Po pierwsze: nie szkodzić

Jerome Powell nie powiedział podczas swojego inauguracyjnego wystąpienia przed Kongresem nic, co mogłoby uderzyć w rosnące wśród inwestorów przekonanie, że jego kadencja będzie stać pod znakiem bardziej zdecydowanej normalizacji polityki monetarnej.

Scenariuszem bazowym dla rynku staje się nie oczekiwanie maksymalnie trzech a minimum trzech podwyżek w tym roku. Przy obecnym dyskoncie zakładającym prawdopodobieństwo podwyżki w marcu na poziomie 96 proc. i wzrostu kosztu pieniądza w rok o około 80 pb, kluczem do silniejszego dolara powinna być retoryka towarzysząca zacieśnianiu i percepcja docelowego poziomu dla stóp. Istotna jest również wiara w siłę gospodarki i jej odporność na korektę na Wall Street, która gwarantuje, że Fed nie zboczy z obranego kursu.

Choć w ostatnich dniach indeksy na globalnych rynkach akcji częściej pną się do góry niż spadają, to uważamy, że inicjatywa cały czas jest po stronie sprzedających. Innymi słowy: najpoważniejsze od stycznia 2016 roku załamanie na Wall Street na dłużej odciśnie piętno na notowaniach. Dotychczas rynki wschodzące nie odnotowały wszak jeszcze wyraźnego odpływu kapitału. Reakcja rynku obligacji komercyjnych i stawek CDS też pozostała skromna. Dlatego też pierwsza fala turbulencji po wybuchu zmienności nie była w stanie wyrządzić poważnej szkody sile części najbardziej ryzykownych walut, w tym południowoafrykańskiemu randowi, rosyjskiemu rublowi, czyli generalnie przestrzeni emerging markets. W końcu EUR/PLN też nie zdołał dotychczas wyjść ponad 4,20. Wszystkie wymienione rynki będą jednak ponownie pod presją nieuniknionej naszym zdaniem rundy zwyżki rentowności obligacji skarbowych USA. A te w przypadku papierów dziesięcioletnich powróciły po wczorajszym wystąpieniu Powella przed Kongresem ponad 2,90 proc. i zmierzają w kierunku 3 proc. Osiągniecie tego pułapu powinno wywołać silniejszą reakcję i odbić się szerszym echem. Zresztą już teraz szacujemy krótkoterminowe fair value dla EUR/PLN powyżej 4,20.

W świetle przytoczonych tendencji postrzegamy krótkoterminowe perspektywy dolara konstruktywnie. Obok walut gospodarek rozwiniętych powinien on zyskiwać zwłaszcza względem walut ryzykownych: AUD, NZD, CAD. Tej grupie powinno też szkodzić oczekiwane przez nas schłodzenie na rynku surowców: oczekujemy przedłużenia spadków ropy naftowej pod wpływem rosnącej produkcji w USA, które jeszcze w tym roku staną się jej największym producentem na świecie. Słabnąca koniunktura w Chinach i powrót rynkowych napięć źle wróżą również miedzi i całej grupie metali przemysłowych. EUR/USD osunął się do zakładanej przez nas strefy 1,22, ale nie sforsował tego kluczowego wsparcia. Dopóki tak się nie stanie, perspektywy kursu postrzegamy neutralnie. W kolejnym tygodniu, kiedy będą znane rozstrzygnięcia na włoskiej i niemieckiej scenie politycznej, inwestorzy znów mogą przychylniejszym okiem patrzeć na wspólną walutę. Głównym problemem euro może być słabość inflacji, która mogłaby wskazywać, że zbyt szybko zdyskontowano ostateczny kres ultra- łagodnej polityki. Po wczorajszym rozczarowaniu danymi z Niemiec, reakcja na odczyt dla całego Eurolandu powinna być znaczna tylko w przypadku obniżenia się dynamiki wskaźnika bazowego (konsensus zakłada jej utrzymanie na pułapie 1,0 proc. r/r).

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wizerunkowa kampania Panoramy Firm na ulicach polskich miast i nie tylko

Eniro Polska, właściciel wyszukiwarki Panorama Firm, rozpoczęła nową kampanię reklamową. Firma promuje ofertę marketingu internetowego dla małych i średnich przedsiębiorstw. Kampania prowadzona jest pod hasłem „Czy Twoja firma chce rosnąć w Internecie?”. Będzie można ją zobaczyć zarówno na billboardach w największych polskich miastach, jak również w wybranych kinach i w sieci.

Eniro od lat konsekwentnie rozwija portfolio usług dla biznesu, którego podstawą jest wyszukiwarka lokalna Panorama Firm oraz usługi komplementarne takiej jak SEO, responsywne strony www, remarketing, wideo dla firm czy unikalny na polskim rynku system do zarządzania obecnością firm w sieci – NETskaner.

Od kilku lat regularnie prowadzimy kampanie skierowane do właścicieli firm, zachęcające ich do zwiększenia działań w zakresie marketingu online, przy wykorzystaniu rozwiązań Eniro. Nadal podkreślamy renomę i skuteczność reklamową naszego najważniejszego produktu – Panoramy Firm, ale nie zapominamy o innych, wdrożonych rozwiązaniach, które uzupełniają ofertę dla biznesu. Wprowadzamy także elementy, które przyciągają uwagę i ocieplają wizerunek firmy. Dlatego na najnowszych billboardach uśmiecha się do nas sympatyczna, wspinająca się na palcach dziewczynka. Jej obecność nawiązuje do hasła o „wzroście firmy w Internecie”, a to jest przecież najbardziej pożądany efekt reklamy oferowanej przez Eniro Polska. – mówi Wojciech Komosa, Kierownik ds. Komunikacji i PR w Eniro Polska.

Na ulicach największych polskich miast można będzie zobaczyć ok. 300 billboardów (m.in. z firmy Cityboard Media). Kampania ma również swoją odsłonę internetową – m.in. w serwisach Wirtualna Polska, GoldenLine, Money.pl oraz na naszych serwisach: PanoramaFirm.pl i Eniro.pl.

Dodatkowym elementem kampanii jest spot kinowy, przygotowany przez pracowników Działu Komunikacji firmy. To kolejna produkcja filmowa, zrealizowana w całości wewnętrznie. Film będzie prezentowany w sieci kin Helios oraz w Internecie, m.in. na kanałach firmy w mediach społecznościowych.

Głównym celem kampanii stworzonej na potrzeby Eniro Polska, jest wielokanałowe dotarcie z przekazem reklamowym do właścicieli małych oraz średnich przedsiębiorstw i zachęcenie do korzystania z usług wspierających rozwój ich biznesu.

2/3 firm obawia się cyberzagrożeń. Coraz częściej chcą się ubezpieczyć od ataków hakerskich

2/3 firm obawia się cyberzagrożeń. Coraz częściej chcą się ubezpieczyć od ataków hakerskich 1

Liczba ataków hakerskich na firmy w ciągu ostatnich pięciu lat podwoiła się. Do 2022 roku będą one kosztować biznes w sumie ponad 8 bln dol. – prognozują eksperci Marsh w tegorocznym raporcie Global Risks Report 2018. Prawdopodobieństwo takiego incydentu jest tym większe, im bardziej firma jest uzależniona od nowoczesnych technologii. 70 proc. firm wskazuje, że największym zagrożeniem związanym z atakiem hakerskim jest dla nich przerwa w działalności i utrata zysku, ale tylko co piąta ma gotowy scenariusz na wypadek takiego incydentu. 

 W ciągu ostatnich kilku lat obserwujemy, że ryzyka cybernetyczne, obok środowiskowych i katastrof naturalnych, są główną kategorią, zarówno z perspektywy prawdopodobieństwa ich wystąpienia, jak i skutków finansowych, które mogą one wywołać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Grześkowiak, prezes zarządu Marsh Polska.

Jak wynika z tegorocznej edycji raportu „Global Risks Report 2018”, przygotowanego przez Marsh we współpracy ze Światowym Forum Ekonomicznym, eksperci przygotowują się na kolejny rok niepewności i zwiększonego ryzyka. Obawy dotyczą m.in. występowania konfliktów politycznych i gospodarczych (spodziewa się tego 93 proc. respondentów, którzy wzięli udział w badaniu) oraz wojny z udziałem głównych mocarstw (80 proc.). Podobnie jak w roku ubiegłym za najbardziej prawdopodobne eksperci uznali zagrożenia środowiskowe, ekstremalne zjawiska pogodowe, katastrofy naturalne i ekologiczne czy ryzyko załamania ekosystemu.

Na trzecim miejscu pod względem prawdopodobieństwa i skali konsekwencji znalazły się zagrożenia cybernetyczne i ataki hakerskie na dużą skalę. Eksperci wskazali, że rosnąca zależność od technologii to jeden z głównych czynników, który będzie kształtować globalny krajobraz w ciągu kolejnych 10 lat.

– Wysoka pozycja wynika z oczywistych faktów: na co dzień obserwujemy w mediach informacje o cyberatakach, widzimy, że jest to również zjawisko geopolityczne, w które są zamieszane państwa i reżimy. Myślę, że to składa się na percepcję ryzyka. Specjaliści zajmujący się cyberbezpieczeństwem jednoznacznie wskazują, że jedynym skutecznym działaniem w tym zakresie jest prewencja. Zagrożenia cyber są niemożliwe do uniknięcia. To zjawisko na pewno wystąpi, nie wiemy tylko, gdzie i w jakiej skali – podkreśla Artur Grześkowiak.

Liczba cyberataków na przedsiębiorstwa podwoiła się w ostatnich pięciu latach. Ich skala będzie coraz większa, m.in. w związku z upowszechnianiem się chmury i internetu rzeczy – prognozują eksperci Marsh. Prawdopodobieństwo takiego incydentu jest tym większe, im bardziej firma jest uzależniona od nowoczesnych technologii. Rosną również koszty ataków – do 2022 roku mają przekroczyć kwotę ponad 8 bln dol.

W ubiegłym roku najbardziej dotkliwe finansowo dla firm były ataki ransomware, szyfrujące dostęp do danych w zamian za okup. Ataki Petya i NonPetya, które boleśnie odczuły m.in. koncerny Merck i FedEx, spowodowały kwartalne straty w wysokości 300 mln dol. Największy w dotychczasowej historii atak WannaCry zainfekował w sumie 300 tys. komputerów w 150 krajach.

Biznes jest coraz bardziej świadomy zagrożeń i konieczności zarządzania ryzykiem w obszarze cyberbezpieczeństwa, ale stopień przygotowania firm wciąż jest niewielki.

Nasze badania wskazują, że 2/3 przedsiębiorstw przywiązuje istotną wagę i wskazuje cyberryzyka jako kluczowe zagrożenia występujące w ich działalności. Ten wskaźnik podwoił się w stosunku do 2016 roku. Jednak tylko 11 proc. przedsiębiorców prowadzi profesjonalne analizy ekonomiczne skutków wystąpienia takiego ryzyka w ich działalności. To pokazuje, że poziom przygotowania przedsiębiorstw na tego typu zagrożenia jest stosunkowo niewielki – mówi prezes Marsh Polska.

Jak wynika z badań Marsh, 70 proc. firm wskazuje, że największym zagrożeniem związanym z atakiem hakerskim jest dla nich przerwa w działalności i utrata zysku. Jednocześnie tylko 19 proc. organizacji jest przygotowanych na zarządzanie ryzykiem cybernetycznym i ma gotowy scenariusz na wypadek takiego incydentu.

Prezes Marsh Polska podkreśla, że coraz większe ryzyko cybernetyczne przekłada się na rosnące zainteresowanie firm ubezpieczeniem tego obszaru. Na rozwój rynku cyberpolis wpłynie też RODO, które wchodzi w życie 25 maja tego roku. Unijna regulacja nakłada na firmy wymóg zapewnienia maksymalnego bezpieczeństwa danych osobowych i przewiduje bardzo dotkliwe kary finansowe w razie niedopełnienia tego obowiązku. Nowe przepisy wprowadzają też wymóg informowania odpowiedniego urzędu i swoich klientów o każdorazowym wycieku ich danych osobowych.

 Rynek ubezpieczeń typu cyber w Polsce będzie się dynamicznie rozwijał w perspektywie średnioterminowej, co wynika z dwóch faktów. Po pierwsze, percepcja ryzyka rośnie. Po drugie, przyczyni się do tego działalność regulacyjna, w szczególności nowe przepisy RODO. Wśród klientów firmy Marsh obserwujemy bardzo duże zainteresowanie. Większość budżetów ubezpieczeniowych naszych klientów w 2018 roku przewiduje rozszerzenie programu ubezpieczeniowego o ryzyka cyber – prognozuje Artur Grześkowiak.

Z raportu „W obronie cyfrowych granic” międzynarodowej firmy doradczej PwC wynika, że w 2015 roku raptem 8 proc. polskich firm było objętych ubezpieczeniem od cyberzagrożeń, tymczasem średnia światowa kształtowała się na poziomie 59 proc. Polski rynek cyberpolis dojrzewa, ale wciąż ma przed sobą duży potencjał.

Polscy 20-latkowie na emeryturze nie dostaną nawet 40 proc. pensji. To jeden z najgorszych wyników w krajach OECD

Polscy 20-latkowie na emeryturze nie dostaną nawet 40 proc. pensji. To jeden z najgorszych wyników w krajach OECD 2

Po przejściu na emeryturę pokolenie obecnych 20-latków będzie otrzymywać świadczenie w wysokości 38,6 proc. ostatniej pensji wypłaconej przez pracodawcę – wynika z prognoz OECD. Średnia dla krajów tej organizacji wynosi 63 proc. Tak niska stopa zastąpienia powoduje, że Polacy powinni zacząć myśleć o prywatnych oszczędnościach na ten cel. Produkty takie jak IKZE – obok pomnażania pieniędzy – zapewniają ich posiadaczom dodatkowe korzyści w postaci ulg podatkowych.

– Trzeba się pogodzić z tym, co nieuchronne. W momencie kiedy przejdziemy na emeryturę, środki, które będziemy otrzymywać z powszechnego programu emerytalnego, będą dużo niższe niż ostatnia pensja, jaką wypłaci nam pracodawca. Dlatego warto się zdecydować na samodzielne oszczędzanie –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Tymoszuk, ekspert Union Investment TFI.

Świadczenia emerytalne dla osób rozpoczynających obecnie karierę zawodową będą dramatycznie niskie – wynika z grudniowego raportu OECD „Pensions at a Glance 2017”. Pokolenie obecnych 20-latków może liczyć na emerytury w maksymalnej wysokości 38,6 proc. ostatniej pensji, i to pod warunkiem ciągłego zatrudnienia, począwszy od ukończenia 20 lat aż do momentu osiągnięcia ustawowego wieku emerytalnego.

Głodowe świadczenia emerytalne to skutek demografii – starzejącego się społeczeństwa i niskiej dzietności – ale prognozy dla Polski są szczególnie niekorzystne na tle innych państw OECD. Gorzej wypadł tylko Meksyk, w którym prognozowana stopa zastąpienia sięgnie 29,6 proc. Polskę dzieli przepaść nawet od innych państw regionu CEE – takich jak Czechy, Słowacja, Słowenia, Łotwa czy Estonia, dla których szacowana stopa zastąpienia waha się od 60 proc. do nawet 89 proc. (w przypadku Węgier).

– Oszczędzanie na emeryturę kojarzy nam się głównie z powszechnym programem emerytalnym ZUS oraz OFE. Ostatnio coraz częściej słyszymy o pomysłach rządu, ale prawda jest taka, że nie wiemy, co nas czeka w przyszłości i jak te programy będą wyglądać. Dlatego warto już dziś podjąć decyzję o oszczędzaniu z myślą o emeryturze. Dobrym rozwiązaniem są takie narzędzia, jak IKE i IKZE. Dodatkowo możemy korzystać z ulg podatkowych, jakie dają nam te produkty – mówi w Łukasz Tymoszuk.

IKZE, czyli indywidualne konta zabezpieczenie emerytalnego, to jeden z dwóch instrumentów długoterminowego oszczędzania na emeryturę w ramach dobrowolnego III filara. Można je założyć po ukończeniu 16 roku życia. Z danych Komisji Nadzoru Finansowego wynika, że na koniec 2017 roku liczba IKZE wyniosła blisko 691 tys., a wartość zgromadzonych na nich środków przekroczyła 1,7 mld zł. W ciągu II połowy ubiegłego roku Polacy odłożyli ponad 350 tys. zł. Z kolei na indywidualnych kontach emerytalnych Polacy zgromadzili już blisko 8 mld zł. Liczba otwartych IKE na koniec ubiegłego roku wyniosła 951,5 tys.

 Konto IKZE możemy założyć w kilku instytucjach i przyjmuje ono różne formy. Są to np. depozyty bankowe oferowane przez banki, ubezpieczenia inwestycyjne z polisą na życie oferowane przez zakłady ubezpieczeń, dobrowolne fundusze emerytalne, które oferują powszechne towarzystwa emerytalne, rachunki maklerskie dostępne w biurach maklerskich czy fundusze inwestycyjne dostępne w towarzystwach funduszy inwestycyjnych, jak np. Union Investment – wymienia Łukasz Tymoszuk.

Limit wpłat na IKZE jest ustalany co roku na podstawie prognozy przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. W tym roku wynosi 5,331,60 zł (o 200 zł więcej niż w 2017 roku).

Osoby uzyskujące dochód, osoby fizyczne, przedsiębiorcy, a także emeryci mogą odliczyć wpłaty dokonane na IKZE od podstawy opodatkowania (od dochodu), przez co kwota należnego do zapłacenia podatku będzie niższa. Środki zgromadzone na IKZE nie są również obciążone podatkiem Belki, czyli 19-proc. podatkiem od zysków kapitałowych.

Po osiągnięciu 65 roku życia można kontynuować oszczędzanie i korzystać z odliczeń albo wypłacić zgromadzone na koncie pieniądze, uiszczając jedynie 10-proc., zryczałtowany podatek od wypłaconej kwoty.

– W ramach IKZE możemy również ustanowić osobę na wypadek śmierci. Dzięki temu wypłaci ona całość środków na własny rachunek bankowy lub na własne konto IKZE. Kolejna istotna zaleta to możliwość pomnażania środków, jeżeli powierzymy je firmie zajmującej się zarządzaniem środkami klientów, możemy pomnożyć ich wartość – podkreśla Łukasz Tymoszuk.

Ekspert Union Investment TFI podkreśla, że jeśli nie mamy czasu samodzielnie inwestować, warto powierzyć oszczędności na emeryturę instytucji, która się w tym specjalizuje.

 Wybierając dobrą firmę, mamy pewność, że nasze środki będą dobrze zarządzane, co powinno zwiększyć ich wartość w przyszłości. Kolejna kwestia to ustalenie, ile jesteśmy w stanie miesięcznie odkładać. To wystarczy do tego, by podjąć decyzję o samodzielnym oszczędzaniu – podkreśla Łukasz Tymoszuk.

Przy wyborze instytucji, której powierzamy oszczędności na emeryturę, warto się rozeznać w tym, co oferuje rynek. Dobrym pomysłem jest zasięgnięcie opinii, sprawdzenie dostępnych w internecie rankingów czy porównywarek takich firm. Warto też przyjrzeć się kosztom i opłatom związanym z prowadzeniem takiego konta.

 Jest wiele promocji, dzięki którym możemy założyć konto IKZE bez opłat. Trzecia ważna rzecz to wyniki inwestycyjne, zwłaszcza długoterminowe. Firmy, które osiągają dobre wyniki, dają nam pewność, że nasze środki będą dodatkowo zyskiwały w przyszłości – podkreśla ekspert Union Investment TFI.

Z ubiegłorocznego raportu „Dojrzałość finansowa Polaków”, opracowanego przez firmę badawczą GfK na zlecenie Nationale-Nederlanden, wynika, że pieniądze na emeryturę odkłada 43 proc. Polaków. Według danych KNF na koniec 2017 roku prywatne oszczędności Polaków odkładane na jesień życia wzrosły o ponad 1/4 w porównaniu do końca 2016 roku.

Śmigłowiec TOPR w ostatnich trzech latach pomógł uratować 700 osób. Bierze udział w akcjach ratowniczych także na Słowacji

Śmigłowiec TOPR w ostatnich trzech latach pomógł uratować 700 osób. Bierze udział w akcjach ratowniczych także na Słowacji 3

Co trzecia akcja ratownicza w Tatrach jest przeprowadzana z użyciem śmigłowca Sokół, wyprodukowanego w polskich zakładach PZL-Świdnik. Tylko w ostatnich trzech latach pomógł on uratować 700 osób. Latająca karetka, wyposażona w sprzęt medyczny najnowszej generacji, ratuje ludzkie życie także po słowackiej stronie Tatr. W tym roku maszyna obchodzi 25-lecie służby w Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym. Podobne maszyny w wersji Anakonda przystosowane do akcji poszukiwawczo-ratowniczych na morzu wykorzystywane są również nad Morzem Bałtyckim. 

 Śmigłowiec TOPR jest naszym podstawowym narzędziem używanym w ratownictwie. Zawsze wtedy, kiedy warunki atmosferyczne na to pozwalają i stan ratowanych na to wskazuje, leci najpierw śmigłowiec wraz załogą ratowniczo-medyczną. W ostatnich latach ratujemy średnio około 800 osób w ciągu roku, z których około 300 z użyciem śmigłowca. W perspektywie ostatnich 25 lat możemy więc mówić o tysiącach uratowanych osób, transportowanych śmigłowcem z najodleglejszych zakątków Tatr bezpośrednio do szpitala – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Krzysztof, naczelnik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Śmigłowiec do akcji ratunkowych w Tatrach jest wykorzystywany od lat 60. Najpierw był to SM-1, później śmigłowiec Mi-2. Maszyny te miały jednak znaczące ograniczenia techniczne. Dopiero w latach 90. pojawił się W3-A Sokół – pierwszy prawdziwie polski śmigłowiec produkcji PZL-Świdnik. Maszyna – dar Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy dla TOPR – rozpoczęła dyżury ratownicze dokładnie 18 lutego 1993 roku. Śmigłowiec wprowadził nową jakość – ratownicy mogli się desantować na linie ze śmigłowca pozostającego w zawisie, udzielić skutecznej pomocy medycznej, następnie wrócić z rannym na pokład (za pomocą dźwigu pokładowego z wciągarką) i w ciągu kilkunastu minut przetransportować poszkodowanego bezpośrednio do szpitala. Sokół jest także specjalistyczną powietrzną karetką, wyposażoną w sprzęt medyczny najnowszej generacji. Pozwala to na udzielenie pomocy rannemu w trakcie lotu i podtrzymanie jego funkcji życiowych do czasu przybycia do szpitala.

– Zgłoszenia docierają do naszej bazy. Tutaj analizowana jest sytuacja i sygnał jest przekazywany do załogi śmigłowca. Tam pilot ocenia, czy warunki atmosferyczne i inne pozwalają na taki lot oraz jaka będzie taktyka działania. Ustala to z naszymi ratownikami i równocześnie śmigłowiec jest uruchamiany – technologicznie wymaga to kilku minut, aby śmigłowiec się rozgrzał i w krótkim czasie wystartował. Tatry nie są wielkimi górami, więc w najodleglejsze miejsca docieramy w ciągu około 15 minut. To oznacza, że bardzo szybko od zawiadomienia ratownicy są już na miejscu zdarzenia – mówi Jan Krzysztof.

Śmigłowce są powszechnie używane przez służby ratownicze na całym świecie. Ich przydatność wynika ze zdolności do startu i lądowania w niemal w każdym terenie oraz do opcji operowania w zawisie, co pozwala na prowadzenie akcji praktycznie wszędzie: nad lądem, górami i morzem, nawet w skrajnie trudnych warunkach.

 Jesteśmy zaszczyceni tym, że nasz śmigłowiec pomaga w polskich Tatrach ratować życie ludzi, turystów, narciarzy i wspiera pracę ludzi, którzy wykonują bardzo odpowiedzialne zadania. Jest to maszyna, która towarzyszy TOPR od 25 lat, a więc co pewien czas przebywa u nas na modernizacjach, drobnych naprawach czy serwisach. To pokazuje, że decyzja o zakupie śmigłowca łączy producenta i klienta na lata. Wybór polskiego producenta to gwarancja wsparcia eksploatacji przez cały czas tu na miejscu w Polsce – mówi Krzysztof Krystowski, wiceprezes firmy Leonardo Helicopters, do której należy PZL-Świdnik.

Jak przekonuje Krzysztof Krystowski, śmigłowce PZL-Świdnik są oferowane zarówno w morskich wersjach poszukiwawczo-ratowniczych, jak i w wersjach lądowych, w tym do wykorzystania w warunkach bojowych.

Kontynuujemy współpracę Świdnika z cywilami i z wojskiem, biorąc udział w przetargach, które organizuje MON – zaznacza wiceprezes Leonardo Helicopters.

Obecnie firma bierze udział w dwóch postępowaniach MON i jest jednym z trzech oferentów w tych przetargach oprócz amerykańskiego Sikorsky Aircraft oraz francuskiego Airbus Helicopters. Resort obrony zamierza w nadchodzących miesiącach wyłonić dla wojsk specjalnych dostawcę ośmiu maszyn zdolnych do prowadzenia misji poszukiwawczo-ratowniczych w warunkach bojowych oraz ośmiu maszyn dla marynarki wojennej przeznaczonych do zwalczania okrętów podwodnych i prowadzenia misji ratowniczych na morzu. W obu przetargach Świdnik zaoferował śmigłowiec AW101, wykorzystywany już m.in. przez brytyjską marynarkę wojenną, Norwegię, Portugalię, Włochy i Japonię.

W polskich Siłach Zbrojnych służy obecnie ponad 160 śmigłowców wyprodukowanych w Świdniku. Wiceprezes firmy Leonardo Helicopters, do której należą zakłady, ocenia, że udział w postępowaniach MON jest naturalnym przedłużeniem wieloletniej współpracy firmy z polskimi służbami ratowniczymi i wojskiem.

– W obu przetargach oferujemy ten sam śmigłowiec AW101, jeden w wersji lądowej, drugi w wersji morskiej. Jesteśmy jedynym polskim producentem, który potrafi dostarczyć ten sam śmigłowiec do obu celów, co przesądza o łatwości eksploatacji i wsparciu logistycznym. Podobnie jak świętujemy dzisiaj 25. rocznicę współpracy z TOPR, tak być może kiedyś będziemy świętowali rocznicę funkcjonowania tych śmigłowców w armii. To ważne, żeby wiązać się z partnerem lokalnym, który potrafi zapewnić funkcjonowanie takiej maszyny przez dziesięciolecia włącznie z jej modernizacją – podkreśla Krzysztof Krystowski.

Małe i średnie firmy przodują we wdrażaniu innowacji. Szerokie wykorzystanie nowych technologii wymaga strategii i świadomości potrzeb

Małe i średnie firmy przodują we wdrażaniu innowacji. Szerokie wykorzystanie nowych technologii wymaga strategii i świadomości potrzeb 4

Wdrożenie innowacji przychodzi łatwiej mniejszym firmom i start-upom – praktycznie z dnia na dzień mogą one zmieniać swoje modele biznesowe. Duże firmy, choć często dysponujące pokaźnymi budżetami, wciąż obawiają się sięgać po nowe technologie, kojarząc je z wielką rewolucją, wręcz zaburzeniem funkcjonowania organizacji. Tymczasem kluczowe dla biznesu technologie – big data, analityka predykcyjna, internet rzeczy, uczenie maszynowe i blockchain – stwarzają ogromne możliwości wzrostu i to już na podstawowym poziomie wdrożeń. Firmom, które ich nie wykorzystają, grozi zepchnięcie na biznesowy margines.

– Mniejsze firmy są bardziej predystynowane do wdrażania innowacji, ponieważ są bardziej elastyczne. Duże organizacje przypominają tankowce, które poruszają się w określonym kierunku i żeby zmienić kurs, potrzebują dużo czasu i miejsca. Natomiast mała organizacja potrafi szybciej reagować na to, co dzieje się dookoła i tym samym sprawniej wdrażać innowacje. Duża firma ma pewną przewagę, jeśli chodzi o możliwości zasobowe – zarówno ludzkie, jak i finansowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Niebylski, dyrektor ds. wsparcia sprzedaży SAP Polska.

Organizacjom, które nie korzystają z zaawansowanych technologii, grozi zepchnięcie na margines. Globalna firma doradcza IDC szacuje, że większość największych firm postawiła już technologie cyfrowe w centrum swojej strategii biznesowej, a w 2019 roku wydatki na inicjatywy związane z transformacją cyfrową przekroczą na całym świecie już 2,2 bln dol.

– Biorąc pod uwagę źródło innowacji, widzimy, że zazwyczaj są to start-upy i małe, kilkuosobowe organizacje, które nie mają nic do stracenia. Z dnia na dzień mogą się przestawić i testować zupełnie nowy pomysł: jeżeli się uda, to jest sukces i dynamiczny wzrost. W przypadku niepowodzenia, to umiejętność radzenia sobie z porażką decyduje o tym, czy firma idzie dalej, czy znika, a na jej miejsce pojawia się inna – mówi Tomasz Niebylski.

W gronie kluczowych dla biznesu technologii stymulujących transformację są obecnie big data, analityka predykcyjna, internet rzeczy i uczenie maszynowe. Według szacunków IBM codziennie powstaje 2,5 miliarda gigabajtów nowych danych. Z kolei IDC podaje, że w 2025 roku ich liczba wzrośnie już dziesięciokrotnie. Według innych szacunków tej firmy w 2020 roku konsument będzie wchodził codziennie w ponadsześćset interakcji urządzeniami podłączonymi do sieci, a globalny rynek IoT do tego czasu będzie wart przeszło 1,5 bln dol. Z kolei Deloitte prognozuje, że już w tym roku na świecie podwoi się liczba wdrożeń z zakresu uczenia maszynowego.

– Uczenie maszynowe to umiejętność znalezienia pewnych nieoczywistych powiązań w danych, które nas otaczają. To pewnego rodzaju algorytm, którego sposób działania nie jest z góry zdeterminowany i zależy od procesu uczenia się na danych historycznych. Przykładowo, możliwości uczenia maszynowego pokazuje prosty proces parowania płatności przychodzących z fakturą. Wyobraźmy sobie sytuację, w której płatności wpływają do firmy w sposób przypadkowy, nie zgadza się kwota i data na dokumentach, brak jest jednoznacznego powiązania pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami gospodarczymi. To idealne pole do popisu dla uczenia maszynowego. Właściwie zaprojektowany model, wyuczony na danych historycznych (w tym przypadku dokonanych powiązań pomiędzy fakturą a płatnością), jest w stanie dokonywać parowania z niemal 98 proc. skutecznością w sposób absolutnie automatyczny, pozostawiając jedynie 2 proc. przypadków decyzji człowieka – tłumaczy Tomasz Niebylski.

Technologią, która z dnia na dzień zyskuje na znaczeniu w biznesie, jest blockchain, na którym bazują kryptowaluty. Jest uważany za najbezpieczniejszą obecnie technologię zapisu i przechowywania danych. To system rozproszonej bazy danych oparty na algorytmach matematycznych i kryptografii. Podstawowym jego elementem jest blok danych, który zawiera pakiet zaszyfrowanych informacji o przeprowadzanych transakcjach. Poszczególne bloki danych są ze sobą chronologicznie połączone i tworzą nierozerwalny łańcuch (stąd nazwa: łańcuch bloków). Szacuje się, że aby złamać zabezpieczania blockchain użyte w bitcoinie potrzebna byłaby moc obliczeniowa równa połowie całego internetu.

– Blockchain jest teraz na ustach wszystkich, oczywiście za sprawą kryptowalut. Ale blockchain to znacznie więcej niż tylko kryptowaluty. To idea rozproszonego rejestru, w którym dane powielane są w szeregu węzłów w sposób uniemożliwiający manipulację na nich. Im tych węzłów więcej, tym technologia jest bezpieczniejsza. Daje możliwość wielu różnych zastosowań, np. możliwość śledzenia historii określonych transakcji gospodarczych, takich jak handel dziełami sztuki, kamieniami szlachetnymi, produktami farmaceutycznymi, rozliczania tzw. mikrozadań, mikropłatności – mówi Tomasz Niebylski.

Przykłady zastosowań tej technologii w biznesie dopiero się rozwijają, jednak eksperci są zgodni co do tego, że w przyszłości blockchain zrewolucjonizuje nie tylko bankowość.

Niebylski zwraca uwagę na fakt, że biznes wciąż nieco obawia się sięgać po nowe technologie, bo kojarzy je z potrzebą gruntownej wymiany sprzętu, oprogramowania czy procedur, słowem – z wielką rewolucją wprowadzającą duże zaburzenie w organizacji. Ciągłość biznesu i innowacyjność można pogodzić, rozwijając się dwutorowo. Z jednej strony zapewniając obsługę podstawowej działalności firmy, z drugiej podążając ścieżką innowacji i szukając nowych możliwości rozwoju.

– Na co dzień w firmach obserwujemy raczej wdrażanie innowacji w wąskich granicach. Firma definiuje sobie pewne obszary, gdzie te innowacje muszą zaistnieć, bo tego wymaga otoczenie czy klienci lub zmusza ją do tego konkurencja. To jest korzystne o tyle, że można wykorzystać sukces, który firma ma nadzieję osiągnąć, jako pewnego rodzaju trampolinę do rozszerzania innowacji na pozostałe obszary. Z drugiej strony, gdyby projekt się nie powiódł, nie rzutuje to negatywnie na całą organizację. To jest technika małych kroków, z której korzysta wiele firm – mówi Tomasz Niebylski.

Na rynku dostępnych jest wiele technologii, które mogą zmieniać charakter firm, korzystając z ich obecnych zasobów technologicznych i już wdrożonych rozwiązań. Najwięksi światowi dostawcy oprogramowania szukają możliwości budowy ekosystemów technologicznych, które otworzą dostęp do innowacji dla szerokiego grona firm. Takim przykładem jest SAP Leonardo – system cyfrowych innowacji integrujący rozwiązania z zakresu m.in. internetu rzeczy, uczenia maszynowego, zaawansowanej analityki czy blockchain na potrzeby różnych branż.

Wykorzystanie tych technologii otwiera ogromne możliwości – firma Caterpillar wykorzystuje dane z sensorów w pojazdach podłączonych do sieci, by przewidywać awarie i planować naprawy. Władze Buenos Aires analizują w systemach SAP dane z ponad 700 tys. obiektów, aby na bieżąco reagować na zagrożenia powodziowe i dbać o czystość. Z kolei BASF tworzy inteligentne algorytmy, zastępujące pracowników w procesowaniu faktur, ucząc się na bieżąco schematów działania. To przykłady dużych firm, ale po nowe technologie sięgają także MSP.

Jak podkreśla ekspert SAP, kluczem do sukcesu jest otwartość firm na nowe rozwiązania.

– Firma, która nie rozumie potrzeby innowacji, nigdy jej nie wdroży, bo zawsze będzie robiła to z przymusu. Firmy muszą uwierzyć, że ta innowacja jest konieczna – podkreśla Tomasz Niebylski.

Innym kluczowym elementem niezbędnym do cyfrowej transformacji organizacji jest odpowiednia technologia, a kolejnym, równie istotnym – wiedza branżowa na temat tego, co wdrażać i w jaki sposób.

– Obserwujemy na co dzień pewnego rodzaju zagubienie klientów. Niektórzy czują potrzebę zmian, chcą wdrażać innowacje, ale nie do końca wiedzą, w którym miejscu zacząć. Dlatego metodologia wsparta narzędziami pozwoli firmom w sposób bezpieczny i kontrolowany wejść na ścieżkę transformacji cyfrowej swojej organizacji – mówi Niebylski.

Przed rozpoczęciem inwestycji, deweloper powinien wykonać badanie pod kątem skażenia gruntu. Zanieczyszczenia w glebie da się usunąć

Przed rozpoczęciem inwestycji, deweloper powinien wykonać badanie pod kątem skażenia gruntu. Zanieczyszczenia w glebie da się usunąć 5

Badanie przeprowadzone w ramach kampanii „Gruntownie badamy, zanim zamieszkamy” wskazuje, że wciąż niewiele osób wie, że deweloperzy powinni wykonywać badania gruntu pod kątem zanieczyszczeń chemicznych. Cześć zanieczyszczeń, np. metale ciężkie, może stanowić poważne zagrożenie dla środowiska, zdrowia i życia ludzi. Ich wykrycie nie dyskwalifikuje działki pod kątem inwestycyjnym, konieczna jest jednak remediacja, czyli oczyszczenie terenu i wód gruntowych. Koszt takiego procesu może znacząco podnieść koszt całej inwestycji. 

Z badania „O co pytają Polacy, kupując mieszkanie”, przeprowadzonego przez agencję SW Research w ramach kampanii „Gruntownie badamy, zanim zamieszkamy”, wynika, że tylko co piąty kupujący mieszkanie sprawdzał, czy deweloper badał zanieczyszczenia powierzchni ziemi.

 W gruncie mogą się znajdować różnego rodzaju zanieczyszczenia związane z profilem produkcyjnym zakładu czy jakimś rodzajem aktywności, która była wcześniej realizowana na tym obszarze. Zanieczyszczenie działki nie dyskwalifikuje jej jako obszaru inwestycji, ale może ją znacząco utrudnić, gdyż musi ono zostać usunięte albo jego szkodliwość zniwelowana. Nie można dopuścić, żeby zanieczyszczony grunt w jakikolwiek sposób oddziaływał na ludzi przebywających na tej działce czy na mieszkańców budynku, który został na niej zbudowany – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. inż. Mariusz Czop z Akademii Górniczo-Hutniczej im. S. Staszica w Krakowie.

Rozwój miast powoduje, że deweloperzy mają coraz większy problem z pozyskaniem atrakcyjnych terenów pod zabudowę. Coraz częściej realizują więc inwestycje na gruntach pełniących wcześniej funkcję przemysłową. Te, choć na ogół świetnie zlokalizowane, mogą też zawierać nadmierne stężenia szkodliwych substancji chemicznych.

 Badania Europejskiej Agencji Ochrony Środowiska zidentyfikowały grupy zanieczyszczeń, które najczęściej występują w gruntach. Zdecydowaną przewagę mają metale ciężkie – to ok. 35 proc. przypadków. W 20 proc. przypadków w gruncie występują oleje mineralne, co jest związane z emisją wszelkiego rodzaju substancji ropopochodnych, jak benzyny i oleje napędowe. 10 proc. stanowią chlorowane rozpuszczalniki, fenole, węglowodory aromatyczne oraz wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne. Te związki organiczne stanowią około 2/3 całkowitego udziału zanieczyszczeń – wymienia dr hab. inż. Mariusz Czop.

Zanim deweloper rozpocznie inwestycję, powinien wykonać specjalistyczne badanie ziemi pod kątem zanieczyszczeń chemicznych. Upoważnione do przeprowadzenia takiego badania są akredytowane laboratoria bądź certyfikowane jednostki badawcze. Jeżeli stężenie zanieczyszczeń okaże się nadmierne, konieczna jest remediacja, czyli usunięcie zanieczyszczeń powodujących zagrożenie dla ludzi lub środowiska.

W świetle prawa nie ma obowiązku wykonania badań – istnieje natomiast obowiązek przeprowadzenia samego oczyszczenia gruntu, czyli remediacji. Świadomi inwestorzy powinni jednak wykonywać badania przed zakupem działki lub przed rozpoczęciem budowy nieruchomości. Do momentu wykonania badań nie wiemy, czy dana działka jest zanieczyszczona, jakimi związkami i w jakim stężeniu – mówi dr inż. Sylwia Janiszewska, specjalista ds. remediacji w Menard Polska.

Badanie skażenia gruntu przed startem inwestycji może uchronić osoby kupujące działkę przed dodatkowymi kosztami. Obowiązek remediacji leży bowiem po stronie właściciela.

– W celu zabezpieczenia się przed dodatkowymi kosztami związanymi z procesem remediacji, zaleca się wykonać badania przed transakcją zakupu działki albo wymóc takie badanie na sprzedającym. Dodatkowo, należy też sprawdzić, czy dana nieruchomość znajduje się w historycznym rejestrze zanieczyszczenia powierzchni albo w rejestrze szkód w środowisk [oba są udostępniane przez Generalną Dyrekcję Ochrony Środowiska – red.] – podkreśla dr inż. Sylwia Janiszewska.

Koszt wykonania takich badań gruntu zależy od powierzchni działki oraz od warunków geologicznych. Jest on jednak niewielki w porównaniu z ewentualnym kosztem samej remediacji.

– Koszty oczyszczania działki są bardzo wysokie. Czasami może się okazać, że doprowadzenie działki do wysokich standardów użyteczności może okazać się niekonkurencyjne albo przekroczyć koszty inwestycyjne – mówi dr hab. inż. Mariusz Czop.

Remediację gruntu można przeprowadzić wieloma technikami. Najprostszą jest całkowita wymiana – zanieczyszczony grunt trzeba wyseparować, wywieźć i zutylizować, a w to miejsce nawieźć nowy, który będzie spełniał wysokie standardy jakościowe.

– Jeżeli grunt jest zanieczyszczony w niewielkim stopniu, można przeprowadzić różne działania w celu usunięcia z niego masy zanieczyszczeń. Można tłoczyć do gruntu ciecz, która będzie wypłukiwać te zanieczyszczenia albo wykorzystać organizmy bakteryjne, które je skonsumują. To metoda popularna w przypadku zanieczyszczeń organicznych. Można też podejmować działania, które pozwolą natlenić grunt, a przez dostęp tlenu nastąpi naturalny rozkład tych wszystkich związków, które go zanieczyszczają. Jest wiele różnych technik w zależności od stopnia zanieczyszczenia gruntu, które charakteryzują różne koszty – mówi dr hab. inż. Mariusz Czop.

Ekspert krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej podkreśla, że skażony grunt – jeśli nie zostanie wcześniej oczyszczony – może stanowić bardzo duże zagrożenie dla środowiska oraz życia i zdrowia ludzi. Część zanieczyszczeń ma udowodniony charakter rakotwórczy czy mutagenny, powodujący zmiany genetyczne. Niektóre grupy zanieczyszczeń mają określone dawki śmiertelne.

– Polskie prawo niejasno reguluje kwestie wykonania badań gruntu. Jest luka prawna, którą deweloperzy wykorzystują i nie przeprowadzają takich badań. Dlatego osoby kupujące mieszkanie powinny koniecznie o to pytać, aby dowiedzieć się, czy będą mieszkać na czystym terenie – przypomina dr inż. Sylwia Janiszewska.

Elektroniczny stetoskop mobilny wykryje zapalenie płuc ze skutecznością nawet 80 proc. Urządzenie do analizy nagrań wykorzysta sztuczną inteligencję

Elektroniczny stetoskop mobilny wykryje zapalenie płuc ze skutecznością nawet 80 proc. Urządzenie do analizy nagrań wykorzysta sztuczną inteligencję 6

Co dziesiąty pacjent w Polsce i Europie umiera w wyniku chorób płuc. Wykrywalność zapalenia płuc w badaniu osłuchowym wykonywanym przez lekarza wynosi zaledwie 25 proc. Dzięki elektronicznemu stetoskopowi może ona wzrosnąć nawet do 80 proc. Urządzenie opiera się na analizie nagrań za pomocą algorytmu sztucznej inteligencji. Docelowo ma być dostępne w dystrybucji aptecznej. W najbliższych miesiącach będzie testowane pilotażowo na niedużych grupach użytkowników.

– StethoMe jest elektronicznym stetoskopem. Chcemy to małe urządzenie dostarczyć do każdego domu, podobnie jak dziś każdy z nas ma termometr. Chcemy, aby każdy rodzic w przypadku jakiejkolwiek choroby dziecka mógł przyłożyć urządzenie do klatki piersiowej, nagrać dźwięki, wysłać je do analizy przez nasze algorytmy sztucznej inteligencji i dostać informację, czy z dzieckiem dzieje się coś złego – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Wojciech Radomski, prezes firmy StethoMe.

Przyczyną cięższego przebiegu i wydłużonego procesu leczenia chorób takich, jak między innymi zapalenie płuc, jest ich niska wykrywalność w badaniu osłuchowym, czyli z użyciem klasycznego stetoskopu. Skuteczność nowego, mobilnego rozwiązania ma sięgać nawet 70–80 proc. To znacznie więcej niż powszechna wykrywalność zapalenia płuc przy standardowym osłuchiwaniu przez lekarza pierwszego kontaktu.

– Zgodnie z badaniami naukowymi, które zostały przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych na grupie ponadsześciuset lekarzy, skuteczność lekarza rodzinnego w zakresie wykrywania dźwięków charakterystycznych dla zapalenia płuc wynosi zaledwie 25 proc. Przeprowadziliśmy własne badania w Polsce, na grupie ponaddwustu lekarzy i niestety niska wykrywalność potwierdziła się ­– mówi prezes firmy StethoMe.

Wyższą wykrywalność przy badaniu osłuchowym urządzeniem StethoMe ma zapewniać połączenie jakości dźwięku porównywalnej z tradycyjnymi stetoskopami, którymi dysponują lekarze z zaawansowanymi algorytmami.

– Algorytmy wykrywają wszelkie nieprawidłowości, które mogły się pojawić w nagranych dźwiękach płuc czy serca. W przypadku wystąpienia takich nieprawidłowości, rodzic zostaje o tym poinformowany, a dane zostają wysłane do lekarza. Możemy odbyć z nim telekonsultację, podczas której może zostać postawiona diagnoza. Lekarz otrzymuje bardzo szczegółowy raport z pozyskanych informacji. Dane o tym, w którym miejscu nagrania znajdują się nieprawidłowe dźwięki, są dla niego dodatkową wskazówką, żeby jeszcze lepiej postawić diagnozę ­– przekonuje Wojciech Radomski.

Urządzenie współpracuje z aplikacją mobilną, a dane z niego są wysyłane za pośrednictwem protokołu Bluetooth. Aplikacja krok po kroku przeprowadza rodzica przez proces badania i wskazuje miejsca, do których należy przyłożyć mobilny stetoskop. Po wykonaniu badania zapisy są wysyłane na serwer i poddawane analizie przez specjalnie zaprojektowane algorytmy. Docelowo wyniki mają trafiać do gabinetu lekarza rodzinnego.

StethoMe może być wykorzystywany zarówno do diagnozowania dzieci, jak i dorosłych. Elektroniczny stetoskop ma się znaleźć w każdym domu jako podstawowe wyposażenie apteczki. Kanałem dystrybucji docelowo mają być apteki i sklepy medyczne. W najbliższych kwartałach urządzenie będzie testowane w ramach programów pilotażowych na małych grupach użytkowników, miedzy innymi w szpitalach.

– Każdy lekarz, dostając dźwięki z naszego rozwiązania, będzie gotowy od razu podejmować decyzje na jego podstawie bez wcześniejszego szkolenia. Oczywiście będziemy udostępniali interfejsy, które pozwolą lekarzowi lepiej zaznajomić się z tymi danymi. Będą one na tyle proste, że nie trzeba będzie martwić się o dodatkowe szkolenie ­– zapewnia Wojciech Radomski.

Rocznie na leczenie chorób płuc w dwudziestu ośmiu krajach Unii Europejskiej wydaje się 380 mld euro – wynika z danych opublikowanych w Europejskiej Białej Księdze Płuc. Koszt hospitalizacji osób leczonych na zapalenie płuc to 2,5 mld euro rocznie.

Choroby układu oddechowego są czwartą co do wielkości przyczyną hospitalizacji i zgonów w Polsce – wynika z opracowania „Choroby układu oddechowego” autorstwa pulmonologa i alergologa dra hab. n. med. Tadeusza Płusy.

Stany (znowu) skradły show

Wtorkowe wystąpienie Jerome Powella nie należało do szczególnie porywających. Retoryka nowego szefa Systemu Rezerwy Federalnej idealnie wpisuje się w ramy ustanowione w trakcie kadencji Janet Yellen, które zakładają szereg ostrożnych podwyżek stóp procentowych. Zespół Powella zdecydowanie będzie „miał co podnosić”. Wykorzystując najświeższe szacunki stopy bezrobocia NAIRU stwierdzamy, że równowagowy poziom głównego instrumentu wykorzystywanego przez Fed znajduje się na poziomie 3,8 proc.

Zgodnie z oczekiwaniami w tekście przemowy znalazły się wzmianki dotyczące dążenia do realizacji celu dualnego w możliwie jak najbardziej transparentny sposób. Powell przyznał, że od grudniowego posiedzenia jego poglądy na amerykańską politykę monetarną stały się bardziej jastrzębie. Grono czynników skłaniających za bardziej agresywnymi podwyżkami stóp procentowych uzupełniają efekty związane z reformą podatkową administracji Donalda Trumpa. Zdaniem Powella w perspektywie najbliższych kwartałów gospodarka USA odnotuje odczuwalny skok nakładów inwestycyjnych, które pośrednio wpłyną na wskaźniki produktywności.

Kalendarz ekonomiczny został wyraźnie zdominowany przez wskazania napływające ze Stanów Zjednoczonych. Serię publikacji rozpoczęły wysoce rozczarowujące odczyty zamówień na dobra trwałe, które za wyłączeniem transportu niespodziewanie zmalały o 0,3 proc. wobec spodziewanego przez rynek wzrostu na poziomie 0,4 proc. Zdecydowanie mniej istotnym przerywnikiem okazał się być grudniowy indeks cen domów S&P Case-Shiller (6,3 proc. r/r, konsensus: 6,4 proc.) pozostający na dość stabilnych poziomach. Na zatarcie złego wrażenia należało poczekać do godziny 16:00. Pierwsze skrzypce zagrały zaskakująco dobre miary sentymentu konsumenckiego według Conference Board (130,8 pkt; konsensus: 126,5 pkt), które w lutym uplasowały się na maksimach z listopada 2000 roku. Za zdecydowaną poprawą nastrojów wśród gospodarstw domowych stoi nie tylko reforma podatkowa przeprowadzona przez administrację Donalda Trumpa, ale również dość pokaźne tempo wzrostu gospodarczego oraz nadzieje na wyższą dynamikę płac w nadchodzących miesiącach. Przy utrzymaniu obserwowanych trendów gospodarczych w USA spodziewamy się, że w I kwartale 2018 roku zannualizowana dynamika PKB wyniesie 3,0 proc.

Pod względem publikacji makroekonomicznych pierwsza połowa dnia pozornie nie należała do wysoce fascynujących. W cieniu szacunków podaży pieniądza M3 w strefie (4,6 proc. r/r, konsensus: 4,6 proc.) znalazły się lokalne wskazania niemieckiej inflacji CPI z poszczególnych landów. Na podstawie sporządzonego modelu nowcastowego wykorzystującego regionalne zależności sygnalizowaliśmy, że dynamika cen konsumenta powinna znaleźć się 0,1 pp. poniżej konsensualnego poziomu 1,5 proc. Tuż po publikacji danych nie spodziewaliśmy się przetasowań sentymentu wobec euro z racji na rozkład napływających prognoz. Lekkim zaskoczeniem okazały się być szacunki inflacji HICP. W ujęciu rocznym zharmonizowany wskaźnik wyniósł zaledwie 1,2 proc., przy czym nasze prognozy wskazywały realizację oczekiwań profesjonalistów ankietowanych przez Bloomberga (1,3 proc.).

Najsilniejszą walutą koszyka G10 pozostaje szwajcarski frank (0,0 proc.), który usilnie utrzymuje poziomy z poniedziałkowego zamknięcia. Wyższość amerykańskiego odpowiednika zdecydowanie uznają waluty surowcowe – obecnie australijski oraz nowozelandzki dolar tracą odpowiednio 0,5 proc. oraz 0,8 proc. Uwagę inwestorów zwraca również odczuwalna deprecjacja euro (-0,5 proc.) próbującego utrzymać kurs EUR/USD w okolicach poziomu 1,2250.

Waluty Emerging Markets mają za sobą niezbyt udaną sesję. Sile dolara sprzeciwił się jedynie południowokoreański won, który wypracował dzienną zwyżkę na poziomie 0,3 proc. Na dole tabeli znajdują się waluty regionu z rosyjskim rublem (-0,8 proc.) oraz czeską koroną (-0,8 proc.) na czele. W przypadku złotego należy mówić o nieco skromniejszej przecenie. Obecnie USD/PLN wraca nad 3,4000, EUR/PLN stabilizuje się przy 4,1680, CHF/PLN podchodzi pod 3,6260, a GBP/PLN balansuje przy 4,7420.

Na europejskim rynku akcji obserwowano wyraźny podział nastrojów. Na Starym Kontynencie walkę o miano najsilniejszego z głównych indeksów przegrał WIG 20 (0,5 proc.), na czele którego znalazły się walory Lotosu (7,3 proc.) oraz Orlenu (5,2 proc.). Za tak pokaźną zwyżką rafineryjnych gigantów stoją działania mające na celu ich połączenie w jeden podmiot. Skalę potencjalnych wzrostów solidnie próbowały ograniczyć spółki z branży energetycznej. Na dnie znalazła się Energa (-4,7 proc.) zobligowana do wybudowania gigawatowego bloku węglowego elektrowni w Ostrołęce. Według najświeższych doniesień planowane przedsięwzięcie może okazać się jeszcze droższe niż wstępnie zakładano.
W cieniu najsilniejszego indeksu ATX (0,6 proc.) znalazł się między innymi frankfurcki DAX (-0,3 proc.). Na niemieckim parkiecie liderem został Fresenius (4,4 proc.), który również znalazł się na fali doniesień związanych z procesami M&A. Szaleństwo związane z fuzjami oraz przejęciami zagościło także w Londynie. Na czele indeksu FTSE 100 (-0,1 proc.) znalazł się Sky z dzienną zwyżką przekraczającą poziom 20,0 proc. Do euforycznych nastrojów przyczyniły się zamiary Comcasta, który zaoferował za spółkę aż 22 mld GBP.

Na rynku surowców energetycznych szczególną uwagę zwraca odczuwalna przecena ropy. Obecnie za baryłkę West Texas Intermediate należy zapłacić 63,20 USD, tj. 1,1 proc. mniej względem poniedziałkowego zamknięcia. W kontrze stają kwietniowe kontrakty na gaz ziemny (0,5 proc.) balansujące przy poziomie 2,700 USD za MMBtu. W przypadku metali szlachetnych należy mówić o solidnej defensywie. Szczególną uwagę inwestorów zwraca złoto (-1,3 proc.) wyceniane po 1 317 USD za uncję. Wśród płodów rolnych swoje pięć minut ma śruta sojowa, która od początku dnia drożeje 2,6 proc.
Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Rada Nadzorcza spółki ALTA w nowym składzie

Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy ALTA wybrało dwóch nowych członków Rady Nadzorczej Spółki. Jednocześnie podczas WZA zatwierdzono rezygnację Lesława Moritza z zasiadania w RN. Nowi członkowie, Marek Garliński i Krzysztof Kaczmarczyk, spełniają kryteria niezależności, co oznacza, że Rada będzie składać się wyłącznie z członków niezależnych. Radzie Nadzorczej powierzono funkcję Komitetu Audytu.

Nowi członkowie Rady Nadzorczej wnoszą do niej wieloletnie doświadczenie zarówno branżowe, jak i z zakresu ekonomii i prawa.

Marek Garliński, kandydat zgłoszony przez Pana Roberta Moritza to ekspert z zakresu projektowania budowlanego z ponad 40-letnim doświadczeniem. Był prezesem firmy inżynierskiej PROCHEM, projektującej i realizującej inwestycje przemysłowe i obiekty budownictwa ogólnego. Od ponad 20 lat zasiada w Radach Nadzorczych, w części z nich jako przewodniczący. Marek Garliński pełnił także funkcje społeczne w licznych organizacjach branżowych, m.in. był wiceprezesem Rady Izby Projektowania Budowlanego, przewodniczącym Rady Polskiego Stowarzyszenia Menedżerów Budownictwa i prezesem

Rady Fundacji Czysta Woda.

Krzysztof Kaczmarczyk, kandydat zgłoszony przez Investors TFI, jest finansistą z 18-letnim doświadczeniem w bankach inwestycyjnych oraz globalnych korporacjach, z szeroką znajomością rynków kapitałowych, giełd oraz funkcjonowania funduszy inwestycyjnych. Pełni funkcję doradcy zarządu KGHM w zakresie inwestycji zagranicznych oraz strategii korporacyjnej. Był wiceprezesem ds. rozwoju i strategii w spółce EmiTel i zarządzającym w Departamencie Analiz Rynkowych Credit Suisse. Krzysztof Kaczmarczyk ma 10-letnie doświadczenie w nadzorze jako członek RN w spółkach notowanych na GPW.

Decyzję o rezygnacji z zasiadania w Radzie Nadzorczej podjął natomiast Lesław Moritz, który przez wiele lat aktywnie pracował na rzecz ALTA i wspierał Spółkę w realizacji jej planów. – Nadal czuję się mocno związany z ALTA. Jestem przekonany, że profesjonaliści, którzy właśnie dołączyli do Rady Nadzorczej Spółki będą skutecznie wypełniać obowiązki nadzorcze, wykorzystując swoje ogromne doświadczenie. Pozostaję do dyspozycji Zarządu ALTA, o ile będzie potrzeba skorzystania z mojej biznesowej wiedzypowiedział Lesław Moritz.

Walne Zgromadzenie podjęło również decyzję o odwołania z Rady Nadzorczej Pana Michała Dorszewskiego,

– Rada Nadzorcza w naszej spółce zawsze pełniła ważną rolę nadzorczą i opiniodawczą. Rada pełni też obowiązki Komitetu Audytu. Cieszę się, że do tego aktywnie działającego zespołu dołączają Marek Garliński i Krzysztof Kaczmarczyk. Jestem przekonany, że będziemy wielokrotnie korzystać z ich doświadczenia. Jednocześnie dziękuję Lesławowi Moritzowi, prywatnie mojemu ojcu, za wieloletnie wsparcie, nieoceniony wkład i aktywność w Radzie Nadzorczej. Dziękuję również Panu Michałowi Dorszewskiemu, za udział w pracach Rady Nadzorczej. powiedział Robert Jacek Moritz, prezes ALTA S.A.

Rada Nadzorcza Spółki ALTA liczy pięć osób. Oprócz nowo powołanych członków, zasiadają w niej: Andrzej Karczykowski (przewodniczący RN), Adam Parzydeł i Michał Błach.

DIY – Szansa na zasięgowy product placement

DIY jest kojarzone z hobbistyczną dłubaniną, podczas której robimy coś z niczego. Coraz częściej jednak ta dłubanina ma twarz znanych marek, które nawiązują współpracę z influencerami. Postanowiliśmy przyjrzeć się dyskusji na temat DIY, która miała miejsce na przestrzeni ostatniego roku i zobaczyć jakie kategorie cieszą się największą popularnością.

Gdzie rozmawiamy o DIY?

Na przestrzeni ostatniego roku pojawiło się blisko 900 tysięcy wzmianek na temat DIY. Ponad połowa dyskusji miała miejsce pod treściami z kategorii foto i video. Najpopularniejszą przestrzenią dyskusji był YouTube, na którym internauci chętnie komentowali publikowane tutoriale. Drugą najpopularniejszą przestrzenią dyskusji był Instagram, natomiast Facebook znalazł się dopiero na trzecim miejscu.
Obraz_1

Czego i gdzie szukamy?

W kontekście DIY dominuje 5 kategorii wyszukań w Google: zapytania związane z poszukiwaniem źródeł inspiracji, przepisów na świąteczne ozdoby i upominki, ciekawych elementów wystroju mieszkania, nieoczywistych prezentów oraz sposobów na wykonanie konkretnych przedmiotów.

  • Kategoria inspiracje – najczęściej, gdy szukamy inspiracji zaczynami od strony Pinterest, YouTube’a oraz blogów. Do najczęściej wyszukiwanych blogów w kontekście DIY należą: Stylowi, Zszywka oraz Twoje DIY.
  • Kategoria DIY świąteczne – najczęściej wyszukiwaną kategorią DIY jest kategoria świąteczna. Jest ona przede wszystkim związana ze świętami Bożego Narodzenia oraz pomysłami na dekoracje świąteczne czy kreatywne sposoby na pakowanie prezentów.
  • Kategoria wystrój – kolejną popularną kategorią wyszukiwanych tutoriali są te związane z elementami wystroju. Internauci szukają pomysłów na ozdobę do mieszkania, pokoju oraz łatwy sposób na renowację mebli.
  • Kategoria prezenty – ostatnią dużą kategorią przepisów wyszukiwanych przez internautów są pomysły na prezent, obok prezentów urodzinowy, walentynkowych coraz częściej pojawia się kategoria prezentów ślubnych.
  • Pozostałe wyszukania w Google związane były z często z zainteresowaniem konkretnymi przedmiotami, np. kalendarzami, czy zabawkami dla dzieci.

obraz_2

Co wywołuje dyskusje?

Największy wzrost dyskusji miał miejsce w grudniu, kiedy królowały DIY związane ze świątecznymi prezentami, ozdobami na choinkę czy pakowaniem prezentów. Nie była to jednak najczęściej komentowana kategoria – największą dyskusję wywołały tutoriale poświęcone Slime oraz vlogi związanym z tematem szkoły.

Obraz_3

Korzyści prawne i podatkowe z założenia fundacji prywatnej w Liechtensteinie

Wśród polskich przedsiębiorców wciąż wielu jest nieprzekonanych do konstrukcji fundacji prywatnej i jej korzystnego wpływu na proces efektywnego zarządzania majątkiem. W gronie sceptyków dominuje pogląd, że samo przeniesienie aktywów na inny podmiot rodzi ogromne ryzyko. Praktyka pokazuje jednak, że jest to jedynie mit, a zyskujące popularność fundacje prywatne świetnie funkcjonują zarówno na polskim, jak i międzynarodowym rynku.

Gdzie korzysta się z konstrukcji fundacji prywatnej?

Konstrukcja fundacji prywatnej obecna w polskim prawie jest jedynie namiastką tej instytucji. Polskie ustawodawstwo nie przewiduje bowiem tak korzystnych rozwiązań jak prawo innych państw – zarówno europejskich, jak i tych spoza naszego kontynentu.

Zdecydowanie lepsze regulacje obowiązują np. w Liechtensteinie. Tam fundacja prywatna jest przeznaczona do zarządzania majątkiem przedsiębiorstwa. Nie ma więc konieczności wykazywania, że przeniesienie określonej ilości środków ma związek z wypełnieniem jakiegoś celu użyteczności publicznej, który to obowiązek nakładają polskie przepisy. To tylko jedna z licznych zalet posiadania fundacji w Liechtensteinie. Niżej wskazujemy sześć podstawowych powodów, dla których warto pomyśleć nad jej założeniem.

Ochrona oszczędności

Po pierwsze, posiadanie fundacji prywatnej w Liechtensteinie zapewnia ochronę oszczędności przed ryzykiem wynikającym z prowadzenia działalności gospodarczej. Bieżąca działalność bywa ryzykowna, a fundacja prywatna pozwala na stworzenie pewnej masy majątkowej, która może uczestniczyć w różnego rodzaju inwestycjach, ale formalnie jest wyłączona z majątku firmy i nie podlega egzekucji. Posiadanie takiej bezpiecznej puli pozwala na bezstresowe dokonywanie transakcji i swobodne dysponowanie środkami.

Ochrona przed rozdrobnieniem majątku po śmierci

Po drugie, fundacja prywatna chroni majątek przed jego rozdrobnieniem na wypadek śmierci przedsiębiorcy. Masa majątkowa zostaje bowiem przekazana fundacji kierowanej przez radę, która decyduje, jak dysponować pieniędzmi i innymi składnikami majątku przedsiębiorcy, a jego spadkobiercy otrzymują jedynie to, co fundator wyraźnie wskazał w akcie założycielskim fundacji. Może też zdarzyć się tak, że spadkobiercy zostaną całkowicie odcięci od jakiegokolwiek wpływu na majątek spadkodawcy. Masa majątkowa fundacji jest wyłączona z zakresu dziedziczenia.

Zapewnienie płynnego następstwa generacji

Po trzecie, prowadząc fundację, odniesiemy korzyści wynikające z zapewnienia płynnego następstwa generacji w zarządzaniu przedsiębiorstwem. Fundator ma pełną swobodę w wyborze swoich następców – nie musi brać pod uwagę porządku dziedziczenia. Dodatkowo może ustanawiać warunki, których spełnienie spowoduje przekazanie określonym osobom „sterów” w firmie. Przedsiębiorca może np. uzależnić przekazanie majątku dzieciom od ukończenia przez nie studiów wyższych czy też osiągnięcia określonego wieku, w ocenie przedsiębiorcy wystarczającego do kierowania firmą.

Poufność danych

Po czwarte, konstrukcja fundacji prywatnej powoduje, że beneficjenci mogą liczyć na szczególną poufność ich danych – w warunkach systemu prawa obowiązującego w państwie Liechtensteinu ich tożsamość nie zostanie ujawniona w dokumentach fundacji. Jedyną informacją, która zostanie wykazana w stosownych rejestrach, jest źródło pochodzenia środków fundatora wnoszącego aktywa do majątku zakładanej fundacji. Poza tym w Liechtensteinie przetwarza się tylko te dane, które zostały zawarte w podstawowych dokumentach założycielskich fundacji. Z kolei jej członkom za ujawnienie jakichkolwiek informacji na temat jej działania grożą sankcje karne oraz finansowe.

Korzyści podatkowe

Po piąte, fundacja zapewnia wiele korzyści podatkowych. Tego typu podmioty mogą liczyć na częściowe lub całkowite zwolnienie z niektórych podatków. W Polsce możliwe jest zwolnienie fundacji z części podatku dochodowego, o ile jej celem statutowym jest działalność naukowa, naukowo-techniczna, oświatowa, ochrony środowiska, ochrony zdrowia i pomocy społecznej. Fundacja nie zapłaci również podatku od spadków i darowizn, jeżeli otrzymuje jedynie rzeczy ruchome lub prawa majątkowe. W Liechtensteinie zaś ustanowiono jednolitą stawkę podatku dochodowego dla fundacji wynoszącą 1 tys. CHF rocznie.

Warto też zwrócić uwagę na rozwiązania zastosowane w innych krajach. W Austrii zwolnieniu z podatku dochodowego podlega dywidenda przekazywana przez spółkę austriacką fundacji prywatnej. Szukając dalej, w Panamie beneficjenci fundacji nie figurują w żadnych aktach urzędów. Państwo to nie nakłada również na nich żadnych obciążeń podatkowych.

Łatwe zarządzanie fundacją prywatną

Po szóste, zarządzanie fundacją prywatną jest bardzo proste. Można nią bez problemu administrować z drugiego końca świata. Utrzymanie formalnej siedziby jest – wbrew pozorom – stosunkowo tanie. Nieuciążliwe są również wszelkie opłaty związane z rejestracjami i funkcjonowaniem fundacji za granicą. Nie ma także ograniczeń co do udzielania pełnomocnictw upoważniających do zarządzania całym majątkiem firmy – wystarczy notarialne pełnomocnictwo. Z kolei tworząc fundację prywatną w Liechtensteinie, nie trzeba nawet lokować majątku w tym kraju (państwie siedziby). Można skorzystać np. z usług bankowości szwajcarskiej lub austriackiej.

Fundacja prywatna a efektywne zarządzanie majątkiem przedsiębiorstwa

Niewątpliwie założenie fundacji prywatnej w celu ochrony majątku przedsiębiorstwa niesie za sobą wiele korzyści. Istotne jest nie tylko to, że fundacja pozwoli na swobodniejsze bieżące zarządzanie aktywami, ale również to, że zapewnia ona płynność sukcesji i minimalizuje ryzyko rozdrobnienia majątku po śmierci przedsiębiorcy. Dodatkowo fundacja gwarantuje swoisty parasol ochronny przeciwko wierzycielom spółki, ponieważ pozwala przedsiębiorcy na zachowanie anonimowości. Jej prowadzenie wiąże się również z udogodnieniami w sferze podatkowej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Branża piwna podsumowała 2017 rok

Zawirowania prawne, niekorzystna aura, brak dużych wydarzeń sportowych – te wszystkie czynniki sprawiły, że ubiegły rok przyniósł branży piwowarskiej wiele wyzwań. Choć Polacy kupili mniej piwa niż w 2016 r., chętnie sięgali po droższe i bardziej wyszukane jego warianty. Najszybciej rósł segment piwnych specjalności oraz piw bezalkoholowych. Piwo pozostaje jedną z kluczowych kategorii dla handlu, w szczególności dla małych, tradycyjnych sklepów, które są najważniejszym kanałem jego sprzedaży.

Piwo to w dalszym ciągu największa wartościowo kategoria spożywcza w koszyku zakupów. Podobnie jak w poprzednich latach, w 2017 r. Polacy najchętniej kupowali je w sklepach do 300 m2. Za ich pośrednictwem do konsumentów trafiły dwa z trzech sprzedanych piw (64 proc.) – Na każde sto złotych wydanych w małym sklepie do 40 m2, 28 zł przypadło na zakup piwa – mówi Agata Lorenc, Client Director w firmie Nielsen. – Na rynku wciąż obowiązuje zasada, że im mniejsza jest powierzchnia placówki handlowej, tym większe jest znaczenie piwa – podkreśla.

Z danych Nielsena wynika, że w ubiegłym roku rynek piwa odnotował nieznaczny spadek sprzedaży – ilościowo o 2,4 proc., wartościowo o 1,3 proc. – Konsumenci kupili mniej piwa, ale na to, które trafiło do ich koszyków byli skłonni wydać więcej, stąd spadek wartości sprzedaży był mniejszy niż spadek jej wolumenu – wyjaśnia Agata Lorenc.

W 2017 roku najbardziej poszybowała w górę sprzedaż piw bezalkoholowych (22,9 proc.) oraz specjalności (16,9 proc.), co potwierdza, że obserwowane od kilku lat trendy – poszukiwanie różnorodności oraz odwrót od piw mocnych – na dobre zadomowiły się na polskim rynku piwa. Nowym zjawiskiem jest natomiast wzrost popularności lagerów o obniżonej zawartości alkoholu. W ciągu minionych 12 miesięcy Polacy wydali na nie o 20 mln zł więcej niż w roku 2016. – Od kilku sezonów obserwujemy niesłabnące zainteresowanie konsumentów piwami „lekkimi” oraz bezalkoholowymi. Te drugie nie mają sobie równych, jeśli chodzi o dynamikę wzrostu – mówi Andrew Highcock, Prezes Zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie. – To  efekt obserwowanego od pewnego czasu trendu odchodzenia konsumentów od mocnych trunków, co wynika z coraz silniejszego dążenia Polaków do  prowadzenia zrównoważonego stylu życia, którego częścią jest umiarkowana konsumpcja alkoholu – dodaje. Im mocniej konsumenci rozglądają się za piwami niskoprocentowymi, tym bardziej na znaczeniu tracą piwa mocne. W ubiegłym roku najbardziej znaczący spadek wartości (6,2 proc.) odnotował właśnie ten segment piwnego rynku.

Gospodarka z piwną pianką

Polskie browary w dalszym ciągu zajmują mocną pozycję na europejskim rynku. Według danych pochodzących z najnowszego raportu Beer Statistics, Polska jest trzecim – po Wielkiej Brytanii i Niemczech – producentem piwa w Europie. Co dziesiąta butelka kontynentalnego trunku warzona jest nad Wisłą. Na tle innych krajów rodzime browary generują dość wysokie, bo liczące 10 tysięcy etatów, zatrudnienie bezpośrednie. Większą liczbę pracowników zatrudniają tylko browary w Niemczech (27 200) oraz Wielkiej Brytanii (14 300). Liczba miejsc pracy tworzonych przez browary w sektorach powiązanych z dystrybucją i sprzedażą piwa wielokrotnie przewyższa zatrudnienie bezpośrednie, co czyni przemysł piwowarski największym pracodawcą wśród branż alkoholowych w Polsce. Oprócz tworzenia miejsc pracy przemysł piwowarski generuje także znaczne przychody do budżetu państwa. Z tytułu podatków odprowadzanych przez browary Skarb Państwa zyskuje rocznie około 10 mld złotych.

Piwowarzy liczą na stabilne prawo

Obecna sytuacja na polskim rynku piwa wskazuje, że stał się on rynkiem dojrzałym, nasyconym i bardzo konkurencyjnym. Konsumpcja od kilku lat jest stabilna, a wahania ilości i wartości sprzedaży – niewielkie. Biorąc pod uwagę nasycenie rynku oraz negatywne trendy demograficzne można przewidywać, że w najbliższych latach konsumpcja pozostanie na stabilnym poziomie. – W obliczu  prognoz dla rynku piwa kluczową kwestią jest zachowanie stabilnego otoczenia regulacyjnego, pozwalającego na wykorzystanie wolnych mocy produkcyjnych i rozwój sektora. Jest to warunek niezbędny, aby branża mogła pozostać stabilnym kontrybutorem wartości dla gospodarki krajowej – podkreśla Bartłomiej Morzycki, Dyrektor Generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego Browary Polskie.

Pozytywnym impulsem dla przemysłu piwowarskiego mogą okazać się tegoroczne piłkarskie mistrzostwa świata, ponieważ tego typu wydarzeniom zazwyczaj towarzyszy wzrost konsumpcji. Piwowarzy liczą również na dobrą pogodę, bo – jak mówią – sprzyjająca aura jest najlepszym dyrektorem sprzedaży.

Źródło: Nielsen, Panel Handlu Detalicznego, Cała Polska  (jako suma rynków: Hipermarkety, Supermarkety bez Dyskontów, Dyskonty, Duże, Średnie i Małe sklepy spożywcze, Sklepy winno-cukiernicze, Stacje benzynowe), Piwo, sprzedaż wolumenowa i wartościowa, 2017 rok.

W oczekiwaniu na wystąpienie nowego szefa Fedu

W poniedziałek amerykański dolar umacniał się wobec większości swoich rywali. Miało to miejsce przed dzisiejszym pierwszym wystąpieniem nowego prezesa Rezerwy Federalnej Jerome Powella, który przed Komisją ds. Usług Finansowych Izby Reprezentantów przedstawi półroczny raport nt. polityki monetarnej. Analitycy rynkowi i inwestorzy mają nadzieję poznać bliższe informacje ma temat tego, ile razy (trzy czy cztery) w tym roku zostaną jeszcze podniesione stopy procentowe. Z kolei po wystąpieniu szefa EBC Mario Draghiego przed komisją Parlamentu Europejskiego, w którym mówił, że gospodarka strefy euro potrzebuje dalszych bodźców, euro traciło na wartości, jednak potem odrobiło straty.

Waluty

W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do euro (-0,06%), a zyskuje do brytyjskiego funta (+0,35%), dolara kanadyjskiego (+0,45%), dolara australijskiego (+0,34%) oraz japońskiego jena (+0,32%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,233, GBP/USD – 1,397, USD/CAD – 1,268, AUD/USD – 0,785 i USD/JPY – 106,9. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,44%) i kurs EUR/JPY wynosi 131,8, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,883. Złotówka umacnia się do innych walut światowych. We wtorek rano dolar kosztuje 3,38 zł, euro – poniżej 4,17 zł, funt – 4,72 zł, a frank szwajcarski – 3,61 zł.

Giełdy

Na światowych giełdach nadal przewaga koloru zielonego. W poniedziałek w Europie londyński indeks FTSE 100 zyskał 0,62%, frankfurcki indeks DAX – 0,35%, a paryski indeks CAC 40 – 0,51%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 wzrósł o 1,18%, meksykański indeks Bolsa spadł o 0,37%, a brazylijski indeks Bovespa podniósł się o 0,41%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei zyskał 1,07%, indeks Shanghai Composite spadł o 1,13%, a hongkoński indeks Hang Seng stracił 0,83%.

Ropa i złoto

Ceny ropy naftowej kontynuują wzrosty. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 67,5 USD (+0,28%), a ropy WTI – 63,91 USD (+0,56%). Roczna prognoza ceny baryłki ropy pozostaje na poziomie 73 USD. Z kolei złoto po wcześniejszych wzrostach traci na wartości. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1333 USD. To 6 USD mniej (-0,45%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 10:00 – Strefa euro – Podaż pieniądza M3 (r/r), styczeń (prognoza 4,6%)
  • 14:00 – Niemcy – Inflacja CPI (r/r), luty (prognoza 1,5%)
  • 14:00 – Węgry – Decyzja ws. stóp procentowych, luty
  • 14:30 – USA – Zamówienia na dobra bez środków transportu (m/m), styczeń (prognoza 0,4%)
  • 14:30 – USA – Zamówienia na dobra trwałego użytku (m/m), styczeń (prognoza -2%)
  • 14:30 – USA – Saldo obrotów towarowych, styczeń (prognoza -72,3 mld USD)
  • 14:30 – USA – Publikacja tekstu wystąpienia prezesa Fed
  • 15:00 – USA – Indeks S&P/Case-Shiller (r/r), grudzień (prognoza 6%)
  • 16:00 – USA – wystąpienie prezesa Fedu przed Komisją ds. Usług Finansowych Izby Reprezentantów
  • 16:00 – USA – Indeks zaufania konsumentów – Conference Board, luty (prognoza 126,6 pkt.)
  • 16:00 – USA – Indeks Fed z Richmond, luty (prognoza 15 pkt.)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Delegować czy uczestniczyć – jaki styl kierowania najlepiej sprawdzi się w twojej firmie?

Niektórzy z nas działają sprawniej, gdy szef szczegółowo określa to, jakie zadania mamy do wykonania i jak należy się z nimi zmierzyć. Inni z kolei wolą, kiedy przełożony przekazuje jedynie ogólne wytyczne czy pomysły, minimalizując czas kontaktu z pracownikami w trakcie wykonywania przez nich ich zawodowych obowiązków. Umiejętne dopasowanie stylu kierowania do zespołu w znaczący sposób wpływa na efektywność i atmosferę w firmie. Który najlepiej sprawdzi się w twojej – instruktażowy, konsultacyjny, uczestniczący, a może delegujący? 

Styl kierowania zależy przede wszystkim od tego, z jakim zespołem mamy do czynienia – pod uwagę trzeba wziąć to, na jakim jest on etapie formowania bądź rozwoju oraz jakie zadania przed nim stoją. Na każdą taką strategię składa się pewien „pakiet” zachowań i sposobów postępowania lidera, które niosą za sobą określone konsekwencje – szanse, ale też zagrożenia. Jeśli zostanie ona dopasowana do grupy, jaką się zarządza, oraz jej potrzeb, menedżer będzie przez jej członków oceniany pozytywnie, a oni sami będą działać skutecznie, realizując wyznaczone cele.

Najpierw szczegółowe instrukcje

Jeśli członkowie zespołu nie posiadają jeszcze określonych umiejętności i dopiero je nabywają albo mierzą się z zadaniem zupełnie dla nich nowym i z tego powodu nie są zdolni do tego, by przejąć za nie pełną odpowiedzialność, wówczas warto zastosować instruktażowy styl kierowania – radzi Michał Brywczyński, trener biznesu z Integra Consulting Poland. W takim przypadku świadomy przełożony bardzo precyzyjnie określa swoje oczekiwania względem zarówno efektu działań podwładnych, jak również przekazuje szczegółowe instrukcje, w których wskazuje, w jaki sposób poszczególne obowiązki powinny być wykonywane, a nawet ile czasu należy na nie poświęcić. – Warto mieć na uwadze to, że taki styl zarządzania może być czasem postrzegany negatywnie – choćby dlatego, że szef skupia się na zadaniach i celach, natomiast sprawą drugorzędną są dla niego relacje między nim a członkami zespołu, a także pomiędzy samymi pracownikami. Przekazywanie każdorazowo szczegółowych instrukcji może też sprawić, że menedżer będzie postrzegany jako „ten, który zawsze wie lepiej”. Dobrze mieć świadomość takich zagrożeń i aktywnie minimalizować ryzyko ich wystąpienia – zwraca uwagę Michał Brywczyński.

Kiedy więcej swobody?

Z czasem lider lepiej poznaje członków swojego zespołu i ma do nich coraz większe zaufanie. Oni sami zyskują z kolei podstawowe zawodowe umiejętności, znają też już cele i zasady swojej pracy, a do tego coraz częściej współpracują ze sobą realizując poszczególne zadania. Wówczas najbardziej efektywne staje się kierowanie nimi w sposób konsultacyjny. – W takim przypadku przełożony również dokładnie określa swoje oczekiwania względem podwładnych oraz wyjaśnia, jaki zakres czynności jest do wykonania, ale jednocześnie daje im większą samodzielność w zakresie chociażby wyboru metod wykonania obowiązków – tłumaczy Michał Brywczyński z Integra Consulting Poland. – Szef kierujący pracownikami w sposób konsultacyjny co prawda podejmuje ostateczne decyzje samodzielnie, ale najpierw rozmawia o możliwych opcjach działania z podwładnymi. To istotne także dlatego, że w ten sposób wzmacnia ich zaangażowanie i buduje u nich poczucie sensu zadań, które wykonują – dodaje. Na tym etapie rozwoju zespołu bardzo ważne jest włączenie aktywności wspierających relacje zarówno wewnątrz niego, jaki z przełożonym, takich jak choćby docenianie wysiłku, a nie tylko rezultatu. Właściwe przeprowadzenie podwładnych przez tę fazę pozwala na zbudowanie nie tylko kompetencji, ale też silnej motywacji do dalszego doskonalenia. Warto także pamiętać, że w ramach samych konsultacji bardzo ważne jest zadbanie przez menedżera o to, by pracownicy nie mieli wrażenia, że na przykład przy podejmowaniu decyzji ulega on naciskom najsilniejszych członków grupy.

Czas na uczestnictwo

Gdy zespół posiada duże doświadczenie i niezbędne zawodowe umiejętności, czas przejść na styl kierowania nazywany uczestniczącym. Zakłada on, że przełożony nadal wspiera pracowników w realizacji obowiązków, ale z tą różnicą, że zwykle wyznacza ogólny kierunek działania, a określenie szczegółowych zadań pozostawia już po stronie zespołu. – Relacje w takiej grupie oraz na linii pracownicy – szef są bezpośrednie i oparte w dużej mierze na wzajemnym zaufaniu. Większość decyzji podejmowanych jest wspólnie, co motywuje i integruje. Warto mieć na uwadze, że współpraca z zespołem na tym etapie rozwoju wiąże się z faktem, iż podwładni mają swój współudział w sukcesach, ale w przypadku niepowodzeń także są obarczani za nie odpowiedzialnością – podkreśla Michał Brywczyński z Integra Consulting Poland. Taki styl zarządzania – podobnie jak pozostałe – również wiąże się z pewnymi zagrożeniami, których świadomość powinien mieć przełożony. Może bowiem spotkać się z zarzutami, że skupia się na kreowaniu wizerunku dobrego kumpla, a w podejmowaniu decyzji kieruje się swoimi sympatiami i chęcią zachowania status quo.

Deleguję, nie ingeruję

W miarę jak podwładni stają się w swoich działaniach bardziej samodzielni i zyskują coraz większą wiarę w swoje umiejętności, menedżer chcący ich dalej skutecznie motywować, powinien ograniczyć swoją rolę do tej wyznaczonej poprzez delegujący styl kierowania. – Oznacza to obdarzenie przez niego pracowników bardzo dużą dozą zaufania i skupienie się na wyniku realizacji zadań, nie na sposobie ich wykonania – zaznacza Michał Brywczyński z Integra Consulting Poland. – Ważną umiejętnością szefa na tym poziomie jest umiejętność delegowania nie tylko zadań, ale też uprawnień koniecznych do ich wykonania. Styl delegujący wiąże się także ze zminimalizowaniem czasu kontaktu lidera z zespołem i ograniczeniem się jedynie do okoliczności delegowania zadań, a następnie omawiania rezultatów ich wykonania, bez ingerowania w międzyczasie w pracę podwładnych – pamiętajmy, że w tym przypadku dla przełożonego to efekty, a nie sposób wykonywania obowiązków, są kluczowe – dodaje. Gdy w takich warunkach zespół nie działa efektywnie, istnieje niebezpieczeństwo, że szefowi zostanie zarzucony brak zainteresowania pracownikami i ich zadaniami, a także przerzucanie na nich całej odpowiedzialności. Dużym wyzwaniem cały czas pozostaje umiejętność takiej pracy z dystansem wobec podwładnych, żeby zapewnić im odpowiednią wolność decydowania, a jednocześnie zadbać o to, by w razie trudności mieli możliwość kontaktu z przełożonym.

Wybór odpowiedniego stylu kierowania zespołem to często klucz do utrzymania jego rosnącej efektywności z jednoczesnym dbaniem o budowanie trwałej wewnętrznej motywacji jego członków. W wielu polskich firmach wciąż trudną do przyjęcia jest perspektywa, że dobry szef potrafi doprowadzić pracowników do takiego poziomu działania, na którym ludzie mogą się obywać bez przełożonego.

Giełdy odrabiają straty. Mniej sprzedanych domów w USA

Po spadkach z przełomu stycznia i lutego giełdy odrabiają straty. Najlepiej idzie na razie amerykańskim indeksom korzystającym na słabym dolarze. Dane o sprzedaży nowych domów w USA wyraźnie poniżej oczekiwań.

Giełdy w USA silniejsze niż w Europie

Od końca stycznia do początku lutego na giełdach obserwowaliśmy silną przecenę. Główne indeksy zarówno w Europie jak i w USA spadły o ponad 10%. Od tego momentu inwestorzy skuszeni niższymi cenami ponownie podkupują walory. Najszybciej odbija giełda w USA, gdzie S&P odrobił już ponad ⅔ spadków. W Europie nie jest aż tak dobrze. WIG20 właściwie się nie odbił i wciąż znajduje się blisko minimów. Giełdy zachodnie powoli odrabiają jednak straty. Niemiecki DAX od swoich miniumów wzrósł już niemal ⅓ korekty, z kolei francuski CAC ponad połowę. Warto zwrócić uwagę, że pomimo wspomnianych spadków analitycy właściwie nie zmieniają prognoz końcoworocznych dla głównych indeksów. Oznacza to, że wierzą oni w dalsze silne wzrosty na światowych giełdach. Na korzyść amerykańskich indeksów podziałał słabnący dolar powodujący, że tamtejsze akcje okazały się relatywnie tańsze.

Słabsze dane z amerykańskiego rynku nieruchomości

Wczoraj poznaliśmy dane na temat sprzedaży nowych domów w USA. Wynik 593 tysiące był negatywnym zaskoczeniem, gdyż oczekiwano 52 tysięcy więcej sprzedanych sztuk. Dane te jednak nie spowodowały większej zmienności na rynkach. Im dłużej od kryzysu tym informacje z rynku nieruchomości mają mniejszy wpływ na rynki. Duży wpływ tych odczytów był historycznie związany z genezą kryzysu z 2008 roku, który to był silnie związany z kredytami hipotecznymi. To właśnie problemy z obsługą tych nieodpowiednio zabezpieczonych kredytów były jednym z powodów problemów, z którymi borykamy się już niemal od dekady.

Dzisiaj kalendarz danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 14:00 – Niemcy – inflacja konsumencka,
  • 14:30 – USA – zamówienia na dobra

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

W rekrutacji wygrywają pieniądze

Portal Praca.pl postanowił zapytać użytkowników o motywacje do przyjęcia oferty pracy. Co jest najważniejsze dla Polaków? Na pierwszym miejscu znalazło się wynagrodzenie, wskazane przez 43% ankietowanych. Przewaga tego czynnika w stosunku do innych jest miażdżąca. Drugie miejsce na podium należy do lokalizacji miejsca pracy, ale preferujących tę motywację jest blisko czterokrotnie mniej – 11%. Podobna liczba osób (blisko 11% ogółu) wskazała, że przyjmie ofertę pracy, która umożliwi rozwój lub awans.

Dla 7% badanych istotni przy podejmowaniu decyzji o zmianie pracy są też ludzie, z którymi będą pracować. Atmosfera w pracy ma duże znaczenie dla Polaków. Badanie Praca.pl z listopada 2017 roku pokazało, że 20% użytkowników portalu lubi swoją pracę za ludźmi, z którymi pracuje.

A co jest najmniej ważne?

Badanie pokazało, że najmniejsze znaczenie przy podejmowaniu decyzji o przyjęciu oferty pracy mają benefity – jedynie 3 na 500 ankietowanych zdecydowało się na zaznaczenie tej odpowiedzi. Mało ważne okazują się też elastyczne warunki pracy, które otrzymały zaledwie 1% wszystkich głosów, natomiast na ważności, szczególnie wśród młodych osób, zyskują elastyczne godziny pracy, prawie 6% wybrało tę odpowiedź.

Dzisiejsza rzeczywistość zachęca do zmiany pracy, daje również nadzieję tym, którzy pracy nie mogą znaleźć już długo. Eksperci prognozują, że ze względu na wzmożone poszukiwania pracowników, a co za tym idzie coraz atrakcyjniejsze oferty pracy i większy nacisk na politykę employer brandingową, pracownicy chętniej będą podejmować decyzję o zmianie pracy.

Jeśli wynagrodzenia będę rosły zgodnie z przewidywaniami, to ta motywacja do podjęcia pracy będzie tracić na wartości, na rzecz bardziej indywidualnych potrzeb. Pracodawcy w branżach, które poszukują mocno wyspecjalizowanych pracowników, coraz częściej konkurują o nich właśnie benefitami czy elastycznymi godzinami pracy, ponieważ argument finansowy przestaje być wystarczający.

Warto pamiętać jednak, że rynek pracy obejmuje różne branże, nie tylko IT. Pracy szukają nie tylko wysoko wykwalifikowani specjaliści i nie tylko w dużych miastach. W obszarze administracji biurowej notujemy średnio ponad 35 aplikacji na jedno ogłoszenie o pracę. Tak więc to kandydaci konkurują między sobą, pracodawcy nie muszą o nich zabiegać w tak kreatywny sposób jak w branżach, w których są problemy z zapełnieniem wakatów. Jedyne różnice w ofertach pracy dotyczą więc wysokości wynagrodzenia i to ono może skusić lub zniechęcić kandydata.

Podpisanie listu intencyjnego w sprawie przejęcia Grupy LOTOS S.A. przez PKN ORLEN S.A.

Reprezentujący Skarb Państwa Minister Energii Krzysztof Tchórzewski oraz Prezes PKN ORLEN S.A. Daniel Obajtek podpisali w dniu 27.02.2018 r. list intencyjny w sprawie rozpoczęcia procesu przejęcia kontroli kapitałowej przez PKN ORLEN S.A. nad Grupą LOTOS S.A.

Podpisując list intencyjny, PKN ORLEN S.A. i Skarb Państwa zobowiązały się do podjęcia w dobrej wierze rozmów, których celem będzie przeprowadzenie transakcji rozumianej jako nabycie przez PKN ORLEN S.A. bezpośrednio lub pośrednio minimum 53% udziału w kapitale zakładowym Grupy LOTOS S.A. Transakcja zakłada nabycie przez PKN ORLEN S.A. akcji Grupy LOTOS S.A. od jej akcjonariuszy, w tym w szczególności od Skarbu Państwa, przy zachowaniu wymogów wynikających z przepisów ustawy z dnia 29 lipca 2005 r. o ofercie publicznej i warunkach wprowadzania instrumentów finansowych do zorganizowanego systemu obrotu oraz o spółkach publicznych.

Koncepcja połączenia PKN ORLEN i Grupy LOTOS jest obecna w sferze gospodarczej od kilkunastu lat, zabrakło jednak determinacji aby ten proces zrealizować. Może dlatego, że tak ważna decyzja biznesowa rozpatrywana była głównie w kategorii emocji, a nie twardych faktów i liczb – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN. – Procesy konsolidacyjne na tym rynku trwają od wielu lat i żeby być konkurencyjnym musimy nadrobić zaległości i być gotowym na nowe stojące przed branżą wyzwania. Skonsolidowany koncern może lepiej konkurować na otwartym rynku europejskim.
Model przygotowywanej transakcji, harmonogram oraz szczegółowe zasady jej realizacji wymagają przeprowadzenia szczegółowych analiz i będą obecnie wypracowywane – dodał Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Zgodnie z założeniami stron listu intencyjnego, celem Transakcji jest stworzenie silnego, zintegrowanego koncernu zdolnego do lepszego konkurowania w wymiarze międzynarodowym, odpornego na wahania rynkowe, m. in. poprzez wykorzystanie synergii operacyjnych i kosztowych pomiędzy PKN ORLEN i Grupą LOTOS.

Budowa silnego, zintegrowanego koncernu paliwowo-petrochemicznego to decyzja biznesowa niezbędna z kilku perspektyw: przyszłości biznesowej obu firm, budowania wartości firmy dla akcjonariuszy, bezpieczeństwa energetycznego Polski, ale również interesu klientów indywidualnych. Ta świadomość powoduje, że mamy pełną determinację aby ten proces sprawnie i skutecznie przeprowadzić – przy wsparciu Skarbu Państwa jako kluczowego akcjonariusza a jednocześnie przy poszanowaniu praw wszystkich akcjonariuszy i z troską o pracowników – dodaje Prezes Obajtek. – Podpisanie listu intencyjnego to przejście od trwającej wiele lat fazy planów i pomysłów do realizacji. Ze względów formalnych, m.in. konieczności uzyskania niezbędnych zgód, ten proces potrwa około roku. Zamierzamy zachowywać pełną transparentność i o kolejnych krokach będziemy na bieżąco informować wszystkich zainteresowanych interesariuszy – podkreśla Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Przeprowadzenie Transakcji będzie możliwe m. in. po uzyskaniu zgód korporacyjnych oraz zgód odpowiednich organów ochrony konkurencji na dokonanie koncentracji.

Rynki czekają na przemówienie nowego szefa FED

Roman Ziruk - Ebury
Roman Ziruk, Ebury Polska

Bieżący tydzień jest dość obfity w istotne przemówienia członków banków centralnych. Wczoraj głos zabierał Mario Draghi oraz kilku członków amerykańskiego FOMC, dziś po południu przed Kongresem przemawiać będzie Jerome Powell, nowy prezes FED. 

Rynki finansowe mogą reagować na ton dzisiejszego przemówienia Powella – optymistyczny komentarz, sugerujący możliwość szybszego zacieśniania polityki monetarnej mógłby wesprzeć dolara amerykańskiego, który w parze z euro w minionym tygodniu znalazł się w dolnej części przedziału 1,23 – 1,255, w którym utrzymywał się od miesiąca.

Inwestorzy oczekują, że polityka Powella będzie zbliżona do tej prowadzonej przez Janet Yellen. Ostatnie zmiany otoczenia gospodarczego oraz nieco inny rozkład głosów w Radzie (w 2018 r. więcej bezpośrednich decydentów to jastrzębie) sugerują, iż w 2018 r. może czekać nas jednak nieco więcej podwyżek stóp procentowych niż rok temu.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY  

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek osłabił się o 0,2%, wahając się w widełkach 4,16 – 4,18.  We wczorajszej wypowiedzi Mario Draghi powtórzył swój standardowy komunikat. Prezes EBC uznaje, że gospodarki krajów strefy euro notują ożywienie, jednocześnie póki co nie ma przekonujących sygnałów sugerujących wyraźny wzrost inflacji bazowej. Przemówienie nie miało zbyt dużego wpływu na kurs wspólnej waluty.

Dzisiejsze dane makroekonomiczne ze strefy euro pokazują, że dobre nastroje zarówno biznesu, jak i konsumentów utrzymują się. Wyniki za bieżący miesiąc były lepsze niż styczniowe, a te z ubiegłego miesiąca zostały zaktualizowane w górę.

GBP

Kurs GBP/PLN  w poniedziałek osłabił się o 0,3%, wahając się w widełkach 4,72 – 4,75. Wczorajsza wypowiedź Jona Cunliffe, którą można odczytywać jako neutralną/optymistyczną przeszła bez większego echa. Nie wsparła brytyjskiej waluty, która dzień zakończyła spadkami w relacji do głównych walut i złotego.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek osłabił się o 0,4%, wahając się w widełkach 3,37 – 3,40.  Wczorajsze dane z amerykańskiego rynku nieruchomości rozczarowały. Dynamika sprzedaży nowych domów w styczniu była ujemna i wyniosła -7,2% w relacji do poprzedniego miesiąca, wobec oczekiwań na poziomie +3,2%.

We wczorajszej wypowiedzi James Bullard był dość ostrożny. Bullard obawia się „pójścia zbyt daleko, zbyt szybko [w kwestii stóp]”, chyba, że dane gospodarcze będą wspierały takie działania”. Randal Quarles z kolei stwierdził, iż dalsze, stopniowe podwyżki stóp procentowych będą „odpowiednie”.

Dziś poznamy dane o zamówieniach środków trwałych w USA w styczniu oraz indeks Conference Board opisujący nastroje panujące wśród amerykańskich konsumentów w lutym. Uwagę inwestorów powinien przyciągnąć  jednak przede wszystkim nowy prezes FED, Jerome Powell, który będzie przemawiał przed Kongresem. Pierwsze wystąpienie nowego szefa Rezerwy Federalnej oceniane jest jako wydarzenie znaczące i może nadać ton przyszłym działaniom banku, wobec którego inwestorzy zaczęli mieć coraz większe oczekiwania.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:00 – wstępne szacunki inflacji CPI w Niemczech w lutym
  • 14:30/16:00 – przemawia Jerome Powell, prezes Rezerwy Federalnej
  • 14:30 – zamówienia środków trwałych w USA w styczniu
  • 16:00 – indeks Conference Board opisujący nastroje amerykańskich konsumentów w lutym

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Europejski Trybunał Praw Człowieka: kiedy nieruchomość „dyskryminuje” niepełnosprawnych

Jacek Kosiński, Partner zarządzający w kancelarii Jacek Kosiński Adwokaci i Radcowie Prawni
Jacek Kosiński, Partner zarządzający w kancelarii Jacek Kosiński Adwokaci i Radcowie Prawni

W Polsce żyje kilka milionów osób niepełnosprawnych. Nieruchomości muszą być dostosowane do ich potrzeb w zakresie przewidzianym prawem, ale istnieje także szereg opcjonalnych rozwiązań, które inwestorzy mogą włączyć do realizowanego projektu. Takie działania nabierają znaczenia w kontekście niedawnego wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie niepełnosprawnego studenta występującemu przeciwko Turcji.

Stworzenie odpowiedniej infrastruktury dla potrzeb osób niepełnosprawnych, których w Polsce żyje kilka milionów, to ważne zadanie stojące przez projektantami różnego rodzaju budynków i miejsc publicznych. Zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa budowlanego obiekt budowlany i związane z nim urządzenia należy projektować i budować w taki sposób, aby osoby niepełnosprawne – a zwłaszcza poruszające się na wózkach inwalidzkich – mogły korzystać z obiektów użyteczności publicznej i mieszkaniowego budownictwa wielorodzinnego. Jednak po orzeczeniu Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z 30 stycznia br. w sprawie Enver Şahin przeciwko Turcji standard ochrony praw osób niepełnosprawnych znacząco wzrósł, co stanowi wyzwanie nie tylko dla wznoszących nowe budynki.

Sprawa Enver Şahin przeciwko Turcji

Obywatel Turcji, Enver Şahin, będąc studentem pierwszego roku mechaniki na jednym z tureckich uniwersytetów uległ wypadkowi, w wyniku którego jego lewe ramię zostało sparaliżowane. Niestety w budynku jego uczelni nie było jakichkolwiek udogodnień dla osób niepełnosprawnych, stąd Şahin nie mógł wrócić do zajęć akademickich do czasu odzyskania pełnej sprawności. W 2007 r. zwrócił się on do rektora uczelni o dostosowanie budynku do potrzeb osób niepełnosprawnych, jednak prośba ta spotkała się z odmową. Władze uczelni odpowiedziały, że z powodów finansowych nie są w stanie stworzyć odpowiedniej infrastruktury, zaproponowały jednak skarżącemu zapewnienie mu podczas zajęć osoby do pomocy. Şahin nie przystał na tę propozycję twierdząc, że ciągła obecność osoby trzeciej naruszałaby jego prywatność. W postępowaniu przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka skarżący zarzucił, że władze uczelni poprzez niedostosowanie budynku do potrzeb osób niepełnosprawnych naruszyły zakaz dyskryminacji określony w art. 14 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych Wolności oraz prawo do nauki zapisane w art. 2 protokołu nr 1 do tej Konwencji.

Dostosowanie budynku dla osób niepełnosprawnych a dyskryminacja

Trybunał rozpoznając skargę stwierdził, że w przypadku osób niepełnosprawnych podstawowe znaczenie ma zapewnienie im możliwości prowadzenia samodzielnego, niezależnego życia, które pozwoli im na rozwój i uzyskanie poczucia własnej wartości, godności i wolności osobistej. Trybunał uznał, że rektor składając propozycję zapewnienia skarżącemu osoby do pomocy nie wziął pod uwagę jego potrzeb i indywidualnej sytuacji oraz wpływu ciągłej obecności osoby trzeciej na wolność i godność studenta. Dlatego ETPCz orzekł, że taka pomoc – jako nie gwarantująca samodzielności i autonomii – jest sprzeczna z prawem do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego.

Enver Şahin przed wniesieniem skargi do Trybunału usiłował dochodzić swoich praw na drodze krajowej, odwołując się od decyzji rektora do właściwego sądu administracyjnego. Jednak ten odrzucił jego skargę argumentując, że budynek uczelni został wzniesiony w czasie, gdy tureckie prawo nie przewidywało obowiązku dostosowania budynków użyteczności publicznej do potrzeb osób niepełnosprawnych. Trybunał uznał ten argument za bezzasadny. Analizując postępowanie sądu krajowego stwierdził, że w ogóle nie wziął on pod uwagę interesu skarżącego – jak najszybszego powrotu do nauki na warunkach pozwalających na zachowanie maksymalnej autonomii, na równi z innymi studentami. Trybunał wytknął też sądowi krajowemu, że ten nie dokonał analizy sprzecznych interesów zachodzących w sprawie oraz możliwych sposobów ich pogodzenia.

Omawiany wyrok ma niezwykle doniosłe znaczenie dla wielu aspektów praktyki stosowania przepisów prawa budowalnego dotyczących konieczności przygotowywania udogodnień dla osób niepełnosprawnych. Przede wszystkim Trybunał podkreślił, że stworzenie warunków architektonicznych umożliwiających analogiczny sposób funkcjonowania osób pełnosprawnych i niepełnosprawnych jest podstawowym obowiązkiem władz krajowych. Nie ma przy tym znaczenia, kiedy i na jakich zasadach prawodawstwo państwowe wprowadziło odpowiednie przepisy budowlane. Nawet jeżeli nie dotyczą one budynków wzniesionych przed datą ich wejścia w życie, nie zwalnia to władz z realizacji tego obowiązku. Wyrok Trybunału sytuuje kwestie dostosowania budynków do potrzeb osób niepełnosprawnych na poziomie praw człowieka, które z natury są „pierwotne” wobec prawodawstwa krajowego. Innymi słowy, to jakie zasady budowlane przewidział dany ustawodawca nie ma większego znaczenia – osoba niepełnosprawna w przestrzeni publicznej po prostu musi mieć zapewnione możliwości funkcjonowania na porównywalnych warunkach do osób pełnosprawnych. Warto podkreślić, że w omawianej sprawie skarżący był dotknięty „jedynie” ubytkiem w funkcjonowaniu jednej ręki. Zapewnienie ochrony wyznaczonej przez ETPCz osobom o większym stopniu niepełnosprawności z pewnością byłoby dużo trudniejszym wyzwaniem.

W praktyce orzeczenie to może oznaczać konieczność dostosowania wielu budynków, i to nie tylko tych, które jak dotąd w ogóle nie posiadały udogodnień dla niepełnosprawnych. Wytyczną nie jest tu problem zgodności przyjętych rozwiązań architektonicznych z przepisami prawa budowlanego, ale możliwość zagwarantowania w budynku niepełnosprawnym autonomii pozwalającej im na wolne działanie. Z tego punktu widzenia nawet nowoczesne budynki mogą nie odpowiadać standardom wyznaczonym przez Europejski Trybunał Praw Człowieka.

Jacek Kosiński, Partner zarządzający w kancelarii Jacek Kosiński Adwokaci i Radcowie Prawni

Biura rosną poza stolicą. Rywalizację wygrywają Kraków i Wrocław, z cienia wychodzi Łódź

Warszawa pozostaje biurowym liderem Polski, ale inne miasta zaczynają ją gonić. Na koniec 2017 roku w stolicy było więcej powierzchni biurowych niż w miastach regionalnych łącznie – 5,2 mln mkw. wobec 4,3 mln mkw. Jednak jeśli spojrzymy na  pozostałe dane, Warszawa zostaje w tyle. W ubiegłym roku w regionach przybyło zdecydowanie więcej nowej powierzchni biurowej, a także więcej budynków biurowych znajduje się w budowie. Co więcej, wskaźnik pustostanów na rynkach regionalnych jest znacznie niższy niż w Warszawie (9,9% vs. 11,7%) – tak wynika z raportu CBRE „Regionalny Rynek Biurowy po 4 kw. 2017”. Najwięcej nowych biur buduje się w Krakowie i Wrocławiu, o rynek zaczyna walczyć również Łódź, która tworzy nową strefę biurową.

Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE
Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE

– Warszawa jest ciągle największym rynkiem biurowym w Polsce, ale niedługo zasoby rynków regionalnych mogą dogonić stolicę Polski. Łącznie w miastach regionalnych znajduje się obecnie ponad 4,3 mln mkw. powierzchni biurowej, a duża aktywność zarówno deweloperów, jak i najemców wciąż sprzyja rozwojowi rynku. Inwestorów do miast regionalnych przyciągają przede wszystkim potencjał lokalnego rynku pracy (dobrze wykształceni i wykwalifikowani pracownicy ze znajomością języków obcych) oraz dostępność wysokiej jakości powierzchni biurowej. Dzięki napływowi nowych inwestycji, tworzone są nowe miejsca pracy i poprawia się sytuacja ekonomiczna. Rozwój rynku generują m.in. firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu,  które notują stały wzrost zatrudnienia (15% w 2017 roku)[1]. Potencjał regionalnych rynków biurowych rośnie i nic nie wskazuje na to, aby miało się to zmienić w najbliższym czasie – komentuje Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE.

Regiony kontra stolica

Ubiegły rok dla regionalnego rynku biurowego był rewelacyjny pod kątem aktywności najemców, którzy wynajęli ponad 680 tys. mkw. powierzchni. Firmom podejmującym decyzje o nowym biurze sprzyjała oferta deweloperów, którzy oddali do użytku 460 tys. mkw. nowej powierzchni – w tym samym czasie w Warszawie oddano 275 tys. mkw. powierzchni. Podobnie wyglądają prognozy na 2018 rok. Podczas gdy w miastach regionalnych planowane jest oddanie 641 tys. mkw. powierzchni, w stolicy dwa razy mniej – ponad 266 tys. mkw. powierzchni.

Warszawa, w porównaniu z regionami, na koniec 2017 roku miała również wyższy współczynnik pustostanów – 11,7% w stolicy wobec 9,9% w miastach wojewódzkich. Dodatkowo, w trakcie realizacji są kolejne inwestycje, które zapewnią następne 1,06 miliona mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej w regionach, czyli znacznie więcej niż buduje się obecnie w Warszawie (856 tys. mkw. powierzchni).

Połowa biur w Krakowie i Wrocławiu, Łódź zyskuje na znaczeniu

Kraków już od jakiegoś czasu utrzymuje się na pozycji lidera regionalnego rynku biurowego. To właśnie w tym mieście w 2017 roku odnotowano największy przyrost aż 190 tys. mkw. powierzchni w 18 nowych budynkach. Na drugim miejscu znajduje się Wrocław. Co warto podkreślić, aż 52% budowanej obecnie powierzchni biurowej powstaje właśnie w Krakowie i Wrocławiu. Na uwagę zasługuje również Łódź, która do tej pory była trochę w cieniu innych rynków, ale teraz tworzy swoją nową strefę biurową w okolicy dworca Łodzi Fabrycznej. W minionym roku podaż w tym mieście wzrosła o 22%, a w budowie znajduje się następne 114 tys. mkw. powierzchni biurowej. Popularnością najemców cieszą się również Trójmiasto, Poznań i Lublin. Jedynym miastem, które odnotowało spadek popytu w 2017 roku w porównaniu do lat ubiegłych są Katowice. Zarówno ograniczony wzrost dobrej jakości powierzchni biurowej jak i planowanych projektów przyczyniły się do spadku popytu o 18% w stosunku do roku ubiegłego.

Regiony rosną o budynki premium

Wraz z dojrzewaniem rynku biurowego w Polsce przybywa budynków biurowych klasy A, oferujących coraz szerszą gamę udogodnień dla najemców. Wśród najbardziej wyróżniających się obiektów, które pojawiły się na rynku w 2017 roku i są w całości lub prawie całkowicie wynajęte, znajdują się: DOT Office, Equal BP w Krakowie, Bałtyk w Poznaniu, Green 2Day we Wrocławiu, MBank HQ w Łodzi. W budowie pozostają kolejne warte uwagi obiekty z najwyższej klasy powierzchnią biurową, takie jak Podium Park w Krakowie, Diamentum we Wrocławiu czy Ogrodowa Office w Łodzi.

Transakcje inwestycyjne na biurowych rynkach regionalnych wyprzedzają Warszawę

Jak wynika z danych JLL, wartość transakcji inwestycyjnych w polskim sektorze biurowym w 2017 roku zamknęła się na poziomie ok. 1,6 mld euro. Najwyższą w historii rynku wartość umów kupna/sprzedaży biurowców – ok. 970 mln euro – odnotowały główne miasta poza Warszawą.

Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL
Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Po raz drugi w historii transakcje inwestycyjne na biurowych rynkach regionalnych wyprzedziły Warszawę, osiągając rekordową wartość blisko miliarda euro – czyli o ok. 320 mln euro więcej niż w 2016. Najwyższy wolumen zanotował Kraków, gdzie inwestycje zamknęły się na poziomie 340 mln euro. Na podium znalazł się także Wrocław – ze 180 mln euro i Trójmiasto – 165 mln euro. Biorąc pod uwagę wysoką aktywność najemców i deweloperów w miastach regionalnych, jak też toczące się rozmowy i transakcje oczekujące na finalizację, również ten rok powinien zakończyć się znakomitym wynikiem”, komentuje Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL.

Wśród przykładowych transakcji sfinalizowanych na rynkach regionalnych znalazła się sprzedaż portfolio trzech budynków A4 Business Park, West Gate, Tryton Business House przez Echo Polska Properties na rzecz Griffin Premium RE, sprzedaż kompleksu DOT Office w Krakowie od Grupy BUMA na rzecz Golden Star Estate, sprzedaż poznańskiego biurowca Maraton przez Skanska Property Poland do Union Investment, czy Przystanku mBank w Łodzi przez Ghelamco na rzecz LCN Capital Partners.

„Zakupem nieruchomości biurowych realizowanych na rynkach regionalnych jest zainteresowany zarówno kapitał niemiecki, jak i brytyjski czy amerykański, w pełnym spektrum produktów inwestycyjnych. Fundusze celują w obiekty typu prime, czyli długoterminowo wynajęte, znakomicie zlokalizowane projekty biurowe, jak i takie, które są obarczone większym ryzykiem, ale gwarantują wysoki zwrot z inwestycji. Warto też zauważyć, że różnice w wysokości stóp kapitalizacji między Warszawą a miastami regionalnymi maleją. W ramach rynków regionalnych można wyodrębnić miasta najwyżej wyceniane przez inwestorów – typu Kraków, Wrocław czy Trójmiasto – oraz miasta, które zyskują na popularności i płynności, na przykład Łódź, gdzie ceny nie są jeszcze tak wysokie jak na krakowskim czy wrocławskim rynku”, tłumaczy Tomasz Puch.

Mocnym wynikom inwestycyjnym sprzyja wysoki popyt na powierzchnie biurowe. W 2017 r. w największych miastach (z wyłączeniem Warszawy) popyt sięgnął blisko 675 000 mkw., o 15% więcej niż w roku poprzednim. Aż 201 000 mkw. wynajęto w samym Krakowie.

LS Tech-Homes S.A. kończy 2017 r. z bardzo dobrymi wynikami

LS Tech-Homes S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, zakończyła 2017 r. zyskiem netto w wysokości ponad 1,2 mln zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających blisko 36,2 mln zł. Spółka osiągnęła w minionym roku najlepsze wyniki finansowe w całej swojej historii.

W 4 kw. 2017 r. Emitent zanotował przychody netto ze sprzedaży na poziomie 13,01 mln zł wobec 0,73 mln zł w analogicznym kwartale 2016 r. Wypracowane przez LS Tech-Homes S.A. wyniki finansowe w całym 2017 r. były znacząco lepsze od 2016 r., kiedy to strata netto wyniosła 9,08 mln zł, a przychody netto ze sprzedaży przekroczyły 4,61 mln zł. Osiągnięcie przez Spółkę takiej progresji wynikowej było możliwe dzięki rozbudowie portfela zamówień oraz realizacji pozyskanych kontraktów. Emitent kontynuuje również prowadzenie projektu budowy budynków mieszkalnych w Berlinie. Zarząd LS Tech-Homes S.A. jest zadowolony z wypracowanych przez Spółkę wyników finansowych i będzie dążył do ich jeszcze większej poprawy w kolejnych latach.

„Miniony rok był dla nas bardzo udanym okresem, co potwierdzają nie tylko same wyniki finansowe, ale i wzrost wartości portfela zamówień. Cały czas stawiamy na zwiększanie sprzedaży na rynkach zagranicznych, dążąc tym samym do umacniania pozycji rynkowej w segmencie budownictwa modułowego. Rozwój Spółki z pewnością nie byłby tak dynamiczny, gdyby nie zakończone z sukcesem emisje obligacji, z których pozyskane środki pozwalają nam na realizowanie zagranicznych projektów. Obecnie prowadzimy rozmowy z kolejnymi kontrahentami i mamy nadzieję, że zakończą się one podpisaniem umów.” – podkreśla Mirosław Pasieka, Prezes Zarządu Spółki LS Tech-Homes S.A.

Spółka prowadzi aktywne działania handlowe i cały czas pracuje nad rozbudową portfela zamówień. Rezultatem tych działań było podpisanie protokołów negocjacyjnych z kontrahentami z Niemiec na wyprodukowanie, dostarczenie i zmontowanie domów modułowych wraz z niezbędną infrastrukturą. LS Tech-Homes S.A. oczekuje, że w najbliższych tygodniach negocjacje zostaną zakończone i podjęte zostaną decyzje w zakresie podpisania umów. Obecnie wartość portfela zamówień Emitenta kształtuje się na poziomie ok. 145 mln zł.

LS Tech-Homes S.A. pozyskuje środki na realizację zagranicznych kontraktów m.in. poprzez emisje obligacji. Z przeprowadzonych już 7 emisji obligacji Spółka pozyskała łącznie ponad 28 mln zł. Emitent terminowo reguluje wypłaty odsetek dla Obligatariuszy. W grudniu 2017 r. INTEGRA sp. z o.o. PROPERTY S.K.A. wykonała przysługujące jej prawa z posiadanych warrantów subskrypcyjnych i objęła 966.849 akcji serii J.

Stanowisko Związku Przedsiębiorców i Pracodawców ws. e-zwolnień

Wprowadzenie obowiązkowych e-zwolnień to krok w stronę postępującej informatyzacji służby zdrowia, a to należy ocenić pozytywnie – tak wynika z opublikowanego 27 lutego br. stanowiska Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Od 1 lipca 2018 roku, jedyną obowiązującą formą zwolnienia, będzie zwolnienie elektroniczne. Do tej pory lekarz miał wybór pomiędzy wystawieniem tradycyjnego, papierowego zwolnienia, a wprowadzeniem do systemu informatycznego zwolnienia elektronicznego.

– Z danych, którymi dysponujemy, wynika że lekarze rzadko korzystają z tej możliwości – powiedział Marcin Nowacki, wiceprezes ZPP – W 2016 roku wystawiono prawie 500 tysięcy zwolnień elektronicznych. Może się wydawać, że to spora liczba, ale w tym samym czasie zwolnień papierowych było aż prawie 20 milionów. Te dane dobrze pokazują, jak mało popularnym rozwiązaniem jest w tej chwili elektroniczne zwolnienie.

Aktualnie obowiązujący system, w którym dominującą formą jest wciąż zwolnienie papierowe, ma wiele wad. Przede wszystkim, obieg fizycznych, papierowych dokumentów, pochłania więcej czasu i pracy, niż wymiana informacji w drodze elektronicznej, w ramach której informacja o wystawieniu zwolnienia pojawia się natychmiast w systemie informatycznym. Poza uciążliwością dodatkowych obowiązków formalnych i biurokratycznych, bieżący stan prawny powoduje również daleko idące konsekwencje finansowe, które obciążają przede wszystkim pracodawców. Przedsiębiorcy płacą aż ponad 860 tysięcy złotych rocznie w wypłatach związanych z wystawionymi zwolnieniami obejmującymi okres do 7 dni. To właśnie w ich przypadku skala nadużyć jest największa.

– Zwolnienie lekarskie wystawione w formie papierowej trzeba dostarczyć pracodawcy w terminie 7 dni od jego wystawienia – przypomniał Nowacki. – W związku z tym, zwolnienia obejmujące okres poniżej 7 dni znajdują się de facto poza jakąkolwiek kontrolą. Mamy do czynienia z przypadkami nadużyć w tym zakresie, co prowadzi do tego, że przedsiębiorcy tracą realne pieniądze.

Poza kwestiami finansowymi, w stanowisku zwraca się uwagę na fakt, że przedsiębiorca, uzyskując informację o zwolnieniu natychmiast, będzie w stanie szybciej znaleźć zastępstwo za pracownika nieobecnego z powodu choroby. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla, że popiera wszelkie rozwiązania służące informatyzacji opieki zdrowotnej, w tym również wprowadzenie obowiązkowych elektronicznych zwolnień. Warto zaznaczyć, że e-zwolnienia to jedynie element szerszego pakietu działań, do którego zalicza się również wprowadzanie e-recept. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wyraża nadzieję, że informatyzacja i cyfryzacja polskiej opieki zdrowotnej będzie szła coraz dalej, ponieważ ostatecznie, na rozwiązaniach takich zyskują wszyscy zainteresowani – od lekarzy, którym coraz mniej czasu będzie zajmowało dopełnianie administracyjnych obowiązków, poprzez przedsiębiorców, aż najważniejszych uczestników całego systemu, czyli pacjentów.

Trwa korekta spadkowa rentowności obligacji

Trwa korekta spadkowa rentowności obligacji zarówno w Polsce jak i na rynkach bazowych. Stabilizacja w oczekiwaniu na wystąpienie prezesa Fed Jerome Powell’a nt. stanu amerykańskiej gospodarki. Kurs EURPLN blisko 4,17 przy EURUSD oscylującym wokół 1,23.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Bieżący tydzień złoty rozpoczął dość stabilnie. Podczas sesji europejskiej, utrzymujący się nieco słabszy sentyment do waluty amerykańskiej (EURUSD wzrósł powyżej 1,235) pozwolił EURPLN na konsolidację w rejonach piątkowego zamknięcia przy około 4,17. Poniedziałkowe kalendarium makroekonomiczne było niemal puste. Po południu warto było jedynie rzucić okiem na dane dotyczące sprzedaży nowych domów w USA oraz na indeks Fedu z Dallas. Jednakże z racji, że nie są to kluczowe informacje dla decyzyjności Fed zostały neutralnie przyjęte przez inwestorów. Ci swoją uwagę najprawdopodobniej koncentrowali już na wtorkowym wystąpieniu nowego szefa Rezerwy Federalnej w Kongresie J. Powell’a nt. stanu amerykańskiej gospodarki oraz danych o nastrojach konsumentów Conference Board, z racji że wydatki konsumpcyjne stanowią największy komponent amerykańskiego PKB. Po południu, gołębie wypowiedzi prezesa EBC M. Draghi’ego spowodowały, że notowania euro chwilowo zeszły poniżej 1,23 USD, co jednak nie zmieniło ogólnego obrazu poniedziałkowej sesji walutowej. Kurs EURPLN nadal utrzymywał okolice 4,17.

Rynek zakłada, że J. Powell potwierdzi utrzymanie dotychczasowej polityki monetarnej wskazując na możliwe dalsze podwyżki stóp w USA (bazując na rosnącej inflacji i silnym rynku pracy). Tym samym wydaje się, że utrzymanie dotychczasowej drogi przez Fed powinno wystarczyć, aby oczekiwane przez nas zmiany na rynku FX mogły nasilić się. W rezultacie jastrzębie nastawienie amerykańskiego banku centralnego w kwestii perspektyw dalszych podwyżek stóp procentowych wraz z gołębią postawą EBC będą czynnikami sprzyjającymi zarówno dalszym spadkom kursu EURUSD jak i wzrostom EURPLN. Można zatem oczekiwać, że kurs EURPLN w tym tygodniu powinien ruszyć w kierunku lokalnego szczytu na poziome 4,20, zaś EURUSD ponownie zacznie wyraźniej kierować się w dół, schodząc poniżej 1,23.

Na polskim rynku stopy procentowej kontynuowana jest korekta spadkowa rentowności, która najbardziej widoczna jest na dłuższym końcu krzywej. Papiery 10-letnie znalazły się w poniedziałek o około 3pb niżej niż na piątkowym zamknięciu, a od tegorocznego szczytu odsunęły się już o ponad 20pb. Za takim scenariuszem w dużym stopniu przemawiają czynniki lokalne, wśród których znajduje się niższa podaż obligacji na rynku pierwotnym. Po tym jak w lutym Ministerstwo Finansów sprzedało papiery jedynie za 9,8mld PLN (wobec planu przewidującego do 12mld PLN), marcowa podaż może pozostać na zbliżonym poziomie.

Za kontynuacją korekty spadkowej w Polsce przemawia również odreagowanie instrumentów dłużnych zagranicą. Rentowności 10-letnich papierów amerykańskich zeszły poniżej 2,85%, odsuwając się od szczytów w okolicach 3%. Również w Europie ceny papierów skarbowych odreagowują, wspierane przez gołębią retoryką Mario Draghi’ego. Prezes EBC w poniedziałkowym wystąpienie przed komisją Parlamentu Europejskiej powtórzył, że inflacja musi pokazać bardziej przekonujące sygnały wzrostu. Notowania obligacji w strefie euro na razie nie wykazują nerwowości przed zaplanowanymi na najbliższy weekend wyborami parlamentarnymi we Włoszech, gdzie oprócz rozszerzenia się spreadu obligacji włoskich nad niemieckimi, nie doszło do zauważalnego wzrostu spreadów kredytowych.Trwa korekta spadkowa rentowności obligacji

Autorzy: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek – PKO Bank Polski

Gotowi na cyfryzację? Technologia to za mało

Tylko 17 proc. pracowników w polskich przedsiębiorstwach ma poczucie wysokiej produktywności w pracy. Odsetek ten zdecydowanie rośnie w firmach, gdzie dominuje cyfrowa kultura organizacyjna. Microsoft przeprowadził pierwsze na świecie badania, które analizują wpływ technologii i cyfrowej kultury organizacyjnej na produktywność, innowacyjność, rozwój potencjału pracowników, a także ich poczucie wpływu na organizację. Dane dla Polski pokazują, że w firmach o rozwiniętej kulturze cyfrowej, najwyższą produktywność potwierdza co trzeci badany pracownik (32 proc.), podczas gdy w firmach o słabej kulturze cyfrowej jest to tylko 17 proc. Gotowość cyfrowa organizacji, czyli wspierająca adopcję technologii kultura pracy wyraźnie wzmacniają jej efekt.

Badania zwracają uwagę na znaczenie cyfrowej kultury organizacyjnej w procesie postępującej transformacji cyfrowej przedsiębiorstw. Kultura ta jest rozumiana jako charakterystyczne dla danej organizacji oraz głęboko zakorzenione normy, wartości i kluczowe założenia jej funkcjonowania, które wspierają wykorzystanie technologii do realizacji zadań w najbardziej produktywny sposób.  To środowisko pracy, w którym pracownicy czują się inspirowani przez liderów i menedżerów do wykorzystania potencjału technologii w celu wsparcia ich pracy i rozwoju biznesu. Z badań Microsoft wynika, że jedynie 17 proc. Europejczyków ma poczucie, że pracują w przedsiębiorstwie, gdzie dominuje cyfrowa kultura organizacyjna. W przypadku Polski ten odsetek był jeszcze niższy i sięgnął jedynie 15 proc. odpowiedzi.

W dzisiejszym cyfrowym świecie, instytucje i przesiębiorstwa, niezależnie od wielkości i branży poszukują sposobów na dynamiczny wzrost biznesu oraz jego rozwój. Dla każdej organizacji oznacza to inne wyzwania. Obecnie liderzy nie kwestionują czy cyfryzacja ich przedsiębiorstw jest konieczna, tylko zastanawiają się jak w najlepszy sposób wykorzystać jej potencjał. Nasze badania wyraźnie pokazują, że budowanie kultury cyfrowej wzmacnia efekty zastosowania nowych technologii, a w rezultacie transformację organizacji. Technologia stanowi fundament tej zmiany, jednak kultura organizacyjna i jej otwartość na zmianę i innowacje jest równie istotna” – mówi Agnieszka Rynkowska, członek zarządu polskiego oddziału Microsoft.

Najnowsze badania Microsoft opublikowane w styczniu 2018 r. to pierwsze opracowanie analizujące wzajemny wpływ technologii i ludzi na miejsce pracy – zostały zaprojektowane w celu uzyskania wniosków wspierających decydentów w rozwinięciu potencjału nowoczesnego miejsca pracy. W badaniu wzięło udział 20 tys. pracowników z 21 krajów europejskich, w tym 1000 pracowników z Polski. Reprezentowali oni firmy zatrudniające od 50 do 250+ pracowników.

Technologia to jednak nie wszystko

Badania wskazują, że jedynie 17 proc. pracowników w Polsce czuje się wysoce produktywna w realizacji swoich zadań. Jeszcze bardziej pesymistyczne opinie przedstawili respondenci z firm europejskich, wśród których tylko 11 proc.zadeklarowało wysoką produktywność. Skala pozytywnych odpowiedzi zdecydowanie wzrasta w firmach o wysokiej kulturze cyfrowej. W przypadku polskich respondentów, w firmach o wysokiej kulturze cyfrowej, 32 proc. pracowników ma poczucie bardzo wysokiej produktywności pracy.

Analiza firm o niskim i wysokim stopniu wykorzystania technologii pokazuje niewielki stopień podniesienia produktywności pracowników w związku z wprowadzeniem technologii. Znaczący wzrost produktywności uzyskują dopiero te firmy, które łączą wprowadzenie technologii z działaniami na rzecz wzmocnienia cyfrowej kultury organizacyjnej.

Z badań wynika także, że cyfrowa kultura organizacyjna, która prowadzi do podniesienia produktywności zespołu, charakteryzuje się zdecydowanie większą promocją technologii przez liderów i menedżerów, którzy własnym przykładem pokazują możliwości jej wykorzystania. Kolejnym czynnikiem cechującym cyfrową kulturę w polskich firmach jest lepszy dostęp do informacji w całej firmie, wsparcia informatycznego oraz najbardziej aktualnej technologii. Wśród czynników kulturowych podnoszących produktywność można wskazać większą autonomię w pracy, wyższy stopień włączania pracowników w procesy decyzyjne, zapewnienie poczucia zadowolenia i uczciwości, koncentrację na wysokiej jakości pracy oraz wyższy stopień integracji pracowników.

W kulturze cyfrowej rośnie zaangażowanie

Jedynie 15 proc. polskich pracowników przyznała, że ma poczucie wysokiego zaangażowania w realizację zadań. W Europie odsetek ten jest wyższy i osiągnął poziom 20 proc. Badania pokazały również, że pracownicy z firm charakteryzujących się silną kulturą cyfrową deklarują czterokrotnie wyższy poziom zaangażowania niż pracownicy z firm o słabej kulturze cyfrowej. Co to oznacza? Są oni zdolni do osiągnięcia płynnej pracy bez dużego wysiłku – z pasją i energią koncentrując się na realizacji zadań. Połączenie technologii z cyfrową kulturą organizacji prowadzi do wyższej produktywności oraz podnosi zaangażowanie i poczucie wpływu pracowników na organizację. Daje to liderom przewagę nad konkurencją już dziś oraz przygotowuje firmę i jej pracowników do zmian w przyszłości. Badania wyraźnie pokazują, że bez silnej kultury cyfrowej, wprowadzenie technologii ma niewielki wpływ na podniesienie produktywności i co ciekawe, może obniżyć stopień zaangażowania pracowników. Wprowadzenie technologii do firmy o słabej kulturze cyfrowej, daje niewielki wzrost wydajności, a dodatkowo może szkodzić zaangażowaniu pracowników.

„Każda firma, która myśli o nielinearnym wzroście, zmianie modelu biznesowego, musi mieć świadomość, że należy równolegle myśleć o budowaniu kultury cyfrowej. Brak działań w tym zakresie może wręcz uniemożliwić efekt wykorzystania technologii. Pracownicy w firmie z rozwiniętą kulturą cyfrową pracują bardziej produktywnie, a nie dłużej. Są w większym stopniu skoncentrowani na zadaniach i z większą pasją i zaangażowaniem podchodzą do ich realizacji. Ma to pozytywny wpływ na jakość pracy i rezultaty w konkurencyjnym otoczeniu biznesowym” – podkreśla Agnieszka Rynkowska.

Nowe kontrakty Grupy Impel w obszarze utrzymania czystości

Grupa Impel wzmacnia obecność na rynku usług utrzymania czystości w północnej Polsce. Spółka Impel Facility Services pozyskała nowe kontrakty w zakresie sprzątania i utrzymania czystości we wszystkich placówkach Poczty Polskiej w województwie kujawsko-pomorskim oraz w obiektach sportowych Gdańskiego Ośrodka Sportu.

Umowa z Pocztą Polską obejmuje prowadzenie czynności codziennych i okresowych w 263 placówkach oraz w centrum dystrybucyjnym o powierzchni wewnętrznej ponad 20 000 m2 zlokalizowanym w Lisim Ogonie. Wartość podpisanej na okres 25 miesięcy umowy wynosi prawie 9 mln zł.

Na początku lutego 2018 roku do grona klientów Grupy Impel dołączył również Gdański Ośrodek Sportu, odpowiedzialny za zarządzanie komunalną infrastrukturą sportowo-rekreacyjną Gminy Gdańsk. Spółka Impel Facility Services będzie odpowiedzialna za utrzymanie czystości oraz przeprowadzanie dezynfekcji trzech pływalni zlokalizowanych na terenie miasta. Wartość kontraktu wynosi 2 851 076 zł mln zł. Umowa została zawarta na okres 35 miesięcy.

– Nowe kontrakty uzyskane w obszarze utrzymania czystości wzmacniają naszą pozycję w Regionie Północnym. Warto podkreślić, że Poczta Polska w prowadzonym postępowaniu zastosowała klauzule społeczne uwzględniające w budżecie kontraktu środki na zatrudnianie pracowników na podstawie umowy o pracę. Cieszymy się z tego kierunku zmian, szczególnie, że jest on zbieżny z naszymi postulatami w tym zakresie, o których mówimy od wielu lat –  podkreśla Mirosław Greber, prezes zarządu Impel Facility Services sp. z o.o.

W obszarze usług Facility Management w północnej części Polski Grupa Impel realizuje usługi m.in. dla sektora wojskowego, przemysłowego i usługowego.

Spółka Impel Facility Services świadczy usługi z zakresu kompleksowego zarządzania nieruchomościami. W ramach Facility Management oferuje m.in. szeroki zakres usług porządkowo- czystościowych, ochrony osób i mienia, serwisu technicznego obiektu, cateringu oraz rentalu odzieży. Spółka realizuje usługi na terenie całej Polski. Powstała w wyniku połączenia spółek Impel Cleaning sp. z o.o. i Impel Security Polska sp. z o.o.

Zmiany w algorytmie Facebooka – jak sobie z nimi radzić?

W przeciągu kilku ostatnich miesięcy Facebook dokonał wielu transformacji. Jedną z nich jest zmiana algorytmu odpowiedzialnego za wyświetlane w News Feedzie treści. Od tej pory, marki będą musiały zmienić strategię reklamową, aby zwiększyć zasięg organiczny i wywołać zaangażowanie użytkowników. W poniższym artykule, Sebastian Lipka, Performance Analyst Catvertiser, przedstawia sposoby na to, jak nie stracić interakcji z odbiorcami i jak radzić sobie z aktualizacjami na Facebooku.

Facebook surowszy dla marketerów

Kilka tygodni temu Mark Zuckerberg ogłosił, że Facebook wraca do korzeni, czyli do bycia przede wszystkim platformą społecznościową, mającą na celu budowanie i utrzymywanie więzi między ludźmi, a nie między osobą i marką. Zmieniony algorytm sprawi, że użytkownikom udostępniane będą treści, które są dla nich wartościowe i skłaniają do interakcji z innymi ludźmi, szczególnie z bliskimi znajomymi i rodziną.

Obecnie Facebook ocenia wartość publikowanej treści po liczbie reakcji, komentarzy i udostępnień. Po zmianach pierwszeństwo będą miały te, które zachęcają do dyskusji, angażują odbiorcę – takie, które faktycznie go zainteresują, zwiększając poziom interakcji danego użytkownika z treściami, które do niego docierają. Facebook zapowiada również, że zmiany spowodują zwiększenie udziału w feedach odbiorców, postów znajomych i rodziny, ograniczając tym samym ilość treści publicznych, udostępnianych przez firmy i wydawców.

Co to oznacza dla marek? Oczywiście mniejszą widoczność dla potencjalnych grup docelowych. Dlatego też, chcąc utrzymać pozycję w News Feedzie, marki będą musiały publikować treści wiarygodne, rzetelne i angażujące. Content przez nie udostępniany, będzie również dopasowany do odbiorców, którzy faktycznie są nim zainteresowani.

Czy obecność firm na Facebooku ma jeszcze sens?

Na pewno wielu marketerów, po informacjach o planowanych zmianach, zadawało sobie pytanie, czy obecność marek na Facebooku ma jeszcze sens. Jedno jest pewne – jeśli treści przez nie publikowane będą naprawdę wartościowe i angażujące, firmy nie odczują aż tak znaczącego spadku zasięgów organicznych.

Nie będzie już jednak miejsca na clickabajtowe banały lub treści czysto informacyjne. Obecna zmiana jest faktycznie zmianą na lepsze i nie trzeba się jej obawiać. Jest dobra, ponieważ pozwoli zweryfikować  dotychczasowe działania użytkowników. Mogą stracić na niej jedynie te marki, które nie przykładały się do poziomu publikowanych treści.

Poniżej 5 sposobów na to, jak w obecnej sytuacji skutecznie docierać do swoich odbiorców na Facebooku:

  1. Funkcja „obserwuj najpierw”

Marki powinny zachęcać użytkowników do wybierania opcji „obserwuj najpierw”, ponieważ dzięki temu będą miały pewność, że obserwujący stronę zobaczą wszystkie udostępnione przez nich posty. Jest to też świetna opcja z perspektywy odbiorcy – pozwala bowiem nie stracić, w gąszczu wielu informacji, tego, co jest dla niego istotne.

  1. Live Stream

Relacje live wywołują zdecydowanie więcej komentarzy niż zwykłe treści. Angażują do merytorycznej dyskusji na temat poruszanego problemu, dlatego Facebook będzie traktował je jako szczególnie wartościowe.

  1. Wydarzenia

Facebook docenia angażowanie społeczności poprzez organizowanie wydarzeń. Należy więc zwrócić uwagę na to, że dużo większą skutecznością cieszą się niestandardowe wydarzenia, wnoszące jakąś wartość dodaną dla ich uczestników.

  1. Grupy

Pozwalają one jeszcze bardziej angażować społeczności. Na grupach, Facebook wciąż nie ucina zasięgów. Co więcej, uruchomił właśnie program grantowy mający na celu rozwijanie tych działań.

  1. Crowdsourcing

Marki powinny pozwalać użytkownikom wypowiadać się swojej społeczności, np. poprzez konsultowanie niektórych pomysłów. Sprawia to, że odbiorcy czują, że mają wpływ na kształtowanie się ich ulubionej marki, przez co bardziej się z nią wiążą.

Zmiany wprowadzone na Facebooku mają na celu zwiększenie interakcji między bliskimi i powrót do pierwotnych założeń portalu, czyli nawiązywanie i utrzymywanie relacji z ludźmi. Tym samym, w News Feedach użytkowników, priorytetowe będą posty udostępniane i komentowane przez znajomych. Marki natomiast, chcąc utrzymać swoją pozycję, będą musiałby publikować naprawdę angażujące treści.

Sebastian Lipka – Performance Analyst w Catvertiser

Bank Bank Pekao z rekordowym zyskiem kwartalnym

Banku Pekao S.A. w czwartym kwartale 2017 r. pokazał rekordowy zysk. Ten historyczny sukces w zaledwie kilka miesięcy był możliwy dzięki dynamicznej pracy nowego Zarządu i realizacji wypracowanych kierunków strategii. Rok 2017 przyniósł poprawę wszystkich kluczowych wskaźników finansowych.

Skonsolidowany zysk netto za 2017 rok wyniósł 2 475 mln złotych, co oznacza wzrost o +8,6% r/r przy rekordowo wysokim zysku netto osiągniętym w 4 kwartale na poziomie 1 054 mln złotych. W 2017 r. zwrot na kapitale ROE Grupy Pekao wzrósł do poziomu 11,0%(1), przy jednoczesnym utrzymaniu bardzo wysokiego poziomu współczynnika wypłacalności Tier 1 wynoszącego 16,1%. Dzięki osiągnięciu łącznego współczynnika wypłacalności w wysokości 17,1% na poziomie skonsolidowanym, Bank spełnia kryterium wypłaty dywidendy na poziomie 100% zysku za rok 2017. W segmencie detalicznym Bank Pekao S.A. osiągnął rekordową sprzedaż kluczowych kredytów detalicznych na poziomie 18 mld złotych, jednocześnie notując stabilny wzrost wolumenu w segmencie korporacyjnym (+7,1%) oparty o wzrost aktywności inwestycyjnej w gospodarce.

”Dzięki nowej strategii, Bank Pekao S.A. wszedł w okres dynamicznego rozwoju, co widać po osiągniętych wynikach, a szczególnie po wysokiej dynamice ostatniego kwartału. Zysk netto za 4 kwartał 2017 roku był najwyższy w historii Pekao. Wszystkie kluczowe linie biznesowe Banku osiągnęły lepsze rezultaty niż w roku ubiegłym. Realizujemy dynamiczny wzrost i umacniamy pozycję rynkową w kluczowych segmentach bankowości detalicznej, jesteśmy liderem bankowości korporacyjnej i inwestycyjnej, nasz segment MŚP również dynamicznie się rozwija. Konsekwentnie realizujemy naszą strategię, wprowadzając nową ofertę produktową poprawiając jakość usług i efektywność biznesu. W 2018 roku szykujemy szereg inicjatyw biznesowych, które w połączeniu z konsekwentną realizacją strategii pozwolą nam osiągnąć dwucyfrową dynamikę zysku w 2018 roku.” – powiedział Michał Krupiński, Prezes Zarządu Banku Pekao S.A.

”W 2017 roku osiągnęliśmy poprawę najważniejszych wskaźników finansowych. Przy rekordowym zysku netto w czwartym kwartale, poprawiliśmy zyski w ujęciu rocznym notując prawie 9% dynamikę rok do roku. Szczególnie istotne jest przyspieszenie wzrostu dochodów podstawowych, wynikające z pozytywnej dynamiki wyniku odsetkowego i marży odsetkowej, jak i z odbudowy wyniku prowizyjnego w czwartym kwartale. Poprawę dochodowości uzyskaliśmy przy konserwatywnym zarządzaniu ryzykiem i kosztami. Chcemy kontynuować wysoką dynamikę czwartego kwartału w kolejnych miesiącach, utrzymując silną pozycję kapitałową i wysoką jakość aktywów.” – powiedział Tomasz Kubiak, Wiceprezes Zarządu Banku Pekao S.A., nadzorujący Pion Finansowy.

W 2017 roku Grupa Banku Pekao S.A. osiągnęła zysk netto wyższy o +8,6% r/r, w wysokości 2 475 mln zł. W czwartym kwartale zysk netto wzrósł do 1 054 mln zł, co jest najlepszym kwartalnym rezultatem w historii Pekao. Zysk netto w czwartym kwartale oczyszczony z efektu z przeszacowania poprzednio posiadanych udziałów w PPiM i Xelion wyniósł 640 mln zł, notując wysoką dynamikę +29,4% r/r i +19,4% kw/kw .

Po czterech kwartałach zysk operacyjny brutto wzrósł do 4 087 mln zł, w warunkach porównywalnych o +5,7% r/r, dzięki wzrostowi dochodów o +3,9% r/r (uzyskując kwartalnie coraz lepsze dochody).

Dochody operacyjne wyniosły w 2017 roku 7 350 mln zł, osiągając wzrost o +3,9% r/r w warunkach porównywalnych. Dochody podstawowe w czwartym kwartale wzrosły o +4,3%, determinując dynamikę dochodów z działalności operacyjnej w skali roku. Taki wynik zawdzięczamy silnej i trwałej poprawie wyniku odsetkowego, który osiągnął najwyższy poziom od 4 lat i wzrostowi wyniku prowizyjnego.

Wynik odsetkowy po 12 miesiącach wzrósł o +4,8% r/r do poziomu 4 593 mln zł, dzięki systematycznemu wzrostowi wolumenów w kluczowych segmentach. Marża odsetkowa w czwartym kwartale wyniosła 2,80%, sukcesywnie rosnąc dzięki dalszej rotacji struktury aktywów w produkty o wyższej rentowności przy stabilnym koszcie bazy depozytowej.

Wynik z tytułu opłat i prowizji wyniósł w 2017 r. 2 353 mln zł. W 4 kwartale nastąpiło odwrócenie tendencji spadkowej, dzięki wzrostowi o +6,4%, znacząco poprawił się wynik prowizyjny z działalności kredytowej wsparty prowizjami z działalności inwestycyjnej, niwelując obserwowaną w sektorze presję na pozostałe prowizje, w związku z migracją klientów w kanały elektroniczne.

Kluczowe kredyty detaliczne wzrosły o +14,4% r/r do poziomu 57 408 mln zł przy rekordowej sprzedaży. Bank utrzymał solidną, wynoszącą około +3,3% kwartalną dynamikę wolumenową. Kredyty dla przedsiębiorstw wzrosły o +7,1% r/r, do poziomu 59 315 mln zł z dynamiką +2,2% kw/kw, co odzwierciedla poprawę warunków inwestycyjnych w gospodarce.

W 2017 roku Bank Pekao zrealizował szereg działań, mających na celu trwałą poprawę osiąganych wyników biznesowych takich jak rozwój oferty produktowej czy kampanie marketingowe. Dzięki temu sprzedaż kredytów hipotecznych wzrosła w ujęciu rocznym o +33% i osiągnęła rekordowe 9 144 mln zł , co przełożyło się na wzrost udziałów rynkowych nowej sprzedaży o 3,4 pp do 21%. Bank zanotował również dynamiczny wzrost sprzedaży pożyczek gotówkowych o +14% r/r do rekordowego poziomu 8 782 mln zł.

Wyniki bankowości korporacyjnej oraz segmentu MŚP cechowały się bardzo dobrą dynamiką wolumenową. Wolumen kredytów inwestycyjnych wzrósł o 15,6% r/r do 15 818 mln zł, demonstrując znaczące przyspieszenie w drugiej połowie roku. Bank dynamicznie zwiększał również sprzedaż produktów leasingowych i faktoringowych o +19,1% r/r przy rekordowej dynamice w czwartym kwartale +14,8%. Bank utrzymał swoją pozycję lidera na rynku bankowości korporacyjnej i inwestycyjnej, biorąc ponownie udział w kluczowych transakcjach na rynku kapitałowym w Polsce wsparty licznymi nagrodami w tym tytułem ‘The Best Investment Bank in Poland 2018’.

W 2017 r. odnotowano wzrost depozytów detalicznych o +7,6% r/r do poziomu 76 107 mln zł, przy jednoczesnej migracji klientów z lokat terminowych na rachunki bieżące. Jednocześnie nastąpił dynamiczny wzrost aktywów funduszy inwestycyjnych o +9,6% r/r wsparty znaczącym przyspieszeniem sprzedaży netto funduszy (szczególnie w 4 kwartale). Na koniec roku depozyty korporacyjne wzrosły o +9,1% r/r i wyniosły 73 319 mln zł, z sezonową dynamiką wzrostu w 4 kwartale, która wyniosła + 15,8%.

W 2017 r. koszty operacyjne wzrosły o +1,6% r/r, poniżej inflacji i osiągnęły poziom 3 263 mln zł. Wskaźnik kosztów do dochodów wyniósł 44,4%, co oznacza dalszą poprawę w warunkach porównywalnych o -0,9 pp r/r.

Bank Pekao S.A. utrzymuje jakość portfela kredytowego na bardzo wysokim poziomie. Wskaźnik kredytów nieregularnych spadł do 5,4%. Koszty ryzyka w 2017 roku spadły o 1 pb do 44 pb, natomiast wskaźnik pokrycia rezerwami osiągnął poziom 74,4%. Polityka aktywnego zarządzania ryzykiem została wsparta transakcją sprzedaży portfela wierzytelności w 4 kwartale 2017 r.

Bank spełnia wszystkie wymogi kapitałowe. Współczynnik Tier 1 Grupy Pekao wynoszący 16,1% jest o 1,3pp powyżej poziomu wymaganego do wypłaty 100% dywidendy.

(1)ROE na poziomie 9,2% z wyłączeniem 414 mln złotych zysku z przeszacowania poprzednio posiadanych udziałów w Pioneer i Xelion.

Firmy z branży e-commerce na trzecim stopniu podium wśród dłużników

Polacy pokochali zakupy w sieci. Segment sprzedaży w internecie może być wart nawet 40 mld zł. Rynek rozwija się, czego przejawem jest stale rosnąca liczba e-sklepów. Duża część z nich znika już po kilku latach. W 2017 roku działało w Polsce ponad 29 tys. sklepów internetowych, z czego jedynie 2,3 tys. powstało przed 2011 rokiem. Według danych BIG InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej sklepy e-commerce pod koniec ubiegłego roku znajdowały się na trzecim miejscu pod względem zadłużenia w branży handlowej. Posiadały na koniec 2017 r. zaległości niemal na 107 mln zł.

W ciągu ostatnich pięciu lat liczba sklepów internetowych w Polsce wzrosła o ponad jedną trzecią. Każdego roku rejestruje się tysiące nowych sklepów internetowych. Jednak rosnąca konkurencja, a także ekspansja dużych sieci w internecie sprawia, że wiele z nowo powstałych sklepów nie wytrzymuje walki konkurencyjnej. Wg Bisnode Polska, Polacy w 2010 roku zarejestrowali ponad 7,6 tys. sklepów internetowych, z czego na koniec stycznia 2018 rok mniej lub bardziej aktywnie działało 2,3 tys., co stanowi nieco ponad 30 proc. Biorąc pod uwagę statystyki, można zaryzykować stwierdzenie, że po upływie zaledwie dziesięciu lat, 80 proc. sklepów internetowych zniknie z rynku.

Największe długi e-sklepów na Mazowszu, Śląsku i Wielkopolsce

Jednym z wielu powodów słabej sytuacji finansowej dużej liczby sklepów są zaległości w bieżącym regulowaniu swoich zobowiązań. Z danych BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że zadłużenie tej branży na koniec grudnia 2017 roku wyniosły 106 913 730 zł. Mowa tu o zadłużeniu wynoszącym co najmniej 500 zł i przeterminowanym o minimum 30 dni. Problemy z płatnościami wobec kontrahentów i banków ma 2 721 firm zajmujących się sprzedażą wysyłkową oraz internetową. Największe łączne zaległości należą do e-handlu z Mazowsza, Śląska i Wielkopolski, kolejno 18,8 mln zł, 15,7 mln zł oraz 13 mln zł. Najwięcej firm z problemami finansowymi zarejestrowanych jest na Mazowszu.
aa
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK
Mimo, że w sektorze handlu detalicznego ta grupa przedsiębiorstw zajmuje trzecie miejsce pod względem kwoty zaległości, po sklepach ogólnospożywczych, których długi wynoszą 398 mln zł oraz punktach niewyspecjalizowanych z 119 mln zł zadłużenia, to biorąc pod uwagę powszechność problemu nieregulowanych płatności jest ono stosunkowo nieduże – mówi Sławomir Grzelczak, Prezes Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor. Odsetek firm e-commerce opóźniających płatności wynosi 3,4 proc., podczas gdy w całym handlu detalicznym jest to 4 proc., a dla wszystkich przedsiębiorstw 5,4 proc.

bb
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

Większość niesolidnych firm oferujących sprzedaż w sieci wpisana jest do Rejestru BIG InfoMonitor przez kontrahentów, jednak na sumę ich zaległości w większym stopniu wpływają opóźnienia w spłacie rat kredytów bankowych.

E-commerce rośnie w tempie ekspresowym

Wedle szacunków na koniec stycznia 2018 roku na polskim rynku zarejestrowanych było nieco ponad 29,1 tys. sklepów internetowych. Blisko jedna trzecia z nich to firmy uśpione, zawieszone, niedziałające, ale też niewykreślone z oficjalnych rejestrów. Niezależnie od wszystkiego w ostatnich pięciu latach liczba zarejestrowanych sklepów internetowych na polskim rynku wzrosła o 34 proc. z 21,7 tys. podmiotów w 2013 r., do 29,1 tys. na koniec stycznia 2018 r. Każdego roku polski rynek e-commerce pod względem dynamiki przyrostu nowo zarejestrowanych firm zwiększa się o ok. 7 proc.

Liczba zarejestrowanych sklepów e-commerce

ccŹródło: Bisnode Polska

Przejawia się to w rosnącej liczbie rejestrowanych nowych sklepów, a także rosnącej dynamice klientów sklepów internetowych. Wedle szacunków z niemal 30 mln polskich internautów, prawie połowa korzysta ze sklepów internetowych. Najczęściej zamawiają oni nie tylko książki i płyty, lecz także odzież, obuwie, czy RTV AGD. Jedną z przyczyn coraz większej popularności e-commerce są często niższe ceny, bezpieczeństwo zawieranych transakcji, dogodne warunki zwrotu nie tylko samego towaru, lecz także pieniędzy, czy bezpłatna dostawa zamówienia.

Z badania przeprowadzonego przez Bisnode Polska wynika, że spośród ponad tysiąca polskich sklepów internetowych blisko 44 proc. jest w bardzo dobrej i dobrej kondycji finansowej, z czego 23,4 proc. ocenia ją na bardzo pozytywnie. Z kolei 56 proc. jest w słabej i złej sytuacji finansowej, z czego co trzeci z nich w bardzo złej kondycji.

dd
Źródło: Bisnode Polska

Rekordzista z Wielkopolski

Z danych BIG InfoMonitor i BIK wynika, że największe zadłużenie w tym sektorze ma firma z Wielkopolski – ponad 2,4 mln zł. Na sumę tego rekordu składają się trzy różne zobowiązania. Na drugiej i trzeciej pozycji znalazły się dwie firmy z Mazowsza, rekord pierwszej sięga prawie 1,8 mln zł, drugiej – 1,4 mln zł. Choć w tym przypadku łączny dług jest mniejszy, to jednak mają one na swoim koncie więcej zobowiązań, bo kolejno po osiem i sześć.

Przed wystąpieniem prezesa Fed

Rynek walutowy nie wykazuje większych oznak życia, a inwestorzy koncentrują się na popołudniowym przemówieniu prezesa Fed. Przed Powellem szansa na naszkicowanie swojego stanowiska, choć nie musi to oznaczać ujawnienia zaskakujących poglądów na przyszłą ścieżkę podwyżek stóp procentowych. Poprzeczka dla jastrzębiego wydźwięku jest ustawiona wysoko.

Tekst przemówienia Jerome’a Powella zostanie opublikowany o 14:30, a posiedzenie przed Komisją ds. Usług Finansowych rozpocznie się o 16:00. Główna uwaga będzie jednak dopiero na sesji pytań ze strony kongresmenów do Powella, która rozpocznie się po przedstawieniu oświadczenia. Rynek będzie szukał sygnałów, czy Fed jest bliżej trzech lub czterech podwyżek w tym roku i czy zamierza być bardziej agresywny w dalszym okresie? Dotychczas Powell prezentował neutralne poglądy, więc zwrot ku jednemu z obozów (jastrzębie/gołębie) będzie ważnym sygnałem. Mimo to nie jestem przekonany, czy nowy prezes Fed będzie chciał się wyróżnić. W kontekście najbliższego posiedzenia w marcu nie musi wiele robić, kiedy rynek niema w pełni dyskontuje podwyżkę. Ponadto w gestii Powella jest budować konsensualny forward guidance z uznaniem argumentów gołębiego obozu, co umniejsza szanse na wyraźnie jastrzębi wydźwięk. Z drugiej strony nawet umiarkowana otwartość Powella na więcej podwyżek stóp procentowych (jeśli dane z gospodarki pozostaną bardzo dobre) będzie sygnałem wyraźnej zmiany u steru Fed przy porównaniu z gołębią Yellen. Rynek jednak po cichu na to liczy i pozycjonuje się na jastrzębi wydźwięk wystąpienia. Stąd nawet jeśli Powell będzie konstruktywnie zapatrywał się na przyspieszenie tempa normalizacji, to może nie wystarczyć, by zainicjować nasilenie popytu na dolara. Niewykluczone też, że ton wypowiedzi będzie bardziej wyważony, np. poprzez wstrzymanie się z wnioskami o sile odbicia wynagrodzeń i inflacji do czasu poznania większej liczby danych.

Bardziej neutralne stanowisko prezesa Fed może okazać się rozczarowaniem i przywrócić trend osłabienia USD. Nie zapominajmy, że rynek generalnie pozostaje w nastawieniu na sprzedaż dolara, a ostatnie odbicie nosi znamiona jedynie równoważenia w oczekiwaniu, czy Powell zrobi niespodziankę. Do tego dochodzi koniec miesiąca, który zawsze może doprowadzić do dodatkowego zamieszania. USD/JPY jest najczystszym odzwierciedleniem oczekiwań przed wystąpieniem prezesa Fed. W ostatnich godzinach kurs odbił do 107 przez domykanie krótkich pozycji, ale też budowanie długich na wypadek jastrzębich wzmianek. Ale odbicie zwiększa też szanse, że albo rynek prędko sprzeda fakty, albo agresywnie zareaguje na rozczarowanie. A nawet jeśli Powell uderzy w jastrzębie tony, możliwe, że szok na rynku akcji wesprze bezpiecznego jena. Na EUR/USD sytuacja wygląda gorzej, gdyż perspektywa niedzielnych wyborów we Włoszech wprowadza element niepewności wokół europejskich aktywów.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sprawdź najnowszą analizę techniczną na indeksie WIG 20

Ostatnie kilka tygodni na indeksie WIG 20 doprowadziły do wycofania się optymistów oraz kupujących. Na rynku przeważają pesymistyczne nastroje, jednak musimy patrzeć na fakty. Czy globalna hossa została zakończona? Nie, globalny indeks akcji w dalszym ciągu znajduje się w trendzie wzrostowym. Zatem dlaczego pomimo odbicia na rynku akcji rozwiniętych polski indeks znajduje się w tym samym miejscu, co po wyprzedaży?

Odpowiedź na to pytanie jest związana z ryzykiem. Na samym początku kapitał napływa do państw rozwiniętych, dopiero potem zaczyna migrować do bardziej ryzykowanych aktywów, do których można zaliczyć polski indeks 20 największych spółek notowanych na GPW.

Na samym początku spójrzmy na wykres miesięczny. Na tym interwale czasowym według analizy technicznej nie ma powodów do optymizmu. W styczniu bieżącego roku kalendarzowego nastąpił atak na bardzo ważny opór wyznaczony przez kilkuletnią konsolidację – 2630 punktów. Opór został przebity, niestety zaraz po tym wydarzeniu strona sprzedająca przystąpiła do działania. Indeks WIG 20 spadł o 200 punktów, co przełożyło się na gorsze nastroje inwestycyjne.

Ponadto jeżeli notowania na indeksie WIG 20 w lutym zamkną się na obecnym poziomie, to będziemy mieli bardzo niedźwiedzi wydźwięk. Jednak przed tym musi zostać pokonane wsparcie 2370 punktów, dopiero wtedy będziemy mogli mówić o mocniejszej korekcie. Po przerwaniu wspomnianego poziomu notowania indeksu WIG 20 mogłyby spaść w okolicę 22200 punktów.

Notowania WIG 20, interwał miesięczny

Notowania WIG 20, interwał miesięczny

Źródło: Admiral Markets

Warto również przeanalizować sytuację na niższym interwale czasowym. Na notowaniach tygodniowych kurs znajduje się powyżej wsparcia 2390 punktów. Po jego pokonaniu strona sprzedająca będzie musiała zmierzyć się jeszcze ze wsparciem miesięcznym – 2370 punktów.

Notowania WIG 20, interwał tygodniowy

Notowania WIG 20, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Wskaźnikiem wspierającym zakończenie obecnej wyprzedaży jest oscylator stochastyczny. Z kolei na interwale tygodniowym tylko 2 z 5 wskaźników analizy technicznej podążającymi za trendem wskazują trend wzrostowy: MACD 12 oraz SMA 55 (dwa długoterminowe wskaźniki). Spoglądając na jeszcze niższy interwał wszystkie pięć wskaźników wskazują na trend spadkowy.

Jednak to nie wszystko. Analizując interwał tygodniowy jest spore prawdopodobieństwo odbicia kursu (konfluencja wsparcia tygodniowego oraz miesięcznego), jednak słabe wybicie mogłoby oznaczać ukształtowanie się formacji RGR. Formacja ta zapowiada odwrócenie trendu i mogłaby być jednoznaczna z wyprzedażą indeksu poniżej 2000 punktów. Jest to bardzo pesymistyczny scenariusz.

Bardziej optymistycznym scenariuszem oraz bardziej prawdopodobnym jest kontynuacja globalnej hossy. Na samym początku kapitał prawdopodobnie powędruje na rynki rozwinięte, dopiero potem do rynków rozwijających się. W takim scenariuszu indeks WIG 20 w najbliższych miesiącach odwiedzi maksima z 2018 roku.

Dział Analiz Admiral Markets

Boom na drukarki 3D dopiero przed nami. W przyszłości przyspieszą rozwój budownictwa i pomogą w kolonizacji Marsa

Technologia druku 3D wciąż się rozwija. Chociaż wydawało się, że boom na tego typu urządzenia jest już za nami, to według ekspertów wciąż tkwi w nich ogromny potencjał. Spadek kosztów zakupu i eksploatacji tej technologii prowadzi do tego, że coraz częściej wykorzystywana jest nie tylko w szkołach i laboratoriach naukowych, lecz także w przemyśle. Nike jeszcze w tym roku zamierza drukować podeszwy, Dubaj chce do 2030 roku drukować w technologii 3D aż 25 proc. swoich nowych budynków, a w niedalekiej przyszłości drukowane części eksploatacyjne mogą trafić nawet na Marsa.

– W edukacji idzie wielka fala zakupów drukarek 3D do szkół, które wydają się być idealnym uzupełnieniem pracowni informatycznej, gdzie możemy włączać programowanie i projektowanie w praktycznej formie. Z drugiej strony w przemyśle druk 3D zmienia oblicze wielu dużych sektorów, powstaje najwięcej innowacji i rewolucyjnych zmian, które teraz obserwujemy – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karol Górnowicz, prezes firmy Skriware.

Boom na drukarki 3D dopiero przed nami. Urządzenia, które do tej pory trafiały zwykle do szkół oraz małych przedsiębiorców zajmujących się projektowaniem i personalizacją, stanowią nieduży procent całego potencjału, który niesie ze sobą technologia 3D.

Edukacja to jedna z większych, ale nie jedyna dziedzina, w której druk 3D znajduje zastosowanie. W medycynie stosowany jest coraz częściej w projektowaniu implantów albo aparatów słuchowych, które są idealnie dopasowane do fizyczności danej osoby.

– Wszędzie, gdzie wchodzi w grę precyzyjne projektowanie, personalizacja, testowanie materiałów, szeroko rozumiane prototypowanie, tam druk 3D spisuje się idealnie. Ostatnio firma Carbon weszła we współpracę z Adidasem, co zaowocuje wyprodukowaniem spersonalizowanych, wydrukowanych  w 3D podeszw do butów, które wejdą na masowy rynek jeszcze w tym roku – zapowiada Karol Górnowicz.

Elementy wyprodukowane w technologii druku 3D świetnie spisują się także w budownictwie, przy czym drukuje się już nie tylko narzędzia, lecz także całe budynki. Liderem tej branży chce się stać Dubaj, gdzie według założeń do 2030 roku jedna czwarta nowo powstających budynków ma być wybudowana przy wykorzystaniu druku 3D. Technologia może znaleźć zastosowanie także w misjach kosmicznych.

– Wraz z rozwojem technologii kosmicznej, druk 3D trafi również na Marsa. Może pomóc w produkowaniu części eksploatacyjnych, a także w prowadzeniu eksperymentów i w prototypowaniu narzędzi, a także konstrukcji, które potem będą umieszczane na Marsie. To są oszczędności czasowe i kosztowe, w takiej symulacji astronauci i inżynierowie testują możliwości druku 3D do granic – stwierdza Karol Górnowicz.

Jak wynika z szacunków zawartych w raporcie Markets and Markets, w 2023 roku rynek druku 3D ma osiągnąć wartość 32,78 mld dol. Na popularność tej technologii wpływa m.in. łatwość wytworzenia zindywidualizowanych elementów za pomocą drukarek 3D, co wiążę się z obniżeniem kosztów przygotowania i produkcji.

Polska może stać się potentatem na rynku medycyny nuklearnej na świecie. Powstający w Świerku cyklotron przyspieszy badania nad radiofarmaceutykami dla chorych na raka

Polska może stać się potentatem na rynku medycyny nuklearnej na świecie. Powstający w Świerku cyklotron przyspieszy badania nad radiofarmaceutykami dla chorych na raka 7

Do 2020 r. liczba chorych na raka podwoi się. Ratunkiem dla nich są radiofarmaceutyki, czyli leki zawierające pierwiastek promieniotwórczy. Wykorzystywane są w medycynie nuklearnej do celów diagnostycznych oraz do leczenia, które umożliwia niszczenie jedynie chorych tkanek. Polska już teraz jest jednym z liderów pod względem produkcji radiofarmaceutyków.  Do 2020 r. ma powstać Centrum Projektowania i Syntezy Radiofarmaceutyków Ukierunkowanych Molekularnie „CERAD”. Dzięki inwestycji Polska może stać się potentatem na rynku medycyny nuklearnej na świecie.

– Projekt CERAD znalazł się na polskiej mapie drogowej dużej infrastruktury badawczej w celu prowadzenia badań nad nowymi radiofarmaceutykami. To leki, które zawierają w sobie izotop promieniotwórczy. Dzięki energii i promieniowaniu emitowanemu przez te izotopy, możemy wykorzystać ich właściwości albo do badań diagnostycznych u pacjentów, albo w celu leczniczym, czyli np. niszczenia tkanki nowotworowej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. Renata Mikołajczak z Ośrodka Radioizotopów POLATOM w Narodowym Centrum Badań Jądrowych.

Dane Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) pokazują, że do 2020 roku liczba chorych na raka podwoi się. Dla ich leczenia i ratowania życia oraz obrazowania funkcji organów niezbędne są właśnie radiofarmaceutyki, a do ich wytwarzania na potrzeby medycyny nuklearnej konieczna jest produkcja izotopów. Centrum CERAD ma za zadanie prowadzić badania, które będą wykorzystywać substancje czynne biologicznie, specyficznie lokowane w organizmie chorego po to, żeby wykrywać schorzenia, leczyć je lub żeby wykryć i pomóc lekarzom zaplanować odpowiednią procedurę terapeutyczną.

– Zakładamy, że nowe leki będą dawały efekt wczesnego wykrywania schorzeń, pozwalały zobrazować schorzenia których nie daje się zobrazować innymi metodami diagnostycznymi jak np. tomografią komputerową czy badaniem rezonansu magnetycznego – mówi Renata Mikołajczak, kierownik projektu „CERAD”.

Do otrzymywania radiofarmaceutyków niezbędna jest energia jądrowa. Reaktor MARIA, znajdujący się w Narodowym Centrum Badań Jądrowych w Świerku, zapewnia napromienianie tarcz uranowych służących do produkcji molibdenu-99, czyli izotopu do produkcji radiofarmaceutyków. Polska zapewnia blisko 20 proc. światowego zapotrzebowania na ten izotop. Dzięki produkcji molibdenu-99, rocznie wykonuje się ponad 250 mln procedur medycznych.

W CERAD zostanie zainstalowane także inne urządzenie do otrzymywania izotopów. Cyklotron będzie przyspieszał cząstki alfa, które będą wykorzystywane do otrzymywania izotopów promieniotwórczych. Tak otrzymywane cząsteczki wytwarzane są tylko w kilku ośrodkach na świecie. Pomieszczenia cyklotronu mają być wyposażone również w nowoczesne laboratoria do syntezy radiofarmaceutyków i do prowadzenia badań naukowych.

– Inne izotopy otrzymuje się w reaktorze, a inne w cyklotronie. W ten sposób uzyskamy bardzo szerokie możliwości uzyskiwania izotopów do celów medycznych o szerokim spektrum działania: izotopy do diagnostyki w technice PET (Pozytonowej Tomografii Emisyjnej – przyp.red.), do techniki SPECT (tomografia z użyciem promieniowania gamma – przyp.red.), ale również emitery promieniowania alfa, emitery promieniowania beta minus, które mogą być wykorzystywane w leczeniu – wymienia ekspertka.

Raport „Global Nuclear Medicine Market Analysis & Trends” wskazuje, że do 2025 roku rynek medycyny nuklearnej będzie wart 11,3 mld dolarów, a tempo wzrostu co roku będzie dwucyfrowe. Polska, pod względem radiofarmaceutyków już należy do światowej czołówki. Dzięki instalacji cyklotronu w Centrum Projektowania i Syntezy Radiofarmaceutyków Ukierunkowanych Molekularnie „CERAD”, nasz kraj ma szansę stać się na tym rynku potentatem.

To zwiększy możliwości badawcze całego konsorcjum CERAD. W ten sposób zwiększymy również możliwości i dostępność radiofarmaceutyków, które będą wykorzystywane później przez naszych partnerów w konsorcjum – zapowiada prof. Renata Mikołajczak.

Surowce wychodzą z cienia

Przez większość 2017 roku rynki kapitałowe przyciągały uwagę kolejnymi wzrostami. Tymczasem większość paliw, metali przemysłowych i szlachetnych zyskuje w imponującym tempie. Nie brakuje głosów, że rynek surowców pobije w tym roku rynek akcyjny.

Podczas gdy na rynkach akcji od lat trwa hossa, metale przemysłowe, szlachetne i paliwa długo znajdowały się pod rządami bessy, nie mogąc podźwignąć się z dołka od 2008 r. Rynek surowców ściśle związany jest z koniunkturą w realnej gospodarce, która od kryzysu finansowego nie mogła wyjść na prostą.

W 2017 r. większość obserwatorów i inwestorów ekscytowała się kolejnymi szczytami na rynku akcji, tymczasem w cieniu Wall Street do życia powracał rynek surowców. I to tutaj padły prawdziwe rekordy. Hitem inwestycyjnym okazał się pallad, którego cena wzrosła w ciągu roku o ponad 50 proc., osiągając najwyższy poziom od 2001 r. Nieźle radził sobie zresztą cały rynek. Indeks S&P GSCI Industrial Metals Total Return zyskał w 2017 r. 24 proc., a indeks S&P GSCI Industrial Metals Total Return ponad 16 proc. Co czeka ten rynek w najbliższych miesiącach?

Decydujący głos Chin

Rynek surowców znajduje się pod wpływem dwóch czynników sprzyjających wzrostowi cen.  Pierwszym z nich jest koniunktura, która w dużym stopniu zależy od Chin, konsumujących połowę globalnej produkcji surowców. Druga co do wielkości gospodarka na świecie przechodzi z fazy wspierania wysokiego wzrostu na produktywność. Oznacza to koncentrację na produkcji przynoszącej dużą wartość dodaną, która przyniesie popyt na surowce. Problemy duszącego się w pyłach smogu Pekinu oznaczają natomiast wygaszanie starych hut i mniejsze zapotrzebowanie na węgiel. Z drugiej strony rośnie popyt na lekkie metale, jak aluminium oraz stal wysokiej jakości. Drugi czynnik to małe zapasy, które są konsekwencją ograniczania produkcji w okresie dekoniunktury. Minie jeszcze kilka kwartałów zanim braki zostaną uzupełnione.

Zresztą wsparcie dla cen surowców będzie stanowić niski stan nie tylko chińskich, ale też ogólnoświatowych zapasów. To właśnie pustki w magazynach odpowiadają za wzrost cen miedzi. W tym roku mają się one ustabilizować, choć istotnym czynnikiem ryzyka dla produkcji są potencjalne strajki pracowników na tle płacowym. Tym bardziej, że w wielu firmach wygasają w tym roku umowy ze związkami zawodowymi.

Cenne metale

W grupie najmocniej drożejących surowców w 2017 r. znalazły się lit i kobalt. Ceny litu skoczyły aż o 36 proc., podczas gdy kobalt podwoił cenę. Tak duża dynamika wynika przede wszystkim z ograniczonych zapasów i dużego popytu, generowanego przez młody przemysł samochodów elektrycznych, który używa obydwu metali do produkcji baterii. Analitycy szacują, że braki w magazynach zostaną uzupełnione w 2019 r. Wpływ większej podaży na ceny jest trudny do oszacowania, gdyż może on zostać ograniczony przez rozwój rynku samochodów elektrycznych w Chinach, które od tego roku wdrażają duży pakiet zachęt do nabywania tego typu samochodów. Jeśli chodzi o tradycyjne metale, Bank Światowy spodziewa się spadku cen stali o 10 proc.

Lit i kobalt nazywane są „battery gold” ze względu na rosnący popyt i ich znaczenie w gospodarce. O takich dynamikach mogą tylko pomarzyć inwestorzy zaangażowani na rynku złota. Choć i oni nie mogą narzekać. Kruszec podrożał w 2017 r. przeszło 10 proc., pomimo niesprzyjających okoliczności, takich jak: wzrost stóp procentowych w USA, czy polityka cięcia podatków wspierająca koniunkturę, która może przełożyć się na kolejne zacieśnienie polityki monetarnej. Wierną sojuszniczką złota pozostała sytuacja geopolityczna m.in. z kryzysem na Bliskim Wschodzie, czy w Korei Północnej, która skłaniała inwestorów do szukania bezpiecznych portów, do których żółty kruszec zalicza się w pierwszej kolejności.

Liderem wzrostów jest pallad. Przez ostatnie 16 lat pozostawał w cieniu swojej siostry – platyny. Ostatni raz był od niej droższy w 2001 r. Nie miał z nią szans, ponieważ platyna znajduje znacznie szersze zastosowanie w przemyśle i na rynku jubilerskim. Pallad ma znacznie mniejsze wzięcie u jubilerów i ograniczone zastosowanie w produkcji.

Choć platyna stosowana jest do produkcji katalizatorów w silnikach diesla, po aferze z samochodami VW, diesle znalazły się na cenzurowanym i koncerny samochodowe przestawiły się na pojazdy napędzane silnikami benzynowymi. A w nich do produkcji katalizatorów stosowany jest pallad.

Mówiąc o surowcach, nie można zapomnieć o ropie. Do końca tego roku obowiązuje bowiem porozumienie krajów OPEC i Rosji o ograniczeniu wydobycia, celem odessania z rynku nadwyżki. Bank Światowy przewiduje, że cena baryłki wzrośnie w 2018 r. do 56 USD z 53 dolarów w 2017 r.

Zyski po latach

Wzrosty na rynku surowców to bardzo dobra informacja dla posiadaczy funduszy surowcowych oraz produktów opartych na indeksach związanych z ich cenami. Lata bessy skłoniły wielu posiadaczy jednostek funduszy inwestycyjnych do wyjścia z inwestycji. Natomiast ci, którzy zostali mogą teraz liczyć zyski.

– Wiele przesłanek wskazuje na dalsze wzrosty cen na rynku surowców, ponieważ popyt na metale i paliwa w rozkręcającej się globalnej gospodarce będzie rósł. Nawet jeśli Chiny nieco zwolnią, to w górę idą prognozy dla Europy, która po latach stagnacji zaczyna odżywać. Wskaźniki PMI dla przemysłu w Niemczech i innych krajach są rekordowe – mówi Dorota Seń, ekspertka BGŻOptima.

Jeffrey Gundlach, szef DoubleLine Capital, funduszu zarządzającego aktywami o wartości 119 mld USD uważa, że rynek surowców jest najlepszym miejscem do inwestycji w tym roku. Jego zdaniem na koniec 2018 r. surowce osiągną wyższe wzrosty niż rynek akcji.

Pracownicze Plany Kapitałowe to wielka szansa dla polskiej giełdy

Nawet 300-700 mln zł miesięcznie będzie trafiać na GPW, gdy powstaną tworzone przez rząd pracownicze plany kapitałowe. Początki będą jednak skromniejsze, choć zainteresowanie ze strony inwestorów powinno pojawić się szybko.

PPK, które mają ratować system emerytalny, mają pojawić się najwcześniej od 2019 r. Fundusze, które powstaną, działając jako emerytalny filar kapitałowy, podobnie jak to było z OFE, miałyby inwestować na warszawskiej giełdzie.

– Giełdzie w Warszawie bardzo zaszkodziło ograniczanie roli OFE – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Z moich wyliczeń wynika, że dzięki powstaniu PPK co miesiąc na GPW trafiać będzie od 300 do 700 mln zł miesięcznie.

Takie kwoty mogą pojawić się z początkiem przyszłej dekady. Początki będą skromniejsze.

– Jednak zainteresowanie inwestorów może pojawić się bardzo wcześnie, bo będą oni chcieli antycypować przyszłe wzrosty notowań, gdy na giełdę będzie trafiać coraz więcej pieniędzy.

Arendarski: Ograniczenie handlu w niedzielę to bubel legislacyjny

Ustawa o ograniczeniu handlu w niedziele jest bublem legislacyjnym. Już przed jej uchwaleniem wiadomo było, że jej realizacja przysporzy wielu kłopotów. Samemu projektowi można wiele zarzucić, ponieważ ograniczy możliwość pracy tylko części branży, czyli handlu wielkopowierzchniowego. Zawiera w sobie kilkadziesiąt wyjątków. W takim przypadku wiadomo, że pojawią się ludzie, którzy błyskawicznie znajdą różne interpretacje i ustaw będzie w wielu miejscach obchodzona.

 Czy centra handlowe będą wtedy zamknięte? Zapewne nie, bo w wielu butikach za ladą stanąć będą mogli ich właściciele lub współwłaściciele, a nawet osoby, które posiadają choćby 1 proc. własności danego sklepu. Nie ma także ograniczenia dla działalności punktów gastronomicznych, więc te także będą otwarte – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej – Pojawiają się także kuriozalne propozycje. Należy do nich pomysł związany z punktami sprzedaży AGD, które w niedziele odwiedzało zwykle dużo ludzi. Teraz mieliby odwiedzać je zainteresowani klienci, oglądać towar, a następnie dokonywać zakupu przez telefon lub w Internecie. Potem mogliby odebrać zamówienie na miejscu. Takie rozwiązanie byłoby zgodne z nowymi przepisami, chociaż administracja może się z tym nie zgadzać. Ustawa ta spowoduje więc bałagan, na którym ucierpią właściciele sklepów i pracownicy, a przede wszystkim klienci. Zamiast tego można było zagwarantować każdemu z pracowników minimum dwie niedziele w miesiącu wolne od pracy. Mogłoby to objąć to wszystkie branże oraz sklepy, niezależnie od ich wielkości i właściciela. Takie rozwiązanie zadowoliłoby wszystkich – wskazał Arendarski.

Co dziesiąty czytelnik sięga po więcej niż 7 książek rocznie. Prym wiodą wydania papierowe, a najmniejszą popularnością cieszą się audiobooki

Co dziesiąty czytelnik sięga po więcej niż 7 książek rocznie. Prym wiodą wydania papierowe, a najmniejszą popularnością cieszą się audiobooki 8

Statystyki dotyczące czytelnictwa w Polsce nie są optymistyczne. Tylko mniej więcej co trzeci Polak przeczytał w 2016 roku jakąkolwiek książkę – wynika z ubiegłorocznych badań Biblioteki Narodowej. Jednak wśród czytających książki co dziesiąta osoba przeczytała więcej niż siedem pozycji. Nadal najpopularniejsze są papierowe książki, a najmniej chętnie sięgamy po audiobooki.

– Jeżeli popatrzymy na statystyki czytelnictwa, to być może nie są one bardzo optymistyczne, ale też nie przerażają. Dlatego warto skupić się na pozytywnych aspektach czytelnictwa. Z badań wynika, że jeżeli czytamy, to czytamy całkiem sporo. 10 proc. osób deklarujących, że czyta książki, przeczytało więcej niż siedem w ciągu roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Izabela Sadowska, prezes portalu Lubimyczytać.pl.

Z serwisu korzysta ok. 3 mln użytkowników. Wśród nich najbardziej aktywną grupą (35 proc.) są osoby w wieku 14–25 lat. Jedna czwarta to internauci w wieku od 25 do 34 lat. Sporą grupę stanowią też czytelnicy powyżej 45. roku życia.

– Młodzi ludzie bardzo chętnie sięgają po popularną obecnie fantastykę młodzieżową. Z wiekiem ich gusta bardziej się specjalizują. Ze statystyk wynika też, że chętniej po książki sięgają kobiety – mówi Izabela Sadowska.

Z badania „W sieci o książkach”, przeprowadzonego we współpracy z Polską Izbą Książki wynika, że w 2017 roku wzrosło znaczenie księgarni internetowych i bibliotek, za to znacząco spadło znaczenie księgarni sieciowych.

– Prym wciąż wiedzie książka papierowa. Czytelnicy lubią kupować i posiadać je na własność. Odzywa się w nich swego rodzaju fascynacja papierem – mówi Izabela Sadowska. – Z kolei wolniej w tej chwili rozwija się rynek e-booków. Czytniki wciąż są popularne, ale elektronicznym wydaniom książek wciąż daleko jeszcze do wydań papierowych. Najmniejszą popularnością cieszy się natomiast audiobook.

Średnio w skali roku czytelnicy wydają na książki 100–500 zł. W ocenie ankietowanych zarówno książki papierowe, jak i ebooki są za drogie – cena tych pierwszych nie powinna przekraczać 35 zł, a tych drugich – 25 zł. Jak podkreśla Sadowska, 1/4 czytelników e-booków ściąga je nielegalnie z internetu.

Grupowe inwestycje w nieruchomości coraz popularniejsze. Na start wystarczy 10 tys. złotych

Grupowe inwestycje w nieruchomości coraz popularniejsze. Na start wystarczy 10 tys. złotych 9

Duży może więcej – to główna zasada grupowych inwestycji w nieruchomości. Kupowanie mieszkań, całych budynków czy działek przez dużą grupę inwestorów umożliwia im negocjowanie najlepszej ceny nieruchomości, co oznacza również większe przyszłe zyski. Tego typu inwestycja wymaga znacznie mniejszego kapitału niż samodzielny zakup nieruchomości, a ułatwieniem dla chętnych jest także zarządzanie inwestycją przez wyspecjalizowane spółki. 

– Widzimy rosnące zainteresowanie inwestowaniem grupowym. Większa jest zarówno liczba inwestorów, którzy dopytują o nasze projekty, jak i średnia kwota wpłacana przez jednego inwestora. Gdy zaczynaliśmy było to około 24 tys. zł, a dzisiaj to ponad 50 tys. zł na inwestora. Widzimy też, patrząc na rynek, że inni idą w nasze ślady, dzisiaj jest już kilka firm, które taką formę inwestycji oferują. Chociaż jest to wciąż stosunkowo niewielki odsetek rynku, to będzie on rósł dość dynamicznie – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Artur Kaźmierczak, partner zarządzający Mzuri, firmy zajmującej się grupowymi inwestycjami.

Od 6 do nawet 10 proc. w skali roku – taką rentowność mają grupowe inwestycje w nieruchomości. Dla porównania banki oferują dziś oprocentowanie lokat nieprzekraczające 2 proc. Dlatego wspólne inwestowanie w nieruchomości jest coraz chętniej wybierane przez osoby dysponujące kapitałem. Próg wejścia w taką inwestycję wynosi 10 tys. zł.

Grupowe inwestowanie w nieruchomości to składanie kwot mniejszych po to, żeby uzyskać jedną dużą, przy pomocy której można kupić nieruchomość, czy będzie to kamienica, czy działka, na której można zbudować nowy blok, czy może np. portfel mieszkań – wyjaśnia Artur Kaźmierczak. – Taka forma inwestowania ma na celu większy zwrot z inwestycji, po drugie, daje możliwość uczestniczenia ze stosunkowo niewielką kwotą w stosunkowo dużym projekcie.

Dysponowanie dużą kwotą uzbieraną przez inwestorów ułatwia negocjowanie najkorzystniejszej ceny.

– Jeśli kupuje się kamienicę, w której jest 30 mieszkań, to jednostkowa cena mieszkania jest niższa, niż gdybyśmy kupowali pojedyncze mieszkanie. To jest sens tej inwestycji, żeby taniej kupić – tłumaczy Artur Kaźmierczak.

Mzuri zarządza ponad 20 mln zł w siedmiu spółkach inwestowania grupowego. Działają one w trzech różnych strategiach: rentierskiej, rewitalizacyjnej i deweloperskiej. Ta pierwsza polega na kupowaniu nieruchomości mieszkaniowych, przeprowadzaniu remontów mieszkań, a następnie ich wynajmowaniu. W ramach tej strategii inwestorzy mogą liczyć na 7 proc. zwrotu rocznie. Dodatkowe wpłaty dotychczasowych inwestorów lub pozyskiwanie nowych pozwalają na zakup kolejnych inwestycji, dzięki czemu minimalizowane jest ryzyko.

– Po odjęciu kosztów funkcjonowania spółki czynsz z tych mieszkań jest na bieżąco wypłacany wspólnikom w proporcji do wniesionego kapitału – wyjaśnia Artur Kaźmierczak.

Z kolei strategia deweloperska polega na zakupie nieruchomości, które następnie są remontowane (lub zabudowywane) i powstałe w ten sposób mieszkania, stworzone z myślą o wynajmie, są sprzedawane zainteresowanym osobom. Inwestorzy zarabiają na tym co najmniej 10 proc. rocznie.

Najnowsza strategia inwestycyjna Mzuri – rewitalizacyjna – polega na zakupie całych kamienic, generujących już dochód z czynszów, które spółka założona przez inwestorów rewitalizuje. Gotowe lokale są sprzedawane lub zatrzymywane na wynajem. Na razie projekt będzie rozwijany w Łodzi. Subskrypcja do spółki Mzuri CFI Łódź zakończyła się w styczniu br.

– Mzuri CFI Łódź  będzie inwestować tylko w aglomeracji łódzkiej, by rewitalizować to miasto. Przede wszystkim będziemy kupować kamienice, remontować je, a może na miejscu starych budować nowe budynki z nową tkanką społeczną po to, żeby Łódź stawała się coraz atrakcyjniejszym miastem dla mieszkańców. To miasto oferuje bardzo atrakcyjne zwroty dla inwestorów, więc można połączyć tę funkcję biznesową i misyjną – podkreśla Artur Kaźmierczak.

JSW walczy o kolejny kontrakt w Indiach. To perspektywiczny rynek dla polskich firm z branży górniczej

JSW walczy o kolejny kontrakt w Indiach. To perspektywiczny rynek dla polskich firm z branży górniczej 10

Wsparcie procesu odmetanowania niżej położonych złóż węgla i zagospodarowanie metanu – to nowy kierunek ekspansji Jastrzębskiej Spółki Węglowej w Indiach. Ten rynek jest dla górniczego giganta jednym z bardziej perspektywicznych. W przyszłości JSW razem ze spółką ZOK z grupy EXME Berger Group chce indyjskim partnerom pomóc w budowie głębinowych kopalń i rozwiązywaniu problemów, które się z tym wiążą. Spółka jest obecna w tym kraju już od dekady – dostarcza koks do indyjskich gigantów produkujących stal.

– Hindusi mają coraz więcej kłopotów związanych z dużymi ilościami metanu i odmetanowaniem. My te doświadczenia mamy, bo gromadziliśmy je przez 25–30 lat pracy w bardzo metanowych kopalniach JSW. Planujemy w najbliższym czasie złożyć ofertę z partnerami w ramach konsorcjum na odmetanowanie kopalń hinduskich. Chcemy postawić nogę w tej części usługowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Daniel Ozon, prezes zarządu Jastrzębskiej Spółki Węglowej.

Taką inwestycje planuje spółka Coal India, która produkuje rocznie ponad 500 mln ton węgla. Chodzi o kopalnię głębinową, którą zaprojektowali i wybudowali Polacy w latach 60. XX wieku niedaleko miejscowości Ranchi. Jak podkreśla prezes JSW, Polacy mają duże doświadczenie zarówno w projektowaniu i wdrażaniu procesów odmetanowania, jak i budowie infrastruktury oraz gospodarczym wykorzystaniu metanu.

Indie mają szóste największe na świecie zasoby węgla, szacowane na ponad 300 mld ton. Tylko państwowa spółka Coal India produkuje rocznie ponad 500 mln ton.

Do tej pory większość kopalń to były kopalnie odkrywkowe. Te złoża się wyczerpują, więc Hindusi muszą sięgać do głębszych pokładów i budować kopalnie głębinowe – mówi Daniel Ozon.

JSW rozpoczęła ekspansję na indyjskim rynku po załamaniu na rynku koksu związanym ze światowym kryzysem gospodarczym. W tym samym czasie gospodarka Indii odnotowała roczne wzrosty na poziomie 8 proc.

To rynek bardzo perspektywiczny z punktu widzenia dostawców surowców. Dzisiaj produkcja stali na rynku indyjskim to 100 mln ton, docelowo Hindusi chcą w ciągu 10 lat zwiększyć tą produkcję do 300 mln ton. To pokazuje jak duże jest zapotrzebowanie na węgiel koksujący, koks i rudę żelaza – mówi prezes JSW.

Jastrzębska Spółka Węglowa sprzedaje na indyjskim rynku od 500 do 700 tys. ton koksu rocznie. Odbiorcą jest jeden z większych producentów stali na zachodnim wybrzeżu kraju. Aktywnie szuka też kolejnych obszarów ekspansji.

Podpisaliśmy list intencyjny ze spółką Jindal, która posiada aktywa wydobywcze w różnych częściach świata, m.in. w Australii. Wysłaliśmy tam już w grudniu cztery osoby w ramach wymiany i technologicznej współpracy. Teraz czekamy na rewizytę – mówi Daniel Ozon.

Indyjski koncern Jindal Steel and Power Limited poza sektorem stalowym działa również w energetyce, górnictwie i infrastrukturze. Spółka jest obecna w Azji, Afryce i Australii, gdzie posiada złoża węgla, ma także aktywa wydobywcze w Mozambiku. Obie spółki w listopadzie podpisały porozumienie o współpracy, dotyczące m.in. doradztwa oraz projektów inwestycyjnych w sektorze wydobywczym.

Patrzę na Azję szerzej, dla mnie jest to miejsce, które technologicznie w wielu aspektach prześcignęło rozwiązania oferowane przez koncerny z Europy Zachodniej czy Ameryki Północnej. Biorąc pod uwagę wolumen produkcji węgla, koksu czy stali w Chinach, ta ekspertyza jest tam połączona z odpowiednio dobranym, skrojonym na miarę, długoterminowym finansowaniem, co może dla JSW być ciekawą alternatywą w realizacji inwestycji w połączeniu z ich finansowaniem – wyjaśnia Daniel Ozon.

Grupa JSW jest największym producentem wysokiej jakości węgla koksowego i znaczącym producentem koksu w Unii Europejskiej. Spółka ZOK należąca do EXME Berger Group jest największą firmą w Polsce zajmującą się odmetanowaniem górotworu kopalń węgla kamiennego i usługami z tym związanymi.