Po przejęciu Delecty Bakalland stawia na rozwój organiczny. Zainwestuje w usprawnienie procesów technologicznych w zakładach w Łodzi, Janowie i Włocławku

0

CEO Magazyn Polska

Bakalland i Delecta, które od lipca działają prawnie jako jedna firma, przygotowują obecnie plan finansowy. Spółka chce skupić się na rozwoju organicznym, a w perspektywie najbliższych lat będzie inwestować w marki i usprawnienie procesów technologicznych w zakładach w Janowie, Włocławku i Łodzi. Aktywa firmy mają w wyniku tych inwestycji wzrosnąć o kilkadziesiąt milionów złotych.

Połączenie dwóch spółek, Delecty z Bakallandem, miało na celu uzyskanie wszystkich synergii, które się z tym wiążą. I efekt ostatniego półrocza w pełni potwierdził nasze założenia – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Marek Moczulski, prezes zarządu Bakalland SA. – Mamy ponad 400 mln obrotów, komplementarne kategorie, synergie produktowe i kosztowe. Daje nam to pewność, że to połączenie miało sens.

Ubiegłoroczne przejęcie Delecty kosztowało Bakalland ok. 100 mln zł. Reakcje rynku po ogłoszeniu transakcji były pozytywne, akcje spółki zyskały 30 proc. Firmy mają uzupełniające się produkty i od początku roku korzystają z efektów synergii, jakie dają wspólne akcje promocyjne. Prawne połączenie nastąpiło jednak dopiero od lipca. Obecnie opracowywany jest nowy budżet zatwierdzany przez radę nadzorczą.

Zakładamy inwestycje capeksowe, czyli w środki trwałe i promowanie naszych marek. Z jednej strony umacniamy pozycję rynkową, należy podkreślić, że w okresie łączenia spółek nie tylko nie traciliśmy rynku, lecz wręcz przeciwnie – zyskiwaliśmy w każdej kategorii marek, i Delecty, i Bakallandu. Można powiedzieć, że w naszym przypadku dwa plus dwa dało nie cztery, a sześć – podkreśla Moczulski.

Spółka chce zwiększyć możliwość sprzedaży produktów, dlatego usprawnia procesy produkcyjne. Jak zaznacza prezes Bakallandu, choć w każdym z zakładów planowane są inwestycje, nie wszędzie konieczne jest zwiększanie mocy wytwórczych – we Włocławku i Łodzi należy usprawnić linie technologiczne i cały proces, w Janowie natomiast potrzebne są dodatkowe maszyny pakujące.

Nie można wyszczególnić, że to tylko kwestia budynków czy maszyn. Inwestycje kapitałowe dotyczą kilku obszarów – wskazuje Moczulski. – Będą one znaczące. Suma bilansowa po wszystkich inwestycjach wyniesie kilkadziesiąt milionów złotych, choć nie chcę na razie ujawniać szczegółów – zastrzega.

Grupa Bakalland nie zakłada w najbliższym czasie akwizycji, choć nie wyklucza ich w dalszej przyszłości. Obecnie po fuzji wciąż trwa proces tworzenia nowej kultury organizacyjnej, tak by pozostać liderem na rynku. Dlatego grupa chce się skupić na rozwoju organicznym. Ułatwieniem może być wzajemne uzupełnianie się oferowanych przez Bakalland i Delectę produktów.

Rzadko się zdarza, że tak komplementarne produkty mogły mieć szansę na połączenie w jedną firmę. W dalszej strategii myślimy o umocnieniu naszych marek i w tym momencie nie planujemy dalszych akwizycji – przyznaje Moczulski.

Rynek bakalii wciąż się rozwija. Według szacunków branży rośnie o 10-12 proc. rocznie. Dlatego Bakalland chce wykorzystać potencjał i wprowadzić na rynek nowe produkty. Prezes grupy przypomina, że batony zbożowo-bakaliowe, które pojawiły się w sprzedaży w ubiegłym roku, szybko stały się popularne.

Naszą polityką jest ciągłe zaskakiwanie konsumentów nowościami. W tym roku również planujemy kilka takich produktów, ale nie będę zdradzać szczegółów – mówi Moczulski. – W kategorii bakalii jesteśmy absolutnym liderem, ciągle umacniamy swoją pozycję i w tej kategorii również przygotowaliśmy dla polskich konsumentów kilka nowości – dodaje.

Od połowy maja WIG20 stracił ponad 10 proc. Okazje mogą się trafić w sektorach budowlanym, turystycznym, handlowym i spożywczym

CEO Magazyn Polska

Choć polska gospodarka nie jest bezpośrednio uzależniona od sytuacji w Grecji, to jednak negatywny sentyment inwestorów przekłada się na rynki finansowe. Indeks WIG20 stracił od połowy maja ponad 10 proc. Jeszcze mocniej przeceniony jest sektor bankowy. Obecna korekta daje jednak szansę wejścia na rynek przy atrakcyjnych poziomach, a szczególnie warto się przyjrzeć sektorom budowlanemu, turystycznemu, spożywczemu i handlowemu.

Jeżeli chcemy kupić akcje jakiejś spółki, to rzeczywiście możemy je teraz kupić po nieco korzystniejszych cenach. Tylko pytanie, gdzie będzie ustanowiony dołek, bo rzeczywiście skala tej korekty zaskakuje wiele osób – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ.

Indeks WIG20 obecnie znajduje się na poziomie ponad 10 proc. niższym, niż jeszcze w połowie maja. Ostatni raz tak niskie wartości spółek blue-chipów notowano w połowie 2012 roku. To zdaniem Łukasza Bugaja dobry moment na zakup tanich akcji. Analityk radzi jednak, by sektorom i spółkom przyglądać się wybiórczo.

Wydaje się, że sektor budowlany i spółki z nim powiązane, które nieźle zachowują się w tym roku, cały czas powinny prezentować niezłą kondycję i jest to związane z wydawaniem środków w ramach nowej perspektywy budżetowej z Unii Europejskiej – rekomenduje na okres najbliższych dwóch kwartałów Łukasz Bugaj.

Analityk DM BOŚ radzi spojrzeć również na branżę turystyczną. Obecnie na rynku działa kilku wyraźnych liderów, którzy skupiają na sobie większość popytu. Ich pozycję wzmacnia fakt, że coraz więcej Polaków korzysta z ofert urlopów zagranicznych. Inflacja, której pojawienie się prognozowane jest już w IV kwartale bieżącego roku, powinna wesprzeć z kolei sektor spożywczy.

Sektor spożywczy całkiem ciekawie wygląda choćby ze względu na spodziewane odbicie cen żywności i gdzieś tam ta tendencja wzrostowa spółek, szczególnie liderów z tego sektora, może nie jest bardzo duża, ale na pewno od kilku miesięcy zauważalna – ocenia ekonomista.

Łukasz Bugaj wyjaśnia, że niezależnie od sektora należy odróżniać liderów danej branży od podmiotów radzących sobie gorzej. Lepsze efekty przyniesie kupno udziałów w silnej spółce już znajdującej się w trendzie wzrostowym niż inwestycja w tanie akcje przedsiębiorstwa o słabej kondycji finansowej.

Wiele sektorów radzi sobie cały czas nieźle. Należy jednak w ramach tych sektorów dokonać podziału na spółki, które są liderami, i te, które radzą sobie gorzej. Lepiej bowiem wybrać lidera, którego akcje są już w trendzie wzrostowym, i kupić je na korekcie, choćby takiej jak obecna, niż szukać spółek, których akcje są w tendencji spadkowej – mówi Łukasz Bugaj.

A. Halicki: Dobre perspektywy dla Poczty Polskiej. Porozumienie ze związkami zawodowymi i status operatora wyznaczonego przyspieszą jej rozwój

CEO Magazyn Polska

Poczta Polska, która została decyzją Urzędu Komunikacji Elektronicznej operatorem wyznaczonym, będzie strategicznym partnerem resortu administracji i cyfryzacji. Decyzja zbiegła się w czasie z rejestracją nowego układu zbiorowego pracy w Poczcie Polskiej, którego najważniejszym celem jest premiowanie wyników. To dwa czynniki, które w najbliższych latach pozwolą spółce przyspieszyć rozwój.

Mówimy dzisiaj, nie odsłaniając jeszcze wszystkich szczegółów, o długofalowym działaniu i współpracy Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji z Pocztą Polską jako strategicznym partnerem do powszechnej obsługi – dużo szerszej niż rynek pocztowy, a więc także obsługi w ramach e-administracji, w ramach usług, które dzięki nowoczesnym technologiom będą możliwe do upowszechnienia w placówkach Poczty Polskiej – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrzej Halicki, minister administracji i cyfryzacji.

W zeszłym tygodniu decyzją Urzędu Komunikacji Elektronicznej Poczta Polska została wybrana na operatora wyznaczonego do pełnienia powszechnych usług pocztowych przez następne dziesięć lat.

Poczta Polska ma przed sobą bardzo dobre lata. Cieszy nie tylko fakt, że spółka została narodowym operatorem, lecz także jakość oferty złożonej przez spółkę. Należy podkreślić, to jest w zasadzie maksymalna ocena punktowa. Bezwzględna, jeżeli chodzi o fakty, liczby, możliwości i oczekiwania Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Ta obiektywna ocena oznacza, że Poczta Polska jest właściwym wyborem – podkreśla Halicki.

Wyniki konkursu zbiegły się w czasie z rejestracją nowego układu zbiorowego (ZUZP) dla zatrudnionych przez Pocztę Polską w Państwowej Inspekcji Pracy w Warszawie. Układ zbiorowy wprowadza nowy system wynagrodzeń, koncentrujący się na premiowaniu wyników i efektywności pracowników. Nowy ZUZP wszedł w życie pierwszego lipca.

– Teraz, po zarejestrowaniu zakładowego układu zbiorowego, będzie łatwiej – przekonuje Krzysztof Fidelis, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Straż Pocztowa. – Trendy rynkowe są takie, a nie inne, i trzeba się do nich dostosować. Stawiamy na nowoczesność i w przeciwieństwie do innych firm zamiast pracowników zwalniać, będziemy ich zatrudniać.

Polska jako pierwszy kraj w UE po liberalizacji rynku przeprowadziła konkurs na operatora wyznaczonego. Jak przekonuje Halicki, wiązało się z tym wiele niepewności.

Było wiele uwag, co do tego, że nie musimy być pierwszymi w UE, którzy ten konkurs przeprowadzą. Było też wiele obaw związanych z samym procesem, a także z atmosferą i konkurencją na rynku – tłumaczy Andrzej Halicki. – Pamiętać trzeba jednak, że otwarcie rynku nie może oznaczać obniżenia jakości.

W ogłoszonym pod koniec zeszłego roku konkursie Poczta Polska stanęła do walki z Polską Grupą Pocztową. Oferta prywatnego operatora PGP nie spełniła wymogów uczestnictwa w drugim etapie konkursu, czyli w ocenie merytorycznej. Chodziło o posiadanie odpowiednio rozbudowanej sieci placówek pocztowych i centrów rozdzielczych, środków transportu, a także stabilną organizację przedsiębiorstwa i płynność finansową.

Także Krzysztof Fidelis ocenia, że decyzja UKE stwarza duże szanse rozwojowe dla PP.

Przede wszystkim oznacza ona stabilność. Pracownicy w końcu ją zyskają. Wcześniej mieliśmy sporo obaw z pojawieniem się na rynku dość dużego nowego operatora – twierdzi Krzysztof Fidelis. – Jesteśmy szczęśliwi, że możemy dalej pracować w spokoju oraz budować firmę.

Białe plamy na mapie internetowej Polski może pomóc zlikwidować internet satelitarny. Dałby dostęp do sieci 800 tys. gospodarstw, które nie mogą liczyć na stałe łącza

CEO Magazyn Polska

Technologie do niedawna wykorzystywane podczas lotów kosmicznych pomogą zapewnić internet w rejonach, gdzie niemożliwe jest zainstalowanie tradycyjnej sieci bądź korzystanie z mobilnej. W Polsce jest aż 800 tysięcy takich gospodarstw domowych (6–9 proc. odbiorców). Technologia satelitarna znajduje coraz więcej zastosowań w codziennym życiu.

Latałem w okresie pionierskim, kiedy jeszcze obowiązywała technika analogowa. Dotyczyło to wszystkich źródeł komunikacji, samego systemu sterowania, komunikowania się – wspomina Mirosław Hermaszewski, kosmonauta, który 37 lat temu odbył lot w kosmos na statku Sojuz 30. – Wszystkie obliczenia, nawet te skomplikowane, robiliśmy sami. Żeby sobie ulżyć, sam opracowałem wcześniej odpowiednie tabele, wykresy, z których korzystałem, bo odpowiadałem za dynamikę lotu, zbliżenie, stykówkę. Byłem tam w roli inżyniera pokładowego. Za naszych czasów pilotowanie statku, te wszystkie manewry, zbliżanie itd., to wszystko zajmowało nam 80 proc. czasu, 20 proc. procent przeznaczone było na program naukowy. Dziś jest na odwrót – wyjaśnia.

Zaawansowane technologie satelitarne służą dziś nie tylko lotom w kosmos, lecz także coraz częściej znajdują zastosowanie w codziennym życiu. Wszędzie tam, gdzie tradycyjne kablowe łącze światłowodowe i sieć mobilna nie są dostępne, zarówno ze względów ekonomicznych, jak i technicznych, dostęp do szerokopasmowego internetu jest w stanie zapewnić technologia satelitarna. Jej zastosowanie sprawia, że odbiorca jest zupełnie niezależny od infrastruktury naziemnej.

Dzięki technologii satelitarnej jesteśmy w stanie świadczyć usługi dwukierunkowe. Czyli odbieranie i wysyłanie danych odbywa się płynnie jednocześnie. To odróżnia ją od usług starszej generacji, kiedy ta transmisja była jednokierunkowa – mówi agencji Newseria Biznes Daniel Zadrożny, dyrektor regionalny Eutelsat Broadband w Polsce, oferującego satelitarny dostęp do internetu Tooway.

Technologia satelitarna to jeden z najszybciej rozwijających się segmentów branży telekomunikacyjnej. Według programu operacyjnego Polska Cyfrowa konieczna jest praca nad zwiększeniem dotarcia z łączami internetowymi do coraz większej liczby użytkowników. Technologia satelitarna może pomóc w ograniczeniu obszarów zwanych białymi plamami.

Zgodnie z Europejską Agendą Cyfrową do 2020 roku każdy obywatel UE będzie mieć dostęp do internetu szerokopasmowego o prędkości co najmniej 30 Mbps. Dziś w wielu miejscach UE realizację tego planu utrudnia niski stopień cyfryzacji. Obecnie jedna trzecia Polaków przyznaje, że nigdy nie korzystała z internetu. Jedynie 60 proc. korzysta z niego regularnie. W krajach Unii to odpowiednio 22 i 70 proc. Drugim problemem są białe plamy, czyli obszary, gdzie internet szerokopasmowy nie dociera za pośrednictwem kabli, fal radiowych czy usług oferowanych przez operatorów komórkowych.

Dzisiaj mamy szerokie spektrum – satelita KA-SAT z bardzo wysokimi możliwościami transmisyjnymi, które przekładają się na usługi konsumenckie – prędkość 22 Mb/s ściąganie, 6 Mb/s wysyłanie, a wkrótce będziemy mieli 30 Mb/s na ściąganie danych – wymienia Daniel Zadrożny.

System Tooway wykorzystuje transmisję danych w paśmie Ka, obsługiwanym w Europie np. przez satelitę Eutelsat KA-SAT. Jak podkreśla Zadrożny, to najnowocześniejszy satelita we flocie Eutelsat, co umożliwia świadczenie usług o wysokiej wydajności w Polsce i Europie.

Satelita nie jest jedynym elementem systemu, mamy także w pełni zintegrowany system stacji naziemnych, dzięki któremu jesteśmy w stanie świadczyć usługi najnowszej generacji – mówi Zadrożny.

Internet to nie jest jedyny obszar, gdzie znajduje zastosowanie technologia satelitarna. Zdaniem Zadrożnego jest wiele innych możliwości.

Wykorzystanie technologii kosmicznych w usługach konsumenckich będzie się rozwijać. Chodzi o transmisję danych, transmisje telewizyjne, wysyłanie i odbieranie obrazu wykorzystywane w telemedycynie, monitoring i zbieranie danych z bardzo odległych miejsc czy zapewnienie transmisji danych dla masztów telefonii komórkowej znajdujących się w oddalonych miejscach – wymienia Zadrożny. – Ciekawym rozwiązaniem jest monitorowanie zbiorów, obserwowanie, jak się rozwijają na dużych obszarach i stosowanie odpowiednich nawozów. Także monitorowanie powodzi – za pomocą satelity możemy zobrazować, jaki jest stan zalania, i komputerowo przemodelować, jak będzie postępować lub jak woda będzie się cofać.

Przeciętna polska firma przepłaca za prąd co najmniej 10-15 proc.

CEO Magazyn Polska

Polscy mali i średni przedsiębiorcy marnują prąd przez nieodpowiednie oświetlenie, ogrzewanie i zbędną pracę maszyn. Tym samym zwiększają swoje koszty średnio o 10-15 proc. Inwestycje służące obniżeniu zużycia energii zwracają się nawet wcześniej niż po półtora roku.

Według danych zebranych przez firmę Polski Prąd podczas audytu ponad 200 małych i średnich firm ponad 75 proc. przedsiębiorstw, które zużywają 50-300 MWh energii elektrycznej rocznie, mogłoby zredukować rachunki za prąd nawet o 10-15 proc.

U części z nich widzieliśmy liczby sięgające nawet 30 proc. – stwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Owczarski, prezes zarządu Polski Prąd. – Przeciętna firma w Polsce ma potencjał oszczędności sięgający 8-10 proc. Można je generować w prosty sposób i w efekcie zmniejszyć koszty zużycia energii, zarówno kupowanego prądu, jak i dystrybucji.

Większość oszczędności dotyczy trzech obszarów: oświetlenia, pracy jałowej urządzeń oraz niewłaściwej termoizolacji obiektów przemysłowych.

W oświetleniu widzimy szereg dość typowych błędów. Począwszy od prześwietlania pomieszczeń, czyli umieszczania większej liczby źródeł światła, niż to jest potrzebne, poprzez niestosowanie wyłączników czasowych,  a skończywszy na tym, że instalowane są lampy o zbyt dużej mocy – wyjaśnia Owczarski.

Prezes Polskiego Prądu zwraca także uwagę na to, że w Polsce wciąż małą popularnością cieszy się technologia LED. Według niego wymieniając tradycyjne oświetlenie na LED-y bądź neony, przedsiębiorcy byliby wstanie zaoszczędzić nawet do 80 proc. energii zużytej na światło. Przykładowo firma mająca 1000 punktów oświetleniowych o mocy 35W każdy mogłaby w ten sposób zaoszczędzić około 45 tys. zł rocznie. Zainstalowanie wyłączników czasowych i czujników obecności w pomieszczeniach może z kolei obniżyć roczne koszty prądu o kolejne 10-15 tys. zł.

Inwestycji w oświetlenie zwróciłby się już w czasie krótszym niż dwa lata – podlicza Owczarski.

Również błędy konstrukcyjne w budynkach i systemach grzewczych powodują, że firmy przepłacają za energię elektryczną.

Mamy np. bardzo duży kocioł grzewczy, ale za małe profile rur, które rozprowadzają ciepło do kaloryferów lub na odwrót. Często stan instalacji ogrzewania odbiega od ideału – wyjaśnia prezes Polskiego Prądu.

Optymalizacja efektywności energetycznej może zredukować zużycie prądu o ponad jedną trzecią.

Kolejnym obszarem, gdzie można zaobserwować nieefektywność zużycia energii elektrycznej, jest jałowa praca silników, np. wentylatorów w pustych pomieszczeniach, schodów ruchomych czy drzwi obrotowych, które często włączone są niepotrzebnie. Jak podkreślają eksperci Polskiego Prądu, te oszczędności są bardzo łatwe do osiągnięcia. Nawet jeśli działania te wymagają nakładów finansowych, to szybko się zwracają.

Nawet w tych przypadkach, kiedy nakłady sięgały 50-100 tys. zł, redukcja kosztów była tak duża, że zwracała się niemal natychmiast. A oszczędności były ogromne, gdyż – co trzeba zaznaczyć inwestycje powodowały wieloletnie obniżki kosztów – mówi ekspert.

Z badania wynika jednak, że właściciele firm rzadko zwracają uwagę na możliwość oszczędzania.

To nigdy nie jest palący temat. Z perspektywy klienta wszystko działa, prąd płynie. Ludzie nawet, jeżeli wiedzą, że mogą zaoszczędzić na fakturze, nie zastanawiają się nad tym, jak to zrobić. Wynika to z tego, że klient najczęściej nie czuje potrzeby szukania rozwiązania, które pozwoli mu zaoszczędzić – mówi Owczarski. – To są małe i średnie firmy, które nie zatrudniają na etat osoby zajmującej się utrzymaniem instalacji energetycznej. W konsekwencji firmy wciąż tracą pieniądze.

Ekspert wyjaśnia jednak, że możliwości oszczędzania są w każdej branży, różne będą tylko zastosowane metody.

W hotelach głównym elementem będzie oświetlenie, z kolei w branży restauracyjnej ciekawym rozwiązaniem jest akumulacja ciepła, które powstaje w procesie przygotowania jedzenia, i użycie go do celów grzewczych. Rozwiązania będą różne w różnych branżach, ale sam potencjał oszczędności w każdej taki sam – wyjaśnia Paweł Owczarski.

Zainteresowanie leasingiem maszyn rolniczych rośnie o 9 proc. rocznie. Rolnicy coraz chętniej korzystają z ofert banków, niekoniecznie spółdzielczych

CEO Magazyn Polska

Przychody branży leasingowej w segmencie agro wzrosły w całym ubiegłym roku i w I kwartale tego roku o 9 proc. Instytucje finansowe na coraz większą skalę rozbudowują oferty dla rolników. To ważna grupa klientów 92 proc. z nich korzysta z produktów bankowych. Co czwarty zaciąga pożyczki gotówkowe na inwestycje, a co dziesiąty pożyczki celowe lub korzysta z leasingu.

– Zgodnie z badaniami, które przeprowadziła dla nas firma Martin & Jacob, rolnicy dzisiaj to przede wszystkim przedsiębiorcy rolni. Korzystają z bardzo szerokiej, kompleksowej oferty różnego rodzaju produktów banków i instytucji finansowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Sudaj, dyrektor ds. strategii rynkowej BZ WBK Leasing.

Całkowita wartość maszyn i urządzeń wziętych w leasing przez rolników wyniosła w 2014 roku blisko 3,7 mld zł. Średnia wartość pojedynczej umowy opiewała na sumę około 160 tys. zł. Rolnicy finansują głównie ciągniki, maszyny i urządzenia niezbędne do prowadzenia działalności rolnej. Coraz częściej przedmiotem leasingu są także pojazdy osobowe.

Wśród rolników dużym zainteresowaniem cieszą się także pożyczki gotówkowe – wynika z badania firmy Martin & Jacob. Ponad 25 proc. badanych korzystało z ofert instytucji finansowych w celu uzyskania dodatkowych środków na zakup maszyn i urządzeń oraz na finansowanie bieżącej działalności gospodarczej.

– Ponad 90 proc. rolników korzysta z oferty różnego rodzaju instytucji bankowych w Polsce – mówi Sudaj. – Rolnicy korzystają praktycznie z całej oferty produktów bankowych: rachunków bieżących, kart płatniczych, kart kredytowych, finansowania różnego rodzaju inwestycji, kredytów, pożyczek czy finansowania bieżącego w rachunku.

Coraz częściej też korzystają z ofert banków innych niż spółdzielcze. Rolnicy szukają wśród instytucji finansowych przede wszystkim stabilnych partnerów biznesowych, których oferta będzie w stanie odpowiedzieć na wszystkie sygnalizowane potrzeby.

– W zeszłym roku branża leasingowa zanotowała wzrost w segmencie agro o blisko 9 proc. Dla nas jest to jeden z kluczowych segmentów działalności. Notujemy tu blisko 46-proc. dynamiki – podkreśla dyrektor w BZ WBK Leasing.

Jak zapewnia, tak wysoka dynamika sprzedaży w przypadku grupy Santander, której członkiem jest BZ WBK Leasing, była możliwa dzięki dopasowaniu oferowanych produktów i rozwiązań do potrzeb branży. Specyfika oferty polega m.in. na innym rozłożeniu spłat ze względu na sezonowość prac i wpływów. W ofercie znajduje się specjalnie przygotowany dla branży Agro Pakiet, który pozwala zarządzać finansami rolników.

Tomasz Sudaj przekonuje, że unijne środki, które otrzymują rolnicy, nie są konkurencją dla produktów bankowych, wręcz przeciwnie, uzupełniają się nawzajem i motywują do inwestowania w gospodarstwa. W latach 2014-2020 na realizację Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich przeznaczonych zostanie 13,5 mld euro.

– Środki z funduszy są impulsem, który bardzo często rozpoczyna cały proces inwestycyjny, proces optymalizacji i unowocześniania gospodarstwa. Jednocześnie nawet brak tych środków nie zatrzymuje procesów inwestycyjnych – wyjaśnia Tomasz Sudaj.

Ekspert pozytywnie ocenia zmiany zachodzące w ostatnim okresie w branży rolniczej w Polsce. Dotyczy to nawet przedsiębiorców niekorzystających z unijnego finansowania. Na polskiej wsi widać konsekwentnie realizowane inwestycje, które wpływają na wzrost efektywności i dochodowości całego sektora.

– Kolejne środki w ramach programów na lata 2014-2020 to zastrzyk gotówki, który w naszej ocenie bardzo pozytywnie wpłynie na rozwój rynku i będzie determinował następne inwestycje – mówi dyrektor w BZ WBK Leasing.

Ukraińskie firmy chcą przez polski rynek IT zdobywać klientów w Europie. Branżowe targi i konferencje ułatwiają nawiązywanie relacji

2

CEO Magazyn Polska

Rynek IT i urządzeń mobilnych w Polsce dynamicznie się rozwija. Prawie 60 proc. Polaków korzysta ze smartfonów. Potencjał rynku dostrzegają nie tylko krajowe, lecz także zagraniczne firmy. Bardzo duże zainteresowanie Polską jest między innymi na Ukrainie. Tamtejsze firmy – ze względu na trudną sytuację gospodarczą i polityczną w kraju – chcą zdobywać klientów w Polsce, a także planują dalszą ekspansję przez polski rynek. Branżowe targi i konferencje ułatwiają nawiązywanie międzynarodowych relacji.

Rynek telekomunikacyjny i IT w Polsce i Europie Wschodniej jest bardzo ciekawy. Jego potencjał jest cały czas rosnący, dlatego że technologie, trendy oraz produkty cały czas się zmieniają. Nieustannie rośnie też zapotrzebowanie na nowe usługi – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Cieślak, prezes MiT Media Group, organizatora Mobility Reseller Days.

Rynek urządzeń mobilnych rośnie dynamicznie zarówno w Europie, jak i w Polsce. Według najnowszych szacunków TNS Polska pod koniec 2015 roku ponad 60 proc. Polaków będzie korzystać ze smartfonów. Jeszcze trzy lata temu było to zaledwie 25 proc. Podobnie jest na całym kontynencie. Jeśli ten trend się utrzyma, to w 2019 roku liczba smartfonów w Europie przekroczy liczbę jej mieszkańców i sięgnie 760 milionów.

Polski rynek z racji swojego położenia jest miejsce, gdzie kojarzą i integrują się firmy ze wschodu i zachodu kontynentu. Problemem w zacieśnianiu relacji biznesowych jest jednak bieżąca sytuacja polityczno-ekonomiczna panująca za naszą wschodnią granicą.

Firmy z Rosji i Ukrainy, które przeżywają kryzys gospodarczy, szukają w Polsce relacji. Nasz kraj jest dla nich ciekawym miejscem ze względu na wspólną kulturę, bliskość logistyczną, strefę czasową, poza tym jest dla nich bardziej przyjazna – wyjaśnia Tomasz Cieślak.

Jak podkreśla, potencjał ukraińskich firm działających na tym rynku jest dość znaczny, choć w dużej mierze zależy od zaangażowania finansowego. Europa jest otwarta na nowe pomysły, które dają możliwości rozwoju i kooperacji między firmami z różnych krajów. Nie oznacza to jednak, że zaistnienie na polskim rynku i nawiązanie relacji biznesowych jest dla nich proste. Pomagają w tym jednak imprezy branżowe, konferencje i targi, które przyciągają wystawców i firmy z całego świata.

Mobility Reseller Days jest właśnie takim wydarzeniem branżowym, podczas którego spotykamy się z firmami z Europy i ze Wschodu, również z Chin. To ułatwia nawiązywanie wielu relacji biznesowych. Chodzi tu przede wszystkim o dostawców produktów, dystrybutorów, kanały sprzedaży i sieci zakupowo-sprzedażowe. Takie miejsca wpływają pozytywnie na budowanie biznesu – mówi Tomasz Cieślak.

Podczas tegorocznej edycji MRD w październiku br. organizatorzy oczekują wielu nowości związanych z telefonią komórkową, tabletami czy usługami. W ubiegłym roku swoją aktywność zaznaczyły firmy z Ukrainy, Francji czy Rumunii. Nie zabrakło także przedstawicieli uznanych międzynarodowych marek, jak Intel czy Samsung. Także w tym roku oczekiwanych jest wiele ciekawych premier, chociaż – jak zaznacza Tomasz Cieślak – szczegóły na temat prezentowanych produktów będą znane w późniejszym terminie.

Ostatni kwartał jest o tyle ciekawy, że zawsze mamy do czynienia z największą sprzedażą. Wiąże się to m.in. z back to school, czyli rozpoczęciem roku szkolnego i akademickiego. Potem mamy promocje związane ze świętami, więc na pewno pojawi się bardzo dużo ciekawych produktów i usług podczas Mobility Reseller Days – zwraca uwagę przedstawiciel MiT Media Group.

Tegoroczna edycja targów Mobility Reseller Days odbędzie się w dniach 7-8 października w centrum konferencyjnym EXPO XXI w Warszawie.

Poprzedni tydzień w mediach upłynął pod znakiem tolerancji. Temat legalizacji małżeństw jednopłciowych w USA był szeroko komentowany

0

CEO Magazyn Polska

1,2 tys. komentarzy pojawiło się w mediach społecznościowych po decyzji amerykańskiego Sądu Najwyższego ws. legalizacji małżeństw jednopłciowych. Głos w tej sprawie zabierali również artyści i politycy. W „tęczowym tygodniu” między 29 czerwca a 6 lipca najczęściej wyrażano poparcie dla tej decyzji poprzez hasztag HASHLoveWins. Nie zabrakło jednak również negatywnych i prześmiewczych wpisów.

Zgodnie z analizą Instytutu Monitorowania Mediów ostatni tydzień w mediach społecznościowych upłynął pod znakiem tolerancji. Wynikało to z faktu, że w amerykański Sąd Najwyższy zalegalizował możliwość zawierania małżeństw przez osoby tej samej płci we wszystkich 50 stanach – mówi Karolina Masalska, młodszy specjalista ds. PR w Instytucie Monitorowania Mediów.

Spotkało się to z entuzjastycznym przyjęciem wielu użytkowników Twittera i Facebooka. Najczęściej poparcie wyrażano hasztagiem HASHLoveWins – pojawił się on m.in. na profilach Białego Domu, prezydenta Baracka Obamy, a także wielu gwiazd kultury, rozrywki i sztuki. Później został przejęty również przez pozostałych internautów.

W Polsce odzew internautów też był szeroki. Jak jednak wynika z monitoringu IMM, trwał on dość krótko. Medialny szum zmalał już po weekendowym wybuchu radości.

Szacuje się, że w okresie od 29 czerwca do 6 lipca na ten temat pojawiło się ponad 1,2 tys. wzmianek – mówi Masalska.

W badanym okresie najbardziej aktywni autorzy w social media użyli hasztaga HASHLoveWins nawet kilkanaście razy. Najchętniej komentowano te kwestie na Twitterze, który był źródłem prawie 80 proc. wszystkich publikacji na temat decyzji amerykańskiego sądu.

Kolejnym portalem był Facebook, na którym było jednak trzy razy mniej informacji niż na Twitterze. Internauci wyrażali swoje poparcie dla tej idei głównie poprzez wstawienie do swojego zdjęcia profilowego odcieni tęczy dzięki specjalnej aplikacji stworzonej przez Facebooka – mówi ekspertka z IMM.

Temat ten poruszany był również w serwisach Wykop.pl, Google Plus czy Instagram.

Wśród publikacji często udostępnianych przez Polaków na Twitterze były fotografie par, które czekały na możliwość zawarcia związku małżeńskiego do momentu legalizacji związków homoseksualnych.

Zainteresowaniem cieszyły się także wpisy polskich polityków i artystów, m.in. facebookowe komentarze Roberta Biedronia oraz Czesława Mozila. Hasztaga HASHLoveWins użyli ich autorzy lub osoby komentujące.

Na razie nic nie wskazuje na to, by akcja HASHLoveWins na dłużej utrzymała się w Polsce. Bardziej wynikało to z jednorazowego poparcia i uznania dla decyzji Sądu Najwyższego w USA, która realnie wpłynęła na życie ponad 10 mln mieszkańców Stanów Zjednoczonych – mówi Karolina Masalska.

IMM wskazuje, że w mediach społecznościowych pojawiło się także wiele negatywnych i nieprzychylnych komentarzy na temat decyzji amerykańskiego sądu. HASHLoveWins używane w nich było rzadko, a jeśli już to w tonie prześmiewczym i ironicznym. Zdarzały się też wpisy agresywne i atakujące środowiska homoseksualne – najwięcej na Facebooku, Twitterze i Wykop.pl.

MCI Management zbyła akcje własne kluczowym menadżerom

8 lipca 2015 roku MCI Management S.A. (Spółka) zbyła na rzecz swoich kluczowych menedżerów 52.879 akcji własnych stanowiących 0,08% udziału w głosach na Walnym Zgromadzeniu Spółki. Zbycie akcji stanowiło realizację uchwał Rady Nadzorczej Spółki z 16 kwietnia 2015 roku oraz porozumienia zawartego 16 czerwca 2015 roku pomiędzy Spółką, a Cezarym Smorszczewskim.

Uchwałami numer 4, 5 oraz 6 Rada Nadzorcza Spółki 16 kwietnia 2015 roku przyznała Cezaremu Smorszczewskiemu, Tomaszowi Czechowiczowi oraz Ewie Ogryczak, uprawnienie do nabycia odpowiednio 17.575, 4.394 oraz 17.575, akcji w kapitale zakładowym Spółki. Przyczyną podjęcia ww. uchwał przez Radę Nadzorczą Spółki była chęć wynagrodzenia przez Spółkę zaangażowania członków Zarządu w rozwój oraz wzrost wartości Spółki. Akcje zostały objęte przez osoby uprawnione po 1 grosz.

Dodatkowo zbytych na rzecz Cezarego Smorszczewskiego 13.335 akcji w kapitale zakładowym Spółki, stanowiło wynagrodzenie należne za sprawowanie funkcji w zarządzie Spółki za okres od 1 stycznia 2015 roku do dnia 16 czerwca 2015 roku.

Łącznie Spółka dokonała zbycia następującej liczby akcji w kapitale zakładowym Spółki:

  • 394 akcji – Tomasz Czechowicz, Prezes Zarządu Spółki,
  • 575 akcji – Ewa Ogryczak, Wiceprezes Zarządu Spółki,
  • 910 akcji – Cezary Smorszczewski, były Prezes Zarządu Spółki.

Przed zbyciem wyżej wymienionych akcji Spółka posiadała 1.043.856 akcji własnych. Na dzień publikacji omawianego raportu MCI Management S.A. posiada 990.977 akcji własnych, co uprawnia do 990.977 głosów na Walnym Zgromadzeniu Spółki, stanowiących 1,59% udziału w głosach na tymże Walnym Zgromadzeniu.

Zbywanie przez Spółkę posiadanych akcji własnych nabytych w ramach zakończonego 17 stycznia 2012 roku programu odkupu, stanowi realizację przyjętych przez właściwe organy Spółki założeń dotyczących wynagradzania akcjami własnymi Spółki kluczowych menadżerów realizujących postawione priorytety i mających istotny wkład w rozwój Spółki.

Tylko w co ósmym banku zmiana rat jest prosta

Chcesz kupić nowy produkt bankowy? Nie ma problemu, możesz to łatwo zrobić przez Internet. Jeśli jednak chcesz z niego zrezygnować, to zwykle musisz udać się do banku osobiście.

Bankowość internetowa pozwala bankom w łatwy sposób obniżyć koszty działalności operacyjnej na poziomie podstawowych usług. Z analizy Bankier.pl wynika, że w większości banków bez problemów przez Internet zmienimy hasło do bankowości elektronicznej, zamówimy nową kartę płatniczą, czy też wystąpimy o kredyt w koncie lub gotówkowy. Procedury są proste i wygodne, ale gdy chcemy dokonać poważnej zmiany, niekoniecznie korzystnej dla banku, to musimy iść do oddziału.

Z analizy Bankier.pl wynika, że zaledwie co ósmy bank umożliwi klientowi zmianę harmonogramu spłaty kredytu z poziomu bankowości internetowej. Nieco lepiej jest w przypadku modyfikacji limitu na karcie kredytowej – na taką wygodę pozwala 1/3 banków działających na polskim rynku. Niechętnie też pozwalają klientowi zakończyć współpracę – tylko 33 proc. pozwoli zamknąć konto przez Internet, a 27 proc. umożliwi rezygnację z karty płatniczej.

– Banki chętnie udostępniają te funkcje, które pozwolą im ciąć koszty działalności operacyjnej albo poprawią współczynnik zyskowności klienta. Elastyczność banków w Internecie jest znacznie niższa w przypadku, gdy klient chciałby zmienić harmonogram spłat kredytu lub zrezygnować z konta – komentuje Mateusz Gawin, redaktor Bankier.pl.

– Niektórych zmian nie powinno dokonywać się przez Internet ze względu na bezpieczeństwo klientów. Słusznie, że nie można dopisać pełnomocnika do rachunku przez Internet, bo tutaj byłoby zbyt duże zagrożenie, że ktoś wymusił np., na osobach starszych zlecenie odpowiedniej dyspozycji lub zwyczajnie włamał się na konto klienta. Słusznie, że banki też nie pozwalają na dowolne zwiększanie limitu kredytów w karcie kredytowej, bo tutaj również jest duże ryzyko zwiększenia strat w przypadku włamania na konto przez hakerów. Jednak trudno zrozumieć dlaczego tak wiele banków wymaga od klientów osobistego udania się do oddziału w celu rezygnacji z karty płatniczej lub zmianie harmonogramu spłat kredytu – w sensie, zgłoszenia wcześniejszej spłaty kapitału. To wyraźnie działania zniechęcające klienta do podejmowania działań niekorzystnych dla banków – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.07.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.07.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Stopy procentowe bez zmian

Rada Polityki Pieniężnej pozostawiła dziś stopy procentowe na dotychczasowym poziomie, który od marca br. wynosi 1,50 proc.

Decyzje RPP dot. stóp procentowych mają bezpośredni wpływ nie tylko na oprocentowanie depozytów oferowanych przez banki, ale również na wysokość odsetek od kredytów i pożyczek.

Posiadacze zobowiązań finansowych z największym zaangażowaniem obserwują wyniki comiesięcznych głosowań NBP. Podwyżka lub obniżka stóp wpływa bowiem na poziom płaconych przez nich rat kredytowych – tłumaczy Jacek Kasperczyk, główny analityk porównywarki finansowej Comperia.pl.

Przykładowo: aktualna rata 30-letniego kredytu zaciągniętego w styczniu 2009 roku na kwotę 300 tys. złotych wynosi 1488 złotych (stopy procentowe najniższe w historii), ale jeszcze rok temu była ona o 149 złotych wyższa (1637 zł). Gdybyśmy jednak cofnęli się w czasie o trzy lata, czyli do lipca 2012 roku (wtedy stopa referencyjna wynosiła 4,75 proc.), to rata kredytu była o 584 zł wyższa niż obecnie, wynosiła aż 2072 zł.

Kiedy podwyżka?

Niewiele wskazuje na to, aby Narodowy Bank Centralny podniósł stopy procentowe w najbliższym czasie. Jednak nic nie trwa wiecznie…

Pierwszą oznaką końca, a raczej zahamowania obniżek stóp procentowych, jest zachowanie rynkowej stopy WIBOR3M, której wartość od dwóch miesięcy systematycznie wzrasta. Na początku maja br. wynosiła ona 1,65 proc., a obecnie jest już równa 1,72 proc. – wyjaśnia Jacek Kasperczyk, główny analityk Comperia.pl.

 

Nie zapłacisz sądowej grzywny, to trafisz na listę dłużników

Od 1 lipca osoby niepłacące prawomocnie zasądzonych kar grzywny spotka dodatkowa kara. Dzięki zmianom ustawy regulującej działanie BIG-ów orazKodeksu karnego wykonawczego sądy wpiszą skazanych ociągających się z płatnościami do wszystkich Biur Informacji Gospodarczej. Zaglądający na listy dłużników BIG-ów zobaczą zarówno dług jak i dowiedzą się czego on dotyczy.

Skazany, który nie zapłaci w terminie 30 dni, jak wymaga tego kodeks karny wykonawczy, orzeczonych przez sąd grzywien, nawiązki czy też kosztów sądowych zostanie wpisany
do wszystkich czterech działających w kraju Biur Informacji Gospodarczej. Nowe prawo obowiązuje od 1 lipca również dla wyroków wydanych przed tym dniem. Znaczenie ma data wysłania wezwania do zapłaty. Jeśli wezwanie wyszło z sądu po 30 czerwca i zawiera stosowne ostrzeżenie, że „sąd przekaże do biur informacji gospodarczej informację gospodarczą o powstaniu zaległości”, skazany może być pewien, że trafi do rejestrów dłużników.

Utrata reputacji i wiarygodności finansowej

Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor

– Z uwagi na skuteczność biur informacji gospodarczej z pewnością zwiększy to ściągalność grzywien. Nie da się ukryć, że potencjalny klient, który znajduje się na liście dłużników z długami wobec wymiaru sprawiedliwości traci na wiarygodności- zauważa Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Dla kogo będzie mniej wiarygodny? M.in. dla przedsiębiorców, banków, firm pożyczkowych, telekomunikacyjnych czy samorządów, bo to oni korzystają z list dłużników BIG InfoMonitor. Dlatego, też osoba, która się na niej znajdzie może mieć problem z uzyskaniem pożyczki, kredytu, zakupami w systemie ratalnym, zakupem abonamentu telefonicznego, zakupem dostępu do Internetu czy też działalnością gospodarczą, bo potencjalny kontrahent coraz częściej sprawdza nie tylko wiarygodność firmy, ale również jej właścicieli. Na dodatek sądowy dłużnik znajdzie się nie w jednej, lecz we wszystkich czterech bazach biur informacji gospodarczej, trudniej mu będzie pozostać niezauważonym, nawet jeśli dana firma korzysta tylko z usług jednego BIG-u.

Wsparcie rejestrów dłużników ma zwiększyć ściągalność kar grzywny i kosztów sądowych, które obecnie nie są szczególnie chętnie płacone. Jak to wygląda konkretnie? Trudno ocenić.
W uzasadnieniu, do wprowadzonych od lipca zmian prawnych, Ministerstwo Sprawiedliwości napisało, że „Powszechnie znany jest fakt niskiej skuteczności ściągania przez sądy grzywien i należności sądowych. Rezultatem tego stanu rzeczy są zarówno niższe wpływy do budżetu państwa i umarzanie postępowań wykonawczych zwłaszcza w odniesieniu do kosztów sądowych”.

Tylko w zeszłym roku sądy wymierzyły prawie 145 tys. grzywien, a ma być ich więcej

Tymczasem wymierzanie kar grzywny to częsta praktyka w polskich sądach, a będzie jeszcze powszechniejsza, bo grzywny mają częściowo zastąpić mało dotkliwe dla skazanych wyroki kar
w zawieszeniu. W zeszłym roku sądy zawiesiły wykonanie ponad 173,5 tys. kar na 307,3 tys. wydanych wyroków skazujących. Jest jeszcze jeden powód, dla którego wymiar sprawiedliwości od lipca chętniej zacznie sięgać po kary grzywny. Zmiany Kodeksu karnego uchyliły zakaz orzekania kary grzywny ze względu na sytuację materialną oskarżonego (usunięto w art. 58 Kodeksu karnego paragraf 2), choć przy ustalaniu wysokości grzywny nadal ważne będą możliwości finansowe skazanego, tak aby kara mogła być skutecznie ściągana.

Najwięcej grzywien za prowadzenie pojazdów pod wpływem alkoholu

Jak wynika ze statystyk Ministerstwa Sprawiedliwości wyroków zasądzających grzywny obecnie jest całkiem sporo. W 2014 r. z ponad 307,3 tys. skazanych, karę finansową otrzymało blisko 144,8 tys. osób. W Sądach Rejonowych wyłącznie karę grzywny wymierzono 59 345 osobom, a w 81 563 przypadków grzywna towarzyszyła karze ograniczenia lub pozbawienia wolności. W Sądach Okręgowych na 7 423 skazanych, kara grzywny pojawiła się w 3855 przypadkach. Zdecydowanie najwięcej grzywien zasądzanych było w sprawach prowadzenia pojazdu pod wpływem alkoholu lub innych środków odurzających (art. 178a paragraf 1 KK) – ponad 40 tys., na drugim miejscu znalazły się oszustwa (art. 286 kk) oraz posiadanie narkotyków – po około 11 tys. grzywien, a na kolejnych kradzieże (art. 278 kk) – 10 tys. oraz niezastosowanie się do wyroków sądu (art. 244 kk) -ok. 8 tys.

Podstawy prawne

Tzw. Ustawa o BIG czyli „Ustawa o udostępnianiu informacji gospodarczych i wymianie danych gospodarczych” art. 16 ust. 7: Wierzyciel będący sądem przekazuje do biura informacje gospodarcze dotyczące zobowiązanego do uiszczenia grzywny, również orzeczonej jako kara zastępcza, nawiązki na rzecz Skarbu Państwa, kwoty pieniężnej stanowiącej przedmiot przepadku, kosztów sądowych lub pieniężnej kary porządkowej na podstawie prawomocnego orzeczenia sądowego wydanego w sprawie o przestępstwo lub wykroczenie, który nie uiścił ich w terminach określonych w art. 44 § 1 (30 dni) lub art. 206 § 1 Kodeksu karnego wykonawczego (30 dni).

O takiej ewentualności skazany zostanie poinformowany zgodnie art. 12a. § 1 Kodeksu karnego wykonawczego, który mówi, że w razie nieuiszczenia przez skazanego/skazaną grzywny/należności sądowych na podstawie prawomocnego orzeczenia sądowego w całości w oznaczonym terminie, sąd przekaże do biur informacji gospodarczej informację gospodarczą o powstaniu tej zaległości.

Grzywny sądom będzie łatwiej orzekać po uchyleniu w art. 58 Kodeksu karnego paragrafu 2, mówiący, że Grzywny nie orzeka się, jeżeli dochody sprawcy, jego stosunki majątkowe lub możliwości zarobkowe uzasadniają przekonanie, że sprawca grzywny nie uiści i nie będzie jej można ściągnąć w drodze egzekucji.

Mirosław Szczepański wiceprezesem Unidevelopment S.A.

Zgodnie z decyzją Rady Nadzorczej Unidevelopment S.A. Mirosław Szczepański objął od 1 lipca 2015 roku funkcję Wiceprezesa spółki. W firmie odpowiada za zarządzanie procesami inwestycyjnymi oraz bezpośrednio nadzoruje prace działu realizacji.

Mirosław Szczepański wiceprezesem Unidevelopment S.A.
Mirosław Szczepański wiceprezesem Unidevelopment S.A.

Mirosław Szczepański dołączył do Unidevelopment S.A. w 2014 roku jako Członek Zarządu. Jego doświadczenie oraz szerokie kompetencje pozwalają mu z powodzeniem realizować działania związane m.in. z przygotowywaniem kolejnych inwestycji Unidevelopment S.A. Nominacja związana jest z podziałem obowiązków w ramach struktury firmy i dużym znaczeniem obszaru, którym kieruje nowy wiceprezes. Nowe projekty, ze względu na ich liczbę oraz skomplikowany charakter procesów związanych z realizacją, wymagają szczególnej uwagi i stałego zarządzania przez wysoko wykwalifikowanego specjalistę w tym zakresie.

Mirosław Szczepański jest menadżerem z ogromnym doświadczeniem oraz wiedzą na temat branży budowlanej. Już w ciągu kilku miesięcy obecności w naszej firmie potwierdził swoje predyspozycje do realizacji złożonych projektów. Jest osobą, która w imieniu zarządu może samodzielnie nadzorować procesy inwestycyjne prowadzone przez spółkę. Jako Prezes mam pewność, że pod jego opieką nasze projekty są we właściwych rękach i mogę w większej mierze skupić się na koordynacji pozostałych obszarów funkcjonowania spółki, w tym procesach sprzedaży i pozyskiwania nowych gruntów.” – mówi Zbigniew Gościcki, Prezes Zarządu Unidevelopment S.A.

Mirosław Szczepański od 20 lat związany jest z branżą budowlaną. Dotychczas sprawował m.in. funkcje menadżerskie w obszarze realizacji inwestycji deweloperskich w Budimex Nieruchomości Sp. z o.o. oraz Dom Developement S.A. Absolwent budownictwa lądowego Politechniki Świętokrzyskiej oraz podyplomowych studiów menedżerskich dla deweloperów Szkoły Głównej Handlowej.

Podatek (już) nie od wszystkich „nieruchomości”: jak interpretować zmiany w prawie budowlanym?

W niedzielę, 28 czerwca 2015 roku, zmieniły się przepisy budowlane – czy będzie to miało wpływ na wysokość podatków płaconych przez przedsiębiorców? Okazuje się, że tak, gdyż podatek od nieruchomości naliczany jest od gruntu oraz budynków i budowli, tj. obiektów budowlanych (z małymi wyjątkami). Warto więc sprawdzić, czy nadal musimy płacić podatki od wszystkich nieruchomości, od których dotychczas były one naliczane, bo może się okazać, że będziemy zwolnieni z pewnych świadczeń. Jakie pytania należy sobie zadać, zanim wypełnimy deklarację podatkową?

Przede wszystkim musimy zastanowić się, czy nasze środki zostały wzniesione z użyciem wyrobów budowlanych – zmienione przepisy od tego uzależniają uznanie danego obiektu za obiekt budowlany (art.3 pkt.1 prawa budowlanego). Jeśli odpowiedź na to pytanie brzmi „nie”, możemy sobie wstępnie gratulować. Wstępnie, gdyż opodatkowane jako budowle są także tzw. urządzenia budowlane, czyli urządzenia techniczne, które pozwalają użytkować dany obiekt budowany. Innymi słowy, jeśli urządzenie techniczne nie jest niezbędne do sprawnego użytkowania jakiegoś obiektu budowlanego (np. przyłącze mediowe jest konieczne do funkcjonowania budynku biurowego), powinniśmy udać się do urzędu miasta/gminy ze skorygowanym zeznaniem podatkowym.

Jeśli natomiast nieruchomość została wzniesiona z użyciem wyrobów budowlanych, pamiętajmy, że nie wszystkie obiekty budowlane podlegają opodatkowaniu podatkiem od nieruchomości. Z zakresu opodatkowania wyłączone są tzw. obiekty małej architektury, takie jak np. fontanny, ławeczki ogrodowe itp. Oznacza to, że nie trzeba wykazywać ich w deklaracji podatkowej.

Zakładając, że nie zgłaszamy do podatku obiektów małej architektury lub – przeczytawszy powyższy akapit – usunęliśmy je z deklaracji podatkowej, musimy na koniec rozważyć, czy nasz obiekt budowlany jest budynkiem, czy też budowlą. Pytanie może wydawać się banalne, ale takie nie jest. Budynek jako obiekt budowlany musi mieć pełne ściany, dach oraz fundamenty w gruncie, do którego jest trwale przymocowany (art.1a ust.1 pkt.1 ustawy podatkowej).

W praktyce jednak ocena tych kryteriów nie zawsze jest łatwa. Niektóre budynki przemysłowe mają otwory technologiczne w ścianach – czy są to pełne ściany, co pozwalałoby nadal traktować je w zeznaniu podatkowym jako budynki? Czasem z piwnicy budynku biegnie podziemny tunel komunikacyjny do sąsiedniego budynku – czy będzie to część budynku, a jeśli tak, to którego? Coraz popularniejsze są tzw. budynki kontenerowe – czy w świetle regulacji dotyczących podatku od nieruchomości to także będą budynki? Takich pytań może być wiele i nie sposób przygotować z góry odpowiedzi na nie wszystkie. Również posiłkowanie się ekspertyzą specjalistów z zakresu prawa budowlanego może nie zapewnić nam spokoju, gdyż fiskus jest niezależny w swojej ocenie i może mieć inne zdanie niż ekspert budowlany.

Na pocieszenie można dodać, że rozstrzygnięcie pomiędzy budynkiem a budowlą to już ostatnie z pytań – jeśli ocenimy, iż dany obiekt budowlany jest budynkiem, wówczas zgłaszamy jego powierzchnię użytkową. Jeśli natomiast nie jest budynkiem, a wcześniej wykluczyliśmy go ze zbioru obiektów małej architektury, jest on budowlą i do podatku należy zgłaszać jego wartość księgową lub rynkową. Można zadać sobie w tym momencie pytanie: „Kiedy rynkową, a kiedy księgową, a jeśli księgową, to którą: netto czy brutto, podatkową czy bilansową?” Temat ten wymaga jednak oddzielnego artykułu.

Łukasz Szatkowski

PO pomaga frankowcom. Ryzyko podzielone na pół, ale zapłacimy wszyscy

Od czasu decyzji SNB obserwowaliśmy prawdziwy festiwal propozycji i obietnic dotyczących rozwiązań dla frankowców. Najbardziej populistyczne zakładały przewalutowanie kredytów po kursie z dnia zaciągnięcia zobowiązania czy dopłaty rządowe dla spłacających kredyty w walutach. Przeciwko takim propozycjom stanowczo protestowali kredytobiorcy, którzy zaciągnęli kredyty w złotówkach i od początku płacili wyższe raty. Zarzucali, że to z ich pieniędzy pośrednio finansowane będą dopłaty do kredytów.

Obecna propozycja rządu Platformy Obywatelskiej to w praktyce propozycja przedstawiona w lutym przez szefa Komisji Nadzoru Finansowego Andrzeja Jakubiaka. Zakłada ona podział ryzyka na pół między frankowiczów i banki. Jeśli klient zdecyduje się na przewalutowanie, to bank będzie musiał policzyć ile kosztowałby taki sam kredyt zaciągnięty w złotówkach. Różnica zostanie podzielona na pół, z czego jedna połowa zostanie umorzona, a drugą trzeba będzie spłacić. Podczas konferencji pani poseł Skowrońska powiedziała, że z takiej propozycji będą mogły skorzystać osoby posiadające jedno mieszkanie, czyli automatycznie zostaną wykluczeni inwestorzy, którzy zaciągali kredyty pod inwestycje np. pod wynajem. Będzie też obowiązywało ograniczenie dotyczące powierzchni kredytowanej nieruchomości. W przypadku mieszkań powierzchnia nie może przekraczać 75 mkw., a w przypadku domów 100 mkw. To obostrzenie nie będzie dotyczyło rodzin z co najmniej trójką dzieci.

Posłowie PO szacują, że koszt takiej operacji dla banków wyniesie około 9-9,5 mld zł. Będzie to kolejne obciążenie nałożone na banki.

Przypomnijmy, że posłowie PiS proponują też obłożenie sektora dodatkowym podatkiem. Dodatkowo banki płacą od tego roku wyższe składki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny i zarabiają mniej na opłatach interchange. Niestety banki reagują w takich sytuacjach dość przewidywalnie – podnoszą opłaty i prowizje wszystkim klientom. W dłuższej perspektywie może to oznaczać, że kredyty, karty i konta będą jeszcze droższe.

A co z kredytami złotowymi?

Tekst jest komentarzem do informacji http://www.bankier.pl/wiadomosc/PO-przedstawia-propozycje-dla-frankowiczow-7269353.html

autor: Wojciech Boczoń

TAURON: Ruszają roboty fundamentowe przy budowie bloku 910 MW w Elektrowni Jaworzno III

Prace ziemne przy budowie bloku węglowego o mocy 910 MW w Elektrowni Jaworzno III ruszyły z początkiem marca. Pierwszy etap wykopów pod fundamenty budynku głównego kotłowni i maszynowni oraz pod fundamenty chłodni kominowej został już zakończony. 8 lipca rozpoczął się kolejny ważny etap – palowanie pod płytę fundamentową kotłowni.

Dariusz Lubera, prezes zarządu TAURON Polska Energia
Dariusz Lubera, prezes zarządu TAURON Polska Energia

Prace przy realizacji największej inwestycji Grupy TAURON przebiegają zgodnie z harmonogramem. Z uwagi na kompleksowość oraz rozmach inwestycji wiele procesów z nią związanych przebiega równolegle poza placem budowy. M.in. 2 lipca w fabryce RAFAKO w Raciborzu rozpoczęła się produkcja kotła pyłowego, który będzie miał 124 m wysokości. Budowa bloku 910 MW w Elektrowni Jaworzno III to wielkie przedsięwzięcie organizacyjno-logistyczne. Szacujemy, że podczas szczytu prac na placu budowy będzie pracowało około trzy tysiące osób – mówi Dariusz Lubera, prezes TAURON Polska Energia.Ruszają roboty fundamentowe przy budowie bloku 910 MW w Elektrowni Jaworzno III

Palowanie to jedna z grup robót fundamentowych polegająca na osadzaniu w gruncie, przy użyciu odpowiednich technologii, stałych pali. Pod budynkiem kotłowni jaworznickiego bloku znajdzie się 220 pali CFA (ang. Continous Flight Auger) każdy o średnicy 800 mm. Pale zlokalizowane będą w pięciu strefach, w zależności od rozkładu naprężeń w płycie fundamentowej. Długość pali będzie się wahała od 22,5 do 30,5 metra. Średnia masa jednego pala, na który potrzeba mniej więcej 13 m3 betonu, to 32 tony. Zgodnie z planem, prace związane z palowaniem potrwają do końca sierpnia.

Ten etap prac poprzedzony był wykonaniem i poddaniem próbnym obciążeniom pali testowych. Otrzymane wyniki pozwoliły sprawdzić zgodność praktycznego wykonania z teoretycznymi założeniami projektowymi oraz umożliwiły optymalizację fundamentu, czyli lepsze dopasowanie rzeczywistej nośności pali do występujących obciążeń – wyjaśnia Albert Kępka, prezes TAURON Wytwarzanie.

Po zakończeniu palowania i osiągnięciu przez beton wytrzymałości nastąpi rozebranie platformy roboczej, skucie nadmiaru pali i wyrównanie wykopu. Następnie wykonany zostanie podkład z chudego betonu i rozpocznie się zbrojenie płyty kotłowni.

O inwestycji:

Budowa bloku węglowego o mocy 910 MW w Elektrowni Jaworzno III to największa inwestycja Grupy TAURON. Zgodnie z zapisami kontraktowymi, prace potrwają 59 miesięcy. Blok do eksploatacji zostanie przekazany w 2019 r.

Inwestycja obejmuje budowę bloku energetycznego w oparciu o kocioł pyłowy, opalany węglem kamiennym z niskoemisyjną komorą spalania, przepływowy, na nadkrytyczne parametry pary oraz kondensacyjną turbinę parową sprzęgniętą z generatorem wytwarzającym energię elektryczną. Blok będzie podłączony do nowej rozdzielni 400 kV wyprowadzającej energię elektryczną do Krajowego Systemu Elektroenergetycznego. Umowa z Polskimi Sieciami Elektroenergetycznymi na wyprowadzenie mocy i przyłączenie bloku do rozdzielni 400 kV stacji Byczyna została już zawarta. 17 kwietnia 2014 r. podpisany został kontrakt z głównym wykonawcą bloku konsorcjum Rafako – Mostostal. 14 listopada plac budowy został przekazany głównemu wykonawcy. Z początkiem marca rozpoczęto prace ziemne.

 

Kalifornia zmienia zasady przyznawania dopłat do ekologicznych samochodów

Kalifornia zmienia zasady przyznawania dopłat do ekologicznych samochodów, uzależniając je od dochodu kupujących. W nowych regulacjach uwzględniono wsparcie zakupu samochodu na wodorowe ogniwa paliwowe w wysokości 6,5 tys. dolarów dla osób zarabiających poniżej 250 tys. dolarów i 5 tys. dolarów dla zamożniejszych kierowców.

We wrześniu tego roku Toyota Mirai zadebiutuje na rynku amerykańskim. Władze Kalifornii uwzględniły ten fakt w nowych regulacjach dotyczących dopłat do ekologicznych samochodów w ramach programu Clean Vehicle Rebate Program. Dopłaty do samochodów na wodorowe ogniwa paliwowe wyniosą 6,5 tys. dolarów dla mniej zarabiających i 5 tys. dolarów dla osób o dochodach wyższych niż 250 tys. dolarów. Toyota Mirai będzie kosztowała w USA 57,5 tys. dolarów lub 499 dolarów w leasingu.

Mirai jest sedanem średniej wielkości, napędzanym silnikiem elektrycznym o mocy 154 KM. Jednostka zasilana jest zestawem ogniw paliwowych, które produkują energię w reakcji utleniania wodoru. Jedynym produktem ubocznym jest woda. Dzięki umiejscowieniu większości elementów układu napędowego pod podłogą samochód ma nisko położony środek ciężkości, co zapewnia stabilne prowadzenie. Elektryczny napęd Mirai pracuje bardzo cicho, a pełny moment obrotowy jest dostępny od chwili ruszenia. Wodorowa Toyota będzie wyposażona w systemy bezpieczeństwa czynnego: układ zapobiegający zderzeniu wykorzystujący radar (Pre-collision System), układ ostrzegający o niezamierzonej zmianie pasa ruchu, układ uniemożliwiający niezamierzony start pojazdu w trakcie operowania skrzynią biegów na postoju oraz system wykrywania martwego pola w lusterkach.

Do tej pory w ramach programu Clean Vehicle Rebate Program władze Kalifornii przyznawały 1,5 tys. dolarów dopłat do hybryd plug-in i 2,5 tys. dolarów do samochodów elektrycznych. Przy nowych regulacjach gospodarstwa domowe o niskich dochodach będą mogły liczyć na dopłaty w wysokości odpowiednio 3 tys. dolarów i 4 tys. dolarów. Klienci z dochodami powyżej 250 tys. dolarów nie będą otrzymywać wsparcia w zakupie tych samochodów. Nowe przepisy uderzą w dużym stopniu w Teslę, której najtańszy model kosztuje 75 tys. dolarów, dlatego znajduje nabywców wśród osób zamożnych.

Z badań wynika, że dotychczas dopłaty do zakupu ekologicznych samochodów odbierali przede wszystkim zamożni mieszkańcy stanu. W drugim kwartale 2015 roku 73% dopłat trafiło do osób zarabiających powyżej 99 tys. dolarów. Jak deklaruje California Air Resources Board, wprowadzane zmiany mają ułatwić zakup niskoemisyjnego samochodu tym mieszkańcom stanu, którym dopłaty są najbardziej potrzebne. Pomoże w tym na pewno także zwiększenie budżetu programu na lata 2015-2016 z 121 milionów dolarów do 163 milionów dolarów.

Obecnie w Kalifornii działa 8 stacji tankowania wodoru, a 49 stacji jest w budowie. Według wyliczeń potrzeba 85 odpowiednio rozmieszczonych stacji, aby zapewnić kierowcom możliwość dotarcia do jednej z nich w ciągu 6 minut z dowolnego miejsca stanu. Właściciele samochodów na wodór nie będą jednak musieli polegać wyłącznie na publicznych stacjach. Czysty wodór można produkować w przydomowych elektrolizerach, które najkorzystniej jest zasilać energią słoneczną. W Kalifornii słońca nie brakuje, dlatego coraz więcej gospodarstw domowych decyduje się na panele słoneczne. Dostępne są nawet wiaty do parkowania samochodu elektrycznego z dachem pokrytym panelami fotowoltaicznymi.

Uruchomienie produkcji Jeepa w Indiach

Fiat Chrysler Automobiles N.V. (FCA) ogłosił zamiar zainwestowania około 280 milionów dolarów w spółkę produkcyjną joint venture – Fiat India Automobiles Private Limited – jaką utworzył wspólnie z Tata Motors Limited.

Inwestycja w zakład produkcyjny w miejscowości Ranjangaon w Indiach dotyczy produkcji nowego Jeepa®, a zakład planuje uruchomić produkcję w drugim kwartale 2017 r.

Zrobiliśmy znaczący krok na drodze do zapewnienia coraz większej ilości samochodów marki Jeep na rynkach całego świata” – powiedział Sergio Marchionne, Dyrektor Generalny FCA. „Na początku roku zaznaczyliśmy, że rok 2015 będzie dla nas rokiem transformacji w zakresie globalizacji marki, a dzisiejszy komunikat jeszcze wyraźniej potwierdza naszą determinację. Uruchomienie produkcji Jeepa w Indiach da nam szansę zaoferowania coraz większej liczbie ludzi możliwość doświadczenia tej wolności i uczucia przygody, jakie daje jazda Jeepem. Cieszymy się, że inwestycja ta umocni obecność FCA na rynku indyjskim i jesteśmy przeświadczeni, że spółka joint venture będzie produkować samochody klasy światowej, jak te, które noszą legendarną plakietkę z nazwą Jeep” – powiedział Marchionne.

Związki Fiata ze stanem Maharashtra nie są niczym nowym, zostały bowiem nawiązane wiele dziesiątków lat temu” – powiedział sekretarz generalny Devendra Fadnavis.

Z radością przyjęliśmy decyzję FCA o zainwestowaniu w stan Maharashtra i potwierdzamy gotowość naszej administracji do dalszego rozwijania współpracy z FCA poprzez udzielanie pełnego poparcia dla tej nowej inicjatywy„.

W roku 2014 światowa sprzedaż samochodów marki Jeep przekroczyła milion sztuk, ustanawiając tym samym nowy rekord wszech czasów trzeci rok z rzędu. Aby jeszcze skuteczniej dotrzeć do Klientów w skali globalnej, Ranjangaon będzie czwartym największym po USA zakładem na świecie produkującym Jeepy. Aktualnie samochody marki Jeep są także produkowane we Włoszech i Brazylii, a w czwartym kwartale 2015 r. ruszy ich produkcja w Chinach.

Raport Pracuj.pl „Rynek Pracy Specjalistów” w drugim kwartale 2015 r.

W II kwartale 2015 r. w serwisie Pracuj.pl opublikowano 109 548 ofert pracy, co oznacza wzrost o 12,13%, w porównaniu z II kwartałem 2014 r. Niezmiennie dwa pierwsze miejsca należą do branż handel i sprzedaż oraz bankowość/finanse/ubezpieczenia. W II kwartale 2015 r. najwięcej ofert pracy skierowano do specjalistów handlu i sprzedaży, obsługi klienta, finansistów oraz specjalistów IT. Po stronie pracowników także widać coraz intensywniejsze zainteresowanie rynkiem pracy i wzrost liczby składanych aplikacji.

Jakich specjalistów poszukiwano w drugim kwartale 2015 r.?

Najwięcej ogłoszeń o pracę skierowano do specjalistów handlu i sprzedaży – ofert było 40 776 (37,2% udziału w ogólnej liczbie ogłoszeń). Na kolejnych miejscach uplasowali się specjaliści ds. obsługi klienta(19% udziału w ogólnej liczbie ogłoszeń), specjaliści ds. finansów (15,9% udziału w ogólnej liczbie ogłoszeń) oraz specjaliści ds. IT (13,9% udziału w ogólnej liczbie ogłoszeń).

Wśród pozostałych grup specjalistów największe  wzrosty odnotowano w ogłoszeniach o pracę dlaspecjalistów HR/zasobów ludzkich (28,8% wzrostu rok do roku), pracowników produkcji (26% wzrostu rok do roku), inżynierów (17,1% wzrostu rok do roku) oraz logistyków (16,3% wzrostu rok do roku).

Specjaliści ds. handlu i sprzedaży

Najczęściej poszukiwano specjalistów zajmujących się sprzedażą usług profesjonalnych, dla tej specjalizacji odnotowano także bardzo duży przyrost liczby ogłoszeń – wyniósł on 37% (rok do roku). Przyrosty w granicach 25% zaobserwowano także dla specjalistów handlu specjalizujących się w motoryzacji, inżynierii oraz chemii/kosmetykach. Najwięcej pracy dla specjalistów ds. sprzedaży było, co nie dziwi, w branży handel i sprzedaż. Drugą branżą w której najłatwiej było omawianym specjalistom o pracę była branża finansowa, z której pochodziło 6 551 ogłoszeń skierowanych do handlowców i sprzedawców. Stały trend wzrostowy obserwowany już od ponad roku w branży budownictwo i nieruchomości przełożył się także na duże wzrosty w liczbie ogłoszeń skierowanych z tej branży do specjalistów handlu (rok do roku wzrost o 16%). Kolejną branżą, w której zaobserwowano zwiększenie liczby ogłoszeń dla pracowników zajmujących się sprzedażą jest przemysł ciężki z 11% wzrostem rok do roku.

 Specjaliści ds. obsługi klienta

Głównymi pracodawcami dla specjalistów obsługi klienta są branże: handel i sprzedaż (6 519 ofert pracy, 17% wzrostu rok do roku), bankowość/finanse (3 544 ofert pracy) oraz przemysł ciężki (1 390 ofert pracy). Tak jak w przypadku specjalistów handlu, tak i dla pracowników obsługi klienta, największe wzrosty zaobserwowano w budownictwie i przemyśle ciężkim – były one rekordowe i wyniosły rok do roku, odpowiednio 53% i 50% procent.

 Specjaliści ds. IT

Stale rośnie także zapotrzebowanie na specjalistów IT, przyrost rok do roku wyniósł 10,8%, w II kwartale 2015 r. skierowano do nich 15 214 ogłoszeń o pracę. Dla tej specjalności największy przyrost odnotowano dla stanowisk związanych z Administracją IT (19% rok do roku), a wśród nich, dla osób specjalizujących się w administrowaniu systemami. Także spory, bo 7% przyrost, nastąpił w obszarze stanowisk związanych z rozwojem oprogramowania, w tym najwięcej ofert skierowano do programistów.

 Specjaliści ds. finansów

Dla specjalistów ds. finansów w II kwartale 2015 r. adresowano 17 439 ofert pracy, o 2% więcej ogłoszeń niż w analogicznym kwartale roku 2014. Wśród specjalistów bankowości największy przyrost nastąpił w obszarze bankowych analiz/ryzyka. Największe zapotrzebowanie w II kwartale 2015 r. było na księgowych, a największy, bo aż 30%, przyrost zapotrzebowania na ekspertów od analizy finansowej. W ubezpieczeniach najwięcej ofert pracy było dla osób specjalizujących się w ubezpieczeniach majątkowych.

Jakie branże zatrudniały w II kwartale 2015 r.?

 Branża handel i sprzedaż

Jak wynika z danych Pracuj.pl, branża handel i sprzedaż jest wciąż głównym pracodawcą, publikując w II kwartale 2015 r. o 4% więcej ofert pracy (w porównaniu z II kwartałem 2014 r.). Najwięcej ofert skierowano do specjalistów sprzedaży, obsługi klienta (aż 20% przyrost rok do roku); poszukiwano także marketingowców, inżynierów oraz specjalistów odpowiedzialnych za łańcuch dostaw.

 Branża bankowość/finanse/ubezpieczenia

Drugim największym pracodawcą pozostaje branża bankowość/finanse/ubezpieczenia; udział ogłoszeń z tej branży wobec wszystkich ofert z II kwartału 2015 r. wynosi 14,9%. Ciekawie rysuje się w tym obszarze rynek pracy dla specjalistów ds. bankowości. Sektor bankowy w Polsce w 2015 roku działa w całkowicie nowym otoczeniu. Stopy procentowe NBP znajdują się na historycznie najniższym poziomie, przez rynek przelewa się fala fuzji i konsolidacji, zaostrzają się także warunki związane z udzieleniem kredytów. Czynniki te nie pozostają bez wpływu na rynek pracy w bankowości, choć co może zaskakiwać, pomimo konsolidacji wielu dużych banków rynek pracy dla specjalistów ds. bankowości indywidualnej nie maleje, a nawet odnotowuje wzrosty. W II kwartale 2015 r. największe zapotrzebowanie dotyczyło wspomnianych specjalistów ds. bankowości detalicznej (8% wzrostu rok do roku), a największy wzrost liczby ofert odnotowano dla specjalistów od bankowej analizy/ryzyka – było to 19% wzrostu rok do roku. Na fakt, iż rynek pracy dla specjalistów ds. bankowości indywidualnej nie maleje, może mieć wpływ to, że coraz więcej banków otwiera swe placówki w centrach handlowych, co wiąże się z dłuższymi godzinami otwarcia i automatycznie zapotrzebowaniem na większą liczbę pracowników.

 Branża budownictwo i nieruchomości

Jak wynika z analizy rynku budownictwa i nieruchomości w Polsce, branża ta osiąga coraz wyższy poziom zyskowności, co przekłada się na nastroje pracodawców. Choć nadal ostrożni, patrzą z coraz większym optymizmem w przyszłość, co widoczne jest w liczbie publikowanych przez tę branżę ofert pracy na Pracuj.pl (o 19,3 % więcej rok do roku). Pracodawcy z omawianej branży w II kwartale 2015 r. poszukiwali głównie inżynierów od elektroniki/elektryki, monterów/serwisantów oraz specjalistów ds. projektowania. Bardzo wzrosło zapotrzebowanie z tej branży na specjalistów budownictwa, aż o 27% wzrostu rok do roku, a w szczególności na osoby odpowiedzialne za budownictwo mieszkaniowe/przemysłowe. Widać także, że branża ta coraz intensywniej konsumuje owoce trwającej już kilka kwartałów odwilży – znacznie zwiększyło się w niej zapotrzebowanie na specjalistów ds. obsługi klienta (53% wzrostu rok do roku) oraz sprzedaży (16% wzrostu rok do roku).

 Branże przemysł ciężki i lekki

Przemysł ciężki zanotował 17,4% wzrost zapotrzebowania na pracowników rok do roku. Największe wzrosty z tej branży dotyczyły pracowników produkcji, inżynierów – w tym głownie inżynierów odpowiedzialnych za konstrukcje/technologie, mechaników, monterów/serwisantów, elektronikę/elektrykę. Szukano także specjalistów ds. obsługi klienta oraz sprzedaży. W przemyśle ciężkim zatrudnienie zwiększały głównie branże produkcja maszyn i urządzeń oraz produkcja aut i części samochodowych.

Przemysł lekki odnotował porównywalny do przemysłu ciężkiego wzrost; wyniósł on 17,1% rok do roku. W przemyśle lekkim głównie zwiększały zatrudnienie branże: produkcja artykułów gospodarstwa domowego, produkcja artykułów poligraficznych, produkcja elektryczna i elektroniczna. Szukano głównie osób odpowiedzialnych za produkcję i optymalizację produkcji oraz inżynierów odpowiedzialnych za elektronikę/elektrykę, konstrukcję/technologię a także monterów i serwisantów. Również w tej branży zwiększono zapotrzebowanie na specjalistów ds. obsługi klienta i sprzedaży.

 W których województwach było najłatwiej o pracę w II kwartale 2015 r.?

Najwięcej ogłoszeń o pracę na Pracuj.pl opublikowali pracodawcy z województwa mazowieckiego – było ich 24 619, co stanowiło 22,5% wszystkich ofert pracy z II kwartału 2015 r (wzrost 17,1 % rok do roku).  Kolejne województwa, w których w pierwszym kwartale 2015 r. było najwięcej ofert pracy to, województwo dolnośląskie –  11 270 ogłoszeń o pracę (10,3 % udział w ogólnej liczbie ogłoszeń z całego kwartału i wzrost o 18,1 % rok do roku), województwo małopolskie –  10 539 ofert (9,6% udział w ogólnej liczbie ogłoszeń z całego kwartału i wzrost o 20,4% rok do roku), województwo wielkopolskie (9 642 ofert) oraz śląskie (9 508 ofert pracy).

 Wielkość firmy a zatrudnienie

Jak wynika z Indeksu Optymizmu Przedsiębiorców publikowanego przez Pracodawców RP w czerwcu, 60% przedsiębiorców zakłada, że w ciągu najbliższego pół roku ich sytuacja ulegnie poprawie; jest to rekordowo wysoki wynik. Czerwcowe badanie pokazuje także, iż znacząco wzrasta optymizm wśród najmniejszych firm, które obecnie lepiej oceniają swą sytuację, niż firmy największe. Optymizm ten widać także w liczbie opublikowanych przez firmy ogłoszeń. W przypadku wszystkich rodzajów firm odnotowano wzrosty zapotrzebowania na pracowników. Wciąż największym pracodawcą pozostają firmy zatrudniające powyżej 250 osób, z 28,9% udziałem w rynku. Jednak analiza przyrostów zapotrzebowania pokazuje, że to nie firmy największe (7,3% przyrostu rok do roku), a średnie (26,2% wzrostu rok do roku) i małe (8,9% wzrostu rok do roku) zatrudniały w II kwartale 2015 r. najchętniej. Mikroprzedsiębiorstwa (do 10 osób) zwiększyły zapotrzebowanie na pracowników o 4,9% rok ro roku.

Także sygnały płynące ze strony pracowników potwierdzają ożywienie na rynku pracy. W II kwartale 2015 r. na Pracuj.pl zarejestrowało się ponad 200 000 nowych użytkowników, co oznacza 38,3% wzrostu rok do roku. W drugim kwartale 2015 r. użytkownicy Pracuj.pl wysłali o 10,6% więcej aplikacji niż w analogicznym okresie roku poprzedniego.

***

Przemysław Gacek, prezes zarządu Grupy Pracuj SA,
Przemysław Gacek, prezes zarządu Grupy Pracuj SA,

Komentarz Przemysława Gacka, Prezesa Zarządu Grupy Pracuj S.A.:

Wzrost liczby publikowanych na Pracuj.pl ofert pracy w II kwartale 2015 o 12,13% porównując rok do roku oraz o 5,6% porównując do I kwartału 2015 roku potwierdza stałe ożywienie na rynku pracy. Co więcej, liczba publikowanych ofert na Pracuj.pl drugi kwartał z rzędu przekroczyła 100 000. Tradycyjnie najbardziej poszukiwani pracownicy to ci odpowiedzialni za handel i sprzedaż, obsługę klienta, finanse i IT. Zarazem branża sprzedaż i handel oraz branża finansowa to główni pracodawcy, co trzecia oferta pracy pochodzi z jednej z tych branż.

Porównując do analogicznego okresu w 2014 roku dynamicznie wrasta zapotrzebowanie na pracowników produkcyjnych, budownictwa, inżynierów. Wzrost zapotrzebowania na pracowników produkcyjnych i inżynierów ma w dużej mierze związek z ożywieniem w polskim przemyśle. Dobrą kondycję polskiego przemysłu potwierdza czerwcowy wskaźnik PMI, który kształtuje się na poziomie 54,3, jak i odnotowany na Pracuj.pl ponad 17% wzrost, porównując rok do roku, zapotrzebowania na pracowników z tej branży. Odnotowany przez nas prawie 19% wzrost, porównując rok do roku, zapotrzebowania na pracowników zgłoszony z branży budownictwo i nieruchomości również tłumaczy wzrost zapotrzebowania na pracowników budowlanych i inżynierów. Nasz barometr nastrojów pracodawców, czyli właśnie zgłaszane zapotrzebowania na pracowników, pokazuje, że branża budowlana ma się coraz lepiej. Potwierdzają to dane GUS, które pokazują co prawda ogólny klimat koniunktury w budownictwie na poziomie minus 2, ale to i tak jest jednym z najlepszych wyników od połowy 2011 roku. 

W II kwartale br. na Pracuj.pl konto założyło prawie 220 000 nowych użytkowników, o prawie 40% więcej niż w II kwartale 2014 roku. W tym czasie użytkownicy Pracuj.pl wysłali również o 10% więcej aplikacji na oferty pracy. Pokazuje to, że Polacy uwierzyli, że sytuacja na rynku pracy jest na tyle dobra, że mogą starać się zmienić pracę na lepszą. Dodatkowo 27% wzrost zapotrzebowania na sprzedawców z obszaru motoryzacja czy 22% wzrost zapotrzebowania na sprzedawców z obszaru kosmetycznego może wskazywać również na coraz lepsze nastroje Polaków jako konsumentów.

Nadal systematycznie wzrasta też zapotrzebowanie na specjalistów ds. HR, ofert dla tych pracowników było o 12% więcej niż w minionym kwartale i aż o 28% więcej niż rok temu. Duże i dynamicznie zwiększane zapotrzebowanie na HR-owców odnotowujemy szczególnie w przemyśle, budownictwie, branży telekomunikacja i zaawansowane technologie, finansowej, a takie dane z reguły oznaczają planowane dalsze rekrutacje w tych branżach.

 

 

 

MasterCard ma już 40-procentowy udział w rynku kart

Narodowy Bank Polski opublikował nowy raport o kartach płatniczych po I kwartale 2015 roku. Po raz pierwszy udziały MasterCarda przekroczyły 40 proc. w rynku kart płatniczych. Visa nadal utrzymuje pozycję lidera, ale jej terytorium kurczy się z kwartału na kwartał.

Można powiedzieć, że to symboliczny moment. Na koniec I kwartału 2015 roku udziały rynkowe MasterCarda po raz pierwszy przekroczyły granicę 40,1 proc. Stało się to m.in. kosztem Visy, która ma dziś „zaledwie” 59 proc. rynku. Wciąż jest liderem, ale jej udziały topnieją z kwartału na kwartał. Zaledwie 5 lat temu, na koniec 2009 roku, rynek kart należał do niej aż w 67 procentach. Niedawno zastanawiałem się, na ile realny jest podział rynku na pół między obie organizacje. Obserwując obecną dynamikę wzrostu MasterCarda, można było zakładać, że to kwestia kolejnych kilku lat.

Dziś nie jest to już jednak takie pewne. Szyki może pokrzyżować wprowadzenie lokalnej karty płatniczej. Nad takim rozwiązaniem zastanawiają się niektóre banki. W ten sposób przełamałyby duopol Visy i MasterCarda i jednocześnie istotnie ograniczyły koszty. Takie rozwiązania funkcjonują z powodzeniem na innych rynkach, na przykład w Niemczech. W Polsce mieliśmy już kiedyś karty z logo Polcardu. Za pomocą karty lokalnej można płacić tylko na terenie kraju. Dziś lokalnym systemem płatniczym są na przykład mobilne płatności BLIK.

Za wprowadzeniem karty lokalnej lobbuje m.in. Konfederacja Lewiatan. Z jej danych wynika, że aż 97,5 proc. transakcji kartowych w Polsce to transakcje krajowe – dokonywane przy użyciu kart wydawanych w naszym kraju. „W porównaniu do innych państw odsetek ten należy do jednego z najwyższych na świecie. Na pierwszy rzut oka oznaczać to powinno istotną korzyść dla użytkowników tego rodzaju instrumentów płatniczych. Problem w tym, że w Polsce nadal wszystkie transakcje kartowe realizowane są przez międzynarodowe schematy. Przy takiej skali transakcji krajowych nie ma to racjonalnego uzasadnienia – koszt rozliczeń jest w ten sposób wyższy i najczęściej zostaje on uwzględniony w cenie karty. Za niepotrzebne pośrednictwo płaci tym samym każdy Polak, dlatego istnieje potrzeba uniezależnienia się od międzynarodowych instytucji kartowych.” – uważa Konfederacja Lewiatan.

MasterCard ma już 40-procentowy udział w rynku kart

Pierwszym krokiem w kierunku karty lokalnej może być wprowadzenie na rynek karty bankomatowej. Taki produkt lada moment znajdzie się w ofercie Banku Zachodniego WBK. Karta bankomatowa będzie służyła wyłącznie do wypłaty środków z bankomatów BZ WBK. W przyszłości bank może nawiązać porozumienie z innymi bankami dysponującymi szeroką siecią bankomatów i udostępnić swoim klientom maszyny partnerów. W tym kontekście nieoficjalnie wymienia się PKO Bank Polski. Na razie jednak PKO BP (przynajmniej oficjalnie) nie pracuje nad wdrożeniem karty bankomatowej.

Tymczasem Visa traci kolejne banki. Wydawała karty klientom Meritum Banku, ale po fuzji z Aliorem podstawowym plastikiem staną się MasterCardy. Będzie to miało także swoje przełożenie na klientów Tesco, którzy korzystają z kart Visa Clubcard. Obecnie w sieci Tesco można dostać wyłącznie karty z logo MasterCarda. Takie karty pojawiają się też w innych bankach „visowych”. Wdrożył je na przykład Bank Pocztowy, który do tej pory proponował klientom wyłącznie plastiki Visa. MasterCardy zaczął wydawać młodzieży nawet PKO Bank Polski. Plastik z logo tej organizacji jest podstawową kartą do konta studenckiego w tym banku.

Raport NBP o kartach zawiera jeszcze kilka ciekawych informacji. W pierwszym kwartale spadła liczba kart płatniczych, o czym informowałem już w jednym z poprzednich tekstów. Na koniec marca a polskim rynku znajdowało się w obiegu 35,6 mln kart płatniczych, to jest o 514 tys. kart mniej niż w grudniu 2014 r., co stanowiło spadek o 1,4 proc. Za spadek w dużej mierze odpowiadają karty debetowe (jest ich mniej o 440 tys.).

Bank centralny zwraca uwagę, że w przeciwieństwie do poprzednich okresów, odnotowano minimalny wzrost liczby kart wyposażonych wyłącznie w pasek magnetyczny. Na koniec marca 2015 r. liczba kart wyposażonych tylko w pasek wynosiła 1,8 mln szt. i w porównaniu do poprzedniego kwartału zwiększyła się o 7,9 tys.

Jeszcze innym ważnym wydarzeniem dla rynku kart, na które warto zwrócić uwagę był spadek ogólnej liczby transakcji kartami. W I kwartale 2015 r. przeprowadzono przy użyciu kart płatniczych 725,8 mln transakcji (gotówkowych oraz bezgotówkowych) i w porównaniu do poprzedniego kwartału odnotowano zmniejszenie liczby transakcji o 13,3 mln, co stanowi spadek o 1,8 proc. Jak podaje NBP w omawianym okresie przeważająca większość transakcji, tj. 90,1 proc., była dokonywana kartami debetowymi.

Systematycznie rośnie sieć akceptacji kart. Na koniec I kwartału liczba terminali POS wynosiła 407 tys., z czego 311 tys. (76 proc.) to terminale akceptujące karty zbliżeniowe.

Krótka historia pożyczki ubranej w dwa suwaki

My Polacy mamy problem z oszczędzaniem. Co prawda uważamy, że oszczędzać warto i należy to robić, ale realizacja tego przekonania pozostawia wiele do życzenia. Jedynie co dwudziesty Polak oszczędza regularnie, a z danych za rok 2014 wynika, że około 20 milionów Polaków nie ma żadnych oszczędności1. Konsekwencji tej sytuacji jest wiele.

W dłuższej perspektywie na pewno będzie to wpływać na sytuację emerytalną Polaków, w krótszej – na zdolność radzenia sobie z opłaceniem większych wydatków. Innymi słowy: gdy pojawia się potrzeba zrobienia remontu, wymiany sprzętu AGD czy zakupu komputera, co od czasu do czasu zdarza się w większości gospodarstw domowych, nie możemy sięgnąć do własnych zasobów, bo najczęściej ich nie zgromadziliśmy. Jedynym sposobem poradzenia sobie z tą sytuacją jest pożyczenie pieniędzy. Korzystają z tego banki i firmy oferujące pożyczki. Jak podaje BIK, liczba kredytów konsumpcyjnych udzielonych w 2014 roku wzrosła w stosunku do roku 2013 o 14 proc., a tym samym rynek powrócił do stanu sprzed 2012 roku2.

Wprawdzie ile udzielonych pożyczek, tyle potrzeb, które za nimi stoją, ale generalnie większość tych kredytowych celów można podzielić na trzy grupy: pożyczki zaciągane na realizację bieżących potrzeb (39 proc.), na realizację planów (33 proc.) i wreszcie na realizację marzeń (17 proc.). Wydawałoby się, że w tej sytuacji naturalne jest sprzedawanie czy reklamowanie pożyczek jako doraźnej pomocy. Nic bardziej mylnego. W komunikacji marketingowej banki prezentują pożyczki jako sposób na spełnienie marzeń, ewentualnie na realizację planów. Banki najczęściej mówią: weź pożyczkę i spełnij swoje marzenia. Brakuje natomiast komunikacji, która koncentrowałaby się na pożyczce jako na sposobie na zaspokojenia bieżących potrzeb. Dlaczego tak jest? Marzenia lepiej się sprzedają? Na pewno tak, ale czy mimo wszystko nie warto wrócić do faktycznych potrzeb potencjalnych klientów? Jeżeli my się do nich nie odwołamy, ryzykujemy, że zrobi to nasz konkurent i być może skutecznie zagospodaruje tym działaniem część rynku.

Szybcy i tani nie zawsze wygrają

Cel pożyczki to jednak nie jedyny aspekt pomijany w komunikacji. Jeśli zadamy podstawowe pytanie: jaka powinna być pożyczka gotówkowa, aby klient na nią zwrócił uwagę, to odpowiedź, która się nasuwa jako pierwsza, jest prosta: pożyczka musi być tania. Wiedzą to zarówno bankowi, jak i niebankowi pożyczkodawcy – i skrupulatnie wykorzystują w reklamach. Banki mówią zatem o prowizji lub oprocentowaniu 0 proc., a firmy pożyczkowe oferują pierwszą pożyczkę za darmo ( jak choćby Vivus) lub za symboliczną opłatę, np. 10 złotych (Wonga.com).

W 2014 roku firmy niebankowe wydały na reklamę ponad 311 mln zł, podczas gdy wydatki reklamowe banków w kategorii pożyczek gotówkowych wynosiły przeszło 547 mln zł3. Zważywszy, że wartość pożyczek pozabankowych była w 2014 roku 17-krotnie mniejsza (!) niż pożyczek udzielanych przez banki4, widzimy, jak duży wpływ na oczekiwania klientów i wyobrażenia o pożyczce gotówkowej mają firmy pozabankowe. W efekcie sprawnej masowej komunikacji firmy pożyczkowe wywołały rewolucję komunikacyjną na tym rynku i w dużej mierze narzuciły warunki gry w ciągu ostatnich trzech lat. Teraz już dla wszystkich pożyczkodawców (także banków) jest oczywiste, że jedną z najważniejszych cech pożyczek jest szybkość i łatwość ich zaciągnięcia, czyli cechy charakterystyczne dla pożyczek udzielanych do niedawna jedynie przez niebankowe instytucje finansowe.

Wydaje się, że początkowo banki nie doceniały wszystkich konsekwencji pojawienia się w 2012 roku nowych graczy. Aby nie przegrać z nimi walki o wspólną część rynku – zmodyfikowały swoją propozycję produktową i sposób komunikacji, najczęściej według reguł podyktowanych przez nowych konkurentów. Przykładów nie trzeba długo szukać. Eurobank gwarantuje teraz udzielenie pożyczki w ciągu 15 minut, a mBank jest jeszcze szybszy – może przelać pieniądze na konto klienta w 30 sekund. I tu dochodzimy do ściany szybciej już się chyba nie da.

Rozmowa z klientami o pożyczce została sprowadzona do dwóch parametrów prostych i zrozumiałych dla każdego, a mianowicie do kwoty pożyczki i okresu zadłużenia – od tej pory większość potencjalnych klientów już wie, że wystarczy przesunąć dwa suwaki, aby obliczyć koszty pożyczki i ustalić, jaką pożyczkę wybrać.

Warto jednak pamiętać, że w Polsce jest sporo potencjalnych klientów, dla których ani ostateczny koszt, ani szybkość procesu nie są najważniejsze. Dwie piąte osób na rynku pożyczek gotówkowych, wybiera pożyczkodawcę, kierując się miękkimi elementami, takimi jak przyjazność i życzliwość personelu, zaufanie oraz kompetencje doradców.5 To ludzie, którzy zaciągając pożyczkę, chcą, aby pożyczkodawca potraktował ich indywidualnie i pokazał, że rozumie ich sytuację. Te potrzeby są obecnie często pomijane. Ludzie, którzy być może są trochę zagubieni w świecie finansów, nie potrzebują „pożyczki w 15 minut” ani gwarancji najniższej raty, bo i tak nie będą potrafili jej wyliczyć porównując oferty. Istotne jest dla nich osobiste spotkanie z doradcą, który spokojnie przyjrzy się ich sytuacji finansowej, doradzi najlepsze rozwiązanie i zapewni, że będą w stanie spłacić zobowiązanie. Warto o tym pamiętać, wydając kolejne miliony na komunikację z klientami.

Nowa konkurencja

Zanim na rynku pojawiły się Vivus i Wonga w 2012 roku, pożyczki pozabankowe kojarzyły się nam wyłącznie ze specyficznym rodzajem klientów, którzy sięgali po nie najczęściej z konieczności. Obecnie w społeczeństwie o pożyczkach internetowych nie mówi się, że to produkty gorsze od bankowych. Pokazywane są one jako usługa równoprawna, tyle że dopasowana do określonych sytuacji: kiedy klient potrzebuje gotówki szybko i bezproblemowo, kiedy nie chce się tłumaczyć bankowi, na co pożycza itd. Otwartość Polaków na ofertę pozabankową wydaje się największą zmianą ostatnich lat na rynku pożyczkowym. Być może skorzystają na niej zresztą nie tylko internetowe czy tradycyjne firmy pożyczkowe – w przyszłości może ona ułatwić wejście na rynek nowym podmiotom, także z innych branż (dość przypomnieć o planach Play wejścia na rynek pożyczek6). Mimo wszystko rynek pożyczek gotówkowych w Polsce wydaje się w miarę ustabilizowany, a ogólne reguły nim rządzące jasne: po pożyczki o większej wartości lub długoterminowe klienci idą do banków, a jeżeli potrzebują mniejszych pieniędzy, na krótki okres, lub jeżeli mają gorszą lub słabo udokumentowaną zdolność kredytową – rośnie prawdopodobieństwo, że udadzą się do firmy pożyczkowej.

Tę strukturę mogą zaburzyć jednak nowe podmioty, które będą się pojawiać na rynku. Nie chodzi tu o kolejny bank, czy o kolejną firmę pożyczkową, która z impetem wejdzie na polski rynek, tylko o możliwe alternatywne źródła finansowania wydatków. Fenomenem na niektórych rynkach zachodnich stały się społecznościowe platformy pożyczkowe.

W Polsce nie są one jeszcze liczącym się konkurentem dla banków i firm pożyczkowych, ale mają już na koncie pewne sukcesy. Przykładem może być Kokos – platforma działająca na naszym rynku od kilku lat, która zdążyła udzielić w sumie ponad 100 tys. pożyczek na łączną kwotę przeszło 120 mln złotych7. Czynnikiem, który zdecydował o sukcesie takich platform zagranicą, jest sposób ich funkcjonowania – działają one poza instytucjami finansowymi, łącząc bezpośrednio inwestorów i pożyczkodawców. Sposób działania platform pożyczkowych – konsekwentnie realizowany np. przez brytyjską Zopę – wpisuje się w preferencje pokolenia Y, które przychylnym okiem patrzy na zjawiska omijające tradycyjne instytucje rynkowe i dodatkowo podkreślają bezpośrednie relacje z innym człowiekiem.

Zupełnie nowy pomysł na usługi finansowe proponują niektóre amerykańskie start-upy. Przykładem może być tutaj FlexWage, który przedstawia swoją propozycję jako rozwiązanie dla osób o nieregularnych zarobkach, które pozwoli im utrzymać płynność finansową poprzez wyrównanie strumienia przychodów8. Sposób działania usługi jest następujący: pożyczkobiorcy przelewana jest zaliczka – kwota odpowiadająca wynagrodzeniu za wykonaną już pracę, zanim ostatecznie zapłaci za nią pracodawca. Kolejną innowacją jest fakt, że FlexWage kieruje swoje usługi bezpośrednio do pracodawców, którzy mogą przedstawiać to narzędzie jako dodatkowy benefit pracowniczy. Mamy więc do czynienia z produktem konkurencyjnym dla oferty firm pożyczkowych i atrakcyjnym cenowo (opłata za usługę to maksymalnie 5 dolarów dla pracowników i niewielka opłata dla pracodawcy). Produkt opakowany jest jednak w zupełnie nowy sposób: uderza wprost w potrzebę ostatecznych użytkowników i pozycjonuje się jako rozwiązanie ich problemu, ani razu nie używając słowa „pożyczka”.

Podobne rozwiązania być może niebawem pojawią się na polskim rynku – stawiając obecne na nim podmioty przed koniecznością zmiany oferty lub jej komunikacji.

Widzieć więcej, działać lepiej

Główni gracze nie powinni dać się zaskoczyć zmianie, czyli stale trzymać rękę na pulsie – obserwować nie tylko konkurencję, ale także trendy na zagranicznych rynkach pożyczek gotówkowych, wypatrywać podmiotów z innych branż, które mogą stać się dla nich konkurencją.

Często słyszy się na różnych rynkach, że kluczem do sukcesu jest wsłuchiwanie się w potrzeby swoich klientów i odpowiadanie na nie. To – pozornie zgrane – hasło ma zastosowanie także w odniesieniu do pożyczkodawców: oznacza z jednej strony przyjrzenie się faktycznym powodom zadłużania się klientów (pożyczki najczęściej zaciągane są na zaspokojenie bieżących potrzeb, a nie na realizację marzeń), a z drugiej strony znalezienie sposobu, w jaki moglibyśmy wpasować się w tę sytuację (np. pożyczkę krótkookresową można pokazać klientom jako sposób na ustabilizowanie płynności finansowej – jak to zrobiło FlexWage). Aby było to możliwe, doradcy musieliby na chwilę odejść od rozmowy o kategoriach i parametrach produktów i świeżym okiem spojrzeć na swoich obecnych i potencjalnych klientów.

Możliwości konkurowania i wyróżnienia się kategoriach „szybko i łatwo” oraz „tanio” są już bardzo ograniczone. Szansę daje natomiast zmiana sposobu rozmowy z klientami – pokazanie się jako partnera w zarządzaniu domowym budżetem, a nie sklepu z pożyczkami. Oznaczałoby to dla wielu instytucji finansowych zasadniczą zmianę w sferze pozycjonowania, komunikacji i w sposobie obsługi klientów. Wymagałoby to postawienia się w roli doradców i przewodników po świecie finansów oraz budowy długookresowych relacji z klientami opartych na partnerstwie i zaufaniu.

Ewa Kantecka, Account Manager w TNS Polska
Zuzanna Faizy, Senior Research Executive w TNS Polska

1 Źródło: „Audyt Bankowości Detalicznej”, badanie TNS Polska na ogólnopolskiej próbie 12 tys. mieszkańców Polski, 2014.
2 Źródło: „Kredyt Trendy”, BIK, marzec 2015.
3 Źródło: dane o wydatkach mediowych, Kantar Media.
4 Banki udzieliły w 2014 roku pożyczek gotówkowych w wysokości 78 mld zł („Kredyt Trendy. Raport Biura Informacji Kredytowej”, BIK, marzec 2015), firmy niebankowych – ok. 4,5 mld zł (Jarosław Ryba, „Co czeka rynek w 2015 roku?”, Gazeta Finansowa Online, styczeń 2015).
5 Źródło: „Audyt Bankowości Detalicznej”, badanie TNS Polska na ogólnopolskiej próbie 12 tys. mieszkańców Polski, 2014.
6 Źródło: Puls Biznesu, Eugeniusz Twaróg, Magdalena Wierzchowska „Play chce udzielać pożyczek on-line”
7 Źródło: oficjalne statystyki podawane na stronie internetowej firmy kokos.pl/info/statystyki.
8 Źródło: Mary Wisniewski, „Can Reengineering the Pay Cycle Disrupt Payday Lending?”, (w:) American Banker”, sierpień 2014 (www.americanbanker.com/issues/179_157…>

To dobry moment na zakup mieszkania na rynku wtórnym

Jak wynika z najnowszego raportu Szybko.pl, Metrohouse i Expandera, obecnie rynek nieruchomości wtórnych cechuje się dużą stabilnością. To dobry moment na zakup mieszkania pod kątem zbliżającego się roku akademickiego. Jesienią natomiast możemy spodziewać się znacznego ożywienia spowodowanego między innymi objęciem programem MdM nieruchomości wtórnych oraz tradycyjnym wzrostem aktywności kupujących we wrześniu i październiku.

Spokojne nastroje na rynku nieruchomości

W czerwcu, podobnie jak miesiąc wcześniej, rynek nieruchomości wtórnych charakteryzował się dużą stabilnością. Przeciętna cena ofertowa dla 15 monitorowanych miast wzrosła zaledwie o 0,1% w stosunku do poprzedniego zestawienia. Jedynie w Katowicach i Sopocie zauważalne są istotne obniżki na poziomie odpowiednio 2,3% oraz 1,5% – W nadchodzącym czasie można jednak spodziewać się silnego ożywienia na rynku nieruchomości wtórnych – mówi Marta Kosińska, ekspert Szybko.pl. – Będzie ono spowodowane przede wszystkim typowym jesiennym wzrostem aktywności kupujących i wynajmujących. Dodatkowo rynek zdynamizują jeszcze zmiany spowodowane regulacjami wysokości wymaganego wkładu własnego orazrozszerzenie programu MdM o nieruchomości z drugiej ręki. W zależności od ustalonych limitów cenowych, w różnych lokalizacjach będzie ono miało odmienną siłę oddziaływania. Dla przykładu, w Łodzi dopłatami może być objęte nawet 50%, a w Poznaniu – 40% nieruchomości (przy założeniu, że próg cenowy kwalifikujący mieszkanie do dopłat będzie wynosił odpowiednio 3 700 i 4 847 złotych1). Na drugim biegunie są Warszawa i Kraków, gdzie zaledwie 3% i 2% wystawionych na sprzedaż mieszkań będzie kwalifikowało się do wsparcia w ramach programu MdM.

Ceny transakcyjne w sezonie wakacyjnym

Okres wakacyjny to pora, kiedy liczba ofert lokali wystawionych na sprzedaż maleje. Jednak w tym czasie istnieje duża szansa na nawiązanie transakcji z klientem gotówkowym. Najczęściej takimi kupującymi są rodzice maturzystów, którzy dostali się na studia poza miejscem swego zamieszkania. Osoby nabywające lokal mają powody do zadowolenia. – W porównaniu do ubiegłego miesiąca, transakcyjne ceny mieszkań nieco spadły. Największe obniżki widać na gdyńskim rynku nieruchomości. Nabywcy powinni dysponować kwotą poniżej 5 000 zł za mkw. – mówi Marcin Jańczuk, ekspert Metrohouse. – Zbliżoną sytuację można zaobserwować w Gdańsku. Rynek nieruchomości w obu tych miastach kształtuje się podobnie. Najczęściej kupujący przeznaczali 260 tys. zł na zakup lokalu.

Wrocław to jedyne miasto spośród badanych w raporcie, gdzie ceny transakcyjne nieco wzrosły.

– Aktualnie kupujący muszą się liczyć z wydatkiem na poziomie 5 252 zł za mkw. – zauważa Jańczuk. – Co ciekawe, to właśnie w stolicy Dolnego Śląska kupowane są lokale o największych metrażach. Zupełnie odwrotnie przedstawia się sytuacja w Łodzi, gdzie najszybciej z rynku znikają mniejsze lokale- dodaje ekspert.

Oprocentowanie minimalnie wzrasta

Nieznacznie zmieniła się wysokość oprocentowania kredytów. – Dla zobowiązań z wysokim wkładem własnym (25%) wskaźnik ten zwiększył się z3,47% do 3,48 i nadal pozostaje na bardzo niskim poziomie – mówi Jarosław Sadowski, ekspert Expander Advisors. – W przypadku długu o wartości 300 000 zł, zaciągniętego na okres 30 lat, rata wynosi jedynie 1 499 zł. Porównując do takiego samego kredytu, jednak uruchomionego w 2012 r. klient zobowiązany był spłacać miesięcznie 2 054 zł. Obecnie raty są więc dość niskie, ale w kolejnych miesiącach najprawdopodobniej będą powoli rosły.

Dobrą wiadomością dla osób zainteresowanych kupnem lokalu są planowane zmiany w rządowym programie MdM. Istnieją szanse, że jeszcze w tym roku zostanie rozszerzony katalog nieruchomości, które mogą być objęte dofinansowaniem, także o mieszkania pochodzące z rynku wtórnego. Jest to istotne szczególnie dla osób zainteresowanych nabyciem lokalu w mniejszych miejscowościach, gdzie nowe nieruchomości nie powstają tak często jak w dużych miastach.

1 szacunki dotyczące limitów cenowych wykonane przez Bankier.pl

W 2014 roku Polscy kierowcy w Niemczech spowodowali ponad 20 tys. szkód

W 2014 roku polscy kierowcy spowodowali za granicą ponad 46 tys. szkód o średniej wartości 16,4 tys. zł. Postawie Polaków na europejskich drogach w najnowszym raporcie przyjrzeli się specjaliści porównywarki ubezpieczeń mfind oraz Polskiego Biura Ubezpieczycieli Komunikacyjnych.

Polscy kierowcy jeżdżą coraz gorzej?

W Niemczech spowodowaliśmy ponad 20 tys. szkódW 2014 roku kierowcy na polskich tablicach rejestracyjnych spowodowali na europejskich drogach 46 681 szkód. To o ponad 2 tys. więcej niż rok wcześniej. Jak wynika z raportu porównywarki ubezpieczeń mfind oraz PBUK, ta statystyka z roku na rok jest gorsza. Jeszcze w 2010 r. polscy kierowcy spowodowali „tylko” 34 579 szkód.

Zdarzenia, które powodują Polacy, są też coraz kosztowniejsze. W 2012 roku średnia wartość pojedynczej szkody wyniosła 14,6 tys. zł, w 2013 – 15,4 tys. zł, a w 2014 r. już 16,4 tys. zł. W sumie, w zeszłym roku wypłacono ponad 765 mln zł osobom poszkodowanym przez naszych rodaków!

Niemiec płacze, jak wjeżdżamy

W których krajach polscy kierowcy powodują najwięcej szkód? Zdecydowanie najgorzej jest w Niemczech. W 2014 r. u naszych zachodnich sąsiadów spowodowaliśmy 22 118 szkód. Na dalszych pozycjach znalazły się m.in. Wielka Brytania (4313), Francja (3617), Włochy (3209) oraz Holandia (2781).W Niemczech spowodowaliśmy ponad 20 tys. szkód

Warto zwrócić uwagę na to, że w porównaniu do 2013 roku, pogorszyła się sytuacja m.in. na drogach niemieckich, brytyjskich, francuskich oraz włoskich. Nieco lepiej było w Holandii.

Polscy kierowcy bez OC płacą miliony z własnej kieszeni

Chociaż w 2014 roku nasi rodzimi kierowcy jeżdżący bez OC nie pobili rekordu liczby spowodowanych szkód ustanowionego 4 lata temu, to jednak były to zdarzenia najbardziej obciążające ich kieszeń. W sumie za 365 szkód wypłacono ponad 8 mln zł odszkodowań! To dwa razy więcej niż w 2013 r.W Niemczech spowodowaliśmy ponad 20 tys. szkód

Należy pamiętać, że osoba poszkodowana w wypadku z polskim kierowcą bez OC, otrzymuje odszkodowanie od Polskiego Biura Ubezpieczycieli Komunikacyjnych. PBUK zwraca się następnie o zwrot tych pieniędzy do sprawcy zdarzenia. Dlaczego w 2014 r. odszkodowania był tak wysokie? Jest to związane z większą liczbą bardziej kosztownych szkód na osobach, czyli niestety ofiar ciężko lub śmiertelnie rannych.

– Zgodnie z ustawą o ubezpieczeniach obowiązkowych PBUK po dokonaniu wypłaty ma prawo dochodzić zwrotu poniesionych kosztów zarówno od sprawcy (kierującego) jak i właściciela, jeżeli są to dwie różne osoby. Koszty są egzekwowane solidarnie od dłużników do momentu odzyskania całości kwoty zobowiązania względem PBUK. W przypadku gdy proces odszkodowawczy jest nadal w toku i suma wypłaconych środków wzrasta w związku z wpływem nowych roszczeń przedstawionych przez zagraniczne Biuro Narodowe, wówczas kolejne żądania zwrotu są wysyłane do sprawcy i posiadacza – tłumaczy Dominik Szczygielski, starszy inspektor w Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych.

– Wyjeżdżając samochodem za granicę powinniśmy pamiętać o kilku rzeczach. Po pierwsze zawsze należy sprawdzić, czy mamy ważną polisę OC. W niektórych państwach konieczna będzie Zielona Karta – należy zaopatrzyć się w nią przed wyjazdem. Kolejnym obowiązkiem jest sprawdzenie przepisów ruchu drogowego we wszystkich krajach, przez które będziemy przejeżdżać – aby uniknąć mandatu i nieprzyjemności z lokalną policją – radzi Dominika Grabek, redaktor naczelna Akademii ubezpieczeń mfind.

Średnia kwota długu przypadająca na jednego zadłużonego studenta to 1 883 zł

O 300 tys. spadła w ciągu ostatnich czterech lat liczba studentów w Polsce. W tym czasie trzykrotnie wzrosła jednak liczba tych, którzy mają nieuregulowane zobowiązania wobec swoich uczelni. Średnia kwota długu przypadająca na jednego zadłużonego studenta to 1 883 zł. Jedni zadłużają się, bo nie stać ich na utrzymanie się, a inni rzucają studia i zapominają, że z uczelnią też wiąże ich umowa, którą trzeba wypowiedzieć.

Czesne kosztuje studenta od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych rocznie. Wielu z nich musi również zapłacić za wynajęty pokój, dojazdy na uczelnię, korepetycje i pomoce naukowe. Mimo tak wysokich kosztów, liczba studentów w Polsce przekracza 1,5 mln. Nie wszyscy są jednak w stanie udźwignąć tak duże obciążenie finansowe. Widać to w statystykach Krajowego Rejestru Długów, według których studenci są winni szkołom wyższym 9,67 mln zł.

Na wpisanie zadłużonych studentów do Krajowego Rejestru Długów zdecydowało się dotychczas 26 wyższych uczelni w Polsce, w większości prywatne, choć jest w tym gronie też kilka publicznych. W 2011 roku było ich o połowę mniej.

– Spada liczba studentów, a w związku z tym również dochody uczelni. Muszą one nie tylko oferować żakom coraz bardziej konkurencyjną ofertę studiów, co mnoży koszty, ale również staranniej przyglądać się swoim finansom. Dlatego też coraz rzadziej przymykają oko na brak opłaty za czesne i decydują się na skuteczną windykację należności- mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Najczęściej zadłużają się uczniowie krakowskich uczelni – w KRD znajduje się 2 168 dopisanych przez nie zobowiązań – każde na średnio 1 300 zł. Najwięcej do oddania mają studenci z Lublina – ich średni dług przypadający na jednego żaka to aż 3 490 zł.

– Z naszych badań wynika, że tylko 37% płacących za studia ponosi te koszty samodzielnie pracując. 15% studentów decyduje się na zaciągnięcie kredytu lub pożyczki. Najczęściej jednak, bo w 48% przypadków, naukę finansują im rodzice- wylicza Łącki.

Część studenckich długów powstaje na skutek niewystarczających dochodów lub wykorzystania pieniędzy przeznaczonych na studia na „życie studenckie”. Spory odsetek spraw trafiających do Krajowego Rejestru Długów to jednak wynik niefrasobliwości. Zdarza się, że z różnych przyczyn żak rzuca studia – zwyczajnie przestaje przychodzić na zajęcia, ale zapomina przy tym wypowiedzieć umowę z uczelnią.

– Bardzo często to od nas studenci dowiadują się, że mają do zapłaty zaległe faktury – mówi Radosław Koński, dyrektor Departamentu Windykacji Kaczmarski Inkasso. – Zrezygnowali z nauki w czasie semestru, ale nie dopełnili formalności i nie poinformowali o tym uczelni. Formalnie, czesne wciąż było naliczane, dług więc stale się powiększał – wyjaśnia.

Uczelnie coraz chętniej zlecają windykację firmom zewnętrznym. Odzyskiwanie należności na własną rękę jest nieopłacalne i mało skuteczne.

– Średnia kwota długu wobec uczelni wynosi 1 600 zł. Dłużnikami są przeważnie ludzie młodzi, między 20 a 30 rokiem życia. 85% zaległych faktur spłaca się po naszej interwencji- mówi Koński.

Niektórzy studenci liczą, że ich dług ulegnie przedawnieniu. O tym jednak decydują sądy, a te z kolei różnie interpretują rodzaj działalności uczelni – niektóre traktują taką usługę jako umowę – zlecenie, inne jako świadczenie w ramach działalności gospodarczej, ale zdarzało się też że usługa ta nie była traktowana jako działalność gospodarcza. Czas ten może więc wynosić 2, 3, a nawet 10 lat. Próbując uniknąć płacenia za czesne, można narazić się na naprawdę wysokie koszty, ponieważ do każdej zaległej faktury wierzyciel doliczy koszty windykacji i ustawowe odsetki. Wtedy z kilkuset złotych, dług może urosnąć nawet do kilku tysięcy.

Niedokładne kasowanie danych ze smartfonów to poważne zagrożenie dla przedsiębiorstw

Niedawno cały świat obiegła informacja, że z ponad 500 milionów smartfonów wyposażonych w system Android można odzyskać dane nawet, gdy do ich skasowania wykorzysta się funkcję tzw. „factory reset”. Powinno to niepokoić nie tylko użytkowników prywatnych, ale przede wszystkim biznesowych. Szczególnie w świetle rosnącej popularności trendu BYOD i nadchodzących zmian w europejskim prawie, dotyczącym ochrony danych – komentują eksperci Kroll Ontrack.

Naukowcy z Uniwersytetu w Cambridge odkryli, że mobilne urządzenia z systemem Android, po przywróceniu ustawień fabrycznych nadal zachowują pewne dane, takie jak m.in. muzyka, zdjęcia, pobrane aplikacje, a nawet konta użytkowników Google. Dzieje się tak pomimo zapewnień producenta, że podczas procesu przywracania ustawień fabrycznych wszystkie informacje zostaną usunięte. Statystyki laboratoriów odzyskiwania i kasowania danych Kroll Ontrack potwierdzają te doniesienia. Eksperci ustalili, że smartfony, których użytkownicy w celu usunięcia danych korzystali z dostępnych sprzętowo opcji (w tym przywrócenia ustawień fabrycznych), nadal zawierają pewne wrażliwe informacje. Tymczasem z ankiety Kroll Ontrack przeprowadzonej w 2014 roku wśród internetowych sprzedawców smartfonów na polskich serwisach aukcyjnych i ogłoszeniowych wynika, że aż 66 procent z nich przed sprzedażą sprzętu dokonuje właśnie przywrócenia ustawień fabrycznych, 20 procent – ręcznie usuwa dane, natomiast 8 procent – wskazuje na formatowanie, jako stosowaną metodę kasowania danych.

Adam Kostecki, specjalista do spraw rozwoju i bezpieczeństwa Kroll Ontrack
Adam Kostecki, specjalista do spraw rozwoju i bezpieczeństwa Kroll Ontrack

– Konsekwencje takiego postępowania mogą być bardzo poważne, zarówno dla posiadaczy smartfonów jak i osób, które je odsprzedają. Jeżeli używane urządzenia trafią do osób trzecich, to mogą się one znaleźć w posiadaniu takich danych jak loginy i hasła, numery kont, galerie zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych poprzednich właścicieli. To spore zagrożenie nie tylko dla użytkowników prywatnych, ale przede wszystkim biznesowych – wyjaśnia Adam Kostecki, specjalista do spraw rozwoju i bezpieczeństwa Kroll Ontrack.

Coraz większa popularność w firmach trendu BYOD (z ang. Bring Your Own Device), polegającego na używaniu w miejscu pracy prywatnych urządzeń mobilnych sprawia, że informacje na temat możliwości przywracania danych z systemu Android okazują się jeszcze bardziej alarmujące. Ryzyko rośnie po uwzględnieniu prawdopodobieństwa, że na urządzeniach mobilnych, należących do prywatnych użytkowników, mogą znajdować się także ważne i poufne dane biznesowe.

Nowe światło na sprawę rzucają działania Komisji Europejskiej, która planuje ujednolicenie ochrony danych na terenie całej wspólnoty. Ma temu służyć stosowne rozporządzenie o ochronie danych osobowych (GDPR – General Data Protection Regulation). Zgodnie z projektem, dla przedsiębiorstw będzie się to wiązało z obowiązkiem usuwania danych osobowych obywateli UE na żądanie lub wtedy, gdy nie są dłużej wymagane w danej organizacji. Firmy będą także zobligowane do stosowania ściśle określonych procedur przy procesach przetwarzania danych osobowych. Przedsiębiorcy, którzy nie zastosują się do nowych przepisów unijnego prawa, mogą zostać ukarani wysokimi grzywnami w wysokości nawet do 2 procent globalnych obrotów lub 100 milionów Euro – w zależności od tego, która kwota będzie dla nich bardziej dotkliwa. Oznacza to bardzo duży wzrost kary pieniężnej w stosunku do aktualnie obowiązujących przepisów.

Przedsiębiorcy będą także musieli zwracać baczniejszą uwagę na właściwe zarządzanie ryzykiem, szczególnie związanym z recyklingiem i niszczeniem sprzętów np. uszkodzonych lub starszych, już nieużywanych. Urządzenia te nie powinny być wyrzucane bez pełnego wykasowania informacji na nich zgromadzonych. Przedsiębiorstwa powinny zatem rozważyć współpracę z dostawcami profesjonalnych usług i narzędzi do kasowania danych, zapewniającymi certyfikowane procesy w tym względzie. Da ona pewność, że dane osobowe i poufne nie dostaną się w niepowołane ręce, a firmy będą w stanie wykazać, że podjęły odpowiednie kroki w celu ochrony poufnych danych.

Skuteczne usuwanie informacji z pamięci wewnętrznej i zewnętrznej telefonów komórkowych możliwe jest jedynie dzięki profesjonalnemu oprogramowaniu lub usłudze kasowania danych. Za ich pośrednictwem usuwane są bezpowrotnie wszystkie ważne dla użytkownika dane, takie jak wiadomości e-mail, kontakty teleadresowe czy wiadomości tekstowe. Pozwala to na bezpieczne wykorzystanie telefonu przez inną osobę czy jego odsprzedaż.  Raport i certyfikat potwierdzający skasowanie danych gwarantuje, zarówno użytkownikom prywatnym jak i biznesowym, skuteczność przeprowadzonego procesu.

– Organizacje zaniepokojone wiadomością o możliwości przywrócenia danych z telefonów z systemem Android po przywróceniu ustawień fabrycznych, powinny przede wszystkim przeanalizować wewnętrzne procedury dotyczące kasowania danych i recyklingu urządzeń mobilnych, a następnie wprowadzić odpowiednie zabezpieczenia. Prywatni użytkownicy sprzedający używane telefony czy tablety także muszą zastanowić się, czy na pewno zrobili wszystko, aby ich dane nie dostały się w niepowołane ręce. Jeśli mają co do tego jakiekolwiek wątpliwości, najlepszym wyjściem będzie zastosowanie profesjonalnego oprogramowania kasującego dane – zaznacza Adam Kostecki.

W Polsce bez zmian, na Węgrzech odwilż

Sytuacja na warszawskim parkiecie nie uległa większym zmianom. Wciąż brakuje pozytywnych informacji, które mogłyby napędzić lokalne indeksy giełdowe do wzrostów. Jednocześnie przeważają czynniki psujące sentyment. Jednym z ważniejszych jest powiększający się pakiet obietnic wyborczych.

Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI
Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI

Pojawiają się pomysły, aby podatkiem objąć nie tylko instytucje finansowe, ale także supermarkety i firmy telekomunikacyjne. Drugim czynnikiem jest mała aktywność inwestorów i brak popytu, spowodowane okresem wakacyjnym. OFE i inni inwestorzy mają w portfelach sporo akcji, a chętnych do kupowania trudno znaleźć. Mocnych spadków na warszawskiej giełdzie nie obserwujemy przede wszystkim dlatego, że poza akcjami nie ma interesującej, rentownej alternatywy.

Coraz atrakcyjniejsze wskaźniki dla polskich akcji, ale…

Waluacje akcji, szczególnie dużych spółek, kształtują się na coraz atrakcyjniejszych poziomach. Jednak kupowanie akcji, np. dużych banków, obecnie przypomina łapanie spadającego noża. Przede wszystkim dlatego, że nie wiemy (i jeszcze przez jakiś czas się nie dowiemy), z jakimi kosztami przyjdzie im się zmierzyć, gdy wejdą w życie nowe podatki i regulacje dotyczące kredytów walutowych. W tych okolicznościach zdecydowanie warto rozejrzeć się za zyskami także za granicą.

Węgierskie akcje warte uwagi

W naszym regionie ciekawie prezentują się Węgry i m.in. na tamtejszej giełdzie poszukiwalibyśmy wartości. Dlaczego właśnie tam? Ostatnie 2–3 lata nie należały do udanych dla węgierskich akcji. Głównym sprawcą tego negatywnego sentymentu był rząd, który poprzez swoje działania (np. podatek bankowy) nie zachęcał do kupowania akcji. W tym roku rząd Orbána zdecydował się m.in. na obniżenie podatku bankowego. Na to nałożyły się niezłe dane z węgierskiej gospodarki oraz czynniki zewnętrzne, w tym dobra sytuacja w sektorze rafineryjnym. W rezultacie doszło do odbicia cen akcji, a indeks BUX poszybował w górę.

Autoprezentacja – czyli pierwsze wrażenie w relacjach biznesowych

Ubywa kredytów na niskie kwoty, choć spłacane są bardzo dobrze

Według danych opublikowanych w raporcie Kredyt Trendy 2/2015, opracowanym przez ekspertów Biura Informacji Kredytowej, kredyty na niskie kwoty spłacane są lepiej i bardziej terminowo, niż kredyty na kwoty wyższe. Udział kredytów na kwoty do 10 tysięcy złotych w liczbie wszystkich kredytów konsumpcyjnych udzielonych w 2014 r. wyniósł 76,4%.

Andrzej Topiński, główny ekonomista Biura Informacji Kredytowej
Andrzej Topiński, główny ekonomista Biura Informacji Kredytowej

Kredytów na kwoty do 10 tys. zł udzielono w I kwartale 2015 r. o 3% mniej niż przed rokiem, natomiast kredytów na wyższe kwoty było o 8,6% więcej. Kredytów na kwoty powyżej 50 tys. złotych banki i SKOK-i udzieliły o 17 % więcej w porównaniu z I kwartałem 2014 roku. Banki i SKOK-i miesięcznie udzielają ponad 600 tysięcy kredytów konsumpcyjnych. Są to kredyty finansujące sprzedaż ratalną towarów i usług oraz kredyty na cele nieokreślone, popularnie zwane gotówkowymi. – Widać wyraźnie, że mimo liberalizacji Rekomendacji T, która zezwoliła na uproszczone procedury udzielania kredytów na niskie kwoty, sprzedaż tych kredytów nie rozwija się. W okresie styczeń – marzec 2015 roku udział tych kredytów w liczbie udzielonych spadł do 73,9% – mówi dr Andrzej Topiński, główny ekonomista Biura Informacji Kredytowej – Można zatem stwierdzić, że kredytów niskokwotowych udziela się wiele, ale w bilansach bankowych ważą dużo mniej- dodaje Andrzej Topiński.

Kredyty na kwoty do 10 tys. złotych stanowiły na koniec marca 2015 roku tylko 15,3% należności banków z tytułu kredytów konsumpcyjnych, natomiast kredyty na kwoty powyżej kwoty 50 tys., które w liczbie zawieranych umów mają tylko czteroprocentowy udział, stanowią aż 35% należności banków – są większe, a ponadto udzielane na dłuższe okresy spłat, więc wolniej spłacane.

Wśród kredytów udzielonych w latach 2011 – 2014 na kwoty do 1 tysiąca złotych, w dwa lata po udzieleniu zaległości ponad 90-dniowe w obsłudze wystąpiły w marcu bieżącego roku tylko na 1,3% rachunkach. Natomiast w segmencie kredytów na kwoty powyżej 50 tysięcy złotych takie opóźnienia wystąpiły na blisko 7% rachunków.

udział kredytów opoźnionych w obsłudze powyżej 90 dni

 

Skoro kredyty udzielane na niskie kwoty spłacają się dobrze, to być może, spowoduje to ożywienie oferty bankowej w tym segmencie.

 

Katarzyna Szerling w Zarządzie Providenta

0

Wzrósł wskaźnik zatrudnienia osób po 50 roku życia

W ostatnich latach w Polsce wzrósł wskaźnik zatrudnienia osób po 50. roku życia. Niestety nie oznacza to, że problem aktywizacji zawodowej tej grupy został rozwiązany.

Jak wynika z raportu Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, Polska – w celu wyrównania szans ludzi po pięćdziesiątce na rynku pracy – powinna dokonać zmian w dwóch zasadniczych obszarach. Jednym z nich jest opieka zdrowotna. „Choroby to przyczyna wielu ograniczeń w życiu tej grupy. Jeśli chcemy wykorzystywać potencjał osób po 50. roku życia, musimy zadbać o to, aby ich stan zdrowia nie wpływał negatywnie na możliwości pozostania na rynku pracy do osiągnięcia wieku emerytalnego” – wyjaśnia w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl Małgorzata Sarzalska, dyrektor Departamentu Analiz Ekonomicznych i Prognoz w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej.

Po drugie należy bardziej zadbać o podnoszenie kwalifikacji osób ponadpięćdziesięcioletnich. Statystyki pokazują, że jedynie mniej więcej 1% z nich się doszkala. „System dofinansowania szkoleń, o które mogą ubiegać się pracodawcy dla pracowników, został już wprowadzony. Potrzeba dalszych działań, uświadamiających szefom, że inwestowanie w rozwój kadry nie musi być kosztowne i może odbywać się np. na zasadzie wzajemnego uczenia się osób zatrudnionych w firmie” – podkreśla ekspertka.

Kluczowa dla poprawy sytuacji ludzi po 50. roku życia na rynku pracy jest również zmiana ich myślenia. Trzeba uświadamiać, że podnoszenie własnych kwalifikacji jest niezbędne, aby móc zachować pracę. Niestety według wielu osób u schyłku kariery zawodowej nie ma potrzeby się dokształcać.

Koncepcja Smart City pomoże zatrzymać proces wyludniania się mniejszych miast

Analizy wskazują, że mniejsze aglomeracje miejskie nie cieszą się popularnością wśród Polaków. Najwięcej z nas deklaruje chęć życia w dużych miasta, szukając szans rozwoju i zdobycia nowej pracy. Coraz lepsze notowania względem ubiegłych lat dotyczą także terenów wiejskich. Wieś doceniamy za spokój i zdrowsze środowisko. Najsłabiej w rankingu wypadają małe miasta. Zdaniem ekspertów to przede wszystkim te regiony będą musiały stawić czoła migracji i pomyśleć o działaniach, które zwiększą ich atrakcyjność.

Według Andrzeja Sobczaka, prof. SGH, Kierownika Zakładu Zarządzania Informatyką, sposobem na zmniejszenie tendencji związanych z migracją może okazać się wdrożenie koncepcji Smart City. W Raporcie „Inteligentny Rozwój Miasta” wyjaśnia on, jakie działania warto podjąć, aby przekonać przede wszystkim młode osoby do pozostania w rodzinnych miasteczkach.

Najpierw zadałbym pytanie o punkt odniesienia, ponieważ miasto miastu nie jest równe. Inaczej funkcjonuje miasto, które jest miastem położonym blisko większego ośrodka, jak np. Warszawa czy Kraków. Wówczas przyjmuje ono funkcję sypialni. Przy takim scenariuszu warto byłoby usprawnić transport, aby ułatwić dojazd do pracy, ale też zadbać o ofertę dla młodych rodziców. Np. parki. A jeśli funkcjonują parki warto pomyśleć o oszczędnościach, np. o zdalnym systemie zarządzania oświetleniem. Inną strategię powinno przyjąć z kolei małe miasto, które jest jednocześnie punktem centralnym regionu. Tutaj pomyślałbym o wprowadzeniu usług elektronicznych, np. w zakresie zintegrowanego dostępu do służby zdrowia czy edukacji. To byłby pakiet rozwiązań ułatwiających funkcjonowanie w mieście – radzi Andrzej Sobczak.

Z kolei Leszek Hołda, prezes Integrated Solutions zwraca uwagę na mobilność i inne możliwości, wynikające z wykorzystywania nowych technologii.

Informatyzacja życia publicznego to jedna kwestia. Za nią odpowiadają samorządy. Druga to zmiana społeczna, jaka dokonuje się z powodu i przy wsparciu technologii. Spójrzmy choćby za pracę. Dziś, wykorzystując wielofunkcyjne urządzenia, możemy wykonywać obowiązki zawodowe wszędzie, z każdego miejsca na świecie, wystarczy dostęp do internetu. Można pracować w dużej korporacji, ale żyć w małym miasteczku – podkreśla Leszek Hołda z Integrated Solutions.  

Więcej informacji na temat tego, jak zastosowanie nowych technologii zmieni funkcjonowanie i zarządzanie miastami znajduje się w raporcie „Inteligentny Rozwój Miasta”. Raport zrealizowany przez Orange, Integrated Solutions, przy wsparciu Fundacji CATI, prezentuje różne podejścia i koncepcje rozwoju  regionów miejskich, w dopasowaniu do ich wielkości. Materiał jest dostępny na stronie www.smartcity2020.pl.

Zarobki członków zarządów spółek notowanych na GPW w 2014 roku

W 2014 roku mediana wynagrodzeń osób zasiadających w zarządach spółek giełdowych wyniosła 587,8 tys. PLN. Połowa menedżerów zarobiła od 334 tys. PLN do 1,06 mln PLN.

Wykres poniżej przedstawia wynagrodzenia członków zarządów spółek giełdowych w latach 2006-2014. Najniższe wynagrodzenia odnotowano w roku 2008 – 412,5 tys. PLN. Od 2008 roku wynagrodzenie wyższej kadry zarządzającej stale rosły. W 2014 roku mediana wynagrodzeń całkowitych menedżerów spółek notowanych na GPW, którzy przepracowali cały rok wyniosła 587,8 tys. PLN i była najwyższa w analizowanym okresie. W stosunku do roku 2013 wzrosła o 13%.

Wykres 1. Mediana rocznych wynagrodzeń menedżerów spółek notowanych na GPW w latach 2006-2014 (osoby pracujące cały 2014 rok)

Wykres 1 Mediana rocznych wynagrodzeń menedżerów spółek notowanych na GPW
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie raportu „Wynagrodzenia członków zarządów spółek notowanych na GPW w 2014 roku”

W 2014 roku 43,9% zarządzających spółkami giełdowymi otrzymało wynagrodzenie poniżej 500 tys. PLN. 28% zarobiło od 500 tys. PLN do 1 mln PLN. Natomiast 7% najlepiej zarabiających menedżerów otrzymało wynagrodzenie w wysokości ponad 2 mln PLN rocznie. Na wykresie poniżej zaprezentowano rozkład rocznych wynagrodzeń menedżerów spółek giełdowych.

Wykres 2. Rozkład rocznych wynagrodzeń menedżerów spółek giełdowych (osoby pracujące cały 2014 rok)

Wykres 2 Rozkład rocznych wynagrodzeń menedżerów spółek giełdowych
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie raportu „Wynagrodzenia członków zarządów spółek notowanych na GPW w 2014 roku”

Najwięcej w 2014 roku zarobili wiceprezesi zarządu, którzy przepracowali cały rok. Mediana ich wynagrodzeń wyniosła 653 tys. PLN. Na drugim miejscu znalazły się wynagrodzenia prezesów zarządów – 601 tys. PLN.

Jednakże biorąc pod uwagę średnie wynagrodzenia sytuacja przedstawia się inaczej. W takim zestawieniu najlepiej opłacani byli prezesi zarządów, których średnie wynagrodzenie wyniosło 952 tys. PLN, wiceprezesi średnio otrzymali 813 tys. PLN, członkowie zarządów 760 tys. PLN a prokurenci 170 tys. PLN.

Schemat 2. Roczne wynagrodzenia brutto osób pełniących różne funkcje w zarządzie (osoby pracujące cały 2014 rok)

Schemat 2 Roczne wynagrodzenia brutto osób pełniących różne funkcje w zarządzie
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie raportu „Wynagrodzenia członków zarządów spółek notowanych na GPW w 2014 roku”

W 2014 roku najwyższe roczne wynagrodzenie finansowe otrzymał Janusz Filipiak, prezes zarządu Comarch SA. Jego pensja wyniosła 8,13 mln PLN. Na drugim miejscu w rankingu uplasował się Markus Tellenbach z rocznym wynagrodzeniem w wysokości 8,06 mln PLN a na trzecim miejscu Luigi Lovaglio – 7,17 mln PLN.

Tabela 1. 5 najlepiej wynagradzanych menedżerów spółek giełdowych w 2014 roku

imię i nazwisko nazwa spółki funkcja wynagrodzenie wypłacone 2014
1 Janusz Filipiak Comarch SA prezes zarządu 8 134 569
2 Markus Tellenbach TVN SA prezes zarządu 8 058 000
3 Luigi Lovaglio Bank Polska Kasa Opieki SA prezes zarządu 7 170 000
4 Dariusz Orłowski WAWEL SA prezes zarządu 6 931 000
5 Przemysław Sztuczkowski Cognor SA prezes zarządu 4 846 000

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie raportu „Wynagrodzenia członków zarządów spółek notowanych na GPW w 2014 roku”

Artykuł stanowi podsumowanie raportu „Wynagrodzenia członków zarządów spółek notowanych na GPW w 2014 roku” wydanego przez Sedlak & Sedlak. W tegorocznej, jedenastej, edycji badania analizie poddaliśmy wynagrodzenia 1 276 menedżerów z 347 spółek giełdowych (w tym 969 osób, które przepracowały cały 2014 rok).

O raporcie

Raport „Wynagrodzenia członków zarządów spółek notowanych na GPW” ukazuje się po raz jedenasty. W tegorocznej edycji przeanalizowaliśmy dane na temat wynagrodzeń 1 276 menedżerów (w tym 969 osób, które przepracowały cały 2014 rok) z 347 spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.

Raport składa się z pięciu części:

  1. W części I przedstawiono analizę praktyk w zakresie udzielania przez spółki informacji na temat wynagrodzeń menedżerów.
  2. Część II zawiera analizy ogólne na temat wynagrodzeń członków zarządów spółek giełdowych w 2014 roku.
  3. W części III przedstawiono analizy wynagrodzeń w poszczególnych spółkach. Analizy przeprowadzono w zależności od takich charakterystyk jak: wielkość aktywów, przychodów, zatrudnienia, wynik finansowy czy poziom EBITDA, EBIT czy EPS. Dane przedstawiono z uwzględnieniem menedżerów pracujących cały rok.
  4. Część IV zawiera analizy całkowitych funduszy przeznaczonych na wynagrodzenia top menedżerów.
  5. Część V zawiera zestawienia i rankingi wynagrodzeń menedżerów.

Greckie „nie” a perspektywy dla europejskich rynków

W niedzielnym referendum Grecy odrzucili warunki zagranicznej pomocy. Jak można było oczekiwać, pierwszą reakcją na europejskich giełdach okazały się spadki. Co dalej?

Radosław Piotrowski
Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI

Oczekuję, że rynkowe zamieszanie wywołane sytuacją Grecji okaże się krótkotrwałe, ale dopóki będą toczyły się rozmowy pomiędzy greckim rządem a wierzycielami, europejskie indeksy będą się poruszały w rytm przecieków i oficjalnych komunikatów obu stron. Pamiętajmy, że wynik referendum nie oznacza automatycznego Grexitu, a oprócz niespłaconej w terminie pożyczki do MFW Grecja ma jeszcze inne długi. Negocjacje, jak wyjść z tej patowej sytuacji, będą więc kontynuowane.

W krótkim terminie – ostrożnie. W dłuższym terminie oczekiwana poprawa

Fundamenty dla europejskich rynków pozostają dobre, wobec czego w nieco dłuższym horyzoncie czasowym spodziewamy się uspokojenia i poprawy sentymentu na giełdach – niezależnie od tego, czy Grecja opuści unię monetarną, wracając do drachmy, czy ostatecznie zaakceptuje w końcu warunki pomocy ze strony wierzycieli. Oczywiście, tak jak wspomniałem, w najbliższej perspektywie może być nerwowo. Zredukowałbym więc w portfelu udział akcji i obligacji krajów strefy euro na rzecz bardziej „defensywnych” krajów, takich jak Szwajcaria lub Wielka Brytania. Część oszczędności można również tymczasowo ulokować na rynku amerykańskim.

USA – ryzyko podwyżek stóp, ale oczekiwana większa stabilność

Oczywiście w USA istnieje realna groźba podwyżki stóp procentowych. W Stanach Zjednoczonych obserwujemy bowiem stałą poprawę odczytów makroekonomicznych, m.in. z rynku pracy. W ujęciu zagregowanym widoczne jest to chociażby w odczycie wskaźnika Citi Economic Surprise, który od połowy maja znajduje się w wyraźnym trendzie wzrostowym. Rosnąca przewaga pozytywnych zaskoczeń w różnych obszarach amerykańskiej gospodarki wzmacnia scenariusz wrześniowej podwyżki stóp procentowych. Mimo to w krótkim terminie amerykański rynek powinien być bardziej stabilny niż rynki finansowe strefy euro.

Hiszpania raczej nie pójdzie w ślady Grecji

Wracając jeszcze do Europy, w ostatnich tygodniach narastają obawy inwestorów nie tyle o Grecję, ile o Hiszpanię. Zakwestionowanie dalszych reform i innych warunków pomocy finansowej przez Hiszpanię byłoby dużo większym zmartwieniem dla inwestorów. Jednak według ostatnich sondaży poparcie dla „hiszpańskiej Syrizy”, czyli partii Podemos, regularnie spada. O ile w styczniu wynosiło jeszcze 30%, o tyle obecnie kształtuje się w okolicach 15%. Wygląda więc na to, że Hiszpanie zaczęli obawiać się konsekwencji, jakie mogłoby wywołać zbyt kategoryczne stanowisko partii rządzącej wobec Komisji Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego.

Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI

Czy RPP podgrzeje atmosferę?

EBC wesprze greckie banki do niedzieli. Dzisiaj o 16:00 konferencja szefa NBP po dwudniowym posiedzeniu. Świat wciąż czeka na propozycje reform z Grecji, a czas ucieka.

Angela Merkel zapowiedziała, że EBC wesprze greckie banki do niedzielnego szczytu przywódców państw europejskich. Pani kanclerz nie jest, jak sama stwierdziła, przesadną optymistką, ale wciąż ma nadzieje na znalezienie rozwiązania.

Dzisiaj kończy się dwudniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Nie należy spodziewać się zmian stóp procentowych, ale o godzinie 16:00 odbędzie się ważna konferencja prasowa. Prezes NBP Marek Belka swoimi deklaracjami nie raz już poruszył poważnie rynkami walutowymi. Sądząc po nerwowości na rynkach dzisiejsza konferencja ma również taki potencjał.

Maciej Przygórzewski - główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

Pomimo że do wyborów w Polsce pozostało jeszcze sporo czasu, w mediach odbywa się licytacja na to kto komu obieca więcej. Podstawowe ryzyko dla Polski polega na tym, że bierze w niej udział partia rządząca co daje szanse realizacji niektórych pomysłów. Nie wszystkie projekty są oczywiście złe. Trafiają się jednak perełki tak ogólnikowe, że trudno o nich cokolwiek powiedzieć. Dobrym przykładem jest propozycja wsparcia dla kredytobiorców frankowych i innych. Nie wiadomo co zawiera projekt, ale wiadomo, że nie będzie to “wszystkim wrócimy i będziemy przewalutowywać z dniem podpisania tejże umowy w tym banku”.

Grecy wystąpili o pomostowe finansowanie w lipcu na czas uzyskania długofalowej pomocy. Dla przypomnienia ową długofalową pomoc (nie zgadzając się na rezygnacje z dotychczasowych luksusów państwa socjalnego) kraj ten negocjuje już raptem 4 miesiące dłużej niż wstępnie oczekiwano. Obecnie znów ma pojawić się kolejna propozycja uwzględniająca stanowisko wierzycieli i wyniki referendum. Ostatnie propozycje odrzucono, gdyż pakiet reform był zbyt okrojony. W związku z tym będzie on teraz dalej idący (by uwzględnić stanowisko wierzycieli) i mniej dotkliwy dla Greków (by uwzględnić wyniki wyborów). Gdyby brane były tylko i wyłącznie kryteria ekonomiczne wynik tak prowadzonych negocjacji byłby niesamowicie łatwy do przewidzenia.

Dobrym dowodem na słuszność negatywnych oczekiwań są wydarzenia z wczoraj. Wbrew deklaracjom władze w Atenach nie przedstawiły nowej propozycji porozumienia. Jean-Claude Juncker szef Komisji Europejskiej zapowiedział, że Grecja otrzymała czas na przedstawienie propozycji do czwartku. W niedziele odbywa się szczyt przywódców europejskich i nie trudno zgadnąć co będzie głównym tematem rozmów. Atmosferę dodatkowo podgrzała deklaracja, że istnieje już szczegółowy scenariusz opuszczenia przez ten kraj strefy euro.

EUR/PLNKomentarz walutowy 08.07.2015
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 08.04.2015 do 08.07.2015

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,2250. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,1900.

CHF/PLNKomentarz walutowy 08.07.2015
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 08.04.2015 do 08.07.2015

Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy. Dotychczas okolice 4zł były skutecznym oporem dla dalszych wzrostów kursów, jednakże problemy Grecji spowodowały, że poziom ten został wyraźnie przekroczony. Poprzedni opór na 4,0500 został przebity a kurs powoli ustanawia kolejne coraz bardziej niepokojące maksima. Wsparciem jest dolne ograniczenie formacji na poziomie 3,9950.

USD/PLNKomentarz walutowy 08.07.2015
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 08.04.2015 do 08.07.2015

Kurs USD/PLN podobnie jak inne waluty wystrzelił do góry. Opór stanowić będzie majowe maksimum na poziomie 3,8500. W przypadku ruchu w dół wsparciem będzie dotychczasowa linia oporu przebiegająca w okolicach 3,8000 a następnie dolne ograniczenie kanału na 3,7200.

GBP/PLNKomentarz walutowy 08.07.2015
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 08.04.2015 do 08.07.2015

Kurs GBP/PLN znajduje się w szerokim kanale wzrostowym. Wewnątrz tej formacji doszło do utworzenia się klina. W przypadku ruchu w dół wsparciem jest dolne ograniczenie klina na 5,8900 a następnie ostatnie minimum lokalne na 5,8600. Dla ruchu w górę oporem jest maksimum na 5,9400 a następnie górne ograniczenie klina na 5,9600.

Wandalex chce zwiększyć udział przychodów zagranicznych do 15 proc. W ekspansji zagranicznej będzie korzystać z usług dystrybutorów

0

Spółka Wandalex, dostawca rozwiązań z zakresu wyposażenia magazynów, w ramach nowej strategii na lata 2015-2017 wkrótce zmieni nazwę na WDX. Rebranding nie jest jedynym elementem nowej polityki zarządu. Najważniejszym celem przyjętej strategii jest kilkudziesięcioprocentowe zwiększenie przychodów i rentowności spółki. Realizację planu ma zapewnić między innymi ekspansja na rynki zagraniczne czy rozwój platformy produktowej.

– Chcemy się rozwijać na rynkach zagranicznych. Już dzisiaj mamy dilerów poza granicami Polski, ale nie jesteśmy usatysfakcjonowani. Mamy dilerów w krajach bałtyckich, mamy dilera, chociaż jeszcze bez konkretnych przychodów z tego tytułu, w Rosji, mamy też konkretne zapytania z Białorusi, która w tej chwili staje się ciekawym rynkiem – mówi Marek Skrzeczyński, prezes Wandaleksu.

Przedstawiciel giełdowej spółki w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor mówi, że w przypadku sprzedaży zagranicznej nowa strategia zakłada korzystanie z usług lokalnych dystrybutorów. Wandalex chce dotrzeć na rynki zagraniczne poprzez współpracę z klientami z rynku krajowego. Spółka nie planuje rozwoju własnych podmiotów odpowiedzialnych za nowe rynki. W najbliższym czasie można się spodziewać znaczącego wzrostu udziału eksportu w strukturze przychodów spółki.

– Do 2013 roku sprzedaż eksportowa stanowiła niewielki ułamek w ogólnej strukturze przychodów. W tej chwili jest to już kilkuprocentowy udział, zakładamy jednak, że jesteśmy w stanie osiągnąć nawet 15-proc. przychód z tytułu eksportu – prognozuje Marek Skrzeczyński.

Deklaracje mówią także o prowadzeniu aktywnej polityki dywidendowej. Zarząd spółki w najbliższych latach będzie rekomendował wypłatę akcjonariuszom około 50 proc. wypracowanego zysku netto. Pozostała część ma posłużyć do realizacji celów inwestycyjnych.

– Zakładamy, że pozostałą część zysku będziemy przeznaczać na inwestycje, może znajdą się inne potrzeby, może jakieś inne okazje, o których jeszcze dzisiaj nie mogę wiele powiedzieć – mówi prezes Wandaleksu.

W tym roku kwota przeznaczona na dywidendę będzie jeszcze wyższa i wyniesie 70 proc. osiągniętego zysku na poziomie netto. Między udziałowcami rozdzielone zostanie łącznie 3,64 miliona złotych, czyli 0,40 zł na akcję. Spółka WDX ma także bogate plany akwizycyjne.

– Chcemy przeprowadzić tzw. dywersyfikację w dół, jeśli chodzi np. o automatyzację tych linii, które firma dostarcza. Dzisiaj w dużej części outsourcujemy te usługi – mówi Marek Skrzeczyński.

Nowa strategia inwestycyjna spółki zakłada zaangażowanie kapitałowe w podmiot zajmujący się automatyzacją linii produkcyjnych. Alternatywę stanowi rezygnacja z outsourcingu i rozwój własnego działu automatyki. Prezes Skrzeczyński informuje, że w przypadku nabycia przez WDX udziałów w innej spółce w grę wchodzi raczej podmiot krajowy.

Giełdowy projektant rozwiązań logistycznych dla powierzchni magazynowych w 2014 roku osiągnął 105 milionów złotych przychodów ze sprzedaży. Oznacza to wzrost o 28 procent rok do roku. Zysk na poziomie 5,1 mln zł w stosunku do poprzedniego roku wzrósł z kolei aż o 80 proc. Założenia nowej strategii mówią o dalszym wzroście przychodów w najbliższym czasie. Za 3 lata ma być to już 185 mln zł. Wzrost rentowności na poziomie całej grupy zarząd uzasadnia wyższym udziałem w sprzedaży wysokomarżowych projektów własnych (zintegrowane systemy regałów i przenośników), których segment w 2014 roku stanowił blisko 50 proc. w strukturze przychodów (wobec 36 proc. w 2011 roku).

FM Logistic chce rozwijać się na Kaukazie i w Kazachstanie

CEO Magazyn Polska

Grupa FM Logistic zamierza rozwijać transport międzynarodowy na rynki na Kaukazie i w Kazachstanie. Spółka chce tam wozić przede wszystkim towary z Rosji i Ukrainy. Będą to głównie towary sektora FMCG, a także farmaceutycznego. Ten drugi spółka rozwija dzięki dostosowaniu floty do nowych standardów.

W tej chwili swoją działalnością prowadzimy praktycznie we wszystkich krajach europejskich i rozszerzamy ją o rynki wschodnie. Mam tu na myśli Kazachstan i inne kraje z tego regionu – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Oraczewski, dyrektor transportu międzynarodowego Grupy FM Logistic. – Czynniki ryzyka są i są dość ważny elementem prowadzenia biznesu w tej części świata. Nie unikamy ich jednak, tylko staramy się wykorzystywać możliwości, które stwarza w tej chwili ta część świata.

Oraczewski podkreśla, że Kazachstan i kraje kaukaskie to trudne rynki, często związane z ograniczeniami natury politycznej. Na przykład czasami nie jest możliwy transport najkrótszą trasą, bo nie wszystkie przejścia graniczne są otwarte. Całkowicie zamknięta jest np. granica pomiędzy Azerbejdżanem a Armenią. Oraczewski zauważa jednak, że jeszcze 20 lat temu za taki sam rejon wysokiego ryzyka uważano Europę Środkową.

Spółka zamierza wozić na te rynki te same towary, które dominują w strukturze przewozów europejskich, czyli przede wszystkim dobra szybko zbywalne (FMCG). FM Logistic wiąże także duże nadzieje z sektorem farmaceutycznym – rozwój działalności w tym sektorze umożliwia modernizacja floty spółki.

Jak tłumaczy Oraczewski, FM Logistic dostosowuje obecnie pojazdy do nowych norm dobrych praktyk dystrybucji (GDP), co jest bardzo pozytywnie odbierane przez klientów.

Oznacza to nowe standardy, wyższe wymogi dotyczące łańcucha dostaw, w tym wszystkich środków transportu wykorzystywanych do przewozu środków farmaceutycznych i materiałów medycznych. W tej chwili sto procent naszej floty dedykowanej staramy się dostosować do wymogów GDP – mówi Oraczewski.

Podkreśla, że mimo rozwoju na rynkach wschodnich, trafi tam niewielka część floty spółki. FM Logistic nie planuje też nowych zakupów pojazdów. Wynika to z tego, że rynki te, choć perspektywiczne, obecnie są stosunkowo nieduże. Transport z Europy będzie niewielki, większe nadzieje spółka wiąże z przewozami z Ukrainy i Rosji. W obydwu tych krajach FM Logistic ma swoje oddziały.

Z racji tego, że nasze biura znajdują się również w Rosji i na Ukrainie, te kraje mają zdecydowanie większe relacje handlowe z innymi krajami tego regionu. Liczymy, że około 10-15 proc. naszych aktywności właśnie na rynku rosyjskim i ukraińskim będzie powiązane z tymi krajami – prognozuje Oraczewski.

Dodaje, że spółka nie planuje obecnie rozwoju na żadnych innych nowych rynkach. Zamierza nadal koncentrować się na transporcie drogowym i nowym w ofercie FM Logistic transporcie intermodalnym na rynkach europejskich oraz wschodnich.

Silny dolar zagrożeniem dla rynków wschodzących. Wzrost stóp w USA spowoduje odpływ kapitału z gospodarek rozwijających się

CEO Magazyn Polska

Wzrost stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych w największym stopniu zaszkodzi rynkom wschodzącym. Wzrost atrakcyjności aktywów dolarowych spowoduje bowiem odpływ kapitału z gospodarek rozwijających się. Wzrost siły dolara negatywnie wpłynie również na rynek surowcowy. Alternatywą w długim terminie są w dalszym ciągu akcje.

– Istotnym czynnikiem ryzyka dla rynków azjatyckich, pomijając Japonię, która jest rynkiem rozwiniętym, takich jak Indie, Tajlandia czy Indonezja są przewidywane wzrosty stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Aleksander Jawień, prezes IFM Global Asset Management.

Prezes IFM Global Asset Management wskazuje na wysoką korelację miedzy aktywami dolarowymi a zachowaniem rynków wschodzących. Rosnąca rentowność instrumentów wolnych od ryzyka denominowanych w dolarach amerykańskich automatycznie prowadzi do spadku atrakcyjności aktywów notowanych na rynkach wschodzących w innych walutach.

– Co więcej, wiele przedsiębiorstw ma zaciągnięte długi w dolarze amerykańskim, czyli każda podwyżka, która powoduje wzrost siły dolara amerykańskiego, przekłada się negatywnie na ich bilans, muszą płacić po prostu więcej za ten dług, który niestety teraz może pogorszyć ich wyniki finansowe – tłumaczy prezes IFM Global Asset Management.

Aleksander Jawień z tego samego powodu przestrzega przed inwestowaniem w surowce, choć niskie ceny mogą kusić inwestorów.

– Byłbym daleki od radzenia, by zainteresować się surowcami, dlatego że silny dolar to są złe wiadomości dla surowców – tłumaczy Aleksander Jawień, pytany o najbliższe perspektywy dla rynku surowcowego.

Ekspert zwraca uwagę na to, że w przypadku Azji większość rynków to rynki surowcowe, których gospodarki w dużej mierze oparte są na eksporcie surowców. W przypadku Indonezji ponad 30 proc. przychodów pochodzi ze sprzedaży węgla, gazu oraz ropy naftowej, a w innych gospodarkach udział surowców w strukturze eksportu jest nawet wyższy.

– Mamy dzisiaj taką sytuację, że jeżeli rzeczywiście chcemy spokojnie spędzić wakacje, to należy ograniczać ryzyko, jeżeli nie kontrolujemy codziennie swoich inwestycji – rekomenduje przedstawiciel IFM Global Asset Management.

Zdaniem Jawienia w dłuższej perspektywie nadal najlepszą inwestycją pozostają akcje. Alternatywa w postaci obligacji lub funduszy dłużnych w tym roku stanowiła raczej kiepski wybór. Według danych serwisu Fundusze24, kwotującego wartość jednostek uczestnictwa w większości krajowych funduszy obligacyjnych, ponad 60 proc. z nich w skali ostatniego półrocza znajduje się na minusie. Obligacje skarbowe większości państw także są pod kreską.