Sprzedaż prasy wciąż spada. Zyskują cyfrowe wydania

0

Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy

W tempie dwucyfrowym spada sprzedaż prasy drukowanej, ale dynamika spadku wyhamowuje. Za to coraz więcej osób korzysta z wydań cyfrowych. Ponad 30 proc. dorosłych regularnie czyta prasę w sieci, niewielu jednak decyduje się za to płacić. Wzrost liczby czytelników w internecie przekłada się na wpływy z reklamy. W prasie drukowanej w ciągu 10 lat spadły niemal o dwie trzecie, zaś w internecie wzrosły ponaddziesięciokrotnie.

Rynek prasy drukowanej się kurczy. Sprzedaż spadła o 11-12 proc., to jest dosyć duży udział, ale w stosunku do roku ubiegłego obserwujemy lekkie przyhamowanie tego spadku sprzedaży. Oczywiście największy spadek sprzedaży egzemplarzowej notujemy w dziennikach, ale odrabiamy kontaktami cyfrowymi z czytelnikami. To bardzo dynamiczny przyrost, bo ponad 12 proc. rok do roku – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy (IWP).

Z danych Związku Kontroli Dystrybucji Prasy opracowanych przez portal Wirtualnemedia.pl wynika, że wszystkie gazety tracą czytelników. W pierwszym półroczu „Fakt” i „Gazeta Wyborcza” zanotowały ponad 5-proc. spadek, największy zanotowała „Rzeczpospolita”, aż o ponad 15 proc.

Raport ZenithOptimedia wskazuje, że coraz mniej czasu poświęcamy na czytanie prasy. W latach 2010-2014 średni czas czytania gazet spadł o 25 proc. (z 21,9 do 16,3 minut). Wedle prognoz w 2017 roku ma być to niewiele ponad 14 minut dziennie. Rośnie natomiast czas spędzany w internecie – z 60 do blisko 110 minut. Tendencję wykorzystuje rynek prasy, a większość gazet proponuje czytelnikom cyfrowe wydania.

Rośnie udział prasy, szczególnie dzienników, w rynku portali internetowych. Obecnie wynosi on 32 proc. wśród 20 największych portali. Jako prasa stanowimy większy potencjał niż Google czy Facebook, ale to jest potencjał rozproszony. Gazet w Polsce jest około 50, każda ma różny udział, ale globalnie jest on znaczący – przekonuje dyrektor IWP.

Choć spada sprzedaż gazet papierowych, to zdaniem Hoffmana nie znikną one całkowicie z rynku. Część czytelników pozostaje wierna tradycyjnym wydaniom. Diagnoza społecznych zachowań czytelniczych w obrębie prasy drukowanej i cyfrowej przygotowana przez Millward Brown w 2013 roku wskazywała, że w ciągu najbliższych kilku lat czytelnictwo prasy wzrośnie nawet o 16 proc., przede wszystkim dzięki cyfrowym wydaniom. Choć rośnie liczba osób, które czytają prasę w internecie, wciąż niewiele decyduje się za to płacić.

Przede wszystkim oczekujemy zmiany ustawy o VAT, ponieważ powstaje dysproporcja między VAT-em na część drukowaną, czyli prasę i książkę drukowaną, a tym samym produktem w wersji elektronicznej. Jak możemy pobudzać czytelnictwo e-wydania, jeśli ten artykuł jest obciążony 23-proc. podatkiem – wskazuje Hoffman.

Zainteresowanie e-wydaniami nie pozostaje bez wpływu na reklamę.

Reklama internetowa jest coraz bardziej zaborcza. Obecnie udział telewizji i internetu w rynku reklamy wzrósł do około 75 proc. i odbywa się to kosztem prasy. Dotychczas udział prasy wynosił około 30 proc., teraz tracimy na rzecz internetu – podkreśla Hoffman.

Cennikowe dane Kantar Media wskazują, że wpływy reklamowe dzienników stale spadają. W pierwszym półroczu 2015 roku spadły o 1,5 proc. względem analogicznego okresu w 2014 roku i wyniosły 765, 6 mln zł. Z raportu „World Press Trends” wynika natomiast, że globalnie w ubiegłym roku prasa osiągnęła wyższe przychody ze sprzedaży (zarówno w druku, jak i w sieci), niż z publikowania reklam – 92 mld wobec 87 mld dolarów.

W internecie nie obowiązują żadne rygory, takie jak w wersji papierowej gazet czy w telewizji. Tam mamy kodeksy dobrych praktyk, których nie można przekroczyć. W sieci to wszystko jest zamazane, nie wiadomo, co jest wiadomością redaktorską, a co PR-owską. W pewnym momencie odwróci się to na korzyść wersji papierowych, bo będą gwarantowały wiarygodność dostarczonych informacji, a treści reklamowe nie będą się tu mieszały z treściami prasowymi – analizuje dyrektor IWP.

Klienci na rynku mieszkaniowym są coraz bardziej wymagający. Metraż i lokalizacja to już nie wszystko

Ryszard Banacki

Zwiększająca się liczba nowych mieszkań dostępnych na rynku powoduje, że deweloperzy muszą bardziej starać się o klienta. A ten staje się bardziej świadomy i wymagający. Poza głównymi kryteriami – ceną, metrażem i lokalizacją – coraz częściej kieruje się jakością wykończenia, otoczeniem inwestycji czy kosztami administrowania.

Z badania TNS Polska dla Otodom.pl wynika, że najważniejszym kryterium wyboru lokalizacji przez Polaków jest dogodny dojazd samochodem (40 proc.) i transportem publicznym (39 proc.). Na kolejnych miejscach znalazła się lokalizacja w mieście, ale nie w pobliżu centrum (37 proc.), oraz bliskość terenów zielonych (32 proc.). Wciąż jednak od lokalizacji (55 proc.) ważniejsza jest cena (68 proc.) i w porównaniu z 2014 rokiem znaczenie ceny wzrosło, a lokalizacji zmalało.

W wielkim mieście niezmiennie najważniejsza jest lokalizacja, dostęp do komunikacji, czyli metra, linii tramwajowych i autobusowych czy obwodnicy, oraz do infrastruktury socjalnej. Ale zwróciłbym uwagę na element często niedoceniany przez deweloperów, jak indywidualne potrzeby każdego klienta. Bardzo ważna jest również sama funkcjonalność mieszkania, lokalizacja względem stron świata czy koszty administrowania i zarządzania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Banacki, dyrektor ds. sprzedaży w spółce TYNKBUD1.

Z obserwacji spółki wynika, że rośnie zainteresowanie klientów kameralnymi apartamentowcami w wysokim standardzie. To powoduje, że deweloperzy realizujący większe inwestycje równają w górę i podnoszą jakość wykończenia.

Jak podkreśla Banacki, wciąż największy popyt jest na mieszkania dwu- i trzypokojowe w niewielkich metrażach.

Porównując z poprzednim boomem z 2008 roku, trochę więcej osób szuka mieszkań dwu- i trzypokojowych, kompaktowych, ale z dużą ilością izb, czyli w tym wypadku kuchnie są zamknięte – mówi Ryszard Banacki.

Ocenia, że mimo wzrostu wymaganego wkładu własnego od stycznia 2016 roku zainteresowanie nowymi mieszkaniami nie spadnie. Lekkie spowolnienie może być obserwowane na początku przyszłego roku. Kredytobiorcy będą musieli mieć nie 10 proc., jak do tej pory, ale 15 proc. wartości nieruchomości.

Uważam, że wzrost o 5 proc. nie jest na tyle istotny. Osoby zainteresowane zakupem mieszkania są w stanie lepiej gospodarować własnymi środkami poprzez np. trochę tańsze wykończenie. Ta podwyżka będzie miała wpływ na rynek, ale nie tak duży – mówi Banacki.

Doświadczenia z I połowy tego roku, po wzroście wymaganego wkładu własnego z 5 proc. do 10 proc., pokazały, że deweloperzy zmieniając swoje strategie marketingowe, oferowali promocyjne ceny mieszkań czy atrakcyjne harmonogramy spłat.

Zdaniem Banackiego niewielki wpływ na rynek ma także program rządowych dopłat Mieszkanie dla Młodych. W sprzedaży TYNKBUD1 mieszkania w MdM mają 5-10-proc. udział.

Spółka prowadzi cztery inwestycje w Warszawie: dwie na Woli, po około 50 mieszkań, podobnej wielkości na Bemowie oraz Mokotowie (nieco ponad 20 lokali). Wiosną przyszłego roku zamierza wprowadzić na rynek dwa projekty po praskiej stronie.

To będą również niewielkie inwestycje, podobne do tych, które realizowaliśmy dotychczas – zauważa Ryszard Banacki. – Na pewno zwrócimy szczególną uwagę na standard wykonania części wspólnych, między innymi w ten sposób chcemy się wyróżnić na tle konkurencji.

Asseco Poland wchodzi na nowe rynki w Afryce i inwestuje w Portugalii

0

Asseco Poland przejęło pakiet kontrolny (61,38 proc. udziałów) w portugalskiej spółce informatycznej Exictos SGPS. Spółka działa w Portugalii oraz jest dostawcą rozwiązań IT w tym kraju i na portugalskojęzycznych rynkach wschodzących Afryki – w Angoli, Mozambiku oraz Republice Zielonego Przylądka. Dzięki tej akwizycji Grupa Asseco będzie obecna w kolejnych, po Nigerii i Etiopii, krajach Afryki oraz otworzy nowe perspektywy ekspansji na rynki Ameryki Południowej. Łączna wartość transakcji to 21,5 mln euro.

Asseco Poland, największy w Polsce i jeden z największych w Europie producentów oprogramowania, zakupiło większościowe udziały w portugalskiej firmie IT – Exictos SGPS. Spółka specjalizuje się w produkcji i wdrażaniu oprogramowania dla sektora bankowego, obsługując ponad 60 banków w krajach portugalskojęzycznych. Główna siedziba Exictos mieści się w Lizbonie, gdzie zatrudnionych jest 220 osób. Spółka prowadzi działalność w dużej mierze na rynkach wschodzących w Afryce, takich jak Angola, Mozambik oraz Republika Zielonego Przylądka. Łącznie we wszystkich biurach Exictos zatrudnia około 400 pracowników. Przychody spółki za 2014 rok wyniosły ponad 41 mln euro, a zysk netto osiągnął poziom prawie 5 mln euro.

Asseco od lat prowadzi aktywną politykę akwizycyjną, dzięki czemu obecne jest dziś w ponad 40 państwach świata. Zakup Exictos to dla Asseco wejście na nowe rynki w Europie, Afryce i Azji, a także, w dalszej perspektywie – w Ameryce Południowej. Ponadto, krok ten wzmocni pozycję Asseco w regionie iberyjskim, a także otwiera perspektywę bliskiej współpracy Exictos z Asseco Spain. Dzięki tej akwizycji Grupa Asseco umocni także swoją pozycję dostawcy dla sektora bankowego na poziomie międzynarodowym.

Popołudniowy komentarz walutowy z 03.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 03.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 03.09.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Minister Gospodarki Janusz Piechociński z wizytą w Wieltonie

31 sierpnia br. wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński złożył wizytę w Wieltonie, największej i najnowocześniejszej fabryce naczep i przyczep w Polsce oraz powstającym obecnie Centrum Badawczo-Rozwojowym spółki w Wieluniu. Premier Piechociński zapoznał się z pełną ofertą produktową Wieltonu oraz szczegółami ostatnich akwizycji spółki we Francji i Włoszech. Wyraził uznanie dla władz i pracowników firmy za znaczące osiągnięcia w budowaniu silnej polskiej marki z potencjałem rozwoju na rynkach zagranicznych.

WIELTON – POLSKI SUKCES, POLSKA MARKA Z POTENCJAŁEM EKSPORTOWYM

Władze Wieltonu, największego w Polsce i jednego z największych europejskich producentów naczep i przyczep, gościły w poniedziałek wicepremiera i ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego. W trakcie spotkania Prezes spółki, Mariusz Golec przedstawił asortyment produktowy oraz szczegóły ostatnich znaczących transakcji na rynkach zagranicznych: zakupu francuskiego producenta naczep – firmy Freuhauf oraz nabycia aktywów włoskiej spółki Campagnia Italiana Rimorchi. Premier Piechociński zwiedził także powstające Centrum Badawczo-Rozwojowe Wieltonu, gdzie będzie zlokalizowana jedyna w tej części Europy nowoczesna stacja do całopojazdowego badania naczepy. Projekt Centrum jest realizowany przy wsparciu Ministerstwa Gospodarki, w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka i współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego.

Premier Piechociński docenił sukcesy władz spółki w budowaniu polskiej marki, w oparciu o polską myśl technologiczną i lokalne zaplecze produkcyjne w Wieluniu. Gratulował osiągnięć w ekspansji na rynkach zagranicznych oraz wspieraniu innowacyjnych rozwiązań. – Wielton walczy nie tylko produktem czy usługą, ale też myślą koncepcyjną, badaniami, innowacyjnym rozwojem. Firma ma już zdolności i zasoby, żeby wchodzić na odległe rynki. Cieszę się jednak, że jądro firmy pozostanie w Wieluniu. Będzie tutaj działało najnowocześniejsze w Europie centrum badawcze przyczep, podwozi. Mam nadzieję, że zgłoszą się do tego centrum także inne nasze firmy z sektora motoryzacyjnego. Jesteśmy przecież wielkim wytwórcą części, akcesoriów i podzespołów  – powiedział Janusz Piechociński na zakończenie wizyty.

Wielton to obecnie największy w Polsce, a po ostatnich akwizycjach jeden z największych europejskich producentów naczep i przyczep. Przejęta w maju br. francuska spółka Fruehauf jest wiodącym producentem naczep i przyczep do pojazdów ciężarowych z 40% udziałem w segmencie rynku naczep we Francji. Fruehauf posiada nowoczesny zakład produkcyjny w Auxerre we Francji, a odbiorcami produktów są klienci w Europie, w tym głównie we Francji. Z kolei w sierpniu br. Wielton zakupił aktywa włoskiej firmy Compagnia Italiana Rimorchi, tj. wiodące włoskie marki Merker, Viberti i Cardi oraz wybrane maszyny i urządzenia, bazy klientów i know-how produktów. Wśród zakupionych maszyn znajdują się m.in. zautomatyzowane linie spawalnicze, w pełni automatyczna linia do zabezpieczania antykorozyjnego w technologii KTL, magazyn do wysokiego składowania oraz linie montażowe. Zostaną one przeniesione do Wielunia. W następstwie obu transakcji, spółka zamierza, w perspektywie dwóch lat, podwoić moce produkcyjne przy jednoczesnej poprawie wydajności zakładów. – Partnerstwo z firmą Fruehauf oraz przejęcie czołowych włoskich marek od Compagnia Italiana Rimorchi otwierają Wieltonowi drogę do zdobycia pozycji trzeciego największego europejskiego gracza na rynku naczep – podkreślał Przewodniczący Rady Nadzorczej spółki Paweł Szataniak podczas wizyty premiera Piechocińskiego.

Wielton jest obecny na ponad 35 rynkach, w Europie, Azji i Afryce. Odbiorcami pojazdów Wieltonu są firmy transportowe, budowlane, produkcyjne i dystrybucyjne w kraju oraz zagraniczni dealerzy pojazdów ciężarowych i naczep, w szczególności firmy z Rosji, Ukrainy, Białorusi, Norwegii, Węgier, Litwy, Łotwy, Czech, Bułgarii, Rumunii, Słowacji, Estonii, Niemiec, Austrii, Francji, Holandii, Słowenii oraz Serbii, Tadżykistanu i Kazachstanu. Zarząd zakłada również ekspansję zagraniczną w Europie, szczególnie w krajach sąsiedzkich. W planach jest ekspansja w Afryce, Azji i na Bliskim Wschodzie.

Firma prowadzi także aktywną politykę wspierania i wykorzystywania innowacji, korzystając z możliwości oferowanych przez państwo. W lutym br. Wielton decyzją ministra gospodarki uzyskał status centrum badawczo-rozwojowego, co pozwala mu działać jak jednostce naukowej i finansować prace badawczo-rozwojowe ze środków zewnętrznych, m.in. funduszy unijnych oraz środków Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Budowa Centrum ma być zakończona do końca 2015 r. Zatrudnienie znajdzie w nim kilkudziesięciu inżynierów, którzy będą odpowiadać za tworzenie rozwiązań, które zminimalizują lub wręcz wyeliminują ryzyko powstania usterek w pojazdach. W czerwcu br. spółka otworzyła również Biuro Projektowe w Parku Naukowo-Technologicznym Technopark Gliwice, które będzie wspierać transfer innowacyjnych technologii z Politechniki Śląskiej do biznesu i zwiększać konkurencyjność spółki. – Rozbudowany nowoczesny park maszynowy w połączeniu z zapleczem inżynieryjnym i naukowym w Centrum Badań i Rozwoju to początek kolejnej rewolucji technologicznej w spółce. Dzięki temu zaoferujemy klientom innowacyjne rozwiązania techniczne i nową jakość produktów. To ugruntuje naszą przewagę konkurencyjną na rynku – powiedział Mariusz Golec, Prezes Zarządu spółki.

Wizycie towarzyszyli przedstawiciele władz lokalnych Wielunia.

Polskie spółki dobrze sobie poradziły w I półroczu. Końcówka roku może być trudniejsza dla firm surowcowych i banków

Łukasz Bugaj

I półrocze przyniosło nie najgorsze wyniki polskim spółkom giełdowym. Inwestorzy nie powinni się czuć rozczarowani nawet trudnymi sektorami, takimi jak bankowy czy surowcowy. O ile jednak kolejne miesiące nie przyniosą zapewne pogorszenia kondycji większości spółek, o tyle niektóre banki czy firmy wydobywcze mogą rozczarować.

Zakończony sezon wyników polskich spółek oceniany jest  jako poprawny, wpisujący się w tendencję obserwowaną w ostatnich kwartałach. Nawet spółki surowcowe, takie jak KGHM czy Bogdanka, zaprezentowały całkiem niezłe wyniki, w szczególności w porównaniu do oczekiwań.

– Pojawia się jednak duży znak zapytania co do ich przyszłości, w szczególności w przypadku KGHM podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ. – Jeżeli spojrzymy na obecne ceny miedzi, dalszy dynamiczny spadek cen węgla i to, co się dzieje wokół Bogdanki, i w ogóle wokół krajowego węgla, to można powiedzieć, że te wyniki są imponujące, biorąc pod uwagę to negatywne środowisko zewnętrzne. Pojawia się jednak bardzo duży znak zapytania dotyczący tego, jak to będzie wyglądało w przyszłości. Na pewno te wyniki na takim dobrym poziomie się nie utrzymają.

KGHM  wypracował w II kwartale 824 mln zł jednostkowego zysku netto wobec 520 mln zł rok wcześniej. Bogdanka miała w pierwszym półroczu ponad 75 mln zł zysku. To wprawdzie o 17 proc. mniej niż rok wcześniej, ale osiągnięto je mimo dramatycznego spadku cen węgla.

– Na pewno plus należy się właśnie tym spółkom surowcowym, dla których klimat gospodarczy czy środowisko makroekonomiczne nie jest dobre – podkreśla Łukasz Bugaj. – Również dla banków nie jest ono w tym momencie pozytywne, a wyniki banków również w większości zaskakiwały – przynajmniej lekko –pozytywnie, a w niektórych przypadkach to zaskoczenie było nawet nieco większe. Tutaj widać, że te spółki całkiem nieźle sobie radzą. Tym niemniej, jeżeli spojrzymy na relacje rok do roku, w szczególności na wyniki powtarzalne, czyli po odłączeniu czynników jednorazowych, to trudno o poprawę rok do roku w tych sektorach, gdzie kondycja makroekonomiczna jest trudna.

Dla większości polskich spółek nadchodzące miesiące powinny być jednak spokojniejsze. Gospodarka rozwija się w równym tempie i firmom nie zagrażają żadne spektakularne niebezpieczeństwa.

Według mnie tutaj nie należy oczekiwać żadnych zmian mówi analityk DM BOŚ. Jeżeli spojrzymy na to z lotu ptaka, to od ładnych już kilku kwartałów tempo wzrostu PKB w Polsce jest lekko ponad 3 proc i jest nadzieja na to, że ta tendencja się utrzyma. Były oczekiwania co do przyspieszenia w II półroczu tego roku, tutaj można to podać w wątpliwość, bo jeżeli spojrzymy na dane za II kw., to dostrzeżemy spowolnienie dynamiki PKB. Do tego dochodzi całe zamieszanie wokół Chin. Niemniej ten wzrost ma się utrzymać. Ja bym tutaj bardziej obserwował te spółki, które dotychczas publikowały dobre wyniki, z nadzieją, że  ten trend będzie kontynuowany.

To, co może się zmienić w otoczeniu gospodarczym w II półroczu, to ceny. W Polsce od ponad roku występuje deflacja. W lipcu – jak podał GUS – ceny były o 0,7 proc. niższe niż rok wcześniej. To nie pomaga firmom w osiąganiu zysków. Zdaniem Łukasza Bugaja z DM BOŚ spadek cen będzie jednak wyhamowywał, by przerodzić się w inflację.

– Trudno powiedzieć, czy to będzie pod koniec tego roku, czy dopiero na początku przyszłego roku. Warto jednak przyjrzeć się spółkom handlowym, które cierpiały na tej deflacji. Jeżeli rzeczywiście miałaby się ona zakończyć, to środowisko dla tego typu spółek mogłoby się poprawić w dalszej części roku, choć – co trzeba zaznaczyć – tutaj cały czas się pojawiają znaki zapytania. Na przykład z jednej strony ostatnie wysokie temperatury i susza z nimi związana powinny wpływać na nieco niższą deflację w najbliższych miesiącach, a z drugiej strony dewaluacja juana i bardzo niskie ceny surowców działają w przeciwnym kierunku. Nie wiemy, jaka będzie siła wypadkowa i jak będzie wyglądała trajektoria inflacji w kolejnych miesiącach.

Rynki eksportowe i lepszy popyt wewnętrzny podbiły sprzedaż ES-Systemu. Prognozy na drugą część roku zakładają dalszą poprawę wyników

Rafał Gawrylak, prezes zarządu ES-System SA

Wzrost popytu pozwolił na znaczną poprawę wyników finansowych ES-Systemu. Przychody całej grupy w I półroczu 2015 roku wzrosły o 11 proc. do 82,2 mln zł, a zysk netto sięgnął 2,5 mln zł wobec 18 tys. zł przed rokiem. Silny pozostał rynek krajowy, a eksport zwiększył się o jedną czwartą. Prezes firmy Rafał Gawrylak liczy na dalsza poprawę w kolejnych kwartałach. Realizację celów ma zapewnić szerokie portfolio produktowe oraz aktywność we wszystkich najważniejszych segmentach rynku oświetleniowego.

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami spółka ES-System obserwuje wzrost zapotrzebowania na urządzenia elektryczne, wzrost produkcji przemysłowo-budowlanej i urządzeń elektrycznych oraz wzrost zapotrzebowania na produkty LED-owe – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Gawrylak, prezes zarządu ES-System SA.

Wysoki popyt przełożył się na poprawę wyników finansowych osiąganych przez giełdową spółkę i całą grupę. ES-System w II kwartale miał ponad 44,8 mln zł przychodów ze sprzedaży, a zysk netto wyniósł 3,01 mln zł. Marża na poziomie netto wyniosła 6,7 proc. (w II kwartale 2014 było to 0,4 proc.).

Zarówno na rynku krajowym, jak i na rynku eksportowym obserwujemy wzrosty. Rynek krajowy po I półroczu narastająco rok do roku pozwolił na ponad 11-proc. wzrost przychodów spółki – podkreśla prezes Gawrylak.

Bardzo dobre wyniki osiągnięto także na rynkach zagranicznych, które odpowiadają za blisko jedną piątą przychodów grupy. W I półroczu eksport wyniósł 15,4 mln zł, co oznacza wzrost o 26 proc. rok do roku. W samym II kwartale wzrost wyniósł 40 proc. Najważniejszymi partnerami handlowymi dla polskiego producenta rozwiązań oświetleniowych w omawianym  okresie były trzy kraje – Szwecja, Niemcy oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Przychody spółek wchodzących w składy Grupy ES-System pochodzą z trzech podstawowych segmentów: oświetlenia architektonicznego, oświetlenia zewnętrznego oraz oświetlenia przemysłowego.

Spółka ES-System jest w stanie zaspokoić potrzeby klienta zgodnie z jego oczekiwaniami. Stwarza produkty customizowane, dopasowane do indywidualnych potrzeby klienta. To jest innowacyjność, bo każdy produkt jest na nowo stworzony i produkt dostosowany do potrzeb klienta – prezes Gawrylak wymienia przewagi konkurencyjne spółki.

ES-System jest jednym z dwóch polskich zakładów przemysłowych, które posiadają laboratorium z certyfikatem S&T. Dzięki tej technologii możliwe było wyprodukowanie oraz poddanie testom ponad 1,5 tys. różnych produktów oświetleniowych spółki.

Nowe produkty, w tym produkty LED-owe, indywidualizacja potrzeb klientów, trzymanie kosztów w ryzach, modernizacja zakładów produkcyjnych, czyli obniżenie kosztów produkcji – Gawrylak wylicza czynniki wpływające na dobre wyniki finansowe uzyskane w I półroczu.

Prezes ES-Systemu liczy na to, że III kwartał 2015 roku przyniesie kontynuację pozytywnych tendencji widocznych w I półroczu. Realizację celu umożliwi aktywność we wszystkich trzech podstawowych segmentach rynku, w których obecna jest spółka.

Chcemy, żeby rynek eksportowy był co najmniej na tym poziomie, który osiągnęliśmy dziś – mówi Rafał Gawrylak.– Trzy podstawowe rynki, które przyniosły nam największe dynamiki wzrostu, to Szwecja, Zjednoczone Emiraty Arabskie i rynek Niemcy.

Spółka działa także w Rosji i na Ukrainie. Zaangażowana jest tam w kilka różnych projektów, jednak z powodu trudnej sytuacji geopolitycznej panującej w tych krajach ich realizacja nie jest przesądzona.

Zajmujemy się kilkoma projektami, natomiast obecnie nie ma decyzji, czy te projekty będą realizowane przez firmę ES-System czy nie – komentuje Gawrylak.

Grupa ES-System to największy polski podmiot z branży profesjonalnego oświetlenia. Spółka została założona w 1990 roku, a od 2007 roku jest notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.

D. Rosiński (DM AFS): Nie widać szans na trwałą poprawę sytuacji na rynku surowców. Globalny rynek niedźwiedzia potrwa do 2020 roku

Damian Rosiński

Globalny rynek niedźwiedzia na rynkach surowcowych potrwa do końca dekady – uważa analityk DM AFS Damian Rosiński. Z powodu nadpodaży ceny ropy naftowej nadal będą niskie, a miedź kontynuować będzie długoterminowy trend spadkowy. Szanse na odbicie stwarza jedynie rynek złota. Przecena surowców odbija się przede wszystkim na gospodarkach opartych na ich eksporcie – Brazylii, RPA oraz Australii. 

– Surowce tracą, ich ceny spadają, na pewno to, że sytuacja w Chinach się pogarsza, ma na to ogromny wpływ. Ma na to wpływ również nadpodaż na rynku ropy naftowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Damian Rosiński, analityk Domu Maklerskiego AFS.

Zdaniem eksperta obecnie nie widać sygnałów świadczących o tym, że sytuacja na rynku ropy naftowej może się w najbliższym czasie zmienić. Niska cena czarnego złota negatywnie odbija się na zachowaniu walut surowcowych.

– W związku z tym tracą właśnie takie kraje, jak Brazylia, Australia, RPA. Niestety, jeśli chodzi o perspektywę tych krajów nie wygląda to najlepiej, szczególnie dotyczy to Brazylii, ponieważ są to kraje, które są mocno uzależnione od finansowania w dolarach.

Waluta Brazylii – real – w ciągu zaledwie 12 miesięcy osłabiła się do dolara o niemal 40 procent. Sporo tracą również dolar australijski (24 proc.) oraz południowoafrykański rand (20 proc.).

– Jednocześnie dla firm jest to dodatkowy negatywny impuls. Polska jest trochę w innej sytuacji i jest odporna na [zapowiadane] podwyżki [stóp] w Stanach, ale akurat sytuacja w Brazylii czy w Australii nadal będzie negatywna – wyjaśnia Damian Rosiński.

W ocenie analityka Domu Maklerskiego AFS cena baryłki ropy w najbliższym czasie powinna pozostać stabilna na niskim poziomie w okolicach 40-45 dolarów.

Damian Rosiński lepsze perspektywy widzi dla rynku złota. Jego zdaniem możliwe jest tu odbicie i osiągnięcie przez ten surowiec maksymalnego poziomu ok. 1200-12500 dolarów za uncję.

– Na rynku miedzi spodziewane są raczej spadki albo stabilnie niskie ceny. Tutaj nie oczekiwałbym jakiegoś poważniejszego odbicia i to nawet nie tylko w perspektywie końca roku, lecz także kolejnych lat – prognozuje.

Miedź tanieje od 2011 roku, a od maja br. jej cena systematycznie spada. Obecnie to zaledwie 5 tys. dol. za tonę, a pod koniec sierpnia kosztowała już poniżej 5 tys. dol. Mimo ubiegłotygodniowych wzrostów w ciągu trzech miesięcy miedź potaniała o ponad 14 proc.

– Jakaś korekta powinna nastąpić w horyzoncie najbliższego roku, ale taki globalny czy duży rynek niedźwiedzia na rynku surowców potrwa do 2020 roku, czyli do końca dekady – przewiduje ekspert.

Przedstawiciel Domu Maklerskiego AFS uważa, że gospodarki bazujące na eksporcie surowców, takie jak Australia czy Brazylia, muszą radzić sobie z kryzysową sytuacją poprzez wprowadzenie wewnętrznych reform. Może się również okazać, że słabnąca waluta w większym stopniu wpłynie na rozwój innych gałęzi przemysłu, co zrekompensuje niższe wpływy z branży surowcowej.

– Nie liczyłbym na szybkie odbicie i w związku z tym poprawę sytuacji na rynku towarów – podsumowuje wypowiedź Damian Rosiński.

Globalny indeks cen towarów CRB w ciągu roku spadł o ponad 30 proc. 26 sierpnia osiągnął najniższy od 2003 roku poziom 185 pkt.

InfoSCAN zapowiada gwałtowny wzrost przychodów. Spółka kończy przygotowania do ekspansji w USA

0

Jerzy Kowalski, członek zarządu InfoSCAN SA

InfoSCAN SA zamierza w dwa lata zwielokrotnić swoje przychody. Firma telemedyczna zajmująca się diagnostyką zaburzeń oddychania podczas snu oraz zaburzeń kardiologicznych miała ostatnio słabe wyniki, ale teraz wchodzi ze swoimi urządzeniami na rynek amerykański i brytyjski i liczy na ich poprawę.

Klientami spółki są dziś przede wszystkim polskie kliniki medyczne i gabinety specjalistyczne, które zajmują się diagnostyką takich schorzeń. Gros przychodów spółka osiąga dzięki zamówieniom ze strony lekarzy laryngologów, pulmonologów i kardiologów.

– Grupą o największym potencjale wzrostu przychodów są dla nas laryngolodzy zajmujący się zaburzeniami oddychania podczas snu, gdyż to jest najszybciej rosnąca grupa pacjentów podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jerzy Kowalski, członek zarządu InfoSCAN SA. – Również kardiologia jest ważnym obszarem naszej działalności, ponieważ tutaj mamy już teraz bardzo dużo pacjentów, których możemy diagnozować.

InfoSCAN SA oferuje m.in. holter, który pozwala przeprowadzać nie tylko diagnostykę serca i analizować np. arytmię, lecz także diagnostykę zaburzeń oddychania podczas snu. Jak zapewnia Jerzy Kowalski, jest to tani sposób wykonania dużej liczby badań. Firma podkreśla, że oferuje bardzo zaawansowany aparat MED-350, który jest obecnie w certyfikacji np. w Stanach Zjednoczonych. Opracowuje też jeszcze nowocześniejsze urządzenie aparat MED-400, który będzie nową generacją rejestratorów danych fizjologicznych, pozwalającą na zwiększenie zakresu rejestrowanych czynników oraz możliwości diagnostycznych.

Dla nas bardzo ważny jest rynek amerykański, ponieważ jest to rynek dojrzały, na którym ubezpieczyciele już kilka lat temu stwierdzili, że badania bezdechu pozwalają znacznie oszczędzić finansowanie leczenia późniejszych powikłań po tej chorobie mówi Jerzy Kowalski. – W związku z tym pierwsze kroki kierujemy na rynek amerykański i to jest nasza podstawa. Jednocześnie wkraczamy na rynek brytyjski, gdyż on jest dosyć podobny do amerykańskiego, jeżeli chodzi o zaawansowanie, jednak znacznie mniejszy. To pozwoli nam później na łatwiejsze wejście na inne rynki europejskie.

Od kwietnia do końca czerwca spółka miała 13 tys. zł przychodów netto ze sprzedaży przy ponad 70 tys. zł rok wcześniej, co oznacza spadek o 80,8 proc. To przyniosło jej stratę netto przekraczającą 273 tys. zł wobec 45 tys. zł zysku netto w analogicznym okresie roku poprzedniego. Członek zarządu InfoSCAN SA liczy jednak na to, że plany zagranicznej ekspansji już wkrótce zdecydowanie poprawią te wyniki.

– Nasze prognozy są optymistyczne, gdyż planujemy po wejściu na rynek amerykański osiągnięcie już w przyszłym roku około 2 mln zł przychodu , a w 2017 roku ponad 8 mln przychodu. Jest to związane właśnie z bardzo dużą liczbą badań wykonywanych w Stanach Zjednoczonych, dzięki temu nawet mały udział w tym rynku powoduje bardzo duże przychody.

W przyszłym roku spółka zamierza osiągnąć break even z zyskiem EBITDA na poziomie 70,4 tys. zł. Rok później ma to być już 3,5 mln zł.

Z czasem spółka zamierza też powalczyć o kolejne rynki zbytu dla swoich wyrobów.

– Przede wszystkim myślmy tu o rynkach europejskich, pozostałych krajów europejskich, gdyż mamy certyfikaty ISO i certyfikaty CE, co pozwala nam w bezpośredni i łatwy sposób wejść na te nie bez dodatkowych kosztów ocenia Jerzy Kowalski z InfoSCAN SA. – Musimy jednak na razie skupić się na rynku amerykańskim i brytyjskim jako tych najbardziej perspektywicznych i dających największe marże.

Ustawa o książce zakończy wojny cenowe. Ceny wyjściowe książek będą niższe

0

Ignacy Karpowicz

Ustawa o książce może pomóc ustabilizować polski rynek wydawniczy. Skorzystają na tym czytelnicy, autorzy, wydawcy oraz księgarze. Nowe przepisy mają ukrócić wojnę cenową między księgarniami, na czym zyskają przede wszystkim te mniejsze i autorskie, które często przegrywały walkę o klienta z dużymi sieciami. Niższa ma być też cena wyjściowa książek, obecnie często sztucznie zawyżana. Wprowadzenie ustawy ma również zagwarantować szerszą ofertę wydawniczą. 8 września projekt ustawy analizować będzie sejmowa podkomisja nadzwyczajna.

Rynek dóbr konsumpcyjnych jest przeważnie uregulowany. Natomiast polski rynek książki był puszczony wolno, co doprowadziło do absurdalnych zachowań właściwie wszystkich uczestników rynku. Uporządkowanie to podstawowy zysk ustawy – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes pisarz Ignacy Karpowicz.

Projekt ustawy o książce został przygotowany przez Polską Izbę Książki. Oparty został na rozwiązaniach stosowanych na Zachodzie, np. we Francji czy we Włoszech, i nakłada na wydawców i importerów książek obowiązek ustalenia jednolitej ceny książki przed wprowadzeniem jej do obrotu. Taki zapisy dotyczyłby wszystkich, którzy doprowadzają książkę do końcowego nabywcy.

Ustawa zakłada utrzymanie ceny okładkowej przez 12 miesięcy od dnia wprowadzenia książki na rynek. To jest podstawowa i najważniejsza zasada, która przyświeca tej ustawie. Wszystkie kanały dystrybucji, począwszy od hurtowni, poprzez księgarnie detaliczne, aż po księgarnie internetowe nie mają prawa do obniżek powyżej 5 proc. – podkreśla Sonia Draga, właścicielka wydawnictwa Sonia Draga.

Po tym okresie księgarze mogą dowolnie kształtować politykę cenową i dawać upusty. Zwolennicy ustawy podkreślają, że stała cena na nowości książkowe ukróci wojnę cenową między graczami na rynku. Jednym z jej efektów była sztucznie zawyżona cena okładkowa książki tak, aby można było dać na nią upust cenowy już od pierwszego dnia. We Włoszech po wprowadzeniu ustawy o książce ceny spadły średnio o ok. 14 proc.

Wojnę cenową dotychczas przegrywały małe, autorskie księgarnie, których nie było stać na taką rywalizację. Po wprowadzeniu ustawy cena byłaby wszędzie taka sama, niezależnie od miejsca sprzedaży – i w księgarni stacjonarnej, i w internetowej, i na wsi, i w mieście).

Księgarnie przy takiej samej cenie będą musiały konkurować jakością czy ofertą. I to jest też korzyść dla czytelnika. Nie będzie tak jak w sieciówce, że do książek skierowany został pan bądź pani od garnków – zaznacza pisarz Ignacy Karpowicz.

Przepisy ustawy mogłyby zahamować proces zamykania księgarń. Obecnie jest ich w Polsce ok. 1,8 tys. Jeszcze w 2010 roku było ich ponad 2,4 tys. – wynika z danych Polskiej Izby Książki.

Dla księgarń niezależnych to ważne przede wszystkim dlatego, że klienci w równej mierze będą zaglądać również do nas. Dzisiaj są zwabiani nawet 30-proc. obniżkami cen przez księgarnie sieciowe. Jeśli taka księgarnia jest w pobliżu księgarni niezależnej, to powoduje to, że trzeba nadrabiać innym asortymentem, żeby przeżyć – tłumaczy Jakub Bułat, właściciel księgarni Tarabuk w Warszawie.

Wojna cenowa przekłada się nie tylko na cenę wyjściową książek i kondycję tradycyjnych księgarni czy małych wydawnictw, lecz także na ofertę.

Przeciętnemu czytelnikowi może się wydawać, że wszystko działa prawidłowo, ale oblicze rynku jest znacznie gorsze. Gracze rywalizują nie tylko ceną, lecz także jakością i ofertą tytułową. W efekcie wartościowa literatura wędruje w kąt księgarni, a na widok wysuwane są te tytułu, na które można dać rabat. W efekcie wydawcy po jakimś czasie muszą udzielać dodatkowych rabatów na pokrycie strat księgarni – analizuje Sonia Draga.

Podkreśla, że ustawa pozwoli na wydawanie tych książek, które mają mniejsze szanse na rynku niż reklamowe bestsellery, przeważnie z większym budżetem. Pieniądze, które nie będą angażowane w wojny cenowe, będzie można przeznaczyć na ambitną literaturę.

Na półkach nie będzie tylko kryminałów, książek o miłości i poradników. Będzie też miejsce na literaturę artystyczną. Ta ustawa pozwala na zachowanie różnorodności, pozwala trwać wydawnictwom średniego rozmiaru i niszowym. Bez tej ustawy te wydawnictwa po prostu znikną – przekonuje Ignacy Karpowicz.

Ustawa przyniesie korzyści nie tylko czytelnikom i wydawnictwom, lecz także autorom. Poparło ją wiele osób związanych z kulturą, m.in. prof. Jerzy Bralczyk, Krystyna Janda, i sami autorzy – Sylwia Chutnik, Olga Tokarczuk, Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Szczepan Twardoch, Grzegorz Kasdepke, Ignacy Karpowicz czy Zygmunt Miłoszewski).

Pod koniec września Opel uruchomi w Gliwicach masową produkcję nowej Astry V. W salonach auto pojawi się pod koniec października

Wojciech Mieczkowski, dyrektor generalny General Motors Poland

W fabryce Opla w Gliwicach 29 września pełną parą ruszy produkcja modelu Astry najnowszej generacji. Koncern liczy, że dzięki nowatorskim rozwiązaniom tego samochodu, który m.in. może być wyposażony w innowacyjny system wsparcia kierowcy Opel OnStar, znacząco zwiększy sprzedaż. Do salonów samochód trafi pod koniec października.

2 września odbył się w Polsce przedpremierowy pokaz nowej Astry. Światowa premiera będzie miała miejsce na nadchodzących targach we Frankfurcie 15 września – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Mieczkowski, dyrektor generalny General Motors Poland. – Kolejna premiera, związana z uruchomieniem masowej produkcji w Gliwicach, odbędzie się 29 września. Miesiąc później samochody będą dostępne w salonach u polskich dealerów.

Astra do tej pory była w czołówce sprzedaży. Jak wynika z danych Instytutu Samar w ubiegłym roku była czwartym najchętniej wybieranym przez klientów modelem. Uwzględniając statystki sprzedaży wszystkich generacji Astry od 1991 roku w Polsce, model ten zajmuje trzecie miejsce. Piąta generacja ma jeszcze poprawić te wyniki. Wojciech Mieczkowski, dyrektor generalny General Motors Poland, uważa, że nowa Astra ma wszystko, by stać się przebojem rynkowym. Astra V generacji ma się wyróżniać nie tylko nowatorską linią nadwozia, lecz także technologicznymi rozwiązaniami, których dotąd nie stosował żaden producent samochodów tej klasy.

Ten samochód ma oprócz świetnych jednostek napędowych również bardzo ciekawe, innowacyjne rozwiązanie – podkreśla Mieczkowski. – Przede wszystkim OnStar – wyjątkowy system wsparcia kierowcy, który będzie dostępny tylko w modelach Opla, osobisty asystent kierowcy, który pomoże zarówno w prozaicznych, codziennych sytuacjach, jak i w tych najtrudniejszych, w czasie wypadku, np. wezwie pomoc ratunkową.

Nowy Opel Astra to samochód, w którym dzięki dostępowi do sieci system OnStar nie tylko będzie można zdiagnozować stan samochodu, lecz także wezwać pomoc w razie kolizji czy odnaleźć cel podróży. Konsultant OnStar poszuka nie tylko docelowego adresu, np. najbliższego hotelu czy restauracji, lecz także zdalnie prześle go nawigacji samochodu.

Łączność, multimedia i integracja ze smartfonem to są elementy, których nasi klienci coraz częściej oczekują – ocenia Wojciech Mieczkowski. – Kolejny bardzo ważny element to bezpieczeństwo. Astra jest pierwszym modelem, w którym zastosujemy w pełni LED-owe, matrycowe światła. Pozwalają tak oświetlić przestrzeń i drogę przed autem, że kierowca będzie mógł dostrzec obiekty nawet 40 metrów wcześniej.

Piąta generacja Astry jest znacznie lżejsza od poprzednika, a jednocześnie bardziej zaawansowana technologicznie. Jak informuje producent, jeden z silników oferowanych do tego modelu pali średnio 4,2 l benzyny na 100 km. Nowa Astra ma nieco mniejsze wymiary zewnętrzne od poprzedniej wersji, ale dzięki nowatorskiemu rozplanowaniu wnętrza jest w nim więcej miejsca dla kierowcy i pasażerów.

Nasi konstruktorzy oprócz ładnej stylistyki, która wiąże się z niemiecką precyzją, chcieli uzyskać również większą przestronność we wnętrzu samochodu, jednocześnie wprowadzając bardziej kompaktowe wymiary na zewnątrz – mówi dyrektor generalny General Motors Poland. – To wiąże się również ze znaczącym odchudzeniem samochodu, nawet do 200 kg, a to oczywiście przekłada się na parametry jezdne.

Cena podstawowej wersji Astry nowej generacji to 59,9 tys. Jest to model wyposażony w klimatyzację, system audio, Bluetooth oraz elektryczne szyby, lusterka i centralny zamek.

Poczta Polska walczy o klientów wśród sprzedawców internetowych. Spółka chce do 2020 r. podwoić przychody na rynku paczkowym

Kinga Dobrzyń

Dla sprzedających przez internet Poczta Polska uruchomiła nową ofertę, obejmującą dostarczenie przesyłki, jej opakowanie i ubezpieczenie. Ma to wzmocnić pozycję spółki na rynku e-commerce. Zgodnie ze strategią Poczty Polskiej do 2020 roku paczki i przesyłki w ramach e-handlu mają być głównym obszarem wzrostu. Spółka zakłada 1,5 mld zł przychodów w tym obszarze i 100-proc. wzrost.

Klient e-commerce jest klientem, który oczekuje szybkiej i dobrej jakościowo dostawy. Decydującym elementem jest cena wysyłki. Są porównywarki, w których klienci mogą sobie porównać ceny z opcją wysyłki i to jest jeden z decydujących o zamówieniu towaru elementów – mówi Kinga Dobrzyń, zastępca dyrektora zarządzającego sprzedażą w segmencie klienta detalicznego w Poczcie Polskiej.

Jak podkreśla, klienci e-commerce to największy rynek w Polsce i bardzo istotny dla Poczty Polskiej. Strategia spółki na kolejne pięć lat zakłada, że dostawy paczek i przesyłek dla e-handlu mają być głównym obszarem wzrostu. Poczta chce być firmą pierwszego wyboru dla sprzedających przez internet.

Chcemy w tym segmencie wzrosnąć zgodnie z naszymi założeniami strategicznymi do 2020 roku o 100 proc. Planowane przychody to 1,5 mld zł – mówi Dobrzyń.

Oprócz usług logistycznych klienci e-commerce będą mogli korzystać z rozwiązań Poczty Polskiej w zakresie bankowości, ubezpieczeń czy komunikacji cyfrowej.

Spółka zamierza także rozwijać sieć urządzeń samoobsługowych, które ułatwią odbiór zamówionych produktów – w ciągu pięciu lat ma być ich ok. tysiąca. Sieć punktów odbioru paczek (placówek pocztowych i u zewnętrznych partnerów) wzrośnie do ok. 10 tys.

Cały czas rozwijamy łańcuch wartości dla całego segmentu e-commerce. Mamy stronę przeznaczoną dla sklepów sprzedających internetowo. Chcielibyśmy, aby nasz nowy produkt – pakiet polecony e-commerce, którego wdrożenie nastąpiło 1 września, również wpisywał się w ten segment. Oferta, którą przedstawiliśmy klientom, jest jedną z najbardziej atrakcyjnych cenowo i zapewnia standardy jakościowe na wysokim poziomie – mówi Kinga Dobrzyń.

Łączenie pakiety sprzedaży usług przesyłki, jej opakowania i polisy ubezpieczeniowe pozwoliły obniżyć cenę jednostkową przesyłki do 3,6 zł. Ceny pakietów wahają się od 20 do 72 zł. Pakiet dla allegrowiczów zakłada, że paczka jest dostarczana w ciągu trzech dni roboczych lub następnego dnia po opłaceniu priorytetu. Nowa oferta umożliwia także bezpłatny zwrot przesyłki.

Allegrowicze są największą grupą e-commerce w Polsce, chcemy, aby oferta do nich kierowana była jak najbardziej elastyczną ofertą i żeby tutaj ten wolumen przesyłek realizowanych przez Pocztę Polską był zdecydowanie największy – mówi zastępca dyrektora zarządzającego sprzedażą w segmencie klienta detalicznego w Poczcie Polskiej.

Dużym udogodnieniem, zarówno dla sprzedających, jak i dla kupujących, jest aplikacja eNadawca, która umożliwia zarejestrowanie przesyłki i jej szybkie nadanie.

Rośnie rynek luksusowych mebli w Polsce. Przy zakupie najważniejsza jest wysoka jakość i staranne wykonanie

Marek Zbroszczyk

Polacy coraz chętniej otaczają się luksusowymi przedmiotami, a wysokiej jakości meble stają się symbolem wysokiego statusu materialnego. W ubiegłym roku wartość rynku luksusowych mebli sięgnęła 625 mln zł i ciągle rośnie w tempie 10 proc. rocznie – wynika z raportu KPMG.

Rośnie liczba zamożnych Polaków. Pod tym względem gonimy Zachód. Dzięki temu, że stajemy się coraz bogatsi, jesteśmy bardziej skłonni kupować dobra luksusowe wysokiej jakości – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Zbroszczyk, współwłaściciel oraz założyciel marki Brahman’s.

Z raportu KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce” wynika, że w ubiegłym roku łączna wartość tego segmentu rynku wyniosła 12,6 mld zł i wciąż rośnie. W 2017 roku może sięgnąć 14 mld zł. Coraz więcej jest też zamożnych Polaków, których zarobki brutto przekraczają 7,1 tys. zł. W 2014 roku było ich blisko 880 tys., a ich łączny dochód netto wyniósł prawie 141 mld zł. W 2017 roku ma być ponad 1,1 mln takich osób, a ich zarobki przekroczą 200 mld zł. Wyższe zarobki sprawiają, że Polacy chętniej sięgają po produkty z górnej półki.

Jednym z dóbr luksusowych mogą być meble, te dobrej jakości i wykonane z bardzo dobrych materiałów to spory wydatek. Wartość rynku dóbr luksusowych dotycząca mebli oraz wyposażenia wnętrz wzrosła o około 10 proc. Pokazuje to, że na rynku mamy nadal dużo miejsca na projekty światowe, wysokiej jakości, począwszy od architektury, na wyposażeniu i aranżacji wnętrz kończąc – przekonuje Zbroszczyk.

W ubiegłym roku wartość luksusowych mebli w Polsce wyniosła 625 mln zł (580 mln zł w 2013 roku). Eksperci KPMG szacują, że w ciągu dwóch najbliższych lat ich wartość wzrośnie o ok. 10 proc., do 689 mln zł. Wybierane są jako inwestycja na przyszłość, jednak najczęściej świadczą o wysokim statusie danej osoby. Zamożni Polacy przyznają, że kupując dobra luksusowe, kierują się przede wszystkim jakością. W drugiej kolejności zwracają uwagę na estetykę.

Większość luksusowych marek meblowych obecnych w Polsce ma swoje korzenie we Włoszech. Niestety, nie wszyscy wiedzą, że często stosowane do ich produkcji materiały nie są najwyższej jakości i płacimy po prostu za markę. Brahman’s Home chce wypełnić tę lukęproponujemy produkty najwyższej jakości, wykonywane przez najlepszych polskich rzemieślników – zapowiada Marek Zbroszczyk.

Meble Brahman&HASH39;s Home będą dostępne na rynku od września tego roku. Do stworzenia mebli wykorzystano m.in. marmur Carrara, wysokiej jakości drewno orzecha amerykańskiego i stal szlachetną. Premierowa kolekcja została zaprojektowana przez Wojciecha Łaneckiego.

Europa przestawia się na oświetlenie LED-owe. Wraz z poprawą sytuacji w branży budowlanej rośnie jego sprzedaż

Rafał Gawrylak, prezes zarządu ES-System

W ciągu siedmiu miesięcy tego roku, jak podał Główny Urząd Statystyczny, rozpoczęto w Polsce budowę 95,5 tys. mieszkań. To o 11,7 proc. więcej niż w tym samym czasie 2014 roku. Poprawa sytuacji w branży ma znaczenie dla firm, które produkują materiały budowlane i wykończeniowe, w tym oświetlenie. Z prognoz wynika, że za dwa lata 56 proc. oświetlenia w Unii Europejskiej będzie wykonane w technologii LED.

– Sprzedaż sprzętu elektrycznego i oświetlenia jest ściśle powiązana ze wzrostem produkcji budowlano-montażowej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Gawrylak, prezes zarządu ES-System. – Jeśli branży budowlanej idzie dobrze, to i przemysł oświetleniowy rośnie. Dziś widzimy wzrosty produkcji budowlano-montażowej i pochodną tego wzrostu jest również wzrost zapotrzebowania na produkty oświetleniowe, w tym w głównej mierze na produkty LED-owe. Ich sprzedaż w II kw. wzrosła do ponad 46 proc. W całości sprzedaży eksportowej udział LED wyniósł 56 proc. na koniec I półrocza 2015.

Pochodną rozwoju rynku oświetleniowego jest poprawa wyników spółki ES-System w ostatnim półroczu. Spółka podaje, że w tym czasie miała ponad 82 mln zł przychodu, czyli aż o 11 proc. więcej niż rok wcześniej. Zysk netto, jaki spółka osiągnęła, bliski był 2,5 mln zł wobec symbolicznego zysku w wysokości 18 tys. zł rok wcześniej.

– Unia Europejska prognozuje, że do 2017 roku średnio w całej Europie, w całej Unii Europejskiej, ponad 56 proc. to będą oświetlenia LED-owe mówi Rafał Gawrylak. W przypadku Polski mamy więc jak najbardziej możliwość rozwoju, a w przypadku Europo te 58 proc. w 2017 roku na pewno zostanie przekroczone. Za granicą obserwujemy również rozwój oświetlenia ulicznego, ponieważ państwa inwestują w jego modernizację.

Polska spółka działa na szybko rosnącym rynku, ale jednocześnie rynku bardzo konkurencyjnym. Podobne artykuły sprzedaje wiele firm z Azji. Dzięki temu  ceny i marże spadają, ale jak podkreśla prezes ES-Systemu, produkty sprawdzone, które gwarantują jakość, w dalszym ciągu są w cenie.

– Dzięki pewnej indywidualizacji potrzeb klienta, krótkim terminom realizacji i jakości, którą firma może zaproponować, jesteśmy w stanie realizować wyższe marże, aniżeli uzyskiwane tylko ze sprzedaży produktów pochodzących z Dalekiego Wschodu. Natomiast jest już tendencja, żeby ceny obniżać. Tanieją komponenty, zmieniają się technologie. Modernizujemy je i dzięki temu jesteśmy w stanie również obniżyć koszty wytwarzania, oczywiście przy zachowaniu jakości.

Spółka z zadowoleniem dostrzega, że rośnie zainteresowanie rozwiązaniami LED-owymi, czyli technologicznie bardziej zaawansowanymi od stosowanych dotąd. Użytkownicy są bardziej świadomi i doceniają zalety światła, które kupują, a także stawiają duże wymagania odnośnie do jego parametrów technicznych. Chcą mieć dobrze oświetlone pomieszczenia, spełnione normy zakresu temperatury barwowej, zakresu ochrony fotobiologicznej oraz pewność, że te produkty, które będą wykorzystywać, nie będą szkodzić ich zdrowiu i nie będą miały negatywnego wpływu na ich życie.

– Przyszłością jest na pewno rodzaj intuicyjnego sterowania, które będzie powodowało, że użytkownik wchodząc do pomieszczenia, nie będzie szukał przełącznika na ścianie – zapowiada prezes Rafał Gawrylak z ES-System. – Temperatury barwowe oświetlenia będą się dostosowywały do nastroju czy sytuacji zewnętrznej, która panuje w danym budynku. Na pewno czeka nas wiele zmian i na pewno pojawią się systemy autonomiczne, powiązane z internetem,  mówimy jednak o czymś, czego dzisiaj nie znamy albo czego dzisiaj jeszcze nie ma w produkcji.

22-letnia studentka z nagrodą 100 tysięcy złotych w konkursie zorganizowanym przez sieć Biedronka

Zakończył się drugi etap konkursu „Piórko 2015. Nagroda Biedronki za książkę dla dzieci”, w którym wybrano najlepsze ilustracje, obrazujące zwycięski tekst wyłoniony w pierwszym etapie konkursu. Kapituła Nagrody, w której zasiadał m.in. wybitny ilustrator Bohdan Butenko, jednogłośnie uznała, że najlepsze prace stworzyła Natalia Jabłońska. Laureatka za wygraną otrzyma 100 tys. zł. Konkurs cieszył się dużym zainteresowaniem ilustratorów amatorów.

Zarówno w pierwszym, jak i w drugim etapie konkursu otrzymaliśmy ogromną liczbę zgłoszeń. Pierwszy zamknął się liczbą ponad cztery tysiące prac, a w drugim – na oprawę graficzną nagrodzonego tekstu – było ponad tysiąc zgłoszeń plastycznych – mówi Newseria Biznes Anetta Jaworska-Rutkowska, kierownik ds. relacji zewnętrznych i CSR Jeronimo Martins Polska.

Zdaniem jurorów drugiego etapu poziom nadsyłanych prac był niezwykle wysoki. Wiele z nich wyróżniało się niezwykłą jakością artystyczną, dbałością wykonania oraz spójnością ze zwycięskim tekstem.

Znakomita większość prac spełniała podstawowe warunki konkursu, a poza tym spełniała warunki ilustracyjne. To znaczy, że dobrze oddawały ducha książki, która według mnie jest bardzo interesująca, bardzo ciekawa, ale i bardzo trudna – wyjaśnia juror Bohdan Butenko, znany rysownik i ilustrator.

Według jurorów konkursu „Piórko 2015. Nagroda Biedronki za książkę dla dzieci” najlepsze ilustracje zostały wykonane przez pochodzącą ze Stalowej Woli 22-letnią Natalię Jabłońską. To one zilustrują wybrany w pierwszym etapie tekst autorstwa Katarzyny Szestak. Zwyciężczynie obu etapów otrzymają po 100 tys. zł nagrody.

Laureatka konkursu Natalia Jabłońska jest na czwartym roku krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Jak podkreśla, wyróżnienie to dla niej przede wszystkim motywacja do dalszej pracy, a wygrana pieniężna pozwoli jej zainwestować w siebie.

Otwierają się drzwi na rynek sztuki, na rynek ilustratorski. Jest to niesamowite przedsięwzięcie – twierdzi Natalia Jabłońska. – To przede wszystkim współpraca z wydawnictwem, z czym do tej pory nie miałam styczności. Doświadczenia, które zbiorę podczas współpracy z organizatorami, pozwolą mi łatwiej odnaleźć się, a może nawet znaleźć potem pracę na rynku sztuki.

Konkurs „Piórko 2015. Nagroda Biedronki za książkę dla dzieci” to projekt sieci sklepów Biedronka, który ma na celu popularyzację czytelnictwa wśród najmłodszych, a także wspieranie debiutujących pisarzy i ilustratorów.

Zwróciliśmy uwagę na to, że poziom czytelnictwa w Polsce jest bardzo mierny. Wiele podmiotów podejmuje różnego rodzaju działania, żeby coś z tym zrobić – mówi Anetta Jaworska-Rutkowska. – Stwierdziliśmy, że dobrym pomysłem będzie przeprowadzenie ogólnopolskiego konkursu literackiego na książkę dla dzieci, wszystko po to, by zainspirować młodych twórców, żeby sięgnęli po pióro i pędzel – dodaje.

Obecnie trwają prace nad ostatecznym kształtem książki dla dzieci, która trafi do sklepów Biedronki 30 listopada w nakładzie 50 tysięcy sztuk.

Popołudniowy komentarz walutowy z 02.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 02.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Bezrobocie w miastach wojewódzkich: Białystok i Poznań na przeciwnych biegunach

Stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce, według stanu na koniec 2014 roku, wyniosła 11,5% i była niższa w porównaniu z poprzednim rokiem o blisko 2 p.p. Na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat zmniejszyła się dokładnie o 7,5 p.p. W miastach wojewódzkich stopa bezrobocia w 2014 roku wahała się od 3,2% do około 12,0%. Najmniejsze problemy ze znalezieniem pracy mieli mieszkańcy Poznania, Warszawy oraz Wrocławia. Na kolejnych miejscach zestawienia uplasowały się Katowice (4,7%) i Kraków (5,2%).

Najwyższa stopa bezrobocia wystąpiła w Białymstoku, gdzie osiągnęła poziom 11,9%. Wśród miast o dużym bezrobociu znalazła się również Łódź oraz Kielce.

Stopa bezrobocia rejestrowanego w miastach wojewódzkich w Polsce w 2014 roku (w %)Stopa bezrobocia rejestrowanego w miastach wojewódzkich w Polsce w 2014 roku

 

Indeks złotego – Czy Polska zarobi na chińskim kryzysie?

Za sprawą chińskiego kryzysu złoty umocnił się w stosunku do azjatyckich walut. Dzięki temu Polska może zaoszczędzić na imporcie dalekowschodnich towarów. To szansa na zmniejszenie olbrzymiego deficytu handlowego, który obecnie przekracza 100 mld zł. Analiza Piotra Lonczaka, analityka walutowego Cinkciarz.pl.

Piotr Lonczak, analityk walutowy Cinkciarz.pl
Piotr Lonczak, analityk walutowy Cinkciarz.pl

Ostatnie kilka miesięcy to prawdziwa huśtawka nastrojów inwestorów w Chinach. Jeszcze na początku czerwca giełda w Szanghaju świętowała rekordy (indeks SCI był na najwyższym poziomie od 2008 r.). Chwilę później przeżywała poważne załamanie. Szanghajski indeks spadł już o ok. 40 proc. w porównaniu z najwyższym poziomem osiągniętym w czerwcu i ciągle jest bardzo niestabilny.

Na początku sierpnia opublikowano bardzo słabe dane na temat handlu zagranicznego. W lipcu chiński eksport towarów zmniejszył się o 8.3 proc. wobec poprzedniego roku. Zaskoczenie było olbrzymie, ponieważ prognozowano spadek o tylko 1 proc. Z kolei import z Państwa Środka pomniejszył się zgodnie z oczekiwaniami o 8.1 proc. Słaby rezultat sprzedaży za granicę odbił się negatywnie na bilansie handlowym. Nadwyżka zmalała do 43 mld dol wobec prognozowanych 53 mld dol.

W drugim tygodniu sierpnia Ludowy Bank Chin zdecydował się na dewaluację juana. Osłabianie chińskiej waluty odbywało się w kilku krokach. W rezultacie kurs juana w relacji do dolara spadł do najniższego poziomu od 2011 r. Bank centralny uzasadniał swoje działania chęcią trafniejszego odzwierciedlenia wpływu sytuacji rynkowej na kurs chińskiej waluty. Trudno jednak nie wiązać tego posunięcia z narastającymi problemami gospodarczymi Państwa Środka. Wpływ na tę decyzję mogła mieć też chęć poprawienia konkurencyjności cenowej eksportu, czyli obniżenia cen chińskich towarów dla zagranicznych nabywców.

Olbrzymi deficyt

Chiny to drugi po Niemczech najważniejszy partner importowy Polski. Udział towarów kupionych od producentów, pochodzących z tego kraju, wyniósł w czerwcu 11.3 proc. całego polskiego importu (dane za okres 12 miesięcy zakończony w czerwcu 2015 r.). Z drugiej strony eksport towarów pochodzących z Polski do Chin ma niewielkie znaczenie. Trafia tam tylko 1.1 proc. towarów sprzedanych przez krajowe firmy. To niewiele więcej niż na Białoruś oraz zdecydowanie mniej niż na Ukrainę.

Inaczej niż w przypadku Niemiec, Polska ma olbrzymi deficyt w handlu z Chinami. Rósł on bardzo szybko zwłaszcza od połowy 2014 r., sięgając ostatnio 71.8 mld zł. W czerwcu deficyt był o 21.8 proc. wyższy niż przed rokiem. W dużym stopniu był to efekt osłabienia złotego w relacji do juana. W tym czasie Polska sprzedała Chinom towary o wartości 7.5 mld zł. Import z Chin przewyższył eksport 10.6 raza.

Polska ma bardzo duży deficyt handlowy ze wszystkimi krajami azjatyckimi, zaliczanymi przez Cinkciarz.pl do zestawienia najważniejszych partnerów handlowych*. W okresie od czerwca 2014 r. do czerwca 2015 r., wyniósł on 103.9 mld zł. W tym czasie sprzedaliśmy tam towary o wartości 13.9 mld zł. Relacja importu do eksportu wyniosła 8.5. Sytuacja jest więc tylko nieznacznie lepsza niż w przypadku samych Chin.

Polska wygrywa na kryzysie

Polska (obok Rosji lub Indii) jest zaliczana do grupy gospodarek wschodzących. Ostatnie wydarzenia związane z problemami Chin oraz załamaniem cen surowców nie dotyczą nas jednak w takim samym stopniu, jak innych krajów z tej grupy. W przeciwieństwie do większości azjatyckich państw, Polska ma niewielkie powiązania eksportowe z Państwem Środka. W dodatku rekordowo niskie ceny surowców to dobra wiadomość dla naszego kraju, ponieważ importujemy większość towarów.

Konsekwencją takiej sytuacji jest stosunkowo stabilny kurs złotego w zestawieniu z innymi walutami z rynków wschodzących. Co więcej, polska waluta umocniła się w relacji do azjatyckich par walutowych. Od czasu dewaluacji juana złoty zyskał wobec chińskiej waluty blisko 6 proc. Indeks Cinkciarz.pl Krajów Azjatyckich pokazał wzrost wartości złotego w relacji do koszyka walut tego regionu o niemal 5 proc.

Udział krajów azjatyckich w polskim eksporcie wynosi niespełna 2 proc., z czego ponad połowa przypada na Chiny. Znaczenie importu z tego kierunku jest zdecydowanie większe, gdyż sięga aż 16.8 proc. (udział Państwa Środka to blisko 70 proc.).

Umocnienie złotego w relacji do azjatyckich walut oznacza dla Polski szansę na znaczące oszczędności, wynikające ze spadku kosztu importu. Sam sierpniowy wzrost wartości polskiej waluty, daje nadzieję na zmniejszenie deficytu w handlu z azjatyckimi krajami o 2-3 mld zł rocznie. Ta kwota odpowiada 20-30 proc. zeszłorocznego deficytu handlowego. Jeżeli złoty zdoła zyskać jeszcze mocniej, skala zysków może być większa.

* Zestawienie najważniejszych partnerów handlowych dostępne jest pod tym linkiem: https://cinkciarz.pl/nowosci/komentarze-walutowe/indeks-zlotego-cinkciarz-pl-raport-czerwiec-2015-czesc-1

Płaca nominalna i realna w Europie Środkowej w latach 2005-2013

W większości z państw Grupy Wyszehradzkiej i Słowenii światowy kryzys gospodarczy nie spowodował spadku wynagrodzeń, lecz jedynie spadek dynamiki ich wzrostu. Jednym z państw o najniższym zagregowanym wzroście wynagrodzeń nominalnych były niewątpliwie Czechy. Największą siłą napędową ich gospodarki jest eksport, zorientowany w głównej mierze na branżę motoryzacyjną. Kryzys skutecznie odstraszył zagranicznych inwestorów, co może tłumaczyć taki spadek dynamiki wynagrodzenia w 2009 roku.

W przypadku Słowenii, która w 2007 roku jako pierwszy kraj postkomunistyczny przyjęła euro, obserwujemy wzrost wynagrodzeń, aż do 2012 roku. Rok później Czechy pozostawały w recesji, a źródłem tego zjawiska niewątpliwie był spadek eksportu i inwestycji w tym kraju, jak również pogorszenie się koniunktury w gospodarkach strefy euro.

Wykres 1. Dynamika nominalnych wynagrodzeń
w latach 2005-2013 w krajach środkowoeuropejskichWykres1 - Dynamika nominalnych wynagrodzeń  w latach 2005-2013 w krajach środkowoeuropejskich

Najwyższą przeciętną inflację w latach 2005-2013 odnotowano na Węgrzech, gdzie ceny towarów i usług wzrastały co roku średnio o 4,7%. Za dany koszyk dóbr, Węgrzy w 2013 roku zapłacili 1,38 ceny z 2005 roku. Najniższą przeciętną inflację w analizowanym okresie zanotowano w Czechach. Niski wzrost cen w tym kraju powoduje, że konsumenci nie tracą zdolności do nabywania dóbr.

Inflacja w Krajach Środkowoeuropejskich charakteryzowała się raczej stabilnym przyrostem pomiędzy 1 a 8% w skali roku.

Wykres 2. Dynamika wzrostu inflacji
w latach 2005-2013 w Europie ŚrodkowejWykres 2. Dynamika wzrostu inflacji  w latach 2005-2013 w Europie Środkowej

Realne płace w 2013 roku wzrosły w Polsce o 37% w porównaniu z 2005 rokiem. Spośród analizowanych krajów tylko w Słowacji przyrost ten był wyższy o 3 p.p. Wzrost siły nabywczej wynagrodzenia wynika z tego, że pensje nominalne, czyli te wypłacane pracownikom, rosły szybciej niż ceny. Jednak w przypadku Słowenii i Czech, w ostatnim analizowanym roku, przyrost cen był zdecydowanie wyższy niż przyrost płac nominalnych. Sprawiło to, że realne pensje obywateli były niższe niż w 2012 roku.

Wykres 3. Dynamika realnych wynagrodzeń
w latach 2006-2013 w Europie ŚrodkowejWykres 3. Dynamika realnych wynagrodzeń  w latach 2006-2013 w Europie Środkowej

Sylwia Radzięta
Sedlak & Sedlak

 

IDC: cloud computing rośnie 7 razy szybciej niż rynek IT

W ubiegłym roku rynek usług w chmurze był jednym z najdynamiczniej rozwijających się obszarów IT, rósł blisko 7 razy szybciej niż rynek tradycyjnych usług IT  – wynika z najnowszego raportu firmy analitycznej IDC. W 2014 r. wydatki na chmurę publiczną i prywatną w Polsce wyniosły 130.3 mln USD i były wyższe o 30,2% w porównaniu do roku 2013.

Chmura to duże wyzwanie

Technologia chmury obliczeniowej zyskuje uznanie firm w całej Europie Środkowo-Wschodniej.  W 2015 r. wartość rynku usług cloud computingu wyniesie w tym regionie (z wyłączeniem Rosji) 385 mln USD. Polski rynek wzrośnie w tym czasie o  ponad 25% do około 162 mln USD.

Szybki wzrost wartości nie oznacza wcale, że rynek chmury obliczeniowej jest rynkiem łatwym. Obecni są na nim zarówno globalni dostawcy chmury, firmy technologiczne, lokalni integratorzy, firmy telekomunikacyjne, jak i operatorzy data center. Ta różnorodność działających na rynku podmiotów stanowi duże wyzwanie zarówno dla dostawców, którzy często są zmuszeni zrewidować swoją dotychczasową opinię o konkurencji, jak i dla klientów, którzy podejmując decyzje o korzystaniu z chmury muszą mierzyć się z trudnym zadaniem wyboru najlepszego dostawcy.

SaaS liderem

Obecnie rynek rozwiązań chmurowych w Polsce jest zdominowany przez chmurę publiczną, która stanowi blisko 75% rynku i rośnie nieco szybciej niż cały rynek cloud computingu. Rynek chmury prywatnej stanowił jedną czwartą rynku usług w chmurze i rozwijał się w ubiegłym roku znacznie wolniej. Jest to związane z mniejszą liczbą dostawców takich rozwiązań – w porównaniu z liczbą dostawców chmury publicznej – a także większą skłonnością klientów do samodzielnego realizowania projektów w obszarze chmury prywatnej. Najwięcej przychodów generuje oprogramowanie w modelu SaaS (62%), nieco mniejszy udział mają usługi IaaS (28%) oraz PaaS (10%).

W kierunku Trzeciej Platformy

Jak wynika z analiz IDC, skłonność do korzystania z chmury obliczeniowej w Polsce w niewielkim stopniu jest zależna od wielkości firmy czy branży w jakiej ona działa. Dużo istotniejsze jest nowoczesne podejście do korzystania z IT i zrozumienie, że chmura może być narzędziem wspierającym działania biznesowe. Sukces odnoszą ci dostawcy, którzy potrafią zidentyfikować takich klientów lub zaproponować im rozwiązania bezpośrednio przekładające się na usprawnienie biznesu.

Autorzy raportu zwracają uwagę, że w najbliższej przyszłości, w miarę rozwoju rynku, coraz mniej ważne będą usługi chmurowe jako takie. Rosła będzie potrzeba wykorzystania chmury jako platformy wspierającej rozwój nowych rozwiązań IT łączących analitykę/Big Data, mobilność i media społecznościowe  – to, co IDC określa mianem Trzeciej Platformy IT. Dostawcy rozwiązań będą musieli przygotować się do oferowania czegoś więcej niż infrastruktura czy oprogramowanie w chmurze, co od wielu będzie wymagało inwestycji w nowe obszary, często wykraczające poza czyste IT.

Blisko pół miliarda dolarów  w 2019 r.

Na rynku chmury doskonale widać zmianę jaka dokonuje się w zakupach IT po stronie klienta. Według prognoz IDC, na świecie do końca 2016 roku, działy biznesowe będą bezpośrednio zaangażowane w ponad 80% nowych inicjatyw IT. W Polsce ten wskaźnik może być niższy, ale liczba projektów inicjowanych, a często w pewnym zakresie zarządzanych przez działy biznesowe, będzie szybko rosła.

Według prognoz IDC w roku 2019 wartość rynku usług w chmurze – prywatnej i publicznej – przekroczy w Polsce 450 mln USD, co stanowić będzie ok. 11% całego rynku usług IT w Polsce. To o 7 punktów procentowych więcej niż obecnie.

Koniec niepewności na rynku pracy: rekordowe plany rekrutacji i Polacy chcący podwyżek

W ostatnich miesiącach systematycznie umacnia się pozycja pracowników na rynku pracy. Potwierdza to także czwarta edycja Barometru Rynku Pracy przygotowanego przez Work Service S.A., z którego wynika, że od początku roku spadł z 28% do 19% odsetek obawiających się o zatrudnienie, a co drugi pracujący Polak oczekuje wzrostu wynagrodzenia. Zdaniem ekspertów, pracownikom będzie coraz łatwiej negocjować wyższe stawki zmieniając czy szukając pracy. Tym bardziej, że ponad 28% pracodawców planuje w najbliższych miesiącach nowe rekrutacje – to najwyższy odsetek ze wszystkich edycji badania. Z drugiej jednak strony, tylko 5% firm planuje podwyżki wynagrodzenia.

– Kondycja polskiego rynku pracy w 2015 roku jest bardzo dobra. Stopa bezrobocia jest najniższa od 2008 roku, rośnie popyt inwestycyjny i konsumpcja. To wszystko przekłada się na stabilny wzrost gospodarczy, który stymuluje rynek pracy. Ten pozytywny trend utrzymuje się już od ubiegłego roku, jednak teraz wyraźnie widzimy, że wpływa na poczucie stabilizacji. Poprawiająca się koniunktura powoduje, że pracownicy nie obawiają się o utratę miejsca pracy, są chętni do zmiany zatrudnienia, zakładają i oczekują, że ich wynagrodzenie będzie rosło – mówi Tomasz Hanczarek, prezes zarządu Work Service S.A. – Co prawda, pracodawcy niechętnie deklarują podwyżki, ale warto wziąć pod uwagę, że w związku z umacniającym się rynkiem pracownika, wzrasta presja płacowa, którą wyraźnie widać wśród kandydatów, już na etapie rekrutacji. Zarządzający firmami chcąc przyciągnąć nowych specjalistów, muszą już na początku zapłacić więcej. To powstrzymuje wewnętrzne wzrosty płac wśród obecnej załogi i powoduje powściągliwość w deklarowaniu podwyżek – dodaje Tomasz Hanczarek.

Pracownicy czują się coraz pewniej

Z najnowszego Barometru Rynku Pracy wynika, że spada odsetek Polaków niepokojących się o swoje miejsce pracy – z 28% w I kwartale 2015 roku do 19% w lipcu br. (-9 p.p.). Największa niepewność występuje wśród osób zarabiających do 1000 zł netto miesięcznie (50%) oraz zatrudnionych na niepełny etat (29%).

Koniec niepewności na rynku pracy

Jednak nie tylko mniejsza liczba obawiających się utraty pracy wskazuje na rosnącą pewność siebie pracowników. W porównaniu do I kwartału 2015 roku, Polacy są większymi optymistami, jeżeli chodzi o zakładany czas szukania nowej posady. W najnowszej edycji badania dominują osoby przekonane, że znajdą nowe zatrudnienie w czasie krótszym niż miesiąc (45%). To duża zmiana, bo w I kwartale 2015 roku takich osób było niecałe 30%.

Pracodawcy będą więcej zatrudniać

Dobra sytuacja gospodarcza znajduje odzwierciedlenie w deklaracjach pracodawców, którzy w zdecydowanej większości (77%) zakładają utrzymanie obecnego poziomu miejsc pracy oraz aktualnego poziomu płac (86%). Rośnie jednak odsetek firm planujących zwiększanie zatrudnienia w najbliższych trzech miesiącach – 14,7% pracodawców. To o 2 p.p. więcej niż w I kwartale 2015 roku. Kolejnych 13,6% pracodawców planuje utrzymać obecny stan poprzez nowe rekrutacje. Ponad połowa przedsiębiorców zatrudniać będzie pracowników średniego i niższego szczebla (odpowiednio 56% i 52%). Blisko co dziesiąta firma poszukuje kadry zarządzającej.

Polacy chcący podwyżek

Dostęp do odpowiednich pracowników, czy to niższego czy wyższego szczebla, to nadal strategiczny, choć coraz trudniejszy do osiągnięcia, cel dla każdego przedsiębiorstwa. Jeżeli zestawimy rosnące oczekiwania pracowników z wysoką liczbą ofert rekrutacyjnych, możemy spodziewać się, że poszukujący pracy nie będą mieli problemu z uzyskaniem pożądanego poziomu wynagrodzenia na początku. Bowiem walkę o personel wygrają ci, którzy zaoferują wyższą pensję – podkreśla Krzysztof Inglot, Pełnomocnik Zarządu Work Service S.A.

Deklaracje wzrostu zatrudnienia w co czwartej firmie nie idą w parze z gwarancją wzrostu płac. Tylko 5% firm planuje podwyżki dla załogi. Nie studzi to jednak oczekiwań pracowników. Ponad połowa z nich (51%) oczekuje wzrostu wynagrodzenia.

Rośnie znaczenie agencji zatrudnienia

Większość firm, które planują rekrutacje, zamierza szukać pracowników trzema drogami: przez Urzędy Pracy (64%), przez znajomych (63%) oraz przez serwisy internetowe (60%). Popularnym narzędziem poszukiwania pracowników są także strony własne z zakładką „Kariera” (38%). Co czwarta firma zamierza skorzystać z usług firm specjalizujących się w outsourcingu usług personalnych – to o prawie 9 p.p. więcej niż w I kwartale 2015 roku. Warto podkreślić, że większość firm w Polsce, w trakcie rekrutacji pracowników, korzysta z kilku dostępnych narzędzi w celu maksymalizacji liczby oraz jakości otrzymanych aplikacji. – Zapotrzebowanie na usługi agencji zatrudnienia będzie systematycznie wzrastało. Wynika to przede wszystkim z niedopasowania kwalifikacji kandydatów do potrzeb rynku pracy. Ponadto wskutek emigracji utrzymującej się na poziomie znacznie przewyższającym imigrację, polski rynek pracy doświadczył istotnego drenażu rąk do pracy, zarówno jeśli chodzi o pracowników fizycznych, jak i wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Zjawiska te przekładają się na większe trudności z zaspokojeniem potrzeb kadrowych firm mówi Monika Zaręba, ekspert ds. rynku pracy, Pracodawcy RP.

Bardzo dobre pierwsze półrocze jak i wyniki naszego badania wskazują dosyć jednoznacznie, że na drugą połowę roku możemy patrzeć optymistycznie. Na koniec roku powinniśmy obserwować już jednocyfrowy poziom bezrobocia, co będzie stanowiło przekroczenie psychologicznej bariery, za którą będziemy już mieć rynek pracownika – dodaje Tomasz Hanczarek.

***

Metodologia badania:

Dane prezentowane w ramach „Barometru Rynku Pracy 4” zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut Millward Brown S.A. Badanie zostało podzielone na dwie kategorie:

  • Pracowników – Badanie zrealizowano na próbie osób pracujących (N=550) dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (dobranych zgodnie ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania), wyniki poddano procedurze ważenia. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących to +/-4,4%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI w lipcu 2015 r.
  • Pracodawców – Badanie zrealizowano na próbie pracodawców (N=300) dobranych w kwotach dla wielkości zatrudnienia, po 100 wywiadów dla firm małych (10-49 pracowników), średnich (50-249 pracowników) oraz dużych (250+ pracowników), z uwzględnieniem województwa – miejsca prowadzenia działalności oraz branży firmy. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby to +/- 4,2%, a dla wyróżnionych trzech klas wielkości zatrudnienia +/- 10,2%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI w lipcu 2015 r.

PLN może się jeszcze umocnić w stosunku do USD do końca roku

Kurs jednej z najważniejszych walut w handlu międzynarodowym, czyli dolara amerykańskiego, ulegał w pierwszym półroczu 2015 r. sporym zmianom. Analitycy instytucji płatniczej AKCENTA przewidują, że w drugim półroczu 2015 r. wartość dolara ustabilizuje się, aby na koniec tego roku zejść do poziomu 3,48 PLN.

Eksperci AKCENTY przewidują, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że do końca 2015 r. PLN nie będzie się osłabiał w stosunku do USD. W perspektywie najbliższych 3 miesięcy kurs USDPLN powinien oscylować wokół 3,69 PLN za dolara, a na koniec roku znajdzie się w okolicach 3,48 PLN za dolara.

Od czego będzie zależeć kurs USDPLN do końca tego roku?

– Jest jedna podstawowa kwestia, która będzie decydować w kolejnych miesiącach o kursie amerykańskiej waluty i to właśnie głównie na tę kwestię powinni zwracać uwagę przedsiębiorcy używający dolara w swoich rozliczeniach. Kluczowy wpływ na kurs dolara, m.in. wobec złotego, będą miały w następnych miesiącach 2015 r. decyzje Fedu – mówi Miroslav Novak, analityk AKCENTY. Kluczowym wydarzeniem mogącym osłabić lub wzmocnić złotego będzie ogłoszenie przez FED informacji o podniesieniu stóp procentowych. Na początku obecnego roku oczekiwano, że FED, po raz pierwszy od 2006 r., podniesie w czerwcu stopy procentowe. Już teraz jednak wiadomo, że taka decyzja nastąpi zdecydowanie później niż zakładano. – W odróżnieniu od rynku, który oczekuje poniesienia stóp we wrześniu o 0,25 pkt., my – choć nie przestaje być to sporą niewiadomą – przewidujemy, że do pierwszej podwyżki dojdzie dopiero w IV kw. bieżącego roku, a nawet nie wykluczamy, że będzie to dopiero na początku 2016 r. Jeśli jednak podwyżka nastąpiłaby już we wrześniu, to taka wiadomość może spowodować odpływ aktywów z rynku EM i osłabienie walut EM. Z dużym prawdopodobieństwem sytuacja ta wpłynęłaby także na osłabienie PLN, aczkolwiek nie tak wyraźnie jak innych walut regionu – twierdzi Novak. Ekspert podkreśla jednocześnie, że kurs USDPLN jest bardzo wrażliwy na notowania wspólnej waluty.

Wpływ wahań na sytuację eksporterów i importerów

Kurs USD zaczął piąć się w górę już w III kw. 2014 r. aby na przełomie 2014/2015 r. podnieść swoją wartość do prawie 3,60 PLN. Pierwsze półrocze 2015 r. było więc dużo korzystniejsze dla eksporterów przyjmujących płatności w dolarze, którzy za swoje towary uzyskiwali większe przychody w przeliczeniu na złotówki. Najwyższy kurs dolara od ponad 10 lat oznaczał spore zmiany dla eksporterów i importerów na kierunkach, na których w płatnościach dominuje dolar amerykański. – Na aprecjacji dolara skorzystali eksporterzy handlujący z USA oraz z krajami arabskimi, w tym głównie z Bliskim Wschodem. Również duża większość naszych klientów prowadzących biznes z krajami afrykańskimi, Ameryki Łacińskiej oraz Azji rozlicza się w USD, więc na tych kierunkach Polscy eksporterzy także mocno zyskali – mówi Radosław Jarema, szef polskiego rynku AKCENTY, instytucji płatniczej obsługującej transakcje walutowe eksporterów i importerów.

Biorąc pod uwagę długie terminy płatności dla większości kontaktów, znaczne wahania kursu PLN USD utrudniają przewidywanie marż i planowanie działalności firmy w związku z niepewnością, co do przyszłych wpływów i odpływów środków finansowych. – Najprostszym narzędziem eliminowania ryzyka wahań kursów dolara są forwardy, dostępne także dla MŚP. Jest to proste narzędzie, w AKCENCIE bezpłatne, a dzięki niemu przedsiębiorcy, którzy obawiali się zmian kursów dolara, wyeliminowali swoje ryzyko. Dzięki temu z góry wiedzieli ile na danym kontrakcie zarobią – mówi Radosław Jarema.

Opieka medyczna i karnety sportowe – oczekiwane dodatki do pensji

70% Polaków otrzymuje od swoich pracodawców dodatkowe świadczenia. Co ciekawe, coraz chętniej jesteśmy gotowi do nich dopłacać lub w całości pokrywać ich koszty. Najbardziej ceniona i pożądana przez nas jest opieka medyczna.

Świadczenia dodatkowe dla pracowników zyskują w Polsce na popularności. To, w jakim zakresie są zapewniane, zależy od zajmowanego stanowiska w pracy oraz wielkości firmy. Najczęściej oferują je duże korporacje (blisko 88% z nich korzysta z takiej formy wynagradzania pracowników). Najrzadziej – małe firmy (30%). Wartość świadczeń dodatkowych waha się od 100 do 500 zł na osobę.

„Najpopularniejszym benefitem w Polsce jest prywatna opieka medyczna (otrzymuje ją blisko 50% zatrudnionych). Kolejne miejsce zajmują karnety na siłownie i do klubów fitness. Na trzeciej pozycji (z niewielką różnicą, bo na świadczenie to może liczyć 40% pracowników) znajduje się specjalistyczna opieka medyczna” – mówi serwisowi infoWire.pl Kazimierz Sedlak, dyrektor firmy Sedlak & Sedlak. Najbardziej cenimy sobie opiekę medyczną – aż 60% zatrudnionych chciałoby ją otrzymywać. Mniej pożądane są karnety sportowe – chęć ich posiadania wyraża 30% pracowników.

Zwraca uwagę to, że przybywa osób, które są gotowe dopłacać do oferowanych świadczeń bądź w całości pokrywać koszty tych obejmujących zasięgiem również członków rodziny. „To świadczy o tym, że stajemy się społeczeństwem, które ceni sobie zdrowie, wygodę i rozwój” – podkreśla ekspert.

Zmiany w Radzie Nadzorczej i Zarządzie Banku BGŻ BNP Paribas

Józef Wancer, dotychczasowy prezes Banku BGŻ BNP Paribas, objął funkcję przewodniczącego Rady Nadzorczej Banku BGŻ BNP Paribas. Na stanowisku prezesa Zarządu zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, zastąpił go, Tomasz Bogus.

Nowa Rada Nadzorcza

Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie powołało w skład Rady Nadzorczej Banku BGŻ BNP Paribas pięć nowych osób: Stefaana Decraene’a, Alaina Van Groenendaela, Thomasa Mennickena, Piotra Mietkowskiego oraz Józefa Wancera. Od dziś, tj. 1 września, skład Rady Nadzorczej jest następujący:

Józef Wancer (przewodniczący), Jarosław Bauc (wiceprzewodniczący), Jean-Paul Sabet (wiceprzewodniczący – od dnia zarejestrowania zmian statutu uchwalonych podczas NWZA dotyczących rozszerzenia liczby wiceprzewodniczących) oraz członkowie: Stefaan Decraene, Jacques d’Estais, Alain Van Groenendael, Thomas Mennicken, Piotr Mietkowski, Monika Nachyła i Mariusz Warych.

Zmiany w Zarządzie

Tomasz Bogus od 1 września 2015 roku objął funkcję prezesa Banku BGŻ BNP Paribas.

Tomasz Bogus prezes Zarządu Banku BGŻ BNP Paribas

„Z ogromną przyjemnością przejmuję obowiązki prezesa jednego z największych banków w Polsce, będącego liderem w wielu obszarach bankowości. Przede mną wiele wyzwań. W Banku BGŻ BNP Paribas wciąż toczy się proces integracji, Bank ma również ambitne cele, aby zwiększać skalę działalności na polskim rynku. Wierzę, że wykorzystując swoją wiedzę i doświadczenie oraz mając wsparcie całego zespołu, będziemy mogli wspólnie realizować cele nakreślone przez naszych akcjonariuszy” – mówi Tomasz Bogus, prezes Banku BGŻ BNP Paribas.

Józef Wancer„Jest mi bardzo miło powitać w Banku Tomasza Bogusa, który całą swoją zawodową karierę poświęcił pracy w bankowości. Wielokrotnie udowadniał, że jako bankowiec potrafi realizować trudne zadania i skutecznie osiągać założone cele. Wierzę, że będzie dalej rozwijać Bank BGŻ BNP Paribas i przy wsparciu międzynarodowej Grupy BNP Paribas, zwiększać skalę jego działalności na polskim rynku” – powiedział Józef Wancer, przewodniczący Rady Nadzorczej Banku BGŻ BNP Paribas.

Od początku września 2015 roku Zarząd Banku BGŻ BNP Paribas pracuje w składzie:
Prezes Tomasz Bogus, wiceprezesi: Daniel Astraud, Francois Benaroya, Blagoy Bochev, Jan Bujak, Wojciech Kembłowski, Magdalena Legęć, Jaromir Pelczarski, Stephane Rodes, Michel Thebault oraz członek Zarządu – Bartosz Urbaniak.

***

Józef Wancer, przewodniczący Rady Nadzorczej BGŻ BNP Paribas

Absolwent ekonomii w City College Uniwersytetu Nowojorskiego oraz zarządzania i stosunków interpersonalnych na Uniwersytecie Webster w Wiedniu.
Z Bankiem BGŻ związany od września 2013 roku, funkcję prezesa pełnił do końca sierpnia 2015 roku. Pod jego kierownictwem Bank BGŻ połączył się z Rabobankiem, a następnie z BNP Paribas Bankiem Polska, tworząc nową markę na rynku bankowym – BGŻ BNP Paribas. Zapoczątkował także proces przyłączenia Sygma Banku.

Wcześniej przez blisko 25 lat pracował w Citibanku na stanowisku wiceprezesa oraz stanowiskach kierowniczych, m.in. w filiach tego banku w Japonii, Austrii, Wielkiej Brytanii i Francji. Na początku lat 90. zajął się działalnością menedżerską w Polsce. Uczestniczył w tworzeniu Citibanku w Warszawie. W 1992 roku organizował Bank Rolno-Przemysłowy. Przez cztery lata (1991–1994) był członkiem Rady Nadzorczej Powszechnego Banku Kredytowego (PBK). W latach 1995–2000 był wiceprezesem, a potem prezesem Zarządu Raiffeisen Centrobank w Warszawie. W latach 2000–2010 był prezesem Banku BPH. Od 2010 roku do chwili powołania w skład Zarządu Banku BGŻ pracował jako doradca Zarządu Deloitte w Polsce oraz od 2011 roku do 2013 roku zasiadał w Radzie Nadzorczej Alior Banku.

Tomasz Bogus, prezes Zarządu BGŻ BNP Paribas

Jest związany z bankowością od 1991 r. W latach 2009-2015 był prezesem Banku Pocztowego. Pod jego kierownictwem bank ten znacząco zwiększył liczbę klientów, a liczba rachunków wzrosła z 300 tys. do 800 tys. Wcześniej Tomasz Bogus pracował między innymi w mBanku, gdzie odpowiadał za obszar bankowości korporacyjnej i projekt detaliczny MultiBanku. Z wykształcenia jest prawnikiem, ukończył Uniwersytet Łódzki, a także kursy z zakresu zarządzania, między innymi na Harvard Business School w Bostonie w Stanach Zjednoczonych.

 

Leszek Szafran nowym dyrektorem generalnym Goodyear ds. sprzedaży na Polskę i Ukrainę

0
Leszek Szafran, dyrektor generalny ds. sprzedaży na Polskę i Ukrainę
Leszek Szafran, dyrektor generalny ds. sprzedaży na Polskę i Ukrainę

Leszek Szafran pierwszego września objął funkcję dyrektora generalnego ds. sprzedaży na Polskę i Ukrainę.

Leszek Szafran posiada 20-letnie, międzynarodowe doświadczenie w pracy w Goodyearze. Karierę zawodową rozpoczynał w Polsce, gdzie przez pierwsze 14 lat w ramach struktur TC Dębica oraz Goodyear Dunlop Tires Polska zajmował wiele stanowisk z obszaru sprzedaży i marketingu. Następnie przeniósł się do Republiki Południowej Afryki, gdzie był dyrektorem generalnym Goodyear South Africa. Później pełnił m.in. funkcję dyrektora sprzedaży i marketingu EEMEA (Europa Wschodnia, Bliski Wschód, Afryka), dyrektora ds. sprzedaży opon do samochodów osobowych na rynkach wschodzących oraz dyrektora pionu ds. bieżnikowania opon w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka).

Nowy dyrektor generalny ds. sprzedaży jest absolwentem Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, gdzie uzyskał tytuł magistra na wydziale Zarządzania i Marketingu. Ukończył także prestiżowy Senior Leader Development Program w Szkole Zarządzania w Rotterdamie na Uniwersytecie Erazma.

Promocja gospodarcza miasta w trzy minuty

O potencjale inwestycyjnym miasta stanowią nie tylko jego obiektywne atuty – podaż kadry czy dostępność infrastruktury biurowej, ale także odpowiednia ich prezentacja. Do niedawna polskie miasta i regiony podkreślały głównie swoje walory turystyczne, zapominając nieco o promocji gospodarczej. Sytuacja ta ulega zmianie, a samorządy coraz odważniej sięgają po nowoczesne narzędzia komunikacji i promocji.

Według badań przeprowadzonych przez Fundację Pro Progressio otwartość władz miasta na współpracę z potencjalnymi inwestorami jest istotnym czynnikiem przy wyborze lokalizacji bzinesowej aż dla 92% ankietowanych. Otwartość ta ważna jest nie tylko na etapie inwestowania, ale także wcześniej – podczas procesu decyzyjnego. Przejawia się ona między inymi w dostępie do kluczowych danych i informacji na temat wybranego miasta czy regionu.

Polskie miasta zaczynają dostrzegać konieczność promowania się gospodarczo. Otwierają się Biura Rozwoju Regionalnego, powstają kampanie prezentujące walory inwestycyjne miejsc. Niestety nie wszystkie miasta wykorzystują potencjał współczesnych narzędzi komunikacji. Niektóre  z nich nie posiadają nawet zakładki z informacjami dla inwestorów na swoich oficjalnych stronach internetowych, nie mówiąc już o tłumaczeniu witryn na języki obce. Co zaskakujące, dotyczy to nie tylko mniejszych lokalizacji, ale także niektórych miast wojewódzkich – mówi Wiktor Doktór, Prezes Fundacji Pro Progressio.

Best2Invest - Polskie miasta zaczynają dostrzegać konieczność promowania się gospodarczoIstnieją jednak pozytywne przykłady miast prowadzących wielokanałową promocję gospodarczą nie tylko za pośrednictwem tradycyjnych narzędzi komunikacji, ale także poprzez członkostwo w różnego rodzaju stowarzyszeniach biznesowych czy odział w nowatorskich projektach. Jednym z nich jest Best2Invest (www.best2invest.org) – interaktywna platforma gromadząca dane z zakresu biznesu i ekonomii, edukacji, nieruchomości, transportu, wynagrodzeń oraz oferty kulturalno-rekreacyjnej na terenie Polski. Z systemu korzystać można bezpłatnie w sześciu językach: polskim, angielskim, niemieckim, francuskim, rosyjskim oraz hiszpańskim. Stwarza on możliwość porównania na jednej mapie rozmaitych danych dotyczących potencjału inwestycyjnego poszczególnych miast.

Platforma Best2Invest.org powstała w odpowiedzi na potrzeby inwestorów polskich i zagranicznych, którzy, szukając lokalizacji dla swojej firmy, dokonują porównawczej analizy otoczenia biznesowego. Dane zgromadzone w systemie pochodzą od władz i agencji rozwoju regionalnego poszczególnych miast, a także z Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych. Współpraca przy tworzeniu platformy daje samorządom możliwość promocji gospodarczej miasta dosłownie w trzy minuty. Tyle bowiem zajmuje inwestorowi uzyskanie kluczowych danych za pośrednictwem systemu– mówi Dymitr Doktór, Współtwórca i Główny Analityk platformy Best2Invest.

Fundacja Pro Progressio – misją Fundacji jest wspieranie działań służących rozwojowi i inwestycjom w Polsce, a także optymalnemu wykorzystaniu zasobów przedsiębiorstw i sektora publicznego w kraju i na świecie. Pro Progressio realizuje projekty, których celem jest rozwój branży outsourcingowej w Polsce. Fundacja współpracuje z sektorem publicznym (miasta, agencje rozwoju regionalnego, specjalne strefy ekonomiczne, parki naukowo-technologiczne, parki przemysłowo-technologiczne, uczelnie wyższe) i prywatnym w Polsce oraz międzynarodowymi organizacjami sektora outsourcingu. Pro Progressio wspiera, promuje i nagradza podmioty, które przyczyniają się do rozwoju dobrych praktyk w zakresie outsourcingu, optymalizacji procesów oraz kosztów. Fundacja jest pomysłodawcą i organizatorem jedynego niekomercyjnego konkursu dla branży outsourcingu. Celem Outsourcing Stars jest wyłonienie i nagradzanie najprężniej rozwijających się firm outsourcingowych oraz instytucji bezpośredniego otoczenia branży.

Polacy w gronie najbardziej zestresowanych pracowników na świecie

Polacy w gronie najbardziej ze<a title=stresowanych pracowników na świecie" title="Polacy w gronie najbardziej zestresowanych pracowników na świecie" />

Z badań OECD Employment Outlook wynika, że stres w pracy odczuwa aż 53,2% Polaków – zajmujemy trzecie miejsce za Turcją (67,5% permanentnie zestresowanych pracowników) i Grecją (58%). Skutkiem są pracownicy wykonujący tylko to, co konieczne. Jak zmniejszyć te statystyki?

Ponad połowa Polaków odczuwa stres w pracy. Tak wynika z badań OECD Employment Outlook 2014. Dla porównania, w innych krajach z naszego regionu pracownicy stresują się mniej (Czechy 43,4%, Niemcy 42,4%), a najmniej zestresowani są Szwedzi (14,7%) i Norwegowie (18,2%).

Dlaczego należymy do grona najbardziej zestresowanych pracowników na świecie? Przyczyn jest kilka. Jednym
z najważniejszych jest presja czasowa i nacisk na nierealistyczne wyniki, na przykład wyśrubowane normy sprzedażowe. Istotna jest także duża niepewność co do przyszłości, zwłaszcza że często jest powiązana z niskimi wynagrodzeniami. Do tego dochodzi rozszerzanie zakresu obowiązków, wielozadaniowość, a także zły klimat w pracy, autorytarne formy zarządzania oraz brak identyfikacji z firmą.

Wysoki poziom stresu wśród pracowników ma swoje konsekwencje. Pojawiają się błędy, maile bez odpowiedzi, nie obsłużeni klienci. Do tego dochodzi spadek motywacji i większa liczba konfliktów.

Z kolei brak zaangażowania wpływa na efektywność, ale także na brak innowacji, co często się podkreśla w diagnozach polskiej gospodarki. Wszystko to trudno pokazać za pomocą liczb, choć niektóre elementy są wymierne. Najlepiej przez porównanie stanu przed i stanu po zmianach w danej firmie – mówi Katarzyna Szczupał-Vieweg, prezes Staufen Polska, firmy specjalizującej się w innowacjach organizacyjnych i procesowych.

Organizacja pracy bez stresu

Nie ma jednej skutecznej zawsze i wszędzie metody usuwania stresu. Można jednak stworzyć warunki, dzięki którym pracownikom będzie się pracowało lepiej, a poziom stresu będzie mniejszy.

Pomaga w tym na pewno dobrze zorganizowane miejsce pracy, niezależnie od tego, czy jest to biurko czy gniazdo produkcyjne. Istotna jest także przejrzysta i otwarta komunikacja. Pracownicy chcą widzieć celowość swoich zadań i swoje miejsce w strukturze organizacji – dodaje Katarzyna Szczupał-Vieweg.

Kolejnym ważnym elementem jest realistyczne planowanie. Przy czym dzienny lub tygodniowy plan powinien mieć bufor czasowy –  bez niego plan szybko się posypie. Lepiej dać pracownikowi 3 godziny na wykonanie zadania zamiast 2. Jeśli zostanie czas, to można go wykorzystać.

Plan trzeba traktować jak pomoc, a nie jak obciążenie. Podobnie jest ze standardami. Jeśli stworzymy je wspólnie z pracownikami, w oparciu o ich doświadczenia, to będą je traktowali jako przydatne narzędzie, a nie formę presji – wyjaśnia Katarzyna Szczupał-Vieweg.

Styl bez stresu

Na poziom stresu wpływa także styl zarządzania. Szacunek wobec pracowników, otwartość pomagają zaangażować i pozytywnie zmotywować pracowników.

Przydaje się też czas i przestrzeń dla formalnej i nieformalnej wymiany informacji między pracownikami. Konkretne rozwiązania trzeba zawsze dostosować do sytuacji i warunków danej firmy. Najważniejszy jest pragmatyzm, czyli nastawienie na rozwiązywanie problemów – dodaje prezes Staufen Polska.

Jak nie stresować pracowników? 5 zasad

·         Nie przekazuj żadnych informacji lub uwag po zakończeniu pracy.

·         Sprawdź celowość i sens wewnętrznych zasad i przepisów.

·         Traktuj poważnie informacje o nadmiernym obciążeniu

i warunkach przeszkadzających w pracy.

·         Przekazuj konstruktywną informację zwrotną (nie nastawioną na emocje).

·         Rozmawiaj z pracownikami zamiast wydawać polecenia.

Jakość bez stresu

Pewna polska firma wytwarzała skórzane kierownice dla prestiżowych marek. Produkcja została zorganizowana w komórkach, do których co jakiś czas przychodzili kontrolerzy jakości. Taka kierownica to produkt bardzo wrażliwy i wymagający. Kierowca ma go cały czas przed oczami, a palcami wyczuje nawet drobne wady – nierówne szycie czy pętelki.

Ocena jakości zależała w znacznej mierze od „widzimisię” kontrolera. Pracownicy wytwarzali dobre produkty, pracowali najlepiej jak potrafią, a mimo to żyli w ogromnym stresie. Zmieniliśmy procedurę tak, że kontrolerzy zostali organicznie przypisani do komórek – opowiada prezes Staufen Polska.

Najważniejsza różnica polegała na tym, że teraz to pracownicy zwracali się do nich, gdy chcieli się upewnić, że konkretna kierownica ma odpowiednią jakość. Efekt? Jakość poprawiła się o 15%. To tylko jeden z przykładów na to, jakie znaczenie ma kultura organizacyjna.

Więcej o innowacyjnych procesach organizacyjnych: www.staufen.pl

Stopy procentowe zostaną na niezmienionym poziomie

Dzisiejsze posiedzenie RPP nie budzi takich emocji jak jeszcze te rok temu. Nie mniej jeżeli Rada chce podjąć jakieś decyzje to do końca kadencji pozostało jej jeszcze tylko kilka spotkań. Wczorajsze dane o indeksach PMI wypadły słabo zarówno w Europie jak i w USA.

Dzisiaj kończy się dwudniowe posiedzenie RPP. Jeszcze nie tak dawno było to wydarzenie, które analitycy walutowi śledzili jako jedno z najważniejszych dla złotówki w ciągu miesiąca. Obecnie wynik posiedzeń jest niemalże pewny. W rezultacie samo posiedzenie jest właściwie neutralne dla rynków walutowych. Analitycy są zgodni co do faktu, że stopy procentowe zostaną na niezmienionym poziomie nie tylko na dzisiejszym, ale i na kolejnych spotkaniach. Jeszcze kilka miesięcy temu mówiło się o możliwej podwyżce stóp w perspektywie pierwszej połowy 2016 roku. Obecnie termin ten oddalany jest nawet bardziej. Kilku analityków wróży nawet scenariusz jeszcze jednej obniżki, gdyby recesja rozlała się mocniej po świecie, a w USA nie doszło do podwyżek stóp. Czy jest zatem coś ważnego na tych posiedzeniach dla złotego? Jest, popołudniowa konferencja z komentarzem do obecnej sytuacji. Marek Belka już nie raz podkreślał na niej ważne wskazówki co do dalszych działań Rady. Nawet teraz pomimo zbliżającej się silnej reorganizacji składu tego gremium nie można wykluczyć podjęcia jakiejś decyzji gdyby sytuacja gospodarcza uległa pogorszeniu.

Wczorajszy Indeks PMI dla całej strefy euro wypadł delikatnie poniżej oczekiwań. Z największych gospodarek powyżej oczekiwań wypadł odczyt dla Niemiec, gorzej wyglądała za to sytuacja we Włoszech i we Francji. Co ciekawe pomimo tych gorszych danych w trakcie ich publikowania euro cały czas umacniało się względem dolara. Gorzej od oczekiwań wypadł również indeks dla Wielkiej Brytanii. W tym wypadku skończyło się to delikatnym osłabieniem funta. Ciekawie wypadły dane z USA. Publikowane są tam z odstępem 15 minut dwa konkurencyjne wskaźniki koniunktury. Indeks PMI dla przemysłu wypadł o 0,1pkt lepiej niż sądzono, z kolei Indeks ISM dla przemysłu był gorszy aż o 1,9pkt. W rezultacie mieliśmy dwa ruchy, najpierw dolar zyskiwał, a następnie tracił. Odbicie tego ruchu było widać na złotówce, gdyż to właśnie wtedy rozpoczął się ruch, który wywindował złotego powyżej 4,25zł.

Dzisiaj również w kalendarzu danych makroekonomicznych nie ma nudy. Warto zwrócić uwagę na:
14:15 – USA – raport o zatrudnieniu ADP,
16:00 – USA – zamówienia na dobra,
16:00 – Polska – konferencja po posiedzeniu RPP.

EUR/PLN

Komentarz walutowy 02.09.2015
Komentarz walutowy 02.09.2015

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 02.06.2015 do 02.09.2015

Kurs EUR/PLN porusza w krótkoterminowej formacji wzrostowej wewnątrz szerszej formacji wzrostowej. Dolne ograniczenie przebiega w okolicach 4,1950. Ruch w górę przebił ostatnie maksimum na 4,2400 podnosząc je niemal do 4,2600. Poziom ten jest nowym oporem.

CHF/PLN

Komentarz walutowy 02.09.2015
Komentarz walutowy 02.09.2015

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 02.06.2015 do 02.09.2015

Kurs CHF/PLN po osiągnięciu 4,0550 utworzył trend spadkowy, który po osiągnięciu minimów na 3,8350 przeszedł w boczny. Dla ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,9000, a następnie wspomniane minimum na 3,8350. Dla ruchu w górę ważnym oporem są maksima na 3,9200.

USD/PLN

Komentarz walutowy 02.09.2015
Komentarz walutowy 02.09.2015

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 02.06.2015 do 02.09.2015

Kurs USD/PLN porusza się w trendzie bocznym. Opór stanowić będzie linia łącząca maksima lokalne na 3,7700 a następnie maksimum na poziomie 3,8500. Wsparciem jest minimum lokalne na 3,6600.

GBP/PLN

Komentarz walutowy 02.09.2015
Komentarz walutowy 02.09.2015

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 02.06.2015 do 02.09.2015

Kurs GBP/PLN wybił się z szerszej formacji wzrostowej i przeszedł w trend boczny. Oporem dla ewentualnych wzrostów jest linia łącząca maksima lokalne na 5,8300. W przypadku dalszych spadków najbliższym wsparciem jest ostatnie minimum na 5,7450.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i walutomat.pl

Currency One SA

Rynek wtórny zmieni oblicze Mieszkania dla Młodych

Sprzedaż kredytów z dopłatami w ramach programu Mieszkanie dla Młodych była w sierpniu najniższa od stycznia br. Ale od września sytuacja powinna się odmienić, bo zostanie do niego dołączony rynek wtórny, co znacznie zwiększy dostępność dopłat poza aglomeracjami.

W drugim miesiącu wakacji do Banku Gospodarstwa Krajowego kredytobiorcy złożyli wnioski o dopłaty w ramach programu Mieszkanie dla Młodych na łączną kwotę 33,8 mln zł, jak policzył Home Broker, jest to wartość o ponad 17 proc. niższa niż w lipcu. Większość z tych środków została zarezerwowana na wypłaty dofinansowania jeszcze w tym roku. Łącznie na 2015 r. zapisano już 341,2 mln zł, czyli 47,7 proc. przeznaczonych pieniędzy. Wnioski o dofinansowanie w 2016 r. opiewają póki co na 100 mln zł (13,7 proc. pieniędzy), tych na 2017 i 2018 są na razie śladowe ilości.

W kolejnych miesiącach popularność programu dopłat powinna jednak wzrosnąć, a to za sprawą zmian w ustawie, jakie wchodzą w życie z początkiem września. Dwie najważniejsze to zwiększenie dopłat i dostępu do nich dla klientów z co najmniej trójką dzieci a także włączenie do programu rynku wtórnego. Ta druga zmiana ułatwi skorzystanie z pomocy osobom, które mieszkają poza największymi miastami, gdzie koncentruje się działalność deweloperska. W wielu miejscowościach nowych inwestycji jest jak na lekarstwo i albo buduje się nowe domy albo handluje mieszkaniami na rynku wtórnym. Dopiero nowelizacja ustawy (włączenie do programu rynku wtórnego) sprawiła, że mieszkający tam będą mogli uzyskać dopłatę w ramach Mieszkania dla Młodych.

Gdzie po mieszkanie na rynku wtórnym?

Warto jednak zwrócić uwagę, że na rynku wtórnym obowiązują inne limity cenowe niż na pierwotnym. Do ich wyliczania brany jest mnożnik 0,9 (dla nowych mieszkań jest to 1,1), co sprawia, że maksymalna cena mieszkania z drugiej ręki będzie o ok. 20 proc. niższa od deweloperskiego. W efekcie w niektórych dużych miastach o mieszkania mieszczące się w limitach będzie na rynku wtórnym trudno. Wg danych portalu Domiporta.pl w Krakowie, Warszawie, Rzeszowie i Wrocławiu odsetek lokali spełniających warunki ustawy nie przekracza 3 proc., a wśród miast z dostępnością poniżej 10 proc. są jeszcze Gdynia, Lublin i Opole. W tych miastach, gdzie mieszkań dostępnych w MdM jest procentowo najmniej, należy jednak spodziewać się wzrostu ich liczby, bowiem część sprzedających będzie obniżać ceny tak, by zmieścić się w limicie i zwiększyć swoje szanse na rynku.

Analiza dostępności mieszkań z rynku wtórnego w MdM pokazuje, że zwykle większy problem ze znalezieniem lokali w odpowiedniej cenie jest w dużych miastach. W siedmiu z dziesięciu największych miast Polski mniej niż 20 proc. mieszkań na rynku wtórnym mieści się w limitach. Z dużych miast najlepiej wygląda to w Katowicach (45 proc.), Bydgoszczy (41 proc.) i Łodzi (34 proc.). Są to miasta, w których ceny nieruchomości są relatywnie niskie.

Dostępność mieszkań z dopłatami będzie jednak w skali kraju bardzo zróżnicowana. W wielu mniejszych miastach nie przewidujemy żadnych problemów ze znalezieniem mieszkania w odpowiedniej cenie. Z danych ofertowych zebranych przez portal Domiporta.pl wynika, że w Bytomiu, Zabrzu i Sosnowcu około 90 proc. mieszkań z rynku wtórnego wystawionych na sprzedaż mieści się w limitach dla danej lokalizacji. 60-80 proc. wskaźnik jest w Gorzowie Wlkp., Radomiu, Siedlcach, Częstochowie i Lesznie, a około połowy mieszkań z drugiej ręki spełnia warunki MdM w Tychach, Zielonej Górze, Głogowie i Katowicach.

Średnie ceny i dostępność mieszkań z rynku wtórnego w MdM dla poszczególnych miast

Miasto  Limit MdM  Średnia cena na rynku wtórnym  Procent dostępnych mieszkań 
Białystok  3 648,15 zł  4 174,00 zł  20% 
Bielsko-Biała  3 286,80 zł  4 271,00 zł  29% 
Bydgoszcz  3 720,15 zł  3 746,65 zł  41% 
Bytom  3 286,80 zł  2 315,00 zł  96% 
Częstochowa  3 286,80 zł  3 280,00 zł  67% 
Gdańsk  4 282,65 zł  5 748,04 zł  13% 
Gdynia  4 000,50 zł  5 867,00 zł  5% 
Gliwice  3 286,80 zł  3 563,00 zł  32% 
Głogów  3 307,95 zł  3 379,00 zł  45% 
Gorzów Wlkp.  3 315,60 zł  2 977,00 zł  78% 
Katowice  3 905,55 zł  4 156,64 zł  45% 
Kielce  3 838,27 zł  4 185,00 zł  35% 
Koszalin  3 203,10 zł  3 938,00 zł  10% 
Kraków  4 183,20 zł  6 586,21 zł  1% 
Leszno  3 438,90 zł  3 146,00 zł  67% 
Lublin  3 780,68 zł  4 877,54 zł  5% 
Łódź  3 694,50 zł  3 899,60 zł  34% 
Olsztyn  4 471,65 zł  4 394,00 zł  42% 
Opole  3 191,85 zł  4 181,00 zł  6% 
Płock  3 160,09 zł  3 588,00 zł  18% 
Poznań  4 847,40 zł  5 589,83 zł  19% 
Radom  3 160,09 zł  2 879,00 zł  73% 
Rzeszów  3 313,35 zł  4 725,00 zł  2% 
Siedlce  3 160,09 zł  3 445,00 zł  69% 
Sosnowiec  3 596,18 zł  2 867,00 zł  86% 
Szczecin  3 697,20 zł  4 196,86 zł  18% 
Toruń  3 720,15 zł  4 211,00 zł  27% 
Tychy  3 596,18 zł  3 563,00 zł  54% 
Warszawa  5 390,44 zł  7 919,60 zł  2% 
Wrocław  4 239,00 zł  5 600,64 zł  3% 
Zabrze  3 286,80 zł  2 790,00 zł  88% 
Zielona Góra  3 315,60 zł  3 371,00 zł  49% 

Źródło: Domiporta.pl

Nowa odsłona programu dopłat

Rynek wtórny bardziej elastyczny i zróżnicowany niż pierwotny. W każdym mieście można znaleźć mieszkania bardzo tanie, przeznaczone na przykład do remontu, więc nawet w Krakowie czy Warszawie dopłaty do rynku wtórnego będą dostępne. Zmiana w Mieszkaniu dla Młodych bez zwątpienia zwiększy popularność programu otwierając drogę do dopłat osobom, dla których dotąd była ona zamknięta. Sprawi, że z pomocy będzie można skorzystać w całym kraju, bo jak dotąd najwięcej pieniędzy płynęło do największych miast, tam bowiem koncentruje się działalność deweloperów. Wg danych BGK, do końca pierwszej połowy 2015 r. 43 proc. dopłat trafiło do pięciu największych miast. Po wejściu w życie nowelizacji sytuacja powinna ulec zmianie.

Marcin Krasoń, Home Broker

Wyroby przemysłowe, dobra konsumpcyjne i farmaceutyki podstawą rozwoju gospodarczego Europy Środkowej

W 2014 roku większość krajów Europy Środkowej odnotowała przyspieszenie wzrostu gospodarczego. Nie znalazło to jednak bezpośredniego odzwierciedlenia we wzroście przychodów 500 największych przedsiębiorstw regionu. Najnowsze badanie tych firm wskazuje na symboliczny średni wzrost przychodów wyrażonych w euro na poziomie 0,3 proc. Jak wynika z analizy przeprowadzonej przez firmę doradczą Deloitte wyróżniającą się branżą pozostaje branża wyrobów przemysłowych. Dobrze radzi sobie sektor dóbr konsumpcyjnych oraz farmaceutyki. Jedna czwarta firm z badania mierzy swój wpływ na gospodarkę, społeczeństwo i środowisko, a ponad jedna piąta już teraz raportuje lub zamierza raportować dane pozafinansowe za 2015 r.

Firma doradcza Deloitte po raz dziewiąty przeprowadziła analizę największych przedsiębiorstw w 18 krajach Europy Środkowej i na Ukrainie (500 firm, 50 banków oraz 50 ubezpieczycieli). „Zmiana przychodów 500 największych spółek nie odzwierciedla sytuacji makroekonomicznej regionu. Rok 2014 był dla Europy Środkowej okresem umiarkowanego wzrostu” – wyjaśnia Patryk Darowski, Wicedyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte. – „Zmiany PKB w dużej mierze były rezultatem wzrostu eksportu do krajów Europy Zachodniej. Dodatkowo dane za 2014 rok sugerują, że na poprawę sytuacji gospodarczej w regionie równie duży wpływ miał rosnący popyt krajowy związany głównie z konsumpcją prywatną” – dodaje.

Mediana wzrostu przychodów w walucie lokalnej 500 największych przedsiębiorstw Europy Środkowej to 3,1 proc., jednak z uwagi na deprecjację walut lokalnych średnie przychody wyrażone w euro pozostały na podobnym poziomie do roku ubiegłego (symboliczny wzrost o 0,3 proc.). Najlepiej wypadły spółki rumuńskie (wzrost o 5,3 proc.) i polskie (wzrost o 2,8 proc.). Wyniki przedsiębiorstw po I kwartale 2015 r. pokazują nieznaczny wzrost średnich przychodów w euro na poziomie 1,7 proc. (względem średniego spadku o -3,1 proc. w I kwartale 2014).

Przychody wszystkich spółek z zestawienia wyniosły 682 mld euro, co oznacza spadek o 1,8 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Przychody kwalifikujące spółkę do listy 500 największych firm regionu (459 mln euro) były o 3,7 proc. niższe niż w ostatniej edycji (477mln euro).

Największy wzrost przychodów w 2014 r. odnotował sektor wyrobów przemysłowych, który wzrósł o 3,1 proc. (w walutach lokalnych 5,6 proc.). Wpływ na ten wynik miała przede wszystkim dobra kondycja branży motoryzacyjnej (wzrost o 6,5 proc. w euro i 8,5 proc. w walutach lokalnych). „Poprawę w stosunku do poprzedniego roku odnotował również sektor dóbr konsumpcyjnych i transportu, w którym średni wzrost przychodów w euro wyniósł 2,3 proc. W branży tej szczególnie dobre wyniki osiągnęli sprzedawcy hurtowi oraz producenci AGD” – mówi Patryk Darowski. Wzrost przychodów zanotowano także w sektorze farmaceutyków i ochrony zdrowia z medianą przychodów na poziomie 2 proc. Warto wspomnieć o odbiciu sektora budowlanego po słabych wynikach w 2013 r. (średni wzrost przychodów o 4,8 proc). Jednak branża ta, ze względu na niewielką reprezentację (1 proc.), ma znikomy wpływ na rezultaty całego zestawienia.

Na drugim biegunie pozostają licznie reprezentowane w zestawieniu spółki energetyczne, które w wyniku niższych cen surowców odnotowały spadek średnich przychodów o 3,4 proc. Aż 60 proc. firm z tej branży zanotowało niższe przychody w porównaniu do roku 2013.

Tak jak przed rokiem, wśród 500 największych firm regionu, najwięcej podmiotów pochodzi z Polski (170). To o osiem więcej niż w poprzedniej edycji zestawienia. Zauważalny jest za to spadkowy trend liczby spółek z Ukrainy (ok. 22 proc. mniej w porównaniu do roku poprzedniego) zarówno z uwagi na słabsze wyniki, ale również brak dostępności danych.

Deloitte dodatkowo analizuje także branże bankową i ubezpieczeniową. W 2014 r. banki kontynuowały stabilny rozwój, czego efektem jest wzrost sumy aktywów 50 największych banków regionu o 2,3 proc. (2,8 proc. w 2013 roku). Aż 33 spośród 50 analizowanych banków odnotowało wzrost aktywów wyrażonych w euro w 2014 roku., a mediana wyniosła 4,2 proc.

Rok 2014 był kolejnym, w którym firmy ubezpieczeniowe odnotowały spadek składki przypisanej brutto. Dla 50 największych towarzystw spadła ona o 1,7 proc. Dla 30 z 50 największych ubezpieczycieli składka przypisana brutto zmniejszyła się. Ponad połowa ubezpieczycieli w zestawieniu pochodzi z Polski i Czech.

Zdaniem ekspertów Deloitte pozytywnym sygnałem jest pierwszy w okresie ostatnich czterech lat wzrost liczby przedsiębiorstw w zestawieniu największych spółek regionu, których przychody zwiększyły się (z 49,8 proc. w 2013 roku do 52 proc. w 2014 roku). „Z umiarkowanym optymizmem można by wskazywać na oczekiwany kierunek rozwoju gospodarek regionu w najbliższych miesiącach, z drugiej jednak strony niemiecki indeks nastrojów rynkowych ZEW spada od marca 2015, co stawia pod znakiem zapytania poziom wzrostu jednego z największych rynków zbytu. Również w Polsce wzrost sprzedaży produkcji przemysłowej w lipcu 2015 r. na poziomie 3,8 proc. był niższy od oczekiwań. Nadal nie należy też zapominać o głównych ryzykach dla regionu, jakie stanowi sytuacja polityczna na Ukrainie oraz kondycja finansowa Grecji” – podsumowuje Patryk Darowski.

W tym roku po raz pierwszy do ankiety, na podstawie której powstaje zestawienie 500 największych spółek regionu oraz 100 instytucji finansowych, zostały dołączone pytania z zakresu zrównoważonego rozwoju. Odpowiedziało na nie 57 proc. firm z zestawienia oraz 76 proc. banków i 60 proc. towarzystw ubezpieczeniowych.

Z nadesłanych danych wynika, że jedna czwarta spółek z zestawienia mierzy swój wpływ na gospodarkę, społeczeństwo i środowisko. W sumie 90 spółek zadeklarowało, że mierzy swój wpływ we wszystkich tych kategoriach, z czego 30 firm produkuje dobra przemysłowe, 27 to koncerny energetyczne, a 23 produkuje dobra konsumpcyjne. Najczęściej pochodzą z Czech (21), Ukrainy (21), Słowacji (19) i Polski (19). Wpływ na gospodarkę mierzą 24 banki i 15 ubezpieczycieli, a wpływ na społeczeństwo – odpowiednio 25 i 14. „Firmy kierujące się w decyzjach biznesowych analizą swojego wpływu na społeczeństwo, środowisko i gospodarkę są w stanie rozwijać się w sposób rzeczywiście zrównoważony i tworzyć wspólną wartość, przynosząc korzyści nie tylko sobie, ale także kluczowym interesariuszom. Mogą też podejmować bardziej świadome decyzje biznesowe i optymalizować swoje działania operacyjne” – podkreśla Irena Pichola, Partner, Lider Zespołu ds. Zrównoważonego Rozwoju w Polsce i Europie Środkowej Deloitte.

Ponad jedna piąta największych środkowoeuropejskich firm (109) deklaruje, że prowadzi jakąś formę sprawozdawczości pozafinansowej lub planuje raportować dane pozafinansowe za 2015 r. Najwięcej takich organizacji jest w Czechach (40), Polsce (27) i na Węgrzech (13). Co ciekawe, 42 firmy robią lub będą to robić zgodnie ze standardem GRI, co świadczy o ich profesjonalnym podejściu do raportowania pozafinansowego. Z tego grona najwięcej firm jest w Polsce – 22. Jeśli chodzi o instytucje finansowe, to 26 banków (w tym po 7 z Czech i z Polski oraz 5 z Węgier) i 12 ubezpieczycieli (w tym 9 z Czech) raportuje pozafinansowo lub zrobi to za 2015 r. „Raportowanie pozafinansowe do tej pory nie było obowiązkowe. Sytuacja zmieni się w 2017 r., kiedy wejdzie w życie unijna dyrektywa nakazująca największym organizacjom raportowanie danych pozafinansowych i informacji dotyczących różnorodności. Należy się spodziewać, że w ciągu najbliższych dwóch lat liczba firm raportujących pozafinansowo znacznie wzrośnie. Firmy, które już teraz raportują pozafinansowo albo zaraz zaczną to robić, będą lepiej przygotowane, żeby sprostać nowym wymogom sprawozdawczym” – mówi Irena Pichola. „Firmy nie powinny traktować nowej regulacji UE wyłącznie jako obowiązku. Raportowanie pozafinansowe może przynieść przedsiębiorstwom wiele korzyści, m.in. większe zaufanie ze strony inwestorów, lepsze zrozumienie modelu biznesowego, strategii i ryzyk oraz identyfikację nowych szans biznesowych” – dodaje.

* Łotwa, Bułgaria, Czechy, Słowenia, Węgry, Słowacja, Polska, Chorwacja, Estonia, Serbia, Rumunia, Litwa, Albania, Bośnia i Hercegowina, Kosowo, Macedonia, Czarnogóra, Mołdawia

Pełne zestawienie 500 największych firm regionu, plus 50 banków oraz 50 firm ubezpieczeniowych zawiera raport firmy Deloitte „CE TOP 500” oraz dodatek do dziennika Rzeczpospolita „Europa 500”. Lista zostanie zaprezentowana na zbliżającym się XXV Forum Ekonomicznym w Krynicy w dniu 8 września br.: www.forum-ekonomiczne.pl. Ranking jest wspólnym przedsięwzięciem Deloitte oraz dziennika Rzeczpospolita.

Jak Prezydent Duda pomógł pani premier

Ustępujący prezydent Bronisław Komorowski zrobił na pożegnanie prezent szefowej rządu. W przedostatnim dniu urzędowania podpisał ustawę, która pomogła Ewie Kopacz spełnić jedną z jej obietnic. Także Andrzej Duda, następca Komorowskiego, zatwierdził akt prawny wprowadzający przepisy obiecane przez panią premier. Dlatego po sierpniu Kopaczometr, czyli indeks, w którym portal money.pl pokazuje stan realizacji zapowiedzi z expose, wynosi już 54 proc. zapowiedzi.

To między innymi zasługa podpisu Bronisława Komorowskiego pod ustawą, która od 2016 r. pozwoli na korzystanie z urlopów rodzicielskich bezrobotnym, pracującym na umowy o dzieło, studentom i rolnikom.

Jak pisze money.pl, do spełnienia obietnic Ewy Kopacz z expose przyłożył również rękę nowy prezydent – Andrzej Duda. On z kolei podpisał ustawę wprowadzającą ulgi podatkowe dla firm, które tworzyć będą przyzakładowe żłobki i przedszkola, co poprawiło znacznie notowania szefowej rządu.

W sierpniu do Sejmu trafił też rządowy projekt tzw. „konstytucji dla przedsiębiorców”, czyli nowego prawa o działalności gospodarczej, który jest inną ważną reformą zapowiedzianą w expose. Ten akt prawny ma, jak czytamy w uzasadnieniu, urzeczywistnić konstytucyjną zasadę wolności gospodarczej i zagwarantować jej wykonywanie „w duchu społecznej gospodarki rynkowej, z uwzględnieniem aktualnej sytuacji społecznej i gospodarczej”.

Tyle zrobił rząd przez 11 miesięcy

Kategoria Stan realizacji Do zdobycia
Finanse i bezpieczeństwo publiczne 12 proc. 20 proc.
Podatki i ułatwienia dla przedsiębiorców 7,5 proc. 20 proc.
Opieka zdrowotna 17,5 proc. 20 proc.
Edukacja 10 proc. 20 proc.
Infrastruktura i transport 7 proc. 20 proc.
Razem: 54 proc. 100 proc.

 

Wyszczególnione wcześniej projekty to tylko kilka przykładów zadań, które jeszcze stoją przed panią premier i jej ekipą, a które Ewa Kopacz przedstawiła 1 października ubiegłego roku w swoim expose. Są wśród nich takie o dłuższej perspektywie (np. nowa ordynacja podatkowa) – ich realizacji nie należy się spodziewać przed wyborami, ale niektóre gabinet PO-PSL może jeszcze zrealizować przed końcem kadencji.

Obietnice premier Kopacz z expose money.pl podzielił na pięć kategorii i wybrał najważniejsze z nich – z punktu widzenia działania państwa i życia obywateli. Za każdy z działów pani premier może otrzymać 20 proc. Oto jak wyglądają dokonania premier Kopacz w poszczególnych dziedzinach:

Finanse i bezpieczeństwo publiczne – 12 proc.

W tej kategorii premier wykonała znaczącą część planu, choć do zrealizowania zostały rządowi jeszcze bardzo ważne przepisy zwiększające bezpieczeństwo energetyczne kraju. Sejm pracuje nad rządowym projektem regulacji, które wprowadzają koncesję na sprzedaż w Polsce węgla z zagranicy (wydawał je będzie Urząd Regulacji Energetyki). Nowelizacja Prawa energetycznego po poprawkach Senatu trafiła do Nadzwyczajnej komisji ds. energetyki i surowców energetycznych.

Podatki i ułatwienia dla przedsiębiorców – 7,5 proc.

W dziedzinie podatków oraz ułatwień dla przedsiębiorców i pracowników sierpień przyniósł spełnienie kolejnej obietnicy. 5 sierpnia ustępujący prezydent Bronisław Komorowski podpisał ustawę wprowadzającą świadczenia rodzicielskie dla osób bezrobotnych, pracujących na umowy o dzieło, studentów i rolników. Do Sejmu wpłynął ponadto projekt nowego Prawa o działalności gospodarczej, które ma wzmocnić pozycję przedsiębiorców i zapewnić im bardziej partnerskie relacje z administracją.

Opieka zdrowotna – 17,5 proc.

W tej kategorii Ewie Kopacz udało się zrealizować, choć jeszcze nie w pełni, wszystkie najważniejsze obietnice w expose. Ostatnim celem, za który nie uzyskała jeszcze kompletu punktów, jest zwiększenie liczby rezydentur dla młodych lekarzy. W marcu skończyła się pierwsza tura naboru, w której minister zdrowia przyznał 1612 miejsc (ponad trzy razy więcej niż w ubiegłym roku). Jesienią będzie organizowany drugi nabór. Wcześniej rząd zrealizował najważniejsze cele, czyli pakiet onkologiczny oraz kolejkowy (ich wdrożenie poszło szybko, ponieważ od strony legislacyjnej przygotował je rząd Donalda Tuska). Szefowa rządu musiała tylko dopilnować, by nowe systemy zaczęły działać po 1 stycznia tego roku.

Edukacja – 10 proc.

Ekipa Ewy Kopacz ma ambitne plany związane z edukacją i to na wszystkich poziomach. Najnowszym dokonaniem koalicyjnego rządu w tej dziedzinie są przepisy pozwalające na tworzenie przyzakładowych przedszkoli i żłobków z ulg w podatku CIT. We wrześniu lista spełnionych obietnic zapewne się wydłuży, premier Kopacz deklarowała bowiem zmniejszyć obciążenia rodziców uczniów podstawówek i gimnazjów, zapewniając ich dzieciom darmowe podręczniki.

Infrastruktura i transport – 7 proc.

Prezentując swoje plany i zamierzenia w Sejmie, Ewa Kopacz nie zapomniała o rozbudowie sieci dróg i kolei. Udało się jej wypełnić już sporą część inwestycyjnych zapowiedzi, choć zastrzec trzeba, że nie przyszło jej to z trudnością, bo główny wysiłek w ich urzeczywistnienie włożył poprzedni rząd, pod wodzą Donalda Tuska.

Polscy pracownicy poszukiwani za granicą

Polski rynek pracy systematycznie rośnie. Według dany GUS przeciętne zatrudnienie w lipcu w sektorze przedsiębiorstw jest wyższe o 0,9% rok do roku, z kolei na Pracuj.pl opublikowano w sierpniu 14% więcej ofert niż w zeszłym roku. Osoby szukające nowego zatrudnienia wraz z końcem lata mają szansę na znalezienie wielu ciekawych ogłoszeń w różnych branżach w Polsce. Jednak jeśli ktoś rozważa podjęcie pracy za granicą może liczyć na oferty, które systematycznie pojawiają się na portalu Pracuj.pl. W pierwszej połowie tego roku na portalu Pracuj.pl opublikowano 4 234 ogłoszeń skierowanych do osób poszukujących pracy za granicą. To jednak zaledwie 2% wszystkich ogłoszeń o pracę publikowanych w tym okresie na Pracuj.pl.

Najwięcej zagranicznych ofert pracy pochodziło z Niemiec, Holandii, Wielkiej Brytanii, Czech i Belgii. Ogłoszenia dotyczące zatrudnienia w tych krajach stanowiły 72% wszystkich zagranicznych ofert dostępnych w pierwszym półroczu 2015 r. na portalu Pracuj.pl.

Kierunek Niemcy

W pierwszym półroczu tego roku 38% zagranicznych ogłoszeń na Pracuj.pl dotyczyło pracy w Niemczech. W analizowanym okresie najczęściej szukano specjalistów ds. inżynierii, produkcji oraz budownictwa. Ten trend nadal się utrzymuje, obecnie na portalu Pracuj.pl 40% zagranicznych ofert pochodzi z Niemiec, a co trzecie ogłoszenie adresowane jest do pracowników specjalizujących się w inżynierii, szczególnie odpowiedzialnych za montaż/serwis, elektronikę/elektrykę oraz konstrukcję/technologię. Niemieckie firmy poszukują również polskich specjalistów zajmujących się instalacjami, budownictwem mieszkaniowym/przemysłowym, magazynowaniem oraz obszarem produkcji.

Fachowcy z Polski poszukiwani w krajach Beneluxu

Dane portalu Pracuj.pl pokazują, że polscy pracownicy potrzebni są także na holenderskich i belgijskich rynkach. W pierwszym półroczu 2015 r. oferty dotyczące pracy w Holandii stanowiły 10% wszystkich zagranicznych ogłoszeń. Najwięcej pracy czekało na specjalistów ds. inżynierii. Obecnie na portalu Pracuj.pl również ponad 10% ofert zatrudnienia za granicą stanowią ogłoszenia skierowane do osób poszukującym pracy w Holandii, co plasuje ten kraj na drugim miejscu pod względem liczby ogłoszeń dotyczących zatrudnienia na zagranicznych rynkach. Co trzecia oferta dotycząca pracy Holandii skierowana jest do specjalistów ds. produkcji. Osoby planujące pracę w Holandii mogą liczyć również na zatrudnienie w obszarze inżynierii oraz łańcuchu dostaw.

Ogłoszenia dla poszukujących pracy w Belgi, w pierwszej połowie tego roku stanowiły 7% zagranicznych ofert. Wśród nich pracę najłatwiej było znaleźć specjalistom ds. inżynierii, budownictwa i produkcji. Obecnie na portalu Pracuj.pl, podobnie jak w poprzednim półroczu, ponad 7% zagranicznych ofert dotyczy pracy w Belgii. Wśród nich 26% wszystkich ogłoszeń skierowanych jest do inżynierów. Największe zapotrzebowanie jest na osoby odpowiedzialne za montaż/serwis, elektronikę/elektrykę oraz konstrukcję/ technologię. Zatrudnienie w Belgii mogą znaleźć także osoby zajmujące się produkcją, co piąte publikowane ogłoszenie dotyczące pracy w tym kraju skierowane jest do specjalistów z tego obszaru.

Polscy specjaliści IT potrzebni w Wielkiej Brytanii i Czechach

Oferty pracy dla specjalistów z Polski pojawiają się również na brytyjskim i czeskim rynku. W pierwszej połowie tego roku 10% ogłoszeń zagranicznych pochodziło z Wielkiej Brytanii. Najczęściej poszukiwano specjalistów IT, dla których ogłoszenia stanowiły 47% ofert dotyczących pracy na Wyspach. Pracodawcy najchętniej zatrudniali specjalistów odpowiedzialnych za programowanie, architekturę, oraz administrowanie systemami i testowanie. Praca dla specjalistów IT czeka również na czeskim rynku. W pierwszym półroczu tego roku 5% zagranicznych ogłoszeń na Pracuj.pl dotyczyło pracy w Czechach. Tutaj 29% wszystkich ogłoszeń z pierwszego półrocza 2015 r. z tego kraju skierowanych było do ekspertów z obszaru administracji IT oraz rozwoju oprogramowania IT.

Pracodawcy ze Skandynawii poszukują pracowników z Polski

Polscy pracownicy są również poszukiwani w krajach skandynawskich. W pierwszym kwartale tego roku oferty z Norwegii stanowiły 4% zagranicznych ogłoszeń. W analizowanym okresie poszukiwano przede wszystkim specjalistów z obszaru inżynieria, budownictwo, produkcja oraz hotelarstwo / gastronomia / turystyka.

Obecnie ogłoszenia dotyczące pracy w Norwegii stanowią około 4% zagranicznych ofert. Ponownie poszukiwani są przede wszystkim specjaliści ds. inżynierii i budownictwa. Ogłoszenia z kolejnego skandynawskiego kraju, czyli Szwecji, aktualnie stanowią 2% zagranicznych ofert. Podobnie jak w przypadku Norwegii, najłatwiej znajdą tam zatrudnienie osoby zajmujące się obszarem budownictwo i inżynieria.

 

Nowe przepisy dla firm audytorskich i biegłych rewidentów

0

11 sierpnia 2015 roku Ministerstwo Finansów upubliczniło projekt założeń projektu ustawy o zmianie ustawy o biegłych rewidentach i ich samorządzie, podmiotach uprawnionych do badania sprawozdań finansowych oraz o nadzorze publicznym oraz niektórych innych ustaw.

Nowelizacja zakłada dostosowanie regulacji krajowych do nowych przepisów unijnych z zakresu audytu, które mają na celu przede wszystkim:

  • wzmocnienie niezależności i obiektywizmu biegłych rewidentów i firm audytorskich,
  • poprawę jakości badań ustawowych,
  • wzmocnienie nadzoru publicznego.

Wśród zasadniczych kwestii, które zdaniem Ministerstwa Finansów wymagają zmiany przepisami, znalazły się m.in. :

  • wprowadzenie definicji małej i średniej jednostki, celem zachowania jednolitości przepisów oraz uniknięcia ewentualnych wątpliwości interpretacyjnych,
  • wprowadzenie limitu na wynagrodzenie firmy audytorskiej za dozwolone usługi niebędące badaniem sprawozdań finansowych świadczone na rzecz badanego klienta (tj. usługi z tzw. „białej listy”)  – dla jednostek zainteresowania publicznego (JZP),
  • zobowiązanie JZP do wyboru firmy audytorskiej na okres min. 2 lat w przypadku zawierania umowy na badanie ustawowe po raz pierwszy,
  • obowiązkowa rotacja firmy audytorskiej po okresie 8 lat nieprzerwanego zaangażowania
    w badanie danej JZP lub quasi-JZP,
  • obowiązkowa rotacja kluczowego biegłego rewidenta po okresie 4 lat przeprowadzania badania ustawowego danej JZP.

Nowe regulacje przewidują ponadto wprowadzenie pojęcia badania ustawowego, doprecyzowanie pojęcia czynności rewizji finansowej i kluczowego biegłego rewidenta, zmianę definicji sieci, jednostki zainteresowania publicznego i małej i średniej jednostki, a także wprowadzenie definicji międzynarodowych standardów badania oraz krajowych standardów badania.

Od projektu założeń do wejścia w życie nowelizacji ustawy minie zapewne jeszcze trochę czasu. Niemniej jednak kierunki zmian wydają się już określone i skupione na jakości badania jednostek zainteresowania publicznego.

Wzrosty powrócą na światowe giełdy, także na GPW. Odbicie może być jednak tylko kilkutygodniowe

Zarówno światowe giełdy, jak i polski parkiet są dziś na rozdrożu. Po ostatnich gwałtownych spadkach cen i kilkuprocentowym odbiciu analitycy oczekują wprawdzie dalszych wzrostów, jednak trudno przesądzić, czy będzie to trwały trend, czy tylko korekta. W Polsce dalszym wzrostom zagrozić mogą wybory parlamentarne, na świecie negatywne scenariusze związane ze spowolnieniem w Chinach i niepewnością co do decyzji Fed.

Po gwałtownych sierpniowych spadkach wydaje się, że na najważniejszych rynkach sytuacja się uspokoiła i poza giełda chińską pozostałe parkiety powoli odrabiają straty. Także WIG20 odrobił w ubiegłym tygodniu ponad 4 proc i nie powinien na tym poprzestać.

– Odbicie na WIG20 może się zacząć w ciągu najbliższych dni lub tygodni prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Sławomir Dębowski, główny analityk Globtrex.com. – Indeks WIG20 spadł do poziomu około 2000 punktów, to są dołki z 2011 i 2012 roku. Biorąc pod uwagę to, że polski rynek już wcześniej dosyć mocno spadał, wydaje mi się, że to długoterminowe wsparcie z 2011 i 2012 roku ma szansę się obronić i możemy liczyć na jakieś trwalsze, kilkutygodniowe odbicie. Natomiast potem najprawdopodobniej inwestorzy będą bardzo ostrożni w podejmowaniu decyzji, gdyż będą patrzyli na to, jaka może być sytuacja po wyborach parlamentarnych.

W znacznie większym stopniu jednak sytuacja na warszawskiej giełdzie zależy od giełd światowych. Tam zaś dominuje rynek amerykański. Od 2011 roku do grudnia 2014 roku indeks S&P 500 wzrósł niemal dwukrotnie. Ostatnie spadki nie są więc zaskoczeniem, bo jak zwraca uwagę Sławomir Dębowski, z technicznego punktu widzenia wcześniej czy później można było się tego spodziewać.

Skala tego spadku i jego gwałtowność, jaką obserwujemy obecnie, jest spotęgowana obawami o to, co się dzieje w gospodarce chińskiej. Jeśli chodzi o poziomy indeksu S&P 500, to w październiku 2014 roku mieliśmy poziom 1815, na sesji w dniu 24 sierpnia dołek wypadł na poziomie 1830, potem w ciągu tej samej sesji mieliśmy bardzo silne odbicie do poziomu 1950, widać zatem, że inwestorzy widzą to wsparcie z jesieni ubiegłego roku i myślę, że w takiej perspektywie kilku sesji, może kilku tygodni do posiedzenia komitetu otwartego rynku w Stanach Zjednoczonych możemy mieć próbę obrony właśnie tych bardzo ważnych wsparć w rejonie około 1815.

Najbliższa przyszłość amerykańskiego rynku akcji zależy też od decyzji, jaką we wrześniu podejmie Zarząd Rezerwy Federalnej. Do niedawna analitycy oczekiwali rychłej podwyżki tamtejszych stóp procentowych, co niemal automatycznie przełożyłoby się na wzrost wartości dolara i spadek cen akcji. Po ostatnich perturbacjach, które dotknęły chińską gospodarkę, nie są już tego tak pewni.

Natomiast potem najprawdopodobniej, jeśli Fed nie podniesie stóp procentowych, możemy mieć jakiś impuls do odreagowania tych spadków ocenia główny analityk Globtrex.com. – Ogólnie z punktu widzenia analizy technicznej można rozważać dwa scenariusze. Pierwszy jest taki, że ta przecena, która się zaczęła w lipcu tego roku, jest po prostu silna, gwałtowna korekta i w perspektywie kilku kwartałów możemy jeszcze wrócić na indeksach amerykańskich na tegoroczne szczyty. Natomiast drugi, negatywny scenariusz, zakładałby, że w perspektywie kilku miesięcy będziemy mieli dalsze spadki, potem pojawi się tylko odbicie i w dłuższej perspektywie będziemy mieli kolejną falę spadkową.

Jak ocenia, prawdopodobieństwo negatywnych scenariuszy dla rynku jest dosyć wysokie. Widać tu pewne analogie z sytuacją w 2007 roku, kiedy się rozpoczynał kryzys, który trwał blisko dwa lata. Wtedy przez 5 miesięcy w Stanach Zjednoczonych indeks giełdowy spadł o około 20 proc. Potem nastąpiły dwa miesiące odbicia, co po w sumie 7 miesiącach dało silne techniczne sygnały do rozpoczęcia gry na spadki.

Jeśliby się okazało, że jednak realizowany będzie scenariusz pesymistyczny na rynku amerykańskim, to wtedy można go wykorzystać do gry na spadki, czyli grać na krótko. I przypomnę, że w 2008 roku, kiedy mieliśmy kolejną falę spadków na rynku amerykańskim, indeks spadł o blisko 50 proc. w ciągu 6 miesięcy. To pokazuje siłę i dynamikę tych spadków; w trakcie takiego silnego trendu bardzo szybko można zarobić pieniądze. Oczywiście psychika ludzka jest taka, że wolimy zarabiać na wzrostach niż na spadkach, ale trzeba to przezwyciężyć.

Do 2020 roku wszystkie zakłady koncernu MAN zredukują emisję dwutlenku węgla o 25 proc.

Piotr Stański

MAN planuje przeznaczyć 40 mln euro na inwestycje w Polsce, w tym na działania proekologiczne. W lipcu w świętokrzyskiej fabryce uruchomiono nowe bloki energetyczne. Pozwoli to na zredukowanie emisji dwutlenku węgla. W ramach programu Green Production do 2020 roku produkcja dwutlenku węgla we wszystkich zakładach MAN-a ma zmniejszyć się o 25 proc. 

– W Starachowicach jesteśmy obecni już od wielu lat, natomiast obecna sytuacja pozwala nam na to, żeby w jednym miejscu produkować wszystkie autobusy miejskie, i to nie dotyczy tylko pojazdów produkowanych w Polsce, ale autobusów miejskich dla całego koncernu MAN – informuje Piotr Stański, prezes firmy MAN Truck & Bus Polska.

Decyzja o przeniesieniu całej produkcji z podpoznańskich Sadów do Starachowic została podjęta już wiosną ubiegłego roku. Według opublikowanego harmonogramu przenosiny odbędą się w siedmiu etapach i potrwają blisko półtora roku.

– Ten proces już się rozpoczął i będzie trwał jeszcze do 2017 roku, więc dzisiaj może jest trochę za wcześnie, żeby mówić o konkretnych efektach, ale zaczęliśmy już – mówi prezes Stański w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor.

Koncern MAN we wszystkich swoich zakładach na całym świecie, w tym także w Starachowicach, realizuje program o nazwie Green Production. Kładzie on większy nacisk na ekologiczny aspekt produkcji. W świętokrzyskim zakładzie w czerwcu tego roku zostały wprowadzone nowe systemy zaopatrzenia w energię, bazujące na nowoczesnych rozwiązaniach.

– Silniki pochodzące z zakładów MAN-a w Norymberdze są oparte o zasilanie gazem wysokoazotowanym. Natomiast docelowo te bloki energetyczne mają być zasilane z biogazowni, to rozwiązanie, które idzie jeszcze o krok dalej – wyjaśnia Piotr Stański.

Program Green Production dotyczy także oświetlenia produkcyjnego LED czy innych energochłonnych elementów wykorzystywanych w procesie produkcji. Działania, które mają przyczynić się do dbałości o środowisko, mają zastosowanie także w zakładach MAN-a w Niepołomicach pod Krakowem, gdzie montuje się samochody ciężarowe.

– Tam właściwie już od 2011 roku mamy certyfikaty unijne, które świadczą o tym, że wszystkie procesy produkcyjne i procesy zarządzania produkcją, które są stosowane w tych zakładach, są jak najbardziej proekologiczne – mówi prezes zarządu w MAN Truck & Bus Polska.

Najważniejszym celem spółki MAN w zakresie ochrony środowiska jest redukcja emisji dwutlenku węgla o 25 proc. do 2020 roku.

– Długofalowo staramy się tak postępować, żeby wyniki kształtowały się właśnie w takich wielkościach, co oznacza mniej więcej 9 tys. ton dwutlenku węgla, to jest naprawdę bardzo dużo – mówi Stański.

MAN SE to międzynarodowy koncern z ponad 250-letnią tradycją. Główna siedziba firmy znajduje się w Monachium. Spółka zatrudnia łącznie blisko 56 tys. osób, a zeszłoroczne przychody sięgnęły blisko 14,3 miliarda euro. Akcje niemieckiego przedsiębiorstwa notowane są na frankfurckiej giełdzie.

A. Jawień (IFM Global Asset Management): Wojny walutowe na krótką metę pomogą chińskiej gospodarce. Nie można wykluczyć kolejnych sterowanych deprecjacji juana

Aleksander Jawień

Obniżając w sierpniu wartość juana, chińskie władze wkroczyły na grunt wojny walutowej. Zdaniem Aleksandra Jawienia, prezesa IFM Global Asset Management, to ruch skuteczny na krótką metę i nie można wykluczyć jego powtórzenia. Od paru lat skutecznie swoją walutę osłabia np. Japonia. Wzrost chińskiego PKB będzie jednak pod coraz większa presją m.in. ze względu na niekorzystną demografię.

– Oprócz tych standardowych mechanizmów stymulowania gospodarki, jak stopy procentowe, rezerwy obowiązkowe, dofinansowanie banków i lokalnych rządów gotówką, Chiny wkroczyły w sferę wojen walutowych. Starają się uatrakcyjnić rentowność swojego eksportu narzędziem, które oczywiście jest szeroko stosowane, np. przez Japonię, i próbują zdewaluować swoją walutę, aby ten eksport był atrakcyjniejszy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Aleksander Jawień, prezes IFM Global Asset Management.

Załamanie na chińskim rynku oraz dewaluacja juana szczególnie mocno uderzyły w giełdy w regionie Azji Wschodniej, ponieważ inwestorzy zaczęli obawiać się eskalacji wojen walutowych. Polegają one na wielostronnych dewaluacjach walut, których gospodarki silnie konkurują na rynkach eksportowych. Zazwyczaj niewielkim pozytywnym efektom dla realnej gospodarki towarzyszą spore koszty w postaci ucieczki kapitału, który obawia się przeceny notowanych w słabnącej walucie aktywów.

– Oczywiście te spadki są dość istotne, bo od czerwca indeks giełdy w Szanghaju stracił 40 proc., teraz mamy w ciągu ostatnich paru dni odbicie. To sprowadziło wyceny spółek na giełdzie lokalnej w Chinach do poziomów 15 zł za jednego złotego zysku, co oznacza, że wskaźnik cena do zysku spadł z 25 do 15, czyli się urealnił – twierdzi Jawień.

Dążąc do osłabienia juana kosztem walut sąsiednich krajów, chińskie władze mogą w łatwy sposób odpowiedzieć na ich zarzuty, wskazując na politykę premiera Japonii Shinzo Abe. Chociaż oficjalnie deklarowanym celem tzw. abenomiki była walka z deflacją i pobudzenie wzrostu PKB, to najważniejszym skutkiem okazało się być osłabienie japońskiej waluty.

– Dewaluacja jest skutecznym, przynajmniej krótkoterminowo, środkiem do tego, aby stymulować wzrost gospodarczy. Najlepszym przykładem jest tutaj Japonia, która poprzez program dodruku pieniędzy dynamicznie zdewaluowała jena i to spowodowało, że wyniki spółek eksportujących są rewelacyjne. To jest oczywiście fundament hossy na giełdzie japońskiej z ostatnich paru kwartałów. Natomiast w dłuższym terminie trudno przesądzać o skuteczności takiej polityki, nawet ekonomiści twierdzą, że takie działania są jednak nieskuteczne – uważa prezes IFM Global Asset Management.

Po entuzjastycznym przyjęciu abenomiki przez rynki finansowe i część ekonomistów ostatnie dane nie dają powodów do optymizmu. Mimo ogromnej skali interwencji monetarnej oraz fiskalnej wzrost PKB Japonii wyniósł w II kwartale br. zaledwie 0,7 proc. rok do roku. Miał on miejsce po trwającej rok recesji. Dla porównania, gospodarka USA urosła w II kwartale 2015 r. o 3,7 proc. w ujęciu zannualizowanym. Dlatego ostatnie nerwowe posunięcia chińskiego rządu i banku centralnego należy odczytywać głównie jako działania mające zapobiec poważnemu kryzysowi finansowemu i przywrócić zaufanie rynków.

– W ciągu ostatnich paru dni widzieliśmy kilka działań, które idą w dobrym kierunku, bo mieliśmy obniżkę stóp procentowych, mieliśmy dofinansowanie dwóch banków kwotami dziesiątków miliardów dolarów i oczywiście obniżkę rezerw obowiązkowych. To wszystko pozytywnie wpłynęło na nastroje i uspokoiło inwestorów. Natomiast to, co nadal niepokoi, to ten ruch z zeszłego tygodnia, czyli deprecjacja juana o 1,9 proc. – uważa Jawień.

Jest jednak mało prawdopodobne, by ewentualne kolejne dewaluacje poprawiły koniunkturę w drugiej największej gospodarce świata. Do takiej oceny skłaniają się m.in. analitycy Goldman Sachs, którzy dostrzegają ograniczenia wzrostu gospodarczego Chin przede wszystkim po tzw. podażowej stronie, a więc związanej z potencjałem produkcyjnym. Wszystkie trzy główne czynniki wzrostu PKB – a więc praca, kapitał oraz łączna produktywność – będą ulegać niekorzystnym trendom. Powodem jest sytuacja demograficzna wywołana polityką jednego dziecka oraz zmniejszająca się luka w produktywności wobec krajów rozwiniętych, przez co trudniej będzie podtrzymywać wysokie tempo poprawy wydajności – twierdzą ekonomiści Goldman Sachs.

To dlatego bank inwestycyjny zdecydował się obniżyć swoje prognozy dotyczące wzrostu PKB w Chinach. Korekta jest wyraźna: według najnowszych projekcji wzrost w drugiej największej gospodarce świata wyniesie w przyszłym roku 6,4 proc. , w 2017 r. – 6,1 proc., a w 2018 r. – 5,8 proc. Według poprzednich prognoz Goldman Sachs spodziewał się o 0,3-0,4 pkt proc. szybszego wzrostu PKB w tym okresie. Z kolei odczyt PMI, wskaźnika informującego o nastrojach w przemyśle, spadł w sierpniu poniżej 50 pkt, co świadczy o kurczeniu się sektora. Wszystko wskazuje zatem na to, że to dopiero początek długotrwałego spowolnienia w gospodarce Chin.

– Jesteśmy po bardzo dużych spadkach, inwestorzy rzeczywiście są zaniepokojeni zwalniającymi Chinami. Chociaż już wiadomo od 2 lat, że Chiny będą zwalniać i zmieniać swój model wzrostu gospodarczego z produkcyjno-inwestycyjnego na konsumpcyjny, a to niestety trwa lata – ocenia Aleksander Jawień.

Alumetal po słabszym początku roku w II kwartale wyraźnie poprawił wyniki. Spółka zyskuje na sprzedaży stopów wstępnych

0

CEO Magazyn Polska

Po słabszym początku roku spółka Alumetal w II kwartale 2015 roku znacząco poprawiła rentowność. Zarząd spółki liczy na dalsza poprawę wskaźników finansowych. Celem jest wzrost EBITDA o 12,5 proc. do końca roku. Istotnym elementem strategii producenta jest zagraniczna ekspansja. Po koniec przyszłego roku kosztem 120 mln zł zostanie uruchomiony zakład na Węgrzech.

Spółka Alumetal w I półroczu osiągnęła zysk netto na poziomie 31,4 mln zł, z tego ponad 21,5 mln zł w II kwartale. W stosunku do tego samego okresu rok wcześniej jest to wzrost o 12 procent. Przychody zwiększyły się natomiast aż o 22 proc. i wyniosły 752,4 mln zł.

– Wyniki z I półrocza są zgodnie z oczekiwaniami, nawet powiedziałbym, że trochę powyżej. Poziom sprzedaży, przychody, zysk EBITDA i zysk netto są na wyższych poziomach, niż to miało miejsce rok temu – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Szymon Adamczyk, prezes zarządu Alumetalu.

Dla spółki bardzo trudny okazał się pierwszy kwartał roku. Znacząco spadła wówczas rentowność sprzedaży, a zysk netto wyniósł tylko 9,8 mln zł (spadek o 43 proc. r/r). II kwartał był znacznie lepszy, a zaprezentowane wyniki przekroczyły te z I półrocza 2014 roku.

– Zawsze tłumaczymy, że jeden kwartał nie stanowi o całym roku i z satysfakcją mogę powiedzieć, że II kw., tak jak i rezultaty całego półrocza, pozwolił dotrzymać słowa – mówi prezes małopolskiej spółki.

Grupa Alumetal w 2013 roku uruchomiła sprzedaż stopów wstępnych. Mimo krótkiej historii dystrybucji ten segment powoli staje się coraz istotniejszym źródłem przychodów giełdowej spółki. Widoczne jest to chociażby w wynikach finansowych za ostatni okres.

– To są stopy używane przede wszystkim przez producentów blach i profili, wykorzystywane jako dodatek. Dzięki temu producent oprócz aluminium, które jest w tym stopie, dodaje jeszcze pierwiastki, które są trudno topliwe i które mają bardzo wysoką temperaturę topnienia same w sobie, np. aluminium z tytanem, aluminium z manganem – wyjaśnia Szymon Adamczyk.

Istotnym elementem strategii spółki jest pozyskanie nowych dostawców. Obecnie ich liczba wynosi już około 400 i stale rośnie.

– Czasami jest kwartał, gdzie pozyskujemy 46 nowych dostawców, czasami 30, czasami tylko 3. To jest proces ciągły, współpraca prowadzona jest na jasnych zasadach – mówi prezes Adamczyk.

Potrzeba współpracy z nowymi dostawcami konieczna jest między innymi ze względu na planowaną inwestycję w zakład produkcyjny na Węgrzech. Obecnie spółka jest bliska podpisania umowy z generalnym wykonawcą, a uruchomienie produkcji w miejscowości Komarom planowane jest na IV kwartał 2016 roku. Szacunkowy koszt inwestycji to 120 mln zł.

– Największym rynkiem, z którego kupujemy, są Niemcy, to jest największy producent surowców złomowych, aluminiowych. Ale też m.in. dlatego, że to jest największy rynek konsumpcji stopów, produkcji samochodów – rozmówca wskazuje główny rynek importowy dla spółki Alumetal.

Producent oprócz surowca pochodzącego z Niemiec zaopatruje się także w innych krajach Europy. W gronie kontrahentów znajdują się spółki z Holandii, Belgii, krajów bałtyckich oraz z południa Europy.