Osłabienie złotego może sprzyjać inwestycjom w złoto

Pandemia nie sprzyjała inwestowaniu w złoto. Jednak korzyści z inwestowania w ten kruszec inaczej mogą oceniać polscy inwestorzy, ze względu na słabość złotego wobec dolara. Ta słabość może się pogłębiać, co sprzyjać będzie kupowaniu złota za złotego.

Przez rok złoto potaniało o 0,35%. W kontraktach terminowych jego cena to niespełna 1 800 USD/uncja.

– Inwestorzy obawiali się inflacji, która wystrzeliła w wartościach o wiele powyżej oczekiwań rynku, taka sytuacja powinna sprzyjać rynkowi złota, tak się jednak nie stało ponieważ inwestorzy szukali ponadprzeciętnej rentowności jednocześnie akceptując wysoki poziom ryzyka, a takiego potencjału nie widzieli w złocie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią.

Inwestorzy nie widzieli w złocie potencjału na wielkie zyski, a teraz czekają na decyzje Fed o podwyżkach stóp procentowych, obstawiając wariant, że dojdzie do czterech lub pięciu podwyżek, choć wcześniej spodziewano się tylko trzech. Coraz bardziej prawdopodobne jest, że pierwsza z nich ogłoszona zostanie w marcu ponieważ Fed realizuje dwa cele, dotyczące rynku pracy i inflacji. Sytuacja na rynku pracy w USA jest satysfakcjonująca, natomiast osiągniecie 2% inflacji oddala się, stąd coraz bardziej „jastrzębie” nastawienie Fed.

– Teoretycznie podwyżki stóp procentowych nie pomogą rynkowi metali szlachetnych, ponieważ korzystniejszą alternatywą do inwestowania okażą się obligacje, korporacyjne i skarbowe – wyjaśnia ekspert CMC Markets. – Jednak ja optuję za inną wersją. Inwestorzy instytucjonalni zaczną bardziej szanować swoje pieniądze, będą szukali innych możliwości lokowania kapitału niż inwestowania w spółki, których wzrost kapitalizacji można oceniać jako szalony i w startupy, które średnioterminowo nie przyniosą zysków.

Inwestorzy coraz bardziej doceniać będą spółki, które mają zyski i mogą wypłacać już dywidend.. Będą też bardziej szanować gotówkę. Zmniejszy się skłonność do kupowania bardzo ryzykownych aktywów. Taka sytuacja powinna sprzyjać przenoszeniu zainteresowania na złoto.

Na rynku trwają spekulacje dotyczące wprowadzeniem przez Chiny cyfrowego juana, co mogłoby wywrzeć duży wpływ na cenę złota. To może być jeden z powodów tego, że Chiny walczą z kryptowalutami. Spekulacje te nie znajdują potwierdzenia w oficjalnych danych o chińskich rezerwach złota. Faktyczny stan rezerw może jednak okazać dużo większy niż w oficjalnych informacjach.

Dowiemy się o tym więcej prawdopodobnie po zakończeniu Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Chinach. Cyfrowy juan miałby duży, długoterminowy wpływ na cenę złota. Natomiast w perspektywie krótkoterminowej kruszcu istotniejszy jest konflikt Rosji z Ukrainą.

Dla polskich inwestorów opłacalność inwestowania w złoto związana jest także z ryzykiem kursowym. W okresie roku dolar wzmocnił się wobec złotego o 8,9%. Polska waluta po krótkim okresie wzmocnienia odbiła się właśnie od poziomu konsolidacji 3,95-3,98 zł za dolara. To może zapowiadać nowe szczyty na tej parze walut, związane z osłabianiem się złotego i sprzyjałoby inwestowaniu złotego w złoto.

Finansowanie inwestycji mieszkaniowych najatrakcyjniejsze dla banków

Obecna sytuacja spowodowana pandemią ma duży wpływ na perspektywę tworzenia portfela kredytowego oraz skłonność do finansowania inwestycji na rynku nieruchomości. W porównaniu do wyników zeszłorocznego badania, można zaobserwować nie tylko ciągłe zainteresowanie finansowaniem projektów ze stabilnymi przepływami, ale również większą skłonność banków w regionie Europy Środkowo-Wschodniej do finansowania nowych inwestycji nieruchomościowych – wynika z raportu KPMG pt. „Property Lending Barometer”.

W tegorocznej edycji globalnego badania KPMG wzięło udział ponad 40 respondentów reprezentujących instytucje finansowe z 11 krajów Europy, w tym z Polski. Ankietowani odpowiadali na pytania dotyczące m.in. poziomu kredytów z utratą wartości, znaczenia finansowania nieruchomości w strategii banku, średnich wielkości kredytów oraz preferowanych klas aktywów. Tegoroczna edycja badania zawierała także nowy element oceny przez deweloperów na poszczególnych rynkach stawianych warunków w finansowaniu projektów nieruchomościowych.

Jak wynika z badania KPMG oceniającego skłonność banków w Europie Środkowo-Wschodniej do finansowania inwestycji nieruchomościowych – kredyty na finansowanie nieruchomości w 2021 r. zyskały na znaczeniu. Rozwój rynku nieruchomości, inwestycje i finansowanie dla sektora ucierpiały z powodu wpływu pandemii COVID-19 na gospodarkę. Sytuacja zaczyna jednak powoli wracać do normy, ale nie można jeszcze nazwać jej dobrą. Z jednej strony w 2021 r. pogarsza się stan portfeli kredytowych na nieruchomości, a z drugiej stopniowo poprawiają się warunki rynkowe. Co więcej, trudniejsze czasy oznaczają, że instytucje kredytowe w regionie CEE są w stanie dokonać wyboru i selekcji projektów i inwestycji, którym mogą udzielać kredytów na bardziej rygorystycznych warunkach.

W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2021 r. łączny wolumen inwestycji na rynku nieruchomości w Europie Środkowo-Wschodniej wyniósł 4,9 mld euro. Inwestycje w Polsce stanowiły ponad połowę (53%) całkowitego wolumenu transakcji regionalnych, w Czechach i na Węgrzech wyniósł on odpowiednio 18% i 13% – łącznie te trzy kraje stanowiły 80% całkowitych inwestycji na rynku nieruchomości w CEE.

Polska jest nadal uważana za bardzo atrakcyjny rynek dla inwestorów w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Wybuch pandemii COVID-19 spowodował pewne zawirowania na rynku nieruchomości, jednak szybkie ożywienie gospodarki zaowocowało znacznym wzrostem PKB w drugim kwartale 2021 r. o ponad 10%. Znaczny wzrost liczby transakcji na rynku nieruchomości w ostatnich miesiącach, wejście do Polski nowych inwestorów i przyciągnięcie kapitału przez nowe sektory, takie jak Private Rental Sector, utwierdza nas w przekonaniu, że Polska jest stale uznawana za rynek godny zaufania, o stabilnych warunkach finansowych – mówi Katarzyna Nosal-Gorzeń, Partner w dziale Doradztwa Podatkowego, Lider doradztwa dla sektora budownictwa i nieruchomości w KPMG w Polsce.

Finansowanie inwestycji mieszkaniowych wyprzedza finansowanie inwestycji w nieruchomości przemysłowo-magazynowe
Zdaniem respondentów badania, ponad rok po wybuchu pandemii COVID-19 finansowanie inwestycji mieszkaniowych stało się najbardziej atrakcyjnym obszarem dla większości banków w regionie CEE. Na kolejnym miejscu, po spadku względem poprzedniego roku znalazło się finansowanie segmentu nieruchomości przemysłowo-magazynowych, które w trakcie pandemii wyprzedziły segment nieruchomości biurowych.

Wpływ danych makroekonomicznych, w szczególności odczytów inflacji wzbudza istotne obawy na rynku, jeśli chodzi o warunki finansowania w przyszłości. Obecny boom na rynku mieszkaniowym w Polsce to wynik istniejących braków lokali mieszkaniowych, inwestowania w mieszkania na wynajem przez osoby fizyczne, dla których nadal stopy zwrotu są atrakcyjne. Obecnie wielu inwestorów przyciąga Private Rental Sector w Polsce, a tu znaczenie kapitału własnego dla finansowanie okresu budowy ma istotne znaczenie w rozmowach w pozyskiwaniu finansowania – mówi Katarzyna Nosal-Gorzeń, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Lider doradztwa dla sektora budownictwa i nieruchomości w KPMG w Polsce.

W poprzedniej edycji badania inwestycje przemysłowo-magazynowe znalazły się na szczycie listy najchętniej finansowanych inwestycji w sektorze nieruchomości, kiedy to w okresie lockdownu konsumenci zamiast odwiedzać centra handlowe, otrzymywali wszystkie możliwe produkty z dostawą do domu. Otwarte pozostaje pytanie, czy ostatnie trendy, takie jak praca zdalna, częściowe zastąpienie zakupów stacjonarnych zakupami internetowymi, staną się już regularnymi nawykami mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej.

O RAPORCIE:
Celem raportu KPMG International pt. „Property Lending Barometer” była ocena perspektyw i nastrojów w zakresie finansowania bankowego w sektorze nieruchomości w Europie, na podstawie opinii przedstawicieli banków. Badanie jest prowadzone i cyklicznie publikowane przez KPMG od 12 lat. W tym roku w badaniu, które odbyło się w okresie od maja do czerwca br. wzięło udział około 40 europejskich banków z 11 krajów, w tym większość banków z krajów Europy Środkowej i Wschodniej.

Rośnie popularność samochodów elektrycznych. Branża liczy na istotny wzrost rentowności

Ponad połowa menedżerów globalnych firm motoryzacyjnych jest przekonanych, że do 2030 roku udział pojazdów elektrycznych w rynku gwałtownie wzrośnie – wynika z globalnego badania KPMG. Jednocześnie zdaniem przedstawicieli kadry menedżerskiej firm motoryzacyjnych kwestie związane z łańcuchem dostaw i niedoborem siły roboczej są bardzo niepokojące.

W tegorocznej edycji globalnego badania KPMG, 53% ankietowanych jest przekonanych, że branża odnotuje istotny wzrost rentowności, podczas gdy tylko 38% jest zaniepokojonych perspektywami zysków. Jak wynika z badania, w którym wzięło udział 372 prezesów firm, optymizm kadry zarządzającej rozszerza się również na inne obszary, w tym zdolność branży do przetrwania kolejnego wielkiego przełomu.

Od czasu powstania przemysłu motoryzacyjnego 130 lat temu producenci samochodów rzadko mieli do czynienia z takim wachlarzem zmian technologicznych i biznesowych. Samochody na abonament, wszechobecne i szybkie stacje ładowania pojazdów elektrycznych, nowe technologie w motoryzacji czy latające taksówki – to tylko niektóre z wydarzeń, których możemy się spodziewać w ciągu najbliższych 10 lat – mówi Mirosław Michna, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Lider doradztwa dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Wrażliwe łańcuchy dostaw i niedobory siły roboczej

Wyniki tegorocznego badania KPMG wskazują na obawy kadry kierowniczej związane z szeregiem kwestii wpływających na łańcuch dostaw, w tym o cenę i dostępność półprzewodników, stali, i innych deficytowych materiałów. Ponad połowa respondentów wyraża zaniepokojenie podażą tego typu materiałów. Ponadto 55% respondentów jest niezwykle lub bardzo zaniepokojonych niedoborem pracowników. Producenci samochodów konkurują o pracowników nie tylko między sobą, ale także z innymi branżami. Jest prawdopodobne, że w nadchodzących latach kadra kierownicza będzie zmuszona poświęcić znaczący czas na rozwiązanie problemów z tym związanych.

Wzrost liczby pojazdów elektrycznych

Przedstawiciele kadry zarządzającej w branży motoryzacyjnej spodziewają się, że udział pojazdów elektrycznych w rynku będzie gwałtownie rósł. Respondenci przewidują, że do 2030 r. pojazdy elektryczne zajmą połowę rynku samochodowego w Japonii, Chinach, Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej oraz około 40% w Brazylii i Indiach.

Inwestycje w infrastrukturę szybkiego ładowania kluczowym czynnikiem rozwoju elektromobilności

Popularność pojazdów elektrycznych może zależeć od znaczących inwestycji w infrastrukturę szybkiego ładowania prądem stałym. 77% respondentów badania spodziewa się, że konsumenci będą oczekiwać czasu ładowania poniżej 30 minut podczas podróży. Obecnie w przypadku większości stacji ładowania czas ten wynosi ponad trzy godziny.

Istotnym trendem jest zwiększenie udziału pojazdów elektrycznych, który prawdopodobnie nabierze tempa wraz z pojawieniem się na rynku nowych, atrakcyjnych dla użytkowników modeli. Oczekuje się, że do końca dekady koszty pojazdów elektrycznych zrównają się z kosztami pojazdów napędzanych silnikami spalinowymi. Jednocześnie cyfryzacja fundamentalnie zmienia relacje między producentami samochodów, a ich klientami oraz dostawcami – mówi Przemysław Szywacz, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego w zespole doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Nowi gracze i przejście na technologię cyfrową

Branże technologiczna i motoryzacyjna powoli się łączą, co prowadzi do zawierania nowych sojuszy i wchodzenia nowych podmiotów na rynek. 78% respondentów zgadza się, że w najbliższych latach nastąpi zasadnicza zmiana w sposobie nabywania pojazdów, twierdząc, że do 2030 roku większość z nich będzie sprzedawana przez internet. Około trzy czwarte respondentów przewiduje natomiast, że ponad 40% pojazdów będzie sprzedawanych bezpośrednio przez producentów samochodów konsumentom, bez udziału dealerów.

O RAPORCIE:
Raport KPMG International pt. „Global Automotive Executive Survey” prezentuje perspektywy na przyszłość sektora motoryzacyjnego. Ponad 1100 przedstawicieli kadry kierowniczej z 31 krajów spodziewa się, że w ciągu najbliższych 5 do 10 lat dojdzie do gruntownej transformacji sektora. W raporcie przedstawione zostały spostrzeżenia członków kadry kierowniczej na temat głównych czynników kształtujących branżę, od kwestii związanych z łańcuchem dostaw i układy napędowe, do zmieniających się zachowań konsumentów i nowych technologii.

Jastrzębi zwrot Fedu

Rezerwa Federalna dała jasno znać, że inflacja w USA jest największym problemem, z jakim obecnie się mierzy, a jej zmniejszenie – priorytetem. Tak radykalny zwrot wywindował kurs USD/PLN powyżej poziomu 4,10.

Dawne korelacje na rynku ponownie są w mocy – w ostatnich dniach dolar zyskał względem pozostałych walut G10 i większości walut rynków wschodzących. Rynki akcji zanurkowały, spready kredytowe uległy rozszerzeniu, a rentowności obligacji wzrosły.

Rozpoczynający się tydzień będzie obfitował w ważne dla rynku walutowego informacje i dane. W centrum uwagi pozostają banki centralne. W czwartek decyzje ws. stóp procentowych podejmą Europejski Bank Centralny, Bank Anglii i Narodowy Bank Czeski. Oczekuje się, że dwa ostatnie ponownie podniosą stopy procentowe, odpowiednio o 25 (do 0,5%) i 75 pb. (do 4,5%).

Rynki będą wypatrywać też jakichkolwiek oznak zmiany jak dotąd gołębiej retoryki Christine Lagarde, szefowej EBC, i wycofywania się z obietnicy niepodnoszenia stóp przed 2023 r. Środowy odczyt inflacji w strefie euro w styczniu i piątkowy raport z amerykańskiego rynku pracy (non-farm payrolls; NFP) domkną napięty tydzień.

PLN

Polski złoty w ubiegłym tygodniu doświadczył wyraźnej słabości za sprawą pogorszenia sentymentu w związku z rynkowymi obawami o możliwą eskalację konfliktu na Wschodzie. Jednocześnie kurs EUR/PLN nie reagował mocno na posiedzenie amerykańskiej Rezerwy Federalnej, co wzmacnia nasze przekonanie, że wyższe stopy procentowe w rozwiniętych krajach nie powinny nakładać istotnej presji na waluty krajów, w których banki centralne agresywnie zacieśniają politykę monetarną. Przykładem tego typu kraju jest Polska, w której stopy najpewniej ponownie pójdą w górę w przyszłym tygodniu.

W kontekście podwyżek stóp procentowych przez RPP warto wspomnieć o coraz większych oczekiwaniach rynku, które wydają się wzmocnione przez jastrzębie sygnały płynące z Fedu. Obecnie rynek zakłada, że w perspektywie sześciu miesięcy stopa referencyjna dobije do okolic 4,5%, co jest wartością wysoką, ale nie nieracjonalną. Jest coraz więcej argumentów za tym, że stopy procentowe w 2022 r. przekroczą poziom 4%, co zgodnie z naszymi oczekiwaniami powinno wspierać aprecjację złotego.

EUR

EBC pozostaje samotnym gołębiem wśród głównych banków centralnych. Na posiedzeniu w czwartek to łagodne nastawienie zostanie poddane kolejnej próbie. Inwestorzy będą uważnie analizować komentarze Christine Lagarde, by wychwycić wszelkie oznaki tego, że wciąż rosnąca inflacja w strefie euro powoli wymusza zmianę retoryki. Zebranie odbędzie się niedługo po wstępnym odczycie inflacji w styczniu, który zgodnie z naszymi oczekiwaniami powinien pokazać ograniczony spadek związany m.in. z wygaśnięciem efektu zeszłorocznej podwyżki VAT w Niemczech. Jednocześnie nie zapowiada się na szybką zmianę trendu, a inflacja nadal powinna wyraźnie przewyższać projekcje EBC.

USD

Rezerwa Federalna w zeszłym tygodniu przedstawiła jasne argumenty za dość agresywnym zacieśnieniem polityki pieniężnej: pełne zatrudnienie w gospodarce, silny popyt i rozdzierająca presja inflacyjna. Co ważniejsze, otworzyła drzwi do nawet bardziej agresywnego cyklu podwyżek, niż obecnie wycenia rynek, jeśli nadchodzące dane to uzasadnią. Powell zasugerował, że każde posiedzenie może rzynieść zmianę, co oznacza możliwość więcej niż czterech podwyżek stóp w 2022 r.

Jastrzębiość Fedu w połączeniu z mocniejszymi od oczekiwań danymi o wzroście PKB USA w IV kwartale sprowadziły kurs EUR/USD do najniższego poziomu od czerwca 2020 r., podbijając jednocześnie kurs USD/PLN powyżej poziomu 4,10.

W tym tygodniu uwaga będzie skupiona na kluczowym raporcie z amerykańskiego rynku pracy (NFP), którego waga może być jednak niższa niż zazwyczaj w związku z zakłóceniami związanymi z Omikronem. Mogą one skutkować stosunkowo słabym odczytem zmiany zatrudnienia, ale uważamy, że zarówno Fed, jak i rynek nie przejmą się nimi i będą czekać na kolejne – poomikronowe – dane w lutym.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Itsaso Apezteguia – analitycy Ebury

Rynek biurowy w fazie przemiany – trendy na 2022

W nadchodzącym czasie coraz większe znaczenie zyskiwać będą nowoczesne miejsca pracy, bogato wykorzystujące nowe technologie i stwarzające przyjazne środowisko dla użytkowników. Wiodącą pozycję zajmą biurowce funkcjonujące w zgodzie z zasadami ESG, nowym ładem środowiskowym, społecznym i korporacyjnym, szczególnie te usytuowane w centralnych obszarach miast.   

Dalsze zmiany na rynku biurowym w dużej mierze determinowało będzie tempo adaptacji w firmach hybrydowego modelu pracy. Jeśli popatrzymy na dzisiejszy rynek możemy zauważyć, że praca hybrydowa powoli staje się normą. Firmy otwierają się na ten model, co wiąże się z preferencjami pracowników, którzy coraz częściej oczekują od pracodawców większej elastyczności w zakresie wyboru formy i godzin pracy. Wielu młodych ludzi od tego uzależnia zainteresowanie ofertą pracy i chęć przystąpienia do rekrutacji. W najbliższych latach biura będą więc ewoluować w stronę powierzchni dostosowanych do rotacyjnego modelu pracy.

Nie we wszystkich sektorach wprowadzenie podziału na pracę zdalną i biurową jest oczywiście możliwe, ale przykładowo w obszarze IT, finansach, administracji i księgowości, czy usługach dla biznesu, marketingu, obsłudze klienta, czy HR można spodziewać się sukcesywnego upowszechnienia się hybrydowego modelu pracy.

Opcja elastycznego wynajmu

W perspektywie następnych lat części firm prawdopodobnie zdecyduje się na pewną redukcję zajmowanej powierzchni biurowej. Choć, jak dotąd skala tego zjawiska, wbrew pozorom nie jest tak duża jak można przypuszczać, to tendencja jest widoczna. Z pewnością najemcy poszukiwać będą też coraz bardziej elastycznych rozwiązań, dzięki którym będą mogli wykorzystywać przestrzeń biurową na wiele sposobów, dostosowując ją na bieżąco do zmieniających się potrzeb firmy. Będzie rosła liczba firm, które decydować się będą na opcję core&flex, zakładającą połącznie tradycyjnej przestrzeni i korzystanie z powierzchni elastycznych.  

Ten kierunek doboru przestrzeni do pracy przez przedsiębiorców zauważają właściciele nieruchomości biurowych, którzy włączają przestrzenie elastyczne do puli udogodnień w swoich budynkach. To również woda na młyn firm oferujących powierzchnie flex. Segment systematycznie rośnie. W tym roku planowane jest uruchomienie kolejnych przestrzeni coworkingowych w całej Polsce. Prawdopodobnie, coraz częściej wykorzystywaną opcją staną się także abonamenty dostępu do sieci coworkingów z powierzchnią dostępną w różnych lokalizacjach.

Należy zauważyć, że jeszcze większym powodzeniem niż wcześniej cieszą się teraz budynki położone w centralnych częściach miast. Świadczyć może o tym choćby  zeszłoroczna struktura najmu w Warszawie, gdzie większość wynajętej powierzchni usytuowana była w centrum miasta. Zmieniają się też same biura. Ich przestrzeń jest jeszcze bardziej dostosowywana do interaktywnej pracy w grupie. Zyskuje open space, który przy niskim obłożeniu w biurze daje pracownikom poczucie większego komfortu. Jednocześnie, ważny jest także dostęp do stref przeznaczonych do pracy cichej oraz części socjalnych.

Nowi inwestorzy

Cieszy fakt, że wiele podmiotów planuje wejście na polski rynek, dzięki czemu wypełnione zostaną powierzchnie ewentualnie redukowane przez niektóre branże. Jednym z głównych sektorów, który od lat prężnie rozwija się w Polsce i jest najemcą sporej części biur jest branża świadcząca nowoczesne usługi dla biznesu. Rosnące zatrudnienie w tym segmencie związane jest ze stałym napływem do naszego kraju nowych inwestorów oraz rozwojem organizacji obecnych już na polskim rynku. W sektorze prowadzone są rekrutacje na szeroką skalę. Najwięcej miejsc pracy oferują dziś firmy z Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Holandii, Belgii oraz Niemiec, które w ostatnim czasie zdecydowały się na przeniesienie swoich usług do naszego kraju.

Firmy sektorowe nieustannie otwierają nowe procesy rekrutacyjne, ale kandydatów jest mniej od niż stanowisk pracy. Także w przypadku tej branży oczekiwania pracowników i pracodawców rozmijają się. Większość pracowników, którzy na ogół zasypywani są ofertami pracy, oczekuje pracy w systemie hybrydowym lub w pełni zdalnej, a pracodawcy chcą powrotu do biur.

Sądzę, że w tym roku możemy spodziewać się większej aktywności najemców, co przekładać będzie się na spadek współczynnika pustostanów biurowych w kraju. Na świecie już teraz obserwować możemy wielki powrót do biur. Symptomy odwrócenia się trendu spadkowego w sektorze biurowym mogliśmy obserwować na naszym rynku już w ostatnim kwartale 2021 roku. W Warszawie w ostatnich trzech miesiącach minionego roku aktywność najemców wróciła do poziomu rejestrowanego przed pandemią. Tylko na czwarty kwartał zeszłego roku przypadło aż 40 proc. powierzchni wynajętej na rynku warszawskim w ciągu całego 2021 roku. Popyt na stołeczne biura sięgnął w ubiegłym roku poziom niemal 650 tys. mkw. powierzchni, podczas, gdy na rynek weszło niespełna 325 tys. mkw. nowych biur. Prawie 80 proc. oddanej powierzchni znajduje się w obszarze centralnym. Podobnie też, najwięcej zakontraktowanych biur usytuowanych jest centralnie.

Rośnie popyt, spada podaż

Niestety inwestycje biurowe w większości są nadal zamrożone. Deweloperzy ostrożnie podchodzą do budowy nowych projektów. W Warszawie w budowie jest o połowę mniej powierzchni biurowych niż w 2019 roku. Inwestycje wyhamowują szybko rosnące koszty realizacji nieruchomości przy mało stabilnych warunkach rynkowych. Jeśli sytuacja się nie zmieni i nie będą uruchamiane nowe realizacje w perspektywie 2-3 lat możemy mieć do czynienia z niedoborem powierzchni na głównych rynkach biurowych w kraju.

Rośnie z kolei aktywność inwestorów, którzy mają jednak coraz większe wymagania w zakresie jakości budynków, w tym pod kątem ESG. Wzrasta popyt na nowoczesne biurowce spełniające restrykcyjne wymogi związane z parametrami ekologicznymi, zlokalizowanymi w największych miastach w kraju. Szacowana wartość wolumenu transakcji na rynku inwestycyjnym w Polsce w 2021 roku jest zbliżona do poziomu osiągniętego w 2020 roku. Oczekujemy jednak wzrostu dynamiki rynku inwestycyjnego w nadchodzących miesiącach i większego napływu kapitału do Polski. W trakcie procesu negocjacji znajduje się wiele transakcji dotyczących projektów z segmentu biurowego, które weszły niedawno na rynek, stąd rok bieżący powinien przynieść już poprawę wyników.

Decydujące ESG

Dla decyzji podejmowanych przez inwestorów kluczowe będą kwestie związane z ESG. Chodzi, nie tylko o rosnącą ogólnie świadomość w zakresie zrównoważonego rozwoju i wpływu budownictwa oraz budynków na środowisko, ale także przyjętymi wymogami i związaną z nimi koniecznością raportowaniem działalności w zakresie ESG. Strategie inwestycyjne będą ściśle związane z nabywaniem aktywów oraz współpracą z firmami, które oferują produkt spełniający wymagania pod kątem środowiskowym.

Będzie to miało istotny wpływ na kształtowanie się rynku nieruchomości w przyszłych latach i wycenę aktywów. Inwestorzy i najemcy będą oczekiwać niskiej emisyjności biurowców czy planów dochodzenia do niej. Przewagę konkurencyjną zyskiwać będą obiekty oferujące rozwiązania z obszaru technologii klimatycznych. Na sile przybierać będą też trendy związane z certyfikowaniem budynków odnośnie przyjaznego wpływu na użytkowników oraz gwarantujące im pełne  bezpieczeństwo.

Bartłomiej Zagrodnik, Managing Partner/CEO w Walter Herz

Elektryczne samochody zmienią system energetyczny w Polsce?

Liczba dostępnych ofert samochodów używanych z napędem elektrycznym w Polsce rośnie w bardzo szybkim tempie. Porównując rok 2021 i 2020 był to wzrost o 90 proc.  – wynika z danych Autobaza.pl. Rozwój elektromobilności to znaczący trend w Europie, który ma i miał będzie wpływ na motoryzacyjny krajobraz nad Wisłą. Rosnące zapotrzebowanie na punkty ładowania takich pojazdów skutkuje m.in. transformacją przesyłu i zarządzania energią. Czy linie energetyczne z powodu zbyt dużej liczby samochodów elektrycznych zostaną przeciążone?

Elektromobilność na topie

Wzrastająca popularność elektrycznych samochodów w Polsce potwierdza nadchodzący trend, który będzie kształtował wygląd ulic i rozwój infrastruktury drogowej w najbliższym czasie. Dane autobaza.pl pokazują, że liczba ofert używanych elektryków w Polsce w 2021 r. zwiększyła się ponad trzykrotnie (302 proc.) w porównaniu z 2019 r.

Warto jednak wiedzieć, że – pomimo dynamicznego przyrostu elektrycznych samochodów na drogach – rozwój infrastruktury ładowania nie dotrzymuje kroku.

O ile posiadanie elektryka w dużym mieście nie stanowi problemu, tak jadąc w dłuższą trasę – szczególnie zimą – może okazać się to problematyczne ze względu na ograniczony zasięg pojazdów oraz braki w punktach ładowania – wyjaśnia Marek Trofimiuk, ekspert autobaza.pl. Niezaprzeczalnie jednak wchodzimy w erę samochodów elektrycznych, która będzie zmieniała nasz krajobraz i przyzwyczajenia – dodaje.

Pod koniec grudnia 2021 r. w Polsce funkcjonowały 1 932 ogólnodostępne stacje ładowania pojazdów elektrycznych (3 784 punkty) – wynika z danych Licznika Elektromobilności. Dla porównania – w połowie 2021 r. w Niemczech było 44 538 punktów ładowania – pokazują dane Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA).

Warto odnotować, że wzrosła również liczba hybryd na drogach. Rok 2021 zakończył się z liczbą ofert używanych pojazdów o tym napędzie aż o 40 proc. większą niż w 2020 r. – wynika z danych Autobaza.pl

Elektryki zmieniają krajobraz

Co ciekawe, rozwój elektrycznych samochodów niesie za sobą nie tak oczywiste zmiany. W momencie, kiedy pojazdy z tym napędem staną się dominujące na rynku, może okazać się, że niezbędna będzie modyfikacja sieci energetycznych. Ich tradycyjna przepustowość mogłaby nie być wystarczająca, szczególnie w godzinach szczytu, kiedy wiele samochodów potrzebowałoby ładowania.

W unijnym planie o nazwie Fit for 55 widzimy zmianę. Do tej pory w kontekście cięcia emisji CO2 skupiano się na energetyce, przemyśle, od niedawna jednak wzięto pod uwagę także motoryzację. Dokument zakłada, że od 2035 r. 100% rejestrowanych samochodów będzie zeroemisyjnych – większość z nich ma być właśnie pojazdami elektrycznymi. Ambicje dotyczące zmian w sektorze transportu kołowego są bardzo duże. Samochody elektryczne niejako wymuszą zmianę świata dookoła nas – mówi Marek Trofimiuk, ekspert autobaza.pl.

Przeciążenie linii energetycznych nie jest jednak bezpośrednim zagrożeniem. Z wyliczeń Ministerstwa Energii (aktualnie Ministerstwo Aktywów Państwowych) wynika, że milion aut elektrycznych wygeneruje dodatkowy popyt na energię w wysokości 2,3-4,3 TWh. To nieduża wartość, biorąc pod uwagę fakt, że w Polsce wytwarza się 161 TWh energii elektrycznej. Przy ewentualnym zakazie sprzedaży aut z napędem spalinowym może okazać się jednak, że liczba pojazdów z bateriami zdecydowanie wzrośnie, a wtedy niezbędna będzie odpowiednia infrastruktura.

Ciekawym rozwiązaniem na wykorzystanie tego trendu jest również projekt Grupy Renault, która tworzy system magazynowania energii, oparty na akumulatorach samochodów elektrycznych – wskazuje Marek Trofimiuk, ekspert autobaza.pl Polega on na tym, że w momencie, gdy produkcja energii z OZE jest duża, podłączone do ładowarek pojazdy ładują się. Natomiast w sytuacji ograniczonej produkcji, działają w drugą stronę i oddają zgromadzoną energię do sieci, wspierając np. gospodarstwa domowe – dodaje.

Nowe bloki bez garaży i miejsc parkingowych? Nie wszystkim się to spodoba

Obecnie trudno sobie wyobrazić nowy budynek lub osiedle bez garażu podziemnego czy parkingu. Jednak wygląda na to, że w największych miastach powoli zacznie to być normą. Zniknąć ma bowiem przepis, który obliguje gminy do zapewnienia miejsc postojowych dla samochodów mieszkańców nowo budowanych budynków.

Ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo wyjaśnia, że od 20 września 2022 r. ma zacząć obowiązywać nowe rozporządzenie w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie. W projekcie nie ma m.in. § 18 z obecnego rozporządzenia. Przepis ten mówi, że „zagospodarowując działkę budowlaną, należy urządzić, stosownie do jej przeznaczenia i sposobu zabudowy, stanowiska postojowe dla samochodów użytkowników stałych i przebywających okresowo, w tym również stanowiska postojowe dla samochodów, z których korzystają osoby niepełnosprawne. Liczbę stanowisk postojowych i sposób urządzenia parkingów należy dostosować do wymagań ustalonych w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego albo w decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu, z uwzględnieniem potrzebnej liczby stanowisk, z których korzystają osoby niepełnosprawne”.

Sygnał dla gminnych urzędników

Rzeczoznawca budowlany i członek Rady Krajowej Polskiej Izby Inżynierów Budownictwa Mariusz Okuń nie kryje zaskoczenia, gdy zapytaliśmy go o opinię w tej sprawie.

–  W projekcie rozporządzenia oraz o dziwo również w uzasadnieniu nie ma mowy o wykreśleniu paragrafu 18 – przyznaje Mariusz Okuń.

Jakie mogą być jej konsekwencje takiej zmiany przepisów?

–  Można uznać, że nic się nie zmieni, bo i tak należy zrealizować inwestycję zgodnie z zapisami planu zagospodarowania przestrzennego lub – jeśli działka nie jest objęta takim planem – warunków zabudowy. Z drugiej jednak strony, w przypadku gdy ustawodawca nie wpisał wprost, a wręcz celowo wykreślił obowiązek zapewnienia miejsc postojowych, można domniemywać, że takiego obowiązku nie ma – odpowiada Mariusz Okuń.

Marek Wielgo zwraca uwagę, że w zależności od lokalizacji gminy stosują różne limity miejsc postojowych na lokal.

– Współczynnik, który standardowo przyjmuje się przy zabudowie wielorodzinnej to 1, czyli jedno miejsce parkingowe na jedno mieszkanie – mówi Mariusz Zabielski, dyrektor Regionu Centralnego Bouygues Immobilier Polska w sondzie portalu RynekPierwotny.pl.

Angelika Kliś z zarządu firmy Atal dodaje, że tak jest m.in. w Warszawie i Łodzi. Natomiast w Krakowie lub Katowicach standardowy współczynnik to 1,2. To oznacza, że dla 100 mieszkań deweloper musi zapewnić 120 miejsc parkingowych.

Mariusz Okuń uważa, że zmiana w warunkach technicznych może wiec być sygnałem dla gminnych urzędników, aby rezygnowali z parametru dotyczącego miejsc postojowych. Byłoby to zgodne z trendem, który przyszedł do nas z zachodu Europy. Tam w wielu miastach ograniczany jest ruch samochodów prywatnych. Oczywiście głównym celem jest poprawa jakości powietrza, które jest zatruwane przez pojazdy spalinowe.

Lawinowy wzrost liczby samochodów

Jak dotąd żadne z polskich miast nie wprowadziło drastycznych ograniczeń ruchu samochodowego w  centrach. Samorządowcy najchętniej inwestują w ekologiczny transport publiczny oraz w ścieżki rowerowe. I trzeba przyznać, że ich długość bardzo się wydłużyła w ostatnich latach. W Warszawie drogi dla rowerów liczą już ok. 676 kilometrów.Ścieżki rowerowe

Coraz częściej wdrażana przez administrację samorządową koncepcja miasta 15-minutowego sprawia, że dotarcie do najważniejszych ośrodków aktywności mieszkańców, typu praca, szkoła, przychodnia czy park wymaga jedynie krótkiego spaceru. Natomiast w poruszaniu się po mieście na dłuższe dystanse rośnie znaczenie bardziej ekologicznych środków transportu takich jak rower czy komunikacja miejska. W efekcie użyteczność samochodu spada, co obserwujemy wśród naszych klientów, z których część nie posiada aut – przyznaje Grzegorz Smoliński, dyrektor działu sprzedaży w Dom Development.

Jednak choć coraz więcej mieszkańców największych miast przesiada się na rower lub korzysta z komunikacji miejskiej, to liczba osobówek rośnie w lawinowym tempie. Na przykład w Warszawie wzrosła w ciągu ostatnich 10 lat z ok. 931,5 tys. do ponad 1,4 mln, czyli o ponad 50%!Liczba samochodów

Jedną z przyczyn jest rozwój budownictwa mieszkaniowego. W poprzedniej dekadzie w stolicy powstało ponad 185,7 tys. mieszkań. A każde z nich to co najmniej jedno miejsce parkingowe.

–  Nie wyobrażamy sobie projektu budynku bez uwzględnienia hali garażowej czy miejsc naziemnych. To podstawa, bez której inwestycja nie spełnia naszych podstawowych kryteriów miejsca przyjaznego do życia – mówi Krzysztof Gozdecki, dyrektor techniczny Bouygues Immobilier Polska.

Klienci zwracają uwagę nie tylko na liczbę miejsc w garażu, ale także na ogólnodostępne miejsca postojowe na terenie inwestycji. Podążamy za tym oczekiwaniem w naszych projektach – wtóruje mu Grzegorz Szymborski z Ronson Development.

Garaże windują ceny mieszkań

Problem w tym, że w gęstej zabudowie coraz mniej jest wolnych gruntów, a ich ceny są bardzo wysokie. Budowa garaży podziemnych stała się więc koniecznością, choć bardzo podnosi koszt budowy.

–  Wielkość udziału hali garażowej w kosztach całej inwestycji zależy do wielu czynników: projektu, warunków gruntowych, liczby kondygnacji podziemnych czy zastosowanych rozwiązań technicznych. Przy jednej kondygnacji podziemnej cena, jaką trzeba zapłacić za realizację hali, może wynieść nawet 30% całkowitych nakładów na realizację projektu – przyznaje Tomasz Kaleta, dyrektor departamenty sprzedaży w Develia.

Za miejsce w garażu podziemnym nabywcy mieszkań płacą zwykle od 25 tys. do 50 tys. zł. Czy te wpłaty pokrywają koszty?

–  Miejsca parkingowe sprzedajemy po ok. 30 tys. zł. Koszt realizacji jest zaś co najmniej dwukrotnie większy, bo na każde miejsce parkingowe przypada średnio drugie tyle powierzchni na dojazd i manewrowanie. Ponadto, czasem stosujemy mechaniczne platformy parkingowe, które są również kosztowne. W przypadku zewnętrznych miejsc parkingowych cena sprzedaży jest porównywalna z kosztem realizacji. Ale kiedy doliczymy wartość terenu pod parkingiem, koszt będzie wyższy od ceny sprzedaży – tłumaczy Grzegorz Szymborski, project manager w Ronson Development.

–  Wpłaty klientów wystarczają na ok. 45-70% wydatków budowlanych, chociaż zdarzają się odchyły w jedną lub drugą stronę – dodaje Angelika Kliś z firmy Atal.

Różnica jest więc wliczana w cenę mieszkań. Co gorsza, ci, którzy nie mają samochodu, dotują zmotoryzowanych sąsiadów.

Mniej miejsc garażowych w centrach

Jednak czy prawne usankcjonowanie możliwości zwolnienia z budowy garażu podziemnego jest na rękę deweloperom? W sondzie portalu RynekPierwotny.pl deklarują, że nie zrezygnują całkowicie z budowy parkingów podziemnych, nawet gdyby gmina dała im wolną rękę w tej kwestii. Reprezentujący firmę Bouygues Immobilier Polska Mariusz Zabielski przyznaje równocześnie, że uzasadnione jest ograniczanie liczby miejsc parkingowych, ale tylko na obszarach dobrze skomunikowanych lub położonych w ścisłym centrum miasta.

Ekspert budowlany Mariusz Okuń spodziewa się, że w pierwszej kolejności właśnie w takich lokalizacjach gminy dopuszczą budowę budynków bez miejsc garażowych lub z niewielką ich liczbą.

Jest już nawet pierwszy przykład takiej inwestycji na warszawskim Ursynowie. Firma Marvipol Development buduje 11-kondygnacyjny blok z 65 mieszkaniami, w którym nie będzie parkingu. Deweloperowi udało się przekonać urzędników, że nie jest on konieczny ze względu na bliskość przystanków autobusowych i stacji metra. Deweloper zapewnia, że jego inwestycja wpisuje się w ideę miasta 15-minutowego. Mieszkańcy będą mieli do dyspozycji rowerownie, zewnętrzny parking dla rowerów oraz stację do ich naprawy. Budowa ma się zakończyć w drugiej połowie przyszłego roku. W ofercie dewelopera jest już tylko połowa wolnych lokali.

Istnieje jednak ryzyko, że w tego typu inwestycjach część mieszkań trafi na rynek najmu.

Wśród najemców najpewniej znajdą się zaś posiadacze czterech kółek. Będą więc oni rywalizowali o miejsca postojowe z mieszkańcami starszych bloków bez garaży. Może się więc okazać, że zastawione samochodami będą nie tylko legalne miejsca, ale także chodniki i trawniki. W tej kwestii konieczny jest więc kompromis, bo w wielu przypadkach posiadanie auta jest koniecznością a nie fanaberią – zauważa ekspert GetHome.pl.

Prezes Resi4Rent Sławomir Imianowski zapewnia, że jego firma stara się nie popełnić tego błędu.

–  Na etapie przygotowania i projektowania naszych inwestycji zawsze szczegółowo analizujemy stan miejskiej infrastruktury parkingowej, komunikacji publicznej w najbliższej okolicy, specyfikę miasta oraz preferencje komunikacyjne mieszkańców – mówi Sławomir Imianowski.

I dodaje, że inwestycje z mieszkaniami na wynajem Resi4Rent zlokalizowane są w centrach miast lub w dogodnie skomunikowanych i dobrze zagospodarowanych dzielnicach. Wszystko co niezbędne do wygodnego życia, czyli praca, sklepy i usługi znajduje się w zasięgu spaceru lub dojazdu rowerem, bez konieczności korzystania z samochodu. Według ankiet przeprowadzonych w ostatnim miesiącu wśród mieszkańców obiektów Resi4Rent aż połowa z nich deklaruje, że przemieszcza się pieszo lub rowerem.

–  Mniejsze zapotrzebowanie na miejsca parkingowe w inwestycjach pod wynajem potwierdzają także nasze statystyki. Przykładowo w trzech warszawskich obiektach Resi4Rent odsetek lokatorów korzystających z możliwości wynajęcia miejsca parkingowego nie przekracza 29% – informuje Sławomir Imianowski.

Nowoczesny outsourcing pracowniczy a składki zdrowotne: co warto wiedzieć?

Outsourcing pracownika to skuteczny, cieszący się coraz większą popularnością, sposób, by szybko zwiększyć wydajność naszej firmy. Co warto wiedzieć o tej metodzie pozyskiwania siły roboczej? Czy outsourcing pracowniczy rodzi obowiązek opłacania składek ZUS?

Na czym polega outsourcing pracowniczy?

To prosta, skuteczna metoda, by szybko zwiększyć zasoby ludzkie w naszej działalności. Świetny sposób, by skorzystać z doświadczenia osób, które mogą dla naszej firmy poprowadzić m.in. księgowość, dział HR czy prace magazynowe to outsourcing pracowniczy, oferowany na przykład przez kono.jobs.

W jaki sposób znajduje się odpowiednich pracowników, co do których możemy być pewni, że sprawdzą się na interesującym nas stanowisku?

-Docieramy poprzez własną sieć punktów na Ukrainie, współpracujących z nami agentów oraz biuro, które zajmuje się przygotowywaniem dokumentacji. Centrala znajduje się we Lwowie — mówi Łukasz Końpa, CEO Kono.jobs, firmy, która oferuje profesjonalne usługi outsourcingowe już od 2005 roku.

Właśnie taka, składająca się z wielu szczebli, struktura pozyskiwania pracowników, znacznie zwiększa szanse na to, że w ostatecznym rozrachunku trafią do nas osoby, które znają się na swojej robocie. Decydując się na podpisanie umowy o świadczenie usług outsourcingu pracowniczego, warto mieć pewność, że działamy z firmą, która może pochwalić się na tym polu wieloma sukcesami.

Outsourcing pracowniczy a ZUS — co trzeba wiedzieć?

Warto zwrócić na to, by przez cały proces pozyskiwania pracownika przeprowadzała nas kompetentna firma, które doskonale zna wykładnię przepisów prawa. Może dojść do sytuacji, kiedy pracownicy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych będą próbowali wykazać, że nie dochodzi tu to faktycznego przejęcia pracowników w trybie, jaki opisuje artykuł 23 Kodeksu Pracy, co może doprowadzić to do wielu problematycznych sytuacji.

Wystarczy, że w zły sposób wyrejestrujemy takie osoby z ubezpieczenia ZUS ZWUA. Nie każdy przedsiębiorca wie, kiedy należy podać kod wyrejestrowania 800, a kiedy 100. Mimo tego, że to tylko kilka cyfr, to różnica może być dla naszej firmy znacząca.

Przesłanki, które mogą prowadzić do problemów ze składkami zdrowotnymi w outsorcingu pracowniczym, to sytuacje, kiedy:

  • podmiot, z którym podpisujemy umowę przejmie jedynie obsługę dokumentacji prawniczej i płacowej na zasadach właściwych dla biur rachunkowych,
  • rola firmy przejmującej pracowników sprowadza się tylko do wypłacania im wynagrodzenia otrzymanego od naszej działalności,
  • nie nastąpiły żadne zmiany w zakresie pracy świadczonej przez pracowników.

Outsourcing pracowniczy a praca tymczasowa

Mimo wielu podobieństw między tymi dwoma formami współpracy trzeba wskazać na wiele różnic, spośród których część jest niezwykle ważna dla instytucji kontrolujących rynek pracy w Polsce.

Kluczową kwestią jest podstawa prawna. Outsourcing z założenia opiera się na przepisach Kodeksu Cywilnego, a praca tymczasowa jest uregulowana w innych aktach prawnych.

Kolejne różnice dotyczą m.in. kierownictwa w organizacji. Co do zasady, firma outsourcingowa pozostaje faktycznym pracodawcą, a więc osoba zatrudniona w ten sposób realnie podlega kierownictwu właśnie tej działalności. W modelu pracy tymczasowej pracownicy podlegają decyzjom wybranego pracodawcy, dla którego w danej chwili pracują.

W ekosystemie, na który składa się tak wiele drobnych różnic, nie warto zdawać się na przypadek. Lepiej wybrać firmę, która działa w tym sektorze rynku od lat i z powodzeniem przeprowadzi nas przez cały proces pozyskiwania pracowników outsourcingowych.

Przetwornik ciśnienia – budowa i zasada działania

Przetwornik ciśnienia jest urządzeniem, które przekształca informację o wartości mierzonego ciśnienia na sygnał cyfrowy lub elektryczny. Najważniejsza różnica pomiędzy przetwornikiem a standardowym, analogowym czujnikiem, polega na tym, że czujnik nie musi być zasilany z zewnątrz. Natomiast przetwornik potrzebuje zewnętrznego zasilania.

Przetwornik ciśnienia – miernik do zadań specjalnych

przetwornik ciśnieniaNajważniejszymi cechami, którymi powinien charakteryzować się wysokiej jakości przetwornik ciśnienia, są oczywiście wytrzymałość oraz dokładność pomiaru. Jest to o tyle ważne, że w takim urządzeniu znajdują się również elementy elektroniczne. A te bez porównania gorzej znoszą skrajne temperatury, drgania czy obecność żrących substancji, bo i takie są monitorowane za pomocą przetworników. Tym samym materiały, jak stal nierdzewna, specjalistyczna ceramika, krzem czy tytan, są dość często stosowane do budowy tego typu mierników. Także dlatego, że niektóre z nich wymagają odpowiednich atestów pozwalających chociażby na kontakt z żywnością czy wodą pitną.

Poza tym warto wziąć pod uwagę fakt, że przetworniki mogą mierzyć ciśnienie powietrza, spalin lub różnego rodzaju gazów, w tym także żrących. Olej hydrauliczny, woda, bardzo aktywne chemikalia czy ciecze o różnych właściwościach fizycznych również mogą być medium, na którym dokonuje się pomiarów ciśnienia.

Do tego dochodzą różnice dotyczące zakresu pomiarowego, a także różne warianty stosowanych przyłączy elektrycznych oraz procesowych. W większości przypadków przetworniki są montowane w punkcie pomiarowym na stałe, z myślą o ich jak najdłuższej eksploatacji. Zdarzają się jednak sytuacje, w których taki sposób montażu nie sprawdza się. Na przykład w branży farmaceutycznej lub spożywczej regularne czyszczenie przetwornika ciśnienia z pozostałości medium jest jednym z warunków koniecznych do prawidłowego przeprowadzenia określonych procesów technologicznych.

Widać zatem, że są to urządzenia, które występują w bardzo dużej liczbie wariantów technologicznych i mogą charakteryzować się bardzo różnymi parametrami. Nic zatem dziwnego, że są spotykane wszędzie tam, gdzie zachodzą procesy technologiczne, w których jedną z głównych ról odgrywa parametr ciśnienia. Automatyka przemysłowa, budowa maszyn, branża samochodowa, wodociągi i ciepłownictwo, przemysł spożywczy i chemiczny, browarnictwo i produkcja leków – wszędzie tam, gdzie ważny jest dokładny i stały pomiar ciśnienia, przetworniki są w zasadzie niezbędne.

W ofercie JUMO znajdziesz przetworniki ciśnienia, które można wykorzystać we wszystkich wyżej wymienionych branżach. Na szczególną uwagę zasługują chociażby specjalistyczne czujniki wykorzystywane w kolejnictwie, zarówno w wysokoprężnych silnikach Diesla, jak i w klimatyzacji, wentylacji czy systemach toaletowych.

Dlatego jeżeli poszukujesz wysokiej jakości przetwornika ciśnienia o dowolnym przeznaczeniu, wykonanego w najnowszej technologii, równie wytrzymałego, co dokładnego – zapraszamy do JUMO.pl.

VPN – czy twoja firma powinna z niego korzystać?

Jeśli jesteś właścicielem firmy, a twoi pracownicy korzystają z dostępu do zasobów przedsiębiorstwa w różnych lokalizacjach – aplikacji i plików, z pewnością chcesz, żeby wszystkie dane były bezpieczne. Stosunkowo łatwo obecnie osiągnąć ten cel w sieci firmowej w tym samym miejscu. Co jednak, jeśli oddziały firmy położone są daleko od siebie? Skorzystaj z możliwości, jakie daje VPN, zapewniając bezpieczeństwo wszystkim zasobom elektronicznym twojej firmy.

Co to jest VPN?

VPN (ang. Virtual Private Network) to wirtualna sieć prywatna, czyli technologia, która pozwala na utworzenie bezpiecznego, szyfrowanego połączenia dla danych przesyłanych w jej obszarze. Chroni tożsamość użytkownika, ukrywając adres IP i umożliwia bezpieczne korzystanie z publicznych hotspotów Wi-Fi.

Obecnie najczęściej można spotkać się z VPN w kontekście zapewnienia anonimowości w internecie, jednak taka osobista sieć VPN pozwalająca na połączenie z serwerami dostawcy usługi i przeglądanie stron internetowych lub korzystanie z sieci w inny sposób to tylko jedna z możliwości wykorzystania tego rozwiązania.

Jeśli jesteś właścicielem firmy, z pewnością bardziej zainteresuje cię inna funkcja VPN, która zapewnia bezpieczny dostęp użytkownika do zasobów danych przedsiębiorstwa – połączenie wielu sieci lokalnych pomiędzy sobą. Możesz z niej skorzystać wybierając jeden z pakietów usług internetowych na stronie https://www.upc.pl/biznes/internet/kup-internet/. Warto podkreślić, że rodzajów VPN jest wiele. Część z nich korzysta z internetu żeby ustanowić anonimowe połączenie, a część odseparowana jest od sieci publicznej. Jeśli twoje oddziały połączone są światłowodem, możesz skorzystać z VPN, który gwarantuje wysokie bezpieczeństwo transmisji, pomijając połączenie z internetem. Jest to rozwiązanie często  wybierane przez średnie i duże firmy.

Czym jest VPN i dlaczego stosuje się go w firmach?

VPN łączący sieci lokalne poza internetem zapewnia bezpieczeństwo transmisji w ramach wielu sieci. Dzięki temu każdy oddział firmy posiadający własną sieć może udostępnić jej zasoby innemu oddziałowi. W ten sposób pracownicy, nawet znacznie oddaleni od siebie fizycznie, korzystają z udostępnianych wzajemnie plików czy pracują nad tymi samymi dokumentami.

Warto nadmienić, że niektórzy dostawcy usług zapewniają możliwość skorzystania z bezpiecznej sieci korporacyjnej nie tylko wtedy, kiedy łącze fizyczne stanowi światłowód, ale także wówczas, kiedy lokalizacje połączone są kablem koncentrycznym. Oczywiście klient musi liczyć się w takim przypadku z mniejszą szybkością przesyłu danych.

Czy korzystanie z VPN jest legalne?

Określenia, którymi często opisuje się sieć VPN, takie jak „szyfrowane połączenia”, „anonimowość”, „ukrywanie adresu IP” mogą budzić niepokój i skłaniać do pytań o legalność korzystania z technologii wirtualnego połączenia prywatnego. Nie ma jednak powodów do obaw. VPN jest legalne zarówno w Polsce, jak i większości państw na całym świecie. Są jednak wyjątki – VPN nie można swobodnie używać np. w Chinach czy Korei Północnej.

Oczywiście mowa tu zwłaszcza o VPN komercyjnych lub typu site-to-site (łączących sieci lokalne oddziałów), wykorzystujących połączenie internetowe.

Należy podkreślić, że sam brak zalegalizowania VPN (lub VPN oficjalnie dopuszczonych do użytkowania) nie przesądza o korzystaniu z sieci na terenie danego państwa – połączenie VPN jest przecież anonimowe. Trzeba jednak mieć świadomość, że włączając VPN w krajach, w których jest to niedopuszczalne, łamiemy prawo.

Jak działa VPN odseparowany od internetu?

VPN site-to-site łączy sieci wewnętrzne oddziałów firmy za pośrednictwem internetu. Z kolei VPN odseparowany od sieci publicznej, korzysta tylko z fizycznego połączenia światłowodowego. W pierwszym przypadku użytkownik może łączyć się z siecią korporacyjną z każdego miejsca na świecie kosztem mniejszego bezpieczeństwa, natomiast w drugim wymagane jest połączenie fizyczne, ale za to bezpieczeństwo transmisji jest większe.

 

Dzięki odpowiedniej konfiguracji urządzenia (laptopa, PC), w obydwu przypadkach użytkownik nie musi mieć świadomości, że korzysta z szyfrowanego połączenia VPN. Zwykle po prostu wybiera udostępnioną mu przez administratora ikonkę, żeby połączyć się z zasobami w innej lokalizacji.

Połączenie VPN pozwala na utworzenie wirtualnego mostu pomiędzy sieciami lokalnymi w różnych miejscach po to, żeby umożliwić bezpieczną i prywatną komunikację między nimi.

Od 22 lutego import odpadów pod kontrolą – wchodzi w życie monitoring w SENT

Od 22 lutego 2022 roku wszystkie importowane do Polski odpady są objęte systemem SENT. Rozporządzenie, które wchodzi w życie, zmienia wcześniejsze i dotyczy towarów, których przewóz jest objęty systemem monitorowania drogowego i kolejowego przewozu towarów oraz obrotu paliwami opałowymi SENT. Zmiany, które ustawodawca wprowadził, mają na celu rozpoczęcie kontroli importu odpadów i minimalizację nadużyć w zakresie kodu taryfy celnej 3814.

Zmiany do ustawy o SENT wynikają z konieczności objęcia systemem monitorowania towarów o kodzie CN 3814, czyli zawierających 70% masy lub więcej olejów ropy naftowej, innych niż towary objęte tą pozycją zawierające alkohol etylowy oraz przewóz odpadów podlegających przywozowi do kraju oraz przewozowi przez terytorium kraju. U podstaw zmian w zakresie towarów o kodzie CN 3814 (produkty organiczne złożone rozpuszczalniki i rozcieńczalniki, gdzie indziej niewymienione ani niewłączone; gotowe zmywacze farb i lakierów) leży ryzyko związane z nowym sposobem klasyfikowania wyrobów będących przedmiotem ewentualnych nadużyć, w wyniku wejścia w życie Rozporządzenia Wykonawczego Komisji (UE) 2020/725 z dnia 26 maja 2020 r., dotyczącego klasyfikacji niektórych towarów według Nomenklatury Scalonej (Dziennik Urzędowy Unii Europejskiej L170/14 z dnia 2.06.2020 r.).

Do tej pory systemowi SENT podlegały towary objęte pozycją CN 3814 tylko zawierające w swoim składzie alkohol etylowy, jednakże z uwagi na właściwości fizykochemiczne niektórych wyrobów kwalifikowanych do kodu CN 3814, które są zbliżone do parametrów handlowych olejów napędowych, istnieje ryzyko nadużyć w zakresie kwalifikacji tych towarów.

Poza objęciem systemem SENT ww. wyrobów klasyfikowanych do kodu 3814, nowe rozporządzenie obejmuje tym systemem towary będące odpadem w rozumieniu ustawy z dnia 14 grudnia 2012 r. o odpadach (Dz. U. z 2021 r. poz. 779, z późn. zm.), których przemieszczanie podlega przepisom rozporządzenia (WE) nr 1013/2006 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 14 czerwca 2006 r. w sprawie przemieszczania odpadów (Dz. Urz. UE L 190/1). Potrzeba objęcia odpadów systemem SENT wynika ze zidentyfikowanych sposobów dokonywania nadużyć w zakresie obrotu odpadami w zakresie podatku VAT.

Autor: dr Izabella Tymińska, ekspert celny.

Czy na lokatach już można zarobić?

Kolejne podwyżki stóp procentowych NBP oznaczają nie tylko większe raty kredytów. Widać też wzrost oprocentowania lokat. Niestety, jak zauważają eksperci portalu RynekPierwotny.pl jest on znacznie mniejszy niż to, czego oczekuje bardzo wiele osób.

W kontekście kolejnych podwyżek stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego, mówi się zwykle o wzroście oprocentowania kredytów i rat kredytowych. Trudno się temu dziwić, bo niektóre gospodarstwa domowe odczują nawet kilkusetzłotowy ciężar w swoim budżecie. Warto jednak pamiętać, że zmiany stóp procentowych NBP oraz ściśle powiązanego z nimi WIBOR-u mają wpływ również na oprocentowanie lokat. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, jak średnie oprocentowanie nowych depozytów zareagowało na niedawne decyzje Rady Polityki Pieniężnej.

Dzięki informacjom publikowanym przez Narodowy Bank Polski można dowiedzieć się, czy rynek lokat już zareagował na podwyżki stóp procentowych. Wspomniane informacje są podawane z pewnym opóźnieniem, ale mimo tego widać, że pierwsze decyzje Rady Polityki Pieniężnej (z października i listopada 2021 r.) wpłynęły na średnie oprocentowanie zakładanych depozytów terminowych. Zmiany przeciętnego oprocentowania nowych lokat w ostatnich miesiącach najlepiej obrazuje poniższy wykres.oprocentowanie - rynekpierwotny

Poprawa oprocentowania nowych lokat widoczna we wrześniu, październiku oraz listopadzie 2021 r. zasługuje na uwagę, ale oczywiście jest ona dramatycznie niewystarczająca w stosunku do oczekiwań konsumentów. Niestety, wszystko wskazuje na to, że trzeba będzie jeszcze długo poczekać na sytuację, w której przeciętna lokata nie przynosi strat po wliczeniu inflacji.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Euro znów po 4,60

Strach przed eskalacją konfliktu na wschodzie Ukrainy odbija się negatywnie na notowaniach polskiej waluty. Słaby piątek i dzisiejsze otwarcie rynków pokazały, że jednak perspektywy złotego wcale nie są tak dobre, jak jeszcze tydzień temu mogło się wydawać.

Strach przed weekendem

Piątek zgodnie z oczekiwaniami wielu analityków przyniósł nam odwrót inwestorów od walut państw rozwijających się w naszym regionie. Mechanizm ten był związany najprawdopodobniej z napięciami na wschodniej granicy Ukrainy. Inwestorzy bali się eskalacji napięć w ciągu weekendu. Woleli zatem pozamykać swoje pozycje inwestycyjne. W rezultacie piątek był dniem, kiedy złoty stracił ponad 3 grosze względem euro, meldując się na chwilę tuż poniżej granicy 4,60 zł za jedno euro. Spadki widzieliśmy również na giełdach, gdzie inwestorzy w piątek woleli sprzedawać.

Słabsze dane z USA

Piątek przyniósł słabsze odczyty zarówno w ramach wydatków, jak i dochodów Amerykanów. Różnice co prawda nie są szczególnie duże, aczkolwiek pokazują, że sytuacja w USA jest w pewnym zakresie przeceniana. Wydatki w grudniu w ujęciu miesięcznym spadły o 0,6%, czyli 0,1% mocniej niż oczekiwali analitycy. Dochody nadal rosną, ale jest to wzrost o 0,3%, czyli mniej o 0,2% względem oczekiwań. Sytuacja, w której rosną dochody a wydatki spadają, teoretycznie nie jest korzystna dla gospodarki. Patrząc jednak na zadłużenie za oceanem, przez jakiś czas taka sytuacja im nie zaszkodzi.

Niemieckie PKB

W piątek poznaliśmy słabszy od oczekiwań odczyt produktu krajowego brutto u naszych zachodnich sąsiadów. Rośnie on o 1,4%, co jest wynikiem o 0,4% słabszym od oczekiwań analityków. Jest to kolejny sygnał, który w ostatnich dniach powodował słabszą passę euro względem dolara. W tym tygodniu powinno być spokojniej, gdyż rynki mogą chcieć wyczekać czwartkowe posiedzenie EBC. Nie da się jednak ukryć, że to strona amerykańska jest ostatnio znacznie bardziej aktywna, jeżeli chodzi o ilość informacji trafiających na rynek. Z drugiej strony pierwszy raz od dawna padła prognoza podwyżek stóp procentowych w strefie euro i to już w grudniu tego roku. Przynajmniej taki scenariusz malują analitycy Deutsche Banku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:00 – Niemcy – inflacja konsumencka,
15:45 – USA – indeks Chicago PMI.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Analiza EY: Wyzwania cyberbezpieczeństwa dla firm w 2022 roku

W wyniku pandemii zmiany technologiczne, planowane w perspektywie lat, urzeczywistniły się w przeciągu miesięcy. Poza niewątpliwymi korzyściami, przeniesienie interakcji i znaczącej części pracy do domeny cyfrowej zwiększyło również ryzyko ataków hakerskich. W efekcie cyberbezpieczeństwo stało się jednym z największych współczesnych wyzwań. W opinii ekspertów EY w 2022 roku największe sprawdziany dla firm będą związane z nowymi strategiami cyberprzestępców, projektem rozporządzenia europejskimi dyrektywami Digital Operational Resiliance Act (DORA) oraz dyrektywą NIS2, zarządzaniem rozwojem sztucznej inteligencji oraz działaniami w chmurze w branżach szczególnie wrażliwych. Przykładowo DORA na poziomie unijnym ujednolica przepisy w zakresie cyfrowej odporności przedsiębiorstw działających w sektorze finansowym.

Dynamiczne przejście do modelu cyfrowego dotyczy wielu sektorów gospodarki. Widoczne jest nie tylko w handlu i usługach, ale także w transporcie lub przemyśle. Kolejnym etapem, już mocno widocznym, jest automatyzacja oraz masowe przetwarzanie dużej ilości danych. Ten proces sprzyja zwiększaniu ryzyka nadużyć ze strony cyberprzestępców. Jeszcze dwadzieścia lat temu przestój całego przedsiębiorstwa mogła wywołać praktycznie wyłącznie klęska żywiołowa. Dziś „wystarczy” atak hakerski.

Najpopularniejsze obecnie działania cyberprzestępców polegają na wymuszeniu okupu za odszyfrowanie danych. Na tzw. atak ransomware mogą być narażone firmy z niemal każdego sektora. Zarówno metody działania, jak i narzędzia są uniwersalne. Nie wymagają żadnych specyficznych uprawnień ani działań po stronie atakowanego – wystarczy zwykła, dobrze znana socjotechnika. Przyczyn podatności można szukać w samej naturze ludzkiej, ale bardzo mocno przyczyniają się do niej niedostatki założeń oraz realizacji polityki bezpieczeństwa w firmach, a także problemy budżetowe i brak nacisku na szkolenie pracowników. Czynnikiem ryzyka w tym przypadku jest także nadmiernie przyspieszona cyfryzacja wymuszona przez pandemię, często realizowana bez wymaganego przygotowania. Z kolei ograniczenia budżetowe sprawiają, że wiele firm nie dysponuje narzędziami, które mogłyby zmniejszyć prawdopodobieństwo i znacząco zredukować skutki ataku.

Sytuacja jest tym poważniejsza, że wiele firm pozostaje niezwykle podatne na działania ze strony cyberprzestępców. Stanowi to „efekt uboczny” pandemii, w trakcie której przedsiębiorstwa z niemal każdej gałęzi gospodarki musiały znacząco przyspieszyć proces przechodzenia do świata wirtualnego. Dotyczy to nie tylko działań skierowanych bezpośrednio do klientów, ale również procesów wewnętrznych. Działo się to często kosztem zabezpieczenia swojej cyfrowej infrastruktury. Równocześnie rozwój tzw. kryptowalut znaczącą ułatwił hakerom ukrywanie dochodów z podejmowanych przez nich nielegalnych działań.

– Sukces cyfryzacji został natychmiast wykorzystany przez cyberprzestępców, którzy szybko dostosowali się do zmieniającej się rzeczywistości. Im więcej pośpiechu I aktywności w sieci, tym większe ryzyko ataku. Jeżeli dodamy do tego możliwości kryptowalut, takie jak np. zaawansowana anonimowość lub stosunkowa łatwość prania brudnych pieniędzy w transakcjach transgranicznych, to otrzymujemy w ten sposób idealny koktajl dla cyberprzestępców. Mają co atakować i z nielegalnego procederu potrafią czerpać korzyści – mówi Marcin Marciniak, Manager, Cyber Security Implementation, EY.

DORA, czyli operacyjna cyfrowa odporność

Digital Operational Resiliance Act (DORA) to projekt rozporządzenia Unii Europejskiej, który ma na celu ujednolicenie przepisów w zakresie cyfrowej odporności w krajach Wspólnoty. Regulacje, których finalna wersja powinna zostać opublikowana w pierwszym kwartale 2022 r., dotyczą sektora finansowego, ale jest on rozumiany bardzo szeroko. Obejmuje m.in. banki, ubezpieczycieli, przedsiębiorstwa inwestycyjne, ale także podmioty, z którymi ta gałąź gospodarki silnie współpracuje, takie jak firmy audytowe lub dostawcy rozwiązań informatycznych.

– Cyfrowa odporność operacyjna ma na celu zagwarantowanie ciągłości i utrzymanie jakości świadczonych usług w obliczu zakłóceń wpływających na technologie informacyjne i telekomunikacyjne firm. W uzasadnieniu rozporządzenia dotyczącego DORA stwierdzono, że dotychczasowe ramy regulacyjne na poziomie europejskim w obszarze zarządzania ryzykiem były fragmentaryczne lub wewnętrznie sprzeczne. Dobrym przykładem jest obowiązek notyfikacji incydentów cybernetycznych. Zgłaszanie ich przez podmioty finansowe często jest regulowane przez różne przepisy – np. NIS, PSD2, RODO – przez co sam proces bywa niejasny, wydłużony lub nieefektywny. Obecne rozproszenie przepisów nakłada więcej obowiązków na podmioty finansowe, wymaga od nich angażowania szerszych zasobów i skupiania się na regulacyjnej zgodności zamiast na bezpiecznym odzyskaniu kontroli oraz ochronie swojej działalności. DORA ma na celu harmonizację przepisów, zapewnienie łatwiejszej adaptacji do oczekiwanych wymagań i kontrolę nad ich wykonywaniem – mówi Jakub Walarus, Lider Zespołu Ryzyka Technologicznego w EY Polska.

Część organizacji może być przekonana, że założenia nowego rozporządzenia już sprawnie u nich funkcjonują. Jednak może to być złudne. DORA rzeczywiście dubluje niektóre obowiązki, ale nawet wtedy są one doprecyzowane np. w obszarze informowania o incydentach wynikających z KSC czy RODO. DORA ma to ujednolicić, usystematyzować i sprawić, by rozproszone obowiązki zaczęły obejmować cały sektor finansowy w spójnej formie. Zatem ich realizacja wymagać będzie zupełnie nowego spojrzenia.

Najważniejsza różnica dotyczy poszerzenia listy podmiotów. Do tej pory obowiązki związane z zapewnieniem cyberbezpieczeństwa w sektorze finansowym dotyczyły niemal wyłącznie banków. Zgodnie z projektem rozporządzenia, lista podmiotów ulegnie poszerzeniu np. o ubezpieczycieli. Wprowadzona zostanie również kontrola zewnętrznych dostawców, na których bardzo mocno polega cały sektor finansowy. W rezultacie szczególnego znaczenia nabiera kontrola z jakich rozwiązań instytucja finansowa korzysta i komu dane firmy oraz jej klientów są powierzane.

NIS2 – czyli dwa lata przed rewolucją

W grudniu 2020 roku Komisja Europejska przedstawiła nowy pakiet rozwiązań, którego częścią jest dyrektywa w sprawie środków na rzecz poprawy wspólnego poziomu cyberbezpieczeństwa, nazywana NIS2.

Propozycja KE wprowadza szereg zmian. Dyrektywą objęte zostaną zupełnie nowe branże takie jak, podmioty prowadzące działalność badawczo-rozwojową w zakresie produktów leczniczych, apteki, administracja publiczna, usługi pocztowe i kurierskie, gospodarowanie odpadami, a także produkcja i przetwarzanie żywności. Wiele z tych sektorów wcześniej nie miało obowiązków w zakresie cyberbezpieczeństwa i dlatego nie podejmowało działań w tym zakresie lub realizowało je w ograniczony sposób.

NIS2 wprowadzi także dodatkowe obowiązki dla podmiotów, m.in. konieczność zapewnienia ciągłości działania i zarządzania kryzysowego, zapewnienie bezpieczeństwa łańcucha dostaw, obowiązek testowania procedur i audytów, a także konieczność wykorzystywania kryptografii i szyfrowania danych. Niewypełnienie obowiązków będzie skutkować bardzo wysokimi karami finansowymi — co najmniej 10 mln euro lub 2% całkowitego rocznego światowego obrotu przedsiębiorstwa.

Razem z wprowadzonymi wymaganiami, wzrasta również zakres uprawnień organów kontrolnych i nadzorczych (organów właściwych ds. cyberbezpieczeństwa). Będą one miały możliwość podejmowania działań w zakresie m.in. kontroli na miejscu i nadzór zewnętrzny (również wyrywkowy), występowanie z wnioskiem o udzielenie informacji uważanych za niezbędne do oceny środków bezpieczeństwa lub wyznaczenie inspektora, który przez jakiś czas będzie monitorował ich realizację.

– Obowiązki wprowadzane przez NIS 2 będą dużym wyzwaniem dla większości sektorów i dlatego warto rozpocząć przygotowania już teraz. Obowiązki związane z raportowaniem nie tylko incydentów, ale także zagrożeń oraz o wiele wyższe kary finansowe i osobowa odpowiedzialność członków zarządów za niewypełnienie zapisów to duże zmiany. NIS 2 wprowadzi nie tylko wyższy poziom bezpieczeństwa teleinformatycznego, ale także o wiele silniejszy nadzór państwa. Szacujemy, że przepisy wejdą w życie na przestrzeni kolejnych dwóch lat, jednak skala planowanych zmian jest tak znacząca że przygotowania należy rozpocząć jak najszybciej – komentuje dr Magdalena Wrzosek, Senior Consultant, Cyber Security & Technology, EY Polska.

Sztuczna inteligencja – zagrożenia związane ze zmianami regulacyjnymi

Popularność rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji zwiększa się błyskawicznie. Z jednej strony technologia ta stwarza ogromne korzyści i możliwości, z drugiej – wiążą się z nią ryzyka, którym należy zapobiegać poprzez wdrożenie odpowiednich mechanizmów kontrolnych. W zakresie zgodności z prawem należy mieć na uwadze podejście regulacyjne, w szczególności przygotowywane obecnie przepisy w Unii Europejskiej.

W kwietniu 2021 roku opublikowano projekt rozporządzenia – tzw. Akt o Sztucznej Inteligencji. W projekcie pojawia się pierwsza prawna definicja sztucznej inteligencji, wyznaczająca ramy do jakich systemów będą miały zastosowanie przepisy. Przedstawiony jest także katalog zakazanych praktyk. Definicję i zakres stosowania będą mogły być aktualizowane przez Komisję Europejską o nowe technologie i praktyki w miarę rozwoju technologicznego. Rozporządzenie to będzie pierwszym tego typu unijnym, kompleksowym aktem prawnym regulującym sztuczną inteligencję.

Podejście regulacyjne UE sprowadza się do określenia minimalnych wymogów niezbędnych do zapobiegania ryzykom i problemom związanym ze sztuczną inteligencją bez nadmiernego ograniczenia i utrudniania rozwoju technologii, a także bez kreowania nieuzasadnionych kosztów po stronie dostawców i użytkowników systemu. Ogólna zasada zakłada stopniowanie restrykcji zależnie od ryzyka – im większe ryzyko tym bardziej rygorystyczne wymagania. Systemy wysokiego ryzyka objęte będą dodatkowymi obostrzeniami takimi jak: obowiązek sporządzenia szczegółowej dokumentacji, konieczność stosowania odpowiednich praktyk związanych z zarządzaniem danymi, obowiązek dokonywania oceny ryzyka, wymóg rejestrowania zdarzeń czy zapewnienia nadzoru człowieka.

Projekt rozporządzenia określa także środki nadzorcze, które odpowiednie organy będą mogły wykorzystywać do oceny, czy systemy są zgodne z rozporządzeniem oraz kary, które organy te będą nakładać na podmioty za stosowanie praktyk niezgodnych z przepisami rozporządzenia. Środki te będą dotkliwe – organy nadzorcze będą mogły żądać pełnego dostępu do danych (w tym kodu źródłowego) oraz pełnej dokumentacji. Dozwolona będzie również ocena systemu sztucznej inteligencji, a także nakładanie obowiązku podjęcia działań naprawczych. Organy nadzorcze będą mogły nawet zakazać lub ograniczyć stosowanie systemu stwarzającego ryzyko, który nie spełnia wymogów określonych w rozporządzeniu. Kary finansowe będą sięgać nawet 30 milionów euro lub 6 % rocznego, światowego obrotu.

– Sztuczna inteligencja może przyczynić się do globalnego skoku cywilizacyjnego na miarę czwartej rewolucji przemysłowej. Z drugiej strony z tą technologią związane są nowe ryzyka np. skłonność do podejmowania decyzji dyskryminacyjnych. Dostrzegając te zagrożenia oraz mając na celu rozwój etycznej sztucznej inteligencji w Europie, Komisja Europejska przygotowała projekt rozporządzenia unijnego, które ma uregulować stosowanie systemów stwarzających najwyższe i wysokie ryzyko. Rozporządzenie to będzie pierwszym unijnym aktem prawnym regulującym sztuczną inteligencję, przy czym akt ten będzie miał wpływ nie tylko na dostawców i użytkowników z Unii Europejskiej, ale również na dostawców i użytkowników z państw trzecich – mówi Maciej Bisch Adwokat, Kancelaria EY Law.

Czy compliance-by-design = compliance-by-default?

Usługi chmurowe umożliwiają dynamiczny rozwój organizacji w ważnych sektorach gospodarki. W polskich realiach najbardziej zaawansowany jest sektor usług finansowych. Opublikowany w styczniu 2020 roku komunikat Chmurowy Komisji Nadzoru Finansowego wskazuje w jaki sposób wdrożyć chmurę w tej branży od strony regulacyjnej, aby zapewnić bezpieczeństwo podczas korzystania z tej technologii.

Komunikat Chmurowy jest neutralny technologicznie, czyli nie wskazuje wprost, jakie rozwiązania technologiczne mają być przyjęte, a także – poza wyjątkami – nie określa standardów bezpieczeństwa. Przenosi obowiązek podejmowania decyzji dotyczących bezpieczeństwa na podmiot regulowany, ale decyzje te muszą być oparte na wynikach analizy ryzyka. Pierwszym krokiem przy wdrażaniu rozwiązań opartych na usługach chmurowych jest przeprowadzenie analizy luki, czyli sprawdzenie w jakim stopniu organizacja działa w zgodzie z regulacjami. Następnym działaniem jest sporządzenie strategii chmurowej. Ten zaawansowany dokument stwarza ramy koncepcyjne dla całego procesu. Utworzona w ten sposób swoista „mapa drogowa dla projektu” ma brać pod uwagę strategię biznesową, IT oraz bezpieczeństwa. Dodatkowo Komunikat Chmurowy wprowadził obowiązek ciągłego monitorowania i testowania wykorzystywanej usługi.

Inne gałęzie gospodarki otwierają się na tego rodzaju rozwiązania, co widać zwłaszcza w obszarze energetycznym. Tę potrzebę dostrzegł także prawodawca. W efekcie, we wrześniu 2021 roku, Ministerstwo Klimatu i Środowiska opublikowało rekomendacje w zakresie cyberbezpieczeństwa w sektorze energetycznym.

Strategię bezpieczeństwa rozwiązań chmurowych można opracować z użyciem podejścia top-down, które oznacza stworzenie ram wymagań bezpieczeństwa o generalnym charakterze, niezwiązanych z konkretną technologią. Opracowane ramy będą odzwierciedlać wymagania bezpieczeństwa przypisane do właściwych informacji. Na tej podstawie tworzy się następnie założenia bezpieczeństwa — zestaw minimalnych wymagań, które dana technologia musi spełnić. Są one opracowywane dla kolejnych usług lub całych rozwiązań chmurowych.

Założenia bezpieczeństwa zależą od modelu, w którym są świadczone usługi chmurowe. Wyróżniamy trzy podstawowe modele: IaaS (Infrastructure as a Service), PaaS (Platform as a Service) oraz SaaS (Software as a Service). Różnią się one sposobem wykorzystywania, a zatem także podziałem odpowiedzialności między dostawcę usług chmurowych a klienta, który na podstawie umowy będzie z tych usług korzystać. Bardzo ważnym obszarem związanym z bezpieczeństwem chmury, jest również ochrona kryptograficzna, obejmująca szyfrowanie informacji, procedury zarządzania kluczami szyfrującymi, ustalenie poziomów dostępów, zarządzanie cyklem życia algorytmów szyfrujących.

Wdrożenie chmurowe jest interdyscyplinarnym procesem, w którym można wskazać dwa różne podejścia. Pierwszym jest Compliance-by-design, kiedy o zgodności z regulacjami myśli się od samego początku procesu wdrożenia, już na etapie planowania. Drugim jest Compliance-by-default, czyli założenie, że działania będą zgodne z regulacjami – bez wyłączeń – przez cały czas wdrożenia i eksploatacji.

– Tradycyjne podejście do bezpieczeństwa nie jest wystarczająco skuteczne w przypadku środowisk chmurowych, w tym szczególnie hybrydowych. Dzieje się tak dlatego, że nie ma tu jasno określonej granicy sieci, którą należy chronić. Obsługiwane ręcznie narzędzia do zarządzania bezpieczeństwem stały się zbyt mało efektywne w stosunku do rosnącego zakresu działania organizacji, a do tego brak centralizacji ogranicza poziom widoczności zasobów chmurowych potrzebny organizacjom do monitorowania, co dzieje się w ich sieciach – podsumowuje Michał Jasiorkowski, Manager, Cyber Security Compliance, EY Polska.

Deweloperzy: spadła siła nabywcza kupujących mieszkania

Czy ostatnie zmiany na rynku przyniosły spadek siły nabywczej kupujących mieszkania na rynku deweloperskim? Czy nabywcy mają trudności z uzyskaniem finansowania w banku? Czy zmuszeni są decydować się na mniejsze i tańsze mieszkania? Czy zapowiadana gwarancja państwa, która ma zastąpić wkład własny do kredytu może mieć realny wpływ na popyt? Sondę opracował serwis nieruchomości dompress.pl

Andrzej Gutowski, wiceprezes, dyrektor sprzedaży Ronson Development

Rosnące stopy procentowe, skok inflacji i wysokie ceny mieszkań spowodowały, że pewna grupa klientów, szczególnie klienci kupujący swoje pierwsze mieszkanie, sięgający po produkt z segmentu popularnego, wypadła z rynku. Dotyczy to zarówno zdolności kredytowej, jak i możliwości zaakceptowania ceny mieszkania. Wielu osób nie stać dziś na jego zakup.

Planowany kredyt hipoteczny z gwarantowanym przez państwo wkładem własnym jest drogą na skróty, ponieważ poziom limitów cenowych jest ustalany w sposób nieadekwatny do aktualnej oferty rynkowej, szczególnie w dużych miastach. Deweloperzy mierzą się z mocno ograniczoną podażą. Sam fakt, że państwo zagwarantuje wsparcie, to za mało, ponieważ kredyt z wysokimi ratami, kupujący będą spłacać samodzielnie przez kolejne lata. W przypadku takich programów ważne jest, aby w miastach były tworzone sprawne mechanizmy powiększania podaży, chociażby poprzez usprawnienie procedur administracyjnych i szybsze wydawanie pozwoleń budowlanych. W miastach musi być przestrzeń do różnicowania oferty, udostępniania potencjalnym klientom mieszkań tańszych, czy droższych. Przy mocno ograniczonej podaży, a jednocześnie bardzo silnym, utrzymującym się popycie na mieszkania, nie spodziewam się dużego wpływu na zmianę obecnej sytuacji.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Wawel Service

Już teraz obserwujemy, że po ostatnich podwyżkach stóp procentowych, rzeczywiście spadła siła nabywcza naszych klientów. Wyższe stopy procentowe oznaczają zmniejszenie zdolności kredytowej, a prawie połowa naszych klientów przy zakupie mieszkania posiłkuje się właśnie kredytem hipotecznym. Zauważyliśmy jednak, że nasi klienci nie rezygnują z zakupu mieszkania, ale częściej decydują się na mniejsze lokale. Rządowy program Mieszkanie bez wkładu własnego z pewnością wygeneruje popyt wśród klientów, którzy dotąd nie mieli dostępu do kredytowania zakupu mieszkania.

Andrzej Oślizło, prezes zarządu Develia S.A.

Niedawna seria podwyżek stóp procentowych z pewnością wpłynęła na możliwości zakupowe Polaków. Kredyty hipoteczne stały się droższe, przez co zmalała zdolność kredytowa potencjalnych kredytobiorców. Trzyosobowa rodzina dysponująca dwiema średnimi krajowymi, która jeszcze we wrześniu ubiegłego roku mogła zadłużyć się na 700 tys. zł., dziś może pożyczyć nawet o 100-150 tys. zł mniej. W tej sytuacji część nabywców będzie musiała przekierować swoje poszukiwania na lokale tańsze, o mniejszej powierzchni czy liczbie pokoi. Trudno jednak się spodziewać, aby aktualny poziom stóp procentowych eliminował z rynku mieszkaniowego duże grupy kupujących. Można się wręcz spodziewać, że część zainteresowanych nawet przyspieszy decyzję o zakupie w obawie przed dalszymi wzrostami cen, kolejnymi podwyżkami stóp procentowych i w efekcie dalszą redukcją zdolności kredytowej. Czy tak będzie w istocie? Dowiemy się za kilka-kilkanaście miesięcy.

Co do rządowych gwarancji wkładu własnego, uważam że jej wpływ na rynek będzie marginalny. Upoważaniające do skorzystania z tej formy pomocy limity cen metra kwadratowego mieszkania są o 1-2 tys. zł niższe niż średnie ceny w największych miastach. W przypadku Warszawy ten limit to około 9760 zł za mkw. W tej cenie proponowane są tylko niektóre lokale, przeważnie na obrzeżach stolicy. Sam program adresowany jest do wąskiej grupy klientów, osób do 40 roku życia, które nie posiadają innych nieruchomości. Ewentualne korzyści finansowe są znikome. Na realizację „Mieszkania bez wkładu własnego” przewidziano w 2022 roku zaledwie 100 mln zł. Należy też pamiętać, że program nie rozwiązuje innego problemu – niskiej zdolności kredytowej nabywców, a gwarantowany przez Państwo wkład własny trzeba i tak zwrócić.

Joanna Janowicz, dyrektor zarządzająca w firmie Constructa Plus

Rzeczywiście, część nabywców rewiduje swoje oczekiwania względem nowego lokum i decyduje się na mniejsze mieszkania, ale jednocześnie wiele osób gra na czas i licząc na przyszłe obniżki, co do których oczywiście nie mamy pewności, decyduje się skorzystać z oferty mieszkań na wynajem. A to z kolei sprawia, że popyt na mieszkania ze strony inwestorów stale rośnie. Nie obserwujemy natomiast wśród naszych klientów problemów z uzyskaniem finansowania zakupu mieszkania.

Gwarancja zastępująca konieczność wniesienia wkładu własnego na zakup mieszkania raczej nie będzie miała znaczącego wpływu na zmianę sytuacji nabywców, a przynajmniej nie w dużych miastach, takich jak Poznań, gdzie działamy. Jeśli spojrzymy na liczne opracowania zestawiające ofertę firm deweloperskich z limitami wyznaczonymi w przepisach regulujących program wsparcia, zauważymy, że dostępność takich lokali jest wręcz znikoma.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Podwyżka stóp procentowych nie zniechęci zainteresowanych zakupem nieruchomości. Rata, którą będzie musiał zapłacić przeciętny kredytobiorca będzie o kilkadziesiąt złotych wyższa, ale to nie spowoduje rezygnacji z kupna mieszkania. Popyt na mieszkania o powierzchni 30-50 mkw. będzie utrzymywał się na podobnym poziomie co w latach poprzednich. Może jedynie wzrosnąć zapotrzebowanie na domy czy mieszkania oddalone od centrum, bo część klientów wybierze tańszą ofertę z powodów finansowych.

Kredyt bez wkładu własnego, który ma być dostępny od maja, zdaniem wielu ekspertów, będzie sporo droższy od standardowego. Stąd wielu klientów się na niego nie zdecyduje. Ustawa o gwarantowanym kredycie hipotecznym zakłada ponadto, że maksymalna kwota, którą obejmie poręczenie nie przekroczy 100 tys. zł, a to oznacza, że mieszkanie może kosztować nie więcej niż 500 tys. zł, a jednocześnie musi spełniać kryterium ceny metra kwadratowego. W wielu miastach oferta spełniająca cenowy wymóg programu może być skromna, a w niektórych miastach trudno będzie znaleźć jakiekolwiek mieszkanie w ramach programu. Wielu klientów, z uwagi na rosnące ceny mieszkań, nie zdecyduje się czekać na zakup do wiosny biorąc kredyt z wkładem własnym, ale ze stałym oprocentowaniem.

Angelika Kliś, członek zarządu Atal S.A.

Nie spodziewamy się, by podniesienie stóp procentowych, które miało miejsce w ostatnim czasie, wpłynęło negatywnie na zdolność kredytową Polaków. Nie obserwujemy, by z powodu wzrostów wprowadzonych przez Radę Polityki Pieniężnej klienci musieli decydować się na mniejsze mieszkania, czy też mieli problem z uzyskaniem kredytu. Przekroczenie progu 2 proc. może w jakimś stopniu ograniczyć siłę nabywczą klientów.

Ustawa o gwarantowanym kredycie mieszkaniowym powinna umożliwić zakup mieszkania tym, którzy do tej pory nie mogli sobie na to pozwolić. Na pewno jest to zatem czynnik, który powinien pozytywnie wpłynąć na popyt. Trudno jednak ocenić, jakim ten program będzie cieszył się powodzeniem i jaka będzie jego skala.

Mariola Żak, dyrektor sprzedaży i marketingu w Aurec Home

Podwyżki stóp procentowych wynikające z wysokiej inflacji rzeczywiście mają wpływ na decyzje zakupowe Polaków. Te są teraz bardziej przemyślane. Mnóstwo informacji i komentarzy na ten temat pojawiających się w mediach powodują, że poprawia się nasza wiedza ekonomiczna. Coraz więcej osób wie, że poziom stóp procentowych może się dynamicznie zmieniać, a tym samym rata kredytu. To w dłuższej perspektywie bardzo dobrze dla rynku, bo będziemy mieli świadome społeczeństwo. Sam poziom stóp procentowych dziś wciąż można jednak nazwać bardzo niskim. Z pewnością będą one jednak jeszcze rosły. Dla tych, którzy zaciągali kredyty jakiś czas temu, gdy ich poziom oscylował wokół 3-4 proc. będzie to powrót do pierwotnych warunków. Dla osób myślących o zaciągnięciu kredytu to ważna lekcja ekonomii i planowania domowego budżetu.

Co do nowych przepisów wprowadzających gwarancję zamiast wkładu własnego, już dziś wiadomo, że jest ona obwarowana wieloma warunkami, dotyczącymi ceny lokalu czy choćby tego, kto z niej może skorzystać. Nie spodziewam się, by wywołała kolejny boom na rynku nieruchomości, ale na pewno mu nie zaszkodzi.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

Przede wszystkim, sytuacja jest bardzo dynamiczna, a wysokość stóp procentowych to kluczowy, ale nie jedyny element układanki. Podam przykład sięgając do raportu NBP z października, podsumowującego sytuację na rynku nieruchomości w drugim kwartale 2021 roku. Z tej informacji widać, że tzw. odczuwalność kredytu mieszkaniowego dla konsumenta znajdowała się na bardzo niskim poziomie, jednym z najniższych w historii. To istotny parametr, im niższa jest realna odczuwalność kredytu, tym chętniej kupujący po niego sięgają. Od tego czasu oczywiście wiele się zmieniło. Stopy procentowe poszły do góry, ale inflacja jest jeszcze wyższa, a w ślad za nią postępuje wzrost wynagrodzeń. Kredyt może być więc realnie jeszcze mniej odczuwalny.

Z drugiej strony, wzrost stóp oznacza, że nominalna zdolność kredytowa może być dziś niższa niż jeszcze pół roku temu. W praktyce oznaczałoby to, że kredytobiorca, będąc w podobnej sytuacji finansowej, jest w stanie kupić mniej metrów kwadratowych niż na przykład latem. Wszystko zależy zatem właśnie od indywidualnej sytuacji kredytobiorców.

Jak na razie nie zauważamy wpływu podniesienia stóp procentowych na popyt. Przy kolejnych podwyżkach, które prognozują eksperci, sytuacja może się pod tym względem zmienić. Podaż na rynku jest jednak na tyle mała, że nie powinno mieć to wpływu na ceny, a jedynie na szybkość sprzedaży. A jeśli rzeczywiście wejdzie w życie nowy program rządowy, to dla części potencjalnych klientów może być kolejnym argumentem za zakupem mieszkania.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Z informacji rynkowych wynika, że za wzrostem inflacji równolegle zwiększa się również poziom wynagrodzeń. To powoduje, że siła nabywcza Polaków utrzymuje się na porównywalnym poziomie. Jednocześnie inwestycja w nieruchomości pozostaje jednym z najlepszych sposobów ochrony kapitału w czasie. To sprawia, że zainteresowanie mieszkaniami oceniamy nadal jako wysokie. Klienci mogą wybierać spośród bardzo zróżnicowanej i atrakcyjnej oferty. Proponujemy, zarówno mieszkania w segmencie popularnym, jak i prestiżowe apartamenty w topowych lokalizacjach nadmorskich. Zastosowanie gwarancji zastępującej wniesienie wkładu własnego z pewnością ułatwi części osób zakup mieszkania. Nie zakładamy jednak, że istotnie wpłynie na popyt na rynku.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Inflacja i wzrost podatków mają istotny wpływ na ograniczenie możliwości zakupowych, jednak nabycie mieszkania to poważna decyzja i czasem kwestia marzeń. Wiąże się ze zmianą planów życiowych, czy na przykład powiększeniem rodziny, albo zakupami inwestycyjnymi. Dlatego osoby, które będą miały możliwość czy zdolność zakupu mieszkania, nie zrezygnują z tego planu, ponieważ nie widać na horyzoncie czynników, które mogłyby wpłynąć na spadek cen. Podaż jest bardzo ograniczona, popyt jest podsycany przez fundusze inwestycyjne i raczej spodziewam się że Kowalscy ograniczą wydatki na inne cele a z planów zakupu mieszkania na razie nie zrezygnują.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Grupie Robyg

Sądzę, że w perspektywie roku podwyżka stóp procentowych nie wpłynie znacząco na popyt na mieszkania. W Polsce nadal brakuje kilku milionów mieszkań, a pandemia jeszcze wzmocniła potrzeby pod względem komfortowego miejsca zamieszkania, także w kontekście pracy zdalnej. Dlatego, wygląda na to, że rynek nieruchomości mieszkaniowych uzyskał bardzo mocny impuls, który będzie trwalszy i bardziej długoterminowy niż inne efekty pandemii. Pozytywnie też oceniamy każdy impuls, jak gwarancja, który może pomóc Polakom w nabyciu własnego M.

Jarosław Kozak, prezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Ogromne zainteresowanie mieszkaniami nie wskazuje na spadek siły nabywczej Polaków. Rynek nieruchomości cały czas jest na topie i widać to dość wyraźnie. Polacy chętnie szukają nowych mieszkań. niektórzy dla siebie, a inni pod inwestycje. Inflacja oczywiście wpływa na ceny gruntów i materiałów budowlanych, co przekłada się na końcową cenę nieruchomości, ale mimo tego nie zauważamy słabnącego zainteresowania mieszkaniami. Trend jest zupełnie inny. To pokazuje, że musimy wychodzić naprzeciw oczekiwaniom klientów, czyli szukać miejsc na nowe inwestycje i po prostu budować.

Nasza inwestycja Atol w Gdańsku należy do segmentu mieszkań premium. Duża część klientów nie posiłkowała się kredytem i zakupiła mieszkanie ze środków własnych. Zniesienie obowiązku wniesienia wkładu własnego rzekomo wpłynie na rynek mieszkaniowy. Warto jednak podkreślić, że tylko niektóre mieszkania będą mogły zostać kupione w programie „mieszkanie bez wkładu własnego”. Wiele rodzin niestety nie będzie spełnić założonych wymogów formalnych w zaproponowanym przez rząd programie. Ale mimo takiej sytuacji, z poziomu branży deweloperskiej, sytuacja nie jest zła. Mieszkania cieszą się ogromnym zainteresowaniem już od momentu ogłoszenia realizacji danej inwestycji. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że dla wielu nabywców mieszkania kosztują dużo, ale mimo tego gros Polaków szuka i kupuje nieruchomości mieszkalne. Po wprowadzeniu rządowego programu popyt oczywiście może wzrosnąć, ale wstrzymujemy się na razie z ogłaszaniem dokładnych szacunków.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

Trudno powiedzieć na ile gwarancja wpłynie na popyt na rynku mieszkaniowym w środowisku rosnących stóp procentowych, szalejącej inflacji oraz rosnących cen materiałów budowlanych. Prawdopodobnie zwiększy się popyt na lokale o powierzchni 30-50 mkw., które są najczęściej poszukiwane przez młode rodziny.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Pomimo różnych czynników, które miały miejsce w drugiej połowie ubiegłego roku, takich jak podwyżki stóp procentowych, wzrost inflacji i cen mieszkań, nie odczuliśmy większych zmian odnośnie popytu i siły nabywczej klientów. Przy tak szerokiej ofercie mieszkań, którą mamy, nasi klienci mają duży wybór. Przykładowo, jeśli kogoś nie stać na zakup mieszkania na Bielanach, decyduje się na inwestycję zlokalizowaną na Białołęce. Z kolei wszelkie formy wsparcia dla klientów poprawiające dostęp do finansowania oczywiście mogą przynieść korzyści, ale jak to bywa nie wszędzie i nie wszystkim.

Bartłomiej Mandryga, kierownik działu sprzedaży i marketingu PCG S.A.

Oczywiście, że spada siła nabywcza. Wzrost wynagrodzeń nie był tak duży, jak wzrost cen nieruchomości. Osoba, która 4-5 lat temu chciała kupić mieszkanie w budżecie 300 000 zł spokojnie mogła szukać lokalu w metrażu 40-50 mkw., a teraz jest to 25-35 mkw. Zwyżka stóp procentowych negatywnie wpłynęła na możliwości zakupowe osób finansujących zakup kredytem hipotecznym. Myślę, że osoby szukające lokum z powodu np. powiększenia rodziny nie zdecydują się na zakup mniejszego metrażu, który nie spełni ich potrzeb, a będą zmuszone pomyśleć o alternatywnym rozwiązaniu tj. wynajęciu mieszkania.

Gwarancja rządowa mająca zastąpić wnoszenie wkładu własnego przy zakupie mieszkania z pewnością poszerzy grono klientów. Będą to osoby, które mają zdolność kredytową, ale nie uzbierały gotówki na 10 proc. czy 20 proc. wkład. Obawiamy się natomiast, że dodatkowe warunki uzyskania rządowej gwarancji mogą sprawić, że ustawa obejmie w rzeczywistości niewielką grupę kupujących.

Z naszych statystyk wynika, że w zależności od miasta, około połowa klientów nabywa mieszkania za gotówkę. Ich więc problem braku wkładu własnego czy uzyskania kredytu hipotecznego nie dotyczy, natomiast zgromadzone przez nich środki tracą na wartości przez wysoką inflację. W obecnej sytuacji zakup mieszkania jest jednym z najbardziej stabilnych sposobów inwestowania i ochrony kapitału.

Marcin Michalec, CEO Okam

W mojej ocenie, duża cześć zamożniejszych konsumentów, dysponujących kapitałem lub posiadających atrakcyjną zdolność kredytową, którzy w ciągu ostatnich dwóch lat poszukiwali sposobu na inwestycję lub większego metrażu, nabyła już mieszkania. Jednocześnie inflacja czy podwyżki stóp procentowych miały oczywiście wpływ na wzrost wysokości rat kredytowych czy trudność z uzyskaniem kredytu hipotecznego przez niektórych konsumentów, szczególnie tych posiadających bardzo niski wkład własny czy niewysokie zarobki. Niepewna sytuacja i zapowiedzi kolejnych podwyżek stóp procentowych mogą “zmusić” część osób planujących zakup własnego mieszkania do odłożenia tej decyzji w czasie czy zakupu tańszego lokalu na rynku wtórnym. Jeśli w życie wejdzie zapowiadana gwarancja zastępcza, może ona jednocześnie przyspieszyć proces zakupu mieszkania na rynku pierwotnym przez niektórych marzących o nim konsumentów, którzy wstrzymywali ten krok w związku z odkładaniem funduszy na wkład własny. Trudno na ten moment jednak ocenić realne przełożenie planowanego rozwiązania na popyt na rynku, aż do czasu wprowadzenia konkretnych przepisów.

Efekt tarczy antyinflacyjnej może okazać się krótkotrwały

Po grudniowej obniżce akcyzy na paliwa silnikowe, ceny na polskich stacjach istotnie spadły, jednak ostatnio znowu zbliżają się do 6-ciu zł za litr. Przyczyną tych wzrostów jest wysoka cena ropy naftowej na światowych giełdach. Ceny tego surowca sięgnęły 90 USD za baryłkę, co jest poziomem najwyższym od 8 lat. Tylko w styczniu ceny paliw gotowych na giełdach międzynarodowych wzrosły o ponad 100 USD za tonę, co powinno przełożyć się na wzrost ceny detalicznej o prawie 40 gr/l!

Jak w najbliższym czasie będą plasowały się detaliczne ceny paliw? Czekają nas dalsze wzrosty, a może nadejdzie długo wyczekiwana stabilizacja?

Komentarz Zbigniewa Łapińskiego, dyrektora ds. zaopatrzenia logistyki i klientów kluczowych, członka zarządu Anwim S.A.

Wysokie ceny ropy naftowej są skutkiem niestabilności na świecie. Istnieją obawy wśród inwestorów, że podaż surowca już wkrótce będzie mocno ograniczona. Dziś baryłka ropy kosztuje już ok. 90 USD, natomiast wg analityków może niedługo przekroczyć nawet 100 USD. Drugim ważnym czynnikiem wpływającym na detaliczne ceny paliw są kursy złotego w stosunku do dolara amerykańskiego i euro. W tej chwili cena złotego jest na dość stabilnym poziomie, jednak spadki cen polskiej waluty mogą również skutkować wzrostami ostatecznych cen paliw.

26 stycznia br. prezydent złożył podpis pod ustawą będącą elementem tarczy antyinflacyjnej 2.0. Oznacza to, że 1 lutego zostanie obniżony VAT na niektóre grupy produktów, w tym na paliwa silnikowe. Stawka zostanie obniżona z 23 do 8%. Detaliczne ceny paliw na stacjach powinny zatem gwałtownie spaść do poziomu ok. 5,30 zł/l. Biorąc pod jednak uwagę nieustanne wzrosty cen ropy naftowej, efekt niższych cen może okazać się krótkotrwały.

BioMaxima debiutuje na głównym rynku GPW jako pierwsza spółka w 2022 r.

Akcje BioMaxima SA zostały dziś wprowadzone do obrotu na głównym rynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Spółka przeniosła notowania z New Connect, na który weszła w 2010 roku. Emitent, zgodnie ze wstępnymi danymi finansowymi, w ubiegłym roku osiągnął ponad 78,5 mln zł przychodów, czyli wzrost na poziomie 31 proc. względem 2020 r. Przeniesieniu notowań na główny rynek nie towarzyszy emisja nowych akcji.

31 grudnia 2021 roku Komisja Nadzoru Finansowego zatwierdziła prospekt spółki, sporządzony w związku z zamiarem ubiegania się o dopuszczenie do obrotu na rynku regulowanym wszystkich akcji emitenta serii A, B, C, D, E i F. Równo miesiąc później wprowadzone zostały akcje zwykłe na okaziciela o wartości nominalnej 1 zł każda. Tym samym BioMaxima debiutuje na głównym rynku GPW jako pierwsza spółka w 2022 roku.

Debiut na głównym rynku GPW był naszym strategicznym celem, który dzisiaj osiągnęliśmy. Już 2020 rok był dla nas rekordowy, a w ubiegłym roku udało się nam osiągnąć jeszcze lepsze wyniki finansowe, w tym wzrost przychodów na poziomie 31%. Jest to niewątpliwie wyjątkowy moment w ponad 20-letniej historii BioMaximy – mówi Łukasz Urban, prezes zarządu BioMaxima SA. – Nowy rok rozpoczynamy debiutem, ale i doskonałymi perspektywami dalszego rozwoju. Już dzisiaj, zrealizowana sprzedaż oraz szybko rosnący portfel zamówień zapowiada kolejny rekordowy kwartał, więc pełni optymizmu wchodzimy w ten nowy dla spółki okres – dodaje Łukasz Urban.

Zgodnie z raportem przekazanym 4 stycznia br., przychody ze sprzedaży ogółem w IV kw. 2021 wyniosły 23,2 mln zł oraz ponad 78,5 mln zł za cały rok. Spółka podała, że struktura sprzedaży w IV kwartale oraz całym 2021 roku sprawia, że zarząd oczekuje lepszego wyniku netto aniżeli w rekordowym 2021 r.

Ponad dwadzieścia lat doświadczenia i nadal dynamiczny rozwój

Historia BioMaxima SA na rynku diagnostyki laboratoryjnej sięga 1997 roku. Spółka zaopatruje ponad 2 tys. laboratoriów w Polsce i prowadzi działalność eksportową na ponad 60 rynkach. Jest wytwórcą podłoży mikrobiologicznych, systemów do oznaczania lekowrażliwości, a także szerokiej gamy odczynników oraz sprzętu do diagnostyki in vitro, w tym bardzo szerokiej oferty rozwiązań do diagnostyki SARS-CoV-2. BioMaxima od lat stawia na rozwój organiczny swojej działalności, a obecnie skupia się m.in. na poszerzaniu swoich kompetencji w zakresie systemów oznaczania lekowrażliwości, a także diagnostyki molekularnej.

Spółka widzi duży potencjał wzrostu w eksporcie, przede wszystkim dzięki sile swojej marki na rynkach zagranicznych, jako europejskiego producenta wysokiej jakości wyrobów, które jednocześnie mogą konkurować ceną z zachodnimi koncernami.

Emitent jest w trakcie inwestycji w rozbudowę zakładu produkcyjnego w Lublinie o wartości 13-14 mln zł. Nowa infrastruktura przeznaczona będzie m.in. do produkcji systemów do oznaczania lekowrażliwości, a także testów immunochromatograficznych. Celem spółki jest zwiększanie udziału wyrobów własnych w sprzedaży ogółem. Inwestycja jest w całości finansowana ze środków własnych spółki oraz z kredytu.

ABSL nawiązuje partnerstwo programowe ze spółką biurową Skanska

Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych (ABSL), organizacja reprezentująca sektor nowoczesnych usług biznesowych – nawiązał ze spółką biurową Skanska, partnerstwo programowe w obszarze ESG (Environmental, Social & Governance), obejmującym kwestie środowiskowe, społeczne i z zakresu ładu korporacyjnego. W 2022 roku będzie to jeden ze strategicznych obszarów ABSL, a partnerstwo umożliwi wymianę wiedzy, wspieranie dalszego zrównoważonego rozwoju sektora w Polsce, a także aktywne promowanie gospodarki w kontekście poprawy atrakcyjności inwestycyjnej Polski.

Nowoczesne usługi biznesowe to jeden z najszybciej rozwijających się sektorów, który odpowiada na potrzeby zmieniającą się rzeczywistości. Tylko w zeszłym roku – mimo postępującej pandemii – w centrach usług biznesowych w Polsce powstało 13,5 tysiąca nowych miejsc pracy. ABSL jako organizacja zrzeszająca ponad 220 firm, zapewnia szerokie grono ekspertów. W bieżącym roku spółka biurowa Skanska dołącza do ABSL jako parter programowy w zakresie ESG.

Spółka biurowa Skanska od lat kieruje się zrównoważonym podejściem w biznesie i podejmuje działania wpisujące się w założenia ESG. W ramach realizacji swoich ambitnych celów klimatycznych, Skanska, we współpracy z różnymi partnerami, systematycznie rozwija i wdraża nowe rozwiązania, które pomagają obniżyć ślad węglowy. Spółka aktywnie działa na rzecz promocji etyki biznesu, bezpieczeństwa pracy oraz tworzenia przyjaznej i inkluzywnej kultury organizacyjnej. Tym samym wpisuje się m.in. w realizację tzw. Celów Zrównoważonego Rozwoju wyznaczonych przez inicjatywę UN Global Compact, powołaną przez Organizację Narodów Zjednoczonych.

W grupie Skanska mamy jasno zdefiniowane cele zrównoważonego rozwoju. Do 2045 roku osiągniemy neutralność emisyjną w zakresach własnych, jak i w value chain natomiast do 2030 zredukujemy emisję dwutlenku węgla o 70% w ramach emisji własnych. Czujemy się odpowiedzialni za środowisko, gdyż mamy świadomość, że budownictwo odpowiada za 40% globalnych emisji gazów cieplarnianych. Od lat dokładamy wszelkich starań, aby podejmować miarodajne akcje na rzecz zrównoważonego rozwoju. Przykładem jest posiadana przez Skanska prestiżowa akredytacja według globalnego standardu Science Based Targets, która potwierdza zgodność naszych celów z ogólnoświatowym celem klimatycznym dotyczącym powstrzymania wzrostu temperatury o więcej niż 1,5°C do 2050 roku. Partnerstwo z ABSL daje nam możliwość dzielenia się wiedzą i doświadczeniem z firmami z sektora nowoczesnych usług biznesowych, uczenia się od nich oraz wspierania ich w dążeniu do realizacji ich własnych celów zrównoważonego rozwoju, a przez to w budowaniu bardziej przyjaznego świata. Aby osiągnąć cele wpracowane w ramach Porozumienia Paryskiego wszyscy uczestnicy rynku powinni działać razem – dlatego tak ważna jest wymiana wiedzy i edukacja – mówi Katarzyna Zawodna-Bijoch, prezeska i CEO spółki biurowej Skanska w regionie CEE.

ESG coraz ważniejsze dla inwestorów

Z danych raportu „Strategic Foresight ABSL” wynika, że wśród kryteriów warunkujących lokalizację nowych inwestycji są czynniki ESG obejmujące kwestie środowiskowe, społeczne oraz ład korporacyjny. Inwestorzy już dziś oczekują partnerstwa w realizacji swoich ambicji środowiskowych takich jak osiągnięcie neutralności klimatycznej, redukcja emisji CO2 czy przejście na odnawialne źródła energii. Jednocześnie wskazują na konieczność wdrażania polityk różnorodności i włączania. Spójność działań we wszystkich wymiarach może istotnie podnieść ocenę inwestorów danej lokalizacji.

Ambicją ABSL jest, aby sektor nowoczesnych usług biznesowych rozwijał się w sposób zrównoważony i odpowiedzialny, uwzględniając potrzeby przyszłych pokoleń. Z analiz ABSL wynika, że zrównoważony rozwój jest szczególnie widoczny na poziomie dostępu do zielonych biur, e-mobilności oraz rosnącej świadomości w kwestiach związanych ze środowiskiem. Stąd tak ważne stały się czynniki ESG, które nadają kierunek rozwojowi gospodarki i które już dziś mają duży wpływ na decyzje inwestorów. Doceniamy wieloletnie doświadczenie i ekspertyzę Skanska w zakresie zielonego budownictwa, bezpieczeństwa i etyki biznesu. To partner, który wzbogaci nasz przekaz i wzmocni działania w kluczowym dla nas obszarze – mówi Agnieszka Orłowska, Vice-President ESG, ABSL.

Kończy się rok Bawoła

Nasdaq podjął w piątek desperacką próbę uniknięcia ustanowieniu w kończącym się miesiącu historycznego rekordu styczniowej słabości. Z racji tego, że do tej pory najsłabszym styczniem tego indeksu w jego 51-letniej historii był pierwszy miesiąc 2008 roku, czyli roku Wielkiej Recesji i rynkowej paniki, która nastąpiła po upadku banku inwestycyjnego Lehman Brothers, pobicie tego rekordu na początku bieżącego roku można by potraktować jako zły omen. Po +3,13 proc. skoku w górę na piątkowej sesji dziś Nasdaq Composite musiałby wzrosnąć o przynajmniej +2,38 proc. by uniknąć pobicia tego niechlubnego wyniku sprzed 14 lat. Na razie dziś rano cena kontraktów na Nasdaq100 rosła o +0,17 proc.

Na giełdach w Azji i Oceanii po tym jak pod koniec ubiegłego tygodnia Nikkei 225 i Kospi notowały swe roczne minima, w poniedziałek nastąpiło lekkie odbicie (które ominęło jednak rynki akcji w Malezji i Indonezji). Giełdy w Chinach i Korei Południowej były zamknięte z powodu obchodów wigilii rozpoczynającego się tam 1 lutego zgodnie z kalendarzem księżycowym Nowego Roku. O ile kończący się rok stał w tym kalendarzu pod znakiem „Bawoła”, to znakiem nowego roku będzie „Tygrys”.

Na rynkach obligacji zwracała uwagę najwyższa od 6 lat rentowność japońskich 10-letnich obligacji skarbowych (choć to tylko +0,176 proc.). Można to interpretować, jako próbę wybicia się wykresu rentowności w górę z 6-letniej formacji „podwójnego dna”. Rentowności 10-latek w USA i strefie euro lekko dziś rosły.

Na rynkach towarowych ponad 6 proc. drożały na NYMEX-ie kontrakty na gaz ziemny. W trakcie 5 ostatnich sesji ich cena wzrosła łącznie o 28 proc. i była dziś najwyżej od 2 miesięcy.

Brak było dziś rano większych ruchów na rynku walutowym, ale można zwrócić uwagę na 1,5-roczne maksimum kursu amerykańskiego dolara względem południowokoreańskiego wona. Po stratach z poprzednich dni złoty się lekko umacniał. Bitcoin tracił 1,76 proc.

Europejskie rynki akcji otworzyły się dziś rano na zielono (o 9:25 WIG20 notował wzrost o +0,91 proc., wśród jego składników lekko taniały jedynie akcje Mercator Medical; DAX o +1,09 proc.).

Wojciech Białek
DM TMS Brokers

Rekordowa liczba ofert pracy w branży IT w 2021 r.

W 2021 roku w polskiej sieci pojawiło się ponad 231 tys. unikatowych ofert pracy, skierowanych do pracowników z sektora IT oraz telekomunikacji. Zapotrzebowanie na kadrę z tego obszaru wzrastało dość systematycznie od stycznia aż do października. Dopiero w dwóch ostatnich miesiącach roku przedsiębiorcy ograniczyli nieco swoje rekrutacyjne plany, jednak pomimo tego liczba ogłoszeń o pracę opublikowanych między październikiem a listopadem osiągnęła rekordowy poziom – prawie dwukrotnie wyższy niż na początku roku. Specjaliści Experis wskazują, którzy eksperci z obszaru IT byli najbardziej poszukiwani i jak zmieniło się zapotrzebowanie na kompetencje w sektorze.

Zgodnie z danymi, zebranymi przy użyciu narzędzia Job Market Insights* i opracowanymi przez Experis, w 2021 roku na polskim rynku pojawiło się ponad 231 tys. unikatowych ofert pracy, mających na celu przyciągnięcie kandydatów z obszaru IT i telekomunikacji. Warto zaznaczyć, że w porównaniu z 2020 rokiem, w którym opublikowano 126 tys. ogłoszeń, liczba unikatowych ofert pracy w sektorze IT wzrosła prawie dwukrotnie.Liczba ofert pracy w IT w 2021

– Wraz z wybuchem pandemii wielu przedsiębiorców przyspieszyło wdrażanie cyfrowych rozwiązań w swoich organizacjach. Postępująca rewolucja technologiczna jeszcze bardziej umocniła pozycję kandydatów z obszaru IT na rynku pracy i zwiększyła zapotrzebowanie na tych specjalistów. Popyt zdecydowanie przewyższył podaż. W 2021 roku notowaliśmy w Polsce rekordowo wysoki niedobór talentów, a pracownicy IT byli wskazywani jako jedna z grup zawodowych najtrudniejszych do pozyskania – podkreśla Justyna Mazur, liderka linii biznesowej realizującej rekrutacje stałe z obszaru IT w ramach marki Experis. Ekspertka dodaje, że digitalizacja firm miała znaczący wpływ na kształt i rolę działów IT oraz zdecydowanie przyczyniła się do zmiany zapotrzebowania na kompetencje. – Oczywiście nadal kluczowymi umiejętnościami niezbędnymi w sektorze IT pozostają kompetencje twarde, techniczne. Od kandydatów oczekuje się znajomości języków programowania, takich jak Java i Python, czy też najpopularniejszych frontendowych frameworków. Coraz bardziej wzrasta jednak także znaczenie kompetencji miękkich. Pracownicy z obszaru IT są dziś postrzegani jako konsultanci, którzy potrafią przełożyć potrzeby biznesu na język techniczny. Dlatego tak ważne jest, by umieli skutecznie komunikować się z innymi, potrafili współpracować, a także wykazywali się kreatywnością, elastycznością oraz inicjatywą – mówi Justyna Mazur.

W styczniu 2021 roku przedsiębiorcy reprezentujący firmy z sektora IT i telekomunikacji opublikowali na portalach internetowych przeszło 21 tys. ofert pracy, skierowanych do kandydatów z branży. Szczególnie intensywny wzrost liczby ogłoszeń notowany był na początku roku. W lutym pracodawcy zamieścili w internecie około 24 tys. ofert pracy, natomiast w marcu – już ponad 6 tys. więcej. Kwiecień ostudził nieco rekrutacyjny zapał organizacji z obszaru IT. Liczba ogłoszeń przekroczyła wówczas co prawda 34 tys., jednak w kolejnym miesiącu, maju, wskaźnik nieznacznie spadł. Dopiero na początku sezonu urlopowego pracodawcy ponownie zintensyfikowali działania, mające na celu pozyskanie nowego personelu. W czerwcu i lipcu firmy opublikowały przeszło 35 tys. ofert pracy, skierowanych do kandydatów. Był to bardzo sprzyjający czas dla osób, poszukujących nowego zatrudnienia – liczba ogłoszeń wzrastała systematycznie także w kolejnych miesiącach, osiągając wartości wynoszące ponad 36 tys. w sierpniu, 38 tys. we wrześniu i 40 tys. w październiku. Pod koniec 2020 roku przedsiębiorcy ograniczyli swoją chęć powiększania zespołów IT. W listopadzie firmy zamieściły na portalach internetowych prawie 2 tys. ofert mniej niż w miesiącu poprzednim, natomiast w grudniu liczba ta spadła jeszcze bardziej i osiągnęła poziom niewiele wyższy niż 36 tys.

– Globalne zagrożenie zdrowotne oraz związane z nią upowszechnienie pracy zdalnej zauważalnie zwiększyło popyt na rozwiązania chmurowe – dlatego na rynku pracy wzrosło zapotrzebowanie na specjalistów takich jak cloud engineer, cloud architect czy cloud administrator. W ubiegłych dwunastu miesiącach nie brakowało też ofert pracy dla front-end i back-end developerów, network engineerów czy osób na stanowiskach typu system analyst. Nic nie wskazuje na to, by trend ten miał zmienić się w 2022 roku. Warto zaznaczyć, że od początku pandemii obserwujemy na rynku wzmożoną chęć zatrudniania specjalistów z obszaru big data. Osoby realizujące się w rolach takich jak data scientist, data engineer, big data engineer czy data analyst mogą przebierać w propozycjach zawodowych. Jednocześnie, ze względu na duży niedobór tych ekspertów, pracodawcy oferują im bardzo atrakcyjne zarobki. Na znaczeniu zdecydowanie zyskały też specjalizacje związane z cyberbezpieczeństwem – mówi Agnieszka Grzybowska, menedżerka ds. rekrutacji IT w Experis.

Ekspertka zaznacza, że w 2021 roku obserwowaliśmy również wiele ważnych zmian, zachodzących na rynku pracy i wpływających na zatrudnienie w sektorze IT. – Wraz z popularyzacją zdalnego modelu pracy, przed organizacjami otworzyły się nowe możliwości, pozwalające im pozyskiwać pracowników niezależnie od lokalizacji firmy. Granice terytorialne przestały być przeszkodą, ograniczającą rynek wyłącznie do lokalnych kandydatów. Z jednej strony umożliwiło to przedsiębiorcom sięgnięcie po specjalistów z bardziej odległych regionów, z drugiej jednak – zwiększyło rywalizację o talenty. Od początku 2021 roku pracodawcy musieli dość intensywnie konkurować nie tylko z krajowymi, ale także z zagranicznymi organizacjami, które oferowały polskim specjalistom IT atrakcyjne warunki pracy – bez konieczności relokacji. Trend ten prawdopodobnie nadal będzie się umacniał, ponieważ niedobór wykwalifikowanych ekspertów jest odczuwany w całej Europie. Najczęściej po polskich pracowników z obszaru IT sięgają firmy z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Holandii, Szwecji oraz Norwegii – podsumowuje Agnieszka Grzybowska.

*Stan danych zgodny z dostępem w dniu 24.01.2021.

W 2022 r. Develia chce zwiększyć sprzedaż do poziomu 2300-2450 lokali

Develia planuje w 2022 roku sprzedaż na poziomie 2300-2450 mieszkań, czyli o ponad 20% większą w porównaniu do 2021 roku. Zwiększenie sprzedaży będzie możliwe dzięki znacznemu poszerzeniu oferty mieszkaniowej. Celem zarządu jest także zwiększenie liczby przekazań. Spółka zgodnie z realizowaną strategią planuje w tym roku istotnie zmniejszyć zaangażowanie kapitałowe w segmencie komercyjnym i sfinalizować umowy na realizację pierwszych projektów PRS.

– Miniony rok zakończyliśmy z bardzo dobrymi wynikami sprzedaży i przekazań, przekraczając założone cele. W tym roku stawiamy poprzeczkę jeszcze wyżej. Planujemy zwiększyć sprzedaż o ponad 20% wobec ubiegłego roku do poziomu 2300-2450 mieszkań i dodatkowo sfinalizować umowy na realizację 600-800 lokali na potrzeby PRS. Przekażemy także więcej mieszkań klientom – nasz cel to 1950-2050 lokali. W tym roku będziemy kłaść nacisk na dywersyfikację, dlatego rozwój PRS jest dla nas istotną częścią działalności. Zakładamy, że w przypadku większych od oczekiwanych zmian popytu, ten sektor może mieć jeszcze większy udział w naszej sprzedaży – mówi Andrzej Oślizło, prezes Develii. Pomimo pogorszenia się warunków rynkowych, w tym rosnących stóp procentowych, nadal obserwujemy wysokie zainteresowanie mieszkaniami. Problemem rynku wciąż jest niska podaż, która w wielu miastach nie odpowiada na zapotrzebowanie klientów. Dzięki temu, że w minionym roku znacznie powiększyliśmy bank gruntów, jesteśmy na tę sytuację przygotowani i stopniowo umacniamy pozycję na rynku mieszkaniowym. Chcemy zwiększyć ofertę o około 30% wobec ubiegłego roku i wprowadzić do sprzedaży 2450-2650 mieszkań odpowiadających na aktualne preferencje klientów dodaje Andrzej Oślizło.

Bank gruntów Develii to blisko 10 tys. lokali – taki poziom pozwoli spółce realizować kolejne projekty i zwiększać skalę działalności w segmentach mieszkaniowym i PRS. Spółka planuje znacząco powiększyć ofertę w pierwszej połowie tego roku. Tylko w styczniu br. Develia wprowadziła do sprzedaży łącznie 600 lokali w kolejnych etapach inwestycji: Aleje Praskie w Warszawie, Osiedle Latarników i Via Flora w Gdańsku oraz Ceglana Park w Katowicach.

Zgodnie ze strategią na lata 2021-2025 zarząd Develii podejmuje kolejne kroki, które pozwolą spółce w tym roku istotnie zredukować zaangażowanie w segmencie komercyjnym.

– Do końca kwietnia planujemy sfinalizować umowę sprzedaży Sky Tower we Wrocławiu. Naszym celem na ten rok jest także sprzedaż budynku Arkady Wrocławskie. W kolejnym kroku – na przełomie 2022/2023 roku chcemy sprzedać warszawski biurowiec Wola Retro. Środki z tych transakcji będziemy reinwestować m.in. w rozwój segmentu najmu instytucjonalnego, który postrzegamy jako bardzo perspektywiczny. Ponadto chcielibyśmy, żeby część z nich trafiła do akcjonariuszy w formie dodatkowej dywidendy – podsumowuje Paweł Ruszczak, wiceprezes Develii.

Co zmieni nowa ustawa winiarska?

Już wkrótce wejdzie w życie nowa ustawa o wyrobach winiarskich, która ma kompleksowo uregulować kwestie dotyczące produkcji win, ale także innych wyrobów alkoholowych, takich jak miody czy cydry. Czy ustawa okaże się ułatwieniem dla producentów?

Ustawa z dnia 2 grudnia 2021 r. o wyrobach winiarskich została opublikowana 5 stycznia 2022 r. a większość jej przepisów zacznie obowiązywać 60 dni po jej ogłoszeniu. Opracowywany od wielu lat akt ma na celu zharmonizowanie przepisów dotyczących produkcji oraz znakowania fermentowanych napojów winiarskich. Regulacje dostosowano m.in. do aktualnych wymogów unijnych, a nowe rozwiązania mają ułatwić producentom prowadzenie działalności.

Cydr uregulowany

Ustawa z dnia 2 grudnia 2021 r. o wyrobach winiarskich (popularnie zwana nową ustawą winiarską) zastąpi Ustawę z dnia 12 maja 2011 r. o wyrobie i rozlewie wyrobów winiarskich, obrocie tymi wyrobami i organizacji rynku wina. Obecny akt ureguluje organizację rynku wina, nie obejmie jednak – tak jak robiła to poprzedniczka – zapisów dotyczących nazw pochodzenia, oznaczeń geograficznych i określeń tradycyjnych w sektorze wina. A jakie konkretnie rozwiązania proponuje nowy akt?

– Warto zaznaczyć, że oprócz regulacji rynku wina nowa ustawa zawiera także przepisy dotyczące innych napojów fermentowanych, takich jak np. miody pitne, cydry, itp. – mówi Remigiusz Zdrojkowski z firmy XBS PRO-LOG, wyspecjalizowanej w obsłudze logistycznej towarów akcyzowych. – Nareszcie wszystkie wyroby fermentowane zostaną uwzględnione w jednym akcie. Dotychczas tak nie było, bo np. unormowania dotyczące cydru błąkały się po kilku aktach prawnych i dopiero teraz znajdą się w jednej ustawie – podkreśla.

Ustawa zawiera definicję cydru, perry, miodów pitnych i win owocowych. Część definicji została zmieniona, inne uzupełniono. Wprowadzono również wyróżnienie kategorii produktów jakościowych. Teraz kupując cydr będziemy wiedzieli z czego się składa. Do tej pory często kupowaliśmy jedynie nazwę, gdyż w tak nazwanym produkcie jabłek mogło być niewiele.

Winiarz – to nie zawsze znaczy to samo

Nowe przepisy wprowadziły definicję winiarza, dzieląc ten zawód na dwie kategorie. Winiarzem może więc być producent wina (osoba wytwarzająca wino), albo plantator (uprawia winorośl). Często oczywiście będzie to jedna i ta sama osoba.

W kategorii producentów wina wyróżniono jeszcze drobnego producenta, czyli tzw. małego winiarza. Jest to osoba, która wyrabia średnio mniej niż 1000 hektolitrów wina i produkuje wino z owoców własnych lub dokupuje owoce (nie więcej niż 50%) także od sąsiadów z własnego województwa lub powiatów z województwem tym sąsiadujących. Zatem mamy do czynienia z dość szeroką definicją sąsiada i upraw własnych. Co ciekawe, 1000 hektolitrów to średnia z trzech kolejnych lat winiarskich, więc w poszczególnych latach ilość wytworzonego wina może się mocno różnić.

Zmianie uległ też termin rejestracji winiarzy. Producent wina zamierzający wyrabiać wino przekazuje Dyrektorowi Generalnemu Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa (KOWR) informację o tym zamiarze nie później niż na 2 tygodnie przed rozpoczęciem produkcji wina, ale zarazem nie później niż do dnia 15 września danego roku winiarskiego. Formularz znajduje się na stronie internetowej KOWR. Termin ten nie podlega przywróceniu!

Jako, że działalność winiarska jest działalnością regulowaną, należy mieć odpowiednie zezwolenie. Do tej pory wydawał je minister rolnictwa, obecnie zajmie się tym KOWR. Zmniejszyły się też formalności rejestracyjne i poszerzone zostały limity, przy których można skorzystać z uproszczonej procedury.

Co ciekawe, nowa ustawa głosi, że działalność gospodarcza w zakresie wyrobu wina przez drobnego producenta wina z upraw własnych nie jest działalnością regulowaną i nie podlega wpisowi do rejestru. Przywileje te rozszerzono także na pozostałych producentów napojów fermentowanych. Tu jednak uwaga – drobni producenci wina z upraw własnych będą nadal wpisywać się do Ewidencji Producentów prowadzonej przez KOWR.

Po wejściu w życie ustawy, do uzyskania zezwolenia na obrót hurtowy napojami alkoholowymi nie będzie obowiązany również drobny producent wina z upraw własnych, który zbywa wyprodukowane przez siebie napoje alkoholowe przedsiębiorcom posiadającym zezwolenie detaliczne.

Bez składu podatkowego i bez sanepidu

Spora zmiana dotyczy również akcyzy. Jak dotąd wyroby alkoholowe można było produkować tylko w składzie podatkowym. To rozwiązanie nie było ani łatwe, ani tanie, szczególnie dla małych producentów. Umożliwiało jednak zapłatę tzw. odroczonej akcyzy.

– Można było ewentualnie zapłacić podatek z góry lub zapłacić akcyzę od wyrobu gotowego z pominięciem składu podatkowego, ale dotyczyło tylko producentów wina z upraw własnych – mówi Remigiusz Zdrojkowski. – Ten przywilej zostanie poszerzony i będą mogli z niego skorzystać producenci innych napojów fermentowanych produkujący z własnych surowców (lub dokupionych od sąsiada).

Każdy zakład, w którym prowadzona jest produkcja spożywcza musi być przed uruchomieniem zatwierdzony przez sanepid. Ta żmudna i długotrwała procedura poprzedza uzyskanie wpisu na listę podmiotów podlegających kontroli. Są jednak wyjątki! Już obecnie z takiego obowiązku zwolnieni są mali winiarze, a dzięki nowej ustawie dołączą do nich producenci innych napojów fermentowanych. Powyższe nie oznacza, że mali producenci nie będą podlegać kontroli, czy też że nie muszą spełniać wymogów określonych przez przepisy sanitarne. Jak najbardziej – oni również muszą prowadzić działalność zgodnie z wymogami prawnymi.

Co te zmiany oznaczają dla producentów win?

Trzeba przyznać, że przy projekcie ustawy uwzględniono wiele głosów producentów wina i hodowców winorośli. Mały zgrzyt w procesie legislacyjnym pojawił się w trakcie drugiego czytania, gdy padła propozycja, aby do ustawy wprowadzić zapisy umożliwiające zamawianie wraz z żywnością wina przez Internet. Propozycje te zostały negatywnie zaopiniowane przez stronę rządową, w efekcie czego Sejm ich nie poparł. Pozostaje więc liczyć na całościowe uregulowanie tego problemu (dotyczące tym razem wszystkich wyrobów alkoholowych) w innej ustawie.

– Ustawa winiarska zawiera szereg korzystnych rozwiązań – szczególnie z punktu widzenia producentów win owocowych, cydrów itp., których działalność została zrównana z nową sytuacją producentów win. Poza tym wszyscy produkujący napoje fermentowane będą mogli szukać przepisów dotyczących ich wyrobów w jednym akcie – mówi przedstawiciel XBS PRO-LOG. – Nowa ustawa winiarska ujednolica i upraszcza wymagania dotyczące wpisu do rejestru działalności regulowanej. Zaproponowane zmiany zmniejszają obciążenia administracji i miejmy nadzieję, biurokrację. Mali producenci otrzymali ułatwienia, dzięki którym nie będą już traktowani tak samo jak podmioty duże, z większym zapleczem, wyspecjalizowanym personelem i większymi środkami finansowymi – dodaje ekspert.

Nowa ustawa przewiduje również wydanie czterech rozporządzeń ministra rolnictwa. Pozwala na zwiększenie maksymalnej wielkości produkcji wysokojakościowych fermentowanych napojów winiarskich przez drobnych producentów wina z 10 tys. l/rok do 100 tys. l/rok. Umożliwi też produkcję takich napojów proporcjonalnie do wielkości posiadanych hektarów sadów lub liczby pni pszczelich, a także na ich wyrób poza składem podatkowym oraz zwolnienie z obowiązku zatwierdzania zakładów pod względem sanitarnym.

Objęcie przywilejem zapłaty akcyzy od gotowego wyrobu wszystkich producentów wyrobów fermentowanych pozwoli nie tylko na zrównanie szans, ale i wyeliminowanie sytuacji, w których jednoczesny producent wina i miodu pitnego część akcyzy od swoich wyrobów płacił w składzie a część poza nim.

Istnieje jednak pewien problem, który zgłaszała branża, a którego nie udało się rozwiązać. Zapisy nowej ustawy winiarskiej nie do końca korelują z zapisami ustawy akcyzowej. Chodzi o to, że fermentowany napój winiarski wyprodukowany zgodnie z ustawą winiarską nie zawsze będzie uznany za napój fermentowany pod względem akcyzowym. Produkt winiarski wytworzony z krajowych owoców (jabłek, gruszek, wiśni, porzeczek) może pod względem akcyzowym zostać zakwalifikowany jako spirytusowy. W przypadku wyrobów produkowanych na bazie winogron, takie ryzyko nie istnieje.

Problem musiał zauważyć także rząd, bowiem od 1 stycznia 2022 roku weszły w życie przepisy, które podniosły znacząco opodatkowanie alkoholu. W tym samym czasie jednak obniżono podatek nakładany na producentów win, miodów pitnych i wódek regionalnych.

Jak zmiany mogą wpłynąć na rynek?

Winnic w Polsce przybywa i obserwując utrzymującą się od kilku lat tendencję będzie przybywać nadal. Coraz więcej osób marzy o produkcji wina i hodowli winorośli. Dotychczas obowiązujące prawo mogło skutecznie ograniczać ich zapał.

Uproszczenie procedur i wprowadzenie instytucji małego winiarza z pewnością korzystnie wpłynie na rynek. Osoby prowadzące niewielką winnicę – będącą niejednokrotnie działalnością hobbystyczną – unikną uciążliwej części dotychczasowych formalności. A konsumenci będą mogli cieszyć się rzemieślniczymi wyrobami, tak ostatnio popularnymi, co widać choćby po zainteresowaniu kraftowymi piwami. Zatem to, czy kraftowe wina, cydry i miody staną się widoczne na rynku, zależeć będzie w dużej mierze od marketingu, bo przepisy, które ułatwiają ich produkcję na niewielką skalę, już są.

Deloitte: Niedobory półprzewodników mogą w ciągu dwóch lat spowodować ponad 0,5 bln dol. strat w światowej gospodarce

Po dwóch latach pandemii branża Technologii, Mediów i Telekomunikacji nadal pozostaje pod jej silnym wpływem. Wśród globalnych trendów, które mogą mieć największy wpływ na firmy i konsumentów w nadchodzącym roku, eksperci firmy doradczej Deloitte w raporcie Technology, Media & Telecommunications Predictions 2022 wymieniają: przedłużające się braki w produkcji półprzewodników, rozwój sztucznej inteligencji i związane z tym zabiegi regulacyjne, a także wzmożone zainteresowanie wielu rządów i funduszy Venture Capital rozwojem technologii obliczeń kwantowych.

Opracowany przez Deloitte raport identyfikuje globalne trendy TMT oraz bada, jak wiele z nich jest obecnie napędzanych przez zmiany gospodarcze i społeczne wywołane globalną pandemią.

Wybuch pandemii w wielu gałęziach światowej gospodarki zadziałał jak katalizator, generujący lub dynamicznie przyspieszający rozwój niektórych obszarów technologicznych. Zmienione okoliczności z jednej strony stały się więc siłą napędową innowacyjnych narzędzi i usług. Z drugiej jednak, ograniczenia w mocach produkcyjnych czy zachwianie łańcuchami dostaw odcisnęły znaczące piętno zarówno na wynikach finansowych wielu firm, jak i na ich zdolności do dalszej technicznej i rynkowej ekspansji – mówi Sławomir Lubak, partner, lider obszarów Systems and Cloud Engineering oraz TMT, Deloitte.

W 2022 roku nadal aktualny będzie problem niedoboru półprzewodników wykorzystywanych obecnie niemal wszędzie – można je znaleźć w diodach w oświetleniu LED, chipach RFID w sklepach samoobsługowych i transporcie, w automatyce przemysłowej, smart rozwiązaniach w budynkach, automatyce domowej czy e-sporcie. Kryzys związany z ich niewystarczającą podażą jest jednak najbardziej widoczny przede wszystkim w branży automotive. Próba konfiguracji bardziej wyrafinowanego wyposażenia samochodu kończy się informacją o niedostępności opcji lub wyjątkowo długim czasie oczekiwania na dostawę.

Kryzys związany z niedoborem półprzewodników jest więc coraz bardziej widoczny i dotyka rosnącej liczby przedsiębiorstw z różnych branż. Deloitte przewiduje, że będzie on odczuwalny przez co najmniej 24 miesiące, a jego łączny wpływ na gospodarkę ocenia się na kwotę ponad 0,5 bln dolarów.

Konsumenci, przemysł i rządy domagają się chipów, a ich producenci starają się jak mogą. Jednakże, pandemia i wynikające z niej kłopoty logistyczne są powodem obecnej sytuacji jedynie w ograniczonym zakresie. Największym winowajcą jest postępująca cyfryzacja, która przyzwyczaiła nas do wszechobecności prostych, tanich chipów, a także rozwój zaawansowanych rozwiązań wykorzystujących moc obliczeniową – sztucznej inteligencji, chmurowego przetwarzania danych, kryptowalut, IoT czy 5G. Im bardziej wyrafinowana technologia, tym wolniej jest produkowana i tym więcej czasu wymaga na transfer wiedzy, szkolenia i wdrożenie – mówi Ścibor Łąpieś, dyrektor, lider zespołu Technology/IT M&A, Deloitte.

W połowie 2021 roku czas realizacji zamówień na rynku półprzewodników wynosił od 20 do 52 tygodni, ale eksperci przewidują, że do końca 2022 roku można spodziewać się jego skrócenia do 10-20 tygodni, a do 2023 roku branża może wrócić do równowagi. Do ustabilizowania się sytuacji z pewnością przyczynią się inwestycje w tym zakresie. Choć założenie nowej fabryki chipów wymaga kilku lat pracy i inwestycji na poziomie 10 mld dol., największe firmy wytwarzające układy scalone zaplanowały w latach 2021-2023 wydać 200 mld dol. na zwiększenie mocy produkcyjnych. Już w wyniku zakończenia wcześniejszych inwestycji, rozpoczętych w 2019 i 2020 r., do końca 2022 r. produkcja ma wzrosnąć o 35 proc.

Jak wskazują eksperci Deloitte, na rozwiązanie problemów z niedoborem układów scalonych w skali globalnej może w pewnym zakresie wpłynąć również produkcja chipów w modelu open-source, w szczególności w oparciu o otwarty standard RISC-V. Takie podejście przyspiesza możliwości rozpoczęcia wytwarzania nowych procesorów przez kraje, które do tej pory nie kojarzyły się z tego typu technologią.

Co więcej, rekordowo kształtują się inwestycje typu venture capital w firmy produkujące układy scalone. Deloitte przewiduje, że w 2022 r. fundusze VC na całym świecie zainwestują w nie ponad 6 mld dol. – suma ta jest nieco niższa niż w 2021 r., ale ciągle znacznie przekracza nakłady odnotowane w ostatnich dwóch dekadach.

Fuzje przedsiębiorstw działających w obszarze półprzewodników skutkują powstaniem nowych firm, które są jeszcze bardziej atrakcyjne dla inwestorów venture capital. Biorąc pod uwagę, że średnia wartość transakcji w 2021 r. wyniosła szacunkowo 25 mln dol., czyli mniej więcej trzy razy tyle, co średnia dla większości pozostałych transakcji w tym stuleciu, można powiedzieć, że startupy zajmujące się układami scalonymi są dobrze finansowane i mają środki zarówno na innowacje, jak i na zabezpieczenie w przypadku niepowodzeń – mówi Agnieszka Zielińska, partner w Dziale Doradztwa Finansowego, Deloitte.

Era Quantum Computing jeszcze nie nadeszła

Zdaniem ekspertów Deloitte w długoterminowej perspektywie ogromny potencjał mają komputery kwantowe. Prawdopodobnie jednak nie zostanie on zrealizowany przed końcem dekady, a obecnie jest bardzo niewiele przypadków ich faktycznego zastosowania na świecie. Rządy i inwestorzy venture capital inwestują jednak w tę technologię, a wyceny firm zajmujących się obliczeniami kwantowymi, które wchodzą na giełdę, sięgają nawet miliardów dolarów. Pomimo to, ten rynek jest w rzeczywistości niewielki: w 2022 r. przychody związane z kwantowym sprzętem komputerowym, oprogramowaniem i usługami obliczeniowymi nie osiągnął wartości 500 mln dolarów.

Choć era obliczeń kwantowych jeszcze nie nadeszła, to nie znaczy, że nie można się do niej przygotowywać już teraz. Przewidujemy ciągły postęp w tej sferze oraz podwajanie się możliwości obliczeniowych komputerów kwantowych każdego roku. Nie wiemy jednak, jaki jest próg ich realnej użyteczności – czyli ta „magiczna liczba” kubitów prowadząca do prawdziwego przełomu. Dobra wiadomość jest taka, że komputery kwantowe są zupełnie inne od klasycznych, co pozwala im rozwiązywać złożone problemy – zbyt trudne lub zbyt kosztowne do zaadresowania dotychczasowymi metodami. Zła – że różnią się tak bardzo, że ich wykorzystanie i integracja nie będzie prosta – mówi Marcin Knieć, dyrektor Cloud Engineering, Deloitte.

Do najciekawszych rynków, na których komputery kwantowe mogą w najbliższym czasie zaistnieć prawdopodobnie należeć będą chemia kwantowa, materiałoznawstwo, komunikacja kwantowa oraz problemy optymalizacyjne i rekomendacje – we wszystkich tych dziedzinach zaobserwowano ostatnio postępy, jeśli chodzi o wykorzystanie obliczeń QC.

Ta technologia może w przyszłości poprawić wydajność algorytmów sztucznej inteligencji. Jest wiele modeli AI, które wymagają cały czas dużej mocy obliczeniowej. Na przykład obszar ryzyk klimatycznych – naukowcy szukają materiałów mogących skutecznie wychwytywać dwutlenek węgla.

– Inne zastosowania to analiza i tworzenie tekstu – obecnie, duże modele językowe, np. GPT-3 mają 175 mld parametrów i 500 mld elementów danych treningowych, a ich opracowanie wiązało się z nakładami rzędu 12 mln dol. Takie modele są nam potrzebne do prowadzenia mądrych konwersacji z czatbotami czy rozumienia prac naukowych z dziedziny medycyny, by budować skuteczne modele dla wparcia lekarzy drugą opinią, dokonaną przez AI – mówi Piotr Mechliński, dyrektor, lider praktyki AI & Data Risk, Deloitte.

Wszechobecna i coraz potężniejsza AI

Dzięki o wiele szybszym, wyspecjalizowanym procesorom, lepszemu oprogramowaniu i większym zbiorom danych, sztuczna inteligencja ma obecnie znacznie szersze możliwości niż kiedykolwiek wcześniej i to przy spadających kosztach jej wykorzystania. W 2022 r. to będzie znacznie potężniejsze narzędzie niż jeszcze pięć lat temu, co będzie się wiązało ze wzmożonymi kontrolami regulacyjnymi, których skutki da się odczuć we wszystkich branżach.

Eksperci Deloitte przewidują, że w 2022 r. dojdzie do wielu debat na temat bardziej ustrukturyzowanych ram regulacyjnych dotyczących sztucznej inteligencji. Jeśli nawet pojawią się jakieś konkretne propozycje w tym zakresie, ich wprowadzenie w życie w postaci rzeczywistych przepisów prawdopodobnie nastąpi jednak nie wcześniej niż w 2023 r.

Organy regulacyjne mają obawy co do konsekwencji wykorzystania Sl w związku z kwestiami sprawiedliwości, uprzedzeń, dyskryminacji, różnorodności i prywatności. Na przykład, podstawowym narzędziem stojącym za Sl jest uczenie maszynowe, któremu organy regulacyjne i inne podmioty bacznie się przyglądają i analizują je pod kątem potencjalnych uprzedzeń społecznych.

W centrum zainteresowania znalazło się wykorzystanie sztucznej inteligencji w sektorze publicznym, usługach finansowych i w zakresie zasobów ludzkich. Organy regulacyjne powinny starać się znaleźć punkt równowagi: muszą powstać przepisy ograniczające tendencyjność i uprzedzenia, ale zbyt wiele regulacji może zdusić innowacje i utrudnić konkurencyjność.

Choć uregulowanie kwestii SI jest konieczne i jednocześnie bardzo trudne, głosy jednoznacznie krytyczne względem takich regulacji nie są dla mnie przekonywujące. Czy naprawdę chcemy, żeby druga opinia medyczna wydana przez sztuczną inteligencję nie była tworzona w reżimie ścisłych regulacji albo żeby autonomiczne auta nie uczyły się na ściśle nadzorowanych danych i modelach? Przyszłość konkurencyjna UE zależy od wielu czynników. Ważniejsze będzie to, czy rzeczywiście zjednoczymy swoje siły w globalnej konkurencji, czy też partykularne interesy krajów wezmą górę i przegramy razem lub też wygrają największe kraje europejskie – mówi Piotr Mechliński.

Covid dziesiątkuje kierowców. Braki kadrowe w transporcie uderzą rykoszetem w klientów

Przez całą Polskę przechodzi 5 fala koronawirusa, która powoduje utrudnienia w funkcjonowaniu firm transportowych. Braki kadrowe spowodowane przez pandemię już odczuwają m.in. klienci komunikacji miejskiej czy regionalnej. A to dopiero początek utrudnień, bo liczba osób chorych i przebywających na kwarantannie rośnie lawinowo.

  • Sektor transportu należy do grupy branż najbardziej narażonych na braki kadrowe spowodowane koronawirusem.
  • Sytuacja jest tym trudniejsza, że chorych pracowników transportu nie można szybko zastąpić, bo na wielu stanowiskach wymagane są określone umiejętności.
  • Deficyt kadrowy będzie się pogłębiał i może doprowadzić do paraliżu jednej z najważniejszych gałęzi polskiej gospodarki, przed czym ostrzega również rząd.
  • Braki kadrowe bardzo mocno odczują również klienci firm z sektora transportu, którzy korzystają z ich z usług każdego dnia, w tym pasażerowie muszący uzbroić się w cierpliwość.

Od 31 stycznia br. Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia (obejmująca 41 gmin) – w tym Katowice, Tychy, Bytom czy Mysłowice – wprowadza zmiany w komunikacji miejskiej. Podobnie jest w Lublinie, Opolu, Poznaniu czy Łodzi. Wszystko za sprawą pogarszającej się sytuacji epidemicznej powodującej lawinę zakażeń COVID-19 wśród pracowników transportu, nałożone kwarantanny czy izolacje, a także choroby, które wskutek utrudnionego dostępu do lekarzy i możliwości leczenia w czasie pandemii stały się schorzeniami przewlekłymi.

Ciężką sytuację pracowników odczuwają również klienci, muszą się oni liczyć z wieloma niedogodnościami. Przewoźnicy już wprowadzają zmiany w rozkładach jazdy, ograniczają liczbę kursów autobusów czy taboru kolejowego, jak np. w przypadku Łódzkiej Kolej Aglomeracyjnej, która podjęła decyzję o zwieszeniu kursowania części pociągów, niektóre z nich mają wrócić na tory 12 marca br. Skali utrudnień nie zmniejszyły nawet tzw. strefy ochronne dla kierowców (uniemożliwiają pasażerom korzystanie z przednich drzwi czy zakup biletu u prowadzącego pojazd).

–   Od początku pandemii za sterami branży transportowej siedzi covid i znacząco wpływa na jej funkcjonowanie oraz bardzo zagraża pracownikom tego sektora, każdego dnia narażonym na zakażenie koronawirusem. Jest to bowiem branża, która ze względu na pracę możliwą jedynie w formie stacjonarnej wymaga codziennego kontaktu z ludźmi, a tym samym narażenie na zakażenie i kwarantannę – mówi Cezary Maciołek, prezes Grupy Progres. – Covidowego zagrożenia trudno uniknąć, nawet mimo środków ostrożności wdrożonych przez przełożonych i przestrzeganie obowiązujących obostrzeń sanitarnych. Co więcej, transport odpowiada nie tylko za przewóz osób, ale również za dostawy komponentów czy towarów, a zajmujący się tym pracownicy również chorują. Wcześniej epidemia przerwała już łańcuch dostaw, teraz może zrobić to kolejny raz – zaznacza ekspert.

W transporcie są ludzie nie do zastąpienia

Według raportu Związku Pracodawców „Transport i Logistyka Polska” oraz PwC, szacunkowo na rodzimym rynku brakuje ok. 200 tys. zawodowych kierowców. Analiza firmy Transport Intelligence wskazała dodatkowo na deficyt w wysokości ok. 124 tys. kierowców ciężarówek. Rówież na kolei wzrasta zapotrzebowanie na wykwalifikowaną kadrę, poszukiwani są pracownicy bezpośredni związani z prowadzeniem pociągów, jak maszynista czy dyżurny ruchu, wolne miejsca pracy są także na pozostałych ważnych stanowiskach regulowanych, m.in. automatyk sterowania ruchem kolejowym, rewident, zwrotniczy i ustawiacz.

– Jesteśmy w momencie permanentnej rekrutacji. Braki kadrowe dotykają zarówno organizacje działające w transporcie drogowym, jaki i morskim, lotniczym czy kolejowym, dotyczą one przewozów pasażerskich, a także transportu towarów. Poszukiwani są kasjerzy, konduktorzy czy pracownicy dworców, których trudno pozyskać, bo kandydatów zniechęcają m.in. oferowane zarobki oraz warunki pracy wymuszające stały kontakt z ludźmi czy wykonywanie obowiązków w trybie zmiennym. Na wagę złota są również specjaliści, a chętnych na takie stanowiska też brakuje – zaznacza Cezary Maciołek.  Problem jest tym większy, że wielu pracowników nie można zastąpić z uwagi na wymagane umiejętności, których nie posiada odpowiednia liczba kandydatów. Co więcej, ich nabycie jest czasochłonne. W przypadku gdy kierowca, motorniczy czy pracownik obsługi pociągu nagle zachoruje na kronawirusa lub trafia na kwarantannę to natychmiastowe zastępstwo, gdy 5 fala dopiero się rozpędza, jest raczej niemożliwe – ocenia ekspert.  

Kierowca, który wykonuje zarobkowe przewozy drogowe samochodami ciężarowymi lub autobusami (a także przedsiębiorca wykonujący przewozy jako kierowca) musi mieć odpowiednie kwalifikacje. Do wykonywania tego zawodu przy przewozach drogowych nie wystarczy samo prawo jazdy i odpowiednie uprawnienia. Na tym stanowisku mogą pracować osoby, które nie mają przeciwwskazań zdrowotnych i psychologicznych. Co więcej, muszą m.in. uzyskać kwalifikację wstępną (szkolenie trawa 280 godzin) lub kwalifikację wstępną przyśpieszoną (szkolenie trawa 140 godzin) czy ukończyć szkolenie okresowe. Niemało czasu zajmuje także szkolenie motorniczego tramwaju. Od kandydatów na maszynistów nie oczekuje się wykształcenia kierunkowego. Niezbędna i wymagana wiedza zostaje przekazana podczas szkolenia, które łącznie (dla licencji i świadectwa) – w zależności od rodzaju uprawnień do prowadzenia określonego rodzaju pojazdów – może trwać od 18 do 24 miesięcy. Ukończenie szkoły kolejowej lub niektórych kierunków studiów może skrócić ten czas dzięki zwolnieniu ze szkolenia na licencję.

Rząd ostrzega, a pasażerów uratuje spokój

Sytuacja w wielu sektorach nie jest wesoła, co potwierdzają działania Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, które rozesłało komunikat do operatorów infrastruktury strategicznej. Ostrzega w nim, że nawet 30 proc. pracowników – m.in. PKP – nie będzie mogło pojawić się w miejscu pracy.

– Pasażerowie muszą uzbroić się w cierpliwość, bo utrudnienia w kursowaniu komunikacji miejskiej czy krajowej mogą nadal rosnąć. Pociągi, autobusy czy tramwaje nie będą funkcjonowały zgodnie z rozkładem jazdy, bo nie będzie miał ich kto obsługiwać. Co obserwujemy już w wielu regionach Polski – mówi Cezary Maciołek.  – Powinniśmy liczyć się też z utrudnieniami w dostawach m.in. towarów, bo odpowiadają za nie ludzie, którzy codziennie narażają się na zakażenie i kwarantannę. Wyzwaniem i lekcją do odrobienia jest inwestowanie w stałe szkolenie i rozwój kadry w takiej liczbie, by w przyszłości epidemia nie oznaczała sytuacji patowej dla funkcjonowania transportu, którą odczują nie tylko pracodawcy i ich kadra, ale także klienci – podsumowuje ekspert.

Pandemia upadłości konsumenckich

W drugim półroczu 2021 r. sądy zatwierdziły upadłość ponad 8,2 tys. konsumentów, wynika z danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej. W przypadku większości bankrutów ich narastające problemy finansowe było widać z dużym wyprzedzeniem – prawie 60 proc z nich było notowanych w Krajowym Rejestrze Długów już na rok przed orzeczeniem upadłości przez sąd. W dniu ogłoszenia bankructwa byli winni 602 wierzycielom 260 mln zł.

Od czasu wybuchu pandemii można zaobserwować wyraźny wzrost liczby upadłości osób fizycznych w Polsce. Według danych COIG analizowanych pod kątem daty postanowienia sądu w 2019 r. zbankrutowało 7764 konsumentów. W 2021 r. łączna liczba zatwierdzonych niewypłacalności była już ponad dwukrotnie wyższa i wyniosła prawie 16,5 tys. W ciągu jednego półrocza przekraczała więc poziom notowany przed pojawieniem się Covid-19. Jednak, jak podkreślają eksperci z Krajowego Rejestru Długów, nie można przypisywać tego zjawiska wyłącznie wpływowi koronawirusa.

Pandemia a bankructwa

W marcu 2020 r. weszła w życie nowelizacja przepisów dotycząca procesu postępowania upadłościowego. Wcześniej sądy mogły odrzucić wniosek o orzeczenie niewypłacalności, jeśli dana osoba świadomie doprowadziła się do nadmiernego zadłużenia, na przykład zadłużając się na życie ponad stan. Z tego powodu ok. połowa wniosków była oddalana. Obecnie sądy już nie biorą pod uwagę okoliczności, które doprowadziły konsumenta do upadłości przy podejmowaniu swojej decyzji. Od początku pandemii formalnie bankrutować jest więc łatwiej i konsumenci mogli korzystać z takiej możliwości częściej. To spowodowało, że począwszy od czerwca liczba upadłości ogłaszanych przez sądy wzrosła o ponad 100 proc.

W 2021 r. ich liczba zaczęła się już jednak stabilizować. Zarówno w pierwszym, jak i drugim półroczu sądy zatwierdziły podobną liczbę upadłości (odpowiednio po ok. 8,2 tys.). Jednak w najbliższych latach znów możemy mieć w Polsce do czynienia z jej wzrostem.

Konsumenci będą musieli zmierzyć się z podwyżkami cen, kosztów życia czy wyższych rat zaciągniętych kredytów. Ci, którzy balansowali do tej pory na krawędzi bankructwa, mogą nie dać rady udźwignąć tak dużego obciążenia. Jednak efekty wpływu inflacji i podwyżek zobaczymy dopiero za pewien czas. Na razie zmiany trwają za krótko, aby mieć realny wpływ na wzrost upadłości. Warto też pamiętać, że równocześnie z cenami rosły pensje i poniekąd równoważyły wyższe koszty życia. Ale nie w każdym przypadku, dlatego większe zagrożenie konsumentów bankructwem w przyszłości wydaje się być realne – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Długi mogą zwiastować upadłość

Analiza danych COIG i KRD pokazuje, że większość ogłaszających upadłość konsumentów widniała w rejestrze dłużników na długi czas przed jej sformalizowaniem. Na 12 miesięcy przed ogłoszeniem upadłości zarejestrowane zaległości miało 58 proc. z nich. Im bliżej decyzji sądu, tym ten odsetek się zwiększał. W dniu jej uchwalenia w KRD widniało już blisko dwie trzecie (65 proc.) bankrutujących w II półroczu. Te 5,3 tys. osób miało 260 mln zł niespłaconych należności – średnio około 48,5 tys. zł na osobę. Łącznie w całym 2021 r. orzeknięto o niewypłacalności blisko 10,7 tys. dłużników, którzy pozostawili po sobie niespłacone rachunki i pożyczki na ponad pół miliarda złotych (540 mln zł).

Kto zostawia po sobie największe długi?

Wśród dłużników bankrutów największą grupę niezmiennie od lat reprezentują osoby w wieku 36-45 lat. W ostatnim czasie zmieniła się natomiast proporcja płci wśród upadłych konsumentów notowanych w Krajowym Rejestrze Długów. W drugim półroczu 2021 r. szala przechyliła się w stronę mężczyzn (52%). Wcześniej w tej grupie przeważały kobiety. Choć różnica jest niewielka, to rysuje się ona wyraźniej jeśli spojrzymy na kwoty długu obu płci. Mężczyźni bankruci mają 50 mln zł długu więcej niż kobiety (155 mln vs. 105 mln zł).

Co więcej, zadłużeni bankruci zdecydowanie częściej mieszkają w miastach niż na wsi. W podobnym stopniu niewypłacalności doświadczają mieszkańcy średnich (100-300 tys.) i dużych miast (powyżej 300 tys. mieszkańców), jak i miejscowości, gdzie rezyduje od 20 do 50 tys. osób. Jednak to upadli konsumenci z największych miast mają najwyższe kwoty zaległości (54,6 mln zł).

Nie dziwi więc, że najwięcej do oddania mają mieszkańcy województw, gdzie mieszczą się też największe aglomeracje – jak stolica, konurbacja śląska czy metropolia łódzka. Dłużnicy z Mazowsza przed orzeczeniem upadłości nie uporali się ze spłatą 40,5 mln zł. Drugą pozycję zajął Śląsk. Mieszkańcy tego województwa „dorobili się” 39,7 mln zł zaległości. 24,3 mln zł nie uregulowali wobec swoich wierzycieli dłużnicy z Łódzkiego.

W kolejce po spłatę

Jak zaznacza  Adam Łącki, upadłość postrzegana jest przez wielu Polaków jako sposób na ucieczkę od długów. To błędne przekonanie, bo długi nie znikają automatycznie wraz z ogłoszeniem bankructwa przez sąd.

Całkowite oddłużenie w związku z ogłoszeniem upadłości jest możliwe tylko w wyjątkowych sytuacjach, gdy bankrut nie ma żadnego majątku i jest trwale niezdolny do pracy zarobkowej. A nawet w takiej sytuacji nie wszystkie długi można umorzyć – z tej opcji wyłączone są na przykład alimenty. W drugim półroczu 2021 r. bankruci mieli z tego tytułu 3,9 mln zł zaległości i ten dług się nie skasuje. Większości bankrutów sąd umarza dług tylko częściowo. Pozostałą część muszą oni spłacić, a sąd może wyznaczyć im na to nawet 7 lat. I na poczet długu licytuje się majątek dłużnika. Bankructwo nie jest więc sposobem na uchylenie się od odpowiedzialności finansowej, a właśnie środkiem na jej wyegzekwowanie – wskazuje Adam Łącki.

Wśród wierzycieli, którzy oczekują spłaty należności od upadłych konsumentów na niemal 146,5 mln zł liczą fundusze sekurytyzacyjne i firmy windykacyjne, które skupiły przeterminowane długi od innych podmiotów. 101,35 mln zł bankruci zalegają instytucjom finansowym (głównie bankom).

Pozornie łatwe wyjście

Decyzja o ogłoszeniu upadłości dla zdecydowanej większości niewypłacalnych konsumentów oznacza utratę całego majątku. Pieczę nad wszystkimi środkami finansowymi, ruchomościami i nieruchomościami przejmuje syndyk. To z nich pokrywa należne wierzycielom zobowiązania. Na ich spłatę idzie też wynagrodzenie.

Jak podkreśla Jakub Kostecki z firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso, zajmującej się odzyskiwaniem należności, wnioskowanie o bankructwo powinno być dla każdego dłużnika ostatecznością.

Pracując na co dzień z dłużnikami i wierzycielami wiemy z doświadczenia, że upadłość to najgorszy możliwy scenariusz dla obu stron. Sam proces może być długotrwały i generuje dodatkowe koszty. Dlatego tak ważna jest postawa samego konsumenta. Wiele osób nawet nie próbuje szukać rozwiązania swoich problemów i ogłasza upadłość, choć zamiast tego mogliby podjąć rozmowy z wierzycielami, czy skorzystać z pomocy doradców.  Są oni w stanie zaproponować działania, które pomogą dłużnikowi odzyskać kontrolę nad finansami i uniknąć bankructwa, które tej kontroli ich finalnie pozbawi – dodaje prezes Kaczmarski Inkasso.

Przegląd wydarzeń tygodnia 31.01 – 4.02.2022

W kolejnym tygodniu najważniejszą publikacją będzie w mojej opinii decyzja Banku Anglii ws. poziomu stóp procentowych. W sprawie kosztu pieniądza decydować będzie również Europejski Bank Centralny, a także RBA oraz CNB. Niezmiennie uwagę inwestorów przykuwać będą dane z USA, a wśród nich zmiana zatrudnienia w sektorze pozarolniczym w USA. Po jastrzębim zwrocie szefa Fed Powella odczyt nie powinien jednak budzić tak dużych emocji.

Najważniejsze wydarzenia: Decyzja ws. poziomu stóp procentowych w Wielkiej Brytanii, Australii, strefie euro, Zmiana zatrudnienia w sektorze pozarolniczym w USA (NFP)

Wielka Brytania

Banki Anglii stanął u progu podwyżek stóp procentowych. Zmiany w programie skupu aktywów poprzednich miesiącach były jedynie preludium do bardziej zdecydowanych ruchów. Kolejne wysokie odczyty inflacji i ryzyko spirali płacowo-cenowej będą zachęcać BOE do podwyższenia kosztu pieniądza. Głosowanie prawdopodobnie nie będzie jednak jednomyślne, gdyż część decydentów obawia się nadmiernego hamowania gospodarki. W takiej sytuacji zmienność na rynku funta będzie podwyższona i właściwie wszystkie scenariusze mają szansę materializacji.

Strefa euro

W obecnej sytuacji jest mało prawdopodobne, abyśmy w przyszłym tygodniu zobaczyli jakiekolwiek nowe komunikaty w sprawie polityki pieniężnej w Strefie euro. EBC będzie jednak musiał ostrożnie sterować oczekiwaniami rynku. Bank będzie musiał potwierdzić swoją nową jastrzębią postawę, nie brzmiąc przy tym zbyt jastrzębio. Jeśli oczekiwania rynkowe wzrosną zbyt szybko, wyższe stopy procentowe mogą osłabić ożywienie gospodarcze. Z drugiej strony, zbytnia gołębia postawa mogłaby zaszkodzić wiarygodności EBC jako podmiotu walczącego z inflacją. Dlatego też EBC nie powinien przechodzić od „inflacyjnej cierpliwości” do „inflacyjnej paniki”. Tym samym można spodziewać się podkreślenia troski o poziom cen, przy zapewnieniu, że stopy procentowe nie wzrosną gwałtownie.

USA

Niezmiennie inwestorów interesować będzie sytuacja na Amerykańskim rynku pracy. W piątek opublikowane zostaną dane o zmianie zatrudnienia w sektorze. W związku z wypowiedziami szefa Rezerwy Federalnej Powella w mojej opinii odczyt traci nieco na znaczeniu. W trakcie środowej konferencji, odnosząc się do rynku pracy Powell stwierdził, że „pod względem wielu wskaźników jest ona bardzo dobra”. W aspekcie inflacji Powell podkreślił w dużej mierze podażowy charakter wzrostu cen, choć jednocześnie dodał, że Rezerwa jest wrażliwa na płacowy charakter inflacji. Sądzę, że pojedyncze odczyty NFP nie zmienią poglądu Fed na politykę pieniężną, niemniej inwestorzy bardzo często spoglądają na ten raport, tak więc zmienność może być podwyższona.

Polska

Jedyną istotną publikacją w Polsce będą dane o dynamie PKB. Spowolnienie w Niemczech rodzi pewne obawy, jednak wydaje się, że krajowa gospodarka jest bardziej rozpędzona. Sytuacja na rynku złotego będzie determinowana przez czynniki zewnętrzne. W sferze zainteresowania inwestorów powinny utrzymywać się konflikt na linii Rosja – Ukraina, a także oczekiwania względem polityki pieniężnej w USA. Tym samym krajowe czynniki stracą nieco na znaczeniu.

Maciej Madej, analityk DM TMS Brokers

Nie ma odwrotu od pakietu mobilności: Prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizację ustawy o transporcie drogowym i czasie pracy kierowców

W środę, 26 stycznia zakończyły się prace nad Ustawą o zmianie Ustawy o transporcie drogowym, ustawy o czasie pracy kierowców oraz niektórych innych ustaw. Sejm przyjął wszystkie poprawki zaproponowane przez Senat z wyjątkiem jednego przepisu – abolicji za przypuszczalne pomyłki przewoźników w początkowej fazie obowiązywania nowych zasad. Kolejny krok to podpisanie nowelizacji ustawy przez Prezydenta Andrzeja Dudę, co stało się już następnego dnia od przyjęcia przez Rząd ostatecznych poprawek senackich. Jakie ważne zmiany wprowadza ta ustawa dla polskich przewoźników i kierowców?

Nowelizacja ustawy o transporcie drogowym i czasie pracy kierowców oraz niektórych innych ustaw, została podpisana przez Prezydenta Andrzeja Dudę, 27 stycznia. Teraz, pozostaje czekać na oficjalną publikację dokumentu w Dzienniku Ustaw, która musi się odbyć przed 2 lutego, ponieważ to właśnie wtedy zaczynają obowiązywać pierwsze zmiany dotyczące wynagrodzeń kierowców (braku delegacji dla kierowców międzynarodowych). Data 2 lutego nie jest przypadkowa, ponieważ w tym terminie wchodzą również przepisy europejskie pakietu mobilności, które określają konieczność zgłaszania kierowców w innych krajach i zmieniają zasady naliczania wyrównania do zagranicznych płac.

Zatwierdzona przez Rząd i Prezydenta ustawa dostosowuje nasze prawo do unijnych przepisów w zakresie pakietu mobilności. Obejmuje ona także likwidację podróży służbowych jako formy wykonywania zadań służbowych kierowców, którzy realizują międzynarodowe przewozy. Dla kierowców wykonujących transport krajowy delegacje pozostaną tak jak dotychczas. Ale to tylko jedna z wielu kwestii, jakie zawiera ostateczny kształt ustawy – komentuje Mateusz Włoch, ekspert Grupy Inelo.

Jakie inne ważne zmiany wprowadza nowelizacja?

Przede wszystkim kwestie możliwości skorzystania z niższych podstaw oskładkowania i opodatkowania dla kierowców międzynarodowych, nazywanych ulgami. W raz z podpisaną ustawą konieczne staje się tworzenie szczegółowej ewidencji czasu pracy dla kierowców, z wyszczególnionymi składnikami na podstawie danych z karty kierowców i tachografów. Ewidencja czasu pracy obejmuje wedle ustawy: liczbę przepracowanych godzin oraz godzinę rozpoczęcia i zakończenia pracy, liczbę godzin przepracowanych w porze nocnej, liczbę godzin nadliczbowych, dni wolne od pracy z oznaczeniem tytułu ich udzielenia, liczbę godzin dyżuru oraz godzinę rozpoczęcia i zakończenia dyżuru, ze wskazaniem, czy jest to dyżur pełniony w domu, rodzaj i wymiar zwolnień od pracy, rodzaj i wymiar innych usprawiedliwionych nieobecności w pracy.

Ostateczna wersja Ustawy nie wpływa na możliwość zaliczenia wynagrodzenia za dyżur do płacy minimalnej. Pozostawia także wyjątek zwalniający z obowiązku prowadzenia ewidencji czasu pracy dla kierowców, którzy otrzymują ryczałt za nadgodziny i godziny nocne lub tych, pracujących w systemie zadaniowym.

Zmieniono zasady liczenia limitu czasu pracy w porze nocnej. Po zmianach czas pracy będzie liczony nie w dobie 24-godzinnej, a pomiędzy odpoczynkami (dziennymi lub dziennym i tygodniowym). W naszym systemie 4Trans jest już dostępna taka opcja. To dobra zmiana dla przewoźników i kierowców, ponieważ ułatwia przestrzeganie tego limitu. Co istotne, finalizujemy obecnie zmiany w systemie, tak aby wynagrodzenie za luty wyliczyć już zgodnie z nową ustawą – komentuje Mateusz Włoch.

Z innych zmian warto wyszczególnić:

  • coroczne informowanie o liczbie zatrudnionych pracowników i liczbie truckerów wykonujących operacje transportowe w ostatnim roku,
  • konieczność dostosowania bazy przewoźnika do wielkości floty pojazdów. Łączna liczba miejsc parkingowych musi odpowiadać 1/3 wielkości floty,
  • konieczność uzyskania licencji oraz spełniania warunków zawodu przewoźnika drogowego dla przedsiębiorstw zajmujących się międzynarodowym zarobkowym przewozem rzeczy autami powyżej 2,5 tony DMC.

Ponadto w taryfikatorze dodano kary za naruszenia związane z pakietem mobilności. Odpoczynek powyżej 45 godzin odebrany w kabinie pojazdu będzie kosztował kierowcę, firmę i zarządzającego transportem po 50 zł. Brak dokumentacji dotyczącej organizacji powrotu kierowcy maksymalnie co 4 tygodnie wiąże się z karą w wysokości 150 zł dla przewoźnika i 50 zł dla zarządzającego transportem. Z kolei brak wpisu kraju przekroczeni granicy po 2 lutego skutkuje otrzymaniem 100 zł mandatu dla kierowcy. Inne kary dotyczą naruszeń w obszarze powrotów pojazdów co maksymalnie 8 tygodni. Po 21 lutego firma transportowa może zapłacić nawet 2000 zł za nieprzestrzeganie tego przepisu. Z kolei brak dokumentacji wymaganej przez ITD, jak listy przewozowe czy dokumentacje dotyczące delegowania skutkują karą dla firmy w wysokości nawet 3000 zł.

Moody’s podtrzymał ratingi Banku Pekao

Agencja ratingowa Moody’s Investors Service podtrzymała w piątek oceny ratingowe Banku Pekao S.A. na dotychczasowym poziomie, perspektywa ratingowa pozostała stabilna.

Moody’s poinformował, że ocena ratingowa Banku Pekao odzwierciedla jego odbudowującą się rentowność, która zostanie dodatkowo wzmocniona przez wzrost stóp procentowych, wysokie współczynniki kapitałowe oraz bardzo ograniczoną ekspozycję na kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich.

Agencja podkreśla dobre pokrycie rezerwami stosunkowo wysokiego wskaźnika kredytów zagrożonych (NPL). Ocena Moody’s odzwierciedla również duże bufory płynnościowe banku i jego niskie uzależnienie od funduszy rynkowych.

Aktualne oceny ratingowe Moody’s dla Banku Pekao są następujące:

  • długoterminowa ocena depozytów: „A2”; perspektywa: „Stabilna”;
  • krótkoterminowa ocena depozytów: „P-1″;
  • ocena indywidualna (BCA): „baa2″;
  • skorygowana ocena indywidualna (Adjusted BCA): „baa2″;
  • długoterminowa ocena ryzyka kontrahenta (CRR): „A2”;
  • krótkoterminowa ocena ryzyka kontrahenta (CRR): „P-1”;
  • długoterminowa opinia o ryzyku kontrahenta (CRA): „A2(cr)”;
  • krótkoterminowa opinia o ryzyku kontrahenta (CRA): „P-1(cr)”.

Develia: Cena proponowana w wezwaniu nie odpowiada wartości godziwej spółki

W ocenie zarządu cena proponowana w wezwaniu na sprzedaż akcji Develii nie odpowiada wartości godziwej spółki. Stanowisko zarządu zostało przygotowane m.in. na podstawie sytuacji finansowej spółki, danych dotyczących czynników rynkowych, dokumentacji finansowej i strategii spółki, a także w oparciu o niezależną opinię biegłych PwC Advisory.

Trzy podmioty: Forseti IV S.a r.l., Invest Line E S.A. oraz BEKaP Fundusz Inwestycyjny Zamknięty 12 stycznia 2022 r. ogłosiły wezwanie do zapisywania się na sprzedaż ponad 295 mln akcji Develii. Akcje objęte wezwaniem reprezentują 66% głosów na Walnym Zgromadzeniu oraz 66% kapitału zakładowego spółki. Proponowana przez wzywających cena akcji wynosi 3,34 zł.

Cena akcji w wezwaniu nie jest niższa niż średnia cena rynkowa z okresu 6 miesięcy poprzedzających ogłoszenie wezwania. Jednocześnie jest wyższa od wartości księgowej Develii przypadającej na jedną akcję spółki według stanu na 30 września 2021 r. Istotnym aktywem grupy Develia są grunty przeznaczone pod przyszłe inwestycje mieszkaniowe oraz realizowane projekty deweloperskie, których wartość jest prezentowana w sprawozdaniu finansowym po koszcie ich nabycia. Tym samym wartość ujęta w księgach spółki (zgodnie z polityką rachunkowości) nie uwzględnia wzrostu wartości wynikającej ze wzrostu cen gruntów, które miały miejsce w ostatnich latach ani zysków z realizowanych obecnie projektów mieszkaniowych. Według opinii ekspertów niezależnego podmiotu zewnętrznego PwC Advisory, cena zaproponowana w wezwaniu nie odpowiada wartości godziwej spółki, gdyż jest niższa od dolnego przedziału szacunku wartości godziwej akcji spółki.

W opinii zarządu zamieszczone w wezwaniu deklaracje nie pozwalają zarządowi ocenić wpływu wezwania na interes Develii, realizację strategii na lata 2021-2025 i zatrudnienie w spółce. Przekazane w wezwaniu informacje nie pozwalają także na ocenę czy strategiczne plany wzywających będą miały wpływ na lokalizację prowadzenia działalności przez spółkę.

Decyzja dotycząca sprzedaży akcji Develii powinna być niezależną decyzją każdego z akcjonariuszy spółki. Stanowisko zarządu jest tylko jednym z elementów, jakie akcjonariusz powinien wziąć pod uwagę.

W celu zapewnienia akcjonariuszom dostępu do informacji poufnych, które mogą mieć istotny wpływ na ich decyzję o skorzystaniu z wezwania, spółka poinformowała o podpisaniu w listopadzie i grudniu 2021 r. listów intencyjnych w sprawie sprzedaży części nieruchomości gruntowej przy ul. Kolejowej we Wrocławiu wraz z częścią inwestycji obejmującej budowę dwóch budynków wielofunkcyjnych, planowanych na tej nieruchomości oraz sprzedaży prawa użytkowania wieczystego nieruchomości gruntowej przy ul. Podskarbińskiej i Żupniczej w Warszawie o łącznej powierzchni 10,5 tys. mkw. wraz z realizowaną na tej nieruchomości inwestycją obejmującą budowę dwóch budynków mieszkalnych. Listy intencyjne mają związek z zaangażowaniem spółki w segment PRS.

PGE z najwyższym ratingiem BBB+ wśród grup energetycznych i stabilną perspektywą

ating agencji Fitch na poziomie BBB+, najwyższym wśród polskich grup energetycznych, potwierdza naszą wiarygodność kredytową. Opinia agencji jest również istotnym argumentem w kontekście decyzji o dokapitalizowaniu spółki, co ma umożliwić przyspieszenie procesów inwestycyjnych Grupy PGE i pozwolić na szybszą transformację energetyki w kierunku nisko- i zeroemisyjnym – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej. Za nami już pierwsze kilkanaście spotkań z akcjonariuszami instytucjonalnymi. Liczę, że inwestorzy będą postrzegać nasze plany i ich wpływ na przyszłe wyniki Grupy PGE tak samo pozytywnie, jak agencja ratingowa Fitch – dodaje Wojciech Dąbrowski.

Rating agencji Fitch odzwierciedla profil biznesowy Grupy PGE, która jest największą zintegrowaną polską grupą energetyczną opartą na biznesie dystrybucyjnym i wytwarzaniu energii, oraz jej umiarkowany poziom zadłużenia. Głównymi czynnikami pozytywnie wpływającymi na rating są Strategia Grupy PGE, zakładająca zmianę profilu Grupy w kierunku źródeł odnawialnych i niskoemisyjnych, stabilne przychody z biznesów regulowanych, takich jak dystrybucja energii elektrycznej i rynek mocy. Dodatkowo, wydzielenie aktywów węglowych do Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego wg Fitch wspierałoby profil kredytowy spółki. Jako potencjalne ryzyka wymieniane są z kolei poziom marży w segmencie sprzedaży oraz przejściowy wzrost zadłużenia związany z wysokim poziomem nakładów inwestycyjnych.

Ponadto, agencja Fitch pozytywnie oceniła planowaną przez PGE Polską Grupę Energetyczną nową emisję akcji, z której pozyskane środki mają być przeznaczone na rozwój aktywów dystrybucyjnych, odnawialnych oraz niskoemisyjnych źródeł wytwórczych.

Aktualne ratingi PGE są na poziomie BBB+ z perspektywą stabilną (Fitch) oraz Baa1 z perspektywą stabilną (Moody’s).

Nieprzewidywalne skutki tarczy antyinflacyjnej

Gdy tarcza antyinflacyjna wygaśnie ceny znów zaczną rosnąć. Jakie ceny wówczas obejrzymy? Czy nie będą wyższe od tych sprzed wprowadzenia tarczy?

– Wiadomo, że jeżeli obniżamy podatki od sprzedaży, to bezpośredni efekt jest szybko odczuwalny, bo rynkowa konkurencja wymusza obniżenie cen, które jednak nie spadają o tyle, o ile zmalało opodatkowanie, bo część korzyści firmy starają się zachować dla siebie – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Gdy powrócimy do tych samych stawek podatkowych przy dużym popycie firmy mogą podnieść ceny bardziej niż je obniżyły.

Problem ten dotyczy zwłaszcza paliw i żywności, w konsekwencji obniżki VAT. Natomiast ta różnica w cenach może okazać się jednak niższa, jeżeli znajdziemy się w sytuacji spowolnienia gospodarczego i słabnącego popytu.

– Oceniając politykę pieniężną państwa można dyskutować czy obniżanie inflacji poprzez podatki wpłynie pozytywnie na ścieżkę inflacji – dodaje ekspert XTB. – Wprowadzenie tarczy może obniżyć oczekiwania inflacyjne, za którymi podążają wzrosty cen lub może podwyższyć popyt ponieważ pozostanie nam trochę więcej pieniędzy w kieszeni, które wydamy.

Trudno wyliczyć i ocenić, który z tych dwóch scenariuszy jest bardziej prawdopodobny. Zwłaszcza, że o ile takie obniżki podatków wprowadzano w Wielkiej Brytanii czy w Niemczech, to po to, aby pobudzić zbyt niski popyt, a Polska z bardzo wysoką inflacją jest w odwrotnej sytuacji.

Pojawiają się jednak obawy, że wprowadzając tarczę znaleźliśmy się na początku drogi do centralnej kontroli cen prowadzonej przez państwo. Im głębsza taka ingerencja w rynek tym bardziej nieprzewidywalna staje się reakcja zdezorientowanego rynku.

Dla dobra gospodarki reguły gry powinny być przejrzyste i stabilne, jeżeli uważamy, że VAT na żywność powinien być zerowy, to taką decyzję powinno się podejmować na dłuższą metę, a nie na dwa czy trzy miesiące.

– System podatkowy nie jest po to, aby sterować inflacją – dodaje P.Kwiecień. – Podatki są po to, aby w gospodarce miała miejsce redystrybucja dochodów.

Nadchodzą zmiany w prawach konsumenta ważne dla dostawców treści i usług cyfrowych

Planowane zmiany adresowane są do przedsiębiorców dostarczających treści i usługi cyfrowe na rzecz konsumentów oraz świadczących usługi hostingu, przechowywania danych w chmurze, czy media społecznościowe.

W związku z rozwojem technologii, regulacji prawnej doczekały się zawierane z konsumentami umowy o dostawę treści lub świadczenie usług cyfrowych. Są to zupełnie nowe przepisy, dotąd nieistniejące w polskim porządku prawnym.

W pierwszej kolejności należy wyjaśnić pojęcia, którymi posługują się te przepisy. I tak:

  • definicja treści cyfrowej, która już obecnie znajduje się w ustawie o prawach konsumenta, stanowi, iż są to dane wytwarzane i dostarczane w postaci cyfrowej;
  • projektowana ustawa definiuje pojęcie usługi cyfrowej jako usługi pozwalającej konsumentowi na wytwarzanie, przetwarzanie, przechowywanie lub dostęp do danych w postaci cyfrowej, wspólne korzystanie z danych w postaci cyfrowej, które zostały przesłane lub wytworzone przez konsumenta lub innych użytkowników tej usługi, lub inne formy interakcji przy pomocy takich danych;
  • natomiast umowa o dostarczanie treści cyfrowej lub usługi cyfrowej, także zaproponowana projektem ustawy przewiduje, że jest to umowa, na podstawie której przedsiębiorca zobowiązuje się dostarczyć konsumentowi treść cyfrową lub usługę cyfrową, w tym również wykonaną według wskazówek konsumenta, a konsument zobowiązuje się zapłacić cenę, lub dostarczyć dane osobowe.

Będą tu więc mieścić się wszystkie umowy, których przedmiotem są dane w postaci cyfrowej – w tym oprogramowanie, aplikacje, pliki muzyczne, audiowizualne, czy gry, oraz takie, na podstawie których świadczone są usługi programistyczne czy hostingowe.

Przedsiębiorcy świadczący tego rodzaju treści i usługi muszą przygotować się na szereg nowych obowiązków, dotąd ich nie obciążających. Do ustawy o prawach konsumenta dodaje się bowiem nowy rozdział 5b, zatytułowany „Umowy o dostarczanie treści cyfrowej lub usługi cyfrowej” regulujący szczegółowo zobowiązania przedsiębiorców wobec konsumentów zamawiających takie treści lub usługi. Najważniejsze z nich to:

  • Obowiązek dostarczenia treści cyfrowej lub usługi cyfrowej niezwłocznie po zawarciu umowy, chyba że strony wyraźnie inaczej się umówiły, lub treść cyfrowa ma być dostarczona na nośniku materialnym. Zatem zaraz po tym, jak umowa zostanie zawarta konsument powinien otrzymać przesłany plik, mieć możliwość pobrania danych lub w inny sposób móc natychmiast korzystać z usługi. Co ważne – udostępnienie przez przedsiębiorcę treści lub usług na fizycznej lub wirtualnej platformie uważa się za skuteczne wówczas, gdy to konsument wybrał tę platformę a przedsiębiorca nie miał na ten wybór wpływu. Przedsiębiorca odpowiada zatem za problem z dostępem do platformy, zarówno gdy sam ją wskazał, jak i wówczas, gdy wprawdzie wskazał ją konsument, lecz przedsiębiorca mógł mieć wpływ na ten wybór. Jeśli treść lub usługa nie zostaną udostępnione konsumentowi niezwłocznie, ma on prawo wezwać przedsiębiorcę do wykonania tego obowiązku, a następnie odstąpić od umowy. Przepisy przewidują też przypadki, w których nie będzie konieczne dodatkowe wezwanie przedsiębiorcy.
  • Obowiązek zapewnienia zgodności treści lub usługi cyfrowej z umową. Regulacja w tym zakresie jest szeroka i w dużej mierze zbliżona do regulacji dotyczącej niezgodności towaru z umową. Przewiduje między innymi:
  • konieczność zapewnienia zgodności z umową treści lub usługi cyfrowej przez cały określony w umowie okres ich dostarczania.
  • Obowiązek informowania konsumenta o aktualizacjach, które są niezbędne do zachowania zgodności treści lub usługi cyfrowej z umową. Obowiązek ten trwa przez cały czas trwania umowy, gdy umowa przewiduje dostarczenie treści lub usług cyfrowych w sposób ciągły, zaś gdy umowa przewiduje dostarczenie ich jednorazowo lub częściami – przez czas zasadnie oczekiwany przez konsumenta, uwzględniając rodzaj i cel treści lub usługi cyfrowej, oraz okoliczności i charakter umowy. Jeśli konsument nie zainstaluje aktualizacji dostarczonych przez przedsiębiorcę nie będzie on ponosił odpowiedzialności za brak zgodności treści lub usługi cyfrowej z umową, wynikający z braku aktualizacji, jeżeli poinformował konsumenta o dostępności aktualizacji i konsekwencjach jej niezainstalowania, oraz niezainstalowanie aktualizacji nie wynikały z błędów instrukcji dostarczonej przez przedsiębiorcę.
  • Wymóg dostarczenia treści cyfrowej lub usługi cyfrowej w najnowszej wersji dostępnej w chwili zawarcia umowy, chyba że strony postanowią inaczej.

Przedsiębiorca odpowiada za brak zgodności treści lub usługi cyfrowej z umową, jeśli brak ten istniał w chwili dostarczenia i ujawnił się w ciągu dwóch lat. Domniemywa się, że jeśli brak zgodności z umową ujawnił się przed upływem roku od dostarczenia treści cyfrowej lub usługi cyfrowej, istniał w chwili dostarczenia. W przypadku umów o dostarczanie usługi lub treści w sposób ciągły przedsiębiorca odpowiada za brak zgodności z umową jeśli ujawnił się w czasie, gdy zgodnie z umową usługa lub treść miała być dostarczana.

Przed zarzutem braku zgodności treści lub usługi cyfrowej z umową przedsiębiorca może się bronić tym, że środowisko cyfrowe konsumenta jest niezgodne wymogami technicznymi, o których przedsiębiorca informował w jasny sposób przed zawarciem umowy.

Jeśli treść lub usługa cyfrowa są niezgodne z umową konsument może domagać się doprowadzenia do zgodności z umową – nieodpłatnie, w rozsądnym czasie i bez nadmiernych niedogodności. Przedsiębiorca może odmówić, gdy doprowadzenie do zgodności z umową jest niemożliwe lub nadmiernie kosztowne. Konsument ma też prawo odstąpić od umowy lub żądać obniżenia ceny, gdy przedsiębiorca nie wykonał obowiązku doprowadzenia treści lub usługi do zgodności z umową, zrobił to już uprzednio i niezgodność ponownie się ujawniła, lub niezgodność jest na tyle istotna, że uzasadnia natychmiastowe obniżenie ceny lub odstąpienie od umowy. Od umowy konsument nie może natomiast odstąpić, gdy niezgodność z umową jest nieistotna – przy czym domniemywa się, że każda niezgodność jest istotna.

  • Po odstąpieniu od umowy przedsiębiorca nie może wykorzystywać treści wytworzonych lub dostarczonych przez konsumenta w trakcie korzystania z treści lub usług cyfrowych (z pewnymi wyjątkami). Jednocześnie przedsiębiorca ma obowiązek nieodpłatnie udostępnić konsumentowi na jego żądanie treści wytworzone lub dostarczone przez konsumenta w trakcie korzystania z treści lub usługi cyfrowej.
  • Przedsiębiorca nie może żądać zapłaty za czas, w którym treść lub usługa cyfrowa były niezgodne z umową, nawet jeśli przed odstąpieniem od umowy konsument z nich faktycznie korzystał.

Zmiany te wymagają od wszystkich przedsiębiorców świadczących treści lub usługi cyfrowe w rozumieniu ustawy przeanalizowania wzorców umów, regulaminów i zasad udostępniania treści i usług tak, by dostosować się do nowych wymogów. Warto już teraz przyjrzeć się swoim dokumentom i stosowanym praktykom, by nie dać się zaskoczyć nowym wymogom prawnym.

Anna Gąsecka, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci. Specjalizuje się w prawie telekomunikacyjnym, prowadzi obsługę korporacyjną firm z branży telekomunikacyjnej, farmaceutycznej, dystrybucyjnej i usługowej. 

Ceny mieszkań rosną w rekordowym tempie

Według danych najnowszego raportu Barometr przygotowanego za 4 kw. 2021 r. przez Metrohouse, Gold Finance oraz RynekPierwotny.pl ceny mieszkań w największych miastach wzrosły nawet o 18 proc. w skali roku. Mimo wysokich cen nie brakuje osób lokujących kapitał w nieruchomości. Według autorów raportu ponad 40 proc. mieszkań jest nabywanych w celach inwestycyjnych.

Hasło „taniej już było” znakomicie obrazuje sytuację na rynku mieszkaniowym w 2021 r. –Pandemia, która przyczyniła się do wywołania nasilonych procesów rynkowych destabilizujących światowe gospodarki, odcisnęła silne piętno na sytuacji cenowej na rynkach mieszkaniowych. Choć w różnym stopniu, to ceny nieruchomości wzrosły właściwie wszędzie, komentuje Marcin Jańczuk z sieci biur nieruchomości Metrohouse, współautor raportu. Analizowane w Barometrze Metrohouse i Gold Finance największe rynki mieszkaniowe w Polsce nie są wcale rekordzistami wzrostów. Podwyżki są też domeną Polski „powiatowej”, gdzie brak podaży nowych mieszkań powoduje coraz silniejszą falę wzrostów przyczyniając się do większego wykluczenia osób, których zdolność kredytowa nie pozwala na realizację marzeń choćby o niewielkim lokum.

W dużych miastach, analizowanych w niniejszym raporcie, mówimy o wzrostach cen sięgających kilkunastu procent w odniesieniu do analogicznej sytuacji sprzed 12-stu miesięcy. Na rynku wtórnym rekordzistami wzrostów są Gdańsk i Łódź (po 18,1 proc.). W Gdańsku ceny nabywanych mieszkań wyprzedziły już Kraków, który zwykle zajmował drugie miejsce w zestawieniach najdroższych metropolii w Polsce. Średnia cena powyżej 10 tys. zł za m kw. występuje na razie tylko w Warszawie, gdzie po kolejnych zwyżkach osiągnęła poziom już prawie 12,5 tys. zł za m kw. Tab 1. Średnie ceny transakcyjne mieszkań na rynku wtórnym

Na rynku pierwotnym średnia stołeczna cena przekracza także 12 tys. zł za m kw., ale w odróżnieniu od rynku wtórnego bariera 10 tys. zł została wyraźnie złamana jeszcze w Krakowie i Gdańsku (nieco ponad 10 800 zł za m kw.). – Jednak wszystko wskazuje na to, że w ostatnim czasie rolę lidera cenowych podwyżek przejął Poznań, który wcześniej był dość stabilny cenowo. Segment najdroższych poznańskich lokali z ceną ponad 15 tys. zł za m kw. mocno się rozbudował. Na uwagę zasługują też szybkie kwartalne wzrosty średnich cen 1 m kw. widoczne na terenie Warszawy, Łodzi oraz Gdańska, mówi Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Spośród największych miast, tylko w Krakowie zostały odnotowane nieco niższe ceny (średnio o 1,7 proc.). Ujemna zmiana średnich cen nowych lokali z Krakowa to na pewno wyczekiwana informacja, bo wcześniej krakowskie „M” mocno podrożały. Od IV kw. 2020 r. do III kw. 2021 r. ich średnia ofertowa cena na rynku pierwotnym wzrosła o równe 12%.Tab.2 Średnie ceny mieszkań w największych miastach na rynku pierwotnym

Dane ankietowe wskazują, że nie ustaje zainteresowanie mieszkaniami w kontekście inwestycyjnym. W porównaniu do ubiegłego kwartału o 5 pkt. procentowych (do 41 proc.) wzrósł odsetek osób nabywających lokale w celu innym niż realizacja własnych potrzeb mieszkaniowych. Jednocześnie końcówka roku uwidoczniła malejący popyt na mieszkania, o czym świadczy odczyt prowadzonego w naszym Barometrze Indeksu Popytu na poziomie 56 pkt., co jest jednym z najniższych odczytów od czasu publikacji niniejszego indeksu.

Ostatni kwartał zeszłego roku nie zmienił w znaczącym stopniu oferty kredytów hipotecznych pod kątem marż oraz innych opłat około kredytowych. – Istotną zmianą może być chęć przechodzenia przez banki na oprocentowanie kredytu opartego o stawkę WIBOR-u 6-miesięcznego, jeśli do tej pory posługiwały się stawką 3-miesięczną. Na rynku zaczęły się pojawiać oferty kredytów z marżami poniżej 2%. Z uwagi na bardzo dobre wyniki sprzedażowe w bankach w zeszłym roku i nowe plany na 2022, mamy nadzieję że trend obniżania marż się utrzyma, mówi Andrzej Łukaszewski, ekspert kredytowy Gold Finance. W tej chwili widoczne jest wyhamowanie ilości wniosków jakie płyną do banków, co przekłada się na wyraźne skrócenie czasu na wydanie decyzji kredytowej.

Niższy napływ na rynek klientów jest spowodowany w dużej części sytuacją na rynku kredytów hipotecznych. Podwyżki stóp procentowych skutecznie przyczyniły się do obniżenia zdolności kredytowej klientów. W przypadku przeciętnej rodziny to nawet ponad 100 tys. zł.

Jak uzdrowić Polski Ład?

Właściwie od początku obowiązywania Polskiego Ładu obserwujemy próby naprawienia przepisów, wokół których panuje największy chaos interpretacyjny. Tymczasem w obecnej sytuacji najważniejsze powinno być przywrócenie możliwości odliczania składki zdrowotnej od podatku, zlikwidowanie ulgi dla klasy średniej i wprowadzenie okresów przejściowych dla leasingobiorców oraz osób, które rozliczają najem lokali w działalności gospodarczej.

Reakcją ze strony rządu na obniżki pensji było m.in. wydanie rozporządzenia o tym, jak przeliczać zaliczkę na podatek dochodowy. Według zalecenia zaliczkę należy porównywać do tej wyliczanej według zasad z roku ubiegłego i ostatecznie pobrać niższą.

Najbardziej negatywne skutki Polskiego Ładu wynikają ze zmian w naliczaniu składki zdrowotnej i z braku możliwości odliczania jej części od podatku. Ponadto przedsiębiorcy, którzy rozliczają się liniowo i według skali, naliczają tę składkę od dochodu, a ryczałtowcy – od przychodu.

Co należałoby zrobić, żeby zniwelować te negatywne skutki w postaci zwiększonych obciążeń publicznoprawnych? Najlepszym rozwiązaniem zarówno dla przedsiębiorców, jak i pracowników, byłoby dalsze odliczanie części składki zdrowotnej w wymiarze 7,75% od podatku dochodowego. Gdyby zostawić przy tym podwyższoną kwotę wolną i drugi próg podatkowy, to każdy z pracowników zyskałby na zmianach. Natomiast w przypadku przedsiębiorców odliczanie składki od podatku niwelowałoby negatywne konsekwencje finansowe wynikające z jej podwyższenia.

Kolejnym krokiem mogłaby być likwidacja ulgi dla klasy średniej. Wprowadzono ją po to, aby łagodzić negatywne skutki związane z brakiem możliwości odliczania składki zdrowotnej od zaliczki na podatek. Gdyby więc taką możliwość przywrócić, ulga stałaby się zbędna, zwłaszcza że jej stosowaniu towarzyszy wiele kontrowersji. W niektórych przypadkach może ona bowiem podatnikom przynieść więcej problemów niż korzyści. Wystarczy przekroczyć próg dochodowy w którąkolwiek stronę o złotówkę, a będzie trzeba oddać w zeznaniu rocznym wykorzystaną ulgę. To powoduje, że podatnicy, zwłaszcza ci, którzy otrzymują premie czy dodatki, muszą pilnować, aby znaleźć się w odpowiednich widełkach. Co prawda istnieje możliwość naliczania ulgi w trakcie roku podatkowego narastająco, jednak powyższa zmiana musiałby znaleźć się w przepisach samej ustawy PIT.

Pewne zmiany powinny dotyczyć także leasingu. Można zastanowić się nad okresem przejściowym dla wykupu aut. W mojej ocenie warto tu zastosować przepisy w taki sposób, by przedsiębiorcy, którzy nabyli samochód w leasingu do końca grudnia 2021 roku (czyli już z niego korzystają, a wykup nastąpi dopiero w 2022, 2023 lub w kolejnych latach) mogli na zasadzie praw nabytych rozliczać się według przepisów obowiązujących do końca 2021 roku. Przedsiębiorca, który rozpoczął okres leasingowania według określonych zasad np. w maju 2021 roku, powinien móc rozliczać się na takich zasadach, jakie wówczas obowiązywały.

Podobne zasady należałoby wprowadzić także w przypadku rozliczania najmu nieruchomości. Roczny okres przejściowy jest zbyt krótki. Powinien on trwać aż do końca używania nieruchomości w działalności gospodarczej, a podatnik powinien zachować prawo do amortyzacji do samego końca.

Jeżeli zmienia się przedsiębiorcom sposób rozliczania nieruchomości czy też wprowadza brak możliwości amortyzowania lokalu mieszkalnego, powstaje duży problem. Jeśli według planów przedsiębiorcy istotnym kosztem uzyskania przychodu z działalności jest amortyzacja i gdyby przedsiębiorca wcześniej wiedział, że nie będzie ona możliwa, to być może nie zdecydowałby się na nabycie nieruchomości w celach jej wynajmu.

W związku z powyższym podatnikom powinno się wprowadzić okres przejściowy na zasadzie praw nabytych, tj. możliwość rozliczania na starych zasadach przychodów z najmu lokalu mieszkalnego czy też przedmiotów w ramach leasingu operacyjnego.

Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt

Kurs dolara przekracza 4,10 zł, funt atakuje 5,50 zł

Koniec tygodnia należy zdecydowanie do dolara. Większość sygnałów docierających do nas zza oceanu jest wyraźnie pozytywnych, co tylko wzmacnia wzrosty.

Dolar maszeruje dalej

Środowy komunikat po decyzji trafił na rynek po zamknięciu notowań zarówno w Azji jak i w Europie. W rezultacie cały czwartek rynki te “trawiły” zmiany. Powodowało to dalsze umocnienie dolara, gdyż perspektywy dla amerykańskiej waluty tylko się poprawiały. Amerykańska waluta jest obecnie najsilniejsza względem euro od półtora roku. Względem złotego trochę od ponad miesiąca, aczkolwiek tutaj jest to głównie zasługa słabości polskiego pieniądza z końca 2021 roku, a nie realnej siły amerykańskiego pieniądza. Nie zmienia to faktu, że w ciągu tygodnia dolar podrożał ponad 10 groszy.

Kolejne sygnały wspierające dolara

Czwartek to nie tylko wstrząsy wtórne po komunikacie. Poznaliśmy również pakiet danych makroekonomicznych zza oceanu. Liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych ustabilizowała się obecnie na 260 tysiącach tygodniowo. Nie jest to może tak dobry wynik jak jeszcze kilka tygodni temu, ale jest on, patrząc na historyczne poziomy tego wskaźnika, minimum solidny. Do tego doszedł lepszy od oczekiwań odczyt wzrostu PKB. W rezultacie nawet trochę słabsza od oczekiwań zmiana w zamówieniach nie była w stanie popsuć humoru inwestorów. Dolar otrzymał tym samym kolejny bodziec do wzrostów.

Funt atakuje 5,50 zł

Wczorajsze dane z Wielkiej Brytanii wsparły funta w kolejnej próbie przekroczenia psychologicznej bariery 5,50 zł. Sprzedaż detaliczna według CBI wzrosła wczoraj niespodziewanie do 28 pkt. Wzrost optymizmu jest też powiązany częściowo ze zmniejszeniem lockodownu na Wyspach. Jest to możliwe dzięki sukcesom programu szczepień, który pozwala mimo bardzo dużej liczby zachorowań, rozważać luzowanie ograniczeń w gospodarce.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – dochody i wydatki Amerykanów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Wyzwania i trendy na rynku usług IT – SoDA podsumowuje 2021 r.

Technologie wykorzystywane są już niemal we wszystkich dziedzinach życia. Po prawie dwóch latach pandemii problemem na rynku IT jest więc nie tyle pozyskanie klienta, co zatrudnienie dobrego programisty, który zapewniłby dostarczenie projektu na czas i na odpowiednim poziomie. Luka kadrowa pogłębia się, co staje się palącym problemem branży. Jakie trendy widoczne były na rynku w 2021 roku i jakie wyzwania czekają software house’y, zapytaliśmy SoDA – polską organizację zrzeszającą pracodawców z sektora usług IT.

Specjaliści na wagę złota

Największym wyzwaniem, z jakim mierzyła się branża IT w 2021 roku, była rosnąca luka kadrowa. Brak odpowiednio wykwalifikowanej kadry, zdaniem SoDA, w dłuższej perspektywie może stać się kluczowym czynnikiem hamującym rozwój firm w tym sektorze. Według szacunków organizacji na rynku brakuje nawet 250–300 tys. programistów. Rośnie więc presja płacowa, która dodatkowo napędzana jest rosnącą inflacją.

W częściowym „załataniu” braków mogłoby pomóc zatrudnianie specjalistów spoza UE. Pracodawcy IT postulują więc o gruntowne zmiany w przepisach, które umożliwiłyby sprawne przeprowadzenie procedur związanych z uzyskaniem pozwolenia na pracę w Polsce dla deweloperów spoza Wspólnoty. Nowelizacja tzw. ustawy o cudzoziemcach z listopada ubiegłego roku, choć jest krokiem w dobrym kierunku, wciąż jest niewystarczająca.

Przedsiębiorcy od lat zgłaszają również, że system kształcenia na kierunkach informatycznych w Polsce nie jest dostosowany do potrzeb rynku. Jak wynika z doświadczeń software house’ów należących do SoDA, absolwenci po zakończeniu edukacji potrzebują przynajmniej 1,5 roku do 2 lat, aby móc samodzielnie prowadzić projekty.

Jest to duża inwestycja, zarówno czasowa, jak i pieniężna, jakiej muszą dokonać pracodawcy. Działanie w rozproszonych zespołach też nie ułatwia zadania. Te z firm, które mogą sobie na to pozwolić, zyskają lojalnego pracownika, który będzie chciał rozwijać się wewnątrz organizacji – mówi Konrad Weiske, Wiceprezes SoDA i CEO Spyrosoft. – Nie wszystkie software house’y jednak na to stać, dlatego część z nich decyduje się na zatrudnienie specjalisty gotowego do pracy z klientem. Konieczne są więc nie tylko zmiany w programach edukacji, bo ich efekty będą zauważalne dopiero po latach. Rozwiązaniem, które można wdrożyć „tu i teraz”, byłoby na przykład dofinansowanie do pensji juniorskiej. W ten sposób absolwenci dostępni już na rynku pracy mogliby zdobyć niezbędne doświadczenie, a branża IT kluczowa w dobie gospodarki cyfrowej zyskałaby cennych pracowników – dodaje.

Jak podaje Inhire w raporcie „IT Market Snapshot 2021”, w czwartym kwartale 2021 roku oferty pracy dla „midów” stanowiły 50,4%, dla „seniorów” ponad 40,5%, a dla „juniorów” niecałe 9,1%. Widać też, że odsetek tych ostatnich systematycznie rośnie i w porównaniu do stanu z końca 2020 roku wzrósł aż o 5,82 p.p. („IT Market Snapshot 2020”, Inhire). Rok do roku zwiększyła się także liczba ogłoszeń kierowanych do średniego szczebla – choć tu zmiana jest mniejsza, bo o 0,62 p.p. Odwrotnie wśród seniorów – jeszcze w 4Q2020 oferty dla nich stanowiły około 46,5% wszystkich dostępnych, w 4Q2021 było ich już o prawie 6 p.p. mniej.

Globalizacja rynku

Choć spotkania online nie zastąpią w pełni tych bezpośrednich, podczas pandemii okazało się, że pozwalają na pozostawanie w stałym kontakcie i skrócenie dystansu – również tego geograficznego. Postępujące automatyzacja i cyfryzacja, ułatwiły więc rodzimym firmom technologicznym dotarcie do klientów zagranicznych, zapewniając jednocześnie stały popyt na usługi. Według badań ankietowych SoDA z 2021 roku, 49% software house’ów należących do organizacji planowało ekspansję na rynki USA, 47% do krajów DACH (Niemcy, Austria, Szwajcaria), a 45-46% skłania się ku Wielkiej Brytanii i Skandynawii. Wśród wymienianych kierunków padały też Benelux (20%), Kanada (16%), Półwysep Arabski (13%) czy Izrael (10%).

Polskie software house’y w znakomitej większości eksportują swoje usługi. Ich siłą jest know-how i nieszablonowe podejście do projektów, nawet najbardziej wymagających. Nadal też mogą konkurować z zagranicznymi firmami ceną, choć tu różnica jest coraz mniejsza – zwraca uwagę Konrad Weiske.

…i rekrutacja bez granic

Nie tylko rodzime firmy dostrzegły szansę w globalizacji rynku. Polska także stała się kierunkiem zainteresowania zagranicznych przedsiębiorstw i to nie tylko biznesowo. Aż 47% specjalistów IT w badaniu Devire przyznało, że w ostatnim roku otrzymało ofertę pracy od firmy, która nie posiada biura czy przedstawicielstwa w naszym kraju.

Nie od dziś wiadomo, że mamy doskonałych specjalistów IT. Polacy mogą pochwalić się przy tym bardzo dobrą znajomością języka angielskiego, a ten jest międzynarodowym językiem w branży. W rankingu „EF English Proficiency Index”, który klasyfikuje kraje pod względem znajomości tego języka wśród obcokrajowców, w 2021 roku Polska zajęła 16 miejsce na 112 klasyfikowanych – podkreśla wiceprezes SoDA. – Zagraniczne przedsiębiorstwa kuszą więc wyższymi stawkami i dużymi, międzynarodowymi projektami, bez konieczności relokacji. Przy rosnących kosztach funkcjonowania przedsiębiorstwom w Polsce coraz trudniej będzie z nimi rywalizować o najbardziej doświadczoną, a więc najdroższą, kadrę.

Sytuacji rodzimym firmom nie ułatwia zmiana przepisów podatkowych wprowadzonych jako Polski Ład. Swoje obawy o wpływ nowego sposobu opodatkowania na relokację polskich specjalistów IT za granicę wyraziła większość pracodawców należących do SoDA. Zdaniem prawie połowy ankietowanych przedsiębiorstw (46,1%) może on grozić odpływem minimum 30%, a nawet ponad 50% pracowników. Jednocześnie 94,7% firm uważa, że zmiany odbiją się negatywnie także na polskich usługodawcach przy próbach pozyskania zagranicznych specjalistów IT.

Praca zdalna zostanie na dłużej

Pandemia COVID-19 niewątpliwie zmieniła generalne podejście do pracy zdalnej. Choć taka forma pracy w branży IT wykorzystywana była od dawna, dopiero po 2020 roku stała się ona normą, a nie wyjątkiem. Udział ofert pracy zdalnej w puli wszystkich ogłoszeń IT na przestrzeni czasu zdecydowanie wzrastał i w czwartym kwartale 2021 r. stanowił już 70%. Dla porównania – w 1Q2020 r. było ich 14%, w 1Q2021 46% (za „IT Market Snapshot 2021”, Inhire). Nie zapowiada się też, aby po wygaszeniu pandemii sytuacja miała ulec diametralnej zmianie. Możliwość działania w trybie home office stała się bowiem dla większości specjalistów warunkiem koniecznym przy zmianie zatrudnienia – takie wnioski płyną z raportu Devire „Branża IT 2021/2022”, a przy obecnej luce kadrowej w tej branży, warunki dyktują poszukiwani przez firmy pracownicy.

Konsolidacja rynku

To wszystko powoduje, że na rynku dochodzi coraz częściej do konsolidacji i wchłaniania mniejszych podmiotów przez większe software house’y. W czasach rynku pracownika ten trend będzie się pogłębiał. Dla dużych firm będzie szansą na pozyskanie szeregu zasobów ludzkich z odpowiednim doświadczeniem w branży. Dla małych przedsiębiorstw , którym obecnie może być ciężej przyciągnąć pracownika, szansą na utrzymanie się w innej strukturze i poznanie nowego know-how.

W 2021 w samej SoDA zostały przejęte cztery firmy – dwa butikowe software house’y, ponad 50-osobowy i około 300-osobowy. Jeden z podmiotów został przejęty przez firmę spoza SoDA, trzy pozostałe wewnętrznie. Wiemy też, że planowane są kolejne zmiany na rynku – mówi Konrad Weiske.

Luka kadrowa bardzo mocno rzutuje na obecną i przyszłą sytuację sektora usług IT, stanowiąc bariery wzrostu poszczególnych podmiotów oraz wyznaczając trendy dla całej branży. Jeśli kroki zmierzające do systemowego rozwiązania problemu braku specjalistów nie zostaną w porę podjęte, może okazać się, że usługi IT – obecny motor rozwoju gospodarczego, dojdzie do punktu, w którym nie będzie miał „kim” pracować lub straci rentowność.

Faktoring zyskuje coraz większą popularność – obroty branży w 2021 r.: 362,4 mld zł (wzrost o 26 proc.)

Już 26 tys. firm korzysta z faktoringu. Podmioty zrzeszone w Polskim Związku Faktorów obsłużyły w 2021 r. o 41 proc. więcej przedsiębiorców niż rok wcześniej. Po faktoring sięga coraz więcej nie tylko dużych i średnich firm, ale także małych i mikro. Rosną też obroty obsługujących je faktorów. W całym 2021 r. sfinansowali oni działalność krajowych przedsiębiorstw na łączną kwotę 362,4 mld zł. Oznacza to wzrost obrotów branży o blisko 26 proc. Tylko raz w ciągu ostatnich 10 lat zanotowała ona większą dynamikę rozwoju.faktoring 4 kw 2021

Polski Związek Faktorów (PZF) zrzesza większość podmiotów świadczących usługi faktoringowe. Skupia obecnie 5 banków komercyjnych i 21 wyspecjalizowanych firm udzielających finansowania. Należy do niego także 6 podmiotów o statusie partnera.

Firmy należące do PZF osiągnęły w 2021 r. wzrost obrotów o 25,8 proc. Sfinansowały działalność krajowych przedsiębiorstw na łączną kwotę 362,4 mld zł.

Branża faktoringowa pokonała kryzys wywołany pandemią. Wszystkie wskaźniki cechujące nasz rynek powróciły do właściwych poziomów.  Cieszymy się, że usługa faktoringu pełnego ponownie nieznacznie dominuje nad faktoringiem niepełnym. Oznacza to, że przedsiębiorcy starają się nie tylko zabezpieczać swoją płynność finansową, ale także zniwelować ryzyko niewypłacalności kontrahentów, którym wystawiają faktury. Wydaje się, że ubezpieczenie należności połączone z funkcją finansowania może mieć jeszcze większe znaczenie w tym roku i kolejnych latach.

Niemal wszystkie firmy faktoringowe zrzeszone w PZF wygenerowały wyższe obroty niż przed rokiem. Składają się na to wyższe wolumeny sprzedaży u naszych klientów, a także wzrosty cen produktów i usług. Dzięki temu branża zwiększyła obroty w 2021 r. o 25 proc. To drugi najwyższy wzrost w ciągu ostatnich 10 lat. Lepszy zanotowaliśmy tylko w 2018 r. mówi Konrad Klimek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF.obroty faktoring 4 kw 2021

Z pomocą branży faktoringowej z recesją poradziło sobie wielu krajowych przedsiębiorców. Udzielając im szybkiego finansowania w oparciu o wystawione przez nich faktury wpłynęliśmy na poprawę ich funkcjonowania i konkurencyjności w trudnym otoczeniu. Istotnym wsparciem był i nadal jest program gwarancji limitów faktoringowych, dedykowany dla naszych klientów – faktorantów, który nasz rynek realizuje wspólnie z Bankiem Gospodarstwa Krajowego. Program znacząco podniósł elastyczność członków PZF w utrzymaniu dotychczasowych limitów faktoringowych i udzielaniu nowego finansowania w ramach faktoringu z regresem oraz faktoringu odwrotnego. Dlatego po nasze usługi sięga coraz więcej firm. Obsługujemy nie tylko więcej dużych i średnich podmiotów, ale także małych i mikro. Ofertę dla nich mają już nie tylko fintechy, ale także najwięksi i najbardziej doświadczeni gracze na rynku usług faktoringowych dodaje Konrad Klimek.

Z usług firm należących do PZF korzysta obecnie 26 tys. krajowych przedsiębiorstw. Wystawiły one ponad 21 mln faktur, na podstawie których faktorzy udzielili finansowania.

Jesteśmy po to aby wspierać polskich przedsiębiorców i pomagać im w utrzymywaniu płynności, rozwijaniu biznesu, poszukiwaniu nowych rynków. Finansowanie działaności łączymy z podnoszeniem bezpieczeństwa obrotów handlowych. Dlatego wciąż rośnie nie tylko liczba przedsiębiorców sięgających po usługi firm faktoringowych, ale także liczba transakcji w ramach faktoringu pełnego.  dodaje Konrad Klimek.liczba faktorów w pzf

Finansowanie w formie faktoringu wybierają przeważnie firmy produkcyjne i dystrybucyjne. Aż ośmiu na dziesięciu klientów korzystających z usług faktoringowych wywodzi się z tych dwóch grup podmiotów. Wystawiają one na ogół faktury na znaczące kwoty oraz z dłuższymi terminami płatności, co sprawia że środki na ich bieżącą działalność pozostają w „zamrożeniu”. Faktoring pozwala im na szybki dostęp do gotówki i regulowanie bieżących zobowiązań. Dzięki temu mogą bez zakłóceń rozwijać swoją działalność, a przy tym oferować odbiorcom atrakcyjne warunki zamówień towarów.struktura faktorów w pzf

Czy państwo jest gotowe na 2 miliony testów dziennie? To oznacza 30 mld zł rocznie

Federacja Przedsiębiorców Polskich skierowała do Marszałek Sejmu pismo z uwagami do projektu ustawy o szczególnych rozwiązaniach dotyczących ochrony życia i zdrowia obywateli w okresie epidemii COVID-19. Przy 14 mln zatrudnionych i testach raz na tydzień państwo musi zagwarantować 2 mln testów dziennie. Czy rząd jest w stanie zapewnić tyle testów? Czy budżet jest na to przygotowany?

Koszt wykonania testu antygenowego to 35,83 zł, zaś szybkiego testu RT-PCR 197,00 zł[1]. Przyjmując, że 3% wykonywanych testów będą stanowić badania PCR (co odpowiada szacunkowej maksymalnej wydolności systemu), zaś resztę testy antygenowe – potencjalny koszt testowania sięgałby nawet 30 mld zł w skali roku.

Zaszczepieni bez ochrony

Projektowana ustawa całkowicie pomija szczepienia, które są najważniejszym sposobem ograniczania skutków epidemii – zwłaszcza śmiertelności i obciążeń w systemie ochrony zdrowia. Pominięcie statusu szczepienia w projektowanej ustawie sprawia, że cele wskazane w preambule nie zostaną osiągnięte. Przepisy dotyczące testowania nie zapewniają żadnej ochrony przed narażeniem się na kontakt z osoba zakażoną – testowanie raz na tydzień jest daleko niewystarczające i podnosi ryzyko zakażenia w zakładzie pracy.

Arbitraż wojewody to loteria

Projektowana ustawa przewiduje zadziwiającą konstrukcję odpowiedzialności na zasadzie ryzyka (w istocie loterię), rozpatrywanej w trybie administracyjnym na podstawie swobodnego uznania organu. Zgodnie z przepisami projektu ustawy zakażony pracownik, który podejrzewa, że zaraził się SARS-CoV-2 w pracy, zgłasza swoje „uzasadnione podejrzenie” pracodawcy, a ten – na podstawie listy pracowników, którzy nie okazali negatywnego testu w okresie poprzedzającym domniemaną datę zakażenia – przekazuje wniosek pracownika o wypłatę świadczenia odszkodowawczego wraz z listą do wojewody. Wojewoda w drodze decyzji określa osoby zobowiązane do zapłaty tego świadczenia i wysokość kwoty należnej od każdego zobowiązanego. Właściwie każdy element tej regulacji budzi fundamentalne zastrzeżenia.

Ustawa zaburza relacje pracodawca – pracownik

Aby zmniejszyć ryzyko zakażenia koronawirusem w miejscu pracy, pracodawcy powinni móc weryfikować status zdrowotny pracowników oraz osób związanych stosunkiem cywilnoprawnym. Natomiast nie do przyjęcia jest propozycja, aby pracodawcy musieli występować z roszczeniami przeciwko tym pracownikom, którzy są niezaszczepieni i spowodowali wzrost zachorowalności w zakładzie pracy – wśród współpracowników i osób trzecich. Występowanie z pozwami przeciwko pracownikom nie jest społecznie oczekiwanym kierunkiem rozwiązania problemu. To droga do eskalacji konfliktów w stosunkach pracy.

Testy nie chronią – chronią szczepienia

Polska jest pierwszym krajem na świecie, które walczy z epidemią za pomocą testów, a nie szczepień. To całkowita kapitulacja przed antyszczepionkowcami. Projekt ustawy w ogóle nie przewiduje skutków odmowy pokazania negatywnego wyniku testu, poza całkowicie losowym ryzykiem wysokich konsekwencji finansowych. Jeżeli prawodawca poszukiwał sposobu wyzwolenia presji na osoby unikające testowania, to obrał wyjątkowo złą drogę. Znacznie bardziej prawdopodobnym skutkiem projektowanej ustawy będzie skonfliktowanie pracowników.

Pracodawcy powinni mieć możliwość sprawowania rzeczywistej kontroli nad ryzykiem wystąpienia COVID-19 w zakładzie pracy przez weryfikowanie certyfikatów szczepień pracowników, gdyż odpowiadają za stan bezpieczeństwa i higieny pracy. Ponoszą wszelkie ryzyka związane z pracą – gospodarcze, socjalne, osobowe. Zatem powinni mieć narzędzia do wypełniania podstawowego obowiązku w zakresie bhp, zgodnie z art. 207 Kodeksu pracy. Zatem, żeby zmniejszyć ryzyko zakażenia koronawirusem w miejscu pracy, pracodawcy powinni móc weryfikować status szczepień pracowników przy wykorzystaniu instrumentów, które państwo w pełni im zapewni.

Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

[1] Zgodnie z zarządzeniem Prezesa NFZ nr 11/2022/DSOZ

FED pomógł w umocnieniu dolara

Głównym wydarzeniem tego tygodnia dla rynków walutowych było posiedzenie amerykańskiej Rezerwy Federalnej, która zgodnie z oczekiwaniami nie zmieniła swojego kierunku polityki pieniężnej. Nie zaskoczył również szef Fed Jerome Powell, który potwierdził, że program luzowania ilościowego zakończy się na początku marca i że w najbliższym czasie doczekamy się wzrostu stóp procentowych. Po rozpoczęciu procesu podnoszenia stóp procentowych bilans Fed się zmniejszy. Powell zasugerował również, że tym razem tempo spadku bilansu może być szybsze niż w przeszłości, co jest prawdopodobnie spowodowane wysoką inflacją. Należy jednak zauważyć, że słowa przedstawiciela Fed były bardzo ogólne i na faktyczne kroki i ich wpływ będziemy musieli poczekać.

Złoty ma za sobą stosunkowo dynamiczny tydzień. W pierwszej połowie tygodnia polska waluta osłabiła się, po czym odrobiła część strat w drugiej połowie tygodnia i w piątek rano notowana była na poziomie 4,57. W praktyce jednak osłabienie to wynikało bardziej z technicznej korekty po styczniowym umocnieniu złotego niż ze zmiany fundamentu, który złoty ma relatywnie pozytywny w stosunku do euro. Natomiast eurodolar w tym tygodniu spadł do poziomu 1,113. Fundamentalna sytuacja dolara jest znacznie lepsza niż euro. Z amerykańskiej gospodarki napływają optymistyczne dane i w przeciwieństwie do strefy euro, prawdopodobnie wkrótce zobaczymy wzrost amerykańskich stóp procentowych.

AKCENTA CZ a.s.

Ta ustawa to legislacyjna kołomyja. Przedsiębiorcy oburzeni propozycją nowej ustawy covidowej

To aberracja i niestety kpina z przedsiębiorców. To największa legislacyjna kołomyja jaką widzieliśmy” – przedsiębiorcy apelują o konkretne rozwiązania w walce z pandemią.

– W tej propozycji ustawy absurd goni absurd. Tak naprawdę trudno jest w jakikolwiek sposób ocenić jej pozytywne efekty dla ochrony miejsc pracy przed koronawirusem. Mamy wrażenie, że kolejny raz pozoruje się działanie, by sprawić wrażenie, że coś się dzieje, że nad czymś się pracuje. Wniosek jest taki, że przedsiębiorcy są zostawieni sami sobie w obliczu dramatycznych skutków piątej fali pandemii COVID-19. Jesteśmy zaskoczeni tej treści projektem ustawy i mówimy już dzisiaj, że w obecnej formie zrobi on więcej szkody niż pożytku – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

  • Pracodawca będzie mieć prawo do zażądania przedstawienia negatywnego testu na COVID-19. Testy będą mogły być wykonywane raz w tygodniu w firmach bezpłatnie co akurat jest dobrym rozwiązaniem
  • Testowani będą również ozdrowieńcy oraz pracownicy zaszczepieni – w praktyce więc, szczepienie nie jest benefitem. Takie działanie wywoła chaos i konieczność gigantycznego zaangażowania organizacyjnego
  • Pracownicy mogą odmówić wykonania testu, a pracodawca nie będzie miał prawa takiego pracownika zwolnić, zawiesić czy delegować do innych obowiązków
  • Jeżeli dojdzie do zakażenia to pracownik zakażony będzie miał prawo do ubiegania się o odszkodowanie od pracownika , który nie poddał się testowi, a istnieje prawdopodobieństwo, że mógł być on źródłem zakażenia. Odszkodowanie wyniesie 5-krotość minimalnego wynagrodzenia  za pracę
  • W procesy odszkodowawcze zaangażowany będzie pracodawca, do którego pracownik może złożyć wniosek o wszczęcie postępowania w przedmiocie świadczenia. Następnie wniosek jest weryfikowany przez pracodawcę,  który sprawę kieruje do  wojewody, który dokonywać będzie „dochodzenia” jak doszło do zakażenia, czy doszło do niego w zakładzie pracy i kto mógłby być źródłem zakażenia
  • Kara w wysokości 6.000 zł za nieprzestrzeganie  zakazów i ograniczeń  związanych z epidemią Covid-19 generuje chaos  informacyjny  w przedmiocie interpretacji przepisów  o zapobieganiu  i zwalczaniu  zakażeń i chorób zakaźnych
  • Hanna Mojsiuk: nie ma słów na to, jak nielogiczna jest to propozycja ustawy. To prawdopodobnie największa kołomyja legislacyjna jaką widzieliśmy bo wydaje się , że wg ustawy wojewoda ma zastąpić postępowanie sądowe

Jak mówi Hanna Mojsiuk Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie, oczekiwania przedsiębiorców były bardzo  proste i formułowane od wielu miesięcy: ustawa o weryfikacji szczepień, taka, która chroni prawa pracownika i pracodawcy. Przedsiębiorcy w czwartkowy wieczór otrzymali jednak propozycje, która komentowana jest jako skandaliczna, nielogiczna i nierozwiązująca żadnego problemu.

– Jako rozwiązanie problemu z galopującą ilością zakażeń, proponuje nam się ustawowego dziwoląga, który wprowadza wiele zamieszania, a nie rozstrzyga żadnych wątpliwości. Pracodawcy będą mogli zażądać przedstawienia negatywnego wyniku testu, który będzie nieobowiązkowy. Pracownik może odmówić przedstawienia go i nie spotka go za to żadna konsekwencja. Jeżeli dojdzie do zakażenia, to osoby nieprzetestowane będą potencjalnymi podejrzanymi o zakażenie. A co jeżeli wykonania testu odmówi kilkadziesiąt osób? Będzie losowanie winnego? Co jeżeli podejrzany będzie zaszczepiony? Co jeżeli zakażony zostanie zaszczepiony, a podejrzanym o zakażenie też będzie zaszczepiony? Jak będzie wyglądać śledztwo? Kto będzie prokuratorem a kto sędzią ? Czy pracownicy będą donosić na siebie nawzajem tylko po to, by otrzymać odszkodowanie? I jak w tym wszystkim ma odnaleźć się wojewoda, który będzie niczym  Sherlock Holmes i będzie  musiał znaleźć winnego zakażenia innego pracownika? Mam wrażenie, że zaproponowano nam rozwiązanie, które mnoży zamęt i nie jest odpowiedzią na żaden problem przedsiębiorców. Ta propozycja ustawy to największe nieporozumienie  legislacyjne jakie widzieliśmy – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej.

– Produkujemy martwe przepisy, które nie będą mieć żadnego zastosowania w praktyce. Ta skandaliczna propozycja podważa istotę szczepień, jako rozwiązania zabezpieczającego miejsca pracy. Liczymy na opamiętanie i przygotowanie projektu ustawy, który nie będzie obrazą dla przedsiębiorców i ich codziennej walki o utrzymanie miejsc pracy. Przypominam: w Polsce na kwarantannie przebywa milion osób, a za dwa tygodnie ta liczba może być nawet dwukrotnie większa. Wielkimi krokami zbliżamy się do lockdownu. Potrzebujemy rozwiązań, a nie działania pozorowanego – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Izby.