Rosnące zapotrzebowanie na surowce oraz rozwój nowych technologii i źródeł energii sprawiają, że energetyka jest perspektywiczną branżą na rynku pracy. Eksperci ostrzegają jednak, że dostęp do wykwalifikowanej kadry inżynierów jest coraz trudniejszy. Poprawić zasoby kadrowe mają akcje edukacyjne, zresztą już prowadzone wśród najmłodszych, które mają zachęcać do nauk ścisłych.
– W tej chwili powstaje nieprawdopodobnie dużo nowych miejsc pracy w branżach związanych z naukami przyrodniczymi, niekoniecznie w nauce, ale właśnie przemyśle. Często brakuje jednak informacji na temat tego, jak fascynująca i ciekawa jest to praca oraz czym w ogóle jest dzisiaj praca inżyniera. A ta się diametralnie różni od pracy inżyniera sprzed 30 czy 40 lat – mówi Robert Firmhofer, dyrektor Centrum Nauki Kopernik.
Popularyzowanie wiedzy na temat energetyki, zwłaszcza na temat skroplonego gazu ziemnego (LNG), to zadanie, które postawiła przed sobą spółka Polskie LNG, odpowiedzialna za budowę terminalu LNG w Świnoujściu. Firma od dwóch lat współpracuje w tym zakresie z Centrum Nauki Kopernik, prowadząc różne akcje edukacyjne kierowane również do najmłodszych.
– Energetyka jest bardzo perspektywiczną dziedziną i jej znaczenie będzie rosło. Z kolei LNG będzie odgrywał coraz ważniejszą rolę w światowym miksie energetycznym – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Kryczka z Polskiego LNG. – Dlatego właśnie zależy nam na przekazywaniu wiedzy na temat rynku gazu, rynku LNG. Chcemy, by jak najwięcej Polaków dowiedziało się, czym tak naprawdę jest LNG, na czym polega regazyfikacja [zmiana gazu skroplonego w lotny – red.]. W końcu z gazem większość z nas spotyka się na co dzień. Warto zatem wiedzieć skąd on się bierze i jakie ma dodatkowe zastosowania.
– Część problemu związanego z brakiem zainteresowania naukami przyrodniczymi i ścisłymi wiąże się ze sposobem, w jaki uczymy przyrody i matematyki. Trochę uczymy ich jak religii, czyli tłumaczymy coś na wiarę, rzadko zaś pokazujemy jako dziedzinę, która pozwala na dużo twórczości i kreatywności. To jest coś, czemu można oczywiście zaradzać – mówi Robert Firmhofer.
Współpraca firm z instytucjami naukowymi pozwala młodym poznać potencjał nauk ścisłych, często poprzez praktykę.
Polskie LNG jest partnerem laboratorium fizycznego w Centrum Nauki Kopernik. Warszawskie laboratorium edukacyjne odwiedza rocznie około 10 tys. uczniów z całej Polski. Tam z bliska prezentowane są badania z wykorzystaniem profesjonalnych urządzeń pomiarowych. Zainteresowanie jest bardzo duże.
– W laboratorium zorganizowaliśmy specjalne pokazy, podczas których uczniowie mogli dowiedzieć się, na czym polega proces regazyfikacji. Mogą z bliska poznać procesy, które tam zachodzą. W ciągu 6 miesięcy w tych spotkaniach wzięło udział ponad 2 tys. osób. W zorganizowanych w tamtym roku wspólnie z Centrum Nauki Kopernik dniach „Fizyka na zimno” wzięło udział ponad 6 tys. osób. Uczestnicy dowiedzieli się, czym jest skroplony gaz ziemny – mówi Dariusz Kryczka.
– Najważniejszym eksperymentem, który wykonywaliśmy w laboratorium, było pokazanie, że gaz przy przejściu z fazy lotnej do ciekłej drastycznie zmniejsza swoją obecność – tłumaczy Jacek Błoniarz-Łuczak z Centrum Nauki Kopernik. – Eksperyment miał pokazać, jak istotna jest ta cecha z punktu widzenia dywersyfikacji dostaw gazu. Przykładowo jeden metanowiec wypełniony ciekłym gazem ziemnym potrafił przetransportować tyle tej substancji, że gdybyśmy ją z powrotem ulotnili, to potrzebnych do jej przewiezienia byłoby aż sześćset takich statków – wyjaśnia naukowiec.
Prognozy mówią, że znaczenie LNG w miksie energetycznym będzie coraz większe. Do tej pory na terenie Świnoujścia wybudowano dwa zbiorniki, które pozwolą przyjmować nawet do 5 mld metrów sześciennych gazu rocznie. Na początku kwietnia br. została podpisana umowa na opracowanie Studium Wykonalności w zakresie budowy trzeciego zbiornika na terenie powstającego terminalu w Świnoujściu, który zwiększyłby możliwości regazyfikacyjne nawet do 7,5 mld metrów sześciennych rocznie oraz pozwoliłby na świadczenie nowych usług, w tym bunkrowanie statków czy przeładunek na mniejsze jednostki.
Nowa polityka energetyczna krajów Europy polegająca na budowie terminali LNG i połączeń rurociągowych służy uniezależnieniu się od dostaw z jednego kierunku. Obecnie w Polsce aż 80 proc. zużywanego gazu pochodzi zza wschodniej granicy.
Fundusz Mieszkań na Wynajem przyciąga młodych ludzi. W inwestycji w Poznaniu wynajęto dwie trzecie ze 124 mieszkań. Projektem zainteresowane są przede wszystkim osoby w wieku 25-35 lat, single lub pary z dzieckiem, na początku kariery zawodowej i z małymi szansami na kredyt. Najchętniej wynajmowane są kawalerki i mieszkania dwupokojowe. Fundusz udostępnił kolejną inwestycję – 122 mieszkania w Piasecznie. Od sierpnia mieszkania na wynajem dostępne będą również dla firm.
– Pierwsze projekty, które przedstawiliśmy najemcom, cieszą się dużym zainteresowaniem. Do tego w Poznaniu w pierwszych dniach zgłosiło się kilkaset chętnych osób do wynajmu 124 mieszkań. Obecnie zweryfikowane propozycje wynajmu mieszkań doprowadziły do tego, że ponad 60 proc. mieszkań zostało wynajętych. Większość z nich to kawalerki i mieszkania dwupokojowe – mówi agencji Newseria Biznes Ryszard Słowiński, prezes zarządu BGK Nieruchomości, który utworzył i finansuje Fundusz Mieszkań na Wynajem.
Program przyciąga przede wszystkich osoby w wieku 25-35 lat, singli i rodziny, najczęściej z jednym dzieckiem. Taki wynajem to dla nich często jedyna możliwość na własne M. To zwykle osoby na początku kariery zawodowej, z niewysokimi zarobkami, więc na kredyt hipoteczny szanse mają niewielkie, tym bardziej że przy jego zaciągnięciu wymagany jest 10-proc. wkład własny, a w kolejnych latach udział będzie rósł.
– Profil osób, które zgłaszały się do poznańskiej inwestycji, to osoby będące na początku swojej kariery zawodowej, które jeszcze nie są w stanie spełnić kryteriów kredytowych, by nabyć nieruchomości na własność – wskazuje Słowiński.
Od sierpnia projekt BGK może się cieszyć znacznie większym zainteresowaniem. Wówczas w ofercie pojawi się również możliwość wynajęcia mieszkań firmom.
Od 14 lipca dostępne są mieszkania w podwarszawskim Piasecznie. 122 lokale przy ul. Jana Grochowskiego, w przeciwieństwie do dotychczas dostępnych w Funduszu, są kompletnie wyposażone w meble, sprzęt AGD, RTV i drobny sprzęt codziennego użytku.
– Podobnie jak w przypadku Poznania również lokalizacja w Piasecznie jest dobrze skomunikowana. Dojazd do największego w Polsce centrum biurowego przy ulicy Domaniewskiej zajmuje kilkanaście minut – przekonuje prezes BGK Nieruchomości.
Słowiński liczy na to, że mieszkania w Piasecznie również spotkają się z dużym zainteresowaniem. Najmniejszy lokal o powierzchni 34 mkw. będzie można wynająć za niewiele ponad 1 tys. zł. To kilkanaście procent mniej niż wynosi cena rynkowa.
Zainteresowane osoby mogą zgłaszać się poprzez rejestrację na stronie Funduszu lub dzwonić do centrum obsługi telefonicznej.
– Procedura jest bardzo prosta, a liczy się przede wszystkim kolejność zgłoszeń. Osoby zgłaszające się podlegają procedurze weryfikacji zdolności do uiszczenia czynszu i po spełnieniu tych kryteriów każdy może wynająć mieszkanie – tłumaczy Słowiński.
Przygotowywane są następne inwestycje, w Gdańsku Wrzeszczu, na warszawskich Bielanach i Żoliborzu, w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i Katowicach. Łącznie do 2018 roku zostanie udostępnionych ponad 1000 mieszkań.
Polski rynek produktów ekologicznych wyceniany jest na 600-650 mln złotych. Mimo 20-proc. wzrostów jego udział w całym ryku spożywczym to zaledwie 0,3 proc. Na Zachodzie jest on dziesięciokrotnie większy, a dynamika wzrostu nie słabnie.
– Polska jest w zasadzie na początku rozwoju rynku produktów ekologicznych, czyli certyfikowanych. W krajach zachodnich, które mają ten rynek o wiele bardziej rozwinięty, jego udział w całym rynku spożywczym to ok. 3 proc. W Polsce kształtuje się on na poziomie 0,3 proc. – mówi Jacek Skowroński, prezes zarządu spółki Symbio, producenta zdrowej żywności.
Początkowa faza rozwoju oznacza przede wszystkim dobre perspektywy dla rynku. Sprzedaż co roku rośnie w tempie dwucyfrowym – ok. 20 proc. rocznie. Rynek żywności ekologicznej jest jednak inaczej postrzegany przez firmy na nim działające i konsumentów. Firmy utożsamiają go z segmentem żywności certyfikowanej.
– Są to produkty, których wytworzenie jest kontrolowane na każdym etapie: począwszy od zasadzenia ziarna w glebie, poprzez proces dojrzewania, proces zbioru, przetwarzania produktu, aż do momentu dostarczania go do sklepów. To jest regulowane przepisami i dlatego ten produkt ma certyfikat ekologiczności. Ogólnie jest to produkt uprawiany bez stosowania nawozów sztucznych, pestycydów czy ulepszeń genetycznych – wyjaśnia Skowroński.
Wśród konsumentów takie postrzeganie rynku nie jest powszechne. Patrzą na niego szerzej, zaliczając do niego również zdrową żywność, która jednak certyfikatów nie ma. Ekspert podkreśla, że uznanie żywności za zdrową odbywa się arbitralnie. Producenci oferujący produkty tego typu przyjmują jedynie, że zaspokajają potrzeby zdrowotne organizmu człowieka.
Prezes Symbio liczy na to, że spółka zdoła znacząco zwiększyć jej udział w rynku. Podstawę do tak optymistycznych założeń daje między innymi analiza tendencji na zagranicznych rynkach.
– Pracujemy dosyć mocno na rynkach eksportowych, w krajach zachodnich, i tam tempo wzrostu jest podobne. Dynamika się nie zatrzymała, mimo że udział jest znaczący. To pozwala nam wyciągnąć wniosek, że w Polsce przez najbliższe dziesięciolecia będziemy mieli mocny wzrost rynku, który wynika z rosnącego zainteresowania ludzi ekologiczną żywnością – prognozuje Jacek Skowroński.
Spółka Symbio w jednostkowym raporcie rocznym za 2014 roku wykazała przychody ze sprzedaży netto na poziomie 18,2 miliona złotych. Oznacza to wzrost o ponad 13 proc. w stosunku do 2013 roku. Choć poprzedni rok zakończył się stratą na poziomie 470 tys. zł, to jednak była ona dwukrotnie mniejsza niż w poprzednich czterech kwartałach. W I kwartale br. sprzedaż produktów detalicznych była o 42 proc. większa niż przed rokiem.
Rośnie odsetek firm w Polsce, które aktywnie korzystają z internetu, wciąż jednak możliwości sieci nie są przez nie w pełni wykorzystywane. Tylko co piąta firma prowadzi sprzedaż przez internet i jest obecna w mediach społecznościowych. Social media pomagają budować relacje z klientami, słuchać ich opinii i odpowiednio na nie reagować. Dobrze prowadzana komunikacja w internecie może być skuteczniejsza niż reklama.
– Zdecydowanie warto być social. Media społecznościowe wymagają od nas szczególnej kompetencji, bardzo bliskiej kompetencjom związanym z komunikacją interpersonalną. Firmy często o tym zapominają i zdarzają się sytuacje, że jest monolog zamiast dialogu. Portale społecznościowe służą budowaniu relacji, a te buduje się mikro-, a nie metanarracją – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Piotr Bucki, wykładowca, trener, specjalista od komunikacji w Wyższej Szkole Bankowej w Gdańsku.
Dzięki mediom społecznościowym możemy obserwować reakcje klientów, słuchać ich opinii i natychmiastowo odpowiadać na ich komentarze. Eksperci wskazują, że prowadzenie dialogu z konsumentami jest dla firmy kluczowe. Z badań firmy Locowise wynika jednak, że to wciąż rzadkość i 87 proc. wpisów pozostaje bez odpowiedzi. Odpowiednie zareagowanie na komentarze można przekuć w sukces, co pokazuje przykład firmy Virgin Trains.
– Młody człowiek, który korzystał ze składu tej komunikacji, napisał twitta o braku papieru toaletowego. Mądra marka monitoruje to i od razu idzie z odsieczą – mówi Bucki. – To dobry przykład, po akcji całość została opublikowana przez takie pisma, jak „The Guardian” czy „New York Post”. Poszedł sygnał, że to jest marka, która w każdej chwili – jak Spiderman czy Batman – ratuje z opresji.
Wciąż jednak nawet te firmy, które decydują się na obecność w portalach społecznościowych, ograniczają aktywność do wrzucania postów. Nie reagują na komentarze, nie odpowiadają na pytania. To błąd, przekonuje Bucki i podkreśla, że wystarczą do tego proste narzędzia do monitoringu marki, które umożliwiają szczegółową analizę wizerunku w oczach potencjalnych klientów.
Warto też skorzystać z pomocy community managera, czyli osoby, która będzie odpowiednio zarządzać tworzącą się wokół danej marki społecznością.
– Marka może nawet sprawdzić, czy ktoś robi sobie zdjęcie z jej atrybutem, logotypem. Mądre marki robią to dobrze. Starbucks prawie nic nie wydaje na tradycyjne, ATL-owe formy marketingu, bazuje na własnej społeczności i tym, co ta społeczność opublikuje na Instagramie czy Facebooku. Marka Go Pro z bohaterów marki robi swoich użytkowników – mówi specjalista od komunikacji.
Z raportu CBOS wynika, że regularnie z internetu korzysta 64 proc. dorosłych mieszkańców Polski, z czego blisko połowa regularnie zagląda na portale społecznościowe. Firmy wciąż jednak nie potrafią wykorzystać potencjału internetu. Badania Millward Brown pokazują, że choć rośnie liczba firm, które mają własną stronę w sieci (71 proc. przy 47 proc. w 2012 roku), to z mediów społecznościowych korzysta zaledwie 20 proc. małych i średnich przedsiębiorstw. Dla porównania w UE jest to 42 proc.
– Dla wielu marek, a w szczególności dla małych firm, to bardzo istotne, żeby budować takie relacje. Oczywiście dużym obciążeniem dla kogoś, kto prowadzi własny biznes, jest monitorowanie marki i badanie, co na jego temat mówią fani. Ale reagowanie i normalna rozmowa czasami potrafią zbudować o wiele lepszą relację, niż wydawanie pieniędzy na tradycyjne formy reklamy – przekonuje Piotr Bucki.
Ekspert podkreśla, że profesjonalna obecność w mediach społecznościowych może zdziałać tyle, co dobry rzecznik prasowy, który nawet negatywny komunikat potrafi obrócić w coś pozytywnego. W internecie trzeba liczyć się również z falą agresji, istotne jest to, by umieć ją ukrócić, często w formie żartu.
– Norweski Burger King miał na swoim profilu 30 tys. fanów, jednak część z nich to byli hejterzy, wielbiciele McDonalds. Firma postanowiła dać takim osobom talon na cheeseburgera z McDonald&HASH39;s i możliwość odlubienia fanpage’a, ale bez powrotu. Część z antyfanów z tego skorzystała, a Burger King został z mniejszą liczbą fanów, ale za to zaangażowanych w markę – wskazuje Bucki.
Propozycja PO w zakresie przewalutowania kredytów walutowych hipotecznych jest próbą poszukiwania kompromisu pomiędzy bardzo złym rozwiązaniem i złym rozwiązaniem – mówi dr Mieczysław Groszek ze Związku Banków Polskich.
Gdyby ją oceniać w kategoriach mniejszego zła, to można powiedzieć, że dobrze, że się pojawiła. Jednak w kategoriach absolutnych, to można by powiedzieć, że ona musi przynieść negatywne skutki dla systemu bankowego.
Jako reprezentant tego systemu nie mogę o tym mówić z entuzjazmem. To rozwiązanie przynosi mierzalne skutki dla obniżenia jakości i odporności systemu bankowego na różnego rodzaju szoki kryzysowe. Banki zostaną bardzo obciążone, ale część kosztów zapłacą klienci – mówi dr Mieczysław Groszek ze Związku Banków Polskich.
Wyniki barometru europejskich nastrojów konsumenckich GfK Consumer Climate Europe za drugi kwartał 2015 roku
Długie negocjacje między Grecją a jej wierzycielami wyraźnie wpłynęły na nastroje konsumenckie w większości państw europejskich w drugim kwartale tego roku. Równie negatywny wpływ na nastroje Europejczyków, zwłaszcza w państwach Europy Wschodniej, ma trwający konflikt między Rosją a Ukrainą. Pomimo tych niesprzyjających okoliczności barometr europejskich nastrojów GfK Consumer Climate Europe dla 28 krajów Unii wzrósł od marca br. o 1 punkt i wynosi obecnie 10,8 punktu.
Kryzys w Grecji negatywnie wpływał na nastroje europejskich konsumentów w drugim kwartale tego roku. Tendencja ta w wielu krajach objawiła się m.in. stagnacją lub pogorszeniem notowań wskaźnika ocen przyszłej sytuacji gospodarczej, czyli jednego ze składowych wskaźników całego indeksu nastrojów. Równocześnie należy podkreślić zbieżność terminu ostatniej fali badania z czerwcowym załamaniem negocjacji między Grecją a jej wierzycielami, co bez wątpienia wzbudziło dodatkowy niepokój wśród europejskiej opinii publicznej. Co więcej w sondażu nie miały szansy znaleźć odzwierciedlenia także późniejsze znaczące wydarzenia: zamknięcie banków greckich, referendum, wreszcie końcowe uzgodnienia otwierające drogę do porozumienia i uratowania Grecji przed bankructwem i wyjściem ze strefy euro.
Pomimo, przynajmniej tymczasowego, pozytywnego rozstrzygnięcia, analitycy GfK prognozują, iż dalsze spadki nastrojów europejskich konsumentów mogą się utrzymać w kolejnym kwartale, głównie w państwach należących do strefy euro. Niekorzystne prognozy dotyczą w szczególności takich państw jak Niemcy, Włochy, Francja i Hiszpania, które albo spłacają większą część długów Grecji, albo też same borykają się z trudną wewnętrzną sytuacją gospodarczą.
Kierunek zmian w zakresie kolejnych składowych wskaźników głównego barometru, czyli ocen przyszłej sytuacji własnej gospodarstwa domowego oraz skłonności do zakupów, różni się między poszczególnymi krajami. Wpływ okoliczności i uwarunkowań wewnętrznych, specyficznych dla poszczególnych rynków, w drugim kwartale był silniejszy niż wizja skutków ewentualnego wyjścia Grecji z europejskiej unii walutowej. Niemniej jednak główny barometr GfK Consumer Climate Europe dotyczący wszystkich 28 krajów wzrósł od marca o 1 punkt i na koniec drugiego kwartału wyniósł 10,8 punktu.
Polska: nastroje konsumenckie nieznacznie pogorszyły się pomimo poprawy danych ekonomicznych
Pomimo, iż gospodarka Polski jest obecnie jedną z najszybciej rozwijających się w Europie, polscy konsumenci nie oceniają jej przyszłej sytuacji adekwatnie do pozytywnych wskaźników makroekonomicznych. Na koniec czerwca poziom wskaźnika ocen przyszłej sytuacji gospodarczej kraju wyniósł 19,2 punktu, niecałe 5 punktów mniej niż w marcu i spadek ten z pewnością nie jest powiązany ze skalą pozytywnych sygnałów płynących z rynku. Pomimo kwartalnego spadku należy jednocześnie przypomnieć, iż jeszcze w kwietniu wskaźnik osiągnął 25,6 punktu, czyli najwyższy poziom od października 2008 roku. Obserwowany obecny spadek ocen przyszłej sytuacji gospodarczej kraju może być, tak jak i w większości krajów unii, spowodowany kryzysem w Grecji i niepokojem konsumentów o kierunek jego rozwoju i ewentualne skutki. Na nastroje panujące w Polsce bez wątpienia wpływa także niejasna sytuacja za wschodnią granicą i nieustanne napięcia między UE a Rosją.
Analogicznie do wskaźnika ocen ogólnej sytuacji gospodarczej kraju, także i oceny przyszłej sytuacji własnej gospodarstwa domowego spadły w ostatnim kwartale. Obecnie wartość tego wskaźnika wynosi 16,4 punktu i jest niższa o 1,5 punktu w stosunku do marca. Jednocześnie poziom wskaźnika z kwietnia (26,2 punktu) również był najwyższą wartością od marca 2010 roku.
Dodatkowe informacje o badaniu
GfK Consumer Climate Europe jest badaniem nastrojów konsumenckich prowadzonym w krajach Unii Europejskiej i współfinansowanym przez Komisję Europejską. Co miesiąc ankietowanych jest około 40 000 respondentów we wszystkich 28 państwach członkowskich. Barometr jest zagregowanym wskaźnikiem wyliczanym według niezmienionej formuły od roku 1985. Z comiesięcznego zestawu 12 pytań, do opracowania głównego indeksu nastrojów wybrano pięć składowych – oczekiwania gospodarcze, cenowe i dochodowe, skłonność do zakupów oraz do oszczędzania.
Indeks jest obliczanych w następujący sposób:
podstawą obliczania poszczególnych składowych są salda odpowiedzi pozytywnych i negatywnych udzielanych w poszczególnych pytaniach – składowych indeksu
sumy pozytywnych odpowiedzi (np. sytuacja finansowa gospodarstwa domowego poprawi się w istotny sposób) jest odejmowany od sumy odpowiedzi negatywnych (np. sytuacja finansowa gospodarstwa domowego pogorszy się w istotny sposób).
w kolejnym kroku, sumy są ujednolicane przy wykorzystaniu standardowych metod statystycznych, a następnie przeliczane tak, że długoterminowa średnia wskaźnika wynosi 0 punktów, przy teoretycznym zakresie wartości od +100 do -100 punktów. Na podstawie empirycznych danych gromadzonych od 1980 roku do analiz przyjmuje się wartości składowych w przedziale +60 i -60 punktów.
dodatnia wartość składowej świadczy o ocenie tej zmiennej powyżej średniej w ujęciu długookresowym; odwrotna sytuacja ma miejsce dla wartości ujemnych. Standaryzacja ułatwia porównywanie wyników z różnych krajów, likwidując różnice kulturowe, charakterystyczne dla danej populacji.
Pełne wyniki badania, wyniki szczegółowe dla składowych wskaźników barometru, mapy – na stronie www.gfk.pl
Giełdowa spółka Dekpol odnotowała blisko 45% wzrost sprzedaży mieszkań w pierwszym półroczu 2015 roku w porównaniu do analogicznego okresu w roku ubiegłym. W okresie od stycznia do czerwca br. firma podpisała łącznie 97 umów deweloperskich w ramach 6 inwestycji zlokalizowanych w województwie pomorskim.
Ponad 88% mieszkań sprzedanych przez Dekpol SA w pierwszych sześciu miesiącach 2015 roku stanowią lokale w ramach inwestycji: Nowe Rokitki w miejscowości Rokitki przy ulicy Tczewskiej oraz Osiedle Zielone w Gdańsku przy ulicy Potęgowskiej. W pierwszym półroczu 2015 roku firma rozpoczęła realizację kolejnej inwestycji w Rokitkach – Nowe Rokitki II oraz sprzedała ostatnie mieszkania dostępne w kameralnej inwestycji Delta w Tczewie.
Mariusz Tuchlin, Prezes Zarządu Dekpol SA
„Obserwujemy systematyczny wzrost sprzedaży w inwestycjach realizowanych przez Dekpol. W ubiegłym roku odnotowaliśmy wzrost sprzedaży o 134%, podpisując 220 umów deweloperskich. Osiągnięte wyniki w I półroczu tego roku pozwalają nam optymistycznie patrzeć na przyszłość” – powiedział Mariusz Tuchlin, Prezes Zarządu Dekpol SA.
Nowością w ofercie dewelopera są apartamenty w kompleksie Nowa Motława na Wyspie Spichrzów w Gdańsku, gdzie powstanie aparthotel oraz 298 lokali mieszkalnych o powierzchniach od 27 do 74 m2. Projekt inwestycji autorstwa pracowni Kozikowski Design przewiduje szereg nowoczesnych udogodnień. Do dyspozycji zarówno mieszkańców, jak i gości hotelowych będzie m.in. strefa wellness o powierzchni 453 m2 z basenem wewnętrznym o powierzchni 80m2, a także saunami, jacuzzi i siłownią. Deweloper prowadzi również rozmowy w sprawie rozbudowy infrastruktury nadbrzeża i zbudowania mariny jachtowej przy inwestycji. Inna, obecnie realizowana przez Dekpol SA inwestycja mieszkaniowa, to malowniczo położone osiedle Młoda Morena przy ul. Dolne Migowo
w Gdańsku.
Łączna liczba mieszkań pozostających w aktualnej ofercie sprzedaży dewelopera na dzień 30 czerwca 2015 roku wyniosła 533 lokale.
W niniejszym artykule prezentujemy analizy wynagrodzeń w spółkach należących do trzech głównych indeksów publikowanych na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych: WIG20, mWIG40 i sWIG80.
W 2014 roku najwyższe pensje otrzymywały osoby zarządzające spółkami z indeksu WIG20. Mediana ich rocznych wynagrodzeń wyniosła 1,6 mln PLN. Menedżerowie spółek zaliczanych do indeksu mWIG40 zarabiali o 498 tys. mniej – 1,1 mln PLN. Najniższe pensje otrzymali zarządzający spółkami z sWIG80. Mediana ich wynagrodzeń wyniosła 711,8 tys. i była o 36% niższa niż w przypadku menedżerów z mWIG40 oraz o 56% niższa niż mediana wynagrodzeń menedżerów z WIG20.
Schemat 1. Mediana wynagrodzeń finansowych osób zarządzających w spółkach zaliczanych do indeksów WIG20, mWIG40 i sWIG80 (osoby pracujące cały 2014 rok)
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie raportu „Wynagrodzenia członków zarządów spółek notowanych na GPW w 2014 roku”
Na przestrzeni ostatnich pięciu lat największe wzrost wynagrodzeń, o 42% odnotowano w średnich firmach zaliczanych do indeksu mWIG40. Mediana wynagrodzeń w tych spółkach w 2010 roku wyniosła 782,5 tys. PLN, a w 2014 – 1,1 mln PLN. Natomiast najmniejsze wahania wynagrodzeń top menedżerów występowały w spółkach z WIG20. W odniesieniu do roku 2010 ich wynagrodzenia wzrosły o 8%.
W porównaniu z rokiem ubiegłym największy wzrost wynagrodzeń menedżerów – 21% wystąpił w spółkach z indeksu mWIG40. Natomiast w spółkach z WIG20 wynagrodzenia kadry zarządzającej były na porównywalnym poziomie jak w roku 2013, a w spółkach z sWIG80 wzrosły o 4%.
Wykres 1. przedstawia medianę wynagrodzeń top menedżerów zarządzających spółkami zaliczanymi do indeksów WIG20, mWIG40 i sWIG80 w latach 2010 – 2014.
Wykres 1. Mediana wynagrodzeń menedżerów w spółkach zaliczanych do różnych indeksów w latach 2010-2014
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie raportu „Wynagrodzenia członków zarządów spółek notowanych na GPW w 2014 roku”
Schemat 2 prezentuje mediany wynagrodzeń prezesów zarządów w 2014 roku.
Najlepiej wynagradzani w 2014 roku byli prezesi pracujący przez cały rok w spółkach z indeksu WIG20. Mediana ich rocznych zarobków sięgnęła 2,2 mln PLN i była 1,6 razy wyższa od mediany wynagrodzeń prezesów spółek z mWIG40 oraz 2,7 razy wyższa niż wynagrodzenia prezesów spółek z sWIG80.
Schemat 2. Mediana wynagrodzeń finansowych prezesów zarządów spółek zaliczanych
do indeksów WIG20, mWIG40 i sWIG80 (osoby, które przepracowały cały 2014 rok)
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie raportu „Wynagrodzenia członków zarządów spółek notowanych na GPW w 2014 roku”
Wykres 2. prezentuje wynagrodzenia osób pełniących funkcje prezesów zarządów w latach 2010-2014. Wśród spółek zaliczanych do indeksu WIG20 najwyższe pensje prezesów odnotowano w 2010 r, kiedy mediana ich wynagrodzeń wyniosła 2,22 mln PLN. Natomiast w 2014 roku zrobili oni o 24 tys. PLN mniej (mediana 2,2 ,mln PLN). Prezesi zarządzający spółkami z mWIG40 otrzymywali najwyższe wynagrodzenia (1,5 mln PLN) w 2012 roku, natomiast prezesi spółek z sWIG80 w 2010 roku – 1,03 mln PLN.
Wykres 2. Mediana wynagrodzeń prezesów zarządów spółek z różnych indeksów giełdowych w latach 2010-2014r (osoby, które przepracowały cały rok)
O raporcie
Raport „Wynagrodzenia członków zarządów spółek notowanych na GPW” ukazuje się po raz jedenasty. W tegorocznej edycji przeanalizowaliśmy dane na temat wynagrodzeń 1 276 menedżerów (w tym 969 osób, które przepracowały cały 2014 rok) z 347 spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.
Raport składa się z pięciu części:
W części I przedstawiono analizę praktyk w zakresie udzielania przez spółki informacji na temat wynagrodzeń menedżerów.
Część II zawiera analizy ogólne na temat wynagrodzeń członków zarządów spółek giełdowych w 2014 roku.
W części III przedstawiono analizy wynagrodzeń w poszczególnych spółkach. Analizy przeprowadzono w zależności od takich charakterystyk jak: wielkość aktywów, przychodów, zatrudnienia, wynik finansowy czy poziom EBITDA, EBIT czy EPS. Dane przedstawiono z uwzględnieniem menedżerów pracujących cały rok.
Część IV zawiera analizy całkowitych funduszy przeznaczonych na wynagrodzenia top menedżerów.
Część V zawiera zestawienia i rankingi wynagrodzeń menedżerów.
15 lipca br. Zarząd Pragma Inkaso SA przedstawił dane finansowe dotyczące Pragma 1 FIZ Niestandaryzowanego Funduszu Sekurytyzacyjnego za II kwartał 2015 roku. Fundusz w tym okresie odnotował wysoki poziom wpłat gotówkowych z portfela wierzytelności tj. 3.613 tys. zł (wzrost o 76 proc. w stosunku do I kwartału br.), co po rozliczeniu kosztów operacyjnych pozwoliło wygenerować 3.194 tys. zł gotówki (w porównaniu z I kwartałem stanowi 81 proc. wzrost) i po pomniejszeniu o odpisy amortyzujące w czasie wartość portfeli, dało kwartalny wynik brutto na poziomie 1.294 tys. zł (61 proc. wzrost w stosunku do I kwartału). O 126 proc. w porównaniu z I kwartałem br. wzrosła również wartość portfeli wierzytelności osiągając wartość 32.001 tys. zł.
Wybrane dane finansowe Pragma 1 FIZNFS za II kwartał 2015 r. (w tys. zł)
Wpłaty z portfela
3 613
Koszty operacyjne*
419
Wynik brutto
1 294
Ebitda gotówkowa**
3 194
Aktywa
36 251
w tym:
Portfel wierzytelności
32 001
Gotówka
4 250
Aktywa netto
25 470
Zobowiązania***
10 781
Wpłaty/wartość portfela na początek kwartału
25%
* w tym: koszty stałe funkcjonowania Funduszu, wynagrodzenie serwisera, nakłady na windykację portfeli
(opłaty sądowe i egzekucyjne)
** wpłaty pomniejszone o koszty operacyjne Funduszu
*** w tym: zobowiązanie z tytułu nabycia portfela wymagalne po 30.06.2015, zobowiązania z tytułu umów przedwstępnych zbycia składników aktywów Funduszu (otrzymane od potencjalnych nabywców zaliczki gotówkowe), zobowiązania bieżące.
Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu Pragma Inkaso SA
Rozwój funduszu Pragma 1 jest kluczowym elementem strategii Grupy. Zgodnie z założeniami zwiększamy swój udział w rynku windykacji biznesowych portfeli bankowych. Planujemy w tym roku osiągnąć w nim udział na poziomie przekraczającym 20%Ten segment rynku w mojej ocenie ma ogromny potencjał rozwoju z uwagi na wciąż sporo niższy poziom sprzedaży przez banki portfeli gospodarczych niż to ma miejsce na bardziej dojrzałym rynku portfeli detalicznych oraz mniejszą konkurencję w stosunku do rynku detalicznego, przy stosunkowo dużych barierach wejścia. – komentuje Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu Pragma Inkaso SA.
Strategia Grupy Kapitałowej Pragma Inkaso zakłada nabywanie wyłącznie portfeli o charakterze biznesowym. Ten segment rynku w ocenie Zarządu ma duży potencjał rozwoju z uwagi na dotychczas stosunkowo niski poziom podaży biznesowych portfeli bankowych wobec bardziej dojrzałego rynku portfeli detalicznych oraz mniejszą konkurencję.
Pragma Inkaso S.A. posiada wyjątkowe predyspozycje, by znaleźć się wśród liderów tego rynku. Wyróżnia nas wysoka specjalizacja w zakresie obrotu gospodarczego, postępowania egzekucyjnego, poszukiwania majątku, doświadczenie kadr oraz wypracowany przez lata know-how. – dodaje Tomasz Boduszek.
Wartość nominalna portfeli wierzytelności nabytych przez fundusz Pragma 1 Fundusz Inwestycyjny Zamknięty Niestandaryzowany Fundusz Sekurytyzacyjny w II kwartale r. wyniosła 519,4 mln zł,
a łączna wartość portfela osiągnęła wartość 748,3 mln zł. Całość portfela Funduszu stanowią wierzytelności o charakterze gospodarczym (przede wszystkim należności nabywane od banków w stosunku do przedsiębiorców z sektora MSP, w zakresie windykacji którego od kilkunastu lat specjalizuje się Pragma Inkaso), w tym należności zabezpieczone rzeczowo (głównie hipotecznie).
Dobry, gotówkowy wynik Funduszu przełożył się na wycenę jego certyfikatów – po II kwartale br. aktywa netto przypadające na każdy certyfikat wzrosła o 5,3%.
Z trzeciej edycji „Badania opinii i nastrojów przedstawicieli Automotive” przeprowadzonego przez Exact Systems, firmę kontrolującą części samochodowe, wynika, że przedstawiciele sektora motoryzacyjnego w Polsce są bardzo optymistyczni, jeśli chodzi o produkcję i zatrudnienie w branży. Aż 59% przedstawicieli Automotive spodziewa się, że produkcja w ich fabrykach w najbliższych sześciu miesiącach wzrośnie. Jest to wynik o 11 p.p. wyższy w porównaniu do poprzedniego roku i jednocześnie najlepszy, od kiedy badanie jest realizowane. Co więcej, 39% przedsiębiorstw zamierza w drugiej części tego roku zwiększyć zatrudnienie.
– Aby celnie ocenić szanse i perspektywy branży motoryzacyjnej w naszym kraju, należy w pierwszej kolejności spojrzeć na rynek europejski, od którego jesteśmy uzależnieni. A tam dzieje się bardzo dobrze. Sprzedaż samochodów osobowych rośnie nieprzerwanie od niemal dwóch lat, a w związku z tym i fabryki europejskie więcej produkują.Co więcej, od kilku miesięcy mamy do czynienia z utrzymującymi się niskimi cenami ropy, co lekko stymuluje rynek i zachęca do zakupów,To pozytywnie wpływa na kondycję zakładów motoryzacyjnych w Polsce, których wyroby w ponad 80% trafiają do państw Unii Europejskiej, w tym głównie do Niemiec – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji. – Dobry klimat w branży potwierdzają opinie samych dostawców części samochodowych, których prognozy, zarówno w zakresie wzrostu produkcji jak i zatrudnienia, są najlepsze od trzech lat. Takie informacje w połączeniu z dobrymi wskaźnikami makroekonomicznymi i danymi dotyczącymi polskiego przemysłu skłaniają mnie do optymistycznego przypuszczenia, że obecny rok będzie bardzo dobry dla branży motoryzacyjnej w Polsce – dodaje Paweł Gos.
Dostawcy będą produkować więcej części samochodowych
Tegoroczna edycja „Badania opinii i nastrojów przedstawicieli Automotive” pokazuje, że w odniesieniu do przewidywanej produkcji mamy do czynienia z największym optymizmem przedstawicieli zakładów motoryzacyjnych w Polsce od trzech lat. Więcej niż połowa respondentów (59%) spodziewa się, że w ciągu najbliższych sześciu miesięcy produkcja w ich fabrykach wzrośnie. Jest to wynik o 11 p.p. lepszy niż rok temu (2014r.: 48%). Jedna czwarta zapytanych uważa, że wartość produkowanych przez nich części pozostanie na podobnym poziomie (24%, 2014 r.:50%), a tylko 3%, że spadnie (2014 r.: 2%).
Skąd tak dobra ocena koniunktury w polskiej motoryzacji? – Polska od lat jest postrzegana jako kraj o stabilnej sytuacji politycznej, silnym otoczeniu prawnym i ekonomicznym, z rozwijającą się i nowoczesną infrastrukturą. Jeśli dodamy do tego konkurencyjne koszty pracy i wysokiej jakości zaplecze inżynierskie z szeroką bazą już istniejących fabryk dostawców dla Automotive, to mamy argumenty, aby definiować Polskę jako Best Cost Country. Już nie mówimy o naszym kraju „Low Cost Country”, gdyż ten termin przesunął się obecnie w kierunku Rumunii, Bułgarii czy krajów bałkańskich. To polskim fabrykom daje szanse na kolejne zamówienia, a całemu krajowi na nowe inwestycje motoryzacyjne w perspektywie kolejnych lat – ocenia Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems.
… i zatrudniać więcej pracowników
Rosnące zamówienia na części i podzespoły samochodowe będą miały efekt w postaci zwiększenia zatrudnienia. Aż 39% zapytanych przez Exact Systems przedstawicieli sektora Automotive planuje w drugiej części tego roku wzrost liczby etatów w swoich fabrykach. Jest to wynik podobny do ubiegłorocznego (2014 r.: 38%). Ogłoszenia rekrutacyjne będą dotyczyć głównie pracowników produkcyjnych (59%), koordynatorów (8%), a 5% przedsiębiorców deklaruje, że będzie poszukiwać menadżerów i kierowników. Jedna trzecia respondentów (34%) zamierza utrzymać zatrudnienie na podobnym poziomie, co obecnie. Tylko 2% myśli o jego redukcji, a jedna czwarta nie potrafiła określić, jakie są plany firmy dotyczące zatrudnienia.
Jeśli spojrzymy na plany przedsiębiorców dot. wynagrodzenia pracowników, to widzimy, że 5% z nich planuje podwyższenie płac, a 17% ich utrzymanie na niezmienionym poziomie. O obniżce myśli tylko 1%.
Obserwacje przedstawicieli Work Service, największej agencji zatrudnienia w Polsce, potwierdzają wyraźne ożywienie w branży Automotive. – W ostatnich miesiącach motoryzacja notuje jedne z największych wzrostów zapotrzebowania na pracowników. Mamy w tym sektorze powoli do czynienia z rynkiem pracownika, ponieważ deficyty zatrudnienia przekraczają już 30%. W takich regionach jak Wielkopolska czy Śląsk, gdzie mamy do czynienia z relatywnie niskim poziomem bezrobocia i gdzie lokowane są największe inwestycje motoryzacyjne, występują w wielu przypadkach trudności ze znalezieniem odpowiednich specjalistów. Dlatego to wykwalifikowani pracownicy zaczynają w coraz większym stopniu dyktować warunki na rynku, co branża Automotive zaczyna wkalkulowywać w swoich budżetach po stronie potencjalnych wzrostów wynagrodzeń – mówi Tomasz Hanczarek, prezes zarządu Work Service S.A.
Mniejsze nadzieje na nowy zakład i model samochodu
Zdaniem przedstawicieli polskiego Automotive, w najbliższych trzech latach siłą napędową polskiej motoryzacji może być uruchomienie nowego zakładu produkcyjnego lub produkcja nowego modelu samochodu w Polsce. Jednak w porównaniu do ubiegłorocznej edycji badania takie przekonanie jest mniej wyraźne. Podczas gdy rok temu aż 31% respondentów dostrzegało największą możliwość rozwoju polskiej motoryzacji w nowym zakładzie produkcyjnym, w tym roku zadeklarowało tak 23% zapytanych osób. Na nowy model samochodu liczyło w 2014 r. 30% firm, w tym roku tylko 18%. Podobnie jak rok temu, na kolejnych miejscach znalazły się systematyczna poprawa jakości (15%) i rozwój nowych technologii (14%).
– Na prosperity w branży motoryzacyjnej w danym kraju wpływają przede wszystkim dwa czynniki – uruchomienie produkcji nowego modelu auta w już istniejącym zakładzie lub zbudowanie nowej fabryki pod produkcję nowych podzespołów samochodowych. One w konsekwencji przynoszą polskiej gospodarce kilka tysięcy nowych miejsc pracy oraz lepszą infrastrukturę. Tego życzą sobie nie tylko przedstawiciele branży motoryzacyjnej, co wynika z naszych badań, ale także polski rząd, który dokłada wszelkich starań, żeby przyciągnąć do Polski nowych inwestorów. Jak wynika z ostatnich danych PAIiIZ, motoryzacja była branżą, w której w pierwszym półroczu tego roku zostało zrealizowanych najwięcej inwestycji zagranicznych – mówi Paweł Gos z Exact Systems.
Czy rzeczywiście Polska ma szansę na nowe inwestycje? – W ostatnich miesiącach pojawiły się nowe wieści o planach budowy fabryki przez Jaguar Land Rover należącego do indyjskiego producenta samochodów Tata Motors. Lista rozważanych lokalizacji skróciła się obecnie do Polski i Czech. Jeśli udałoby nam się taką inwestycję zdobyć, zatrudnienie otrzymałoby ok. 6 tysięcy osób – dodaje Opala.
Metodologia badania
„Badanie opinii i nastrojów przedstawicieli Automotive” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems w maju i czerwcu 2015 r. na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora Automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczek, szyb samochodowych, dachów, kolumn kierowniczych czy elementów bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 100 respondentów. Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI).
Lech Poznań zwyciężył w rankingu w klasyfikacjach finansowej i efektywności sportowej rankingu biznesowego klubów piłkarskich, opublikowanego w raporcie „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu”. Legia Warszawa okazała się najlepsza na polu marketingowo-medialnym. Trzecia w rankingu biznesowym była Lechia Gdańsk. Największy awans odnotowała natomiast Jagiellonia Białystok – z dziewiątej pozycji w poprzedniej edycji raportu klub z Podlasia awansował na piątą.
Firma doradcza EY i Ekstraklasa S.A. już po raz siódmy opublikowały raport „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu”. Zawiera on między innymi ranking biznesowy 16 klubów Ekstraklasy za sezon 2014/2015. Kibice piłki nożnej znajdą w nim nie tylko wszelkie informacje o klubowych osiągnięciach sportowych, marketingowych i medialnych w sezonie 2014/2015, ale także informacje dotyczące klubowych finansów za rok 2014.
– Ekstraklasa to dziś liga utrzymana na stabilnym poziomie. Pracujemy nad tym, aby każdy klub prezentował wysoką jakość sportową i organizacyjną po to, abyśmy byli silni jako grupa. Dzięki ścisłej współpracy wszystkich akcjonariuszy nasza liga scentralizowała dużą część praw mediowych i marketingowych, a w ramach wynegocjowanych kontraktów centralnych przelewa do klubów znacznie większe kwoty w porównaniu do innych lig tej części Europy. Kluby się profesjonalizują, działania marketingowe są coraz częściej na poziomie spotykanym w dużym biznesie – komentuje Dariusz Marzec, prezes zarządu Ekstraklasy od 1 lipca 2015 roku. – Przed nami teraz sporo pracy w zakresie podnoszenia poziomu sportowego i atrakcyjności dnia meczowego, by coraz większa liczba kibiców uwierzyła w atrakcyjną ofertę Ekstraklasy – zaznacza.
(Znów) rekordowa Legia i 14 klubów z wyższymi przychodami
14 z 16 klubów Ekstraklasy zwiększyło swoje przychody w roku 2014 w porównaniu do 2013. Mimo to nie udało się osiągnąć łącznego poziomu wpływów sprzed roku, kiedy to wyniosły one 459 mln PLN. W całym 2014 roku przychody klubów osiągnęły wartość 454 mln PLN, a spadek ich wysokości spowodowany był degradacją do 1.Ligi Zagłębia Lubin, które rokrocznie plasowało się w czołówce klasyfikacji finansowej klubów w raporcie EY i Ekstraklasy. – Warte odnotowania są dwa fakty. Po pierwsze: Legia Warszawa pobiła własny rekord sprzed roku, jeśli chodzi o wysokość przychodów. Wyniosły one ponad 115 milionów złotych i są najwyższymi przychodami jednego polskiego klubu w historii. Po drugie: w tym roku, po raz pierwszy odkąd publikujemy nasz raport, klub o najniższych przychodach przekroczył granicę 10 mln złotych wpływów. Był to Górnik Łęczna z blisko 11 milionami – mówi Krzysztof Sachs, Partner w firmie doradczej EY i pomysłodawca raportu „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu”.
Mistrz Polski został mistrzem finansów
Mimo kolejnego rekordu, Legia nie zdołała wygrać klasyfikacji finansowej rankingu. Zwycięzcą został piłkarski Mistrz Polski, Lech Poznań. Kolejorz miał przychody prawie o połowę niższe od warszawian (65,5 mln PLN), za to były one najbardziej zdywersyfikowane w lidze. Klub z Poznania wykazał też lepszą płynność finansową i niższe zadłużenie od Legii. Trzecie miejsce w klasyfikacji finansowej rankingu biznesowego zajęła, tak jak rok wcześniej, Cracovia. Pasy wyróżniły się najniższym poziomem zadłużenia w lidze oraz drugim najbardziej korzystnym wskaźnikiem płynności finansowej (po Podbeskidziu Bielsko-Biała). Czwartą siłą finansową Ekstraklasy jest Lechia Gdańsk, która odnotowała trzecie najwyższe przychody w lidze (ponad 40 mln PLN).
– Już siódma edycja naszego wspólnego raportu, jak co roku, może być nieco zaskakująca dla kibiców – mówi Marcin Animucki, wiceprezes zarządu Ekstraklasy S.A. – Nie zawsze bowiem wyniki z boiska przekładają się jeden do jednego na biznes. Przykładem miejsce na finansowym podium Cracovii, która w Ekstraklasie była dziewiąta – dodaje Marcin Animucki.
Koniec życia ponad stan – kluby zaciskają pasa
Sytuacja finansowa klubów Ekstraklasy w roku 2014, w porównaniu do roku 2013, uległa poprawie. Prawie wszystkie (za wyjątkiem Śląska Wrocław i Górnika Zabrze) zwiększyły swoje przychody. 7 klubów osiągnęło zysk (rok wcześniej tylko 3), a łączna strata wszystkich spółek wyniosła zaledwie 42 mln PLN. Po raz drugi z rzędu w siedmioletniej historii raportów „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu” strata nie przekroczyła 100 mln PLN i w porównaniu do roku 2013 zmniejszyła się aż o ok. 6 mln.
– Możemy już z pełnym przekonaniem powiedzieć, że większość klubów skutecznie wdraża polityki oszczędnościowe. W tym roku nie ma już takich przypadków, które były złym „standardem”, kiedy wydawaliśmy raport po raz pierwszy. Chodzi o sytuację, w której koszty klubu ponad dwukrotnie przewyższają jego przychody. W poprzedniej edycji raportu były jeszcze dwa takie przypadki: w Koronie Kielce i Ruchu Chorzów. Teraz nie ma już żadnego – mówi Marcin Opiłowski, Dyrektor w firmie doradczej EY, odpowiedzialny za branżę sportową. – Zresztą w Ruchu akurat spadły koszty operacyjne w porównaniu z rokiem 2013. Widać więc, że ten klub również dąży ku bilansowaniu budżetu. Musi jednak martwić sytuacja Korony, w której koszty operacyjne rosną od 3 lat, mimo bardzo słabej kondycji finansowej całego klubu – dodaje Opiłowski.
Legia najsilniejszą piłkarską marką w Polsce
W klasyfikacji marketingowo-medialnej rankingu biznesowego Wicemistrz Polski nie pozostawił konkurencji złudzeń. Legia umocniła pozycję najsilniejszej marketingowo marki w Polsce, wygrywając w trzech na cztery kategorie w klasyfikacji: średniej oglądalności meczów na platformie nc+, wartości sprzedanych gadżetów klubowych oraz ekwiwalentu reklamowego (czyli umownej wartości, jaką przedstawia koszulka meczowa klubu dla sponsorów). Jedyna kategoria, w której warszawianie musieli uznać wyższość innych klubów to frekwencja na stadionie. I tu mieliśmy do czynienia z kolejną niespodzianką w rankingu. Pierwsze miejsce z najwyższą średnią liczbą widzów na trybunach zajął Lech (20 261), ale druga nie była Legia (średnio 16 596 kibiców), lecz Lechia (16 608).
W całej klasyfikacji marketingowo-medialnej trzecie miejsce zajęła Wisła Kraków, której mecze były trzecimi najchętniej oglądanymi przez kibiców w nc+. Krakowski klub był też trzeci pod względem wartości sprzedanych gadżetów klubowych (za Legią i Lechem) oraz czwarty w kategorii frekwencji na stadionie (12 159).
– Wisła to wciąż uznana piłkarska marka i marketingowo, razem z Legią i Lechem, tworzą Wielką Trójkę. Do tego grona aspiruje Lechia, ale naturalnie jest to klub z mniejszymi tradycjami. W Wiśle jest na czym budować przyszłość klubu. Baza kibiców jest na pewno porównywalna z tą, jaką mają Legia z Lechem. Nawet pomimo tego, że Wisła w swoim mieście ma przecież wielką konkurencję w postaci Pasów z drugiej strony Błoń – mówi Marcin Opiłowski.
Jednym z największych wygranych klasyfikacji marketingowo-medialnej jest Jagiellonia Białystok, która zajęła miejsce piąte (rok wcześniej była dwunasta). Stało się tak głównie dzięki najwyższemu w lidze wzrostowi frekwencji na stadionie. Otwarty w całości w listopadzie 2014 roku Stadion Miejski w Białymstoku dał Jadze 123% wzrost liczby dopingujących klub na żywo kibiców (o ponad 5900 osób – do liczby 10 755). Znaczący wzrost frekwencji odnotowała także Lechia – o 28% sezon do sezonu, co dało ponad 3500 więcej kibiców na mecz.
Młodzieżowcy dali Lechowi zwycięstwo w rankingu biznesowym
Ponieważ mistrz i wicemistrz kraju triumfowali w kategoriach finansowej i marketingowo-medialnej (w rankingu biznesowym te kategorie mają równe wagi – po 40%), decydująca o pierwszym miejscu w rankingu biznesowym okazała się klasyfikacja efektywności sportowej. Tu Lech dostał maksymalną liczbę punktów za zwycięstwo w Ekstraklasie. Oba kluby zajęły pierwsze miejsce ex aequo w kategorii liczby kadrowiczów (po sześciu w Lechu i Legii). Wojskowi, by wygrać z Kolejorzem klasyfikację efektywnościową i tym samym cały ranking, musieli zdystansować rywala z Poznania w liczbie piłkarzy poniżej 21. roku życia, którzy grali w rozgrywkach Ekstraklasy. Takich zawodników w szeregach Lecha było dziesięciu w sezonie 2014/2015. W Legii natomiast dziewięciu. Warto dodać, że najwięcej młodzieżowców, bo aż dwunastu wystawiła do gry Lechia. Tym samym po walce pasjonującej prawie tak jak końcówka rozgrywek Ekstraklasy w sezonie 2014/2015, Lech wyprzedził Legię w rankingu biznesowym o… jednego zawodnika urodzonego po 1 stycznia 1993 roku. Dało to poznaniakom końcowy triumf. – Pokazuje to wyraźnie jak zacięta jest walka między dwiema dominującymi siłami w polskim futbolu klubowym. Jest też wyraźna trzecia i czwarta siła w postaci Lechii i… mimo wszystko Wisły. Do czołówki biznesowej, przy dobrych wynikach sportowych, mogą aspirować też Jagiellonia i Śląsk oraz Cracovia. Na końcu rankingu są Bełchatów i Łęczna. Podsumowując, widać coraz wyraźniej, że miejsce dużej piłki jest w dużych miastach – mówi Krzysztof Sachs, Partner EY. – Zresztą gdyby ranking biznesowy podzielić, tak jak Ekstraklasę, na grupy A i B, to w tej walczącej o mistrzostwo mielibyśmy jeden klub z miasta poniżej 300 tys. mieszkańców (Jagiellonię), a w grupie B tylko jeden z miasta liczącego więcej niż 300 tys. (Zawiszę) – konkluduje Krzysztof Sachs.
W latach 1995-2014 budżet państwa wydał 38,71 mld zł na sferę mieszkaniową. Podana kwota wydaje się mniej imponująca, po porównaniu jej z innymi wydatkami budżetowymi i poziomem polskiego PKB. Tym niemniej warto sprawdzić, na jakie cele wydano prawie 39 mld zł. W odpowiedzi pomogą dane Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju.
Najwięcej kosztowały nas premie do książeczek mieszkaniowych
Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju (MIiR) udostępnia szczegółowe zestawienie środków przeznaczonych na „mieszkaniówkę” (lata 1995 – 2014). Dane MIiR dotyczą dwudziestu kolejnych budżetów. W każdym z nich kwota bezpośrednich wydatków na cele mieszkaniowe wynosiła od 0,86 mld zł (2010 r.) do 3,96 mld zł (2001 r.). Dzięki informacjom przedstawionym na wykresie można zauważyć, że rekordowy wynik z 2001 r. był rezultatem dużej premii dla posiadaczy książeczek mieszkaniowych i wykupu odsetek w wielu kredytach ze starego portfela – tłumaczy Andrzej Prajsnar, analityk portalu RynekPierwotny.pl.
Gdy suma środków przeznaczonych na wspomniane cele zaczęła spadać, zmniejszył się również poziom bezpośrednich wydatków mieszkaniowych z budżetu państwa (patrz poniższy wykres). Dodatnia zmiana pod koniec minionej dekady to efekt realizacji kosztownego programu Rodzina na Swoim (RnS). Mimo dalszych kosztów RnS oraz rozpoczęcia kolejnego programu dopłat (MdM), wydatki mieszkaniowe w 2014 r. były o 44% niższe od analogicznej kwoty z 1995 r. Trzeba jednak pamiętać o sporej zmianie wartości pieniądza przez 20 lat. Jeśli uwzględnimy skumulowaną inflację CPI, to okaże się, że spadek realnych wydatków na „mieszkaniówkę” wynosi aż 76% (w relacji do 1995 r.).
Bardziej szczegółowe dane potwierdzają, że to książeczki mieszkaniowe oraz kredyty ze starego portfela stanowiły największe obciążenie dla budżetu w latach 1995 – 2014 (patrz poniższa tabela). Premie gwarancyjne kosztowały 14,21 mld zł (36,70% całkowitych wydatków mieszkaniowych), a wykupione odsetki – 8,69 mld zł (22,45%). Znacznie mniejsze były koszty działania Krajowego Funduszu Mieszkaniowego (4,29 mld zł), dodatków mieszkaniowych (3,74 mld zł) oraz Rodziny na Swoim (2,84 mld zł). Program RnS będzie jednak działał do 2020 roku, a jego łączne koszty wyniosą około 7 – 8 mld zł. W przypadku MdM-u analogiczna suma nie przekroczy 3,17 mld zł (przy maksymalnym wykorzystaniu środków na dopłaty od 2015 r. do 2018 r.).
Ważne bezpośrednie wydatki budżetu państwa na sferę mieszkaniową w latach 1995 – 2014
Cel mieszkaniowy, który był lub jest finansowany z budżetu państwa(Cele mieszkaniowe, które są kontynuowane po 2014 r.)
Lata w których budżet wydatkował/planowobędzie wydatkowałśrodki na podany cel (analiza od 1995 r.)
Wysokość środków z budżetu państwa, które w latach 1995 – 2014 zostały przeznaczone na podany cel mieszkaniowy
Refundacja premii gwarancyjnych w książeczkach mieszkaniowych
od 1995 r.
14,21 mld zł
Wykup odsetek od kredytów mieszkaniowych
od 1995 r.
8,69 mld zł
Krajowy Fundusz Mieszkaniowy
1995 r. – 2009 r.
4,29 mld zł
Dotacje dla gmin na dofinansowanie dodatków mieszkaniowych
1995 r. – 2003 r.
3,74 mld zł
Dopłaty w programie Rodzina na Swoim
2007 r. – 2020 r.
2,84 mld zł
Fundusz Termomodernizacji i Remontów
od 1999 r.
1,86 mld zł
Dotacje dla spółdzielni mieszkaniowych
1995 r. – 1998 r.
1,37 mld zł
Dopłaty na mieszkania socjalne, mieszkania chronione, noclegownie i domy dla bezdomnych
2005 r. – 2014 r.
0,60 mld zł
Rekompensaty dla kandydatów do spółdzielni mieszkaniowych
1995 r. – 1999 r.
0,35 mld zł
Dotacje dla gmin na uzbrojenie terenów pod budownictwo mieszkaniowe
1995 r. – 1998 r.
0,27 mld zł
Dopłaty w programie Mieszkanie dla Młodych
2014 r. – 2018 r.
0,21 mld zł (w 2014 r.)
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju
Od 1995 r. PKB wzrósł pięciokrotnie, a wydatki mieszkaniowe spadły
Na uwagę zasługuje również udział bezpośrednich wydatków mieszkaniowych budżetu w polskim PKB. Na początku analizowanego okresu (1995 r.) ten udział przekraczał 0,80%. Obecnie analogiczna wartość wynosi tylko 0,09% (patrz powyższy wykres). Tak duża zmiana wynika z faktu, że przez dwadzieścia lat produkt krajowy brutto w cenach bieżących wzrósł aż pięciokrotnie. Równocześnie nominalne wydatki na sferę mieszkaniową spadły o 44%. Ich poziom w relacji do PKB (0,09%) nie zmienił się w latach 2011 – 2014 – tłumaczy analityk portalu RynekPierwotny.pl.
Stosunek bezpośrednich wydatków na „mieszkaniówkę” do polskiego PKB jest niski w porównaniu z wynikami, które notuje się w niektórych krajach Europy Zachodniej. Dane OECD z 2011 r. wskazują, że znacznie wyższe wydatki na mieszkalnictwo zaplanowały między innymi rządy Wielkiej Brytanii (1,5% PKB), Francji (0,8% PKB), Danii (0,7% PKB), Niemiec (0,6% PKB), Irlandii (0,4% PKB) oraz Holandii (0,4% PKB). Niski poziom zaangażowania państwa w „mieszkaniówkę” (ok. 0,1% PKB) od 1995 r. do 2011 r. był widoczny m.in. w Czechach i Austrii. Dwa wymienione kraje cechują się jednak lepszym zaspokojeniem potrzeb mieszkaniowych niż Polska. To wskazuje, że wysokość publicznych wydatków nie musi być decydującym kryterium. Kluczowe znaczenie ma też koncentracja polityki mieszkaniowej na tych obszarach, które tego rzeczywiście potrzebują.
W przypadku Polski, najbardziej problematyczną i zaniedbaną częścią „mieszkaniówki” jest budownictwo socjalne. Chroniczny niedobór lokali socjalnych utrudnia liberalizację przepisów dotyczących eksmisji i rozwój profesjonalnego najmu. Warto również wspomnieć o odszkodowaniach, które samorządy muszą płacić wynajmującym w związku z brakiem możliwości eksmisji. Tylko w 2013 r. czternaście dużych miast (m.in. Kraków, Wrocław, Poznań i Łódź) na ten cel wydało ponad 30 mln zł.
Ponad 25 proc. wszystkich wycieków poufnych danych w ostatnim roku miało swoje źródło w placówkach sektora ochrony zdrowia . Eksperci alarmują, że w ostatnich latach liczba tzw. leaków w sektorze medycznym podwoiła się. W 2013 roku było ich zaledwie 7,6 proc., z kolei w 2014 już ponad jedna czwarta wszystkich wycieków pochodziła z placówek medycznych . Ze względu na specyfikę branży healthcare znajduje się tam wiele wrażliwych danych takich jak np. PESEL, NIP, historia choroby, ubezpieczenie, adres zameldowania i wiele innych. Czym są spowodowane wycieki tak kluczowych danych i czym mogą skutkować?
Pracownicy podmiotów z branży medycznej często nie do końca zdają sobie sprawę z wagi danych do jakich mają w swojej pracy dostęp. Wystarczy, że ktoś nie wyloguje się z systemu i odejdzie na chwilę od stanowiska pracy i może to skutkować wyciekiem poufnych danych pacjentów czy wrażliwych informacji o danej placówce. Nagminne jest przekazywanie kompetencji, dostępu do systemów i haseł osobom, które nie są odpowiednio w tym zakresie przeszkolone. Niezbędna jest też okresowa weryfikacja znajomości i przestrzegania stosownych procedur.
„Każdego dnia w polskich placówkach medycznych przybywa informacji osobistych zapisanych na papierowych i cyfrowych nośnikach danych. Właściwe ich zabezpieczenie wymaga dużych nakładów finansowych i odpowiedniego przeszkolenia, a w obecnych warunkach mało którą placówkę na to stać. Przechowywane dane to nie tylko adresy zamieszkania czy numery telefonów, ale także przede wszystkim – lista chorób oraz przyjmowanych leków, PESEL, historia przebytych operacji itp. Nietrudno wyobrazić sobie, że kiedy tak cenne informacje wpadną w niepowołane ręce to straci na tym nie tylko placówka medyczna, z której był wyciek, ale przede wszystkim pacjenci. Musimy sobie uzmysłowić, że ponad 90 proc. wszystkich wycieków poufnych danych, bez względu na branżę, zawiera dane osobowe” – komentuje Marcin Sobaniec, ekspert HSM Polska.
Do 2017 r. – zgodnie z planami rządu – nowoczesne systemy informatyczny mają zastąpić papierową dokumentację medyczną. Dla wielu organizacji będzie to ogromne wyzwanie. Placówki medyczne oprócz wdrożenia nowych systemów będą musiały przede wszystkim pozbyć się dotychczasowej dokumentacji, zgromadzonej na papierze oraz na nowoczesnych nośnikach danych. Kompleksowe przygotowanie do bezpiecznej i profesjonalnej utylizacji będzie według ekspertów skomplikowanym i czasochłonnym procesem, wymagającym zastosowania najnowszego sprzętu oraz zachowania odpowiednich norm bezpieczeństwa.
„Jak wynika z badań ekspertów, liczba leaków w branży healthcare i służbie zdrowia w ostatnich latach wyraźnie wzrosła. Jest to o tyle niepokojące, że właśnie w tym sektorze powinniśmy położyć duży nacisk na edukowanie zarówno pracowników medycznych, jak i pacjentów, ponieważ jest to w interesie nas wszystkich. Przecież w zasadzie każdy z nas korzysta z usług medycznych czy hospitalizacji w ośrodkach służby zdrowia. Szerzenie świadomości o tym, jak ważne jest właściwe obchodzenie się z dokumentacją medyczną oraz wykorzystanie nowoczesnych narzędzi do utylizacji nośników danych wewnątrz placówek medycznych, pozwoli znacznie zmniejszyć ryzyko potencjalnego wycieku. Oddzielną sprawą jest informatyzacja służby zdrowia, która jest w rządowych planach. Wiąże się z tym ogromny proces archiwizacji oraz utylizacji zbędnych dokumentów. Wszystko powinno być przeprowadzone zgodnie z obowiązującą norma bezpieczeństwa DIN 66399 i za pomocą nowoczesnych niszczarek do papierowych i cyfrowych nośników danych. Do takich działań powinni być dedykowani specjalnie przeszkoleni eksperci, a cały proces powinien zostać przeprowadzony wewnątrz tych organizacji. Chyba nikt z nas nie chciałby, aby jego poufne dane trafiły na śmietnik lub też stały się przedmiotem handlu” – dodaje Marcin Sobaniec, ekspert HSM Polska.
Wyciek poufnych informacji może być dla pacjentów dużym zagrożeniem. Wyobraźmy sobie sytuację, w której ubezpieczyciel posiada informację o tym, że dana osoba przeszła poważną chorobę czy operację. Może to skutkować tym, że ubezpieczyciel odmówi ubezpieczenia takiej osobie albo zaproponuje odpowiednio wysoką składkę. Podobnie wygląda sytuacją w przypadku pracodawców. Informacja o przewlekłej chorobie potencjalnego pracownika może działać na jego niekorzyść w procesie rekrutacyjnym.
W poniedziałek ogłoszono, że Grecja w zamian za przeprowadzenie poważnych reform dostanie w ramach pomocy od wierzycieli ponad 80 mld euro. Jednym z warunków jest jednak utworzenie specjalnego funduszu, którego zadaniem będzie sprywatyzowanie majątku państwowego o wartości 50 mld euro. Czy uzyskanie takiej kwoty jest w ogóle możliwe? Tłumaczy Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl.
Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl
Po wielomiesięcznych rozmowach greccy wierzyciele zgodzili się na rozpoczęcie negocjacji dotyczących uruchomienia trzyletniego pakietu pomocy na kwotę 85 mld euro. Ateny jednak będą musiały w środę (15 lipca) uchwalić ustawy zmieniające zasady naliczania podatku VAT. Konieczne będzie także przegłosowanie planu naprawy systemu emerytalnego oraz zapewnienie niezależności narodowego biura statystycznego.
Prawdopodobnie w kolejnych czterech tygodniach Grecja zostanie zobowiązana do przeprowadzenia zmian w sądownictwie i na rynku pracy oraz uelastycznienia zasad sprzedaży detalicznej, czyli m.in. otwarcia sklepów w niedzielę. Najciekawszym pomysłem jest jednak program prywatyzacji. Według wierzycieli ma przynieść Atenom dochody w wysokości 50 mld euro. Trzy czwarte z tej kwoty zostanie przeznaczone na spłatę długów i dokapitalizowanie greckich banków. Pozostała część, czyli około 12 mld euro, będzie przekazana na inwestycje.
To już było
Cztery lata temu, czyli w momencie negocjowania poprzedniego programu pomocowego, przedstawiono niemal identyczny plan. W czerwcu 2011 r. „The Wall Street Journal” informował, że Ateny w ramach nowego programu pomocowego będą musiały sprywatyzować majątek o wartości 50 mld euro. Wtedy też Grecja dostała zalecenie, aby realizacja sprzedaży krajowego majątku zakończyła się w 2015 r.
Co z tych zaleceń zostało zrealizowane? Zgodnie z informacjami przedstawionymi pod koniec 2014 r. przez Hellenic Republic Asset Development Fund (HRADF), czyli specjalną jednostkę zajmującą się sprawami prywatyzacji w Grecji, od 2011 r. sprzedano majątek o wartości 7.7 mld euro. Do tej pory na konto państwa wpłynęło jednak tylko 3.1 mld euro. Poprzednie zobowiązania Greków nie zostały wypełnione. Trudno więc się dziwić, że najbardziej zainteresowana sprawą delegacja niemiecka pierwotnie chciała, by fundusz prywatyzacyjny znajdował się w Luksemburgu i stamtąd był zarządzany pod nadzorem Brukseli.
Okazało się jednak, że instytucja znajdować się będzie na terenie Grecji, a kierować nią będą krajowe władze pod nadzorem strefy euro. Innym, być może jeszcze poważniejszym problemem, jest kwestia majątku, który ma zostać sprzedany prywatnym właścicielom. Dla dziesięciomilionowego państwa, którego sytuacja makroekonomiczna jest katastrofalna, 50 mld euro to dość znacząca kwota. Transakcje przeprowadzone w ostatnich latach przez HRADAF pokazują, że to, co było łatwe do spieniężenia lub mało kontrowersyjnie społecznie, zostało sprzedane.
Według danych HRADF, od 2011 r. uzyskano do budżetu 380 mln euro między innymi ze sprzedaży licencji telefonii komórkowej, prawie miliard euro z licencji na operowanie kasynami czy 770 mln euro za 12-letni kontrakt zarządzania państwową loterią.
Spoglądając na projekty, których przetarg się już rozpoczął, trudno znaleźć oferty o wartości pozwalającej na miliardowe przychody. Wśród kilkunastu propozycji znajduje się między innymi była amerykańska baza wojskowa w Heraklionie czy pole golfowe „Kassandra”. Nawet jeżeli nieruchomości te znajdą kupców, przychody z ich sprzedaży będą symboliczne w relacji do potrzeb kraju.
Spółki skarbu państwa też nie wystarczą
Premier Alexis Tsipras w przeszłości wielokrotnie powtarzał, że nie będzie prywatyzował przedsiębiorstw użyteczności publicznej. Nawet jeżeli rzeczywiście w ostatnich dniach zmienił zdanie, to wartość projektów w planach HRADF jest niska w relacji do wymagań wierzycieli. Zaliczają się do nich między innymi firmy zajmujące się publiczną dystrybucją gazu ziemnego, elektryczności, wody czy odprowadzaniem ścieków. Do prywatnego właściciela mogłoby także także trafić 30 proc. udziałów greckiej rafinerii. Ponieważ jej giełdowa wartość obecnie wynosi półtora mld euro, raczej nie można się spodziewać, że uzyska się za nią więcej niż 500 mln euro.
Zakładając, że sprzedaż spółek publicznych zostanie przeprowadzona w całości i porównując ich wycenę do analogicznych podmiotów za granicą, nie należy oczekiwać więcej niż 10 mld euro wpływów z prywatyzacji na przestrzeni najbliższych lat. Dodatkowym warunkiem jest także ustabilizowanie się sytuacji ekonomicznej w Grecji oraz porozumienie ze związkami zawodowymi, które już zapowiadają protesty.
Niewykluczone więc, że w kwestii „zastawienia” greckiego majątku premier Tsipras okazał się sprytniejszy od europejskich decydentów, wiedząc, że wpływy uzyskane z prywatyzacji będą wielokrotnie mniejsze niż 50 mld euro. Możliwe także, że Bruksela jest świadoma tego, że majątek państwowy w Grecji jest znacznie mniej warty, a jego celowe przewartościowanie miałoby jedynie uspokoić niezadowolenie społeczne w krajach wierzycieli.
Legia Warszawa czwarty rok z rzędu jest liderem wśród polskich klubów piłkarskich pod względem osiąganych przychodów. W przypadku stołecznego klubu po raz pierwszy przekroczyły one poziom stu mln zł. Przychody z 2014 roku w wysokości 101,5 mln zł pozwoliły Legii osiągnąć ponad dwa razy lepszy wynik niż następny w zestawieniu Lech Poznań. Łączne przychody wszystkich klubów grających w Ekstraklasie wyniosły 375 mln zł i ich wysokość była niemal identyczna jak rok wcześniej, a tymczasem aż 13 z 16 klubów zwiększyło swoje wpływy – to główne wnioski z IX edycji raportu „Piłkarska Liga Finansowa” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Jak wskazują eksperci śladem najlepszych i największych lig piłkarskich w Europie w polskich klubach polepsza się stosunek wypłacanych wynagrodzeń do osiąganych przychodów, co powoduje że wskaźniki i struktura finansów najlepszych polskich klubów jest coraz zdrowsza.
Zestawienie przygotowane po raz dziewiąty przez Deloitte przedstawia przychody klubów, grających w rozgrywkach Ekstraklasy w sezonie 2014/2015, osiągnięte w roku 2014. Na podium oprócz Legii Warszawa i Lecha Poznań (które utrzymały pozycję sprzed roku) znalazła się Wisła Kraków (awans z piątego miejsca). Pierwszą piątkę uzupełniają Lechia Gdańsk (awans z szóstego miejsca) i Pogoń Szczecin (awans z ósmego miejsca).
Przychody klubów Ekstraklasy w sezonie 2014/2015 Źródło: Deloitte
Legia Warszawa tegoroczne zdecydowane zwycięstwo zawdzięcza zwiększeniu przychodów o 6,6 mln zł, co stanowi wzrost o 7 proc. rok do roku. „Po raz czwarty w naszym zestawieniu warszawski klub jest niezaprzeczalnym liderem. Póki co żaden z pozostałych klubów pod względem przychodów nie ma nawet szans, by się do niego zbliżyć. Przychody Legii są większe niż trzech następnych klubów razem wziętych” – mówi Marcin Diakonowicz, Partner w Dziale Audytu, Lider Sports Business Group Poland, Deloitte. „Ten znakomity wynik jest zasługą dobrze rozwiniętych przychodów komercyjnych, które stanowią największą grupę wpływów klubu. Awans do fazy grupowej europejskich rozgrywek, jak również wygranie swojej grupy w Lidze Europy dodatkowo pozytywnie wpłynęły na wysokość uzyskanych przychodów w roku 2014” – dodaje Marcin Diakonowicz.
Wraz z rozpoczęciem sezonu 2015/2016 warszawski klub ponownie stanie przed szansą występów w fazie grupowej Ligi Europy. Warunkiem koniecznym jest zwycięstwo w eliminacjach. Pierwszym przeciwnikiem stołecznej drużyny będzie rumuńskie FC Botosani. Prócz stołecznej drużyny w eliminacjach biorą udział także Jagiellonia Białystok oraz Śląsk Wrocław. Wraz z początkiem sezonu 2015/2016 w walce o Ligę Mistrzów staje Lech Poznań. Wraz z ewentualnym awansem do fazy grupowej, Lech ma szansę na dogonienie warszawskiej ekipy.
W 2014 roku aż 13 z 16 klubów, które znalazły się w rankingu, zwiększyło swoje przychody. Oprócz Legii, największe wzrosty należą do Cracovii (o 4,77 mln zł) oraz GKS Bełchatów (o 4,39 mln zł). Z kolei największy spadek analizowanych kategorii przychodów zanotowały Śląsk Wrocław (o 9,3 mln zł) oraz Górnik Zabrze (o 2,6 mln zł).
Łączne przychody klubów Ekstraklasy wyniosły w analizowanym czasie 375 mln zł. Jednoprocentowy spadek (o ok. 4 mln zł) w porównaniu do 2013 roku był spowodowany degradacją osiągającego wysokie przychody Zagłębia Lubin. W tym roku, w związku z tym, że klub z Lubina ponownie znalazł się wśród najlepszych klubów i wraz z początkiem sezonu 2015/2016 rozpocznie rozgrywki w Ekstraklasie, spodziewany jest ponowny wzrost przychodów Ekstraklasy. Kluby najwyższej kategorii rozgrywek krajowych zanotowały największy wzrost przychodów z praw do transmisji (o 9 proc. do 131,2 mln zł). Przychody komercyjne zanotowały spadek o 8 proc. (do 174 mln zł), a przychody z dnia meczu utrzymały się na zeszłorocznym poziomie około 70 mln zł.
Eksperci Deloitte przeanalizowali także wpływ reformy rozgrywek Ekstraklasy (m.in. zwiększenie liczby kolejek o siedem, działania monitorujące, raportowanie przez kluby) na jej przychody. „Zmiany te miały wpłynąć znacząco na zwiększenie przychodów z dnia meczu oraz z transmisji telewizyjnych i wpłynąć na zrównoważenie budżetów klubowych. W analizowanym przez nas sezonie zmian tych jeszcze jednak wyraźnie nie widać. Być może ich wpływ będzie bardziej widoczny już w kolejnym sezonie wraz z podpisaniem nowej umowy na transmisję meczy” – mówi Przemysław Zawadzki, Starszy Menedżer w Dziale Audytu, ekspert grupy sportowej, Deloitte.
W 2014 roku przychody komercyjne miały 46-procentowy udział w przychodach klubów Ekstraklasy (spadek o 4 p.p.), przychody z transmisji telewizyjnych 35 proc. (wzrost o 4 p.p.), a przychody z dnia meczu 19 proc. (bez zmian). Spośród klubów najbardziej zrównoważoną strukturę przychodów mają Legia Warszawa, Lech Poznań i Wisła Kraków.
W tegorocznej edycji rankingu (wzorem największych lig europejskich) w Ekstraklasie poprawił się stosunek wypłacanych wynagrodzeń do osiąganych przychodów. Wskaźnik ten spadł z poziomu 76 proc. do 72 proc. Według ekspertów Deloitte optymalny poziom to 60 proc. Najniższy współczynnik osiągnęły GKS Bełchatów (51 proc.) i Legia Warszawa (52 proc.). Z kolei w trzech klubach wskaźnik ten przekroczył 100 proc.: Piaście Gliwice (115 proc.), Górniku Zabrze (120 proc.) oraz Koronie Kielce (129 proc.), czyli kluby więcej płaciły (łączna wysokość plac zawodników, szkoleniowców, administracji, zarządu etc) niż generowały przychodów z działalności stricte sportowej.
Biorąc pod uwagę wysokość przychodów Ekstraklas y w porównaniu z ligami zagranicznymi – między Ekstraklasą a najlepszymi ligami świata „Big 5” nadal istnieje przepaść, której nie zmniejszymy z wielu powodów. Na ogromną różnicę wpływów pomiędzy Ekstraklasą a ligami „Wielkiej Piątki” wpływa wiele aspektów, m.in. wysokie kontrakty sponsorskie, globalność marek a co za tym idzie zagraniczni kibice, lukratywne umowy na sprzedaż praw do transmisji meczów oraz regularne występy drużyn z tych krajów w europejskich pucharach (przede wszystkim w Lidze Mistrzów). Spośród europejskich lig średniej wielkości wciąż największą pozostaje liga holenderska, która z łącznymi przychodami na poziomie 439 mln euro jest prawie pięciokrotnie większa od Ekstraklasy, ale z roku na rok dystans między nimi zmniejsza się.
Przychody klubów Ekstraklasy w sezonie 2014/2015 Źródło: Deloitte
Poprawa w ostatnim czasie infrastruktury stadionowej przekładała się na wzrost frekwencji na meczach Ekstraklasy. „Należy przy tym pamiętać że dwa kluby Ekstraklasy wciąż rozbudowują swoją infrastrukturę meczową co negatywnie wpływa na ten wskaźnik. Trend nieznacznie wzrósł w porównaniu do zeszłego roku. Średnia liczba kibiców oglądających „na żywo” mecz klubowy wzrosła o 1 proc., do poziomu 8,3 tys. osób na spotkanie” – wyjaśnia Przemysław Zawadzki.
Osiągana frekwencja ma bezpośrednie przełożenie na uzyskane przychody w dniu meczu. Oceniając średnie zapełnienie stadionu polskiej ligi do największych lig na świcie – stadiony podczas rozgrywek Ekstraklasy są zapełnione w 41% wobec np. angielskiej Premier League 96%, niemieckiej Bundesligi 90% czy hiszpańskiej La Liga 65%. Wyzwaniem dla Ekstraklasy jest wzrost zapełnia stadionów, Wzrost frekwencji na meczach zależy również od poziomu prezentowanych widowisk sportowych.
„Pozytywnie na liczbę kibiców na stadionach i związane z tym przychody może wpłynąć wzmocnienie wizerunku klubów i meczy jako bezpiecznych, dzięki czemu mecz byłby alternatywą na spędzenie wolnego czasu dla całych rodzin” – mówi Aleksandra Stanek-Kowalczyk, Starszy Menedżer w Zespole ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i w Europie Środkowej, Deloitte. „Co prawda jak pokazuje badanie przeprowadzone przez MillwardBrown rozgrywki Ekstraklasy są postrzegane jako przestrzeń do wzmacniania więzi społecznych i integracji, w tym okazji do męskich spotkań (72 proc.) oraz wspólnych przeżyć (69 proc.), ale też wciąż budzą negatywne emocje związane z korupcją i układami (48 proc.) oraz brakiem bezpieczeństwa (42 proc. )[i]” – dodaje.
„Przed polskimi klubami niezmiennie stoi zadanie przyciągnięcia większej liczby widzów na stadiony. Jednak możliwość generowania większych przychodów nie wynika tylko z wyższej frekwencji, ale także m.in. z infrastruktury gastronomicznej, stref i loży dla klientów biznesowych. Zmniejszanie dystansu do mniejszych lig europejskich będzie niemożliwe również bez gry w fazie grupowej europejskich rozgrywek” – podsumowuje Marcin Diakonowicz.
O raporcie:
Raport Deloitte został sporządzony w oparciu o przychody klubów Ekstraklasy, pochodzących z trzech źródeł: z dnia meczu (wpływy ze sprzedaży biletów, karnetów i cateringu), praw do transmisji (uwzględniające również premie za udział w pucharach) oraz komercyjnych (wpływy reklamowe, sponsoring, sprzedaż gadżetów). Ranking analizuje przychody klubów, które w sezonie 2014/2015 grały w rozgrywkach Ekstraklasy. Dane pochodzą ze sprawozdań finansowych za rok kalendarzowy 2014. Zostały one dostarczone przez same kluby i nie były weryfikowane przez Deloitte. Warto zauważyć, że wszystkie kluby przekazały swoje dane, co jest dowodem na wzrost transparentności w polskiej piłce nożnej w ostatnich latach. Do porównań z klubami oraz ligami zagranicznymi wykorzystano dane z globalnych raportów Deloitte „Annual Review of Football Finance” (największe ligi) oraz „Football Money League” (największe kluby) z 2015 r.
Ranking polskich klubów piłkarskich oparto na wielkości przychodów pochodzących z działalności tzw. sportowej. Wpływy klubów nie uwzględniają takich kategorii jak np. transfery bądź wypożyczenia piłkarzy, ponieważ są to często wydarzenia jednorazowe i nie odzwierciedlają możliwości generowania stałych przychodów przez klub (transfery nie stanowią trwałego źródła budowania całościowej wartości futbolu, ponieważ przychody z transferu jednego klubu są kosztem innego). Ponadto, w rankingu nie zostały uwzględnione przychody z niesportowej działalności gospodarczej (np. dzierżawa gruntu).
[i] Źródło: „Fakty i mity o Ekstraklasie”, badanie CAPI, październik 2014 r., MillwardBrown na zlecenie Ekstraklasa S.A., N= 1200 osób w wieku 13-65 lat.
Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych już po raz trzeci powołała Roberta Majkowskiego, Prezesa Funduszu Hipotecznego DOM, w skład Komisji Etyki KPF, w której objął funkcję wiceprzewodniczącego i członka Zespołu ds. Audytu Etycznego. Do zadań Roberta Majkowskiego należeć będzie między innymi audyt i ocena praktyk gospodarczych stosowanych przez członków KPF pod kątem zgodności z Zasadami Dobrych Praktyk.
Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych zrzesza kilkadziesiąt kluczowych firm z polskiego rynku finansowego. Jej misją jest promowanie odpowiedzialnego i etycznego podejścia w biznesie, wyznaczanie wysokich standardów postępowania w relacjach z klientami i kontrahentami oraz nadzorowanie stosowania się do nich.
Zasady Dobrych Praktyk to dokument, który stanowi zbiór zasad postępowania, opartych na ogólnych normach moralnych i zgodnych z obowiązującym prawem, przyjętych do stosowania przez przedsiębiorstwa działające na rynku finansowym, w szczególności związane z rynkiem finansów konsumenckich.
– Narzędziem sprawdzającym stosowanie Zasad Dobrych Praktyk jest audyt, nad którym czuwa Zespół ds. Audytu Etycznego. Potwierdzeniem, że dana firma stosuje powyższe Zasady w relacjach ze swoimi klientami oraz partnerami biznesowymi, jest z kolei Certyfikat Etyczny. Może go uzyskać każdy członek Konferencji, pod warunkiem, że uzyska pozytywną ocenę Komisji Etyki – mówi Andrzej Roter, Dyrektor Generalny Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych.
Robert Majkowski jest jednym z założycieli i akcjonariuszy Funduszu Hipotecznego DOM S.A. Na polskim rynku finansowym pracuje od 1997 r. Przez ponad 6 lat związany był z grupą BRE Banku – pracował w Skarbiec TFI oraz Skarbiec Asset Management Holding, m.in. na stanowiskach Dyrektora Sprzedaży oraz Dyrektora Generalnego odpowiedzialnego za sprzedaż i marketing funduszy inwestycyjnych i emerytalnych Skarbca. Pracował w Finplus S.A. (obecnie Sygma Bank Polska) na stanowisku Dyrektora Sprzedaży, Marketingu i Rozwoju oraz w Xelion. Doradcy Finansowi, gdzie odpowiadał za rozwój sieci doradców. Robert Majkowski jest absolwentem warszawskiej SGH oraz Politechniki Świętokrzyskiej. Ukończył również podyplomowe studia z zakresu ubezpieczeń na Warszawskiej Akademii Finansów. Od 2008 roku nieprzerwanie pełni funkcję Prezesa Zarządu Funduszu Hipotecznego DOM S.A.
Akcje brytyjskiej firmy International Personal Finance (IPF) straciły w poniedziałek ponad 25% wartości. Wszystko przez poprawkę jednego posła zmieniającą treść antylichwiarskiej ustawy, a konkretnie sformułowania dotyczącego włączenia do ustawowego limitu wszystkich opłat ponoszonych przez klienta w związku z zawarciem umowy kredytowej.
– Nowa ustawy wprowadza maksymalną wysokość pozaodsetkowych kosztów kredytu konsumenckiego, co ma służyć ukróceniu stosowania przez firmy pożyczkowe „lichwiarskiego oprocentowania”, np. bardzo wysokich opłat za przedłużanie terminu spłaty pożyczek. Wprowadzono też maksymalną wysokość odsetek za opóźnienie w spłacie kredytu konsumenckiego oraz limit dopuszczalnych opłat windykacyjnych. Wprowadzona do ustawy poprawka oznacza także, że każda usługa sprzedawana przy okazji zawierania umowy kredytowej musi być uwzględniona w limicie, np., opłata za odstąpienie roszczeń wobec spadkobierców po śmierci pożyczkobiorcy. Nie zmienia to faktu, że ustawa antylichwiarska zawiera wiele luk prawnych, które umożliwiają obchodzenie tego limitu, np., sprzedaż kart przedpłaconych lub udzielanie pożyczek na dłuższy termin – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.
Nowy limit kosztów pożyczek wynosi 25% kosztów bazowych plus 30% w skali roku, co oznacza, że miesięcznie nie może on przekroczyć 27,5% (25%+1/12*30%). Innymi słowy, pożyczając 1 tys. zł na miesiąc, maksymalnie należy oddać 1275 zł.
Poniedziałkowe załamanie kursu akcji IPF jest konsekwencją wprowadzenia poprawek do ustawy, która pierwotnie była korzystna dla tej spółki. Poprawkę zgłosił poseł Jacek Brzezinka (PO), a konkretnie zamianę sformułowania „pod limit wchodzą wszystkie koszty, jakie klient musi ponieść w związku z umową o kredyt” na „pod limit wchodzą wszystkie koszty, jakie klient ponosi w związku z umową o kredyt”. Na pierwszy rzut oka różnicy nie widać, ale zmiana tego sformułowania ma kolosalne znaczenie, bo oznacza, że opłaty za dobrowolne usługi również należy włączyć pod limit (jak wszystkie to wszystkie). Najwięcej na tej poprawce traci Provident.
– Rynek zwykle wie lepiej, co jest groźne dla spółki. W konsekwencji notowania firmy IPF na londyńskiej giełdzie (LSE) w zaledwie dzień spadły o 25%. Z szacunków wynika, że 60% zysków brutto IPF pochodzi z działalności w Polsce. Dlatego napływ informacji o potencjalnym zmniejszeniu dochodów na skutek nowych regulacji musiał zakończyć się poważną przeceną. Kapitalizacja firmy zmniejszyła się o przeszło 200 mln funtów, czyli 1 mld zł – dodaje Piechowiak.
Jak pokazują badania, aż 7 na 10 osób kupujących online porzuca koszyk z wybranymi produktami i nie kończy zakupów. Polski start-up SaveCart znalazł na to rozwiązanie. Firma wprowadziła na rynek autorskie narzędzie e-commerce, które pozwala zwiększyć liczbę realizowanych transakcji. Monitorując zachowania i preferencje kupujących oraz tworząc spersonalizowane oferty, SaveCart angażuje i inspiruje do dalszych zakupów.
Klienci sklepów internetowych, już po dodaniu produktów do koszyka, często zmieniają zdanie i nie kończą zakupów. Niecierpliwi ich długość całego procesu lub skomplikowana nawigacja, bywają zaskoczeni ceną końcową lub znajdują tańszą ofertę. Jest jednak sposób, aby to zmienić.
Ponad 1 milion złotych – to wartość transakcji online uratowanych przez SaveCart, firmę, która zadebiutowała na polskim rynku e-commerce zaledwie kilka miesięcy temu. –Jesteśmy jedną z pierwszych firm w Polsce, która oferuje tak kompleksowy system wsparcia sprzedaży w e-commerce. Sklepy, które zdecydowały się wdrożyć nasze rozwiązanie w ciągu zaledwie kilku miesięcy zyskały dodatkowe 1 mln złotych w uratowanych przez SaveCart transakcjach. Nadal pracujemy nad rozwojem oferty i wprowadzamy nowe usługi, które pozwalają na jeszcze bardziej spersonalizowane podejście do klientów, a przez to tworzenie angażujących i co najważniejsze skutecznych kampanii – mówi Piotr Ziółkowski, Business Development Director w SaveCart.
SaveCart monitoruje i zapisuje pełną aktywność klientów e-sklepu, w tym niezarejestrowanych gości, niezalogowanych użytkowników oraz zalogowanych stałych klientów. Na bazie zebranych danych tworzy ich profile i zapamiętuje preferencje. Następnie, w czasie rzeczywistym rekomenduje konkretne produkty na podstawie zdiagnozowanych intencji zakupowych. Narzędzie jest tak skonstruowane, że umożliwia dotarcie z wybranym komunikatem do konkretnego klienta lub całej grupy, zaś dynamiczna modyfikacja layoutu pozwala na zwiększenie widoczności rekomendowanych produktów oraz tworzenie personalizowanych przekazów.
SaveCart zadebiutował na polskim rynku e-commerce w listopadzie 2014 roku. Dotychczasowe kampanie zrealizowane przez firmę pokazują, że dzięki systemowi obroty w e-sklepach wzrastają średnio o 20 proc.
Drugi kwartał tego roku okazał się jeszcze lepszy dla szukających pracy niż pierwszy. Licznik rynku InfoPraca pokazuje, że pracodawcy z większości branż otworzyli się na nowych pracowników, a wśród nich na szczególne wyróżnienie zasługują branże IT, produkcyjna, handlowa i budowlana.
Najpopularniejsze branże
W porównaniu do pierwszego kwartału, w drugim pojawiło się niemal o 20 proc. więcej ofert pracy. Kategorie sprzedażowe osiągnęły poziom 7303 ofert, z czego 2257 dotyczy sprzedaży detalicznej, a 5046 jest udziałem przedstawicieli handlowych, account managerów i telemarketingu. Branża IT przekroczyła poziom 6000 ofert, branża produkcyjna – 5790. Dla programistów i analityków IT pojawiło się 3297 ofert, obsługi klienta/call centre – 2093 i pracowników budowlanych – 2000.
Tradycyjnie dobrą passę podtrzymała branża IT, notując wzrost na poziomie 18 proc. w porównaniu do pierwszego kwartału. Kroku dotrzymała jej księgowość. Obiecująco wygląda sytuacja w marketingu i PR (+20 proc.), a to jeden z sygnałów świadczących o poprawie koniunktury. Ten wynik podzieliła branża nieruchomości. W sprzedaży bardzo dobry wynik ilościowy przełożył się na wzrost na poziomie 4 proc. Spore, bo ponad 40-procentowe wzrosty stały się udziałem transportu i dystrybucji oraz branży restauracyjnej i cateringowej. Niewiele ustąpiły im logistyka, budownictwo i prace produkcyjne, o 27 proc. poprawiła się inżynieria, a o 24 proc. administracja.
Gdzie po pracę?
Dobra wiadomość jest taka, że niemal we wszystkich województwach przybyło ofert pracy. Ich łączna liczba wyniosła 43 000. Liderem wśród województw zostało mazowieckie, które osiągnęło imponujące 12 000 ofert. Na niemal 5500 ofert mogą liczyć zainteresowani śląskim, 5200 dolnośląskim, ponad 4400 małopolskim, ponad 3100 wielkopolskim. Pomorskie z wynikiem przekraczającym 2100 ofert wspięło się na szczyt rankingu wzrostu (37 proc.), równie dobrze pod tym względem wypadło świętokrzyskie (33 proc.), mazowieckie (27 proc.), łódzkie (25 proc.) i opolskie (23 proc.). Tylko w jednym województwie drugi kwartał był gorszy niż pierwszy – w warmińsko-mazurskim liczba ofert zmniejszyła się o 12 proc.
Kto szuka pracy?
Zauważalna jest dysproporcja między popytem na programistów IT a podażą. O ile ofert pracy dla nich systematycznie przybywa, to nie idzie to w parze z odpowiedziami na nie. Zgodnie z Licznikiem rynku InfoPraca, w drugim kwartale 2015 r. w tej kategorii blisko 30 proc. pochodzi z Mazowsza, 25 proc. z Małopolski, 15 proc. z Dolnego Śląska, a ok. 11 proc. ze Śląska. Niemal 1/5 aplikacji w branży produkcyjnej pochodzi z województwa śląskiego. Administracja szczególną popularnością cieszy się na Mazowszu, wyprzedzając małopolskie i śląskie. Widać zainteresowanie branżą budowlaną. Lideruje mazowieckie, za nim uplasowało się śląskie, a następnie małopolskie. Nieznacznie branży budowlanej ustąpiła praca przedstawiciela handlowego. Zauważalna jest przewaga Mazowsza, kolejne miejsca należą do Śląska, Małopolski, Dolnego Śląska i Wielkopolski.
– Po trzecim kwartale możemy spodziewać dalszych wzrostów, które będą udziałem wszystkich województw. Firmy sygnalizują coraz większe zapotrzebowanie na specjalistów, których niestety zaczyna brakować. To oznacza, że ich pozycja staje się coraz silniejsza. Na znaczeniu powinna zyskać branża turystyczna, co wiąże się z rozpoczętym właśnie sezonem urlopowym – komentuje Marek Jurkiewicz, General Manager InfoPraca.
Na rynkach panuje w dalszym ciągu duża ostrożność. Niby Grecy mają porozumienie, ale jest ono niepewne i wymaga jeszcze kilku potwierdzeń. Niby chińska giełda się stabilizuje, ale wczoraj spada już ponad 4%. Wielu inwestorów chciałoby, aby ten tydzień już się skończył, a odpowiedzi na nurtujące pytania leżały na stole.
Temperatura wokół Grecji wciąż rośnie. Obecne porozumienie ciężko nazwać docelowym, gdyż jest jeszcze wiele zagrożeń. Czynniki te mogą spowodować, że pomimo ogłoszenia wielkiego przełomu w poniedziałek i tak nie dojdzie do porozumienia.
Dzisiaj do północy w greckim parlamencie musi zostać zaakceptowany wstępny pakiet reform. Uwagę obserwatorów budzi niepewna podstawa koalicjanta oraz bunt 30 posłów wewnątrz partii rządzącej. Brzmi to bardzo źle, na szczęście, w tym jakże ciekawym państwie, opozycja bierze również odpowiedzialność za państwo i prawdopodobnie to jej głosami Cipras uzyska większość. Otwartym pozostaje co stanie się z rządem pokiereszowanym porozumieniem wprost zaprzeczającym niedawnemu referendum. Pomimo, że rząd Syrizy nie jest entuzjastycznie przyjmowany na rynkach ewentualne wybory niemal z pewnością dalej osłabią euro, a co za tym idzie złotego.
Problemem jest również to kto solidarnie ma za Greków zapłacić. Ostatnie mechanizmy stabilizacyjne zakładały brak udziału państw z poza strefy euro. Obecnie ze względu na olbrzymie potrzeby znowu do zabawy w ramach solidarności wciągana jest Wielka Brytania i kraje Skandynawskie. Unia ma nadzieje, że w żadnym kraju członkowskim nie dojdzie do referendum w sprawie pomocy dla Grecji. O ile wynik pytania się Greków o to czy chcą spłacać zadłużenie wydawał się pewny, tak spytanie się drugiego państwa czy chce zapłacić za rozrzutność Greków wydaje się mieć przesądzony efekt.
Chiny podały dane na temat PKB. Rośnie ono podobno o 7%. Dlaczego pisze podobno? Ponieważ wiarygodność tamtejszych danych makroekonomicznych, biorąc pod uwagę to co dzieje się w kraju, jest delikatnie mówiąc umiarkowana. Również dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej zostały opublikowane delikatnie powyżej oczekiwań. Za wiarygodnością tych danych przemawiają 3 obniżki stóp procentowych, które miały pobudzić akcje kredytową w tym kraju. Jak się kończy takie działanie pokazuje chińska giełda, która pomimo niespotykanych na świecie interwencji rządowych dalej budzi zdecydowanie więcej strachu niż nadziei. Nie bez znaczenia jest inflacja w aglomeracjach miejskich. Ten parametr jest akurat weryfikowalny i wynosi – 11,4%.
Jak widać Chiny utrzymują wysokie, acz nie na pewno 7-procentowe tempo wzrostu, natomiast dzieje się to dużym kosztem zamiatanym pod dywan. Pytanie jak długo będzie można zamiatać kolejne bańki pod dywan. Z najpoważniejszych mamy już oprócz wspomnianej giełdy branżę budowlaną, która buduje niezależnie od popytu, by utrzymać tempo wzrostu. Moment kiedy na rynkach padnie symboliczne pokerowe “sprawdzam” może się odbić nie tylko czkawką i to na całym świecie. Skala spodziewanych problemów w czarnym scenariuszu jest porównywana z kryzysem 2008 roku.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 15.04.2015 do 15.07.2015
Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,2400. Wsparciem do wczorajszego wybicia była linia na 4,1450. kolejnego wsparcia należy oczekiwać w okolicach 4,1100, gdzie w ostatnich dwóch miesiącach znajdowały się ważne minima.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 15.04.2015 do 15.07.2015
Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy. Dotychczas okolice 4zł były skutecznym oporem dla dalszych wzrostów kursów, jednakże problemy Grecji spowodowały, że poziom ten został wyraźnie przekroczony. Aktualnie obserwujemy odreagowanie tego ruchu. Kolejnym ważnym technicznie poziomem jest testowane wczoraj 38,2% zniesienie Fibonacciego tj. 3,9630
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 15.04.2015 do 15.07.2015
Kurs USD/PLN podobnie jak inne waluty wystrzelił do góry. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Korekta przebiła wsparcie na poziomie 3,7300. Kolejnym wsparciem są ważne maksima na 3,6500.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 15.04.2015 do 15.07.2015
Kurs GBP/PLN znajduje się w trendzie wzrostowym. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,9400. W przypadków spadków najbliższym wsparciem jest dolne ograniczenie kanału na 5,8000.
Maciej Przygórzewski – główny dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
CVC Capital Partners otrzymał wyłączność na prowadzenie negocjacji w sprawie przejęcia PKP Energetyka. Obecnie trwa proces audytu portfela sprzedażowego spółki. Zawarcie transakcji ma się odbyć w ciągu kilku tygodni. Jej finalizacja jest uzależniona od zgody ze strony Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju oraz UOKiK-u. Dyrektor inwestycyjny funduszu Przemysław Obłój mówi jednak, że powinna być to jedynie formalność.
Jak podkreśla dyrektor inwestycyjny CVC Capital Partners, PKP Energetyka to interesująca spółka o zdywersyfikowanych źródłach przychodów.
– Po pierwsze jest to firma dystrybuująca energię elektryczną, po drugie usługowa, która zajmuje się remontami i budową sieci energetycznych i energetycznych sieci kolejowych, a po trzecie jest to spółka handlująca energią elektryczną – wylicza Przemek Obłój.
Według najnowszego dostępnego raportu przychody ze sprzedaży spółki PKP Energetyka w 2013 roku wyniosły 3,7 mld zł. Było to o prawie 15 proc. więcej niż rok wcześniej. Jeszcze większa dynamika widoczna była w przypadku zysku netto. Spółka w 2013 roku zarobiła 90 mln zł, podczas gdy w 2012 roku jedynie 66 mln zł.
– Rozmowy toczą się teraz i mam nadzieję, że zostaną wkrótce zakończone. Mamy wyłączność na prowadzenie negocjacji i obie strony starają się jak najszybciej je zakończyć – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria dyrektor inwestycyjny CVC Capital Partners.
Fundusz private equity CVC Capital Partners zadeklarował, że po przejęciu PKP Energetyki utrzyma inwestycje w modernizację sieci oraz udzieli gwarancji pracowniczych. Aktualny poziom zatrudnienia w spółce z Grupy PKP wynosi 7 tysięcy osób.
– Mamy zamiar inwestować w tę spółkę bardzo duże pieniądze. PKP Energetyka musi wydawać kilkaset milionów złotych rocznie na poprawę i rozbudowę swojej sieci energetycznej, my to będziemy robić. I chcemy też rozwijać dział usług, zarówno po stronie energetycznej, jak i po stronie kolejowej – mówi Obłój.
Łączny wolumen energii sprzedanej w 2013 roku przez PKP Energetyka wyniósł 6,6 TWh. Mimo znacznego wzrostu w stosunku do poprzedniego roku w dalszym ciągu jest to jedynie 3 proc. całkowitej ilości energii sprzedawanej w Polsce. Inwestycje mają prowadzić do wzrostu sprzedaży prowadzonej przez spółkę.
– Musi być gotowa do tego. Myślę, że to zajmie przynajmniej kilka lat – mówi dyrektor Przemysław Obłój pytany o moment, kiedy fundusz CVC Capital Partners zdecyduje się na sprzedaż udziałów w spółce PKP Energetyka.
Według jego oceny wyjście funduszu z inwestycji docelowo odbędzie się poprzez prywatyzację spółki PKP Energetyka na giełdzie. Spośród spółek Grupy PKP na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie obecna jest tylko PKP Cargo. Spółkę upubliczniono w 2013 roku.
Za proces prywatyzacji branży bankowej powinien odpowiadać zespół doświadczonych ekspertów, a nie względy polityczne – takie jest stanowisko Jana Krzysztofa Bieleckiego w kwestii repolonizacji sektora bankowego w Polsce. Działania na tym polu powinny być uzależnione od konkretnego przypadku, a nie być prowadzone na zasadzie systemowej. Choć obecnie sytuacja banków jest dobra, to jednak rozwiązania ustawowe, takie jak podatek bankowy czy przewalutowanie kredytów frankowych, mogą istotnie zagrozić branży.
– Nikt nie powinien myśleć o żadnej doktrynie jako o jedynie słusznej, która ma prowadzić do udomowienia, repolonizacji czy wielkiej prywatyzacji sektora bankowego. Mamy dobry sektor. Natomiast, jeśli są okazje biznesowe, to w procesie konsolidacji powinny uczestniczyć polskie banki – mówi agencji informacyjnej Newseria Jan Krzysztof Bielecki, przewodniczący Rady Partnerów EY.
Były premier ocenił, że prawidłowy przebieg konsolidacji polskiego sektora bankowego możliwy jest jedynie przy udziale odpowiedniego zespołu ludzi. Kluczowe jest posiadanie odpowiednich kompetencji i doświadczenia wyniesionego z poprzednich transakcji tego typu.
– Musi być kapitał, zrozumienie, że jest to istotne wzmocnienie centrum decyzyjnego w Polsce, i odpowiednie warunki do rozwoju grupy menedżerskiej. Musimy do tego podchodzić na zasadzie case by case, a nie na zasadzie ideologii – wyjaśnia ekspert.
Pełniący do niedawna stanowisko szefa Rady Gospodarczej przy premierze Jan Krzysztof Bielecki zwrócił uwagę na różne koncepcje systemowe, które mogą mieć wpływ na wyniki osiągane przez sektor bankowy.
– Każda regulacja frankowa powoduje, że jest grupa banków, gdzie ten portfel jest większy i ten wpływ może być o wiele większy. Jeśli będziemy mieć do czynienia ze zbyt wysokim podatkiem i jednocześnie ze zbyt wysokimi kosztami przewalutowania, to sytuacja dla niektórych banków może się zrobić bardzo trudna – ocenia Jan Krzysztof Bielecki.
Według danych Domu Maklerskiego BPS SA wśród banków o największym udziale kredytów hipotecznych denominowanych w walutach obcych znajdują się Bank Millennium, mBank oraz Getin Noble Bank. W przypadku pierwszego z wymienionych udział jest bliski aż 40 proc.
Z kolei w przypadku forsowanego przez Prawo i Sprawiedliwość podatku bankowego najbardziej eksponowane są instytucje o największej sumie bilansowej. Propozycja PiS mówi o kwocie w wysokości 0,39 proc. ogólnej wartości aktywów banku. W odniesieniu do całego sektora mowa jest o 5-6 mld zł.
W podobnym tonie na temat polskiego sektora bankowego wypowiada się także prezes zarządu PZU SA Andrzej Klesyk.
– Bardzo nie lubię słów udomowianie czy repolonizacja banków, bo to ma znaczenie raczej polityczne. Ja jestem biznesmenem i uważam, że dla dobra kraju bardzo ważne jest to, gdzie znajduje się centrum decyzyjne danego banku. Mniejsze znaczenie ma zaś struktura właścicielska oraz własność kapitału. Najważniejsze jest to, by bank czy instytucja finansowa miały centrum decyzyjne w kraju – mówi.
Według danych NBP za maj 2015 roku aktywa polskiego sektora bankowego wynosiły blisko 1,6 bln zł.
Objęcie sklepów wielkopowierzchniowych podatkiem obrotowym negatywnie odbije się na wynikach sieci handlowych. Propozycja forsowana przez Prawo i Sprawiedliwość może kosztować przedsiębiorców nawet 3 miliardy złotych rocznie. Najbardziej zagrożeni są wielcy detaliści, tacy jak Jeronimo Martins Polska, Emperia i EuroCash. Istnieje realne ryzyko, że część kosztów nowego podatku zostanie przerzucona na klientów. Podatek może wyjść w życie już w 2017 roku.
– Podatek obrotowy, którego wprowadzenia możemy się spodziewać od 2017 roku, będzie miał na pewno negatywny wpływ na wyniki dużych sieci handlowych, detalicznych i franczyzowych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marek Czachor, analityk Erste Securities.
Wprowadzenie podatku obrotowego w największym stopniu dotknie dystrybutorów produktów żywnościowych. Przeciętne marże w tej branży wahają się na poziomie zaledwie około 2 proc., więc nawet niewielkie opodatkowanie uzyskiwanych przychodów spowoduje znaczne zmniejszenie zysku netto spółek z tego sektora.
– Z notowanych spółek według mnie najbardziej negatywnie wprowadzenie podatku obrotowego odbije się na wynikach Jeronimo Martins Polska. Natomiast jak wiemy, spółka należy do grupy Jeronimo Martins, która jest notowana w Lizbonie – ocenia Marek Czachor.
W przypadku polskich spółek negatywny wpływ podatku prawdopodobnie w największym stopniu odczuje Emperia. Poprzez grupę zakupową Stokrotka, spółka osiąga aż 2 mld zł obrotu rocznie. Zysk netto jest jednak na niskim poziomie. W 2014 roku było to zaledwie 30,5 mln zł.
– Spółki będą szukały jakiejś możliwości ucieczki przed podatkiem. Natomiast PiS mówi wyraźnie, że będzie starał się, żeby spółki nie przerzuciły tego podatku na konsumentów – komentuje analityk Erste Securities.
W reakcji na wprowadzenie nowego podatku możliwe jest niewielkie podwyższenie cen.
– Każda forma opodatkowania negatywnie wpływa na wyniki spółek, w wyniku czego ogranicza się możliwości do wypłaty dodatkowych dywidend – tłumaczy ekspert.
Marek Czachor w gronie spółek najbardziej narażonych na wpływ podatku obrotowego widzi także EuroCash. Wchodząca w skład indeksu WIG20 spółka posiada sieć franczyzową Delikatesy Centrum. Obroty są tutaj podobne jak w przypadku Stokrotki i wynoszą około 2 mld zł.
– Sam fakt, że w Polsce może przyjść forma opodatkowania jakichkolwiek form działalności oczywiście wpływa negatywnie wizerunkowo także na nasz rynek. Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia na rynku węgierskim kilka lat temu – podsumowuje ekspert.
Zamiar opodatkowania sieci wielkopowierzchniowych w Polsce jest drugim – obok opodatkowania systemu bankowego – systemowym pomysłem, który pojawił się w ostatnim czasie. W opinii Marka Czachora zagraniczni inwestorzy dopiero zapoznają się z tymi propozycjami, a wyceny spółek handlowych prawdopodobnie jeszcze nie w pełni odzwierciedlają negatywny wpływ nowych regulacji.
W ubiegłym roku zysk netto sektora bankowego wyniósł 16,2 mld zł, a wyniki I kwartału 2015 roku przekroczyły 4 mld zł, jednak w całym roku branża spodziewa się pogorszenia wyników finansowych. Koszty banków wzrosły (m.in. podwyżka wpłat na BFG). Spada za to wskaźnik rentowności aktywów – w I kwartale poniżej 10 proc. Kondycja sektora może być jeszcze słabsza, jeśli zostanie wprowadzony podatek bankowy. Stracić mogą zwłaszcza te podmioty, które aktywnie udzielają kredytów firmom.
– Sektor bankowy nie jest w najlepszej sytuacji. To rok, w którym wszystkie złe wiadomości się kumulują. Zaczęło się od niskich stóp procentowych, mniejszych stawek interchange, doszły wyższe wpłaty na BFG i podatki. To już nie jest ta branża, gdzie osiągało się 15-20 proc. zwrotu z kapitału – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Sobieraj, prezes zarządu Alior Banku.
W tym roku opłaty interchange, czyli prowizje za płatności kartowe, wynoszą maksymalnie 0,3 proc. wartości transakcji. Na rekordowo niskim poziomie utrzymują się też stopy procentowe (1,50 proc.). Dane KNF-u za I kwartał. 2015 roku wskazują, że zysk netto banków wyniósł nieco ponad 4 mld zł, co oznacza minimalny wzrost względem analogicznego okresu ubiegłego roku (1,7 proc.).
– Wszyscy ekscytują się tym, że sektor zarobił 16 mld zł. Ale zwrot z kapitału jest już rzędu tylko 10 proc. Polskie banki zarabiają mniej niż inne branże i mniej niż banki w innych krajach – przekonuje Sobieraj. – Nie będę płaczliwym bankowcem, który tylko narzeka. Alior wierzy w Polskę, w nasz rozwój gospodarczy i w zadanie banków, by wspierać przedsiębiorstwa i klientów indywidualnych w ich rozwoju. Jednak uczciwie przyznając, to nie są najlepsze lata ze względu na makroekonomię dla polskich banków.
W tym roku i w kolejnych latach wyniki finansowe mogą ulec obniżeniu, dużo będzie jednak zależeć od koniunktury gospodarczej i od ewentualnych podatków nałożonych na sektor.
– Rozumiem nałożenie podatków, jeżeli służą dobremu celowi, jak podatki bankowe w krajach europejskich nakładane na jedne banki, żeby ratować inne. Ukrytą formą podatku, który już został zwiększony w ubiegłym roku i prawdopodobnie to nie koniec, jest składka na BFG – podkreśla prezes Alior Banku.
Od tego roku wpłaty na rzecz Bankowego Funduszu Gwarancyjnego wzrosły, w przypadku banków to 1,89 proc. wielkości posiadanych aktywów (przy 1 proc. w 2014 roku). Wpływa to na wyniki sektora, przede wszystkim na wzrost kosztów działania. W I kwartale tego roku wzrosły o 335 mln zł, czyli blisko 5 proc.
Prawo i Sprawiedliwość zapowiada z kolei wprowadzenie podatku od aktywów banków (mowa jest o stawce 0,39 proc.)
– Wydaje mi się, że są lepsze formy nakładania podatków niż te na aktywa. Podatek od transakcji bankowych tak, ale jakikolwiek inny, żeby nie karać tych banków, które były aktywne w udzielaniu kredytów, zwłaszcza w sektorze firm – ocenia Sobieraj.
Na 10 tys. pracowników przemysłu przypada zaledwie 19 robotów. Nie tylko brakuje nam dużo do czołówki europejskiej, ale wyprzedzają nas kraje, które jeszcze kilka lat temu były na zbliżonym poziomie, jak Czechy czy Węgry. Perspektywy są jednak dobre. Polska jest w czołówce Europy pod względem łatwości pozyskiwania środków finansowych, dlatego przy współpracy z odpowiednimi partnerami mamy szansę dogonić kraje zachodnie.
Pod względem innowacyjności Polska jest w ogonie Europy. Europejski raport innowacyjności wskazuje, że na inwestycje przeznaczamy 0,9 proc. PKB, czyli ponaddwukrotnie mniej niż średnia europejska (2,06 proc.). Środki pochodzą głównie z sektora publicznego – zaledwie 37,2 proc. badań przeprowadza sektor przedsiębiorstw, w UE średnia wynosi 63 proc.
– Mamy jednak na dobrym poziomie dostęp do finansowania, a to zazwyczaj jest problemem. Według Banku Światowego i raportu „Doing Business” jesteśmy na drugim miejscu w Europie pod tym względem. Myślę, że musimy zrobić krok naprzód z odpowiednimi partnerami, a wtedy wszystko będzie znacznie łatwiejsze – mówi Jędrzej Kowalczyk, prezes firmy FANUC Polska, lidera w dziedzinie automatyki przemysłowej.
Polska ma duży potencjał, jednak od kilku lat zmienia się niewiele. Pokazuje to przykład wykorzystania technologii w naszym kraju. Na 10 tys. pracowników przemysłu przypada 19 robotów. Z najnowszego raportu IFR „Industrial robots” wynika, że średnia w Unii to 82. Brakuje nam dużo do światowych potęg, np. w Niemczech to 282 roboty, a w Japonii 323. Wyprzedzają nas także kraje sąsiednie.
– W Czechach, Słowacji czy na Węgrzech ten wskaźnik jest czterokrotnie wyższy niż w Polsce. Niestety, niepokojące jest to, że jeszcze dwa lata temu byliśmy na zbliżonym poziomie, ale od tego czasu nie wykonaliśmy znacznego wzrostu – wskazuje Kowalczyk.
Stopień robotyzacji w polskim przemyśle rośnie, choć znacznie wolniej niż w innych krajach. W latach 2003-2012 gęstość robotów wzrosła z 2 do 18. Wskaźnik na poziomie 19 jest zaś o 140 proc. wyższy niż w 2007 roku. Dzięki dostawcom technologii i ich współpracy z polskimi producentami można jednak dogonić Europę.
– Wierzę, że uzyskanie średniej europejskiej jest możliwe, nawet w perspektywie pięciu lat. Musielibyśmy jednak zmienić sposób myślenia na bardziej perspektywiczny i już dzisiaj wykonać właściwą pracę. Oczywiście jest lepiej, sprzedaż robotów wzrasta, ale nieporównywalnie z tym, co możemy zaobserwować w innych krajach – analizuje prezes FANUC Polska.
Według GUS-u obecnie w polskich zakładach produkcyjnych pracuje 7,3 tys. robotów przemysłowych i ponad 12,5 tys. centrów obróbkowych. Coraz lepsze statystyki notują też firmy zajmujące się sprzedażą inteligentnych urządzeń. Z danych FANUC Polska wynika, że tempo sprzedaży rośnie dwucyfrowo. W latach 2012-2013 firma zanotowała 60 proc. wzrost sprzedaży.
– Sprzedaż robotów polskiego oddziału stanowi 1 proc. całej sprzedaży robotów przemysłowych notowanej przez koncern w Europie. W zakresie sprzedaży robomaszyn i technologii CNC [komputerowe sterowanie urządzeń – red.] generujemy znacznie więcej. Jesteśmy krajem z dużym potencjałem produkcyjnym i tym samym technologie, które są u nas znane od lat, radzą sobie znacznie lepiej niż te, które są dopiero wprowadzane na rynek – tłumaczy Jędrzej Kowalczyk.
Ten rok może być rekordowy dla rynku farmaceutycznego. Wartość sprzedaży wzrosła względem ubiegłego roku o 7,7 proc. Nie przekłada się to jednak na zyski aptek. Statystyczna rośnie w tempie trzykrotnie mniejszym niż rynek – o 2,7 proc. Powodem są niższe marże, a wpływ ma na to również wzrost liczby placówek. Dla nieusieciowionych oznacza to konieczność współpracy, dlatego przyszłością będzie łączenie się umową franczyzową i konsolidacja branży.
– Przez pierwszych pięć miesięcy rynek wzrósł o 7,7 proc. w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku, ale statystyczna apteka rośnie tylko o 2,7 proc. Dzieje się tak, ponieważ mamy dużo więcej aptek. Ich liczba rośnie lawinowo, w tym momencie jest ich ponad 14,4 tys. – mówi agencji Newseria dr Jarosław Frąckowiak, prezes PharmaExpert.
Jeszcze rok temu liczba aptek nie przekraczała 14 tys. Choć część placówek jest zamykana, szybko pojawiają się nowe. Większość z nich to apteki sieciowe, które powstają przede wszystkim w atrakcyjnych lokalizacjach – albo na miejscu tych, które zniknęły z rynku, albo w centrach handlowych. Większy wybór aptek wpływa na mniejsze obroty.
– Przeciętna apteka ma obrót około 170 tys. zł, ale już sieciowa – 220 tys. zł. Apteka niezależna czy należąca do mikrosieci ma obroty bliżej 150 tys. zł. Te dysproporcje są duże także w liczbie pacjentów – przekonuje ekspert.
Gwałtowny przyrost liczby aptek wpływa również na spadek marży. Ogólny spadek wynosi 5 proc., dla leków refundowanych – 5,2 proc., dla pełnopłatnych leków na receptę – 7,5 proc., a dla produktów sprzedawanych na receptę – 8,2 proc. Tracą na tym przede wszystkim mniejsze niezależne apteki, które samodzielnie zaopatrują się w leki i trudno im uzyskać duże zniżki w hurtowniach.
– Rynek jest nieskonsolidowany. Sieci aptecznych, które mają 5 i więcej aptek, jest na rynku aż 330. To 5,6 tys. aptek, co oznacza, że 39 proc. aptek jest usieciowionych. Mikrosieci to 1,6 tys. placówek, pozostałe to apteki niezależne, które coraz szybciej uczą się ze sobą współpracować i tworzą np. grupy zakupowe – wskazuje Frąckowiak.
Analitycy Euler Hermes prognozują, że o ile w 2013 roku niezależne apteki stanowiły jeszcze 40 proc. ogółu aptek, to w najbliższych latach ich liczba nie przekroczy 30 proc. Przy zaostrzającej się konkurencji małe apteki będą zmuszone ze sobą współpracować, co pozwoli im utrzymać się na rynku.
Obecnie za połowę wartości rynku odpowiada 39 proc. sieciowych aptek. Jak podkreśla prezes PharmaExpert, o sukcesie apteki w dużej mierze decyduje lokalizacja.
– Gwarantuje ona ruch pacjentów. Drugim elementem jest właśnie liczba pacjentów. Przeciętna apteka sieciowa ma ponad 4 tys. pacjentów w miesiącu, apteka niezależna czy z mniejszych sieci już tylko 3 tys. To bardzo duża różnica – mówi Frąckowiak.
Istotny jest również koszyk zakupowy, czyli pieniądze, jakie klienci zostawiają podczas wizyty w aptece. Część aptek próbuje różnicować ofertę, łączą model sprzedażowy np. z drogerią, przyciągają klientów suplementami diety czy odżywkami. Przy tak dużej liczbie graczy na rynku przyszłością branży jest jednak konsolidacja.
– Nieuniknione jest łączenie tych sieci w większe grupy. Rozwój franczyzy jest także szalenie ważnym trendem na rynku. Apteki pozostają niezależne, ale wiążą się umową franczyzową z kimś, kto tę franczyzę oferuje. Takich aptek na rynku pojawia się coraz więcej i na pewno będzie to kontynuowane – analizuje Frąckowiak.
Średnio o jedno miejsce na Politechnice Warszawskiej ubiegało się więcej niż ośmiu kandydatów. Najbardziej obleganym kierunkiem jest automatyka i robotyka na kilku wydziałach uczelni. Dużym powodzeniem cieszyła się także tegoroczna nowość – geoinformatyka, gdzie na 30 miejsc zgłosiło się ponad 900 osób. To jeden z pierwszych uruchamianych przez PW kierunków praktycznych. Będzie ich więcej, bo rośnie zainteresowanie kandydatów takimi studiami.
– Cały czas Politechnika Warszawska cieszy się dużym powodzeniem. 8,14 kandydata na jedno miejsce to bardzo dobry wynik w świetle tego, że mamy niż demograficzny i liczba maturzystów spada – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Władysław Wieczorek, prorektor ds. studenckich Politechniki Warszawskiej. – Cieszy również to, że średni wynik, z którym przyjmujemy, na 44 naszych kierunkach z 50 jest wyższy niż połowa wymaganych punktów.
Wzrost tego wskaźnika cieszy tym bardziej, że wyniki matury były procentowo gorsze, szczególnie z matematyki, niż w ubiegłym roku.
– Od kilku lat absolutnych hitem wśród kandydatów jest automatyka i robotyka. Ten kierunek jest na kilku wydziałach. W tym roku najpopularniejsze były te na Wydziale Elektroniki oraz Wydziale Mechanicznym Energetyki i Lotnictwa – wymienia prorektor Politechniki Warszawskiej. – Dużym powodzeniem cieszą się kierunki, które kandydaci identyfikują z założeniami praktycznymi i możliwością pracy w przemyśle. To dało się wyraźnie zaobserwować.
Przykładem jest uruchomiony w ubiegłym roku kierunek inżynieria pojazdów elektrycznych i hybrydowych na Wydziale Samochodów i Maszyn Roboczych. W tegorocznej rekrutacji cieszył się bardzo dużym zainteresowaniem. Podobnie jak międzywydziałowy kierunek inżyniera biomedyczna realizowany przez Wydział Mechatroniki i Wydział Elektroniki i Technik Informacyjnych. Tu o jedno miejsce ubiegało się 20 kandydatów.
– W tym roku otworzyliśmy nowy kierunek na Wydziale Geodezji i Kartografii – geoinformatyka. To okazało się być absolutnym hitem – 30 kandydatów na jedno miejsce, choć trzeba uczciwie przyznać, że przy niewielkiej liczbie miejsc. Nie wiedzieliśmy, jakie będzie zainteresowanie, ale okazało się, że śmiało mogliśmy założyć większą liczbę kandydatów. Przy 30 miejscach mieliśmy ponad 900 kandydatów – mówi Władysław Wieczorek.
Jak tłumaczy, geoinformatyka to jeden z pierwszych kierunków realizowanych na warszawskiej uczelni jako kierunek praktyczny, a nie akademicki. W ramach studiów przewidziane są wykłady specjalistów z firm geoinformatycznych, wykładowców zagranicznych oraz trzy miesiące praktyki produkcyjnej.
Jak wskazują władze Politechniki Warszawskiej, powstanie kierunku wynika z analizy rynku pracy i zapotrzebowania na specjalistów łączących umiejętności informatyczne z wykształceniem geodezyjno-kartograficznym. Potrzeba rozwoju kierunku wynika z faktu, że większość obecnie funkcjonujących systemów informatycznych używa dostępu do wszelkiego rodzaju map cyfrowych, począwszy od map adresowych, poprzez zdjęcia lotnicze i satelitarne, a na trójwymiarowych modelach miast i infrastruktury kończąc.
W połowie września w Warszawie odbędzie się duża aukcja samochodów zabytkowych. Dla kolekcjonerów dostępne będą auta o wartości od kilkudziesięciu tysięcy do kilku milionów złotych. W Polsce tego typu aukcje to nowość. W krajach zachodnich, gdzie również rynek aut kolekcjonerskich jest większy i bardziej rozwinięty, stanowią one ważną część branży.
– Pierwszą aukcję planujemy na 17 września, odbędzie się ona na Stadionie Narodowym. Będzie ją poprzedzał dzień wystawowy, podczas którego będzie można zobaczyć samochody. Obejrzeć tę wystawę będą mogły wyłącznie osób autentycznie zainteresowanych tymi autami – mówi agencji Newseria Michał Wróbel, dyrektor Domu Aukcyjnego Ardor Auctions, pierwszego w Polsce domu aukcyjnego wyspecjalizowanego w motoryzacji zabytkowej, organizatora aukcji. – Spodziewamy się wystawienia 60 aut w bardzo szerokim przekroju cenowym.
Na aukcji znajdą się modele już od 18-20 tys. zł. Najdroższe będą kosztowały kilka milionów.
– Mając świadomość, jak polski rynek wygląda, prawie 2/3 tych samochodów będzie kosztować poniżej 90 tys. zł. To naszym zdaniem sugeruje sukces sprzedażowy – mówi Wróbel.
Aukcje oldtimerów stały się popularne w latach 80., głównie w Stanach Zjednoczonych i Europie. Rynki zabytkowych samochodów są od lat wspierane działalnością domów aukcyjnych. Kilka z nich zdominowało światowy rynek. Z danych Ardor Auctions wynika, że organizując aukcje w największych stolicach Europy, potrafią one wygenerować przychód ponad 400 mln dolarów. Na tego typu wydarzeniach często sprzedawane są auta należące do gwiazd lub charakterystyczne dla jakiejś produkcji filmowej. Często też padają rekordowe kwoty.
– Staramy się jak najbardziej się zbliżyć do tego, w jaki sposób są przeprowadzane aukcje za granicą, czyli przygotowujemy pełny katalog, który będzie dostępny także w formie papierowej. Zostanie on wydany trzy tygodnie przed aukcją, planujemy sprowadzić wszystkie samochody na Stadion Narodowy, jak to robią zagraniczne domy aukcyjne w momencie przeprowadzania licytacji. Do tego będą też dostępne wszystkie dokumenty tych samochodów w klaserach – wymienia Michał Wróbel.
Jak podkreśla, największą różnicą będzie cena
– Liczba samochodów o wartości przewyższającej 100 tys. euro na aukcjach zagranicznych jest bardzo wysoka. U nas jednak to będzie kwestia jednostkowa, ok. 10 samochodów – mówi dyrektor Domu Aukcyjnego Ardor Auctions.
W Polsce do tej pory transakcje kupna-sprzedaży zabytkowych samochodów to transakcje prywatne, między kolekcjonerami. Jak podkreśla Wróbel, upublicznienie cen pozwoli na uporządkowanie rynku i jego faktyczną ocenę. Zadaniem Domu Aukcyjnego Ardor Auctions ma być również łączenie sprzedających z potencjalnymi nabywcami.
– Mamy na przykład sytuację, że w rodzinie od dłuższego czasu jest jakieś ciekawe auto, np. youngtimer, kupiony jako nowy przez ojca czy dziadka. I teraz jest wystawiany na aukcję, bo auto od tej pory nie zmieniło właściciela – mówi Michał Wróbel. – Mogą być też przypadki kolekcjonerów posiadających 10 czy 20 samochodów, którzy chcą przewietrzyć garaż i wystawiają u nas dwa, trzy czy cztery samochody.
Eksperci oceniają, że w Polsce rynek zabytkowych aut rośnie w tempie 30 proc. rocznie. Jeśli nie nastąpi pogorszenie w gospodarce, to ma szanse na dalsze silne, dwucyfrowe wzrosty.
1/4 wszystkich wyjeżdżających na urlop Polaków to single. W przeciwieństwie do turystów z dziećmi single nastawieni są głównie na zwiedzanie i zabawę. Chętnie wybierają też hotele wyłącznie dla dorosłych. Najpopularniejszy kierunek dla osób podróżujących to Egipt i Wyspy Kanaryjskie.
Podczas urlopu single poszukują przede wszystkim możliwości zwiedzania nowych miejsc, dopiero na drugim miejscu znajdują się takie rozrywki, jak plażowanie czy zabawy w klubach. Chętnie uprawiają też sporty, np. nurkowanie czy kitesurfing. Z raportu Travelplanet.pl wynika, że samotnie znacznie częściej podróżują kobiety niż mężczyźni.
– Single szukają przede wszystkim hoteli, gdzie nie będzie dużo rodzin z dziećmi, wybierają hotele tylko dla dorosłych, a takie są już praktycznie na wszystkich kierunkach, w Egipcie, Turcji czy Chorwacji, również na kierunkach egzotycznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Klaudyna Mortka z portalu Wakacje.pl.
Najpopularniejszym kierunkiem podróży wśród singli jest Egipt. Polacy wyjeżdżający na urlop w pojedynkę, zwłaszcza Ci lubiący nurkowanie, najchętniej wybierają takie kurorty, jak Szarm el-Szejk i Hurghada. Osoby nastawione wyłącznie na zwiedzanie chętnie decydują się na wycieczki objazdowe – w ich przypadku najpopularniejsze destynacje to Włochy, Tajlandia i Maroko.
– Kolejny kierunek popularny wśród singli to Wyspy Kanaryjskie, które zapewniają rozrywkę. To jest nastawienie się na poznawanie nowych ludzi, na odpoczynek, na pewną pogodę. Popularne są również kierunki egzotyczne, jak Dominikana, Tajlandia. To kierunki, które single wybierają również objazdowo, ale nastawiają się na hotele tylko dla dorosłych – mówi Klaudyna Mortka.
Biura podróży wychodzą naprzeciw oczekiwaniom klientów i przygotowują coraz ciekawsze oferty dla osób podróżujących samotnie. W propozycjach dla singli znajdują się hotele, w których można bardzo aktywnie spędzić czas, np. na rozrywkach sportowych lub zabawach klubowych. Wielu touroperatorów stara się też wybierać miejsca noclegowe tylko dla dorosłych lub takie, które mają wydzielone części dla osób podróżujących samotnie i rodzin z dziećmi.
– Wybieramy Egipt, który jest rajem dla nurków. Wybieramy Riwierę Turecką tętniącą życiem czy Wyspy Kanaryjskie, gdzie w hotelach znajdziemy ofertę umożliwiającą nam uprawianie różnego rodzaju sportów, czy to wodnych, czy biegania, gdzie jest bardzo dobra infrastruktura dla osób aktywnych – mówi Klaudyna Mortka.
Wakacje dla singli najczęściej są droższe niż oferty dla osób podróżujących w towarzystwie. Wynika to głównie z wysokich dopłat za pokój jednoosobowy –mogą one sięgać nawet 1/3 całego kosztu wyjazdu. Jest to jedna z przyczyn, dla których single wybierają hotele o niższym standardzie niż rodziny z dziećmi lub pary. Większy koszt urlopu singli wynika też w dużej mierze z tego, że wybierają oni częściej niż pary i rodziny kierunki egzotyczne.
Oddział Hondy w Polsce poinformował, iż ceny nowej, bazowej odmiany Comfort subkompaktowego crossovera HR-V będą rozpoczynały się od 77 000 zł, natomiast flagowa odmiana Elegance została wyceniona na 84 000 zł.
2015 Honda HR-V
2015 Honda HR-V
2015 Honda HR-V
2015 Honda HR-V
Honda HR-V wyróżnia się eleganckimi liniami typowymi dla aut coupé oraz masywną posturą SUV-a. Wnętrze auta oferuje pasażerom pojemny bagażnik (470 litrów przy uniesionych oparciach tylnych foteli, 1533 litrów – po ich złożeniu), wiodącą w klasie przestronność oraz rozbudowane możliwości w zakresie konfiguracji siedzeń, dzięki zastosowaniu opracowanego przez Hondę systemu Magic Seats.
Już w podstawowej wersji wyposażenia – Comfort – klienci otrzymają bez dopłaty klimatyzację, tempomat oraz automatyczne reflektory.
Średnia wersja wyposażenia – Elegance – oferowana w cenie od 84 000 zł, zawiera dodatkowo automatyczne wycieraczki, przednie i tylne czujniki parkowania oraz system audio z sześcioma głośnikami. Ponadto, opracowana przez Hondę koncepcja „Smart Touch” obejmuje dotykowy panel klimatyzacji.
W najbogatszej wersji wyposażenia – Executive (od 96 500 zł) – znajdzie się również skórzana tapicerka, system komfortowego dostępu oraz kamera cofania. Poczucie przestronności wnętrza potęguje niespotykane w tej klasie elektrycznie otwierane i uchylane panoramiczne okno dachowe. Uzupełnieniem całości są 17-calowe obręcze aluminiowe.
Zaawansowany system multimedialny Honda Connect
Klienci, którzy wybiorą wersję Elegance lub Executive, będą również mogli skorzystać ze standardowego systemu multimedialnego Honda Connect, który działa w oparciu o system operacyjny Android, dzięki czemu wszystkie operacje można wykonywać za pomocą dotyku. Nowy system zapewnia łatwą obsługę aplikacji za pośrednictwem siedmiocalowego ekranu dotykowego umieszczonego w desce rozdzielczej.
Ponadto, system Honda Connect jest oferowany z fabrycznie zainstalowanymi aplikacjami i umożliwia dodawanie aplikacji za pomocą dedykowanej usługi Honda App Center. System daje szybki dostęp do usług internetowych, takich jak przeglądarka, wiadomości podawane w czasie rzeczywistym, informacje o pogodzie i utrudnieniach w ruchu, a także do serwisów społecznościowych i stacji muzycznych.
Zintegrowana nawigacja Garmin została standardowo zainstalowana w wersji Executive i jest dostępna opcjonalnie w wersji Elegance.
Zaawansowane systemy bezpieczeństwa
Nowa Honda HR-V została zaprojektowana pod kątem uzyskania maksymalnej liczby pięciu gwiazdek w testach zderzeniowych instytutu Euro NCAP, dlatego wszystkie europejskie wersje tego modelu będą wyposażone standardowo w opracowany przez Hondę system aktywnego hamowania w ruchu miejskim (CTBA). Ponadto, odmiany Elegance oraz Executive otrzymają pakiet rozwiązań z zakresu bezpieczeństwa o nazwie Advanced Driver Assist System, działających w oparciu o szereg specjalnych czujników. W jego skład wchodzą takie rozwiązania, jak system ostrzegania przed kolizją, system rozpoznawania znaków drogowych, inteligentny ogranicznik prędkości, system ostrzegania o zjeżdżaniu z pasa ruchu oraz system automatycznych świateł drogowych.
Doskonałe właściwości jezdne i duża wydajność
Nowa Honda HR-V oferuje bardzo dobre wrażenia z jazdy oraz wysoką wydajność, dzięki zastosowaniu nowoczesnych jednostek napędowych – silnika wysokoprężnego o pojemności 1,6 litra i-DTEC i mocy maksymalnej 120 KM oraz silnika benzynowego o pojemności 1,5 litra i-VTEC, rozwijającego moc maksymalną 130 KM.
Honda HR-V dostępna będzie zarówno w manualną skrzynią sześciobiegową, jak i nowoopracowaną przekładnię CVT (tylko w połączeniu z silnikiem benzynowym). Emisja CO2 w tym modelu rozpoczyna się już od 104 g/km. Układ sterowania przekładnią CVT został zaprojektowany specjalnie z uwzględnieniem wymagań europejskich klientów.
Wiesław Kołodziej, Prezes Zarządu polskiego oddziału Honda Motor Europe, powiedział: „Szesnaście lat temu zadebiutowała pierwsza generacja Hondy HR-V, która dała początek segmentowi niewielkich crossoverów. Obecnie wprowadzamy na rynek następcę tego modelu, który oferuje nowoczesny design, przestronne wnętrze, nowej generacji silniki i szereg zaawansowanych rozwiązań technicznych. Mamy nadzieję, że będzie on cieszył się dużym zainteresowaniem.”
„2015 rok to dla nas bardzo intensywny okres, gdyż niemal wszystkie modele samochodów z aktualnej oferty firmy zostały odświeżone lub są zupełnie nowe. Cieszę się, że za pośrednictwem tych niezwykle atrakcyjnych produktów będziemy mogli przypomnieć o zaletach Hondy naszym lojalnym klientom i dać je poznać tym nowym.”
Trudno dziś wyobrazić sobie życie bez wszechobecnej technologii, a wielu z nas nie umie już funkcjonować bez urządzeń mobilnych. Według raportu Global Mobile Data Traffic Forecast wydanego na początku tego roku przez Cisco, smartfony w roku 2014 wygenerowały 30 razy więcej ruchu niż cały Internet w roku 2000. Coraz trudniej będzie więc prowadzić biznes, stroniąc od nowoczesnych rozwiązań. Przedsiębiorcy także są co do tego zgodni – aż 96% z nich uważa, że technologie i rozwiązania mobilne pomagają w prowadzeniu firmy – wynika z najnowszego sondażu firmy Tax Care, przeprowadzonego pod koniec czerwca na grupie prawie 800 respondentów. Najważniejsze, by zdobycze nowoczesnej technologii wykorzystać dla podniesienia konkurencyjności swojej działalności na rynku.
Aż 80% zapytanych przez Tax Care przedsiębiorców uważa, że technologie mobilne to przyszłość biznesu, bo już teraz wszystko dzieje się w sieci, natomiast co piąty ankietowany twierdzi, że to uzupełnienie klasycznych rozwiązań, z których można korzystać doraźnie. I choć aplikacje mobilne pokrywają dziś całe spektrum potrzeb biznesowych, ich potencjał nie jest jeszcze powszechnie wykorzystywany. Powody? Połowa respondentów twierdzi, że największą barierą w korzystaniu z technologii mobilnych w biznesie jest niewiedza i nieumiejętność posługiwania się nimi, 28% wskazuje na strach, że są one mało bezpieczne, 13% podkreśla brak dostępu do informacji o istnieniu takich ulepszeń, a 9% brak odpowiedniego sprzętu, na przykład smartfona. Choć to akurat dynamicznie się zmienia – udział smartfonów wśród użytkowników telefonów komórkowych wzrósł do 44%, podczas gdy w 2011 stanowił jedynie 11%.[1]
Łatwiej w biznesie
Każda pojawiająca się na rynku nowa technologia mobilna ma spełniać jeden podstawowy cel: uprościć nam życie. Coraz więcej czynności da się zrealizować za pomocą różnego rodzaju aplikacji. Ale choć przelew do ZUS można dziś wykonać stojąc w korku, wciąż trzeba pamiętać, by środki z rachunku przelać. Nie dziwi więc fakt, że aż 45% badanych przez Tax Care przedsiębiorców uznało, że najważniejszą technologią mobilną, która ułatwiłaby im prowadzenie biznesu jest aplikacja przypominająca o terminach płatności rat, podatków i innych zobowiązań. Co ciekawe, 15% ucieszyłoby się z aplikacji pomagającej monitorować pracę ludzi w terenie, kolejne 15% uznało, że firmę prowadzi się łatwiej mając mobilne konto bankowe zarządzane z telefonu komórkowego, a 16% badanych wskazało na „chmurę” do przechowywania dokumentów i udostępniania ich innym, na przykład księgowemu.
Warto iść z duchem czasu
„Chmura” to tylko jedno z rozwiązań wspierających dzisiaj prowadzenie biznesu, niezależnie od branży, w której działamy. Czym więc kuszą nas inne dostępne na rynku technologie? I tu znowu odwołamy się do czerwcowego sondażu Tax Care. Ponad 43% pytanych w nim przedsiębiorców uznało, że tym, co przekonuje ich do korzystania z technologii mobilnych jest dostępność narzędzi potrzebnych do pracy 24h i w każdym miejscu na ziemi. Ten aspekt nabiera znaczenia zwłaszcza w okresie wakacyjnym. Któż nie chciałby wypocząć z dala od domu, nie tracąc przy tym kontroli nad prowadzoną przez siebie działalnością? Co trzeci przedsiębiorca wskazuje na oszczędność czasu, którego nigdy za wiele, 18% uznaje, że warto korzystać z nowoczesnych technologii, bo to upraszcza procesy i zadania, natomiast dla 7% głównym argumentem jest bezpieczeństwo.
Wiedza o technologiach mobilnych – skąd ją czerpać?
Internet i technologie mobilne determinują dziś niemal każdą sferę naszej działalności, a więc także prowadzenie biznesu. Dlatego tak ważne jest, by nie zostawać w tyle i na bieżąco śledzić możliwości, jakie ze sobą niosą. Ponad jedna trzecia zapytanych przedsiębiorców wiedzę o technologiach mobilnych pozyskuje z mediów, gazet i artykułów w Internecie, 17% od znajomych, którzy z nich korzystają, a 6% z zainteresowaniem ogląda materiały w serwisie Youtube, które prezentują, jak krok po kroku korzystać z danego sprzętu czy aplikacji. Ale aż 40% utrzymuje, że wiedzę tę chętnie czerpie ze szkoleń i warsztatów dla przedsiębiorców.
– Doskonałą okazją do podzielenia się swoim doświadczeniem, także w zakresie wykorzystania technologii mobilnych w różnych branżach będzie cykl konferencji organizowany w Warszawie, Krakowie, Gdańsku i Wrocławiu przez fundację Twoja Inicjatywa!. Z własnych obserwacji wiem, że tego typu spotkania pozwalają wymienić się wiedzą i sprzyjają nawiązywaniu nowych kontaktów biznesowych – mówi Adam Głos, prezes firmy Tax Care, partnera wydarzenia. To wartość dodana, bo już sam program konferencji „12 kroków do sukcesu” przedstawia wszystkie aspekty związane z prowadzeniem własnego biznesu. A podział na 4 moduły tematyczne, takie jak Planowanie, Zarządzanie, Promocja, Sprzedaż sprawia, że każdy z uczestników znajdzie w nim coś dla siebie. Do sukcesu przedsiębiorców inspirować będą także m.in. Jacek Walkiewicz, Tomasz Kammel, czy Otylia Jędrzejczak. Obecnie trwają zapisy i przedsprzedaż z 30% rabatem. Więcej szczegółów można znaleźć na www.12krokowdosukcesu.pl
[1] Badanie „Preferencje konsumentów rynku telekomunikacyjnego w latach 2011 – 2014” przeprowadzone przez UKE (Urząd Komunikacji Elektronicznej).
Irlandia kilka lat temu przestała być „ekonomiczną Zieloną Wyspą”. Kryzys z 2008 roku uderzył praktycznie we wszystkie wskaźniki makroekonomiczne. W najbardziej dotkliwym 2009 roku, gospodarka irlandzka skurczyła się aż o 6,4%. Pomimo tego Polacy nie zrezygnowali z emigracji. Co prawda w ostatnich latach liczba polskich pracowników mieszkających w Irlandii z roku na rok malała, jednak kraj ten w 2013 roku nadal pozostawał trzecim najpopularniejszym kierunkiem polskiej emigracji po Wielkiej Brytanii i Niemczech.
Jakie są zarobki Polaków na Zielonej Wyspie? Okazuje się, że wysokość zarobków Polaków za granicą zależy od długości czasu trwania emigracji. Jak wynika z raportu NBP, najniższe wynagrodzenia otrzymywali pracujący krótko, tzn. do jednego roku. Przeciętnie płacono im 1 300 EUR miesięcznie. Ci, którzy zdecydowali się pozostać dłużej w Irlandii (powyżej 3 lat), zarabiali nawet o 400 EUR więcej.
Wykres 1. Przeciętne miesięczne wynagrodzenia Polaków w Irlandii w zależności od długości trwania emigracji (2012, brutto w EUR)
Źródło: Opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie badania sondażowego przeprowadzonego w 2012 roku przez NBP wśród emigrantów pracujących za granicą
Jakie stawki oferowane są na Zielonej Wyspie?
Jak wynika z danych NBP, Polacy mieszkający w Irlandii są zatrudniani głównie przy pracach fizycznych. Aż 30% respondentów wykonywało prace proste, takie jak zbieranie owoców, bycie pokojówką, kelnerem czy robotnikiem budowlanym. Z kolei 29% pracujących to robotnicy wykwalifikowani – spawacze, murarze, operatorzy maszyn, fryzjerzy lub krawcy.
Z analizy ofert pracy zamieszczonych na Europejskim Portalu Mobilności Zawodowej EURES (Dane o zarobkach należy traktować orientacyjnie, gdyż wynagrodzenia podawane na Europejskim Portalu Mobilności Zawodowej EURES mogą być nieco wyższe niż oferowane przez prywatne agencje pracy za granicą czy w szarej strefie. Wynika, że w przytoczonych zawodach wynagrodzenia są dość zróżnicowane. Najniższe godzinowe stawki spośród analizowanych, oferowane są osobom wykonującym prace proste lub zatrudnionym w handlu i usługach – mediana zarobków podawanych w ofertach pracy wynosi 9,00 EUR na godzinę. Przeliczając tę kwotę na złotówki daje do sumę około 6 300 PLN miesięcznie (Stawki obliczono przemnażając je przez 8 godzin, 21 dni (średnia liczba dni pracujących w 2015 roku) oraz kurs EUR/PLN. Obliczenia dokonane są na podstawie kursu walut z dnia 26.06.2015 roku.)
Robotnicy przemysłowi i rzemieślnicy mogą otrzymywać przeciętnie 10,00 EUR na godzinę, czyli około 7 000 PLN miesięcznie. Praca pracowników obsługi biurowej jak również kierowców i operatorów pojazdów wyceniana jest na około 11,00 EUR na godzinę (mniej więcej 7 700 PLN miesięcznie). Mediana godzinowych zarobków robotników obróbki metali i mechaników wynosi zaś 12,00 EUR, co daje w przeliczeniu około 8 400 PLN miesięcznie.
W analizowanych ogłoszeniach EURES najwyższe stawki oferowane były robotnikom budowlanym i górnikom – mediana godzinowych zarobków wyniosła nieco powyżej 17 EUR. W przeliczeniu na złotówki daje to kwotę około 11 900 PLN miesięcznie.
Tabela 1. Godzinowe stawki wynagrodzeń
w wybranych grupach zawodowych w Irlandii w 2015 roku (brutto, w EUR)
Źródło: Opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie
ofert pracy zamieszczonych na Europejskim Portalu Mobilności Zawodowej EURES Andrzej Kuczara, Marta Kowalówka Sedlak & Sedlak
Komputronik S.A. w rozpoczętym 1 kwietnia pierwszym kwartale roku obrotowego 2015/2016 odnotował wzrost zysku handlowego ze sprzedaży towarów i usług na poziomie 19% w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.
W pierwszym kwartale Komputronik w ujęciu jednostkowym osiągnął szacunkowy zysk handlowy ze sprzedaży towarów i usług o wartości około 37 mln zł, wobec 31,1 mln zł w analogicznym okresie poprzedniego roku. Wzrost odnotowano także na poziomie szacunkowych przychodów handlowych ze sprzedaży towarów i usług. W ujęciu jednostkowym wyniosły one ok. 536 mln zł, co wobec przychodów wynoszących 469,4 mln zł w pierwszym kwartale ubiegłego roku daje wzrost na poziomie 14,2%.
We wstępnych danych z działalności handlowej z pierwszego kwartału uwzględniono dochód ze sprzedaży w spółce zależnej Komputronik Biznes, oferującej kompleksową obsługę przedsiębiorstw i instytucji. Zabieg ten umożliwił zachowanie porównywalności danych, ponieważ w pierwszym kwartale roku 2014/2015, w ramach obsługi przedsiębiorstw, część dochodu wypracowano w ramach spółki Komputronik.
Początek roku obrachunkowego udowadnia stabilność naszych wyników. Oczekujemy podobnych tendencji także w kolejnych miesiącach. Uruchomienie nowego, większego magazynu centralnego uwolniło duży potencjał do wzrostu biznesu. Przeprowadzka pozwoli m.in. na zwiększenie dostępności asortymentu RTV i AGD, którego ekspozycję stale poszerzamy, udostępniając klientom nowe kategorie produktowe – komentuje Wojciech Buczkowski, Prezes Zarządu Komputronik S.A. Drugi kwartał roku kalendarzowego to specyficzny okres pod względem zakupowym. Zwiększony popyt konsumpcyjny można było zaobserwować zwłaszcza w maju, co wiązało się m.in. z zakupem prezentów komunijnych. Czerwiec, a więc koniec roku szkolnego i rozpoczynające się wakacje, to także okres zakupowy. Wiele osób wymienia wtedy sprzęt elektroniczny bądź szuka nowinek technologicznych i ciekawych wakacyjnych gadżetów – dodaje.
We wstępnych danych pochodzących z systemów sprzedaży uwzględniono prognozy dotyczące otrzymania bonusów i premii posprzedażnych, nie uwzględniono natomiast funduszy marketingowych od producentów na częściowe refinansowanie działań promocyjnych.
Jerzy Dąbrowski został dyrektorem generalnym i prezesem zarządu spółki faktoringowej Bibby Financial Services. Dotychczasowy jej szef, Krzysztof Kuniewicz, awansował i pełni teraz funkcję dyrektora operacyjnego na region europejski (Head of Operations – Europe).
– Bibby Financial Services wyróżnia się na rynku ofertą rozwiązań faktoringowych dla małych i średnich przedsiębiorstw, a także dla firm startujących, będących w fazie rozwoju lub posiadających ciekawe kontrakty. To między innymi ten charakterystyczny rys spowodował, że jestem z nimi -opowiada Jerzy Dąbrowski, związany wcześniej z Bankiem Millennium, w którym zarządzał Departamentem Faktoringu i Finansowania Handlu.
Jego zdaniem rynek faktoringowy nadal będzie rósł. – Jak obserwuję, coraz częściej osoby zarządzające finansami w polskich firmach konstruują swoje prognozy w obszarze przepływów w oparciu o rozwiązania faktoringowe, które wygładzają niedopasowania kwotowo-czasowe po stronie należności i zobowiązań – twierdzi.
Ze względu na zróżnicowane potrzeby przedsiębiorstw, na rynku jest miejsce zarówno dla faktoringu świadczonego przez banki, jak i dla niezależnych spółek faktoringowych, które często cechują się większą elastycznością. – Bibby potrafi dostrzec i wycenić te atuty firmy, które dla innych mogą być zupełnie bez znaczenia -dodaje Dąbrowski. – Dlatego staje się partnerem wielu małych i średnich przedsiębiorstw, którym towarzyszy w rozwoju przez wiele lat.
Ale nowy dyrektor generalny zapowiada jednocześnie, że Bibby Financial Services sukcesywnie będzie rozwijać ofertę także dla większych podmiotów.
Jerzy Dąbrowski to doświadczony specjalista w zakresie faktoringu i finansowania handlu. Z rynkiem faktoringowym związany jest od 2002 roku, ostatnio pracował jako starszy dyrektor zarządzający Departamentem Faktoringu i Finansowania Handlu w Banku Millennium. Wcześniej zajmował stanowiska menadżerskie w Pekao Faktoring (Grupa Unicredit) i Banku Raiffeisen. W marcu br. Walne Zgromadzenie Członków Polskiego Związku Faktorów powołało Jerzego Dąbrowskiego na stanowisko wiceprzewodniczącego Komitetu Wykonawczego Związku, w pracach którego od lat bierze aktywny udział. Absolwent Instytutu Ekonomii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, w którym przez 4 lata był również pracownikiem naukowym w Katedrze Międzynarodowych Stosunków Gospodarczych.
Krzysztof Kuniewicz, dotychczasowy dyrektor generalny, który współtworzył polski oddział Bibby Financial Services, awansował w strukturach Grupy i od 1 lipca br. pełni funkcję dyrektora operacyjnego na region europejski (Head of Operations – Europe). Do jego obowiązków należy m.in. monitorowanie jakości obsługi klientów, nadzorowanie projektów rozwoju w regionie oraz wdrożeń IT. Krzysztof Kuniewicz został także powołany do zarządu Bibby Financial Services Polska na kolejną kadencję.
W zarządzie Bibby Financial Services Polska Sp. z o.o. zasiadają obecnie: Jerzy Dąbrowski (powołany z dniem 1 lipca 2015 na stanowisko prezesa zarządu), Krzysztof Kuniewicz, Graham Byrne i Chris Parle.
Bibby Financial Services ma również nowego szefa na cały region europejski, czyli osiem rynków z wyłączeniem Wielkiej Brytanii (która jest dla spółki rynkiem macierzystym). Nowym CEO został Steven Box, który przeszedł do Bibby Financial Services z globalnego banku HSBC, gdzie pracował przez 35 lat, z czego 20 w obszarze finansowania należności. Ostatnio na stanowisku Global Head of Receivables Finance (od listopada 2014), a wcześniej przez trzy lata nadzorował 20 rynków jako European Head of Trade, Receivables and Equipment Finance.
Z badań przeprowadzonych w 2014 r. przez CBOS na zlecenie Konfederacji Lewiatan wynika, że ponad 50% mikro, małych i średnich przedsiębiorstw (MMŚP) woli rozwijać biznes wolniej, ale opierając się wyłącznie na własnych zasobach finansowych. Jakie implikacje ma ten fakt dla płynności i efektywności finansowej przedsiębiorstwa?
Wyniki przytoczonego raportu doprecyzowują, że deklarowana niechęć do korzystania z zewnętrznego finansowania (kredyt, pożyczka, leasing), nawet kosztem wolniejszego rozwoju firmy, dotyczy w największym stopniu mniejszych podmiotów gospodarczych. Główną przyczyną jest ich relatywna słabość kapitałowa i stosunkowo niewielka wartość majątku, który mógłby stanowić zabezpieczenie dla zewnętrznego finansowania.
– Prowadzenie małego przedsiębiorstwa lub praca na własny rachunek to ciągłe wyrzeczenia. W obu przypadkach, jeśli myślimy o rozwoju, niezbędne jest ciągłe poszukiwanie nowych możliwości i wykorzystywanie nadarzających się okazji. Kluczem do prężnego rozwoju biznesu, szczególnie w przypadku małych aktywów, jest efektywność. Nie tylko czasowa, ale także finansowa – mówi Adam Lipka-Bebeniec, zastępca dyrektora regionalnego w departamencie ds. klientów instytucjonalnych Union Investment TFI.
Płynność a efektywność finansowa
Zarządzanie finansami – niezależnie od tego, czy wykonujemy wolny zawód, czy prowadzimy mniejszą lub większą firmę – jest nieodłącznie związane z dwoma wskaźnikami: płynnością oraz efektywnością.
Utrzymanie prawidłowego wskaźnika bieżącej płynności, a tym samym relacji pomiędzy zobowiązaniami a posiadanymi środkami obrotowymi, jest niezbędnym warunkiem prawidłowego funkcjonowania firmy. Bez niej niemożliwe jest terminowe regulowanie zobowiązań – opłacanie faktur, składek ubezpieczeniowych, wynagrodzeń, podatków czy rat kredytów.
Wydawałoby się, że dobrze prosperująca firma, której wartość miesięcznych obciążeń nie przekracza przychodów, nie powinna mieć problemów z płynnością. Jednak nie oznacza to braku jakichkolwiek ryzyk. Terminy płatności za faktury przekraczające 90 dni nie są niczym niezwykłym, a zdarzają się i dłuższe. Takie okoliczności wymagają utrzymywania odpowiednich osadów finansowych pozwalających na realizację bieżących zobowiązań przynajmniej do czasu spłynięcia należności. Należy przy tym uważać, by nie popaść w nadmiernie asekuracyjne zarządzanie środkami firmy. Jak ostrzega Adam Lipka-Bebeniec, taka praktyka prowadzi do obniżenia efektywności środków obrotowych.
Schemat tego procesu za każdym razem wygląda podobnie. – Przedsiębiorca, chcąc zachować płynność i swobodę w bieżącym dysponowaniu kapitałem, wpływającym na firmowe konto nieregularnie i w różnych kwotach, pozostawia większość albo wręcz całość tych środków na rachunku bankowym, często sprzężonym z lokatą overnight. Środki te przetrzymuje dotąd, aż uzbiera się wystarczająca kwota, by założyć lokatę bankową lub firma zrealizuje zaplanowaną płatność do kontrahenta – tłumaczy ekspert Union Investment TFI. Po podliczeniu na koniec miesiąca okazuje się, że znaczna część pieniędzy leży na rachunku bieżącym z obniżoną efektywnością przychodową.
Jak zwiększyć efektywność bieżących nadwyżek?
Paleta rozwiązań, z których może skorzystać przedsiębiorca lokujący bieżące nadwyżki finansowe firmy, jest relatywnie niewielka. Wynika to bezpośrednio z określonych oczekiwań względem takiego narzędzia. – Dla przedsiębiorcy kluczowe jest bezpieczeństwo deponowanych środków. Drugi warunek to szybki dostęp do zgromadzonych środków i elastyczność we wpłatach i wypłatach – mówi Adam Lipka-Bebeniec.
Jakie produkty spełniają te kryteria? Z oferty banku, rachunki oszczędnościowo-rozliczeniowe oraz depozyty jednodniowe, tzw. overnighty. Lokata bankowa, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że istnieją lokaty tygodniowe, nie spełniają już warunku płynności. Natomiast z oferty Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych (TFI) powyższe warunki spełniają fundusze pieniężne, charakteryzujące się najwyższym poziomem bezpieczeństwa.
Jeśli przyjmiemy założenie, że nasza gotówka ma być dostępna od ręki, wybór ogranicza się w zasadzie do overnightu i funduszu. Gdy dodatkowo dołożymy do tego jeszcze solidne oprocentowanie, pozostaje tylko fundusz. Jakie są zasadnicze różnice pomiędzy tymi produktami?
– Pod względem płynności i elastyczności z overnightem może konkurować tylko ROR, ale fundusz pieniężny jest tuż za nim. Po zleceniu wypłaty do określonej godziny, środki z funduszu mogą zostać przelane na konto firmy już na następny dzień – tłumaczy Adam Lipka-Bebeniec. – Ponadto, podczas gdy w przypadku lokaty nocnej oprocentowanie z góry znane, fundusz nie gwarantuje określonego zysku. Niemniej, jak pokazuje porównanie z minionych okresów, najlepsze rozwiązania na rynku regularnie wypracowują stopy zwrotu przekraczające możliwości lokaty bankowej – dodaje. Niska efektywność depozytów overnight wynika z faktu, że ich oprocentowanie zwykle jest zmienne i oparte o wskaźnik WIBID O/N. To narzędzie przestaje więc wystarczać. Szczególnie teraz, w środowisku niskich stóp procentowych. – Obecnie zysk z lokaty overnight często nieznacznie przekracza 1 procent w skali roku. Fundusz pieniężny jest w stanie w tych samych warunkach rynkowych zarobić znacznie więcej – mówi ekspert.
Jak pokazują powyższe argumenty, fundusz inwestycyjny pieniężny – dzięki swojej dochodowości, łatwości w zarządzaniu i elastyczności – powinien być doskonałym uzupełnieniem wachlarza produktów wykorzystywanych obecnie przez małe firmy czy przedstawicieli wolnych zawodów. A wyciągając wnioski z doświadczeń innych warto pamiętać, że o efektywność finansową należy dbać zarówno mając duże, jak i nieco mniejsze środki. To zawsze się opłaca.
Po 6 miesiącach 2015 roku Toyota zajmuje w rankingu rejestracji nowych samochodów w Polsce drugie miejsce. Marka zyskuje względem zeszłego roku 8,5%, osiągając niemal 10-procentowy udział w rynku. W kolejnych miesiącach roku Toyota zakłada dalsze umocnienie pozycji rynkowej, dzięki wprowadzeniu do salonów dwóch nowych modeli: kompaktowego Aurisa po modernizacji i Avensisa.
Łącznie Polacy zarejestrowali w pierwszych sześciu miesiącach 2015 roku 17 528 nowych samochodów Toyoty, co daje firmie awans na drugie miejsce na rynku i wzrost o 8,53% względem zeszłego roku. Zwiększył się także udział japońskiej marki w całym rynku, do 9,86%.
Najczęściej wybieranymi modelami Toyoty w Polsce są miejski Yaris, kompaktowe Auris i Corolla, oraz SUV RAV4.
Najlepiej sprzedające się modele Toyoty w Polsce
Model
Liczba rejestracji (sty-cze 2015)
Yaris
4939
Auris
4529
Corolla
2371
RAV4
1924
Avensis
1586
Aygo
1152
Nieustannym powodzeniem Polaków cieszy się miejski Yaris (+43% względem zeszłego roku), odnotowując doskonałe wyniki sprzedaży zarówno dla firm, jak i dla klientów indywidualnych. Numerem 1. wśród kompaktowych sedanów w Polsce jest niezmiennie Corolla, z ponad 30-procentowym udziałem w swoim segmencie. Największymi wzrostami cieszy się miejskie AYGO, które zyskuje względem zeszłego roku aż 104% i zajmuje drugie miejsce na rynku w segmencie A.
W drugiej połowie roku Toyota zakłada dalsze umacnianie pozycji rynkowej, dzięki wprowadzeniu dwóch nowości: zmodernizowanych modeli Avensis i Auris. Avensis miał już swoją premierę w czerwcu br., znajdując w nowej odsłonie ponad 1000 klientów. Auris debiutuje we wszystkich salonach w Polsce w dniach 18-19 lipca.