Deloitte: Handel 4.0 zwiększa lojalność klientów

Prawie połowa konsumentów deklaruje, że urządzenia elektroniczne ułatwiają im zakupy w sklepach stacjonarnych. Uważają tak głównie klienci w wieku 18-45 lat, a jak przewidują autorzy raportu firmy doradczej Deloitte „Koniec ery dwóch światów. Wpływ narzędzi cyfrowych na zakupy Polaków 2019” ich liczba będzie wzrastać w kolejnych latach. Eksperci Deloitte prześledzili ścieżkę zakupową Polaków i wskaźnik wpływu cyfrowego, czyli to w jaki sposób i jak często na jej poszczególnych etapach wykorzystujemy narzędzia cyfrowe. Handel 4.0, dzięki temu, że umożliwia stworzenie ekosystemu z dostawcami i producentami, pozwala być bliżej klienta, wypracować najlepsze dla niego korzyści oraz tworzyć atrakcyjne oferty dostosowane do indywidualnych potrzeb.

Klienci cenią w urządzeniach mobilnych możliwość szybkiego wyszukania informacji o produktach oraz porównania ich cen jeszcze przed wizytą w sklepie. Najczęstszym (48 proc.) źródłem wiedzy są dla nich strony internetowe poszczególnych sklepów. – Widzimy, że istotną rolę w dostarczaniu informacji o produkcie odgrywają narzędzia cyfrowe. Inspiracji, opinii i rad coraz częściej szukamy także w mediach społecznościowych. W przeprowadzonym przez nas badaniu 51 proc. osób powiedziało, że nie korzysta z pomocy asystentów w sklepie. Oznacza to, że klient jest bardziej świadomy i często sam najlepiej wie jaki produkt odpowiada jego potrzebom – mówi Michał Pieprzny, Partner, Lider zespołu ds. sektora dóbr konsumenckich w Deloitte. Średni wskaźnik wpływu cyfrowego maleje wraz z wiekiem klientów. Dla najstarszych klientów, czyli tych powyżej 55 roku życia jest on ponad dwukrotnie niższy niż dla najmłodszej grupy.

Nowy klient w sklepie

Z badania Deloitte, które było tematem jednego z paneli podczas ostatniego Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, wynika, że poza porównaniem produktów i cen (26 proc.) oraz szukaniem wiedzy o konkretnym produkcie (25 proc.), konsument 4.0 poszukuje także informacji o jego dostępności w danym sklepie stacjonarnym lub internetowym (16 proc.). Kolejne 6 proc. ogląda filmy instruktażowe dotyczące produktu i sposobów jego użytkowania. To oznacza, że klient, który pojawia się w sklepie przeważnie jest zdecydowany na konkretny zakup i ma rozległą wiedzę na temat interesującego go produktu. Handel 4.0 staje się więc szansą dla branży i koniecznym kierunkiem zmian.  – Dzisiejszy konsument wyraźnie różni się od tego sprzed 10 lat temu. Teraz klient ma coraz mniejszą potrzebę, by pytać. Widać to szczególnie w branży obuwniczej czy odzieżowej, ale ten trend wkracza już także do branży spożywczej. Spodziewam się, że 4.0 pomoże wypracować sprzedaż niszowych produktów. Ludzie chcą takie produkty kupować, ale nie wiedzą, jak je odróżnić czy znaleźć – mówi Jacek Sadowski, Prezes Demo Effective Launching.

 

Handel 4.0 nie tylko dla dużych

Jak zauważają autorzy raportu Deloitte, klienci wykorzystują różne źródła w zależności od kategorii produktów, o których szukają informacji. Przykładowo, dla kategorii takich jak żywność, odzież, zdrowie oraz artykuły dla dzieci i niemowląt najczęściej przeglądamy stronę internetową bądź aplikację w smartfonie. Z kolei dla elektroniki, rozrywki oraz motoryzacji częściej wykorzystujemy komputer stacjonarny bądź laptopa. Przed zakupami zdecydowanie najwięcej klientów wykorzystuje technologie cyfrowe w odniesieniu do odzieży i motoryzacji (po 79 proc.). W trakcie zakupów nacisk przesuwa się na zdrowie (40 proc.), natomiast już po zakupach zdecydowanie największy odsetek klientów wykorzystuje technologie w odniesieniu do zakupów dla dzieci i niemowląt (21 proc). – Technologia może służyć nie tylko dużym sieciom, ale także małym sklepom, które rywalizują z dyskontami wielkością oferty asortymentowej. Najgorsze co może im się przytrafić to nietrafiony towar, to ryzyko, którego obawiają się najbardziej, ponieważ towar, który nie rotuje to zamrożony kapitał. Technologia i big data pozwalają to ryzyko ograniczać i optymalizować zamówienia w oparciu o dane analityczne dostępne dla każdego właściciela sklepu, między innym przez aplikacje, które dostarcza franczyzodawca – mówi Maciej Ptaszyński, Dyrektor Generalny Polskiej Izby Handlu. Aż średnio 49 proc. klientów zapytanych przez Deloitte deklaruje, że wsparcie urządzeń elektronicznych ułatwiło im dokonanie zakupu.

Godny odnotowania jest także fakt, że klientów, którzy dokonują zakupów jest znacznie więcej wśród tych, którzy korzystają z urządzeń elektronicznych przed zakupami i w trakcie (7 proc.). Niemal o połowę mniej (4 proc.) klientów dokonuje zakupu, jeśli korzysta z urządzeń elektronicznych jedynie przed lub jedynie w trakcie zakupów. Handel 4.0 umożliwia stworzenie ekosystemu z dostawcami i producentami, dzięki czemu pozwala być bliżej klienta, wypracować najlepsze dla niego korzyści oraz atrakcyjne oferty dostosowane do indywidualnych potrzeb. Tym samym zwiększa lojalność klienta, co niesie korzyści dla wszystkich zainteresowanych stron. – Pojawiła się nowa waluta, która staje się bardzo ważna dla klienta. Jest to czas. Jeśli potraktujemy czas jako priorytet, to zmianie ulegną zasady na jakich działamy i budujemy przewagi konkurencyjne – mówi Adam Manikowski, Wiceprezes Zarządu ds. operacyjnych Żabka Polska.

Social media zamiast opinii sąsiadki

Na zdefiniowany przez ekspertów Deloitte wskaźnik wpływu cyfrowego pozytywnie wpływa korzystanie z mediów społecznościowych. W przypadku klientów obecnych w social mediach jest on co najmniej o 10 proc. wyższy. To konsumenci bardziej świadomi podejmowanych decyzji oraz skuteczniejsi w porównywaniu produktów i cen. – Nowości i promocje, które wprowadzamy stają się tematem do rozmowy w mediach społecznościowych. Tworzą się grupy, które komunikują się ze sobą i informują, co pojawiło się nowego i jak to działa. Rewolucja 4.0 to proces, który cały czas trwa. Jest jednak druga strona medalu. Istnieje grupa klientów, którzy nie korzystają z nowych technologii. Wyzwaniem jest więc to, w jaki sposób połączyć te dwa światy – mówi Artur Pluta, Senior Digital Marketing Manager, Jeronimo Martins. Niemniej faktem jest, że handel 4.0 wyrównał szanse pomiędzy e-commerce a handlem stacjonarnym, a klienci, którzy nie korzystają z urządzeń elektronicznych poszukując informacji o produkcie stanowią 2 proc. ogółu.

Eksperci Deloitte zwracają też uwagę na różnice widoczne przy podejmowaniu decyzji zakupowych między kobietami i mężczyznami. Podczas, gdy kobiety bardziej impulsywne decyzje podejmują w odniesieniu do produktów z kategorii odzież i meble, mężczyźni spontanicznie kupują produkty związane z żywnością i rozrywką.

Handel 4.0 jest po to, aby być bliżej klienta, a taki klient potrafi się odwdzięczyć. Konsumenci korzystający z technologii cyfrowych są bardziej lojalni i częściej odwiedzają sklepy fizyczne. Z analizy Deloitte wynika, że wskaźnik wpływu cyfrowego rośnie wraz ze wzrostem liczby odwiedzin sklepu w ostatnich trzech miesiącach. – Należy jednak pamiętać, że nie wszędzie możemy mówić o handlu 4.0 i producentach 4.0. Czasem jest to 3.0, czasem 2.0. Nie ma wątpliwości, że klient oczekuje, aby przedsiębiorca był obecny w 4.0 i z tym wyzwaniem musimy się zmierzyć – mówi Piotr Kondraciuk, Prezes Zarządu PolskiKoszyk.pl.

OC o 10% tańsze niż na początku roku

W maju br. znów sprawdziliśmy średnią składkę polis OC. Warto dowiedzieć się, czy ta przeciętna cena obowiązkowego ubezpieczenia nadal malała.

Wartość barometru cenowego z maja 2019 r. = 90↘ (wynik dla poprzedniego miesiąca: 91↘)

Komentarz ekspertów Ubea.pl: 

Informacje przedstawione na poniższym wykresie potwierdzają, że majowy spadek średniej składki OC (względem kwietnia br.) był jedynie minimalny. W kwietniu 2019 r. przeciętna składka OC oferowana online przez dziewięciu ubezpieczycieli współpracujących z Ubea.pl wynosiła 1474 zł. Stanowiło to 91% analogicznej wartości ze stycznia 2019 r. (stanowiącej punkt odniesienia dla kolejnych miesięcy). Właśnie dlatego kwietniowa wartość barometru cenowego Ubea.pl wyniosła 91. Analogiczny odczyt z maja 2019 r. to 90. Oznacza to, że średnia majowa składka OC uwzględniona przez Ubea.pl wyniosła 90% porównywanej kwoty ze stycznia 2019 r. „Konkretniej rzecz ujmując, OC oferowane przez dziewięciu ubezpieczycieli współpracujących z Ubea.pl, w maju kosztowało średnio 1459 zł. Bardzo zbliżony wynik został odnotowany w lutym 2019 roku, o czym świadczą dane z poniższego wykresu” – komentuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Ogólnie rzecz biorąc, można stwierdzić, że w maju 2019 r. średnie koszty zakupu ubezpieczenia OC przez Internet wróciły do poziomu z lutego 2019 r. Taka sytuacja oznacza brak wyraźnego spadkowego trendu, na który polscy kierowcy mogli liczyć po wyraźnych obniżkach widocznych w lutym br. (patrz poniższy wykres). Wydaje się, że właściciele samochodów powinni dostosować swoje oczekiwania dotyczące obniżek cen OC do bieżącej sytuacji rynkowej. Czynnikiem hamującym spadki składek jest szybki wzrost świadczeń wypłacanych z OC ofiarom wypadków. „Warto także wspomnieć o kolejnym dyscyplinującym liście (w sprawie poziomu składek OC), który ubezpieczyciele niedawno otrzymali od KNF-u. Zakłady ubezpieczeń muszą również brać pod uwagę ewentualną konieczność wypłaty dodatkowego świadczenia dla opiekunów ciężko rannych ofiar wypadku (będących ich bliskimi). Sąd Najwyższy już niebawem podejmie decyzję w sprawie takiej rekompensaty” – podsumowuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

OC o 10% tańsze niż na początku roku
Źródło: porównywarka ubezpieczeń Ubea.pl

Metodologia tworzenia barometru cenowego Ubea.pl: analizowany poziom średniej składki za OC (bez produktów pakietowych – np. NNW), wynika ze wszystkich kalkulacji, jakie użytkownicy Ubea.pl wykonali w ciągu miesiąca. Średnia składka ze stycznia 2019 r. (1624 zł) jest punktem odniesienia (wartość indeksu cenowego = 100). Analiza uwzględnia polisy tych ubezpieczycieli, którzy byli obecni na rynku w styczniu 2019 r. i do tej pory oferują ubezpieczenia OC.

Nowe przepisy dotyczące emisji CO2 w Europie – sztorm stulecia w europejskiej motoryzacji

Najpoważniejsze zagrożenie, z którym musi zmierzyć się przemysł samochodowy Europy, to nie brexit ani potencjalne amerykańskie cła, ale własne przepisy UE ograniczające emisję dwutlenku węgla (CO2).

 

  • Najpoważniejsze zagrożenie, z którym musi zmierzyć się przemysł samochodowy Europy, to nie Brexit ani potencjalne cła amerykańskie, ale własne przepisy unijne ograniczające emisję dwutlenku węgla (CO2).
  • Cele w zakresie emisji dwutlenku węgla mogą potencjalnie doprowadzić do niekorzystnego scenariusza dla przemysłu samochodowego tworząc jednocześnie wyzwania przemysłowe, finansowe i handlowe.
  • Strategia częściowego dostosowania się producentów samochodów umożliwi im spełnienie ich zobowiązań tylko w 30%: czas na zajęcie się problemem przez polityków i konsumentów.

Dnia 15 kwietnia 2019 r. po kilku posiedzeniach przedstawiciele Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej i Parlamentu Europejskiego zgodzili się[1] na zredukowanie średnich emisji CO2 w nowych samochodach osobowych o -15% w 2025 r., i o -37.5% w 2030 r., aby osiągnąć międzynarodowe cele określone w COP21/Porozumieniu paryskim. Nowe cele są najambitniejsze na świecie, surowsze niż pierwotne propozycje (-30% do 2030 r.) i większe niż oczekiwali producenci samochodów.

Nowy raport Euler Hermes pokazuje, że może to doprowadzić do niekorzystnej sytuacji w europejskim przemyśle motoryzacyjnym, stawiając przed nim wyzwania na trzech polach.

Po pierwsze, wyzwanie przemysłowe, ponieważ takie cele będą wymagać drastycznej korekty w proporcji stosowanych rozwiązań układu napędowego na rzecz pojazdów z alternatywnym źródłem zasilania (APV), mianowicie pojazdów elektrycznych (EV). Nasze opracowanie pokazuje, że udział w rynku nowych APV powinien przekroczyć 25%, aby spełnić wymogi przepisów europejskich – bez względu na kombinację udziałów w rynku samochodów o napędzie benzynowym i wysokoprężnym.

Po drugie, wyzwanie finansowe. Na podstawie danych z 2018 r. suma kar naliczonych dla globalnych producentów samochodów najbardziej zaangażowanych na rynku europejskim mogłaby osiągnąć poziom 30 mld euro. Do tego momentu, żaden z nich nie spełnił jeszcze wymagania celu CO2 w 2021. Ta kwota stanowi prawie 18% ich połączonego EBITDA i prawie połowę (45%) połączonych zysków netto osiągniętych w 2018 r. (67 mld euro). A należy jeszcze do tego dodać, iż korekta w proporcji stosowanych układów napędowych konieczna do spełnienia celu pociągnie za sobą znaczący wzrost kosztów produkcji (+7% do 2020 r. średnio dla zgodnego połączenia mixu układu napędowego).

Na końcu, wyzwanie handlowe ­– pełne przeniesienie dodatkowych kosztów produkcji na konsumentów doprowadzi do spadku (-9%) w sprzedaży samochodów do końca 2020 r., i –o 18% do 2025 r. Będzie to kosztować -0.1 pp zarówno francuskiego, jak i niemieckiego wzrostu PKB w 2019 i 2020 r., i zagrozi 160 tys. miejsc pracy. Ponadto, rosnąca konkurencja wśród producentów pojazdów EV (elektrycznych) dodatkowo obniży obroty i marże sektora motoryzacyjnego.

Producenci samochodów zrobią wszystko, co możliwe, aby uniknąć tej burzy stulecia, wykorzystując zgromadzone finansowe rezerwy i redukując koszty, poszukując “superkredytów”, wchodząc w porozumienia partnerskie zwane “poolami” i prowadząc dalszą konsolidację. Ta strategia częściowego dostosowania umożliwi im spełnienie zobowiązań tylko w 30%. W rezultacie, do końca 2020 r. prognozujemy: wzrost średnich cen samochodów o +2.6%, spadek liczby rejestracji nowych aut o -3.1%, spadek przychodów ze sprzedaży samochodów o 2.9 mld euro, zagrożenie dla 60 tys. miejsc pracy oraz prawie pewny fakt – producenci samochodów nie zdołają osiągnąć celów związanych z ograniczeniem emisji CO2.

Ponieważ europejski przemysł motoryzacyjny to 13% produkcji przemysłowej i 13,3 mln bezpośrednich lub pośrednich miejsc pracy, konsumenci i władze będą musieli coś z tym zrobić” – ocenił tę sytuację Maxime Lemerle, Szef Działu Badań Sektorowych i Badań nad Niewypłacalnością.

Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.
Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.

Jak ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka: „Branża motoryzacyjna odpowiada za 8-10% polskiego PKB a także za analogiczny wskaźnik zatrudnienia w polskim przemyśle.  Wszelkie wstrząsy w tak istotnej części gospodarki będą więc odczuwalne – nawet pomimo tego, iż jak dotąd dominująca w Polsce produkcja części a nie gotowych pojazdów wychodziła obronną ręką z zawirowań w europejskiej motoryzacji. Było to możliwe dzięki nie tylko wysokiej jakości i efektywności w relatywnie nowych na tle innych krajów europejskich zakładach, ale także dzięki niższym kosztom pracy, co przyczyniało się do lokowania produkcji w Polsce. Ta przewaga w ostatnich trzech latach uległa zmniejszeniu, dlatego spodziewany spadek zamówień oraz zwiększona presja cenowa ze strony odbiorców – producentów samochodów może wpłynąć na harmonijny jak dotąd rozwój sektora motoryzacyjnego w Polsce. Wyzwaniem przed nim stojącym była dotychczas (i jest nadal) zbyt mała wartość dodana – mały udział autorskich projektów i technologii wytwarzania. Gwałtowne zmiany w sektorze nie koniecznie będą sprzyjać nakładom na nowe, innowacyjne rozwiązania w polskiej motoryzacji – wykorzystywać je będą w pierwszej kolejności Ci, którzy już nimi dysponują”.

Popularne dzielnice na gdańskim rynku nieruchomości

Polska gospodarka zwolni – co z programami społecznymi?

Polska już od jakiegoś czasu rośnie bardzo szybko, w tempie 5 proc. rocznie. Taka sytuacja nie jest możliwa do utrzymania w dłuższej perspektywie. Nie decyduje o tym jedynie coraz większa niepewność w ujęciu globalnym. Niemożliwe jest, aby gospodarka rozwijała się aż tak dynamicznie przez bardzo długi czas. Oczekiwane spowolnienie jest więc naturalnym zjawiskiem. W tym roku prognozuje się wzrost na poziomie 4,5-5 proc. Za rok wynik ten będzie już znacznie mniejszy – około 3,5 proc., a potem ok. 3 proc.

– Nadal nie jest to słabe tempo. Aktualny potencjał wzrostu polskiej gospodarki to właśnie ok. 3 proc. – powiedział agencji eNewsroom Mateusz Walewski, główny ekonomista BGK. – Wynik powyżej tego poziomu będzie powodem do dumy. Gorszy wyniki będzie mógł budzić obawy, ale nie za duże. Gospodarka w pewnym momencie musi zwolnić, nie może zostać przegrzana. Po okresie szybkiego wzrostu nieunikniony jest spadek. Owoce dobrej kondycji rozwoju gospodarki w Polsce można przeznaczać na cele społeczne, co obecnie ma miejsce. Najważniejsze, aby miały one pokrycie w dochodach. W tej chwili jest to możliwe w dużej mierze dzięki uszczelnieniu systemu podatkowego. Jeśli uda się je utrzymać – co będzie bardzo trudne w okresie spowolnienia gospodarczego – programy fiskalne mogą mieć nawet funkcję stymulującą. Nie można jednak zapominać o niepewności, w kierunku której zmierza gospodarka światowa. W przyszłości mogą pojawić się globalne problemy – ocenił Walewski.

Jak 5G zmieni motoryzację

Większość z nas spotkała się z określeniem 5G, ale czy na pewno wiemy, o co dokładnie chodzi? Kilkudziesięciokrotnie wyższa prędkość od LTE i ogromna przepustowość pomogą rozwinąć komunikację aut i infrastruktury drogowej między sobą. Dzięki 5G i mnogości urządzeń sieciowych wizja dróg pełnych pojazdów autonomicznych staje się realna. Sprawdźmy zatem, kiedy technologia 5G będzie dostępna w Polsce, jakie mity towarzyszą jej wykorzystaniu w codziennym życiu i co z tego będziemy mieli my, kierowcy.

5G umożliwi połączenie z internetem nawet 100 urządzeń mobilnych na metr kwadratowy! To oznacza, że do wszędobylskich smartfonów i komputerów dołączą tysiące innych urządzeń – zaawansowanych systemów kontroli toru jazdy czy czujników umieszczonych przy drodze. Oczekiwaniu na sieć 5G towarzyszy jednak wiele mitów, które obala najnowszy raport Ericsson ConsumerLab*. Wskazuje on między innymi na brak krótkoterminowych korzyści z uruchomienia sieci 5G lub postrzeganie smartfonów jako jedynych urządzeń jakie skorzystają na nowej technologii.

Usługi i aplikacje 5G dla fanów motoryzacji

W raporcie Ericssona użytkownicy smartfonów przewidują, że większość aplikacji i usług 5G upowszechni się w ciągu 2-3 lat od uruchomienia sieci 5G. W przypadku motoryzacji największe zainteresowanie dotyczy użycia nowej technologii w samochodowych centrach rozrywki. W dalszej kolejności – z perspektywą wprowadzenia w 3-5 lat od wejścia 5G – są takie rozwiązania jak szyby wykorzystujące rzeczywistość rozszerzoną (AR) oraz pojazdy autonomiczne. 4 na 10 uczestników badania twierdzi, że dostęp do sieci 5G będzie dla kierowców tak samo ważny jak zużycie paliwa czy moc silnika.

„Technologia 5G zrewolucjonizuje motoryzację i przyspieszy wprowadzanie pojazdów autonomicznych. Korzyści z transmisji gigabajtów danych bez opóźnień wykraczają daleko poza oglądanie filmów 4k w podróży. Dzięki 5G, analizie danych i sztucznej inteligencji samochody zmienią swoją funkcjonalność. Dostarczą nowych wrażeń, wyręczą nas w wielu czynnościach i zadbają o bezpieczeństwo” – mówi Marcin Sugak, dyrektor ds. rozwoju w firmie Ericsson.

Konsumpcja danych w erze 5G będzie wielokrotnie wyższa. Według raportu Ericsson ConsumerLab, transfery danych w smartfonach podłączonych do sieci 5G wzrosną nawet 14-krotnie, a użytkownicy tygodniowo będą oglądać 3 godziny materiałów wideo więcej niż robią to obecnie. Trend będzie widoczny również w podróży, podczas której pasażerowie, ale również kierowca półautonomicznego pojazdu, będą pochłonięci ulubionym serialem.

Rzeczywistość rozszerzona i auta jak z gier komputerowych

Dzięki technologii 5G i rozwojowi rzeczywistości rozszerzonej przednia i boczne szyby samochodu zmienią się w ekrany prezentujące informacje z różnych źródeł. Na przykład wyświetlą komunikat z pobliskiej restauracji o ostatnim wolnym stoliku lub pomogą bezpiecznie wyprzedzić inny pojazd. Szyby w naszym aucie będą przypominać ekrany z najlepszych gier komputerowych. W raporcie Ericssona na liście wyczekiwanych rozwiązań z 5G znalazły się również tzw. przezroczyste auta. Brzmi jak magia, a w rzeczywistości polega na wykorzystaniu wielu kamer, transmisji danych w czasie rzeczywistym i zaawansowanego wyświetlacza. Dzięki temu nasz lub inny pojazd może być półprzezroczysty lub zniknie z pola widzenia. Dla wielu osób taka wizja to wciąż pomysł rodem z filmów science-fiction.

Kiedy 5G zawita do Polski?

Sama technologia jest już w Polsce dostępna, ale konieczne jest jeszcze przydzielenie odpowiednich pasm i częstotliwości. Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G. W Polsce pierwszym miastem z niej korzystającym będzie Łódź. Jeżeli plany wprowadzenia nowej technologii powiodą się, to sieć komercyjna 5G zacznie działać nad Wisłą około 2022 roku. Początkowo będzie dostępna w dużych miastach, na wszystkich autostradach i na najważniejszych drogach ekspresowych. Od 2015 roku Ericsson zainstalował juz ponad 3 mln stacji bazowych gotowych obsłużyć 5G. Instalacja stacji nowej generacji dotyczy także Polski. Technologia jest gotowa, a obecne ograniczenia wynikają z uwarunkowań prawnych.

Polityka wynagrodzeń w spółce giełdowej po zmianie prawa

Wkrótce wejdą w życie nowe zasady prawne odnoszące się do spółek giełdowych. Przepisy te dotyczą m.in. wynagradzania członków zarządu oraz rady nadzorczej. Zobacz, co będzie musiała zawierać polityka wynagrodzeń w spółce po zmianie prawa.

„Nowe przepisy wprowadzają szereg szczegółowych wytycznych określających, co w takiej polityce powinno się znaleźć. Powinny tam być opisane stałe i zmienne składniki wynagradzania, cele zarządcze, które menedżerowie zrealizowali i za które otrzymają wynagrodzenie, to, w jaki sposób polityka wynagrodzeniowa przekłada się na realizację strategii biznesowej podmiotu, i to, jak wynagrodzenia menedżerskie odnoszą się do wynagrodzeń i warunków pracy innych pracowników” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Karol Raźniewski, associate partner w EY.

O przyjęciu polityki wynagrodzeń będzie decydować walne zgromadzenie akcjonariuszy. Zadaniem rady nadzorczej będzie z kolei coroczne sporządzanie sprawozdania z jej realizacji. Siłą rzeczy w czynności związane z polityką wynagrodzeń będą zaangażowani również menedżerowie będący członkami zarządu, którzy będą uczestniczyć w organizacji walnego zgromadzenia i przygotowywaniu projektów dokumentów. W spółce będą mogły je tworzyć dział HR, dział prawny, dział relacji inwestorskich czy biuro zarządu. O tym, kto będzie ponosił odpowiedzialność za powstawanie tych dokumentów, będzie stanowić już sama spółka.

Minister rolnictwa: Mamy wielką suszę hydrologiczną. Od sierpnia uruchamiamy program nawodnień w rolnictwie wart 1 mld zł

Minister rolnictwa: Mamy wielką suszę hydrologiczną. Od sierpnia uruchamiamy program nawodnień w rolnictwie wart 1 mld zł 1

Połączenie coraz częstszych okresów wysokich temperatur i niewielkich opadów powoduje, że susza dotyka kraj co roku. Bardzo złą sytuację ogólną pogarszają dodatkowo bezśnieżne zimy oraz suche jesienie. Już teraz susza dotknęła w Polsce osiem województw, w niektórych regionach plony mogą być nawet o kilkadziesiąt procent niższe. W sierpniu zostanie uruchomiony nowy program nawodnień w rolnictwie. Skorzystają na nim gminy najbardziej poszkodowane przez suszę w ostatnich latach – zapowiada Jan Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

– W Polsce nie ma od wielu lat sytuacji bezpiecznej w zakresie zasobów wody. Brakuje wody w Polsce, jej poziom w glebach się obniża. Natomiast w tym roku ostatnie deszcze właściwie proces tej postępującej suszy powstrzymały. Drżę, żeby nie utrzymały się przez dwa tygodnie, czy krócej, czy dłużej, bardzo wysokie temperatury, które powodują zwiększenie ewapotranspiracji, bo wtedy susza może się rzeczywiście bardzo wyraźnie pokazać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

System Monitoringu Suszy Rolniczej podaje, że w okresie od początku kwietnia do końca maja suszę rolniczą stwierdzono w ośmiu województwach. Najgorsza sytuacja jest na terenie Pojezierza Lubuskiego, na Równinie Kutnowskiej czy na Pobrzeżu Szczecińskim. Zagrożone są przede wszystkim zboża jare, ozime oraz uprawy truskawek. Jeśli jednak wysokie temperatury będą się utrzymywać, a opady będą niewielkie, to susza będzie się pogłębiać i obejmie znacznie więcej regionów.

– Są takie obszary w naszym kraju, gdzie deszcz nie padał już dłużej niż miesiąc. Natomiast w dużym stopniu także zależy od gleb, jeżeli gleby są piaszczyste, z małą ilością substancji humusowej, znacznie szybciej wysychają i znacznie bardziej naraża to plon rolniczy. Natomiast dramat jest w całej Polsce, my w zeszłym roku mięliśmy bardzo wielką suszę, mówi się o suszy stulecia. Bardzo mocno obniżył się poziom wód gruntowych, mieliśmy bezśnieżną zimę, w związku z tym nie było tej dostawy wody do zasobów wód gruntowych, mamy znaczące obniżenie się poziomów wód gruntowych w wielu regionach Polski – tłumaczy dr hab. Zbigniew Karaczun, Katedra Ochrony Środowiska SGGW w Warszawie.

Z danych FreeMeteo.pl wynika, że w kwietniu w części regionów spadło zaledwie 1,7 mm – to tyle, ile średnio pada na obszarach pustynnych. Dodatkowo dzięki ocieplaniu klimatu znacznie łagodniejsze są zimy – brak śniegu sprawia zaś, że do gleby dostaje się znacznie mniej wody. Już teraz obserwuje się zanikanie największego dorzecza Warty – Noteci, cofnięcie się brzegu Jeziora Wilczyńskiego o kilka metrów. W Puszczy Białowieskiej obniżenie poziomu wód gruntowych powoduje stopniowe wymieranie świerku. Same opady sytuacji nie poprawią.

– Mamy wielką suszę hydrologiczną, ucieka nam woda gruntowa. Nie potrafimy zatrzymywać wody. Dramatycznym pomysłem jest betonowanie polskich rzek, budowanie autostrad rzecznych, bo to jeszcze bardziej przyspieszy spływ wód. Pilnie potrzebujemy programu małej retencji, retencji na terenach wiejskich, odbudowania małych zbiorników wodnych, odbudowywania małych terenów podmokłych czy w ogóle jakby terenów podmokłych, utrzymywania zadrzewień śródpolnych, bo to są wszystko zbiorniki retencyjne. Bez tego polskie rolnictwo naprawdę czeka dramat – przestrzega Zbigniew Karaczun.

Ekolodzy już od lat alarmują, że pustynnieje województwo łódzkie. Dokument opracowany przez Ministerstwo Środowiska „Polityka ekologiczna państwa 2030” wskazuje, że według szacunków na 90 proc. terytorium województwa już teraz istnieje ryzyko zagrożenia wystąpienia opadów poniżej 400 mm rocznie. Stale zagrożone suszą,oprócz łódzkiego, są także obszary Kujaw czy pojezierzy Dobrzyńskiego i Chełmińskiego.

Z powodu suszy ceny niektórych warzyw i owoców wzrosły o kilkaset procent w ciągu roku. Cierpią też rolnicy – części upraw może już nie dać się uratować, dlatego resort rolnictwa zapowiada nowy system wsparcia.

– Od sierpnia uruchamiamy nowy program nawodnień w rolnictwie, na razie jest na to 400 mln przeznaczone, cała pula to miliard złotych. Muszę zacząć od tych gmin, które były najbardziej dotknięte suszą w kolejnych latach i taki raport na podstawie danych Younga jest przygotowywany, tam będziemy dofinansowywali nawodnienia w gospodarstwach rolnych. Minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej od przyszłego roku uruchamia bardzo duży program dużej retencji w Polsce, która również będzie przydatna dla obszarów wiejskich – podkreśla an Krzysztof Ardanowski.

Zgodnie z zapowiedziami w pierwszej kolejności wsparcie mają otrzymać gminy, które były najbardziej poszkodowane przez suszę w ostatnich latach.

Z kolei Program Rozwoju Retencji to pierwszy w historii kompleksowy program, który ma zwiększyć retencjonowanie wody w Polsce oraz minimalizować skutki powodzi i suszy. Cały program o szacunkowej wartości 12 mld zł ma zwiększyć współczynnik retencji wód w Polsce z obecnych 6,5 proc. do 15 proc.. Plan ma obejmować wiele elementów, m.in. zbiorniki retencyjne, retencję naturalną, hydroenergetykę czy meliorację.

Branża piwowarska w Polsce przechodzi rewolucję. Radykalnie zmieniły się upodobania konsumentów

Branża piwowarska w Polsce przechodzi rewolucję. Radykalnie zmieniły się upodobania konsumentów 2

W ubiegłym roku segment piw bezalkoholowych w Polsce zanotował 80-procentowy wzrost sprzedaży – była to najwyższa dynamika na całym europejskim rynku. W tym roku branża spodziewa się podobnego, być może nawet trzycyfrowego wzrostu. Piwa nisko- i bezalkoholowe to obecnie najbardziej perspektywiczny segment piwnego rynku. Rośnie on kosztem piw mocnych wysokoalkoholowych – ich spożycie oscyluje już wokół marginalnego poziomu. Polska branża piwowarska – która jest trzecim największym w Unii Europejskiej producentem – musi szybko reagować na radykalną zmianę upodobań konsumentów. Z drugiej strony – jest pod silną presją kosztową, wywołaną m.in. wzrostem cen surowców i kosztów pracy oraz zapowiedzią podwyżki akcyzy. 

– Polski przemysł piwowarski jest w dobrej kondycji, ta branża w ostatnich latach bardzo urosła, rozwinęła się. Jej całościowy wkład do polskiego PKB szacujemy na ponad 20 mld zł, jest to ważny pracodawca. Ta branża jest także liderem jeśli chodzi o produkty szybko zbywalne na rynku spożywczym, generuje duży obrót zwłaszcza w najmniejszych sklepach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartłomiej Morzycki, Dyrektor Generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego.

Polska jest trzecim co do wielkości producentem piwa w Europie – średnio co dziesiąte piwo dostępne na europejskim rynku jest ważone w Polsce. Branża generuje ponad 157 tys. miejsc pracy, płaci rocznie 11 mld zł podatków, co roku kupuje też u swoich poddostawców produkty i usługi za przeszło 6,5 mld zł. Jak podkreśla dyrektor ZPPP – branża piwowarska ma szeroko rozbudowany łańcuch wartości i jest znaczącą gałęzią polskiej gospodarki.

Prezes Stowarzyszenia Regionalnych Browarów Polskich Andrzej Olkowski dodaje, że w ostatnich latach zachodzi w niej rewolucja, spowodowana zmianami w upodobaniach konsumentów. Rozwijają się segmenty kojarzone z tzw. piwną rewolucją – czyli piwa niepasteryzowane, mocno chmielone, smakowe, ale również nisko- i bezalkoholowe, tzw. zerówki.

– Klienci poszukują piw ciekawych – i to zarówno na rynku polskim, jak i europejskim. Ciekawe piwo to pojęcie bardzo szerokie i wiele można w nim zmieścić. Ostatnie dwa lata to eksplozja sprzedaży piw bezalkoholowych, z zerową zawartością alkoholu, ale rosną również piwa mocno chmielone, owocowe, ale z prawdziwymi owocami, z dodatkiem owoców tropikalnych, z dodatkiem miodu. Słowem: piwa inne niż jasny lager – mówi Andrzej Olkowski.

– Piwowarstwo w ogóle – w Polsce i w całej Europie, zwłaszcza w krajach „piwnych” – przechodzi dynamiczne zmiany. Zmienia się produkt, jakim jest piwo, ale zmienia się też konsument, który dzisiaj oczekuje czegoś całkiem innego. W Polsce konsumuje się coraz mniej mocnych piw wysokoalkoholowych – to jest już margines rynku. Zyskują natomiast piwa niskoalkoholowe, radlery. Z kolei najszybciej rosnącą częścią rynku są piwa całkiem bezalkoholowe – dodaje Bartłomiej Morzycki.

Jak podkreśla, w ubiegłym roku segment piw bezalkoholowych w Polsce zanotował 80-procentowy wzrost sprzedaży i była to najwyższa dynamika na całym europejskim rynku. W tym roku branża spodziewa się podobnego, być może nawet trzycyfrowego wzrostu.

– W tym tempie za 3 do 5 lat w Polsce co dziesiąte piwo będzie już piwem bez alkoholu. To potwierdza trend, który wynika z badań konsumenckich. Dziś konsumenci szukają w piwie przede wszystkim smaku, a nie alkoholu. Czyli – piją tyle samo, natomiast proporcja spożycia alkoholu się zmienia, coraz większą część stanowią piwa bezalkoholowe – mówi Bartłomiej Morzycki.

Innym, wyraźnym trendem w branży piwowarskiej jest w tym momencie premiumizacją, która oznacza, że wartość rynku rośnie znacznie szybciej niż zmiany wolumenowe. W ubiegłym roku rynek zanotował wzrost rzędu 3-4 proc., natomiast jego wartość zwiększyła się o blisko 8 proc.

– Na ten efekt złożyła się premiumizacja, czyli większy odsetek piw z wyższej półki. Konsumenci piwa coraz częściej eksperymentują, poszukują piwnych nowości, piwnych specjalności i coraz chętniej, odważniej sięgają po piwa nowe, z wyższej półki – mówi Bartłomiej Morzycki.

Dyrektor Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego podkreśla również, że piwo jest produktem o tradycyjnym charakterze, z kilkusetletnią tradycją i – mimo różnych trendów i zmian w upodobaniach konsumentów – piwo, jako produkt sam w sobie, zachowa swój tradycyjny charakter.

– Jednym z trendów konsumenckich jest właśnie powrót do dawnych smaków, odszukiwanie dawnych receptur. Patrząc np. na ofertę mikrobrowarów – ich pomysł na biznes często opiera się na wykorzystaniu receptur sprzed dziesiątek czy setek lat i powrót do takiego tradycyjnego ważenia. Myślę, że piwo w gruncie rzeczy zachowa tradycyjny charakter, natomiast zawsze będzie podlegało pewnym modom konsumenckim. W tej chwili takim trendem jest chęć bycia zdrowym, dbania o sylwetkę, co tłumaczy popularność piw zerówek. One mają mniej kalorii, mogą być spożywane przez osoby aktywne fizycznie. Jako browary, staramy się nadążać za tymi trendami i jednocześnie wpływać na nie – ocenia Bartłomiej Morzycki.

Jak podkreśla, jednym z wyzwań dla branży są obecnie rosnące koszty, co wiąże się m.in. z podwyżką cen energii, surowców i kosztów pracy. Wszystkie te czynniki powodują, że cena piwa jest pod silną presją kosztową.

– Dostępność i cena surowców, dostępność wody – to są rzeczy kluczowe dla przyszłości branży. Patrząc na lokalny, polski rynek – także gospodarka odpadami, recykling, obieg zamknięty to wszystko są kwestie, które nas dotyczą, ponieważ jesteśmy branżą, która dostarcza na rynek setki milionów, a nawet miliardy butelek i puszek. Jesteśmy jedyną w Polsce branżą, która na taką skalę organizuje rynek butelki zwrotnej. 50 proc. piwa jest sprzedawane w butelkach zwrotnych, to jest na polskim rynku jedyny taki przypadek – podkreśla Bartłomiej Morzycki.

Branża piwowarska jest też szczególnie wrażliwa na zmiany regulacyjne – zwłaszcza te dotyczące akcyzy i obszaru polityki zdrowotnej. Dlatego istotne jest, żeby wszelkie nowe zmiany w przepisach były przewidywalne i nie zakłócały funkcjonowania rynku.

– Obawiamy się podwyżki akcyzy – ale tylko wtedy, jeżeli byłaby ona niesprawiedliwie lub nierówno wprowadzona. Jeżeli podwyżka akcyzy będzie na poziomie, jaki zapowiadało Ministerstwo Finansów i dotknie wszystkie branże alkoholowe w tym samym stopniu – wówczas będzie to jakiś czynnik kosztotwórczy, ale sprawiedliwie podzielony. Bardziej obawialibyśmy się, gdyby nastąpiła jakaś zmiana systemu liczenia akcyzy, ale nie sądzę, żeby to miało miejsce – mówi Andrzej Olkowski, prezes Stowarzyszenia Regionalnych Browarów Polskich.

Zbigniew Sikorski, przewodniczący Sekretariatu Przemysłu Spożywczego Niezależnego Samodzielnego Związku Zawodowego „Solidarność” dodaje, że wzrost akcyzy – w połączeniu ze wzrostem cen surowców i rosnącą presją kosztową w branży piwowarskiej – może odbić się także na sytuacji pracowników zatrudnionych w tym sektorze.

– Regulacje dotyczące szykowanego wzrostu akcyzy stanowią pewne zagrożenie dla pracowników w przyszłości. Branża się rozwija doskonale, potrafi wyczuć czego oczekują klienci na rynku i odpowiednio przestawić swoją produkcję. W mojej ocenie nie ma rzeczywistych podstaw, żeby tę akcyzę podnosić, bo czemu robić coś nowego, jeśli stare funkcjonuje dobrze? – mówi Zbigniew Sikorski.

Polacy nie potrafią odpoczywać na wakacjach. Prawie 40 proc. nie odcina się od pracy podczas urlopu

Polacy nie potrafią odpoczywać na wakacjach. Prawie 40 proc. nie odcina się od pracy podczas urlopu 3

36 proc. Polaków nie umie zapomnieć o pracy podczas wakacyjnego wyjazdu. Efekt jest taki, że po wakacjach wracamy jeszcze bardziej zmęczeni, niż byliśmy przed urlopem. Kluczowa jest tutaj czysta głowa oraz umiejętność zapomnienia, choć na chwilę, o pracy. Ważny jest relaks, robienie tego, co faktycznie sprawia nam przyjemność, oraz spędzanie czasu z bliskimi – doradza dr Karolina Oleksa-Marewska, psycholog z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. Część osób traktuje wypoczynek jako kolejny obowiązek i zapomina o własnych potrzebach, a w czasie urlopu nadal robi to, co uważa, że musi lub powinna robić. Tylko bez nakładania na siebie niepotrzebnej presji, urlop ma szansę spełnić swoją funkcję – przekonuje psycholog.

– Wypoczynek powinniśmy zaplanować z wyprzedzeniem, aby nie przeskakiwać nagle z trybu zadań służbowych na tryb urlopowy. Jeśli to przejście jest nagłe, to często rozpoczynamy urlop, mając jeszcze w głowie sporo spraw, których nie udało się nam zakończyć. Myślimy wtedy o rzeczach, które powinniśmy zrobić i tym samym cały czas jesteśmy przemęczeni psychicznie. A przecież tak naprawdę odpoczywamy przede wszystkim w naszej głowie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjnej Newseria Biznes dr Karolina Oleksa-Marewska, psycholog z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Blisko połowa Polaków uważa, że jesteśmy najbardziej zestresowanym narodem w Europie. Dla 37 proc. głównym źródłem stresu jest praca. Urlop nie zawsze jest rozwiązaniem – podczas wypoczynku myślimy o niedokończonych projektach oraz o tym, co czeka nas po powrocie. Monitor Rynku Pracy Instytutu Badawczego Randstad wskazuje, że 36 proc. Polaków nie potrafi zapomnieć o pracy podczas wakacyjnego wyjazdu. Dr Karolina Oleksa-Marewska wskazuje, że aby wypoczynek mógł spełnić swoją rolę, potrzebne jest odpowiednie przygotowanie mentalne oraz dbałość o fizyczny relaks i odpowiednie towarzystwo.

– Ważne jest, żebyśmy mieli czystą głowę, bo wtedy możemy myśleć pozytywnie i nie przejmować się pracą. Każdy z nas doświadczył przecież sytuacji, w której po powrocie do domu zastanawiał się jeszcze, czy dobrze napisał raport, czy odpowiedział na wszystkie e-maile, czy są tematy, które musi dokończyć następnego dnia. Wtedy, nawet jeśli bardzo chcemy odpocząć i spędzić czas z rodziną, to nam się to nie uda, bo służbowe myśli będą nam krążyć z tyłu głowy – tłumaczy psycholog z WSB w Poznaniu.

Eksperci radzą, aby przed urlopem załatwić możliwie jak najwięcej spraw, a w czasie wypoczynku nie myśleć o czekających nas obowiązkach. Jednak nie zawsze jest to możliwe. Monitor Rynku Pracy wskazuje, że 60 proc. pracowników otrzymało od przełożonych polecenie, aby w czasie urlopu byli pod telefonem, co trzeci zaś miał obowiązek natychmiastowego odpowiadania na służbowe telefony i e-maile.

Dobry wypoczynek łączy się także z fizycznym relaksem. Dla każdego może oznaczać on coś innego, jednak zdaniem ekspertki błędem jest korzystanie, w czasie urlopu z tabletów i smartfonów oraz przeglądanie mediów społecznościowych. Taka aktywność może co prawda pomóc nam się odprężyć, ale ostatecznie nie pozwala odpocząć naszemu mózgowi, który jest atakowany przez zbyt dużą liczbę bodźców.

– Robimy częsty błąd, gdy w czasie wakacji lub weekendu, który spędzamy w domu, sięgamy po telefon czy komputer – ocenia Oleksa. – Warto zadbać o aktywny wypoczynek fizyczny. Każdy z nas ma inny styl odpoczywania. Jeden uwielbia chodzić na basen lub jeździć rowerem, ale są też osoby, które po prostu lubią przesiadywać w domu na kanapie i to też jest okej. Najważniejsze, żebyśmy dali swoim oczom i umysłowi odpocząć. Lepiej więc sięgnąć po książkę, czy po prostu zafundować sobie krótką drzemkę – są to proste metody, dzięki którym nasze ciało może się zrelaksować.

Kluczowa jest jest też dbałość o towarzystwo i prawdziwe kontakty, które są alternatywą dla rozmów prowadzonych przez komunikatory internetowe.

– Mamy różne narzędzia – telefony, laptopy, tablety, ale de facto brakuje nam kontaktu typowo fizycznego, takiego czysto relacyjnego. Jeżeli spędzamy czas z osobami, które są nam bliskie, to możemy się trochę wygadać, wyżalić, pośmiać, pożartować. Okazuje się, że są to bardzo istotne dla nas bodźce, bardzo nam potrzebne. Jeśli możemy sobie pozwolić wyłącznie na krótki urlop, ale za to spędzimy go z kimś, kogo lubimy, to i tak jesteśmy w stanie naładować nasze baterie – przekonuje psycholog.

Współczesnym problemem jest również to, że wypoczynek traktujemy jako nasz kolejny obowiązek. Zamiast robić rzeczy, które rzeczywiście sprawiają nam przyjemność, to kierujemy się opinią innych i tym co wypada, a co nie. Dlatego zamiast leniwego wypoczynku nad morzem wybieramy zwiedzanie i odhaczanie kolejnych punktów na liście atrakcji czy mapie świata.

– Sami sobie narzucamy presję wewnętrzną i niestety ta presja nas mocno męczy. Jeżeli chcemy odhaczyć dużą liczbę spotkań rodzinnych, podczas których nie zawsze jesteśmy naturalni i uśmiechamy się tylko dlatego, aby dobrze wypaść, to w efekcie zamiast odpocząć, jeszcze bardziej siebie męczymy. Dlatego warto unikać takich czynności, których nie lubimy robić. Warto też unikać presji, jaką sami sobie narzucamy oraz osób, które są dla nas w jakiś sposób toksyczne – wymienia ekspertka.

Duże znaczenie ma też długość odpoczynku. Według różnych opinii urlop powinien trwać 8 dni albo trzy tygodnie. W tej krótszej wersji, na adaptację do nowych warunków przeznaczmy 2–3 dni, a dopiero później naprawdę odpoczywamy. Przy 3-tygodniowym urlopie, pierwszy tydzień ma nas odstresować i pomóc zapomnieć o obowiązkach, w drugim będziemy w pełni korzystać z wolnego, w trzeci powoli przygotowywać się na powrót do pracy.

– Dobrze wypocząć możemy nawet w tydzień. Bardzo istotne jest, abyśmy się do tego przygotowali, tzn. zamknęli maksymalnie dużo tematów przed wyjazdem. Po drugie, wybrali miejsce, które faktycznie nas interesuje – jeżeli naprawdę mamy ochotę pojechać w góry, to zróbmy to. Po trzecie, wybierzmy towarzystwo osób, z którymi czujemy się dobrze – podsumowuje Oleksa.

Część z nas ma potrzebę oznaczenia się w trakcie urlopu w mediach społecznościowych i pokazywania miejsc, w których przebywamy. W ten sposób chcemy wzbudzać zazdrość wśród naszych znajomych.

– Jeśli cały czas jesteśmy podłączeni do portali społecznościowych i czujemy presję, że musimy opublikować zdjęcia z kolejnej wycieczki, to w efekcie na naszym urlopie jesteśmy bardziej w sferze wirtualnej niż rzeczywistej. Nie mamy poczucia, że jesteśmy tu i teraz i że możemy odpocząć. Cały czas myślimy o tym, aby wyszło dobre zdjęcie, aby było najlepsze światło oraz zastanawiamy się, czy zrobiliśmy odpowiedni uśmiech albo pozę. W takiej sytuacji nasz mózg jest przeciążony procesami myślowymi i nie ma chwili wytchnienia. A wystarczy popatrzeć na wodę, na góry, wziąć głęboki oddech – tego nam naprawdę dzisiaj brakuje – przekonuje dr Karolina Oleksa-Marewska.

Niektórzy nastoletni blogerzy i vlogerzy mogą liczyć na spore zarobki. Z aktywnością w sieci wiążą swoje plany na przyszłość

Niektórzy nastoletni blogerzy i vlogerzy mogą liczyć na spore zarobki. Z aktywnością w sieci wiążą swoje plany na przyszłość 4

Nastoletni twórcy w internecie bardzo poważnie traktują swoją działalność, wkładając w nią dużo zaangażowania i przy okazji zdobywając przydatne kompetencje cyfrowe i społeczne. Przeważająca większość traktuje prowadzenie bloga czy vloga jako bezpośredni wstęp do przyszłej kariery zawodowej albo przynajmniej perspektywiczne hobby. Pozytywny feedback ze strony odbiorców daje twórcom duży impuls do samorozwoju, niezależność, możliwość zdobywania nieograniczonej wiedzy, a w wielu przypadkach także konkretnych pieniędzy – wynika z raportu NASK „Pozytywny internet i jego młodzi twórcy”.

Młodzi ludzie podejmują swoją aktywność w sieci przede wszystkim dlatego, że chcą pokazać, co potrafią, podzielić się swoimi zainteresowaniami i pasjami. Chcą służyć radą innym. Zachęcają ich do tego przede wszystkim rówieśnicy, w mniejszym stopniu rodzice czy nauczyciele – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Bochenek, dyrektor Pionu Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego w NASK.

Z kolei głównym powodem, dla którego po początkowych etapie młodzi twórcy kontynuują swoją działalność, jest pozytywna reakcja ze strony ich odbiorców. Autorzy raportu podkreślają, że nastolatki bardzo poważnie traktują swoją działalność w sieci, wkładając w nią dużo zaangażowania i przy okazji zdobywając przydatne kompetencje cyfrowe i społeczne.

Mówimy o szeroko rozumianych kompetencjach społecznych, samorozwoju, samodoskonaleniu, ale również o umiejętnościach potrzebnych do kreowania swojego bloga, tworzenia treści potrzebnych do przekazywania różnego rodzaju materiałów – mówi Agnieszka Wrońska, doradca dyrektora NASK ds. rozwoju społeczeństwa informacyjnego.

Kompetencje, które młodzi ludzie zdobywają w sieci, są zróżnicowane: od znajomości różnego rodzaju programów, narzędzi, przez kompetencje językowe, po kompetencje społeczne, takie jak radzenie sobie z trudnym odbiorcą, hejtem, umiejętność negocjacji. Tego młodzi ludzie uczą się dzięki obecności w sieci – dodaje Marta Witkowska, psycholog z Akademii NASK.

Jak podkreśla, aktywność w sieci i pozytywny feedback ze strony odbiorców dają młodym twórcom bardzo duży impuls do samorozwoju, niezależność, możliwość zdobywania nieograniczonej wiedzy, a w wielu przypadkach także konkretnych pieniędzy.

– Internet jest dla nich poligonem doświadczalnym, na którym mogą się sprawdzić, pokazać siebie i zyskać dużo dobrego, choć czasem także sporo hejtu –podkreśla Marta Witkowska.

– Czy oni sobie radzą z hejtem? Nie jest to łatwe, ale po pewnym czasie uodporniają się. Mówią: „początkowo było trudno, nie wiedziałem, co robić, ale po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że może warto sobie z tym jakoś poradzić”. Robią to samodzielnie lub z pomocą swoich przyjaciół, grona rówieśniczego. Nabierają dzięki temu przekonania, że to, co robią, jest dobre, wartościowe i hejt im w tym nie przeszkodzi. Ale niewątpliwie jest to wyzwanie dla młodych ludzi – mówi Marcin Bochenek.

Raport NASK „Pozytywny internet i jego młodzi twórcy” pokazuje też, że aktywność młodych w sieci mocno przekłada się na relacje – zarówno te w świecie offline, jak i online. Wbrew powszechnemu przekonaniu nastolatki kreatywnie zaangażowane w tworzenie własnych treści w internecie nie tracą kontaktów ani relacji społecznych w prawdziwym życiu.

Te kontakty z rówieśnikami ze szkoły czy podwórka zostają, są bardzo ważne i bardzo wzmacniające, ale rozwijają się także kontakty w online, w świecie, gdzie nie istnieją granice krajów. Dzięki temu młodzi budują szerokie sieci współpracy i kontaktów z ludźmi z całego świata, przełamują bariery językowe, stają się obywatelami świata – mówi Marta Witkowska.

Jak wynika z raportu NASK, przeważająca większość nastolatków traktuje swoją aktywność w sieci albo jako bezpośredni wstęp do przyszłej kariery zawodowej albo przynajmniej perspektywiczne hobby, które w przyszłości może się przekształcić w coś więcej i stać się źródłem zarobków.

– Jest stosunkowo niewielka grupa młodych ludzi, którzy mówią: „to zawsze będzie tylko hobby, nigdy praca”. Ryzykujemy taką hipotezę, że jednak większość chętnie widziałaby się w roli zawodowego twórcy internetowego. Część z nich już w tej roli jest, nierzadko zarabiają solidne pieniądze – mówi Marcin Bochenek.

Bardzo interesującym elementem naszych badań są też porady, jakich udzielali młodzi twórcy tym, którzy dopiero rozpoczynają swoją działalność w internecie. Przekazują kilka zasad, o tyle interesujących, że są one bardzo dojrzałe. Podstawowe rady to: skup się na swoich marzeniach, realizuj pasję, ale jednocześnie bądź oryginalny, nie kopiuj pomysłów, miej własny pomysł na siebie. Bądź cierpliwy w oczekiwaniu na sukces, ale jednocześnie odporny na krytykę – dodaje Agnieszka Wrońska.

Raport „Pozytywny internet i jego młodzi twórcy” jest pierwszym w Europie tak kompleksowym opracowaniem, badającym zaangażowanie młodych ludzi w internecie. Wszystkie wcześniejsze publikacje na ten temat skupiały się bowiem na kwestii cyberzagrożeń czy negatywnych zachowań w sieci. Przez ponad rok NASK prowadził badania dotyczące młodych twórców internetowych. Wzięła w nich udział grupa 100 nastolatków w wieku 13–18 lat, którzy są ponadprzeciętnie aktywni w internecie i mediach społecznościowych, prowadzą własne blogi lub vlogi i na swoich kanałach internetowych piszą lub mówią m.in. o modzie, sztuce, makijażu, fotografii, sporcie, podróżach, serialach, muzyce czy literaturze.

Prezes Radia Kolor: Wszystkie stacje prywatne są przeciwne cyfryzacji. Jednak to projekt nie do zatrzymania

0

Prezes Radia Kolor: Wszystkie stacje prywatne są przeciwne cyfryzacji. Jednak to projekt nie do zatrzymania 5

– Cyfryzacja radiofonii w systemie DAB+ jest procesem nie do zatrzymania, mimo że większość dużych rozgłośni jest jej przeciwna – mówi Alina Strześniewska, prezes Radia Kolor. Dodaje, że w tej chwili są na próbnych emisjach we Wrocławiu i w Gdańsku, a już w przyszłym tygodniu będą składać wniosek na Warszawę. O planach dotyczących cyfryzacji szefowa Radia Kolor mówiła podczas odbywającej się w tym tygodniu gali rozdania nagród Grube Ryby 2019, połączonych z 26. urodzinami rozgłośni.

– Wchodzimy w erę radia cyfrowego. Przyznam od razu, że wszyscy radiowcy – zaczynając od dużych sieci po stacje lokalne – jesteśmy temu przeciwni, bo w tej chwili internet jest taki wspaniały, że każdy ma w telefonie radio, jakie chce. Natomiast ten system jest testowany w Polsce już od wielu lat, Polskie Radio również prowadzi testy i ogromne pieniądze na to poszły. Wydaje się, że jest to już projekt nie do zatrzymania, więc oczywiście wsiadamy do tego pociągu również my – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Alina Strześniewska, prezes Radia Kolor.

System DAB+ (Digital Audio Broadcasting Plus) to najnowocześniejsza w tej chwili technologia radiofonii, która pozwala rozgłośniom nadawać w systemie cyfrowym, zamiast dotychczasowego, analogowego. Cyfryzacja radia w Polsce to jeden ze strategicznych celów Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji do 2022 roku, proces koncesyjny ma dotyczyć miejsc na multipleksach lokalnych w 34 miastach w Polsce. W ubiegłym roku KRRiT przedstawiła szczegółowe założenia do planu cyfryzacji radiofonii w Polsce w systemie DAB+. Duże, komercyjne stacje z dużym dystansem ustosunkowały się do tej strategii.

– My radiowcy – zaczynając od dużych sieci, Zetki, RMF-u czy Agory – wszyscy jesteśmy przeciwni, ponieważ to są zbędne koszty i dzisiaj wszyscy mamy dostęp do jakiejkolwiek stacji chcemy przez komórki – podkreśla Alina Strześniewska.

Obecnie w technologii DAB+ nadają jedynie publiczne stacje radiowe Polskiego Radia, a ich zasięg obejmuje głównie okolice większych miast. Polskie Radio, jako pierwsze w Polsce i w tej części Europy, rozpoczęło nadawanie w jakości cyfrowej 1 października 2013 roku. W maju przewodniczący KRRiT Witold Kołodziejski określił Polskie Radio mianem „pioniera, jeśli chodzi o technologię DAB+”.

– Będziemy się rozwijać i tak jak powiedziałam, wsiadamy do tego pociągu i składamy koncesję o kolejne miasta – mówi Alina Strześniewska – W tej chwili jesteśmy na próbnych emisjach we Wrocławiu i w Gdańsku, a już w przyszłym tygodniu będziemy składać wniosek na Warszawę.

Jak podkreśla, proces cyfryzacji radia wydaje się już nie mieć odwrotu, ale jest on obliczony na długie lata.

– To będzie długi proces, on potrwa na pewno kilka lat, ponieważ – żeby odbierać radio cyfrowe – musimy też mieć odbiorniki cyfrowe. One są już w tej chwili w bardzo przystępnych cenach, więc myślę, że nie będzie to problemem. Natomiast z drugiej strony – nie ma też oferty programowej, bo jest tylko Polskie Radio 24 w internecie i dwie inne stacje, które mają naprawdę niską słuchalność. Tak więc cały proces musi zajść równolegle, czyli producenci odbiorników i my, radiowcy, musimy przygotować fajną ofertę, żeby ludzi skłonić do zakupu tych odbiorników – mówi Alina Strześniewska.

Szefowa Radia Kolor ocenia też, że – mimo licznych głosów wróżących zbliżający się koniec tego medium – radio nadal ma w Polsce silną, stabilną pozycję. Według badań słucha 92 proc. Polaków słucha go co najmniej raz w tygodniu, a 72 proc. robi to codziennie.

– Śmierć radia wróżono już w latach 50., kiedy weszła telewizja. Nie wierzę w to, sama, będąc w Stanach Zjednoczonych, słuchałam radia satelitarnego, czyli muzyki bez żadnego DJ-a. To się nie sprawdzi, wszyscy potrzebujemy mieć kontakt z żywym człowiekiem, wiedzieć, że jest ktoś z drugiej strony i w razie czego, jeżeli coś się wydarzy, będziemy o tym na bieżąco informowani. Radio ma się naprawdę dobrze – mówi Alina Strześniewska.

O planach dotyczących cyfryzacji szefowa Radia Kolor mówiła podczas odbywającej się w tym tygodniu gali rozdania nagród Grube Ryby 2019. Statuetki powędrowały do laureatów w sześciu kategoriach, przy czym w pięciu z nich ostateczny werdykt należał do słuchaczy, którzy między 13 maja a 3 czerwca oddawali swoje głosy na stronie plebiscytu. Wśród nagrodzonych znaleźli się m.in. Patrycja Krzymińska (organizatorka słynnej zbiórki „Ostatnia puszka prezydenta Adamowicza”), Rafał Ganowski, autor profilu „Warsaw by drone”, psycholożka Katarzyna Miller oraz start-up Foodsi, który umożliwia Warszawiakom zamawianie jedzenia w niższych cenach. Gala rozdania nagród Grube Ryby była połączona z przypadającymi w tym roku 26. urodzinami Radia Kolor.

Prywatne przedsiębiorstwa coraz chętniej inwestują w rozwój alternatywnych rakiet. Innowacje pozwolą ograniczyć koszty misji kosmicznych

Prywatne przedsiębiorstwa coraz chętniej inwestują w rozwój alternatywnych rakiet. Innowacje pozwolą ograniczyć koszty misji kosmicznych 6

Programy kosmiczne przestały być domeną agencji rządowych. Dynamiczny rozwój sektora kosmicznego związany jest m.in. z rosnącym zapotrzebowaniem na badania przeprowadzane w warunkach mikrograwitacji. Wystrzeliwanie przyrządów badawczych za pośrednictwem klasycznych rakiet jest procesem zbyt kosztownym dla wielu uczelni i przedsiębiorstw, dlatego powstają pomysły na zredukowanie środków potrzebnych do przeprowadzenia misji. Pomóc mogą w tym m.in. moduły wykonane metodą druku cyfrowego, rakiety wielokrotnego startu czy takie wystrzeliwane z platform stratosferycznych.

– Niektóre eksperymenty wymagające mikrograwitacji nie muszą lecieć na orbitę, wystarcza im krótszy czas działania mikrograwitacji, np. kilka minut. I w tym czasie dużo tańszym rozwiązaniem jest po prostu lot na rakiecie suborbitalnej. Razem z firmą Spartaqs pracujemy nad innowacyjną platformą do wynoszenia takich rakiet do stratosfery. Przez to, że ta rakieta będzie startowała z wysokości około 20 km, całą gęstą atmosferę zostawiamy poniżej, czyli potrzebujemy znacznie mniej energii na to, żeby osiągnąć takie wysokości, czyli polecieć w kosmos – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Damian Mayer, prezes Near Space Technologies.

Lista prywatnych producentów i operatorów rakiet nie ogranicza się wyłącznie do dużych korporacji pokroju SpaceX czy Blue Origin, które są w stanie wysyłać ładunek poza orbitę okołoziemską i bezpiecznie sprowadzić pojazd z powrotem na Ziemię. Również mniejsze przedsiębiorstwa inwestują w rozwój systemów rakietowych, które pozwalają przeprowadzać budżetowe eksperymenty w warunkach mikrograwitacji.

Start-up Relativity Space pracuje nad rakietami Terran 1 wykonanymi metodą druku 3D, które byłyby znacznie tańsze w produkcji niż klasyczne modele. Składałyby się ze stukrotnie mniejszej liczby części, co drastycznie zmniejszyłoby koszty produkcji oraz montażu, jedynie układy elektroniczne byłyby składane przy wykorzystaniu klasycznych procesów technologicznych. Wykonanie rakiety od podstaw ma trwać zaledwie 60 dni, a pierwsze loty testowe Terran 1 ma wykonać pod koniec 2020 roku.

Inżynierowie Near Space Technologies specjalizujący się w rozwiązaniach z branży near space stawiają z kolei na dwuetapowy system lotów. We współpracy z firmą Spartaqs opracowali system wysyłania ładunków za pomocą platform stratosferycznych. Dzięki wyspecjalizowanym dronom moduł rakietowy wynoszony jest na wysokość stratosfery i dopiero tam odpalane są główne silniki, które wyniosą rakietę w przestrzeń suborbitalną. Taki manewr pozwoli zredukować koszty misji nawet o 50 proc.

– Znacząco obniżamy koszt startu rakiety względem tego, co jest obecne na rynku. Mamy nowoczesne systemy dronowe, systemy sprowadzania ładunków z dużych wysokości do konkretnego punktu na Ziemi. Technika tak bardzo się rozwinęła, że jesteśmy w stanie zaoferować innowacyjne, bardzo nowoczesne rozwiązanie, które na pewno przyjmie się na rynku i będzie w stanie oferować usługi znacznie taniej niż konkurencja – mówi ekspert.

Firma SpaceX udowodniła, że równie efektywne są rakiety wielokrotnego użytku, a już wkrótce mogą się upowszechnić budżetowe projekty tego typu. Nad jednym z nich pracuje chińska firma LinkSpace Aerospace Technology Group, której udało się wystrzelić prototypowy model rakiety pionowego startu i lądowania NewLine Baby. Lot próbny miał posłużyć m.in. przetestowaniu silników, systemu wielokrotnego startu oraz dyszy wektorowej. Docelowo pojazdy będą służyły w budżetowych misjach suborbitalnych, dzięki czemu pozwolą zredukować ich koszt nawet o 80 proc. Inżynierowie LinkSpace planują także skonstruować dwustopniową rakietę wielokrotnego użytku NewLine-1, która pozwoliłaby obniżyć koszty wysłania na orbitę mikro- i nanosatelitów.

Ze względu na specyfikę branży często dochodzi w niej do współpracy firm z sektora prywatnego z ośrodkami naukowymi. Dobrym przykładem takiego działania są konsultacje przeprowadzone przez Near Space Technologies z zespołem Politechniki Wrocławskiej PoliWRocket, który startuje w zawodach SpacePort America Cup w Stanach Zjednoczonych. Firma pomagała studentom opracować system odzyskiwania rakiet oraz wykonała specjalne spadochrony klasterowane na potrzeby konkursu.

Takie budżetowe projekty mają pewne ograniczenia, nie będą w stanie wynieść ładunków o dużej wadze bądź pełnowymiarowych satelitów na orbitę okołoziemską. Rakieta Boleh 3 według wstępnych założeń będzie w stanie unieść satelity CubeSat o maksymalnym rozmiarze 3U, z kolei pojazdy od Near Space Technologies wystrzeliwane za pośrednictwem platformy stratosferycznej udźwigną do 70 kg ładunku i wzniosą się na wysokość do 200 km. Czas lotu ma być wystarczający do przeprowadzenia kompleksowych eksperymentów w warunkach mikrograwitacji.

– W tej chwili jesteśmy na etapie testowania prototypów, rakiety są już gotowe i czekają na start na poligonie w Drawsku Pomorskim. Start ma się odbyć we wrześniu. Przygotowujemy także duży prototyp zawierający testowe technologie, które mają się pojawić w docelowym rozwiązaniu. Taki prototyp chcemy wystrzelić na wysokość około 60 km jesienią tego roku lub wiosną przyszłego roku. Cały projekt zostanie ukończony w ciągu następnych kilku lat – przewiduje Damian Mayer.

Według analityków z firmy Report Ocean wartość globalnego rynku systemów lotów kosmicznych do 2024 roku wzrośnie do 19,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie blisko 13 proc.

Systemy rozpoznawania obrazu usprawnią funkcjonowanie firm. Będą fundamentem sklepów przyszłości, znajdą też zastosowanie u ubezpieczycieli

Systemy rozpoznawania obrazu usprawnią funkcjonowanie firm. Będą fundamentem sklepów przyszłości, znajdą też zastosowanie u ubezpieczycieli 7

Algorytmy sztucznej inteligencji zyskują na popularności wśród użytkowników biznesowych. Na rynku pojawiają się rozwiązania informatyczne wykorzystujące technologię rozpoznawania obrazu do autoryzacji tożsamości, w procesie obsługi klienta oraz do analizy jego indywidualnych potrzeb. Sklepy wykorzystują tę technologię do wdrożenia systemów rozpoznawania twarzy, a firmy ubezpieczeniowe mogą się posłużyć nią, aby przyspieszyć proces analizy wniosków odszkodowawczych.

– Projekt, który obecnie prowadzimy w likwidacji szkód w Warcie wykorzystujący sztuczną inteligencję do rozpoznawania obrazów, ma na celu zastąpienie oczu rzeczoznawcy. Algorytm komputerowy analizuje zdjęcia uszkodzonego pojazdu i zaznacza uszkodzone części, wskazując również, czy one są kwalifikowane do naprawy, czy też do wymiany, co później jest przekładane do automatycznego systemu kalkulacyjnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Rafał Stankiewicz, wiceprezes zarządu TUiR WARTA.

Inżynierowie Warty postanowili wykorzystać rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji, aby ułatwić pracę rzeczoznawcom. Wykorzystanie technologii rozpoznawania mowy oraz obrazu ma pozwolić usprawnić proces analizy dokumentów, a co za tym idzie – przyspieszyć przeprowadzenie procesu likwidacji szkód. Klient nie będzie musiał rozmawiać z konsultantem, aby złożyć wniosek odszkodowawczy. Wszystkie podstawowe dane zostaną zebrane i przeanalizowane przez wirtualnego asystenta.

Automatyzacji poddany zostanie także proces rozpoznawania szkód, który ma odpowiadać za analizę nawet 60 proc. spraw związanych wyłącznie z uszkodzeniami zewnętrznymi pojazdu. Technologia ta posłuży także do przeanalizowania kosztorysów sporządzanych przez mechaników. Sztuczna inteligencja ma rozpoznawać uszkodzenia karoserii i automatycznie oszacowywać koszt ich naprawy.

– Technologia Image Recognition na pewno przyśpieszy procesy, bo pracuje 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. W przypadku kalkulacji warsztatowych umożliwi bardzo szybką weryfikację takiej kalkulacji czy też faktury i szybką akceptację procesu naprawy czy szybką akceptację wypłaty – tłumaczy ekspert.

Inny pomysł na wykorzystanie systemów rozpoznawania obrazu zaprezentowali także inżynierowie Microsoftu. Firma we współpracy ze swoimi partnerami technologicznymi zaprezentowała projekt inteligentnego sklepu Microsoft Store of the Future wykorzystującego m.in. inteligentne kamery. Firmy Leaware i M4B w ramach tego projektu skonstruowały kiosk cgtvX, który jest w stanie w czasie rzeczywistym określić cechy demograficzne klienta takie jak wiek czy płeć, aby wyświetlić spersonalizowane oferty zakupowe.

Z kolei projektanci Lenovo postawili na terenie pekińskiego kampusu firmowego w pełni bezobsługowy sklep przyszłości Lecoo Unmanned Store, bazujący na technologii rozpoznawania obrazu. Na wejściu zainstalowano kamery rozpoznające twarz klienta, które pozwalają zautomatyzować proces płatności. Podczas opuszczania sklepu kamery identyfikują klienta i automatycznie naliczają należność.

Potencjał technologii rozpoznawania obrazu mogą wykorzystać także przedstawiciele branży e-commerce. Firma SaveCart opracowała algorytm służący do analizowania i porównywania zdjęć umieszczonych w sklepie internetowym. Jego głównym zadaniem jest określanie stopnia podobieństwa poszczególnych przedmiotów, a co za tym idzie – wdrożenie procesu rekomendowania produktów. Dzięki temu systemowi operator nie musi ręcznie wskazywać, jakie przedmioty powinny się wyświetlać kontekstowo przy danym produkcie, sztuczna inteligencja automatyzuje i przyspiesza ten proces.

– Dzisiaj sztuczna inteligencja jeszcze nie zastąpi człowieka, ona może być wsparciem dla naszych pracowników. Może zautomatyzować proste, powtarzalne procesy, ułatwić i przyspieszyć zbieranie danych, przyśpieszyć sporządzenie kalkulacji. Pewnie docelowo, za parę lat, będzie obejmowała jeszcze większą liczbę procesów. Na pewno to jest kierunek, którym warto się interesować i który warto rozwijać – mówi Rafał Stankiewicz.

Według analityków z firmy Industry Research wartość globalnego rynku technologii rozpoznawania obrazu w 2018 roku wyniosła 1,4 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie ona do 5,3 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie blisko 25 proc.

Technologia budowy domów – którą wybrać, aby obniżyć koszty?

Dom z pieniędzyZmęczeni zgiełkiem miasta, smogiem i uciążliwymi sąsiadami za ścianą zaczynamy rozważać budowę domu poza miastem. Po uważniejszym zapoznaniu się ze stanem naszych finansów okazuje się jednak, że teoretycznie nie stać nas na zakup działki i postawienie własnych, czterech ścian. Czy na pewno? Oto kilka metod obniżenia kosztów budowy.

Projekt taniego domu

Oszczędności w budowie zaczynamy nie tylko od wyboru działki z niską ceną za metr kwadratowy, ale i odpowiedniego planu. Projekty domów tanich w budowie. Czy to możliwe? Oczywiście. Sami projektanci już dawno zauważyli tendencję do wznoszenia takich budynków, których całkowity koszt nie przekracza ceny mieszkania, a często jest nawet niższy. Pozwala to na zaspokojenie marzeń wielu rodzin o małym domku poza miastem, którego budowa zamknie się w rozsądnych kosztach. Projektanci dobrego studia architektonicznego, jak DomoweKlimaty.pl doradzą nie tylko, jaki dom będzie tańszy w budowie, ale i w dalszej eksploatacji.

Jaki projekt będzie tani w budowie?

Przyjmuje się, ze najtańsze w budowie są domy parterowe. Mniejsza powierzchnia ocieplenia, elewacji, prostsze fundamenty oraz konstrukcja dachowa sprzyjają niższym kosztom inwestycji. Trzeba jednak pamiętać, że płaski dach domu parterowego to duża powierzchnia, przez którą ucieka ciepło. Budynek parterowy, jednorodzinny, wymagać będzie większej działki budowlanej. Najbardziej ekonomicznym rozwiązaniem w eksploatacji będzie niewielki dom o zwartej bryle i dwuspadowym dachu o kącie nachylenia około 30-40°. Pamiętajmy też, że wbrew pozorom małe domy mają dosyć wysoki koszt jednego m2. Większe budynki stawia się taniej w przeliczeniu za metr kwadratowy.

Jak znaleźć projekt tani w budowie

Jak tanio wybudować dom?

Wyróżnić można kilka podstawowych metod budowy domów. Murowane, drewniane, szkieletowe – każda z tych konstrukcji ma swoje wady i zalety, ale stan surowy budynku to tylko 30% kosztów inwestycji. Coraz większy udział w ostatnich latach ma cena robocizny. Może wiec, dla oszczędności, poprowadzić budowę metodą gospodarczą? Ma ona swoje niezaprzeczalne zalety, ale też obciążona jest wieloma wadami. Te osoby, którzy potrafią zaprząc do pracy swoje ręce i nie boją się wyzwań, a przy tym mają smykałkę do majsterkowania, wiele prac na budowie mogą wykonać samodzielnie, fachowców wzywając tylko do specjalistycznych zadań. Największe oszczędności są możliwe do uzyskania w pracach wykończeniowych. Powiedzenie: „Wykończeniówka jest po to, by wykończyć inwestora”, ma realne podłoże. Jest to bowiem najbardziej czasochłonny i kosztowny etap budowy, dlatego trzeba tu wykazać żelazną wolę, by nie przekroczyć zakładanych kosztów budowy nawet o kilkadziesiąt procent. Bardzo dużo pieniędzy i nerwów możemy natomiast zaoszczędzić na wyborze ekipy budowlanej. Fachowcy za połowę ceny mogą być w konsekwencji najdroższą opcją z dostępnych. Lepiej jest zapłacić więcej za rekomendowaną na rynku ekipę, niż poprawiać po dyletantach, popadając w coraz większe koszty.

Biorąc pod lupę przykładowy projekt domu parterowego z garażem dwustanowiskowym „Oaza” z katalogu gotowych projektów domowych klimatów o łącznej powierzchni użytkowej 89.56 m² oraz powierzchni zabudowy 165.25 m² zestawiliśmy poniżej koszty jego budowy.

Tani w budowie projekt domu oaza wizualizacja 1

Koszty budowy domu różnymi metodami

Koszty budowy domu z projektu oaza - porównanie metod budowy domu

Jak widzimy po zestawieniu metod własny dom na przedmieściach nie musi oznaczać kolosalnych wydatków czy konieczności spłacania hipoteki do końca życia – wybudujemy go już za 250 tysięcy najtańszą metodą. Przy mądrym doborze projektu i wykonawcy możemy niedrogo stać się posiadaczami własnych czterech kątów. Decydując się na samodzielne wykonanie części prac i rozważnie prowadząc prace wykończeniowe, jesteśmy w stanie zostawić w portfelu znaczne kwoty.

Praca w Polsce – jak szukać?

Rynek pracy mamy obecnie na całkiem niezłym poziomie. Jakie masz możliwości, gdy szukasz zatrudnienia?

Zadowalające statystyki

Poziom bezrobocia w naszym kraju sukcesywnie spada. Dziś już mniej niż 6% Polaków w wieku produktywnym pozostaje bez pracy. Zwykle są to osoby, które z różnych przyczyn, najczęściej zdrowotnych, nie mogą pracować lub świadomie nie chcą. Oznacza to zatem, że w większości województw ze znalezieniem posady nie ma większych problemów. Oczywiście w zależności od regionu, różne może być zapotrzebowanie na pracowników danej specjalizacji, jednak dla chcących zarabiać, zawsze się coś znajdzie. Najtrudniej jest w województwie warmińsko-mazurskim, tutaj bez pracy jest ponad 10%. Dla porównania w Wielkopolsce jest to zaledwie nieco ponad 3%.

Sytuacja jest tak pozytywna, że coraz mniej rodaków decyduje się na popularne kilkanaście lat temu wyjazdy emigracyjne związane z zatrudnieniem w innym kraju. Co więcej, Polacy chętnie wracają do ojczyzny.

Gdzie szukać pracy?

Istnieje kilka sposobów. Przede wszystkim warto głośno mówić o tym, że się jej szuka. Być może ktoś z rodziny lub znajomych coś słyszał, wie gdzie aktualnie potrzebują pracowników, gdzie zwalnia się wakat. Innym sposobem jest metoda starej szkoły, czyli bezpośrednie odwiedzanie firm ze swoim CV. Niektórzy dobrze oceniają takie zaangażowanie, jednak może to mieć znaczenie w przypadku małych przedsiębiorstw. W dużych firmach, korporacjach zwykle proszą o pozostawienie swoich dokumentów w recepcji, czy sekretariacie, gdzie lądują one na kupce tych, które przyszły mailem.

Jeżeli zależy Ci na pracy w konkretnej firmie, możesz sprawdzić na jej stronie internetowej, czy nie ma tam żadnej wzmianki o rekrutacji. Coraz częściej bowiem prowadzone są zakładki „kariera”, z których od razu dowiesz się kogo szukają, na jakie stanowisko i jak przebiega aplikacja.

Strony internetowe z ofertami pracy to chyba najbardziej popularny sposób na znalezienie pracy. Na jobsora.pl możesz wyszukać te, które odpowiadają Twoim kwalifikacjom, założeniom finansowym oraz oczywiście lokalizacji. Dzięki możliwości filtrowania ogłoszeń, w szybki sposób wyświetlisz tylko te, które mogą Cię zainteresować.

Nowa marka z mieszkaniami na wynajem. Golub GetHouse prezentuje INSPIRENTALS

Inspiracja do zawierania nieoczekiwanych znajomości i aktywnego życia, przestrzeń do wzmacniania więzi oraz miejsce gwarantujące poczucie przynależności do wielopokoleniowej społeczności. To tylko niektóre z określeń, opisujących charakter nowej marki nieruchomościowej w portfolio Golub GetHouse – INSPIRENTALS. W jej ramach realizowane będą projekty w sektorze mieszkań na wynajem (Private Rented Sector), oferujące niespotykany na polskim rynku zakres udogodnień, dostępnych dla wszystkich mieszkańców. Pod marką INSPIRENTALS Golub GetHouse zrealizuje m.in. warszawskie projekty Postępu Apartments (nazwa robocza) i Liberty Tower.

Marka INSPIRENTALS powstała w wyniku analiz zjawisk społecznych i oczekiwań osób, poszukujących najbardziej komfortowych miejsc do zamieszkania. Jest odpowiedzią na trendy panujące na międzynarodowych rynkach nieruchomości, które coraz odważniej zaznaczają swoją obecność także w Polsce. Dzięki współpracy z naszymi amerykańskimi partnerami posiadamy dostęp do unikalnej wiedzy w zakresie realizacji nowoczesnych inwestycji z mieszkaniami na wynajem. W Stanach Zjednoczonych nasza firma od wielu lat realizuje i w pełni zarządza projektami PRS (Private Rented Sector), wywierającymi ogromny wpływ na kreowanie społeczności mieszkańców. Chcemy przenieść te doświadczenia na rynek polski, oczywiście uwzględniając przy tym wszelkie uwarunkowania lokalne. Obecnie w Warszawie mamy zabezpieczone grunty do realizacji ok. 1,5 tys. mieszkań na wynajem. W pierwszej kolejności, pod marką INSPIRENTALS realizowane będą inwestycje Postępu Apartments i Liberty Tower – mówi Czarek Jarząbek, Założyciel i Prezes Zarządu Golub GetHouse.

Postępu Apartments to zespół czterech budynków połączonych szklanym sercem, zlokalizowanym w środkowej części nieruchomości z pełnym otwarciem na zielone patia. Wejście do budynków będzie prowadziło przez lobby z czynną całodobowo recepcją. W ramach projektu powstanie 371 jednostek mieszkalnych (o powierzchni od 26 do 71 m kw.), które wynajmowane będą z w pełni wyposażoną kuchnią, łazienką i zabudową meblową. Natomiast jeśli chodzi o pozostałe pomieszczenia, inwestor zaoferuje pakiety wykończeniowe, na podstawie których najemcy będą mogli doposażyć mieszkanie poprzez leasing mebli.

Postepu Apartments_wizualizacja_2
Postępu Apartments

Inwestycja zlokalizowana będzie na warszawskim Służewcu przy ul. Postępu, w bezpośrednim sąsiedztwie centrum biurowego. Za jej projekt architektoniczny odpowiada pracownia Grupa 5 Architekci. Postępu Apartments to przede wszystkim liczne udogodnienia dla mieszkańców (zarówno te zlokalizowane wewnątrz budynków, jak i w ich bezpośrednim otoczeniu), stwarzające doskonałe warunki do integracji społeczności. Mieszkańcy będą mogli korzystać m.in. z: tarasów na dachu, siłowni ze strefą spa, pokoju TV, pokoju gier, wspólnej kuchni z tarasem, strefy chillout, czytelni, sali konferencyjnej z pełnym wyposażeniem biurowym czy punktu odbioru paczek. Ponadto, na parterze budynku od strony ulicy Postępu będzie znajdowało się zaplecze handlowo – usługowe z restauracjami, kawiarniami czy sklepami spożywczymi. Dodatkowo, teren zewnętrzny otaczający budynki został zaprojektowany tak, aby zaspokoić szeroki wachlarz potrzeb mieszkańców. Znajdzie się tam miejsce przeznaczone do wypoczynku (ławki, huśtawki, tereny zielone), oraz boisko do gry w bule, siatkówkę plażową i koszykówkę, a także zewnętrzna strefa cardio. Rozpoczęcie prac w ramach inwestycji zaplanowano na I kwartał 2020 r.

Liberty Tower
Liberty Tower

Drugim z projektów, realizowanych przez Golub GetHouse pod marką INSPIRENTALS jest 140-metrowy wieżowiec Liberty Tower, który powstanie przy skrzyżowaniu ulic Żelaznej
i Grzybowskiej na warszawskiej Woli. Inwestycja obejmuje realizację 42-kondygnacyjnej wieży wraz z 9-kondygnacyjnym podium i garażem podziemnym. W części wysokościowej budynku sięgającego aż 140 metrów, znajdzie się ponad 500 wykończonych apartamentów (powierzchnia od 32 do 132 m kw.), przeznaczonych na długoterminowy najem. Elementem wyróżniającym Liberty Tower będzie niezwykle szeroka gama udogodnień, dostępnych jako standard, dla każdego mieszkańca. W specjalnie zaaranżowanej strefie na 10. i 11. kondygnacji Liberty Tower znajdą się m.in. centrum fitness i strefa spa, centrum konferencyjne, sala gier, strefa relaksu, a także otwarta kuchnia, stwarzająca doskonałe warunki do wspólnego gotowania, jak również organizacji zamkniętych przyjęć. Co więcej, na dachu podium wieży znajdą się duży basen z jacuzzi oraz zielone tarasy z elementami małej architektury i strefami BBQ.

W Liberty Tower, oprócz apartamentów przeznaczonych na długoterminowy najem,
znajdzie się także hotel Radisson RED. W hotelu, umiejscowionym w 9-kondygnacyjnym podium, zostanie zaaranżowanych 267 pokoi. W jego wnętrzach znajdzie się m.in. centrum konferencyjne, strefa fitness, restauracja, lobby bar oraz dedykowane strefy spotkań. Za projekt architektoniczny Liberty Tower odpowiada renomowana amerykańska pracownia architektoniczna Arquitectonica, która na swojego lokalnego partnera wybrała uznane biuro projektowe Epstein. Rozpoczęcie prac budowlanych w ramach inwestycji zaplanowano na II kwartał 2020 r.

Wprowadzając INSPIRENTALS chcemy zaproponować zupełnie nową jakość obsługi. Budujemy mieszkania wraz z szeroką infrastrukturą udogodnień, wynajmujemy je i nimi
w pełni zarządzamy. W sercu naszej marki jest społeczność. Tworząc wyjątkową przestrzeń wokół mieszkańców, umożliwiamy im zarządzanie wszystkimi aspektami ich życia. Odpowiadamy na ich potrzeby, dobierając odpowiednio usługi i udogodnienia. Równocześnie,  szanujemy indywidualność każdego członka naszej społeczności, tworząc przestrzeń do swobodnego rozwoju.
Nie zamykamy się także na żadną z grup społecznych czy wiekowych. Charakter INSPIRENTALS definiuje wielopokoleniowość – naszą ofertę adresujemy również do dojrzałych osób, które nie chcą być samotne, lecz  pragną uczestniczyć w życiu społeczności – dodaje Jakub Bartos, Head of Residential w Golub GetHouse.

INSPIRENTALS stanowi z jednej strony odpowiedź na rosnące zapotrzebowanie rynku na profesjonalnie zarządzane mieszkania na wynajem, z drugiej zaś, jej powstanie jest związane z widocznymi zmianami społecznymi. Coraz więcej osób definiuje samych siebie poprzez wartości – wolność, niezależność czy mobilność.

– W Polsce obserwujemy obecnie coraz większą dywersyfikację rynku mieszkaniowego, która jest efektem zachodzących zmian społecznych. Rozwój segmentu mieszkań na wynajem jest stymulowany głównie przez najmłodsze pokolenia i ich odmienne podejście do życia, ale trend ten nie dotyczy wyłącznie tej grupy. Zmiana podejścia do charakteru miejsca zamieszkania widoczna jest już u przedstawicieli wszystkich pokoleń. I choć większość zasobów mieszkaniowych nadal pozostaje w prywatnych rękach to sektor najmu instytucjonalnego będzie nabierał coraz większego rozpędu. Powodem nie jest wyłącznie trudność z otrzymaniem kredytu, ale położenie coraz większego nacisku na elastyczność w życiu prywatnym i zawodowym. Wybierając miejsce do życia millenialsi patrzą w pierwszej kolejności na koszty utrzymania, dostępność komunikacyjną, bliskość miejsc pracy, czystość okolicy czy dostęp do terenów zielonych. Decydując się na najem mają możliwość spełnienia tych potrzeb, a do tego zostawiają sobie możliwość szybkiej zmiany miejsca zamieszkania, która ma dla nich kluczowe znaczenie – mówi Przemysław Chimczak, założyciel think co. – real estate research lab.

SMARTNEY – nowy gracz na rynku kredytowym w Polsce

Na polskim rynku pojawiła się instytucja finansowa, która łączy tradycyjną bankowość z uproszczonym systemem ubiegania się o kredyt konsumencki. Jest częścią francuskiej Grupy Oney Bank, która w sektorze bankowym działa od 35 lat, obecnie zatrudnia 2500 pracowników w 11 krajach i obsługuje 7,6 mln klientów na całym świecie. Założony przez Oney Bank SMARTNEY kieruje swoją ofertę do klientów, dla których liczy się niska cena i szybki dostęp do gotówki. Proponuje kredyty w wysokich kwotach (do 60 tys. zł), z długim okresem spłaty (do 5 lat), dostępne całkowicie bez formalności. Dzięki modelowi biznesowemu (m.in. partnerstwom technologicznym) proces kredytowy jest maksymalnie zautomatyzowany, a interakcja z klientem, na każdym etapie obsługi, przebiega w sposób błyskawiczny.  

W kwietniu ruszyła pilotażowa sprzedaż w wybranych punktach sieci brokerskiej Unilink Cash. Kredyty konsumenckie Smartney są też dostępne w punktach Oney Polska znajdujących się w Auchan i Leroy Merlin. Niebawem ruszy sprzedaż online. Za wdrożeniem w Polsce stoi Katarzyna Jóźwik, Manager z blisko dwudziestoletnim doświadczeniem na rynku Consumer Finance. – Zaczęliśmy sprzedaż pilotażową od agentów w sieci brokerskiej Unilink Cash i punktów Oney Polska. Nasza oferta spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem, zarówno ze strony klientów, jak i partnerów. Dotychczas o finansowanie zwróciło się do nas prawie 10 000 klientów. Po etapie testowania w kanale brokerskim, zamierzamy wkrótce wejść do kanału online. Nasz proces jest prosty, przejrzysty, transparenty i oparty na najnowszych technologiach. W ciągu najbliższych lat chcemy wzbogacać ofertę, konsekwentnie zwiększać udział w rynku i rozszerzać działalność o nowe kanały dystrybucji – mówi Katarzyna Jóźwik, Dyrektor Generalna SMARTNEY.

Kredyt konsumencki do 60 tys. zł

SMARTNEY oferuje pożyczki do 60 tys. zł, z terminem spłaty do 5 lat. Założeniem było stworzenie produktu hybrydowego – połączenie w jednym produkcie najlepszych cech kredytu bankowego i wygodnego procesu pożyczki pozabankowej. Główne korzyści dla klienta to: minimum formalności, korzystne oprocentowanie oraz prosty i szybki proces oparty na najnowszych technologiach. Klienci mogą wnioskować o wysokie kwoty, które dotychczas były niedostępne w tym segmencie rynku. Spłatę pożyczki mogą rozłożyć na dłuższy czas.

– Proponujemy kredyt konsumencki który można nazwać hybrydą. Łączy on w sobie cechy produktów oferowanych w sektorze bankowym i pozabankowym. Dlaczego? Ponieważ widzimy, że w niedalekiej przyszłości oferowanie pożyczek online, dostępnych w kilka minut, będzie zwykłą transakcją. Dzisiaj wyspecjalizowały się w tym firmy pożyczkowe, najczęściej udzielające małych kwot na krótki czas, czy banki oferując uproszczone procesy kredytowe dla wybranych klientów. Moim zdaniem przyszłością będą jednak pożyczki błyskawiczne także na wyższe kwoty, dłuższy czas i co więcej – w atrakcyjnej cenie. Takie rozwiązanie wymaga solidnego inwestora, ekspertyzy w obszarze zarządzania biznesem kredytowym oraz modelu biznesowego  bogatego w partnerstwa technologiczne.  My te zasoby posiadamy, więc stworzyliśmy propozycję, której dotychczas brakowało na rynku  – mówi Katarzyna Jóźwik.

– Pamiętajmy, że pożyczki na wyższe kwoty wymagają dużego zaangażowania ze strony firmy, która ich udziela. Aby uniknąć pułapek, technologia pomaga przetwarzać dostępne informacje, ostrzegać przed prawdopodobnymi oszustwami czy np. dostosowywać proponowane klientom rozwiązania finansowe do wyniku oceny ich indywidualnej sytuacji. Dzięki automatyzacji procesów klient jest obsługiwany w sposób błyskawiczny, a informację o decyzji kredytowej otrzymuje w kilka, czy kilkanaście minut. Jednakże zdrowe pożyczanie pieniędzy nie może się obyć bez czynnika ludzkiego. Dlatego zatrudniamy ekspertów wnioskujących z bogatych analiz i przewidujących różne scenariusze. To przyszłość nowoczesnych i „smartnych” finansów – podsumowuje Katarzyna Jóźwik.

Komentarz dr Mirosława Bieszki, Doradcy Ekonomicznego Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych (KPF):

Od kilku lat systematycznie wzrasta średnia kwota kredytu gotówkowego, przy czym najbardziej dynamicznie rozwija się segment kredytów na kwoty ponad 100 tys. zł. Firmy pożyczkowe z oczywistych względów skupiły się na niskich kwotach, gdzie utrzymują przewagę nad bankami. Pojawienie się na rynku nowego gracza o wyraźnie zdefiniowanej strategii „wysoka kwota na długi okres” jest na pewno nowym zjawiskiem na polskim rynku. Dziś taka strategia znajduje wsparcie, ponieważ rosną dochody do dyspozycji w gospodarstwach domowych, a problemem nie jest bezrobocie, ale brak rąk do pracy. Warto jednak pamiętać, że szybko rosnące kwoty kredytów gotówkowych zwróciły uwagę nadzoru bankowego, co zapewne wzmocni podejście spółki do stosowanych w takiej strategii wejścia na rynek standardów oceny ryzyka. Dużym atutem Smartneya jest właściciel, bowiem nie ma rynku polskim firmy pożyczkowej, której właścicielem jest bank, będący w stanie zapewnić odpowiednie finansowanie obranej strategii.

Postaw na szczerość i normalność. Dowiedz się czego pracownicy oczekują od swoich pracodawców

Czego osoby poszukujące pracy oczekują od przyszłych pracodawców? Czy przedsiębiorstwa odpowiadają na te potrzeby? Badania przeprowadzone przez OLX wykazują, że oferty pracy w sekcji Co oferujemy?” nie prezentują informacji, które pracownicy w rzeczywistości chcieliby tam znaleźć. Przedstawiamy wskazówki, które warto wdrożyć, przygotowując się do rekrutacji nowego członka zespołu.infografika-olx-5

Gdyby zapytać kandydatów, jakie benefity najczęściej pojawiają się w ofertach firm, wymieniliby: przyjazna/miła atmosfera, atrakcyjne wynagrodzenie, elastyczne godziny pracy czy możliwość rozwoju. Zdarzają się również firmy, które wymieniają w tej części ogłoszenia wypłatę w terminie czy umowę.

Warto przypomnieć, że część „co oferujemy” powinna zawierać te elementy oferty, które według nas będą szczególnie interesujące dla kandydata, będą wyróżniać nas na tle konkurencji i będą budować nasz pozytywny wizerunek jako pracodawcy. Jeśli oferta zostanie źle skonstruowana, może nie tylko zniechęcić kandydata do złożenia aplikacji, ale również przyczynić się do negatywnej opinii na temat firmy.

Aplikujący często są sfrustrowani frazesami pojawiającymi się w ogłoszeniach. Niektórzy uznają, że są one przejawem braku ciekawych perspektyw na danym stanowisku. Jeśli mamy zamiar je dodać do ogłoszenia, lepiej ominąć część “co oferujemy”.  Nadmierna ogólnikowość informacji w ogłoszeniu o pracę oraz powtarzalność używanych sformułowań również zmniejsza jego skuteczność.

Czego oczekują pracownicy?

Badania przeprowadzone na użytkownikach OLX praca wykazały trzy kluczowe potrzeby, które szczególnie często pojawiają się wśród kandydatów aplikujących na takie stanowiska, jak: kierowca, przedstawiciel handlowy, kasjer, pracownik produkcji, call center i administracja biurowa. Są to:

NORMALNOŚĆ

Kandydaci mają poczucie, że firmy przeceniają wagę benefitów w postaci owoców czy świeżej kawy, które są jedynie dodatkiem uprzyjemniającym dzień. Znacznie ważniejsza jest dla nich szeroko pojęta normalność, która dotyczy zarówno warunków pracy, narzędzi do wykonywania obowiązków, zasad współpracy, jak i relacji międzyludzkich. Krótko mówiąc pracownicy chcą pracować w bezpiecznych warunkach (np. mieć do dyspozycji sprawne i odpowiednio wyposażone auta), mieć jasno sformułowany zakres zadań i ustalone warunki współpracy (np. określony czas pracy czy sposób rozliczenia) oraz być traktowanymi z szacunkiem. Ważne jest dla nich, żeby ich praca była doceniana i przełożony wyrażał wdzięczność, a relacje między współpracownikami były przyjazne i umożliwiały wymianę wiedzy, doświadczeń, a nawet były źródłem wsparcia.

SYMETRIA

Pracownicy zwrócili uwagę na istotę relacji z przełożonym/pracodawcą. Niestety często są one źródłem frustracji. Uczestnicy badań uznali, że czasem czują się jak dodatek do samochodu, telefonu czy kasy. Chcieliby natomiast być traktowani jak partnerzy, specjaliści w swojej dziedzinie. Szczególnie, że są przekonani, iż to pracownicy i ich zaangażowanie decydują o sukcesie firmy. Ten rozdźwięk pomiędzy oczekiwaniami a realiami obniża motywację. Jej wzrost jest możliwy, jeśli w firmie panuje poczucie wspólnotowości (zamiast podziałów na my pracownicy – oni przełożeni). Co więcej, badani zwrócili uwagę na potrzebę silnego przywództwa, które zapewnia poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji.

PRAWDA

Pracownicy oczekują traktowania relacji pracodawca-pracownik jako wymiany, w której obie strony dostarczają to, co oferują. Pracownik oferuje swój czas, kompetencje i zaangażowanie, pracodawca – uczciwe warunki pracy. Oczywistym jest, że w trakcie rekrutacji obie strony chcą pokazać się z jak najlepszej strony. Kandydaci uważają jednak, że często ogłoszenia są niezgodne z informacjami, które otrzymują w trakcie rozmów rekrutacyjnych. Tego rodzaju działania budują negatywny wizerunek firmy, ale i generują dodatkowe koszty, gdyż rekruterzy prowadzą rozmowy z kandydatami, którzy nie zaakceptowaliby zaproszenia znając oferowane warunki.

W oparciu o wymienione przez badanych potrzeby, można zdefiniować 7 wskazówek dotyczących formułowania obszaru ,,co oferujemy” w ogłoszeniu:

  • Podawaj szczegółowe informacje, dotyczące narzędzi pracy, które dostarczasz pracownikom do wykonywania obowiązków.
  • Prezentuj sposoby wymiany wiedzy i doświadczeń oraz ścieżkę rozwoju pracownika w swojej organizacji.
  • Nie bój się publikować w ofercie warunków współpracy – określ formę współpracy, widełki płacowe, godziny pracy oraz możliwości rozwoju.
  • Podkreśl te elementy, które wyróżniają Twoją firmę od innych. Mogą one dotyczyć benefitów lub prezentować kulturę organizacyjną.
  • Kluczowa wskazówka! Nie zamieszczaj w ofercie elementów, co do których nie masz pewności, że zostaną spełnione.

Wszystkie wyżej wymienione podpowiedzi można sprowadzić do jednej wskazówki – punktem wyjścia do przygotowania oferty dostosowanej do grupy docelowej jest zrozumienie kim jest kandydat, jakie ma potrzeby, czego oczekuje, do czego dąży i czego doświadcza na poszczególnych etapach kontaktu z firmą. Jednocześnie warto brać pod uwagę wymienione przez badanych potrzeby – więcej normalności, więcej symetrii oraz więcej prawdy.

Coraz trudniej o kandydatów do pracy tymczasowej. Na sytuacji najbardziej skorzystają Ukraińcy

W 2018 roku znacząco spadła liczba osób skierowanych do pracy tymczasowej. Według raportu Polskiego Forum HR, było ich aż o 121 tysięcy mniej niż 12 miesięcy wcześniej. Z kolei dane MRPiPS wskazują spadek na poziomie ok. 88 tysięcy. Przyczyniła się do tego nowelizacja ustawy o zatrudnianiu pracowników tymczasowych. W efekcie wiele firm zmieniło swoje podejście do polityki kadrowej. Coraz częstsze stało się oferowanie pracy etatowej. Personel dorywczy wciąż jest i będzie potrzebny na rynku, ale rekruterzy mają spore problemy ze znalezieniem kandydatów. Eksperci przedstawiają różne prognozy dot. sytuacji w najbliższych miesiącach, najczęściej mówią o dalszych spadkach. Wolne stanowiska mogą obsadzić obcokrajowcy, głównie z Ukrainy.

Rynek na minusie

W ubiegłym roku liczba pracowników tymczasowych w Polsce wyniosła ok. 743 tys. W ciągu dwunastu miesięcy grupa ta zmniejszyła się o 121 tys., tj. o 14%. Tak wynika z raportu „Rynek agencji zatrudnienia”. Na dokument przygotowany przez Polskie Forum HR powołuje się Wojciech Ratajczyk, wiceprezes ds. pracy tymczasowej ww. organizacji. Z kolei Leszek Kurycyn, dyrektor zarządzający Jobhouse, informuje o danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Według resortu, w ubiegłym roku agencje zatrudnienia skierowały do pracy okresowej 776,1 tys. osób. To mniej o niespełna 88 tys. niż w rekordowym 2017 roku.

– W ciągu ostatnich piętnastu lat funkcjonowania rynek pracy tymczasowej rósł dynamicznie od kilku do kilkunastu procent rocznie. W 2004 roku liczba zatrudnionych pracowników tymczasowych wyniosła 167 tysięcy, a 13 lat później – ponad 863 tysiące. W ub.r. zanotowano pierwszy istotny spadek od 2009 roku, chociaż nie jedyny w omawianym okresie. Trend spadkowy nie dotyczy całego kraju. Liczba pracowników tymczasowych wzrosła w województwach, np. opolskim o 106%, podlaskim – o 46%, a zachodniopomorskim – o 11% – komentuje Iwona Szmitkowska, prezes zarządu Work Service.

Jak wskazuje Jakub Dysarz, kierownik projektów w LeasingTeam, w 2017 roku nastąpiło umocnienie pozycji pracownika na polskim rynku pracy. Przyczyniły się do tego takie zjawiska, jak spadek bezrobocia do 6,6%, wzrost gospodarczy na poziomie 4,6% PKB oraz przyrost liczby ogłoszeń o pracę o 10% r/r. Ekspert zaznacza, że kolejny rok tylko potwierdził tę tendencję. Wówczas zaobserwowano znaczącą migrację pracowników tymczasowych, którzy wyruszyli w poszukiwaniu lepszych warunków pracy. Natomiast Mateusz Żydek, rzecznik prasowy Randstad Polska, podkreśla, że pracodawcy częściej starają się zaoferować pracownikom bezpośrednie zatrudnienie. W ten sposób liczą na ograniczenie rotacji w swoich zakładach oraz zmniejszenie wpływu wyzwań rekrutacyjnych, z którymi się mierzą.

– W ubiegłym roku większość branż zmagała się z problemami w dwóch obszarach. To pozyskiwanie nowych pracowników i zatrzymanie na dłużej zespołu już zatrudnionego w firmie. Trudności stawały się szczególnie widoczne, gdy spadało bezrobocie i jednocześnie rosła liczba ofert pracy, na które brakowało chętnych. Według GUS-u, liczba wykazanych wakatów pod koniec trzeciego kwartału 2018 roku wyniosła ponad 157 tysięcy – mówi Cezary Maciołek, wiceprezes zarządu Grupy Progres.

Potrzeby kadrowe pracodawców rosły w ciągu dwóch ostatnich lat. Dominik Malec, business unit director w Manpower, informuje, że w tym okresie znacznie przybyło cudzoziemców na rynku. Dotyczy to głównie obywateli Ukrainy, Białorusi i Kazachstanu. Ekspert zaznacza, że w większości nie są oni zatrudniani na podstawie ustawy o pracy tymczasowej, tylko w innych formach, chociażby outsourcingu. Według Wojciecha Ratajczyka, firmy przekonały się do przyjmowania przyjezdnych. Z danych MRPiPS wynika, że w 2017 roku wydano 235 tys. zezwoleń na pracę dla cudzoziemców, a w 2018 roku było to już ponad 328 tys. Z kolei jak dodaje Iwona Szmitkowska, w ub.r. 35% wszystkich zatrudnionych pracowników tymczasowych stanowili obcokrajowcy. 90% z nich to Ukraińcy.

Zmiana prawa i podejścia

– Przyczyną spadku jest nowelizacja ustawy o zatrudnianiu pracowników tymczasowych. Najważniejsza z wprowadzonych zmian dotyczy czasu, jaki mogą oni pracować dla jednej firmy. Od 1 czerwca 2017 roku ten limit wynosi osiemnaście miesięcy. W ostatnich dwóch latach firmy, opierające wcześniej politykę kadrową o rotację pracowników pomiędzy agencjami zatrudnienia, zostały zmuszone do zmiany swojego podejścia – informuje Anna Wicha, prezes Polskiego Forum HR i dyrektor generalna Adecco Poland.

Rynek odczuł pierwsze efekty ww. ustawy w czwartym kwartale 2018 roku. Wówczas pierwsze limity czasu dobiegły końca. Jakub Dysarz zaznacza, że już w połowie ub. roku wielu klientów rozpoczęło przygotowania do zmiany przepisów. Chcieli wybrać najlepszy biznesowo sposób na zatrzymanie pracowników tymczasowych w organizacjach. Ostatecznie najbardziej popularnymi metodami okazały się outsourcing procesów lub usług oraz zatrudnienie w oparciu o etat. W obu przypadkach mamy więc do czynienia z ograniczeniem zapotrzebowania na pracowników tymczasowych.

– W obliczu coraz trudniejszego rynku pracy konieczne staje się korzystanie z fachowej pomocy wyspecjalizowanych agencji zatrudnienia i doradztwa personalnego. W 2018 roku naszymi usługami szczególnie zainteresowani byli klienci z branży produkcyjnej, głównie FMCG, AGD, a także automotive, a ponadto logistycznej. Średni wzrost zapotrzebowania szacujemy na 20% w stosunku do roku ubiegłego – analizuje Krzysztof Czajkowski, dyrektor handlowy InterKadry.

Wprowadzone zmiany legislacyjne nie sprawią, że praca tymczasowa zniknie z rynku. Wciąż będą prowadzone nabory dla takich kandydatów, którzy szczególnie potrzebni są w wakacje i w okresie przedświątecznym. Mateusz Żydek zaznacza, że coraz częściej taka forma zatrudnienia jest stosowana także w sektorach związanych z nowoczesnymi technologiami. W tym przypadku stanowi odpowiedź na potrzeby pracowników, którzy szukają pracy przy konkretnych projektach. Natomiast ekspert z  LeasingTeam zwraca uwagę na jedno z zaleceń. Mówi ono o zatrudnieniu zewnętrznym w firmach na poziomie 20-30% całego personelu. Dzięki temu przedsiębiorstwa mogą szybciej odpowiadać na zmiany rynkowe, a także optymalizować koszty pracownicze.

Spadek czy wzrost?

– Prognozujemy, że w 2019 roku liczba pracowników tymczasowych będzie oscylowała w Polsce w okolicach 800 tys., a więc wzrośnie. Spadek w ub. roku był związany ze zmianami w ustawie o zatrudnieniu tymczasowym – mówi prezes zarządu Work Service.

Według Dominika Malca, sytuacja w pierwszym kwartale br. była stabilna. I taka też powinna być do końca roku. Wprawdzie potrzeby różnych firm wciąż rosną, ale już nie tak dynamicznie jak w dwóch ostatnich latach. Wpływ na największych pracodawców w kraju mają też m.in. kwestie związane z brexitem czy słabszą koniunkturą w Niemczech. Stabilizacji w najbliższym czasie spodziewa się też Mateusz Żydek. Czynnik związany ze zmianą przepisów nie będzie już bowiem miał aż takiego wpływu na liczbę pracowników tymczasowych. Wciąż część z nich może jednak przechodzić na stałe zatrudnienie.

– Bieżący rok prawdopodobnie przyniesie utrzymanie trendu spadkowego, jednak nie będzie on tak znaczny. Z drugiej strony możliwy jest wzrost liczby pracowników tymczasowych. Widać bowiem coraz większe zapotrzebowanie na cudzoziemców w branży magazynowej, przemysłowej, handlu, logistyce i przetwórstwie owocowo-warzywnym. Coraz częściej agencje specjalizują się w zatrudnianiu obywateli Ukrainy, Gruzji, Rosji, Mołdawii, Białorusi czy kontynentu subindyjskiego – stwierdza Kamil Wiatr, kierownik operacyjny w Grupie Aterima.

Z kolei Leszek Kurycyn prognozuje spadek liczby pracowników tymczasowych o 6-8%. Pod koniec roku będzie on pogłębiony ze względu na odpływ Ukraińców do Niemiec. Również przewidywania Wojciecha Ratajczyka zakładają trend spadkowy. Skalę zjawiska trudno jeszcze oszacować, ale możliwy jest podobny wynik do tego z ub. roku. Natomiast zdaniem Michała Króla, dyrektora regionalnego Jobman Group, nadal będziemy mówić o rynku pracownika. Kandydat, mając szeroki wybór, zwróci uwagę nie tylko na warunki finansowe. Na jego decyzję wpłyną też takie kwestie, jak atrakcyjność i prestiż oferowanego stanowiska, a także benefity pozapłacowe. Ekspert jest przekonany, że nastąpi dalszy spadek dostępności pracowników.

– Walka o pracowników wejdzie w nową fazę. Niż demograficzny, rosnąca liczba emerytów, a także znaczący wzrost kosztów pozyskiwania i utrzymania zatrudnionych mogą doprowadzić do drastycznej weryfikacji na rynku. Podobnie jak w 2018 roku, również teraz spodziewany jest dalszy wzrost liczby niewypłacalności. To spowodowane jest – z punktu widzenia przedsiębiorcy – m.in. brakiem poprawy na rynku pracy i dalszą presją na wzrost wynagrodzeń – podsumowuje wiceprezes zarządu Grupy Progres.

Jakich wydatków związanych z korzystaniem z samochodu Polacy nie lubią najbardziej

44% Polaków nie lubi kupować OC, a kolejne 24% ankietowanych niechętnie płaci za ubezpieczenia nieobowiązkowe: AC, NNW i Assistance. Kierowców najbardziej zniechęca wysoka cena polis komunikacyjnych (39%) oraz fakt, że drożeją one z roku na rok, nawet przy ich odnowieniu w tym samym towarzystwie (24%) – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie porównywarki ubezpieczeń Mubi.pl[1]. Jak wskazują eksperci firmy wydatki na OC są szczególnie odczuwalne przez osoby młode i mieszkańców większych miejscowości.

Wśród najbardziej nielubianych wydatków związanych z eksploatacją auta, mamy dwa dotyczące zakupu polis komunikacyjnych. Ubezpieczenia tego typu uznawane są przez polskich kierowców za bardzo drogie. Właścicielom aut nie podoba się, że nie są nagradzani przez firmy ubezpieczeniowe za lojalność. Niestety ten rynek tak nie działa – zazwyczaj zdecydowanie lepszą ofertę otrzymamy od konkurencji niż towarzystwa, któremu jesteśmy wierni od lat. Mimo to, aż 38% z nas korzysta z automatycznego przedłużenia OC bez porównywania innych ofert – komentuje Teresa Wrońska – analityk w Mubi.pl.Jakich wydatków związanych z korzystaniem z samochodu nie lubisz najbardzi

Paliwo i OC za drogie

Równie nielubiane jak zakup polis ubezpieczeniowych są wydatki związane z naprawami auta: mechanicznymi (48%) oraz blacharsko-lakierniczymi (37%). Jak pokazują wyniki badania przeprowadzonego przez Mubi.pl polscy kierowcy również wzdrygają się na myśl o tankowaniu (36%). Trudno się temu dziwić, skoro średnia cena benzyny Pb95 w ciągu pół roku wzrosła z 4,81 zł do 5,26 zł, a oleju napędowego z 5,11 zł do 5,19 zł.

Co ciekawe w kwestii nielubianych wydatków na auto obie płcie są niemal zgodne. Różnice pojawiają się jednak wraz z wiekiem ankietowanych. Im młodsza osoba, tym większe obciążenie stanowi dla niej ubezpieczenie OC i koszty paliwa – twierdzi tak połowa ankietowanych, mających mniej niż 24 lata. Natomiast starsze generacje bardziej zwracają uwagę na wydatki związane z ewentualnymi kolizjami – 48% wskazań wśród osób powyżej 50 roku życia.

Utrzymanie auta w dużym mieście daje w kość

Zdaniem kierowców auta w dużych miastach są używane znacznie intensywniej, a ich utrzymanie wiąże się z nieproporcjonalnie wysokimi kosztami. Porównując dane dla aglomeracji powyżej 500 tys. ludzi ze średnią krajową okazuje się, że wśród mieszkańców metropolii aż o 31 p.p. więcej ankietowanych nie lubi płacić za OC, 25 p.p. więcej naprawiać swoich pojazdów, a 24 p.p. więcej tankować (przy wskazaniach dla całej Polski odpowiednio: 44%, 48% oraz 36%). W miastach od 200 do 500 tys. te wyniki również wyraźnie przewyższają średnią, odpowiednio o 8 p.p., 21 p.p. i 19 p.p .wydatki samochód

Co zrobić, żeby ograniczyć te koszty?

Na cenę paliwa lub zdarzenia losowe kierowcy nie mają wpływu, lecz na to, ile wydadzą na polisę już jak najbardziej. Wśród czynników ułatwiających zakup odpowiedniego ubezpieczenia polscy kierowcy najczęściej wskazując, poza niższą ceną, możliwość szybkiego porównania ofert (22%) oraz szybkiego zakupu bez zbędnych formalności (17%).

– Głównym czynnikiem stanowiącym największy problem przy zakupie polis komunikacyjnych dla polskich kierowców wciąż pozostaje relatywnie wysoka cena. Chcąc zaoszczędzić, warto więc uważnie porównywać oferty ubezpieczycieli i szukać najkorzystniejszego rozwiązania, zarówno pod względem zakresu ochrony, jak i finansowym. Uzyskane w ten sposób pieniądze można z kolei przeznaczyć na inne wydatki związane z utrzymaniem auta, których nie brakuje – podsumowuje Teresa Wrońska – analityk w Mubi.pl.

[1] Badanie zostało zrealizowane w dniach 28.05-03.06.2019 na zlecenie Mubi.pl przez agencję SW RESEARCH metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowych SW Panel, obejmującym 1094 ankiety z osobami posiadającymi samochód.

Progi dokumentacyjne cen transferowych – zasady i zakres regulacji

Polskie regulacje w zakresie cen transferowych przed 1 stycznia 2019 r. były bardziej rygorystyczne niż wytyczne OECD, przez co dokumentację musiało przygotowywać więcej podatników i w zakresie dużej liczby transakcji. W związku z powyższym ustawodawca zdecydował się dokonać gruntownych zmian w przepisach, mających na celu dostosowanie regulacji do standardów międzynarodowych. Jedną z ważniejszych zmian obowiązujących od 1 stycznia 2019 r. jest podniesienie progów transakcyjnych, po przekroczeniu których powstaje obowiązek sporządzenia lokalnej dokumentacji cen transferowych. Jest to bardzo korzystna zmiana z punktu widzenia podatników, jednak wraz z nią powstał szereg definicji i wątpliwości.

Zakres regulacji

Obowiązujący od 1 stycznia 2019 r. przepis art. 11k ustawy o CIT oraz odpowiednio art. 23w ustawy o PIT przewiduje, że lokalna dokumentacja cen transferowych powinna być sporządzana dla transakcji kontrolowanej o charakterze jednorodnym, której wartość, pomniejszona o podatek od towarów i usług, przekracza w roku obrotowym progi dokumentacyjne określone odrębnie dla transakcji towarowych, finansowych, świadczenia usług oraz innych. Warto zwrócić uwagę, że już na wstępie ustawodawca rozstrzyga wątpliwość, czy kwoty niezbędne do ustalenia progów wartościowych powinny być kalkulowane na podstawie wartości netto, czy brutto. Przed 1 stycznia 2019 r. informacja ta nie była zawarta w ustawie, co rodzi liczne wątpliwości wśród podatników i organów skarbowych.

Progi dokumentacyjne

Ustawodawca w nowych przepisach odszedł od określania determinantów sporządzenia dokumentacji na podstawie przychodów podatnika, a odniósł się do dokonywanych przez niego transakcji, wprowadzając następujące progi dokumentacyjne do transakcji kontrolowanej o jednorodnym charakterze:

  1. 10 000 000 zł – w przypadku transakcji towarowej,
  2. 10 000 000 zł – w przypadku transakcji finansowej,
  3. 2 000 000 zł – w przypadku transakcji usługowej,
  4. 2 000 000 zł – w przypadku innej transakcji.

Wskazane powyżej kwoty należy odnosić do każdej transakcji kontrolowanej o charakterze jednorodnym, niezależnie od przyporządkowania transakcji kontrolowanej do transakcji towarowych, finansowych, usługowych albo innych transakcji, dokonując podziału na stronę przychodową i kosztową. Przykładowo podatnik zawarł z podmiotami powiązanymi następujące transakcje o charakterze jednorodnym: zakup centralnych usług IT za 3 mln zł, zakup towarów handlowych za 7 mln zł oraz zakup surowców za 4 mln zł. W powyższym przykładzie obowiązkiem sporządzenia dokumentacji cen transferowych objęty będzie jedynie zakup usług IT. Pozostałe transakcje, mimo iż są transakcjami towarowymi, nie przekraczają określonego w ustawie progu.

Transakcja kontrolowana o jednorodnym charakterze

Ustawodawca wskazał, że wartość transakcji kontrolowanej o charakterze jednorodnym określa się bez względu na liczbę dokumentów księgowych, dokonanych lub otrzymanych płatności oraz podmiotów powiązanych, z którymi zawierana jest transakcja kontrolowana. Jeżeli więc sprzedaż o jednolitym charakterze dokonywana jest w partiach i do każdej wystawiana jest odrębna faktura, to sam fakt wystawienia wielu faktur nie wpływa na istnienie lub brak obowiązku dokumentacyjnego. Ma to na celu zapobieżenie sztucznemu dzieleniu transakcji jedynie w celu uniknięcia obowiązków dokumentacyjnych.

Istotne jest, aby transakcja miała charakter jednorodny. Ustawodawca nie zostawia jednak podatnika bez pomocy i wskazuje kryteria, jakie taka „jednorodność” transakcji powinna spełniać. Bardzo istotne jest odniesienie się do ekonomicznego sensu transakcji, weryfikując cechy charakterystyczne, dóbr usług lub innych świadczeń, przebieg transakcji, w tym funkcje, jakie pełnią podmioty, warunki transakcji określone w umowie, porozumieniu lub innym dowodzie dokumentującym warunki ekonomiczne występujące w czasie i miejscu, w których dokonano transakcji, strategię gospodarczą, a także metodę weryfikacji cen transferowych.

Określenie wartości transakcji

W celu ograniczenia wątpliwości w zakresie interpretacji jednolitej transakcji kontrolowanej ustawodawca przewidział pewne wskazówki w art. 11l ustawy o CIT oraz odpowiednio w art. 23x ustawy o PIT. Przykładowo wartość transakcji kontrolowanej w przypadku pożyczki i kredytu równa jest wartości kapitału w przypadku poręczenia lub gwarancji, tj. sumie gwarancyjnej.

Co do zasady wartość transakcji kontrolowanej równa jest w pierwszej kolejności wartości otrzymanych lub wystawionych faktur w danym roku obrotowym. Jeżeli nie jest możliwe określenie wartości na powyższej podstawie, wówczas należy to zrobić na podstawie umów lub innych dokumentów, a dopiero na końcu w oparciu o otrzymane lub przekazane płatności.

Co ważne, przy przeliczaniu wartości ustawodawca nie odnosi się do przepisów z ustaw CIT lub PIT, wskazując, że wartość transakcji kontrolowanej wyrażoną w walucie obcej przelicza się na złote według kursu średniego ogłaszanego przez Narodowy Bank Polski, obowiązującego w ostatnim dniu roboczym poprzedzającym dzień realizacji operacji gospodarczej lub zawarcia umowy.

Inni podatnicy obowiązani do sporządzenia lokalnej dokumentacji cen transferowych

Ustawodawca określił także kategorię podmiotów, które pomimo niespełniania wyżej opisanych warunków, zobowiązane będą do przygotowania dokumentacji cen transferowych. Szczególną uwagę muszą zwrócić podatnicy współpracujący pośrednio lub bezpośrednio z podmiotami z rajów podatkowych. Dotyczy to współpracy w zakresie umów spółki, wspólnego przedsięwzięcia czy innych umów, gdzie kwota przekracza 100 tys. zł.

Co prawda, przed podatnikami stoi obecnie wyzwanie przygotowania dokumentacji cen transferowych za 2018 r., jednak warto już teraz spojrzeć na działalność przedsiębiorstwa pod kątem przepisów obowiązujących od 1 stycznia 2019 r. Weryfikacja progów transakcyjnych jest pierwszym i najważniejszym etapem przygotowania dokumentacji.

Dokumentacja na żądanie

W dalszym ciągu podatnicy będą musieli przedstawić dokumentację cen transferowych. Przepis art. 11s ustawy o CIT oraz odpowiednio art. 23ze ustawy o PIT ust. 2 umożliwia organom podatkowym zażądanie lokalnej dokumentacji cen transferowych również dla transakcji kontrolowanych, których wartość nie przekroczyła wysokości wyżej opisanych progów. Istotne jest jednak to, że organy podatkowe muszą wykazać okoliczności wskazujące na prawdopodobieństwo zaniżenia wartości transakcji kontrolowanej. Na spełnienie tego żądania podatnik będzie miał 30 dni.

Jednocześnie, na żądanie organu podatnik ma obowiązek przedłożenia grupowej dokumentacji cen transferowych w języku polskim (tłumaczenia dokumentacji grupowej sporządzonej w języku angielskim) w terminie 30 dni od dnia doręczenia tego żądania. Termin ten zapewnia podatnikowi dostateczną ilość czasu na sporządzenie tłumaczenia dokumentacji grupowych, będących często bardzo obszernymi opracowaniami.

Wsparcie doradców podatkowych

W świetle licznych zmian przepisów w tym zakresie na przestrzeni ostatnich lat coraz częstszą praktyką grup kapitałowych jest korzystanie ze wsparcia doradców podatkowych w zakresie przygotowania dokumentacji cen transferowych. Dodatkowo doradcy podatkowi wspierają podatników w zakresie sporów z urzędami dotyczących kalkulacji cen transferowych czy żądania dodatkowych wyjaśnień. Ostatnio można spotkać się także z praktyką urzędów polegającą na losowym wysyłaniu próśb o przysłanie dokumentacji cen transferowych za poprzednie lata, bez wszczynania formalnej kontroli podatkowej. W takiej sytuacji warto wcześniej skontaktować się z doradcą podatkowym, gdyż może to być początek dyskusji z urzędem.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Szwajcarskie ruchy

Konferencja Banku Szwajcarii nie wpłynęła szczególnie na rynki. Najważniejsze zmiany to bardziej kwestie organizacyjne niż ekonomiczne. Jednak nie wiadomo jeszcze jaki wpływ w przyszłości będą one miały na kredyty walutowe, dla których może się zmienić podstawa procentowania.

Decyzje Banku Narodowego Szwajcarii

Na ostatnim posiedzeniu oprócz standardowych, potwierdzanych od ponad 4 lat, zapewnień o gotowości do interwencji, pojawiła się nowość. Mowa o wprowadzeniu własnej stopy procentowej ustalonej na -0,75%. To do tej wartości bank centralny będzie się starał doprowadzać krótkoterminowe stopy rynkowe. Czy to istotna zmiana? Dotychczas był to przedział od -1,25% do -0,25%. Realnie LIBOR i tak utrzymywał się bardzo blisko wartości -0,75%. Zmiana była jednak konieczna, gdyż jak często ostatnio słyszymy przy różnych okazjach: wszystkiemu winny Brexit. Brytyjski nadzór zapewnia funkcjonowanie tego instrumentu (London Interbank Offered Rate) tylko do 2021, w rezultacie czego powstała własna wartość. Inwestorzy przyjęli tę zmianę jako dowód odpowiedzialności Banku Narodowego i jeszcze bardziej zwiększyli zaufanie do tej instytucji. W tej sprawie możemy dostrzec jeszcze jeden ważny element. W kredytach walutowych LIBOR jest podstawą oprocentowania, a skoro za dwa lata ma przestać istnieć, to jakiś wskaźnik będzie musiał zająć jego miejsce.

Zapasy ropy dalej rosną

Popyt na czarne złoto ponownie został przeszacowany. Dobry dowodem na poparcie tej tezy jest wzrost zapasów pomimo ograniczeń produkcji. Analitycy spodziewali się, że rynek jest ustabilizowany, a okazało się, że w ciągu tygodnia zapasy w USA wzrosły o 2,2 miliona baryłek przy oczekiwanym spadku o 0,5 miliona. W rezultacie ropa na giełdzie w Londynie spadła wczoraj do 60 dolarów, a w USA do 51 USD. Pamiętajmy, że są to różne gatunki ropy, co nie zmienia faktu, że różnica pomiędzy kursami jest wyjątkowo wysoka. Wraz z cenami ropy spada również rosyjski rubel, jako waluta silnie powiązana z tym surowcem.

Australijski rynek pracy

W nocy poznaliśmy dane z Sydney. Z jednej strony bezrobocie nie spadło zgodnie z oczekiwaniami do 5,1%, a pozostało na poziomie 5,2%. Na dodatek ten wskaźnik wśród młodzieży wzrósł o 0,1%. Z drugiej liczba nowych miejsc pracy okazała się wyraźnie wyższa od oczekiwań. Analitycy spodziewali się 17,5 tysiąca, a otrzymali aż 42 tysiące. Oznacza to, że bezrobocie spada, aczkolwiek nie tak szybko, jak oczekiwano. Na reakcję rynków nie trzeba było długo czekać. Dolar australijski wyraźnie tracił, w szczytowym momencie jego kurs do USD spadał niemal o 0,5%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

W perspektywie kilkunastu lat autonomiczne samochody mogą wyeliminować kierowców

Do 2025 roku jedna trzecia samochodów ciężarowych zjeżdżających z linii produkcyjnych będzie wysoce autonomiczna – wskazuje firma doradcza MC Kinsey. Pozwoli to zaoszczędzić nawet 80% czasu pracy[1] ponieważ tyle średnio zajmuje samo prowadzenie pojazdu. Według raportu PwC, w Polsce jest obecnie około 600-650 tys. zawodowych kierowców[2], ale – jak wskazują eksperci Personnel Service – w perspektywie kilkunastu lat autonomiczne samochody mogą wyeliminować z rynku kilkadziesiąt tysięcy takich miejsc pracy.

Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy

Autonomiczne pojazdy sprawdzą się przede wszystkim na długich trasach, na autostradach, wykonując dużą część pracy kierowców i ograniczając w ten sposób czas wymagany na odpoczynek. Dzięki temu wydajność jednego takiego pracownika dla przedsiębiorstwa zdecydowanie wzrasta, redukując liczbę miejsc pracy na rynku. Tym bardziej, że wiele firm zaczyna inwestować także w automatyzację floty małych samochodów dostawczych np. takich jeżdżących na stałych, niedługich trasach. W efekcie w ciągu kilkunastu lat możemy spodziewać się spadku liczby miejsc pracy dla kierowców nawet o kilkadziesiąt tysięcy – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service, ekspert rynku pracy.

Jak dodają eksperci Personnel Service, automatyzacja floty w małych firmach przekłada się nie tylko na ograniczenie kosztów, ale także w znaczącym stopniu na poprawę jakości usług.  Z danych Renault-Nissan-Mitsubishi[3] wynika, że aż 55% małych przedsiębiorstw wierzy, że w ciągu najbliższych 20 lat ich flota stanie się w pełni autonomiczna.

Automatyzacja nie taka straszna

Samochody autonomiczne wykorzystywane do transportu towarów na długich trasach pozwolą ograniczyć najbardziej żmudną część pracy kierowców, dzięki czemu będą mogli jechać dłużej, poświęcając mniej czasu na obowiązkowe przystanki. Jak zauważają eksperci Personnel Service, takie rozwiązanie wpłynie pozytywnie na płynność działalności w firmach ograniczając problemy z zatrudnieniem kierowców. Jednocześnie nie sprawi ono, że zawód kierowcy samochodu ciężarowego zupełnie zniknie – człowiek za kółkiem nadal pozostanie niezastąpiony podczas skomplikowanych manewrów, np. konieczności zawracania na zatłoczonych parkingach.

Jacek Opala, członek zarządu Exact Systems S.A., odpowiedzialny za rozwój sprzedaży
Jacek Opala, członek zarządu Exact Systems S.A., odpowiedzialny za rozwój sprzedaży

– Rozwój aut autonomicznych wpłynie na zmniejszenie liczby miejsc pracy dla kierowców ciężarówek, kurierów czy taksówkarzy, ale równocześnie stworzy wokół siebie całkowicie nowy ekosystem, który zapewni ludziom zatrudnienie przy m.in. zarządzaniu flotą i relacjami z klientem, tworzeniu inteligentnych miast, a także w punktach ładowania, czyszczenia i naprawy pojazdów. Wiele przyszłych zawodów wciąż pozostaje nieznana. I chociaż producenci zapewniają, że pierwsze samojezdne auta trafią do sprzedaży w ciągu kilku lat, na ich popularyzację potrzeba będzie następnych kilkunastu. Przed nami jeszcze wiele wyzwań, jak np. wprowadzenie odpowiednich regulacji prawnych obejmujących takie samochody. Szczęśliwie, Europa pozostaje nieco w tyle za USA czy Chinami, w których automatyzacja nabrała większego rozpędu, dzięki czemu mamy okazję lepiej przygotować się do nadchodzących wyzwań – mówi Jacek Opala z Exact Systems.

[1] https://mckinsey.pl/wp-content/uploads/2018/05/Rami%C4%99-w-rami%C4%99-z-robotem_Raport-McKinsey.pdf

[2] https://www.pwc.pl/pl/pdf/pwc-raport-rynek-pracy-kierowcow.pdf

[3] https://newsroom.nissan-global.com/releases/release-41181d20da4d17b77ed88d700817c540-businesses-need-smarter-tech-in-their-fleets-to-survive-e-commerce-boom

ORLEN Południe inwestuje w czyste źródła energii

Energia elektryczna i cieplna będą produkowane w Elektrociepłowni Trzebinia, należącej do spółki ORLEN Południe, z czystego gazu ziemnego, który częściowo zastąpi węgiel. To efekt wartej blisko 80 mln zł inwestycji. Dzięki redukcji emisji związków ze spalin do atmosfery, korzystnie wpłynie ona na środowisko naturalne.

Realizacja inwestycji w nowe źródło ciepła umożliwi wytwarzanie energii elektrycznej i cieplnej w wysokosprawnej kogeneracji już nie tylko z węgla, ale też z przyjaznego środowisku gazu ziemnego. W ten sposób ograniczona zostanie aż o ok. 30% emisja dwutlenku siarki,  dwutlenku azotu o kolejne 45%, natomiast pyłu o blisko 90%.

Trzebinia Orlen Południe
12.06.2019 – Trzebinia .ORLEN . Modernizacja i otwarcie nowej instalacji elektrocieplowni Orlen Poludnie .Fot. Mat. prasowe / Rafal Klimkiewicz / ORLEN

Konsekwentnie inwestujemy w nowoczesne technologie i wdrażamy ekologiczne rozwiązania, by minimalizować wpływ naszej działalności na środowisko naturalne. Projekt modernizacji elektrociepłowni w Trzebini wpisuje się w strategiczne założenia Grupy ORLEN w zakresie rozwoju niskoemisyjnej energetyki – mówi Jarosław Wróbel, Prezes Zarządu ORLEN Południe.

W ramach inwestycji zbudowane zostały m.in. kotłownia gazowa, stacja uzdatniania wody, stacja przygotowania gazu, a także rurociągi gazu wysokiego i niskiego ciśnienia. Generalnym wykonawcą była spółka z grupy ORLEN Projekt. Dzięki modernizacji elektrociepłowni, której całkowita moc wynosi teraz 61 MW, spółka ORLEN Południe dysponuje wielopaliwowym źródłem wytwarzania energii. Pozwoli to optymalizować koszty produkcji związane ze zmianami cen paliw.

Energia wytwarzana w elektrociepłowni dostarczana będzie do wszystkich instalacji produkcyjnych zlokalizowanych w zakładzie Trzebinia, a także – poprzez wewnętrzną sieć c.o. – do firm znajdujących się na terenie zakładu oraz jedynego w mieście dystrybutora ciepła i odbiorców prywatnych.

Budowa nowego źródła ciepła to już kolejna przyjazna środowisku inwestycja ORLEN Południe. W maju podpisana została umowa na budowę w Trzebini pierwszej w Polsce i drugiej w Europie instalacji do produkcji ekologicznego glikolu propylenowego. Jest to krok w kierunku przekształcenia zakładu w nowoczesną biorafinerię. Natomiast w jedlickiej rafinerii trwają analizy dotyczące budowy instalacji do produkcji bioetanolu II generacji.

Preferencje Klienta w sklepie internetowym a wysyłka towaru

Sposób dostawy, który oferujesz w swoim e-sklepie, ma znaczenie – w końcu może zadecydować o powodzeniu bądź zaniechaniu transakcji przez klienta. Dlaczego dostawy są tak ważnym aspektem prowadzenia działalności online? Czego tak naprawdę oczekują klienci? Odpowiedzi na te i inne pytania udzielają eksperci z firmy Sendit S.A. – największego pośrednika usług kurierskich w Polsce – oraz Bliskapaczka.pl.

Osoby biorące udział w zeszłorocznej edycji badania „E-Commerce w Polsce, Gemius dla e-Commerce Polska” zapytane o to, co skłoniłoby je do częstszego robienia zakupów przez internet, wskazały: niższe koszty dostawy (67 proc.), szybszą dostawę (32 proc.) oraz większy wybór sposobów dostawy (26 proc.). Dlaczego właśnie te czynniki są kluczowe dla klientów? O tym poniżej.

Sposób dostawy oraz elastyczny wybór miejsca odbioru przesyłki

Czasy, w których paczki dostarczane były wyłącznie za pośrednictwem Poczty Polskiej, bezpowrotnie minęły. Z badań „E-Commerce w Polsce. Gemius dla e-Commerce Polska” przeprowadzonych w latach 2015-2018 wynika, że największym zainteresowaniem wśród kupujących online cieszą się tradycyjne dostawy kurierskie „do drzwi”. Co więcej, można wyciągnąć wniosek, że traktowane są one jak wszechobecny standard. Z tych samych badań wynika również, że możliwość odbioru przesyłek w paczkomatach coraz częściej motywuje Polaków do dokonania zakupów przez internet. Potwierdzają to także dane firmy Sendit, gdyż liczba tego rodzaju dostaw w 2018 roku – w stosunku do poprzedniego – wzrosła o blisko 39%, a w bieżącym roku firma również spodziewa się znacznego wzrostu zainteresowania tym rozwiązaniem. Wszystko ze względu na coraz szybsze tempo życia Polaków, którzy rzadziej są w stanie określić czas, w którym będą w stanie odebrać przesyłkę pod wskazanym adresem.

O tym, jak duże znaczenie odgrywa dostawa do punktów i paczkomatów, można wywnioskować na podstawie wprowadzonej w ostatnim roku usługi Allegro Smart! Odzew użytkowników platformy był bardzo pozytywny, a samo rozwiązanie niewątpliwie ustanowiło nowe standardy obsługi użytkownika w zakresie dostawy i ukształtowało oczekiwania klientów na całym rynku. W dzisiejszych czasach niezwykle ważne jest natychmiastowe reagowanie na trendy i oczekiwania kupujących – jest to warunek efektywnej walki rynkowej z konkurencją – komentuje Wojciech Kliber, Wiceprezes Zarządu Sendit S.A. oraz współzałożyciel Bliskapaczka.pl.

Warto pamiętać, że w przypadku sklepów internetowych to już nie tylko atrakcyjne ceny, ale całe spektrum możliwości – w tym właśnie m.in. elastyczne i sprawdzone formy dostaw.

 – Stworzyliśmy wygodne narzędzie – Bliskapaczka.pl – wykorzystujące mapę, za pomocą której klienci mogą swobodnie wybierać spośród wielu naszych przewoźników i dostępnych punktów sieci partnerskich, takich jak m.in. FedEx, DPD, GLS, paczkomaty InPost, sklepy Żabka i FreshMarket, kioski RUCHu, stacje Orlen i Lotos czy placówki Poczty Polskiej. Ponadto narzędzie udostępnia informacje m.in. o położeniu najbliższych punktów odbiorczych, ich adresie, godzinach otwarcia, dostępności parkingu, bliskości komunikacji miejskiej i wielu innych, istotnych z punktu widzenia klienta, kwestiach kontynuuje Wojciech Kliber, Wiceprezes Zarządu Sendit S.A. oraz współzałożyciel Bliskapaczka.pl.

Koszt dostawy

Koszt dostawy może zadecydować o porzuceniu koszyka. Dzieje się tak w szczególności w sytuacjach, gdy oferowany towar nie jest unikatowy, a tym samym możliwy do zakupienia w innych e-sklepach. Podobnie może zdarzyć się, gdy e-sklep oferuje produkty o niskiej wartości, a łączna wartość koszyka może być mniejsza niż przesyłki. Jak wynika z badania Gemius, bezpłatna dostawa skłoniłaby do częstszego dokonywania zakupów online aż połowę ankietowanych osób.

– Zdajemy sobie sprawę, jak duże znaczenie odgrywają koszty dostaw dla klientów, a także z jakimi problemami borykają się sklepy internetowe. Dzięki największemu w Polsce zasięgowi punktów odbioru jesteśmy w stanie zaoferować im niższe koszty przesyłek średnio o 10-15%. Co więcej, nasze narzędzia pozwalają elastycznie uruchamiać nowych, tańszych operatorów i automatyzować obsługę zleceń, co pośrednio również przyczynia się do obniżenia kosztu obsługi całego wolumenu przesyłek. Ponadto zapewniamy wsparcie technologiczne w postaci gotowych integracji dla e-sklepów – mówi Kamila Kowalska, Dyrektor handlowy w Sendit S.A.

Czas dostawy

Zakupy online to oszczędność czasu – zarówno ze względu na możliwość dokonania ich w dogodnym dla nas miejscu i czasie, jak i pod względem braku konieczności osobistego stawienia się w sklepie. Okazuje się również, że tą samą wartością kierują się kupujący online biorąc pod uwagę czas dostawy zakupów. Jak wynika z badania Gemius, aż 62 proc. kupujących online, zapytanych jak szybko powinna nastąpić dostawa, aby zmotywowała ich do częstszego dokonywania zakupów, wskazała czas do 24 godzin.

Niższe koszty dostawy, szybsze dotarcie przesyłki do klienta oraz większy wybór sposobów dostawy, to wartości, którymi kierują się kupujący online. Powyższe rady mogą w znaczący sposób wpłynąć na doświadczenia zakupowe, które przełożą się na częstsze składanie zamówień.

Brak umiejętności zapanowania nad danymi negatywnie wpływa na możliwości wydobywania z nich korzyści

Średnio mniej niż 40% przedsiębiorstw w regionie Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (EMEA) jest przekonanych, że potrafi zapanować na swoimi danymi, tj. zarządzać nimi, chronić je i wydobywać z nich użyteczne informacje oraz używać ich w odpowiedzialny sposób. Z niedawnego badania pt. „Rediscovering trust in your data and security”, przeprowadzonego przez Oracle wynika, że w ciągu najbliższych trzech lat nie należy liczyć na wzrost możliwości w tych czterech obszarach. Respondenci zdają sobie jednak sprawę z korzyści płynących z osiągnięcia doskonałości w tych dziedzinach, a jako trzy kluczowe zalety wymieniają tu wzrost lojalności klientów, przychodów i wartości marki.

„Wiemy, że umiejętność wykorzystywania danych przynosi firmom olbrzymie korzyści biznesowe i przewagę, którą trudno jest zniwelować innym przedsiębiorstwom” — powiedział Andrew Sutherland, wiceprezes Oracle, szef działu technologii i systemów na region Dalekiego Wschodu i EMEA. „Wyniki naszego badania dowodzą jednak, że przedsiębiorstwa w dalszym ciągu są przytłoczone zalewem danych, z jakim mają do czynienia. Firmy muszą bezpośrednio stawić czoła temu problemowi. W tym celu potrzebują lepszych procedur wewnętrznych i wdrożenia strategii zarządzania danymi oraz udoskonalonych mechanizmów zabezpieczeń. Kluczowe będzie też rozważne korzystanie z chmury i nowych technologii, takich jak sztuczna inteligencja i automatyzacja, ponieważ dotarliśmy do punktu zwrotnego, w którym wyzwania związane z danymi i bezpieczeństwem zaczynają nas przerastać i zmuszają nas do skorzystania ze wsparcia maszyn”.

Wskazanie obszarów odpowiedzialnych za zabezpieczanie danych budzi wiele wątpliwości. Przykładowo, prawie połowa decydentów w działach finansów i informatyki twierdzi, że odpowiadają one za ochronę danych w obrębie firmy. Za dane odpowiedzialna czuje się jednak tylko jedna trzecia typowych użytkowników danych — czyli pracowników działów marketingu i kadr.

53% szefów przedsiębiorstw z regionu EMEA jest przekonanych, że bezpieczne zarządzanie danymi ma bardzo duże znaczenie dla reputacji ich firm. Z badania wynika też jednak, że istnieje wiele ważnych zachowań wewnętrznych, które mogą zagrozić budowanemu zaufaniu.

Jedna czwarta respondentów twierdzi, że ich największą obawą związaną z bezpieczeństwem danych wewnątrz firmy jest brak dbałości o zachowanie ich poufności. Na kolejnych miejscach w tym rankingu znalazły się słabe mechanizmy kontroli dostępu do danych (24%), chęć zarządzania danymi za pomocą urządzeń mobilnych lub platform społecznościowych (23%) oraz korzystanie z niezaufanych urządzeń i połączeń (23%).

Mniej więcej jedna piąta ankietowanych (22%) stwierdziła też, że do najważniejszych zachowań, które zmniejszają ich zaufanie do sposobu zarządzania danymi w ich firmach, należą: nieprzykładanie wagi do tego, jak dane powinny być używane, niewłaściwe korzystanie z newralgicznych danych i nieprzestrzeganie obowiązujących przepisów dotyczących danych.

Wprowadzanie zmian

Po przeciwnej stronie tych problematycznych zachowań znajdują się firmy dysponujące strategiami zarządzania danymi, które o 8% częściej stosują dokumenty chronione hasłem, o 10% częściej mają dostęp do bezpiecznych lokalnych baz danych i o 9% częściej korzystają z danych na zaufanych urządzeniach.

W odpowiedziach na pytania o najważniejsze priorytety w dziedzinie danych i bezpieczeństwa na najbliższy rok oraz o działania podejmowane w celu promowania odpowiedzialnego używania danych, na wysokich pozycjach znalazły się egzekwowanie lepszej kontroli i procedur oraz szkolenia i warsztaty łączące ludzi z różnych pionów. Przedsiębiorstwa zaczynają też korzystać z technologii, które mają im pomóc z całym spektrum zadań związanych z opanowaniem danych. Dlatego przyspieszają migrację do chmury z myślą o poprawie skuteczności zabezpieczeń (30%), wprowadzają sztuczną inteligencję i automatyczne uczenie w celu wydobywania z danych użytecznych informacji (26%) i stosują funkcje automatycznego uczenia do samodzielnego wprowadzania poprawek i ochrony danych (25%).

Najważniejsze wnioski z badania:

  • Średnio 42% respondentów nie dysponuje wdrożoną strategią zarządzania danymi
  • Tylko 4 na 10 ankietowanych jest przekonanych o swojej zdolności zarządzania danymi, ich ochrony i korzystania z nich w odpowiedzialny sposób
  • Tylko 35% respondentów jest w dużej mierze przekonanych, że są w stanie zarządzać danymi tak, aby wydobywać z nich użyteczne informacje
  • Kluczowe działy w dalszym ciągu nie akceptują odpowiedzialności za zarządzanie danymi
  • Protokoły bezpieczeństwa danych są często niezrozumiałe lub nieprzestrzegane

Informacje o raporcie

Prezentowany raport przygotowano w oparciu o globalną ankietę, zawierającą 23 pytania i przeprowadzoną wyłącznie w kanale mobilnym. Respondenci reprezentowali kadrę kierowniczą, w tym kierowników, dyrektorów, wiceprezesów i menedżerów wyższego szczebla mających wpływ na procesy decyzyjne związane z rozwiązaniami chmurowymi, platformami i infrastrukturą lub oprogramowaniem biznesowym.

Huckleberry Games S.A. pozyskuje 1,5 mln zł z emisji akcji serii F

Huckleberry Games S.A., Spółka z branży gier komputerowych, notowana na rynku NewConnect od grudnia 2017 r., pozyskała 1,5 mln zł z emisji akcji serii F. Środki te zostaną przeznaczone na realizację nowej strategii operacyjnej, kontynuowanie prac nad grą „Edengrad” oraz na realizację nowych ciekawych i rozwojowych projektów.

Spółka przeprowadziła emisję akcji serii F, z której pozyskała 1,5 mln zł. Inwestorzy objęli łącznie 750.000 szt. akcji po cenie emisyjnej wynoszącej 2,00 zł za akcję. Pozyskany kapitał zostanie przeznaczony na wdrożenie i realizację nowej strategii operacyjnej oraz zakończenie prac nad grą „Edengrad” i jej pełne wydanie, a także na realizację i wdrożenie nowych projektów. Zarząd Huckleberry Games S.A. jest bardzo zadowolony z powodzenia emisji i wierzy, że uzyskane środki finansowe pozwolą skutecznie realizować przyjętą strategię rozwoju.

„Emisja serii F była bardzo ważnym krokiem w historii Spółki. To dzięki niej Spółka będzie mogła kontynuować pracę nad naszym flagowym produktem, czyli Edengradem oraz wesprze rozwój nowych obiecujących projektów. Cieszymy się, że kolejni akcjonariusze, pomimo stosunkowo kiepskiego PR-u wokół Spółki, uwierzyli w nią i razem z nami chcą ją rozwijać, a my w zamian zapewnimy im nową, lepszą jakość.” – wyjaśnia Patryk Borowski, Prezes Zarządu Spółki Huckleberry Games S.A.

Emitent przygotowuje się do wydania aktualizacji gry „Edengrad” o nazwie kodowej „Your own Wasteland”. Aktualizacja ma umożliwić graczom uruchamianie własnych prywatnych serwerów gry, a także modyfikowanie gry w celu stworzenia własnych światów, zadań, przedmiotów oraz przeciwników. Planowany termin wydania aktualizacji to VI 2019 r.

W zeszłym roku na platformie Android w sklepie Google Play opublikowana została pełna wersja gry „The Minglers”, która została wyprodukowana przez Huckleberry Games S.A. Spółka zamierza dopieścić produkcję właśnie z pozyskanego w formie emisji finansowania oraz wprowadzić do niej mikropłatności, dzięki którym wygeneruje zysk. Doświadczenie i know-how zdobyte przy okazji prac nad grą „The Minglers” zostaną wykorzystane przy pracach nad kolejnymi tego typu produkcjami.

„Aktualnie skupiamy się głównie nad wypuszczeniem finalnej aktualizacji do Edengradu o podtytule „Your own wasteland”. Aktualizacja ta wprowadzi bardzo wiele mechanik, na które nasi gracze czekają od jakiegoś czasu. Oczywiście nie chcemy się jednak zamykać tylko na ten tytuł. Jesteśmy zespołem kreatywnych osób i chcemy tworzyć nowe, jeszcze lepsze produkcje. Jednak więcej o tym w najbliższej przyszłości.” – zakończył Prezes Borowski.

Bezsilność z przejedzenia

Inflacja bazowa z USA nie sprostała prognozom, ale gołębie oczekiwania względem polityki Fed są już tak wyśrubowane, że trudno dołożyć coś więcej, o ile dane nie będą dramatycznie złe. W temacie wojen handlowych mamy senne wyczekiwanie szczytu G20 pod koniec miesiąca, co razem tłumi zmienność.

W maju inflacja bazowa CPI w USA spowolniła do 2 proc. r/r, wbrew oczekiwanemu utrzymaniu 2,1 proc. USD tracił w pierwszej reakcji, zanim nie przestał i nie odwrócił całego ruchu. Oczekiwania względem przyszłotygodniowego posiedzenia FOMC obniżyły się z -1 pb do -4 pb, a dla lipca: z -21 pb do -24 pb. Niewielkie zmiany, gdyż jeszcze przed odczytem oczekiwania były silnie gołębie. W efekcie przy skromnym rozczarowaniu w danych o inflacji, trudno liczyć na drastyczną rewizję oczekiwań, wprawdzie z jednego słabszego wyniku Fed nagle nie zaskoczy cięciem za tydzień. By wyraźnie zamieszać oczekiwaniami (i wyceną aktywów dolarowych) potrzeba prawdziwej bomby. Następna próba w piątek przy publikacji sprzedaży detalicznej. Do tego czasu, kto już ma ustanowioną pozycję w USD – cierpliwe czeka; kto nie ma – za późno jest na pozycjonowanie z wyprzedzeniem i pozostaje tylko czekać na faktyczne zdarzenie (sprzedaż, FOMC).

Czynniki techniczne też przemawiają za siedzeniem na rękach. Indeks dolarowy zaparkował na średniej 200-sesyjnej; EUR/USD – pod średnią 200-tygodniową. Rynek akcji notuje zmiany w wąskim pasmie od -0,5 proc. do 0,5 proc. Impulsów nie dostarcza też drugi „temat sezonu”: wojny handlowe. Wprawdzie prezydent Trump powtórzył, że ma „przeczucie”, iż dojdzie do porozumienia handlowego z Chinami, ale jeśli nie, to plan nałożenia dodatkowych ceł będzie wprowadzony w życie. Dla rynków to nie jest nowa wiadomość, co sprowadza nas do odliczania dni do szczytu G20, gdzie prawdopodobnie dojdzie do spotkania przywódców obu państw (28-29 czerwca).

Wczoraj Boris Johnson oficjalnie rozpoczął kampanię o posadę szefa Partii Konserwatywnej, a w sowim programie oczywiście skupił się na brexicie. Deklaruje wyjście UE 31 października, ale „no deal” nie jest dla niego końcowym celem. Zamiast tego, chce pozostawić tą opcję, jak „ważne narzędzie negocjacyjne”, gdyż dotychczas wynegocjowana wersja porozumienia jest nie do przyjęcia, głównie w temacie backstopu. Manifest Johnsona wydawał się w mniejszym stopniu skierowany do członków partii, którzy mają na niego głosować, ale do szerszej publiki. BoJo atakował May, Partię Pracy i krytykował lidera laburzystów Corbyna. Łagodząc stanowisko wobec brexitu może i liczyć na pozyskanie większej akceptacji jako kandydata, ale w rozkładzie prawdopodobieństwa przyszłych scenariuszy niewiele zmienia. Johnson chce renegocjować umowę brexitu, co Bruksela kategorycznie odrzuca i nakazuje wciąż to, co jest, albo opuścić UE z niczym. Wielka Brytania nie ma żadnej alternatywy do zaoferowania UE, gdyż parlament nie jest w stanie uzgodnić niczego. Wydaje się, że niemal do samego końca może nie być wiadomo, jaka przyszłość czeka Wielka Brytanię i albo dojdzie do twardego brexitu, albo Johnson (lub ktokolwiek, kto zwycięży w wyścigu na szefa partii) zarządzi nowe wybory, by zmienić układ sił w parlamencie. Tak czy inaczej nie ma tu miejsca na szybki entuzjazm względem funta.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Nowe przepisy o kasach fiskalnych – jakie zmiany czekają na przedsiębiorców?

Od 1 maja 2019 obowiązują nowe przepisy w zakresie kas fiskalnych. Urządzenia z elektronicznym oraz papierowym zapisem kopii będą stopniowo wycofywane z rynku na rzecz nowego typu kas online. Pochodzące z nich dane będą spływać bezpośrednio do Centralnego Repozytorium Kas. Jaki jest dokładny harmonogram procesu wprowadzenia nowoczesnych kas oraz proponowane rozwiązania w tym zakresie?

Kasy online

Marta Serafin, doradca podatkowy w firmie inFakt
Marta Serafin, doradca podatkowy w firmie inFakt

Nowe kasy online mają zastąpić stopniowo kasy starego typu z elektronicznym oraz papierowym zapisem kopii. W odróżnieniu od nich będą miały wbudowaną funkcjonalność, która umożliwi zautomatyzowany i bezpośredni przesył danych z kasy rejestrującej do centralnego systemu informatycznego. W Centralnym Repozytorium Kas prowadzonym przez Szefa Krajowej Administracji Skarbowej gromadzone będą dane o sprzedaży oraz zdarzeniach zapisywanych w pamięciach kas rejestrujących. Na ich podstawie dokonywana będzie analiza oraz kontrola rozliczeń przedsiębiorców, szczególnie w zakresie nieprawidłowości w podatku VAT.

Co istotne, kasy online zapewnią kupującemu możliwość otrzymania paragonu fiskalnego w formie papierowej. Zniesiony dla użytkowników kas online został obowiązek wydruku raportów fiskalnych dobowych, jednak nadal będą wystawiać raporty fiskalne okresowe, w tym miesięczne, w wersji papierowej.

Połączenie z Centralnym Repozytorium Kas

Przepisy dotyczące kas online uwzględniają sytuacje, gdy użytkownik kasy ma problem z brakiem zasięgu sieci komórkowych lub dostępem do operatorów świadczących usługi w zakresie zapewnienia dostępu do sieci telekomunikacyjnej. Gdy z przyczyn niezależnych od podatnika nie jest możliwe czasowo zapewnienie połączenia z Centralnym Repozytorium Kas, jest on zobowiązany prowadzić ewidencję i zapewnić połączenie niezwłocznie po ustaniu tych przyczyn. W sytuacji, gdy połączenie nie jest możliwe w sposób trwały, użytkownik kasy ma obowiązek prowadzić ewidencję sprzedaży oraz, za zgodą właściwego[1] naczelnika urzędu skarbowego, zapewnić to połączenie w ustalonych z nim odstępach czasowych.

Harmonogram zmian

Ministerstwo Finansów podkreśla, że wycofywanie z rynku kas rejestrujących, które nie spełniają wymogów dla kas online, będzie procesem ewolucyjnym. W pierwszej kolejności do 31 sierpnia 2019 roku zlikwidowane zostaną kasy z papierowym zapisem kopii. Nie będzie także możliwości wymiany do tego czasu pamięci kasy fiskalnej.

Kasy z elektronicznym zapisem kopii zostaną ostatecznie wycofane do 31 grudnia 2022 roku. Wyjątkiem będą podatnicy prowadzący działalność w branżach szczególnie narażonych na nieprawidłowości w zakresie ewidencjonowania sprzedaży, którzy zostaną objęci bezwzględnym obowiązkiem wymiany kas już wcześniej. Zmiana na kasy online dotyczy sprzedaży usług i towarów w następujących branżach uznanych za wrażliwe:

  • od 1 stycznia 2020 – sprzedaż benzyny silnikowej, oleju napędowego, gazu przeznaczonego do napędu silników spalinowych; świadczenie usług naprawy pojazdów silnikowych oraz motorowerów (w tym naprawy opon, ich zakładania, bieżnikowania i regenerowania), oraz w zakresie wymiany opon lub kół dla pojazdów silnikowych oraz motorowerów;
  • od 1 lipca 2020 – świadczenie usług związanych z wyżywieniem wyłącznie świadczonych przez stacjonarne placówki gastronomiczne, w tym również sezonowo, oraz usług w zakresie krótkotrwałego zakwaterowania; sprzedaż węgla, brykietu i podobnych paliw stałych wytwarzanych z węgla, węgla brunatnego, koksu i półkoksu przeznaczonych do celów opałowych;
  • od 1 stycznia 2021 – świadczenie usług fryzjerskich, kosmetycznych i kosmetologicznych, budowlanych, w zakresie opieki medycznej świadczonej przez lekarzy i lekarzy dentystów, prawniczych, związanych z działalnością obiektów służących poprawie kondycji fizycznej (wyłącznie w zakresie wstępu).

Wynajem kas online

Nowym rozwiązaniem jest możliwość używania kas online na podstawie umowy najmu, dzierżawy, leasingu lub umów o podobnym charakterze. Wynajmowaniu mogą podlegać jedynie kasy online posiadające ważne potwierdzenie Prezesa Głównego Urzędu Miar o tym, że kasy zapewniają m.in. połączenie i przesyłanie danych do Centralnego Repozytorium Kas.

Ulga na zakup kasy online

Wysokość ulgi na kasę nie ulega zmianie – jest to 90% ceny zakupu (bez VAT) i nie więcej niż 700 zł. Ulga przysługuje, gdy zakup kasy online nastąpi nie później niż w terminie 6 miesięcy od dnia rozpoczęcia prowadzenia ewidencji sprzedaży. Dzień rozpoczęcia prowadzenia ewidencji sprzedaży został określony w przepisach i jest to 1 stycznia 2020, 1 lipca 2020 lub 1 stycznia 2021 w zależności od branży, w której działa podatnik.

Ulga na zakup kasy przysługuje także podatnikom, który dobrowolnie rozpoczną prowadzenie ewidencji sprzedaży przy zastosowaniu kas online i dotychczas nie stosowali kas rejestrujących (zarówno online jak i z papierowym czy elektronicznym zapisem kopii).

Nowe obowiązki dla podatnika

Przepisy wykonawcze wprowadzają nowy obowiązek dla podatnika polegający na zapoznaniu osoby prowadzącej u niego ewidencję sprzedaży na kasie fiskalnej z informacją o zasadach ewidencji obejmującą podstawowe zasady prowadzenia ewidencji i wystawiania paragonu fiskalnego oraz skutki ich nieprzestrzegania.

Osoba prowadząca ewidencję składa podatnikowi – przed rozpoczęciem jej prowadzenia – oświadczenie zgodnie z określonym przepisami wzorem. Natomiast osoby, które rozpoczęły prowadzenie ewidencji sprzedaży przed 1 maja 2019, zobowiązane były do złożenia stosownych oświadczeń do 31 maja 2019.

Na podatników prowadzących ewidencję sprzedaży przy użyciu kas rejestrujących został nałożony także obowiązek przypisania oznaczeń literowych od „A” do „G” do stawek podatku lub zwolnienia od podatku, przypisanych do nazw towarów i usług. Dotychczasowe oznaczenie należy dostosować do nowych przepisów rozporządzenia w sprawie kas rejestrujących w terminie do 31 lipca 2019.

[1] Przy jednoosobowej działalności – właściwy ze względu na miejsce zamieszkania, w przypadku spółek – ze względu na siedzibę.

Branża nieruchomości poszukuje zyskownych nisz. Jedną z nich są mieszkania dla studentów

Rynek nieruchomości w Europie Środkowej, w tym także w Polsce, nieustannie się rozwija. Jak wynika z pierwszej edycji badania „Deloitte Real Estate Confidence Survey for Central Europe (CE)”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, najwięksi gracze w środkowoeuropejskim sektorze nieruchomości są optymistami co do dalszej przyszłości. Prawie dwie trzecie badanych oczekuje, że klimat gospodarczy pozostanie sprzyjający, a 78 proc. jest zdania, że dostępność kredytów pozostanie na niezmienionym poziomie. Niemal 40 proc. spodziewa się pojawienia się w tym roku nowych możliwości inwestycyjnych. W orbicie zainteresowania deweloperów znajdują się przede wszystkim nieruchomości biurowe oraz prywatne akademiki.

W badaniu wzięli udział przedstawiciele branży nieruchomości (inwestorzy, deweloperzy oraz agencje nieruchomości i inni doradcy obsługujący tę branżę) działający w regionie Europy Środkowej.

Niepewność polityczna i rosnące koszty kredytów to tylko niektóre z czynników wpływających na rynki światowe. Globalny wzrost gospodarczy zwalnia, a Bank Światowy zmienił prognozę wzrostu gospodarczego na świecie z 3 proc. do 2,9 proc. Coraz częściej pojawia się pytanie czy jest to naturalne dostosowanie globalnej gospodarki czy początek następnego kryzysu? Najnowsze badanie Deloitte wskazuje jednak, że gracze rynkowi pozytywnie oceniają perspektywy dla gospodarki Europy Środkowej w drugiej połowie 2019 r. Wyraźna większość respondentów (62 proc.) oczekuje, że ogólny klimat gospodarczy pozostanie stabilny, podczas gdy tylko 22 proc. jest przeciwnego zdania. Prawie jedna trzecia ankietowanych, dla których głównym rynkiem działalności jest Polska, spodziewa się poprawy sytuacji gospodarczej, a tylko co dziesiąty wyraża przeciwstawny pogląd.

Ponad trzy czwarte osób biorących w badaniu (78 proc.) oczekuje, że dostępność kredytów pozostanie niezmieniona. Zarówno negatywny, jak i pozytywny scenariusz przewiduje 11 proc.

Ponieważ większość finansowania realizowana jest w euro, tak optymistyczne nastawienie może być reakcją na decyzję Europejskiego Banku Centralnego o utrzymaniu podstawowych stóp procentowych na obecnym poziomie co najmniej do końca 2019 roku – mówi Maciej Krasoń, Partner, Lider Zespołu Nieruchomości i Budownictwa w Europie Środkowej.

Zdecydowana większość respondentów (84 proc.) nie spodziewa się również w tym roku żadnych znaczących zmian w otoczeniu podatkowym w regionie Europy Środkowej. Nie oznacza to jednak, że uwadze respondentów uszły dość częste i skomplikowane zmiany szczególnie w polskim systemie podatkowym.

Aktywność rynkowa

W ciągu ostatnich trzech lat odnotowano wyjątkowo wysoką liczbę transakcji w regionie Europy Środkowej. Do końca 2018 r. na nieruchomości komercyjne wydano 13,8 mld euro. Połowa tych transakcji miała miejsce w Polsce, co oznacza, że nasz kraj jest nadal głównym miejscem dla działalności inwestycyjnej w sektorze nieruchomości. Na drugim miejscu uplasowały się Czechy (19 proc.), a następnie Węgry (13 proc). Uczestnicy badania oczekują, że ogólna aktywność na rynku nieruchomości utrzyma się na podobnym poziomie jak w 2018 r.

Opinie na temat dostępności możliwości inwestycyjnych w ciągu najbliższych trzech lat rozkładają się mniej więcej po równo: 38 proc. respondentów spodziewa się ich wzrostu, podczas gdy 36 proc. oczekuje spadku. Liczby dla Polski są jeszcze bardziej zachęcające: 45 proc. respondentów prognozuje, że dostępność produktów inwestycyjnych wzrośnie w najbliższej przyszłości.

Ten optymizm jest pochodną bardzo dobrej sytuacji gospodarczej zarówno w Polsce jak i całym naszym regionie oraz dużej odporności na zawirowania polityczno-gospodarcze w innych częściach świata. Dodatkowo wciąż duża dostępność kapitału i kredytu powoduje, że nasz region stał się, prawdopodobnie już na stałe, jednym ze składników zdywersyfikowanych portfeli inwestycyjnych. Europa Środkowa nie funkcjonuje oczywiście w oderwaniu od rynków sąsiednich, zatem Brexit, spowolnienie wzrostu gospodarczego w Europie Zachodniej i Azji zapewne wpłyną na przyszłość branży również w naszej części kontynentu – mówi Dominik Stojek, Partner Associate w dziale Doradztwa Nieruchomościowego Deloitte.

Grunty na wagę złota

Jak wynika z badania 45 proc. respondentów twierdzi, że szuka nowych inwestycji, podczas gdy 41 proc. chce skupić się na zarządzaniu swoim obecnym portfelem. Pozostałe 14 proc. do końca tego roku koncentruje się na pozyskiwaniu nowych funduszy. Na pytanie o plany kupna /sprzedaży 41 proc. badanych odpowiedziało, że w roku 2019 kupi i sprzeda nieruchomości w równych proporcjach, podczas gdy podobny odsetek (38 proc.) zadeklarował koncentrację na sprzedaży. Tylko pozostałe 21 proc. zamierza kupić więcej niż sprzedać. Warto zaznaczyć, że w badaniu nie brali udziału azjatyccy inwestorzy, którzy coraz częściej w regionie Europy Środkowej szukają nowych możliwości inwestycyjnych.

Dla 63 proc. deweloperów największym wyzwaniem jest pozyskanie gruntów pod zabudowę. Jest to wynik wzrostowej tendencji cen i kurczącej się dostępności atrakcyjnych terenów.

Zmniejszająca się dostępność nowych działek zmusza inwestorów do zweryfikowania dotychczasowych strategii. Jednym ze skutków tej zmiany jest widoczny wzrost liczby projektów mających na celu przebudowę istniejących budynków – wyjaśnia Dominik Stojek.

Z kolei dla 19 proc. badanych problemem są rosnące koszty materiałów i robót budowlanych, a dla 13 proc. finansowanie projektów.

W świetle powyższych odpowiedzi nie dziwi fakt, że ponad połowa respondentów (56 proc.) spodziewa się, że marża dewelopera spadnie w tym roku. Może to skutkować zmniejszeniem liczby nowych projektów i wzrostem cen dla najemców, inwestorów i klientów indywidualnych.

Najbardziej zyskowne segmenty

Największą uwagę inwestorów przyciągnie w tym roku sektor nieruchomości biurowych. Skoncentruje się na nim jedna czwarta respondentów, podczas gdy w przypadku handlu i logistyki było to odpowiednio 13 i 6 proc. Aż 62 proc. badanych prognozuje, że rentowność na rynku nieruchomości biurowych pozostanie na niezmienionym poziomie. W ubiegłym roku transakcje na tym rynku wygenerowały około 5,6 mld euro. Największą z nich w 2018 roku było nabycie przez Savills IM w dwóch biurowców w kompleksie Gdański Business Centre za około 200 mln euro. Najwyższe czynsze za powierzchnie biurowe notuje się w Warszawie i Budapeszcie (21 – 25 euro ) oraz w Pradze (21 – 22 euro).

Inwestorzy są za to mniej entuzjastycznie nastawieni do nieruchomości handlowych – tylko 7% z nich zamierza zwiększyć swoją aktywność inwestycyjną z tym segmencie rynku. Wpływ na to ma z pewnością rosnąca rola handlu elektronicznego, który dynamicznie zwiększa swój wolumen, jednocześnie stymulując dalszy rozwój sektora logistycznego. W Polsce ważnym czynnikiem wpływającym potencjalnie na decyzje inwestorów ma dodatkowo zakaz handlu w niedzielę. Innym powodem mniej entuzjastycznego podejścia do sektora detalicznego może być stosunkowo wysoki poziom nasycenia powierzchni handlowych na głównych rynkach regionu. Na przykład wskaźnik ten w Polsce wynosi około 386 m² na 1000 mieszkańców, a w wielkich miastach może to być nawet dwa razy więcej. Zachęca to deweloperów do skupienia się na mniejszych miastach i peryferyjnych lokalizacjach.

Szybki rozwój gospodarczy w regionie stymuluje popyt na nowe hotele biznesowe. Dodatkowo, takie miasta takie jak Praga i Budapeszt są dobrze znanymi ośrodkami turystycznymi, więc nie jest zaskoczeniem, że zainteresowanie inwestorów sektorem hotelarskim i rekreacyjnym jest tam duże. Także Warszawa, Kraków, Gdańsk i Wrocław przyciągają coraz więcej turystów, co pobudza polski sektor hotelarski. Uczestnicy badania jako niszę wskazywali także inwestycje w mieszkania studenckie, które mogą stanowić interesującą alternatywę dla innych inwestycji.

Rynek studencki jest nadal bardzo niewielki, ale ma interesujące perspektywy, biorąc pod uwagę rosnącą liczbę studentów. Kilka prywatnych akademików zostało już zbudowanych, a kilka innych planowanych jest w Warszawie, Pradze i innych miastach regionu – mówi Maciej Krasoń.

Kluczowym wyzwaniem w sektorze mieszkaniowym może być rosnąca przepaść między siłą nabywczą ludności a rosnącymi cenami na rynku pierwotnym, co pozostawia niewiele miejsca na wzrost cen. Kolejna kwestia związana jest z kosztami pracy, które są napędzane przez niską stopą bezrobocia i wzrost średnich płac. Spadająca dostępność działek i rosnące koszty budowy i robocizny mogą wpłynąć na zmniejszenie zysków deweloperów. Jednak pomimo tych wyzwań utrzymujący się silny popyt na mieszkania zachęca ich do podejmowania nowych projektów.

Dassault Systèmes przejmuje Medidata Solutions

  • Wiodące na rynku rozwiązania chmurowe na potrzeby badań klinicznych firmy Medidata Solutions są wykorzystywane przez 1300 klientów na całym świecie do rozwoju innowacji w leczeniu i zwiększania wydajności zabiegów klinicznych.
  • Połączenie modelowania naukowego, symulacji i cyfrowych zasobów wiedzy w zakresie badań na całym świecie przyspiesza rozwój spersonalizowanej opieki zdrowotnej, z korzyścią dla pacjenta.
  • Nauki biologiczne również skorzystają z efektu platformy obejmującego badania nad lekami i ich opracowywanie, rozwój, badania kliniczne, produkcję i komercjalizację.

Dassault Systèmes (Euronext Paris: #13065, DSY.PA) oraz Medidata Solutions, Inc. (NASDAQ: MDSO), lider cyfrowej transformacji branży biotechnologicznej w zakresie badań klinicznych, komercjalizacji i inteligencji danych gromadzonych w świecie rzeczywistym, ogłosiły podpisanie ostatecznej umowy o przejęciu przez Dassault Systèmes firmy Medidata w transakcji gotówkowej po cenie 92,25 USD za akcję Medidata, co stanowi wartość przedsiębiorstwa wynoszącą 5,8 mld USD. Transakcja została jednogłośnie zatwierdzona przez zarządy obu spółek. Rok obrotowy Medidaty zakończył się 31 grudnia 2018 r., a jej przychody wyniosły 636 mln USD.

Wraz z przejęciem amerykańskiej firmy Medidata oraz jej rozwiązań do zastosowań klinicznych i komercyjnych, Dassault Systèmes wzmocni swoją pozycję firmy opartej na badaniach naukowych dostarczając branży biotechnologicznej zintegrowaną platformę biznesową, pozwalająca na kompleksowe podejście do badań i odkryć, rozwoju, badań klinicznych, produkcji i komercjalizacji nowych sposobów leczenia i technologii medycznych.

Bernard Charlès, wiceprezes i dyrektor generalny firmy Dassault Systèmes
Bernard Charlès, wiceprezes i dyrektor generalny firmy Dassault Systèmes

„Dzisiejszy dzień stanowi kamień milowy dla branży biotechnologicznej i znaczenia wirtualnego świata, który ma na celu rozwiązanie problemu złożoności medycyny spersonalizowanej i doświadczeń skupionych wokół pacjenta. Multidyscyplinarne innowacje naukowe i przemysłowa wydajność wymagają platformy łączącej ludzi, pomysły i dane”, powiedział Bernard Charlès, wiceprezes i dyrektor generalny Dassault Systèmes. „Wiodąca pozycja firmy Medidata w badaniach klinicznych uzupełnia nasze rozwiązania dla branży biotechnologicznej, dostępne w ramach platformy współpracy 3DEXPERIENCE. Niedawna ekspansja firmy Medidata w kierunku przetwarzania materiału dowodowego i analiz w świecie rzeczywistym w połączeniu z mocą modelowania i symulacji pokazuje, w jaki sposób świat wirtualny będzie katalizował następną generację leczenia pacjentów. Jesteśmy teraz dobrze przygotowani aby stać się motorem transformacji branży biotechnologicznej, realizując cel naszej firmy, jakim jest harmonizacja produktu, przyrody i życia”.

Doświadczenie kliniczne Medidata i rozwiązania oparte na chmurze umożliwiają rozwój i komercjalizację inteligentniejszych sposobów leczenia dla 1300 klientów na całym świecie, w tym firm farmaceutycznych i biotechnologicznych, organizacji prowadzących badania na zlecenie (CRO) oraz ośrodków i placówek medycznych. Rozwiązania firmy umożliwiają zwiększenie wydajności i poprawę jakości we wszystkich programach rozwoju klinicznego poprzez usprawnienie procesu decyzyjnego, przyspieszenie realizacji procesów i nadzoru, minimalizację ryzyka operacyjnego, redukcję kosztów i dostosowanie strategii badań. Trzynaście z 15 najlepszych leków sprzedanych w 2018 roku było zasilanych technologią Medidaty. Osiemnaście z 25 największych firm farmaceutycznych i dziewięć z 10 największych CRO to klienci Medidaty. Założona w 1999 r. firma Medidata ma siedzibę w Nowym Jorku, posiada 16 biur w siedmiu krajach, w szczególności w Stanach Zjednoczonych, Japonii, Korei i Wielkiej Brytanii, i zatrudnia 2 800 pracowników i wykonawców.

„Nasza misja polegająca na zapewnieniu właściwego leczenia pacjentów we właściwym czasie od 20 lat toruje nam drogę innowacji i zaangażowania w branżę nauk biologicznych”, powiedział Tarek Sherif, współzałożyciel, prezes i dyrektor generalny Medidata. „Dzielimy wspólną wizję, wartości i pasję z Dassault Systèmes, a nasze połączone talenty wzmocnią przemysł biotechnologiczny dzięki kompleksowej platformie biznesowej”.

„Usprawnione wprowadzanie innowacji terapeutycznych, tak by stały się kolejnym standardem medycznym, jest naszym zobowiązaniem od pierwszego dnia istnienia firmy”, powiedział Glen de Vries, współzałożyciel i prezes Medidata. „Otworzymy przed naszymi klientami i pacjentami ogromne możliwości rozwijając biotechnologię w dobie medycyny precyzyjnej.”

Od momentu ujawnienia w 2012 roku swojej misji, jaką jest harmonizacja produktu, przyrody i życia, Dassault Systèmes stale wykorzystuje swoją wiedzę i know-how do przekształcania sfery produktów do postaci wspólnego systemu multidyscyplinarnych innowacji w biosferze. Dassault Systèmes współpracuje z 20 największymi światowymi firmami biofarmaceutycznymi, setkami firm biotechnologicznych, producentami urządzeń medycznych, instytutami badawczymi i rządowymi agencjami regulacyjnymi opracowując i wprowadzając na rynek innowacyjne produkty i technologie medyczne, wykorzystując moc wirtualnych światów do transformacji doświadczenia pacjenta.

Zakończenie procesu przejęcia spodziewane jest w ostatnim kwartale 2019 r. i jest uzależnione od uzyskania określonych zgód wymaganych przez przepisy prawa, zatwierdzenia przez większość akcjonariuszy Medidaty oraz innych zwyczajowych warunków finalizacji transakcji.

Revolut startuje w Australii

Revolut udostępnił w Australii wersję beta aplikacji – przelewy między Polską, Europą i Australią będą bezpłatne i natychmiastowe.

  • Revolut wchodzi na nowy kontynent by pomóc konsumentom odzyskać kontrolę nad codziennymi finansami
  • Użytkownicy Revolut będą mogli przesyłać pieniądze pomiędzy Europą i Australią błyskawicznie i bezpłatnie
  • Z uwagi na duży popyt fintech będzie stopniowo rejestrował określoną liczbę użytkowników każdego dnia
  • Firma zatrudni w Melbourne 30 osób i zainwestuje miliony w rozwój nowego rynku

Revolut, z którego korzysta ponad 5 milionów użytkowników, po raz pierwszy  zaoferował dziś swoje usługi poza Europą. Fintech udostępnił apkę w wersji beta na kontynencie australijskim. Firma stopniowo rejestruje konta. W pierwszej kolejności dostęp do aplikacji uzyska 20 tysięcy Australijczyków, którzy od początku roku zapisywali się na listę oczekujących na premierą usługi.

 

Z uwagi na duże zainteresowanie Revolut będzie stopniowo rejestrował określoną liczbę użytkowników każdego dnia. Priorytet będą miały osoby, które zapisały się wcześniej na listę kolejkową. Nowe wnioski o konto trafią na tymczasową listę oczekujących, a ich autorzy otrzymają powiadomienie przez aplikację, gdy będą mogli podejść do procesu rejestracji.

Zainteresowanie Revolut w Australii przekroczyło nasze oczekiwania. Dlatego, chcemy wchodzić na nowy kontynent stopniowo, słuchając na każdym etapie opinii i sugestii naszych użytkowników. Wersja usługi, którą udostępniamy pozwoli zgromadzić wskazówki od klientów odnośnie tego, jak najlepiej dostosować produkt do potrzeb użytkowników w Australii. Oferta obejmuje kluczowe funkcjonalności z zakresu wymiany walut i kontroli wydatków. W przyszłości planujemy rozszerzenie jej o konta dla firm, kryptowaluty, bez-prowizyjny handel akcjami oraz karty Metal” – mówi Will Mahon-Heap, dyrektor Revolut w Australii.

Od czterech lat Revolut tworzy konsekwentnie kolejne innowacje finansowe. Od początku był aplikacją mobilną, która po pobraniu na telefon, pozwala w kilka minut założyć konto, wygenerować wirtualną kartę płatniczą i zamówić kartę fizyczną. Użytkownicy w Australii będą mogli docelowo, tak jak obecnie Europejczycy, zwiększyć kontrolę nad codziennymi wydatkami otrzymując po każdej płatności notyfikacje, ustawiać alerty i limity na wydatki w poszczególnych kategoriach, oszczędzać na końcówkach, zrzucać się na prezent i jednym kliknięciem podzielić rachunek w restauracji.

Zapewnienie przejrzystego wglądu i kontroli nad wydatkami ułatwia utrzymanie finansów w dobrej kondycji. Dlatego, tworzymy intuicyjne narzędzia, które pomagają użytkownikom zwiększyć kontrolę nad domowym budżetem i osiągać zakładane cele” – powiedział Will Mahon-Heap.

Dla Australijczyków, którzy często realizują przelewy międzynarodowe, Revolut może być źródłem istotnych oszczędności. Stopniowe udostępnienie usługi w Australii pozwoli użytkownikom przesyłać pieniądze i płacić za granicą po atrakcyjnym kursie. Do dyspozycji będą mieli 15 walut w aplikacji, w tym dolara australijskiego, dolara nowozelandzkiego, dolara amerykańskiego, a także brytyjskiego funta i euro. Błyskawiczne, bezpłatne przelewy z kontynentu na kontynent pomiędzy użytkownikami Revolut uwolnią rynek transferów pieniężnych.

Przesyłanie pieniędzy między Australią i Europą zawsze było bolączką, kosztowało czas i pieniądze, przelewy trwały często trzy dni robocze. Chcemy ułatwić życie Australijczykom i zlikwidować niepotrzebne bariery finansowe pomiędzy Australią i Europą” – mówi Will Mahon-Heap, dyrektor Revolut w Australii.

Wład Jacenko i Nik Storoński – Revolut
Wład Jacenko i Nik Storoński – Revolut

Naszym celem zawsze było stworzenie globalnej usługi finansowej. Uruchomienie wersji beta aplikacji na rynku australijskim to kolejny krok w realizacji tej strategii. W ciągu czterech lat stworzyliśmy produkt, który pomaga 5 milionom konsumentom lepiej kontrolować wydatki i ułatwia zarządzanie codziennymi finansami. Cieszę się, że korzystają już z niego nasi pierwsi użytkownicy w Australii” – mówi Nik Storoński, CEO i współzałożyciel Revolut.

Revolut na swą siedzibę na kontynencie australijskim wybrał miasto Melbourne, które jest nie tylko centrum usług fintech, ale i największym skupiskiem Polonii australijskiej. Tworzony właśnie zespół zajmie na początek przestrzeń biurową w coworku Stone and Chalk. Firma utworzy też małe zespoły w Sydney i Perth.

Z przelewów międzynarodowych może korzystać zarówno wielotysięczna Polonia australijska, jak i Polacy, którzy planują w tym roku wakacyjną podróż do Australii. Mam nadzieję, że szybkie bezpłatne przelewy z kontynentu na kontynent pomiędzy użytkownikami Revolut staną się w przyszłości nowym rynkowym standardem” – mówi Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce.

Wejście na rynek Australijski to początek naszej ekspansji poza Europę. Jesteśmy coraz bliżej oficjalnego wejścia na pierwsze rynki w Azji i na rynek Amerykański” – mówi Jakub Zakrzewski, general manager Revolut odpowiedzialny za ekspansję w regionie Azji i Pacyfiku.

Niespłacone długi Polaków przekraczają już 76 mld zł. Tylko na początku tego roku przybyło prawie 22 tys. dłużników

Niespłacone długi Polaków przekraczają już 76 mld zł. Tylko na początku tego roku przybyło prawie 22 tys. dłużników 8

W pierwszym kwartale 2019 roku zaległości kredytowe i pozakredytowe Polaków wzrosły o ponad 2 mld zł do łącznej kwoty 76 mld zł. W tym czasie o 21,5 tys. osób powiększyła się też liczba niesolidnych dłużników – w sumie nieopłacone w terminie zobowiązania albo opóźnianą o 30 dni ratę kredytu ma już blisko 2,8 mln Polaków – wynika ze statystyk Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor.  Średnia przypadająca na osobę zaległość z tego tytułu przekracza już 27 tys. zł. Natomiast rekordzista z województwa lubelskiego ma do oddania ponad 70 mln zł.

– W I kwartale tego roku obserwujemy spowolnienie – przynajmniej w kwestii przyrostu kwoty zaległości – w porównaniu z końcówką ubiegłego. Wówczas te zaległości przyrosły o niemal 2,4 mld zł w ciągu trzech miesięcy, teraz mamy wzrost o ponad 2 mld zł. Z kolei w porównaniu do początków 2018 roku – dynamika przyrostu zaległości przyspieszyła. Podsumowując, te ponad 2 mld zł wzrostu dało 76 mld zł zaległości łącznie i jest sporą kwotą. Jest ona zarówno efektem przyrostu zaległości kredytowych, na które przypadło około miliarda zł, jak i zaległości pozakredytowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Halina Kochalska, ekspert Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.

Statystyki BIG InfoMonitor pokazują, że tylko w ciągu trzech pierwszych miesięcy tego roku zaległości kredytowe i pozakredytowe Polaków wzrosły o ponad 2 mld zł do łącznej kwoty 76 mld zł. Przeterminowane zadłużenie mieszkańców Polski rosło w tym czasie nieznacznie wolniej niż w ostatnim kwartale 2018 roku (przyrost o 2,4 mld zł). Wartość długów z tytułu niespłacanych rachunków wzrosła o nieco ponad 1,015 mld zł ( 2,5 proc.), natomiast nieregulowanych w terminie kredytów o 1,030 mld zł (3 proc.).

W pierwszym kwartale br. łącznie o 21,5 tys. osób powiększyła się też liczba niesolidnych dłużników – w sumie nieopłacone w terminie zobowiązania albo opóźnianą o 30 dni ratę kredytu ma już blisko 2,8 mln Polaków.

– Liczba dłużników zdecydowanie szybciej niż w BIK przyrasta w Rejestrze BIG InfoMonitor. Wpisywane są do niego osoby, które nie płacą za telefon, telewizję czy internet, nie regulują alimentów, czynszu, nie opłaciły kosztów sądowych albo mają na koncie opłaty karne za jazdę bez biletu. Do tego trzeba dodać zaległości na konto firm pożyczkowych czy wobec firm windykacyjnych, które coraz chętniej zgłaszają dłużników do rejestrów biur informacji gospodarczej. Zaległości z tego tytułu sięgają już blisko 41 mld zł i mają przewagę w tej łącznej kwocie 76 mld zł – mówi Halina Kochalska.

To właśnie osób, które nie regulują w terminie bieżących rachunków i zobowiązań, przybywa najszybciej w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor – o 33,5 tys. zł w I kw. W tym samym czasie o 14,3 tys. spadła natomiast liczba niesolidnych kredytobiorców w Biurze Informacji Kredytowej. Jednak to właśnie zaległości kredytowe, ze względu na wyższe wartości, generują większą średnią zaległość. Wynosi ona obecnie 29 799 zł na osobę, podczas gdy średnie przeterminowane zobowiązania pozakredytowe wynoszę 18 518 zł.

Dane BIG pokazują, że dłużników przybywa w każdym przedziale wiekowym, choć bardziej wśród osób po 65 roku życia. Jeśli chodzi o regiony, to w pierwszych miesiącach tego roku największy wzrost widoczny był na Pomorzu, gdzie odnotowano największy przyrost średniej zaległości na osobę, a także liczby dłużników i w efekcie łącznej zaległości. Niezmiennie jednak w rankingu najbardziej zadłużonych województw prowadzi Mazowsze – stąd pochodzi najwięcej rekordzistów, co wpływa też na łączne zaległości tego województwa, które są najwyższe w Polsce.

– Zaległości Polaków po rozłożeniu na mapę pokazują pewną prawidłowość. Cała Polska Zachodnia to jest właśnie ta część, w której problemy finansowe mają największą skalę, podobnie jest też z Polską Północną. Poczynając od województwa zachodniopomorskiego, przez lubuskie, po dolnośląskie – tam już ponad jeden na dziesięciu dorosłych mieszkańców ma problemy finansowe, to jest całkiem wysoka statystyka. Co najmniej jedna osoba na dziesięć ma również problemy w województwach pomorskim, kujawsko-pomorskim i warmińsko-mazurskim. Te regiony, dodając jeszcze Śląsk, wyróżniają się negatywnie na tle kraju. Z naszych danych wynika też, że właśnie w województwie śląskim jest najwięcej dłużników, którzy nie radzą sobie z płatnościami, jest ich już ponad 390 tys. Dominuje też Mazowieckie, choć akurat tu upowszechnienie problemu niepłacenia na czas jest zdecydowanie niższe niż na Śląsku i w Polsce Zachodniej czy Północnej – mówi Halina Kochalska.

Jak informuje, średnia, przypadająca na osobę zaległość z tytułu nieopłaconych na czas kredytów i zobowiązań pozakredytowych wynosi już obecnie 27 158 zł (wzrost o 2 proc., czyli ponad 500 zł w ciągu trzech miesięcy). Znacznie więcej mają jednak do oddania osoby między 45 a 54 rokiem życia.

– Tutaj w grę wchodzą już kwoty znacznie powyżej 30 tys. zł. Wśród 10 rekordzistów niesolidnych dłużników dominują panowie. Jest jedna kobieta, która zajmuje 5. pozycję w tym niechlubnym zestawieniu i wyróżnia się też wiekiem, bo ma jedynie 36 lat i blisko 40 mln zł zaległości. To jednak i tak mało w porównaniu z rekordzistą, który wywodzi się z województwa lubelskiego, 62-latek ma do oddania ponad 70 mln zł. Zestawienie rekordzistów jest bardzo ambitne, bo osoba, która zamyka pierwszą dziesiątkę, ma do zwrotu ponad 20 mln zł zaległości – mówi Halina Kochalska.

W I kwartale br. średnie zadłużenie zwiększyło się we wszystkich grupach wiekowych, ale największe wzrosty utrzymują się wśród osób po 65 roku życia. W tej grupie wiekowej przeciętna zaległość wzrosła do kwoty 23 610 zł. Z kolei w grupie 18–24 latków wynosi ona już 6 965 zł.

– Tak jak przyrosła suma zaległości i liczba dłużników, tak wzrosło też przeciętne zadłużenie. Jest to m.in. zasługą znaczącego wzrostu średniej zaległości z tytułu kredytów mieszkaniowych. Obecnie to już prawie 180 tys., czyli o ponad 6 tys. więcej niż jeszcze 3 miesiące temu. To właśnie kredyty mieszkaniowe spowodują, że zaległości w poszczególnych grupach wiekowych w największym stopniu dotykają osoby aktywne zawodowo, w grupach od 35 do 64 lat – mówi Halina Kochalska, ekspert Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.

S. Mull, były ambasador USA w Polsce: Sztuczna inteligencja będzie zmieniać gospodarki i stosunki międzynarodowe. Musimy zacząć znajdować ludziom inne zawody

S. Mull, były ambasador USA w Polsce: Sztuczna inteligencja będzie zmieniać gospodarki i stosunki międzynarodowe. Musimy zacząć znajdować ludziom inne zawody 9

Robotyzacja i sztuczna inteligencja wyprą z rynku pracy wiele istniejących obecnie zawodów. – To może powodować niestabilności społeczne, dlatego potrzebne są rozwiązania dla milionów pracowników, którzy zostaną bez zajęcia – uważa Stephen D. Mull, były ambasador USA w Polsce, który przyjechał do Warszawy na zaproszenie NASK. Jak podkreśla, AI ma potencjał, żeby zmienić także całe gospodarki i stosunki międzynarodowe, dzięki niej np. agencje wywiadowcze mogą przewidywać problemy, takie jak zamieszki czy epidemie, i reagować na nie z wyprzedzeniem. Z drugiej strony niesie ze sobą szereg zagrożeń, jeżeli dane będą trafiać do nieuprawnionych podmiotów.

– W sztucznej inteligencji drzemie ogromny potencjał określenia na nowo, co to znaczy być człowiekiem. Już teraz obserwujemy jej oddziaływanie na pracę wykonywaną przez ludzi. Postępująca automatyzacja gospodarek i coraz większe poleganie na sztucznej inteligencji zmniejsza rolę człowieka w gospodarce. Co to oznacza dla nas? Gdy nie masz pracy, do której codziennie chodzisz, jesteś nieszczęśliwy. To z kolei tworzy niestabilności społeczne. Dlatego ważne, żebyśmy w miarę rozwijania sztucznej inteligencji i automatyzowania gospodarki znajdowali ludziom inne zawody, dzięki którym zachowają poczucie sensu życia – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stephen D. Mull, prorektor University of Virginia ds. stosunków międzynarodowych, były ambasador USA w Polsce.

Sztuczna inteligencja jest technologią, która ma ogromny potencjał dla rozwoju biznesu i całych gospodarek. Z wyliczeń Ministerstwa Cyfryzacji („Założenia do strategii AI w Polsce”) wynika, że szerokie wykorzystanie technologii związanych z uczeniem maszynowym, wykorzystaniem danych i sztucznej inteligencji pozwoliłoby osiągnąć poziom PKB zaplanowany na lata 2035–2036 już o pięć lat wcześniej. Opierając się na danych Gartnera, resort wskazuje też, że na każde sto miejsc pracy, które zostaną wyparte przez sztuczną inteligencję, pojawi się blisko 140 nowych. Do roku 2025 roku w Polsce będzie potrzebnych już około 200 tys. specjalistów aktywnie pracujących przy budowie i wdrożeniach sztucznej inteligencji, głównie architektów AI, specjalistów data mining/analityków danych i developerów software.

Z drugiej strony sztuczna inteligencja i robotyzacja wyprą z rynku pracy wiele istniejących w tej chwili zawodów. Szef Tesli i SpaceX Elon Musk już od kilku lat podkreśla, że w przyszłości koniecznością stanie się wprowadzenie przez rządy państw gwarantowanego, podstawowego dochodu. Zwłaszcza że – jak wynika z ubiegłorocznego badania SAS, Accenture Applied Intelligence, Intela i Forbes Insights – już w tej chwili 72 proc. organizacji na całym świecie prowadzi projekty z zakresu AI. 70 proc. z nich deklaruje organizowanie specjalnych szkoleń dla pracowników, których celem jest zapewnienie, że projekty AI są realizowane z zachowaniem zasad etyki.

– Ryzyko przekroczenia granic w kwestii sztucznej inteligencji polega na tym, że agencje, instytucje i grupy działające poza rządową kontrolą mogą manipulować danymi w celu wywierania wpływu na wydarzenia polityczne w poszczególnych krajach. Dlatego też współpraca na szczeblu rządowym jest bardzo ważna, a szczególnie współpraca między rządami demokratycznymi, bo te są przede wszystkim narażone na ataki z wykorzystaniem danych. Ważne więc, żebyśmy współpracowali ze sobą na rzecz skutecznej kontroli wykorzystania danych i sztucznej inteligencji – mówi Stephen D. Mull.

Były ambasador USA w Polsce i zasłużony amerykański dyplomata przyjechał w tym miesiącu do Warszawy na zaproszenie NASK. W ramach cyklu seminariów związanych z tematyką sztucznej inteligencji – które inaugurują działalność Centrum AIDA (Artificial Intelligence and Data Analysis) – udzielił wykładu pt. „New Frontiers in Artificial Intelligence and Data Science: Risks and Opportunities in International Relations”.

Jak ocenił, sztuczna inteligencja może mieć ogromny wpływ na stosunki międzynarodowe. Agencje wywiadowcze i rządowe na całym świecie mogą w tej chwili automatycznie obserwować zachodzące zjawiska i informować o nich decydentów.

– Na przykład monitorowanie mediów społecznościowych i zdjęć satelitarnych przy pomocy sztucznej inteligencji pozwala rządom uzyskać informacje o wybuchu epidemii, np. wirusa ebola bądź o powstaniu zamieszek lub przypadków niestabilności społecznej. Są to więc doskonałe narzędzia umożliwiające rządom szybsze reagowanie na problemy – wyjaśnia Stephen D. Mull.

Z drugiej strony, jak podkreśla dyrektor NASK Jacek Leśkow, wyzwaniem w kontekście sztucznej inteligencji i zarządzania danymi jest fakt, że olbrzymi ich potencjał znajduje się w rękach organizacji, które niekoniecznie mają społeczny mandat do dysponowania nimi.

– Nie ma nic złego w tym, że prywatne korporacje zbierają dane, to jest rzecz normalna. One mają swoje miejsce w porządku ekonomicznym, nie możemy zabraniać im działalności biznesowej w obszarze danych, ale ta działalność dotyka praw społecznych, bo dzisiaj posiadanie danych jest fundamentalnym prawem, podobnie jak 200 lat temu fundamentalne było prawo posiadania. Zarządzanie tymi prawami do danych powinno się odbywać poprzez organizacje, które mają do tego mandat społeczny, a w demokracji ten mandat dostaje się poprzez wybory – mówi Jacek Leśkow.

Szef NASK ocenia również, że zagrożenia – jeżeli chodzi o sztuczną inteligencję i big data w relacjach międzynarodowych – są stare i dobrze znane, tylko w nowej odsłonie i z użyciem nowych narzędzi.

– Na świecie istnieją duże imperia, które nie kierują się regułami demokratycznymi i chcą uzyskać przewagę polityczną bądź ekonomiczną z wykorzystaniem właśnie tej nowej infrastruktury. Musimy być tego świadomi. To nie znaczy, że koniecznie trzeba wprowadzić embargo handlowe na produkty z tych imperiów, ale po prostu musimy być świadomi, że takie podmioty są, starać się zrozumieć mechanizmy ich działania i bronić się przed negatywami – mówi Jacek Leśkow.

Ceny benzyny w wakacje mogą spaść w przypadku decyzji o zwiększeniu wydobycia. Możliwe są obniżki rzędu kilkunastu groszy na litrze

0

Ceny benzyny w wakacje mogą spaść w przypadku decyzji o zwiększeniu wydobycia. Możliwe są obniżki rzędu kilkunastu groszy na litrze 10

Od końca kwietnia ceny ropy naftowej spadają, a szczególnie mocną przecenę przyniosła druga połowa maja. W ciągu kilku tygodni czarne złoto potaniało o kilkanaście dolarów na baryłce i teraz teksańska ropa WTI wyceniana jest na niewiele ponad 50 dol. za tę jednostkę. Jednak to, czy ruch ten przełoży się na ceny paliw na stacjach, zależeć będzie od decyzji krajów OPEC i Rosji.

– W te wakacje jest szansa na większe obniżki na stacjach, ale jest jeden warunek: producenci ropy, którzy funkcjonują w ramach grupy OPEC+, musieliby podjąć decyzję o zwiększeniu wydobycia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Maziak, analityk rynku paliw, e-petrol.pl. – To jest możliwe, bo są problemy wynikające z sytuacji w Wenezueli czy amerykańskich sankcji nałożonych na Iran, które powodują, że tej ropy na rynek i tak płynie mniej. Jeżeli OPEC i współpracująca z nim Rosja oraz mniejsi producenci zdecydują się na to, żeby jednak zwiększyć te limity wydobycia, to zobaczymy prawdopodobnie spadek cen ropy na światowych giełdach i w dalszej kolejności też cen paliw na stacjach.

Prezydent USA Donald Trump postanowił od 10 czerwca wprowadzić 5-proc. cła na towary z Meksyku i poinformował o tym w ostatnim tygodniu maja. Potem co miesiąc mają one wzrastać o kolejne 5 punktów procentowych aż do października, gdy osiągną poziom 25 proc. Amerykański przywódca, który od wielu miesięcy prowadzi wojnę handlową z Chinami, chce także obłożyć cłami towary z Indii. Zdaniem ekonomistów i analityków te posunięcia mogą doprowadzić do spowolnienia w światowej gospodarce, a nawet do recesji w samych Stanach Zjednoczonych. Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) już obniżyła swoje szacunki globalnego wzrostu PKB w 2019 r. do 3,2 proc. z 3,3 proc. prognozowanych wcześniej.

– Mamy w tym momencie sporo zagrożeń, które powinny się przełożyć na spadek popytu na produkty naftowe. Zestawienie tych dwóch czynników będzie przekładać się na spadki – przewiduje Grzegorz Maziak. – Z drugiej strony w mniej optymistycznym scenariuszu musimy patrzeć na Bliski Wschód, gdzie cały czas jest napięta sytuacja, w ostatnich tygodniach dochodziło tam do aktów sabotażu, ataków na infrastrukturę naftową należącą m.in. do Arabii Saudyjskiej. Ten problem ciągle pozostaje nierozwiązany, podobnie jak napięte relacje pomiędzy Teheranem a Stanami Zjednoczonymi. Jeszcze kilka tygodni temu pojawiały się spekulacje, że być może Amerykanie nawet zaatakują Iran militarnie i w tym wypadku na pewno zobaczylibyśmy wzrost cen ropy naftowej. Dzisiaj wydaje się, że jednak ten scenariusz umiarkowanie optymistyczny z niewielkim spadkiem cen paliw na stacjach wydaje się być bardziej prawdopodobny.

Najbliższe spotkanie krajów OPEC i dwunastu państw producentów ropy spoza kartelu, w tym Rosji, jest zaplanowane na 25 i 26 czerwca w saudyjskiej Dżuddzie. W jego trakcie ma zapaść decyzja o przedłużeniu porozumienia naftowego lub jego porzuceniu. Minister energetyki Rosji zapowiedział, że na czerwcowym spotkaniu grupy OPEC+ zostanie przedstawiony szkic karty o współpracy w ramach porozumienia naftowego bez terminu ważności. Obecne porozumienie zakładające redukcję wydobycia o 1,2 mln baryłek dziennie wobec poziomu z października 2018 roku wygasa w czerwcu.

– Przy założeniu, że zrealizuje się optymistyczny scenariusz dla kierowców, w przypadku benzyny możemy się spodziewać spadku cen do poziomu 5,10 zł, 5,15 zł, w przypadku oleju napędowego w okolicy 5 zł za litr paliwa, autogaz również może tanieć, jeżeli zobaczymy presję na obniżkę cen benzyny, bo to paliwo zazwyczaj podąża w podobnym kierunku jak 95-oktanowa odmiana benzyny. I tutaj również kilka, kilkanaście groszy byłoby możliwe, ale musi pojawić się więcej ropy na światowych rynkach – zastrzega analityk e-petrol. – Zmiany mogłyby być spore, nawet kilkanaście groszy na litrze paliwa, być może w takim bardzo optymistycznym scenariuszu ceny znowu spadłyby poniżej 5 zł za litr paliwa.

Pod koniec maja średnia cena benzyny Pb95 w Polsce wynosiła 5,25 zł za litr i była wyższa niż tydzień wcześniej we wszystkich województwach, olej napędowy był o 6 groszy tańszy, benzyna Pb98 kosztowała 5,57 zł, zaś gaz LPG 2,24 zł. 5 czerwca (tydzień później) najdroższa benzyna staniała o 1 grosz, ale dziewięćdziesiątkapiątka o jeden grosz podrożała. Autogaz okazał się tańszy niż tydzień wcześniej o 2 grosze, a cena diesla się nie zmieniła.

– Przełom czerwca i lipca, kiedy zapadną decyzje OPEC odnośnie do limitów wydobycia, jest tym momentem, który powinien mieć kluczowy wpływ na całą drugą połowę roku. Jeżeli producenci w obliczu trudności w Wenezueli czy Iranie nie zdecydują się na zwiększenie produkcji, to presja na wysokie ceny będzie się utrzymywać – mówi Grzegorz Maziak. – I ten poziom 70–80 dol. za baryłkę, od którego chwilowo się oddalamy w ostatnich dniach, znowu zacznie być poziomem docelowym. Początek lipca na pewno da sporo odpowiedzi i pokaże, czy ta szansa na obniżki na stacjach jest realna.

Zbrojeniówka rozwija ultranowoczesne technologie na polu walki. Polska musi zmodernizować Siły Powietrzne, żeby nie zostać w tyle

Zbrojeniówka rozwija ultranowoczesne technologie na polu walki. Polska musi zmodernizować Siły Powietrzne, żeby nie zostać w tyle 11

Jeśli Polska chce utrzymać pozycję liczącego się członka NATO, będzie musiała zainwestować w modernizację Sił Powietrznych. Obecnie na ich wyposażeniu są służące od 30 lat, postsowieckie MiG-29 i Su-22 i tylko trzy eskadry nowoczesnych maszyn bojowych F-16, które zostały zakupione ponad 15 lat temu. Ministerstwo Obrony Narodowej zapowiedziało już przyspieszenie programu HARPIA, który zakłada pozyskanie dla Sił Powietrznych wielozadaniowych myśliwców piątej generacji. To konieczność, bo nowe maszyny muszą być dostosowane do współczesnych wymogów pola walki, na które wkraczają najnowocześniejsze technologie. 

– Praktycznie wszystkie siły powietrzne korzystają z samolotów starej generacji. Polska nadal ma na stanie MiG-i 22 i 29 oraz F-16, więc za 10–20 lat, tak jak wszystkie inne siły powietrzne, będzie musiała wymienić stare samoloty na nowe. Pod tym względem sytuacja w Polsce nie różni się od tej, którą obserwujemy na innych rynkach. Oczywiście siły powietrzne niektórych państw dysponują większym budżetem na zmiany i łatwiej im będzie zakupić większe czy nowsze samoloty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Didier Vernet z Airbus Defence & Space.

Jak podkreśla, polskie Siły Powietrzne należą do sojuszu w ramach członkostwa w Unii Europejskiej i NATO. Z tego wynikają pewne zobowiązania dotyczące m.in. inwestycji, międzynarodowej współpracy, zgodności i łączności statków powietrznych.

W tej chwili Polska ma na wyposażeniu służące od 30 lat postsowieckie MiG-29 i Su-22 (łącznie w służbie jest ich w tej chwili prawie 50) i tylko trzy eskadry nowoczesnych maszyn bojowych F-16, które zostały zakupione już ponad 15 lat temu, krótko po dołączeniu do NATO.

– W kwestii unowocześnienia floty Polska boryka się z tymi samymi problemami, co wszystkie inne państwa w Europie – mówi Didier Vernet. – Głównym czynnikiem jest tu właśnie budżet.

Jeśli Polska chce utrzymać pozycję liczącego się kraju NATO, będzie musiała zainwestować w modernizację sił powietrznych. Wykorzystywane obecnie MiG-i i Su-22 nie przystają do wymogów współczesnego pola walki, na które wkraczają nowoczesne technologie. Dla przykładu, największe mocarstwa pracują już nad stworzeniem konstrukcji samolotu bojowego szóstej generacji, Stany Zjednoczone przodują w pracach nad bronią elektromagnetyczną, a zaprezentowany w ubiegłym roku przez Chiny radar kwantowy pozwala obejść nawet najbardziej zaawansowane systemy maskowania samolotów i – jak twierdzą inżynierowie – wykryje nawet komara z odległości 2 km. Nowe maszyny muszą być dostosowane do współczesnych wymogów.

Ekspert Airbus Defence & Space zwraca też uwagę na znaczenie ścisłej współpracy rządów z przemysłem zbrojeniowym w modernizacji wojska i opracowywaniu nowych technologii.

– Siły zbrojne nie opracowują ani nie rozwijają nowych samolotów same. To jest rola przemysłu, dlatego każdy producent myśliwców w Europie czy Stanach Zjednoczonych zajmuje się w tej chwili opracowywaniem nowych technologii. Nie ma więc specjalnej potrzeby rozwijania zdolności technologicznych wewnątrz polskich sił powietrznych. Te muszą się jednak zaadaptować, przeszkolić ludzi w zakresie korzystania z nowych rozwiązań. Polska armia ma dobre zaplecze ku temu, aby szkolić nowe pokolenia w tym zakresie – mówi Didier Vernet.

Airbus – w ramach międzynarodowego konsorcjum, w skład którego wchodzą również firmy Dassault Aviation, Safran i MTU Aero Engines – pracuje nad stworzeniem nowego typu myśliwca, który będzie charakteryzować m.in. niska wykrywalność, możliwość korzystania z broni laserowej i pilotowania maszyny z pokładu bezzałogowych statków powietrznych. Koncern pracuje również nad projektem Future Combat Air System, dzięki któremu pilot myśliwca zyska dostęp do map satelitarnych w czasie rzeczywistym.

– Siły Powietrzne RP są nakierowane na rozwój i pozyskiwanie nowych samolotów, szczególnie myśliwców. Dzięki Eurofighterowi i systemowi Future Combat Air System Airbus może spełnić wszelkie przyszłe potrzeby polskich sił powietrznych. Na ten moment polskie lotnictwo korzysta z jednego ze statków powietrznych Airbusa, C-295, który jest samolotem transportowym – mówi Didier Vernet.

Zatwierdzony w końcówce ubiegłego roku Program Rozwoju Sił Zbrojnych do 2026 roku zakłada, że do tego czasu rząd przeznaczy rekordowe 185 mld zł na modernizację techniczną wojska. Jednym z ważniejszych programów jest HARPIA, który zakłada pozyskanie dla Sił Powietrznych wielozadaniowych myśliwców piątej generacji. Jak poinformował pod koniec lutego szef MON Mariusz Błaszczak resort chce pozyskać 32 takie maszyny.

WWF Polska: Za 20 lat w niektórych miejscach w Polsce może zabraknąć wody. Konieczna jest większa oszczędność energii, ciepła i zużycia wody

WWF Polska: Za 20 lat w niektórych miejscach w Polsce może zabraknąć wody. Konieczna jest większa oszczędność energii, ciepła i zużycia wody 12

Na jednego Polaka przypada średnio 1,6 tys. m3 wody w ciągu roku. Przeciętny Europejczyk ma do dyspozycji ponad 4,5 tys. m3. W Polsce zaopatrzenie opiera się przede wszystkim na wodach powierzchniowych, praktycznie nie wykorzystujemy potencjału wód podziemnych. W połączeniu z coraz większym zanieczyszczeniem wód powierzchniowych przez przemysł czy hodowle bydła oznacza to, że za 20 lat może nam zabraknąć wody. To, co może nas uratować, to oszczędzanie energii, ciepła i wody – wskazuje Mirosław Proppé, prezes Fundacji WWF Polska.

– W Polsce może zabraknąć wody w ciągu dwudziestu kilku lat, chociaż w niektórych miejscach już dzisiaj jest problem z dostępnością. W szczególności w małych miejscowościach położonych na terenach wiejskich, gdzie jest znacznie więcej toksyn wylewanych z masowej produkcji bydła czy trzody chlewnej. To tam koncentracja substancji szkodliwych jest tak duża, że trzeba mieć porządne urządzenia, które są w stanie oczyścić wodę. Największe problemy z wodą powoduje przemysł – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mirosław Proppé, prezes Fundacji WWF Polska.

ONZ określiła intensywną hodowlę zwierząt jako jeden z decydujących czynników powodujących obecnie najpoważniejsze problemy środowiskowe. Hodowla przemysłowa bazuje na zbożach i soi bogatych w białko. Ich uprawa pochłania znaczne ilości pestycydów i nawozów o dużej zawartości azotu i fosforu. Te trafiają do wód gruntowych, powodują nadmierny rozwój glonów, tym samym mniej jest tlenu i powstają tzw. martwe strefy. Poważnym zagrożeniem dla lokalnego środowiska i wód gruntowych są też odchody zwierząt pochodzących z hodowli. Mogą się znajdować w nich np. bakterie E. Coli, metale ciężkie i pestycydy. Ma to ogromne znaczenie zwłaszcza przy lokalizacji w pobliżu ujęć wody pitnej.

Szacuje się, że w Polsce nieco ponad 10 proc. wody zużywają gospodarstwa domowe, a przemysł – ponad 70 proc. Tu problemem jest także zjawisko marnotrawienia wody.

– Wciąż nie mówimy o efektywności wodnej procesów produkcyjnych. Woda do tej pory była bardzo tania i właściwie nikt nie zwracał na nią uwagi. Nowe przepisy, które weszły w życie ponad rok temu, dotyczące nowych pozwoleń wodno-prawnych, podnoszą te opłaty, ale to nadal nie jest dużo. Jeżeli popatrzymy na proces produkcyjny, to koszt wody jest bardzo niewielki, więc nie opłaca się inwestować w jej oszczędzanie. Ta woda wycieka w czasie procesu technologicznego, ale w ten sposób możemy doprowadzić do przedwczesnego wykorzystania naszych zasobów – ocenia Mirosław Proppé.

Statystyki wskazują, że elektrownia węglowa co trzy minuty zużywa tyle wody, ile mieści się w basenie olimpijskim. Do wyprodukowania jednej kartki papieru potrzebne jest 10 litrów wody, 500 gramów plastiku pochłania ok. 90 litrów wody, a dla wyprodukowania jednego samochodu osobowego trzeba zużyć ok. 3 000 litrów wody. Biorąc pod uwagę ograniczone zasoby wody na świecie, także w Polsce, może jej w niedalekiej przyszłości zabraknąć albo będzie tak droga, że stać będzie na nią tylko nielicznych.

– Z jednej strony przemysł będzie musiał inwestować bardzo dużo w nowe procesy technologiczne, więc będzie miał wysokie koszty, ale z drugiej strony, wszystkie przedsiębiorstwa, które pozyskują wodę, będą musiały albo głębiej kopać studnie, albo wydawać znacznie większe środki na urządzenia i stacje uzdatniające tę wodę. Koszt wody będzie po prostu znacznie wyższy – wskazuje prezes WWF Polska.

Zmiany klimatu powodują, że coraz częściej Polskę dotykają susze. Z danych PGW Wody Polskie wynika, że tylko w 2018 roku z uwagi na panującą suszę na jednego mieszkańca Polski przypadało czterokrotnie mniej wody niż na statystycznego Europejczyka. Susze oznaczają znacznie niższe zbiory, na czym cierpią rolnicy, którzy tylko dzięki systemom dopłat są w stanie poradzić sobie ze złą sytuacją. Zdaniem eksperta jest to jednak działanie doraźne, które tak naprawdę niewiele zmienia.

– Jeśli przypomnimy sobie wprowadzenie nowych taryf na wodę, bo to jest urealnienie tego kosztu wody, to rząd zaproponował zamrożenie cen wody dla mieszkańców. To nieuczciwe wobec obywateli, bo to jest odpychanie podwyżek na przyszłość. Lepiej zacząć je wprowadzać powoli, z jakimś mechanizmem społecznego wsparcia dla najbardziej potrzebujących, niż odsuwać wszystko w niewiadomą przyszłość, aż któregoś dnia będzie krach. To się wydarzyło w Grecji i nas też może spotkać – podkreśla Mirosław Proppé.

Jedynym rozwiązaniem – zdaniem eksperta – jest zmiana przyzwyczajeń i oszczędność. Nie tylko wody.

 Musimy oszczędzać energię, powinniśmy zacząć oszczędzać ciepło i wodę. To trzy podstawowe kierunki działania, które nas uratują. Nawet jeżeli przestawimy cały nasz system elektroenergetyczny na OZE, to i tak wodę będziemy pozyskiwać z ziemi i będzie tej wody tyle, ile będzie, a jeżeli będą susze, to będzie jej po prostu mniej albo będzie jeszcze głębiej. Oszczędzając i racjonalnie użytkując dzisiaj wodę, przedłużamy ten okres, kiedy mamy ją za względnie niższą cenę – przekonuje Mirosław Proppé.

W Polsce powstaje innowacyjny w skali świata system do zarządzania ruchem dronów. Pozwoli m.in. zaplanować i uzyskać zgodę na lot za pomocą aplikacji mobilnej

W Polsce powstaje innowacyjny w skali świata system do zarządzania ruchem dronów. Pozwoli m.in. zaplanować i uzyskać zgodę na lot za pomocą aplikacji mobilnej 13

Według raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego obecnie w polskiej przestrzeni powietrznej jest około 100 tys. dronów. Rosnąca popularność pojazdów tego typu wymusi na władzach wypracowanie nowych norm prawnych, które umożliwią im bezpieczne funkcjonowanie w przestrzeni powietrznej z załogowymi pojazdami latającymi. W Polsce powstaje innowacyjny w skali świata system do zarządzania ruchem bezzałogowych statków powietrznych, który pozwoli z wyprzedzeniem zaplanować lot i uzyskać zgodę poprzez aplikację mobilną. Uproszczenie procedur ma pozwolić na upowszechnienie się dronów na rynku komercyjnym.

– Pansa UTM to system do zarządzania ruchem bezzałogowych statków powietrznych, który ma umożliwić przeciętnemu użytkownikowi planowanie lotu i składanie zapotrzebowania na lot. System ma zapewnić pełne zobrazowanie zmieniającej się dynamicznie przestrzeni powietrznej i ułatwić do niej dostęp. Umożliwi zaplanowanie całego lotu i wykonanie go oraz rejestrację platformy bezzałogowej za pomocą aplikacji mobilnej. System przyczyni się do bezpiecznej integracji lotnictwa bezzałogowego z załogowym – mówi agencji Newseria Innowacje Maciej Włodarczyk, p.o. kierownika działu zarządzania operacjami bezzałogowych statków powietrznych Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej.

Polska Agencja Żeglugi Powietrznej rozpoczęła już testy elektronicznych planów lotu dla bezzałogowych statków powietrznych w ramach systemu Pansa UTM. Wprowadzenie tej technologii na rynek może przyspieszyć udzielanie zgód na loty oraz skoordynuje loty pojazdów bezzałogowych, a co za tym idzie – zwiększy bezpieczeństwo uczestników ruchu lotniczego.

W projekcie wdrożenia systemu pomogą inżynierowie Hawk-E specjalizujący się w procesach badawczo-rozwojowych technologii dronowych oraz jej partner technologiczny DroneRadar, twórca aplikacji mobilnej umożliwiającej sprawdzanie warunków lotów w dowolnym miejscu na terenie Polski. Dzięki wdrożeniu systemu Pansa UTM możliwe stanie się elektroniczne zarządzanie oraz kontrola ruchu pojazdów bezzałogowych, w tym m.in. zdalne przyznawanie zgód na przeprowadzenie misji lotniczej w zgodzie z prawem.

– Wybiegamy bardzo mocno do przodu. Musimy pamiętać o tym, że konkurencja nie śpi, także musimy się bardzo spieszyć. Jesteśmy jednak bardzo mocno do przodu przed konkurencją. Rozwiązania są bardzo kompleksowe, nad resztą elementów trwają prace, nigdzie jeszcze na szeroką skalę na świecie taki system nie funkcjonuje – przekonuje Maciej Włodarczyk.

Na dynamiczny rozwój rynku dronów zwrócił uwagę także Polski Instytut Ekonomiczny, który wraz z Ministerstwem Infrastruktury wydał Białą Księgę Rynku Bezzałogowych Statków Powietrznych, w której przedstawiono wyzwania, przed jakimi stanie branża na przestrzeni kilku najbliższych lat. Wraz ze wzrostem zainteresowania bezzałogowymi pojazdami latającymi pojawi się konieczność stworzenia placów testowych, które pozwolą przebadać drony dopuszczane do polskiego ruchu lotniczego.

Za powstanie tzw. piaskownic regulacyjnych do testowania dronów odpowiada program Żwirko i Wigura opracowany przez Polski Fundusz Rozwoju. Powołano go w celu możliwie jak najszerszego otworzenia przestrzeni powietrznej dla pojazdów bezzałogowych, w tym m.in. dronów dostawczych oraz specjalistycznych systemów monitoringu zanieczyszczenia powietrza w mieście.

– Rolą takich przedsięwzięć, rolą programu „Żwirko i Wigura” jest również to, żeby pobudzić nasze społeczeństwo, naszych inżynierów, producentów dronów oraz włodarzy miast. Myślę, że tutaj też jest rola miast. To one muszą się zgłaszać jako chętne i gotowe, aby wesprzeć technologię dronową i wdrażać usługi możliwe do realizacji za pomocą dronów, tworząc ekosystem do rozwoju tej branży na swoim terenie – zaznacza ekspert.

Działania Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej względem rynku dronowego są odpowiedzią na europejską inicjatywę U-Space, czyli koncepcję stworzenia w miastach przestrzeni powietrznej zarezerwowanej dla bezzałogowych pojazdów latających, która nie kolidowałaby z przestrzenią lotnictwa załogowego. Realizacja założeń U-Space umożliwi rozwój firm oraz usług bazujących na transporcie dronowym.

Tymczasem na terenie Stanów Zjednoczonych prowadzone są testowe loty dronów pod nadzorem inżynierów NASA. Program pilotażowy realizowany przez Institute for Autonomous Systems oraz Lone Star UAS ma sprawdzić funkcjonowanie systemu UAS Traffic Management do zarządzania ruchem dronowym na terenach miejskich. Testy przygotowano z myślą o systemach komercyjnych, np. firmach kurierskich zainteresowanych dostarczaniem paczek przy wykorzystaniu dronów.

Na rynku nie brakuje firm, które oferują klientom usługi wykorzystujące drony. Firma Alphabet planuje uruchomić system dronów dostawczych na terenie australijskiego miasta Canberra, który poprzedzono kilkuletnim programem lotów pilotażowych. Za obsługę systemu odpowie spółka-córka WING, której urząd ds. Bezpieczeństwa Lotnictwa Cywilnego udzielił zgody na prowadzenie działalności handlowej z wykorzystaniem dronów dostawczych.

Z kolei firma Zipline wyspecjalizowała się w dronach medycznych, które dostarczają leki do trudno dostępnych miejsc w krajach rozwijających się. Firma działa już na terenie Rwandy, a wkrótce rozpocznie działanie na terenie Ghany. Przedstawiciele Zipline podpisali już porozumienie z tamtejszym rządem, które umożliwi wykonywanie około 600 lotów dziennie. Za obsługę 2 tys. ośrodków medycznych będą odpowiadać cztery centra logistyczne, każde wyposażone w 30 dronów autonomicznych.

Według MarketsandMarkets globalna wartość branży bezzałogowych pojazdów latających w 2017 roku przekroczyła 18 mld dol. Szacuje się, że do 2025 roku będzie się rozwijać w średniorocznym tempie na poziomie przeszło 14 proc.

Cyfrowe prawo jazdy może być dostępne już w I kwartale 2020 r. Dowód rejestracyjny i polisa OC już w aplikacji mobilnej

Cyfrowe prawo jazdy może być dostępne już w I kwartale 2020 r. Dowód rejestracyjny i polisa OC już w aplikacji mobilnej 14

Ministerstwo Cyfryzacji uruchomiło usługę mPojazd, pozwalającą na zapisanie w aplikacji mobilnej dowodu rejestracyjnego i potwierdzenia zawarcia polisy OC. Choć dokumentów tych nie trzeba już przy sobie wozić, to jednak w niektórych sytuacjach okazują się być pomocne. Najbardziej oczekiwaną zmianą jest wejście w życie tzw. pakietu deregulacyjnego, który umożliwi zapisanie w aplikacji mobilnej prawa jazdy, a także przypisanie numeru rejestracyjnego do kierowcy. Nowelizacja jest na etapie konsultacji, a usługa ma być dostępna na początku przyszłego roku.

– W niedługim czasie, kiedy będą odpowiednie zmiany prawne, będziemy mogli udostępnić cyfrowe prawo jazdy w aplikacji mPojazd. W tym momencie nie ma takiej możliwości, ale po uchwaleniu przepisów, które są w tym momencie na etapie konsultacji międzyresortowych, zakładamy, że też taka możliwość się pojawi. Wtedy faktycznie będzie można się wybrać w podróż autem wyłącznie z telefonem komórkowym. Biorąc pod uwagę cały proces legislacyjny, zakładamy, że to nie będzie jednak wcześniej niż w I kw. przyszłego roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karol Okoński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.

Przewidujący wprowadzenie elektronicznego prawa jazdy projekt zmian w Prawie o ruchu drogowym, czyli tzw. pakiet deregulacyjny, zakłada zniesienie kar za jazdę bez dokumentu prawa jazdy. W ramach pakietu konsultowana jest też likwidacja karty pojazdu i nalepki z numerem rejestracyjnym na szybę, a także przypisanie tablicy rejestracyjnej do kierowcy, a nie pojazdu.

Tymczasem na początku maja 2019 r. Ministerstwo Cyfryzacji uruchomiło nową usługę mPojazd, która bazuje na rozwiązaniu mObywatel. Do aplikacji dołożono kolejny moduł, który zaczytuje do telefonu w bezpieczny sposób dane z dowodu rejestracyjnego, karty pojazdu i polisy ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej wszystkich pojazdów, których właściciel jest właścicielem lub współwłaścicielem.

– Od 1 października 2018 r. nie ma obowiązku wożenia ze sobą prawa jazdy, bo organy kontroli ruchu drogowego mogą sprawdzić te dane bezpośrednio w rejestrze. Niemniej są takie sytuacje, kiedy chcielibyśmy te dane o naszym pojeździe mieć i mPojazd tutaj wychodzi naprzeciwko temu – tłumaczy Karol Okoński.

Sytuacje, w których informacje zawarte w dokumentach mogą się przydać kierowcy, to np. kolizja drogowa, po której wypełnia się oświadczenie niezbędne do zgłoszenia szkody w towarzystwie ubezpieczeniowym.

– Dodatkową funkcjonalnością jest np. przypominanie o tym, że upływa termin badań technicznych bądź ubezpieczenia OC. Z racji tego, że to są czynności, które wykonujemy raz w roku, to siłą rzeczy, dopóki nie zapiszemy sobie tego sami w kalendarzu, to możemy o nich zapomnieć. Tym bardziej że nie zaglądamy tak zwyczajowo do dowodu, o ile nie musimy – mówi podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.

Tymczasem kara za jazdę bez ważnego badania technicznego to mandat w wysokości nawet do 500 zł, a także ryzyko niewypłacenia odszkodowania z tytułu AC i NNW. Jazda bez ważnej polisy ubezpieczeniowej może się zakończyć karą nawet do 4,5 tys. zł. Według danych Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego, bez ważnej polisy OC jeździ około 100 tys. kierowców.

Aplikacja mPojazd jest jedną z usług wchodzących w skład usługi mObywatel, która pozwala zapisywać dokumenty w formie elektronicznej. Może to być dowód osobisty, legitymacja studencka czy legitymacja szkolna. Aplikację mObywatel pobrało już ponad 100 tys. klientów sklepu Google Play. Dostępna jest również dla użytkowników iOS w AppStore.