym oczekiwaniom, że nadciąga silne spowolnienie w tej sferze gospodarki. W rezultacie rynek stracił przekonanie o nieodzowności mocnego i rozbudowanego cięcia stóp przez Fed. Rozsądnym w tym układzie wydaje się zaczekać na ocenę sytuacji przez przedstawicieli Rezerwy Federalnej, a że w tym tygodniu Powell zeznaje przed Kongresem, to wyczekiwanie nie będzie też przesadnie długie.
Kolejnych wskazówek odnośnie do kondycji gospodarki udzielą dziś indeks nastrojów małego biznesu oraz liczba otwartych procesów rekrutacyjnych. Oczywiście nie są to dane, które wywołają podwyższona zmienność. EUR/USD utrzymuje się ponad 1,12 przy minimalnej zmienności w poniedziałek. Naszym scenariuszem bazowym jest ocena, że średnioterminowe minima zostały już ustanowione i kurs stopniowo piąć będzie się na wyższe pułapy. EUR/PLN powrócił ponad 4,25 i powinien pozostać w tych okolicach.
Słaby pozostaje funt szterling. GBP/USD jest pod 1,25. Cały czas trwa wewnętrzne głosowanie w Partii Konserwatywnej, w wyniku którego zostanie wyłoniony nowy lider Torysów i premier Wielkiej Brytanii. Murowanym faworytem jest Boris Johnson, a w takim scenariuszu rośnie ryzyko twardego brexitu. Rozstrzygnięcia powinny być znane około 20 lipca (mówi się o 22.). Tymczasem wśród brytyjskich przedsiębiorców szerzy się pesymizm. Ocena negatywnych skutków brexitu jest silniejsza niż w momencie referendum. Taką opinię zdaje się podzielać również Bank Anglii.
W gronie głównych walut negatywnie postrzegamy perspektywy dolara australijskiego. Słabe fundamenty makro połączone z silną ekspozycją na wojny handlowe i bankiem centralnym skłonnym luzować politykę powinny skutkować schodzeniem przez AUD/USD na niższe poziomy i oddaleniem się od 0,70. W najkrótszym terminie katalizatorem zniżki byłoby zejście poniżej 0,6940.
Niskie bezrobocie, inflacja na pułapach zgodnych z celem inflacyjnym oraz podnoszące się ceny kanadyjskich gatunków ropy naftowej. Taka mieszanka sprawia, że pozytywnie patrzymy na dolara kanadyjskiego. Bank Kanady jutro podejmuje decyzje i nie należy oczekiwać, by obniżka jawiła się na horyzoncie.
Badanie stanu trzeźwości pracowników, kiedy zachodzi uzasadnione podejrzenie w tej sprawie, okazuje się dużym problemem polskich pracodawców. Muszą sprawdzać, czy rzeczywiście mogą dopuścić pracownika do wykonywania obowiązków. Należy mieć wtedy na uwadze to, czy w danej sytuacji stan zatrudnionego nie zagraża jego życiu i zdrowiu. Dotyczy to także bezpieczeństwa innych współpracowników. Obecne przepisy prawny nie pozwalają pracodawcy na swobodne kontrolowanie stanu trzeźwości pracownika, jeżeli stawił się on do pracy pod wpływem alkoholu lub spożywał go w czasie wypełniania obowiązków.
– Przyjęcie nowych regulacji, które rozwiązałyby ten problem, byłoby korzystne dla obu stron. Przede wszystkim wspólną korzyść dla pracodawcy i pracownika dałoby zapewnienie bezpiecznych i higienicznych warunków w miejscu pracy – powiedziała serwisowi eNewsroom Grażyna Spytek-Bandurska, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich – To ważne także dla innych zatrudnionych, a nawet klientów – czyli osób z zewnątrz. Nietrzeźwość pracownika przy wykonywaniu obowiązków może mieć negatywne konsekwencje, a nawet tragiczne skutki, kiedy dojdzie do wypadku. W związku z tym należy zastanowić się nad odpowiednimi rozwiązaniem, które pozwoli zatrudniającym na kontrolowanie stanu trzeźwości zatrudnionego – kiedy zaistnieje podejrzenie w tej sprawie, przy jednoczesnym zachowaniu jego dóbr osobistych oraz godności. Należy uniknąć sytuacji, w której będzie czuł się on niepotrzebnie podejrzewany. Kontrola powinna być możliwa w uzasadnionych przypadkach, kiedy okoliczności na to wskazują. Najwyższym, zgodnym z prawem celem jest wtedy zapewnienie bezpieczeństwa w miejscu pracy – zaznacza Spytek-Bandurska.
Zdaniem szefów działów bezpieczeństwa informacji, którzy wzięli udział w badaniu CISO Benchmark Study, cyberataki przeprowadzone za pośrednictwem poczty e-mail stanowią największe zagrożenie dla biznesu. Poczta elektroniczna stanowi główny wektor ataków typu malware (w 92,4% przypadków) oraz phishing (w 96% przypadków). Jednocześnie liczba niechcianych wiadomości (ang. spam) wciąż rośnie. Według danych grupy badaczy cyberbezpieczeństwa zrzeszonych w Cisco Talos, w kwietniu tego roku spam stanowił 85% wszystkich wiadomości e-mail.
Z danych Cisco wynika, że biznes rozumie z jakimi stratami wiążą się ataki na firmową pocztę. 75% respondentów CISO Benchmark Study przyznało, że wpłynęły one na działania operacyjne, a dodatkowo 47% stwierdziło, że wiązały się ze stratami finansowymi. O tym, jak wysokie kwoty mogą stracić przedsiębiorstwa, świadczą m.in. informacje podane przez FBI. Analitycy Federalnego Biura Śledczego przeanalizowali dwa rodzaje cyberataków: Business Email Compromise (BEC), włamanie się do firmowej poczty elektronicznej oraz Email Account Compromise (EAC), czyli oszustwo polegające na wyłudzeniu firmowych pieniędzy dzięki fałszywym wiadomościom. Oba typy ataków spowodowały w 2018 roku łączne straty rzędu 1,3 miliarda USD.
Biznes nie dba o bezpieczeństwo e-maila
Mimo wysokiej świadomości zagrożeń, stopień implementacji rozwiązań z zakresu bezpieczeństwa poczty elektronicznej spadł w ostatnich latach. CISO Benchmark Study podaje, że w 2019 r. stanowiły one element ekosystemu cyberbezpieczeństwa jedynie w przypadku 41% organizacji, natomiast w 2014 r. odsetek ten wynosił aż 56%. Jednym z powodów tego stanu rzeczy jest przeniesienie usług pocztowych do chmury co sprawia, że niektóre działy IT uważają, że to środowisko nie wymaga dodatkowych zabezpieczeń z ich strony, oczekując, że odpowiada za nie dostawca usługi chmurowej.
Tymczasem cyberprzestępcy nie ustają w wysiłkach, aby wiadomości wykorzystywane do przeprowadzenia ataków przypominały te pochodzące z zaufanego źródła. Eksperci Cisco podpowiadają, na co zwrócić uwagę odczytując wiadomość i jak rozpoznać te spreparowane przez cyberprzestępców. Zanim klikniemy w link zawarty w e-mailu od rzekomej firmy kurierskiej, hostingowej lub windykacyjnej warto przejść 6 poniższych kroków.
Zanim klikniesz w link w e-mailu czy otworzysz załącznik, sprawdź czy:
Adres e-mail odpowiada nazwie/imieniu i nazwisku nadawcy.
Wiadomość nie zawiera literówek np. w nazwie firmy oraz czy logo nie jest rozmazane. Jeżeli mail wydaje się być niechlujny, może być to próba cyberataku.
Wiadomość jest oznaczona jako wysoki priorytet. Jeżeli nadawca prosi nas o „natychmiastowe dokonanie płatności” lub „szybkie zalogowanie się do portalu” warto zweryfikować z czego wynika ten pośpiech.
Nadawca prosi o podanie danych. Nigdy nie odpowiadaj na maile, w których nieznany Ci nadawca prosi np. o podanie danych do logowania do kont bankowych lub danych wrażliwych.
Link zawarty w wiadomości nie wygląda podejrzanie np. czy nie jest to link tekstowy. Warto pamiętać, że po najechaniu na link tekstowy w dolnym pasku przeglądarki wyświetli się oryginalny adres URL, dzięki czemu można zobaczyć, jak wygląda w całości.
Wiadomość zawiera załącznik w nieznanym formacie.
80% mniej spamu
Niestety, wraz z rozwojem mechanizmów zabezpieczeń, rośnie także doświadczenie i poziom zaawansowania działań cyberprzestępców. W związku z tym, biznes musi podchodzić do kwestii bezpieczeństwa poczty e-mail kompleksowo, niezależnie od tego, czy jej działanie opiera się na zasobach firmowych czy na chmurze.
„Rozwiązania Cisco na rzecz bezpieczeństwa wspierają postępujący trend migracji do chmury, m.in. przez inwestycje w innowacje w zakresie bezpieczeństwa poczty e-mail. Oferujemy kompleksowe rozwiązania, które nie tylko lokalizują wiadomości stanowiące potencjalne zagrożenia, ale również ostrzegają przed nimi inne urządzania. Rozwiązanie Cisco Email Security pozwoliło zredukować spam o 80% w firmach, które je wdrożyły” – mówi Mateusz Pastewski, specjalista ds. sprzedaży rozwiązań cyberbezpieczeństwa w Cisco Polska.
Technologie bezpieczeństwa poczty e-mail dostępne w rozwiązaniu Cisco Email Security:
Automatyczne filtrowanie i czyszczenie skrzynki pocztowej – oprogramowanie Cisco jest w stanie monitorować i fizycznie usuwać złośliwe pliki lub wiadomości w poczcie Office 365 (w wersji 12.0) na serwerach Exchange (on-premise, wersja 13.0) i wersjach hybrydowych.
CTR (Cisco Threat Response) – działa we współpracy z rozwiązaniami AMP (Advanced Malware Protection), Cisco Umbrella, ThreatGrid oraz NGFW (Next Generation Firewall) jako pojedynczy panel zarządzania, mający wgląd we wszystkie produkty. Mechanizm koreluje poszczególne zagrożenia, które mogą mieć wpływ na działanie każdej z technologii i przenosi je do warstwy aplikacyjnej, informując zarówno pozostałe produkty, jak i administratora. Dla przykładu, nawet jeżeli plik przejdzie przez firewall, CTR jest w stanie poddać go tzw. obserwacji zanim zdecyduje, czy stanowi zagrożenie.
Regeneracja treści – znane w branży jako „rozbrajanie treści”; jeżeli wiadomości e-mail zawierają złośliwe pliki lub adresy URL, rozwiązanie pozwala odczytać wiadomość w przeglądarce, a element zostanie usunięty i umieszczony w pliku PDF podobnym do tych, które są poddawane kwarantannie. Rozwiązanie to daje użytkownikowi elastyczność w podejmowaniu decyzji, czy chce przeglądać zawartość załącznika.
Raport Cisco o cyberbezpieczeństwie poczty e-mail „Klikaj, zachowując ostrożność” dostępny pod poniższym linkiem: https://engage2demand.cisco.com/LP=17114
Mikrofirmy stanowią aż 96 proc. wszystkich przedsiębiorstw w Polsce. Razem z małymi i średnimi firmami tworzą 50 proc. wartości polskiego PKB, podczas gdy te największe biznesy „tylko” 24 proc. Zatem nasza gospodarka sektorem MSP stoi. Jednak w tym przypadku nie obowiązuje zasada „mała firma – mały kłopot, duża firma – duży kłopot”. Wydaje się, że mniejsi przedsiębiorcy spotykają na swojej drodze więcej problemów niż ci prowadzący większe zakłady. Pokazują to, chociażby statystyki dotyczące przeżywalności pierwszego roku funkcjonowania firm na rynku: mikrofirmy – 70 proc, małe – nieco ponad 80 proc., a duże firmy – blisko 95 proc.[1]. Jak pokazuje Europejski Raport Płatności 2019 przygotowany przez Intrum[2], tą największą bolączką są zatory płatnicze, za które odpowiadają niepłacący na czas kontrahenci. Opóźnione płatności są źródłem wielu innych problemów dla MSP. Na tej liście znajduje się m.in. brak płynności finansowej i środków na sfinansowanie inwestycji czy zatrudnienie kolejnych pracowników. Polska nie jest tu odosobnionym przypadkiem, bo zjawisko wydaje się niestety powszechne…
W tym roku spośród 11 856 europejskich firm biorących udział w badaniu Intrum, aż
64 proc. tych z sektora MSP odpowiedziało, że zostało poproszonych wbrew swojej woli
o zaakceptowanie dłuższych terminów płatności. Co 4 przedsiębiorca stwierdził, że ta presja pochodziła od dużych, międzynarodowych korporacji.
Wyniki raportu wskazały również, że firmy płacą rachunki średnio po 40 dniach
(w porównaniu z 34 dniami, jak wskazywał raport z 2018 r.). Trzeba zaznaczyć, że nasz kraj na tle Europy wypada lepiej – sektor B2B płaci po 26 dniach. Jeżeli chodzi o czas, w jakim podmioty z europejskiego sektora publicznego opłacają faktury, są to 42 dni, co oznacza wzrost w stosunku do 40 dni zgłoszonych w ubiegłym roku. W Polsce jest to 25 dni. Konsumenci w porównaniu z przedsiębiorcami wydają się bardziej rzetelnymi płatnikami. Zarówno w Polsce, jak i w całej Europie dokonują płatności średnio po 23 dniach.
Opóźnienia w płatnościach mają negatywne skutki dla sektora MSP…
Według analiz przeprowadzonych przez Intrum, wpływ opóźnionych płatności na sektor MSP jest oczywisty. 30 proc. małych i średnich przedsiębiorców stwierdziło, że opóźnienia
w płatnościach negatywnie wpływają na ich płynność finansową, a 27 proc. twierdzi to samo w odniesieniu do utraconych dochodów. Ma to poważne konsekwencje, zagrażające przepływom pieniężnym tych firm lub nawet ich istnieniu. Z kolei nieco ponad 20 proc. respondentów z sektora MSP odpowiedziało, że szybsze uiszczanie płatności pozwoli im zatrudnić więcej pracowników.
Jak zaznacza Krzysztof Krauze, Prezes Intrum w Polsce: – Nieopłacenie przez klientów kilkanaście lub kilkadziesiąt faktur na mniejsze kwoty może mieć takie same konsekwencje, szczególnie dla mniejszej firmy, co jedna „przeterminowana faktura” na dużą sumę. Skutkiem takiej „dziury” w firmowych funduszach może być m.in. utrata płynności finansowej i utrata dochodów.Wpływa to także negatywnie na wizerunek firmy i skutkuje gorszymi warunkami finansowymi dostaw od innych kontrahentów. Takie sytuacje nie tylko ograniczają rozwój firmy, a nawet stanowią zagrożenie dla jej istnienia. Straty finansowe przedsiębiorstwa mogą także doprowadzić do zatrzymania rekrutacji nowych pracowników, a w niektórych przypadkach nawet do zwolnień.
… co zrobić z tym fantem?
Krzysztof Krauze, prezes Intrum Justitia
Niestety, w porównaniu do dużych korporacji, wielu przedsiębiorców z sektora MSP nie podejmuje jakichkolwiek środków zapobiegawczych w celu ochrony przed konsekwencjami związanymi z niepłacącymi na czas kontrahentami i klientami. – Z naszego raportu wynika, że coraz więcej firm w całej Europie obawia się opóźnień w płatnościach. W tej sytuacji z pewnością nie pomaga również to, że wśród mniejszych, ale i tych większych przedsiębiorców daje się zauważyć brak wiedzy na temat zapisów widniejących
w europejskiej dyrektywie dotyczącej zwalczania zatorów płatniczych, która obowiązuje od 2011 r. – komentuje Krzysztof Krauze, Prezes Intrum.
Biorąc pod uwagę rynek europejski, tylko 27 proc. przedsiębiorców z sektora MSP jest świadomych istnienia dyrektywy, w porównaniu z 57 proc, którzy pracują w większych firmach i korporacjach. Podczas gdy 53 proc. dużych firm czasami lub zawsze z niej korzysta, to jedynie 32 proc. małych i średnich przedsiębiorców, którzy znają dyrektywę, wykorzystują prawo do pobierania opłat w wysokości co najmniej 40 euro plus odsetki
w płatnościach z klientami z sektora B2B oraz z sektora publicznego.
Problem sam się nie rozwiąże
Aby uniknąć problemów związanych z zatorami płatniczymi, firmy muszą stosować środki zapobiegawcze, które uchronią je przed „szkodliwymi płatnościami”, czyli takimi nieuregulowanymi w terminie, w całości lub w ogóle. Ponad 4 na 10 respondentów Europejskiego Raportu Płatności twierdzi, że nowe ustawodawstwo krajowe i dobrowolne inicjatywy firm zmniejszą problem opóźnień w płatnościach. Jak zaznacza Krzysztof Krauze, w tym kontekście szczególne znaczenie mają kroki podejmowane przez samych przedsiębiorców: – Firmy np. mogą domagać się od swoich kontrahentów przedpłaty (stosuje to 57 proc. pytanych przez nas polskich przedsiębiorców – najczęściej wykorzystywana możliwość), a także wcześniej, przed podjęciem współpracy, oceniać ich zdolność kredytową. Do dyspozycji mają również ubezpieczenia wierzytelności oraz gwarancje bankowe – mówi Krzysztof Krauze, Prezes Intrum.
[1] PARP,Małe i średnie przedsiębiorstwa w Polsce, 2018.
Polska jest transportową potęgą z około 25-proc. udziałem w rynku europejskim. Problemem tego dynamicznie rozwijającego się sektora jest jednak brak zawodowych kierowców, który do 2025 roku może sięgnąć nawet 300 tys. wakatów. Barierę stanowią m.in. trudne warunki pracy. Jednak w ostatnich latach zawód ten ulega ciągłym zmianom, a kierowcy mogą spodziewać się coraz lepszych warunków pracy. Symptomem zmian w branży jest inwestycja Port Kopytkowo, która oferuje – zarówno zawodowym kierowcom, jak i podróżnym – cały szereg udogodnień, w tym usługi hotelowe, restaurację, siłownie, centrum SPA i bogatą ofertę gastronomiczną.
– Branża transportowa w Polsce przechodzi dynamiczny rozwój. Z roku na rok odnotowuje się stały wzrost zapotrzebowania na usługi transportowe ze względu na dobrą koniunkturę w Unii Europejskiej. Dane mówią nawet o 18-19-procentowym wzroście usług transportowych w Unii. W samej Polsce usługi transportowe wykonuje ponad milion samochodów ciężarowych. Zatrudniamy więcej niż 650 tys. kierowców. Jednak w tej branży jak i w branżach powiązanych zauważalny jest szereg wakatów, np. w logistyce, która musi zapewnić kierowcom stałe miejsca rozładunku i załadunku – informuje agencję Newseria Biznes Andrzej Kluczkowski, dyrektor Portu Kopytkowo.
Z wyliczeń firmy doradczej PwC i Związku Pracodawców „Transport i Logistyka Polska” wynika, że na polskim rynku brakuje ok. 600–650 tys. aktywnych zawodowo kierowców. Na europejskim rynku transportowym Polska jest potęgą – rodzime firmy mają w nim około 25-procentowy udział. Jednym z istotnych problemów tego dynamicznie rozwijającego się sektora jest jednak brak pracowników – według prognoz PwC do 2025 roku luka kadrowa na rynku może sięgnąć już 300 tys. wakatów dla zawodowych kierowców. Problemem są m.in. trudne warunki pracy i konieczność długotrwałej rozłąki z rodziną.
–Zawód kierowcy to dni, tygodnie, a nawet miesiące spędzone w podróży, to ciężka praca, po której konieczny jest zasłużony odpoczynek. Profil kierowcy ulega jednak zmianom, a co za tym idzie i forma relaksu po pracy. Dzisiejszy kierowca potrzebuje nie tylko móc spędzić noc w kabinie na parkingu, ale chce mieć możliwość skorzystania z całego szeregu usług, które zagwarantują mu odpowiedni wypoczynek. A więc możliwość zaspokojenia podstawowych potrzeb jak prysznic, toaleta, ale też skorzystanie z okazji do wyprania odzieży, czy zrobienia zakupów na kolejne dni – mówi Andrzej Kluczkowski.
Symptomem zmian w branży i odpowiedzią na potrzeby kierowców – jest inwestycja Port Kopytkowo, zlokalizowana przy skrzyżowaniu autostrady A1 z drogą wojewódzką nr 231, około 80 km od Gdańska. W pełni nowoczesny MOP (miejsce obsługi podróżnych) oferuje ponad 250 monitorowanych miejsc dla pojazdów ciężarowych i wygodny hotel z 52 pokojami, a do dyspozycji kierowców przewidziany jest cały szereg usług dodatkowych, w tym m.in. pralnia, fryzjer, restauracja i bar ze strefą gier.
– Kierowcy mogą też korzystać z wewnętrznej i zewnętrznej siłowni, zrelaksować się w saunarium albo w centrum SPA. Mogą ten czas spędzić przed telewizorem w naszym kinie, bez konieczności przemieszczania się poza teren Portu Kopytkowo – mówi Andrzej Kluczkowski.
Port Kopytkowo obejmuje też znacznie rozbudowaną strefę obsługi pojazdów – w tym parking, stację paliw, myjnię TIR i serwis samochodowy. Inwestycja zrealizowana przez firmę Dekpol zajmuje powierzchnię 5 ha i graniczy z 2 ha terenów zielonych, na których znajduje się niewielkie jezioro. W tym miejscu docelowo zostanie stworzona niewielka plaża i miejsce do grillowania, które zapewni podróżnym możliwość odpoczynku na świeżym powietrzu.
– Port Kopytkowo to nie tylko miejsce ukierunkowane na pojazdy ciężarowe. Jesteśmy otwarci również na podróżnych wakacyjnych czy biznesowych, udających się w kierunku Trójmiasta albo Warszawy. Mogą oni skorzystać z usług hotelu i szeregu innych udogodnień dostępnych na miejscu – podaje Andrzej Kluczkowski.
Jak podkreśla, obowiązujący w Polsce zakaz handlu w niedziele przyczynia się do tego, że oferta sklepu dostępna na stacji paliw BP, czynnej 24/7 przez 365 dni w roku, cieszy się dużą popularnością i jest udogodnieniem nie tylko dla okolicznych mieszkańców, ale również dla podróżnych, którzy jadą nad morze lub wracają z urlopu.
–Trudno sobie wyobrazić takie miejsce bez stacji paliw, która stanowi serce całej inwestycji. Zdecydowaliśmy się na współpracę z BP dlatego, że jest to marka, która stawia na jakość. Ta jakość to paliwa dostępne na stacji, ale również cały szereg usług gastronomicznych w strefie Wild Bean Cafe: świeże kanapki, sałatki, doskonała kawa – to produkty, które cenią nasi klienci – mówi dyrektor Portu Kopytkowo.
Dokładne oszacowanie liczby mieszkających w Polsce Ukraińców na bazie danych z ich telefonów, możliwość sprawdzenia, jak Polacy spędzili pierwszą niedzielę z zakazem handlu, tworzenie profili behawioralnych konsumentów i sprawdzanie, jacy klienci odwiedzają konkurencję – to tylko część możliwości, jakie stwarza zaawansowana analiza danych pozyskanych ze smartfonów i tabletów Polaków. Spektrum zastosowań jest bardzo szerokie: od prognozowania indeksów giełdowych i trendów gospodarczych, po tworzenie precyzyjnych kampanii reklamowych.
– Rynek badań opartych o analizę danych rozwija się bardzo dynamicznie, zwłaszcza tych niedeklaratywnych. Szacujemy, że rośnie w tempie około 30 proc. rok do roku. Największe zapotrzebowanie na rynku analizy danych jest w tej chwili na liczenie. Przykładowo, jedno z największych miast w Polsce ma może trywialny problem, ale istotny – ilu ma mieszkańców. Wiadomo, że liczba mieszkańców nie jest tym samym, co liczba osób zameldowanych. Tego nie da się policzyć w sposób ankietowy, tu musimy już użyć zaawansowanej technologii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksander Luchowski, prezes zarządu Selectivv.
Na polskim rynku badań i analizy danych działają obecnie dwie grupy firm. Pierwsze opierają się na badaniach deklaratywnych, typowo ankietowych. Drugie to firmy technologiczne, które wykorzystują w badaniach zasoby big data i nowe technologie zbierania danych.
– My wykorzystujemy dane, które zbieramy za pomocą naszej usługi Geotrapping® oraz Wifitrapping. Są to informacje pozyskiwane z urządzeń mobilnych, czyli tabletów oraz telefonów komórkowych – mówi Aleksander Luchowski. – Dostarczamy na rynek dane, które nie są deklaratywne. Innymi słowy, pokazujemy rzeczywistość taką, jaką ona jest, a nie jaką ją rysują respondenci.
Geotrapping® to autorska technologia opracowana przez Selectivv, która pozwala wyodrębnić grupy użytkowników smartfonów i tabletów na podstawie ich położenia w konkretnym miejscu i czasie. Dzięki niej można np. zebrać bazę danych o użytkownikach odwiedzających konkurencyjne salony samochodowe i dotrzeć do nich z targetowaną reklamą, czy pozyskać informacje o uczestnikach konferencji biznesowej w celu stworzenia ich profilu.
Przykładem możliwości Geotrappingu® jest badanie zrealizowane przez Selectivv w marcu tego roku. Na jego potrzeby firma założyła, że osoba z Ukrainy mieszkająca w Polsce to taka, która posiada kartę SIM polskiego operatora, ale w telefonie ma ustawiony język rosyjski lub ukraiński oraz minimum raz w 2018 roku była na terenie Ukrainy i/lub zmieniła w tym czasie kartę SIM na operatora ukraińskiego. Na tej podstawie oszacowano, że w Polsce mieszka w sumie 1,25 mln obywateli Ukrainy, choć trudności z podaniem dokładnej liczby mają nawet rządowe agendy. Na bazie informacji z ich telefonów możliwe było także wyodrębnienie grup wiekowych, płci, miejsca zamieszkania (z dokładnością do konkretnych dzielnic), informacji o tym, z jakich aplikacji i z usług jakich banków korzystają.
Na bazie technologii Geotrapping® spółka uruchomiła w kwietniu Selectivv Index – autorski wskaźnik, który pokazuje, jak zmieniają się trendy w polskiej gospodarce, zwłaszcza w branżach związanych z handlem, przemysłem paliwowym i turystyką. Bazuje przy tym na danych pozyskiwanych w czasie rzeczywistym z 441 lokalizacji oraz 275 miejscowości z całej Polski, obejmujących ponad 20 mln użytkowników mobile.
– Selectivv Index można wykorzystywać w wielu branżach. Zarówno w FMCG, gdzie pokazuje, jak zmienia się liczba odwiedzających w sklepach czy galeriach handlowych, na stacjach paliw, których właściciele mogą w ten sposób obserwować rynkowe trendy, jak i w urzędach miast, które mogą śledzić liczbę odwiedzających ich turystów. Tego rodzaju indeksy na świecie są wykorzystywane m.in. także do przewidywania kursów na giełdach. Załóżmy, że badamy osoby odwiedzające fast foody. Indeks pokazuje, czy liczba odwiedzających spada czy wzrasta. To bezpośrednio przełoży się na zyski firmy z tego sektora, a zyski odbiją się na kursach giełdowych – tłumaczy Aleksander Luchowski.
Selectivv Index pozwala na przykład sprawdzić, jaki wpływ na aktywność zakupową Polaków miało wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę, czy tradycyjny handel jest wypierany przez e-commerce albo jak wygląda zagraniczny ruch turystyczny w Polsce z podziałem na narodowości.
To narzędzie ma bardzo szeroki wachlarz zastosowań – zarządcy centrów handlowych czy stacji benzynowych mogą porównać swoje wyniki odwiedzalności z wynikami rynku i zorientować się, czy spadek liczby klientów nie jest związany przypadkiem z nietrafioną kampanią marketingową, czy wiąże się z ogólnym spadkiem koniunktury. Z kolei inwestorzy giełdowi – na podstawie jej miesięcznych wyników – mogą bardziej precyzyjnie oszacować wartość danej spółki z różnych segmentów typu: retail, FMCG czy petrol – i to bez konieczności czekania na raporty kwartalne.
– Indeks może pokazywać, jak kształtują się trendy gospodarcze, ale w sposób pośredni. Dla przykładu, wiadomo, że jeżeli liczba osób odwiedzających punkty handlowe stale rośnie, to rośnie również cała gospodarka – mówi Aleksander Luchowski. – My te dane zbieramy w sposób pasywny, to jest odzwierciedlenie rzeczywistości. Nikogo nie pytamy, co sądzi na jakiś temat, tylko przedstawiamy rzeczywistość. Publikacje Indexu odbywają się 5. dnia każdego miesiąca.
Czerwcowa wartość wskaźnika Selectivv Handel wynosiła 103,14 (w skali do 100) i wzrosła o 7,57 proc., co pokazuje wzrost aktywności zakupowej Polaków. Podobny wzrost odnotował indeks Selectivv Turystyka (6,44 proc.), a znacznie bardziej dynamicznie wzrósł indeks Selectivv Stacje – o blisko 12 proc.
Selectivv specjalizuje się w pozyskiwaniu, analizie i profilowaniu danych o użytkownikach mobile i dysponuje obecnie największym w Europie Środkowo-Wschodniej zbiorem informacji o właścicielach smartfonów i tabletów, który obejmuje łącznie 82 mln osób, z czego 14 mln mieszka w Polsce. Średnio o jednym użytkowniku Selectivv pozyskuje 362 informacje – w tym m.in. dane demograficzne, zainteresowania, jego styl życia oraz lokalizacje, w jakich przebywa. To pozwala na stworzenie profili behawioralnych konsumentów i wyodrębnienie kategorii m.in. osób planujących powiększenie rodziny, bywalców galerii handlowych czy użytkowników bankowości mobilnej. Marki bądź firmy mogą dzięki temu lepiej planować kampanie marketingowe (na przykład wykorzystujące lokalizację klientów), sprawdzić, czy i do kogo trafiła dana reklama, a nawet sprawdzić potencjał reklamowy w konkretnej lokalizacji.
Zbyt wysokie składki na ubezpieczenia społeczne, podatki oraz często zmieniające się prawo – to największe obciążenia dla najmniejszych firm. Większość mikroprzedsiębiorców uważa, że w Polsce prowadzenie działalności gospodarczej jest trudne, a w ostatnich latach sytuacja jeszcze się pogorszyła. Choć zdaniem blisko 70 proc. z nich wynagrodzenie nie jest satysfakcjonujące i wystarczające, to doceniają fakt bycia samemu sobie szefem i niezależność – wynika z Badania Polskiej Mikroprzedsiębiorczości inFakt.
– Mikroprzedsiębiorcy uważają, że działalność gospodarczą prowadzi im się w Polsce trudno. Twierdzi tak ok. 60 proc. badanych. Co więcej, ponad połowa z nich uważa, że warunki prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce pogorszyły się w ostatnich trzech latach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Swatowska-Rybak, kierownik Badania Polskiej Mikroprzedsiębiorczości w firmie inFakt.
Dla najmniejszych przedsiębiorców obciążeniem są przede wszystkim zbyt wysokie składki na ZUS i nadmierne podatki (odpowiednio 69 i 60 proc.). Nieco mniej niż połowa przedsiębiorców wskazuje zaś na często zmieniające się prawo. Polska ma obecnie najbardziej zmienne prawo ze wszystkich państw UE. Z obliczeń Grant Thornton wynika, że w latach 2012–2014 produkowała średnio w roku prawie 56-krotnie więcej przepisów niż Szwecja. W 2018 roku uchwalono w Polsce ponad 14,6 tys. stron maszynopisu nowych aktów prawnych. Choć to o 46 proc. mniej niż rok wcześniej, to aby zapoznać się z każdym z nich, przedsiębiorca musiałby poświęcić na to niemal dwie godziny każdego dnia roboczego.
– Porównując się z innymi krajami, np. z Wielką Brytanią, wiemy, że w innych krajach europejskich przedsiębiorcy mają nieco łatwiejsze warunki do prowadzenia działalności – podkreśla Joanna Swatowska-Rybak. – Mikroprzedsiębiorcy przyznają, że jest trudno, ale bardziej podchodzą do tego jak do wyzwania, któremu należy sprostać. I mimo wszystko odnoszą sukcesy w swojej działalności i z tego czerpią satysfakcję.
W tegorocznej edycji badania Indeks inFakt, wskaźnik obrazujący nastroje w sektorze, wyniósł 2,7 pkt. W 2018 roku wskaźnik był nieco wyższy (3,2 proc.), ale i tak wyniki pokazują na lekki optymizm (przy wskaźniku 0 optymizm i pesymizm się równoważą).Przy jego ustalaniu bierze się pod uwagę łatwość prowadzenia działalności gospodarczej (-31,9 pkt), zmianę kondycji finansowej w ciągu ostatniego roku (-0,4 pkt), spodziewaną zmianę kondycji finansowej w tym roku (5,7 pkt) oraz satysfakcję z prowadzonej działalności (37,5 pkt).
W 2019 roku 64 proc. mikroprzedsiębiorców zadeklarowało, że prowadzenie działalności daje im satysfakcję (56 proc. w 2018 roku).
– Satysfakcja rośnie wraz ze stażem. Przedsiębiorcy, którzy prowadzą działalność dłużej niż 2 lata, częściej przyznają, że są z tego zadowoleni niż ci, którzy prowadzą ją krócej niż rok – wskazuje Joanna Swatowska-Rybak. – Przedsiębiorcy, z którymi rozmawialiśmy, uważają, że ta wysoka satysfakcja wynika z tego, że warunki są niesprzyjające, ale oni mimo wszystko dzięki swojej przedsiębiorczości, kreatywności i ciężkiej pracy osiągają sukcesy.
Choć 67 proc. mikroprzedsiębiorców ocenia, że osiągane przez nich dochody są niewystarczające, to doceniają możliwość bycia samemu sobie szefem (69 proc), samorealizacji i robienia tego, co naprawdę lubią (po ok. 40 proc.).
– Korzyści związane z samodecydowaniem i realizacją są dla kobiet ważniejsze niż dla mężczyzn, natomiast dla mężczyzn ważne są aspekty finansowe – zaznacza Swatowska-Rybak.
Co istotne, niemal połowa najmniejszych przedsiębiorców planuje inwestycje w najbliższych pięciu latach, przede wszystkim w sprzęt (75 proc.) i kompetencje (na szkolenia i dokształcania wskazuje ok. 53 proc.). Co trzeci planuje zatrudnienie pracowników. Najczęściej na inwestycje przeznaczą 10–30 tys. zł (28 proc.) i 30–70 tys. zł (24 proc.).
– Jeżeli popatrzymy na to, że jest to perspektywa 5-letnia, rocznie wychodzi od 2 do 6 tys. zł na inwestycje. Nie są to kwoty bardzo wysokie, ale pamiętajmy, że mówimy tutaj o najmniejszych przedsiębiorcach – mówi Joanna Swatowska-Rybak.
Nowoczesna panna młoda ma wyglądać romantycznie i dziewczęco, z mody znikają więc obfite suknie z krynolinami i nadmiarem ozdób. Zdaniem ekspertów biżuteria powinna być skromna, podkreślająca kreację, a nie dominująca nad nią. Symbolem wyjątkowości chwili stają się personalizowane obrączki. Popularność zyskują modele z kolorowymi diamentami oraz grawerowanymi napisami.
Każdy sezon ślubny to nowe trendy, począwszy od wystroju wnętrza, w którym odbywa się wesele, na wyglądzie pary młodej kończąc. W tym roku projektanci mody odchodzą od bogatych sukien ślubnych typu „księżniczka”, stawiając na romantyczny, zwiewny look. Panna młoda ma wyglądać dziewczęco i lekko, dlatego nowoczesne kreacje pozbawione są krynolin, sztywnych stelaży, nadmiaru halek i fiszbinów. W trendach pozostają natomiast romantyczne koronki i hafty, a najpopularniejszy kolor to złamana biel.
– Staram się, żeby moda ślubna była lekko boho, dziewczęca. Używam głównie naturalnych tkanin, muślinu, organzy, bardzo często są to sukienki cięte na surowo, bez zbędnych wykończeni. Są one bardzo delikatne, poruszające się w ruchu – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle projektant Maciej Zień.
Przy wyborze wymarzonej sukni ślubnej należy kierować się jednak nie tyle trendami, co własną sylwetką. Kreacja ma być przede wszystkim idealnie dobrana do figury – podkreślać jej walory i tuszować ewentualne niedoskonałości. Z tego względu tak ważne jest wsparcie profesjonalnych sprzedawców lub stylistów, mających doświadczenie w dobieraniu sukien ślubnych.
– Dla mnie i moich klientek wygoda jest istotna, dlatego że w sukni są one cały dzień. Nie wyobrażam sobie wbić moją klientkę w coś, w czym będzie się ledwo co poruszała – mówi Maciej Zień.
Uzupełnienie i wykończenie stylizacji stanowi biżuteria ślubna. W tej roli świetnie sprawdzają się wyroby z oprawionych w srebro cyrkonii, kryształów, diamentów i pereł. Warto pamiętać, że tego rodzaju ozdoby dobiera się do modelu sukni, a nie odwrotnie. Im bardziej minimalistyczna kreacja, tym wyrazistsza może być biżuteria, nigdy jednak nie powinna ona dominować w stylizacji. Jej zadaniem jest jedynie podkreślenie piękna sukienki i panny młodej.
– Są sukienki, w których biżuteria jest niezbędna – jest idealna ekspozycja dekoltu, a sukienka jest prosta, wtedy biżuteria jest idealnym uzupełnieniem. Czasem sukienka jest na tyle strojna, że biżuteria jest naprawdę zbędna – mówi Maciej Zień.
Biżuteria ślubna to nie tylko kolczyki i naszyjniki, ale przede wszystkim obrączki. Historia biżuterii ślubnej sięga starożytności – już w antycznym Egipcie mężczyźni wręczali wybrankom pierścionki zaręczynowe lub obrączki ślubne wykonane z drutu, złota lub kości słoniowej. Ozdoba ta noszona była na palcu serdecznym lewej ręki, wierzono bowiem, że poprzez żyłę zwaną vena amoris, jest on bezpośrednio połączony z sercem. W kulturze zachodniej zwyczaj wymieniania obrączek w momencie ślubu stał się tradycją kościelną dopiero w XIII wieku, jako symbol zawarcia małżeństwa przed Bogiem. W Polsce aż do czasów I wojny światowej obrączki nosiły jednak wyłącznie kobiety – gdy mężczyzna wyruszał na wyprawę wojenną ozdoba była łamana na dwie części.
– Jedną część zabierał mąż, druga pozostawała w domu. Był to symbol mający przypominać, że trzeba wrócić, by te dwie części obrączek znowu razem połączyć, żeby stanowiły jedno – dokładnie tak, jaka jest zasada małżeństwa – mówi Marcin Marcok, ekspert rynku kamieni szlachetnych.
Współcześnie coraz więcej młodych par rezygnuje z zakupu obrączek, uważając je za zbędną, pozbawioną znaczenia ozdobę. Narzeczeni bardziej przywiązani do tradycji najczęściej decydują się natomiast na obrączki o klasycznym wzorze, a więc płaski pierścionek bez żadnych zdobień – taki, jaki nosili ich rodzice. Coraz większą popularnością cieszą się jednak obrączki nowoczesne, ozdabiane kamieniami szlachetnymi, głównie diamentami. Taka biżuteria ma podkreślić wyjątkowość relacji łączącej młodych małżonków.
– Aby nikomu nie przyszło do głowy, że jest to po prostu zwykły pierścionek. To jest coś, co zostało stworzone tylko dla nas, absolutnie wyjątkowe, spersonalizowane pod nas – mówi Marcin Marcok.
Koszt tego rodzaju obrączek jest bardzo zróżnicowany – ceny wahają się od kilkuset złotych do kilkuset tysięcy. Na rynku dostępne są obrączki dwukolorowe, wykonane z połączenia białego i żółtego złota, obrączki z białymi kamieniami, a nawet awangardowe, ale też kosztowne, ozdoby z wkomponowanymi kamieniami kolorowymi.
– Jeżeli zdecydujemy się na kamienie wyjątkowe, kolorowe, to ten koszt będzie na pewno bardzo wysoki. Jeżeli wybierzemy bezbarwne, białe brylanty, które nie będą duże, to jest to wydatek rzędu 2–3 tys. zł – mówi Marcin Marcok.
Równie istotnym elementem biżuterii ślubnej jest pierścionek zaręczynowy. Przyjmuje się, że zwyczaj wręczania takiej ozdoby wprowadził w Europie austriacki arcyksiążę Maksymilian, który wręczył narzeczonej Marii Burgundzkiej pierścionek z przezroczystymi brylantami. Obecny kształt pierścionka zaręczynowego, a więc okręgu ozdobionego pojedynczym okrągłym diamentem osadzonym za pomocą sześciu łapek, Europa zawdzięcza najsłynniejszemu domowi jubilerskiemu Tiffany. Od końca XIX wieku model ten uchodzi za kanoniczny.
– Nie ma nic bardziej wyjątkowego niż diamenty, dlatego nie wyobrażam sobie, że dzisiaj, kiedy dostępność diamentów jest bardzo duża na rynku, można podarować inny kamień na zaręczyny niż diament – mówi Marcin Marcok.
Tradycja nakazuje obdarowanie ukochanej kobiety pierścionkiem z bezbarwnym kamieniem. Coraz częściej panowie wybierają jednak diamenty w innych kolorach, głównie różowym i niebieskim, chcąc podkreślić wyjątkowość wręczanego pierścionka. Istnieje również możliwość personalizowania pierścionków zaręczynowych poprzez na przykład umieszczenie napisu na szynie ozdoby, a nawet w miejscu styku korony pierścionka i podstawy kamienia.
– Możemy umieścić tam imię wybranki, datę oświadczyn, właściwie każdy napis, który jest dla nas ważny. Może to być proste wyznanie miłości, a może to być coś bardziej wyszukanego, co podkreśli wyjątkowość okazji – mówi Marcin Marcok.
Agresja to sposób dziecka na radzenie sobie z negatywnymi emocjami. Winny jest brak edukacji emocjonalnej oraz nieprawidłowe wzorce wyniesione z rodzinnego domu. Widząc rodziców reagujących krzykiem na problemy, dziecko uczy się, że jest to prawidłowy sposób zachowania w stresujących sytuacjach. Redukowania złości i nauka prawidłowych, prospołecznych reakcji emocjonalnej to cel treningów zastępowania agresji.
Agresja wśród dzieci i młodzieży to coraz szybciej rosnący problem społeczny. Według informacji Instytutu Badań Edukacyjnych, w 2017 roku aż 21 proc. polskich uczniów gimnazjum wskazało, że w ciągu ostatniego miesiąca było dręczonych psychicznie lub fizycznie. Blisko 12 proc. polskich gimnazjalistów przyznało, że koledzy w szkole naśmiewają się z nich, ponad 4 proc. doznało natomiast przemocy fizycznej, w postaci bicia lub popychania, ze strony rówieśników. Zdaniem ekspertów zjawisko to będzie narastać, współczesne dzieci mają bowiem ograniczone możliwości rozładowania swojej naturalnej energii.
– Kiedyś zużywały energię na podwórku, trzepaku albo w sporcie. W tej chwili dziecko, które jest nabuzowane, siada przed komputerem, czyli z poziomu ciała napięcie nie zostaje zredukowane, co jest bardzo niebezpieczną sytuacją, bo może doprowadzić nawet do chorób – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marta Hendzel, pedagożka, trenerka umiejętności miękkich z Pracowni z oknem na świat.
Agresja może mieć postać działania fizycznego, a więc bicia, popychania, zabierania rzeczy należących do innych osób, bądź werbalnego np. obraźliwych komentarzy, także tych zamieszczanych w internecie. W przypadku małych dzieci, w wieku niemowlęcym i przedszkolnym, może mieć ona charakter spontaniczny i nieukierunkowany na wyrządzenie krzywdy. Dziecko nie jest w stanie kontrolować swoich reakcji emocjonalnych, niekiedy też nie zdaje sobie sprawy z niewłaściwości swojego postępowania i jego negatywnych skutków.
– Wśród dzieci i młodzieży zachowania agresywne zawsze były, są i będą, bo to też jest naturalne w okresie dojrzewania, że dzieci sprawdzają swoje granice – mówi Marta Hendzel.
Zdaniem ekspertów agresja jest odpowiedzią dziecka na emocjonalne braki w jego życiu – maluch nie jest w stanie wyrazić swoich negatywnych emocji w inny, akceptowalny społecznie sposób. Wynika to z braku odpowiedniej edukacji emocjonalnej dziecka, za którą odpowiedzialni są przede wszystkim rodzice i nauczyciele. Warto też pamiętać, że dzieci uczą się agresywnych zachowań od rodziców oraz z przekazów medialnych. Dorośli reagujący na problemy krzykiem niejako daje swojemu dziecku przyzwolenie na podobne odreagowanie uczucia złości.
– Drugi czynnik to niewątpliwie jest to, co widzimy w internecie. Są programy, filmy, gdzie młodzi ludzie są względem siebie agresywni i zaczyna być na to przyzwolenie społeczne. Fakt, że to w ogóle oglądamy, że to jest dostępne i nie jest banowane, powoduje, że zaciera się granica między tym, co jest okej, a co nie – mówi Marta Hendzel.
W zwalczaniu agresywnych zachowań dzieci ogromną rolę odgrywają rodzice. Punktem wyjścia powinno być uświadomienie sobie przez dorosłych, że postępowanie ich pociech może być wypadkową ich własnego działania. Dobrym pomysłem będzie także skorzystanie z profesjonalnej pomocy w postaci wsparcia psychologicznego lub zajęć z rozwoju osobistego, które pomogą pozyskać narzędzia emocjonalne do radzenia sobie ze złością własną lub drugiej osoby. W szkołach natomiast powinny być prowadzone zajęcia w ramach tzw. edukacji psychospołecznej, podczas których dzieci uczyłyby się rozwijania miękkich umiejętności społecznych.
– Szkoła koncentruje się bardzo mocno na wiedzy, którą my możemy pozyskać z internetu w 5 minut, natomiast umiejętność to jest coś, co nabywamy w pewnym procesie czasowym. Szkoła zdecydowanie powinna zainwestować swój czas, energię, zasoby w to, żeby takie zajęcia były grupowe, żeby dzieci uczyły się w grupie, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach – mówi Marta Hendzel.
Zarówno dzieci, jak i dorośli mogą ponadto skorzystać z treningu zastępowania agresji. Jest to program rozwijający kompetencje społeczne, dzięki którym uczestnicy będą potrafili poradzić sobie ze swoją agresją, zastępując zachowania agresywne prospołecznymi. Trening uczy redukowania uczucia złości np. w momentach, gdy ktoś lub coś nas irytuje, gdy wpadamy w furię lub czegoś się obawiamy. Uczestnicy poznają fizyczne reakcje swojego ciała, a następnie uczą się kontrolować negatywne emocje. Istotnym elementem treningu jest także tzw. wnioskowanie moralne, czyli zastanowienie się nad tym, dlaczego pojawia się uczucie złości.
– Pracuje się na tzw. błędach w myśleniu. Takim błędem jest to, że część osób bardzo mocno się na sobie koncentruje. Jeśli ktoś się spóźni na spotkanie ze mną, to wydaje mi się, że ten ktoś mnie lekceważy, nie szanuje, nie lubi, nie kocha. I to myślenie skoncentrowane na sobie powoduje, że wpadamy w złość – mówi Marta Hendzel.
Zaśmiecamy już nie tylko Ziemię, ale także kosmos. Już dziś na orbicie okołoziemskiej zalega ponad 8 tys. ton kosmicznych odpadów. Niemal 30 tys. takich odpadów ma średnicę przekraczającą 10 cm. Polskiej produkcji teleskop optyczny, pozwalający zaobserwować obiekty o wielkości piksela z odległości kilometra pomoże w walce z kosmicznymi odpadami. Problem związany z ich zaleganiem i stałym przybywaniem kolejnych może doprowadzić do drastycznego zmniejszenia bezpieczeństwa lotów kosmicznych.
– Zbudowaliśmy polski teleskop optyczny. SkyLab składa się z robota o dwóch stopniach swobody, który może kręcić się w poziomie. Optyka, czyli średnica jego lustra optycznego wynosi pół metra. To bardzo dokładne urządzenie będzie wykorzystywane w głównej mierze do pomiarów przede wszystkim satelit oraz śmieci kosmicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Krzysztof Kozłowski, pracownik Instytutu Automatyki i Robotyki Politechniki Poznańskiej.
Teleskop zbudowano na prośbę astronomów z Centrum Astronomicznego im. Mikołaja Kopernika w Warszawie. Jest on unikatowy w skali kraju. Charakteryzuje się dużą dokładnością. Pozwala zaobserwować obiekt o wielkości piksela z odległości kilometra. Podstawowy problem, nad którym będą pracować naukowcy korzystający z teleskopu, czyli kosmiczne śmieci, jest jednym z poważniejszych wyzwań sektora kosmicznego.
– Jest mnóstwo satelitów, które fruwają wokół Ziemi i dla nich zagrożeniem są właśnie śmieci kosmiczne. Zderzenie takiego śmiecia może spowodować uszkodzenie, wręcz zniszczenie satelity. Będziemy starali się te śmieci wykrywać. Następnie można je unicestwić za pomocą urządzenia laserowego, czyli strzelać do nich i rozbijać, gdy zajdzie niebezpieczeństwo zderzenia. Możemy więc badać śmieci kosmiczne, ostrzegać i chronić satelity właśnie przed nimi – wyjaśnia prof. Krzysztof Kozłowski.
W początkowej fazie projektu laboratorium będzie się znajdowało na terenie Politechniki Poznańskiej. Będzie to okres testowego działania. Następnie jeden z dwóch powstałych teleskopów zostanie ulokowany w podpoznańskim Kąkolewie, a drugi znajdzie się na półkuli południowej. Wówczas rozpocznie się właściwe działanie laboratorium.
– Po uzyskaniu pełnej funkcjonalności tego urządzenia zostanie ono włączone do tzw. sieci SST, czyli Space Surveillance and Tracking. To kosmiczna obserwacja i śledzenie obiektów na niebie. Będzie ono pracowało w systemie międzynarodowym. Podjęliśmy już kroki w tym kierunku wraz z Polską Agencją Kosmiczną – zapowiada ekspert.
Tymczasem obserwatoria astronomiczne odgrywają kluczową rolę w badaniach nad kosmosem, a ich stopień zaawansowania i możliwości stają się coraz większe. Działający w chińskiej prowincji Kuejczou największy na świecie radioteleskop FAST już niebawem ma posłużyć do badania ciemnych obszarów Drogi Mlecznej. Astronomowie z National Astronomical Observatories w Chińskiej Akademii Nauk zaobserwowali z jego pomocą narodziny ciemnej chmury molekularnej, która ma około 6 mln lat. Badanie tych obszarów pomoże zrozumieć mechanizmy powstawania gwiazd, takich jak Słońce.
Polscy naukowcy przekonują, że stworzony przez nich teleskop jest ultranowoczesny.
– Jesteśmy w stanie tym teleskopem obrócić o 100 stopni kątowych w ciągu jednej sekundy. Z drugiej strony możemy wykonywać quasi statyczne ruchy, które trudno zobaczyć gołym okiem. Możemy też dokonać obrotu o 360 stopni w ciągu jednej doby. Urządzenie będzie oczywiście udoskonalane i w miarę, jak będzie się zmieniała technologia będziemy starali się za nią nadążać. Natomiast w tej chwili jesteśmy o tym przekonani, że to jest technologicznie rozwiązanie najnowsze z możliwych – przekonuje prof. Krzysztof Kozłowski.
Według danych Europejskiej Agencji Kosmicznej po orbicie okołoziemskiej krążą śmieci kosmiczne o łącznej masie ponad 8 tys. ton. Jeżeli problem ich zalegania nie zostanie w najbliższym czasie rozwiązany, to przyszłość lotów kosmicznych może być zagrożona z uwagi na lawinowo rosnące ryzyko kolizji.
W ostatnich latach coraz głośniej mówi się o konieczności wykorzystania metody druku 3D w branży budowlanej. Nowoczesne drukarki są w stanie wykorzystywać w procesie druku nie tylko klasyczne polimerowe filamenty, ale także materiały powszechnie stosowane w budownictwie, a nawet plastikowe butelki. Dzięki temu mają szansę zredukować koszty operacyjne i zautomatyzować część prac na placu budowy. Powstały już pierwsze prototypy maszyn do drukowania budżetowych domów modułowych, a nawet urządzenia zdolne do drukowania metalowych mostów.
– Drukowanie 3D w branży budowlanej jest przyszłością. Zwłaszcza jeżeli pomyślimy o materiałach wielokrotnego użytku. Komponentem takiego budulca będą np. butelki plastikowe. Jest to przyszłość, ale niekoniecznie będziemy drukowali wieżowce albo skomplikowane urządzenia. Natomiast proste budownictwo modułowe być może będzie właśnie produkowane przy pomocy druku 3D – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Artiom Komardin, współzałożyciel i wiceprezes firmy Sense Monitoring.
Wiele przełomowych technologii zawdzięcza swój rozwój branży wojskowej, nie inaczej może być w przypadku drukarek 3D przeznaczonych na rynek budowlany. Amerykańscy Marines udowodnili, że tego typu urządzenia mogą doskonale sprawdzić się na froncie. W ramach testów nowych, innowacyjnych technologii przeprowadzono próby wybudowania baraków przy wykorzystaniu drukarek 3D na terenie U.S. Army Engineer Research and Development Center. W czasie pojedynczej, 40-godzinnej próby udało się postawić barak o powierzchni 46 m2.
Drukarka firmy Icon z kolei jest w stanie skonstruować 60-metrowy budynek w czasie zaledwie 24 godzin. Koszt wzniesienia budowli oszacowano na 33 tys. dolarów. Przedstawiciele Icon liczą na to, że we współpracy z organizacją New Story uda się wykorzystać tę technologię do wzniesienia 100 budżetowych domów na terenie Salwadoru.
Na wdrożenie drukarek 3D na szeroką skalę w branży budowlanej trzeba będzie jednak poczekać. Ich upowszechnienie wymagałoby wypracowania procedur gwarantujących wysoką jakość drukowanych elementów.
– Na pewno musielibyśmy zacząć od małych elementów, ponieważ sama drukarka musiałaby być tak naprawdę większa lub podobnej wielkości do tego elementu, który potrzebujemy. Następnie przeszlibyśmy do fazy jakichś modułów, być może kompleksowych budynków. Pamiętajmy o tym, że jeżeli drukarka nie drukuje tego w miejscu wybudowania, potrzebny jest także transport na budowę. Aby produkcja drukiem 3D była efektywna, raczej będzie to prefabrykacja poza miejscem wybudowania – mówi ekspert.
Potencjał drukarek 3D dostrzegli naukowcy z Uniwersytetu Technicznego w Eindhoven, którzy w ramach Project Milestone wznoszą eksperymentalne osiedle pięciu drukowanych domów jednorodzinnych. Przedsięwzięcie ma na celu zapoznanie się z samą technologią oraz wypracowanie procesów druku 3D o wysokiej, powtarzalnej jakości. Jest także próbą wypracowania rozwiązań, które pozwolą tworzyć domy przyjazne dla środowiska naturalnego i łatwe w modyfikacji.
Z budowlanym drukiem 3D eksperymentuje się także na polskich uczelniach. Pierwszą maszynę tego typu opracowali naukowcy z Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie. Prototypowy model drukarki funkcjonuje wyłącznie w warunkach laboratoryjnych i jest zdolny do drukowania niewielkich elementów, takich jak modele betonowych słupów i ścian czy elementy małej architektury. W przyszłości sprzęt może jednak zostać wykorzystany do wznoszenia znacznie bardziej skomplikowanych konstrukcji, w tym pełnowymiarowych elementów konstrukcyjnych.
Naukowcy z holenderskiego start-upu MX3D opracowali z kolei maszynę, która potrafi drukować stalowe elementy. Wykonali w tej technologii prototypowe przęsło mostu, który docelowo zostanie zamontowany nad jednym z amsterdamskich kanałów. Konstrukcja testowa została już w pełni ukończona, nie trafiła jednak na swoje miejsce wyłącznie z powodów formalnych, gdyż prawo budowlane nie dopuszcza do użytku publicznego elementów ze stali, które zostały stworzone metodą druku 3D.
– Druk 3D tak naprawdę to są pierwsze projekty pilotażowe. Perspektywa jest długa, do tego potrzeba tak naprawdę czasu i dojrzałej technologii, żeby móc ją wprowadzić do takiej odpowiedzialnej branży, jaką jest budownictwo – twierdzi Artiom Komardin.
Według firmy badawczej IndustryARC wartość globalnego rynku technologii druku 3D na potrzeby branży budowlanej do 2023 roku wzrośnie do 314 mln dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie blisko 16 proc. w skali roku.
W naszym kraju mamy do czynienia z dużym rozdrobnieniem rynku najmu. Z czasem będzie jednak powiększała się grupa inwestorów wynajmujących jednocześnie większą liczbę mieszkań.
Osoby śledzące doniesienia krajowych mediów mogły się dowiedzieć, że za naszą zachodnią granicą spore kontrowersje wzbudza działalność tak zwanych koncernów mieszkaniowych. Mowa o firmach posiadających bardzo dużą liczbę mieszkań na wynajem. Przykładem są koncerny Deutsche Wohnen, Vonovia oraz Akelius, które tylko na terenie Berlina mają ponad 200 000 wynajmowanych lokali. W Polsce raczej nieprędko doczekamy się działalności takich gigantów rynku mieszkaniowego. Tym niemniej, możemy zauważyć wzrost zainteresowania jednoczesnym wynajmem większej liczby mieszkań. To zjawisko występuje pomimo barier hamujących rozwój profesjonalnego wynajmu.
Podstawowy wariant najmu mocno chroni lokatora
Dla Polaków własność mieszkaniowa nadal stanowi preferowany wariant. Najem wolnorynkowy często jest postrzegany jako konieczność albo tymczasowe rozwiązanie. To stanowi sporą różnicę względem naszych zachodnich sąsiadów. Dane Eurostatu wskazują, że około 40% mieszkańców Niemiec mieszka w lokum wynajętym na wolnym rynku. Analogiczny wynik dotyczący Polski wciąż jest około dziesięć razy mniejszy. Jego stopniowy wzrost stanowi m.in. rezultat postawy młodszych rodaków, którzy coraz bardziej cenią sobie mobilność.
Trudno ukryć, że dość mocna ochrona prawna najemców w połączeniu z niewydolną procedurą eksmisyjną stanowi barierę hamującą rozwój rynkowego wynajmu w Polsce. Niestety wciąż zdarzają się przypadki oczekiwania na lokal socjalny dla dłużnika trwającego np. 12 miesięcy. Taka sytuacja stanowi problem nawet dla inwestora, który otrzymuje pieniądze od kilku lub kilkunastu innych rzetelnych lokatorów.
Mówiąc o wysokim poziomie ochrony prawnej, mamy na myśli standardowy wariant najmu, a nie najem okazjonalny lub instytucjonalny. Te dwa ostatnie rozwiązania są o wiele bardziej korzystne dla wynajmującego, ale równocześnie mniej pożądane przez najemców. Lokatorzy obawiają się m.in. szybkiej eksmisji bez prawa do mieszkania socjalnego i tymczasowego pomieszczenia (w ramach najmu okazjonalnego lub instytucjonalnego). Można jednak oczekiwać, że z czasem najem instytucjonalny i okazjonalny będzie zyskiwał coraz większą popularność. Do wyboru tych wariantów dodatkowo zachęci wynajmujących niedawna nowelizacja kodeksu postępowania cywilnego (KPC). Wprowadziła ona konieczność bezterminowego wstrzymania eksmisji do czasu znalezienia przez gminę pomieszczenia tymczasowego (patrz art. 1046 par. 4 KPC).
Wciąż niejasne są dalsze losy ustawy o REIT – ach …
Nie tylko mało elastyczne przepisy dotyczące tradycyjnego najmu oraz braki lokali socjalnych (sięgające 60 000 sztuk w całym kraju) stanowią powód narzekań osób zainteresowanych inwestowaniem w nieruchomości mieszkaniowe. Problem stanowi też legislacyjna opieszałość dobrze widoczna na przykładzie ustawy o REIT – ach. Zgodnie z rządowymi założeniami, takie spółki akcyjne z wysoką wypłatą dywidendy i zwolnieniami podatkowymi, mają inwestować w masowy wynajem nieruchomości mieszkaniowych. O stworzeniu prawnych warunków do działania polskich REIT-ów mówi się już od 2016 r. Po wpłynięciu do Sejmu (pod koniec września 2018 r.) rządowy projekt ustawy o firmach inwestujących w najem nieruchomości doczekał się tylko pierwszego czytania. Nie można zatem przesądzać, czy prawne warunki do działania polskich REIT – ów zostaną stworzone przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi (planowanymi w październiku lub listopadzie 2019 r.).
Profesjonalny najem lokali rozwija się pomimo barier
Mimo instytucjonalnej słabości (związanej między innymi z obowiązującymi przepisami), polski rynek najmu posiada spory potencjał. Potwierdzenie stanowi popyt generowany w dużych miastach przez młodych polskich pracowników i studentów oraz imigrantów zarobkowych. Duże zainteresowanie najmem mieszkań na terenie metropolii sprawiło, że przez ostatnie 2 lata – 3 lata czynsze nadążały za szybkimi wzrostami cen metrażu.
Potencjał rozwojowy polskiego rynku najmu sprawia, że pomimo braku realnego wsparcia ze strony polityków, możemy zaobserwować pojawienie się grupy profesjonalnych prywatnych inwestorów. Mowa o osobach posiadających co najmniej kilka lub kilkanaście wynajmowanych mieszkań. W odpowiedzi na potrzeby takich wynajmujących, zaczyna się tworzyć rynek ofert inwestycyjnych oraz usług związanych z zarządzeniem najmem. Przykładem przedsiębiorstwa świadczącego takie usługi jest firma Mzuri, która obchodzi swoje dwudzieste urodziny. Działa ona nie tylko jako pośrednik pomiędzy wynajmującym i najemcą. Ważnym aspektem jej działania jest także oferta inwestycyjna. W ramach propozycji grupowego inwestowania, Mzuri obecnie oferuje np. możliwość zakupu mieszkań na wynajem z Warszawy oraz Krakowa.
Nie można wykluczyć, że model grupowego inwestowania w najem z pomocą doświadczonego pośrednika bardziej przyczyni się do profesjonalizacji polskiego rynku wynajmu niż koncepcje proponowane przez polityków (np. REIT – y). To ważna kwestia, ponieważ działalność prywatnych inwestorów wynajmujących jednocześnie od kilku do kilkudziesięciu lokali, z jednej strony gwarantuje profesjonalizm, a z drugiej nie grozi brakiem konkurencyjności na rynku i pojawieniem się graczy dyktujących ceny (takich jak wspomniane już wcześniej niemieckie koncerny mieszkaniowe).
Od 40 lat Mercedes-Benz Klasy G jest miarą wszech rzeczy w segmencie aut terenowych, a od 20 lat funkcjonuje również jako model AMG, z dodatkowym ładunkiem osiągów. Czyni go to najdłużej produkowaną serią modelową w historii osobowych Mercedesów, a przy okazji – przodkiem wszystkich SUV-ów spod znaku trójramiennej gwiazdy. Z okazji tej rocznicy na fanów Klasy G czekają cztery wyjątkowe atrakcje.
Po pierwsze: trzy edycje specjalne STRONGER THAN TIME (z ang. silniejsza niż czas).
https://youtu.be/7iGFH5HbWGM
Po drugie: wyłącznie jedna z edycji specjalnych jest dostępna w wersji G 400 d (zużycie paliwa w cyklu łączonym: 9,6 l/100 km; emisje CO2 w cyklu łączonym: 253 g/km) – z najmocniejszym wydaniem efektywnego rzędowego 6-cylindrowego silnika wysokoprężnego.
Po trzecie: nowa gama opcji indywidualizacji G manufaktur pozwala nabywcy na stworzenie swojej „osobistej” Klasy G.
Po czwarte: rusza nowe Centrum Doświadczalne Klasy G (G-Class Experience Centre), w którym klienci z całego świata będą mogli sprawdzić imponujące talenty terenowej ikony w ekstremalnym terenie, niedaleko zakładu produkcyjnego Klasy G w Grazu.
https://youtu.be/HfoZeaIImAQ
Mercedes-Benz G 500; obsidianschwarz metallic;Kraftstoffverbrauch kombiniert: 12,1-11,5 l/100 km; CO2-Emissionen kombiniert: 276–263 g/km*
Mercedes-Benz G 500; obsidian black metallic;Fuel consumption combined: 12.1-11.5 l/100 km; combined CO2 emissions: 276–263 g/km*
„40 lat temu połączenie walorów drogowych i terenowych było prawdziwie rewolucyjną koncepcją. Obecna Klasa G kontynuuje tę tradycję. Jej najwyższe kompetencje techniczne stanowią punkt wyjścia dla statusu, jakim się cieszy – statusu motoryzacyjnej ikony’ – mówi dr Gunnar Guthenke, szef działu produktów pojazdów terenowych w Mercedes-Benz. „Z okazji tego wyjątkowego jubileuszu przygotowaliśmy dla naszych klientów i fanów wiele atrakcji. I jestem przekonany, że dla Klasy G to dopiero początek”.
40 lat „Gelendy” – z wieloma atrakcyjnymi odmianami
To, co na początku lat 70. zaczęło się od umowy o współpracy pomiędzy ówczesnymi firmami Daimler-Benz AG i Steyr-Daimler-Puch w austriackim mieście Graz, dziś stanowi unikalną część historii motoryzacji. Koncepcja nowego pojazdu terenowego sama w sobie była niezwykła: łączyła doskonałe własności terenowe z bezpieczeństwem i całkowitą zdatnością do jazdy po utwardzonych drogach. Od tamtej pory nieodłącznymi elementami Klasy G są napęd na wszystkie koła i 100-procentowe blokady dyferencjałów, jak również solidna rama typu drabinowego.
W 1975 r. zapadła decyzja o rozpoczęciu seryjnej produkcji modeli G. W tym samym czasie uzgodniono budowę nowego zakładu w Grazu, w którym auta te od początku powstają – głównie ręcznie. 80% wszystkich zbudowanych egzemplarzy Klasy G jest nadal w eksploatacji – co świadczy o wyjątkowej jakości terenowej legendy.
W chwili wprowadzenia na rynek, wiosną 1979 roku, model był dostępny w czterech wersjach silnikowych o mocy od 53 kW/72 KM do 115 kW/156 KM.
Klienci mieli do wyboru kabriolet z krótkim rozstawem osi oraz warianty kombi z krótkim lub długim rozstawem osi. W 1989 r. pojazdy typoszeregu 463 zapoczątkowały ewolucyjny proces, w ramach którego terenówka Mercedesa przechodziła systematyczne modernizacje techniczne. W 1993 r. model zyskał obecną nazwę – Klasa G. Swoją wszechstronność prezentował w wielu wersjach specjalnego przeznaczenia, budowanych na potrzeby policji, straży pożarnej oraz służb ratowniczych. Na całym świecie jest znany również jako „Papamobile”. Perłowobiały Mercedes-Benz 230 G z przezroczystym nadwoziem specjalnym od 1980 r. towarzyszył papieżowi Janowi Pawłowi II w jego licznych podróżach.
20 lat terenowych osiągów
20 urodziny Klasy G w 1999 roku zapoczątkowały kolejny wyjątkowo pomyślny rozdział w historii modelu: na rynek trafił pierwszy jej wariant sygnowany przez AMG – G 55 AMG. Wcześniej Klasa G od AMG była dostępna tylko w pojedynczych egzemplarzach. 5,5-litrowy wolnossący silnik o 8 cylindrach, z trzema zaworami na cylinder, rozwijał moc 260 kW (354 KM); maksymalną prędkość pojazdu ograniczono elektronicznie do 210 km/h. Maksymalny moment obrotowy o wartości 525 Nm był dostępny przy 3000 obr./min. Obszerne modyfikacje nie ograniczały się tylko do silnika – do wyższej mocy przystosowano również 5-biegową przekładnię automatyczną, podwozie, hamulce i układ wydechowy.
W 2002 r. nowe standardy wyznaczył wariant G 63 AMG. Klasa G po raz pierwszy otrzymała wtedy 12-cylindrowy motor – liczba „63” oznaczała wolnossącą jednostkę V12 o pojemności 6,3 litra, osiągającą moc 326 kW (444 KM) i 620 Nm maksymalnego momentu obrotowego. Najpotężniejsza wówczas Klasa G została wyprodukowana w pojedynczym egzemplarzu, na prośbę klienta, w Manufakturze AMG (obecnie: AMG Performance Studio) w Affalterbach.
25 urodziny modelu w 2004 r. uczcił debiut odmiany G 55 AMG Kompressor z 8-cylindrowym silnikiem (moc 350 kW/476 KM, maksymalny moment obrotowy 700 Nm), który rozpędzał wóz od 0 do 100 km/h w zaledwie 5,6 s. Jego wizytówką były m.in. rury wydechowe z końcówkami ukośnie wyprowadzonymi przed tylnymi kołami.
W 2006 r. „Gelenda” otrzymała nowy, nowoczesny silnik wysokoprężny. Wersja G 320 CDI, przez wielu entuzjastów uważana za jedną z najlepszych odmian Klasy G w historii, osiągała moc 165 kW (224 KM) i standardowo miała filtr cząstek stałych. Jej wykonany z lekkich stopów silnik V6 dzięki łagodnemu przebiegowi krzywej momentu obrotowego oferował mnóstwo przyjemności z jazdy – zarówno na asfalcie, jak i w terenie.
Na swoje 30 urodziny, w 2009 r., Klasa G otrzymała nowe elementy wyposażenia, które w znacznym stopniu zwiększyły komfort i ekskluzywność wnętrza. Ergonomicznie zoptymalizowane przednie fotele zapewniały lepsze podparcie, a ich nowy design oraz funkcja wentylacji sprawiały, że terenowa ikona była jeszcze bardziej luksusowa.
W 2012 r. Klasa G została udoskonalona po raz kolejny – w czym zasługa znacznie poszerzonej gamy wyposażenia, jeszcze wyższej jakości wykończenia wnętrza, subtelnych modyfikacji karoserii oraz nowych funkcji z zakresu bezpieczeństwa i komfortu, takich jak adaptacyjny tempomat
DISTRONIC Plus czy wspomaganie parkowania PARKTRONIC. Po raz pierwszy AMG wprowadziło wariant G 65 AMG z legendarnym 6,0-litrowym motorem V12 biturbo – był to wówczas najmocniejszy pojazd terenowy na świecie, dysponujący zastępem 612 KM (450 kW) i maksymalnym momentem obrotowym elektronicznie ograniczonym do 1000 Nm. Kolejną nowością była odmiana G 63 AMG, napędzana 5,5-litrowym silnikiem V8 biturbo o mocy 400 kW (544 KM) i maksymalnym momencie obrotowym 760 Nm. Z 40-proc. udziałem w sprzedaży wersja G 63 AMG stała się najpopularniejszą w całej rodzinie Klasy G.
Uniwersalna ikona
W 2013 r. świat ujrzał wyjątkowo spektakularny wariant G 63 AMG 6×6: 400 kW (544 KM), napęd na sześć kół, reduktor, osie portalowe dla uzyskania większego prześwitu, pięć mechanizmów różnicowych blokowanych podczas jazdy oraz system kontroli ciśnienia w oponach sprawiały, że potrafił on sprostać najtrudniejszym wyzwaniom, topograficznym oraz meteorologicznym.
Z kolei wyrafinowane wnętrze z indywidualnymi tylnymi siedzeniami gwarantowało kierowcy i pasażerom optymalny, wysokiej klasy komfort – nawet w ekstremalnych warunkach terenowych. Podobną charakterystyką wyróżniał się Mercedes-Benz G 500 4×42 z 2015 r., który poza luksusowym wnętrzem mógł pochwalić się 45-centymetrowym prześwitem i imponującymi możliwościami na utwardzonej drodze.
W 2017 r. pojawił się kolejny dowód na to, że zdolności transformacji Klasy G są niemal nieograniczone – Mercedes-Maybach G 650 Landaulet, którego produkcję ograniczono do 99 egzemplarzy. Za sprawą doskonałego silnika V12, osi portalowych, miękkiego elektrycznego dachu i ekskluzywnego wystroju tylnej części kabiny spełniał on oczekiwania najbardziej wymagających klientów.
Latem 2017 r. z linii montażowej zakładów w Grazu zjechała 300-tysięczna Klasa G – Mercedes-Benz G 500 w niebieskim kolorze designo Mauritius blue metallic, z czarną skórzaną tapicerką ozdobioną kontrastowymi białymi szwami. Fani Klasy G na całym świecie wybrali specyfikację pojazdu, głosując na swoje ulubione elementy wyposażenia i kolorystykę na oficjalnej stronie Klasy G na Facebooku.
W styczniu 2018 r. rozpoczęła się kolejna epoka: swoją premierę na salonie samochodowym w Detroit świętowała nowa Klasa G. O ile kanciasta karoseria
klasycznej ikony zachowała swój niepowtarzalny styl, to wnętrze przeszło całkowitą metamorfozę. Z technicznego punktu widzenia Klasa G po raz kolejny ustanawiała standardy, a pod względem właściwości jezdnych na asfalcie została „wymyślona na nowo” – z pomocą nowoczesnych systemów wspomagających zapewnia niezrównane prowadzenie i optymalny poziom bezpieczeństwa. Nowe zawieszenie, programy jazdy DYNAMIC SELECT, tryb „G-Mode” oraz trzy 100-procentowe blokady mechanizmu różnicowego pozwoliły poprawić osiągi, komfort jazdy i zwinność – na każdej nawierzchni.
Na wieczność: specjalne edycje STRONGER THAN TIME, w tym G 400 d Prawdziwa urodzinowa uczta – z okazji okrągłej rocznicy Klasy G na rynek trafiają trzy specjalne edycje modelu o nazwie „STRONGER THAN TIME”: Mercedes-Benz G 400 d, Mercedes-Benz G 500 oraz Mercedes-AMG G 63.
Jedną z nich zarezerwowano wyłącznie dla specjalnej edycji – to najmocniejszy wariant 6-cylindrowego silnika wysokoprężnego OM 656, oferowany jako G 400 d (zużycie paliwa w cyklu mieszanym: 9,6 l/100 km; emisje CO2 w cyklu mieszanym: 253 g/km)*. Dzięki mocy 243 kW (330 KM) i imponującemu maksymalnemu momentowi obrotowemu 700 Nm, dostępnemu w szerokim zakresie 1200-3200 obr./min, jednostka ta zapewnia wyjątkową dawkę przyjemności z jazdy. Jednocześnie została konsekwentnie
przygotowana do spełnienia przyszłych norm emisji spalin (RDE – Real Driving Emissions, pomiar w rzeczywistych warunkach jazdy). Wszystkie elementy istotne dla efektywnej redukcji emisji zamontowano tu bezpośrednio przy silniku. Rezultat: szybsza gotowość do pracy katalizatora i filtra cząstek stałych. Do zwiększenia efektywności przyczyniają się także zaawansowane rozwiązania technicznie, takie jak stopniowana misa spalania, dwustopniowe turbodoładowanie czy wykorzystanie zmiennych faz rozrządu CAMTRONIC.
Alternatywnie specjalna edycja Klasy G w „cywilnym” wydaniu Mercedes-Benz jest oferowana jako G 500. W tym przypadku do napędu służy wysokowydajny benzynowy silnik V8 biturbo o pojemności 4,0 litrów, rozwijający moc 310 kW (422 KM) i maksymalny moment obrotowy 610 Nm, generowany w zakresie 2000-4750 obr./min (zużycie paliwa w cyklu mieszanym: 11,5-12,1 l/100 km; emisje CO2 w cyklu mieszanym: 263-276 g/km)*.
Modele Mercedes-Benz przygotowane z okazji urodzin Klasy G są oferowane w Linii AMG, mają więc poszerzone nadkola, elementy stylizacyjne AMG w zderzakach i zewnętrzny pasek ochronny, zaciski hamulcowe z napisem „Mercedes-Benz” oraz, w przypadku G 500, sportowy układ wydechowy. Kierowca trzyma w dłoniach spłaszczoną u dołu kierownicę. Dzięki pakietowi elementów ze stali nierdzewnej boczne stopnie, obudowa koła zapasowego, listwy progowe i osłona krawędzi załadunku mają wysokiej jakości wykończenie. Standardowy pakiet Night obejmuje przyciemnione światła oraz tylne szyby, a także obudowy lusterek zewnętrznych, pierścień wokół koła zapasowego i akcenty w zderzakach w kolorze czerni obsydianu.
Wszystkie specjalne edycje STRONGER THAN TIME – dwa warianty Mercedes-Benz oraz jeden Mercedes-AMG – oferują bogate wyposażenie standardowe, w tym:
Pakiet wspomagania bezpieczeństwa jazdy
Zawieszenie z adaptacyjnym systemem tłumienia
Pakiet parkingowy z kamerą 360°
LED-owe reflektory MULTIBEAM (niedostępne w połączeniu z grillami reflektorów)
Panoramiczny kokpit
Pakiet aktywnych wielokonturowych foteli
Nagłośnienie przestrzenne Burmester®
Nastrojowe oświetlenie w 64 odcieniach i 10 schematach kolorystycznych
Pokrywa przestrzeni bagażowej EASY-PACK
Elektrycznie odsuwany szklany dach z funkcją automatycznego zamykania w razie wykrycia opadów, czujnikiem przeszkód oraz funkcją zamykania PRE- SAFE®
Skrupulatną dbałość o detale zdradza kolejny dodatek, tym razem widoczny po zmroku: oświetlenie otoczenia prezentuje na nawierzchni logo „G” oraz napis „STRONGER THAN TIME”. To samo hasło znajduje się na emblematach na przednich słupkach oraz na obszytym skórą uchwycie przed pasażerem z przodu.
W przypadku modeli Mercedes-Benz specjalne edycje dostępne są w dwóch wersjach: dla tradycjonalistów przygotowano wariant, którego wnętrze wykończono czarną skórą nappa ze złotymi szwami, a także elementami ozdobnymi z czarnego drewna jesionowego o otwartych porach. Nadwozie jest dostępne w kilku specjalnych odcieniach G manufaktur. W połączeniu z matowymi lakierami elementy pakietu Night zyskują nowy czarny odcień, a ich lista wzbogaca się o osłonę chłodnicy oraz poszerzenia nadkoli. Wariant ten wyróżnia się 20-calowymi wieloramiennymi, czarnymi obręczami AMG z lekkich stopów oraz ochronnymi kratkami reflektorów.
Każdy, kto oczekuje wyjątkowo ekskluzywnej Klasy G, może wybrać specjalny model z luksusowym, dwukolorowym wnętrzem Plus w beżowo-niebieskiej tonacji, z elementami ozdobnymi z jasnobrązowego drewna Sen o wysokim połysku, lub w kombinacji beżowo-czerwonej, z elementami ozdobnymi z wykończeniem a la lakier fortepianowy. W kabinie wzrok przyciągają wysmakowane detale, takie jak obszycie uchwytów w podsufitce i panelu instrumentów ze skóry nappa.
20 lat Klasy G AMG: król samochodów terenowych o wysokich osiągach
AMG świętuje 20. urodziny Klasy G o wysokich osiągach, oferując specjalną edycję G 63 STRONGER THAN TIME (zużycie paliwa w cyklu łączonym: 13,1-13,3 l/100 km; emisje CO2 w cyklu łączonym: 299-304 g/km)* z mocnym silnikiem, wyrafinowanym zawieszeniem AMG RIDE CONTROL, specjalnymi trybami jazdy AMG oraz nowoczesnym wnętrzem.
Podstawę charakterystycznych dla AMG właściwości jezdnych zarówno na utwardzonych drogach, jak i poza nimi tworzy następujący zestaw: 4,0-litrowy silnik V8 biturbo o mocy 430 kW (585 KM), napęd na wszystkie koła (siła napędowa rozdzielana w proporcji 40:60) z trzema blokadami mechanizmu różnicowego, błyskawicznie pracująca 9-biegowa automatyczna skrzynia AMG SPEEDSHIFT TCT, niezależne przednie zawieszenie z podwójnymi wahaczami poprzecznymi oraz adaptacyjne amortyzatory. Niepowtarzalne wzornictwo G 63 definiują m.in. charakterystyczna osłona chłodnicy AMG, poszerzone nadkola, efektowne boczne wydechy oraz obręcze o średnicy nawet 22 cali. Maksymalny moment obrotowy o wartości 850 Nm jest dostępny od 2500 do 3500 obr./min. Sprint od 0 do 100 km/h trwa jedynie 4,5 s, a prędkość maksymalna wynosi 220 km/h (lub nawet 240 km/h – z Pakietem Kierowcy AMG).
Wizytówką specjalnej edycji Klasy G od AMG jest charakterystyczna dla AMG osłona chłodnicy w kolorze ciemnego chromu, a jej wyjątkowy status podkreślają liczne akcenty z wykończeniem dymionym i matowym, w tym stopnie boczne, końcówki kładu wydechowego, obudowy bocznych lusterek oraz detale zderzaków, osłona podwozia oraz elementy ochronne na pokrywie koła zapasowego. 22-calowe kute obręcze AMG mają matowoczarny kolor i lśniące wykończenie – to kombinacja zarezerwowana wyłącznie dla specjalnej edycji. Obręcze w rozmiarze 10 J x 22 zaopatrzono w opony 295/40 R 22.
Także kabina jest utrzymana w sportowo-luksusowym tonie – wykończono ją dwukolorową, czarno-szarą tapicerką nappa oraz elementami ozdobnymi z włókien węglowych. Kierowcę i pasażerów specjalnej edycji G 63 wita napis „STRONGER THAN TIME”, który znalazł się również na uchwycie przed pasażerem z przodu.
Opcjonalnie specjalny wariant jest dostępny z pakietem AMG Trail, zapewniającym jeszcze większą sprawność w terenie. Pakiet ten obejmuje m.in. adaptacyjne zawieszenie AMG RIDE CONTROL, które z myślą o terenowej jeździe ma miększe nastawy, 20-calowe obręcze kół o wzorze z pięcioma podwójnymi ramionami i z terenowym ogumieniem, a także czarną osłonę podwozia, która chroni elementy układu napędowego, oraz chlapacze i gumowe dywaniki podłogowe.
Ręczne rzemiosło plus zaawansowana technika – produkcja w Grazu
Po dziś dzień każdy egzemplarz Klasy G włącznie z wariantami AMG jest montowany na jednej linii produkcyjnej, przez Magna Steyr w Grazu w Austrii. Stosując metody ręcznego wykonania, około 2000 pracowników wkłada serce w to, aby to precyzyjne narzędzie do jazdy po asfalcie i bezdrożach reprezentowało najwyższą jakość. Przykład – w trakcie produkcji siedzeń doświadczeni mistrzowie rymarscy zwracają uwagę na każdy szczegół wysokiej jakości odmian skóry. Ten wyjątkowy „proces tworzenia” wymaga czasu – zajmuje około 100 godzin, a więc trwa znacznie dłużej niż w przypadku innych modeli.
G manufaktur – Klasa G szyta na miarę Nowy program indywidualizacji G manufaktur oferuje nabywcom Klasy G jeszcze większy potencjał ekskluzywności. Przy łącznej liczbie około miliona opcji – dla aut seryjnych oraz G manufaktur – paleta modelu jest praktycznie nieograniczona. Teoretycznie pojazdy mogą być produkowane w Grazu przez kilka dziesięcioleci i żaden z nich nie będzie taki sam. W ten sposób klienci mają możliwość zaprojektowania swojej „osobistej” Klasy G, a procesy indywidualizacji mogą być integrowane z produkcją w taki sposób, aby nie musieli oni długo czekać na swój wóz nawet przy zamawianiu egzemplarza z gamy G manufaktur.
Tylko w przypadku siedzeń dostępne są 64 różne kombinacje tapicerek i typów foteli. Także różnorodność kolorów nie pozostawia nic do życzenia. Jeśli chodzi o kabinę, nabywcy mają swobodny wybór spośród szerokiej
palety kolorów skóry nappa na kierownicy, tablicy rozdzielczej i siedzeniach, a także spośród odcieni przeszyć i pasów bezpieczeństwa. W kwestii nadwozia oferta obejmuje 34 lakiery, a pierścień koła zapasowego jest teraz dostępny w kolorze pojazdu.
Centrum Doświadczalne Klasy G (G-Class Experience Centre) in Feldkirchen
W związku z okrągłymi urodzinami fani Klasy G otrzymają jeszcze jeden wyjątkowy prezent: w niedalekiej przyszłości na dawnym lotnisku Nittner w Feldkirchen, około 15 kilometrów na południe od Grazu, zostanie otwarte Centrum Doświadczalne Klasy G (G-Class Experience Centre). Ośrodek zaoferuje klientom z całego świata możliwość przetestowania rozległych możliwości Klasy G i okazję, by mogli oni dalej rozwijać swoje umiejętności jazdy nawet w ekstremalnym terenie oraz samemu doświadczyć
tego, co kryje się za znakiem jakości „Schockl proved”. Niedaleko Grazu, na górze Schockl, znajduje się bowiem legendarny tor testowy, na którym Klasa G musi udowodnić swoją wartość – pokonując 5,6-kilometrową trasę, z najazdami i zjazdami dochodzącymi 60% i nawet 40-proc. kątami przechyłu
Równie trudne warunki będą panować na terenie nowego Centrum Doświadczalnego Klasy G o powierzchni 100 000 m2. Oprócz recepcji i sekcji prezentowania aut będą tam cztery moduły testowe: naturalny i sztucznie utworzony odcinek terenowy, sekcja G-Rock z różnymi rampami o nachyleniu do 100% oraz odcinek asfaltowy wyznaczony na dawnych drogach kołowania samolotów, gdzie kierowcy będą mogli przetestować samochód na granicy dynamiki jazdy, przeprowadzając takie manewry jak ekstremalne hamowanie czy slalom. W trakcie organizacji terenu przywiązywano dużą uwagę do kwestii środowiska: trasy w naturalnym terenie zostały wytyczone we współpracy z ekspertami, tak aby drzewa i biotopy warte ochrony pozostały nienaruszone.
Kamienie milowe w historii klasy G
1979: przedstawicielom mediów zaprezentowano pierwsze modele G. Rozpoczęcie produkcji wersji 240 GD, 300 GD, 230 G i 280 GE.
1980: podczas wizyty w Niemczech w listopadzie 1980 r. papież Jan Paweł II jest po raz pierwszy wieziony „Papamobile” zbudowanym na bazie 230 G.
1981: opcjonalne wyposażenie dostępne dla kabrioletu obejmuje teraz klimatyzację, ławkę do siedzenia i hardtop. Do wyboru są 22 kolory.
1983: Jacky Ickx i Claude Brasseur w 280 GE zajmują pierwsze miejsce na mecie Rajdu Paryż-Dakar.
1985: znacząca modernizacja Klasy G. Standardowe wyposażenie obejmuje teraz blokady mechanizmu różnicowego, centralny zamek i obrotomierz.
1987: kolejny lifting (elektryczne podnośniki szyb, automatyczna antena i większy zbiornik).
1989: wprowadzenie serii 463 z wysokiej klasy wyposażeniem, dostępnej w czterech wersjach silnikowych: 250 GD, 300 GD, 230 GE i 300 GE. Do wyboru są trzy wersje nadwoziowe: kabriolet oraz kombi z krótkim i długim rozstawem osi.
1993: pojawia się pierwszy wariant z silnikiem V8 – limitowana edycja 500 GE. 5-litrowa jednostka z lekkich stopów osiąga moc 177 kW/240 KM. Od września modele G są oficjalnie oferowane jako Klasa G. Nowe oznaczenia modelu to G 230, G 300, G 350 TURBODIESEL itp.
1994: drugi lifting w serii 463 (wewnętrznie wentylowane przednie hamulce tarczowe i poduszka powietrzna kierowcy).
1996: wprowadzenie na rynek G 300 TURBODIESEL z 6-cylindrowym silnikiem wysokoprężnym o mocy 130 kW/177 KM.
1997: kabriolet Klasy G debiutuje w nowym wydaniu, z elektrohydraulicznie sterowanym miękkim dachem.
1998: standardowa gama modelowa wzbogaca się o wariant G 500 z silnikiem V8 (218 kW/296 KM).
1999: Klasa G po raz pierwszy oficjalnie oferowana w wersji AMG – G 55 AMG.
2001: w ramach liftingu Klasa G otrzymuje znacząco udoskonalony kokpit i bogatsze wyposażenie standardowe, w tym nowe systemy kontroli dynamiki jazdy (ESP®, asystent hamowania BAS i nowy elektroniczny system kontroli trakcji ETS).
2002: G 63 AMG – pierwsza Klasa G z 12-cylindrowym silnikiem.
2004: światowa premiera nowego G 55 AMG z mechanicznie doładowanym silnikiem V8. Najmocniejsza jak dotąd Klasa G osiąga moc 350 kW (476 KM).
2006: standardowa specyfikacja wzbogaca się o biksenonowe reflektory z doświetlaniem zakrętów. Wysokoprężne wersje G 270 CDI oraz G 400 CDI zastąpione przez wariant G 320 CDI.
2007: kolejne udoskonalenia: Klasa G otrzymuje nowy zestaw wskaźników z czterema analogowymi „zegarami”.
2008: wprowadzenie nowego 5,5-litrowego silnika V8 o mocy 285 kW (388 KM). Zmodyfikowana osłona chłodnicy z trzema żaluzjami.
2012: całkowicie przeprojektowana deska rozdzielcza i konsola środkowa, z nowoczesnym systemem informacyjno-rozrywkowym COMAND Online montowanym w standardzie. Prezentacja G 65 AMG z 6-litrowym silnikiem V12 z osłoną z włókna węglowego i aluminium. Z momentem obrotowym 1000 Nm, G 65 AMG to najmocniejszy na świecie seryjny pojazd terenowy; jego prędkość maksymalna musi być elektronicznie ograniczona do 230 km/h. Na rynek trafia też G 63 AMG, 5,5-litrowym silnikiem V8 biturbo.
2013: trzyosiowy G 63 AMG 6×6 o doskonałych własnościach terenowych.
2015: program indywidualizacji designo po raz pierwszy oferuje ekskluzywne, niepowtarzalne kompozycje kolorystyki i materiałów – zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Ponadto do produkcji seryjnej wchodzi nowy wariant G 500 4×42 z osiami portalowymi.
2017: doskonały silnik V12, osie portalowe, elektrycznie sterowany materiałowy dach i wyjątkowa specyfikacja wyposażenia tylnego przedziału siedzeń sprawiają, że Mercedes-Maybach G 650 Landaulet, zbudowany w limitowanej serii 99 sztuk, spełnia oczekiwania klientów, którzy wymagają najwyższych standardów.
2018: podczas targów motoryzacyjnych w Detroit swoją premierę świętuje nowa Klasa G. Niepowtarzalny design i całkowicie odnowione wnętrze ponownie wyznaczają standardy, podobnie jak nowoczesne systemy wsparcia oraz nowe zawieszenie, programy jazdy DYNAMIC SELECT, tryb „G-Mode” i trzy 100-procentowe blokady mechanizmu różnicowego.
2019: Klasa G obchodzi 40. urodziny, a wariant AMG – 20-lecie. Mercedes świętuje jubileusz swojej off-roadowej ikony z trzema specjalnymi edycjami. Nowy program indywidualizacji G manufaktur sprawia, że nabywcy mogą zbudować swoją „osobistą” Klasę G. Około 15 kilometrów na południe od Grazu otwiera się Centrum Doświadczalne Klasy G: na terenie ponad 100 000 m2 klienci i fani mogą jeździć Klasą G w ekstremalnych warunkach.
Zdaniem ekspertów 3 tysiące startupów, to magiczna liczba nasycenia rynku. Startupy mierzą się z codziennymi bolączkami firm – finansowaniem, rozliczaniem, pozyskiwaniem inwestorów Co czwarty start-up powstaje w Warszawie, a co piąty zakładany jest przez naukowców. „Naszą misją jest wspieranie rozwoju start-upów, w nich widzimy największy potencjał. Jest mnóstwo ciekawych racjonalizatorskich i innowacyjnych projektów w które warto inwestować” – mówi Łukasz Blichewicz z grupy ASSAY.
Grupa Assay
We współczesnym świecie, kiedy wydawałoby się, że już wszystko wymyślono, nadal trafiają się ciekawe rozwiązania. Ponadto wielu obserwatorów rynku podkreśla, że ludzie ze start-upów są bardzo zaangażowani, mają wiele pomysłów, chcą je nie tylko natychmiast realizować, ale nastawieni są na szybkie efekty. Potrzebują jednak pomocy w działaniach dotyczących prawnego i finansowego funkcjonowania firmy. I tu mogą liczyć na wsparcie: „Pomagamy dostarczając naszą wiedzę i sprawdzone schematy organizacyjne. Nasi ludzie są nastawieni na zapewnienie klientom długotrwałego zysku. Szczególne znaczenie ma to w naszych najmłodszych spółkach portfelowych, gdzie przyjmując na strukturę holdingową przeróżne potrzeby takie jak prawnicy, graficy, webmasterzy, księgowi i wiele innych, po prostu oszczędzamy środki, które możemy przeznaczyć na urynkowienie pomysłu.” mówi Łukasz Blichewicz.
Firma ma spore doświadczenie w tym sektorze. Stara się, by w jej portfelu były realizowane różne pomysły, dość szeroko dywersyfikuje swój portfel. Assay wprowadził innowacyjny i niespotykany dotąd na polskim rynku charakter dokonywania przez siebie akwizycji spółek, a także kładzie ogromny nacisk na ich aktywne współprowadzenie Tajemnica tkwi w elastycznym podejściu do start-upów, otwartości na ich potrzeb i gotowość do upraszczania procedur. Cenne jest to, że firma umożliwia klientom skupienie się na realizacji ich pomysłu biznesowego.
Aby dodatkowo uwiarygodnić działalność i podkreślić poczucie odpowiedzialności za podejmowane decyzje Grupa Assay decyzją Komisji Nadzoru Finansowego uzyskała wpis do rejestru Zarządzających Alternatywnymi Spółkami Inwestycyjnymi. Jak spółka podała w komunikacie: ”Sam profil działalności i nasz sposób funkcjonowania i operowania na rynku nie ulegnie znaczącej zmianie, bo ten, który obecnie prowadzimy po prostu działa”.
Wartość pierwotnych ofert publicznych (Initial Public Offering, IPO) przeprowadzonych na europejskich giełdach w drugim kwartale 2019 r. wyniosła 11,4 mld euro – to wzrost o 24% w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku (9,2 mld euro) oraz znacząca poprawa w stosunku do bardzo słabego poprzedniego kwartału (0,7 mld euro). Wzrost wartości IPO to przede wszystkim efekt pięciu mega ofert (IPO o wielkości przekraczającej 1 mld euro), które miały miejsce na największych rynkach w Europe. Z kolei na rynku głównym GPW odnotowano pierwszy debiut od lipca ubiegłego roku – wynika z najnowszego raportu „IPO Watch Europe” przygotowanego przez PwC.
Podsumowanie II kwartału 2019 r. na GPW w Warszawie
W drugim kwartale 2019 roku na giełdzie w Warszawie odnotowano 6 IPO wobec 10, które miały miejsce w analogicznym okresie ubiegłego roku. Przy czym jedynym debiutem na rynku głównym była oferta przeprowadzona przez BoomBit S.A. – producenta i wydawcę gier na mobilne systemy operacyjne. W ramach IPO spółka pozyskała 35,2 mln zł i przerwała serię dwóch kwartałów z rzędu bez debiutu na głównym parkiecie warszawskiej giełdy.
Z kolei alternatywny rynek NewConnect w minionym kwartale odnotował 5 debiutów, spośród których największą wartość osiągnęła oferta twórcy gier Moonlit S.A. Przeprowadzona przez spółkę oferta osiągnęła wartość 2 mln zł i potwierdziła dominację spółek z tej branży na rynku ofert pierwotnych. Drugim pod względem wartości IPO był debiut Massmedica S.A. (sprzedawca wyrobów medycznych), w ramach którego spółka pozyskała 1,1 mln zł. Pozostałymi debiutującymi spółkami w drugim kwartale 2019 r. były CDA S.A. (oferta o wartości 0,9 mln zł), Art. Games Studio S.A. (0,8 mln zł) oraz CM International S.A. (0,1 mln zł).
Kryzys na krajowym rynku IPO trwa, a warszawski parkiet zmierza w stronę kolejnych smutnych rekordów. W ciągu dwóch lat nie odnotowaliśmy na GPW debiutu o wartości ponad 100 mln zł – ostatnie duże oferty to IPO Play Communications oraz GetBack w lipcu 2017 r. Wielu potencjalnych emitentów cały czas rozważa debiut na warszawskim rynku, część aktywnie pracuje nad przygotowaniami do IPO, nie przekłada się to jednak na liczbę składanych do KNF prospektów emisyjnych. Wydaje się, że rynek ‘zastygł’ w oczekiwaniu na pierwsze efekty wdrożenia PPK i upatruje w tym impulsu, który przywróci aktywność w zakresie IPO do poziomu sprzed kilku lat. – Bartosz Margol, dyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC
Podsumowanie europejskiego rynku ofert pierwotnych w II kwartale 2019 r.
Zgodnie z danymi uzyskanymi przez PwC, w drugim kwartale 2019 roku łączna wartość IPO w Europie wyniosła 11,4 mld euro i wzrosła w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku o 2,2 mld euro. Odnotowano 41 debiutów (wobec 69 w II kwartale 2018 r.), przy czym wartość aż pięciu z nich przekroczyła próg 1 mld euro (tzw. mega oferty). Najbardziej aktywnym rynkiem w Europie pozostała giełda w Londynie (z wartością przeprowadzonych ofert na poziomie 4,5 mld euro), za którą uplasowała się włoska Borsa Italiana (2,1 mld euro) oraz szwajcarska SIX Swiss Exchange (2 mld euro).
W minionym kwartale największą wartość osiągnęła oferta przeprowadzona przez Nexi SpA na włoskim parkiecie. Reprezentująca sektor finansowy spółka w ramach debiutu na Borsa Italiana pozyskała 2,1 mld euro. Drugim pod względem wielkości IPO była oferta innego przedstawiciela sektora finansowego – Network International Holdings plc (spółka zadebiutowała na londyńskiej giełdzie i pozyskała ponad 1,4 mld euro). Pozostałymi mega ofertami były debiuty Stadler Rail AG (1,4 mld euro, giełda w Szwajcarii) oraz Traton SE (1,4 mld euro – Deutsche Boerse), a także Trainline plc (1,2 mld euro – Londyn).
Na europejskim rynku IPO widoczne są symptomy ożywienia po bardzo cichym pierwszym kwartale. Wiele spośród przeprowadzonych IPO dotyczyło spółek z zaangażowaniem funduszy private equity, co spotkało się z dużym zainteresowaniem inwestorów – przykładami mogą tutaj być oferty Network International, Watches of Switzerland, czy też Trainline. Warto przypomnieć, że 21 lipca 2019 r. w całej Unii Europejskiej wchodzą w życie nowe regulacje dotyczące prospektów emisyjnych. Zmienione przepisy nie wprowadzają rewolucyjnych zmian w kontekście przygotowania dokumentów ofertowych, niemniej jednak w pierwszym okresie obowiązywania zastosowanie i interpretacja nowych zasad może być dodatkowym wyzwaniem dla emitentów, ich doradców oraz regulatorów. -Tomasz Konieczny, partner w PwC, lider zespołu ds. rynków kapitałowych
Aktywność na europejskim rynku IPO (kwartalnie) od 2015*
* Dane obejmują wyłącznie IPO o wartości powyżej 5 mln USD.
O raporcie IPO Watch Europe
Bieżąca i poprzednie edycje IPO Watch Europe są dostępne pod adresem: www.pwc.pl/ipowatch. Dostępne są również podsumowania roczne za lata 2004-2018.
Raport IPO Watch Europe obejmuje wszystkie debiuty na głównych giełdach w Europie (włączając w to giełdy w Unii Europejskiej, Islandii, Norwegii, Turcji, Serbii i Szwajcarii) i jest publikowany kwartalnie. Debiuty podmiotów, które przeprowadzały wcześniej pierwszą ofertę publiczną oraz przeniesienie pomiędzy rynkami w ramach jednej giełdy, nie zostały uwzględnione w statystykach. Raport dotyczy okresu od 1 kwietnia do 30 czerwca 2019 roku i został sporządzony w oparciu o daty debiutów akcji lub praw do akcji.
Począwszy od raportu za II kwartał 2019 roku IPO Watch Europe obejmuje wyłącznie oferty o wartości powyżej 5 mln USD. Dla zapewnienia porównywalności, dane za poprzednie okresy prezentowane w raporcie IPO Watch Europe zostały odpowiednio przekształcone. Komentarz do rynku polskiego omawia wszystkie debiuty na rynku w Warszawie, niezależnie od ich wartości.
Największy niemiecki bank zapowiedział długo wyczekiwany program naprawczy. Brak fuzji z Commerzbankiem spowodował, że będzie się mierzył z tym wyzwaniem samodzielnie. Konsolidacja i tak prawdopodobnie nie wpłynęłaby na potrzebę przeprowadzenia zwolnień grupowych. Dodatkowym czynnikiem ryzyka dla europejskiej waluty są greckie wybory parlamentarne.
Prognoza inflacji w górę
NBP podniósł prognozę inflacji na 2019 rok do 2%. Warto podkreślić, że to ponad 0,5% mniej niż aktualna wartość tego wskaźnika. Wzrost gospodarczy ma wynieść 4,5% i w kolejnych latach spowalniać do odpowiednio 4,0% i 3,5%. Zwrócono również uwagę na przejściowy wzrost inflacji spowodowany zwyżką cen jedzenia, a w szczególności mięsa. Oznacza to, że spekulacje o braku możliwości obniżki stóp z powodu rosnących cen nie są zasadne. Zasadniczo jest to sygnał, który w dalszej perspektywie może osłabiać złotego.
Deutsche Bank próbuje wyjść na prostą
W ramach restrukturyzacji bank zamierza do końca 2022 r. zwolnić niemal 20 000 osób. W takim wypadku zatrudnienie spadnie o 20%. Powodem decyzji jest m.in. fiasko fuzji z Commerzbankiem. Niemniej problemy DB sięgają znacznie głębiej. Podczas kryzysu z 2008 roku na jaw wyszło zaangażowanie banku na wielu ryzykownych polach. Zresztą wciąż płaci on za tamte działania. Warto jednak pamiętać, że rok 2018 zakończył się zyskiem po kilku latach notowania strat. W ostatnim czasie inwestorzy giełdowi zaczęli przychylniej patrzeć na największą niemiecką instytucję finansową, lecz trzeba mieć świadomość, że dopiero miesiąc temu wycena akcji osiągnęła historyczne minimum. 20% wzrost, który odnotowaliśmy od tego momentu, może być zatem w sporej części uznany za korektę tych spadków.
Grecki wybór
W niedzielę odbyły się przedterminowe wybory na południowej flance UE. Zwyciężyła liberalno-konserwatywna Nowa Demokracja. Jej lider deklaruje, że będzie ciężko pracował, aby poprawić sytuację gospodarczą Hellenów. Analizując zapowiedź obniżki podatków, możemy wysnuć wniosek, że walka z nadmiernym zadłużeniem nie będzie priorytetem nowej władzy. Grecja to dosyć specyficzny przypadek. Jej potencjał gospodarczy w żadnym wypadku nie uzasadnia wpływu, jaki realnie wywiera na wspólną walutę. Problem w tym, że pomimo wysiłków mających na celu obniżenie zadłużenia, w ostatnim roku znowu zwiększył się jego udział względem PKB, pierwszy raz w historii przekraczając 180%. Warto przypomnieć, że obecne zapowiedzi EBC o luzowaniu polityki pozwalają trochę bardziej spokojnie patrzeć na ten pułap zadłużenia, ale w żadnym wypadku nie można go nazwać bezpiecznym.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Ministerstwo Finansów planuje wprowadzenie od 1 września obowiązkowego schematu płatności podzielonych dla niektórych branż. Przedsiębiorcy mają niewiele czasu, aby zweryfikować co wprowadzenie tego obowiązku dla nich oznacza i jakie są sankcje.
Dla niektórych branż może być to rozwiązanie korzystne, ale część przedsiębiorców musi się liczyć z tym, że kwota VAT będzie zamrożona na ich rachunku bankowym i nie będą mieli do niej dostępu.
Przedsiębiorcy, którzy mają problemy ze stosowaniem obecnie odwrotnego obciążenia mogą mieć powody do zadowolenia, że zostanie ono zastąpione przez split payment.
– Odwrotne obciążenie było problematyczne, zwłaszcza dla branży budowlanej, co wiązało się z trudnościami w zdefiniowaniu czym jest usługa – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Kotowski, doradca podatkowy, Kancelaria Ożóg Tomczykowski.
Przedsiębiorcy muszą się również liczyć z sankcjami, które przewiduje ustawodawca. Sankcje dotyczą niedopełnienia m.in. obowiązku wskazania mechanizmu płatności podzielonej na fakturze oraz zapłaty przy zastosowaniu tego mechanizmu.
Wysokość sankcji może być równa wielkości podatku VAT na fakturze. – Trwają prace legislacyjne, ta kwota sankcji ma być obniżona do 30 proc., tym bardziej warto obserwować w jakim ostatecznym kształcie propozycje wejdą w życie – komentuje mec. W.Kotowski.
Split payment będzie obowiązywał jedynie w transakcjach między przedsiębiorcami i przy zapłacie kwot większych niż 15 tys. zł brutto.
Budowa linii dużych prędkości z Poznania i Kalisza do CPK i Warszawy pozwoli na znaczące skrócenie czasów podróży, np. ze stolicy kraju do stolicy Wielkopolski poniżej 2 godz. Dotychczas w Polsce nie budowano jeszcze linii o prędkości eksploatacyjnej 250 km/h i więcej. Regionalne konsultacje jej przebiegu ruszyły dziś w Poznaniu.
W dzisiejszym spotkaniu z przedstawicielami spółki CPK uczestniczyli m.in. wojewoda wielkopolski Zbigniew Hoffmann, marszałek województwa wielkopolskiego Marek Woźniak i wiceprezydent Poznania Mariusz Wiśniewski. W jego trakcie rządowy inwestor przedstawił poziom zaawansowania prac przygotowawczych do budowy linii kolejowych na terenie Wielkopolski, omawiając pierwszą koncepcję w ramach rozpoczętego procesu tzw. trasowania.
Jak podkreśla pełnomocnik rządu ds. CPK Mikołaj Wild, było to pierwsze z planowanych spotkań w ramach kolejowych uzgodnień inwestycyjnych CPK z reprezentantami organów administracji rządowej, samorządów województw i władz miast.
– Koncepcja CPK robi niezwykłe wrażenie i z całą pewnością można stwierdzić, że ma charakter skoku cywilizacyjnego. Z perspektywy Wielkopolski oznacza wiele zmian, przede wszystkim w obszarze infrastruktury kolejowej, a ta wymaga wielopoziomowej współpracy na różnych szczeblach administracji. Dlatego takie spotkania jak dziś są konieczne i cieszę się, że udało nam się, mimo różnic politycznych, merytorycznie podejść do tematu – mówi wojewoda wielkopolski Zbigniew Hoffmann.
– Zamierzamy konsultować przebieg planowanych linii kolejowych, omawiać potrzeby transportowe mieszkańców i lokalne uwarunkowania środowiskowe. Regionalne konsultacje strategiczne, w które włączamy przedstawicieli samorządów, będą kontynuowane, a ich celem jest ustalenie optymalnego przebiegu linii – mówi Piotr Malepszak, pełniący obowiązki prezesa CPK.
W ramach regionalnych konsultacji strategicznych spółka CPK planuje spotkania w kolejnych województwach. Po ich zakończeniu przeprowadzi analizę lokalizacyjną, w ramach której zostanie przedstawiony przebieg linii kolejowych. Kolejnym etapem będą dodatkowe – zaproponowane przez CPK – lokalne konsultacje społeczne dotyczące konkretnych rozwiązań technicznych. Co ważne, głos lokalnych społeczności zostanie także uwzględniony w trakcie wydawania decyzji środowiskowej, czyli dokumentu przesądzającego o przebiegu linii.
W województwie wielkopolskim planowana jest, w ramach Programu CPK, budowa 196 km nowych linii. Według założeń inwestora, prawie 2/3 mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości, co znacząco poprawi dostępność komunikacyjną Wielkopolski.
W Wielkopolsce w ramach Programu CPK powstanie, po pierwsze, linia kolejowa nr 85Warszawa – CPK – Łódź – Kalisz – Poznań. To zadanie w ramach budowy Kolei Dużych Prędkości Warszawa – CPK – Łódź – Poznań / Wrocław, która od swojego kształtu jest nazywana „igrekiem”. Zakładana prędkość eksploatacyjna pociągów na tym odcinku to co najmniej 250 km/h. To fragment tzw. szprychy nr 9 w ramach Programu CPK. Po drugie, w Wielkopolsce będzie budowana linia kolejowa nr 400Nakło nad Notecią – Złotów – Okonek, która jest elementem szprychy nr 1 prowadzącej z CPK przez Płock, Toruń i Bydgoszcz w kierunku Koszalina.
Zaprezentowana podczas spotkania wersja trasowania zakłada, że przy prędkości eksploatacyjnej 250 km/h możliwe będzie osiągnięcie czasu przejazdu z Poznania: do Łodzi 1 godz. 5 min. (dziś najkrótsza podróż na tej trasie zajmuje 3 godz. 20 min.), do CPK 1 godz. 40 min., a do Warszawy 1 godz. 55 min. – (obecnie najkrótszy czas to – 2 godz. 55 min.). Z Kalisza pasażerowie będą mogli dojechać do Łodzi w 35 min., do CPK w 1 godz. 10 min., a do Warszawy w 1 godz. 25 min.
Łącznie w ramach kolejowej części Programu CPK planowana jest budowa ponad 1600 km nowych linii prowadzących z 10 kierunków do CPK i Warszawy. W ramach tzw. etapu zero, który powinien być gotowy przed uzyskaniem przez Port Lotniczy Solidarność zdolności operacyjnej, wybudowane zostanie 140 km nowych linii na trasie Warszawa – CPK – Łódź. Zakończenie pozostałych inwestycji kolejowych wpisuje się w horyzont czasowy do 2040 r.
Każda z 10 kolejowych „szprych”, prowadzących do CPK, składać się będzie z nowych odcinków sieci oraz z wyremontowanych lub zmodernizowanych fragmentów istniejącej infrastruktury. Na potrzeby budowy tego kolejowego systemu doszło do podziału zadań inwestycyjnych między spółki CPK i PKP Polskie Linie Kolejowe. 29 kwietnia br. Rada Ministrów przyjęła rozporządzenie, na mocy którego każdy z nowych odcinków torów, którymi pociągi dojadą do CPK i Warszawy, został włączony do wykazu linii kolejowych o znaczeniu państwowym.
Łączna długość linii kolejowych w Polsce wynosi dziś ponad 19 tys. km. Od początku lat 90. zostało zlikwidowanych ponad 5 tys. km linii. Nowe inwestycje są potrzebne, ponieważ od lat 80., kiedy zakończono realizację Linii Hutniczej Szerokotorowej, a wcześniej Centralnej Magistrali Kolejowej, nie budowano w Polsce na dużą skalę szlaków kolejowych. Program CPK to pierwszy plan budowy nowej infrastruktury kolejowej od tego czasu.
Cena kawy bardzo wzrosła w ostatnich tygodniach na giełdach towarowych. Z powodu obaw o przymrozki w Brazylii, które mogą spowodować straty produkcyjne w przyszłym sezonie.
– Cena kawy przebiła poziom 110 centów za funta – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – Jest to jednak cena grubo poniżej kosztów produkcji, plantatorzy w Ameryce Południowej i Środkowej uciekają ze swych plantacji.
To w przyszłości może prowadzić do wzrostu cen kawy na światowych rynkach, ale amatorzy picia dobrej kawy nie mają powodów do zmartwień.
– Cena kawy jako surowca to jedynie 1 proc. w cenie filiżanki kawy – wyjaśnia M.Stajniak.
Luzowanie polityki pieniężnej na świecie zwiększy zainteresowanie inwestorów obligacjami na rynkach wschodzących. Dane z rynku pracy w USA wsparły dolara względem euro i złotego. Kurs EUR/USD spadł do 1,12 co pchnęło EUR/PLN w górę, w okolice 4,255.
Do piątku notowania złotego niewiele się zmieniały. Po tym jak spory ruch na kursie EUR/PLN widać było w ub. poniedziałek (po zakończeniu szczyt G20, kiedy na rynek dotarły informacje o wznowieniu rozmów USA-Chiny), kolejne dni cechowała względna konsolidacja. EUR/PLN stabilizował się w okolicach 4,24 i dopiero po piątkowych danych z rynku pracy w USA wg NFP wyrwał się z letargu przełamując opór na 4,25. Generalnie w ub. tygodniu widać było, że z dnia na dzień entuzjazm po G20 słabnie, gdyż w sumie rynki nie dostały nic ponad to, co zakładały. „Rozejm handlowy” nie rozstrzyga losów sporu, w ostatnich dniach strona chińska powtórzyła, że warunkiem kontynuacji dalszych negocjacji handlowych jest zniesienie przez USA naniesionych ceł na towary importowane z Chin. Obawy o globalny wzrost gospodarczy nadal są więc wysokie, co nie wspiera popyty na ryzykowane aktywa, w tym na złotego.
Choć publikacji danych makro w ostatnich dniach nie brakowało, nie były one w stanie wyrwać rynku ze stabilizacji. Większość z nich dobrze wpisywała się w gołębie retoryki EBC (sprzedaż detaliczna w EZ, zamówienia w przemyśle Niemiec) oraz Fed (wskaźniki ISM dla przemysłu i usług, ADP, zamówienia w przemyśle). To pokazuje, że nadal ryzyka przeważają po negatywnej stronie, a dane wskazują, że gospodarki odczuwają skutki globalnego spowolnienia oraz obawy o przyszłe relacje handlowe USA z Chinami, Meksykiem, Kanadą oraz strefą euro.
Rynki z niecierpliwością wyczekiwały piątkowej publikacji rządowych danych z rynku pracy, jednych z najważniejszych (obok inflacji PCE) dla decyzji FOMC. Po fatalnym maju, kiedy powstało tylko 75 tys. nowych miejsc pracy w sektorach poza rolnictwem (o 100 tys. mniej niż szacowano), teraz konsensu zakładał przyrost o 160 tys. Jak się okazało, czerwcowy NFP przyniósł niespodziankę wskazując na aż 224 tys. nowych etatów, do 72 tys. zrewidowano jednak dane za maj. Jednocześnie wzrosła stopa bezrobocia (do 3,7%) i spadła godzinowa stawka płac (do 0,2% m/m). Dane, choć mieszane, pomogły dolarowi, są bowiem na tyle solidne, że nie wspierają silnego cięcia stóp podczas lipcowego posiedzenia Fed. Bezpośrednią reakcją rynku na dane był spadek EUR/USD do 1,12 i wzrost EUR/PLN do 4,255.
W kraju w ub. tygodniu decyzyjne posiedzenie odbyła RPP. Brak istotnych przesłanek do szybkiej zmiany kierunku polityki NBP sprawia, że już od dłuższego czasu złoty w niewielkim stopniu reaguje na komentarze członków Rady, głównie pozostając pod wpływem zmian nastrojów na rynku globalnym. Tak było też i w ubiegłym tygodniu, kiedy prezes Glapiński powtórzył, że stopy NBP pozostaną najprawdopodobniej stabilne do końca 2021 r.
W tym tygodniu, brak lokalnych danych wspierać powinien stabilne notowania EUR/PLN w okolicach 4,25. Rynek zwracać będzie uwagę na wydźwięk minutes Fed i odczyt CPI z USA. Fed szykuje się do obniżenia stóp w tym roku, stąd rynki będą obserwować, jak silnie członkowie FOMC są zdecydowani działać w krótkim okresie. Ostatnie komentarze przedstawicieli Fed sugerują, że większość z nich będzie głosować za jedną lub maksymalnie dwoma obniżkami stóp w tym roku, w zależności od dalszego zachowania się ścieżki inflacji. Z tej perspektywy ważny będzie odczyt CPI w USA. Przewidujemy, że inflacja spadnie jeszcze bardziej, co może podsycić oczekiwania na obniżki stóp Fed już w lipcu.
Wykres dnia: „Rozejm handlowy” na linii USA-Chiny choć nadal nie rozstrzyga dalszych losów sporu, ale powinien sprzyjać stabilizowaniu się kursu USD/CNY (choć na podwyższonych poziomach), przynajmniej do czasu jego zakończenia, co z kolei w perspektywie III kwartału może sprzyjać przynajmniej odgraniczaniu wzrostu kursu EUR/PLN.
Jak co roku z początkiem lata na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych dobiega końca sezon dywidendowy. Po raz kolejny na rekordowo hojny gest zarządów największych spółek branży deweloperskiej mogą liczyć ich akcjonariusze.
Co roku spore grono zarządów spółek giełdowych podejmuje decyzje, zatwierdzane następnie przez Walne Zgromadzenia Akcjonariuszy, o podziale wypracowanego w poprzednim roku zysku netto przedsiębiorstwa na część wypłacaną akcjonariuszom oraz zatrzymaną w firmie z zamiarem przeznaczenia jej na cele inwestycyjno-rozwojowe. Wg ekspertów portalu RynekPierwotny.pl do 2018 roku powoli rosła liczba deweloperów mieszkaniowych, którzy decydowali się na wypłatę dywidendy, osiągając przed rokiem poziom jedenastu firm. W roku bieżącym na ten krok zdecydowały się jednak zarządy tylko ośmiu na 20 notowanych na GPW branżowych tuzów, co jednak nie przeszkodziło zdecydowanie pobić zeszłoroczny rekord dywidendowych wypłat deweloperów.
Dynamiczny wzrost rok do roku notuje nie tylko suma wypłacanych dywidend spółek deweloperskich, ale także jej średnia stopa. Pytanie, czy tego typu tendencja jest do utrzymania w roku przyszłym i latach następnych.
Miniony rok na pierwotnym rynku mieszkaniowym był pierwszym rokiem spadku wolumenów sprzedaży nowych mieszkań po kilkuletnim okresie historycznej prosperity. Jednak ilość przekazań lokali deweloperskich, a co za tym idzie skala finansowych profitów spółek deweloperskich okazały się po raz kolejny rekordowe.
Co ciekawe, tym razem liczba spółek deweloperskich o profilu stricte mieszkaniowym, których zarządy podjęły decyzję o wypłacie dywidendy, a WZA je zatwierdziły, zmniejszyła się o trzy – dodajmy jak najbardziej zyskowne spółki – w stosunku do roku ubiegłego. Może to świadczyć o pierwszych obawach w postrzeganiu perspektyw rynkowych przez mniejszych deweloperów, którzy wolą akumulować wypracowane kapitały na ewentualne trudniejsze czasy. Za to suma wypłat deweloperskich dywidend wzrosła z 621 mln zł w roku ubiegłym do – bagatela – 725 mln zł w bieżącym, czyli o prawie 17 proc. Żadna inna branża notowana na warszawskiej GPW nie może pochwalić się takim progresem osiąganych zysków i wypłacanych akcjonariuszom profitów. Tu z kolei widać wyraźnie brak jakiegokolwiek respektu głównych rynkowych tuzów przed możliwym spowolnieniem koniunktury.
Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl za tym wzrostem zwyżkowała także średnia stopa dywidendy wypłacanej przez mieszkaniowych deweloperów giełdowych z 5,9 proc. rok temu do „astronomicznych” 8,8 proc. obecnie.
Ponownie wzorem spółki dywidendowej pozostaje Dom Development, który już siódmy rok z rzędu wypłaca swoim akcjonariuszom praktycznie cały wypracowany zysk netto. Tym razem będzie to zawrotna suma 227 mln zł, czyli 37 mln zł więcej niż przed rokiem, i ponad 100 mln zł więcej niż w 2017 roku. Pod tym względem Dom Development należy do ścisłej stawki liderów nie tylko w szeregach branży deweloperskiej, ale w ramach wszystkich spółek notowanych na GPW.
Natomiast w przypadku aż pięciu spółek (Atal, Dom Development, LC Corp, Lokum Deweloper, Robyg) stopa dywidendy przekracza obecnie poziom 9 – 10 proc. Jest to wartość parametru osiągalna na dziś dzień na warszawskiej giełdzie w sumie przez zaledwie kilkanaście spółek. Deweloperzy mieszkaniowi stanowią tu więc absolutną czołówkę.
Mimo tak optymistycznej sytuacji generowania zysków przez deweloperów mieszkaniowych, niestety kursy ich akcji mierzone indeksem WIG-Nieruchomości pozostały rok do roku na niewiele zmienionym poziomie, zwyżkując średnio o 7 proc. Co gorsza, już od dwóch lat, pod wieloma względami absolutnie najlepszym okresie na pierwotnym rynku mieszkaniowym, branżowy indeks giełdowy deweloperów znajduje się w regularnym trendzie bocznym. Trudno powiedzieć, czy jest to efekt słabości rodzimego rynku kapitałowego, czy też może długookresowej dystrybucji akcji przed oczekiwanym ewentualnym pogorszeniem koniunktury gospodarczej w Polsce. Materializacja tej drugiej ewentualności zmusiłaby zapewne nawet największe spółki deweloperskie budujące mieszkania do akumulowania kapitałów z myślą o zabezpieczeniu przyszłej działalności. Zapewne mocno ograniczyłoby to skalę wypłacanych dywidend, a co za tym idzie atrakcyjność inwestycyjną akcji deweloperów mieszkaniowych.
Od półtora roku spada liczba nowych pozwoleń na budowę mieszkań uzyskiwanych przez deweloperów. Problemem jest ograniczona ilość gruntów pod zabudowę.
Liczba wydanych pozwoleń na budowę wyniosła w I kw 2019 r. 34 869, czyli mniej o 17,73% w odniesieniu do poprzedniego kwartału.
Możliwe, że deweloperzy będą ograniczać podaż przeciwdziałając spadkowi cen, ale też brakuje nowych terenów pod budowę. Wprowadzone ustawowo przed trzema laty bardzo restrykcyjne ograniczenia w handlu gruntami rolnymi spowodowały, że o wolne tereny pod budownictwo jest trudniej, ceny działek rosną bardzo szybko, choć rolnicy finansowo na tym nie skorzystali.
– Konsekwencją mniejszej liczby wydanych pozwoleń na budowę będzie spadek liczby oddawanych nowych mieszkań, ale to jest perspektywa 3-5 kwartałów ponieważ takie opóźnienie pomiędzy decyzją o wydanym pozwoleniu budowlanym a oddaniem mieszkania do użytkowania – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jacek Furga, prezes AMRON.
Ryzyko gospodarcze wzrosło wśród istotnych partnerów gospodarczych Polski, takich jak Niemcy, Czechy i Słowacja.
Niemcy, które miały najniższy poziom ryzyka, spadły z kategorii A1 do A2 i jest to pierwsza obniżka od 2014 r. Zwiększające się ryzyko w niemieckim przemyśle jest zaraźliwe dla gospodarek mocną z nią związanych, co szczególnie widać na przykładzie branży motoryzacyjnej.
– Natomiast Polska pozostała na poziomie A3, bo stabilny jest popyt krajowy, a uzależnienie od eksportu jest mniejsze, zwłaszcza w przypadku branży motoryzacyjnej, pod tym względem uzależnienie Czech i Słowacji jest większe – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Polsce.
Coface wycenia ryzyko gospodarcze w 160 krajach. Ciekawostką jest, że tylko dla dwóch państw w lipcu 2019 r. Coface podwyższa rating, to Kirgistan i Uzbekistan, tam ryzyko zmalało, ale jest to marginalnie istotne dla polskich firm, bo współpraca z tymi krajami odbywa się na niewielką skalę.
Sytuacja gospodarcza jest coraz trudniejsza. W najbliższych tygodniach przekonamy się na jaką skalę banki centralne będą chciały ratować sytuację.
– Za nami I półrocze, a tempo wzrostu PKB, choć nie znamy jeszcze pełnych danych, było niewiele mniejsze od 5 proc., natomiast światowa gospodarka nie radzi sobie aż tak dobrze – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Na początku roku inwestorzy mieli jeszcze nadzieję, że słabsze dane za luty czy marzec będą przejściowe, ale tak nie jest.
Dawno nie mieliśmy tak złego miesiąca jak czerwiec, większość wskaźników aktywności biznesowej na świecie okazała się wielkim rozczarowaniem.
– Są to dane najgorsze co najmniej od kilku lat i pozostaje pytanie czy banki centralne będą w stanie uratować ten cykl koniunkturalny, który znajduje się w ostatniej fazie przed rozpoczęciem recesji – komentuje P.Kwiecień.
Banki centralne są skłonne obniżać stopy procentowe. Przed nami lipcowa decyzja Fed. Jak dotąd nie jest to jednak taka skala stymulacji finansowej, jak to było w latach 2012 i 2016, gdy banki mocno podkręcały światową gospodarkę. Dla przypomnienia, takie działania w 2007 r. nie zapobiegły recesji.
Klauzule gross-up dotyczą transakcji sprzedaży udziałów i akcji. Regulują, która ze stron ponosi ekonomiczny ciężar płatności podatku.
– Klauzule te są często po macoszemu traktowane w umowach transakcyjnych, ponieważ przewidują tylko i wyłącznie opodatkowanie podatkiem u źródła, czyli która ze stron powinna ten podatek pokryć. Niemniej w praktyce rynkowej, w szczególności w Europie Zachodniej i na rynku transakcyjnym na świecie klauzule te idą dalej: przewidują także to, co się dzieje jeśli dana płatność po jej otrzymaniu przez nabywcę podlega na przykład opodatkowaniu podatkiem dochodowym w kraju rezydencji tego nabywcy – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Biały, Lider Praktyki Podatków Transakcyjnych, Kancelaria Ożóg Tomczykowski.
Często klauzule te nie regulują takiej sytuacji choć jednocześnie są na tyle szeroko zdefiniowane w umowie, że powstaje wątpliwość co do tego czy taki płatnik, który dokonuje przelewu na rzecz nabywcy (drugiej strony umowy) powinien także ten przelew zwiększyć o kwotę podatku CIT.
Przykładowo, jeżeli w związku z naruszeniem postanowień umowy sprzedawca jest zobowiązany do pokrycia szkody, którą – w związku z zapłatą zobowiązania podatkowego – musiał ponieść nabywca, to wówczas w interesie sprzedawcy może być takie zabezpieczenie swojego interesu w umowie sprzedaży, aby jego płatność pomniejszona została o tzw. korzyść podatkową, którą w związku z naruszeniem umowy i z obowiązkiem uregulowania podatku osiągnął nabywca.
Jeżeli okaże się, że nabywca bądź spółka, która była przedmiotem sprzedaży, jest zobowiązana do zapłaty jakiegokolwiek zobowiązania wobec podmiotu trzeciego, które to zobowiązanie jest też kosztem podatkowym dla tej spółki, to wówczas płatność odszkodowawcza ze strony sprzedawcy mogłaby uwzględniać także fakt zaliczenia poniesionej płatności przez spółkę w poczet kosztów uzyskania przychodu.
Ceny żywności wzrosły w czerwcu o 5,7 proc., licząc rok do roku. Polacy wystraszyli się, że inflacja rośnie zbyt szybko. Czy mamy czego się bać?
Inflacja według GUS to obecnie 2,6 proc. To powyżej progu wyznaczonego przez Narodowy Bank Polski. Czy jest się czym niepokoić?
– Jest kilka powodów, aby uznać, że jest to przejściowe. Jednak ceny na świecie nie rosną tak dynamicznie, jak w Polsce. W krajach OECD w ostatnim okresie inflacja spadła z 2,6 proc. do 2,3 proc. – tłumaczy w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią.
Co więcej, polska gospodarka jest mocno związana z tym, co dzieje się w innych krajach Unii, a inflacja producencka w krajach UE spadła bardziej niż się tego spodziewali analitycy, do poziomu 1,6 proc. To znaczy, że popyt w UE może być słaby i będzie to miało wpływ na ceny dla konsumentów, które nie powinny rosnąć zbyt szybko.
– O co bym się martwił? Paradoksalnie, o presję płacową. To rosnące wynagrodzenia mogą podbijać inflację w Polsce, niezależnie od tego, co się dzieje za granicą – mówi Łukasz Wardyn.
Jeżeli nie uda nam się zatrzymać na polskim rynku pracowników z Ukrainy i wielu z nich przeniesie się do Niemiec, wówczas presja na wzrost wynagrodzeń będzie jeszcze większa (ostatnio wynagrodzenia wzrosły o 7,7 proc. rok do roku). W takim przypadku będziemy mieli dużo większy problem z inflacją, a niestety polski rząd nic nie robi, aby przyciągnąć i zatrzymać przyjezdnych.
“Czy żelazko jest wyłączone?” – dobrze zapamiętajcie to pytanie, niedługo przestanie wywoływać jakiekolwiek emocje. Zgodnie z danymi IDC, w pierwszym kwartale tego roku rynek inteligentnych domów wzrósł w Europie o 23,9%.
Smarfony bez trudu zdominowały nasze kieszenie, wypychając z nich komórki, mp3, a ostatnio nawet portfele. To nie koniec, lada moment staną się kluczem do każdego domu. Ich zaawansowanie i popularność okazały się mocnym fundamentem do budowy rewolucji smart home.
Zmiana pokoleniowa
Niezależna firma analityczna IDC (International Data Corporation) w lipcu opublikowała najnowszą edycję swojego technologicznego kwartalnika Smart Home Device Tracker. Zgodnie z danymi IDC, w pierwszym kwartale tego roku rynek inteligentnych domów wzrósł w Europie o 23,9%, osiągając 21,3 miliona dostarczonych sztuk. Czy to niespodzianka?
“Rynek smartfonów hamuje, według raportu firmy Gartner, w I kwartale br. wyniki były mało satysfakcjonujące dla producentów. W skali roku ilość dostarczonych do sklepów smartfonów spadła o 2,7%. A w międzyczasie sektor inteligentnych domów rozgrzewał się.” – tłumaczy Marcin Kotarski, Product Manager w Rettig Heating, które pod marką Purmo, produkuje systemy Smart Home, i dodaje: – “Konsumenci przerzucają swoją uwagę na smart home. nasycany dobrodziejstwami ze świata IoT. Wszystko dokoła nas jest smart. Dlaczego dom nie mógłby być smart?”.
Europa dwóch prędkości, ale Centralna część rozwija się szybciej
Według raportu IDC ponad 88% europejskiego rynku smart home należy do zachodniej części Starego Kontynentu. Jednak to region Polski i krajów sąsiednich, tj. Europy Środkowej i Wschodniej odnotowały większy wzrost, wynoszący 31,2% rdr.
A jak będzie wyglądała najbliższa przyszłość? – “IDC prognozuje, że rynek inteligentnego domu osiągnie w tym roku zawrotną wielkość 107 mln dostarczonych sztuk, a to z kolei oznacza wzrost o 1/5 w porównaniu z 2018. Biorąc pod uwagę dane Eurostatu, które mówią, że w UE mamy 220 mln gospodarstw domowych, oznacza to że co drugi europejski dom, jest już Smart!” – tłumaczy Emilia Dudek, Marketing Manager w Rettig Heating, światowego lidera branży grzewczej i dodaje: – “Sytuacja zaczyna wyglądać jeszcze bardziej interesująco, gdy pod uwagę weźmiemy rok 2023, wówczas ilość dostarczonych urządzeń osiągnie 183,9 mln sztuk. Tak imponująca wartość to zasługa rozrywki wideo i inteligentnych głośników, które mają być głównymi kategoriami w tej przestrzeni.”
Kwestia dogadania
Przyszłością inteligentnych domów są asystenci głosowi, zauważają analitycy IDC. Technologia ta wykorzystywana jest w “smart” głośnikach, których rynek kontroluje Amazon, Google i Apple. Inteligentne głośniki wzrosły o 58,1% do 3,35 mln dostarczonych egzemplarzy, co odpowiada za 15,8% całego rynku smart home. To czyni tę kategorię drugą co do wielkości grupą produktową. Blisko 90% konsumentów wybiera pomiędzy Amazon Echo, a Google Home, z niewielką przewagą tego drugiego.
Oświetlenie, bezpieczeństwo domu/monitoring i termostaty stanowiły 20,8% rynku inteligentnych domów w 1 kw. 2019. Oczekuje się, że między 2019, a 2023 rokiem te trzy połączone kategorie zwiększą swój udział w rynku o 9,5 p.p. ze złożoną roczną stopą wzrostu (CAGR) wynoszącą 27,11%. Kategorie te będą rosły w wyniku wzmożonego zainteresowania inteligentnymi głośnikami przez coraz liczniejszą grupę konsumentów, którzy będą ciekawi, jak steruje się domem za pomocą głosu.