Ceny dóbr i usług konsumpcyjnych spadły w lipcu o 0,3 proc. w ujęciu rocznym i 0,4 proc. w ujęciu miesięcznym – podał GUS.
Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan
Po raz drugi od 1989 roku mamy do czynienia ze spadkiem cen w ujęciu rocznym (pierwszy był w lipcu br.). To w części efekt czynników sezonowych (lipiec, sierpień, wrzesień to zawsze okres niższej inflacji). Ale w znacznie silniejszym stopniu to efekt embarga rosyjskiego na produkty żywnościowe przy wysokim tegorocznym urodzaju. Ceny żywności spadły w sierpniu r/r o 2,3 proc., przy wysokiej bazie z sierpnia 2013 r., 102,8. W kolejnych miesiącach należy się spodziewać także spadku cen żywności, bo do już oddziałujących na ceny żywności czynników dochodzi chociażby urodzaj pszenicy w USA.
Spadek cen żywności oddziałuje pozytywnie na portfele Polaków, szczególnie tych o niższych dochodach. „Zwalnia” to część dochodów do dyspozycji i teoretycznie pozwala na ich wydatkowanie na inne dobra czy usługi. Jednak obserwowane wzrosty sprzedaży detalicznej nie są wysokie, co oznacza, że gospodarstwa domowe nie zawsze decydują się na wydatkowanie „zaoszczędzonych” dzięki niskim cenom żywności dochodów.
Podobnie jak w lipcu, gdyby nie zmiana strategii firm telekomunikacyjnych dotycząca polityki cenowej, a także wzrost cen napojów alkoholowych (wyższa akcyza) deflacja w sierpniu byłaby znacznie głębsza.
Rada Polityki Pieniężnej chyba już nie będzie mogła mieć wątpliwości co do tego, jaką decyzję podjąć na swoim październikowym posiedzeniu. I wszystko wskazuje na to, że jeszcze w tym roku stopy procentowe spadną o 50 punktów bazowych. Wzrost PKB był co prawda w 2. kwartale br. porównywalny do osiągniętego w 1. kwartale, ale ani produkcja sprzedana przemysłu, ani sprzedaż detaliczna w ostatnich miesiącach, ani wyniki firm po 6. miesiącach br. nie pozwalają na zakładanie porównywalnego tempa wzrostu PKB w 2. połowie 2014 r. A to także powinno wpłynąć na decyzje RPP.
W ubiegłym roku wiosną Barter uruchomił pierwszy punkt we franczyzowej sieci „U Górnika”. Obecnie spółka ma już ponad 350 składów we wszystkich województwach w Polsce, a ich liczba do końca roku ma wzrosnąć do 500.
– „U Górnika” to największa w Polsce sieć wyspecjalizowanych punktów, zajmujących się sprzedażą opału, m.in. ekogroszku i innych gatunków węgla dla klientów detalicznych – mówi Grzegorz Dworakowski, dyrektor ds. rozwoju rynku towarów konfekcjonowanych Barter SA . – Ich atutem jest szeroka sieć dystrybucji, docierają do klienta poprzez składy węgla, sklepy budowlane „Mrówka”, stacje paliw czy sklepy ogrodnicze. Tworząc swoją sieć mieliśmy na celu rozszerzenie i stabilizację sprzedaży, promowanie nowych produktów konfekcjonowanych, zapewnienie jakości i stałej dostępności naszego produktu. A także wygodę klienta, który może liczyć na pełną obsługę.
Współpraca ze składami „U Górnika” jest obopólnie korzystna, bowiem Barter przeprowadził szeroką kampanię marketingową i reklamową sieci, zadbał też o wizualizacje punktów sprzedaży.
Białostocka spółka dociera do detalistów nie tylko poprzez składy opałowe, ale także za pośrednictwem detalicznych sieci handlowych, do których należy m.in. Leroy Merlin, Nomi czy Bricoman.
– Obecnie prowadzimy zaawansowane rozmowy na temat współpracy z największą w Polsce siecią sklepów dyskontowych – dodaje Grzegorz Dworakowski.
Węgiel z polskich kopalni i z Czech
Barter dywersyfikuje też źródła pozyskiwania surowca i rozszerza współpracę z polskimi kopalniami.
– Wychodzimy na przeciw rynkowym trendom – mówi prezes Barter SA, Bogdan Rogaski. – Do tej pory współpracowaliśmy z dwiema kopalniami z Górnego Śląska, a obecnie negocjujemy z kolejnymi dwiema. Zwiększy to udział krajowego węgla w naszej ofercie. Ale nie tylko – niewykluczone, że będziemy również importować go z Czech.
Udział węgla pakowanego w worki systematycznie rośnie w wolumenie obrotów firmy. Docelowo spółka zamierza sprzedawać ok. 200 tys. ton konfekcjonowanych produktów rocznie. Przebojem rynkowym okazał się sztandarowy ekogroszek Barteru – Eco Power, który stanowi 45 proc. obrotów firmy w tym segmencie. To średnia półka w ofercie Barteru – opał ekologiczny, o niskiej zawartości siarki i dużej kaloryczności.
Na drugim miejscu – z 15 proc. udziałem – jest Czarny Jan, ekonomiczne paliwo o bardzo dobrych parametrach. Swoją klientelę ma też Krzesimir najwyższej jakości ekogroszek, produkowany z wyselekcjonowanego węgla m.in. z polskich kopalni na Górnym Śląsku. Coraz lepiej sprzedają się też grubsze frakcje węgla, głównie orzech.
Jakość przekonała odbiorców
– Eco-Power jest obecnie liderem na krajowym rynku– mówi prezes Barter SA, Bogdan Rogaski. – A co ciekawe, w przeciwieństwie do innych krajowych dystrybutorów, postawiliśmy na jakość, a nie ilość. Zainwestowaliśmy w profesjonalne centra pakowania węgla, a także w ogromne hale – magazyny surowcowe i magazyny wyrobów gotowych, dzięki którym węgiel jest odpowiednio zabezpieczony na każdym etapie pakowania i dystrybucji, co gwarantuje zachowanie wysokich, stałych standardów użytkowych produktu. Ta strategia przełożyła się na wieloletni efekt, bowiem klient, który przekona się do produktu, sięgnie po niego po raz drugi.
Dodatkowym autem produktów Barteru jest opakowanie – estetyczne, foliowe worki o różnej wadze, wyposażone w system łatwego otwierania. Zapewniają one wygodne i higieniczne składowanie, komfort użytkowania i utrzymanie parametrów opału, co jest istotne zarówno dla klientów, jak i dystrybutorów spółki.
Barter zapowiada jeszcze większą ilość pakowanego węgla – do końca roku ma powstać kolejne centrum pakowania – na Śląsku. Obecnie spółka dysponuje trzema takimi składami: w Sokółce, Ostrowach koło Kutna i w Babach koło Piotrkowa Trybunalskiego.
Banki spółdzielcze w przeciwieństwie do banków komercyjnych nie promują się dzięki znanym twarzom, stawiają raczej na swoich pracowników, twierdzą, że najlepszą reklamą jest ich działalność – dogłębna znajomość każdego klienta, rozpoznawanie jego potrzeb i oczekiwań oraz szybka reakcja na nie, a także elastyczność oraz brak anonimowości.
Jednym z celów strategicznych banków spółdzielczych na najbliższe lata jest konsekwentne wdrażanie innowacyjnych rozwiązań, rozwój systemów informatycznych, wzrost konkurencyjności i jakości obsługi klientów z zachowaniem bezpieczeństwa i wierności 150-letniej tradycji.
Banki spółdzielcze wyróżniają się tym, że w ich placówkach zawsze można spotkać się z reprezentantem kadry zarządczej. Wszystkie decyzje podejmowane są na miejscu i nie wymagają akceptu tzw. centrali. To szczególnie ważne z punktu widzenia klienta, jednak w dzisiejszych czasach już niewystarczające. Rozwój technologii, zmiana społecznych przyzwyczajeń, coraz większe przywiązanie konsumentów do komfortu wymagają od banków spółdzielczych wdrażania najnowocześniejszych rozwiązań. Banki spółdzielcze to rozumieją i aktywnie poszukują produktów informatycznych służących jak najpełniejszej obsłudze współczesnego klienta. Widać to podczas spotkań i konferencji poświęconych bankowości spółdzielczej. Przedstawiciele tego sektora są zainteresowani nowymi rozwiązaniami informatycznymi, ich funkcjonalnościami, bezpieczeństwem oraz możliwościami integracji z dotychczasową infrastrukturą.
Dbanie o nowe potrzeby lokalnych społeczności
Co ma w tym względzie do zaoferowania bankom spółdzielczym rynek produktów informatycznych? Wiele jest obecnie dostępnych ciekawych i łatwych w implementacji rozwiązań klasy contact center, które mogą realnie usprawnić działanie banków spółdzielczych. Co ważne – polscy producenci dobrze rozumieją sytuację tych instytucji, znają ich obecne systemy i są w stanie dopasować swoją ofertę do istniejącej infrastruktury i możliwości finansowych banków.
– Korzystanie z rozwiązań klasy contact center nie powinno kojarzyć się z licznymi zespołami konsultantów pracujących w pomieszczeniach oddzielonych od klientów. Istniejące na rynku rozwiązania znajdują szerokie zastosowania, również tam, gdzie pracowników dedykowanych do pracy z klientem jest kilku i muszą oni dzielić czas pomiędzy obsługę klienta na miejscu (lokalnie np. w oddziale banku, przy okienku), a obsługę pozostałych kanałów, takich jak połączenia telefoniczne, e-mail lub chat – mówi Kajetan Kilim, key account manager w firmie Alfavox. – Warto o tym wiedzieć, ponieważ tego typu systemy w znaczący sposób ułatwiają codzienną pracę oraz przynoszą wymierne korzyści – dodaje Kajetan.
Rozwiązania informatyczne powinny przede wszystkim poprawiać szybkość i niezawodność obsługi klienta. Dziś konsument oczekuje możliwości skontaktowania się z bankiem o każdej porze, z każdego miejsca na świecie. Spodziewa się jak najszybszej odpowiedzi na frapujące go pytania i zależy mu na wyjątkowym traktowaniu.
Co więcej, innowacje powinny być maksymalnie i wielowymiarowo pomocne dla konsumenta. Jeśli klient banku zdecyduje się wypełnić wniosek o kredyt w domu, siedząc wygodnie na własnej kanapie, technologie muszą dać mu możliwość uzyskania natychmiastowej pomocy doradcy banku w przypadku jakichkolwiek problematycznych kwestii. Bez potrzeby łączenia z infolinią i poszukiwania kogoś, kto zrozumie wytłumaczony telefonicznie problem.
– Bankom spółdzielczym szczególnie polecamy rozwiązania klasy contact center do zarządzania całym procesem komunikacji z klientami oraz produkty, które pozwalają na obsługę klienta z wykorzystaniem coraz popularniejszego dziś kanału wideo. Dzięki temu kanałowi konsument może porozmawiać twarzą w twarz z doradcą banku bez konieczności wizyty w placówce. Rozwiązania takie umożliwiają m. in. współdzielenie plików, dzięki czemu klient banku może wypełnić cały wniosek kredytowy czy inny formularz z bieżącą pomocą doradcy, który ma wgląd do dokumentu i może dokonywać w nim zmian i poprawek. Ponadto, system udostępnia kanał czat, chętnie wybierany w codziennej komunikacji przez osoby chcące ekspresowo i dyskretnie uzyskać potrzebne informacje. Przy pomocy tych narzędzi klient, używając tylko komputera lub tabletu, przechodzi całą procedurę, która kiedyś wymagała wizyty w banku i stania w kolejkach – tłumaczy Janusz Tomiczek, prezes Alfavox. – Co niezwykle istotne – jesteśmy w stanie dostarczyć nasze aplikacje w wersji i webowej, i mobilnej, a to oznacza, że klienci banków korzystających z naszych rozwiązań mogą mieć także dostęp do bardzo pożądanej dziś bankowości przez telefon.
Warto też być zawsze tam, gdzie są klienci banku, czyli w social mediach. Konsumenci docenią, jeśli pracownik banku odpowie na ich pytanie pozostawione w sieci, rozwieje jego wątpliwości czy przedstawi szczegóły oferty. Dodatkowo social media pozwalają badać profile klientów, dzięki czemu banki mogą trafić do nich z ofertą idealnie dopasowaną do potrzeb. Dobre systemy informatyczne pozwalają obserwować klientów w świecie wirtualnym i tym samym wspierają banki w interakcji z nimi także w social mediach.
Nie tylko dla klienta
Nowoczesne rozwiązania mają jednak dbać nie tylko o komfort konsumentów, ale też o wygodę pracy konsultantów, doradców i kadry zarządzającej banku spółdzielczego. Z tego powodu systemy wdrażane w bankach spółdzielczych powinny wspomagać zarządzanie placówką. Technologie wspierające zarządzanie dbają między innymi o podstawy, czyli oferują perfekcyjnie działające kanały codziennej komunikacji – telefon i pocztę email wraz z obsługą kanału SMS i fax oraz rejestracją rozmów. Wraz z dobrymi rozwiązaniami klasy contact center warto także wdrożyć narzędzia klasy Workflow Management, które służą do planowania i zarządzania czasem pracy konsultantów telefonicznych czy doradców online.
W akcjach wychodzących, czyli inicjowanych przez pracowników banku, niezastąpiony jest natomiast system klasy PDS, który podnosi wydajność pracy agentów nawet do 150 procent, eliminując ręczne wydzwanianie numerów. To nie człowiek wybiera numer, a system, który dzięki zastosowanemu algorytmowi dostosowuje liczbę generowanych połączeń do charakteru kampanii, jakości bazy kontaktów oraz specyfiki pracy konsultantów banku.
– Z badań przeprowadzonych przez firmę Alfavox wynika, że w przypadku rozmów wychodzących połączenia efektywne, czyli zakończone nawiązaniem rozmowy, stanowią jedynie od 25 do 35 proc. wszystkich wybieranych numerów. Pozostałe 10 proc. to połączenia do różnych urządzeń (faksów, automatycznych sekretarek itd.), 5 proc. stanowią błędy sieci, kolejne 5 proc. numery zajęte, a aż 40-60 proc. obejmują połączenia nieodebrane. Dzięki systemom klasy PDS minimalizowany jest czas spędzony przez agenta w oczekiwaniu na połączenie – mówi Janusz Tomiczek.
Koszty? Tylko na rozsądnym poziomie!
Banki spółdzielcze mają bardzo jasno sprecyzowane potrzeby oraz wieloletnie tradycje. To oczywiste zatem, że dbają o koszty i zależy im na tym, aby proces unowocześnienia ich infrastruktury do wspomagania kontaktu z klientem nie wiązał się z gwałtowną rewolucją i koniecznością wymiany dotychczasowych technologii, lecz był precyzyjnie nadzorowanym procesem pozytywnych zmian.
Dobre systemy informatyczne posiadają szerokie możliwości integracji z wewnętrznymi systemami placówek, umożliwiają też sprawne przeprowadzenie wdrożenia bez zakłócania innych procesów banku. Nowoczesne rozwiązania pozwalają na łatwą skalowalność, dzięki czemu bank nie musi rozbudowywać swojej infrastruktury w momencie wzrostu liczby pracowników i klientów.
Banki spółdzielcze mogą dziś skorzystać z wielu nowoczesnych narzędzi, które przeniosą obsługę klienta na wyższy poziom, nie narażając jednocześnie placówki na wysokie koszty i konieczność wymiany całej infrastruktury informatycznej. Nowe technologie są doskonałym narzędziem wpływającym na wzrost konkurencyjności, dlatego warto je implementować i udostępniać coraz bardziej wymagającym klientom.
Ze względu na niewielkie zapotrzebowanie, niekorzystne warunki logistyczne i model regulacji rynku Energa, czołowy producent prądu z węgla kamiennego, nie będzie kontynuować projektu budowy nowego bloku o mocy 1 tys. MW w Ostrołęce. Jak w rozmowie z agencją Newseria informuje Mirosław Bieliński, prezes koncernu, rozbudowa na razie nie ma ekonomicznego uzasadnienia.
– Popyt na usługi systemowe Ostrołęki jest taki, że przez połowę czasu elektrownia pracuje i tak tylko dwoma blokami, a jeśli trzema, to na minimum technologicznym – informuje Mirosław Bieliński. – To pokazuje, jakie jest zapotrzebowanie na moc w tym miejscu.
Inwestycji nie sprzyjają także, jak zauważa rozmówca agencji Newseria, warunki logistyczne. Zakład położony jest stosunkowo daleko od źródeł węgla kamiennego, który wykorzystywany jest do produkcji.
– Lokalizacja jest wyjątkowa – mówi Bieliński. – To jedna z nielicznych elektrowni węglowych w Polsce, która jest daleko od kopalń i portów morskich. Oznacza to, że w Ostrołęce zawsze występuje dodatkowy koszt transportu węgla kamiennego.
Rentowności nie sprzyja przyjęty w 2001 roku sposób regulacji rynku energii. W Polsce wytwórcy rozliczają się obecnie według tzw. modelu miedzianej płyty. Zgodnie z nim koszty przesyłu w większości są pomijane. Zdaniem prezesa Energi podmioty ponoszące większe nakłady na logistykę mimo że ważne dla całego systemu są dyskryminowane.
– Jeżeli ta zasada się nie zmieni, to Ostrołęka zawsze będzie potrzebować bardzo dobrych, innych parametrów ekonomicznych, żeby być efektywna – tłumaczy Bieliński.
Koncern natomiast będzie kontynuował inwestycje w już istniejące bloki energetyczne w Ostrołęce.
– Prowadzimy prace mające na celu podniesienie efektywności ich wykorzystania – informuje Mirosław Bieliński.
Dla sektora górniczego elektrownia Ostrołęka ma znaczenie minimalne (roczne zużycie wynosi około 1,5 mln ton). Prezes Energi uważa jednak, że obecnie nie ma alternatywy dla węgla kamiennego.
– Węgiel ma przyszłość – uważa prezes zarządu Energi. – Koszty jego wydobycia w Polsce powinny być jednak takie, byśmy mogli nimi z powodzenie konkurować na światowych rynkach. To jednak tylko pobożne życzenie.
Trade Confidence Index, wskaźnik ilustrujący nastroje wśród krajowych importerów i eksporterów, wzrósł w pierwszej połowie 2014 roku do poziomu 110 punktów w porównaniu z 107 punktami odnotowanymi w drugiej połowie ubiegłego roku.
Z badania, które na zlecenie HSBC wykonał TNS wyniaka, że – jak podano w komunikacie- oprawiające się nastroje powinny skutecznie wspierać polskich przedsiębiorców w poszukiwaniu kontrahentów na nowych rynkach zbytu. Tu kluczową rolę odgrywać mogą nabywcy z Azji.
Wobec powolnego wzrostu w Europie Zachodniej, będącej głównym odbiorcą polskich towarów eksportowych, oraz obecnej sytuacji geopolitycznej na Wschodzie Europy, rynki wschodzące mogą mieć coraz większe znaczenie w handlu zagranicznym Polski. Analitycy Oxford Economics przewidują, że udział Europy w polskim eksporcie spadnie z ponad 80 proc. obecnie do 77 proc. w ciągu kolejnych kilkunastu lat.
Alternatywą dla europejskich odbiorców polskich towarów będą prawdopodobnie nabywcy z Azji, gdzie już dziś, za pośrednictwem Niemiec, trafia wiele towarów z naszego kraju.– Wiele towarów eksportowanych przez Niemcy do Azji to produkty składane z komponentów produkowanych w Polsce. Niemniej jednak polskie firmy coraz odważniej spoglądają na Daleki Wschód, starając się budować swoją własną markę, w świadomości azjatyckich odbiorców i współpracując z nimi bezpośrednio – mówi Andrzej Puta z HSBC.
Sytuacja za naszą wschodnią granicą uderza głównie w producentów żywności koncentrujących się na rynku rosyjskim czy ukraińskim, niemniej jednak udział żywności w wartości polskiego eksportu ogółem jest stosunkowo niewielki.
– Kluczową rolę odgrywają maszyny przemysłowe i sprzęt transportowy, które cały czas dobrze sprzedają się za granicą – zauważa ekspert HSBC.
Zakłady Azotowe Puławy z Grupy Azoty, spółka Petronas Chemical Group Berhad oraz Sipitang Oil & Gas Development Corporation podpisały porozumienie dotyczące współpracy w zakresie wytwarzania mocznika i innych produktów opartych na amoniaku w Sipitang Oil & Gas Industrial Park w stanie Sabah, w Malezji.
Na podstawie porozumienia strony mają opracować wstępne stadium wykonalności projektu. W celu określenia możliwości realizacji współnego przedsięwzięca strony przeprowadzą wstępne analizy dot. aspektów technicznych, ekonomicznych, logistycznych, zaopatrzenia surowcowego i infrastruktury. Wspólne porozumienie jest początkiem współpracy pomiędzy Spółkami na rzecz rozwoju przemysłu azjatyckiego.
– Grupa Azoty Puławy posiada wyjątkowe kompetencje w zakresie produkcji i przetwarzania mocznika. Nasza strategia biznesowa zakłada dostarczanie wysokiej jakości produktów na bazie mocznika, takich jak melamina i roztwory mocznika wykorzystywane do reducji spalin w samochodach czy elektrowniach – wyjaśnia prezes Puław, Marian Rybak.
Petronas Chemicals Group Berhad jest producentem produktów chemicznych z Malezji, jednym z największych w południowo-wschodniej Azji. Jego zakłady produkcyjne wytwarzają łącznie ponad 10 mln ton produktów rocznie. Portfolio produktowe obejmuje: olefiny, nawozy, polimery, methanol oraz inne podstawowe chemikaliai ich pochodne. PCG posiada prawie trzydzieści lat doświadczenia, jest notowane na malezyjskiej giełdzie papierów wartościowych.
– PCG poszukuje partnerów, którzy chcieliby z nami współpracować w zakresie dostarczania innowacyjnych rozwiązań klientom. Dlatego cieszymy się, że będziemy pracować razem z Puławami i SOGDC – powiedział prezes PCG, Sazali Hamzah.
Sipitang Oil and Gas Development Corporation zarządza the Sipitang Oil & Gas Industrial Park, na który składa się ok. 1,6 tys ha położonych w Mengalong. SOGIB znajduje się na terytorium Sabah, Brunei and Labuanb i stanowi centralny obszar nowych inwestycji związanych z gazem i ropą naftową w tym regionie.
Spółka Tramwaje Warszawskie podpisała umowę z firmą Pojazdy Szynowe PESA Bydgoszcz na zakup 5 niskopodłogowych tramwajów dwukierunkowych typu Jazz Duo. Wartość umowy wynosi brutto ponad 47,7 mln zł.
Dostawa pierwszego tramwaju planowana jest na początek lipca 2015 roku, natomiast zakończenie dostaw przewidziano na koniec września tego samego roku.
– Nowe tramwaje będą dwukierunkowe, niskopodłogowe, wieloczłonowe, a także w pełni klimatyzowane, zarówno w części pasażerskiej, jak i w kabinie motorniczego – poinformowano w komunikacie. – Tramwaj pomieści co najmniej 200 osób (w tym 28 na miejscach siedzących). Każdy z tramwajów będzie wyposażony w automat biletowy oraz w system monitoringu wizyjnego. Ponadto, wewnątrz znajdą się: nowoczesny system informacji liniowej z systemem zapowiedzi głosowych oraz monitorami LCD, które umożliwią emitowanie reklam; system zliczania pasażerów oraz rejestrator zdarzeń. Tramwaje będą wyposażone w pokładowy zasobnik energii, co przyczyni się do znacznego zmniejszenia zużycia energii. Jeden z tramwajów będzie przystosowany do nauki jazdy.
Zamówienie obejmuje także specjalistyczne wyposażenie obsługowe, pakiet naprawczy, pakiet eksploatacyjno-naprawczy, szkolenia, dokumentację techniczną, łącznie z licencjami i oprogramowaniem, a także wykonywanie napraw powypadkowych podczas trwania gwarancji.
Zamówienie stanowi część projektu współfinansowanego przez Unię Europejską ze środków Funduszu Spójności w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko.
W sierpniu średni poziom cen był o 0,3 proc. niższy niż rok temu. To już drugi miesiąc z rzędu spadku cen, co wywołuje obawy części ekonomistów. Ich zdaniem jest to groźne zjawisko i RPP powinna szybko działać, by powstrzymać utrwalenie się deflacji. Przeciwnego zdania jest Ryszard Petru. W jego ocenie nie ma powodów do niepokoju, bo spadek cen jest przejściowy, a koniunktura w polskiej gospodarcewciąż dobra.
– Ta deflacja jest w dużym stopniu spowodowana niskimi cenami żywności, oczywiście sankcje dodatkowo wzmacniają ten efekt deflacyjny. Niemniej to nie jest deflacja wynikająca z recesji czy z niskiego tempa wzrostu gospodarczego. Jako taka nie jest groźna, ale oczywiście oznacza to wysokie realne stopy procentowe i być może wymusi to obniżkę stóp – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Ryszard Petru, przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich.
W sierpniu spadek cen konsumpcyjnych (CPI) wyniósł 0,4 proc. w porównaniu z lipcem oraz 0,3 proc. w ujęciu rocznym – podał w poniedziałek GUS. Dane są zgodne z prognozami ekonomistów, którzy spodziewają się, że Rada Polityki Pieniężnej obniży w październiku stopy procentowe. Część analityków oczekiwała ruchu ze strony Rady już we wrześniu, jednak koszt pieniądza w NBP pozostał bez zmian.
Część inwestorów spodziewa się głębszej obniżki stóp procentowych, tj. o 50 punktów bazowych. To może wynikać z faktu, że – ich zdaniem – RPP jest spóźniona z reakcją. Takie prawdopodobieństwo zwiększają także niedawne wypowiedzi niektórych członków Rady. Elżbieta Chojna-Duch oraz Jerzy Osiatyński stwierdzili, że spadek stóp procentowych o 50 punktów bazowych jest możliwy. Większość ekonomistów uważa jednak, że taka obniżka nie zostanie przegłosowana w obecnym składzie Rady i stopy spadną tylko o 25 punktów bazowych.
Obok bieżących odczytów inflacji (obecnie deflacji) dla RPP istotne będą także kolejne dane dotyczące produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej oraz rynku pracy. Na razie nie wskazują one na to, by okresowa deflacja była oznaką poważnej słabości gospodarki – uważa Petru. Spadek cen wynika z dekoniunktury na rynkach surowców, ropy, a także spadku cen odzieży, a nie z czynników monetarnych. Podaż pieniądza M3 wzrosła w lipcu 2014 r. o 6 proc. rok do roku, podczas gdy w maju było to 5,2 proc. – wynika z danych NBP.
– Nie jest to powód do niepokoju, bo z dwóch typów deflacji to jest ta dobra, a nie ta zła, która przyczynia się potem do większego spowolnienia gospodarczego ze względu na to, że ceny spadają i wszyscy starają się mniej produkować. To jest deflacja przejściowa, która wynika z czynników zewnętrznych, w ciągu paru miesięcy powinniśmy wyjść na dodatnią ścieżkę inflacyjną. Powoli zbliżamy się do celu. Zauważmy, że gospodarka i tak ma się całkiem nieźle – podsumowuje przewodniczący TEP.
Cena ropy WTI spada od czerwca. Z prognoz Banku DNB wynika, że na koniec 2014 roku za baryłkę tej ropy inwestorzy będą płacić około 90 dolarów. To zasługa drugiej rewolucji łupkowej w USA. Według Artura Tomaszewskiego, prezesa zarządu DNB Bank Polska, kiedy Stany Zjednoczone rozpoczną eksport gazu do Europy, ceny surowca spadną, co pozytywnie wpłynie na gospodarkę na Starym Kontynencie. Od 2020 roku ważną rolą na rynku gazu zaczną też odgrywać Chiny.
Notowania ropy Brent, które są punktem odniesienia dla dwóch trzecich światowych obrotów ropą naftową, jeszcze kilka lat temu były wyraźnie niższe od notowań ropy WTI (West Texas Intermediate). W połowie czerwca tego roku ceny ropy Brent osiągnęły tegoroczny rekord, czyli 114 dolarów. Od tego momentu notowania spadają i obecnie inwestorzy muszą płacić około 100 dolarów za baryłkę. Z kolei ropa WTI kosztuje ok. 93 dolarów za baryłkę.
– Na początku tego roku przygotowaliśmy prognozę, która zakładała stopniowy spadek cen ropy naftowej z ówczesnego poziomu około 100 dolarów za baryłkę do poziomu około 90 dolarów na koniec tego roku. Dzisiaj cena baryłki ropy WTI wynosi ok. 94 dolarów – mówi agencji Newseria Biznes Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska.
Jego zdaniem do końca roku cena ropy WTI ustabilizuje się na poziomie ok. 90 dolarów za baryłkę, a w przyszłym roku będzie się wahać między 90 a 95 dolarów. Głównym czynnikiem, który wpływa na spadek cen ropy naftowej, jest druga rewolucja łupkowa w Stanach Zjednoczonych.
– Pierwsza rewolucja to była rewolucja gazu łupkowego. Teraz mamy do czynienia z rewolucją ropy łupkowej. Stany Zjednoczone stały się największym na świecie producentem ropy, wyprzedzając nawet Arabię Saudyjską. Produkcja cały czas rośnie, stąd presja na dalszą obniżkę cen – mówi prezes DNB Bank Polska.
Drugi poważny czynnik wpływający na ceny ropy to trwające konflikty w różnych częściach świata, m.in. na Ukrainie, w Libii czy Syrii. Oprócz Stanów Zjednoczonych i Arabii Saudyjskiej to Rosja jest nadal tym trzecim największym producentem ropy. Podobny układ sił kształtuje się na rynku gazu. To się może jednak niedługo zmienić.
– Na tym rynku spodziewamy się rewolucji gazu łupkowego, którego największe złoża są w Chinach. Szacujemy, że od roku 2020 Chiny staną się ważnym graczem na światowym rynku gazu – dodaje Tomaszewski.
Sytuację na światowym rynku ropy mógłby zmienić eksport ropy z USA. Zdaniem Tomaszewskiego najpierw jednak powinien ruszyć eksport gazu. W przypadku ropy taki scenariusz może nie zostać zrealizowany przez co najmniej najbliższych kilka lat. W jego opinii USA nadal będzie importować ropę, choć udział importu tego surowca spadł z około 60 proc. do około 20 proc.
– Jest bardzo silne lobby producentów gazu. Według mojej wiedzy Stany Zjednoczone ostatecznie wyraziły zgodę na eksport gazu LNG. W perspektywie 2-3 lat USA zacznie eksportować gaz także do Europy – dodaje prezes zarządu DNB Bank Polska SA.
To wpłynie na obniżki cen gazu w Europie, co z kolei będzie pozytywnie oddziaływać na całą gospodarkę i przemysł na Starym Kontynencie.
– Spadek cen surowców, w tym ropy i gazu, będzie miał pozytywne przełożenie na wzrost polskiego PKB. Taki mechanizm widać wyraźnie w Stanach Zjednoczonych. Jednymi z kluczowych elementów, który wpływają na ożywienie gospodarcze w USA, są właśnie spadające ceny ropy i gazu – podkreśla Tomaszewski.
Prawie 80 proc. przychodów WB Electronics pochodzi z eksportu. Firma z Ożarowa Mazowieckiego chce w najbliższych latach stopniowo zwiększać sprzedaż w kraju, tak by przychody z polskiego rynku i z zagranicy się wyrównały. Mają to umożliwić programy MON, w których spółka bierze lub zamierza wziąć udział. Poza dostarczaniem rozwiązań dla wojska WB Electronics stawia również na innowacyjne produkty dla energetyki i kolei.
– Obecnie jesteśmy przedsiębiorstwem bardzo proeksportowym – mówi Piotr Wojciechowski, prezes WB Electronics. – W tym roku według naszych analiz prawie 80 proc. przychodów będzie pochodzić z eksportu. Tylko za ok. 20 proc. odpowiadają zamówienia z Polski. Patrząc jednak na projekcje związane z programami, które ma ogłosić Ministerstwo Obrony Narodowej, sądzę, że w najbliższym czasie proporcje te mogą się wyrównać. Eksport również wzrośnie, ale liczę na to, że zamówienia krajowe dogonią zagraniczne.
Według prezesa WB Electronics firma generuje pokaźne zyski dzięki wysokiej marży, którą udaje się utrzymać dzięki pozostawieniu produkcji w kraju i rezygnacji z usług zagranicznych podwykonawców. Wysokie wpływy zapewnia też sprzedaż na rynki zagraniczne, która jest bardziej rentowna niż dostawy na krajowy rynek.
– Pracujemy przede wszystkim w Polsce, nie pośredniczymy w kupowaniu i odsprzedawaniu, bo w tym biznesie marża jest dla nas zbyt mała. Wolimy tworzyć własne, unikalne produkty. Przygotowujemy je i wytwarzamy całkowicie w Polsce, siłami krajowych pracowników – informuje Wojciechowski. – Większość naszych produktów sprzedajemy za granicą, gdzie osiągamy najlepsze efekty ekonomiczne, polski rynek traktujemy bardzo szczególnie, oferując nasze wyroby i rozwiązania na bardzo dobrych warunkach dla naszego odbiorcy.
Sztandarowym projektem dla przedsiębiorstwa z Ożarowa Mazowieckiego jest obecnie budowa samolotu bezzałogowego pod roboczą nazwą Manta. WB Electronics wraz z konsorcjum firm i ośrodków badawczo-rozwojowych liczy na zamówienia MON w tym zakresie.
– To jest dosyć unikalne rozwiązanie w skali światowej – twierdzi Wojciechowski. – Ma cechy zwykłego samolotu bezzałogowego, ale potrafi pionowo startować i lądować. To jest system, który powinien wspaniale służyć przede wszystkim polskiej armii. Ale w przyszłości mamy nadzieję, że stanie się także naszym kolejnym hitem eksportowym.
Firma uruchomiła także produkcję nowego typu bezpiecznej radiostacji szerokopasmowej pod nazwą PERAD, którą zaprezentowała po raz pierwszy podczas tegorocznych targów uzbrojenia w Paryżu.
– Będzie ona częścią projektu żołnierz XXI wieku, czyli programu Tytan. To wielkie osiągnięcie techniczne, bo dzięki niej Polska dołączyła do grona liderów w tym zakresie, kilku krajów, które tego typu realizacje stworzyły – zapewnia prezes zarządu WB Electronics. – Projekty związane z łącznością radiową to kierunek rozwoju naszej spółki Radmor. W ramach projektu Guarana realizowanego na zlecenie, którego liderem jest Radmor, firma stworzy w przyszłości całkowicie nowoczesną platformę komunikacji bezprzewodowej.
Zapewnia jednak, że firma nie będzie koncentrować się tylko na dostawach rozwiązań dla wojska. Trwają prace nad produktami przeznaczonymi m.in. dla branży energetycznej i kolejowej. Należąca do grupy WB spółka MindMade pracuje nad projektami, które są częścią systemu zarządzającego sieciami energetycznymi (tzw. smart).
– Prócz tego mamy bardzo dobre systemy dla kolejnictwa zarządzania zwrotnicami i ich rozmrażania – robi to nasza kolejna spółka Arex z Gdyni – mówi Wojciechowski.
Obecnie przedsiębiorstwo z Ożarowa Mazowieckiego zatrudnia ponad 800 osób, w tym około 400 inżynierów.
– Jesteśmy ogromnym ośrodkiem badawczo-rozwojowym, który prowadzi wiele prac o innowacyjnym potencjale. Mam nadzieję, że przyczynimy się do modernizacji polskiej gospodarki, która nie była dotychczas znana z wielu nowoczesnych rozwiązań – mówi Wojciechowski.
Chiny przestały być miejscem, do którego przenosi się produkcję ze względu na niższe koszty. Tamtejsze płace nie odbiegają już od polskich, a i niektóre podatki zaczęły być postrzegane jako wysokie. W rezultacie coraz trudniej tam o atrakcyjne ceny produktów. Atutem Chin pozostaje jednak dostęp do międzynarodowych rynków oraz gigantyczny rynek wewnętrzny.
– Jest to kraj o bardzo dobrze rozwiniętej logistyce: ma doskonałą sieć dróg publicznych, połączeń kolejowych i połączeń morskich. Chiny dzięki tej infrastrukturze, zasobom surowcowym i przyjaznej mimo wszystko polityce podatkowej są w stanie utrzymać inwestorów, chociaż koszty prowadzenia tam biznesu rosną – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Radosław Domagalski prezes zarządu Magellan Trading Shanghai. Jest ona częścią Grupy Magellan, europejskiej spółki zajmującej się produkcją i dystrybucją artykułów wyposażenia łazienek i wykończenia wnętrz.
Wejście na rynek chiński wymaga jednak i czasu, i zdobycia doświadczenia. Trzeba się nauczyć tamtejszej kultury biznesowej, poznać lokalne przepisy i uwarunkowania. W praktyce – tak wybrać miejsce do swojej działalności, by spotkać się z życzliwym przyjęciem władz.
– Bo pamiętajmy o tym, że w Chinach cały czas mówimy o wielkim organizmie państwowym, który w jednych częściach funkcjonuje lepiej, w innych funkcjonuje gorzej – podkreśla Radosław Domagalski. – To powoduje, że wzrasta czynnik ryzyka, czyli po prostu musimy dobrze wykonać pierwszy krok, czyli wybrać lokalizację.
Są w Chinach miejsca, w których biznes można robić łatwiej i takie, w których jest to trudniejsze. Ważne jest, by nie trafić tam, gdzie całą energię pochłaniają choćby zmagania z biurokracją. Warto poszukać regionu, gdzie inwestorzy są oczekiwani, a poziom ich obsługi jest bardzo wysoki.
– To powoduje, że możemy skoncentrować się na własnym biznesie, a nie na jakichś relacjach administracyjnych – tłumaczy prezes zarządu Magellan Trading Shanghai. – A to jest klucz do sukcesu. Wykonaliśmy prawidłowo pierwszy dobry krok, który pozwoli nam potem po prostu robić biznes, a nie wikłać się w jakieś skomplikowane historie, których w Chinach nie brakuje.
Wejście na chiński rynek wymaga więc czasu i wysiłku. Z drugiej strony dobry start na tamtejszym rynku procentuje bardzo długo.
– To znaczy, że to jest proces obliczony na wiele lat – umocnienie tam swoich zasobów i budowanie jakiejś świadomości marki czy swoich zasobów ludzkich, organizacyjnych itd. Nie jest to prosty mechanizm, ale jeżeli udaje nam się wykonać prawidłowo ten pierwszy skok, to potem ten biznes jest skazany na sukces – mówi Radosław Domagalski, prezes zarządu Magellan Trading Shanghai.
Według oficjalnych chińskich danych wymiana zagraniczna tego kraju ze światem sięgnęła w 2013 roku 4,16 bln dolarów. Z tego wymiana z Unią Europejską, największym partnerem handlowym Państwa Środka, przekroczyła 559 mld dolarów. W tym czasie wartość polsko-chińskiego handlu przekroczyła 21 mld dolarów.
Indeksom największych spółek, mimo iż zmniejszyły spadki, nie udało się wyjść na plus przed końcem sesji. Jednak cały rynek odnotował wzrost o 0,6 proc.
WIG30 stracił 0,15 proc., a WIG20 – 0,3 proc. podczas poniedziałkowych notowań. Pozostałe indeksy zakończyły dzień na plusie, a WIG wzrósł o 0,6 proc.
Najmocniej, bo 1,04 proc., zyskał indeks średnich spółek WIG50, w którym liderami wzrostu były Getin Holding i Getin Noble Bank oraz Serinus.
W WIG-u30 natomiast najbardziej rosły kursy spółek wydobywczych i banków: Bogdanki (+2,93 proc.), ING BSK (+2,47 proc.), KGHM-u (+2,35 proc.), Alior Banku (+2,30 proc.), BZ WBK (+2,17 proc.) i JSW (+2,04 proc.). Największy spadek zaliczyło GTC – 3,28 proc.
Obroty były niskie, w WIG-u30 wyniosły 555,5 mln zł, a na całym rynku – niespełna 662 mln zł.
Sierpień zakończył się nieznacznymwzrostem ofertowych cen nieruchomości. Również ostateczne kwoty transakcyjne utrzymywały się na zbliżonym do poprzedniego miesiąca poziomie – wynika z raportu Szybko.pl, Metrohouse i Expandera.
Wyjątek stanowią jedynie Poznań oraz Łódź, gdzie mieszkania nabywano w cenie wyższej o odpowiednio 3,6 proc. i 2,8 proc. Ważnymi informacjami dla wszystkich kredytobiorców jest fakt, iż marże kredytów hipotecznych przestały rosnąć, a średnie oprocentowanie zobowiązań spada.
– W minionym miesiącu ceny nieruchomości wzrosły średnio o 0,4 proc. Nieznaczna podwyżka może być efektem ożywienia popytu – zauważa Marta Kosińska, ekspert Szybko.pl. – Byłby to świetny prognostyk na kolejne, jesienne miesiące, które zazwyczaj są najlepszym okresem dla rynku nieruchomości. W porównaniu z sierpniem 2013 ceny ofertowe są wyższe o 4,3 proc. Jeśli tendencja taka utrzyma się do końca roku, można prognozować 5,5 – 6 proc. wzrost cen w roku 2014.
Analizując koszty zakupu nieruchomości w poszczególnych dzielnicach dużych miast można zaobserwować jak duże dysproporcje w poziomie cen spowodowane są lokalizacją. W Warszawie np. przy średniej cenie 7,65 tys zł dla całego miasta, w dzielnicy takiej jak Białołęka można kupić mieszkanie nawet ponad 20 proc. taniej
– Wszyscy planujący zakup mieszkania doskonale zdają sobie sprawę z upływającego czasu, ponieważ liczą się z faktem, iż od 2015 roku składając wniosek kredytowy będą musieli posiadać 10 proc. wkładu własnego do kredytu – mówi Marcin Jańczuk, ekspert Metrohouse. – Tymczasem ostatnie miesiące były wyjątkowo spokojne w kwestii finalnych cen mieszkań.
– Warto również zauważyć, że statystycznie tańsze lokale nabywali jedynie mieszkańcy Trójmiasta. W Gdańsku bardzo trudno jest wrócić do poziomu 5 tys zł za mkw. Ostatnio podobne średnie wartości obserwowaliśmy we wrześniu ubiegłego roku. Natomiast w Gdyni chociaż wiosną udało się przekroczyć poziom 5,1 tys zł, obecnie ponownie przeciętna cena stabilizuje się na poziomie 4,8 tys – 4,9 tys zł – podkreśla Jańczuk.
Po wielu miesiącach podwyżek nadszedł czas pozytywnych zmian dla kredytobiorców. To efekt oczekiwań, że w przyszłym miesiącu Rada Polityki Pieniężnej obniży stopy procentowe w naszym kraju. W najbliższych miesiącach niewykluczona jest nawet seria 2-3 obniżek. W rezultacie WIBOR 3M już teraz spadł do najniższego w historii poziomu 2,48% (stan z 12 września) i najprawdopodobniej nadal będzie spadał, obniżając jednocześnie oprocentowanie kredytów hipotecznych.
– Przede wszystkim nie wzrosły marże kredytowe. Warto podkreślić ten fakt, bowiem w ostatnim czasie to prawdziwa rzadkość – zauważa Jarosław Sadowski, Expander Advisors. – Najistotniejsze jest jednak obniżenie się średniego poziomu oprocentowania. Obecnie spadek jest jednak nieznaczny, bo z 4,49 proc. do 4,44 proc. (dla kredytu z wkładem własnym 25 proc.), jednak już w październiku może osiągnąć nawet najniższy w historii poziom, czyli spaść poniżej 4,29 proc.
Zakup jednego z czterech pakietów biznesowych dla firm oferowanych przez PKO Bank Polski stał się jeszcze prostszy i wygodniejszy. Od września osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą oraz spółki cywilne mogą otworzyć pakiety biznesowe przez Internet – umowę dostarczy kurier.
Pomysł Ministerstwa Finansów, aby informacje o zaległościach podatkowych i innych daninach publicznych dostępne były dla uczestników rynku, z punktu widzenia bezpieczeństwa obrotu jest słuszny. Udostępnianie tego rodzaju informacji powinno się jednak odbywać w ściśle określonych ramach prawnych, zapewniających obywatelom niezbędne gwarancje, tak aby chronić ich prawo do prywatności – uważa Konfederacja Lewiatan.
Komentarz Bartosza Wyżykowskiego, eksperta, radcy prawnego Konfederacji Lewiatan Ministerstwo Finansów opublikowało projekt założeń projektu ustawy o zmianie ustawy o postepowaniu egzekucyjnym w administracji oraz niektórych innych ustaw. Głównym założeniem projektu jest utworzenie rejestru dłużników należności publicznoprawnych (rejestr), w którym ujawniani mają być dłużnicy mający zaległości publicznoprawne, czyli podatkowe, celne czy wynikające z kodeksu karnego skarbowego. Ujawnienie dłużnika następować będzie jeżeli należność pieniężna nie niższa niż 500 zł nie zostanie uiszczona w ciągi 30 dni od doręczenia dłużnikowi upomnienia, które obejmować będzie zawiadomienie o zagrożeniu wpisem do rejestru.
Już obecnie przedsiębiorcy bardzo często żądają od kontrahentów zaświadczenia o braku zaległości podatkowych oraz składek na ubezpieczenie społeczne. Wiedza o braku zaległości zwiększa prawdopodobieństwo, że mamy do czynienia z rzetelnym i niezadłużonym kontrahentem. Obecnie jest to również z tego powodu bardzo istotne, że zgodnie z przepisami prawa upadłościowego i naprawczego, wierzyciele którzy nie zabezpieczyli swoich wierzytelności zaspokajani są dopiero po zaspokojeniu należności Skarbu Państwa i Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Zatem w przypadku ogłoszenia upadłości kontrahenta, który miał duże zaległości podatkowe, szansa na odzyskanie pieniędzy bardzo maleje. Co prawda, nowe prawo restrukturyzacyjne przygotowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości w dużym stopniu ma ograniczyć przywileje Skarbu Państwa, lecz nie zmienia to faktu, że informacja o ewentualnych zaległościach podatkowych potencjalnego kontrahenta również w przyszłości będzie miała istotne znaczenie przy ocenie ryzyka kontraktu (ocenie wiarygodności płatniczej kontrahenta).
Tym niemniej dostęp do tego rodzaju informacji powinien być zrównoważony poprzez zapewnienie realnej ochrony interesów osób, których informacje dotyczą. W tym kontekście zastrzeżenia budzi pomysł, aby rejestr prowadzony był w formie elektronicznej (on-line) i każdy miał do niego nieograniczony dostęp – a wydaje się taki jest właśnie cel projektu. Taki model udostępniania informacji rodziłby jednak ryzyka nie tylko dla obywateli, ale również dla przedsiębiorców.
Dla porównania: wymagania prawne i ograniczenia w udostępnianiu informacji gospodarczych przez biura informacji gospodarczej funkcjonujące dziś na rynku są znacznie dalej idące. Po pierwsze, w przypadku konsumenta udostępnienie informacji możliwe jest tylko i wyłącznie jeżeli osoba pytająca posiada upoważnienie tegoż konsumenta by taką informację uzyskać. Upoważnienie to jest ważne nie dłużej niż 30 dni od jego udzielenia, a osoba pytająca musi mieć zawartą umowę z biurem. Co więcej biura prowadzą tzw. rejestry zapytań, które umożliwiają każdemu (zarówno obywatelom jak i przedsiębiorcom) uzyskanie informacji, kiedy, komu i jakie informacje biuro przekazało na jego temat w okresie ostatnich 12 miesięcy. Z kolei podmiot, który otrzymał informacje od biura, obowiązany jest je usunąć w terminie 90 dni od dnia ich otrzymania. Dodatkowo, wierzyciele przekazujący informacje o zaległościach do BIG-ów jak również same BIG-i ponoszą odpowiedzialność cywilnoprawną i karną (grzywna do 30 000 zł) za ujawnienie nieprawdziwych lub nieaktualnych danych.
Dlatego też, rejestr dłużników należności publicznoprawnych, jeżeli miałby powstać w proponowanym kształcie, powinien zapewniać co najmniej taki poziom gwarancji jak obecnie biura informacji gospodarczej, tak aby informacje o dłużnikach nie były wykorzystywane dla niezgodnych z prawem celów.
Mirbud podpisał umowę z Kaufland Polska Markety na budowę biurowca, który stanie się centralą firmy. Dostanie za to ponad 86 mln zł brutto.
Zarząd Mirbudu poinformował o podpisaniu w poniedziałek umowy z Kaufland Polska Markety na budowę obiektu biurowego o powierzchni ponad 14 tys. mkw., który będzie centralą firmy. Budynek ma liczyć siedem kondygnacji. Obok zlokalizowany będzie parking naziemny na 400 miejsc.
Wartość umowy to 86,1 mln zł brutto. Budynek ma powstać przed końcem września 2015 r.
Ministerstwo Finansów chce uprościć przepisy podatkowe. Przygotowaniem reformy zajmie się Komisja Kodyfikacyjna Ogólnego Prawa Podatkowego.
Resort skierował do uzgodnień zewnętrznych projekt rozporządzenia Rady Ministrów w sprawie utworzenia, organizacji i trybu działania komisji.
– Przebudowę i uproszczenie prawa podatkowego należy zacząć się od fundamentów czyli ordynacji – poinformowano w komunikacie. – Tworzenie aktu stanowiącego podwaliny całego systemu podatkowego powinno przebiegać w sposób balansujący stanowiska i potrzeby wszystkich zainteresowanych środowisk, w szczególności reprezentantów świata nauki, sądownictwa, przedsiębiorców i resortu finansów. To jest warunek stworzenia aktu stabilnego i trwałego.
Zapowiedziano, że za rok powinny być gotowe założenia przyszłej kodyfikacji rozstrzygające kluczowe kwestie m.in. prawa i obowiązki podatnika, zasady wykładni prawa podatkowego, relacje ordynacji i kodeksu postępowania administracyjnego, oraz relacje ordynacji i materialnego prawa podatkowego oraz innych ustaw. Następnie zadaniem komisji będzie przygotowanie projektu ustawy i współuczestniczenie w całym procesie legislacyjnym.
– Zakłada się, że cały proces kodyfikacyjny może trwać ok. 4-5 lat, zważywszy że ordynacja podatkowa jest dziś szóstym co do wielkości aktem prawnym i najobszerniejszą ustawą nie będącą kodeksem – podkreśla resort finansów.
Komisja będzie składać się z 15 osób. Mają zasiadać wybitni przedstawiciele nauki oraz przedstawiciele praktyki z zakresu ogólnego prawa podatkowego – powołani przez premiera. Komisja Kodyfikacyjna będzie technicznie obsługiwana przez Ministerstwo Finansów.
Z szacunków Ministerstwa Finansów wynika, że do końca sierpnia tegoroczne dochody budżetu przekroczyły 184,4 mld zł z zaplanowanych na cały rok ponad 277,7 mld zł. To oznacza, że wpływy budżetowe zostały zrealizowane w 66,4 proc.
Wydatki państwa zrealizowano w tym czasie w 64,3 proc. wydając ponad 209,1 mld zł z zaplanowanych na cały rok przeszło 325,2 mld zł.
W ten sposób deficyt wynosił w sierpniu 24,6 mld zł z zaplanowanych 47,5 mld zł. Wykorzystano go wiec w 51,9 proc.
Ministerstwo Finansów poinformowało też, że w ramach obsługi zadłużenia zagranicznego Skarbu Państwa w sierpniu dokonano spłat kapitału zadłużenia o równowartość 14,1 mln euro (59,2 mln zł) oraz odsetek o równowartość 13,1 mln euro (54,9 mln zł). Stan środków walutowych w dyspozycji ministra finansów na koniec sierpnia wyniósł łącznie 6,3 mld euro (26,7 mld zł).
Bank Pocztowy zanotował bardzo udane 6 miesięcy. Osiągnięto rekordowy zysk netto oraz rekordowy poziom dochodów.
– Sześć miesięcy 2014 roku było dla nas okresem świetnych rezultatów. Zysk netto Banku wyniósł ponad 22 mln zł i był o 143% wyższy niż w pierwszym półroczu 2013 roku. Było to możliwe m.in. dzięki wzmożonej dyscyplinie kosztowej. Nasze rezultaty osiągamy przykładając szczególną wagę do utrzymania bezpiecznego poziomu miar kapitałowych zalecanych przez KNF – powiedział Tomasz Bogus, Prezes Zarządu Banku Pocztowego.
Skonsolidowany wynik na działalności bankowej za I półrocze 2014 r. wyniósł 169 mln zł, wobec 138 mln zł za I półrocze 2013 r. (wzrost o 22% r/r).
Bank Pocztowy kontynuował dynamiczną sprzedaż kredytów konsumpcyjnych. Wyniosła ona ponad 400 mln zł, czyli była o 26% wyższa, niż w analogicznym okresie 2013 r. Dzięki temu saldo tych kredytów wzrosło z 1,2 mld zł do 1,6 mld zł (przyrost o 28% r/r).
Saldo kredytów brutto na 30 czerwca br. wyniosło 5,3 mld zł, w porównaniu do 4,8 mld 12 miesięcy wcześniej. Saldo kredytów Banku przyrosło o 9%, przekraczając znacznie poziom rynkowy wynoszący plus 4,6%. Również marża odsetkowa Banku Pocztowego była lepsza od poziomów rynkowych – wyniosła ona 3,8% wobec 2,6% średnio dla sektora.
Depozyty Klientów (bez środków transferowych Poczty Polskiej) wyniosły 5,5 mld zł wobec 5,2 mld zł 30 czerwca 2013 roku. W segmencie Klientów indywidulnych zobowiązania wzrosły o 4% do poziomu 4,3 mld zł.
W obszarze rachunków Bank kontynuował akwizycję Pocztowych Kont Standard i Nestor. Wyniosła ona niemal 150 tys. w ciągu 6 miesięcy 2014 roku. Przyrastało również, do poziomu 868 mln zł saldo środków zgromadzonych na tych kontach (690 mln zł rok wcześniej). Na koniec pierwszego półrocza br. baza Pocztowych Kont Standard i Nestor wyniosła 800 tys. sztuk.
Bank Pocztowy kontynuował politykę ograniczania kosztów. Współczynnik C/I spadł aż o 11,6 p.p., osiągając poziom 66,4%, wobec 78% na koniec czerwca 2013 r. Wskaźnik zwrotu kapitału – ROE netto wyniósł 11%, wobec 5% na 30 czerwca 2013 r. Wskaźnik ROE netto Banku Pocztowego tym samym osiągnął poziom sektora bankowego w Polsce.
Jednostkowy współczynnik wypłacalności na dzień 30 czerwca 2014 r. wyniósł 13,2%, wobec 13,7% w I półroczu 2013 r. Wskaźnik Tier 1 na dzień 30 czerwca 2014 r. wynosił 9,8% wobec 10% rok wcześniej. Bank utrzymywał współczynnik jakości portfela kredytowego NPL na poziomie 5,4%, lepszym niż rynek (7,5%)
Najlepszy sposób na zwiększenie swojej produktywności jest pozornie prosty – należy skonstruować dla siebie idealny harmonogram dnia (nie tylko tygodnia czy miesiąca). Przy dobrze zagospodarowanym czasie pracy, nietrudno jest znaleźć chwilę na regenerację. Oto kilka rad, które pomagają zwiększyć produktywność.
Wyrażaj jasno swoje zdanie
Każdego ranka warto się zastanowić, co danego dnia jest najważniejsze. Poinformowanie innych o swoich planach i oczekiwaniach zajmie tylko kilka minut, a znacznie zwiększy skuteczność pracy w zespole. Należy być również na bieżąco z potrzebami i opiniami współpracowników, szefa, trenera.
Najważniejsze zawsze pierwsze
Zwykle mamy tendencję do odkładania najtrudniejszych zadań na później. To błąd. Zajęcie się nimi na samym początku daje gwarancję wykonania ich na najwyższym możliwym poziomie (przy najwyższej efektywności) oraz, co bardzo ważne, zdążenia na czas.
Strategia spotkań
Spotkania bez planu to strata czasu. Należy z góry ustalić, co trzeba wynieść z danej wizyty i nie wciągać się w niepotrzebne dyskusje. Rozmowy, które nie wymagają dużego skupienia oraz podejmowania ważnych decyzji, należy przesunąć na popołudnie.
Maile
Łatwo jest stracić kontrolę nad czasem przeglądając skrzynkę mailową. Przede wszystkim należy ustalić pory ich czytania i odpowiadania na nie. Na co dzień przychodzi do nas wiele wiadomości, jednak nie na wszystkie trzeba od reagować od razu.Nie można doprowadzić do sytuacji, w której każda nadesłana wiadomość odrywa od regularnej pracy – komentuje Katarzyna Kłopotek,Junior PR Specialist GRUPA 365 NET. Śledząc nagłówki maili i informacje o nadawcy łatwo zorientować się, do kogo napisać w pierwszej kolejności. Najlepiej od razu zająć się tymi mejlami, na które odpowiedź nie zajmie więcej niż 3 minuty. Na resztę można odpowiadać później, w miarę możliwości.
Samotność jest potrzebna
Przerwa w pracy pozwala na zregenerowanie sił potrzebnych w drugiej połowie dnia. Ważne jest zatem, by spędzić ją w jak najbardziej komfortowy sposób. Mimo, że wielu specjalistów poleca ten czas spędzić na lunchu w towarzystwie współpracowników, nie musi to być jedyna opcja. Oderwanie się na chwilę od spraw i rozmów służbowych, może okazać się najlepszym sposobem regeneracji i odzyskania sił na wyzwania drugiej części dnia.
Na skutek wypłat rekompensat za zbyt wysokie kwoty spreadów walutowych raty kredytów mieszkaniowych na Węgrzech spadną o jedną trzecią. Węgierski rząd podjął działania, które mają pomóc obywatelom w spłacie wysokich zobowiązań. Straci na tym głównie sektor bankowy. Czy Polacy mają czego zazdrościć Węgrom?
– W Polsce blisko połowa kredytów mieszkaniowych, to kredyty walutowe, głównie we frankach szwajcarskich. Sytuacja polskich kredytobiorców nie jest porównywalna z węgierskimi. Pomimo dużo większej zmienności kursu złotego wobec franka, niż forinta w okresie kryzysu finansowego 2008-2009 roku. W szczytowym okresie kryzysu kurs złotego wahał się nawet o 50 proc., forinta o 33 proc, a i tak lepiej radzimy sobie ze spłatą – przekonuje dr Bogusław Półtorak, redaktor naczelny Bankier.pl.
Wynika to z dużo bardziej rygorystycznego podejścia polskiego nadzoru finansowego do kwestii zdolności kredytowej i wprowadzenia Rekomendacji S w 2006 roku. Ustaliła ona wymóg posiadania wyższej o 20 proc. zdolności kredytowej w kredytach denominowanych, w porównaniu ze złotowymi.
Węgierskie banki wypłacą kredytobiorcom rekompensaty
Latem węgierski parlament uchwalił ustawę, która zobowiązuje banki do zwrócenia kredytobiorcom niesłusznie pobranych kwot, wynikających ze stosowania spreadu walutowego. Węgierski premier, Wiktor Orban, zapowiedział, że wypłaty rekompensat zakończą się w pierwszej połowie 2015 roku. Dzięki temu realne miesięczne obciążenia powinny zmaleć średnio o jedną trzecią.
W Polsce problem na mniejszą skalę
Problem nadmiernej wartości kredytu, spowodowany zawyżonym kursem złotego w trakcie brania kredytu, dotyczy w tej chwili około 200 tys. umów, czyli co ósmego polskiego kredytobiorcy hipotecznego. Na Węgrzech walutowe kredyty hipoteczne były udzielane dużo bardziej liberalnie i stanowią dziś około 80 proc. portfela kredytowego.
W Polsce, co drugi kredyt udzielany był formie kredytu indeksowanego lub denominowanego we franku szwajcarskim. Najwięcej, bo aż 120 tys. takich kredytów udzielono w 2008 roku. Z obliczeń Komisji Nadzoru Finansowego wynika, że przewalutowanie kredytów denominowanych w helweckiej walucie po kursie z 2008 roku kosztowałoby sektor bankowy ok. 45 mld zł. To suma zysków całego sektora bankowego z ostatnich trzech lat.
– Instytucje bankowe jako podmioty profesjonalne oraz instytucje zaufania publicznego mają obowiązek dbać nie tylko o swój zysk, ale także interes klienta. Dlatego, to banki powinny zaproponować rozwiązanie, które ułatwi kredytobiorcom spłatę zobowiązań większych, niż wartość nieruchomości, którą nabyli klienci. Brakuje takich oddolnych inicjatyw i lepiej, żeby pojawiły się zanim zostaną nałożone na banki odgórnie – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.
Cała nadzieja w szwajcarskim banku centralnym
– Utrzymanie niskich kosztów kredytów denominowanych zależy od determinacji szwajcarskiego banku centralnego w obronie franka przed dalszym umocnieniem. Raczej nie możemy liczyć, że scenariusz węgierski w Polsce zostanie powtórzony i politycy zdecydują się gremialnie pomagać kredytobiorcom. Powód jest prosty – tych kredytobiorców z kłopotami jest relatywnie mało, a koszty publiczne pomocy zbyt wysokie – dodaje Bogusław Półtorak, redaktor naczelny Bankier.pl.
Osoby mające przez co najmniej 3 lata prawo jazdy kategorii B mogą kierować motocyklami o pojemności do 125 cm sześciennych. Nowe prawo weszło w życie 8 sierpnia br.
Ustawodawca nie określił, jakie wymagania mają spełniać ci, którzy będą korzystali z nowych uprawnień wynikających z posiadania prawa jazdy kategorii B. Zdaniem mł. insp. Marka Konkolewskiego z Komendy Głównej Policji warunkiem powinno być zdanie na placu manewrowym w WORD egzaminu praktycznego, który sprawdzałby umiejętności kierowcy, np. ruszanie z miejsca na wzniesieniu, hamowanie przy prędkości 50 km/h, slalom szybki i powolny.
Kierowanie motocyklem i samochodem wymaga zupełnie innej techniki i taktyki jazdy. „Osoba, która porusza się jednośladem, musi umieć zmieniać biegi, hamować awaryjnie, balansować ciałem, wykonywać przeciwskręty, składać się na zakrętach” – mówi serwisowi infoWire.pl Marek Konkolewski. Umiejętność prowadzenia auta nie gwarantuje opanowania sztuki jazdy motocyklem. „Droga publiczna nie może być traktowana jako tor, gdzie bawimy się w tzw. metodę prób i błędów” – zaznacza policjant.
Główny Urząd Statystyczny informuje, że wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych w sierpniu 2014 w stosunku do lipca 2014 r. wyniósł 99,6. To oznacza, że ceny obniżyły się o 0,4 proc.
Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju obniżyła prognozy wzrostu gospodarczego większości najbogatszych krajów świata. W tym roku PKB strefy euro wzrośnie – zgodnie z prognozą OECD – o 0,8 proc, a nie jak szacowano wcześniej o 1,2 proc. W roku 2015 gospodarka Eurolandu ma się rozwinąć o 1,1 proc, a nie o 1,7 jak szacowano wcześniej.
Niemcy, największy partner handlowy Polski także rozwijać ma się nieco wolniej. W tym roku – w ocenie OECD – PKB wzrośnie tam o 1,5 proc, zamiast 1,9, a za rok o 1,5 proc. zamiast 2,1.
PKB Stanów Zjednoczonych rosnąć ma w tym roku o 2,1 zamiast 2,6 proc, a w przyszłym o 3,1 zamiast 3,5 proc.
Jedynie dla Wielkiej Brytanii eksperci OECD mają lepsze wiadomości. Tamtejszy PKB wzrośnie wprawdzie w tym roku nieco mniej niż prognozowano, o 3,1 zamiast 3,2 proc, jednak w przyszłym, wzrost brytyjskiej gospodarki będzie już szybszy. PKB Zjednoczonego Królestwa ma w 2015 roku wzrosnąć o 2,8 proc, a nie jak prognozowano wcześniej o 2,7 proc.
Strefa euro miała w lipcu 2014 21,2 mld euro nadwyżki w handlu zagranicznym, przy 18 mld w lipcu 2013 – podał Eurostat. W czerwcu 2014 ta nadwyżka wyniosła 16,7 mld w porównaniu z 15,7 mld nadwyżki w czerwcu 2013 roku.
Eksport państw strefy euro do Polski wyniósł od stycznia do lipca 80,6 mld euro i wzrósł w ciągu roku o 8 proc. Import z Polski sięgał w tym czasie 80.9 mld euro i wzrósł w porównaniu z importem w 2013 roku o 7 proc.
33 miliony złotych dziennie – tyle tracą polscy pracodawcy na tym, że ich pracownicy palą w czasie pracy. Dlatego coraz popularniejsze jest wprowadzanie zakazu palenia.
Wyłączając półgodzinną przerwę, zatrudniony nie ma prawa opuścić swojego miejsca pracy – mówi serwisowi infoWire.pl Tomasz Hanczarek, prezes Work Service. I choć w regulacjach nie istnieje zapis zakazujący wychodzenia na papierosa, to „[…] pracodawca może zakazać palenia w sytuacji, kiedy jego efektywność i wynik finansowy zależą od częstotliwości opuszczania stanowiska pracy przez pracowników”.
Nie należy wrzucać wszystkich palących do jednego worka. „Przykładowo, jeżeli handlowiec regularnie wychodzi na papierosa, ale sprzedaje dwa razy więcej niż ten, który pozostaje przy biurku, dla pracodawcy nie ma to znaczenia” – podkreśla Tomasz Hanczarek.
Pracodawca, aby nie tracić pieniędzy, powinien kontrolować efektywność i czas pracy osób palących. Skuteczną metodą w walce z ich uzależnieniem może być też wdrożenie w firmie specjalnego programu antynikotynowego.
Wyboru Ryszarda Grudy dokonali w ramach dwudniowych obrad delegaci III Sprawozdawczo-Wyborczego Zjazdu Izby Architektów RP. Kadencja nowo mianowanego Prezesa IARP potrwa do 2018 roku. W tym czasie skupi się m.in. na integracji środowiska architektów oraz jeszcze większej ochronie przestrzeni publicznej.
„Wśród wielu palących nasze środowisko problemów dostrzegam pilną konieczność wypracowania nowego kodeksu etyki architektów oraz standardów wykonywania naszego zawodu. Pamiętajmy, że nadrzędnym celem izby jest ochrona przestrzeni i architektury jako dobra publicznego, dlatego musimy również, poprzez czynne uczestnictwo delegowanych przez izbę architektów, monitorować wszelkie poczynania legislacyjne rządu i sprzyjać zmianom, które w dłuższej perspektywie czasu mogą przyczynić się do poprawy otaczającej nas przestrzeni.” – uważa Ryszard Gruda, Prezes Izby Architektów RP. Ponadto, licząc na dobrą współpracę z Ministerstwem Infrastruktury i Rozwoju, sugerowałby w nim zmiany organizacyjne poprzez powołanie Departamentu Urbanistyki i Architektury.
Równie ważną kwestią będzie ochrona praw oraz poprawa warunków wykonywania zawodu przez architektów, którzy – podobnie jak inni uczestnicy procesu inwestycyjnego – odczuwają trwający już kilka lat zastój na rynku europejskim, czyli osłabienie koniunktury.
„Należy wyznaczyć jasne zasady wyceniania i wynagradzania architektów, co powinno zminimalizować coraz bardziej widoczne w naszej branży zjawisko dumpingu cenowego, gdzie często jedynym kryterium wyboru danego projektu jest niska cena, wykluczająca rzetelne i odpowiedzialne opracowanie dzieła, jakim jest projekt i nadzór nad jego realizacją .” – dodaje Ryszard Gruda.
Ryszard Gruda w poprzedniej kadencji Izby Architektów RP przewodniczył Krajowemu Sądowi Dyscyplinarnemu IARP. Wcześniej, w latach 1990-2002 roku, był Wiceprezydentem miasta Gdańska, odpowiedzialnym za rozwój przestrzenny miasta. Karierę zawodową rozpoczął w 1976 roku jako architekt miejski Ciechocinka, natomiast od 12 lat prowadzi własną praktykę projektową. Jest również członkiem Stowarzyszenia Architektów RP. Na stanowisku Prezesa Izby Architektów RP zastąpił architekta Wojciecha Gęsiaka.
Spółka Astaldi złożyła najtańszą ofertę na budowę drogi ekspresowej S8 na odcinku od Mężenina do Jeżewa (14,3 km). Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad dostałaś osiem ofert na budowę tej drogi.
Włoska firm Astaldi ta sama, która wcześniej wygrała przetarg i właśnie rozpoczyna budowę sąsiedniego odcinka S8 – Od Zambrowa do Mężenina, wykonani kolejnego odcinka inwestycji wyceniła na 440,6 mln zł. Najdroższą ofertę, na kwotę 646,9 mln zł złożyło konsorcjum Strabag i Helit+Woerner.
Zamawiający przyjął trzy kryteria oceny ofert: cenę (90 proc), termin zakończenia zadania (5 proc.) oraz okres gwarancji (5 proc.). Wszystkie oferty zawierały najkrótszy możliwy czas realizacji (22 miesiące) i najdłuższą gwarancję (10 lat).
Odcinek Mężenin – Jeżewo zaprojektowano jako dwujezdniową drogę ekspresową z rezerwą terenu pod trzeci pas ruchu (od środka drogi). Obiekty inżynierskie (m.in. 1 most oraz 9 wiaduktów) mają być wykonane od razu dla przekroju trzypasmowego. Przyjęty wariant w większości przebiega po śladzie istniejącej drogi krajowej nr 8, z obejściem miejscowości Krzewo. Przewiduje się budowę 2 węzłów Sikory i Kobylin.
Podpisanie umowy z wykonawcą na realizację odcinka od Mężenina do Jeżewa planowane jest na styczeń przyszłego roku.
Betacom będzie świadczył usługi IT resortowi finansów. Spółka podpisała umowę ze Skarbem Państwa na brutto 30,1 mln zł.
Spółka Betacom informuje, że podpisała 12 września ze Skarbem Państwa – Centrum Przetwarzania Danych Ministerstwa Finansów umowę na świadczenie usług wsparcia oraz usług certyfikowanych warsztatów, na kwotę brutto 30,1 mln zł.
Umowa będzie realizowana od 01 stycznia 2015 do 31 grudnia 2018.
Rynek telekomunikacyjny w Polsce w 2013 r. zanotował kilkuprocentowy spadek. Jednak, jak wynika z raportu „Rynek telekomunikacyjny w Polsce 2014 – analiza regionalna. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”, sytuacja na rynku była zróżnicowana nie tylko w zależności od poszczególnych typów usług, ale również w podziale na poszczególne województwa.
U podłoża różnic w rynku telekomunikacyjnym w podziale wojewódzkim znajdują się często cechy makroekonomiczne czy demograficzne. Za przykład takiego czynnika różnicującego może posłużyć populacja. Zarówno na rynku telefonii stacjonarnej, jak i dostępu do internetu liczba abonentów zależy od populacji danego województwa. Przekłada się to również w pewnym stopniu na penetrację, która w większych województwach jest z reguły wyższa. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest większa liczba mieszkańców w miastach, w których infrastruktura dostępowa jest lepiej rozwinięta. Na wyższą penetrację wpływa również większa liczebność firm w większych województwach.
Oprócz czynników makroekonomicznych oraz demograficznych na różnice w podziale geograficznym wpływają również uwarunkowania związane z rynkiem telekomunikacyjnym – np. poziom rozwoju infrastruktury telekomunikacyjnej lub obecność jednego silnego gracza w danym województwie. Różnice te ujawniają się jednak najczęściej w głębszym podziale rynku – np. w podziale na technologie dostępowe do wybranych usług (np. na rynku stacjonarnych usług szerokopasmowych) czy typy dostawców (np. na rynku płatnej telewizji). Dobrym przykładem oddziaływania tych różnic może być np. widoczna przewaga operatorów kablowych w liczbie abonentów usług dostępu do internetu w większości tych województw, w których znaczna część populacji skupia się w miastach liczących powyżej 100 tys. mieszkańców.
Taka korelacja nie oznacza jednak, że nie można mówić o wyjątkach. W województwie śląskim, pomimo że znaczna część populacji zamieszkuje na terenach zurbanizowanych, dominującymi dostawcami nie są operatorzy kablowi czy operatorzy stacjonarny. Większość abonentów skupiona jest w bazach lokalnych mniejszych dostawców, którzy zresztą są charakterystycznym zjawiskiem na polskim rynku. Lokalni dostawcy zdołali przyciągnąć większą liczbę abonentów w Polsce południowej i wschodniej. Wyższe udziały zanotowali oni w również w województwach podkarpackim, świętokrzyskim oraz podlaskim.
Na potrzeby raportu przeprowadzono również badanie w dziesięciu wybranych województwach w Polsce, ukierunkowane na korzystanie z usług telekomunikacyjnych – dostępu do internetu (mobilnego oraz stacjonarnego), telefonii stacjonarnej, płatnej telewizji oraz telefonii komórkowej.
Jak wskazują wyniki badania, również usługi internetu mobilnego stają się coraz bardziej popularne. Dotyczy to zarówno modelu, w którym użytkownik korzysta z nich za pomocą dedykowanego urządzenia (oraz komputera), jak i za pośrednictwem telefonu komórkowego. W przeprowadzonym badaniu prawie 30% respondentów zadeklarowało korzystanie z usług internetu mobilnego za pomocą telefonu komórkowego. Odsetek ten znajdował się na wyższym poziomie w województwie mazowieckim, dolnośląskim, pomorskim oraz kujawsko-pomorskim. Z drugiej strony, znacznie niższy wynik w zakresie korzystania z tego typu usług zanotowano w województwach lubelskim oraz podkarpackim.
Badanie zrealizowano techniką komputerowo wspomaganych wywiadów telefonicznych (CATI) lipcu i sierpniu 2014 r. Zrealizowano po 200 wywiadów z respondentami mieszkającymi w każdym z wymienionych województw (łącznie zrealizowano 2 000 wywiadów w populacji 18+).
W I półroczu 2014 Bank Pocztowy wypracował skonsolidowany zysk netto na poziomie 22,1 mln zł wobec 9,1 mln zł rok wcześniej, co oznacza wzrost o 142,9 proc. Skonsolidowany wynik na działalności bankowej wzrósł o 22,5 proc. sięgając 169 mln zł wobec 138 mln zł za I półrocze 2013.
Saldo kredytów i pożyczek brutto w Banku Pocztowym wynosiło 30 czerwca 5,3 mld zł w porównaniu do 4,8 mld zł na koniec I półrocza zeszłego roku. (wzrost o 8,9 proc.).
Wzrost ten – podkreślono w komunikacie- wynika przede wszystkim z dobrych wyników sprzedaży kredytów konsumpcyjnych. W I półroczu Bank udzielił ponad 400 mln zł kredytów gotówkowych, czyli o 25 proc. więcej, niż w porównywalnym okresie zeszłego roku
Spadła wartość skonsolidowanych zobowiązań wobec klientów. W I półroczu wynosiła ona 5, 7 mld zł wobec 6 mld zł na 31 czerwca 2013, co oznacza spadek o 4,4 proc. Spowodowany jest on zapowiadanym ograniczeniem działalności w obszarze bankowości instytucjonalnej, na rzecz bankowości detalicznej. W segmencie klientów indywidualnych zobowiązania wynosiły 4,4 mld zł wobec 4,2 mld zł rok wcześniej. Oznacza to wzrost o 3,7 proc.
Realizacja strategii obranej przez Bank Pocztowy spowodowała znaczną poprawę wskaźnika koszty/dochody (C/I), który za I półrocze 2014 wyniósł 66,4 proc.
– Kolejne znaczne obniżenie wskaźnika koszty/dochody to efekt kilkuletniej systematycznej pracy – mówi Tomasz Bogus, prezes Banku Pocztowego. – W nowej strategii dalsza poprawa w tym obszarze jest nadal jednym z najważniejszych celów. Szczególną wagę przykładamy również do tego, by bardzo dobrym zyskom towarzyszyło utrzymanie bezpiecznego poziomu miar kapitałowych, zalecanych przez Komisję Nadzoru Finansowego. Jak widać w I półroczu 2014 r. Bank, dzięki rozwojowi opartemu jedynie na zysku zatrzymanym, w pełni stosuje się do zaleceń
Na koniec I półrocza 2014 r. Bank prowadził 800 tys. rachunków osobistych i obsługiwał przeszło 1,42 mln klientów.
Celem Banku Pocztowego jest uruchomienie 1,5 mln rachunków do końca 2017 roku, zachęcenie klientów do zdalnego korzystania z usług banku, za pomocą call center oraz bankowości elektronicznej. Bank będzie zmierzał również do poszerzenia swojej oferty o produkty inwestycyjne, za pomocą których chce uzyskać dodatkowe 500 mln zł.
Bezwzględna, wybuchowa i w pełni zależna od Donalda Tuska. Będąc dyrektorem ZOZ-u w Szydłowcu zadłużyła placówkę na ponad 3,5 mln złotych, a kierując resortem zdrowia doprowadziła – jak zarzuca jej opozycja – do niekontrolowanej prywatyzacji i powstania gigantycznych kolejek do specjalistów. Z drugiej strony, chwalona jako dobra i pełna poświęcenia lekarka oraz sprawny marszałek Sejmu. Portal Money.pl ocenia dotychczasową karierę Ewy Kopacz.
Prezydent Bronisław Komorowski spotka się w południe z kandydatką PO-PSL na premiera Ewą Kopacz i powierzy jej misję tworzenia nowego rządu. Nowa prezes Rady Ministrów ma 14 dni na wygłoszenie expose i uzyskanie wotum zaufania w Sejmie. Zatem skład rządu i jego plany poznamy najpóźniej 29 września. Bardziej prawdopodobne, że stanie się to na posiedzeniu Sejmu zaplanowanym na 24-26 września.
Ewa Kopacz zostanie drugą – po Hannie Suchockiej (lata 1992-1993) – w historii Polski, kobietą na stanowisku prezesa Rady Ministrów. Jest też drugim na tym stanowisku lekarzem. Pierwszym w latach 1936-39 był Felicjan Sławoj-Składkowski.
Jej kariera polityczna jest bardzo błyskotliwa. W ciągu sześciu lat z dyrektora SPZOZ w 12-tysięcznym Szydłowcu przeniosła się na fotel ministra zdrowia. Następnie – w 2011 roku – objęła drugą po prezydencie funkcję w państwie – marszałka Sejmu. Teraz obejmie tekę premiera.
Ewa Kopacz (z domu Lis) pochodzi ze Skaryszewa, małej miejscowości pod Radomiem. Wychowywała się w Radomiu, a maturę zdała w tamtejszym II Liceum Ogólnokształcącym im. Marii Konopnickiej nazywanym Konopeją. W 1981 roku po studiach medycznych w Lublinie rozpoczęła się jej lekarska kariera. Będąc jeszcze na studiach – w pociągu – poznała swojego późniejszego męża – Marka Kopacza. Podobno była to miłość od pierwszego wejrzenia. Ich związek był pełen nie do końca wyjaśnionych zakrętów, łącznie z dość tajemniczą jego śmiercią przed niespełna rokiem.
Marek Kopacz przez wiele lat pracował w prokuraturze, był m.in. szefem prokuratury w Skarżysku-Kamiennej. Latem 1998 roku roku ktoś podłożył bombę pod auto stojące przed domem Kopaczów. Jak donosiła wówczas prasa, Kopacz uniknął śmierci, bo z powodu konkursu rzutów karnych przedłużyła się transmisja jednego z meczów piłkarskich MŚ we Francji. Ładunek eksplodował w czasie, kiedy były mąż pani marszałek zazwyczaj odprowadzał samochód na parking. Zamachowców lub zamachowca do tej pory nie ustalono. Uniknął śmierci, ale jego kariera na stanowisku prokuratora potrwała zaledwie do jesieni 2000 roku, kiedy to został odwołany przez ówczesnego ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego za jazdę po pijanemu. Później pełnił rolę radcy prawnego przy PZPN i pracował jako zastępca dyrektora szydłowieckiego ZOZ-u, którym wcześniej kierowała Ewa Kopacz.
Z mężem, z którym ma córkę Katarzynę (także lekarka, ginekolog), rozwiodła się po cichu w 2008 roku. Cztery lata później jego ciało znaleziono w ich domu w Szydłowcu. Sekcja wykazała, że do jego śmierci nie przyczyniły się osoby trzecie. Nie udało się jednak wskazać bezpośredniej przyczyny zgonu.
Szydłowiecka placówka po kilkuletnich rządach Ewy Kopacz zasłynęła z gigantycznego długu, który gdy odchodziła ze stanowiska jesienią 2001 roku przekraczał 3,5 mln złotych.
– Rzeczywiście placówka była pogrążona w długach. Większość przychodni i szpitali popadła wtedy w długi. To był efekt między innymi ustawy z 2003 roku, znacząco podnoszącej pensje personelu i zmieniającej zasady opodatkowania placówek –broni byłej szefowej w rozmowie z Money.pl Andrzej Piotrowski, obecny dyrektor SPZ ZOZ Szydłowiec. W pamięci szczególnie utkwiła mu jedna cecha: –Jest bardzo mocna psychicznie, potrafiła wytrzymać więcej nawet od wielu kolegów po fachu. Podobno dawała też ludziom pieniądze, by kupowali leki dla dzieci.
– To ja wprowadziłem Ewę Kopacz na polityczne salony. Była szeregowym działaczem Unii Wolności, radną Sejmiku i ja jako szef regionu UW, wyciągnąłem ja z Szydłowca – wspomina w Money.pl Paweł Piskorski, współtwórca Platformy Obywatelskiej, a po wyrzuceniu z partii zaciekły przeciwnik Donald Tuska. Ewa Kopacz została jego zastępczynią i z nim przeszła do powstającej PO. To był zdecydowanie dobry ruch, bowiem Unia przepadła w wyborach w 2001 roku, a Platforma wprowadziła do parlamentu swoich posłów i senatorów. Również Ewa Kopacz zdobyła poselski mandat.
Po prasowych doniesieniach, że Piskorski kupił nieruchomości za kwotę znacznie wyższą od wartości środków zadeklarowanych w oświadczeniu majątkowym. Zarząd krajowy natychmiast postanowił o wykluczeniu go z partii. Tymczasem wierna nowemu szefowi – Donaldowi Tuskowi – Ewa Kopacz szybko robi karierę.
– Po wyborach w 2005 roku spodziewałem się, że szefową komisji zdrowia w Sejmie zostanie Elżbieta Radziszewska. No, ale ona była tylko kompetentna, a poza tym bliżej związana wtedy Janem Rokitą, niedoszłym premierem z Krakowa, a Ewa Kopacz do kompetencji dodała bezwzględne posłuszeństwo premierowi Tuskowi – mówi w Money.pl Bolesław Piecha, były minister zdrowia, a teraz europoseł PiS.
To z tego czasu pochodzą doniesienia o bliskich kontaktach Ewy Kopacz z Donaldem Tuskiem. Zajmowała się ciężko chorą siostrą premiera – Sonią. Doradzała i jeździła z nią po specjalistach. Zajmowała się też chorującą matką późniejszego premiera. Weszła do gabinetu cieni Jana Rokity. Jako alternatywa dla prof. Zbigniewa Religi, ministra zdrowia w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza. Po zwycięskich dla Platformy wyborach w 2007 roku, już nikt nie dziwi się gdy Ewa Kopacz ląduje na fotelu ministra zdrowia.
Wydatki na leczenie Polaków od początku urzędowania Ewy Kopacz wzrosły o ponad 30 procent. Budżet NFZ za jej czasów wzrósł z ponad 41 do blisko 60 mld zł. Jednak, mimo szumnych zapowiedzi reformy służby zdrowia, nie udało się uporać z największą zmorą pacjentów leczących się publicznie, czyli z kolejkami do specjalistów. W najgorszych przypadkach pacjenci czekali ponad dwa lata. Pensje w publicznej służbie zdrowia wzrosły za jej rządów o jedną trzecią, jednak nadal były znacznie niższe od średniej krajowej.
Zasłynęła tym, że nie zgodziła się na zakup szczepionek przeciwko świńskiej grypie, za co ją chwalono, ale też tym, że wrobiła swojego następcę Bartosza Arłukowicza w fatalnie przygotowaną ustawę refundacyjną. Politycy opozycji przypisali też Ewie Kopacz kilkuletnie opóźnienia prac nad koszykiem świadczeń gwarantowanych, słaby nadzór nad NFZ w połączeniu z szumnymi zapowiedziami jego likwidacji oraz nieudolna – ich zdaniem – komercjalizacja szpitali. – Do tego dochodzą gigantyczne kolejki do specjalistów mimo znaczącego wzrostu budżetu NFZ – zaznacza Bolesław Piecha.
Komercjalizację za czasów Ewy Kopacz bardzo krytycznie oceniła też w 2011 roku Najwyższa Izba Kontroli. Pula zobowiązań ciążących na placówkach, gdy odchodziła ze stanowiska była, nawet większa niż gdy je obejmowała i do tej pory pozostaje na zbliżonym poziomie.
Źródło: Ministerstwo Zdrowia.
Ostrożniejszy, choć też krytyczny, jest Marek Balicki z SLD, minister zdrowia w rządach Leszka Millera i Marka Belki. – Byli różni ministrowie, ale nie powiem, że pani minister Kopacz była najgorsza. Przez te cztery lata zasadnicza naprawa systemu służby zdrowia nie nastąpiła – ocenia w Money.pl.
Jej rządy w resorcie zdrowia wychwala za to jej były kolega i obecny szef szydłowieckiego ZOZ-u. – To za jej czasów zaczęły się dla nas tłuste lata i to także dzięki jej programowi wyszliśmy z długów – podkreśla Andrzej Piotrowski.
W czasie urzędowania na stanowisku ministra Ewa Kopacz – na polityczne zamówienie premiera – wypowiedziała wojnę dopalaczom. Jak szumnie zapowiadała, przeforsowana wtedy w ekspresowym tempie antydopalaczowa ustawa miała się stać wzorem dla całej Europy. Naloty na sklepy i ich likwidacja doprowadziły nawet do tego, że po pogróżkach, przydzielono jej dodatkową ochronę BOR-u. Kampania – rozpętana niedługo przed wyborami – nie stała się jednak początkiem dla ogólnoeuropejskiej kampanii przeciwko dopalaczom.
Po katastrofie w Smoleńsku, gdy wielu polityków nie zdecydowało się jechać na miejsce katastrofy ona to zrobiła. Ewa Kopacz identyfikowała ofiary, między innymi Marię Kaczyńską. Zajmowała się też rodzinami ofiar, które pojechały do Rosji. Potem PiS atakował ją ostro i oskarżał o pomyłki związane z identyfikacją ciał ofiar i fałszowaniem dokumentacji medycznej. Łatwo jest mówić tym, którzy tam nie byli i osądzać tych, którzy tam byli. Tym, którzy stracili w Smoleńsku najbliższych, wolno więcej. Tak sobie to tłumaczę – odpowiedziała po latach w jednym z wywiadów.
Po kolejnym zwycięstwie w wyborach parlamentarnych w 2011 roku, jej lojalność i postawa po katastrofie smoleńskiej, zostają szczególnie wynagrodzona. Ewa Kopacz dostaje laskę marszałka Sejmu. To pierwsza kobieta w historii Polski na stanowisku, które jest drugie pod względem konstytucyjnej ważności w państwie.
Marszałek obiecała, że skończy z sejmową zamrażarką, w której za czasów Komorowskiego i Schetyny na tym stanowisku zamrożono blisko 100 projektów ustaw złożonych przez opozycję.
– Z sentymentem wspominam naszą współpracę. W Prezydium Sejmu dawała wypowiedzieć się każdemu i brała wszystkie racje pod uwagę, szybko podejmując decyzje – mówi portalowi Money.pl wicemarszałek Jerzy Wenderlich z SLD.
Politycy PiS skarżą się jednak, że – jak mówi Bolesław Piecha: W sprawach niewygodnych dla premiera pani marszałek chowa do szuflady wnioski opozycji, by opinia publiczna nie mogła poznać szczegółów.
Zdaniem Pawła Piskorskiego, Donald Tusk nie rezygnuje z udziału w polskiej polityce i postawieniem marszałek Sejmu na stanowisku premiera zabezpiecza sobie powrót. – Przetrzyma drugą kadencję Bronisława Komorowskiego w Pałacu Prezydenckim i sam wystartuje w wyborach prezydenckich – prognozuje. Jego zdaniem Kopacz i Tusk są na na siebie skazani. On jej gwarantuje spokój wokół Kancelarii Rady Ministrów, a ona przypilnuje mu partii w czasie urzędowania w Brukseli.
Sądy gospodarcze w sierpniu 2014 ogłosiły upadłość 63 przedsiębiorstwa – informuje w swym raporcie Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych. Było to o 21,3 proc. mniej niż w lipcu, gdy zanotowano 80 upadłości oraz o 6,0 proc. mniej niż w sierpniu 2013, w którym upadło 67 podmiotów.
W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy na skutek niewypłacalności, działalność gospodarczą zakończyło 818 przedsiębiorstw. Przed rokiem, w sierpniu 2013, roczna suma upadłości wynosiła 933. Wynik z tego miesiąca jest więc lepszy od zeszłorocznego o 12,3 proc.
– Przy tempie wzrostu gospodarczego w 2014 roku na poziomie 3,3 proc. oraz wskaźniku rentowności obrotu netto firm na poziomie 4,1 proc. prognozujemy, iż w bieżącym roku upadnie około 185 firm prowadzonych w postaci indywidualnej działalności gospodarczej, czyli 8,4 proc. mniej w stosunku do 2013 roku (202 upadki) – informuje w raporcie KUKE. – W drodze prawa upadłościowego i naprawczego zakończą działalność 602 spółki prawa handlowego (w 2013 roku 684 upadki), co stanowi spadek o 12,0 proc. W całym 2014 roku liczba upadłości wyniesie około 787, czyli 11,2 proc. mniej niż w 2013 roku (886 upadków).
Większość Polaków twierdzi, że używa zestawu głośnomówiącego lub w ogóle nie rozmawia przez telefon w czasie jazdy samochodem – wynika z badań ARC Rynek i Opinia zrealizowanych na zlecenie UNIQA
Niewielki odsetek Polaków przyznaje się, że czyta lub pisze SMSy lub maile w czasie prowadzenia auta
Wsiadając do samochodu należy zadbać o bezpieczeństwo oraz o to, by mieć ważne ubezpieczenie OC
Wybierając ubezpieczyciela, warto sprawdzić, czy do OC oferuje bezpłatną likwidację szkód
Wyniki badania ARC Rynek i Opinia przeprowadzonego na zlecenie UNIQA wskazują, że ponad 70 proc. ankietowanych korzysta z zestawu głośnomówiącego lub słuchawkowego kierując samochodem, albo wręcz w ogóle nie rozmawia przez telefon. Podobny odsetek badanych kierowców twierdzi, że nie pisze, ani nie czyta SMS lub maili w czasie jazdy.
– Wyniki są zaskakująco dobre, biorąc pod uwagę fakt, jak często widać na ulicy kierowców piszących w czasie jazdy smsy czy rozmawiających przez telefon – mówi inspektor Mariusz Sokołowski, rzecznik prasowy Komendy Głównej Policji.
Używanie telefonu w znaczący sposób odciąga uwagę od prowadzenia pojazdu. Statystyki są jednak zadowalające, 72 proc. kobiet i 68 proc. mężczyzn twierdzi, że nie pisze, ani nie czyta SMSów i mali prowadząc pojazd.
Do czytania przychodzących wiadomości lub maili przyznaje się co czwarty dorosły Polak, który prowadzi samochód. Zaledwie 14 proc. mówi, że je pisze w czasie prowadzenia auta.
– Taki wynik na pewno napawa optymizmem, bo wykonywanie tych czynności podczas jazdy samochodem jest szalenie niebezpieczne. Powoduje, że kierujący, zajęty czytaniem czy pisaniem smsa, jadąc z dużą prędkością, może pokonać dystans nawet kilkudziesięciu lub kilkuset metrów nie zwracając przy tym uwagi, co dzieje się dookoła niego. Nie jest bowiem w danej chwili skoncentrowany na jeździe i sytuacji na drodze, a na telefonie – komentuje insp. Mariusz Sokołowski.
Ponad 38 proc. ankietowanych zadeklarowało, że podczas jazdy samochodem korzysta z zestawu głośnomówiącego. Nie robi tego ¼ badanych.
– Wszyscy – zarówno ci, którzy prowadzą w czasie jazdy rozmowy telefoniczne (zwłaszcza jeśli nie używajązestawu głośnomówiącego), jak i ci, którzy piszą i czytają smsy, muszą pamiętać, że stwarzają zagrożenie nie tylko dla siebie, ale również dla innych uczestników ruchu drogowego – dodaje Mariusz Sokołowski.
– Rozmowa przez telefon znacząco upośledza zdolności konieczne do prowadzenia pojazdu i zwiększa ryzyko stłuczki. Takie zachowanie zagraża bezpieczeństwu, może prowadzić do wypadków i kolizji, które bywają tragiczne w skutkach i kosztowne dla wielu osób – przekonuje Paweł Boryczka, dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Komunikacyjnych w UNIQA.
Dlatego używanie telefonów przez kierowców w czasie jazdy powinno być ograniczone do minimum i zawsze przy użyciu zestawu głośnomówiącego. Warto pamiętać o kilku fundamentalnych zasadach. Po pierwsze zrezygnować z rozmów w sytuacjach wymagających wzmożonej koncentracji, czyli np. na skrzyżowaniach, przejazdach kolejowych, w pobliżu przejść dla pieszych. Po drugie, powinniśmy odłożyć rozmowy towarzyskie na później i korzystać z telefonu tylko jeśli jest to nieuniknione. Po trzecie, najlepiej z rozpoczęciem rozmowy poczekać do momentu zatrzymania się w bezpiecznym miejscu.
Trzeba też pamiętać koniecznie o wykupieniu obowiązkowego ubezpieczenia OC. W razie kolizji pieniądze z polisy pokryją w dużej części straty finansowe. Wybierając ubezpieczyciela warto dowiedzieć się, czy oferuje on bezpłatne usługi dodatkowe, takie jak bezpośrednia likwidacja szkód. Polega to na tym, że poszkodowany może zgłosić szkodę rzeczową z OC u swojego ubezpieczyciela, mimo że sprawcą kolizji jest osoba ubezpieczona w innej firmie.
Badanie omnibusowe zostało przeprowadzone metodą wywiadów internetowych (CAWI). Respondentami w badaniu byli kierowcy, jeżdżący samochodem co najmniej raz w tygodniu. Wielkość próby wyniosła N=1041. Badanie zostało przeprowadzone w styczniu 2014 roku.
Na polski rynek nieruchomości komercyjnych powoli wraca optymizm z okresu sprzed ostatniego kryzysu finansowego – wynika z najnowszego raportu Marketbeat Polska – Jesień 2014 firmy Cushman & Wakefield. W pierwszej połowie roku zawarto transakcje inwestycyjne o łącznej wartości ok. 1,4 mld euro, czyli o ponad 27 proc. więcej, niż w tym samym okresie ubiegłego roku.
– Ożywienie na rynku nieruchomości komercyjnych jest faktem – mówi Charles Taylor, partner zarządzający polskiego oddziału Cushman & Wakefield. – Coraz lepsza sytuacja w tym sektorze w Polsce jest pochodną obserwowanej od zeszłego roku poprawy ogólnej koniunktury gospodarczej.
Szczególnie wysoką aktywność inwestycyjną odnotowano w tym roku sektorze biurowym, na który przypadło 51,5 proc. wolumenu transakcji (719 mln euro). Udział sektora handlowego, który dominował w roku 2013 spadł do 26,5 proc. (370 mln euro). Aktywność inwestycyjna najbardziej wzrosła w sektorze magazynowym, który jednak nadal pozostaje na trzecim miejscu pod względem ogólnego wolumenu transakcji wynoszącym w pierwszej połowie roku 22 proc. (307,6 mln euro).
– Niezmiennie obserwujemy bardzo wysoki popyt na nieruchomości najlepsze w swojej klasie – mówi Piotr Kaszyński, Cushman & Wakefield. – O ile, do niedawna, dostępność tego rodzaju obiektów była stosunkowo ograniczona, to obecnie sytuacja ta ulega poprawie.
Szczególnie wysokiej klasy obiekty biurowe, w dużych miastach które są wynajęte firmom o stabilnych dochodach w ramach długoletnich umów, stają się bardzo pożądanym produktem inwestycyjnym.
– Na rynku handlowym przewidujemy, że inwestorzy zwrócą się ku miastom liczącym od 100 do 400 tys mieszkańców, gdzie znajduje się wiele nowoczesnych i dobrze funkcjonujących obiektów – ocenia Piotr Kaszyński. – Pozytywna sytuacja na rynku inwestycyjnym może oznaczać, że rok zamknie się wynikiem ponad 3 mld euro całkowitego wolumenu transakcji.
Z analiz Cushman & Wakefield wynika, że ożywienie widać we wszystkich sektorach rynku. Łączne zasoby nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce przekroczyły 10 mln mkw.
Pokolenie Y dziś to blisko 2 mld ludzi na świecie i grupa konsumentów o największym potencjale. Ich decyzje zakupowe są odmienne od dotychczasowych klientów. Auto traktują na równi z pozostałymi środkami transportu, jak rower czy metro. Liczy się czas i dostępność transportu. Ponad trzy czwarte przedstawicieli pokolenia Y na świecie zamierza nabyć lub wziąć w leasing samochód w ciągu najbliższych pięciu lat. Jednocześnie jednak, jeżeli utrzymanie auta wiązałoby się z długotrwałymi zobowiązaniami finansowymi, młodzi ludzie są skłonni zrezygnować z jego posiadania. Nowoczesne technologie wykorzystane dla większego bezpieczeństwa oraz oszczędności paliwa to atuty auta dla Y-ka. To najważniejsze wnioski płynące z badania „2014 Global Automotive Consumer Study” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte.
W badaniu Deloitte ankietę wypełniło ponad 23 tys. konsumentów pochodzących z 19 krajów (Czechy, Niemcy, Holandia, Wielka Brytania, Belgia, Francja, Włochy, Turcja, Meksyk, Brazylia, Argentyna, Kanada, USA, RPA, Indie, Australia, Chiny, Korea i Japonia).
Publikacja „The changing nature of mobility” (zamieszczona w cyklu Deloitte Review, nr 15,lipiec 2014 r.) oraz raport „2014 Global Automotive Consumer Study. The changing nature of mobility. Exploring consumer preferences in key markets around the world” zawiera zbiorcze wnioski ogólne oraz dodatkowo analizę sześciu rynków: trzech rozwiniętych (USA, Niemcy, Japonia) oraz trzech rozwijających się (Chiny, Indie, Brazylia). Udział tych sześciu krajów w globalnej sprzedaży samochodów wynosił w 2013 roku 63 proc.
Celem ankiety było zbadanie preferencji zakupowych klientów oraz ich stosunku do bieżącej oferty rynku motoryzacyjnego. Autorzy zwrócili szczególną uwagę na wybory pokolenia Y, czyli osób urodzonych w latach 1977 – 1994, ale raport uwzględnia również Baby Boomers (1946 – 1964) oraz Generację X (1965 – 1976).
„Ponad trzy czwarte przedstawicieli pokolenia Y zadeklarowało, że w ciągu najbliższych pięciu lat chce stać się właścicielami samochodu. W USA taką chęć wyraziło 80 proc. ankietowanych, w Niemczech było to o 4 pp. mniej. Co ciekawe, w krajach rozwijających się wskaźnik ten był wyższy niż średnia dla wszystkich sześciu państw, a z kolei w Japonii wyniósł on jedynie 43 proc.”– mówi Marek Turczyński, Partner w dziale Audytu, Lider Grupy Motoryzacyjnej, Deloitte.
Tylko w USA mieszka 80 mln przedstawicieli pokolenia Y, a to oznacza, że w tym kraju aż 64 mln osób planuje kupić auto w ciągu najbliższych pięciu lat, z czego 48,8 mln w ciągu trzech lat, a 18,4 mln w ciągu najbliższego roku.
Potencjał amerykańskiego rynku motoryzacyjnego wśród pokolenia Y. Kiedy planujesz kupić własny samochód?
Wśród powodów pokolenia Y, dla których decyzja o zakupie auta jest odkładana, przeważają te związane z kosztami. Taką odpowiedź najczęściej wybierali mieszkańcy USA, Japonii, Chin i Brazylii. Z kolei w Niemczech i Indiach młodzi ludzie odpowiadali najczęściej, że poruszanie się pieszo lub korzystanie z publicznego transportu odpowiada ich stylowi życia. Wśród przedstawicieli Baby Boomers oraz Generacji X w czterech krajach wygrał styl życia (Niemcy, Indie, Chiny, Japonia), a koszty były najważniejsze dla ankietowanych w USA i Brazylii.
Styl życia młodych ludzi ma ogromny wpływ na ich wybory. Ponad połowa badanych na omawianych sześciu rynkach chce mieszkać w dzielnicach, z których wszędzie mają blisko. Taką odpowiedź wybrało 53 proc. młodych Niemców i 67 proc. Amerykanów. Z kolei niemal 50 proc. chce się przeprowadzić bliżej miejsca pracy, w Niemczech było to 46 proc., a w USA 47 proc. 42 proc. amerykańskich konsumentów z pokolenia Y (w porównaniu do 28 proc. dla innych pokoleń) byłoby chętnych do dzielenia się swoim samochodem z innymi.
Młodzi konsumenci, bardziej niż starsze pokolenia, są skłonni zrezygnować ze swojego samochodu. W USA takiej odpowiedzi udzieliło prawie trzy razy więcej respondentów z generacji Y niż w pozostałych grupach. Wyjątkami pod tym względem są jedynie Chiny i Japonia, gdzie to inne pokolenia są bardziej skłonne do rezygnacji ze swojego samochodu (17 proc. dla pokolenia Y chińskich konsumentów w porównaniu do 19 proc. w pozostałych chińskich pokoleniach; w Japonii odpowiednio 16 proc. do 20 proc.).
Tylko 64 proc. młodych konsumentów z USA zadeklarowało, że ich preferowanym środkiem transportu jest samochód, podczas gdy wśród przedstawicieli innych generacji ten odsetek wzrósł do 81 proc. Tak duża różnica międzypokoleniowa widoczna jest także w innych krajach rozwiniętych. Bardzo podobnie było w Niemczech, gdzie takiej odpowiedzi udzieliło 62 proc. reprezentantów pokolenia Y i 71 proc. starszych respondentów.
Młodzi ludzie są otwarci na nowe rozwiązanie technologiczne, które proponuje im motoryzacja. Generacja Y bardziej niż inne pokolenia chce używać różnych aplikacji na smartfony, które są stworzone do ułatwienia jazdy samochodem. Y-ki od nowych technologii stosowanych przez koncerny motoryzacyjne, oczekują przede wszystkim, że pozwolą im rozpoznać obecność innych pojazdów na drodze, a także uchronią przed niebezpiecznymi sytuacjami.
Ponad połowa konsumentów popiera działania i inicjatywy rządów, które mają na celu zastąpienie tradycyjnych systemów napędowych przez alternatywne. W USA takiej odpowiedzi udzieliło 58 proc. ankietowanych, a w Niemczech 54 proc., choć w tym ostatnim kraju różnica pomiędzy pokoleniem Y a pozostałymi generacjami wynosiła jedynie 2 pp. Aż 73 proc. przedstawicieli pokolenia Y jest w stanie zapłacić więcej za alternatywne systemy napędowe, podczas gdy w przypadku pozostałych taką odpowiedź wybrało 62 proc. respondentów. Nie dziwi więc fakt, że większość młodych ludzi wolałaby korzystać z alternatywnego układu napędowego w ciągu najbliższych pięciu lat. Innego zdania byli tylko młodzi Niemcy, spośród których jedynie 44 proc. udzieliło takiej odpowiedzi. Dla porównania taką chęć zadeklarowało 53 proc. amerykańskich przedstawicieli pokolenia Y. „Jednak także w tym obszarze wpływ na ich odpowiedź miały względy finansowe. Bardziej chodziło im o oszczędność paliwa, niż dobro środowiska naturalnego. Na pytanie czy byliby w stanie zapłacić ponad 2 tys. dolarów za alternatywne systemy napędowe tylko 38 proc. amerykańskich młodych konsumentów i 41 proc. niemieckich odpowiedziało pozytywnie. W Japonii i Chinach było to niespełna 30 proc.” – wyjaśnia Tomasz Pałka, Starszy Menedżer w dziale Doradztwa Podatkowego, ekspert ds. motoryzacji, Deloitte.
To, co łączy wszystkie pokolenia to dogłębne zbadanie tematu przed podjęciem decyzji o zakupie samochodu. Niemal tyle samo młodych ankietowanych, co pozostałych badanych (53,5 i 54 proc.) poświęciło ponad dziesięć godzin na analizę ofert, zanim zdecydowało się na konkretny model. Najbardziej dociekliwi pod tym względem okazali się młodzi Chińczycy, spośród których aż 72 proc. poświęciło na ten cel ponad dziesięć godzin. Blisko 75 proc. młodych konsumentów rozważało trzy lub nawet więcej marek aut, zanim dokonało ostatecznego wyboru. Kogo najczęściej radzą się młodzi ludzie w tej kwestii? „Okazuje się, że w pięciu z badanych krajów była to przede wszystkim rodzina i przyjaciele. Taką odpowiedź wybrało ponad 50 proc. respondentów. Tylko w USA wygrał Internet, a dokładnie strony www poświęcone motoryzacji” – mówi Tomasz Pałka.
Koszty i jakość obsługi w salonie motoryzacyjnym mają wpływ na decyzje zakupowe podejmowane przez przedstawicieli pokolenia Y. Za rutynowe usługi serwisowe jest gotowe zapłacić 71 proc. młodych ludzi z USA i Niemiec, a 44 proc. (USA) i 33 proc. (Niemcy) za usługę odebrania samochodu celem dokonania serwisu i udostepnienia auta zastępczego. Połowa respondentów z obu krajów uważa, że przez osoby zajmujące się sprzedażą samochodów są traktowani z szacunkiem. Jednak w Niemczech uwidoczniła się kilkunastoprocentowa luka w tym obszarze pomiędzy przedstawicielami pokolenia Y a resztą ankietowanych, spośród których aż 64 proc. udzieliło takiej odpowiedzi. Dla młodych ludzi liczy się dla nich czas – 9 na 10 amerykańskich badanych oczekuje szybkiego załatwiania formalności związanych z zakupem auta.
Amerykańskie Y-ki są najbardziej niecierpliwi. Różnica w akceptowalnym czasie oczekiwania na załatwienie papierkowych czynności, rejestracji oraz formalności związanych z finansowaniem pomiędzy nimi a młodymi mieszkańcami Indii wyniosła aż 81 minut. „Nasze badanie pokazało jak wielki potencjał dla producentów samochodów stanowi pokolenie Y. Jednocześnie są to niezwykle trudni i wymagający klienci, którzy co prawda kochają motoryzację, ale aspekty finansowe są dla nich niezwykle ważne. Młodzi ludzie nie chcą długoterminowych zobowiązań finansowych, które wiążą się z posiadaniem auta. Tańsze i bardziej oszczędne pojazdy oraz przystępne formy płatności należą do kluczowych czynników wpływających na decyzje o jego zakupie” – podsumowuje Marek Turczyński.
Globe Trade Centre planuje emisję 140 mln akcji z prawem poboru. Ma o tym zdecydować walne zgromadzenie spółki zwołane na 13 października.
Zarząd spółki Globe Trade Centre zwołuje 13 października nadzwyczajne walne zgromadzenie spółki. W programie przewidziano podjęcie uchwały w sprawie podwyższenia kapitału zakładowego w drodze emisji akcji z prawem poboru. Spółka chce ich zaoferować 140 mln o wartości nominalnej 10 gr każda.
Dzień prawa poboru nowych akcji walne zgromadzenie ma ustalić na 16 grudnia.
Ronson Development rozpoczął realizację projektu Moko na warszawskim Mokotowie. Generalnym wykonawcą jest Hochtief Polska, która za ten oraz kolejny etap inwestycji otrzyma ponad 84 mln zł netto.
W ramach I etapu powstaną 164 mieszkania o powierzchniach od 32 do 119 mkw. Zakończenie budowy planowane jest na II kwartał 2016.
– Przedsprzedaż mieszkań w Moko rozpoczęliśmy w lecie po otrzymaniu decyzji o pozwoleniu na budowę, a teraz, gdy decyzja ta stała się ostateczna podpisaliśmy kontrakt z generalnym wykonawcą i ruszamy z budową– mówi Andrzej Gutowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Ronson Development. – Lokalizacja w pobliżu Galerii Mokotów pozwala nam wierzyć, że inwestycja okaże się sukcesem. Pierwsze wyniki sprzedaży już to potwierdzają. Przed wbiciem pierwszej łopaty nabywców znalazła 1/3 dostępnych lokali
Mieszkania będą posiadały drewniane okna oraz duże balkony lub tarasy o powierzchni nawet 126 mkw. Pomiędzy budynkami powstanie dziedziniec z roślinnością. Developer oferuje mieszkania różnej wielkości, od kawalerek po lokale 4-pokojowe i mieszkania z antresolami. Ceny zaczynają się od 7,8 tys zł brutto za mkw.
Inwestycja jest zlokalizowana w pobliżu kompleksów biurowych i Galerii Mokotów. W pobliżu jest metro, autobusy, tramwaje oraz infrastruktura edukacyjna, sportowa i kulturalna.
Docelowo osiedle Moko będzie liczyć 324 mieszkania (164 w ramach I etapu i 160 w II etapie) oraz 24 lokale usługowe. Za projekt architektoniczny odpowiada Pracownia Jems Architekci.