14 najlepszych uczelni ekonomicznych z Europy Środkowo-Wschodniej przyjechało do Warszawy na zaproszenie MNiSW i CIMA

30 maja 2019 r. w siedzibie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW) odbyło się wydarzenie pt. „Konstytucja dla Nauki i nowe oblicze finansów w cyfrowym świecie: Zatrudnialność, Edukacja i Partnerstwo”. Wydarzenie zostało zorganizowane przez MNiSW i Instytut Rachunkowości Zarządczej CIMA (Chartered Institute of Management Accountants) – największą międzynarodową organizację zrzeszającą specjalistów z dziedziny rachunkowości zarządczej.

W spotkaniu wzięło udział osiem polskich uczelni ekonomicznych, w których uruchomiono Program CIMA na Uczelni oraz sześć najlepszych uczelni o takim profilu z krajów Europy Środkowo-Wschodniej: Ukrainy, Słowacji, Czech, Rumunii, Bułgarii i Węgier. Do uczestnictwa w tym wydarzeniu zaproszono również przedstawicieli globalnych firm, których siedziby znajdują się w województwach reprezentowanych przez poszczególne polskie uczelnie.

Wydarzenie miało na celu wypracowanie dobrych praktyk we współpracy środowiska akademickiego i biznesu. Jednym z głównych założeń było umożliwienie uczestnikom zdobycia najświeższych informacji na temat zmieniających się potrzeb pracodawców w zakresie wiedzy i umiejętności absolwentów kierunków ekonomicznych. Istotne było również pokazanie, przed jakimi wyzwaniami w czasach cyfrowej transformacji stoją uczelnie na świecie i jak sobie radzą tworząc nowoczesne programy studiów i wprowadzając nowe modele kształcenia.

Spotkanie rozpoczęło się od przemówienia Andrzeja Stanisławka, sekretarza stanu
w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, który opowiedział o reformie szkolnictwa wyższego w Polsce oraz wadze dostosowywania programów nauczania do potrzeb międzynarodowych pracodawców.

– Konstytucja dla Nauki zmienia system szkolnictwa wyższego gruntownie. Stawia na jakość kształcenia i badań naukowych, umiędzynarodowienie polskich uczelni, a także na większy stopień współpracy otoczenia społeczno-gospodarczego ze środowiskiem akademickim. Reforma wprowadza nowy doradczy organ w uczelniach. To rady uczelni, w których zasiadać mają także przedstawiciele otoczenia szkół wyższych. Przedsiębiorcy, eksperci, lokalni aktywiści będą mieć wpływ na strategię uczelni – stwierdza wiceminister nauki Andrzej Stanisławek.

– To jednak nie koniec przedsięwzięć ministerstwa łączących potrzeby pracodawców i biznesu z ofertą, jaką daje nauka i szkolnictwo wyższe. Wspieramy studia dualne, uruchomiliśmy nową formułę doktoratów wdrożeniowych. W planach mamy także uruchomienie platformy cyfrowej, która ułatwi kontakt nauki z biznesem. Dzięki temu umożliwiamy intensywną wymianę wiedzy i doświadczeń między badaczami, nauczycielami akademickimi i przedsiębiorcami – dodaje.

Kolejne przemówienia wygłosili przedstawiciele CIMA: Karen Phang CPA, FCMA, CGMA, Associate Director – Academic Engagement; Jakub Bejnarowicz, dyrektor regionalny na Europę; Shane Balzan FCMA, CGMA, Senior Director, Curriculum Development;
oraz Dr Yvonne Hinson CPA, CGMA, Academic in Residence.

Ostatnim punktem oficjalnej części wydarzenia był panel dyskusyjny z pracodawcami zatytułowany „Zatrudnialność, Edukacja i Partnerstwo”, moderowany przez Shane’a Balzana. Wzięli w nim udział specjaliści ds. finansów wysokiego szczebla i posiadacze tytułu CGMA (Chartered Global Management Accountant), którzy rozmawiali o profilu absolwentów kierunków ekonomicznych i umiejętnościach, jakie finansiści powinni posiadać w czasach robotyzacji
i automatyzacji.

– W myśl hasła „Zatrudnialność, Edukacja i Partnerstwo” udało nam się dziś stworzyć platformę do dyskusji pomiędzy Ministerstwem, środowiskiem akademickim i biznesem. Jesteśmy bardzo wdzięczni MNiSW za wspólną organizację tego wyjątkowego na skalę światową, prawdziwie międzynarodowego wydarzenia, podczas którego zaprezentowany został nie tylko głos uczelni z różnych krajów Europy Środkowo-Wschodniej oraz różne punkty widzenia globalnych firm, ale także nowe metody kształcenia i najlepsze praktyki z Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Malezji – mówi Jakub Bejnarowicz, dyrektor regionalny na Europę, CIMA.

Jednym z przykładów unowocześnienia przez uczelnie swojej oferty jest dostosowywanie programów studiów do poziomu pozwalającego na uzyskanie profesjonalnych certyfikatów takich jak CIMA Diploma in Management Accounting w ramach Programu CIMA na Uczelni. Zapewnia to studentom możliwość uzyskania wiedzy, potwierdzonej globalnymi egzaminami CIMA, która w większym stopniu odpowiada na potrzeby międzynarodowych pracodawców. Część polskich uczelni jest właśnie na etapie powoływania dedykowanych zespołów ds. ujednolicenia swoich programów studiów z sylabusem CIMA.

Wydarzenia związane z tematyką współpracy środowiska akademickiego i biznesu zostały zorganizowane przez CIMA w ubiegłym roku w Johannesburgu, Deli, Dżakarcie i Lagos.
W Europie to Polska została wybrana spośród innych krajów, w których operuje CIMA ze względu na wzorcową współpracę polskich uczelni z globalnymi pracodawcami. Formuła spotkania w Warszawie została wzbogacona o nowy element: rozmowy przy okrągłym stole, podczas których przedstawiciele uczelni, biznesu i CIMA wzięli udział w profesjonalnej grze biznesowej. Na tej podstawie powstanie raport zatytułowany „Employability, Education & Partnership in CEE Region”, przygotowany przez prof. Bartłomieja Nita z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu oraz dr hab. Remigiusza Napiecka z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

Jakub Bejnarowicz, Associate Director, Central and Eastern Europe, Association of International Certified Professional Accountants
Jakub Bejnarowicz, Associate Director, Central and Eastern Europe, Association of International Certified Professional Accountants

Spotkanie z międzynarodowymi uczelniami w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego było także okazją do uczczenia 100-lecia istnienia CIMA. Założony w 1919 r. instytut obchodził swoje setne urodziny 8 marca br. – Czerpiąc ze 100-letniego dziedzictwa CIMA, przygotowujemy się jednocześnie na wyzwania przyszłości. Patrzymy w nią z pewnością siebie, bo wiemy, że tworzymy prawdziwie globalny standard – desygnację CGMA. Mamy też możliwości, by zaopatrzyć naszych studentów i członków w wiedzę, wgląd i umiejętność przewidywania, dzięki którym będą mogli sprostać wymaganiom szybko zmieniającego się świata dodaje Jakub Bejnarowicz.

W styczniu 2019 r. CIMA przedstawiła zaktualizowany sylabus Kwalifikacji Profesjonalnej CIMA dostosowany do wymogów przyszłości finansów, Ramy Kompetencyjne CGMA obejmujące tematykę m.in. umiejętności cyfrowych, technologii blockchain czy cyberbezpieczeństwa oraz kurs Digital Mindset, aby zaoferować specjalistom z dziedziny finansów, członkom i studentom CIMA narzędzia oraz zasoby, które pozwolą im rozwinąć skrzydła w erze cyfrowej. Ten udoskonalony zestaw kompetencji uznawany jest na całym świecie za najbardziej poszukiwany i aktualny w obszarze rachunkowości zarządczej, która jest jedną z dynamiczniej rozwijających się gałęzi doradztwa biznesowego i której specjaliści pełnią coraz ważniejsze funkcje w swoich organizacjach.

Dodatkowe informacje:

W wydarzeniu „Konstytucja dla Nauki i nowe oblicze finansów w cyfrowym świecie: Zatrudnialność, Edukacja i Partnerstwo” zorganizowanym przez MNiSW i CIMA wzięły udział następujące uczelnie oraz firmy:

– Szkoła Główna Handlowa w Warszawie
– Uniwersytet Ekonomiczny w Katowicach
– Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie
– Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu
– Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu
– Akademia Leona Koźmińskiego
– Uniwersytet Łódzki
– Uniwersytet Gdański
– Uniwersytet Ekonomiczny w Bratysławie
– Uniwersytet Gospodarki Narodowej i Światowej w Sofii
– Budapest Metropolitan University
– Uniwersytet Narodowy im. Tarasa Szewczenko w Kijowie
– Bucharest University of Economic Studies
– Prague College
– Infosys BPM
– Mazars Polska
– Alexander Mann Solutions
– Hewlett Packard Enterprise
– Bridgestone
– DC Minerals part of Group De Cloedt

Kurs dolara umacnia się mimo oczekiwań obniżki stóp w USA

W środę podczas sesji europejskiej złoty tracił na wartości, EUR/PLN powrócił do 4,304 czemu towarzyszyło dalsze osłabienie euro do 1,115 USD. Za sprawą spadków EUR/USD mocniej w górę poszły notowania dolara do złotego. Kurs USD/PLN chwilowo powrócił powyżej 3,86. Po południu doszło do lekkiego odreagowania porannej przeceny, na EUR/PLN wsparcie przy 4,29 nie zostało jednak dotknięte.

Wciąż dominujący wpływ na rynek złotego ma sentyment inwestorów na globalnych rynkach, gdzie nastrojom nadal ciąży amerykańsko-chiński konflikt handlowy. Zamiast zbliżać się ku końcowi do inwestorów docierają nowe, niepokojące informacje. Chińskie agencje prasowe (powołując się m.in. na państwowy urząd planistyczny) poinformowały, że Pekin może zaostrzyć spór handlowy z USA wykorzystując monopolistyczną pozycję Chin na rynku metali ziem rzadkich. Jeśli zostałby ograniczony eksport substancji chemicznych, których produkcja ze względu na koszty i efekty środowiskowe ulokowana jest przede wszystkim w Chinach, a które są niezbędne do produkcji wielu dóbr elektronicznych, wówczas mocno ucierpieliby amerykańscy producenci nowych technologii. Jak ważne są to dla USA zasoby pokazuje chociażby fakt, że import tych surowców został wyłączony spod ceł. Szukanie nowej broni w wojnie handlowej to nie jest dobra wiadomość dla rynków, może bowiem wskazywać, że konflikt jeszcze długo nie zostanie zażegnany. Dolar jako bezpieczna waluty dostał więc „wiatru w skrzydła”, pomimo że inwestorzy spodziewają się obniżek stóp w USA w tym roku. Notowania kontraktów na stopę funduszy federalnych pokazują, możliwe trzy obniżki po 25 pb do końca przyszłego roku.

Jeśli chodzi o raporty makroekonomiczne, podczas środowej sesji nie było na czym zawiesić wzroku. Na temat polityki monetarnej wypowiadało się zaś kilku przedstawicieli EBC. Członek Rady Prezesów EBC O.Rehn poinformował, że bank centralny omówi opcje udzielenia dalszego wsparcia europejskiej gospodarce i przedstawi szczegóły nowego programu tanich pożyczek TLTRO na najbliższym posiedzeniu planowanym na 6.06. Wskazał, że EBC jest gotów dostosować i użyć dostępne narzędzia, jeśli będzie to konieczne. To zaś oznacza, że termin ewentualnej podwyżki stóp EBC odsunął się w czasie. Ponadto Rehn zwrócił uwagę na konieczność przeanalizowania strategii w zakresie polityki pieniężnej banku pod kątem „rozluźnienia definicji stabilności cen”.  Rada Prezesów EBC w 2003 r., poinformowała, że dążąc do stabilności cen, zamierza utrzymać stopę inflacji poniżej, ale blisko 2% w średnim okresie. Tymczasem, uporczywie niski ceny dały początek rozmów na temat polityki banków centralnych i ich skuteczności w zakresie osiągania ustalonych celów inflacyjnych. W ostatnim czasie, na budzące się obawy, co do wiarygodności celów inflacyjnych banków centralnych wskazywał H.Kuroda. Zdaniem prezesa Banku Japonii ze względu na czynniki związane z rozwojem technologicznym i globalizacją, które utrzymują presję na spadek cen, pojawia się obecnie konieczność bardziej elastycznego podejścia do tematu.

W czwartek poznamy minutes z majowego posiedzenia RPP. Nie oczekujemy jednak zmiany tonu przekazu. Chociaż większość członków RPP opowiada się za stabilizacją stóp procentowych w kolejnych latach, to jednak podczas dyskusji mogły pojawić się sugestie podwyżki stóp mając na uwadze solidne, i jak dotąd mało wrażliwe na spowalnianie strefy euro, dane krajowe. Protokół nie powinien mieć jednak większego wpływu na złotego, który nadal głównie pozostawać będzie pod wpływem czynników globalnych, z EUR/PLN w okolicach 4,29-4,30.

Wykres dnia: Chiny szykują odwet. Eskalacja wojny handlowej z USA uderza w juana, podtrzymując też presję na złotego.

Eskalacja wojny handlowej z USA uderza w juana, podtrzymując też presję na złotego
Źródło: Thomson Reuters

Autor: Joanna Bachert / PKO Bank Polski

RSM Poland przejmuje Denzel Polska

RSM Poland, jedna z najszybciej rozwijających się firm audytorskich i doradczych w Polsce, finalizuje zakup Denzel Polska, biura rachunkowego o ugruntowanej pozycji na rynku w Katowicach.

W wyniku przejęcia i włączenia 20-osobowego Zespołu Denzel Polska w struktury RSM Poland, Zespół RSM liczyć będzie ponad 250 profesjonalnych pracowników. Doświadczeni doradcy podatkowi, biegli rewidenci, księgowi, specjaliści z zakresu kadr i płac, prawnicy oraz konsultanci IT świadczą dla Klientów pełen wachlarz usług doradczych, działając pod wspólną marką RSM z biur w Poznaniu, Warszawie, Szczecinie i Katowicach.

Obecna akwizycja to kolejny rozdział w historii dynamicznego rozwoju RSM Poland i kolejny krok  na drodze do objęcia pozycji jednej z największych w Polsce, niezależnych firm księgowych, audytorskich i doradczych. Po przejęciu szczecińskiej firmy Poncyljusz & Radź w roku 2017 oraz kolejnym okresie organicznego wzrostu, grupa spółek RSM Poland odnotowała rekordowe przychody za 2018 rok na poziomie 29,2 mln PLN. W wyniku obecnej transakcji przychody za 2019 rok mogą sięgać poziomu 34 mln PLN. W perspektywie najbliższych 2-3 lat RSM Poland planuje zwiększyć zatrudnienie do ponad 300 osób oraz zmienić lokalizację biur w Warszawie i Katowicach.

Dzięki włączeniu firmy Denzel Polska w struktury RSM Poland będziemy bliżej naszych Klientów ze Śląska, wykorzystamy także synergie i szanse, jakie pojawiają się na terenie Katowic oraz całej Polski. Jesteśmy przekonani, że połączenie sił, wiedzy i doświadczenia specjalistów RSM Poland oraz Denzel Polska, a także znaczące zwiększenie zatrudnienia w katowickim biurze dodatkowo wzmocni naszą obecność na rynku, co z kolei zaowocuje nowymi możliwościami zarówno dla naszych Klientów, jak i naszych obecnych i przyszłych pracowników – powiedział Bartosz MIŁASZEWSKI, Managing Partner w RSM Poland.

Pokolenie Z intensywnie korzysta z bankowości

Odpowiedzialność członka zarządu spółki z o.o. na gruncie art. 299 kodeksu spółek handlowych

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością stanowi odrębny byt prawny względem jej właścicieli (udziałowców). Z uwagi na powyższe ewentualna odpowiedzialność za długi spoczywa w pierwszej kolejności na spółce. Niemniej istnieje ryzyko ponoszenia tejże odpowiedzialności przez osoby prowadzące sprawy spółki, czyli członków zarządu. Zasada ta wynika wprost z art. 299 kodeksu spółek handlowych.

Zgodnie z treścią wspomnianego przepisu, jeżeli egzekucja przeciwko spółce okaże się bezskuteczna, członkowie zarządu odpowiadają solidarnie za zobowiązania. Odpowiedzialność członka zarządu spółki z o.o. z art. 299 ksh może zostać jednak ograniczona. Dalsza treść niniejszego przepisu wskazuje na okoliczności, których wystąpienie uwalnia zarząd od spłaty długów spółki z majątku prywatnego. Jedną z możliwości jest upadłość spółki z o.o., a konkretnie terminowe złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości. Alternatywnie, okolicznością egzoneracyjną będzie wydanie postanowienia o otwarciu postępowania restrukturyzacyjnego (np. sanacja firmy) w terminie przewidzianym do złożenia wniosku o upadłość albo zatwierdzenie układu w postępowaniu w przedmiocie zatwierdzenia układu.

W innym przypadku członek zarządu powinien wykazać, że:

  • niezgłoszenie wniosku o upadłość nastąpiło nie z jego winy albo
  • pomimo niezgłoszenia wniosku o upadłość oraz niewydania postanowienia o otwarciu postępowania restrukturyzacyjnego albo niezatwierdzenia układu w postępowaniu w przedmiocie zatwierdzenia układu wierzyciel nie poniósł szkody.

Jakie zatem muszą występować okoliczności, aby niezaspokojony wierzyciel względem spółki mógł się domagać spełnienia roszczenia od członka zarządu?

Z pewnością muszą istnieć niezaspokojone przez spółkę zobowiązania. Dokumentem wypełniającym znamiona dowodu na potrzeby ewentualnego postępowania przeciwko członkowi zarządu na podstawie art. 299 ksh wskazującym na istnienie takiego zobowiązania może być tytuł egzekucyjny wydany przeciwko spółce. Możliwe jest również skorzystanie z innych środków dowodowych świadczącym o długu wobec spółki.

Kolejnym istotnym elementem w postępowaniu przeciwko członkowi zarządu będzie wykazanie bezskuteczności egzekucji z majątku spółki. Wspomniana bezskuteczność powinna mieć charakter subiektywny poświadczający brak jakiejkolwiek możliwości zaspokojenia zobowiązania z majątku spółki. Ma to o tyle istotne znaczenie, że w toku postępowań egzekucyjnych możliwe jest zaspokojenie części wierzycieli, a pominięcie innych. Co więcej, wierzyciel powinien wykazać, że egzekucja jest niemożliwa z całego majątku spółki, a nie tylko z części. Od tej reguły są przewidziane jednak pewne wyjątki. Mają one miejsce wtedy, gdy wierzyciel np. wykazał nierealność egzekucji wobec dłużnika. Dowodem wskazującym na bezskuteczność egzekucji może być m.in. oddalenie wniosku o ogłoszenie upadłości dłużnika z powodu ubóstwa masy upadłościowej.

Dzień dziecka… na giełdzie

Dzień dziecka to jedna z ulubionych dat nie tylko najmłodszych, ale także producentów zabawek. Choć branża ta w ubiegłym roku była warta blisko 25 mld USD, nawet liderzy nie mogą spać spokojnie z uwagi na rosnącą konkurencję. Dzieci coraz częściej zamiast zabawek, wybierają bowiem gry video. Czy to sygnał do zmian dla przemysłu zabawkowego?

Do 2021 roku prognozowana wartość rynku zabawek ma zwiększyć się do 26,9 mld USD, rosnąc średniorocznie o 2,4 proc. Taka dynamika rynku nie zapewnia jednak spółkom z branży spokojnego snu i stabilnego rozwoju. Czeka je bowiem wiele wyzwań i dostosowywania strategii do zmieniającego się otoczenia rynkowego.

Trzech głównych graczy

Każde dziecko zapytane o najpopularniejszą markę zabawek, z pewnością wymieni przynajmniej jeden produkt wiodących producentów: duńskiego Lego lub amerykańskich Mattel czy Hasbro. Lego AS jest producentem słynnych klocków, ale także operatorem parków zabaw dla dzieci. Mattel Inc. posiada marki takie jak: Barbie, Polly Pocket, Fisher-Price i Hot Wheels. Hasbro Inc. produkuje m.in. Play-Doh, Transformers czy My Little Pony. Poza zabawkami, jest również właścicielem wielu gier planszowych, w tym Scrabble i Monopoly.

Roczne przychody Lego AS przekraczają 5,7 mld USD, a jego amerykańscy konkurenci, generują przychody na poziomie 4,5 mld USD, tym samym zgarniając prawie 58 proc. tortu, jakim jest światowy rynek zabawek. Lego AS nie jest spółka publiczną, stąd brak jest rynkowej wyceny, natomiast amerykańscy konkurenci wypracowały dodatnie stopy zwrotu dla swoich akcjonariuszy. Od początku roku giełdowe wzrosty kursów akcji Hasbro i Mattela wyniosły odpowiednio +21 proc. i 10 proc.

Adam Korecki, makler z Domu Maklerskiego TMS Brokers
Adam Korecki, makler z Domu Maklerskiego TMS Brokers

– Takie zachowanie spółek jest naturalnym zjawiskiem w później fazie cyklu rozwoju światowej gospodarki. Niskie bezrobocie i rosnące płace napędzają wydatki konsumentów, co przekłada się na rosnące wyniki finansowe spółek i pozytywnie wpływa na ich rynkową wycenę. Nie inaczej było z wynikami finansowymi za 2018 rok, które były lepsze od oczekiwań rynkowych – podkreśla Adam Korecki, makler z Domu Maklerskiego TMS Brokers.

Video wyzwania

O ile spółki z branży zabawek potrafią generować dodatnie dynamiki zysków, o tyle ich główny problem leży w słabnącej lub nawet ujemnej dynamice przychodów. Zaledwie 2-procentowy potencjał wzrostu branży rok do roku wynika w dużej mierze ze zmian w preferencjach klientów. Ukierunkowują się oni przede wszystkim na cyfrową rozrywkę. Dzieci coraz chętniej chcą mieć swojego ulubionego bohatera w grze video, komputerze, tablecie czy smartfonie. Momentem zwrotnym dla branży było bankructwo spółki z 70-letnią tradycją –  Toys „R” Us w grudniu 2018 roku. Zarząd Toys „R” Us przyczynę niepowodzenia zidentyfikował w postępującej cyfryzacji, zmianie nawyków wśród dzieci oraz rosnącej konkurencji.

Długotrwałe zagrożenie ze strony gier wideo, w których występują postaci znane dotychczas z zabawek, stanowi przeszkodę w rozwoju biznesu tradycyjnych producentów, w tym Lego, Hasbro i Mattel. Rynek gier video jest obecnie wart ponad 33,5 mld USD, a prognoza na najbliższe 4 lata zakłada ponad dwukrotnie silniejszą dynamikę wzrostu niż na w przypadku zabawek. Zgodnie z szacunkami Euromonitora, w USA wzrost sprzedaży gier wideo będzie nadal silniejszy niż zabawek, rosnąc o 5 proc. r/r w porównaniu z walką tych ostatnich o utrzymanie 2 proc. dynamiki rocznego wzrostu.

Właśnie dlatego po okresie udostępniania swoich brandów producentom gier video i czerpania przychodów z tantiem, Lego, Hasbro i Mattel zmieniają strategię rozwoju własnego biznesu. Nowe podejście zakłada położenie nacisku na holistyczny rozwój produktów, zarówno w postaci fizycznej, jak i cyfrowej. Dużą uwagę spółki poświęcają także własnym grom video na urządzenia mobilne, których bohaterami są znane zabawki.

To, czy transformacja firm z branży zabawkowej powiedzie się, zależy od szeregu czynników. Najważniejszym będzie zapewne znalezienie zasobów na to aby konkurować z tak dużymi graczami, jak Activision Blizzard, Electronic Arts, Nintendo, Sony czy Microsoft.

– Z dużym prawdopodobieństwem, możemy stwierdzić, że gry wideo będą nadal wysysać sprzedaż z tortu producentów zabawek w coraz młodszych grupach wiekowych – podkreśla jednak Adam Korecki z TMS Brokers.

Ustawa antylichwiarska wymaga dalszych prac

Dziś pod obrady Komitetu Stałego Rady Ministrów trafi projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu przeciwdziałania lichwie. Projekt budzi jednak poważne zastrzeżenia natury legislacyjnej, dlatego niezbędne są dalsze prace nad jego treścią.

Opublikowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości projekt ma na celu walkę z nielegalną lichwą oraz nieuczciwymi pożyczkodawcami. Ta niewątpliwie słuszna idea nie może być jednak prawidłowo zrealizowana na gruncie wadliwych przepisów. W ramach konsultacji publicznych i opiniowania projekt był wnikliwie analizowany zarówno przez partnerów społecznych, jak i organy oraz instytucje państwa. Na stronach Rządowego Centrum Legislacji dostępnych jest 31 stanowisk, z których większość zawiera zasadnicze uwagi dotyczące proponowanych zmian oraz zgodności ich zapisów z zasadami prawidłowej legislacji.

Szczególną uwagę zwracają opinia Rady Legislacyjnej działającej przy Prezesie Rady Ministrów, w której stwierdzono m. in, iż cyt. „ należy mocno podkreślić, że Projekt zredagowany jest w sposób wymagający pilnej i daleko idącej korekty, a także zawiera propozycje przepisów, które – z uwagi na ich liczne wadliwości konstytucyjne, systemowe, merytoryczne i techniczno-legislacyjne – nie powinny znaleźć się w ostatecznej wersji Projektu i w przyszłej ustawie. Dlatego też w konkluzji należy stwierdzić, że opiniowany Projekt, aby mógł stanowić przedmiot dalszych prac legislacyjnych, wymaga gruntownej i starannej poprawy […]”. Uchwalenie przepisów w obecnym kształcie rodziłoby więc ryzyko powstania negatywnych skutków prawnych zarówno po stronie instytucji finansowych, jak i osób korzystających z usług pożyczkowych.

Ponadto należy podkreślić, że projekt zawiera propozycje zmian legislacyjnych dotyczących nie tylko regulacji typowo krajowych (jak np. zmiany przepisów kodeksu karnego), ale również przepisów prawa stanowiących implementację regulacji unijnych do polskiego porządku prawnego. Projekt wprowadza zmiany m. in. do ustawy o kredycie konsumenckim, stanowiącej implementację dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2008/48/WE w sprawie umów o kredyt konsumencki oraz uchylającą dyrektywę Rady 87/102/EWG. Zawiera także przepisy wprowadzające nadzór regulacyjny, system sankcji i komunikacji pomiędzy organami nadzoru w państwach członkowskich, w tym również komunikacji z Europejskim Urzędem Nadzoru Bankowego. Zakres projektu jest więc objęty prawem Unii Europejskiej i podlega obowiązkowi notyfikacji do Komisji Europejskiej. Z niezrozumiałych powodów projektodawca uznał jednak, iż notyfikacja nie jest wymagana.

Mając na względzie zasady prawidłowej legislacji oraz potrzebę zwiększania pewności prawa i uchwalania stabilnych przepisów, niezbędne jest skierowanie projektu do dalszych prac w celu wyeliminowania ryzyka wprowadzenia błędnych oraz szkodliwych przepisów. Wejście w życie projektowanych przepisów w obecnym kształcie wpłynie negatywnie na funkcjonowanie instytucji pożyczkowych i na dostęp do kredytowania. Ponadto, wbrew intencjom projektodawcy, wadliwe przepisy mogą zmniejszyć systemową ochronę konsumenta na rynku finansowym.

Arkadiusz Pączka, dyrektor Centrum Monitoringu Legislacji Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej

W Warszawie rośnie najwięcej wież w Europie

Biurowe wieże, które utworzą w Warszawie nowy hub biurowy są najtrudniejszymi z dotychczasowych realizacji deweloperów 

Rejon ronda Daszyńskiego i ulicy Towarowej to lokalizacja, która skupia najbardziej spektakularne projekty, które realizowane są dziś w Warszawie. To tu rośnie nowe, biznesowe zagłębie miasta. W perspektywie kilku najbliższych lat oddanych zostanie kilkanaście budynków wysokościowych, z których większość ulokowana jest w tej części miasta.

Bartłomiej Zagrodnik - Walter Herz.
Bartłomiej Zagrodnik – Walter Herz

– Znikoma podaż gruntów w centralnych obszarach Warszawy sprawia, że deweloperzy, którzy dysponują ziemią w najatrakcyjniejszych rejonach miasta decydują się na realizację bardzo złożonych projektów, w których powstają niezwykle trudne konstrukcyjnie obiekty wysokościowe. Takie budynki skupiają uwagę, zarówno inwestorów, jak i firm poszukujących powierzchni biurowych do wynajęcia. Ich lokalizacja oraz widowiskowa architektura przekłada się na szybką komercjalizację i gwarantuje stabilny zysk na dobrym poziomie. Stąd duże zainteresowanie inwestorów, o czym mogą świadczyć transakcje zawierane nierzadko tuż po zakończeniu budowy, jakie mogliśmy obserwować m.in. w przypadku Q22, Spark C, czy Browarów Warszawskich – wymienia Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz.

Ekspert przyznaje, że w centralnym obszarze aglomeracji skoncentrowanych jest większość realizowanych aktualnie w Warszawie dużych projektów, które w najbliższych latach dostarczą trzy czwarte nowej podaży w segmencie biurowym. – Najwięcej inwestycji prowadzonych jest w okolicy ronda Daszyńskiego. Ta lokalizacja już niedługo stanie się najciekawszym hubem biurowym Warszawy z licznymi obiektami wysokościowymi i miastotwórczymi kompleksami o charakterze wielofunkcyjnym – zauważa Bartłomiej Zagrodnik.

Las żurawi

W ciągu ostatnich trzech lat na tzw. bliskiej Woli, która zespoliła się już ze ścisłym centrum miasta, oferta biurowa wzrosła dwukrotnie. Motywacją do aktywności inwestycyjnej dla deweloperów było niewątpliwie uruchomienie drugiej linii metra. Liczne żurawie dźwigowe i inwestycje budowlane na różnym etapie zaawansowania są w tym rejonie od dawna stałym elementem krajobrazu.

Jesienią tego roku w pobliżu ronda Daszyńskiego do użytkowania oddana zostanie 130 metrowa Mennica Legacy Tower, realizowana przez Golub GetHouse i Mennica Polska S.A. Na powierzchni ponad 40 tys. mkw. swoją siedzibę w wieży będzie miał mBank, który wynajął w niej niemal całą powierzchnię. Będzie tam pracowało ponad 3 tys. osób.

W 2020 roku w panoramę Warszawy wpisze się też Skyliner firmy Karimpol o wysokości 195 metrów, który dostarczy łącznie prawie 44 tys. mkw. powierzchni najmu. Wysokościowiec powstający w otoczeniu ulic Prostej i Towarowej na 30 poziomach zaoferuje nowoczesne biura, a 4 przeznaczone będą na cele handlowo-usługowe. Na wysokości 165 metrów w wieżowcu zaprojektowany został dwupoziomowy Skybar, a w reprezentacyjnym, przeszklonym hallu o wysokości kilkunastu metrów „schody hiszpańskie”.

Największe projekty Ghelamco i Skanska

Na sąsiedniej działce rośnie natomiast kompleks The Warsaw Hub, który będzie miał bezpośrednie połączenie ze stacją metra rondo Daszyńskiego. Zakończenie prac budowlanych nad jego realizacją firma Ghelamco zapowiada na przełom 2019 i 2020 roku. Ten najbardziej zaawansowany technologicznie i największy projekt w historii firmy Ghelamco przyniesie Warszawie 113 tys. mkw. wielofunkcyjnej powierzchni. W skład inwestycji wchodzić będą trzy budynki, 86 metrowy obiekt hotelowy, gdzie ulokuje się hotel sieci Holiday Inn Express i pierwszy w Polsce Crowne Plaza oraz dwie 130 metrowe wieże biurowe. Wszystkie budynki połączy pięciokondygnacyjne podium, które stworzy wielkomiejską pierzeję ulicy Towarowej.

W pierwszym kwartale 2021 roku na mapie Warszawy pojawi się również wieżowiec, realizowany w projekcie Generation Park. Jesienią 2018 roku Skanska rozpoczęła budowę trzeciego, najwyższego, 38 piętrowego budynku w tej inwestycji. Wieża mierząca wraz z iglicą 180 metrów jest pierwszym tak wysokim obiektem realizowanym przez dewelopera w Polsce. Kompleks Generation Park, położony w kwartale pomiędzy ulicą Towarową, Prostą, Wronią i Łucką, jest też najwyższym budynkiem biurowym firmy Skanska w Europie Środkowo-Wschodniej. Kompleks składający się z trzech biurowców zaoferuje około 84 tys. mkw. powierzchni najmu.

Na początek 2021 roku także firma Ghelamco zapowiedziała ukończenie Warsaw Unit, swojego trzeciego projektu, który prowadzi przy rondzie Daszyńskiego. Po 220 metrowej wieży Warsaw Spire i The Warsaw HUB to kolejne przedsięwzięcie firmy, które zaowocuje spektakularnym obiektem wysokościowym. Wieża mierzyć będzie 180 metrów, a wraz z urządzeniami technicznymi 202 metry. Ulokowany pod prestiżowym adresem Rondo Daszyńskiego 1 biurowiec Warsaw Unit będzie miał kinetyczną fasadę typu „Dragon Skin”, złożoną z tysięcy ruchomych, aluminiowych płytek, które reagować będą  na wiatr i odbijać zmieniającą się barwę nieba.

Niebotyk przy Centralnym

Poza Generation Park firma Skanska kontynuuje też w rejonie ronda Daszyńskiego prace przy realizacji projektu Spark, w którym poza dwoma niższymi budynkami, które są już ukończone, powstaje 130 metrowa wieża. Wysokościowiec ma zostać oddany w 2021 roku. Kompleks położony przy ulicy Wolskiej, w pobliżu skrzyżowania ulicy Towarowej z aleją Solidarności, przyniesie Warszawie 70 tys. mkw. powierzchni biurowych.

W 2021 roku w inwestycji Varso Place, którą HB Reavis prowadzi w pobliżu warszawskiego Dworca Centralnego, ma natomiast zostać oddany największy budynek w Warszawie i w Unii Europejskiej. Niebotyk Varso Tower, mierzący z iglicą 310 metrów, zdeklasuje Pałac Kultury i Nauki (237 metrów z iglicą), który wciąż jest najwyższym budynkiem stolicy. Zlokalizowana przy ulicy Chmielnej, 53 piętrowa wieża zapewni mieszkańcom miasta taras widokowy położony na poziomie 230 metrów. Z Dworca Centralnego do Varso Tower będzie można przejść pasażem podziemnym. W ramach realizacji tego projektu, który dostarczy łącznie 144 tys. mkw. powierzchni najmu, powstaną też dwa niższe wieżowce o wysokości ponad 80 metrów i 90 metrów, których budowa ma zakończyć się na początku przyszłego roku. W jednym z nich otworzy się hotel NYX.

W 2020 roku będą też gotowe połączone częścią wspólną, bliźniacze wieże Widok Towers. 95 metrowy obiekt rośnie w miejscu wyburzonej Centrali Handlu Zagranicznego Universal, tuż za odnawianą właśnie Rotundą. Wysokościowiec dostarczy około 29 tys. mkw. powierzchni biurowych.

Obiekty w fazie projektowania

Ponadto, u zbiegu ulic Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej rusza właśnie budowa 93 metrowej wieży Central Point. 22 piętrowy biurowiec o powierzchni ponad 19 tys. mkw. zaoferuje dostęp do dwóch linii metra. Zakończenie budowy projektu firma Immobel planuje w drugim kwartale 2021 roku.

Jeszcze w pierwszej połowie tego roku na działce w kwartale ulic Świętokrzyskiej, Twardej, Mariańskiej i alei Jana Pawła II ma rozpocząć się również budowa PHN Tower. Kompleks biurowo-handlowy ma przynieść około 37 tys. mkw. powierzchni. Zakończenie budowy niższego budynku PHN przewidziane jest na 2021 rok, a oddanie 150 metrowego wieżowca na przełomie 2023 i 2024 roku.

Poza tym, Skanska przygotowuje do budowy biurowiec Warsaw One, który ma stanąć przy rondzie ONZ w miejscu obecnego budynku Ilmetu. Aranżowana wieża ma mieć wysokość 188 metrów. W warszawski skyline ma wpisać się też kilka obiektów, które są jeszcze w fazie projektowania, w tym m.in. Nowa Emilia przy ulicy E. Plater, czy inwestycja przy placu Grzybowskim.

Strategiczna współpraca Polpharmy i Microsoft nad wdrażaniem koncepcji Fabryki Przyszłości

Firmy Polpharma i Microsoft podpisały porozumienie, którego celem jest współpraca w zakresie wybranych projektów cyfrowej transformacji największej polskiej firmy farmaceutycznej. W ramach porozumienia firmy deklarują podjęcie działań w takich obszarach, jak: cyfryzacja procesów przemysłowych w całym łańcuchu wartości produkcji leków, zaawansowana analityka danych i wykorzystanie sztucznej inteligencji, oraz tworzenie cyfrowego miejsca pracy.

Mark Loughran, Dyrektor Generalny polskiego oddziału Microsoft, Markus Sieger, Prezes Grupy Polpharma
Od lewej: Markus Sieger, Prezes Grupy Polpharma.
Mark Loughran, Dyrektor Generalny polskiego oddziału Microsoft.

Strony deklarują gotowość do współpracy nad wdrażaniem koncepcji Fabryki Przyszłości, czyli cyfryzacji procesów przemysłowych w całym łańcuchu wartości produkcji leków, począwszy od laboratorium, poprzez planowanie i realizację cykli produkcyjnych, obsługę parku maszynowego i urządzeń, monitorowanie stanu i przewidywanie awarii, minimalizację przestojów, optymalizację procesów, kontrolę jakości i bezpieczeństwa, a także szkolenia i rozwój pracowników produkcji. Porozumienie przewiduje podjęcie przez Polpharmę działań wpisujących się w koncepcję Przemysłu 4.0. Wizja Microsoft Factory of the Future zakłada m.in. wykorzystanie takich technologii, jak Przemysłowy Internet Rzeczy, Automatyka Przemysłowa, Uczenie Maszynowe, Rozszerzona Rzeczywistość, Cyfrowy Bliźniak czy Blockchain do poprawy efektywności procesów biznesowych.

„Cyfryzacja jest istotnym elementem transformacji Grupy Polpharma. Z jednej strony pozwoli nam dostarczać wartościowe rozwiązania dla pacjentów, stanowiące połączenie farmaceutyków i nowych usług, z drugiej – umożliwi podniesienie elastyczności i zwinności biznesowej naszej organizacji. Technologie cyfrowe w procesie produkcji mają ogromny potencjał, ponieważ wpływają na efektywność wytwarzania, a co za tym idzie zwiększenie konkurencyjności Polpharmy jako największego producenta leków w Polsce” – Markus Sieger, Prezes Grupy Polpharma.

„Jesteśmy świadkami cyfrowej transformacji sektora opieki zdrowotnej, gdzie w centrum jest pacjent i jego potrzeby. Ta pozytywna zmiana jest możliwa, dzięki uwolnieniu potencjału danych przy zastosowaniu technologii przetwarzania w chmurze oraz sztucznej inteligencji. Łącząc siłę technologii Microsoft oraz innowacyjne rozwiązania naszych partnerów, wspieramy Grupę Polpharma w bardziej efektywnym wykorzystaniu zasobów oraz budowaniu nowych szans rynkowych w cyfrowych czasach” – podkreśla Mark Loughran, Dyrektor Generalny polskiego oddziału Microsoft.

Współpraca otwiera możliwość stworzenia centrów kompetencyjnych w obszarze zaawansowanej analityki dużych zbiorów danych, operacji predykcyjnych oraz usług kognitywnych. Zakłada również współpracę zespołu Polpharmy i Microsoft w obszarze analityki Big Data oraz sztucznej inteligencji.

Strony zamierzają również poszukiwać, testować i wdrażać cyfrowe rozwiązania w celu ciągłego doskonalenia i usprawniania całej organizacji Grupy Polpharma, jej procesów biznesowych, operacyjnych, jak i biurowych. Dotyczy to m.in. zastosowania technologii Robotic Process Automation.

„Już dziś koncentrujemy się na automatyzacji procesów, zastosowaniu robotyzacji w naszych zakładach, wsparciu organizacji dzięki zaawansowanej analityce danych. Jesteśmy na dobrej drodze, by stać się fabryką przyszłości. Nie zależy nam na posiadaniu gadżetów, ale użytecznych narzędzi, jak najbardziej dostosowanych do potrzeb naszego biznesu” – dodaje Markus Sieger.

Porozumienie przewiduje także podjęcie wspólnych działań na rzecz kreowania cyfrowego miejsca pracy przy wykorzystaniu Aplikacji i Usług Microsoft.

Union Investment TFI wpisane do ewidencji instytucji oferujących PPK

Union Investment TFI decyzją Polskiego Funduszu Rozwoju (PFR) zostało wpisane do ewidencji instytucji, które mogą oferować Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK). Wpis do ewidencji prowadzonej przez PFR otwiera drogę do prowadzenia PPK.

Paweł Suwała, dyrektor działu klienta instytucjonalnego w Union Investment TFI
Paweł Suwała, dyrektor działu klienta instytucjonalnego w Union Investment TFI

– Rejestracja w ewidencji PFR to ostatni warunek, który musieliśmy spełnić, by móc oferować i wdrażać PPK w firmach. Im bliżej pierwszego obowiązkowego terminu, tym większe jest zainteresowanie przedsiębiorców warunkami oferty. Proponujemy naszym klientom wsparcie już na początkowym etapie komunikacji i wdrażania programu w firmie. Z myślą o potrzebach klientów i nałożonych na nich przez prawo obowiązkach, przygotowaliśmy narzędzie wspierające pracodawcę w obsłudze programu PPK. Jest to system, który będzie obsługiwał cały program i przejmie znaczną część obowiązków działu HR w zakresie PPK. Narzędzie to jest zintegrowane z popularnym systemem kadrowo-płacowym. Zapewniamy także bardzo kompleksowy system do obsługi PPK dla pracowników.  Pracownicze Plany Kapitałowe to dla wielu firm i ich pracowników swego rodzaju rewolucja, dlatego zapewniamy także powdrożeniowe wsparcie. Przygotowujemy akcje informacyjne dla pracowników, pomagamy pracodawcom w raportowaniu do instytucji nadzorujących  – mówi Paweł Suwała, Dyrektor Działu Klienta Instytucjonalnego, odpowiedzialny za PPK w Union Investment TFI.

Jak Europa poradzi sobie z niedoborem kierowców zawodowych?

Według Międzynarodowej Unii Transportu Drogowego (IRU) deficyt kierowców może sięgnąć nawet 40 proc., a 21 proc. stanowisk pracy w Europie jest nieobsadzonych.[1] Problem ten potwierdzają także wyniki najnowszego badania Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców. Ponad połowa respondentów ma problem ze znalezieniem rąk do pracy. Okazuje się, że dla rodzimych przewoźników stanowi to obecnie największe wyzwanie. Jeśli rocznie z zawodu odchodzi 25 tysięcy osób[2], a już teraz brakuje około 100 tysięcy fachowców, przyszłość transportu drogowego rysuje się w ciemnych barwach. Średni wiek kierowcy zawodowego to 42 lata[3], a młodych jest jak na lekarstwo. To nie jest bolączka tylko polskiej gospodarki, a problem międzynarodowy. Skoro 80 proc. transportu towarów odbywa się poprzez przewozy drogowe, to kto będzie jeździł w Europie za dziesięć lat?

Czarna dziura

Polska jest potentatem na rynkach europejskich w branży TSL. W 2016 roku rodzimi przewoźnicy osiągnęli 25 proc. udziału w obszarze przewozów między krajami europejskimi, zaś w samej Polsce transport międzynarodowy wygenerował ponad 5,1 proc. PKB.[4] Jednak tak korzystna sytuacja polskich firm transportowych nie jest równoznaczna z brakiem problemów w sektorze. Największym zagrożeniem dla tej branży jest niedobór wykwalifikowanych pracowników. Zgodnie z raportem PwC „Rynek pracy kierowców w Polsce” szacowany niedobór kierowców na rynku polskim w 2016 roku wynosił 100-110 tys. osób.[5] Dane wskazują, że rocznie z zawodu odchodzi ok. 25 tys. pracowników.

Kamil Wolański
Kamil Wolański

Kierowcy zawodowi są w deficycie, co potwierdzają liczne badania. W 99 proc. firm przewozowych brakuje przynajmniej jednego pracownika z uprawnieniami do prowadzenia pojazdu. 36 proc. truckerów potrzebuje maksymalnie tygodnia, by znaleźć nową pracę. Dokładnie tyle samo ankietowanych deklaruje, że otrzymuje propozycje pracy od konkurencji, zaś 46 proc. przewoźników znajduje pracownika w ciągu miesiąca, a aż 31 proc. pracodawców zajmuje to nawet kwartał.[6] [7] Także najnowszy Barometr Zawodów wskazuje na duże braki kierowców na terenie całej Polski, ze szczególnym uwzględnieniem zachodniej części kraju – zauważa Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK).

Warto zwrócić uwagę na to, jakie straty ponosi przewoźnik w sytuacji, gdy nie ma kto jeździć – koszt nawet jednodniowego przestoju samochodu ciężarowego może sięgać 650 EUR.[8] 71 proc. ankietowanych firm transportowych w analizie „Dostępność, Stawki & Technologia: Europejskie Badanie Transportu Drogowego 2018” prognozowało wzrost cen za świadczone usługi. Dla 59 proc. respondentów determinantem podwyżki miał być brak kierowców.[9]

Polsko, nie jesteś sama

Zgodnie z danymi Generalnej Dyrekcji Ruchu Drogowego w Hiszpanii 72 proc. pracujących w charakterze zawodowego kierowcy ma więcej niż 50 lat! The Sun w styczniu 2018 alarmował swoich czytelników, że deficyt kierowców zawodowych w Wielkiej Brytanii zwiększa się aż o 50 osób dziennie.[10] Według najnowszego raportu Międzynarodowej Unii Transportu Drogowego (IRU) średni wiek pracowników tej grupy zawodowej w UE wynosi 44 lata. Brytyjscy truckerzy mają średnio 55 lat! Zaś w Niemczech w ciągu najbliższych pięciu lat z zawodu odejdzie aż 66 proc. kierowców. Obecnie brakuje tam około 45 000 pracowników z uprawnieniami do prowadzenia ciężarówki – dla określenia skali problemu warto również zwrócić uwagę, że takie dokumenty rocznie zyskuje tam ok. 2000 osób. [11] Ponadto Dania, Szwecja i Norwegia zgłaszają deficyty odpowiednio 2500, 5000, 3000 kierujących[12].

To absolutnie niepokojące dane, które wskazują, że kierowca to zawód starzejący się. Sytuacja jest bardzo podobna w większości państw europejskich. Z badań przeprowadzonych przez OCRK wynika, że średni wiek polskich kierowców wynosi 42 lata. Owszem, zachęca się młodych do pracy za kierownicą ciężarówki, prawie 95 proc. zatrudnionych jest w oparciu o umowę o pracę, a płaca w tym zawodzie jest wyższa niż  średnia krajowa i wynosi minimum około pięć tysięcy PLN netto. Jednak to wciąż za mało, by przyciągnąć młodszych pasjonatów transportu – mówi Kamil Wolański. – Skutki deficytu truckerów odczuwamy wszyscy, a wkrótce będą zauważalne jeszcze bardziej. Zmniejszająca się liczba kierowców powoduje wzrost cen przewozu towarów, które przekładają się na ogólne podwyżki cen produktów transportowanych ciężarówkami, w tym głównie żywności. Problemem są też opóźnienia w dostawach komentuje ekspert OCRK.

Środki zaradcze

Odpowiedzią na poszerzającą się liczbę wakatów w transporcie w Polsce i Europie jest napływ kierowców zza wschodniej granicy. Analizując dane Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego z ostatnich kilku lat, zauważalny jest wzrost ilości pracowników z krajów trzecich, którzy uzyskali świadectwa kierowców. W 2018 roku wydano 72 390 takich dokumentów, w tym ponad 56 tys. obywatelom Ukrainy, 13 622 Białorusinom, a 1075 Mołdawianinom. Dla porównania w 2017 wydano 46 178  świadectw, z czego 35 115 pracownikom z Ukrainy. Zaś pięć lat wcześniej – w 2014 roku GITD wydało zaledwie 6 809 dokumentów – analizuje ekspert OCRK. – Polska jest dobrym wyborem dla kierowców z Ukrainy czy Białorusi ze względu na stosunkowo niewielką odległość od rodzinnego domu, jednak rynki „starej Unii” kuszą pracowników ze Wschodu uproszczonymi przepisami i wyższymi zarobkami – dodaje.

Polska także zmienia przepisy, by zwiększyć ilość potencjalnych kandydatów do pracy za kółkiem.  Ważnym krokiem jest przywrócenie do szkół zawodowych kierunku kierowca-mechanik. W październiku ubiegłego roku wprowadzono zmianę ustawy o kierujących pojazdami, w myśl której całkowity lub częściowy ubytek słuchu nie jest przeciwwskazaniem do uzyskania uprawnień kierowania pojazdami.[13] Nieustannie trwają także prace nad poprawieniem bezpieczeństwa w branży. Pod koniec 2018 roku Unia Europejska zadeklarowała wielomilionowe inwestycje w infrastrukturę parkingową tak, by na terenie Wspólnoty powstało ok. 100 tys. nowych i przede wszystkim – bezpiecznych miejsc parkingowych dla ciężarówek.

Zmiany są widoczne, jednak ich rezultat będzie odczuwalny za kilka, a nawet kilkanaście lat. To, co możemy zrobić tu i teraz, to zapewnić kierowcom godne warunki pracy oparte na szacunku i wynagrodzeniu adekwatnym do wykonywanych obowiązków. Ważne są również wszelkie ułatwienia dla pracujących za kółkiem – od dobrze wyposażonego pojazdu i rozwiązań telematycznych, jak na przykład GBOX, ułatwiających pokonywanie trasy, po wsparcie ekspertów w sytuacjach kryzysowych. A są nimi między innymi kłopotliwe kontrole drogowe poza granicami kraju, konieczność kompletowania dokumentacji czy poprowadzenie komunikacji z inspekcjami z Francji, Niemiec czy Austrii, czyli w krajach, do których polscy kierowcy podróżują najczęściej – mówi Kamil Wolański, OCRK.

[1] https://www.iru.org/resources/newsroom/fifth-driver-positions-unfilled-european-road-transport-sector

[2] Rynek pracy kierowców zawodowych, PwC.

[3] Badanie Kim jest polski kierowca ciężarówki, Ogólnopolskie Centrum Rozliczania Kierowców, 2018.

[4] http://pitd.org.pl/wp-content/uploads/2018/01/raport_Styczen2018.pdf

[5] https://www.pwc.pl/pl/pdf/pwc-raport-rynek-pracy-kierowcow.pdf

[6] http://pitd.org.pl/wp-content/uploads/2018/01/raport_Styczen2018.pdf

[7] https://www.pwc.pl/pl/pdf/pwc-raport-rynek-pracy-kierowcow.pdf

[8] https://www.pwc.pl/pl/pdf/pwc-raport-rynek-pracy-kierowcow.pdf

[9]https://www.mercareon.com/fileadmin/Structure_images_TYPO3/files/Report/PL/Dostepnosc_Stawki_Technologia_Europejskie_Badanie_Transportu_Drogowego_2018_Raport_Transporeon.PDF

[10] https://www.thesun.co.uk/news/5335306/trucker-shortage-threatens-post-brexit-trade-boom-with-45000-jobs-to-fill/

[11] https://theloadstar.com/truck-driver-shortage-crisis-now-spreading-across-whole-europe/

[12] https://www.lloydsloadinglist.com/freight-directory/news/European-truck-driver-shortage-now-major-problem-for-shippers/74206.htm#.XOOzjcgzaM9

[13] Ustawa z dnia 12 kwietnia 2018 r.

Budowa domu z drewna kosztuje średnio 369 000 PLN. Raport Oferteo

Średnio 369 000 PLN za budowę domu z drewna. Raport Oferteo.pl_Polacy, którzy budują swój dom z drewna, rzadko decydują się na duży metraż, a szacunkowe koszty inwestycji w ich przypadku wynoszą średnio 369 tys. zł. W przeciwieństwie do wybierających tradycyjne technologie, chętniej decydują się na realizację według indywidualnego projektu architektonicznego (62%) niż na kupno gotowego – wynika z raportu opracowanego przez Oferteo.pl.

Powierzchnia domuPolacy nie budują dużych domów z drewna

Polacy, którzy wybrali drewno do budowy domu, stawiali w większości nieduże budynki. Połowa z nich miała metraż nieprzekraczający 100 m2. Nieco rzadziej, bo w 40% przypadków, nieruchomości miały od 101 do 150 m2. Duże domy z drewna nie cieszyły się popularnością wśród budujących. 8% respondentów wybrało taki o wielkości między 151 a 200 m2, a większy niż 201 m2 – tylko 2%.

369 000 zł za drewniany dom

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Oferteo.pl, największego polskiego serwisu łączącego poszukujących usług budowlanych z ich dostawcami, koszt budowy domu z drewna wyniósł inwestorów w 2018 roku średnio 369 tys. zł. Kwota ta jest stosunkowo niewielka, biorąc pod uwagę średnie koszty budowy domu w Polsce. Wpływ na nią ma jednak nie tylko technologia, ale też wielkość domu, a ta w przypadku budujących z drewna była zwykle nieduża.

Termin rozpoczęcia budowyRozpoczęcie prac w ciągu kilku miesięcy

Według badania Oferteo.pl osoby planujące budowę drewnianego domu najczęściej potrzebują kilku miesięcy na rozpoczęcie prac budowlanych. Prawie dwie trzecie z nich chce rozpocząć je w ciągu pół roku, a 34% – trzech miesięcy. Tylko 1% ankietowanych jest gotowych, aby przystąpić do prac już w przeciągu najbliższego miesiąca od złożenia zlecenia.

Poszukiwania odpowiedniej ekipy budowlanej do budowy domu z drewna to duże wyzwanie, bo zespołów specjalizujących się w tego typu budownictwie jest stosunkowo niewiele. Przede wszystkim należy zwracać uwagę na doświadczenie fachowców i opinie na temat interesującej nas ekipy. Warto także zainteresować się dofinansowaniami, które przyznawane są przez państwo na budowę domu energooszczędnego – radzi Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl.

Domy szkieletowe zdecydowanie najpopularniejsze

Wśród Polaków decydujących się na budowę domu z drewna w 2018 roku większą popularnością cieszyły się tańsze w budowie domy szkieletowe (kanadyjskie) – taką technologię wybrało aż 78% ankietowanych. Polega ona na wybudowaniu konstrukcji z belek połączonych gwoźdźmi i wypełnieniu jej materiałem termoizolacyjnym. Taki dom jest energooszczędny, a jego budowa może potrwać krócej niż domu stawianego w tradycyjnej technologii. Pozostałe 22% ankietowanych postawiło na domy z bali, których budowa jest droższa głównie ze względu na koszty litego drewna.

Oryginalne projekty częściej wybierane wśród budujących z drewna

Wyniki raportu Oferteo.pl, , wskazują, że Polacy budując dom z drewna, znacznie chętniej decydują się na zrealizowanie indywidualnego projektu. W 2018 roku aż 62% zleciło architektowi zaprojektowanie wyjątkowego domu tylko dla nich. 38% wybrało prostszą i zwykle tańszą opcję, jaką jest zakup w biurze architektonicznym gotowego projektu. To odwrotnie niż w przypadku osób, które budowały w tradycyjnych technologiach. Spośród nich 63% zdecydowało się na kupno gotowego planu, a jedynie 37% – na współpracę z architektem.

Najwięcej domów z drewna woj. śląskim i mazowieckim

W 2018 roku na budowę domu z drewna decydowali się najczęściej mieszkańcy województwa mazowieckiego i śląskiego. Pochodziło z nich prawie co czwarte zapytanie złożone w serwisie Oferteo.pl. Na kolejnym miejscu znalazło się województwo dolnośląskie z 10% udziałem i małopolskie (8%). Najrzadziej drewniany dom budowali mieszkańcy województw świętokrzyskiego i opolskiego – po 2%.

Metodologia badania

Przedstawione w „Raporcie o budowie domów w Polsce” dane pochodzą z analizy ponad 17 tysięcy zapytań ofertowych złożonych w 2018 roku w serwisie Oferteo.pl przez osoby poszukujące towarów i usług związanych z budową domów oraz z badania ankietowego przeprowadzonego w styczniu 2019 roku metodą CAWI na próbie 600 osób, które w 2018 roku budowały dom.

Rekordowy wzrost. Rynek europejskiej piłki nożnej jest już wart ponad 28 mld euro

Futbol budzi ogromne emocje, także związane z wielkimi pieniędzmi. W sezonie 2017/2018 przychody europejskiego rynku futbolowego po raz kolejny pobiły rekord i wyniosły 28,4 mld euro. Na dobrą kondycję piłkarskiego biznesu wpłynęły przede wszystkim wyniki europejskich lig z „wielkiej piątki” (Bundesliga, La Liga, Ligue 1, Premier League i Serie A), w tym w szczególności angielskiej ligi, która umocniła się na pozycji lidera pod względem osiąganych przychodów. Na drugie miejsce awansowała Bundesliga, której po piętach depcze hiszpańska La Liga. To główne wnioski 28. edycji raportu „Annual Review of Football Finance” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

Wzrost o 11 proc. wartości europejskiego rynku piłki nożnej w stosunku do poprzedniego sezonu był w głównej mierze napędzany przez „wielką piątkę” lig europejskich, a także dzięki zeszłorocznym Mistrzostwom Świata w piłce nożnej w Rosji.

Łączne przychody Premier League, Bundesligi, La Ligi, Serie A i Ligue 1 wzrosły w sezonie 2017/18 o 6 proc. do 15,6 mld euro. Jak jednak wynika z analizy Deloitte, w omawianym okresie spadły zyski operacyjne największych europejskich lig. Wynikało to z rosnących wynagrodzeń, którym nie sprostał poziom przychodów. Dotyczyło to szczególnie angielskiej i hiszpańskiej ligi. Z kolei Bundesliga i Serie A odnotowały wzrost zysku operacyjnego odpowiednio o 9 i 8 proc.

Wyłączając cykliczny wpływ międzynarodowych turniejów UEFA i FIFA, widzimy wzrost przychodów w każdym roku z ostatnich 18 lat, w którym szacowaliśmy wielkość europejskiego rynku piłki nożnej. Ponieważ futbol na żywo pozostaje jednym z najbardziej pożądanych rodzajów rozrywki, zarówno dla kibiców, jak i nadawców, a także jest jednym z najgorętszych tematów w mediach społecznościowych, spodziewamy się kontynuacji tego wzrostu. Podczas gdy Premier League nadal jest liderem, Hiszpania i Niemcy konkurują o drugie miejsce. Po podpisaniu umowy na prawa transmisyjne na kolejne cztery lata Bundesliga, pod względem przychodów, przegoniła La Ligę. Spodziewamy się, że Niemcy utrzymają tę pozycję w następnej edycji naszego rankingu, ale w sezonie 2019/20 La Liga może okazać się znów lepsza – mówi Dan Jones, Partner, Lider Sports Business Group, Deloitte UK.

Wyścig gigantów

Premier League w dalszym ciągu utrzymuje znaczną przewagę nad konkurencją, osiągając w sezonie 2017/2018 przychody w wysokości 5,4 mld euro, co oznacza wzrost o 100 mln euro rok do roku. W omawianym czasie angielska liga mogła się cieszyć występami aż pięciu swoich drużyn w Lidze Mistrzów. Pod względem przychodów Premier League jest teraz o 72 proc. większa niż Bundesliga, jednak niepokoi stosunek wynagrodzeń do przychodów, który w omawianym sezonie wyniósł 59 proc. Angielscy piłkarze mogli się cieszyć średnio 15 proc. wzrostem swoich pensji.

Z kolei przychody Bundesligi wzrosły o około 290 mln euro. Liga niemiecka może się pochwalić także najwyższą frekwencją na stadionach. W omawianym sezonie było to średnio 43,9 tys. kibiców na mecz.

W przypadku La Ligi przy 7 proc. wzroście poziom przychodów przekroczył 3 mld euro. Wzrost ten był częściowo spowodowany triumfem po trzeci raz z rzędu Realu Madryt w Lidze Mistrzów UEFA w sezonie 2017/18. Dodatkowo na plus należy zaliczyć komercyjny sukces FC Barcelony, która podpisała nowy czteroletni kontrakt sponsorski z firmą Rakuten. Należy przypomnieć, że lokomotywy hiszpańskiego futbolu, czyli FC Barcelona i Real Madryt, zajęły dwa pierwsze miejsca w tegorocznej Football Money League w 2019 roku.

Problemem włoskiej Serie A są rosnące przychody największych konkurentów. Mimo, że włoska liga zwiększyła przychody o 8 proc. (do 2,2 mld euro), to nie wystarczyło to, by zbliżyć się do ligi angielskiej, niemieckiej i hiszpańskiej. Wzrost kosztów płac w Serie A był wolniejszy niż w innych ligach „wielkiej piątki”, co spowodowało najniższy stosunek płac do przychodów (66 proc.) od sezonu 2005/06. Mimo to, przejęcie Cristiano Ronaldo przez Juventus i inne działania transferowe w okienku letnim w 2018 r. prawdopodobnie doprowadzą do podwyżek płac w sezonie 2018/19.

Francuska Ligue 1 nadal generowała najmniejsze przychody spośród europejskich gigantów (1,7 mld euro), przy czym redukcja przychodów z transmisji i sponsoringu była rekompensowana przez wzrost przychodów komercyjnych. W sezonie 2020/2021 zacznie obowiązywać nowa umowa krajowych praw do transmisji, co może oznaczać wzrost przychodów z tego tytułu do poziomu 1,2 mld rocznie. Będzie to więcej niż w przypadku Serie A i La Ligi.

Poza „wielką piątką”

Tuż za „wielką piątką” znalazła się rosyjska Premier League (813 mln euro), która wyprzedziła turecką Süper Lig (731 mln euro). Rosyjski awans napędzany był przez nową umowę dotyczącą praw do transmisji i zwiększone przychody z meczów, wynikające z ulepszeń stadionów w związku z Mistrzostwami Świata FIFA w 2018 roku.

Mistrzostwa przyniosły bezpośrednie i pośrednie zwiększenie przychodów na europejskim rynku piłkarskim. Spowodowało to wzrost wpływu FIFA, UEFA i związków krajowych na wielkość rynku europejskiego. Wartość tych wpływów wynosi 4,2 mld euro w sezonie 2018/19, co jest wzrostem o 75% w stosunku do sezonu 2016/17 – mówi Sam Boor, Starszy Menedżer w Sports Business Group Deloitte.

Eksperci Deloitte spodziewają się, że nowa umowa na transmisję telewizyjną dla Süper Lig pozwoli jej odzyskać pozycję szóstą co do wielkości ligi w Europie w następnej edycji zestawienia.

Raport Deloitte wspomina również o polskiej Ekstraklasie w kontekście nieudanych występów rodzimych klubów w europejskich pucharach. Szansą dla polskiej ligi na zwiększenie przychodów będzie nowa umowa do praw do transmisji, która zacznie obowiązywać już od sezonu 2019/2020. Jednak jak zaznaczają eksperci Deloitte, bez sukcesów na boisku dalszy rozwój ligi będzie bardzo trudny.

Kurs wymiany
Do przeliczenia wartości podanych w euro oraz funcie brytyjskim zastosowano średni kurs wymiany z roku zakończonego 30 czerwca 2018 r. (1 GBP = 1,13 EUR).

Koszty wynagrodzeń
Koszty wynagrodzeń dotyczą wszystkich pracowników (w tym zawodników, a także personelu technicznego i administracyjnego) i obejmują wynagrodzenia, opłaty z tytułu transferu zawodników, premie, odprawy, składki na ubezpieczenie społeczne, a także inne koszty świadczeń pracowniczych.

20 lat Wi-Fi. Jaka przyszłość czeka sieć bezprzewodową?

Dwie dekady temu kilka firm technologicznych stworzyło The Wireless Ethernet Compatibility Alliance, w skrócie WECA. To wydarzenie uważa się za symboliczny początek sieci bezprzewodowej. W tym samym roku firma Apple wypuściła na rynek iBook, pierwszy komputer z wbudowanym adapterem AirPort umożliwiającym korzystanie z Wi-Fi. Dziś użytkownicy mają do dyspozycji nowy standard Wi-Fi 6, który zapewnia znaczący wzrost szybkości transmisji.

Wraz z rozpowszechnieniem Wi-Fi życie internautów uległo diametralnej zmianie. Nowa usługa oferowała niespotykaną do tej pory swobodę, przyczyniła się do obniżenia kosztów i dała zupełnie nowe możliwości zarówno użytkownikom indywidualnym, jak i biznesowym.

802.11 powodów do radości

Rozwiązania z oficjalnym logo sieci Wi-Fi funkcjonują w standardzie transmisji IEEE 802.11. Produkty te posiadają certyfikat wydawany przez The Wireless Ethernet Compatibility Alliance, które w 2002 roku zmieniło nazwę na Wi-Fi Alliance. Dokument gwarantuje zgodność pomiędzy różnymi urządzeniami bezprzewodowymi. Dodatkowo o kompatybilność zadbali również producenci rozwiązań sieciowych. Przykładowo, w 2001 roku uruchomiono program bezpłatnych licencji Cisco Compatible eXtensions, dzięki któremu produkty Wi-Fi oferowane przez innych dostawców mogły współpracować z bezprzewodowymi sieciami Cisco, zachowując jednocześnie wysoki poziom bezpieczeństwa.

Łukasz Bromirski, CTO w Cisco Systems Poland
Łukasz Bromirski, CTO w Cisco Systems Poland

Rozwój technologii umożliwiał wprowadzenie kolejnych ulepszeń Wi-Fi, m.in. związanych z eliminacją zakłóceń i zwiększeniem stabilności transmisji. „Opracowanie przez Cisco modułu Flexible Radio Assignment umożliwiło elastyczne przypisywanie ról elementom sieci bezprzewodowej oraz pracę wielu urządzeń w ramach tego samego zakresu pasma. Z kolei technologia Cisco CleanAir pozwala na wykrywanie zakłóceń radiowych, wizualizowanie ich na schematach i mapach, identyfikowanie źródła problemu i aktywne kierowanie użytkowników na inne, mniej zakłócone kanały” – wyjaśnia Łukasz Bromirski, dyrektor ds. technologii w Cisco Polska.

„Sygnał Wi-Fi może być blokowany i zniekształcany m.in. przez obiekty takie jak ściany, metalowe kosze czy nawet duże akwaria, a użytkownicy spodziewają się zawsze dużej wydajności. Planowanie radiowe nadal jest nieodzownym elementem wdrożenia sieci Wi-Fi, a mechanizmy takie jak Cisco CleanAir doskonale wspomagają projektantów i powodują, że proces ten jest dużo bardziej elastyczny. Przez 20 lat nauczyliśmy się jednak, że środowiska często się zmieniają i potrzebne są narzędzia wspierające prace również w trudnych topologiach, w których przesunięcie przeszkody może być niemożliwe, a ciągłe przenoszenie punktu dostępowego niepraktyczne” – dodaje Łukasz Bromirski.

Woda, prąd, Wi-Fi

Dla współczesnego użytkownika Internetu sieć bezprzewodowa jest dobrem podstawowym, podobnie jak woda czy prąd. Większość z nas nie wyobraża sobie życia bez Wi-Fi, możliwości sprawdzenia mediów społecznościowych czy poczty elektronicznej w kawiarni lub centrum handlowym, korzystając z lokalnego hotspota. Zdaniem polskich internautów, którzy wzięli udział w badaniu Cisco z okazji 30-lecia powstania usługi sieciowej www, Internet jest ważnym narzędziem rozwoju. Ponadto 79% respondentów uważa, że umożliwia on zdobywanie nowych umiejętności, a 70% twierdzi, że pozwala pracować na nowe sposoby.

W firmach, sieć bezprzewodowa daje możliwość przemieszczania się po biurze i korzystania z zasobów z dowolnego miejsca, co zwiększa swobodę pracy. Przetwarzanie informacji zbieranych przez inteligentne urządzenia pozwala natomiast zoptymalizować prowadzone działania. Biznes korzysta także z hiperlokalizacji, która poprzez rozwiązania takie jak Cisco CMX (Connected Mobile Experience) umożliwia określenie z dużą dokładnością pozycji urządzeń działających w sieci bezprzewodowej za pomocą połączonej wiedzy z sieci 802.11 (Wi-Fi) oraz 802.15 (Bluetooth). Te informacje pozwalają zarządcom centrów handlowych czy dużych obiektów publicznych badać wzorce poruszania się klientów po ich obiekcie w ciągu danego dnia czy konkretnej imprezy masowej i na tej podstawie optymalizować ich obsługę.

Już niebawem, ponad połowa ruchu w Internecie będzie się odbywać za pośrednictwem Wi-Fi.  Jak wynika z raportu Cisco Mobile Visual Networking Index (MVNI), w 2022 roku przewodowy ruch IP będzie stanowił jedynie 29% całości, podczas gdy Wi-Fi aż 51%. Za pozostałe 20% będą odpowiadały połączenia mobilne. „Wi-Fi jest dzisiaj jedną z najszybciej rozwijających się technologii sieciowych. Dzięki niej Internet dociera tam, gdzie nie ma możliwości zapewnienia infrastruktury kablowej lub koszty takiej inwestycji są wysokie. Uzyskanie bardzo dobrej jakości sygnału radiowego, a w efekcie lepszej wydajności połączenia jest obecnie, obok bezpieczeństwa, najważniejszym celem stawianym przy budowie sieci bezprzewodowych” – mówi Aleksandra Sosnowska, specjalistka ds. sprzedaży rozwiązań bezprzewodowych w Cisco Polska.

Wi-Fi 6, czyli 4-krotnie większa przepustowość

Najnowszy standard sieci bezprzewodowej Wi-Fi 6 został stworzony w oparciu o te same innowacje bezprzewodowe co 5G. Wykorzystuje technologię OFDMA, która pozwala na jednoczesną transmisję wielu strumieni danych. Dzięki temu duża liczba użytkowników posiadających różne wymagania odnośnie przepustowości może połączyć się z pojedynczym punktem dostępowym. Wi-Fi 6 zmienia sposób, w jaki biznes i użytkownicy indywidualni wchodzą w interakcje ze światem, w którym lawinowo rośnie liczba urządzeń podłączonych do Internetu i rozmiar konsumowanych treści. Jak podaje cytowane wcześniej badanie Cisco MVNI, do 2022 r. będzie w sumie ponad 12 miliardów urządzeń mobilnych i połączeń w technologii Internetu rzeczy. Zdaniem ekspertów Cisco ogromnym wyzwaniem pozostaje zapewnienie odpowiedniej przepustowości w środowiskach charakteryzujących się dużą gęstością, takich jak np. aule, stadiony, lotniska czy sale konferencyjne. Wynika to z faktu, że przeciętny użytkownik często korzysta z sieci bezprzewodowej w miejscach, gdzie przebywa przez długi czas np. czekając na samolot lub rozpoczęcie drugiej połowy meczu piłkarskiego. Zwykle w danej chwili takich osób jest bardzo wiele, dlatego niezbędne jest zapewnienie odpowiedniej wydajności i przepustowości sieci.

„W środowisku biznesowym sieć bezprzewodowa staje się krytyczną metodą dostępu do zasobów cyfrowych. Dla niektórych urządzeń biurowych, technologia ta stanowi jedyną metodę podłączenia się do sieci kampusowej. Ogromne znaczenie ma mobilność, a pracownicy będą coraz bardziej zależni od rozwiązań bezprzewodowych i wrażliwi na choćby najmniejsze opóźnienia w transmisji. Ciągła ewolucja Wi-Fi sprawia, że firmy są w stanie nadążać za zmieniającym się stylem pracy, a także spełnić oczekiwania zespołów, partnerów i klientów. To zadanie z pewnością ułatwi Wi-Fi 6, które zapewnia nawet o 400% większą przepustowość sieci” – podsumowuje Aleksandra Sosnowska.

Enea Operator w ciągu sześciu lat planuje wydać 7,8 mld zł na inwestycje

eneaEnea Operator przygotowała już projekt Planu Rozwoju na lata 2020-2025. Został on przyjęty przez zarząd spółki i skierowany do uzgodnienia z Prezesem Urzędu Regulacji Energetyki. Projekt Planu zakłada przeznaczenie na rozwój w ciągu najbliższych sześciu lat łącznej kwoty ponad 7,8 mld zł. Ponad 90% tej kwoty to nakłady na modernizację i rozbudowę infrastruktury sieciowej.

Nakłady na infrastrukturę sieciową przekroczą 7 mld zł. Przeznaczone zostaną zarówno na realizację procesu przyłączania do sieci podmiotów – w tym również źródeł odnawialnych, modernizację infrastruktury na każdym poziomie napięć, jak również budowę sieci inteligentnych. Praktycznie każda z zapisanych w Planie Rozwoju inicjatyw ukierunkowana jest przede wszystkim na poprawę bezpieczeństwa energetycznego oraz wskaźników niezawodności dostaw energii. Istotna część środków skierowana jest również na rozwój i modernizację infrastruktury teleinformatycznej, wymianę środków transportu, modernizację i rozbudowę zapleczy oraz inne elementy wspomagające działalność dystrybucyjną, w tym narzędzia i sprzęt specjalistyczny.

– Niepodważalny wpływ na skrócenie czasu przerw w dostawie energii mają właściwie zaplanowane inwestycje. Dlatego też przygotowując projekt nowego Planu Rozwoju przyjęliśmy założenie kontynuacji obranych w latach poprzednich kierunków działań, aby kolejnymi inwestycjami wzmacniać i coraz mocniej uodparniać naszą sieć na coraz częstsze anomalia pogodowe. Zrównoważony rozwój to w naszym rozumieniu także zwiększanie możliwości przyłączania nowych odbiorców i wytwórców OZE. Jednocześnie z determinacją realizujemy budowę inteligentnej sieci energetycznej, którą nasycamy innowacyjnymi rozwiązaniami, co pozwala nam zarządzać jej pracą w coraz bardziej zautomatyzowany sposób z korzyścią dla klientów – powiedział Andrzej Kojro, prezes Enei Operator.

– O słuszności naszych działań świadczą efekty realizowanych inwestycji. Zarówno tych dotyczących infrastruktury sieciowej na każdym z poziomów napięć, jak również szeroko rozumianego majątku wspomagającego działalność dystrybucyjną. Nasza sieć staje się coraz bardziej odporna na uszkodzenia i dzięki temu zapewnia coraz większą satysfakcję klientów z jakości i niezawodności dostaw energii elektrycznej. Tym bardziej cieszy możliwość kontynuacji przyjętego kierunku, o czym świadczy poziom planowanych nakładów, gdzie dzięki stałej tendencji wzrostowej mamy możliwość dalszej modernizacji naszej infrastruktury. Wyrażam przekonanie, iż Prezes URE podzieli naszą wizję rozwoju i zaakceptuje proponowane inwestycje a także poziomy środków niezbędnych na ich realizację – powiedział Marek Szymankiewicz, wiceprezes Enei Operator ds. infrastruktury sieciowej.

Po weryfikacji i uzgodnieniu z Prezesem Urzędu Regulacji Energetyki dokument będzie określał poziom nakładów inwestycyjnych, które Enea Operator będzie mogła realizować w ciągu najbliższych 6 lat. Przygotowany projekt Planu Rozwoju to jednak dopiero początek drogi administracyjnej jego uzgodnienia z Prezesem URE. Spółka szacuje, że proces uzgadniania zakończy się prawdopodobnie jesienią, równolegle z procesem zatwierdzania taryfy dystrybucyjnej na 2020 rok.

Marek Kowalski (FPP): Jak naprawić polski rynek pracy

Federacja Przedsiębiorców Polskich i Solidarność podpisały porozumienie, którego celem jest naprawa rynku pracy w Polsce. Jego trzy najważniejsze elementy to ozusowanie umów zleceń do 30-krotności, uwolnienie przedsiębiorców od skutków ozusowywania pierwszej umowy zlecenia, a kolejnej już nie oraz zaksięgowanie faktycznie wypłaconych kwot na kontach pracowników. Chociaż proponowane rozwiązanie jest korzystne dla wszystkich stron, mimo kierowanych do rządu apeli w tej sprawie – do tej pory niewiele się wydarzyło. Wspólne działania FPP i Solidarności doprowadziły do nasilenia kontroli prowadzonych przez ZUS. Ministerstwo Finansów przenosi odpowiedzialność na pracowników – uznano, ze jeżeli pracodawca zapłacił dodatkową karę na ubezpieczenia społeczne do ZUS, to te nieuzasadnione przychody pozyskane przez pracownika muszą zostać opodatkowane. To bardzo szkodliwe dla przedsiębiorców i zatrudnionych.

– Według naszych wyliczeń przyniesie to zwiększone wpływy do budżetu na poziomie ok. 2 miliardów złotych. Takie rozwiązanie jest korzystne dla przedsiębiorców, ponieważ uwolni ich od niesłusznych prób ściągnięcia dodatkowych opłat przez ZUS – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) – Pracownikom pozwoli to na zapisanie na ich kontach realnych kwot, które otrzymywali, co stanie się podstawą do wyliczenia ich emerytur. Dla systemu ubezpieczeń społecznych to zaś znaczący dodatkowy wpływ. Federacja Przedsiębiorców Polskich apeluje do Ministerstwa Pracy oraz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych o wstrzymanie kontroli do czasu wyjaśnienia tej kwestii i ewentualnego procedowania projektu dotyczącej jej ustawy – dodał Kowalski.

Młodzi Polacy planujący studia w Wielkiej Brytanii mogą wreszcie odetchnąć z ulgą

Brak jednoznacznej decyzji dotyczącej daty i warunków Brexitu spędzał sen z oczu Europejczykom, w tym wielu Polakom planującym studia w Wielkiej Brytanii. Rząd Wielkiej Brytanii utrzymał dotychczasowe warunki finansowania dla europejskich studentów rozpoczynających studia w 2020/21 roku.

Brytyjczycy powinni opuścić UE najpóźniej do 31 października 2019 roku. Wciąż brak było oficjalnej informacji czy i jak zmienią się warunki dla studentów z Unii Europejskiej.
Przedwczoraj Chris Skidmore, minister ds. uniwersytetów, zapowiedział, że dla studentów z Unii Europejskiej rozpoczynających naukę w roku akademickim 2020/21 warunki finansowania studiów pozostają bez zmian. Przyszli studenci mają zagwarantowane wsparcie finansowe od Student Finance England na cały okres studiów licencjackich. Mogą ubiegać się również o pożyczki na preferencyjnych warunkach na tych samych zasadach, co studenci z lat ubiegłych.

– To bardzo dobra informacja dla Polaków, którzy chętnie wybierają brytyjskie uczelnie z uwagi na wysoki poziom studiów, wykładowy język angielski i dogodne warunki pożyczek. Spłata kredytu zaczyna się rok po studiach, rozłożona jest na 30 lat i dostosowana do aktualnych zarobków absolwenta, nawet jeśli wróci po studiach do swojego kraju – wyjaśnia Emilia Łosiewicz, Head of Growth w Elab Education Laboratory, firmie doradztwa edukacyjnego. – O stale rosnącym zainteresowaniu studiami w Wielkiej Brytanii świadczy fakt, że w ciągu czterech lat liczba Polaków studiujących w Wielkiej Brytanii wzrosła o 45 proc. Nawet wizja Brexitu nie zniechęciła naszych podopiecznych do składania tam aplikacji – dodaje przedstawicielka Elab Education Laboratory.

Nie zmienia się również wysokość czesnego, która wynosi 9250 funtów rocznie, za wyjątkiem Szkocji, gdzie studia są za darmo. Również osoby rozpoczynające studia w Szkocji w 2020 roku mają gwarancję niezmiennych warunków na kolejne 4 lata.
Zgodnie z założeniami The International Education Strategy osoby, które ukończą studia po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE, otrzymują gwarancję możliwości pozostania w kraju przez sześć miesięcy od ukończenia studiów licencjackich i magisterskich lub przez rok, jeśli są absolwentami studiów doktoranckich. Studenci z Unii Europejskiej mogą także liczyć na wsparcie ze strony uczelni podczas poszukiwania pracy czy przedłużenia wizy.
Na studia licencjackie w roku akademickim 2019/2020 w Wielkiej Brytanii aplikowało 37 tys. studentów z Unii Europejskiej, 1,9 proc. więcej niż rok wcześniej.

Obcięcie rządowych dotacji na hodowle może zagrozić ich opłacalności. Polscy rolnicy mogą utracić konkurencyjność

Obcięcie rządowych dotacji na hodowle może zagrozić ich opłacalności. Polscy rolnicy mogą utracić konkurencyjność 1

Prowadzenie ksiąg hodowlanych i ocena wartości użytkowej bydła mlecznego decyduje o konkurencyjności polskich hodowców względem tych z Niemiec, Francji, Kanady czy USA. Polega to na tym, że geny poszczególnych samic w populacji są analizowane i selekcjonowane tak, żeby zapewnić jak najlepsze potomstwo. Dzięki temu zwiększa się jakość i opłacalność produkcji mleka w Polsce. Resort rolnictwa zamierza jednak obciąć dotychczasowe dotacje na ten cel o blisko 60 proc. Organizacje rolnicze podkreślają, że w prostej linii będzie to oznaczać początek końca hodowli – nie tylko bydła mlecznego, lecz także np. owiec i trzody chlewnej. 

– Rząd przedstawił do zaopiniowania projekt rozporządzenia, z którym się nie zgadzamy, który zabiera 60 proc. dotychczasowych dotacji do tak zwanego postępu biologicznego. Dotyczy on nie tylko hodowców bydła mlecznego, lecz także producentów trzody chlewnej, hodowców koni i owiec, więc problem jest szeroki. Ucięcie tych 60 proc. dotacji oznacza, że każdy hodowca będzie musiał więcej zapłacić za usługi, które pozwalają mu produkować mleko. Odciśnie to piętno na jego kieszeni – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Radosław Iwański, rzecznik prasowy Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka.

Majowa propozycja ministra rolnictwa zmienia stawki dotacji na zadania na rzecz rolnictwa, w tym dofinansowanie na badania w zakresie tzw. postępu biologicznego. Te środki trafiają do hodowców – w tym hodowców bydła mlecznego i producentów mleka – m.in. na prowadzenie oceny wartości użytkowej bydła mlecznego (dotyczy ok. 800 tys. sztuk bydła) oraz prowadzenie ksiąg hodowlanych. Jak wynika z danych PFHBiPM, w ubiegłym roku zostało do nich wpisanych łącznie 335 tys. sztuk cieliczek i krów. Do tej pory dzięki dotacjom te usługi były dla rolników tańsze. Zmiany, jak podkreśla Federacja, odbiją się na ich kieszeniach.

– To spowoduje, że wiele osób będzie musiało zrezygnować z hodowli bydła mlecznego, a trzeba podkreślić, że jesteśmy bardzo poważnym producentem mleka w Europie. Jest więc o co dbać. Tymczasem obniżki, które proponuje resort, mogą spowodować, że polska hodowla przestanie istnieć i będziemy zmuszeni importować krowy z Niemiec, Holandii czy Francji. Nie będzie nas stać, żeby wyhodować dobrą krowę, która będzie konkurować z tymi hodowanymi w innych krajach europejskich. Ministerstwo wie, że producenci mają możliwość wpisywania się do zagranicznych ksiąg hodowlanych kosztem likwidacji polskiej hodowli. W skutkach rozporządzenia resort przyznaje, że jest takie zagrożenie – tłumaczy Radosław Iwański.

Jak podkreśla, w tej chwili branża hodowców bydła mlecznego w Polsce ma się dobrze, choć jest w niewielkim stopniu dotowana przez rząd i Skarb Państwa. Tym bardziej dla związków branżowych niezrozumiały jest fakt, że projektowanych zmian wcześniej z nimi nie skonsultowano, a MRiRW zaskakuje hodowców dużymi i nagłymi zmianami.

– Projekt rozporządzenia przychodzi w połowie roku, kiedy wiele projektów jest już zabukowanych i realizowanych. W ten sposób zakłada się polskiej hodowli kaganiec i jest to dla nas niezrozumiałe. Rozumiemy, że możemy rozmawiać o tych środkach, planować zmiany od nowego roku lub następnej perspektywy, ale takie zmiany w połowie roku są szokujące – mówi Radosław Iwański.

Obcięcie dotacji dotknie nie tylko hodowców bydła mlecznego. Dyrektor biura Polskiego Związku Owczarskiego Tadeusz Lotczyk wskazuje, że zmniejszenie finansowania na prowadzenie ksiąg i ocenę wartości użytkowej, czyli dwa działania, które decydują o postępie hodowlanym, jakości zwierząt i dobrej produkcji, oznacza, że w tym roku środki przeznaczone na ten cel wystarczą co najwyżej do końca maja. Na pozostałe koszty będą się musieli złożyć hodowcy owiec.

– Hodowla polega na tym, że zwierzęta czystorasowe, o znanym pochodzeniu wpisuje się do ksiąg hodowlanych i one podlegają ocenie wartości użytkowej. Każdy kraj ma na to własne metody. Chodzi o to, żeby znaleźć te najistotniejsze cechy produkcyjne i podnosić ich poziom, żebyśmy mieli następne pokolenia o lepszej produkcyjności – wyjaśnia Tadeusz Lotczyk. – Biorąc pod uwagę cięcie środków o 60 proc., w przyszłym roku organizacje, które prowadzą księgi i ocenę, będą musiały rozważyć likwidacją. Jeżeli ich nie będzie, bo nikt nie będzie chciał za to płacić, to hodowcy stracą stada hodowlane i będą utrzymywać tylko stada użytkowe, co będzie oznaczać likwidację hodowli owiec.

Radosław Iwański dodaje, że Polska Federacja Hodowców Bydła i Producentów Mleka już kilka lat temu zainwestowała we własne centrum genetyczne, które wypracowuje nowe cechy bydła (badane są np. wydajność krowy, zawartość białka i tłuszczu w mleku albo to, jak krowa wykorzystuje paszę, którą jest karmiona). Geny poszczególnych samic w populacji bydła mlecznego w Polsce są analizowane i selekcjonowane, co pozwala „zaprojektować” doskonalsze potomstwo, a w efekcie gwarantuje ekonomię i opłacalność produkcji mleka w Polsce.

– Ta selekcja pozwala tak kojarzyć pary rodzicielskie, by kolejne pokolenia były coraz doskonalsze. To kosztuje ogromne środki. Federacja wydała na ten cel wiele milionów złotych. Dziś odbiera nam się to, co sami wypracowaliśmy. Nikt nam tych pieniędzy nie dał, bo mamy tu innowacyjne technologie, a dotacje są na inne rzeczy – w tym właśnie na ocenę wartości użytkowej bydła mlecznego i do ksiąg hodowlanych. W ocenie samic bierze się pod uwagę coraz więcej cech, co pozwala nam dziś konkurować ze stadami bydła mlecznego w Niemczech, Francji, Kanadzie czy USA, czyli u największych producentów. To są bardzo subtelne badania i polscy hodowcy robią to na własny koszt – podkreśla Radosław Iwański.

Prof. Gatnar (RPP): Jest za wcześnie na euro w Polsce. Najpierw polskie firmy muszą się wzmocnić, a sama strefa euro powinna wyeliminować występujące w niej nierównowagi

Prof. Gatnar (RPP): Jest za wcześnie na euro w Polsce. Najpierw polskie firmy muszą się wzmocnić, a sama strefa euro powinna wyeliminować występujące w niej nierównowagi 2

Płynny kurs złotego wspiera konkurencyjność polskich eksporterów, co napędza krajową gospodarkę, a ryzyko kursowe nie ma wielkiego wpływu na ich działalność – uważa prof. dr hab. Eugeniusz Gatnar, członek Rady Polityki Pieniężnej. Dlatego jego zdaniem z przyjęciem euro trzeba poczekać, aż zrównamy się z unijną średnią pod względem PKB per capita, a polskie firmy w większym stopniu uniezależnią się od międzynarodowych korporacji.

– Wstąpienie do strefy euro, mówią o tym zwolennicy tego kroku, pozwoliłoby uniknąć ryzyka kursowego. Ale to tak naprawdę nie jest ryzyko polskich przedsiębiorstw, tylko zagranicznych korporacji, które działają w naszym kraju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. Eugeniusz Gatnar, członek Rady Polityki Pieniężnej. – Polski eksport w 44 proc. jest wewnątrzkorporacyjny, a więc polskie przedsiębiorstwa produkują i eksportują wewnątrz międzynarodowych korporacji – samochodowych czy sprzętu AGD. To też był – moim zdaniem – powód, dla którego Słowacja wstąpiła do strefy euro, chociaż była dość słabo rozwiniętą gospodarką. Tam ten eksport wewnątrzkorporacyjny sięga 80–90 proc., więc dla tych zagranicznych firm to ryzyko kursowe było istotne.

Jego zdaniem dla polskich firm to ryzyko pomijalne, natomiast dzięki posiadaniu własnej waluty i korzystnemu kursowi złotego mogą one być konkurencyjne cenowo, co ułatwia zdobywanie zagranicznych kontrahentów. W I kwartale 2019 r. eksport z Polski wyniósł 243,7 mld zł, czyli 56,6 mld euro. O ile w złotych wzrost rok do roku wyniósł 7,6 proc., to w euro już tylko 4,4 proc. W ubiegłym roku sytuacja była wprawdzie odwrotna, ale różnica dużo mniejsza – przez cały 2018 rok eksport wzrósł w polskiej walucie o 6,5 proc., w unijnej – o 7,0 proc.

– Powinniśmy poczekać na odpowiedni poziom rozwoju naszej gospodarki. Moim zdaniem on jeszcze nie nastąpił – przekonuje członek RPP. – Polscy przedsiębiorcy są konkurencyjni przede wszystkim ze względu na koszty działalności. Kurs złotego pozwala utrzymać konkurencyjność polskich firm, więc eksport rośnie i napędza polską gospodarkę. Uważam, że czas na wejście do strefy euro powinien nastąpić wtedy, kiedy polskie przedsiębiorstwa staną się w większym stopniu samodzielne i innowacyjne.

W ciągu 15 lat członkostwa w Unii Europejskiej Polska otrzymała w postaci dotacji 159,4 mld euro, wpłacając do wspólnej kasy 52 mld euro. Netto zyskała więc ponad 107 mld euro, odpowiednik ok. 440 mld zł. Połowa tej kwoty pomogła zmodernizować polską wieś, w 27 proc. środki te wsparły inwestycje publiczne, krajowe i samorządowe, a w 4 proc. – prywatne. Wybudowano i zmodernizowano blisko 15,5 tys. km autostrad, dróg ekspresowych, dróg krajowych, wojewódzkich, powiatowych i gminnych, a także prawie 4,5 tys. linii kolejowych. Powstały oczyszczalnie ścieków, linie wodociągowe, zakupiono ekologiczne środki transportu publicznego. Ponad 290 tys. osób otrzymało wsparcie na uruchomienie działalności gospodarczej. Rośnie też zamożność Polaków.

– Na razie PKB na głowę mieszkańca wynosi 70 proc. średniej unijnej. Gdybyśmy osiągnęli tę średnią, moglibyśmy rozważyć wstąpienie do strefy euro. Chodzi o to, żeby nie powtórzyć losu innych krajów, które wstępowały do niej za szybko – uważa prof. Eugeniusz Gatnar. – Strefa euro nie jest idealnym ekonomicznym tworem, występują tam bardzo silne nierównowagi między bogatą północą a biednym południem. Chciałbym, żebyśmy wstępowali do strefy, która jest bardziej równomiernie rozwinięta. Na razie musi ona poradzić sobie ze swoimi słabościami. Jeżeli to zrównoważenie nastąpi, moglibyśmy taki krok rozważyć.

Jeszcze w 2004 roku PKB per capita wynosił w Polsce niespełna połowę średniej unijnej, a w 2017 roku zbliżył się do 70 proc. Tylko w ciągu dekady 2008–2017 wzrósł on z 9,6 tys. euro do 12,2 tys. euro. Według rządowych szacunków około 2020 roku Polska ma szansę osiągnąć około 75 proc. średniego poziomu PKB per capita dla UE. To niesie ze sobą jednak zmianę proporcji między środkami wpłacanymi do wspólnego unijnego budżetu a otrzymywanymi z niego na rozwój.

– Jesteśmy teraz siódmą gospodarką Unii Europejskiej. Im będziemy bogatsi, im będziemy się lepiej rozwijali, tym mniej pieniędzy dostaniemy – zastrzega członek RPP. – Kiedy do UE wstąpią takie kraje. jak Albania, Bośnia, Hercegowina, Macedonia, inne kraje z południa Europy, będziemy wtedy już potężną, bardzo silną gospodarką europejską. Musimy oswoić się z myślą, że będziemy wtedy płacić do budżetu unijnego więcej niż otrzymywać. Unia Europejska to nie jest bankomat, to jest wspólnota, która pomaga krajom słabiej rozwiniętym, by dorównały krajom bogatszym.

Wypowiedź z 7 maja 2019 r.

Pacjenci z rakiem prostaty walczą o dostęp do nowoczesnego i skutecznego leczenia. Lek ratujący życie jest dziś refundowany na zbyt późnym etapie

Pacjenci z rakiem prostaty walczą o dostęp do nowoczesnego i skutecznego leczenia. Lek ratujący życie jest dziś refundowany na zbyt późnym etapie 3

Mimo pozytywnej rekomendacji Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji na majowej liście refundacyjnej po raz kolejny nie rozszerzono możliwości stosowania nowoczesnego leku o nazwie enzalutamid w leczeniu raka prostaty. Dziś jest on refundowany tylko na późniejszych etapach terapii, chociaż lekarze podkreślają, że jego włączenie jeszcze przed chemioterapią, gdy organizm pacjenta jest silny, przynosi lepsze efekty. Eksperci wyjaśniają, że nowe wskazania zmieniłyby tylko zasady stosowania leku, nie wymagałyby więc dodatkowych nakładów, a tym samym nie byłyby obciążeniem dla budżetu państwa.

Rak prostaty to drugi, po raku płuca, najczęściej diagnozowany nowotwór u mężczyzn w Polsce. Według Krajowego Rejestru Nowotworów na przestrzeni ostatnich 30 lat liczba zachorowań wzrosła siedmiokrotnie, podczas gdy w większości państw notuje się raczej spadek zachorowalności. W Polsce co roku nowotwór gruczołu krokowego diagnozuje się u blisko 15 tys. mężczyzn, śmiertelność sięga natomiast 50 proc. Ryzyko zachorowania zwiększa się wraz z wiekiem – zdecydowana większość pacjentów to mężczyźni po 70 roku życia. W ciągu ostatnich kilkunastu lat nastąpił istotny postęp w zakresie leczenia raka prostaty, dzięki czemu stał się on chorobą przewlekłą, polscy pacjenci wciąż mają jednak ograniczony dostęp do nowoczesnych form terapii.

– Leki, które są sprawdzone w innych krajach Unii Europejskiej od około 5 lat, u nas są stosowane zbyt późno. Myślę tutaj o enzalutamidzie. Powtarzają to towarzystwa naukowe, urolodzy, onkolodzy i farmakolodzy kliniczni: ten lek powinien być stosowany wcześniej, kiedy rak jest jeszcze słaby, organizm pacjenta jest mocny, więc podanie tego leku powoduje, że pacjent lepiej znosi terapię i dłużej żyje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. farm. Leszek Borkowski, farmakolog kliniczny w Szpitalu Wolskim w Warszawie.

Podanie skutecznego leku na wczesnym etapie leczenia sprawia, że chory lepiej znosi terapię, co jest szczególnie ważne w przypadku osób starszych. Zwiększa też szanse na skuteczną walkę z chorobą. Enzalutamid to nowoczesny lek o nowym mechanizmie działania, który podany przed chemioterapią istotnie wydłuża życie pacjentów. W Polsce lek ten podlega refundacji, jednak tylko w dalszych liniach leczenia, mimo że Rada Przejrzystości w swoim stanowisku zwróciła uwagę na potrzebę „rewizji programu lekowego leczenia zaawansowanego, opornego na kastrację raka gruczołu krokowego, w szczególności dopuszczenie do stosowania obu leków hormonalnych (octanu abirateronu i enzalutamidu) przed chemioterapią bez uzależnienia od stopnia złośliwości (skala Gleasona)”.

– Jest propozycja, aby ten lek podawać pacjentom wcześniej, czyli liczba pacjentów, która będzie korzystać z tego leku, będzie bardzo podobna. Lek podany wcześniej nie kosztuje więcej niż podany później, więc absurdalne są opinie, że to naruszy budżet przeznaczony na leki zwalczające raka prostaty – mówi dr Leszek Borkowski.

Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji już w sierpniu 2018 roku wydała pozytywną rekomendację w sprawie rozszerzenia stosowania enzalutamidu. W ramach poszerzonego programu „Leczenie opornego na kastrację raka gruczołu krokowego z przerzutami (ICD-10 C-61)” lek ten mógłby być stosowany także przed wdrożeniem chemioterapii. Dopiero po wielokrotnych interwencjach stowarzyszenia UroConti resort zdrowia podjął negocjacje z producentem leku. Majowa lista refundacyjna jest już więc piątą, na której nie pojawił się nowy lek.

– Bywają sytuacje, że dzwoni do nas pacjent z prośbą, czy możemy mu sfinansować enzalutamid. Pacjent usłyszał od lekarza, że tylko ten może mu pomóc, a ponieważ nie jest refundowany, to jego nie stać na to leczenie. Niestety, nie możemy mu pomóc, bo nie mamy na to środków. Niezastosowanie tego leku jest jak pluton egzekucyjny dla tego pacjenta – mówi Tadeusz Włodarczyk, prezes Stowarzyszenia Mężczyzn z Chorobami Prostaty „Gladiator”.

Poza krajami nadbałtyckimi w całej Europie enzalutamid jest stosowany także w pierwszej linii leczenia, przed chemioterapią, podobnie jak octan abirateronu. Drugi z tych leków również podlega w Polsce refundacji, jednak z dużymi ograniczeniami. Obecnie z terapii tym lekiem mogą skorzystać wyłącznie pacjenci z nowotworem poniżej 8. stopnia złośliwości w skali Gleasona. Zdaniem ekspertów chorzy z bardziej agresywną postacią raka również mogą jednak odnieść znaczne korzyści z wdrożenia leku przed chemioterapią.

– Jeżeli zastosujemy octan abirateronu i enzalutamid przed chemioterapią, to pacjent ma bardzo swobodne i komfortowe życie w chorobie. Chemioterapia jest ogromnie uciążliwa, działa bardzo szeroko i cały organizm cierpi z tego powodu. Natomiast przy enzalutamidzie nawet w domu można przyjmować dawki i ten lek nie robi takich szkód w organizmie jak chemioterapia – mówi Tadeusz Włodarczyk.

Polskie młode firmy mają problemy z finansowaniem i globalnym myśleniem. Większość chce najpierw podbić rodzimy rynek

Polskie młode firmy mają problemy z finansowaniem i globalnym myśleniem. Większość chce najpierw podbić rodzimy rynek 4

– Średnich sukcesów mamy już sporo, ale wszyscy czekamy na unicorny z obszaru konsumenckiego, które budują markę kraju – mówi Agnieszka Hryniewicz-Bieniek z Google for Startups. Jak ocenia, polskie start-upy wciąż mają problem m.in. z pozyskaniem finansowania, ale siłą polskiego ekosystemu są duże zasoby technologicznych talentów. Tym jednak do sukcesu potrzebne jest biznesowe wsparcie.

W przypadku start-upów nastawionych na globalną ekspansję wyzwaniem jest budowanie różnorodnych zespołów, które mają nie tylko kompetencje z różnych dziedzin, lecz także np. zatrudniają zagranicznych pracowników. Wyzwaniem jest też to, w jaki sposób rozwiązują problemy związane z finansowaniem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Hryniewicz-Bieniek, szefowa Google for Startups i country director w Google Polska. – To jest obszar, w którym staramy się pomóc. Z jednej strony łączymy start-upy z funduszami międzynarodowymi, z drugiej – z mentorami i ekspertami, którzy pomagają im zarówno w pracach nad produktem, jak i w skalowaniu na świat.

Jak wynika z ostatniego raportu Fundacji Startup Poland „Polskie start-upy 2018”, na sprzedaż swoich produktów bądź usług za granicą decyduje się już co drugi polski start-up (46 proc.). To bardzo dobry wynik zwłaszcza na tle sektora MŚP (z danych GUS wynika, że zaledwie 5 proc. małych lub średnich firm eksportuje swoje towary, a 1 proc. – usługi). Dane pokazują też, że start-upy, które decydują się na ekspansję i wychodzą na rynki zagraniczne, dobrze na tym wychodzą. Zarabiają więcej i szybciej, zatrudniają więcej osób i otrzymują wyższe finansowanie. Rzadziej niż inni potrzebują pieniędzy, a dużo częściej pracowników (prawie zawsze chodzi o programistów).

Z drugiej strony, autorzy raportu zauważają, że polskie start-upy nie myślą globalnie od pierwszego dnia, a winne są bariery mentalne. Większość jest przekonana, że tylko sukces w Polsce daje paszport do sukcesu w innych krajach. Dlatego starają się najpierw podbić krajowy rynek, zanim rozpoczną globalną ekspansję – co może się skończyć ugrzęźnięciem na rodzimym podwórku.

Statystki potwierdzają też, że polskie start-upy mają kłopot z budowaniem międzynarodowych zespołów – zaledwie 26 proc. zatrudnia obcokrajowców (wśród start-upów operujących na zagranicznych rynkach – tylko co trzeci) i ten odsetek od trzech lat oscyluje wokół zbliżonego poziomu.

– Najmocniejszą stroną naszego ekosystemu start-upowego jest to, że mamy bardzo duży „pool” talentu technologicznego. Mamy mnóstwo deweloperów, nasi inżynierowie i inżynierki wygrywają w konkursach matematycznych i informatycznych. Natomiast wiąże się z tym również pewne wyzwanie, a mianowicie brak wiedzy biznesowej. Mamy dobre podstawy, natomiast powinniśmy wzmacniać zdecydowanie tę nogę biznesową i komercjalizację powstających technologii i pomysłów – ocenia Agnieszka Hryniewicz-Bieniek.

Blisko 1/5 polskich start-upów (18 proc.) ma wśród założycieli naukowca i ten odsetek od kilku lat oscyluje na zbliżonym poziomie. Co istotne, doktorat lub studia podyplomowe CEO przekładają się na większe zyski – takie spółki sięgają po większe rundy finansowania i sprzedają więcej za granicą. Z drugiej strony – tylko 18 proc. polskich spółek patentuje swoje rozwiązania, a przy pracach badawczo rozwojowych współpracuje niecała połowa (44 proc.). Co ciekawe, tylko w 40 proc. przypadków taka współpraca jest sformalizowana – wynika z danych Fundacji Startup Poland.

Szefowa Google for Startups w gronie najbardziej rozpoznawalnych, polskich firm technologicznych, które odniosły sukces, wymienia przede wszystkim cieszący się międzynarodową sławą CD Projekt. Na rynku europejskim (który wciąż pozostaje głównym rynkiem eksportowym dla polskich start-upów) znane jest też E-obuwie.

Z branży gamingowej wspomniałabym jeszcze o firmie Huuuge Games, której historię rozwoju prezentowano niedawno na największej konferencji deweloperskiej Google I/O. Ta firma pracuje z nami w Polsce i wszystko, co było omawiane na konferencji, powstawało właśnie przy współpracy z polskimi pracownikami Google – mówi Agnieszka Hryniewicz-Bieniek. – Myślę, że tych średnich sukcesów już mamy sporo, ale wszyscy czekamy na unicorny z obszaru B2C. To jest naszym marzeniem w Google Polska, żeby przyczynić się do powstawania takich konsumenckich start-upów, które budują markę kraju i stają się wzorami dla innych. Poza tym founderzy takich start-upów potem reinwestują część swoich zysków w ekosystem.

W Gdańsku szybko przybywa nowych mieszkańców. Miasto pracuje nad zapewnieniem dostatecznej liczby mieszkań

W Gdańsku szybko przybywa nowych mieszkańców. Miasto pracuje nad zapewnieniem dostatecznej liczby mieszkań 5

Gdańsk znajduje się w czołówce polskich miast pod względem przyrostu liczby nowych mieszkańców, co pociąga za sobą wyzwania w kwestii mieszkalnictwa. – Zapewnienie mieszkań socjalnych i dostatecznej liczby tanich mieszkań na wynajem dla obecnych i nowych mieszkańców to jedno z głównych wyzwań dla gminy – ocenia prezydent miasta Aleksandra Dulkiewicz. W ciągu najbliższych pięciu lat miasto zamierza m.in. wybudować 1,2 tys. mieszkań i wyremontować 1,5 tys. lokali z zasobu komunalnego. Gdańsk jest też jednym z najszybciej rozwijających się rynków biurowych.

– Dzisiaj zadaniem gminy jest przede wszystkim zabezpieczenie mieszkaniowe osób, które nie radzą sobie ze swoją sytuacją życiową, czyli zapewnienie mieszkań socjalnych. To jest dla nas priorytet. Natomiast rozumiemy, że aby utrzymać tempo wzrostu liczby mieszkańców, musimy też znaleźć sposób na zapewnienie dostępności mieszkań nowym mieszkańcom Gdańska – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prezydent miasta Aleksandra Dulkiewicz.

Gdańsk znajduje się w czołówce polskich miast pod względem przyrostu liczby nowych mieszkańców. Jak wskazują dane GUS, zbliża się ona do historycznej średniej. Wynika to m.in. z faktu, że Gdańsk – podobnie jak całe Pomorze – jest uznawany za jeden z najbardziej atrakcyjnych regionów pod względem jakości życia i możliwości rozwoju zawodowego (Pomorze ma trzecie najwyższe pozytywne saldo migracji w Polsce). Szybka urbanizacja pociąga za sobą konieczność zapewnienia dostatecznej liczby mieszkań. W ciągu nadchodzących pięciu lat miasto zamierza m.in. wybudować 1,2 tys. mieszkań i wyremontować 1,5 tys. lokali z zasobu komunalnego.

– Dziś dla Gdańska – pewnie jak i dla każdego miasta w Polsce – wyzwaniem jest dostarczenie tanich mieszkań. Z drugiej strony, zmienia się mentalność Polaków, zwłaszcza młodych ludzi. Dziś już nie każdy chce być właścicielem mieszkania – choć właściwie to bank jest właścicielem, a my jesteśmy uwiązani kredytem przez kilkadziesiąt lat. Dlatego dla miasta wyzwaniem jest również dostarczenie w miarę sensownych mieszkań na wynajem – mówi Aleksandra Dulkiewicz.

Prezydent Gdańska podkreśla, że szansą dla miasta jest zagospodarowanie terenów postoczniowych. Chodzi o tzw. Młode Miasto, którym interesują się inwestorzy i władze miasta. Te widziałyby tam nowoczesną dzielnicę mieszkaniowo-biurową. Na przeszkodzie stoją decyzje konserwatora zabytków o objęciu ochroną kolejnych postoczniowych obiektów. Rok temu rozpoczęły się też starania o wpisanie w praktyce niezagospodarowanych terenów na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

– Moim marzeniem jest stworzenie nowej, tętniącej życiem dzielnicy miasta, która będzie miała mieszane funkcje mieszkaniowo-usługowo-biurowe. Niestety, dzisiaj jesteśmy w pewnej blokadzie decyzyjnej, na którą – jako miasto – nie mamy większego wpływu – mówi Aleksandra Dulkiewicz. – Na pytanie o tereny postoczniowe powinna odpowiadać pani minister Magdalena Gawin, czyli Generalny Konserwator Zabytków. Dzisiaj – nie boję się użyć tego słowa – złymi decyzjami po raz kolejny blokuje się rozwój terenów postoczniowych.

Gdańsk przyciąga kolejnych inwestorów i jest jedną z najchętniej wybieranych lokalizacji dla centrów nowoczesnych usług dla biznesu. To przekłada się też na rosnącą podaż powierzchni biurowych i popyt na nie. Gdańsk jest trzecim największym rynkiem regionalnym w kraju (po Krakowie i Wrocławiu), z zasobami przekraczającymi 775 tys. mkw. powierzchni biurowej.

– Te zasoby cały czas rosną i to jest bardzo dobra wiadomość. Dwoje głównych dostawców przestrzeni biurowej to są gdańskie firmy Torus i Olivia Business Centre, dzięki którym także nowe przedsiębiorstwa technologiczne mogą znaleźć tu swój dom i się rozwijać – mówi prezydent miasta.

Szkło laboratoryjne w laboratorium. Jak jest wykorzystywane?

Szkło laboratoryjne w laboratoriumCiężko wyobrazić sobie pracę laboratorium, które zostało pozbawione szkła laboratoryjnego. Czym zatem – w praktyce – jest wspomniane szkło laboratoryjne? Do czego służy?

Jak podaje największa internetowa encyklopedia Wikipedia, szkło laboratoryjne to: „szlachetny gatunek szkła wysokiej klasy, odznaczający się dużą wytrzymałością mechaniczną i odpornością na nagłe zmiany temperatur oraz dużą odpornością na działanie odczynników chemicznych (…)”. I choć przytoczona powyżej definicja jest zgodna z prawdą, to jednak termin „szkło laboratoryjne” używany jest również jako określenie wyrobów wykorzystywanych do prac naukowych czy też analiz chemicznych. W praktyce szkło laboratoryjne stanowi podstawowe wyposażenie każdego laboratorium (zobacz ofertę DanLab). Jakie zatem – konkretnie – przyrządy kryją się pod terminem „szkło laboratoryjne”? Do jakich celów są one wykorzystywane?

Wśród najpopularniejszych przyrządów określanych mianem szkła laboratoryjnego wymienić należy m.in. zlewki, krystalizatory, cylindry miarowe, bagietki oraz pipety, jak również kolby.

Zlewki – to bez wątpienia jedne z najbardziej charakterystycznych naczyń wykorzystywanych w pracach laboratoryjnych. W praktyce służą one do odmierzania badanych substancji płynnych, krótkotrwałego przechowywania takowych oraz sporadycznego przeprowadzania drobnych reakcji chemicznych. Dostępne na polskim rynku zlewki różnią się między sobą głównie pojemnością i wysokością, przy czym zdecydowana większość z nich posiada wylew o wąskiej podstawie.

Krystalizatory – przypominają nieco zlewki jednak w odróżnieniu od nich mają szeroką podstawę. Mogą posiadać wylew. Jak wskazuje już na to sama nazwa, używane są one do krystalizacji.

Bagietki szklane – szklane, podłużne rurki służące głównie do mieszania substancji. Obecnie są one zastępowane mieszadłami mechanicznych, niemniej jednak nie oznacza to wcale możliwości rezygnacji ze stosowania bagietek. Opisywane przyrządy służą bowiem także do zlewania cieczy. Należy dodać, iż bagietki przypominają nieco pipety. Na czym więc polega różnica? Otóż wspomniane pipety umożliwiają precyzyjne odmierzanie potrzebnych ilości płynów, jak również dozowanie substancji w formie kropel.

Cylindry miarowe – wąskie, wysokie naczynia zakończone wylewem bądź też pozbawione takowego. Cylindry bez wylewu wyposażone są z reguły w korek ze szlifem. Cylindry miarowe zawsze posiadają bardzo dokładną podziałkę, co pozwala na precyzyjne odmierzanie badanych substancji chemicznych. Istnieje wiele rodzajów cylindrów. Wśród najczęściej spotykanych wymienić należy te o pojemności 10 ml, 25 ml, 50 ml, 100 ml oraz 500 ml.

Kolby – umożliwiają przeprowadzanie reakcji chemicznej w określonych warunkach. Istnieje wiele rodzajów kolb, różniących się między sobą kształtem oraz pojemnością. Wśród najczęściej stosowanych wymienić należy:

  • Kolby kuliste – mają kształt kuli (niekiedy z płaskim dnem) i mogą posiadać jedną bądź też kilka szyjek. Wykorzystywane są w procesie destylacji, reakcji nitrowania czy też zobojętniania.
  • Kolby stożkowe – posiadają kształt stożka z płaskim dnem. One także służą do przeprowadzania reakcji.
  • Kolby miarowe – mają kulisty dół z płaskodenną podstawą i długą szyjką. Kolby miarowe używane są do przygotowywania roztworów o ściśle określonym stężeniu.
  • Kolby ssawkowe – zbliżone wyglądem do kolb stożkowych pozbawionych szlifu. Stosowane są do przeprowadzania reakcji w próżni.

Budowanie inteligentnych miast wymaga współpracy na linii mieszkańcy – samorząd. Wybrane w ten sposób technologie pozwolą rozwiązać największe problemy aglomeracji

Budowanie inteligentnych miast wymaga współpracy na linii mieszkańcy – samorząd. Wybrane w ten sposób technologie pozwolą rozwiązać największe problemy aglomeracji 6

Smart city to nie tylko cyfrowe technologie. To przede wszystkim komunikacja, zasięganie opinii mieszkańców i kierowanie się nimi we wdrażaniu nowych rozwiązań. Inteligentne miasto w dużej mierze ma dostarczać takie inteligentne usługi, które pozwolą zaoszczędzić czas mieszkańcom i ułatwić im życie. W Polsce miastem, które z powodzeniem wdrożyło takie ułatwienia, jest Karczew. Technologie informatyczne pozwalają mieszkańcom aktywnie uczestniczyć w pracach samorządu, a turystom ułatwiają trafienie do atrakcji gminy. Wzorem mogą być Barcelona czy Singapur, gdzie inteligentne czujniki na każdym kroku ułatwiają życie mieszkańcom.

– Szybka wymiana informacji to podstawa, która daje możliwość bycia inteligentnym miastem. Jednak rozwój miasta jako takiego wiąże się z przepływem dużej liczby, czasami niedużych, ale jednak dużym wolumenem danych. Do tego potrzebne jest ich sprawne przekazywanie. Więc im sprawniej ta informacja będzie przechodziła, tym miasto będzie bardziej inteligentne, bardziej zwinne, bardziej smart – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Adam Kruczek, ekspert Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju w projekcie Human Smart Cities.

Eksperci zgodnie podkreślają, że główną przeszkodą w przeniesieniu inteligentnego miasta z teoretycznego do praktycznego była sama szybkość i przepustowość, aby poradzić sobie z liczbą danych generowanych przez IoT i przetwarzać je w czasie rzeczywistym. Dzięki 5G każde urządzenie inteligentne będzie ze sobą współpracowało. Tym samym inteligentne w miastach może być wszystko, od transportu publicznego po egzekwowanie prawa.

Latarnia uliczna połączona przez 5G z kamerą wideo lub czujnikiem przekaże informacje urzędnikom bezpieczeństwa publicznego, aby mogli szybciej reagować. Z kolei karetka połączona z 5G może się swobodnie poruszać po mieście, podłączona do sieci komunikuje się z sygnałami drogowymi i lekarzami w drodze do szpitala. Przykłady wykorzystania można mnożyć.

– W zasadzie to w każdym mieście jest technologia, którą można by określić mianem inteligentnej. Ta inteligencja niekoniecznie odnosi się do technologii, a w głównej mierze do korzystania z doświadczeń mieszkańców i realizacji ich potrzeb. Im miasto bardziej odpowiada na potrzeby mieszkańców przez nich zgłaszane, prowadzi ciągłą interakcję z tymi mieszkańcami, tym w moim mniemaniu jest bardziej inteligentne – ocenia Adam Kruczek.

Inteligentne miasto polega na dostarczaniu inteligentnych usług swoim obywatelom, które mogą zaoszczędzić ich czas i ułatwić im życie. Chodzi także o połączenie mieszkańców z samorządem, umożliwienie przekazywania informacji zwrotnych na temat, jakie ma być miasto ich marzeń. Zaspokajanie potrzeb mieszkańców i ułatwianie im życia to jeden z ważniejszych wyznaczników smart cities.

W Polsce przykładem może być Karczew, gdzie mieszkańcy poprzez platformę „Naprawmy to” czy wdrażaną „Mobile Alert” mogą zgłaszać potrzeby, np. ustawienia koszy na śmieci czy ławek. Ponadto większość obowiązków wobec miasta mogą realizować przez internet.

– To nie jest krótki proces, czasami długoletni. Te inicjatywy, potrzeby zgłaszane przez mieszkańców muszą zostać opracowane, a potem wdrożone zgodnie z prawem zamówień publicznych. Cały ten proces trwa czasami kilka lat, a technologia bardzo szybko się zmienia. Istotne jest to, żeby to, co wdrażamy, nie było już przestarzałe z technologicznego punktu widzenia – tłumaczy ekspert MiiR.

Inteligentne miasta mogą oznaczać co innego, w zależności od rodzaju aglomeracji i najważniejszych potrzeb. Pokazują to doświadczenia miast należących do najbardziej inteligentnych na świecie. W Barcelonie, która borykała się z problemem zbyt małej liczby miejsc parkingowych i tłoku na wąskich uliczkach, wprowadzono czujniki, które pokazują, gdzie można znaleźć miejsce do zaparkowania. Poprzez dostęp do aplikacji na smartfonie można się dowiedzieć w czasie rzeczywistym, gdzie znajduje się najbliższe miejsce parkingowe.

W San Antonio latarnie uliczne są regulowane podczas sztormowej pogody, aby poprawić widoczność i zmniejszyć liczbę wypadków. W Chicago miasto kontroluje populację gryzoni, wykorzystując analizy predykcyjne, aby określić, które śmietniki są najprawdopodobniej pełne i przyciągają więcej szczurów. W San Francisco aplikacja pozwala użytkownikom smartfonów znaleźć dostępne miejsca parkingowe w garażach w całym mieście. Z kolei w San Antonio, gdzie po długiej suszy opady deszczu powodowały liczne wypadki, bo deszcz aktywował substancje chemiczne, które osiadły na jezdni, miasto umieściło moduł komunikacyjny w swoich lampach ulicznych LED. W ten sposób mogą być włączane zdalnie dodatkowe światła, gdy wystąpi ulewa, aby poprawić widoczność, a przez to zminimalizować wypadki.

– Najlepszym przykładem smart city jest Singapur ze swoim podejściem Smart Nation, gdzie miasto jest hubem informacyjno-decyzyjnym, współfinansującym pewne rozwiązania tworzone przez mieszkańców, przez biznes na rzecz mieszkańców i miasta. Takie rozwiązania warto zaaplikować w Polsce, gdzie rolą wiodącą w kreowaniu potrzeb i rozwiązań nie jest urząd miasta, tylko mieszkańcy, którzy mają możliwość zgłoszenia, sprawdzenia, pozyskania dofinansowania czegoś, co uprzyjemni, polepszy i podniesie jakość życia w mieście – podsumowuje Adam Kruczek.

Autonomiczne roboty wkraczają do przemysłu i inteligentnych metropolii. Usprawnią pracę w magazynach oraz sprawdzą się w służbach oczyszczania miasta

Autonomiczne roboty wkraczają do przemysłu i inteligentnych metropolii. Usprawnią pracę w magazynach oraz sprawdzą się w służbach oczyszczania miasta 7

Autonomiczne roboty transportowe wyręczą w pracy operatorów wózków widłowych i przenośników towaru. Urządzenia znajdą szerokie zastosowanie przy produkcji w różnych branżach. Już dziś zautomatyzowane magazyny wdrażane są między innymi w sklepach prowadzących sprzedaż wysyłkową. Roboty wykorzystywane są również między innymi do zadań związanych z usługami komunalnymi.

– Budujemy indywidualne rozwiązania robotów autonomicznych. Ich innowacyjność polega na użytkowaniu takich robotów w halach produkcyjnych w warunkach całkowitej bezobsługowości i bez udziału człowieka – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Paweł Drab, prezes Lean-Tech.

Roboty są w stanie zastąpić swoją pracą np. wózek widłowy i jego operatora. Rozwiązanie może znaleźć zastosowanie w różnych branżach. Od motoryzacyjnej, poprzez spożywczą, przetwórczą, aż do przemysłu chemicznego. Roboty cechują się maksymalnym uciągiem do 1,5 tony.

– Nasze roboty są również przystosowane, co nie jest wcale takie łatwe do transportu towarów bardzo lekkich. To, że coś jest lekkie, wcale nie musi oznaczać, że jest łatwiejsze w transporcie, bo mogą się pojawiać dodatkowe problemy, na przykład z poślizgami. Jeżeli chodzi o konkretne sytuacje, w jakich mają zastosowanie nasze roboty z rodziny Lean Cart, to jest przede wszystkim transport surowców do stanowisk produkcyjnych, jak i oczywiście transport wyrobów gotowych z tychże stanowisk lub maszyn do magazynu wyrobów gotowych. Oczywiście jak najbardziej możliwy jest również transport pomiędzy poszczególnymi gniazdami produkcyjnymi w hali produkcyjnej – zaznacza prezes Lean-Tech.

Systemy zautomatyzowanych magazynów są rozwijane na świecie już od pewnego czasu. Korzysta z nich m.in. handel detaliczny. W 2020 roku kanadyjskie supermarkety Sobeys uruchomią usługę dostaw do domu w oparciu o w pełni zautomatyzowane magazyny. Przejście na taki system zapowiada też Amazon. Gigant rynku sprzedaży wysyłkowej szacuje jednak, że dojdzie do tego nie wcześniej niż za 10 lat. Obecnie większość automatycznych procesów magazynowych odbywa się w oparciu o skanowanie towarów.

Lean-Tech podszedł do problemu w zupełnie inny sposób.

– Odeszliśmy od standardowych linii magnetycznych, które były stosowane do tej pory w przemyśle. Odeszliśmy też od QR kodów. Nasz robot jest zorientowany w terenie, wykorzystuje nawigację radiową, wykorzystuje system hybrydowy, który z bardzo dużą dokładnością informuje go i informuje otoczenie, gdzie on się znajduje – wyjaśnia Paweł Drab.

Poza wysoką operacyjnością roboty zapewniają maksymalne bezpieczeństwo użytkowania. Do minimum ograniczone jest ryzyko kolizji z innymi pojazdami i maszynami, a przede wszystkim z ludźmi. Z praktycznego i ekonomicznego punktu widzenia, autonomiczny robot transportowy może przyczynić się do obniżenia kosztów osobowych oraz zwiększenia wydajności zakładu poprzez przesunięcie operatorów na inne stanowiska.

– Nasi klienci potrzebują pracowników do czynności, które bezpośrednio wpływają na wytwarzanie produktów. W związku z tym robot, który może zastąpić wózek widłowy, wózek paletowy czy przenośnik, jest coraz bardziej niezbędnym elementem wyposażenia zakładów produkcyjnych. Jeżeli jest niedobór pracowników, to lepiej, żeby taki pracownik mógł wytwarzać jakiś produkt niż ten produkt dowozić – tłumaczy ekspert.

Autonomiczne roboty transportowe znajdują zastosowanie nie tylko w halach produkcyjnych. Sprawdzają się również w zadaniach związanych z utrzymaniem czystości. Amerykański start-up Urban Rivers opracował Trashbota. Przypominający tratwę robot pływa po rzece Chicago i sprząta z niej śmieci. Oprócz autonomicznych zadań realizowanych przez Trashbota może on też być wezwany w konkretne miejsce przez każdego, kto ma dostęp do internetu i zaloguje się na stronie operatora.

Z najnowszego raportu Zion Market Research wynika, że światowy rynek autonomicznych robotów osiągnie wycenę na poziomie niemal 13 mld dol. do 2024 roku.

Jaka przyszłość dla emerytów? Reforma OFE – 5 scenariuszy

W połowie kwietnia rząd przedstawił propozycję rozwiązań dotyczących przekształcenia OFE. Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE)poddały analizie 5 scenariuszy zmian w kapitałowej części systemu emerytalnego.Najkorzystniejsze z punktu widzenia sytuacji przyszłych emerytów jest wdrożenie najnowszej rządowej propozycji lub zreformowanie OFE.

Każdy z opracowanych scenariuszy uwzględnia stopniowe wprowadzenie pracowniczych planów kapitałowych w latach 2019-2020, różnią się one między sobą przyszłym modelem funkcjonowania OFE.

Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

„Punktem odniesienia dla alternatywnych scenariuszy jest utrzymanie obecnego kształtu regulacji funduszy emerytalnych, w tym ograniczeń wprowadzonych w 2014 r., w kolejnych latach . Oznaczałoby to utrzymanie dotychczasowego stanu niepewności oraz ograniczonego zaufania pracujących do tworzonych rozwiązań w zakresie emerytur kapitałowych i długoterminowego oszczędzania, co niekorzystnie wpływałoby na poziom partycypacji w pracowniczych planach kapitałowych. Wdrożenie proponowanych przez rząd zmian będzie sprzyjać odbudowie zaufania do tworzonych przez państwo rozwiązań w zakresie oszczędzania na cele emerytalne, a w konsekwencji przyczyni się do zwiększenia poziomu partycypacji w PPK. Skutkiem przekształcenia dotychczasowych OFE w SFIO będzie ponadto wzrost popularności gromadzenia oszczędności w ramach IKE, z uwagi na znaczący wzrost liczby rachunków i gromadzonych na nich środków.Istotne będzie też upowszechnienie świadomości zasad funkcjonowania IKE oraz korzyści wynikających z dokonywanych wpłat”– mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Przyjęto, że ewentualne zmiany w funkcjonowaniu kapitałowego filaru systemu emerytalnego określone w każdym ze scenariuszy zaczęłyby obowiązywać od początku 2020 r.

FPP i CALPE dokonały analizy wpływu na bezpieczeństwo finansowe emerytów, skłonność do oszczędzania, rynek kapitałowy, gospodarkę i finanse publiczne 5 scenariuszy zmian polskiego systemu emerytalnego:

Scenariusz 1 – status quo

Główne założenia w ramach scenariusza:

  • Utrzymanie mechanizmu suwaka bezpieczeństwa
  • Kontynuacja funkcjonowania OFE w dotychczasowej formule
  • Wskaźnik partycypacji w PPK na poziomie 60% wśród uprawnionych osób

Scenariusz 2 – przeniesienie 100% aktywów OFE do IKE lub ZUS (aktualna propozycja rządowa)

  • Wprowadzenie dobrowolności między przeniesieniem 100% aktywów OFE do III filaru lub do ZUS, wyniku której 20% środków z OFE trafia do FRD oraz 80% na IKE
  • Pobranie opłaty przekształceniowej od środków kierowanych z OFE na IKE – 7,5% w 2020 r. oraz kolejne 7,5% w 2021 r.
  • Likwidacja mechanizmu suwaka bezpieczeństwa oraz wpłat składki emerytalnej do OFE
  • Stopniowe wycofywanie środków z nowo utworzonych IKE odroczone do czasu osiągnięcia wieku emerytalnego przez ubezpieczonych
  • Wzrost popularności wpłat na IKE w stosunku do scenariusza bazowego
  • Wskaźnik partycypacji w PPK na poziomie 75% wśród uprawnionych osób

Scenariusz 3 – wdrożenie Programu Budowy Kapitału

W lipcu 2016 r. zaprezentowany został Program Budowy Kapitału, wyznaczający kierunek rządowych reform wdrażanych w zakresie rynku kapitałowego. Głównym jego elementem było wprowadzenie nowego, powszechnego programu dodatkowego długoterminowego oszczędzania na cele emerytalne w postaci pracowniczych planów kapitałowych.

Główne założenia w ramach scenariusza:

  • Przeniesienie 25% aktywów OFE do Funduszu Rezerwy Demograficznej
  • Przeniesienie 75% aktywów OFE do III filaru do IKZE+
  • Likwidacja mechanizmu suwaka bezpieczeństwa
  • Stopniowe wycofywanie środków z IKZE+, z uwzględnieniem ograniczenia możliwości wypłaty środków w czasie 5-letniego okresu przejściowego
  • Zmiana struktury portfela FRD – spadek udziału akcji do 10% oraz tożsamy z tym wzrost udziału obligacji innych niż skarbowe w związku z przejęciem nieakcyjnej części OFE
  • Zwiększenie popularności IKZE
  • Wskaźnik partycypacji w PPK na poziomie 70% wśród uprawnionych osób

Scenariusz 4 – całkowite przejęcie aktywów OFE przez FRD

Pod koniec 2016 r. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przedstawiło propozycję zmian systemu emerytalnego – „Proponuje się rozważyć przekazanie środków z OFE do Funduszu Rezerwy Demograficznej a kwoty środków wynikających z wysokości aktywów zgromadzonych na rachunkach w OFE zapisać na subkontach w ZUS.” W przeciwieństwie do Programu Budowy Kapitału, nie było tutaj mowy o podziale środków na dwie części, spośród których prywatny status jednej z nich miałby zostać zabezpieczony w ramach III filaru. Oznaczałoby to przeniesienie całości aktywów OFE do FRD. Wdrożenie w życie takiego rozwiązania zostałoby potraktowane jako potwierdzenie formułowanych dotychczas obaw dotyczących możliwości całkowitego przejęcia aktywów emerytalnych z części kapitałowej na rzecz systemu repartycyjnego, co poważnie podkopywałoby zaufanie do wszelkich form oszczędzania wspieranych przez państwo, takich jak PPK, ale również PPE, IKE i IKZE.

Główne założenia w ramach scenariusza:

  • Całkowita likwidacja OFE i przeniesienie 100% ich aktywów do Funduszu Rezerwy Demograficznej
  • Zmiana struktury portfela FRD – wzrost udziału akcji do 65% w związku z przejęciem aktywów OFE, które w większości stanowiły instrumenty udziałowe
  • Ograniczenie o 25% wartości wpłat w ramach dotychczasowego III filaru (IKE, IKZE, PPE) w związku z istotnym obniżeniem zaufania pracujących do stabilności systemu i bezpieczeństwa prawnego zgromadzonych środków
  • Wskaźnik partycypacji w PPK na poziomie 40% wśród uprawnionych osób

Scenariusz 5 – reforma OFE

W ramach tego scenariusza założono utrzymanie dalszego funkcjonowania OFE jako zasadniczego elementu II filaru systemu emerytalnego. W związku z tym cel związany z odbudową zaufania do programów długoterminowego oszczędzania na cele emerytalne nie jest realizowany – jak w scenariuszu przewidującym wdrożenie Programu Budowy Kapitału w części dotyczącej OFE – przez przeniesienie aktywów funduszy emerytalnych do III filaru oraz przekierowanie całości składki emerytalnej wszystkich ubezpieczonych do systemu repartycyjnego, lecz zabezpieczenie statusu prawnego środków OFE działających w swej obecnej formie.

Główne założenia w ramach scenariusza:

  • Utrzymanie dalszego funkcjonowania OFE, bez podziału ich aktywów
  • Modyfikacja suwaka bezpieczeństwa – transfer 50% aktywów do IKZE oraz 50% do FUS
  • Stopniowa zmiana struktury portfela inwestycyjnego, związana z ponownym dopuszczeniem możliwości nabywania obligacji skarbowych
  • Wzrost do 50% odsetka osób wchodzących na rynek pracy, które stają się członkami OFE
  • Wskaźnik partycypacji w PPK na poziomie 75% wśród uprawnionych osób

Zbadano, ile IBM zyskał na wdrożeniu design thinking. Zwrot z inwestycji w dziesiątkach milionów dolarów

Forrester Consulting na zlecenie IBM zbadała efekty stosowania design thinking w amerykańskiej firmie informatycznej. Wyniki audytu jednoznacznie potwierdzają skuteczność metody. Po 3 latach od wdrożenia oszczędności na realizowanych przez IBM projektach urosły do 20,6 mln dolarów, a wszystkie korzyści płynące z zastosowania design thinking wyceniono na ponad 50 mln dolarów.

Design thinking cieszy się coraz większą popularnością. Rozpowszechniona w latach 90. przez amerykańską firmę konsultingową IDEO metoda tworzenia innowacji i kreatywnego rozwiązywania problemów przyczyniła się do powstania rozwiązań, na których firmy łącznie zarobiły miliardy dolarów. Na czym polega jej fenomen?  – Design thinking stawia użytkownika końcowego w centrum procesu projektowego. Rozwiązania powstają pod realne potrzeby odbiorców. Metoda ma bardzo szerokie zastosowanie, a składa się z pięciu etapów: empatii, syntezy, generowania pomysłów, prototypowania oraz testowania. Każdy z nich charakteryzuje się innym celem, sposobem myślenia i szczególnymi narzędziami – tłumaczy Alicja Bartkiewicz z firmy DT Makers.

Efekty jak po dopingu

IBM to jedna z wielu korporacji, które zdecydowały się na korzystanie z tej metody w procesie projektowania. Aby zbadać jej skuteczność, zwróciła się ona do firmy badawczo-doradczej Forrester Consulting, która na zlecenie IBM przeprowadziła badanie Total Economic Impact™, mające m.in. określić całkowity zwrot z inwestycji w design thinking. Okazuje się, że od momentu implementacji metody przez zespoły projektowe korzyści z niej płynące systematycznie rosły. Po 3 latach wygenerowała ona oszczędności w wysokości 20,6 mln dolarów, a płynące z niej korzyści ekonomiczne wyceniono na prawie 50 mln dolarów.

Na taką kwotę składa się wiele czynników, z których na szczególną uwagę zasługuje szybkość działania. Dzięki design thinking IBM skrócił czas projektowania rozwiązań aż o 75 proc. – Szybkość pracy poprawiają narzędzia, którymi posługujemy się, pracując metodą design thinking. Nie tylko diametralnie przyspieszają proces podejmowania decyzji, lecz również pomagają spojrzeć na problem z różnych stron i sprawiają, że spotkania są dużo bardziej efektywne, co pozwala zmniejszyć ich liczbę o co najmniej o połowę – wyjaśnia Alicja Bartkiewicz. Jej zdaniem istotną rolę odgrywa tu tzw. iteracja. Prototypując i testując rozwiązania lub ich poszczególne elementy, zespoły projektowe szybko wyłapują błędy i wprowadzają stosowne udoskonalenia. – Dużo lepiej odkryć je samemu na początkowym etapie projektowania niż dowiedzieć się o nich od niezadowolonego klienta – dodaje ekspertka z DT Makers.

Jak przyznają przepytani przez Forrester Consulting klienci IBM, praktyki stosowane przez przedsiębiorstwo są wyjątkowo rozwinięte i dopracowane, co przekłada się na doskonałe rezultaty. To za ich sprawą zespołom udało się zredukować okres projektowania ze standardowych 16 tygodni do średnio 4, oszczędzając w ten sposób 196 tys. dolarów przy mniejszych projektach i 872 tys. dolarów przy sporych przedsięwzięciach.

Na tym nie kończą się oszczędności wynikające z dynamiki prowadzonych działań. Za sprawą design thinking IBM dwukrotnie skrócił czas od rozpoczęcia prac nad projektem do wprowadzenia na rynek gotowego rozwiązania. Skupianie się na użytkowniku końcowym, którego potrzeba nadaje sens każdemu zadaniu, pomaga skrócić czas projektowania, realizacji i testowania. Mniejsze projekty, trwające wcześniej po 40 tygodni, udało się realizować w zaledwie 20, co daje oszczędności rzędu 182 tys. dolarów. W przypadku tych większych 100-tygodniowy czas realizacji skrócono do 50 tygodni, oszczędzając każdorazowo po 1 050 240 dolarów. – Skupienie na użytkowniku końcowym pozytywnie wpływa na morale zespołu. Jego członkowie wiedzą, dla kogo projektują i na jaką potrzebę starają się odpowiedzieć. Taki nastawienie nadaje sens nawet tym najnudniejszym działaniom – przekonuje Bartkiewicz.

Mniej błędów i pewniejsze inwestycje

Na uwagę zasługuje również fakt, że rozpowszechniona przez IDEO metoda projektowania innowacji pozwoliła prowadzonej przez Ginni Rometty korporacji znacząco zredukować liczbę błędów i defektów zgłaszanych po rynkowym debiucie produktów, których naprawa według Forrester Consulting jest w tym okresie o 3–4 razy droższa. Przy mniejszych projektach liczba takich błędów zmalała z 30 do 15. W przypadku większych zredukowano je z poziomu 60 do 30. Zakładając, że naprawa każdej wady wymaga około 100 godzin pracy programisty, oszczędności w każdym niewielkim projekcie wyniosły po 76 628  dolarów, a dużym – po 153 255.

Od dziecka wpajano nam, że nie można popełniać błędów, co mocno ogranicza naszą kreatywność i okrada nas z odwagi przed tworzeniem nowych rozwiązań, wymykających się z utartych konwencji. Tymczasem filozofia design thinking różni się od sposobu myślenia, w którym dorastaliśmy. Kierując się nią, chcemy popełniać błędy, bo w ten sposób odkrywamy nowe perspektywy i doskonalimy nasze rozwiązania. Celem prototypowania jest szybka porażka, która poskutkuje dalszym rozwojem koncepcji lub zmusi zespół do skupienia się na innym pomyśle – mówi Bartkiewicz.

Amerykańskie przedsiębiorstwo informatyczne z siedzibą w położonej niedaleko Nowego Jorku miejscowości Armonk poszło, wykorzystując design thinking, również w stronę selekcji potencjalnych inwestycji. Metoda okazała się niezwykle skuteczna w określaniu, które projekty należy realizować, a które odrzucić lub zakończyć. W ten sposób wprowadzono na rynek 27 ze 100 możliwych produktów. Wybrane w ten sposób rozwiązania w ciągu 3 lat przyniosły organizacji o 30 mln dolarów większe zyski niż pozostałe elementy oferty.

Dlaczego reorganizacje się nie udają?

70 procent  firm, które teraz się restrukturyzują lub reorganizują, poniesie porażkę. W dodatku będzie udawać, że nic się nie stało, tracąc jednocześnie siły i potencjał. Zaczęły za późno, działały niekonsekwentnie, a co najważniejsze – w zasadzie nie wiedziały, jak działają.

Roman Szyszko
Roman Szyszko

Firmy ciągle się reorganizują. „Zmieniamy się (dla ciebie)”. „Doskonalimy się” – ogłaszają. Około 70 procent wszystkich prywatnych przedsiębiorstw w Europie i Stanach Zjednoczonych prowadziło w ostatnim okresie, lub jest w tej chwili, trakcie przekształceń restrukturyzacyjnych.

Równocześnie częstość niepowodzeń prób reorganizacji jest niezwykle wysoka. Szacuje się, że ponad 70 proc. wszystkich procesów udoskonalenia zarządzania nie przynosi trwałych usprawnień. Zatem prawie wszyscy próbują uzyskać poprawę swojej działalności i prawie wszystkim się to nie udaje. Warto się zastanowić dlaczego.

Bo zmiany są niewygodne

Istnieje stała sekwencja wydarzeń powodujących brak sukcesu. Procesy reorganizacji pozwalają tworzyć więcej wartości, przy niższych kosztach. Wcześniej czy później pojawia się jednak presja na ograniczenie merytorycznych zmian, żeby zmniejszyć niedogodności jakich doświadczają uczestnicy procesu. W rezultacie cele merytoryczne przesuwają się powoli na drugi lub trzeci plan. W rezultacie stopniowo przyjmowana zostaje strategia tworzenia pozorów istotnych zmian.

Bo łatwiej ciąć drobne wydatki

W efekcie następuje powolne przenoszenie uwagi ze zmiany podstawowych procesów organizacyjnych na rozwiązywania o znaczeniu marginalnym. Zamiast poszukiwać nowych źródeł wartości ogranicza się wydatki na zakup czasopism. W wymiarze komunikacyjnym pojawia się zdroworozsądkowy postulat przejścia od radykalnej zmiany do fragmentarycznej, ewolucyjnej poprawy. Powolny, ostrożny proces stopniowych ulepszeń pozostawia wiele organizacji nieprzygotowanych do konkurowania w dzisiejszym szybko zmieniającym się rynku.

Ostatnią fazą skutecznego stłumienia procesu restrukturyzacji jest ukrywanie oznak niesprawności funkcjonowania. Początkowo jest to efektem ochrony przed pojedynczymi zarzutami. Później jednak staje się to instynktownym przyzwyczajeniem, gdyż przynosi korzyści w postaci wygodnego braku presji na zmianę sposobu funkcjonowania.

Bo wszyscy mają ten sam problem

Skutecznym orężem przeciwko niepowodzeniem jest okresowa optymalizacja procesów organizacyjnych i biznesowych. Pretekstem do dokonania diagnozy może być dowolne ograniczenie prowadzonej działalności.  W ostatnich latach w Polsce mogą to być ograniczenia w dostępie do wystarczającej liczby pracowników. Problemy z uzupełnieniem załóg zgłasza blisko połowa firm w przemyśle i budownictwie i 30 procent w usługach. Ile z nich – zamiast rozpaczliwie szukać pracowników – zdecyduje się na zmiany optymalizacyjne? Jaki kierunek wybiorą?

Stań do walki o rozwój

W istocie rzeczy systematyczny przegląd procesów organizacyjnych przypomina swoją rolą regularne przeglądy stomatologiczne. Potrzeba okresowych wizyt u stomatologa nie wynika z odczuwanego bólu zębów. Dokonywanie cyklicznego przeglądu procedur organizacyjnych i biznesowych spełnia podobną funkcję. Skutecznie zapobiega przekształceniu w instytucję bezzębną i trawioną szkorbutem.

O ekspercie

Roman Szyszko jest ekspertem w dziedzinie reorganizacji  restrukturyzacji przedsiębiorstw. Specjalizuje się w zarządzaniu zmianą w podmiotach gospodarczych. Był odpowiedzialny za realizację strategii rozwoju między innym Grupy ENERGA, Banku Komunalnego w Gdyni i Nordea Bank Polska.

Komentarz zarządu Grupy Enea do wyników za I kw. 2019 r.

Grupa Enea w I kwartale 2019 r. poprawiła wyniki finansowe. Od stycznia do marca wypracowała o ponad 1 mld zł (34,2%) większy przychód, niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Nastąpił również znaczący wzrost wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych – o 39,2% r/r. Pozytywne wyniki Enei zostały wypracowane w wymagającym otoczeniu rynkowym przy stałym zaangażowaniu Grupy w projekty prośrodowiskowe.

Przychody wypracowane przez Grupę Enea w I kwartale wyniosły 4 010 mln zł, co oznacza wzrost o 34,2% r/r. EBITDA Grupy kształtowała się na poziomie 799 mln zł i wzrosła o 13,8% w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego. Zysk netto okresu sprawozdawczego wyniósł 280 mln zł, czyli wzrósł o 10,1 r/r. Enea tylko w trzech pierwszych miesiącach 2019 r. przeznaczyła na inwestycje ponad 560 mln (wzrost o 28,8 % r/r), w tym 33 mln zł na inwestycje związane wyłącznie z ochroną środowiska.

Grupa poprawiła wynik EBITDA w dwóch obszarach działania. Najwyższa EBITDA (399,8  mln zł) zrealizowana została w obszarze wytwarzania (wzrost o 75,9%). Na ten wynik pozytywnie wpłynął poziom rynkowych cen energii elektrycznej oraz zielonych certyfikatów, a także zgodna z planem praca wszystkich źródeł wytwórczych Grupy Enea, w tym Zielonego Bloku w Elektrowni Połaniec i bloku 1 075 MW w Elektrowni Kozienice. Sam B11 w I kwartale wyprodukował 1 555 GWh netto, czyli o 16% więcej r/r. Znaczący przyrost EBITDA odnotowano szczególnie w Segmencie Elektrowni Systemowych (+144,8 mln zł) i w Segmencie OZE (+50,4 mln zł). Dobry wynik EBITDA osiągnięty został także w obszarze wydobycia: 219 mln zł (wzrost o 78%). Został on wypracowany dzięki wyższej o 20,9% r/r produkcji węgla netto, poprawie efektywności operacyjnej LW Bogdanka, a także wyższej cenie sprzedaży węgla.

W I kwartale Grupa Enea wyprodukowała 6 108 GWh energii elektrycznej. W porównaniu z ubiegłym rokiem jest to nieznaczny spadek (o 227 GWh, czyli o 3,6% r/r). Wynikał on z planowanych odstawień jednostek, które podlegają modernizacji w ramach programu dostosowania źródeł wytwórczych Grupy Enea do konkluzji BAT. Sprzedaż energii elektrycznej i paliwa gazowego odbiorcom detalicznym była również na poziomie porównywalnym z pierwszym kwartałem 2018 r. – Enea sprzedała 5 417 GWh (mniej o 3,2% r/r). Z kolei sprzedaż usług dystrybucji odbiorcom końcowym kształtowała się na poziomie zbliżonym do roku ubiegłego: 5 143 GWh (-0,8%). Grupa konsekwentnie wykorzystuje potencjał swoich mocy zainstalowanych w odnawialnych źródłach energii. W I kwartale wolumen produkcji energii elektrycznej w oparciu o OZE wzrósł o 39,2%, a sam Zielony Blok Elektrowni Połaniec wyprodukował w tym okresie przeszło 350 GWh.

Skonsolidowane przychody LW Bogdanka wyniosły w I kwartale 2019 r. 540,8 mln zł (wzrost o 35,6%), EBITDA: 222,9 mln zł (+74,8%), zysk operacyjny: 128 mln zł (+348,9%), a zysk netto: 110 mln zł (+374,6%). LW Bogdanka poniosła wydatki inwestycyjne na poziomie blisko 80 mln zł. Największą część tej kwoty, tj. 62,4 mln zł, przeznaczono na nowe wyrobiska i modernizację istniejących.

W I kwartale 2019 roku Bogdanka wykonała 7,9 km wyrobisk korytarzowych. Produkcja węgla handlowego w tym okresie wyniosła ponad 2,5 mln ton, co oznacza wzrost o ok. 21% r/r. Sprzedaż węgla ukształtowała się natomiast na poziomie prawie 2,4 mln ton, czyli była o ok. 20% wyższa niż rok wcześniej. Średni uzysk wyniósł 64,7%, wobec 56,7% przed rokiem.

W I kwartale 2019 roku Bogdanka umocniła swoją pozycję rynkową, osiągając wysoki, 26-procentowy udział w sprzedaży węgla do energetyki zawodowej. Udział w sprzedaży węgla energetycznego ogółem kształtował się na poziomie 20%. Około 85% sprzedaży wygenerowanej w ciągu I kwartału 2019 r. zrealizowane zostało do Enei Wytwarzanie i Enei Połaniec.

Okres od stycznia do marca to także kontynuacja prośrodowiskowych działań w spółkach Grupy. W marcu rozpoczęto współpracę z Bankiem Ochrony Środowiska i spółką inwestycyjną BOŚ Eko Profit w zakresie rozwoju OZE. Inicjatywa ma na celu dywersyfikację miksu paliwowego, a także rozwój rozproszonych źródeł energii oraz zwiększenie udziału Segmentu OZE w produkcji energii elektrycznej w Grupie Enea. Stronami podpisanego listu są Enea S.A. i Enea Wytwarzanie, która w ramach projektu będzie współpracowała z samorządami. Trwają również inwestycje związane z dostosowaniem bloków energetycznych do konkluzji BAT, dzięki czemu po raz kolejny elektrownie systemowe Grupy Enea znacząco zmniejszą emisyjność produkcji energii elektrycznej. Koncern surowcowo-energetyczny na bieżąco monitoruje otoczenie i pojawiające się w globalnej energetyce megatrendy. Stąd zainteresowanie Grupy technologią magazynowania energii, które zaowocowało podpisaniem przeze Eneę i EPRI (Electric Power Research Institute) umowy o współpracy przy projektach badawczych dotyczących magazynowania energii oraz generacji rozproszonej.

Mirosław Kowalik, prezes Enei:

Mirosław Kowalik, prezes Enei
Mirosław Kowalik, prezes Enei

 Wyniki finansowe wypracowane przez Grupę Enea w I kwartale 2019 r. świadczą o jej stabilnej pozycji na rynku oraz optymalnym wykorzystaniu aktywów w głównych obszarach łańcucha wartości. Wzrost przychodów, EBITDA i zysku netto wskazują, że potrafimy osiągać zakładane cele w wymagającym i dynamicznie zmieniającym się otoczeniu rynkowym. Należy podkreślić, że na wypracowany, dobry wynik za I kwartał wpływ miały wzrosty w Segmencie Wydobycia, Wytwarzania oraz zgodne z planem wyniki Obszaru Dystrybucji, który od wielu lat stanowi istotny fundament potencjału Grupy. To kolejny kwartał, w którym nowy blok B11 w Elektrowni Kozienice osiągnął dobre wyniki – wytworzył 1 555 GWh energii elektrycznej netto i wypracował ponad 85 mln zł zysku operacyjnego. Jest to dowód na finansową i operacyjną sprawność nowoczesnych, wysokosprawnych jednostek wytwórczych. Konsekwentnie budujemy solidne podstawy dla dalszego zrównoważonego rozwoju Grupy oraz przygotowujemy się do dalszej adaptacji naszych zasobów i aktywów do zmieniającego się otoczenia rynkowego, również w perspektywie strategicznej – powiedział Mirosław Kowalik, prezes Enei.

 Koncentrujemy się na celach biznesowych, ale równolegle realizujemy wiele inicjatyw prospołecznych na rzecz środowiska, w którym funkcjonujemy. Nasze starania są zauważane nie tylko przez bezpośrednich beneficjentów projektów, które realizujemy. Raportowanie informacji niefinansowych przez Eneę zostało wyróżnione przez Ministerstwo Finansów. Wskazano cztery działania jako dobre praktyki godne polecenia innym uczestnikom rynku. Z kolei w Raporcie Forum Odpowiedzialnego Biznesu (FOB) „Odpowiedzialny biznes w Polsce. Dobre praktyki” wyróżnione zostały aż 33 inicjatywy Grupy Enea – dodał Mirosław Kowalik, prezes Enei.

Jarosław Ołowski, wiceprezes Enei ds. finansowych:

Jarosław Ołowski, wiceprezes Enei ds. finansowych
Jarosław Ołowski, wiceprezes Enei ds. finansowych

 – Wzrost przychodów ze sprzedaży netto o 34,2%, wzrost EBITDA o 13,8%, wzrost zysku netto o 10,1%  te dane pozwalają ocenić wyniki finansowe naszej Grupy za I kwartał tego roku jako dobre, co potwierdzają również opinie płynące z rynku. Szczególnie zadowalające są wyniki obszaru wytwarzania i wydobycia, gdzie wzrost EBITDA przekroczył 70%, co znalazło odzwierciedlenie w skonsolidowanych wynikach całej Grupy. Nasza sytuacja finansowa jest niezmiennie stabilna i umożliwia kontynuowanie rozwoju Grupy z uwzględnieniem stałej dyscypliny kosztowej i optymalizacji procesów. Wskaźnik dług netto/EBITDA pozostawał w I kwartale na bezpiecznym poziomie 2,6 – powiedział Jarosław Ołowski, wiceprezes Enei ds. finansowych.

Piotr Adamczak, wiceprezes Enei ds. handlowych:

– Zmieniamy się dla naszych klientów, wprowadzając innowacyjne w branży rozwiązania. W celu uproszczenia procesu obsługi i zmniejszenia ilości drukowanych dokumentów w BOK-u w Gorzowie Wielkopolskim prowadzimy pilotażowe wdrożenie elektronicznego długopisu do podpisywania umów. Uruchomiliśmy również zmodernizowane elektroniczne Biuro Obsługi Klienta, którego aplikacja jest przyjaźniejsza i prostsza w obsłudze. Na ukończeniu jest też program modernizacji, ujednolicenia wyglądu i funkcjonalności Biur Obsługi Klienta, dzięki któremu wszystkie placówki będą oferowały ten sam, najwyższy standard obsługi. Obszar obrotu, tak jak w poprzednich kwartałach, pozostawał pod wspólną dla całej branży presją wynikającą z sytuacji na rynku uprawnień do emisji CO2 – powiedział Piotr Adamczak, wiceprezes Enei ds. handlowych.

Zbigniew Piętka, wiceprezes Enei ds. korporacyjnych:

Zbigniew Piętka, wiceprezes Enei ds. korporacyjnych
Zbigniew Piętka, wiceprezes Enei ds. korporacyjnych

– Zakończyliśmy w I kwartale realizację szeregu inwestycji związanych z rozbudową i modernizacją sieci elektroenergetycznych Enei Operator. Dwie największe inwestycje to przebudowa linii napowietrznej 110 kV relacji Morzyczyn – Drawski Młyn na odcinku Żukowo – Choszczno II oraz przebudowa linii 110 kV relacji Wałcz – Wałcz Północ – Mirosławiec. W realizowanym wspólnie z Energą projekcie Ostrołęka C pod koniec kwietnia zawarliśmy porozumienie w sprawie finansowania budowy nowego bloku energetycznego. Na jego mocy Enea oraz Energa postanowiły uszczegółowić zasady finansowania, a Enea zobowiązała się zapewnić nakłady finansowe na realizację projektu w kwocie 819 mln zł, począwszy od stycznia 2021 r. – powiedział Zbigniew Piętka, wiceprezes Enei ds. korporacyjnych.

Artur Wasil, prezes LW Bogdanka:

Artur Wasil, prezes LW Bogdanka
Artur Wasil, prezes LW Bogdanka

– W 2019 rok weszliśmy dobrze przygotowani, co znalazło swój wyraz w bardzo dobrych wynikach za I kwartał. Do poprawy wyników finansowych w tym okresie przyczynił się zarówno wzrost produkcji i sprzedaży, jak i wyższe ceny w naszych kontraktach – począwszy od stycznia tego roku. Podtrzymujemy zapowiedź zwiększenia produkcji do 9,4 mln ton w tym roku. Naszym priorytetem jest też ciągła praca nad optymalizacją kosztów oraz nad doskonałość operacyjna, a także przygotowanie do udostępnienia złoża Ostrów, którego eksploatację chcemy rozpocząć już pod koniec przyszłego roku. Biorąc pod uwagę dobrą sytuację spółki, zdecydowaliśmy się zarekomendować wypłatę dywidendy na poziomie 0,75 zł na akcję, przeznaczając na ten cel 49,4% wypracowanego w 2018 roku jednostkowego zysku netto – powiedział Artur Wasil, prezes LW Bogdanka.

CONECTO BROKER integruje niezależnych brokerów

CONECTO BROKER to nowy podmiot w sektorze ubezpieczeń, który oferuje model integracji szanujący niezależność zawodu brokera. Za inicjatywą stoją doświadczeni brokerzy, którzy połączyli siły by zwiększyć możliwości biznesowego działania. Przypis CONECTO BROKER to prawie 200 mln złotych, co już dziś sytuuje spółdzielnię w 15-tce największych brokerów w Polsce. Miliard złotych przypisu spółdzielnia chce osiągnąć w ciągu kilku lat.

CONECTO BROKER to założona pod koniec 2018 roku spółdzielnia brokerów, którą aktualnie tworzy 18 kancelarii brokerskich z woj. wielkopolskiego, lubuskiego, dolnośląskiego, śląskiego, opolskiego, mazowieckiego i lubelskiego. Forma prawna spółdzielni, ma pozwolić na zachowanie niezależności brokerów. Każdy członek spółdzielni ma równe prawa i jeden głos, a decyzje podejmowane są wyłącznie, jeśli poprze je większość udziałowców.

– CONECTO BROKER to połączenie niezależnych brokerów, którzy skonsolidowali zasoby, zróżnicowane doświadczenia i kompetencje, by zwiększyć rynkowe możliwości działania poszczególnych kancelarii brokerskich i skuteczniej reprezentować interesy klientów – podkreśla Tomasz Witkowski prezes zarządu spółdzielni.

Zarząd spółdzielni podkreśla, że CONECTO BROKER niczego nie narzuca, jedynie wskazuje członkom optymalny kierunek i rozwiązania, a przede wszystkim pomaga oraz gwarantuje większe bezpieczeństwo posiadanych portfeli ubezpieczeniowych. Dzięki członkostwu poszczególne kancelarie będą świadczyły szerszy zakres ochrony ubezpieczeniowej, współpracowały przy ocenie ryzyk i likwidacji szkód, wzajemnie dzieliły się doświadczeniem i wiedzą we wszelkich kwestiach ubezpieczeniowych. Spółdzielnia ma umożliwiać ponadto powierzenie portfela podczas długiej choroby, lub innej nieobecności oraz przekazywanie portfela do obsługi z rentą dożywotnią.

Dzięki postrzeganiu spółdzielni jako partnera działającego globalnie wzmocnieniu ma ulec pozycja negocjacyjna kancelarii w relacjach z towarzystwami ubezpieczeniowymi. Wreszcie spółdzielnia liczy na przejęcie obsługi brokerskiej największych przedsiębiorstw, dla których dziś pojedyncze kancelarie mają za małą siłę przebicia. Ma się tak stać dzięki połączeniu regionalnych możliwości i elastyczności rynkowej jej członków oraz uzyskaniu skuteczności i siły oddziaływania typowych dla dużych podmiotów. Za tą współpracą stoi również kalkulacja czysto biznesowa.

– Szacujemy, że uczestnictwo w CONECTO BROKER powinno przełożyć się średnio na 20-30% wzrost przychodów naszych członków, jako rezultat synergii oraz efektu skali. – podkreśla Robert Kaźmierczak członek zarządu spółdzielni. – W pierwszej fazie rozwoju, w jakiej się obecnie znajdujemy, upatrujemy także duże korzyści w centralizacji likwidacji szkód. Pozwoli to na obniżenie kosztów i jednoczesną poprawę jakości serwisu.

Przypis CONECTO BROKER to dziś prawie 200 mln złotych, sytuuje to spółdzielnię w 15-tce największych brokerów w Polsce. Zarząd szacuje, że przypis miliarda złotych osiągnie przy poziomie 100 członków, co ma się stać w ciągu najbliższych kilku lat. Pozwoli to nie tylko na skuteczne wspieranie członków oraz skuteczniejszą ochronę interesów klientów poszczególnych kancelarii, ale także na to by spółdzielnia stała się aktywnym podmiotem na zmieniającym się rynku ubezpieczeniowym w Polsce.

Przemysław Walasek został wspólnikiem w kancelarii Taylor Wessing w Warszawie

Przemysław Walasek, partner w Taylor Wessing w Warszawie, odpowiedzialny za praktykę IP/IT został wspólnikiem warszawskiego biura kancelarii.

Przemysław Walasek, adwokat, partner w kancelarii Taylor Wessing
Przemysław Walasek, partner w Kancelarii Taylor Wessing; źródło: Taylor Wessing

Przemysław Walasek jest związany z Taylor Wessing od 2012 roku. Wraz ze swoim zespołem doradza największym graczom z sektora nowych technologii, wspierając ich w zakresie ochrony praw własności przemysłowej, prawa autorskiego, ochrony konsumentów oraz ochrony danych osobowych, jak również w negocjowaniu, zawieraniu i egzekwowaniu kontraktów handlowych.

Posiada wieloletnie doświadczanie w doradztwie dla klientów z branży e-commerce, w tym producentów i dystrybutorów gier komputerowych, sklepów internetowych oraz operatorów platfrom społecznościowych.

Pomaga klientom w kształtowaniu strategii ochrony praw własności intelektualnej oraz egzekwowaniu naruszeń przysługujących im praw, w tym także dokonywanych w internecie – zarówno w Polsce, jak i w innych krajach w Europie i na świecie, często współpracując w tym zakresie z prawnikami z innych biur kancelarii Taylor Wessing.

Dr Ewelina Stobiecka
Dr Ewelina Stobiecka

– Przemysław Walasek jest partnerem odpowiedzialnym za jedną z najważniejszych praktyk w kancelarii Taylor Wessing zarówno w Polsce jak i na świecie. Mam przyjemność współpracować z nim już od wielu lat. Wspólnie, konsekwentnie budujemy markę Taylor Wessing, rozwijając nasze polskie biuro, dlatego jest mi niezmiernie miło powitać go w gronie wspólników – komentuje Dr Ewelina Stobiecka, partner zarządzająca w kancelarii Taylor Wessing w Warszawie.

Obawy o sytuację w strefie euro cały czas są żywe

W poniedziałek odnotowaliśmy spadek bezrobocia w Polsce do najniższego poziomu od 1990 r., co i tak nie jest niczym specjalnym przy świetnych odczytach z gospodarki, które poznaliśmy w zeszłym tygodniu. Nie wszędzie jednak sytuacja rysuje się tak dobrze.   

Kurs EUR/PLN

Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Para EUR/USD wczoraj zakończyła dzień na lekkim minusie.

Wczorajsze dane o nastrojach w strefie euro w maju w ujęciu ogólnym były nieco lepsze od oczekiwań, jednak przeszły bez większego echa. Wspólnej walucie w ostatnim czasie nie pomagają natomiast informacje płynące z największej europejskiej gospodarki. Wczoraj rozczarował dość istotny indeks GfK opisujący nastroje niemieckich konsumentów. Indeks obniżył się z poziomu 10,4 do 10,1, w dół zaktualizowano również odczyt z poprzedniego miesiąca. Spadek indeksu do czerwca może wydawać się niewielki, jednak uwzględniając to jak mało zmienny jest wskaźnik, różnica jest zauważalna. Co więcej, zgodnie ze wskazaniami indeksu, nastroje wśród konsumentów w Niemczech są najgorsze od ponad dwóch lat.

Dzisiejsze dane z niemieckiej gospodarki również rozczarowały: liczba bezrobotnych w maju wzrosła najmocniej od dekady. W konsekwencji czego po raz pierwszy od listopada 2013 roku w kraju wzrosła stopa bezrobocia. Jest to odwrotna sytuacja do tej, z którą mieliśmy do czynienia w ostatnich kilku latach. Większość tego wzrostu jest związana ze zmianami w sposobie prowadzenia statystyk, jednak nie tłumaczy to całości skoku.

Stopa bezrobocia nadal znajduje się w okolicy najniższych poziomów od czasu zjednoczenia Niemiec, w związku z czym nie jest to jeszcze powód do paniki – niemniej odczytu nie należy bagatelizować. Rynek pracy zazwyczaj z opóźnieniem reaguje na zmiany w gospodarce – gdyby wzrost stopy bezrobocia był kontynuowany oznaczałoby to, że z niemiecką gospodarką może być naprawdę źle.

O tym, że sytuacja w Europie nie jest zbyt dobra może świadczyć również fakt, iż ArcelorMittal, czyli największy globalny producent stali, po raz drugi w tym miesiącu zdecydował się obciąć produkcję na Starym Kontynencie. Cięcia mają być tymczasowe, jednak w kontekście utrzymującego się słabszego popytu trudno powiedzieć, czy rzeczywiście tak będzie.

Kurs GBP/PLN

Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,86-4,88. Brytyjska waluta wczoraj, po wielu dniach spadków, była w stanie odnotować lekkie umocnienie tak w parze ze złotym, jak i wspólną europejską walutą. Funt brytyjski cały czas jednak jest pod sporą presją związaną z obawami inwestorów o to, kto obejmie stanowisko premiera po rezygnacji May i co to oznacza dla procesu wyjścia z UE. Indeks Oddschecker, który na podstawie wycen z zakładów bukmacherskich mierzy szanse na to, że następnym premierem Zjednoczonego Królestwa zostanie Boris Johnson, wskazuje, że szacowane prawdopodobieństwo realizacji tego scenariusza wynosi obecnie około 35%. Kilka dni temu indeks osiągał jeszcze wyższe poziomy, 24 maja przekraczając 50%. Nic więc dziwnego, że inwestorzy się boją – to właśnie Boris Johnson był jedną z twarzy kampanii Leave i politykiem, który stał się jednym z symboli Brexitu. Jego elekcja najpewniej oznaczałaby wzrost ryzyka Brexitu bez porozumienia, a tego rynki obawiają się najbardziej.

Kurs USD/PLN

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,83-3,85. Amerykańska waluta zakończyła wczorajszy dzień umocnieniem również w relacji do głównych walut.

Wczorajsze dane z amerykańskiego rynku nieruchomości zaskoczyły in minus. Jednak z uwagi na to, że są mocno wsteczne (za marzec) oraz to, że są to drugorzędne wskaźniki, dane nie wpłynęły istotnie na zachowanie USD. Wczoraj pozytywnie zaskoczył natomiast indeks Conference Board opisujący nastroje panujące wśród amerykańskich konsumentów. Wskaźnik wzrósł z poziomu 129,2 w poprzednim miesiącu do 134,1 w maju. Tym samym znalazł się na najwyższym poziomie od pół roku.

Dalsza część dzisiejszego dnia nie przyniesie istotnych publikacji, czy to z amerykańskiej, czy pozostałych istotnych gospodarek. Na ważne odczyty przyjdzie nam poczekać do jutra. Wtedy w USA opublikowana zostanie rewizja danych PKB za I kwartał. A w piątek poznamy rewizję analogicznego odczytu dla Polski oraz dane o istotnej dla Fed-u inflacji PCE w USA w kwietniu.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

PKN ORLEN stawia w Trzebini biorafinerię nowej generacji

Należąca do Grupy ORLEN spółka ORLEN Południe podpisała dziś umowę na budowę w Trzebini pierwszej w Polsce instalacji do produkcji ekologicznego glikolu propylenowego. Nowa instalacja będzie produkować 30 tys. ton zielonego glikolu propylenowego rocznie, co pokryje aż w 75% zapotrzebowanie na ten produkt w Polsce.

Zielony glikol propylenowy to produkt ekologiczny, bezpieczny dla środowiska. Wykorzystywany jest m.in. w medycynie, kosmetyce, przemyśle spożywczym. Inwestycję zrealizuje Konsorcjum składające się z dwóch polskich firm, jej koszt szacowany jest na ok. 400 mln złotych.

PKN ORLEN stawia w Trzebini biorafinerię nowej generacji (2)– Zgodnie z zapowiedziami rozwijamy i poprzez inwestycje wzmacniamy spółki działające w Grupie ORLEN. Budowa pierwszej w Polsce instalacji do produkcji ekologicznego glikolu to ważny krok w procesie przekształcania zakładu w Trzebini w nowoczesną biorafinerię. Stawiamy na ekologiczne, wysokomarżowe produkty – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Inwestycja w Trzebini zostanie zakończona w 2021 roku. Jej wykonawcą będzie Konsorcjum, które tworzą dwie polskie firmy: Technik Polska Sp. z o.o. i Biproraf Sp. z o.o. Podpisana umowa obejmuje: zaprojektowanie, dostawy oraz budowę w systemie „pod klucz” instalacji do produkcji glikolu propylenowego (1,2 – MPG) wraz z instalacjami pomocniczymi i infrastrukturą dodatkową.

Budowa pierwszej w Polsce instalacji do produkcji ekologicznego glikolu propylenowego wzmocni pozycję ORLEN Południe na krajowym rynku biokomponentów, ale również pracodawcy w regionie. Już dziś Spółka zatrudnia ponad 650 osób, z czego przeszło połowę w trzebińskiej rafinerii. Po oddaniu do użytku instalacji, czyli w 2021 r., powstanie kilkadziesiąt nowych miejsc pracy.

Produkcja ekologicznego glikolu propylenowego umożliwi wykorzystanie wytwarzanej w Trzebini gliceryny, którą otrzymuje się w produkcji biodiesla z surowca jakim jest przede wszystkim olej rzepakowy. Na inwestycji skorzystają również inni polscy producenci biodiesla, z którymi po zakończeniu inwestycji ORLEN Południe rozpocznie współpracę w zakresie dostaw gliceryny.

Inwestycja jest konsekwencją stabilnej sytuacji finansowej spółki. W 2018 r. ORLEN Południe osiągnął wynik netto na poziomie 89 mln złotych. Budowa instalacji do produkcji glikolu propylenowego, jako pierwsza inwestycja w historii ORLEN Południe, została zakwalifikowana przez Krakowski Park Technologiczny do programu Polska Strefa Inwestycji.

Odbiorcami glikolu propylenowego będą oprócz polskich firm, będą również zagraniczne przedsiębiorstwa.

Z zakupem obligacji nie warto się spieszyć. Z pozoru mały błąd może dużo kosztować

Wśród obligatariuszy rośnie zainteresowanie tematyką odzyskiwania roszczeń związanych z niewykupionymi obligacjami. Taki instrument finansowy sam w sobie jest bezpieczny, ale wybór konkretnego emitenta wymaga dużej ostrożności. Obecnie na rynku widać działania mogące świadczyć o celowym wprowadzaniu inwestorów w błąd. Oszustów nie odstrasza nawet kara pozbawienia wolności. Przed podjęciem decyzji inwestycyjnej należy dokładnie sprawdzić wybraną spółkę, jej przeszłość, rzeczywistą działalność i źródła przychodów. Brak sprawozdań finansowych za ostatnie lata powinien być pierwszym sygnałem ostrzegawczym. Kolejnym może być zmiana właściciela lub zysk pochodzący ze sprzedaży majątku spółki. Jeśli zabezpieczeniem obligacji jest poręczenie członków zarządu, to analizy wymagają również ich zasoby majątkowe.

Jakub Bartosiak z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office
Jakub Bartosiak z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office

Kondycja rynku

Warto wiedzieć o tym, że w ramach regulowanego rynku obligacji korporacyjnych – Catalyst – na koniec ub. roku niewykupione obligacje opiewały na kwotę ok. 140 mln zł. Na przełomie marca i kwietnia br. wzrosła ona już do prawie 200 mln zł. Z perspektywy całego rynku, wynoszącego ok. 86,5 mld zł, ww. suma może wydawać się dość niewielka. Jednak dla inwestorów instytucjonalnych i indywidualnych, na których jest ona rozbita, z całą pewnością ma ogromne znaczenie.

Jednak dla osób fizycznych dużo ważniejsze są prywatne emisje obligacji niż publiczne, notowane na Catalyst. Są one kierowane jednorazowo do nie więcej niż 149 inwestorów, oferowane przez pośredników i innych doradców finansowych. W praktyce emisję może przeprowadzić każda spółka sp. z o.o. oraz akcyjna. I ten rynek faktycznie nie podlega nadzorowi. Jego wielkość, w tym skala niewypłacalności obligacji, jest nieznana.

Od czasu tzw. afery GetBack znacząco wzrosło zainteresowanie klientów kancelarii prawnych tematyką odzyskiwania roszczeń związanych z niewykupionymi obligacjami. Na tej podstawie można stwierdzić, że ten problem występuje bardzo często. Choć ryzyko nieudanej inwestycji zawsze istnieje, to na rynku widać także działania mogące świadczyć o celowym wprowadzaniu inwestorów w błąd, wyłącznie w celu osiągnięcia korzyści majątkowych. Art. 286 kodeksu karnego przewiduje za to karę pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 8 lat. Zgodnie z art. 294 kodeksu karnego, w przypadku znacznej wartości obligacji, tj. powyżej 200 tys. zł, sankcja zwiększa się do 10 lat.

W lipcu br. wejdą w życie przepisy znacząco utrudniające przeprowadzenie emisji prywatnych. Wszystkie będą wymagały pośrednictwa licencjonowanej firmy inwestycyjnej, czyli domu maklerskiego lub banku. Dla podmiotów emitujących papiery wartościowe będzie to oznaczało wyższe koszty. To może powstrzymać część nieuczciwych osób przed oszustwami. Ponadto wszyscy emitenci oraz wcześniejsze serie obligacji będą widoczne w rejestrze Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. Łatwo będzie sprawdzić historię finansową danej spółki w zakresie tego, czy wywiązuje się z dotychczasowych zobowiązań.

Chociaż nadchodzą korzystne zmiany dla inwestorów indywidualnych, to trzeba jednak będzie poczekać od kilku do kilkunastu miesięcy na rzeczywiste efekty i reakcję rynku. Bez względu na to, jak dobrze zostały skonstruowane wskazane wyżej przepisy, zawsze znajdą się tacy, którzy będą chcieli je omijać. Dlatego inwestując w ten rynek, należy zachować szczególną ostrożność, dużo większą niż np. w przypadku lokat bankowych.

Z uwagi na obostrzenia i koszty zbliżone do emisji publicznych, istnieje ryzyko, że prywatne emisje zanikną w ciągu najbliższych 5 lat. Nowe przepisy zobowiążą emitentów do tego, by za pośrednictwem banków i domów maklerskich występowali do KDPW o rejestrację każdej emisji. Zwiększenie bezpieczeństwa będzie miało wpływ na koszt, szybkość i łatwość postępowania. Niektóre spółki zapewne zaczną więc szukać innych źródeł finansowania. Można przewidywać, że część emitentów zdecyduje się na przeprowadzenie publicznej emisji.

Wskazana ostrożność

Wchodząc w stosunki oparte na obligacjach, trzeba dokładnie sprawdzić emitenta, jego przeszłość, rzeczywistą działalność i źródła przychodów. Dużo informacji można uzyskać ze sprawozdań finansowych. Ich brak za ostatnie lata powinien być pierwszym sygnałem ostrzegawczym. Jeżeli okaże się, że ostatnio zmienił się właściciel firmy, to warto ustalić, jaka była tego przyczyna. Może się okazać, że rodzinna spółka z tzw. dobrą historią została wykupiona w celu dokonania oszustwa. Takie przypadki też są znane na rynku.

Należy również przeanalizować, w jaki sposób został wypracowany zysk, oczywiście jeśli w ogóle został wygenerowany. Jeśli pochodził ze sprzedaży wyposażenia firmy, to trzeba ustalić, czy dysponuje ona możliwościami prowadzenia dalszej działalności. Może np. zainwestować w nowe urządzenia, ale taka sytuacja jest już mocno podejrzana. Warto też pamiętać o tym, że samochody czy sprzęty biurowe nie gwarantują odzyskania ewentualnych należności, gdyż dosyć szybko tracą na wartości.

Koniecznie należy sprawdzić, jakiego rodzaju zabezpieczenie może zaoferować spółka. Jeśli jest to poręczenie prezesa, to analizy wymaga cały jego osobisty majątek. Przy tym warto ocenić szczególnie płynność finansową i przewidzieć zachowanie wartości zgromadzonego kapitału w dłuższej perspektywie czasu. Gdyby ta osoba nie chciała ujawnić tego typu informacji, to powinno być przesłanką do rezygnacji z inwestycji. Jeżeli nie dysponuje ona odpowiednimi środkami własnymi, to zabezpieczenie faktycznie nie istnieje.

Trzeba dobrze poznać specyfikę danego rynku, na którym funkcjonuje emitent. Warto ustalić, jaka jest jego pozycja w branży, a także zbadać potencjał do dalszego rozwoju. Jeżeli emitował już obligacje, to należy sprawdzić, czy zostały spłacone i w jakim czasie to nastąpiło. Nie zaszkodzi też poszukać opinii na temat firmy, m.in. na forach internetowych, a także skonsultować się z podmiotami specjalizującymi się w tego typu sprawach.

Warto pamiętać o tym, że inwestycja w uznane spółki zwykle daje mniejsze zyski, ale z reguły jest pewniejsza. Oczywiście znane są przypadki bankructw dużych graczy. Jednak zdarza się to niezmiernie rzadko i to w szczególnych okolicznościach. W takich sytuacjach inwestorom łatwiej jest przyjąć stratę finansową niż świadomość tego, że zostali zwyczajnie wprowadzeni w błąd. Ryzyko oszustwa można zminimalizować poprzez dogłębną analizę emitenta. Ale to wymaga czasu i doświadczenia.

Wielu początkujących inwestorów za szybko podejmuje decyzje o zakupie konkretnych papierów wartościowych. Zdarza się to też osobom, które mają już pewne osiągnięcia na tym polu. Trzeba stale przypominać o tym, żeby nie działać pod wpływem impulsu albo mody na inwestowanie w spółki na określonym rynku. Należy także pamiętać, że pozytywnie zakończona emisja obligacji nie gwarantuje sukcesu kolejnych serii. W przypadku oszustw zdarza się, że spółka emituje papiery o niewielkiej wartości, by zdobyć wiarygodność. Następnie sprzedaje zadowolonym inwestorom kolejną, większą emisję, której już nie spłaca.

Pośrednicy na ogół otrzymują prowizję od sprzedanych obligacji. Jednak w praktyce trudno jest im przypisać jakąkolwiek odpowiedzialność finansową. Ciąży ona głównie na emitentach. Jeśli inwestorowi brakuje czasu na analizę, to już powinien zachować czujność. Obligacje to nie loteria. Obecnie oprocentowanie mieści się w granicach kilku procent, więc nie jest to okazja życia, której nie da się powtórzyć. Na rynku inwestycyjnym brak straty całego kapitału to również zysk.

Autorem publikacji jest adwokat Jakub Bartosiak z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office

Agility podsumowuje I kwartał 2019 na świecie i w Polsce

Agility, czołowy globalny operator logistyczny, opublikował wyniki finansowe za I kwartał 2019 roku i podsumował działalność na świecie i w Polsce. Zysk wyniósł 20,3 mln KWD* (66,8 mln USD) i wzrósł o 7,3 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2018 (po odliczeniu wpływu IFRS-16, wzrost wyniósł 10,2 proc.). Przychody osiągnęły poziom 378,8 mln KWD (1,2 mld USD), a zysk operacyjny (EBITDA) 46,3 mln KWD (152,4 mln USD), co przekłada się na wzrost odpowiednio o 1,9 proc. i 22,8 proc. W Polsce firma odnotowała dwucyfrowe wzrosty we wszystkich obszarach działalności.

Skonsolidowane wyniki Agility

„To kolejny dobry początek roku dla Agility, mimo zauważalnego spowolnienia. Dostrzegamy poprawę we wszystkich obszarach i wkładamy dużo wysiłku w to, aby osiągać wyznaczone cele. Jak pokazują nasze raporty, zysk EBITDA wzrósł o 22,8 proc., a zysk netto poprawił się o 7,3 proc.” mówi Tarek Sultan, wiceprzewodniczący rady nadzorczej i CEO Agility.

Sultan podkreślił, że Agility GIL, podstawowa jednostka biznesowa, konsekwentnie inwestuje w transformację cyfrową, która ma zapewnić jej wiodącą pozycję gwarantującą długoterminowe sukcesy i przewagę na rynku. Dodał też, że Agility kontynuuje inwestycje w spółki z grupy Infrastructure, realizujące strategię stabilnego wzrostu.

Agility GIL

Po odliczeniu wpływu IFRS16, w I kw. Agility GIL odnotowało zysk operacyjny EBITDA na poziomie 6,8 mln KWD (22,3 mln USD), niższy o 9 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. Spadek wiąże się z kosztami transformacji cyfrowej i poniesionych inwestycji. Przychody wyniosły 275 mln KWD (905,3 mln USD), o 1,1 proc. mniej w porównaniu z I kw. 2018. Przy stałym kursie walut przychody GIL wzrosły o 3,4 proc. Przychody netto wyniosły 65,4 mln KWD (215,3 mln USD) i zwiększyły się o 1,2 proc. w stosunku do I kw. 2018. (po doliczeniu IFRS-16). Wzrost przychodów netto firma zawdzięcza wynikom osiągniętym we frachcie morskim i logistyce kontraktowej, co zrekompensowało spadki w logistyce projektowej i transporcie drogowym. Przy stałym kursie walut, wzrost przychodów netto GIL wyniósł 5,1 proc. Ogólna marża GIL osiągnęła poziom 23,8 proc. wobec ubiegłorocznych 23,3 proc.

W I kw. tonaż przesyłek lotniczych zwiększył się o 5,2 proc. Firma odnotowała wzrost frachtu lotniczego na wielu szlakach handlowych i różnych kanałach sprzedaży, dzięki bardzo dobrej współpracy ze strategicznymi klientami. We frachcie morskim wzrost przychodów netto wynika z poprawy zyskowności i zwiększenia TEU o 2,3 proc. Stabilne wyniki odnotowane we wszystkich krajach i kanałach sprzedaży są rezultatem wzrostu liczby przesyłek. Agility osiągnęło też dobre wyniki w logistyce kontraktowej, przy wzroście przychodów o 3,6 proc. Rozwój i wzrost marży napędzały działania na Bliskim Wschodzie i Afryce.

Strategia cyfrowa Agility GIL zakłada rozwój systemów i technologii umożliwiających poprawę produktywności i zapewniających firmie pozycję wiodącego innowatora w branży. Przyspieszenie transformacji cyfrowej pozwoli usprawnić komunikację między klientami i dostawcami, wprowadzić kolejne innowacyjne rozwiązania, podnieść wydajność procesów i zyskać wszechstronną wiedzę biznesową.

Grupa Infrastructure (ALP, TRISTAR, NAS, UPAC, GCS)

W I kw. EBIDTA grupy Infrastructure wzrosła o 7,4 proc. do 32,5 mln KWD (106,9 mln USD), po odliczeniu wpływu IFRS 16, przychody zwiększyły się o 10,7 proc. Agility Logistics Parks (ALP) odnotował wzrost przychodów o 23 proc, głównie dzięki wynikom nowych centrów logistycznych oraz poprawie wydajności i zyskowności uruchomionych wcześniej. ALP planuje otwarcie magazynów o powierzchni 150 tys. m², głównie w Arabii Saudyjskiej i Afryce. Firma przewiduje też rozpoczęcie budowy kolejnych o powierzchni 275 tys. m². W Ghanie, Mozambiku i na Wybrzeżu Kości Słoniowej budowane są obiekty o łącznej powierzchni 68 tys. m², w Nigerii 36 tys. m², a do 2020 roku planowane jest otwarcie kolejnych magazynów o powierzchni 100 tys. m². Tristar, zintegrowany operator logistyczny, zajmujący się logistyką paliw płynnych, zanotował wzrost przychodów o 13,3 proc. Firma podpisała umowę czarterową z koncernem Shell na dostawy paliwa sześcioma tankowcami średniego zasięgu od 2020 roku. National Aviation Services (NAS), najszybciej rozwijający się dostawca usług lotniczych na rynkach wschodzących, zwiększył przychody o 3,5 proc. NAS realizuje strategię rozwoju ukierunkowaną na budowanie pozycji lidera w Afryce. Na Wybrzeżu Kości Słoniowej NAS odnotował dwucyfrowy wzrost; w Egipcie poprawił wyniki dzięki otwarciu business lounge w Kairze, a oddziały w Tanzanii i Maroku odczuwają pierwsze efekty restrukturyzacji. Wyniki NAS Uganda pozostają poniżej prognoz, co wynika z ograniczenia współpracy z ONZ i zmniejszenia liczby lotów komercyjnych. Przychody United Projects for Aviation Services Company (UPAC), zarządzającej nieruchomościami w Kuwejcie, zmniejszyły się o 9,2 proc, m.in. z powodu spadku liczby lotów na Sheikh Saad Terminal. W Abu Zabi trwa budowa wartego 1,2 mld USD centrum Reem Mall, które ma stać się dużą atrakcją w regionie. Otwarcie zaplanowano na 2020 rok. GCS, specjalizująca się w modernizacji rozwiązań celnych, odnotowała 6,8 proc. wzrost przychodów, głównie dzięki działalności w Kuwejcie.

Dynamiczny początek roku dla Agility Logistics w Polsce

Początek roku był również bardzo dobry dla polskiego oddziału Agility Logistics. W I kw. osiągnięty zysk brutto wzrósł o 22 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2018 roku. We wszystkich obszarach działalności firma odnotowała dwucyfrowe wzrosty – w spedycji morskiej na poziomie 29 proc., lotniczej 26 proc., a drogowej i kolejowej 16 proc. Polski oddział Agility Logistics podpisał też nowe kontrakty z firmami z branży przemysłowej i technologicznej.

– W tym roku stawiamy na wzmocnienie pozycji na rynku jako globalnego operatora logistycznego, wyspecjalizowanego w obsłudze rynków wschodzących, lidera cyfryzacji usług logistycznych i wykorzystania nowoczesnych technologii. Spodziewamy się dalszego wzrostu we wszystkich segmentach usług, zwłaszcza w obszarze transportu lotniczego i morskiego. W najbliższym czasie chcemy też wzmocnić dział spedycji morskiej. Tak jak w poprzednich latach, będziemy inwestować w rozwój naszych pracowników. Już teraz planujemy rozpoczęcie nowego programu szkoleń dla działów operacyjnych i sprzedaży – zapowiada Karolina Gasińska-Byczkowska, country manager Agility Logistics w Polsce.

Podsumowanie

„Mamy jasną i spójną strategię rozwoju, która w kolejnych latach zapewni nam osiąganie coraz lepszych wyników. Rok 2019 rozpoczęliśmy bardzo dobrze. Agility zamierza inwestować w dalszą transformację biznesu, co w przyszłości zagwarantuje nam doskonałość operacyjną” podsumował Tarek Sultan.

*KWD – dinar kuwejcki

USA na nowym szlaku? Ukraina nie zmienia kierunku

Amerykańskie podejście do polityki stóp procentowych ulega przewartościowaniu. Jeszcze nie tak dawno chciano dalej podnosić stopy, podczas gdy większość świata utrzymywała je na niezmienionym poziomie. Dzisiaj ta różnica w nastawieniu (do jednego z najistotniejszych czynników w gospodarce) coraz bardziej ciąży relatywnie mocnemu dolarowi, a wskaźniki makroekonomiczne w dużej mierze uzasadniają zmianę podejścia.

Czy FED zadowoli inwestorów?

Patrząc na kontrakty terminowe na stopę procentową, wyraźnie widać, że inwestorzy spodziewają się obniżek tego narzędzia polityki pieniężnej. Powodów jest kilka, ale jeden najważniejszy: prognozy wzrostu rozminęły się z rozbudzonymi oczekiwaniami. Patrząc na notowania wspomnianych już kontraktów, widać, że prawdopodobieństwo spadku stóp w perspektywie września przekroczyło 50%, a w perspektywie półrocznej 80%. Co to oznacza dla rynków walutowych? Im wyższe stopy, tym mocniejsza waluta. Z kolei niższe wskaźniki osłabiają pieniądz. W rezultacie znika bodziec umacniający dolara względem głównym walut. Nie oznacza to wcale, że już zaraz dolar będzie tani. Wszakże w Europie też nie widać powodów, dla których euro miałoby iść w górę.

Ukraina nie zmienia kierunku

Nowy prezydent Wołodymyr Zełenski potwierdził podtrzymanie współpracy z MFW. Ukraina korzysta obecnie z bardzo dużej linii kredytowej, której warunkiem jest przeprowadzanie kolejnych reform. Obecnie najważniejsze pole to działania antykorupcyjne. Poprzednie rozwiązania legislacyjne kilka miesięcy temu zostały uznane za niezgodne z konstytucją i przestały obowiązywać. Ze względu na rozwiązanie parlamentu i przedterminowe wybory nie widać okazji do uchwalenia nowego prawa w najbliższym czasie, pomimo gotowego projektu. Oznacza to, że kolejna transza pomocy zostanie prawdopodobnie wypłacona dopiero po decyzji obywateli co do kształtu nowej Rady Najwyższej. Mimo wszystko inwestorzy wierzą w Ukrainę. Hrywna jest najdroższa od połowy 2017 roku.

Radość Szwajcarów zmartwieniem innych

Wczoraj poznaliśmy dane na temat wzrostu PKB w Szwajcarii. Tamtejsza gospodarka rośnie w ciągu roku o 1,7% wobec oczekiwanego 1%. Są to bardzo dobre dane, ale dla Helwetów. Wzrost gospodarczy powoduje, że kraj staje się atrakcyjniejszy dla inwestorów. Skoro ktoś chce lokować środki w tym alpejskim kraju, to musi kupić franki szwajcarskie. Skoro coraz więcej ludzi kupuje tę walutę, to kurs CHF idzie w górę. W rezultacie dobre dane z tamtejszej gospodarki stają się problem dla kredytobiorców walutowych, którzy muszą się liczyć z rosnącymi ratami swoich kredytów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 16:00 – Kanada – decyzja Banku Kanady w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Gospodarczo rozminęliśmy się z Niemcami, ale eksportowi nie musi to zaszkodzić

Ścieżki dynamiki polskiej i niemieckiej produkcji oraz eksportu wyraźnie się rozeszły. Luka we wzroście produkcji osiągnęła historycznie duże rozmiary. I choć gospodarka naszego zachodniego sąsiada dostała zadyszki, to na razie krajowa sprzedaż w tym kierunku kwitnie i z dużym prawdopodobieństwem będzie kwitła nadal – tak wskazują eksperci Santander Bank Polska.

W ostatnich szacunkach, dotyczących tempa wzrostu PKB Niemiec w 2019 r., Komisja Europejska obniżyła swoją prognozę do zaledwie 0,5% (z 1,1%). Także niemiecki rząd wskazuje, że PKB kraju może w tym roku zanotować najwolniejsze tempo wzrostu od blisko 6 lat. Jednakże, mimo mało optymistycznych prognoz, popyt kraju za Odrą na polskie towary pozostaje mocny. Niemcy osłaniają Polskę od istotnego wyhamowania w eksporcie, podczas gdy pozostałe kluczowe gospodarki UE grają w przeciwną stronę.

Nastawienie biznesu vs. dane makroekonomiczne

W ubiegłorocznym badaniu Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej (AHK Polska)1] polskie firmy działające  w Niemczech optymistycznie oceniły swoje perspektywy na tym rynku na 2019 r. Prawie połowa badanych przedsiębiorców (45,7%) była zdania, że są one lepsze niż w roku 2018. Nieco więcej, bo 51,4% firm uważało, że pozostaną one bez zmian. Wśród respondentów ubyło pesymistów, odsetek wskazań dla słabszych perspektyw wynosił tylko 2,9% (w 2017 r. natomiast 5,7%). – Polskie firmy czują się na rynku zachodniego sąsiada coraz pewniej. Aż 97% ankietowanych przez nas przedsiębiorców podkreśla, że powtórzyłoby aktualnie decyzję o wejściu na ten rynek – mówi Katarzyna Soszka-Ogrodnik z Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej (AHK Polska).

Czy obecne sygnały o spowolnieniu za Odrą sugerują, że optymizm zadeklarowany pod koniec minionego roku przez polskie firmy był wielką pomyłką? Niekoniecznie. – Niemiecka gospodarka cierpi z powodu słabości sektora eksportowego, natomiast jej popyt wewnętrzny pozostaje dość silny, prowadząc do stabilnego popytu na produkty finalne dla konsumentów, których Polska jest ważnym europejskim dostawcą. Mimo niższych prognoz wzrostu dla Niemiec, popyt tego kraju na polskie towary pozostaje mocny. Dane handlowe z lat 2008-2010 pokazują, że polskie firmy potrafią zwiększyć swój udział w rynkach strefy euro, a szczególnie u naszego zachodniego sąsiada, w czasie spowolnienia czy recesji w Europie. Takie okresowe wzrosty udziału Polski w niemieckim imporcie są widoczne zwłaszcza w handlu dobrami konsumenckimi: trwałymi i półtrwałymi. W okresach kiedy znaczenia nabiera pilnowanie wydatków, wiele firm może zainteresować się polską ofertą i w ramach cięcia kosztów wybrać polskich dostawców – podkreśla Piotr Bielski, szef Departamentu Analiz Ekonomicznych Santander Bank Polska. Eksperci banku zwracają szczególną uwagę na rolę polskiego sektora automotive: w 2018 r. polski udział w niemieckim rynku pojazdów o przeznaczeniu przemysłowym, który zwykle wynosił 2-3%, zwiększył się czterokrotnie.

Zalety biznesu za Odrą

Niemcy są dla polskiej gospodarki najbardziej znaczącym rynkiem zbytu, bo trafia tam 28,2% całego krajowego eksportu. W 2017 r. było to 27,5%. Dla porównania, drugi najważniejszy rynek zbytu (Czechy) odpowiadał w minionym roku za „tylko” 6,4%. – Działalność w Niemczech ułatwiają uwarunkowania instytucjonalne i polityka gospodarcza tego kraju. Wśród nich wskazać można m.in. na przychylność administracji publicznej we współpracy z przedsiębiorcami, przewidywalność prawa regulującego obrót gospodarczy oraz dostęp do środków pomocowych – podkreśla przedstawicielka Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej (AHK Polska). – Niemcy są naturalnym kierunkiem ekspansji dla polskich firm, chociażby ze względu na bliskość geograficzną czy wielkość i chłonność rynku. Przedsiębiorców za Odrę przyciąga także jakość infrastruktury, dyscyplina płatnicza i przewidywalność polityki gospodarczej – dodaje Robert Trawiński, menedżer międzynarodowej bankowości korporacyjnej Santander Bank Polska.

Instytucje wspierające eksport nie zmieniają nastawienia do Niemiec

Impet polskiej ekspansji na niemieckim rynku to także zasługa instytucji wspierających eksport. Cały czas oferują one mnóstwo ułatwień, narzędzi oraz usług skierowanych do przedsiębiorstw działających właśnie na tym rynku. Santander Bank Polska regularnie organizuje w ramach swojego Programu Rozwoju Eksportu misje handlowe i spotkania poświęcone rynkowi za Odrą. Dzięki współpracy z Santander Deutschland ma też w ofercie specjalne produkty, oferowane wyłącznie firmom eksportującym do Niemiec. Przykładem jest bezregresowe finansowanie wierzytelności eksportowych. Cały pakiet interesujących projektów eksporterzy mogą znaleźć także w ofercie Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej (AHK Polska).

Dywergencja Polska-Niemcy: czy może trwać?

Piotr Bielski, dyrektor Departamentu Analiz Ekonomicznych Santander Bank Polska
Piotr Bielski, dyrektor Departamentu Analiz Ekonomicznych Santander Bank Polska

Piotr Bielski, Szef Departamentu Analiz Ekonomicznych Santander Bank Polska:

Ścieżki dynamiki polskiej i niemieckiej produkcji oraz eksportu wyraźnie się rozeszły. Luka we wzroście produkcji osiągnęła historycznie duże rozmiary. Zwykle korelacja jest wysoka ze względu na silne powiązania handlowe, które sprawiają, że oba kraje mają zbliżone cykle koniunkturalne. Niemcy to bowiem główny odbiorca polskich towarów, ale i dostawca naszego kraju. Polska przyjmuje z kolei 4% niemieckiego eksportu i jest czwartym największym dostawcą na tym rynku. Jednakże wskaźniki aktywności ekonomicznej obu krajów mogą się czasami rozejść, tak jak obecnie. W 2012-2013 dynamika polskiego eksportu uniknęła wyhamowania przez spowolnienie w Niemczech (i strefie euro) dzięki ukierunkowaniu się bardziej na kraje regionu i wschodnich sąsiadów. Przełożyło się to też na szybszy wzrost produkcji niż w Niemczech. Tym razem powodem rozejścia się ścieżek jest raczej najwyraźniej siła polskiego popytu wewnętrznego, niż dywersyfikacja w handlu (ta również działa, ale na mniejszą skalę). W 2018 r. po raz pierwszy od wielu lat doszło do spadku relacji wartości eksportu do produkcji, co sygnalizuje rosnące znaczenie rynku krajowego względem popytu zewnętrznego. Co więcej, krajowa część książki zamówień polskiego przemysłu rośnie szybciej niż zamówienia z zagranicy. Dane GUS pokazują, że tempo wzrostu łącznej wartości nowych zamówień przewyższa wzrost składnika opisującego zamówienia nie-krajowe. W marcu br. wystąpiła najwyższa w historii różnica między wskaźnikami ESI, opisującymi zamówienia w przemyśle ogółem i same zamówienia eksportowe. Luka w aktywności gospodarczej między Polską a Niemcami może się zatem utrzymać przez kolejny rok za sprawą silnego popytu krajowego, który wspierany będzie pakietem fiskalnym, ewentualnie luka zacznie się kurczyć dzięki odbiciu w Niemczech.

20+, 40+, 60+ – Co wiemy o pokoleniach Polaków w sieci? – Raport Gemius

Internetowa rewolucja, która dokonała się na naszych oczach w ciągu ostatnich 20 lat, wpłynęła na nasze przyzwyczajenia i styl życia w sposób fundamentalny. Z okazji 20-lecia istnienia firmy Gemius chcemy przyjrzeć się temu, jak wygląda konsumpcja internetu wśród trzech pokoleń Polaków: 20-latków, 40-latków oraz 60-latków. Gdzie możemy znaleźć podobieństwa a gdzie różnice w sposobie korzystania z tego medium?

40-latkowie grupą, która spędza w sieci najwięcej czasu

Według kwietniowych danych z badania Gemius/PBI, biorąc pod uwagę trzy pokolenia: 20+, 40+ oraz 60+, w sieci najliczniej reprezentowani są użytkownicy w wieku 40-49 lat. Stanowią oni 18,5% wszystkich internautów, generują także najwięcej odsłon (19,8%) oraz spędzają online najwięcej czasu (20,2%). Drugą najaktywniejszą grupą okazali się 20-latkowie, osiągający w powyższych kategoriach wyniki na poziomie ok. 17% (stanowią grupę 17% użytkowników sieci, generują 17,3% odsłon i spędzają online 17,5% czasu). Na miejscu trzecim – co nie jest zaskoczeniem – uplasowali się seniorzy, czyli użytkownicy w wieku 60+. Stanowią oni grupę 10,7% internautów, którzy generują 11% wszystkich odsłon i spędzają w sieci prawie dwa razy mniej czasu niż 40-latkowie – 10,7%.40-latkowie grupą, która spędza w sieci najwięcej czasu

W sieci finanse przyciągają najstarszych, komunikatory – najmłodszych

Analizując zasięg poszczególnych kategorii stron dla trzech pokoleń internautów, w większości przypadków widać, że wszyscy spędzają czas w sieci na podobnych kategoriach witryn. W TOP 3 znajdziemy kolejno wyszukiwarki stron (98%), serwisy społecznościowe (90-93%) i serwisy pocztowe (84-85%). Co ciekawe, strony i aplikacje banków mają największy zasięg w grupie 60-69 – aż 81% internautów w tym wieku korzysta z bankowości internetowej. Im młodsza grupa, tym zasięg ten jest mniejszy: dla 40-49 jest to 78%, a w grupie 20-29 już tylko 73% internautów korzysta z bankowości online – ta różnica względem najstarszych wynosi ponad 7 punktów procentowych.

Między pokoleniami polskich internautów wyraźnie kształtują się również różnice dotyczące korzystania z komunikatorów. Jest to w większym stopniu domena młodszych – zasięg komunikatorów online w grupie 20-29 sięga 76%, a potem kolejno maleje: 74% w grupie 40-49 i 71% w grupie 60-69.W sieci finanse przyciągają najstarszych, komunikatory – najmłodszych

Mapy i lokalizatory to domena młodszych

Z danych z badania Gemius/PBI wynika, że z aplikacji i witryn w kategorii „Mapy i lokalizatory” najczęściej korzysta pokolenie 20-29. Wśród 3,7 mln użytkowników w tym przedziale wiekowym średni miesięczny czas korzystania to 24 minuty. Spośród trzech pokoleń, najliczniejszą grupę stanowią użytkownicy w wieku 40-49 (4 mln), którzy na takich stronach i aplikacjach spędzają miesięcznie niewiele mniej czasu – średnio 22 minuty. Z kolei w najstarszym pokoleniu liczba użytkowników jest najmniejsza – 2,2 mln, a z map i lokalizatorów korzystają  w miesiącu średnio o 8 minut krócej niż grupa 40-49 – 16 min. Użytkownicy w wieku 60-69 lat spędzają też jednorazowo mniej czasu w tego rodzaju aplikacjach: 1,23 min, podczas gdy młodsze pokolenia średnio o 20 sekund więcej: w grupie 40-49 jest to 1 min 43 s., a 20-29 – 1 min 41 s.Mapy i lokalizatory to domena młodszych

20 lat firmy Gemius

Firma Gemius swoją działalność rozpoczęła w roku 1999 jako Global eMarketing. Cztery lata później zmieniła swoją nazwę na Gemius. W tym samym roku (2003) firma opracowała przełomową metodę badania internetu, która pozwala oszacować rzeczywistą liczbę użytkowników (Real Users) odwiedzających dane witryny oraz określić ich profil społeczno-demograficzny. Rok później Gemius rozpoczął trwającą do dziś współpracę z PBI, a w 2005 roku po raz pierwszy zostały opublikowane dane z badania Megapanel PBI/Gemius (dzisiaj znanego jako badanie Gemius/PBI). Badanie to stało się impulsem rozwoju polskiego internetu i do dziś służy reklamodawcom, agencjom reklamowym i domom mediowym do szacowania potencjału reklamowego stron WWW i planowania kampanii marketingowej online.

Od 2005 Gemius rozpoczął międzynarodową ekspansję, która do dziś obejmuje 25 krajów w Europie i na Bliskim Wschodzie. Firma sukcesywnie tworzyła także nowe narzędzia analityczne: w 2003 powstał gemiusDirrectEffect (narzędzie do pomiaru skuteczności kampanii online), w 2004 AdOcean (adserwer do kompleksowego zarządzania powierzchnią reklamową), w 2012 gemiusPrism (pomaga w analizowaniu zbiorów big data), w 2016 gemiusAdReal (monitoruje aktywność reklamową konkurencji w internecie i telewizji), a w 2018 gemiusPostBuy (cross-mediowo analizuje kampanię post-buy w oparciu o dane jednoźródłowe). Gemius został nagrodzony trzema statuetkami IAB Research Awards w kategorii Audience measurement w latach 2015, 2016 i 2017. W tegorocznej edycji konkursu jest nominowany w aż kategoriach.

Agenci wpływu w polityce, biznesie i marketingu

Agenci wpływu w polityce

Agenci wpływu w polityceDziś nikt nie ma wątpliwości, że bez względu na to, jak bardzo zaawansowane są środki techniczne i radioelektroniczne używane przez służby specjalne, nigdy nie zdołają one zastąpić tej jedynej w swoim rodzaju broni w walce o dominację w różnych obszarach światowego porządku w postaci tajnych agentów. Wszystkie światowe agencje wywiadowcze duże znaczenie przywiązują do pracy ze szczególnym rodzajem tajnych agentów, do pracy za pośrednictwem tzw. agentury wpływu, która w profesjonalnym slangu nazywana jest również źródłami specjalnie chronionymi. Agenci wpływu są najważniejszym instrumentem w realizacji zadań operacyjnych. Są „złotym” funduszem źródeł osobowych służb specjalnych każdego państwa.

Termin „agent wpływu” pojawił się całkiem niedawno i natychmiast stał się bardzo popularny. Jednak określana tym mianem kategoria specyficznej i szczególnie utajnionej agentury znana jest od tysięcy lat. W zależności od epoki, w której funkcjonowały osoby określane tym terminem, a także w zależności od kraju, z którego pochodziły, nazywano je w różny sposób. Zawsze jednak osoby te wyróżniały się pewnymi szczególnymi cechami, które odróżniały je od innych kategorii agentów. Były to głównie osoby szlachetnie urodzone, o wybitnych zdolnościach i atrakcyjnym wyglądzie. Osoby te, po starannym przygotowaniu pod wiarygodną „legendą”, były wysyłane do sąsiednich społeczności, plemion, państw z zadaniem zajęcia ważnych stanowisk w strukturach władzy potencjalnego przeciwnika, celem wpływania na jego zamiary i decyzje.

W terminologii amerykańskich służb specjalnych termin „agent wpływu” definiowany jest jako: „osoba, która może być używana do potajemnego wpływania na przedstawicieli obcych państw, organy kształtowania opinii publicznej, inne organizacje i wpływowe środowiska, aby przyczynić się do osiągnięcia celów rządu swojego kraju, lub osoba posiadająca możliwości do podejmowania konkretnych działań mających na celu wsparcie polityki zagranicznej swego państwa”.

W terminologii rosyjskich służb specjalnych, „agent wpływu” to: „pozyskany (zwerbowany) i przeszkolony przez służby specjalne, w zakresie prowadzenia działalności szpiegowskiej agent, zajmujący wysoką pozycję społeczną, który w ramach swojego oficjalnego stanowiska posiada możliwość, celowego, świadomego i niejawnego wpływania na ideologię, politykę, przebieg określonych wydarzeń, a także na działania aktywnej części społeczeństwa lub określonej grupy społecznej, na media, partie lub organizacje, przydatne z wywiadowczego punktu widzenia, lub który ma możliwość współdziałania z wywiadem w zakresie kształtowania pożądanych dla wywiadu opinii na konkretny temat”.

Współcześnie agentura wpływu z reguły nie jest lokowana lub werbowana w klasycznym rozumieniu tego słowa, ale jest cierpliwie i dyskretnie pozyskiwana lub z wielką starannością „wychowywana”. W zależności od okoliczności trwa to od kilku miesięcy do kilku lat. Wybór agentów i przebieg samych operacji wpływu realizowane są w ścisłej tajemnicy, pod ścisłym nadzorem służb specjalnych. Ostateczny cel takich operacji często jest ukrywany przed samym agentem wpływu (obiektem zainteresowania operacyjnego). W żargonie operacyjnym działania takie nazywane są „wykorzystaniem w ciemno”.

Finansowanie operacji wpływu realizowane jest w jeszcze bardziej zakonspirowany sposób. W tym celu wykorzystuje się m.in. oficjalny udział agenta wpływu w różnego rodzaju międzynarodowych konferencjach, podczas których przeprowadza płatne wykłady, członkostwo w fundacjach, towarzystwach przyjaźni, międzynarodowych stowarzyszeniach zawodowych, a także przyznanie oficjalnych nagród za działalność na rzecz pokoju, rozwoju stosunków bilateralnych itp.

Z pomocą agentów wpływu można tworzyć nie tylko politykę w ich własnych krajach, ale także wpływać na procesy geopolityczne – w końcu kraje te mają sojuszników, którzy słuchają ich opinii. Wreszcie, zarówno określone kraje, jak i ich sojusznicy mają głos w ONZ, a to już jest cały chór, którym de facto dyryguje służba specjalna kraju będącego mocodawcą agentów wpływu.

Kto może być „specjalnie chronionym źródłem”? Z kogo tworzy się aparat agentury wpływu? Na pierwszy rzut oka odpowiedź wydaje się prosta i jasna – z najbliższego otoczenia najwyższych urzędników państwowych, czyli z ich doradców, ministrów, polityków, działaczy państwowych i społecznych, słowem z ludzi na najwyższych szczeblach hierarchii państwowej, z których zdaniem liczą się premier i prezydent. Ta prostota jest jednak iluzoryczna, ponieważ zwykle mijają lata, zanim kandydat na agenta wpływu stanie się naprawdę cenny dla tej lub innej służby specjalnej.

Termin „agent wpływu” jest często używany do opisu zarówno osób fizycznych, jak i całych organizacji zaangażowanych w operacje wywierania wpływu. Jako agenci wpływu mogą być wykorzystywane organizacje o zasięgu krajowym lub międzynarodowym. Amerykańskie służby uważają, że przykładami takich organizacji działających na korzyść ZSRR w czasie zimnej wojny było wiele tzw. grup „pokojowych”, takich jak: Chrześcijańska Konferencja Pokojowa, Międzynarodowy Instytut Pokoju, Światowa Rada Pokoju, a także Światowa Federacja Związków Zawodowych. Jednostki bardzo często przystępują do takich organizacji w dobrej wierze, ale ich przynależność podlega pełnej infiltracji, a łącznie organizacja służy jako agent wpływu, reprezentując interesy zagranicznych elit.

Agenci wpływu w biznesie

Agenci wpływu w biznesie

Jak się okazuje, idea agentury wpływu z powodzeniem została przeniesiona do działalności gospodarczej i szeroko rozumianego biznesu. Przy czym możemy w tym wypadku mówić o przynajmniej dwóch rodzajach agentów wpływu działających na tym polu.

Pierwszy rodzaj, który można określić mianem korporacyjnego agenta wpływu, w zasadzie nie różni się od scharakteryzowanych wyżej agentów wpływu działających na rzecz konkretnych państw i ich służb specjalnych. Natomiast w nieco innym znaczeniu pojęcie „agent wpływu” wykorzystane jest w jednym z rodzajów działalności biznesowej, jakim jest marketing. Chociaż i tutaj istotna jest zasadnicza cecha, właściwa dla agentury wpływu z wielkiej polityki, tzn. możliwość wpływania na ludzi i ich postępowanie.

Korporacyjni agenci wpływu. Duże korporacje o zasięgu międzynarodowym działające w wielu krajach niekoniecznie sprzyjających państwu, z którego się wywodzą, aktywnie korzystają z bogatego doświadczenia agentów wpływu nie tylko dla uzyskania uprzywilejowanej pozycji na rynku, ale często również w celu wspierania interesów gospodarczych i politycznych swego kraju. Na pierwszym etapie z reguły korporacje te aktywnie wspierają, a nawet tworzą i finansują różnego rodzaju fundacje charytatywne i stowarzyszenia pomocy. W ten sposób jednocześnie realizują dwa cele: zyskują uznanie w społeczeństwie za pomoc w rozwiązywaniu istotnych problemów społecznych, a zarazem uzyskują dostęp do osób i instytucji ważnych z punktu widzenia ich działalności biznesowej. Fundusze, kluby dyskusyjne, komitety wsparcia określonych przedsięwzięć w pierwszym rzędzie orientują się na lobbowanie interesów samej korporacji. Agentów wpływu wykorzystuje się w celu ukazania aktywnego oddziaływania na struktury władzy państwowej i lokalnej, a także na różne kategorie grup społecznych. Ma to służyć budowie atmosfery sprzyjającej działalności korporacji i neutralizacji niekorzystnych dla niej czynników w danym środowisku.

Jednak najczęściej agentura wpływu zagranicznych korporacji powstaje poprzez tworzenie ich oddziałów w kraju kolejnej ekspansji lub wspólnych przedsięwzięć gospodarczych, których przeważająca większość pracowników, w tym kadra kierownicza wyższego szczebla, jest obywatelami kraju przyjmującego. Pracownicy ci, pracując w spółce joint venture lub w krajowym oddziale firmy zagranicznej, zyskują swego rodzaju „podwójne obywatelstwo”, ponieważ ich dobrobyt materialny zależy od dobrobytu macierzystej, zagranicznej spółki. Dlatego też, chcąc nie chcąc, ze względu na własne korzyści ekonomiczne, osoby te mają tendencję do faworyzowania interesów „ich” korporacji. W ten sposób w sytuacjach konfliktu sumienia, mając do wyboru dobro swojej ojczyzny lub własne dobro, najczęściej wybierają to drugie.

Podsumowując ten rodzaj działalności korporacyjnych agentów wpływu, można stwierdzić, że ze swojej istoty nie różni się on od działalności agentów wpływu kontrolowanych przez służby specjalne obcych państw w sferze polityki czy gospodarki. Różnice natomiast dotyczą dwóch istotnych kwestii, którymi są zleceniodawca i rodzaj realizowanych zadań. Korporacyjnemu agentowi wpływu zadania zlecają władze korporacji (najczęściej poprzez swoich przedstawicieli ds. bezpieczeństwa), a same zadania dotyczą przede wszystkim stworzenia warunków do bezproblemowej ekspansji firmy na rynku danego państwa. W tym celu korporacyjny agent wpływu „urabia” urzędników odpowiedzialnych za przyznanie korporacji określonych przywilejów, dba o pozytywny image firmy, przygotowuje „grunt” dla zdobycia intratnych kontraktów itp.

Równolegle w biznesie funkcjonuje jednak nieco inne pojęcie agenta wpływu, które odbiega od przedstawionego wyżej. Pojęcie to wiąże się ściśle z efektywnością działania firm na rynku i pojawiło się wraz z rozwojem sieci społecznościowych.

Agenci wpływu w marketingu

pracownik idealnyWspółczesny człowiek widzi codziennie od 4 do 10 tys. informacji reklamowych dziennie m.in. na ulicy, w smartfonie, w telewizji, radiu, w czasopismach. Aby przebić się przez ten nawał zachęt typu „kup właśnie teraz”, reklamy muszą być nie tylko oryginalne. Trzeba jeszcze wybrać tzw. częstotliwość, na której ta oryginalność zostanie zauważona. Ludzie coraz częściej blokują banery reklamowe – specjalne programy blokujące stosuje od 27 do 40% odbiorców Internetu na całym świecie. A często, jeśli reklam nie blokuje technologia, to blokuje je mózg. Można powiedzieć, że mamy wówczas do czynienia z tzw. reklamową ślepotą.

Rzeczywiście, większość z nas prawie nie zauważa reklam, jednak w dalszym ciągu dostrzegamy ludzi. Szczególnie tych, których znamy i których darzymy sympatią. Człowieka znanego nam z sieci społecznościowych często postrzegamy jako dobrego znajomego, przyjaciela i przyjmujemy jego rekomendacje.

Marketing realizowany przez agentów wpływu (influencerów, liderów opinii) okazuje się jednym z najbardziej niezawodnych kanałów reklamy. W 2017 r. firmy poświęciły na pracę z liderami opinii na samym tylko Instagramie 570 mln USD, a w 2018 r. było to już 1,6 mld USD. Do 2020 r. nakłady na ten rodzaj marketingu mogą wzrosnąć do 10 mld USD w skali globalnej.

Agent wpływu, influencer, lider opinii

To osoba, która wpływa na kształtowanie opinii swojego audytorium na temat określonych rzeczy, spraw, idei itp. Dla tegoż audytorium ogromne znaczenie ma to, jak influencer odnosi się do konkretnych kwestii, o jakich sprawach myśli poważnie, a które bagatelizuje. Liderzy opinii w sieciach społecznościowych wykorzystują swoją uprzywilejowaną pozycję, jako sposób rozpowszechniania informacji reklamowych pod postacią własnych wrażeń. Najczęściej liderzy opinii występują na Instagramie. Są to znani artyści, blogerzy, fotografowie itp.

Istota marketingu wpływu

Marketing wpływu to sposób promowania towarów i usług przez ludzi znanych ich potencjalnym nabywcom np. poprzez: gwiazdy ekranu i estrady, blogerów, znane w wąskich kręgach osobistości. Najważniejsze jest, aby osoby te miały swoją publiczność (audytorium), dla której są autorytetem. W ramach tego marketingu agenci wpływu zajmują się ukrytą promocją towarów, usług, firm lub marek towarowych wśród swojego audytorium. Jednak publikowane przez nich informacje nie zawierają prymitywnego spamu. Pojawiają się w dyskretny sposób i w ukrytej formie. Główna różnica tego rodzaju usług od innych polega na swobodnej dyskusji, jaką ukryty reklamodawca prowadzi z potencjalnymi i aktywnymi konsumentami. Marketing wpływu (skryty marketing) ma szereg przewag nad innymi usługami SMM (Social Media Marketing)[1].

Aby marketing wpływu oddziaływał na potencjalnych nabywców, należy przestrzegać tzw. prawa 3R (Reach, Resonance, Relevance):

  • zasięg (ang. reach) – sposobność do przekazania określonej informacji grupie docelowej;
  • rezonans, oddźwięk (ang. resonance) – możliwość wpływania na potencjalnych klientów w określony sposób;
  • stosowność (ang. relevance) – siła związku pomiędzy agentem wpływu i jego audytorium (publicznością).

Marketing wpływu może być efektywny tylko w przypadku, jeżeli konkretna publiczność uważa danego lidera opinii za autorytet i ma zaufanie do jego punktu widzenia. Zdanie człowieka, którego znasz i szanujesz, zawsze było ważniejsze od opinii wyrażanych w telewizji.

Po raz pierwszy o fenomenie dwustopniowego strumienia informacji, który leży u podstaw marketingu wpływu, usłyszano w połowie XX wieku w USA, w związku z wyborami politycznymi. Socjologowie zaczęli badać, w jaki sposób opinia jednego wyborcy wpływa na decyzję drugiego. Psychologia wpływu szybko stała się jednym z częściej zgłębianych tematów w socjologii. Pierwsza książka na ten temat napisana przez Paula Lazarsfelda, Bernarda Berelsona i Hazel Gaudet pod nazwą „Wybór narodu” ukazała się w 1944 r. Wnioski tych badaczy okazały się bardzo przydatne nie tylko politykom, ale również marketingowcom. Okazało się, że zasady politycznej reklamy i promocji towarów są sobie bardzo bliskie.

Nowa era w rozwoju marketingu wpływu rozpoczęła się w drugiej połowie pierwszego dziesięciolecia XXI wieku w związku z rozwojem sieci socjalnych w Internecie. Socjolog Malcolm Gladwell przewidział ten rozwój już w 2000 r., w swojej książce „Moment przełomu”, w której wyjaśniał, dlaczego niektóre produkty zawojowują cały świat jak wirusy, a inne nie.

Gladwell wyróżnił trzy typy ludzi niezbędnych do tego, aby określona idea mogła się szybko rozprzestrzeniać. Nazwał ich kolejno:

  • Sumator (ang. combiner) – człowiek, który posiada setki i tysiące znajomych, a także ludzi, z którymi choćby raz się spotkał;
  • Ekspert (ang. expert) – człowiek, który gromadzi informacje i aktywnie się nimi dzieli;
  • Sprzedawca (ang. seller) – człowiek, który przekonuje nawet tych, którzy nieszczególnie chcą wierzyć.

Gladwell twierdził, że do tego, aby idea rozprzestrzeniała się jak wirusy, potrzebni są ludzie ww. trzech typów. Jednak praktyka pokazuje, że wystarczy jeden człowiek skupiający w sobie wymienione cechy. Takim człowiekiem jest właśnie agent wpływu – influencer. Posiada mnóstwo znajomych, jego opinia traktowana jest jako ekspercka i faktycznie sam sprzedaje towary, testując je na sobie, czym zyskuje zaufanie.

Marketing wpływu (ukryty marketing) realizowany jest za pomocą forów internetowych prowadzonych przez agentów wpływu:

  • osoby realne o znanych i wpływowych nazwiskach, popularnych blogerów – posiadacze własnych kont w sieciach, których strony liczą setki i tysiące odwiedzających. Blogerzy prowadzą działalność w blogosferze pod własnymi nazwiskami i we własnym imieniu;
  • osoby stworzone przez firmy z wymyślonymi danymi osobowymi i historiami życiowymi. W ich imieniu prowadzone są dyskusje w sieciach społecznościowych.

Jak wynika z powyższego, sam agent wpływu nie musi być realnym człowiekiem. Wirtualna modelka Miguela Sousa ma już ponad 1,5 mln polubień i współpracuje ze znanymi markami modowymi.

Agencje zajmujące się kreowaniem wirtualnych agentów wpływu wypracowały swego rodzaju procedury ich tworzenia i wykorzystywania. Dla każdego projektu marketingowego zaleca się stworzyć kilku agentów wpływu. Tym wirtualnym osobom należy przygotować stosowną legendę obejmującą indywidualną historię życia, charakter, sposób bycia i historię współpracy z określoną marką. Na kilka tygodni przed startem projektu agentów należy zarejestrować w sieciach społecznościowych. Każdemu przypisuje się własny adres poczty internetowej i adres IP. Ważne jest, aby „osoby” te nie zostały stworzone jednego dnia, ponieważ wiele platform obok komentarzy użytkowników zamieszcza daty ich rejestracji. Posiadanie wieloletniej rejestracji na danym forum daje jego użytkownikowi status „staruszka”, co powoduje, że jego rady będą cieszyć się większym uznaniem i nie będą wzbudzać podejrzeń. Agencje, które od wielu lat pracują w dziedzinie SMM, mają często własną bazę kont zarejestrowanych „osób” we wszystkich sieciach społecznościowych, a także na licznych forach o różnorodnej tematyce. Jeżeli w trakcie realizacji określonego projektu promocyjnego potrzebni są dodatkowi agenci wpływu, agencje te wykupują starsze domeny u różnych użytkowników platform. Konto każdej osoby powinno być zgodne z osobistym profilem grupy docelowej (wiek, płeć, poziom życia itp.) i odpowiadać postawionym zadaniom.

Agentów wpływu – influencerów w sieciach socjalnych specjaliści dzielą na cztery rodzaje:

  • megainfluencer – posiada publiczność (audytorium) powyżej 1 mln ludzi. Należą do nich gwiazdy, uczeni, politycy, biznesmeni. Jego audytorium, z którym nie posiada bliższych kontaktów, jest liczne, ale zróżnicowane. Koszty reklamy z wykorzystaniem takich agentów wpływu są ogromne. Dla przykładu amerykańska modelka i celebrytka Kylie Jenner za jeden post na Instagramie otrzymuje 1 mln USD;
  • makroinfluencer – od 100 tys. do 1 mln obserwujących. Ten rodzaj influencera zwykle zdobywa popularność dzięki prowadzeniu blogów. Ich audytorium jest bardziej jednorodne, dzięki czemu łatwiej jest pod niego przygotować określone treści. Koszty ich wykorzystania są również mniejsze;
  • mikroinfluencer – od 10 do 100 tys. obserwujących, z którymi agent wpływu utrzymuje stosunkowo bliskie kontakty. Dokładność trafienia z promocją do właściwego audytorium (grupy docelowej) jest znacznie wyższa – reklama jest ok. 7 razy efektywniejsza niż w przypadku makroinfluencerów;
  • nanoinfluencer – do 10 tys. obserwujących. Influencer utrzymuje z nimi bliskie związki, Często lider opinii i osoby obserwujące jego wpisy znają się osobiście, w związku z czym zaufanie w tej grupie jest maksymalnie wysokie. Kampanie reklamowe z wykorzystaniem tego typu agentów wpływu są 10 razy efektywniejsze niż te organizowane z pomocą mikroinfluencerów. Ich publikacje (posty) to koszt ok. kilkuset USD.

Specjaliści od marketingu wpływu twierdzą, że aby poziom zaufania do danej strony rósł, agent wpływu powinien prowadzić dyskusje nie tylko na tzw. docelowej linii promocyjnej, ale również w ramach innych tematów realizowanych na danej platformie. Dopiero kiedy zbudowany zostanie autorytet użytkownika, a platforma oczyszczona z negatywnej informacji (o promowanym produkcie), można przystąpić do zamieszczania wiadomości reklamowych. Informację należy podawać w sposób maksymalnie realistyczny i wykorzystywać tzw. kotwice uwagi – specjalne symbole, słowa, techniki formatowania, które przyciągają uwagę czytającego w reżimie „skanowania” tekstu. Przyciąga to niezauważalnie dla czytającego jego uwagę do promowanego obiektu i jego cech pozytywnych. Ukryty marketing i promocja w sieciach społecznościowych potrafią nie tylko wpływać na opinię potencjalnych odbiorców o promowanym obiekcie, ale również ją kształtować.

A co robić, jak się nie uda? W pracy agenta wpływu w dziedzinie marketingu istnieje niemałe ryzyko bycia rozpoznanym. Cały proces stworzenia i wykorzystania agenta wpływu (tego wirtualnego) wymaga dłuższego czasu na jego przygotowanie, uzyskania nawyków anonimowego surfowania i rozumienia specyfiki pracy w przestrzeni społecznościowej. Nieobecność jednego z powyższych kryteriów powoduje obniżenie pozycji reklamowanego produktu na rynku, co skutkuje odejściem potencjalnego nabywcy do konkurencji.

Źródła:

  1. Rudenkina, A. Kerimov, Foreign agent of influence as a society management actor: methodological aspect, Management Issues/Voprosy Upravleniâ. 2016, Issue 6, p1-13. 13p

Agent of influence, From Infogalactic: the planetary knowledge core https://infogalactic.com/info/Agent_of_influence

https://alego.digital/smm/agent_vliyaniya/

https://l-a-b-a.com/blog/show/352

Autor:

radca prawny Robert Nogacki, Krzysztof Surdyk, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

[1] SMO (Social Media Optimization) i SMM (Social Media Marketing). SMO to to zbiór działań mających na celu promocję strony www przy wykorzystaniu mediów społecznościowych. W przypadku SMM internauci trafiają na interesujące ich treści dzięki poleceniu przez inne osoby. SMO i SMM stanowią ważny element strategii promocji produktów i usług.

 

Grupa OLX inwestuje w Kiwi Jobs

Kiwi Jobs, dynamicznie rozwijający się polski startup, oferujący aplikację do szukania pracy, która koncentruje się na segmencie pracowników blue collar, pozyskał nowego inwestora strategicznego – Grupę OLX, należącą do południowoafrykańskiej grupy medialno-technologicznej Naspers.

Od początku zespół Kiwi Jobs obrał sobie za cel usprawnienie procesu rekrutacji i poszukiwania pracy. Kiwi Jobs rozwiązuje problemy poszukujących pracy w segmencie blue collar takie jak np. brak podstawowych informacji w ogłoszeniu (typ umowy, wynagrodzenie, szczegółowa lokalizacja) czy brak informacji zwrotnej oraz problemy pracodawców takie jak np. duża ilość niedopasowanych aplikacji czy fakt, że 70-80 proc. kandydatów nie pojawia się na rozmowie kwalifikacyjnej. Kiwi Jobs kładzie duży nacisk na lokalność ofert pracy (sprawdzone oferty w bliskiej okolicy), transparentność (jawność wynagrodzenia czy typu umowy) i szybkość procesu rekrutacji (gwarantowana odpowiedź od pracodawcy w ciągu 48 godzin). Obecnie Kiwi Jobs działa wyłącznie w Warszawie, ale już niedługo pojawi się kolejnych dużych miastach Polski, w pierwszej kolejności we Wrocławiu i Krakowie.

Zdecydowaliśmy się na Grupę OLX jako inwestora strategicznego, bo mamy przekonanie, że zyskujemy partnera, który wierzy i będzie wspierał nas w realizacji naszej wizji. Równocześnie jednak pozwoli nam działać dalej niezależnie, zachowując nasz charakter oraz szybkość i elastyczność działania. Przygotowując się do transakcji mieliśmy okazję poznać bliżej zespół i kulturę firmy, co tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że Grupa OLX jest najlepszym wyborem, a za jej sukcesem, podobnie jak sukcesem Kiwi Jobs, stoi świetny zespół, a dodatkowo wieloletnie doświadczenie”tłumaczy Katarzyna Godlewska założycielka i CEO Kiwi Jobs.

Grupa OLX Sp. z o.o. jest operatorem serwisów ogłoszeniowych OLX, Otomoto, Otodom i Fixly. Docierają one do ponad 15 mln użytkowników internetu. Serwis ogłoszeniowy pod marką OLX działa w Polsce od 14 kwietnia 2014 roku. W kategorii Praca dziennie szuka w nim zatrudnienia 300 tys. unikalnych użytkowników (dane PBI Gemius za kwiecień 2019).Widząc olbrzymi potencjał rozwoju Kiwi Jobs, zwłaszcza w czasach wymagającego, polskiego rynku pracy, Grupa OLX planuje wspólnie z twórcami startupu wzmocnić pozycję na rynku ogłoszeń o pracę w segmencie blue collar.

„Bezrobocie w Polsce wynosi dziś 5,9 proc., jest najniższe od 1989 roku. Rynek pracy rośnie bardzo dynamicznie, zmieniają się też potrzeby pracowników, którzy stawiają na transparentność procesu rekrutacyjnego i czas, w jakim się od odbywa. Z drugiej strony aż 60 proc. firm boryka się z problemem zatrudniania pracowników. Grupa OLX widzi ogromny potencjał tego rynku, a inwestycja w Kiwi Jobs wpisuje się w naszą długofalową wizję budowania ekosystemu produktów, które odpowiadają na różne potrzeby rekrutacyjne naszych klientów. Jesteśmy przekonani, że połączenie sił pozwoli nam wzmocnić naszą pozycję na rynku poszukiwania pracy i pomoże w dotarciu do nowej grupy użytkowników” – mówi Marcin Urbańczyk, General Manager Grupy OLX w Polsce.

Istotną przewagą, którą Kiwi Jobs posiada nad konkurencją, jest doświadczenie
i zaangażowanie twórców aplikacji, którzy przez lata tworzyli grupę Absolvent, jednego
z liderów rynku ogłoszeń o pracę w Polsce. Był to jeden z kluczowych aspektów, który wpłynął na zainteresowanie Grupy OLX polskim startupem.

Zespół Kiwi Jobs bardzo dobrze identyfikuje potrzeby rynku i w sprawny sposób wdraża rozwiązania w produkcie, który jest bardzo dobrze oceniany zarówno przez poszukujących pracy jak i pracodawców. Od pierwszej rozmowy z Katarzyną Godlewską, założycielką Kiwi Jobs, spodobał nam się cel, który obrała, czyli usprawnienie procesu rekrutacji i poszukiwania pracy na rynku blue collar. Wierzę, że wspierając już bardzo silny kompetencyjnie i zgrany zespół Kiwi Jobs doświadczeniem
i zasobami Grupy OLX, pomożemy mu mocno przyspieszyć realizację tej wizji”
– dodaje Urbańczyk.

Kiwi Jobs powstało w ramach Grupy Absolvent, w której skład wchodzą takie marki jak Absolvent.pl, Absolvent Talent Days czy Absolvent Consulting. Jesienią 2017 w Grupę Absolvent zainwestował Nomad Management GmbH, którego głównym udziałowcem jest Krajowy Fundusz Kapitałowy.

„Zainwestowaliśmy jeszcze w momencie, kiedy produkt nie był dostępny dla użytkowników czy klientów. Przekonało nas do tego wieloletnie doświadczenie, wcześniejsze sukcesy i pasja Katarzyny Godlewskiej i Dominika Wieganda, którzy zbudowali Grupę Absolvent i opracowali wizję rozwoju Kiwi Jobs. Po sprzedaży naszych udziałów w Kiwi Jobs Grupie OLX skoncentrujemy się na wspieraniu rozwoju pozostałych marek Grupy Absolvent.”mówi Sławomir Szczotka, Prezes Zarządu Nomad Management GmbH.