Farmy Fotowoltaiki S.A. mają umowę o współpracy z Solar Energy

Berg Holding S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, powzięła informację od spółki zależnej Farmy Fotowoltaiki S.A. o zawarciu przez nią umowy ramowej z Solar Energy S.A. Jej przedmiotem jest dostarczanie gotowych projektów, projektów w fazie wstępnej oraz wspólnej realizacji budowy farm fotowoltaicznych.

Zgodnie z podpisaną umową spółki zobowiązały się do współpracy w zakresie pozyskiwania projektów, realizacji inwestycji oraz budowy farm fotowoltaicznych. Solar Energy S.A. (Wykonawca) będzie dostarczał projekty na różnym poziomie zaawansowania, w tym takie, które są w pełni przygotowane do budowy, ze wszelkimi pozwoleniami, jak i umowami PPA lub wygranymi aukcjami. Farmy Fotowoltaiki S.A. będą z kolei zlecać Wykonawcy realizację poszczególnych wybranych inwestycji, polegających na wykonaniu prac projektowo-montażowo-wykonawczych oraz podłączeniu farm do sieci elektroenergetycznej przedsiębiorstwa energetycznego. Solar Energy S.A. zobowiązał się do przedstawienia najlepszych lokalizacji poszczególnych farm fotowoltaicznych, które uważa za korzystne wraz z przewidywanym punktem przyłączenia do sieci i z dostępnymi danymi na temat nasłonecznienia na danym obszarze.

Współpraca z Solar Energy S.A. to kolejny ważny krok w rozwoju naszej strategii. Zyskaliśmy kolejnego partnera z branży, który podejmie się nie tylko technicznej realizacji części inwestycji, ale również będzie dostarczał atrakcyjne projekty do portfela Farm Fotowoltaiki. Solar Energy S.A. jest jedną z pionierskich firm w Polsce, która zajęła się produkcją innowacyjnych modułów fotowoltaicznych z cienkich ogniw krzemowych o wysokiej sprawności. Jej doświadczenie na rynku zwiększy atrakcyjność i konkurencyjność naszej oferty. Nie wykluczamy rozszerzenia współpracy z Solar Energy S.A. w przyszłości.” – mówi Kamil Kita, Prezes zarządu Farm Fotowoltaiki S.A.

Spółki dopuszczają różne stopnie zaawansowania prac na przedstawionych lokalizacjach. Farmy Fotowoltaiki S.A. mają prawo przeprowadzenia procesu due dilligence i wybrania odpowiednich projektów, jak również możliwy będzie zakup przez spółkę kompletnego projektu wraz z prawomocnym pozwoleniem na budowę oraz warunkami przyłącza z zasobów posiadanych przez Wykonawcę.

Spółka zależna od Berg Holding S.A. – Farmy Fotowoltaiki S.A. – zawarła w ostatnim czasie umowę przedwstępną dzierżawy nieruchomości, składającej się z działki położonej w powiecie Grodziskim o powierzchni 3,08 ha w celu budowy na jej części farmy fotowoltaicznej wraz z oprzyrządowaniem, urządzeniami dodatkowymi oraz infrastrukturą towarzyszącą. Zgodnie z umową Wydzierżawiający zobowiązał się oddać nieruchomość spółce Farmy Fotowoltaiki S.A. na okres 25 lat do używania i pobierania pożytków w części nieruchomości, niezbędnej do realizacji celu umowy. Spółka zależna zamierza wybudować farmę fotowoltaiczną w obrębie powyższej nieruchomości o mocy min. 1 MWe. Podpisanie przez Farmy Fotowoltaiki S.A. przedwstępnej umowy dzierżawy jest związane z realizacją strategii rozwoju spółki.

Główne założenia strategii rozwoju Farmy Fotowoltaiki S.A. obejmują rozpoczęcie współpracy z partnerem branżowym, będącym liderem na rynku – Columbus Energy S.A. – w zakresie rozwijania projektów farm fotowoltaicznych oraz powstanie pierwszej spółki celowej F1 Sp. z o.o. z własnym gruntem. Farmy Fotowoltaiki S.A. planują dokonywać zakupu lub dzierżawy działek pod budowę farm fotowoltaicznych o mocy min. 1 MWe lub gruntów na własny użytek. W 2021 r. spółka zamierza realizować projekty od 1 do 10 MWe, natomiast w 2022 r. projekty do 40 MWe. Spółka chce także inwestować w podmioty działające na rynku fotowoltaicznym poprzez zakup udziałów na poziomie od 5% do 45% w wybranych podmiotach. Farmy Fotowoltaiki S.A. będą dążyły do rozwoju sieci wykonawczej i dystrybucji poprzez zawiązywanie współpracy z kolejnymi partnerami i firmami projektowo-montażowymi oraz do rozwoju zaplecza techniczno-handlowego i badawczego poprzez budowę własnego zespołu firm podwykonawczych, w systemie relacji B2B. Spółka będzie też budowała bazę inwestorów zainteresowanych zakupem farm fotowoltaicznych oraz inwestycją w branży fotowoltaiki. Farmy Fotowoltaiki S.A. będą chciały pozyskać kapitał zewnętrzny w kwocie do 10 mln zł do końca 2022 r., który zostanie przeznaczony na sfinansowanie bieżącej działalności.

Kredyt hipoteczny, jeśli weźmiesz go teraz, to możesz zaoszczędzić na wakacje

Dla tych, którzy właśnie myślą o zakupie własnego „M” częściowo sfinansowanego kredytem hipotecznym pojawiła się atrakcyjna okazja. Obecny WIBOR, w większości banków na poziomie 0.28%, a także medialne zapewnienia szefa Rady Polityki Pieniężnej, że za jego kadencji (czyli przynajmniej jeszcze dwa lata) stopy nie wzrosną, stwarzają możliwość zawarcia swoistego zakładu z nim osobiście oraz szerzej z Radą Polityki Pieniężnej. Jego wygrana oznaczać może nawet równowartość wycieczki na egzotyczną wyspę.

Biuro Informacji Kredytowej (BIK) podało, że już w czerwcu widoczna była odbudowa popytu na kredyty mieszkaniowe. Wnioskowało o nie łącznie 36,1 tys. klientów. Oznacza to wzrost o 25,9% w porównaniu do maja 2020 roku oraz o 29,9% w stosunku do kwietnia tego roku. Warto dodać, że w czerwcu 2019 roku liczba wnioskujących kształtowała się na poziomie 35,2 tys.

Pandemia z jednej strony spowodowała zaostrzenie oceny scoringowej potencjalnych kredytobiorców przez banki, z drugiej zaś reakcja Rady Polityki Pieniężnej doprowadziła do sytuacji, w której mamy rekordowo niski WIBOR, tym samym pożyczany pieniądz jest tańszy – wskazuje Kinga Burcan, niezależny ekspert kredytowy.

Jednak zanim zaciągniemy zobowiązanie finansowe na wiele lat, warto zastanowić się nad kilkoma kwestiami mającymi zasadniczy wpływ na koszt potencjalnego zobowiązania – jaki jest okres kredytowania, jaki typ rat wybrać, równe czy malejące i w końcu na jakie oprocentowanie się zdecydować, stałe czy zmienne. Ten ostatni czynnik może zadecydować o tym, ile tak naprawdę zaoszczędzimy biorąc obecnie kredyt hipoteczny.

Wybór stałego oprocentowanie zakłada, że bierzemy kredyt w oparciu o obecny (rekordowo niski WIBOR) i przez co najmniej pięć lat spłacamy raty równe na podstawie dzisiejszej wartości wskaźnika WIBOR. Drugi wariant – raty zmienne – oznacza, że WIBOR – w zależności od banku – będzie aktualizowany zazwyczaj co trzy albo co sześć miesięcy, więc nasze raty mogą się zmieniać, w zależności od tego, jak będą się kształtować stopy procentowe ustalane przez Radę Polityki Pieniężnej. Warto podkreślić, że w przypadku oprocentowania stałego w momencie rozpoczęcia spłaty kredytu, raty miesięczne są nieznacznie wyższe niż w przypadku, gdybyśmy wybrali oprocentowanie zmienne.

Dokonując jednak wyboru należy uwzględnić perspektywę najbliższych pięciu lat. Zwykle kredytobiorcy decydują się na kredyty hipoteczne z oprocentowaniem zmiennym, licząc na obniżkę stóp i tym samym w przyszłości mniejszą ratę lub po prostu nie zdają sobie sprawy, że mają do wyboru inne rozwiązanie. Obecne stopy są na tak niskim poziomie, że kolejne zmiany de facto oznaczałyby, że państwo dopłacałoby do naszych kredytów. A zatem można przyjąć założenie, że stopy procentowe w najbliższych latach jednak wzrosną.

Jeśli zamiast wziąć kredyt hipoteczny w oparciu o oprocentowanie zmienne, wybierzemy opcję oprocentowania stałego przez najbliższe pięć lat (to jest bowiem minimalny okres, w którym bank nie zaktualizuje nam kalkulacji bazowej opartej o zmienny WIBOR) będziemy spłacać równe i stałe raty naszego kredytu. Jeżeli zaś okaże się, że dla przykładu dopiero za dwa lata, RPP pod kierownictwem nowego szefa podniesie WIBOR, różnica pomiędzy wysokością raty w oparciu o oprocentowanie zmienne a stałe przez kolejne trzy lata może wynieść nawet kilkanaście tysięcy złotych w zależności od parametrów kredytu – wyjaśnia Kinga Burcan, niezależny ekspert kredytowy. Hipotetycznie, jeśli za dwa lata poziom stóp procentowych wzrośnie do poziomu sprzed pandemii, tj. 1,71%, to przy kredycie w wysokości 400 tys. zł na okres dwudziestu lat różnica w wysokości spłacanych rat może wynieść nawet do 15 tys. zł na korzyść kredytobiorcy. Te kilkanaście tysięcy złotych, które może zostać w naszej kieszeni to właśnie wycieczka dla dwóch osób na rajską wyspę Bali. I to tylko dlatego, że zawarliśmy zakład z Radą Polityki Pieniężnej, a życie napisało – bardzo prawdopodobny w tym przypadku – scenariusz. Oczywiście może się zdarzyć, że przez kolejnych pięć lat stopy ani drgną albo jeszcze spadną. W tym przypadku jednak można znacznie więcej wygrać niż stracić – dodaje Kinga Burcan, niezależny ekspert kredytowy.

Kto zastosuje 9 proc. CIT- limity i zasady preferencyjnej stawki podatku dochodowego

Podatnicy podatku dochodowego od osób prawnych są co do zasady opodatkowani 19% stawką podatku, jednak w określonych sytuacjach, po spełnieniu odpowiednich warunków, mogą skorzystać z preferencji w postaci 9% stawki podatku. Obniżona stawka podatku nie odnosi się do wszystkich podatników z uwagi na szereg kryteriów decydujących o jej zastosowaniu. Ponadto kwotę podatku obliczonego wg 9% stawki wskazuje się w deklaracji podatkowej, co oznacza, że urzędy skarbowe mają informacje odnośnie do podmiotów korzystających z tej preferencji. Dlatego obliczenie kwot przychodów uprawniających do obniżonej stawki CIT oraz spełnienie pozostałych warunków powinno być bardzo dokładnie analizowane, także w toku prowadzonej działalności.

Warunek przychodowy

W celu skorzystania z ulgi należy spełnić dwa kryteria przychodowe. W pierwszej kolejności stawkę 9% może zastosować podatnik, jeżeli kwota przychodów osiągniętych w roku podatkowym nie przekroczy kwoty stanowiącej równowartość 1,2 mln euro w przeliczeniu na złote po kursie ogłoszonym przez NBP na pierwszy dzień roboczy roku podatkowego. Powyższe przeliczenie powinno być dokonywane w zaokrągleniu do 1 000 zł.

Ponadto w art. 19 ust. 1d ustawy o CIT ustawodawca wskazał, że preferencyjną stawkę mogą zastosować podatnicy posiadający status małego podatnika CIT. Zgodnie z art. 4a pkt 10 ustawy o CIT mały podatnik to podmiot osiągający przychody ze sprzedaży (wraz z kwotą VAT należnego) nieprzekraczające w poprzednim roku kwoty odpowiadającej równowartości 2 mln euro w przeliczeniu na złote po kursie na pierwszy dzień roboczy października poprzedniego roku w zaokrągleniu do 1 000 zł. Powyższy limit uległ podwyższeniu z 1,2 mln euro do 2 mln euro od 1 stycznia 2020 r. zgodnie z nowelizacją z 23 października 2018 r. (Dz.U. poz. 2159), którą wprowadzono także preferencyjną stawkę 9%. Należy zwrócić uwagę, że limit dotyczący małego podatnika został określony w kwocie brutto.

W efekcie podatnicy, którzy będą chcieli skorzystać z preferencyjnej stawki w 2020 r., będą musieli spełnić dwa warunki, czyli przychody za 2020 r. (netto bez podatku VAT) nie będą mogły przekroczyć 1,2 mln euro oraz przychody za 2019 r. nie będą mogły przekroczyć 2 mln euro (brutto tj. z uwzględnieniem podatku VAT).

Ponadto należy zwrócić uwagę na różny sposób przeliczania kursu, który dodatkowo komplikuje kwestię ustalenia limitu przychodów. W powyższym przypadku będzie to kurs z 1 października 2019 r. dla limitu małego podatnika (2 mln euro) oraz kurs z 2 stycznia 2020 r. dla limitu przychodów 1,2 mln euro.

Ograniczenie czasowe związane z restrukturyzacją

Ustawodawca, wprowadzając preferencyjną 9% stawkę podatku, przewidział, że będzie ona mogła zostać wykorzystana jako narzędzie do optymalizacji opodatkowania. Dlatego ograniczył możliwość stosowania tej stawki w pewnych okresach następujących po restrukturyzacji. Ustawodawca wskazał, że nowy podmiot nie może skorzystać z preferencji w roku rozpoczęcia działalności i roku bezpośrednio po nim następującym w sytuacji, gdy podmiot ten powstał wskutek:

  • połączenia, podziału, przekształcenia z wyjątkiem przekształcenia jednej spółki w inną spółkę;
  • przekształcenia osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą lub spółek niebędących osobami prawnymi;
  • wniesienia przedsiębiorstwa, zorganizowanej części lub składnika majątku o wartości przekraczającej równowartość w złotych co najmniej 10 tys. euro;
  • wniesienia wkładów niepieniężnych na kapitał uzyskanych z likwidacji innych podatników, jeżeli podmiot wnoszący posiadał udział (akcje) likwidowanych podatników.

Dodatkowo stawki 9% nie można zastosować do spółki dzielonej oraz podatników wnoszących tytułem wkładu do innego podmiotu na poczet kapitału prowadzone przedsiębiorstwo, zorganizowaną część lub składniki majątkowe o określonej wartości lub składniki majątku uzyskane w wyniku likwidacji. Okres obostrzenia dotyczy roku podatkowego, w którym wniesiono wkład oraz kolejnego roku.

Pozostałe ograniczenia

Należy zaznaczyć, że obniżona stawka CIT nie dotyczy przychodów z zysków kapitałowych. Nie będą one zatem uwzględniane do kalkulacji limitów, o których mowa poniżej. Zatem zyski kapitałowe w dalszym ciągu są opodatkowane stawką 19% CIT.

Ponadto wyłączone z możliwości zastosowania 9% stawki podatku zostały podatkowe grupy kapitałowe.

Zaliczki na podatek

Jeżeli podatnik w ciągu roku podatkowego uiszczał zaliczki wg 9% stawki podatku, lecz utracił prawo do stosowania preferencji (np. przekroczył kwotę 1,2 mln euro przychodów), wówczas traci on prawo do stosowania stawki 9% i co do zasady będzie musiał dopłacić zaliczki na podatek wraz z odsetkami, kalkulując wg stawki 19%.

Podobna sytuacja będzie miała miejsce w odwrotną stronę, czyli jeżeli podatnik w roku podatkowym opłacał podatek w kwocie 19%, a na koniec roku potwierdził możliwość stosowania obniżonej stawki, to będzie mógł otrzymać zwrot nadpłaconego podatku poprzez wykazanie nadpłaty w deklaracji.

Powyższe oznacza więc, że podatnicy, u których kwoty limitów przychodów są na granicy, powinni rozważyć stosowanie bezpieczniejszego podejścia i rozliczania się z podatku CIT wg 19% stawki podatku zamiast 9% stawki.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Wraca słabość dolara

Wraca słabość dolara, który zmierza do zanotowania najgorszego miesiąca od dekady. W coraz mniejszym stopniu uwidacznia się znaczenie USD jako bezpiecznej przystani, a coraz bardziej waluta cierpi przez obawy inwestorów o wyhamowanie ożywienia w USA z powodu wirusa i opóźnień w pracach nad pakietem fiskalnym. Dochodzi jeszcze Trump, który stara się odwrócić uwagę od złych sygnałów z gospodarki.

Koniec miesiąca zapewne ma swój dodatkowy udział w pogrążaniu dolara i przypieczętowuje miesiąc, w którym dochodzi do wyraźnej zmiany nastawienia inwestorów do waluty. Wczorajsze dane o PKB przypomniały, jaki rachunek w drugim kwartale pozostawiła po sobie pandemia. W ujęciu zannualizowanym PKB skurczył się o 32,9 proc., co było największym załamaniem od czasu Wielkiego Kryzysu. Dramatyczne skutki lockdownu i zamrożenia aktywności gospodarczej może nadawały się na szokujące nagłówki, ale dla rynku nie były zaskoczeniem (odczyt był nawet nieco lepszy do konsensusu prognoz). Bardziej niepojący był za to drugi tydzień z rzędu, kiedy wzrosła liczba nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych przy jednym milionie więcej osób kontynuujących pobieranie zasiłku. Rozprzestrzenianie się koronawirusa w USA prowadzi do wstrzymania, a w niektórych stanach odwracania procesów reaktywacji działalności gospodarczej. A wszystko to ma miejsce, kiedy kongresmeni wciąż nie porozumieli się w sprawie Fazy Czwartej pakietu fiskalnego, w związku z czym od sierpnia miliony bezrobotnych Amerykanów utracą 600 USD cotygodniowej zapomogi. To za dużo, by łatwo dało się zignorować, choć Wall Street podtrzymuje tarczę ochronną w postaci bardzo dobrych wyników kwartalnych technologicznych gigantów. Ale dolar już takiego wsparcia nie ma.

Najmniej w całym tym zestawie wydarzeń z ostatnich godzin znaczy sugestia prezydenta USA Trumpa o przełożeniu terminu wyborów prezydenckich zaplanowanych na 3 listopada z powodu zagrożeń związanych z pandemią. Nie widzę w tym nic innego, jak tylko próbę odwrócenia uwagi od wyżej wymienionych problemów gospodarki. Nie byłby to z resztą pierwszy raz, kiedy administracja Białego Domu stara się zakryć swoje porażki poprze zaoferowanie innej „bomby”. Wystarczy powiedzieć, że regulacje wyborów zapisane są w prawie datowanym na 1845 r. i potrzeba zgody Kongresu na zmiany. Natomiast oddzielna poprawka określa, że kadencja prezydenta USA kończy się „w południe 20 dnia stycznia”, więc nawet odroczenie wyborów nie przedłuży prezydentury Trumpa. Będzie interesującym śledzić ostatnie miesiące kampanii, ale z perspektywy rynku wczorajsze komentarze Trumpa są nieudaną zasłoną dymną.

Podobnie byłbym ostrożny w interpretowaniu najnowszym komentarzy prezesa NBP Adama Glapińskiego, który w artykule dla Dziennika Gazeta Prawna stwierdza, że NBP ma jeszcze przestrzeń do dalszego poluzowania polityki pieniężnej, gdyby warunki gospodarce uległy pogorszeniu. Zdaniem prezesa inflacja w kolejnych kwartałach będzie się obniżać, a jej aktualnie wyższe poziomy wynikają z szybszej odbudowy popytu. Glapiński zasugerował też, że słabszy złoty byłby korzystny dla ożywienia gospodarczego. To, że przestrzeń do luzowania jest, nie znaczy, że jest znacząca albo że zostanie wykorzystana. Nie mogę uwierzyć, aby NBP odważyłby się wprowadzić ujemne stopy procentowe (czyli stopie referencyjnej zostało 10 pb obniżki?), podczas gdy dalsze rozszerzenie skupu aktywów nie będzie już miało takiego efektu, jak pierwsza implementacja. Podobnie stwierdzenie korzyści gospodarczych z tytułu słabszej waluty nie implikuje do razu interwencji banku centralnego. W artykule prezesa można doszukać się próby zatrzymania aprecjacji złotego. Problem w tym, że umocnienie jest skutkiem słabości dolara, na co NBP nie ma wpływu, a z czym walka z góry skazana jest na przegraną. Prezes Glapiński z pewnością zdaje sobie z tego sprawę i pozostaje mu jedynie blef w postaci rozbudzających dyskusję artykułów prasowych. Blef się jednak nie powiedzie, co potwierdza stabilizacja EUR/PLN dziś rano pod 4,41.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Cisza przed burzą: COVID-19 stworzył bombę zegarową niewypłacalności firm

  • Covid-19 stworzył prawdziwą bombę zegarową dotyczącą niewypłacalności – Euler Hermes spodziewa się, że większość przypadków niewypłacalności ma dopiero nadejść, głównie między końcem 2020 r. a pierwszą połową 2021 r
  • W związku z tym Globalny wskaźnik niewypłacalności prawdopodobnie osiągnie rekordowy poziom, rosnąc o + 35% do 2021 r.
  • 2/3 krajów doświadczy szczytu wzrostu niewypłacalności jeszcze w bieżącym, 2020 roku, podczas gdy pozostałe kraje, zwłaszcza europejskie (w tym Francja, Wielka Brytania, w pewnym stopniu Niemcy, Polska) odnotują znaczące zwiększenie liczby upadłości w 2021 roku
  • Przedwczesne wycofanie politycznych środków wsparcia mogłoby pogorszyć sytuację, zwiększając wzrost liczby niewypłacalności od +5 punktów procentowych do +10 punktów procentowych 

Nawet w obecnym okresie, gdy gospodarki wychodzą z całkowitej blokady, Euler Hermes spodziewa się, że większość przypadków niewypłacalności ma dopiero nadejść, głównie między końcem 2020 r. a pierwszą połową 2021 r., w wyniku nierównych warunków początkowych, a także różnych strategii wznawiania produkcji i podejmowanych nadzwyczajnych środków politycznych, w szczególności dotyczących zgłaszania niewypłacalności (tymczasowe zmiany w systemach upadłościowych, inne formy ochrony dłużników – dające im więcej czasu i elastyczności w działaniu). Globalny wskaźnik niewypłacalności prawdopodobnie osiągnie rekordowy poziom, rosnąc o + 35% do 2021 r., skumulowany w okresie dwóch lat, przy czym w połowie krajów odnotuje on nowy rekord od czasu kryzysu finansowego w 2009 r.

Globalny Wskaźnik Niewypłacalności osiągnie w roku 2020 poziom, jaki obserwowaliśmy ostatnio w 2009 r., aby następnie osiągnąć nowy rekord w 2021 r. W przypadku połowy krajów wynik ten będzie najwyższy od czasu kryzysu finansowego. Chodzi w tym przypadku o kraje europejskie (Francja, Włochy, Hiszpania, Belgia, kraje skandynawskie), ale także o rynki wschodzące (Chiny, Brazylia, Rosja, Turcja, Polska). Głównymi wyjątkami powinny być Stany Zjednoczone, Japonia i Niemcy.

Gdzie sytuacja jest najpoważniejsza? Największe wzrosty odnotują Stany Zjednoczone (+ 57% do 2021 r. w porównaniu do 2019 r.), Brazylia (+ 45%), Chiny (+ 40%) i główne kraje europejskie, takie jak Wielka Brytania (+ 43%), Hiszpania ( + 41%), Włochy (+ 27%), Belgia (+ 26%), Francja (+ 25%) – Polska odpowiednio +24%.

Jednak decydenci polityczni muszą teraz zachować delikatną równowagę: przedwczesne wycofanie środków wspierających może zwiększyć wzrost liczby niewypłacalności o +5 punktów procentowych do nawet 10 punktów procentowych. A jeśli globalne ożywienie gospodarcze będzie wymagać więcej czasu, niż oczekiwano, wzrost może być silniejszy nawet o +50 punktów procentowych do 60 punktów procentowych. Wprowadzenie dodatkowych środków pomocowych lub przedłużenie obowiązywania istniejącego wsparcia dla przedsiębiorstw mogłoby ograniczyć niewypłacalność w perspektywie krótkoterminowej, ale również wesprzeć przedsiębiorstwa typu „zombie” (tzn. istniejące tylko dzięki kroplówce z zewnątrz, nie rokujące), zwiększając ryzyko większej liczby niewypłacalności w perspektywie średnio- i długoterminowej.

Zmiana liczby niewypłacalności w roku 2021 (poziom w roku 2021 w porównaniu z rokiem 2019 w %)

COVID-19 stworzył bombę zegarową niewypłacalności firm
Źródła: krajowe dane statystyczne, Solunion, Euler Hermes, Allianz Research

Także wiele polskich firm mając pustki w kasie, a nawet debet (środki pomocowe nie były w stanie pokryć wszystkich kosztów stałych, zobowiązań np. kredytowych czy leasingowych) kwalifikuje się do ogłoszenia niewypłacalności czy działań restrukturyzacyjnych.  Ale nie mogły tego zrobić, gdyż w czasie zamknięcia nie pracowały sądy, a co więcej – zawieszono obowiązek zgłaszania wniosków o niewypłacalność. Wstrzymane są działania egzekucyjne, dodano nową, już pozasądową de facto ścieżkę działań restrukturyzacyjnych. Wszystko w imię ochrony firm, ale przypatrując się bliżej – głównie dłużników, a nie wierzycieli. To oni – dostawcy, obok budżetu państwa ratować mają gospodarkę, obroty innych firm. Warto o tym pamiętać i chronić swój kapitał obrotowy, który nieprędko da się odbudować.  – Tomasz Starus, członek zarządu ds oceny ryzyka w Euler Hermes

Od 31 lipca krajowe dane geodezyjne dostępne bez opłat. Co to oznacza dla biznesu?

Dziś, 31 lipca, wchodzi w życie nowelizacja ustawy dot. prawa geodezyjnego i kartograficznego. Główny Geodeta Kraju, dr hab. inż. Waldemar Izdebski, wprowadził zmiany, według których znaczna część danych geodezyjnych będzie dostępna online i bez opłat.

Znowelizowane przepisy przewidują przede wszystkim przyspieszenie procesu inwestycyjnego dla geodetów, usprawnienie prowadzenia ewidencji gruntów i budynków oraz zapewnienie lepszego finansowania geodezji w powiatach.

 Jednak, co oznacza ten krok dla przedsiębiorcy?

  • Oszczędność kosztów i czasu uzyskania danych geodezyjnych;
  • usprawnienie procesu uwolnienia działek przez powiaty;
  • minimalizację formalności związanych z uzyskaniem potrzebnych materiałów;
  • wykorzystanie danych przestrzennych do usprawnienia bieżących procesów przedsiębiorstwa;
  • nowe możliwości biznesowe wynikające z analizy danych topograficznych i in.

„Wejście w życie znowelizowanej ustawy otwiera przed światem biznesu zupełnie nowe możliwości w zakresie wykorzystania danych przestrzennych. Dzięki uwolnieniu danych, przedsiębiorcy będą mogli samodzielnie wyszukiwać konkretne lokalizacje, nieruchomości czy działki wg określonych parametrów. Szczegółowe korzyści muszą dostrzec firmy działające w branży architektonicznej, budowlanej i pokrewnych, ale też na przykład fotowoltaiczne. Do tej pory proces ten był skomplikowany i czasochłonny, a dostęp do danych związany również z opłatami. Zmiany w prawie otworzą wiele drzwi przed firmami, które zdecydują się sięgnąć po tego typu informacje i zbudują w oparciu o nie swoją przewagę konkurencyjną. W zasięgu ręki mogą się znaleźć zdjęcia lotnicze całej Polski, mapy pokazujące wszystkie drogi, obiekty topograficzne czy zabudowania. Obecnie nie wiadomo jeszcze w jaki dokładnie sposób sektor publiczny udostępni uwolnione dane, natomiast niektóre Wojewódzkie Ośrodki Dokumentacji Geodezyjnej i Kartograficznej już rozpoczęły prace nad technologiami, które umożliwią im korzystanie z uwolnionych danych” – komentuje Sławomir Hemerling-Kowalczyk, prezes GIAP, członek zarządu Sputnik Software.

Szczegółowych odpowiedzi odnośnie otwierających się możliwości dla sektora biznesowego związanych z bezpłatnym dostępem do danych topograficznych chętnie udzieli Sławomir Hemerling-Kowalczyk, Prezes GIAP i Członek Zarządu Sputnik Software. Ekspert reprezentuje lidera polskiego rynku rozwiązań technologicznych dla sektora publicznego. Obecnie GIAP jako jedyna spółka w Polsce rozpoczął realizację prac nad oprogramowaniem, które umożliwi Wojewódzkim Ośrodkom Dokumentacji Geodezyjnej i Kartograficznej w województwach lubuskim i podkarpackim udostępnienie danych geodezyjnych mieszkańcom i przedsiębiorcom. Jeżeli mają Państwo dodatkowe pytania, zachęcamy do kontaktu mailowego, bądź rozmowy telefonicznej/online z ekspertem.

Taktyczna zmiana w przemyśle. Po pandemii branża postawi na reshoring

Tylko jedna na dziesięć pytanych firm z sektora wytwórczego deklaruje, że COVID-19 nie wpłynął na jej działalność, wynika z raportu amerykańskiej firmy Fictiv. Ogromna większość przedsiębiorstw przemysłowych odczuła na własnej skórze wpływ pandemii. Jak wynika z deklaracji menadżerów, przyczyną ich kłopotów był spadek sprzedaży i zachwianie równowagi w łańcuchu dostaw.

Jak wynika z raportu 2020 State of Manufacturing (SoM), za opracowanie którego odpowiada firma Fictiv, niemal 9 na 10 przedsiębiorstw przemysłowych odczuło negatywny wpływ koronawirusa na swoją działalność. Zaledwie 11% ankietowanych zadeklarowało, że nie odnotowali oni żadnych wahań.

Wyniki ankiety nie są zaskoczeniem. Dane GUS pokazywały, że wartość produkcji przemysłowej między marcem a majem spadała. Dopiero w czerwcu powróciła do poziomu sprzed roku. – zauważa Michał Górecko z BPSC i tłumaczy – W niektórych branżach, jak na przykład motoryzacyjnej, mocno zwolniła sprzedaż, co wpływało na mniejsze zamówienia u producentów komponentów do samochodów. – opisuje Dyrektor Sprzedaży ze śląskiej spółki dostarczającej zaawansowane oprogramowanie dla sektora przemysłowego.

Jak się okazuje, sytuacja w naszym kraju była podobna do tej panującej w innych częściach świata. Według opinii 44% respondentów badania SoM 2020, gorsza sytuacja ich firmy była efektem spadku koniunktury na rynku. Niewiele mniejszy odsetek pytanych (41%) deklaruje, że głównym powodem problemów jest wzrost kosztów materiałów i komponentów oraz wydłużenie czasu produkcji.

Ostrożnie z offshoringiem

A co przyniesie najbliższa przyszłość? Jak wynika ze wspomnianego raportu, aż 84% pytanych menadżerów twierdzi, że w porównaniu z okresem sprzed pandemii, w nowej rzeczywistości będą zdecydowanie bardziej ostrożnie podchodzić do offshoringu, czyli procesu przeniesienia wybranych procesów przedsiębiorstwa za granicę.

Aż 73% pytanych będzie dążyła do tego, by zminimalizować swoją zależność od Państwa Środka. Jednak nie dojdzie do całkowitej rezygnacji z usług chińskich podwykonawców. 3 na 4 pytane firmy nadal zaopatrywać się będą w Azji, ale przybywa przedsiębiorstw, które planują przenieść produkcję bliżej swoich głównych rynków.

Od kilku lat coraz więcej mówi się o reindustralizacji i reshoringu. Ta dyskusja zaczęła się po kryzysie z 2008 roku, po którym kolejni producenci decydowali się na przeniesienie produkcji bliżej macierzystych rynków. Jednak wciąż znaczna część globalnych łańcuchów wartości zaczyna się w Chinach, co z pewnością nie ulegnie zmianie z dnia na dzień. – zauważa Michał Górecko z BPSC.

Podobnego zdania jest Jean Olivieri, dyrektor operacyjny Fictiv, który mówi:

Chiny nadal oferują szereg korzyści w zakresie infrastruktury i możliwości produkcyjnych, co czyni je stabilną częścią ważnego ogniwa w łańcuchu dostaw, w niemal każdej branży.

Zdaniem przedstawiciela polskiej spółki technologicznej BPSC, w najbliższym czasie możemy się spodziewać sporych inwestycji w IT branży logistycznej.

Menadżerowie zarządzający łańcuchem dostaw wsparcia będą szukali w technologii. Inwestycja w zaawansowane IT będzie podstawą do budowy każdego sprawnego, odpornego na zawirowania rynkowe i responsywnego łańcucha dostaw, który dopasuje się do różnych lokalizacji i popytu. – tłumaczy Sławomir Kuźniak, Dyrektor ds. Zarządzania Produktem z śląskiej spółki IT.

Nowe możliwości w nowej rzeczywistości

97% ankietowanych jest przekonanych, że COVID-19 stworzył nowe możliwości dla biznesu. Zdaniem menadżerów, drzwi, które uchyliła przed przemysłem pandemia, można będzie otworzyć szerzej dzięki technologii, wykorzystując pojawiające się okazje. Aż 87% kadry kierowniczej globalnych firm produkcyjnych deklaruje, że w najbliższym czasie transformacja cyfrowa ich przedsiębiorstw będzie miała wysoki priorytet.

Przybywa świadomych menadżerów, którzy zdają sobie sprawę, że prowadzenie biznesu, zdobywanie klientów czy odpowiedzialna praktyka kadrowa, uzależnione są od technologii. To przekłada się na inwestycje, bo biznes wciąż nie nasycił się komputerową innowacją. – mówi Michał Górecko i dodaje – Gdy spojrzymy na przedstawicieli dowolnej branży, z łatwością zauważymy że ci, którzy mogli pochwalić się wyższym poziomem ucyfrowienia, zdecydowanie lepiej radzili sobie w nowej rzeczywistości. Byli bardziej elastyczni i zwinni. – kończy ekspert z katowickiej firmy.

Czy koronawirus pokazał menadżerom, że inwestycja w IT przynosi zwrot z inwestycji? Odpowiedź znajdziemy w danych IDC. Zdaniem analityków pracujących w tej firmie doradczej, pomimo pandemii w 2020, przedsiębiorcy na projekty cyfrowe przeznaczą o 10% więcej niż przed rokiem.

Duża zmienność cen akcji i wysokie obroty na GPW w I połowie 2020 r.

  • W pierwszym półroczu 2020 r. wartość obrotów akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła rekordowe 131 mld zł. Największym zainteresowaniem inwestorów cieszyły się branże: finanse, handel i usługi oraz paliwa i energia
  • W tym samym czasie największe w historii obroty w wysokości ponad 4 mld zł zanotowały akcje z NewConnect. Najwięcej handlowano akcjami spółek z segmentów: gry komputerowe, biotechnologia oraz energia odnawialna

Pandemia koronawirusa spowodowała dużą zmienność cen akcji i innych instrumentów finansowych  notowanych na giełdach na całym świecie, w tym w Polsce. W pierwszym półroczu 2020 r. wartość obrotów akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła rekordowe ponad 131 mld zł, z czego największa aktywność inwestorów była w czerwcu. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku na GPW zadebiutowało 5 spółek: jedna na Głównym Rynku i cztery na rynku NewConnect. Kolejna spółka zadebiutowała na Głównym Rynku w lipcu br.

Tablica 1. Zmiana wartości indeksów w I półroczu 2020 r.Duża zmienność cen akcji i wysokie obroty na GPW w I połowie 2020 r.

Źródło: GPW

Wysoka zmienność spowodowała w pierwszym kwartale, że giełdy w całej Europie notowały rekordowe wartości obrotów. Dynamiczne odbicie indeksów w drugim półroczu sprawiło, że rekordowe obroty utrzymały się również w drugim kwartale. Gwałtowne spadki, a następnie wzrosty kursów akcji przyciągnęły na rynek kapitałowy nowych inwestorów. W pierwszym półroczu w domach maklerskich zostało otwartych ponad 70 tys. nowych rachunków inwestycyjnych. Liczymy, że większość z tych inwestorów pozostanie na rynku kapitałowym na dłużej – mówi Marek Dietl, Prezes GPW.

Tablica 2. Obroty na Głównym Rynku akcji w podziale na sektory w pierwszym półroczu 2020 r.Duża zmienność cen akcji i wysokie obroty na GPW w I połowie 2020 r. 2

Źródło: GPW

Indeksy

Największe wartościowo obroty na Głównym Rynku GPW w pierwszej połowie 2020 r. generowały takie sektory, jak finanse, paliwa i energia czy handel i usługi. Niewątpliwym liderem wzrostów cen akcji pierwszego półrocza są spółki z branży technologii i gamingu. Wartość indeksu WIG.GAMES, w którego skład wchodzą najwięksi producenci gier notowani na Głównym Rynku GPW, od początku roku wzrosła o niemal dwie trzecie.

Tablica 3. Zmiana wartości indeksu WIG.GAMES w danym miesiącu I półrocza 2020 r.

Duża zmienność cen akcji i wysokie obroty na GPW w I połowie 2020 r. 3Źródło: GPW

Tablica 4. Największe wzrosty indeksów na GR GPW w I półroczu 2020 r. (%)Duża zmienność cen akcji i wysokie obroty na GPW w I połowie 2020 r. 4

Źródło: GPW

W obszarze technologii drożały akcje spółek wchodzących w skład indeksów WIGTech i WIG-informatyka. Ten pierwszy urósł w 1H2020 o ponad dwa razy więcej niż w drugiej połowie 2019 r. Najlepszym miesiącem w tym roku dla WIGTech był kwiecień, kiedy jego wartość wzrosła o ponad 20%. Pomimo pandemii koronawirusa, dobrze sobie radził również indeks sWIG80. Na koniec czerwca jego wartość wzrosła o ponad 11% od początku roku.

Instrumenty pochodne

W pierwszej połowie 2020 r. wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł ponad 5,8 mln i wzrósł w porównaniu z I połową 2019 r. o 76,6%. Wartościowo derywaty odpowiadały za 43% wszystkich obrotów na GPW. Najpopularniejszym instrumentem w tej kategorii pozostają kontrakty na indeksy, które stanowiły ponad połowę obrotów instrumentami pochodnymi na GPW w pierwszej połowie tego roku.

Tablica 5. Wolumen derywatów na GPW w I półroczu 2020 r.

Duża zmienność cen akcji i wysokie obroty na GPW w I połowie 2020 r. 5
Źródło: GPW

ETP

Łączna wartość obrotów produktami ETP (ang. Exchange Traded Products) na GPW, które obejmują fundusze ETF i produkty strukturyzowane, wyniosła w pierwszej połowie 2020 r. niemal 2 mld zł. Z tego największym zainteresowaniem inwestorów cieszyły się produkty strukturyzowane, których obroty sięgnęły ponad 1,5 mld zł w ramach 223 tys. transakcji. Warto przy tym zauważyć, że obroty tymi instrumentami w całym 2019 r. wyniosły 1,31 mld zł.

Polscy inwestorzy doceniają fakt, że produkty strukturyzowane notowane na GPW dają ekspozycję na aktywa, do których inwestorzy indywidualni nie mają bezpośredniego dostępu (np. ropa, gaz, metale szlachetne). Aby zacząć inwestować w struktury oparte na indeksach, akcjach czy surowcach z rynków zagranicznych wystarczy posiadać standardowy rachunek maklerski. W ostatnich latach aktywnie dołączają do GPW nowi emitenci produktów strukturyzowanych, w tym z grona największych w  Europie. Bardzo cieszymy się, że stwarzane przez nas warunki do wprowadzania i notowania produktów strukturyzowanych sprzyjają zarówno inwestorom, jak i emitentom – mówi Izabela Olszewska, członek zarządu GPW.

NewConnect

Liczba spółek notowanych na rynku NewConnect na koniec czerwca wyniosła 372. Obroty na tym rynku osiągnęły w pierwszej połowie 2020 r. historyczny rekord w wysokości 4,1 mld zł, co oznacza wzrost o 550% w porównaniu z I połową 2019, a w samym kwietniu przekroczyły 1 mld zł. Z kolei wartość indeksu  spółek z tego rynku – NCIndex – od początku roku wzrosła o 91,6%. W lipcu natomiast NewConnect kilka razy osiągnął historyczny rekord dziennych obrotów sesyjnych, który obecnie wynosi 204 mln zł.

Tablica 6. Wartość indeksu NCIndex na koniec danego miesiąca I półrocza 2020 r.

Duża zmienność cen akcji i wysokie obroty na GPW w I połowie 2020 r. 6Źródło: GPW

Cieszy nas wzrost obrotów na  NewConnect w I połowie 2020 r. i rosnąca liczba inwestorów na tym rynku.   Niski poziom stóp procentowych sprzyja rynkowi kapitałowemu, wielu inwestorów szuka alternatywnych do lokat bankowych sposobów inwestowania wolnych środków. Na rynku NewConnect notowanych jest wiele spółek z perspektywicznych sektorów, o dużym potencjale wzrostu i cieszymy się, że zostały one zauważone przez inwestorów – mówi Piotr Borowski, Członek Zarządu GPW.

Tablica 7. TOP 10 segmentów pod względem obrotów na NewConnect w I półroczu 2020 r. (tys. zł)Duża zmienność cen akcji i wysokie obroty na GPW w I połowie 2020 r. 7

Źródło: GPW

Catalyst

Rynek obligacji Catalyst z końcem czerwca liczył 135 emitentów. W I połowie 2020 r. BGK i PFR wprowadziły do obrotu wtórnego na rynku Catalyst obligacje o wartości ponad 104 mld zł w ramach Funduszu Przeciwdziałania COVID-19. Wartość obrotów obligacjami na Catalyst w tym okresie wyniosła 1,4 mld zł, z czego prawie 900 mln zł to obligacje korporacyjne, 430 mln zł – skarbowe i BGK oraz 0,45 mln zł – komunalne. Skarb Państwa i BGK wprowadziły na Catalyst obligacje o łącznej wartości 890 mln zł. Z kolei wartość nowych emisji obligacji spółek wyniosła 67,7 mln zł, a miast i gmin – 25,6 mln zł.

Tablica 8. Udział emitentów w obrotach na rynku Catalyst w I półroczu 2020 r.

Duża zmienność cen akcji i wysokie obroty na GPW w I połowie 2020 r. 8Źródło: GPW

Untold Tales nową spółką QubicGames

QubicGames zawiązał nową spółkę – Untold Tales S.A. Będzie ona prowadziła działalność wydawniczą w zakresie gier wideo na komputery PC/Mac oraz konsole, w tym konsole nowych generacji. Pierwszymi projektami wydawniczymi Untold Tales będą gry The Hong Kong Massacre oraz Beautiful Desolation, z których pierwsza będzie miała swoją premierę na konsolę Nintendo Switch jeszcze w tym roku, a druga zostanie wydana na konsole Nintendo Switch i Sony PS4 na początku 2021 roku. Kapitał zakładowy Untold Tales wynosi 1.000.000,00 zł i  został objęty w 100% przez QubicGames.

Bezpieczeństwo dostaw energii elektrycznej wymaga przemyślanych działań i inwestycji

Polski system elektroenergetyczny ma się tego lata całkiem dobrze. Nie doskwierają nam upały – co zmniejsza zapotrzebowanie na prąd, który podczas gorących dni zasila urządzenia klimatyzujące. Mniej prądu zużywa również gospodarka, która ze względu na koronawirusa przeszła pewną reorganizację – część pracowników pracuje zdalnie, a część przedsiębiorstw nie prowadzi produkcji i usług. Dodatkowo deszczowa pogoda sprawia, że nie brakuje wody do chłodzenia reaktorów w elektrowniach. To wszystko składa się na komfortowe i lekkie lato dla przemysłu elektroenergetycznego. A jednak spotykają nas problemy i awarie. Zalanie instalacji w elektrowni Bełchatów i mniejsze usterki w kilku innych elektrowniach węglowych oraz gazowych sprawiły, że pod koniec czerwca w polskim systemie elektroenergetycznym zabrakło aż 7GW mocy. Wymusiło to zawyżony import mocy z krajów sąsiednich – który tylko 22 czerwca wyniósł aż 3GW. Czemu zdarzają się takie sytuacje, mimo dobrej pogody i mniejszego popytu?

– Awarie i nieplanowane remonty zbiegły się w czasie z ulewnymi deszczami, które w niektórych elektrowniach zalały między innymi systemy nawęglania. Była to między innymi największa w Polsce elektrownia w Bełchatowie, która produkuje około 20% energii elektrycznej w naszym kraju. Problemy miały także elektrownie w Kozienicach, w Dolnej Odrze, elektrownia gazowo-parowa we Włocławku i elektrownia w Opolu. To wszystko sprawiło że mieliśmy problem w dostawach energii elektrycznej – powiedział serwisowi eNewsroom Bartłomiej Sawicki, redaktor portalu Biznesalert.pl. – Te wydarzenia pokazały, że naszym największym wyzwaniem nie są blackouty, pojawiające się przy upalnej pogodzie. Nie są to również przestarzałe jednostki wytwórcze, opalane węglem – bo awarii uległy także najnowocześniejsze bloki węglowe. Największym problemem polskiego systemu elektroenergetycznego jest brak dywersyfikacji. Nasz system powinien podążać w stronę mniejszych elektrowni o mniejszej mocy, ale bardziej odpornych na usterki i zawirowania pogodowe. Powinny to być również źródła rozproszone – tak, aby nasz system elektroenergetyczny nie opierał się wyłącznie na jednym paliwie. Obecnie energia węglowa stanowi aż 73% całej energii elektrycznej w polskim systemie. Ta liczba z roku na rok spada, jednak wciąż jest bardzo pokaźna – zwraca uwagę Sawicki.

Stanowisko Polskiej Rady Biznesu w sprawie proponowanej przez rząd podwyżki płacy minimalnej w 2021 roku

Rząd bez konsultacji z przedsiębiorcami i pracodawcami zaproponował skokową podwyżkę minimalnego wynagrodzenia w gospodarce w przyszłym roku do 2800 PLN brutto z 2600 PLN w roku bieżącym. Stanowczo protestujemy przeciwko tak lekkomyślnej polityce, która nie uwzględnia obecnych realiów gospodarczych i skutków światowego kryzysu gospodarczego wywołanego pandemią COVID-19.

Zgodnie z najnowszą propozycją rządu, godzinowa minimalna stawka ma wzrosnąć z 17 PLN do 18,30 PLN, czyli o 8%! Oznacza to niemal dwukrotnie wyższy wzrost niż zakładają obowiązujące uregulowania budżetowe. Ręczne sterowanie tym wzrostem może się dla wielu firm, walczących ze skutkami kryzysu, skończyć bankructwem i doprowadzić do utraty tysięcy miejsc pracy.

Podejmując jednostronną decyzję o wzroście płacy minimalnej, rząd ignoruje bieżące warunki ekonomiczne i – co gorsza – lekceważy partnerów dialogu społecznego. Tego rodzaju decyzje powinny być konsultowane z organizacjami przedsiębiorców i pracodawców, gdyż to oni ponoszą ostatecznie koszty wzrostu płac.

Działania rządu są tym bardziej godne ubolewania, że przechodzimy obecnie najgłębszy od czasu transformacji kryzys i poważną recesję. Stoją także w jaskrawej sprzeczności z programem utrzymania miejsc pracy wspieranym przez rząd ze środków publicznych. Dlatego wzywamy rząd do przestrzegania prawa, poszanowania ekonomicznej racjonalności, uwzględniania uwarunkowań rynkowych i przestrzegamy przed negatywnymi skutkami podejmowanych jednostronnie działań mających wpływ na wzrost kosztów przedsiębiorców w warunkach daleko idącej niepewności.

W wakacje aktywni stają się oszuści i cyberprzestępcy. Urlopowicze muszą uważać na bezpieczeństwo swoich finansów i danych

Polacy podczas wakacji muszą chronić się nie tylko przed zakażeniem koronawirusem, ale także zadbać o inne środki bezpieczeństwa, by nie stać się ofiarą oszustów i nie stracić oszczędności. W ostatnich dniach coraz popularniejsze wśród przestępców staje się „oszustwo na bon turystyczny”, w którym próbują wyłudzić pieniądze, dzwoniąc do potencjalnych beneficjentów tego programu. Polacy czujni muszą jednak być już na etapie planowania wyjazdów. Latem bowiem wyjątkowo aktywni stają się także cyberprzestępcy. 

W tym roku na okres urlopowy nakłada się pandemia koronawirusa, która kieruje naszą uwagę głównie na zdrowie, a niekoniecznie bezpieczeństwo finansowe. Tymczasem polska Policja alarmuje, że coraz powszechniejsze staje się wyłudzanie pieniędzy metodą na „bon turystyczny”, który jeszcze nawet nie jest wypłacany. Przestępcy dzwonią do potencjalnych ofiar, podszywając się za pracowników Ministerstwa Rozwoju, i próbują nakłonić do skorzystania ze specjalnej oferty na voucher urlopowy, jednak warunkiem jest wpłata na podane konto pieniędzy za cztery dodatkowe dni pobytu.

Łatwowierność i brak czujności próbują wykorzystywać także cyberprzestępcy.

– Cyberprzestępcy chętnie klonują wygląd popularnych serwisów, m.in. umożliwiających rezerwowanie wczasów, i umieszczają taką stronę pod adresem, który łudząco przypomina adres oryginalnej witryny. Przykład: rnojewakacje.pl (połączone r i n zamiast m – przyp. red.) zamiast mojewakacje.pl albo znanebiuropodrozy-superwakacje.pl zamiast znanebiuropodrozy.pl. Wszystkie oferty oszustów są niezwykle atrakcyjne, dzięki czemu łatwo przyciągają naszą uwagę – wskazuje Daniel Świątek, specjalista ds. ryzyk cybernetycznych w Biurze Hestia Corporate Solutions w ERGO Hestii.

Coraz częściej cyberprzestępcy próbują podszywać się także pod banki. Santander Bank Polska zwrócił niedawno uwagę, że jego klienci zgłaszają próby wyłudzenia pieniędzy. Oszuści proszą o zalogowanie się na stronie internetowej, wpłatę części kosztów wyjazdu i pobranie z niej vouchera. Proszą często także o podanie loginu i hasła do bankowości internetowej lub danych karty.

Lato to okres wzmożonej aktywności zarówno cyberprzestępców, jak i tradycyjnych złodziei, którzy chcą wyłudzić nasze dane lub pieniądze. Czujność należy więc zachować już w trakcie meldowania się w hotelu.

– Podczas meldowania się w hotelu lub wypożyczania sprzętu może też zaistnieć konieczność okazania dowodu osobistego. To nie powinno budzić zastrzeżeń. Niebezpieczne jest jednak jego pozostawienie (jako np. gwarancja w wypożyczalni) lub zeskanowanie. Nie należy się na to zgadzać, ponieważ posiadacz kopii dokumentu tożsamości może np. zaciągnąć pożyczkę w instytucjach parabankowych – tłumaczy Daniel Świątek.

Taki skan dowodu może zostać dołączony do naszej rezerwacji i być przechowywany nawet po naszym wyjeździe. W momencie, gdy cyberprzestępca włamie się w późniejszym czasie (a odnotowano takie przypadki) do systemów informatycznych w hotelu, oprócz naszych danych osobowych dołączonych do rezerwacji uzyska dostęp do skanu dowodu. To dawałoby mu większe możliwości zaciągania zobowiązań niż tylko same dane.

Jak podkreśla ekspert, na skanowanie dokumentów tożsamości można się zgodzić jedynie pod warunkiem naniesienia własnoręcznego znaku wodnego na wykonany skan. To pozwoli zidentyfikować źródło wycieku w momencie, gdy baza rezerwacji zostanie udostępniona w internecie.

– Jeżeli po przyjeździe do hotelu okazuje się, że skan dowodu osobistego jest wymagany do zameldowania, należy zadbać o napisanie na jego kserokopii następującej informacji: „skan dowodu na potrzeby zameldowania w hotelu X”. Adnotacja powinna być umieszczona na całej długości i po obu stronach kopii dowodu – tłumaczy specjalista ERGO Hestii.

O bezpieczeństwo trzeba też zadbać w podróży. W samolocie, pociągu czy autobusie nie należy przeglądać salda rachunku bankowego ani innych wrażliwych danych, które mogą być widoczne dla osoby siedzącej obok lub z tyłu. Dobrym pomysłem jest też zminimalizowanie liczby informacji widocznych na karcie płatniczej. Wyciągając ją z portfela w sklepie czy przy kasie, często nieświadomie pokazujemy zawarte na niej dane (imię i nazwisko, numer karty, datę ważności i kod CVV) osobom postronnym. Aby tego uniknąć, można np. zakleić takie informacje nieprzeźroczystą taśmą. Jeżeli nie będzie w żadnym miejscu odstawać ani nie będzie zadarta, kartę wciąż bez problemu można włożyć do terminala lub bankomatu.

Eksperci ERGO Hestii podkreślają, że wypłata gotówki z bankomatów też nie jest w pełni bezpieczna. Przestępcy stosują bowiem skimmery, czyli urządzenia do kopiowania danych z kart płatniczych.

– Tego rodzaju urządzenia są czasami trudne do wykrycia, dlatego bezpieczniejszą alternatywą będzie wypłacanie gotówki z zastosowaniem kodu BLIK albo bezpośrednio u kasjera w placówce banku. Dobrym pomysłem jest również ustawienie na karcie limitów płatności bezgotówkowych, wypłat pieniędzy z bankomatu oraz transakcji internetowych. W razie potrzeby zawsze możemy na chwilę przed większą transakcją tymczasowo zwiększyć limit pozwalający na wykonanie kolejnej operacji – wyjaśnia Daniel Świątek.

Również BLIK jest wykorzystywany przez oszustów, którzy próbują w ten sposób wyłudzić pieniądze od znajomych ofiary. Cyberprzestępcy uzyskują najpierw dostęp do konta w mediach społecznościowych danej osoby (np. podczas kampanii phishingowej, clickbaitów czy clickjackingu połączonego z fake newsami), a następnie rozsyłają do jej znajomych profilowane wiadomości z prośbą o przelew. Kiedy dotrze do nas taka wiadomość, lepiej nie przesyłać pieniędzy bez weryfikacji tej prośby u znajomego.

Media społecznościowe służą też oszustom do śledzenia ofiary w realnym świecie. Dlatego z dużym ryzykiem wiąże się zamieszczanie relacji z urlopu na Facebooku czy Instagramie.

– Instagram, Facebook oraz inne media społecznościowe sprawiły, że coraz chętniej dzielimy się naszym życiem prywatnym z innymi. Powszechne stało się meldowanie w miejscach, które odwiedzamy, lub wstawianie zdjęć pokazujących, gdzie i jak dobrze się bawimy. W pewnych okolicznościach może to przynieść efekty uboczne. Gdy się publicznie informuje innych o swoich planach urlopowych lub na bieżąco zamieszcza zdjęcia z miejsc, w których aktualnie się przebywa, jednocześnie daje się znać przestępcom, że mieszkanie jest puste – wskazuje ekspert ERGO Hestii.

Podkreśla, że pieniądze z każdej transakcji, która nosi znamiona oszustwa, można jednak odzyskać.

– Jeżeli nasze konto zostało wielokrotnie obciążone za daną transakcję lub nie jesteśmy usatysfakcjonowani z tego, co otrzymaliśmy, np. widok z okna w hotelowym pokoju na śmietniki zamiast na zagwarantowane w trakcie rezerwacji morze, możemy odzyskać nasze środki, jeśli płaciliśmy kartą płatniczą i ostatecznie nie doszliśmy do porozumienia ze sprzedawcą. Ważne, aby odpowiednio udokumentować daną sprawę, zachowując paragon czy potwierdzenie rezerwacji w hotelu. W każdym z tych przypadków możemy złożyć w banku reklamację danej transakcji, powołując się na procedurę obciążenia zwrotnego – chargeback. Warto wcześniej zapoznać się z jej szczegółami, aby wiedzieć, co dokładnie możemy reklamować i jakie warunki musimy spełnić, by została ona pozytywnie rozpatrzona. Z tego też powodu rekomendujemy płatności kartą podczas wakacji – wskazuje Daniel Świątek.

Poprawia się kondycja finansowa małych i średnich przedsiębiorstw. Powrót koniunktury możliwy jednak najwcześniej w połowie 2021 roku

Pakiety pomocowe dla firm i odmrożenie gospodarki sprawiły, że stopniowo poprawia się sytuacja mikro-, małych i średnich firm. Podobnie jak ich nastroje. Wskaźnik Barometru EFL po raz pierwszy od III kwartału 2019 roku przekroczył 50 pkt, co wskazuje na korzystną ocenę warunków do rozwoju sektora MŚP. Mimo to przedsiębiorcy mniej optymistycznie niż w maju patrzą na perspektywy powrotu do stanu sprzed pandemii. – Wszystko zależy od sytuacji epidemiologicznej, jednak gospodarka najwcześniej w połowie 2021 roku powróci do poziomu aktywności sprzed kilku miesięcy – ocenia Łukasz Kozłowski,  główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.

– Obecna sytuacja mikro- i małych przedsiębiorstw po wygaśnięciu części instrumentów w ramach tarczy antykryzysowej jest względnie stabilna. Pomogły w tym zwolnienia na okres trzech miesięcy z obowiązku płacenia składek na ubezpieczenia społeczne oraz wypłaty postojowego, dzięki czemu poprawiła się płynność finansowa firm. Poza tym gospodarka już w znacznym stopniu się odmroziła, więc firmy mają możliwość generowania przychodów na pokrycie bieżących zobowiązań finansowych – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Kozłowski.

Do 16 lipca Zakład Ubezpieczeń Społecznych wypłacił ponad 2,2 mln świadczeń postojowych dla osób prowadzących działalność gospodarczą i osób na umowach cywilnoprawnych na łączną kwotę 4,3 mld zł. Z kolei umorzenia składek za marzec, kwiecień i maj przekroczyły 7,5 mld zł. To zobowiązania ok. 2 mln firm za 6,5 mln osób ubezpieczonych. Zdaniem eksperta firmy nie będą miały problemów, żeby regulować kolejne zobowiązania.

– Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że nie wygasła całość pomocy, jaką firmy mogły otrzymywać w ramach wsparcia antykryzysowego. Tarcza finansowa jest instrumentem długoterminowym, a kwoty przyznawane w ramach tych subwencji są znacznie wyższe. W przypadku mikrofirm mogą one sięgać 300 tys. zł, a w przypadku firm małych, zatrudniających do 49 pracowników, są jeszcze wyższe. Są to zobowiązania, których spłata jest rozłożona na okres powyżej jednego roku, na ogół na dwa do trzech lat, więc firmy raczej nie powinny narzekać na brak płynności finansowej – wyjaśnia główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Jak informuje Polski Fundusz Rozwoju, odpowiedzialny za tarczę finansową, do 28 lipca skorzystało z niej ponad 335 tys. firm zatrudniających łącznie ponad 3 mln pracowników. Za pośrednictwem banków trafiło do nich prawie 60 mld zł, z tego 18,2 mld do mikrofirm, a 42 mld do małych i średnich. Jak wskazuje Kozłowski, w Polsce, podobnie jak w większości krajów UE, władze postawiły na wsparcie firm, w przeciwieństwie np. do USA, i to było dobre posunięcie.

– W Stanach Zjednoczonych duża część wsparcia nie była kierowana bezpośrednio do firm, tylko do pracowników, osób, które straciły pracę. Część firm, by zredukować ponoszone przez siebie koszty, wręcz zachęcała pracowników do tego, by odchodzili i pobierali zasiłki, które w niektórych przypadkach były nawet wyższe niż ich wynagrodzenie w okresie przed pandemią – wskazuje ekonomista FPP. – W państwach UE dużo większe było wsparcie ukierunkowane na utrzymanie miejsc pracy, dzięki czemu wzrost bezrobocia był znacznie niższy niż w USA. W sytuacji, kiedy nie będzie kolejnych fal pandemii, przywrócenie aktywności gospodarczej po wygaśnięciu większości obostrzeń będzie sprawniejsze i szybsze.

Barometr EFL wskazuje, że nastroje wśród polskich przedsiębiorców się poprawiają. To nie zmienia faktu, że nieco bardziej realistycznie niż jeszcze w maju patrzą na perspektywy powrotu do normalnego działania. 40 proc. badanych przez EFL firm z sektora MŚP wierzy, że koniunktura wróci do ich branży w przyszłym roku. W maju odsetek ten sięgał 58 proc. Tylko 6 proc. liczy, że stanie się to w ciągu kilku miesięcy (poprzednio 18 proc.), za to dwukrotnie wyższy jest odsetek tych przedsiębiorców, którzy wskazują na okres dwóch–trzech lat (z 19 proc. w maju do 39 proc. na przełomie czerwca i lipca). Jednocześnie zwiększa się grupa firm, których zdaniem koronawirus nie odciśnie piętna na gospodarce.

Sytuacja zależy jednak od działalności – firmom z branży eventowej, usług bezpośrednich czy związanym z turystyką trudniej będzie odrobić straty.

– Niepewność, czy pandemia już odeszła na dobre, czy też będziemy mieli do czynienia z kolejnymi falami, blokuje decyzje inwestycyjne. Na pewno proces odbudowy gospodarki w pewnym momencie zacznie hamować i będzie znacznie trudniejszy. Dopiero w perspektywie połowy, być może końcówki 2021 roku będziemy mogli mówić o tym, że gospodarka powróciła do takiego poziomu aktywności, z jakim mieliśmy do czynienia na przełomie 2019 i 2020 roku – przekonuje Łukasz Kozłowski.

Trudno też na razie oszacować, ile firm upadnie na skutek pandemii koronawirusa. Jak podaje Coface, w I połowie 2020 roku sądy ogłosiły upadłość i restrukturyzację 452 firm, nieznacznie mniej niż w analogicznym okresie 2019 roku (467), jednak fala bankructw może dopiero nadejść.

 Wydaje się, że większość firm będzie w stanie przetrwać kryzys, ponieważ otrzymały odpowiednio duże wsparcie płynnościowe, a okres lockdownu gospodarczego nie był aż tak długi. Jeśli będzie realizował się bardziej negatywny scenariusz, to skala likwidacji działalności gospodarczej będzie znacznie większa. Paradoksalnie zaobserwowaliśmy za to wzrost liczby płatników składek zarejestrowanych w ZUS-ie i boom na mikrodziałalność gospodarczą, bo w niektórych sektorach, jak transport i logistyka, popyt na pracę realizowaną przez mikrofirmy się  zwiększył – analizuje główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Kredyty gotówkowe w dużej zapaści. Polacy mają coraz więcej problemów ze spłatą swoich zobowiązań

W I połowie roku Polacy zaciągnęli mniej kredytów niż przed rokiem. Spadki dotyczyły wszystkich produktów – największe zanotowały karty kredytowe, kredyty gotówkowe i pożyczki pozabankowe. Najłagodniej kryzys przeszły kredyty mieszkaniowe i ratalne. – W II półroczu oczekujemy odbicia w każdej kategorii, ale nie zrekompensuje to dotychczasowych spadków – mówi dr Mariusz Cholewa, prezes Biura Informacji Kredytowej. Co istotne, pogorszyła się również spłacalność kredytów, zarówno wśród klientów indywidualnych, jak i przedsiębiorców.

– Pierwsze półrocze 2020 roku to był trudny okres dla rynku kredytowego. Polacy zaciągnęli 31 mld zł kredytów mieszkaniowych i w tej kategorii był najmniejszy spadek, bo o 0,4 proc. w stosunku do I półrocza 2019 roku. Kredytów gotówkowych było natomiast 25 mld zł i to już jest spadek o ponad 30 proc. w stosunku do roku ubiegłego. Z kolei kredytów ratalnych banki udzieliły 6,5 mld zł i tam jest spadek o niecałe 6 pkt proc. – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Mariusz Cholewa.

Największe spadki wartościowe dostrzegalne były w dwóch kategoriach: karty kredytowe (o 41,6 proc.) oraz pożyczki pozabankowe (o 35,7 proc.).

Tempo spadków różnie rozkładało się w poszczególnych okresach I połowy roku. O ile pierwsze dwa miesiące przyniosły bardzo pozytywny wynik, o tyle już marzec, czyli pierwszy miesiąc pandemii koronawirusa w Polsce, mocno zachwiał sprzedażą w każdej z kategorii kredytów i pożyczek, a spadki sięgały kilkudziesięciu procent.

– To trwało mniej więcej do końca kwietnia. Maj był lepszy, bo widzieliśmy odbicie, a czerwiec już był bardzo przyzwoity. W niektórych kategoriach, jak np. w przypadku kredytów ratalnych, był lepszy niż czerwiec roku 2019 – podkreśla prezes Biura Informacji Kredytowej. – Nastąpiło poluzowanie gospodarki, więc Polacy chętniej zaciągają kredyty.

W przypadku kredytów gotówkowych średni poziom zapytań o nowe produkty do bazy BIK w czerwcu stanowił już 97 proc. poziomu sprzed roku. W ostatnich tygodniach odbudował się także popyt na kredyty hipoteczne. Wynika to stąd, że klienci chcą skorzystać z najniższych w historii stóp procentowych, które wpływają na koszt pożyczanego pieniądza, a także uciekają w ten sposób przed rosnącą inflacją. Z kolei w branży pożyczek pozabankowych, mimo procesu odmrażania gospodarki, utrzymują się bardzo duże spadki, rzędu 50–60 proc. względem I połowy 2019 roku.

– Po I półroczu widzimy, że ryzyko kredytowe rośnie. Większa jest grupa klientów indywidualnych i przedsiębiorców, którzy przestają spłacać kredyty. Prezentowany przez nas BIK Indeks Jakości portfela kredytów gotówkowych osiągnął rekordowy wskaźnik 7 pkt proc. Tylko w czerwcu wartość takich kredytów, które osiągnęły przeterminowanie na poziomie powyżej 90 dni, wyniosła około 700 mln zł. Takich kwot nie obserwowaliśmy od długiego czasu – mówi dr Mariusz Cholewa.

Pogorszeniu uległy również wskaźniki dla innych kategorii kredytów. O ile poziom szkodowości kredytów mieszkaniowych i ratalnych pozostaje niski (odpowiednio 0,86 proc. i 2,14 proc.), o tyle już w przypadku kredytów gotówkowych i kart kredytowych budzi niepokój (odpowiednio 6,67 proc. oraz 4,61 proc.). Co istotne, część kredytobiorców korzysta z wakacji kredytowych, dlatego dopiero pod koniec roku będzie można w pełni ocenić wpływ pandemii na spłacalność zobowiązań.

Związany z tym wzrost ryzyka powoduje, że banki ostrożniej podchodzą do udzielania kredytów i oceny zdolności kredytowej klientów, koncentrując się raczej na tych osobach, które mają wysokie zarobki i pozytywną historię kredytową. To jeden z czynników, który może wpłynąć na ograniczenie akcji kredytowej również w II połowie roku.

– Szacujemy, że w II połowie roku Polacy zaciągną 30 mld zł kredytów gotówkowych, czyli o 19 proc. więcej niż w I półroczu, ale w skali całego roku to i tak będzie o 23 proc. mniej niż w roku poprzednim [55,2 mld zł vs. 72 mld zł w 2019 roku – red.]. W przypadku kredytów ratalnych szacujemy duży wzrost, o ponad 30 proc., półrocze do półrocza, dzięki czemu ich wartość wyniesie około 9 mld zł, ale nadal to nie zrekompensuje spadku z I półrocza i nie osiągniemy poziomu z roku ubiegłego [15,3 mld zł w tym roku vs. 16,7 mld w 2019 roku – red.] – prognozuje dr Mariusz Cholewa.

Sprawdź: Prognoza II półrocza 2020 r. dla rynku kredytowego i pożyczkowego

Z kolei sprzedaż kredytów mieszkaniowych, jak wynika z prognoz BIK, w całym roku sięgnie 60 mld zł i będzie o 8 proc. niższa niż w 2019 roku.

– Ryzyko rośnie, sytuacja gospodarcza jest nadal trudna i niepewna, w związku z czym banki podwyższają wymogi dotyczące udzielania kredytu. Osobom, które mają gorszą historię kredytową, trudniej będzie go dostać. Zwiększają się też wymogi dotyczące wkładu własnego – mówi prezes BIK. – Z drugiej strony świat przenosi się do e-commerce’u, gdzie banki są bardzo aktywne. Bardzo popularny jest tam kredyt ratalny – mamy duże zapotrzebowanie i ograniczone ryzyko, więc banki bardzo chętnie w tę część wchodzą. Myślimy więc, że mimo wszystko II półrocze będzie bardzo przyzwoite dla rynku kredytowego. 

Większa aktywność komarów czeka nas również w sierpniu. W walce z nimi lepiej niż środki chemiczne sprawdzają się żaby, jerzyki i nietoperze

W Polsce co roku pojawia się cztery–pięć pokoleń komarów. W przypadku wilgotnego i ciepłego lata, tak jak w tym roku, może ich być nawet siedem. Choć komary w naszym klimacie nie przenoszą chorób, to mogą skutecznie uprzykrzyć życie. Można z nimi jednak skutecznie walczyć metodami naturalnymi. – Larwami komarów odżywiają się choćby żaby i traszki, a dorosłymi osobnikami – nietoperze, jaskółki i przede wszystkim jerzyki – wymienia prof. dr hab. Piotr Tryjanowski, dyrektor Instytutu Zoologii z Wydziału Medycyny Weterynaryjnej i Nauk o Zwierzętach Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

 Ostatnie dwa lata były bardzo suche, komarów było więc mniej. Jednak gdybyśmy popatrzyli na przestrzeni kilku dziesięcioleci, to komarów raczej nie ma więcej. Są nawet badania naukowe, które pokazują, że komarów, zresztą jak wielu gatunków owadów, jest nieco mniej. Na pewno nie możemy mówić o komarzej pladze, natomiast „problem brzęczący” jest i daje się nam we znaki – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Piotr Tryjanowski.

Na najgorsze trzeba się jednak dopiero przygotować – statystycznie najwięcej komarów pojawia się pod koniec lipca i w sierpniu. Nie należy się ich bać, bo w przeciwieństwie do komarów z tropików nie przenoszą chorób.

 Na pocieszenie dodam, że u nas w strefie umiarkowanej jest daleko lepiej niż w tropikach, gdzie komary przenoszą całą listę chorób, od wirusa Zika po najbardziej niebezpieczną malarię, która ma na koncie więcej ofiar śmiertelnych niż wszystkie wojny – zauważa prof. Piotr Tryjanowski. – Nam komary jedynie uprzykrzają życie brzęczeniem, siadaniem na skórze i ukąszeniami, które zwłaszcza dla osób o mocnym odczynie alergicznym mogą być problemem.

Dla komarów zapach człowieka jest znacznie bardziej atrakcyjny niż zwierząt, dlatego to właśnie my jesteśmy najbardziej narażeni na ataki. Wiadomo, że owady te preferują jedne grupy krwi bardziej od innych – badania amerykańskich naukowców wskazują, że ludzi z grupą 0 wybierają nawet dwukrotnie częściej niż tych z grupą A. Komary przyciągają też ciemne kolory ubrań, ruch i zapach. Im szybsza produkcja dwutlenku węgla przy każdym wydechu, tym atrakcyjniejszy zapach dla tych owadów.

– Najważniejszym komponentem jest temperatura naszego ciała. Dlatego komary tak bardzo lubią dzieci, bo dzieci się ruszają i są nieco cieplejsze niż inne osoby przebywające w pobliżu – przekonuje ekspert.

Na co dzień wspomagamy się w walce z komarami, stosując różnego rodzaju repelenty. Warto pamiętać, że część z nich choć skuteczna, może negatywnie wpływać na zdrowie i np. u dzieci nie należy ich stosować. Z kolei naturalne repelenty nie zawsze spełniają swoją funkcję.

 Trwa ciągły wyścig zbrojny, przygotowujemy coraz lepsze repelenty. To olejki lawendowe, olejki z innych roślin eterycznych, z kocimiętki, mięty, wyciągi z pomidorów. To wszystko powinno działać przeciwko komarom, ale one się przyzwyczają do tych różnych zapachów i dalej nas atakują – mówi prof. Tryjanowski. – W miastach stosowane są opryski przeciwkomarowe. Sam jestem bardzo sceptycznie nastawiony względem stosowania chemii w miastach, choć oczywiście są obiekty, gdzie to jest konieczne, np. szpitale albo obiekty zamknięte w pobliżu sanatoriów czy miejsc, gdzie przebywają dzieci, np. przedszkoli. Tam pod pewnymi warunkami można to dopuścić.

Zamiast chemii, jak przekonuje ekspert, warto postawić na ekologiczne rozwiązania i zadbać o naturalnych wrogów komarów. Na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu trwają badania nad rolą płazów w zwalczaniu komarów w miastach.

W swoim zespole z prof. Januszem Kloskowskim i doktorantami, Mikołajem Kaczmarskim i Janem Kaczmarskim wykonujemy eksperymenty dotyczące tego, jak płazy redukują liczebność komarów. Okazuje się, że działają świetnie, a my podczas eksperymentów używamy koszul z długim rękawem, co też się sprawdza – mówi prof. Piotr Tryjanowski. – Komary mają dwa stadia rozwojowe: stadium larwalne w wodzie i stadium owada dorosłego, czyli imago w powietrzu. Nam przeszkadza głównie stadium dorosłe, ale żeby owadów było mniej, musimy zadziałać wcześniej, czyli do naszych oczek wodnych zaprośmy przede wszystkim płazy  traszki, żaby, ropuchy, które świetnie sobie radzą z larwami komarów i odżywiają się nimi.

Z kolei dla latających osobników komarów naturalnym zagrożeniem są zaś ptaki. Jerzyki, jaskółki czy nietoperze w ciągu dnia zjadają nawet kilkadziesiąt tysięcy owadów, w tym komarów.

Jerzyki to messerschmitt na komary. Pomagają też jaskółki: dymówka, oknówka, brzegówka. Pamiętajmy, że komary atakują po zmroku, kiedy często ptaki już nie dają rady, wtedy pomagają nam właśnie nietoperze –  podkreśla dyrektor Instytutu Zoologii z Wydziału Medycyny Weterynaryjnej i Nauk o Zwierzętach Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

Polska ma szansę stać się jednym z liderów w wykorzystaniu zielonego wodoru. Niezbędna jest jednak dokładna strategia zastosowania paliwa przyszłości

Wodór to paliwo przyszłości i krok po kroku będzie zastępował wszystkie obecne paliwa kopalne. Szacuje się, że od 1975 roku zapotrzebowanie na ten surowiec wzrosło trzykrotnie, a obecne światowe zapotrzebowanie sięga 74 mln ton rocznie. Na globalnej mapie producentów wodoru znajduje się również Polska, z produkcją miliona ton rocznie. Kluczowe dla naszego kraju będzie nie tylko przejście na produkcję zielonego, całkowicie ekologicznego wodoru, ale też nowe technologie zastosowania paliwa przyszłości.

Z raportu Esperis „Gra o wodór. Kto zdominuje rynek wodoru na świecie?” wynika, że aktualnie globalna produkcja tego surowca wynosi ok. 74 mln ton rocznie. Stany Zjednoczone odpowiadają za produkcję ok. 10 mln ton rocznie, podobnie jak Unia Europejska. Na globalnej mapie producentów wodoru znajduje się również Polska, produkująca około milion ton tego gazu rocznie.

– Z jednej strony mamy produkcję wodoru i jego eksport, a z drugiej strony wszystkie technologie, które pozwalają zastosować go w przemyśle, w ciepłownictwie, w produkcji i magazynowaniu energii – mówi agencji Newseria Innowacje Łukasz Antas, partner zarządzający i analityk Esperis.

Choć jak wskazują dane IEA, popyt na wodór wzrósł ponad trzykrotnie od 1975 roku, wciąż jednak znajduje się on w początkowej fazie rozwoju. Wodór jest jednak nazywany paliwem przyszłości, zatem zapotrzebowanie na jego produkcję będzie coraz większe. Eksperci oceniają, że już za kilka lat pochodzący ze źródeł odnawialnych wodór stanie się konkurencyjny w stosunku do paliw kopalnych i odegra kluczową rolę w transformacji energetycznej. To wyzwanie, także dla Polski.

Obecnie na świecie nawet 95 proc. wytwarzanego wodoru pochodzi z przetwarzanych paliw kopalnianych. Przyszłością zaś jest wodór zielony, wytwarzany na bazie odnawialnych źródeł energii.

– Australia bardzo intensywnie rozwija plany wodorowe, celując z produkcją i eksportem na rynki azjatyckie, ponieważ one prawdopodobnie będą największe, jeżeli chodzi o zużycie tego paliwa w przyszłości. Ale też Bliski Wschód powoli zaczyna myśleć o tym paliwie, a Arabia Saudyjska ogłosiła teraz plan budowy gigafabryki zielonego wodoru. Afryka jest bardzo perspektywicznym producentem dzięki potencjalnie taniej energii fotowoltaicznej, ale też Norwegia, Rosja – wymienia Łukasz Antas.

W Arabii Saudyjskiej trwają prace nad największą jak dotąd fabryką zielonego wodoru. Technologia zastosowana w projekcie będzie obejmować innowacyjną integrację ponad czterech gigawatów energii odnawialnej ze słońca, wiatru i magazynów, produkcję 650 ton wodoru dziennie przez elektrolizę czy produkcję 1,2 miliona ton zielonego amoniaku rocznie. Projekt ma zostać wdrożony do 2025 roku.

Do dużych graczy na rynku produkcji, oprócz Australii, dołączają też Kanada, Chiny, Japonia, ale i kraje unijne. Opublikowana w lipcu 2020 roku strategia wodorowa Unii Europejskiej ma być impulsem do rozwoju rynku wodoru w UE, a do 2050 roku Unia chce stać się neutralna dla klimatu – do tego zaś niezbędne jest szersze zastosowanie tego paliwa.

– Technologie zastosowania wodoru to jedno z ważniejszych wyzwań też dla Polski. O ile w produkcji wodoru raczej nie wygramy z takimi krajami jak Katar czy Rosja, o tyle jeżeli chodzi o technologie jego zastosowania, mamy sporo do zrobienia i dla nas jest to najbardziej interesujący rynek – tłumaczy ekspert.

Raport Esperis wskazuje, że w perspektywie do 2050 roku to rynek azjatycki będzie największym rynkiem wodoru na świecie, a Chiny, Japonia, Singapur i Korea Południowa łącznie odpowiadać będą za niemal 2/3 globalnego zapotrzebowania, a według niektórych scenariuszy nawet za 75 proc. jego zużycia. Według oficjalnych założeń strategii Japonii w 2030 roku komercyjne zapotrzebowanie na wodór ma sięgać 300 tys. ton. W Chinach już teraz zapotrzebowanie szacuje się na 800 tys. ton, a strategia przewiduje wprowadzenie w latach 2020–2030 miliona aut napędzanych ogniwami paliwowymi oraz wybudowanie tysiąca stacji tankowania wodoru.

– Korea i Japonia bardzo intensywnie inwestują w technologie wodorowe w motoryzacji, czyli mobility, po to, żeby w kolejnym etapie rozwoju tego rynku być dominującymi graczami. Chiny powoli też wchodzą do tego wyścigu, mają bogatsze plany niż Japonia, jeżeli chodzi o rynek mobility, bo tam planuje się 1 mln samochodów na 2030 rok. Te wszystkie kraje sporo inwestują i są o krok przed Europą – ocenia Łukasz Antas.

W Polsce plany nie są jeszcze tak ambitne, to jednak dla naszego kraju ostatni moment, by aktywnie włączyć się w budowę strategii stosowania wodoru. Dodatkowo wyzwaniem jest też produkcja zielonego wodoru, najbardziej pożądanego na świecie, biorąc pod uwagę założenia ekologiczne.

Nawet najlepsze algorytmy mają problemy z rozpoznaniem osób z maseczką. Wskaźnik pomyłek sięga nawet 50 proc. [DEPESZA]

W dobie pandemii i obowiązku zasłaniania twarzy nie tylko ludziom trudno rozpoznać znajomych. Problem mają również kamery z zaawansowanymi algorytmami wykrywania twarzy. Najnowszy raport wskazuje, że podczas próby identyfikacji zamaskowanych osób nawet najlepsze komercyjne systemy rozpoznawania twarzy osiągają wskaźnik błędów sięgający 50 proc. W idealnych warunkach wskaźnik awaryjności wynosi tylko około 0,3 proc.

Maski, które zasłaniają twarz, są według WHO jednym z najlepszych środków ochrony przed rozprzestrzenianiem się koronawirusa, z drugiej jednak strony mogą stanowić istotne zagrożenie dla bezpieczeństwa. W wewnętrznym biuletynie Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego Stanów Zjednoczonych na początku 2020 roku, opublikowanym przez „The Intercept”, stwierdzono, że agencja jest zaniepokojona potencjalnym wpływem, jaki może mieć powszechne stosowanie masek ochronnych na bezpieczeństwo kraju.

Te obawy potwierdza niedawny raport amerykańskiego National Institute of Standards and Technology (NIST). Agencja twierdzi, że zeskanowała 6,2 mln zdjęć około 1 mln ludzi przy użyciu 89 algorytmów. Badanie wykazało, że nawet najlepsze komercyjne systemy rozpoznawania twarzy mają wskaźnik błędów sięgający od 5 proc. do nawet 50 proc. przypadków.

– Wraz z nadejściem pandemii musimy zrozumieć, w jaki sposób technologia rozpoznawania twarzy radzi sobie z zamaskowanymi twarzami – tłumaczy Mei Ngan, naukowiec NIST i autorka raportu. – Zaczęliśmy od skupienia się na tym, jak na algorytm opracowany przed pandemią wpłynęło noszenie masek. Później tego lata planujemy przetestować dokładność algorytmów, które zostały celowo opracowane z myślą o zamaskowanych twarzach.

Większość algorytmów rozpoznaje twarze, badając odległości pomiędzy określonymi  punktami. Maski uniemożliwiały taki pomiar, stąd ogromna liczba błędów. Dotychczas, jak podaje NIST, w idealnych warunkach wskaźnik awaryjności najlepszych systemów rozpoznawania twarzy wynosił zaledwie 0,3 proc., chociaż badania wykazały znaczne różnice w zależności od rasy, płci i wieku.

– Większość systemów rozpoznawania twarzy nie obejmuje masek na twarz lub innych sposobów zakrywania. Pandemia SARS-CoV-2 zwiększa zapotrzebowanie na uwierzytelnianie osób noszących maski, np. w środowiskach imigracyjnych, bez potrzeby zdejmowania ich przez badanych. Tworzy to problem z rozpoznawaniem twarzy, ponieważ jej zasłonięte części usta i nos zawierają wzorce przydatne zarówno do jej rozpoznania, jak i wykrywania – piszą autorzy raportu z NIST.

Jeszcze przed pandemią koronawirusa niektóre rządy szukały technologii, która umożliwiłaby rozpoznawanie ludzi noszących maski. Podczas protestów w Hongkongu rząd zakazał zakrywania twarzy podczas publicznych zgromadzeń i ostrzegł przed potencjalnym więzieniem za odmowę usunięcia maski na rozkaz policjanta.

W okresie pandemii coraz więcej firm testuje rozwiązania, które mają pozwolić na identyfikację nawet przy zasłoniętej twarzy. Przykładowo rosyjska firma NtechLab przekonuje że jej nowo opracowany algorytm może zidentyfikować daną osobę, nawet jeśli ma na sobie kominiarkę, badając wyłącznie obszar wokół oczu. Brakuje jednak na razie dowodów, że taki system będzie działać prawidłowo.

– W zakresie dokładności algorytmów rozpoznających twarze zakryte maskami technologia będzie się nadal doskonalić – przekonuje Mei Ngan.

WEI apeluje o zmiany w obszarze prawa i sądownictwa gospodarczego w Polsce

Aby zamortyzować negatywne skutki pandemii i skutecznie konkurować z pozostałymi państwami, Polska musi dokonać szeroko zakrojonej deregulacji i maksymalnie uprościć prawo gospodarcze. Kryzys to najlepszy moment na rewizję dotychczasowej polityki i wyeliminowanie barier, które tłumią rozwój przedsiębiorczości. Warsaw Enterprise Institute przedstawia diagnozę i konieczne do wdrożenia zmiany w obszarze prawa w Polsce.

Dobre warunki prowadzenia biznesu, sprawne instytucje oraz wysokiej jakości, proste prawo podatkowe powodują, że państwa stają się bogate. Tymczasem strukturalnym problemem polskiej gospodarki, polskiego prawodawstwa, jest jego przeciętność. Przeciętność, która się nie poprawia, a w ostatnich latach wręcz pogarsza.

Pierwszym obszarem w zakresie poprawy funkcjonowania prawa gospodarczego jest rewizja obowiązujących obecnie przepisów dotyczących otoczenia prawnego działania przedsiębiorstw w Polsce. Stworzenie przyjaznego otoczenia, przejrzystych i skutecznych instytucji, które będą te przepisy egzekwowały to jeden najważniejszych obszarów, w których administracja publiczna może z dnia na dzień pomóc podmiotom gospodarczym.

Poziom skomplikowania polskiego prawa i systemu podatkowego od lat widoczny jest w pozycji Polski w rozmaitych międzynarodowych rankingach. W 2020 roku w rankingu łatwości prowadzenia biznesu „Doing Business” Polska została uplasowana na 40 miejscu zaraz za Portugalią, Rwandą czy Słowenią. Wyprzedzają nas nawet kraje z wysokimi wskaźnikami postrzegania korupcji takie jak Azerbejdżan, Turcja, Rosja.

Rozbudowane i zawiłe prawo gospodarcze wiąże się także z niewydolnością systemu sądownictwa, co z kolei wpływa na osłabienie poziomu wzrostu gospodarczego. Skutkami reform przeprowadzonych w ostatnich latach była jedynie zmiana personalna w kluczowych obszarach wymiaru sprawiedliwości, przy licznych kontrowersjach proceduralnych.

Niewiele w reformie jest elementów, które w wymierny sposób wpływają na jakość polskiego wymiaru sprawiedliwości pod względem instytucjonalnym, jak i proceduralnym. Przykładowo, krajowy rejestr sądowy w dalszym ciągu funkcjonuje przy powolnych sądach, podczas gdy rejestr CEIDG już od dawna prowadzi gmina właściwa dla miejsca zamieszkania przedsiębiorcy, jako zadanie zlecone z zakresu administracji rządowej. Na domiar złego, czas wyegzekwowania kontraktu w polskim sądzie wynosi aż 685 dni, czyli blisko dwa lata.

WEI rekomenduje następujące rozwiązania:

• uchylenie wszelkich nadmiernych regulacji, które nie są wymagane przez Unię Europejską;
• podjęcie inicjatywy ustawodawczej w zakresie nowej ustawy o działalności gospodarczej, napisanej na wzór ustawy Wilczka;
• wprowadzenie zasady, aby przepisy dotyczące przedsiębiorców wchodziłyby w życie wyłącznie raz w roku, 1 stycznia, po uprzednim co najmniej rocznym okresie vacatio legis;
• implementację wszelkich przepisów nakładających na przedsiębiorców nowe restrykcje i uchwalanych na poziomie Unii Europejskiej w zgodzie z zasadą UE+0;
• przeniesienie systemu rejestracji działalności gospodarczej w całości z sądownictwa do administracji;
• wprowadzenie zmian organizacyjnych w sądach, umożliwiających realizację zasady trail, zgodnie z którą proces toczy się dzień po dniu.

5 najczęstszych oszustw związanych z zatrudnieniem Ukraińców w Polsce

Na polskim rynku pracy notuje się wzrost oszustw wobec obywateli Ukrainy, których dopuszczają się małe, pozbawione skrupułów agencje zatrudnienia. Tylko w 2018 roku w Polsce upadło ponad 660 firm pośredniczących, co nie zmienia faktu, że na rynku pozostaje ponad 8 tysięcy agencji zatrudnienia. Wiele z nich, próbując przetrwać w konkurencyjnym środowisku, a tym bardziej przy zamkniętych z powodu pandemii granicach, ucieka się do oszustw wymierzonych w ukraińskich pracowników. Znacząco wzrosła również liczba oszustów określających się mianem pośredników, ale nie mających nic wspólnego z oficjalnie działającymi firmami pośrednictwa pracy.

Centrum analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal zidentyfikowało 5 najczęstszych w ciągu ostatnich trzech miesięcy mechanizmów oszustw wobec Ukraińców w Polsce.

  1. Oszuści podając się za pośredników polskich firm, bez przedstawiania jakichkolwiek dokumentów, ani zawierania oficjalnych umów, zbierają pieniądze na przejazdy przez granicę, po czym znikają jeszcze na terytorium Ukrainy.
  2. Ukraińcy są zatrudniani na terytorium Ukrainy do pracy, wywożeni do Polski i tu pozostawiani bez pracy i warunków do odbycia 14-dniowej obowiązkowej kwarantanny. Natychmiast pojawiają się „życzliwi” pośrednicy, gotowi zatrudnić zdezorientowanych, ale np. za niskie stawki lub w wyjątkowo trudnych warunkach pracy.
  3. Pośrednikami stają się często kierowcy minibusów, którzy obiecują przewieźć Ukraińców przez granicę do Polski za kwotę kilkuset złotych, skąd ma ich odebrać przedstawiciel agencji zatrudnienia. W najlepszym wypadku ludzie są dowożeni do granicy, którą mają samodzielnie przekroczyć nie posiadając odpowiednich dokumentów, co skutkuje odmową wjazdu.
  4. W Polsce powstają fikcyjne agencje zatrudnienia. Aktywnie reklamują się w Internecie jako firmy pomagające Ukraińcom w uzyskaniu Oświadczenia (Oświadczenie to zezwolenie na pracę w Polsce wydawane obywatelom Ukrainy na pół roku). Chętni wpłacają pieniądze na konto fikcyjnej firmy, po czym przedstawiciel „firmy” znika, albo polska Straż Graniczna identyfikuje firmę jako fikcyjną i nie wpuszcza Ukraińców z takimi zezwoleniami na pracę na terytorium Polski.
  5. Agencja zatrudnienia działa oficjalnie i oświadcza, że ​​organizuje kwarantannę dla obywateli Ukrainy. Umieszcza jednak ludzi w niehigienicznych warunkach, a właściwie w barakach, nie zapewniając im żywności i środków higieny osobistej. W rezultacie ludzie stają przed wyborem – albo przerwać kwarantannę i zostać deportowanym, albo zostać bez jedzenia i głodować.

Właściciel agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal, Evgenij Kiriczenko, również wskazał kilka głównych oznak oszustw na polskim rynku pracy: „Często oszuści oferują całkowicie „bezpłatne” mieszkanie w ramach zatrudnienia lub zakwaterowanie w ośrodku kwarantanny, a następnie pobierają za to opłatę od pracownika”. Zjawisko „bezpłatnego zakwaterowania” nie istnieje. Kirichenko wyjaśnia, że ​​„status agencji zatrudnienia jest bardzo ważny przy wyborze miejsca odbywania kwarantanny. Na przykład Gremi Personal, która zalicza się do 3 największych liderów na rynku, jako pierwsza w Polsce w czasie pandemii zaczęła organizować ośrodki kwarantanny dla swoich pracowników i obecnie ma ich ponad 10 w całej Polsce. Stale publicznie pokazujemy panujące w nich warunki życia ”.

Ponadto, według właściciela Gremi Personal, oszuści często obiecują przetransportowanie obywateli Ukrainy do Polski nielegalnymi szlakami tranzytowymi przez inne kraje UE, aby rzekomo unikneli kwarantanny w Polsce. „W rezultacie ludzie są pozostawiani gdzieś na dworcach w innych krajach, a ci którzy docierają do Polski i ignorują kwarantannę, są karani grzywnami i deportowani. Firmy działające otwarcie, które dbają o swoją reputację, nigdy nie pozwolą nawet na najmniejszy zawód oczekiwań ludzi. W Gremi Personal, po przejściu kwarantanny w godziwych warunkach, tylko w lipcu około 1000 ukraińskich pracowników przystąpiło do pracy. Jako jedyni w Polsce zorganizowaliśmy w maju i czerwcu trzy loty czarterowe z pracownikami z Ukrainy na pokładzie. Obecnie w ciągu 1,5 miesiąca przyjechało do nas 15 autobusów z ukraińskimi pracownikami. Można porównać teraz, komu warto powierzyć swoje zatrudnienie – dużej spółce działającej otwarcie, czy firmie bez nazwy, która oferuje fantastyczne wynagrodzenie lub szybkie zatrudnienie, przy czym ma tylko pośpiesznie utworzoną stronę internetową lub baner w grupie na Facebooku ”- podsumowuje Evgenij Kirichenko.

Aby nie stać się ofiarą oszustw, Centrum Analityczne Gremi Personal zdecydowanie zaleca dokładną weryfikację informacji dostępnych na temat firmy.

Centrum analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal

Zespół Synerise zwyciężył Rakuten Data Challenge 2020

Podczas 42 prestiżowej konferencji skupiającej specjalistów z zakresu sztucznej inteligencji i przetwarzania danych – International ACM SIGIR Conference on Research and Development in Information Retrieval, odbywającej się w Xi’an w Chinach, zespół Jacka Dąbrowskiego z Synerise, zwyciężył w dorocznym konkursie organizowanym przez firmę i instytut badawczy Rakuten.

Polacy jako jedyni, zaprezentują podczas konferencji dwie publikacje naukowe, zaakceptowane i zarekomendowane przez kapitułę konferencji podczas ecommercowego bloku organizowanego przez specjalistów z takich firm jak Alibaba, Zalando, Amazon, Rakuten, Apple, Wallmart, eBay czy YouTube. Rozwiązanie przygotowane przez zespół Synerise w składzie: Jacek Dąbrowski, Konrad Gołuchowski, Barbara Rychalska, Dominika Basaj okazało się najlepsze ze wszystkich zgłoszonych podczas konkursu.

Rakuten to jedna z najbardziej znanych obecnie firm azjatyckich w segmencie ecommerce na świecie, nazywana często „japońskim Amazonem” o łącznych wpływach na poziomie 12 MLD dolarów, 14 000 pracowników, działającą w niemal 30 krajach z siedzibami m.in. w USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Jest również sponsorem tytularnym klubu piłkarskiego FC Barcelona.Polski zespół wykorzystał najnowsze osiągnięcia w dziedzinie sztucznej inteligencji, w tym swój autorski algorytm EMDE – wydajną metodę estymacji gęstości na rozmaitościach różniczkowalnych w systemach rekomendacji. Metoda ta pozwala reprezentować dane pochodzące z metod uczenia nienadzorowanego dla różnych modalności (interakcje użytkowników, tekst, obraz, audio) we wspólnym, zunifikowanym formacie.

„Jako firma, rzadko bierzemy udział w konkursach związanych z naszą dyscypliną specjalizacji. Natomiast, podejmujemy te wyzwania, które naszym zdaniem, są w stanie w sposób efektywny i efektowny zmieniać paradygmaty w obrębie sztucznej inteligencji i rewolucjonizować jej upowszechnienie. Cieszymy się bardzo z tego wyróżnienia, ale jeszcze bardziej z możliwości prezentacji polskiej myśli technologicznej na arenie międzynarodowej. Jestem zadowolony, że w takim ważnym gronie Polska ma swoich przedstawicieli, i nie ograniczamy się tylko i wyłącznie do „bycia” podwykonawcą największych marek, ale podejmujemy rękawicę, nie tylko w obserwowaniu rzeczywistości dziejącej się wokół nas, ale w realnej kontrybucji do nauki i w procesie jej tworzenia” – mówi Jacek Dąbrowski – Chief Artificial Intelligence Officer w Synerise.

Synerise to obecnie jedna z najbardziej znanych i innowacyjnych polskich spółek, która funkcjonuje w sektorach wysokich technologii istotnych dla gospodarki, takich jak big data i sztuczna inteligencja. Spółka odważnie inwestuje we własne produkty w zakresie przetwarzania danych oraz rozwiązania w zakresie sztucznej inteligencji. Klientami firmy są znane i innowacyjne marki w Polsce i na świecie. Firma została nagrodzona w wielu prestiżowych konkursach w tym EY Accelerating Entrepreneurs – nagroda dla 1 z 30 najbardziej perspektywicznych globalnie spółek High Tech na świecie czy corocznych globalnych konkursach firmy Microsoft. Synerise znane jest z silnej współpracy z naukowcami z licznych polskich i zagranicznych uniwersytetów. Prezesem Synerise jest Jarosław Królewski, współwłaściciel i przewodniczący Rady Nadzorczej Wisły Kraków, wykładowca i absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie.

Sigir jest jedną z najbardziej prestiżowych konferencji na świecie, będącą w czołówce wydarzeń na świecie w zakresie systemów przetwarzania informacji. Historia wydarzenia sięga roku 1978.

Rekordowy popyt na złoto inwestycyjne w I półroczu 2020 roku

W pierwszym półroczu 2020 roku dynamicznie rosło zapotrzebowanie na królewski kruszec.  Globalnie odnotowano rekordowy popyt na złoto inwestycyjne, które osiągnęło najwyższy w historii poziom 1130,7 tony z wartością 60 mld USD. Z drugiej jednak strony mieliśmy do czynienia z zamrożeniem gospodarki i problemami logistyczni, które wpłynęły na obniżenie popytu na rynku – wynika z Gold Demand Trends Q2 2020. W pierwszych sześciu miesiącach 2020 roku kształtował się on na poziomie 2076 ton i był niższy o 6% w porównaniu rok do roku. Spadek jest jeszcze bardziej widoczny, gdy zestawimy drugie kwartały 2020 roku i 2019 roku – popyt na kruszec obniżył się o 11%. Za tę zmianę odpowiada zmniejszone zainteresowanie złotem jubilerskim.

Covidowe zamieszanie na rynku biżuteryjnym

Złoto jubilerskie odnotowało spadek o ponad 50% w stosunku rok do roku. Przyczyną było pojawienie się pandemii COVID-19 i załamanie na rynkach jubilerskich przede wszystkim w Indiach i Chinach (spadki analogiczne o 74% i 33%). Podczas lockdownu biżuteria nie była produktem, po który sięgaliśmy równie często jak jeszcze kilka miesięcy wcześniej.

W szczytowym okresie pandemii wielu dostawców borykało się także z utrudnionym dostępem do towaru. Należy jednak podkreślić, że w związku z odmrażaniem gospodarki oraz ponownym otwarciem sezonu ślubnego można oczekiwać ożywienia w tym segmencie.

Inwestycje? Jak najbardziej!

Obecnie – w dobie nisko oprocentowanych lokat bankowych, depozytów i obligacji – na popularności zyskują sprawdzone inwestycje w złoto. Jak prezentuje najnowszy raport Gold Demand Trends Q2 2020 w pierwszym półroczu br. obserwować mogliśmy także gwałtowne napływy do funduszy ETF zasilanych złotem. Napływy netto wyniosły 734 tony, ustanawiając tym samym nowy rekord i zwiększając globalne zasoby do 3621 ton. Wynika to z trzech kluczowych czynników: rosnącej potrzeby zabezpieczenia się przed ryzykiem, utrzymującego się otoczenia bardzo niskich stóp procentowych oraz pozytywnej dynamiki cen.

Złoto to od dawna jedna z najlepszych, długofalowych inwestycji. Warto jednak pamiętać, że udostępnia ono solidne stopy zwrotu cierpliwym inwestorom, którzy inwestują w długofalowej perspektywie. Co ciekawe, ostatnio jego zalety doceniają również niektóre banki centralne, które kontynuują zakupy kruszcu do swoich rezerw, jednak w nieco mniejszym wymiarze niż przed rokiem. Główną przyczyną spadku w tym obszarze jest zawieszenie zakupów złota przez rosyjski bank centralny – mówi Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Wzrost popytu na złoto w głównej mierze został wygenerowany przez fundusze inwestycyjne lokujące środki w fizyczne złoto – dodaje.

Warto jednak wspomnieć, że inwestycje w złote sztabki i monety spadły w II kwartale o 32% do 148,8 tony. Zdaniem analityków za tę zmianę – podobnie jak w przypadku biżuterii – odpowiada gorsza sytuacja na rynkach chińskim i indyjskim. Sektor ten jest jednak mocno zróżnicowany, a przez to mało stabilny, fundując inwestorom emocje porównywalne do tych na roller coasterze.

Duże zainteresowanie sztabkami i monetami w Europie

Podczas gdy na Zachodzie dominowały bezpieczne zakupy i inwestycje związane z potrzebą powiększenia majątku – w obliczu niepewności gospodarczej i perspektyw dalszych wzrostów cen –  na Wschodzie przy zakupie złota przebijał się motyw chęci zysku. W rezultacie w Azji i na Bliskim Wschodzie odnotowano wyraźny spadek popytu na sztabki i monety w porównaniu rok do roku, co kontrastuje ze znacznym wzrostem zainteresowania tymi produktami w Europie i Ameryce Północnej. W Turcji popyt na złoto inwestycyjne osiągnął 7-letnie maksima, a w USA wzrósł 4-krotnie. Rynki europejskie także odnotowały najwyższy popyt od 2010 roku.

Nasza grupa sprzedała na dziewięciu europejskich rynkach 77% więcej złota inwestycyjnego w drugim kwartale tego roku niż w tym samych okresie rok temu. Spływają już do nas pierwsze sygnały, że popyt na złoto w trzecim kwartale pozostanie bardzo silny – wynika to przede wszystkim ze wzrostu zainteresowania innymi metodami inwestowania majątku niż lokaty bankowe – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Spadek wydobycia i recyklingu

W pierwszych sześciu miesiącach tego roku podaż złota zmalała aż o 15% i wyniosła 1034,4 tony. Wydobycie złota i jego recykling zmniejszyły się w pierwszym półroczu 2020 roku o odpowiednio 10% i 8% w porównaniu rok do roku.

Za tę negatywną zmianę w obszarze podaży odpowiada, oprócz pandemii COVID-19, fakt, że oszczędzający są obecnie mniej skłonni do sprzedaży swojej biżuterii do przetopienia – wolą  zachować ją jako zabezpieczenie majątku.

Popyt technologiczny na niższym poziomie

Zmiany nie ominęły również sektora technologii i przemysłu. W pierwszym półroczu 2020 r. popyt z jego strony spadł o 18% (z 80,7 w pierwszym półroczu 2019 roku do 66,6 ton w pierwszych sześciu miesiącach 2020 roku).

Eksperci przyczyny tak dużego spadku upatrują w ograniczeniu aktywności w związku z pandemią COVID-19. Widoczne są już jednak pierwsze oznaki ożywienia i wznawiania produkcji.

Zmiany w rozliczeniach podatku VAT. Czym jest i co zmienia SLIM VAT?

16 lipca Ministerstwo Finansów zapowiedziało zmiany w przepisach o podatku od towarów i usług w zakresie wprowadzenia tzw. SLIM VAT, który jest jednym z zapowiadanych pakietów rozwiązań upraszczających VAT. Resort finansów zamierza odchudzać VAT, ale nie w zakresie stawek, tylko procesu kalkulacji i raportowania.

Pakiet SLIM VAT obejmuje zmiany w sześciu obszarach:

1. Faktury korygujące

W przypadku faktur korygujących in-minus przewiduje się zniesienie warunku uzyskania potwierdzenia otrzymania faktury przez nabywcę towarów lub usługobiorcę. W związku z powyższym podatnik będzie mógł dokonać obniżenia podstawy opodatkowania i VAT należnego już w okresie wystawienia faktury korygującej (a nie uzyskania potwierdzenia, jak obecnie). Warunkiem jest, by z posiadanej przez niego dokumentacji wynikało, że uzgodnił z nabywcą towaru lub usługobiorcą warunki transakcji. W tym samym okresie nabywca będzie zobowiązany do odpowiedniej korekty podatku naliczonego, która wynika z uzgodnienia pomiędzy podatnikami. Przewidziane rozwiązanie bez wątpienia należy ocenić pozytywnie, jako upraszczające dokonywanie rozliczeń VAT. Słuszne wątpliwości podatników może wzbudzić natomiast to, jakiego rodzaju dowód będzie wymagany dla potwierdzenia spełnienia warunku jego zastosowania. Znane są bowiem przypadki regulacji, gdzie przyjęcie przez prawodawcę nieostrych definicji skutkowało stosowaniem przez organy podatkowe niekorzystnej dla podatników ich wykładni. Pozostaje mieć nadzieję na to, że ostateczny projekt określi to w sposób precyzyjny. Jednocześnie część ekspertów dostrzega, że rozwiązanie to, skądinąd korzystne dla wystawców faktur, może być uciążliwe dla odbiorców, gdyż wymusi wprowadzenie w przedsiębiorstwie kolejnych procedur, które w tym przypadku pozwolą im określić moment, od którego zależy obowiązek korekty.

W przypadku faktur korygujących in-plus Ministerstwo zapowiedziało wprowadzenie przepisów, które uregulują w należyty sposób rozliczanie faktur korygujących, które zwiększają podstawę opodatkowania. Jak dotąd, wobec braku takiej regulacji, kwestia ta rozstrzygana była przez orzecznictwo i mogła w praktyce budzić wątpliwości podatników. Wskazano, że rozliczenie będzie dokonywane na bieżąco. Jest to zmiana idąca w dobrym kierunku, gdyż dziś organy podatkowe wymagają korygowania deklaracji wstecz i konieczność zapłaty odsetek. Ważne jest natomiast to czy fiskus nie będzie kwestionować, czy korekta in plus na pewno wynikła ze zdarzeń niezależnych. W ten sposób zamiast spodziewanej korzyści i ułatwienia nastąpi przeniesienie sporu na inną płaszczyznę.

2. Eksport towarów

Zapowiedziano wydłużenie terminu wywozu towarów wymaganego dla zastosowania stawki 0% od zaliczki w eksporcie towarów. Obecnie termin ten wynosi 2 miesiące, zgodnie z zapowiedzią ma zostać wydłużony do 6 miesięcy. Przekroczenie tego terminu wymagać będzie dokonania korekty zaliczki ze stawki 0% do stawki 23%. Oznacza to zatem wydłużenie terminu neutralności zaliczek w eksporcie.

3. Kursy walut

Pakiet SLIM VAT przewiduje również wprowadzenie możliwości wybrania dla potrzeb VAT zasad przeliczania kursu walut stosowanych przy przeliczaniu walut na potrzeby podatków dochodowych. Obecnie częstym problemem podatników jest konieczność stosowania w zakresie jednej transakcji przy rozliczaniu poszczególnych podatków kursów z różnych dni. Możliwość stosowania ujednoliconego kursu bez wątpienia stanowić będzie udogodnienie nie tylko ze względów rachunkowych, ale pozwoli również na wybranie kursu bardziej korzystnego dla podatnika. Zgodnie z zapowiedzią, ministerstwo nie planuje bowiem odgórnego ujednolicania sposobu przeliczania kursów w VAT i podatkach dochodowych, a jedynie możliwość zastosowania kursu z PIT lub CIT na potrzeby VAT, pozostawiając podatnikowi w tej kwestii wybór.

4. Wydłużenie terminu do odliczenia VAT na bieżąco

Wydłużony ma zostać termin na dokonanie odliczenia VAT naliczonego na bieżąco do czterech miesięcy. Obecnie wynosi on trzy miesiące, a po jego przekroczeniu podatnik musi dokonać korekty wcześniejszej deklaracji. Celem tej zmiany jest zredukowanie ilości dokonywanych korekt deklaracji VAT.

5. Nabycie usług noclegowych

Resort finansów przewiduje także wprowadzenie możliwości odliczenia VAT z faktur za nabycie usług noclegowych na rzecz klienta biznesowego w celu ich odsprzedaży. Obecnie nie ma możliwości odliczenia tych faktur, nawet gdy podatnik zrefakturuje tę usługę na kontrahenta. Zgodnie z zapowiedzią, po dokonaniu refaktury dokonanie odliczenia z tego tytułu będzie możliwe.

6. Prezenty o małej wartości

Podwyższeniu do 20 zł ma ulec maksymalna kwota tzw. prezentów o małej wartości, od których nie trzeba odprowadzać VAT. Obecnie, zgodnie z art. 7 ust. 4 ustawy o VAT przez prezenty o małej wartości, o których mowa w ust. 3, rozumie się przekazywane przez podatnika jednej osobie towary:

1. łącznej wartości nieprzekraczającej w roku podatkowym kwoty 100 zł, jeżeli podatnik prowadzi ewidencję pozwalającą na ustalenie tożsamości tych osób;
2. których przekazania nie ujęto w ewidencji, o której mowa w pkt 1, jeżeli jednostkowa cena nabycia towaru (bez podatku), a gdy nie ma ceny nabycia, jednostkowy koszt wytworzenia, określone w momencie przekazywania towaru, nie przekraczają 10 zł.

Należy zauważyć, że zapowiedziane zmiany dotyczą jedynie punktu drugiego przywołanego przepisu. Nie przewidziano zmiany kwoty przewidzianej dla prezentów, dla których prowadzona jest ewidencja. Pozostaje ona wciąż na relatywnie niskim poziomie, w szczególności zważywszy na fakt, że jest to łączna kwota odnosząca się do całego roku podatkowego i wymaganym jest prowadzenie ewidencji.

Wydaje się, że zaproponowane zmiany nie polegają na wprowadzeniu nowego, systemowego rozwiązania w podatku VAT, a raczej na szeregu drobnych ułatwień, które mają zapewnić przedsiębiorcom prostsze i łatwiejsze wywiązywanie się z obowiązków podatkowych. Tymczasem warto byłoby się zastanowić nad głębszą reformą systemową podatku od towarów i usług. Co więcej, część rozwiązań zaproponowanych w pakiecie SLIM VAT może nie być korzystna dla wszystkich uczestników transakcji lub może stworzyć możliwość pojawienia się nowych ryzyk dla przedsiębiorców. Ostatecznie jednak rozwiązania zaproponowane przez Ministerstwo Finansów będzie można ocenić po pojawieniu się finalnej wersji projektu.

prof. dr hab. Adam Mariański, Główny Ekspert ZPP ds. Prawa i Podatków

PayPal – to jest nasz czas!

Cena akcji byłej spółki Elona Muska – PayPal Holdings Inc. rosła już przed sesją o ponad 3 proc. Spółka spełniła wysokie oczekiwania rynku co do jej wyniku, ponieważ konsumenci przenieśli się na płatności cyfrowe podczas pandemii COVID-19. Jak powiedział na spotkaniu z analitykami dyrektor generalny PayPal, Dan Schulman – to jest nasz czas i mamy zamiar wykorzystać ten moment. Tylko w tym roku akcje spółki wzrosły o 71 proc. wobec szerokiego rynku w postaci S&P 500 i zwyżki o 0,9 proc.

Łączny wolumen płatności, przychody, skorygowany zysk na akcję, transakcje oraz nowi aktywni użytkownicy netto – wszystko to przerosło prognozy, podczas gdy prognoza na trzeci kwartał również bije wszelkie rekordy. Cantwell podniósł swój poziom docelowy dla ceny spółki do 218 dolarów z 152 dolarów i utrzymał swoją rekomendację kupuj. Daje to potencjał do 18 proc. zwyżki względem poprzedniej ceny zamknięcia. Średni poziom cenowy na Wall Street to 199,52 USD, a zasięgi wahają się od 97 do 235 USD.

Firma Bernstein podniosła poziom ceny docelowej dla ceny akcji Visa Inc. do 220 z 210 USD, pozostawiając rating lepiej niż rynek. Nowy poziom ceny docelowej oznaczać może wzrost o 11 proc. od ostatniej ceny zamknięcia. Średni poziom ceny docelowej dla spółki wynosi na Wall Street 218,06 USD. Zasięgi cenowe mają rozpiętość od 166 do 250 USD. Visa opublikowała wyniki zgodne z szacunkami analityków.

Firma KeyBanc Capital Markets podniosła poziom ceny docelowej dla spółki Shopify to 1150 USD z 1125 USD, utrzymując rating przeważaj. Nowy poziom cenowy może oznaczać wzrost o 9,2 proc. od ostatniej ceny. Średni poziom cenowy na Wall Street to 1007,83 USD. Tzw. Street-High znajduje się na poziomie 1300 USD. Spółka zaraportowała wyniki 29 lipca, które przebiły oczekiwania analityków na Wall Street.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Nowy pomysł Rządu. Czy umowy renty dożywotniej będą bezpieczniejsze?

Ministerstwo Sprawiedliwości pracuje nad nowelizacją kodeksu cywilnego, a dokładnie art. 388 KC, który ma chronić najsłabszych obywateli m.in. przed wyłudzeniami. W pierwotnym założeniu artykuł ten miał pomagać osobom, których niewiedzę, niedoświadczenie, niedołęstwo lub ciężką sytuację ktoś wykorzystał. Mówiło się jednak, że konstrukcja przepisów powinna zostać zmieniona, gdyż w obecnym kształcie stanowią one tzw. „martwe prawo”. Rząd chce wziąć się za zmiany, a projekt ustawy będzie ponoć gotowy ciągu najbliższych tygodni.

Jednym z obszarów, który zyska na proponowanych przez Rząd zmianach, jest rynek hipoteki odwróconej. W tej chwili seniorzy, którzy przenoszą prawo własności do nieruchomości w zamian za dożywotnie świadczenia pieniężne podpisują umowy renty lub umowy o dożywocie.

– Niestety, na rynku hipoteki odwróconej w Polsce wciąż działa mnóstwo nierzetelnych i nieprofesjonalnych podmiotów, a także osób prywatnych, które chcą wykorzystać niewiedzę seniorów. W mediach wciąż słyszymy o kolejnych wyłudzeniach, a podpisywane umowy wciąż pozostawiają wiele do życzenia. Walczymy o profesjonalizację tego rynku od lat i postulujemy o dodatkowe regulacje, ale droga do realizacji tego celu jest jeszcze długa – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM, najstarszej i największej instytucji działającej w tym sektorze w Polsce. – To, że jakaś instytucja, podobnie jak my, należy do Związku Przedsiębiorstw Finansowych, stosuje Zasady Dobrych Praktyk ustanowione w ramach tej organizacji, przestrzega etycznych norm europejskich uchwalonych przez EPPARG (European Pensions and Property Asset Release Group) to jedynie dobra wola profesjonalnej organizacji. Pozostałe firmy lub osoby mogą działać w sposób nieetyczny, ponieważ nie ma w Polsce odgórnych przepisów, które regulowałyby cały rynek hipoteki odwróconej, a seniorom zapewniałyby należyte bezpieczeństwo – dodaje Robert Majkowski.

Co zmieni nowelizacja art. 388 kodeksu cywilnego?

W dokumencie stworzonym w Ministerstwie Sprawiedliwości, a cytowanym w Dzienniku Gazecie Prawnej [1] czytamy, że „Obecna regulacja wyzysku zbytnio ogranicza uprawnienia strony wyzyskanej w stosunku do tego, czego można zasadnie oczekiwać w konsekwencji uznania sytuacji wyzysku za prawnie i moralnie niedopuszczalną”. Dziś, w oparciu o już istniejące przepisy, osoby wyzyskane, czyli takie, które podpisały niekorzystną dla siebie umowę mają dwa lata (od chwili podpisania) na jej zakwestionowanie. Resort sprawiedliwości chce wprowadzić przepisy, które dadzą możliwość unieważnienia całej umowy na wniosek osoby wyzyskanej, choć poszkodowany będzie mógł zdecydować, czy taką umowę chce unieważnić, czy doprowadzić do jej zmiany. Resort chce również wprowadzić też instytucję przedawnienia (okres 6 lat).

– Proponowane przez Ministerstwo zmiany dotyczą wielu obszarów życia i różnych grup społecznych, nie tylko renty dożywotniej i nie tylko seniorów. W mojej opinii zmiany te są zasadne i bardzo potrzebne. Odnosząc jednak tę kwestię do naszej działalności trzeba podkreślić, że w Funduszu Hipotecznym DOM senior może rozwiązać umowę w całym okresie jej obowiązania, a nie tylko w okresie 2 lat od daty jeje zawarcia, co mają umożliwiać nowe regulacje. Niestety nie wszystkie podmioty, czy osoby prywatne dają taką gwarancję. Dodatkowe przepisy są bardzo potrzebne, ale nie tylko w zakresie proponowanym przez Ministerstwo Sprawiedliwości, ale w znacznie szerszym, jak chociażby w obszarze wypłacalności świadczeniodawcy, dawania należytej rękojmi, posiadania wiedzy i zaplecza do wypełniania zobowiązań, wypłaty świadczeń dla emerytów przez dziesiątki lat – mówi Robert Majkowski. – Dzięki nowelizacji osoby niejednokrotnie słabsze, niedostatecznie poinformowane lub w trudnej sytuacji zyskają większą ochronę i istotnie poprawimy ich bezpieczeństwo. Trzeba jednak podkreślić, że batalia w sądzie, nawet jeżeli senior dostanie narzędzia w postaci nowelizacji przepisów, nie jest sytuacją, w której chciałaby i powinna znaleźć się osoba starsza. Dlatego uważam, że w odniesieniu do naszej branży konieczne są odrębne przepisy regulujące cały rynek hipoteki odwróconej – dodaje Robert Majkowski.

Potrzebne odrębne przepisy dotyczące renty dożywotniej

O odpowiednie przepisy regulujące rynek hipoteki odwróconej  postulują nie tylko fundusze hipoteczne i Związek Przedsiębiorstw Finansowych. Od 2013 roku na potrzebę włączenia się ustawodawcy w kształtowanie rynku świadczeń dożywotnich wskazują również: Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Rzecznik Praw Obywatelskich oraz pozarządowe organizacje emerytów. Mowa nie tylko o przepisach dotyczących wymogów jakie powinna spełniać instytucja oferująca tego typu usługę (m.in. odpowiedni kapitał i doświadczenie), ale również konstrukcji umów, należytego informowania seniorów przed zawarciem takiej umowy, kwestii związanych z wyceną nieruchomości etc.

Warto przypomnieć, że w grudniu 2014 roku weszła w życie Ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym, ale do dziś żaden bank nie zaoferował tego rozwiązania. Tymczasem Ustawa o dożywotnim świadczeniu pieniężnym, której projekt powstał już w roku 2013, została wycofana z prac legislacyjnych, a rynek pozostaje nieuregulowany mimo rosnącego popytu i jego skali. ZPF oraz największe instytucje w Polsce postulują, by Państwo wznowiło prace nad Ustawą o dożywotnim świadczeniu pieniężnym, zapewniło przepisy regulujące cały rynek oraz wprowadziło nadzór obejmujący wszystkie podmioty oferujące hipotekę odwróconą. Wśród postulatów jest również zapewnienie seniorom profesjonalnego doradztwa i informacji (chociażby wzorem Wielkiej Brytanii), stworzenie norm etycznych dla całej branży (mimo, że od 2012 roku działa Zbiór Zasad Dobrych Praktyk wypracowany w ramach ZPF i stosowany przez jej członków) i zainicjowanie oraz prowadzenie kampanii informacyjnych i edukacyjnych skierowanych do osób starszych.

[1] Artykuły: „Rząd weźmie się za wyzysk” oraz „Drogie garnki to wyzysk. Będzie można się sądzić”, Patryk Słowik, Dziennik Gazeta Prawna, data publikacji: 27.07.2020

Stabilizacja złotego

Wczorajszy dzień to duża stabilizacja na rynkach walutowych. Zarówno od strony kursów walut, jak i posiedzenia FED, które nie wniosło żadnych nowych elementów do układanki.

FED bez rewolucji

Zgodnie z oczekiwaniami posiedzenie Rezerwy Federalnej nie przyniosło większych zmian na rynku. Stopy procentowe nie uległy zmianie, pozostając wciąż w przedziale 0-0,25%. Nie wprowadzono również dodatkowych programów interwencyjnych. Również komentarz do decyzji nie wniósł wiele do już posiadanych informacji. Był to raczej komunikat mający uspokoić rynki niż coś zmieniać. Słaby dolar patrząc na sytuację w USA, nie jest wcale niekorzystny dla gospodarki amerykańskiej. Patrząc na wyniki, wsparcie eksportu i podniesienie cen towarów importowanych może szybciej pomóc wstać na nogi.

Kurs złotego

Po wtorkowej korekcie polska waluta ustabilizowała swoją wartość względem większości głównych walut. Inwestorzy wyraźnie uznali, że niedowartościowanie złotego zostało względnie wyrównane i czas poszukać innych okazji inwestycyjnych. Euro kosztuje delikatnie powyżej 4,40 zł, frank stabilizuje się w okolicach 4,10 zł a dolar 3,75 zł.

Gwałtowny spadek zapasów ropy

Wczorajsze dane z USA pokazały istotny spadek zapasów ropy naftowej. Spadły one o imponujące 10,6 milionów baryłek. Ciekawsza była natomiast reakcja rynku, która zareagowała na to spadkiem cen. Przeważnie spadek zapasów sugeruje przeciwny ruch. Warto natomiast zwrócić uwagę, że wyprzedaż zapasów może być przygotowywaniem się pod dalsze spowolnienie i jest to czyszczenie magazynów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Skład celny, czy magazyn czasowego składowania?

Skład celny to najogólniej mówiąc miejsce, w którym składowane są towary, które zostały importowane spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego, których import wiąże się z koniecznością wniesienia przez przedsiębiorcę opłat celnych. Korzystanie z usług tego rodzaju składów niesie za sobą wiele korzyści, dla firm korzystających z ich usług. Czym dokładnie jest skład celny i co zyskuje przedsiębiorca, decydujący się z niego skorzystać?

Czym jest skład celny?

Funkcjonowanie składów celnych na terenie Unii Europejskiej reguluje Unijny Kodeks Celny. Najprościej rzecz mówiąc – skład celny jest specjalnie wydzielonym miejscem, które działa podobnie do obszaru wolnocłowego. Póki towary znajdują się w składzie, importujący je przedsiębiorca nie ma obowiązku wnoszenia opłat celnych. Warunek jest jednak jeden – towary muszą tam pozostać, przynajmniej do czasu, w którym te opłaty zostaną wniesione. Jednocześnie teren składu i składowane w nim towary podlegają kontroli Urzędu Celno–Skarbowego, a więc towar musi być dostępny dla urzędników przeprowadzających ewentualne kontrole.

Istnieją dwa rodzaje składów celnych – składy publiczne i prywatne. W składach publicznych towary mogą być przechowywane przez każdego, zainteresowanego tym przedsiębiorcę, oczywiście za odpowiednią opłatą i po podpisaniu umowy o czasowe składowanie. Składy prywatne służą jedynie do przechowywania towaru przez jeden podmiot gospodarczy, który uzyskał w tym celu pozwolenie.

Jak długo towary mogą pozostawać składzie celnym?

W zasadzie czas przechowywania towarów w składzie celnym jest dowolny, choć naturalnym ograniczeniem są tu czynniki ekonomiczne. Przechowywanie importowanych towarów w składzie wiąże się z kosztami, chociaż oczywiście towar może być w tym momencie sprzedawany i opuszczać skład celny partiami. Cła i podatki uiszcza się od tej części towaru, która opuściła skład celny.

Co można, a czego nie można w składzie celnym?

Wbrew pozorom, w składzie celnym przedsiębiorca może bardzo dużo. Dopuszczalne jest przepakowanie towarów, ich konfekcjonowanie, oraz inne czynności, które związane są z przygotowaniem do ostatecznej sprzedaży, takie jak sprawdzanie towaru, wycena, metkowanie i wiele innych. Pamiętać należy jednak o ograniczeniach. Towar nie może zmieniać swoich właściwości oraz musi być przez cały czas przebywania w składzie dostępny dla Urzędu Celno–Skarbowego.

Dlaczego warto z niego skorzystać?

Jest to na przykład świetne rozwiązanie dla przedsiębiorców zajmujących się e-commerce. Towary mogą przebywać w składzie, do momentu, w którym znajdzie się na nie kupiec, a do tego czasu opłaty celne zostają zawieszone. Trzeba wiedzieć, że towar przechowywany w składzie celnym nie musi opuszczać go w całości – może być z niego zabierany partiami. W takim układzie przedsiębiorca ponosi tylko część kosztów opłat celnych. Takie rozwiązanie podnosi płynność finansową importera, a także w znaczny sposób zwiększa dostępność towaru przez niego sprzedawanego.

Magazyn czasowego składowania

Oprócz składu celnego, dla przedsiębiorców istotny może okazać się również magazyn czasowego składowania. To również rodzaj magazynu znajdującego się pod dozorem celnym. Przeznaczony jest do przechowywania towaru przez okres do 90 dni, wobec którego niemożliwe jest skuteczne przeprowadzenie odprawy celnej, np. ze względu na brakującą dokumentację. W tym czasie przedsiębiorca zyskuje możliwość przeprowadzenia odpowiednich badań (np. Stacji sanitarno-epidemiologicznej, czy Izby Handlowej) oraz uzyskania potrzebnych dokumentów i pozwoleń. Po tzw. procedurze naprawczej możliwe jest dokonanie odprawy celnej lub przeniesienie towaru z magazynu czasowego składowania do składu celnego.

OVHcloud przejmuje OpenIO

Firma OVHcloud, wiodący europejski dostawca chmury, poinformowała o przejęciu OpenIO, francuskiej firmy specjalizującej się w rozwiązaniach z zakresu przechowywania danych. Firmy wspólnie mają stworzyć najlepszą na rynku ofertę przechowywania danych Object Storage

W przeciągu zaledwie kilku lat OpenIO wyróżniła się na rynku, projektując nową generację rozwiązań Object Storage, kompatybilnych z S3-API, dostosowanych do potrzeb Big Data i zadań wymagających dużej mocy obliczeniowej. Rozwiązanie OpenIO sprawdza się idealnie do przechowywania dużych zbiorów danych, niezbędnych do zastosowań z dziedziny uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji.

Komplementarność sprzyjająca stworzeniu najlepszej na rynku oferty Object Storage

OpenIO oferuje rozwiązania programistyczne, niezależne od infrastruktury sprzętowej, nadające się do rozmaitych przypadków użycia w ramach tego samego klastra. Obok rekordowej wydajności, technologia opracowana przez OpenIO zapewnia dowolną skalowalność, która nie wymaga równoważenia danych podczas dodawania zasobów do platformy. Niedawno OpenIO poinformowała o ustanowionym przez siebie rekordzie dostarczania danych obiektowych, który przekroczył 1.372 Tbps. Miało to na celu zaprezentowanie wysokiej wydajności macierzy SAN.

Niezwykle obiecujące jest połączenie funkcjonalności oraz wydajności technologii OpenIO ze specjalistyczną wiedzą branżową OVHcloud w dziedzinie infrastruktury chmurowej. Pozwoli ono na opracowanie oferty Object Storage o bardzo dużej skali i najlepszym stosunku ceny do oferowanej wydajności. Dodatkowo możliwe będzie stosowanie tego rozwiązania jako narzędzia do efektywnego zarządzania infrastrukturą IT. Sojusz ten umożliwi OVHcloud sprostanie wyzwaniom technologicznym zarówno dużych przedsiębiorstw, jak i startupów.

Ilość danych na świecie podwaja się co 18 miesięcy, mamy zatem świadomość wyzwań, które są przed nami stawiane, tym bardziej, że stanowi to przedmiot zainteresowania 1,5 miliona naszych klientów. Wraz z przejęciem OpenIO zamierzamy pracować nad stworzeniem wysoce skalowalnej oferty, wykorzystującej najlepszą infrastrukturę w jak najatrakcyjniejszej cenie” powiedział Michel Paulin, CEO OVHcloud.

Wspólne wartości dla budowy europejskiej alternatywy

Komplementarność OpenIO i OVHcloud opiera się także na systemie wspólnych wartości: odwracalności, przejrzystości i suwerenności, które stanowią DNA obu firm od teraz działających jako jeden zespół.

OpenIO i OVHcloud łączy także zbliżona kultura technologiczna. Obie firmy wierne są idei wolnego oprogramowania, wykorzystują takie same metody programistyczne oraz, co najważniejsze, z taką samą pasją podchodzą do innowacyjnych projektów.

Jako długoletni partnerzy, zespoły OpenIO i OVHcloud wniosły znaczący wkład w rozwój open source’owego projektu Swift, który oferuje rozwiązanie obiektowej pamięci masowej w ramach fundacji OpenStack.

Wszystkie technologie wykorzystane do stworzenia naszego rozwiązania Object Storage są i pozostaną wolnym oprogramowaniem, co stanowi zasadniczą wartość wspólną dla OVHcloud i OpenIO. Co więcej, zostanie ono rozbudowane i wzbogacone dzięki połączeniu naszych talentów” dodał Laurent Denel, współzałożyciel OpenIO.

Prognoza II półrocza 2020 r. dla rynku kredytowego i pożyczkowego

Według danych BIK, wartość portfela kredytów prywatnych i pożyczek na 30 czerwca 2020 r. wyniosła 688,5 mld zł i była wyższa o 6,4% w porównaniu do analogicznego półrocza 2019 r. Jednak pierwsze sześć miesięcy 2020 r. pod wpływem infekcji wirusa COVID 19, zakończyło się ujemnym odczytem dynamiki sprzedaży wszystkich produktów kredytowych. Z ciężkiej zapaści wychodzić będą karty kredytowe (-41,6%), kredyty gotówkowe (-32,9%) i pożyczki pozabankowe (-35,7%). Mniejszym turbulencjom uległy hipoteki (-0,4%) i kredyty ratalne (-5,5%). BIK z umiarkowanym optymizmem prognozuje II półrocze br. i w stosunku do I półrocza przewiduje: wzrost wartości sprzedaży kredytów gotówkowych (19%) i ratalnych (35%), spadek (-8%) w kredytach mieszkaniowych, w sumie jednak wszystkie kategorie zobowiązań mogą zakończyć rok 2020 pod kreską w stosunku do 2019 r. Obecnie widać zwiększający się rozjazd popytu od podaży na rynku kredytowym, funkcjonującym w dynamicznie zmieniającym się środowisku uwarunkowań pandemicznych i społeczno – gospodarczych.

Z powodu pandemii COVID-19 oraz jej bezpośrednich i pośrednich skutków, załamało się wiele dziedzin gospodarki. Wirus odcisnął swoje piętno także na rynku kredytowym i pożyczkowym, wystawiając go na wielki test odporności, zainfekował gwałtownie po 15 marca 2020 r., dyktując nową rzeczywistość.

– Wydarzenia, które nastąpiły od połowy marca zmusiły wszystkich do zredefiniowania planów na rok 2020. Gospodarką wstrząsnęły ograniczenia związane z pandemią koronawirusa, stanęliśmy w obliczu zamrożenia wszelkiej działalności – nie tylko gospodarczej, ale również społecznej, na niespotykaną dotychczas skalę. Stabilny dotąd rynek kredytów znalazł się na pochyłej ścieżce. Gwałtowny spadek liczby zapytań do bazy BIK, kierowanych przez instytucje finansowe w pierwszym okresie lockdownu, stał się zwiastunem spadku zainteresowania kredytami i pożyczkami ze strony konsumentów – komentuje dr Mariusz Cholewa, prezes zarządu BIK.

Okiem BIK: monitoring poziomu odporności rynku kredytowego na atak wirusa

BIK jest instytucją gromadzącą informacje kredytowe, raportowane dwa razy w tygodniu przez banki komercyjne, banki spółdzielcze, SKOK-i oraz firmy pożyczkowe. Dzięki danym i analizom, dotyczącym wartości, jak i liczby klientów, na podstawie zapytań w procesie ubiegania się o kredyt we wszystkich obszarach finansowania, BIK na bieżąco mierzy poziom popytu na kredytowanie gospodarstw domowych oraz wynikającą z niego akcję kredytową na rynku.

Podejmując się oceny pierwszego półrocza 2020 r., należy wziąć pod uwagę wyjątkowość i nieprzewidywalność sytuacji pandemicznej, która gwałtownie i symetrycznie wpłynęła na zamrożenie (lockdown) całej gospodarki zarówno jej części popytowej, jak i podażowej. Tymczasem okres odmrażania gospodarki (defrosting) przyjął charakter fazowy, niesymetryczny zarówno geograficznie, jak i branżowo. Ta różnica w równym stopniu przekładała się na odbudowę popytu i podaży, obecnie ma także istotne znaczenie dla przyszłości sytuacji na rynku kredytowym.

Analizując rynek kredytów dla gospodarstw domowych w pierwszym półroczu br., wyróżnić należy cztery okresy: miesiące przedpandemiczne (styczeń – luty), częściowo pandemiczne (marzec), pełne miesiące pandemiczne z symetrycznym lockdownem (kwiecień – maj), miesiące częściowo postpandemiczne z asymetrycznym odmrażaniem gospodarki (czerwiec). BIK dokonuje oddzielnej analizy trendów popytowych, opartych na zapytaniach o poszczególne rodzaje kredytów oraz trendów podażowych, kształtujących wartość udzielanych kredytów.

Popyt na kredyty i pożyczki

Kredyty gotówkowe: spadki począwszy od tygodnia 9 – 15 marca, zaliczyły dołek na kilka tygodni do końca kwietnia. Odbicie wystąpiło w maju, kontynuując ten pozytywny trend w czerwcu. Czerwcowy średni poziom zapytań stanowi 97% wyniku z 2019 r. Kredyty gotówkowe związane są z finansowaniem bieżących potrzeb konsumpcyjnych i płynnościowych gospodarstw domowych.

Kredyty ratalne: spadki począwszy od tygodnia 9 – 15 marca, pogłębiane w kolejnych tygodniach aż do dołka w okresie 6-12.04. W kolejnych tygodniach wystąpiło odbicie i szczyt w tygodniu 01-07.06. przerwane krótszym tygodniem (ze Świętem Bożego Ciała). Wynik został odrobiony od 15-21 czerwca (+29,3%), a od tygodnia 22 – 28 czerwca (+9,5%) można mówić o stabilizacji trendu wzrostu. Kredyty ratalne związane są z zakupami sprzętu RTV, AGD, mebli i innych dóbr trwałego użytku zarówno w tradycyjnych sklepach, jak i w e-commerce. Popularność zakupów w tym systemie rośnie wraz z atrakcyjnymi ofertami promocyjnymi handlowców, w celu nadrobienia utraconych wolumenów sprzedaży w poprzednich miesiącach. Wzrost sprzedaży w maju 2020 r. w porównaniu do maja 2019 r. w firmach handlujących meblami, RTV, AGD wyniósł w cenach stałych 14,4% (dane GUS).

Kredyty mieszkaniowe: wyhamowanie popytu od połowy marca, pogłębiane w kolejnych tygodniach aż do dołka utrwalonego od 06.04. do początku maja. Zmiana trendu zaznaczyła się na wykresach od  04-10.05, a w kolejnych tygodniach wystąpiła stabilizacja na poziomie ¾ liczby zapytań z 2019 r. W krótszym tygodniu ze świętem Bożego Ciała wystąpił duży spadek (-39,9%), odrobiony w kolejnym tygodniu 15-21 czerwca (+23%). W tygodniu 22 – 28 czerwca wystąpił powrót do poziomu zeszłego roku. Popyt na kredyty mieszkaniowe po głębokiej korekcie odbudował się do poziomu z roku 2019, co może być spowodowane kilkoma czynnikami: chęcią skorzystania z ultraniskich stóp procentowych, ucieczką w nieruchomości przed inflacją oraz traktowanie nieruchomości jako tej części majątku, która odporna jest na zawirowania rynkowe.

Rynek pozabankowy: spadki zapytań o pożyczki pozabankowe w porównaniu z 2019 r. miały już miejsce od stycznia 2020 r. (-25% r/r), w lutym i na początku marca, czyli jeszcze w okresie przed pandemicznym były nieco łagodniejsze (-8-10%), w kolejnych tygodniach marca, tj. na początku okresu pandemicznego pogłębiły się, a następnie od początku kwietnia i we wszystkich tygodniach głębokiego lockdownu oraz defrostingu do dziś utrzymują się bardzo duże 50-60% spadki r/r. Pandemia pogłębiła więc tylko wcześniejsze problemy branży pożyczkowej.

Negatywne trendy sprzedaży kredytów i pożyczek

Sprzedaż wszystkich produktów kredytowych w I półroczu 2020 r. odnotowała ujemne odczyty. Na negatywne wyniki wpływ miały zarówno część popytowa, jak i podażowa. W aspekcie popytowym bardzo osłabiła się konsumpcja, którą inaczej należy interpretować w odniesieniu do kredytów na zakupy bieżące oraz na zakup nieruchomości. Z kolei wpływ na podaż – dostępność do kredytów, miały niepewność, zwiększona ostrożność instytucji finansowych w procesie przyznawania finansowania, ale również wynikające z rosnącego ryzyka, podniesienie wymogów wobec potencjalnych kredytobiorców.

W największej zapaści pod względem wartości i liczby sprzedaży w okresie 01-06.2020 r. (r/r) znalazły się karty kredytowe (-41,6%) a także limity kredytowe, których przyznano mniej o 37,7%, a wartościowo o 31,2% mniej w stosunku do roku ubiegłego. Zawirowaniom pandemii mocno uległy kredyty gotówkowe, których przyznano o 31,5% mniej oraz na wartość niższą o 32,9%. Znaczny spadek sprzedaży odnotował rynek pozabankowy. W okresie pierwszych sześciu miesięcy 2020 r. liczba udzielonych pożyczek spadła o 26,6% a wartość udzielonego finansowania obniżyła się o 35,7%.  Jednak nie wszędzie spadki były tak drastyczne. W reżimie sanitarnym znacząco lepiej poradziły sobie kredyty ratalne, które w porównaniu do I półrocza 2019 r., osłabiły się w liczbie tylko o 1,2% a wartościowo odnotowały spadek o 5,5% dzięki zwiększonemu zainteresowaniu Polaków zakupami w sieci, co przełożyło się na znaczący wzrost popularności kredytów ratalnych w maju i czerwcu. Nie skompensowało to jednak słabego początku roku oraz negatywnego trendu, pogłębionego przez pandemię w okresie lockdownu.

Gdyby oceniać odporność rynku kredytowego w okresie pandemii, liderem mogłyby zostać kredyty mieszkaniowe, które odnotowały najniższy spadek wartości udzielonego kredytowania na poziomie (-0,4%) w okresie 01-06.2020 r. (r/r), przy spadku liczby udzielonych hipotek o (-8,3%). Na sprzedaż w tym segmencie wpływ miały bardzo dobre dwa pierwsze miesiące roku oraz to, że wnioski złożone jeszcze przed lockdownem były procesowane średnio dwa miesiące. W związku z tym negatywny pandemiczny spadek sprzedaży opóźnił się o dwa miesiące.

Jakość kredytów

Widzimy już pierwsze symptomy pogorszenia jakości portfeli kredytowych. Szczególnie jest to widoczne w ujęciu 12 miesięcznym. Jakość portfela kart kredytowych, mierzona BIK Indeksem Jakości (wskaźnik opisany jest w cyklicznym Newsletterze kredytowym BIK), pogorszyła się o (+0,83 pkt proc.), a kredytów gotówkowych (+0,77). Indeksy jakości sygnalizują najmniejsze pogorszenie w przypadku portfela kredytów ratalnych (+0,11) oraz mieszkaniowych (+0,14). Są to już pierwsze niepokojące symptomy. Choć sam poziom szkodowości kredytów mieszkaniowych i ratalnych jest nadal niski – odpowiednio 0,86% i 2,14%, to już kredytów gotówkowych i kart kredytowych jest na średnim poziomie odpowiednio: 6,67% oraz 4,61%. Pełny negatywny wpływ lockdownu na jakość kredytów dla gospodarstw domowych będzie widoczny na koniec roku i w pierwszych miesiącach 2021 r. Należy bowiem pamiętać, że część kredytobiorców skorzystała z bankowej pomocy i zawiesiła spłatę rat kredytowych, a Indeks obejmuje opóźnienia powyżej 90 dni, które będą widoczne dopiero w przyszłości, gdy skończy się okres zawieszenia.

Prognoza BIK – szanse i zagrożenia

Pomimo widocznych już symptomów powrotu do normalności, rozumianego jako systematyczne odmrażanie poszczególnych gałęzi gospodarki i zmniejszanie obostrzeń sanitarnych, trudno przewidywać wielkość i wartość akcji kredytowej w całym 2020 r. Niepewność odnośnie prognoz wynika z wielu czynników, m.in. z nadal realnej kolejnej fali zachorowań, wyczekującej postawy klientów wstrzymujących konsumpcję z obawy przed utratą zatrudnienia. Niewiadomą jest również zachowanie samych banków, a w konsekwencji dostępność kredytów.

– W kolejnych miesiącach na rzeczywistą wielkość i wartość akcji kredytowej niewątpliwie nadal oddziaływać będzie widmo jesiennej fali pandemii. Zakładamy jednak, że ewentualny nowy lockdown nie będzie tak restrykcyjny, jak wiosenny – prognozuje prezes BIK.

– Ożywienie na rynku kredytów w dużym stopniu zależeć będzie od polityki kredytowej banków, określającej kryteria uzyskania finansowania oraz definiującej poziom apetytu na ryzyko poszczególnych instytucji kredytowych. Naturalnym jest, że banki, w obliczu rosnącego ryzyka, podnoszą wymagania wobec kredytobiorców i są bardziej skłonne do przyznawania finansowania znanym, własnym klientom. Widać to już w poziomie akceptacji wniosków kredytowych w przypadku klientów z wyższą oceną punktową. Jednym słowem, poza zdolnością kredytową, jeszcze większej wagi nabiera dobra historia kredytowa – podkreśla dr Mariusz Cholewa.

Prognoza – kredyty gotówkowe:

BIK spodziewa się w drugiej części roku ograniczonej dostępności kredytów gotówkowych, zwłaszcza wysokokwotowych, a także udzielanych osobom pracującym w wolnych zawodach, samozatrudnionym oraz osobom na elastycznych formach zatrudnienia. Banki chętniej będą udzielały finansowania klientom własnym, do których mają zaufanie – osobom o niskim wskaźniku DTI oraz o wysokim scoringu. Zmniejszy się również zjawisko konsolidacji i refinansowania kredytów gotówkowych. Zdaniem analityków BIK spodziewać się można, że banki udzielą kredytów gotówkowych w 2020 r. na kwotę 55,2 mld zł – o 23% mniej niż w całym 2019 r.

Prognoza – kredyty ratalne:

Drugie półrocze rysuje optymistyczne perspektywy dla kredytów ratalnych. Mocno ograniczona możliwość dokonywania zakupów w systemie ratalnym, w modelu tradycyjnego handlu, ożywiła się wraz ze wzrostem popularności e-commerce. Obniżki cen i promocje przyciągają uwagę tzw. łowców okazji, którzy będą chcieli w tym systemie sfinansować swoje zakupy. Warto zauważyć, że kredyty ratalne cechuje niższa szkodowość niż kredytów gotówkowych, a co za tym idzie – wyższa skłonność banków do akceptacji ich ryzyka. Dobre drugie półrocze jednak nie zrekompensuje w całości tak dużego spadku w samym środku lockdownu (kwiecień). Stąd ostrożna prognoza BIK wynosi 15,3 mld zł udzielonych kredytów ratalnych w 2020 r. – o 8% mniej w stosunku do 2019 r.

Prognoza – kredyty mieszkaniowe:

W ujęciu wartościowym na sprzedaży kredytów mieszkaniowych będzie oddziaływała sytuacja na rynku mieszkaniowym – ceny nieruchomości oraz wymagania banków co do wysokości wkładu własnego – regulacyjne zmniejszenie udziału kredytu. Obecnie, z uwagi na ogromną niepewność co do skutków ekonomicznych lockdownu oraz to w jakim układzie gospodarka będzie dochodziła do normalności, banki przyjmują konserwatywną politykę kredytową, którą charakteryzują wyższe wymagania co do kredytobiorców (wyższy scoring, niższy wskaźnik DtI) oraz samej transakcji kredytowej (niższy LtV, wyższy wkład własny). Powoduje to zmniejszenie dostępności kredytu. Ponadto utrudniony dostęp do kredytu będą mieli pracownicy branż najbardziej doświadczonych koronawirusem, mikroprzedsiębiorcy działający w tych branżach, czy osoby zatrudnione na elastyczne formy zatrudnienia. Są to branże, w których realizacja usługi wymaga kontaktu międzyludzkiego: gastronomia, hotelarstwo, branża turystyczna, transportowa, linie lotnicze, branża eventowa, branża sportowa, klub fitness, branża usług fryzjerskich i kosmetycznych. Obniżka stóp procentowych nie zwiększy znacząco dostępności kredytu mieszkaniowego w najbliższych miesiącach, tym bardziej, że banki podwyższyły marże kredytowe. Uwzględniając te czynniki BIK prognozuje łączną wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych w 2020 r. na kwotę 60 mld zł – niższą w porównaniu do 2019 r. o 8%.

Gig economy jako remedium na niepewną przyszłość

Koronawirus wciąż odbija się na rynku pracy. Chociaż coraz więcej mówi się o powrocie do nowej normalności, to jest ona daleka od standardów, które wszyscy znamy. Codzienne informacje o wzroście zachorowań, brak danych z rynku pracy, a w szczególności o liczbie bezrobotnych – wszystko to wywołuje chaos w niejednej firmie. Pracodawcy niepewni przyszłości nie chcą podejmować decyzji rekrutacyjnych na długi okres. Jednak zapotrzebowanie na pracownika się nie zmniejsza. Jak firmy wobec tego powinny podejść do rekrutacji?

Jak wygląda nowa normalność?

Trudno jednoznacznie powiedzieć, jak wygląda obecnie sytuacja na rynku pracy, ponieważ podawane są różne dane o bezrobociu w Polsce, które wahają się między 3 proc., a 9 proc. Brak jednoznacznych informacji wywołuje w wielu firmach chaos. Badania pokazują rozbieżne wyniki, a, jak podkreślają eksperci rynku pracy, istotne jest aby wiedzieć, ile osób straciło pracę, by oszacować ubytek w podatkach i spadek PKB, a także zapobiec utracie kapitału społecznego. Dane te są również istotne dla przedsiębiorców, którzy planują w niedalekiej przyszłości zatrudnić nowych pracowników. Jak prezentuje się rynek pracy?

  • MRPiPS podaje, że stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła 6,1 proc. na koniec czerwca. To o 0,1 pkt proc. więcej niż w maju br.
  • Z badania Diagnoza Plus wynika, że w czerwcu odnotowaliśmy stopę bezrobocia na poziomie 5,4 proc. Odczyt stopy bezrobocia w kwietniu wyniósł 5,7 proc.
  • Z szacunków Konfederacji Lewiatan wynika, że bez pracy jest obecnie od 1,25 mln do 1,3 mln Polaków, czyli 7,8 proc. ogółu zatrudnionych.
  • Według Europejskiego Urzędu Statystycznego mamy w kraju jeden z najniższych wskaźników bezrobocia w całej Unii Europejskiej. Wyniósł on w czerwcu 3 proc.
    Najnowsza Prognoza Przychodów Narodowego Funduszu Zdrowia, którą opublikował think thank PublicPolicy.pl.pokazuje, że zatrudnienie spadnie o ponad 190 tys. etatów, zaś bezrobocie wzrośnie o 415 tys. osób do poziomu ponad 1,3 mln osób.
  • Fundacja Inicjatyw Ekonomiczno–Społecznych szacuje, że szacuje, że realne bezrobocie obecnie wynosi już ok. 1,5 mln osób. Statystyki są „wypłaszczone” m.in. przez Tarczę Finansową PFR, z której skorzystało 235 tys. firm zatrudniających łącznie 2,3 mln ludzi.
  • Według NBP, stopa bezrobocia w 2022 roku będzie wyższa o ok. 2,4 pkt. proc. niż na początku tego roku. Analitycy NBP podkreślają, że pandemia wzmocniła problem niedopasowania na rynku pracy. Część zwalnianych pracowników nie znajdzie innej pracy, ponieważ nie ma odpowiednich kwalifikacji i nie ma jak ich zdobyć.

Dlaczego brak jednoznacznych danych jest niepokojący?

Trudno jest przewidzieć jak będzie wyglądała sytuacja na rynku pracy za miesiąc czy dwa, zwłaszcza, że jest ona powiązana z sytuacją gospodarczo-społeczną, która również stoi pod znakiem zapytania. Wielu przedsiębiorców nie wie, czy przewidywana druga fala koronawirusa odbije się na ich biznesie, czy znowu dojdzie do zamknięcia niektórych sektorów gospodarki? Przedsiębiorca wobec tych niewiadomych ma problem z oszacowaniem, ilu i w jakim wymiarze czasu potrzebuje pracowników. Czy powinien zatrudnić na stałe, a może na kilka godzin dwa dni w tygodniu? Dlatego firmy coraz częściej chcą zatrudniać pracowników zgodnie z konkretnym zapotrzebowaniem. Dynamiczna sytuacja na rynku pokazuje, że lepiej inwestować w pracowników na krótki okres, który odpowiada konkretnym potrzebom firmy, niż w pracownika na stałe, ponieważ nikt nie może przewidzieć, czy za kilka miesięcy firma nie będzie musiała przeprowadzać redukcji etatów.

Pracownik na godziny

Firmy, które mają okresy wzmożonego zapotrzebowania na pracownika, powinny rozważyć rekrutacje w modelu gig economy, czyli zatrudniać wtedy, kiedy tego potrzebują. Gig economy to trend w gospodarce, który opiera się na realizacji zadań i projektów oferowanych poprzez platformy cyfrowe. To wygodny sposób zarówno dla pracownika, ponieważ daje mu niezależność jak i dla pracodawcy. Firma nie musi od razu decydować się na długotrwałe koszty związane z zatrudnianiem pracownika; ma możliwość „wynajęcia” go w momencie, gdy tego najbardziej potrzebuje. Pracownik, który chce dorobić, albo potrzebuje elastyczności – wybiera odpowiednią dla niego ofertę pracy na dany dzień czy okres. To on wybiera, która praca w danym terminie mu najbardziej odpowiada. Takie rozwiązanie jest coraz bardziej wykorzystywane w Polsce i na świecie. Badanie z 2019 r. przeprowadzone na zlecenie Kongresu Związków Zawodowych (TUC) szacuje, że co dziesiąta osoba dorosła w wieku produkcyjnym w Wielkiej Brytanii przynajmniej raz w tygodniu pracuje za pośrednictwem platform cyfrowych w systemie gig economy, przy czym większość korzysta z tego rodzaju pracy, aby uzupełniać inne formy dochodu. Można przypuszczać, że wobec niepewności na rynku, to rozwiązanie będzie coraz bardziej popularne. Eksperci Mastercard przewidują dwucyfrowy roczny wzrost platform cyfrowych w ciągu najbliższych pięciu lat. Trend jest widoczny również w Polsce. Przykładem platformy w systemie gig economy jest Tikrow.

Zmiany na rynku nie powinny nikogo dziwić. W obecnych czasach i od pracownika i pracodawcy oczekuje się większej elastyczności i szybkiej reakcji na sytuację ekonomiczną. Takie rozwiązanie dają platformy typu gig economy, jak aplikacja Tikrow, która pozwala firmie zatrudniać pracowników „na godziny”. To dobry sposób aby w pełni wykorzystać potencjał pracownika zgodnie z aktualnymi potrzebami firmy. Pracownik zaś może elastycznie dobierać zlecenia i w prosty sposób zarządzać swoim czasem –mówi Krzysztof Trębski, wiceprezes Tikrow.

Rynek pracodawcy

Z raportu Grant Thornton wynika, że pracodawcy zaczynają̨ wymagać od przyszłych pracowników coraz więcej. Oferty z maja zawierały już średnio ponad pięć wymagań, co jest znaczącą różnicą wobec kwietnia – gdzie wymagania pracodawcy nie tylko nie podniosły się̨, ale wręcz gwałtownie spadły. Teraz, to pracodawca wybiera spośród specjalistów, którzy w związku z kryzysem są gotowi obniżyć swoje oczekiwania finansowe. Zwłaszcza, że konkurencja na rynku jest duża. Na Podkarpaciu 43 bezrobotnych walczy o jedno wolne miejsce pracy. Podobnie jak w województwie podlaskim czy lubuskim – 31 bezrobotnych na jedno miejsce pracy. Osoby szukające pracy są świadome, że procesy rekrutacyjne w obecnych czasach są bardzo długie i podzielone na etapy. Dlatego, aby zachować płynność finansową i mieć środki na opłacanie swoich bieżących zobowiązań podczas szukania pracy, korzystają z prac dodatkowych wspomagając swój domowy budżet. Wykorzystują do tego strony jak OLX czy pracuj.pl, ale również aplikacje mobilne.

Jak Polacy szukają pracy?

Według raportu Diagonza Plus, osoby, które obecnie szukają pracy, są przekonane, że konieczna będzie zmiana branży, zawodu, aspiracji aby znaleźć pracę. Elastyczność, szybka reakcja jest coraz bardziej wymagana na rynku, dlatego aplikacje mobilne coraz częściej są wykorzystywane jako źródło pozyskiwania nowych pracowników. Jest to wygodne rozwiązanie, które pozwala w szybki sposób zapoznać się z firmą i wymaganiami na dane stanowisko. Pracownik w łatwy sposób może wysłać swoje zgłoszenie, a pracodawca szybko zweryfikować przyszłych pracowników i wybrać odpowiednią osobę na dane stanowisko.

Pracodawca wstawia ogłoszenie opisujące stanowisko, wymagania i dokładny czas pracy – kiedy potrzebuje pracownika i na ile godzin. Osoba szukająca pracy prosto i szybko może dobrać dla siebie zajęcie i od razu zaaplikować na dane stanowisko. Takie rozwiązania cieszą się szczególnym zainteresowaniem wśród studentów, lub ludzi, którzy chcą dorobić do swojej podstawowej pensji. Możliwość elastycznego układania grafiku jest teraz na wagę złota – dodaje Krzysztof Trębski.

Polska europejskim średniakiem pod względem łatwości prowadzenia biznesu

Polska znalazła się na 14. miejscu w Europie wśród państw posiadających najbardziej złożone przepisy regulujące prowadzenie biznesu, wynika z najnowszego raportu opracowanego przez TMF Group, globalną firmę świadczącą usługi biznesowe dla firm działających lokalnie i międzynarodowo. Najtrudniej w Europie prowadzić biznes w Grecji, a najłatwiej w Danii.

W raporcie zatytułowanym Global Business Complexity Index 2020, eksperci TMF Group porównali główne wymagania poszczególnych krajów w ramach 77 jurysdykcji na całym świecie, w zakresie przepisów administracyjnych i zapewnienia zgodności działalności z regulacjami prawnymi, stawianych przed przedsiębiorcami planującymi prowadzić swój biznes na wybranym rynku.

Choć wyniki tegorocznego badania nie są bezpośrednio porównywalne z zeszłoroczną edycją raportu ze względu na niewielkie zmiany w metodologii jego przygotowania, Polska w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy awansowała w badaniu TMF Group (w zestawieniu krajów europejskich o cztery pozycje, a w zestawieniu globalnym o 13 miejsc), co mogłoby oznaczać, że prowadzenie biznesu w Polsce w odniesieniu do badanych krajów w Europie, jak i w skali globu może być relatywnie prostsze niż jeszcze w zeszłym roku. Eksperci firmy zastrzegają jednak, że te zmiany nie wynikają z wprowadzenia bardziej przyjaznych przepisów dla biznesu.

  • Lepsza pozycja naszego kraju w tegorocznym badaniu może sugerować, że w Polsce w porównaniu z zeszłym rokiem jest łatwiej prowadzić biznes. Niestety tak nie jest. Zmiana pozycji w rankingu wynika raczej z roszad jakie miały miejsce w odniesieniu do innych krajów. To smutna konstatacja – tłumaczy Joanna Romańczuk, Dyrektor Zarządzająca TMF Group w Polsce i dodaje: – Firmy z zagranicy chcące rozpocząć działalność w Polsce spotykają się niezmiennie z dużymi wyzwaniami. Wszystkie dokumenty korporacyjne muszą być wypełnione w języku polskim, a założenie firmy w przypadku podmiotów, których spółki-matki zlokalizowane są poza Polską może trwać bardzo długo. Takie czynniki powodują, że tak istotny rynek europejski jak Polska ma wysokie bariery wejścia, co z kolei zmusza inwestorów do bliskiej współpracy z lokalnymi partnerami, poruszającymi się swobodnie w zakresie krajowych regulacji.

W Europie najłatwiej prowadzić biznes odpowiednio w Danii, Holandii, Irlandii, Szwajcarii i na Malcie. Z kolei najtrudniej w Grecji, gdzie eksperci TMF Group szacują, że co roku wprowadzane jest około 70 nowych przepisów podatkowych i to już w czasie trwania roku podatkowego. Tuż za Grecją znalazły się Turcja, Francja, Chorwacja i Belgia. Wśród naszych bezpośrednich sąsiadów łatwiej prowadzi się firmę m.in. na Ukrainie, w Czechach i w Niemczech, a trudniej na Słowacji czy w Rosji.

Z raportu Global Business Complexity Index 2020 wynika również, że Polska pod kątem złożoności środowiska biznesowego znalazła się na 34. miejscu na świecie (w tegorocznym raporcie eksperci TMF Group analizowali 77 jurysdykcji). Liderami w skali globu pod względem łatwości prowadzenia biznesu w 2020 roku są odpowiednio: Curaçao (terytorium zależne Holandii), Stany Zjednoczone, Jamajka, Dania i Brytyjskie Wyspy Dziewicze (brytyjskie terytorium zamorskie w Ameryce Środkowej). Najtrudniej na świecie prowadzić biznes w Indonezji, Brazylii, Argentynie, Boliwii, Grecji i w Chinach.

Miejsce Polski w środku rankingu, oznaczające złożone warunki do prowadzenia biznesu, wynika z często zmieniających się przepisów prawa; relatywnie trudnego dla inwestora zza granicy procesu zakładania firmy a także wyjątkowo uciążliwych wymogów administracyjnych w obszarze sekretariatu korporacyjnego. W zakresie regulacji księgowo-podatkowych Polska znalazła się na jeszcze niższej pozycji (38. miejsce w skali globu), podobnie w obszarze przepisów związanych z zatrudnianiem i wynagradzaniem pracowników (35. miejsce).

  • Polska ma szóstą co do wielkości gospodarkę w Unii Europejskiej i wykwalifikowanych pracowników. Posiada wiele atrybutów niezbędnych do osiągnięcia sukcesu, ale jej głównym wyzwaniem – podobnie jak dużej części krajów Europy Środkowej i Wschodniej – jest ograniczenie sfery administracji w odniesieniu do przedsiębiorstw i podjęcie kroków w kierunku e-administracji na wzór krajów nordyckich. Jeśli Polska podejmie te kroki, będzie mogła spodziewać się większego zainteresowania międzynarodowego biznesu i co za tym idzie zwiększonego napływu inwestycji – mówi Juraj Gerzeni, dyrektor TMF Group na obszar EMEA, obejmujący Europę, Bliski Wschód i Afrykę.

Publikowany od 2013 roku raport Global Business Complexity Index jest kombinacją opracowania statystycznego oraz analizy jakościowej dokonywanej przez lokalnych ekspertów firmy TMF Group działających w ponad 80 lokalizacjach. Tegoroczny raport analizuje kluczowe obszary administracji biznesowej i zgodności z przepisami w 77 jurysdykcjach, począwszy od czasu potrzebnego do założenia firmy w danym kraju, przez wprowadzane zmiany w ustawodawstwie podatkowym, po regulacje w zakresie wynagrodzeń i świadczeń pracowniczych. W sumie w tegorocznym rankingu uwzględniono ponad 250 różnych kryteriów.

Podnoszenie płacy minimalnej w czasie kryzysu to działanie przeciw pracownikom. Może dojść do zwiększenia fali zwolnień

Podwyżka płacy minimalnej w dobie kryzysu gospodarczego to działanie antypracownicze

– To niekonsekwencja. Od Premiera i ministrów odpowiedzialnych za ekonomię słyszymy o konieczności wspierania przedsiębiorców w tym trudnym gospodarczo czasie, a drudzy dzień później ogłaszają wdrożenie podwyżki płacy minimalnej, która w oczywisty sposób podwyższa koszty stałe przedsiębiorców – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – Jesteśmy zwolennikami tego, by nasi pracownicy zarabiali jak najwięcej, ale to wszystko musi być regulowane z rozsądkiem i uwzględnieniem realiów rynkowych. Rząd podnosi płacę minimalną, a wiele firm nie będzie miało z czego tych podwyżek wypłacać. Takie ruchy pogłębiają myśli o restrukturyzacji i pewnie w wielu firmach spowodują zwolnienia – dodaje Prezes Jarosław Tarczyński.

„Wiele osób może stracić miejsce zatrudnienia, bo kolejne zobowiązania finansowe będą pogrążać pracodawcę”

Rządowe plany podnoszenia płacy minimalnej zakładały, że w roku 2021 osiągnięty zostanie pułap 3000 złotych brutto. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przygotowało pewną korektę – podwyżka wyniesie 200 złotych brutto do 2800 złotych miesięcznie, co oznacza 18,3 zł brutto za godzinę. Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie zdecydowanie opowiada się za tym, by wynagradzać pracowników adekwatnie do ich pracy. Jeżeli przedsiębiorstwo stać na podwyżki dla pracowników to należy to chwalić i doceniać. Niestety żyjemy w czasie kryzysu gospodarczego spowodowanego pandemią koronawirusa i musimy być świadomi z jak poważnymi problemami boryka się wiele firm. Wszelkie podnoszenie danin i zobowiązań może skutkować koniecznością zwolnień pracowników.

– Nasze doświadczenia pokazują, że wiele firm robi co może, byle tylko nie zwalniać pracowników, nie tracić efektywności działania, by kontynuować działalność. Podwyżka płacy minimalnej w takiej sytuacji nie jest działaniem propracowiczym, a wręcz przeciwnie. Wiele osób może stracić miejsce zatrudnienia, bo kolejne zobowiązania finansowe będą pogrążać pracodawcę – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Jarosław Tarczyński. – Pracodawca musi tak regulować wynagrodzeniami, by zatrzymać kadry i specjalistów. Sztuczne podnoszenie płacy minimalnej w takiej sytuacji może doprowadzić tylko do pogłębiania się kryzysu finansowego w firmach. To nie jest odpowiedni moment, by wprowadzać takie regulację. Pamiętajmy, że podwyżki płacy minimalnej prowadzą zwykle do regulacji wynagrodzeń także na innych szczeblach, a na to przedsiębiorców obecnie nie stać – dodaje Prezes Jarosław Tarczyński.

Jak mówi Prezes Tarczyński przedsiębiorcy są bardzo niepewni jutra: – Wiadomość o podwyżce płacy minimalnej zbiegła się w czasie z informacjami np. o restrukturyzacji kopalń, o kolejnych problemach branży turystycznej, o zagrożeniu drugim lockdownem. Proszę o wyciągnięcie wniosków, czy to jest sprzyjający czas, by podnosić zobowiązania przedsiębiorców. Spodziewam się, że pracownicy są bardziej wyrozumiali dla pracodawców niż Rząd – mówi Prezes Izby.

Możliwy dylemat pracodawców: Wzrost płacy minimalnej czy ochrona zatrudnienia?

– Podniesienie przez rząd płacy minimalnej to niebezpieczna gra – dodaje dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – Dziś, z uwagi na panującą epidemię koronawirusa i jej wpływ oraz konsekwencje dla gospodarki stoimy raczej przed dylematem – Wzrost płacy minimalnej czy ochrona zatrudnienia? Należy bowiem pamiętać, iż najgorsze jednak wciąż przed nami. Spowolnienie gospodarcze w IV  kwartale 2020 r. i I kwartale 2021 jest nieuniknione nawet bez uderzenia drugiej fali pandemii COVID -19, a wszystko przecież wskazuje na to, że druga fala jednak nadejdzie. Dlatego działania rządu powinny skupić się na zabezpieczaniu istniejących miejsc pracy i kompleksowych programach ich ochrony. W tej sprawie należy zachować realizm i postępować racjonalnie – dodaje dyrektor Wolny.

Przedsiębiorcy w tym trudnym okresie, nie dość że muszą odrabiać poniesione ogromne straty, a mają nienajlepsze perspektywy na najbliższe miesiące, to jeszcze podnosi się im koszty prowadzenia działalności. Za moment przestaną działać programy pomocowe w ramach Tarczy Antykryzysowej, więc przy spowolnieniu gospodarczym oraz wysokiej inflacji przedsiębiorcy będą zmuszeni szukać oszczędności.

Czy przedsiębiorca dokonujący zapłaty na rachunek wirtualny musi informować o tym fakcie skarbówkę?

Przedsiębiorca, który dokona zapłaty innemu przedsiębiorcy na rachunek nieznajdujący się w prowadzonym przez administrację skarbową rejestrze podatników VAT, pozbawiany jest przez fiskusa prawa do zaliczenia takiej zapłaty do kosztów uzyskania przychodów. Co więcej, w zakresie tej płatności grozi mu solidarna odpowiedzialność całym swoim majątkiem wraz z jej odbiorcą za jego zaległości podatkowe w VAT. Co jednak w przypadku, gdy przedsiębiorcy dokonują między sobą rozliczeń za pośrednictwem tzw. wirtualnych rachunków bankowych?

Obowiązkowa płatność na rachunek z białej listy

Zgodnie z art. 19 Ustawy z dnia 6 marca 2018 r. – Prawo przedsiębiorców (Dz.U. 2018, poz. 646, ze zm.) dokonywanie lub przyjmowanie płatności wynikających z działalności gospodarczej musi następować wyłącznie za pośrednictwem rachunku płatniczego przedsiębiorcy każdorazowo, gdy drugą stroną transakcji jest inny przedsiębiorca, a jednorazowa jej wartość przekracza kwotę 15 tys. zł lub równowartość tej kwoty.

Z kolei jak stanowi art. 96b ust. 1 Ustawy z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług (Dz.U. 2004 nr 54, poz. 535, ze zm.), Szef Krajowej Administracji Skarbowej prowadzi w postaci elektronicznej rejestr czynnych podatników VAT, w którym wskazywane są m.in. numery rachunków rozliczeniowych, o których mowa w art. 49 ust. 1 pkt 1 Ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. – Prawo bankowe, lub imiennych rachunków w spółdzielczej kasie oszczędnościowo-kredytowej tych podatników. Przepis art. 15d Ustawy z dnia 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz.U. 1992 nr 21, poz. 86, ze zm.) sankcjonuje, że dokonanej między przedsiębiorcami płatności o wartości powyżej 15 tys. zł przedsiębiorca ją ponoszący nie może zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów, jeśli została dokonana na rachunek inny niż ten, który został zawarty na dzień zlecenia przelewu w rejestrze prowadzonym przez Szefa KAS.

Co więcej, przedsiębiorca odpowiada całym swoim majątkiem solidarnie z odbiorcą tak dokonanej płatności za jego zaległości podatkowe w części podatku od towarów i usług, proporcjonalnie przypadającej na płatność za towar lub usługę uregulowaną na rachunek spoza tzw. białej listy art. 117ba Ordynacji podatkowej (Dz.U. 2019, poz. 900, ze zm.). Od odpowiedzialności tej przedsiębiorca mógł się do 30 czerwca 2020 r. uwolnić, powiadamiając o tak dokonanej płatności właściwego dla wystawcy faktury naczelnika urzędu skarbowego w terminie 3 dni od dnia zlecenia przelewu. Nowelizacją z 5 czerwca 2020 r. (Dz.U. 2020, poz. 1065) od 1 lipca 2020 r. termin ten został wydłużony do 7 dni.

Indywidualny wirtualny rachunek bankowy

Polska spółka z ograniczoną odpowiedzialnością będąca czynnym podatnikiem VAT na potrzeby prowadzonej działalności nabywa towary i usługi (m.in. usługi telekomunikacyjne czy dostarczania energii elektrycznej). Płatności za te usługi dokonuje na rachunki bankowe dostawców, również będących podatnikami VAT. W celu usprawnienia tych rozliczeń każdy z dostawców przypisał spółce indywidualny numer rachunku bankowego – tzw. wirtualny rachunek bankowy, który połączony jest z bankowym rachunkiem rozliczeniowym dostawcy, o którym mowa w art. 49 ust. 1 pkt 1 Ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. – Prawo bankowe (Dz.U. 1997 nr 140, poz. 939, ze zm.). Ten bankowy rachunek rozliczeniowy ujawniany jest na białej liście podatników VAT prowadzonej przez Szefa KAS. Na liście tej nie są natomiast wykazywane ww. indywidualne wirtualne rachunki bankowe, na które spółka dokonuje przelewu. Zdaniem przedsiębiorców nie są one objęte obowiązkiem ujawniania ich w tym rejestrze, bo nie znajdują się w katalogu rachunków bankowych wskazanym w art. 49 ust. 1 pkt 1 Prawa bankowego.

W związku z powyższym w opinii spółki może ona w pełni zaliczać tak dokonywane płatności do swoich kosztów uzyskania przychodu. Wystąpiła jednak o potwierdzenie tego do Dyrektora KIS. Potwierdzenie jej stanowiska zwalniałoby ją jednocześnie z obowiązku zawiadamiania naczelnika urzędu skarbowego o dokonaniu płatności na rachunek spoza wykazu podatników VAT, o którym mowa w art. 117ba Ordynacji podatkowej.

Organ był za, a nawet przeciw

Dyrektor KIS zgodził się ze spółką, ale… przyznał, że stosowane przez przedsiębiorców dla ułatwienia rozliczeń w obrocie gospodarczym rachunki techniczne, takie jak wirtualne rachunki bankowe, nie są rachunkami rozliczeniowymi w rozumieniu art. 49 ust. 1 pkt 1 Prawa bankowego. Stąd też nie podlegają obowiązkowemu ujawnieniu w prowadzonym przez administrację skarbową rejestrze podatników VAT. Niemniej są to rachunki połączone z głównym rachunkiem rozliczeniowym odbiorcy płatności, będącym przedsiębiorcą. A rozliczenia między przedsiębiorcami w kwocie powyżej 15 tys. zł zawsze powinny być dokonywane za pomocą takich głównych rachunków, które z kolei podlegają ujawnieniu w rejestrze. Dlatego też organ zgodził się, że spółka może zaliczać dokonane na wirtualny rachunek płatności do kosztów uzyskania przychodu pod warunkiem, że w rzeczywistości wpłata trafia na bankowy rachunek rozliczeniowy znajdujący się na dzień zlecenia przelewu na białej liście Szefa KAS. Spółka powinna więc posiadać w swojej dokumentacji dowody potwierdzające taką zależność między rachunkami.

Jakie dowody? – pyta spółka

Mimo że formalnie organ podatkowy zgodził się ze spółką, ta zaskarżyła wydaną interpretację. W skardze podniosła m.in., że w żadnych przepisach nie ma mowy o konieczności posiadania dowodów, o jakich mówi organ, ani o tym, w jakiej formie miałyby być dokumentowane (papierowej, zrzutów z ekranu). Ustawodawca nie uzależnił możliwości zaliczenia dokonanej płatności do kosztów uzyskania przychodu od posiadania takiego dowodu. Spółka wskazała, że do dochowania obowiązków wpłaty na rachunek bankowy ujawniony na białej liście organy nie wymagają przedkładania żadnych takich wydruków czy zrzutów z ekranu monitora. Wystarczający jest fakt, że rachunek znajduje się na niej w dniu składania zlecenia przelewu.

Brak odpowiedzi na pytanie spółki i nieuzasadnione żądanie dowodów

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Opolu uchylił interpretację indywidualną Dyrektora KIS. Zgodził się w pełni ze spółką, że organy podatkowe, publikując wykaz podatników VAT, wymagają od przedsiębiorców tylko tego, aby na dzień zlecania przelewu na dany rachunek znajdował się on w tym wykazie. Zatem do dochowania wymogów art. 15d ustawy o CIT wystarczające jest samo sprawdzenie, czy rachunek widnieje na białej liście.

Sąd stwierdził, że organ nie odpowiedział na pytanie spółki objęte wnioskiem o interpretację. A pytała ona o to, czy płatność o wartości przekraczającej 15 tys. zł dokonaną na wirtualny rachunek bankowy niezgłoszony do wykazu Szefa KAS, ale niebędący rachunkiem, o którym mowa w art. 49 ust. 1 Prawa bankowego, może zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów, nawet jeśli nie zgłosi tego faktu w odpowiednim terminie naczelnikowi urzędu skarbowego. Uchylając rozstrzygnięcie organu podatkowego, sąd orzekł: „…kwestia dowodów, jakie podatnik winien posiadać, bezspornie nie była przedmiotem wniosku o udzielenie interpretacji indywidualnej, a jednocześnie organ, odnosząc się do powyższej kwestii, nie wskazał ani podstawy prawnej takiego rozstrzygnięcia ani nie sprecyzował rodzaju wymaganych dokumentów” (wyrok z 13 marca 2020 r., sygn. akt I SA/Op 529/19).

Podsumowanie

To bardzo ciekawe rozstrzygnięcie opolskiego sądu. Jak widać, organ podatkowy miotał się, by nie udzielić spółce wprost odpowiedzi na pytanie, czy dokonując zapłaty na wirtualny rachunek bankowy, musi informować o tym skarbówkę. Być może wynikało to z obawy, by jej śladem nie poszli inni przedsiębiorcy, dokonując między sobą rozliczeń za pośrednictwem tych nieujętych w katalogu rachunków bankowych, podlegających zgłoszeniu do prowadzonego przez Szefa KAS rejestru rachunków wirtualnych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Paweł Zieliński dołączy do zespołu MLP Group

MLP Group, jeden z wiodących deweloperów na europejskim rynku nieruchomości magazynowych, wzmacnia zespół odpowiedzialny za komercjalizację parków logistycznych. Paweł Zieliński z początkiem sierpnia br. obejmie funkcję Leasing Managera i będzie odpowiedzialny za wynajem powierzchni magazynowych na terenie Górnego i  Dolnego Śląska.

MLP Group wzmacnia dział odpowiedzialny za najem powierzchni komercyjnych. Do zespołu sprzedaży dołączy Paweł Zieliński obejmując stanowisko Leasing Managera. W ramach MLP Group będzie odpowiedzialny za komercjalizację parków logistycznych na terenie Górnego i Dolnego Śląska.

Paweł Zieliński posiada ponad dziewiętnastoletnie doświadczenie na rynku nieruchomości komercyjnych na Śląsku. W swoim dorobku zawodowym wynajął i sprzedał ponad 250 tys. m kw. powierzchni magazynowych i biurowych. Przed dołączeniem do zespołu MLP Group pracował w spółce Optirem, w której przez 12 lat pełnił funkcję Dyrektora Zarządzającego. Odpowiedzialny był m.in. za zarządzanie magazynami i biurami oraz pozyskiwanie nowych najemców. Doświadczenie zdobywał także w spółce Maksimum, gdzie specjalizował się przede wszystkim w komercjalizacji inwestycji i powierzchni oraz w wyszukiwaniu nieruchomości do zakupu. Odpowiadał również za negocjowanie warunków umów najmu i sprzedaży. Karierę zawodową zaczynał w firmie Opal. Paweł Zieliński jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji na Uniwersytecie Śląskim. Dodatkowo ukończył kurs zarządzania nieruchomościami oraz uzyskał Państwową Licencję Pośrednika Nieruchomości.

Deweloper sukcesywnie umacnia swoją pozycję w Europie, skupiając się na kluczowych regionach kraju. Śląsk to region, który spełnia te kryteria w 100%, a postęp jaki dokonał się w ostatnich latach na obszarze aglomeracji śląskiej, w tym m.in. rozwój infrastruktury transportowej i dostęp do zasobów ludzkich, przyciąga inwestorów. Dzięki atrakcyjnym lokalizacjom parki MLP Group cieszą się ogromną popularnością wśród potencjalnych, jak i obecnych najemców.

100 dni Tarczy Antykryzysowej – branża skurczyła się o 1/4, a sprzedaż pożyczek spadła o połowę

66 proc. Polaków sprzeciwia się zmianom na rynku kredytowym. Z rynku znikła już 1/4 firm pożyczkowych – podsumowanie 100 dni tarczy antykryzysowej na rynku pożyczek.

Obniżenie limitu kosztów pozaodsetkowych, które było reakcją rządu na wystąpienie pandemii Covid-19 mocno uderzyło w branżę pożyczkową. W ciągu 100 dni obowiązywania nowych regulacji część firm zniknęła z rynku, niektóre zawiesiły działalność, a pozostali gracze musieli zaostrzyć wymogi kredytowe. Efekt? Ponad 50-procentowy spadek sprzedaży. Przyjęte regulacje krytykują Polacy – z badania, które wykonał IBRiS dla Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego wynika, że co 2. konsument negatywnie ocenia nowe przepisy.

Drugi kwartał 2020 r. przyniósł załamanie na rynku pożyczek pozabankowych – analizowane firmy pożyczkowe udzieliły około 396 tys. pożyczek o łącznej wartości 914,9 mln zł, co oznacza spadek o 48 proc. w ujęciu liczbowym oraz o 64 proc. pod względem wartości udzielonego finansowania w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 roku.

Spadki sprzedaży to jednak nie tyle efekt nagłego spadku popytu, ile ograniczonej podaży. „Z jednej strony lockdown utrudnił wielu podmiotom prowadzenie działalności akwizycyjnej, a z drugiej przyjęto nowe regulacje, które obniżając maksymalną wysokość kosztów pozaodsetkowych, uderzają w rentowność sektora. To z kolei w naturalny sposób spowodowało tymczasowe zawieszenie lub całkowite ograniczenie akcji kredytowej przez wiele podmiotów oraz zaostrzenie wymogów kredytowych przez pozostałe firmy” – tłumaczy Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.

Regulacyjne tsunami – efekty po 100 dniach

Nowe limity kosztów pozaodsetkowych, obniżone o ponad 60 proc. w stosunku do wcześniej obowiązujących poziomów, w połączeniu z dwiema szybkimi obniżkami stóp procentowych, zmusiły firmy pożyczkowe do zmian w ofercie produktowej i zaostrzenia polityki kredytowej.

Firmy zaczęły pożyczać znacznie mniejsze kwoty i to przeważnie znanym już sobie klientom. Trend ten poświadczają dane CRIF – w II kwartale 2020 r. średnia wartość pojedynczej pożyczki spadła o ponad ¼ w stosunku do I kwartału. Z tych samych danych wynika, że wiele podmiotów nie było w stanie skonstruować oferty w oparciu o nowe przepisy, więc zawiesiło lub całkowicie zaprzestało prowadzenia działalności. W analizowanym okresie rynek skurczył się o niemal 25 proc. działających na nim firm pożyczkowych.

Polacy krytyczni wobec nowych przepisów

Choć, wbrew założeniom rządu, pandemia nie sprawiła, że Polacy ruszyli tłumnie po kredyty i pożyczki, to jednak dostrzegają zmiany na rynku kredytowym i są wobec nich krytyczni.

Z badania przeprowadzonego przez IBRiS na zlecenie FRRF wynika, że niemal połowa Polaków (48 proc.) ocenia jako niekorzystne przepisy przyjęte w ramach tarczy antykryzysowej, odnoszące się do kredytów konsumenckich. Jeszcze więcej badanych, bo aż 66 proc., uważa, że rząd, nawet w trudnej sytuacji gospodarczej i społecznej, nie powinien ograniczać Polakom możliwości pożyczania pieniędzy w legalnych źródłach, czyli bankach, spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych i firmach pożyczkowych. Aż 59 proc. badanych uważa, że te ostatnie pełnią ważną rolę na rynku usług finansowych.

Niemal co piąty badany uważa, że dzisiaj trudniej jest dostać pożyczkę niż przed pandemią, a co dziesiąty przyznaje, że ktoś z jego bliskiego otoczenia w ciągu ostatnich 3 miesięcy miał problem z uzyskaniem pożyczki z legalnego źródła. A co robią Polacy w takiej sytuacji? Aż 30 proc. respondentów deklaruje, że gdyby znaleźli się w nagłej potrzebie finansowej, a nie otrzymaliby pożyczki w banku lub firmie pożyczkowej, to szukaliby pieniędzy w każdym możliwym miejscu. Jednocześnie ponad 60 proc. badanych uznało, że w takiej sytuacji Polacy raczej zapożyczą się byle gdzie niż zrezygnują z wydatku, który planują: 35 proc. wskazało na pożyczenie od osoby prywatnej (spoza kręgu rodziny i bliskich), a 27 proc. wskazało na wzięcie pożyczki pod zastaw majątku, np. mieszkania, samochodu czy biżuterii.

„To alarmujący fakt, że dla tak dużego grona Polaków ograniczony dostęp do pożyczania z legalnych instytucji finansowych nie stanowi przeszkody w zaciąganiu zobowiązań. Jest to o tyle niebezpieczne, że może wpędzić Polaków w pułapkę nadmiernego zadłużenia. Pamiętajmy, że prywatne pożyczki to w dużej mierze rynek, którego nie obejmują żadne regulacje” – mówi Agnieszka Wachnicka z Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.

Konsumenci z optymizmem patrzą w przyszłość

Pod względem finansowym pandemia koronawriusa nie dała się we znaki Polakom, tak jak pierwotnie się tego obawiano. Aż 7 na 10 Polaków nie odczuwa, aby w negatywny sposób wpłynęła na kondycję ich domowego budżetu. Aktualna sytuacja gospodarcza i społeczna nie wywołała także u nich większego zapotrzebowania na kredyty i pożyczki – 95 proc. wskazało, że nie musiało zaciągać zobowiązania z związku z epidemią. Badani nie boją się też o przyszłość – zapytani, czy mają obawy o stabilność przychodów w kolejnych miesiącach ponad 2/3 ankietowanych wskazała, że nie ma takich obaw. Kolejne 11 proc. odpowiedziało, że nie ma zdania w tej kwestii.

Sejm bierze się za nierówności płacowe i pracuje nad rozszerzeniem definicji mobbingu

Najnowszy projekt ustawy o zmianie Kodeksu pracy zakłada rozszerzenie definicji mobbingu o kategorię rozróżniającą wysokość wynagrodzenia ze względu na płeć. Jego celem jest zlikwidowanie luki płacowej.

Mobbing to nie jest „szorstki typ zarządzania”

Zgodnie z aktualną definicją zawartą w art. 943 § 2 Kodeksu pracy, mobbing oznacza działania lub zachowania dotyczące pracownika lub skierowane przeciwko pracownikowi, polegające na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu pracownika, wywołujące u niego zaniżoną ocenę przydatności zawodowej, powodujące lub mające na celu poniżenie lub ośmieszenie pracownika, izolowanie go lub wyeliminowanie z zespołu współpracowników.

Alarmujące jest to, że w badaniu „Bezpieczeństwo Pracy w Polsce 2019. Mobbing, depresja, stres w miejscu pracy”, przeprowadzonym na zlecenie Koalicji Bezpieczni w Pracy, aż 46 proc. respondentów stwierdziło, że było ofiarami mobbingu – mówi mówi Ewa Gawrysiak, Sales and End User Marketing Manager w TenCate, ekspertka Koalicji Bezpieczni w Pracy. – Pokazuje to nie tyle skalę problemu, co niezrozumienie w pełni tego zjawiska. Z jednej strony wszelkiego rodzaju niestosowne zachowania przełożonych czy współpracowników interpretowane są jako mobbing, nawet gdy nim nie są, bo ten ma jedną, konkretną definicję. Z drugiej strony jest zapewne jakaś grupa, która negatywne zjawiska nawet już podpadające pod definicję mobbingu bagatelizuje i  błędnie postrzega  jako „szorstki typ zarządzania” – dodaje Ewa Gawrysiak. W badaniu Koalicji Bezpieczni w Pracy respondenci najczęściej wskazywali, że mobbing jest nękaniem (22 proc.), stresem, presją, wymuszaniem (15 proc.), prześladowaniem (15 proc.), znęcaniem się psychicznym (12 proc.), przemocą psychiczną, poniżaniem (12 proc). 3 proc. wskazało na dyskryminację, a 1 proc. na nieodpowiednie, nierówne traktowanie pracowników.

 – Rozbieżność między tym, jak mobbing jest definiowany prawnie, a tym, jak rozumieją go pracownicy, pokazuje potrzebę doprecyzowania definicji tego zjawiska – mówi Elżbieta Rogowska, wiceprezes Zarządu ds. Operacyjnych PW Krystian, ekspertka Koalicji Bezpieczni w Pracy. – Prawna definicja mobbingu wymienia tylko kilka jego elementów, takich jak nękanie lub zastraszanie, zaniżenie samooceny nękanego czy wykluczenie z zespołu współpracowników. Wniesiony na początku lipca projekt ustawy zawiera propozycję dodania do tej listy różnicowania wysokości wynagrodzenia ze względu na płeć pracownika i to jest w moim przekonaniu krok w dobrą stronę, bo wysokość wynagrodzenia istotnie wpływa na naszą ocenę przydatności zawodowej – dodaje.

Mężczyźni zarabiają o 19,9 proc. więcej niż kobiety

W uzasadnieniu wnoszący projekt ustawy wskazują, że zasada równouprawnienia kobiet i mężczyzn w podejmowaniu pracy zarobkowej wynika bezpośrednio z Konstytucji, a także została ona wyrażona na gruncie prawa Unii Europejskiej. Zgodnie z przywołanymi danymi GUS-u z 2018 r., przeciętne wynagrodzenie mężczyzn było o 19,9 proc. wyższe od przeciętnego wynagrodzenia kobiet.

Autorzy zaproponowanego rozwiązania podkreślają, że rozszerzenie definicji mobbingu stanowić będzie wzmocnienie instrumentów prawnych zapewniających respektowanie zasady równouprawnienia kobiet w zakresie wynagrodzenia. – Jest to o tyle ważne, że zgodnie z badaniem Koalicji Bezpieczni w Pracy dotyczącym zagrożeń psychospołecznych, jedynie połowa respondentów stwierdziła, że przepisy prawa pracy wystarczająco chronią zdrowie i prawo do roszczeń w przypadku negatywnego wpływu pracy na zdrowie. Jednocześnie niemal 65 proc. respondentów stwierdziło, że potrzebne są nowe przepisy, które lepiej chroniłyby pracowników przed negatywnymi skutkami mobbingu i innych podobnych zjawisk związanych z czynnikami psychospołecznymi w miejscu pracy  –mówi Ewa Gawrysiak. – Zaproponowane zmiany to moim zdaniem pierwszy krok w odpowiedzi na potrzebę rozszerzenia wraz z jednoczesnym doprecyzowaniem aktualnych przepisów dotyczących mobbingu – dodaje.

– Warto tutaj podkreślić, że zaproponowana zmiana nie wystarczy, aby zmieniła ona aktualną sytuację na rynku pracy. Sama zmiana prawa będzie martwa, dopóki pracownicy nie będą edukowani na temat mobbingu, jego definicji i sposobów przeciwdziałania, a także obowiązujących w firmie procedur antymobbingowych. Zatem wciąż widać tutaj ogromne pole do działań dla pracodawców i samych pracowników, a w pierwszej kolejności dla ustawodawcy – podkreśla Elżbieta Rogowska.

Gołębi Fed widzi potrzebę dalszego luzowania

Fed podtrzymał gołębie nastawienie, a prezes Powell podkreślił potrzebę ekspansji monetarnej i fiskalnej dla ochrony ożywienia gospodarczego. To w pierwszej chwili osłabiało USD, ale w kolejnych godzinach rynek przeszedł do odwrotu. Przekaz FOMC nie wniósł nic przełomowego, co stało się pretekstem do sprzedaży faktów. Wkraczamy też w ostatnie takty miesiąca, co przysporzy chaotycznej zmienności.

Szybki flirt EUR/USD z 1,18 i GBP/USD z 1,30 zaraz po wstępnych słowach prezesa Powella na konferencji dowodzi, jak bardzo rynek czekał na pretekst, by kontynuować przecenę dolara. Prezes Powell podkreślił ryzyka dla ożywienia, także wynikające z niejasnej strategii fiskalnej. Szef Fed zwrócił uwagę na słabość wydatków konsumenckich i brak oznak ożywienia inwestycji firm, a druga fala zachorowań prawdopodobnie osłabiła tempo ożywienia w lipcu. W efekcie akomodacyjna polityka jest wciąż potrzebna i będzie jej potrzeba więcej w przyszłości. W tym kontekście nie było zaskoczeniem przedłużenie dostępności linii swapowych i operacji repo do 31 marca 2021 r. (z 30 września). Powell powiedział, że Komitet wciąż dyskutuje nad forward guidance, ale zaznaczył, że Fed w ogólnie nie myśli teraz o podwyżkach stóp procentowych. Więcej informacji otrzymamy z minutek wczorajszego posiedzenia, które zostaną opublikowane 19 sierpnia, ale już teraz można przyjąć, że łagodna polityka zerowych stóp procentowych pozostanie na długi czas, tj. co najmniej 2 lata. Podtrzymywanie taniej płynności oznacza, że Fed będzie globalnym dostawcą kapitału do czasu, aż ryzyka dla ożywienia nie zanikną.

Skalę ryzyk, a dokładniej konsekwencje pandemii w kulminacyjnym momencie, pozwolą ocenić publikowane dziś szacunki dynamiki PKB w II kw. z Niemiec i USA. Nałożone restrykcje i lockdowny przyniosły załamanie aktywności gospodarczej, utratę miejsc pracy i zapaść popytu konsumpcyjnego. Wprawdzie odmrażanie gospodarek w maju i czerwcu powinno łagodzić wyniki dla całego kwartału, to mimo to dzisiejsze figury będą rekordowe. W Niemczech spadek PKB ma wynieść 9 proc. r/r, co i tak będzie dobrym wynikiem na tle załamania, jaki pokażą odczyty z Włoch, Hiszpanii czy Francji. W USA dane zannulizowane mają szokować spadkiem o 34,5 proc. (czyli -8,6 proc. k/k). I choć patrzenie na dane historyczne powinno mieć mniejsze znaczenie od analizy wskaźników wyprzedających (jak PMI), to dzisiejsze raporty będą gorzkim przypomnieniem, z jak niskiego pułapu musi startować ożywienie i jak długo zajmie powrót do poziomów sprzed pandemii. A przy niepewności wokół tego, czy wirus jest opanowany, wciąż istnieje zagrożenie, że odbicie ożywienia nie będzie silne i miarowe. Tani kapitał pozwala na rajd ryzykownych aktywów, ale bez solidnego zaplecza fundamentalnego trwałość tych rajdów jest dyskusyjna.
Jak nietrwałe mogą być ruchy podyktowane gorączkowym rajdem ryzyka, kiedy umocnienie odbywa się bez poszanowania fundamentów, pokazał w tym tygodniu złoty. Polska waluta zatrzymała trend aprecjacyjny, a EUR/PLN odbił ponad 4,42. Słaby dolar napędzał aprecjację walut rynków wchodzących, ale gdy czynnik ten wygasł, rynek szybko przeszedł do ucinania długich pozycji w złotym. Jeśli przecena USD nie znajdzie świeżego paliwa, neutralizowanie pozycji na koniec miesiąca może dalej osłabiać złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rzecznik MŚP wystąpił do Marszałka Województwa Mazowieckiego ws zmiany kryteriów naboru wniosków w konkursie na dotacje na kapitał obrotowy

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców skierował wystąpienie do Marszałka Województwa Mazowieckiego w sprawie rozważenia zmiany kryteriów naboru wniosków w konkursie na dotacje na kapitał obrotowy dla przedsiębiorców z sektora MŚP dotkniętych negatywnymi konsekwencjami COVID-19.

W związku z głosami przedsiębiorców w sprawie problematycznych kryteriów naboru wniosków w ramach konkursu na dotacje na kapitał obrotowy (3.3 Innowacje w MŚP, typ projektów – Finansowanie wydatków MŚP, których sytuacja pogorszyła się w związku z pandemią COVID-19, dotyczących utrzymania bieżącej działalności firmy i zapewnienia jej płynności finansowej – nr RPMA.03.03.00-IP.01-14-111/20) Rzecznik MŚP wystąpił do Marszałka Województwa Mazowieckiego o wskazanie powodów, dla których w regulaminie ww. konkursu przyjęto wymóg spadku przychodów ze sprzedaży o co najmniej 50% w czerwcu 2020 roku względem czerwca 2019 roku.

Ponadto Rzecznik MŚP wniósł o rozważenie zmiany ww. kryterium poprzez wskazanie spadku przychodów ze sprzedaży w okresie jednego wybranego miesiąca od marca 2020 r. w porównaniu do poprzedniego miesiąca albo w porównaniu do analogicznego miesiąca w 2019 r. Taka zmiana parametrów pozwoli skorzystać ze wsparcia przez przedsiębiorców najbardziej dotkniętych skutkami stanu epidemii, którzy w okresie marzec-maj 2020 roku ponosili największe straty.

Zdaniem Rzecznika MŚP, wskazanie – jako miarodajnego kryterium – spadku przychodów w czerwcu 2020 roku, kiedy to gospodarka była już w fazie odmrażania, nie wydaje się być właściwe, mając na względzie spadki przychodów w miesiącach wcześniejszych. Pomoc finansowa w ramach dotacji powinna być kierowana do przedsiębiorców najbardziej dotkniętych konsekwencjami COVID-19, tymczasem aktualne brzmienie regulaminu konkursu wręcz wyklucza tych najbardziej poszkodowanych.

W ostatnich dniach Rzecznik MŚP podejmował interwencje odnośnie dotacji na kapitał obrotowy również w innych województwach:

  1. pismem z 8 lipca 2020 r., skierowanym do Ministra Funduszy i Polityki Regionalnej oraz Marszałka Województwa Pomorskiego, zwrócił się o zajęcie stanowiska w związku z ogłoszeniem naboru wniosków  na dotacje wyłączenie dla wsparcia MŚP z branży przemysłu czasu wolnego, z pominięciem innych branż;
  2. pismem z 16 lipca 2020 r., skierowanym do Marszałka Województwa Lubelskiego, Rzecznik MŚP zaapelował o jak najszybsze całościowe poprawienie procedury przyjmowania wniosków oraz należyte przygotowanie serwerów do obsługi wzmożonego ruchu sieciowego przy ich składaniu tak, aby zapewnić przedsiębiorcom transparentność i uczciwe warunki ubiegania się o wsparcie finansowe;
  3. pismem z 21 lipca 2020 r., skierowanym do Marszałka Województwa Śląskiego, Rzecznik MŚP zwrócił się o zajęcie stanowiska w związku z nieruchomieniem dotacji na kapitał obrotowy dla przedsiębiorców w województwie śląskim.

Krajowy rynek cydru z dramatycznymi spadkami

– Jeśli nic nie zmieni się w kwestii legislacji, to o cydrze będziemy mogli zapomnieć w przeciągu 3-4 lat – takie alarmujące informacje docierają od krajowych producentów do Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa. Wszystko wskazuje na to, że ten rok będzie niezwykle trudny dla tej kategorii. To szczególnie smutne w sytuacji, gdy przecież Polska „jabłkami stoi” i  cydr miał wszelkie możliwości, aby stać się naszym dobrem narodowym. Tymczasem inne kraje notują wzrosty sprzedaży…

Kłopoty od lat te same

Brak możliwości reklamy, potężna konkurencja ze strony rynku piwa oraz akcyza – to największe problemy polskich producentów cydru, z którymi zmagają się, i o których alarmują od kilku lat. Dziś krajowy rynek jest dosłownie „zalany” produktami cydropodobnymi. Oryginalny cydr jest w tej walce bez szans. – Rynek cydru funkcjonuje pod bardzo dużą presją rynku piwa – przyznaje Jakub Nowak, Prezes firmy JNT Group. – Browary bowiem oferują piwo aromatyzowane, smakowo zbliżone do cydru, na które jednak jest nałożona niższa akcyza niż na cydr, a dodatkowo mają możliwość jego reklamowania. Uzyskanie cydru z soku jabłkowego jest dużo droższe od wyprodukowania piwa z aromatem cydru, co również nie pozwala na bezpośrednie konkurowanie z tą kategorią. Dodajmy, że jedna z najbardziej znanych marek na całym świecie występuje jako cydr, a w Polsce dystrybuowana jest jako piwo – mówi Prezes JNT Group.

Główny problem  to brak  możliwość dotarcia do  rzeszy  konsumentów – podkreśla z kolei Grzegorz Bartol, Wiceprezes firmy Bartex. I dodaje: – Dzisiaj jeden smak piwa aromatyzowanego, mam tu na myśli smak jabłkowy, stanowi 8- krotnie  większy rynek niż cała kategoria cydrów. Konsument nie jest w stanie rozpoznać różnicy pomiędzy piwem, a cydrem.

Nie jest w stanie, bo wciąż niewielka jest wiedza konsumentów na temat cydru – głównie właśnie ze względu na brak możliwości reklamy. A różnica jest istotna –  cydry powstają poprzez fermentację soku jabłkowego, natomiast w składzie cydropodobnych piw jabłkowych sok z jabłek stanowi margines.

Dodatkowo, jak zauważa Tomasz Iżewski, Prezes firmy Warwin,  cydr – w przeciwieństwie do piwa – posiada znaczne ograniczenia w zakresie receptury. – Łączenie cydru z innymi owocami takimi jak truskawki, wiśnie czy aronia, które pozwoliłoby na naturalne uatrakcyjnienie gamy produktowej cydru, jest obwarowane zakwalifikowaniem produktu do wyższej stawki akcyzowej, zarezerwowanej dla wina,  a tym samym powoduje nieopłacalność takich przedsięwzięć. W naszej ocenie cydr nie powinien konkurować z winem, ale właśnie z piwem i z tego względu możliwość eksperymentowania z różnymi smakami w ramach tej kategorii powinna być dopuszczona, tak jak w innych krajach – nadbałtyckich czy w  Skandynawii – mówi Prezes Warwinu.

Niewiele potrzeba

Prawdziwy boom rozpoczął się w roku 2013. Sprzedaż cydru gwałtownie rosła. Trzy lata później nastąpiła stagnacja, a w 2017, 2018 i 2019 roku – znaczne, regularne spadki. Ten rok także nie napawa optymizmem. – Epidemia koronawirusa wpłynęła szczególnie negatywnie na cydr o małych pojemnościach, ponieważ z założenia były one dedykowane na imprezy plenerowe czy spotkania  przy grillu. Społeczny dystans sprawił, że tych okazji mamy w tej chwili znacznie mniej, przez co sprzedaż cydru znacznie spadła – mówi Jakub Nowak. – Aby segment cydru mógł się rozwijać, konieczne jest zapowiadane przez Premiera Mateusza Morawieckiego wprowadzenie zerowej stawki akcyzy. Pozwoliłoby ono na konkurowanie z piwem, a ponadto umożliwiłoby wykorzystanie surowca, jakim jest jabłko, którego w naszym kraju, jak wiadomo, nie brakuje – dodaje Prezes JNT Group.

Grzegorz Bartol sytuację ocenia krótko: – Potrzebne  są skoordynowane działania ze strony Ministerstwa Rolnictwa oraz Ministerstwa Finansów. Rozwój i promowanie  rynku cydrów w oparciu o wykorzystanie polskich  jabłek powinno  wpisać się w strategię rozwoju sadownictwa.

Z kolei Tomasz Iżewski daleki jest od optymizmu. – Pomimo wielokrotnych deklaracji i zapowiedzi władz o obniżeniu stawki akcyzy na cydr do zera, nic w tym temacie nie zostało zrobione, a w obecnej sytuacji pandemii, można przyjąć że nic się w tym zakresie nie zmieni.

Na świecie rośnie

– Z prognoz przedstawianych przez analityków rynku wynika, że cydr jest aktualnie i pozostanie przez najbliższe lata jedną z najszybciej rozwijających się kategorii alkoholowych na świecie – mówi Magdalena Zielińska, Prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa. – Globalnie, do roku 2026 r., szacuje się wzrosty o około 6% rok do roku. Wydawałoby się to wielką szansą dla Polski, jednak pozostaje ona całkowicie zaprzepaszczona, a krajowy segment cydru odnotowuje dramatyczne spadki. W zeszłym  roku wyprodukowano w kraju jedynie ok. 6 mln l, podczas gdy jeszcze w 2015 r. było to ok. 12 mln. Alarmujące informacje przekazywane przez producentów do Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa wskazują na to, że ten rok będzie szczególnie trudny. Można  się spodziewać, że jak tak dalej pójdzie, cydr może utracić znaczenie w skali przemysłowej i zostanie zepchnięty do roli produktu niszowego. I dodaje: – Cydrowi nie trzeba dużo, wystarczy zobaczyć jak rozwinęła się moda na ten produkt w innych krajach Europy, żeby zrozumieć, że naprawdę warto poświecić mu uwagę. Tym bardziej, że jego lekki owocowy smak i naturalny charakter trafia w upodobania polskich konsumentów – tego właśnie poszukują w innych napojach alkoholowych.

Szukajmy oryginalnych

Eksperci zrzeszeni w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa od lat apelują, aby dokładnie czytać etykiety i na półkach sklepowych szukać oryginalnych cydrów, a nie piwa o smaku jabłkowym. A te proponują niektóre browary,  sprytnie wykorzystując modę na cydr.

Na rynku dostępne są napoje alkoholowe próbujące imitować cydry, jednak nie dajmy się zwieść reklamom. Nie są one produktami fermentacji soku jabłkowego. Jak odróżnić prawdziwy cydr od podróbek? Najłatwiejszą, pierwszą wskazówką do identyfikacji oryginalnego cydru jest banderola akcyzowa. Cydry, jako napoje winiarskie są opatrywane znakami akcyzy umieszczonymi na zamknięciu butelek, takimi samymi jakie są aplikowane na opakowaniach wina. Ich brak oznacza, że napój nie jest cydrem.

Przypomnijmy, że według polskiej definicji, cydr to napój alkoholowy, o zawartości alkoholu 1,2-8,5%. Powstaje poprzez  prowadzoną przez drożdże fermentację alkoholową z nastawu, w którym głównym składnikiem jest sok jabłkowy. Warto podkreślić, że polskie cydry charakteryzują się wyższym udziałem owoców (tzn. soku jabłkowego), niż cydry produkowane w zdecydowanej większości krajów europejskich – producentów zobowiązują do tego ustanowione w Polsce przepisy. To najlepsza gwarancja jakości.

Hiszpański start-up Glovo uruchomił w Warszawie swoje drugie europejskie centrum technologiczne

Wraz z wejściem do Polski Glovo, aplikacji mobilnej dostarczającej produkty na życzenie, start-up uruchomił w Warszawie swoje drugie europejskie centrum technologiczne. Firma dostrzega w kraju potencjał rynku pracownika i zapowiada, że do końca roku zatrudni jeszcze ponad 20 osób na specjalistyczne stanowiska. Polscy eksperci będą pracować przy rozwoju oprogramowania, które będzie wdrażane globalnie w aplikacji.

Glovo to platforma, dzięki której użytkownicy mogą zamówić niemal wszystko: dania z restauracji, zakupy spożywcze, a nawet produkty parafarmaceutyczne. Hiszpański start-up cały czas powiększa swój zespół w Polsce, budując centrum technologiczne w stolicy kraju. Jest to drugi taki oddział w Europie. Pierwszy został otwarty w Barcelonie, w której mieści się także główna siedziba firmy.

Polska technologiczna siła

Warsaw Tech Hub powstał w wyniku zakupu istniejącej już na polskim rynku platformy PizzaPortal w 2019 roku. Wraz z przejęciem zespołu deweloperskiego rozpoczęto rozbudowę technicznego oddziału Glovo. Powodem takiej decyzji jest bardzo wysoki poziom kształcenia technologicznego i inżynieryjnego w Polsce. W opublikowanym w lipcu rankingu Perspektywy 2020 w pierwszej dziesiątce znalazło się aż 5 szkół technicznych w tym m.in. Politechnika Warszawska, która zajęła trzecie miejsce w skali kraju. Polska cieszy się też zainteresowaniem inwestorów z zagranicy. Przykładem jest Google Campus Warsaw, inkubator nowoczesnej przedsiębiorczości stworzony przez Google, czy strategiczne partnerstwo Operatora Chmury Krajowej z globalną spółką technologiczną Microsoft.

Polska coraz częściej zostaje dostrzegana na technologicznej mapie Europy, a z pewnością wkrótce też i świata. Wszystko poprzez utalentowane pokolenie, rozwijającą się gospodarkę, ale także otwartość na innowacje. Właśnie dzięki temu Glovo Warsaw Tech Hub rozwija się tak szybko. Jak dotąd zespół zasiliło 30 inżynierów i ekspertów technologicznych. Do końca 2020 roku planujemy zatrudnić kolejne 20 osób – mówi Carlos Silván, General Manager Glovo Polska.

Wsparcie dla kurierów i rozbudowa zasięgu

Do tej pory start-up poszukiwał specjalistów produktowych (Product Manager) i inżynierów na stanowiska: Software Engineer (Android, iOS, Backend, Frontend) oraz Engineering Manager. Glovo zapowiada, że przez najbliższe kilka miesięcy rekrutacje będą kontynuowane, aby docelowo zbudować zespół liczący około 50 osób.

Choć warszawski Hub ściśle współpracuje z oddziałem w Barcelonie, by realizować wspólne cele, to polska załoga będzie docelowo posiadać kompletne i niezależne zespoły, o dużym stopniu autonomii. Utworzone już w Warszawie teamy odpowiadają przede wszystkim za usprawnienie procesu uzyskiwania wsparcia przez kurierów. Doskonalone są narzędzia pomagające dostawcom w rozwiązywaniu powszechnych problemów, które mogą się zdarzyć podczas dowozu do klienta np. brakujący produkt i konieczność zaproponowania alternatywy albo nieobecność zamawiającego pod wskazanym adresem. Zespół, w pełni zlokalizowany w Warszawie, pracuje też nad ciągłym ulepszaniem narzędzi do sprawnej komunikacji pomiędzy działem wsparcia klienta a użytkownikiem, w tym automatyzacją części czynności (np. inteligentne chatboty). Ponadto team odpowiada za projekty z zakresu Fleet Automation – automatyzacji procesów zarządzania flotą kurierów oraz z zakresu Growth, czyli działań zwiększających zasięg platformy oraz wpływających na pozyskiwanie nowych użytkowników.

Drugie centrum technologiczne w historii firmy jest integralną częścią planu start-upu polegającego na budowie 300-osobowego zespołu inżynierów. Celem ich pracy, oprócz bieżących projektów, będzie wspieranie innowacji – takich jak SuperGlovo, czyli centra dystrybucji umożliwiające całodobowe dostarczanie produktów spożywczych w ciągu 20 minut od złożenia zamówienia online.

Umiejętności transferowalne ważne bez względu na koniunkturę na rynku

Umiejętność rozwiązywania problemów, adaptowania się do zmieniających się warunków i współpracy to kluczowe z kompetencji transferowalnych, czyli takich, które są uniwersalne i aktualne. Warto inwestować w ich rozwój, ponieważ można je wykorzystać bez względu na branżę czy stanowisko. A w czasach postępu technologii i szybko zmieniających się warunków na rynku pracy należy stale dbać o swoją konkurencyjność. O tym, jakie umiejętności rozwijać, aby podnieść swoją wartość na rynku pracy opowiada ekspert Talent Solutions.

Umiejętności transferowalne to kompetencje uniwersalne, które nie tracą na ważności i nie zostaną zautomatyzowane ani zastąpione przez maszyny [1]. ­To między innymi kreatywność, skuteczna komunikacja, zarządzanie zespołami a także procesami i projektami, czyli kompetencje ważne dla pracodawców bez względu na wahania koniunktury. Jak zaznacza Agnieszka Krzemień, menedżerka i ekspertka ds. zmiany kariery w Talent Solutions, osoby, u których są one rozwinięte na wysokim poziomie, to atrakcyjni kandydaci na rynku pracy. – Zdecydowanie trudniejszym i bardziej czasochłonnym jest wykształcenie kompetencji uniwersalnych niż zdobycie fragmentu wiedzy, by na przykład dobrze obsłużyć system lub maszynę. Bez względu na postępującą automatyzację atrakcyjność tych kompetencji na rynku będzie w najbliższym czasie niezmiennie wysoka, ponieważ są one ściśle związane z efektywną pracą z ludźmi, a to ludzie osiągają cele dla organizacji. Te kompetencje są wykorzystywane w pracy zarówno do kierowania zespołami, jak i do współpracy z nimi. Niektóre z nich, jak elastyczność a także otwartość na nowe zadania i umiejętność szybkiego dostosowania się do zmieniającej się sytuacji zyskały jeszcze bardziej w warunkach pandemii – dodaje.

W jakie umiejętności warto jeszcze inwestować, aby zwiększyć swoją zatrudnialność?

Jak zaznacza ekspertka Talent Solutions bez względu na branżę i charakter stanowiska, warto rozwijać kompetencje cyfrowe, czyli umiejętność wykorzystywania nowoczesnych technologii w codziennej pracy, zdolności z obszaru ICT, a nawet podstawy programowania. − W wyniku postępującej automatyzacji procesów w firmach zmienia się charakter pracy na stanowiskach, nie tylko technicznych, lecz także administracyjnych. W świetle tego umiejętność wykorzystywania nowoczesnych narzędzi w pracy jest pożądaną kompetencją, która korzystnie wpływa na skuteczność wykonywania zadań, a to jest doceniane w organizacjach. Firmy chcą zatrudniać osoby, które pracują efektywnie – tłumaczy Agnieszka Krzemień.

Umiejętność uczenia się przez całe życie to inwestycja w sukces na rynku pracy

– Ważność kompetencji, czyli czas, kiedy jest ona atrakcyjna w firmie lub w ogóle na rynku jest coraz krótszy. 65% przedstawicieli generacji Z będzie wykonywać zawody, które obecnie jeszcze nie istnieją. To zasługa przede wszystkim coraz bardziej powszechnej i intensywnej digitalizacji w organizacjach. Z tego powodu warto wzmacniać umiejętność uczenia się przez całe życie. To kompetencja, którą warto świadomie pokazywać także podczas rozmów rekrutacyjnych, czyli przytaczać przykłady sytuacji, kiedy nowo zdobyta wiedza przełożyła się na dobre wyniki w pracy, przedstawiać motywację do uczenia się nowych rzeczy, do funkcjonowania w nowym, wcześniej nieznanym otoczeniu. Kluczowe jest również świadome rozwijanie tej kompetencji choćby poprzez angażowanie się w nowe, nieznane zadania w środowisku zawodowym i osobistym – wyjaśnia ekspertka.

Zaplanowany rozwój

Według Agnieszki Krzemień pracodawcy doceniają szerokie doświadczenie zdobywane w wypełnianiu różnych ról, w wielu branżach i środowiskach pracy. Ważne jest, aby pokazać, jak w przyszłości kandydat będzie wykorzystywał praktyczną i teoretyczną wiedzę u nowego pracodawcy oraz jakie korzyści dzięki temu przyniesie zespołowi i organizacji. Managerowie, dobierając osoby do zespołów, doceniają kandydatów, którzy mają wysoką samoświadomość i łączą swoją karierę z dalszą inwestycją w rozwój swoich mocnych stron. Ważne jest, by pracownicy również mieli plan na swoje życie zawodowe i wiedzieli, jak chcą go realizować w najbliższym czasie, a nawet już podjęli kroki w tym zakresie.

Motywacja i postawa

Duże znaczenie przy podejmowaniu decyzji o zatrudnieniu kandydata ma jego motywacja i postawa. Kluczowa jest więc gotowość i chęć kandydata do zaangażowania się w nowe zadania i współpracę z nowym zespołem. Na niekorzyść przyszłego pracownika działa brak postawy otwartej na nowe środowisko oraz sytuacja, kiedy nie wykazuje gotowości do uczenia się. − Jeśli potencjalny pracownik, także ten reprezentujący bardzo pożądane zawody, posiada odpowiednie kompetencje, ale nie wykazuje motywacji i nie jest dopasowany do kultury organizacyjnej czy zespołu, to pracodawca nie zdecyduje się na podjęcie z takim kandydatem współpracy. Każdy z nas może realnie wpływać na zwiększanie swojej przewagi konkurencyjnej na rynku pracy poprzez budowanie swojej gotowości do zdobywania nowej wiedzy i doświadczeń, wysokiej zdolności adaptacji do zmieniających się warunków i entuzjastycznego nastawienia do tego, co nowe – tłumaczy Agnieszka Krzemień i dodaje – Na obecnie dynamicznie zmieniającym się rynku, organizacje potrzebują i doceniają pracowników, którzy skutecznie reagują na zmieniające się otoczenie biznesowe, na przykład dzięki wysokiej samoświadomości sprawnie odnajdują się w zmianie, są ukierunkowani na osiąganie rezultatów i skutecznie się komunikują. To odpowiedzialność zarówno organizacji na każdym poziomie zarządzania jak i pracownika, by rozwijać zwinność, elastyczność i odporność.

[1] Raport ManpowerGroup „Rewolucja 4.0. Czy roboty potrzebują ludzi?”.