Koniunktura w Europie słabnie

Wygląda na to, że do słabych perspektyw europejskich gospodarek należy się po prostu przyzwyczaić. Kolejne już spowolnienie gospodarcze Europa radzi sobie gorzej niż USA i po raz kolejny czujemy to na głównej parze walutowej.

Indeksy PMI w Europie

W piątek poznaliśmy dane z indeksów PMI w Europie. Kolejny raz gorzej od oczekiwań wypadł indeks przemysłowy. Dzieje się to już tak regularnie, że jak zauważają złośliwi, należy oczekiwać, że wynik znajdzie się poniżej oczekiwań. Warto zauważyć, że perspektywy dla przemysłu osiągnęły drugi najgorszy rezultat od czasów pandemicznych. Teoretycznie odczyt dla usług wypadł lepiej, ale raczej należy użyć stwierdzenia mniej źle. Wynik jest bowiem lepszy od oczekiwań, ale 48,4 pkt to poniżej ważnej granicy 50 pkt rozdzielającej rozwój od recesji. Pokazuje to, że strefa euro nie ma przed sobą najlepszych perspektyw, skoro spodziewane jest pogorszenie koniunktury. Euro blisko wielomiesięcznych minimów względem dolara jest tego najlepszym dowodem.

Koniunktura za oceanem

Dane z USA na temat koniunktury okazały się lepsze niż z Europy. Wynik dla usług nieznacznie, bo o zaledwie 0,2 pkt przekracza kluczową granicę 50 pkt. Jest to poziom, który rozdziela przewagę odpowiedzi pozytywnych od negatywnych. W przypadku usług wynik 48,9 pkt również daje nadzieję na przyszłość. To właśnie lepsze perspektywy amerykańskiej gospodarki stoją za ostatnimi umocnieniami dolara. Nie przeszkadza amerykańskiej walucie również to, że nadal są spore szanse na podwyżkę stóp procentowych w grudniu. Wycena kontraktów terminowych daje temu scenariuszowi nadal ponad 40%.

Mniej odwiertów ropy

Rynek ropy naftowej to coś obecnie bardzo dziwnego. Z jednej strony ciągle czytamy o nadchodzącym spowolnieniu gospodarczym, co powinno spowodować spadek zapotrzebowania na surowiec. Z drugiej strony zarówno OPEC+, jak i USA ograniczają wydobycie. W piątek poznaliśmy liczbę wież wiertniczych dla rynku ropy w USA. Spadła ona o kolejne 1,5% w ciągu tygodnia. Przy tak silnym spadku produkcji cena jest sztucznie windowana w górę. W rezultacie obecne spekulacje o tym, czy ropa dobije w tym roku do poziomu 100 dolarów za baryłkę, to nie jest pytanie tylko o koniunkturę na świecie. To przede wszystkim pytanie, czy producenci będą na tyle solidarni względem siebie, by ją tam dociągnąć.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat

Telefon na raty – na co zwrócić uwagę?

Obecnie smartfon stanowi niezbędne narzędzie do pracy, komunikacji oraz rozrywki, nie wyobrażamy sobie już codziennego funkcjonowania bez niego. Producenci telefonów stale wprowadzają coraz lepsze modele na rynek, jednakże uzyskanie smartfona z najwyższej półki wiąże się ze znacznymi kosztami, szczególnie jeśli chodzi o tzw. flagowe modele. Te telefony rzadko są dostępne w ofertach abonamentowych, co oznacza, że konieczne jest zakupienie ich za gotówkę lub na raty. Wybór drugiej opcji jest popularny, ale czy naprawdę opłaca się na nią zdecydować?

Dlaczego warto kupować smartfon na raty?

To jest atrakcyjna opcja dla osób, które potrzebują wyższej klasy smartfona, ale nie chcą lub nie mogą zainwestować od razu całej kwoty. Przykładowo, przedsiębiorca może skorzystać z tej formy finansowania, aby nie zamrażać swoich środków, zachowując płynność finansową, a jednocześnie zdobyć niezbędne narzędzie do prowadzenia swojej działalności.

Kupowanie telefonu na raty stanowi również atrakcyjną alternatywę wobec tradycyjnych abonamentów telekomunikacyjnych. Oferty operatorów często nie są konkurencyjne, a podpisanie umowy abonamentowej zwykle wiąże się z długotrwałym zobowiązaniem. W przypadku zakupu na raty jest to o wiele bardziej elastyczne, a jeśli nagle pojawi się nadwyżka środków, można ją wykorzystać do wcześniejszej spłaty i uwolnienia się od długu.

Osoby, które są zdecydowane na konkretne modele smartfonów, ale nie dysponują wystarczającymi środkami, mogą również rozważyć zakup na raty. Dzięki tej opcji można rozłożyć koszty na kilka miesięcy lub lat, co może okazać się wygodnym rozwiązaniem. Ponadto istnieje możliwość wcześniejszej spłaty długu, co daje dodatkową elastyczność.

Telefon na raty dla zadłużonych – jak to wygląda w praktyce?

Pewna grupa osób może zadawać sobie pytanie: Czy mogę kupić telefon na raty będąc zadłużonym? W wielu przypadkach wystarczy skontaktować się z własnym operatorem sieci komórkowych, aby poznać dostępne oferty. Warto porównać je z ofertami innych operatorów komórkowych. Zakup telefonu na raty staje się bardziej opłacalny, gdy znajdzie się atrakcyjną ofertę na konkretny model telefonu w niskiej cenie. Warto zaznaczyć, że proces składania wniosku o zakup telefonu na raty u operatora jest bardzo prosty. Procedury są maksymalnie uproszczone, a wymagania minimalne, co sprawia, że praktycznie każdy może zdobyć nowe urządzenie. Dodatkowo często nie ma potrzeby płacenia dodatkowych odsetek, zwłaszcza jeśli trafimy na ofertę telefonu na raty bez dodatkowych kosztów.

Operatorzy zazwyczaj nie przeprowadzają szczegółowej weryfikacji zdolności kredytowej klienta ani nie sprawdzają historii kredytowej lub wpisów w bazach dłużników. Sytuacja jest inna w przypadku banków i firm pożyczkowych, które współpracują z niektórymi operatorami GSM. Tam zazwyczaj konieczne jest dokładne sprawdzenie każdego klienta, co oznacza, że ​​osoby zadłużone mogą mieć trudności z uzyskaniem telefonu na raty.

Zadłużenie prywatnych gabinetów lekarskich rośnie

Choć coraz więcej klientów korzysta z prywatnych usług medycznych, branża ta zmaga się z zadłużeniem sięgającym 172 mln zł. Mimo że ceny pakietów medycznych rosną, to rośnie też liczba dłużników. Jak wynika z danych Krajowego Rejestru Długów BIG SA, jest ich już 2849.

W 2022 roku prywatne wydatki na ochronę zdrowia stanowiły aż 1/4 wszystkich wydatków na służbę zdrowia. Ludzie coraz częściej korzystają z prywatnych przychodni, gabinetów lekarskich, pracowni rehabilitacyjnych i fizjoterapeutycznych czy praktyk pielęgniarek i położnych. Jak wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń, na koniec pierwszego półrocza 2023 r. w Polsce na taki wydatek chętnych było 4,56 mln osób. Dla porównania, w III kwartale 2022 r. było to nieco ponad 4 mln Polaków.

Pakiety medyczne nie tanieją, wręcz przeciwnie. Jak podaje portal Mediccentre.pl, w 2022 roku ceny prywatnych pakietów zdrowotnych wzrosły o 20-30 proc. Nie zatrzymuje to jednak pracodawców w zapewnianiu swoim pracownikom takich pakietów jako benefitu pozapłacowego.KRD Zadłużenie prywatnych gabinetów lekarskich

Mimo wzrostu liczby klientów, prywatnych i instytucjonalnych, zadłużenie branży wynosi 172 miliony złotych. 2849 medyków ma nieopłacone faktury wobec swoich wierzycieli. Średnio na jeden prywatny zadłużony gabinet lekarski przypada ponad 60 tysięcy złotych długu. Zaległości te jednak nie maleją, jak mogłoby się wydawać, ale rosną. W zeszłym roku było ich o 10 mln mniej niż obecnie. Nie pomaga w tym wysoka inflacja i podwyżki stóp procentowych, które podrożyły raty kredytów i leasingów – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Rekord leży w centrum

Najbardziej zadłużone są prywatne gabinety medyczne z województwa mazowieckiego – mają prawie 43 mln zł przeterminowanych zobowiązań finansowych. Drugie miejsce należy za to do województwa śląskiego (22 mln zł). Na trzecim miejscu znajduje się Wielkopolska złącznym długiem ponad 17 mln zł. Z tego regionu pochodzi też rekordzista – właściciel prywatnej praktyki lekarskiej, który ma do oddania ponad 2 mln złotych m.in. firmom faktoringowej i wydawniczej.

Kosztowne wyposażenie

Niemal 69 mln zł branża medyczna jest winna wtórnym wierzycielom, czyli firmom windykacyjnym i funduszom sekurytyzacyjnym. Prawie 1/3 całego zadłużenia zalega bankom komercyjnym – to ponad 56 mln zł. Firmom oferującym usługi leasingowe, prywatne placówki lekarskie muszą zwrócić ponad 17 mln zł.

Placówki i lekarze prowadzący prywatną praktykę medyczną posiłkują się kredytem i leasingiem, aby wyposażyć gabinety w sprzęt, meble i oprogramowanie, a także finansują w ten sposób zakup samochodów. Nie muszą ponosić jednorazowo wysokich kosztów, co jest dla nich korzystnym rozwiązaniem, zwłaszcza na początku działalności. Od poziomu zaawansowania sprzętu zależy bowiem jakość diagnozy i szybkość leczenia pacjenta. Nie zawsze jednak udaje się medykom zrównoważyć przychody z działalności z kosztami jej prowadzenia i pojawiają się problemy z uregulowaniem zobowiązań. Trzeba też wziąć pod uwagę, że kolejne podwyżki stóp procentowych miały wpływ na wzrost kosztów kredytów i leasingu. I właśnie te niezapłacone raty leasingowe oraz kredytowe najbardziej ciążą właścicielom prywatnych gabinetów – wyjaśnia Adam Łącki.

Winowajcą nie są spółki

Wśród zadłużonych przedsiębiorstw blisko 3/4 stanowią jednoosobowe działalności gospodarcze. Mają też 127,4 mln zł długu. Spółki prawa handlowego stanowią 27 proc., a ich zadłużenie wynosi 44,6 mln zł.

Placówki medyczne same też mają swoich dłużników. Inne firmy i konsumenci są im winni prawie 6,5 mln zł. Z tego 4,2 mln należy do przedsiębiorstw i instytucji, a 2,3 mln zł do konsumentów.

Zerowe stopy procentowe już nie powrócą

Jeszcze niespełna dwa lata temu stopy procentowe największych banków centralnych były bliskie zera. W USA przedział stopy procentowej był wyznaczony na 0-0,25%, w strefie euro podstawowa stopa wynosiła 0%, a w Polsce 0,1%. Dla wszystkich wymienionych gospodarek były to historycznie poziomy. Od tego czasu nastąpił szybki cykl podwyżek stóp procentowych. NBP zakończył cykl już rok temu, a w tym miesiącu zdecydował się na pierwszą obniżkę. Wydaje się, że również FED i EBC niedługo ostatecznie zakończą cykl podwyżek stóp procentowych.

Nie zmienia to jednak faktu, że stopy procentowe znalazły się na najwyższych poziomach od czasu kryzysu finansowego, kiedy to rozpoczęła się „nowa era” w polityce monetarnej. W tym okresie stopy procentowe były utrzymywane na bardzo niskich poziomach, co dodatkowo było wspierane kolejnymi programami ilościowego łagodzenia polityki pieniężnej (QE).

Jak długo jednak stopy procentowe będą utrzymywane na wysokich poziomach i czy powrócą one do poziomów bliskich zera?

Obecnie cykl podwyżek mamy już prawdopodobnie za sobą, aktualnie dyskusja przechodzi w stronę cięcia stóp procentowych, co jest motywowane obserwowanym spowolnieniem gospodarczym oraz spadającą inflacją.

Na początek skupię się na Polsce i działaniach RPP. Za nami pierwsza obniżka stóp procentowych o 75pb i to przy wciąż wysokiej, 10%-owej inflacji. Patrząc na ostatnią opublikowaną projekcję inflacji NBP widzimy, że inflacja nie wraca do celu (2,5%) w horyzoncie przedstawionej prognozy, czyli do końca 2025 r. Dodatkowo istnieje ryzyko, że RPP zbyt wcześnie podjęła decyzję o obniżkach stóp procentowych. Jeżeli okaże się, że inflacja nie zostanie opanowana RPP będzie pod presją skorygowania swojej polityki monetarnej w stronę dłuższego utrzymania wyższych stóp procentowych. Jak pamiętamy stopa referencyjna została obniżona do 0,1% głównie w imię walki ze skutkami gospodarczymi pandemii koronawirusa. Wcześniej stopy zostały obniżane m.in. ze względu na deflację, którą obserwowaliśmy w 2015-2016 r. Pandemia się zakończyła, a deflacja nam nie grozi. Jeżeli nie przytrafi się kolejny „czarny łabędź” to nie będzie podstaw do obniżenia stóp procentowych ponownie do takich poziomów.

W strefie euro i USA jeszcze nie zapadły ostateczne decyzje, co do zakończenia cykli podwyżek stóp procentowych. Wydaje się, że banki centralne na pierwszym miejscu stawiają walkę z inflacją i dążą do jej opanowania. Większe pole do manewru wydaje się mieć FED, dane z gospodarki USA wskazują na możliwość „miękkiego lądowania”. Inflacja w USA jednak wciąż przekracza cel, bazowy wskaźnik w sierpniu wyniósł 4,3%. Szeroki CPI w ujęciu rocznym natomiast ponownie wzrósł względem poprzedniego miesiąca i wyniósł 3,7%. Strefa euro z kolei prawdopodobnie nie uniknie recesji. Inflacja wciąż utrzymuje się powyżej 5% r/r, a dynamika jej spadku w ostatnich miesiącach wyhamowała.

Jak zatem mogą kształtować się stopy procentowe w przyszłości?

Wydaje się, że do 2021 r. świat zapomniał o inflacji i czym grozi jej nieopanowany wzrost. Od czasu kryzysu finansowego nawet zerowe stopy procentowe i liczne programy QE nie wywołały mocnego wzrostu inflacji. Przez ten czas nie mieliśmy „walki z inflacją”, a wręcz niekiedy była to „walka o inflację”, aby gospodarka nie wpadła w deflacje. Jak pokazały ostatnie 2 lata, zbieg i kumulacja różnych czynników wywołały niespotykaną przez lata inflację. Tego scenariusza nikt z pewnością nie chce powtarzać, a zarówno banki centralne, jak i zwykli obywatele będą pamiętać, jak ciężki był to (i jest nadal) okres. Banki centralne, poza kanałem stopy procentowej, coraz częściej sięgają po niestandardowe instrumenty jak np. ratowanie banków przez FED. Te działania mogą wpływać na konkretne sektory gospodarki i lepiej przeciwdziałać konkretnym szokom. Stopa procentowa nie jest jedynym instrumentem, którym banki centralne mogą kontrolować podaż pieniądza i wypełniać swoje cele i od czasu kryzysu finansowego te niestandardowe instrumenty nabierają coraz większego znaczenia.

O ile stopy procentowe są obecnie wysokie, a ich cięcie w niedalekiej przyszłości (po opanowaniu inflacji) praktycznie przesądzone, to prawdopodobne jest to, że obniżki mogą zatrzymać się na „neutralnym poziomie”. Np. dla gospodarki USA, jak wynika z wykresu fed dot plot, w długim terminie jest to poziom ok. 2,5%-3%. Jak wynika z opracowań banków centralnych podwyższona inflacja, taka przekraczająca cel, ale być może mieszcząca się w kanale, będzie z nami jeszcze jakiś czas. Jak wskazałem wyżej, już obecnie widać, że EBC czy FED, niekiedy wbrew oczekiwaniom, podnoszą stopy procentowe w imię walki z inflacją, nawet kosztem recesji gospodarczej. Dodatkowo patrząc na przykład polski polityka fiskalna w coraz większym stopniu wpływa na gospodarkę i tym samym może potęgować lub niwelować efekty działań banków centralnych. W przedstawionych warunkach decydenci w przyszłości powinni podejmować decyzje w zakresie stóp procentowych bardzo rozważnie, pamiętając doświadczenia z niedawnego kryzysu inflacyjnego. Mając na uwadze powyższe powrót stóp do zerowych poziomów wydaje się nierealny.

Autor: Bartosz Wałecki, Analityk Michael / Ström Dom Maklerski

Deloitte: 85 proc. kadry kierowniczej chce publicznego raportowania dobrostanu pracowników

Wzmożone zainteresowanie pracodawców dobrostanem pracowników ma swoje realne przyczyny. Ponad 90 proc. osób zatrudnionych uważa, że menedżer powinien choć częściowo odpowiadać za ten obszar, a więcej niż co trzecia ankietowana osoba poważnie rozważa zmianę pracy na taką, która lepiej wpływałaby na ich samopoczucie, wynika z raportu Well-Being at Work Survey, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Trend troski o well-being wpisuje się w szerszy krajobraz ekonomiczny. Jest elementem nurtu zrównoważonego rozwoju i społecznej odpowiedzialności biznesu.

Badanie Deloitte, przeprowadzone w Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Australii i Stanach Zjednoczonych wśród ponad 3 tys. pracowników, menedżerów, członków i członkiń zarządów sugeruje wysoką potrzebę znaczących zmian w obszarze zarządzania zasobami ludzkimi. Zdaniem autorów raportu well-being w firmie zależy od licznych czynników. Chodzi nie tylko o atmosferę i dostęp do benefitów, lecz również przełożenie pracy na życie prywatne. 91 proc. pracowników i 97 proc. przedstawicieli kadry kierowniczej twierdzi, że praca ma znaczący wpływ na ich dobrostan psychiczny i fizyczny. To, czy jest to wpływ pozytywny, czy negatywny znacznie różni się w obu grupach.

Istnieje ogromny rozdźwięk między perspektywą pracowników a kadrą wyższego szczebla w postrzeganiu dobrostanu w pracy. Większość pracowników twierdzi, że ich samopoczucie w ubiegłym roku pogorszyło się lub pozostało na tym samym poziomie, a tylko około jedna trzecia deklaruje, że ich stan zdrowia uległ poprawie. Mniej niż dwie trzecie z nich twierdzi, że ich samopoczucie fizyczne i psychiczne jest „doskonałe” lub „dobre” (odpowiednio 63 proc. i 58 proc.), a jeszcze mniej uważa swoje samopoczucie społeczne (45 proc.) i finansowe (35 proc.) za dobre. Członkowie kadry kierowniczej oceniają jednak sytuację zupełnie inaczej: ponad trzy czwarte menedżerów błędnie uważa, że dobrostan ich pracowników poprawił się, co sugeruje, że liderzy nie mają pełnej wiedzy na temat tego, jak naprawdę radzą sobie ich zespoły.

Pracownicy na niższych stanowiskach znacznie rzadziej niż członkowie kadry kierowniczej twierdzą, że ich codzienne obowiązki zawodowe korzystnie działają na samopoczucie. Niemal trzy czwarte reprezentantów niższych stanowisk twierdzi, że ma trudności z wzięciem wolnego lub oderwaniem się od pracy, a tylko mniej niż połowa deklaruje, że „zawsze” lub „często” wykorzystuje cały swój urlop w danym roku. Jedynie 45 proc. śpi co najmniej siedem godzin, a tylko 42 proc. ma wystarczająco dużo czasu dla przyjaciół i rodziny.

– W obliczu postpandemicznego kryzysu zdrowia psychicznego i zmieniających się oczekiwań pracowników, coraz więcej firm zauważa potrzebę wprowadzenia rozwiązań sprzyjających dobrostanowi. Wnioski z naszego raportu potwierdzają, że żyjemy w społeczeństwie zmęczenia. Choć zwiększa się ogólna świadomość w tym zakresie, to większość firm jedynie deklaruje chęć zajęcia się tym tematem. Optymistycznym prognostykiem na przyszłość może być fakt, że zarządzający wywodzący się z pokolenia millenialsów i pokolenia Z wiodą prym w opiece nad pracownikami. Ponad 90 proc. z nich publicznie zobowiązało się do poprawy dobrostanu w ich firmach, podczas gdy wśród przedstawicieli pokolenia baby boomers odsetek ten był trzykrotnie niższy – mówi John Guziak, partner Deloitte, lider zespołu ds. Kapitału Ludzkiego w Polsce.

Rola zarządzania

Prawie wszyscy badani pracownicy (94 proc.) uważają, że ich przełożony powinien ponosić przynajmniej część odpowiedzialności za ich dobre samopoczucie, z czym zgadza się 96 proc. menedżerów. Jednocześnie zaledwie co drugi kierownik deklaruje, że wspiera swoich pracowników poprzez np. pytanie jak sobie radzą (54 proc.), dbanie o rozsądne obciążenie pracą (48 proc.), upewnianie się, że pracownicy robią krótkie przerwy w trakcie dnia (47 proc.) czy zachęcenie do korzystania z płatnego urlopu (37 proc.)

Warto jednak zauważyć, że większość menedżerów i menedżerek nie jest wyposażona w odpowiednie narzędzia i know-how. 70 proc. ankietowanych z tej grupy uważa, że nie ma bezpośredniego wpływu na bariery organizacyjne, takie jak polityka firmy (np. sztywne wymagania dotyczące harmonogramu), duże obciążenie obowiązkami czy niewspierająca kultura pracy. W rezultacie tylko 42 proc. menedżerów twierdzi, że może pomóc swojej firmie zrealizować zobowiązania dotyczące dobrego samopoczucia.

Autorzy raportu podkreślają, że istotną rolę muszą zatem odegrać liderzy organizacji. Prawie trzy czwarte osób z zarządu uważa, że premie kadry kierowniczej powinny być powiązane ze wskaźnikami dobrostanu pracowników. Wielu twierdzi, że ich organizacje już stosują taką formę odpowiedzialności (66 proc.) lub planują to zrobić w przyszłości (23 proc.). 78 proc. menedżerów wierzy z kolei, że kierownictwo firmy powinno się zmienić, jeśli nie będzie w stanie utrzymać akceptowalnego poziomu dobrostanu pracowników.

Upublicznianie informacji

Trzy czwarte ankietowanych przedstawicieli kadry kierowniczej uważa, że należy mierzyć i monitorować dobrostan pracowników, aby osiągnąć postęp w zakresie odpowiedzialności. 83 proc. twierdzi, że należy te kwestie omawiać na poziomie zarządu. Ponadto 85 proc. z nich sądzi, że organizacje powinny mieć obowiązek publicznego raportowania wskaźników dobrostanu pracowników – i to nie tylko dlatego, że mogłoby to zapewnić lepsze funkcjonowanie zdrowotne ich pracowników. Większość liderów (83 proc.) uważa, że publiczne raportowanie wskaźników pomogłoby zbudować zaufanie między pracownikami a firmą, a ośmiu na dziesięciu twierdzi, że udostępnianie tych informacji pomoże im przyciągnąć talenty.

Pomimo tych korzyści i stosowania przez liderów bardziej przejrzystych strategii, jasne jest, że ich organizacje jeszcze nie nadrobiły zaległości. Tylko około połowa ankietowanych twierdzi, że ich firma publicznie ogłasza wskaźniki dobrostanu takie jak choroby i urazy związane z pracą (48 proc.), skalę nadgodzin (52 proc.), liczbę służbowych maili wysyłanych poza czasem pracy (51 proc.) czy wykorzystanie zwolnień lekarskich (49 proc.).

Upublicznianie informacji dotyczących dobrostanu pracowników jest ważne, ale aby było efektywne należy również wyznaczyć jasne, osiągalne cele w tym zakresie i dążyć do ich osiągnięcia. Nasze badania pokazują, że kadra kierownicza to rozumie. 81 proc. menedżerów twierdzi, że ich firma odczuwa presję, aby podjąć takie zobowiązania. Trend w kierunku rozważania dobrostanu w trakcie podejmowania decyzji o dalszej karierze jest silnie widoczny. Jeśli pracodawcy nie poprawią swoich mechanizmów i polityk well-beingowych to prawdopodobnie nie uda im się przyciągnąć największych talentów na rynku – mówi Zbigniew Łobocki, starszy menedżer w zespole ds. Kapitału Ludzkiego w Polsce, Deloitte.

Human sustainability

Nie do przeoczenia jest większa zmiana, która postępuje w miarę wykraczania koncepcji dobrostanu pracowników poza obecnie zatrudnionych i stawia na pierwszym miejscu długoterminowy zrównoważony rozwój człowieka. Autorzy raportu definiują to pojęcie jako tworzenie wartości dla obecnych i przyszłych zatrudnionych oraz szerzej, dla ludzi i społeczeństwa. Organizacje stosujące tę koncepcję pomagają swoim pracownikom stać się zdrowszymi, stwarzają możliwości podnoszenia kwalifikacji zawodowych, wspomagają w odnalezieniu poczucia celu i przynależności, a także wspierają dostawców i społeczności, w których działają.

Większość ankietowanych menedżerów (89 proc.) twierdzi, że ich firma w pewnym stopniu przyczynia się do wspierania zrównoważonego rozwoju człowieka. Jednak tylko czterech na dziesięciu pracowników z niższych szczebli zgadza się z tym stwierdzeniem. Badanie wykazało również, że wiele osób zatrudnionych oczekuje od swojej organizacji podjęcia konkretnych działań związanych ze zrównoważonym rozwojem człowieka.

Wśród pracowników rosną oczekiwania względem pracodawcy. Wypłata i urlop wynikające z przepisów prawa przestają wystarczać. Pracownicy liczą na możliwości rozwoju osobistego i kariery. Wraz z postępem ekonomicznym i społecznym rośnie świadomość dobrych praktyk, takich jak równa płaca czy innowacyjne rozwiązania w stylu czterodniowego tygodnia pracy. Coraz większe znaczenie ma także poczucie sensu i przynależności. Wydaje się, że w najbliższej przyszłości te firmy, które nie zatroszczą się o całościowy wpływ na swoich pracowników i ich otoczenie, będą miały problem z utrzymaniem lub osiągnięciem pozycji liderów w swoich branżach – komentuje John Guziak.

O badaniu:

Wyniki badań opierają się na ankiecie przeprowadzonej przez Deloitte i Workplace Intelligence w czterech krajach: Stanach Zjednoczonych (57 proc. respondentów), Wielkiej Brytanii (14 proc.), Kanadzie (14 proc.) i Australii (14 proc.), Ankietę przeprowadzono w dniach 3–14 marca 2023 r. i objęto nią kadrę kierowniczą, menedżerów oraz pracowników pracujących na pełen etat w wieku od 18 do 76 lat. Łącznie przebadano 3150 osób: 1050 liderów najwyższego szczebla, 1050 menedżerów i 1050 pracowników.

Altavia kupuje markę K2 i spółki marketingowe giełdowego Fabrity Holding za ponad 20 mln zł

Altavia Kamikaze z międzynarodowej grupy Altavia kupuje spółki K2 Precise, Agencja K2 (funkcjonującą jako K2 Create) oraz historyczną markę K2. Zamknięta właśnie transakcja ma wartość 21,7 mln zł.

Transakcja, wraz z niedawną zmianą nazwy K2 Holding na Fabrity Holding, kończy trzyletnią przebudowę grupy K2 z „wielobranżowego” holdingu reklamowo-mediowo-softwarowo-technologicznego w szybko rosnący biznes software’owy, skupiony w spółce Fabrity. Sprzedaż spółek marketingowych Grupy Fabrity Holding jest wprost efektem procesu przeglądu opcji strategicznych dla tych podmiotów, który rozpoczął się w sierpniu 2022 roku.

– K2 od ponad 25 lat jest uznaną firmą na polskim rynku marketingowym. K2 było jedną z pierwszych agencji interaktywnych w Polsce, pierwszą agencją, która weszła na giełdę, tu zrealizowano dziesiątki innowacyjnych projektów, tu powstały też nowe biznesy, jak choćby Fabrity, które dziś stanowi o sile naszej grupy giełdowej mówi Paweł Wujec, prezes Fabrity Holding S.A.  Zależało nam na znalezieniu firmy, która będzie zainteresowana rozwijaniem K2 Create i K2 Precise, umożliwi im wzrost skali, ekspansję zagraniczną. Jesteśmy przekonani że Altavia i Altavia Kamikaze będą takim właśnie partnerem.

– Transakcja to strategiczna inwestycja, która kolejny raz potwierdza zainteresowania Grupy Altavia polskim rynkiem. Grupa Altavia jest obecna w Polsce od 20 lat, wtedy to został otwarty oddział Altavia Polska, sześć lat temu do Grupy dołączyła Agencja Kamikaze (dziś Altavia Kamikaze). Obecna akwizycja zwiększa potencjał Grupy w Polsce oraz rozszerza portfolio oferowanych przez nas usług w szczególności w obszarze mediów, działań performance oraz marketing automation. Łącząc kompetencje Altavia Polska oraz Altavia Kamikaze + K2, jesteśmy gotowi dbać o konsumentów naszych klientów na każdym etapie ścieżki zakupowej. Skala, doświadczenie i możliwości Altavia Kamikaze + K2 będą też wykorzystywane na potrzeby międzynarodowych klientów i innych agencji w ramach Grupy  – mówi Raphael Palti, prezes i założyciel Grupy Altavia.

Umowa sprzedaży spółek marketingowych Grupy Fabrity Holding do Grupy Altavia nie zawiera zapisów warunkowych i została już jednorazowo rozliczona gotówkowo. Nowy właściciel spłacił również 500 tys. zł pożyczki do Grupy Fabrity Holding.

Warto zauważyć, że w przeciwieństwie do większości transakcji dotyczących biznesów marketingowych, w naszym przypadku nie ma komponentu „earnoutowego”, tj. odroczonej i niepewnej płatności w przyszłości. Cała płatność, poza ewentualnymi korektami związanymi z kapitałem obrotowym, została już przekazana w dniu realizacji transakcji. Jest to istotna zaleta dla Spółki i akcjonariuszy Fabrity Holding  podkreśla Artur Piątek, wiceprezes Fabrity Holding S.A.

– Naszą intencją jest dystrybucja większości środków z transakcji sprzedaży K2 Precise i K2 Create do akcjonariuszy. Fabrity jest firmą rentowną i ma też możliwości finansowania ewentualnych akwizycji w skali, która nas obecnie interesuje. Decyzje o formie i terminach tej dystrybucji zostaną podjęte w najbliższym możliwym czasie i przedstawione akcjonariuszom – dodaje wiceprezes Piątek.

Dywidenda z zysku roku 2022 ma wartość 6 zł na akcję, a łącznie dywidendy za lata 2021-2022 to 12,4 zł na akcję.

Grupa Fabrity Holding posiada kompetencje tworzenia jakościowych, dynamicznie rozwijających się biznesów. Była wśród nich m.in. spółka Oktawave, zajmująca się usługami chmurowymi, sprzedana za 33,7 mln zł w czerwcu 2022 roku do Netii z Grupy Polsat Plus. Poza dynamicznie rosnącym software housem Fabrity w portfolio notowanej na GPW spółki Fabrity Holding pozostaje PerfectBot – czatbot nowej generacji, który obecnie rozpoczyna komercjalizację produktu, opierającego się na rozwiązaniach AI – model językowy OpenAI (ChatGPT).

O spółkach, będących przedmiotem transakcji:

Agencja K2 (marka K2 Create) oferuje projektowanie i prowadzenie kampanii zintegrowanych we wszystkich mediach. Zajmuje się kompleksowym opracowywaniem i wdrażaniem strategii komunikacji marek. Do klientów K2 Create należą m.in. Carrefour, Warta czy Netflix.

K2 Precise to spółka specjalizująca się w kampaniach digitalowych. Świadczy usługi martech oraz szereg usług specjalistycznych – od social, programmatic, performance, SEO/SEM, business intelligence po analitykę. Rozwija usługi planowania TV, które koncentrują się na precyzyjnym dotarciu w synergii z kampaniami cyfrowymi. Najbardziej znani klienci K2 Precise to Pracuj.pl, Home.pl, Mann+Hummel, Sarantis, Pfleiderer czy Volkswagen.

Podatek Belki: Polacy w pół roku oddali fiskusowi ponad 5 mld zł. To wzrost rdr. o blisko 29 proc.

W pierwszej połowie br. wpływy z tzw. podatku Belki wyniosły 5,39 mld zł. To o 28,7% więcej niż w analogicznym okresie ub.r. A w porównaniu do pierwszego półrocza 2021 roku ostatnio nastąpił wzrost aż o 68,9%. To wszystko dzieje się w warunkach wysokiej inflacji. Ponadto z danych resortu finansów wynika, że podatek od zbycia papierów wartościowych lub pochodnych instrumentów finansowych za ostatnie 6 miesięcy wyniósł ponad 2,8 mld zł. Natomiast 1,9 mld zł to dochód ze zryczałtowanego podatku od zysków z lokat bankowych i funduszy kapitałowych. Eksperci komentujący ww. dane twierdzą, że podatek ten jest szkodliwy zarówno dla społeczeństwa, jak i dla gospodarki. Jednocześnie dodają, że w kolejnych miesiącach wpływy z tego podatku raczej będą w dalszym ciągu rosły.

Dwucyfrowy wzrost

Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że w pierwszej połowie br. wpływy z tzw. podatku Belki wyniosły 5,391 mld zł. To o 28,7% więcej niż w analogicznym okresie 2022 roku, kiedy kwota ta ukształtowała się na poziomie 4,189 mld zł. W całym 2022 roku wpływy wyniosły 5,752 mld zł. Z kolei w 2021 roku ww. podatek zasilił budżet kwotą 4,153 mld zł. Porównując tegoroczne dane z pierwszym półroczem 2021 roku, kiedy to wpływy kształtowały się na poziomie 3,192 mld zł, widać wzrost o 68,9%. Doradca podatkowy Ewa Flor uważa, że wyniki te mogą być analizowane w kontekście zmieniających się tendencji i sytuacji na rynku. W ocenie ekspertki, kluczowym czynnikiem tak wysokiego wzrostu wpływów z podatku od inwestujących i oszczędzających jest wyższe niż wcześniej oprocentowanie lokat bankowych i rachunków oszczędnościowych. To z kolei ma związek z wysokimi stopami procentowymi i inflacją.

– Dynamika wzrostu wpływów z podatku Belki w większości zależna jest od koniunktury gospodarczej. Jednak, biorąc pod uwagę obecną sytuację, nie powinna ona specjalnie dziwić. Choć wpływy z tego podatku z roku na rok dynamicznie się zwiększają, to kwoty te wciąż nie są kluczową pozycją w budżecie państwa i nie wpływają znacząco na jego ogólny bilans. Mogą natomiast być istotne dla indywidualnych podmiotów inwestujących. Gdy zmagamy się z kilkunastoprocentową inflacją, trudno mówić w ogóle o osiągnięciu zysku z lokaty czy rachunku oszczędnościowego. Ich oprocentowanie przecież wynosi obecnie kilka procent – mówi Ewa Flor.

W ocenie ekspertki, w okresach wysokiej inflacji istnieje szczególna potrzeba stymulowania oszczędzania jako sposobu zabezpieczenia przed utratą wartości pieniądza, a opodatkowanie zysków z inwestycji w obecnej sytuacji temu nie służy.

Banki nie od razu reagowały

Ten wzrost nastąpił w warunkach rosnącej inflacji, która z natury nie sprzyja korzystaniu z lokat bankowych. Zdaniem dr. Błażeja Podgórskiego z Katedry Finansów Akademii Leona Koźmińskiego, nie do końca tak jest, bo ta zasada sprawdza się na dojrzałych rynkach, których uczestnicy bardziej świadomie korzystają z instrumentów finansowych.

– W Polsce ta wiedza jest dużo mniej rozwinięta niż w innych krajach UE. Jeśli zapytać dziesięcioro znajomych, kto z nich ma rachunek maklerski, potwierdzi to naprawdę niewielki odsetek osób. Za to lokaty są powszechne. Polacy z nich korzystają i ufają im od wielu lat – wyjaśnia ekspert.

Dr Tomasz Pawlonka z Katedry Finansów SGGW w Warszawie zauważa, że w 2022 roku, pomimo wysokiej inflacji oraz kontynuowania przez RPP cyklu podwyżek stóp procentowych, banki początkowo nie podniosły oprocentowania depozytów, a następnie zaczęły to robić bardzo powoli, co wynikało z wysokiej nadpłynności sektora bankowego. Realna stopa procentowa dla deponentów pozostawała głęboko ujemna. Sprawiło to, że podmioty, w tym gospodarstwa domowe, nie lokowały znacznych środków w postaci nisko oprocentowanych depozytów terminowych , gdyż realnie traciły one na wartości.

– Większość środków utrzymywana była w postaci depozytów bieżących. Wzrost oprocentowania zadziałał z dość dużą inercją i nie bez presji ze strony rządu, który stanowczo zachęcał banki do podniesienia oprocentowania depozytów. Tak też się stało i oprocentowanie z lokat terminowych wzrosło ze średniego poziomu 3,1% w 2022 roku do 5,4% w pierwszych siedmiu miesiącach 2023 roku. Sytuacja w zakresie wzrostu oprocentowania depozytów terminowych zaczęła się wyraźnie zmieniać dopiero w drugiej połowie 2022 roku, a zatem 9 miesięcy po rozpoczęciu cyklu podwyżek stóp procentowych – wyjaśnia dr Pawlonka.

Przychody do budżetu będą rosły

Ewa Flor zauważa, że przedstawione przez MF dane świadczą o tym, iż w okresie wysokiej inflacji ludzie zwracają się ku alternatywnym formom inwestowania. Nie można przy tym zakładać, że klienci całkowicie odwrócą się od lokat, gdyż wciąż jest to jedna z najbardziej przystępnych i bezpiecznych form oszczędzania. Ekspertka nie spodziewa się również spadku wpływów z podatku Belki, tym bardziej że trend wzrostowy jest obserwowany od kilku lat.

– Jeżeli dojdzie do obniżki stóp procentowych, to być może dynamika wzrostu tych wpływów spowolni. Uwzględniając jednak utrzymującą się nadal wysoką inflację, powinny nadal rosnąć w najbliższym czasie – prognozuje ekspertka.

Z kolei dr Błażej Podgórski z Akademii Leona Koźmińskiego uważa, że wpływy z podatku Belki w najbliższych miesiącach powinny się zwiększyć, choć zależy to przede wszystkim od tego, czy Rada Polityki Pieniężnej utrzyma stopy procentowe na obecnym poziomie. Aczkolwiek wpływy z podatku mogą spaść, gdy RPP obniży z stopy procentowe, co jest ruchem zapowiedzianym przez prezesa Glapińskiego. Pojawia się zatem pytanie, jak duży będzie to ruch i ile takich obniżeń nastąpi.

– Z dużym prawdopodobieństwem można zakładać, że tzw. podatek Belki w coraz większym stopniu będzie zasilał budżet państwa. Spodziewam się dobrej koniunktury na giełdzie na koniec roku i to też nie będzie bez znaczenia dla wyniku. Należy pamiętać o tym, że nasza giełda przez długi czas w 2022 roku była w dołku, więc obserwowane odbicie nie jest zaskoczeniem – dodaje dr Podgórski.

Wpływy ze zbycia papierów wartościowych

Z analizy danych za 6 miesięcy tego roku wynika, że podatek od dochodów z odpłatnego zbycia papierów wartościowych lub pochodnych instrumentów finansowych wyniósł ponad 2,8 mld zł. Zestawienie uwzględnia realizację praw wynikających z tych instrumentów, z odpłatnego zbycia udziałów lub akcji oraz z tytułu objęcia udziałów bądź akcji za wkład niepieniężny w postaci innej niż przedsiębiorstwo lub jego zorganizowana część. Niespełna 2,6 mld zł to z kolei zryczałtowany podatek dochodowy od przychodów z odsetek lub innych wpływów od środków pieniężnych zgromadzonych na rachunku podatnika lub w innych formach oszczędzania, przechowywania lub inwestowania oraz od dochodu z tytułu udziału w funduszach kapitałowych. W połowie ub.r. różnica ta była większa. Wpływy kształtowały się na poziomie odpowiednio 3,5 mld zł i ponad 660 mln zł. A w połowie 2021 roku odnotowano blisko 2,6 mld zł i przeszło 620 mln zł.

– Wyższe wpływy ze zbycia papierów wartościowych mogą odzwierciedlać większe zainteresowanie inwestycjami na rynku kapitałowym. W mojej ocenie, to również może być częściowo skutkiem większej świadomości społecznej na temat dostępnych form inwestowania. W szczególności świadczy o tym obserwowana na przestrzeni ostatnich lat zmiana proporcji przechowywania oszczędności na lokatach w stosunku do inwestycji w papiery wartościowe – wyjaśnia doradca podatkowy Ewa Flor.

„Belka” zniechęca do oszczędzania

Prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC i były wiceminister finansów, uważa, że nie należy przeceniać znaczenia wpływów z podatku Belki w budżecie państwa, gdyż w ogólnym rozrachunku nie są wysokie. Za to istnienie podatku od zysków kapitałowych wyraźnie zniechęca do oszczędzania – w Polsce oszczędności gospodarstw domowych są na jednym z najniższych poziomów w Unii Europejskiej.

– Rzutuje to na ocenę sytuacji fiskalnej Polski przez rynki kapitałowe. Gdy poziom oszczędności gospodarstw domowych jest niewielki, inwestorzy domagają się wysokich stóp kapitałowych, które przekładają się na rentowność bonów skarbowych. Potrzebne są zatem działania zachęcające do większych oszczędności, bo bez tego trudno będzie zwiększyć ogólny poziom inwestycji. Podatek Belki hamuje chęć do oszczędzania, bo jego konstrukcja zakłada, że im wyższy zysk z produktów inwestycyjnych, tym wyższy podatek do zapłaty – wyjaśnia prof. Gomułka.

Bardziej dosadnie mówi dr Tomasz Pawlonka, który nazywa podatek szkodliwym rozwiązaniem zarówno dla społeczeństwa, jak i dla całej gospodarki. W jego opinii, nie spełnia on żadnej, oprócz fiskalnej, roli. – Z perspektywy walki z inflacją, ale również budowania długoterminowych oszczędności gospodarstw domowych, np. na cele mieszkaniowe czy też emerytalne – konieczne jest podjęcia działań na rzecz zachęcenia społeczeństwa do oszczędzania – nie zaś hamowania go zbędną daniną na rzecz budżetu państwa – podsumowuje ekspert z SGGW.

Castingów na lokatorów w tym roku nie będzie. Studenci wrócili do miast i mają w czym wybierać

Na rynku wynajmów w tym roku zmieniło się wiele. Z rynku znikają mieszkania na wynajem oferowane przez deweloperów, coraz więcej lokali wynajmowanych z rynku wtórnego również trafia „na sprzedaż”. Zmniejsza się podaż mieszkań na wynajem, ale maleje również popyt. Studenci wracają do miast, ale z wynajmów rezygnują młode rodziny zachęcone Bezpiecznym Kredytem 2% oraz cudzoziemcy.  – Rok temu słyszeliśmy o castingach na lokatora. W tym roku nie spotkałem się z taką sytuacją. Ceny również nie różnią się od ubiegłorocznych – przyznaje Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości. – W tym roku łatwiej jest sprzedać mieszkanie niż wynająć. To wielka zmiana – przyznaje.

Studenci wracają do łask wynajmujących. Wszystko przez „Bezpieczny kredyt 2%”

Na rynku wynajmów dzieje się sporo. Studenci już wrócili do miast i od początku września poszukują dla siebie odpowiedniego pokoju lub mieszkania. Na rynek wróciło sporo nieruchomości. Nie ma więc mowy o „castingach na lokatorów” w przypadku podstawowego standardu mieszkania. Oczywiście przedsiębiorcy wynajmujący lokale premium nadal dokładnie weryfikują, kto będzie ich lokatorem.

– Zainteresowanie wynajmami nadal jest duże. Klientem głównym pozostają studenci oraz osoby przyjeżdżające do pracy do dużych miast. Widzimy, że coraz więcej osób decyduje się na poszukiwanie dwupokojowych mieszkań, bo cenowo jest bardzo podobnie, jak gdybyśmy wynajmowali kawalerkę. Nawet studenci chcą mieć trochę więcej przestrzeni do życia – przyznaje Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości.

W wielu przypadkach umowy są przedłużane, ale już nie na rok czy na dwa, a na „kilka miesięcy”.

– Mamy przypadki, że obsługujemy wynajem dla danej rodziny, ale jednocześnie poszukujemy jej docelowego mieszkania. Game changerem na rynku nieruchomości na wynajem na pewno jest Bezpieczny Kredyt 2%, bo szczególnie rodziny wolą mieć swoje mieszkanie, niż wynajmować – przyznaje ekspert.

To oznacza, że po kilku sezonach studenci „wracają do łask” wynajmujących. – Nie da się ukryć, że niektórzy unikają wynajmów studentom obawiając się zniszczeń czy nieregularnych wpłat. W tym roku to na pewno się zmieni – dodaje Król.

Kawalerka 2000 złotych, dwupokojowe mieszkanie 2400, pokój około 1000 złotych. W tym roku bez wzrostu cen na rynku wynajmów

Jakie są ceny wynajmów mieszkań w dużych miasta. Jak mówią eksperci nie ma castingów na lokatorów i nie ma dużej korekty cen. Zdrożał wynajem kawalerek, stąd wiele osób decyduje się na wynajem małego mieszkania dwupokojowego.

– Wynajem kawalerki waha się od 1800 do 2200 złotych, a dwupokojowego mieszkania od 2000 do 2600 złotych. Wszystko zależy oczywiście od lokalizacji i od standardu. Większe mieszkania to zwykle koszt wynajmu na poziomie od 2600 złotych wzwyż – mówi Mirosław Król.

W Internecie pojawiły się oferty, które oburzyły konsumentów. W największych miastach koszt wynajmu pokoju może sięgać nawet 1800 złotych.

–  Standardowa cena pokoju to od dwóch lat około 1000 złotych miesięcznie, plus minus 200 złotych. Ostatnio nie widziałem innych ofert, chyba, że mówimy już o mikropokojach albo mieszkaniach, gdzie naprawdę wydzielono malutkie pokoiki – dodaje Mirosław Król.

Korekta cen na rynku nieruchomości możliwa jest po nowym roku.

Zaświadczenie od proboszcza kryterium przyjęcia na studia medyczne w uczelni o. Rydzyka

Okręgowa Izba Lekarska w Szczecinie kolejny raz z oburzeniem zwraca uwagę na program nauczania i zasady przyjmowania studentów do uczelni, które w ostatnich miesiącach uzyskały akredytacje pozwalające im na kształcenie na kierunkach lekarskich.

  • Prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Szczecinie Michał Bulsa apeluje do Ministra Zdrowia Katarzyny Sójki oraz Ministra Edukacji i Nauki Przemysława Czarnka o weryfikację kryteriów opublikowanych przez Akademie Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu dla kierunku lekarskiego
  • Poza wiedzą, przyszłym studentom stawiane są wymagania m.in. zaświadczenia księdza proboszcza.
  • Jak mówią przedstawiciele Okręgowej Rady Lekarskiej w Szczecinie kierunki medyczne szczyciły się dotychczas wysokim poziomem kształcenia, a studenci musieli uzyskiwać dobre wyniki matury z konkretnych przedmiotów. Oczekiwanie deklaracji religijnej jest wykluczające dla osób innej wiary lub niewierzących.

W poprzednich komunikatach informowaliśmy, że w opinii Okręgowej Izby Lekarskiej w Szczecinie, masowe uruchamianie kierunków lekarskich, na nieprzygotowanych uczelniach, jest to parodia kształcenia.

– To już nie jest komedia, tylko tragedia. By zostać lekarzem kształconym w uczelni o. Rydzyka trzeba mieć zaświadczenie od proboszcza, uwaga, z racji światopoglądowych jest to do ustalenia z władzami placówki. Nauka medycyny powinna odbywać się bez wpływu jakiejkolwiek religii, zgodnie z przyrzeczeniem lekarskim medycy powinni nieść pomoc bez żadnych różnic, takich jak: rasa, religia, narodowość, poglądy polityczne, stan majątkowy i inne, mając na celu wyłącznie ich dobro i szacunek pacjentów.  Uczelnie posiadające zgodę na naukę medycyny nie mogą różnicować kandydatów ze względu na wyznanie – mówi Michał Bulsa, prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Szczecinie.

Jak mówi Prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Szczecinie, należy możliwie szybko przeanalizować, jak wyglądać będzie kryterium przyjmowania studentów na kierunki lekarskie na uczelniach, które w tym roku otrzymały akredytację do ich prowadzenia.

– Jesteśmy zaniepokojeni, że na studia lekarskie, wymagające konkretnej wiedzy i predyspozycji, może dojść do dyskryminacji z uwagi na wiarę lub z powodu innych czynników. Będzie to rozczarowanie dla kandydatów, ponieważ nikt nie chciałby aby wyznanie lub podobne czynniki decydowały o przyjęciu na kierunek lekarski. Taki obrót spraw coraz bardziej uprawdopodabnia, że nowe uczelnie mogą być nieprzygotowane do kształcenia lekarzy, co stanowi zagrożenie dla pacjentów. To nie jest pomaganie systemowi ochrony zdrowia w problemach kadrowych. Przypomina to łatanie dziur w jezdni watą – mówi Michał Bulsa, prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Szczecinie.

FED pauzuje. Złoto z perspektywami na wzrosty

Kluczowym wydarzeniem ubiegłego tygodnia było posiedzenie Komitetu ds. Operacji Otwartego Rynku (FOMC) – amerykańskiego odpowiednika Rady Polityki Pieniężnej. I nie było tu dużego zaskoczenia – stopy procentowe pozostały na obecnym poziomie, w przedziale 5,25-5,5 proc.

Złoto kwotowane w dolarze amerykańskim rozpoczęło i zakończyło tydzień na podobnym poziomie, choć przy okazji ogłoszenia decyzji FED nastąpił krótki pik w górę, a następnie w dół – pierwszy z powodu osłabienia dolara, drugi z powodu powrotu do umacniania się, który to trend trwa już od połowy lipca. Warto zwrócić uwagę, że choć kwotowane w dolarze złoto porusza się w obrębie trendu bocznego, niepostrzeżenie, od połowy sierpnia, zaczyna rysować się dyskretny trend wzrostowy.

Jeśli o polskiego złotego chodzi, wrześniowa decyzja o obniżce stóp procentowych znacząco zdeprecjonowało naszą walutę względem chociażby dolara amerykańskiego, co znalazło odzwierciedlenie w cenach złota. Podczas, gdy w okresie wakacyjnym cena kruszcu nie wychodziła poza przedział 7 700-7 900 PLN za uncję, wrześniowa decyzja RPP dała impuls do ponownego przebicia się przez pułap 8 000 PLN.

Jednak w środę ujrzeliśmy lokalny szczyt na poziomie 8 440 PLN, a w kolejnych godzinach i dniach uncja taniała, zbliżając się do 8 300 w czwartek i odzyskując nieco rezonu w piątek.

W FED bez zmian

Amerykańscy bankierzy postanowili wstrzymać się z decyzją dotyczącą stóp procentowych, co zasadniczo wpisuje się w oczekiwania rynków. Niemniej z uwagi na wypowiedzi Jerome Powella, znów do czynienia mamy z określeniem „pauza jastrzębia”, a więc stopy pozostały bez zmian, ale retoryka wskazuje na możliwe przyszłe podwyżki.

Ostatnia podwyżka stóp procentowych FED o 25 punktów bazowych miała miejsce w lipcu. Wg. CME FedWatch Tool szanse na podwyżkę o 25 pb w listopadzie wynoszą 26,3 proc., a w grudniu 38,4 proc. (6,7 proc., że podwyżka wyniesie 50 pb). Raczej nie wydaje się, aby FED zdecydował się w tym roku na obniżkę stóp procentowych. Z kolei obniżka stóp spodziewana jest najwcześniej w marcu (9,7 proc.) i w każdym kolejnym miesiącu szansa na taką decyzje jest coraz wyższa.

Warto dodać, że rentowność amerykańskich obligacji osiągnęła szczytowy poziom, co w połączeniu z osłabionym zainteresowaniem ryzykownymi aktywami spowodowało wyprzedaże na Wall Street. Dow Jones na zamknięciu zniżkował o 1,08 proc., S&P500 1,64 proc. zaś Nasdaq Composite 1,82 proc.

Oskarżycielski palec skierowany przeciwko NBP

Kwestia działań RPP wobec inflacji budzi kontrowersje. Decyzja o ostrym cięciu stóp procentowych stawia nas w pewnym odosobnieniu na tle innych państw europejskich, również tych o niższej inflacji. Teraz pojawił się dodatkowo zarzut mówiąc wprost, że NBP nie tylko walczy nieskutecznie z inflacją, ale także bezpośrednio przyczynił się do wzrostu cen, choć – jak przez długi czas utrzymywali bankierzy – inflacja miała wzrastać tylko i wyłącznie z powodów zewnętrznych, na które bank miał nie mieć wpływu.

Ekonomiści banku Credit Agricole przeprowadzili analizę, której celem było ustalenie przyczyn wzrostu cen żywności, która w największym stopniu drożała w krajach Europy Środkow-Wschodniej oraz krajach bałtyckich. Rzeczywiście na kształtowanie się cen wpływać miała ekspozycja na import żywności z Rosji i Białorusi, poziom cen wyjściowych w połączeniu z poziomem zamożności danego kraju, ale także osłabienie nominalnego efektywnego kursu walutowego.

To właśnie osłabienie nominalnego efektywnego kursu walutowego ma przekładać się na ok. 1/5 wzrostu cen żywności w Polsce. Zaś tym, co deprecjacji doprowadziło, miało być zbyt długie zwlekanie z podjęciem decyzji o podniesieniu stóp procentowych i dysparytet stóp procentowych względem głównych banków centralnych. Mówiąc prościej: gdyby RPP zaczęła podnosić stopy procentowe wcześniej, inflacja cen żywności byłaby ok. 1/5 niższa.

Autor: Michał Tekliński, dyrektor ds. rynków międzynarodowych w Grupie Goldenmark

Zaległości branży drobiarskiej rosną

Konkurencja ze strony taniego mięsa z Ukrainy, problemy z ptasią grypą, zwiększone restrykcje sanitarne i drastyczny wzrost cen energii – polski biznes drobiarski ma ostatnio sporo powodów do zmartwień. Dlatego też chętnych do wejścia na ten rynek jest zdecydowanie mniej niż kiedyś. Branży przybywa natomiast zaległości. Kwota nieuregulowanych rat i faktur wyniosła na koniec lipca niemal 213 mln zł i była o 12 proc. wyższa niż przed rokiem. Wśród przetwórców mięsa drobiowego nie płaci w terminie już co ósmy podmiot – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. W złej kondycji finansowej jest połowa branży, podaje Dun & Bradstreet.

Jak podaje resort rolnictwa Polska jest największym producentem mięsa drobiowego w UE, drugim eksporterem tego mięsa w Unii i czwartym na świecie. Według szacunków wywiadowni gospodarczej Dun & Bradstreet na rynku drobiu działa obecnie blisko 7,5 tys. firm. Największą część, ok. 60 proc. stanowią hodowcy drobiu. Pozostali to producenci wyrobów z mięsa i jego przetwórcy. Dynamika przyrostu nowych firm mocno ostatnio jednak wyhamowała. W średnim ujęciu w 2022 roku rynek wzrósł jedynie o 1,6 proc., podczas gdy rok i dwa lata wcześniej było to 5-6 proc. Najbardziej dynamicznie rozrastający się sektor przetwórstwa i konserwacji mięsa z drobiu, w 2022 roku powiększył się o 3 proc., a w latach poprzedzających notował 10-15 proc. zmianę.

Niełatwe lata polskiej branży drobiarskiej

Produkcja mięsa drobiowego i jego wyrobów na każdym etapie, począwszy od hodowcy, poprzez ubojnie, aż po producentów, staje się coraz większym wyzwaniem. Przyczyn jest wiele, ale przede wszystkim są to rosnące ceny energii, wciąż nękająca Polskę ptasia grypa, ale też zła prasa i afery, wzrost kosztów kredytów i podatków. Sytuację skomplikowało dodatkowo otwarcie unijnego rynku na ukraińskie towary w tym mięso drobiowe i jaja, które od czerwca 2022 roku mogły być importowane bez cła. Ich gwałtowny napływ na chwilę powstrzymało rozporządzenie polskiego rządu zakazujące przywozu produktów rolnych z Ukrainy, które obowiązywało od 15 kwietnia do 30 czerwca br. Tani ukraiński drób wciąż był jednak dużą konkurencją dla naszych eksporterów na rynkach zagranicznych. 15 września br. polski rząd ponownie włączył blokadę na przywóz ukraińskich produktów rolnych, ale bez akceptacji UE.

Hodowcy drobiu, podobnie jak wielu rolników żyją w niepewności, a trzeba przypomnieć, że sporo kłopotów mieli już w czasie pandemii. Lockdown zablokował popyt ze strony ogromnego odbiorcy jakim dla branży jest unijny sektor HoReCa, a potem zaczęły licznie wybuchać ogniska ptasiej grypy, które jeszcze bardziej ograniczyły eksport. 2022 r. nie był już taki zły, bo wzrost kosztów produkcji zrekompensował wzrost cen, udawało się panować nad efektami ptasiej grypy, a w eksporcie pomagał słaby złoty.

Sytuacja hodowców się stabilizuje, przetwórcy powiększają zaległości

Co widać w danych dotyczących zaległości branży drobiarskiej? Suma jej zaległych zobowiązań na rzecz dostawców i banków wyniosła na koniec lipca niemal 213 mln zł. Jest to o ponad 23 mln zł więcej niż przed rokiem. 12 proc. zmiana to sporo, biorąc pod uwagę, że w okresie tym zaległości ogółu firm podwyższyły się o 9 proc.

Sytuacja w branży jest zróżnicowana zarówno pod względem dynamiki zmian przeterminowanych zobowiązań jak i kondycji finansowej. Jeśli chodzi o zaległości, czyli nieregulowane w terminie raty kredytów widoczne w BIK oraz nieopłacone faktury zgłoszone do BIG InfoMonitor, to po trudnym okresie COVID-19 sytuacja chowu i hodowli drobiu wydaje się pod tym względem stabilizować (PKD 014.7Z). Ich niespłacone w terminie zadłużenie przestało rosnąć i utrzymuje się na poziomie dochodzącym do 30 mln zł. Dla przypomnienia, w najgorszym dla branży 2021 roku, przeterminowane długi podskoczyły do 41,4 mln zł.

Zaległości spadły, choć kondycja hodowców nie przedstawia się dobrze. Jak podaje Dun & Bradstreet w silnej i dobrej formie finansowej jest tu jedynie 30 proc. pomiotów. Producenci mięsa i przetwórcy drobiu, od strony sytuacji finansowej prezentują się dużo lepiej, bo w silnej i dobrej kondycji jest odpowiednio 56 i 64 proc. przedsiębiorstw. Mimo tego, to oni właśnie w ostatnim czasie podbijają licznik zaległości. Przeterminowane zadłużenie firm zajmujących się produkcją mięsa w tym, mięsa drobiowego (PKD 101.3.Z) oraz przetwórstwem i konserwacją drobiu (PKD 101.2 Z) pogłębia się. Przy stałej liczbie firm w finansowych tarapatach suma niespłaconych zobowiązań powiększyła się, w przypadku producentów o ponad 13 proc. do 108 mln zł, a gdy chodzi o przetwórców o ponad 16 proc. do 75,4 mln zł.

zaległości branży drobiarskiej

Konkurencja ze wschodu, rosnące koszty, spadające ceny skupu, ptasi pomór

– Hodowcy drobiu i przedsiębiorcy z pobliskich sektorów skorzystali na niskich cenach zboża i pasz po zalewie Polski importem z Ukrainy. Jednak inflacja, wysokie ceny energii i konkurencja w postaci ukraińskiego importu mięsnego wyłączonego z ceł wciąż pozostają realnym zagrożeniem. Mimo to, jak pokazują nasze statystyki, odsetek hodowców z przeterminowanym zadłużeniem nie jest wysoki i wynosi 3,7 proc. Gorzej ma się sytuacja przedsiębiorstw zajmujących się obróbką mięsa, czyli producentów i przetwórców, gdzie na czas nie płaci niemal co dziesiąte i co ósme. A to już jest naprawdę wysoki odsetek nierzetelnych firm i tym samym wysokie ryzyko współpracy w oparciu o kredyt kupiecki. Prawdopodobieństwo dla dostawców i podwykonawców, że płatność za usługi lub towar nie wpłynie na czas lub wcale jest całkiem duże – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.  

Największym wyzwaniem dla firm związanych z branżą drobiarską pozostaje konkurencja zza naszej wschodniej granicy. Choć napływ taniego mięsa drobiowego z Ukrainy został na chwilę wstrzymany decyzją polskiego rządu, to nadal jest ono zagrożeniem dla rodzimych producentów. Ukraińcy mają dostęp do tańszej paszy i nie są zobowiązani do spełniania rygorystycznych, europejskich norm sanitarnych. To sprawia, że ich produkt jest bardziej konkurencyjny cenowo, a nawet gdy nie trafia do Polski, wypiera naszych eksporterów z rynków zagranicznych. Co więcej, w połowie lipca br. Ukraina wprowadziła zakaz importu drobiu i jaj z Polski, co było efektem wykrycia wirusa rzekomego pomoru drobiu na Podlasiu.

Zagrożenia epidemiologiczne to kolejna zmora polskich producentów. Na początku sierpnia br. Główny Lekarz Weterynarii poinformował o złożeniu do Światowej Organizacji Zdrowia Zwierząt (WOAH) deklaracji o odzyskaniu statusu kraju wolnego od wysoce zjadliwej grypy ptaków, zagrożenie nie przestało jednak istnieć. Ogniska choroby wciąż wykrywane są m.in. wśród dzikiego ptactwa, a Główny Inspektorat Weterynarii informuje, że ryzyko wystąpienia grypy ptaków w obecnym sezonie jest w dalszym ciągu wysokie.

– Kolejnym problemem, z którym zmagają się producenci drobiu są ceny energii. Kryzys energetyczny w branży dotknął szczególnie tych, którzy swoje fermy ogrzewali węglem. Pisklę kury potrzebuje 30°C do prawidłowego chowu, co od producentów wymaga ponoszenia znaczących kosztów związanych z ogrzewaniem, szczególnie w okresie jesienno-zimowym. Nie ułatwią im tego spadające ceny w skupie. Jak informował Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa, pod koniec lipca br. w krajowych zakładach drobiarskich odnotowano dalszy spadek cen skupu żywca drobiowego – tłumaczy dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor.

Szanse i zagrożenia dla producentów drobiu

– Choć w najbliższym czasie na pewno nie będzie to poważnym zagrożeniem, to w perspektywie długoterminowej producenci drobiu powinni przyglądać się trendom związanym z wegetarianizmem i weganizmem oraz produkcją mięsa komórkowego. Badanie wykonane dla nas przez Quality Watch w lipcu br. wskazało, że po produkty mięsne nie sięga 3 proc. Polaków, pojawiają się też jednak doniesienia o tym, że mięsa nie je nawet 10 proc. dorosłych Polaków. Rosnący trend może potwierdzać gwałtowny rozwój rynku roślinnych zamienników mięsa, który obserwujemy w ostatnich latach. Coraz częściej słychać również o postępach związanych z hodowlą mięsa komórkowego, co za jakiś czas może odbić się negatywnie także na producentach drobiu, ograniczając popyt na ich wyroby – zauważa dr hab. Waldemar Rogowski.

Choć nie należy bagatelizować zmieniających się zachowań konsumenckich, to o preferencje dotyczące jedzenia mięsa producenci nie muszą się na razie martwić. Wyniki badania Quality Watch dla BIG InfoMonitor mówią, że aż 79 proc. polskiego społeczeństwa deklaruje konsumpcję produktów mięsnych z dużą częstotliwością, czyli co najmniej kilka razy w tygodniu. Co czwarty Polak spożywa mięso codziennie, co jest znaczącym wskaźnikiem utrzymującego się apetytu na produkty odzwierzęce w diecie. Szansą dla producentów drobiu może być nie tylko wysoki popyt wewnętrzny, ale także zainteresowanie polskim mięsem za granicą.

W opracowanej przez siebie „Agromapie” eksperci banku Crédit Agricole podają, że w I kw. 2023 roku wartość polskiego eksportu drobiu zwiększyła się o 19,4 proc r/r, a eksportu jaj aż o 85,1 proc. r/r., co jest poziomem rekordowym. Krajowa Rada Drobiarstwa zaznacza z kolei, że Polska jest unijnym liderem w produkcji mięsa drobiowego i corocznie notuje wzrost sprzedaży w kraju i za granicą, a w roku 2022 na eksport trafiło ponad 53 proc. naszego mięsa i przetworów. Szansą dla polskich eksporterów mogą być otwierające się nowe rynki. W połowie sierpnia br. Krajowa Rada Drobiarstwa poinformowała, że polski drób dopuściły na swój duży rynek Filipiny.

Niespodzianki banków centralnych

Czwartek upłynął na kolejnych decyzjach banków centralnych. Były nawet dwie spore niespodzianki i to w ważnych dla Polaków krajach – Szwajcarii i Wielkiej Brytanii.

Niespodzianka w Szwajcarii

Wczorajsza decyzja Szwajcarskiego Narodowego Banku zaskoczyła rynki. Teoretycznie była zgoda co do oczekiwań analityków w sprawie podniesienia stóp procentowych z 1,75% na 2%. Na spotkaniu jednak do podwyżki nie doszło. Bank co prawda ogłosił, że dalsze podwyżki są nadal możliwe w celu utrzymania stabilności cen. Inflacja jednak w ciągu ostatnich trzech miesięcy waha się od 1,6% do 1,7%. Nie są to wartości wymuszające radykalne kroki. Rynki zareagowały bardzo szybką przeceną franka szwajcarskiego, który tuż po decyzji staniał o pełne 4 grosze. Inwestorzy bowiem zamykali pozycje frankowe, skoro waluta nie będzie wyżej oprocentowana. Z drugiej strony kredytobiorcy frankowi po fatalnym początku miesiąca chociaż odrobinę odetchnęli.

Wielka Brytania również zaskakuje

Tego samego dnia było znacznie więcej decyzji banków centralnych, ale dla Polski szczególnie istotny był jeszcze rynek brytyjski. Tam stopy procentowe miały rosnąć do 5,5%, podczas gdy pozostały na niezmienionym poziomie 5,25%. Inflacja na wyspach owszem spada, ale w dalszym ciągu jest na poziomie 6,7% czyli wyraźnie powyżej stóp procentowych. Wiadomo, to nadal lepiej niż w Polsce, gdzie nie tylko wstrzymaliśmy podwyżki przy bardzo wysokim poziomie, ale przy inflacji przekraczającej stopy procentowe o ponad 3% zdecydowaliśmy się na bardzo silną obniżkę.

Jeszcze więcej decyzji

W czwartek zmian stóp procentowych dokonało kilka innych państw. Zgodnie z oczekiwaniami Szwecja podniosła główną stawkę z 3,75% na 4%. Norwegia zwiększyła stopy z 4,00% na 4,25%. Oba te państwa walczą nie tylko z inflacją, ale z poważnymi przecenami wartości waluty, szczególnie względem euro. Później w ciągu dnia Turcja kontynuowała swój powrót do normalności, podnosząc główną stopę z 25% na 30%. Ruch ten był oczekiwany przez analityków. Co więcej, wracamy do przewidywalności, bo początki podwyżek sóp w Turcji to były ciągłe niespodzianki, co do wysokości decyzji. Z drugiej strony przy tak dużych zmianach niespodzianki mogą się zdarzać. Warto zwrócić uwagę, że zmiana ta przeszła niemal bez echa na rynku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

PiS, KO, Konfederacja czy Bezpartyjni Samorządowcy: kto obiecuje pracownikom najwyższe wypłaty?

Większość ogólnopolskich komitetów wyborczych w swoich programach przedstawia propozycje dotyczące polskiego systemu podatkowego. Eksperci inFakt sprawdzili, ile zarobiliby pracownicy, gdyby w życie weszły zmiany proponowane przez komitety wyborcze PiS, KO, Konfederacji i Bezpartyjnych Samorządowców.

Prawo i Sprawiedliwość w swoim programie „Bezpieczna przyszłość Polaków” nie proponuje nowości w zakresie podatków i skupia się na utrzymaniu rozwiązań obowiązujących w kończącej się kadencji. Z kolei hasło Trzeciej Drogi „Jednolita danina, płatna jednym przelewem” nie pozwala na dokładną ocenę planów tego komitetu. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku Lewicy, która przedstawia ogólną informację o obniżeniu danin oraz o podatku progresywnym. Przy tak sformułowanych propozycjach nie jest możliwe, aby dokonać rzetelnej kalkulacji wynagrodzeń.

Scenariusz 1: Prawo i Sprawiedliwość

Eksperci inFakt obliczyli wysokości wynagrodzenia „na rękę” dla czterech kwot brutto – 5 tys., 10 tys., 15 tys. i 20 tys. zł. Partia rządząca w swoim programie wyborczym nie proponuje zmian w podatku dochodowym od osób fizycznych. Wyliczenia przeprowadzono więc dla aktualnie obowiązujących przepisów, m.in. dla stawki podatku PIT w wysokości 12% i 32%, kwoty wolnej na poziomie 30 tys. zł i drugiego progu podatkowego dla dochodu powyżej 120 tys. zł. Gdyby po wyborach utrzymano status quo to pracownicy zarobiliby “na rękę” mniej niż gdyby w życie weszły propozycje KO, Konfederacji czy Bezpartyjnych Samorządowców.

Scenariusz 2: Koalicja Obywatelska

Koalicja Obywatelska w swoim programie proponuje podniesienie kwoty wolnej dwukrotnie do poziomu 60 tys. zł. Przy takim założeniu wynagrodzenie wzrośnie miesięcznie o 300 zł, ale dopiero gdy wynagrodzenie wyniesie 6080 zł brutto (dla tej kwoty podatek roczny wynosi 3600 zł). Poniżej kwoty 6080 zł podatek jest niższy niż 3600 zł i przy minimalnym wynagrodzeniu w wysokości 4300 zł w przyszłym roku podatek wyniesie 1344 zł za cały rok, a więc dla tej grupy pracowników dokładnie tyle wyniosłaby korzyść.

Scenariusz 3: Konfederacja

W swoim programie Konfederacja zapowiada „największą w historii Polski rewolucję podatkową”. Komitet proponuje m.in. wprowadzenie kwoty wolnej uzależnionej od minimalnego wynagrodzenia, która będzie stanowiła jego dwunastokrotność. Kolejną obietnicą zapisaną w „Konstytucji Wolności” jest likwidacja drugiego progu podatkowego. Konfederacja chce również wprowadzić modyfikacje w ustawach o PIT, CIT, VAT i ZUS, twierdząc, że „na reformie skorzysta każdy pracujący Polak”. Zmiany Konfederacji spowodowałyby, że obecnie przy wyższym wynagrodzeniu, np. powyżej 15 tys. zł, pracownicy zyskaliby więcej niż na zasadach proponowanych przez KO.

Scenariusz 4: Bezpartyjni Samorządowcy

W teorii zatrudnieni zarobiliby najwięcej „na rękę” po wejściu w życie propozycji komitetu Bezpartyjnych Samorządowców. Proponują likwidację PIT, a także zmianę sposobu rozliczania składki zdrowotnej na ten, który obowiązywał przed wprowadzeniem Polskiego Ładu. Należy jednak pamiętać, że gdyby nie byłoby podatku PIT, to podatnicy nie mogliby korzystać z przysługujących im ulg, np. ulgi dla młodych.obietnice wyborcze

Z wyliczeń firmy inFakt wynika, że obietnice wyborcze Bezpartyjnych Samorządowców teoretycznie dałyby pracownikom największe zarobki w każdym analizowanym progu wynagrodzenia brutto.

Startujące w obecnych wyborach komitety proponują wiele zmian w przepisach dotyczących podatku PIT. Wyjątkiem jest PiS, który dokonał największych zmian w 2022 r. Propozycja Bezpartyjnych Samorządowców o likwidacji PIT jest największym zaskoczeniem. Taka zmiana to istotny koszt dla budżetu, bo wpływy mogłyby się zmniejszyć o blisko 15%. W mojej ocenie warto z pewnością zabezpieczyć waloryzację kwoty wolnej, czyli to co proponuje m.in. Konfederacja. Ustalenie kwoty wolnej na stałym poziomie 30 tys. zł czy 60 tys. zł, jak proponuje KO, może powodować, że kwota wolna nie zmieniałaby się przez wiele lat.

Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt

PMI strefy euro: przemysł w kryzysie, usługi rosną

PMI dla przemysłu we wrześniu w strefie euro wyniósł 43,4 wobec 43,5 miesiąc wcześniej. W dalszym ciągu widać, że przemysł pozostaje w kryzysie. Zapaść w przemyśle widać przede wszystkim w gospodarce niemieckiej, gdzie wskaźnik PMI już od trzech miesięcy pozostaje poniżej 40 pkt. W tym miesiącu negatywnie zaskoczyła również Francja, gdzie wskaźnik wyniósł 43,5 wobec konsensusu na poziomie 46 pkt.

Wskaźnik PMI dla usług w strefie euro wzrósł we wrześniu i wyniósł 48,4 wobec 47,9 miesiąc wcześniej. Konsensus zakładał, że aktywność w sektorze znowu lekko spadnie i wskaźnik wyniesie 47,7 pkt. W przypadku usług w tym miesiącu pozytywnie wyróżniły się Niemcy, gdzie PMI wzrósł do 49,8 pkt, więc już blisko do poziomu wskazującego na wzrost aktywności w sektorze. We Francji z kolei wskaźnik spadł do 43,9 pkt. Zarówno francuski sektor przemysłu, jak i usług w tym miesiącu okazał wysoką słabość.

Zbiorczy wskaźnik dla strefy euro wyniósł zatem 47,1. Jest to poziom wyższy niż miesiąc wcześniej (46,7) i lepszy niż prognozy (46,5). Jest to wciąż poziom, który wskazuje na słabą koniunkturę. Słabość wykazuje przede wszystkim sektor przemysłu. Usługi wykazują pewną odporność, ale z pewnością nie równoważą spadku w przemyśle. Jest to kolejny miesiąc, w którym wskaźniki PMI wskazują na spowolnienie w obu sektorach. W tych warunkach wydaje się, że strefa euro w drugim półroczu znajduje się w recesji. Nie pomaga również fakt, że EBC w tym miesiącu po raz kolejny podniósł stopy procentowe, co może odbić się jeszcze bardziej na danych gospodarczych w kolejnych miesiącach.

Bartosz Wałecki, Analityk Michael / Ström Dom Maklerski

NCBR ogłosił konkurs Seal of Excellence. 23 mln zł dofinansowania dla MŚP

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłosiło drugi już w tym roku konkurs Seal of Excellence, realizowany w ramach środków programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki (FENG). Budżet 23 milionów złotych przeznaczony jest dla polskich mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw, których projekty zostały pozytywnie ocenione przez Komisję Europejską i otrzymały certyfikat Seal of Excellence w ramach instrumentu EIC Accelerator programu „Horyzont Europa”, jednak z powodu ograniczeń budżetowych nie otrzymały dofinansowania.

Nabór wniosków o dofinansowanie projektów ruszy 29 września, a zakończy się 30 października br. o godz. 16:00. Wsparciem mogą zostać objęte prace badawczo-rozwojowe, czyli badania przemysłowe i eksperymentalne prace rozwojowe albo tylko eksperymentalne prace rozwojowe, w zakresie od 5 do 8 poziomu gotowości technologicznej (TRL). Wniosek o dofinansowanie musi obejmować te same zadania, zasoby i przewidywać ten sam cel, co projekt oceniony przez Komisję Europejską, bądź jego część dotycząca przeprowadzenia prac badawczo-rozwojowych. Certyfikat Seal of Excellence powinien zostać wystawiony nie później niż 18 miesięcy przed dniem złożenia wniosku o dofinansowanie w naborze w ramach FENG.

– EIC Accelerator to działanie Europejskiej Rady ds. Innowacji. Instrument skierowany jest do MŚP, wykazujących wysoki potencjał wzrostu oraz mających przełomowe rozwiązania, które planują wdrożyć na rynku europejskim i globalnym. Polskie przedsiębiorstwa od lat biorą udział w naborach akceleratora EIC, jednakże gdy wyczerpie się jego budżet, wtedy wkraczamy my z możliwością dofinansowania projektów, które uzyskały pieczęć doskonałości – powiedział dr Jacek Orzeł, p.o. dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Zbliżone zasady

Kategorie, maksymalne kwoty i metody obliczania kosztów kwalifikowalnych projektu są analogiczne jak w instrumencie EIC Accelerator programu „Horyzont Europa”. Maksymalna kwota dofinansowania nie może przekroczyć 2,5 mln euro i wynosi maksymalnie 70% kosztów kwalifikowalnych tych prac. Projekt może być realizowany nie dłużej niż do 31 grudnia 2029 r.

Ocena w konkursie jest jednoetapowa. Projekty ocenia Panel, który tworzą co najmniej trzej eksperci. Wnioskodawca może zostać wezwany do uzupełnienia lub poprawienia wniosku w zakresie określonym przez NCBR. Elementem oceny jest spotkanie z wnioskodawcą. W jego trakcie wnioskodawca może odnieść się do pytań i ewentualnych wątpliwości ekspertów dotyczących projektu.

Konkurs Seal of Excellence organizowany jest w ramach Priorytetu II “Środowisko sprzyjające innowacjom” programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki.

ORLEN i Yokogawa opracują technologię syntetycznych paliw lotniczych

ORLEN i Yokogawa Europe, regionalna centrala japońskiej firmy Yokogawa Electric Corporation, będą współpracować przy uruchomieniu przemysłowej produkcji neutralnych pod względem emisji dwutlenku węgla syntetycznych paliw lotniczych. Firmy podpisały porozumienie, którego celem jest optymalizacja procesu technologicznego umożliwiającego syntezę paliwa z dwutlenku węgla i zielonego wodoru. ORLEN chce zostać liderem w tym nowym segmencie rynku i przyczynić się do osiągnięcia neutralności emisyjnej przez sektor lotniczy w Polsce.

ORLEN inwestuje w technologie, które są przyszłością gospodarki. Paliwa syntetyczne są kluczowe, aby transport lotniczy mógł stać się neutralny klimatycznie, a ich produkcja nie wymaga użycia surowców kopalnych. Celem koncernu jest osiągnięcie do końca 2030 roku zdolności produkcyjnych tego typu paliw na poziomie 70 tys. ton rocznie.

– Współpraca z firmą Yokogawa stanowi kamień milowy w realizacji strategicznych aspiracji ORLEN związanych z uruchomieniem produkcji paliw syntetycznych. Projekt, który będziemy wspólnie realizować, umożliwi opracowanie szczegółowego procesu wytwarzania takich paliw na skalę przemysłową. Już teraz współpracujemy z naszym japońskim partnerem przy optymalizacji procesów rafineryjnych i petrochemicznych. Cieszę się, że tak kompetentny i sprawdzony partner, będzie wspierał rozwój nowej linii biznesowej ORLEN – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu ORLEN.

W ramach współpracy, ORLEN i Yokogawa opracują zintegrowany system produkcji paliw syntetycznych. Przedsięwzięcie będzie polegać na stworzeniu wirtualnej repliki zakładu produkcyjnego, zwanej „cyfrowym bliźniakiem”, która umożliwi symulację i optymalizację procesów produkcyjnych, w celu wyboru najbardziej opłacalnej i zrównoważonej środowiskowo metody syntezy. Rozwiązanie to będzie zastosowane w nowej instalacji do produkcji paliw syntetycznych, która powstanie do końca 2030 roku.

Zrównoważone paliwa syntetyczne powstają w wyniku połączenia wodoru wytwarzanego w procesie elektrolizy, zasilanej energią odnawialną, z cząsteczkami dwutlenku węgla pochodzącymi z różnych procesów przemysłowych, w tym z zakładów wytwarzających biomasę, cementowni, hut stali i zakładów nawozowych. Tym samym produkcja paliw syntetycznych może w znaczący sposób ograniczyć przemysłową emisję gazów cieplarnianych.

Jedną z zalet paliw syntetycznych jest to, że mają niemal identyczne właściwości jak konwencjonalne produkty ropopochodne, takie jak benzyna, olej napędowy i paliwo do silników odrzutowych, a jednocześnie pomagają w ograniczeniu emisji gazów cieplarnianych. To podobieństwo umożliwia ich wykorzystanie w obecnie stosowanych silnikach spalinowych. Ponadto istniejąca już infrastruktura magazynowania, transportu i dystrybucji przeznaczona dla paliw ropopochodnych może być bez modyfikacji wykorzystywana do celów logistyki paliw syntetycznych. To w zasadniczy sposób ułatwi dekarbonizację m.in. transportu lotniczego. ORLEN oczekuje, że głównym odbiorcą paliw syntetycznych będzie przemysł lotniczy.ORLEN Yokogawa

– Dzięki współpracy z ORLENEM przyspieszymy osiągniecie neutralności emisyjnej w branży lotniczej. Wspólnie stworzymy innowacyjne, zintegrowane i wysoce autonomiczne systemy cyfrowe – mówi Takayuki Matsubara, Prezes Yokogawa Europe.

Yokogawa dostarcza już kompleksowe rozwiązania dla Grupy ORLEN, obejmujące technologię automatyzacji, oprogramowanie do modelowania procesów rafineryjnych i petrochemicznych oraz narzędzia do optymalizacji zużycia energii w zakładach produkcyjnych.

Odwrotne przejęcie Honey Payment stało się faktem

Polski fintech, twórca multiaplikacji do zarządzania finansami DotBee sfinalizował mariaż z notowaną na NewConnect spółką Maximus S.A. Sąd właśnie zarejestrował w KRS połączeniowe podwyższenie kapitału zamykając tym samym proces odwrotnego przejęcia. Po rejestracji spółka nosi nazwę Honey Payment Group S.A., a akcje nowej emisji stanowią po transakcji 89% kapitalizacji spółki.

Multiaplikacja finansowa DotBee umożliwia zarządzanie i dysponowanie finansami, posiada również takie funkcje jak bilety transportu publicznego, bilety parkingowe, cashback, przelewy oraz doradcy AI z którymi możemy komunikować się poprzez czat. W tym roku w aplikacji Dotbee pojawiły się czaty generatywne AI specjalizujące się w dostarczaniu specjalistycznej wiedzy z zakresu rachunkowości, prawa i finansów. Użytkownik komunikuje się z aplikacją przez czat i otrzymuje specjalistyczną wiedzę niedostępną w innych rozwiązaniach. Spółka posiada ponad pół miliona klientów, głównie wśród osób młodych (18-25 lat). Stworzyła biznes oparty o wysoką technologię, niski współczynnik zatrudnienia, automatyzację procesów oraz sztuczną inteligencję.

Wejście na NewConnect to szansa na zwiększenie rozpoznawalności i pozyskanie kolejnych inwestorów w przyszłości. Jest to dla nas ważny etap, na który pracowaliśmy od początku naszej działalności. Wykorzystamy go do jeszcze szybszego rozwoju i promocji naszych usług. Obecnie jesteśmy na etapie skalowania posiadanych rozwiązań i promocji na światowych rynkach. Skupiamy się na maksymalnym wykorzystaniu sztucznej inteligencji i dostarczeniu najlepszego, światowego produktu. Dlatego teraz pora na międzynarodową ekspansję naszego rozwiązania z którego w Polsce korzysta już ponad pół mln ludzi  – deklaruje Grzegorz Szulik, Prezes Zarządu i założyciel Honey Payment.

Odwrotne przejęcie zostało zrealizowane w drodze wniesienia 100% akcji spółki Honey Payment S.A. do dawnej spółki Maximus S.A. w zamian za akcje nowej emisji, w ten sposób podmiot notowany na NewConnect stał się jedynym właścicielem przejmowanej spółki i po rejestracji zmian statutu przyjął nową nazwę Honey Payment Group S.A. zmieniając jednocześnie przedmiot działalności.

Dzięki transakcji dotychczasowi inwestorzy Maximusa, w tym JRH posiadając około 7% udziału w spółce po połączeniu, stają się akcjonariuszami Honey Payment Group – dynamicznej spółki rozwijającej swoje usługi w jednej z najbardziej perspektywicznych z branż przyszłości czyli fintech. Spółka zamierza przenieść i rozwinąć swój model biznesowy, który sprawdził się w Polsce, na kolejne rynki – obecnie celem jest skalowanie działalności. Jestem przekonany, że jest to projekt, który odpowiada na bieżące potrzeby rynku i będzie zyskowną pozycją w portfelu JRH – powiedział January Ciszewski, Prezes Zarządu JR HOLDING ASI S.A.

Sieci handlowe coraz bardziej oszczędzają na rabatach

W I półroczu br. największe na rynku formaty handlowe rdr. ograniczyły liczbę gazetek – o blisko 7%, ich stron – o ponad 4%, a także powierzchnię – o niecałe 7%. Do tego ubyło przeszło 12% promocji. Cięcia są widoczne praktycznie we wszystkich analizowanych formatach, poza małymi wyjątkami. Dyskonty zaliczyły wzrosty pod każdym ww. względem. Natomiast we wszystkich kanałach rdr. ubyło promocji. Eksperci komentujący te wyniki przewidują, że retailerzy coraz mniej będą inwestować w papierowe publikacje. Jednak w branży spożywczej wciąż będą one odgrywały istotną rolę, bo klienci zwyczajnie ich potrzebują. W innych sektorach handlu będą szybciej znikały, a raczej zmieniały formę papierową na elektroniczną.

Coraz mniej gazetek

Niemal 7 tys. gazetek handlowych, wydanych w pierwszych półroczach lat 2022-2023, wzięli pod lupę eksperci z UCE RESEARCH, Hiper-Com Poland i Grupy BLIX. I tak okazało się, że od stycznia do czerwca br. było ich o prawie 7% mniej na rynku niż rok wcześniej. Mówimy o materiałach promocyjnych aż ośmiu największych formatów, tj. dyskontów, hipermarketów, supermarketów, sieci convenience, cash&carry, drogerii i aptek, marketów budowlanych (DiY) oraz sklepów RTV-AGD.

– Widać trend oszczędzania na wydawaniu tradycyjnych gazetek. Zaczął się on już kilka lat temu wraz ze wzrostem cen papieru, ale nie tylko. Wysoka inflacja dodatkowo podniosła koszty produkcji i samej dystrybucji. Sieci handlowe skłoniły się więc ku bardziej opłacalnym narzędziom cyfrowym, które pomału zaczynają dominować w tej kwestii – komentuje Julita Pryzmont z Hiper-Com Poland.

Sześć formatów zmniejszyło rdr. liczbę wydawanych gazetek. Wśród nich największe cięcie zrobiły sieci cash&carry – o prawie 30%. O 23% mniej publikacji miały sklepy RTV-ADG. Spadki zanotowały też markety budowlane – o prawie 13%, sieci convenience – o blisko 8%, a także hipermarkety – o niecałe 7%. Z kolei dyskonty i supermarkety odnotowały wzrosty – odpowiednio o ponad 14% i 5%.

– Większość segmentów przenosi swoje budżety marketingowe do kanałów cyfrowych, które oferują lepszą segmentację, personalizację i mierzalność. Klienci, zwłaszcza sieci cash&carry, sklepów z RTV-AGD oraz marketów budowlanych, coraz częściej szukają informacji o promocjach online. Natomiast dyskonty tradycyjnie łączą dystrybucję papierową z digitalową. Podniosły liczbę gazetek, bo działają na bardzo konkurencyjnym rynku pod względem codziennego docierania do konsumentów, robiących zakupy nawet kilka razy w tygodniu – mówi Marcin Lenkiewicz z Grupy BLIX.

Liczba stron na minusie

Eksperci, po przeanalizowaniu łącznie prawie 126,5 tys. stron w gazetkach, stwierdzili, że w I półroczu br. było ich o ponad 4% mniej niż rok wcześniej. Największe spadki rdr. odnotowały hipermarkety i sieci RTV-AGD – odpowiednio o ponad 23% i przeszło 22%. Zdecydowanie mniejsze ograniczenia rdr. wprowadziły drogerie i apteki – o ponad 9%, markety budowlane – o 5,5%, sieci cash&carry – o przeszło 5%, a także supermarkety – o nieco więcej niż 2%. Odwrotne zmiany nastąpiły w publikacjach dyskontów, które rdr. zyskały aż blisko 32% stron. Materiały sieci convenience zostały poszerzone o niemal 2%.

– Tendencja do skracania tradycyjnych gazetek dominuje na rynku z powodu rosnących kosztów ich wydawania. Dodatkowo sieci ze sprzętem RTV-AGD w większym stopniu stawiają na reklamę online i elastyczne zarządzanie cenami produktów. To utrudnia tworzenie ofert promocyjnych w postaci tradycyjnych gazetek, obowiązujących przez kilka czy kilkanaście dni – podkreśla Marcin Lenkiewicz.

Z kolei Maciej Ptaszyński z Polskiej Izby Handlu (PIH) zwraca uwagę na to, że dyskonty w dużym stopniu opierają swoją komunikację na papierowych gazetkach. Zatem w ich przypadku duży wzrost liczby stron nie powinien nikogo dziwić. – Wynika to ze specyfiki tego biznesu i oczekiwań konsumentów. Generalnie w branży spożywczej sieci szeroko wykorzystują gazetki do komunikowania swoich promocji – zaznacza ekspert z PIH.

Mniej powierzchni i promocji

Analizą objęto też łącznie blisko 4 mln cm kw. powierzchni gazetek i zaobserwowano, że w analizowanym czasie zmalała ona o niecałe 7% rdr. Największe spadki rdr. zanotowały sklepy cash&carry i RTV-AGD – odpowiednio o ponad 29% i 23%. Mniejsze cięcia zrobiły sieci DIY – o prawie 13%, convenience – o blisko 8%, a także hipermarkety – o prawie 7%. Natomiast wzrosty rdr. zanotowały dyskonty – o ponad 14%, drogerie i apteki – o ponad 7%, jak również supermarkety – o 5% rdr.

– Sklepy cash&carry oraz RTV-AGD są najbardziej nastawione na klientów biznesowych, wyjątkowo wrażliwych na ceny. Oszczędzanie na wydawanych materiałach pozwala im na oferowanie atrakcyjniejszych cen. Dlatego prawdopodobnie zaliczyły największe spadki. Natomiast te formaty, które poszerzyły swoje powierzchnie promocyjne, najmocniej wykorzystują rabaty do zwiększenia konkurencyjności. Dyskonty często opierają swoją strategię marketingową na promocjach, co tłumaczy największy wzrost. Supermarkety, dążąc do utrzymania klientów i zwiększenia sprzedaży, też mocno w nie inwestują – wyjaśnia Julita Pryzmont.

Natomiast dr Maria Andrzej Faliński ze Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego przypomina, że apteki i drogerie promują towary OTC (bez recepty, bliskie kosmetykom i higienie). – Tego typu produkty są ważnym uzupełnieniem dla aptek. Drogerie z kolei dokonały poszerzenia swego asortymentu i chcą o tym informować. Poza tym weszły w szerokie programy marek własnych i wspólnych z producentami, by ominąć skutki inflacji. Dlatego ten kanał powiększył powierzchnię promocyjną – wyjaśnia dr Faliński.

Z analizy wynika też, że w I półroczu br. sieci handlowe zrobiły o ponad 12% mniej promocji niż w analogicznym okresie ub.r. Wszystkie formaty zaliczyły spadki rdr. Największy dotyczył sieci ze sprzętem RTV-AGD – przeszło 22%. Kolejno na minusie znalazły się hipermarkety – ponad 15%, sieci DIY – blisko 14%, drogerie i apteki – prawie 13%, sklepy convenience – przeszło 10%, dyskonty – 9,5%, supermarkety – 9%, jak również sieci cash&carry – niecałe 6%.

Prognozy nie zaskakują

– Sieci handlowe w dalszym ciągu będą wprowadzały ograniczenia w zakresie drukowanych materiałów promocyjnych. Będą przechodziły na cyfrową dystrybucję, w której liczba gazetek, stron i wielkość powierzchni promocyjnej nie są powiązane z cenami papieru i druku. W najbliższym czasie konieczne będzie ograniczenie kosztów w obliczu wciąż wysokiej inflacji – przewiduje Marcin Lenkiewicz.

Podobnego zdania jest Julita Pryzmont, która uważa, że wyższe koszty prowadzenia działań promocyjnych mogą skłaniać sklepy do ograniczenia liczby wydawanych gazetek, ich stron oraz powierzchni promocyjnej. Ponadto wpływ na to mogą mieć zmieniające się preferencje konsumentów, którzy coraz częściej korzystają z innych kanałów zakupowych, takich jak e-commerce. Zmniejszenie liczby gazetek może wpływać na percepcję promocji przez klientów, ale rzeczywisty wpływ na zachowania konsumenckie może być zróżnicowany.

– Należy oczekiwać, iż gazetki nadal pozostaną ważnym elementem komunikacji dla sklepów spożywczych. Jednak koszt ich produkcji będzie powodował, że stopniowo będą zastępowane innymi rodzajami komunikacji – podsumowuje Maciej Ptaszyński.

Ceny ropy naftowej rosną. W Polsce czekają nas duże podwyżki cen paliw

Rosnące ceny ropy naftowej wywołują obawy banków centralnych o wzrost inflacji i powstrzymują je przed obniżkami stóp procentowych. Ceny na polskich stacjach są wbrew sytuacji na światowych rynkach, wzrosną i to jest nieuniknione.

Do połowy września w ciągu miesiąca ropa naftowa brent podrożała o ponad 6%, co oznaczało jej wzrost o 10 USD za baryłkę. W kolejnym tygodniu ropa nadal drożała, miesięczna zmiana ceny przekroczyła 10%, a nowe maksimum z 30 dni to 95,81 USD, przy minimum 82,06 USD.

– Zmiana jest bardzo duża, a wynika z tych czynników, które już były obecne na rynku i związane są ograniczeniem podaży przez grupę OPEC+ – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – Jest to kontynuacja ruchów, które miały miejsce na początku wakacji, a polegały na dobrowolnym ograniczeniu produkcji o 1 mln baryłek dziennie przez Arabię Saudyjską i ograniczeniu eksportu przez Rosję o 300 tys. baryłek, i zostały przedłużone do końca roku.

O ile wcześniej spodziewano się deficytu na światowych rynkach 2 mln baryłek na dzień, to teraz ten deficyt może być znacznie większy. Mogło być gorzej, ale jednocześnie popyt nie jest tak duży, jak niedawno oczekiwano, przede wszystkim ze względu na słabsze wyniki chińskiej gospodarki. Jednak nie należy spodziewać się światowej recesji, prawdopodobna jest natomiast stagnacja gospodarcza.

– Nie można jednak zapominać, że popyt jest obecnie historycznie rekordowy, gdy podaż jest mocno ograniczona – komentuje ekspert XTB. – Przekroczenie granicy 100 USD za baryłkę nie jest nieuniknione, ale stało się bardzo prawdopodobne.

Warto przypomnieć sytuację z 2007 i 2008 roku, wtedy deficyt też wynosił 1-2 mln baryłek dziennie, co wywindowało ceny ropy nawet do 150 USD za baryłkę. Tym razem relacje podaż popyt są jednak inne i nie należy oczekiwać aż takich wzrostów.

Ceny ropy to jeden z powodów, że inwestorzy obawiają się tego, że Fed utrzyma jastrzębi ton i dalej będzie wskazywał na możliwość dalszych podwyżek stóp procentowych. Oceniano, że sama podwyżka lub jej brak będą miały umiarkowane znaczenie przy dalszych wytycznych, które będą podpierane przez prognozy makroekonomiczne. Co pokazały poprzednie prognozy z czerwca? Bankierzy z Fed wskazywali, że mediana stóp procentowych na 2023 rok pokaże stopy na poziomie 5,6%. Z racji, że jest to „środek” przedziału, można byłoby oczekiwać poziomu stóp 5,75%, co oznaczałoby jeszcze jedną podwyżkę do końca tego roku. Na przyszły rok Fed widzi już obniżki do „środka przedziału” na poziomie 4,6%, czyli dokładnie tyle ile oczekuje rynek.

20 września Rezerwa Federalna utrzymała stopy procentowe bez zmian podczas. Główna stopa procentowa pozostała na niezmienionym poziomie 5,5%. Fed utrzymał perspektywę możliwości jeszcze jednej podwyżki w tym roku, ale dosyć istotnie podniósł oczekiwania na stopy w roku przyszłym! Mediana prognoz z tzw. „dot-plot” podskoczyła z 4,6% na 5,1% na 2024 rok. Jeśli Fed miałby podnieść stopy procentowe w tym roku jeszcze raz, to sugerowałoby to, że w przyszłym roku Fed mógłby obniżyć stopy jedynie dwukrotnie o 25 pb.

Fed chce utrzymania stóp procentowych na wysokim poziomie przez dłuższy czas. Warto oczywiście przytoczyć tutaj przykład z Polski, gdzie stopy procentowe były utrzymywane na wysokim poziomie bez zmian niemal przez 12 miesięcy. Fed z kolei chce w niewielkim stopniu stopy dostosować w przyszłym roku, ale utrzymać je na restrykcyjnym poziomie. Zdecydowanie ciekawiej robi się w prognozach w kolejnych latach. Mediana na 2025 spadła do 3,9%, ale rozstrzał oczekiwań wśród bankierów jest ogromny! Bankierzy są niezdecydowani, gdyż część widzi stopy na poziomie 2,6%, a część na 5,6%. W 2025 roku teoretycznie Fed widzi osiągnięcie celu inflacyjnego.

Reakcja rynkowa była jednoznaczna – dolar się umocnił, a indeksy giełdowe dosyć wyraźnie spadły. Natomiast ceny ropy brent obniżyły się bardzo nieznacznie, w okolicach 10 centów za baryłkę.

Inne banki centralne też są wstrzemięźliwe w zapowiadaniu obniżek stóp procentowych w tym roku, nadal jednoznacznie chcą walczyć z recesją, tu akurat NBP należy do wyjątków, tym bardziej, że skala ostatniej obniżki stóp procentowych była 3-krotnie wyższa od oczekiwań, przy inflacji 4-krotnie wyższej od celu inflacyjnego.

Z obniżkami cen na polskich stacjach paliw mamy do czynienia, gdy ropa na świecie drożeje, a wcześniej nie było obniżek, które oddawałyby obniżki cen surowca na światowych rynkach. Nasz narodowy koncern zyskał tak wiele na wysokich marżach, że teraz może podzielić się zyskami z konsumentami, sytuacja na polskim rynku jest więc teraz bardzo specyficzna.

– Prędzej czy później czynniki fundamentalne powinny mieć wpływ na to, co dzieje się na stacjach – dodaje M.Stajniak z XTB. – Jeżeli ropa będzie kosztować 100 USD za baryłkę, a złoty pozostanie osłabiony po decyzjach RPP o cięciu stóp procentowych, to jest duża szansa, że pod koniec roku ceny na stacjach paliw przekroczą 7 zł/l za Pb98.

W Wielkiej Brytanii stopy procentowe jednak bez zmian

Bank Anglii na wrześniowym posiedzeniu nie zdecydował się podwyższyć stóp procentowych, które pozostały na poziomie 5,25%. W przypadku Banku Anglii poznaliśmy szczegółowy rozkład głosów. Za podwyżką głosowało czterech członków, a za utrzymaniem dotychczasowego poziomu pięciu. Różnica była zatem niewielka. Decyzja jest niespodzianką, oczekiwano, że Bank Anglii podniesie koszt pieniądza jeszcze raz o 25pb.

Podparciem dzisiejszej decyzji był z pewnością odczyt inflacji za sierpień, który okazał się niższy niż wynosił konsensus rynkowy. W szczególności inflacja bazowa znacznie się obniżyła. Odczyt wyniósł 6,2% r/r (konsensus 6,8%) względem 6,9% miesiąc wcześniej. W tej sytuacji Bank Anglii zdecydował o pauzie w cyklu i będzie obserwował napływające dane z gospodarki. Nie oznacza to jednak, że szybko nastąpią obniżki stóp. Bank Anglii nie zamknął możliwości dalszych podwyżek w przypadku, gdyby presja inflacyjna nadal się utrzymywała.

Autor: Bartosz Wałecki, Analityk Michael / Ström Dom Maklerski

W jakim kierunku zmierza gospodarka?

OECD prognozuje, że wzrost światowego PKB w przyszłym roku spowolni z 3,0 proc. do 2,7 proc. Przewiduje także, że inflacja spadnie z 6,0 proc. do wciąż zbyt wysokiego poziomu 4,8 proc. Polska i Niemcy w 2024 roku będą rozwijały się szybciej, niższy wzrost zanotują natomiast USA i Japonia.

OECD przedstawiła aktualizację prognoz PKB na kolejne lata. Jest to okazja by przyjrzeć się stanowi światowej gospodarki i trendom jakich spodziewamy się w kolejnych latach. Podstawowe pytanie brzmi, czy światowej gospodarce uda się uniknąć głębszej recesji i tym samym osiągnąć „miękkie lądowanie”.

Według OECD, wzrost światowego PKB wyniesie w tym roku 3,0 proc., ale prognozy na przyszły rok zostały obniżone do 2,7 proc. USA i Japonia przewodzą spowolnieniu, a Polska i Niemcy, przeciwnie – gospodarczemu odbiciu. Jest to podstawowy scenariusz globalnego „miękkiego lądowania”. Nadal jednak istnieje wysokie ryzyko wystąpienia alternatywnych scenariuszy, od wzrostu inflacji po rosnące ceny surowców.

Prognozuje się, że wzrost światowego PKB  w przyszłym roku spowolni z 3,0 proc. do 2,7 proc. Inflacja może spaść z 6,0 proc. do wciąż zbyt wysokiego poziomu 4,8 proc. Prognozy PKB zostały skorygowane w górę dla USA, Japonii i – co dość zaskakujące – Wielkiej Brytanii. Obniżono je natomiast dla Europy i Chin. Jednak patrząc na przyszły rok, największe spowolnienie odnotujemy w USA (spadek wzrostu PKB z 2,2 proc w 2023 na 1,3 proc w 2024) na  i Japonii (spadek z 1,8 proc na 1 proc.), odbicie nastąpi natomiast w Niemczech (wzrost z -0,2 proc. do 0,9 proc).

Także w Polsce przewidywania wskazują na odbicie gospodarcze w 2024 roku. Według prognoz Komisji Europejskiej, polskie PKB w 2023 roku wzrośnie o 0,5 proc., zaś w roku 2024 – przyspieszy do 2,7 proc. Po dwóch kwartałach spadków PKB o 0,3 i 0,5 proc. r/r jest szansa, że w kolejnych kwartałach powinno być lepiej. Jeszcze przed końcem roku, gospodarka może zacząć odczuwać skutki gwałtownej obniżki stóp procentowych NBP, chociaż zagrożeniem w tej sytuacji pozostanie inflacja, z którą walka może stać się trudniejsza. Problem może także stanowić zwiększona zmienność na złotym, który w ostatnim czasie mocno się osłabił właśnie w związku ze spadkiem stóp. Kolejny dodatkowy impuls inflacyjny może nadejść po wyborach, gdy w związku z rosnącymi cenami ropy na świecie, urealnione zostaną ceny paliw na stacjach benzynowych.

Poziom niepokoju o stan światowej gospodarki pozostaje dosyć wysoki, a lista zagrożeń jest długa. Od ograniczeń w produkcji ropy przez OPEC po zakłócenia w dostawach spowodowane przez zjawisko pogodowe El Nino. Obecny konflikt wokół eksportu ukraińskiego zboża wskazuje na kolejne zagrożenie dla światowego wzrostu, jakim jest rosnący protekcjonizm handlowy. Problemem pozostają także ograniczenia związane z wyższymi poziomami zadłużenia poszczególnych państw oraz rosnące obciążenia demograficzne, związane z opieką zdrowotną i kosztami emerytur. Świat potrzebuje przyspieszenia reform strukturalnych, aby zwiększyć produktywność i inwestycje klimatyczne, aby osiągnąć cele związane z klimatyczna neutralnością.

Autor: Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Kupujący biorą co jest, bo wybór mieszkań się kurczy, a BK2% zwiększa presję

Zainteresowanie zakupem mieszkań i domów wciąż rośnie. W sierpniu br. liczba wyszukiwań mieszkań na sprzedaż w serwisie Otodom była o 43% wyższa w porównaniu do ubiegłego roku. W zestawieniu z blisko 300% skokiem liczby złożonych wniosków kredytowych można mówić o gorączce związanej z programem BK2%. Oferta natomiast się kurczy. W 7 największych miastach na rynku pierwotnym i wtórnym znaleźć można było nieco ponad 41 000 tysięcy  mieszkań spełniających kryteria programu, czyli o blisko 2000 mniej niż wyniosła liczba wniosków o kredyty hipoteczne w samym lipcu br.

Rynek nieruchomości opanowała gorączka. W sierpniu br. liczba wyszukiwań mieszkań na sprzedaż w serwisie Otodom była o 43% wyższa w porównaniu do ubiegłego roku i tym samym zbliżyła się do poziomu z początku 2021 roku. Wtedy, jak podkreśla Ewa Tęczak, ekspertka Otodom, mieliśmy do czynienia z kumulacją popytu odłożonego w czasie pandemii oraz z tezauryzacyjnym charakterem zakupów. Tego lata potencjalni nabywcy dużo częściej niż rok temu poszukiwali także domów na sprzedaż (+15% r/r) oraz działek (+7% r/r).

Poszukujących własnego M może jednak spotkać rozczarowanie. Znalezienie mieszkania o preferowanym metrażu, liczbie pokoi i w wybranej lokalizacji okazuje się bowiem nie lada wyzwaniem.

Liczba mieszkań dostarczanych obecnie przez deweloperów jest zdecydowanie niższa niż popyt napędzany przez Bezpieczny Kredyt 2%. Szybko topnieje także baza mieszkań z rynku wtórnego. Osoby, które chcą skorzystać z programu dopłat do kredytów rewidują swoje potrzeby i możliwości pod kątem dostępnej oferty. Obawiają się, że szansa na “bonus od państwa” może ich ominąć. Wybierają więc często to, co akurat jest dostępne, a niekoniecznie zgodne z ich potrzebami. Do tego ścigają się o to własne M z tymi nabywcami, którzy chcą kupić, ale na dopłaty nie mogą liczyć – komentuje Ewa Tęczak, ekspertka rynku mieszkaniowego, Otodom.

Mniejszy metraż, mniejsza liczba pokoi

Jednymi z najbardziej pożądanych mieszkań na sprzedaż są lokale 4 i 3-pokojowe o powierzchni od 51 do 60 mkw., najczęściej wybierane przez rodziny z dziećmi.. Według danych serwisu Otodom ich wyszukiwania stanowiły ponad 30% wszystkich wyszukiwań tej kategorii w sierpniu. Osoby planujące zakup własnego M rozglądały się także za 3-pokojowymi lokalami o metrażu od 41 do 50 mkw.

Zestawiając preferencje potencjalnych nabywców i dostępne mieszkania na sprzedaż, widać, że nie tak łatwo znaleźć wymarzone lokum.  Najwięcej 3-pokojowych mieszkań znajdziemy bowiem wśród tych o powierzchni przekraczającej 90 mkw. (18% całej oferty), a więc o ponad 30 mkw. większych niż te najczęściej poszukiwane,  a co za tym idzie – dużo droższych.

Zainteresowani zakupem mieszkania finansowanym przy pomocy programu Bezpieczny Kredyt 2% są ograniczeni limitami wysokości kredytu na poziomie maks. 600 tys. zł. To oznacza, że osoby planujące zakup 3- pokojowego lokalu o powierzchni 60 mkw. nie zwrócą się w stronę tego 90-metrowego, a raczej będą szukały kompromisu pomiędzy swoimi potrzebami, a możliwościami, rozważając mniejszą liczbę pokoi w tym metrażu, lub tańsze oferty w dalszej lokalizacji– podkreśla Karolina Klimaszewska, starsza analityczka Otodom.

Własne M poza największymi miastami?

Czy osoby dysponujące mniejszym budżetem i poszukujące nieruchomości w kwocie do 600 tys. zł w ramach programu Bezpieczny Kredyt 2% mają w czym wybierać?  Ceny ofertowe zaledwie 14%  3–pokojowych mieszkań mieszczą się w przedziale 450-600 tys. zł. W nieco lepszej sytuacji są osoby poszukujące 2-pokojowych lokali. To najczęściej single lub pary. Blisko 13% takich mieszkań jest wystawianych w cenach od 250 do 400 tys. zł, a nieco ponad 12% w kwocie 450-600 tys. zł. Uwagę zwraca jednak ich rozkład geograficzny.

W największych ośrodkach miejskich takich jak Warszawa, Kraków czy Wrocław odsetek mieszkań na sprzedaż spełniających powyższe kryteria nie przekracza 10% całej oferty. Nieco więcej znajdziemy ich w Szczecinie i w Poznaniu (ok. 15% całej oferty). Natomiast ponad jedną piątą ofert mieszczących się w limicie do 600 tys. zł. stanowiły w sierpniu 2023 r. mieszkania oferowane w miastach takich jak Zielona Góra, Białystok, Rzeszów, Lublin, Gorzów Wlkp., Kielce czy Rzeszów.

Dużo szerszą ofertę 3-pokojowych lokali w tej cenie znajdziemy w miastach powiatowych. Dobrze widać to na przykładzie województwa śląskiego. W Katowicach mieszkania o takich parametrach stanowią niewiele ponad 10% oferty, podczas gdy w sąsiednich Tychach blisko 30%.  W Sosnowcu to  ok. 25% oferty mieszkań na sprzedaż, a w Bielsku-Białej ponad 20%.

– Taki rozkład lokalizacji najbardziej preferowanych przez nabywców mieszkań, może wpłynąć na decyzję o wyborze nowego miejsca zamieszkania, zwłaszcza w przypadku dobrze skomunikowanych obszarów, takich jak np. konurbacja górnośląska. Mieszkańcy największych miast, w których oferta popularnych typów mieszkań mieszczących się w limicie 600 tys. jest najniższa, już teraz coraz częściej poszukują lokum na obrzeżach i w mniejszych miastach powiatowych. Struktura dostępnej obecnie oferty i warunki na rynku mieszkaniowym mogą sprawić, że ta tendencja się będzie się utrwalać – podsumowuje Karolina Klimaszewska, starsza analityczka Otodom.

Tylko od kwietnia br. Narodowy Bank Polski kupił ok. 85 ton złota. Gdzie jednak jest nasz kruszec?

Narodowy Bank Polski (NBP) od kwietnia kontynuuje strategię zabezpieczania stabilności finansowej kraju poprzez systematyczne zwiększanie swoich rezerw złota monetarnego. Warto wiedzieć, że zakupy zapowiadane były już w 2021 roku. Prezes NBP deklarował wówczas chęć dalszego powiększenia rezerw o kolejne 100 ton. Wszystko wskazuje na to, że w ramach tegorocznych zakupów wcześniejsze deklaracje stają się rzeczywistością. Czy we wrześniu będzie kontynuowany ten trend? Czy kruszec faktycznie znajduje się w naszych skarbcach?

Coraz wyżej w rankingu

Jak powszechnie wiadomo, złoto monetarne jest idealnym elementem dywersyfikującym strukturę rezerw. W długim terminie zachowuje siłę nabywczą, a przechowywane pod własną kontrolą pozbawione jest ryzyka kontrahenta. Ponadto jest aktywem o bardzo wysokiej płynności, które można niemal natychmiast zamienić na dowolną walutę, a popyt na ten kruszec występuje praktycznie na całym globie. Niewątpliwie jego posiadanie podnosi więc poziom bezpieczeństwa. O takowym bezpieczeństwie można jednak mówić zwłaszcza w sytuacji, w której kruszec znajduje się pod własną kontrolą.

Od kwietnia br. Narodowy Bank Polski kupił ok. 85 ton. W kwietniu 14,8 ton, maju 19,9 ton, czerwcu 13,7 ton, lipcu 22 tony, sierpniu 14,9 ton. Jeśli dodamy te zakupy do poziomu wcześniejszych rezerw, dadzą nam one łącznie nieco ponad 314 ton. Zagraniczni analitycy często zwracają uwagę na fakt, że te relatywnie duże zakupy złota mają także związek z tym, że Polska ma własną walutę, podatną na wahania w okresach zawirowań na rynkach. Taka wielkość złotych rezerw np. na tle krajów regionu może już robić wrażenie. Ostatnie, oficjalne zestawienie rezerw sporządzone przez Światową Radę Złota datowane jest na II kwartał tego roku. Nasze aktualne 314 ton oznaczałoby więc awans o kilka oczek w górę, przed Wielką Brytanię i prawdopodobnie również Kazachstan, a w całym zestawieniu ustawiałoby Polskę na 16. miejscu pod względem wielkości rezerw złota, bądź 15. po dojściu do pełnych 100 ton tegorocznych zakupów, co pozwoliłoby nam wyprzedzić jeszcze Arabię Saudyjską.

Biorąc pod uwagę skalę zakupów złota przez NBP w poprzednich miesiącach, można przypuszczać, że wrzesień zakończy się kolejnym zwiększeniem rezerw, tym razem o ok. 15 ton, co oznaczałoby domknięcie deklarowanych 100 ton. O tym, czy faktycznie tak się stało, dowiemy się w okolicach 7 października, gdy powinien zostać zaktualizowany plik z wartością aktywów rezerwowych NBP na koniec września – wskazuje Tomasz Gessner, główny analityk firmy Tavex.

Fizyczne złoto

W ostatnich latach coraz więcej banków centralnych zdaje sobie sprawę z ryzyka przetrzymywania złota poza krajem. Według przeprowadzonych wśród banków centralnych oraz funduszy majątkowych badań Invesco Global Sovereign Asset Management Study, których wyniki opublikowane zostały w lipcu tego roku, coraz większa liczba krajów podejmuje kroki mające na celu repatriację złota. Trend ten przyspieszył też po nałożeniu sankcji przez Zachód na Rosję w 2022 roku, w związku z agresją na Ukrainę.

W badaniu udział wzięło 85 funduszy majątkowych oraz 57 banków centralnych. Wśród badanych banków centralnych, połowa z nich w 2020 roku utrzymywała swoje rezerwy złota pod własną kontrolą. Na chwilę obecną jest to już 68%, natomiast w perspektywie kolejnych 5 lat odsetek ten może wzrosnąć do 74%. Innymi słowy coraz więcej banków centralnych dostrzega korzyści płynące z przechowywania złota w kraju.

Do wspomnianego trendu sprowadzania złota do kraju przez banki centralne przyłączył się także Narodowy Bank Polski. Około 100 ton złota sprowadzonych zostało z Londynu jesienią 2019 roku. Wcześniej w Polsce przechowywano 4,9 tony. Według sprawozdania finansowego NBP z 31 grudnia 2022 roku, w Polsce znajdowało się 104,9 ton, natomiast 123,8 ton zdeponowanych było poza granicami.

Warto podkreślić, że w pierwszej połowie 2021 roku pojawiły się wstępne zapowiedzi zakupu kolejnych 100 ton złota przez NBP oraz o ich przechowywaniu w Polsce. Może to zatem sugerować, że gdy niebawem zakup tych 100 ton zostanie zrealizowany, podjęte zostaną kroki mające na celu sprowadzenie zakupionego złota do Polski, tak jak miało to miejsce w 2019 roku – wskazuje Tomasz Gessner, główny analityk firmy Tavex. Jednak obiektywnie patrząc, przetrzymywanie aktywów rezerwowych w złocie poza granicami, np. w skarbcach w Londynie, może mieć także pewne zalety. A największą z nich jest płynność – dodaje.

Krótko podsumowując, z deklarowanych obecnie ok. 314 ton w Polsce znajduje się niemal dokładnie 1/3, czyli ok. 105 ton. We wrześniu prawdopodobnie uda się dokupić jeszcze 15 ton i zamknąć wówczas całą, 100-tonową transzę. Trzymając się deklaracji z 2021 roku, w kolejnym kroku NBP powinien podjąć działania zmierzające do repatriacji całych, tegorocznych zakupów, a zatem w Polsce znalazłoby się ok. 205 ton z docelowych ok. 329 ton.

ORLEN Południe zbuduje tłocznię oleju rzepakowego w Kętrzynie

ORLEN Południe, spółka z Grupy ORLEN, podpisała umowę na budowę nowoczesnej tłoczni oleju w Kętrzynie, w województwie warmińsko-mazurskim. Zakład będzie przerabiał 500 tysięcy ton rzepaku i wytwarzał rocznie 200 tysięcy ton oleju z przeznaczeniem na produkcję niskoemisyjnych biopaliw. Inwestycja stworzy nowe miejsca pracy i zapewni polskim rolnikom stabilny popyt na wytwarzany przez nich surowiec.

– Mamy ambitną strategię rozwoju produkcji biopaliw, która zapewni Grupie ORLEN pozycję regionalnego lidera w tym segmencie. W tym celu inwestujemy w rafinerie w Trzebini, Jedliczu, Płocku oraz Gdańsku a naszym najnowszym przedsięwzięciem jest budowa własnej tłoczni oleju rzepakowego w Kętrzynie. Zakład będzie przerabiał 500 tysięcy ton rzepaku rocznie, co oznacza, że będzie w stanie zagospodarować aż 1/7 krajowej produkcji tego surowca. Realizując swoje cele biznesowe ORLEN tworzy warunki do długofalowej współpracy z polskimi rolnikami, które zagwarantują im stały odbiór wytwarzanych przez nich produktów. W to założenie wpisuje się również budowana już w Jedliczu instalacja do produkcji bioetanolu II generacji, która co roku będzie zużywać 150 tysięcy ton słomy od lokalnych producentów rolnych – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu ORLEN.

Całkowity koszt budowy tłoczni w Kętrzynie wyniesie ok. 850 mln złotych. Lokalizacja uwzględnia bardzo duży potencjał rolnictwa w regionie i wysoką dostępność surowca. Budowa zakładu rozpocznie się w pierwszej połowie 2024 roku, a jej zakończenie planowane jest do połowy 2026 roku. W skład kompleksu, oprócz samej tłoczni wejdą węzły technologiczne związane z przyjęciem surowców i ekspedycją produktów, magazynowaniem surowców i produktów, tłoczeniem i ekstrakcją, produkcją pary technologicznej oraz oczyszczaniem ścieków. Wykonawcą inwestycji będzie konsorcjum firm: Polimex Mostostal S.A. oraz AB Industry S.A.

Instalacja będzie wytwarzać 200 tys. ton oleju rocznie i zapewni ORLEN Południe pełną kontrolę nad jakością finalnego produktu. Aby wyprodukować taką ilość oleju, tłocznia będzie zużywać ok. 500 tys. ton rzepaku pozyskiwanego w pierwszej kolejności od polskich producentów rolnych. Krajowe zbiory rzepaku w 2022 roku wyniosły 3,6 mln tony.

Inwestycja ORLEN Południe oznacza również nowe perspektywy rozwoju miasta i regionu. Sama tłocznia to ponad 100 nowych miejsc pracy, a funkcjonowanie zakładu stworzy popyt na dodatkowe usługi, które mogą być świadczone przez lokalnych przedsiębiorców.

Parametry produkowanego oleju pozwolą na jego wykorzystanie w instalacjach w Grupie ORLEN. Głównym odbiorcą będzie ORLEN Południe, który wytwarza biodiesel w swoim zakładzie w Trzebini.

Tłocznia w Kętrzynie będzie kolejną inwestycją, która wzmocni współpracę Grupy ORLEN z polskimi rolnikami. W rafinerii w Jedliczu powstaje instalacja do produkcji bioetanolu II generacji, pierwsza w Polsce i druga tego typu w Europie. Jej roczna wydajność wyniesie 25 tysięcy ton bioetanolu, który będzie produkowany z surowców niespożywczych, przede wszystkim słomy. Roczne zapotrzebowanie instalacji na ten surowiec, który będzie pozyskiwany od polskich rolników, wyniesie 150 tysięcy ton.

Biokomponenty dodawane do benzyny i oleju napędowego pozwalają ograniczyć zapotrzebowanie na ropę naftową, a tym samym wspierają niezależność energetyczną i zwiększają dywersyfikację źródeł pozyskania surowców do produkcji paliw. Ważny jest również efekt środowiskowy – biokomponenty powstają albo z odnawialnych surowców rolniczych, albo umożliwiają zagospodarowanie odpadów, takich jak oleje posmażalnicze.

Strategia ORLEN2030 przewiduje, że do końca dekady wykorzystanie biododatków w Grupie ORLEN wyniesie ok. 3 mln ton rocznie. Na osiągnięcie tego celu koncern zamierza przeznaczyć ponad 15 mld złotych. Uzupełnieniem biopaliw będzie biogaz i wytwarzany z niego biometan, które mogą stanowić surowiec do produkcji biopaliw, ale także być wykorzystywane jako samodzielne paliwo, zastępujące gaz ziemny. Do 2030 roku Grupa ORLEN zamierza uzyskać zdolność produkcji 1 mld m sześc. biogazu rocznie, dzięki inwestycjom za ok. 10 mld zł.

ORLEN Południe to jeden z wiodących producentów biopaliw i biokomponentów. Od lat spółka konsekwentnie realizuje projekt transformacji w kierunku nowoczesnej biorafinerii. W 2021 r. w zakładzie w Trzebini spółka uruchomiła pierwszą w Polsce i największą w Europie instalację do produkcji ekologicznego glikolu propylenowego. ORLEN Południe zainwestował również w pilotażową instalację do produkcji kwasu mlekowego wytwarzanego przy użyciu mikroorganizmów. Ponadto spółka zaangażowała się w rozwój technologii wodorowej. W czerwcu 2022 r. w zakładzie w Trzebini uruchomiony został pierwszy hub wodorowy w Polsce, z którego realizowane są dostawy paliwa wodorowego do tankowania autobusów krakowskiej komunikacji miejskiej.

Deweloperzy ruszają z inwestycjami. Czy to koniec kryzysu na rynku mieszkaniowym?

Najnowsza informacja GUS, prezentująca statystyki budownictwa mieszkaniowego w sierpniu oraz pierwszych ośmiu miesiącach bieżącego roku, wreszcie zakomunikowała perspektywę oczekiwanego przełomu w trwającej już rok stabilizacji danych na najniższych od lat poziomach. Przede wszystkim dotyczy to aktywności inwestycyjnej deweloperów, która wyraźnie drgnęła, a od której mogą zależeć losy koniunktury rynkowej w dłuższej perspektywie.

Tym razem we wszystkich trzech kategoriach GUS-owskich danych budownictwa mieszkaniowego odnotowano odbicie w relacji do poprzedniego miesiąca. Jak wiadomo pierwszorzędne znaczenie dla rozwoju koniunktury mają statystyki deweloperskich mieszkań rozpoczętych, które od miesięcy pozostawiają wiele do życzenia, a w ostatnim okresie wzmożonego popytu na mieszkania za sprawą programu kredytów preferencyjnych stanowią wręcz zagrożenie dla rynkowej stabilności popytowo-podażowej.

W sumie w sierpniu ruszyła budowa 18 tys. mieszkań i domów, co oznacza spektakularny wzrost w relacji rdr o bez mała 40 proc. i 11 proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca. W sumie od początku roku rozpoczęto budowę 120 tys. lokali, co oznacza wynik dokładnie o jedną piątą gorszy od uzyskanego w analogicznym okresie ub. roku.

Wyk. 1 - Statystyki GUS mieszkaniowych inwestycji deweloperskich w latach 2019 - 2023

Niemal identyczny regres w relacji rok do roku notują deweloperzy z wolumenem rozpoczętych w roku bieżącym lokali na poziomie 68 tys. Jednak tym razem uwagę zwraca liczba blisko 11 tys. rozpoczętych mieszkań deweloperskich w samym sierpniu. Nie jest to może wynik budzący specjalny respekt, jednak w obecnej sytuacji dający nadzieję na mobilizację deweloperów w obliczu napierającego popytu.

Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl większego wrażenia nie powinien również robić w tym przypadku gigantyczny wręcz ponad 100-procentowy progres w relacji rok do roku, który wynika wyłącznie z rekordowo niskiej bazy długoterminowego dołka przedmiotowych statystyk sprzed roku. Mimo wszystko pojawiła się nadzieja na bardziej zdecydowane odreagowanie trwającego od ponad roku marazmu, a tym samym wyraźniejszą poprawę relacji popytowo-podażowych rodzimego rynku pierwotnego.

Tymczasem GUS-owskie dane dotyczące nowych pozwoleń na budowę lub zgłoszeń z projektem budowlanym w sierpniu kontynuowały trwającą już pół roku stabilizację notowań. Wynik ogółem na poziomie 20 tys. decyzji administracyjnych jest rok do roku słabszy o 7 proc., natomiast miesiąc do miesiąca o 4 proc. lepszy. Natomiast rezultat od początku roku na poziomie 151 tys., jest o 30 proc. gorszy od osiągniętego w analogicznym okresie 2022 r.

Jak wskazują eksperci portalu RynekPierwotny.pl w przypadku samych deweloperów sierpniowy wynik na poziomie niespełna bliskim 13 tys. pozwoleń wciąż należy do kategorii najsłabszych w ostatnich latach. Z kolei wolumen blisko 99 tys. decyzji uzyskanych od początku roku oznacza regres w stosunku do analogicznego okresu ub. roku o dokładnie jedną trzecią. Jednak słabsze wyniki tej kategorii danych w przypadku deweloperów tymczasem nie są większym problemem, ponieważ wciąż dysponują oni wystarczającym zapasem pozwoleń z poprzednich okresów.

Po lipcowym tąpnięciu mocne odreagowanie stało się udziałem statystyk mieszkań oddanych do użytkowania, najmniej istotnych dla rozwoju i oceny bieżącej koniunktury. Wynik ogółem  na poziomie 18,3 tys. jest o ponad jedną czwartą wyższy od osiągniętego w poprzedzającym lipcu i minimalnie słabszy w relacji rok do roku. Rezultat od początku roku na poziomie 145 tys. oddanych lokali niemal dokładnie koresponduje z uzyskanym rok wcześniej.

Najnowsze dane GUS budownictwa mieszkaniowego dają realną nadzieję na przełamanie wyraźnie słabnącego potencjału inwestycyjnego krajowej mieszkaniówki. Szczególnie istotne wydają się być tu statystyki deweloperskich mieszkań rozpoczętych, które sygnalizują możliwość poprawy relacji popytowo-podażowych rynku pierwotnego już w bliskiej perspektywie.

Jak wynika bowiem z danych serwisu BIG DATA RynekPierwotny.pl, w sierpniu na siedmiu głównych rynkach kraju deweloperzy znaleźli nabywców na blisko 7,9 tys. lokali, co jest wynikiem korespondującym z najlepszymi czasami boomu. Niestety rekordowej kontraktacji odpowiadał wolumen nowych wprowadzeń na poziomie zaledwie 2,7 tys. Czyli niemal dokładnie trzem sprzedanym lokalom deweloperskim aktualnie odpowiada jeden nowo wprowadzony do oferty.

Takie proporcje niestety nie rokują najlepiej rynkowej koniunkturze, głównie z racji niemal w oczach topniejącej oferty mieszkań z rynku pierwotnego. Przed rokiem w siedmiu największych miastach wynosiła ona ok. 60 tys. lokali, na koniec sierpnia liczyła sobie zaledwie 41 tys., czyli niemal dokładnie o 1/3 mniej, a do tego z tendencją wciąż z miesiąca na miesiąc malejącą. To efekt ograniczania nowych inwestycji przez deweloperów przy szybującym popycie.

Stąd też wyraźna poprawa aktywności inwestycyjnej deweloperów w sierpniu może mieć decydujące znaczenie dla eliminacji szeregu zagrożeń, jakie pojawiły się na rynku w ostatnim okresie wzmożonego popytu, stymulowanego programem kredytów preferencyjnych BK2%. Przede wszystkim chodzi o  ryzyko znacznego pogłębienia nierównowagi popytowo-podażowej, której główną konsekwencją, poza załamaniem płynności rynkowej, mógłby być dalszy być może drastyczny wzrost cen, grożący wykreowaniem bańki cenowej.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Bank Anglii podniesie stopy procentowe – zapewne nie po raz ostatni

  • Na dzisiejszym posiedzeniu Banku Anglii spodziewana jest podwyżka o 25 p.b., co spowoduje wzrost kluczowych stóp procentowych do 5,5%
  • Ale to nie koniec – Allianz Trade spodziewa się osiągnięcia w grudniu szczytu na poziomie 6%
  • Inflacja w UK najprawdopodobniej pozostanie na wysokim poziomie: nieco poniżej 5% do grudnia 2023 r., m.in przy podwyższonej presji ze strony usług. Nie należy spodziewać się spadku inflacji w 2024 r. poniżej 3%

Dlaczego do końca 2023r. stopu w Wlk. Brytanii osiągną 6%? Płace, marże i aktywność gospodarcza

  • Po pierwsze, wskazuje na to napięta sytuacja na rynku pracy i ryzyko pętli płacowo-cenowej
  • Po drugie, perspektywy (wzrostu) cen przedsiębiorstw ustabilizowały się na wysokich poziomach, a marże przedsiębiorstw nadal rosną
  • Po trzecie, perspektywy gospodarcze sugerują mniejsze ryzyko recesji – i w związku z tym realnie ujemne stopy procentowe do końca roku (a samo podniesienie stóp powinno być na ile to możliwe – bezbolesne, a przynajmniej nie pociągające za sobą wspomnianej recesji)

Podstawowe stopy procentowe i prognozy inflacji Banku Anglii, %Podstawowe stopy procentowe i prognozy inflacji Banku Anglii

Źródła: Refinitiv, Allianz Research

Napięta sytuacja na rynku pracy i ryzyko pętli płacowo-cenowej

Przywracanie równowagi na brytyjskim rynku pracy trwa, ale bardzo powoli. Liczba wolnych miejsc pracy spadła o -24% od szczytu, ale pozostaje powyżej trendu (w przeciwieństwie na przykład do Niemiec, na – wykres poniżej). Spadek zatrudnienia nabrał tempa (w lipcu -207 tys. w ciągu ostatnich 3 miesięcy, trzykrotnie więcej w porównaniu z czerwcem), a stopa bezrobocia pozostaje bardzo niska (4,3% w lipcu, +0,1pp w porównaniu z miesiącem wcześniejszym).

Wolne miejsca pracy, tysiące osóbWolne miejsca pracy, tysiące osób

Źródła: Refinitiv, Allianz Research

Jednak pomimo spadku niedoborów siły roboczej, wydaje się, że nie osiągnięto jeszcze punktu zwrotnego we wzroście płac, który nadal utrzymuje się powyżej 8% za ostatnie 3m r/r w usługach i przemyśle, prawdopodobnie pozostanie nawet znacznie powyżej prognoz Banku Anglii na poziomie średnio 6,9% we wrześniu. Całkowity realny wzrost płac jest dodatni od czerwca, a od kwietnia w sektorze usług (wykres poniżej).

Wzrost płac realnych według sektorów, r/rWzrost płac realnych według sektorów

Źródła: Refinitiv, Allianz Research. Uwaga: Wcześniejsze epizody luki płacowo-cenowej w Wielkiej Brytanii zaznaczono kolorem żółtym, ponieważ w trzech z czterech kwartałów odnotowano przyspieszenie cen i płac nominalnych.

Jest to niewątpliwie trend, który należy monitorować w nadchodzących miesiącach, ponieważ pętla płacowo-cenowa może stać się realnym zagrożeniem, jeśli wzrost płac realnych będzie dodatni przez trzy z kolejnych czterech kwartałów, tj. do połowy 2024 r.[1] . MFW zidentyfikował w przeszłości dwa takie epizody w Wielkiej Brytanii (2003, 2016), znacznie mniej niż w USA, które widziały sześć takich epizodów (1973, 1978, 1987, 1996, 2000 i 2017). W Belgii i Niemczech, gdzie wzrost płac jest obecnie również bardzo dynamiczny, odnotowano odpowiednio cztery takie okresy (1999, 2005, 2010 i 2016) i trzy (1989, 2010 i 2017). Ponieważ rok 2024 jest rokiem politycznym (wybory), Allianz Trade spodziewa się, że płaca minimalna zostanie podniesiona o co najmniej kolejne 7% po 9,7% w tym roku, wobec prognoz inflacji na poziomie odpowiednio 3,5% i 7%, co oznacza przyspieszenie wzrostu płac realnych. Oczekuje się, że łączny wzrost płac realnych wyniesie +3,9 punktu procentowego, w porównaniu do -3,1% w 2022 r. (poniższy wykres).    

Prognozy płac nominalnych i inflacji, roczny wzrostPrognozy płac nominalnych i inflacji, roczny wzrost

Źródła: Refinitiv, Allianz Research

Perspektywy (podwyżek) cen przedsiębiorstw ustabilizowały się na wysokich poziomach, a marże przedsiębiorstw nadal rosną

Oczekiwania firm dotyczące (wzrostu) kosztów spadły, ale nadal są wyższe niż w 2019 r., przed pandemią (wykres a). Można to częściowo wytłumaczyć wyższymi kosztami pracy. Jednocześnie oczekiwania dotyczące cen sprzedaży utrzymują się na wysokim poziomie w usługach B2B, handlu detalicznym i usługach, podczas gdy w sektorze produkcyjnym zostały skorygowane w dół do najniższego poziomu od końca 2021 r. (wykres b). Marże EBITDA przedsiębiorstw wzrosły o +1pp wartości dodanej brutto między a II kwartałem 2022 r. a II kwartałem 2023 r., co oznacza, że brytyjskie firmy nie uwzględniły (jeszcze) wzrostu kosztów w swoich marżach, pomimo przyspieszenia jednostkowych kosztów pracy. Wyraźnie kontrastuje to ze strefą euro i Stanami Zjednoczonymi, gdzie marże zaczęły (już) spadać. Ponadto bufory gotówkowe brytyjskich firm maleją (-15% nadwyżki gotówki w lipcu 2023 r. w porównaniu z końcem 2022 r.).

Wykres a: Oczekiwania przedsiębiorstw dotyczące kosztów, saldo netto

Oczekiwania przedsiębiorstw dotyczące kosztów

Źródła: Bank Anglii, Refinitiv, Allianz Research

Wykres b: Oczekiwane ceny sprzedaży przedsiębiorstw, saldo netto

Oczekiwane ceny sprzedaży przedsiębiorstw

 

 

Perspektywy gospodarcze sugerują niższe ryzyko recesji i ujemne realne stopy procentowe do końca roku

Podczas gdy otoczenie zewnętrzne hamowało aktywność w 2023 r., a eksport spadł o -3,1% r/r, popyt krajowy, a zwłaszcza konsumencki, był odporny (na kryzys). Pomimo spadku PKB w lipcu, nie dostrzegamy trwającego trendu recesyjnego, ponieważ spadek o -0,5% m/m był prawdopodobnie spowodowany liczbą dni strajków (prawie dwa razy więcej straconych dni roboczych) i wyjątkowo deszczową pogodą, która wpłynęła na spadek produkcji budowlanej. Z jednej strony brytyjskie gospodarstwa domowe weszły w cykl zacieśniania z dużymi zasobami oszczędności, które obecnie wynoszą 4% PKB. Po stronie pasywów: większość niespłaconych kredytów hipotecznych jest ustalona na dwa lub pięć lat. Spowalnia to wzrost efektywnego średniego oprocentowania kredytów hipotecznych od niespłaconego zadłużenia i powoduje różnicę co najmniej 200 punktów bazowych w stopach procentowych od przepływu i stanu kredytów. Oczekiwać można, że ujemne stopy procentowe (-1,8% w lipcu) utrzymają się do końca roku, mimo że w USA już w kwietniu stały się dodatnie. Daje to nieco więcej czasu na zapewnienie zdolności obsługi zadłużenia, a Bankowi Anglii daje pewną motywację do dalszego podnoszenia stóp procentowych w celu dalszego chłodzenia popytu, zwłaszcza w sektorze usług. Chociaż Allianz Trade spodziewa się, że Wielka Brytania uniknie recesji, wzrost PKB pozostanie na niskim poziomie +0,3% i +0,6% odpowiednio w 2023 i 2024 roku.

[1] Zgodnie z definicją MFW zawartą w publikacji „Wage-Price Spirals: What is the Historical Evidence?”, listopad 2022 r.

Ekspert analizuje obietnice wyborcze Konfederacji dla przedsiębiorców

W programie wyborczym, nazwanym “Konstytucją Wolności”, Konfederacja przedstawiła swój pomysł na polski system podatkowy. Partia proponuje szereg uproszczeń i własne projekty ustaw dotyczące m.in. VAT i ZUS. Ekspert inFakt analizuje obietnice Konfederacji dla polskich przedsiębiorców.

W ramach cyklu “inFakt Check – Wybory 2023” eksperci z firmy inFakt analizują obietnice wyborcze pięciu komitetów wyborczych – Polski 2050, Konfederacji, Koalicji Obywatelskiej, Prawa i Sprawiedliwości oraz Lewicy. W każdym materiale eksperci biorą pod lupę kwestie dotyczące przedsiębiorczości i prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce.

Likwidacja niektórych podatków i zmiany w PIT

“Proste i niskie podatki” to jeden z rozdziałów “Konstytucji Wolności”. Partia proponuje likwidację 15 istniejących podatków:

  • podatku od czynności cywilnoprawnych od umów dot. nieruchomości (PCC),
  • podatku cukrowego,
  • opłaty uzdrowiskowej,
  • podatku od psa,
  • opłaty zapasowej (w cenie paliwa),
  • opłaty emisyjnej (w cenie paliwa),
  • opłaty mocowej (w cenie prądu),
  • opłaty przejściowej (w cenie prądu),
  • opłaty reprograficznej (w cenie elektroniki),
  • opłaty wodnej (w cenie wody),
  • podatku tonażowego,
  • podatku od spadków,
  • podatku od środków transportowych,
  • opłaty targowej,
  • opłaty miejscowej.

Oprócz likwidacji podatków i opłat Konfederacja proponuje zmiany w ustawie o PIT, w tym wprowadzenie kwoty wolnej od podatku w wysokości dwunastokrotności minimalnego wynagrodzenia oraz likwidację drugiego progu podatkowego na rzecz liniowego PIT 12%. Partia chce rozszerzyć ulgę dla młodych o osoby prowadzące działalność gospodarczą, a także zwolnić lokaty i obligacje z podatku Belki.

Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt: Na uwagę zasługuje propozycja kwoty wolnej w wysokości dwunastokrotności minimalnego wynagrodzenia. Dzięki takiej zmianie kwota ta byłaby waloryzowana rok do roku, uniknęlibyśmy sytuacji, w której nie zmienia się przez 8 czy nawet 12 lat. Dodatkowo zniknęłaby pokusa, by manipulować tą kwotą w okresach przedwyborczych. Jednolita 12% stawka nadwyżki dochodu ponad kwotę wolną to duże ułatwienie w rozliczaniu podatków. Przedsiębiorcy nie musieliby już analizować co roku swojego biznesu pod kątem wyboru formy opodatkowania. Rozszerzenie ulgi dla młodych na inne źródła przychodów to również dobry krok. Obecnie jest ona dostępna tylko przy rozliczaniu przychodów z umowy o pracę i umowy zlecenie. Rozszerzenie jej na osoby prowadzące działalność gospodarczą byłoby dodatkowym bodźcem do zakładania własnej firmy przez osoby młode, wchodzące na rynek. Ciekawą propozycją jest też likwidacja tzw. podatku Belki. Obecnie oszczędności zgromadzone np. na koncie oszczędnościowym czy lokacie podlegają opodatkowaniu według stawki 19%. Oznacza to, że lokata na 6% w praktyce daje zysk około 4,9%. W przestrzeni publicznej pojawiały się już w przeszłości pomysły wprowadzenia kwoty wolnej dla takich zysków.

Likwidacja wymienionych w “Konstytucji Wolności” danin jest z pewnością korzystna dla podatników, gdyż nie będą obciążeni opłatami, chociażby od posiadania psa. Należy jednak zwrócić uwagę, że część tych podatków, na przykład PCC, trafia do samorządów. W połączeniu z obniżeniem PIT, którego ok. 40% otrzymują, propozycje Konfederacji mogą znacznie zmniejszyć budżet jednostek samorządowych. W programie brakuje propozycji nowego sposobu finansowania samorządów, które odgrywają przecież ogromną rolę w życiu obywateli ­– wskazuje Piotr Juszczyk.

Dobrowolny ZUS dla przedsiębiorców

Jednym z czołowych pomysłów Konfederacji jest wprowadzenie dobrowolnej składki na ZUS dla przedsiębiorców. W pierwszym roku obowiązywania ustawy proponowanej przez partię dobrowolność składek miałaby objąć mikroprzedsiębiorców, w drugim roku – małe i średnie biznesy, a od trzeciego roku wszystkich przedsiębiorców.

Parta chce również wprowadzić zmiany w ustawach o CIT, VAT oraz ZUS, a także zdjąć obciążenia z cen paliw. Konfederacja proponuje wprowadzenie 0% stawki VAT na energię i likwidację akcyzy oraz podatków VAT i CIT dla kopalń.

Stawki ZUS są obecnie dużym obciążeniem dla przedsiębiorców, zwłaszcza po przyjęciu ostatnich zmian w sposobie rozliczania składki zdrowotnej. Wprowadzenie dobrowolnego ZUS to odciążenie przedsiębiorców z obowiązkowej daniny. Powstaje pytanie, czy rezygnując z ZUS przedsiębiorcy zabezpieczą swoją przyszłość na własną rękę oraz na jakich zasadach korzystaliby z publicznej służby zdrowia. Według mnie jest to radykalna zmiana, która powinna być w pierwszej kolejności poprzedzona solidną edukacją na temat konsekwencji rezygnacji z dobrowolnego ZUS, w tym utraty prawa do świadczeń emerytalnych i ubezpieczenia z ZUS. Po drugie, należałoby zastanowić się, jak sfinansowana zostanie emerytura osób, które będą kończyć aktywność zawodową w najbliższych latach. Mamy w Polsce niż demograficzny i już dziś zmniejszają się wpływy do ZUS. Zwolnienie przedsiębiorców z obowiązku płacenia składki pogłębiłoby istniejący deficyt. Musiałoby się więc zwiększyć dofinansowanie do ZUS z budżetu.

Podobnie byłoby w przypadku likwidacji obciążeń paliwowych. Nawet ponad 50% jego ceny to daniny i marża. Obciążenia z paliwa przeznaczane są m.in. na utrzymanie infrastruktury drogowej, więc ich likwidacja oznaczałaby dodatkowy koszt dla budżetu, bo za remonty i budowę dróg państwo płaciłoby z własnej kieszeni. Tak samo byłoby po wprowadzeniu 0% stawki VAT na węgiel czy prąd.
Powstaje pytanie: jak budżet to wszystko udźwignie? – zastanawia się ekspert inFakt.

ZUS i świadczenia socjalne: koniec NFZ?

Zamiast publicznej edukacji i opieki zdrowotnej finansowanej z NFZ Konfederacja proponuje system bonów, które mają zlikwidować monopol instytucji państwowych i zwiększyć konkurencję wśród dostarczycieli usług. Partia chce wprowadzić bon opiekuńczo-edukacyjny, który miałby stanowić główne źródło finansowania żłobków, przedszkoli i szkół. W „Konstytucji Wolności” określono, że bon „oznacza przypadającą na każdego ucznia część subwencji oświatowej, »podążającą« za uczniem do wybranej przez rodziców placówki”.

Partia proponuje również złamanie monopolu NFZ i wprowadzenie bonu zdrowotnego, który umożliwiałby wybór ubezpieczyciela zdrowotnego. W ten sposób chce zlikwidować kolejki do lekarzy, przyjmowanie pacjentów po znajomości i inne trudności związane z leczeniem.

Dobrowolność korzystania z systemu ochrony zdrowia stawia pytanie: co z placówkami państwowymi? Czy nie spowoduje to opustoszenia szpitali? Czy będą one przejmowane przez prywatne podmioty? Na jakich zasadach wydawane byłyby bony? Wprowadzenie takiego rozwiązania to bardzo radykalna zmiana. Dodatkowo w takim modelu problem korzystania z ochrony zdrowia zostaje przeniesiony na pracodawców. Ubezpieczenie zdrowotne pracowników może wtedy zacząć być traktowane jako benefit – tłumaczy Piotr Juszczyk.

Prezesi firm wierzą w sztuczną inteligencję i obawiają się jej nieznanych konsekwencji

65% prezesów firm na świecie wierzy, że sztuczna inteligencja stanowi pozytywny czynnik w rozwoju społeczeństwa. Analogiczny odsetek jest zdania, że potrzeba głębszej analizy ryzyk, które generuje jej rozwój. 66% uważa, że utrata miejsc pracy w efekcie wprowadzania sztucznej inteligencji będzie zrównoważona przez nowe kompetencje, które tworzy technologia.

Na przełomie 2022 i 2023 roku sztuczna inteligencja stała się przedmiotem szerokiej dyskusji wśród liderów biznesu, inwestorów i konsumentów. Zainwestowano miliardy dolarów w generatywne systemy sztucznej inteligencji, przede wszystkim w opracowywanie leków i kodowanie oprogramowania. Najnowszy raport EY CEO Outlook Pulse Survey zrealizowany na poziomie globalnym jasno pokazuje ścieżkę, jaką widzą przed sobą prezesi największych światowych firm –większość z 1200 prezesów firm ankietowanych przez EY widzi szereg korzyści we wdrażaniu sztucznej inteligencji, nie bagatelizując ryzyk związanych z jej rozwojem.

Dwie trzecie CEO (65%) całkowicie zgadza się lub zgadza się w pewnym stopniu, że sztuczna inteligencja zwiększa wydajność jednocześnie tworząc wartość dla społeczeństwa, np. poprzez innowacje w ochronie zdrowia. Równolegle, prawie tyle samo badanych (67%) boi się niezamierzonych konsekwencji AI. Ich zdaniem, biznes powinien w znacznie większym stopniu skupić się na kwestiach etycznych związanych ze sztuczną inteligencją oraz na tym, jak jej wykorzystanie może wpłynąć na kluczowe obszary życia, w tym przede wszystkim na prywatność. Do listy potencjalnych zagrożeń dodają cyberbezpieczeństwo, dezinformację i deepfake. Jednocześnie podkreślają rolę rządów i regulatorów, którzy powinni stworzyć zasady i bariery w wykorzystywaniu generatywnej sztucznej inteligencji.

Dostrzegając wartość, jaką przynosi sztuczna inteligencja, prezesi powinni rozumieć zakres jej wpływu oraz zagrożenia, zdefiniować kompetencje potrzebne do integracji AI oraz zapewnić, że jest wykorzystywana w sposób odpowiedzialny i etyczny. Chcąc wyeliminować potencjalne, negatywne skutki, takie jak koszty społeczne, etyczne czy zagrożenia cyberbezpieczeństwa, potrzeba szeroko zakrojonej współpracy na poziomie firm i regulatorów– mówi Paweł Bukowiński, Partner Zarządzający w Dziale Strategia i Transakcje EY Polska, Lider Doradztwa Dezinwestycyjnego w regionie Europy Środkowej, Wschodniej i Południowo-Wschodniej oraz Azji Środkowej (CESA).

Największe emocje związane z rozwojem AI budzi kwestia utraty miejsc pracy na rzecz sztucznej inteligencji. CEO nie podzielają obaw społecznych, że rozwój technologii spowoduje wzrost bezrobocia. Jedna trzecia (66%) jest zdania, że jej wpływ zostanie zrównoważony przez nowe miejsca pracy i nowe kompetencje wygenerowane właśnie przez AI. Prawie połowa respondentów badania EY (43%) już wykorzystała sztuczną inteligencję do stworzenia nowej oferty produktów i/lub usług.

Nie ma żadnych wątpliwości, że sztuczna inteligencja zmieni sposób w jaki wykonujemy pracę. Warto jednak wystrzegać się skrajności i patrzeć na całość przede wszystkim z perspektywy korzyści. Wiele procesów zostanie przyśpieszonych, a pracownicy znaczną część podstawowych i czasochłonnych czynności będą jedynie nadzorować np. za pośrednictwem asystenta AI. Dodatkowo, chociaż obecnie mamy do czynienia z szeroką dyskusją, to proces pełnej implementacji dla większości gałęzi gospodarki liczony jest ciągle w miesiącach, a nie tygodniach. W połączeniu z obecnymi prognozami demograficznymi może się okazać, że narzędzia oparte o sztuczną inteligencję będą dla wielu firm kołem ratunkowym, bez którego ich dalsze funkcjonowanie stanęłoby pod znakiem zapytania. Dlatego już dziś warto sprawdzić na ile jesteśmy gotowi na takie rozwiązania – komentuje Artur Miernik, Partner EY Polska i Lider Praktyki Workforce Advisory w ramach People Advisory Services.

EY CEO Outlook Pulse Survey

Zrównoważony rozwój

Sztuczna inteligencja może tez pomóc w transformacji w stronę zrównoważonego rozwoju, którego domagają się inwestorzy, regulatorzy oraz inni interesariusze. Tymczasem jedna trzecia prezesów (34%) nie traktuje zrównoważonego rozwoju priorytetowo. Nieco więcej, bo 38%, uważa kwestie ESG (środowisko, społeczeństwo, ład korporacyjny) za najważniejsze. Dla 28% są one równie ważne jak inne priorytety biznesowe.

Wyraźna jest rozbieżność w podejściu do krótkoterminowych zysków i długoterminowego tworzenia wartości między inwestorami a CEO i dyrektorami finansowymi, co pokazało inne badanie EY „Global Corporate Reporting and Institutional Investor Survey”. Inwestorzy chętniej podejmują decyzje prowadzące do zrównoważonego, długoterminowego tworzenia wartości, kosztem krótkoterminowych zysków. CFO natomiast przede wszystkim koncentrują się na zyskach.

Podejście inwestorów uległo zmianie w ciągu ostatniego roku. Jeszcze w styczniu 2022 roku, prezesi biorący udział w badaniu CEO Outlook Pulse Survey twierdzili, że inwestorzy sprzeciwiali się ich strategii zrównoważonego rozwoju. Prawie jedna czwarta (21%) stwierdziła wówczas, że inwestorzy koncentrują się wyłącznie na kwartalnych zyskach.

Tymczasem w lipcu tego roku jest odwrotnie. Tym razem to priorytety prezesów zmierzają w innym kierunku – krótkoterminowych wyników finansowych. Bez wątpienia jednym z powodów takiej zmiany jest trudna sytuacja gospodarcza, w tym wysokie stopy procentowe.

Prezesi, czy tego chcą czy nie, muszą brać pod uwagę kwestie zrównoważonego rozwoju przy podejmowaniu decyzji o alokacji kapitału. Powinni też poszerzyć zakres swojej sprawozdawczości i uwzględniać w niej nie tylko wskaźniki finansowe, ale także niefinansowe, w tym taksonomię UE. Dostosowanie się do oczekiwań inwestorów i wymagań interesariuszy w zakresie zrównoważonego rozwoju może wzmocnić markę firmy, wycenę spółki i jej pozycję konkurencyjną – mówi Rafał Hummel, Partner EY Polska, Lider grupy ds. strategii i raportowania ESG.

Zarządzenie ryzykiem

Mimo trudnej sytuacji gospodarczej, rosnących kosztów kapitałowych oraz prowadzenia działalności, a także napięć geopolitycznych, prezesi patrzą na przyszłość pozytywnie. Wiedzą jednak, że muszą zarządzać wieloma rodzajami ryzyk, które – zdaniem większości respondentów badania EY – będą miały zdecydowanie znaczący lub znaczący wpływ na ich działalność w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Bez wątpienia najpoważniejszy wpływ na biznes będzie miała technologia i ryzyko naruszenia cyberbezpieczeństwa.
Zarządzenie ryzykiem

Zarządzając tak wieloma rodzajami ryzyk, prezesi powinni proaktywnie podejść do planowania scenariuszy, przewidując i reagując na dalsze przyspieszenie zewnętrznych zagrożeń. Ocena ich wpływu na różne aspekty działalności i dopracowanie każdego obszaru mogą usprawnić strategiczne planowanie i zwiększyć odporność całej organizacji – uważa Arkadiusz Gęsicki, Partner EY-Parthenon w Polsce i krajach bałtyckich, Lider Transaction Strategy & Execution w Regionie CESA, w zespole Strategia i Transakcje w EY Polska.

Fuzje i przejęcia

Transformacja uwzględniająca wdrażanie sztucznej inteligencji oraz zrównoważony rozwój wymaga finansowania. Większość prezesów (63%) widzi źródła finansowania w zwiększonej efektywności. Jednocześnie zdecydowanie chcą przyspieszyć rozwój poprzez transakcje fuzji i przejęć. Prawie jedna trzecia (59%) planuje takie transakcje w ciągu najbliższych 12 miesięcy, 13 punktów procentowych więcej niż na początku tego roku. Prawie połowa (47%) planuje zbycie aktywów. To daje szanse na odbicie na rynku transakcyjnym, który przez ostatnie miesiące wyhamował. Niestety, utrudnienia w zawieraniu takich transakcji, wynikające z bardziej restrykcyjnych przepisów i wyższego kosztu kapitału, mogą spowodować, że część z tych planów nie zostanie zrealizowana.

Większość CEO już wykorzystuje sztuczną inteligencję w transakcjach fuzji i przejęć. Tylko niewielka grupa respondentów (5%) wskazała, że nie korzysta z tych możliwości lub nie ma takich planów.

Transakcje fuzji i przejęć stanowią jedną z opcji strategicznych, które pomagają prezesom reagować na gwałtowne zmiany w otoczeniu gospodarczym spowodowane między innymi rozwojem technologii. Umożliwiają poprawę oferowanej wartości na rynku i wzmocnienie pozycji rynkowej. Z kolei efektywne wykorzystanie możliwości sztucznej inteligencji w transakcjach, w tym do analizy oraz interpretacji coraz większej ilości dostępnych informacji, pozwala na maksymalizację wartości uzyskiwanej z transakcji – mówi Paweł Bukowiński.

O badaniu
Badanie EY CEO Outlook Pulse Survey jest regularnym badaniem opinii prezesów dużych firm z całego świata prowadzonym na zlecenie EY przez FT Longitude, specjalistyczny dział badań i marketingu treści Financial Times Group.

W czerwcu i lipcu 2023 r. FT Longitude ankietowało 1200 CEO na całym świecie. Jedna piąta ankietowanych firm osiąga roczne, globalne przychody poniżej 500 mln USD, kolejne 20% to firmy z przychodami od 500 mln USD do 999,9 mln USD (20%), 30% ma przychody od 1 mld USD do 4,9 mld USD (30%), a ostatnia grupa firm to przychody powyżej 5 mld USD (30%). Ankietowani byli prezesi w Brazylii, Kanadzie, Meksyku, USA, Belgii, Luskemburgu, Niderlandach, Francji, Nimczech, Włoszech, Danii, Finlandii Norwegii, Szwecji, Wielkiej Brytanii, Australii, Chinach, Indii, Japonii, Singapurze i Korei Południowej.

GfK: Polacy ograniczają wydatki, bo boją się o przyszłość

Polacy obawiają się o swoją przyszłość ekonomiczną i coraz ostrożniej planują domowe budżety. Pomysły na ograniczanie wydatków w dużej mierze są zależne od wieku konsumentów. Aż 56 proc. przedstawicieli pokolenia baby boomers oszczędza na energii elektrycznej. Z kolei millenialsi głównie ograniczają wyjścia do restauracji, a „zetki” kupują mniej ubrań. Takie wnioski płyną z raportu „Green Gauge” opracowanego przez analityków firmy GfK – an NIQ Company.

Obniżający się w ostatnich latach poziom pewności co do przyszłości ekonomicznej Polaków to ważny kontekst kształtowania się postaw konsumenckich. Według danych z raportu „Green Gauge”, który powstał na podstawie globalnego badania „Consumer Life”, Polacy są bardziej sceptyczni wobec swojej przyszłości ekonomicznej niż mieszkańcy innych państw. – Zawsze ostrożnie patrzeliśmy w swoją ekonomiczną przyszłość, jednak po 2019 roku nasza pewność pod tym względem zaczęła gwałtownie spadać i obecnie wynosi zaledwie 29 proc. Dla porównania – średnio na świecie ta wartość utrzymuje się na poziomie 71 proc.mówi Marcin Gromulski, project manager w GfK – an NIQ Company.

Znaczna niepewność przyszłej sytuacji gospodarczej, wysoka inflacja oraz rosnące koszty życia sprawiają, że priorytetem konsumentów stało się rozsądne gospodarowanie domowymi budżetami.

Jak oszczędzamy?

Z danych GfK – an NIQ Company wynika, że oszczędności Polaków w dużej mierze są uzależnione od ich wieku. – Szczególnie ciekawy wątek stanowi tu ograniczanie zużycia energii elektrycznej w domu, które pozwala zadbać nie tylko o finanse, ale również o planetę. Mogłoby się wydawać, że najbardziej oszczędni pod tym względem będą młodzi Polacy, którzy zostali wychowani w duchu wyższej świadomości ekologicznej. Tymczasem, według raportu „Green Gauge” prąd najczęściej oszczędzają badani z pokolenia baby boomers. Twierdzi tak aż 56 proc. z nichmówi Marcin Gromulski. Z kolei im młodsi konsumenci, tym rzadziej padają takie deklaracje. W pokoleniu „zetek” zaledwie 36 proc. ogranicza zużycie prądudodaje.

Najmłodsi konsumenci, urodzeni po 1998 roku, przede wszystkim oszczędzają na zakupach odzieży (43 proc.) oraz wyjściach do restauracji (39 proc.). Zwłaszcza ta druga kategoria jest stosunkowo często wskazywana przez konsumentów. Aż 54 proc. badanych z pokolenia X oraz baby boomers, a także 47 proc. millenialsów deklaruje ograniczanie wydatków na wizyty w lokalach gastronomicznych. W dalszej kolejności millenialsi oszczędzają na wyjściach w celach rozrywkowych i zakupach odzieży, a przedstawiciele pokolenia X – na wyjazdach rekreacyjnych i wakacyjnych.

Wśród najczęściej wymienianych kategorii oszczędzania żywność pojawia się tylko wśród odpowiedzi przedstawicieli „zetek”. Już co trzeci przedstawiciel tego pokolenia deklaruje, że ogranicza wydatki na jedzenie.

Realny spadek konsumpcji w Polsce

Sprzedaż detaliczna w cenach stałych w sierpniu była niższa niż przed rokiem o 2,7%. W danych o sprzedaży widoczny jest realny spadek konsumpcji r/r. Wpływ miała na to wysoka inflacja, w tym realny spadek wynagrodzeń, który prowadził do ograniczenia realnej siły nabywczej gospodarstw domowych. W ujęciu miesięcznym odnotowano natomiast wzrost o 2,8%.

Dezinflacja postępuje wraz z czym realnie zaczynają rosnąć również wynagrodzenia. Spodziewam się kontynuacji tych trendów co powinno przełożyć się na wzrost konsumpcji w kolejnych okresach. Nie oznacza to jednak, że konsumpcja szybko i mocno odbije, raczej będzie to stopniowy ruch korespondujący z oczekiwanym dalszym spadkiem inflacji.

Wzrost PKB Polski w 2023r. będzie prawdopodobnie bliski zera, ale wydaje się, że przyszłe ożywienie koniunktury, może opierać się w pierwszej kolejności właśnie na odbiciu w konsumpcji.

Bartosz Wałecki, Analityk Michael / Ström Dom Maklerski

FED nie zaskoczył. Dolar najsilniejszy wobec euro od marca

Niby Amerykanie nie zaskoczyli rynków a jednak dolar się umacniał. Pytanie, czy nie jest to raczej kwestia słabości europejskiej waluty. Znów wzrost płac przekracza inflację, więc chociaż statystycznie stajemy się bogatsi.

Amerykanie nie zaskakują

Wczorajsza decyzja Federalnego Komitetu Otwartego Rynku zgodnie z oczekiwaniami była tylko formalnością. Jest to odpowiednik Rady Polityki Pieniężnej w USA. Rynki co prawda dokupiły po decyzji trochę dolara, uzyskując najsilniejszego dolara względem euro od marca. Brzmi to, jakby wydarzyło się coś bardzo ważnego, ale trzeba pamiętać, że byliśmy już blisko tych poziomów. Od połowy lipca dolar umacnia się względem euro, a po tej decyzji ruch ten po prostu był kontynuowany. Powodem są znacznie lepsze perspektywy Stanów Zjednoczonych względem strefy euro. Patrząc na oczekiwania rynków, interesująco może zapowiadać się grudniowe posiedzenie, gdzie szanse na podwyżkę stóp wciąż są spore.

Produkcja przemysłowa bez niespodzianek

Środa była dziwnym dniem na rynku. Z jednej strony dane makroekonomiczne z Polski nie powinny napawać optymizmem. Produkcja przemysłowa spadła w skali roku o 2%, to więcej niż oczekiwali analitycy. Ostatni raz rosła w styczniu, co nie jest korzystną statystyką. Wydawać by się zatem mogło, że będziemy świadkami dalszej słabości polskiego złotego. Wczoraj jednak kurs euro spadł o 6 groszy. Tutaj jednak powodem jest wywiad prezesa NBP, który przykrył tego dnia wszystkie inne sygnały napływające na rynek. W ciągu dnia było co prawda widać krótką korektę po tych danych, ale szybko rynki uznały, że oddalenie dalszych obniżek stóp procentowych jest znacznie ważniejsze dla rynku. Proporcjonalnie złoty zyskiwał do pozostałych walut.

Znowu zarabiamy lepiej

Presja wywołana inflacją przekłada się na wzrosty płac. O ile ceny na razie rosną „tylko 10%” w skali roku, to pensje rosną o 11,9%. Oznacza to, że średnio jako społeczeństwo się bogacimy. Oczywiście należy pamiętać, że dojdzie kiedyś do urealnienia cen energii czy paliw, których wzrosty są obecnie nierynkowo wstrzymane, to może się okazać, że jednak znów pensje rosną wolniej niż inflacja. Dodatkowy problem w tym, że nie zmienia się już zatrudnienie. Oznacza to, że najprawdopodobniej doszliśmy do pewnej stabilizacji na rynku pracy i dalszy spadek bezrobocia nam nie będzie miał miejsca. Biorąc pod uwagę, że są to dane za sierpień i powoli kończą się prace sezonowe, więc możemy niedługo być świadkami wzrostu bezrobocia.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat

Aktywa funduszy obligacji korporacyjnych w końcu zaczęły podążać za ich stopą zwrotu

Aktywa funduszy obligacji korporacyjnych urosły w sierpniu o ponad 400 mln zł do poziomu 8,51 mld zł. Tym samym kontynuowały rozpoczętą w maju passę wzrostów, a ich aktywa zwiększyły się w tym czasie o prawie miliard złotych.

Aktywa funduszy obligacji korporacyjnych

Na ten stan rzeczy wpływ miały zarówno świetne wyniki inwestycyjne tej grupy aktywów, jaki i wpłaty netto inwestorów. W przypadku pierwszego z czynników średnia stopa zwrotu funduszy obligacji korporacyjnych za ostatnie 12 miesięcy to 9,50%! A w samym tylko sierpniu zarobiły one średnio 0,80% i był to najlepszy wynik spośród wszystkich funduszy inwestycyjnych.Aktywa funduszy obligacji korporacyjnych 2

Inwestorzy natomiast w sierpniu wpłacili do funduszy obligacji korporacyjnych 341 mln zł netto, najwięcej od ponad 2 lat. A tylko w ciągu ostatnich 3 miesięcy wpłaty netto wyniosły aż 732 mln zł, co oczywiście jest miłą odmianą, po miesiącach regularnych wypłat. Warto wspomnieć, że jeszcze nie tak dawno temu w tego typu funduszach ulokowane było grubo ponad 15 mld zł, a w czerwcu 2022 r. było to ponad 10 mld zł.Aktywa funduszy obligacji korporacyjnych 3

Stopy zwrotu funduszy obligacji korporacyjnych rosły i były bardzo atrakcyjne już parę kwartałów temu, a sprzyjały temu oczywiście wysokie stopy procentowe oraz brak materializacji większego ryzyka kredytowego. Pieniądze inwestorów zaczęły podążać za tymi wynikami dopiero od maja tego roku. Ostatecznie lepiej późno niż wcale.

Autor: Szymon Gil, Makler Papierów Wartościowych, Certified International Investment Analyst (CIIA). Michael / Ström Dom Maklerski.

Grupa Würth kontynuuje proces przejęcia TIM S.A. Nowe Wezwanie na akcje TIM S.A. zostało ogłoszone

Grupa Würth pozostaje w pełni zaangażowana w przejęcie TIM S.A i ogłosiła drugie Wezwanie na wszystkie akcje TIM S.A („Wezwanie”). Drugie Wezwanie stało się konieczne, ponieważ UOKiK nie podjął jeszcze decyzji w tej sprawie i skierował zgłoszenie do fazy pogłębionej analizy. Zapisy na sprzedaż akcji w cenie 50,69 zł za jedną akcję rozpoczną się 28 września 2023 r. i potrwają do 27 października 2023 r. Główni akcjonariusze i kluczowi menadżerowie TIM S.A., reprezentujący łącznie ok. 42% ogólnej liczby akcji Spółki zobowiązali się już do sprzedaży swoich akcji w ramach Wezwania.

Wezwanie na akcje TIM S.A. („Spółka”, „TIM”) ogłosiła FEGA & Schmitt Elektrogroßhandel GmbH, należącą do Grupy Würth („Wzywający”). Celem Wzywającego jest osiągnięcie 100% głosów na Walnym Zgromadzeniu Spółki oraz wycofanie Spółki z giełdy.

– Zgodnie z zapowiedziami, pozostajemy w pełni zaangażowani w proces przejęcia Spółki. Jesteśmy pod wrażeniem dotychczasowego dynamicznego rozwoju Spółki i silnych kompetencji w zakresie e-commerce. Z radością powitamy zespół TIM w Grupie Würth. – komentuje Ulrich Liedtke, wiceprezes odpowiedzialny za międzynarodową sprzedaż hurtową produktów elektrotechnicznych w Grupie Würth.

Cena akcji w Wezwaniu wynosi 50,69 zł za jedną akcję i jest równa cenie z pierwszego Wezwania. Cena akcji w Wezwaniu zawiera premię w wysokości 93,8% w stosunku do ostatniego kursu zamknięcia przed ogłoszeniem przez Spółkę przeglądu opcji strategicznych w dniu 22 sierpnia 2022 r. i 34,1% premii względem ostatniej ceny akcji poprzedzającej dzień ogłoszenia intencji przeprowadzenia pierwszego wezwania.

Pozostajemy w stałym dialogu z UOKiK i utrzymujemy pełną współpracę. Nadal jesteśmy przekonani o uzyskaniu pozytywnej decyzji organów antymonopolowych, dlatego ogłosiliśmy drugie Wezwanie. Oferujemy akcjonariuszom równie atrakcyjną cenę, jak w pierwszym Wezwaniu. Cenę, która odzwierciedla potencjał jaki widzimy w Spółce po wejściu w skład Grupy Würth. – dodaje Ulrich Liedtke.

Grupa Würth to światowy lider w rozwoju, produkcji i sprzedaży materiałów mocujących i montażowych, a wraz ze swoją jednostką zajmującą się hurtową sprzedażą artykułów elektrycznych, jeden z wiodących hurtowników w Europie Środkowo-Wschodniej. Ogłoszone dzisiaj Wezwanie jest kontynuacją procesu przejęcia Spółki, która jest największym w Polsce dystrybutorem artykułów elektrotechnicznych. Okres zapisów w pierwszym wezwaniu na akcje Spółki (ogłoszonym w kwietniu br.) upłynął, a transakcje nie zostały zawarte w związku z brakiem wydania decyzji przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów („UOKiK”) w sprawie koncentracji Grupy Würth oraz Spółką przed 23 sierpnia 2023 r., czyli ostatnim dniem przyjmowania zapisów w pierwszym wezwaniu.

Najwięksi akcjonariusze i kluczowi menedżerowie Spółki, reprezentujący łącznie ok. 42% ogólnej liczby akcji w kapitale zakładowym i ogólnej liczby głosów w Spółce, podpisali umowy ze spółką FEGA & Schmitt Elektrogroßhandel GmbH. Zgodnie z zawartymi 24 marca 2023 r. umowami, Krzysztof Folta (prezes Zarządu i założyciel Spółki), Krzysztof Wieczorkowski (przewodniczący Rady nadzorczej Spółki), Piotr Tokarczuk (CFO Spółki), Piotr Nosal (CCO Spółki), Maciej Posadzy (prezes Zarządu 3LP S.A.), Ewa Folta oraz Jan Walulik zobowiązani są do złożenia zapisów na sprzedaż akcji w ramach Wezwania po uzgodnionej cenie 50,69 zł za akcję. Jednocześnie postanowiono, że składy zarządów TIM i 3LP pozostaną bez zmian, kontynuując realizację swoich dotychczasowych strategii, ale w ramach i przy wsparciu Grupy Würth.

Zapisy do sprzedaży akcji w ramach Wezwania przyjmowane będą od 28 września do 27 października 2023 r. Dyspozycje sprzedaży akcji w Wezwaniu należy złożyć w swoim biurze maklerskim. Szczegóły dotyczące Wezwania znajdują się pod adresem https://wezwanie-tim.pl.

Jeżeli w wyniku Wezwania zostanie osiągnięty próg co najmniej 95% ogólnej liczby głosów na Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy, Wzywający zamierza ogłosić przymusowy wykup akcji posiadanych przez akcjonariuszy mniejszościowych TIM S.A. Następnie, zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa, Wzywający zamierza wycofać Spółkę z Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Kultura organizacyjna decyduje o zadowoleniu i zaangażowaniu pracowników

Aspekt kultury organizacyjnej firmy zyskuje na znaczeniu w oczach pracowników. W życiu zawodowym chcą nie tylko dobrze zarabiać, ale również być częścią zgranego zespołu oraz systemu wspólnych norm. Jak wynika z najnowszego badania Hays Poland, to, jaka jest kultura pracodawcy, liczy się dla 92 proc. specjalistek i specjalistów. Jeśli jest ona spójna z ich wartościami i odpowiednio pielęgnowana wśród pracowników, to ma szansę zwiększyć ich zadowolenie i zaangażowanie.

Choć to wysokość wynagrodzenia niezmiennie pozostaje głównym motywatorem w pracy, to w oczach profesjonalistek i profesjonalistów liczy się też coś więcej. Ważne jest to, aby móc funkcjonować w komfortowej i przyjaznej atmosferze zbudowanej na zaufaniu, wśród osób, które chcą i potrafią skutecznie się komunikować oraz budować relacje. Liczy się też to, aby mieć szansę być sobą w pracy i przestrzeń do integracji. Innymi słowy, dla zdecydowanej większości pracowników bardzo wiele znaczy kultura organizacyjna firmy.

Nie tylko wartości i zasady

Budowanie i rozwijanie kultury organizacyjnej jest jednym z filarów strategii HR. W parze z kwestiami finansowymi i benefitami odgrywa ona ważną rolę w retencji pracowników, szczególnie w sytuacji wysokiej inflacji i zmian zachodzących na rynku. Zgodnie z wynikami najnowszego badania Hays Poland, przeprowadzonego na przełomie sierpnia i września 2023 wśród blisko 1000 specjalistek i specjalistów, aż 92 proc. uważa ją za istotną. Zaledwie 4 proc. nie zgadza się z tym stwierdzeniem, a kolejne 4 proc. nie potrafi udzielić jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie.

Tak wysoki wynik oznacza, że pracownikom realnie zależy na tym, aby funkcjonować w zintegrowanym środowisku o jasnych, akceptowalnych zasadach. Jednak jak pokazują odpowiedzi ankietowanych, zasady te nie odnoszą się tylko do norm i reguł współpracy, ale również do stylu komunikacji (78 proc.), panującej atmosfery (70 proc.) oraz wartości promowanych przez organizację (66 proc.).

Dla prawie połowy pracowników kultura organizacyjna to także strategia równości i różnorodności. Jest to bardzo dobra zmiana w kontekście postrzegania tych zagadnień na rynku pracy, którą potwierdzają również inne badania Hays. Wśród pracowników udało się wzbudzić entuzjazm i gotowość do działania na rzecz równości w miejscu pracy, co przekłada się na ich oczekiwania względem kultury organizacyjnej pracodawcy. Coraz więcej osób zauważa, że firma to nie tylko instytucja biznesowa, ale również podmiot, który może mieć misję społeczną i przestrzeń do promowania ważnych poglądów oraz wartości – zauważa Agnieszka Czarnecka, Head of HR Consultancy w Hays Poland.

Gdzie natomiast kończy się kultura organizacyjna? Zdaniem pracowników w najmniejszym stopniu zaliczają się do niej hierarchiczność struktury firmy (36 proc.), dress code lub jego brak (28 proc.) i działania CSR (20 proc.). Fakt, że zdaniem tak niewielkiego odsetka specjalistek i specjalistów CSR, czyli działania społecznej odpowiedzialności biznesu należą do kultury organizacyjnej, może być postrzegany jako zaskakujący. Między innymi z uwagi na to, że aby powołać projekt z obszaru CSR potrzeba zaangażowania pracowników, jednolitych wartości, misji oraz nierzadko wdrożenia strategii równości i różnorodności, czyli elementów, które standardowo tworzą kulturę organizacyjną firmy.

Jednak być może według części pracowników elementy te należą bardziej do obszaru Employee Value Proposition, czyli zbioru czynników stanowiących o unikatowości danej organizacji. EVP zawiera

w sobie odpowiedź na pytanie „Dlaczego warto z nami pracować?”, co szczególnie miałoby uzasadnienie w przypadku projektów CSR inicjowanych przez firmę.

Co Twoim zdaniem zalicza się do kultury organizacyjnej?

Styl komunikacji 78%
Atmosfera pracy 70%
Wartości firmy 66%
Strategia równości i różnorodności 48%
Działania/ aktywności integrujące pracowników 47%
Model pracy 43%
Procesy biznesowe 39%
Hierarchia lub jej brak 36%
Dress code lub jego brak 28%
Działania CSR 20%

Źródło: badanie Hays Poland, sierpień-wrzesień 2023
Procenty nie sumują się do 100, ponieważ możliwe było zaznaczenie więcej niż jednej odpowiedzi.

Sposób postrzegania kultury organizacyjnej przez pracowników może być wskazówką dla pracodawców, które obszary warto rozwijać. – Wzajemne zrozumienie w tym zakresie oraz podejmowanie istotnych zmian bez wątpienia wpłyną pozytywnie na takie elementy jak rekrutacja, retencja zatrudnionych oraz wizerunek organizacji na rynku, m.in. poprzez „marketing szeptany” prowadzony przez zadowolonych pracowników. – dodaje Agnieszka Czarnecka.

Kultura organizacyjna ważna już na etapie rekrutacji

Kultura organizacyjna jest także jednym z elementów, które mogą zachęcić lub zniechęcić kandydatów do pracy w danej organizacji. Wyniki badania pokazują, że aż 2/3 specjalistek i specjalistów przywiązuje dużą wagę do jej opisu już na początkowym etapie rekrutacji, tj. zapoznając się z ofertą potencjalnego pracodawcy. Kolejne 23 proc. deklaruje, że ich zainteresowanie kulturą organizacyjną jest na tym etapie średnie, a 8 proc. nie przywiązuje do niej wówczas żadnej wagi.

Jaką wagę przywiązujesz do opisu kultury organizacyjnej w ofercie pracy?

Dużą 66%
Średnią 23%
Małą 3%
Na tym etapie nie przywiązuję żadnej wagi 8%

Źródło: badanie Hays Poland, sierpień-wrzesień 2023

Tak wysoki odsetek osób zwracających uwagę na kulturę organizacyjną potencjalnego pracodawcy wskazuje na to, że profesjonalistki i profesjonaliści chcą być częścią firmy, z którą się utożsamiają i w której mogą czuć się swobodnie.

Wielu pracodawców podejmuje działania mające na celu budowanie lub udoskonalanie kultury organizacyjnej. Firmy rozumieją bowiem, że zadowolony i zaangażowany pracownik to osoba, która podziela wartości i misję organizacji, ma przestrzeń do budowania pozytywnych relacji i zwyczajnie dobrze czuje się wśród reszty współpracowników – zauważa Agnieszka Czarnecka.

Wpływ kultury organizacyjnej na decyzje zawodowe potwierdzają także inne badania Hays. Jak wynika bowiem z kilku ostatnich edycji Raportu płacowego, zdarza się, że to właśnie brak satysfakcji w obszarach składających się na kulturę organizacyjną przyczynia się do rezygnacji z pracy.

Branża drzewna: Lasy Państwowe ignorują uwagi dotyczące planowanych zmian

18 września największe organizacje reprezentujące najważniejsze sektory przemysłu drzewnego w Polsce wystosowały list do Józefa Kubicy, dyrektora generalnego Lasów Państwowych. Przedstawiciele przedsiębiorców są zaniepokojeni, że mimo obietnic, Lasy Państwowe ignorują ich uwagi zgłoszone do planowanych zmian w zasadach sprzedaży drewna. Kolejne zmiany zorientowane na generowanie coraz większych zysków dla Lasów Państwowych to olbrzymie zagrożenie nie tylko dla przedsiębiorców, ale również dla pracowników całej branży drzewnej, którzy już w tej chwili tracą pracę. W tym roku zwolnienia dotknęły już 20 000 osób z samego tylko sektora meblarskiego.

Miesiąc wcześniej, 21 sierpnia, Lasy Państwowe zaprezentowały przemysłowi propozycje zmian zasad sprzedaży drewna na 2024 rok, obiecując, iż będą one podlegały dalszym konsultacjom z branżą drzewną. Organizacje szczegółowo odniosły się do przedstawionych propozycji, jednak wszystko wskazuje na to, że ich uwagi zostały zignorowane. W dodatku pojawiła się informacja, że dalszych konsultacji z przemysłem nie będzie i wkrótce zostaną ogłoszone nowe zasady sprzedaży drewna.

Pod wspólnym listem, wysłanym 18 września do Lasów Państwowych, podpisały się: Ogólnopolska Izba Gospodarcza Producentów Mebli, Stowarzyszenie Papierników Polskich, Stowarzyszenie Producentów Płyt Drewnopodobnych w Polsce, Stowarzyszenie Przemysłu Tartacznego, Polska Izba Gospodarcza Przemysłu Drzewnego, Polski Komitet Narodowy EPAL, Ogólnopolski Związek Pracodawców Przemysłu Drzewnego, Związek Polskie Okna i Drzwi. Według przedstawicieli przemysłu, zmiany w zasadach sprzedaży drewna przyniosą dalsze pogorszenie sytuacji przemysłu drzewnego.

„Część propozycji, pod pozorem bycia korzystnymi dla przemysłu, w rzeczywistości spowoduje dalszy wzrost cen drewna. Ceny wielu sortymentów drewna w Polsce są o kilkadziesiąt procent wyższe od tych w krajach ościennych. Skutkiem tego jest np. napływ tańszych, niż krajowej produkcji, mebli, płyt drewnopochodnych zza granicy. Konsekwencją tego są zwolnienia pracowników, które już trwają ze względu na pogarszającą się koniunkturę (w ciągu ostatniego roku tylko branża meblarska zmuszona została do redukcji 20 000 miejsc pracy). Postępowanie Lasów Państwowych po raz kolejny potwierdza, że wzgląd na własne dobro przeważa nad interesem Skarbu Państwa i tysięcy pracowników zatrudnionych w przemyśle drzewnym” – napisali sygnatariusze listu.

Za najbardziej szkodliwe propozycje dla polskiego sektora drzewnego zostały uznane: możliwość składania ofert do 100% posiadanych możliwości zakupu w sprzedaży ofertowej w ujęciu rocznym, proporcjonalnie po 33,3% na proponowany okres sprzedaży; organizowanie procedur sprzedaży 3 razy w ciągu roku (co 4 miesiące), zmiany poziomu realizacji umów na -10%/+5% oraz rozszerzenie czasu trwania aukcji systemowych na okres 6:00-17:00;

Między innymi do tych zmian odniósł się w swoim wcześniejszym liście do Józefa Kubicy, dyrektora Lasów Państwowych, Michał Strzelecki, dyrektor Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli.

W piśmie tym, przesłanym do LP na początku września, Ogólnopolska Izba Gospodarcza Producentów Mebli jasno określiła stanowisko firm meblarskich wobec projektu umożliwienia złożenia oferty do 100% posiadanych możliwości zakupu w sprzedaży ofertowej w ujęciu rocznym, proporcjonalnie po 33,3% na proponowany okres sprzedaży. „Jesteśmy stanowczo przeciwni i proponujemy utrzymanie obecnych zasad. Już w tej chwili obłożenie w procedurach PLD, w ramach posiadanej historii, w niektórych asortymentach znacznie przekracza podaż. Wprowadzenie możliwości złożenia oferty do 100% posiadanych możliwości spowoduje większe redukcje i generowanie wzrostu cen. Będzie to mechanizm sztucznie zawyżający popyt, korzystny dla jednej strony” – tłumaczył Michał Strzelecki.

Natomiast realizowanie sprzedaży w 3 głównych okresach (co 4 miesiące), w ocenie OIGPM spowoduje duży dodatkowy nakład pracy. „Kończąc jedną rundę, będziemy zaczynać kolejną. Okresy 4-miesięczne mogą okazać się zbyt krótkie, aby w całości realizować umowy i/lub przygotować poszczególne GHG, szczególnie na początku roku, kiedy występują opóźnienia w pozyskaniu drewna” – uzasadniał stanowisko Izby Michał Strzelecki.

Z kolei propozycję zmiany poziomu realizacji umów na -10%/+5% Ogólnopolska Izba Gospodarcza Producentów Mebli skomentowała w następujący sposób: „Jest to dobre rozwiązanie dla kupujących, ale tylko pozornie. Rozwiązanie to może powodować problemy także dla sprzedającego, szczególnie dla niektórych GHG. Ponadto zwiększanie poziomu możliwości niewykonania umowy do 10%, może spowodować chęć kupujących do kupowania na wyrost, co będzie oznaczać nieuzasadniony wzrosty cen na aukcjach. W związku z powyższym proponujemy pozostawienie dopuszczalnych odchyleń realizacji umowy na dotychczasowym poziomie +/- 5%. Jeżeli LP będą chciały utrzymać propozycję -10% wówczas na zasadzie równości stron prosimy o rozważenie opcji +/- 10%”.

W liście do Józefa Kubicy, Michał Strzelecki tłumaczył również, że rozszerzenie czasu trwania aukcji systemowych do przedziału 6:00-17:00, oznaczałoby w wielu przypadkach konieczność pracy w nadgodzinach, co budzi zrozumiały sprzeciw branży meblarskiej.

„Ceny minimalne na Portalu Leśno Drzewnym, aukcjach e-system i e-drewno są obecnie wyższe niż ceny transakcyjne w krajach sąsiednich. Powoduje to w konsekwencji spadek konkurencyjności branży meblarskiej i całego sektora drzewnego w Polsce, znaczące ograniczenie eksportu naszych wyrobów, a także powoduje wzrost importu mebli i komponentów do ich produkcji” – podkreślił Michał Strzelecki.

Na inflację, na wyprawkę dla dzieci, na bezrobocie – wymówki dłużników na niepłacenie

„Nie płacę, bo mam za daleko do banku, a boję się wchodzić na konto przez Internet”, „Nie płacę, bo nie pracuję”, „Nie płacę, bo inflacja…” – to tylko część z obszernego repertuaru wymówek dłużników, z którymi każdego dnia mierzą się negocjatorzy firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso. Działają na zlecenie wierzycieli – banków, firm pożyczkowych, operatorów telekomunikacyjnych, dostawców prądu, gazu i telewizji. Według danych Krajowego Rejestru Długów zaległości finansowe konsumentów wynoszą obecnie 45 mld zł.

Nieuregulowane zobowiązania ma 2,2 mln Polaków. Każdy z nich jest zadłużony średnio na 20 tys. zł. Na tę kwotę składają się niezapłacone rachunki, faktury, raty kredytów, alimenty i mandaty za jazdę bez biletu komunikacją miejską. Wierzyciele dochodzą zapłaty na własną rękę, bądź przekazują długi do profesjonalnych firm windykacyjnych, które w ich imieniu polubownie odzyskują należności.

Z badania „Etyka płatnicza w ocenie konsumentów”, zrealizowanego w lipcu 2023 r. przez IMAS International na zlecenie Kaczmarski Inkasso, wynika, że 38 proc. rodaków akceptuje nieoddawanie w terminie pożyczonych pieniędzy innej osobie, a 35 proc. uważa, że można nie rozliczyć się na czas z firmą lub instytucją. Z tą postawą konfrontują się na co dzień negocjatorzy firm windykacyjnych. Spotykają się z różnorodnym podejściem dłużników, bo bywa, że powodem problemów finansowych jest choroba czy utrata pracy. Jednak, jak pokazuje ich wieloletnia praktyka, część dłużników prezentuje postawę „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?”.

Z zagranicy nie zapłaci

Przy umowach zawieranych przez Internet np. z firmami pożyczkowymi czy z towarzystwami ubezpieczeniowymi osoby zalegające z uregulowaniem rat bądź składki ubezpieczeniowej potrafią powiedzieć bez ogródek „Nie mają mojego podpisu, dlatego nic nie zapłacę”. Równie kuriozalne tłumaczenia trafiają się przy pożyczkach krótkoterminowych z koniecznością zwrotu po 30 dniach. Klienci otwarcie przyznają, że nie czytali umowy i myśleli, że mogą spłacić kwotę w ratach rozłożonych na długi czas. Przy innej sprawie negocjatorzy działający w imieniu wierzyciela zetknęli się także ze stwierdzeniem dłużnika „Nie zapłacę, bo nie mam zamiaru wracać do Polski”.

W procesie polubownego odzyskiwania należności kluczowa jest rola negocjatorów. To oni prowadzą trudne rozmowy z dłużnikami, starając się rozpoznać, kto z nich rzeczywiście zmaga się z kłopotami życiowymi, a kto kupuje bez opamiętania na raty ze świadomością, że nie będzie miał ich z czego zapłacić. Starają się przy tym osiągnąć porozumienie, które będzie satysfakcjonujące zarówno dla wierzyciela, jak i dłużnika. Negocjatorzy mają odpowiednie przygotowanie do takich rozmów, dzięki czemu są w stanie zachować profesjonalizm i empatię, jednocześnie dbając o interesy wierzycieli – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu Kaczmarski Inkasso.

Negocjatorzy słyszeli już także tłumaczenie, że dłużnik nie mógł zapłacić, bo pies zjadł mu kartę z kodami do przelewów oraz że trafiła się promocja na bilety lotnicze, więc przeznaczył pieniądze na spontaniczny wyjazd zamiast na spłatę zaległości. Inny konsument nie płacił abonamentu za telewizję, bo skończył się jego ulubiony serial. Uważał, że skoro już nic nie ogląda, to nie musi regulować comiesięcznego zobowiązania. Kolejna osoba przekonywała, że dziecko rzekomo skasowało jej SMS-a z danymi do przelewów.

Sezonowe wymówki

W zależności od pory roku, w trakcie której niezapłacone rachunki trafiają do windykacji, negocjatorzy słyszą też sezonowe wymówki dłużników. We wrześniu dominują tłumaczenia, że trzeba było skompletować wyprawkę szkolną i nie starczyło już na spłatę sprzętu RTV czy AGD kupionego na raty. Dłużnicy twierdzą też, że ponoszą wysokie koszty dowozu pociech do przedszkola czy szkoły i to uniemożliwia regulowanie innych zobowiązań. Zasłoną dymną są zajęcia dodatkowe dla dzieci, które w odczuciu dłużników zwalniają ich z konieczności regulowania pozostałych należności. Wskazują także na potrzebę wynajęcia opiekunki do dzieci. W okolicach listopada przeszkodą w spłacie jest przygotowanie dekoracji na groby, a w grudniu – wyprawienie świąt.

– Czym innym są problemy finansowe dłużnika, spowodowane zmianą sytuacji zawodowej lub zdrowotnej, a czym innym te, które są rezultatem niewłaściwego gospodarowania pieniędzmi. Osoby, które straciły źródło dochodów lub były zmuszone poddać się leczeniu, zazwyczaj są otwarte na przyjęcie naszej pomocy. Negocjatorzy pracują z dłużnikami nad tym, aby znaleźć rozwiązania dostosowane do ich indywidualnej sytuacji materialnej. Należy podkreślić, że współpraca dłużnika z firmą windykacyjną przynosi korzyści obu stronom. Konsument może uwolnić się od zaległości finansowych, a jednocześnie ochronić swoją reputację i zdolność kredytową. Wierzyciel odzyskuje pieniądze za sprzedany towar czy zrealizowaną usługę i może je przeznaczyć na rozwój biznesu lub utworzenie nowych miejsc pracy – wyjaśnia Jakub Kostecki.

Upadłość nie zwalnia z płacenia

W ostatnim czasie mediatorzy spotykają się z nowym „pakietem” tłumaczeń dłużników. Ci, którzy prowadzą działalność gospodarczą, wskazują na wzrost cen prądu, podniesienie płacy minimalnej i windowanie innych obowiązkowych opłat, co wpływa na to, że rozważają zamknięcie biznesu. A co za tym idzie – nie płacą swoich zobowiązań także w życiu prywatnym. Jest też grupa, która tłumaczy się pismami z urzędów skarbowych lub ZUS, które przysyłają przedsiębiorcom informacje o niedopłatach z koniecznością ich uregulowania. To, zdaniem dłużników, uniemożliwia im spłatę pozostałych długów. Ponadto zdarzają się konsumenci, którzy w rozmowach z mediatorami informują, że złożyli w sądzie wniosek o upadłość konsumencką i są przekonani, że to zwalnia ich z płacenia jakichkolwiek zaległości.

Choć przytoczone fragmenty rozmów z dłużnikami nie należą do rzadkości, to jednak większość społeczeństwa dostrzega pozytywne aspekty systemu zarządzania wierzytelnościami. Według badania „Przydatność firm windykacyjnych dla gospodarki”, przeprowadzonego na zlecenie Kaczmarski Inkasso w grudniu 2022 r., ponad połowa przedsiębiorców i 60 proc. konsumentów wskazało, że polska gospodarka nie jest w stanie funkcjonować bez firm windykacyjnych. A przybierająca na sile dekoniunktura sprawi, że ich znaczenie jeszcze bardziej wzrośnie. 3/4 przedsiębiorców i 77 proc. osób fizycznych uważa, że biznes szybciej odzyskuje pieniądze dzięki współpracy z wyspecjalizowanymi firmami niż wtedy, kiedy oddaje sprawy do sądu.

Po 42 proc. badanych w obu grupach stwierdza, że wśród Polaków narasta konsumpcjonizm i coraz powszechniejsze staje się życie na kredyt, często ponad stan. Popularność zyskuje także opcja „kup teraz, zapłać później”. Wpływa to na wzrost zadłużenia rodaków, którzy nie radzą sobie z regulowaniem zobowiązań finansowych. Kaczmarski Inkasso – najstarsza firma windykacyjna w Polsce – w 2022 r. przyjęła do realizacji 3,9 mln spraw o nominalnej wartości prawie 14 mld zł.

Stopy procentowe w USA bez zmian

Zgodnie z oczekiwaniami FED jednogłośnie pozostawił stopy procentowe w USA bez zmian. W przedziale 5,25-5,50%. Do końca roku pozostały dwa posiedzenia Rezerwy Federalnej, a z analizy „fedokropek” wynika, że dopuszcza ona jeszcze jedną podwyżkę w tym roku.

Oświadczenie po posiedzeniu nie mówi wprawdzie wprost o możliwości podwyżki, ale kolejny raz podkreśla, że FED będzie monitorował dane napływające z gospodarki i w oparciu o nie podejmował decyzje monetarne. Kolejny raz otrzymaliśmy także zapewnienie o „oddaniu” Rezerwy w sprowadzeniu inflacji do jej celu (2,00%).

Gospodarka jest silna, dane makro mocniejsze niż oczekiwano, a tym samym stopy procentowe być może zostaną utrzymane na wysokich poziomach na dłużej, ale bez kolejnych podwyżek.

Szymon Gil, Makler Papierów Wartościowych, Michael / Ström Dom Maklerski

Hurtownia stali w erze cyfrowej

W świecie, gdzie cyfryzacja przedefiniowuje tradycyjne biznesy, branża hutnicza nie pozostaje w tyle. Poznaj Moris.eu – lidera innowacji w zakupach wyrobów hutniczych online, łączącego tradycję z nowoczesnością.

Cyfrowa transformacja stała się nieuniknioną częścią każdego sektora gospodarki, wprowadzając w niej innowacje i ułatwienia. W dobie szybko rozwijających się technologii nawet tradycyjne branże, takie jak hutnictwo, odkrywają nowe możliwości, które oferuje świat online. Adaptacja do cyfrowego świata oznacza nie tylko dostosowanie się do nowoczesnych trendów, ale także zrozumienie i wykorzystanie korzyści płynących z zakupów online, które mają kluczowe znaczenie dla efektywności i rentowności działalności przedsiębiorstw. 

Moris.eu – cyfrowa innowacja na rynku stali

Zmieniający się świat biznesu wymusza na przedsiębiorstwach adaptację do nowych technologii i trendów. Jednym z pionierów takiej adaptacji w branży hutniczej jest Moris.eu, łączący tradycyjne podejście do handlu stalą z innowacyjnymi rozwiązaniami cyfrowymi.

Hurtownia stali online Moris.eu nie jest tylko kolejnym dostawcą na rynku hutniczym. To firma, która dostrzegła potencjał w cyfryzacji i postanowiła stać się liderem w zakresie cyfrowej sprzedaży stali. Wprowadzenie nowoczesnych rozwiązań do sprzedaży wyrobów hutniczych umożliwiło przedsiębiorcom łatwiejsze, szybsze i bardziej komfortowe zaopatrywanie się w potrzebne produkty.

Jednym z największych atutów Moris.eu jest dostępność. Niezależnie od tego, czy jest środek nocy, czy wczesny poranek, przedsiębiorcy mogą przeglądać ofertę, składać zamówienia i monitorować ich status. To nie tylko wygoda, ale także możliwość dostosowania zakupów do indywidualnych potrzeb i harmonogramu każdego przedsiębiorcy.

Moris.eu to połączenie tradycji z innowacją, co czyni firmę nie tylko liderem w zakresie cyfrowej sprzedaży stali, ale także zaufanym partnerem dla przedsiębiorców z całego kraju.

Przyszłość zakupów wyrobów hutniczych w świecie online

Cyfryzacja, chociaż już mocno zakorzeniona w wielu sektorach gospodarki, wciąż ewoluuje i dostarcza nam nowych rozwiązań. W branży hutniczej, tradycyjnie opierającej się na fizycznych transakcjach i relacjach, technologia otwiera nowe drzwi do przyszłości. Jak więc będzie wyglądała przyszłość zakupów wyrobów hutniczych w świecie online? 

Technologia nie tylko upraszcza procesy zakupowe, ale również przyczynia się do większej przejrzystości i efektywności w dostawie materiałów. Wraz z rozwojem technologii, takich jak sztuczna inteligencja, analiza dużych danych czy automatyzacja branża hutnicza może oczekiwać bardziej spersonalizowanych ofert, szybszej realizacji zamówień i lepszej optymalizacji łańcucha dostaw. 

Moris.eu, jako jeden z pionierów cyfrowych rozwiązań w branży hutniczej, jest gotowy na te przyszłe wyzwania. Dzięki ciągłemu inwestowaniu w nowoczesne technologie i dążeniu do innowacji ta hurtownia już teraz oferuje swoim klientom rozwiązania, które pozwalają na łatwe i szybkie zakupy. Dzięki inteligentnym systemom zarządzania zapasami wszystkie zamówienia są kompletowane i realizowane błyskawicznie. Do tego klient może wybierać różne opcje dostawy. Wszystko to bez wychodzenia z biura, jedynie za pomocą internetu. 

Ewolucja zakupów w branży hutniczej dzięki postępowi technologicznemu stawia przed nami nowe możliwości i wyzwania. Hurtownie online, takie jak Moris.eu, wskazują kierunek, w którym podąża cała branża, łącząc tradycyjne wartości z nowoczesnymi rozwiązaniami. 

Ubrania spawalnicze – bezpieczeństwo i komfort pracy

W dzisiejszym zglobalizowanym społeczeństwie, spawanie odgrywa niezastąpioną rolę w tworzeniu i naprawianiu różnorodnych struktur metalowych, od konstrukcji stalowych po pojazdy czy maszyny przemysłowe. Niemniej jednak, nie można zapominać o niebezpieczeństwach, które wiążą się z tą niezwykle użyteczną dziedziną. Właściwe ubrania spawalnicze stają się kluczowym aspektem w zapewnianiu bezpieczeństwa i komfortu spawaczom na każdym etapie ich pracy.spawanie

Ubrania spawalnicze – bezpieczeństwo ponad wszystko

Jednym z najważniejszych aspektów w spawaniu jest bezpieczeństwo. W trakcie pracy spawacze są narażeni na wiele potencjalnych zagrożeń, takich jak intensywne ciepło, iskry, promieniowanie UV oraz możliwość wybuchów. Odpowiednie ubrania spawalnicze są zaprojektowane tak, aby minimalizować ryzyko wystąpienia obrażeń czy poparzeń. Wykonane z wytrzymałych materiałów, często ognioodpornych lub pokrytych warstwą niwelującą działanie ciepła, zapewniają ochronę przed kontaktami z gorącymi powierzchniami i odpryskami metali. Ubrania spawalnicze można kupić m.in. w profesjonalnych sklepach BHP online, np. AB Partners.

Oprócz bezpieczeństwa, komfort pracy także jest niezwykle istotny. Długie godziny spędzone w ubraniach spawalniczych mogą być męczące, dlatego projektanci starają się zapewnić jak najlepszy komfort noszenia. Zaawansowane ubrania spawalnicze uwzględniają ergonomiczne kroje, regulowane elementy oraz wentylację, co pozwala na swobodne poruszanie się i odpowiednią wentylację, ograniczając potencjalne przegrzewanie się ciała.

Ubrania spawalnicze – jakie mają zastosowanie?

Ubrania spawalnicze są szczególnie istotne w przypadku spawania łukiem, gdzie występuje intensywne ciepło, błyski łuku oraz emisja promieniowania UV. Natomiast w przypadku spawania gazowego, w którym wykorzystywane są ekstremalnie wysokie temperatury, ubrania spawalnicze pełnią rolę ochronną przed ciepłem i iskrzeniami. Odpowiednie ubrania mogą zawierać warstwy termoizolacyjne oraz wykończenia antyogniowe, które redukują ryzyko poparzeń i uszkodzeń. Ubrania spawalnicze stanowią fundament ochrony i komfortu spawaczy na różnych etapach pracy. Od standardowego spawania łukiem po ekstremalne warunki podwodne czy kosmiczne, ubrania te dostosowują się do unikalnych wymagań każdej sytuacji.

Ubrania spawalnicze – nowoczesne technologie dla lepszej ochrony

Rynek ubrań spawalniczych stale się rozwija, wprowadzając innowacje mające na celu zwiększenie ochrony i komfortu. Antyogniowe i antystatyczne właściwości materiałów, wbudowane systemy wentylacji czy nawet wbudowane systemy hydratacji to tylko niektóre z przykładów.

Ubrania spawalnicze to nie tylko element stroju zawodowego, to nieodzowna ochrona, która decyduje o zdrowiu i bezpieczeństwie spawacza. Kombinacja materiałów ognioodpornych, ergonomicznego kroju i nowoczesnych technologii tworzy niezastąpiony zestaw narzędzi dla tych, którzy pracują w świecie spawania. Odpowiednio dobrane i utrzymane w dobrym stanie ubrania spawalnicze to inwestycja, która przynosi korzyści zarówno pracownikom, jak i pracodawcom, tworząc warunki pracy, które idą w parze z wyjątkową sztuką spawania.

Artykuł powstał przy współpracy z firmą AB Partners, zajmującą się dystrybucją takich produktów, jak odzież spawalnicza, rękawice robocze czy ubrania ostrzegawcze.

Bauer Media i Netrisk (spółka portfelowa MCI Capital) łączą porównywarki internetowe

Grupa Bauer Media i Netrisk Group („Netrisk”, spółka portfelowa MCI Capital) ogłosiły dziś zawarcie porozumienia o połączeniu swoich porównywarek internetowych w sześciu krajach Europy Środkowo-Wschodniej.

Dzięki temu partnerstwu porównywarki internetowe Bauera (OCP), Rankomat.pl (Polska), Epojisteni.cz i Srovnejto.cz (Czechy) oraz Superpoistenie.sk (Słowacja), dołączą do szybko rosnącego portfolio Grupy Netrisk, które obejmuje Netrisk.hu (Węgry), Durchblicker.at (Austria), Klik.cz (Czechy), Netfinancie.sk (Słowacja) i Edrauda.lt (Litwa). Fuzja stworzy porównywarkę internetową o znaczącej skali w Europie, przynosząc dodatkowe oszczędności czasu i pieniędzy konsumentom w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, którzy korzystają z takich porównywarek.

Dzięki temu strategicznemu połączeniu, rozszerzona Grupa Netrisk będzie obsługiwać większy i rosnący rynek międzynarodowy, jeszcze bardziej wzmacniając swoją pozycję lidera wśród porównywarek cen online w Europie Środkowo-Wschodniej i umożliwiając jej dalszy rozwój. Po zakończeniu transakcji połączona grupa będzie miała zasięg około 80 milionów potencjalnych klientów w sześciu krajach europejskich.

Grupa Bauer Media stanie się ważnym partnerem strategicznym ze znacznym, niewiększościowym udziałem w całym biznesie. TA Associates („TA”), obecny większościowy inwestor Netrisk, pozostanie nim także w połączonej firmie, podczas gdy MCI Capital zachowa mniejszościowy pakiet udziałów.

Transakcja ta pozwoli Grupie Bauer Media wzmocnić swoją pozycję na europejskim rynku porównywarek internetowych, z innymi swoimi markami działającymi również w Hiszpanii, Szwecji, Norwegii i Finlandii.

Transakcja zostanie sfinalizowana po spełnieniu stosownych wymogów prawnych. Warunki finansowe transakcji nie zostały ujawnione.