Spory konsumenckie w UE będą rozwiązywane online i bezpłatnie

Reklamacje towarów i usług kupionych za granicą mają być dostępne przez internet. W instytucjach unijnych trwają prace nad uruchomieniem nowej platformy, która ułatwi dochodzenie swoich roszczeń zarówno konsumentom, jak i sprzedawcom. Pomysłodawcy liczą, że to wzmocni wzajemne zaufanie i ożywi transgraniczny handel, również elektroniczny.

Zaledwie 6 proc. konsumentów w Unii Europejskiej decyduje się na zakupy w zagranicznym sklepie internetowym. Zarówno klienci, jak i przedsiębiorcy obawiają się transakcji zagranicznych ze względu na bariery językowe i nieznajomość przepisów w innych państwach członkowskich.

Wprowadzenie możliwości rozstrzygania sporów konsumenckich w internecie i bez wchodzenia na ścieżkę sądową powinno mieć pozytywne skutki dla obu stron transakcji.

– Dla konsumenta im większy rynek, tym większa konkurencja, większy wybór i niższe ceny. Dla sprzedającego większy rynek to coraz większe zarobki. Zaufanie wzajemne jest więc niezwykle ważne i to nie tylko do sprzedawcy we własnym kraju i własnym języku, ale na całym ogromnym rynku 500 mln obywateli. Muszę tylko wiedzieć, że jeżeli nie mówię po maltańsku, to zostanę na Malcie obsłużona we własnym języku – wyjaśnia europosłanka Róża Thun, która odpowiada w PE za przygotowanie raportu dotyczącego nowego rozwiązania.

Online Dispute Resolution (ODR) będzie mieć postać interaktywnej strony internetowej, która umożliwi złożenie skargi za pomocą elektronicznego formularza. Na podstawie zawartych w nim danych platforma skieruje skargę do wybranego przez strony sporu podmiotu zajmującego się alternatywnym rozwiązywaniem sporów (ADR).

Co ważne, platforma będzie dostępna w każdym języku urzędowym UE. Stworzy ona możliwość dochodzenia swoich roszczeń klientom i sprzedawcom niezależnie od rodzaju zakupionego przedmiotu lub usługi oraz sposobu i miejsca zakupu.

– Tworzymy platformę, która będzie konsumenta obsługiwać w jego własnym języku. Wszystko będzie się odbywało w sposób internetowy, bezpłatnie dla konsumenta i pozasądowo. Czas rozwiązania tego konfliktu konsument-sprzedawca będzie nie dłuższy niż 30 dni – mówi Róża Thun.

Projekty aktów prawnych dotyczących internetowej platformy i podmiotów pozasądowego rozstrzygania sporów Komisja Europejska przedstawiła pod koniec ubiegłego roku. Obecnie komisja rynku wewnętrznego i ochrony konsumenta w Parlamencie Europejskim kończy prace nad raportem w sprawie nowego rozwiązania.

– Potem będziemy to negocjować z Radą UE i Komisją Europejską. Na pewno do wakacji będzie gotowa propozycja, która ułatwi konsumentowi ewentualną reklamację produktu kupionego za granicą – zapewnia Róża Thun.

Instytucje UE zobowiązały się przyjąć pakiet aktów prawnych w tej sprawie do końca roku. Jednak funkcjonowanie platformy ruszy prawdopodobnie za 2-3 lata. System wymaga bowiem stworzenia i dostosowania krajowych podmiotów pozasądowych.

Kulczyk Oil Venture rezygnuje z nigeryjskiej ropy

Kulczyk Oil Venture, spółka Jana Kulczyka, nie skorzysta z opcji uczestnictwa w konsorcjum Neconde – Doszliśmy do wniosku, że na tym etapie, to nie jest projekt pasujący do modelu biznesowego KOV – mówi Dariusz Mioduski, prezes Kulczyk Investments.

Neconde Energy Limited wygrało przetarg na zakup od Shell 45 proc. udziału w koncesji OML 42 w delcie Nigru. Wartość zakupu to ponad 160 mln dolarów.

– Wspólnie z KOV doszliśmy do wniosku, że na tym etapie to nie jest jednak to, czym KOV powinien się zajmować. Jest to nasza spółka strategiczna, która ma się zajmować głównie kwestiami operacyjnego zarządzania, poszukiwania i produkcji gazu. W projekcie w Nigerii na obecnym etapie rozwoju byłby to udział głównie finansowy, czyli rola operacyjna KOV byłaby mniejsza niż wcześniej nam się wydawało – wyjaśnia Dariusz Mioduski.

Tym bardziej, że na sfinansowanie części projektu spółka potrzebowałaby dodatkowych pieniędzy.

– KOV musiałoby zaciągnąć bardzo poważny kapitał, czyli rozwodnić obecnych akcjonariuszy, żeby skorzystać z tej opcji, a to przy dzisiejszych wycenach nie ma sensu z punktu widzenia spółki – dodaje prezes Kulczyk Investments.

Jednak nie wyklucza, że w przyszłości KOV dołączy do udziałowców Neconde.

– W przyszłości nie wykluczamy, że kiedy Nigeria stanie się bardziej transparentna dla inwestorów giełdowych, tzn. kiedy zostaną określone do końca kwestie związane ze zwiększaniem produkcji, jej finansowaniem, to może KOV w jakiś sposób będzie partycypować w tym projekcie – mówi Dariusz Mioduski.

Jednocześnie przyznaje, że KOV zamierza partycypować głównie w projektach, nad którymi może mieć rzeczywistą kontrolę i może nimi zarządzać. Głównym kierunkiem pozostaje Ukraina, gdzie na ten rok planowane jest 6 kolejnych odwiertów i budowa rurociągów niezbędnych do uruchomienia odwiertów.

– KOV ma też program wierceń związanych z pracami na Brunei. Mamy jeszcze kilka innych planów związanych z rozwojem spółki, o których na tym etapie nie mogę mówić. Mogę tylko zapewnić, że spędzam nad tym dużo czasu i mam nadzieję, że coś z tego będzie – mówi prezes Kulczyk Investmets.

Kierowana przez Dariusza Mioduskiego spółka Kulczyk Investments pozostaje głównym inwestorem w Nigerii. W jej rękach pozostaje 40 proc. w konsorcjum Neconde. Trwają prace nad pozyskaniem finansowania na dalsze inwestycje.

– W ciągu najbliższych kilku miesięcy oczekuję bardzo pozytywnych rezultatów. Kończone są również prace związane z ustalaniem budżetów i porozumieniami z narodowym operatorem, więc jestem dużym optymistą, jeśli chodzi o zakończenie tych prac w najbliższym czasie – zapewnia prezes KI.

Obecnie wydobycie ropy na złożu w Nigerii wynosi ok. 15 tys. baryłek dziennie.

– Kiedy to złoże produkowało w pełni, wydobycie było na poziomie 200 tys. baryłek dziennie. Może nie mamy takich ambicji w ciągu następnego roku czy 2 lat, żeby dojść do takiego poziomu, ale te ambicje nie są takie odległe – mówi Dariusz Mioduski.

Innowacyjne start-upy pomysłem na szybszy napęd w gospodarce

Polska gospodarka potrzebuje innowacyjnych firm. Start-upy, czyli początkujące przedsiębiorstwa, które oferują nowe produkty czy usługi, to przede wszystkim szansa na zwiększenie konkurencyjności kraju, poprawę konsumpcji i ogólnej sytuacji gospodarki. Zdaniem Jeremiego Mordasewicza, eksperta PKPP Lewiatan, to szansa również na duże zyski, ale jedynie dla cierpliwych i doświadczonych.

Żeby utrzymać konkurencyjność polskiej gospodarki, produktywność firm powinna rosnąć szybciej niż wynagrodzenia. I tu swoją rolę do odegrania mają start-upy.

– Bardzo potrzebne nam są firmy, które wniosą do gospodarki coś nowego: nowe produkty, nowe technologie produkcji, nowe rozwiązania organizacyjne. Dzięki temu będziemy mogli szybciej zwiększać produktywność. A to z kolei pozwoli na wzrost wynagrodzeń – wyjaśnia Jeremi Mordasewicz.

Rezultatem będzie rosnąca konsumpcja, a co za tym idzie również przyspieszenie wzrostu gospodarczego w kraju.

– Jednocześnie powstrzyma to polską młodzież przed wyjazdami na Zachód – prognozuje ekspert PKPP Lewiatan.

Problemem dla początkujących przedsiębiorców wciąż jest pozyskanie kapitału, a w szczególności znalezienie inwestora, który poczeka na zyski i gotów będzie podjąć ryzyko, związane z nowym biznesem.

– Musi być jakieś źródło kapitału, ktoś, kto gotów jest sfinansować pierwszą fazę, bo taka firma przez kilka lat może nie przynosić zysków. Dopiero później, kiedy skala produkcji zostanie powiększona, kiedy wykorzysta się efekt skali, to firma przynosi zyski, często bardzo duże. Musi być więc inwestor, który gotów jest podjąć ryzyko i który oprócz tego, że wniesie kapitał, wniesie jeszcze znajomość rynku – mówi Jeremi Mordasewicz.

Rozwój start-upów umożliwia m.in. współpraca pomysłodawców z aniołami biznesu, czyli prywatnymi inwestorami, którzy wspierają finansowo nowe przedsięwzięcia, małe i średnie przedsiębiorstwa.

Nowatorskie pomysły mają też szansę dostać dofinansowanie z Unii Europejskiej. W poniedziałek ruszył nabór wniosków o wsparcie własnego e-biznesu w ramach Działania 8.1 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka. Przedsiębiorcy mogą się ubiegać nawet o 700 tys. zł. Wymagany jest jednak 30-procentowy wkład własny, co może stanowić problem dla początkujących przedsiębiorców. Nabór wniosków potrwa do 20 kwietnia.

Gaz z łupków może popłynąć do odbiorców w 2015 r.

– Prace poszukiwawcze i rozpoczęcie wydobycia gazu z łupków to podstawowe elementy polityki energetycznej Polski – zapewnił Mikołaj Budzanowski podczas inauguracji prac wiertniczych PGNiG w Lubyczy Królewskiej na Lubelszczyźnie. Minister ma nadzieję, że pierwsze kopalnie powstaną w ciągu najbliższych 3 lat tak, by w 2015 roku gaz z łupków mógł być dostarczany do odbiorców.

Podkreślając rosnące znaczenie gazu łupkowego dla polskiej energetyki, Mikołaj Budzanowski zaznaczył, że dzisiejsze inwestycje w poszukiwania surowca stawiają Polskę w czołówce krajów europejskich.

– Poszukiwania, a w niedalekiej przyszłości również wydobycie gazu z łupków w Polsce będą stanowiły ogromne wyzwanie dla rozwoju gospodarczego całego kraju. Mówimy już nie tylko o samym pozyskiwaniu gazu, ale o budowie całego przemysłu, który będzie związany z wydobywanie węglowodoru w Polsce. Tworzymy centrum kompetencyjne na skalę europejską w poszukiwaniu i wydobywaniu gazu z łupków. Ta wiertnia jest najnowocześniejszą stosowaną w UE. To pokazuje, że Polska staje się już dziś liderem w poszukiwaniu niekonwencjonalnych złóż na terenie całej Europy – uważa minister skarbu państwa.

Spółka PNiG Kraków, która wygrała przetarg na wykonanie odwiertów na koncesji Tomaszów Lubelski, zamierza wykorzystać do tego najnowocześniejszy na terenie Polski sprzęt Drillmec 2000-HP Walking Rid. Dzięki zaawansowanym technologiom, wiercenia w Lubyczy Królewskiej potrwają 100 dni, po których znane będą pierwsze szacunki zasobów gazu z łupków na tym terenie.

– Doświadczenie, które dziś polska spółka Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo zdobywa na tego typu wiertniach będzie stosować również w innych miejscach UE, m.in. w krajach bałtyckich, Wielkiej Brytanii i w Niemczech. To jest ogromna szansa dla nas wszystkich – dodaje Mikołaj Budzanowski.

Minister skarbu państwa chciałby, aby wydobycie gazu na skalę masową rozpoczęło się już za 2-3 lata. Do tego potrzebne są jednak kolejne wiercenia na poszczególnych koncesjach.

– Kiedy mówimy o poszukiwaniu gazu z łupków, kluczowym zadaniem dla wszystkich spółek jest przeprowadzenie w najbliższych 3 latach jak największej liczby odwiertów tak, abyśmy w perspektywie 2015 roku mogli mówić o zbudowaniu pierwszych kopalni. Kopalni bardzo prostych, opartych na 8-12 odwiertach gazu łupkowego, po to, aby gaz mógł popłynąć do naszych odbiorców – mówi Mikołaj Budzanowski.

W jego opinii wszystkie spółki zajmujące się poszukiwaniem gazu powinny zwracać szczególną uwagę na 2 kwestie: ochronę środowiska i współpracę z lokalnymi społecznościami.

– Tego będziemy bardzo mocno tego przestrzegać jako rząd, jako Ministerstwo Środowiska, ponieważ kwestia ochrony środowiska z punktu widzenia prawa unijnego jest kluczowa. Chcemy udowodnić, że można prowadzić badania i wydobycie węglowodorów niekonwencjonalnych i pozostać w zgodzie z prawem unijnym. Bez odpowiedniego dialogu, bez zrozumienia ze strony lokalnej społeczności i bez zagwarantowania im udziału w procesie inwestycyjnym nie będziemy mogli mówić o sukcesie w poszukiwaniu z gazu z łupków w Polsce – dodaje minister.

KWB „Konin”: do 2015 roku 150 MW z energii wiatrowej

Kopalnia przygotowuje się do budowy farm wiatrowych. Jeszcze w tym roku spodziewana jest zgoda na budowę pierwszych trzech spośród pięciu wybranych lokalizacji. Wszystkie farmy powstaną na terenach zamkniętych kopalni odkrywkowych.

Jak tłumaczy prezes KWB „Konin” to dobry sposób na wykorzystanie terenów nieczynnych odkrywek.

– Kopalnia odkrywkowa to teren wyczyszczony z infrastruktury mieszkalnej i przemysłowej na terenie i wokół terenu odkrywek, a więc są to miejsca predestynowane do tego, aby na nich lokalizować farmy wiatrowe, co też czynimy – mówi Sławomir Mazurek.

Strategia firmy zakładała, że do 2015 roku łączna moc elektrowni wiatrowych wyniesie 175 MW.

– Po specjalistycznych badaniach i ocenach środowiskowych okazuje się, że będzie to ok. 150 MW. I tak uważam to za godny wkład nielubianego górnictwa odkrywkowego węgla brunatnego w energetykę odnawialną – podkreśla prezes kopalni.

Zmniejszenie planowanej mocy z pewnością obniży koszty inwestycji, wcześniej określone na poziomie 1 mld zł.

Zaawansowane przygotowania toczą się już na terenach odkrywek „Jóźwin 2A”, Jóźwin 2B”, „Kazimierz Północny”. Pozostałe farmy wiatrowe powstaną przy odkrywkach „Drzewce” i „Lubstów”.

– Spodziewam się, że jeszcze w tym roku na pierwsze trzy z pięciu lokalizacji będzie możliwe uzyskanie pozwolenia na budowę – mówi Sławomir Mazurek.

Nakłady inwestycyjne zaplanowano na poziomie 52 mln zł. To dużo mniej niż w ubiegłych latach.

Pracodawcy znów zapłacą więcej. Rośnie składka na ubezpieczenie wypadkowe

Od 1 kwietnia przedsiębiorca zatrudniający mniej niż 9 osób zapłaci składkę na fundusz wypadkowy w wysokości 1,93 proc. Od 2009 roku obowiązywała składka w wysokości 1,67 proc. To kolejny wzrost obciążenia dla pracodawców, po podwyżce składki rentowej i płacy minimalnej. Eksperci ostrzegają, że w końcu może to spowodować spadek zatrudnienia oraz ucieczkę w szarą strefę.

Najwyższa stopa składki wypadkowej, przeznaczona dla firm wydobywających węgiel kamienny i brunatny, wzrośnie od 1 kwietnia z 3,33 proc. do 3,86 proc. Stawki dla firm, zatrudniających powyżej 10 osób lub dla płatników podlegających wpisowi do REGON, ustalane są przez ZUS na podstawie danych o wypadkach w pracy. Osoby, które prowadzą działalność gospodarczą zapłacą za siebie o 5,50 zł więcej. Ich składka będzie wynosić nieco ponad 40 zł.

Mali przedsiębiorcy, zatrudniający poniżej 9 osób zapłacą o 0,26 pkt proc. więcej. To niewielki wzrost kosztów pracy, ale już kolejny w tym roku.

– Wzrosła składka rentowa, podnieśliśmy płacę minimalną, wzrastają różnego rodzaju obciążenia pracy, a to zniechęca do zatrudniania. Jeżeli ktoś powie, że podwyżka kosztu pracy o 1 proc. nie stanowi przełomu, to ja się z tym zgodzę, ale jeżeli z tej kropli naleje się cała czarka, to w końcu pracodawcy zaczną zwalniać pracowników – ostrzega Jeremi Mordasewicz, ekspert rynku pracy Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan.

Jednocześnie podkreśla, że takie zjawisko można już zaobserwować, szczególnie w regionach słabiej rozwiniętych gospodarczo, gdzie nie można wyższych kosztów przerzucić na konsumentów, w postaci m.in. podwyżki cen produktów czy usług.

Poza tym każdy, nawet najmniejszy wzrost kosztów dla pracodawcy, sprawia, że zarówno dla firm, jak i dla pracowników atrakcyjniejsze staje się działanie w szarej strefie.

– Nasila się ucieczka do szarej strefy, dlatego że wysokie, pozapłacowe koszty pracy, wysokie składki i podatki obciążające pracę, to jednocześnie wysoka korzyść, jeśli zaczniemy działać nieoficjalnie i uciekniemy do szarej strefy – mówi Jeremi Mordasewicz.

Pracodawcy mogą też zrezygnować ze stałych umów o pracę na rzecz umów o dzieło czy zleceń. Każdy z tych scenariuszy nie jest dobry dla rynku pracy. Szczególnie, jeśli uwzględnimy, że stopa bezrobocia w lutym osiągnęła poziom 13,5 proc.

– To oczywiste, że część przedsiębiorców upada, bo nie daje sobie rady z konkurencją. Nie poradzi sobie z bardziej sprawnymi przedsiębiorcami na rynku, ale część z nich przetrwałaby, gdyby nie tak wysokie obciążenia podatkami czy składkami na ubezpieczenia społeczne, gdyby nie to, że musi wykonać wiele kosztownych działań administracyjnych, które są w gruncie rzeczy zbędne, ale pochłaniają czas przedsiębiorcy i odciągają go od innych działań – wymienia ekspert PKPP Lewiatan.

I podsumowuje: – Mamy do czynienia z jednej strony z mieszanką pewnej nieudolności, braku sprawności, braku efektywności przedsiębiorców, z drugiej strony wysokimi kosztami generowanymi przez państwo.

Składka wypadkowa w nowej wysokości będzie naliczana od 1 kwietnia, nawet jeśli płatności dotyczą wcześniejszego okresu. W przypadku, kiedy pracodawca wypłaca wynagrodzenie za marzec na początku kwietnia musi opłacić składkę według nowej stawki.

Dziś rząd rusza z kampanią przekonującą do energetyki atomowej

Według wstępnych założeń pierwsza w Polsce elektrownia atomowa miała działać już od 2020 roku. Jednak pierwszy reaktor zostanie oddany najwcześniej rok później. Dziś rząd rozpoczyna kampanię informacyjną na temat energetyki jądrowej.

Dwuletnia kampania rządowa obejmie m.in. debaty społeczne, spotkania z mieszkańcami terenów typowanych na lokalizację pierwszej elektrowni atomowej, ale również programy, spoty telewizyjne, broszury oraz inne działania informacyjno-edukacyjne. Celem jest wyjaśnienie wątpliwości Polaków, głównie związanych z zagrożeniami, jakie niesie za sobą inwestowanie w energetykę jądrową.

W 2009 roku rząd rozpoczął prace nad programem Polskiej Energetyki Jądrowej, który ustala harmonogram prac nad jej wdrażaniem aż do 2030 roku. Zgodnie z wstępnymi planami budowa pierwszej elektrowni atomowej miała zakończyć się w 2020 roku. Już teraz wiadomo, że termin przesunie się o ok. 5 lat.

– Żeby zaczęła działać, musi posiadać 2-3 bloki, reaktory pracujące, a więc pierwszy reaktor musi być oddany w 2021 lub 2022 roku. Mówimy więc o pewnym, ale jeszcze trudno sprecyzowanym opóźnieniu – mówi Zbigniew Kubacki, dyrektor Departamentu Energetyki Jądrowej w Ministerstwie Gospodarki.

Opóźnienie – zdaniem Kubackiego – wynika z ambitnego harmonogramu realizacji strategii rządowej.

Zgodnie z formułą Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej proces budowy infrastruktury związanej z energetyką jądrową podzielony jest na 3 etapy: od podjęcia decyzji o budowie do stanu ogłoszenia konkursu ofert; od przetargu do rozpoczęcia budowy oraz od rozpoczęcia budowy do jej odbioru i rozpoczęcia eksploatacji. W przypadku kraju budującego pierwszą elektrownię jądrową okres realizacji tych etapów szacowany jest na 10-15 lat.

– My zaczęliśmy ten program realizować w ubiegłym roku i on w tym kalendarzu czasowym wciąż się mieści – podkreśla dyrektor w Ministerstwie Gospodarki.

I dodaje: – Ostateczną decyzją, którą rząd będzie mógł potwierdzić, że program jest już przyjęty i na pewno będzie realizowany, będzie decyzja zasadnicza, którą minister gospodarki przygotuje w formie uchwały Rady Ministrów.

Taka uchwała to jednak kwestia kilku lat, ponieważ program powinien być zatwierdzony dopiero po przygotowaniu całego procesu inwestycyjnego.

– Po pierwsze, inwestor musi zaproponować technologię, w której będzie funkcjonowała elektrownia atomowa. Musi zostać podana lokalizacja elektrowni. Po trzecie, musi zostać przedstawiony pakiet finansowy, który będzie służył realizacji tego celu. Mając na uwadze te 3 zasadnicze elementy, rząd podejmie decyzje o realizacji budowy obiektu – wyjaśnia Zbigniew Kubacki.

Ministerstwo Gospodarki szacuje, że przygotowania te potrwają minimum 4 lata.

– Będzie rozpisany przetarg międzynarodowy i Polska Grupa Energetyczna wybierze technologię. Przewidujemy, że sam przetarg, czyli wybór spośród 8 konkurujących ze sobą przedsiębiorców potrwa 2 lata. Potem nastąpi okres oceny technologii, uzyskania niezbędnych licencji i pozwoleń ze strony Polskiej Agencji Atomistyki. Po tych 4 latach należy oczekiwać ostatecznej decyzji ze strony rządu – mówi Zbigniew Kubacki.

W przypadku tak poważnej inwestycji czas realizacji projektu nie jest najważniejszym kryterium.

– Proces budowy elektrowni atomowej jest bardzo długi i skomplikowany. Minimalny okres przygotowania i realizacji wynosi 10 lat. Dlatego należy się do tego przygotować bardzo rzetelnie, a podjęte zobowiązania muszą mieć perspektywę, że program będzie realizowany nawet w okresie 100-letnim. Stąd też ta decyzja rządu zapadnie po tak długim okresie przygotowania do budowy elektrowni – wyjaśnia dyrektor Departamentu Energetyki Jądrowej w resorcie gospodarki.

Facebook finansów: powstanie nowy mBank

To jedna z największych inwestycji technologicznych w sektorze polskich finansów – zapewniają przedstawiciele banku. Nowoczesna platforma będzie oferować możliwość zarządzania finansami osobistymi czy wideo konferencji z doradcą. Projekt ma ruszyć jeszcze w tym roku. Docelowo zastąpi istniejący dziś mBank.

Jak podkreślają przedstawiciele banku, nowy bank będzie bardzo intuicyjny. Częścią systemu będzie rozbudowane narzędzie do zarządzania domowym budżetem, czyli tzw. planner finansowy. Klienci zyskają w ten sposób większą kontrolę nad swoimi wydatkami i oszczędnościami.

– Budując nowy mBank, zamierzamy rozszerzyć pojęcie bankowości wirtualnej. Udowodnimy, że „wirtualny” nie musi oznaczać „niedostępny”. Zaoferujemy użytkownikom przyjazne i intuicyjne usługi, dostępne w zasięgu kilku kliknięć – zapowiada Jarosław Mastalerz, członek zarządu BRE odpowiedzialny za bankowość detaliczną. – Zamierzamy być „Facebookiem finansów”, bankiem dla rosnącej grupy adeptów nowych technologii, która już dziś liczy w Polsce milion osób – deklaruje.

– Poza tym ten projekt będzie stwarzał klientowi lepsze i przychylniejsze warunki, żeby uzyskiwać ofertę sprzedażową wspartą przez bank poprzez rabaty. Po trzecie, projekt będzie lepiej wiązał bank z naszymi klientami, poprzez fakt, że komunikacja będzie odbywała się również drogą wideo – wymienia Cezary Stypułkowski, prezes BRE Banku, właściciela mBanku.

Dzięki możliwości porozmawiania z doradcą do załatwienia niektórych spraw w banku nie będzie już potrzebna wizyta w oddziale. Chociaż – jak zapewnia prezes – to wciąż pozostanie dostępną opcją. W związku z rozbudową bankowości elektronicznej mBank nie zamierza likwidować żadnego ze swoich 200 oddziałów w kraju.

Nowy bank wychodzi naprzeciw młodym ludziom. Będzie w pełni zintegrowany z Facebookiem, dzięki czemu możliwe będą przelewy między użytkownikami czy wspólne ze znajomymi korzystanie z ofert specjalnych. Ponadto system ma być dostępny również na smartfonach i tabletach.

– To jest projekt, którego istota sprowadza się do podtrzymania relacji z najbardziej wymagającymi klientami i na pozyskanie całej rzeszy nowych klientów, wchodzących na rynek – mówi prezes BRE Banku.

System ma być gotowy jeszcze w tym roku.

– Przewidujemy, że łączne wydatki na ten projekt zamkną się w kwocie 100 mln zł – podkreśla Cezary Stypułkowski.

Dzisiejszy mBank ma już ponad 3 mln klientów. Zgodnie z oczekiwaniami banku ich liczba wzrośnie do 5 mln w 2015 roku. Nowy mBank będzie budowany od podstaw, niezależnie od funkcjonującej dziś platformy. Jednak docelowo ma ją zastąpić.

– Świat wirtualny w zasadzie zintegrował się z tym realnym. Nowe technologie ułatwiają codzienne życie, czyniąc je prostszym, wygodniejszym i ciekawszym. Wykorzystaliśmy tę wiedzę, tworząc założenia naszego przedsięwzięcia – wyjaśnia Michał Panowicz, dyrektor projektu nowego mBanku, szef departamentu Client Lab. – W nowym banku chcemy dać użytkownikom dużo więcej niż dziś mogą oczekiwać od bankowości wirtualnej. Wykorzystując nowoczesną technologię, stworzymy intuicyjną platformę dostępną dla każdego – dodaje.

Nad podobnym projektem pracuje Alior Bank – jego Alior Sync ruszyć ma już za niecałe dwa miesiące. Kosztować będzie połowę tego, co projekt mBanku. Liczba pozyskanych klientów ma też być o połowę niższa.

Rynek złota rośnie. Jeszcze większy potencjał inwestycyjny srebra

W ubiegłym roku sprzedaż czystego złota w Polsce sięgnęła 3 ton. To 2 razy więcej niż w 2010 roku, ale polski rynek wciąż jest daleko w tyle za krajami Europy Zachodniej. Coraz częściej inwestorzy zwracają się w stronę innych metali szlachetnych. – Srebro reprezentuje nawet większy potencjał inwestycyjny niż złoto – twierdzi Piotr Wojda, wiceprezes Mennicy Wrocławskiej.

Perspektywy dla rynku metali szlachetnych, czyli złota, srebra, platyny i palladu, są przez przedstawicieli Mennicy Wrocławskiej oceniane jako bardzo dobre.

– Polska to kraj, który pod względem inwestycyjnym bardzo szybko się rozwija. Obserwujemy bardzo dynamiczne zmiany i przyrost ilości inwestorów, którzy chcą inwestować w sztabki i monety bulionowe – mówi Piotr Wojda, wiceprezes Mennicy Wrocławskiej.

W 2010 roku w Polsce sprzedano ok. 1,5 tony złotego kruszcu. W ubiegłym roku było to 100 proc. więcej. Analitycy Mennicy szacują, że jeśli Polacy zainwestowaliby w złoto 1 proc. swoich oszczędności, rynek urósłby do 52 ton. To i tak zdecydowanie mniej niż np. w Niemczech.

– Rynek niemiecki w 2011 roku był szacowany na ok. 80 ton. Rynek francuski, włoski to są też rynki duże, choć nie tak imponujące jak rynek niemiecki. W Polsce z tą ilością sprzedanego złota nadal jesteśmy bardzo z tyłu – podkreśla Piotr Wojda.

Wzrost zainteresowania inwestycjami w metale szlachetne wynika przede wszystkim z wahań na rynkach finansowych.

– Można zauważyć odwrotną korelację ceny złota do ceny szerokiego rynku akcji, obligacji, papierów dłużnych i papierów skarbowych. Inwestorzy, którzy tracą zaufanie, że szeroki rynek akcji ma szanse na aprecjację, zaczynają przechodzić w walory, które są systematycznie postrzegane jako walory alternatywne, które zabezpieczają przed spadkami. Nie zawsze to jest wyciśnięcie największej stopy zwrotu, to często jest utrzymanie siły nabywczej. Taka jest dzisiaj rola złota – wyjaśnia wiceprezes Mennicy Wrocławskiej.

Według raportu Mennicy w 2012 roku sprzedaż złotych sztabek i monet bulionowych wzrośnie do 5,6 tony.

Alternatywą dla inwestowanie w złoto jest rynek srebra.

– Srebro jest metalem szlachetnym, który występuje w przyrodzie niewiele częściej niż złoto. Szacuje się, że geologicznie srebra jest 10-krotnie więcej niż złota. Jednak srebra wydobytego na powierzchnię ziemi jest mniej niż złota – mówi Piotr Wojda.

Jednak mimo to dysproporcja cenowa między dwoma kruszcami jest bardzo duża – za jedną uncję złota można kupić 55 uncji srebra.

– Dysproporcja wynika z braku wiary w to, że srebro może powrócić do tej roli monetarnej, jaką w przeszłości miało. Naszym zdaniem srebro reprezentuje większy potencjał inwestycyjny niż złoto. Aczkolwiek trzeba zauważyć, że cechuje się inną dynamiką wzrostu cen. Srebro przeznaczone jest dla inwestora młodszego w większym stopniu akceptacji ryzyka, dla kogoś kto wierzy w to, że ta rola monetarna ma szansę powrócić – wyjaśnia wiceprezes Mennicy Wrocławskiej.

Podczas środowej sesji w Londynie za uncję złota płacono niewiele ponad 1670 dolarów. Uncja srebra kosztowała 32 dolary.

Netia przymierza się do kolejnych zakupów

Po przejęciu Telefonii Dialog, Crowley Data Poland i kilkudziesięciu lokalnych sieci internetowych, Netia przymierza się do kolejnych zakupów. Na celowniku m.in. TK Telekom i Exatel. Dzięki akwizycjom operator pozyskał ok. 140 tys. abonentów i 3 razy więcej zasobów sieciowych.

W strategii na najbliższy rok Netia planuje skupić się na konsolidacji z przejętym Dialogiem i Crowleyem. Jednocześnie – jak podkreśla prezes spółki Mirosław Godlewski – stale monitoruje rynek w poszukiwaniu okazji do przejęć.

– Przyszłość polskiego rynku to jest integracja i konsolidacja. W związku z tym staramy się trzymać zasoby finansowe – możliwość pozyskania dalszego finansowania z banków czy też inne metody finansowania – tak, by mieć tę elastyczność do uczestnictwa w konsolidacji rynku, jeśli pojawia się sprzedający – wyjaśnia Mirosław Godlewski.

Zapytany o konkretne plany odpowiada: – Typowe spółki, o których już wspominaliśmy, że prawdopodobnie będą wystawione na sprzedaż, to jest TK Telekom, czyli telekomunikacja kolejowa, Exatel, to są być może spółki z grupy MNI. Chcemy być gotowi, aby móc odpowiadać na takie oferty.

Termin składania wstępnych ofert na TK Telekom został przesunięty przez PKP i Ministerstwo Skarbu Państwa na 23 kwietnia. Sprzedaż ma zostać zakończona w tym roku. Decyzję o wystawieniu na sprzedaż spółki Exatel Polska Grupa Energetyczna podejmie jeszcze w tym półroczu.

Od wielkości tegorocznych zakupów zarząd Netii uzależnia wypłatę dywidendy z zysku za 2012 rok.

Przejęcia to dla spółki przede wszystkim okazja do powiększenia bazy abonentów. W strategii rozwoju spółki zapisano, że ok. 20 proc. nowych klientów będzie pochodziło właśnie z akwizycji, głównie małych sieci ethernetowych.

– Do tej pory kupiliśmy 40 takich spółek. Dzięki temu pozyskaliśmy ponad 140 tys. abonentów i 3 razy więcej zasobów sieciowych – podkreśla prezes Netii.

W ubiegłym roku za blisko 1 mld zł Netia przejęła Telefonię Dialog i Crowley Data Poland. Dzięki temu na koniec roku spółka posiadała ponad 910 tys. klientów usług internetowych i 1,74 mln abonentów usług głosowych.

– Oczywiście przygotowywaliśmy się do tego przejęcia w zakresie organizacyjnym i w zakresie budowania zasobów finansowych. Dzisiaj jesteśmy na etapie integrowania Netii z Dialogiem i Crowleyem – mówi Mirosław Godlewski.

Zmiany w zarządzie PKO TFI – Jakub Karnowski zrezygnował z funkcji prezesa

Z dniem 10 kwietnia br. z funkcji prezesa PKO TFI zrezygnował Jakub Karnowski. Do czasu wyłonienia nowego prezesa prace zarządu spółki będzie koordynować Piotr Żochowski, wiceprezes zarządu. Rada Nadzorcza powołała jednocześnie Remigiusza Nawrata, związanego z Towarzystwem od 2008 roku, na członka zarządu spółki od 11 kwietnia br.

Piotr Żochowski funkcję wiceprezesa zarządu PKO TFI pełni od 1 czerwca 2011 roku. Od 1996 roku związany zawodowo z polskim rynkiem finansowym. Karierę rozpoczynał w Arthur Andersen Audit. W latach 1999-2010 pracował w Grupie Kapitałowej Pioneer Pekao Investment Management, między innymi jako dyrektor finansowy oraz wiceprezes zarządu w Pioneer Pekao Towarzystwie Funduszy Inwestycyjnych. Był odpowiedzialny m.in. za rozwój Pioneer Global Asset Management w regionie Europy Centralnej i Wschodniej. Był członkiem rady nadzorczej NETIA S.A. oraz członkiem rady nadzorczej Platforma Mediowa Point Group S.A. Absolwent Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej oraz Executive MBA prowadzonego przez Politechnikę Warszawską przy współpracy z London Business School, HEC School of Management Paris oraz NHH Bergen. Posiada tytuł Chartered Financial Analyst (CFA) oraz tytuł Fellow of ACCA.

Remigiusz Nawrat
Remigiusz Nawrat

Remigiusz Nawrat w PKO TFI zajmował do tej pory stanowisko dyrektora zarządzającego, odpowiedzialnego za stworzenie i działanie Pionu Zarządzania Aktywami. Posiada ponad 13-letnie doświadczenie zawodowe w administracji publicznej (Ministerstwo Finansów, Narodowy Bank Polski), a także w krajowych i międzynarodowych instytucjach finansowych (Bank Światowy, PZU Asset Management). Absolwent Szkoły Głównej Handlowej – kierunek ekonomia oraz studiów MBA w George Washington University w Waszyngtonie. Posiadacz tytułu CFA – Chartered Financial Analyst.

PKO TFI na przestrzeni ostatnich trzech lat utworzyło własny zespół zarządzający funduszami inwestycyjnymi, pozyskując ekspertów z największych centrów finansowych świata. Dzięki tym zmianom fundusze PKO TFI znacząco awansowały w rankingach. W 2011 roku, we wszystkich grupach porównawczych, znalazły się powyżej mediany, co świadczy o stabilności i jakości generowanych przez Towarzystwo wyników. Rozwinięto paletę produktów zarówno dla klienta podstawowego, jak i dla osób z zasobnymi portfelami. W zeszłym roku uruchomiono usługę asset management. Obecnie PKO TFI zarządza 29 funduszami, w których zgromadzono ponad 8,2 mld złotych.

Staż zwiększa szansę na zatrudnienie

Dobre wykształcenie, niepoparte odpowiednim doświadczeniem, to dziś zdecydowanie za mało, aby mieć satysfakcjonującą pracę. Z tego względu warto skorzystać z ofert staży, na które właśnie zaczął się… sezon.

Dlaczego akurat teraz? Wynika to z prostego faktu, iż w pierwszym kwartale nowego roku powiatowe urzędy pracy otrzymują zwykle dofinansowania na organizację staży. Wówczas też rozpoczynają się nabory wniosków, posiedzenia komisji, a wreszcie wydawane są skierowania na staż.

Jak ubiegać się o staż?

W przypadku absolwentów do 27. roku życia, jeśli jeszcze nie minął rok od ukończenia przez nich studiów, a także osób, które nie ukończyły 25 lat, wystarczy zarejestrować się w powiatowym urzędzie pracy. Warto dodać, iż o staż mogą ubiegać się nie tylko osoby młode. Jest on bowiem przeznaczony dla osób bezrobotnych w szczególnej sytuacji na rynku pracy, czyli także osób powyżej 50. roku życia, kobiet, które po urodzeniu dziecka nie podjęły zatrudnienia, bezrobotnych długotrwale czy bezrobotnych po odbyciu kontraktu socjalnego. Ponadto do tej grupy zaliczają się też bezrobotni bez kwalifikacji zawodowych, bez doświadczenia zawodowego, bez wykształcenia średniego, bezrobotni, którzy samotnie wychowują co najmniej jedno dziecko w wieku do lat 18, osoby bezrobotne niepełnosprawne, a także ci, którzy po odbyciu kary pozbawienia wolności nie podjęli zatrudnienia.

Jeśli mamy na oku konkretnego pracodawcę, możemy zwrócić się bezpośrednio do niego i zaproponować złożenie imiennego wniosku o staż. Jest to niekiedy o tyle korzystne, że mamy pewność, do jakiej firmy trafimy, wiemy, czym ona się zajmuje, a przede wszystkim zdobywamy umiejętności zawodowe, na których najbardziej nam zależy. Pracodawcy zwykle bardzo chętnie godzą się na staż organizowany przez urząd pracy, gdyż w efekcie otrzymują „darmowego pracownika”, czyli stażystę, który wdraża się w działanie firmy i którego mogą też poniekąd sprawdzić, a w przyszłości zatrudnić bez obawy, że pracownik się nie sprawdzi.

Połowa stażystów zdobywa zatrudnienie

Jak wynika z prowadzonych corocznie badań, z reguły około 50 proc. stażystów, którzy zgłaszają się na staż organizowany przez urząd pracy, zdobywa później zatrudnienie. Biorąc pod uwagę sytuację na rynku pracy, wynik ten jest całkiem przyzwoity. Z takiej formy zatrudnienia są zadowoleni także pracodawcy:

– Szefowie firm, którzy do nas dzwonią, bardzo często pytają o warunki organizacji stażu i środki na tę formę wsparcia – tłumaczy Agnieszka Jastrzębska, konsultantka Zielonej Linii. – Staże to najpopularniejsza forma pomocy, oferowana przez urzędy pracy – z przekonaniem dodaje konsultantka.

Rzeczywiście, staże upodobali sobie przede wszystkim prywatni przedsiębiorcy. Nie jest to jednak tylko kwestia zyskania „darmowego pracownika”, o czym świadczy fakt, że w tych, często mikro- i małych, przedsiębiorstwach stażyści są znacznie częściej zatrudniani, niż w instytucjach publicznych, w których odbywa się staż.

– Z jednej strony warto skorzystać z oferty pracy w dużej instytucji publicznej, w której z pewnością nabędziemy spore doświadczenie i będziemy mieli atrakcyjny wpis w CV, ale jednocześnie musimy liczyć się z tym, że niekoniecznie będziemy tam zatrudnieni po odbyciu stażu. Problemem są tu chociażby długie procesy rekrutacyjne – tłumaczy Agnieszka Jastrzębska. – Z drugiej strony firma prywatna nie zawsze ma taki sam prestiż (choć nie jest to w żadnym wypadku regułą) czy nawet warunki zatrudnienia, ale szanse na pozostanie w takiej firmie, o ile stażysta się sprawdzi, są dużo większe i mogą sięgać nawet 80 proc. – dodaje pani Agnieszka.

Świadczenia a staż

Stażysta, który aktualnie odbywa staż, może otrzymywać stypendium w kwocie 784,47 zł netto. Jeśli jest to staż współfinansowany przez Unię Europejską (a takie też zdarzają się w urzędach pracy), kwota stypendium, jaka wpływa na konto, wynosi 913,70 zł (nie jest odliczany podatek). Stażysta, ze względu na to, iż nadal zachowuje status osoby bezrobotnej, jest objęty ubezpieczeniem zdrowotnym z urzędu pracy. Tym samym pracodawca, który przyjmuje stażystę na staż do swojej firmy, nie ponosi żadnych kosztów, a zyskuje możliwość sprawdzenia przyszłego pracownika lub wdrożenia absolwenta w praktyczne aspekty pracy zawodowej.

Informacje na temat organizacji stażu z urzędu pracy oraz innych form pomocy, jakie oferują urzędy, są dostępne pod numerem telefonu infolinii urzędu pracy, czyli Zielonej Linii: 19524.

Zmiany w przepisach dotyczących utylizacji starych samochodów

Polska zbyt wolno zmienia przepisy dotyczące utylizacji starych aut – oceniła Komisja Europejska i zagroziła skierowaniem sprawy do Trybunału Sprawiedliwości. Chodzi m.in. o naliczaną opłatę od importowanych aut, a także brak bezpłatnej sieci odbioru pojazdów. Zostały jeszcze niecałe 2 miesiące na zmiany.

Komisja Europejska upomniała Polskę za zbyt powolne wdrażanie zmian w przepisach dotyczących utylizacji starych samochodów.

– Chodzi głównie o to, żebyśmy wprowadzili zmiany w przepisach dotyczących opłat, jakie są pobierane od właścicieli aut czy firm sprowadzających auta. W szczególności od tych, które sprowadzają mniej niż 1 tys. aut rocznie, bo to one są obciążane dodatkowymi opłatami. To jest kwestia systemu bezpłatnego odbioru samochodów od właścicieli przez firmy zajmujące się utylizacją – wyjaśnia Wojciech Drzewiecki, prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar.

Obecnie każdy, kto sprowadza samochód z zagranicy musi wnieść opłatę recyklingową w wysokości 500 zł na Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Komisja Europejska jest zdania, że kwota ta została ustalona arbitralnie i nie ma związku z realnym kosztem utylizacji pojazdu.

To nie jest pierwsze upomnienie w tej sprawie. Już pod koniec 2009 roku Bruksela zwracała Polsce uwagę na te nieprawidłowości.

– Do tej pory ta zmiana nie nastąpiła. Dostaliśmy 2 miesiące na sfinalizowanie tej sprawy. Jeżeli nie zostanie ona sfinalizowana, to Polska może zostać podana do Trybunału Sprawiedliwości – ostrzega Wojciech Drzewiecki.

Dlatego rząd powinien przyspieszyć prace nad projektem zmian i jego wdrożeniem. Oprócz zniesienia opłaty w Polsce powinien zacząć obowiązywać system odbioru starych aut. Zgodnie z unijną dyrektywą organizacją i finansowaniem złomowania samochodów mają zajmować się producenci i duże firmy importujące samochody, więc kierowcy zostaną zwolnieni z tych kosztów.

– Producenci samochodów, a więc firmy, które sprowadzają do Polski duże ilości aut, zostali zobowiązani do stworzenia nowego systemu odbioru pojazdu. Systemu bezpłatnego dla klientów pod warunkiem, że auto, które trafia do utylizacji jest autem w pełni wyposażonym. Gdyby brakowało, np. silnika lub innych ważnych elementów w pojeździe, to wtedy opłacalność procesu utylizacji byłaby znacznie mniejsza i być może właściciel takiego auta musiałby ponosić związane z tym koszty – mówi prezes Samaru.

Ministerstwo Środowiska zapewnia, że projekt zmian w kwestii recyklingu aut jest już gotowy.

Sektor bankowy: coraz lepsze perspektywy na przyszłość

Zgodnie z obliczeniami Komisji Nadzoru Finansowego ubiegły rok banki zakończyły z zyskiem netto na poziomie 15,7 mld zł. To ponad 1/3 więcej niż w 2010 roku. – Wyniki roku ubiegłego były najlepsze w historii polskiej bankowości – przynaje Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich.

Tak dobre wyniki nie byłyby możliwe bez dobrej kondycji całej polskiej gospodarki.

– Ponad 100 mld zł zysku netto polskich przedsiębiorstw za rok 2011 – właśnie w tych okolicznościach polski sektor bankowy uzyskał dobre wyniki. Mamy nadzieję, że pomimo spowolnienia gospodarczego sygnalizowanego w wielu krajach UE i nieco mniejszego tempa rozwoju w Polsce, również w tym roku będą dobre wyniki – mówi prezes Związku Banków Polskich.

W jego opinii do utrzymania wysokich zysków potrzebne będą pewne zmiany regulacyjne i prawne, które usprawnią pracę banków. Jednak zagrożeniem dla wyników działających w Polsce instytucji może być planowana jeszcze na ten rok opłata bankowa, której wprowadzenie zapowiedział ostatnio minister finansów Jacek Rostowski.

– Opłata stabilizacyjna na rzecz Bankowego Funduszu Gwarancyjnego mogłaby sięgnąć, poza wpłatami na BFG, które już poczyniliśmy w wysokości ponad 900 mln zł, dodatkowo 1 mld 900 mln zł jeszcze w tym roku – wyjaśnia Krzysztof Pietraszkiewicz.

Jeśli w życie wejdzie jeszcze proponowany przez Komisję Europejską podatek od transakcji finansowych, obciążenia dla polskiego sektora bankowego wzrosną jeszcze o 8-12 mld zł rocznie. Zdaniem Krzysztofa Pietraszkiewicza nowe obciążenia mogą skutkować wzrostem kosztów usług bankowych dla klientów oraz ograniczeniem możliwości finansowania niektórych grup klientów.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez TNS Pentor, większość bankowców spodziewa się ożywienia na rynku kredytowym. Wskaźnik Pengab, mierzący koniunkturę w sektorze bankowym wzrósł w marcu o 3,7 pkt i wynosi 28,8 pkt. Poprawa sytuacji ekonomicznej nastąpiła w co trzecim badanych oddziale.

Według autorów badania marzec jest pierwszym miesiącem od dłuższego czasu, kiedy poprawiła się ocena perspektyw w tym sektorze.

– Wyniki pomiaru Pengabu świadczą o nieco lepszej prognozie, lepszych nastrojach wśród bankowców, które przede wszystkim oparte są na tym, że jest większy optymizm w części kredytowej, związany w szczególności z małymi i średnimi przedsiębiorstwami oraz w niektórych segmentach gospodarstw domowych – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich.

Blisko 2/3 oddziałów spodziewa się, że w najbliższym czasie wzrośnie liczba kredytów konsumenckich i mieszkaniowych, przede wszystkim w polskiej walucie.

Nowe przepisy wprowadzające menedżerski system zarządzania w sądownictwie

Dziś wchodzą w życie nowe przepisy wprowadzające menedżerski system zarządzania w sądownictwie. W praktyce oznacza to, że w sądzie pojawi się dyrektor, który będzie odpowiedzialny za zarządzanie pracownikami sądu i kwestie infrastruktury. Przez kolejne miesiące będzie to pilotażowy program. Od 1 stycznia 2013 roku obowiązek zatrudnienia menedżera zacznie obowiązywać w każdej sądowej placówce.

Do tej pory wszystkie funkcje zarządcze, czy to związane z orzekaniem, administracją, czy infrastrukturą sądu, spoczywały na jego prezesie.

– Nie jestem specjalnie zwolennikiem kierowania różnymi placówkami przez tych, którzy powinni wykonywać tam określone funkcje usługowe. Uważam, że niekoniecznie lekarz będzie dobrym dyrektorem szpitala, aczkolwiek zdarzają się również i tacy. Jednak tutaj są potrzebne funkcje menedżerskie – podkreśla Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

Wchodząca dziś w życie nowelizacja ustawy „Prawo o ustroju sądów powszechnych” wprowadza podział obowiązków między prezesów i dyrektorów sądów. Dyrektorzy będą odpowiadać przede wszystkim za infrastrukturę sądów, czyli kwestie techniczno-administracyjne oraz za urzędników i personel pomocniczy. Kadrami należącymi do pionu orzeczniczego, czyli m.in. sędziami, prokuratorami wciąż będzie zajmował się prezes sądu, podobnie jak organizacją prac placówki związanych z wymiarem sprawiedliwości. Dyrektorzy sądów będą mieli znaczną autonomię, ale w niektórych kwestiach ostateczna decyzja będzie należała do ich zwierzchników, czyli prezesów sądów.

Zmiany kompetencyjne są pozytywnie oceniane przez środowisko przedsiębiorców.

– Jeśli dojdzie do podziału, że prezes sądu będzie zajmował się tylko i wyłącznie kwestią orzekania, natomiast dyrektor czy określony menedżer będzie zajmował się normalnym funkcjonowaniem, to będzie z pewnością dobre dla funkcjonowania sądów. Wiele dotychczasowych problemów tkwi w złej organizacji pracy sądów, więc myślę, że z tego punktu widzenia powinno być to rozwiązanie dobre – uważa Andrzej Malinowski.

Sukces wdrożenia nowych przepisów uzależniony będzie w dużej mierze od polityki kadrowej przy zatrudnianiu dyrektorów.

– Czy znajdzie się odpowiednie grono ludzi, którzy będą potrafili to robić, czy znowu nie będziemy mieli tych angaży na zasadzie, że ktoś tam nie ma pracy, ale jest związany z sądem. Niestety tak bywa często w tych obszarach związanych z państwem – mówi prezydent Pracodawców RP.

Przekazanie dyrektorom sądów funkcji zarządczych to na razie możliwość. Jednak od 1 stycznia 2013 roku każda placówka będzie miała taki obowiązek.

Reforma sądownictwa od dziś wprowadza również system ocen okresowych sędziów i prokuratorów, zmienia zasady powoływania prezesów sądów rejonowych i zatrudniania referendarzy, zmienia strukturę sądów, pozostawiając obowiązkowe tylko 2 wydziały: karny i cywilny oraz wprowadza nowy tryb rozpatrywania skarg na działalność administracyjną. Wiele zmian proponowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości zostało oprotestowanych przez środowisko sądowe. Trybunał Konstytucyjny zajmie się oceną niezgodności niektórych przepisów z konstytucją.

Zarządzanie zasobami ludzkimi odgrywa coraz większą rolę w biznesie

Nowoczesne technologie zmienią podejście do zarządzania ludźmi w organizacjach. W okresie wychodzenia z kryzysu działy odpowiedzialne za Human Resources muszą ściślej współpracować z zarządami by wspólnie budować przewagę konkurencyjną, efektywnie pozyskiwać wykwalifikowanych pracowników oraz zarządzać ryzykiem. W tym procesie ważne są informacje gromadzone przez działy zajmujące się zasobami ludzkimi. Coraz większe znaczenie w międzynarodowych firmach będą odgrywać pracownicy odpowiedzialni za prowadzenie biznesu w krajach rozwijających się – wśród nich będzie się także poszukiwać przyszłych liderów. Takie m.in. wnioski płyną z raportu „Human Capital Trends 2012” opracowanego przez firmę doradczą Deloitte.

Rok 2012 r. będzie czasem dużych wyzwań dla działów HR. W okresie wychodzenia z kryzysu gospodarczego CEO na całym świecie poszukują katalizatorów przyczyniających się do wzrostu obrotów i poprawy wyników. Odpowiednie zarządzanie kadrami, a w szczególności talentami, będzie jednym z fundamentów rozwoju działalności i tworzenia przewagi konkurencyjnej. Zaniedbania na tym polu, np. w odniesieniu do poprawy efektywności działów sprzedaży lub zapewnienia sukcesji liderów, mogą być poważną przeszkodą. Dodatkowo coraz powszechniejsze stanie się użytkowanie technologii usprawniających komunikację, a także nowoczesnych rozwiązań IT. Mimo, że rozwiązania związane z postępem technologicznym stają się nieodłącznym elementem funkcjonowania organizacji, wiele firm nie jest ciągle przygotowanych do zarządzania tymi procesami. Nie potrafią także wykorzystać drzemiącego w nich potencjału.

„W dynamicznie rozwijającym się świecie działy HR powinny być przede wszystkim partnerem dla zarządów w stymulowaniu rozwoju firmy. Oznacza to, że zarządzający talentami muszą mieć na uwadze przede wszystkim poprawę wyników przedsiębiorstwa. Ważnym elementem tej strategii powinno być zachęcanie i premiowanie innowacyjnego myślenia oraz przygotowywanie następnego pokolenia liderów. Działy HR powinny mieć na uwadze nie tylko rozwój talentów na rodzimym rynku, ale także w poszczególnych oddziałach poza granicami kraju. Tym bardziej, że w wielu organizacjach to one będą rosły najbardziej dynamicznie.” – mówi Magdalena Jończak, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte.

Globalizacja nie jest zjawiskiem nowym, nowe jest jednak podejście do zarządzania tym procesem. Dotychczas do rynków dojrzałych stosowano inne strategie niż do rynków rozwijających się. Te pierwsze traktowano jako priorytetowy obszar rozwoju działalności, drugie były postrzegane głównie jako źródło tańszej siły roboczej wykorzystywanej w ustandaryzowanych procesach produkcyjnych. Teraz to podejście się zmienia – przewiduje się, że w 2012 r. ponad połowa światowych dóbr importowanych będzie zakupiona na rynkach wschodzących podczas, gdy kraje rozwinięte będą nadal mierzyć się z nierównym i niewielkim wzrostem a także deficytem talentów. Kiedyś to Stany Zjednoczone były światową kuźnią talentów i krajem, który posiadał najwięcej osób z dyplomem w wieku 25-34 lata. Obecnie zajmuje zaledwie 12 miejsce wśród 36 rozwiniętych gospodarek – Chiny już teraz kształcą dziesięć razy więcej specjalistów w dziedzinie nauk przyrodniczych. Jakość tego wykształcenia budzi dyskusje, jednakże firmy coraz częściej szukają talentów i przyszłych liderów w rozwijających się częściach świata. Nie mogą pozostać obojętne wobec potencjału rozwijających się rynków – w Chinach populacja klasy średniej jest liczniejsza niż całkowita liczba ludności w USA – a to oznacza ogromne możliwości nabywcze.

Zdaniem ekspertów Deloitte równie istotnym problemem będzie identyfikacja i zarządzanie talentami, szczególnie w kontekście przygotowywania przyszłego pokolenia liderów. Obecnie działy HR będą musiały położyć na to znacznie większy nacisk niż dotychczas. Droga do celu wiedzie m.in. przez ścisłe zintegrowanie rozwoju przyszłych liderów z długoletnimi kierunkami rozwoju firmy, stworzenie struktury pozwalającej na łatwiejszy dostęp do obecnych liderów oraz bezpośrednie korzystanie z ich wiedzy i doświadczenia – tradycyjnie rozumiany coaching nie jest wystarczający. Wiodące organizacje sięgają również po zaawansowane narzędzia analityczne, takie jak np. modelowanie prognostyczne, które pozwalaj firmom zajrzeć w przyszłość i przygotować odpowiednie strategie by lepiej przygotować się na przyszłe problemy. Analizy prognostyczne ułatwią firmom zatrzymanie kluczowych pracowników poprzez identyfikację ryzyka ich odejść oraz pomogą w przygotowywaniu pokolenia przyszłych liderów poprzez analizę, które z zatrudnionych osób mają największy potencjał rozwojowy.

Wyniki badania przeprowadzonego przez Deloitte, pokazują, że dziś bardziej niż kiedykolwiek specjaliści HR będą musieli mieć na uwadze zarządzanie ryzykiem. Eksperci zajmujący się HR powinni umieć spojrzeć kompleksowo na organizację i wraz z zarządami współtworzyć strategię zarządzania ryzykiem. W tym procesie ważne są informacje gromadzone przez działy zajmujące się zasobami ludzkimi. Pozwalają zidentyfikować potencjalne ryzyka m.in. na podstawie analizy wcześniejszego przebiegu kariery oraz społecznej aktywności pracowników. Przetwarzanie dużej ilości danych, mimo ewidentnych korzyści, stanowi spore wyzwanie dla organizacji. Niemniej jednak opanowanie tego procesu może pomóc w strategicznym planowaniu retencji i sukcesji pracowników oraz zarządzaniu różnorodnością.

„Należy pamiętać, że zarządzanie ryzykiem, jest obecnie trudniejsze ze względu na szybki rozwój technologii mobilnych i mediów społecznościowych. Za pomocą tych narzędzi błędne i szkodliwe informacje mogą szybko wyjść poza organizację. Jednakże firmy nie mogą zrezygnować z tych rozwiązań, przeciwnie – przyjęcie postawy wyczekującej i nastawionej na obserwację rozwoju technologii oraz ewentualnych zagrożeń może sprawić, że przedsiębiorstwo pozostanie w tyle za konkurencją. Działy HR mogą być liderem w implementacji nowoczesnych rozwiązań. Proste aplikacje na tablety i smartfony pozwalające zarządzać kartami czasu pracy oraz rezerwować z wyprzedzeniem pomieszczenia biurowe mogą usprawnić funkcjonowanie całej organizacji i wygenerować dodatkowe zyski, dzięki zaoszczędzeniu czasu na czynnościach administracyjnych.” – dodaje Magdalena Jończak z Deloitte.

Produkcja samolotów pasażerskich poszybuje w górę

W 2012 r. i w kolejnych latach spodziewany jest systematyczny wzrost zamówień na samoloty pasażerskie. Wyższa produkcja maszyn komercyjnych spowodowana jest rosnącym popytem na wyjazdy turystyczne i podróże służbowe, szczególnie w regionie Azji i Pacyfiku. Niższą dynamikę sprzedaży odnotuje za to sektor obronny. Jest to związane ze spadkiem wydatków na zbrojenia, głównie w USA i Europie – to najważniejsze wnioski z raportu „2012 Global aerospace and defense outlook: A tale of two industries”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

Według ekspertów Deloitte, głównym motorem wzrostu w przemyśle lotniczym, będzie produkcja i rozwój pasażerskich samolotów nowej generacji, które pozwolą na zmniejszenie zużycia paliwa. Trend ten wymuszają rosnące ceny ropy naftowej na świecie. Dowodem, na dobrą koniunkturę w sektorze, są plany zwiększenia produkcji ogłoszone przez światowych gigantów – Boeing i Airbus oceniają rynkowe zapotrzebowanie na nowoczesne latające maszyny w granicach od 26,900 do 33,500 sztuk na najbliższe 20 lat.

Dodatkowo do 2035 r. dla światowego transportu lotniczego ma zostać opracowany innowacyjny satelitarny system nawigacji. Pozwoli on znacząco usprawnić zarządzanie stale rosnącym ruchem samolotowym. Według szacunków nowy program umożliwi zaoszczędzenie rocznie około 11,3 mld litrów paliwa, wyeliminowanie opóźnień w lotach o 4 mln godzin, a także ograniczenie emisji dwutlenku węgla o 29 mln ton. Będzie to możliwe dzięki m.in. zwiększeniu ilości korytarzy powietrznych oraz bardziej precyzyjnemu badaniu warunków pogodowych, co pozwoli na skrócenie czasu, który maszyny spędzają w powietrzu.

„Potwierdzeniem tych trendów na rynku polskim jest długo oczekiwana dostawa Dreamlinerów dla PLL LOT, które za ich pomocą mają zamiar podbijać między innymi rynek azjatycki. Nowe maszyny to nie tylko oszczędności w zużyciu paliwa dla przewoźnika, ale również mniejszy poziom hałasu dla mieszkańców.” – komentuje Adam Dziemba, starszy menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte Polska.

Światowe wydatki na zbrojenia w 2010 r. wyniosły ponad 1,6 biliona dolarów. Najwięcej na obronę wydały USA bo ponad 698 mld dolarów, następnie Chiny – 119 mld dolarów, a także Wielka Brytania i Francja – około 59 mld dolarów każde z nich. W bieżącym roku producenci z sektora obronnego zmierzą się ze spadkiem marż, co według ekspertów Deloitte zmusi ich m.in. do optymalizacji struktury kosztów, czy pozbycia się aktywów niezwiązanych z działalnością podstawową.

„Prawdopodobnie będziemy świadkami agresywnej walki w sektorze obronnym. Przede wszystkim będzie to związane z eskalacją programów obronnych oraz wzrostem sprzedaży do Indii, Brazylii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Królestwa Arabii Saudyjskiej, Japonii i Korei Południowej. Są to bogacące się kraje, które mają dużą potrzebę rozwoju swojego potencjału w zakresie obrony.” –ocenia Tom Captain, lider Globalnego Zespołu ds. Sektora Lotniczego i Obronnego, Deloitte USA.

Trend związany z rozwojem systemu obronnego w powyższych krajach potwierdzają dane liczbowe, obrazujące wydatki wojskowe w przełożeniu na PKB danego kraju. Liderem jest Królestwo Arabii Saudyjskiej, które na ten cel przeznaczyło w 2010 roku 10,1% swojego PKB. Na kolejnych miejscach znajduje się Izrael – 6,4% PKB i nadal USA – 4,8% PKB (już dziś jednak wiadomo, że w ciągu najbliższych 10 lat USA zamierza zaoszczędzić na wydatkach wojskowych łącznie 487 mld dolarów).

Z raportu Deloitte wynika, że w 2012 r. przemysł lotniczy i zbrojeniowy będzie nadal inwestował w rozwój nowatorskich technologii, przede wszystkim w takich dziedzinach, jak: ochrona cyberprzestrzeni, broń wiązkowa, broń wykorzystująca mikrofale o dużej mocy, pociski ponaddźwiękowe, bezzałogowe samoloty dalekiego zasięgu operujące na dużych wysokościach oraz programy komputerowe potrafiące śledzić transakcje finansowe prowadzone przez znanych terrorystów.

Mniej pieniędzy na drogi, ale więcej dla przedsiębiorców

– Najbliższy budżet UE będzie prawdopodobnie ostatnim, tak korzystnym dla Polski – uważa minister rozwoju regionalnego. Dlatego trzeba go jak najlepiej wykorzystać. W nowej perspektywie finansowej z pewnością będzie mniej pieniędzy na drogi, ale więcej dla przedsiębiorców. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego chce również uruchomić program wsparcia dla zmarginalizowanych regionów kraju.

Ministerstwo Rozwoju Regionalnego pracuje nad nowym programem pomocowym, który dotyczyłby wszystkich biedniejszych i najbardziej potrzebujących regionów Polski.

– To jest podzielone na kilka kategorii w całej Polsce, w różnych regionach takich, jak: Wałbrzych, miasta w województwie łódzkim, śląskim, zachodnio-pomorskim. Myślimy o takim programie, który zbierze tematycznie obszary z całej Polski, wymagające dodatkowego wsparcia poza tym, które będzie szło w ramach programów regionalnych i niektórych programów krajowych – wyjaśnia minister.

Według wstępnych założeń program miałby ruszyć od początku 2014 roku. Jednak zdaniem Elżbiety Bieńkowskiej ten termin wydaje się już mało prawdopodobny.

– Pewnie połowa 2014 roku, to jest ten moment, na który możemy mieć jeszcze nadzieję – podkreśla.

Negocjacje nowego budżetu UE na lata 2014-2020 już się rozpoczęły. Zdaniem Elżbiety Bieńkowskiej Polska prawdopodobnie dostanie więcej niż 68 mld euro z poprzedniej perspektywy finansowej.

– Trzeba wyraźnie sobie uzmysłowić, że następny budżet unijny, pewnie ostatni tak bogaty dla Polski, to będzie budżet, w którym musimy naprawdę zbudować stałe podstawy wzrostu – podkreśla minister rozwoju regionalnego.

Dokumentem, na którym będzie oparty cały unijny budżet, to strategia „Europa 2020”. To oznacza, że mniej środków zostanie przeznaczonych na rozbudowę i modernizację lokalnej infrastruktury. Zdaniem minister, rozmowy z samorządami będą trudne, ponieważ to one w dużej mierze korzystają z dotychczasowego unijnego wsparcia na drogi, koleje i inne projekty infrastrukturalne.

– W budżecie 2007-2013 zrobiliśmy ogromną ilość rzeczy. To było w bardzo dużej mierze zasypywanie tych dziur cywilizacyjnych, które mieliśmy, jeśli chodzi o drogi, kanalizacje, cały pakiet tych infrastrukturalnych rzeczy. Przyszły budżet to będzie na pewno więcej środków dla przedsiębiorców, więcej innowacyjności, połączenia nauki z biznesem, czyste środowisko i wszystkie działania, które do tego zmierzają – wymienia Elżbieta Bieńkowska.

Minister obawia się, że uzyskanie wsparcia w nowej perspektywie finansowej będzie trudniejsze niż do tej pory. Mimo że Komisja Europejska zapowiada wprowadzenie ułatwień dla beneficjentów.

– To, co się odmienia przez wszystkie przypadki w UE, czyli uproszczenia, zmniejszenie biurokracji, tego w regulacjach nie widać. Ja uważam, że jeżeli one zostałyby takie, jakie są w tej chwili, to trudność z pozyskaniem tych środków może być większa niż teraz – dodaje Elżbieta Bieńkowska.

Negocjacje nowej perspektywy finansowej na lata 2014-2020 rozpoczęły się podczas polskiej prezydencji. Sprawująca obecnie prezydencja Dania chce, aby jeszcze w tym półroczu zakończyły się ustalenia co do ilości środków przeznaczanych na poszczególne programy i dla krajów członkowskich. W czerwcu osiągnięty kompromis miałby zostać przedstawiony na spotkaniu Rady Europejskiej. Potem budżetem zajmie się Parlament Europejski.

Dobre wyniki polskich spółek nie zapobiegły spadkom na GPW

Przez kilka ostatnich dni warszawska giełda nie radziła sobie najlepiej. Poprawę sytuacji przyniosły dopiero sesje piątkowa i poniedziałkowa. Ale zapał kupujących wciąż hamowany jest przez spodziewane spowolnienie gospodarcze.

W ubiegłym tygodniu indeksy warszawskiej giełdy regularnie traciły. WIG20, czyli indeks 20 największych spółek, oscylował wokół poziomu 2250 punktów. Według analityków spadki mogą dziwić biorąc pod uwagę dobre informacje płynące z polskich spółek.

– Kończy się sezon publikacji wyników finansowych spółek. Te wyniki były bardzo dobre, zarówno jeśli chodzi o IV kwartał ubiegłego roku, jak i cały ubiegły rok. Były prawie o 50 proc. lepsze niż w 2010 roku, powinniśmy więc mieć do czynienia z pozytywną reakcją inwestorów. Miejmy jednak nadzieję, że inwestorzy docenią efekty naszej giełdy – mówi Roman Przasnyski, analityk Open Finance.

W jego opinii inwestorzy obawiają się scenariuszy rozwoju w europejskiej gospodarce.

– Myślę, że zapał do kupowania akcji hamują perspektywy na najbliższe miesiące. Spowolnienie gospodarcze w Chinach i strefie euro u nas też będzie miało miejsce, więc prawdopodobnie te bardzo dobre wyniki nie wystarczają inwestorom w kontekście tego, że nie będą one możliwe do powtórzenia w najbliższych kwartałach czy miesiącach – uważa Roman Przasnyski.

Dlatego nie ma pewności co do poprawy sytuacji na warszawskim parkiecie. Podczas wczorajszej, wzrostowej sesji indeksom pomogły głównie informacje o nastrojach niemieckich przedsiębiorców. WIG 20 zakończył notowania na z blisko 1-procentowym wzrostem.

Dane płynące z europejskiej gospodarki podobnie wpływają na kurs złotego wobec głównych walut.

– W momencie, kiedy pojawiają się jakieś niepokoje związane z europejskimi kłopotami z zadłużeniem czy innego rodzaju zawirowaniami na rynkach finansowych, to nasza waluta traci na wartości. W ostatnich dniach mieliśmy do czynienia z nawrotem obaw związanych z Grecją i Portugalią. Tego typu informacje najczęściej niekorzystnie wpływają na naszą walutę, ale myślę, że to nie jest tendencja trwała, więc nie mamy czego się obawiać – podkreśla analityk Open Finance.

Pierwszy kwartał roku okazał się bardzo korzystny dla polskiej waluty. Złoty zyskał ok. 6 proc. wobec euro i ponad 7 proc. wobec dolara.

Uwolnione zawody – wolne od odpowiedzialności?

Decyzja ministra sprawiedliwości, Jarosława Gowina, dotycząca deregulacji 100 zawodów wywołała zaniepokojenie w środowisku maklerów i doradców finansowych. Jakie mogą być jej efekty?

Minister sprawiedliwości Jarosław Gowin zapowiedział, że do listopada zaprezentuje listę 100 zawodów, które będą podlegać dwustopniowej deregulacji. Wśród zawodów znaleźli się przedstawiciele sektora finansów, m.in. maklerzy, doradcy finansowi, podatkowi i inwestycyjni. Decyzja ta niepokoi przedstawicieli instytucji finansowych.
Jesteśmy zdecydowanie przeciwni planom uwolnienia zawodów Maklera papierów wartościowych i Doradcy inwestycyjnego. Biuro maklerskie jest instytucją zaufania publicznego a zatrudnieni w nim maklerzy i doradcy są osobami, które odpowiadają za pieniądze naszych klientów. Dlatego powinni cechować się wysokimi kwalifikacjami i podlegać nadzorowi – komentuje Jacek Rachel Prezes Zarządu Domu Maklerskiego BDM.

Decyzja ministra sprawiedliwości tłumaczona jest chęcią zwiększenia dostępu do niektórych zawodów, przy jednoczesnym zapewnieniu, że zapowiadane zmiany nie przyniosą spadku jakości oferowanych usług. Wprowadzenie w życie Ustawy deregulacyjnej zawodów ma na celu m.in. zwiększenie zaangażowania pracodawców w proces zdobywania kwalifikacji przez ich podwładnych. Większe środki przeznaczone na szkolenia, wyjazdy doszkalające oraz egzaminy certyfikujące z pewnością korzystnie wpłyną nie tylko na wizerunek firmy lecz na jej efektywność. Jednocześnie jednak, kryzys ekonomiczny determinuje potrzebę zwiększania zaufania do instytucji finansowych i poszczególnych narzędzi. Dlatego pojawia się pytanie – czy reforma ministra sprawiedliwości zapewni wzrost zaufania do sektora finansów i korzystnie odbije się na gospodarce?

– Można zastanowić się nad zmianą formuły egzaminowania i licencjonowania ale dyskusja nad likwidacją licencji bez zaproponowania alternatywnych rozwiązań jest skrajnie nieodpowiedzialna i niebezpieczna. Zaufanie inwestorów do rynku jest pochodną jakości świadczonych usług i bezpieczeństwa wynikającego z faktu, że usługi te świadczą kompetentni i przygotowani do zawodu maklerzy i doradcy – mówi Prezes Jacek Rachel.

Minister Jarosław Gowin zapowiada, że reforma będzie przebiegać dwuetapowo. Do uwolnienia zamierza wyznaczyć 100 zawodów, z czego 50 zostanie wpisanych na specjalną listę już w lipcu, a reszta zostanie dopisana jeszcze w listopadzie bieżącego roku.

Nowe przepisy w sprawie OZE

Ułatwienia dla małych, przydomowych instalacji odnawialnych źródeł energii oraz obowiązek przyłączania OZE do sieci – to najczęściej wskazywane braki pierwszego projektu ustawy o OZE. W czasie konsultacji społecznych do Ministerstwa Gospodarki wpłynęło ponad tysiąc stron uwag. Dlatego resort pracuje nad drugą wersją ustawy.

Przedstawiciele branży energetyki odnawialnej ostrzegali, że proponowane zmiany zahamują rozwój inwestycji w OZE Polsce. A zdaniem prof. Krzysztofa Żmijewskiego to przyszłość polskiej energetyki.

– To już nie jest luksus, jak niektórzy uważają. To już nie jest fanaberia ekologów. To jest coś, bez czego nie będziemy mieli prądu – podkreśla przewodniczący Społecznej Rady Narodowego Programu Redukcji Emisji.

W opinii eksperta najważniejszą częścią ustawy jest artykuł 13 i jego otoczenie, czyli przepisy dotyczące mikroinstalacji.

– My to nazywamy energetyką prosumencką, czyli pospolitym ruszeniem energetycznym, żeby każdy mógł sobie zamontować na swoim dachu lub w swojej piwnicy własne źródło energii – mówi prof. Żmijewski.

Taką możliwość powinny wspierać środki z budżetu państwa. Jednak w opinii profesora rozwój mikroinstalacji jest nieunikniony, nawet bez pomocy publicznej.

– Niedługo, za ok. 5 lat te technologie będą dostępne bez konieczności jakiegokolwiek wsparcia ze strony państwa. Jeżeli moglibyśmy udzielić tego wsparcia, to mogłoby się to zdarzyć już za 3-4 lata, a więc bardzo niedługo. Jeżeli za 3 lata, to znaczy, że w 2015 roku, a więc przed momentem wyłączenia 5 tys. MW, które musimy wyłączyć, bo zobowiązaliśmy się do tego – podkreśla prof. Krzysztof Żmijewski.

Według niego resort gospodarki powinien również wprowadzić obowiązek przyłączania źródeł do sieci, jako gwarancję pewności danej inwestycji. Przedstawiciele branży wskazywali to jako jeden z najpoważniejszych ubytków poprzedniego projektu ustawy.

– Przepisy mówią, że każde źródło ma obowiązek przyłączenia do sieci, ale zaraz po przecinku jest powiedziane: „chyba, że nie ma zdolności technicznym i ekonomicznych”. Odpowiednie przepisy mogłyby tę sytuację zmienić, żeby operator sieci musiał przyłączać i żeby musiał się głęboko tłumaczyć, dlaczego tego nie robi – uważa ekspert.

Jeśli nowe przepisy w sprawie OZE nie zostaną przyjęte w ciągu 2 miesięcy Polska może trafić przed Trybunał Sprawiedliwości. Komisja Europejska po raz kolejny upomina Polskę, że opóźnienie we wdrażaniu unijnej dyrektywy mogą zagrozić celom pakietu energetyczno-klimatycznego, czyli osiągnięciu poziomu 20 proc. energii ze źródeł odnawialnych w 2020 roku. Kraje UE miały czas na implementację przepisów do grudnia 2010 roku.

Dziś pierwszy odwiert PGNiG w poszukiwaniu gazu łupkowego

Dziś odbędą się pierwsze wiercenia w Lubyczy Królewskiej na Lubelszczyźnie. To jedna z najważniejszych i najbardziej obiecujących koncesji Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa. Odwiert za 30,5 mln zł wykona PNiG Kraków. Prace potrwają 100 dni.

Lubycz Królewska to kolejna po Markowoli i Lubocinie miejscowość, gdzie PGNiG wykona odwierty, które mają potwierdzić złoża gazu łupkowego. W tym roku PGNiG planuje rozpocząć wiercenia jeszcze na kilku innych spośród swoich 15 koncesji na poszukiwania surowca. Planów spółki nie zmienia raport przygotowany przez Państwowy Instytut Geologiczny, według którego w Polsce znajduje się znacznie mniej gazu z łupków niż ponad 5 bln m3, które szacowali Amerykanie.

– Odnosimy się do zidentyfikowanych złóż konwencjonalnych, które mamy w Polsce. Jest to 94 mld m3 gazu ziemnego. To jest dla nas punkt odniesienia. Wszystko, co jest ponadto, czyli nawet według szacunków PIG między 350 a 760 mld m3 potencjału do wydobycia, to wciąż jest ogromna wartość, przy rocznej konsumpcji 14,5 mld m3 gazu – wyjaśnia Grażyna Piotrowska-Oliwa, prezes PGNiG.

I dodaje, że nawet takie ilości są dobrym uzasadnieniem do prowadzenia badań poszukiwawczych. Tym bardziej, że PGNiG posiada własne badania na temat potencjału gazu łupkowego w Polsce.

– Mamy własne badania sejsmologiczne. Na ich podstawie prowadzimy odwierty na swoich koncesjach. Mamy Wejherowo, gdzie jest bardzo zaawansowana praca w tej chwili. Na drugiej koncesji będzie prowadzony kolejny odwiert w Lubyczy Królewskiej na Tomaszowie Lubelskim, również w oparciu o nasze badania – mówi prezes spółki.

O konkretnych liczbach będzie można zacząć mówić po wykonaniu szeregu zaawansowanych prac na poszczególnych koncesjach i przeprowadzeniu szeczgółowych badań.

– Wszystko zależy od możliwości eksploatacyjnych poszczególnych złóż, od tego, ile będzie można tego gazu wydobywać, jaka będzie opłacalność ekonomiczna danego złoża. Dopóki nie będziemy mieli wykonanych bardzo zaawansowanych odwiertów i bardzo szczegółowych badań sejsmicznych, wszystkie wartości, wokół których się obracamy to są nadal szacunki, nawet to, o czym mówił PIG – uważa Grażyna Piotrowska-Oliwa.

PGNiG zapowiada, że zintensyfikuje poszukiwania surowca. Do końca kwietnia spółka zamierza porozumieć się z PGE, Tauronem i KGHM w sprawie współpracy na koncesji na Pomorzu.

Oszczędzający muszą przyzwyczaić się do mniejszych zysków

Już za kilka dni z rynku znikną zupełnie lokaty antybelkowe. 1 kwietnia wchodzi w życie zmiana w ordynacji podatkowej, która uniemożliwi omijanie 19-procentowego podatku na tzw. lokatach jednodniowych. Wraz z likwidacją lokat przez banki spada również przeciętne oprocentowanie innych lokat. To wszystko oznacza mniejsze zyski dla klientów.

To ostatnie dni, kiedy lokaty z dzienną kapitalizacją odsetek pozwalają oszczędzającym ominąć podatek Belki. Od początku roku banki systematycznie wycofuje je ze swoich ofert. Efekt jest taki, że spada oprocentowanie pozostałych lokat i zmniejsza się oferta produktowa banków.

– Ten proces był znany od wielu miesięcy, więc tu nie ma żadnych gwałtownych ruchów – podkreśla Mariusz Klimczak, prezes Banku Ochrony Środowiska.

Tylko do końca marca właściciele depozytów z dzienną kapitalizacją nie zapłacą podatku Belki, jeśli dzienny zysk z lokaty wynosi do 2,50 zł. Potem opodatkowaniu będzie podlegała każda kwota.

W ubiegłym roku lokaty antypodatkowe stanowiły 1/5 depozytów na rynku. Popularne lokaty nie znikną z rynku, będą jednak przynosiły mniejsze zyski.

– To nie jest tak, że od 1 kwietnia przestają funkcjonować te produkty. Nie będzie korzyści dodatkowej dla klienta, ale to nie oznacza, że klient nic nie dostaje, po prostu dostanie mniej o podatek – mówi Mariusz Klimczak.

Banki szukają teraz innych sposobów na zatrzymanie pieniędzy klientów, a klienci – na pomnażanie swoich oszczędności. Zdaniem Mariusza Klimczaka, prezesa BOŚ coraz większą popularnością będą cieszyć się produkty pozwalające na oszczędzanie długoterminowe.

– Myślę, że powoli klienci będą przechodzić na produkty o dłuższym terminie, 6-9 miesięcy i dłuższych, ale jednocześnie dające wyższe stopy zwrotu dla klientów – uważa prezes BOŚ.

Ministerstwo Finansów szacuje, że zmiana przepisów pozwoli fiskusowi ściągnąć ok. 380 mln zł podatku od oszczędności rocznie.

Rynek pracy najgorsze ma już za sobą. Dziś dane GUS

Dziś Główny Urząd Statystyczny poda dane o liczbie bezrobotnych w lutym. Według szacunków resortu pracy stopa bezrobocia będzie 0,3 proc. wyższa niż w styczniu i wyniesie 13,5 proc. Eksperci uspokajają, że takie wzrosty zimą to normalne zjawisko, a kolejne miesiące powinny przynieść poprawę sytuacji na rynku pracy.

– Niestety bezrobocie nie chce nam za bardzo spadać i utrzymuje się na ciągle dwucyfrowym poziomie – mówi prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Jeśli prognozy Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej się potwierdzą, luty będzie czwartym miesiącem z rzędu, kiedy liczba bezrobotnych rośnie. W styczniu bezrobocie wyniosło 13,2 proc., a liczba bezrobotnych wzrosła do ponad 2,1 mln. Jak zapowiadają eksperci to powinny być tegoroczne szczyty, a sytuacja na rynku pracy powinna się poprawić.

– Idzie wiosna, a wiosną zwykle jest tak, że bezrobocie maleje, ponieważ przybywa różnego rodzaju prac, uruchamiane są kawiarnie ogródkowe i inne przedsięwzięcia, które wymagają ładnej pogody i wysokiej temperatury. Wiosna i lato sprzyjają dodatkowym pracom, w wakacje też pojawiają się różne nowe możliwości. Więc najgorsze miesiące mamy już za sobą – uważa prof. Elzbieta Mączyńska.

W ustawie budzetowej na 2012 roku założono, że na koniec grudnia bezrobocie spadnie do 12,3 proc.

Afera szpiegowska w Gruzji? ESET wykrył elektronicznego szpiega

Nietypowe zagrożenie komputerowe zwróciło uwagę ekspertów z laboratorium antywirusowego firmy ESET. Przechwycony koń trojański pobiera rozkazy od cyberprzestępcy z domeny należącej do … gruzińskiego rządu. Dokładna analiza wykazała, że zagrożenie zaprojektowano w taki sposób, aby wyszukiwało i wykradało m.in. dokumenty zawierające zwroty: minister, tajne, FBI, CIA, pułkownik, Rosja, USA oraz Europa.

Analitycy zagrożeń komputerowych firmy ESET oznaczyli przechwycone zagrożenie jako Win32/Georbot i sklasyfikowali je jako koń trojański, który może być kontrolowany przez cyberprzestępcę zdalnie. Zagrożenie potrafi przechwytywać informacje przechowywane na dyskach twardych komputerów, a także posiada zdolność tworzenia tzw. sieci zombie, czyli grup zainfekowanych komputerów, które wykonują polecenia cyberprzestępców. Win32/Georbot wykrada i przesyła dowolne pliki z komputerów swoich ofiar do zdalnego serwera cyberprzestępcy, a także umożliwia szpiegowanie internautów z wykorzystaniem kamer internetowych i mikrofonów, podłączonych do komputerów swoich ofiar. Win32/Georbot pozwala również przeszukać dysk zainfekowanej maszyny w celu lokalizacji dokumentów tekstowych, zawierających takie zwroty w języku angielskim, jak minister, tajne, FBI, CIA, KGB, kapitan, pułkownik, porucznik, telefon, kontakt, Rosja, USA, Europa czy Gruzja. Zagrożenie może przesłać takie dokumenty wprost do cyberprzestępcy.

– Z naszych ustaleń wynika, że Win32/Georbot był najczęściej wykorzystywany przez cyberprzestępców do przeszukiwania dysków zainfekowanych komputerów i pobierania z nich konkretnych plików – podkreśla Pierre-Marc Bureau, analityk firmy ESET.

Od 2011 roku zagrożenie jest monitorowane przez Agencję Wymiany Informacji Ministerstwa Sprawiedliwości Gruzji oraz przez międzynarodową organizację CERT. Obie te instytucje ściśle współpracują w sprawie wspomnianego zagrożenia z ekspertami firmy ESET.

Wszystkie rozkazy z instrukcjami działania dla Win32/Georbot cyberprzestępca wydaje i aktywuje ręcznie, indywidualnie dla każdej zainfekowanej maszyny, a nie automatycznie, jak ma to miejsce w wypadku tradycyjnych zagrożeń. Win32/Georbot komunikuje się ze zdalnym serwerem cyberprzestępcy po protokole HTTP, za pośrednictwem którego przesyłane są komendy działania. Z takiego serwera Win32/Georbot pobiera również swoje nowe wersje – według informacji zgromadzonych przez ekspertów firmy ESET dotychczas zagrożenie aktualizowało się nawet co kilka dni, głównie w celu lepszego maskowania swojej obecności przed programami antywirusowymi.

Ciekawą funkcjonalnością Win32/Georbot jest umiejętność działania w wypadku niemożności skontaktowania się ze zdalnym serwerem cyberprzestępcy, z którego przesyłane są do zagrożenia instrukcje działania. W wypadku zaistnienia takiej sytuacji Win32/Georbot łączy się z jedną z rządowych, gruzińskich domen, skąd otrzymuje adres IP nowego zdalnego serwera, z którym następnie nawiązuje połączenie. Nie oznacza to jednak, że zagrożenie ma coś wspólnego z gruzińskim rządem – często zdarza się, że cyberprzestępcy przechwytują i korzystają z infrastruktury firm lub instytucji bez ich wiedzy i zgody.

Według ekspertów z firmy ESET, analizujących Win32/Georbot, współczesna działalność cyberprzestępcza profesjonalizuje się, czego dowodem mogą być chociażby wyspecjalizowane zagrożenia, takie jak Stuxnet czy Duqu. Również Win32/Georbot, mimo prostej architektury, posiada kilka unikatowych funkcjonalności, dzięki którym potrafi skutecznie wykradać wrażliwe informacje z zainfekowanych maszyn. Fakt pobierania przez zagrożenie swoich aktualizacji z gruzińskich serwisów internetowych może sugerować, że głównym celem Win32/Georbot są Gruzini. Jednak z uwagi na fakt, iż Win32/Georbot atakował początkowo komputery użytkowników w dwóch strefach czasowych, nie wykluczone, że jego celem mogli być również mieszkańcy Rosji czy Iraku. Według hipotezy analityków firmy ESET – Win32/Georbot został stworzony przez grupę cyberprzestępców w celu kradzieży wrażliwych informacji i późniejszej ich odsprzedaży innym organizacjom.

Firmy z sektora MSP najdłużej oczekują na odzyskanie swoich należności

Mikro- i małe przedsiębiorstwa najdłużej ze wszystkich firm oczekują na odzyskanie swoich należności, a dla ponad 61% z nich stanowi to znaczącą barierę w rozwoju działalności. Wiele z nich poszukuje sposobu na „uprzątnięcie” zatorów płatniczych. A jest co sprzątać – tylko 13,8% mikro- i 7% małych nie ma w ogóle problemów z odzyskaniem swoich należności. Pozostałe zmagają się z nim w mniejszym lub większym stopniu. U 1/5 problem ten narasta.

Jak wynika z przygotowanego wspólnie przez Krajowy Rejestr Długów i Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce badania Portfel Należności Polskich Przedsiębiorstw, aż tyle firm z sektora MSP, nie jest w stanie odzyskać należności od swoich kontrahentów. Dla tych najmniejszych, problemem może stać się już jedna niezapłacona przez klienta lub partnera faktura. Jeżeli opiewa na kilka tysięcy złotych lub gdy ich liczba się spiętrzy, doprowadzić to może nawet do upadku firmy. Wśród wskazań na problem z odzyskiwaniem należności, aż 20% przedsiębiorców z sektora MSP odpowiedziało, że kłopoty z odzyskiwaniem długów nieustannie narastają.

Małe i średnie przedsiębiorstwa dominują w całkowitej liczbie firm na naszym rynku, przez co ich wpływ na tworzenie polskiego PKB jest niezwykle istotny. Jednocześnie w sposób bardziej dotkliwy odczuwają wszelkie wahnięcia w gospodarce i są o wiele bardziej czułe na zjawisko zatorów płatniczych.

Badanie wykazuje także, że nastąpiło wydłużenie przeciętnego okresu oczekiwania na spłatę zaległości. Przyczyną tego stanu jest właśnie gorsze regulowanie faktur przez klientów i kontrahentów firm z sektora małych i mikroprzedsiębiorstw. Obecnie czekają one około 4 miesięcy i 12 dni na zwrot należności. Firmy większe nie zmagają się z tym problemem, oczekując średnio 3 miesiące i 21 dni na zapłatę zaległych faktur. W mniejszych firmach prawie 30% faktur jest przeterminowanych o więcej niż 6 miesięcy, z czego aż 15% z nich nie zostaje uregulowanych przez ponad rok. Faktury przeterminowane o pół roku uznaje się za zagrożone. Te, które nie zostaną spłacone przez rok – za stracone.

To, w jaki sposób problemy z odzyskiwaniem należności wpływają na rozwój małych i mikrofirm, wynika z pytania dotyczącego barier utrudniających dalszy rozwój przedsiębiorstw. 34% badanych z tego sektora deklaruje konieczność ograniczania inwestycji ze względu na występujące opóźnienia w otrzymywaniu należności. Wpływa to w sposób bezpośredni na sytuację finansową firm, przez którą te radzą sobie o wiele gorzej od swoich większych partnerów. Od 17% do 20% małych firm wskazuje, że w ostatnim kwartale ich sytuacja się pogorszyła, podczas gdy w większych firmach wskaźnik ten wynosi tylko 5%.Równocześnie w dużych firmach, koszty nieterminowej obsługi należności są dwa razy mniejsze niż w mikroprzedsiębiorstwach.

– Więksi gracze na rynku posiadają możliwość specjalizacji i efektywnego zarządzania wierzytelnościami. Firmy małe są w o tyle trudniejszej sytuacji, że bardzo często nie opłaca im się rozwijać wyspecjalizowanych struktur do zarządzania wierzytelnościami – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.
Nie posiadając możliwości skutecznego skłonienia dłużnika do zwrócenia długu, bez działów windykacji, ani prawników na usługach, przedsiębiorcy prowadzący małe firmy, częściej niż ich więksi partnerzy, muszą szukać sposobów na to, aby pomóc sobie w odzyskiwaniu zaległych należności.

Jednym z nich jest coroczna akcja społeczna organizowana przez Krajowy Rejestr Długów pod nazwą Wielkie Wiosenne Sprzątanie Długów. Podczas jej trwania każda z firm, która ma problemy z dłużnikami, może bezpłatnie dopisać ich do Krajowego Rejestru Długów. Firmy, które w ciągu ostatnich dwóch tygodni marca podpiszą umowę z KRD, do końca maja będą mogły bezpłatnie dopisać do rejestru dowolną liczbę swoich dłużników.

W poprzednich edycjach Wielkiego Wiosennego Sprzątania Długów udział wzięło prawie 32 tysiące firm, które dopisały łącznie 324 tysiące dłużników. Dzięki akcji odzyskano dotychczas 938,12 mln złotych długu.

– Wysokie zainteresowanie naszą akcją pokazuje, że mikro- i małe firmy potrzebują tego, aby objąć je szczególną ochroną i opieką. Koszty ponoszone przez nie na rzecz prowadzonej działalności są często nieproporcjonalnie wysokie, przez co ryzyko bankructwa takiej firmy jest o wiele większe. Aby nie zachwiać stanem naszej gospodarki, musimy robić wszystko, aby przedsiębiorstwa MSP mogły funkcjonować normalnie – zauważa Adam Łącki.

Dlaczego Polacy nie współdziałają w sferze biznesowej?

Według najnowszych danych opublikowanych przez CBOS, ponad połowa zbadanych respondentów (55 proc.) twierdzi, że nie ma z kim współdziałać w sferze biznesowej. Konfrontując te dane z zestawieniami dotyczącymi liczby i struktury młodych polskich przedsiębiorstw oraz oceną warunków prowadzenia w Polsce biznesu odpowiedz na pytanie „dlaczego tak jest?” wydaje się klarowna.

Czy chcemy współdziałać biznesowo?

W 2012 roku na pytanie „Czy zna Pan(i) jakąś osobę spoza swojej rodziny, z którą gotów (gotowa) był(a)by Pan(i) wspólnie prowadzić działalność gospodarczą (być wspólnikiem)? Respondenci w większości dawali odpowiedz przeczącą (55 proc.). Dla 5 proc. udzielenie takiej odpowiedzi nie było możliwe, natomiast 40 proc. odpowiedziało twierdząco. Co ciekawe sytuacja ta nie zmieniła się na przestrzeni ostatnich 10 lat, z wyjątkiem roku 2004, kiedy zarówno chęć podjęcia i nie podjęcia współpracy w sferze biznesowej deklarowało po 47 proc. badanych (możliwe, że miało to związek z euforią po wejściu Polski do Unii Europejskiej).

Analizując dane demograficzne należy stwierdzić, że gotowość do współpracy w sferze gospodarki spada wraz z wiekiem. Większymi optymistami w tym zakresie są ludzie młodzi. Przy czym częściej są to mężczyźni, którzy mieszkają w większych miejscowościach.

Czy zakładamy nowe firmy?

Z danymi CBOS korespondują dane ZUS, z których wynika, że w ub. roku w Polsce powstało tylko ok. 37 tys. nowych przedsiębiorstw. W poprzednich latach rejestrowano rocznie 80-100 tys. firm. Możemy zatem mówić o prawie 3-krotnym spadku liczby zakładanych przedsiębiorstw. Tylko połowa założonych w 2011 r. biznesów to firmy jednoosobowe, podczas gdy właśnie takie dominowały w ostatnich latach. Ok. 16 tys. nowo powstałych zatrudnia nawet do pięciu osób.

Jakie bariery w prowadzeniu firmy napotykamy?

Szukając odpowiedzi na pytania dlaczego tak mało osób deklaruje chęć współdziałania w sferze biznesu z innymi oraz dlaczego spadła liczba zakładanych firm należy wziąć pod uwagę bariery w prowadzeniu działalności gospodarczej w Polsce.

Według danych zawartych w „Raporcie MŚP pod lupą” przygotowanym na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego przez TNS Pentor, prawie 70 procent małych i średnich firm uważa, że warunki do prowadzenia biznesu w Polsce są „trudne” bądź „bardzo trudne”. Ani jeden z przedsiębiorców ankietowanych w badaniu „MŚP pod lupą” nie określił ich jako „bardzo łatwe”. Zdaniem właścicieli małych i średnich firm w Polsce największe bariery utrudniające im prowadzenie działalności gospodarczej to: skomplikowane procedury administracyjne (według 35 proc. firm), niejasne i niespójne przepisy prawa (33 proc. odpowiedzi), a także wysokie podatki oraz mało przejrzysty system fiskalny państwa (29 proc.).

Radosława Woźniaka, wiceprezesa Zarządu Europejskiego Funduszu Leasingowego, nie dziwią takie wyniki. „Rozwijanie przedsiębiorczości jest bardzo delikatną materią, na którą wpływ ma wiele czynników. Jeśli nie zapewnimy młodym przedsiębiorcom odpowiednich warunków proceduralnych, prawnych i fiskalnych, a także możliwości finansowania inwestycji nie możemy liczyć na to, że sektor MSP, a wraz z nim polski PKB będą wzrastały. Ratunkiem dla firm z tego obszaru może być współpraca z międzynarodowymi instytucjami finansowymi takim jak Europejski Bank Inwestycyjny (EBI), Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBOiR) oraz Bank Rozwoju Rady Europy (BRRE).”

„Nasza spółka dzięki współpracy z EBI, BRRE, EBOiR oferuje na preferencyjnych warunkach finansowanie na modernizację i rozwój parku samochodowego, maszynowego, a także na inwestycje w urządzenia oraz nowe technologie. Oprócz atrakcyjny warunków finansowych oraz uproszczonych procedur przedsiębiorcy mają zapewnione wsparcie przy wypełnieniu wniosku oraz doradztwo na każdym etapie procesu inwestycyjnego.” – podkreśla Woźniak.

Czy Polacy są mobilni na rynku pracy?

W lutym bieżącego roku konsultanci Zielonej Linii zbadali aktualną mobilność Polaków na rynku pracy. Z ankiety wynika, że jesteśmy coraz bardziej aktywni zawodowo i w większości… lubimy swoją pracę! Pełne wyniki badań zostały opublikowane na portalu Zielonej Linii.

Niemal 40 proc. osób biorących udział w badaniu przyznało, że pierwszą w życiu pracę rozpoczęło pomiędzy 19. a 21. rokiem życia. Warto przy tym dodać, że większość respondentów (61 proc.) obecnie pracuje, natomiast 39 proc. pracy poszukuje. Taki wynik potwierdza opinie pracodawców, którzy chętniej zatrudniają osoby z większym doświadczeniem. Co ciekawe, najmniejszą grupę stanowią osoby, które wyznały, iż pracę podjęły dopiero po ukończeniu 25. roku życia – tak stwierdziło 12 proc. ankietowanych. Polacy zaczynają więc pracę coraz wcześniej, niekiedy równocześnie ze studiami.
Optymizmem napawa odpowiedź ankietowanych na pytanie: Czy ta pierwsza w życiu praca była satysfakcjonująca? Aż 56 proc. ankietowanych było zadowolonych ze swojego pierwszego miejsca zatrudnienia. Negatywną opinię wyraziło zaledwie 28 proc. uczestników badania.

W związku z wysokim poziomem satysfakcji z pierwszej pracy konsultanci Zielonej Linii zapytali respondentów, czy mimo to postanowili oni zmienić pracę, a w związku z tym – jak szybko podjęli decyzję o szukaniu nowego zatrudnienia.
Odpowiedzi ankietowanych w tym temacie rozłożyły się stosunkowo równomiernie. Jeszcze przed upływem trzeciego miesiąca w pierwszej pracy zaczęło rozglądać się za nowym stanowiskiem 22 proc. ankietowanych. Nieco później, bo po upływie czwartego miesiąca, ale jeszcze przed końcem pierwszego roku, pracy zaczęło szukać 21 proc. respondentów, taka sama liczba nie planowała w ogóle zmieniać pracy. Jedna piąta ankietowanych przyznała, że za nową pracą zaczęła się rozglądać dopiero po pierwszym roku swojej pierwszej w życiu pracy.

Ważnym elementem badania było sprawdzenie umiejętności pogodzenia pracy z nauką. Okazało się, że aż 81 proc. ankietowanych w trakcie pracy także uczyło się. Najczęściej były to studia (86 proc.) i szkolenia zawodowe (11 proc.).
Konsultanci Zielonej Linii zapytali też swoich respondentów o to, czy są zadowoleni ze swojej obecnej lub też ostatniej pracy. Zadziwiająco dużo osób odpowiedziało, że tak. Mimo to znaczący odsetek ankietowanych wciąż podejmuje kroki ku temu, by znaleźć jeszcze lepszą i bardziej satysfakcjonującą pracę. Ilu Polaków jest zainteresowanych zmianą pracy w najbliższej przyszłości? O tym można przeczytać w pełnej wersji raportu, dostępnej na stronie infolinii urzędu pracy: www.zielonalinia.gov.pl.

Drogerie największym kanałem dystrybucji kosmetyków w Polsce

Największym kanałem dystrybucji artykułów kosmetycznych w Polsce są sklepy drogeryjno-kosmetyczne, które, według szacunków zawartych w najnowszym raporcie PMR „Rynek dystrybucji artykułów kosmetycznych w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”, w 2011 roku odpowiadały za 41,2% sprzedaży rynku. Segment ten rozwija się dwutorowo – na znaczeniu szybko zyskują sieci na czele z liderem rynku Rossmannem, podczas gdy niezależne tradycyjne placówki radzą sobie coraz gorzej, a ich liczba i udział w rynku z roku na rok kurczą się.

Sieci drogerii to kanał, który obecnie najszybciej umacnia swą pozycję. Dzieje się tak na skutek zwiększania liczby placówek przez poszczególne sieci, a zwłaszcza Rossmanna, który w zeszłym roku otworzył 100 nowych punktów. Ponadto, drogerie sieciowe zwiększają sprzedaż na pojedynczą placówkę. Sieci przyciągają atrakcyjną ofertą cenową, częstymi promocjami, szerokim asortymentem średniej półki cenowej oraz służącą pomocą obsługą. Są również dogodnie zlokalizowane: w centrach handlowych, na głównych ulicach, w miejscach o dużym natężeniu ruchu, co sprawia, że można w nich zrobić zakupy po drodze, bez potrzeby udawania się gdzieś dalej.

Według szacunków PMR, sprzedaż kosmetyków w drogeriach przekroczyła 7,8 mld zł w 2011 roku, co w porównaniu z rokiem poprzednim, stanowiło wzrost o 11%. Tym samym udział sklepów drogeryjnych w rynku artykułów kosmetycznych zwiększył się do 41,2% w 2011 roku.

Siłą napędową kanału drogeryjnego są w ostatnich latach szybko rozwijające się sieci sklepów na czele z Rossmannem. W ciągu ostatnich pięciu lat sieci podwoiły wartość sprzedaży produktów kosmetycznych, tym samym zwiększając swój udział w całym rynku z 20,9% w 2007 roku do ponad 34,2% w 2011 roku.

Agresywna ekspansja sieci drogeryjnych, w połączeniu z rozwojem sieci supermarketów i dyskontów na terenie kraju, prowadzi do kurczenia się liczby tradycyjnych drogerii, które nie są w stanie konkurować z tak silnymi graczami. W rezultacie w latach 2007-2011 łączna liczba sklepów drogeryjnych zmniejszyła się o ponad 1 500, a ich udział w rynku spadł do 7% w roku 2011.

W konsekwencji na 2012 rok PMR prognozuje wzrost sprzedaży w sieciach o prawie 16% do 7,6 mld zł, podczas gdy sprzedaż artykułów kosmetycznych w całym segmencie drogerii wzrośnie o ok. 10% i przekroczy 8,6 mld zł. Z uwagi, iż sklepy tradycyjne przyłączające się do sieci franczyzowych notują z reguły niższe obroty niż sklepy już istniejące w sieciach, wzrost sprzedaży nie będzie aż tak dynamiczny, jak by to wynikało z liczby nowo zintegrowanych sklepów.

W kolejnych latach sieci drogerii będą nadal umacniały swą pozycję kosztem niezależnych sklepów, które nie będąc w stanie sprostać konkurencji, coraz liczniej będą przyłączały się do sieci lub rezygnowały z dalszej działalności. W rezultacie, według szacunków PMR, udział sklepów sieciowych w liczbie drogerii ogółem wzrośnie z obecnych 35% do 52% w 2013 roku.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek dystrybucji artykułów kosmetycznych w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”.

Automatyzacja sieci i wymiana liczników w Energa

W pierwszej połowie roku Energa zamontuje 109 tys. inteligentnych liczników za ok. 32 mln zł. Urządzenia umożliwiają pomiar energii w czasie rzeczywistym oraz szybszą lokalizację awarii.

– W tej chwili budujemy podstawowe rozwiązania związane z tworzeniem inteligentnej sieci elektroenergetycznej. Z jednej strony automatyzujemy tę sieć, z drugiej strony montujemy tzw. inteligentne liczniki – mówi Robert Świerzyński, wiceprezes Energa-Operatora.

Spółka rozpoczęła wymianę ok. 500 tys. swoich liczników w grudniu ubiegłego roku. Do tej pory spółka zamontowała ok. 30 tys. liczników dla klientów indywidualnych i kilkanaście tysięcy dla odbiorców biznesowych. W planach jest ok. 109 tys. urządzeń jeszcze w tej połowie roku, głównie dla klientów w Drawsku Pomorskim, Kaliszu i na Helu.

– Ten proces będziemy kontynuowali, aż obejmiemy tym rozwiązaniem 100 proc. naszych klientów. Ważną cechą tego licznika jest to, że mierzy zużycie energii elektrycznej w czasie rzeczywistym. Klient nie będzie skazany na prognozy, tylko będzie przez nas rozliczany z rzeczywistego zużycia energii – podkreśla Robert Świerzyński.

Dzięki nowym licznikom taniej nie będzie, ale klient będzie mógł kontrolować ilość zużytej energii i nią zarządzać. A to może go skłonić do oszczędności.

– Jest to również poprawa jakości dostaw energii. Inteligentne oprogramowanie umożliwia nam lokalizację awarii oraz szybsze i skuteczniejsze działanie w przypadku jej wystąpienia – zapewnia prezes Energa-Operator.

Zgodnie z nowym projektem prawa energetycznego Ministerstwa Gospodarki do 2020 roku wszystkie mierniki energii mają zostać zastąpione inteligentnymi licznikami. Koszt tej inwestycji może sięgnąć nawet 10 mld zł. Wymianę urządzeń prowadzą już również inni operatorzy: Enea, PGE i Tauron.

Jeśli złoty osłabnie, ceny asfaltu znów pójdą w górę

Ceny asfaltu w 2011 roku wzrosły o ok. 40 proc. Obecnie podwyżki hamuje mocny złoty, ale z powodu wykańczania wielu robót w tym roku, popyt na materiał wzrośnie, a to oznacza, że znów może być drożej.

Asfalt jest produktem przerobu niektórych gatunków ropy naftowej, dlatego też jego cena jest tak wrażliwa na wszelkie zmiany na rynku surowców.

– Cena z początku ubiegłego roku do ceny dzisiejszej wzrosła o ok. 20-30 proc. Decydowały dwa czynniki: cena ropy – 120 dolarów za baryłkę i kurs dolara. Trochę złotówka pomaga dzisiaj, bo się umacnia, ale jeżeli złotówka pójdzie w drugą stronę, cena również pójdzie do góry – mówi Leszek Stokłosa, prezes Lotos Asfalt.

Chociaż sytuacja na rynku walutowym nie sprzyja eksporterom, produkcja Lotos Asfalt w 1/3 trafia na rynki zagraniczne.

– Taki poziom utrzymujemy już od kilku lat. Oczywiście są to głównie kraje ościenne, Czechy, Słowacja, Niemcy. Mamy bardzo dużą sprzedaż do Rumunii, również znaczący udział sprzedaży do Szwajcarii, ale też kraje akwenu bałtyckiego, kraje Pribałtiki – wymienia prezes spółki.

Nie potrafi jednak jednoznacznie wskazać głównego kierunku eksportu.

– Konsumpcja asfaltów jest uzależniona od poziomu inwestycji drogowych w danym kraju, a ten poziom inwestycji jest uzależniony od środków finansowych, jakimi rząd czy lokalne samorządy dysponują. Więc nie ma reguły, gdzie sprzedaje się najwięcej co roku. Z roku na rok oś naszego eksportu przesuwa się z jednego kraju do drugiego – mówi Leszek Stokłosa.

Lotos Asfalt jest jednym z czołowych dostawców asfaltu w Europie. Rocznie wytwarza ok. 1,3 mln ton asfaltu. Spółka była głównym dostawcą 36 tys. ton materiału na 62-kilometrowy odcinek A1 z Grudziądza do Torunia.

Play liczy na zwycięstwo w przetargu na nowe częstotliwości

Operatorzy komórkowi rozpoczęli wyścig o częstotliwości 1800 MHz. Do rozdysponowania będzie ok. 34 proc. pasma, prawdopodobnie w dwóch przetargach. W pierwszym preferencyjne warunki otrzyma P4, operator sieci Play i zupełnie nowe podmioty. Wszystko po to, by wzmocnić konkurencję na rynku.

Jacek Niewęgłowski, członek zarządu ds. strategii w P4, operatorze sieci Play
Jacek Niewęgłowski, członek zarządu ds. strategii w P4, operatorze sieci Play

Przetarg na nowe częstotliwości to duże wyzwanie, ale i szansa dla wszystkich operatorów komórkowych, którzy już teraz narzekają na problemy z przepustowością. Podział pasma przez Urząd Komunikacji Elektronicznej zdeterminuje przede wszystkim przyszłość technologii czwartej generacji – LTE.

– Rozdział częstotliwości na rynku telekomunikacyjnym jest niczym innym, jak rozdziałem przyszłych udziałów rynkowych. Tym samym tego typu decyzje muszą bardziej niż kiedykolwiek uwzględniać interes konsumenta, interes państwa i to, w jaki sposób ma wyglądać konkurencja na rynku w przyszłości – mówi Jacek Niewęgłowski, członek zarządu ds. strategii P4.

Na paśmie 1800 MHz nieco ponad 60 proc. częstotliwości posiadają spółki Zygmunta Solorza-Żaka, czyli Polkomtel, Mobyland i Centernet. Pozostała część należy do Networks, spółki zależnej PTK Centertel i PTC. Dwa przetargi mają zmienić sytuację na rynku.

– W kształtowaniu warunków częstotliwości istotne jest to, aby wszyscy przedsiębiorcy działający na rynku polskim mieli równe szanse, uwzględniając również to, w jaki sposób historycznie wyglądały przydziały częstotliwości – podkreśla Jacek Niewęgłowski.

To przytyk w stronę pozostałych operatorów.

– Wszyscy nasi zasiedziali konkurenci, czyli Polkomtel, T-Mobile i Orange otrzymali swoje przydziały częstotliwości bezprzetargowo, jedynie na podstawie decyzji administracyjnej – przypomina członek zarządu P4.

Dotyczyło to przydziału częstotliwości w latach 1997-2000. Pierwszy przetarg odbył się dopiero w 2007 roku. P4 w żadnym jeszcze nie startował, więc teraz liczy na zwycięstwo.

– Uważam, że Play nie powinien być faworyzowany, ale operatorzy, którzy mają duże zasoby pasma, np. 1800 MHz, uzyskane bezprzetargowo, w przyszłości powinni mieć ograniczone możliwości zdobycia tego pasma. Natomiast pozostali przedsiębiorcy powinni mieć wyrównane szanse jego zdobycia. I tu niech wolna konkurencja zdecyduje o tym, kto to pasmo dostanie – mówi Jacek Niewęgłowski.

Zgodnie z zapowiedziami Urzędu Komunikacji Elektronicznej pierwszy przetarg będzie preferencyjnie traktował operatorów, którzy nie mają jeszcze dostępu do pasma 1800 MHz, czyli Play lub zupełnie nowe podmioty. W drugim przetargu o wygranej będzie decydowała zadeklarowana cena.

Kryzys w koalicji? Waldemar Pawlak czeka na stanowisko PO

Wicepremier odmawia komentarzy na temat konfilktu z Platformą. Podczas wtorkowych rozmów politycy PO i PSL nie doszli do porozumienia co do kształtu reformy emerytalnej. Zarząd PO dyskutuje dziś o możliwościach pozyskania większości sejmowej podczas głosowania nad rządowym projektem.

– Dopóki nie zakończy się posiedzenie zarządu krajowego Platformy i Platforma nie przedstawi stanowiska nie będziemy udzielać żadnych komentarzy – powtórzył wielokrotnie wicepremier i minister gospodarki, pytany o to, czy oznacza to koniec koalicji PO i PSL.

Ludowcy nie zgadzają się na podniesienie i wyrównanie do 67 lat wieku emerytalnego w kształcie proponowanym przez rząd. PSL chce m.in. obniżenia wieku emerytalnego dla matek, o 3 lata na każde dziecko.

Wciąż warto inwestować w nieruchomości w Polsce

7 na 10 europejskich inwestorów jest zdania, że kryzys zadłużenia w strefie Euro zmniejszy zainteresowanie nieruchomościami. Ponad połowa twierdzi, że banki w tym roku będą mniej chętnie udzielać kredytów i pożyczek hipotecznych. Mimo to inwestorzy wciąż uważają, że w długim okresie rynki nieruchomości w Europie są atrakcyjną lokatą kapitału. Zdaniem aż 83% warto inwestować w nieruchomości w Polsce.

Firma doradcza Ernst & Young przeprowadziła w grudniu 2011 roku badanie opinii na temat wpływu kryzysu zadłużenia w strefie Euro na rynek nieruchomości. Ankietowano 540 inwestorów z 12 krajów, w tym Polski, zajmujących się przede wszystkim inwestowaniem w nieruchomości. Wyniki przedstawiono w raporcie pt. Barometr Inwestycyjny Rynku Nieruchomości Ernst & Young.

– Nasz raport pokazuje znaczące różnice w oczekiwaniach inwestorów w krótkim okresie. Jeśli jednak przyjmiemy dłuższą perspektywę, oczekiwania są zgodne – w rynek nieruchomości wciąż warto inwestować – mówi Anna Kicińska, Dyrektor w zespole Doradztwa Nieruchomości Ernst & Young.

Podczas gdy ponad połowa inwestorów w Niemczech, Francji i Luksemburgu oczekuje wzrostu wolumenu inwestycji w nieruchomości w roku 2012, prawie 60% badanych w Belgii i Szwajcarii jest przeciwnego zdania. W Polsce również zdania są podzielone. 46% inwestorów uważa, że wolumen inwestycji wzrośnie, a 45% twierdzi że spadnie.

Lokalny patriotyzm

O ile w wielu aspektach zdania inwestorów były podzielone, o tyle zgodni pozostawali co do oceny swoich rynków lokalnych. Wszyscy inwestorzy z 12 krajów, w których przeprowadzana była ankieta, zdecydowanie stwierdzili, że ich rynki są atrakcyjne dla inwestycji w nieruchomości w długim okresie. Największym optymizmem wykazali się inwestorzy niemieccy. Na pytanie „Czy uważasz, że Niemcy są atrakcyjnym krajem do inwestycji w aktywa nieruchomościowe?” 61% niemieckich inwestorów odpowiedziało „tak”, a 38% „zdecydowanie tak”. W przypadku Polski odpowiedzi były następujące: 30% na „tak” i 53% „zdecydowanie tak”.

– Pomimo problemu zadłużenia, nie należy oczekiwać załamania rynku nieruchomości takiego, jak w czasie credit crunchu w USA. Aczkolwiek trzeba pamiętać, że ceny nieruchomości w Europie zapewne nie będą rosły w szybkim tempie ponieważ ograniczone możliwości finansowania kredytem hamują popyt – mówi Jarosław Bator, Starszy Menadżer w zespole Doradztwa Nieruchomości w Ernst & Young.

Barometr Inwestycyjny Rynku Nieruchomości Ernst & Young przygotowano na podstawie wyników ankiety przeprowadzonej wśród 540 inwestorów z rynku nieruchomości z: Austrii, Belgii, Francji, Hiszpanii, Holandii, Luksemburga, Niemiec, Polski, Szwajcarii, Szwecji i Wielkiej Brytanii.

Grupa Rynku Doradztwa Nieruchomości w Ernst & Young

Grupa Rynku Nieruchomości Ernst & Young od ponad 15 lat wspiera deweloperów, inwestorów, instytucje finansowe i inne podmioty działające na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce i za granicą. Doradcy Ernst & Young posiadają certyfikaty zawodowe agentów, zarządców nieruchomości oraz rzeczoznawców majątkowych przyznawane przez polskie i zagraniczne stowarzyszenia zawodowe. Ekspertyzę branżową łączą z wiedzą o finansach, transakcjach i podatkach.

 

Wiceprezes BGK: Rynek rosyjski priorytetowy dla polskiego eksportu

Do 2015 roku BGK, operator rządowego programu wsparcia dla eksportu, przeznaczy dla eksporterów 5,7 mld zł. 1/3 z tej kwoty prawdopodobnie wesprze współpracę z Rosjanami. Do tej pory głównym rynkiem zbytu była Białoruś, jednak teraz coraz częściej eksporterzy wybierają Rosję.

Do tej pory polski eksport koncentrował się głównie na kierunku wschodnim, a zwłaszcza na Białorusi. Teraz eksporterzy walczą o rynek rosyjski.

– Chcemy dywersyfikować wsparcie polskich eksporterów i dlatego bardzo nam zależy na rynku rosyjskim. Tu już mamy pierwsze doświadczenia: to jest nasze zaangażowanie w finansowanie inwestycji na Wnukowie, mniejsze zaangażowanie w Kraju Krasnojarskim. Mamy dużo kontaktów, dlatego rynek rosyjski staje się dla nas kierunkiem priorytetowym – zapewnia Jerzy Kurella, wiceprezes Banku Gospodarstwa Krajowego.

Wśród inwestycji kredytowanych przez BGK są m.in. budowa hotelu przy lotnisku Wnukowo w Moskwie czy budowa kompleksu hotelowo-biurowego przy lotnisku Pułkowo w Sankt Petersburgu. Jerzy Kurella dodaje, że takie inwestycje mają też pełne wsparcie ze strony banków rosyjskich, partnerów BGK.

I podkreśla, że nie tylko duże projekty mają szansę stać się polskim hitem eksportowym.

– Wszystkie towary, od towarów w krótkim terminie, czyli dóbr szybkozbywalnych, aż po budowę dużych fabryk, dużych instalacji technologicznych. Tutaj program nie przewiduje żadnych ograniczeń – mówi Jerzy Kurella.

Od półtora roku BGK jest głównym operatorem Rządowego Programu Wspierania Eksportu. W ciągu następnych 3 latach przeznaczy dla eksporterów 5,7 mld zł. Do tej pory bank udzielił kredytów na kwotę 780 mln zł. Eksporterzy mogą liczyć na pomoc w postaci bezpośredniego finansowania lub finansowania poprzez banki zagraniczne. Ministerstwo Gospodarki razem z BGK pracuje nad polepszeniem niektórych narzędzi. To wymaga jednak zmian ustawowych. Bank spodziewa się, że jeszcze w tym roku rząd przyjmie przepisy, które wprowadzą m.in. możliwość refinansowania kredytu dla dostawcy oraz finansowania zagranicznych spółek-córek polskich firm.

ICBC największy chiński bank ma zgodę KNF

Komisja Nadzoru Finansowego daje zielone światło chińskiemu bankowi ICBC. Stawia jednak warunki dotyczące m.in. obowiązku odpowiedniego informowania klientów. Zgodę na rozpoczęcie działalności w Polsce dostał również brytyjski Vanquis Bank, specjalizujący się w sprzedaży kart kredytowych osobom zarabiającym poniżej średniej krajowej. Obie instytucje mogą otworzyć oddziały w Polsce już za kilka tygodni.

KNF podczas dzisiejszego posiedzenia podjął decyzję o wpuszczeniu dwóch instytucji bankowych do Polski.

– Jeden to jest Vanquis Bank z Wielkiej Brytanii, który zamierza prowadzić działalność przez oddział. Drugi to jest ICBC, bank luksemburski, ale z podmiotem dominującym z Chin, który również zamierza prowadzić działalność poprzez oddział na terenie Polski – mówi Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego.

W obu przypadkach są zgody, ale i warunki. Komisja jednogłośnie przyjęła szereg kryteriów, które dla dobra ogólnego instytucje będą musiały spełnić podczas prowadzenia działalności w kraju.

– One odnoszą się do pewnych zasad, których należy przestrzegać, żeby osoby wchodzące w relacje z tymi podmiotami miały świadomość ich sytuacji finansowej, sytuacji prawnej, kto sprawuje nadzór, a w razie zastrzeżeń, co do ich działalności, do kogo należy się zwracać i do czego one są zobowiązane działając na terenie Polski – wyjaśnia przewodniczący KNF.

Industrial and Commercial Bank of China (ICBC) będzie musiał m.in. informować klientów o zabezpieczeniach depozytów i o sposobie ich gwarantowania. Ważne informacje dotyczące banku, np. jego sprawozdania finansowe, będą musiały być publikowane w języku polskim. KNF chce również, by ICBC powstrzymywał się od arbitrażu regulacyjnego, a spory dotyczące zawartych umów były poddawane rozstrzygnięciom sądów polskich na takich warunkach, jak w przypadku banków krajowych.

Podobne zobowiązania będą dotyczyły brytyjskiej instytucji. Zalecenia Komisji dla Vanquis Bank pomijają jednak kwestie depozytów, gdyż bank nie zamierza prowadzić tego typu działalności.

– Nie będzie on przyjmował depozytów, będzie się skupiał na wydawaniu kart kredytowych dla osób, które są poniżej średniej, jeśli chodzi o wynagrodzenia i dochody. Natomiast oddział banku chińskiego – w zakresie pełnej działalności bankowej, czyli depozyty, kredyty, zarówno dla przedsiębiorstw, jak i osób fizycznych – wymienia Andrzej Jakubiak.

Vanquis Bank jest częścią Grupy Provident. W ciągu 10 lat działalności w Wielkiej Brytanii bank wydał ponad 1 milion kart kredytowych. ICBC to największy bank w Chinach. Pod względem aktywów ICBC jest 10 razy większy niż cały polski sektor bankowy. Na całym świecie obsługuje już ponad 200 mln klientów.

Obie instytucje będą mogły już w przyszłym miesiącu rozpocząć działalność w Polsce. Na kolejnym posiedzeniu, 3 kwietnia KNF zajmie się wnioskiem kolejnego chińskiego banku – Bank of China.

Nadchodzą zmiany w handlu internetowym

Około 10 tys. sklepów internetowych będzie musiało zrewidować zasady prowadzenia biznesu ze względu na implementację nowej dyrektywy Unii Europejskiej – oceniają eksperci firmy doradczej Deloitte. Regulacja wejdzie w życie w ciągu dwóch lat. Dla konsumentów oznacza to zwiększoną ochronę podczas zakupów w Internecie, a dla przedsiębiorców – nowe obowiązki nierzadko wymagające dodatkowych nakładów finansowych. Nowe przepisy ułatwią im jednak pozyskanie klientów poza granicami naszego kraju.

Ponad 90% wszystkich sklepów internetowych deklaruje, że prowadzenie go w zgodzie z przepisami prawa jest ważne lub nawet bardzo ważne. Jednak równocześnie prawie połowa ankietowanych nie konsultuje się ani nie planuje rozmawiać z prawnikiem w sprawie funkcjonowania prowadzonych sklepów.* W Polsce jest dziś wiele regulacji mających na celu ochronę konsumenta dokonującego zakupów na odległość. Chroni go kodeks cywilny, ustawa o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej, ustawa o ochronie niektórych praw konsumentów oraz odpowiedzialności za produkt niebezpieczny a także ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

Zmiany, które wchodzą w życie w związku z implementacją przez Polskę Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2011/83/UE z dnia 25 października 2011 r. w sprawie praw konsumentów będą wymagały od przedsiębiorców rewizji dotychczasowych zasad prowadzenia biznesu.

„Celem regulatora, którym jest Komisja Europejska, jest pobudzenie europejskiej gospodarki do wzrostu, poprzez wykorzystanie potencjału handlu internetowego. Dyrektywa w proponowanym kształcie jest aktem prawnym o charakterze harmonizacyjnym, w praktyce jednak ujednolici zasady prowadzenia sprzedaży produktów i usług w Internecie we wszystkich krajach należących do Wspólnoty. Dodatkowo, nowe przepisy mają na celu zwiększenie zaufania konsumentów do zakupów w sieci poprzez powiększenie ochrony ich praw.” – mówi Anna Ostrowska-Tomańska, adwokat w Kancelarii Prawnej Deloitte Legal.

Państwa członkowskie Unii Europejskiej mają 2 lata na implementację nowej dyrektywy. Oznacza to, że w Polsce zmiany muszą zostać uchwalone i ogłoszone do 13 grudnia 2013 r. i zgodnie z okresem przejściowym przewidzianym przez Dyrektywę wejdą w życie najpóźniej do 13 czerwca 2014 r. Od tej chwili konsumenci uzyskają m.in. większą przejrzystość cen produktów oferowanych przez sklepy internetowe. Dodatkowo, przedsiębiorcy będą musieli wyeliminować praktykę automatycznego zaznaczania pól przy zamówieniach na stronach internetowych. Obecnie często np. przy zakupie biletów lotniczych czy wynajmie samochodów, pojawiają się zapisy z góry zaznaczone przez przedsiębiorcę, jako opcje wybrane przez konsumenta. Aby zrezygnować z określonych postanowień, konsument dokonując zakupu musi każdorazowo odznaczyć wypełnione wcześniej pole. Dyrektywa zakazuje stosowanie tego typu praktyk – tylko konsumenci będą mogli zaznaczać wybrane przez siebie opcje związane z zakupem towaru lub usługi.

„Istotną zmianą będzie również wydłużenie czasu na odstąpienie od umowy zawartej na odległość lub poza lokalem przedsiębiorstwa – będzie on wynosił 14 dni. Obecne regulacje UE przewidują na odstąpienie 7 dni, w Polsce termin ten jest stosunkowo długi, gdyż wynosi 10 dni. Dodatkowo, w przypadku odstąpienia od umowy przez konsumenta przedsiębiorca będzie zobligowany do zwrotu zapłaconej przez niego sumy w terminie 14 dni. Co ważne zwrot kosztów, będzie obejmował również koszty wysyłki.” – dodaje Krzysztof Furtan, aplikant adwokacki w Kancelarii Prawnej Deloitte Legal.

Zmiany, wiążące się z wdrożeniem nowej dyrektywy to wprowadzenie jednolitego dla całej UE formularza odstąpienia od umowy, wyeliminowanie opłat za korzystanie z kart kredytowych i infolinii prowadzonych przez przedsiębiorców oraz umieszczenie jasnej informacji o tym, kto ponosi koszty zwrotu towaru. Istotnym elementem będzie harmonizacja przepisów w całej Europie, co sprzyja tworzeniu równych szans i obniżeniu kosztów transakcji dla handlowców transgranicznych.

Zwiększone uprawnienia i ochrona konsumentów dokonujących zakupów w Internecie oznaczają także zmiany i nowe obowiązki dla przedsiębiorców. Przede wszystkim sprzedawca będzie musiał zadbać o przegląd środowiska prawnego i praktyki swojego sklepu internetowego (tj. regulaminów, formularzy zamówień, informacji o odstąpieniu) pod kątem ich zgodności z nowymi przepisami. Dodatkowo na witrynie internetowej sklepu trzeba będzie umieścić jasne informacje o tym, kto ponosi koszty zwrotu towaru w sytuacji, gdy konsument wyraźnie oświadczył, że nie wybiera najtańszej opcji dostarczenia towaru, a także zabezpieczyć się przed bezkarnym zwrotem towarów przez konsumenta po ich wykorzystaniu lub użyciu.

Zdaniem ekspertów Deloitte, w ramach dostosowywania się do nowych regulacji prawnych przedsiębiorcy powinni zastanowić się nad uruchomieniem strony w obcym języku. Sprzedawcy, którzy zadbają o informacje w różnych językach europejskich zwiększą swoją szansę na zaistnienie na internetowym rynku wspólnotowym. Dzięki jednolitym regułom zaufanie konsumentów z innych krajów UE do zakupów w polskich sklepach, oferujących konkurencyjne ceny w porównaniu z rynkami zachodniej Europy, powinno wzrosnąć, co przełoży się na większe obroty polskich firm. Sprzedawcy powinni także zainwestować w sprawną obsługę kurierską, bazując na firmach o uznanej w Europie renomie i rozwijając z nimi stałą stabilną współpracę.

Dyrektywa ujednolici przepisy w całej Unii Europejskiej oraz wyeliminuje część powodów, ze względu na które konsumenci rezygnowali z zakupów w Internecie. Zalicza się do nich przede wszystkim trudności z odnalezieniem kosztów przesyłki oraz ukryte postanowienia dodatkowe, które nierzadko podnoszą wartość zakupu.** Można oczekiwać, że wprowadzenie nowych przepisów i likwidacja wspomnianych barier zwiększy obroty sektora handlu internetowego.

„Dla przedsiębiorców zmiany w prawie oznaczają wzrost kosztów prowadzenia działalności, związane m.in. z systemem zwrotu towarów na ich koszt, oraz ewentualne sankcje za niedostosowanie się do przepisów. Z drugiej jednak strony dyrektywa zlikwiduje bariery regulacyjne dla handlu transgranicznego, tym samym zwiększy prawdopodobieństwo znalezienia korzystniejszej oferty. Konsumenci uzyskają dostęp do produktów niedostępnych na rynku krajowym, a przedsiębiorcy możliwość pozyskania klientów poza granicami kraju.” – podsumowuje Anna Ostrowska-Tomańska z Deloitte Legal.

* Źródło: Sklepy24.pl, 2010
**Źródło: „Dokument roboczy służb Komisji: Sprawozdanie na temat transgranicznego handlu elektronicznego w UE, SEC (2009)293 wersja ostateczna, 5 marca 2009.

Prognozy fuzji i przejęć w energetyce w 2012

Jak wynika z raportu PwC (dawniej PricewaterhouseCoopers) „Power Deals 2012” na rynku zachodzi ważna zmiana – kończy się sześć lat dominacji Europy w transakcjach fuzji i przejęć w branży energetycznej. Ponadto, kryzys strefy euro z jednej strony ogranicza dostęp do finansowania, z drugiej jednak może zapoczątkować nową falę prywatyzacji w miarę, jak rządy będą wyzbywać się aktywów energetycznych w ramach prowadzonych programów oszczędnościowych. W Polsce rok 2012 może oznaczać mniejszą liczbę transakcji w energetyce, ze względu na fakt, że część projektów znajduje się dopiero w fazie przygotowania, a także z uwagi na sytuację na rynkach finansowych. Kolejne lata przyniosą jednak dalsze zmiany własnościowe w polskiej energetyce.

Sytuacja w Europie i na rynkach światowych

W 2011 r. Europa odnotowała najniższy udział (23%) w światowych transakcjach w branży energetycznej od 1999 r. (czyli od czasu kiedy PwC przygotowuje raporty o fuzjach i przejęciach). Łączna wartość transakcji w Europie spadła o 43 proc. do poziomu 39,8 mld USD w 2011 r. (z 70,3 mld USD rok wcześniej). Malejące wartości transakcji w Europie w 2011 r. zostały jednak z nawiązką skompensowane przez wzrost o 58,5 mld USD w Ameryce Północnej, do poziomu 107,5 mln USD.

Za największą liczbą transakcji w 2011 r. stali kupujący i sprzedający z regionu Azji i Pacyfiku. Utrzymywanie się w Europie warunków makroekonomicznych sprzyjających niższym wycenom przedsiębiorstw, prawdopodobnie dodatkowo zwiększy zainteresowanie tych inwestorów transakcjami na europejskim rynku, podobnie jak korzystny stosunek jena i renminbi (oficjalna nazwa waluty Chin – Yuana) do euro.

Rok 2012 może stać pod znakiem dalszych dezinwestycji na tych rynkach, które postrzegane są przez największe europejskie koncerny energetyczne (m. in. E-On i RWE) jako coraz bardziej poboczne dla działalności biznesowej. Przedsiębiorstwa te będą dążyć do wzmocnienia swojej kondycji finansowej, aby zgromadzić kapitał na duże inwestycje na kluczowych rynkach, a przy tym zachować elastyczność niezbędną do rozwoju na rynkach wzrostowych.

Będzie to tym trudniejsze, że rynek długu jest obecnie bardziej ograniczony, a wybór dostępnych opcji finansowania mniejszy. Po stronie długu, emisje zmniejszyły się z 75,6 mld euro w 2009 r. do 14,6 mld euro w 2011 r. W 2011 r. w europejskim sektorze przedsiębiorstw użyteczności publicznej 15 grup doświadczyło już obniżki ratingu, a 30 % stoi przed takim zagrożeniem.

Rynek polskich fuzji i przejęć w sektorze energetycznym w 2011 r.

Sytuacja w Europie odbiła się także na rynku transakcji w Polsce – ogółem łączna wartość fuzji i przejęć w sektorze energetycznym w 2011 r. szacowana jest na poziomie ok. 11,5 mld PLN, wobec 12 mld PLN uzyskanych w roku 2010 (nie uwzględniając transakcji przejęcia ENERGA przez PGE zablokowanej przez UOKiK).Po stronie kupujących zdecydowanie dominowały podmioty kontrolowane przez Skarb Państwa. Największą transakcją w 2011 r. było nabycie przez Tauron Polska Energia S.A. pakietu 99,98% akcji Górnośląskiego Zakładu Energetycznego S.A. od koncernu Vattenfall, o wartości przekraczającej 3,6 mld PLN. Drugą pod względem wartości transakcją był zakup 99,98% akcji Vattenfall Heat Poland S.A. przez Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo S.A. od koncernu Vattenfall za kwotę blisko 3 mld PLN. (zamknięcie transakcji nastąpiło już 11 stycznia 2012 r.) Natomiast, trzecia największa transakcja ostatniego roku to nabycie w procesie prywatyzacyjnym pakietu 85% akcji SPEC S.A. przez Dalkia Polska S.A. od Miasta Stołecznego Warszawa. Wartość transakcji przekroczyła 1,4 mld PLN.

Wartość trzech największych transakcji w sektorze stanowiła blisko 70% ich łącznej wartości. Kupującymi byli gracze branżowi konsolidujący rynek lub, tak jak w przypadku PGNiG, realizujący strategię rozwoju opartą na wykorzystaniu synergii pomiędzy swoją dotychczasową działalnością a sektorem energetycznym.

Perspektywy na 2012 r. w polskiej energetyce

Skarb Państwa w dalszym ciągu posiada znaczące udziały w niesprywatyzowanych lub częściowo sprywatyzowanych spółkach sektora energetycznego, m. in. ENEA, ENERGA, ZE PAK oraz PKP Energetyka. Zgodnie z deklaracjami Ministerstwa Skarbu Państwa (MSP) planowane jest sukcesywne obniżanie zaangażowania kapitałowego Skarbu Państwa w tych spółkach poprzez sprzedaż inwestorowi branżowemu lub w drodze publicznej oferty akcji na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.

Już rok 2011 potwierdził rosnące zainteresowanie energetyką ze strony polskich firm surowcowych. Do podmiotów tradycyjnie związanym z tym sektorem energetyki w Polsce, dołączyło w 2011 r. PGNiG, kupując w sierpniu 2011 r. aktywa ciepłownicze Vattenfalla w Warszawie. Budowę elektrowni węglowej we współpracy z partnerem potwierdziła Kompania Węglowa, zatwierdzając w grudniu strategię do roku 2015. KGHM zwiększył udziały w akcjach Taurona do 10,39%. PKN Orlen w pierwszym kwartale 2012 r. deklaruje wybór wykonawcy elektrowni we Włocławku.

„Należy oczekiwać, że wobec znacznej niepewności związanej z sytuacją makroekonomiczną to przede wszystkim duże podmioty kontrolowane przez Skarb Państwa będą mogły pozwolić sobie na większą elastyczność na rynku fuzji i przejęć. Charakterystyczny jest nowy trend w postaci inwestowania także w wytwarzanie energii przez podmioty dostarczające surowce energetyczne, jak PGNiG czy Kompania Węglowa. Należy oczekiwać, że będzie on kontynuowany” – powiedział Piotr Łuba, partner, lider Grupy Energetycznej PwC w Polsce.

Na dynamikę procesów fuzji i przejęć w sektorze energetyki w kolejnych latach wpływać będą z jednej strony regulacje prawne, przekładające się na opłacalność biznesu – jak tzw. trójpak energetyczny, z drugiej dostępność kapitału i realizacja strategii porządkowania portfeli aktywów przez głównych graczy branżowych.

„Potrzeby inwestycyjne krajowego sektora są pilne i bardzo duże. Jednocześnie inwestorzy działają na rynku obarczonym przez regulatora dużą dozą niepewności legislacyjnej, która może zniechęcać do inwestowania. Dlatego tylko podmioty silne kapitałowo i realizujące strategię konsolidacji rynkowej mogą w najbliższym czasie odegrać znaczącą rolę na rynku fuzji i przejęć. Biorąc pod uwagę cykl przebiegu transakcji, a także sytuację na rynkach finansowych, można oczekiwać, że w roku 2012 aktywność transakcyjna inwestorów będzie mniejsza w porównaniu z latami 2010-2011. Z kolei następne lata przyniosą dalsze zmiany własnościowe w polskiej energetyce” – dodał Piotr Łuba.

Cyfrowy Polsat kupuje serwis ipla

Cyfrowy Polsat S.A. nabył za 150 mln zł 100% udziałów w spółkach tworzących serwis ipla – platformę dystrybucji video online.

Ipla ma obecnie około 1,4 miliona użytkowników, w porównaniu do 0,5 miliona w 2009 roku (definiowanych jako osoby, które choć raz w miesiącu użyły aplikacji i wygenerowały przychód z reklamy bądź subskrypcji). Jej popularność regularnie rośnie wraz ze zwiększającą się dostępnością urządzeń przenośnych oraz telewizorów z dostępem do Internetu. W ok. 90% jej przychody są generowane przez sprzedaż reklam w najszybciej rosnącym segmencie online video, a ok. 10% pochodzi z transakcji zakupu treści przez użytkowników.

Wartość 100% udziałów w spółkach tworzących serwis ipla została ustalona na 150 mln zł. Wycena została przeprowadzona w oparciu o dwie metody – DCF (zdyskontowanych przepływów pieniężnych) i mnożników giełdowych dla porównywalnych spółek – przed uwzględnieniem zidentyfikowanych synergii. Dodatkowo niezależna opinia firmy doradczej Ernst&Young potwierdza, że warunki cenowe transakcji są godziwe z punktu widzenia interesów Cyfrowego Polsatu. Także fakt, że ipla jest liderem na swoim rynku stanowi znaczącą wartość dodaną dla Grupy Cyfrowy Polsat oraz istotne uzasadnienie dla wyceny spółki. Przeniesienie tytułu prawnego do nabywanych udziałów oraz płatność zostaną zrealizowane 2 kwietnia br. Wyniki finansowe ipla będą konsolidowane od momentu finalizacji transakcji.

– Nabycie serwisu ipla jest dopełnieniem naszej strategii, której kluczowym elementem był zakup Telewizji Polsat, mającej na celu jak najszerszą dystrybucję treści programowych przy wykorzystaniu najnowocześniejszych urządzeń oraz technologii. Ipla będąca liderem rynku online video wzmacnia pozycję rynkową Cyfrowego Polsatu jako agregatora i dystrybutora kontentu. Transakcja zapewnia nam także istotną przewagę konkurencyjną w ważnym segmencie rynku oraz będzie źródłem synergii w krótkim i średnim terminie – mówi Dominik Libicki, Prezes Zarządu Cyfrowego Polsatu S.A.

PayPal Here: rozwiązanie płatnicze dla małych firm

PayPal zaprezentował nowe rozwiązanie – PayPal Here, które umożliwia sklepom akceptowanie dowolnej formy płatności za pośrednictwem telefonu. Wystarczy zainstalować na smartfonie darmową aplikację oraz dołączyć do niego niewielki czytnik wielkości kciuka. Początkowo usługa dostępna będzie w USA, Hong Kongu, Kanadzie i Australii, ale w planach są także państwa europejskie.

BEZ TERMINALA

PayPal Here pozwala podmiotom handlowo-usługowym na przesyłanie faktur, akceptowanie kart debetowych, kredytowych, czeków lub płatności za pośrednictwem PayPal.
W zaprzyjaźnionych sklepach klient będzie mógł również zapłacić nie wyciągając portfela z kieszeni. Zapłata odbędzie się miedzy telefonem kupującego, a sprzedawcy, który obciąży profil klienta (zdjęcie konsumenta i nazwisko) z poziomu aplikacji PayPal Here.

HANDEL MOBILNY

Użytkownicy PayPal będą mogli także używać geolokalizacji I otrzymywać informację o najbliższych sklepach akceptujących PayPal Here.

„PayPal zbudował swoją pozycję na współpracy z małymi sprzedawcami. Robimy to już 14 lat” – powiedział David Marcus, dyrektor mobile w PayPal. – „Dzisiaj wiemy, że szukają oni sposobu na zbliżenie się z konsumentami, którzy masowo wybierają smartfony. Chcą szybkiego dostępu do swoich pieniędzy, dobrego czytnika kart i jednej, przejrzystej struktury prowizji za transakcje. Wierzymy, że PayPal Here ma przyszłość, ponieważ udało nam się połączyć wszystkie te cechy w jednej, prostej usłudze.”

Usługa jest dostępna dla posiadaczy smartfonów iPhone, wkrótce zostanie poszerzona o wersję dla smartfonów z systemem Android.

OPŁATY

Paypal Here oferuje konkurencyjną strukturę opłat bez miesięcznego abonamentu czy opłat za wdrożenie. Sprzedawcy ponoszą opłatę w wysokości 2,7 procent za transakcję kartową bądź PayPal. Dodatkowo każdy sprzedawca otrzyma kartę debetową z szybkim dostępem do zgromadzonej gotówki oraz 1 procent zwrotu na wybrane zakupy. Aktywne używanie karty debetowej sprawia, że opłaty za akceptacje płatności spadną do 1,7 procent.

BEPIECZEŃSTWO

PayPal Here posiada zaawansowany system zarządzania fraudami oraz całodobowe centrum wsparcia. PayPal posiada ponad 106 milionów użytkowników na świecie oraz 14 letnie doświadczenie w zapewnianiu bezpiecznych rozwiązań płatniczych, które pomogły rozwinąc biznes milionom sprzedawców na świecie. PayPal zamierza wprowadzić dodatkowe funkcje do usługi jeszcze w tym roku.

PayPal Here dla amerykańskich sprzedawców to:

  • Większość metod płatności: sczytanie paska magnetycznego z karty kredytowej lub debetowej, zeskanowanie karty kamerą w telefonie, ręczne wpisanie danych, czeki, faktury z poziomu aplikacji, płatności PayPal
  • Natychmiastowa akceptacja kart: ściągnij aplikację PayPal Here, zaloguj się i od razu akceptuj płatności
  • Jedna opłata: mobilna aplikacja I czytnik są darmowe, brak opłat początkowych, tylko opłata od transakcji 2,7 procent
  • Szybkie wpływy: sprzedawcy otrzymują fundusze bezpośrednio na konto PayPal niezależnie czy transakcji dokonanej online, mobilnie czy przez PayPal Here
  • Karta debetowa PayPal dla szybkiego dostępu do gotówki: z 1 procentowym zwrotem za wybrane zakupy, opłaty spadają do 1,7 procent
  • Bezpieczeństwo: PayPal Here używa zaawansowanych metod szyfrowania, które pomagają chronić dane karty płatniczej oraz zapewnia wsparcie najwyższej klasy specjalistów z dziedziny zarządzania fraudami I ryzykiem
  • Całodobowa obsługa klienta: telefoniczna I online – ponad 6 000 opiekunów klienta w 17 centrach na świecie
  • Wspierany przez PayPal: jeden z najbardziej popularnych kanałów sprzedaży I zakupów posiadający ponad 106 milionów aktywnych kont na świecie, obecny w 190 krajach I posiadający 25 walut