Young World Entrepreneur of the Year 2012

O tytuł najlepszego przedsiębiorcy świata rywalizowało 59 finalistów z 51 krajów, którzy wcześniej zdobyli tytuł Przedsiębiorcy Roku w lokalnych edycjach konkursu. Zwyciężył Dr James Mwangi, kierujący kenijskim Equity Bank Limited, przedsiębiorca, który niemal zrewolucjonizował afrykański system bankowy. Wśród światowych finalistów konkursu byli m.in. Rahul Bhatia z Indii, twórca linii lotniczych InterGlobe, prezes Benetton Group S.p.A. Alessandro Benetton z Włoch, przedstawiciele USA Reid Hoffman i Jeff Weiner – założyciele portalu LinkedIn czy Fin Mikael Hed – twórca popularnej gry komputerowej Angry Birds. Polskę reprezentował Krzysztof Pawiński, twórca i Prezes Grupy Maspex Wadowice, zdobywca tytułu Przedsiębiorca Roku 2011. Uroczystość odbyła się w minioną sobotę w Monte Carlo, a międzynarodowe grono najlepszych światowych przedsiębiorców firma Ernst & Young uhonorowała w ten sposób już po raz dwunasty.

Equity Bank jest największym pod względem bazy klientów bankiem w Afryce Środkowej i Wschodniej oraz największą firmą z większościowym kapitałem afrykańskim w regionie. Bank ma ponad siedem milionów kont, co stanowi ponad połowę wszystkich rachunków bankowych w Kenii. Prowadzi również działalność w Ugandzie, Sudanie Południowym, Rwandzie i Tanzanii. James Mwangi był postacią kluczową dla transformacji Equity Banku z upadającej instytucji mikro-finansowania do notowanego na giełdzie banku komercyjnego. Z jego inicjatywy, bank postawił sobie za cel zmianę warunków życiowych, społecznych i ekonomicznych ludzi, dając im dostęp do nowoczesnych, zintegrowanych usług finansowych. W roku finansowym 09-10 obroty banku wzrosły o 32%, a aktywa o 42%. W roku 2010, Financial Times wymienił przedsiębiorcę wśród 50 liderów biznesu na rynkach wschodzących. Mwangi jest m.in. przewodniczącym Fundacji Grupy Equity, ustanowionej aby podnosić istniejące inicjatywy CSR Grupy. W uznaniu różnorodności potrzeb społeczno-ekonomicznych w Afryce, Fundacja określiła sześć obszarów programowych: edukacja i rozwój przywództwa, rolnictwo, wiedza finansowa i przedsiębiorczość, zdrowie, innowacje i ekologia. Fundacja wspiera program stypendialny nakierowany na umiejętności przywódcze dla młodzieży szkolnej w Afryce.

O tytuł najlepszego przedsiębiorcy na świecie od lat walczą również Polacy. W gronie przedsiębiorców reprezentujących Polskę w globalnym finale znaleźli się dotąd Krzysztof Pawłowski, Zbigniew Sosnowski, Tadeusz Winkowski, Maciej Duda, Dariusz Miłek, Michał Kiciński, Marcin Iwiński, Piotr Mikrut, Ryszard Florek i Krzysztof Pawiński.

Obecnie trwa dziesiąta polska edycja konkursu Ernst & Young Przedsiębiorca Roku. Do 18 czerwca br. kandydaci mogą zgłaszać swój udział w trzech kategoriach konkursowych: Produkcja, Usługi, Nowy Biznes. Zwycięzca dziesiątej, jubileuszowej polskiej edycji reprezentować będzie nasz kraj w międzynarodowym finale konkursu w czerwcu 2013 roku w Monte Carlo, gdzie zmierzy się z międzynarodowymi konkurentami, reprezentującymi wszystkie kontynenty. Więcej informacji o konkursie oraz formularz aplikacyjny znajduje się na stronie www.przedsiebiorcaroku.pl

Partnerzy konkursu: PKO BP, PKN Orlen, Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie, Gazeta Wyborcza, Harvard Business Review Polska, Radio PiN, TVN24. Parterem strategicznym jest TVN CNBC.

Wyniki badania Holiday Barometer 2012

Europ Assistance Group wraz z Instytutem badawczym Ipsos przeprowadziła kolejne już badanie Holiday Barometer 2012. Badanie to sprawdza corocznie plany wyjazdowe Europejczyków z Wielkiej Brytanii, Belgii, Niemiec, Francji, Austrii, Włoch oraz Hiszpanii.

Wśród badanych Europejczyków, 58% zadeklarowało, że z pewnością wyjedzie na wakacje w lecie 2012, z czego 41% przynajmniej raz, a 17% planuje kilka wyjazdów. Wyniki te są niższe niż ubiegłoroczne. W 2011 roku na wakacje planowało wyjechać 66% Europejczyków. Największy spadek odnotowano we Włoszech (-15%) oraz w Hiszpanii (-14%) i Wielkiej Brytanii (-10%).

Główną przyczyną zaniżenia tych wyników może być kryzys ekonomiczny skłaniający do większych oszczędności. Podczas badania pytano respondentów, w których kategoriach są w stanie oszczędzać – wakacje znalazły się na trzecim miejscu z wynikiem 13%. Europejczycy najczęściej oszczędzają na zakupach ubrań (17%) oraz rozrywkach (14%). Jednakże, pytani wprost o to, czy planują oszczędzać na wakacjach, większość Europejczyków planuje tylko trochę obniżyć wakacyjne koszty (42%) lub wcale nie zmieniać swoich planów (32%). W tej ostatniej grupie znajdują się głównie Niemcy (42%), Austriacy (40%) i Francuzi (40%).

Średni budżet przeznaczony na wakacje 2012 przez przykładowego Europejczyka to 2 125 euro (o 20 euro mniej niż w ubiegłym roku). Największy średni budżet wakacyjny zakładają Niemcy, przeznaczając na ten cel 2 472 euro i jest to wynik wyższy o 229 euro niż w ubiegłym roku. Najmniejszy średni budżet wskazali Włosi – 1 690 euro (o 554 euro mniej niż w 2011 roku).

Badanie Holiday Barometer sprawdzało również czynniki decydujące o wyborze miejsca na wakacje. Nadal na decyzje Europejczyków wpływają głównie czynniki finansowe (44%), a także klimat w danym miejscu (42%) oraz ryzyko ataków, w tym terrorystycznych (42%). Do kwestii finansowych największą wagę przywiązują Niemcy, Francuzi i Belgowie. Dla Hiszpanów ważniejsze są zagrożenia atakami (m.in. terrorystycznymi) oraz zagrożenia zdrowotne.

Najbardziej popularnym kierunkiem wakacyjnym jest Europa, w której wakacje planuje spędzić 79% Europejczyków. Do Ameryki Północnej wyjedzie 4% badanych, Amerykę Południową zwiedzi 1% respondentów, natomiast Afrykę i Azję odwiedzi odpowiednio 3% i 2% Europejczyków.

Niemal połowa badanych (48%) planuje nie opuszczać własnego kraju. Głównie są to Włosi (70%) oraz Francuzi (68%). Najbardziej popularnym krajem na europejskie wakacje jest Francja wskazana przez 20% respondentów. Na kolejnym miejscu znajdują się Włochy z 18% wskazań i Hiszpania – 14% odpowiedzi.

Większość Europejczyków (37%) planuje tygodniowe i dwutygodniowe wakacje. Natomiast 26% respondentów wyjedzie na dłuższy, trzytygodniowy urlop. Głównym wakacyjnym celem Europejczyków jest odpoczynek (61% wskazań) oraz zwiedzanie (36%). Co czwarty badany Europejczyk wskazał takie powody jak: poznawanie nowych kultur oraz zmiana klimatu, oderwanie się od rzeczywistości, a także rodzinny wyjazd. Mniej niż 10% respondentów wyjedzie tego roku w celu uprawiania sportu, zawierania nowych znajomości czy spędzania czasu na czytaniu lub nauce.

Europejczycy zdecydowanie preferują tereny nadmorskie. Taki kierunek wakacji wybierze 62% z nich. Co piąty Europejczyk rozważa wycieczkę krajoznawczą, 16% planuje spędzić urlop w górach a 15% na wsi. Najmniejszą popularnością w tym roku cieszyć się będą miasta.

Zdecydowana większość Europejczyków (69%) samodzielnie zorganizuje swój wyjazd wakacyjny. Podobnie jest z planowaniem wyjazdu, który w 71% będzie zorganizowany z wyprzedzeniem czasowym. Na wakacje typu „last minute” skusi się 27% badanych. Wakacje na ostatnią chwilę cieszą się największą popularnością wśród Włochów (41%) i Hiszpanów (25%), zaś Niemcy (81%) i Austriacy (79%) przeznaczą więcej czasu na zaplanowanie urlopu.

Badanie Holiday Barometer sprawdziło również największe obawy Europejczyków związane z podróżowaniem. Niemal połowa badanych (46%) obawia się problemów zdrowotnych, które dotknąć mogą podczas wakacji ich lub towarzyszy podróży, a także problemów zdrowotnych bliskich, którzy pozostaną w domu (44%). Kolejną obawą Europejczyków jest utrata dóbr osobistych (bagażu, dokumentów, pieniędzy) – 36% wskazań oraz wypadki komunikacyjne (katastrofa lotnicza, wypadek samochodowy lub kolejowy) wskazane przez 33% badanych. Co trzeci Europejczyk obawia się również różnych zdarzeń związanych z pozostawionym mieszkaniem (zalania, włamania lub pożaru), a także ataku terrorystycznego.

W tegorocznym badaniu wyraźnie widać wzrost świadomości ubezpieczeniowej Europejczyków. Większość z nich (61%) wykupi na wakacje ubezpieczenie i to bezpośrednio w towarzystwie ubezpieczeniowym lub firmie oferującej usługi assistance. Z oferty ubezpieczeniowej agencji turystycznej skorzysta 20% badanych, zaś z oferty online lub oferty banku – 14% badanych.

Badanie Holiday Barometer prowadzone jest corocznie od 2005 roku. Pełen raport z badania dostępny jest na stronie: http://media.europ-assistance.com/en/barometers

Maj był najgorszym miesiącem na giełdzie w tym roku

Maj był najgorszym miesiącem dla polskich akcji w tym roku i najgorszym od września ubiegłego roku. WIG spadł o 6,2% i znalazł się na poziomie zaledwie o 0,5% wyższym niż na koniec grudnia 2011. Tym samym prawie całe mocne wzrosty z pierwszych dwóch miesięcy sięgające 10% zostały zniesione. W tym czasie indeksy z innych krajów również spadały. Najmocniej Grecja (-25%) ale też Indie (-14%), Brazylia, Chiny, Węgry (-12%). Na tym tle spadek polskiego indeksu był jednym z najmniejszych w maju, porównywalny z amerykańskim S&P500.

W dalszym ciągu widoczne były obawy o Grecję, a zwłaszcza zamieszanie związane z nowymi wyborami, jednak inwestorzy zaczynają się coraz bardziej obawiać o sytuację w Hiszpanii. Najbardziej jednak do spadków przyczyniły się coraz gorsze dane makroekonomiczne. W Polsce wzrost średniej płacy wyniósł 3,4% rok do roku, co było wielkością niższą od inflacji (ta wyniosła 4,0%) co świadczyć może o słabnącej sile nabywczej Polaków. Dodatkowo sprzedaż detaliczna wzrosła o 5,5%, co również było wynikiem poniżej oczekiwań rynkowych.

Zgodnie z oczekiwaniami wzrost PKB w pierwszym kwartale wyniósł 3,5% wobec 4,3% w czwartym kwartale ub. roku, a wzrost produkcji sprzedanej +2,9% również nie zachwycił. Słabo wygląda także PMI, który po kwietniowym spadku poniżej 50 w maju wyniósł 48,9. W czerwcu z kolei mamy do czynienia z „bardzo długim weekendem” oraz mistrzostwami Europy w piłce nożnej. Lipiec i sierpień to wakacje. To powoduje, że trudno będzie porównywać odczyty gospodarcze w najbliższym okresie. Aby więc poznać aktualny stan gospodarki (tzn. czy spowolnienie jest tymczasowe i ma charakter sezonowy czy jest już trwałe po wygasaniu impulsu związanego z kończącym się napływem środków z UE związanym z Narodowym Programem Spójności) będziemy musieli zatem poczekać do trzeciego kwartału.

Z zagranicznych rynków, również dane nie napawają optymizmem. Wskaźniki wyprzedzające koniunkturę PMI spadały, potwierdzając odczyty poniżej 50 : dla Włoch, Francji Niemiec, Wielkiej Brytanii sięgnęły 45 dla rynków wschodzących Brazylii, Chin, Polski znajdują się w okolicy 49-50.

Jedynym optymistycznym czynnikiem są wyniki spółek i niskie wyceny. Stopa dywidendy dla spółek z WIG20 może sięgnąć 7%, wskaźniki ceny do wartości księgowej w okolicach 1 a średni wskaźnik ceny do zysku w okolicach 7. Widać, że nawet wyjątkowo atrakcyjne ceny nie są w stanie przekonać inwestorów do inwestycji w akcje w tak zmiennym i niepewnym środowisku. Każdy chyba zna powiedzenie dość w sumie trywialne : „akcje kupuje się kiedy są tanie a sprzedaje kiedy są drogie”. Od teorii do praktyki jednak daleka droga co wyraźnie uświadamiają nam majowe spadki.

Maj miesiącem zaskoczeń i rekordów na rynku długu

Najważniejszym wydarzeniem dla rynku finansowego w maju była decyzja Rady Polityki Pieniężnej (RPP) o podwyżce głównej stopy procentowej z 4,5% do 4,75%. Po serii czterech podwyżek stóp procentowych z pierwszej połowy 2011 Rada Polityki Pieniężnej zaskoczyła większość uczestników rynku decydując się na kontynuacje podwyżek stóp procentowych na majowym posiedzeniu.

Głównym powodem takiej decyzji jest zbyt wysoki poziom inflacji, która utrzymuje się na podwyższonym poziomie od wielu miesięcy. Ostatni odczyt to 4% r/r w porównaniu z celem Rady 2,5% (z możliwym odchyleniem 1%). Warto powiedzieć, że była to również obrona reputacji RPP po tym jak miesiąc wcześniej Rada de facto zapowiedziała podwyżkę stóp procentowych na kolejnym posiedzeniu. Trzeba przyznać, że udało się przekonać wielu analityków do słuszności takiej polityki i wielu z nich prognozuje jeszcze jedną podwyżkę do końca tego roku (do 5%) choć nie brakuje głosów, że nadchodzące spowolnienie wzrostu gospodarczego w Polsce spowoduje konieczność wycofania się z tej podwyżki w niedalekiej przyszłości. Jak będzie? Zobaczymy.

Podwyżka stóp procentowych spowodowała spadek cen obligacji, szczególnie tych z terminami wykupu do 5 lat. Dla dłuższych terminów wykupu m.in. 10-latek spadek cen miał charakter przejściowy. Co do waluty, globalne trendy osłabiające waluty krajów rozwijających się były w maju zbyt silne, żeby podwyżka stóp o 25 punktów bazowych zdołała to zneutralizować ale z pewnością pomoże złotemu szybciej odrobić straty. W efekcie złoty wyraźnie tracił do euro i na koniec maja za jedno euro trzeba było zapłacić 4,40 zł.

Dane makro wpisują się w scenariusz spowolnienia polskiej gospodarki. Dynamika Produktu Krajowego Brutto (PKB) spadła z 4,3% r/r notowanych w IV kw. 2011 do 3,5% r/r w pierwszym kwartale 2012. Szczególnie rozczarowała dynamika konsumpcji (wzrost o 2,1% w pierwszym kwartale), która przestaje być głównym motorem wzrostu PKB. Inne miesięczne wskaźniki, które wpisują się w ten scenariusz to sprzedaż detaliczna (+ 5,5%), produkcja przemysłowa (wzrost o zaledwie 2,9%), wskaźnik PMI (49,2 pkt), słaby rynek pracy z dynamika wynagrodzeń poniżej poziomu inflacji. Jedynie deficyt na rachunku obrotów bieżących przyniósł pozytywną niespodziankę i zamknął się w marcu kwotą 228 mln EUR wobec 1516 mln EUR w lutym.

Na koniec maja Ministerstwo Finansów (MF) zrealizowało już 70% potrzeb pożyczkowych oraz posiada na rachunkach około 41 mld zł. (środki złotowe i walutowe). Taki poziom zaawansowania pozwoli MF ograniczyć podaż długu na rynku pierwotnym oraz elastycznie reagować w sytuacji spadku cen obligacji.

Poza Polską wciąż czekamy na ostateczne rozstrzygnięcie przyszłości Grecji. Wygląda na to, że inwestorzy pogodzili się z możliwością wykluczenia Grecji ze strefy euro, choć tu ostateczna decyzja należy do samych Greków, którzy pójdą ponownie do urn wyborczych 17 czerwca.

Na drugim biegunie warto odnotować, że na koniec maja rentowność niemieckich 10-latek wyniosła zaledwie 1,20%, co jest historycznym rekordem i wskazuje na bardzo wysoką wiarygodność kredytową Niemiec ale oznaczać może” japoński” scenariusz bardzo niskiego wzrostu gospodarczego na kolejne lata.

Spadek cen obligacji spowodowany podwyżką stóp procentowych spowodował przejściowy spadek wartości jednostek uczestnictwa funduszu ING Obligacji. Na koniec maja fundusz zarobił 3,30% od początku roku. Dla porównania na koniec kwietnia było to 3,37%. W skali całego roku pozostajemy cały czas przychylni tej klasie aktywów i oczekujemy stopy zwrotu z inwestycji w fundusz ING Obligacji na poziomie 5-6%.

Prezes Toyoty: Polska staje się złomowiskiem Europy

Rocznie kupujemy zaledwie 300 tys. sztuk nowych samochodów. To dwa razy mniej od Belgii, który liczy 9 mln mieszkańców. Za to przodujemy w imporcie używanych aut. Stajemy się powoli złomowiskiem Europy – ocenia Jacek Pawlak, prezes Toyota Motor Poland.

Ostatnie badania polskiego rynku motoryzacyjnego wskazują, że importujemy nieco mniej używanych samochodów niż w poprzednich latach, ale za to coraz starsze. W ubiegłym roku Polacy sprowadzili spoza granic kraju ok. 650 tys. samochodów. Na tym tle rynek nowych aut wygląda wyjątkowo skromnie.

– Polacy kupują rocznie ok. 300 tys. nowych aut. W Hiszpanii, przy podobnej liczbie ludności, sprzedaje się 900 tys. samochodów w dobie kryzysu, a przed kryzysem sprzedawało się ponad 1,5 mln samochodów. W Belgii, gdzie mieszka 9 mln ludzi, sprzedaje się 600 tys. aut, a więc dwa razy więcej niż w Polsce – wymienia Jacek Pawlak.

Z raportu Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego wynika, że w I kwartale roku liczba rejestracji nowych aut w Europie spadła o ponad 7 proc. W tym czasie w Polsce zanotowaliśmy wzrost o 12,7 proc., ale raczej nie wpłynie to na przekroczenie poziomu 300 tys. rejestracji rocznie.

Chłonność polskiego rynku eksperci motoryzacyjni szacują na ok. 500 tys. sztuk rocznie. Podkreślają jednocześnie, że problemem jest brak odpowiednich mechanizmów, które promowałyby kupowanie nowych aut.

– Powinniśmy tak skonstruować system podatkowy, żebyśmy zachęcali Polaków do zakupu nowoczesnych, bezpiecznych, oszczędnych samochodów nowych, a nie stymulowali import samochodów używanych, których wszyscy chcą się pozbyć w Europie Zachodniej – mówi prezes Toyota Motor Poland.

Takim pomysłem jest np. zastąpienie akcyzy podatkiem uzależnionym od parametrów ekologicznych.

Jak wyjaśnia Jacek Pawlak, producenci samochodów koncentrują swoją uwagę na dwóch największych światowych rynkach: Chinach i USA.

Chińczycy w ubiegłym roku kupili blisko 15 mln nowych samochodów. Według analityków potencjał rynku Państwa Środka jest jeszcze większy. Niektóre szacunki mówiły nawet o 50 mln sprzedanych sztuk nowych aut do 2020 roku

– To jest bardzo duży rynek, który za chwilę będzie największym na świecie, więc jest w centrum uwagi wszystkich producentów samochodów. Bardzo się staramy, aby na tym rynku zwiększać swoje udziały – mówi Jacek Pawlak, prezes Toyota Motor Poland.

To powoduje, że konkurencja na chińskim rynku staje się bardzo duża. Jak wyjaśnia Jacek Pawlak, preferencje Chińczyków nieco się różnią od tych w Europie i USA.

– Eksploatuje się tam inne samochody. Praktycznie w ogóle nie sprzedają się samochody z silnikiem diesla, a bardzo dużo samochodów z silnikami benzynowymi. Jednocześnie Chińczycy oczekują coraz lepszych samochodów – mówi prezes Toyota Motor Poland.

Światowe władze koncernu zamierzają też zawalczyć o rynek amerykański. Szczególnie że w ostatnich miesiącach następuje tam ożywienie, niewidziane od czasu kryzysu z 2008 roku.

Jak podkreśla prezes Jacek Pawlak, najlepiej w Stanach sprzedają się samochody hybrydowe, a więc segment, w który najmocniej inwestuje Toyota.

– Coraz częściej do technologii hybrydowej dokładamy nowe elementy, a więc samochody w wersjach plug-in. Przyjeżdżając do domu możemy wetknąć wtyczkę do gniazdka, naładować samochód i potem przejechać 25-30 km korzystając tylko i wyłącznie z akumulatorów. Wtedy 100 km kosztuje nas zaledwie 5 zł, czyli jest to wersja bardzo ekonomiczna – mówi prezes Toyota Motor Poland.

Dopłaty do kredytów na budowę domów energooszczędnych

Już od przyszłego roku ma ruszyć innowacyjny program wsparcia energooszczędnego budownictwa, którego pula wyniesie 300 mln zł. Pieniądze te mogą być zastrzykiem dla sektora bankowego szukającego nowych produktów w miejsce wygaszanej „Rodziny na Swoim”.

Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej chce dotować budowę mieszkań i domów energooszczędnych. O dofinansowanie będą mogły ubiegać się osoby fizyczne budujące lub kupujące domy jednorodzinne bądź mieszkania w domach wielorodzinnych od deweloperów. NFOŚiGW szacuje, że zostanie nim objętych 16 tys. domów i mieszkań, które powstaną w okresie 2013-2018.

– Banki w to wejdą dlatego, że jest to rozszerzenie ich oferty, ale jednocześnie też wzmocnienie jednego z bardziej tradycyjnych produktów bankowych, a mianowicie kredytu hipotecznego – tłumaczy Mieczysław Groszek, wiceprezes Związku Banków Polskich.

Wśród największych korzyści programu Funduszu Mieczysław Groszek wymienia długookresowy i stabilny przychód dla banku udzielającego takiego kredytu hipotecznego.

– W aktywach bankowych takie pożyczki stanowią bardzo stabilną pozycję. Są one obarczone ryzykiem, jak każdy kredyt, ale w przypadku tego programu ryzyko jest mniejsze przez to, że po pierwsze, dom ma większą wartość. I po drugie, podlega jeszcze pewnej kontroli technicznej – mówi Mieczysław Groszek.

Banki tradycyjnie będą kontrolować wydatkowanie kredytu od strony finansowej i zgodność z realizacją projektu. Natomiast Narodowy Fundusz gwarantuje, że ostateczny efekt budowy energooszczędnego domu będzie nadzorowany przez inżynierów i specjalistów z branży.

Jak podkreśla Mieczysław Groszek, bankowcy liczą na to, że zmniejszenie ryzyka i podniesienie wartości nieruchomości będzie stanowiło większe zabezpieczenie udzielonego kredytu.

– Szacujemy, że dotacja pobudzi popyt ok. dziesięciokrotnie wyższy niż jej wartość (300 mln zł), czyli będzie można udzielić około 3 mld zł kredytów w ciągu trwania programu – wylicza przedstawiciel ZBP.

Zainteresowane tymi dotacjami wśród bankowców jest ogromnie. Fundusz nie posiada delegatur ani oddziałów regionalnych, dlatego przy realizacji programu skorzysta z pośrednictwa placówek bankowych, podobnie jak miało to miejsce w przypadku dopłat do kredytów na kolektory słoneczne.

Partnerzy Funduszu zostaną wyłonieni w naborze ogłoszonym po zatwierdzeniu programu przez Radę Nadzorczą NFOŚiGW, co może nastąpić w sierpniu. Przystąpienie do niego rozważa również Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju.

Mieczysław Groszek prognozuje, że nowy instrument ożywi nie tylko rynek kredytów hipotecznych w sektorze bankowym, ale również da impuls do rozwoju branży budownictwa.

– To jedna z nielicznych branż, która ma efekt nośnikowy na inne działy gospodarcze. To nie jest tylko firma budowlana, która otrzymuje określone zlecenia, ale to także producent i sprzedawca materiałów budowlanych, to są branże wspierające, wyposażeniowe i architekci. Całe to grono dostaje nowy impuls do tego, aby dostawać nowe zlecenia, czyli powstrzymać spowolnienie, które obserwujemy w branży – dodaje wiceprezes ZBP.

Konkursy z nagrodami Euro 2012 a konsekwencje podatkowe

Czas Euro 2012 sprzyja organizacji różnego rodzaju konkursów przez przedsiębiorców. Konkursy te adresowane są zarówno do pracowników danego przedsiębiorstwa, jak i osób spoza danego przedsiębiorstwa. Wiele osób bierze udział w takich konkursach dla zabawy i rozrywki, jednakże nie zdaje sobie sprawy, że nie tylko na organizatorze, ale także na nagrodzonym uczestników mogą ciążyć określone obowiązki podatkowe.

Nagrody te należy niewątpliwie rozpatrywać w kategorii przychodów dla celów podatku dochodowego od osób fizycznych. Rozważenia wymaga więc to, w jaki sposób opodatkowane są przychody uzyskane z udziałów w takich konkursach. Zastosowanie znajdą tutaj przepisy ustawy z dnia 26 lipca 1991 roku o podatku dochodowym od osób fizycznych (tekst jednolity: Dz.U. z 2012r. poz. 361, z pózn. zm.), dalej – „ustawa o PIT”.

Istota konkursu dla celów ustawy o PIT

Po pierwsze, należy jednak zwrócić uwagę, iż nie każde wydarzenie nazwane przez jego organizatora konkursem będzie traktowane jako „konkurs” dla celów ustawy o PIT. Ma to istotne znaczenie z punktu widzenia sposobu podatkowego rozliczenia nagród w ramach takich „akcji”. Do wydawania różnego rodzaju nagród dochodzi także m.in. w ramach tzw. sprzedaży premiowej, gdzie nagrody te przyznawane są z racji nabycia towaru lub usługi po spełnieniu określonych warunków.

Pojęcie konkursu nie zostało zdefiniowane w ustawie o PIT. W interpretacjach organów podatkowych oraz w orzecznictwie przyjęło się jednak, iż zasadniczą kwestią dla kwalifikacji danego wydarzenia jako konkursu dla celów ustawy o PIT jest istnienie elementu rywalizacji (współzawodnictwa) pomiędzy uczestnikami, tzn. o zwycięstwie nie może decydować tu np. losowanie. Podkreśla się także wagę innych elementów, w tym: stworzenie przez organizatora konkursu regulaminu, w którym sprecyzowane zostaną kryteria wyłonienia zwycięzcy (laureata) i przyznawania nagród.

10% podatek zryczałtowany

Nagrody w takim „konkursie” stanowić będą co do zasady przychody z innych źródeł, o których mowa w art. 10 ust. 1 pkt 9 i art. 20 ust. 1 ustawy o PIT (z wyjątkiem wygranych z tytułu udziału w konkursach z dziedziny nauki, kultury i sztuki oraz dziennikarstwa w ramach przychodów z osobiście wykonywanej działalności artystycznej, literackiej, naukowej, trenerskiej, oświatowej i publicystycznej) i opodatkowane będą one 10% zryczałtowanym podatkiem

Na uwadze należy mieć tu bowiem art. 30 ust. 1 pkt 2 powołanej ustawy, na mocy którego od dochodów (przychodów) pobiera się zryczałtowany podatek dochodowy z tytułu wygranych w konkursach, grach i zakładach wzajemnych lub nagród związanych ze sprzedażą premiową, uzyskanych w państwie członkowskim Unii Europejskiej lub innym państwie należącym do Europejskiego Obszaru Gospodarczego, z zastrzeżeniem art. 21 ust. 1 pkt 6, 6a i 68 – w wysokości 10% wygranej lub nagrody.

Zwolnienie z opodatkowania

Nie oznacza to jednak, iż zawsze nagroda ta zostanie efektywnie opodatkowana. Ustawodawca przewidział bowiem zwolnienia z podatku dla niektórych kategorii wygranych.

Zgodnie z art. 21 ust. 1 pkt 68 ustawy o PIT, ze zwolnienia korzysta wartość wygranych w konkursach i grach organizowanych i emitowanych (ogłaszanych) przez środki masowego przekazu (prasa, radio i telewizja) oraz konkursach z dziedziny nauki, kultury, sztuki, dziennikarstwa i sportu, a także nagród związanych ze sprzedażą premiową – jeżeli jednorazowa wartość tych wygranych lub nagród nie przekracza kwoty 760 zł; zwolnienie od podatku nagród związanych ze sprzedażą premiową nie dotyczy nagród otrzymanych przez podatnika w związku z prowadzoną przez niego pozarolniczą działalnością gospodarczą, stanowiących przychód z tej działalności.

Dla celów zastosowania powyższego zwolnienia ważna jest nie tylko forma przeprowadzenia konkursu, gry, ale także sposób jego ogłoszenia. Przykładowo wolne od podatku PIT są wygrane w konkursach i grach organizowanych i emitowanych przez środki masowego przekazu. Aby zatem dana nagroda mogła być zwolniona z opodatkowania nie tylko jej wartość nie może przekroczyć kwoty 760 zł, ale konkurs powinien być organizowany, ale również ogłaszany w środkach masowego przekazu, chyba że jest to konkurs z dziedziny nauki, kultury, sztuki, czy dziennikarstwa to wówczas nie musi spełniać przesłanki dotyczące jego organizacji i emisji przy pomocy środków masowego przekazu.

Należy przy tym pamiętać, że w sytuacji, gdy wartość wygranej przekracza kwotę 760 zł opodatkowaniu podlegać będzie całość wygranej, a nie jedynie jej nadwyżka ponad ww. kwotę. Ponadto, warto w tym miejscu podkreślić, iż zwolnienie bezpośrednio wskazuje, iż jednorazowa wysokość wygranej nie może przekroczyć danej kwoty, co w praktyce oznacza, iż wartości wygranych nie kumulują się w ciągu roku, więc jeśli kwota pojedynczej wygranej nie przekroczy danej kwoty granicznej, nawet jeżeli suma nagród kwotę tą przekracza to zwolnienie będzie nadal przysługiwało.

Gdy konkurs organizuje pracodawca

Bardzo często firmy organizują konkursy skierowane jedynie do swoich pracowników. W takim przypadku wygrane przyznane pracownikom zaliczyć należy co do zasady do źródła przychodów, jakim jest stosunek pracy (art. 10 ust. 1 pkt 1 i art. 12 ust. 1 ustawy o PIT). W myśl art. 12 ust. 1 powołanej ustawy, za przychody ze stosunku pracy uważa się bowiem wszelkiego rodzaju wypłaty pieniężne oraz wartość pieniężną świadczeń w naturze bądź ich ekwiwalenty, bez względu na źródło finansowania tych wypłat i świadczeń, a w szczególności: wynagrodzenia zasadnicze, wynagrodzenia za godziny nadliczbowe, różnego rodzaju dodatki, nagrody, ekwiwalenty za niewykorzystany urlop i wszelkie inne kwoty niezależnie od tego, czy ich wysokość została z góry ustalona, a ponadto świadczenia pieniężne ponoszone za pracownika, jak również wartość innych nieodpłatnych świadczeń lub świadczeń częściowo odpłatnych.

W efekcie, nagroda przyznana pracownikowi będzie opodatkowana tak, jak jego wynagrodzenie, a więc według tzw. skali podatkowej.

Obowiązki organizatora konkursu jako płatnika

Na uwadze należy mieć obowiązki organizatorów takich konkursów jako płatników podatku dochodowego od osób fizycznych. Będą one zależne od grupy docelowej, do której adresowany był konkurs. Jeśli uczestnikami konkursu byli jedynie pracownicy i nagroda dla pracowniak ma związek ze świadczeniem przez niego pracy, to rozliczenie podatkowe nie różni się de facto od innych przypadków, w których pracodawca zapewnia swoim pracownikom dodatkowe świadczenia w ramach stosunku pracy.

W konsekwencji, wartość wygranej w konkursie (niezależnie od tego, czy będzie to wygrana pieniężna, czy też rzeczowa) będzie musiała zostać „doliczona” do wynagrodzenia pracownika tak, jak innych świadczeń o „charakterze motywacyjnym” i odpowiednio opodatkowana.

Na uwadze należy mieć tu zatem art. 31 ustawy o PIT, na mocy którego osoby fizyczne, osoby prawne oraz jednostki organizacyjne nieposiadające osobowości prawnej, zwane dalej “zakładami pracy”, są obowiązane jako płatnicy obliczać i pobierać w ciągu roku zaliczki na podatek dochodowy od osób, które uzyskują od tych zakładów m.in. przychody ze stosunku pracy.

Zaliczki te pobierane są według stawki 18% lub 32% (na mocy art. 32 ust. 1 powołanej ustawy). Jako płatnik, pracodawca będzie zobowiązany do przekazania kwoty pobranych zaliczek na podatek w terminie do dnia 20 miesiąca następującego po miesiącu, w którym pobrano zaliczki, na rachunek właściwego dla nich urzędu skarbowego (stosownie do art. 38 ust. 1 powołanej ustawy).

Jeśli chodzi natomiast o obowiązki „sprawozdawcze”, to w terminie do końca stycznia roku następującego po roku podatkowym płatnicy są obowiązani przesłać do właściwego dla nich urzędu skarbowego roczną deklarację, według ustalonego wzoru (stosownie do art. 38 ust. 1a powołanej ustawy). Jest to deklaracja PIT-4R. Dodatkowo, w terminie do końca lutego roku następującego po roku podatkowym płatnicy, w przypadku gdy nie dokonują rocznego obliczenia podatku, są obowiązani przekazać podatnikowi i urzędowi skarbowemu (właściwemu według miejsca zamieszkania podatnika), imienne informacje PIT-11 (stosownie do art. 39 ust. 1 powołanej ustawy).

Rozliczenie podatkowe wydanej pracownikowi nagrody zostanie więc dokonane w ramach rozliczenia dokonywanego „standardowego” przez pracodawcę z tytułu wypłacanych przez niego wynagrodzeń.

Jeśli natomiast konkurs skierowany był do nieograniczonego grona osób, w tym (potencjalnych) klientów oraz pracowników, to organizator konkursu dokona innego rozliczenia.

Jak wskazano powyżej, stosownie do art. 30 ust. 1 pkt 2 ustawy o PIT, wygrana w konkursie będzie opodatkowana 10% podatkiem zryczałtowanym, jeśli nie znajdą tu zastosowania zwolnienia przewidziane w ustawie o PIT. Z kolei, organizator konkursu jako płatnik, zobowiązany będzie na mocy art. 41 ust. 4 powołanej ustawy do pobrania zryczałtowanego podatku dochodowego. Jeżeli przedmiotem wygranych (nagród) nie są pieniądze, podatnik jest obowiązany wpłacić płatnikowi kwotę należnego zryczałtowanego podatku przed udostępnieniem wygranej (nagrody) (stosownie do art. 41 ust. 7 powołanej ustawy). Aby „zwolnić” zwycięzcę konkursu z obowiązku wpłacenia kwoty podatku przez otrzymaniem nagrody, w praktyce organizatorzy konkursu przewidują dla zwycięzców także nagrodę pieniężną w takiej kwocie, aby niejako ”konsumowała” ona kwotę podatku.

Kwotę pobranego podatku płatnik zobowiązany jest następnie przekazać, w terminie do dnia 20 miesiąca następującego po miesiącu, w którym pobrano podatek, na rachunek właściwego dla niego urzędu skarbowego (stosownie do art. 42 ust. 1 powołanej ustawy). Jeśli chodzi natomiast o obowiązki sprawozdawcze, to w terminie do końca stycznia roku następującego po roku podatkowym płatnicy zobowiązani są do przesłania do urzędu skarbowego, rocznej deklaracji PIT-8AR (stosownie do art. 42 ust. 1a powołanej ustawy).

Konsekwencje na gruncie podatku VAT

W przypadku, gdy w ramach organizowanego konkursu firma wydaje nagrody rzeczowe, uwagę należy zwrócić także na konsekwencje tego zdarzenia na gruncie podatku VAT. Stosownie bowiem do art. 7 ust. 2 ustawy o VAT, przez dostawę towarów, o której mowa w art. 5 ust. 1 pkt 1 (a więc odpłatną dostawę towarów na terytorium kraju, która podlega opodatkowaniu podatkiem VAT), rozumie się również przekazanie nieodpłatnie przez podatnika towarów należących do jego przedsiębiorstwa, w szczególności:

przekazanie lub zużycie towarów na cele osobiste podatnika lub jego pracowników, w tym byłych pracowników, wspólników, udziałowców, akcjonariuszy, członków spółdzielni i ich domowników, członków organów stanowiących osób prawnych, członków stowarzyszenia, wszelkie inne darowizny – jeżeli podatnikowi przysługiwało, w całości lub w części, prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego przy nabyciu tych towarów.

Dla celów stosowania ww. regulacji kluczowe jest to, czy podatnikowi przysługuje prawo do odliczenia podatku VAT naliczonego przy nabyciu nagród. Stosownie bowiem do art. 86 ust. 1 ustawy o VAT, w zakresie, w jakim towary i usługi są wykorzystywane do wykonywania czynności opodatkowanych, podatnikowi podatku VAT przysługuje prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego. Uznaje się, iż w takich sytuacjach firmie co do zasady przysługuje prawo do odliczenia podatku naliczonego w sytuacji, gdy konkurs i nagrody mają związek z działalnością podatnika i wykonywaniem w jej ramach czynności opodatkowanych.

Co istotne, w ramach ww. regulacji istnieją wyjątki. Nieodpłatnego wydania towarów nie musimy opodatkowywać (nawet mimo odliczenia podatku naliczonego) w przypadku przekazywanych drukowanych materiałów reklamowych i informacyjnych, prezentów o małej wartości i próbek (na co wskazuje art. 7 ust. 3 ustawy o VAT).

Ustawodawca wskazuje przy tym, co należy rozumieć przez prezenty o małej wartości i próbki.

I tak, przez prezenty o małej wartości rozumie się przekazywane przez podatnika jednej osobie towary:

o łącznej wartości nieprzekraczającej w roku podatkowym kwoty 100 zł, jeżeli podatnik prowadzi ewidencję pozwalającą na ustalenie tożsamości tych osób;
których przekazania nie ujęto w ewidencji, o której mowa w pkt 1, jeżeli jednostkowa cena nabycia towaru (bez podatku), a gdy nie ma ceny nabycia, jednostkowy koszt wytworzenia, określone w momencie przekazywania towaru, nie przekraczają 10 zł (art. 7 ust. 4 ustawy o VAT).
Natomiast, przez próbkę rozumie się niewielką ilość towaru reprezentującą określony rodzaj lub kategorię towarów, która zachowuje skład oraz wszystkie właściwości fizyczne, fizykochemiczne i chemiczne lub biologiczne towaru, przy czym ilość lub wartość przekazywanych (wręczanych) przez podatnika próbek nie wskazuje na działanie mające charakter handlowy (art. 7 ust. 7 ustawy o VAT).

A zatem, jeżeli nagrody (towary) przekazane przez organizatora konkursu zwycięzcom, w tym jego pracownikom nie będą stanowiły drukowanych materiałów reklamowych i informacyjnych, prezentów o małej wartości lub próbek, zobowiązana będzie on do naliczenia podatku VAT z tytułu przekazania tych towarów. Jednocześnie czynność ta będzie musiała zostać udokumentowana przez niego – stosownie do art. 106 ust. 7 ustawy o VAT – wystawieniem faktury wewnętrznej.

Dodatkowo, m.in. w zależności od tego co jest przedmiotem nagrody oraz kto jest zwycięzcą może pojawić się także konieczność udokumentowania przekazania nagrody rzeczowej za pomocą kasy fiskalnej.

Wskazać także należy, iż pojawiły się już metody optymalizacji mające na celu uniknięcie naliczania podatku od przekazanych nagród. Sposobem na uniknięcie konsekwencji w zakresie VAT mają być nagrody m.in. w postaci bonów towarowych, które – jako znaki legitymacyjne – nie stanowią ani towaru ani usługi.

Koszty uzyskania przychodów u organizatora konkursu

Stosownie do art. 15 ust. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (i odpowiednio art. 22 ust. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych) kosztami uzyskania przychodów są koszty poniesione w celu osiągnięcia przychodów lub zachowania albo zabezpieczenia źródła przychodów, z wyjątkiem kosztów wymienionych w art. 16 (i odpowiednio art. 23 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych).

Na gruncie tych regulacji uznaje się, iż wydatki poniesione na zakup nagród podatnik – organizator konkursu może zaliczy do kosztów uzyskania przychodów.

W przypadku konkursów skierowanych np. do klientów/potencjalnych klientów argumentować można bowiem, iż konkurs (i tym samym wydatek na nagrody) ma na celu popularyzację produktów/usług podatnika, co w efekcie ma przełożyć się na zwiększenie przychodów ze sprzedaży. Z kolei, w przypadku konkursów dla pracowników podatnika uznać należy, że wydatki na nagrody mieszczą się w kategorii szeroko pojętych kosztów pracowniczych i jako takie mają związek z prowadzoną działalnością gospodarczą. Wykorzystując konkurs do zwiększenia motywacji pracowników (co może przełożyć się na zwiększenie wydajności pracy) w efekcie podatnik-pracodawca może także osiągnąć wymierne efekty w postaci zwiększenia przychodów z działalności.

„Kibice śpiom gdzie chcom” – i jak nie wynajęliśmy mieszkań kibicom

EURO 2012 miało stwarzać możliwość niebywałych zysków dla właścicieli mieszkań, którzy zdecydują się wynająć je kibicom. Mimo zbliżającego się turnieju na rynku można znaleźć wiele mieszkań od indywidualnych oferentów. Agencja Metrohouse & Partnerzy przygotowała listę siedmiu powodów braku zainteresowania taką formą wynajmu.

Miejsca noclegowe w prywatnych mieszkaniach miały być atrakcyjną odskocznią od miejsc w obiektach hotelowych. – W wielu przypadkach właściciele mieszkań przesadzili z cenami oferowanymi zagranicznym klientom, którzy wynajmując prywatne mieszkania spodziewali się znacznie niższych kwot, mówi Marcin Jańczuk z Metrohouse. Średni koszt wynajmu całego mieszkania najwyższy jest w Warszawie i wynosi średnio 60 EUR. Prawie o połowę taniej (33 EUR) jest we Wrocławiu. Przy wynajmie 1 miejsca w pokoju należy nastawić się na kwotę od 11 do 20 EUR za osobę.

Oferowane turystom mieszkania nie zawsze spełniały standard akceptowalny dla przeciętnego gościa. Zapytania wpływające od zagranicznych turystów sugerowały chęć wynajmu mieszkań z możliwością korzystania ze sprzętu RTV, AGD, Internetu. Poszukiwane były mieszkania w nowych budynkach, chętnie z miejscem parkingowym. Z drugiej strony na rynku można znaleźć wiele ofert, w których podstawowy mebel stanowiło łóżko, a właściciel nie zapewniał podstawowego wyposażenia pożądanego przez najemców. Od wynajęcia odstraszały już same zdjęcia mieszkania, które stanowiły antyreklamę oferty.

Większych problemów z wynajmem nie mieli właściciele mieszkań położonych w dzielnicach sąsiadujących ze stadionem i w centrach miast. Podstawowym wykładnikiem poszukiwania oferty stała się odległość do turystycznej części miasta i stadionu. Aktualne pozostają oferty noclegowe na obrzeżach miast. Często są to całe domy. Jak widać, kibice nie chcą dojeżdżać dodatkowo na mecze i preferują rejony najbliższe arenom wydarzeń sportowych i towarzyszących im imprez.

Właściciele wychodzili z przekonania, że uda się wynająć mieszkanie na okres co najmniej 5-7 dni. Założenie to okazało się błędne. Z obserwacji Metrohouse wynika, że kibice wynajmują prywatne mieszkania maksymalnie na 3 doby, a duża część potencjalnych najemców poszukiwała mieszkania tylko na jedną noc. Mimo to właściciele mieszkań niemal do ostatniej chwili zachowywali rezerwację dla „kluczowych klientów”, którzy zarezerwowaliby całe mieszkanie na nieco dłuższy okres. To jednak nie zdarzało się często.

Serwis Szybko.pl, na co dzień zajmujący się tematyką nieruchomości przygotował dedykowaną, działającą w 36 językach, witrynę accommodation-euro2012.com. – Okazało się, że największa część jego użytkowników to Polacy (70 proc.). Zainteresowanie obcokrajowców pojawiło się dopiero na początku kwietnia, kiedy odnotowaliśmy znaczny wzrost wizyt na stronie z Anglii, Irlandii, Niemiec i Włoch, mówi Marta Kosińska z portalu Szybko.pl. Nałożone przez UEFA wymagania odnośnie dostępności miejsc noclegowych dla kibiców (dla Warszawy, Poznania, Gdańska i Wrocławia to łącznie 285 tys. miejsc) mogą okazać się w praktyce przeszacowane.

Według szacunków Metrohouse i Szybko.pl liczba dostępnych ofert zakwaterowania w prywatnych mieszkaniach w każdym z miast-gospodarzy waha się między 1300 a 1500. Pomimo różnego rodzaju wątpliwości związanych z wynajmowaniem mieszkań kibicom, taki sposób dorobienia do domowego budżetu stał się bardzo popularny wśród właścicieli mieszkań. Wewnętrzna konkurencja sprawiła, że w pierwszej kolejności wynajmowały się mieszkania o dobrym standardzie po względnie niewygórowanych cenach. Oferty mniej atrakcyjne do dziś czekają na najemców. Wiele z nich stanowią mieszkania, które z różnych powodów nie znalazły w ostatnim czasie zainteresowanych wynajmem długoterminowym. Ich właściciele szukają w ten sposób okazji na „nadrobienie” okresów bezczynszowych.

Mimo, iż mecze EURO rozgrywane są na czterech stadionach, to kibice wybierają także inne miasta na miejsce stacjonowania. Na przykład Irlandczycy, których drużyna będzie rozgrywać mecze w Gdańsku i Poznaniu często wybierają Bydgoszcz. Z zainteresowaniem spotykają się także pensjonaty i zajazdy mieszczące się na trasach łączących miasta, w których rozgrywane są mecze poszczególnych drużyn.

Formą zwrócenia uwagi na wysokie ceny noclegów jest akcja zapoczątkowana na Facebooku „Kibice śpiom gdzie chcom”, która zachęca mieszkańców i służby porządkowe miast-gospodarzy do przymknięcia oka na kibiców śpiących pod chmurką. Na profilu pojawiają się coraz to nowe propozycje na spędzenie nocy pod gołym niebem.

Polacy żyją chwilą – kupujemy bez listy i nie odkładamy na emeryturę

Prawie 79% dorosłych Polaków deklaruje, że nie oszczędza z myślą o emeryturze, ponad połowa (63%) robi zakupy bez wcześniejszego przygotowania listy potrzebnych artykułów, a co piąty badany płaci w sklepie kartą płatniczą i kredytową, pomimo często związanymi z takimi operacjami dodatkowymi kosztami i prowizjami – takie są najważniejsze wnioski opublikowanego dziś badania „Polacy a domowe finanse” przygotowanego na zlecenie EGB Investments S.A.

Czy umiemy racjonalnie gospodarować swoim budżetem domowym?

Zarządzanie finansami domowymi nierzadko wymaga sporej gimnastyki. Środki z naszych portfeli wystarczyć muszą na opłacenie rachunków, nieprzewidziane wydatki, żywność, lekarstwa, rozrywki i nie tylko. Jak sobie radzimy z tym zadaniem? Z raportu wynika, iż 72% Polaków preferuje częste (codziennie lub kilka razy w tygodniu) zakupy podstawowych produktów żywnościowych i artykułów chemii gospodarczej. Im wyższy poziom dochodu netto na osobę w gospodarstwie domowym, tym bardziej ograniczamy liczbę wizyt w sklepie na rzecz „hurtowych” zakupów raz w tygodniu.

„Codzienne zakupy tak naprawdę wiązać się mogą z pozorną tylko oszczędnością” – tłumaczy dr Krzysztof Matela, prezes zarządu EGB Investments S.A. – „Co prawda wydajemy na raz mniejsze kwoty – a taki wydatek łatwiej nam zaakceptować szczególnie w sytuacji, gdy dysponujemy ograniczonym budżetem domowym – jednakże ich suma może okazać się wyższa od tej, którą wydalibyśmy robiąc zakupy od razu na cały tydzień”.

Aby poprawić kondycję domowego budżetu wystarczy racjonalnie zaplanować wydatki. Jednym ze sposobów jest comiesięczne oszacowanie kosztów na kolejne dni i tygodnie. Pomóc w tym może na przykład przygotowywanie dokładnej listy tego, co zamierzamy kupić podczas wizyty w sklepie. Tymczasem niewiele ponad jedna trzecia Polaków sięga po to proste rozwiązanie. Najczęściej robią tak mieszkańcy miast powyżej 500 tys. mieszkańców (blisko połowa z nich) oraz co drugi badany z miesięcznym dochodem netto na osobę poniżej 500 zł. Natomiast aż 15% wszystkich ankietowanych robi zakupy pod wpływem impulsu.

„Lista zakupów może nas pozytywnie dyscyplinować do wydawania tylko takich kwot, jakie z góry zaplanowaliśmy” wyjaśnia Krzysztof Matela. – „Promocje i okazyjne wyprzedaże często skłaniają do dokładania do koszyka kolejnych produktów. W rezultacie wracamy do domu z tym, czego być może wcale nie potrzebujemy, a na zakup czego zdecydowaliśmy się ze względu na atrakcyjną cenę.”

Podstawa to rozsądek i planowanie

Refleksja nad wydatkami może zaowocować oszczędnościami, które można będzie przeznaczyć na sfinansowanie wakacji, edukację dzieci czy odłożyć z myślą o emeryturze. Rozsądne zakupy, przemyślane zaciąganie zobowiązań (w tym pożyczek krótkoterminowych, szczególnie tzw. „chwilówek”), rozważne korzystanie z kart kredytowych – to ważne elementy utrzymania kontroli nad naszym domowym budżetem.

„Badanie potwierdziło, że zdecydowanie preferujemy płacić za dokonane zakupy gotówką. Dzięki temu łatwiej kontrolujemy wydatki i od razu wiemy, ile nam jeszcze zostało pieniędzy w portfelu” – wyjaśnia dr Krzysztof Matela. – „Osoby stawiające na wygodę, płacąc kartą kredytową często wydają więcej, niż konsumenci rozliczający się gotówką. Operacje takie generują bowiem dodatkowe koszty w postaci prowizji i odsetek za nieterminową spłatę. Często zdajemy sobie z tego sprawę dopiero w momencie, gdy bank przyśle wezwanie do uregulowania zobowiązania.”

Niezaprzeczalną zaletą płacenia gotówką jest możliwość wynegocjowania niewielkiego rabatu. Z drugiej strony, wygodne w użytkowaniu karty kredytowe i debetowe mogą skłaniać do nieprzemyślanych zakupów. Łatwo bowiem wydaje się pieniądze, których fizycznie nie ma, a które bank z przyjemnością pożycza na wysoki procent. Mimo tego, 17% Polaków uzyskujących miesięczny dochód na poziomie niższym niż 1000 zł miesięcznie na osobę, korzysta z tego typu narzędzi, co może wpływać na wzrost kosztów funkcjonowania ich gospodarstwa domowego.

Istotnym tematem jest także korzystanie z okazjonalnych pożyczek gotówkowych, zakupów na raty i promocji. Eksperci radzą, by przed zaciągnięciem świątecznego czy wakacyjnego kredytu sprawdzić, czy domowy budżet pozwoli na spłatę kolejnych rat. W przeciwnym przypadku istnieje zagrożenie wplątania się w spiralę zadłużenia.

Czy nasza jesień będzie złota?

Z raportu „Polacy a domowe finanse” wynika, że niewiele osób odkłada pieniądze na przyszłość. Aż 79% Polaków deklaruje, że nie oszczędza na emeryturę poza obowiązkowymi składkami ZUS. Wśród tych, którzy decydują się sięgnąć po inne rozwiązania, przeważają zdecydowanie panowie. 37% osób z tej grupy oszczędza na lokatach długoterminowych, a co trzecia osoba gromadzi pieniądze na indywidualnym koncie emerytalnym. Może i myślimy o przyszłości, ale – jak wskazują wyniki badania – z reguły nie podejmujemy większych kroków, by zabezpieczyć sobie dodatkowe środki na jesień naszego życia.

Według ekspertów nawet niewielkie miesięczne kwoty (kilkanaście – kilkadziesiąt złotych) już po kilku latach mogą utworzyć na lokacie znaczny kapitał pieniężny. Po 25 latach oszczędzania zgromadzona suma będzie stanowić spory dodatek do emerytury. W taki sam sposób można oszczędzać na przyszłość edukacyjną dziecka. Systematyczne odkładanie środków przez 18 lat zabezpieczy udany start w dorosłość, pozwoli na podjęcie studiów czy sfinansowanie wesela.

„Niewielka kwota stale wydzielana z domowego budżetu może w przyszłości stać się sumą, która odczuwalnie wpłynie na nasze finansowe zdrowie. Na korzyść pracuje składany procent – zyski wypracowane przez oszczędności są dopisywane do kapitału i zwiększają sumę wszystkich środków” – mówi dr Krzysztof Matela.

___________________________________

Badanie „Polacy a domowe finanse” zostało przeprowadzone na zlecenie EGB Investments S.A. przez Interaktywny Instytut Badań Rynkowych Gemius S.A. w okresie 23.05 – 24.05.2012 r. metodą CAWI Real Time Sampling na próbie 800 osób w wieku 15-50 lat.

Sondaż był częścią warsztatów prasowych z efektywnego zarządzania własnymi wydatkami „Jak oswoić swój budżet domowy” zorganizowanych 05.06.2012 przez EGB Investments S.A. pod honorowym patronatem Polskiego Związku Windykacji.

Wyniki badania ilu Polaków cieszy się z Euro 2012?

Fakt, że Polska jest organizatorem Euro cieszy aż 2/3 Polaków. 1/5 nie ma zdania, ale co ósmy jest z tego powodu niezadowolony. Płeć różnicuje satysfakcję. Wśród mężczyzn jest 84% osób zadowolonych, a wśród kobiet tylko 54%. Satysfakcja z faktu, że Polska organizuje Euro rośnie wraz z wykształceniem i maleje wraz z wiekiem – wynika z badania Barometr Ubezpieczeniowy Link4.

Niemal co trzeci Polak ma obawy związane z meczami Euro 2012. Obawy najczęściej dotyczą: aktów wandalizmu (49%), pijanych kibiców (41%), utrudnień w ruchu – korków, problemów z komunikacją (39%), porażki organizacyjnej (30%), braku sukcesów reprezentacji (19%), podwyżki cen w miastach (16%). Mężczyźni bardziej niż kobiety boją się o wyniki polskiej drużyny, kobiety natomiast obawiają się podwyżek cen.

„Przed aktami wandalizmu ochroni nas ubezpieczenie zarówno komunikacyjne, jak i np. mieszkaniowe. Niestety nie ma na rynku polis zapewniających sukcesy sportowe.” – mówi Jan Sadowski, ekspert ds. ubezpieczeń w Link4.

Problemów organizacyjnych związanych z Euro 2012 spodziewa się co piąty Polak. Obawy związane z organizacją mistrzostw najczęściej dotyczą braku czytelnych oznaczeń i informacji (38%), problemów z murawą na stadionach (23%), awarii systemu biletowego (17%), problemów z oświetleniem (11%).

Ponad połowa Polaków zamierza oglądać mecze w domu (56%). Co trzeci Polak deklaruje, że nie będzie oglądać meczów w ogóle (35%). Większość stanowią kobiety, bo aż 59% z nich nie zamierza śledzić zmagań piłkarskich. Wśród mężczyzn odsetek ten wyniósł tylko 8%. W pubie ze znajomymi i w strefie kibica mecze obejrzy 14% osób. Starsze osoby są mniej niż młodsze zainteresowane oglądaniem meczów, zwłaszcza w przypadku oglądania ich w pubie ze znajomymi.

W ramach przygotowań do meczów polskiej drużyny najczęściej podejmowanym staraniem będzie kupno przekąsek (56%) i alkoholu (39%). 27% zaprosi znajomych do siebie na wspólne kibicowanie, 12% kupi gadżety piłkarskie (koszulkę, szalik, trąbkę), a 4% weźmie dzień (dni) wolne w pracy.

Skłonność do specjalnych przygotowań do meczów polskiej drużyny maleje wraz z wiekiem. Ponadto osoby z wykształceniem podstawowym są mniej skłonne do podejmowania różnych aktywności w trakcie oglądania meczy polskiej drużyny.

Badanie Barometr Ubezpieczeniowy Link4 zostało zrealizowane w maju 2012 roku na reprezentatywnej próbie mieszkańców Polski w wieku powyżej 18 lat. Liczebność próby N=1009. Zastosowano wywiady bezpośrednie.

Nowy budżet UE będzie finansować innowacyjność

– Projekty realizowane z obecnego budżetu UE to wprawka przed tym, co nas czeka w następnej perspektywie – mówi minister rozwoju regionalnego i zapowiada, że nowy budżet będzie nastawiony przede wszystkim na innowacyjność. Teraz Polska ma do dyspozycji kilka miliardów euro na innowacyjność w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka. Wciąż jednak z wydatkami na badania i rozwój jesteśmy daleko w tyle za innymi krajami UE.

W negocjowanym obecnie unijnym budżecie na lata 2014-2020 innowacyjność ma być priorytetem. Projekt Komisji Europejskiej zakłada, że środki na ten cel zostaną zwiększone z 50 mld do 80 mld euro.

– Następny budżet UE to będzie budżet na innowacyjność. Zresztą wszystko, co teraz robimy, cały obecny budżet, to jest wprawka przed tym, co nas czeka w następnym budżecie – zapowiada Elżbieta Bieńkowska, minister rozwoju regionalnego.

Komisja Europejska stoi na stanowisku, że innowacyjność powinna być postrzegana jako kluczowy element rozwoju i walki z kryzysem. Dlatego chce, by państwa unijne przeznaczały na ten cel 3 proc. swojego Produktu Krajowego Brutto. Zapowiada również, że będzie oceniać wydatki poszczególnych krajów na badania i rozwój w ramach tzw. semestru europejskiego.

A oceny dotychczasowych osiągnięć na razie są surowe. Większość krajów UE wydaje na ten cel ok. 2 proc. PKB. Wyjątkami są państwa skandynawskie i Niemcy, które znacznie przekraczają wyznaczony na przyszłość cel 3 proc. PKB.

Na tym tle polskie wydatki na innowacyjność nie wyglądają najlepiej. Wydatki z pieniędzy publicznych stanowią 0,53 proc. PKB, natomiast z pieniędzy prywatnych – 0,2 proc. PKB. Za nami są Rumunia, Bułgaria, Litwa i Łotwa.

– Pieniądze na badania, rozwój i na innowacyjność z roku na rok rosną. W naszym budżecie, mimo że ciągle mniejszym niż w potęgach europejskich, co roku pieniędzy na innowacje jest trochę więcej. Do tego dochodzi masa pieniędzy unijnych – podkreśla minister Bieńkowska.

Chociażby w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, który oferuje ok. 11 mld euro na dofinansowanie projektów.

– A przecież nie tylko w POIG są tego typu projekty – dodaje Elżbieta Bieńkowska. – To są naprawdę wielkie pieniądze i po prostu powinniśmy tylko iść tą drogą.

Zwiększanie wydatków na innowacyjność to jeden z niewielu punktów budżetu, które znajdują poparcie większości państw członkowskich UE.

Tym bardziej, że według ostatnich danych KE, tempo wzrostu innowacyjności w Unii Europejskiej spada. To powoduje, że coraz bardziej oddalamy się od światowych liderów, czyli USA, Japonii i Korei Południowej, a nawet Chin.

Euro 2012 to również gra o inwestycje

Zdaniem ekspertów z firmy doradczej Ernst & Young tegoroczne mistrzostwa Europy w piłce nożnej mogą poprawić polski „soft power” – czyli zdolność kraju do pozyskiwania sojuszników i zdobywania wpływów dzięki atrakcyjności własnej kultury, polityki i ideologii. W rankingu krajów o najwyższym wskaźniku „soft power” przygotowanym przez Ernst & Young i moskiewską wyższą szkołę zarządzania Skolkovo, Polska zajęła 10 miejsce ex aequo ze Słowacją wśród 20 sklasyfikowanych rynków wschodzących. Krajem o najwyższym wskaźniku „soft power” na świecie od lat są Stany Zjednoczone.

Termin „soft power” (tłum. „miękka siła”) został po raz pierwszy użyty przez amerykańskiego politologa z Uniwersytetu Harvarda, Josepha Nye. „Soft power” określa zdolność kraju do osiągania celów swojej polityki za pomocą metod innych niż siła wynikająca z czynników geopolitycznych i ekonomicznych (tzw. „hard power”). Indeks „soft power” przygotowany przez Ernst & Young i uczelnię Skolkovo uwzględnia takie zmienne jak: przestrzeganie praw człowieka, emisja CO2, liczba najbardziej podziwianych globalnych marek reprezentujących dany kraj, osiągnięcia w igrzyskach olimpijskich, poziom edukacji, liczba imigrantów czy znajomość języków obcych wśród obywateli.

Polska „miękka siła” – jest coraz lepiej

Według rankingu przygotowanego przez Ernst & Young i uczelnię Skolkovo, wskaźnik „soft power” Polski poprawił się od 2006 do 2010 roku prawie o 1/3. Jeszcze w 2006 roku w rankingu rynków wschodzących wyprzedzały nas między innymi Ukraina, Estonia, Chile czy Rumunia. Dziś Polska znajduje się zdecydowanie przed tymi krajami jednak wciąż na równi ze Słowacją, a nieznacznie za Czechami i Węgrami. Najwyższy wskaźnik „soft power” wśród 20 sklasyfikowanych rynków wschodzących mają Chiny, które są jednocześnie na 9 miejscu w światowym rankingu „soft powerowych” potęg. Pierwsze 3 pozycje zajmują Stany Zjednoczone, Francja i Niemcy.

– Jednym ze zjawisk, które opisaliśmy w naszym raporcie jest wysoka korelacja pomiędzy wskaźnikiem „soft power”, a napływem inwestycji zagranicznych i ogólną atrakcyjnością kraju. Polska zawsze była atrakcyjna dla inwestorów ze względów makroekonomicznych i geograficznych. Jesteśmy dużym rynkiem położonym w samym sercu Europy. Powinniśmy jednak dalej pracować nad naszym „soft power” bo jest to pewnego rodzaju wskaźnik siły marki danego kraju – mówi Jacek Kędzior, Partner Zarządzający Działem Doradztwa Podatkowego w Ernst & Young w Polsce. – „Soft power” to też czynnik nie do końca namacalnej przewagi konkurencyjnej, który będzie wpływał na decyzje inwestorów kiedy dostaną podobne warunki inwestycji w dwóch różnych miejscach – dodaje Jacek Kędzior.

Euro 2012 – walka również o wielkie pieniądze

Jednym z ciekawszych czynników wpływających na poziom indeksu „soft power” przygotowanego przez Ernst & Young i uczelnię Skolkovo są osiągnięcia olimpijskie klasyfikowanych krajów. Mierzone są one liczbą medali zdobytych podczas igrzysk. Eksperci Ernst & Young zwracają jednak uwagę, że nie tylko olimpiady mogą wpływać na „soft power” danego kraju.

– W tym roku gościmy jedną z czterech największych imprez sportowych świata. Piłkarski Mundial, letnie igrzyska Olimpijskie i puchar świata w rugby to jedyne wydarzenia sportowe, które pod względem atrakcyjności i oglądalności mogą się równać z mistrzostwami Europy. Euro 2012 to absolutna pierwsza liga wydarzeń sportowych, w związku z czym na pewno wpłynie na markę naszego kraju. Im lepiej w oczach przyjezdnych i telewidzów wypadnie ta impreza tym większy będzie wpływ Euro na nasz „soft power” – zauważa Krzysztof Sachs, Partner w Ernst & Young i autor raportu „Ekstraklasa piłkarskiego biznesu”. – W przypadku sukcesu reprezentacji na Euro i zakładając, że nie zaliczymy organizacyjnych wpadek, możemy wiele zyskać na tej imprezie w sensie makroekonomicznym. Te korzyści rozłożą się w czasie i trudno będzie je policzyć, ale na pewno się pojawią przy założeniu że wszystko się uda – zauważa Sachs.

Oprócz efektu związanego z popularyzacją marki Polski w świecie, mistrzostwa Europy wpłyną na poziom wskaźnika „soft power” jeżeli przyniosą ze sobą większy ruch turystyczny. Liczba turystów odwiedzających dany kraj jest bowiem jeszcze istotniejszym czynnikiem przy obliczaniu indeksu od osiągnięć sportowych. Krzysztof Sachs zauważa jednak, że szansa, którą stworzyło nam Euro mogła być lepiej wykorzystana przez samorządy.

– Wydaje mi się, że jeżeli czegoś możemy żałować jeśli chodzi o przygotowania do Euro to tego, że zabrakło głośnej i widocznej kampanii, w krajach których reprezentacje zakwalifikowały się do turnieju. Miasta gospodarze powinny były prowadzić intensywne działania po rozlosowaniu grup. Kampania powinna zachęcać turystów do tego by przyjechali na mecz, ale zostali na tydzień lub 2 tygodnie w Polsce bo nasz kraj może się pochwalić czymś więcej niż pięknymi stadionami – konkluduje Krzysztof Sachs.

Ernst & Young, to jedna z wiodących międzynarodowych korporacji świadczących profesjonalne usługi doradcze. Ernst & Young w Polsce to ponad 1300 ekspertów pracujących w 6 biurach na terenie kraju. Ernst & Young jest audytorem prawie 20% przedsiębiorstw znajdujących się na liście 1000 największych światowych firm magazynu Business Week. Jest też światowym liderem w dziedzinie doradztwa podatkowego. Firma świadczy usługi w zakresie: audytu, doradztwa biznesowego, księgowości, doradztwa podatkowego, doradztwa transakcyjnego, ulg i dotacji inwestycyjnych, doradztwa na rynku nieruchomości oraz szkoleń.

Polscy dyrektorzy finansowi należą do najbardziej ambitnych na świecie

Młody, ambitny lider – taki jest polski dyrektor finansowy wg tegorocznego „Barometru Dyrektorów Finansowych”, ogólnoświatowego badania przeprowadzonego przez Michael Page. W tym roku badanie zostało wysłane do ponad 80 tysięcy dyrektorów finansowych z 40 krajów. Spytano ich m.in. o zakres obowiązków, relacje z CEO i plany rozwoju zawodowego. Wyniki pokazują, że nasz kraj jest idealnym miejscem na karierę w finansach, a polscy CFO potrafią to wykorzystać.

Raport przynosi też dobre wiadomości dla Polek, planujących karierę w finansach. Jerome Lafuite dyrektor zarządzający Michael Page International, podkreśla, że na stanowiskach CFO w polskich firmach jest coraz więcej kobiet. „W tym roku kobiety stanowią już 24% badanych w polskich firmach – to 5 punktów procentowych więcej niż przed rokiem i prawie 10 więcej niż średnio na świecie”. Dla porównania, w Niemczech i Brazylii tylko 5% osób na stanowisku dyrektora finansowego to kobiety. Na tle innych państw Polska jest krajem najbardziej przyjaznym dla kobiet aspirujących do objęcia stanowiska CFO. „Z entuzjazmem odnotowujemy fakt, że w Polsce, świat CFO nie należy już tylko do mężczyzn” – zauważa dyrektor zarządzający Michael Page.

Paweł Wierzbicki z Michael Page podkreśla, że nasi CFO należą do najmłodszych i najambitniejszych na świecie. „Jak pokazuje badanie wielu z nich chce rozwijać swoją karierę na stanowiskach zarządzających i administracyjnych – 27% widzi się za dwa lata w roli CEO, a 40% na obecnym stanowisku, ale z większym zakresem kompetencji” –zaznacza.

To efekt ciągłej ewolucji roli, jaką pełni CFO w polskich firmach. Dyrektorzy przejmują coraz więcej kompetencji w zakresie wspierania działań biznesowych. Często są w swoich firmach liderami zmian i innowacji. „Od CFO oczekuje się, że nie tylko przedstawi raport finansowy, ale również zaproponuje na jego podstawie niezbędne działania” – zauważa Paweł Wierzbicki.

Polscy dyrektorzy dostrzegają te zmiany i odpowiednio reagują – częściej niż inni zamierzają rozwijać swoje kompetencje w zakresie języków obcych oraz zarządzania zasobami ludzkimi. Z odpowiedzi wynika, że aż 67% chce poprawić swoje umiejętności zarządzania zespołem. Oznacza to prawie dwukrotny wzrost w stosunku do ubiegłego roku. Zdaniem Pawła Wierzbickiego to również efekt stopniowego wzrostu roli CFO. „Już teraz dyrektorzy finansowi zajmują się bardzo różnymi obszarami działalności firmy: od IT, przez logistykę, zakupy, po obowiązki administracyjne. Ten trend się utrzyma. CFO wiedzą, że będą w większym stopniu odpowiadali za kierowanie dużymi zespołami, więc naturalnie chcą poszerzać swoje kompetencje językowe i umiejętności w zakresie zarządzania personelem” – stwierdza. „W tych wynikach odbija się też aktualna sytuacja gospodarcza. W momencie, w którym firmy często nie mogą sobie pozwolić na podwyżki i szkolenia, kluczowym elementem motywowania zespołu może być zdolność wytworzenia odpowiedniej atmosfery, czyli team spirit” – dodaje Executive Manager Michael Page.

Jaki jest sposób zarządzania polskich CFO? Najwięcej z nich postrzega siebie jako „lidera”- w ten sposób odpowiedziało 42% badanych. Zdaniem managera Michael Page jest to związane z anglosaskim modelem zarządzania, który jest w Polsce coraz bardziej powszechny. ”W obecnych czasach firmy dają dyrektorom finansowym coraz więcej odpowiedzialności za obszary niefinansowe. W rezultacie, to właśnie CFO, jest drugą po CEO osobą, która wie co się dzieje w każdym dziale firmy” – podkreśla Paweł Wierzbicki.

W opinii Jerome’a Lafuite polscy dyrektorzy finansowi nie mają powodów do kompleksów wobec kolegów z zachodniej Europy. Są młodzi, ambitni i wszechstronni. „Gdyby podczas Euro 2012 polska reprezentacja składała się tylko z polskich CFO, nasza drużyna na pewno znalazłaby się w finale” – kończy dyrektor zarządzający Michael Page.

****
Michael Page International jest światowym liderem w dziedzinie doradztwa personalnego. Firma założona w 1976 roku w Londynie, posiada 160 biur w 34 krajach, m.in. w Wielkiej Brytanii, większości krajów Europy Zachodniej, w Azji, rejonie Pacyfiku oraz Ameryce Północnej i Południowej. W skład Grupy wchodzą: Michael Page International, Michael Page Executive Search, Michael Page Interim oraz Page Personnel. Firma specjalizuje się w rekrutacji profesjonalistów w takich obszarach jak: Finance & Accounting, Banking & Financial Services, Sales & Marketing, Manufacturing & Supply Chain, Property & Construction, Information Technology, HR.
Więcej informacji: www.michaelpage.pl

Energy Invest Group wybuduje 100 elektrowni wiatrowych przy udziale prywatnych inwestorów

– Chciałbym móc spoglądać na całe pole turbin wiatrowych z okien mojego własnego domu. Po prostu je uwielbiam – powiedział współtwórca sukcesu Apple, Steve 'Woz’ Wozniak podczas sympozjum American Wind Energy Association pod koniec ubiegłego roku. Takie same marzenia ma prezes Energy Invest Group Adam Wrzesiński. 6 czerwca EIG oficjalnie otworzy ofertę na udziały w swoich przyszłych przedsiębiorstwach energetycznych.

Energy Invest Group, wschodzący holding energetyczny umożliwia wejście do swojego zielonego biznesu osobom, które szukają alternatywnych możliwości inwestycyjnych. Model biznesowy EIG burzy dotychczasową barierę wejścia w rynek OZE i otwiera możliwości dla mniejszych portfeli. Żeby stać się udziałowcem przedsiębiorstwa energetycznego tworzonego przez EIG, wystarczy już tylko sześć tys. zł.

O atrakcyjności oferty świadczy duże zainteresowanie inwestorów. Na początku 2012 roku firma uruchomiła pierwsze cztery spółki córki, przyszłe przedsiębiorstwa energetyczne, w których udziały w kwietniu były już prawie wyprzedane. Do maja firma podpisała ponad 100 umów inwestorskich. Osoby, które wykupiły udziały w pierwszych przedsiębiorstwach energetycznych EIG otrzymywać będą dywidendy ze sprzedaży energii produkowanej przez ich elektrownie wiatrowe już za trzy lata.

Jakie są plany EIG? – Nasze pierwsze elektrownie wiatrowe ruszą w połowie 2014 r., następnie w ciągu kolejnych sześciu lat uruchomimy łącznie 100 turbin wiatrowych, pod budowę których mamy przygotowane przez naszego partnera Siłownie Wiatrowe S.A. ponad 160 lokalizacji. Firmę tworzą pełni energii ludzie, widzę więc szansę, że realizacja tego planu będzie krótsza – mówi Adam Wrzesiński, prezes zarządu Energy Invest Group Sp. z o.o.

Deklaracje prezesa EIG mają pokrycie nie tylko w kontrakcie na budowę pierwszych 12 turbin za 140 mln zł zawartym z deweloperem Siłowniami Wiatrowymi S.A. czy w staraniach banków o kredytowanie inwestycji EIG. Głównym motorem rozwoju tego biznesu jest ogólna konieczność zwiększenia produkcji energii ze źródeł odnawialnych w Polsce prawie dwukrotnie w najbliższych ośmiu latach. Do wychodzenia z klasycznej produkcji energii obligują Polskę umowy z UE i polityka ekologiczna kraju. Systematycznie rosnące ceny energii elektrycznej szacowane na 80% wzrost w ciągu najbliższych 10 lat w połączeniu z ustawą o OZE deklarującą skup zielonej energii, to gwarancja stabilności biznesu opartego o elektrownie wiatrowe.

– W EIG stawiamy na bezpieczeństwo. Nasz model biznesowy tworzymy na bazie wieloletnich doświadczeń zachodnich holdingów energetycznych, dlatego budujemy elektrownie w tzw. modelu rozproszonym, dzięki czemu mamy dostęp do atrakcyjnych lokalizacji i jednocześnie eliminujemy trudności z przyłączeniem do sieci, z jakimi borykają się w Polsce duże farmy wiatrowe. Zatrudniamy i współpracujemy z ekspertami w tej dziedzinie. Wiemy, że to łatwiejsze i bezpieczniejsze rozwiązanie – podkreśla Wrzesiński.

EIG oficjalnie otworzy ofertę na udziały w swoich elektrowniach wiatrowych już 6 czerwca. Kampania w formie seminariów inwestycyjnych umożliwi przyszłym inwestorom poznanie szczegółów. Na mapie spotkań inwestorskich znalazły się Warszawa, Łódź, Białystok, Gdańsk, Toruń, Poznań, Katowice, Wrocław, Kraków. Więcej informacji: www.energyinvestgroup.pl

Powrotu do kredytów walutowych na razie nie będzie

Komisja Nadzoru Finansowego zamierza zrobić przegląd wprowadzanych regulacji dla banków. Cel: zwiększenie akcji kredytowej przy zachowaniu bezpieczeństwa gromadzonych w bankach pieniędzy. To może oznaczać złagodzenie niektórych przepisów. – Za wcześnie, żeby o tym mówić – zastrzega Andrzej Jakubiak, przewodniczący KNF. Jedno jest pewne, nie ma co liczyć na powrót do popularnych kredytów walutowych.

– Jesteśmy w przeddzień rozpoczęcia oceny dotychczasowych regulacji, ale jest jeszcze za wcześnie, żeby coś o tym powiedzieć. Chcemy najpierw dokonać analizy, zastanowić się, bo jest to rzecz bardzo ważna – mówi przewodniczący KNF Andrzej Jakubiak.

Wprowadzane w ostatnich latach przez regulatora rekomendacje T, S i SII nie sprzyjały rozwojowi akcji kredytowej. KNF argumentował to próbą ochrony sektora bankowego w Polsce w okresie wahań na rynkach finansowych. Niewykluczone, że teraz restrykcje zostaną poluzowane.

– Z jednej strony chcielibyśmy, żeby akcja kredytowa się rozwijała, żeby było zwiększone kredytowanie gospodarki. Z drugiej strony musimy patrzeć na bezpieczeństwo systemu finansowego, systemu bankowego, czyli naszych pieniędzy, które są złożone w bankach – podkreśla Andrzej Jakubiak.

Wprowadzone rekomendacje, które miały na celu obniżenie ryzyka po stronie banków, w praktyce oznaczały prawie całkowite wycofanie kredytów walutowych z ich oferty.

Ostatnia rekomendacja S II, wprowadzona w życie 1 stycznie 2012 roku, zaleca bankom, by klienci spłacali kredyty w walucie, w jakiej zarabiają. Ponadto – według obowiązujących regulacji – miesięczna rata kredytu walutowego nie może przekroczyć 42 proc. dochodów netto kredytobiorcy. Dodatkowo zaostrzono też kryteria badania zdolności kredytowej u osób zadłużających się w euro lub we frankach.

Dlatego kredyty hipoteczne w walucie obcej to dziś na rynku rzadkość. Możliwość zadłużenia się w euro lub franku szwajcarskim oferuje tylko 10 banków, a kryteria są tak zaostrzone, że niewielu kredytobiorców ma na nie szansę.

Jak wynika z raportu Amron-Sarfin opublikowanego przez Związek Banków Polskich, w I kwartale br. udział nowo zaciągniętych kredytów w euro obniżył się do 14,5 proc. Natomiast kredyty we franku szwajcarskim to dziś tylko nieco ponad 1 proc. wszystkich kredytów hipotecznych, podczas gdy 3 lata temu stanowiły zdecydowaną większość.

Zdaniem szefa KNF nie powinniśmy liczyć na to, że w najbliższym czasie rynek ponownie zaleją oferty kredytów walutowych.

– Zarówno banki, jak i kredytobiorcy zdają sobie o wiele lepiej sprawę z ryzyka kursowego i co to może dla nich oznaczać w sytuacji, gdy złoty będzie się gwałtownie deprecjonował. Myślę, że na pewno przez jakiś czas do kredytowania we franku szwajcarskim czy w euro nie będziemy powracać – dodaje Andrzej Jakubiak.

Prezes BCC: nie wierzę w rozpad strefy euro

Większe bezrobocie i zadłużenie, a nawet konflikty między państwami – to możliwe skutki rozpadu strefy euro. Zdaniem Marka Goliszewskiego, prezesa BCC, żadne państwo nie jest na to przygotowane. – Turbulencje będą, ale wytrzymajmy jeszcze trochę – radzi ekonomista.

Kryzys w strefie euro to nic w porównaniu z tym, co może się wydarzyć po jej rozpadzie.

– Mamy wówczas kryzys w całej Europie i na świecie. Chiny kupiły kilkaset miliardów euro, Ameryka też jest zadłużona w euro wobec nas. Wzrosłoby radykalnie bezrobocie we wszystkich krajach, wzrósłby deficyt budżetu państwa, wzrosłyby długi – przestrzega Marek Goliszewski.

Jednocześnie podkreśla, że dziś żadne państwo, nawet wśród tych, które narzekają na rygorystyczne oszczędności, nie jest nastawione na rozbicie strefy euro czy całej Unii Europejskiej. Zdaniem Marka Goliszewskiego, taki scenariusz raczej nie ma szans na realizację.

– Ja nie wierzę w rozpad strefy euro, bo musiałbym uwierzyć w to, że liderzy państw są, za przeproszeniem, durniami, którzy prą do wojny. Bo zgadzam się z tym, o czym mówił minister Rostowski w Brukseli, że rozpad tych dwóch instytucji może oznaczać wojny – uważa Marek Goliszewski.

O wyjściu Grecji z eurolandu i możliwych scenariuszach rozmawiają nie tylko politycy, ale również ekonomiści. Zdaniem niektórych z nich, grecka gospodarka mocno osłabiona mogłaby po dwóch latach w końcu odbić się od dna, m.in. dzięki konkurencyjnym cenom w turystyce.

Jednak zmiana euro na drachmę mogłoby wywołać ogromne problemy dla unijnych banków, które skupowały greckie papiery wartościowe. W takim przypadku, choć polska gospodarka w niewielkim stopniu jest związana z grecką, my również zaczniemy odczuwać skutki kryzysu.

– Nam kryzys grecki niespecjalnie zaszkodzi, podobnie włoski. Nam zaszkodziłby kryzys w Niemczech. Tam jednak na razie jest wzrost gospodarczy – mówi prezes Business Centre Club. – Miejmy nadzieję, że to wszystko rozejdzie się po kościach. Ja jestem optymistą, chociaż oczywiście pewne turbulencje będą.

Więcej o możliwych scenariuszach dla Grecji i strefy euro będzie można powiedzieć po powtórzonych wyborach. 17 czerwca Grecy po raz kolejny będą wybierać partię rządzącą.

Po poprzednim głosowaniu, które odbyło się 6 maja, żadna z frakcji parlamentarnych nie zdołała uzyskać zdecydowanej większości. Najnowsze sondaże dawały kilkuprocentową przewagę Nowej Demokracji, czyli partii popierającej program oszczędnościowy realizowany przez Grecję. Kontynuacja reform w zamian za unijną pomoc może odsunąć w czasie perspektywę rozbicia eurolandu.

To surowce przesądzają o konkurencyjności w świecie

– Przejęcie Quadry przez KGHM pokazuje, że możliwy jest dziś dostęp do surowców na całym świecie – uważa Beata Stelmach, wiceminister spraw zagranicznych. Jak podkreśla, sukces przedsięwzięcia świadczy również o tym, że takie transakcje wymagają wielu wysiłków i zarządczego sprytu, bo poszczególne kraje bronią swoich dostępu do swoich zasobów. – To surowce dziś przesądzają o konkurencyjności w świecie – dodaje wiceminister.

Globalna gospodarka stwarza szansę dla krajów, które nie posiadają własnych złóż. To jednak wcale nie oznacza, że zapewnienie sobie bezpieczeństwa surowcowego jest proste.

– Dziś w globalnej gospodarce nie ma problemu z dostępem do zasobów złóż na drugim końcu świata. Problem polega na tym, w jaki sposób być na tyle konkurencyjnym i na tyle podjąć wyzwanie, by po te surowce sięgnąć – mówi Beata Stelmach, wiceminister spraw zagranicznych.

I dodaje, że to nie jest łatwe wyzwanie. Surowce naturalne to dziś jeden z warunków konkurencyjności w globalnej gospodarce. Dlatego poszczególne kraje, bogate w surowce, bronią dostępu do swoich złóż, zwłaszcza tych, które występują w ograniczonym stopniu.

– Myślę, że wszystko jest w zasięgu ręki, ale tylko teoretycznie. Dziś konkurencja globalna powoduje, że wielu wysiłków i starań, a także sprytu zarządczego potrzeba, by te efekty osiągnąć – uważa Beata Stelmach.

O tym, że można osiągnąć sukces w pozyskiwaniu rynku surowcowego poza granicami własnego kraju świadczy przejęcie przez KGHM kanadyjskiej Quadry.

– W globalnej gospodarce można sięgać po te zasoby, stając się uczestnikiem danego rynku. Transakcja KGHM pokazuje taką drogę, gdzie poprzez przejęcie firmy nastąpiło przejęcie również złóż w Kanadzie, USA i w Chile – mówi wiceminister.

Dzięki zagranicznej ekspansji KGHM Polska zyskuje dostęp nie tylko do ponad 100 tysięcy ton miedzi rocznie, ale również do dużych zasobów srebra, platyny, palladu, niklu i molibdenu. Zapewnienie bezpieczeństwa surowcowego kraju jest jednym z celów spółki.

–- My jesteśmy bogatym krajem, chociażby w zasoby gazu niekonwencjonalnego. Podejmujemy te wyzwania i rozpoczynamy eksploatację, a wkrótce również, mam nadzieję, produkcję – podkreśla Beata Stelmach.

Również lubiński koncern zamierza inwestować w gaz łupkowy. Na poszukiwania i wydobycie surowca nie tylko w Polsce chce w najbliższym czasie przeznaczyć 600 mln zł.

Towarowa Giełda Energii zamierza uruchomić platformę obrotu biomasą

Towarowa Giełda Energii zamierza uruchomić platformę obrotu biomasą. – Nie będzie to giełda towarowa w pełnym wymiarze, ale rzetelność obrotu będzie przez nas gwarantowana – zapewnia prezes TGE Grzegorz Onichimowski. Spółka coraz poważniej rozważa również rozpoczęcie na giełdzie handlu węglem.

Praca nad uruchomieniem platformy, na której by można handlować biomasą, trwają w TGE od dłuższego czasu.

– Będzie to platforma obrotu, której rzetelność może być gwarantowana przez Giełdę jako właściciela takiego przedsięwzięcia. Mam nadzieję, że do końca tego roku będziemy mogli coś takiego zaproponować – zapowiada Grzegorz Onichimowski.

Jak zaznacza prezes TGE, nowy rynek nie będzie giełdą towarową w pełnym wymiarze. Warunkuje to specyfika biomasy, coraz częściej wykorzystywanego w energetyce surowca.

– Ze względu na lokalność tego produktu, czyli na to, że w cenie najważniejsze jest nie to, ile kosztuje sama biomasa, ale to, z jak daleka trzeba ją przywieźć, nie uda się zorganizować tego jako giełdy pełnowymiarowej – tłumaczy Grzegorz Onichimowski. – Ale w wymiarze platformy obrotu to jest do zrobienia.

Możliwe, że w najbliższym czasie na TGE powstanie również rynek obrotu paliwami stałymi.

– To jest opcja bardzo poważnie przez nas rozważana. Jeszcze 2-3 lata temu np. o giełdzie węgla wszyscy mówili z dużym sceptycyzmem. Teraz, kiedy jest dużo ofert na rynku, również z importu, to się staje realne – informuje Onichimowski.

Oprócz platform do handlu biomasą i węglem na TGE pojawi się również giełda gazu. To element konieczny do uwolnienia cen tego surowca z początkiem 2013 roku dla odbiorców przemysłowych. Urząd Regulacji Energetyki chce, by już w III kwartale br. na giełdzie przeprowadzono pierwsze transakcje. W ten sposób ma być sprzedawane co najmniej 70 proc. gazu, wprowadzanego do sieci przez dużych uczestników rynku.

Nowy szef Bankowości Detalicznej w Zarządzie BNP Paribas Banku

Do Zarządu BNP Paribas Banku Polska dołączył Adam Parfiniewicz – zdecydowała Rada Nadzorcza banku w trakcie wczorajszego Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy. Nowy członek Zarządu ma wzmocnić pozycję banku na rynku bankowości detalicznej.

Rada Nadzorcza banku na posiedzeniu, które odbyło się 23 maja 2012 r., powołała Adama Parfiniewicza na członka Zarządu BNP Paribas Banku Polska SA. Funkcję tę będzie pełnił od 23 maja tego roku do końca bieżącej pięcioletniej kadencji. Będzie on odpowiedzialny w banku za Obszar Bankowości Detalicznej – Obsługa Małych Przedsiębiorstw i Klientów Indywidualnych. Adam Parfiniewicz zarządza tym obszarem już od początku maja, kiedy to dołączył do struktur BNP Paribas Banku.

Adam Parfiniewicz jest menedżerem z bardzo dużym doświadczeniem w obszarze detalicznych usług finansowych, w tym sektorze pracuje od 20 lat. Ostatnio zarządzał Expanderem, największą niezależną firmą doradztwa finansowego w Polsce. W tym czasie firma skutecznie odbudowała potencjał i przychody po poprzedniej fali kryzysu finansowego, odnotowując jedne z najwyższych wzrostów w swojej branży. Poprzednio Adam Parfiniewicz zarządzał bankowością detaliczną w Lukas Banku (obecnie Credit Agricole), gdzie odpowiadał za linię bankowości detalicznej oraz sprzedaż w sieci placówek bankowych i consumer finance. W swojej karierze pełnił również funkcję prezesa Polcardu, doprowadzając do znaczącej poprawy wyników finansowych; pracował także w Commercial Union (jako członek zarządu odpowiedzialny za wsparcie sprzedaży) oraz w bankach PBK i BPH. Adam Parfiniewicz ukończył Wydział Zarządzania na Uniwersytecie Warszawskim. Jest żonaty, ma dwóch synów.

W ramach budowania silnego banku uniwersalnego Adam Parfiniewicz będzie nadzorował zarówno rozwój oferty produktowej BNP Paribas Banku, jak i sieci sprzedaży. Obecnie bank posiada 231 placówek detalicznych w całej Polsce. W tym roku planuje kolejne otwarcia nowych oddziałów.

Polskę czeka spowolnienie

W pierwszych trzech miesiącach 2012 roku dynamika PKB w ujęciu rocznym spadła do 3,5 proc. z 4,3 proc. odnotowanych w poprzednim kwartale. Wynik, choć zbliżony do konsensusu prognoz, zdaniem analityków BRE Banku, dobitnie wskazuje, że cykliczne spowolnienie nie ominie polskiej gospodarki. Świadczy o tym przede wszystkim struktura wzrostu.

– Wśród składowych PKB rozczarowała przede wszystkim dynamika konsumpcji. Pomimo dwucyfrowej dynamiki sprzedaży detalicznej konsumpcja prywatna wzrosła zaledwie o 2,1 proc. – analizuje Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku. Dynamika konsumpcji okazała się o około 0,7 punktu procentowego niższa do prognoz z projekcji NBP. W porównaniu do IV kw. 2011 spadła także dynamika roczna inwestycji (z 9,7 proc. do 6,7 proc.). – Obniżenie tej dynamiki nastąpiło poprzez niższe tempo wzrostu inwestycji w maszyny i urządzenia – podkreśla Pytlarczyk. Jego zdaniem oznacza to, że cykliczne spowolnienie zaczyna dotykać aktywność inwestycyjną powiązaną bezpośrednio z produkcją, lub też z oczekiwaniami co do przyszłego popytu w sektorze prywatnym – Pamiętajmy, że jeszcze w poprzednim kwartale można było powiedzieć coś zupełnie innego. Widać wyraźnie, że szok niepewności odciska więc swoje piętno także w Polsce – komentuje.

– Wśród pozostałych elementów, warto zwrócić uwagę na zapasy i eksport netto, które podwyższały dynamikę PKB w I kwartale. Ta druga wielkość może sugerować, że deficyt handlowy był niższy niż ten przedstawiony w danych o handlu zagranicznym – mówi Marcin Mazurek, analityk BRE Banku. Dodaje, że w I kw. kontynuowane były zabiegi konsolidacyjne Ministerstwa Finansów. – Spożycie publiczne spadło o 1,3 proc. w ujęciu rocznym. Wskazuje to dobitnie, ze polityka fiskalna nie będzie wspierać wzrostu PKB w kolejnych kwartałach – analizuje Mazurek.

– W kolejnych kwartałach spodziewamy się spadku dynamiki PKB. W ostatnich miesiącach tego roku będzie ona niewiele wyższa od 2 proc. – przewiduje Marcin Mazurek. Podkreśla także, że kontynuowany będzie również spadek dynamiki konsumpcji prywatnej, mimo pozytywnego wpływu Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. – Coraz bardziej wątpliwie wygląda także kontynuacja odbicia inwestycji. Oprócz wygasających projektów infrastrukturalnych mogą zostać one negatywnie dotknięte zachowawczym podejściem firm, które będą wstrzymywać się z nowymi projektami – dodaje Mazurek

Zdaniem głównego ekonomisty BRE Banku z punktu widzenia RPP dane o PKB są neutralne. – Ostatni tekst Jerzego Hausnera i Andrzeja Sławińskiego pokazuje, że środek ciężkości w myśleniu Rady przeniósł się na kwestie związane ze stabilnością i teorią wzrostu. Istotnym elementem układanki może być również wspieranie odbudowy stopy oszczędności. – mówi Pytlarczyk. – Stąd też Rada może na najbliższym posiedzeniu zapowiedzieć kolejną podwyżkę stóp, mimo negatywnej niespodzianki ze wzrostem PKB – dodaje.

14-proc. spadek złotego w ciągu miesiąca. Apogeum jeszcze przed nami – mówią analitycy

Od początku maja złoty traci w stosunku do dolara i jest już na poziomach z początku stycznia. Osłabienie to przede wszystkim efekt problemów w strefie euro. – Apogeum jeszcze przed nami – uważa Marek Nienałtowski, główny analityk Domu Kredytowego Notus. Jednak jego zdaniem poziomy 3,6 zł za dolara powinny być maksymalne.

– Trudno powiedzieć, jak mocno złoty może się osłabić. Ja myślę, że na obecną chwilę poziomy powyżej 3,6 zł za dolara mogą stanowić maksima obserwowanego trendu osłabienia złotego – prognozuje główny analityk DK Notus, Marek Nienałtowski.

Dolar jest w tej chwili najdroższy od trzech lat. Zdaniem Marka Nienałtowskiego, apogeum trendu spadkowego złotego jeszcze jest przed nami. I trudno przewidywać, kiedy ono nastąpi.

– Nie widziałabym tutaj za wiele przestrzeni, by kurs dolara do złotego miał iść do góry i tym samym wydaje się, że potencjał spadku kursu euro do dolara na arenie międzynarodowej jest już bardzo ograniczony. Myślę, że jesteśmy już bardzo niedaleko. Jest tylko pytanie, czy to będzie za dzień, za dwa, za tydzień czy za miesiąc – prognozuje analityk.

Trudno również przewidzieć, jak szybko po osiągnięciu poziomu maksymalnego, złoty zacznie ponownie wędrówkę w górę.

Trwające od miesiąca problemy polskiej waluty odzwierciedlają spowolnienie gospodarek światowych, przede wszystkim w strefie euro.

– Złoty jest wyprzedawany przede wszystkim na fali spadku sentymentu na rynkach międzynarodowych, związanym z tym, że dzieje się coś złego w strefie euro, w szczególności w gospodarce Hiszpanii i Grecji, ale dzieje się źle, bo spowalnia światowa gospodarka, także w Chinach i w Stanach Zjednoczonych, na co wskazują ostatnie dane – wyjaśnia Marek Nienałtowski.

Seria słabych danych makroekonomicznych z gospodarki amerykańskiej może jednak paradoksalnie pomóc polskiej walucie.

– To jest iskierka nadziei nie tylko dla sentymentu na międzynarodowych rynkach, ale i polskiego złotego. Te dane mogą skłonić amerykański bank centralny do ponownego poluzowania polityki monetarnej, czyli FED może przeprowadzić trzecią rundę luzowania ilościowego – uważa główny analityk DK Notus.

To oznacza, że amerykański bank centralny może dodrukować pieniądze. Za rządów Baracka Obamy FED dodrukował ponad 2 bln dolarów. Cel to osłabienie waluty i pobudzenie gospodarki. Za te pieniądze bank będzie mógł wykupić aktywa finansowe od banków komercyjnych. Te zaś dodatkową gotówkę będą mogły przeznaczyć na kredyty dla firm i gospodarstw domowych. Analitycy prognozują, że oprócz FED interweniować mogą również banki centralne Wielkiej Brytanii i Chin.

Odzwierciedlenie na polskim rynku walutowym kłopotów Hiszpanii czy Grecji oraz spowolnienie w USA nie powinno nas dziwić, szczególnie jeśli uwzględnimy przy tym cały region.

Polski rynek walutowy jest najbardziej płynnym spośród rynków regionu, co oznacza, że tu wszystkie transakcje wejścia na rynek i wyjścia z rynku są dla inwestorów najłatwiejsze i najszybsze. Ta zaleta polskiego rynku w okresie niepokojów zmienia się w wadę, bo to złoty cierpi najmocniej.

– Inwestorzy nas trochę karzą, że przez nasz rynek prowadzone są wszystkie transakcje spekulacyjne. Na początku roku, kiedy były dobre nastroje na rynkach międzynarodowych, był powrót optymizmu i złoty zachowywał się rewelacyjnie i był jedną z najlepiej zachowujących się walut. Teraz mamy odwrót inwestorów od ryzykownych aktywów. Złoty traci i to mocno, tak, jak mocno zyskiwał na początku roku – wyjaśnia Marek Nienałtowski.

W najbliższym czasie nastroje inwestorów wciąż będą zależały od danych płynących z światowych gospodarek. W Polsce wpływa na notowanie złotego może decyzja, jaką w sprawie polityki monetarnej podejmie w środę Rada Polityki Pieniężnej.

Trzeci kwartał z rzędu rośnie liczba firm zalegających z płatnościami

Co czwarta firma sygnalizuje, że jej kontrahenci nie płacą na czas. Ponad 30 proc. z nich przyznaje, że spóźniają się ze swoimi płatnościami, bo sami nie otrzymują zapłat w terminie. – Od ponad roku straszy nas się drugą falą kryzysu, więc przedsiębiorcy wstrzymują inwestycje – mówi Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów.

Zatory płatnicze to z miesiąca na miesiąc coraz poważniejszy problem. Odsetek firm zalegających z płatnościami rośnie już trzeci kwartał z rzędu – wskazuje raport Krajowego Rejestru Długów. Indeks Należności Polskich Przedsiębiorstw, obrazujący przepływ należności między firmami, gwałtownie się obniżył w pierwszych miesiącach roku. To poziom sprzed dwóch lat, kiedy gospodarka wychodziła z kryzysu.

– Jeszcze trzy kwartały temu, 34 proc. przedsiębiorców deklarowało, że nie reguluje swoich płatności względem innych, bo sami nie otrzymali zapłaty na czas. W tej chwili ten odsetek wynosi już 36 proc. – mówi Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów.

Jego zdaniem nie ma ekonomicznych podstaw do zwiększającej się liczby zatorów płatniczych.

– Jesteśmy od prawie roku straszeni, że nadejdzie druga fala kryzysu, że ten kryzys będzie się pogłębiał, w związku z czym przedsiębiorcy patrzą bardzo negatywnie w przyszłość i starają się jak najbardziej zabezpieczyć na ciężkie czasy – podkreśla prezes KRD.

Wskazują na to również liczby dotyczące oszczędności gromadzonych przez przedsiębiorców. Jak podkreśla Adam Łącki, kwota zgromadzona na depozytach bankowych jest w tej chwili największa w historii.

– To ponad 200 mld zł, które leżą na kontach i czekają na trudne czasy. Przedsiębiorcy nie inwestują, bo boją się długoterminowych zobowiązań, nie korzystają z kredytów bankowych, bo to się wiąże z długoterminowym zobowiązaniem. Tak naprawdę nie wiadomo jak będzie, więc powiedziałbym, że psychologia ma tutaj duże znaczenie – uważa prezes Krajowego Rejestru Długów.

Coraz mniej przedsiębiorców widzi szansę na poprawę sytuacji finansowej w swojej firmie. Na koniec 2011 roku takie deklaracje składało 25 proc. przedsiębiorców. Po I kwartale było ich 4 proc. mniej. Co trzeci przedsiębiorca podejmuje decyzję w ograniczeniu inwestycji.

Szef Goldman Sachs AM: gospodarka Polski wzrośnie w tym roku o min. 3,5 proc.

– Gospodarka Polski wzrośnie w tym roku o minimum 3,5 proc. – prognozuje Jim O’Neill, prezes Goldman Sachs Asset Management. Tempo rozwoju mogłoby przyspieszyć w kolejnych latach, ale do tego potrzebne są inwestycje w innowacyjność i wydajność. Ekonomista dodaje, że sposób, w jaki Polska poradziła sobie z kryzysem powinien być przykładem dla innych krajów europejskich.

– Myślę, że Polska jest w świetnej sytuacji, szczególnie w porównaniu z innymi gospodarkami. Musicie przekazać część swojej mądrości innym krajom, w tym Wielkiej Brytanii, w której mieszkam. One potrzebują waszej mądrości, dzięki której tak dobrze poradziliście sobie tutaj z kryzysem – mówi szef Goldman Sachs Asset Management.

Równowaga w sektorze finansowym i niski poziom długu publicznego – zdaniem Jima O’Neilla to właśnie te dwa czynniki, które umiejscowiły Polskę na dużo lepszej pozycji niż jakikolwiek inny rozwinięty kraj.

– Polska nie była zaangażowana w światowy proces lewarowania, z powodu którego wiele krajów ucierpiało. To oznacza, że polski system finansowy nie podlega presji, której poddane są inne gospodarki. Dodatkowo Polska wykonała wspaniałą pracę, utrzymując na niskim poziomie dług publiczny – analizuje O’Neill.

Dzisiejsza pozycja wyjściowa Polski, w ocenie szefa banku inwestycyjnego, daje nam możliwość szybkiego rozwoju gospodarczego w kolejnych latach. I to bez trudności, jakim większość krajów europejskich musi stawiać czoła.

– Polski PKB powinien w tym roku wzrosnąć pomiędzy 3,5 a 4 proc. Utrzymanie podobnego tempa wzrostu przez kolejną dekadę powinno być możliwe. Jeżeli chcielibyście jeszcze wyższego wzrostu, potrzeba działań, które podniosą wydajność gospodarki i zwiększą rolę nowoczesnych technologii w gospodarce. To mogłoby mieć też szczególne znaczenie w kontekście eksportu do krajów BRICS – ocenia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Jim O’Neill, który jest twórcą tego akronimu.

Właśnie współpraca Polski z rynkami wschodzącymi BRICS, czyli Brazylią, Rosją, Indiami, Chinami i RPA była głównym tematem spotkania szefa londyńskiego banku z przedstawicielami Kancelarii Prezydenta, bankowcami i ekonomistami.

– Celem mojej wizyty jest pokazanie jak kraje BRICS zmieniają świat i jak istotną rolę mogą spełnić w stosunku do Polski w tym gwałtownie zmieniającym się świecie – podkreśla O’Neill.

– Chcieliśmy zbadać i omówić, w jakim stopniu w nowym, globalnym porządku gospodarczym może i powinna odnajdywać się Polska. Czy te nowe bieguny wzrostu, w szczególności Indie, Chiny, Brazylia, Rosja, powinny być ważnym dla nas punktem odniesienia w polityce gospodarczej, w szczególności w polityce eksportowej, w polityce ekspansji gospodarczej na zewnątrz, czy tez powinniśmy dalej tkwić w tym wątku europejskim – wymienia tematy spotkania sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Olgierd Dziekoński.

Rośnie wartość europejskiego rynku piłkarskiego

W sezonie 2010/2011 wartość europejskiego rynku piłkarskiego wzrosła o 4% (0,6 mld euro), osiągając przychody na poziomie 16,9 mld euro. Pomimo trudnej sytuacji ekonomicznej wszystkie europejskie ligi z „wielkiej piątki” (Bundesliga, La Liga, Ligue 1, Premier League i Serie A) odnotowały sumaryczny wzrost przychodów o 181 mln euro (2%), do poziomu 8,6 mld euro. To główne wnioski 21. edycji raportu Annual Review of Football Finance przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

„Poziom wzrostu przychodów rynku futbolowego jest niższy niż w poprzedniej dekadzie (średnio 7%), jednak osiągane wyniki są nadal imponujące, szczególnie w obecnej sytuacji ekonomicznej. Nowe umowy na transmisje meczów zawarte przez Premier League i Serie A, które zaczęły obowiązywać od sezonu 2010/2011 udowadniają, że piłka nożna posiada niezwykłą umiejętność przyciągania widzów” – mówi Dan Jones, Partner, Sports Business Group w Deloitte UK.

Po raz kolejny, najwyższe przychody na europejskim rynku futbolowym wygenerowała angielska Premier League– jej kluby osiągnęły przychody na poziomie 2,5 mld euro w sezonie 2010/2011 (wzrost o 12%). Dalsze osłabienie funta w stosunku do euro sprawiło, że różnica w porównaniu z drugą w kolejności niemiecką Bundesligą (1 746 mln euro) zmniejszyła się o 6% i wyniosła 769 mln euro.

Natomiast najbardziej dochodową ligą europejską okazała się ponownie Bundesliga, której zyski operacyjne wzrosły o 33 mln euro (24%), do 171 mln euro. Tym samym zwiększyła się różnica w stosunku do Premier League, w której zyski operacyjne spadły do poziomu 75 mln euro. Serie A i Ligue 1 nadal generują straty.

„Niemiecka Bundesliga cieszy się najwyższą średnią frekwencją w Europie (42 100 osób/mecz), co w połączeniu ze wzrostem przychodów z reklam na największym rynku europejskim, pozwoliło jej zachować drugie miejsce w rankingu. Dodatkowe miejsce dla Niemiec w Lidze Mistrzów od sezonu 2012/13 oraz 50-procentowe zwiększenie wpływów z praw do transmitowania meczów od sezonu 2013/14 pomoże Bundeslidze utrzymać imponujący wzrost przychodów i zachować status największego rywala angielskiej Premier League pod względem osiąganych wpływów „- tłumaczy Jones.

Hiszpańska La Liga osiągnęła wzrost przychodów na poziomie 74 mln euro (5%), do 1 718 mln euro. Wzrost ten był możliwy dzięki większym o 47 mln euro (10%) przychodom z reklam oraz o 39 mln euro (5%) z praw do transmisji, które pozwoliły skompensować spadek przychodów o 12 mln euro (3%) uzyskiwanych w dniu meczu. Sumaryczny wynik w Hiszpanii nie oddaje jej zróżnicowania – w analizowanym okresie Real Madryt i Barcelona osiągnęły łączny wzrost przychodów na poziomie 93 mln euro (11%), podczas gdy pozostałe 18 klubów La Liga zanotowały spadek wpływów o 19 mln euro (2%).

Przychody włoskiej Serie A wzrosły w sezonie 2010/2011 o 21 mln euro (1%) do kwoty 1 553 mln euro. Powrót do strategii wspólnej sprzedaży praw do transmisji meczów Serie A przyniósł wzrost przychodów i pozwolił na ich bardziej zrównoważony podział między klubami.

W sezonie 2010/2011 przychody klubów francuskiej Ligue 1 spadły o 32 mln euro (3%) do 1 040 mln euro, głównie z powodu słabszych wyników francuskich klubów w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Różnica w poziomie przychodów w porównaniu z Serie A zwiększyła się do 513 mln euro.

„Zdolność osiągania wzrostu przychodów przez europejskie kluby w obecnej, niełatwej sytuacji gospodarczej, jest imponująca. Poziom wzrostów różni się w zależności od ligi i klubu, ale siłą futbolu pozostaje jego zdolność przyciągania i angażowania widzów. Niemniej jednak, są ligi i kluby, w szczególności we Francji, Włoszech i Hiszpanii, które mają problemy z poprawą poziomu zadowolenia kibiców w dniu meczu oraz przyspieszeniem planów lub ukończeniem projektów, dzięki którym możliwe będzie osiągnięcie długoterminowych korzyści z meczów i reklam. W szczególności kluby francuskie powinny zacząć czerpać korzyści z modernizacji stadionów, które przeprowadza się przed Mistrzostwami Europy w Piłce Nożnej we Francji w roku 2016” – dodaje Dan Jones.

Z tegorocznego raportu Deloitte wynika, że w sezonie 2010/2011 wynagrodzenia w ligach „wielkiej piątki” wzrosły o ponad 100 mln euro (2%) i przekroczyły poziom 5,6 mld euro. Poziom wzrostów wynagrodzeń w poszczególnych ligach znacząco się różnił.

Podobnie jak w przypadku przychodów w sezonie 2010/2011 najszybciej rosły wynagrodzenia w klubach angielskiej Premier League i osiągnęły poziom 1 771 mln euro. Wynagrodzenia w klubach hiszpańskiej La Liga (1 005 mln euro) i niemieckiej Bundesligi (923 mln euro) wzrosły o 4%. Koszty wynagrodzeń we francuskiej Ligue 1 (777 mln euro) pozostały na niezmienionym poziomie, podczas gdy we włoskiej Serie A spadły o 24 mln euro (2%) do poziomu 1 157 mln euro. W Anglii (70%), Francji (75%) i we Włoszech (75%) łączny stosunek wynagrodzeń do przychodów w klubach pierwszej ligi wyniósł co najmniej 70%. Nigdy wcześniej nie zaobserwowano takiej sytuacji w trzech ligach „wielkiej piątki” w tym samym sezonie.

„Największym wyzwaniem dla europejskich klubów piłkarskich pozostaje kontrola kosztów. Stosunek wynagrodzeń do przychodów w ligach „wielkiej piątki” w Europie wzrósł z 60% do 66% w ciągu ostatnich pięciu lat, ze względu na wyższy wzrost kosztów wynagrodzeń niż przychodów. Dlatego z zadowoleniem przyjęliśmy nowe przepisy finansowego fair play zaproponowane przez UEFA, dzięki którym kluby piłkarskie będą skuteczniej zarządzać stosunkiem przychodów do kosztów. Wyniki finansowe osiągnięte w sezonie 2011/2012 przez kluby, które zechcą wziąć udział w rozgrywkach organizowanych przez UEFA będą, po raz pierwszy brane pod uwagę przy obliczaniu rentowności zgodnie z regulacjami finansowego fair play”– podkreśla Adam Bull, konsultant w Sports Business Group w Deloitte

Spółki z Europy Środkowo-Wschodniej mają swój indeks na GPW

WIG-CEE debiutuje na warszawskim parkiecie. W nowym indeksie znalazło się 25 spółek z naszego regionu, głównie z Ukrainy i Czech, które do tej pory były notowane na GPW. – To jest jeden z wielu instrumentów, by potwierdzić pozycję warszawskiej giełdy jako głównego centrum finansowego dla regionu – podkreśla Ludwik Sobolewski, prezes warszawskiej giełdy.

30 maja warszawska giełda rozpoczęła obliczanie i publikację indeksu WIG-CEE. To już trzeci, po WIG-Poland i WIG-Ukraine, regionalny indeks GPW, dla którego kluczowym kryterium doboru jest kraj pochodzenia. W jego skład mogą więc wchodzić spółki z Ukrainy, Czech, Słowacji, Węgier, Słoweni, Litwy, Łotwy, Estonii, Rumunii. Bułgarii i Chorwacji.

– Indeks będzie skupiał i obejmował spółki zagraniczne, które są notowane w Warszawie, ale nie wszystkie spółki zagraniczne, lecz takie, które pochodzą z krajów, z których notowane są jeszcze inne podmioty. Czyli mamy pewną próbkę reprezentatywną gospodarek poszczególnych krajów regionu – wyjaśnia Ludwik Sobolewski, prezes Giełdy Papierów Wartościowych.

Wśród 25 spółek, które weszły w skład WIG-CEE znalazły się m.in. ukraińskie Kernel, Agroton, Sadovaya, węgierski MOL oraz czeskie CEZ i Fortuna.

– To bardzo interesujące rozwiązanie dla tych inwestorów, którzy mogą zacząć traktować GPW w Warszawie jako miejsce, gdzie można dokonywać inwestycji nie tylko w spółki reprezentujące naszą lokalną gospodarkę, ale również w te, które składają się na region Europy Środkowej i Wschodniej – ocenia Ludwik Sobolewski.

Decyzja o utworzeniu nowego indeksu to efekt coraz większej liczby emitentów spośród krajów naszej części Europy. Jak podkreśla prezes GPW, nowy indeks ma potwierdzić silną i wciąż umacniającą się pozycję giełdy wśród innych parkietów regionu.

– My nie mamy problemu z utrzymywaniem naszej pozycji. Po I kwartale 2012 ponad połowa obrotów spółkami na obszarze całego regionu jest generowana na warszawskiej giełdzie – podkreśla Ludwik Sobolewski. – Chcemy raczej przekształcać giełdę w jednoznaczne centrum finansowe dla Europy Środkowej i Wschodniej.

Jak podano w komunikacie spółki, wartości indeksu WIG-CEE zostały przeliczone wstecz do grudnia 2010 roku, a jego obecna wartość kształtuje się na poziomie 800 pkt.

Kolej gotowa na Euro, choć wciąż w remoncie

Dodatkowe połączenia, wydłużenie składów pociągów i wyznaczanie tras objazdowych – tak wyglądają przygotowania kolejarzy do zbliżających się mistrzostw Europy w piłce nożnej. Wiceminister transportu Andrzej Massel uważa, że kolej ma możliwości, by dobrze obsłużyć tłumy pasażerów-kibiców.

Choć, jak podkreśla, do euforii jeszcze daleko.

– Wiadomo, że nasza kolej nie jest idealna. Trzeba patrzeć na to rozsądnie, ale biorąc pod uwagę możliwości, kolej jest w stanie wykonać bardzo dużą prace w czasie Euro – dodaje wiceminister.

Wiadomo, że przed mistrzostwami nie uda się zakończyć modernizacji żadnej linii kolejowej pomiędzy miastami-gospodarzami. Na trasie Warszawa-Gdańsk remont torów, który miał być sztandarową inwestycją przed Euro, potrwa jeszcze co najmniej dwa lata.

Przedstawiciele kolei zapewniają, że mimo pewnych utrudnień z tym związanych, warunki ruchu na czas Euro będą poprawione. W tym celu przygotowano trasy objazdowe, które nieco przyspieszą podróż.

– Czas przejazdu z Warszawy do Gdańska trasą objazdową od 1 czerwca wyniesie 4h 40 min, więc dużo krócej niż dotychczas. Na szeregu tras, np. Wrocław-Poznań, te roboty zostaną zatrzymane. Pociągi będą mogły skorzystać z obu torów na remontowanym odcinku Wrocław-Rawicz, dzięki czemu przepustowość odcinka będzie lepsza. Powinno to wystarczyć, żeby potoki kibiców na Euro przewieźć – deklaruje Andrzej Massel.

– Przewoźnicy uruchamiają dodatkowe pociągi, które mają przewieźć duże grupy kibiców pomiędzy arenami mistrzostw. To również są połączenia międzynarodowe. Kolej ma duże możliwości dlatego, że wiemy, że nie da się tego potoku przenieść na drogę, choćby z powodu ograniczonej liczby miejsc parkingowych w miastach, w których się będą odbywały mecze – wyjaśnia Andrzej Massel.

Wśród przewoźników przygotowania idą pełną parą. PKP Intercity od 1 czerwca zmienia rozkład jazdy, pod kątem kibiców, którzy będą podróżować podczas Euro 2012. Przewoźnik zaoferuje m.in. więcej połączeń do miejscowości turystycznych, bezpośrednie połączenie między Gdynią a Berlinem oraz ok. 50 dodatkowych pociągów, które będą zawozić kibiców na mecze, a później ich odwozić.

Spółka szacuje, że z tych połączeń skorzysta nawet 45 tys. osób. PKP Intercity zapowiada również, że w razie potrzeby na tory wjadą dodatkowe składy.

Dziewięćdziesiąt dodatkowych pociągów przygotowuje również spółka Przewozy Regionalne. Nowe połączenia w Warszawie do Dworca Stadion i Lotniska Chopina oferują Szybka Kolej Miejska i Koleje Mazowieckie.

– Cieszymy się, że duzi przewoźnicy weszli do systemu Polish Pass. To dotyczy zarówno PKP Intercity, jak i Przewozów Regionalnych. To jest bardzo ważne, bo dzięki temu pasażerowie będą mogli w sposób nieograniczony przemieszczać się przez określoną liczbę dni po całej sieci kolejowej tak, jak będzie im to potrzebne – mówi wiceminister transportu.

W ramach Polish Pass, czyli elektronicznego vouchera, który umożliwi zakupy przez Internet różnych usług związanych z udziałem w Euro, kibice będą mogli kupić nie tylko bilety kolejowe w okresie od 6 czerwca do 2 lipca, ale również bilety lotnicze, miejskie, nocleg, a nawet ubezpieczenie zdrowotne.

Dobrą obsługę podróżnych mają umożliwić również dobiegające końca remonty infrastruktury dworcowej i kolejowej.

– To są m.in. dworce kolejowe, które będą tych pasażerów obsługiwały. W Warszawie to jest odświeżony Dworzec Centralny, kończąca się modernizacja Dworca Wschodniego, nowy przystanek przy Stadionie, połączenie do lotniska. Mamy też piękny dworzec we Wrocławiu czy nowy dworzec w Poznaniu. Jest się czym pochwalić – twierdzi Andrzej Massel.

Milion turystów w czasie euro

Drużyny piłkarskie, członkowie UEFA i kibice piłki nożnej. Już wkrótce do Polski przyjadą tysiące gości. – Trzeba ich zachęcić, żeby po Euro 2012 do nas wrócili – przekonuje były prezes Polskiej Izby Turystyki Jan Korsak. Problemem może być wzrost cen, zapowiadany przez handlowców na czas mistrzostw.

Piłkarze zdecydowanie wybrali Polskę. 13 z 16 drużyn piłkarskich, które zagrają w meczach Euro 2012, zamieszka w Polsce na czas mistrzostw. Tylko 3 drużyny, Ukraina, Francja i Szwecja, wybrały hotele na Ukrainie.

– To jest pierwszy, bardzo ważny sygnał, że Polska jest bardzo gościnnym krajem, warto do tego kraju przyjechać. Na pewno to będzie znakomita promocja tych miejsc, rozsianych po całym kraju, gdzie są bazy pobytowe – przekonuje Jan Korsak, odchodzący prezes Polskiej Izby Turystyki.

Drużyny piłkarskie zatrzymają się m.in. w Sopocie, Kołobrzegu, Warce i Wrocławiu. Trzy drużyny (Holandia, Włochy i Anglia) zamieszkają w Krakowie.

Polskie miasta, głównie te, w których odbywać się będą mecze, liczą na liczny przyjazd kibiców piłki nożnej. Według szacunków Ministerstwa Sportu i Turystyki w ciągu kilkunastu dni Euro do Polski może przyjechać ok. miliona turystów.

Jak podkreśla Jan Korsak, musimy jednak liczyć się z tym, że część turystów, którzy zamierzali w czerwcu odwiedzić Polskę, zrezygnuje z tego planu właśnie z powodu Euro.

– Takie wielkie wydarzenie powoduje wzrost cen. Poza tym zwiększają się środki bezpieczeństwa, zwiększają się kontrole i inne restrykcje. Czerwiec będzie zupełnie innym miesiącem. To powoduje zmianę preferencji u tych turystów, którzy przyjeżdżają tylko w celach turystycznych do Polski i nie są zainteresowani wydarzeniami Euro. Oni będą raczej zmieniać termin pobytu na przed Euro albo po Euro – prognozuje były szef PIT.

Tych, którzy zdecydują się na przyjazd do Polski, choćby tylko na obejrzenie meczu narodowej drużyny, trzeba zachęcić do odwiedzenia naszego kraju ponownie. Mamy niepowtarzalną szansę, by zareklamować polskie atrakcje turystyczne.

– Musimy pozostawić dobre wrażenie u naszych gości, że Polska nie jest drogim krajem, że warto tu przyjechać, że jest przyjemnie i że poza miejscami, gdzie obywają się Mistrzostwa Europy znajdują się również inne atrakcyjne miejsca. Euro może być lokomotywą ciągnącą inne wagony, którymi pokazujemy turystykę, prawdziwą turystykę, od morza aż po góry – zapewnia Jan Korsak.

I podkreśla, że na to wskazują doświadczenia innych krajów-organizatorów dużych imprez sportowych.

– Każde wydarzenie sportowe: Igrzyska Olimpijskie w Atenach czy Mistrzostwa Europy w Portugalii owocowały w zakresie turystyki, szczególnie w kolejnych latach. To jest dobra promocja i biznes turystyczny jest tego świadom – twierdzi były prezes PIT. – Poprawialiśmy infrastrukturę, dostępność komunikacyjną Polski. Rozbudowaliśmy lotniska, dworce kolejowe, poprawiamy infrastrukturę drogową. Kraj będzie bardziej przyjazny dla wszystkich, którzy będą przyjeżdżali.

Spada sprzedaż węgla w Polsce. Importujemy coraz mniej

W I kwartale roku na rynku polskim sprzedano 1 mln ton czarnego surowca mniej niż przed rokiem. Jednak polskim producentom udało się sprzedać prawie całość wydobytego w ich kopalniach węgla, co oznacza, że spada zapotrzebowanie na węgiel sprowadzany z zagranicy.

– W tym roku obserwujemy spadek zakupów na rynku węglowym. Porównując I kwartał roku 2012 do I kwartału roku 2011, globalna sprzedaż węgla energetycznego na rynku polskim spadła o 1 mln ton – mówi Mirosław Taras, prezes LW Bogdanka.

Czyli o ok. 9 proc. Zgodnie z danymi Ministerstwa Gospodarki, w pierwszych trzech miesiącach roku sprzedano nieco ponad 15 mln ton do celów energetycznych. Jednak, jak zapewnia Mirosław Taras, polscy producenci nie zostali z nadwyżkami surowca.

– Ten 1 mln ton węgla znikł z importu. W ubiegłym roku zaimportowano w I kwartale 3 mln ton węgla, a w tym roku tylko 2 mln. Zatem ta zmniejszona podaż i zmniejszony obrót zbilansował się na imporcie – wyjaśnia prezes LW Bogdanka.

W 2011 roku do Polski trafiło blisko 15 mln ton węgla, głównie z Rosji, Czech i Ukrainy.

W przeciwieństwie do tendencji rynkowej w I kwartale sprzedaż surowca w LW Bogdanka wzrosła i to o blisko 45 proc. do 2,08 mln ton. Wydobycie w tym czasie było zaledwie o 0,1 mln ton większe. Władze kopalni planują, że w całym roku wydobycie przekroczy 8,1 mln ton.

– Jesteśmy już po podpisaniu kontraktów, zawarciu umów na tym poziomie, zatem w tym roku planujemy pełną sprzedaż i nie przewidujemy ubytków – zapewnia Mirosław Taras.

Według prezesa Bogdanki średnia cena węgla na koniec roku wzrośnie o ok. 7 proc.

Na Euro pociągiem, samolotem, samochodem? – raport UOKiK

183 niedozwolone postanowienia – to rezultat pierwszej kontroli Prezes UOKiK dotyczącej wypożyczalni samochodów, przewoźników kolejowych i lotniczych. Najczęściej przedsiębiorcy całkowicie zwalniają się z odpowiedzialności za zniszczony samochód, bagaż, czy odwołanie pociągu. W toku jest 19 postępowań

Samolotem? Pociągiem? Wynajętym samochodem? Niezależnie jakim środkiem transportu wybierzemy się na rozgrywki piłkarskie, warto przed zawarciem umowy przeczytać regulamin linii lotniczej, przewoźnika kolejowego czy wypożyczalni aut. W wyniku najnowszej analizy przeprowadzonej przez Prezes UOKiK, Urząd zakwestionował 183 postanowienia.

W I kwartale 2012 roku sprawdzono 32 przedsiębiorców oraz łącznie 69 różnego rodzaju wzorców: regulaminów, umów, informacji na stronach internetowych, materiałów reklamowych, ofert specjalnych na Euro 2012. Najczęściej Prezes Urzędu kwestionowała klauzule, na podstawie których przedsiębiorcy zwalniają się z odpowiedzialności np. za uszkodzony bagaż lub wynajęty samochód oraz za ograniczenia w ruchu pociągów.

Samochodem

Skontrolowano: AUTO-RENT w Warszawie, Car-Pol Leasing w Warszawie (Budget), Car Net Polska w Kaliszu, City Rent Poznań w Poznaniu, EURORENT w Piastowie (Sixt), EXPRESS w Krakowie, PRO-EDU, Usługi edukacyjne i informatyczne w Luboniu (Autonaczas), Inter Best-97 w Warszawie (Europcar), LUPUS we Wrocławiu, Jupol-Car w Warszawie (Avis), Kineo w Warszawie (Autorental), MyCar Autowypożyczalnia Kameleon w Poznaniu, INTER–AUTO we Wrocławiu, Orbis Transport w Warszawie (Hertz®), PANEK w Lubinie, Astra Wypożyczalnia Samochodów w Gdańsku, Flota Auto w Poznaniu, Polandcars.com. we Wrocławiu, Auto–Viva w Gdyni, Werwest–Globar we Wrocławiu (Micar). Zakwestionowano 128 klauzul u 18 z 20 sprawdzonych przedsiębiorców.

Ponad połowa przedsiębiorców informowała w umowach, że w ogóle nie ponosi odpowiedzialności za uszkodzenie samochodu, braki w wyposażeniu oraz kradzież. Zastrzegano, że w każdym przypadku za szkody odpowiedzialny jest konsument, nawet jeżeli powstałyby z winy wynajmującego. Zgodnie z prawem, jeżeli straty powstały z winy wynajmującego, konsument ma prawo do odszkodowania.

Równie często informowano, że jeżeli najemca nie wykupi oferowanych przez wypożyczalnię ubezpieczeń, będzie musiał pokryć wszystkie koszty związane z uszkodzeniem lub kradzieżą pojazdu. W opinii UOKiK kwestionowane postanowienie może wzbudzać strach u konsumenta, który ostatecznie z obawy przez konsekwencjami finansowymi, wykupi oferowane polisy. Przypisywanie pełnej odpowiedzialności konsumentowi i wywieranie nacisku, w opinii UOKiK, narusza dobre obyczaje.

Wątpliwości wzbudzają także klauzule nakładające na konsumentów różne obowiązki, których niespełnienie grozi surowymi konsekwencjami. Przykładowo: jeden z przedsiębiorców informuje, że niezgłoszenie od razu wypożyczalni kradzieży pojazdu, oznacza, że dokonał jej najemca. Kolejny zobowiązuje konsumenta do zapłacenia wszystkich otrzymanych w czasie wypożyczenia mandatów bez względu na przyczynę ich wystawienia. Zdaniem Urzędu, nie we wszystkich okolicznościach konsument powinien automatycznie ponosić winę za niespełnienie formalności. Np. może się zdarzyć, że natychmiastowe zgłoszenie kradzieży będzie niemożliwe ze względu na nieprzewidziane okoliczności, a mandaty spowodowane zaniedbaniami wypożyczalni samochodów.

Działania UOKiK: 18 przedsiębiorców zostało wezwanych do zmiany kwestionowanych klauzul. Ponadto, Prezes UOKiK wszczęła siedem postępowań w sprawie naruszenia zbiorowych interesów konsumentów.

Samolotem

Skontrolowano: Polskie Linie Lotnicze LOT w Warszawie, Eurolot w Warszawie, OLT Express Regional w Gdańsku, SprintAir w Warszawie. Zakwestionowano 21 klauzul u wszystkich skontrolowanych.

Wątpliwości Prezes UOKiK wzbudziły postanowienia, w których m.in. linie lotnicze uzależniały odpowiedzialność za uszkodzenie bagażu od zgłoszenia tego faktu obsłudze na pokładzie samolotu (bagaż podręczny) lub natychmiastowego wypełnienia na lotnisku specjalnego formularza (bagaż rejestrowany), czy zgłoszenia uszkodzenia po wylądowaniu. W przeciwnym wypadku pasażer tracił możliwość dochodzenia swoich praw. Przepisy nie nakładają obowiązku powiadomienia czy natychmiastowego wypełnienia formularzy. Czas na zgłaszanie zastrzeżeń uszkodzonego bagażu wynosi siedem dni od dnia jego odbioru.

Urząd kwestionuje także postanowienia, na podstawie których przewoźnicy mogą dowolnie dysponować nieodebranym bagażem np. sprzedać lub zniszczyć. Zgodnie z prawem, oddając bagaż do luku zawieramy umowę przechowania. Gdy nie odbierzemy bagażu, przedsiębiorca ma prawo obciążyć nas kosztami jego przechowywania. Może także wyznaczyć czas na jego odebranie. Niedozwolone jest jednak arbitralne decydowanie, że nieodebranie bagażu oznacza, że właścicielowi jest już niepotrzebny.

Działania UOKiK: Czterech przedsiębiorców zostało wezwanych do zmiany kwestionowanych klauzul. Ponadto, Prezes UOKiK wszczęła cztery postępowania w sprawie naruszenia zbiorowych interesów konsumentów.

Pociągiem

Skontrolowano: PKP Intercity w Warszawie, Przewozy Regionalne w Warszawie, PKP Szybka Kolej Miejska w Trójmieście w Gdyni, Koleje Wielkopolskie w Poznaniu, Koleje Dolnośląskie w Legnicy, Koleje Mazowieckie w Warszawie, Warszawska Kolej Dojazdowa w Grodzisku Mazowieckim, Szybka Kolej Miejska w Warszawie. Zakwestionowano łącznie 34 klauzule u wszystkich skontrolowanych.

Wzorce wszystkich kontrolowanych przewoźników kolejowych zawierają postanowienia, które wyłączają odpowiedzialność w razie wystąpienia tzw. ograniczenia w ruchu pociągów lub innych bliżej niesprecyzowanych okoliczności. W związku z tym, konsument, który poniesie szkodę i z winy kolei nie dotrze na czas, nie może starać się o rekompensatę. Warto pamiętać, że każdy przedsiębiorca odpowiada za opóźnienia spowodowane jego zaniedbaniem – wyjątkiem jest siła wyższa, zdarzenia spowodowane przez osoby trzecie lub podróżnego.

Wątpliwości Prezes UOKiK wzbudza także postanowienie regulaminu przewozu dotyczące korzystania z miejsc sypialnych lub do leżenia. Na jego podstawie przewoźnikzastrzega sobie prawo przydzielenia podróżnemu innego miejsca niż wskazane na bilecie. W ocenie Prezes UOKiK, niedozwolona jest zmiana przez przewoźnika, bez ważnych przyczyn, istotnych cech zawartej umowy przewozu, czyli wykupionego miejsca. Ponadto, postanowienie nie precyzuje, jakie sytuacje mają charakter szczególny i jakie inne miejsce przewoźnik może zaproponować konsumentowi.

Działania UOKiK: czterej przedsiębiorcy zostali wezwani do zmiany klauzul, a wobec ośmiu zostały wszczęte postępowania w sprawie naruszenia zbiorowych interesów konsumentów.

Praktyczne informacje wskazujące do kogo należy się zwrócić w przypadku problemów z przedsiębiorcą oraz na co uważać, zawierając umowę z wypożyczalnią samochodów, przewoźnikiem kolejowym czy lotniczym zawierają poradniki przygotowane przez UOKiK. Można je pobrać ze strony Urzędu.

10 błędów Ustawy refundacyjnej

Ustawa refundacyjna ma wiele wad legislacyjnych. Stworzyła nowe problemy i podniosła ceny leków. Eksperci PwC oraz kancelarii Baker & McKenzie w raporcie „Do trzech razy sztuka – Ustawa Refundacyjna po publikacji trzech pierwszych wykazów” oceniają, że ustawa uderza w pacjentów i wprowadza chaos na rynku leków.

Ustawa Refundacyjna weszła w życie 1 stycznia 2012 r. Od 1 maja 2012 r. obowiązuje już trzeci wykaz produktów refundowanych wydany przez Ministra Zdrowia. Raport „Do trzech razy sztuka” podsumowuje funkcjonowanie Ustawy w ciągu ostatnich miesięcy i pokazuje defekty nowych przepisów. – Ustawa zamiast usprawnić działanie systemu, destabilizuje go. Wprowadza zamieszanie i stawia pacjenta w gorszej sytuacji niż przed wejściem jej w życie. To bardzo niedobra i niepokojąca sytuacja – ocenia Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha.

Autorzy raportu przekonują, że wady Ustawy są tak duże, że potrzebna jest nowa inicjatywa legislacyjna, która mogłaby tę sytuację poprawić. Konieczna jest zmiana lub doprecyzowanie przepisów Ustawy Refundacyjnej. Jeśli to się nie stanie, konsekwencje będą ponosić cały czas pacjenci. Eksperci IMS Health oceniają, że tylko rynek leków refundowanych, w pierwszych miesiącach 2012 roku, skurczył się o blisko 1,5 mld zł w porównaniu do roku ubiegłego. Dane IMS zamieszczone w raporcie czytalnie pokazują, że według obwieszczenia z 29 grudnia 2011 roku zmiana wysokości odpłatności pacjenta wzrosła o 302 mln zł. Natomiast zmiania wysokości refundacji przez NFZ zmniejszyła się o 738 mln.

Z kolei według obwieszczenia z 27 lutego 2012 roku zmiana wysokości odpłatności pacjenta wzrosła o 101 mln zł. Natomiast zmiana refundacji przez NFZ zmniejszyła się o 718 mln.

Według ostatniego obwieszczenia z 25 kwietnia 2012 r. wynika, że pacjent w 2012 roku będzie dopłacał do leku aż 38,7 proc. To niemal 5 punktów procentowych więcej niż w roku ubiegłym. Refundacja NFZ zmiejszyła się aż o 1,430 mld PLN. Średnia cena dla pacjenta wzrosła do poziomu 10 zł z 9,28 zł w roku 2011.

Takie konsekwencje działania Ustawy Refundacyjnej są odczuwane bezpośrednio przez Polaków. 70 proc. respondentów badanych w kwietniu 2012 r. przez Millward Brown SMG/KRC, ocenia działania Ustawy negatywnie. Natomiast aż 65 proc. badanych uważa, że w wyniku nowych przepisów leki refundowane stały się droższe.

Najważniejsze niedoskonałości ustawy refundacyjnej:

1. Niejasność zasad refundacji. Decyzje refundacyjne mają wadliwych adresatów. Niejasna jest relacja między decyzjami, które zna tylko wnioskodawca a obwieszczeniem ogłaszanym publicznie. Niedookreślony jest zakres refundacji, co ogranicza dostępność do leczenia.

2. Nieczytelny tryb wydawania decyzji refundacyjnych i ustalania limitów. Firma farmaceutyczna nie wie, na jakich warunkach negocjuje, nie zna składu grupy limitowej swojego leku, nie zna poziomu limitu.

3. Ceny sztywne spowodowały wzrost cen leków i ograniczyły do nich dostęp. Połączenie cen sztywnych z systemem limitowym okazała się najgorszym wyjściem dla pacjenta. Każda limitowa oszczędność NFZ uderza w pacjenta poprzez droższą cenę lub poprzez niekontrolowane zmiany terapii w aptece, a nie u lekarza.

4. Zakaz zachęt doprowadził do zablokowania normalnych i pożytecznych działań. Darowizny lekowe, przekazywanie pomp insulinowych szpitalom przez WOŚP, obniżanie cen do szpitali i wielu innych zwykłych praktyk, zostały „spatologizowane” bez żadnej oceny skutków takiej regulacji.

5. Zakaz reklamy aptek posiada antykonsumencki charakter. Doprowadzono do sytuacji, w której konsument nie może porównać oferty nawet produktów nierefundowanych.

6. Państwo zdecydowało o przerzuceniu na lekarzy i aptekarzy swoich obowiązków ubezpieczeniowych wobec pacjenta. Niszczy to istotę tych zawodów, jaką jest zaufanie publiczne. Powstaje bowiem konflikt pomiędzy osobistym bezpieczeństwem finansowym lekarza i aptekarza, a ich powinnościami terapeutycznymi wobec pacjenta.

7. Ustawa zmusza szpitale do naruszania przepisów. Ustawa o świadczeniach nakazuje im bowiem oferować ludziom wszystkie leki refundowane. Ustawa Refundacyjna zaś zakazuje im kupować leki droższe niż limit. Do lecznictwa szpitalnego wprowadzono apteczny system limitów, nie dopuszczając jednocześnie dopłat. Doprowadza to do sytuacji, gdzie pacjent nie dostanie potrzebnego mu leku od szpitala, nie może do niego w szpitalu dopłacić i nie może go do szpitala przynieść. W praktyce pozbawieni jesteśmy możliwości ratowania swojego zdrowia i życia.

8. Rozwiązanie zakładające zawieranie dwustronnych umów między Ministerstwem Zdrowia a dostawcami leków, funkcjonuje wadliwie. Ministerstwo nie było przygotowane, ani nie miało czasu zastanowić się nad ofertami firm. W przypadku leków aptecznych instytucja mogąca zastąpić uderzające w pacjentów grupowanie leków, nie została wykorzystana. Mogąc mieć oszczędności płynące z ofert firm, Ministerstwo wybrało oszczędności z kieszeni chorych.

9. Wprowadzenie dużych kar. Mimo niejasności zakazów i nakazów ustawy, niedookreślonych co do tego kto, czego, kiedy i dlaczego ma nie robić, kary wprowadzone w ustawie są drakońskie. Praktycznie każde zachowanie uczestników rynku jest penalizowane.

10. Wielką niewiadomą, pozostaje nadal rewolucja w najtrudniejszym, szpitalnym leczeniu: w chemioterapii i w ramach programów lekowych, tj. programów sztucznie stworzonych na bazie starych programów terapeutycznych. Do lipca NFZ musi zakontraktować leczenie na nowych warunkach ze wszystkimi szpitalami, a nie wiadomo nawet czy NFZ wyceniając dane leczenie w umowach ze szpitalami, będzie się czuł związany cenami i limitami z decyzji MZ.

Niedoskonałość przepisów Ustawy w ciągu kilku pierwszych miesięcy w 2012 r. zaowocowały wieloma negatywnymi konsekwencjami społecznymi. Wyniki badania przeprowadzonego przez Millward Brown SMG/KRC pokazują negatywne nastawienie Polaków do Ustawy:

– 63% badanych negatywnie oceniło ustawę na ogólnym poziomie;
– 70% badanych uważa, że ustawa źle działa;
– 65% badanych uznało, że ceny leków refundowanych zdrożały po wprowadzeniu ustawy;
– 36% badanych uważa, że w wyniku ustawy dostępność leków dla pacjentów jest mniejsza;
– 54% badanych uważa, ze wprowadzenie „sztywnych” cen leków refundowanych z jednoczesnym zakazem promocji, udzielania rabatów jest niekorzystne dla pacjentów;
– 41% badanych sądzi, że zakaz prowadzenia przez apteki działań reklamowych jest niekorzystny dla pacjentów.

Rada Nadzorcza ENERGA SA powołała Zarząd III kadencji

Rada Nadzorcza ENERGA SA zakończyła postępowanie kwalifikacyjne na funkcję Prezesa Zarządu ENERGA SA, a także Wiceprezesa Zarządu ENERGA SA ds. Finansowych oraz Wiceprezesa Zarządu ENERGA SA ds. Strategii Rozwoju (na podstawie art. 19a w związku z art.69a ust. ustawy 3 z dnia 30 sierpnia 1996 r. o komercjalizacji i prywatyzacji oraz rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 18 marca 2003 r. w sprawie przeprowadzania postępowania kwalifikacyjnego na stanowisko członka zarządu w niektórych spółkach handlowych oraz Statutu Spółki).

Uchwałami z dnia 28.05.2012 r. Rada Nadzorcza powołała do Zarządu ENERGA SA III kadencji:

Mirosława Bielińskiego na stanowisko Prezesa Zarządu

Po ukończeniu studiów (Uniwersytet Gdański, Wydział Ekonomiki Produkcji ) pracował jako robotnik, następnie w działach finansowo-księgowych kilku trójmiejskich firm. W 1989 roku związał się z jedną z najbardziej cenionych polskich firm konsultingowych – DORADCA. Przeszedł w niej od pozycji młodszego konsultanta do partnera, członka zarządu i współwłaściciela. Był odpowiedzialny za duże projekty doradcze, wymagające tworzenia dużych zespołów i bardzo skrupulatnej realizacji wyznaczonych celów. Od 2002 roku poszukiwał projektów typu interim management, łączących w sobie konsulting z zarządzeniem. Od 2008 r. pełnił funkcję Prezesa Zarządu ENERGA SA.

Romana Szyszko na stanowisko Wiceprezesa Zarządu ds. Finansowych

Jest absolwentem ekonomii na Uniwersytecie Gdańskim oraz finansów na Strathclyde University w Wielkiej Brytanii. Jest doświadczonym specjalistą do spraw inwestycji kapitałowych i zarządzania płynnością finansową. Pełnił m.in. funkcję członka zarządów w banku Dexia Kommunalkredit Polska S.A. oraz w Banku Komunalnym S.A (Nordea Bank Polska).Wcześniej był m.in. pracownikiem naukowo-badawczym w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową w Gdańsku, gdzie zajmował się analizami zmian efektywności w okresie po wprowadzeniu przekształceń własnościowych. Od 2008 r. pełnił funkcję Wiecprezesa ds. Finansowych ENERGA SA.

Wojciecha Topolnickiego na stanowisko Wiceprezesa Zarządu ds. Strategii Rozwoju:

Jest absolwentem Wydziału Zarządzania i Ekonomii na Politechnice Gdańskiej oraz Ecole Supérieure de Commerce w Rouen. Karierę zawodową rozpoczął w 1998 r. jako asystent w Credit Commercial de France. W latach 1999-2002 pracował jako senior w dziale Audytu i Doradztwa Gospodarczego w Arthur Andersen Sp. z o.o. Następnie w latach 2002-2006 pełnił funkcję zastępcy dyrektora finansowego oraz kontrolera finansowego w EADS PZL „Warszawa-Okęcie” SA. W okresie 2006-2008 prowadził własną działalność gospodarczą w zakresie corporate finance. W latach 2008 -2011 był wiceprezesem Zarządu ds. Finansowych PGE SA.

Rynek mieszkań w dwunastu krajach Europy w latach 2010-2011

W Polsce liczba mieszkań w zestawieniu z liczbą mieszkańców jest najniższa na kontynencie. Dodatkowo ich ceny w porównaniu do średniego wynagrodzenia są wysokie – w naszym kraju na zakup własnego 70-metrowego mieszkania trzeba zaoszczędzić 8,5 średnich rocznych pensji, podczas gdy w Danii wystarczy odłożyć tylko 2,5. Mamy za to jedne z najniższych w Europie kosztów utrzymania lokum – takie m.in. wnioski płyną z raportu firmy doradczej Deloitte „Property Index. Overview of European Residential Markets. How do Europeans live, and for how much?” porównującego rynki mieszkaniowe w krajach europejskich.

Eksperci firmy doradczej Deloitte przeanalizowali rynek mieszkań w dwunastu krajach Europy w latach 2010-2011, biorąc pod uwagę liczne wskaźniki. Należy do nich m.in. średnia ilość mieszkań przypadających na obywateli, ich ceny oraz koszty utrzymania. Z badania wynika, że krajem w którym średnio na 1 000 mieszkańców przypada największa liczba mieszkań jest Hiszpania (559). To wynik o 17% wyższy od europejskiej średniej. Warto jednak zwrócić uwagę, że w tym kraju, jeszcze przed globalnym kryzysem finansowym rozpoczęto realizację wielu dużych projektów mieszkaniowych. Niektórzy analitycy tamtejszego rynku szacują, że liczba niesprzedanych mieszkań osiągnęła w 2010 r, 1,5 mln. co uwzględniając przeciętny popyt roczny wskazuje, że potrzeba będzie co najmniej 6 lat na to aby wszystkie lokale znalazły nabywców.*

„Po przeciwnej stronie szali, pod względem proporcji liczby mieszkańców do liczby mieszkań znajduje się Polska, która ma najniższą liczbę mieszkań przypadającą na 1 000 obywateli – 351, czyli o 26% mniej niż wynosi średnia dla Europy. Wynika to z wieloletnich opóźnień w budownictwie mieszkaniowym, które swój rozkwit przeżyło dopiero w ostatnich latach przed kryzysem finansowym. Z drugiej strony, wprowadzone w ostatnich latach obostrzenia w kredytowaniu osób indywidualnych (szczególnie w bardzo popularnych wcześniej frankach szwajcarskich) wpłynęło na ograniczenie popytu na mieszkania, co przełożyło się na mniejszą liczbę budowanych obiektów. Dodatkowym czynnikiem, który będzie miał wpływ na liczbę lokali mieszkalnych w przyszłości jest nowa ustawa developerska, która znacząco ogranicza możliwość pokrywania kosztów budowy mieszkań z przedpłat kupujących. Najprawdopodobniej doprowadzi to w perspektywie średniookresowej do dalszego ograniczenia liczby noworozpoczynanych projektów pogłębiając dysproporcje liczby mieszkań przypadających na 1000 mieszkańców w Polsce i pozostałej części Europy.” – mówi Michał Rokosz, Wicedyrektor w dziale doradztwa rynku nieruchomości Deloitte.

Duże dysproporcje pomiędzy poszczególnymi krajami widać także, gdy porównuje się czas, który ich obywatele potrzebują na zebranie kwoty wystarczającej na zakup własnego mieszkania. Z analizy wynika, że najszybciej na własne lokum mogą pozwolić sobie Duńczycy. W tym państwie wystarczy odłożyć 2,4 roczne pensje brutto by nabyć nowe, 70-metrowe mieszkanie. Polska, z wynikiem na poziomie 8,5 rocznych pensji znalazła się niemal na końcu zestawienia. Dłużej trzeba oszczędzać tylko we Francji – ponad 9 lat. W większości krajów wartość ta waha się pomiędzy 6 a 9 rocznych pensji – przykładem są m.in. Czechy, Holandia i Wielka Brytania, gdzie nowe mieszkanie kosztuje ponad siedem średnich rocznych pensji.

Analizując wielkość mieszkań w poszczególnych krajach okazuje się, że najbardziej okazałe apartamenty są w posiadaniu Anglików, Hiszpanów i Niemców – większość z nich ma do dyspozycji 5 lub więcej pokoi. W Europie Środkowej (Polsce, Czechach i na Węgrzech) jest to zazwyczaj dwa lub trzy pokoje.

Wyniki badania pokazują, że w analizowanym okresie (rok 2011 w porównaniu do roku 2010) ceny mieszkań najbardziej wzrosły we Francji (o 6,2%), na drugim miejscu pod tym względem były Niemcy (wzrost o 4%), a na trzecim Austria (3,1%). Na Węgrzech i w Hiszpanii zaobserwowano odwrotny trend – spadek cen (odpowiednio o 23,5% i 5,6%). Najdroższą stolicą Europy, wśród miast objętych analizą, był Paryż, gdzie w roku 2011 średnia cena nowego mieszkania przekroczyła 8 000 EUR za metr kwadratowy. Najtańsze mieszkania można natomiast znaleźć w Europie Środkowej. W Budapeszcie średnia cena mieszkania w 2011 roku wynosiła 940 EUR za metr kwadratowy.

„Warto podkreślić, że ceny nieruchomości w Polsce należą do najniższych wśród analizowanych państw, taniej jest tylko na Węgrzech. Nieznacznie drożej jest w Czechach i Niemczech, ale różnica jest minimalna. Oznacza to, że przy różnym poziomie rozwoju gospodarczego nasi zachodni sąsiedzi płacą za mieszkania prawie tyle samo co Polacy. Z drugiej strony przeciętny Polak kupuje zazwyczaj mniejsze mieszkanie (2-3 pokojowe), podczas gdy Anglik czy Niemiec decyduje się na 5 lub więcej pokojów. Ponadto słabnący popyt na mieszkania skłania część deweloperów do oferowania dodatkowych zachęt, takich jak np. wyposażona kuchnia, co przekłada się na realną obniżkę kosztu zakupu mieszkania” –dodaje Michał Rokosz z Deloitte.

Najdroższym miastem Europy Środkowej w 2011 roku była Praga, gdzie metr kwadratowy mieszkania kosztował średnio 2 500 EUR, co jest ceną porównywalną np. z Berlinem. Jednocześnie Praga jest jednym z niewielu miast Europy, gdzie ceny nowych mieszkań ponad dwukrotnie przewyższają średnią krajową. We Frankfurcie i Hamburgu cena nowego lokum jest dwa i pół raza wyższa niż w pozostałych rejonach Niemiec. Najwyższe koszty związane z utrzymaniem mieszkania w 2011 roku odnotowano w Danii i Francji. Ogólne wydatki takie jak: czynsz, naprawa, remonty w tych krajach przewyższały średnią unijną, która wynosi 5 800 EUR w przeliczeniu na gospodarstwo domowe, odpowiednio o 70% i 41%. Najmniejsze nakłady na utrzymanie mieszkania ponoszą Węgrzy (zaledwie 40% unijnej średniej), drudzy w kolejności są Polacy.

Od 2013 roku o cenach gazu zadecyduje rynek

Ceny gazu regulowane przez rynek, a nie Urząd Regulacji Energetyki – takie zmiany zakłada Program Uwolnienia Gazu (PUG) przygotowany przez PGNiG na podstawie wytycznych URE. Na razie zmiany dotyczyć miałyby dostaw dla odbiorców instytucjonalnych.

Pośpiech związany z uwalnianiem cen gazu wynika z przepisów unijnych.

– Jesteśmy ostatnim krajem, który jest objęty regulacją cen gazu. To, o czym w tej chwili mówi URE i to, co zaproponowaliśmy w PUG-u, to jest zniesienie regulacji cenowych dla obrotu hurtowego – wyjaśnia prezes PGNiG

Komisja Europejska za opóźnienia grozi skargą do Trybunału Sprawiedliwości, a przegrana oznaczałaby dla Polski wysokie kary finansowe. Bruksela wstrzymuje się na razie z taką decyzją, obserwując efekty prac nad liberalizacją rynku.

Prace nad Programem Uwalniania Gazu nabrały tempa. Po trzymiesięcznych konsultacjach społecznych, PGNiG opracowuje ostateczny kształt projektu. Zadanie niełatwe, bo uczestnicy rynku zgłosili wiele uwag, często ze sobą sprzecznych.

Jednym z głównych założeń procesu liberalizacji rynku, jest wprowadzenie gazu do obiegu giełdowego. Prezes URE Marek Woszczyk ma nadzieję, że będzie to możliwe już we wrześniu tego roku. To oznacza, że PGNiG będzie musiał sprzedawać na towarowej giełdzie znaczące ilości swojego surowca.

Po zakończonych konsultacjach, trwają jeszcze końcowe ustalenia dotyczące ostatecznej treści Programu. PGNiG i URE chcą o tym rozmawiać między sobą i z innymi uczestnikami rynku.

– To konieczne działanie, by proces zniesienia regulacji cenowych przyniósł pożądane efekty – mówi prezes PGNiG Grażyna Piotrowska-Oliwa.

Mimo że rynek, do tej pory opanowany przez spółkę, zyska nowych graczy, prezes PGNiG jest spokojna o efekty uwalniania cen.

– Ja się tego nie boję, bo każde działanie niesie za sobą jakieś ryzyko. A zdecydowanie lepiej jest stosować rozwiązania uzgodnione przez wszystkie strony, które są zainteresowane takim działaniem niż stosować działania narzucone odgórnie – mówi Grażyna Piotrowska-Oliwa.

Zgodnie z ustaleniami PGNiG i Urzędu Regulacji Energetyki do uwolnienia rynku gazu dla odbiorców hurtowych mogłoby dojść od 1 stycznia 2013 roku.

Tak ma wyglądać Polska w 2050 r.

Kraj, w którym praca jest dla wszystkich mogących ją podjąć, a mieszkańcy są przygotowani do podjęcia wyzwań stawianych przez rynek pracy. Zaś biznes i administracja publiczna są dla siebie partnerami i wspólnie rozwiązują problemy, działając na rzecz państwa. To wizja Polski za niespełna 40 lat roztaczana w raporcie PwC stworzonym przy udziale resortu gospodarki.

Autorzy raportu „Wizja zrównoważonego rozwoju dla polskiego biznesu 2050” wskazali 6 kluczowych obszarów, na których należy się skoncentrować. Są to: kapitał ludzki, kapitał społeczny, infrastruktura – rozumiana zarówno jako infrastruktura transportowa, jak i technologiczna, zasoby naturalne, energia oraz jakość państwa i instytucji.

– W ramach tych obszarów zostały sformułowane zarówno wizja, czyli to, gdzie chcielibyśmy być za kilkadziesiąt lat. Jak i to, co powinniśmy zrobić w ramach każdego z nich, aby ten cel zrealizować – tłumaczy Aleksandra Stanek-Kowalczyk. – Oczywiście, nie są to jedyne obszary, w ramach których powinny zostać podjęte działania, ale przedstawiciele biznesu uznali, że te są najważniejsze i na tych powinniśmy się skupiać.

Wizja Polski wypracowana podczas konsultowania raportu, to innowacyjna gospodarka oparta na zaufaniu, kraj, w którym mamy zrównoważoną infrastrukturę, transport oraz zróżnicowaną i bezpieczną energię, niegenerującą kosztów, ani społecznych, ani środowiskowych.

Mimo, że 40 lat to odległa perspektywa, to zmiany w postawach, zachowaniach, systemach muszą zajść już teraz. To jest kluczowe wyzwanie – przekonują twórcy raportu.

– Boimy się, że za jakiś czas będziemy mieć problem z dostępem do wykwalifikowanych pracowników. Przed nami wyzwania demograficzne. Szacunki mówią, że za 50 lat będziemy najstarszym społeczeństwem Europy, pracujących będzie tyle samo, co niepracujących, a pracowników będziemy nadal potrzebowali. I to odpowiednio wykształconych, dostosowanych do rynku pracy i potrafiących korzystać z nowoczesnych technologii. Takich wyzwań jest znacznie więcej – komentuje Aleksandra Stanek-Kowalczyk.

Raport „Wizja zrównoważonego rozwoju dla polskiego biznesu 2050” ma być też platformą do debaty wokół wyzwań związanych ze zrównoważonym rozwojem. Jego autorzy liczą, że rozpocznie dyskusję wśród samych przedsiębiorców, ale i przedstawicieli instytucji publicznych.

– Istnieje strategia „Polska 2030” czy „Europa 2020”, jednak brakuje w nich głosu biznesu. Chcieliśmy więc, żeby ten raport też pokazywał długoterminowe wyzwania, ale z perspektywy przedsiębiorców – mówi Aleksandra Stanek-Kowalczyk z firmy doradczej PwC.

Raport powstał w odpowiedzi na działania Światowej Rady na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju (WBCSD), która w 2010 r. przedstawiła dokument „Vision 2050. The new agenda for business”, formułujący kluczowe wyzwania dla sektora prywatnego związane z budowaniem stabilnych podstaw zrównoważonego rozwoju. Dostrzegając zróżnicowanie warunków oraz szans rozwojowych poszczególnych państw, organizacje regionalne WBCSD zainicjowały wypracowanie wizji na szczeblu krajowym.

Netia chce przejąć TK Telekom i Exatela

Spółka telekomunikacyjna liczy na możliwość kolejnych fuzji. – Jest wiele podmiotów, które moglibyśmy przejąć – przekonuje prezes Netii Mirosław Godlewski. Na celowniku w pierwszej kolejności są TK Telekom i Exatel.

– Gdyby te przejęcia miały nastąpić pod koniec tego roku lub w przyszłym roku, to byłby to idealny moment – podkreśla Mirosław Godlewski, prezes Netii.

Właściciele Exatel i Tk Telekom wielokrotnie sygnalizowali zamiar sprzedaży. W obu przypadkach firmy stanowią działalność pozapodstawową swoich spółek-matek: Exatel należy do Polskiej Grupy Energetycznej, zaś TK Telekom to spółka zależna PKP. W przypadku TK Telekom termin składania ofert wiążących mija wraz z końcem maja. PGE wciąż rozważa jak i kiedy mogłoby dojść do sprzedaży Exatela. Decyzja ma zapaść do końca II kwartału roku.

– Wielokrotnie zgłaszaliśmy zainteresowanie wzięciem udziału w tych procesach, ale najpierw musi być determinacja w prowadzeniu procesu sprzedaży. My będziemy wtedy zainteresowani kupnem – zapowiada prezes Netii.

Zdaniem Mirosława Godlewskiego, zaletą spółki jest przede wszystkim doświadczenie w konsolidacji. W ubiegłym roku Netia przejęła Telefonię Dialog i Crowley Data Poland. Konsolidacja trzech przedsiębiorstw trwa już od kilku miesięcy.

– Koncentrujemy się na tym jak Netia w dalszym ciągu może konsolidować rynek. Wciąż jest on rozdrobniony, wciąż jest wiele podmiotów, które moglibyśmy przejąć. Jesteśmy zainteresowani taką konsolidacją. Mamy na to środki finansowe, mamy również potencjał do brania pożyczek z banku – deklaruje prezes Netii.

Wartość transakcji przejęcia dwóch firm to blisko 1 mld zł. Wyniki finansowe Dialogu i Crowleya przyczyniły się w ubiegłym kwartale do wzrostu przychodów Netii odpowiednio o 124,2 mln zł oraz 23,6 mln zł. Przychody skonsolidowanego podmiotu wyniosły 544,3 mln zł.

Prof. Buzek: Będziemy walczyć w PE o wysoki budżet unijny

Rozmów na temat unijnego budżetu ciąg dalszy. Dziś w Brukseli ministrowie ds. europejskich państw UE spotkają się w Brukseli, by omówić schemat negocjacyjny. Negocjacje ruszą pełną parą od 1 lipca.

W negocjacjach nowej perspektywy finansowej na lata 2014-2020 Polska będzie walczyć nie tylko o utrzymanie wysokości unijnego budżetu, zaproponowanej przez Komisję Europejską, ale również o utrzymanie funduszy na politykę spójności. Według projektu Brukseli we wspólnym budżecie znajdą się 972 mld euro. Gdyby propozycja została przyjęta, Polska mogłaby liczyć nawet na 80 mld euro.

Jak podkreśla prof. Jerzy Buzek, były przewodniczący Parlamentu Europejskiego, naturalnymi sprzymierzeńcami Polski w tej walce będą kraje regionu Europy Środkowo-Wschodniej, które też są beneficjentami unijnych środków.

– Kiedyś zwolennikami tej polityki były także kraje Południa. Grecy czy Portugalczycy dostają na ogół znacznie więcej pieniędzy niż wkładają do budżetu, ale teraz brakuje im pieniędzy na wkład własny do inwestycji finansowanych z UE. To jest zwykle ok. 20-30 proc. wartości inwestycji, bo aż 70-80 proc. to są pieniądze unijne, ale nawet takich pieniędzy nie mają w budżecie – wyjaśnia prof. Jerzy Buzek.

Przeciwna takiemu stanowisku jest koalicja kilku państw, z Niemcami na czele, które do unijnej kasy oddają najwięcej pieniędzy. Postulują one oszczędności w wysokości 100 mld euro, głównie w polityce spójności. Jednak zdaniem byłego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, Polska ma szanse na stworzenie silnej koalicji.

– Mam nadzieję, że w ramach dyskusji uda nam się zmobilizować w Parlamencie Europejskim, a także polskiemu rządowi, silną koalicję za w miarę bogatym budżetem na nasze obecne możliwości. – ocenia były przewodniczący PE.

Szczególnie, że z koalicji płatników netto może wycofać się Francja. Nowy prezydent Francois Hollande zapowiedział podczas szczytu UE w ubiegłym tygodniu, że będzie walczył o uwzględnienie w budżecie nie tylko dużych nakładów na Wspólną Politykę Rolną, ale również na politykę strukturalną.

Prof. Jerzy Buzek uważa, że unijnych liderów powinien przekonać argument, że nowy budżet ma służyć przede wszystkim wzrostowi. Jak dodaje, 95 proc. wydatków z budżetu będzie przeznaczone na pobudzanie wzrostu. Pozostałe 5 proc. to koszty administracyjne.

– Prawie całość idzie na wzrost, na infrastrukturę, na doszkalanie pracowników, na nasze bezpieczeństwo, które jest ważne również dla gospodarki, wspólną politykę zagraniczną, na naszych sąsiadów, którym chcemy ożywić gospodarkę po to, abyśmy mogli z nimi handlować oraz na badania i rozwój. Bez innowacyjnych badań, bez konkurencyjności nie będziemy tworzyli miejsc pracy, nie będziemy mieli wysokiego wzrostu – wyjaśnia prof. Jerzy Buzek.

Przekonywaniem państw UE do słuszności polityki strukturalnej, z której korzyści czerpią również płatnicy netto, zajmuje się od kilku tygodni Ministerstwo Rozwoju Regionalnego. Minister Elżbieta Bieńkowska odbyła już kilka podróży po stolicach europejskich i planuje kolejne.

– To nie jest tak, że my mówimy innym językiem. My mówimy dokładnie to samo, co Niemcy, kraje skandynawskie czy Brytyjczycy, że trzeba te pieniądze wydawać efektywnie, a nie tylko efektownie, oglądając kilka razy każdą monetę z każdej strony. Chodzi o to, żeby ludzie zobaczyli, że polityka spójności to jest polityka dla nich samych. Jeżeli się ścina politykę regionalną w Polsce, w Czechach i na Słowacji, to się ścina miejsca pracy w Niemczech, Szwecji i Holandii – wyjaśniła Elżbieta Bieńkowska podczas rozmowy z Newserią.

Zgodnie z badaniami przeprowadzonymi przez MRR, z każdego euro, zainwestowanego przez UE-15 w realizację polityki spójności w Grupie Wyszehradzkiej, wraca do nich ok 61 centów z tytułu dodatkowego eksportu.

– Należy konstruować politykę strukturalną Unii Europejskiej w taki sposób, żeby większość krajów była zainteresowana polityką regionalną, spójności i funduszami strukturalnymi. To się da tak skonstruować, również pod kątem innowacyjności, pod kątem energoefektywności. Tym są zainteresowani wszyscy – dodaje prof. Jerzy Buzek.

Podczas dzisiejszego spotkania ministrowie ds. europejskich omówią schemat negocjacyjny. Konkretne rozmowy rozpoczną się już pod koniec czerwca, podczas unijnego szczytu przywódców państw. Na tym spotkaniu duńska prezydencja zda relację z dotychczasowych wstępnych prac na poziomie ministerialnym. Od lipca, wraz z przejęciem prezydencji przez Cypr, prace nad kształtem budżetu mają ruszyć pełną parą. Efekty spodziewane są w grudniu.

Prezes URE: we wrześniu możliwy handel gazem na giełdzie

Od 1 stycznia 2013 roku ceny gazu dla odbiorców przemysłowych nie będą regulowane. Taki jest plan przygotowany przez Urząd Regulacji Energetyki i Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Aby tak się stało konieczne jest uruchomienie obrotu gazem na giełdzie towarowej. Według URE niewykluczone, że ruszy on już jesienią.

Kluczowe przy wdrażaniu Programu Uwolnienia Energii jest odpowiednie przygotowanie rynku. Temu mają służyć konsultacje Programu Uwalniania Gazu, dobrowolnego programu przygotowanego przez PGNiG. Jak podkreśla Marek Woszczyk, w Urzędzie Regulacji Energetyki nie brakuje determinacji, by styczniowy termin stał się realny.

– Faktycznie robimy wszystko, aby doprowadzić do powstania warunków na rynku, umożliwiających zwolnienie z taryfikacji sprzedaży gazu do odbiorcy przemysłowego z dniem 1 stycznia 2013 roku – zapewnia prezes URE.

Dodaje jednak, że zaangażowanie Urzędu to tylko połowa sukcesu.

– Cała koncepcja uwalniania rynku wobec niedostatku twardych narzędzi prawnych w ręku Prezesa URE, np. w postaci możliwości wydania decyzji zobowiązującej określony podmiot do określonego sposobu zachowywania się na rynku, zależy także od aktywności innych podmiotów, w szczególności samego PGNiG – informuje prezes Woszczyk.

Gazowy koncern, zgodnie z zaleceniami URE, przygotował Program Uwalniania Gazu, który trzy miesiące temu przekazał do konsultacji społecznych. Jak podkreślają przedstawiciele spółki, niektóre uwagi zgłaszane przez uczestników rynku znacząco odbiegają od wytycznych Urzędu Regulacji Energetyki. Największe wątpliwości budzą ceny, a konkretnie strach przed niekontrolowanymi podwyżkami cen po uwolnieniu rynku. Istnieją również rozbieżności dotyczące sposobu i terminów oferowania gazu.

– Dzisiaj to jest przedmiotem debaty. Mieliśmy wgląd we wszystkie, także te niepublikowane, zastrzeżone uwagi zgłoszone przez część uczestników publicznych konsultacji PUG. Niektóre są wzajemnie wykluczające się, przeciwstawne. Stąd też potrzeba dyskusji, żeby osiągnąć kompromis – mówi prezes URE.

Właśnie wypracowaniu porozumienia miały służyć zorganizowane przez PGNiG w poniedziałek warsztaty z wszystkimi uczestnikami rynku. Marek Woszczyk podkreśla, że na tym etapie prac jeszcze wszystko jest możliwe do uzgodnienia.

– Konfrontujemy to, co zostało zapisane z tym, co leży w interesie wszystkich uczestników rynku gazu, i tych obecnych, i tych przyszłych. Rekomendacje Prezesa URE miały charakter strategiczny, przesądzały tylko o tym, jaki wolumen gazu powinien być skierowany na rynek w ramach PUG, w jakim trybie i na jakich zasadach, aby wykreować warunki umożliwiające podjęcie decyzji o uwolnieniu cen – wyjaśnia Marek Woszczyk.

Zgodnie z zaleceniami URE, PGNiG jeszcze w tym roku powinien rozpocząć sprzedaż gazu na giełdzie towarowej. W obrocie powinna znaleźć się ilość surowca odpowiadająca 70 proc. zużycia przez odbiorców hurtowych. Prezes URE ma nadzieję, że będzie to możliwe we wrześniu.

– Wskazują na to rozmowy, które prowadzę z przedstawicielami Towarowej Giełdy Energii czy zarządem GPW, obecnym właścicielem TGE. Prace wydają się na tyle zaawansowane, że faktycznie giełda we wrześniu powinna zacząć funkcjonować – mówi prezes Woszczyk.

Styczniowy termin zależy głównie od powodzenia Programu Uwalniania Gazu. Jeśli efektem jego wdrożenia będzie przejrzysty, oparty o zasady wolnej konkurencji, hurtowy rynek obrotu gazem, za kilka miesięcy URE przestanie taryfikować stawki dla firm.

Dodatkowo potrzebne będą jeszcze przepisy o ochronie odbiorców wrażliwych, które znajdują się w przygotowywanej obecnie w Ministerstwie Gospodarki ustawie Prawo gazowe. Inne warunki to m.in. zmiana instrukcji dla operatorów sieci gazowych oraz opracowanie zasad obrotu surowcem na giełdzie.

Czołówka w branży usług telekomunikacyjnych i internetowych

Jeśli telefon komórkowy to tylko Nokia lub LG i tylko w sieci Orange lub Play. Jeśli komputer osobisty to jedynie HP lub Apple z internetem od TP (Orange) lub UPC. To wyniki 12. edycji badania European Trusted Brands, przeprowadzanego przez Reader’s Digest.

W kategorii Telefon komórkowy największe zaufanie Polacy mają do marek Nokia (Złote Godło) oraz LG (Kryształowe Godło). Aż 60 proc. respondentów wskazało, że marka Nokia cieszy się ich największym zaufaniem. Fiński producent wygrał w 14 na 15 krajów objętych badaniem (wyjątkiem jest Francja, gdzie zwyciężyła marka Samsung). Marka LG została przez polskich respondentów doceniona za jakość, stosunek wartości do ceny oraz silny wizerunek.

Orange (Złote Godło) oraz Play (Kryształowe Godło) to marki, które w kategorii Operator telefonii komórkowej, cieszą się największym zaufaniem Polaków. Orange został wybrany marką godną zaufania przez niemal 1/3 respondentów. Markę tę często wskazywały kobiety oraz osoby posiadające rodzinę z dziećmi do lat 15. Play uzyskał bardzo wysokie oceny za silny wizerunek oraz zrozumienie potrzeb klienta.

Firmami internetowymi, do usług których przekonana jest największa część polskiego społeczeństwa, są TP (Złote Godło) oraz UPC (Kryształowe Godło). TP (od kwietnia 2012 r. usługi TP realizowane są pod marką Orange) uzyskała wynik 22 proc. utrzymując pozycję lidera z ubiegłego roku. Marka UPC otrzymała wyższe niż konkurencja oceny za jakość, wizerunek, zrozumienie potrzeb klienta oraz stosunek wartości do ceny.

W kategorii Komputer osobisty Złote Godło otrzymała marka HP, która odniosła spektakularny sukces, wygrywając w 11 spośród 15 krajów objętych badaniem. W Polsce marka HP zdetronizowała ubiegłorocznego laureata – markę Toshiba. Kryształowe Godło European Trusted Brands otrzymała marka Apple, którą ankietowani szczególnie wysoko ocenili za jakość.

Wyniki badania European Trusted Brands są w Polsce podstawą do przyznania nagród – Złotego i Kryształowego Godła, przy czym zdobycie jednej statuetki nie wyklucza możliwości otrzymania drugiej. Złote Godło to nagroda w kategorii ilościowej, w której respondenci spontanicznie wskazują Najbardziej Godną Zaufania Markę. Kryształowe Godło, przyznawane jest w kategorii jakościowej, w której marki oceniane są przez badanych w 5 kryteriach: jakość, stosunek wartości do ceny, wizerunek, zrozumienie potrzeb klienta oraz społeczna odpowiedzialność.

***

European Trusted Brands to jedno z największych i najszerzej zakrojonych badań konsumenckich, przeprowadzane w Europie przez Reader’s Digest. Oprócz tematyki marketingowej coroczne badanie European Trusted Brands porusza również tematy społeczne. Pozwala na poznanie dominujących nastrojów mieszkańców Europy, postaw i wartości, które kształtują nasze opinie i decyzje, a także zaufanie do wielu innych aspektów życia.

Badanie European Trusted Brands po raz pierwszy przeprowadzono w 2001 roku. Co roku kontynuowane jest ono w kilkunastu krajach europejskich. Tegoroczna – dwunasta już edycja badania – została przeprowadzona w 15 krajach. Kraje, które zostały objęte tegorocznym badaniem to: Austria, Belgia, Chorwacja, Czechy, Finlandia, Francja, Holandia, Niemcy, Polska, Portugalia, Rosja, Rumunia, Słowenia, Szwecja oraz Szwajcaria. Wzięło w niej udział 27 467 respondentów.

Badanie realizowano metodą kwestionariusza on-line lub wywiadów pocztowych. Respondenci zostali wybrani spośród wielomilionowej bazy prenumeratorów miesięcznika Reader’s Digest. Jak co roku próba została dobrana tak, aby odzwierciedlała szeroki profil badanej populacji.

Facebóg. Imperium pod ostrzałem Bloomberg Businessweek Polska

Ostry spadek kursu Facebooka tuż po giełdowym debiucie spółki wywołał aferę. Rozczarowani inwestorzy szukają winnych. W najnowszym wydaniu dwutygodnika „Bloomberg Businessweek Polska” – wszystko o giełdowym debiucie internetowego giganta i o jego twórcy, Marku Zuckerbergu.

Ponadto w „Bloomberg Businessweek Polska”: co mają wspólnego wybory w Grecji z portfelem Kowalskiego, ile kosztuje noga piłkarza, wojna browarów o polskich piwoszy, nowe marki w polskiej szafie, czy po emerytalnej czekają nas kolejne reformy, kto zarabia na rosyjskim boomie internetowym i kto… tańczy w przerwie na lunch, czyli czy Lunch Beat trafi nad Wisłę.

Co najbardziej elektryzowało inwestorów z całego świata już od kilku miesięcy? Giełdowy debiut Facebooka. Nie może go zabraknąć na łamach najnowszego wydania „Bloomberg Businessweek Polska”. Tym bardziej że jest o czym mówić. Firma Marka Zuckerberga zadebiutowała na nowojorskim parkiecie w piątek 18 maja. Wydarzenia potoczyły się lawinowo. W ostatniej chwili przed giełdowym debiutem Facebook powiększył swoją ofertę o 25 proc. (do 421,2 mln akcji) oraz podniósł widełki cenowe z przedziału 28–35 do przedziału 34–38 dol. za akcję. Dało to łączną wartość oferty na poziomie 16 mld dol. i wyceniło całą firmę na 104 mld dol. W dniu debiutu, przy znacznych problemach natury technicznej, akcje na moment wystrzeliły z 38 do 45 dol. za sztukę, ale już pod koniec notowań cena była zbliżona do ceny emisyjnej. W poniedziałek rozpoczęły się ostre spadki – w ciągu do końca tygodnia akcje firmy były kilkanaście procent na minusie. Jest duże prawdopodobieństwo, że masową wyprzedaż akcji spowodowali duzi inwestorzy, w tym sam Zuckerberg, który jeszcze przed spadkiem zdążył sprzedać akcje o wartości 1,13 mld dol. W środę do sądu wpłynął pierwszy pozew przeciwko Facebookowi oraz bankom Morgan Stanley, Goldman Sachs i JPMorgan Chase. Co się wydarzyło na nowojorskiej giełdzie i dlaczego akcje FB okazały się balonem, z którego uchodzi powietrze – o tym w najnowszym wydaniu „BBWP”.

„Bloomberg Businessweek Polska” pisze również o samym Facebooku i jego twórcy. W dniu debiutu giełdowego internetowy świat Marka Zuckerberga miał 900 mln użytkowników. Powstał w zaledwie parę lat dzięki kilku niekonwencjonalnym ruchom swego twórcy, mocno zakorzenionym w jego hakerskiej mentalności. W 2006 roku, mając 22 lata, Mark Zuckerberg porzucił pisanie kodów komputerowych, by skupić się na swoim szybko rozwijającym się start-upie. Kilka lat później zaczął wyznaczać sobie roczne cele. Niezależnie od tego, jak potoczy się historia Zuckerberga i Facebooka, jego decyzje awansowały już do rangi nowych przykazań dla przedsiębiorców w Dolinie Krzemowej. Historia i przykazania twórcy Facebooka – w najnowszym wydaniu dwutygodnika „Bloomberg Businessweek Polska”.

„BBWP” przynosi też analizę tego, co dzieje się w Grecji i jak wstrząsy z Aten rozchodzą się po całej Europie. Dopiero czerwcowe wybory przyniosą odpowiedź na pytanie, czy Grecja wyjdzie ze strefy euro. Jeśli ją opuści, przez Europę – również przez Polskę – przetoczy się finansowe tornado. Grecy wyjęli z bankomatów około 700 mln euro! W sumie w ciągu ostatnich tygodni z kont mogło zniknąć 3 mld euro. Przedsmak armagedonu poczuła reszta świata. Tymczasem greccy wyborcy zafundowali całej Europie miesiąc szaleństwa: majowe wybory zamiast uporządkowania sceny politycznej przyniosły zaskakujący sukces radykałów z lewa i prawa. I choć nowa gwiazda greckiej polityki – lider radykalnej lewicowej Syrizy – nie odcina się od euro, to jednak nowi gracze jednym głosem domagają się znacznego poluzowania programu oszczędności narzuconego Atenom przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Unię Europejską. Czy Polacy mają powody, by bać się rozwoju sytuacji w Grecji? Niestety tak. W „Bloomberg Businessweek Polska” o tym, dlaczego fala po katastrofie może przepłukać portfel Kowalskiego.

Z perspektywy Polski Grecy to jednak na razie przede wszystkim nasz pierwszy przeciwnik na UEFA EURO 2012. Na niespełna dwa tygodnie przed mistrzostwami „Bloomberg Businesssweek Polska” zastanawia się, ile warci są polscy piłkarze. Odpowiedź wygląda na prostą: tyle, ile ktoś zechce za nich zapłacić. Nie zmienia to jednak faktu, że na futbolowym rynku każdy z nich już ma cenę. A udany występ zawodnika na EURO 2012 ustawi obecnego pracodawcę na świetnej pozycji negocjacyjnej. Szansa pokazania się to dużo, ale nie wszystko. Wartość piłkarza nie wzrośnie, jeśli będzie tylko przechadzał się po boisku. Musi grać. I to dobrze. Samo powołanie do kadry nie powoduje radykalnego wzrostu wartości rynkowej zawodnika. Tu nie ma geometrycznych wzrostów o 100–200 proc. Natomiast lekkie wzrosty, o 10-20 proc. są możliwe już za wpisanie do CV statusu reprezentanta Polski. Nie ma też prostego przełożenia sukcesu drużyny na wartość rynkową grającego w niej piłkarza. Jak zatem wyceniani są bohaterowie stadionów – o tym w najnowszym „Bloomberg Businessweek Polska”.

Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej to również szansa na rekord w zupełnie innej dziedzinie. W 2008 roku Polacy wypili 94 litry piwa na głowę, tym samym stając się jedną z pięciu największych światowych potęg w tej dziedzinie. W tym roku spożycie może przekroczyć granicę 100 litrów na mieszkańca. Ale to zależy od spełnienia trzech warunków. Pierwszy to udane, długie i słoneczne lato. Synoptycy dają nadzieję. Według prognoz czerwiec – i całe lato – będzie gorący. Drugi warunek to sukces EURO 2012. W tym przypadku słowo „sukces” oznacza tłumy kibiców, którzy wspólnie oglądają spotkania. Najlepiej na powietrzu i przy kuflu piwa. A jeszcze lepiej – przy kilku kuflach. I wreszcie trzeci warunek rekordu. Że walka browarów o dusze polskich piwoszy przyniesie więcej pożytku niż szkody, a konsumenci zaakceptują wprowadzane nowości. Obraz polskiej branży piwnej – na łamach „Bloomberg Businessweek Polska”.

„BBWP” pisze też o nowych markach, które wchodzą na polski rynek. W 2011 roku Polska po raz pierwszy znalazła się wśród 20 krajów najbardziej atrakcyjnych dla światowych marek. Zajęła 19. miejsce w globalnym rankingu opracowanym przez firmę doradczą CBRE. Warszawa w jeden rok awansowała o 10 miejsc, zajmując 36. pozycję na liście miast najbardziej atrakcyjnych dla marek. Wyprzedziła Amsterdam, Lizbonę, Brukselę i Budapeszt. Na razie jednak obecna jest u nas dopiero jedna trzecia z 326 badanych międzynarodowych sieci detalicznych. Wiele marek rozważa zaistnienie w Polsce po jej wejściu do strefy euro czy po ustabilizowaniu wyników sprzedaży na innych rynkach europejskich. Które firmy już wkroczyły na nasz rynek, a które nadal się wahają – o tym w „Bloomberg Businessweek Polska”.

W „Bloomberg Businessweek Polska” także kulisy polityki. „Przynajmniej to się udało…” – miał powiedzieć premier Donald Tusk w kuluarach Sejmu po uchwaleniu zmian w systemie emerytalnym. Premier ma świadomość, że przeprowadzenie reformy emerytalnej i błędy informacyjne popełnione podczas dyskusji nad nią mogą okazać się początkiem końca jego formacji. Poparcie dla rządu i niego osobiście leci na łeb na szyję, choć jeszcze niedawno Tusk był królem sondaży. – Liczymy na to, że sondaże odbiją nam po EURO. Jeśli nie, to zacznie się spory kłopot, bo możemy tracić nadal. A wtedy pod znakiem zapytania staną kolejne reformy – przyznaje w rozmowie z „Bloomberg Businessweek Polska” prominentny polityk Platformy. Czy rzeczywiście premier, którego też zaskoczył aż tak ostry opór przeciw zmianom emerytalnym, traci zapał do reform? Oficjalnie zapewnia, że nie. A jak jest naprawdę – o tym w „Bloomberg Businessweek Polska”.

„BBWP” prezentuje również… Runet. Cyberprzestępczość, piractwo i bardzo zdolni programiści, najczęściej pracujący albo dla złoczyńców, albo dla firmy Kaspersky Lab, producenta znanych programów antywirusowych. A do tego antykremlowska opozycja, która przez sieć skrzykiwała się na protesty, przyciągając uwagę zagranicznych mediów. Oto lista stereotypowych skojarzeń z rosyjskim internetem – tzw. Runetem (od angielskiego net, czyli sieć, i rosyjskiej domeny .ru). To największy internetowy rynek w Europie. Zdaniem firmy badawczej comScore we wrześniu zeszłego roku liczba osób korzystających w Rosji z internetu przekroczyła 50,8 mln. Tym samym Rosjanie zepchnęli z pierwszego miejsca Niemców. Szacunki brytyjskiej firmy GP Bullhound są jeszcze wyższe – według jej analityków liczba rosyjskich internautów w pierwszej połowie 2012 roku wzrosła do prawie 67 mln, a już za rok będzie ich 93 mln. Wydatki na reklamę internetową w Rosji w 2010 roku wyniosły (według IAB Rosja) 660 mln euro. Rok później już około 1 mld euro. Błyskawicznie rośnie rosyjski rynek e–handlu. Jak wygląda największy internetowy rynek Europy i czy zagraniczne firmy mogą skorzystać z rosyjskiego boomu – o tym w „Bloomberg Businessweek Polska”.

„BBWP” pisze również o nowym zjawisku… społecznym. Lunch Beat to imprezy, których popularność w Szwecji rośnie w zawrotnym tempie. W ostatnich miesiącach pomysł na godzinne potańcówki w ciągu dnia rozszerzył się na kilkanaście miast w innych krajach Europy. Są plany przeniesienia tej idei do Stanów. Zorganizowanie Lunch Beat we własnym mieście jest proste. Jedyne, co muszą zrobić producenci, to znaleźć dużą przestrzeń, która nie jest wykorzystywana w środku dnia, zapewnić nagłośnienie, zaprosić ludzi i skasować opłatę, która pokryje koszty imprezy. Potem ludzie mają już tylko tańczyć. Czy Lunch Beat ma szansę trafić także do Polski – o tym w „Bloomberg Businessweek Polska”.

Nowy numer „Bloomberg Businessweek Polska” w sprzedaży w poniedziałek, 28 maja. E-wydanie „Bloomberg Businessweek Polska” jest dostępne pod adresem http://ewydanie.bbwp.pl/index.php?act=users&sub=login. Użytkownicy Iphone’ów i Ipadów oraz urządzeń obsługiwanych przez system operacyjny Android mogą pobrać cyfrową wersję pisma z AppStore i Android Market już w sobotę o 22.00.

„Bloomberg Businessweek Polska” to polska edycja jednego z najbardziej wpływowych magazynów na świecie. Ukazuje się od września 2011 r. Jego wydawcą jest Point Group Business Unit, spółka zależna Platformy Mediowej Point Group SA (GPW: POINTGROUP, PGM). Magazyn jest wydawany na licencji Bloomberg L.P., wydawcy „Bloomberg Businessweek”. To pierwsza międzynarodowa licencja od czasu przejęcia magazynu „Businessweek” przez Bloomberg w 2009 roku.

Pierwsze wnioski z IV Europejskiego Kongresu Gospodarczego

Europa musi się zmienić, być konkurencyjna i liczyć się z tym, że np. w kwestii polityki klimatycznej świat nie pójdzie wyznaczoną przez nią drogą – to pierwsze z wniosków płynących z IV Europejskiego Kongresu Gospodarczego. W intencji organizatora największej imprezy biznesowej Europy Centralnej, podsumowanie tegorocznej edycji będzie jednocześnie początkiem nowego, otwartego na przyszłość projektu.

Europejski Kongres Gospodarczy 2012 (European Economic Congress – EEC) odbył się między 14. a 16. maja w jedenastu katowickich lokalizacjach. Trzy kongresowe dni wypełniły liczne debaty, spotkania, wydarzenia towarzyszące, w których wiedzą i doświadczeniem podzieliło się ponad 900 prelegentów. W całym wydarzeniu udział wzięło ponad sześć tys. gości z całego globu. Już po raz czwarty stolica Górnego Śląska była gospodarzem spotkania najważniejszych postaci świata polityki, biznesu, nauki i ekonomii.

– Zapraszamy do zapoznania się z pierwszą redakcją pokongresowych wniosków – dokonaną na gorąco i bez szerszych konsultacji. Zachęcamy do polemiki, uzupełnień i propozycji. Kongres to ponad sto debat o sporej rozpiętości tematów – objęcie całości i wyabstrahowanie z niej najważniejszych wątków wymaga pracy zespołowej. Pozwoli to nam wszystkim – wychodząc od wniosków z czwartej edycji – wspólnie kształtować problematykę kolejnego V Europejskiego Kongresu Gospodarczego – mówi Wojciech Kuśpik, Prezes Grupy PTWP SA, inicjator EEC.

Europejski Kongres Gospodarczy 2012 – pierwsze konkluzje:

• Europa musi się zmienić. Nie ma czasu na błędy i życie złudzeniami. Bez wzrostu będzie się chylić ku upadkowi. Konieczne jest przyspieszenie – ucieczka do przodu.

• Europa nie może dłużej skupiać się na sobie. Bieguny gospodarcze świata już się przesunęły. Europa powinna odważnie „wyjść na świat”, zaakceptować nowy układ sił.

• Warunkiem powrotu Europy na ścieżkę wzrostu jest konkurencyjność gospodarki. Tylko średni w Europie wzrost PKB rzędu 3-4 proc. może dać miejsca pracy.

• Unijne regulacje sektora finansowego nie mogą być hamulcem dla gospodarki. To, co może być lekarstwem w niektórych europejskich krajach, w innych może się okazać zabójcze.

• Nie można liczyć na odwrót od polityki klimatycznej, UE będzie tu konsekwentna. Z drugiej strony nie można się łudzić, że świat pójdzie drogą wyznaczaną przez Europę.

• Kluczem do wspólnego europejskiego bezpieczeństwa energetycznego jest rozbudowa infrastruktury sektora energetyczno-paliwowego.

Więcej: http://www.eecpoland.eu/podsumowanie
***

W debacie o przyszłości kontynentu, IV Europejskim Kongresie Gospodarczym, udział wzięli m.in.: Bronisław Komorowski, Prezydent RP; Waldemar Pawlak, Wicepremier, Minister Gospodarki; Janusz Lewandowski, Komisarz UE ds. Budżetu i Programowania Finansowego; Barbara Kudrycka, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego; Jerzy Buzek, Przewodniczący Parlamentu Europejskiego w latach 2009-2012, Prezes Rady Ministrów w latach 1997-2001 oraz Mikuláš Dzurinda, Premier Słowacji w latach 1998-2006, Minister Spraw Zagranicznych Słowacji w latach 2010-2012; Joschka Fischer, Wicekanclerz Niemiec w latach 1998-2005, Minister Spraw Zagranicznych Niemiec w latach 1998-2005 oraz Aleksander Kwaśniewski, Prezydent RP w latach 1995-2005 i Günter Verheugen, Komisarz UE ds. Przedsiębiorstw i Przemysłu w latach 2004-2010, Komisarz UE ds. Rozszerzenia w latach 1999-2004.

###

Europejski Kongres Gospodarczy (European Economic Congress – EEC) w Katowicach
to największa impreza biznesowa w Europie Środkowej, trzydniowy cykl debat, spotkań i wydarzeń towarzyszących z udziałem najważniejszych osobistości świata polityki, biznesu, nauki oraz ekonomii. W 100 sesjach tematycznych, debatach i imprezach towarzyszących EEC udział bierze około 6000 gości z Polski i z zagranicy.

Europejski Kongres Gospodarczy został uznany za forum jednej z najbardziej reprezentatywnych dyskusji o przyszłości Europy, tezy wystąpień najważniejszych uczestników są często cytowane i szeroko komentowane.

Organizatorem Europejskiego Kongresu Gospodarczego, od pierwszej edycji w 2009 roku,
jest Grupa PTWP SA, wydawca m.in. Miesięcznika Gospodarczego Nowy Przemysł oraz portalu wnp.pl.

Więcej informacji o Europejskim Kongresie Gospodarczym 2012 – www.eecpoland.eu