Popołudniowy komentarz walutowy z 07.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Komentarz walutowy z 07.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Komentarz walutowy z 07.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Internet Rzeczy a obsługa klienta
Aby nie upaść trzeba iść z duchem czasu. Technologia to w biznesie dobór naturalny, albo się dostosujesz, albo upadniesz. Najpierw telefony, potem komputery, teraz Internet Rzeczy. Firmy, które go wprowadziły chwalą się ogromnymi oszczędnościami i wzrostem dochodów sięgającym nawet 44 proc. Jednak pod maską tego pojęcia kryje się coś więcej – zarządzanie doświadczeniem klientów (ang. Customer Experience). Odpowiednie powiązanie tych dwóch zagadnień, może wprowadzić firmę na wyższy poziom.
Zawsze (anytime), Wszędzie (anywhere), Z wszystkim (anything) – to trzy główne zasady IoT (Internet of Things), czyli właśnie Internetu Rzeczy. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że jesteśmy już częścią tego systemu. Zatrzymując się na skrzyżowaniu samochodem, kamera zawieszona obok świateł często jest połączona z systemem, który reaguje na zwiększającą się liczbę samochodów. Inteligentne domy, samochody i podłączone do nich miliardy urządzeń cyfrowych z połączeniem do internetu dają niezwykłe możliwości i stanowią rewolucję w postrzeganiu przez klientów niejednej branży. Na przykład, robienie codziennych zakupów już nigdy nie musi być takie samo, zarówno dla kierownika działu sprzedaży, jak i klienta.
Internet Rzeczy a obsługa klienta
Klient korzystający z usług danego przedsiębiorstwa ocenia nie tylko jakość obsługi, ale również organizację sprzedaży. To czy będzie on zadowolony z zakupów i poleci nas bliskiej osobie, może mieć decydujące znaczenie dla przyszłości naszego sklepu. Z pomocą w tym momencie przychodzi IoT. Dzięki zastosowaniu połączonych ze sobą urządzeń, które mogą wzajemnie przekazywać pozyskane informacje, kierownik sklepu uzyska odpowiedzi na pytania: gdzie ludzie się przemieszczają, jak szybko, jakie pokonują trasy, gdzie dokładnie się zatrzymują i co mają w swoich koszykach zakupowych. Dysponując taką wiedzą jesteśmy niczym trener piłki nożnej, który musi teraz dobrać odpowiednią taktykę dla swojej drużyny i sprawić, że jego pracownicy zyskają zaufanie klientów oraz odblokują swoje rezerwy. Prawidłowe wyciągnięcie wniosków może zapoczątkować znaczne zwiększenie wskaźników sprzedaży.
Za przykład w tej sytuacji może służyć wykorzystanie analityki video w modelu SaaS, które ma w swojej ofercie poznańska firma Lab4motion, specjalizująca się w analizie zachowań klientów w sklepach stacjonarnych. Za pomocą specjalnie przygotowanego systemu dostajemy wykaz informacji dotyczący zachowań klientów oraz pracowników.
– Zastosowanie naszej technologii może mieć bardzo istotny wpływ na poprawę procesów biznesowych. Możemy zoptymalizować koszty, ale również podnieść przychody, czego doskonałym przykładem jest połączenie Customer Shopping Experience z Internet of Things. – tłumaczy Michał Kowalski, Prezes i Założyciel Lab4motion. – Możliwości wykorzystania analityki video jest znacznie więcej. Co najważniejsze, wreszcie możemy zrozumieć potrzeby każdego klienta, i w czasie rzeczywistym reagować tak, aby go jak najlepiej obsłużyć. Jedyne co nas ogranicza to nasza wyobraźnia – dodaje.
Przykładem może być wykorzystanie tego typu technologii w jednym z marketów, gdzie po analizie okazało się, że układ produktów w sklepie nie był optymalny, a przeniesienie ich w miejsce, gdzie rzeczywiście zbierali się klienci pozwoliło zwiększyć marżę sklepu nawet o kilkanaście punktów procentowych.
Wiesz o kliencie więcej niż on o sobie…
Dzięki analizie danych w czasie rzeczywistym otrzymujemy informacje o preferencjach klientów. Wiemy czego potrzebują, jakie produkty kupują najczęściej. IoT pozwala firmom na zbudowanie i utrzymanie wartościowej relacji z konsumentami oraz przyczynia się do budowania długotrwałej relacji z otoczeniem, które w Customer Experience są najważniejsze. Aby to wszystko jednak miało szansę odpowiednio funkcjonować potrzebna jest odpowiednia infrastruktura IT. – Zbieranie milionów danych dotyczących zachowania klientów, wymaga trwałej i stabilnej infrastruktury oraz odpowiedniego zarządzania zasobami – tłumaczy Michał Kowalski, którego firma wybrała do współpracy firmę Beyond.pl
– Nawiązaliśmy współpracę z Beyond.pl, aby mieć pewność że kwestie infrastruktury IT nie zablokują nas podczas dalszego rozwoju działalności i planowania podboju kolejnych rynków. Już myślimy nad wykorzystaniem Data Center 2, największego centrum przetwarzania danych w Polsce – dodaje Michał Kowalski.
IoT jest nowym materiałem do tworzenia, jego granice wyznacza tylko nasza kreatywność. Dzięki temu może on znaleźć zastosowanie w każdej branży, a sam stanowi ogromną okazję, żeby zaistnieć. Należy pamiętać, że dzisiejsi giganci technologiczni zawdzięczają swoją pozycję głównie cyfrowej rewolucji z końca XX w. Czy Internet Rzeczy będzie kolejną taką rewolucją?
Polska na 28. miejscu pod względem tworzenia wartości z gospodarki opartej na wiedzy
Nieprawidłowa ocena korzyści generowanych zarówno przez specjalistów, jak i wiodące marki naraża firmy na ryzyko przejęć i nadużyć, wynika z analizy przeprowadzonej przez Instytut CIMA (Chartered Institute of Management Accountants) i firmę konsultingową Brand Finance. Badania wykazują, że od 2012 roku nieujawniona wartość globalna – charakterystyczna dla gospodarki opartej na wiedzy – wzrosła o 50% do kwoty 26,5 biliona USD. W Polsce zaobserwowano w tym czasie jej 9% wzrost do poziomu 17 mld dolarów.
Dane zebrane w raporcie Global Intangible Finance Tracker (GIFT), pochodzące z 58 tys. firm notowanych na 120 giełdach, dowodzą że ponad jedna trzecia średniej wartości przedsiębiorstw nie jest ujawniania i nie pojawia się w bilansie. Tymczasem nieprawidłowe oszacowanie potencjału tkwiącego we własności intelektualnej, kapitale ludzkim czy marce oznacza, że gospodarki zdominowane przez branże usługowe są w wysokim stopniu niedowartościowane i za nisko opodatkowane.
Badacze ostrzegają, że firmy, które nie ujmują w księgach rachunkowych działalności „pracowników wiedzy”, faworyzują krótkoterminowe zyski ekonomiczne w stosunku do wartości długoterminowych. Nie tylko osłabia to rozwinięte gospodarki, ale także ogranicza potencjał wzrostu państw, krępując możliwości czołowych marek z branży usługowej.
Według respondentów obecne praktyki księgowe przypisują wartość aktywom dopiero w momencie sprzedaży. Raport sporządzony przez Instytut CIMA i Brand Finance wskazuje, że nasila to ryzyko niedoszacowania i przejęcia silnych marek, co stanowi zagrożenie dla miejsc pracy i przychodów budżetu państwa.
– Nieprawidłowe sprawozdania z zakresu wyceny wartości niematerialnych stały się widoczne już w latach 80. zeszłego wieku. Dziś wchodzimy w kolejny okres boomu na rynku fuzji i przejęć, nadal lekceważąc ten problem pomimo ogromnego postępu w dziedzinie technik i standardów kalkulacji. Raport GIFT naświetla sytuację pracowników wiedzy oraz uczula na ryzyko powstrzymania rozwoju istotnej gałęzi gospodarki, które przejawia się m.in. poprzez sprzedaż czołowych marek zagranicznym nabywcom po zaniżonej cenie – zauważa David Haigh, Prezes Brand Finance.
Z przeprowadzonej ankiety wynika, że z niedoszacowaniem wartości wiedzy borykają się zwłaszcza rynki wschodzące, choć trudności związane z ciągłym ulepszaniem wyceny aktywów niematerialnych można odczuć także w realiach gospodarek rozwiniętych. Skutki zaniedbań związanych z tą kwestią mogą okazać się wyjątkowo dotkliwe – dyrektorzy spółek oraz ministrowie rządów, którzy zbyt nisko oceniają zasoby niematerialne, stwarzają zagrożenie dla miejsc pracy oraz rynku.
Analitycy odnotowują, że nieujawniona wartość jest wyższa w przypadku największych światowych korporacji. W kontekście międzynarodowym na czele rankingu uwzględniającego stosunek aktywów niematerialnych do środków trwałych stoją Stany Zjednoczone (73%), Belgia ex aequo z Danią (65%) oraz Wielka Brytania (64%).
– Wbrew pozorom wartość to także środek wymiany. Zależy jednak od transferu klarownych informacji pomiędzy stronami przedsięwzięcia. Dobrze oszacowana wpływa na nabywców, inwestorów i całe społeczeństwo funkcjonujące w danej gospodarce, zwłaszcza że zwykle ponad połowę wartości przedsiębiorstw stanowią aktywa niematerialne. Ze strategicznego punktu widzenia ważne jest, aby odpowiednio zarządzać zasobami o takiej wadze w celu zwiększania atrakcyjności ekonomicznej firmy będącej składową całego systemu. Wycena rzeczywistej wartości organizacji, wsparta nowymi zasadami rachunkowości zarządczej, pomaga spółkom w osiągnięciu uczciwego układu przy stole negocjacyjnym – wyjaśnia Jakub Bejnarowicz, Szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej.
Jeszcze do końca ubiegłego roku nie istniała żadna skuteczna metoda ujęcia niematerialnej wartości ekonomicznej w księgach. W 2014 Instytut CIMA oraz AICPA (American Institute of Certified Public Accountants) opublikowały zestaw globalnych zasad rachunkowości zarządczej, które rozwiązują ten problem oraz pomagają stopniowo odchodzić od Konwencji Historycznego Kosztu (HCC).
– To duży krok na przód z uwagi na to, że Konwencja HCC, stworzona w okresie dominacji aktywów fizycznych, uniemożliwiała dotychczas prowadzenie innowacyjnej księgowości i prawidłową wycenę wartości niematerialnych. Najlepsze praktyki w dziedzinie rachunkowości zarządczej biorą pod uwagę te czynniki, pomagając decydentom w podejmowaniu decyzji dotyczących przyszłego funkcjonowania firm oraz gospodarek krajowych – podsumowuje Bejnarowicz.
Który ubezpieczyciel szybciej wypłaci odszkodowanie?
Poszkodowany klient ubezpieczyciela zwykle chce jak najszybciej otrzymać kwotę pozwalającą na naprawę zniszczeń. Czas likwidacji szkody i wypłaty środków jest jednym z najważniejszych kryteriów, które wpływają na ocenę firmy ubezpieczeniowej. Dlatego większość wiodących towarzystw przewiduje uproszczone zasady likwidowania szkód. Dzięki tym rozwiązaniom, odszkodowanie już po kilku dniach pojawia się na koncie bankowym klienta.
Do wypłaty odszkodowania może wystarczyć tylko zdjęcie
Na podstawie informacji uzyskanych z biur prasowych ubezpieczycieli oraz ich stron internetowych można stwierdzić, że uproszczona likwidacja szkód jest dość popularnym rozwiązaniem. „W zależności od polityki towarzystwa ubezpieczeniowego, tzw. szybka ścieżka likwidacyjna obejmuje szkody komunikacyjne, szkody związane z całym majątkiem klienta, a nawet niektóre szkody osobowe” – wyjaśnia Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.
Nina Kuczyńska zaznacza, że w większości przypadków, do podjęcia uproszczonej decyzji o wypłacie odszkodowania, wystarczy zgłoszenie telefoniczne klienta oraz zdjęcie dokumentujące szkodę. Fotografie muszą być jednak wyraźne i szczegółowe. Tylko na podstawie zdjęć dokładnie przedstawiających uszkodzenia (np. wgniecenie karoserii), ubezpieczyciel może podjąć wiążącą decyzję. W tym kontekście warto pamiętać, że fotografia przesłana przez klienta zastępuje wizytę likwidatora. Jeżeli ubezpieczyciel będzie miał wątpliwości dotyczące kosztów naprawienia szkody lub jej przyczyn, to na pewno zastosuje standardowe procedury. „Klient musi zdawać sobie sprawę, że uproszczona likwidacja szkód jest rozwiązaniem, którego nie można zastosować w więcej niż 30% – 50% przypadków” – dodaje Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.
| Prezentacja zasad uproszczonej likwidacji szkód w wiodących towarzystwach ubezpieczeniowych | |
| Nazwa ubezpieczyciela | Zasady uproszczonej likwidacji szkód w danym towarzystwie ubezpieczeniowym |
| Allianz | Uproszczone procedury można zastosować, jeżeli szkoda w pojeździe cechuje się nieskomplikowanym charakterem i niewielkim zakresem. Prosta ścieżka likwidacji szkód jest przeznaczona dla osób rozliczających się metodą kosztorysową. Do podjęcia decyzji przez ubezpieczyciela wystarcza opis telefoniczny lub zdjęcie. Odszkodowanie jest przekazywane w ciągu 2 – 3 dni. Allianz nie wymaga potwierdzenia naprawy pojazdu poprzez przesłanie rachunków czy faktur. |
| Concordia Ubezpieczenia | Z uproszczonej procedury można skorzystać jeśli klient wcześniej nie zgłaszał szkody z tego samego tytułu, a wartość powstałej szkody osobowej lub majątkowej nie przekracza 5000 zł. Wypłata środków w ramach uproszczonej procedury zwykle zajmuje kilka dni. |
| Ergo Hestia | Uproszczone procedury likwidacyjne stosuje się w przypadku szkód majątkowych o wartości nieprzekraczającej 3000 zł. Klient może dokonać zgłoszenia przez telefon lub system eKonta ubezpieczeniowego. Ergo Hestia nie wymaga przedstawiania dokumentacji w formie papierowej jeśli klient korzysta z systemu eKonto. |
| Gothaer | Uproszczone procedury dotyczą zarówno pozostałych szkód majątkowych (poza komunikacyjnymi), jak i szkód komunikacyjnych. W przypadku ubezpieczeń komunikacyjnych (OC i AC) z szybkiej ścieżki likwidacyjnej można skorzystać jeśli: 1) szkodę telefonicznie zgłosił zarówno poszkodowany jak i sprawca 2) w wypadku zostały uszkodzone co najwyżej dwa elementy pojazdu 3) wartość szkody nie przekracza 5000 zł 4) właścicielem pojazdu nie jest instytucja (np. bank lub leasingodawca) 5) wina sprawcy i zaistnienie szkody nie budzi wątpliwości. Średni czas uproszczonej likwidacji szkód komunikacyjnych to 12 dni. |
| InterRisk | InterRisk proponuje trzy ścieżki uproszczonej likwidacji szkód (przez telefon, na etapie likwidacji technicznej albo na etapie likwidacji merytorycznej). W przypadku szkód likwidowanych z polis NNW, polis komunikacyjnych oraz pozostałych ubezpieczeń majątkowych, obowiązują inne limity kwotowe. |
| Link4 | Uproszczoną procedurę stosuje się jeśli szkoda jest niewielka i dotyczy maksymalnie trzech elementów zewnętrznych pojazdu. Szybsza ścieżka likwidacji szkód nie obowiązuje jeśli uszkodzenia dotyczą takich elementów auta jak np. progi i poduszki powietrzne. Uproszczone procedury dotyczą głównie samochodów osobowych. Link4 wymaga, aby szkoda nie nosiła znamion przestępstwa, a status właścicielski pojazdu był wyjaśniony. Wycena szkody jest dokonywana w czasie rozmowy telefonicznej. Przelew do klienta zostaje wysłany w trakcie 24 godzin. |
| Proama | Uproszczony tryb likwidacji szkód jest stosowany w przypadku ubezpieczeń mieszkaniowych (szkoda o wartości nieprzekraczającej 2000 zł) oraz ubezpieczeń Autocasco (szkoda o wartości nieprzekraczającej 1500 zł). W przypadku polis mieszkaniowych wystarcza telefoniczny opis szkody oraz zdjęcie uszkodzonego mienia (nie zawsze wymagane). Posiadacz polisy AC musi przesłać zdjęcie uszkodzonego pojazdu. Na tej podstawie podejmowana jest decyzja. |
| Uniqa | Uproszczona procedura dotyczy drobnych i nieskomplikowanych szkód majątkowych oraz komunikacyjnych. Można z niej skorzystać jeśli zdjęcie przesłane przez klienta pozwala na określenie zakresu uszkodzeń. Szybka ścieżka likwidacji szkód jest przeznaczona dla osób, które spełniają dodatkowe warunki (np. uszkodzenie określonej liczby elementów lub zgłoszenie pierwszej szkody w danym roku polisowym). |
| Warta | Z uproszczonej likwidacji szkody może skorzystać m.in. posiadacz polisy komunikacyjnej, mieszkaniowej i osobowej. W przypadku szybkiej ścieżki likwidacyjnej odszkodowanie jest wypłacane na podstawie informacji telefonicznej oraz zdjęć (bez oględzin szkody lub sprawdzania faktur za naprawę). |
Źródło: opracowanie własne na podstawie odpowiedzi z biur prasowych ubezpieczycieli (25 – 28 sierpień 2015 r.) oraz informacji ze stron internetowych towarzystw ubezpieczeniowych
Niska wartość zgłoszonej szkody to nie jedyny warunek …
Powyższa tabela przedstawia szczegółowe informacje na temat zasad uproszczonej likwidacji szkód w dziewięciu wiodących towarzystwach. Warto zwrócić uwagę, że czterech ubezpieczycieli podało dokładne limity wartości szkody, która może być zlikwidowana w uproszczonym trybie. Te ograniczenia kwotowe wynoszą:
- Concordia Ubezpieczenia – 5000 zł
- Ergo Hestia – 3000 zł
- Gothaer – 5000 zł
- Proama – 2000 zł (ubezpieczenia mieszkaniowe) i 1500 zł (ubezpieczenia Autocasco)
Nina Kuczyńska informuje, że dodatkowe wymagania zwykle dotyczą charakteru powstałej szkody. Zakres uszkodzeń nie może być duży i skomplikowany, a okoliczności zdarzenia nie powinny budzić wątpliwości. W przypadku ubezpieczeń komunikacyjnych ważnym kryterium może być też liczba uszkodzonych elementów pojazdu. Szkody likwidowane w takich firmach, jak Gothaer i Link4 muszą spełnić nieco więcej wymagań przed zakwalifikowaniem ich do uproszczonej ścieżki (patrz powyższe zestawienie). „Trzeba również odnotować, że dwóch ubezpieczycieli (Concordia i Uniqa), deklaruje ograniczenie liczby szkód, które mogą zostać zlikwidowane na uproszczonych zasadach. W ten sposób firmy ubezpieczeniowe zabezpieczają się przed wyłudzaniem odszkodowań” – podsumowuje Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.
Źródło: porównywarka ubezpieczeń Ubea.pl
Paweł Treściński dyrektorem sprzedaży w YieldRiser

Treściński związany jest z rynkiem mediowym od 14 lat. Poprzednio pracował w „Pulsie Biznesu” na stanowisku Product Managera, w „Amconex Sp. z o.o.” Wydawcy „21 wieku” na stanowisku dyrektora Biura Reklamy oraz w wydawnictwie tygodnika „m jak Miłość” na stanowisku dyrektora Biura Reklamy.
„Niezwykle cieszy mnie dołączenie Pawła do spółki YieldRiser. Jego doświadczenie i znajomość rynku pozwolą świadczyć usługi skierowane do Wydawców na najwyższym poziomie. Michał odpowiedzialny będzie za całościowy kształt relacji z Wydawcami oraz budowę efektywności operacyjnej YieldRisera. Wsparcie tak doświadczonego dyrektora z pewnością szybko zaowocuje wypłynięciem spółki na szerokie wody oraz poprawą rynkowej sytuacji Wydawców zarówno tych małych jak i dużych witryn” – mówi Marcin Woźniak, Prezes funduszu KnowledgeHub.
YieldRiser to rozwiązanie skierowane do Wydawców, którym daje profesjonalne narzędzia do lepszej sprzedaży powierzchni reklamowej.
Źródło: YieldRiser
Znowu słabsze dane z Chin
Zdaniem wielu komentatorów czas się pogodzić z faktem, że gospodarka na poziomie rozwoju chińskiej nie może rosnąć nieprzerwanie w takim tempie jak dotychczas. Obecne reakcje rynków pokazują, że świadomość ta powoli dociera do inwestorów. Problemy z imigrantami wykorzystują brytyjscy zwolennicy opuszczenia UE.

Dane z Chin znowu negatywnie zaskoczyły rynki. Doszło do rewizji w dół odczytu wzrostu PKB. Wynosi on już “zaledwie” 7,3% wobec 7,4% poprzednio. Poziomy wzrostu powyżej 5% to w krajach Zachodu niemal abstrakcja. Rozwój w tym tempie jest możliwy, mając odpowiednie warunki i odpowiednio słabą sytuację wyjściową. Chiny, rozwijając się w tempie powyżej 7% przez ostatnie ćwierć wieku, doprowadziły gospodarkę do poziomu gdzie powoli nie da się już tak szybko rosnąć. Świat musi się oswoić z tym, że parametry wzrostu chińskiej gospodarki będą się powoli zbliżać do tych znanych nam z krajów zachodnich. Analitycy już teraz rewidują swoje oczekiwania, dzięki czemu kolejne dane, jak np. ta rewizja wpływają coraz słabiej na rynki. Wynikiem tej rewizji jest też spadek prognoz popytu na surowce. A to przełożyło się jak wiemy na spadki ich cen. Dodatkowym problemem, z którym zdaniem części komentatorów muszą zmierzyć się Chiny, jest wiarygodność tamtejszych statystyk. Wiele osób poddaje w wątpliwość oficjalne dane uważając, że są zawyżone by tylko dowieźć zakładane cele. Gdyby tak było, moment urealnienia będzie z pewnością niemiłą niespodzianką dla rynków również walutowych.
Kryzys, bo tego słowa można użyć w kontekście tego co dzieje się z emigrantami w Europie, oprócz konsekwencji z pierwszych stron gazet czy czołówek programów informacyjnych, ma jeszcze jeden ważny efekt. Obecna fala emigracji, opuszczająca Węgry do krajów germańskich jest używana przez brytyjskich polityków do poparcia idei wystąpienia przez ten kraj z Unii Europejskiej. Brytyjczycy mocno boją się kolejnej fali emigrantów, która dodatkowo obciąży ich system socjalny. Argument ten jest już zresztą podnoszony w przypadku naszych rodaków. Opuszczenie przez Wielką Brytanię Unii będzie z pewnością sporym szokiem dla rynków walutowych. Londyn to duże centrum finansowe, po wyjściu ze struktur unijnych jego pozycja może ulec osłabieniu. Tak naprawdę opuszczenie przez Wielką Brytanię struktur unijnych to ostateczność, aczkolwiek tamtejsi politycy z pewnością wykorzystają te nastroje do renegocjacji warunków członkostwa w strukturach unijnych.
Weekendowe referendum okazało się jeszcze bardziej niereprezentatywne niż wiele osób sądziło. Frekwencja jasno pokazała, że nie były to najbardziej palące społeczeństwo tematy. Dzisiejszy dzień w kalendarzach danych makroekonomicznych jest ubogi niczym frekwencja na wspomnianym referendum. Powodem jest święto pracy zarówno w USA jak i Kanadzie. W związku z tym jedyne dane publikowane dzisiaj mamy już za sobą. Produkcja przemysłowa w Niemczech rośnie wolniej od oczekiwań. Z kolei lepsze dane opublikowali nasi południowi sąsiedzi. Przełożyło się to na spadki na głównej parze walutowej, gdzie dolar umocnił się wobec euro.
EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 07.06.2015 do 07.09.2015
Kurs EUR/PLN porusza w krótkookresowej formacji wzrostowej. Dolne ograniczenie przebiega w okolicach 4,2100. Ruch w górę przebił ostatnie maksimum na 4,2400 podnosząc je niemal do 4,2600. Poziom ten jest nowym oporem.
CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 07.06.2015 do 07.09.2015
Kurs CHF/PLN po osiągnięciu 4,0550 utworzył trend spadkowy, który po osiągnięciu minimów na 3,8350 przeszedł w boczny. Dla ruchu w dół najbliższym wsparciem jest wspomniane minimum na 3,8350. Dla ruchu w górę ważnym oporem jest górne ograniczenie formacji na 3,9100a następnie maksima na 3,9400.
USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 07.06.2015 do 07.09.2015
Kurs USD/PLN porusza się w trendzie bocznym. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8000. Wsparciem jest przebita linia oporu na 3,7750 a następnie minimum lokalne na 3,6600.
GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 07.06.2015 do 07.09.2015
Kurs GBP/PLN wybił się z szerszej formacji wzrostowej i przeszedł w trend boczny. Oporem dla ewentualnych wzrostów jest linia łącząca maksima lokalne na 5,8200. W przypadku dalszych spadków najbliższym wsparciem jest ostatnie minimum na 5,7450.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Ceny gazu dla polskich firm chemicznych nie spadają tak szybko, jak tanieją surowce na świecie. Przyczyną jest uzależnienie od dostaw z Rosji
Spadające ceny surowców na świecie nie będą miały dużego wpływu na wyniki polskich firm chemicznych. Podstawowa kopalina, z jakiej korzystają, czyli gaz ziemny, nie tanieje bowiem tak wyraźnie jak inne surowce. Przyczyną jest nasze uzależnienie od jednego dostawcy, czyli Rosji.
– Jeżeli spojrzymy na podstawowy surowiec, jakim jest ropa naftowa, widzimy rekordowo niskie ceny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tomasz Zieliński, prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego. – Pierwszy raz pojawiają się od wielu lat takie spadki cen, co oczywiście może się przekładać na generowanie lepszych marż po stronie rafinerii, a tym samym dość sprawne realizowanie czy przełożenie się tego na politykę handlową w kierunku np. surowców petrochemicznych i dalej zasilania kolejnych strumieni surowców do innych produkcji innych chemikaliów.
Cena baryłki ropy naftowej w USA spadła w sierpniu poniżej 40 dolarów i był to poziom najniższy od ponad sześciu lat. Nieco droższa jest ropa Brent, ale i ona mimo ostatniego odbicia kosztuje tylko nieco ponad 50 dolarów za baryłkę. W lipcu zeszłego roku, gdy po zajęciu Krymu przez Rosję ceny zaczęły spadać, za baryłkę płacono ponad 110 dolarów. Od tego czasu USA systematycznie zwiększa wydobycie i eksport ropy, obniżając ceny na rynkach. Ostatnio ogłoszono, że do grona największych sprzedawców tego surowca wraca Iran, a największy odbiorca, czyli Chiny, zapewne ograniczy import z powodu narastających kłopotów gospodarczych. Dla polskich rafinerii to dobra wiadomość.
W przypadku gazu polscy producenci są uzależnieni od jednego dostawcy. W rezultacie spadki na taka skalę, jak te obserwowane na rynku paliwowym, nie wchodzą w grę. W zeszłym roku, jak ujawnił Gazprom, Polska płaciła za gaz o ponad 10 proc. więcej, niż wynosiła średnia europejska, i o ponad 20 proc. więcej niż np. Słowacja. Ceny rosyjskiego gazy zależne są bowiem od podpisanych przed laty umów, a nie bieżących cen na świecie.
– Tutaj te notowania nie są tak skorelowane z ropą naftową, więc nie możemy tu mówić o istotnych spadkach ceny – zwraca uwagę prezes Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego. – To uzależnienie od dostawcy rosyjskiego powoduje, że dzisiaj musimy przede wszystkim patrzeć na to, w jaki sposób dywersyfikujemy zakupy tego gazu, jaką strukturę kosztową buduje gaz ziemny w strukturze kosztów wytworzenia w przemyśle chemicznym. I co więcej, na ile spółki potrafią poprawić swoją efektywność, zarówno surowcową, jak i energetyczną. Na ile potrafią poprawić swoją technologię i proces, żeby albo zużywać mniej tego gazu, czyli mniej za niego płacić, albo ile mogą więcej ton wyprodukować z tej samej ilości gazu.
Paradoksalnie dobrą stroną tego uzależnienia od Rosji i drogiego gazu ze Wschodu jest wysiłek, do jakiego od dawna są zmuszone polskie firmy chemiczne. Muszą one bardzo skutecznie obniżać koszty, by produkować konkurencyjne towary.
– Może to się przełożyć bardzo prosto na sprawność procesową chociażby w produkcji nawozów sztucznych – mówi Tomasz Zieliński z Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego. – Tutaj widzimy, że polskie spółki chemiczne doskonale sobie radzą. Polska myśl technologiczna wyprzedza w tych rozwiązaniach innych konkurentów nie tylko z Europy, lecz także ze świata, co oznacza, że nasz proces jest dobrze dostosowany do drogich, niestety, surowców.
AB liczy, że nowe centrum dystrybucyjne wzmocni jej pozycje w e-commerce. Spółka kończy przeprowadzkę do Magnic
Polska spółka AB, jeden z liderów na europejskim rynku dystrybucji wyrobów IT, wiąże duże nadzieje na dalszą poprawę wyników z upowszechnieniem usług dla końcowych klientów swoich partnerów e-commerce’owych. Firma kończy przeprowadzkę do zbudowanego w tym roku centrum dystrybucyjnego w Magnicach i ma nadzieję, że pozwoli ono umocnić jej pozycję w handlu internetowym. Zamierza czerpać zyski m.in. ze sprzedaży najnowszych iPhonea 6s i 6s Plus, które zostaną zaprezentowane w tym tygodniu.
– IT to segment, który generuje największą część naszego przychodu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Grzegorz Ochędzan, członek zarządu i dyrektor finansowy w spółce AB. – Natomiast nowe obszary działalności to w dużym stopniu kategorie, które budują wyższą średnią marżę, którą generujemy na sprzedaży. Chcemy budować wartość tej sprzedaży, chcemy być nie tylko prostym dystrybutorem, lecz także dystrybutorem z wartością dodaną i tego poszukujemy. Właśnie w nowych projektach inwestycyjnych poszukujemy wyższej marży, która ma bardziej pozytywnie wpływać na poziom zysku netto.
Grupa AB prowadzi działalność w Polsce, Czechach i na Słowacji, sprzedając produkty największych światowych producentów IT, m.in. firmy Apple. W środę nastąpić ma premiera iPhona 6s i 6s Plus, które AB będzie dystrybuować na terenie Polski, Czech i Słowacji. Spółka zajmuje się także sprzedażą AGD, zabawek oraz elektroniki użytkowej, produktów związanych z telefonią komórkową i naziemną telewizją cyfrową DVB-T oraz rozwiązaniami cloud computing. Ma ponad 16 tys odbiorców i największą sieć dystrybucji w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.
W czerwcu spółka AB zakończyła swój rok obrachunkowy. Na wszystkich poziomach zysku i przychodów zwiększyła wyniki dwucyfrowo, a jej przychody sięgają niemal 7 mld zł.
– Zakończyliśmy rok wzrostem przychodów na poziomie 18 proc. i to prawie 6,8 mld zł. Na poziomie operacyjnym 17 proc. wzrostu przychodu i zysk netto powyżej 68 mln zł, czyli ponad 19 proc. wzrostu. Solidne, mocne wyniki z korzystną dynamiką wzrostu.
W maju spółka AB zakończyła budowę nowoczesnego centrum dystrybucyjnego w Magnicach. Zostało ono sfinansowane m.in. z emisji obligacji. W tym roku spółka ponownie sprzedała obligacje. 70 mln zł, które uzyskała, przeznaczyła na spółkę zależną w Czechach.
– W szczególności rynek czeski jest bardzo ważny – informuje członek zarządu i dyrektor finansowy w spółce AB. – Istniejemy tam od akwizycji w październiku 2007 roku. To bardzo ważny rynek, bardziej dojrzały nawet od rynku polskiego. Zakupy per capita sprzętu IT w Czechach są wyższe niż w Polsce, więc na pewno jest to rynek z możliwościami dalszego wzrostu. Jesteśmy liderem na tym rynku, przypomnę, że spółka ATC jest liderem dystrybucji na rynku czeskim. Na pewno chcemy tę pozycję utrzymać i ją poprawiać.
Obecnie AB nie ma w planie nowych znaczących inwestycji, które wymagałyby nowych źródeł sfinansowania, więc kolejnych emisji obligacji na razie nie rozważa. Spółka koncentruje się na przeprowadzce do Magnic, bowiem nowe centrum dystrybucyjne ułatwi sprzedaż także w modelu e-commerce.
– Nowe centrum to nowe możliwości – zwraca uwagę Grzegorz Ochędzan z AB. – Bardzo mocno stawiamy na strategiczny projekt, który realizujemy w zasadzie od paru lat i co kwartał lub co pół roku uruchamiamy jego kolejną odsłonę, czyli rozwój e-commerce nowej jakości dostarczania nie tylko produktu, lecz także pewnej wartości dodanej i dla naszego partnera, i dla klienta końcowego. Nowe centrum to przede wszystkim nowa powierzchnia magazynowa, ale i nowe możliwości automatyki magazynowej. Ten magazyn ma o wiele wyższą wydajność, możemy z niego realizować wysyłki dużej liczby drobnych wysyłek do klienta końcowego.
Partnerzy spółki, jak mówi jej dyrektor finansowy, są zadowoleni z oferty usług, jakie AB dostarcza dzięki nowemu centrum, z możliwości wysyłki do klienta końcowego i współpracy na poziomie dostarczania rozwiązań technologii e-commerce.
– Nowy magazyn jest takim zwieńczeniem, taką kwintesencją tych naszych prac. Oczywiście dalej będziemy rozwijać narzędzia i technologie e-commerce. Natomiast magazyn tutaj będzie wydajnie obsługiwał nasze potrzeby i przede wszystkim potrzeby naszych partnerów.
JBB chce sprzedawać polskie wędliny na światowych rynkach. Firma liczy na wzrost sprzedaży i zapowiada inwestycję w nowy zakład produkcyjny
Zakłady mięsne JBB zamierzają zwiększać eksport i walczyć o nowe rynki zbytu. Firma szykuje się więc na spore wydatki i w przyszłym roku zamierza postawić nowy zakład produkcyjny koło miejscowości Łyse, gdzie dziś mieści się jej siedziba. Inwestycję zamierza sfinansować bez udziału kapitału zagranicznego.
JBB poza polskim rynkiem sprzedaje swoje wyroby m.in. w Wielkiej Brytanii. Spółka ma jednak plany dalszej ekspansji i podkreśla, że szuka rynkowych nisz na swoje wyroby.
– Nisze cały czas się otwierają, rynek jest coraz większy, my też rozwijamy swoją działalność – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Ewa Mielnicka, ambasadorka marki i rzeczniczka prasowa JBB. – Jesteśmy już nie tylko polską firmą, lecz także światową. Rozszerzamy swój rynek o nowe kraje. Obecnie bardzo dużo naszych wędlin eksportujemy do Anglii, mamy też kontakty, które – mam nadzieję – pomogą nam w eksporcie naszych produktów jeszcze dalej.
Przygotowując się do ekspansji międzynarodowej, JBB planuje zwiększyć produkcję. Firma nie jest spółką giełdową i nie publikuje wyników. Jej przedstawiciele informują jednak, że są bardzo zadowoleni z I półrocza i liczą na jeszcze lepsze rezultaty w II połowie roku. Szczególnie, że koniec lata i jesień to w Polsce wciąż jeszcze tradycyjny sezon grillowy i producenci wędlin mogą liczyć na zwiększone zainteresowanie swoimi wyrobami.
– Akcje naszej firmy cały czas idą w górę – mówi Ewa Mielnicka. – Jesteśmy od 23 lat na rynku, aktualnie produkujemy 300 ton dziennie i ten nowy zakład, który wspomoże pracę już istniejącego, będzie prowadził do jeszcze większego wzrostu firmy i – mam nadzieję – do wzrostu marki.
Rzeczniczka prasowa JBB dodaje, że planowana inwestycja, zakład JBB 2, ma być przełomowa nie tylko dla firmy, lecz także dla całej branży przetwórczej w Polsce.
– Obecnie mamy w firmie zaplanowaną bardzo dużą inwestycję. W I kw. następnego roku będzie się już o tym dosyć dużo mówiło na polskim rynku. Na razie niech pozostanie to jednak tajemnicą. Będzie to w zakładach mięsnych wielki przełom, coś najnowocześniejszego w Europie, na co warto czekać.
JBB informuje, że jest firmą rodzinną, w stu procentach finansowaną z polskiego kapitału. By ten fakt podkreślić, przystąpiła do akcji „100 proc. Polski Kapitał”. Także nowy zakład, który powstanie niedaleko Łysych, również będzie w pełni finansowany z polskiego kapitału.
– Cały czas stawiamy na tradycyjny model dystrybucji. Mamy swoich odbiorców wędlin, hurtownie, z którymi współpracujemy od wielu lat, i na razie nie zamierzamy tego zmieniać. Nie szukamy jeszcze zbytu w dyskontach, chociaż wiemy, że tego typu rynek jest również bardzo ceniony i poszukiwany – deklaruje Ewa Mielnicka.
JBB, które do tej pory nie prowadziło szerszych akcji promocyjnych, zamierza teraz być mocniej obecne w mediach.
– Jak cały nasz rynek się bardzo mocno zmienia. Od ostatnich 20 lat rzeczywiście przeszliśmy dosyć dużo zmian. Polacy całe szczęście nie odwracają się od wędlin i coraz więcej czasu spędzają na przygotowaniu posiłków w domu, co jest dla nas jako firmy wędliniarskiej bardzo dużym pozytywem. Mam nadzieję, że tego typu tradycje będą cały czas zachowywane i nasza firma, tak jak do tej pory, będzie tylko rosła.
Bez niezbędnych inwestycji kolejny blackout energetyczny jest niemal pewny. Problem dotyczy zarówno Polski i UE, jak i USA
Polska ma zbyt małe moce produkcyjne w stosunku do zapotrzebowania konsumentów na energię elektryczną. Problem – choć w mniejszym stopniu – dotyczy także Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych. Zdaniem Mirosława Tworka, prezesa spółki FreeEn, bez niezbędnych inwestycji kolejny blackout jest tylko kwestią czasu. Na ograniczenia w dostawach prądu jesteśmy narażeni niezależnie od pory roku czy warunków pogodowych.
– Tak naprawdę chodzi o to, że zabrakło energii i mocy wytwórczych. Sytuacja właściwie nie jest żadną niespodzianką, bo wszyscy popełniliśmy pewnego rodzaju grzech zaniechania – mówi Mirosław Tworek, prezes zarządu FreeEn, wyjaśniając przyczyny sierpniowego blackoutu.
Zdaniem eksperta problem z dostawami prądu wynika ze zbyt dużego zużycia energii w stosunku do możliwości wytwórczych. W związku z tym spółka PSE, operator polskiego systemu elektroenergetycznego, zmuszona była do ogłoszenia 20., najniższego stopnia zasilania, który wiązał się z limitami w dostawie energii elektrycznej.
– Z podobnymi problemami borykają się państwa na całym świecie. Na Zachodzie występują jednak różne źródła energii, oprócz konwencjonalnych także odnawialne i energetyka jądrowa, więc Zachód sobie w jakiś sposób radzi. Mimo to problem może dotyczyć całej Europy z prostej przyczyny: energetyka to naczynie połączone, te linie są ze sobą ściśle powiązane, dlatego braki w Polsce są odczuwalne również w innych krajach – wyjaśnia Tworek.
Do ograniczeń w dostawach prądu przyczyniły się m.in. utrzymujące się przez kilka dni wysokie temperatury oraz susza. To jednak nie oznacza, że w miesiącach zimowych takie zdarzenia nie wystąpią. Popyt na energię elektryczną zimą jest równie wysoki, a zasoby wodne niezbędne do procesów produkcji energii ze względu na niską temperaturę bywają znacznie ograniczone.
Według danych PSE średnie dobowe zapotrzebowanie Krajowego Systemu Energetycznego na energię w styczniu 2015 roku wynosiło ponad 19,64 GW brutto. To ponad 10 proc. więcej niż w sierpniu bieżącego roku. Wyższe zużycie spowodowane jest m.in. wykorzystaniem klimatyzatorów jako źródła ciepła czy krótszym dostępem do światła słonecznego w ciągu doby.
– Zimą również może nastąpić zjawisko blackoutu. Z całą pewnością ponownie będziemy mieli do czynienia z takim zjawiskiem w przyszłym roku. Popyt na energię rośnie, podaż w Polsce jest coraz mniejsza, tutaj nie da się niczego oszukać. Energii będzie brakowało – mówi prezes FreeEn, spółki oferującej rozwiązania informatyczne w zakresie zarządzania energią.
Ograniczenia w dostawach energii najdotkliwiej odczuwają przedsiębiorcy, którzy muszą ograniczać lub nawet wstrzymywać produkcję. To dla nich koszt, który muszą ponieść – niedostosowanie się do zaleceń grozi bowiem karami finansowymi. Maksymalna kara w przypadku przekroczenia poziomu mocy umownej wynosi aż 15 proc. przychodów firmy.
– Niedotrzymanie postanowień umowy może spowodować kolosalne straty – zwraca uwagę Tworek.
Na rynku dostępne są narzędzia informatyczne, które pozwalają firmom kontrolować zużycie energii i nim zarządzać. Ich wykorzystanie może pomóc uniknąć kar.
– Takie narzędzie jest instalowane na wszelkich odbiornikach albo przynajmniej na jednym głównym punkcie poboru w firmie, dzięki czemu mamy na bieżąco obraz tego, jak funkcjonuje firma, kiedy są pobory, kiedy są zaniki, kiedy są sytuacje niepokojące – wyjaśnia prezes zielonogórskiej spółki.
Problemem jest jednak niska świadomość przedsiębiorców.
– Ciągle jest kłopot z przekonaniem ich, że warto zaopatrywać się w narzędzia, które pozwolą przeciwdziałać tego typu sytuacji. To jest właściwie pierwsza taka sytuacja w Polsce od wielu lat. Mówiło się, że może coś takiego nastąpić, to nastąpiło i okazało się, że nie jesteśmy na to przygotowani. Myślę, że musimy jeszcze parę razy dostać nauczkę, żeby wyciągnąć z tego wnioski, dotyczy to każdego – ocenia Tworek.
Blisko milion Polaków otrzymuje rentę z tytułu niezdolności do pracy. Aby wrócić na rynek pracy, część osób niezdolnych do pracy korzysta z rent szkoleniowych
Na rencie z tytułu niezdolności do pracy przebywa blisko milion Polaków. ZUS przyznaje świadczenia z tytułu całkowitej lub częściowej niezdolności do pracy, a renta może być przyznana na stałe lub czasowo. Warto jednak pamiętać o tym, że nie każdy niepełnosprawny jest niezdolny do pracy. Pracodawcy coraz chętniej zatrudniają osoby niepełnosprawne, a choroba nie musi oznaczać końca życia zawodowego. Na czas przekwalifikowania się ZUS przyznaje również renty szkoleniowe.
– Zakład Ubezpieczeń Społecznych nie przyznaje już rent z tytułu inwalidztwa, jak było to w latach 90., ale z tytułu niezdolności do pracy. Ułomność organizmu, jego niepełnosprawność nie wpływa na przyznanie renty. Nie każdy niepełnosprawny jest niezdolny do pracy, natomiast każdy niezdolny do pracy jest w pewien sposób niepełnosprawny – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Andrusiewicz, rzecznik prasowy ZUS.
Renta może zostać przyznana ze względu na całkowitą lub częściową niezdolność do pracy. Całkowicie niezdolna do pracy jest ta osoba, która utraciła zdolność do wykonywania jakiejkolwiek pracy z powodu naruszenia sprawności organizmu i nie rokuje odzyskania jej nawet po przekwalifikowaniu. Osoba, która utraciła nawet w znacznym stopniu zdolność do pracy zgodnej z posiadanymi kwalifikacjami, jest uznana za częściowo niezdolną do pracy.
– Przyznajemy rentę stałą albo czasową. Stałych rent jest mniej. Aby ją przyznać, należy stwierdzić nieodwracalne zmiany w organizmie, które w przewidywalnej perspektywie czasowej nie pozwolą na powrót do pracy. Większość przyznawanych rent to świadczenia okresowe. Po określonym czasie, jeżeli stan organizmu nadal nie rokuje na powrót do pracy, można złożyć ponownie wniosek i wówczas zapada decyzja, czy renta będzie nadal przysługiwać – tłumaczy Andrusiewicz.
Z danych Zakładu wynika, że obecnie na rentach z tytułu niezdolności do pracy przebywa ok. miliona Polaków, a ich liczba stopniowo się zmniejsza. W rekordowym pod tym względem 2008 roku rencistów było ponad 2,7 mln osób. Dane ZUS wskazują, że najczęstszymi przyczynami przyznawania renty są zaburzenia psychiczne, choroby układu krążenia, układu kostno-stawowego i mięśniowego oraz choroby oczu.
Andrusiewicz przypomina, że osoby, które pobierały rentę z tytułu czasowej niezdolności do pracy i wracają na rynek, mogą liczyć na rentę szkoleniową przyznawaną na czas przekwalifikowania.
– Przyznawana jest na pół roku, jednak starosta zawsze może wnioskować o przedłużenie wypłaty świadczenia z tytułu kontynuowania przekwalifikowania – zaznacza rzecznik ZUS.
Aktywność zawodowa ważna jest dla samych chorych. Jeszcze kilka lat temu większość pracodawców i niepełnosprawnych uważała, że choroba oznacza koniec życia zawodowego. Teraz coraz częściej pojawiają się oferty pracy dla niepełnosprawnych, również sami chorzy są aktywni zawodowo.
– Dla każdego, o ile może pracować, najlepszym rozwiązaniem jest pójście do pracy – przekonuje Piotr Pawłowski, prezes Stowarzyszenia Integracja. – Zmiana kulturowa i technologiczna sprawiły, że dużo większa niż 10-20 lat temu jest dostępność pracy dla osób niepełnosprawnych. To także zmiana podejścia do niepełnosprawności , bo teraz patrzy się na możliwości, a nie na ograniczenia.
Z danych GUS-u wynika, że w I kwartale 2015 roku dla osób niepełnosprawnych w wieku produkcyjnym wskaźnik zatrudnienia i współczynnik aktywności zawodowej wyniosły odpowiednio 22 i 26 proc, zaś stopa bezrobocia sięgnęła 16 proc.
Zdaniem Pawłowskiego istotne jest, by nie zamykać się w czterech ścianach i nie traktować niepełnosprawności jako końca życia, ale by zaakceptować chorobę i starać się spełnić zawodowo.
– W Polsce są takie możliwości, a pracodawcy są otwarci. Jest dużo organizacji pozarządowych jak choćby Integracja, która pomaga przeprowadzić taką osobę przez trudną drogę do znalezienia pracy, przygotowania się do niej, przygotowania pracodawcy do podjęcia współpracy – ocenia prezes Stowarzyszenia. – Sam mogę poruszać zaledwie jedną ręką, a prowadzę 40-osobowy zespół w Integracji. Dla mnie to też pewnego rodzaju pomysł na życie. Siedzenie w domu jest naprawdę najgorszym rozwiązaniem – dodaje.
Toyota walczy o klientów firmowych. Liczy na co najmniej 30-proc. wzrost sprzedaży w tym segmencie
Sprzedaż samochodów do firm w ostatnich miesiącach rośnie w tempie 20-proc. Zwiększa się także ich udział w rynku – w miesiącach wakacyjnych do 68 proc. Koncerny samochodowe spodziewają się, że klienci firmowi zdominują rynek również jesienią. Toyota liczy na ok. 30-proc. wzrost sprzedaży dzięki nowej ofercie, która umożliwi przedsiębiorcom zakup auta taniej o podatek VAT.
Jeszcze przed rokiem zakupy klientów firmowych miały 63-proc. udział w rynku i był to rekordowo wysoki poziom. W tym roku ich waga jest jeszcze większa – w okresie od początku lipca do końca sierpnia sprzedaż aut do firm stanowiła 68 proc. rynku. Producenci samochodów prognozują, że kolejne miesiące także będą zdominowane przez klientów instytucjonalnych.
– Widzimy, że rynek samochodów dla firm rośnie systematycznie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Pawlak, prezes zarządu Toyota Motor Poland. – Czerwiec, lipiec i sierpień to były miesiące, kiedy rynek rósł w tempie 20-25 proc. Teraz, w związku z tym, że warunki zakupu stały się bardziej atrakcyjne, liczymy na to, że będzie na poziomie minimum 25-30 proc.
Nowe warunki zakupu wiążą się z ofertą rabatową Toyoty „100 proc. VAT wraca bez krat”, która ma przyciągnąć do salonów więcej przedsiębiorców. Według przepisów podatkowych firma może odliczyć 50 proc. podatku VAT, jeśli nabyty pojazd związany jest z prowadzoną działalnością gospodarczą. Toyota udziela dodatkowego rabatu w wysokości kolejnych 50 proc. podatku VAT dla danego modelu. Z oferty koncernu mogą skorzystać również firmy, które nie są płatnikami VAT, w tym np. grupy zawodowe (lekarze czy prawnicy).
Oczekiwanie większej sprzedaży przez Toyotę jest uzasadnione – ubiegłoroczne trwające przez trzy miesiące okienko kratkowe zdecydowanie ożywiło rynek.
– Na początku 2014 roku na skutek zmiany przepisów mieliśmy krótką możliwość kupienia samochodu taniej o podatek VAT – tłumaczy Jacek Pawlak. – Wielu przedsiębiorców kupiło wtedy auta z kratką, z homologacją ciężarową, odliczając 22-proc. VAT.
Przez trzy pierwsze miesiące 2014 roku – według danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów – salony samochodowe opuściło ponad 97,6 tys. nowych wozów, o 29 proc. więcej niż rok wcześniej. Nabywcy instytucjonalni kupili w tym czasie o 44 proc. więcej samochodów niż w I kwartale 2013 roku.
– Dziś mamy nową ofertę, dużo bardziej atrakcyjną niż wtedy. Można kupić auto nie tylko tańsze o podatek VAT, lecz także bez kratki, która wiąże się z wieloma niedogodnościami – podkreśla Pawlak.
Montaż kratki, czyli konstrukcji, która ażurowym przepierzeniem oddziela tył samochodu od części pasażerskiej, był warunkiem uzyskania przez przedsiębiorców korzystniejszych zasadach podatkowych.
– Przez kratkę nie można przewozić dłuższych przedmiotów, często w związku z tym był unieruchomiony podłokietnik, a dodatkowo za kratkę trzeba było zapłacić między 2,5 a 3,5 tys. zł – mówi prezes zarządu Toyota Motor Poland. – Dziś nie ma kratki, nie potrzeba homologacji ciężarowej, a można kupić taniej o podatek VAT.
Dodatkowo, zgodnie z przepisami, które weszły w życie 1 lipca br., przedsiębiorcy mają możliwość odliczenia 50 proc. VAT od paliwa. Wcześniejsze przepisy podatkowe umożliwiły także odliczenie 50 proc. VAT od kosztów eksploatacyjnych, np. związanych z serwisowaniem samochodu.
Oferta Toyoty obejmuje niemal wszystkie modele, w różnych specyfikacjach. Największe upusty dotyczą jednak modeli w specjalnie opracowanych specyfikacjach Business Edition.
Projekty ustaw mające ukrócić nieuczciwe praktyki handlowe mogą utrudnić funkcjonowanie UOKiK
Nieuczciwe praktyki handlowe to bolączka dostawców produktów rolno-spożywczych, mocno odczuwają je zwłaszcza małe i średnie zakłady przetwórstwa. Dlatego partie polityczne proponują projekty ustaw, które mają je ukrócić. Nakładają m.in. nowe obowiązki na prezesa UOKiK, niestety, może to doprowadzić do zbyt mocnej ingerencji w przepisy o swobodzie gospodarczej. Część przepisów zakłada również, że postępowania mogłyby być wszczynane nie tylko z urzędu, lecz także na wniosek. W efekcie może to oznaczać spowolnienie lub paraliż pracy UOKiK.
Umowy, które umożliwiają narzucanie słabszej stronie dodatkowych zobowiązań i dodatkowe opłaty nakładane na dostawców utrudniają rozwój polskiego przetwórstwa. Brakuje rozwiązań, które chroniłyby producentów. Prawo i Sprawiedliwość już zapowiada, że jeśli wygra wybory, to wprowadzi zmiany legislacyjne, które ukrócą nieuczciwe praktyki. W lipcu do Komisji Gospodarki Sejmu został skierowany projekt ustawy przygotowany przez posłów Polskiego Stronnictwa Ludowego. Nakłada on nowe obowiązki na prezesa UOKiK, który w przypadku stosowania nieuczciwych praktyk miałby wydawać decyzje administracyjne i nakładać kary finansowe.
– Pojawia się temat związany ze stworzeniem superprezesa, który miałby zajmować się wszystkimi problemami związanymi z funkcjonowaniem rynku, a powinien się zajmować interesem publicznym. Projekt dotyczy relacji indywidualnych pomiędzy konkretnym dostawcą a konkretnym odbiorcą. Wydaje się, że to jest zbyt daleko idące zmiany w stosunku do zasady swobody gospodarczej, która powinna obowiązywać między przedsiębiorcami – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Joanna Affre, adwokat w Kancelarii Affre i Wspólnicy.
Prawniczka przypomina, że przedsiębiorca, którego interesy zostały naruszone w wyniku nieuczciwej konkurencji, może dochodzić swoich roszczeń na drodze sądowej. Może żądać zaniechania niedozwolonych działań, usunięcia jego skutków czy naprawienia wyrządzonej szkody. Z takimi roszczeniami może też wystąpić organizacja, która chroni interesy przedsiębiorców.
– Obecnie przedsiębiorcy bez względu na to, do jakiej kategorii dostawców należą i jakie produkty produkują, mogą występować z roszczeniami do sądów cywilnych na podstawie ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. A teraz te konkretne dwie kategorie producentów, tj. rolnych i spożywczych, zyskałyby dodatkowe uprawnienia. Byliby oni więc w o wiele bardziej korzystnej sytuacji niż inni dostawcy – podkreśla Affre.
Projekt ustawy przygotowanej przez PSL zakłada, że za nieuczciwą praktykę mogłaby zostać uznana sprzedaż produktów po cenie niższej od ceny nabycia. Eksperci natomiast przypominają, że cena powinna być regulowana tylko sytuacją rynkową. Projekt przewiduje również, że obowiązki, jakie będą spoczywały na przedsiębiorcach, będą takie same, niezależnie od ich wielkości. Może to uderzyć w mniejszych przedsiębiorców.
Joanna Affre wskazuje, że projekt PSL-u może też utrudnić funkcjonowanie UOKiK.
– Obecnie wszelkie postępowania prowadzone przez prezesa są wszczynane z urzędu. Natomiast projekt przewiduje również wszczynanie tych postępowań na wniosek. W 2007 roku, kiedy ustawa była nowelizowana, specjalnie usunięto tryb wnioskowego wszczynania postępowań, bo urząd był wówczas sparaliżowany. Nie mógł zajmować się istotnymi kwestiami, bo rozstrzygał postępowania wnioskowe, w których przedsiębiorcy próbowali dochodzić swoich partykularnych interesów – tłumaczy ekspertka.
Polacy mają ograniczony dostęp do rehabilitacji. Czas oczekiwania to ponad pół roku
Zbyt późne rozpoczęcie rehabilitacji może sprawić, że będzie ona nieskuteczna. Polscy pacjenci muszą jednak czekać na nią nawet 7-8 miesięcy, mimo że mają skierowania od lekarza ortopedy. Próbując samodzielnie znaleźć pomoc, często padają ofiarą niewykwalifikowanych fizjoterapeutów. Zdaniem specjalistów winę ponosi wadliwy system usług refundowanych przez NFZ w zakresie rehabilitacji oraz brak ustawy o zawodzie fizjoterapeuty.
Po przebytym urazie pacjent może skorzystać ze świadczeń rehabilitacji leczniczej refundowanej przez NFZ. Zgodnie z obecnym systemem nawet jeśli chory otrzyma skierowanie od lekarza ortopedy, musi dodatkowo udać się do lekarza ze specjalizacją rehabilitacja, który potwierdzi konieczność rehabilitacji. Takich lekarzy w Polsce jest tylko nieco ponad 2 tys., a ośrodków, które mają podpisaną umowę na rehabilitację w ramach NFZ – 5,1 tys. W efekcie średni czas oczekiwania na wizytę wynosi ponad pół roku.
– Pan Kowalski zamiast rozpocząć rehabilitację niezwłocznie, musi czekać ok. 7 miesięcy na wizytę u lekarza rehabilitacji, a po tejże wizycie w ciągu najpóźniej 1-2 tygodni rozpoczyna rehabilitację. Ale to 7 miesięcy jest czasem determinującym o skuteczności rehabilitacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Marek, kierownik Centrum Kompleksowej Rehabilitacji.
Z medycznego punktu widzenia tak długi czas oczekiwania może zniweczyć szanse chorego na powrót do pełnej sprawności. Aby rehabilitacja miała sens, chory musi rozpocząć ją jak najszybciej po urazie, ewentualnie po zdjęciu gipsu. Podstawą jest fizjoterapia/”>fizjoterapia, który stanowi 90 proc. wszystkich działań rehabilitacyjnych.
W Polsce jest blisko 70 tys. fizjoterapeutów – jest to trzecia najliczniejsza grupa zawodowa w ramach służby zdrowia. Ze względu na regulacje prawne dotarcie do nich zajmuje jednak wiele miesięcy. Pacjenci szukają więc pomocy na własną rękę, poza Narodowym Funduszem Zdrowia, przez co natrafiają na kolejny problem, czyli osoby świadczące usługi fizjoterapeutyczne bez odpowiedniego wykształcenia medycznego.
– Przez brak ustawy o zawodzie fizjoterapeuty każdy może otworzyć działalność fizjoterapeutyczną. Stolarz, mechanik, ale też oczywiście i fizjoterapeuta. Nasz system pozwala na to, żeby w ramach działalności gospodarczej każdy, nawet ktoś kto nie ma wykształcenia fizjoterapeutycznego, otworzył działalność gospodarczą pod tytułem działalność fizjoterapeutyczna – mówi Tomasz Marek.
Korzystanie z usług osoby, która nie ma właściwego przygotowania zawodowego, może prowadzić do poważnego uszczerbku na zdrowiu. Pacjenci mają jednak ograniczone możliwości sprawdzenia kompetencji osoby podającej się za fizjoterapeutę, zwłaszcza że w Polsce nie ma rejestru fizjoterapeutów i wykazu ich kwalifikacji zawodowych. Dlatego od wielu lat środowisko fizjoterapeutów próbuje doprowadzić do wprowadzenia w życie ustawy o zawodzie fizjoterapeuty.
– Dopiero teraz, kiedy ustawa przeszła kolejną komisję i podkomisję zdrowia w Sejmie, wyszło szydło z worka i poznaliśmy prawdziwego hamulcowego tejże ustawy. Okazało się, że są to lekarze rehabilitacji, którzy – moim zdaniem błędnie – obawiali się, że ich pozycja jest zagrożona, że mogliby zostać pominięci jako pośrednicy w fizjoterapii. To, co w tej chwili jest usankcjonowane, pozwala im na funkcjonowanie jak pączek w maśle, bo jest ich około 2 tys., a ośrodków, które muszą wykazać, że zatrudniają te osoby, jest ponad 5 tys. – mówi Tomasz Marek.
Zdaniem specjalistów ustawa o zawodzie fizjoterapeuty miałaby też inne pozytywne skutki, zarówno dla fizjoterapeutów, jak i dla pacjentów. Pomogłaby bowiem wprowadzić nowoczesne metody postępowania w zakresie rehabilitacji.
Z roku na rok rośnie liczba robotów w przemyśle. W 2017 roku może być ich na świecie ponad 2 miliony
W 2014 roku wdrożono ponad 200 tys. robotów przemysłowych. To o 15 proc. więcej niż rok wcześniej. Szacuje się, że w 2017 roku liczba robotów na świecie przekroczy 2 miliony. Maszyny są codziennością w branży produkcyjnej, wkraczają też w inne sfery życia. Mogą diagnozować choroby i opiekować się osobami starszymi. Trwają także prace nad stworzeniem w pełni automatycznego samochodu. Roboty coraz częściej zastępują ludzi, jednak eksperci podkreślają, że nie należy się obawiać ich ekspansji.
– Roboty nas otaczają. Dotychczas wszyscy myśleli o robotach jako o stworzeniach humanoidalnych, ale przecież czym jeśli nie robotem jest inteligentny dom, który może być zarządzany przez smartfon i reguluje wszystko, co jest w domu: od otwarcia bramy garażowej, przez zasunięcie rolet, aż po zamówienie cateringu do lodówki – mówi agencji Newseria Biznes Jaromir Paszek, menadżer ds. kontraktów w Biurze Projektowania Systemów Cyfrowych (BPSC).
Roboty są coraz częściej wykorzystywane w różnych dziedzinach życia. Od kilku lat są niezbędne w produkcji – w fabryce na południu Chin, w Dongguan, cały proces produkcji obsługuje 60 robotów. Każdy z nich wykonuje pracę kilku osób.
Dane Międzynarodowej Federacji Robotyki wskazują, że liczba maszyn cały czas rośnie. W 2013 roku wprowadzono ich ponad 178 tys., a w ubiegłym roku już 200 tys. To ponadtrzykrotnie więcej niż jeszcze 20 lat temu. Do 2017 roku będzie pracować już 2 mln robotów.
– Automatyzacji uległy już wszystkie procesy biznesowe, które wymagały pracy w trudnych warunkach, niebezpiecznej dla człowieka czy powtarzalnych czynności. Praktycznie nie ma już przestrzeni, w której robot nie znalazłby swojego miejsca. Google pracuje nad automatycznym samochodem, czyli robotem, który zawiezie nas z punktu A do punktu B – zaznacza ekspert.
Największy poziom automatyki ma branża motoryzacyjna, rośnie on jednak w innych gałęziach przemysłu. Roboty zaczynają być również wykorzystywane w innych dziedzinach, m.in. w outsourcingu czy ochronie zdrowia. Zaprojektowane zostały m.in. maszyny, które diagnozują choroby.
Maszyny są bardziej efektywne i w tańsze niż ludzie. Większość z nas (63 proc.), jak wynika z badań portalu Monster.com, nie boi się jednak, że zastąpią ich maszyny. Zdaniem eksperta – słusznie.
– Nasze kompetencje uczuciowe są chyba na szczęście nieprzekładalne na język cyfrowy. Działamy analogowo i niech tak zostanie – ocenia.
Automatyzacja może nieść ze sobą zagrożenia. To przede wszystkim błędy w programowaniu czy wprowadzonym algorytmie. Zdarzały się już przypadki, kiedy robot spowodował śmierć pracownika. Część osób boi się rosnącego znaczenia maszyn, które z upływem lat potrafią coraz więcej.
– Pojawiają się opinie, że z każdym rokiem o 1,5 proc. wzrasta inteligencja robotów. Biorąc startową 100 proc., może się okazać, że za 20-30 lat inteligencja sztuczna przewyższy tę ludzką – mówi Jaromir Paszek.
Banknot kolekcjonerski Jan Długosz
W 2015 roku mija 600 lat od urodzin Jana Długosza, jednego z najwybitniejszych historyków średniowiecznych, pisarza, geografa i dyplomaty. Z tej okazji Narodowy Bank Polski wyemitował banknot kolekcjonerski o nominale 20 zł., który wyprodukowała Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych.
Banknot upamiętniający 600. rocznicę urodzin Jana Długosza to pierwszy polski banknot wydrukowany na specjalnym papierze umożliwiającym zastosowanie techniki grawerowania laserowego oraz zawierającym kod 2D wykonany tą techniką. Zastosowanie kodu 2D jest rozwiązaniem innowacyjnym, umożliwiającym natychmiastowe pozyskanie informacji o tematyce banknotu i jego zabezpieczeniach.
Więcej informacji na stronie intermetowej NBP – http://dlugosz.nbp.pl
Komentarz walutowy z 04.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Komentarz walutowy z 04.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 04.09.2015
Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.
Dachser przygotowuje nową siedzibę dla swojego podpoznańskiego oddziału
Magazyn wraz z biurem będzie się znajdował w Gądkach, tuż przy trasie szybkiego ruchu S11 i autostradzie A2. Otwarcie nowego oddziału planowane jest na jesień 2015 roku.

Powstający w kompleksie logistycznym MLP Poznań oddział będzie składał się z dwukondygnacyjnego biura o powierzchni 1 tys. mkw. oraz magazynu o powierzchni blisko 7,5 tys. mkw. Tak jak w każdym oddziale Dachser, obsługa magazynowa będzie się odbywać przy użyciu wysokiej klasy, autorskich systemów WMS i TMS operatora. Magazyn o klasie A będzie miał 30 bram załadunkowych (dodatkowo 2 bramy techniczne i 1 ADR). Regały wysokiego składowania są zaplanowane na pomieszczenie 7,5 tys. palet. Na ogrodzonym i strzeżonym terenie będzie znajdował się plac manewrowy wraz z 3 parkingami dla samochodów ciężarowych, zaplanowano również 16 miejsc parkingowych dla naczep oraz 5 miejsc służących do oczekiwania. Obiekt zaprojektowano tak, aby w przyszłości możliwa była jego rozbudowa.
Inwestycja w Gądkach pod Poznaniem jest realizacją kolejnego etapu rozwoju firmy w Polsce – mówi Grzegorz Lichocik, prezes Dachser Sp. z o.o. Wielkopolska, jako jeden z najbardziej dynamicznie rozwijających się gospodarczo regionów Polski, ma dla nas strategiczne znaczenie. Dodatkowo położenie geograficzne Gądek, blisko autostrady w kierunku Niemiec, do których trafia połowa przesyłek z Polski które dostarczamy sprawia, że ta lokalizacja jest dla naszej nie tylko krajowej, ale i europejskiej sieci kluczowa. Będzie to nasz najbardziej nowoczesny oddział w kraju – dodaje Grzegorz Lichocik.
Nowy oddział zastąpi obecną lokalizację operatora w Gądkach. Inwestycja jest realizowana w systemie build-to-suit przez MLP Group jednego, z największych deweloperów powierzchni magazynowo-produkcyjnych w Polsce. Przewidywany termin oddania obiektu do użytku to koniec października 2015 roku.
Firma Dachser zatrudnia w Polsce obecnie 341 pracowników w 8 oddziałach (dwa w Warszawie oraz w Strykowie, Szczecinie, Wrocławiu, Poznaniu, Sosnowcu oraz Gdańsku). Firma specjalizuje się w transporcie ładunków drobnicowych, przewozie ładunków częściowych (LTL) i całopojazdowych (FTL) oraz usługach magazynowania i konfekcjonowania towarów, a także logistyce transportu lotniczego i morskiego.
Wdrożenie „Kluczowych Technologii Wspomagających” wpłynie na konkurencyjność polskiej gospodarki
W Polsce od kilku lat rośnie świadomość konieczności zbudowania strategii badawczo-rozwojowej, dzięki której nasza gospodarka ma szansę stać się bardziej konkurencyjna. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte jej ważnym elementem powinny być zdefiniowane przez Komisję Europejską tzw. Kluczowe Technologie Wspomagające (KET). Dzięki temu polski przemysł i sektor usług staną się bardziej innowacyjne. O znaczeniu KET będzie m.in. mowa podczas zbliżającego się XXV Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju (8-10 września 2015 roku).
Od kilku lat Komisja Europejska zachęca kraje członkowskie do rozwijania i zwiększenia produkcji przemysłowej opartej na tzw. Kluczowych Technologiach Wspomagających (KET). Należy do nich zaliczyć: mikro- i nanoelektronikę, materiały zaawansowane, biotechnologię przemysłową, fotonikę, nanotechnologię i zaawansowane systemy wytwarzania. Według danych KE w tym roku globalny rynek związany z KET może być wart nawet bilion dolarów.
Częstym problemem w krajach UE, w tym w Polsce, jest przejście od etapu nowatorskiego pomysłu, który rodzi się, np. w toku prac naukowych do etapu zdobycia środków finansowych ze źródeł zewnętrznych na jego realizację. W związku z tym wiele wartościowych projektów nie ma szans na urzeczywistnienie. Ta luka innowacyjna została nawet nazwana „Doliną Śmierci”. O próbach przezwyciężenia tego impasu, na który zwraca krajom członkowskim Komisja Europejska, będzie mowa w Krynicy.
„Szczęśliwie każda z kluczowych technologii wspomagających jest bliska potencjałowi polskiej gospodarki. Wyzwaniem będzie jednak zaangażowanie podmiotów prywatnych w inwestycje w te innowacyjne projekty. Ważna jest świadomość, że w pogoni za uciekającą globalną konkurencją, Europa, a szczególnie Polska potrzebuje świadomej polityki badawczo-naukowej. Uruchamiając proces definiowania kluczowych technologii wspomagających, dajemy sobie szansę na koncentrację naszych wysiłków i kapitałów na obszarach, które pozwolą zapewnić przewagę konkurencyjną w następnych dziesięcioleciach i stworzenie znaczącej liczby miejsc pracy” – mówi Tomasz Gondek, Lider R&D Networks i Innovation Consulting w Deloitte, uczestnik panelu „Kluczowe Technologie Wspomagające (KET) – Od Doliny Śmierci do Doliny Krzemowej. Marzenie?”.
Innowacyjność polskiej gospodarki nie będzie jedynym tematem w Krynicy, który odwołuje się do roli państwa. Rafał Antczak, Członek Zarządu Deloitte Consulting weźmie udział w panelu, na którym dyskusja skoncentruje się na konieczności zreformowania administracji i finansów publicznych. Jest to tym bardziej ważne, że sektor rządowy pozostaje istotnym systemowo obszarem funkcjonowania państwa, który nie został znacząco zreformowany w ostatnich 25 latach.
Od kilku lat jednym z wiodących tematów podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy jest pozycja kobiet w życiu społecznym, politycznym i gospodarczym. Tegoroczna dyskusja skoncentruje się na równowadze płci i różnorodności, które budują przewagę konkurencyjną. „Statystyki globewomen.com pokazują, że na 180 krajów na świecie, tylko w dwunastu kobiety sprawują najwyższy urząd prezydenta. Jeszcze mniej kobiet stoi na czele rządów – zaledwie 10. To polityka. A biznes? Tylko 28 kobiet zasiada w fotelu prezesa we wszystkich firmach z listy Fortune 500. W Polsce sytuacja jest podobna. Pod względem zróżnicowania we władzach spółek plasujemy się poniżej średniej unijnej, a udział kobiet w zarządach firm wynosi jedynie 12 proc. Wynika z tego, że nie wykorzystujemy pełnego ekonomicznego potencjału połowy populacji” – mówi Iwona Georgijew, Partner w Deloitte, Liderka Klubu SheXO. „Aby to zmienić, debata na temat różnorodności w polityce i biznesie powinna się toczyć z udziałem mężczyzn, a nie tylko w gronie kobiet – my już jesteśmy przekonane do swoich kompetencji, ambicji i gotowości do brania odpowiedzialności na najwyższych szczeblach. Kobiece gremia są natomiast idealną platformą do budowania koalicji kobiet biznesu oraz dalszego rozwoju kobiecego przywództwa. Robimy to poprzez tworzenie klubów, networking oraz programy mentoringowe” – dodaje.
Jak co roku firma Deloitte wciela się w rolę organizatora jednego z paneli podczas krynickiego forum. W tym roku będzie to „Zrównoważony rozwój biznesową i społeczną strategią sukcesu”.
Stosowanie strategii opartej na zrównoważonym rozwoju jest nie tylko wyzwaniem, ale także źródłem możliwości i szans, które dobrze wykorzystane mogą stać się podstawą sukcesu dla wielu firm i organizacji. Uczestnicy panelu odpowiedzą na pytanie, w jaki sposób zachować równowagę pomiędzy dążeniem do osiągnięcia sukcesu i wzrostu a dbałością o pozytywne relacje z otoczeniem i interesariuszami. Dyskusję poprowadzi Irena Pichola, Partner w Deloitte, Lider Zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej. Oprócz niej w panelu wezmą udział: Joanna Makowiecka-Gaca (Prezes Polimex-Mostostal), Grzegorz Zawada (Wiceprezes Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie), Igor Matejov (Członek Zarządu, Dyrektor ds. Rynku Biznesowego, T-Mobile Polska), Mikkel Skott Olsen (Dyrektor ds. Odpowiedzialnego Biznesu, VELUX Group), Jock Mendoza-Wilson (Dyrektor ds. Stosunków Międzynarodowych i Inwestorskich, System Capital Management), Jarosław Sobczyk (Dyrektor Personalny, Jeronimo Martins Polska) oraz Magdalena Brzezińska (Kierownik Działu Korporacyjnego, Grupa Żywiec).
Polnord SA: Ruszyła sprzedaż mieszkań IV etapu osiedla 2 Potoki
Czwarty, ostatni już etap inwestycji 2 Potoki, zlokalizowanej w południowej części Gdańska, właśnie trafił do sprzedaży. W jego ramach do oferty wprowadzono 96 mieszkań w metrażach od 36 do 63 m kw. Zakończenie budowy planowane jest na IV kwartał 2016 r.
W ramach IV etapu inwestycji rozpoczęto sprzedaż 96 funkcjonalnie zaprojektowanych mieszkań, rozlokowanych w trzech czterokondygnacyjnych budynkach, oraz 115 zewnętrznych miejsc parkingowych. Dwu- i trzypokojowe lokale mają powierzchnię od 36 do 63 m kw., a każdy z nich posiada balkon lub, w przypadku mieszkań usytuowanych na parterze, ogródek. Ceny zaczynają się już od 157 tys. zł za mieszkanie dwupokojowe oraz 196 tys. zł za trzypokojowe. W ofercie dostępna jest opcja wykończenia pod klucz na indywidualnie zamówienie. Koszt wykończenia może zostać wliczony w cenę mieszkania i skredytowany w ramach programu MdM. Lokale będą gotowe do odbioru już w IV kwartale 2016 r. Generalnym wykonawcą IV etapu budowy jest Korporacja Budowlana Dom.

Usytuowane pośród wzgórz i licznych terenów rekreacyjnych osiedle 2 Potoki stanowi idealną lokalizację zarówno dla singli, szukających spokoju i odpoczynku od miejskiego zgiełku, jak i rodzin, dla których priorytet stanowią bezpieczeństwo i komfort. Inwestycja znajduje się zaledwie 4 km od centrum Gdańska. Szybki i sprawny dojazd do wszystkich punktów Trójmiasta zapewnia bliskość dwóch obwodnic oraz trasy Armii Krajowej, a także świetnie funkcjonująca komunikacja miejska – spacer do przystanku autobusowego zajmuje zaledwie minutę. Od 2017 r. do dyspozycji mieszkańców będzie również linia tramwajowa.
Zaprojektowane przez renomowane Pomorskie Biuro Projektów GEL osiedle posiada prywatne place zabaw oraz parkingi z miejscami przypisanymi do mieszkań. Kameralna zabudowa i duże odległości pomiędzy budynkami zapewniają wszystkim mieszkańcom prywatność. W najbliższym sąsiedztwie znajdują się przedszkola, szkoły i gimnazja, a także liczne punkty usługowe oraz galerie handlowe. Te atuty sprawiają, że osiedle 2 Potoki doskonale wpisuje się w aktualne potrzeby rynkowe. Możliwość skorzystania z rządowego programu MdM oraz programie „Gwarancji Najniższej Ceny” (szczegółowe informacje na stronie internetowej) dodatkowo podnoszą atrakcyjność inwestycji.
Polskie obligacje podążają w ślad za zagranicą
Ostatni krach na chińskiej giełdzie miał znaczny wpływ na światowe rynki akcji i surowców. Jednak rynki finansowe to system naczyń połączonych – negatywny sentyment przełożył się także na polskie obligacje. Trzeba jednak pamiętać, że potencjał naszych obligacji skarbowych – podobnie jak całej tej klasy aktywów globalnie – pozostaje ograniczony już od wielu miesięcy. Co prawda trend nie jest jeszcze silny i zdarzają się w nim okazje do zarobku, jednak znajdujemy się w otoczeniu podwyżek stóp procentowych na świecie. A to generalnie nie sprzyja obligacjom. Chiny wprowadziły do tego obrazu dodatkowy czynnik niepewności. Zmienność wzrosła na rynkach zarówno rozwiniętych (USA, Niemcy), jak i wschodzących, a odłamki po tym wybuchu uderzyły siłą rzeczy również w polski rynek długu. W ciągu kilku sesji rentowność 10-letnich papierów rządowych wzrosła z 2,7% do około 3% i teraz utrzymuje się nieco poniżej tego progu. Obecnie trudno jednoznacznie stwierdzić, w jakim kierunku podążą rentowności. Wciąż jest zbyt wiele niewiadomych.

Największy wpływ na kształtowanie się cen polskich obligacji w kolejnych miesiącach będzie miał przede wszystkim Fed oraz kształt polskiej sceny politycznej po jesiennych wyborach parlamentarnych. Co do podwyżki stóp w USA, inwestorzy spekulują, że odsunie się ona w czasie. Moim zdaniem wciąż nie jest jednak wykluczone, że Fed rozpocznie zacieśnianie polityki pieniężnej zgodnie z planem – we wrześniu. Szczególnie że dane z amerykańskiej gospodarki potwierdzają jej siłę. Jeśli zaś chodzi o ryzyko polityczne w Polsce, uważam, że proponowane podatki oraz ustawy w rzeczywistości okażą się dużo bardziej racjonalne niż przedwyborcze obietnice (niezależnie od tego, która partia zdobędzie większość).
Nie obawiałbym się też Rady Polityki Pieniężnej. Niższe ceny paliw mogą w pewnym stopniu skompensować wyższe ceny żywności, dzięki czemu nie grozi nam wzrost inflacji (ta wciąż znajduje się poniżej zera). W rezultacie stopy procentowe w Polsce powinny pozostać niezmienione przez dłuższy czas. Jeśli tak będzie, to przynajmniej z tej strony nie pojawi się presja na wzrost rentowności polskich obligacji skarbowych.
Kto się boi nowych uprawnień Prezesa UOKiK?
Nowelizacja ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, przyznająca Prezesowi UOKiK szereg nowych uprawnień, wzbudziła liczne kontrowersje w świecie biznesu. Czego obawiają się przedsiębiorcy i branża finansowa?
Znowelizowana ustawa o ochronie konkurencji i konsumentów, przyjęta na początku sierpnia 2015 roku przez Sejm, ma zwiększyć ochronę konsumentów głównie na rynku usług finansowych. Ustawodawca, przygotowując nowelizację ustawy, kierował się głównie chęcią wzmocnienia ochrony konsumentów na rynku usług finansowych. Jednocześnie ustanowił szereg nowych uprawnień dla Prezesa UOKiK. Dlaczego ich nadanie budzi wątpliwości?
Władza w jednych rękach
Obawy przedstawicieli, zwłaszcza z branży finansowej, budzi przekazanie tak dużych uprawnień na ręce Prezesa UOKiK. Nowe przepisy przewidują m.in. przyznanie mu prawa do dokonywania zakupu kontrolowanego poprzez wprowadzenie instytucji tajemniczego klienta. Będzie on mógł korzystać z tego instrumentu jedynie za zgodą Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. – Rozwiązanie ma na celu umożliwienie skontrolowania informacji, jakie są przekazywane na etapie przedkontraktowym. Należy podkreślić, że Prezes Urzędu nie będzie mógł stosować prowokacji, a jedynie sprawdzić sposób oferowania produktu lub usługi oraz samą procedurę zawierania umowy, szczególnie w przypadku wszelkich praktyk, które mogą naruszać zbiorowe interesy konsumentów – mówi Rafał Stępniewski z Rzetelnyregulamin.pl. – Zwiększenie uprawnień Prezesa ma być odpowiedzią na misseling, czyli wprowadzanie klientów w błąd przy zawieraniu umów, zwłaszcza w przypadku produktów finansowych, w tym popularnych polisolokat – dodaje Stępniewski.
Kolejnym uprawnieniem będzie możliwość rozstrzygania o niedozwolonym charakterze postanowienia wzorca umowy w decyzji administracyjnej i na jej podstawie wydania zakazu jego dalszego wykorzystywania. Nowa ustawa wyposaża Prezesa UOKiK w kompetencję administracyjnego usuwania z umów klauzul niedozwolonych, a także możliwość wyrażenia swojego poglądu w indywidualnej sprawie przed sądem powszechnym, jeśli będzie za tym przemawiać interes publiczny. Prezes UOKiK będzie mógł określić środki usunięcia skutków naruszenia zakazu stosowania postanowień niedozwolonych, np. poinformowanie konsumentów będących stronami umów o uznaniu klauzuli za niedozwoloną. Decyzje UOKiK uznające postanowienie za niedozwolone będą mieć skutek tylko w stosunku do przedsiębiorcy, który je stosuje oraz wobec wszystkich konsumentów, którzy zawarli z nim umowę na podstawie wzorca wskazanego w decyzji. Dodatkowym uprawnieniem Prezesa UOKiK będzie możliwość wydawania decyzji tymczasowych na wzór postępowań w sprawie praktyk ograniczających konkurencję. Jeszcze w toku postępowania w sprawie naruszenia zbiorowych interesów konsumentów decyzja tymczasowa zobowiąże przedsiębiorcę do zaniechania określonych działań. Decyzja tymczasowa będzie wydawana na czas nie dłuższy niż do wydania decyzji kończącej postępowanie w sprawie.
Przeciwnicy zmian
Propozycje rozszerzenia uprawnień Prezesa UOKiK przedstawione w noweli ustawy spotkały się z krytyką organizacji reprezentujących biznes, zdaniem których ingerują one za daleko w prawa przedsiębiorców i dają Prezesowi UOKiK zbyt dużą władzę. Znaczna cześć nowych regulacji została skrytykowanych już w toku konsultacji publicznych przez przedstawicieli branży finansowej i organizacje przedsiębiorców. Duże niezadowolenie przedsiębiorców wzbudza szybki proces przygotowania zmian, który np. zdaniem Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, nie pozwolił na przeprowadzanie wystarczających konsultacji. Niektóre organizacje zwróciły uwagę, że na początku roku weszła w życie nowela prawa ochrony konkurencji i konsumentów, także zwiększająca prerogatywy Prezesa UOKiK. Według Business Center Club nie występują żadne rzeczowe argumenty dla kolejnego, jeszcze większego wzmocnienia kompetencji Prezesa UOKiK. Izba Domów Maklerskich wskazuje, że powinien być jeden organ, który ma kompetencje w zakresie określania funkcjonowania rynku finansowego. W przeciwnym razie może to doprowadzić do różnych interpretacji w stosowaniu przepisów odnoszących się mi.in. do Dyrektywy MIFID (Dyrektywa MiFID obejmuje szeroki zakres usług inwestycyjnych oraz instrumentów finansowych), której reżimem objęte są instytucje finansowe.
Obawy o nadużycia
Największe kontrowersje wzbudza przyznanie Prezesowi UOKiK uprawnienia do wydawania w toku postępowania w sprawie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów decyzji nakazującej przedsiębiorcy zaniechanie określonych działań. Przedsiębiorcy uważają, że projektowane przepisy stwarzają niebezpieczeństwo, iż uprawnienie to może być nadużywane, stając się narzędziem arbitralnego wpływania na praktykę gospodarczą przedsiębiorców, a nawet szczególnego rodzaju szantażu gospodarczego. Przedsiębiorcy obawiają się, że decyzja Prezesa UOKiK podlegać będzie wykonaniu pomimo jej zaskarżenia, a przed wydaniem decyzji, stronie nie będzie przysługiwać prawo do wypowiedzenia się co do zebranych dowodów i materiałów oraz zgłoszonych żądań. Przedstawiciele świata biznesu uważają, że nowelizacja ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów niesie za sobą, zbyt daleko idące ograniczenie podstawowych praw przedsiębiorcy.
Prawnicy wobec zmian
Tymczasem środowisko prawnicze patrzy na nadchodzące zmiany z większym optymizmem. – Nowe regulacje mogą wywołać pozytywne skutki również dla przedsiębiorców, przyczyniając się do zwiększenia pewności prawnej przy zawieraniu umów z konsumentami – uważa Rafał Stępniewski z Rzetelnyregulamin.pl. – Pamiętajmy, że nowa ustawa ma na celu przede wszystkim zwiększyć ochronę konsumentów na rynku finansowym. Ustawodawcy zależy głównie na tym, by decydując się na wybór usługi finansowej konsument czuł się bezpiecznie i nie był narażony na nieuczciwe praktyki ze strony przedsiębiorców – tłumaczy Stępniewski. Jeżeli to się stanie, będzie można mówić o korzyściach zarówno dla konsumentów jak i przedsiębiorców, które przyniesie zmiana ustawy. Należy pamiętać, że wzmocnienie bezpieczeństwa konsumentów, może pozytywnie wpłynąć na kondycje przedsiębiorców działających w tej branży.
Nowoczesne technologie kreują nowe miejsca pracy
Warszawa, 3 września 2015 r. – W 1901 roku w Anglii i Walii żyło 32,5 mln ludzi, z czego 200 tys. zawodowo zajmowało się praniem. W 2011 roku przy populacji wynoszącej 56,1 mln ludzi już tylko 35 tys. osób pracowało w zawodach związanych z tym zajęciem. Od lat trwa dyskusja czy nowe technologie i związana z nimi automatyzacja, destrukcyjnie działają na rynek pracy czy wręcz przeciwnie. Badania ekspertów firmy doradczej Deloitte dowodzą, że ma to wpływ na likwidację miejsc pracy, ale jedynie w branżach wymagających siły fizycznej, m.in. w produkcji i rolnictwie. Jednocześnie postęp technologiczny prowadzi do wzrostu siły nabywczej konsumentów, co wpływa pozytywnie na tworzenie nowych usług i związanych z nim miejsc pracy – to główne wnioski z raportu Deloitte „Technology and people: The great job-creating machine”.
Ekonomiści brytyjskiego oddziału Deloitte: Ian Stewart, Debapratim De oraz Alex Cole na podstawie spisów ludności przeprowadzonych w Anglii i Walii pomiędzy 1871 a 2011 rokiem przeanalizowali transformację tamtejszego rynku pracy. „Od dłuższego czasu nie ma zgody co do tego, czy technologia wpływa na liczbę miejsc pracy pozytywnie czy negatywnie. Skoro nie jesteśmy w stanie przewidzieć kierunku rozwoju nowych technologii i jego skutków, to tym bardziej nie będziemy w stanie ocenić ich ewentualnego przełożenia na sytuację na rynku pracy. Okazało się jednak, że odpowiedzi na nurtujące nas pytania przynosi historia, stąd decyzja o przeprowadzeniu tej analizy” – wyjaśniają autorzy badania.
Ekonomiści Deloitte przytaczają badania PEW Foundation, które pokazują, że 48 proc. ekspertów technologicznych w USA wierzy, że roboty i maszyny zastąpią znaczną liczbę pracowników i doprowadzą do masowego bezrobocia. Niektóre prognozy wskazują, że tylko w samej Wielkiej Brytanii aż 35 proc. miejsc pracy może ulec automatyzacji w ciągu najbliższych 10-20 lat. Wśród „zagrożonych” branż wymienia się, m.in. handel (automatyczne samoobsługowe kasy sklepowe).
Badania ekspertów Deloitte pokazały, że na przestrzeni lat rzeczywiście istniały sektory, w których na skutek rozwoju technologii zatrudnienie zostało ograniczone. Tak stało się w branży produkcyjnej i rolnictwie, które niegdyś opierały się na pracownikach fizycznych. W 1871 roku w Anglii i Walii zawody, w których wykorzystywana jest siła fizyczna stanowiły 23,7 proc. wszystkich profesji. W 2011 roku odsetek ten wynosił już jedynie 8,3 proc. Szczególnie szybkie spadki nastąpiły w ostatnich latach. Pomiędzy 1992 a 2011 rokiem liczba robotników rolnych spadła o 50 proc.
Sytuacja wygląda podobnie w przypadku rzemieślnictwa. W tym samym czasie liczba szewców i zawodów pokrewnych spadła o 82 proc., tkaczy o 79 proc. Analogiczna sytuacja nastąpiła w przypadku profesji wypieranych przez komputery. Liczba maszynistek i stenotypistek spadła o 57 proc.
Nowoczesne technologie wpływają na rynek pracy i zmieniają profil pracownika (zobacz raport Deloitte „Trendy HR 2015 – Nowy świat pracy”). Rosnąca automatyzacja rzeczywiście oznacza zastąpienie ludzi przez roboty w niektórych profesjach i branżach. Nie zawsze jednak wiąże się to z redukcją zatrudnienia. Wpływ komputerów na pracę to nic nowego, choć wymiar tego zjawiska przybiera na sile. Tempo innowacji sugeruje, że technologie, które wydają się odległą przyszłością, wejdą w życie dużo szybciej niż się spodziewamy, ale będzie to stosunkowo długi proces i tempo wdrożenia w każdym kraju będzie inne. Ponadto automatyzacji przyświeca zasada, że maszyny to partnerzy w miejscu pracy, a nie konkurencja.
Z analizy Deloitte UK wynika, że szybki wzrost nowych miejsc pracy nastąpił w innych usługach, w tym finansowanych z budżetu państwa. I tak pomiędzy 1992 a 2011 rokiem liczba nauczycieli w Anglii i Walii wzrosła o 580 proc., pielęgniarek o 909 proc., a pracowników socjalnych o 183 proc. Zawody związane z opieką w 1871 roku stanowiły jedynie 1,1 proc., a w 2011 roku już 12,2 proc. Podobnie szybki wzrost nastąpił w branżach związanych z technologią oraz biznesem.
Autorzy badania po przeanalizowaniu danych statystycznych wyodrębnili cztery mechanizmy oddziaływania nowoczesnych technologii na rynek pracy:
- Technologie zastępują miejsca pracy, ale te opierające się na sile mięśni, pracy fizycznej. W 1871 roku 6,6 proc. osób było zakwalifikowanych jako pracownicy zatrudnieni w rolnictwie. W 2011 było to już jedynie 0,2 proc. W ciągu 140 lat, na skutek rozwoju technologii i automatyzacji, nastąpił spadek zatrudnienia w tym sektorze o 95 proc. Z kolei zatrudnienie w produkcji spadło z 38 proc. w 1948 roku do 8 proc. w 2012 roku. Dzięki rozwojowi technologii znacznie wzrosła za to wydajność w obu tych sektorach.
- Tworzą się nowe miejsca pracy dla osób pracujących w sektorze technologicznym. W ciągu ostatnich 35 lat dwie z dziesięciu najszybciej rozwijających się profesji w Wielkiej Brytanii należą do branży technologicznej. Eksperci Deloitte zwracają jednak uwagę, że wzrosty zatrudnienia w niektórych branżach mogą mieć krótkotrwały charakter (np. operatorzy telefoniczni czy telegraficzni).
- Technologie kreują miejsca pracy w sektorach opartych na wiedzy. Rośnie popyt na usługi specjalistyczne, takie jak medycyna, biznes czy profesjonalne usługi marketingowe. W 1871 roku w Anglii i Walii pracowało 9,8 tys. księgowych, w 2011 roku ta liczba wzrosła do ponad 215 tys. osób.
- Technologie obniżają wydatki na podstawowe potrzeby życiowe, budując tym samym popyt na nowe miejsca pracy. Postęp technologiczny, zwiększając produktywność, wpływa pozytywnie na wzrost siły nabywczej konsumentów, co z kolei powoduje powstanie nowych sektorów usług. Mając więcej pieniędzy, ludzie wydają je na zaspokajanie potrzeb związanych z relaksem i wolnym czasem. Eksperci Deloitte przytaczają przykład pracowników barów. Pomiędzy 1951 a 2011 rokiem liczba osób zatrudnionych w tej branży wzrosła czterokrotnie. W 1871 roku jeden fryzjer przypadał na 1793 Anglików i Walijczyków. Obecnie liczba ta spadła do 287 osób. Tendencja ta dotyczy także innych branż. I tak pomiędzy rokiem 1992 a 2011 liczba osób pracujących w rozrywce (m.in. aktorzy, tancerze, reżyserzy) wzrosła o 156 proc.
Należy wziąć pod uwagę także zmiany demograficzne, takie jak wydłużenie średniej długości życia, co wiąże się z większym popytem na usługi związane z pielęgnacją osób starszych oraz zagospodarowaniem ich czasu wolnego.
Tempo wdrażania nowych technologii przyspiesza, a to oznacza, że społeczeństwo musi się przygotować na rosnące bezrobocie technologiczne, czyli wynikające z postępu technicznego. Analiza Deloitte udowadnia, że rynek pracy i jego struktura w gospodarce nie została ustalona raz na zawsze. Są drogi zawodowe, które się zamykają, ale w tym samym czasie otwierają się zupełnie nowe możliwości rozwoju. Większość pracowników powinna stale myśleć o rozwijaniu swoich kompetencji i nie unikać nowości technologicznych. Zmieniająca się gospodarka globalna pokazuje, że praktycznie żaden zawód nie istnieje na zawsze, a sposób jego wykonywania nieustannie podlega modyfikacjom.
„Coraz szybszy rozwój technologiczny to wyzwanie dla pracowników i firm. Dla tych pierwszych oznacza konieczność ciągłego uczenia się i pozostawania w gotowości do zmian, niekiedy nawet w zakresie profesji. Z kolei pracodawcy, aby nadążyć za zmianami, będą musieli stale zatrudniać fachowców o wysokich kwalifikacjach. Tymczasem już dziś na rynku pracy widoczny jest niedobór wysoko wykwalifikowanych kandydatów” – mówi Piotr Palikowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami.
„Kompetencje potrzebne na rynku pracy zmieniają się bardzo dynamicznie właśnie ze względu na postęp technologiczny. Kto jeszcze 15 lat temu przewidywał, że w 2015 roku prawie każda firma potrzebować będzie specjalisty od mediów społecznościowych? Obecnie od pracowników oczekuje się dużej elastyczności oraz gotowości do ciągłego przyswajania nowych informacji, a także zmiany specjalizacji nawet kilka razy w ciągu kariery zawodowej” – podsumowuje Natalia Pisarek, lider zespołu Human Capital Consulting, Deloitte Polska.
Najnowsze zmiany w prawie budowlanym – co oznaczają dla deweloperów i inwestorów?

28 czerwca 2015 r. weszły w życie przepisy modyfikujące ustawę Prawo budowlane. Długo oczekiwana nowelizacja wprowadziła zmiany, które liberalizują dotychczasowe regulacje dotyczące szeroko rozumianego prawa budowlanego. Jakie znaczenie dla deweloperów oraz inwestorów budowlanych mają nowe przepisy? – odpowiada Adam Puchacz, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu.
Po pierwsze nowelizacja redefiniuje pojęcie „obiektu budowlanego”. Aktualnie rozumiane jest ono jako „budynek, budowla bądź obiekt małej architektury, wraz z instalacjami zapewniającymi możliwość użytkowania obiektu zgodnie z jego przeznaczeniem, wzniesiony z użyciem wyrobów budowlanych”. Doszło zatem do istotnej zmiany tego pojęcia w stosunku do jego poprzedniego brzmienia. Wyłączono z jego zakresu urządzenia techniczne, jak również instalacje, które nie są instalacjami zapewniającymi możliwość użytkowania obiektu zgodnie z jego przeznaczeniem. Wprowadzono natomiast przesłankę zapewnienia przez instalacje możliwości użytkowania budowli zgodnie z jej przeznaczeniem.
Nowa definicja może sugerować rozciągnięcie obowiązku podatkowego także na urządzenia budowlane niestanowiące części budynków i budowli. Powyższe zmiany mogą więc teoretycznie wpłynąć na wysokość podatku od nieruchomości. W tym momencie trudno jednak stwierdzić, jak będzie wyglądała praktyka w tym zakresie. Ministerstwo Finansów uspokaja, że zakres opodatkowania nie ulegnie zmianie.
Nie potrzebujesz pozwolenia
Ustawa wprowadza szereg reform mających na celu ograniczenie formalizmu, w tym zmian dotyczących konieczności uzyskiwania pozwolenia na budowę. Rozszerzony został katalog obiektów budowlanych, których wzniesienie nie wymaga uzyskania takiego pozwolenia. I tak, w pierwszej kolejności bez niego postawimy teraz wolnostojące, jednorodzinne budynki mieszkalne, jednak z zastrzeżeniem, aby ich obszar oddziaływania mieścił się w granicach działki (działek), na których mają się mieścić zgodnie z projektem.. Pozwolenia nie wymaga również budowa wolnostojących, parterowych budynków rekreacji indywidualnej (tj. przeznaczonych do okresowego wypoczynku) o powierzchni zabudowy do 35 m2. Tutaj przepisy przewidują jednak pewne ograniczenia. Liczba takich obiektów na działce nie może bowiem przekraczać jednego na każde 500 m2 powierzchni parceli.
Wśród pozostałych zwolnień należy wymienić budowę sieci elektrycznych (z napięciem nieprzekraczającym 1 kV), wodociągowych, kanalizacyjnych, cieplnych i telekomunikacyjnych oraz założenie powyższych instalacji wewnątrz budynku.
Zwiększył się również zakres wykonywania robót budowlanych niewymagających pozwolenia, polegających na remoncie i przebudowie obiektów budowlanych, przebudowie budynków mieszkalnych jednorodzinnych, które nie prowadzą do zwiększenia dotychczasowego obszaru oddziaływania tych budynków, jak również remoncie lub przebudowie urządzeń budowlanych. Rozszerzono także możliwość docieplania budynków o wysokości do 25 m (przy poprzednich 12 m). Inne zmiany dotyczą np. zwiększenia dopuszczalnej powierzchni basenów i oczek wodnych do 50 m2 (przy poprzednich 30 m2).
Zgłoś budowę
Mimo znacznego uproszczenia procedur, na osobach rozpoczynających budowę nadal ciąży obowiązek zgłoszenia właściwemu organowi (tj. powiatowemu inspektorowi nadzoru budowlanego) budowy powyższych obiektów. Niezależnie od tego istnieje możliwość wystąpienia przez inwestora z wnioskiem o wydanie decyzji o pozwoleniu na budowę zamiast dokonania zgłoszenia dotyczącego robót budowlanych.
Przy dokonywaniu zgłoszenia niezbędne będą dokumenty dotyczące budowy. W tym zakresie nowelizacja wprowadziła akurat niewielkie zmiany. Nadal obligatoryjnie musimy więc dołączyć m.in. cztery egzemplarze projektu budowlanego oraz oświadczenie o posiadanym przez nas prawie do dysponowania nieruchomością na cele budowlane (np. wykazać, iż jesteśmy właścicielem danej nieruchomości). Nowością jest natomiast obowiązek dołączenia informacji o obszarze oddziaływania obiektu.
Ponieważ organom pozostawiono możliwość wniesienia sprzeciwu od złożonego zgłoszenia, należy dokonać go przed terminem zamierzonego rozpoczęcia robót budowlanych. Organ może sprzeciwić się w drodze decyzji, w terminie 30 dni od doręczenia zgłoszenia. Należy jednak wspomnieć o możliwości wydłużenia tego terminu w związku z koniecznością uzupełnienia danych w zgłoszeniu, o którym mowa powyżej. Organ określa termin, w którym powinna być dokonana korekta. Jeżeli zgłoszenie zostało dokonane poprawnie, nie pojawiła się konieczność jego poprawienia, jak również nie wniesiono sprzeciwu, zgłoszenie podlega zatwierdzeniu w postaci ostemplowania. Co ważne, mamy 3 lata na rozpoczęcie wykonywania robót budowlanych. Po przekroczeniu tego terminu, będziemy zmuszeni do ponownego dokonania zgłoszenia.
Istotnym obowiązkiem jest uzyskanie decyzji o pozwoleniu na użytkowanie danych obiektów budowlanych. Nowelizacja jednak i w tym zakresie dokonała znacznych uproszczeń – stworzono szeroki katalog obiektów, których użytkowanie nie wymaga uzyskania takiej decyzji. Dotyczy to m.in. warsztatów rzemieślniczych, stacji obsługi pojazdów, myjni samochodowych, garaży do pięciu stanowisk włącznie, chłodni, hangarów i wiat czy stawów rybnych.
Obowiązki inwestora
Inwestor jest zobowiązany zawiadomić o zamierzonym terminie rozpoczęcia robót budowlanych, dla których konieczne jest zgłoszenie budowy. Zniesiono natomiast obowiązek, aby dokonać tego najpóźniej na 7 dni przed ich rozpoczęciem.
Obiekty budowlane wymagające pozwolenia oraz te wymagające zgłoszenia, muszą zostać poddane określeniu przez geodetę. Nowelizacja nakłada wykonanie powyższych obowiązków na kierownika budowy, a w przypadku gdy nie zostanie on ustanowiony – na inwestora.
Należy również zwrócić uwagę, że wcześniejszy obowiązek informowania właściwego organu o zmianie i przejęciu obowiązków przez nowego kierownika budowy lub kierownika robót, inspektora czy projektanta, został zastąpiony obowiązkiem dołączenia ich oświadczeń o przejęciu obowiązków do dokumentacji budowy.
Opłaty legalizacyjne
Przepisy nowelizacji dokonały istotnej zmiany dotyczących kwestii opłat legalizacyjnych. Tyczą się one sytuacji, w której samowola budowlana, która spełnia wymogi określone w ustawie, może zostać uznana za zgodną z prawem (następuje jej legalizacja). Dodano do ustawy przepisy, które w zakresie nieuregulowanym, odsyłają do przepisów Ordynacji podatkowej i jej części regulującej zobowiązania podatkowe. Zastrzeżono przy tym, że uprawienia organu podatkowego przysługują wojewodzie.
Kluczowym elementem jest uzyskanie przez podatnika (w tym przypadku inwestora, dewelopera) możliwości wnoszenia wniosków o przyznawanie przez organ podatkowy (tutaj wojewodę) ulg w spłacie zobowiązań podatkowych. Mianowicie, taki organ może postanowić o odroczeniu terminu płatności podatku lub rozłożeniu jego sumy na raty, jak również o umorzeniu w całości lub w części zaległości podatkowych, odsetek za zwłokę lub opłatę prolongacyjną. Organ dokonuje tego na wniosek podatnika i tylko w przypadkach uzasadnionych ważnym interesem płatnika lub interesem publicznym.
Podsumowanie
Jak wynika z powyższego artykułu, nowelizacja Prawa budowlanego wprowadziła wiele istotnych zmian. Głównym ich celem jest uproszczenie i znaczne odformalizowanie procedur. Przepisy zwiększają pole swobody inwestorów i deweloperów, nakładając na nich jednocześnie pewne obowiązki. Co ważne, nowelizacja zawiera szereg przepisów, które zgodne są z postulatami osób związanych z branżą budowlaną.
Raport Multiscreening 2015, czyli co telewidzowie robią w sieci
Telewizja skłania do szukania informacji o markach w sieci, ale bezpośrednie kupowanie produktów oglądanych na pierwszym ekranie wcale nie jest jeszcze powszechne. Największy potencjał na marketingowe działania multiscreeningowe mają reklamy emitowane podczas relacji sportowych i działania angażujące stosowane w trakcie teledysków i programów religijnych. Na popularności zyskują kampanie integrujące Facebooka i Youtube’a. To tylko wybrane wnioski z badania syndykatowego Multiscreening 2015 zrealizowanego przez IRCenter oraz Instytut Badań Społecznych Pollster.

Ranking czynności wykonywanych na telefonie podczas oglądania tradycyjnej telewizji
„Kluczowe dla naszego projektu jest szczegółowe opisanie osób, które są najbardziej podatne na działania multiscreeningowe. Konsumenci, którzy najchętniej korzystają z drugiego ekranu to z jednej strony odbiorcy stacji muzycznych i religijnych (to właśnie oni najczęściej kupują produkty lub usługi online bezpośrednio w trakcie oglądania telewizji), a z drugiej osoby zainteresowane sportem (najczęściej sięgają po telefony w trakcie emisji bloków reklamowych),” – mówi dr Albert Hupa, prezes IRCenter.
Preferowane źródła informacji o markach w sieci
Jak wynika z badania 63% internautów zdarza się szukać informacji o markach i produktach widzianych na pierwszym ekranie i korzystają w tym celu z komputerów PC. Z pośród nich wyróżniają się zaawansowani użytkownicy mediów społecznościowych, którzy szukają marek na Facebooku, Youtube i urządzeniach mobilnych. Analiza pokazała, że Facebook to kanał, który można określić już jako mainstreamowy, śmiało konkurujący z ogólnotematycznymi antenami telewizyjnymi. Najmłodsi konsumenci mediów cyfrowych powszechnie korzystają z niego w celu znalezienia lub pogłębienia informacji o markach i produktach. Dla porównania, Youtube ciągle jeszcze zmienia swoją rolę i obecnie stanowi medium drugiego wyboru w tego typu sytuacjach, a marek chętniej poszukują tam osoby nieco starsze.
Charakterystyka użytkowników VoD
58% internautów korzysta z darmowego VoD (zwłaszcza młode osoby), a 12% – z płatnego VoD (to nieco częściej kobiety). Najsilniejszą marką wciąż pozostaje Ipla, natomiast najbardziej popularne są vod.pl i zalukaj.tv (wybierany przez najmłodsze osoby). Użytkownicy vod.pl oglądając tradycyjną telewizję najczęściej ograniczają się do stacji ogólnotematycznych. Użytkownicy Ipla korzystają z wielu różnych stacji, chociaż chętniej niż inni oglądają te główne. Najbardziej popularni dostawcy płatnej telewizji to wciąż Cyfrowy Polsat i nc+. Ich użytkownicy bardzo chętnie korzystają z największych platform VoD. Wyjątkiem jest Player.pl, którego użytkownicy nieco rzadziej wybierają tych dwóch dostawców.
O telewizji w sieci
Szukanie informacji o programach w Google staje się coraz bardziej powszechną czynnością. Zwykle wyszukiwane są wiadomości, filmy i seriale. Robią to nieco częściej kobiety w różnym wieku, które też częściej wyszukują informacje o serialach, teleturniejach, filmach i talent show. Mężczyźni natomiast częściej sprawdzają informacje o relacjach sportowych i grach komputerowych.
*Wszystkie dane zawarte w materiale pochodzą z syndykatowego badania Multiscreening 2015, zrealizowanego przez IRCenter i Instytut Badań Społecznych Pollster w lipcu 2015 roku na reprezentatywnej próbie n=2107 uczestników internetowego panelu badawczego. Informacji na temat raportu udziela Albert Hupa z IRCenter.
Przemysław Vonau awansuje w strukturach Grupy AAA AUTO

W sierpniu br. Przemysław Vonau, Dyrektor Generalny AAA AUTO w Polsce, objął nową funkcję w strukturach międzynarodowej Grupy AAA AUTO, zajmującej się sprzedażą samochodów używanych. Jako Active Board Member będzie odpowiadał za rozwój biznesowy grupy, w tym jej ekspansję geograficzną. W nowej roli podlegać mu będą działy: IT, PMO i AI. W kwietniu br. Przemysław Vonau z sukcesem wprowadził AAA AUTO na polski rynek i nadal będzie sprawował funkcję Dyrektora Generalnego AAA AUTO w Polsce.
Przemysław Vonau kierował do końca 2014 roku polskim oddziałem międzynarodowej firmy doradczej Roland Berger Strategy Consultants, gdzie zajmował się rynkiem motoryzacyjnym w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Wcześniej pracował na stanowiskach kierowniczych w międzynarodowych firmach doradczych w Polsce i na Ukrainie. Ukończył roczny program MBA w szkole handlowej INSEAD i studiował na kierunku Handel Zagraniczny w Szkole Głównej Handlowej. Prywatnie jest kolekcjonerem kultowych pojazdów z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
C. Smorszczewski (Private Equity Managers): przedwyborcze pomysły uderzające w sektor bankowy powinny być konsultowane z KNF, NBP oraz Związkiem Banków Polskich
Zdaniem Cezarego Smorszczewskiego, byłego wiceprezesa Alior Banku, przedwyborcze obietnice dotyczące przewalutowania kredytów zaciągniętych we franku szwajcarskim oraz nałożenia na banki podatku od aktywów powinny uzyskać pozytywną opinię Komisji Nadzoru Finansowego, Narodowego Banku Polskiego oraz Związku Banków Polskich. Jak podkreśla ekspert, okres przedwyborczy sprzyja składaniu obietnic, których długofalowe konsekwencje są trudne do przewidzenia.
– Ogólnie sektor bankowy ma się dobrze – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Cezary Smorszczewski, były wiceprezes Alior Banku, a obecnie prezes zarządu spółki Private Equity Managers. – Politycy jednak mogliby chcieć zepsuć go pomysłami takimi jak ustawa o kredytach frankowych bądź podatek od aktywów finansowych. Rozumiem cele polityczne, ale trzeba patrzeć także na gospodarkę.
Na początku sierpnia br. gruntownie zmieniony został projekt ustawy o restrukturyzacji walutowych kredytów hipotecznych. W pierwotnej, przedstawionej przez rząd, wersji koszty przewalutowania pożyczek denominowanych we franku szwajcarskim mieli ponieść zarówno kredytobiorcy, jak i banki. Posłowie jednak niespodziewanie przegłosowali poprawkę Sojuszu Lewicy Demokratycznej, która 90 proc. kosztów tej operacji przerzuca na banki. Gdyby ta wersja zyskała ostateczną aprobatę parlamentu, banki mogłyby stracić nawet 22 mld zł.
W kampanii prezydenckiej oraz parlamentarnej wrócił także pomysł nałożenia na instytucje finansowe podatku od aktywów bankowych. Beata Szydło, wyznaczona na stanowisko przyszłego premiera przez górujące w sondażach PiS, precyzowała, że zostałby on określony na poziomie 0,39 proc. Podstawa opodatkowania byłaby jednak wysoka. Aktywa krajowych banków oceniane są na przeszło 1,5 bln zł. Uzyskane w ten sposób 5-6 mld zł ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego chciałoby przeznaczyć na realizację innych przedwyborczych obietnic, m.in. przyznawania socjalnego dodatku na każde dziecko w rodzinie. Pomysł podatku bankowego wzorowany jest na działaniach premiera Węgier Victora Orbána.
– Aby sektor bankowy był niezależny od działań politycznych i niewrażliwy na tymczasowe, bieżące ruchy polityczne, warto mniej patrzeć na to, co się działo na Węgrzech i było w znacznej mierze dziełem przypadku i szczęścia Orbána, a bardziej na długofalową politykę realizowaną przez Fed, Bank Anglii czy Bundesbank – wskazuje Cezary Smorszczewski. – Myślę, że raczej oddałbym się w ręce rynku, Narodowego Banku Polskiego i Komisji Nadzoru Finansowego, a nie parlamentu, który przed wyborami tworzy ustawy ad hoc, chwilowo rozwiązujące polityczne kłopoty, a nie długofalowe problemy bankowości.
Były wiceprezes Alior Banku uważa, że wpływ zapowiadanych regulacji na instytucje finansowe – szczególnie te mające w swoich portfelach duże udziały kredytów frankowych – byłby znaczący.
– Dla nich jest to bardzo negatywne, ale są banki, które frankowych kredytów prawie w ogóle nie mają – zauważa prezes Private Equity Managers. – Jeżeli chodzi o podatek od aktywów, to można i trzeba rozmawiać. Dość egzotyczne pomysły, które się teraz pojawiają, zdecydowanie powinny uzyskać pozytywną opinię Komisji Nadzoru Finansowego, Narodowego Banku Polskiego oraz Związku Banków Polskich.
Jak podał w czwartek Narodowy Bank Polski, w pierwszych siedmiu miesiącach 2015 roku polski sektor bankowy odnotował 9,39 mld zł zysku netto, co oznacza spadek o niemal 10 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2014 roku. Zysk operacyjny spadł o ponad 11 proc., a wynik odsetkowy o prawie 9 proc. Zwiększyły się za to o 1,4 proc. koszty działalności.
Polski rynek reklamy wzrośnie w tym roku o ponad 3 proc. Dobra koniunktura wspiera krajowe spółki mediowe, ale przyciąga też zagraniczną konkurencję
Według prognoz ZenithOptimedia polski rynek reklamy zwiększy się w tym roku o 3,1 proc., osiągając wartość 6,74 mld zł. Najmocniej wzrośnie sektor internetowy (o 11,8 proc. rok do roku). Korzystna koniunktura będzie wspierać polskie firmy mediowe, ale przyciągnie także zagraniczną konkurencję. Amerykański koncern Scripps Network po udanym wezwaniu na akcję TVN chce zdjąć spółkę z giełdy, a w 2016 roku do Polski ma wejść serwis Netflix, jeden ze światowych liderów sektora VOD.
– Sytuacja jest w miarę dobra, mamy kolejny rok wzrostu na całym rynku reklamy. Jednym z tych wiodących segmentów wzrostowych jest reklama telewizyjna, gdzie beneficjentami są TVN i Polsat – komentuje stan sektora mediowego Łukasz Kosiarski, analityk Domu Maklerskiego BZ WBK.
Ekspert wskazuje na interesującą sytuację spółek z sektora. Posiadająca większościowy pakiet akcji TVN-u amerykańska korporacja Scripps Network ogłosiła w lipcu wezwania na dalsze 45 proc. akcji. Ostatecznie udało jej się kupić 156 mln ze 160 mln akcji spółki i zostać właścicielem 98,76 proc. udziałów w spółce. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami TVN ma zostać zdjęty z giełdy.
– Odpadnie jeden duży gracz medialny, w sumie fajna, duża spółka, płynna, z ekspozycją na wzrost gospodarki. To będzie raczej ze szkodą dla inwestorów i płynności akcji, ale trzeba będzie czegoś szukać za granicą – komentuje Kosiarski.
Nowy właściciel TVN-u może liczyć na efekt synergii kosztowej. Klientom mogą zostać zaproponowane dodatkowe programy oraz formaty telewizyjne, co powinno przełożyć się na spadek kosztów.
– Natomiast telewizja Polsat dość dobrze sobie radzi, wynik pokazuje dość dobrą dynamikę w I i II kw. i myślimy, że też będzie to mocny gracz w tym segmencie – ocenia Kosiarski.
Analityk DM BZ WBK komentuje także sytuację Cyfrowego Polsatu. W obecnej chwili spółka większość przychodów uzyskuje dzięki usługom telekomunikacyjnym, a sektor telewizyjny odpowiada jednie za 25 proc. zysku na poziomie EBITDA. Mimo zmian w strukturze przychodów grupa notuje bardzo dobre wyniki. W II kwartale bieżącego roku zarobiła na czysto 304,5 mln złotych (wzrost o 130 proc. rok do roku).
Krajowi liderzy rynku muszą się liczyć jednak z rosnącą konkurencją z zagranicy. Według ostatnich doniesień już w 2016 roku na polski rynek ma wejść amerykański serwis Netflix, oferujący klientom wysokiej jakości materiały wideo.
– Myślę, że polscy gracze są przyzwyczajeni już do tego, że ten Netflix będzie, mówiło się już dawno, że ten gracz wejdzie na polski rynek – zwraca uwagę Łukasz Kosiarski.
Według rozmówcy Netflix będzie musiał się zmierzyć w Polsce ze specyfiką lokalnego rynku. Klienci nad Wisłą nie są bowiem przyzwyczajeni do płacenia za internetowe treści, gdyż wysokiej jakości materiały zapewniają krajowi operatorzy w ramach takich serwisów, jak Player.pl czy Ipla.
– Najmocniejszy wzrost jest planowany w segmencie reklamy internetowej. Tutaj mamy przedstawiciela na giełdzie – Wirtualną Polskę, niedawnego debiutanta. Wśród segmentów rosnących jest także telewizja – analityk ocenia potencjał polskiego rynku reklamy.
Ekspert pozytywnie ocenia plany Agory związane z budową własnej stacji telewizji naziemnej. Spółka ma zamiar zagospodarować nią ósmy multipleks w ramach konkursu ogłoszonego przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji.
– Ten nowy przetarg jest raptem na cztery nowe kanały, każdy z nich o tematyce uniwersalnej. Myślę, że powinien przyciągnąć bardzo wielu chętnych, tak jak było w poprzednich przetargach – zaznacza Kosiarski.
Analityk DM BZ WBK dodaje, że oprócz Agory przetargiem zainteresowane będą zapewne również Wirtualne Polska, TVN oraz Polsat. Start zapowiedziała też Telewizja Puls. Zdobycie koncesji nie jest więc przesądzone.
Grupa Masterlease zamierza przejąć dużą firmę z branży. Ma na to środki i poszukuje kandydata do akwizycji
Grupa Masterlease ma silną bazę kapitałową oraz plany zakupienia firmy lub firm z branży leasingowej. Szuka interesujących podmiotów, w które można zainwestować. Spółka myśli też o umocnieniu swojej pozycji oraz zdobyciu znaczącego udziału w rynku małych i średnich przedsiębiorstw.
Firma Masterlease, która specjalizuje się w leasingowaniu i zarządzaniu flotami samochodowymi dla przedsiębiorstw, liczy, że 2015 rok będzie dla spółki korzystny. Firma zaplanowała, że do końca grudnia sprzeda ponad 9,2 tys. samochodów i po I półroczu udało się jej zrealizować te zamierzenia w ponad 50 proc. Zakłada więc, że może nawet nieznacznie przekroczyć to, co zapisano w strategii na obecny rok.
– Myślę, że tutaj mamy się czym pochwalić – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jakub Kizielewicz, członek zarządu, dyrektor finansowy grupy Masterlease. – Portfel naszych klientów jest wyjątkowo dobry, oceniamy, że wskaźniki, które wykonujemy w zakresie jakości portfela, są bardzo dobre na tle branży leasingowej i bankowej. Jesteśmy bardzo zadowoleni z rezultatów, ale to efekt naszej żmudnej pracy i ciągłego poprawiania procesu oceny ryzyka kredytowego naszych klientów.
W I półroczu Masterlease miała ponad 21 mln zł zysku netto. To wprawdzie o ponad 6 mln mniej niż rok wcześniej, ale jak tłumaczy spółka, jest to efekt obniżenia stóp procentowych, więc z osiągniętego wyniku jest zadowolona. Tym bardziej że jak – podkreśla Jakub Kizielewicz – jego firma o ponad 30 proc. przekroczyła poziom dostaw w porównaniu z podobnym okresem ubiegłego roku.
– To jest ciągły proces poprawy, natomiast wydaje się, że ta strategia, którą mamy, się sprawdza. To widać po wynikach, dlatego będziemy ją rozwijać. Głównie zależy nam na tym, żeby zwiększać naszą obecność w segmencie małych i średnich przedsiębiorstw. Chcemy również bardziej dynamicznie rozwijać naszą działalność w zakresie sprzedaży samochodów używanych, pokontraktowych.
Grupa Masterlease nie wyklucza inwestycji w inne spółki z branży. Firma podkreśla, że ma bardzo duże możliwości finansowe, bardzo silną bazę kapitałową, około 450 mln zł, i relatywnie niewielkie zadłużenie,
– Mamy bardzo duże możliwości sfinansowania akwizycji. Myślę, że bez problemu bylibyśmy w stanie sfinansować przedsięwzięcie, które polegałoby na przyjęciu celu, który jest podobny rozmiarem do naszego – deklaruje dyrektor finansowy grupy Masterlease. – Przyglądamy się cały czas różnym podmiotom z branży i około naszej branży. Bardzo chcielibyśmy się rozwijać nie tylko organicznie, lecz także poprzez akwizycje. Niestety, to jest też tak, że muszą być podmioty na sprzedaż, które ocenimy jako atrakcyjne, dopiero wtedy może dojść do transakcji. Myślę, że będziemy kontynuować to, co zaczęliśmy w 2013 roku, kiedy zawarliśmy dwie transakcje [przejęcie spółki Bawag Leasing and Fleet oraz floty Pol-Mot Auto – red.]
Bardzo istotnym elementem strategii Grupy Masterlease jest dziś plan umocnienia obecności na rynku małych i średnich przedsiębiorstw. Firma zamierza też zwiększyć sprzedaż pojazdów, których leasing się zakończył.
– Jeżeli popatrzymy na strukturę naszych klientów za jakiś czas, to zapewne udział tej grupy klientów wzrośnie – mówi o rynku małych i średnich firm Jakub Kizielewicz z grupy Masterlease. – Liczymy na to, że rzeczywiście uda nam się tę dynamikę, którą mieliśmy dotychczas, utrzymać. Myślimy też o tym, żeby zwiększać naszą obecność w obszarze związanym ze sprzedażą samochodów pokontraktowych. To się nam bardzo dobrze rozwija, widzimy tutaj duży potencjał na tym rynku. Sądzę, że jesteśmy w stanie w kolejnych kwartałach poprawić wyniki, które zaprezentowaliśmy teraz.
Polski przemysł chemiczny ma dobre perspektywy. Krajowy rynek jest w stanie wchłonąć więcej, niż branża dziś produkuje
Polskie firmy chemiczne mają przed sobą dobre perspektywy – ocenia branżowa izba gospodarcza. W kraju nadal panuje deficyt wielu produktów chemicznych, więc nawet na rynku krajowym jest spory potencjał wzrostu.
– Wartość produkcji sprzedanej polskiej chemii rośnie permanentnie od ponad 25 lat – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tomasz Zieliński, prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego. – Dzisiaj mówimy o ok. 137 mld zł i wartość ta co roku rośnie. To pokazuje, jak stabilnie dzisiaj ten przemysł się rozwija, generuje dodatnie wyniki i tworzy miejsca pracy. W 2014 r. w sektorze powstało ponad 7 tys. miejsc pracy.
Mimo cyklicznych zawirowań na giełdzie wartość branżowego indeksu WIG-chemia systematycznie rośnie. Nawet po ostatnich spadkach, jakie dotknęły rynki papierów wartościowych na całym świecie, jest ona obecnie o około 280 proc. wyższa niż pięć lat temu.
– Mieliśmy kryzys, czyli lekkie wydołowanie tego indeksu z wieloma różnymi przeciwnościami po drodze, natomiast faktycznie, patrząc na trend w dłuższym okresie, jest to trend stabilny, wzrostowy – mówi Tomasz Zieliński. – Jego kontynuacja zależy od wielu czynników. Za dzisiejszy wysoki poziom odpowiada przede wszystkim stabilizacja rozwoju branży chemicznej w Polsce i to, jaki wkład w cały polski przemysł, w gospodarkę, ma branża chemiczna w Polsce, to jest mniej więcej 10-12 proc. wartości całego przemysłu polskiego.
Polskie spółki chemiczne w stabilny sposób realizują swoje strategie rozwojowe i konsekwentnie wdrażają postawione sobie cele strategicznych – tłumaczy prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego.
–Dziś to nie tylko jest planowanie, lecz także faktycznie realizacja dużych inwestycji, otwieranie nowych inwestycji, rozpoczynanie kolejnych etapów inwestycyjnych. To powoduje, że bardzo perspektywicznie można spojrzeć na to, jak ta branża będzie się dalej rozwijała. Jeżeli spojrzymy oczywiście na wiele innych czynników, to oczywiście trzeba brać pod uwagę takie zjawiska, jak legislacje, regulacje, czy unijne, czy krajowe, i to, w jaki sposób będą one wpływać na stabilizację rozwojową, czyli jak bardzo od strony kosztowej wpłyną na możliwości generowania przez spółki branży chemicznej kapitału, który może być uwolniony na innowacje, badania i rozwój.
Polska gospodarka potrzebuje wyrobów przemysłu chemicznego. Jest więc rynek zbytu nie tylko na to, co już branża produkuje, lecz także na to, co dzięki zwiększeniu mocy produkcyjnych będzie dostarczać w przyszłości.
– W Polsce mamy deficyt wielu produktów czy półproduktów chemicznych, zatem można powiedzieć, że w pewnym sensie jest miejsce, żeby rozwijać nową działalność, wchodzić w nowe obszary produktowe w chemii – ocenia prezes Tomasz Zieliński z Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego. – Oczywiście ma to związek z takimi czynnikami, jak otoczenie biznesowe, regulacje, kwestie podatkowe, ulgi od innowacyjności, a także oczywiście dostęp do surowców, do taniej energii, kwestie związane z polityką klimatyczną, emisyjność. Dzisiaj widzimy, że skoro polskie spółki chemiczne inwestują i realizują bezproblemowo inwestycje w Polsce, to znaczy, że jest dla nich dobry klimat.
Zaostrza się walka o klienta na rynku telekomunikacyjnym. O wyborze operatora decyduje głównie cena
W Polsce działa już prawie 60 mln kart SIM, ale o klientów konkuruje stosunkowo duża liczba operatorów. Z tego powodu cenniki ofert już od dłuższego czasu znajdują się pod presją. Telekomy starają się przyciągnąć klientów nie tylko ceną, lecz także dodatkowymi usługami. Sprzedaż w pakiecie wzmacnia lojalność klientów. Coraz więcej osób i firm decyduje się na nieograniczone oferty w ramach stałej opłaty miesięcznej.
– Cały czas jest silna presja cenowa na oferty telekomunikacyjne – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Przemysław Sawala-Uryasz, analityk rynku telekomunikacyjnego Pekao Investment Banking. – Jest to powodowane relatywnie wysoką liczbą operatorów telekomunikacyjnych na polskim rynku, a także zmianą tendencji konsumpcji mediów oraz sposobów porozumiewania się odbiorców.
Krajowy rynek telefonii komórkowej należy do najsilniejszych w Europie. Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, po drugim kwartale br. w Polsce działa 58,45 mln aktywnych kart SIM. Od początku kwietnia do końca czerwca przybyło ich 393 tys. Na rynku zachodzi równocześnie kilka zmian. Systematycznie spada segment telefonii stacjonarnej, w ubiegłym roku był mniejszy o 12,7 proc. – wynika z danych UKE.
– Pewna część przychodów operatorów ulega jednak zmniejszeniu – twierdzi Przemysław Sawala-Uryasz. – Powodowane to jest między innymi przechodzeniem klientów w inne obszary porozumiewania się, na przykład za pomocą platform, i odchodzeniem od SMS-ów. To powoduje również, że pewna część przychodu na abonenta ulega zmniejszeniu.
Głównym powodem tego – zdaniem Sawali-Uryasza – jest migracja klientów biznesowych w stronę nieograniczonych ofert w ramach stałej opłaty miesięcznej. Pojawiły się one na krajowym rynku mniej więcej dwa lata temu i mają coraz większy udział.
– Według przedstawicieli Orange dopiero 55 proc. abonentów korzysta z usług telekomów w ramach stałej opłaty miesięcznej – informuje Przemysław Sawala-Uryasz.
Według UKE klienci post-paid generowali w ubiegłym roku 81 proc. przychodów. Nie widać tego na razie w strukturze klientów – z usług abonamentowych korzysta 46 proc. klientów, a z kart pre-paid – 54 proc.
Nielimitowane oferty cieszą się coraz większym zainteresowaniem, co można wyjaśnić m.in. dużym wzrostem wykorzystania transmisji danych. Jak wskazuje UKE, w ubiegłym roku osoby korzystające w Polsce z usług krajowych operatorów telefonii mobilnej przesłały ponad 260 mld megabajtów danych. W ciągu ostatnich pięciu lat odnotowano siedmiokrotny wzrost w tym obszarze.
– Mamy również do czynienia z postępującą komodytyzacją wszystkich ofert telekomunikacyjnych, co sprowadza się przede wszystkim do tego, że cenniki usług równają do najniższej na rynku, a ponieważ nie ma różnicy technologicznej w świadczonych usługach telekomunikacyjnych, determinantą decyzji abonenta jest zazwyczaj cena, co dodatkowo wzmaga presję cenową – tłumaczy Sawala-Uryasz.
Ekspert podkreśla, że w kolejnych kwartałach prawdopodobnie będą kontynuowane obecne tendencje, czyli dość wysoka presja na przychody z abonentów telefonii mobilnej połączona z postępującą migracją użytkowników telefonii stacjonarnej, usług głosowych, internetu w stronę telefonii mobilnej.
Sposobem operatorów na przeciwstawienie się tym tendencjom może być pakietowanie usług (telefon, internet, telewizja, prąd, a nawet bankowość w jednym abonamencie). Taka sprzedaż z założenia ma budować lojalność klientów.
– Każdy dodatkowy produkt w pakiecie to narzędzie, które uszczelnia istniejącą bazę klientów. Nie jest to jednak element, do którego przypisywałbym zbyt dużą wagę w kontekście dodatkowego wyniku dla przedsiębiorstwa telekomunikacyjnego – mówi analityk.
Senat zadecyduje o kształcie ustawy frankowej. Przyjęte przez Sejm rozwiązania bardziej radykalne od węgierskich
Senatorowie zadecydują o kształcie projektu ustawy frankowej. Propozycje w formie przyjętej przez Sejm są ryzykowne dla banków, ponieważ przerzucają na nie w krótkim okresie koszt restrukturyzacji – oceniają eksperci. To kontrastuje z podejściem obranym na Węgrzech, choć kilka lat temu były one w znacznie gorszej sytuacji ekonomicznej niż Polska. Gabinet Orbána rozwiązywał problem stopniowo od 2011 r., choć też nie brakowało ryzykownych i kontrowersyjnych decyzji, których źródłem był interes polityczny.
– Węgierski program z 2011 r. pozwalał klientom spłacać zadłużenie przy trochę sztucznie zaniżonym kursie. Różnica między tym, co klient miałby spłacać po normalnym kursie, a tym, co miały spłacić po zaniżonym odkładała się na specjalnym rachunku, który po upływie pięciu lat miałby znowu zostać spłacany – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Szeski, analityk Fitch Rating Polska. – To tak naprawdę było odsunięcie problemu w czasie, złagodzenie go na chwilę, ale sporo klientów z tego skorzystało. Potem był on rozszerzony i w sumie około 40 proc. kredytów hipotecznych frankowych wzięło udział w tym programie.
Węgierski rząd ogłosił pierwszy program restrukturyzacji kredytów walutowych w lipcu 2011 r., a następny – we wrześniu tego samego roku. Według raportu MFW z 2012 r. oceniającego stan gospodarki Węgier (Staff Report for the 2011 Article IV Consultation and Second Post-program Monitoring Discussions) lipcowy program zakładał podział kosztów między banki i klientów, a także był wypracowany na bazie konsensusu.
Znacznie bardziej negatywne skutki dla banków miał drugi program, którym rząd Viktora Orbána przerzucił koszt restrukturyzacji kredytów na instytucje finansowe. Pozwalał on klientom spłacić całość zadłużenia po kursie niższym niż rynkowy.
– Potem okazało się, że ten program nie wspomógł tych, którzy najbardziej potrzebowali pomocy, bo klient potrzebował mieć albo gotówkę, albo zdolność kredytową, by zrefinansować kredytem forintowym kredyt frankowy. W związku z tym skorzystało z tego około 20 proc. kredytobiorców i banki poniosły dość dużą stratę – uważa analityk Fitch Rating Polska.
Działania węgierskiego rządu spotkały się z silną krytyką Komisji Europejskiej i MFW w 2011 i 2012 r., jednak później ta druga instytucja zrewidowała ocenę całości polityki antykryzysowej Budapesztu, pisząc w raporcie z 2015 r. o korzystnej polityce makroekonomicznej. Za dyskusyjną wśród ekonomistów uchodzi teza z cytowanego raportu MFW z 2012 r., że ówczesna sytuacja ekonomiczna Węgier nie uzasadniała podejmowania niestandardowych działań dotyczących kredytów walutowych, tzn. wykraczających poza renegocjacje warunków między klientami a bankami, a także odpisy nieściągalnych kredytów.
W związku z tym, że podjęte działania w 2011 r. nie rozwiązały całkowicie problemu, rząd Orbána zdecydował się na kolejny krok w 2014 r., zyskując jednocześnie wsparcie w postaci orzeczenia sądu. Na jego mocy banki musiały zwrócić klientom część prowizji, które zdaniem sądu banki pobierały w nieuprawniony sposób, oraz zwrócić klientom część zapłaconych przez nich odsetek.
– Sąd stwierdził, że banki nie mogły jednostronnie zmienić umowy i podnieść oprocentowania kredytu hipotecznego, czyli przenieść wyższego kosztu finansowania na klientów. To oznaczało bardzo duże straty dla sektora, a pod koniec 2014 roku właściwie zadecydowano, że nastąpi pełna konwersja wszystkich kredytów walutowych na forinty przy kursie z początku listopada. Ta konwersja miała miejsce po kursie zbliżonym do rynkowego, a nie po kursie z dnia udzielenia kredytu – wskazuje Szeski.
Decyzja polskiego Sejmu w sprawie restrukturyzacji kredytów frankowych doprowadziła do załamania giełdowych wycen banków, ponieważ proces legislacyjny nie był transparentny (rynek został zaskoczony przegłosowaną poprawką) i posłowie przerzucili praktycznie cały koszt na banki. Ustawa w przyjętej przez izbę niższą wersji zakłada odpis 90 proc. wartości zobowiązania klienta wobec banku, które wynika z umocnienia szwajcarskiej waluty. Pierwotna wersja projektu ustawy zakładała umorzenie 50 proc. tej kwoty.
Przyjęta regulacja spotkała się z krytyką m.in. NBP i BFG (Bankowego Funduszu Gwarancyjnego), które szacują jej skutki na odpowiednio 21 i 19,2 mld zł dodatkowych kosztów dla banków. To suma przekraczająca wielkość rocznych zysków netto całego sektora bankowego. Instytucje finansowe reprezentowane przez Związek Banków Polskich dodają, że skutkiem będzie nie tylko częściowo przerzucenie tych kosztów na klientów, lecz także ograniczenie akcji kredytowej, bo banki będą musiały zaabsorbować duże straty.
Eksperci podkreślają, że biorąc pod uwagę te ryzyka, Senat oraz prezydent powinni doprowadzić do przyjęcia ustawy w takim kształcie, który rozwiązując problem kredytów walutowych, nie stworzy innych, równie poważnych. W przypadku Węgier całość podjętych działań raczej sprzyjała długoterminowej stabilizacji systemu finansowego, mimo przejściowych kosztów i ryzyk.
– Mieliśmy rozłożenie tego procesu w czasie: kosztów wynikających z decyzji sądu i konwersję po kursie rynkowym. Węgrzy mieli sporo szczęścia, że zrobili to w listopadzie, jeszcze przed tym dużym skokowym wzrostem kursu franka w styczniu – uważa Artur Szeski.
Co dziesiąte badanie podstawowe finansowane jest z kieszeni pacjenta
Polacy coraz częściej wykonują badania profilaktyczne. Regularnie robi je już 2/3 osób. Wiele z nich mogą oni wykonać bezpłatnie dzięki skierowaniu od lekarza. Mimo to spośród puli badań podstawowych oferowanych przez NFZ 12-13 proc. jest finansowanych z kieszeni pacjenta.
– Coraz częściej korzystamy z możliwości zakupienia badań, pamiętając o tym, żeby samemu ich nie interpretować. W całej puli wykonywanych badań te finansowane przez pacjentów stanowią około 12 proc. i ten odsetek wzrasta. W przypadku badań wysokospecjalistycznych odsetek tych kupowanych przez pacjentów jest jeszcze większy i wynosi 15-20 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Andrzej Marszałek, dyrektor medyczny Synevo.
Świadomość zdrowotna Polaków wzrasta i coraz częściej korzystają oni z możliwości wykonania badań. Z ankiety Millward Brown wykonanej na zlecenie firmy Bayer wynika, że 60 proc. ankietowanych przeprowadziło badania profilaktyczne w ciągu ostatnich trzech lat.
Wiele z badań podstawowych jest finansowanych przez Narodowy Fundusz Zdrowia.
– Jeżeli wykonujemy takie badania, możemy liczyć na to, że dostaniemy zlecenie od naszego lekarza rodzinnego lub od specjalisty. Narodowy Fundusz Zdrowia podzielił je w zależności od specjalizacji na różne dostępne refundowane badania. Nie zawsze jednak możemy takie zlecenia uzyskać – mówi dr Andrzej Marszałek.
Czasem problemem jest to, że takiego skierowania nie chce wydać lekarz podstawowej opieki medycznej. Na finansowanie z własnej kieszeni decydują się również ci, którym zależy na czasie, a w publicznej opiece medycznej kolejka jest zbyt długa.
Polska służba zdrowia oferuje bardzo szeroki wachlarz badań laboratoryjnych. W sumie jest ich ok 3,5 tys. Nie wszystkie są jednak użyteczne dla każdego pacjenta, dlatego warto przed ich wykonaniem poradzić się lekarza.
– Wraz z postępem diagnostyki nie zawsze lekarze nadążają z uzyskaniem informacji od pacjentów, żeby ich jak najlepiej zdiagnozować – mówi dr Marszałek.
Warto decydować się raz w roku na wykonanie badań podstawowych: morfologii, badania ogólnego moczu, stężenia glukozy oraz oceny profilu lipidowego krwi. Nawet jeśli pacjent decyduje się zapłacić za wykonanie tych badań, o ich interpretację powinien zapytać lekarza lub przynajmniej pracownika laboratorium.
– Oczywiście nie możemy liczyć, że pracownik laboratorium postawi nam diagnozę, ale na pewno przybliży interpretację tych wyników, w niektórych sytuacjach powie: Proszę, jak najszybciej zgłosić się do swojego lekarza – mówi dr Andrzej Marszałek.
Po skierowanie na specjalistyczne badanie nie trzeba już udawać się do lekarza specjalisty. Od 1 stycznia 2015 roku zwiększyły się kompetencje lekarzy rodzinnych w zakresie zlecania badań laboratoryjnych. Pula badań została poszerzona m.in. o spirometrię, PSA, hormony tarczycy FT3 i FT4, USG nerek, tarczycy, ślinianek i moszny. Poszerzenie kompetencji lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej związane jest z wejściem w życie pakietu onkologicznego i ma na celu przyspieszenie diagnostyki nowotworowej.
– Mężczyznom proponowałbym oznaczyć PSA co 2 lata lub nawet co roku, w zależności od wieku, bo to rzeczywiście przybliży nas do diagnostyki występowania choroby. Tylko pamiętajmy o tym, że interpretacja tego wyniku jest zależna od populacji, z której pochodzimy, od naszego wieku, obciążenia rodzinnego, więc to, co jest dobre dla Kowalskiego, wcale nie musi być dobre dla mnie. Pamiętajmy też, że aby wynik był prawidłowy, musimy się do tego badania dobrze przygotować – mówi dr Andrzej Marszałek.
Badanie PSA to jedno z ważniejszych badań w profilaktyce nowotworu prostaty, który co roku jest przyczyną śmierci ponad 3 tys. mężczyzn w Polsce. Badanie to powinien wykonywać każdy mężczyzna po ukończeniu 50 roku życia. W przypadku wystąpienia problemów z oddawaniem moczu badaniu PSA powinni poddawać się także młodsi mężczyźni.
Przybywa hoteli ekonomicznych w dobrych lokalizacjach. Więcej będzie też apartamentów na długi wynajem
W Polsce działa ponad 2,5 tys. hoteli i ich liczba rośnie rocznie o ok. 5-10 proc. W ostatnich latach budowanych było więcej obiektów luksusowych, teraz szybciej rozwija się segment hoteli ekonomicznych, dwu- i trzygwiazdkowych. Podobnie jak w Europie Zachodniej będą one budowane w coraz lepszych lokalizacjach. Przybywać będzie także apartamentów na wynajem długoterminowy. Zainteresowanie tymi segmentami rynku wykazują nowi inwestorzy zagraniczni.
– W Polsce mamy ponad 2,5 tys. hoteli, ta liczba zwiększa się dynamicznie – co roku między 5 a 10 proc. W ubiegłych latach powstawało więcej obiektów luksusowych, czyli cztero- i pięciogwiazdkowych. Dziś powstają głównie obiekty z niższego segmentu, czyli ekonomiczne oraz średniego szczebla. Dominują obiekty raczej w miastach, czyli hotele biznesowe, mniej jest zaś obiektów wypoczynkowych – mówi agencji Newseria Biznes Adam Konieczny, dyrektor zarządzający na Polskę firmy doradztwa hotelowego Christie + Co.
Raport „Rynek Hotelarski w Polsce. Raport 2015” wskazuje, że na koniec ubiegłego roku w Polsce działało 2250 hoteli, o 143 więcej niż na początku 2014 roku. Najwięcej przybyło trzygwiazdkowych hoteli (92 nowe) i czterogwiazdkowych (42 nowych). W połowie 2015 roku polska baza liczyła już 2566 skategoryzowanych hoteli. Ponad połowa (blisko 1,3 tys.) to obiekty trzygwiazdkowe.
W Polsce przeważają obiekty mniejsze, mające od 100 do 150 pokoi. Jak podkreśla Konieczny, wynika to z faktu, że takie inwestycje są najbardziej atrakcyjne dla inwestorów, bo zapewniają najlepszy zwrot i minimalizację ryzyka. Takie projekty chętniej finansują też banki.
– Obiekty ze 100-150 pokojami pod marką polską lub zagraniczną stawiane są raczej w centrach miast. Z Europy Zachodniej przyszedł do nas trend, że nawet hotele dwugwiazdkowe powstają w lokalizacjach pięciogwiazdkowych. Gość hotelowy nie chce przebywać na przedmieściu, chce być blisko miasta i korzystać z jego atrakcji – wyjaśnia dyrektor Christie + Co.
Pozyskanie atrakcyjnego gruntu może być obecnie łatwiejsze, w dużej mierze ze względu na przesycenie rynku powierzchnią biurową. Ponadto część deweloperów biurowych, którzy mają zabezpieczone grunty pod inwestycje, może część lokalizacji przeznaczyć właśnie na pokoje hotelowe.
W pierwszym półroczu 2015 roku najwięcej hoteli powstało w województwach małopolskim i pomorskim (po 10). Dla porównania w mazowieckim powstało zaledwie trzy.
Najwięcej hoteli znajduje się w Małopolsce – 337 (16,5 tys. pokoi), w województwie mazowieckim jest ich 262 (blisko 20 tys. pokoi), ale są one zdecydowanie większe. W ciągu trzech lat podaż pokoi na stołecznym rynku wzrosła o 10 proc. Wedle „Raportu z Rynku HoReCa 2015” obłożenie hoteli wynosi średnio 72 proc. (77 proc. w hotelach cztero- i pięciogwiazdkowych, 66 proc. w obiektach jedno- i trzygwiazdkowych).
– Najwięcej obiektów powstaje dziś w Krakowie, ale ten rynek jest w stanie absorbować najwięcej powierzchni hotelowej. Drugim takim rynkiem jest Trójmiasto, gdzie w ostatnich latach poprawiły się takie wskaźniki, jak obłożenie i średnia cena, co przyciągnęło nowych inwestorów. Jeśli przeanalizujemy dane dotyczące obłożenia i średniej ceny, to widać, że wzrost został zanotowany właściwie w każdym z większych miast. Choć nad średnią ceną trzeba jeszcze popracować – przekonuje Konieczny.
Najszybciej przybywa w Polsce trzygwiazdkowych obiektów. Ekskluzywne hotele i spa to natomiast jeden z szybciej rosnących segmentów dóbr luksusowych. Z oceny KPMG wynika, że w latach 2014-2017 ten segment wzrośnie o 25 proc. do poziomu 1,6 mld zł.
Zdaniem eksperta szybko będzie też rósł segment hoteli ekonomicznych, których w Polsce wciąż jest niewiele. Na Zachodzie cieszą się one dużym zainteresowaniem – pokój choć niewielki, jest czysty i estetyczny, dobra lokalizacja sprawia, że łatwy jest też dostęp do atrakcji, a sam pokój służy tylko i wyłącznie do spania.
– Oprócz hoteli stricte budżetowych są też nowe formy, które łączą funkcję hotelową z hostelową, a to wszystko w bardzo przyzwoitym standardzie, to takie sieci jak niemiecki Meininger. Zaczynamy także działać w sektorze longstay’ów, czyli apartamentów serwisowych, które dostarczają gościom usługi podobne jak hotel, a pozwalają na dłuższe pobyty – analizuje ekspert.
Wejściem na polski rynek w tym segmencie zainteresowanych jest kilku zagranicznych inwestorów, m.in. z Niemiec czy Irlandii, a także z Azji, tym bardziej że klienci korporacyjni coraz chętniej korzystają z tego typu obiektów.
Na rynku hotelowym w większych miastach w Polsce przeważają deweloperzy aktywni również na rynku biurowym i mieszkaniowym. Inaczej wygląda jednak sytuacja w mniejszych ośrodkach.
– W ostatnich latach widać było aktywność deweloperów austriackich, jak UBM, Warimpex czy S+B. W mniejszych miastach często są to lokalni przedsiębiorcy, nie zawsze związani z rynkiem nieruchomości, którzy prowadzą przedsiębiorstwa w innych sektorach. Inwestycja hotelowa jest próbą dywersyfikacji biznesu. Ponadto mamy też większe grupy, jak Interferie z grupy KGHM czy Zdrojowa, które inwestują środki nad morzem i w górach w segmencie Medical SPA – wymienia ekspert Christie + Co.




















