Pokaż jak jeździsz – dostaniesz zniżkę na OC

Monitoring jazdy i wyliczana na jego podstawie cena ubezpieczenia OC, to już nie tylko wizja przyszłości. Od początku 2017 roku polscy kierowcy mogą korzystać z tego rozwiązania i zyskać nawet 30% zniżki.

W wielu krajach Unii Europejskiej (np. Wielka Brytania, Francja) system monitoringu już od kilku lat stosowany jest do śledzenia stylu jazdy kierowców. Ubezpieczyciele mają pewne źródło informacji, na którego podstawie mogą indywidualnie dopasować wysokość stawki OC do danego kierowcy. Na takim rozwiązaniu zyskują szczególnie młode osoby, które bezpieczną jazdą mogą udowodnić, że mimo statystycznej przynależności do najbardziej ryzykownej grupy kierowców, są godne zaufania. W Polsce pierwsza firma ruszyła z podobnym projektem, a kolejne towarzystwa zapowiadają jego szybkie wdrożenie.

Jak to działa?

System nie zakłada konieczności instalowania żadnych dodatkowych urządzeń w aucie, a monitoring odbywa się za pomocą aplikacji w telefonie. Dzięki informacjom rejestrowanym w systemie, ubezpieczyciel otrzymuje dane dotyczące przebiegu jazdy danego kierowcy. Odnotowywana jest dynamika jazdy, czyli głównie gwałtowne hamowania i częste przyspieszenia. Podczas oceny brane są również pod uwagę czynniki takie jak pora dnia i nocy oraz rodzaj drogi, na której porusza się auto. Kierowcy prowadzący spokojnie, umiarkowanym tempem mogą liczyć na przychylność firm ubezpieczeniowych. To właśnie im towarzystwa mają oferować obniżenie składki OC. Analogicznie, im bardziej ryzykowna jazda, tym wyższa cena polisy. Aplikacja jest płatna, ale może okazać się, że oszczędność na polisie będzie przewyższała jej koszt. Wciąż jednak warto poszukiwać atrakcyjnego ubezpieczenia OC w kalkulatorze ubezpieczeń samochodowych.

Gdzie można skorzystać z oferty?

O pomyśle wprowadzenia systemu monitorowania jazdy głośno było już dwa lata temu za sprawą towarzystwa Link4. Ubezpieczyciel zapewniał, że z początkiem 2017 roku wprowadzi w życie projekt, który pozwoli zaoszczędzić kierowcom na 30% na polisie OC. Testowana przez kilkanaście miesięcy aplikacja zakładała utworzenie indywidualnego profilu kierowcy, monitorowanie jego stylu jazdy oraz porównanie ubezpieczeń za sprawą zeskanowanego kodu z dowodu rejestracyjnego. Link4 spóźniło się jednak z wprowadzeniem pionierskiej na polskim rynku oferty, gdyż pod koniec stycznia towarzystwo zostało wyprzedzone przez firmę Ergo Hestia. Ubezpieczyciel, we współpracy z autorami aplikacji Yanosik, stworzył usługę YU! Twórcy programu zapewniają, że jego głównym celem jest promowanie bezpiecznej jazdy oraz docenianie kierowców, którzy przestrzegają zasad ruchu drogowego.

Co na to kierowcy?

Ponieważ od wprowadzenia oferty minęło niewiele czasu, trudno mówić o jego powodzeniu i zadowoleniu klientów. Warto jednak przyjrzeć się opiniom kierowców na temat samego pomysłu. Aż 40% polskich kierowców jest w stanie skorzystać z usługi w zamian za obniżenie ceny OC – wynika z raportu Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Do grupy najbardziej zainteresowanej usługą monitoringu jazdy należą młodzi kierowcy (studenci i single, którzy mieszkają z rodzicami) – 68% ankietowanych. To właśnie im towarzystwa oferują najdroższe polisy więc nic dziwnego, że wszelkimi sposobami próbują obniżyć cenę składki OC. Warto zaznaczyć, że szukając oszczędności na polisie dobrze jest także skorzystać z serwisu porównującego ubezpieczenia komunikacyjne https://ubezpieczamy-auto.pl/najtansze-oc/.

Wyniki Grupy TAURON w 2016 r.

  • Przychody ze sprzedaży wyniosły 17,65 mld zł
  • EBITDA osiągnęła poziom 3,34 mld zł, marża EBITDA wyniosła 18,9 proc.
  • Zysk netto wyniósł 370 mln zł (wobec straty netto w 2015 r. w wysokości 1,8 mld zł)
  • Odpisy aktualizujące (netto) wartość majątku trwałego będące efektem przeprowadzonych w 2016 r testów na utratę wartości: 735 mln zł
  • Największy wpływ na uzyskane wyniki miały segmenty: Dystrybucja (EBITDA 2 395 mln zł), Wytwarzanie (EBITDA 545 mln zł) i Sprzedaż (EBITDA 490 mln zł)
  • Znacząca poprawa wolumenów i rentowności w segmencie Wydobycie w II półroczu 2016 r.
  • Roczne nakłady inwestycyjne na poziomie ponad 3,8 mld zł. Największy CAPEX zrealizowano w segmentach Wytwarzanie (1,7 mld zł), Dystrybucja (1,8 mld zł) i Wydobycie (283 mln zł)
  • Wskaźnik długu netto/EBITDA na koniec 2016 r.: 2,32x (spadek o 0,3x w porównaniu do wartości wskaźnika na dzień 30 września 2016 r.)   

(wszystkie dane za I-IV kwartał 2016 r., dane skonsolidowane)

– Grupa TAURON działa na wymagającym, coraz mniej stabilnym rynku, na którym sukces mogą odnieść jedynie firmy wyznaczające kierunki rozwoju branży. Naszą aspiracją jest być firmą, która kreuje rozwiązania, a nie tylko adaptuje się do zmian w otoczeniu.  Wyniki finansowe Grupy TAURON wypracowane w 2016 roku potwierdzają naszą silną pozycję na rynku energetycznym oraz stanowią dobrą podstawę do dalszego wzrostu. Zgodnie z naszą strategią budujemy kulturę organizacyjną Grupy w taki sposób, aby w centrum naszych działań znajdował się klient i jego oczekiwania – mówi Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia.

– Zakończyliśmy miniony rok dobrym czwartym kwartałem. Wynik EBITDA uzyskany w całym 2016 r. jest nieznacznie niższy niż rok wcześniej i jest to przede wszystkim rezultat trudnych warunków rynkowych w sektorze górnictwa węgla kamiennego i energetyki konwencjonalnej. Na wynik operacyjny i netto, podobnie jak w 2015 r., wpłynęły odpisy wartości bilansowej nierentownych jednostek wytwórczych segmentu Wytwarzanie. Widać, że czynniki regulacyjno-rynkowe w coraz większym stopniu wpływają na wyniki finansowe osiągane przez firmy energetyczne – mówi Marek Wadowski, wiceprezes zarządu TAURON Polska Energia ds. ekonomiczno-finansowych.

Dane operacyjne

Kluczowe parametry operacyjne J.m. I-IV kw. 2016 r. I-IV kw. 2015 r. Zmiana (proc.) IV kw. 2016 r. IV kw. 2015 r. Zmiana (proc.)
Produkcja węgla handlowego mln Mg 6,37 4,91 30 proc. 2,16 1,46 48 proc.
Sprzedaż węgla handlowego mln Mg 6,06 5,09 19 proc. 1,96 1,43 38 proc.
Wytwarzanie energii elektrycznej (produkcja brutto Grupy), w tym: TWh 16,80 18,56 (9) proc. 4,35 4,76 (9) proc.)
wytwarzanie energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych (biomasa, wiatr, woda) TWh 1,32 1,63 (19) proc. 0,32 0,43 (26) proc.
Wytwarzanie ciepła PJ 11,52 11,51 0 proc. 4,52 3,92 15 proc.
Dystrybucja energii elektrycznej TWh 49,68 49,20 1 proc. 12,86 12,51 3 proc.
Sprzedaż detaliczna energii elektrycznej TWh 32,04 35,94 (11) proc. 8,85 9,48 (7) proc.
Liczba klientów – Dystrybucja tys. 5 474 5 418 1 proc. 5 474 5 418 1 proc.

W 2016 r. produkcja węgla handlowego była wyższa o 30 proc. w porównaniu do roku 2015 r. i wyniosła 6,37 mln ton. Bez uwzględnienia produkcji z ZG Brzeszcze wzrost wyniósłby 6 proc. Sprzedaż węgla kamiennego osiągnęła poziom 6,1 mln ton, z czego 4,7 mln ton (ok. 77 proc.) trafiło do spółek z segmentu Wytwarzanie. Na wysoki wolumen wydobycia największy wpływ miał systematyczny wzrost produkcji w funkcjonującym od stycznia 2016 r. w ramach Grupy TAURON, Zakładzie Górniczym Brzeszcze (ZG Brzeszcze).

Intensywny program inwestycyjny, realizowany w 2016 r. w tej kopalni, powinien przełożyć się na osiągnięcie w 2017 r. rocznego wolumenu wydobycia w docelowej wysokości ok. 1,8 mln ton i generowanie dodatnich wyników finansowych. O skuteczności działań podejmowanych w tym zakładzie świadczą liczby – w IV kwartale ubiegłego roku ZG Brzeszcze wydobyły aż 438 tys. ton węgla i uzyskały wynik EBITDA na poziomie 6 mln zł.

Produkcja energii elektrycznej w 2016 r. wyniosła ok. 16,8 TWh, w tym z odnawialnych źródeł energii – 1,3 TWh. Niższa produkcja i sprzedaż energii elektrycznej realizowana przez segment Wytwarzanie wynikała bezpośrednio z przyjętej strategii handlowej Grupy TAURON, przy czym za spadek produkcji energii w źródłach odnawialnych odpowiadała głównie niższa produkcja z biomasy (efekt obniżenia współczynnika wsparcia dla procesu współspalania biomasy z 1,0 do 0,5 oraz silnego spadku cen zielonych certyfikatów).

W segmencie Dystrybucja Grupa TAURON odnotowała wzrost wolumenu, dostarczając klientom niemal 50 TWh energii elektrycznej, czyli o 1 proc. więcej niż rok wcześniej. Jest to efekt koniunktury gospodarczej i wyższego krajowego zużycia energii elektrycznej. W 2016 r. segment Dystrybucja podłączył do swojej sieci dystrybucyjnej ponad 50 tysięcy nowych klientów.

Z kolei segment Sprzedaż zanotował ok. 11 proc. spadek wolumenu sprzedaży detalicznej energii, co wynikało z braku sprzedaży energii do PSE (ok. 1,7 TWh w 2015 r.) i coraz silniejszej konkurencji na rynku sprzedaży energii elektrycznej.

Wyniki finansowe

Kluczowe parametry finansowe

(w tys. zł)

I-IV kw.

2016 r.

I-IV kw.

2015 r.

Zmiana (proc.) IV kw. 2016 r. IV kw. 2015 r. Zmiana (proc.)
Przychody ze sprzedaży 17 646 18 264 (3) proc. 4 523 4 630 (2) proc.
EBIT 802 (1 901) 279 -3 433
EBITDA 3 337 3 523 (5) proc. 879 682 29 proc.
Marża EBITDA (proc.) 18,9 proc. 19,3 proc. (2) proc. 19,4 proc. 14,7 proc. 32 proc.
Zysk netto 370 (1 804) 94 (2 883)
Marża zysku netto (proc.) 2,1 proc. (9,9) proc. 2,1 proc. (62,3) proc.
Wynik netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej 367 (1 807) 93 (2 884)


Przychody ze sprzedaży

W 2016 r. Grupa TAURON osiągnęła przychody ze sprzedaży w wysokości 17,6 mld zł, tj. na poziomie zbliżonym do uzyskanego w 2015 r. Wyższe przychody odnotowano w segmencie Wydobycie i wynikają przede wszystkim z nabycia w 2016 r. Zakładu Górniczego Brzeszcze i sprzedaży wyższego wolumenu węgla. Spadki odnotowano w segmentach: Wytwarzanie (o 19,0 proc.) oraz Sprzedaż (o 11,7 proc.), co jest głównie pochodną niższych wolumenów i cen sprzedaży energii elektrycznej.

EBITDA

EBITDA Grupy uzyskana w 2016 r. wyniosła 3,3 mld zł, co jest rezultatem niższym o 5,3 proc. w porównaniu do 2015 r. Największy udział w strukturze EBITDA niezmiennie ma segment Dystrybucja (71,8 proc.), w dalszej kolejności Wytwarzanie (16,3 proc.) i Sprzedaż, który wygenerował ok. 14,7 proc. łącznej EBITDA Grupy.

Zysk netto i odpisy aktualizujące wartość aktywów wytwórczych

Zysk netto Grupy wyniósł 370 mln zł, podczas gdy w 2015 r. – na skutek wysokich odpisów aktualizacyjnych – Grupa odnotowała 1,8 mld zł straty netto.

Negatywny wpływ na wysokość zysku netto miały, przeprowadzone w trakcie 2016 r., testy na trwałą utratę wartości bilansowej aktywów, których wyniki skutkowały ujęciem odpisów aktualizujących wartość bilansową konwencjonalnych i odnawialnych źródeł wytwórczych o łącznej wartości netto 735 mln zł.

Odpisy są rezultatem uwzględnienia w testach zmian w otoczeniu rynkowym, w tym między innymi: niekorzystnych regulacji w obszarze odnawialnych źródeł energii, kilkukrotnego spadku cen zielonych certyfikatów oraz utrzymujących się niekorzystnych – z punktu widzenia rentowności energetyki węglowej – warunków rynkowych.

Strategia Grupy TAURON na lata 2016-2025

We wrześniu 2016 r. Zarząd TAURON Polska Energia S.A. zaprezentował nową strategię Grupy TAURON na lata 2016-2025. Priorytetami strategii jest zapewnienie stabilności finansowej Grupy, inwestycje dopasowane do potrzeb rynku i możliwości finansowych Grupy oraz rozwój innowacji i budowanie relacji z klientem. Sprzedaż i rozwój nowych produktów i usług będą stanowić silną bazę wzrostu Grupy.

W ramach racjonalizacji nakładów inwestycyjnych zredukowano planowany capex z 20,2 mld zł do ok. 18 mld zł. Założone kierunki inwestycyjne po roku 2020 to, oprócz energetyki regulowanej, także nowa energetyka. TAURON będzie inwestował w rozwój e-mobility, rozproszone wytwarzanie ciepła i energii, energetykę prosumencką, rozwiązania smart home, smart city oraz usługi okołoenergetyczne. W zakresie działalności innowacyjnej i badawczo-rozwojowej strategia zakłada ponoszenie wydatków inwestycyjnych w wysokości 0,4 proc. wartości skonsolidowanych przychodów rocznie.

Bardzo istotnym elementem nowej strategii jest również, przyjęty w marcu 2016 r., program poprawy efektywności, który zakłada uzyskanie oszczędności w latach 2016-2018 na poziomie 1,3 mld zł, jak również inicjatywy strategiczne, które w latach 2017-2020 przyniosą dodatkowe efekty finansowe w wysokości 1,9 mld zł.

Strategia zakłada, że dzięki powyższym działaniom, EBITDA Grupy TAURON wzrośnie do ponad 4 mld zł w 2020 r. i osiągnie 5 mld zł w 2025 roku.

Program Poprawy Efektywności

W 2016 r. Program Poprawy Efektywności przyniósł efekty o łącznej wartości 478 mln zł, przy czym 263 mln zł wpłynęło pozytywnie na EBITDA, a 215 mln zł pochodzi ze zmniejszenia capexu. Oszczędności uzyskane w ubiegłym roku stanowią 37 proc. łącznych oszczędności zaplanowanych na lata 2016-2018. Największy udział w osiągniętych oszczędnościach miał segment Wytwarzanie. Najwyższe oszczędności (tj. 272 mln zł) zostały uzyskane na skutek poprawy efektywności wykorzystania majątku.

Inwestycje

W 2016 r. nakłady inwestycyjne Grupy TAURON wyniosły 3,8 mld zł. W segmencie Dystrybucja capex (1,8 mld zł) był przeznaczony przede wszystkim na modernizację sieci dystrybucyjnej i przyłączanie do sieci nowych odbiorców. W segmencie Wytwarzanie gros capexu zostało przeznaczone na budowę bloku węglowego o mocy 910 MW w Elektrowni Jaworzno III (1,24 mld zł). Planowane całkowite nakłady na budowę tej jednostki wynoszą ok. 6,2 mld zł, a blok zostanie przekazany do eksploatacji w listopadzie 2019 r.

– Myśląc długoterminowo o rozwoju Grupy TAURON oraz o bezpieczeństwie energetycznym systematycznie inwestujemy w nowe moce wytwórcze i poprawę jakości infrastruktury dystrybucyjnej. Prace przy naszym największym projekcie, bloku o mocy 910 MW w Elektrowni Jaworzno III, są już zaawansowane w 32 proc. – komentuje prezes Filip Grzegorczyk.

Zadłużenie i finansowanie

Rok 2016 to także okres dużej aktywności w obszarze finansowania działalności Grupy. W marcu podpisane zostały porozumienia z grupą obligatariuszy, na mocy których została podwyższona dopuszczalna wartość wskaźnika długu netto/EBITDA z 3,0x do 3,5x. Zmiana granicznej wysokości tego kowenantu zapewnia Spółce wyższy komfort w obszarze zadłużenia i finansowania.

W IV kwartale 2016 r. wyemitowano obligacje hybrydowe (podporządkowane) o wartości 190 mln euro, które objął Europejski Bank Inwestycyjny w ramach tzw. planu Junckera. Była to pierwsza tego typu w Europie oraz pierwsza w Polsce emisja obligacji hybrydowych. Na uwagę zasługuje fakt, że zadłużenie wyemitowane w ramach tego programu nie jest uwzględniane przy kalkulacji wskaźnika dług netto/EBITDA.

Powyższe działania zostały docenione przez agencję ratingową Fitch, która oceniając wiarygodność kredytową TAURON Polska Energia SA, potwierdziła jej rating na poziomie BBB oraz podwyższyła perspektywę ratingu z negatywnej na stabilną.

– Obecnie najważniejszym priorytetem dla Grupy jest zapewnienie stabilności finansowej, rozumianej jako utrzymanie zdrowego bilansu i przepływów pieniężnych pozwalających na realizację programu inwestycyjnego. Jesteśmy w stałym dialogu z instytucjami finansowymi – koncentrujemy się na wydłużeniu okresu zapadalności długu oraz zastosowaniu korzystnych dla Grupy, nowych instrumentów finansowych. Przykładem może być emisja obligacji hybrydowych, dzięki której wskaźnik długu netto do EBITDA obniżył się na koniec 2016 r. do poziomu 2,3x, podczas gdy jeszcze na koniec września wynosił ponad 2,6x – mówi wiceprezes Marek Wadowski.

Dobry inwestor nie panikuje, gdy rynki szaleją

Kryzys gospodarczy i zawirowania na rynkach finansowych to czas poważnej próby dla inwestorów. Kto ulegnie emocjom i zacznie np. pospiesznie wyprzedawać akcje, może bardzo wiele stracić. Z kolei kupowanie w kryzysowych realiach, choć bywa ryzykowne, może się opłacić. Czym warto się kierować, podejmując decyzje inwestycyjne – wyjaśnia Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Kryzysy i załamania gospodarcze najczęściej występują niespodziewanie, wywołując trudne do przewidzenia skutki. Widmo kryzysu sprawia, że ceny akcji często spadają poniżej ich rzeczywistej wartości. Zdarza się wtedy, że ludzie, postawieni przed wizją znacznych strat finansowych, podejmują mało racjonalne decyzje.

Gdy jedni się boją, drudzy inwestują

Jak nietrudno się domyślić, sprzedawanie w takich warunkach może okazać się kiepskim pomysłem. Inwestorzy bardzo często popełniają błąd, który polega na zbyt długim przetrzymywaniu tracących na wartości aktywów, by w końcu zostały one wystawione na sprzedaż w chwili, gdy ceny spadają bardzo nisko. Prawdopodobnie takie reakcje – co tłumaczy też ekonomia behawioralna – wynikają z faktu, że o wiele mocniej odczuwamy utratę kapitału niż poczucie satysfakcji z zysku na tym samym poziomie.

Kupowanie w warunkach kryzysu może się opłacać, ale oczywiście pociąga za sobą spore ryzyko. Zawsze może się okazać, że sytuacja pogorszyć się jeszcze bardziej. Warto jednak pamiętać, że kiedy negatywne emocje na rynkach już opadną, czynniki fundamentalne, determinujące stan gospodarek (jak np. wzrost gospodarczy, zadłużenie, poziom stóp procentowych), zaczną odgrywać coraz większą rolę i wyceny akcji wrócą do normy.

Dobry przykład takiej sytuacji mogliśmy zaobserwować po wygranej Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA. Nie był to kryzys, niemniej chaos powyborczej nocy i powyborczego dnia wdarł się na rynki. Indeksy europejskie i kontrakty na indeksy amerykańskie traciły początkowo nawet o ok. 5 proc.

Tymczasem Carl Icahn, 52. na liście najbogatszych ludzi świata, powiedział w wywiadzie dla agencji informacyjnej Bloomberg, że gdy zobaczył, jak giełdy nurkują, wyszedł z imprezy na cześć zwycięstwa Trumpa i wydał miliard dolarów (tyle udało mu się w tak krótkim czasie zorganizować) na akcje. Icahn się nie pomylił. Po gwałtownej przecenie ceny akcji zaczęły piąć się w górę, a główny amerykański indeks Dow Jones 30 w parę dni osiągnął historyczne rekordy.

Jak wypełnić portfel, aby skorzystać z okazji

Sytuacja z pierwszych godzin po triumfie Donalda Trumpa stanowi dość skrajny przykład, ale dobrze obrazuje pewien rodzaj zachowania inwestycyjnego. Aby móc wykorzystywać takie okazje podczas kryzysu czy innych zawirowań na rynku, należy posiadać wolne środki i nie bać się inwestować w ten sposób. To prowadzi do takiego konstruowania portfela inwestycyjnego, który z jednej strony jest nieco bardziej odporny na takie wydarzenia, a z drugiej strony umożliwia kupno dodatkowych aktywów po atrakcyjnych cenach, które mogą zapewnić w przyszłości ponadprzeciętne zyski.

Choć strategię inwestycyjną w idealnym przypadku powinno się dla każdego konstruować indywidualnie, by jak najlepiej odzwierciedlać cele, horyzont czasowy czy skłonności do ryzyka, to możemy wyodrębnić pewne uniwersalne reguły. Inwestując, powinniśmy przede wszystkim myśleć o dłuższym horyzoncie czasowym. W perspektywie np. kilkudziesięciu lat, chwilowe zawirowania  wpłyną na nasz kapitał w sposób ograniczony.

Poszczególne składowe, tworzące całość naszych inwestycji, powinny być przede wszystkim jak najmniej skorelowane ze sobą. Powoduje to zmniejszenie ogólnego ryzyka utraty wartości portfela inwestycyjnego. Poza bardziej ryzykownymi elementami, np. akcjami czy funduszami akcji, dającymi potencjalnie wyższą stopę zwrotu w dłuższym horyzoncie czasowym, dobrym pomysłem może być zabezpieczenie swojego kapitału aktywami, które historycznie notują relatywnie dobre wyniki w czasach kryzysu. Można zaliczyć do nich m.in. złoto, srebro, bony skarbowe rządu USA, jena japońskiego czy franka szwajcarskiego.

Choć w okresach globalnego wzrostu na rynkach notowania metali szlachetnych czy walut mogą nie przynosić znacznych zysków (wkalkulowane są nawet lekkie straty), można o nich myśleć jak o ubezpieczeniu. Zwykle decydujemy się na wykup polisy ubezpieczeniowej domu, choć mamy nadzieję, że nigdy nie będziemy z niej korzystać.

Na niepewne czasy przydaje się szybki dostęp do gotówki

Można też oczywiście bardziej aktywnie podchodzić do zarządzania swoim kapitałem i zmieniać udział  bezpieczniejszych instrumentów w zależności od bieżącej sytuacji rynkowej i naszych oczekiwań co do przyszłości. Gdy panuje większa niepewność i nerwowość na rynkach lub gdy perspektywy wzrostu się pogarszają, optymalnym rozwiązaniem może okazać się zwiększenie ich udziału. W takich przypadkach można też posłużyć się bardziej zaawansowanymi formami ochrony ryzykownej części kapitału – jak np. strategie long/short. Można także wykorzystywać instrumenty pochodne, np. opcje (m.in. protective put dla akcji – płacąc z wyprzedzeniem premię za możliwość znacznego ograniczenia strat).

Istotne jest, aby część zgromadzonego kapitału można było relatywnie łatwo i szybko zamienić na gotówkę. Trzymanie większej części inwestycji w gotówce podczas zwiększonej niepewności może dawać dwie zasadnicze korzyści. Po pierwsze, możemy w ten sposób znacznie ograniczyć potencjalne straty, po drugie zyskujemy opcje zakupu aktywów (np. akcji) po bardzo niskiej cenie, często poniżej ich rzeczywistej wartości. Gdy na rynku rozpocznie się okres wzrostu, możemy wtedy osiągać ponadprzeciętne zyski.

Miejmy nadzieję na najlepsze, przygotowujmy się na najgorsze

Niestety, kryzysy i załamania gospodarcze – jak pokazują ostatnie lata – występują relatywnie często. Założenie, że nas nic takiego nie dotknie, wydaje się dość naiwne. Dlatego warto przygotować się na negatywne reakcje rynku, aby chronić nasz kapitał i wykorzystywać nadarzające się okazje. Kluczem do tego jest dobrze zdywersyfikowany portfel, składający się nie tylko z akcji czy obligacji, ale też z alternatywnych inwestycji (np. złota, srebra, nieruchomości, kolekcjonerskich monet itp.), gotówki w różnych walutach, opcjonalnie ze strategii zabezpieczających i innych inwestycji.

W trakcie zawirowań rynkowych ludzie są znacznie bardziej narażeni na wpływ dużych emocji, które przeszkadzają w podejmowaniu dobrych decyzji. Jeśli jednak jesteśmy zdyscyplinowani, metodycznie podchodzimy do swoich inwestycji i jesteśmy świadomi zasad, jakimi kieruje się rynek, zwiększa się prawdopodobieństwo uniknięcia strat i nawet osiągnięcia ponadprzeciętnych zysków. Decyzje inwestycyjne powinniśmy podejmować w taki sam sposób, niezależnie od tego czy zyskujemy, czy tracimy, starając się unikać nadmiernego ryzyka, by odzyskać utracony kapitał, ponieważ może to prowadzić do jeszcze większych strat.

29 mld dolarów – tyle wydadzą firmy na ujednolicenie komunikacji z klientami

Przedsiębiorstwa mają problem: klienci kontaktują się z nimi korzystając już nie tylko z telefonu, chatów czy sms-ów, ale również mediów społecznościowych i kanałów video. Wyzwaniem staje się więc ujednolicenie komunikacji. Dobrze ilustrują to prognozy firmy analitycznej Markets&Markets. Wynika z nich, że sprzedaż rozwiązań UCaaS (Unified Communication as a Service) wzrośnie w ciągu 5 najbliższych lat o 12 mld dolarów.

Jak prognozuje Markets&Markets, rynek rozwiązań integrujących kanały komunikacji, oferowanych w chmurze obliczeniowej, będzie rósł w tempie dwucyfrowym rok do roku w średnim tempie 10%. W niektórych regionach będzie zwiększał swoją wartość jednak znacznie szybciej. Przykładem może być nie tylko Ameryka, region Azji i Pacyfiku, ale także Europa, gdzie wzrost ma wynosić 20% rok do roku.

Komunikacja z kontekstem

Głównym odbiorcą rozwiązań w zakresie ujednoliconej komunikacji będzie sektor bankowy, telekomunikacyjny, logistyczny oraz usług hotelarskich.

– Przedsiębiorstwa muszą integrować komunikację, bo tym, czym można się dzisiaj wyróżnić na rynku, jest jakość obsługi klienta. Niestety, bez dogłębnej wiedzy na temat historii kontaktu z klientem, jego oczekiwań, uwag, które trafiają do firmy zarówno drogą telefoniczną, e-mailową, czy za pośrednictwem czatu, jest to niemożliwe. Sytuację komplikuje dodatkowo fakt, że firmy często outsourcują kontakt z klientem. Za obsługę firmowego profilu na Facebooku odpowiada więc np. agencja marketingowa, a za telefoniczny kontakt zewnętrzne call center. Sęk w tym, że nie przekazują one sobie wzajemnie informacji, bo zazwyczaj nie mają do tego narzędzi. Dość często zdarza się, że konsultant dzwoni do klienta, który już wcześniej skontaktował się z firmą za pośrednictwem mediów społecznościowych czy np. czatu. Oczywiście wpływa to negatywnie na poziom satysfakcji z obsługi  – wskazuje Paweł Pierścionek z firmy Cludo dostarczającej rozwiązania integrujące komunikację w firmie.   

Warto w ty miejscu przytoczyć dane z raportu Global Contact Center Benchmarking Report, przygotowanego przez Dimension Data. Wskazują one, że na wartość marki w ogromnym stopniu wpływa obsługa klientów. Aż 83% respondentów w profesjonalnej obsłudze widzi wyróżnik o znaczeniu krytycznym, natomiast 78% najważniejszy strategiczny wskaźnik wydajnościowy. Jaki to ma związek z ujednoliconą komunikacją? Duży bo nic tak nie drażni klientów, jak komunikacja bez kontekstu.

Natrętne telefony z kompletnie niedostosowaną ofertą zdarzają się często, ponieważ większość call center wciąż pracuje na starych systemach, które nie opierają się na informacjach pochodzących z różnych kanałów komunikacji a ich głównym celem było realizowanie jak największej liczby połączeń w jak najkrótszym czasie. Na początku ery call center w Polsce miało to sens, bo sam telemarketing był niejako nowością, obecnie w zdigitalizowanym świecie niespersonalizowana komunikacja z klientem jest najprostszą drogą do popsucia sobie z nim relacji – przekonuje Paweł Pierścionek z Cludo.

Kupują, bo jest taniej

Zdaniem analityków, firmy zwiększą inwestycje w rozwiązania UCaaS nie tylko dlatego, że muszą zintegrować kanały komunikacji – zarówno te z klientami, jak i pracownikami. Istotnym czynnikiem jest mobilność i rosnąca popularność pracy zdalnej. Ważnym argumentem za UCaaS są także relatywnie niskie koszty systemów oferowanych w modelu „as a Service” oraz możliwość rozliczania się „według zużycia.” To ich najważniejsza przewaga w porównaniu z rozwiązaniami stacjonarnymi – Systemy oferowane w chmurze obliczeniowej są w tej chwili tak samo funkcjonalne i bezpieczne jak rozwiązania „on premise”, przy tym kosztują znacznie mniej. Z naszych wyliczeń wynika, że wdrożenie stacjonarnego systemu wiąże się z wydatkami na poziomie 1 mln zł, dodatkowo do tej kwoty trzeba doliczyć koszty związane ze zmianą systemów, aktualizacji, licencji oraz utrzymania. Może się więc okazać, że finalnie będzie to wielokrotność tej kwoty. Dla porównania, system w chmurze to wydatek kilku tysięcy zł i możliwość rozliczania się w zależności od liczby stanowisk – zwraca uwagę Paweł Pierścionek, Chief Technical Officer w firmie Cludo.

W erze dużych zbiorów danych

Popyt na rozwiązania UCaaS rośnie także dlatego, że te rozwiązania są ważnym agregatorem informacji, co w erze Big Data ma szczególne znaczenie. Integracja systemów z aplikacjami do analityki przynosi szereg korzyści.

Mechanizmy maszynowego uczenia na podstawie anonimowych danych pozyskanych z sieci podpowiadają jak dotrzeć do potencjalnego nabywcy ze skrojoną na jego miarę ofertą. Platformy UCaaS z kolei odpowiadają za integrację tych informacji. W praktyce oznacza to, że konsultant korzystający z narzędzi UCaaS ma nie tylko wgląd w historię kontaktów z klientem, wie jaki kanał najczęściej był przez niego wybierany i czego dotyczyły te kontakty, ale również posiada informacje o tym, czym w danym momencie może on być zainteresowany, czy np. wyszukiwał ostatnio oferty wakacji last minute czy raczej planuje remont mieszkania – wyjaśnia ekspert Cludo. – Taka wiedza ma nieocenioną wartość w dzisiejszych realiach rynkowych, gdzie klienci są dosłownie zalewani morzem reklam i ofert, które zupełnie ich nie interesują i stanowi o przewadze konkurencyjnej firm.

Telefonia na topie

Jak wynika z danych MarketsMarkets, największy udział w rynku UCaaS wciąż będzie należał do telefonii. Pozostanie ona najczęściej wykorzystywanym kanałem komunikacji na świecie. Podobną tendencję daje się zauważyć również w Polsce, gdzie usługi takie jak VoIP nie bez powodu wykorzystywane są coraz częściej. – Mimo deklaracji, firmy wciąż rzadko korzystają z takich kanałów komunikacji jak Facebook czy chat. Telefon jeszcze długo pozostanie podstawowym narzędziem do kontaktu z klientem, choć nowe pokolenie intensywnie korzystające z mediów społecznościowych, będące stale „online”, zmusi firmy do weryfikacji tej polityki w kolejnych latach – zwraca uwagę Paweł Pierścionek z Cludo.

Potwierdzają to również eksperci w raporcie Dimension Data, prognozując, że  liczba cyfrowych interakcji obsługiwanych przez contact center już niebawem przewyższy liczbę kontaktów telefonicznych.

Należy przystosować obecne regulacje prawne do większej, międzynarodowej konkurencji w inwestycjach

Polska jest jednym z krajów po transformacji ustrojowej, który ciągle jest w budowie. Rola inwestycji w naszym kraju jest nie do przecenienia. Zmienia się charakter i oczekiwania wobec inwestycji. Coraz częściej oczekujemy od inwestorów zainteresowanych inwestycjami w Polsce, aby tworzyli – oprócz nowych miejsc pracy – dodatkową wartość dodaną w postaci nowych technologii oraz lepszych stanowisk pracy. Bardzo ważna jest rola regulacji prawnych i całego otoczenia prawnego w naszym kraju – mogą one zachęcać, zniechęcać lub uniemożliwiać inwestorom zagranicznym inwestycje. Otoczenie polityczne oraz gospodarcze, a także oczekiwania wobec regulacji prawnych również się zmieniają. W początkowym okresie transformacji jej zasadniczym celem było przede wszystkim umożliwienie transakcji prywatyzacyjnych na początku lat 90.

– Obecne regulacje prawne muszą sprostać większej konkurencji, w tym konkurencji międzynarodowej – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Rafał Stroiński, partner w kancelarii JS Legal – Muszą one odnosić się do tendencji gospodarczych i politycznych, które obserwujemy w Polsce i za granicą. Ważne jest, aby tworzyły one drożny mechanizm, pozwalający na lokalizację miejsca i wybór partnera do inwestycji w Polsce, przeprowadzenie inwestycji oraz zabezpieczenie praw stron w przyszłości. Należy zapewnić równą płaszczyznę współdziałaniach zarówno dla inwestycji zagranicznych, jak i dla przedsiębiorców rodzimych. Mówię o pracach legislacyjnych związanych z „Konstytucją dla biznesu” oraz pakietem „100 zmian dla firm”. Potrzeba tych prac została dostrzeżona i jest realizowana – podsumował Stroiński.

Jak deweloperzy oceniają program Mieszkanie Plus

Czy w opinii deweloperów rządowy program Mieszkanie Plus będzie miał wpływ na rynek mieszkaniowy w naszym kraju? Czy spowoduje zmiany na rynku najmu? Sondę prezentuje serwis nieruchomości Dompress.pl.

Zuzanna Kordzi, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Tutaj niestety ogromne znaczenie ma polityka. Źle by się stało gdybyśmy wrócili do ręcznego sterowania gospodarką, a taki skutek może przynieść zaburzanie równowagi konkurencyjnej przez działania rządu.

Jeżeli rządzący będą chcieli konkurować z deweloperami i pokazać, że ta branża jest niepotrzebna to są to w stanie uczynić. Z pierwszych zarysów programu Mieszkanie Plus wynikało, że Państwo będzie budować mieszkania na wynajem dla osób, których nie stać na kredyt, w mniejszych miejscowościach lub mniej atrakcyjnych lokalizacjach dużych miast i to był dobry pomysł. Teraz kiedy okazuje się, że BGK Nieruchomości będzie mogło wykorzystać na ten cel grunty PKP położone niejednokrotnie w centrach miast, wydaje się że rząd jednak chce coś udowodnić. Nie wiemy też, jak faktycznie będą wyglądały kryteria przyznawania takich lokali. Są przykłady nowych osiedli komunalnych, w których sądząc po zaparkowanych samochodach widać, że nie mieszkają najbiedniejsi.

Katarzyna Pietrzak, Senior Marketing Manager w Nexity Polska

Z pewnością realizacja programu Mieszkanie Plus wpłynie na rynek najmu i sprzedaży mieszkań, jednak aktualnie trudno jest określić, w jaki sposób, ponieważ dotąd poznaliśmy tylko ogólne założenia programu. Wiemy, że program Mieszkanie Plus opiera się na trzech filarach. Pierwszy z nich to budowa lokali komunalnych, co zapewne nie będzie miało znaczącego wpływu na rynek deweloperski. Drugi to subkonta mieszkaniowe, które mają być dodatkowo premiowane. Największą niewiadomą, która budzi obawy jest trzeci filar, obejmujący budowę mieszkań na wynajem, w którym stawki najmu mają być na poziomie 10-20 zł za mkw.

Warto pamiętać, do jakiej grupy docelowej adresowane będą inwestycje mieszkaniowe w ramach programu Mieszkanie Plus. To osoby mniej zamożne z dziećmi, które ze względów finansowych nie mogą w inny sposób, np. dzięki oszczędnościom lub kredytowi hipotecznemu, zapewnić rodzinie warunków mieszkaniowych. Dlatego program skusi prawdopodobnie głównie te osoby, które nie planowały zakupu mieszkania na rynku pierwotnym. To nie jest grupa naszych klientów. Jest to natomiast grupa, która dotąd wynajmowała mieszkania od prywatnych właścicieli. Jeśli program Mieszkanie Plus będzie konsekwentnie kontynuowany, może z czasem stać się istotną alternatywą dla rynku prywatnego wynajmu mieszkań.

To, o czym mało się mówi, a co może mieć niebagatelne znaczenie z perspektywy inwestycji, które będą sąsiadować z mieszkaniami wybudowanymi w ramach programu, to ich wpływ na wartość okolicznych nieruchomości. Realizacja tanich inwestycji rządowych może wiązać się z koniecznością rezygnacji z wielu udogodnień, takich jak balkony, czy miejsca parkingowe, co może obniżyć estetykę budynków i okolicy. A zabudowa mniej reprezentacyjna może z kolei sprawić, że coraz mniej osób będzie chciało w ich sąsiedztwie nabyć mieszkanie deweloperskie. Wiemy już, że takie mieszkania powstaną na siedemnastu działkach należących do PKP w dziesięciu polskich miastach, w tym na warszawskich Odolanach. Dlatego bacznie śledzimy rozwój sytuacji.

Dariusz Krawczyk, prezes zarządu Polnord S.A.

Rządowy program Mieszkanie Plus z pewnością budzi zainteresowanie, ale jesteśmy dopiero w początkach jego wprowadzania. Ze względu na pewne ograniczenia w realizacji tego projektu, jak budowanie na gruntach zlokalizowanych głównie na obrzeżach dużych miast, czy plany przekazania mieszkań na własność dopiero po kilkudziesięciu latach, program nie powinien stanowić konkurencji dla rynku deweloperskiego. Szczególnie w dużych aglomeracjach takich jak: Warszawa, Trójmiasto, Wrocław, czy Kraków. W obecnym kształcie program może wpłynąć na inwestycje firm deweloperskich, działających głównie w mniejszych miejscowościach, tam gdzie jest łatwiej o pozyskanie wartościowych gruntów. Deweloperzy, działający w dużych aglomeracjach, jak Polnord, nie muszą obawiać się państwowej konkurencji, przynajmniej w początkowej fazie tego programu.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Rządowy program Mieszkanie Plus był szumnie zapowiadany, jednak na konkrety wciąż musimy czekać. Listy intencyjne i porozumienia na budowę mieszkań zostały podpisane w 18 miejscowościach: Biała Podlaska, Chorzów, Dębica, Gliwice, Kobyłka, Nowa Dęba, Pelplin, Radom, Stalowa Wola, Skawina, Starogard Gdański, Trzebinia, Tychy, Września, Wałbrzych, Katowice, Poznań oraz Kraków. Wśród nich są tylko dwa miasta liczące powyżej 500 tys. mieszkańców. A nie oszukujmy się, to w stolicach województw liczba osób zainteresowanych mieszkaniami jest największa.

Rządowy program nie jest dla wszystkich. Został dedykowany osobom o niskich i średnich dochodach, które nie mają możliwości zaciągnięcia kredytu na zakup mieszkania. Po złożeniu odpowiednich dokumentów przyszły najemca będzie otrzymywał punkty. Na ich podstawie zostaną wyłonione osoby, które w pierwszej kolejności skorzystają z projektu.

Mieszkania mają być dostępne w dwóch opcjach: na wynajem lub na wynajem z dojściem do własności. Ich koszt będzie zależny od lokalizacji. Rząd zapowiadał, że pierwsze inwestycje w ramach programu rozpoczną się w 2018 roku, a już rok później pierwsi uczestnicy otrzymają klucze do mieszkań. Czy tak będzie? Zobaczymy…

Nie obawiamy się, że program Mieszkanie Plus może zachwiać równowagą na rynku nieruchomości. Jego grupa docelowa jest inna niż grupa naszych klientów. Nadal nie wiadomo, kiedy mieszkania będą gotowe i jakie będą faktyczne stawki czynszu.

Warto przypomnieć, że w ubiegłym roku było głośno o podobnym programie: Mieszkania na Wynajem realizowanym przez Bank Gospodarstwa Krajowego. Nie doprowadził on do rewolucji na rynku mieszkań do wynajęcia, ani dzięki liczbie lokali, ani wysokości czynszu. Przewidujemy, że z projektem Mieszkanie Plus będzie podobnie.

Yael Rothschild, prokurent Mill-Yon Gdańsk

Program Mieszkanie Plus ma być skierowany do osób, które nie mogą sobie pozwolić na mieszkania deweloperskie ze względu na brak zdolności kredytowej. Zakładamy, że program nie odbierze najemców osobom inwestującym w mieszkania na wynajem, ponieważ lokale w tym programie mają być przeznaczone dla osób, które nie dysponują dochodami pozwalającymi na wynajęcie mieszkania na wolnym rynku.

Trzeba również wziąć pod uwagę jakość mieszkań oferowanych w Programie Mieszkanie Plus. Z oczywistych względów program musi być realizowany w mniej atrakcyjnych lokalizacjach, odległych od centrów miast. Nie będą w nim oferowane też mieszkania o podwyższonym standardzie. Zakładamy więc, że Program Mieszkanie Plus obejmie osoby, które nie mieszczą się w grupie docelowej deweloperów, czy inwestorów indywidualnych, kupujących nieruchomości pod wynajem.

Michał Sapota, prezes zarządu Murapol S.A.

W mojej ocenie rządowy program Mieszkanie Plus jest trafną inicjatywą i bez wątpienia przybliży do własnego „eM” wiele rodzin, którym brak zdolności kredytowej uniemożliwia nabycie lokalu. Jednak, jaka będzie skala tego wsparcia zależy od organizacji procesu realizacji inwestycji, czyli sposobu przeprowadzania przetargów na wykonanie projektów, czy sprawności procedowania formalności w urzędach. Uważam, że nawet przy sprzyjających państwu okolicznościach, wsparcie rządowe oferowane w ramach tego programu nie będzie miało wpływu na strategie działalności firm deweloperskich. Wynika to z faktu, że projekty mieszkaniowe realizowane w ramach ww. programu kierowane są do zupełnie innego klienta niż oferta komercyjna deweloperów.

Ponadto sama konstrukcja programu nie jest na tyle interesująca, aby mogła realnie konkurować z ofertą deweloperów. Oczywiście, może pojawić się grupa osób, które znajdując się na granicy zdolności kredytowej uznają, że oferta mieszkaniowa w ramach programu Mieszkanie Plus, jest dla nich na obecnym etapie życia atrakcyjniejsza od kredytowanego zakupu własnego mieszkania. Nie mniej jednak będzie to niewielki odsetek potencjalnych klientów firm deweloperskich. Dlatego w tym programie nie widzę żadnego zagrożenia dla działalności deweloperów.

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

Według różnych szacunków w Polsce cały czas brakuje około 2 mln mieszkań, dlatego wszelkie inicjatywy związane ze zwiększeniem liczby lokali przyjmujemy z zainteresowaniem i uważnie obserwujemy. Od przemiany ustrojowej potrzeby mieszkaniowe Polaków w głównej mierze zaspokajane są przez deweloperów i nie przewidujemy, aby szybko miało się to zmienić. W obecnym kształcie program Mieszkanie+ stanowi jedynie uzupełnienie oferty rynkowej i skierowany jest głównie do segmentu, który nie jest dla nas kluczowym obszarem. Dotychczasowe inicjatywy rządu dotyczyły mniejszych miast, a więc rynków na których obecnie nie działamy. Bacznie przyglądamy się natomiast planom związanym z Wrocławiem i Krakowem.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

W naszej ocenie program Mieszkanie Plus przynajmniej w najbliższym czasie nie będzie miał znaczącego wpływy na rynek deweloperski i rynek najmu. Co będzie dalej to oczywiście czas pokaże. Home Invest skupia swoją działalność głównie na terenie Warszawy. Realizujemy inwestycje w lokalizacjach, w których program nie będzie miał większego oddziaływania. Inaczej może być na obrzeżach miasta, czy innych aglomeracjach w Polsce.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor pionu marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Mieszkanie Plus nie będzie miało wpływu na rynek deweloperski. Wiele osób, które są zainteresowane nabyciem mieszkania, inwestuje w nieruchomości o wyższym standardzie lub lepszej lokalizacji, a po zakupie lokale stają się ich własnością. Beneficjenci programu będą mogli mieszkania wynajmować, ale nie będą ich kupować na własność. Rządowe propozycje skierowane są do osób, które nie posiadają oszczędności, ani zdolności kredytowej i nie należą do grona naszych klientów.

Teresa Witkowska, dyrektor sprzedaży Red Real Estate Development

Mieszkanie Plus to rządowy program, który skierowany będzie do Polaków, których dochody nie pozwalają na zakup własnego mieszkania. Wiadomo, że preferowaną grupą będą rodziny wielodzietne. Zgodnie z założeniami będą to mieszkania do wynajęcia, część z nich będzie dostępna z opcją nabycia prawa własności. Jest to zatem zupełnie inna grupa niż klienci deweloperów, którzy kupują lokale własnościowe.

Ewentualny wpływ programu lub jego brak na rynek zarówno deweloperski, jak i najmu będzie zależał od wielu kwestii, które będzie można ocenić najwcześniej po rozpoczęciu pierwszych inwestycji.

Marcin Liberski, dyrektor marketingu i sprzedaży w Atlas Estates

Program Mieszkanie Plus jako forma wsparcia dla rodzin, które osiągają dochody zbyt małe, aby kupić lub wynająć mieszkanie na rynku komercyjnym, jest niewątpliwie dobrym pomysłem. Uważam jednak, że w najbliższym okresie w największych aglomeracjach nie będzie on miał wpływu na rynek deweloperski i rynek najmu.

Pierwsze informacje wskazują, że inwestycje w ramach programu nie będą realizowane
w dużych ośrodkach miejskich, gdzie rynek najmu jest już mocno rozwinięty. Nieruchomości z programu Mieszkanie Plus nie powinny więc bezpośrednio konkurować z inwestycjami realizowanymi przez duże spółki deweloperskie. Te poszerzają swoją ofertę szczególnie w tych miastach, gdzie zauważalny jest systematyczny napływ ludności, jak Warszawa, Trójmiasto, czy Wrocław. Ponadto, wysoka podaż najmu w niektórych miastach sprawia, że ceny z perspektywy najemcy są konkurencyjne.

Jerzy Kłeczek, specjalista ds. marketingu w Activ Investment

Rządowy program Mieszkanie Plus nie będzie miał wpływu na rynek deweloperski, szczególnie w takich miastach jak Kraków, czy Wrocław.
Opracowanie: Kamil Niedźwiedzki, analityk serwisu Dompress.pl

Polska może wejść do grupy najbardziej wpływowych państw świata, ale musi udowodnić swoją stabilność

Według Piotra Calińskiego, mamy szansę na wstąpienie do klubu G20. Przynależąc do grupy, moglibyśmy m.in. podnieść swoje ratingi i wynegocjować lepsze warunki rolowania długu. Ponadto, zyskalibyśmy mocny argument do promowania kandydatury naszego kraju na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ w latach 2018-2019.

Nie istnieją sztywne kryteria wstąpienia do G20, ponieważ klub jest grupą nieformalną. Możliwości członkostwa są oceniane przez pryzmat stabilności gospodarczej danego państwa, nie tylko jego zasobności finansowej. Liczą się również aspekty polityczne. W opinii eksperta z Centrum Badań nad Ryzykami Społecznymi i Gospodarczymi w Collegium Civitas, staranie o przynależność oznacza prowadzenie długotrwałych działań. I tutaj niestety nie wystarczy pojedynczy gest w naszą stronę. Musimy bowiem pamiętać, że to Niemcy, jako organizator spotkania, zaprosili Polskę do udziału.

– Zaproszenie wicepremiera Morawieckiego na szczyt nie oznacza jeszcze wstąpienia w szeregi członków grupy. W ubiegłym roku w spotkaniu brały udział Czad i Egipt, a dwa lata temu – Azerbejdżan i Singapur. Z kolei, Hiszpania uczestniczyła już w dwóch zjazdach G20 jako gość i wciąż czeka na przystąpienie do klubu. Jednak, dzięki swojej obecności w Baden-Baden, przedstawiciel Polski może zaprezentować strategię rozwoju gospodarczego państwa i zaznaczyć jego pozycję na arenie międzynarodowej. To również doskonała okazja do promocji kraju – mówi Piotr Caliński z Collegium Civitas.

Na tegoroczne spotkanie G20 w Baden-Baden, oprócz nas, zaproszono także przedstawicieli Maroka, Holandii, Norwegii, Rwandy, Senegalu, Singapuru, Hiszpanii, Szwajcarii i Tunezji, a nawet Wybrzeża Kości Słoniowej. Uczestnictwo Polski może więc tracić walor szczególnej wyjątkowości. Jednak, kierownik Pracowni Badań nad Ryzykami Gospodarczymi uważa, że wejście do klubu to przedsięwzięcie, do którego od dłuższego czasu zmierzamy. Ten cel może zostać osiągnięty tylko wtedy, gdy jego członkowie uwierzą, że mają w nas dobrego, stabilnego gospodarczo partnera. Warto pamiętać o tym, że według różnych światowych rankingów gospodarczych, zajmujemy pozycję 24-25, co mocno eksponuje Polskę w Europie Środkowowschodniej.

– Jestem głęboko przekonany, że warto zmierzać w kierunku wejścia do klubu. Dla wyjaśnienia tego celu, warto posłużyć się analogią sportową. Jeśli jesteś obserwatorem turnieju brydżowego, to widzisz grę. Ale gdy siedzisz przy stoliku, masz na nią wpływ. Podobnie jest z przynależnością do grupy G20, która tworzy 90% światowego PKB i 80% globalnego obrotu gospodarczego. I w zasadzie bardzo realnie może stymulować mechanizmy ekonomiczne na poziomie międzynarodowym – przekonuje Piotr Caliński.

W ocenie eksperta, przystąpienie do G20 może przynieść dziesiątki różnych korzyści. Po pierwsze, wzmocniłoby to wizerunek Polski jako państwa przeżywającego najbardziej dynamiczny rozwój w Europie Środkowowschodniej. Po drugie, wzrost pozycji na arenie międzynarodowej spełniłby narodowe aspiracje Polaków. Co więcej, zwiększyłby nasze szanse na dołączenie do Rady Bezpieczeństwa ONZ. Wreszcie, pod względem ekonomicznym, zdaniem Piotra Calińskiego, zapewne zyskalibyśmy wyższe oceny ratingowe oraz lepsze warunki rolowania długu.

– Oczywiście istnieją też negatywne konsekwencje, wynikające z przynależności do grupy G20. Przykładem tego może być potencjalna eskalacja aktywności ruchów antyglobalistycznych. Trzeba też pamiętać, że w tym gronie są kraje o różnym sposobie stymulowania gospodarki, od bardzo liberalnego, po mocno autokratyczne. Chiny czy Korea Południowa mają inną filozofię zarządzania rynkiem i polityką wewnętrzną, niż państwa europejskie. Wynika z tego konieczność prowadzenia bardzo profesjonalnych negocjacji biznesowych, co jak obecnie obserwujemy w sferze polityki zagranicznej, nie jest szczególnie wysublimowaną polską specjalnością – podsumowuje ekspert z Collegium Civitas.

Znów jest fajnie czyli świat po Fed i wyborach w Holandii

Dobre nastroje zagościły na rynkach finansowych w reakcji na wczorajsze posiedzenie Fed i wyniki wyborów w Holandii. Korzysta na tym warszawska giełda i złoty.

Od mocnych wzrostów rozpoczęła się czwartkowa sesji na giełdzie w Warszawie. Pięć minut po otwarciu indeks WIG20 zyskiwał 1,66% i testował poziom 2266,9 pkt., po tym jak w środę spadł on o 0,4%. W tym samym czasie za euro trzeba było zapłacić 4,3076 zł, dolar kosztował 4,0180 zł, a szwajcarski frank 4,0160 zł. Wczoraj wieczorem złoty umocnił się do wszystkich trzech walut.

Wzrosty na GPW i mocniejszy złoty to efekt globalnej poprawy nastrojów i związanego z tym wzrostu apetytu na ryzyko, jaki można obserwować w reakcji na środowe wyniki posiedzenia amerykańskiej Rezerwy Federalnej (Fed) oraz wyniki wyborów parlamentarnych w Holandii.

Zgodnie z oczekiwaniami Fed zdecydował o podwyżce stóp procentowych o 25 punktów bazowych, podnosząc tym samym przedział wahań dla stopy funduszy federalnych do 0,75-1,00%. Jednocześnie bank zasugerował, że w dalszym ciągu oczekuje w sumie 3. podwyżek stóp procentowych w 2017 roku, a korekta w górę prognoz makroekonomicznych przez Fed była tylko nieznaczna. Ten brak przyspieszenia w zaostrzaniu polityki monetarnej w USA został przyjęty pozytywnie. Dolar zaczął mocno tracić na wartości, amerykańskie indeksy poszybowały w górę, a na świecie wzrósł apetyt na ryzyko, na czym obecnie korzysta złoty i GPW.

Fed to nie był jedyny pozytywny impuls. Inwestorzy z uczuciem ulgi i nadzieją przyjęli też wyniki wyborów parlamentarnych w Holandii. Wyższe niż wskazywały przedwyborcze sondaże zwycięstwo partii premiera Marka Ruttego i gorszy wynik partii Geerta Wildersa sugerują, że również w zbliżających się wyborach prezydenckich i parlamentarnych we Francji (w mniejszym stopniu w jesiennych wyborach w Niemczech) siły skrajne i populistyczne osiągną gorszy wynik niż wskazują na badania opinii społecznej. Stąd też w Europie nie dojdzie do politycznej niespodzianki na miarę BREXIT-u.

Dla polityków, ale też i dla rynków finansowych, wniosek z holenderskich wyborów jest jeszcze jeden. Mianowicie, zaostrzenie przedwyborczej retoryki przez partie umiarkowane (vide zdecydowane stanowisko premiera Ruttego wobec Turcji), odbiera głosy siłom skrajnym. Jeżeli zauważą to francuscy politycy to Marine Le Pen, której prezydentury tak obawiają się inwestorzy, nie tylko nie zdoła wygrać w drugiej turze wyborów prezydenckich we Francji, ale nawet do tej drugiej tury się nie dostanie.

Rynki finansowe pozytywnie zareagowały na wyniki wyborów w Holandii, traktując je jako dobry sygnał i zmniejszenie się ryzyka politycznego w Europie. Wczoraj kurs EUR/USD, który już wcześniej rósł w reakcji na wyniki posiedzenia Fed, przyspieszył ruch do góry po publikacji wyników exit polls. Poprawę widać też na rynku akcji i obligacjach.

Czwartkowe przedpołudnie na rynkach finansowych będzie upływać pod znakiem Fed-u i Holandii. Później ten wpływ wciąż będzie obecny, ale jego siła już się zmniejszy. Stąd też na drugim planie znalazła się dzisiejsza nocna decyzja Banku Japonii ws. polityki monetarnej (brak zmian). Większych emocji nie powinny również wywołać wyniki posiedzenia Narodowego Banku Szwajcarii (SNB) i Banku Anglii (BoE), dane o inflacji w strefie euro, czy popołudniowe raporty z amerykańskiego rynku nieruchomości, pracy oraz indeks Fed z Filadelfii.

W kraju wydarzeniem dnia będą dane o płacach i zatrudnieniu w lutym. Jednak również ten raport nie sprowokuje większej reakcji na giełdzie, złotym, czy rynku długu. Takich emocji dostarczą dopiero publikowane w piątek dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej za miesiąc luty.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Fed zgodnie z oczekiwaniami podniósł stopy o 25 pb

Fed dał do zrozumienia, że nic się nie zmieniło w jego postrzeganiu świata, co jednak dla części rynku było rozczarowaniem. USD traci, a korzystają aktywa ryzykowne. EUR znajduje wsparcie w osłabieniu się ryzyka politycznego po przegranej eurosceptyków w wyborach w Holandii. Dziś festiwal banków centralnych.

Fed zgodnie z oczekiwaniami podniósł stopy o 25 pb, ale dokonał tego w najbardziej gołębi z możliwych sposobów. Retoryka FOMC pozostała jednak niezmieniona, a prognozy członków Komitetu dalej sugerują łącznie tylko trzy podwyżki do końca roku. W komunikacie powtórzono, że tempo zacieśniania dalej będzie „powolne”, możemy spokojnie zapomnieć o jakimkolwiek ruchu na następnym posiedzeniu w maju i dopiero czerwiec może być rozważany dla kolejnej podwyżki. Rynek wycenia szanse na krok przed końcem drugiego kwartału na niecałe 50 proc., co wydaje się odpowiednim poziomem. Brak apetytu Fed na szybszą normalizację to dobra wiadomość dla aktywów ryzykownych, więc silniejsze powinny być waluty rynków wschodzących, surowce i rynek akcji. Dla dolara może zacząć się trudny okres, gdyż rynek nie zacznie dyskontować bardziej jastrzębiego Fed, jeśli sam bank centralny nie daje do tego sygnału. Wracamy do schematu, gdzie trend aprecjacyjny USD może przebudzić przede wszystkim wdrożenie zmian w polityce fiskalnej przez Trumpa i zmaterializowanie się szumnie zapowiadanego programu inwestycji infrastrukturalnych. Na razie rynek staje się jednak coraz bardziej zniecierpliwiony również brakiem konkretów na tej płaszczyźnie.

EUR/USD jest z powrotem ponad 1,07 z pomocą Fed, ale też przy mniejszym udziale wyniku wyborów parlamentarnych w Holandii. Centroprawicowa partia VVD obecnego premiera Marka Rutte zdobyła 32 miejsca w 150-os. parlamencie. Ale co istotniejsze, PVV, partia eurosceptycznego Geerta Wildersa, zdobyła mniej głosów niż wskazywały sondaże (20 vs 22). Dane pochodzą z niemal 90 proc. przeliczonych głosów, więc można być pewnym wyniku i dla rynków finansowych najważniejsze będzie, że ultraprawicowe ruchy nie zyskują na sile w Europie. A to oznacza, że szanse na wygraną Marine Le Pen w wyborach we Francji w kwietniu są coraz mniejsze. Mini-rajd ulgi na europejskich akcjach wydaje się realnym scenariuszem na czwartek. Mniejsze ryzyko polityczne i pozytywny wiatr w żagle ze strony ECB może wspierać euro do reszty walut G10.

W czwartek motywem przewodnim jest festiwal banków centralnych, choć emocji powinno być zdecydowanie mniej niż to miało miejsce przy decyzji Fed. Pierwszym dowodem jest wynik posiedzenia Banku Japonii, gdzie zgodnie z oczekiwaniami główna stopa procentowa została utrzymana na -0,1 proc. W komunikacie ocena gospodarki został podtrzymana z ostatniego posiedzenia w styczniu. USD/JPY testuje 113, ale to głównie za sprawą dołujących rentowności obligacji skarbowych USA. Dalej przed nami jeszcze decyzje banków Szwajcarii, Norwegii i Wielkiej Brytanii. SNB powinien pozostać przy interwencjach walutowych, a większe działa (cięcie Libor) raczej zostawi na „czarną godzinę”, np. gdyby ryzyka polityczne w Europie miały eskalować. Przy ryzykach silnej reakcji aprecjacyjnej korony, Norges Bank może być niechętny rezygnować z gołębiego wydźwięku ścieżki stóp procentowych, nawet jeśli na horyzoncie nie widać zagrożeń urzeczywistniających konieczność obniżki. Dlatego też zakładamy utrzymanie dotychczasowego nastawienia. Bank Anglii także powinien podtrzymać gołębią retorykę przy stabilnych stopach. Ponieważ rząd powstrzymuje się od wsparcia fiskalnego (przynajmniej tak to wygląda z ostatnich projektów budżetu), polityka monetarna pozostaje jednym źródłem ochrony gospodarki. Ekonomiczno-polityczne ryzyka związane z Brexitem jeszcze się nie zmaterializowały, a bardziej prawdopodobne jest, że proces negocjacyjny przyniesie więcej negatywnych zaskoczeń, niż pozytywnych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Raport: Kondycja finansowa księgarni i wydawców książek

Czy księgarniom i wydawcom książek pomoże jednolita cena książki utrzymywana w sprzedaży przez 12 miesięcy? Trudno prognozować. Pewne jest jednak, że obu branżom nie jest łatwo, ponad 40 proc. firm znajduje się w słabej lub bardzo złej kondycji finansowej. Przeterminowane zobowiązania księgarni i wydawców przekraczają 25 mln zł – wynika z danych BIG InfoMonitor, BIK oraz wywiadowni gospodarczej Bisnode.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego podjęło próbę poprawy sytuacji na rynku księgarskim i wydawniczym, poparło projekt ustawy o jednolitej cenie książki, przygotowany przez Polską Izbę Książki. Projekt regulacji prawnych nakłada na wydawców i importerów książek obowiązek ustalenia na 12 miesięcy jednolitej ceny książki przed wprowadzeniem jej do obrotu we wszelkich kanałach dystrybucji. Ewentualne możliwe do zastosowania rabaty są w projekcie szczegółowo ujęte. Ogłoszone konsultacje publiczne do projektu ustawy właśnie dobiegły końca.

– Rozwiązanie ma pomóc wydawcom, którzy pod presją dystrybutorów już w pierwszych dniach sprzedaży obniżają ceny o kilkadziesiąt procent. Z drugiej jednak strony zmiana ta może spowodować wzrost cen, które już dziś często skutecznie zniechęcają do zakupu książek – zwraca uwagę Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor.

Zaległe długi wydawców są wyższe niż księgarzy, bo ponoszą większe ryzyko

Jak zmiany te, jeśli zostaną wprowadzone, odbiją się na kondycji finansowej obu branż, trudno dziś przewidzieć. Wiadomo jednak, że sytuacja wydawców książek i księgarni jest nie do pozazdroszczenia. Prawie 44 proc. z działających na polskim rynku księgarni znajduje się obecnie w słabej i bardzo złej sytuacji finansowej – pokazuje analiza wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska. Liczba księgarni w Polsce spada z roku na rok. Obecnie na ponad 3,7 tys. zarejestrowanych działa 2,27 tys. i na dodatek nie wszystkie sobie radzą. Jak wynika z danych BIG InfoMonitor oraz BIK 134 księgarnie, czyli 3,5 proc., ma problem z regulowaniem różnego rodzaju zobowiązań również rat kredytowych. Ich łączne przeterminowane powyżej 60 dni płatności na kwotę powyżej 500 zł wynoszą 4,4 mln zł. Średnio na firmę przypada 32 639 zł zaległości. Kolejnych niemal 10 mln zł samych kredytów zaciągniętych na osoby prywatne nie spłacają w terminie prowadzący działalność księgarską. Praktyka pokazuje, że spora część kredytów prywatnych finansuje biznes, a nie konsumpcję.

kondycja finansowa księgarni
Źródło: Bisnode Polska

Z analiz Bisnode wynika, że podobnie źle sytuacja wygląda w przypadku wydawców książek. 43 proc. z wydawców działających jest w słabej i bardzo złej sytuacji finansowej.

kondycja finansowa wydawców książek
Źródło: Bisnode Polska

Z punktu widzenia Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz bazy BIK wydawcy wypadają gorzej od księgarzy. Wśród wydawców zaległe zobowiązania ma niemal 6 proc. (291 z 5 057 firm). Zaległości wydawców – przeterminowane o 60 dni, na kwotę min. 500 zł – dochodzą do 21 mln zł. Średnia kwota niezapłacona w terminie wynosi 71 410 zł i jest ponad dwukrotnie wyższa niż w przypadku księgarni. To nie wszystko, ponieważ ponad 14 mln zł nieregulowanych w terminie kredytów prywatnych mają również osoby prowadzące działalność wydawniczą. Gorsza kondycja wydawców nie zaskakuje, jak wynika bowiem z praktyki rynkowej to na nich głównie spoczywa ciężar ryzyka.

Umowy między wydawcami a dystrybutorami pozwalają na zwrot niesprzedanych egzemplarzy, nawet 80-100 proc. przyjętej przez sprzedawcę puli książek. I tak nietrafna ocena rynku przez dystrybutora zamawiającego książki odbija się na wydawcy. Kolejny problem to bardzo długie terminy płatności za sprzedane egzemplarze, sięgające 90-180 dni oraz  50-70 proc. rabaty udzielane przez wydawnictwa dystrybutorom – mówi Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor. Trzeci problem to nie tylko konkurencja samego internetu, ale także piractwa możliwego za jego pośrednictwem.

Ponad 60 proc. Polaków nie przeczytało przez rok żadnej książki

Polski rynek książki od czasów transformacji już kilkukrotnie przeżywał kłopoty i nie doczekał się dłuższego okresu dobrej koniunktury, który pozwoliłby na jego okrzepnięcie. Z jednej strony podlega cyklicznym wahaniom, związanym z kondycją gospodarki, odbijającą się na dochodach konsumentów, za drugiej zaś trwałej tendencji spadku czytelnictwa – ostatnie opublikowane badania na zlecenie Biblioteki Narodowej pokazują, że w 2015 r. 63 proc. Polaków nie przeczytało w ciągu dwunastu miesięcy ani jednej książki, dla porównania w 2004 odsetek ten wynosił 42 proc.

czytelnictwo w Polsce

*Czytelnicy (co najmniej 1 książka rocznie)

**Czytelnicy intensywni (7 książek i więcej w ciągu roku)

 Źródło: TNS OBOP i TNS dla Biblioteki Narodowej

Do tego dochodzą kwestie regulacji prawnych oraz przemiany kulturowe i cywilizacyjne, kierujące zainteresowanie zarówno wydawców, jak i czytelników ku nowym technologiom i nośnikom (internet, e-booki), a także innym niż tradycyjne księgarnie, miejscom zakupu książek. Polacy coraz częściej zamiast w księgarniach kupują książki w sklepach internetowych. Ostatnio po niższych cenach książki można także kupić w największych w Polsce dyskontach, a od dłuższego czasu w hipermarketach. Dodatkowo rośnie popularność tytułów wydawanych w formie cyfrowej, a to skutecznie wypiera z rynku książki tradycyjne. Na spadek liczby księgarni i kłopoty wydawców wpłynął także wprowadzony w 2011 roku 5 proc. podatek VAT na książki czy wreszcie rozpoczęte w 2014 r. zmiany w zasadach obrotu i funkcjonowania podręczników szkolnych.

W Polsce niedługo zabraknie co najmniej 50 tys. pielęgniarek. Konieczna podwyżka płac i poprawa warunków pracy, aby przyciągnąć do zawodu młodych

W Polsce niedługo zabraknie co najmniej 50 tys. pielęgniarek. Konieczna podwyżka płac i poprawa warunków pracy, aby przyciągnąć do zawodu młodych 1

Statystycznie na tysiąc pacjentów przypada 5,4 pielęgniarek. Taki wskaźnik plasuje Polskę w ogonie państw Europy. Eksperci podkreślają, że w najbliższych latach około 50 tys. pielęgniarek nabędzie uprawnienia emerytalne, a braki w tej grupie zawodowej będą ogromne. Dlatego konieczne jest wypracowanie spójnej, długofalowej strategii dla pielęgniarstwa i przyciągnięcie do zawodu młodych osób – uważa prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych.

Zmiany w służbie zdrowia są konieczne, ale obawiamy się wielkiej niewiadomej, bo nie mamy określonej wizji ani strategii dla polskiego pielęgniarstwa. Zarówno w Polsce, jak i w Europie i na całym świecie zawody pielęgniarskie są deficytowe. Brakuje ogromnej liczby pielęgniarek, dlatego tym bardziej potrzebny jest dobry pomysł dla tego zawodu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych.

Jak wynika z danych NRPiP, statystycznie na tysiąc mieszkańców przypada 5,4 pielęgniarek, co plasuje Polskę w ogonie krajów OECD. Dla porównania w Szwajcarii ten wskaźnik wynosi 16, w Niemczech – 11,3, natomiast w Czechach – 8. Średnia wieku polskiej pielęgniarki wynosi ponad 48 lat, co oznacza, że z demograficznego punktu widzenia jest to stary zawód.

W ciągu kilku najbliższych lat blisko 50 tysięcy pielęgniarek nabędzie uprawnienia emerytalne. To około jedna piąta całego stanu pielęgniarskiego. Szybko tych braków nie nadrobimy, jednak gdyby udało się zatrudniać większość z 5–7 tysięcy absolwentów rocznie, to luka pokoleniowa nie byłaby aż tak duża. Natomiast bez dobrej wizji i strategii dla pielęgniarstwa młodzież będzie szukała pracy niekoniecznie w zawodzie pielęgniarskim i niekoniecznie w Polsce –mówi Zofia Małas.

Średnia wieku pielęgniarek i położnych sukcesywnie wzrasta już od kilku lat. Według szacunków w 2025 roku liczba pielęgniarek w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców spadnie do poziomu 4,3, ponieważ społeczeństwo się starzeje, a spora część tej grupy zawodowej przejdzie niedługo na emeryturę. Aktualnie w Centralnym Rejestrze Pielęgniarek i Położnych zarejestrowanych jest nieco ponad 280 tys. pielęgniarek.

Zdaniem prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych konieczne jest wypracowanie przez rząd kompleksowej strategii dla pielęgniarstwa i przyciągnięcie do zawodu młodych, wykwalifikowanych absolwentów kierunków o tym profilu.

W tym celu ważne jest wytyczenie jasnej ścieżki awansu i rozwoju zawodowego, w tym oczywiście finansowego. Zawsze przypominam czasy Kuronia i Mazowieckiego, kiedy to pielęgniarki nie zarabiały mniej niż 103 proc. średniej krajowej. Chcielibyśmy, żeby i dzisiaj pielęgniarka w Polsce mogła zarabiać średnią krajową, ale do tego poziomu, niestety, jeszcze daleko – mówi Zofia Małas.

Średnia pensja w zawodzie pielęgniarki nie przekracza 3200 zł brutto, podczas gdy według danych GUS średnia krajowa wyniosła w styczniu tego roku 4277 zł brutto. W 2015 roku minister zdrowia Marian Zembala po protestach i długich negocjacjach z pielęgniarkami wprowadził podwyżkę o 400 zł przez cztery lata (w sumie 1600 zł).

W tym roku zmniejszyła się liczba zaświadczeń pobieranych z okręgowych izb kwalifikacyjnych do wyjazdu za granicę. Być może wpłynęła na to podwyżka 4 razy 400, która była pierwszą dobrą jaskółką zmian – przypuszcza Zofia Małas.

Zdaniem prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych, aby przyciągnąć młode kadry, należy również poprawić warunki pracy w zawodzie. Pielęgniarka nie powinna mieć pod opieką w oddziale szpitalnym więcej niż 5–7 pacjentów. Tymczasem w obecnych realiach na 40 pacjentów przypada zwykle jedna lub maksymalnie dwie pielęgniarki na dyżurze, które nie są w stanie świadczyć pełnej, profesjonalnej opieki ze względu na przeładowanie obowiązkami.

Młodzi chcą studiować pielęgniarstwo. Na wydziały pielęgniarskie jest więcej chętnych niż dostępnych miejsc. Młodzi wcale nie chcą też emigrować za granicę. Trzeba zachęcić ich tylko do pracy w zawodzie pielęgniarskim – podkreśla Zofia Małas.

Handel w tarapatach. Zadłużenie firm z branży 2,5 razy większe niż dwa lata temu

Handel w tarapatach. Zadłużenie firm z branży 2,5 razy większe niż dwa lata temu 2

Mimo zawieszenia podatku handlowego sytuacja firm handlowych cały czas się pogarsza. W styczniu ich zadłużenie wyniosło blisko 2,3 mld zł i było przeszło dwuipółkrotnie wyższe niż w marcu 2015 roku – wynika z badania Krajowego Rejestru Długów i Polskiej Izby Handlu. Liczba zalegających z płatnościami firm przekroczyła 78 tys., zaś przeterminowanych zobowiązań odnotowano ponad 320 tys.

– Sytuacja firm z branży handlowej cały czas się pogarsza – sygnalizuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Kostecki, prezes Zarządu Kaczmarski Inkasso. – Wynika to z coraz większej konkurencji, mniejszych marż, na których pracują firmy, oraz obecności supermarketów i dyskontów oferujących większą gamę produktów. To odbiera rynek mniejszym podmiotom.

Dodatkowym utrudnieniem są stale rosnące koszty pracy, przez co działalność handlowa staje się mniej dochodowa.

Jak wynika z danych Krajowego Rejestru Długów, zadłużenie firm handlowych w styczniu tego roku wynosiło 2,269 mld zł i w stosunku do marca 2015 roku wzrosło o 150 proc. (wtedy wynosiło około 900 mln zł). Przeciętny dłużnik ma około czterech tego rodzaju przeterminowanych zobowiązań.

 Średni dług na chwilę obecną wynosi 30 tys. zł, natomiast jedno przeciętne zobowiązanie przeterminowane jest warte 7 tys. zł. Mamy rekordzistów takich jak na przykład firma mająca siedzibę w województwie mazowieckim, która jest zadłużona na prawie 16 mln zł – mówi Jakub Kostecki.

Według KRD największe zadłużenie w branży handlowej mają firmy z województw mazowieckiego, śląskiego i wielkopolskiego. Najpoważniejsze trudności przeżywają jednak podmioty na Podlasiu, gdzie średnia wartość długów jest najwyższa i wynosi przeszło 37 tys. zł.

Problemem jest także narastająca kwota długów wobec branży handlowej. Wynoszą one blisko 900 mln zł, co stanowi 39,6 proc. ich przeterminowanych zobowiązań. Największym dłużnikiem są przy tym inne firmy handlowe (385,9 mln zł), co wskazuje na skalę zatorów płatniczych w sektorze.

 Firmy powinny działać nie tylko wtedy, kiedy mają już do czynienia z zadłużeniem, lecz przede wszystkim zapobiegać jego powstaniu – radzi Jakub Kostecki. – Jedną z możliwości jest właściwa ocena zdolności finansowej partnera, co można zrobić, pobierając raport z KRD, na podstawie którego można uzyskać informację na temat aktualnej sytuacji finansowej danego podmiotu. Jeżeli natomiast dług powstał, nie ma co czekać, tylko jego obsługę najlepiej powierzyć profesjonalistom. Pomagamy co miesiąc wielu przedsiębiorcom odzyskać ich zaległe należności.

Liczba ataków hakerskich rośnie w tempie ponad 700 proc. rocznie. Cyberprzestępcy wyłudzili w ubiegłym roku ponad 1 mld dol.

Liczba ataków hakerskich rośnie w tempie ponad 700 proc. rocznie. Cyberprzestępcy wyłudzili w ubiegłym roku ponad 1 mld dol. 3

Ostatnie miesiące w sieci upłynęły pod znakiem wymuszeń i wyłudzeń. Liczba nowych rodzajów oprogramowania ransomware, które blokuje dostęp do danych i umożliwia hakerom żądanie okupu w zamian za przywrócenie do nich dostępu, wzrosła w ubiegłym roku o 748 proc. Przestępcy wyłudzili w ten sposób ponad 1 mld dol. Większość ataków w sieci odbywa się z wykorzystaniem metody phishingu, czyli poprzez wiadomości e-mail, oraz technik inżynierii społecznej – podszywania się pod instytucje lub osoby cieszące się zaufaniem – podaje specjalizująca się w cyberzabezpieczeniach globalna firma Trend Micro.

– Jednym z głównych cyberzagrożeń w ubiegłym roku były wyłudzenia i próby wymuszenia okupu. Liczba takich incydentów rośnie w tempie przekraczającym 700 proc. rocznie. Rozpowszechnione są również ataki typu BEC (ang. Business Email Compromise) oraz APT (ang. Advanced Persistent Threats). To trzy najpopularniejsze rodzaje cyberzagrożeń. Dla wielu firm i organizacji dużym problemem są właśnie fałszywe e-maile – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Richard Ku, wiceprezes Trend Micro ds. rozwiązań biznesowych.

O ile jeszcze kilka lat temu celem cyberprzestępców byli głównie indywidualni użytkownicy, o tyle teraz większość ataków jest wymierzona w przedsiębiorstwa i instytucje, które dysponują większymi środkami finansowymi i wrażliwymi danymi. Jak szacuje Trend Micro, w ubiegłym roku firmy na całym świecie straciły około 140 mln dol. z powodu ataków BEC, bazujących na technikach inżynierii społecznej i służących wyłudzeniu pieniędzy.

– W ubiegłym roku odnotowaliśmy znaczny wzrost liczby wymuszeń i ataków typu BEC. Myślę, że ten trend się utrzyma, należy więc zdawać sobie sprawę z wagi tego zjawiska. Inżynieria społeczna oraz phishing to najprostsze metody zaatakowania firmy. Do kradzieży danych hakerzy używają najczęściej wiadomości e-mail, a także oprogramowania czy sprzętu typu keylogger (rejestrującego klawisze naciskane przez użytkownika) – mówi Richard Ku.

W ubiegłym roku firma Trend Micro wraz z zespołem Zero Day Initiative (ZDI) wykryła 780 luk w zabezpieczeniach producentów oprogramowania. Większość dotyczyła oprogramowania Adobe Acrobat Reader DC i Advantech WebAccess. Eksperci znaleźli o 188 proc. więcej luk w oprogramowaniu Apple’a, spadła za to ich liczba w oprogramowaniu Microsoftu (o 47 proc. w ujęciu rocznym).

Jednym z najważniejszych wydarzeń 2016 roku był październikowy masowy atak z użyciem botnetu Mirai. Cyberprzestępcy wykorzystali słabe zabezpieczenia urządzeń podłączonych do internetu, żeby przeprowadzić rozproszony atak DDoS (ang. Distributed Denial of Service). W efekcie takie serwisy internetowe jak Twitter, Reddit i Spotify musiały na kilka godzin odłączyć się od sieci. Głośny był również sierpniowy wyciek danych z Yahoo – największy w historii firmy. Cyberprzestępcy ukradli dane z miliarda kont użytkowników.

Kolejnym niepokojącym trendem była rosnąca skala cyberprzestępstw z użyciem trojanów bankowych (szkodliwego oprogramowania atakującego bankomaty) oraz technik kopiowania pasków magnetycznych z kart płatniczych, co pozwala hakerom uzyskać dostęp do pieniędzy zgromadzonych na kontach bankowych.

– Obserwujemy zwiększoną liczbę ataków na banki i instytucje finansowe w okresie ostatnich 18 miesięcy. Wiele z nich to wymuszenia poprzez phishing. W ubiegłym roku ich koszt poniesiony przez firmy sięgnął 1 mld dol. Także w Polsce notujemy rosnącą liczbę takich przypadków. To pokazuje, że polskie instytucje finansowe również są zagrożone – mówi Richard Ku.

Głośnym incydentem były marcowe ataki hakerów na Komisję Nadzoru Finansowego oraz kilka polskich banków. Cyberprzestępcom udało się wykraść część danych finansowych i zainfekować systemy oprogramowaniem nieznanym wcześniej narzędziom antywirusowym. Słabym ogniwem, które umożliwiło zmasowany atak, była strona KNF, stąd szkodliwe oprogramowanie rozprzestrzeniło się na bankowe serwery.

Zaatakowane instytucje finansowe oraz Związek Banków Polskich zapewniły, że pieniądze klientów pozostały bezpieczne, a sprawą zajmują się obecnie Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Ministerstwo Cyfryzacji. Zdaniem ekspertów był to prawdopodobnie najpoważniejszy dotychczas atak hakerski w Polsce.

Specjalizująca się w cyberzabezpieczeniach globalna firma Trend Micro podaje, że wykorzystane w atakach złośliwe oprogramowanie to RATANKBA. Wykorzystano je również w serii podobnych incydentów m.in. w Wielkiej Brytanii, Meksyku i Chile. Hakerzy zaatakowali w ten sposób również sektor telekomunikacyjny, operatorów internetu i instytucje finansowe m.in. w Luksemburgu, Francji, Japonii, Hiszpanii, Norwegii, na Tajwanie, w Hongkongu i Chinach. Niemal we wszystkich przypadkach mechanizm był podobny i opierał się na tak zwanej „taktyce wodopoju”. Przestępcy infekowali jedną zaufaną stronę www, skąd złośliwe oprogramowaniem rozprzestrzeniało się dalej na serwery innych organizacji.

Richard Ku, odpowiedzialny za rozwiązania biznesowe w Trend Micro, podkreśla, że dla firm i przedsiębiorców pierwszym krokiem powinno być zdanie sobie sprawy z cyberzagrożenia. Następnym jest przegląd infrastruktury i zidentyfikowanie zagrożonych obszarów. Dopiero na tej podstawie można wdrożyć odpowiednie zabezpieczenia.

– Wiele firm nie aktualizuje swojego oprogramowania, a takie korekty powinny być wykonywane regularnie. Trzeba mieć pewność, że firma ma odpowiedni system bezpieczeństwa i jest chroniona na każdym froncie. Ważne są także kopie zapasowe oraz edukacja użytkowników, tak aby mieć pewność, że rozumieją zagrożenia wynikające z fałszywych wiadomości e-mail – dodaje Richard Ku.

Poczta Polska chce zmienić system premii dla pracowników. Zapowiada wzrost płac i zatrudnienia

Poczta Polska chce zmienić system premii dla pracowników. Zapowiada wzrost płac i zatrudnienia 4

Poczta Polska zapowiada koniec polityki cięcia kosztów osobowych i redukcji personelu. Nowy system premiowania zakłada, że większość wypłacanej premii będzie uzależniona od wyników konkretnego pracownika, a nie wyników całej spółki. Docelowo średnie wynagrodzenie w Poczcie Polskiej ma być równe średniej krajowej. Zwiększanie zatrudnienia i wynagrodzeń oznacza konieczność poszukiwania nowych źródeł przychodów, m.in. na rynku ochrony i logistyki gotówki.

– W tym roku podjęliśmy próbę zmiany regulaminu premiowania. Poprzednie uregulowania były w naszej ocenie niekorzystne dla pracowników. Dlatego po ubiegłorocznej podwyżce płac o 250 zł brutto, w tym roku chcemy do tego dodać możliwość wypłacania premii. Nowością jest to, że ponad 60 procent premii nie będzie uzależniona od wyników całej firmy, ale od pracy konkretnej osoby – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Kurdziel, członek zarządu Poczty Polskiej.

Poczta wypłaciła już dodatkowe środki dla osób zatrudnionych na pełny etat. Pracownicy, którzy zarabiają 4 tys. zł brutto lub mniej, otrzymali ponad 350 zł. Obecnie trwają rozmowy nad nowym regulaminem premiowania. Jeśli zostanie zaakceptowany, już w II kwartale tego roku część pracowników może zyskać nawet 800 zł premii w kwartale.

 Duża część premii, ok. 200 zł miesięcznie, to premia czasowo-zadaniowa, która będzie zależeć od absencji danego pracownika i jakości wykonywanej przez niego pracy – zaznacza Kurdziel.

Dodatkowo, jeśli w danym kwartale firma osiągnie zakładany wynik (co najmniej na poziomie 100 proc.), wszystkie osoby, które otrzymały premię zadaniową, dostaną też premię wynikową. Co do zasady nowy system premiowania ma objąć wszystkich pracowników Poczty Polskiej.

– W szczególności chodzi nam o pracowników służby doręczeń, czyli listonoszy, pracowników okienkowych i innych pracowników eksploatacji pocztowej, którzy zajmują się operacyjną stroną funkcjonowania naszej firmy – mówi członek zarządu Poczty Polskiej.

Poczta zapowiada koniec polityki cięcia kosztów osobowych i zmniejszania zatrudnienia.

– Docelowo chcemy, żeby w perspektywie najbliższych 5 lat średnia wynagrodzenia w Poczcie Polskiej była równa średniej krajowej – zapowiada Grzegorz Kurdziel. – To odpowiedzialna propozycja, która z jednej strony bierze pod uwagę potrzeby naszych pracowników, a z drugiej strony – sytuację ekonomiczną naszej firmy. Wszystkie pieniądze, które wypłacamy, musimy wcześniej zarobić – przekonuje.

Przy zatrudnieniu na poziomie 80 tys. osób każde 100 zł podwyżki dla całej załogi to dla spółki wydatek w wysokości 100 mln zł.

Aby zwiększyć przychody, Poczta Polska zapowiada podejmowanie inicjatyw w różnych obszarach działalności grupy. Duże nadzieje wiąże np. z rynkiem ochrony i logistyki pieniądza. W ostatnim czasie spółka wygrała przetarg na ochronę Międzynarodowego Portu Lotniczego Katowice w Pyrzowicach. Czteroletni kontrakt wart jest ponad 30 mln zł.

– Poczta Polska kojarzy się z usługami pocztowymi, ale jest również liderem na rynku ochrony i logistyki gotówki. Mało osób wie, że w pionie Poczta Polska Ochrona pracuje ponad 2,5 tys. uzbrojonych ochroniarzy, mamy ponad 500 specjalistycznych pojazdów, których używamy do logistyki gotówki, a w naszej strukturze mamy ponad 50 centrów liczenia gotówki, co stawia nas na pierwszym miejscu na rynku – podkreśla Kurdziel.

Poczta Polska Ochrona od marca obsługuje też PKO Bank Polski. Organizuje przewóz gotówki do bankomatów, wpłatomatów i oddziałów banku.

Grzegorz Kurdziel zapowiada rozwój tego obszaru działalności, zwłaszcza że sprzyjają mu zmiany na rynku pracy, m.in. minimalna płaca. W branży ochroniarskiej część pracodawców nie płaci wymaganych 13 zł za godzinę.

– Ochrona była tym segmentem na rynku pracy, gdzie wynagrodzenia często były oferowane po dumpingowych stawkach. Dzięki ostatnim zmianom, między innymi dzięki wprowadzeniu minimalnej stawki godzinowej, nasze usługi stały się konkurencyjne i dzięki temu mogliśmy wygrać kontrakt na ochronę lotniska w Pyrzowicach – przekonuje Grzegorz Kurdziel.

Rząd rozważa oskładkowanie studenckich umów-zleceń. Zmiany mogą być korzystne dla rynku pracy

Rząd rozważa oskładkowanie studenckich umów-zleceń. Zmiany mogą być korzystne dla rynku pracy 5

Pracodawcy nie muszą dziś odprowadzać do ZUS składek na ubezpieczenia społeczne pracowników przed 26 rokiem życia, którzy wciąż kontynuują naukę. Niedługo może się to zmienić. Rząd rozważa możliwość oskładkowania studenckich umów-zleceń. Zdaniem ekspertów zmiana przepisów pozwoliłaby załatać dziurę budżetową ZUS, ale mogłaby być również korzystna z punktu widzenia rynku pracy i samych studentów.

Zgodnie z aktualnymi przepisami pracodawca nie musi odprowadzać do ZUS składek za pracownika poniżej 26 roku życia, który jest zatrudniony na podstawie umowy-zlecenia. Dotyczy to głównie studentów (ale również uczniów szkół gimnazjalnych, ponadgimnazjalnych i ponadpodstawowych), których jest w Polsce ok. 1,4 mln. Spośród tych, którzy są aktywni zawodowo, większość jest zatrudniona właśnie na umowę-zlecenie.

W rządowym stanowisku dotyczącym przeglądu emerytalnego, który był prowadzony w ostatnich miesiącach, znalazła się jednak rekomendacja, aby zastanowić się nad celowością tych przepisów i rozważyć oskładkowanie studenckich umów-zleceń. To miałoby zabezpieczyć ich przyszłe emerytury, łatając przy okazji dziurę w budżecie ZUS, która w ciągu najbliższych pięciu lat może sięgnąć nawet 300 mld zł.

– Regulacje, które zwolniły studenckie umowy-zlecenia ze składek ZUS-owskich, zostały wprowadzone w czasach wysokiego, dwucyfrowego bezrobocia. Zwłaszcza wśród młodych osób to bezrobocie było ogromne. Te przepisy miały promować ich na rynku pracy, żeby w ogóle mogli zacząć jakąkolwiek pracę i zdobyć pierwsze zawodowe doświadczenie. Obecnie poziom bezrobocia jest bardzo niski i studentom oraz młodym raczej nie grozi brak możliwości zatrudnienia. Pracodawcy stoją przed wyborem: albo zatrudnię młodego studenta bez doświadczenia, albo nie zatrudnię nikogo, bo borykamy się z brakiem rąk do pracy – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Rutke, ekspert z zakresu rachunkowości i controllingu Wyższej Szkoły Bankowej.

Według prognoz Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej stopa bezrobocia na koniec lutego wyniosła 8,6 proc. Według metody Eurostatu wynik jest jeszcze niższy, w okolicach 5 proc. Bezrobocie w Polsce od wielu miesięcy utrzymuje się na poziomie najniższym od ćwierćwiecza.

Zdaniem eksperta Wyższej Szkoły Bankowej w obecnej sytuacji na rynku pracy oskładkowanie studenckich umów-zleceń byłoby pod wieloma względami korzystne. Po pierwsze, pozwala młodym osobom, które pracują już od momentu osiągnięcia pełnoletności, odkładać środki na koncie emerytalnym. Dotychczasowe przepisy powodują, że osoby pracujące na zlecenie do ukończenia 26 roku życia nie miały praktycznie żadnych oszczędności emerytalnych. Po drugie, studenci pracujący na zlecenie mieliby możliwość odprowadzania dodatkowego ubezpieczenia chorobowego.

– Ubezpieczenie chorobowe, często mylone z ubezpieczeniem zdrowotnym, umożliwia wypłacanie środków pieniężnych za czas niezdolności do pracy. Dziś osoba, która uczy się zaocznie, pracuje w tygodniu od poniedziałku do piątku, ma status studenta i jest zatrudniona na podstawie umowy-zlecenia, nie otrzymuje żadnych środków, kiedy zachoruje. A jeżeli nie wykonuje pracy, to nie dostaje również pieniędzy, a więc zostaje bez środków do życia. Oskładkowanie zleceń i włączenie ich do systemu byłoby korzystne dla studentów, którzy zyskaliby ubezpieczenie chorobowe – mówi Mariusz Rutke.

Oskładkowanie studenckich zleceń mogłoby przeciwdziałać patologiom na rynku pracy. Przykładowo, obecne regulacje się korzystne dla osób, które mają status studenta. Jednak w momencie ukończenia studiów albo 26 roku życia przestają one być dla pracodawcy atrakcyjnym i nisko kosztowym pracownikiem, za którego nie trzeba odprowadzać składek. Często są więc zwalniani, a ich miejsce zajmuje kolejny student. Nałożenie na studenckie umowy obowiązkowych składek ZUS miałoby również zmniejszyć dysproporcje pomiędzy zleceniami a umowami o pracę.

– Nawet jeżeli pracodawca nie zdecyduje się zatrudnić młodej osoby na podstawie umowy o pracę, to i tak pracownik będzie zatrudniony na zleceniu, ale będą już płacone za niego składki emerytalne czy chorobowe do ZUS – mówi Mariusz Rutke.

Ekspert Wyższej Szkoły Bankowej zaznacza, że oskładkowanie studenckich zleceń niesie ze sobą również pewne ryzyka, z których największym jest podniesienie kosztów pracy. Część pracodawców, stając przed taką koniecznością, przerzuci nowe koszty na pracowników, którzy będą otrzymywać niższe niż dotychczas wynagrodzenie. Nie mogłoby ono jednak spaść poniżej stawki minimalnej, która wynosi obecnie 13 zł brutto za godzinę.

 Ryzykiem jest też wzrost bezrobocia wśród młodych osób i studentów. Ale warto zauważyć, że bezrobocie jest naprawdę bardzo niskie i wzrost nam raczej nie grozi. Trzecim zagrożeniem jest oferowanie studentom umów o dzieło zamiast zleceń. Jednak w rządzie już pojawiają się sygnały, że ten typ umowy prawdopodobnie również zostanie oskładkowany, a pracodawcy będą musieli odprowadzać do ZUS składki na ubezpieczenia społeczne – mówi Mariusz Rutke.

Czy da się odstąpić od umowy pożyczki?

Pod wpływem emocji zaciągnąłeś pożyczkę, która okazała się zbędna. Chcesz się więc pozbyć niepotrzebnego zobowiązania. Tylko jak i czy w ogóle można to zrobić?

Jesteś w podbramkowej sytuacji i potrzebujesz pieniędzy na już. Zaciągasz więc pożyczkę w pierwszej lepszej firmie. Nazajutrz orientujesz się, że inni pożyczkodawcy oferują korzystniejsze warunki lub że ktoś z Twoich bliskich jest w stanie pożyczyć Ci gotówkę. Taka sytuacja nie jest oderwana od rzeczywistości i może przydarzyć się każdemu. Jak zachować się w takiej sytuacji i co zrobić, by zgodnie z prawem odstąpić od umowy zaciągniętej pożyczki? Aby skorzystać z tego rozwiązania musisz trzymać się ściśle określonych zasad i terminów.

Zgodnie z prawem, czyli jak?

Na mocy ustawy o kredycie konsumenckim, klient ma prawo do odstąpienia od umowy pożyczki zaciągniętej w banku, Spółdzielczej Kasie Oszczędnościowo-Kredytowej lub w każdej innej instytucji prowadzącej działalność w zakresie udzielania pożyczek. Aby skorzystać z tej możliwości, należy dostarczyć do pożyczkodawcy pisemne oświadczenie o odstąpieniu od umowy pożyczki. Musi ono zawierać adres i nazwę firmy. Wzór pisma powinien zostać przekazany klientowi podczas podpisywania umowy. Ma stanowić informację, że klient ma prawo z takiej możliwości skorzystać, a także przyspieszyć cały proces jeśli się na to zdecyduje. Oświadczenie należy dostarczyć do pożyczkobiorcy do 14 dni od podpisania umowy i najlepiej zrobić to osobiście, by uniknąć problemów związanych z ewentualnym niezachowaniem terminu. Klient nie ma obowiązku uzasadniać swojej rezygnacji. Jeśli dopiero zastanawiasz się nad wzięciem chwilówki, sprawdź które firmy oferuje najkorzystniejsze warunki pożyczkowe na stronie Łowca Chwilówek.

Zwrot pieniędzy

Sama procedura zwrotu zaciągniętego zobowiązania jest bezpłatna, a firma pożyczkowa nie ma prawa żądać od klienta dodatkowych opłat z tego tytułu. Klient musi jednak liczyć się z koniecznością opłacenia odsetek za każdy dzień, kiedy posiadał pieniądze. Jeśli więc wniosek zostanie przekazany pożyczkobiorcy ostatniego, 14 dnia, klient będzie musiał zapłacić odsetki za te 14 dni. Im więc wcześniej złożysz oświadczenie, tym mniejsze konsekwencje finansowe będziesz musiał ponieść. Na spłatę należności klient ma 30 dni od dnia złożenia pisma. Również  instytucja udzielająca pożyczki ma pewne zobowiązania wobec klienta. Musi zwrócić mu wszelkie opłaty związane z udzieleniem pożyczki (poza opłatami notarialnymi oraz służącymi do opłacenia organów administracji publicznej). Firma musi także zwrócić ewentualne koszty w związku z ubezpieczeniem pożyczki. Kwota ta zostanie proporcjonalnie pomniejszona o czas, w którym klient mógł korzystać z pieniędzy, czyli do dnia złożenia rezygnacji.

Czy da się bez dodatkowych kosztów?

Może się zdarzyć, że weźmiesz pożyczkę, z pieniędzy nie skorzystasz, ale zapomnisz o terminowym złożeniu oświadczenia o rezygnacji. Aby nie narazić się na konieczność poniesienia dodatkowych kosztów, jeszcze na etapie wyboru firmy pożyczkowej, sprawdź która z nich oferuje tzw. darmowe chwilówki. Duża część pożyczkodawców daje możliwość uzyskania pieniędzy bez naliczania odsetek i prowizji. Sprawdź ofertę ranking chwilówek z lowcachwilowek.pl. Tego rodzaju pożyczki najczęściej proponowane są nowym klientom danej instytucji. Jeśli więc skorzystasz z darmowej chwilówki, a po kilku dniach uznasz, że pieniądze nie są Ci potrzebne, w ustalonym terminie zwyczajnie zwróć całą kwotę. Dzięki temu unikniesz nie tylko dodatkowych kosztów, ale też całej formalnej procedury związanej ze zwrotem pożyczki.

Małe firmy wciąż niechętnie przyjmują płatności kartą. Sytuację mogą zmienić kasoterminale

Małe firmy wciąż niechętnie przyjmują płatności kartą. Sytuację mogą zmienić kasoterminale 6

Brak możliwości płacenia kartą zniechęca konsumentów, co dla sklepu może oznaczać stratę klienta. Mimo to mali detaliści niechętnie inwestują w terminale płatnicze. Odsetek firm akceptujących płatności kartą wynosi kilkanaście procent wśród przedsiębiorców, którzy mają kasy fiskalne. Główną barierą są wysokie koszty związane z dzierżawą terminala. Te statystyki zmienić mogą kasoterminale, czyli urządzenia łączące funkcjonalność drukarki fiskalnej i terminala.

Podejście małych przedsiębiorców do płatności kartowych jest coraz lepsze, bardziej świadome. Wiedzą oni, że umożliwienie takich płatności, choć nie jest obowiązkowe, zwiększa przychody. Coraz więcej klientów nosi ze sobą bowiem karty i chce nimi płacić – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Pawłowski, menedżer ds. sprzedaży i produktu w firmie iPOS.

Jak wynika z raportu „Płatności cyfrowe 2016”, zrealizowanego przez Izbę Gospodarki Elektronicznej (IGE) z Mobile Institute oraz platformą GoMobi.pl, prawie jedna trzeia badanych wskazuje, że używa popularnego plastiku podczas zakupów stacjonarnych. Płatność kartą jest wygodna i szybka. Konsumenci oczekują więc, że coraz więcej sklepów czy punktów usługowych wprowadzi tę metodę płatności. Brak takiej możliwości powoduje zniechęcenie, a w rezultacie – wpływa na spadek renomy placówki.

Gdy pytamy przedsiębiorców, to oni chcą akceptować płatności bezgotówkowe, ale niestety wielu z nich tego nie robi – mówi Pawłowski. – Okazuje się, że wśród małych i średnich przedsiębiorców korzystających z kas fiskalnych nasycenie jest zaledwie kilkunastoprocentowe, co oznacza, że tylko kilkunastu na stu daje klientom możliwość przeprowadzenia transakcji kartowej.

Na 1,6 mln aktywnych urządzeń fiskalnych w Polsce przypada niespełna 500 tys. terminali płatniczych. Zdaniem Michała Pawłowskiego głównym powodem są wysokie koszty. Jeżeli miesięczna opłata wynosi 50 zł, łączny wydatek z tym związany w ciągu dwóch lat zamknie się kwotą w wysokości 1,2 tys. zł. W takim modelu finansowania urządzenie nie staje się własnością przedsiębiorcy.

Problemem jest także długoterminowa umowa dzierżawy, podpisywana na 2–3 lata. Młodzi przedsiębiorcy najczęściej twierdzą, że nie wiedzą, co będzie za dwa czy trzy lata, w związku z tym nie chcą podpisywać długoterminowych umów – wyjaśnia Michał Pawłowski. – Poza tym jest wiele biznesów sezonowych. Nawet jeśli biznes nie jest prowadzony, trzeba płacić za dzierżawę sprzętu, który de facto nie przynosi obrotów.

Rozwój nowych technologii w branży finansowej otwiera jednak nowe możliwości. Na krajowym rynku dostępne są już tzw. kasoterminale łączące fiskalny system kasowy, obowiązkowy dla przedsiębiorców, i terminal płatniczy. Takie urządzenia nie są dzierżawione, tylko od razu stają się własnością przedsiębiorcy. Usługa płatności bezgotówkowych jest uruchamiania przez sprzedawcę tylko wtedy, jeśli faktycznie z niej korzysta. W miesiącach, w których nie jest prowadzona sprzedaż z akceptacją płatności elektronicznych, opłaty nie są naliczane. Wyłączenie usług w przypadku zamknięcia działalności również następuje z miesiąca na miesiąc.

– To typowa usługa dostarczana miesięcznie jako serwis – tłumaczy Michał Pawłowski. – Do tej pory koszty dzierżawy sprzętu były wysokie. Kasoterminale to zmieniają, bo przedsiębiorca już w momencie kupna staje się ich właścicielem. W dodatku bardzo dużo dobrego dzieje się w obszarze opłat związanych z transakcjami, które także spadają. Interchange zmniejszono do 0,2 proc. i ma spadać dalej. W rezultacie cena płatności kartowej w tej chwili zbliża się do 0,5 proc., co oznacza, że staje się ona dostępna nawet dla najmniejszych przedsiębiorców, których marże są bardzo niskie. 

Izabela Sakowicz szefową marketingu w Engave

W marcu 2017 roku Izabela Sakowicz objęła funkcję marketing managera Engave, gdzie od marca czuwa nad firmową strategią marketingową.

Izabela Sakowicz w obszarze sprzedaży i komunikacji marketingowej działa przeszło 9 lat. Jest związana z branżą IT od 2012 roku. Wcześniej odpowiadała m.in. za marketing i promocję w wydawnictwie IDG, wydawcy czasopisma „Computerworld”. Koordynatorka cyklu spotkań Klubu CIO. Na swoim koncie ma projekty marketingowe dla firm polskich i zagranicznych. Wierzy w moc content marketingu, zasadę H2H (Human to Human) i siłę relacji biznesowych. Optymistka z urodzenia, marketingowiec z wyboru, pasjonatka skutecznej komunikacji. Absolwentka Politechniki Warszawskiej oraz podyplomowych studiów w zakresie marketingu i strategii marketingowych Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Kinga Bloch nowym dyrektorem ds. personalnych w Cushman & Wakefield

Kinga Bloch została dyrektorem ds. personalnych w polskim biurze międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield. Funkcję tę pełni od 1 lutego br.

Kinga Bloch ma ponad 11-letnie doświadczenie w zarządzaniu zasobami ludzkimi w firmach telekomunikacyjnych i informatycznych. Zanim dołączyła do Cushman & Wakefield, przez osiem i pół roku pracowała w międzynarodowej firmie z branży usług informatycznych Atos. Jako dyrektor działu personalnego polskiego oddziału Atos, Kinga aktywnie przyczyniła się do dynamicznego rozwoju działalności firmy w zakresie usług komercyjnych i wspólnych w Polsce. Odpowiadała za strategiczne i taktyczne zarządzanie zasobami ludzkimi w 15 krajach jako Partner Biznesowy ds. Personalnych na szczeblu regionalnym. Kinga również brała udział w wielu globalnych projektach transformacji zasobów ludzkich i międzyregionalnych przedsięwzięciach transformacji biznesowej, pełniąc różne funkcje, w tym Dyrektora Programu Rozwoju Różnorodności w Regionie. Od 2012 r. firma Atos w Polsce była cztery razy z rzędu nominowana do nagrody dla najlepszego pracodawcy (Great Place to Work) w kategorii firm zatrudniających ponad 500 pracowników.

Kinga jest absolwentką Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie i Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończyła również psychologię społeczną na Uniwersytecie SWPS.

– Bardzo się cieszymy, że Kinga dołączyła do naszej firmy, w której będzie odpowiadać za rozwój naszych obecnych pracowników i rekrutację nowych specjalistów na terenie całego kraju – mówi Charles Taylor, dyrektor biura Cushman & Wakefield w Polsce.

Jarosław Grzywiński czasowo zastąpi Małgorzatę Zaleską na fotelu Prezesa GPW

Rada Nadzorcza GPW na posiedzeniu w dniu 15 marca 2017 r. podjęła uchwałę, na mocy której Jarosław Grzywiński, Członek Rady Nadzorczej Giełdy, został oddelegowany do czasowego wykonywania czynności Prezesa Zarządu GPW, na okres nie dłuższy niż 3 miesiące począwszy od 15 marca 2017 r.

Jarosław Grzywiński jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji, Wydziału Prawa Uniwersytetu w Bayreuth (studia porównawcze LL.M, Niemcy), a także Oxford University (pobyt studyjny). Jarosław Grzywiński specjalizuje się od wielu lat w dziedzinie prawa spółek handlowych, prawa papierów wartościowych, a także prawa cywilnego oraz prawa nieruchomości i projektów infrastrukturalnych. Jest egzaminatorem z prawa gospodarczego na końcowym egzaminie radcowskim oraz egzaminatorem z zakresu prawa spółek handlowych, prawa gospodarczego oraz prawa upadłościowego w Okręgowej Izbie Radców Prawnych w Warszawie. Jarosław Grzywiński uzyskiwał prestiżowe rekomendacje rankingów międzynarodowych w zakresie prawa projektów infrastrukturalnych oraz inwestycyjnych jako rekomendowany prawnik w Polsce. Jarosław Grzywiński uczestniczył w pracach legislacyjnych związanych z rozwojem prawa spółek handlowych w Polsce.

Giełda i złoty czekają na Fed i wyniki wyborów w Holandii

Marcin Kiepas, analityk rynków finansowych
Marcin Kiepas

Na rynkach finansowych trwa przysłowiowa cisza przed burzą. Inwestorzy, w tym również Ci z warszawskiej giełdy, czekają na wieczorne wyniki posiedzenia amerykańskiego Fed-u oraz wyborcze rozstrzygnięcie w Holandii.

Dzisiejsza sesja w Warszawie upływa w spokojnej atmosferze. Tym samym przypomina ona sesję wtorkową, gdy równie niewiele się działo. O godzinie 15:35 indeks WIG20 testował poziom 2242,6 pkt. (+0,2%), wyznaczając jeszcze przed południem dzienne minimum na 2228,72 pkt. oraz maksimum na 2246,33 pkt. Inwestorzy czekają na wieczorne wyniki posiedzenia amerykańskiej Rezerwy Federalnej (Fed), a także na wyniki wyborów parlamentarnych w Holandii.

Decyzja Fed ws. stóp procentowych zostanie podana do wiadomości o godzinie 19:00. Wówczas też zostaną opublikowane najnowsze projekcje makroekonomiczne i ścieżka przyszłych zmian kosztu pieniądza. Pół godziny później natomiast rozpocznie się konferencja prasowa z udziałem Janet Yellen.

Powszechnie zakłada się podwyżkę stóp procentowych w USA (już 3. w tym cyklu), która podniesie przedział wahań dla stopy funduszy federalnych do 0,75-1,00% z dotychczasowego poziomu 0,50-0,75%. Pytanie tylko, czy decyzja ta jest już w cenach? A przede wszystkim, jakie sugestie odnośnie przyszłych zmian stóp popłyną z Fed i od Janet Yellen?

Drugim rynkowym wydarzeniem absorbującym uwagę są wybory w Holandii. Lokale wyborcze zostały otwarte o godzinie 07:30, natomiast zostaną zamknięte o 21:00. Wówczas też pojawią się pierwsze sondażowe wyniki. Inwestorów przede wszystkim będzie interesowało, ile głosów zdobyła antyimigracyjna i populistyczna partia Geerta Wildersa. Im poparcie dla niej będzie większe, tym mocniej wzrośnie awersja do ryzyka. I odwrotnie. W tym miejscu jasno należy podkreślić, że wybory w Holandii same w sobie nie są jakoś bardzo ważne, ale mogą one stać się pewnym barometrem poglądów Europejczyków i dają przedsmak emocjom przed znacznie ważniejszymi wyborami we Francji i Niemczech.

Atmosfery wyczekiwania nie zdołały dziś zakłócić publikowane dane o lutowej inflacji konsumenckiej i sprzedaży detalicznej w USA oraz marcowy odczyt indeksu NY Empire State. Należy jednak zaznaczyć, że obraz tamtejszej gospodarki jaki wyłania się z tych danych jest pozytywny i wspiera oczekiwania na kontynuację cyklu zaostrzania polityki monetarnej.

Bez echa przeszły też polskie dane o inflacji bazowej za styczeń i luty, która odpowiednio wzrosła do 0,2% R/R i 0,3% R/R z poziomu 0% R/R w grudniu. To wynik poniżej rynkowego konsensusu, co doskonale wpisuje się w retorykę Rady Polityki Pieniężnej (RPP), że na pierwszą podwyżkę stóp procentowych w Polsce przyjdzie nam poczekać jeszcze rok.

Źródłem większych wahań nie stały się również wyniki finansowe opublikowane kolejne spółki. W tym przez PZU. W gronie największych spółek wchodzących w skład indeksu WIG20 brakuje takich, które dziś w szczególny sposób się wyróżniają. Takich spektakularnych zmian nie obserwujemy również w przypadku firm z indeksu mWIG40, gdzie najlepiej spisujące się akcje drożeją o 2,7%, a najgorsze tanieją o 2%. Znacznie ciekawiej pod tym względem jest w przypadku mniejszych spółek. I tak np.  Agora po rekomendacji „kupuj” od Domu Maklerskiego BDM drożej o 4,5%, wracając do szczytu z początku miesiąca. Po drugiej stronie barykady znalazły się natomiast tracące po prawie 4% walory CFI Holding i Grupy AB. Wśród pozostałych spółek warto jeszcze wspomnieć o drożejących 0 10,6% akcjach Calatrava, czy odbijających od dna o 6% akcjach Briju.

Atmosfera wyczekiwania jest też obecna na rynku walutowym, gdzie za euro trzeba było zapłacić 4,3170 zł, dolar kosztował 4,0630 zł, a szwajcarski frank 4,03 zł.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Raport: Rynek agencji zatrudnienia w 2016 roku

Polskie Forum HR podsumowało miniony rok w raporcie „Rynek agencji zatrudnienia w 2016 roku”. Coraz trudniejszy dostęp do kandydatów oraz planowane zmiany prawne przekładają się na ostrożny, 3-procentowy przyrost liczby pracowników tymczasowych w agencjach członkowskich PFHR.

W ubiegłym roku liczba zatrudnionych pracowników wyniosła ponad 264 tys. osób. Szacunki odnośnie całego kraju to ok. 826 tys. zatrudnionych. Średni okres zatrudnienia pracownika tymczasowego wyniósł 63 dni w ciągu 12 miesięcy. Zanotowaliśmy niewielki, jedynie 2% wzrost liczny godzin przepracowanych przez pracowników tymczasowych. Liczba pełnych etatów FTE wyniosła w PFHR 66 tys. (liczba godzin przepracowanych przez pracowników tymczasowych w przeliczeniu na pełne etaty).

„Niski wzrost liczby pracowników tymczasowych to przede wszystkim efekt coraz większych trudności z posykiwaniem kandydatów o odpowiednich kompetencjach. Oceniam, że będzie to największe wyzwanie stojące przed polskimi pracodawcami w najbliższych latach”- komentuje Wojciech Ratajczyk, Wiceprezes ds. pracy tymczasowej w Polskim Forum HR.

Więcej pracowników 50+

Stałą charakterystyką rynku pracy tymczasowej jest wysoki odsetek zatrudnienia kobiet i osób młodych. Zupełnie wyjątkową rysą minionego roku, jeśli chodzi o strukturę wiekową sektora stanowi spory, bo aż 31% wzrost reprezentatywności osób po 50 roku życia. Firmy członkowskie PFHR zatrudniały ponad 15 tys. osób w tej kategorii wiekowej.

Rekordowo dużo agencji na rynku

Nadal rynek usług HR pozostaje bardzo rozdrobniony. Ubiegły rok kończyliśmy z liczbą 7386 agencji zatrudnienia, o 21% więcej niż w poprzednim roku. W 2016 roku zostało zarejestrowanych ok. 2 tys. podmiotów, podczas gdy ok. 800 podmiotów wykreślono z rejestru. Osoby fizyczne stanowią 39% wszystkich agencji zatrudnienia.

Zmiany w zatrudnianiu pracowników tymczasowych

1 czerwca 2017 roku wchodzą w życie zmiany w ustawie o zatrudnieniu pracowników tymczasowych i niektórych innych ustaw, których ostateczny kształt jest obecnie procedowany. Agencje muszą przygotować się na znaczny wzrost kosztów oraz ograniczeń wynikających z nowych przepisów. Jak komentuje Anna Wicha, Prezes Polskiego Forum HR: „Zadaniem stojącym przed partnerami społecznymi w Polsce jest stworzenie takich warunków prawnych funkcjonowania rynku pracy, które zabezpieczą interesy pracowników i jednocześnie pozwolą sprostać wyzwaniom związanym z deficytem kandydatów, automatyzacją pracy i niespotykaną do tej pory dynamiką zmian zachodzących na rynkach globalnych. Nowe, bardziej elastyczne formy pracy nie wykluczą bowiem tradycyjnych, kodeksowych umów, jednak są nieodwracanym efektem postępu i częścią każdej nowoczesnej gospodarki”.

Inflacja zaczyna „zjadać” wzrost wynagrodzeń

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek
Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek

Wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wzrósł w lutym br. o 2,2 proc. r/r, a w styczniu o 1,7 proc. (po zmianach koszyka) – podał GUS.

Po długim okresie deflacji, która jeszcze w 2016 r. wyniosła – 0,6 proc. r/r, siła wzrostu cen na początku 2017 r. jest bardzo duża – w ciągu dwóch pierwszych miesięcy br. płaciliśmy za towary i usługi konsumpcyjne o 2 proc. więcej niż w styczniu i lutym 2016 r. W styczniu 1,7 proc. więcej, a w lutym już o 2,2 proc. więcej. Wzrost cen dotyczy wszystkich grup towarów i usług konsumpcyjnych poza łącznością, rekreacją i kulturą oraz – jak zwykle od bardzo już długiego czasu – odzieżą i obuwiem. Gdyby nie spadki cen w tych trzech obszarach inflacja przekroczyłaby cel inflacyjny, czyli 2,5 proc. Branża odzieżowa „ratuje” nas zatem przed decyzją o podniesieniu stóp procentowych, a tym samym przed szybszym niż oczekiwaliśmy (i oczekujemy) wzrostem kosztów pożyczanego kapitału.

Jednak ani branża odzieżowa i obuwnicza, ani łączność oraz rekreacja i kultura nie ratują nas przed spadkiem realnych wynagrodzeń. W styczniu wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 pracowników wzrosły nominalnie o 4,3 proc., a realnie wzrost ten wyniósł 2,6 proc. W lutym siła nabywcza wynagrodzeń wzrośnie w jeszcze mniejszym stopniu, nawet przy silniejszym od styczniowego wzroście płac.

Inflacja zaczyna „zjadać” wzrost wynagrodzeń. Tym bardziej, że w największym stopniu wzrost cen dotknął żywność (wzrost o 4,3 proc. r/r w lutym br., a łącznie po 2 miesiącach – o 3,9 proc.) oraz paliwa do prywatnych środków transportu (wzrost w lutym o 21,2 proc. r/r, a łącznie po dwóch miesiącach o 18,8 proc.). Łącznie wzrost cen żywności i paliwa uszczuplił nominalne dochody gospodarstw domowych o prawie 1,9 proc. Szczególnie silnie ten wzrost cen będą odczuwać gospodarstwa domowe o niskich dochodach, gdzie udział żywności w wydatkach stanowi istotną ich część.

Spodziewaliśmy się wzrostu cen towarów i usług konsumpcyjnych, ale jego siła zastanawia. Bez wątpienia w części jest to efekt zmian cen produktów rolnych oraz ropy naftowej na rynkach światowych. W części – efekt niskiej bazy z ubiegłego roku. Jednak w obserwowanym wzroście CPI mamy też na pewno komponent wynikający ze wzrostu nominalnych dochodów gospodarstw domowych w wyniku dobrej sytuacji na rynku pracy i programu Rodzina 500+.

Przeciętni „Kowalscy”, a szczególnie „Kowalscy” o niskich dochodach mają się czym martwić. Cieszyć się natomiast może rząd, który zanotuje zwiększone wpływy do budżetu państwa z tytułu podatków pośrednich (VAT plus akcyza). Przedsiębiorcy też mają powody do zadowolenia, bo ich przychody rosną. Ale tu zadowolenie może być krótkoterminowe. Sytuacja na rynku pracy, gdzie ciągle rośnie zapotrzebowanie na pracę, a jej podaż się zmniejsza (a od października, w wyniku obniżenia wieku emerytalnego, zmniejszy się gwałtownie – jak szacuje ZUS o dodatkowe 300 tys. osób) wzrost cen osłabiający siłę nabywczą wynagrodzeń może uruchomić presję płacową. Oznacza to silniejszy niż wynika to ze wzrostu wydajności pracy wzrost wynagrodzeń, a tym samym spadek rentowności przedsiębiorstw. Do niepewności i braku pracowników dołączą zatem koszty wynagrodzeń dodatkowo osłabiając skłonność firm do inwestowania.

A Rada Polityki Pieniężnej będzie musiała zweryfikować swoje deklaracje dotyczące nie zmieniania stóp procentowych nawet do końca 2018 r., co niektórzy jej członkowie deklarowali na konferencji prasowej po ostatnim posiedzeniu RPP.

Program 10000+, czyli jak zachęcić emerytów do pracy

Rząd analizuje różne propozycje prawno-finansowe, aby zachęcić Polaków do pozostania na rynku pracy, po osiągnięciu obniżonego wieku emerytalnego. Program 10 000 Plus, to jeden ze sposobów. Jednak takie rozwiązanie obciąży dodatkowo podatkami osoby pracujące, uderzy także w tych, którzy będą blisko przejścia na emeryturę.

– Rząd usiłuje rozwiązać problem, który sam sobie stworzył obniżając wiek emerytalny – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Aleksander Łaszek, główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR).

Obniżenie wieku emerytalnego stało się potężnym obciążeniem dla budżetu państwa, a wypłacane emerytury będą coraz mniejsze. Jednak jest to także problem dla rynku pracy. O pomyśle 10000+ mówiła w tym tygodniu premier Beata Szydło, ale część rządu jest raczej sceptyczna, sądząc z wypowiedzi wicepremiera Mateusza Morawieckiego. Natomiast ekspert FOR zwraca uwagę, że jest to pomysł szkodliwy dla wszystkich, także dla odchodzących na emerytury.

Powody, dla których warto docenić Snapchat

Nowelizacja przepisów dotyczących wycinania drzew zawiera absurdalne przepisy

Nowelizacja przepisów dotyczących wycinania drzew, przygotowana przez PiS, zawiera absurdalne przepisy, twierdzi ekspert FOR. Ktoś, kto wytnie drzewo na własnej działce, a później straci pracę i będzie chciał otworzyć własną działalność gospodarczą, nie będzie mógł jej prowadzić przez pięć lat. Podobny zakaz dotyczyć ma też tych, którzy kupią działkę, na której wycięto drzewo.

– Proponowana przez PiS nowelizacja zawiera absurdalne przepisy, a proces legislacyjny jest niedbale przygotowany, bo samorządom terytorialnym dano tylko 14 dni na przygotowanie się do tych zmian – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marek Tatała, ekspert Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR).

Brak jednomyślności w wyrokach dotyczących frankowiczów

Wielu frankowiczów cieszy się z najnowszych orzeczeń sądów. Jednak w Polsce nie mamy systemu prawa precedensowego (sądy nie są związane wyrokami sądów wyższej instancji), stąd też i porażki frankowiczów. Każdy kolejny spór na wokandzie traktowany jest jako odrębna sprawa, czyli sukcesy frankowiczów będą się przeplatać z ich porażkami – mówi w rozmowie z MarketNews24 Szymon Gałkowski, partner w kancelarii prawnej Kochański Zięba i Partnerzy. O konsekwencjach tego więcej w materiale wideo.

Dziś na 90% FED zdecyduje o podniesieniu stóp procentowych

Dzisiaj o 19:00 decyzja w sprawie stóp procentowych FED-u. Rynki spodziewają się obniżki. Politycy PiS-u negatywnie o wejściu do strefy euro. Reformy w Rosji.

90% na wzrost stóp procentowych

Rynki wczoraj skorygowały swoje oczekiwania wobec wzrostu stóp procentowych na dzisiejszym posiedzeniu. Pomimo tych zmian w dalszym ciągu szansa, że nie dojdzie do podwyżek stóp wynosi zaledwie 9,2%. Jest to wyliczane na podstawie kontraktów terminowych na stopę procentową. Jak widać rynek jest zgodny co do decyzji FED-u. Ostatnimi czasy gremium to stara się nie zaskakiwać analityków swoimi decyzjami zatem bardzo prawdopodobne jest, że do podwyżki dojdzie. Widać to również w notowaniach dolara. Od kilku dni dolar umacnia się względem pozostałych walut. Gdyby nie doszło jednak do planowanej podwyżki należy spodziewać się korekty tego ruchu. Ponieważ w cenach jest już większość zmiany w przypadku jej realizacji nie powinno być zbyt silnego ruchu. Warto natomiast zwrócić uwagę na komunikat, bo to on w przypadku realizacji oczekiwanego scenariusza będzie miał największy wpływ na rynek.

O wejściu polski do strefy euro

Poseł PiS Jarosław Kaczyński udzielił wywiadu w Rzeczpospolitej. Oprócz komentarzy do bieżących przepychanek politycznych znalazł się tam ważny fragment jasno pokazujący nastawienie jego i najprawdopodobniej większości formacji rządzącej do wejścia do strefy euro. Można się z niego dowiedzieć, że operacja ta jest dla Polski w każdym wypadku nieopłacalna. Przy wysokim kursie wymiany stracimy wszyscy bo spadnie nasza siła nabywcza. Przy niskim z kolei ucierpi eksport, której 45% to eksport. Pogląd taki ma pewien sens, aczkolwiek obecny kurs walutowy ma podobne cechy. Albo jest wysoki i wspiera eksport a zmniejsza siłę nabywczą, albo jest niski i wspiera siłę nabywczą a uderza w eksport. Przy tej głębi argumentów widać wyraźnie, że nie należy spodziewać się prac mających na celu wejście do strefy euro. Potwierdza to wypowiedź mówiąca, że dobrym terminem będzie gdy PKB na mieszkańca osiągnie 85% niemieckiego, czyli na pewno nie w ciągu najbliższych lat.

Reformy w Rosji

Planowane są zmiany podatkowe w Rosji. Ciężar opodatkowania ma być przełożony z zarabiania na konsumpcję. W ramach tej koncepcji zredukowany ma zostać podatek dochodowy a z kolei wzrośnie VAT. Zmiany mają wejść dopiero po wyborach prezydenckich w 2018 roku. Mają być neutralne dla budżetu, ale już teraz widać, że skoro stawka zmieniła się z 21% na 22% mają one również na celu walkę z deficytem budżetowym.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Liczba polis sprzedawanych online rośnie, jednak agenci ubezpieczeniowi trzymają się mocno

Zgłoszenie szkody, zapoznanie się z ofertą i podpisanie umowy – to najczęstsze powody obecności klientów w placówkach towarzystw ubezpieczeniowych. Coraz więcej z nas woli jednak korzystać wyłącznie ze zdalnych kanałów kontaktu. Mimo tego agenci ubezpieczeniowi mogą spać spokojnie – zainteresowanie ich usługami wśród Polaków wcale nie maleje.

Im młodszy klient i im z większego miasta pochodzi, tym chętniej załatwia swoje sprawy online. Towarzystwa ubezpieczeniowe są tego świadome. Nie dziwi więc, że coraz więcej z nich umieszcza na swoich stronach internetowych różne kalkulatory i porównywarki, które pomagają w wyborze produktów czy też obliczaniu składki ubezpieczenia. Warto jednak zauważyć, że nawet osoby stroniące od wizyt w placówkach terenowych bardzo często korzystają z pomocy agentów ubezpieczeniowych. Oczywiście nierzadko jest to kontakt wyłącznie na odległość, a sama umowa jest zawierana przez internet.

Jak stwierdza w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Katarzyna Ostrowska z Uniqa Polska: „Liczba polis sprzedawanych za pośrednictwem internetu rośnie z roku na rok. Wciąż jednak nie jest to bardzo duży procent wszystkich zawieranych umów z ubezpieczycielami przez klientów. Świadczą też o tym chociażby wyniki tzw. spółek directowych, czyli tych, które sprzedają jedynie przez internet. W Polsce nigdy nie osiągnęły one znaczącej pozycji. Nie zmienia to faktu, że firmy ubezpieczeniowe muszą podążać za preferencjami i wyborami klientów. A ci zwłaszcza najmłodsi coraz częściej chcą korzystać wyłącznie z kanałów zdalnych”.

„Jesteśmy zabieganym społeczeństwem, dla którego priorytetem jest szybkie załatwianie spraw […]. Coraz częściej chcemy robić to zdalnie. Kilka lat temu swoje płatności regulowaliśmy na poczcie czy w kasie banku, dzisiaj za sprawą techniki robimy to, siedząc w wygodnym fotelu w domu i korzystając z komputera czy smartfona. Jakość obsługi na tym poziomie odgrywa bardzo ważną rolę. Po pierwsze dostępne aplikacje powinny sprawnie działać, tak aby klient w dowolnym momencie mógł z nich skorzystać i załatwić swoją sprawę. Po drugie komunikacja klienta z instytucją powinna przebiegać szybko i efektywnie oraz kończyć się załatwieniem sprawy podczas jednego kontaktu” – mówi Marcin Łukaszewski, twórca Instytucji roku, której zwycięzcą za rok 2016 w kategorii „najlepsza jakość obsługi w kanałach zdalnych” wśród ubezpieczycieli została Uniqa Polska.

Podsumowanie wyników PZU za 2016 rok

  • Wzrost składki przypisanej brutto Grupy PZU o 10,1% r/r do rekordowych 20 219 mln zł
  • Spadek wskaźnika kosztów administracyjnych dla polskich spółek ubezpieczeniowych o 0,7 p.p. r/r do wartości 8,1%
  • Wzrost skonsolidowanego zysku z działalności operacyjnej do poziomu 3 034 mln zł wobec 2 940 mln zł w 2015 roku (+3,2%)

Grupa PZU osiągnęła rekordowy wzrost przypisu składki brutto, jednocześnie zwiększając zysk operacyjny rok do roku, a także poszerzyła udziały w rynku ubezpieczeń i umocniła pozycję w sektorze bankowym.

Ubiegły rok był pełen wyzwań, ambitnych projektów i znaczących sukcesów. Jest w nas pasja start–upu i siła giganta kapitałowego. Dobre wyniki finansowe PZU za 2016 rok to efekt konsekwentnie realizowanej strategii. Zgodnie z jej założeniami skoncentrowaliśmy się na budowaniu pozycji w obszarze naszej podstawowej działalności ubezpieczeniowej. Wykorzystując poprawiającą się sytuację na rynku oraz efektywne struktury sprzedaliśmy ponad 700 tys. więcej ubezpieczeń komunikacyjnych niż w ubiegłym roku. W rezultacie nasz udział w rynku majątkowym wzrósł o 3,0 p.p. r/r, a składka przypisana brutto o 20,4% r/r, notując tym samym dynamikę nie widzianą w PZU od lat. Wzmocniliśmy fundamenty oraz wytyczyliśmy kierunki działalności, tak by w perspektywie najbliższych lat Grupa PZU stała się nie tylko największą grupą finansową w Europie Środkowo-Wschodniej, ale także najbardziej innowacyjną, stabilną i rentowną, dostarczającą produkty z obszaru ubezpieczeń, zdrowia, zarządzania aktywami oraz bankowości  – mówi Michał Krupiński, prezes PZU.

PZU w 2016 roku zebrał 20 219 mln zł składki brutto, co oznacza wzrost składki przypisanej brutto o 10,1% r/r. Największa dynamika sprzedaży została zanotowana w ubezpieczaniach komunikacyjnych, które wzrosły o 34,4% r/r do 7 050 mln zł. Jedocześnie wskaźnik kosztów administracyjnych (dla polskich spółek ubezpieczeniowych w Grupie) spadł o 0,7 p.p. r/r do wartości 8,1%.

O sile PZU świadczy także pozycja lidera w ubezpieczeniach na życie – mówi Paweł Surówka, prezes PZU Życie SA – Nie zamierzamy zwalniać tempa. Na rynku ubezpieczeń na życie jeszcze w tym roku zwiększymy naszą obecność wśród małych i średnich przedsiębiorstw. Cały czas rozwijamy także ofertę w obszarze zdrowotnym, gdzie liczba klientów wzrosła o 300 tys. Nasze produkty dystrybuujemy przez 1800 placówek do już ponad 1,3 mln klientów – dodaje Paweł Surówka.

W 2016 roku skonsolidowany zysk z działalności operacyjnej dla Grupy PZU wyniósł 3 034 mln zł wobec 2 940 mln zł w 2015 roku. Zysk netto przypadający na akcjonariuszy jednostki dominującej wyniósł 1 947 mln zł,  a wskaźnik ROE 15,0%, wobec odpowiednio 2 343 mln zł i 18,0% w 2015 roku.

W 2016 roku zanotowaliśmy wzrost składki przypisanej brutto Grupy o 1 860 mln zł r/r, zachowując przy tym restrykcyjną dyscypliną kosztową, która przełożyła się na redukcję kosztów stałych o blisko 80 mln zł. Osiągnięty zysk netto w wysokości 1 947 mln zł pozostawał pod wpływem wyższych odszkodowań w ubezpieczeniach rolnych z pierwszego półrocza oraz przeceny pakietu akcji Grupy Azoty, w pełni ujętej w wyniku finansowym. Warto jednocześnie zaznaczyć, że na porównywalność danych finansowych wpłynęło również wprowadzenie w lutym 2016 roku podatku od aktywów instytucji finansowych  – mówi Tomasz Kulik, CFO PZU.

8 grudnia 2016 roku PZU w konsorcjum z PFR podpisało z UniCredit S.p.A. umowę dotyczącą kupna 32,8% akcji Banku Pekao S.A., za łączną kwotę 10,6 mld złotych. Transakcja prawdopodobnie zostanie sfinalizowana w drugim kwartale 2017 roku.

Pekao to wysokiej jakości aktywo inwestycyjne, które charakteryzują zarówno wysokie zyski jak i stabilny wskaźnik wypłaty dywidendy. Biorąc pod uwagę rekomendację zarządu Pekao co do planowanej wypłaty dywidendy za rok 2016 oraz cenę nabywanego przez PZU pakietu, szacowana stopa dywidendy wyniesie ponad 7% – mówi Michał Krupiński, prezes PZU SA.

Od momentu podpisania umowy wzrosła także kapitalizacja Pekao, już w lutym 2017 roku cena przekroczyła 142 zł, co oznacza wzrost wartości nabywanego przez PZU pakietu o ponad 1 mld zł. Włączenie Pekao do Grupy PZU również istotnie zwiększy potencjał w obszarze dystrybucji produktów ubezpieczeniowych oraz inwestycyjnych. Potencjał sprzedaży Pekao i Alior Bank to ok 9,5 mln klientów i 2 700 placówek. Nakładając na to możliwość cross-sellingu w ramach biznesu ubezpieczeniowego, inwestycyjnego, oszczędnościowego i bankowego PZU może otrzymać szereg możliwości, które będą mogły generować wartość dodaną na poziomie całej Grupy.

Szczegółowe podsumowanie wyników PZU za 2016 rok

Pozytywny wpływ na wyniki finansowe Grupy PZU w 2016 roku miały:

  • wzrost składki przypisanej brutto w grupie ubezpieczeń komunikacyjnych w segmencie klienta masowego i korporacyjnego;
  • zwiększenie rentowności ubezpieczeń grupowych i indywidualnie kontynuowanych;
  • wzrost udziału w rynku ubezpieczeń majątkowych i życiowych ze składką okresową;
  • wzrost sprzedaży w obszarze ochrony zdrowia;
  • spadek kosztów administracyjnych w segmentach działalności ubezpieczeniowej w Polsce dzięki utrzymywaniu dyscypliny kosztowej.

Negatywnie na wyniki w tym okresie wpłynęły:

  • niższa rentowność w segmencie ubezpieczeń korporacyjnych jako efekt wzrostu szkodowości;
  • negatywne skutki przezimowań w ubezpieczeniach upraw rolnych;
  • znacząco niższy wynik z działalności lokacyjnej na portfelu głównym przede wszystkim z powodu przeceny pakietu akcji Grupy Azoty SA;
  • wprowadzenie podatku od instytucji finansowych od 2016 roku.

Na porównywalność wyników oraz sumy bilansowej rok do roku w sposób istotny wpłynęło rozpoczęcie konsolidacji Alior Bank w grudniu 2015 roku oraz transakcja nabycia przez Alior Bank wydzielonej części Banku BPH obejmującej jego podstawową działalność. Segment bankowy kontrybuował do wyniku operacyjnego Grupy PZU w 2016 roku kwotą 691 mln zł. Suma bilansowa Grupy PZU wzrosła o ok. 20 mld zł, a udziały niekontrolujące o blisko 2 mld zł (stan na 31 grudnia 2016 roku), w tym głównie za sprawą połączenia Alior Banku z wydzieloną częścią Banku BPH, które nastąpiło 4 listopada 2016 roku.

Składki

W 2016 roku Grupa PZU zebrała 20 219 mln zł składki brutto, czyli o 10,1% więcej niż w 2015 roku. Jest to wynikiem wyższej o 1 433 mln zł sprzedaży w segmencie klienta masowego (z wyłączeniem składki między segmentami). Wzrosła też (o 371 mln zł) składka w segmencie klienta korporacyjnego (z wyłączeniem składki między segmentami), w tym głównie w obrębie ubezpieczeń komunikacyjnych. Do wzrostu składki kontrybuował również segment ubezpieczeń grupowych i indywidualnie kontynuowanych (m.in. w związku z rozwojem ubezpieczeń grupowych ochronnych). Większy przypis w ujęciu r/r zanotowały również spółki zagraniczne.

Inwestycje

W 2016 roku wynik netto na działalności inwestycyjnej  Grupy PZU wyniósł 3 587 mln zł wobec 1 739 mln zł w 2015 roku (wzrost o 106,3%). Wyższy wynik to przede wszystkim efekt uwzględnienia działalności prowadzonej przez sektor bankowy (m.in. przychodów odsetkowych, w tym od kredytów oraz wyniku handlowego) na skutek rozpoczęcia konsolidacji Alior Banku. Po uwzględnieniu kosztów odsetkowych oraz wyłączając wpływ Alior Banku i pakietu Grupy Azoty wynik netto na działalności inwestycyjnej w 2016 roku wyniósł 1 454 mln zł i był wyższy niż wynik ubiegłego roku o 74 mln zł.

W 2016 roku zanotowano lepszy wynik na instrumentach kapitałowych w szczególności ze względu na poprawę koniunktury na GPW – wzrost indeksu WIG o 11,4% wobec spadku o 9,6% w roku poprzednim. W części pozytywne zmiany zostały skompensowane przez spadek wyniku z odsetkowych aktywów finansowych wycenianych w wartości godziwej na skutek spadku cen polskich obligacji skarbowych.

Odszkodowania i  świadczenia

W 2016 roku wartość netto odszkodowań i świadczeń oraz przyrostu rezerw Grupy PZU wyniosła 12 732 mln zł, tj. wzrost o 7,4% w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Do zmiany wartości odszkodowań i świadczeń netto przyczyniły się: wzrost wartości odszkodowań i świadczeń    w grupie ubezpieczeń pozostałych szkód rzeczowych w segmencie klienta masowego, w tym głównie ubezpieczeń dotowanych upraw rolnych oraz wzrost wartości odszkodowań i świadczeń w ubezpieczeniach OC komunikacyjnych w segmencie klienta masowego, głównie jako efekt wzrostu portfela ubezpieczeń.

Koszty administracyjne i akwizycji

Koszty administracyjne Grupy w 2016 roku ukształtowały się na poziomie 2 843 mln zł względem 1 658 mln zł w 2015 roku czyli były o 71,5% wyższe w relacji do poprzedniego roku. W związku z rozpoczęciem konsolidacji Alior Bank koszty Grupy PZU wzrosły o 1 199 mln zł. Jednocześnie odnotowano pozytywny efekt w porównaniu do roku ubiegłego w segmentach działalności ubezpieczeniowej w Polsce w związku z utrzymywaniem wysokiej dyscypliny kosztowej.

Koszty akwizycji w 2016 roku wzrosły o 237 mln zł w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego i osiągnęły poziom 2 613 mln zł. Wzrost ten był w szczególności rezultatem wyższej sprzedaży w segmencie klienta masowego i korporacyjnego.

Zysk

W 2016 roku Grupa PZU uzyskała wynik brutto na poziomie 3 031 mln zł wobec 2 944 mln zł w poprzednim roku (wzrost o 3,0%). Zysk netto przypadający na akcjonariuszy jednostki dominującej wyniósł 1 947 mln zł wobec 2 343 mln zł w 2015 roku (spadek o 16,9%).

Kapitał własny

Na koniec 2016 roku skonsolidowane kapitały własne osiągnęły wartość 17 127 mln zł i ukształtowały się na poziomie wyższym w porównaniu do końca 2015 roku (wzrost o 13,3%). Wzrost skonsolidowanych kapitałów własnych dotyczył udziałów niekontrolujących, które m.in. w związku z emisją akcji przez Alior Bank w I półroczu 2016 roku oraz połączeniem z wydzieloną częścią banku BPH osiągnęły wartość 4 117 mln zł i wzrosły o 87,6% względem końca 2015 roku. Kapitały przypadające udziałowcom jednostki dominującej utrzymały się na zbliżonym poziomie do poprzedniego roku osiągając poziom 13 010 mln zł.

ROE

W 2016 roku zwrot z kapitałów własnych przypadający jednostce dominującej (PZU) ukształtował się na poziomie 15,0%. Wskaźnik ROE był niższy o 3,0 p.p. niż w poprzednim roku, głównie z uwagi na przecenę pakietu akcji Grupy Azoty SA skompensowaną w części dodatnią kontrybucją zysku Alior Banku do wyniku przypadającego udziałowcom jednostki dominującej.

Wypłacalność wg Solvency II

Od dnia 1 stycznia 2016 roku ustawą z dnia 11 września 2015 roku o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej wprowadzono do polskiego reżimu prawnego nowe wymogi kapitałowe – Solvency II. Według stanu na koniec trzeciego kwartału 2016 roku oszacowany wskaźnik wypłacalności (liczony wg formuły standardowej Solvency II) wyniósł 252,6%. Tak wysoki wskaźnik stawia Grupę PZU wśród grup ubezpieczeniowych o najwyższej sile kapitałowej.

Dane dotyczące Solvency II na koniec 2016 roku (zgodnie z art. 412 ust. 1 oraz art. 489. ust. 3 pkt. 1 ustawy o działalności ubezpieczeniowej) dostępne będą w ramach rocznego sprawozdania na temat wypłacalności i kondycji finansowej na poziomie grupy, sporządzonym zgodnie z zasadami Wypłacalność II, które zostanie opublikowane nie później niż do 1 lipca 2017 roku.

Wybrane dane finansowe Grupy PZU:

 

 

 

Lp.

Wyszczególnienie Okres 12 m-cy
(w tys. zł) zakończony w dniu
  31.12.2016 31.12.2015
1. Składki ubezpieczeniowe przypisane brutto 20 219 18 359
2. Odszkodowania i świadczenia ubezpieczeniowe netto oraz zmiana stanu rezerw techniczno-ubezpieczeniowych -12 732 -11 857
3. Dochód z działalności lokacyjnej, w tym: 3 587 1 739
3a. Przychody netto z inwestycji 4 165 1 571
3b. Wynik netto z realizacji i odpisy z tytułu utraty wartości inwestycji -935 -223
3c. Zmiana netto wartości godziwej aktywów i zobowiązań wycenianych do wartości godziwej 357 391
4. Koszty odsetkowe -773 -117
5. Zysk netto, w tym: 2 417 2 343
5a. zysk przypisywany właścicielom jednostki dominującej 1 947 2 343
5b. zyski przypisywane właścicielom udziałów niekontrolujących 470
6. Kapitały własne 17 127 15 118
7. Aktywa finansowe wraz nieruchomościami inwestycyjnymi 107 038 90 401
8. Aktywa razem 125 345 105 397

Influencerzy odgrywają coraz większą rolę w komunikacji marketingowej marek

Influencerzy mają coraz większą wartość w obszarze komunikacji. Budują marki nie tylko w oparciu o jakość produktu, ale także w oparciu o inne wartości. Dzisiejszy konsument nie chce uczestniczyć w jednokierunkowej komunikacji – chce w niej brać aktywny udział. Co to oznacza?

Sam chciałby wybierać treści, które podziela i ma możliwość komentować, akceptować, odrzucać oraz przesyłać je dalej. Widać tutaj platformę współpracy. Jeżeli marka ma być czymś więcej niż tylko produktem – mowa o „szlachetnym biznesie”– Wyborowa Pernod Ricard wyszukuje takich partnerów i nawiązuje z nimi współpracę. Przykładem może być projekt The Venture, który zaowocował uruchomieniem wspaniałego, polskiego start-up’u Nexbio. Influencer ma zaletę bardzo dokładnego obliczenia zasięgu. Bardzo ważne z poziomu budowy marki jest targetowanie poprzez kontakt z konkretnie zainteresowanym konsumentem i wyznającym te same wartości – to właśnie oferuje influencer, który specjalizuje się w danej treści i skupia ludzi zainteresowanych tą treścią. Jest to mierzalne, targetowalne i autentyczne. Różnica tkwi głębiej jeżeli dana marka – chociażby whisky – wyznaje zasadę „stay true”, czyli bądź sobą. Aktywnie wspieramy nową i autentyczną muzykę elektroniczną – nawet współpracujemy z Boiler Room .

– Influencer musi być prawdziwy w przekazie – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Arkadiusz Dobosz, kierownik marketingu Wyborowa Pernod Ricard – Ludzie wyłapią brak autentyczności, a jest mnóstwo treści w sieci, gdzie szczerość w wyrażaniu pomoże pozyskać atencję odbiorcy. Jesteśmy biznesmenami, więc zwracamy uwagę na liczby – jest różnica pomiędzy osobą o zasięgu 50 tysięcy, a 500 tysięcy. Te dwie rzeczy są ważne, ale czasami to nie zasięg świadczy o zainteresowaniu odbiorcy. Dany influencer trafia do określonej, wąskiej grupy odbiorców. Ich siła będzie rosła z kilku względów. Dalej chcemy być traktowani indywidualnie oraz otrzymywać autentyczny przekaz. Konsumenci są już znudzeni standardową reklamą – jednokierunkowym przekazem, na który nie mają wpływu i nie mogą się nim podzielić. Reklama w kanałach społecznościowych będzie rosła, ale nie wyeliminuje standardowych mediów. Nic się nie dzieje z dnia na dzień. Jej rola może zostać zmarginalizowana, natomiast nie zostaną one wyeliminowane – mimo, że dostają zadyszki.

Budżet przewiduje zatrudnienie influencera? Pięć lat temu nie było takiej pozycji w naszym budżecie – obecnie jest. Podejrzewam, że w przyszłości udział będzie rósł, ale nie jestem w stanie przewidzieć jak bardzo. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak rozrosną się media społecznościowe i jakie będą nowe aplikacje. Dzięki autentyczności i możliwości identyfikacji z nadawcą influencerzy będą co raz więcej znaczyli – dodał Dobosz.

94% ukraińskich pracowników planuje kolejny raz przyjechać do Polski

Z roku na rok przybywa w Polsce obywateli Ukrainy, coraz chętniej zatrudnianych przez polskich przedsiębiorców. 64% Ukraińców decyduje się na pracę w naszym kraju z powodu wyższych zarobków, a zdecydowana większość, bo aż 94%, twierdzi, że przyjedzie do Polski jeszcze raz – wynika z wewnętrznego badania IPF Group „Oczami Ukraińców, czyli o pracy w Polsce z perspektywy imigranta”. Dodatkowo, niemal trzy czwarte ukraińskich pracowników dobrze ocenia zarówno pracodawców, jak i atmosferę panującą w miejscu pracy, podczas gdy tylko 3% respondentów ma negatywne zdanie na ten temat.

– Znalezienie pracownika, który jest jednocześnie emigrantem zarobkowym i zadowolonym z pracy pracownikiem, jest trudnym zadaniem. Obcokrajowców zazwyczaj do pracy poza granicami własnego kraju zmusza sytuacja życiowa i godzą się na wszelkie warunki, aby zdobyć pieniądze. Jednak jak pokazuje nasze wewnętrzne badanie, Ukraińcy w Polsce czują się bardzo dobrze i chętnie zostają u nas na dłużej. Chwalą oni zarówno wysokość zarobków jak i samą Polskę, która jest ich tymczasowym domem. Sam fakt, że prawie wszyscy deklarują chęć ponownego przyjazdu do Polski, napawa optymizmem – mówi Mariusz Dolata, prezes IPF Group.

Sylwetka pracownika z Ukrainy

Z wewnętrznego badania IPF Group, przeprowadzonego na grupie ponad 200 Ukraińców pracujących w Polsce, wynika, że zdecydowana większość z nich to mężczyźni (67%). Kobiety stanowią tylko 33% ogólnej liczby. Najczęściej są to osoby w wieku od 25 do 44 lat (71%). Zaskakującym może być fakt, że prawie połowa znajdujących zatrudnienie w Polsce posiada wyższe wykształcenie, 32% zasadnicze zawodowe, a co piąty – średnie.

Powody emigracji: wyższe zarobki, brak pracy i trudna sytuacja na Ukrainie

Zdecydowanie dobrą rekomendacją dla polskich przedsiębiorców jest fakt, że aż 94% ukraińskich pracowników deklaruje ponowną chęć przyjazdu do Polski, niezależnie od tego, czy trafili do Polski po raz pierwszy, tak jak 52% ankietowanych, czy wcześniej byli już w naszym kraju. Pierwsze dwa główne powody przyjazdu Ukraińców do Polski raczej nie zaskakują – aż 64% ankietowanych wskazało motyw zarobkowy, a 18% brak pracy w ich ojczystym kraju. Wyjątkowy dla obywateli Ukrainy jest trzeci wskazywany powód wyjazdu – otóż już 12% ankietowanych decyduje się opuścić własny domy i rozpocząć życie i pracę w Polsce ze względu na działania zbrojne w ich ojczyźnie.

Praca w Polsce, bo najbliżej

39% Ukraińców, dokonując wyboru kraju emigracji zarobkowej, kieruje się odległością od ojczyzny – bliskość, w razie niepowodzenia, pozwala szybko i bez większych problemów wrócić do domu, a także łatwo odwiedzić rodzinę, czy powrócić do domu na Święta. Dodatkowo, co trzeci obywatel Ukrainy został zachęcony do przyjazdu do Polski przez pracujących w naszym kraju znajomych.

Zarobki w Polsce pozwalają Ukraińskim pracownikom na odłożenie pewnej sumy pieniędzy, z której część wysyłają rodzinie pozostającej na Ukrainie. Na pytanie dotyczące wysokości sumy wysyłanej miesięcznie do bliskich odpowiedzi były bardzo zróżnicowane. Najwięcej osób (28%) zdeklarowało kwotę do 200 zł, 18% odpowiedziało, że wysyła do rodziny ponad 1500 zł miesięcznie. Natomiast co siódmy pracujący w Polsce Ukrainiec przeciętnie wysyła rodzinie od 750 do 1000 zł.

Polska da się lubić

Ukraińcy pytani o ocenę pracy w Polsce w zdecydowanej większości (71%) dobrze oceniają zarówno pracodawców, jak i atmosferę panującą w miejscu pracy, podczas gdy tylko 3% respondentów ma negatywne zdanie na ten temat. Mimo pewnych podobieństw występujących między językiem polskim a ukraińskim, najwięcej trudności sprawia pracownikom słaba znajomość naszego języka, na którą wskazuje 33% osób. Wpływa to na gorszą komunikację wśród współpracowników, ale także na problemy związane ze sprawami administracyjnymi – aż 21% ankietowanych wskazało na trudności urzędowe jako główny problem związany z zatrudnieniem w naszym kraju.

Wśród zalet pracy w Polsce najczęściej obywatele Ukrainy wymieniali wynagrodzenie (40%) oraz podkreślali, że Polska jako kraj zdecydowanie „da się lubić”(35%).

Metodologia badania:

Badanie „Oczami Ukraińców, czyli o pracy w Polsce z perspektywy imigranta” zostało przeprowadzone przez firmę IPF Group na celowej próbie obywateli Ukrainy pracujących w Polsce, a zatrudnionych za pośrednictwem IPF Group. Wielkość próby wyniosła 203 respondentów. Badanie zrealizowano metodą ankiet online oraz ankiet indywidualnych w lutym 2017 roku.

Najważniejsze trendy w branży noclegowej

Technologia stała się podstawowym czynnikiem decydującym o zainteresowaniu gości hotelem. Co to oznacza dla właścicieli obiektów noclegowych? Przede wszystkim konieczność inwestowania w  rozwiązania IT, które przyciągną gości. Według raportu  HT’s 2016 Lodging Technology Study, aż 54% hoteli zainwestowało w ubiegłym roku we wdrożenie technologii.

Jakie obszary zostały wybrane przez hotelarzy jako najistotniejsze? Na podium znalazła się ochrona danych i płatności, którą  wskazało aż 62% z nich. Równie dużą popularnością cieszyły się inwestycje w nowe technologie w pokojach hotelowych, które wybrało 56% hotelarzy oraz przepustowości sieci, na którą postawiło 45% obiektów. Na co jeszcze należy zwrócić uwagę? W jakim stopniu wskazane wyżej trendy determinują decyzje hotelarzy?

Inwestycja w technologie mobilne

Technologie mobilne to rozwiązanie, które najczęściej wybierali zarówno właściciele dużych, jak i mniejszych obiektów noclegowych. Za pośrednictwem aplikacji telefonicznych możliwe jest m.in. dokonywanie rezerwacji on-line, meldowanie się czy otwieranie zamków do pokoi. Można powiedzieć, że mobilne rozwiązania zdominowały branżę hotelową. Ich wdrożenie sprawia, że  zarządzanie staje się efektywniejsze, co w dłuższej perspektywie przekłada się na wyższe dochody. Warto zwrócić uwagę na aspekt poprawy bezpieczeństwa w hotelu. Dzięki mobilnym rozwiązaniom kadra zarządzająca ma szerszą wiedzę dotyczącą poszczególnych gości oraz personelu.

Waga informacji

Dane są obecnie najbardziej pożądaną wartością, o którą walczą przedsiębiorstwa. Mając wiedzę o klientach, jego preferencjach i przyzwyczajeniach firma zyskuje bazę, na której może oprzeć swoje działania. Naturalnie nie wszystkie dane są ważne, jednak w gąszczu tych mało wartościowych informacji, z pewnością znajdą się perełki, które warto wykorzystać. – „Jeśli klienci nie uznają oferty za interesującą, a obsługa ich nie zadowoli, to wybiorą konkurencję. Skoro więc można pozyskać informacje, które odpowiednio wykorzystane, zaowocują satysfakcją klienta i dobrą opinią o hotelu, to warto to zrobić” – przekonuje Rafał Marek, Prezes firmy NetPOS.

Według Location Based Marketing Association, niemal 80% informacji, które możemy pozyskać o kliencie zawiera element lokalizacji. Jak twierdzi założyciel LBMA Asif R. Khan, obecnie lokalizacja stała się nowym Cookies. Łącząc informacje o rezerwacjach z informacjami o lokalizacji, obiekty noclegowe mogą optymalizować ofertę pod konkretnego gościa. Według badania HT’s 2016 Lodging Technology Study, aż 30% hoteli ma w planach wdrożenie rozwiązań tego typu. Obserwując zainteresowania potencjalnego gościa możemy dostosować poszczególne obszary działania hotelu do wymagań klienta, stając się tym samym bardziej atrakcyjną alternatywą.

Nowy wymiar pokoju

Pokoje hotelowe są nie lada wyzwaniem dla osób zarządzających i architektów. Nie są już jedynie sypialnią. Dla gości stają się źródłem rozrywki, relaksu,  a często i miejscem pracy. Na przestrzeni lat zmieniła się jakość wybieranych mebli, urządzeń oraz sprzętu. Mówi się, że obecnie inwestycje w technologie w pokojach mają status priorytetowych. Skąd ten trend? Aż 56% właścicieli hoteli za główny cel bierze podniesienie standardu w pokojach, właśnie za sprawą nowoczesnych rozwiązań technologicznych. – „Co rozumiemy przez wyższy standard? Przede wszystkim klient oczekuje podobnych rozwiązań jakie otaczają go na co dzień np. wydajnego telewizora z dostępem do sieci, który może w prosty sposób połączyć ze swoimi mobilnymi urządzeniami. Gość potrzebuje całkiem nowego podejścia do oferowanej rozrywki. Oczekuje dedykowanych rozwiązań, które go zainteresują i będą dla niego atrakcyjne” – przekonuje Aleksander Gawęda, specjalista firmy NetPOS.

Usprawniona łączność

Klienci wybierając hotele w pierwszej kolejności sprawdzają dziś dostępność WiFi. Stąd w 2016 dla 45% hotelarzy najważniejsza była inwestycja w stabilne, szybkie łącze internetowe. Właścicielom obiektów noclegowych zależy na spełnieniu standardów, które zadowolą klientów dlatego takie inwestycje nie powinny dziwić. Według danych pochodzących z raportu HT’s 2016 Lodging Technology Study, to właśnie na inwestycje w szybką sieć w 2016 przeznaczyli znaczną część budżetu. Warto zwrócić uwagę na to, że nie wystarczy jedynie zająć się wdrożeniem Internetu w hotelowym lobby czy w restauracji. Teraz klienci oczekują dostępu do sieci również w pokojach, które są dla nich miejscem rozrywki oraz pracy. Warto zatem zainwestować w wysokiej jakości technologie, z których klienci będą mogli korzystać bez problemów przez lata.

Dobre łącze WiFi to również szansa na szersze wdrożenie technologii w hotelach. Dzięki ogólnodostępnemu Internetowi możemy między innymi zastosować  zamki elektryczne, które będą otwierały pomieszczenia za pomocą jednego kliknięcia na smartfonie. – „Warto podkreślić, że dobre połączenie z Internetem to również duża wygoda dla pracowników, którzy korzystając z rozległych systemów do obsługi gości, potrzebują stałego dostępu do sieci. Dzięki stałej kontroli, która jest możliwa właśnie dzięki rozwiązaniom działającym w sieci możliwe jest bieżące zarządzanie każdym z obszarów działania hotelu” – dodaje Aleksander Gawęda.

Gwarancja bezpieczeństwa

Obecnie goście przykładają dużą wagę do bezpieczeństwa danych. Coraz więcej czynności związanych z pobytem w hotelu dokonują za pośrednictwem sieci, stąd tak ważna jest dla nich  ochrona  informacji, których udzielają. Poczynając od danych teleadresowych zostawianych podczas dokonywania rezerwacji, poprzez  mikro płatności za obejrzane na hotelowych telewizorach programy, kończąc na  przelewach za cały pobyt. Warto podkreślić, że w 2016 roku hotelarze  poświęcili na ochronę danych średnio 12% swoich budżetów. Jest to wzrost o niemal 25% w stosunku do roku poprzedniego.

Mówiąc o bezpieczeństwie danych nie należy zapominać o wszelkich informacjach o samym obiekcie. Zebrane w systemach raporty, rozliczenia i analizy powinny być jak najlepiej strzeżone dlatego inwestycja w odpowiednie oprogramowanie powinna być przemyślana i poprzedzona analizą dostępnych na rynku rozwiązań.

Polskie firmy chętnie przyjmują wzorce zachodnie. Traktują biznes odpowiedzialny społecznie jako inwestycję w klienta

Polskie firmy chętnie przyjmują wzorce zachodnie. Traktują biznes odpowiedzialny społecznie jako inwestycję w klienta 7

Społeczna odpowiedzialność biznesu – koncept zaczerpnięty od zachodnich korporacji – staje się w Polsce codziennością, mimo że osobne działy i budżety na działalność CSR-ową mają tylko duże firmy i zagraniczne koncerny. Prowadząc działalność edukacyjną, nastawioną na ochronę środowiska czy wspieranie lokalnych społeczności, przedsiębiorcy nie tylko budują wizerunek marki, lecz także wychowują świadomych konsumentów oraz kształcą przyszłe kadry dla biznesu. 

– Firmy prowadzą fantastyczne działania w obszarze CSR. Patrząc bardziej pragmatycznie, są trzy podstawowe kierunki i źródła tej aktywności firm. Pierwszy, najbardziej szlachetny, to działalność charytatywna. Drugi to wykształcenie sobie konsumentów, a trzeci to pozyskanie pracowników – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Zagórski, sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji, podczas Welconomy Forum w Toruniu.

CSR, czyli społeczna odpowiedzialność biznesu, to termin, który w Polsce zyskuje na popularności, chociaż wciąż tylko niewielki odsetek polskich firm ma strategię zarządzania uwzględniającą interesy społeczne czy ochronę środowiska. Zwykle są to duże przedsiębiorstwa i koncerny albo oddziały zagranicznych firm, które dobre praktyki przejęły z centrali.

Andrzej Czernek z Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska” podkreśla, że działalność CSR-owa firm ma pozytywne przełożenie na ich wizerunek i sposób, w jaki jest odbierana przez lokalną społeczność. Prowadzone w jej ramach działania edukacyjne powodują, że firma ma nie tylko szansę wykształcić nowych, świadomych konsumentów, lecz także związanych z marką przyszłych pracowników.

 Włączając się w działania edukacyjne, firmy uzyskują dwojakiego rodzaju korzyści. Po pierwsze, działają na rzecz lokalnego środowiska, wspierają edukację poprzez działania finansowe, organizacyjne, fundowanie sprzętu i stypendiów, organizowanie konkursów. Po drugie wspierają szkolnictwo zawodowe, zarówno na poziomie podstawowym, średnim, jak i wyższym – mówi Andrzej Czernek.

Społeczna odpowiedzialność biznesu zakłada, że firma realizuje swoje cele, ale z poszanowaniem środowiska, dbałością o relacje z otoczeniem i różnymi grupami społecznymi (zwłaszcza na poziomie lokalnym), a także prowadząc działalność edukacyjną. Taka strategia zarządzania, uwzględniająca zrównoważony rozwój, sprawia, że firmy są lepiej postrzegane i budują swój pozytywny wizerunek w oczach potencjalnych pracowników, inwestorów i przede wszystkim – konsumentów.

 Biznes polega na tym, aby przekonać konsumenta, żeby kupił dany produkt lub usługę. Jeżeli konsument jest wyedukowany, obeznany z firmą od wielu lat, to ma do niej również pozytywne nastawienie. Tym samym CSR jest to inwestycja w klienta – i to w klienta lojalnego, wyedukowanego, którego trudniej jest podkupić konkurencji. On ma wbudowane w światopogląd przekonanie, że firma, którą zna, towarzyszy mu od lat, ma do niej zaufanie. Firmy powinny mocniej i aktywniej angażować się w CSR. Jeżeli weźmiemy pod uwagę wzorce zachodnie, to tam jest to naturalne podejście do biznesu – mówi Marek Zagórski.

Należąca do Jeronimo Martins Polska sieć handlowa Biedronka ogłosiła w lutym trzecią edycję CSR-owej akcji, której celem jest wspieranie czytelnictwa w Polsce, zwłaszcza wśród dzieci. Poprzednie edycje konkursu „Piórko”, skierowanego do debiutujących pisarzy i grafików, spotkały się z niespodziewanym odzewem, nie tylko wśród klientów sieci. To istotne o tyle, że jak wynika z badań, około 67 proc. Polaków sięga po książkę tylko raz do roku.

– Stąd pomysł na nagrodę literacką dla najlepszej książki dla dzieci, napisaną i zilustrowaną przez amatorów. Często w swoich szufladach mają oni naprawdę wartościowe rzeczy, które warto pokazać światu. W pierwszych dwóch edycjach „Piórka” do konkursu zgłoszono ponad 10 tys. prac literackich i graficznych. Konkurs jest podzielony na dwie części: pierwsza to napisanie tekstu dla dzieci, a druga – zilustrowanie go. Następnie zwycięska praca jest wydawana w postaci książki. Przeciętne nakłady książek dla dzieci w Polsce sięgają 34 tysięcy egzemplarzy, nam natomiast udało się w dwóch edycjach konkursu sprzedać łącznie już 65 tysięcy książek – mówi Anetta Jaworska-Rutkowska, kierownik ds. relacji zewnętrznych i CSR w Jeronimo Martins Polska.

Na przestrzeni ostatnich lat mieliśmy kilka akcji, które spowodowały zwiększone zainteresowanie czytelnictwem. W podobne działania angażuje się coraz więcej firm, co jest zdecydowanie na plus – uważa Marek Zagórski.

Właściciel największej sieci detalicznej w Polsce podkreśla, że odpowiedzialność społeczna jest od początku związana z jego działalnością, zwłaszcza w zakresie żywności i promocji zdrowego stylu życia. W ramach koalicji Partnerstwo dla Zdrowia wspólnie z Instytutem Matki i Dziecka oraz firmami Danone i Lubella Biedronka prowadzi w Polsce program „Śniadanie daje moc”. Dzięki warsztatom edukacyjnym i kulinarnym ma on uświadomić dzieciom już na etapie wczesnoszkolnym, że zdrowe śniadanie jest niezbędnym elementem żywienia. W tej chwili w akcję zaangażowanych jest ponad 195 tys. uczniów w całej Polsce.

Sieć Biedronka bierze odpowiedzialność nie tylko za to, co dostarcza na półki, lecz także za to, w jaki sposób te produkty są konsumowane. Widzimy problemy takie jak niewłaściwe nawyki żywieniowe, otyłość dziecięca, otyłość nastolatków i staramy się na nie odpowiadać. Rozwijamy programy, których celem jest edukacja w zakresie odpowiedniego odżywiania i komponowania diety. Jednym z pomysłów na uświadamianie najmłodszym znaczenia zdrowego odżywiania był pomysł maskotek Gang Świeżaków [pluszaków w kształcie owoców i warzyw – red.] – mówi Anetta Jaworska-Rutkowska.

Co trzeci bogaty Polak zamierza inwestować w sztukę. W cenie przede wszystkim są współcześni artyści

Co trzeci bogaty Polak zamierza inwestować w sztukę. W cenie przede wszystkim są współcześni artyści 8

Wartość rynku aukcyjnego dzieł sztuki w Polsce przekracza 100 mln zł. Zamożni i bogaci Polacy coraz częściej inwestują w sztukę. Średnio zyski przy 20-letnim okresie inwestycji przekraczają 10 proc., a na niektórych artystach sięgają nawet kilku tysięcy procent. Największym zainteresowaniem cieszy się sztuka współczesna, zwłaszcza malarstwo i rysunek. Popularność zyskują również prace związane z iluzją optyczną oraz z okresu międzywojennego.

 Zainteresowanie Polaków inwestycjami w dzieła sztuki jest coraz większe. Nasze społeczeństwo jest coraz bogatsze, zaczynamy zaspokajać nie tylko podstawowe materialne potrzeby, lecz także zwracamy się w stronę kultury. Również ze względu na słabość giełdy inwestorzy szukają alternatywnych sposobów na lokowanie środków finansowych, a dzieła sztuki są jednym z najlepszych – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ewa Szok, prezes zarządu Domu Aukcyjnego Libra.

Szacuje się, że obecnie wartość rynku aukcyjnego dzieł sztuki w Polsce przekracza 100 mln zł (dane portalu Artinfo). Coraz więcej zamożnych osób decyduje się na alternatywne inwestycje, m.in. właśnie w dzieła sztuki. Z raportu KPMG „Rynek dóbr luksusowych 2016” wynika, że 18 proc. osób o dochodach przekraczających 20 tys. zł brutto inwestuje w sztukę, a kolejne 36 proc. planuje to w najbliższej przyszłości.

 Jako inwestycję polecamy dzieła klasyków awangardy, uznanych artystów z XX i XXI wieku. Pod względem techniki najpopularniejsze są obrazy, przede wszystkim dlatego, że najłatwiej je wyeksponować, przechowywać, są łatwiejsze niż prace wideo, rzeźba czy inne techniki. Ciekawym trendem są też prace na papierze i fotografie – podkreśla Ewa Szok.

Raport „Rynek sztuki 2016” wskazuje, że polscy inwestorzy najchętniej kupują dzieła twórców z przełomu XIX i XX wieku, jednak w ubiegłym roku większość z 10 najdroższych dzieł to sztuka nowoczesna współczesna. Rekordową cenę zanotował „Detal” Romana Opałki, z roku na rok chętniej kupowane są prace Wojciecha Fangora (trzy w dziesiątce najdroższych dzieł), prekursora malarstwa iluzjonistycznego. W ubiegłym roku za jego obraz zapłacono 1,2 mln zł, w tym roku padł kolejny rekord – na aukcji w Londynie obraz „NJ15” sprzedano za ponad 2 mln zł.

 Zdecydowanie w Polsce bardzo popularna jest geometria, abstrakcja i tzw. op-art, czyli tren związany z iluzją optyczną. Najbardziej poszukiwane i cenione nazwiska w ostatnim czasie to m.in. Wojciech Fangor i Ryszard Winiarski. Bardzo szybki wzrost cenowy odnotowujemy też na rynku aukcyjnym i na rynku private sale na prace Ryszarda Winiarskiego. Ma to związek między innymi z jego wystawami w Fundacji Spectra, fundacji państwa Staraków – wymienia Szok.

Coraz większe zainteresowanie sztuką przekłada się na liczbę domów aukcyjnych, a także organizowanych aukcji. O ile w ostatnich latach liczba takich wydarzeń nie przekraczała 180, o tyle już w 2015 roku sięgnęła 240. W 2016 roku mogło ich być 280 (dane Artinfo za KPMG). W tym roku na krajowym rynku debiutuje Dom Aukcyjny Libra.

 Koncentrujemy się przede wszystkim na klasykach awangardy XX i XXI wieku, na artystach uznanych, z dorobkiem wystawowym, z dobrym wykształceniem, reprodukowanych i opisanych. Nie skłaniamy się w stronę młodych artystów – od promocji młodych artystów są galerie. Naszym zdaniem najbardziej niedoszacowanym trendem, jeśli chodzi o wartość finansową, są właśnie klasycy z XX wieku – zapowiada prezes Domu Aukcyjnego Libra.

Na inaugurującej aukcji 20 marca pojawi się ponad 50 prac o dużej wartości kolekcjonerskiej i inwestycyjnej. Wśród obiektów znajdą się m.in. kolorowa praca Ryszarda Winiarskiego, Jerzego Nowosielskiego, dzieła z okresu międzywojennego.

– W sprzedaży będą 54 prace, ze stu lat historii polskiej sztuki, od 1922 do 2015 roku. To przegląd wszystkich najlepszych artystów z ostatniego wieku –zaznacza Szok.

Jak zapowiada, Dom Aukcyjny Libra nie planuje więcej niż 3–4 aukcje w ciągu roku. Zamierza się raczej skupić na private sale, czyli pośrednictwie w sprzedaży między dwoma zainteresowanymi stronami.

– Mamy ofertę dla kolekcjonerów, którzy wolą spokojniejsze zakupy, bardziej przemyślane lub bardziej skonkretyzowane, a także dla tych, którzy lubią powalczyć o wybrane dzieło i licytować na aukcji – mówi Szok. – Nastawiamy się na budowanie rynku sztuki w kraju. W Polsce wciąż jeszcze nie ma aż tak wielu kolekcjonerów. Najlepiej byłoby, gdyby większość wspaniałych prac, ważnych dla polskiej historii sztuki, została u nas, tutaj były udostępniane muzeom i to chcemy promować – zapowiada Ewa Szok.

Wirtualna rzeczywistość napędza rozwój rynku komputerowego. Może być również wykorzystywana w medycynie i edukacji

Wirtualna rzeczywistość napędza rozwój rynku komputerowego. Może być również wykorzystywana w medycynie i edukacji 9

Technologia wirtualnej rzeczywistości (VR) napędza rozwój rynku komputerowego. To jeden z najważniejszych trendów tego roku, który w przyszłości będzie wykorzystywany nie tylko w gamingu, lecz także w medycynie, turystyce czy edukacji – prognozuje Intel, który jest liderem technologicznym w tym zakresie.

– VR daje możliwość przeżycia głębokich doznań w świecie trójwymiarowym, przebywania w rzeczywistości naszpikowanej informacjami graficznymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Steve Shakespeare, który odpowiada za sprzedaż detaliczną Intela w Europie, na Bliskim Wschodzie i w Afryce.

Technologia wirtualnej rzeczywistości do prawidłowego działania wymaga bardzo wydajnych podzespołów, dlatego jest jednym z głównych czynników napędzających rozwój komputerów. W gry komputerowe na całym świecie gra około 1,3 mld osób. Intel szacuje, że do końca przyszłego roku wydadzą oni na sprzęt komputerowy blisko 100 mld dol.

Intel wymienia wirtualną rzeczywistość jako jeden z najważniejszych trendów 2017 roku i inwestuje duże środki finansowe w rozwój zarówno VR, jak i AR (rozszerzonej rzeczywistości). Koncern ma szerokie portfolio rozwiązań stworzonych z myślą o tej technologii.

– Liczba widzów wirtualnej rzeczywistości będzie szybko rosnąć, dlatego tak mocno stawiamy na VR. To naprawdę duży biznes – mówi George Woo, eSports Marketing Manager w Intelu.

Inwestycje firm w start-upy zajmujące się tworzeniem oprogramowania i gier bazujących na wirtualnej rzeczywistości przekraczają 4 mld dol. Na początku listopada ubiegłego roku Intel poinformował o przejęciu start-upu Voke (obecnie Intel® True VR), który jest liderem w dostarczaniu transmisji VR na żywo. Jeszcze wcześniej, w sierpniu, zaprezentował projekt Alloy – zestaw wirtualnej rzeczywistości typu „all in one” będący krokiem w kierunku realizacji idei tzw. rzeczywistości połączonej (merged reality), w której zaciera się granice pomiędzy światem realnym a rzeczywistością wirtualną.

Główną wadą dotychczasowych rozwiązań bazujących na wirtualnej rzeczywistości są kable, które powodują dyskomfort użytkowników. Natomiast bezprzewodowe rozwiązanie Intela – projekt Alloy  – eliminuje ten problem.

Według prognoz Intela technologie oparte na VR w niedalekiej przyszłości będą wykorzystywane nie tylko w gamingu, lecz także m.in. w branży medycznej, edukacji i turystyce.

– W medycynie VR umożliwia symulowanie zabiegów operacyjnych. Przeprowadzenie symulacji w wirtualnej rzeczywistości zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu zabiegu na prawdziwym pacjencie. To podnosi jakość opieki medycznej – mówi Steve Shakespeare.

Technologia VR jest również przydatna w psychoterapii jako pomoc w walce z zaburzeniami lękowymi. Powstają także technologie oparte na wirtualnej rzeczywistości, których zadaniem jest pomoc dzieciom chorym na autyzm.

Intel, jeden z liderów tego rynku, wprowadził w ubiegłym roku siódmą generację procesów, które pozwalają na komfortową obsługę gier w technologii VR. Według zapowiedzi technologicznego koncernu jeszcze w tym roku ma się pojawić kolejna, ósma generacja.

– Zamierzamy kontynuować rozwój innowacji i rozbudowywać możliwości pecetów, co pozwoli stworzyć bardziej wiarygodną wirtualną rzeczywistość dla graczy – mówi Steve Shakespeare.

Intel nie tylko angażuje się w rozwój wirtualnej rzeczywistości, lecz także od jedenastu lat organizuje Intel Extreme Masters – jedną z najważniejszych imprez gamingowych na świecie. Co roku podczas IEM ponad tysiąc graczy i profesjonalnych e-sportowców rywalizuje o pulę nagród wartą kilka milionów dol.

– Imprezy e-sportowe można porównać do tradycyjnych sportów. Najlepsi gracze są gwiazdami, mają rzeszę fanów, dużych sponsorów, a pieniądze, które zarabiają, są naprawdę imponujące. Dokładnie tak jak w przypadku najlepszych, profesjonalnych sportowców – mówi George Woo.

Współpraca nauki z biznesem korzystna dla obu stron. Firmy logistyczne szkolą swoje przyszłe kadry wśród studentów

Współpraca nauki z biznesem korzystna dla obu stron. Firmy logistyczne szkolą swoje przyszłe kadry wśród studentów 10

Duże firmy czerpią korzyści ze współpracy ze środowiskiem akademickim. Taka wymiana stwarza  szansę na wypracowanie niesztampowych rozwiązań i pozyskanie sprawdzonych pracowników – uważa koncern FM Logistic, który nawiązał współpracę z uczelniami wyższymi i zapoczątkował cykl warsztatów dla studentów zarządzania. Korzyści czerpie także druga strona – studenci mają większy dostęp do wiedzy praktycznej. Tego typu inicjatywy cieszą się więc coraz większym zainteresowaniem.

– Współpraca ze środowiskiem naukowym to dostęp do wiedzy i zaplecza, możliwość przeprowadzenia wspólnych eksperymentów, testowania nowych produktów i wymiany wiedzy, co jest bardzo istotne. Ponieważ na co dzień jesteśmy skupieni na swojej pracy, to dzięki współpracy zewnętrznej zyskujemy świeże spojrzenie i rozszerzamy perspektywę – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Urbański, dyrektor ds. procesów magazynowych, FM Logistic CE.

Logistyczny koncern, którego obroty przekraczają miliard euro rocznie, otwiera się na współpracę z uczelniami i środowiskiem akademickim. Firma ogłosiła właśnie drugą edycję konkursu „Faster Mind Challenge” dla studentów i absolwentów. W ramach programu podnoszenia kompetencji zaprosiła do swojej siedziby w Olszowej koło Strzelec Opolskich studentów zarządzania na sześciodniowe warsztaty służące wypracowaniu zmian w procesach realizowanych przez firmę.

W trakcie warsztatów wspólnie z pracownikami naukowymi i studentami pracujemy nad optymalizacją naszych procesów, wspólnie rozwiązujemy problemy. Chcielibyśmy długofalowo współpracować ze studentami, żeby mogli w praktyce zobaczyć, na czym polega praca logistyka, którą wybrali jako kierunek na przyszłość. Pokazujemy im cały proces, nie tylko takim, jak wygląda on w folderach,lecz także problemy, z którymi stykamy się na co dzień. Oni przychodząc z zewnątrz, mogą pomóc nam w znalezieniu rozwiązań, które nam na co dzień nie przychodzą do głowy – mówi Jarosław Urbański.

W trakcie warsztatów FM Logistic zapoznaje studentów z przedsiębiorstwem i problemami, jakie firma napotyka w bieżącej działalności. Ostatniego dnia ich zadaniem jest przedstawienie swoich propozycji usprawnień i sposobów na rozwiązanie problemów napotykanych przy realizacji poszczególnych usług. W trakcie całych warsztatów studenci współpracują z dwudziestką wewnętrznych pracowników firmy, wśród których są m.in. przedstawiciele managementu firmy, magazynu, copackingu i HR-u.

Przedstawiają nam całokształt realizowanych działań, począwszy od przyjęć zamówień na magazynie, przechodząc przez takie procesy jak chociażby copacking, kończąc na wydaniach. Ponadto pokazują, nad czym pracują w bieżącej działalności, jakie usprawnienia i nowoczesne technologie wprowadzają. Mocny nacisk stawiany jest na koncepcję lean managementu oraz lean production. To upraktycznienie wiedzy, ponieważ logistyka – jak każda nauka – nie może funkcjonować w oderwaniu od praktyki. Dlatego współpraca z biznesem jest bardzo pomocna w realizowaniu celów kształcenia – mówi Mateusz Zaczyk, doktorant na Wydziale Organizacji Zarządzania Politechniki Śląskiej.

Dla logistycznego koncernu, obecnego w 13 europejskich krajach, współpraca ze studentami i środowiskiem akademickim jest szansą na skonfrontowanie swoich rozwiązań i pozyskania pomysłów „out of the box”. Z kolei studenci mają okazję zdobyć nowe doświadczenia i kontakty oraz zderzyć swoją wiedzę z praktyką nowoczesnej firmy. Dla obu stron jest to też szansa na rekrutację i zatrudnienie.

W pewnym sensie taka forma współpracy jest przedłużoną rekrutacją. Studenci mają możliwość dokładnie poznać firmę, dowiedzieć się o możliwości zatrudnienia. Wiedzą, do jakiego pracodawcy będą się zgłaszać. To nie jest już wybór w ciemno. Z kolei my poznajemy studentów, planujemy staże i inne formy współpracy. Zakładamy, że warsztaty są dopiero jej początkiem – mówi Jarosław Urbański.

Uczelnie coraz częściej starają się wychodzić naprzeciw potrzebom biznesu. Z kolei biznes wskazuje kompetencje i kierunki, w których powinno się kształcić studentów i musi korzystać w praktyce z tego, co wypracowała nauka – mówi Mateusz Zaczyk.

Celem konkursu „Faster Mind Challenge” jest zaproponowanie najlepszych, innowacyjnych rozwiązań, które mogą stworzyć wartość dodaną dla klientów firmy. Zespoły złożone z 2–3 studentów mogą przesyłać swoje propozycje do 2 kwietnia br. Najbardziej kreatywni zostaną zaproszenia na czerwcowy finał, w trakcie którego jury wybierze i nagrodzi cztery zwycięskie zespoły.

Outsourcing w sektorze IT hamuje odpływ informatyków z polskiego rynku

Outsourcing w sektorze IT hamuje odpływ informatyków z polskiego rynku 11

Nie tylko niskie koszty plasują Polskę w gronie najbardziej atrakcyjnych państw dla sektora outsourcingu. Dla zachodnich inwestorów równie ważna jest bliskość komunikacyjna, kulturowa i położenie w obrębie jednej strefy czasowej. To sprawia, że coraz więcej zachodnioeuropejskich firm decyduje się na przekazanie części procesów biznesowych i IT do Polski. Inwestycje z sektora IT powstrzymują wysoko wykwalifikowanych polskich informatyków przed emigracją zarobkową.

– Outsourcing polega na delegowaniu części procesów poza organizację. Jeżeli są one przenoszone do innego kraju, to możemy wówczas mówić o nearshoringu albo offshoringu. Różnica między nimi polega na tym, że nearshoring to przeniesienie procesów i projektów do kraju położonego relatywnie blisko organizacji, z której wychodzi taka potrzeba. Natomiast offshoring to wydelegowanie zadań do kraju odległego geograficznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Szymon Włochowicz, szef zespołu Enterprise Web w firmie Hicron, specjalizującej się w projektowaniu rozwiązań IT.

Jak wynika z grudniowych prognoz Cushman & Wakefield, w ciągu najbliższych sześciu lat sektor outsourcingu będzie rósł w tempie 6 proc. rocznie. Na rynkach wschodzących powstaje coraz więcej miejsc pracy w sektorze usług outsourcingowych, a różnice w płacach względem państw rozwiniętych są dość duże i nie ulegają zmniejszeniu. Dlatego firmy i koncerny usługowe chętnie przenoszą do takich lokalizacji część procesów biznesowych, IT i obsługę klientów.

W przypadku offshoringu podstawową zaletą jest cena. Przedsiębiorstwa z Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych najczęściej przenoszą część swoich zadań do Azji ze względu na niższy poziom kosztów. Jak podaje Cushman & Wakefield, największym na świecie zagłębiem outsourcingowym są obecnie Indie, które mają 56-procentowy udział w rynku. Na drugim miejscu, z 15-procentowym udziałem, są Filipiny.

– Nearshoring dotyczy w większości firm europejskich, które przenoszą swoje procesy i projekty do innych państw na kontynencie bądź bardzo blisko Europy. W tym przypadku prym wiedzie Polska i inne kraje naszego regionu. Jesteśmy niekwestionowanym liderem nearshoringu. Zaletą takiego rozwiązania jest poziom kosztów niższy niż w państwach Europy Zachodniej, ale nie tylko – wyjaśnia Szymon Włochowicz.

Ważne jest również podobieństwo kulturowe i komunikacyjne, które sprawia, że nearshoring jest mniej ryzykowny z punktu widzenia firm z Europy Zachodniej.

– Z naszych doświadczeń wynika, że niemieckie firmy bardzo doceniają fakt, że Polska jest „tuż za rzeką” i jest zdecydowanie bliższa kulturowo niż kraje azjatyckie. Biznes zna takie przypadki, kiedy projekty przenoszone do zupełnie innej kultury kończyły się niepowodzeniem ze względu na duże różnice i na fakt, że obie strony nie były ich wcześniej świadome – mówi Szymon Włochowicz.

Polska należy do grona najbardziej atrakcyjnych lokalizacji dla centrów usług biznesowych i sektora outsourcingu. W grudniowym zestawieniu Cushman & Wakefield zajęła siódmą pozycję na liście dojrzałych, najbardziej atrakcyjnych lokalizacji dla BPO (Business Process Outsourcing, outsourcing procesów biznesowych). Jak podaje branżowa organizacja ABSL, która zrzesza globalnych inwestorów, w połowie ubiegłego roku w Polsce funkcjonowało blisko tysiąc centrów usług wspólnych, które zatrudniały ponad 200 tys. osób. Z ubiegłorocznego raportu PAIiIZ wynika, że największymi rynkami regionalnymi są Warszawa i Kraków, które przyciągają wciąż nowe inwestycje z sektora outsourcingu.

– Państwa Europy Środkowo-Wschodniej, w szczególności Polska, są w stanie konkurować z Azją i zapewniać bardzo dobrą jakość usług. Dlatego Polska rośnie we wszystkich rankingach. Ostatnio A.T. Kearney opublikował raport, z którego wynika, że Polska zajmuje 10. miejsce w światowej czołówce lokalizacji atrakcyjnych dla nearshoringu i offshoringu usług IT, a nasza pozycja cały czas rośnie – mówi Szymon Włochowicz.

Jak podkreśla, Polska zdecydowanie wyprzedza nie tylko inne kraje regionu, lecz  także stopniowo zyskuje wobec odległych państw azjatyckich.

– Przelot z większości państw europejskich do Polski trwa maksymalnie kilka godzin. Jeśli zajdzie taka konieczność, z dnia na dzień można wysłać cały zespół do klienta. W przypadku krajów azjatyckich nie ma takiej możliwości. Po drugie, Polska jest nadal atrakcyjna cenowo. Może nie aż tak jak Azja, ale bilans wychodzi na plus. Dlatego coraz więcej organizacji przenosi swoje centra do Polski. Najwięcej jest prac deweloperskich, czyli rozwoju nowych aplikacji i tym zajmują się głównie mniejsze i średnie firmy. Natomiast korporacje bardzo często przenoszą do Polski usługi wsparcia IT i utrzymania aplikacji – mówi Szymon Włochowicz.

Usługi IT są jednym z obszarów często przenoszonych do Polski przez zagraniczne firmy. Wpływa na to m.in. kadra wykwalifikowanych informatyków i programistów. Szef zespołu Enterprise Web w firmie Hicron zauważa, że dzięki nowym miejscom pracy i możliwościom rozwoju w Polsce perspektywa emigracji do jednego z krajów zachodniej Europy nie jest już dla informatyków tak bardzo atrakcyjna.

– W Polsce jest dużo pracy dla informatyków i jest to praca przy ciekawych projektach, więc opłacalność wyjazdów na Zachód spadła. Nie wyjeżdżając z Polski, można pracować w największych, światowych firmach. Zarobki w kraju są nadal niższe, ale siła nabywcza pensji informatyka w Polsce jest zdecydowanie wyższa niż siła nabywcza informatyka na Zachodzie. Jakość życia tej grupy zawodowej w Polsce jest na tyle wysoka, że wiele osób po prostu nie widzi sensu wyjazdu – mówi Szymon Włochowicz.

Trzecim aspektem, który powstrzymuje informatyków przed emigracją do jednego z państw Europy Zachodniej, są możliwości awansu. W Polsce są one dużo większe niż w zachodnioeuropejskich firmach, w których obcokrajowcy muszą się wykazać, żeby zasłużyć na awans.

Rozwój outsourcingu i lokowanie w Polsce usług z sektora IT, które powstrzymują rodzimych informatyków przed emigracją, są korzystne z punktu widzenia nie tylko gospodarki, lecz także konkurencyjności. Według danych fundacji Pro Progressio w Polsce już w tej chwili brakuje nawet 30 tys. informatyków i programistów, a zapotrzebowanie na te usługi ciągle rośnie.

MLP Group szykuje się do ekspansji zagranicznej

MLP Group opublikowało skonsolidowane wyniki za 2016 rok. W tym okresie Grupa osiągnęła 66,4 mln zł zysku netto. Na koniec minionego roku wartość aktywów wyniosła 1,18 mld zł,  a aktywów netto 675,7 mln zł, co oznacza wzrost o 4,4% w ujęciu r./r., a uwzględniając wypłaconą dywidendę wzrost wyniósł aż 10,8%. Zarząd MLP Group planuje rozpoczęcie w tym roku inwestycji magazynowych na rynku polskim, niemieckim i rumuńskim.

Radosław T. Krochta, Dyrektor Generalny, Wiceprezes MLP Group S.A.
Radosław T. Krochta, Dyrektor Generalny, Wiceprezes MLP Group S.A.

MLP Group, deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych, na koniec grudnia 2016 r. posiadał wartość aktywów na poziomie 1,18 mld zł oraz aktywów netto (kapitałów własnych) na poziomie 675,7 mln zł, czyli o 4,4% wyższym niż rok wcześniej, a uwzględniając wypłaconą dywidendę wzrost wyniósł aż 10,8%. Przez cały 2016 rok Grupa wypracowała 66,4 mln zł zysku netto. Z kolei skonsolidowane przychody wyniosły 101 mln zł. „Osiągnięte przez Grupę wyniki oceniamy jako bardzo dobre. Jednocześnie bieżąca kondycja majątkowa i finansowa świadczy o stabilnej sytuacji wynikającej z ugruntowanej pozycji na rynku magazynowym. Pomijając wyniki sprzedanych parków MLP Bieruń i MLP Tychy przychody naszej Grupy w 2016 roku były o 10% wyższe niż rok wcześniej” – podkreślił Radosław T. Krochta, Prezes Zarządu MLP Group S.A.

MLP Group w 2016 r. realizowało projekty inwestycyjne o łącznej powierzchni 105,9 tys. m², z czego zakończona została budowa projektów o powierzchni 29,5 tys. m². W minionym roku MLP Group zakupiło grunt pod realizację nowego parku logistycznego MLP Czeladź oraz rozpoczęło realizację nowych inwestycji w parkach: MLP Pruszków II, MLP Wrocław, MLP Lublin, MLP Poznań. Na koniec 2016 roku Grupa miała wybudowanych 306,4 tys. m2, z których wynajęte było 290,9 tys. m2. To oznacza, że wskaźnik pustostanów był na poziomie 5%. Jednocześnie w trakcie budowy i w przygotowaniu było ponad 94,6 tys. m2 powierzchni, z czego ponad 85% było już objęte umowami najmu.

Celem strategicznym Grupy jest stałe zwiększenie posiadanej powierzchni magazynowej na rynku polskim poprzez rozbudowę banku ziemi pod kolejne parki logistyczne oraz rozpoczęcie działalności za granicą. „W tym roku planujemy kolejne inwestycje w Polsce oraz na w Niemczech w okolicach Dortmundu i w Rumunii w okolicach Bukaresztu. Analizujemy oferty nabycia nieruchomości gruntowych w tych państwach. Rozważamy też możliwość uruchomienia programu emisji obligacji korporacyjnych, z którego środki przeznaczone byłyby na zakup nieruchomości w Niemczech i Rumunii” – dodał Radosław T. Krochta.

Grupa prowadzi obecnie osiem operacyjnych parków logistycznych zlokalizowanych w Polsce: MLP Pruszków I, MLP Pruszków II, MLP Poznań, MLP Lublin, MLP Teresin, MLP Wrocław, MLP Czeladź oraz MLP Gliwice. Na podstawie umowy deweloperskiej Grupa jest odpowiedzialna także za komercjalizację parku logistycznego MLP Bieruń, który został sprzedany w 2015 roku. Ponadto, Grupa posiada umowy rezerwacyjne na zakup nowych gruntów pod planowane parki logistyczne. Powoduje to, że w skład aktualnego i potencjalnego portfela zarządzanych nieruchomości przez MLP Group wchodzi łącznie jedenaście operacyjnych parków logistycznych zlokalizowanych w Polsce.

Kolej na trasie Warszawa–Poznań jest już szybka. PKP PLK inwestuje teraz w podniesienie komfortu i bezpieczeństwa jazdy na tej linii

Kolej na trasie Warszawa–Poznań jest już szybka. PKP PLK inwestuje teraz w podniesienie komfortu i bezpieczeństwa jazdy na tej linii 12

Modernizacja linii kolejowej E20 na odcinku Warszawa–Poznań, która rozpocznie się w czerwcu, obejmuje zwiększenie przepustowości, budowę wiaduktów zamiast niektórych przejazdów i usprawnienie zwłaszcza przejazdów taboru towarowego. Choć pociągi pasażerskie pojadą niewiele szybciej niż obecnie, inwestycja zwiększy komfort i bezpieczeństwo podróży. PKP PLK przekonuje, że projekt jest w pełni zgodny z wymogami Unii Europejskiej odnośnie do zwiększania roli transportu kolejowego w ruchu lądowym.

Celem modernizacji, którą rozpoczynamy w tym roku, jest dokończenie projektu, który kontynuujemy od ponad 20 lat. Zaczęliśmy go w latach 90., teraz wracamy w lokalizacje, które dotychczas nie były objęte modernizacją, lub w te miejsca, które wymagają poprawy po to, żeby utrzymać standard linii kolejowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arnold Bresch, członek zarządu i dyrektor ds. realizacji inwestycji w PKP Polskie Linie Kolejowe. – Pasażerowie odczują poprawę oferty przewozowej. Po tych pracach zwiększymy przepustowość linii. Będziemy też mogli wpuścić cięższe pociągi, co np. zaowocuje możliwością wprowadzenia pociągów klasy Pendolino.

Planowany do remontu odcinek między największym miastem i piątym pod względem wielkości w Polsce leży w korytarzu transportowym TEN-T Morze PółnocneBałtyk, będącym jednym z dziewięciu priorytetowych korytarzy przecinających Europę z północy na południe i ze wschodu na zachód. W jej wyniku możliwy ma być m.in. przejazd całą trasą z prędkością 160 km/h (obecnie na ok. 60 km uzyskanie takiej szybkości jest niemożliwe) czy ruch pociągów towarowych o składzie długości do 740 m (obecnie do 600 m). Wyremontowane zostaną dworce, m.in. Łowicz, Kutno, Konin czy Sochaczew, a niektóre przejazdy kolejowe zastąpią wiadukty. W ten sposób kolej chce zlikwidować wąskie gardła”na trasie.

Krytycy tego rozwiązania uważają, że trasa jest w miarę nowa, a planowana modernizacja ma na celu zagospodarowanie pieniędzy z Unii, które w przeciwnym razie by przepadły. Fundacja Pro Kolej zgłosiła nawet wątpliwości do Komisji Europejskiej. PKP przekonuje, że wyceniana na 2,2 mld zł inwestycja jest w pełni zgodna z zaleceniami transportowymi wspólnoty.

– Zakres tej inwestycji był już wielokrotnie weryfikowany, między innymi w 2015 roku powróciliśmy do aktualizacji studium wykonalności. To studium potwierdziło konieczność i sensowność prowadzenia tych prac. Nie boimy się też weryfikacji projektu przez Komisję Europejską, gdyż uzyskaliśmy dofinansowanie i po zeszłorocznych pismach, m.in. Fundacji Pro Kolej, mamy potwierdzenie szefostwa korytarza transportowego, którego elementem jest ta linia, że projekt jest niezbędny dla utrzymania parametrów linii – wyjaśnia Bresch.

Jak podkreśla w swoim stanowisku Catherine Trautmann, europejska koordynator korytarza TEN-T Morze Północne–Bałtyk, wdrażanie takich rozwiązań jest niezbędne, aby kolej zyskiwała na konkurencyjności w porównaniu z transportem drogowym zgodnie z celami unijnej polityki transportowej.

– Dzięki temu projektowi poprawimy prędkość tam, gdzie była niższa, a na pozostałych odcinkach utrzymamy. Co ważne, bez przeprowadzenia tych prac zmuszeni bylibyśmy do ograniczania prędkości – zastrzega członek zarządu PKP PLK. – W ramach projektu poprawimy bezpieczeństwo na linii i jej przepustowość. Na całym odcinku zapewnimy komputerowe sterowanie ruchem, tak żeby osiągnąć najwyższy standard, którym w tej chwili dysponujemy w PKP Polskich Liniach Kolejowych.

Remont rozpocznie się w czerwcu 2017 roku i potrwa około dwóch lat. Do lipca 2018 roku zaplanowane jest zamknięcie dwutorowe na odcinku Podstolice – Konin. Z kolei od lipca przyszłego roku do czerwca 2019 roku zaplanowane jest zamknięcie dwutorowe na odcinku Konin–Barłogi. W czasie prowadzonych robót na zamkniętych odcinkach linii będzie wprowadzona zastępcza komunikacja autobusowa do obsługi ruchu regionalnego na odcinku Konin–Września (czerwiec 2017 – lipiec 2018) oraz na trasie Konin–Barłogi (lipiec 2018 – czerwiec 2019).

Podczas trwania prac dalekobieżne pociągi pasażerskie między Poznaniem a Warszawą będą jechały objazdową trasą Poznań–Gniezno–Inowrocław–Barłogi–Kutno–Łowicz–Warszawa. Na pozostałych odcinkach prace będą prowadzone przy zamknięciach jednotorowych.

– W niektórych zakresach wchodzimy na nawierzchnię, która nie tak dawno, ok. 20 lat temu, była wymieniana. Te elementy będą wykorzystane w innych miejscach, gdzie je zabudujemy jako nawierzchnię stale użyteczną. Dotyczy to jednak jedynie około 40 km toru i jest to niezbędne do podniesienia prędkości do 160 km/h – tłumaczy Arnold Bresch. – Większość infrastruktury, która objęta jest zakresem tego projektu, pochodzi z lat 60., m.in. sieć trakcyjna, układy zasilania. Wszystko to jest niewydolne i nie pozwalałoby nam na wprowadzenie pociągów klasy Pendolino.