Prostsze i jasne procedury zgłaszania przemieszczania odpadów, umożliwienie transportu na potrzeby regeneracji, zbiórki czy naprawy oraz odejście od mechanizmu zupełnego zakazu transportu w obliczu globalnego charakteru gospodarki obiegu zamkniętego. To główne wnioski przedstawione przez europejską branżę technologii cyfrowych zrzeszoną w Digital Europe w związku z pracami nad aktualizacją unijnego rozporządzenia w sprawie przemieszczania odpadów.
Organizacja w swoim stanowisku wyraża aprobatę dla myśli stojącej za aktualizacją rozporządzenia UE, wedle której wsparcie mają otrzymać starania na rzecz zamkniętego obiegu materiałów w gospodarce. „Z entuzjazmem przyjmujemy propozycję aktualizacji przepisów o transgranicznym przemieszczaniu odpadów, która ma potencjał, by umożliwić swobodne przemieszczanie wtórnych surowców w celu uniknięcia ich składowania w środowisku i w efekcie wsparcie gospodarki obiegu zamkniętego na jednolitym rynku wewnętrznym” – czytamy w stanowisku Digital Europe.
Nie bez uwag
Choć europejska organizacja branży cyfrowej pochwala starania unijnych władz, to zwraca uwagę na szereg budzących obaw zapisów o potencjalnie szkodliwym dla gospodarki o obiegu zamkniętym działaniu. W opinii Digital Europe konieczne jest m.in uproszczenie i przyspieszenie procesów związanych ze zgłaszaniem przemieszczenia odpadów. Przejrzysta i jasna procedura pozwoli zdaniem organizacji na rozwój gospodarki obiegu zamkniętego. Chwaląc narzucony w przepisach 30-dniowy limit czasu na wydanie decyzji, Digital Europe apeluje jednak, aby ucyfryzować procedurę zgłoszeniową oraz by ich system działał w sposób jednolity pośród państw członkowskich. – Naszym zdaniem ważne jest również, aby większy nacisk położyć na umożliwienie przemieszczania odpadów na potrzeby naprawy, odnawiania, regeneracji, czy ich zbiórki. Zaproponowane w myśl części artykułów restrykcje mogą być zbyt rygorystyczne i w efekcie utrudniać rozwój gospodarki obiegu zamkniętego – mówi Michał Kanownik, prezes Cyfrowej Polski, który reprezentuje polską branżę cyfrową w strukturach Digital Europe.
Technologia w służbie środowiska
Zdaniem Michała Kanownika branża technologiczna ma dużo do zaoferowania gospodarce obiegu zamkniętego i sama na niej korzysta. – Innowacyjne technologie pozwalają znacznie wydajniej zarządzać odpadami i ponownie wykorzystać ogrom surowców, które do niedawna zostałyby spisane na straty. Musimy zatem m.in. zapewnić odpowiednio elastyczne ramy prawne, by kwalifikować nowoczesne placówki jako zakłady odzysku. Kierunek zmian aktualizacji unijnych przepisów jest słuszny, bo GOZ zasługuje na każde wsparcie regulacyjne, jakie możemy jej zaoferować. Zamknięty obieg to nie tylko troska o środowisko, ale również wymierna korzyść, jaką producenci sprzętu elektronicznego mogą osiągnąć np. wykorzystując ponownie elementy urządzeń, z którymi użytkownik postanowił się pożegnać. Swobodny, choć podlegający zasadom bezpieczeństwa transgraniczny obieg odpadów pozwoli surowcom uzyskać drugie życie – komentuje prezes Cyfrowej Polski.
Jeśli ktoś sądzi, że bardzo silne wzrosty obserwowane na amerykańskim rynku akcji w trakcie 2 ostatnich sesji stycznia były tylko „podciąganiem” cen mającym na celu uniknięcia ustanowienia przez Nasdaq Composite nowego 50-letniego rekordu styczniowej słabości (co się udało), to we wtorek mógł się zdziwić, gdy główne indeksy po raz 3-ci z rzędu wzrosły (DJIA +0,78 proc., S&P 500 +0,69 proc., Nasdaq Composite +0,75 proc.). Opublikowane wczoraj informacje o spadku wartości wskaźnika koniunktury w przemyśle przetwórczym Stanów Zjednoczonych ISM Manufacturing do najniższego poziomu od listopada 2020 (57,6 pkt.) przy równoczesnym wzroście wskaźnika cen w przemyśle do 76,1 pkt. najwyraźniej nie zrobiły na inwestorach większego wrażenia.
Ten 3-sesyjny ruch w górę na S&P 500 o łącznie +5,1 proc. był najsilniejszym od tego z początku listopada 2020, który inicjował początek kolejnej fali hossy. Dziś rano ceny kontraktów na S&P 500 i Nasdaq 100 nadal rosły (o odpowiednio +0,52 proc. i +1,18 proc. około godz. 9-tej). Oczywiście pomimo ostatniego odbicia sytuacja techniczna szczególnie Nasdaqa uległa w styczniu zdecydowanemu pogorszeniu – indeks ten jest od 2 tygodni pod swoimi średnimi 50-sesyjną (14740 pkt.; opadającą od początku roku) i 200-sesyjną (15115 pkt.; która uległa w styczniu wypłaszczeniu). Przełamanie tej poważnej strefy oporu w najbliższych dniach wydaje się raczej mało prawdopodobne.
W rejonie Azji i Pacyfiku nadal wiele rynków było zamkniętych z powodu obchodów nowego roku kalendarza księżycowego (roku Tygrysa). Na czynnych giełdach najsilniej zwyżkował japoński Nikkei 225 (+1,68 proc.). Podobnie jak w przypadku Nasdaq-a sytuacja techniczna tego indeksu – znajdującego się poniżej spadających średnich 50- i 200-sesyjnych – nie jest zbyt optymistyczna i poważny poziom oporu można umieścić w okolicach 28000 pkt. Przez chwilę na najwyższy poziom od 2 lat wyszedł główny indeks giełdy na Filipinach, ale później ta zwyżka została zgaszona.
Giełdy w Europie otworzyły się na plusach (na początku sesji +0,43 proc., DAX +0,47 proc., CAC 40 +0,32 proc.). Rentowności amerykańskich 10-letnich obligacji skarbowych nie notowały większych zmian pozostają lekko poniżej poziomu cyklicznego szczytu z połowy stycznia. Na rynkach towarowych nadal zwracały uwagę nowe najwyższe od 2015 roku ceny kontraktów na żywiec wołowy („live cattle”). W sposób bardzo przypominający odbicie cen akcji w górę z ostatnich sesji kurs EUR/USD rósł dziś rano 4-tą sesję z rzędu, a kurs USD/JPY spadał w tym samym okresie (amerykański dolar umacnia się wraz ze słabnięciem rynku akcji i odwrotnie). Kurs BTC/USD spadał dziś rano o 0,76 proc.
Wtorek był dniem odczytów indeksów PMI dla przemysłu. Pokazują one, że nadal podejście jest optymistyczne, ale nie aż tak, jak sądzili analitycy. Sugeruje to, że poprawa owszem będzie, ale trochę wolniejsza.
Indeksy koniunktury nie takie dobre
Wczoraj opublikowano indeksy PMI dla przemysłu dla najważniejszych gospodarek. Są to badania ankietowe, pokazujące jakie zapatrywania na przyszłość mają managerowie odpowiedzialni za zamówienia. Wynik dla strefy euro okazał się słabszy od oczekiwań o 0,3 pkt. Z drugiej strony wynik 58,7 pkt to bardzo przyzwoity wynik, nie tylko lepszy od poprzedniego, ale przede wszystkim lepszy od bariery 50 pkt. Dlaczego ten pułap jest taki ważny? 50 pkt to wynik, przy którym ilość odpowiedzi spodziewających się poprawy zrównuje się z odpowiedziami spodziewającymi się pogorszenia. Dane te nie wpłynęły znacząco na rynki.
Złoty silny mimo słabszych indeksów
Również wczoraj poznaliśmy odczyt indeksu PMI dla przemysłu Polski. Okazał on się wyraźnie słabszy od oczekiwań. Spodziewano się 56,4 pkt, podczas gdy wynik był aż o 1,9 pkt niższy. Jest to istotna różnica jak na ten wskaźnik. Nie zmieniło to faktu, że złoty wyraźnie zyskuje na wartości. Po samych danych chwilę tracił, po czym powrócił do wzrostów. Analitycy łączą to jednak znacznie bardziej z brakiem nowych danych o eskalacji konfliktu na Wschodzie. To najprawdopodobniej brak napięć odpowiada za wzrost akceptacji ryzyka przez inwestorów.
Kolejne kraje łagodzą obostrzenia
Na Zachodzie coraz więcej państw poważnie rozważa lub wręcz zapowiada złagodzenie ograniczeń covidowych. Przenoszenie jednak tych wniosków na polski grunt jest mocno ryzykowne. Głównym powodem liberalizacji podejścia jest bowiem wysoki poziom wyszczepienia społeczeństw zachodnich. Powoduje to, że w Niemczech umiera na covid podobna jak w Polsce liczba osób, pomimo wielokrotnie wyższej liczby zachorowań. Są to dobre dane dla gospodarki, gdyż oddala to perspektywy dalszych lockdownów.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Spadek wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 13,0% rdr do 27,5 mld zł
Wzrost łącznego wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 18,0% rdr do poziomu 948,3 tys.
Wzrost wartości obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń o 59,1% rdr do453,9 mln zł
Wzrost łącznego obrotu obligacjami na TBSP o 113,9% rdr do 68,5 mld zł
Wzrost łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 1,7% do poziomu 12,7 TWh
Wzrost łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym o 23,0% rdr do 18,2 TWh
Wzrost obrotu Gwarancjami Pochodzenia dla energii elektrycznej wytworzonej w OZE o 55,9% rdr do3,6 TWh
W styczniu 2022 r. łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 27,9 mld zł, czyli o 13,6% mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń spadła o 13,0% rdr do poziomu 27,5 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła 1 373,9 mln zł, o 17,4% mniej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec stycznia wyniosła 67 418,41 pkt i była o 18,3% wyższa niż przed rokiem.
Na rynku NewConnect w styczniu odnotowano spadek łącznej wartości obrotu akcjami o 65,4% rdr do poziomu 382,3 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect spadła o 65,9% rdr i wyniosła 372,8 mln zł.
Łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi w styczniu wyniósł 948,3 tys. szt., czyli o 18,0% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy wzrósł o 27,4% rdr do poziomu 567,0 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na akcje spadł o 25,1% rdr do 174,1 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na waluty wzrósł o 79,8% rdr do 179,8 tys. szt.
W styczniu odnotowano spadek wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 8,9% rdr do poziomu 281,8 mln zł oraz wzrost obrotów ETF-ami o 78,6% rdr do 102,0 mln zł.
Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła na koniec stycznia 96,1 mld zł, wobec 100,6 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła o 59,1% rdr do poziomu 453,9 mln zł.
Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP wyniosła 68,5 mld zł wobec 32,0 mld zł rok wcześniej, co oznacza wzrost o 113,9% rdr.
Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym wyniósł w styczniu br. 12,7 TWh, co oznacza wzrost o 1,7% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot spadł o 5,6% rdr do poziomu 3,0 TWh. Na rynku forward wolumen wzrósł o 4,2% rdr do poziomu 9,7 TWh.
Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wzrósł o 23,0% rdr do 18,2 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu spadł o 24,8% do poziomu 2,5 TWh. Na rynku terminowym odnotowano wzrost o 37,0 % rdr do poziomu 15,7 TWh.
Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2], na rynku spot wyniósł 1,4 TWh, co oznacza spadek o 0,1% rdr.
Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) wzrósł o 7,4% rdr do poziomu 4,1 ktoe[3].
Obrót Gwarancjami Pochodzenia dla energii elektrycznej wytworzonej w OZE wzrósł o 55,9% rdr, do wolumenu 3,6 TWh.
Kapitalizacja 382 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku w styczniu 2022 r. wyniosła 678,4 mld zł (147,5 mld EUR).
Łączna kapitalizacja 429 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła 1 306,0 mld zł (284,0 mld EUR).
Na Głównym Rynku w styczniu 2022 r. zadebiutowały akcje spółki Biomaxima (przejście z NewConnect).
Na rynku NewConnect w styczniu 2022 r. zadebiutowały akcje spółek: ROAD STUDIO S.A. (wartość oferty: 2 mln zł), ECO5TECH S.A. (wartość oferty: 1,9 mln zł), HYDRA GAMES S.A. (wartość oferty: 1,1 mln zł) oraz ONE SOLUTION S.A.
W styczniu 2022 r. na GPW odbyło się 20 sesji giełdowych, w porównaniu do 19 sesji rok wcześniej.
W załączeniu dane o obrotach na rynkach prowadzonych przez Grupę GPW.
[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych
[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)
Eksperci Instytutu Staszica dwukrotnie w ostatnich miesiącach zwracali uwagę na groźbę wstrzymania obsługi wizowej dla obywateli Ukrainy. Powód to przeciągające się postępowanie na wybór nowego operatora, który zajmie się obsługą tysięcy składanych wniosków. Niestety, obawy już się potwierdziły: jak doniosły media, od stycznia br. wygasł kontrakt z dotychczasowym operatorem w trzech konsulatach, w tym w niezmiernie ważnym z punktu widzenia migracji do Polski konsulacie we Lwowie. Jest bardzo możliwe, że podobne problemy pojawią się w kolejnych punktach przyjmowania wniosków. Niepokoi również fakt, że ponad miesiąc po ogłoszeniu przez Ambasadę RP w Kijowie wyników postępowania nie ma wciąż podpisanej umowy z nowym operatorem.
Przypomnijmy: przetarg, który wedle pierwotnych planów miał być definitywnie rozstrzygnięty jeszcze przed wakacjami, aż dotąd nie zakończył się podpisaniem kontraktu. Nowy operator ma od podpisania umowy dwa miesiące na budowę i uruchomienie systemu obsługi wniosków wizowych. Warto podkreślić, że to przedsięwzięcie nie obciąża budżetu państwa, bowiem koszty działania systemu pokrywane są z opłat za wnoszone wnioski.
Nie tylko eksperci (m.in. Instytutu Staszica, Warsaw Enterprise Institite i Krajowej Izby Gospodarczej), ale również parlamentarzyści zwracali uwagę na rosnącą z każdym tygodniem przeciągającego się postępowania groźbę paraliżu obsługi wniosków wizowych na Ukrainie. Mimo problemów z finalizacją postępowania MSZ nie poczyniło odpowiednich kroków, by zapewnić nieprzerwaną, płynną obsługę składanych wniosków aż do czasu rozpoczęcia działań przez nowego operatora. I nadal nie wiadomo, jak resort zamierza tę sprawę rozwiązać. Obsługa dziesiątków tysięcy wniosków przez nielicznych urzędników konsularnych nie jest możliwa, co przyznało samo MSZ w odpowiedzi na interpelację posła Jakuba Kuleszy w październiku 2021 r. https://www.sejm.gov.pl/sejm9.nsf/interpelacja.xsp?documentId=D9373769B040D23FC1258760004874EB&view=5
Przerwa w płynnej obsłudze składanych wniosków o polską wizę niesie ogromne zagrożenia na dwóch polach. Pierwsze – to zagrożenie dla gospodarki spowodowane możliwym problemem z dostępem ukraińskich pracowników do polskiego rynku pracy. Ukraińcy, którzy nie będą mogli zdobyć polskiej wizy, mogą wybrać oferty czeskie czy niemieckie. Drugie zagrożenie wiąże się z możliwym wybuchem konfliktu zbrojnego na Wschodzie. Polskie placówki będą wówczas szturmować nie tylko migranci zarobkowi, lecz również uchodźcy z terenów objętych działaniami zbrojnymi. Czy w takiej sytuacji Polska zamknie swoje granice, czy też, odwrotnie, będzie wpuszczała wszystkich chętnych bez należytej weryfikacji?
Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla obecnej sytuacji. Zasłanianie się regulacjami, zrzucanie winy na uczestników przetargu, którzy korzystali z legalnej drogi odwoławczej – nie są wytłumaczeniem dla groźnego dla Polski chaosu, zafundowanego przez urzędników.
W ocenie ekspertów Instytutu Staszica Ministerstwo Spraw Zagranicznych wspólnie z Ambasadą RP w Kijowie powinno podjąć pilnie następujące działania:
przedłużyć kontrakt z obecnym operatorem we wszystkich placówkach przyjmujących wizy aż do momentu płynnego przejęcia obsługi przez nowego operatora;
jak najszybciej podpisać kontrakt z wybranym nowym operatorem – a jeżeli zwłoka w zawarciu umowy leży po stronie wyłonionego w postępowaniu konsorcjum, interweniować;
uzyskać gwarancję, że wybrany operator dysponuje stosownymi środkami finansowymi na budowę systemu w przewidzianym kontraktem terminie; żadne kary umowne za ewentualne opóźnienie nie zrekompensują problemów związanych z brakiem obsługi wizowej;
przekazać posłom, senatorom i opinii publicznej kompleksową informację na temat obecnej sytuacji i przyczyn nieudolnego prowadzenia postępowania;
w przypadku, gdyby umowy z wybranym konsorcjum nie udało się zawrzeć w najbliższych dniach – przekazanie informacji, w jaki sposób MSZ zamierza zapobiec paraliżowi obsługi wizowej.
Kwestia obsługi wizowej jest probierzem sprawności i wiarygodności państwa polskiego – także jako partnera i sojusznika. Wszelkie problemy, zawinione przez polskich urzędników, z pewnością zostaną wykorzystane przez przeciwników do podważania tej wiarygodności. Tym bardziej, że są one zawinione przez urzędniczą indolencję.
Co robić, gdy brakuje pieniędzy? Po okresie świątecznym i wyprzedażowym niejedna osoba zadaje sobie takie pytanie. Do tego dochodzą rosnące ceny niemal wszystkich produktów i usług. Jakie Polacy mają metody na łatanie dziur w domowym budżecie? M.in. poświęcają wydatki na rozrywkę i liczą na rodzinę – wynika z badania zrealizowanego dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.
W sytuacji, gdy nie wystarcza pieniędzy na podstawowe wydatki, najczęściej przyjmowaną strategią są cięcia, z czegoś trzeba zrezygnować. Pieniądze przeznaczane są na najważniejsze potrzeby i przyjemności, a większe zakupy muszą poczekać na lepsze czasy. To taktyka ponad połowy osób (56 proc.), którym zdarzają się kłopoty z finansami – wynika z badania zrealizowanego przez Quality Watch dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Drugi sposób to poszukiwanie dodatkowych źródeł dochodów – 32 proc. ankietowanych decyduje się szukać dorywczych zajęć lub brać nadgodziny, co w sumie w czasach, gdy bezrobocie tylko nieznacznie przekracza 5 proc. jest dużo prostsze do zrealizowania niż jeszcze kilka lat temu.
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor, odpowiadały wyłącznie osoby, którym zdarzają się kłopoty finansowe
Gdy i to nie zadziała, pojawia się myśl, że należy coś sprzedać – uważa tak ponad jedna piąta ankietowanych (22 proc.). Tyle samo osób deklaruje, że to moment, gdy można pożyczyć pieniądze, ale pod warunkiem, że od kogoś z rodziny. A jeśli bliscy odmówią? Kolejną deską ratunku okazuje się nieuregulowanie bieżących rachunków. Aż 14 proc. respondentów skredytuje się w elektrowni, spółdzielni mieszkaniowej, czy telekomie, po prostu nie płacąc w terminie za prąd, czynsz czy telefon. I zrobią to zdecydowanie chętniej niż w banku, czy firmie pożyczkowej.
– Dylemat co robić, gdy brakuje pieniędzy zdecydowanie rzadziej kończy się dziś decyzją o zaciągnięciu pożyczki, czy kredytu. Między 2019 a 2021 rokiem odsetek osób chętnych do pożyczania w instytucjach finansowych spadł o 12 p.p., do 48 proc. Najwyraźniej części badanych bardziej bezpieczne wydaje się przekładanie na później bieżących zobowiązań niż dokładanie sobie kolejnego. Mniejszą popularność kredytów gotówkowych w czasie pandemii potwierdzają też dane BIK, co z pewnością wynika z postawy potencjalnych klientów, ale także ostrożniejszej polityki kredytowej banków. Warto tu przy okazji dodać, że coraz chętniej brane są natomiast kredyty ratalne – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
W rezultacie nieuregulowanie w terminie rachunków jest pierwszym pomysłem na zasilanie swoich finansów ze źródeł zewnętrznych, poza pożyczką od rodziny. Ponad dwa razy więcej osób deklaruje, że prędzej zdecyduje się na taki krok niż pójdzie poprosić o pieniądze znajomych, czy pożyczyć w instytucji finansowej – o takich rozwiązaniach mówi odpowiednio 7 i 6 proc. badanych. – Wielu dłużników z pewnością nie ma jednak pojęcia, że ten sposób łatania dziur w budżecie domowym może skończyć się wpisem do rejestru dłużników. Jeśli brak płatności będzie się przedłużał, prędzej czy później dłużnika wpisze do rejestru wierzyciel, albo firma windykacyjna, która odkupi portfel złych długów. A niezapłacona kwota może wzrosnąć o odsetki i różne opłaty karne wynikające z opóźnienia. Obecnie z ponad 31 mln pełnoletnich Polaków w naszym rejestrze widnieje 2,14 mln osób i jak przekonujemy się po odbieranych każdego dnia telefonach, dla wielu z nich fakt ten jest ogromnym zaskoczeniem – dodaje Sławomir Grzelczak.
Warto pamiętać, że wierzyciel może zgłosić do rejestru prowadzonego przez Biura Informacji Gospodarczej dłużnika-konsumenta, który nie zapłacił min. 200 zł przez co najmniej 30 dni po terminie. W praktyce dłużnik ma więcej czasu, bo wierzyciel przed wpisem zobowiązany jest jeszcze wysłać wezwanie do zapłaty z informacją o takim zamiarze. Dłużnik otrzymuje więc dodatkowy czas na uregulowanie zobowiązań. Pismo wysyłane jest pod ostatni pozostawiony przez klienta w firmie adres do kontaktu, jeśli ten jest nieaktualny list nie trafi do adresata, ale i tak dojdzie do zgłoszenia do rejestru. W piśmie zawarta jest informacja o zaległości jak i o tym, do którego z działających na polskim rynku BIG-ów wierzyciel chce wpisać dłużnika.
Pandemia spowodowała wzrost zadłużenia co dziewiątego Polaka, ale wielu pomogła je obniżyć
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor, odpowiadały wyłącznie osoby, którym zdarzają się kłopoty finansowe
Zwiększona niechęć do zaciągania kredytów, to nie jedyny znak czasów, którym towarzyszy pandemia. Wiele osób koronakryzys zmobilizował też do uporządkowania sytuacji finansowej. Niemal co czwarty Polak (23 proc.) spłacił lub co najmniej zmniejszył swoje zadłużenie i zaległości. Jednocześnie, po ponad 1,5 roku trwania pandemii dwie trzecie ankietowanych stwierdziło, że reperkusje wynikające z COVID-19 nie skłoniły ich do takich działań, bo już wcześniej finanse mieli pod kontrolą i pandemia niczego tu nie zmieniła. Nie każdemu się jednak udało. Co dziewiąty (11 proc.) ankietowany zwiększył swoje zobowiązania. Nastąpiło to głównie w gospodarstwach domowych, którym pieniędzy brakuje nawet na najpilniejsze potrzeby, albo są zmuszone odmawiać sobie wielu rzeczy, by wystarczyło na życie. W tych grupach stwierdziło tak odpowiednio aż 48 proc. i 30 proc. osób.
Badanie Quality Watch zrealizowane w dniach 22 – 25 października 2021, metodą CAWI (komputerowo wspomagany wywiad internetowy) wśród Polaków w wieku 18+. Reprezentatywność ze względu na: wiek, płeć, wielkość miejsca zamieszkania. Próba n=1078.
Budownictwo to jedna z tych branż, w których zatory płatnicze występują szczególnie często. Moralność płatnicza jest tam niska, co odzwierciedlają dane o upadłościach i restrukturyzacjach. Równocześnie skomplikowane powiązania między inwestorami, generalnymi wykonawcami i podwykonawcami utrudniają polubowne odzyskanie pieniędzy od kontrahentów. Powszechną praktyką w branży jest podważanie zapisów umów. Przedsiębiorcy kierują więc faktury do windykacji sądowej, która często jest ostatnią deską ratunku, aby przywrócić płynność finansową.
Z analiz Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej wynika, że w 2021 r. przeprowadzono 1888 postępowań restrukturyzacyjnych, z czego 160 dotyczyło firm z branży budowlanej. Zbankrutowało 51 przedsiębiorstw z tego sektora.
Jednocześnie na koniec 2021 r. w bazie danych Krajowego Rejestru Długów widniało 47 093 dłużników z branży budowlanej, którzy mieli 1,54 mld zł zaległości.
Rzekome usterki, wstrzymane przelewy
Branża budowlana to duży, ale hermetyczny sektor, zwłaszcza jeśli chodzi o przepływ pieniędzy. Wstrzymywanie płatności miesiącami albo niepłacenie w ogóle, odsyłanie faktur pod byle pretekstem, uzależnianie zapłaty od spełnienia dodatkowych warunków stanowi rynkowy standard w rozliczeniach między firmami. Małe i średnie firmy ponoszą największe ryzyko biznesowe w łańcuchu przedsiębiorstw obsługujących budowę.
– Mniejsi podwykonawcy powinni zostać zgłoszeni przez generalnego wykonawcę do inwestora, co zapewni tym pierwszym otrzymanie pieniędzy po zakończeniu prac. Nie zawsze tak się jednak dzieje, więc nierzadko zostają bez zapłaty lub jest ona przesuwana w nieskończoność. Przedsiębiorstwa niechętnie sięgają po kredyty na bieżącą działalność, bo są one obudowane biurokracją i obwarowane licznymi kryteriami. Od października 2021 roku rosną też koszty kredytów, do czego przyczynia się podnoszenie stóp procentowych. Nie pomaga to w ich zaciąganiu. W efekcie wiele firm posiłkuje się pieniędzmi, które powinny zapłacić podwykonawcom, wyszukując braki w dokumentacji lub kwestionując jakość robót. W ten sposób powstają zatory płatnicze, które są bolączką całej branży – wyjaśnia Tomasz Zubkowski, dyrektor zarządzający Kancelarią Prawną VIA LEX.
Wiele spółek inwestorskich powstaje wyłącznie na potrzeby konkretnej inwestycji – postawienia biurowca czy apartamentowca. Inwestor płaci generalnemu wykonawcy, a ten powinien rozliczyć się z mniejszymi podwykonawcami. Nierzadko są to jednoosobowe działalności gospodarcze, dla których otrzymanie pieniędzy na czas to „być albo nie być”. I tu zaczynają się schody. Jeśli generalny wykonawca dostaje dużą transzę zapłaty, a w międzyczasie okazuje się, że dany etap budowy kosztował więcej niż zakładała kalkulacja, pomniejsza kwotę dla podwykonawcy, wyszukując „sporne” zapisy w umowie lub rzekome usterki. W rezultacie ten nie ma z czego uregulować faktur wobec dostawców materiałów lub przewoźników.
Dodatkowe koszty motywują kontrahentów
W ślad za umowami zawieranymi w branży budowlanej nie zawsze idzie sumienność płatnicza i poczucie odpowiedzialności za to, co zostało ustalone.
– Część przedsiębiorców nie respektuje zapisów zawartych w dokumentach, albo interpretuje je niezgodnie z pierwotnymi ustaleniami, szukając rozmaitych pretekstów do podważenia zasadności wystawienia faktury lub kwoty, na jaką opiewa. Na rynku funkcjonuje spora grupa firm, które wręcz specjalizują się w takich „rozliczeniach” z kontrahentami. W rozmowach z nimi trzeba dużej wiedzy prawniczej i doświadczenia w obsłudze tej branży. Część z nich próbuje zyskać ile się da, ale gdy pozew trafia do sądu i wizja procesu staje się realna, regulują dług. W znaczącej części przypadków konieczne jest jednak rozstrzygnięcie przez sąd i oddanie potem sprawy do komornika – wyjaśnia Tomasz Zubkowski.
Wraz ze sporządzeniem pozwu kancelaria wysyła bowiem do dłużnika powiadomienie, że sprawa została skierowana do sądu. Równolegle kontaktuje się z nim mailowo i telefonicznie, aby przekonać do zawarcia ugody. To pozwoli zaoszczędzić czas i pieniądze.
Na przykładzie Kancelarii Prawnej VIA LEX widać, że ten sposób dochodzenia zapłaty zyskuje na znaczeniu. Od 2019 r. do 2021 r. liczba pozwów złożonych w sądzie przez kancelarię, dotyczących rozliczeń między firmami z różnych branż, wzrosła o 33%. W tym okresie o 68% zwiększyła się też wartość wniosków złożonych u komornika po wyroku sądu nakazującym zapłatę należności.
Gorąco w budownictwie, a będzie trudniej
Eksperci rynku budowlanego oceniają, że z powodu rosnących kosztów wykonawcy już zaczęli dopłacać do umów zawartych w 2020 r. Brak przetargów kolejowych i samorządowych dodatkowo zaostrzy w najbliższym czasie walkę o kontrakty na budowę dróg. Problemem są drożejące materiały budowlane, kolejne podwyżki cen paliw i rozpędzająca się inflacja. Polski Związek Pracodawców Budownictwa oszacował, że w ciągu kilku miesięcy o kilkadziesiąt procent podrożało drewno, materiały izolacyjne, rury, kable i przewody. Nawet taniejąca od czerwca stal jest dwa razy droższa niż rok wcześniej. Efektem tych perturbacji może być dalszy wzrost zatorów płatniczych w branży.
Aby uniknąć problemów z płatnościami od kontrahentów, firmy powinny dobrze zabezpieczyć się już na początku – na etapie zawierania umowy na wykonanie usługi czy dostarczenie towaru. Bolączką wielu MŚP są umowy zawierane „na słowo”, bądź bardzo ogólne, które nie odzwierciedlają szczegółów rzeczywistej transakcji. Przedsiębiorcy powinni zadbać o przejrzystość i jednoznaczność zapisów w dokumentach. Muszą one zawierać dokładnie to, do czego strony chcą się zobowiązać i być na tyle precyzyjne, aby nie umożliwiały później jakiejkolwiek dodatkowej interpretacji. Chodzi o to, aby nie było potem konieczności przygotowywania szerokich stanowisk w pismach procesowych.
– To naprawdę ułatwia współpracę i pomaga w ewentualnym wyegzekwowaniu zapłaty, a zatem wpływa na utrzymanie płynności finansowej firmy. Konieczna jest weryfikacja zapisów pod kątem realności ich wykonania np. terminów realizacji, wymaganych dokumentów poprzedzających wystawienie faktury. Warto doprecyzować okoliczności związane z możliwością wypowiedzenia lub odstąpienia od umowy. Nie można także zapomnieć o sprawdzeniu właściwej reprezentacji stron – radzi Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.
Bitcoin to wielki biznes. Chociaż technologia blockchain uważana jest za bezpieczną, okazuje się, że 33% platform handlu bitcoinami zostało zhakowanych. Według szacunków firmy Check Point Research rok2021 przyniósł rekordowy poziom przestępstw związanych z kryptowalutami. Cyberprzestępcy przejęli łącznie ponad 3 mld USD w kryptowalutach. Całkowita wartość oszustw związanych z kryptowalutami na świecie szacowana jest na 14 miliardów USD (Chainalysis). Wzrost liczby oszustw wiąże się z rosnącym zainteresowaniem kryptowalutami na całym świecie.
– W 2022 roku możemy spodziewać się ponownego wzrostu liczby podobnych incydentów i ataków związanych z kryptowalutami. Obecnie istnieje ogromna przepaść między konsumentami kryptowalut a bezpieczeństwem. Chcielibyśmy ostrzec społeczność kryptowalutową przed fałszywymi tokenami, pozwalającymi na kradzież funduszy. Aby uniknąć oszustw, polecam użytkownikom m.in. dywersyfikację swoich portfeli, ignorowanie reklam oraz dokonywanie transakcji testowych – ostrzega Oded Vanunu, ekspert Check Point Research, podczas konferencji CPX Europe.
Eksperci szacują, że wolumen transakcji kryptowalutowych (Decentralized Finance) wzrósł o 912% w 2021 roku. Ogromne zwroty z inwestycji w kryptowaluty w 2021, takie jak Shiba inu, wywołały szał wśród inwestorów i pojawienie się kolejnych tokenów. Kapitalizacja rynku kryptowalut przekracza już 2 biliony dolarów, co sprawia, że na sile przybiera również ilość przestępstw z nim związanych. A oszuści to wykorzystują – kradzież walut z elektronicznego portfela wzrasta wraz ze wzrostem ilości walut.
PayPal rozważa uruchomienie własnej kryptowaluty, a MasterCard ogłosił, że partnerzy w jego sieci mogą umożliwić swoim klientom zakupy i transakcje za pomocą portfela cyfrowego. Disney chce zbudować metawersum, Nike kupił firmę NFT, klienci Starbucks mogą teraz używać nowej aplikacji Bakkt do płacenia za napoje i towary w kawiarniach sieci przekonwertowanymi Bitcoinami, Visa potwierdziła przeprowadzenie pilotażu z Crypto.com w celu akceptowania kryptowalut do rozliczania transakcji w swojej sieci płatniczej. Fundusze płyną w kierunku kryptowalut, więc nic dziwnego, że hakerzy atakują kryptowaluty.
Popularność kryptowalut bije rekordy również w Polsce. Jak wynika z danych eToro, wśród polskich klientów najczęściej otwieraną kryptowalutą jest Bitcoin (297% wzrost liczby otwartych pozycji na platformie), za nią plasują się Cardano, Ethereum, Dogecoin. W 2021 rPolacy trzymali w portfelach Revolut kryptowaluty o łącznej wartości około 380 mln zł. Pod względem wartości największy udział stanowił bitcoin wraz z ethereum (po 35 procent).
Problem bezpieczeństwa wynika z używania kluczy i transakcji na blockchainie. Klucz to zestaw liter i cyfr, który jest unikalną korespondencją dla kryptowaluty np. bitcoina. Jest bezpieczny do momentu ulokowania go w portfelu bitcoin lub na platformie handlowej. Od tego momentu bezpieczeństwo tej platformy staje się kluczowe dla finansów inwestora. Jeśli ktoś uzyska dostęp do portfela, waluta może zostać ukradziona.
W 2021 roku hakerzy z Korei Północnej ukradli aktywa cyfrowe o wartości prawie 400 milionów dolarów (291 milionów funtów) w co najmniej siedmiu atakach na platformy kryptowalutowe na świecie. Tymczasem japońskiemu hakerowi udało się wyjąć monety klientów o wartości 610 milionów dolarów (460 milionów funtów) z Poly Network, japońskiej giełdy kryptowalut. Crypto.com, popularna platforma handlu kryptowalutami ujawniła włamanie na 400 kont klientów i kradzież 34 mln USD.
W listopadzie zeszłego roku Check Point Research ostrzegał właścicieli portfeli kryptowalutowych przed ogromną kampanią phishingową w wyszukiwarkach, w wyniku której cyberprzestępcy przejęli co najmniej 500 tys. USD. Teraz okazuje się, że cyberprzestępcy znaleźli nowy sposób na wyłudzenie pieniędzy, w postaci tworzenia fałszywych tokenów ze złośliwie skonfigurowanymi smart kontraktami. Dzięki odpowiednio skonfigurowanemu smart kontraktowi, przestępcy są w stanie wyprowadzić wszystkie środki na swoje konta.
Kradzież kryptowalut wzrosła, przy czym w 2021 r. skradziono kryptowaluty o wartości około 3,2 mld USD, co stanowi wzrost o 516% w porównaniu z 2020 r. Około 2,2 mld USD z tych środków — 72% łącznej kwoty w 2021 r. — zostało skradzione z protokołów DeFi – Crypto Crime Report Chainalysis.
Rosja chce zabronić handlu kryptowalutami. Chińczycy już mają zakaz.
Obawy o wzrost ataków na rynku kryptowalut znalazły ujście w postaci zakazu używania tego środka płatniczego w Rosji. W następstwie obaw związanych z bańkami rynkowymi i zużyciem energii, rosyjski bank centralny (RBC) zaproponował rozprawę z kryptowalutami. Rosja chce zakazać wydobywania kryptowalut i inwestycji w obawie, że może to zagrozić stabilności finansowej w kraju. W raporcie opublikowanym 20 stycznia 2022 r (Reuters) rosyjski bank centralny zaproponował zakaz używania i kopania kryptowalut w kraju, ponieważ może to spowodować bańki na rynku. Zgodnie z propozycjami RBC instytucje finansowe w Rosji miałyby zostać zablokowane przed dokonywaniem jakichkolwiek transakcji kryptograficznych, w tym kupowaniem i sprzedawaniem kryptowalut za walutę wymienialną.
Decyzja ta jest pokłosiem polityki Chin, gdzie rząd zamknął farmy wydobywcze bitcoinów i nakazał firmom świadczącym usługi finansowe zaprzestania działalności kryptograficznej, powodując gwałtowny spadek wartości bitcoinów. Handel kryptowalutami jest nielegalny w Chinach od 2019 r., ale surowsze przepisy wprowadzono w 2021 r.
Nieustanny postęp cyfryzacji ma istotny wpływ na bezpieczeństwo informacji przetwarzanych w cyberprzestrzeni. Cyfryzacja oznacza nie tylko rozwój technologiczny, ale wiąże się nieodłącznie również z różnego rodzaju zagrożeniami dotykającymi podmioty publiczne i komercyjne w Polsce. Otwiera furtki dla hakerów, którzy skutecznie wykorzystują słabe punkty systemów infrastruktury IT w wielu podmiotach. W 2020 r. 64% organizacji odnotowało przynajmniej jeden cyberincydent.[1] Jak skutecznie przeciwdziałać pojawiającym się zagrożeniom? Czy można wprowadzić środki zaradcze?
Nadzór specjalistów IT
Istotną kwestią wpływu na cyberbezpieczeństwo jest niedobór kadry specjalistów w tym obszarze, brak ich kwalifikacji czy niewystarczające inwestycje w podniesienie bezpieczeństwa infrastruktury IT. Jak wynika z raportu „Barometr cyberbezpieczeństwa” chociaż 58 procent ankietowanych przedsiębiorstw przyznało, że pandemia spowodowała wzrost ryzyka cyberataków, to jedynie 23 procent z nich zwiększyło budżet na zapewnienie bezpieczeństwa w tym obszarze.[2]
Opisane czynniki mają duży wpływ na zagrożenie cyberbezpieczeństwa we wszystkich podmiotach, w których przetwarza się informacje. Bezpieczeństwo informatyczne dla ponad połowy podmiotów w Polsce nie jest najważniejsze.[3] Nie zatrudnia się ekspertów od bezpieczeństwa IT. Często zdarzają się sytuacje, w których informatycy, będący administratorami systemów informatycznych, nie posiadają fachowej wiedzy dotyczącej wdrażania odpowiednich poziomów bezpieczeństwa. Brak właściwego nadzoru i zastosowania narzędzi uniemożliwiających przeciwdziałanie naruszeniom w obszarze cyberbezpieczeństwa, wpływa na podatność systemu IT na wszelkiego rodzaju zagrożenia. Zauważalne jest, że pracownicy nie są szkoleni, a ich świadomość dotycząca zagrożeń w cyberprzestrzeni jest znikoma.
Rola inspektora ochrony danych
Często zapomina się także o nadzorze ze strony inspektorów ochrony danych w obszarach przetwarzania danych osobowych w infrastrukturze informatycznej. Zadania inspektora ochrony danych zostały umocowane w rozporządzeniu Parlamentu Europejskiego i Rady UE[4]. To właśnie inspektor, odgrywa istotną rolę w zapewnieniu bezpieczeństwa w systemach IT. Do tego stanowiska przypisana jest odpowiedzialność za szacowanie ryzyka związanego z operacjami przetwarzania z uwzględnieniem charakteru, zakresu i celów. Niestety często role inspektorów ochrony danych są pomijane i trywializowane.
Zgłaszanie naruszeń
Wiele podmiotów w Polsce nie zgłasza naruszeń związanych z atakiem hakerskim, wyciekiem danych, ich utratą czy kradzieżą. Brak zgłoszeń wynika z obawy, przed pociągnięciem do odpowiedzialności wynikającej z przepisu RODO, a także innych przepisów obowiązujących w Polsce (przykład: ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa). Podmioty zgłaszające obawiają się także nałożenia wysokich kar finansowych, roszczeń odszkodowawczych, także utraty dobrego imienia firmy.
Brak inwestowania w narzędzia IT
W obecnych czasach bezpieczeństwo IT należy uznać za niezwykle istotne, ponieważ w podmiotach publicznych i komercyjnych, są przetwarzane niespotykane ilości informacji, w tym danych osobowych. Jednak inwestycje w narzędzia zapobiegające utracie informacji są niewystarczające. Mimo postępu technologicznego, wiele podmiotów nie zmienia wykorzystywanego sprzętu IT. Często nie jest on doposażany w najnowsze rozwiązania programowe czy narzędziowe.
Przykładem jest wyposażanie pracowników w najtańsze, niezabezpieczone przenośne dyski do przechowywania czy przenoszenia informacji, w tym danych osobowych. W sytuacji ich utracenia (zagubienia lub kradzieży) dostęp do tych danych nie jest w żaden sposób utrudniony. Utrata posiadanych danych nie tylko może doprowadzić do naruszenia dobrego wizerunku firmy, ale także do nałożenia wysokich kar finansowych czy wdrożenia trybu odszkodowawczego. Od kilku lat odnotowuje się wiele przypadków utracenia przenośnych nośników. Jednym z ostatnich przykładów w Polsce jest incydent dotyczący zagubienia nieszyfrowanej przenośnej pamięci zewnętrznej typu pendrive przez kuratora sądowego. Urząd Ochrony Danych Osobowych nie miał wątpliwości, że brak wdrożonych odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych, zapewniających stopień bezpieczeństwa odpowiadający ryzyku przetwarzania danych przy użyciu przenośnych pamięci zewnętrznych, zapewniających bezpieczeństwo zapisanych tam danych osobowych, doprowadził do utraty tych danych. Warto zatem inwestować w szyfrowane pamięci, które nie tylko są doskonałym narzędziem pracy, ale także zamkniętym sejfem przechowywującym dane niedostępne dla osób nieuprawnionych. W przypadku zabezpieczenia takich nośników nie ma możliwości kradzieży tych informacji czy udostępnienia ich osobom postronnym i nieuprawnionym.
Autor: Tomasz Surdyk, ekspert w tematyce cyberbezpieczeństwa i doradca firmy Kingston Technology
[4] Art. 39 ust. 1 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 roku w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE, zwanego RODO.
Branża stomatologiczna jest dość obcym środowiskiem dla zapewne większości naszych czytelników. Czy moglibyście, w najprostszy możliwy sposób, opisać czym zajmuje się Państwa firma?
Grzegorz Romek, RS-Team
Grzegorz Romek, współtwórca firmy RS-Team: W jednym zdaniu: jesteśmy integratorem technologicznym dla branży stomatologicznej i pomagamy lekarzom, technikom dentystycznym, gabinetom, laboratoriom w kompleksowej transformacji do modelu pracy cyfrowej.
Po pierwsze jesteśmy producentami frezarek stomatologicznych- czyli urządzeń pozwalających z bardzo wysoką, mierzoną w mikronach precyzją produkować uzupełnienia protetyczne np. korony stomatologiczne. Po drugie jesteśmy dystrybutorem rozwiązań naszych partnerów, na przykład skanerów wewnątrzustnych duńskiej marki 3Shape. To urządzenia, które pozwalają stomatologom stworzyć cyfrowy obraz naszego zgryzu z uwzględnieniem koloru, odległości między zębami i wielu innych parametrów. Po trzecie prowadzimy działalność szkoleniową, w ramach której uczymy lekarzy i techników wykorzystania narzędzi cyfrowych w codziennej praktyce.
Jakub Szymaniak, RS-Team
Jakub Szymaniak, współtwórca firmy RS-Team: Naszą misją jest sprawić, że dany gabinet lub laboratorium protetyczne przejdzie z pracy analogowej na rzecz cyfrowej w możliwie sprawny i bezproblemowy sposób. Cyfryzacja pozwala zwiększyć bezpieczeństwo pacjenta dzięki większej dokładności i indywidualizacji tworzonych prac. Przeprowadzenie procesu digitalizacji wiąże się również z dużą oszczędnością czasu, który można wykorzystać na pomoc większej ilości pacjentów lub samorozwój. Ważnym elementem, szczególnie w dzisiejszych czasach jest ograniczenie wpływu na środowisko, gdyż nowoczesne urządzenia pozwalają ograniczyć lub w niektórych przypadkach całkowicie wyeliminować straty materiałowe np. poprzez zastąpienie masy wyciskowej skanerem wewnątrzustnym, co przekłada się także na oszczędności finansowe.
Grzegorz Romek: Opowiem dwie anegdoty, które dobrze obrazują to, o czym mówimy. Pierwsza dotyczy możliwości skorzystania z supportu. Jedna z niemieckich firm jako rozwiązanie regularnie występujących problemów z ich frezarkami, sugerowała polskim lekarzom uderzenie frezarki młotkiem kilogramowym. Dodam, że mówimy o urządzeniach wartych kilkaset tysięcy złotych. Druga historia to przypadek jednego z naszych klientów. Zapytał nas – ile zajmuje wam wdrożenie frezarki? Tak od przywiezienia do momentu, gdzie będzie ona bezproblemowo pracować. Trochę zaskoczony odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że kilka godzin. Stwierdził, że to niemożliwe, bo jego obecną frezarkę wdrażano przez blisko 3 lata!
To pokazuje jak duża jest potrzeba istnienia takich podmiotów jak my, które integrują cały proces digitalizacji pracy stomatologicznej, a jednocześnie służą technikom dentystycznym i stomatologom radą w sytuacjach, kiedy występują trudności.
Cofnijmy się trochę w przeszłość. Zacznijmy od tego jak to się stało, że trafiliście Panowie akurat do branży stomatologicznej?
Grzegorz Romek: Stomatologia i protetyka towarzyszyły mi w zasadzie od zawsze. Dzięki rodzinie już w dzieciństwie uczyłem się np. odlewania zębów z wosku przy pomocy formierza – to chyba najbardziej analogowa z metod, którą wykorzystywały całe pokolenia techników dentystycznych. Stomatologia była dla mnie naturalną drogą kariery, a jak się potem okazało – także sposobem na rozwój pasji do technologii i programowania.
Jakub Szymaniak: Z kolei ja nie miałem akurat ani rodzinnie, ani towarzysko żadnych wcześniejszych doświadczeń ze stomatologią. Moja przygoda z nią rozpoczęła się od studiów na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. To właśnie dzięki studiom poznałem Grzegorza – był jednym ze specjalistów ds. technologii cyfrowych w laboratorium, w którym odbywałem swoje studenckie praktyki.
Jak zaczęło się Panów zainteresowanie technologiami cyfrowymi w stomatologii?
Grzegorz Romek: Od młodości interesowałem się informatyką i mechaniką. W liceum, poza oczywiście nauką w szkole, rozwijałem wiedzę i umiejętności w zakresie hardware’u, jak i oprogramowania. Te zainteresowania w połączeniu ze stomatologią, która zawsze była obecna w moim życiu, naturalnie poprowadziły mnie w kierunku cyfryzacji. Tak się złożyło, że w mojej pierwszej pracy, którą podjąłem jeszcze jako technik dentystyczny, było duże zapotrzebowanie na wdrożenie nowoczesnych – jak na tamte czasy -rozwiązań stomatologicznych. Jako młody technik otrzymałem misję stworzenia i koordynacji działania całej linii technologicznej laboratorium… I tak to się zaczęło.
Jakub Szymaniak: toto właśnie od tego laboratorium, o którym mówił Grzegorz, rozpoczęła się nasza znajomość – odbywałem w nim swoje praktyki studenckie. W czasie moich studiów dostęp do technologii cyfrowych był znikomy, na uczelni w ogóle o nich nie wspominano – zresztą pod tym względem wciąż jest dużo do zrobienia.
Uczyliśmy się wykonywania prac manualnie na podstawie podręczników z lat 80. a czasem i starszych, mimo że był już XXI wiek. To Grzegorz wciągnął mnie w temat cyfryzacji, wspólnie z nim uczyłem się świata CAD/CAM. Wcześniej, jak każdy technik, pracowałem w sposób wyłącznie manualny, czego jednak nie żałuję, bo właśnie dzięki temu znam cały proces od wykonania modelu gipsowego przez modelowanie komputerowe po frezowane czy obecnie druk 3D.
Grzegorz Romek: Fakt, że obaj mamy doświadczenie w każdym etapie pracy technika: zarówno manualnej i cyfrowej, dzisiaj pozwala nam lepiej rozumieć potrzeby naszych klientów.
Można powiedzieć, że byliście świadkami początków cyfryzacji w gabinetach dentystycznych. Jak wyglądały początki tego procesu, pierwsze szkolenia i rozmowy z lekarzami?
Jakub Szymaniak: Początki, jak to zwykle bywa, były trudne. Lekarze nie wiedzieli co oferują cyfrowe narzędzia i jak mogą one zmienić ich pracę. Ciężko było ich przekonać do pierwszej rozmowy z nami, gdyż nie byli oni zainteresowani digitalizacją, nie wiedzieli na co im taki np. skaner, do czego ta frezarka. Patrzyli na nas jak na ekscentryków. Z tym oporem i wątpliwościami spotykaliśmy się przez wiele lat, jednak kruszyliśmy tę nieufność rok po roku, realizując warsztaty, szkolenia i wykłady w całej Polsce. Pierwsze lata naszej działalności spędziliśmy dosłownie w samochodzie nauczając lekarzy, techników, którzy dopiero dziś stają się naszymi klientami.
Dużo osób zastanawia się nad przejściem z etatu do prowadzenia własnej działalności. Co stało za Panów decyzją o podjęciu takiego kroku?
Grzegorz Romek: W pewnym momencie naszej ścieżki jako techników dentystycznych doszliśmy do punktu, w którym systemy, z których korzystaliśmy, nie posiadały narzędzi, które umożliwiłyby nam dalszy rozwój. Wiedzieliśmy, że z technicznego punktu dana praca mogłaby powstać i miałaby lepsze parametry, z których korzyść uzyskałby pacjent, ale okazywało się, że żadne z dostępnych narzędzi nie było w stanie spełnić postawionych przed nim zadań. Doszliśmy do wniosku, że problemem jest polityka wielkich koncernów, które blokowały możliwości samodzielnego rozwoju swoich maszyn przez specjalistów, testowania rozwiązań innych niż swoje własne. Dzięki latom doświadczeń mieliśmy wiedzę, która pozwalała nam na obejście tych barier – i stąd wziął się pomysł na własną działalność, chcieliśmy burzyć technologiczne mury. Na samym początku zajmowaliśmy się wykonywaniem retrofitów, czyli rozszerzaniem możliwości i poprawą funkcjonowania urządzeń innych producentów, ale równolegle od dnia „zero” rozpoczęliśmy także prace badawcze nad naszymi autorskimi rozwiązaniami, których owocem są frezarki RS-Team.
Jakub Szymaniak: Niektórzy klienci pytali nas – skoro znacie się na tym tak dobrze, czemu nie zaproponujecie własnego urządzenia? Już wtedy nad tym pracowaliśmy, jednak projektowanie, testowanie sprzętu jest czasochłonne, więc nie mogliśmy jeszcze o tym mówić. Wiedzieliśmy jednak, że możemy zaproponować coś nowego. Własne frezarki były też ważnym krokiem w kierunku realizacji naszej misji, tj. bycia integratorem technologicznym, który zapewnia klientowi wszystko: od dostawy sprzętu, przez szkolenia po wsparcie posprzedażowe. Dzięki frezarkom, nasi klienci i partnerzy, zyskali możliwość przeprowadzenia pełnej cyfryzacji gabinetu czy laboratorium od A do Z w jednym miejscu.
Jak wyglądały przygotowania do rozpoczęcia działalności na własny rachunek? Był to skok na głęboko wodę czy raczej dokładnie rozpisany plan?
Jakub Szymaniak: Na samym początku, po powrocie z pracy na etacie ubieraliśmy się w stroje robocze i remontowaliśmy garaż Grzegorza, aby stworzyć przestrzeń, w której będziemy mogli pracować – budować oraz testować nasze rozwiązania. Cały nasz rozwój oparliśmy na środkach własnych – rośliśmy organicznie, stopniowo, inwestując w firmę wszystkie dostępne środki. Nie ukrywajmy, zwłaszcza początki były trudne, ale jednocześnie niezwykle obfite w ważne lekcje o prowadzeniu biznesu.
Grzegorz Romek: Idealną anegdotą, która odpowiada na to pytanie, jest historia naszej wyprawy do Grecji. Udało nam się pozyskać pierwszy znaczący kontrakt, którym było wykonanie retrofitów dla dużego laboratorium w Tajlandii. Jednym z warunków kontraktu było to, że musieliśmy mieć w swoim garażu, na miejscu, dokładnie ten sam model frezarki, z którego korzystali Tajscy technicy w Bangkoku. Dopiero zaczynaliśmy działalność, więc nie dysponowaliśmy ogromnym kapitałem. Po wielu poszukiwaniach znaleźliśmy odpowiednią frezarkę, za bardzo atrakcyjne pieniądze, w Atenach. Zdecydowaliśmy się szybko – lecimy!
Zabraliśmy wszystkie oszczędności i wsiedliśmy do samolotu. Trafiliśmy do laboratorium w dość podejrzenie wyglądającej dzielnicy, ale nic to: frezarka faktycznie była i tak jak mówił opis: była zepsuta. Zdeterminowani, postanowiliśmy – bierzemy i naprawiamy ją sami w Polsce. Jednego wieczora wydaliśmy praktycznie ostatnie oszczędności, wysłaliśmy frezarkę kurierem do Polski i… Zostaliśmy w obcym kraju bez maszyny i bez oszczędności. Więc co zrobiliśmy? Poszliśmy na wino. Frezarka bezpiecznie dotarła do naszego garażu w Otwocku i wszystko się udało, ale to pokazuje, jak trudne jest przejście na własny rachunek.
Jak wyglądały pierwsze miesiące działania firmy?
Grzegorz Romek: Bezustanna podróż. Spędziliśmy je w samochodzie, jeżdżąc od gabinetu do gabinetu, od laboratorium do laboratorium – przekonując i starając się edukować na temat korzyści wynikających z cyfryzacji specjalistów. Pomagaliśmy także naszym pierwszym klientom w rozwiązywaniu ich bieżących problemów. Równolegle przygotowywaliśmy i rozwijaliśmy nasze produkty.
Jakub Szymaniak: Warto zauważyć, że ta praca u podstaw z klientami w charakterze edukatorów nie przekładała się na zyski finansowe. Nasze próby przekonywania, tłumaczenia, z początku nie dawały efektów. Natomiast ten wysiłek procentuje teraz, wiele lat później. Firmy szukając partnera do cyfryzacji pamiętają o tym, że rozmawiali z nami te kilka lat temu i wracają do nas.
W jakiej kondycji po blisko 2 lat pandemii znajduje się cała branża stomatologiczna? Czy COVID i zwłaszcza pierwsza fala, podczas której zamknięte zostały gabinety, odbiła się z jednej strony na klinikach, a z drugiej na takich biznesach jak Państwa, które zajmują się dostarczaniem rozwiązań?
Grzegorz Romek: Pandemia spowodowała krótki wstrząs i zatrzymanie prac, po którym jednak wszyscy wrócili do gabinetów oraz laboratoriów. To co się zmieniło to fakt, że ze względu na konieczność zachowania wyższej higieny pracy, która w pandemii jest po prostu koniecznością, dużo osób zainteresowało się możliwością zmiany tradycyjnych metod na te cyfrowe – bo cyfryzacja to nie tylko większe bezpieczeństwo pacjenta, ale i samego lekarza. Doskonałym potwierdzeniem tej tezy jest tutaj zastępowanie klasycznych wycisków skanerami wewnątrzustnymi. Tradycyjne wyciski zawierają ślinę, a często również krew osoby, od której jest on pobierany. Przy skanie 3D nie ma takiego problemu, ponieważ zbierany i wysyłany jest jedynie cyfrowy obraz jamy ustnej, który dodatkowo jest znacznie dokładniejszy.
Jakub Szymaniak: Widzimy, że pandemia aktywowała nieprzekonanych, którzy z różnych względów znacznie przyspieszyli proces cyfryzacji swoich gabinetów. Polski rynek jest na etapie, w którym lekarze i technicy zdali sobie sprawę z tego, że cyfryzacja jest krytycznym czynnikiem dla utrzymania konkurencyjności.
Frezarki, poza stomatologią np. w przemyśle są stosowane dość często. W stomatologii z tego co można znaleźć w Internecie również nie są technologią, która pojawiła się niedawno. Na czym polega innowacyjność Państwa produktów?
Grzegorz Romek: W tym pytaniu jest pewne uproszczenie, ponieważ frezarki stosowane w przemyśle różnią się od siebie zależnie od tego, w jakiej gałęzi przemysłu są stosowane. Elementem wspólnym dla tego typu urządzeń jest skupienie się na powtarzalności produkcji. W czasie wytwarzania produktu, czy to będzie element samochodu, czy jak w naszym przypadku korona zęba, zawsze pojawia się jakiś minimalny błąd na poziomie np. 2-3 mikronów. Powtarzalność polega na tym, że to odchylenie będzie utrzymywało się na stałym, przewidywalnym poziomie. Powtarzalność jest zatem cechą i kryterium przydatności frezarki w przemyśle. My, jako RS-Team jako pierwsi sięgnęliśmy po to „przemysłowe” rozumienie powtarzalności i przenieśliśmy je na nasze własne rozwiązania dostosowane do potrzeb stomatologii. To jest właśnie obietnica, którą składamy naszym klientom, a oni doceniają łatwość, z jaką mogą planować organizację swojej pracy dzięki naszym urządzeniom.
Jakub Szymaniak: Z przemysłu przenieśliśmy na grunt stomatologii także filozofię ograniczania strat materiałowych oraz trwałości maszyn, które powinny służyć użytkownikowi nieprzerwanie przez wiele lat. Ponadto, co dla nas jest również ważne, każda produkowana przez nas frezarka spełnia europejskie regulacje w zakresie możliwości naprawy, co nie jest oczywistą kwestią w przemyśle urządzeń medycznych. Dla przykładu, nie ma w naszych urządzeniach takiej części, której nie dałoby się wymienić w razie awarii.
Większość firm przenosi działalność produkcyjną, a często również produkcyjną do tańszych krajów, głównie w Azji. W wypadku RS-Team urządzenia projektowane są w Otwocku i produkowane w Częstochowie. Z czego wynika akurat taka decyzja?
Jakub Szymaniak: Jest to nasza w pełni przemyślana i świadoma decyzja. Po części wynika ona z naszego patriotyzmu – w Polsce mieszkamy i również tutaj chcemy inwestować i się rozwijać. Współpraca z naszymi partnerami z Częstochowy stanowi dla nas dużą wartość dodaną, ponieważ gwarantuje nam większą przewidywalność i stabilność działania na całej długości łańcucha produkcji i dostaw. Większość firm, która produkuje w Azji, w sytuacji utrudnień transportowych ma olbrzymie problemy z zapewnieniem dostępu dla swojej oferty dla klientów. Producenci wytwarzający swoje produkty lokalnie zyskują – my sami widzimy, że mogliśmy wręcz odbić niektórych klientów konkurencji.
Obecnie produkty RS-Team dostępne są poza granicami Polski. W jakich krajach działacie i jak wyglądał w ogóle proces ekspansji zagranicznej?
Jakub Szymaniak: Przede wszystkim są to Niemcy i Rosja. Poza tym w Europie są to także Słowacja, Czechy, Węgry, ale mamy także doświadczenia ze współpracy z partnerami w Tajlandii. Zdradzę też, że w początkowych latach działalności RS-Team znaczącą większość naszych przychodów generowały kontrakty zagraniczne, i dopiero w ostatnich latach osiągnęliśmy balans 50:50 w zakresie przychodów generowanych przez rynek polski i zagraniczny.
Co do procesu dalszej ekspansji, mamy sprawdzony sposób oparty o silną relację zaufania z lokalnymi partnerami. Jeżeli na danym rynku nie mamy takiego partnera – trudno. Bez lokalnego przedstawiciela nie wejdziemy nawet na najbardziej rozgrzany rynek świata. Wiemy, że aby zaoferować pełną skalę i jakość usług RS-Team, samo wstawienie sprzętu nie wystarczy, potrzebny jest człowiek. To także pokazuje dość dobrze to, że nie ma sensu strach przed cyfryzacją – nasza praca stanie się inna, ale człowiek nadal pozostanie w centrum, maszyna w pełni go nie zastąpi.
Czy macie Panowie jakieś rady dla Polskich przedsiębiorców planujących ekspansje poza terytorium kraju?
Jakub Szymaniak: W przypadku naszej firmy skuteczna ekspansja zagraniczna nie byłaby możliwa bez wsparcia naszych partnerów lokalnych, więc myślę, że właśnie znalezienie odpowiednich ludzi na lokalnym rynku jest jednym z kluczy do sukcesu. Oczywiście trzeba też mieć produkt, który wyróżni się na tle konkurencji, która często działa w danym kraju od wielu lat. Niektórzy nadmiernie skupiają się na tym, że tym wyróżnikiem powinna być cena, ale z perspektywy rozwoju, jak i horyzontu budowania relacji z zagranicznym klientem, daleko ważniejszą rolę odgrywają innowacyjność produktu czy wysoka jakość, zwłaszcza jeżeli mówimy o tych bardziej dojrzałych rynkach.
Wydaje się, że mimo potencjalnych korzyści wiele gabinetów wciąż nie wykorzystuje narzędzi cyfrowych w swojej pracy. Z osobistego doświadczenia nieczęsto spotyka się lekarza, który chociażby wykorzystuje skaner wewnątrzustny. Jak w Państwa ocenie wygląda obecnie stan procesu cyfryzacji stomatologii? Jak Polska wypada na tle innych krajów, w których Państwo działacie?
Grzegorz Romek: Istnieją badania, które wskazują, że w Polsce wskaźnik nasycenia rynku medycznych technologii cyfrowych w stomatologii znajduje się na poziomie około 10% – wobec 5% jeszcze 5 lat temu. To pokazuje skalę potencjału, ale i wzywania, przed którymi stoją takie firmy jak nasza. Dla porównania w Niemczech te same badania oceniają poziom nasycenia rynku na 60%.
Jakub Szymaniak: Warto też wskazać, że tym co odróżnia rynek niemiecki od rynku polskiego, jest świadomość użytkowników. Właściciel laboratorium protetycznego w Niemczech kupił swoją pierwszą frezarkę 15-20 lat temu, potem kolejną itd. Dziś, jako doświadczony użytkownik, wie, że to, czego potrzebuje, to urządzenie, które cechuje powtarzalność zapewniająca stabilną produkcję. Tymczasem polscy technicy i lekarze dopiero uczą się tego, jak powinna wyglądać praca z rozwiązaniami cyfrowymi, i na co należy zwrócić uwagę przy zakupie. My staramy się przekazać im naszą wiedzę tak, by mogli szybciej znaleźć się tam, gdzie ich niemiecki kolega – lub nawet pójść dalej.
Jakie są plany Państwa firmy na najbliższe miesiące?
Jakub Szymaniak: Na rozwoju naszej obecności w Polsce oraz na rynkach Niemiec i Rosji. Wszystkie te rynki wykazują ogromny potencjał dalszego rozwoju. Poza tym planujemy w przyszłym roku otwarcie nowej siedziby, wobec której stawiamy za cel, by stała się referencyjnym ośrodkiem szkoleniowym z zakresu stomatologii cyfrowej. Znajdzie się tam m.in. jedno z najnowocześniejszych, w pełni cyfrowych laboratoriów w Polsce, wraz z odpowiednio dostosowanymi salami szkoleniowymi dla lekarzy.
Czy planujecie ekspansje na kolejne rynki zagraniczne w najbliższych latach?
Grzegorz Romek: Nie wykluczamy takiej możliwości, ale jest to uzależnione od tego, czy będziemy w stanie znaleźć godnych zaufania partnerów. Póki co koncentrujemy się na Polsce, Europie i rynkach, na których już jesteśmy obecni.
Rynek technologii medycznych przechodzi dynamiczne zmiany. Mamy wiele, również polskich, startupów z zakresu telemedycyny i telediagnostyki, wykorzystania sztucznej inteligencji czy wizualizacji. Czy takie zmiany są szansą dla młodych firm, aby znaleźć nisze i zbudować pozycję na rynku MedTech?
Jakub Szymaniak: Rozwój technologiczny skutkuje powstawaniem coraz to nowych nisz, takich jak np. wspomniane technologie związane z wizualizacją procesu leczenia. Zobaczmy jak ogromną drogę przeszły rozwiązania VR i AR w ostatnich latach. Taki szybki rozwój tworzy przestrzeń dla wzrostu wyspecjalizowanych firm z całego świata, które w oparciu o tę wąską specjalizację mogą konkurować z wiodącymi graczami na rynku. Kluczem do tego jest posiadanie wysokiej jakości produktu, unikalnego know-how i zrozumienia dla potrzeb pacjentów, jak i profesjonalistów medycznych.
Na koniec — jak za 10 lat w Panów opinii będzie wyglądać leczenie zębów?
Grzegorz Romek: Prawdopodobnie będzie jeszcze bardziej zautomatyzowane i zalgorytmizowane niż ma to miejsce dzisiaj. Na pewno widok skanera wewnątrzustnego i innych cyfrowych narzędzi w gabinecie stanie się tak powszedni, jak widok dłuta dzisiaj.
Do procesów leczenia zostaną także wykorzystane technologie analizy big data – posiadamy coraz większe zbiory danych dot. poszczególnych przypadków z całego świata, które czekają na wykorzystanie. Na ich podstawie, z pomocą uczenia maszynowego, można zbudować np. rozwiązania automatycznie projektujące uzupełnienia protetyczne czy nakładki prostujące w 100% dostosowane do potrzeb konkretnego pacjenta, a co za tym idzie znacznie bezpieczniejsze. Takie rozwiązania zresztą już w pewnym stopniu mamy na rynku dzisiaj. Warto jednak tutaj mocno zaznaczyć, że automatyzacja i algorytmy nie zastąpią nam w perspektywie 10, a myślę, że nawet i 100 lat, kontaktu z żywym człowiekiem, lekarzem. Rozwiązania cyfrowe będą stanowiły ułatwienie, pozwolą uwolnić dużą ilość czasu specjalistów, który będą mogli wykorzystać na pomoc większej ilości pacjentów czy rozwój nowych kompetencji. W centrum stomatologii i szerzej medycyny zawsze będą ludzie: pacjenci i lekarze, przy czym maszyny będą ich wspierały w coraz szerszym wymiarze.
Grupa CCC zakończyła IV kwartał roku obrotowego 2021 (listopad 2021 – styczeń 2022) wzrostem przychodów o 46% rdr. Jest to trzeci z rzędu okres rozliczeniowy, w którym sprzedaż Grupy wyniosła ponad 2 mld PLN. Całościowy udział e-commerce wzrósł do 56%, głównie za sprawą zwiększenia liczby kanałów online, cyfryzacji sieci stacjonarnej oraz rozwoju aplikacji mobilnych. Grupa odnotowała wzrosty we wszystkich szyldach. W minionym okresie ogłosiła ona także nową strategię biznesową GO.25: Everything Fashion. Omnichannel Platform, której jednym z głównych celów jest trzykrotny wzrost biznesu do 2025 roku.
W czwartym kwartale przychody Grupy CCC wyniosły 2,04 mld PLN, wzrastając o 46% rdr. Konsekwentnie rośnie także udział e-commerce, który osiągnął poziom 56% (+11 pp kdk). Grupa notuje pozytywne dynamiki we wszystkich szyldach: nowy koncept HalfPrice wygenerował 114 mln PLN przychodu (+39% kdk), a DeeZee rosło o 58% rdr, po raz pierwszy w historii przekraczając w skali roku granicę 100 mln PLN obrotu. Sprzedaż omnichannel CCC w przeliczeniu na m2 powierzchni handlowej poprawiła się o 4% w porównaniu do Q4 2019. Zgodnie z przyjętą strategią, sklepy sieci są coraz bardziej cyfrowe, stając się przedłużeniem sprzedaży internetowej.
W ostatnim kwartale 2021 roku marża brutto Grupy wzrosła o blisko 4,5 p.p. rdr. Najwyższy jej poziom i najlepszą dynamikę Grupa odnotowała w segmencie CCC, na co wpływ miało przede wszystkim aktywne zarządzanie ceną oraz konsekwentna optymalizacja polityki rabatowej. Dzięki temu segment CCC osiągnął w 2021 roku najwyższy poziom marży brutto w okresie ostatnich 4 lat, przekraczając 53%. To, co wyróżnia ten segment, to także konsekwentnie poprawiana struktura zapasów.
Koszty w Grupie CCC wzrosły o 41%, a ich poziom był nieznacznie niższy od dynamiki przychodów (+46%). Wyższa baza kosztowa jest rezultatem przede wszystkim inwestycji związanych z realizacją celów strategii GO.25: Everything Fashion. Omnichannel Platform.
– W celu realizacji naszej nowej strategii rozwijamy kompetencje wewnątrz organizacji, wzmacniając zespoły odpowiadające za technologię, sprzedaż cyfrową, produkt i komunikację marketingową. Wdrożyliśmy także system zarządzania zamówieniami (OMS), który pozwolił na integrację zapasu sklepowego z e-commerce, przez co skokowo zwiększyła się dostępność oferty dla klientów. Nasze polskie sklepy stały się hubami logistycznymi – obecnie wysyłamy z nich ponad 50% krajowych zamówień online. Rozwijamy również sieć HalfPrice. W minionym kwartale otworzyliśmy 28 nowych sklepów oraz uruchomiliśmy kanał e-commerce. Sukcesywnie wzmacniamy również wizerunek i rozpoznawalność marek własnych CCC, ze szczególnym uwzględnieniem projektów skierowanych do pokolenia Z. Można tu przywołać chociażby współpracę marki Sprandi z młodą raperką Young Leosią, czy wprowadzenie do sprzedaży kapsuły Universe, zaprojektowanej w duchu athleisure – mówi Marcin Czyczerski, Prezes Zarządu Grupy CCC.
Grupa CCC zamyka kwartał zyskiem EBITDA na poziomie 26 mln PLN oraz stratą operacyjną -113 mln PLN, odnotowując poprawę rdr o odpowiednio 64 mln PLN i 53 mln PLN.
Organizacja kontynuuje także swoje działania z zakresu zrównoważonego rozwoju. W minionym kwartale opracowana została m.in. roadmapa Gospodarki Obiegu Zamkniętego, która zawiera 10 projektów dotyczących rozwoju cyrkularności. Grupa prowadzi wiele inicjatyw w tym obszarze. Między innymi, w ostatnim kwartale, znacząco zwiększono liczbę sklepów CCC wyposażonych w specjalne pojemniki na używane obuwie, pozwalające dać im “drugie życie”, zmniejszając tym samym koszty środowiskowe związane z produkcją obuwia.
W całym roku obrotowym 2021 przychody Grupy wyniosły 7,6 mld PLN, z czego ponad połowę – 51% – stanowiła sprzedaż online. Marża brutto rosła we wszystkich segmentach, przekładając się na jej poprawę na poziomie skonsolidowanym o przeszło 3 p.p. rdr. Pomimo istotnych ograniczeń w handlu stacjonarnym w pierwszym kwartale 2021, całoroczny wynik operacyjny został poprawiony rdr o ponad 500 mln PLN. EBITDA Grupy w 2021 osiągnęła poziom 508 mln PLN (rentowność 6,7%).
Kontynuacja dynamicznego rozwoju Grupy Modivo
W czwartym kwartale Grupa Modivo (eobuwie.pl oraz MODIVO), pomimo wymagającej bazy wynikającej z istotnych ograniczeń w handlu stacjonarnym w Q4’20, osiągnęła wysoki, 35% wzrost przychodów. Sprzedaż w segmencie MODIVO rosła o 123% rdr, trzeci kwartał z rzędu odnotowując przyspieszającą dynamiką sprzedaży (Q2’21 +95%, Q3’21 +109%). Co więcej, na perspektywicznych rynkach europejskich – w Niemczech oraz we Włoszech – przychody szyldu zwiększyły się niemal trzykrotnie. Udział łącznych przychodów MODIVO w sprzedaży Grupy Modivo wzrósł skokowo do 22%, aż o 9 p.p. rdr.
Dynamika kosztów Grupy Modivo (34%) jest determinowana przez rozwój strategiczny. W raportowanym okresie była ona zbliżona do tempa wzrostu przychodów (35%). Trwają prace nad marketplace’m MODIVO oraz uruchomieniem nowych aplikacji mobilnych eobuwie.pl i MODIVO. Grupa otworzyła również nowe centrum dystrybucyjne w Rumunii. Realizuje także 3. etap rozbudowy centrum logistycznego w Zielonej Górze. Równolegle rozwija biura lokalne na najbardziej perspektywicznych dla niej rynkach.
– Jesteśmy w bardzo ważnym punkcie rozwoju Grupy Modivo. Właśnie zakończyliśmy proces zmiany nazwy na MODIVO S.A. Ma ona symbolizować rozwój nowych kategorii produktowych oraz nasze międzynarodowe aspiracje. To też kolejny krok w stronę debiutu giełdowego. Utrzymywanie przez kolejne kwartały wysokich dynamik sprzedaży utwierdza nas w przekonaniu, że dobrze rozpoznajemy potrzeby rynkowe, a nasze plany i związane z nimi inwestycje są właściwym kierunkiem działania. Zależy nam również na rozwoju obszaru ESG, dlatego jako pierwsi w branży e-commerce, we współpracy z InPost, wprowadzamy do obiegu opakowania wielokrotnego użytku. Dzięki temu zapotrzebowanie na “jednorazówki” zmniejszy się nawet dziesięciokrotnie – mówi Damian Zapłata, Prezes Zarządu MODIVO S.A.
W całym roku obrotowym Grupa Modivo odnotowała poprawę sprzedaży o 50% rdr (dynamika zbliżona do 2019 i 2020 roku) oraz osiągnęła EBITDA na poziomie 262 mln PLN – powyżej komunikowanego na początku 2021 roku założenia (230-250 mln PLN).
Grupa CCC w IV kwartale 2021 ogłosiła strategię biznesową GO.25: Everything Fashion. Omnichannel platform. Zakłada ona trzykrotny wzrost przychodów, co najmniej 12% rentowność EBITDA, 60% udziału kanału online w sprzedaży, wprowadzenie nowych kategorii produktowych, a także wzrost zadowolenia klientów, zaangażowania pracowników oraz rozwój organizacji w zgodzie z zasadami ESG.
Nowe zeznania podatkowe, to również różnego rodzaju ulgi. Od 1 stycznia 2019 roku można skorzystać z ulgi termomodernizacyjnej, która pozwala na odliczenie od podatku dochodowego PIT kosztów poniesionych na przykład na fotowoltaikę czy pompę ciepła.
Czym jest ulga termomodernizacyjna i na czym polega przypadku fotowoltaiki? Jak odliczyć fotowoltaikę od podatku i czy można odliczyć od niej również pompę ciepła? O tym rozmawiamy z Maciejem Humeniukiem, Kierownikiem Operacyjnym w Vosti.
Czym jest ulga termomodernizacyjna?
Ulga termomodernizacyjna to możliwość odliczenia od dochodu wszelkich wydatków poniesionych na realizację przedsięwzięć termomodernizacyjnych, prowadzonych na jednorodzinnych budynkach mieszkalnych. Wydatki te pomniejszają podstawę opodatkowania, a w konsekwencji obniżają wysokość podatku dochodowego (PIT) koniecznego do zapłacenia do urzędu skarbowego. Według danych z rozliczeń PIT za 2020 r. z ulgi termomodernizacyjnej skorzystało ponad 450 tys. podatników, czyli ponad dwa razy więcej niż za 2019 r. Za ubiegły rok odliczono w ten sposób 7,5 mld zł, z kolei za 2019 r. było to 3,2 mld zł.
Uldze podlegają przedsięwzięcia, które poprawiają efektywność energetyczną budynku, czyli m.in. wymiana źródła ciepła (np. montaż pompy ciepła), ocieplenie domu (termomodernizacja elewacji, wymiana okien i drzwi wejściowych) czy montaż kolektorów słonecznych. Czy od podatku można odliczyć również fotowoltaikę? Oczywiście – w ramach ulgi, rozliczyć możemy koszt kompleksowej usługi instalacji zestawu fotowoltaicznego.
Powyższe zostało uregulowane w Ustawie o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz Ustawie o zryczałtowanym podatku od osób fizycznych. Natomiast w rozporządzeniu ministra inwestycji z dnia 21 grudnia 2018 r. w sprawie określenia wykazu rodzajów materiałów budowlanych, urządzeń i usług związanych z realizacją przedsięwzięć termomodernizacyjnych, zostały wskazane urządzenia, materiały i usługi budowlane, które mogą podlegać odliczeniu.
Komu przysługuje ulga termomodernizacyjna?
Ulga termomodernizacyjna jest skierowana do osób fizycznych, których dochody są opodatkowane według jednolitej stawki podatku liniowego (19%), według skali podatkowej (17% i 32%) bądź w formie ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych. Osoba pragnąca skorzystać z ulgi termoizolacyjnej musi spełniać trzy poniższe warunki, tj.:
● być właścicielem modernizowanej nieruchomości,
● budynek musi być jednorodzinnym domem mieszkalnym,
● inwestycja musi zostać zakończona przed upływem 3 lat od roku, w którym został wyniesiony pierwszy wydatek.
Warto wyjaśnić, że właścicielem jest każda osoba, mająca tytuł prawny do nieruchomości. Może to być także współwłaściciel, o ile został wskazany w akcie notarialnym, bądź spadkobierca, który uzyskał orzeczenie sądu o nabyciu spadku. Co równie ważne – nie istnieje liczba nieruchomości, na którą jedna osoba może dokonać odliczenia. Oznacza to, że właściciele kilku domów mogą zsumować wydatki.
Jak skorzystać z ulgi podatkowej?
Podatnik korzystający z ulgi termomodernizacyjnej, chcąc uzyskać zwrot części poniesionych kosztów, nie musi przeprowadzać audytu energetycznego. Jedynym obowiązkiem, jaki musi wypełnić, jest potwierdzenie poniesienia wydatków w postaci faktury wystawionej przez przedsiębiorstwo. Ważne, by firma ta nie była zwolniona z podatku VAT.
„Aby móc w tym roku rozliczyć ulgę za rok poprzedni, faktura sprzedażowa musi być wystawiona z datą maksymalnie 31 grudnia roku za który dokonujemy rozliczenia. Wynika to z faktu, że w rozliczeniu za ubiegły rok będziemy ujmować wszystkie dochody i wydatki związane z owym rokiem.. Faktura musi zatem potwierdzać, że instalacja fotowoltaiczna czy pompa ciepła to inwestycja wykonana właśnie w tym okresie.” – mówi Maciej Humeniuk.
Kwota, która zostanie zwrócona podatnikowi w formie rozliczenia będzie zależała od jego rocznych dochodów, a więc dla każdego podatnika może być ona zupełnie inna.
Przykład:
Podatnik w roku 2021 zarobił 36 tys. zł, będąc zatrudnionym na umowę o pracę. Przez cały rok pracodawca odprowadzał za niego comiesięczne zaliczki na podatek PIT. Mnożąc 36 tys. x17% ( pierwszy próg skali podatkowej), otrzymujemy kwotę 6 120 zł zaliczek na podatek, odprowadzonych przez jego pracodawcę. Ten sam podatnik w 2021 r. zamontował instalację fotowoltaiczną za kwotę 30 tys. zł.
Rozliczając poniesiony przez niego wydatek w wysokości 30 tys. zł w ramach ulgi termomodernizacyjnej, pomniejszy swoją podstawę opodatkowania, o wartość dokonanej inwestycji (36 tys. zł – 30 tys. zł). Wobec tego, po odliczeniu, należna kwota podatku wyniesie 6 tys. zł x 17% = 1020 zł. Co za tym idzie, podatnikowi przysługuje zwrot nadpłaconego podatku równy różnicy wpłaconej, a należnej wartości (6120 zł -1020 zł = 5100 zł zwrotu).
Pod pojęciem wysokości wydatku kryje się kwota brutto, tj. obejmująca VAT, pod warunkiem, że nie został on odliczony na podstawie ustawy o podatku od towarów i usług. Chcąc uzyskać ulgę na fotowoltaikę, należy w formularzu PIT wpisać kwotę brutto poniesionych wydatków. Ważne, by wykazane faktury były wystawione po 1 stycznia 2019 roku. Co więcej, do zeznania PIT należy dołączyć wypełniony formularz PIT/O.
Czy ulga termomodernizacyjna łączy się z Moim Prądem?
Odliczenie może być łączone z uzyskaniem dofinansowania z rządowego programu Mój Prąd, aczkolwiek w takiej sytuacji kwota odliczenia jest proporcjonalnie zmniejszana o kwotę uzyskanego dofinansowania.
Przykład:
Jeśli podatnik z powyższego przykładu, uzyskał dotację 3000 zł w ramach programu Mój Prąd, od jego podstawy opodatkowania zostanie odjęte (27 tys. zł zamiast 30 tys. zł). Wobec czego, kwota ulgi termomodernizacyjnego wyniesie 4590 zł, zamiast 5100 zł.
Czy ulgę termomodernizacyjną można łączyć z innymi ulgami?
Ulgi termomodernizacyjnej nie można połączyć z inną ulgą podatkową, ale tylko jeżeli obie ulgi dotyczą tego samego przedsięwzięcia. W związku z tym nie ma przeszkód, by połączyć ulgę termomodernizacyjną z ulgą prorodzinną, ulgą na internet, czy inną ulgą, która nie jest powiązana z przedsięwzięciem termomodernizacyjnym.
Czy z ulgi można skorzystać w przypadku domu będącego w budowie?
Ulga termomodernizacyjna nie dotyczy budynków w budowie. Może przysługiwać dla nowych domów, o ile są oddane do użytkowania.
„Przykładowo – klient jest w trakcie budowy domu i postanawia założyć w tym domu instalacje. Jeżeli zainstaluje zestaw przed odbiorem domu, nie będzie mógł go rozliczyć w ramach ulgi – nie będzie tutaj żadnej termomodernizacji, będzie to etap budowy domu. Nie można przedstawić faktury do rozliczenia ulgi w momencie, gdy budowa domu nie została zakończona. Oczywiście, założenie instalacji fotowoltaicznej w czasie budowy domu jest korzystniejsze z perspektywy technicznej (np. kwestia poprowadzenia przewodów elektrycznych), jednak jeśli ta budowa nie jest zakończona formalnie, nie możemy mówić o rozliczeniu jakiejkolwiek ulgi.” – mówi Maciej Humeniuk
Często pojawia się również pytanie, czy jeśli instalacja znajduje się na gruncie lub dachu garażu mogą skorzystać z ulgi. Oczywiście, że tak – główne znaczenie ma tutaj budynek, który jest zasilany produkowanym prądem.
Jak uzyskać zwrot z podatku za fotowoltaikę?
Uzyskanie zwrotu z podatku za fotowoltaikę wymaga złożenia deklaracji podatkowej. W zależności od sposobu rozliczenia, podatnik może odliczyć wydatki od dochodu (skala podatkowa i podatek liniowy) bądź przychodu (ryczałt). W przypadku czynnych podatników VAT odliczone kwoty dotyczą wartości netto, przy czym pozostali podatnicy wykazują kwoty brutto.
Ważne jest to, że wykazane w zeznaniu wydatki muszą zostać poniesione w roku, którym ono dotyczy. Warto zaznaczyć, że ulga termomodernizacyjna ma limit – maksymalna kwota zwrotu na podatnika wynosi 53 tys. zł. Co więcej, gdy wysokość odliczenia jest wyższa od uzyskanego w danym roku dochodu/przychodu, wówczas pozostała kwota może zostać rozliczona w kolejnym roku, aczkolwiek nie dłużej niż przez kolejnych 6 lat. Jeśli nieruchomość ma dwóch współwłaścicieli, każdy z nich może odliczyć poniesione przez siebie wydatki osobno. W przypadku małżonków, jeżeli posiadają oni nieruchomości objęte współwłasnością łączną – limit jest podwójny i dotyczy osobno każdego z małżonków.
“Bardzo istotnym faktem, jest również to, że od 1 stycznia 2022 r. wzrosła kwota wolna od podatku – wynosi ona 30 tys. zł. Jeśli osiągamy dochód mniejszy niż 30 tys. lub równy 30 tys. zł w skali roku, czyli 2,5 tys zł miesięcznie to nie zapłacimy od tego zaliczki na podatek PIT. W tym przypadku nie może być mowy o skorzystaniu z ulgi termomodernizacyjnej -, Trzeba zatem pamiętać, że podatnicy, którzy zarabiają poniżej 30 tys. zł rocznie, nie będą mogli z takiej ulgi skorzystać.” – mówi Maciej Humeniuk.
Specjaliści z Cisco Talos przygotowali niedawno podsumowanie minionego roku w kontekście najważniejszych cyberzagrożeń. Ich zdaniem w 2022 organizacje mogą spodziewać się jeszcze większej aktywności cyberprzestępców, którzy sprytnie wykorzystują znane im narzędzia i sposoby ataków, a także stają się jeszcze bardziej ostrożni, przez co trudniej ich zidentyfikować.
Nowe – stare cyberzagrożenia
Jak podkreślają eksperci Cisco Talos, aktywność cyberprzestępców w 2022 r. będzie w dużej mierze wynikiem incydentów, które obserwowaliśmy w roku minionym, a nawet jeszcze wcześniej. Niektóre zagrożenia stanowią bowiem nową odsłonę znanych wirusów. W grudniu głośno było o podatności w zabezpieczeniach powszechnie wykorzystywanej biblioteki Log4j, używanej w systemach osadzonych w sieci, jak również w powiązanych usługach i aplikacjach. Ten kryzys pokazał, że skutki pojedynczej luki mogą być bardzo rozległe. Zdaniem specjalistów z zespołu reagowania Cisco Talos jeszcze przez długi czas będziemy obserwowali konsekwencje podatności Log4j, gdyż część atakujących mogła uzyskać dostęp do firmowych sieci i obecnie pozostaje w ukryciu planując kolejne kroki i czekając na dogodny moment.
Powszechność niektórych narzędzi IT sprawia, że cyberprzestępcy mogą przeprowadzać ataki na znacznie większą skalę. Nie trzeba już obierać za cel konkretnego przedsiębiorstwa. Gdy obiektem ataku staje się dostawca usług zarządzanych (ang. Managed Service Provider) lub oprogramowanie open source, zagrożone są wszystkie organizacje, które z nich korzystają.
Specjaliści z Cisco Talos zwracają uwagę na fakt niedawnego odrodzenia się Emotetu, botnetu odpowiedzialnego za dystrybucję złośliwego oprogramowania. Zagrożenie znane od wielu lat powraca w nieco zmienionej formie i uruchamia program Cobalt Strike służący do przeprowadzania testów penetracyjnych, co sprawia, że działa na kluczowych zasobach niezauważone przez systemy bezpieczeństwa.
Grupy cyberprzestępców stają się coraz bardziej hermetyczne
Rządy zaostrzają działania na rzecz walki z cyberprzestępcami. Przykładowo w Stanach Zjednoczonych cyberataki typu ransomware zyskały taki sam priorytet jak zagrożenia terrorystyczne, a dochodzenia prowadzone w tym obszarze mają być koordynowane na poziomie centralnym. Zdaniem specjalistów z Cisco Talos sprawi to, że cyberprzestępcy staną się jeszcze bardziej ostrożni, zmienią pseudonimy, którymi się posługują, aby utrudnić identyfikację przedstawicielom organów ścigania i będą jeszcze baczniej przyglądać się osobom, które zechcą do nich dołączyć. Podobne procesy zaobserwowano na forach hakerskich, takich jak XSS i Exploit, gdzie pojawiły się dodatkowe ograniczenia dotyczące możliwości sprzedaży oprogramowania ransomware. Odnotowano również przypadki usuwania postów i blokowania użytkowników.
Specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa muszą mieć przede wszystkim otwarte głowy. Z jednej strony nie tracić czujności i nie lekceważyć znanych form ataków, które mogły z czasem nieco ewoluować, z drugiej bacznie obserwować różne środowiska, w których mogą działać cyberprzestępcy np. grupy związane z oprogramowaniem open source.
Od wielu lat Polska jest liderem w międzynarodowym transporcie towarów w Unii Europejskiej. Jak wynika z danych raportu PwC, praca przewozowa wykonywana przez polskich przewoźników za granicą stanowi aż 64 proc. ich całkowitej liczby przewożonego towaru[1], a udział Polski w ruchu międzynarodowym wzrósł z 20 proc, do 32 proc. w latach 2010-2019[2]. Choć pandemia Covid-19 nie przystopowała rozwoju polskiego transportu, przewoźnicy stoją przed kolejnymi wyzwaniami – tym razem związanymi z pakietem mobilności. Najlepszym wyjściem na uniknięcie negatywnych skutków, wydaje się odpowiednie przygotowanie przedsiębiorstwa na rewolucję – zarówno technologiczne, jak i merytoryczne. Jedną ze zmian, o której truckerzy muszą pamiętać, jest konieczność rejestracji przekroczeń granic w tachografie. Zdaniem Mateusza Włocha, Eksperta ds. Rozwoju i Szkoleń „nowy obowiązek przewoźników nie sprawi kierowcom technicznych trudności, ale może być dla nich uciążliwy”. Dlaczego?
Przewoźnicy obawiają, że brak odpowiedniej infrastruktury do zatrzymywania się sporej liczby ciężarówek może powodować długie kolejki na granicach i przy wjazdach na parkingi. Sytuacje te mogą być niebezpieczne dla uczestników ruchu drogowego, a dla kierowców kłopotliwe i mogą wpływać na wydłużenie się dostaw.
Pakiet mobilności – nowy obowiązek kierowców od lutego
Już jutro każdy kierowca pojazdu ciężarowego będzie musiał zatrzymywać się na granicy kraju, do którego wjeżdża w celu wprowadzenia symbolu państwa europejskiego w tachografie. Przykładowo na trasie z Polski do Słowenii kierowca musi „wbić” kraj rozpoczęcia pracy – Polska, a następnie zatrzymać się kolejno na granicy z Czechami, Austrią i Słowenią i również na tych postojach wprowadzić w tachograf symbole tych krajów. Wyjątkiem są granice pomiędzy krajami trzecimi, na których kierowca jest zwolniony z uzupełnienia wpisów do tachografów.
– Nowy przepis dotyczy wszystkich kierowców pojazdów niezależnie od rocznika ciężarówki wyposażonej w tachograf – zarówno trukcerów, mających pojazd z 2000 roku, jak i 2021 roku oraz właścicieli firm transportowych. Dodatkowo do przestrzegania tego przepisu zobowiązani są również kierowcy autobusów. Za brak wpisów grozi kara w wysokości 100 zł mandatu za każdy dzień, w którym kierowca tego nie zrobi. Warto zaznaczyć, że wartość kary odnosi się do polskiego taryfikatora mandatów, a więc trzeba liczyć się z tym, że w innych krajach stawki te mogą być wyższe. Co więcej, jest to traktowane jako bardzo poważne naruszenie przepisów przez służby kontrolne – tłumaczy Mateusz Włoch, Ekspert ds. rozwoju i szkoleń, Grupa Inelo.
Pakiet mobilności – pakiet obowiązków dla kierowców?
Nowe zadanie nie sprawi truckerom technicznych trudności, ale może być dla nich uciążliwe. Problematyczny jest tutaj sam moment zatrzymania się kierowcy na granicy. Choć będzie on trwał kilkanaście sekund, kierowca musi znaleźć odpowiednią i bezpieczną lokalizację do zatrzymania się w na granicy lub zaraz po jej przekroczeniu w pierwszym możliwym miejscu postoju np. na parkingu.
– Wpisy kraju wynikają wprost z przepisów dotyczących obsługi tachografu. Są niezbędne do kontroli przestrzegania przepisów, wynikających z pakietu mobilności. Dotyczy to zagranicznej płacy kierowców, wykonywania kabotaży czy też obowiązkowych powrotów ciężarówek do bazy. Z punktu widzenia przewoźników dane te okazują się jednak pomocne w rozliczaniu kierowców i np. naliczaniu ulg, czyli niższych podstaw oskładkowania i opodatkowania, zwłaszcza, że 4Trans zautomatyzuje te procesy. Aby dostosować się do nowych przepisów, nie narażając przedsiębiorstwa transportowego na kary, a jednocześnie rozwiać wątpliwości kierowców i innych pracowników, potrzebne są ich szkolenia. Dzięki nim kierowcy zyskają pewność, jak prawidłowo wprowadzać zapis kraju – komentuje Włoch.
Pakiet mobilności a brak infrastruktury i ludzi
W Europie brakuje około 400 tys. strzeżonych miejsc parkingowych. Niedobór miejsc może powodować trudności w przepływie towarów i może mieć negatywne konsekwencje dla każdego uczestnika w łańcuchu dostaw – kierowców, spedytorów, a także producentów. Co ważniejsze, zagraża bezpieczeństwu uczestników ruch drogowego i obniża komfort pracy truckerów. Bardzo często kierowcy zmuszani są do zatrzymywania się w miejscach niezgodnych z przepisami, a niestrzeżone parkingi są niebezpieczne.
– Gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że w Europie brakuje miejsc parkingowych, a te dostępne są często przeciążone, sytuacja z przekroczeniem granic jeszcze bardziej się komplikuje. Rozwiązaniem na to jest telematyka jak np. GBox Assist, który poinformuje kierowcę o niebezpiecznych parkingach i strefach płatnych, dostępnych w pobliżu stacji flotowych – twierdzi Mateusz Włoch. I dodaje, że nieodpowiednio przygotowana infrastruktura lub jej brak może kierowców skłaniać do zatrzymywania się na poboczu, a to zwiększa niebezpieczeństwo ruchu drogowego.
Warto zaznaczyć, że jest to sytuacja przejściowa, ponieważ najpóźniej od sierpnia 2025 roku wszystkie pojazdy w ruchu międzynarodowym będą musiały być wyposażone w inteligentne tachografy II generacji, które będą automatycznie rejestrować przekraczanie granic na podstawie lokalizacji ciężarówek. Mateusz Włoch podkreśla jednak, że na tą chwilę takich tachografów nie ma na rynku – i zapewne nie będzie jeszcze przez co najmniej kilka miesięcy! Wynika to z rozbudowanej procedury, które muszą przejść każde nowe modele tachografów.
Brak rąk do pracy i długie kolejki na granicy pogłębiają kryzys
Nie pomaga również to, że nieustannie zmagamy się z niedoborem kierowców w transporcie międzynarodowym. Według raportu PwC, szacuje się, że w Polsce może brakować nawet 100 000 kierowców zawodowych, a 43 proc. przewoźników ma trudności w znalezieniu wykwalifikowanego pracownika.[3] Jedną z przyczyn braku chętnych jest niska atrakcyjność zawodu. Młodzi kierowcy nie są zainteresowani taką pracą, ponieważ nie ogranicza się ona często do przewozu towarów. Na ich barkach spoczywają dodatkowe obowiązki m.in. pomoc w załadunkach i rozładunkach dostaw. Co więcej, są daleko od swoich bliskich i rzadko spędzają czas w domu, a długie kolejki na odprawach celnych, bardzo często bez dostępu do ciepłych posiłków i urządzeń sanitarnych, pogłębiają niechęć kierowców do pracy.
Pandemia a transport międzynarodowy
Epidemia koronawirusa nie odpuszcza. W związku z ryzykiem rozprzestrzeniania się choroby, wiele państw Unii Europejskiej wprowadziło ograniczenia w przemieszczaniu się i przekraczaniu granic. Co prawda, aktualnie kierowcy transportu międzynarodowego są zwolnieni z odbycia kwarantanny po przekroczeniu granic, warto monitorować sytuacje na bieżąco, ponieważ jest dynamiczna. Na chwilę obecną funkcjonariusze straży granicznej wymagają zaświadczenia Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEIDG) oraz dowodu zatrudnienia od truckerów. Choć przepisy krajowe nie wprowadziły obowiązkowych szczepień polskich kierowców, są one zalecane.
W których miastach żyje się najlepiej? W corocznym rankingu Smart City Index pośród 118 miast z całego świata znalazły się dwa polskie — to Warszawa i Kraków. Jednak w ciągu ostatniego roku spadły one w zestawieniu kolejno aż o 20 i 22 miejsca.
Ranking „Smart City Index” od 2017 roku jest opracowywany przez szwajcarską Szkołę Biznesu w Lozannie (IMD) wspólnie z Singapur University of Technology and Design. Miasta są oceniane w skali od A (najlepsza ocena) do D, a zestawienie uwzględnia dwie główne kategorie: infrastrukturę i technologie z podziałem na zdrowie i bezpieczeństwo, transport, pracę i naukę oraz zarządzanie miastem.
Ranking opiera się przede wszystkim na opiniach i spostrzeżeniach mieszkańców, ale eksperci analizują także sposób w jaki technologia poprawia życie obywateli.
Singapur ponownie na szczycie
Jak wygląda czołówka zestawienia? W 2021 r. na czele Smart City Index kolejny raz stanął Singapur. Podium zamykają Zurych i Oslo. Spośród 118 miast Warszawa uplasowała się na 75. miejscu, natomiast Kraków na 80. Dwóm polskim miastom przyznano ocenę „CCC”. W zeszłym roku było to „B”. Oznacza to znaczny spadek względem poprzednich lat.
Mieszkańcy m.in. nisko ocenili przejezdność ulic, dostęp do mieszkań i jakość powietrza. W kwestii technologii i rozwiązań smart city dobrze oceniono rozwiązania online do planowania komunikacji, szybkość Internetu i łatwy dostęp do ofert pracy w sieci. Słabo wypadły natomiast aplikacje ułatwiające parkowanie, komunikację z miastem i korzystanie z carsharingu.
Nowe priorytety i wyzwania
Co powinno stać się priorytetem dla miast, które znalazły się na czele zestawienia? Według najnowszych danych dla mieszkańców stosunkowo zamożnych miast kluczowe stały się kwestie ochrony zdrowia. W szerszym ujęciu, od początku pandemii najistotniejsze są zarówno dostęp do lepszej jakości powietrza, jak i poprawa usług zdrowotnych.
— W dobie pandemii technologia stała się szczególnie istotna. Mieszkańcy miast, którzy korzystają z usług online’owych banków, kupują przez Internet, korzystają z mediów społecznościowych, przyzwyczaili się do tego, że wszystko dzieje się “instant”: tu i teraz, i oczekują takiego samego formatu obsługi od miast. Władze niektórych ośrodków miejskich to dostrzegły. Przyśpieszyły cyfryzację, zwiększyły nakłady na technologie, rozpoczęły współpracę z centrami danych, bo bez przetwarzania danych i zapewnienia nieprzerwanego dostępu do nich nie ma inteligentnych miast. Takim przykładem może być Poznań – tłumaczy Wojciech Stramski, CEO Beyond.pl, dostawcy usług data center i chmury.
Miasto w smartfonie
Spadek największych w rankingu miast to szansa na awans dla nowych ośrodków miejskich. W 2020 roku na listę smart cities „wskoczyły” co prawda głównie duże miasta, takie jak Hamburg czy Marsylia, ale w 2021 r. wśród 9 nowych miast, do rankingu dołączyły także te znacznie mniejsze: np. Bordeaux czy Lille. Są one o połowę mniejsze np. od naszego Wrocławia czy Poznania.
— Wsłuchujemy się w opinie Poznaniaków i również inwestujemy w technologie. Rozwijamy system monitoringu miejskiego, inteligentny system transportowy ITS, uruchomiliśmy też aplikację Smart City Poznań. Mamy świadomość tego, że z perspektywy użytkownika kluczowa jest niezawodność i wydajność tych rozwiązań, dlatego w obszarze technologii współpracujemy również z zewnętrznymi firmami. W przypadku aplikacji Smart City Poznań przenieśliśmy jej utrzymanie kilka miesięcy temu do chmury e24cloud, w której mamy zagwarantowaną lepszą skalowalność i wysokie standardy dostępności usługi. Dodatkowo postawiliśmy na zieloną chmurę, która jest zasilana w 100% energią pochodzącą z OZE. To nie przypadek. Działamy celowo i chcemy zapewnić, aby transformacja cyfrowa Poznania odbyła się w sposób świadomy, z uwzględnieniem wpływu wdrażanych rozwiązań IT na środowisko. Mamy nadzieję, że w przyszłości awansujemy do ligi najlepszych smart cities — deklaruje Michał Łakomski, Director of Digitalization and Cybersecurity Office z Urzędu Miasta Poznań.
Miejska aplikacja Smart City Poznań zapewnia dostęp do aktualnych powiadomień w zakresie m.in. prac drogowych, awarii oraz zmian w komunikacji miejskiej i umożliwia zgłaszanie spraw, którymi powinny zająć się służby miejskie, czy pomysłów jakie mieszkańcy mają na rozwój okolicy. W listopadzie 2021 rozwiązanie zostało docenione w konkursie „Skrzydła IT w Administracji”, w której appka została nagrodzona w kategorii “Narzędzia do komunikacji z obywatelami”.
Oszczędny Internet Rzeczy
Innym przykładem nowoczesnego miasta inwestującego w smart city, również z zachodu kraju, jest Wrocław. W 2016 roku wrocławska sieć wodociągów skorzystała z technologii IoT. Dzięki systemowi SmartFlow już w rok po modernizacji miasto zapobiegło utracie blisko pół miliarda litrów wody. Przekłada się to na oszczędności sięgające każdego roku kilku milionów złotych.
— Wdrożenie systemu i podział miasta na strefy pozwoliło na sprawniejsze monitorowanie sieci oraz szybsze wykrywanie awarii. Posługując się jedynie metodami akustycznymi, wykrycie nieprawidłowości w tak dużym mieście mogłoby zająć 2 lata. Opracowany przez nas system pozwolił skrócić ten czas do nawet 72 godzin — tłumaczył w oficjalnym komunikacie działanie systemu Andrzej Bober, starszy asystent w Centrum Nowych Technologii MPWiK S.A. we Wrocławiu.
Kogo musiałyby dogonić polskie miasta, aby znaleźć się wśród najlepszych?
Top 10 najnowocześniejszych miast:
Singapur
2. Zurych (Szwajcaria)
3. Oslo (Norwegia)
4. Tajpej (Tajwan)
5. Lozanna (Szwajcaria)
6. Helsinki (Finlandia)
7. Kopenhaga (Dania)
8. Genewa (Szwajcaria)
9. Auckland (Nowa Zelandia)
10. Bilbao (Hiszpania)
Cały ranking można znaleźć tutaj:
https://www.imd.org/smart-city-observatory/home/
W styczniu na giełdach królowały spadki i większa zmienność. Ostatecznie S&P500 spadł o 5,3 proc, choć w najgorszym momencie miesiąca był na poziomie -11,4 proc. Gdy styczeń przynosi spadki, zasada „jaki styczeń, taki cały rok” sprawdza tylko w 25 proc. przypadków. Gdy styczeń jest wzrostowy, ta zasada jest prawdziwa w 58 proc. sytuacji.
Indeks S&P500, 500 największych amerykańskich firm, spadł o 5,3 proc., choć w najgorszym momencie tego miesiąca był już na poziomie -11,4 proc. Przeciętne dzienne ruchy cen wyniosły 2,1 proc, czyli były prawie dwa razy silniejsze niż w 2021 roku. Zwycięzcą miesiąca okazał się sektor energii z wynikiem +19 proc. i była to jedyna branża nad kreską. Najbardziej, bo o 10 proc., spadł sektor towarów konsumpcyjnych i luksusowych. Największe spadki wśród spółek odnotowały Moderna, Netflix i Etsy. A najwyższe wzrosty firmy związane z ropą naftową – Halliburton, Occidental, Hess i Exxon.
Nie był to najgorszy styczeń w historii giełd, choćby w roku 2009 amerykański rynek spadł o 10 proc., po czym w całym roku zyskał 23 proc. Co zatem z zasadą, że jaki styczeń taki cały rok? Tzw. barometr stycznia został stworzony w 1972 roku i spopularyzowany przez Yale’a Hirsha, autora Stock Trader Almanac. Jej sens polega na tym, że wynik pierwszego miesiąca w roku, determinuje wynik pełnego roku. Zasada ta jest częściowo prawdziwa, jednak sprawdza się bardziej w sytuacji wzrostowego stycznia. Od 1972 roku pozytywne wyniki rynku akcji w styczniu prowadziły do pozytywnego wyniku w całym roku w 58 proc. przypadków. Spadkowy styczeń zdarzył się natomiast w sumie 13 razy, ale tylko 4 razy (czyli tylko w 1/3 przypadków) prowadził do negatywnego roku. Był to naznaczony recesją w USA rok 1981, rok 1987 z „czarnym poniedziałkiem”, rok pęknięcia bańki internetowej – 2000 oraz rok światowego kryzysu finansowego 2008. W tym momencie nie obserwujemy symptomów recesji lub krachu, dlatego nasze spojrzenie na rynek jest umiarkowanie optymistyczne. Z ostatnich przypadków, w roku 2019 styczeń przyniósł spadki o 6 proc., zaś cały rok amerykański parkiet zakończył 15 proc. zyskiem.
Efektem styczniowych spadków, a jednocześnie dobrych wyników finansowych spółek za 4 kwartał 2021, jest obniżenie się o 10 proc. przeciętnego współczynnika C/Z (P/E) na amerykańskim parkiecie. Obecnie ten wskaźnik spadł poniżej 20 i jest o ¼ niższy od swojego maksimum z 2020 roku. Nadal pozostaje wyższy od średniej wartości z okresu ostatnich 5 (18,5) i 10 (16,7) lat. Wyliczona przez eToro wartość godziwa tego wskaźnika w obecnej sytuacji rynkowej wynosi 19. Wynika ona z faktu, że zyskowność spółek i ich marże
są obecnie na rekordowo wysokim poziomie, dobre są także perspektywy wzrostu PKB a niska pozostaje rentowność 10-letnich obligacji USA.
W najbliższym czasie najlepiej skupić się na tańszych sektorach i rynkach. To one posiadają najwięcej przestrzeni do wzrostów w 2022 roku. Stanowią też dobre zabezpieczenie przed presją na obniżenie wycen spółek związaną ze perspektywą wzrostu stóp procentowych. Branża energetyczna i finansowa to obecnie dwa globalnie najtańsze sektory. Natomiast akcje w Europie (w tym w Polsce) oraz Chinach oferują poziom C/Z o 30-45 proc. niższy niż w USA.
W IV kwartale 2021 roku średnie ceny ofertowe mieszkań w serwisie Otodom wzrosły o 5,2 proc. w porównaniu do poprzedniego kwartału. Jak twierdzą autorzy Kwartalnika mieszkaniowego Otodom i Polityki Insight[1], głównymi czynnikami, które znacząco wpłynęły na podwyżkę cen, były: wzrost kosztów materiałów budowlanych i energii, spadek liczby dostępnych ofert oraz czynniki osobiste związane z pandemią, takie jak stres czy izolacja, które wpłynęły na preferencje mieszkaniowe Polaków.
Pierwszy od dawna spadek cen w III kwartale poprzedniego roku mógł zwiastować odwrócenie wzrostowego trendu. Tymczasem stawki za metr kwadratowy mieszkania ponownie zaczęły rosnąć i to w szybkim tempie. Dynamika cen zwiększyła się do 9,2 proc. r/r, co w rezultacie przełożyło się na najwyższy poziom od początku 2020 r.
Najszybsze wzrosty w IV kwartale zostały odnotowane w największych miejscowościach, powyżej 500 tys. mieszkańców. Ceny w miastach o liczbie mieszkańców poniżej 50 tys. rosły znacznie wolniej, a razem z tym obserwujemy zwiększony popyt na nieruchomości w małych miejscowościach. Większość osób nie jest w stanie sobie pozwolić na zakup wymarzonej nieruchomości w metropoliach, dlatego stawiają one na mieszkania w mniejszych miastach, gdzie stawki za metr kwadratowy są dużo niższe.
Jeżeli mówimy o dynamice wzrostów cen w ostatnim kwartale 2021 na rynku wtórnym, to była ona dużo wyższa niż na rynku pierwotnym – 7 proc. vs 2,6 proc. r/r.
Ceny kawalerek przebiły 10 tys. zł za metr kwadratowy
Dużymi wzrostami rok do roku charakteryzowały się ceny kawalarek. Ceny mieszkań do 40 metrów kwadratowych w czwartym kwartale 2021 były wyższe o 12,2 proc. – w porównaniu do roku poprzedniego – ze średnią ceną ofertową 10 068 zł/mkw.
Nieruchomości mieszkaniowe o powierzchni użytkowej większej niż 90 metrów kwadratowych pod koniec ubiegłego roku pozostawały nieco tańsze – 9,1 tys. zł za mkw.
W drugim numerze Kwartalnika mieszkaniowego Otodom i Polityki Insight o mieszkaniach o powierzchni od 60 do 90 mkw. czytamy:
– Najmniej w przeliczeniu na metr kwadratowy powierzchni użytkowej trzeba było zapłacić za mieszkania od 60 do 90 m2 – średnio 8,3 tys. zł. Ceny takich mieszkań rosły też stosunkowo wolno – o 7,2 proc. r/r. Niewielkie wzrosty cen w tym segmencie mieszkań to zapewne skutek wyraźnego spadku dostępności finansowej nieruchomości – klienci decydują się raczej na zakup mniejszego mieszkania, niż pierwotnie chcieli, ale w dobrej lokalizacji i standardzie, lub domu poza miastem, bo na duże mieszkanie w mieście o podobnych parametrach ich często nie stać.
Co nas czeka w 2022 roku?
Polski Ład wprowadzi dużo kluczowych zmian, które mocno wpłyną na nasze portfele nie tylko w odniesieniu do nieruchomości. Na rynku mieszkań, największe znaczenie potencjalnie będzie miał gwarantowany kredyt mieszkaniowy, który jednak dotyczy tylko niewielkiego procenta dostępnych nieruchomości.
Niektórzy ekonomiści są zdania, że można już mówić o ochłodzeniu na rynku, choć nie widzimy jeszcze spadku cen.
– Mimo ożywienia w ostatnich miesiącach, podtrzymujemy prognozę, że tempo wzrostu cen w 2022 r. spadnie, za czym przede wszystkim przemawia cykl podwyżek stóp procentowych przez NBP, które obniżają zdolności kredytowe Polaków – przekonują autorzy raportu.
Eksperci Otodom zapewniają, że prawdopodobny koniec pandemii, wzrost zatrudnienia oraz niskie bezrobocie mogą wpłynąć na stabilizację na rynku nieruchomości w 2022 roku. Chociaż nie należy spodziewać się spadku cen na rynku mieszkaniowym, lecz tylko spadku dynamiki.
1Kwartalnik mieszkaniowy. Raport o sytuacji na rynku mieszkań w IV kwartale 2021 r.
Oprócz zamieszania wywołanego na rynkach przez Rosjan czekają nas w ciągu tygodnia dwa ważne wydarzenia. Będą to posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego oraz polskiej Rady Polityki Pieniężnej.
Korekta na głównej parze
Po wspaniałym końcu tygodnia na głównej parze walutowej przyszedł czas na odbicie. Inwestorzy za dobry moment uznali wczorajsze dane makroekonomiczne. Poranne informacje nie spowodowały rewolucji. Wzrost PKB w strefie euro wyniósł bowiem 4,6%, a nie 4,7% jak oczekiwano. Jest to wyraźna poprawa, nie tak wysoka jednak, jak przewidywano. Po południu zobaczyliśmy jednak wskaźnik inflacji z Niemiec. Zgodnie z oczekiwaniami wzrost cen spowolnił. Przewidywano jednak spadku do 4,3%, a wynik wyniósł 4,9%. Dane te pokazują, że być może na czwartkowym posiedzeniu Europejskiego Banku Centralnego doczekamy się reakcji. Mowa tutaj raczej o zmianie komunikatu niż faktycznej decyzji o zmianie stóp procentowych.
Za tydzień posiedzenie RPP
Zmiany składu Rady Polityki Pieniężnej nie powinny znacząco wpływać na obrany kierunek. Tak przynajmniej przewiduje większość analityków. Słuszność tej koncepcji potwierdza zresztą rynek. Stopa WIBOR na 3 miesiące przekroczyła dzisiaj po raz pierwszy 3%. Oznacza to, że powinniśmy się spodziewać w tym czasie podwyżki minimum do tego poziomu, zakładając, że uczestnicy rynku realnie wyceniają koszt pieniądza. To właśnie spodziewane podwyżki stóp procentowych powodują, że mimo wojsk rosyjskich stojących na wschodniej granicy Ukrainy złoty jest wciąż relatywnie mocny.
Australia nie podniosła stóp procentowych
Dzisiaj w nocy poznaliśmy dane z Królewskiego Banku Australii. Postanowił on pozostawić stopy procentowe na poziomie 0,1%. Dzieje się to pomimo kolejnego wzrostu inflacji. Mamy obecnie drugi najwyższy wynik wzrostu cen od kryzysu z 2008 roku. Brzmi to potencjalnie bardzo źle. Wynik ten to jednak 3,5%. Poziom, o którym większość świata może obecnie tylko pomarzyć. Takie wyniki osiągają jednak państwa, które postanowiły nie zalewać gospodarki drukowanymi pieniędzmi.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
W Polskim Ładzie zmienił się ważny przepis, jednak pozostało to szerzej niezauważone. Na jego mocy odpisy amortyzacyjne od wprowadzenia używanych sprzętów czy samochodów do majątku firmowego będą możliwe tylko na podstawie ich aktualnej wartości rynkowej, a nie, jak dotąd, ceny zakupu. W efekcie odpisy mogą zmniejszyć się nawet o połowę. Razem z nimi zmniejszą się koszty uzyskania przychodu, więc przedsiębiorcy zapłacą wyższe podatki.
Nie każdego stać na kupno nowego sprzętu, gdy otwiera biznes
Przedsiębiorcy, którzy prowadzą jednoosobową działalność gospodarczą albo dopiero zakładają własny biznes, często w ramach oszczędności wprowadzają do firmy majątek prywatny. – Wielu początkujących przedsiębiorców po prostu nie stać na zakup nowego sprzętu, w związku z tym decyduje się na przekazanie go z majątku prywatnego do firmowego. Dotyczy to np. komputerów, telefonów czy też samochodów – wskazuje Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt. – W mojej ocenie przepisy wprowadzone w Polskim Ładzie są w tym zakresie niesprawiedliwe, bowiem przedmioty używane wcześniej prywatnie nigdynie były amortyzowane. W związku z tym odpisy amortyzacyjne w ramach działalności powinny być dokonywane od kwoty zakupu, a nie od wartości w momencie wprowadzenia ich do JDG.
Do końca 2021 r. sprzęt można było amortyzować po cenie zakupu
Przepisy obowiązujące do końca 2021 wskazywały, że za wartość początkową środka trwałego wprowadzonego do działalności gospodarczej uważa się cenę jego nabycia. – Wyobraźmy sobie, że podatnik w roku 2016 kupił samochód o wartości 80 tys. zł, który z czasem postanowił wprowadzić do działalności, aby realizować usługi związane z uzyskaniem przychodu. Jeśli założył działalność jeszcze w grudniu 2021 r. i wtedy dokonał wprowadzenia samochodu do majątku, mógł ująć go w ewidencji środków trwałych po wartości jego zakupu z roku 2016. Przedsiębiorca mógł więc amortyzować ten samochód od pełnej wartości 80 tys. zł. – wyjaśnia ekspert inFakt.
Od 2022 odpiszesz tylko aktualną „wartość rynkową”
Od bieżącego roku przepisy zmieniają się. W przypadku wprowadzenia do środków trwałych prywatnego sprzętu, który był używany wcześniej, za podstawę amortyzacji uważa się cenę nabycia, jednak “nie wyższą od wartości rynkowej środka trwałego”. Co oznacza dodanie tego przepisu? – Podatnik, który pięć lat temu nabył auto za kwotę 80 tys., zł jeszcze do końca 2021 mógł je wprowadzić do ewidencji środków trwałych w tej cenie i od niej dokonywać odpisów amortyzacyjnych. Od 1 stycznia 2022 r. podatnik ma obowiązek sprawdzić, ile ten samochód jest warty w dniu wprowadzenia go do działalności, czyli wycenić po cenie rynkowej – mówi Piotr Juszczyk.
Analizując ten konkretny przypadek można przyjąć, że wartość samochodu użytkowanego przez 5 lat spadła nawet o połowę, czyli wynosi obecnie 40 tys. zł. W związku z tym przedsiębiorca będzie mógł dokonywać odpisów amortyzacyjnych tylko od tej kwoty, a nie od wartości zakupu.
Sprzęty, które szybko tracą na wartości, lepiej kupić nowe
Przepis ten będzie szczególnie niekorzystny w przypadku sprzętów komputerowych, które bardzo szybko tracą na wartości. Wprowadzanie używanego komputera z punktu widzenia tej zmiany przestanie być opłacalne. Przedsiębiorca nadal potrzebuje go jednak do prowadzenia działalności. Będzie więc zużywał prywatny sprzęt w celach uzyskania przychodu, nie mogąc jednocześnie zaliczyć jego pełnej wartości do amortyzacji.
Pojawił się długo oczekiwany projekt wprowadzający system kaucyjny. Polska jest jednym z ostatnich krajów w Europie – aktualnie jest ich 25 – które wprowadziły lub podjęły decyzje o wprowadzeniu systemu zbiórki opakowań po napojach w oparciu o kaucje.
W 16 z tych krajów funkcjonuje lub zaistnieje system kaucyjny na jednorazowe opakowania szklane, metalowe i plastikowe, we wszystkich zaś system obejmuje lub obejmie co do minimum butelki plastikowe i metalowe puszki po napojach. Na tle europejskim propozycja Ministerstwa wygląda więc dość ubogo, bowiem w zakresie opakowań jednorazowych koncentruje się wyłącznie na butelkach plastikowych.
Dodatkowo zapisy Projektu wskazują na zastosowanie modelu norwesko-fińskiego, gdzie system kaucyjny nie jest obowiązkowy, ale w praktyce konieczny ze względu na wysoką opłatę produktową w przypadku nieutworzenia lub nieprzystąpienia producentów do systemu kaucyjnego. Standardem europejskim jest obligatoryjny scentralizowany i powszechny system kaucyjny w oparciu o jednego operatora działającego w formule non for profit.
Projekt Ustawy dostrzega potrzebę udoskonalenia systemu opakowań wielorazowych, co jest pozytywne w kontekście rozwoju modeli ponownego użytkowania, ale wymaga dalszych refleksji nad centralizacją i scaleniem systemów na obie frakcje opakowań: jedno i wielorazowych. Dziś na przykład rusza system łotewski, który ma wspólnego operatora i dodatkowo jeszcze rozwija system butelek wielorazowych poprzez organizacje logistyki dla standardowych butelek wielokrotnego użytku. Trendy europejskie wymagają takich rozwiązań.
Autor: Anna Larsson, Dyrektor ds. ekonomii cyrkularnej Reloop Platform
Michał Zwyrtek opuszcza szeregi PwC i od 1 lutego 2022 roku dołącza na pokład UHY ECA jako nowy Partner. Będzie odpowiedzialny za wsparcie i rozwój Departamentu Outsourcingu oraz Doradztwa prawno-podatkowego.
Michał posiada 18-letnie doświadczenie w konsultingu w różnych branżach: motoryzacyjnej, energetycznej, chemicznej, metalowej i wydobywczej, IT i nowych technologii, mediów, FMCG oraz samorządowej. Przez ostatnie 14 lat był związany z PwC, gdzie jako dyrektor kierował działem prawno-podatkowym w biurze w Katowicach. W PwC był również liderem zespołu doradztwa na rzecz branży motoryzacyjnej oraz członkiem zespołu doradztwa na rzecz firm prywatnych i rodzinnych. Wcześniej współpracował z największymi polskimi i niemieckimi firmami doradczymi. Michał jest także członkiem komisji podatkowej w Polsko-Niemieckiej Izbie Przemysłowo-Handlowej oraz członkiem zarządu Okręgowej Izby Przemysłowo-Handlowej w Tychach.
– To dla mnie wielka przyjemność, ale i wyzwanie dołączyć do grona Partnerów UHY ECA. Bardzo cieszę się na nową rolę i mocno wierzę, że moja obecność w organizacji przyczyni się do umacniania pozycji UHY ECA na rynku i jeszcze lepszego dopasowywania oczekiwań oraz wachlarza usług do potrzeb Klientów. W mojej ocenie UHY ECA – polska firma audytorska i konsultingowa należąca do międzynarodowej sieci – jest świetną alternatywą dla polskich i międzynarodowych firm, które poszukują profesjonalnego i zaufanego doradcy – komentuje Michał Zwyrtek.
– Transfer Michała to z całą pewnością doskonałe otwarcie 2022 roku. Jego zamiłowanie do ciągłego rozwoju i doskonalenia swojego warsztatu pracy to wartość która jest szczególnie pożądana w dzisiejszych czasach. Dodatkowo fakt, że znamy się z Michałem od blisko 20 lat, powoduje że liczymy na bardzo owocną współpracę – podkreśla Roman Seredyński Partner Zarządzający UHY ECA.
Michał Zwyrtek jest licencjonowanym doradcą podatkowym i agentem celnym. Ukończył międzynarodowy program Executive Master of Business Administration (EMBA) realizowany przez Gdańską Fundację Kształcenia Menedżerów, Uniwersytet Śląski oraz RSM Erasmus University w Rotterdamie. Jest również absolwentem studiów podyplomowych Doctor of Business Administration (DBA) oraz studiów podyplomowych Master of Laws (LL.M.) Magister Legum – „Prawo w biznesie” organizowanych przez Collegium Humanum – Szkołę Główną Menedżerską w Warszawie w partnerstwie z Apsley Business School w Londynie.
Od 1 lutego br. Marina Dubakina przejmuje obowiązki Karin Sköld wynikające z członkostwa w Zarządzie IKEA Retail w Polsce. Karin Sköld obejmuje stanowisko Zastępcy Dyrektora ds. Operacyjnych w Grupie Ingka.
„Jestem głęboko przekonana, że doświadczenie w handlu detalicznym i pasja do tworzenia lepszego życia dla wielu ludzi, którymi wyróżnia się Marina, będą stanowić istotną wartość, umożliwiającą dalszy rozwój IKEA Retail w Polsce. Cieszę się, że na moim nowym stanowisku w Grupie Ingka nadal będę odpowiedzialna za działalność IKEA Retail w Polsce, która jest tak bliska mojemu sercu” – mówi Karin Sköld, dotychczasowa Prezeska i Dyrektorka Generalna ds. Zrównoważonego Rozwoju w IKEA Retail w Polsce. Karin obejmuje funkcję w Grupie Ingka, w ramach której będzie odpowiadać za kilka kluczowych dla IKEA rynków: oprócz Polski będzie to m.in. Szwecja, Hiszpania oraz jeden z największych rynków – Stany Zjednoczone.
Rok finansowy 2021, kiedy Karin Sköld stała na czele IKEA Retail w Polsce, to czas 9% wzrostu sprzedaży rok do roku. W tym okresie nastąpił także znaczny wzrost udziału sprzedaży online w całkowitej sprzedaży z 20% do 29%. Jest to wspólny sukces wszystkich pracowników IKEA, dlatego w ramach podziękowania za to wyjątkowe zaangażowanie podczas pandemii, w 2021 r. na benefity dla pracowników przeznaczyliśmy 76 mln zł, a wynagrodzenia wzrosły o ok. 10,4%. W styczniu 2022 r. pracownicy IKEA otrzymali dodatkowy, jednorazowy bonus finansowy UPPSKATTA, co po szwedzku oznacza „wdzięczność/uznanie”.
Miniony rok był dla IKEA szczególny również ze względu na obchody 60-lecia współpracy z Polską. Z tej okazji opublikowany został raport „IKEA Made in Poland”, który podsumowywał działalność biznesową IKEA w Polsce. Dokument ten, stworzony przez przedstawicieli Grupy Inter IKEA i Grupy Ingka, przedstawiał cele i inicjatywy oraz wspólną wizję przyszłości, do której chcemy niezmiennie dążyć razem z naszymi klientami, pracownikami i dostawcami.
Nowa Członkini Zarządu IKEA Retail w Polsce, Marina Dubakina, dołączyła do IKEA ponad 18 lat temu i ma bogate doświadczenie w strukturach firmy. Swoją przygodę z IKEA rozpoczęła w Rosji, gdzie ostatnią funkcją, jaką pełniła, było stanowisko Dyrektorki ds. Zarządzania Zasobami Ludzkimi. Od 2014 r. zdobywała doświadczenie w Szwecji, rozwijając się jako asystentka Prezesa Zarządu Grupy Ingka. Następnie pracowała jako Dyrektorka Regionu w Barcelonie, a w 2021 r. przeprowadziła się do Polski, gdzie objęła stanowisko Dyrektorki Regionalnej w IKEA Retail odpowiedzialnej za sześć lokalnych rynków w ramach Regionu Zachodniego.
„Bardzo się cieszę, że mogę dołączyć do Zarządu IKEA Retail w Polsce. Z ogromną przyjemnością, wraz z wieloma zaangażowanymi i oddanym pracownikami, będę wspierać rozwój naszej wielokanałowej aktywności w Polsce” – stwierdza Marina Dubakina.
„Celem IKEA jest tworzenie jak najlepszego doświadczenia zakupowego. Chcę kontynuować działania, które podejmowaliśmy w tym zakresie w ostatnich latach oraz jeszcze bardziej wzmacniać inicjatywy IKEA w zakresie zrównoważonego rozwoju w czasie, który potwierdza, jak ważne jest życie w domu. Wciąż będziemy inspirować Polki i Polaków do prowadzenia bardziej zrównoważonego życia w domu, wdrażając rozwiązania, które pozytywnie wpływają na naszą planetę, a w efekcie – do tworzenia lepszych warunków codziennego życia dla wielu ludzi. Przez 60 lat IKEA i Polska rozwijały się razem. Dziś IKEA w Polsce to cały łańcuch dostaw, w tym produkcja, dystrybucja i sprzedaż. Bycie częścią tej wspaniałej historii to wyjątkowe uczucie, bez względu na to, jak dobre czy trudne są czasy. Jako IKEA jesteśmy zróżnicowanym zespołem, który podąża za nieustannie zmieniającym się środowiskiem, uczy się od siebie nawzajem i od naszych klientów, dzięki czemu kontynuujemy pracę nad tworzeniem naszej wspólnej i lepszej przyszłości” – mówi Marina Dubakina.
Styczeń 2022 r. był kolejnym miesiącem, w którym eksperci portali GetHome.pl i RynekPierwotny.pl odnotowali w większości największych miast wzrost średniej ceny metra kwadratowego nowych mieszkań.
W 2021 r. sytuacja na rynkach mieszkaniowych była bardzo dynamiczna. Czy podobnie będzie w roku 2022? W oparciu o pierwszą ogólnopolską platformę do samodzielnej analizy rynku mieszkaniowego – BiG DATA RynekPierwotny.pl eksperci portali RynekPierwotny.pl i GetHome.pl przygotowują miesięczne raporty dotyczące popytu, podaży oraz cen mieszkań w największych miastach.
SPRZEDAŻ
Ze styczniowych danych BiG DATA RynekPierwotny.pl wynika, że w 7 największych miastach deweloperzy sprzedali łącznie 3327 mieszkań, co jest wynikiem gorszym od grudniowego o ok. 1%. Jednak w porównaniu z pierwszym miesiącem 2021 r. sprzedaż była mniejsza aż o 22%!
Tradycyjnie warto zwrócić jednak uwagę, że sytuacja popytowa w poszczególnych miastach jest bardzo zróżnicowana. Porównując styczeń z analogicznym okresem sprzed roku wyższą sprzedaż firm deweloperskich odnotowano w Krakowie i we Wrocławiu. W porównaniu z grudniem ubiegłego roku sprzedaż wzrosła w Warszawie oraz we Wrocławiu. W Krakowie praktycznie się nie zmieniła – tłumaczy Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl.
Niestety, powodów do zadowolenia nie mieli w styczniu katowiccy, gdańscy i łódzcy deweloperzy. W Katowicach sprzedaż spadła aż o 48%, w Gdańsku – o 41%, a w Łodzi – o 33% w porównaniu z grudniem ubiegłego roku.
Warto dodać, że w stolicy znalazło nabywców tradycyjnie najwięcej mieszkań – 1233, czyli o 12% więcej niż w grudniu. Jednak w porównaniu z pierwszym miesiącem ubiegłego roku wynik był gorszy aż o 21%. Niepokoić może to, że nie we wszystkich miastach deweloperzy zareagowali na popyt, nawet ten słabnący (Poznań i Katowice) odpowiednią podażą mieszkań.
PODAŻ
Wprawdzie w 7 analizowanych przez nas miastach do sprzedaży trafiło ich łącznie 3162, czyli o 10% więcej niż w grudniu. Jednak w Katowicach deweloperzy nie wprowadzili na rynek ani jednego mieszkania. Ogromne spadki nowej podaży odnotowano także w Warszawie – o 41% oraz we Wrocławiu – o 35%.
Cieszyć może natomiast wzrost nowej podaży w Gdańsku – deweloperzy wprowadzili w styczniu na rynek aż 691 mieszkań, tj. dziewięciokrotnie więcej niż miesiąc wcześniej! Duże wzrosty podaży odnotowano także w Krakowie – o 51%, w Łodzi – o 41% i Poznaniu – o 18%. Dodajmy, że w Gdańsku, Krakowie i Łodzi deweloperzy wprowadzili w styczniu do sprzedaży więcej mieszkań niż ich sprzedali.
Jak tłumaczy Marek Wielgo niestety w Warszawie, Wrocławiu i Poznaniu widać było dalsze pogłębianie się nierównowagi rynkowej. W Warszawie deweloperzy oferowali w styczniu niespełna 8,4 tys. mieszkań, czyli o 6% mniej niż w grudniu i o jedną czwartą mniej niż w styczniu 2021 r. Hipotetycznie wyprzedałyby się one w niespełna 7 miesięcy, gdyby budowy nagle stanęły. O równowadze można zaś mówić wtedy, gdy zapasy mieszkań wystarczają co najmniej na rok.
W styczniu w czterech miastach odnotowano spadek liczby mieszkań w ofercie firm deweloperskich. W Poznaniu skurczyła się ona o 7%, we Wrocławiu – o 5%, a w Katowicach – o 6% w porównaniu z grudniem. Natomiast w Gdańsku oferta wzrosła aż o 15%. W Łodzi także zaobserwowano poprawę o 8%, a w Krakowie z kolei o 7%.
CENY
Jaki powyższa sytuacja miała wpływ na ceny mieszkań? Z danych BiG DATA RynekPierwotny.pl wynika, że w Gdańsku i w Katowicach średnia cena metra kwadratowego mieszkań oferowanych przez deweloperów utrzymała poziom z grudnia. Jednak w Łodzi średnia wzrosła aż o 8%!
Czym tłumaczyć tak wysoką podwyżkę? Zdaniem eksperta GetHome.pl deweloperzy wprowadzili tu na rynek więcej mieszkań niż sprzedali. Sytuacja była więc korzystna dla kupujących, bo mieli do wyboru więcej lokali. Otóż na rynek trafiła pula luksusowych apartamentów zlokalizowanych przy ul. Piotrkowskiej. W efekcie średnia cena metra kwadratowego mieszkań wprowadzonych w styczniu do sprzedaży sięgała 15 tys. zł. Dla porównania, mieszkania sprzedane miały średnią niespełna 7,9 tys. zł za mkw.
We wrześniu ubiegłego roku mieliśmy do czynienia z taką sytuacją we Wrocławiu, w październiku – w Katowicach, Gdańsku i Łodzi, w listopadzie – w Poznaniu, a grudniu – ponownie w Poznaniu oraz w Katowicach.
Dodajmy, że Łódź i Katowice są miastami, w których w poprzednich latach mieszkania były znacznie tańsze niż w pozostałych największych miastach. W 2021 r. te dysproporcje zaczęły maleć.
Ponadto wskutek rosnących cen gruntów oraz kosztów budowy, poprzeczka cenowa mocno poszła w górę. Spektakularne zmiany widoczne są szczególnie w Łodzi. Wg ekspertów portalu RynekPierwotny.pl jeszcze w styczniu ubiegłego roku 78% mieszkań w ofercie firm deweloperskich kosztowało mniej niż 7 tys. zł za metr. Po roku udział tak tanich lokali wynosi już tylko 16%!
Z podobną sytuacją mamy do czynienia w Katowicach, ale także we Wrocławiu, Gdańsku czy Poznaniu. W Warszawie i Krakowie oferty można było policzyć na palcach. Najpewniej wkrótce dołączą do tych miast Gdańsk i Wrocław.
Ze statystyk budowlanych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że popyt zaczął przenosić się do okalających największe miasta miejscowości. Mieszkania są tam średnio o 30-40% tańsze.
1 lutego 2022 – Zgodnie z ogłoszonymi ostatnio przez Główny Urząd Statystyczny wstępnymi wynikami Narodowego Spisu Powszechnego, w porównaniu do 2011 roku wyraźnie zwiększył się udział ludności w wieku poprodukcyjnym – z 16,9% do 21,8%, Oznacza to, że w ciągu dekady przybyło ponad 1,8 miliona osób w grupie wieku 60/65 i więcej. Pokazuje to, że kwestia silver economy będzie odgrywać coraz większą rolę na rynku inwestycyjnym. Zmiany demograficzne skutkują ewolucją podejścia do opieki nad seniorami. Dostosowanie oferty mieszkaniowej do preferencji, oczekiwań i uwarunkowań zdrowotnych będzie miało wpływ na długofalowe zmiany na rynku mieszkaniowym w Polsce i zwiększy zainteresowanie inwestycjami z zakresu senior living.
PRS-y na fali – pociągną za sobą senior living?
W ciągu 10 ostatnich lat o 5% wzrosła liczba osób w wieku poprodukcyjnym. Obecnie jest to 1/5 społeczeństwa, a szacuje się, że do 2025 roku co trzeci Polak będzie w wieku 65+. W perspektywie najbliższych lat możemy się zatem spodziewać wzrostu popytu na rozwiązania mieszkaniowe dostosowane do seniorów. W Polsce obecnie 30% instytucji dla osób starszych stanowią placówki publiczne, 70% to placówki prywatne (nie uwzględniając rozwiązań assisted living, czyli mieszkań wspomaganych, w których seniorzy otrzymują wsparcie w codziennych obowiązkach, jak zakupy, kąpiel itd. . Widoczne jest już jednak rosnące zainteresowanie inwestorów z sektora PRS (Private Rented Sector), którzy szukają odpowiednich działek, ale i gotowych obiektów oferujących średnio 60-70 małych, najlepiej dwupokojowych mieszkań dostosowanych do potrzeb osób starszych.
Już teraz 25% ludności w krajach Unii Europejskiej stanowią osoby starsze (w wieku 60+), a dane Eurostatu wskazują, że odsetek ten może wzrosnąć do 40% w 2050 r. Nie dziwi więc fakt, że inwestycje z zakresu senior living, czyli budownictwa senioralnego, są już popularne w krajach Europy Zachodniej, szczególnie w Skandynawii. Tworzone są z myślą o osobach starszych, które nie wymagają stałej opieki zdrowotnej a bardziej asysty, możliwości współdzielenia dnia codziennego z innymi i życia w społeczności. Takie obiekty oferują sale do rehabilitacji, sale sportowe, wspólne zajęcia, dostęp do ogrodu czy doraźną pomoc pielęgniarki. Często oferowane są również usługi dodatkowe takie, jak robienie zakupów czy wyprowadzanie psa. Stopień rozwoju tego segmentu różni się zależności od kraju – jego sytuacji ekonomicznej i zamożności społeczeństwa, a także siły relacji międzypokoleniowych. Jest to koncept dla osób samodzielnych, które potrzebują jednak dedykowanej przestrzeni zaprojektowanej pod kątem ich potrzeb.
Budownictwo senioralne jako podsegment najmu instytucjonalnego może wypełnić lukę między profesjonalnymi domami opieki a prywatną opieką nad osobami starszymi. Również w kwestii kosztów mieszkania wspomagane mogą stanowić korzystne rozwiązanie, ponieważ koszty te powinny być porównywalne z najmem zwyczajnego mieszkania (nie uwzględniając usług dodatkowych). Istotna jest również lokalizacja – obecnie większość obiektów dedykowanych seniorom mieści się na peryferiach miast, natomiast uwaga inwestorów zainteresowanych sektorem senior living skupia się w tym momencie jednak na obiektach zlokalizowanych bezpośrednio w ośrodkach miejskich.
Pierwsze jaskółki zainteresowania inwestorów
Pierwszym zwiastunem zainteresowania inwestycjami z zakresu budownictwa senioralnego jest zauważalny trend na certyfikowanie obiektów mieszkalnych jako „Obiektów bez barier” – a więc spełniających określone standardy dostępności dla osób o ograniczonej możliwości poruszania się, w tym i dla osób starszych. Zakres audytu, który poprzedza przyznanie certyfikatu, dotyczy m.in.: najbliższego otoczenia budynku, parkingu, wejść do budynku, dostępności komunikacji pionowej, kolorystyki budynku, dostępności istotnych pomieszczeń w budynku oraz wyposażenia, oświetlenia i parametrów instalacji elektrycznej. Częściej pojawiają się również pomieszczenia służące integracji, np. świetlice międzypokoleniowe. Inwestorzy będą coraz większą wagę przywiązywać do tego typu rozwiązań, żeby po pierwsze – wyróżnić się na rynku, a po drugie – uwzględnić w swoich działaniach coraz istotniejsze dla firm kwestie diversity&inclusion i ESG.
Rozwiązanie z potencjałem
Polski rynek – choć jeszcze nie w pełni ukształtowany – w dłuższej perspektywie charakteryzuje się sporym potencjałem. Polska, ze względu na swoje położenie geograficzne i koszty życia, może stać się pożądaną destynacją do spędzenia ostatnich lat życia nie tylko dla Polaków, ale także dla seniorów z Niemiec czy krajów skandynawskich. Ze względu na bliskość wyżej wymienionych krajów największy potencjał rozwoju oferty z sektora senior living mają Pomorze, województwa zachodnie i Śląsk. Aglomeracja warszawska również ma duże szanse przyciągnięcia inwestorów zainteresowanych wejściem na ten rynek, podobnie jak największe miasta w Polsce, takie jak Kraków i Wrocław. Tam też spodziewamy się największego popytu na tego typu mieszkania.
Obecnie w Polsce powstaje szereg projektów „eksperymentalnych”, skierowanych do seniorów potrzebujących stałej lub czasowej pomocy osób trzecich, a jednocześnie chcących zachować wolność i niezależność oraz poczucie kontroli nad własnym życiem. Inwestycje tego typu zostały już zrealizowane w Katowicach, Majdanie pod Warszawą, Wodzisławiu Śląskim i Opolu. Kolejne obiekty powstają w Koninie, Inowrocławiu, Poznaniu i Okolu koło Starogardu Gdańskiego, zaś w planach inwestorów jest również uruchomienie obiektów z zakresu assisted living w Łodzi, Wiśle Małej i kolejnego projektu w Poznaniu.
Różnorodna oferta
W Polsce rozwiązania mieszkaniowe dedykowane seniorom skupiają się wokół ośrodków opieki społecznej i prywatnych instytucji zapewniających całodobową opiekę. Obecnie istniejące na rynku obiekty mogą pomieścić ok. 50 tys. mieszkańców. Prowadzi to do wniosku, że tylko ok. 1% osób w wieku 70+ mógłby zamieszkać w domu dla seniorów[1].
Ośrodki opieki społecznej przeznaczone są dla osób starszych, które ze względu na swój wiek i stan zdrowia nie są w stanie samodzielnie funkcjonować. Jest to opcja dla seniorów o niższych dochodach, którzy mogą liczyć na współfinansowanie pobytu przez rodzinę lub powiat. Warto jednak zaznaczyć, że w tym przypadku niskim kosztom pobytu towarzyszą często bardzo skromne warunki bytowe i długi czas oczekiwania, sięgający nawet kilkunastu miesięcy. Średni miesięczny koszt utrzymania w domu pomocy społecznej oscyluje w granicach 2130 – 8314 zł. Wartości te są najwyższe w województwie mazowieckim, gdzie przeciętny miesięczny koszt utrzymania wynosi ok. 4800 zł oraz w województwach zachodnich i północnych (ok. 4600 zł).
Na rynku funkcjonują również prywatne placówki opieki całodobowej sieci takich jak Orpea, Medicover czy Origin. Są to obiekty przeznaczone dla osób starszych wymagających, co prawda w różnym zakresie, ale stałej opieki medycznej. Pobyt w tego typu placówkach wiąże się ze sporymi kosztami, zaczynającymi się od ok. 4 tys. zł miesięcznie, w zależności od stanu zdrowia mieszkańca domu opieki, formy i czasu pobytu. Pobyt opłacany jest w pełni przez pensjonariusza. Prywatne ośrodki oferują krótszy czas oczekiwania w porówananiu z tymi publicznymi, ponieważ nie są związane takimi samymi procedurami administracyjnymi. Ponadto oferują pobyty krótkoterminowe i są bardziej elastyczne w dostosowywaniu swojej oferty do aktualnych potrzeb mieszkańców.
Aktualne badania wskazują, że osoby starsze wolą pozostać jak najdłużej we własnych domach, żyjąc samodzielnie lub z pomocą członków rodziny lub opiekunów. Szansą na kompromis w tym zakresie są rozwiązania z zakresu senior living, a szczególnie assisted living. Biorąc pod uwagę zmieniające się uwarunkowania, rosnące płace, zmieniającą się mentalność społeczeństwa, dłuższy wiek pozostawania w dobrym zdrowiu – inwestycje w nieruchomości typu assisted living w dłuższej perspektywie nie tylko zyskają na znaczeniu, ale mogą stać się alternatywnymi produktami inwestycyjnymi.
Michał Witkowski, Dyrektor linii Living Services w Dziale Corporate Finance & Living Services | CEE w Colliers
[1] Według raportu „Sytuacja osób starszych w Polsce w 2020 r.” przygotowanego przez Główny Urząd Statystyczny w Białymstoku na koniec 2020 r. liczba osób w wieku 60 lat i więcej wyniosła 9,8 mln, z czego 47% stanowiły osoby 70+.
Federacja Przedsiębiorców Polskich przekazała stanowisko do projektu ustawy o modernizacji i poprawie efektywności szpitalnictwa. Uważamy, że projekt wymaga istotnych zmian, a wprowadzony w tym kształcie nie uwzględnia interesów i potrzeb pacjentów. Ponadto Federacja Przedsiębiorców Polskich stoi na stanowisku, że konsultowany projekt ustawy powinien być uchwalony dopiero po wejściu w życie ustawy o jakości w ochronie zdrowia i po przeprowadzeniu rzetelnej wyceny wszystkich świadczeń opieki zdrowotnej. To warunek niezbędny do rzetelnej oceny aktualnej sytuacji ekonomicznej podmiotów leczniczych.
W opinii Federacji nie wolno opierać oceny funkcjonowania systemu ochrony zdrowia tylko i wyłącznie na zmiennych ekonomicznych – podczas gdy pacjentów interesuje czy szpital dobrze leczy, czy dostępność do świadczeń jest na wysokim poziomie. Federacja apeluje by wśród kryteriów kategoryzujących szpitali wprowadzić kryteria jakościowe, które zrównoważą gorszy wynik finansowy spowodowany właśnie inwestycją w jakość albo dostępność do świadczeń. Gorszy wynik finansowy może być także spowodowany poprawą dostępności – nawet kosztem niezapłaconych przez publicznego płatnika nadwykonań.
„Federacja w swoim stanowisku zwróciła uwagę, że projekt nie zapewnia równowagi między interesem dostawcy do szpitali a niezbędnym zabezpieczeniem szpitala w procesie restrukturyzacji. Projekt zakłada, że kierownik szpital będącego w trakcie restrukturyzacji będzie mógł w każdej chwili wypowiedzieć umowę każdemu podwykonawcy, zawiesić możliwość dochodzenia wierzytelności i jednocześnie w tym samym czasie z pominięciem procedur przetargowych wybrać nowego dostawcę. To może być furtka do wypowiadania umów i okresowy problem podwykonawców czy dostawców współpracujących z sektorem szpitalnictwa. Zwłaszcza, że zgodnie z obliczeniami Ministra Zdrowia – gdyby kategoryzacja odbyłaby się według zapisów określonych w projekcie ustawy w oparciu o wyniki finansowe szpitali za 2020 rok, to 185 szpitali z 574 musiałby poddać się restrukturyzacji a kolejne 259 z kategorii B miałoby do tego prawo. Zaledwie 130 szpitali otrzymałoby kategorię A” – podkreśla Wojciech Wiśniewski, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich.
W swoim stanowisku Federacja także zwróciła na brak proporcjonalności wymogów między wymaganym wykształceniem i doświadczeniem między nadzorcą a kierownikiem szpitala. Trudno zrozumieć, dlaczego wymogi wobec nadzorcy – który ma pilnować odpowiedniego wdrożenia planu restrukturyzacji, są znacznie niższe niż wobec kierownika szpitala.
Salesforce, światowy lider w dziedzinie zarządzania relacjami z klientem (CRM), opublikował swój Globalny Indeks Umiejętności Cyfrowych (Global Digital Skills Index), który wskazuje na rosnący niedobór umiejętności cyfrowych na świecie oraz pilną potrzebę podjęcia działań w tym zakresie. Indeks powstał w oparciu o informacje od ponad 23 500 pracowników z 19 krajów, którzy zgłosili swoją gotowość do zdobycia kluczowych umiejętności cyfrowych potrzebnych przedsiębiorstwom obecnie i w ciągu najbliższych pięciu lat.
Prawie trzy czwarte respondentów (73%) nie czuje się przygotowanych do zdobywania umiejętności cyfrowych potrzebnych przedsiębiorstwom obecnie, a jeszcze więcej (76%) nie czuje się przygotowanych na przyszłość. Pomimo tego, że tylko 28% jest aktywnie zaangażowanych w programy szkoleniowe z zakresu umiejętności cyfrowych, 82% respondentów planuje zdobycie nowych umiejętności w przyszłości.
Globalny niedobór umiejętności cyfrowych
Niedobór ten jest powodem do niepokoju, ale stwarza również nowe możliwości. Ponieważ firmy na całym świecie szybko przechodzą na cyfrowe modele działania, zapotrzebowanie na pracowników z umiejętnościami cyfrowymi gwałtownie wzrosło. Globalny wynik indeksu Salesforce w zakresie gotowości cyfrowej, ocenianej pod kątem gotowości, poziomu umiejętności, dostępu i aktywnego uczestnictwa w podnoszeniu kwalifikacji cyfrowych, wynosi obecnie zaledwie 33 punkty na 100 możliwych, co wskazuje na pilną potrzebę globalnych inwestycji w celu zniwelowania niedoboru umiejętności cyfrowych.
Choć badanie pokazuje, że niektóre kraje czują się bardziej gotowe na cyfryzację niż inne, jasne jest, że wszystkie społeczeństwa mają jeszcze wiele do zrobienia. Zmniejszenie luki w umiejętnościach cyfrowych jest niezbędne do utrzymania i poprawy standardów życia na całym świecie. Tylko 17% wszystkich respondentów uważa się za „zaawansowanych” w zakresie umiejętności cyfrowych w miejscu pracy, podczas gdy prawie połowa (49%) nadal ocenia siebie jako „początkujących”.
Kraje rozwijające się są najbardziej przekonane o swojej cyfrowej gotowości
Respondenci w krajach rozwijających się – Indiach, Meksyku i Brazylii – są bardziej pewni swojej cyfrowej przyszłości, niż ci w krajach rozwiniętych. Indie uzyskały w Indeksie najwyższy wynik gotowości cyfrowej (63 na 100), przy czym 76% respondentów w Indiach czuje się dziś przygotowanych do wykonywania obowiązków w środowisku pracy opartym na umiejętnościach cyfrowych, a 69% aktywnie uczy się nowych umiejętności cyfrowych.
Najnowszy raport RAND Europe pt. The Global Digital Skills Gap wskazuje, że niektóre kraje będą bardziej dotknięte niedoborem umiejętności cyfrowych niż inne, w zależności od ich struktury gospodarczej, gałęzi przemysłu i podziału pracy. Obawy związane z wyższym ryzykiem mogą być motorem większego i szybszego zaangażowania w edukację cyfrową – luka w umiejętnościach cyfrowych w Indiach stanowi największe ryzyko dla wzrostu PKB, wynoszące średnio 2,3% rocznie, a na drugim miejscu plasuje się Meksyk z 1,8% PKB. Z drugiej strony dla Wielkiej Brytanii i Australii wskaźnik ten wynosi zaledwie 0,5%.
Umiejętności cyfrowe wykorzystywane w życiu prywatnym nie przekładają się na wykorzystanie w miejscu pracy
Umiejętności cyfrowe, takie jak korzystanie z mediów społecznościowych i poruszanie się w sieci, niekoniecznie przekładają się na podstawowe umiejętności cyfrowe w miejscu pracy, które są potrzebne przedsiębiorstwom do zapewnienia sprawności, odporności i rozwoju.
Ponad dwie trzecie wszystkich respondentów z pokolenia Z (64%) twierdzi, że posiada „zaawansowane” umiejętności w zakresie mediów społecznościowych – co potwierdza stereotyp obeznania młodego pokolenia z technologiami cyfrowymi – ale mniej niż jedna trzecia (31%) uważa, że posiada „zaawansowane” umiejętności w zakresie cyfrowego miejsca pracy, które są obecnie potrzebne firmom.
Podczas gdy zdecydowana większość respondentów w Ameryce Północnej (83%), Europie (82%) i regionie Azji i Pacyfiku (70%) posiada „zaawansowane” lub „średnio zaawansowane” umiejętności korzystania z mediów społecznościowych, tylko jedna trzecia w każdym z tych regionów (odpowiednio 31%, 24% i 34%) czuje się przygotowana do zdobycia umiejętności cyfrowych potrzebnych w miejscu pracy w ciągu najbliższych pięciu lat.
Najważniejsze umiejętności cyfrowe potrzebne dziś w firmach
Według indeksu Salesforce umiejętności w zakresie technologii współpracy, takich jak Slack, są postrzegane jako najważniejsze umiejętności potrzebne firmom obecnie i w ciągu najbliższych pięciu lat – twierdzi tak 63% globalnych respondentów. Jednak pomimo biegłości respondentów w zakresie technologii współpracy, takich jak media społecznościowe, tylko 25% ocenia siebie jako „zaawansowanych” w zakresie umiejętności związanych z technologiami współpracy, które są niezbędne w miejscu pracy.
Przekwalifikowanie pracowników
Ponad połowa respondentów badania (51%) chce zdobywać nowe umiejętności, które pomogą im w rozwoju kariery. Wykorzystując potencjał istniejącej siły roboczej, przedsiębiorstwa mogą przyspieszyć niwelowanie braków w umiejętnościach.
Indeks pokazuje również, że młodsi respondenci mają większą pewność siebie i ambicję do zdobywania nowych umiejętności — 83% respondentów z pokolenia Z „aktywnie” uczy się i szkoli w zakresie umiejętności potrzebnych w ciągu najbliższych pięciu lat w porównaniu z 12% osób z pokolenia wyżu demograficznego. Przedsiębiorstwa mają ogromną szansę na rozwijanie umiejętności młodych pracowników poprzez zapewnienie dostosowanych do ich potrzeb, zawsze dostępnych szkoleń, które pomogą przyspieszyć wzrost i wprowadzanie innowacji, zwiększyć zaangażowanie oraz stworzyć silnych liderów na przyszłość.
Niezbędna jest współpraca biznesowa
Obecnie, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, przedsiębiorstwa muszą ściślej współpracować z rządami, partnerami i lokalnymi społecznościami w celu rozwiązania problemu pogłębiającego się niedoboru umiejętności. Współpraca jest kluczem do zapewnienia odpowiednich szkoleń i możliwości rekrutacji, aby sprostać cyfrowemu zapotrzebowaniu i w równym stopniu dotrzeć do wszystkich grup społecznych.
Zaangażowanie firmy Salesforce obejmuje równy dostęp do umiejętności cyfrowych za pośrednictwem bezpłatnej platformy edukacyjnej Trailhead, dzięki której ponad 3,7 mln osób zdobyło nowe umiejętności przydatne w przyszłej pracy, oraz społeczność Trailblazer Community, która umożliwia uczenie się u boku współpracowników i ekspertów Salesforce. Firma Salesforce nawiązała również współpracę z czołowymi dostawcami usług edukacyjnych oraz realizuje programy praktyk zawodowych, szkolenia, granty i inicjatywy charytatywne na całym świecie.
Niedobór umiejętnościach cyfrowych to palący problem, a przedsiębiorstwa mają do odegrania kluczową rolę w jego rozwiązaniu. Firmy mogą stworzyć solidne podstawy dla zmian poprzez ponowne przeanalizowanie swoich programów edukacji i szkoleń, zrównoważone inwestycje i aktywną współpracę.
–Istnieje wyraźny rozdźwięk pomiędzy wprowadzanymi innowacjami a umiejętnościami niezbędnymi do korzystania z nich. To samo w sobie nie jest niczym nowym. Jednak nowością jest zakres tych innowacji, ich rozpowszechnienie i to, jak bardzo zakorzeniły się w każdym aspekcie życia. W dzisiejszych czasach trudno jest zrobić cokolwiek bez jakiejś formy cyfrowej interakcji – podsumował Peter Schwartz, wiceprezes ds. planowania strategicznego i dyrektor ds. rozwoju, Salesforce
Ochrona środowiska jest ważna dla 61 proc. Polaków. Już 3 na 4 gospodarstwa domowe oszczędzają energię i wodę oraz segregują odpady. Kolejnym ważnym trendem konsumenckim staje się dbanie o zdrowie i samopoczucie. Takie dane płyną z raportu Consumer Life przygotowanego przez firmę badawczą GfK.
Rosnąca świadomość społeczna sprawia, że ochrona środowiska staje się dla Polaków coraz ważniejsza. Jednak zdaniem ekspertów GfK decyzje konsumentów nie wynikają jedynie z pobudek ideologicznych. – Dbanie o planetę się opłaca. Oszczędzanie prądu i wody, przemyślane zakupy czy korzystanie z publicznych środków transportu pozwalają Polakom zatrzymać w kieszeni dodatkowe pieniądze. Jest to ważne szczególnie teraz, kiedy mamy do czynienia z galopującą inflacją oraz drożyzną, a nastroje konsumenckie z miesiąca na miesiąc są coraz niższe – podkreśla Dominika Grusznic-Drobińska, director marketing & consumer intelligence w GfK.
Odpowiedzialne marki przyciągają klientów
Troska o środowisko wpływa także na siłę marek. Coraz większy odsetek konsumentów uważa, że działania ekologiczne to już nie tylko kwestia dobrej woli, ale przede wszystkim obowiązku przedsiębiorstw. Według danych GfK pochodzących z raportu Consumer Life już 55 proc. Polaków uważa, że biznes musi brać odpowiedzialność za ochronę środowiska.
– Bycie „eko” to obecnie jeden z najsilniejszych trendów konsumenckich. Obojętność firmy na sprawy związane z ochroną środowiska może sprawić, że kupujący sięgnie po inny produkt, którego producent takie działania praktykuje.Już co czwarty Polak przyznaje, że chętnie wybierze określoną markę zamiast innej tylko dlatego, że wspiera ona słuszną sprawę – mówi Dominika Grusznic-Drobińska.
Nie tylko zdrowie planety jest ważne
Jak wynika z badania Consumer Life, Polacy coraz bardziej dbają również o własne zdrowie i sprawność. W 2021 roku było to ważne dla 66 proc. badanych, co oznacza wzrost o 10 p.p. w porównaniu do 2020 roku. Podejmowane działania mają wymiar holistyczny: troszczymy się nie tylko o ciało, ale także o umysł i duszę. Ponadto, coraz częściej dobre samopoczucie łączymy z aparycją. Już 38 proc. konsumentów przyznaje, że ich wygląd zewnętrzny odzwierciedla to, jak się czują.
– Jesteśmy coraz bardziej świadomi tego, jak dobry stan zdrowia oraz samopoczucia przekłada się na naszą wydajność i efektywność w życiu zawodowym i prywatnym. Dlatego uprawiamy sporty, dbamy o odpowiednią jakość snu, nawodnienie czy zdrową dietę – komentuje Dominika Grusznic-Drobińska i dodaje, że chęć zachowania dobrej formy psychicznej i fizycznej przekłada się na decyzje zakupowe. Już 31 proc. Polaków przyznaje, że aktywnie poszukuje produktów i usług, które pomagają żyć zdrowo.
Pandemia kołem zamachowym zmian
Główną przyczyną zmian w zwyczajach konsumenckich jest pandemia oraz związane z nią wyzwania, takie jak praca zdalna. – W 2021 roku blisko połowa Polaków podkreślała, że stara się zachowywać właściwe proporcje między pracą a czasem wolnym. Dla porównania w 2020 roku uwagę zwracał na to jedynie co trzeci badany. Dynamiczne zmiany w zwyczajach konsumentów stanowią wyzwanie, ale też szansę dla biznesu. Marki to zauważają i coraz częściej proponują nabywcom rozwiązania ułatwiające codzienne życie – podsumowuje Dominika Grusznic-Drobińska.
Według corocznego raportu Fjord Trends publikowanego przez Accenture Interactive, dwa lata pandemii wywołały powszechną zmianę stosunku ludzi do pracy, technologii i planety, a także zmianę ich nawyków zakupowych. Biorąc pod uwagę te czynniki, firmy powinny zmienić sposób prowadzenia biznesu.
Najnowszy, piętnasty już raport Fjord Trends przedstawia praktyczne wskazówki dla firm, które chcą budować wartość dla swoich klientów, pracowników i społeczeństwa.
– Raport Fjord Trends 2022 jest wyraźnym sygnałem dla biznesu – diametralnie zmienia się styl życia konsumentów, relacje międzyludzkie czy stosunek społeczeństw do środowiska. A to oznacza, że zmieni się również sam biznes. Trendy, które zidentyfikowaliśmy, mogą być dla firm przewodnikiem po nowej rzeczywistości, ale też wyzwaniem do uwzględnienia w swoich strategiach. Zarówno pracownicy, jak i klienci stają się indywidualistami. Coraz częściej wybierają odpowiedzialnie – tak, aby posłużyć planecie, nawet kosztem swojej wygody. Oczywiście rośnie znaczenie cyfrowej rzeczywistości i dostępu do informacji, a w raporcie pokazujemy już urzeczywistniającą się koncepcję metawersum. Nic też dziwnego, że po dwóch latach pandemii jeden z trendów podkreśla rolę usług związanych ze zdrowiem i troską, nawet w firmach, które nie działają w tym sektorze. Organizacje, które odpowiednio zidentyfikują i przeanalizują zachodzące na wielu płaszczyznach życia zmiany, a następnie dopasują do nich swoje strategie, mogą liczyć na lojalność klientów i w rezultacie wypracują przewagę konkurencyjną – tłumaczy Krzysztof Ślęczka, CG&S and Digital Commerce Director, Accenture w Polsce.
Według raportu nowe zachowania konsumentów skłonią firmy do przemyślenia swojego podejścia do projektowania, innowacji i rozwoju. To wynik nowych oczekiwań i zmieniającego się sposobu myślenia pracowników, niedoborów spowodowanych problemami w łańcuchach dostaw, a także powstaniem środowisk wirtualnych, takich jak metawersum.
– Nie możemy lekceważyć skali obecnie obserwowanych zmian w relacjach, ani związanych z nimi wyzwań – powiedział Mark Curtis, Head of Global Innovation and Thought Leadership w Accenture Interactive. – Decyzje, jakie firmy podejmą w tej sytuacji, mogą wpłynąć na nasz świat i jego funkcjonowanie w większym zakresie, niż jesteśmy w stanie sobie to wyobrazić, kształtując nasze relacje z bliskimi, ze współpracownikami, społeczeństwem, a także z markami i miejscami. Przed nami czas pełen wyzwań, ale również wielkich możliwości biznesowych, które pozwolą na bazie nowych relacji stworzyć rzeczywistość przyjazną ludziom oraz naszej planecie – dodał Mark Curtis.
Raport Fjord Trends 2022 przedstawia pięć najważniejszych trendów, które w tym roku wpłyną na społeczeństwo, kulturę i biznes:
Bądź sobą: Rosnące poczucie kontroli nad swoim życiem, które ludzie odzyskują dwa lata po rozpoczęciu pandemii, wpływa na to, jak pracują, jakie tworzą relacje i co kupują. Ludzie zadają sobie pytania, kim są i co jest dla nich ważne. Rosnący indywidualizm ma głębokie konsekwencje dla organizacji oraz sposobu, w jaki kierują one swoimi pracownikami, jak kształtują dla nich nowe wartości, a także jak dbają o relacje firma-klient.
Koniec myślenia opartego na dostatku?: W ubiegłym roku wiele osób doświadczyło widoku pustych półek, rosnących cen prądu oraz problemów z dostępnością codziennych usług. Choć nieprawidłowości w łańcuchach dostaw mogą się okazać tylko przejściowym wyzwaniem, to ich wpływ się utrzyma i doprowadzi do przejścia od „myślenia opartego na dostatku” – czyli dostępności, wygodzie i szybkości – do bardziej świadomego podejścia w trosce o środowisko. Firmy muszą odnieść się do obaw różnych grup społecznych związanych z dostępnością ich produktów lub usług w skali globalnej.
Następna granica: Metawersum to nadchodząca eksplozja kulturowa, nowy internetowy świat łączący wszystkie istniejące poziomy informacji, urządzenia i przestrzenie, z którymi ludzie wchodzą w interakcje. Społeczeństwo będzie oczekiwać zaangażowania firm w rozbudowę i zagospodarowanie nowego środowiska oferującego nieograniczone możliwości, w którym można zarabiać pieniądze i tworzyć nowe rodzaje zatrudnienia. To miejsce będzie funkcjonowało nie tylko poprzez ekrany i słuchawki – stworzone zostaną doświadczenia i miejsca w realnym świecie, które będą oferować interakcje z cyfrową rzeczywistością.
Liczy się prawda: Konsumenci oczekują, że będą mogli zadać pytanie i uzyskać odpowiedź natychmiast po wpisaniu go w wyszukiwarkę internetową lub po krótkiej wymianie zdań z asystentem głosowym. Sam fakt, że jest to tak łatwe i szybkie, sprawia, że ludzie zadają coraz więcej pytań. W przypadku firm, zakres pytań klientów oraz liczba kanałów komunikacji stale rośnie. Sposób, w jaki organizacja będzie na nie odpowiadać jest dużym wyzwaniem dla projektantów, ale także kluczowym czynnikiem budującym zaufanie oraz przyszłe źródło przewagi konkurencyjnej.
Okazuj troskę: W ubiegłym roku poświęciliśmy więcej uwagi na dbanie o siebie oraz troskę o innych. Usługi związane z opieką zdrowotną oraz e-zdrowiem zyskały na znaczeniu, stwarzając nowe wyzwania i możliwości dla pracodawców i marek, bez względu na ich powiązanie z sektorami ochrony zdrowia czy medycznym. Kwestie te będą dla nas coraz istotniejsze, a środowisko biznesowe musi odpowiedzieć na rosnące zapotrzebowanie w tym obszarze.
– W miarę jak konsumenci weryfikują wszystkie swoje relacje, marki powinny działać w ramach dwóch obszarów odpowiedzialności: troszczyć się o świat już dzisiaj, a jednocześnie budować jego przyszłość w sposób przyjazny dla planety, firm i społeczeństwa – powiedział David Droga, CEO and Creative Chairman w Accenture Interactive. – Kluczem jest zrozumienie wpływu tych relacji i aspiracji oraz przekształcenie tej wiedzy w efektywne strategie biznesowe budujące znaczenie i wzrost – dodał David Droga.
Accenture co roku publikuje raporty przedstawiające trendy, prezentujące kompleksowe spojrzenie na przyszłość społeczeństwa, technologii i biznesu. Raport Fjord Trends 2022, który skupia się na aktualnych zachowaniach klientów i ich wpływie na społeczeństwo, kulturę i biznes, jest efektem crowdsourcingu w globalnej sieci ponad 2000 projektantów i innowatorów Accenture z ponad 40 miejsc na świecie
Agencja Badań Medycznych przeznaczyła ponad 47 mln zł na stworzenie wyspecjalizowanych Onkologicznych Centrów Wsparcia Badań Klinicznych (OnkoCWBK), które dołączą do Polskiej Sieci Badań Klinicznych. Konkurs OnkoCWBK skupił się na ośrodkach onkologicznych. 7 rekomendowanych do dofinansowania ośrodków dołączy do już istniejących 16 ośrodków, wyłonionych przez ABM w poprzednich konkursach i działających w ramach Polskiej Sieci Badań Klinicznych.
Inicjatywa stworzenia Centrów Wsparcia Badań Klinicznych ma na celu uatrakcyjnienie rynku badań klinicznych w Polsce, co przyczyni się do zwiększenia dostępu pacjentów do nowoczesnych, innowacyjnych terapii, częstszego wyboru przez sponsorów ośrodków badawczych w naszym kraju, a także wzrostu liczby realizowanych badań. Nowopowstałe Centra pozwolą na lepszą koordynację badań klinicznych w Polsce.
47 mln na stworzenie siedmiu Onkologicznych CWBK w Polskiej Sieci Badań Klinicznych
W ramach konkursu na tworzenie i rozwój Onkologicznych Centrów Wsparcia Badań Klinicznych do Agencji Badań Medycznych wpłynęło 8 wniosków na łączną kwotę ponad 55 mln zł. Wśród beneficjentów wyłonionych w przedmiotowym konkursie, znalazło się 7 podmiotów:
Szpitale Pomorskie Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością
Wojewódzkie Wielospecjalistyczne Centrum Onkologii i Traumatologii im. M. Kopernika w Łodzi
Specjalistyczny Szpital im. Dra A. Sokołowskiego w Wałbrzychu
Instytut Hematologii i Transfuzjologii w Warszawie
Dolnośląskie Centrum Onkologii we Wrocławiu
Świętokrzyskie Centrum Onkologii Samodzielny Publiczny Zakład Opieki Zdrowotnej w Kielcach
Instytut „Centrum Zdrowia Matki Polki” w Łodzi.
Ww. jednostki dysponują znakomitą kadrą naukową, mają olbrzymi wolumen pacjentów i leczą często niezwykle trudne przypadki.
Krajowa Sieć Onkologiczna
Konkurs został zaplanowany z uwzględnieniem postanowień Narodowej Strategii Onkologicznej. Dotyczy to szczególnie badań klinicznych wczesnych faz (I oraz II). Jednym z oczekiwanych rezultatów wdrożenia tego obszaru jest powstanie do 2024 r. co najmniej 4 CWBK, a do 2029 r. zwiększenie liczby CWBK do 8. Strategia zakłada, że do 2023 r. Agencja będzie wspierać rozwój CWBK przy wybranych uniwersyteckich ośrodkach akademickich i ośrodkach onkologicznych w ramach Krajowej Sieci Onkologicznej.
Kompleksowe wsparcie dla polskich ośrodków prowadzących badania kliniczne
Placówki, które otrzymają granty utworzą Onkologiczne CWBK jako centrum usług wspólnych, zapewniające kompleksowe i systemowe wsparcie realizacji badań zarówno komercyjnych jak i niekomercyjnych. Wsparcie to będzie dotyczyć m.in: planowania, zarządzania, rozliczania, czy koordynowania badań, a także podnoszenia kwalifikacji zatrudnionej kadry. Infrastruktura OnkoCWBK będzie zawierać przede wszystkim część pozwalającą na realizację wizyt pacjentów w trybie ambulatoryjnym, strefę relaksu pacjenta, salę telekonferencyjną oraz pokoje do pracy dla przedstawicieli sponsora.
Polska Sieć Badań Klinicznych jednolitość, standaryzacja, usieciowienie
Beneficjenci konkursu, będą należeć do grupy podmiotów działających w ramach Polskiej Sieci Badań Klinicznych utworzonej przez Agencję Badań Medycznych.
Polska Sieć Badań Klinicznych ma na celu zapewnienie jednolitego standardu realizacji badań, wysokiej jakość obsługi pacjentów oraz zwiększenia liczby komercyjnych i niekomercyjnych badań klinicznych. Dołączenie nowych siedmiu OnkoCWBK do sieci pozwoli na utworzenie ustandaryzowanych ośrodków, które nie będą ustępowały podobnym strukturom na zachodzie Europy. Staną się one flagowymi instytucjami w ochronie zdrowia prowadzącymi badania o najwyższym standardzie, z troską o bezpieczeństwo uczestników badań. Badania kliniczne w Polsce będą dzięki temu prowadzone w sposób przyjazny zarówno dla sponsora, szpitala, jak i pacjenta.
Pierwsze inwestycje w placówkach, które otrzymały grant ABM w konkursie, planowane są jeszcze w tym roku. Rozpoczęcie działań we wszystkich wybranych do dofinansowania projektach przewidziano na 21.03.2022 r.
Płatności odroczone zyskują na popularności. Niemal 60% Polaków zna już tego typu formę rozliczeń, a 30% chciałoby z niej korzystać. Zarówno w sklepach online, jak i stacjonarnych BNPL regularnie płaci co 10 Polak – wynika z badania zrealizowanego przez ARC Rynek i Opinia[1] przy współpracy z fintechem Mokka.
„Polacy są bardzo otwarci na innowacje płatniczo-technologiczne, czego przykładem jest na przykład stosunkowo szybka adaptacja kart zbliżeniowych czy BLIKa. Teraz coraz chętniej korzystają z płatności odroczonych. Pozytywne nastawienie, szczególnie młodych ludzi, skłonnych do testowania nowych rozwiązań bardzo szybko buduje tę kategorię w Polsce.” – mówi Marek Biernacki, odpowiedzialny za rozwój fintechu Mokka w Polsce.
Formy płatności za zakupy online
Z badania zrealizowanego dla Mokka wynika, że płacąc za zakupy online Polacy najchętniej wybierają szybkie przelewy bankowe, w tym BLIK. Z tej formy rozliczeń korzysta aż 52% badanych. Drugą najpopularniejszą formą są karty płatnicze i kredytowe, przy pomocy których za zakupy w internecie rozlicza 47% ankietowanych. Relatywnie sporo zwolenników mają także aplikacje mobilne, z których korzysta już 20% respondentów. Coraz większy udział w płatnościach internetowych mają również systemy ratalne i usługi płatności odroczonych. 8% Polaków korzysta z systemów ratalnych online, przy czym w grupie wiekowej 20-29 jest to już 13%. 7% respondentów deklaruje, że korzysta z płatności odroczonych (buy now pay later) dostępnych w sklepach internetowych, przy czym w grupie 30-39 jest to już 17% ankietowanych.
„Konsumenci dokonujący transakcji w Internecie są coraz bardziej świadomi i wymagający. Chcą otrzymać produkty lub usługi tu i teraz, korzystać z szerokiego wachlarza sposobów płatności, najlepiej w połączeniu z szybkimi metodami dostawy. Odpowiadanie na te rosnące potrzeby coraz młodszych grup konsumentów staje się coraz większym wyzwaniem zarówno dla sieci handlowych jak i platform typu market place” – komentuje Marek Biernacki, szef Mokka w Polsce.
Płatności w sklepach stacjonarnych
Badanie pokazało także popularność poszczególnym form płatności w sklepach stacjonarnych. Tu za zakupy kartą płaci 67% badanych, a do płacenia gotówką przyznaje się 48% ankietowanych. Przy pomocy aplikacji w telefonie płaci 15% respondentów. Płatniczy peleton zamykają płatności odroczone, które zdobyły zwolenników już wśród 5% Polaków kupujących w sklepach stacjonarnych.
„Sklepy chętnie wdrażają BNPL jako rozwiązanie, którego celem jest zapewnienie wygodnej formy płatności dla młodszych grup konsumentów, a także ograniczenie płatności gotówką przy odbiorze towarów. Powodem dla wdrażania płatności odroczonych jest też możliwość zwiększenia koszyka zakupowego oraz konwersji zakupowej. Tym samym przyczyniają się do rozwoju całej kategorii” – komentuje Marek Biernacki, szef Mokka w Polsce.
[1] Badanie zrealizowane w grudniu 2021 na grupie reprezentatywnej N=600
Dziś euro reaguje na wyższe odczyty inflacyjne z Francji. Wczoraj swoje wskaźniki pokazała Hiszpania oraz Niemcy. W tych krajach również dynamika wzrostu cen była wyższa od oczekiwań. Juro poznamy wstępne dane na temat cen konsumenckich w całej strefie euro. Jeśli tu zobaczymy wyższy odczyt od prognoz, wówczas rynek jeszcze mocniej zacznie spekulować o możliwej reakcji EBC na najbliższym posiedzeniu.
Już w czwartek zobaczymy, czy EBC zareaguje na ostatnie dane inflacyjne. Do tej pory europejska instytucja wielokrotnie powtarzała, że z różnych powodów inflacja będzie podwyższona ale jedynie tymczasowo. Później mamy zobaczyć ponowny powrót do poziomu nieco poniżej celu EBC czyli 2 proc. Istnieje szansa, że jeśli jutro dane HICP ze strefy euro pokażą wyższy odczyt, decydenci zmienią swoją retorykę na nieco bardziej jastrzębią. Jeśli pojawi się zdanie, że podwyższone ceny utrzymają się dłużej niż wcześniej zakładano, narosną spekulacje o możliwej wcześniejszej podwyżce stóp, którą aktualnie oczekuje się dopiero w 2023 roku.
EBC jako jeden z czynników wysokiej inflacji wymienił efekt zmniejszenia podatku w Niemczech. Obniżka VAT zakończyła się na początku 2021 roku. Obecnie efekt niskiej bazy już się skończył, mimo to inflacja w styczniu u naszych zachodnich sąsiadów wyniosła 4,9 proc. (oczekiwano wzrostu o 4,4 proc.). Z kolei inne czynniki, które miały być przejściowe, jak niedobory w łańcuchu dostaw, prawdopodobnie utrzymają się jeszcze przez jakiś czas, a ceny energii raczej szybko nie spadną. Istnieje prawdopodobieństwo, że EBC będzie zmuszony skorygować swoje prognozy inflacji w górę, a to może mieć aprecjacyjny wpływ na euro.
Główna para walutowa od piątku odbiła z poziomu 1,1122 do 1,1268 i tym samym spadki po środowej konferencji Powella zostały w dużej mierze zniwelowane. Euro przynajmniej do czwartkowej konferencji powinno zyskiwać, ale wiele będzie zależeć jak wypadnie odczyt HICP ze strefy euro, który poznamy jutro.
EUR/PLN jest dziś rano na poziomie 4,5875. Złoty od tygodnia osłabia się co w głównej mierze jest efektem konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Dziś poznaliśmy dane PMI dla polskiego przemysłu. Odczyt na poziomie 54,5 pkt. wypadł dużo poniżej oczekiwań rynkowych. Widać, że ograniczenia podażowe oraz silny wzrost cen odbijają się na nastrojach. Niedobór towarów to główna bolączka przedsiębiorstw. Wiele firm (ok. 31 proc) zgłasza trudności w pozyskaniu surowców.
Sklepy nie powinny bezwzględnie wymagać od swoich klientów okazywania Unijnego Certyfikatu COVID bądź zaświadczenia o szczepieniu, wyniku testu lub informacji o przejściu choroby w celu utrzymania lub regulowania limitów osób w nich przebywających. Tak uważa blisko 56% konsumentów. Prawie 34% badanych myśli odwrotnie. Z kolei ponad 10% ankietowanych nie ma wyrobionego zdania na ten temat. W obliczu narastającego przyrostu zakażeń, eksperci komentujący wyniki sondażu przewidują, że część niezdecydowanych rodaków może wkrótce zasilić grono zwolenników okazywania ww. dokumentów w placówkach handlowych.
Klienci nie chcą kontroli
Pod koniec stycznia br. zostało przeprowadzone badanie przez UCE RESEARCH i Grupę BLIX wśród ponad tysiąca dorosłych Polaków odpowiedzialnych w swoich domach za zakupy. Ankietowanym zadano pytanie, czy w obliczu rosnącej fali zakażeń placówki handlowe powinny bezwzględnie wymagać od klientów okazywania Unijnego Certyfikatu COVID bądź zaświadczenia o szczepieniu, wyniku testu lub informacji o przejściu choroby w celu utrzymania i regulowania limitów osób. I aż 55,7% respondentów było temu przeciwnych. Wśród nich 36,1% wyraziło to w sposób zdecydowany. Mniejszość, stanowiąca 19,6%, raczej miała ww. opinię.
– Polacy mogą obawiać się ograniczenia szeroko rozumianej wolności osobistej i uważać ww. praktykę za ingerującą w ich interes lub poczucie bezpieczeństwa. Ponadto niektóre osoby mają przekonanie, że pandemia ich nie dotyczy, bo np. poddały się szczepieniom, przechorowały COVID-19 w sposób łagodny bądź mają wysoką odporność i w ogóle nie chorują. Nie chcą więc dodatkowych obostrzeń, które miałyby im utrudnić codzienne zakupy – tłumaczy psycholog Michał Murgrabia z platformy ePsycholodzy.pl.
Z kolei Marcin Lenkiewicz, współautor badania z Grupy BLIX, wyjaśnia, że konsumenci prawdopodobnie nie chcą obniżenia komfortu zakupów, kolejek i wydłużenia czasu oczekiwania na wchodzenie do sklepów. Sprawdzanie dokumentów każdej osobie mogłoby być dość czasochłonne, zwłaszcza w godzinach wzmożonego ruchu, a także uderzać w interesy sklepów. Jak już pokazała głośna sytuacja mająca miejsce w jednej z placówek, klienci byli mocno niezadowoleni z tego typu kontroli i krytykowali sieć handlową w Internecie. Ekspert zwraca też uwagę na to, że Polacy nie chcą wykluczenia społecznego osób niezaszczepionych, w tym utrudniania im dostępu do towarów codziennego użytku.
– Część badanych zwyczajnie nie wierzy w to, że ww. praktyki będą skutecznie ograniczały liczbę zachorowań. Moim zdaniem, ludzie ciągle nie zdają sobie sprawy z wysokiego zagrożenia zakażeniem Omikronem i przedkładają wygodę nad bezpieczeństwo, uważając, że im nie przytrafi się nic złego – stwierdza dr Urszula Kłosiewicz-Górecka z Polskiego Instytutu Ekonomicznego.
Jak zauważa Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, wyniki sondażu pokazują silny podział społeczeństwa w kwestii szczepień i ich weryfikacji przez różne organy. Zapewne sporą część grupy przeciwników sprawdzania dokumentów w sklepach stanowią osoby niezaszczepione, którymi kieruje obawa, iż w wyniku wejścia w życie takiego obowiązku utracą możliwość robienia zakupów w sklepach tradycyjnych. Krytyczna ocena tego rozwiązania przez część obywateli jest przypuszczalnie podyktowana także niechęcią do ujawniania informacji o stanie zdrowia, a więc danych wrażliwych.
– Niektórzy konsumenci mogą wręcz obawiać się, że ich dokumenty nie będą poprawnie sprawdzane. Wymóg rządowy a praktyka w sklepach to często dwie różne rzeczywistości. Do tego powszechnie wiadomo, że w placówkach handlowych brakuje rąk do pracy. Zatem znalezienie dodatkowych pracowników, odpowiedzialnych za weryfikowanie tego typu danych, może być nie lada wyzwaniem dla sieci handlowych – zwraca uwagę ekspert z Grupy BLIX.
Nie wszyscy są przeciwko
Badanie wykazało również, że za bezwzględnym stosowaniem nakazu okazywania ww. dokumentów opowiada się 33,9% konsumentów. W tej grupie 16,5% osób raczej ma taką opinię. Natomiast 17,4% stanowią absolutni zwolennicy tego rozwiązania. Jak komentuje dr Maria Andrzej Faliński, wiceprezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, to już jest coś, że jedna trzecia klientów jest za kontrolą zabezpieczenia pandemicznego. Według eksperta, taką postawę trzeba mocno promować i wspierać, przede wszystkim dla bezpieczeństwa społecznego.
– Ludzie, którzy ciężko chorowali lub byli świadkami śmierci kogoś bliskiego z powodu COVID-19, mogą być bardziej wyczuleni na temat wszelkich rozwiązań ograniczających się rozprzestrzenianie wirusa. Chcą uniknąć powtórnego przeżycia bólu, straty i żałoby. Ta potrzeba jest silniejsza od ewentualnych wątpliwości i sprawia, że niektórzy są gotowi na działania mające uchronić człowieka przed kolejnym trudnym doświadczeniem – dodaje psycholog Michał Murgrabia.
Wyniki sondażu również pokazują, że 10,4% konsumentów nie ma jeszcze własnego zdania na ten temat. Dr Faliński uważa, że dotyczy to osób, które są obojętne społecznie. W opinii eksperta, trzeba do nich jak najszybciej dotrzeć z komunikatem przekonującym do poparcia dodatkowych obostrzeń.
– Część społeczeństwa naturalnie stroni od wyrażania konkretnej opinii na tematy budzące pewnego rodzaju kontrowersje i ma do tego prawo. Natomiast szczere i głębokie niezdecydowanie może być efektem dezinformacji w mediach oraz braku sprawdzonego źródła wiedzy. Biorąc pod uwagę to, że wchodzimy w piątą falę pandemii i autorytety medyczne zapowiadają w niedługim czasie nawet po 100 tys. zakażeń dziennie, część ww. grupy może zasilić grono zwolenników okazywania ww. dokumentów w sklepach – podsumowuje Marcin Lenkiewicz.
Polska jest jednym z europejskich liderów w sektorze zeroemisyjnego transportu publicznego – zarówno pod względem produkcji elektrobusów, jak i wdrożeń pojazdów tego typu przez lokalne samorządy. Flota ebusów w Polsce rozwija się bardzo dynamicznie.Miasto przyszłości musi pogodzić większe potrzeby komunikacyjne z ograniczaniem ruchu kołowego – a najlepszym rozwiązaniem jest rozwinięcie komunikacji zbiorowej. Autobus elektryczny jest przykładem tego, jak może rozwijać się miejska mobilność w ciągu kolejnych lat. Obecnie na polskich drogach jeździ dokładnie 639 elektrycznych autobusów i jest to naprawdę imponujący wynik. Gdy zestawimy liczbę autobusów elektrycznych z całym parkiem autobusów, to współczynnik ten wyjdzie nam dużo wyższy niż w segmencie samochodów osobowych. Widać zatem, że segment transportu zbiorowego, zeroemisyjnego rozwija się dynamiczniej niż segment kategorii M1 czy N1.
– Sektor komunikacji zeroemisyjnej rozwija się bardzo dynamicznie w Polsce od wielu lat– powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur, dyrektor zarządzający PSPA. – Mamy sprzężenie kilku elementów składających się na ten wynik. Po pierwsze samorządy chcą rozwijać rynek zeroemisyjnego transportu publicznego i wraz z tymi chęciami idą także narzędzia finansowe. Umożliwiają one realizację tych planów. Tylko w tym roku zostały uruchomione 2 kolejne programy wsparcia o łącznej sumie ponad 2 mld zł – które przysłużą się do tego, aby autobusów elektrycznych było jeszcze więcej. Dodatkowo Polska jest głównym producentem autobusów elektrycznych. Wyróżniamy tutaj firmy takie jak Solaris, Volvo czy też ARP. Firmy te poza eksportem produkują także autobusy, które następnie wyruszają na polskie drogi. Mamy także bardzo rozwinięty system wokół autobusów. Przykładem jest tutaj firmę Ekoenergetyka, która zapewnia bogatą infrastrukturę ładowania. Zatem mamy bardzo zdrowy ekosystem, który w kolejnych latach będzie się rozwijał – bo sam produkt z każdym rokiem staje się coraz lepszy. Mówimy tu o innych zasięgach i możliwościach. Nowe autobusy pasują do oczekiwań mieszkańców, a także samorządów – dodaje Mazur.
Cyberprzestępcy są mistrzami w wykorzystywaniu do swoich celów aktualnych wydarzeń i obowiązujących trendów. Nic dziwnego, że już dawno swoją uwagę zwrócili na osoby zainteresowane wirtualnymi walutami. Według raportu Federalnej Komisji Handlowej Stanów Zjednoczonych między październikiem 2020 roku a majem 2021 roku w wyniku oszustw kryptowalutowych Amerykanie stracili niemal 80 milionów dolarów. Prawie dwukrotnie większy wynik odnotowano w Wielkiej Brytanii, gdzie ofiary oszustw utraciły łącznie około 146 milionów funtów. Ekspert bezpieczeństwa ESET radzi, jak rozpoznać najpopularniejsze schematy działań oszustów, które mogą napotkać na swojej drodze użytkownicy inwestujący w kryptowaluty.
Bitcoin, Monero, Ethereum czy Dogecoin – pytanie w którą z licznych kryptowalut inwestować zadaje sobie coraz więcej osób chcących w szybkim tempie osiągnąć krociowe zyski. Niestety obszar wirtualnych walut to stosunkowo nowy, wciąż nieuregulowany świat, w którym cyberprzestępcy nierzadko mają przewagę. Uczestnicząc w rynku kryptowalut trzeba mieć świadomość dużego ryzyka oszustwa. Podobnie jak w wielu obszarach cyfrowego świata, także i w tym przypadku istnieją standardowe zasady zachowania, które pomogą zapobiec oszustwom.
– Rosnąca liczba niewykwalifikowanych inwestorów to wymarzona sytuacja dla oszustów, którzy wabią swoje ofiary wiadomościami mailowymi i reklamami obiecującymi milionowe zarobki. Cyberprzestępcy dysponują całą paletą działań i narzędzi, dzięki którym mogą wykraść nie tylko nasze oszczędności ulokowane w kryptowalutach, ale również nasze dane. Dlatego też warto sceptycznie podchodzić do wszelkich wyjątkowo atrakcyjnych ofert inwestycyjnych, gdyż mogą przynieść nam one więcej szkód niż pożytku – mówi Kamil Sadkowski, starszy specjalista ds. cyberbezpieczeństwa ESET.
Jakie są najczęstsze oszustwa kryptowalutowe?
Jeśli twoje wirtualne pieniądze znajdują się na giełdzie kryptowalut, to istnieje duża szansa, że zainteresują się nimi cyberprzestępcy. Przestępcom już niejednokrotnie udało się wykraść portfele z giełd kryptowalutowych, a nierzadko spowodowane przez nich straty sięgały setek milionów dolarów.
Piramida finansowa w wirtualnym wydaniu
To rodzaj oszustwa inwestycyjnego, w którym ofiary nakłania się do inwestowania w nieistniejące firmy lub „system szybkiego zarabiania”. W rzeczywistości pieniądze nieświadomych inwestorów trafiają do kieszeni oszustów. Wirtualne waluty to wymarzony obszar dla cyberprzestępców, dający im szerokie pole do działania. Częstokroć oferty tego rodzaju kuszą chętnych, chcących zainwestować pieniądze w biznes mający zagwarantować im bogactwo, za pomocą nowych i bliżej nieokreślonych technologii. Potencjalny nabywca nie dysponuje wystarczającą wiedzą, która pozwala zweryfikować taką ofertę.
„Pompuj i zrzucaj”
Osoby zainteresowane inwestowaniem w kryptowaluty mogą również spotkać się z oszustwem, często określanym jako „pompuj i zrzucaj”. Mechanizm ten polega na tym, że oszuści zachęcają inwestorów do kupowania udziałów w mało znanych firmach kryptowalutowych, często bazując przy tym na fałszywych informacjach. Impuls popytowy sprawia, że cena akcji takich firm rośnie, korzystając z wzrostu kursu oszust sprzedaje własne udziały (osiągając zysk), jednocześnie pozostawiając ofiarę z bezwartościowymi akcjami.
Uważaj na fałszywe wiadomości
Jednym ze sposobów dotarcia do ofiar jest wykorzystanie wizerunku znanych osób. Przestępcy przechwytują lub tworzą fałszywe konta celebrytów w mediach społecznościowych. Dzięki nim w krótkim czasie docierają do setek tysięcy czy nawet milionów użytkowników, próbując zachęcić ich do inwestowania w fałszywe firmy. Jak podaje Federalna Komisja Handlowa USA ponad 2 miliony dolarów w kryptowalutach wykradł od inwestorów oszust podszywający się pod Elona Muska.
– Phishing to jeden z najpopularniejszych sposobów działania oszustów. E-maile, SMS-y i wiadomości z mediów społecznościowych są sfałszowane, co powoduje, że wyglądają jakby pochodziły z wiarygodnego, zaufanego źródła. Czasami to „źródło” – na przykład fałszywy dostawca kart kredytowych, bank lub urzędnik państwowy – nakłania do zapłaty za produkt czy usługę za pomocą kryptowalut. Stosując socjotechniki i ponaglenia, cyberprzestępcy liczą na nieprzemyślane decyzje ofiar ataku. Warto więc dokładnie czytać otrzymywane wiadomości, weryfikować ich prawdziwość u źródła i nie działać w pośpiechu – tłumaczy Kamil Sadkowski z ESET.
Złośliwe aplikacje kryptowalutowe
Cyberprzestępcy nierzadko umieszczają w sklepach z aplikacjami własne fałszywe aplikacje, podszywające się pod legalne aplikacje kryptowalutowe. Instalacja takiego fałszywego programu może skończyć się zarówno utratą naszych danych, jak i pieniędzy, tym bardziej, jeśli pobierzemy go z nieoficjalnego sklepu z aplikacjami. Program potrafi zainfekować urządzenie ofiary, wykraść hasła do portfela kryptowalut lub nakłaniać do płacenia za nieistniejące usługi.
Jak nie paść ofiarą – zbiór podstawowych zasad bezpieczeństwa
Nigdy nie podawaj danych logowania, finansowych ani osobowych, nawet jeśli wiadomość została przesłana przez Twojego znajomego. W rzeczywistości może to być cyberprzestępca, który przejął pocztę e-mail lub konto w mediach społecznościowych. W takim przypadku skontaktuj się ze znajomym, korzystając z innego kanału komunikacji, i zapytaj, czy wysłał do Ciebie wiadomość z ofertą inwestycyjną.
Czytając wiadomości mailowe lub otrzymując atrakcyjne oferty inwestycyjne kieruj się zasadą „Jeśli coś jest zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe, to zwykle tak właśnie jest”. Podchodź sceptycznie do wszelkich ofert inwestycyjnych i nie angażuj się w nie bez dodatkowej weryfikacji.
Włącz uwierzytelnianie wieloskładnikowe dla wszystkich kont kryptowalutowych, które posiadasz.
Odrzucaj wszelkie „możliwości” inwestycyjne, które wymagają płatności z góry.
Nigdy nie korzystaj z nieoficjalnych sklepów z aplikacjami i nie ściągaj podejrzanych aplikacji kryptowalutowych.
Korzystaj z oprogramowania anty-malware na komputer i urządzenia mobilne od renomowanego dostawcy.
– Najlepszą bronią do walki z oszustwami jest zdrowy rozsądek i krytyczne spojrzenie. Niestety żyjemy w czasach, w których nie wszystko, co czytamy w sieci, jest prawdą, a wiele informacji jest tworzonych specjalnie, by nas oszukać. Dlatego, aby uniknąć oszustwa, pamiętajmy o podstawowych zasadach bezpieczeństwa – podsumowuje ekspert ESET.
Rok 2021 w Banku Millennium – wzrost przychodów podstawowych, rekordowa sprzedaż kredytów, wyniki finansowe obciążone rezerwami na kredyty walutowe.
Wstępne wyniki i działalność Grupy Kapitałowej Banku Millennium po 4 kwartałach 2021 roku
Skonsolidowany wynik netto grupy Banku Millennium po 4 kwartałach 2021 roku wyniósł – 1,332 mld zł (-509 mln zł w 4 kwartale). Wynik obciążyły rezerwy na ryzyko prawne związane z portfelem walutowych kredytów hipotecznych (bez Euro Banku) w wysokości 2,086 mld zł (662 mln zł w 4 kwartale), koszty indywidualnych rozwiązań polubownych z kredytobiorcami kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich w wysokości 364 mln zł (144 mln zł w 4 kwartale) oraz koszty prawne związane z kredytami walutowymi. Po wyłączeniu powyższych obciążeń w 2021 roku Grupa zaksięgowałaby 1,097 mld zł zysku netto (306 mln zł tylko w 4 kwartale). Rekordowa wartość sprzedaży nowych kredytów hipotecznych 9,8 mld zł (+46% r/r) i pożyczek gotówkowych 5,6 mld zł (+21% r/r) przyczyniła się do wzrostu akcji kredytowej Grupy o 7% r/r netto.
– Mimo niepewności związanej z kolejnymi falami pandemii w 2021 roku osiągnęliśmy dobre wyniki operacyjne i biznesowe. Przychody z działalności podstawowej i efektywność kosztowa pozostały na wysokim poziomie, z powodzeniem rozwijaliśmy proces digitalizacji. Obecnie 2,3 mln klientów to klienci cyfrowi, a 1,9 mln osób to aktywni użytkownicy bankowości mobilnej. 2021 był kolejnym rokiem historycznych rekordów detalicznej akcji kredytowej. Sprzedaż nowych kredytów hipotecznych osiągnęła wartość 9,8 mld zł (+46% r/r), a pożyczek gotówkowych 5,6 mld zł (+21% r/r), odzyskaliśmy również tempo pozyskiwania nowych klientów. Warto podkreślić, że utrzymaliśmy bardzo wysoki poziom satysfakcji klientów. Odzwierciedla to osiągany przez Bank Net Promoter Score, który należy do najwyższych w polskim sektorze bankowym zarówno dla klientów indywidualnych jak i korporacyjnych. Kolejny pozytywny element to wzrost sprzedaży w leasingu do wartości 3,9 mld zł (+57%) i faktoringu, gdzie obrót fakturami wyniósł 27,2 mld zł (+17%). Wydarzeniem roku było ogłoszenie nowej Strategii na lata 2022-2024 zatytułowanej „Inspirują nas ludzie”, która jest efektem pracy wielu zespołów oraz wynika bezpośrednio z wiedzy i inspiracji pracowników. Strategia zakłada inteligentny wzrost, solidny rozwój biznesu i dalszy postęp technologiczny – powiedział Joao Bras Jorge, Prezes Zarządu Banku Millennium.
Następujące wydarzenia 2021 roku, determinujące poprawę wyników r/r są naszym zdaniem szczególnie warte podkreślenia:
znaczne przyspieszenie odbudowy wyniku odsetkowego z 4kw21 przynoszącym wzrost 15% r/r do poziomu 108% poprzedniego rekordowego poziomu z 4kw19;
przyspieszenie poprawy kwartalnej marży odsetkowej (298 p.b. w 4kw21 z poziomu 261 p.b. w 3kw20, do poziomu jedynie 1 p.b. poniżej dotychczasowego szczytu na poziomie 299 p.b. w 3kw19 oraz 49 p.b. powyżej najniższego poziomu 249 p.b. w 3kw20);
ponad-rynkowy poziom wzrostu kredytów (kredyty netto +7% r/r) pomimo szybkiej redukcji portfela walutowych kredytów hipotecznych; solidne wartości produkcji kredytów detalicznych odegrały tu kluczową rolę – wypłaty kredytów hipotecznych w 4kw21 osiągnęły nowy rekordowy poziom 2,8 mld zł, co oznacza wzrost o 33% r/r (2021: 9,8 mld zł, wzrost o 46% r/r) przekładający się na udział rynkowy 13,3% w porównaniu z 12,2% w 4kw20 (2021: 12.5% vs.12,2% w 2020), natomiast produkcja pożyczek gotówkowych w 3kw21 osiągnęła poziom 1,3 mld zł, co prawda niższy kw/kw, ale istotnie powyżej poziomu w tym samym okresie roku ubiegłego (2021: 5,6 mld zł, wzrost 21% r/r); niezależnie od tego nasz portfel walutowych kredytów hipotecznych brutto zmniejszył się o 28% r/r, co jest wynikiem spłat, tworzenia rezerw (zgodnie z MSSF9 rezerwy na ryzyko prawne księguje się jako pomniejszenie wartości brutto zasądzonych kredytów) i konwersji na kredyty złotowe negocjowanych przez Bank oraz kredytobiorców („ubruttowione” walutowe kredyty hipoteczne w CHF z wyłączeniem d. Euro Banku spadły o 17% r/r); w wyniku tych czynników udział walutowych kredytów hipotecznych w kredytach Banku brutto ogółem zmniejszył się do 12,4% (kredyty udzielone przez BM:11,4%) z poziomu 18,3% (17,0%) na koniec roku 2020;
poprawa efektywności kosztowej w wyniku stałego wzrostu ucyfrowienia naszego biznesu, jak również relacji z klientami i silnej odpowiedzi kosztowej na presje przychodowe na początku roku; zmniejszona liczba pracowników (liczba aktywnych pracowników zmniejszyła się o 357, tj. 5% od końca 2020 r.), trwająca optymalizacja naszej sieci dystrybucji fizycznej (liczba oddziałów własnych zmniejszyła się o 37 jednostek, tj. 8% w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy) komplementarna w stosunku do rosnącego udziału usług cyfrowych (klienci cyfrowi: 2,3 mln, wzrost o 10% r/r, aktywni użytkownicy bankowości mobilnej: 1,9 mln, wzrost o 16% r/r); kosztowe działania optymalizacyjne nie tylko prowadziły do nominalnej redukcji kosztów operacyjnych, lecz również przełożyły się na znaczną poprawę efektywności kosztowej; raportowany wskaźnik koszty/dochody („K/D”) nieznacznie wzrósł do 47,0% w 4kw21 z 45,9% w tym samym okresie poprzedniego roku, ale wskaźnik K/D z wyłączeniem BFG, portfela FV, kosztów prawnych, kosztów dobrowolnych konwersji oraz wpływu pozycji kompensujących rezerwy utworzone na walutowe kredyty hipoteczne dot. portfela d. Euro Banku zmniejszył się w ciągu roku do poziomu 38%);
stabilna jakość portfela kredytowego i w rezultacie niski koszt ryzyka (39 p.b. w 4kw21 w por. z 55 p.b. w 4kw20, 2021: 37 p.b. vs. 2020: 83 p.b.), które odzwierciedlają pozytywne trendy w jakości zarówno portfela detalicznego jak i korporacyjnego oraz dalszą sprzedaż kredytów zagrożonych (NPL) (w 4kw21 dodatni wpływ na linię koszt ryzyka w wys. 30 mln zł przed podatkiem); wskaźnik NPL zmniejszył się do 4,4% w grudniu 2021 r. z niemal 5,0% rok wcześniej;
depozyty klientów wzrosły w kwartale (i wzrosły 12% r/r) z depozytami korporacyjnymi rosnącymi 1% kw/kw i depozytami detalicznymi rosnącymi 2%; płynność Banku pozostawała na bardzo komfortowym poziomie ze wskaźnikiem K/D w wysokości 86,0%;
wskaźniki kapitałowe nieco się obniżyły w kwartale (skonsolidowany TCR: 17,1%/T1: 14,0% w porównaniu z odpowiednio 18,2%/15,1% na koniec września), gdyż zmniejszenie kapitałów własnych było większe niż spadek aktywów ważonych ryzykiem (RWA);
aktywa zarządzane zarówno przez Millennium TFI, jak i fundusze zewnętrzne spadły o 6% kw/kw do ponad 8,9 mld zł ze wzrostem r/r o 6%.
Siedem turbin wiatrowych o łącznej mocy ponad 24 MW powstanie na terenie gminy Kraśnik. To jedna z największych inwestycji realizowanych w tym regionie. Firma OX2 jest obecna w gminie już od dawna. Przygotowania do rozpoczęcia przedsięwzięcia trwały kilka lat. OX2 odpowiada obecnie za budowę projektu, który planowo zostanie oddany do użytku w 2024 roku. Po zakończeniu budowy firma odpowiedzialna będzie za techniczne i komercyjne zarządzanie projektem.
OX2 nabyła projekt farmy wiatrowej Kraśnik w listopadzie 2020 roku, a obecnie jako inwestor zastępczy realizuje prace budowlane w formule „pod klucz” w ramach umowy zawartej z Equitix. Na inwestycję złoży się siedem turbin wiatrowych zlokalizowanych w gminie Kraśnik. Ruszyły już prace przygotowawcze w celu rozpoczęcia budowy z pełną mocą w przyszłym roku. Inwestycja zacznie się od zbudowania punktu przyłączenia, czyli podstacji energetycznej. Znajdzie się ona w sąsiedztwie obecnej stacji GPZ Budzyń, lubelskiego Oddziału PGE Dystrybucja. Następnie zostaną przygotowane drogi dojazdowe do elektrowni i przyłączone kable podziemne. Z infrastruktury drogowej po zakończeniu inwestycji korzystać będą mogli także mieszkańcy gminy. Trzeci etap to postawienie fundamentów pod turbiny i montaż bardzo nowoczesnych generatorów energii wiatrowej (pot. „turbin”) duńskiego wytwórcy Vestas. Dostawy elementów turbin są planowane na 2022 rok. Wiatraki powstaną w sąsiedztwie miejscowości Dąbrowa-Bór, a czas budowy farmy to około dwa lata. Przedsięwzięcie odbędzie się pod pełnym nadzorem OX2. Farma wiatrowa w gminie Kraśnik zostanie planowo oddana do użytkowania w 2024 roku. Po zakończeniu budowy będzie zarządzana przez OX2.
Roman Dębski, kierownik projektu „Farma Wiatrowa Kraśnik” z OX2, mówi:
„Inwestycja, którą realizujemy w gminie Kraśnik jest jedną z największych w tym regionie. Składa się na nią nie tylko sama farma wiatrowa, którą obecnie budujemy, ale także towarzysząca jej infrastruktura. W planach mamy przygotowanie dróg dojazdowych, z których w przyszłości skorzystają miejscowi rolnicy podczas dojazdu do swoich pól. Chcemy być dobrym sąsiadem mieszkańców gminy, dlatego już teraz wspieramy ważne, lokalne inicjatywy – jak kraśnicki półmaraton czy triathlon, które odbyły się latem. Z działań prospołecznych, ale też proekologicznych nie zamierzamy rezygnować i w przyszłości podejmiemy kolejne – w uzgodnieniu z przedstawicielami lokalnych władz samorządowych, a także z samymi mieszkańcami”.
OX2 dodatkowo planuje dalsze zarządzanie farmą wiatrową w gminie Kraśnik, co zostało już zabezpieczone odpowiednim kontraktem. Zespół specjalistów OX2 będzie czuwać nad jej prawidłowym funkcjonowaniem i monitorowaniem pracy farmy, zapewniając także niezbędne przeglądy techniczne oraz wszelkie czynności gwarantujące jej sprawne funkcjonowanie.
Łączna roczna produkcja energii z obiektu w Kraśniku jest szacowana na ok. 79 GWh, co pokrywa roczne zapotrzebowanie dla ponad 16 tysięcy gospodarstw domowych i pozwala na uniknięcie emisji blisko 28 tysięcy ton CO2 każdego roku. Dodatkowo co roku właściciel farmy będzie przekazywać do budżetu gminy podatek, dzięki czemu będą mogły w niej powstać lokalne inwestycje stworzone z myślą o mieszkańcach, jak np. chodniki, oświetlenia ulic czy boiska.
Farma wiatrowa Kraśnik to czwarty już obok Sulmierzyc, Grajewa i Huszlewa obiekt, przy którym OX2 rozpoczyna prace budowlane w ciągu niespełna półtora roku. Obecnie firma jest w trakcie budowy czterech farm wiatrowych o mocach między 20 MW a 45 MW.
Informacje o farmie wiatrowej:
7 turbin wiatrowych (24,15 MW) Vestas V126-3,45 MW o wysokości całkowitej 200 metrów
Średni prognozowany poziom produkcji energii: 79 GWh
Prawie połowa MŚP z branży obróbki metali (47 proc.) spodziewa się wzrostów sprzedaży krajowej w ciągu najbliższych miesięcy, a 4 firmy na 10 przewidują, że w ciągu roku wzrośnie także eksport – wynika z badania Siemens Financial Services w Polsce. Aby utrzymać poziom konkurencyjności co drugie badane przedsiębiorstwo z branży planuje inwestować w odnowienie parku maszyn i urządzeń (48 proc.) oraz w automatyzację procesów produkcji (46 proc.). Jak wynika z badania, co trzecia firma (33,7 proc.) inwestując w park MiU korzysta wyłącznie z zewnętrznego finansowania, a co czwarta (26,1 proc.) stawia na dywersyfikację – finansowanie zewnętrzne połączone ze środkami własnymi.
Aktualny odczyt sub-indeksu MiU dla branży obróbki metali wynosi 52,93 pkt. Taki wynik wskazuje, że firmy obrabiające metale mają dziś znacząco wyższy potencjał do konkurowania niż we wrześniu 2020 roku, gdy wartość sub-indeksu MiU była o 11,36 pkt niższa. Przedsiębiorstwa z branży coraz lepiej oceniają swoją zdolność do podejmowania aktywności eksportowej i zwiększania sprzedaży w kraju – w kolejnych miesiącach można się więc spodziewać coraz większej ich ekspansji na nowe rynki. Oznacza to również niższe ryzyka dla sektorów współpracujących z przetwórcami metali.
Branża optymistycznie patrzy w przyszłość
Branża obróbki metali jest obecnie w dobrej kondycji do konkurowania o czym świadczy nie tylko odczyt sub-indeksu MiU, lecz także samoocena przedsiębiorców. Obecnie 3 na 10 pytanych przedsiębiorców z tej branży (33 proc.) ocenia że jest lepiej niż jeszcze rok temu przygotowanych do podejmowania rynkowej rywalizacji. Z kolei 4 na 10 (42 proc.) jest zdania, że w ciągu najbliższych miesięcy ich zdolność do konkurowania jeszcze się poprawi.
– Wybuch pandemii i pojawienie się obostrzeń powodujących przestoje w funkcjonowaniu wielu gałęzi gospodarki, pozostały nie bez wpływu na zdolność tej branży do konkurowania. Obecnie jednak cały rynek traktuje już pandemię jako nieodłączną część rzeczywistości, a badani przez nas przedsiębiorcy wskazują, że to niedobór pracowników oraz coraz wyższe koszty zakupu surowców są dla nich największymi trudnościami do przezwyciężenia. Wpływ na cały sektor ma także rosnąca inflacja oraz coraz wyższe ceny prądu i gazu. Mimo tego, wydaje się, że branża ma powody optymistycznie patrzeć w przyszłość. Warto zwrócić uwagę chociażby na globalną tendencję do stawiania na zrównoważony rozwój. Z jednej strony firmy będą musiały dostosować swoją działalność do nowych wymagań rynku, jednak z drugiej, rozwój infrastruktury OZE oraz zainteresowanie elektromobilnością z dużym prawdopodobieństwem wzmocni popyt na metale – mówi Grzegorz Jarzębski, Country Head of Sales w Siemens Financial Services w Polsce.
Perspektywy eksportu i sprzedaży krajowej są optymistyczne
Największy wpływ na wzrost wartości sub-indeksu MiU dla branży obróbki metali, miały zmiany w obszarze sprzedaży krajowej oraz eksportowej. Obecnie blisko połowa przedsiębiorców z tej branży (47 proc.) spodziewa się wzrostów sprzedaży krajowej w ciągu najbliższych miesięcy, a 4 na 10 badanych firm przewiduje, że w ciągu roku wzrośnie także eksport. Oznacza to, że przedsiębiorcy z dużo większym optymizmem podchodzą do tych obszarów niż jeszcze podczas ubiegłego badania, przeprowadzonego po pierwszej fali pandemii Covid-19.
Firmy planują inwestować w MiU i automatyzację
W ciągu najbliższych miesięcy 4 na 10 (43 proc.) firm obrabiających metale planuje inwestycje w maszyny. Ponadto niemal połowa chciałaby w przyszłości zwiększyć nakłady na odnowienia parku maszyn i urządzeń (48 proc.) oraz podnieść automatyzację procesów produkcji (46 proc.), tak by w ten sposób wzmocnić swoją konkurencyjność. Więcej niż połowa (65 proc.) przedsiębiorstw z branży, która planuje nabycie maszyn zainteresowana jest kupnem wyłącznie nowych urządzeń.
Warto podkreślić, że łącznie prawie 60 proc. przedsiębiorstw z branży obróbki metali, finansując inwestycje w park maszynowy, angażuje środki zewnętrzne. Co trzecia firma (33,7 proc.) korzysta wyłącznie z zewnętrznego finansowania przy tego typu inwestycjach, a co czwarta (26,1 proc.) stawia na dywersyfikację – finansowanie zewnętrzne połączone ze środkami własnymi.
Inwestycje w MiU sposobem na optymalizację
Dla wielu firm posiadających maszyny i urządzenia inwestycja w MiU staje się dziś jednym z podstawowych sposobów na utrzymywanie zdolności do konkurowania. Badani przez Siemens Financial Services w Polsce przedstawiciele branży zostali zapytani między innymi o to, jakie ich zdaniem trendy w maszynach będą w najbliższym czasie kluczowe. Wśród najczęściej wymienianych znalazły się zwiększanie zakresu materiałów obrabianych w ramach jednej maszyny (24 proc.) oraz zwiększanie mocy obliczeniowej maszyn (21 proc.).
– Wśród wyzwań przed jakimi staje branża coraz częściej pojawia się brak wykwalifikowanych pracowników. Stąd też automatyzacja procesów oraz odpowiedni dobór maszyn i urządzeń stają się kluczowe. . Pozwalają również na optymalizację produkcji, tak ważnej dla rentowności przedsiębiorstwa, szczególnie w obecnej rzeczywistości. Trzeba jednak pamiętać, że umacnianie swojej przewagi rynkowej i wyprzedzanie konkurencji wymaga między innymi dysponowania najnowszymi maszynami i systematycznego odnawiania parku MiU, a do tego potrzebny jest kapitał. Pomóc w tym może zewnętrzne finansowanie, które dodatkowo zapewni większą elastyczność w zarządzaniu finansami firmy – podkreśla Aneta Rudzińska, Business Development Manager, Siemens Financial Services w Polsce.
Nota metodologiczna:
Index MiU przyjmuje wartości w skali od 0 do 100 pkt. Im wyższy odczyt, tym wyższa ocena zdolności firm do konkurowania, bardziej skupiają się one na inwestycjach w rozwój parków maszyn i urządzeń, automatyzacji oraz m.in. zwiększają skalę sprzedaży krajowej i zagranicznej. Progi newralgiczne, które świadczą o dużym wzroście lub spadku konkurencyjności wynoszą odpowiednio 60 pkt i 40 pkt. Konstrukcja indeksu opiera się na ośmiu komponentach, które w różnym stopniu wpływają na końcową wartość informującą o zdolności do konkurowania producenta. Wśród nich są m.in. odnowienia parku maszyn i urządzeń oraz ich częstotliwość, automatyzacja procesów produkcji, sprzedaż krajowa i eksport czy udział oraz dostępność finansowania zewnętrznego.
Badanie z przedstawicielami 400 małych i średnich firm zrealizował Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research we wrześniu 2021 r. Uczestnikami badania byli przedsiębiorcy z branży poligraficznej, spożywczej, obróbki metali i przetwórstwa tworzyw sztucznych z całej Polski, posiadający własny park maszyn i urządzań (MiU). Wykorzystano metodę ilościową, technikę standaryzowanych wywiadów telefonicznych (CATI).
Mięsna Paczka rewolucjonizuje rynek dostaw ekologicznego, certyfikowanego mięsa na polskie stoły. Start-up pozyskał 4,15 mln zł finansowania w ramach rundy seed. Wśród inwestorów znalazła się Grupa Żabka oraz dwa fundusze kapitałowe LT Capital i CofounderZone wraz z aniołami biznesu. Pozyskane z rundy środki Mięsna Paczka zamierza przeznaczyć na rozwój biznesu na polskim rynku.
Założenia Mięsnej Paczki są proste – chce dostarczać na stoły rodzin w Polsce prawdziwie ekologiczne mięso z certyfikowanych polskich hodowli. Ma być zawsze świeże, bezpieczne, bez antybiotyków, hormonów oraz bez GMO, a jego skład i pochodzenie gwarantowane są unijnym certyfikatem zielonego listka PL-EKO-09. Co więcej, można je w prosty i wygodny sposób zamówić do domu przez Internet.
Twórcą start-upu jest Damian Kopecki, który na własnej skórze przekonał się, jak trudny jest dostęp do prawdziwie ekologicznego mięsa. – Po trzydziestce chciałem jeść zdrowiej i ograniczać ilość spożywanego mięsa, zwracając szczególną uwagę na jego jakość. Szukając ekologicznych produktów, zdałem sobie sprawę, jak ciężko jest kupić wysokiej jakości żywność, a w szczególności świeże ekologiczne mięso. Pomysł na Mięsną Paczkę wziął się z potrzeby, a ja postawiłem sobie za zadanie, aby dobre produkty stały się po prostu szeroko dostępne i obecne na stołach rodzin w Polsce – mówi Damian Kopecki, twórca start-upu.
Mięsna Paczka to zgrany zespół oraz sprawdzeni, certyfikowani dostawcy z ekologicznych gospodarstw z całej Polski. Gwarancją jakości produktów jest także proces mrożenia przeprowadzany w szczycie świeżości mięsa. Jak do tej pory, Mięsna Paczka podbiła już serca stałych klientów, którzy nie tylko dokonują regularnych zakupów, ale też dzielą się w rozmowach z zespołem start-upu niezwykle pozytywną informacją na temat jakości produktów, sposobu ich pakowania i wygody, jaką zapewnia im regularna dostawa. Do idei dostawy ekologicznego, świeżego mięsa wprost do domu klienta, Damian Kopecki przekonał inwestorów, od których w rundzie seedowej pozyskał ponad 4 mln złotych na rozwój projektu.
– W ramach Grupy Żabka rozwijamy i wdrażamy wiele nowatorskich projektów, które mają ułatwiać życie konsumentom i odpowiadać na ich zmieniające się potrzeby takie jak m.in. wygoda, zdrowy tryb życia, personalizacja. Częścią tej strategii jest wsparcie innowacyjnych firm w początkowej fazie rozwoju, zwłaszcza jeśli stoją za nimi doświadczeni menadżerowie z pasją i misją zbieżną z naszymi celami biznesowymi. Chcemy stymulować rozwój produktów, usług i modeli biznesowych, które podążają za najnowszymi trendami konsumenckimi i technologicznymi oraz tworzą nową jakość w handlu. Mięsna Paczka i jej założyciele idealnie wpisują się w tę definicję – mówi Tomasz Blicharski, Wiceprezes Zarządu, Dyrektor Zarządzający Żabka Future.
Projekt Mięsnej Paczki spotkał się także z zainteresowaniem funduszy kapitałowych, które poszukują projektów nie tylko innowacyjnych, ale też zgodnych z najnowszymi trendami gospodarki cyrkularnej. – Jedną z naszych podstawowych dewiz jest wsparcie liderów zmiany, a Mięsna Paczka na wielu płaszczyznach jest uosobieniem tej idei. Jesteśmy przekonani, że to właśnie Damian jest osobą, która w naszej ocenie jest w stanie wywołać pozytywny ruch w podejściu Polaków do konsumpcji mięsa – podkreśla Konrad Gawłowski, Investment Director w LT Capital.
– Jako fundusz, jak i aniołowie biznesu, którzy zaangażowali się w Mięsną Paczkę, widzimy potencjał leżący w projekcie i jego innowacyjnej formule, niespotykanej na polskim rynku. Przede wszystkim jednak widzimy dużą wartość w zespole, który skutecznie rozwija start-up, kierując się chęcią wykreowania pozytywnych zmian w trendach żywieniowych swoich potencjalnych klientów — mówi dr Tomasz Goliński, Founding Partner w CofounderZone.
Start-up zamierza przeznaczyć pozyskane od inwestorów środki na rozwój zespołu, zaplecza operacyjno–logistycznego oraz działania pozwalające na dotarcie do jak największego grona klientów.
– Przy zwiększeniu skali działalności projektujemy nasze działania tak, aby móc utrzymać wysoką jakość. Jesteśmy obecnie w niezwykle ważnym dla nas momencie, dlatego tym bardziej cieszą mnie pozyskane na rozwój środki od inwestorów. Są one nie tylko paliwem do szybkiego wzrostu, ale idą za nimi także zaangażowanie i doradztwo ze strony inwestorów – podsumowuje Damian Kopecki, założyciel Mięsnej Paczki.
Wybór odpowiedniego palnika to kwestia kluczowa dla efektywności cięcia tlenem. To on gwarantuje odpowiednie warunki cięcia tlenem dla konkretnych materiałów i oczekiwanych efektów. Jakie palniki są dzisiaj najpopularniejsze? Które z nich najlepiej wybrać?
Cięcie tlenowe i rola palnika
Warto zacząć od tego, czym jest i do czego służy cięcie tlenem. Otóż jest to metoda obróbki metali. Aby możliwe było cięcie metali tlenem, niezbędny jest palnik. Odpowiada on za wymieszanie tlenu z łatwopalnym gazem. Najpowszechniej są dzisiaj wykorzystywane palniki acetylenowo-tlenowe. Zastosowania tego typu urządzeń są bardzo różne. Drugim najpopularniejszym jest palnik propanowy.
Acetylen lub propan odpowiadają za stopienie materiału, który ulatnia się w formie tlenku metalu. Dzięki temu tlen pod ciśnieniem ma możliwość przecięcia materiału. Profesjonalne palniki oferują wyspecjalizowane firmy. Jedną z nich jest Eckert oferujący wycinarki tlenowe. Mowa o firmie z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem w branży.
Od rodzaju gazu generowanego przez palnik zależą parametry cięcia. Są to przede wszystkim tempo i maksymalny poziom nagrzewania, a także możliwości w zakresie grubości obrabianego materiału. O tym, kiedy cięcie tlenowe najlepiej przeprowadzić z użyciem acetylenu, a kiedy z wykorzystaniem propanu, traktuje dalsza część tekstu.
Tlen acetylen zastosowanie
Jeśli chodzi o palniki acetylenowo tlenowe zastosowania tych urządzeń są bardzo szerokie. Dzisiaj to najpowszechniej wykorzystywane urządzenia w cięciu tlenem. Dlaczego? Wynika to z faktu, że acetylen gwarantuje osiągnięcie bardzo wysokiej temperatury. Co więcej, dzieje się to szybko.
Tym samym jeśli chodzi o tlen acetylen, to zastosowanie tego połączenia umożliwia cięcie różnorodnych materiałów. Poza stalą niskostopową, odpowiednie warunki cięcia tlenem umożliwiają również obróbkę m.in.: mosiądzu, żeliwa, brązu, a nawet tytanu.
Dzięki powyższym właściwościom palnik acetylenowy stosuje się w dużych zakładach przemysłowych, gdzie istotne jest tempo realizacji pracy. Jednak znajduje zastosowanie także w niewielkich warsztatach. Niestety palniki te posiadają również pewne wady.
Przede wszystkim ich eksploatacja jest stosunkowo droga. Ponadto ze względu na wyjątkowo wysoką temperaturę korzystanie z nich jest niebezpieczne. Dlatego też jeśli chodzi o cięcie palnikiem acetylenowo tlenowym BHP jest niezwykle ważne. Trzeba również wspomnieć o szerokiej strefie wpływu ciepła. Sprawia ona, że palniki acetylenowe nie sprawdzają się w cięciu tlenem cienkich materiałów.
Palniki propanowe do cięcia tlenem
Alternatywę dla palników acetylenowo tlenowych stanowią modele propanowo tlenowe. Nagrzewają się one wolniej i do niższych temperatur. Dlatego też cięcie tlenowe z ich użyciem trwa nieco dłużej. Ponadto jest ograniczone tylko do materiałów o niskiej temperaturze zapłonu. Jednak w wielu przypadkach palniki te okazują się całkowicie wystarczające.
Jeśli nie zachodzi konieczność optymalizacji czasu pracy, a obróbce poddawana jest stal niskostopowa, propan to dobry wybór. Należy podkreślić, że realizacja cięcia tlenem z użyciem palnika propanowo tlenowego jest zdecydowanie tańsza.
Zasadniczo parametry pracy palników acetylenowo tlenowych są lepsze niż tych propanowo tlenowych. Modele te dają zdecydowanie większe możliwości. Nie oznacza to jednak, że ich użycie zawsze jest najlepszym możliwym wyborem. Tak naprawdę decyzja powinna być uzależniona od specyfiki danego zadania, możliwości finansowych i innych indywidualnych potrzeb.
Zdrowie psychiczne jest jednym z trzech najważniejszych tematów wybieranych przez młodzież działającą społecznie, potwierdza fundacja Zwolnieni z Teorii. Drugiego lutego, w Dniu Pozytywnego Myślenia warto przypomnieć o tym, jak ważnym elementem życia jest dobrostan psychiczny.
Wzrasta zainteresowanie młodzieży zdrowiem, w tym przede wszystkim zdrowiem psychicznych, informują organizatorzy olimpiady Zwolnieni z Teorii.
Młodzież próbuje przeciwdziałać problemom zdrowia psychicznego m.in. poprzez edukowanie rówieśników w mediach społecznościowych o tym, czym jest depresja.
Temat zdrowia psychicznego jest niezwykle istotny, zwłaszcza w trakcie pandemii, która znacząco wpłynęła na pogorszenie zdrowia psychicznego młodzieży. Zgodnie z opinią psychologów oraz badaniami Uniwersytetu w Ohio czy Uniwersytetu Nottingham, pozytywne myślenie ma dobry wpływ na ogólny dobrostan człowieka. Jednak trwająca od 2 lat pandemia koronawirusa znacznie nadwyrężyła stan zdrowia psychicznego młodzieży. Według Instytutu Profilaktyki Zintegrowanej z 2020 roku, pandemia COVID-19 wpłynęła w Polsce na wzrost poczucia osamotnienia wśród młodzieży (28%), wzrost poziomu stresu szkolnego (57% dziewczyny, 38% chłopcy) czy wzrost liczby osób mających myśli samobójcze (17% dziewczyn).
– Nastolatkowie słyszą często „idź pobiegaj”, „uśmiechnij się” i wiele innych komentarzy, które nie wnoszą niczego pozytywnego do życia. Kolejny rok pandemii i ciągła zmiana sposobu nauczania powoduje, że młodzi ludzie są odsuwani od kontaktu z bliskimi w klasie czy szkole, a to źle wpływa na budowanie relacji. Trudno się dziwić, że w związku z tym coraz częściej mają do czynienia z depresją, poczuciem odosobnienia, cyberprzemocą. Te wszystkie czynniki skutkują negatywnym myśleniem, a mogą doprowadzić nawet do samobójstw – mówi Emir Chahed, jeden z organizatorów programu w Zwolnionych z Teorii.
Skąd biorą się problemy psychiczne młodzieży? Czy szkoła jest przyjaznym miejscem dla dzieci? Czym jest przemoc i jak jej przeciwdziałać? Jak rozmawiać z bliskimi o tym, co nas boli? Na te i inne pytania postanowiła odpowiedzieć grupa ponad 257 uczestników olimpiady Zwolnieni z Teorii, którzy realizują 53 projekty w programie pod patronatem Enei „Energia dla zdrowia”. Do końca kwietnia realizują własne projekty w ponad 40 miastach w całej Polsce, m.in. w Szczecinie, Wrocławiu, Warszawie, Gdyni, Łodzi i Sanoku. Dodatkowo otrzymają wsparcie od Enei, która pomoże młodzieży promować swoje projekty w mediach społecznościowych oraz – czerpiąc z własnego doświadczenia – wskaże, jak realizować projekty prozdrowotne. Firma już po raz trzeci wspiera młodzież w działaniach społecznych.
– Działania na rzecz polepszenia dobrostanu psychicznego społeczeństwa, szczególnie w dobie pandemii, są dla nas bardzo ważne. Doceniamy kreatywność młodego pokolenia, liderów przyszłości, którzy chcą zmieniać świat na lepszy – komentuje Joanna Mularczyk, kierowniczka Biura Społecznej Odpowiedzialności Biznesu w Enei. – Cieszy nas, że w ramach Zwolnionych z Teorii dzielimy się doświadczeniami związanymi np. z organizowanym w Grupie Enea od kilku lat projekcie „Misja profilaktyka”, którego celem jest edukacja w zakresie profilaktyki zdrowia fizycznego i psychicznego. Wspieramy także działania zapobiegające cyberprzemocy wśród młodzieży, oraz – dzięki zaangażowaniu Fundacji Enea – program bezpłatnej, zdalnej pomocy psychologicznej dla osób dorosłych z problemami psychicznymi – dodaje Joanna Mularczyk.
Młodzież chce pomagać swoim rówieśnikom. Widać to w liczbach. W rekordowej edycji olimpiady Zwolnieni z Teorii widać wzrost zainteresowania tematyką zdrowia i sportu. W minionej edycji założono 445 projektów o temacie „zdrowie i sport”, w tegorocznej edycji jest ich aż o 72 więcej. Jednym z nich jest warszawska „Szkoła Życia”, której twórcy postanowili wesprzeć uczniów doświadczających negatywnych emocji związanych ze szkołą. Zespół ze Szczecinka realizujący projekt „Na straży dojrzewania”, stworzył natomiast bajkę terapeutyczną, pokazującą, z czym boryka się współczesna młodzież. Olsztyński zespół stworzył platformę „Każdy jest ważny”, w ramach której informuje, jak można pomóc i gdzie szukać wsparcia, kiedy dotyka nas kryzys psychiczny.